UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Tytuł Tekstu Września otrzymało "Jak [nie] zostać bohaterem" - GRATULUJEMY! :D

Instant na trzy słowa XII - głosowanie

Sława czeka na zwycięzców!

Instant XII - głosowanie

Czas głosowania minął 25 października 2018, 11:08

I
1
17%
II
3
50%
III
2
33%
 
Liczba głosów: 6

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 227
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Instant na trzy słowa XII - głosowanie

Post autor: Milan » 18 października 2018, 11:03

I nadszedł czas na głosowanie. Na tę edycję nadesłaliście trzy prace - autorom dziękujemy i gratulujemy tekstów :D

Przypominamy, że temat stanowiły trzy słowa wybrane na drodze losowania z uzupełnianej przez Was listy:

tamburyn - perwersja - eskadra

Każdemu przysługuje jeden głos, zdanie jak zwykle można zmieniać, a ankieta wygaśnie automatycznie po tygodniu.

Zapraszamy do lektury i głosowania :D


I


Pożreć osę
Muzyka dudniła, stroboskopowe światła pełzały po ciałach tańczących ludzi i kosmitów z Arany. Na środku na podestach tańczyły śliczne kosmitki, większość roznegliżowana, odsłaniająca czarną jak noc skórę. Wiły się, kręcąc dwiema parami ramion w powietrzu. Jedna miała instrument przypominający tamburyn, w który uderzała, nadając ich tańcu rytm. Trzy akrobatki zwisały na linach z sufitu, również poruszając się w takt muzyki wybijanej przez liderkę.
W kącie baru przy okrągłym stole, na którym także uwijała się tancerka, siedziała grupka podchmielonych oficerów z eskadry Zjednoczonych Sił Ziemskich. Pięciu mężczyzn w mundurach, jeden w cywilu, kobieta i jeden Centuarianin, który jakoś trochę za bardzo próbował wmieszać się w to towarzystwo. Wszyscy byli otumanieni nawet nie miejscowym alkoholem - trunki wyskowkowe na Aranie nie nadawały się do picia dla ludzi, bo były zbyt silnie trujące i wojskowi musieli zadowolić się soczkami - co unoszącymi się w powietrzu wydzielanymi przez Arańskie samice feromonami. Wydzieliny te działały na nich znacznie silniej, niż na tubylców. Dopóki na planecie nie pojawili się ludzie striptiz i nierząd były terminami tam nieznanymi. Interes ten zaczął kwitnąć niedługo po tym jak ZSZ założyło pierwsze bazy, a tancerkami zostawały wszystkie najsłabsze samice, którymi wzgardziła Rada Wojowniczek.
Nagle do stolika podeszła kelnerka, na blacie postawiła butelkę z fioletowym płynem, a także miskę z chrupkami przypominającymi tacos. Potem nachyliła się nad blondynem, którego twarz szpeciła blizna po oparzeniu i szepnęła mu coś na ucho. Wielkolud uśmiechnął się krzywo, mięśnie odpowiedzialne za uniesienie lewego kącika ust były uszkodzone i nie do końca usłuchały. Mężczyzna miał na sobie obcisły podkoszulek odsłaniający umięśnione ramiona pokryte tatuażami, na szyi nosił nieśmiertelnik. Wręczył drobniutkiej Ariance napiwek przesuwając po jej nadgarstku swoim czipem, nie oszczędzał jej dotyku, a ręką powędrował z ręki nisko na plecy dziewczyny. Klepnął ją w pośladki, a potem podniósł się z miejsca żegnany śmiechami współtowarzyszy. Nawet wśród ludzi był wysoki, ale tu gdzie w większość stanowili kosmici, którzy nie przekraczali metra sześćdziesiąt wydawał się być prawdziwym olbrzymem. Nie podążał za kelnerką, zamiast za bar, udał się na schody, prowadzące na piętro do pokoi.
— Osa wystartowała — powiedziałam, przykładając dwa palce do nadajnika umieszczonego na obróżce na szyi.
— Odczekaj dwadzieścia minut — pouczyła mnie podporucznik Loxo, chociaż wiedziała, że to ja jestem w oddziale specjalistką od antropologii i znałam rytuały godowe Ziemian najlepiej. Jednak zmilczałam uwagę. Nie często wypuszczano mnie w teren, a to była ważna misja. Nie powinny mnie dziwić upomnienia.
"Osa", czyli kapitan 7. Dywizjonu Kosmicznych Myśliwców Darius Pepsis stanowił nasz dzisiejszy cel. Według naszego rozeznania pojawiał się w stripbarze, co tydzień i zawsze korzystał z pokoju na górze. Był jednym z tych, którzy wierzyli, że Arianki pożerają partnerów po stosunku, więc zawsze wiązał swoje kochanki. Tę perwersyjną sztukę akurat tubylcy mieli opanowaną do perfekcji, bo u nich każda gra wstępna musiała przejść przez fazę krępowania. Z dotychczasowych danych wynikało, że kapitan potrzebował około dwudziestu, czterdziestu minut, aby zakończyć zbliżenie i zaspokoić partnerkę, co było na tyle ważne, że jad orgazmiczny Arianek działał na ludzi przez kolejną godzinę.
Jad orgazmiczny był pozostałością po tych prehistorycznych czasach, kiedy faktycznie dochodziło do aktów kanibalizmu ze strony silniejszych samic po zapłodnieniu. Samiec zostawał otumaniony i stawał się pożywką dla samicy w ciąży. Ariańska ciąża przebiegała błyskawicznie, w ciągu kilku zaledwie dni. Wycieńczone wysiłkiem przyszłe matki zazwyczaj były zbyt zmęczone, aby się ruszać i móc się zatroszczyć o pożywienie, dlatego wykształciły jad orgazmiczny, którym otumaniały partnera, który stawał się ich "spiżarnią". Stąd też wzięły się zwyczaje wiązania podczas seksu.
Dla mnie w tej chwili liczyło się tylko to, że porażony jadem kapitan był całkiem bezbronny i mogłam przejąć jego kartę dostępu do bazy na półwyspie Hogna.
Baza ZSZ na Hogna od początku budziła kontrowersje. Założenie jej zostało wymuszone na Tarantcie, jednym z czterech państw na kontynencie, przez pierwszych kolonizatorów. Ot tak, zwyczajnie spadli nam z nieba i stwierdzili, że ten kawałek ziemi od teraz należy do nich. Najazd kosmitów najpierw wywołał atak paniki, zmobilizowano taranttańskie wojsko, dołączyły się siły morskie sąsiedniej Tegenarii i otoczyły nowopowstałą bazę. Szybko okazało się, że najeźdźcy są w stanie się z nami porozumieć i chcą paktować. Arańskie państwa nie były wtedy tak zaawansowane technologicznie jak Ziemianie – bardziej wiek żelaza i pary, niż podróży kosmicznych. Cokolwiek ZSZ zaproponowało musieliśmy się zgodzić, chociaż Radzie Wojowniczek się to wcale nie spodobało. Ani ta baza, ani kolejne zmiany, które zachodziły pod wpływem przybycia obcych.
Jedną z takich zmian było zachwianie systemem kastowym. Powstały nowe kasty, które musiały znaleźć swoje miejsce w hierarchii, stare, wpływowe kasty nagle traciły znaczenie, a które uważano za słabe – nagle je zyskiwały. Pojawiły się też hybrydy ludzko-ariańskie, z którymi już całkiem nie wiedziano, co począć.
Hybrydy takie jak ja. Obce niezależnie od miejsca, w którym się znajdują, niezależnie od strony, za którą się opowiadają.
Na telefonie powoli zmieniały się cyfry czasomierza. Minęło dopiero dziesięć minut. Zamówiłam kolejnego drinka, kontynuując obserwację grupy Pepsiego oraz schodów. Robiłam to dyskretnie, patrząc w lustro, które było za barem. Jednocześnie siorbałam napój przez słomkę i pozorowałam pisanie smsa. Udawałam bardzo zajętą sobą, mając nadzieję, że odstraszy to potencjalnych donżuanów. Już trzykrotnie musiałam spławiać podrywaczy, za każdym razem ryzykując, że to podstęp, mający na celu odwrócenie mojej uwagi i że Ziemianie zdają sobie sprawę z naszej akcji.
Zerkając do góry na lustro, nie mogłam ominąć wzrokiem własnej postaci. Jestem większa, niż normalna Arianka. Gdyby nie to, że pozostawałam hybrydą to predysponowałoby mnie to do Rady Wojowniczek. Mój Ziemski ojciec był ciemnoskóry, więc przynajmniej nie pojaśniałam jak inne hybrydy. Jednak moje włosy – normalnie u Arian proste i krwistoczerwone – były poskręcane w loki i ciemne. Oczy pozostały ariańskie – czerwone, fasetowe i okrągłe, natomiast usta ludzkie – miałam tylko dwie wargi i niepodzieloną, dolną żuchwę, brodę, szczątkowe uzębienie. Normalnie Arianie posiadali trzy wargi, dolną podzieloną na pół oraz uzębione wewnątrz gardła. To były bardzo drobne szczegóły, łatwe do ukrycia pod szalem, co też w tej chwili robiłam, chociaż było mi pod nim gorąco.
— Możesz ruszać — powiadomiła mnie podporucznik Loxo, która prowadziła obserwację zewnętrzną.
— Tak jest — odpowiedziałam, wstając z miejsca. Na odchodnym przejechałam nadgarstkiem nad terminalem, aby uregulować należność za drinki, a potem pewnie pomaszerowałam ku schodom. Bez problemu dostałam się na górę i za drzwi do korytarza. Okazało się, że dopiero tam jest strażniczka, dbająca o prywatnosć klientów.
— A ty gdzie? — zapytała, chwytając mnie za ramię. Wyglądało to zabawnie, bo nawet jeśli pozostawała samicą to nadal była ode mnie o głowę niższa, chociaż ze swoim wzrostem i muskulaturą powinna robić karierę w wojsku lub policji. Pewnie miała kryminalną przeszłość, albo pecha urodzić się w najniższej kaście. Zmierzyłam ją znudzonym spojrzeniem i poluzowałam szalik.
— Specjalne zamówienie — odparłam, uśmiechając się swoimi bielutkimi, małymi ząbkami. Wzdrygnęła się i mnie puściła.
Skorzystałam z wcześniej przygotowanych informacji uzyskanych od prostytutek, z których usług korzystał Pepsis i skierowałam się prosto do pokoju, który zawsze wynajmował. Wybrał go ze względów taktycznych. Okno wychodziło prosto na ścianę sąsiedniego budynku, więc nie musiał obawiać się snajpera. Trudne do przeprowadzenia niepostrzeżenie obserwacji, dobre do przeprowadzenia ucieczki.
Już kiedy się zbliżałam, wiedziałam, że Loxo dobrze wyczuła czas. Ze środka nie dobiegały żadne odgłosy. Pewnie nacisnęłam klamkę.
W pierwszej chwili mój mózg nie chciał przyjąć do wiadomości tego, co zobaczył. Ludzka krew była czerwona. Wyglądała naprawdę niesamowicie na ścianach i łóżku. Nigdy nie widziałam trupa. Nie byłam żołnierzem z wyszkoleniem bojowym, a tylko konsultantką-antropologiem. Odwróciłam wzrok od martwego Pepsisa i skierowałam na okno, w którym stała zaskoczona kochanka-morderczyni kapitana.
To było jak przeglądanie się w krzywym zwierciadle. Miała moje ludzkie rysy, moje ciemne loki. Tylko, że zamiast przerażenia na jej twarzy był uśmiech triumfu.
— Nephilia! — krzyknęłam imię mojej siostry bliźniaczki, tuż przed tym jak ta zeskoczyła na linie. Dobiegłam do okna. Nephilia wspinała się sprawnie po ścianie, błyskawicznie znalazła się na dachu. Pode mną nagle ugięły się kolana, bo waga tych zdarzeń mnie przytłoczyła. Byłam antropologiem, doskonale zdawałam sobie sprawę z politycznych skutków tego zabójstwa.
— Konsultantko Atrax? Konsultantko? Atrax?! Missulena! — nawoływała mnie podporucznik po nazwisku, a kiedy to nie pomogło to po imieniu.
— Pepsis nie żyje. Chyba. Tak wygląda... — wydukałam w końcu. Widziałam takie obrazki w serialach, które dostępne były na ekstranecie. Uczyłam się na nich Ziemskiej mowy i zwyczajów. Ta czerwień nie powinna mnie przerażać. Krew Aranów, nawet moja, była fioletowa. A jednak ten żelazisto-mięsisty odór sprawiał, że było mi niedobrze. Na kolanach doszłam do drzwi, wypadłam na korytarz. Tu oddychało się łatwiej.
— Przepustka? — zapytała chłodno Loxo, ale kiedy cisza się przedłużyła – nijak nie potrafiłam złożyć porządnego zdania, język zaczął mi się plątać — Masz tam natychmiast wrócić i sprawdzić, czy jest tam przepustka! — rozkazała mi. Potem zwróciła się do kogoś innego. Słyszałam jak szybko wydaje rozkazy.
Ja ledwo wstałam na nogi, podpierając się o ścianę. Zakryłam twarz chustką, zanim wróciłam do pokoju. Unikałam patrzenia na blade, zakrwawione ciało na łóżku. Wzrokiem odszukałam kupkę ubrań leżącą na podłodze. Przeszukałam kieszenie spodni, później koszulę i kurtkę, ale poza telefonem nie znalazłam nic innego.
— Podporuczniku? Nie ma tu przepustki — zameldowałam słabym głosem. Stałam bezradna na środku pokoju, wciąż trzymając spodnie.
— Atrax wynoś się stamtąd! Co ty tam jeszcze robisz?! — Słyszałam w jej głosie zniecierpliwienie. Od razu puściłam trzymane ubranie i rzuciłam się do wyjścia. Szłam już korytarzem, gdy dodała: — Zamknij za sobą drzwi i wyjdź tym samym wyjściem, co weszłaś... — zawróciłam do pokoju, bo oczywiście nie zamknęłam za sobą drzwi. Moje kręcenie się musiało przyciągnąć uwagę strażniczki, stojącej przy drzwiach, bo próbowała mnie zatrzymać.
— Wszystko w porządku? — zapytała, patrząc ze współczuciem.
— Mój pierwszy raz. Jednak nie dam rady. Jednak jest zbyt... — skrzywiłam się, do gardła podeszła mi żółć z niespokojnego żołądka. Powstrzymałam ją w ostatniej chwili, żeby nie zwymiotować na ochroniarkę.
— Paskudni są. Też się ich brzydzę. Za mało rąk, za dużo palców — przytaknęła mi nadzorniczyni, otwierając drzwi. — Golnij sobie coś mocniejszego, zrobi ci się lepiej — powiedziała, klepiąc mnie po plecach przyjacielsko.
— Dzięki — uśmiechnęłam się, ale tym razem nie odsłaniając zębów.
Miałam ochotę uciekać. Biec jak najszybciej, ale nogi mi się plątały. Kolana wciąż drżały, chodzenie na ośmiocentymetrowych szpilkach stało się równie trudne co na szczudłach. Myślałam, że potknę się i spadnę, gdy schodziłam po schodach. Oczywiście musiałam mieć pecha i wpadłam na jakąś parę, która wspinała się po nich na górę. Potrącili mnie i prawie przeleciałam przez barierkę. Jednak jakimś cudem dotarłam do drzwi wyjściowych. Tam już czekał jeden z agentów w cywilnym kamuflażu. Odprowadził mnie bezpiecznie do ciężarówki, w której czekała również Loxo. Dopiero tam dopadły mnie emocje i całkiem się rozkleiłam.
***

