TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Złom

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 484
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie

Złom

Post autor: Krin » 09 lutego 2019, 17:39

Niniejsza powieść nie jest jeszcze skończona i jeszcze długo nie będzie, ale skoro innym wolno wrzucać jedną wstawkę rocznie, to prawdopodobnie nie będę jakimś rekordzistą. Długo się zastanawiałam, czy rzucić ten tekst na forumowe wody, obawiając się, że przestanie mi się podobać, jednak zaczęłam się czuć jak w jakimś pisarskim podziemiu, w którym z nikim nie można o własnym tekście porozmawiać.

Serio, będziecie czytać go jako pierwsi. ;)

Akcja toczy się w tym samym uniwersum i częściowo z tymi samymi bohaterami co "Jednostki nie mają znaczenia". (Chcieliście, to macie :P) Jednak proszę się nie przywiązywać szczególnie do fabuły tamtego tekstu, ponieważ sporo zostało zmienione. Czytanie go nie jest obowiązkowe, a jest nawet niewskazane. Nie ma tam żadnych spoilerów, ale, jak już wspomniałam, niektóre fakty się ze sobą nie zgadzają.

Jest to tekst już wielokrotnie redagowany nie jakaś surowizna, więc proszę nie mieć dla niego litości. Najbardziej obawiam się jak zawsze zbyt szybkiego tempa oraz zbytniego przerysowania świata, więc gdybyście komentując zwrócili uwagę na te dwie rzeczy, byłabym bardzo wdzięczna.

Szczególne podziękowania za przypływ natchnienia należą się Xanttisowi.

Miłej lektury.

Prolog
Ciszę wstającego dnia rozdarł huk. Zaraz po nim kolejny. I następny. I jeszcze jeden. Ściany Cesarskiej Akademii Konstruktorów trzęsły się za każdym razem, gdy leżące tuż za jego murami wysypisko rozświetlał blask magii.
– I co pan powie na to, panie Redaien? – Salmus odwrócił się do swojego rozmówcy. – Nadal mi pan nie wierzy?
Stali przy oknie w gabinecie rektora. Rektora oczywiście jeszcze nie było, nie wiedział, że tu wejdą, operacja pozostawała ściśle tajna. Tylko Redaien i stróże nie opuścili Akademii na noc. Tych ostatnich Salmus rozumiał, Redaiena nie.
– W przypadku takiego nagromadzenia niekontrolowanej magii jej gwałtowne wyładowania nie są niczym nadzwyczajnym. – Konstruktor wciąż udawał pobłażliwość wobec oficera, ale palce zaciśnięte na krawędzi rektorskiego fotela zdradzały zdenerwowanie. – Dlatego wchodzenie tam uznaje się za niewskazane.
Zabrzmiało jak usprawiedliwienie. Ktoś nie lubi dowiadywać się ostatni, pomyślał Salmus.
Tymczasem kolejne wyładowania oświetlały okna Akademii różnokolorowym blaskiem. Od czerwieni do błękitu, a nawet czarnym światłem, jakiego Salmus nigdy wcześniej nie widział. Były to jednak eksplozje już albo znacznie mniejsze, albo znacznie bardziej odległe – wysypisko zajmowało w końcu ogromną przestrzeń. Magiczny złom, w większości metal i szkło pokryte lśniącymi inskrypcjami zdążyły utworzyć góry i wąwozy, w których łatwo było zabłądzić.
Co za marnotrawstwo... Niegdyś Salmus, jak wszyscy uważał, że istnienie wysypiska jest konieczne, ale ostatnie wydarzenia zrewidowały jego poglądy.
– Nie magia strzelała do moich ludzi. Większość nekromantów została już pojmana. Niedobitki wciąż się bronią, ale to już kwestia czasu. Są otoczeni.
Nekromantów. Jakże dziwnie to brzmiało w czasach, gdy świat opleciony został siecią torów i telegrafu, a maszyny wypierały robotników z fabryk. Ale Salmus mówił o tym nie bez dumy. Operacja została idealnie zaplanowana. Jeśli ktoś chciałby się wymknąć, musiałby przekopać się pod śmieciami.
– Więc, panie...
Zazwyczaj, gdy Salmus się przedstawiał, ludzie bali się zapomnieć jego nazwiska, ale stłumił w sobie irytację.
– Dwan.
– Więc, panie Dwan – podjął Redaien – chce mi pan powiedzieć, że wysypisko widziane przeze mnie co dzień z okien sal wykładowych zamieszkiwane jest przez nekromancką sektę. I tej sekcie udało się podnieść z martwych od trzystu lat martwego alchemika.
– Panie, Reda...
– Panie Dwan, oczekuje pan ode mnie, że w to uwierzę? Chyba powinienem napisać do brata, że Joran nie czuje się ostatnio za dobrze.
Salmus Dwan nie miał pojęcia, kim jest brat profesora Redaiena, ale skoro ten pozwalał sobie nazywać tevirskiego arcyksięcia po imieniu, oficer nie wątpił, że kimś ważnym. A przynajmniej Redaienowi się tak wydawało.
– Za sprawę Medivariusa jest odpowiedzialna tylko jedna osoba. I owszem – Salmus przerwał konstruktorowi, zanim ten zdążył otworzyć usta – my również mamy wątpliwości, jeśli chodzi o jego faktyczną tożsamość. Jednak technologia, która znalazła się ostatnio w rękach rewolucjonistów nie pozwala nam wątpić, że uzyskali pomoc kogoś, kto przekracza umiejętnościami szanownych akademików.
To się Redaienowi nie spodobało. Może Salmus powinien ująć to w inny sposób, bo teraz na drodze faktom stał nie tylko sceptycyzm, ale również duma, a jednak czuł, że aroganckiemu konstruktorowi należał się taki mały prztyczek w nos.
– I kim jest ta odpowiedzialna osoba?
Salmus uśmiechnął się w duchu. Tylko czekał na to pytanie.
– Hena Urettel. Studentka wydalona z Akademii. Lat około trzydziestu, niezamężna. Drobnomieszczańskiego pochodzenia.
Mina Redaiena sprawiła, że dotychczasowe podejrzenia oficera zmieniły się w pewność. Salmus długimi godzinami przekopywał się przez akta studentów i pracowników Akademii, a jednak pamięć go nie zawiodła. Nazwisko Redaiena pojawiło się w aktach panny Urettel więcej niż raz.
– Zna ją pan?
Konstruktor nie odpowiedział od razu. Zapatrzył się za okno, gdzie milicjanci prowadzili właśnie ostatnią stawiającą opór grupę. Albo ciągnęli. Jedna z kobiet na pewno była martwa – inaczej ludzieSalmusa powinni opatrzyć odsłaniającą wnętrzności ranę na brzuchu. Pozostała trójka mogła być zwyczajnie nieprzytomna, czy to z powodu obrażeń, czy dlatego, że wciąż nieco przesądnimilicjanci postanowili ich ogłuszyć.
– Już się bałem, że zaciągnął pan tam również moje golemy.
Golemy milicyjne budowane pod nadzorem Redaiena były dobre, ale nie aż tak, by deklarował pod ich kierunkiem prawo własności. Między innymi właśnie dlatego, że nie nadawały się na przesiąknięty magią teren wysypiska – prawdopodobnie by eksplodowały.
Ale Salmus nie dał się zwieść i nie pociągnął dyskusji na ten temat.
– Pytałem, czy zna pan Henę Urettel, panie Redaien.
Spodziewał się, że profesor będzie ciągnął głupie podchody, ale ten tylko westchnął z rezygnacją.
– Tak mi się wydawało.