Pokój narad, czyli tak zwane "Akwarium", był dla mnie za ciasny. Dostosowany do osób do metra sześćdziesiąt. Ja ledwie mieściłam się na krześle, blat stołu był dla mnie za nisko, w drzwiach musiałam schylać głowę. Jako jedyna siedziałam w milczeniu. Loxo spierała się z drugim konsultantem profesorem Ferą, malutkim, posiwiałym już Araninem. On stał, a ja siedziałam, a byliśmy tego samego wzrostu.
— Ziemianie na pewno zażądają możliwości współudziału w śledztwie i dla dobra naszej współpracy muszą mieć tą możliwość zapewnioną! — skrzeczał.
— Wedle sojuszu z Hogna ZSZ nie ma prawa ingerować w naszą niezależność polityczną i sądową — twardo odparła Loxo, chociaż musiała wiedzieć, że Fera ma rację. Lepiej było ich przygarnąć, okazując dobrą wolę, niż z nimi walczyć. Bo, że będą się upierać, aby brać udział w śledztwie to było równie pewne, jak to, że muchotraszka zjada brzękoszyla. Podporucznik też miała swoją rację, ale tego ujawnić przed Ferą, znanym terrafilem, nie mogła. Chciała ukryć dowody łączące nas z tą sprawą. Przede wszystkim musiała dać czas technikom, żeby usunęli wszystkie ślady mojej tam obecności, dlatego przeciągała czas, w którym stacja ludzi zostanie powiadomiona o tym feralnym zdarzeniu.
Po przyjeździe policji, według oficjalnej wersji wezwanej przez "ochroniarkę" – zatrzymani do przesłuchania zostali również towarzysze od kieliszka Pepsisa. Także dopóki ktoś nie zorientuje się w bazie, że powinni już wrócić, ZSZ było niczego nieświadome. Oczywiście dla dobra śledztwa każde z nich zostało pozbawione telefonu i zamknięte w osobnym pokoju. Jednak ta taktyka nie zda się na długo. Loxo przecież musiała o tym wiedzieć...
Albo i nie. Przyjrzałam się dokładnie pani podporucznik. Uparcie zaciśnięte usta, dumnie podniesiona głowa. Chodziło o ariańską dumę osoby przyjętej do Rady Wojowniczek, obywatelki z najwyższej kasty. Nigdy nie przejawiała swojej wyższości w stosunku do mnie, więc zmyliła mnie i sądziłam, że Loxo jest inna. Jednak była typową Wojowniczką.
— Profesor Fera ma rację, pani podporucznik — poparłam kolegę antropologa. Mnie Loxo słuchała uważniej. Takiemu mizernemu samcowi jak Fera trudniej jej było uwierzyć. Zwłaszcza, że wyglądał śmiesznie machając tymi patykowatymi rękoma i skrzecząc. — Ziemianie nie zaufają wynikowi naszego śledztwa, nawet jak znajdziemy prawdziwą morderczynię, dopóki sami nie wezmą w nim udziału.
Loxo posłała mi długie spojrzenie. Wciąż nie potrafiła mi wybaczyć mojego zachowania podczas misji. Wcześniej nie przejawiała obaw w związku z moim udziałem w sprawie. Wychowałam się wśród ludzi, znałam ich język i obyczaje, a jednocześnie byłam Aranką, wierną obywatelką Tarantty. Ukończyłam najlepszą uczelnię w kraju, zdobyłam angaż w prestiżowym wydziale wojskowym ds. kontaktów z Ziemianami. Kto lepiej odnalazłby się w klubie dla ludzi, niż ja? Kto inny potrafiłby z nimi rozmawiać czy flirtować? Poza tym byłam hybrydą, a to dawało mi wiele swobody w naszym podzielonym kastami społeczeństwie. Mogło minąć dwadzieścia lat od czasów narodzin pierwszej hybrydy, ale nikt nadal nie wiedział jak się do nas odnosić. Nie, żeby było nas specjalnie jakoś wiele.
Dla Loxo moje "nieprofesjonalne" zachowanie podważyło mój autorytet w jej oczach, ale i tak moje słowo znaczyło więcej, niż słowo Fery.
Rada rodzi, rada radzi, rada nigdy nas nie zdradzi. Samiec, nadawał się jedynie do zapłodnienia, później w całym życiu samicy był całkowicie zbędny. Ona rodziła, ona opiekowała się potomstwem, ona walczyła o bezpieczeństwo. Dlatego w naszym społeczeństwie wykształciła się głęboka pogarda do samców, jako tej gorszej i słabszej płci.
— Zatem oboje twierdzicie, że mają mieszać się w nasze sprawy?
— Gdyby Aranka została zabita na terenie bazy to też chcielibyśmy brać udział w dochodzeniu, prawda? Hogna jest teoretycznie pod naszą jurysdykcją, ale w praktyce to teren należący do Ziemian i to oni musieliby wyrazić zgodę na nasz udział. Warto myśleć podobnymi kategoriami w tej sprawie — powiedziałam. — Jeśli kiedykolwiek będzie nam to potrzebne to mogą się nie zgodzić, jesli teraz nie okarzemy dobrej woli. A wtedy nawet pozory zachowania kontroli nad tym terenem znikną.
Mięśnie na szyi Loxo napięły się, jakby miała strzyknąć jadem. Chyba byłam zbyt szczera i jej się to bardzo nie spodobało. Odgarnęłam moje loki do tyłu, udając niefrasobliwość. Gdyby mnie zaatakowała to bym odpowiedziała. Byłam równie silna. Gorzej, że ja byłam pozbawiona praw, a one ją chroniły. Ten kto podnosił rękę na Wojowniczkę ten tą rękę tracił.
— Zatem nie należy tracić czasu. Sądzę, że do bazy powinien udać się profesor Fera osobiście i przedstawić naszą prośbę o pomoc Ziemian w rozwiązaniu tej zagadki — wtrąciła się łagodnie śledcza wojskowa Satta, która miała poprowadzić tą sprawę. — Sądzę, że wystarczy jeśli do zespołu dołączy jeden ziemski technik i jeden detektyw, jako konsultanci. Dzięki temu zachowamy kontrolę, a jednocześnie wyjdzie to jako nasza inicjatywa.
Podporucznik przytaknęła niechętnie.
— Zatem proszę wybaczyć — Fera opuścił Akwarium, czym prędzej, żeby zejść Loxo z oczu.
— Kiedy przyślą detektywa, Atrax będzie z wami współpracować i pośredniczyć w kontaktach — rozkazała podporucznik po jego wyjściu. — Fera tymczasem zajmie się technikiem. Będziecie musiały uważać na detektywa i zadbać, aby nie dowiedział się o próbie przejęcia karty dostępu do bazy — zwróciła się na koniec do mnie.
— Nie zgadzam się na współpracę z Atrax ze względu na jej osobiste powiązanie z główną podejrzaną — ponownie przemówiła Satta.
Zdążyłam już im przekazać, że najprawdopodobniej za zabójstwem stała Nephilia Atrax – moja siostra bliźniaczka i jednocześnie liderka grupy terrorystycznej Wokna Arana, fundamentalistów, którzy nienawidzili ludzi. Ich głównym postulatem było oczyszczenie planety z obcych. Zabójstwo Pepsisa była genialnym posunięciem. Zabicie go akurat, gdy wywiad wojskowy Tarantty chciał przejąć jego kartę dostępu do bazy, a co za tym idzie – również dostęp do kontroli sytemu rakietowego, który był głównym powodem poddaństwa Aran w stosunku do ludzi – to był manewr genialny. Jeśli ta informacja wyszłaby na światło dzienne, wojna pomiędzy Aranami a ludźmi była murowana.
Loxo pokręciła głową z zarozumiałym uśmieszkiem.
— To też daje nam przewagę. Po pierwsze: konsultantka Atrax posiada najcenniejsze informacje o Sovo'n'guraeli —powiedziała, używając pseudonimu Nephili, Czarnej Sprawiedliwości. — Po drugie: przypomni to historię nieszczęść Tengelli Atrax.
— Wolałabym tego uniknąć — warknęłam. Był to koszmar, który prześladował mnie całe życie i chciałam wreszcie o nim zapomnieć.
Jednak Satta potarła swój policzek w zamyśleniu.
— Chcesz zasugerować, że Ziemianie zbierają to co zasiali, usuwając część winy z nas w razie, gdyby sprawy przybrały dla nas bardzo niekorzystny obrót. Sprytne — zauważyła spolegliwie śledcza.
— To postanowione — zakończyła rozmowę podporucznik. Zignorowała to, że chciałam się sprzeciwić i opuściła pokój. Miałam wielką ochotę rzucić za nią kubkiem.
— Ani Taranttę, ani nikogo na Aranie nie stać na wojnę z ludźmi — próbowała przemówić mi do rozumu Satta.
— Naprawdę nie musicie mi tego tłumaczyć śledcza — odparłam chłodno, zaciskając w bezsilnej złości dwie pary dłoni.
***

Dwadzieścia trzy lata temu na niebie pojawił się wielki biały dysk i wisiał tam przez sto dni i sto nocy. Po latach dowiedzieliśmy się, że to była jednostka międzyplanetarna ZSZ "Wytrwały". Niedługo później zaczęły spadać gwiazdy, zostawiając za sobą długie, złociste warkocze. Były to statki zwiadowcze i zaopatrzeniowe. Pierwsze zebrały się na półwyspie Hogna należącym do państwa Tarantty położonego przy Morzu Huraganów i Zatoce Spokojnej w niedalekiej odległości od stolicy Xanthari. Jednak to nie stołeczna Rada Matek czy Rada Wojowniczek spotkała się z przybyszami jako pierwsza, a prości rybacy z pobliskiej wioski. Najazd kosmitów wywołał popłoch, poruszono siły lądowe i powietrzne Tarantty, wezwano do sojuszu przeciwko najeźdźcom sąsiednie państwo Tegenarii. Przybysze zostali otoczeni.
"Oblężenie" bazy na Hogna trwało miesiąc. Ludzie cały czas próbowali się porozumiewać z tubylcami za pomocą elektronicznych tłumaczy. Prezentowali posłom błyskotki, produkty żywnościowe. Robili wszystko by prowokować Arian do rozmowy, aby ich tłumacz jak najszybciej mógł przyswoić sobie język taranttański.
Na szczęście uniknięto ofiar w ludziach czy Arianach w tej początkowej fazie. Baza na Hogna rozrosła się, tak samo jak mała wioska rybacka, która stała się portem o zasięgu narodowym, a później ogólnoglobalnym dzięki handlowi z obcymi.
Trzy lata po kolonizacji Hogna jednak doszło do skandalu, który prawie doprowadził do wojny. Doszło do pierwszego zapłodnienia Aranki przez ludzkiego żołnierza. Sierżant Eddie Foley po nocy spędzonej z Tengellą Atrax nie zrozumiał, co chciała mu przekazać kochanka, nie znając biochemii Aranek i nie wierząc, że tak szybko doszło do poczęcia hybrydy, zwyczajnie ją zostawił w pokoju samą i powrócił na służbę. Porażona wycieńczającą ciążą Tengella próbowała wzywać pomocy, ale słabła coraz bardziej.
Sierżant Foley pojawił się w jej mieszkaniu dwa dni później i zapłacił za swoją głupotę śmiercią. Wygłodzona Atrax znajdowała się na granicy życia i śmierci, posłuchała instynktu i zaatakowała, a później pożarła ojca swoich dzieci.
Tak oto zakończył się pierwszy romans z obcymi.
Według prawa Tarantty, chociaż był to martwy przepis, ciężarna Aranka miała prawo skonsumować partnera, jeśli ten nie potrafił się o nią zatroszczyć. Tengella została uniewiniona, chociaż ludzie próbowali przeforsować zarzut morderstwa. Obrońcy Taranttanki argumentowali, że gdyby sierżant zaopiekował się Atraxą tak jak nakazywała tradycja, a później wykonywał inne obowiązki "męża" aż do osiągnięcia pełnoletności przez ich dzieci, nie doszłoby do żadnego nieszczęścia. To ludzie byli obcy w tym środowisku, a zatem to oni powinni się uczyć i uważać, co robią. Ziemianie nie do końca podzielali to stanowisko. Atmosfera robiła się coraz bardziej napięta.
Najgorzej odbijało się to na Tengelli. Konserwatyści zarzucali jej to, że połączył ją zbyt bliski związek z "wrogiem". Osoby proziemskie szykanowały ją ze względu na "popsucie" relacji państwa z ZSZ. Wbrew temu, co myśleli od tamtej pory Ziemianie – zjadanie niedawnych kochanków wcale nie było dla Aran normalne. Od setek lat nie było to praktykowane, nie było to nijak potrzebne.
Tengella Atrax przepełniona poczuciem winy popełniła samobójstwo siedemnastej nocy po dwupełni miesiąca Podtopnika. Tak zażegnano pierwszy kryzys w relacjach Ziemsko-Arańskich.
***