Rozdział pierwszy

PIĘĆ DNI WCZEŚNIEJ

I

Może wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby Hob nie zapił się na śmierć – to był początek. Ta upiorna, duszna noc, gdy męczyły ją koszmary i gdy wiedziała, co się stało, zanim jeszcze Iat przyszedł jej o tym powiedzieć. Wiedziała, gdy tylko usłyszała pukanie do drzwi. Ich spojrzenia spotkały się, ale nie potrafił powiedzieć jej tego prosto w oczy. Patrzył na skryte w ciemności konstrukty, a dłoń pobielała mu od siły, z jaką ściskał klamkę.
Potem spytał, czy wszystko w porządku. Nic nie mogło być w porządku, doskonale o tym wiedział, więc nawet nie odpowiedziała. Wstała i włożyła płaszcz – dalej miała dziurę. Aż do chwili, w której siedziała w Zaułku, trzymając wypełnioną przezroczystym płynem szklankę.
Od tamtej pory rzadko bywała trzeźwa. Dni przeciekały jej przez palce, tonęły w kolejnych kieliszkach, w kolejnych kuflach, szklankach. Gdzieś pomiędzy nimi wypadł pogrzeb, na który nie poszła. Wolała go spędzić w jego domu, w tej dawno oddartej z wszelkiego dobytku ruderze pełnej alkoholowych oparów.
Nic nie robiła. Nic nie myślała. Nared musiał po nią pójść, żeby w ogóle wróciła.
Teraz nawet spała w Zaułku, z głową na brudnym stoliku, ukołysana niemilknącym szmerem rozmów. Czasem ktoś odnosił ją do jej nory w ciemnych tunelach Cytadeli, do tej dziury pośrodku wysypiska, o której udawała, że jest domem. Czasem też Snar, pieprzony Snar, mówił, że nic więcej jej nie sprzeda i wówczas sama się zbierała. Na odchodnym prosił ją, żeby była ostrożna.
Wtedy czuła się najgorzej. Wtedy rozsądek przebijał się przez alkoholowe opary, kazał jej skończyć z piciem, położyć się do łóżka i rankiem rozpocząć w życiu nowy etap. Musiała zalewać go litrami alkoholu, dławić jego nigdy niemilknące usta, zatruwać go dymem dziesiątek wypalanych jeden za drugim papierosów. Mogłaby też iść na otaczające Zaułek hałdy magicznego śmiecia, dać się zabić jego przeklętej mocy, ale najpierw musiałaby się przyznać do wszystkiego przed samą sobą. Podsumować to wszystko i podpisać rachunek własną krwią.
Tak naprawdę nie chodziło o Hoba, nie tylko o niego. Chodziło o zakradające się do głowy cienie, gdy tylko ta odrobinę się przejaśniała. Nie chciała poznawać się z nimi, nie chciała ich badać, nie chciała mieć z nimi najmniejszej styczności, a jednak napierały na nią, zatapiając płuca i klejąc się do wnętrzności niczym lepki syrop. Dusiła się. A alkohol coraz mniej ją przed tym chronił.
Czasem myślała, że może by pójść do Hoba i znów skamleć żałośnie o jego uwagę, a wtedy przypominała sobie, że to właśnie on nie żyje, że to przez niego upija się jak ostatnia szmata. Po Hobie pozostała dziura, rana zamiast mięsem wykrwawiająca się resztkami wzniesionej tamy i teraz ciemna gęsta masa zalewała ją, paraliżując.
A przecież taka była dumna – Hena Urettel, nekromantka i konstruktorka w jednym, czempionka urządzanych w Zaułku turniejów, rozchwytywana przez klientów, zawsze najlepsza, zawsze jeden krok przed pozostałymi.
Kiedyś. Tysiąc lat przed tym wszystkim.
Spojrzenia omijały ją. A przecież goście Zaułka to byli wyłącznie stali bywalcy, jej mentorzy i uczniowie, jej przyjaciele od złych i dobrych dni. Przestała pasować do ostatniego miejsca, na którym jej jeszcze zależało – do parających się magią mętów.
Przychodzili tu obwieszeni zaklęciami jak biżuterią, w większości niewidoczną nawet dla ich własnego oka. W większości ubodzy, w większości fascynaci, w większości wyrzutki. Prawie jak bohema, zakładając, że mogłaby istnieć bohema równie ponura i bezbarwna, pełna zużytych przez życie uczonych. Ich blade twarze śmiechem przykrywały troskę, głód i niewyspanie.
Pasowali do tego miejsca. Zaułek był niczym innym jak jamą wydrążoną w ziemi, w której za meble służyło przeważnie to, co dało się znaleźć wokół, a więc resztki konstruktów i innych maszyn, przeważnie kawałki blachy spojone cudem. Rolę lamp wypełniały zaś stłuczone rdzenie, pozbawione osłon lśniły słabiutkim mdłym blaskiem, który ledwie sobie radził z nigdy niewietrzejącym dymem znad cygar i papierosów.
Dziś było tłoczno, bardzo tłoczno. A nastroje jakieś gorętsze niż zwykle. Essai pochylona nisko nad stołem wzywała otaczający ją tłumek do rewolucji, do obalenia klasy rządzącej i jej monopolu na magię, który wygonił ich w to, niegodne znawców sztuki, miejsce.
– Pomyślcie, ludzie mają już dosyć. W stolicy od tygodnia milicja tłumi strajki, a prasa milczy, bo jej każą milczeć. A Medivarius – starała się nie patrzeć w stronę Heny, ale ich spojrzenia i tak spotkały się na chwilę – nie ma szans, nie z robotnikami przeciwko armii i jej golemom. Ale gdybyśmy wsparli rewolucję jako wspólny front – pięścią uderzyła w otwartą dłoń – byliby zmiażdżeni. Szara strefa jest w Tevirze i Ladannie silniejsza niż konstruktorzy Akademii.
– Liczniejsza – poprawił ją smętnie sączący piwo były dziekan wydziału magii parowej – i co z tego? Jesteśmy do niczego.
– Nie bylibyśmy do niczego, gdyby wam było tak blisko do roboty jak do chlania – zauważyła jakaś kobieta.
– A co nam zostało? – spytał były dziekan.
– To nam zostało – przerwała spór Essai – że powinniśmy się lepiej zorganizować.
– Pff! To my w ogóle jesteśmy jakoś zorganizowani?
Temat jednak bardzo krótko pozostał przy rewolucji jako takiej. Natychmiast rozgorzała kłótnia, która z grup – konstruktorzy czy nekromanci – miałaby być siłą napędową tejże. Rzekoma przewaga jednej sztuki nad drugą była w Zaułku stałym punktem zapalnym i choć dzisiaj przewagę liczebną mieli akurat nekromanci, konstruktorzy krzyczeli znacznie głośniej. Pojawił się nawet argument, że nie przesądy doprowadziły do delegalizacji nekromancji, ale jej przestarzałość będąca przyczyną marnotrawstwa czasu i zasobów.
Nie doszło na szczęście – prawie nigdy nie dochodziło – do bójki. Adepci sztuk magicznych, nawet sfrustrowani i wynędzniali, stosunkowo rzadko dawali komuś po mordzie.
– Jutro turniej, zobaczymy. – Potężny głos Starego Snara przebił się ponad pozostałymi. – Robicie zator.
Turniej? Jutro? Hena przeliczyła dni i nic jej się nie zgadzało. Turniej odbywał się na początku jesieni. Kiedy zmarł Hob?
Dawno, uświadomiła sobie. Wiele tygodni temu.
Jeśli turniej faktycznie rozpoczynał się już jutro, i tłum, i emocje były zrozumiałe. Na tevirskim wysypisku pojawić się miało przynajmniej dwa razy tyle osób co normalnie, a przecież poza Zaułkiem nie było tu nic interesującego. Chyba, że ktoś wolał odwiedzać łóżka mieszkańców Cytadeli. No albo zbierać magiczny złom, ale tego Hena nie zaliczyłaby do rozrywek. Nie kiedy było tak mokro i ślisko jak ostatnio.
Czemu nikt jej nie spytał, czy będzie brała udział w turnieju? Zdążyła zaprojektować konstrukta na ten rok – gdyby się nie zagapiła, dałaby radę. Może nawet wygrałaby jak w zeszłym roku.