— Mówiłam, że jej tu nie będzie — powiedziałam, zajadając prażone skorupiaki z kartonowego pudełka. Ja i Satta stałyśmy w tłumie przed dawnym domem mojej matki. Każdego siedemnastego dnia miesiąca tłum wyznawców Woknej Arany schodził się tu, aby słuchać przemówień Nephilii. Nie chciałam, żeby mnie z nią pomylono, więc nosiłam kapelusz, chustkę i ciemne okulary. — Ona nigdy nie robi tego, czego się po niej spodziewać...
Na podwyższeniu tuż przed tablicą ku czci ofiary Tangelli Atrax stał ekran. Moja siostra przemawiała do tłumu za pośrednictwem TeleSkyNetu. Nie widziałam jej od lat. Od momentu, gdy ja ukończyłam antropologię, a ona nowicjat u Czarnej Bogini. Ścięła swoje loki krótko, przez to były znacznie gładsze, niż moje. Tylko lekko falowały, zamiast się zwijać w sprężynki. Poza tym nosiła białą szatę kapłanki i złoty łańcuch na szyi.
— W świątyni i jej prywatnym domu już sprawdzaliśmy i nic — zirytowała się Satta.
Oprócz niej towarzyszył nam człowiek – kapral O'Connor – co było dość ryzykownym posunięciem. Tłum wokół nas przyglądał się kapralowi z jawną niechęcią, jeśli nie z nienawiścią. Prowadziłyśmy go bokiem, Satta i żołnierz ZSZ chcieli podejść pod scenę i przepytać obsługujący ekran personel Woknej Arany. Podpułkownik nazwała ich terrorystami, ale było to znacznie bardziej skomplikowane. Byli grupą wyznaniową powiązaną nawet z niektórymi Wojowniczkami i Matkami. Ja tymczasem rozglądałam się dookoła.
Nephilia nigdy nie robi tego, czego można się po niej spodziewać – powtórzyłam własne słowa w myślach. Obracałam je i ważyłam, po nitce próbowałam dojść do jakiegoś wniosku. Miałam wrażenie, że to bardzo ważne.
Wtedy zobaczyłam zaparkowaną przy bocznej uliczce furgonetkę. Bardzo podobny model do tego, którego używała podczas naszej misji podporucznik Loxo.
— Zaraz was dogonię — powiadomiłam O'Connora. Zdziwiłam go, ale nie oponował.
Zbliżyłam się do furgonetki. Słyszałam z zewnątrz głos Nephili, sięgnęłam po klamkę, a ona o dziwo ustąpiła bez problemu. Przy samych drzwiach stał jeden z "kapłanów", mierzył do mnie z pistoletu. Nie zaskoczyłam ich, moja siostra ledwie rzuciła mi spojrzenie kątem oka i dalej kontynuowała swoją przemowę.
— Może by tak przerwa na reklamy? — zaproponowałam kąśliwie, a moja siostra uśmiechnęła się delikatnie. To nie była odwaga. Nie bałam się. Nie wiedziałam, co wydarzyło się w stripbarze, ale wiedziałam, że Nephilia nigdy by mnie nie skrzywdziła. "Kapłan" zaprosił mnie do środka i zamknął za mną drzwi. W środku zrobiło się ciasno. Oprócz naszej trójki obok Nephili siedział jeszcze jeden technik, który kręcił jakimiś ustrojstwami, stukał w klawisze laptopa.
— Już możecie — ogłosił nagle technik, Nephilia skinęła mu głową i odwróciła się do mnie. Siedziała wyprostowana, miała nogę zarzuconą na nogę, jedną parę ramion skrzyżowaną na piersi. Kolejną ręką sięgnęła po lusterko, drugą poprawiała ułożenie włosów.
— Widzę, Sovo'n'guraeli jest bardzo zajęta. Jednego dnia w barze dla ludzi, drugiego jest ponownie świętą...
— Przejdź do konkretów, bo jak sama zauważyłaś – jestem zajęta — przemówiła chłodno, poprawiając diadem, który lekko się przechylił.
— Spokojnie, w więzieniu będziesz miała aż nadto czasu, żeby modelować sobie fryzurę i pisać przemówienia. Inna sprawa, że raczej nie będziesz miała do kogo przemawiać — odparłam zirytowana. Chciałam nią potrząsnąć, wkurzyć. Sprawić, by zrzuciła maskę, abym mogła zobaczyć moją siostrzyczkę. Oblicze Czarnej Sprawiedliwości pozostało niezmiennie obojętne.
Neph, którą pamiętałam zawsze próbowała się wpasować. ZSZ podjęło się naszego wychowania po śmierci matki. Rada Matek uważała nas, naszą mamę, mnie i siostrę, za splugawione. Nie byłyśmy już Taranttankami. Byłyśmy obce i pohańbione. Gest ZSZ uratował nasze życia, ale wśród ludzi wyróżniałyśmy się jeszcze bardziej. Moja siostra stawała na głowie, żeby zdobyć akceptację ludzi. Zmieniła kierunek o sto osiemdziesiąt stopni, gdy zdała sobie sprawę, że nigdy jej się to nie uda. Dla nich byłyśmy potworami-ludożercami. Opieka nad nami miała jedynie wymiar polityczny – Patrzcie Aranie, nie jesteśmy wrogami! Popełniamy błędy, ale uczymy się na nich i je naprawiamy! Obywatelstwo odzyskałyśmy dopiero podczas studiów, na które przyjęto nas jedynie dzięki pośrednictwu ambasadora Ziemi i wtedy Rada Wojowniczek nagle zmieniła kurs. Okazałyśmy się więcej, niż przydatne. Ja dałam się wykorzystywać. Zadowalałam ludzi, zadowalałam Radę, byle tylko żyć na poziomie.
Neph próbowała się uwolnić. Zbuntować. Pokazać, że nie jest więcej niczyim pionkiem. Trochę jej tego zazdrościłam. Tego poczucia wolności. Szkoda, że to była tylko ułuda.
— Nieważne, ile będziesz przeszkadzać, uwolnimy Aranę. Może nie ja. Może jeszcze nie teraz. Ludzie nie są naszymi łagodnymi opiekunami. To najeźdźcy, którzy zniszczyli swoją planetę, a teraz podróżują jak pasożyty, wysysając życie z kolejnych. Przecież wiesz! Niczego nawet przed nami nie próbowali ukrywać! — odpowiedziała wreszcie Nephilia, tylko lekko podnosząc głos. — To przedstawiciele Baura Ixodida! Przynoszącego Rozkład i Zniszczenie — wysyczała z nienawiścią.
Baur Ixodid. Bóg-Krwiopijca, Wysysający Życie. Wedle Wielkiej Księgi przybędzie na koniec czasu, a przed nim pojawią się tajemnicze Białe Robaki, które miały przygotować świat do pożarcia przez ich pana. Trzytysiącletnia przepowiednia, która nie była traktowana poważnie nawet przez większość kapłanek. Jednak wystarczyło dać ją kilkorgu fanatyków i od razu wynajdą znaki głoszące apokalipsę czy inny ragnarok.
— Tak się zastanawiam... A doczytałaś ostatnie rozdziały historii Ziemi? — zapytałam, a Neph posłała mi spojrzenie "a jakie to ma znaczenie?!" Cóż, miało. Po trzeciej wojnie światowej polityka i gospodarka uległy zmianie z konsumpcyjnej na prospołeczną i prośrodowiskową. Obrócili swój świat w gruzy i dopiero wtedy zmądrzeli, ale obecnie Ziemia miała się nie najgorzej. — Nigdy nie byłaś dobra z historii — westchnęłam, zakrywając twarz dłonią. Potarłam palcami skronie.
— Jesteś ślepa, Missulena. Zawsze byłaś zaślepiona i zapatrzona w ambasadora. Nie dostrzegasz, co robią z naszym światem...
— Tak, zmieniają go! I tak by w końcu uległ zmianie! Czy nie tego was uczyli na seminariach? Kołozmian? Krąg życia i inne pierdoły? Zima, wiosna, lato?
— Ale to są zmiany nienaturalne! Chwiejące równowagą!
Wreszcie nacisnęłam Neph na odcisk, bo odłożyła swoje lusterko, wstała z miejsca i mierzyła mnie złym wzrokiem.
— Nienaturalną, bo nie pochodzącą stąd, tak? Idąc tym torem rozumowania to zmiany wprowadzone przez ciebie też nie są... — umilkłam nagle, bo musiałam zrobić unik przed ręką Neph. Rozzłoszczenie jej wyszło mi nawet lepiej, niż zwykle i trochę przesadziłam. Nie udało się jej mnie spoliczkować, spróbowała uderzyć mnie pięścią drugiej ręki w brzuch. Chwyciłam ją za dłoń. Nie poddawała się. Po chwili stałyśmy, a ja trzymałam w swoich rękach jej pięści. Trochę przy tym nam się ręce poplątały. Kiedy nie mogła wyrwać nawet jednej z mojego uścisku, spróbowała uderzyć mnie czołem, ale na to też znalazłam sposób – przytuliłam ją, jej głowę przycisnęłam swoją do mojego barku.
Chciałam przemówić jej do rozsądku, ale przerwał nam technik:
— Czcigodna Sovo'n'guraeli? Za chwilę wchodzimy na wizję. Zobaczy nas cały kraj. Wszystko gotowe.
Neph mnie odepchnęła, a potem dała znak pokurczowi z bronią. Przytknął mi lufę do brzucha. Przeszły mi ciarki po plecach. Mały "kapłan" wyglądał na równie przestraszonego swoją rolą, co ja. Może nawet bardziej. Nie dowiedziałam się w końcu, co planują Wokna Arana, ale nie było to nic dobrego. Musiałam ich powstrzymać za wszelką cenę, zanim wywołają wojnę.
Zanim świat spłynie krwią.
Oczami wyobraźni zobaczyłam tamten pokój. Znowu poczułam żelazisty odór śmierci. Nie chciałam więcej oglądać takich scen. Nikt nie powinien.
Zanim jeszcze zdałam sobie sprawę, co robię... Zbyt szybko, by ktokolwiek mógł mnie powstrzymać – chwyciłam za pistolet i jednym, błyskawicznym ruchem wyrwałam go "kapłanowi", jednocześnie odpychając go od siebie. Jedną ręką przygwoździłam go do drzwi furgonetki. Lufę wycelowałam w Neph, w oczach miałam łzy, które nieco utrudniały celowanie, ale na tak ciasnej powierzchni nie dało się spudłować.
W tej samej chwili Nephilia zerwała się ze swojego miejsca, nie wiem skąd, ale ona też wyciągnęła broń. Stałyśmy przykulone, bo było dla nas za nisko i celowałyśmy do siebie z pistoletów.
Jeśli ja nacisnę spust, wciąż będzie panował pokój. Jeśli ona – będzie wojna.
Rozległy się dwa strzały.