Czemu byli dla niej tak okropni? Znała ich przecież niemal wszystkich, przynajmniej z widzenia. W końcu, ile osób może być wtajemniczonych w istnienie takiego lokalu, żeby jednocześnie nie został odkryty? Wiedzieli doskonale, że Hob zastępował jej rodzinę, a patrzyli na nią z taką pogardą, jakby opłakiwała śmierć zaległej w łóżku pluskwy. Pewnie cieszyło ich, że się „nareszcie” zapił. „Stary pijak” powtarzali za jego plecami, by zaraz plotkować o tym, jak przed trzydziestoma laty, jako cesarski żołnierz, krwawo tłumił robotnicze powstanie. Nikt nie pamiętał, że pobór był przymusowy.
– Mendy – mruknęła. Chciała krzyczeć, ale zawiodło ją gardło.
W dodatku przyszedł zaraz Stary Snar i zaczął wmuszać w nią zupę, jakby była dzieckiem. Jeszcze podobno na koszt firmy, dla najlepszej klientki. Ale nagród nie powinno się chyba wręczać na siłę, wygłaszając truizmy. Szczęśliwie także on nie wytrzymywał z nią teraz więcej niż kilka minut.
Ale Snar był akurat uprzejmy dla Hoba do końca jego dni, nawet kiedy czasem odmawiał mu dolewki. Nie to, co inni... Alkohol dodawał jej odwagi i podsycał gniew. Wiedziała, jak się rzuca klątwy i była dostatecznie cierpliwa, ażeby przekląć każdego po kolei. Albo mogłaby rozszarpać wątki, w które spleciony był cud na ich konstruktach – rozpadłyby się zanim by zauważyli. Tylko nie mogła się skupić. Myśli pływały w różne strony, a ona nie mogła ich w żaden sposób uporządkować.
Kiedy jej wzrok padł na zdemontowany nekromantyczny konstrukt, którego części walały się teraz po jednym ze stołów, momentalnie zapomniała, o co i do kogo ma pretensje. Nie chodziło o to, że konstrukt był tak niesamowity. Przeciwnie, grzebiąca przy nim dziewczyna musiała się jeszcze wiele nauczyć.
Połączone z pomocą nekromantycznych wątków szczątki mogłyby uchodzić za rzeźnicze odpadki, pod warunkiem, że należałyby do bardzo ubogiego rzeźnika, który ponad świnie i krowy preferował szczury i żaby. Ich faktyczna właścicielka była Henie obca, pewnie przyjechała na turniej, ale nekromantka-konstruktorka bynajmniej nie wróżyła jej zwycięstwa. Dziewczyna musiała dwa razy nakreślić wątek łączący przednią kończynę z tułowiem, nim ta zaczęła wrastać w odpowiednie miejsce. Na dodatek, choć stworzona z pomocą cudu, nekromantyczna tkanka wydawała się gruba i mocna, w rzeczywistości była tylko wypadkową komórek, jakiej nigdy nie wytworzyłby żywy organizm.
Nic dziwnego. Hena w życiu nie zabrałaby się za naprawę w takich warunkach. Porządny konstrukt wymagał czasu. I precyzji – powolnego składania ze sobą wszystkich elementów, nadzorowania rosnących tkanek centymetr po centymetrze.
W zasadzie im dłużej Hena się przyglądała, tym większą miała pewność, że nekromantyczny konstrukt rozpadnie się przy pierwszym starciu – albo i wcześniej, przy pierwszej lepszej okazji. Dlaczego inni tego nie widzieli? Wystarczyło wczuć się w drgnięcia magii, szarpane i gwałtowne jak oddech zdychającego zwierzęcia.
Może dlatego, że zbyt wielu oceniało nekromantyczne twory tak jak zwykłe konstrukty – kawał solidnej blachy nie rozpadnie się na pół. A przecież obie sztuki w niczym się wzajemnie nie przypominały. Przynajmniej nie powinny, bo tak długo jak nekromanci próbowali upodobnić się do konstruktorów, tak długo musieli ponosić porażki. Hena nie przypominała sobie, by turniej w Zaułku wygrał jakikolwiek nekromanta poza nią, a ona akurat łączyła obydwie dziedziny.
Krążący w żyłach alkohol podpowiedział Henie, że powinna z tą dziewczyną, właścicielką konstrukta, porozmawiać. Musiała tylko wpierw sprostać wyzwaniu przeciśnięcia się przez zatłoczoną izbę, co w jej stanie nie należało do najłatwiejszych. Niestety sprostała.
– Pierwszy raz w Za-uł-ku? – spytała, przysiadając się.
Zagadnięta podniosła głowę. Cholera, brzydka jest, pomyślała Hena i mały włos, a wypaliłaby to głośno. Dziewczyna miała twarz okrągłą jak u świni, a do tego krzywy, nieproporcjonalnie duży nos, popękane usta i paskudną cerę.
– Drugi – odparła. – Rozmawiałyśmy kiedyś.
Przynajmniej nie wydawała się mieć pretensji, że Hena jej nie poznaje. W zeszłym roku, po spektakularnym zwycięstwie, rozmawiała z całą masą różnych ludzi. A większość wydawała się znacznie ciekawsza.
– A nazywasz się?
Znajoma-nieznajoma musiała się właśnie zorientować, jak wiele Hena zdążyła już wypić, bo jej zmarszczone oblicze zdradziło, że chętnie skończyłaby tę rozmowę najszybciej jak to tylko możliwe.
– Erra.
Erra, Erra... Nieważne, to nie była historia miłosna, żeby dochodzić, jak się zaczęła. Może Hena poszłaby do łóżka z kimś tak brzydkim, ale na pewno nie z kimś, kto buduje tak słabe konstrukty.
– Więc, Er-ro – wskazała leżącego bezwładnie konstrukta – to się rozpierdoli.
Cholera, wcale nie to chciała powiedzieć. Chciała być, no przecież, delikatna, tylko słabo jej szło układanie słów. Erra wyglądała teraz jak skarcone szczenię, spuściła głowę, a z oczu chyba poleciały jej łzy – spływały prosto na konstrukta. Henie aż się zrobiło żal i chciała ją nawet pocieszyć, tylko nie bardzo wiedziała, jak to się robi.
– Ej no, chciałam powiedzieć, że...
Chciała jej wytłumaczyć, że przy kreśleniu wątków ważne jest natężenie użytej mocy, że runę teph powinno się zaczynać od najmniejszego, do połowy maksymalnego, a przy kolejnych runach, już tych po stronie tułowia, powinno się zaczynać właśnie od połowy i dalej nie zmniejszać natężenia aż do końca nastroju. W taki sposób, aby serce konstrukta, nastrój eplethu łączący wszystkie pozostałe, miał w sobie maksymalne stężenie cudu. Wtedy konstrukt jest o wiele bardziej stabilny. Nawet jeśli zrobi się to mało dokładnie, bo w niedoświadczonych rękach zazwyczaj wychodzi mało dokładnie.
Tak, to właśnie chciała powiedzieć. Tylko jakoś jej nie szło.
– Heno, daj jej spokój. – Czyjeś męskie dłonie wylądowały na ramionach nekromantki-konstruktorki. – Zignoruj ją, ma trudny czas.
Trudny czas? Bardzo trudny, nie mogła się wysłowić! Chyba, że... Hena znów przypomniała sobie o śmierci Hoba. Musiał jej przypominać? Wszyscy powtarzali, że żałobę trzeba przejść, ale Hena wcale nie miała ochoty niczego przechodzić. Chciała trwać gdzieś obok. Wyjść ze strumienia pędzących za sobą dni i przycupnąć na brzegu.
Nari – bo to był Nari, przecież nie mogłaby go z nikim pomylić – odprowadził ją do jej mieszkania w Cytadeli, sieci jakże nieefektownych korytarzy opatrzonych jakże efektowną nazwą. Kiedy kładł ją do łóżka, pociągnęła go za sobą i przytuliła. Był miękki i pachniał świeżym praniem, zupełnie inaczej niż jej cuchnąca papierosowym dymem pościel.
– Boję się – powiedziała mu.
Naprawdę się bała, nie wiedziała tylko czego. Pod wpływem impulsu spytała, czy ma opium, bo zazwyczaj miał, nawet jeśli akurat obiecywał sobie nie palić więcej. Z jego pomocą odpływało się o wiele dalej niż po alkoholu, a opary nie były wcale gorzkie – dlatego reszta nocy zatonęła wśród dymu.

II
Nared obudził się nagi w cudzym łóżku. Nie była to rzecz, która zdarzyła mu się po raz pierwszy, ale po raz pierwszy nie pamiętał, kto jest tego łóżka właścicielem, a ponadto żywił głębokie przekonanie, że gdyby nie opium i alkohol, nigdy by się w nim nie znalazł. Łóżko było wilgotne od potu, śmierdziało papierosowym dymem, a mieściło się w jakiejś ciemnej i dusznej norze, w której ledwie dało się złapać powietrze. Najchętniej wybiegłby stamtąd, ale był na to zbyt skołowany.
Poczuł, że uderzył o dno, a dno okazało się znajome i wygodne jak fotel, w którym siaduje się codziennie od lat. W zasadzie, gdyby nie widok błękitnego skrawka nieba ponad ścianami urwiska, mógłby na tym dnie zostać.
Cholera.
Gdy myśli nabrały rozbiegu, przypomniał sobie wreszcie gdzie jest. U Heny, która spała teraz zaledwie na wyciągnięcie ręki od niego, spokojna, niespodziewająca się jeszcze okropnego kaca, z jakim przyjdzie jej się mierzyć po przebudzeniu. Nared pomyślał, że powinien zabrać stąd resztki alkoholu, zanim przyjaciółka się obudzi, może nawet zamknąć ją tutaj i oddać klucz Felisie, żeby potrzymała ją tu parę godzin – aż wytrzeźwieje, uspokoi się. Inaczej czekał ją marsz śladem Hoba.
Znali się z Heną od lat i to było w tym najgorsze. Inaczej uznałby po prostu, że każdemu się zdarza i wymazał ten poranek z pamięci. Ale Hena... Poznali się w trakcie studiów na Cesarskiej Akademii Konstruktorów. Jako jedni z nielicznych nie pochodzili z zamożnych, konstruktorskich rodzin – ona studiowała dzięki stypendium wojskowemu dla najzdolniejszych, on wolał się zadłużyć na grube tysiące niż później odbywać służbę. Obydwoje mieli podobne problemy i podobną ambicję – nic dziwnego, że znaleźli wspólny język.
Wciągając spodnie, Nared czuł zażenowanie samym sobą. Nigdy nie przyznałby się Henie, że była jego księżniczką – zwyczajną dla wszystkich, a dla niego najpiękniejszą, najmądrzejszą i najbardziej uroczą istotą pod słońcem. Rozmawiając z nią gubił się we własnych myślach, jak na zakochanego głupca przystało. A ona, jak z kolei przystało na księżniczkę, wydawała się najbardziej niedostępną ze wszystkich kobiet.
Co się z nimi stało od tamtego czasu? Wyobrażał sobie delikatne pocałunki przy świetle księżyca, a skończył z nią w tym chlewie po ordynarnej, pełnej pijaństwa nocy.
Co się stało, Heno?
Usiadł na skraju łóżka, chowając twarz w dłoniach. Pamiętał, że rano musi się pojawić w pracy, w Akademii, ale pod ziemią nie widać było słońca, a on bał się spojrzeć na zegarek. Bo gdyby się okazało, że już pora, musiałby się wyrwać z tego odrętwienia, pogonić natrętne myśli i ruszyć ku zwyczajności, w której nikt nie wiedział, co zaszło tej nocy.
Ostatecznie przekonało go to, że Hena w końcu się obudzi i będzie musiał spojrzeć jej w oczy. Podniósł leżącą na ziemi koszulę. Wieczorem była jeszcze czysta, ale teraz stanowczo nie nadawała się na wizytę w Akademii – zupełnie jak on sam. Musiało cuchnąć od niego alkoholem, a jeszcze miał wrażenie, że poci się jak samowar.
Co mu strzeliło do głowy, że postanowił pić razem z Heną? Nie mógł sobie przypomnieć tamtego momentu. Przecież powinien próbować namówić ją do trzeźwości... Sam też nie zamierzał wczoraj pić. Miał tylko zostawić w Zaułku wiadomość.
Kiedy wyszedł na korytarz, to oczywiście Felisa przyłapała go wychodzącego z mieszkania Heny. Spojrzała na niego znacząco. Nie należała do plotkar, więc pewnie wystarczyło tylko prosić, a jednak Nared nie potrafił się przemóc i otworzyć ust. Nie miał siły nawet myśleć o tym. Zanim zdążył zebrać się w sobie, Felisę zdążył pochłonąć przerywany magicznym światłem półmrok Cytadeli.
Na zewnątrz pogoda była okropna – ciemno jak w nocy, mokro jak po ulewie. Jesień w tym roku postanowiła nie zwlekać z uczynieniem Teviru paskudną błotnistą breją. Jak co roku na czas zawodów wokół Zaułka rozstawiono namioty, jednak aura wybitnie takim rozwiązaniom nie sprzyjała. Część musiała zostać zalana przez noc, bo Nared wszędzie widział suszące się szmaty. Ich właściciele kulili się teraz przy ogniskach, prowadząc dyskusję złożoną głównie z niewyraźnych pomruków.
Przez moment Nared miał ochotę podejść do nich i ogrzać się przy ogniu, ale zrezygnował. Strata czasu. Szybkim krokiem ruszył ku ścieżce prowadzącej do granic wysypiska. Tu, z dala od Zaułka teren nie był już tak przyjazny i swojski. Hałdy konstruktorskich odpadów rozpalały się pod każdym jego krokiem, grożąc wyładowaniem. Wielu już zginęło w ten sposób, co najmniej kilka osób w roku. Nared mijał co jakiś czas osmalone ślady.
No tak, eksplozje przynajmniej zostawiały ślady. Tych, których magia wysypiska wciągnęła pod powierzchnię nigdy nawet nie znajdowano.
Nared wiedział, że śmierć rzadko zdarza się na oznaczonych ścieżkach, zwłaszcza tym w miarę trzeźwym, jednak mur okalający wysypisko przeskakiwał z szybciej bijącym sercem.
Za murem leżało wysypisko zupełnie innego rodzaju – Doły były dzielnicą, w której lądowały niepotrzebne części miasta. Walące się domy czynszowe, cuchnące moczem zaułki, kwartały błotnych kałuż udających ulice. Tu także odbywał się recykling, ale nie magii, tylko ludzi. Robotnicy wyrywali się stąd, zużywali na usługach silniejszych i wracali, aby znów czekać, aż ktoś będzie ich potrzebował, pozwalając im na kolejny krótki żywot między umieraniem. A cały ten spektakl rozgrywał się w powietrzu napływającym znad fabryk, szarym od pyłu i sadzy, przyklejającym się do człowieka prawie tak dobrze jak nędza.
Sam Nared mieszkał kawałek dalej, w Czystce usiłującej zerwać ze złą sławą Dołów i przyrosnąć do znacznie schludniejszego Neehat pełnego rzemieślniczych warsztatów, niewielkich sklepików i ludzi udających, że są skądinąd.
Jego kamienica była w tym wszystkim jak wrzód na z trudem leczonej tkance. Miała swoje lata i wcale się z nimi nie kryła – co i rusz stara rynna, gzyms, dachówka czy inny złom spadały pod nogi lub prosto na głowy przechodniów. Niewiele się też różniła od sąsiadek z Dołów – goła cegła, żadnych ozdób, okna w różnych rozmiarach. Na dodatek Nared miał dla przykładu od frontu dwa okna, podczas gdy jego sąsiad z piętra niżej tylko jedno.
Gdy się tu wprowadzał, bał się, że budynek zostanie wkrótce zburzony, jednak ktokolwiek chciałby o tym wspomnieć, musiałby najpierw przekrzyczeć głośne protesty pani Gerogh, właścicielki domu. A Nared nie poznał jeszcze nikogo, kto potrafiłby przekrzyczeć panią Gerogh. Na pewno nie potrafił tego pan Tarbanden, zarządca dzielnicy i jej daleki kuzyn ze strony matki.
Tego dnia główne wejście stało jak zwykle otwarte. Zamek zaciął się jeszcze zanim Nared zdążył się tu wprowadzić i od tamtego czasu nikt nie postanowił go naprawić. Przynajmniej dzięki temu wiatr wyganiał z wnętrza przynajmniej część stęchlizny – i bez tego drewniane schody wydawały się porastać mchem. Gdy Nared wspinał się po nich, nieustannie atakowały go wyobrażenia przegniłej konstrukcji, która zarywa się, zabierając go ze sobą w dół.
Stuk, stuk, stuk – powtarzało echo i w tym samym rytmie stukał kac w jego głowie.
Zdyszany i spocony stanął pod drzwiami mieszkania. Drżącymi rękami sięgnął do kieszeni po klucze, gorączkowo przypominając sobie wszystkie okazje, w których mógł je zagubić. Znalazł na szczęście, ale zanim zdążył wepchnąć je do zamka, drzwi otworzyły się same.
– Czemu nie pukasz? – spytał Ramel, jego młodszy brat.
Wyglądał, jakby dopiero wstał, a wcześniej spał w ubraniu – zwykle tak robił, gdy Nared go nie pilnował, a pilnował rzadko. Włosy miał w nieładzie, koszulę wygniecioną i do połowy rozpiętą, spodnie... One akurat wyglądały, jakby nurkował w śmietniku, a nie jakby w nich spał, ale dopełniały nędznego obrazu całości. Nared pomyślał z żalem, że obaj byli w tym momencie siebie warci. I dobrze komponowali się z ogólną nędzą kamienicy.
– Myślałem, że wyszedłeś – burknął Nared, ale tak naprawdę nic nie myślał. Po prostu zapominał czasem o bracie, z którym od prawie dwóch lat mieszkał pod jednym dachem.
Przepchnął się między Ramelem a framugą, z ulgą rejestrując, że przynajmniej w mieszkaniu jest czysto. Może i podłogi były dawno niemyte, dywany nietrzepane, a zasłony nieprane, ale mimo wszystko Ramel wykazywał dość nietypową jak na chłopca w jego wieku – jak na chłopca w ogóle – potrzebę sprzątania. Układał rzeczy niemal kompulsywnie i chociaż Nared był nareszcie w stanie znaleźć cokolwiek we własnym mieszkaniu, trochę się niepokoił.
Będą uważać go za zniewieściałego, pomyślał, otwierając szafę w poszukiwaniu czystego ubrania. Tam również panował porządek. Żaden kąt się nie uchował.
– Piłeś – stwierdził Ramel, stając w wejściu do sypialni. Splótł ręce na piersi, zupełnie jak żona robiąca mężowi awanturę.
Wytrącił Nareda z rytmu, nekromanta pogubił się w guzikach właśnie zapinanej koszuli. Aż tak to widać? Trochę nim zarzucało, ale bez przesady. To pewnie zapach. Cholera jasna, nie miał czasu na kąpiel.
– Co masz na czole?
Miał coś na czole? Spojrzał w lustro. Jakieś zadrapanie czy cholera wie co. Jakby przy goleniu naprawdę mocno nie trafił w cel.
– Nie wiem. Nie pamiętam – powiedział z całą szczerością, a i tak czuł się, jakby Ramela okłamywał. Młody świdrował go oczami.
„Piłeś” – wyrzucał mu Ramel, ale była w tym również jakaś ulga. Tylko piłeś – nie wrócisz jak kiedyś, z posiniałym ciałem, z czerwonymi rękawami koszuli i dzikim spojrzeniem.
To było dawno, bardzo dawno – miał ochotę odpowiedzieć Nared, ale wcale nie było tak dawno. Zwyczajnie postarał się, żeby wspomnienie wyblakło. Tak jak wyblaknie wspomnienie Heny, które teraz Ramel zdawał się zdzierać oczami z jego nagiej skóry.
– Jak wyglądam? – spytał Nared, poprawiając rękaw surduta i dopinając pominięty guzik kamizelki.
– Jak ty, tylko udający, że nie jesteś tobą.
Czyli nie za dobrze. Nared skrzywił się. Potłukł lustro w zeszłym tygodniu i nie miał czasu kupić nowego. Pewnie przydałoby się znaleźć grzebień... Jak zawsze czekał na stoliku nocnym, ułożony równolegle do zegara.
– Kiedy wrócisz?
Nared bez trudu wychwycił drugie dno tego pytania – czy w ogóle wrócisz?
– Pewnie wieczorem – odparł wymijająco. Od dłuższego czasu jego dni to była jedna wielka wypadkowa. – Nie idziesz do Zaułka na turniej?
Ramel zdążył już uciec do sąsiedniego pokoju i chyba nie zamierzał odpowiadać. Nared poczuł się źle z ta jego ciszą, więc choć wskazówki zegarka goniły go nieustannie, postanowił zajrzeć jeszcze do brata. Ramel siedział w salonie na co dzień służącym Naredowi za warsztat – wszędzie walały się tu śruby, przekładnie i resztki lśniącego cudu, a pod ścianą czekała na wpół ukończona machina. Teraz doszły do tego jeszcze zwierzęce szczątki na stole, większość na tyle pokiereszowana, że z trudem można było rozpoznać gatunek. Ramel dłubał nożem w jakiejś myszy, rozkrawając ją na coraz mniejsze kawałeczki.
– Starałem się brać jak największe kawałki, ale trudno znaleźć takie, które nadają się do ożywiania – wyjaśnił tonem usprawiedliwienia, gdy zdał sobie sprawę, że Nared obserwuje jego pracę.
Nared wiedział, że nauczenie brata nekromancji to głupi pomysł, zły na wszelkie możliwe sposoby, a jednak chłopak miał ewidentnie talent i nudził się spędzając całe dnie sam w domu.
– Jesteś przygotowany na turniej?
Ramel wzruszył ramionami. Nared nauczył się już, że milczenie zazwyczaj oznacza u brata nerwy, a naciskanie jedynie prowokuje go do ucieczki.
– Idziesz dziś do panny Maren? – spróbował zamiast tego.
Mieszkańcy Teviru nie należeli do pruderyjnych, ale cesarskie prawo owszem. Powszechnie odmawiano nieślubnym dzieciom praw i jak długo Nareda nie było stać na łapówkę, która mogłaby zapewnić bratu dokumenty, tak długo nie mógł wysłać go do szkoły. Nauka u panny Maren pozostawała jak na razie jedynym rozwiązaniem.
– Jest chora. Już drugi tydzień. Mówiłem ci.
No tak, mówił. Nared o wszystkim ostatnio zapominał.
– Ramel ja... Będę dzisiaj. Obiecuję.
Chłopak skinął głową, a jednak wydawał się nieprzekonany. Nared go nie winił – sam by sobie nie uwierzył. A jednak dzisiaj czekał go tylko dzień pracy pod czujnym okiem Redaiena, nic więcej.
Właśnie, Redaien. Nared spojrzał na zegarek – zostało mu pięć minut i ani cienia szansy, że będzie o czasie. Mimo to zbiegł po schodach, niemal unosząc się nad stopniami i mając nadzieję zmieścić się przy najmniej na bezpiecznym marginesie.