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 227
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Re: Instant na trzy słowa XII - głosowanie

Post autor: Milan » 18 października 2018, 11:06

II
Dwanaście prac Gontriego

- Szaleńcy.
Gontry odwrócił się na dźwięk głosu żony. Loretta wpatrywała się w tłum przetaczający się pod ich oknami.
- Ktoś gra na tamburynie w takim momencie. To się nie skończy dobrze.
Gentry uśmiechnął się do niej.
- Nie ma się tym co przejmować. Herbaty może byśmy się napili - rzucił, aby szybko zmienić temat.
- Chętnie.
Skorzystał z okazji, aby wymknąć się do kuchni, po drodze słyszał jeszcze jej pełne oburzenia komentarze.

* * * 1 * * *

Sklepik był typową dziurą w ścianie, trafiało się do niego albo przypadkiem albo ze szczegółową mapką rozrysowaną przez kogoś kto już tam kiedyś był. Gontry nie należał do żadnego z tych przypadków. Był swoistego rodzaju anomalią. Trafił tam, ponieważ taki miał zamiar, bez mapy, bez planu, co więcej, bez adresu.
Sklepikarz, zasuszony mężczyzna z długą siwą brodą, nie odrywał wzroku od gazety, nawet kiedy zawieszone nad drzwiami dzwoneczki wypełniły dźwiękiem całe niewielkie pomieszczenie. Gontriemu wystarczyły dwa duże kroki, aby znaleźć się przy ladzie.
Odchrząknął. Raz, drugi, coraz głośniej i bardziej natarczywie.
- Susza w tym roku, będą spore straty - wymamrotał staruszek, nadal nie podnosząc wzroku znad papieru.
- Pszenica nie wzrasta dobrze już drugi rok - przyznał Gontry.
Staruszek spojrzał w końcu na niego, wzrok miał nieco rozkojarzony, oczy przekrwione, ciężko było stwierdzić, czy ze starości, czy ze zmęczenia. Cały przypominał wysuszony worek na kości.
- Dwa woreczki pańskiej najdroższej herbaty, poproszę.
Sprzedawca poruszał się wolno, sunąc bardziej niż krocząc ku półkom wypełnionym metalowymi puszkami. Do lnianego woreczka przesypał susz ostrożnie, nie gubiąc przy tym najmniejszego listka, zważył go, stukając drobnymi odważnikami o metalową wagę. Następnie ponownie przesunął się ku ladzie i wręczył woreczki Gontriemu.
Płacąc Gontry wyraził nadzieję, iż herbatka jest warta swojej ceny, ale poza szczerbatym uśmiechem, sklepikarz nie miał dla niego żadnego więcej komentarza.

* * *

Poruszenie w mieście wyczuwalne było na każdym kroku, w powietrzu unosił się zapach nadchodzących zmian i pomruk rewolucji. Niczym dzikie zwierzę wybudzone ze snu, miasto syczało i parskało, czekając na dobry moment do skoku.

* * * 2 * * *

Handlarz kiwał się w rytm muzyki wystukiwanej przez półnagie tancerki na tamburynach. Otaczały go w swym perwersyjnym tańcu, powiewając zmysłowo kolorowymi chustami, ale on na nie nie patrzył. Słuchał i się kiwał, kiwał się i słuchał. A Gontry przyglądał się temu wszystkiemu, zamarły bez ruchu w sklepieniu wejścia.
Handlarz musiał wyczuć tę zmianę energii w pomieszczeniu, to spięcie, które otaczało Gontriego niczym gęsta mgła. Otworzył oczy, obrzucił Gentriego spojrzeniem, jakby ważył, czy warto przerywać dla niego kontemplacje, po czym, uznawszy najwidoczniej, że warto, skinął na niego dłonią.
- Przychodzę po...
Mężczyzna uniósł dłoń, uciszając go momentalnie.
- Wszyscy przychodzą tu tylko po jedno. - Sięgnął za siebie, gdzie pod stertą kolorowych płacht leżały niewielkie kwadratowe kartony.
- No tak, oczywiście - Gontry zaśmiał się nerwowo, nie próbując nawet ukrywać, jak bardzo czuł się nie na miejscu w tym otoczeniu.
Bez zbędnego przeciągania i ceregieli dokonał z handlarzem wymiany, pieniądze za pudełeczko, po czym szybko wycofał się, pakując karton do torby, ignorując jego brzdękanie.

* * *

Wolność, to słowo wdarło się siłą do słownika mieszkańców miasteczka, wgryzło się w ich serca, wyrywało z gardeł. Powietrze pachniało przelaną krwią, prochem, śmiercią, unosiło ze sobą echo krzyków, wypełniało po brzegi ulice falą wyczuwalnego cierpienia. Ale jednocześnie elektryzowało, niosło w najgłębsze zakamarki to jedno słowo, wolność.

* * * 3 * * *

Światło słoneczne wpadało przez zakratowane okno, wypełniało piwniczne pomieszczenie niespiesznie, pozostawiając je częściowo ukrytym w półmroku. Drewniane skrzynie wypełniały je niemal od podłogi po sufit, od ściany do ściany.
Gontry zakasał rękawy i wziął się do pracy.
Każdy stos skrzyń niczym hydra, zamieniał się w trzy kolejne, ale Gontry się nie poddawał. Promienie słoneczne zdążyły zamienić się w światło księżyca, półmrok w ciemność a Gontry nadal układał, wynosił, przenosił z miejsca w miejsce, układał wieże i skomplikowane, łączone budowle, które stały solidnie, mimo iż zdawały się być o krok od zawalenia.
Nie zatrzymywał się, nie przestawał, dopóki jego oczom nie ukazała się czerwień przeciwległej ściany.

* * *

Ulicami przelewali się nie obywatele, a jedna masa, jeden organizm, jedne usta wykrzykiwały te same hasła, które niosły się wzdłuż ogromnego cielska rewolucji. Pierwsze szeregi przetaczały się po przeszkodach, pozostawiając w cielsku wyrwy, szybko zapełniane przez kolejne komórki organizmu, gotowe pożerać wszystko na swej drodze. Gotowe ginąć z pieśnią na ustach wygrywając rytm na tamburynach. Na przeciw tej masie rzucono braci, mężów, ojców, spętanych kajdanami obowiązku. Oba organizmy dyszały, krzyczały, krwawiły, a echo niosło się po mieście. Tej nocy nie przespał nikt.

* * * 4 * * *

Skrzynkę z winem wypełnił trocinami, butelki owinął grubym papierem. Całość nie była lekka, ale Gontry uniósł ją z pewną łatwością, która przychodzi wraz z pracą fizyczną. Główne arterie miasta tętniły życiem, ludzie potrącali go spiesząc się do swoich spraw, nie patrząc przed siebie, nie patrząc na boki, nie widząc niczego oprócz tego co znajdowało się tuż po ich nogami. Gontry i jego skrzynka płynęli pod prąd, zdecydowanym krokiem.

* * *

Cisza opadła na miasto krwawym deszczem, fale rewolucji rozbijały się jeszcze o mur starego porządku, ale już bardziej niemrawo, organizm umierał powoli, wykruszały się z niego kolejne komórki, a mur stał, zmęczony, ponury, nieporuszony.
Miasto otwierało swoje arterie i żyły dla komórek uciekających w najbardziej ukryte zakamarki, aby schować się przed gniewem status quo.
Następnego dnia, miasto na przekór wszystkiemu otworzyło oczy. Zamiast się wykrwawić, wylizało rany, policzyło straty i powróciło do życia, w starym rytmie. Usta zamilkły, serce biło wolniej, ale wciąż wystarczająco mocno, stary porządek czyścił ulice. Targi huczały nawoływaniami handlarzy, a na ulicach panował nieprzerwanie ruch, pod uważną obserwacją, ale wciąż nieposkromiony.