III
Bryła Cesarskiej Akademii Konstruktorów sama przypominała Koemowi konstrukta – wielkiego, ciężkiego i niezgrabnego. Niewyspany i zziębnięty wysiadł z dorożki prosto w kałużę, by stanąć przed potężnym gmachem górującym nad miastem jak forteca i tak samo, jak na jego skromne możliwości, trudnym do zdobycia. Od wejścia dzieliło go kilkadziesiąt stromych stopni, a wspomaga magią winda parowa pozostawała do wyłącznej dyspozycji pracowników i studentów Akademii. On zaś, przynajmniej na razie, nie zaliczał się do żadnej z tych grup.
Ale dzięki wspinaczce miał przynajmniej czemu przypisać swoje miękkie nogi i galopujące serce. Bo tak naprawdę czuł się jak oszust przed latami planowanym skokiem. Jego gra opierała się dotąd na niedomówieniach i robieniu dobrego wrażenia na laikach – a konstruktorzy nie byli laikami. Jedno słowo za dużo, a zaczną być podejrzliwi. Dwa słowa za dużo, a zrozumieją, w jaki sposób doszedł do swoich odkryć.
Koem spojrzał ponuro na dwa stojące przed wejściem golemy – ich zakończone szponami dłonie nie służyły raczej do pomocy w magazynach. Obserwował kiedyś, jak kilka takich rozgoniło robotniczą demonstrację. A w zasadzie jeden. Wystarczyło nabić przypadkowego wywrotowca na jedno z tych ostrzy, a reszta straciła zapał do walki.
Przechodząc między golemami, Koem minął je z największej możliwej odległości.
Wnętrze Akademii miało w sobie coś przytłaczającego. I nie chodziło o nadmierną wystawność. Nie, władze Akademii nie pokusiły się o nic więcej poza spoglądającymi z góry obliczami zasłużonych, a marmury dawno już nie robiły na Koemie wrażenia. Chodziło o ciężar unoszący się w samym powietrzu. Ale też nie ciężar tradycji, jaki czuł w bibliotece Uniwersytetu Alhambrii – ciężar powagi. I dumy z powierzonego zadania. Koem czuł się nim przygnieciony nie mniej niż podczas pierwszej wizyty w cesarskim pałacu.
Stojący za kontuarem portier, nieco już wysuszony wiekiem dżentelmen w okularach, wzrok też miał nie lżejszy od cesarskich ministrów. Na widok Koema odchrząknął głośno.
– Proszę podejść – zakomenderował.
Koem posłusznie wykonał polecenie, myślami wciąż będąc przy miniętych w wejściu monstrach. Kto nimi sterował? Nie widział w pobliżu żadnego konstruktora. Chyba, że portier nie był jedynie zwykłym portierem...
Nie. Te lodowate błękitne oczy mogłyby posyłać ludzi na śmierć, ale przecież żadnemu konstruktorowi nie kazano by wykonywać tak pośledniej pracy. Fantazja go ponosiła.
– Pan wie, że tu nie wolno wchodzić?
Obcym – tego staruszek nie dodał, ale informował o tym każdy napięty mięsień jego twarzy. Oby naprawdę nie był konstruktorem
– Nazywam się Koem Gariet. Byłem umówiony z profesorem Redaienem.
Staruszek rzucił mu pełne niedowierzania spojrzenie znad okularów i Koem poczuł się jak mały chłopiec przysięgający, że to nie on zjadł wszystkie cukierki.
– Kto by pomyślał?
Koem wolał się nie przekonywać, jak to jest z tymi Golemami. Sięgnął do kieszeni po kopertę z pieczęcią arcyksięcia Elika i pokazał ją mężczyźnie. To wywarło niejakie wrażenie. Z pewnością nie dlatego, że rzadko zdarzali się tu protegowani arcyksiążat, a raczej dlatego, że Wielita, którą władał Elik, położona była na drugim końcu cesarstwa.
– Profesor Redaien powinien być w swoim gabinecie, w katedrze magii eksperymentalnej. To trzeci poziom piwnic. Zaprowadzić pana?
– Nie, dziękuję, sam znajdę drogę – odparł Koem zdecydowanie zbyt szybko. – Nie chciałbym pana kłopotać – dodał z przepraszającym uśmiechem.
Zanim jednak Koem ruszył w drogę, portier musiał wpisać jego nazwisko do olbrzymiego rejestru i wyposażyć go w oficjalną zgodę na przebywanie w murach Akademii. Dopiero wtedy mógł ruszyć ku schodom. Co ciekawe, faktycznie mieli tu trzeci poziom piwnic. Koem trochę się obawiał, że to tylko wymysł na potrzeby nieproszonych gości.
Swoją drogą, ciekawe, jak bardzo trzeba kogoś nie lubić, żeby umieścić jego gabinet na trzecim poziomie piwnic. Arcyksiąże Elik zapewniał wprawdzie, że profesor Redaien jest w Tevirze poważanym autorytetem, ale Koem zaczynał mieć co do tego wątpliwości. Zwłaszcza, gdy natknął się na jednego ze współpracowników profesora.
Nie mógł być studentem, bo idąca przed Koemem młoda dama nie odpowiedziałaby na jego powitanie poważnym „Dzień dobry, panie Abaloth”, a na profesora był zdecydowanie za młody. Najchętniej Koem powiedziałby też, że zbyt skacowany, ale światowe obycie zdążyło pozbawić go złudzeń. W zasadzie, gdyby nie eleganckie ubranie, Abaloth wyglądałby jak kloszard. Brudne i potargane włosy, przekrwione oczy, zarośnięte policzki. Może był nie tyle już skacowany, ale jeszcze nie do końca trzeźwy, skoro postanowił w takim stanie przyjść do pracy. Zapukał do drzwi gabinetu Redaiena, a gdy odpowiedziało mu głośne „Wejść!”, uchylił je na oścież i złożył ukłon głęboki jak przed cesarzem.
– Nared Abaloth – usłyszał Koem. Słowa opadały ciężko jak stalowe sztaby, a w ślad za nimi poleciał w adiunkta opasły tomik, przed którym cel ledwie zdążył się uchylić. – Pan jest pijak, łachmaniarz i wałkoń! – W ślad za książką poleciał kubek. Abaloth złapał go tuż nad podłoga. Jak na skacowanego miał naprawdę dobry refleks. – Niech się pan weźmie do pracy i proszę mi się na oczy nie pokazywać!
Koemowi przyszło do głowy, że jeśli to był profesor Redaien, to też umieściłby go na trzecim poziomie piwnic. Adiunkt, ukłoniwszy się raz jeszcze, odmaszerował posłusznie, a raczej odbiegł – odprowadzany przekleństwami, których Koem nie odważyłby się powtórzyć.
Nim zapukał do drzwi, odczekał dłuższą chwilę, mając nadzieję, że gniew Redaiena zdąży nieco ostygnąć.
– Na twoim miejscu bym tu nie wracał, Abaloth!
Koem nie widział innej opcji jak wejść, jednocześnie przygotowując się na unik. Wątpił jednak, czy nawet na trzeźwo da radę dorównać refleksem Abalothowi.
Redaien siedział za biurkiem i kreślił pospieszne notatki. Był mężczyzną w sile wieku. Wysokim i postawnym, w eleganckiej ciemnozielonej kamizelce, o szlachetnych rysach podkreślonych przez starannie wypielęgnowaną brodę. Tak przystojnym, że gdyby Koem był kobietą, specjalnie mdlałby, żeby trafić w jego ramiona.
– Słucham? – rzucił oschle.
– Koem Gariet. Zapowiadałem się.
Tym razem miał wrażenie, że tłumaczy się nie z cukierków, ale z popełnionego w sposób nader brutalny morderstwa. Redaien zlustrował go od stóp do głów.
– Z pana jest młokos – stwierdził.
Na takie dictum Koem nie bardzo umiał odpowiedzieć.
– Ymm?
– Oczekiwałem kogoś starszego, kogoś z doświadczeniem, z wiedzą. Kogoś, kto tych alchemików niemalże pamięta. A pan... – Redaien otrząsnął się z niesmakiem. – Pan się nie nadaje.
Żeby pamiętać czasy funkcjonowania w Tevirze Gildii Alchemików, Koem musiałby mieć na karku przynajmniej trzysta lat. Cóż, arcyksiąże Elik wspominał, że Redaien bywa wymagający, więc może nie powinien się dziwić.
– Och.
– Proszę zamknąć drzwi i siadać.
Profesor machnął niecierpliwie ręką, wskazując mu fotel po drugiej stronie biurka.
Wchodząc do środka, Koem musiał sobie nieustannie przypominać, że miał sprawiać wrażenie pewnego siebie – wszelka odwaga rozbijała się o niewzruszone oblicze Redaiena jak statki na morskich skałach. A i otoczenie nie pomagało. Wnętrze gabinetu profesora przypominało wnętrze konstrukta – żadnego drewna, tylko dziwaczne metalowe ustrojstwa, które zdawały się móc w każdej chwili poruszyć. Wydawało się Koemowi dotąd, że półki nie potrzebują przekładni, podnośników ani dźwigni, ale najwyraźniej te w gabinecie profesora potrzebowały.
– Więc? – spytał Redaien, gdy tylko Koem zajął miejsce. Jego palce niecierpliwie zabębniły o biurko. – Co pan ma?
Koem sięgnął do walizki, by wyciągnąć z niej gruby plik papierów. Wszystko to były zbierane latami alchemiczne schematy i receptury oraz wszelkie, nawet najmniejsze, wzmianki na temat ich używania. Nie wydawało się to może dużym osiągnięciem, ale praca była w istocie tytaniczna. Inkwizycja wykazała się swego czasu nadzwyczajną gorliwością przy wymazywaniu tej sztuki i w porównaniu do niej wciąż zakazana wiedza nekromantów wydawała się wręcz powszechna.
Redaien wyrwał mu pierwszą kartkę z brzegu i szybko przebiegł wzrokiem po tekście. Skrzywił się niezadowolony.
– Proszę pana, ja nie mam pojęcia o symbolach alchemicznych i nie mam też dzisiaj ochoty na długą lekturę. Pisemne spostrzeżenia mógł mi pan wysłać pocztą, teraz niech pan mówi.
Koem bał się, że nie wydobędzie z siebie głosu, więc tylko wyciągnął list od Arcyksięcia Elika.
– Proszę nie zawracać sobie tym głowy. – Redaien nie dał sobie wręczyć listu. – Widziałem się z bratem w zeszłym tygodniu.
W nerwach Koem nie potrafił połączyć tych dwóch faktów i zaraz zdał sobie sprawę, że gapi się na profesora z na wpół otwartymi ustami.
– Arcyksiąże nie przyznał się panu, że jesteśmy spokrewnieni?
Koemowi przeszło przez myśl, że gdyby miał kogoś takiego w rodzinie, też by się do tego nie przyznawał. Arcyksiąże zawsze mówił o Redaienie jako o znajomym, nigdy o krewnym.
– Obawiam się, że nic nie wspominał.
– To mój przyrodni brat ze strony matki. Uważa mnie za kuriozum. Wyobraża sobie pan?
Koem sobie wyobrażał.
– Z wielkim entuzjazmem opowiadał mi – ciągnął dalej profesor – jaki z pana znawca. Ale – Redaien zawiesił głos, patrząc mu prosto w oczy – niech pan nie sądzi, że nie zdaję sobie sprawy, w jaki sposób naprawdę imponuje pan ludziom.
To był cios poniżej pasa. Koem czuł, jak oblewa go zimny pot. Najchętniej uderzyłby tego chama, ale wiedział, że nigdy nie zbierze się na odwagę. Nie należał do tych, którzy potrafią wywrócić stół i odejść, trzasnąwszy drzwiami.
– Swoją drogą, czy to prawda, że zajmuje się pan ogrodnictwem? – spytał Redaien tak, jakby nie zasugerował przed chwilą wszystkich najgorszych rzeczy i jednocześnie tak, jakby chciał wbić w niego kolejną szpilę. Albo nie zdawał sobie sprawy, czym jest uprzejmość, albo był skończonym skurwysynem. Koem nie potrafił rozstrzygnąć.
Samo to, jakoby Gariet zajmował się ogrodnictwem, było w zasadzie prawdą, ale prawdą z rodzaju sporych niedomówień. Po tym jak mistrz wyrzucił go z terminu, faktycznie zatrudnił się jako ogrodnik, lecz od tego czasu jego kariera uległa poważnej ewolucji.
– W pewnym sensie – odpowiedział z automatu, po raz tysięczny na to samo pytanie. Inaczej by nie mógł, wciąż zbyt był ogłuszony obcesowością Redaiena.
– I to pan ocalił ogród cesarzowej?
Właśnie tego rodzaju pytań Koem obawiał się najbardziej. Gdyby miał być z Redaienm zupełnie szczery, musiałby mu przyznać, że jest nie tylko aspirującym alchemikiem, ale również niedoszłym nekromantą. Tak bardzo niedoszłym, że w swojej edukacji zatrzymał się przy roślinach, a że jakoś musiał zarabiać na chleb, postanowił udoskonalać właśnie umiejętność przywracania nieszczęsnych ogrodów do życia.
– Yhm... Tak.
– I rozmawiał pan ze stuletnią wierzbą?
Koem zamrugał.
– Yyy, nie.
– Już miałem nadzieję, że jest pan szalony. Szaleństwo mogłoby przekonać rektora, młodość nie. – Redaien zadumał się na moment, zawieszając wzrok gdzieś ponad jego ramieniem, aż Koem się odwrócił. Nic tam oczywiście nie było. – Proszę mi powiedzieć, jak długo zajmuje się pan alchemią?
– Minął właśnie szósty rok.
Redaien prychnął. Nic dziwnego, sam zajmował się kontsruktami pewnie z połowę życia. Koem był dla niego nowicjuszem w świecie magii.
– I do czego pan doszedł? Do sterty legend? Nawet, gdyby potrafił pan ożywiać dotykiem drzewa uschłe przed stuleciem, nie przywróci nam pan alchemicznych upraw.
Tak się składa, że Koem potrafił wskrzeszać drzewa uschłe przed stuleciem, nawet takie przerobiono na meble, ale nie uznał za stosowne wspominać o tym. Zamiast tego sięgnął z powrotem do walizki, wyciągając zeń fiolkę oznaczoną błękitnym okręgiem. Odkorkował ją i nim Redaien zdążył zaprotestować, wylał zawartość na biurko.
Profesor zamarł z na wpół otwartymi ustami, gdy błękitny, delikatnie lśniący płyn przyjął kształt półkuli. Gdy zaś półkula ugięła się pod dotykiem Koema, by po ustaniu nacisku, natychmiast powrócić do pierwotnego kształtu, Redaien zdawał się nie oddychać.
– To gaemel – wyjaśnił Koem, czując jak spływa nań spokój. – Alechemicy używali go w pierwszych eksperymentach nad konstruktami. Nie potrzebuje żadnych glifów, grafów ani zaklęć, żeby utrzymać moc. Nie jest przy tym oczywiście tak efektywny jak rdzenie, ale stosunkowo prosty w wytwarzaniu i bardziej uniwersalny. Używano go do tworzenia sławnych „eliksirów”.
Koem zawyrokował już wprawdzie, że nie lubi Redaiena, jednak niespodziewanie zrozumiał, jak stanął on na czele katedry magii eksperymentalnej. Mimo całego sceptycyzmu i arogancji, nie próbował negować dowodów, ale wpatrywał się weń jak dziecko w upragnioną zabawkę.
– Widziałem to na rycinach – powiedział nabożnie. – Skąd pan to wziął?
– Jestem ogrodnikiem – odparł Koem nie bez triumfu.
Ich spojrzenia skrzyżowały się nad biurkiem. Koem wytrzymał. Niech się dziad udławi.
– Chyba jestem pod wrażeniem – przyznał Redaien z pewnym, mimo wszystko, ociąganiem. – Wystarczającym, żeby zrobić bratu tę przyjemność i porozmawiać z rektorem Laudoue. – Profesor sięgnął do szuflady po kartkę i pospiesznie zapisał na niej kilka słów. Koem z trudem powstrzymał odruch każący pochylić się w jej stronę. – Ma pan dla mnie coś jeszcze?