* * * 5 * * *

Nie było ich wielu, a każdy z nich dźwigał na swoich plecach, w swoich mięśniach i swoich kościach ciężar lat i niespełnionych marzeń. I żaden z nich nie wiedział, która z tych rzeczy bardziej przyciskała ich do ziemi, bardziej uginała ich karki.
Gontry znał ich wszystkich lepiej niż siebie samego, pod deskami sypialnianej podłogi ukrywał grube tomy pełne wiedzy o zgromadzonych mężczyznach, czego nikt z nich nie wiedział i wiedzieć nie mógł.
- Zaczynajmy.
Odpowiedziały mu pomruki i potakiwanie. Zmęczone ciała ostrożnie minęły geometryczne figury z drewnianych skrzyń, żylaste dłonie zaciskały na nożach i szpachlach. Skąpani srebrnym światłem księżyca wydłubywali i wyskrobywali szpachlę z pomiędzy cegieł., pracując w ciszy i skupieniu, aż nadszedł dzień, aż otworzyła się przed nimi mroczna przestrzeń tunelu. Gontry czuł ogień w zmęczonych mięśniach i w sercu. Przy boku zaś trzymał pobrzękujące cicho pudełko.
I czekał.

* * *
Czasem miasto nadal szeptało o wolności, o zmianach, o nadziei. Ale nadzieja była matką martwych. A miasto chciało żyć. Powtarzane po kryjomu hasła nie roznosiły się już echem po ulicach. Nikt już nie krzyczał. Nikt się nie gromadził. Pozostały tylko cień i cisza.

* * * 6 * * *

Tunel pochłaniał światło, zamieniał je w złowrogą ciemność, ale Gontriego to nie przerażało. Niczym mitologiczny heros niósł światło w dłoniach, oświetlając drogę swym towarzyszom. Poruszali się w milczeniu, stukot ich butów niosący się echem wzdłuż tunelu był jedynym dźwiękiem, jaki im towarzyszył.
Poruszali się powoli jedną z żył, w krwiobiegu podziemi, Gontry prowadził ich niczym po nitce do kłębka, wiedząc, kiedy skręcić, które odnogi prowadziły do celu, a które były tylko ślepymi zaułkami. Stara mapa, poskładana starannie, pozostawała złożona w kieszeni jego płaszcza. Gontry pamiętał każdy jej sekret, każdą wskazówkę, studiował ją tak długo, iż była wyryta w jego pamięci.
Wiedział, gdzie iść, a pozostali podążali za nim.

* * *

Stary ład nie zapominał, nie wybaczał. Nie pozwalał miastu zaleczyć ran, co rusz rozszarpywał tkanki jego organizmu, szukając wadliwych komórek. Ulice wypełniał przytłaczający zapach strachu, walczący o piedestał z obrzydliwie słodkim zapachem krwi i rozkładu.

* * * 7 * * *

Koniec ostatniego tunelu wieńczyły ciężkie, drzwi z ciemnego drewna z mosiężnymi okuciami. Gontry zdecydowanym krokiem wyminął swych towarzyszy, uniósł odzianą w rękawiczkę dłoń i wystukał na owych drzwiach krótkie, rytmiczne hasło.
Coś zgrzytnęło, i musiał to być klucz w zamku, po chwili bowiem zawiasy zaskrzypiały, drzwi uchyliły się do środka, a ze szpary w nich wysunęła się głowa. Wraz z jej pojawieniem, Gontriego uderzył zapach wina.
- Miasto nie śpi - wyszeptał Gontry wpatrując się w przekrwione oczy, zezujące na niego znad rumianych polików i czerwonego nosa.
Głowa, należąca do, jak się okazało, dość krępego ciała, przytaknęła i drzwi otworzyły się na oścież w przy akompaniamencie jeszcze większej ilości skrzypienia.

* * *

Stary ład wyszukiwał tych, którzy szli przeciwko niemu, tych którzy chcieli zburzyć fundamenty, na których miasto stało.
Ulice huczały od słów, jak sprawiedliwość, praworządność, słuszność, racja.
Tylko zakamarki wypełniał szept, głośniejszy od krzyku, powtarzający jedno słowo, zemsta.

* * * 8 * * *

Służący przeprowadził ich przez piwnicę wypełnioną beczkami, z regałami ustawionymi w labirynt, w którym można byłoby się zgubić. Przeprowadził ich przez pustą kuchnię i salę jadalną, aż do korytarza i do ciągnących się w górę długich schodów.
Tutaj kończyła się jego rola, a zaczynała Gontriego. Gontry kiedyś już tutaj był, rozpoznawał twarze na obrazach, ustawienia świeczników, wzory na pokrywających ścianę gobelinach.
Prowadził ponurą, zakapturzoną posesję opustoszałym korytarzem ku złotym zdobionym drzwiom, jego towarzysze podążali za nim niczym cienie.
Zatrzymali się przed samymi drzwiami, przed którymi nie stał nikt, w rogu zaś tuż obok, światło delikatnie odbijało się od dzwoneczków tamburyna.

* * *

Miasto płakało. Ukrywało łzy w deszczu, cierpienie w zabieganiu, krzyki rozpaczy topiło w zgiełku targowisk, stukocie butów o kamienie, zawodzeniu chorych i starych.
Nie obnosiło się ze swoim żalem, ale pozwalało mu wypełniać serca mieszkańców, otwierało przed nim każde drzwi.

* * * 9 * * *

Gontry zacisnął dłoń na klamce. Drzwi otworzyły się bez najmniejszego protestu. W pokoju panowała ciemność, ale łóżko skąpane było w świetle księżyca. Oświetlona była też śpiąca w nim postać. Gontry otworzył drzwi ostrożnie, uważając, aby nie wydawały z siebie zbyt głośnych odgłosów, po czym wkroczył do pokoju jako pierwszy.

* * *

Miasto czekało. Samo nie wiedziało na co i dlaczego. Nic nie zdradzało, że cokolwiek miałoby się wydarzyć.
Dawno już nic nie szeptano nie tylko otwarcie, ale i w ukryciu. A mimo to, miasto wstrzymało oddech. I czekało.

***10***

Nie było niczego dostojnego w odbieraniu życia. Nie było niczego podniosłego w obserwowaniu gasnącego istnienia. Gontry przestał sklejać myśli ze słów, w jego wspomnieniach zapisać się miały obrazy. Zaciskanie dłoni na ustach, aby krzyk wydobywający się z nich nie zakłócił ciszy. Odbicie światła księżyca w uniesionych ostrzach. Wijące się ciało, które jeszcze nie wiedziało, że już jest martwe. Krew na białej pościeli. Dłonie na jego ramieniu prowadzące go do drzwi.

* * *

Miasto nie spało. Nad ulicami unosiła się ciężka chmura, gotowa w każdej chwili sprowadzić na nie ulewę, aby oczyścić je z nagromadzonego napięcia.

* * * 11 * * *

Drżały mu ręce. Czuł się zarazem lekko i ciężko, kiedy prowadził swoją procesję z powrotem tym samym tunelem.

* * *

Przesilenie przyszło po północy, przelało się przez całe miasto. Cokolwiek wydarzyło się tej nocy, było ważne, miasto jeszcze nie wiedziało, jak bardzo, ale niczym jeden organizm czuło pod skórą, że coś się właśnie zmieniło.

* * * 12 * * *

Zaprawa szybko gęstniała, więc pierwszy raz tej nocy Gontry czuł presję czasu. Wszyscy byli już zmęczeni, ale uwijali się w pocie czoła. Niewiele czasu zostało do świtu. Słońce walczyło już z księżycem o panowanie nad sklepieniem nieba, kiedy ustawiono ostatnią skrzynkę i niewielkie zgromadzenie rozeszło się, każdy w swoją stronę.
* * *
Nad ranem miasto zbudził głośny krzyk i lament.
Umarł król.
Król będzie chowany.
Niech żyje król.

* * *

Lniane woreczki schowane były pomiędzy słoikami i puszkami na półkach za grubym, matowym szkłem. Woda bulgotała, prawie już gotowa do użycia. Gontry wysypał zawartość woreczków do filiżanek. Loretta otrzymała je w posagu, delikatną porcelanę z kruchymi uszkami i srebrnym wzorem. Nie używali ich często, oboje rozumiejąc, jak są cenne.
Liście rozwinęły się potraktowane wrzątkiem, oddając wodzie swój kolor i aromat.
Loretta czekała w swoim fotelu, Gontry postawił filiżanki na stoliku, po czym ucałował ją w czoło i usiadł tuż obok.
Za oknem wciąż słychać było szum przetaczającej się ludzkiej fali, Loretta kręciła głową z oburzeniem, a herbata pachniała.
- Dziękuję, kochanie. - Delikatna dłoń żony zacisnęła się na jego szorstkich palcach, aby chwilę później podnieść filiżankę do wymalowanych na czerwono drobnych ust.
- Takiej jeszcze nie piliśmy - uśmiechnęła się do niego. Jakże Gontry uwielbiał jej uśmiech.
Potrafił odmalować go z pamięci, i teraz miał go przed oczyma, nawet kiedy powoli znikał z jej twarzy, ustępując grymasowi. Widział jej roześmiane oczy, nawet kiedy filiżanka wysuwała się z jej wiotczejących dłoni, kiedy bladość wypierała rumieniec. Przypominał sobie, jak tańczyli w deszczu, kiedy jej ciałem szarpały drgawki, kiedy ślina spływała po jej podbródku, pomieszana z krwią, gdy przygryzła sobie język. Pamiętał, jak wyglądała, szczęśliwa, kiedy trzymała w ramionach ich synka. Pamiętał, jak zanosiła się łzami i krzyczała, kiedy trzymała w ramionach ich syna. Przede wszystkim jednak pamiętał ją, przepiękną w dniu, kiedy przysięgali sobie, że nawet śmierć ich nie rozłączy.
Kiedy wszystko się uspokoiło, odgarnął włosy z jej twarzy, aby jeszcze raz na nią spojrzeć.
- Nie kochanie, takiej jeszcze nie piliśmy.
Kiedy przyjdą, a przyjdą na pewno, być może już teraz byli tuż za rogiem, tuż pod drzwiami, nie dostaną jej. Nie dotkną.
Spod fałd fotela wyciągnął pudełko. Na aksamitnej poduszce w środku leżał tamburyn, wykonany z rzeźbionego drewna z pozłacanymi dzwoneczkami. Istne dzieło sztuki. Gontry zacisnął na nim dłoń, drugą zaś uniósł do ust filiżankę.