– Będę miał – zapewnił Koem.
W zasadzie już miał, ale strach przed tevirską milicją gotową zainteresować się twórcą równie niebezpiecznych narzędzi okazał się silniejszy niż chęć zaimponowania akademikom.
– Oby. – Redaien westchnął. – Praca dla Cesarskiej Akademii Konstruktorów stawia przed nami nieustające wymagania. Przekona się pan o tym. Proszę spojrzeć. – Wskazał na ścianę okrytą przyczepionymi doń zapiskami. – Jeśli milicja chce mieć w miesiąc tuzin golemów opartych na zupełnie nowej technice, której nikt nie zdążył wypróbować, milicja dostanie tuzin golemów. Pomyśleć, że katedra magii eksperymentalnej zajmuje się podobnymi bzdurami... Widzi pan, mamy tu katedrę konstruktorstwa obronnego, ale to ciemięgi. Mieliśmy im tylko pomóc we wprowadzeniu masowej produkcji, a skończyliśmy odpowiedzialni za cały projekt. – Spojrzał na Koema z naglą surowością. – Brakuje ostatnio w Akademii ducha wynalazczości, ale niech się pan wzniesie ponad to, panie Gariet.
Koemowi raz jeszcze przed oczami stanęła krew spływająca po łapach stalowej bestii. Tak więc był on tworem Redaiena – a przynajmniej stworzono go na podstawie projektu Redaiena. Wiedział do czego będzie wykorzystany? Godził się na to? Profesor nie wydawał się ani dumny, ani zawstydzony, gdy o tym opowiadał. A jak on się zachowa, jeśli jego praca zostanie wykorzystana w podobny sposób? Oczami wyobraźni widział już nie golemy rozrywające ludzi na strzępy, ale kwas palący skórę. Alchemiczne bomby roztrzaskujące kamień na tysiące odłamków. Jak by to zniósł?
Nijak, odpowiedział sam sobie. Nie pałał wielką miłością do cesarza ani tym bardziej do milicji, a jednak trzeba brnąć przez życie mimo wszystko.
– Jeśli pan pozwoli, panie Gariet, pożegnam się teraz z panem. Muszę wracać do pracy.
Koem nie chciał z powrotem rozdrażnić Redaiena, skoro ten postanowił na moment przestać być chamem, a mimo to zamarł z ręką na klamce. Istniała kwestia, o którą nie powinien pytać, a jednocześnie zbyt duże istniało prawdopodobieństwo, że Redaien posiada potrzebne mu informacje. Wydawał się też znacznie ponad donosicielstwo.
– Mogę w czymś jeszcze pomóc? – spytał profesor, widząc jego wahanie. W jego słowach wybrzmiewało więcej zniecierpliwienia aniżeli uprzejmości.
Na niedrażnienie profesora było już trochę za późno, więc Koem postanowił iść za ciosem.
– Zna pan nazwisko Heny Urettel?
Redaien wyglądał jak ktoś, kto obudzony w środku nocy odpowiadać musi na pytania o kwestie głęboko filozoficzne.
– Oczywiście – powiedział i wydało się Koemowi, że z trudem wstrzymuje zakłopotanie. A może też złość. – Skoro pan pyta, to pewnie pan wie.
Zabrzmiało jak oskarżenie. Koem oczywiście nic nie wiedział, strzelił na oślep i teraz czuł, jak po plecach spływa mu strużka potu. Tego mu jeszcze tylko brakowało, żeby na sam koniec wyprowadzić Redaiena z równowagi.
– Nie, przepraszam, ja tylko słyszałem, że była absolwentką Akademii. Przepraszam, jeśli pana uraziłem. – Koem ukłonił się. – Nie będę...
Nie dokończył, bo Redaien wszedł mu w słowo:
– Nie uraził mnie pan. Panna Urettel podjęła taką decyzję, jaką podjęła, a ja tę decyzję szanuję. – Profesor nie wydawał się ani trochę przekonany o jego niewinności. – Myli się pan jednak, panna Urettel nie jest absolwentką Akademii, ponieważ musiała porzucić naukę ze względu na wzrok. Pan... Widział się pan z nią ostatnio? Bo to pańska znajoma, prawda?
Koem poczuł się, jakby wszedł do beczki pełnej smoły, a potem okazało się, że to tylko brudna woda.
– Ymm... ja...
– Nie zna jej pan – stwierdził Redaien, chyba zawiedziony. – Niech pan żałuje, wybitna kobieta.
– Ymm, ten wzrok... Czy panna Urettel jest niewidoma?
Nazwisko Heny Urettel krążyło po ciemnych zaułkach Teviru od kilku miesięcy. Przekazywane z ust do ust razem z opowieścią o cudownie zmartwychwstałym Medivariusie. Koem nie wyobrażał sobie, że wskrzeszenia zmarłego przed trzystoma laty alchemika mogłaby dokonac osoba niewidoma.
Jednak Redaien skwitował to pytanie krótkim śmiechem.
– Ależ nie, panna Urettel nie widzi kolorów. Potrafiła odróżniać rdzenie na podstawie dotyku, proszę sobie wyobrazić. Sprawa nigdy nie wyszłaby na jaw, gdyby nie przeklęte ćwiczenia wojskowe. Bo widzi pan, panna Urettel studiowała na Akademii dzięki stypendium wojskowemu dla najzdolniejszych, a była niezdolna do służby. Tak, tak, nasi najzdolniejsi studenci zamiast do laboratoriów wędrują do koszar... – Redaien prychnął. – Sam rektor był przeciwny wydaleniu jej, ale głupie żołnierzyki uparły się, że musi ponieść karę za oszustwo. Wyobraża sobie pan? Tępe oficerki mogą narzucić swoje zdanie rektorowi Cesarskiej Akademii Konstruktorów! To jest skandal! – Profesor uderzył pięścią w stół, aż papiery pospadały. – A tak naprawdę, powiem panu i będę powtarzać wszem i wobec, że maczała w tym palce katedra konstruktorstwa obronnego, bo te małpy nie potrafiły znieść, że upokorzyła je kobieta. Ona jest warta wszystkich tych eunuchów i jeszcze kilku!
Koem słyszał wielokrotnie, że relacje między arcyksięciem Otonem, a arcyksięciem Elikiem układały się nieciekawie, mimo że rezydowali oni na dwóch krańcach kontynentu – teraz już wiedział dlaczego. Ale gdyby sam miał taką pozycję, też pewnie nie uważałby co i do kogo mówi.
– Przykro mi – zapewnił nekromanta, nie wiedząc, co innego mógłby powiedzieć.
– Przykro będzie kiedyś tej hołocie, kiedy wszyscy dowiedzą się, jakie z nich błazny. – Profesor drżał od gniewu. – Hena marnuje się pewnie teraz z mężem-kupcem czy innym durniem. A w zasadzie... – Redaien uznał chyba, że pobłądził w swym gniewnym monologu. – Czemu pan o nią pyta?
– Zdaje się, że mamy wspólnych znajomych.
Redaien na szczęście nie wypytywał, bo Koem nie miał na podorędziu żadnej innej wymówki. Widocznie aż tak nie spieszyło się profesorowi do szukania byłej uczennicy – dlatego też nekromanta nie ryzykował, powtarzając mu zasłyszane w Tevirze plotki. Zwłaszcza, że kogo jak kogo, ale arystokraty raczej nie pocieszyłyby związki Heny z rewolucjonistami.
Koem pożegnał się czym prędzej, zanim do głowy przyszło mu kolejne nieostrożne pytanie i z ulgą wyszedł na niemal pusty korytarz.
Niemal, bo jak sobie uświadomił, tuż za drzwiami stał wciąż z trudem przytomny Nared Abaloth i patrzył na Koema, jak gospodarz na muchę podczas uroczystej kolacji. Słyszał za dużo? Koem nerwowo oblizał wargi. Tacy jak on stanowili idealny materiał na donosicieli.
Skinął mu głową i odszedł, starając się zachować twarz konstruktora w pamięci.