* * *

Miasto znów nie spało. Krzyczało. Potajemnie upijało się ekstazą otrzymaną w darze.
Umarł król, niech żyje król.
Stary ład upadł, rozsypał się w drobny mak, przecierając szlak nowemu. Miasto jeszcze nie wiedziało, ile zapłaciło za tę radość, nie spodziewało się, ile jeszcze przyjdzie mu zapłacić. Spoglądało na gruzy status quo i pozwalało się wypełnić pełnym ciepła uczuciom.
Słuchało niknących dźwięków tamburynów. Tańczyło w rytm ich podrygiwań.
Żyło, czekało. Nauczone doświadczeniami, pokryte bliznami, nie krzyczało już o wolności.
Głośno mówiło, zemsta, w ukryciu szeptało, sprawiedliwość.


III
Kruki nad Orheim

teraz

Cornelis van Baarf zwany Gawronem przechadzał się miarowym krokiem w tę i z powrotem – trzy metry w prawo, trzy w lewo i znów trzy w prawo, jak wahadło wielkiego zegara. Woda w małych kałużach zbierających się na wybrakowanych kocich łbach chlupotała cicho pod jego butami, ale nie szkodziła solidnie natłuszczonej skórze i grubym podeszwom od dobrego szewca. Dwadzieścia pięć guldenów i pięćdziesiąt fenigów cesarskich tygodniówki wysokiego urzędnika Komisariatu Sprawiedliwości pozwalało na pewne luksusy, w tym na suche stopy podczas deszczowych dni.
Wszystkie dziewięć ciał leżało przed Cornelisem równolegle jedno obok drugiego, z twarzami – czy raczej tym, co z nich zostało – skierowanymi ku zachmurzonemu niebu, z którego znów coś zaczynało siąpić, z rękoma skrzyżowanymi i ułożonymi na piersiach. Jeśli się zmrużyło oczy i patrzyło pod odpowiednim kątem, wyglądali właściwie jak wyciągnięte na pokład kutra dorodne tuńczyki – van Baarf, mając za sobą przeszłość nastoletniego popychadła na takim właśnie kutrze, nie potrafił odpędzić od siebie tego skojarzenia, chociaż naprawdę bardzo się starał.
Było nie było – to byli ludzie. I to nie pierwsi lepsi, a członkowie elitarnego oddziału jeźdźców wiwern pod patronatem samej cesarskiej mości.
Nad całą tą sceną jak teatralna widownia w lożach zasiadały kruki – olbrzymie ilości czarnych ptaszysk, które wcześniej, nim zaczęło siąpić, Cornelis widział kołujące chmurą nad osadą. W okolicy frontu zawsze zbierało się ich sporo. Pewnie przyleciały do Orheim zwabione świeżymi trupami.
– I…? – Van Baarf usłyszał ponaglające pytanie dochodzące zza pleców, ale zbył je fuknięciem i niecierpliwym gestem.
Zdecydowanie wolałby pracować bez publiczności, ale sprawa była poważna, więc przydzielono mu "do pomocy" całą kilkunastoosobową komisję. Na szczęście część jej członków uznała, że nie będzie moczyć płaszczy na uciążliwej mżawce i poczeka na pisemny raport w ogrzewanym biurze tymczasowym zajmującym dobrą połowę miejscowego komisariatu. Wciąż jednak za plecami Gawrona sterczało sześciu prychających i zziębniętych jegomości, których zniecierpliwione spojrzenia wiercące dziury między łopatkami komisarza zdecydowanie nie ułatwiały wyciągania wniosków.
Sprawa była poważna nie tylko ze względu na fakt, że trupów było dziewięć, ani nawet ze względu na to, że obrażenia wyraźnie zadano tak narzędziami tępymi, jak i magią. Nie. Całe to dyszące towarzystwo za plecami Gawrona wysłano, bo ofiary należały do wyborowej Błękitnej Eskadry, czy raczej tworzyły ją w całości.
Cały doborowy oddział wymordowany jednej nocy. W garnizonowym miasteczku pełnym kobiet, starców i dzieci, bo każdego mężczyznę zdolnego do utrzymania broni wysłano już dawno na front. W garnizonowym miasteczku, które zdawało się najnędzniejszym w swojej klasie. Zupę podawano tu zimną, miód słaby, a część domów wciąż pokrywała strzecha. Gawron podejrzewał, że mieścinka powstała na podobnych zasadach, jak jej podobne – to znaczy cesarscy urzędnicy, zmuszeni do tego, by zapewnić garnizonowi podstawowe usługi, po prostu przeprowadzili łapankę po okolicznych wsiach i na siłę przesiedlili ludzi do postawionych naprędce, byle jakich budynków.
Teraz mieszkańcy Orheim siedzieli w swoich koślawych chatach, wszyscy pod aresztem domowym, by nikt przypadkiem nie wymknął się sprawiedliwości. Do zadań Gawrona należało ustalenie, czy faktycznie doszło tu do linczu i czy to naprawdę możliwe, że ci, których uznano za niezdolnych do walki, zamordowali członków elitarnego oddziału, z jakim od dobrych paru lat nie dawała sobie rady słynąca z karności i wyszkolenia armia kontynentalna. To oczywiście byłoby najprostsze rozwiązanie. I jednocześnie najtrudniejsze, bo wątpliwe, by kanclerz zechciał przyjąć raport stwierdzający, iż jego ukochaną Błękitną Eskadrę siejącą postrach w szeregach wroga wykończyła banda uzbrojonych w lagi niedołęgów i może jakaś miejscowa wiedźma na co dzień lecząca żylaki i refluks.
Mężczyzna podszedł do leżących ciał i pochylił się nad jednym z nich. Dotknął rozwalonej głowy, obrócił, jakby raz jeszcze chciał się przyjrzeć ranom, choć doskonale wiedział, co zobaczy, i że przynajmniej ten osobnik zginął od wielokrotnego uderzania kamieniem w jedno miejsce – co pewnie oznaczało, że wcześniej został unieruchomiony albo że ktoś tłukł go nieprzytomnego. Tak naprawdę nie spodziewał się zauważyć niczego nowego, a jedynie chciał zyskać trochę czasu na poukładanie myśli i strząsnąć z pleców wzrok członków komisji.
– Lista świadków została już sporządzona, jak mniemam? – mruknął, przesuwając palcami po zimnej, woskowatej cerze i ciemnym zaroście. Pod skrzepami krwi i grudami błota starał się dostrzec twarz martwego żołnierza.
Był młody. Z powodzeniem mógłby urodzić się jako syn Gawrona, a być może nawet jako wczesny wnuk. Na jeźdźców wiwern zwykle brano takich, bo jeszcze za mało w życiu widzieli, żeby się naprawdę bać i żeby podejrzewać, co kryje się za obietnicami chwały i wielkiej przygody.
– Oczywiście, wszystko gotowe i czeka na biurku pana komisarza – odparł von Utter, wysoki, szczupły urzędnik w ciemnym ubraniu, od którego odcinała się biała kryza – obecnie w większości schowana pod obszernym kapturem.
– Będę chciał do niej dopisać własne nazwiska.
Tak naprawdę Gawron miał w planach przesłuchanie dokumentnie całej wioski, ale na razie nie zdradzał się z tym zamiarem. Podejrzewał jedynie, jaki wywołałoby to entuzjazm tak wśród członków komisji, jak i w miejscowych funkcjonariuszach. Obawiał się również, że ci drudzy mogliby próbować tę czy tamtą rozmowę uniemożliwić.
Od pierwszych godzin w Orheim czuł w tym miejscu coś szczególnego. Mieszkańców niby odseparowano od siebie, niby trzymano ich pod kluczem we własnych domostwach, ale w powietrzu unosiło się szczególne wrażenie solidarności i Gawron nie potrzebował więcej, żeby wiedzieć, że przyjdzie mu się zmierzyć ze zmową milczenia i być może sabotażem miejscowych służb. Cokolwiek tu właściwie zaszło, najwyraźniej społeczność zamierzała chronić sprawcę z przekonaniem.
A było przed czym, bo wciąż trwała wojna i obowiązywało wojenne prawo. Gawron wiedział, że po tym, jak odda w ręce przełożonych raport, nikt nie będzie się zastanawiał nad okolicznościami łagodzącymi.