*
Po wyjściu z Akademii, prosto w szare jesienne przedpołudnie, Koem czuł się nieswojo. I nie chodziło ani o niepewną przyszłość, ani o pogodę. Czuł się... śledzony? Obserwowany, w każdym razie. Za mocno przywykł do wschodu Cesarstwa, do sennej Wielity wraz z jej feudalnymi wsiami i miastami mniejszymi niż sama Cesarska Akademia.
Jeśli Odda była głową państwa, Tevir musiał być jej sercem, wiecznie ruchliwym, tętniącym życiem, nieustającym w biegu. Pełnym kominów fabrycznych, banków i kolei. Gdzie wszystko przechodziło z rąk do rąk, a ludzie z miejsca na miejsce. Cała ich rzeka płynęła teraz ulicą, wszyscy obcy i wszyscy tacy sami, wszyscy pod wiecznym ciśnieniem, na skraju wybuchu mającego objawić się rewolucyjnym szałem. Miasto pełne milicjantów, pełne łotrów, pełne zagrożeń.
Koem nie nadawał się na nekromantę, wiedział to od samego początku. Do życia na przekór prawu potrzebne są mocne nerwy i śmiałość w ryzyku. Sama nekromancja nie pomoże. Nie dlatego wprawdzie nekromantów paliło się na stosach, że byli niegroźni – ich siła jednak leżała w cierpliwości. Bo choć potrafili wpływać na żywe ciało tak samo ja na martwe, rzucenie nekromantycznej klątwy nie było kwestią sekund ani nawet minut. To było co najmniej kilka godzin pracy, a niewiele ofiar wykazywało się taką uprzejmością, by czekać tyle w jednym miejscu. Klątwę rzucało się, mając z daną osobą do czynienia po wielokroć, kawałek po kawałku – wzrastała ona w ciele niczym prawdziwa choroba.
Nie żeby Koem potrafił rzucić klątwę. Chyba, że na drzewo.
Z kieszeni płaszcza wyciągnął zegarek. Nie było już wcale wcześnie, ale przy odrobinie szczęścia Naulus spał jeszcze po nocnej zmianie albo zbierał się do śniadania. Nie będzie mu przeszkadzała nieobecność nekromanty, a może i on się załapie na posiłek. Rankiem nie był w stanie nic przełknąć.
Musiał tylko załatwić interesy dość szybko.
Nie zatonął w tłumie. Podszedł do pierwszej wypatrzonej dorożki i wsiadając do środka, rzucił:
– Na Zwycięzców, przy Placu Zbrojnych.
Koem miał nadzieję, że dojazd nie zajmie im dłużej jak kilkanaście minut, ale moment okazał się fatalny. Na Plac Zbrojnych, pod koszary spędzono więźniów. Stąd właśnie mieli ruszyć w stronę dworca, a dalej na zesłanie. Szła ich kolumna na kilkaset osób, więc Koem musiał czekać i denerwował się, nie mogąc odpędzić wspomnień. Nie chciał patrzeć na twarze, bo jeszcze jakąś by rozpoznał. Zesłanie to był wyrok na niepewność, na dobre wiatry bądź sztormy, a on nie miał na niepewność sił.
W końcu, kiedy już wyciągnął z walizki niedoczytaną gazetę, tłum przerzedził się na tyle, by mogli przejechać. Dorożka stanęła pod żółtą kamienicą i zapłaciwszy, Koem wysiadł. Wnętrze budynku mogłoby dorównać wielu mieszczańskim pałacykom, gdyby tylko ktoś odważył się dodać tu dla ozdoby coś poza freskami i płaskorzeźbą, których nie dało się wynieść. Koem wdrapał się na trzecie piętro i zapukał do drzwi z nazwiskiem „Orton”.
Otworzył mu służący. Młody i ładny chłopak, ledwie piętnastoletni.
– Nie znam pana – stwierdził, nim Koem zdążył się przedstawić. – I nie był pan z pewnością umówiony.
Zatrzasnąłby mu drzwi przed nosem, gdyby nekromanta go nie powstrzymał. Chłopak w tak krótkich słowach zdążył skłamać dwa razy. Nie tylko widział go po wielokroć, ale też musiał wiedzieć, że byli z Ortonem umówieni.
– Co to ma znaczyć? – spytał.
Serce mu przyspieszyło. Najciemniej jest pod latarnią, jak mówią, tak więc tutaj właśnie, przy budzącym grozę Placu Zbrojnych pan Orton zajmował się sprzedażą nielegalnego cudu skradzionego cesarskim Wyzwalaczom. Koem wydał już u niego pokaźne sumy, więc jeśli Orton nie chciał go widzieć, nie zwiastowało to niczego dobrego.
– Proszę odejść, bo wezwę milicję – usłyszał w odpowiedzi.
Nie to nie, stwierdził Koem, nie da przecież rady zmusić Ortona do interesów, a do konfrontacji z milicją wcale się nie palił. Nie był co prawda włóczęgą, ale z milicjantami nigdy nie wiadomo, czy nie postanowią z nudów przeczołgać człowieka po areszcie.
Jak się jednak okazało, milicja paliła się do konfrontacji z nim. Dwóch funkcjonariuszy zastąpiło mu drogę ledwie uszedł sto metrów.
– Koem Gariet? – spytał jeden z nich.
Koem bardzo nie lubił, gdy jakiś milicjant znał jego nazwisko i jeszcze miał pod ręką stosowny rysopis.
" I od kiedy Biała Równina stopniała, zmieniając się w morze, zaczęto nazywać go Neanem z Białej Wody. Już niedługo stać się miał najgroźniejszym piratem północy."
- Kimchus, "Opowieści dla młodych czarnoksiężników"

ODPOWIEDZ