*

Gawron oddał płaszcz gosposi, ledwie przekroczył próg komisariatu, ale i tak miał u stóp ciemną kałużę wsiąkającą powoli w deski podłogi. Nim zdołali dotrzeć na miejsce, rozpadało się już porządnie, więc wszyscy zmokli jak kury i kryza wokół szyi van Uttera zemdlała zupełnie.
Miejscowi funkcjonariusze odprowadzali ich spojrzeniami nieufnymi i spode łba, czemu, prawdę powiedziawszy, trudno było się dziwić. Oto z dnia na dzień zostali zmuszeni do stłoczenia się na o połowę mniejszej powierzchni, pochowania fajek i nalewek oraz znoszenia ciągłych uwag na temat nieodpowiedniej organizacji pracy, kto doprowadziła do tragedii. Cóż, Gawron ani przez moment nie wątpił w to, że oni także oberwą rykoszetem przy ferowaniu wyroków. Taka afera wymagała ofiar – dużej liczby ofiar. Może nie wiszących na stryczku, co bez wątpienia czekało mordercę i przynajmniej część tych, którzy usiłowali go chronić, ale przynajmniej wydalonych ze służby i z karami finansowymi, z jakich będą się rozliczać jeszcze trzy następne pokolenia.
Komendant Orheim, Otto van Vart, powitał Gawrona regulaminowo, ale w jego gestach trudno było szukać prawdziwego szacunku. Mężczyzna był to zupełnie już siwy i raczej z tych zaokrąglonych od dobrego jedzenia i piwa, choć przyznać mu należało, że stąpa bardzo cicho, bo pod jego stopami ta sama podłoga, która jęczała przeciągle, gdy przechodził nią Cornelis, nie wydawała najlżejszego dźwięku. Pewnie znał tu każdą deskę. Na twarzy był szary i jakiś taki przeźroczysty, ale to dotyczyło wszystkich mieszkańców osady i w sumie mogło stanowić wypadkową pogody oraz niewesołej perspektywy na przyszłość. Mężczyzna wydawał się z natury spokojny i nieprzejawiający bynajmniej tendencji do okazywania, jak bardzo praca na takim zadupiu uwłacza jego doświadczeniu i zdolnościom. Wręcz przeciwnie – na ile Gawron mógł przebić się przez warstwę niezadowolenia spowodowanego nagłym najazdem cesarskiej komisji, sądził, że dostrzega za tą zasłoną kogoś, komu takie życie w pełni odpowiada. Stan komisariatu zresztą też na to wskazywał, bo choć urząd był skromny, to dobrze utrzymany.
Pech Ottona van Varta polegał wyłącznie na tym, że pod jego jurysdykcją doszło do tajemniczego morderstwa. Pomijając ten przykry incydent, nie dało mu się niczego zarzucić.
– Czy świadkowie zostali doprowadzeni do sali przesłuchań? – spytał van Baarf bardziej ściany niż komendanta, bo spodziewał się, co usłyszy.
– Cóż… Sądziliśmy, że najpierw zechce pan przejrzeć listę nazwisk.
Komisarz powstrzymał się od komentarza, bo wszystko to było oczywistą grą na zwłokę. Co miałyby mu powiedzieć same nazwiska, skoro przebywał w Orheim dopiero drugi dzień? Nie znalazłby wśród nich przecież żadnego sobie znanego, a tylko doszyte na kolanie miana dla wieśniaków, których przodkom nazwiska nie były do niczego potrzebne.

*

Do pierwszych przesłuchań udało się doprowadzić dopiero sześć bitych godzin później, bo kiedy już Cornelis przejrzał listę świadków o jakże znaczących nazwiskach typu Rzepa albo Ryży, okazało się nagle, że nie ma absolutnie żadnego funkcjonariusza, który mógłby aktualnie przerwać pracę na dosłownie kwadrans i sprowadzić delikwenta z aresztu domowego. Komisarz próbował się nie wściekać. Siedział spokojnie na fotelu, stukał palcami w drewno biurka i patrzył na spływające po mętnej, taniej szybie krople deszczu i zapadający powoli zmierzch. Wsłuchiwał się w szum ulewy i stłumione krakanie kulących się pod spadem dachu ptaszysk.
Kiedy wreszcie drzwi do gabinetu otworzyły się i oświadczono mu, że świadek czeka, był już bliski drzemki na siedząco.
Stary felczer, którego miał przesłuchać w pierwszej kolejności, był tak stary, że składał się właściwie z samych zmarszczek. Nawet jego ubranie – wyraźnie za duże na pokurczoną sylwetkę – wydawało się jakoś bardziej pomarszczone, niż powinno. Ledwie Cornelis przekroczył próg, poczuł na sobie spojrzenie pary wyblakłych oczu. Nie wrogie czy zacietrzewione, a raczej po prostu zmęczone i chyba niedostrzegające zbyt wielu szczegółów mimo okrągłych szkieł na nosie.
– Pan Johann Grulh, felczer pierwszego stopnia – odczytał komisarz z kartki.
– Więc, panieńku, chcecie wiedzieć, kto zabił tych chłopców? – zapytał dziadek drżącym głosem i z powodu znacznych braków w uzębieniu na jego bladych wargach zalśniła ślina. – To ja powiem. Oni się sami zabili. Nas wszystkich zabili.

wcześniej

Wystarczyło, że przekroczyli próg Tamburyna, a od razu robiło się trzy razy bardziej tłoczno i ze dwa razy głośniej. Trunki lały się śmielej, a kości częściej toczyły po blatach długich stołów. Zawsze trzymali się razem. Kibicowali sobie podczas pojedynków na pięści, których nigdy nie przegrywali, bo też nie było komu z nimi rywalizować, wyrównywali wzajem swoje długi i nigdy nie zostawiali zlanego w trupa kompana samego sobie.
Inni, głównie schorowani lub kalecy bywalcy karczmy jednocześnie ich kochali i nienawidzili – jak większość osób pozostałych w przylegającym do cesarskiego garnizonu miasta Orheim. Dziewięciu członków Błękitnej Eskadry budziło zazdrość w chłopcach za młodych, żeby pozwolono im pójść w kamasze, a nawet w ich schorowanych ojcach i dziadkach, którzy czuli, jakby dali się minąć nie krwawej i trwającej zdecydowanie za długo jatce, a wielkiej przygodzie. Opowiadano legendy o łączącej ich przyjaźni i brawurowych wyczynach na froncie. Ale jednocześnie temperament jeźdźców wiwern wydawał się za duży na tak małą i zamkniętą w obrębie grubych murów osadę. Jeśli popili, urządzali burdy jak nikt. Tym gorsze, że chroniło ich prawo wojny i za skrzywdzenie któregokolwiek odpowiadałoby się tak jak za uszczuplenie ważnych wojskowych zasobów, czyli głową. Pół biedy, jeśli na dziewięciu dało sobie do czuba czterech, a pozostałych pięciu zachowało dość przytomności, by opanować sytuację. Sytuacja stawała się naprawdę paskudna, gdy zapili wszyscy.
Albo gdy wracali tuż po walce, wciąż umazani krwią, wciąż nabuzowani i ze źrenicami rozszerzonymi po alchemicznych specyfikach dodających im odwagi.
A mimo to w wyniszczanym wojną cesarstwie traktowano ich jak bohaterów. Propaganda dotarła też do Orheim, więc początkowo i tu witano Błękitną Eskadrę kwiatami. Te ostatnie – rzucane pod ciężkie buty przez dziewczęta – denerwowały Rię jak nic innego. Zwykle siedziała wówczas w jakimś kącie, ukryta w cieniu, i obracała w ręce kamień, wciąż jeszcze powtarzając sobie, że jeśli rzuci nim w głowę któregoś z członków eskadry, ściągnie na siebie, swoją rodzinę i pewnie całą osadę jeszcze gorsze nieszczęście.
Ludwika niewiele mówiła o tym, co wydarzyło się niemal trzy miesiące temu, gdy nagła słabość schorowanego, walczącego z postępującym reumatyzmem ojca zmusiła ją do opuszczenia domu po zmroku i dobijania się do drzwi miejscowego felczera Johanna i jego pomocnicy Josy. Ale Ria nie była głupia. Mogła być sobie młodszą z sióstr wciąż traktowaną przez resztę rodziny jak wiecznie umorusany błotem dzieciak, ale wiedziała, jacy potrafią być mężczyźni, zwłaszcza pijani i pod wpływem alchemicznych specyfików. W miasteczku przyklejonym do wojskowego garnizonu zwłaszcza dziewczynki bardzo szybko uczyły się, że na widok zataczających się lub zbyt wesołych żołnierzy należy po prostu brać nogi za pas. Wiele z nich nosiło pod spódnicami konstrukcje z metalu i skóry – były niewygodne, zwłaszcza podczas pracy, ale zapewniały skuteczną ochronę.
Niech tylko skończy się wojna, myślała Ria, podrzucając kamień. Niech tylko przestanie obowiązywać prawo wojny.
– Złaź z tego dachu! – dobiegł do niej głos matki. – Robota czeka!
Cóż, to, że wciąż traktowali ją jak dziecko, nie oznaczało jeszcze, że ma prawo, by jak dziecko się zachowywać.
– Idę, matka! – zawołała i zaczęła ostrożnie ześlizgiwać się po zeszłorocznej, szarzejącej już strzesze, uważając, by żadna słomka nie dostała się jej do trzewika i nie skaleczyła stopy.

teraz

Cornelis szybko uznał, że biedny staruszek bredzi i nakazał wprowadzić kolejnego świadka. To była dziewczyna. Kiedyś chyba całkiem wesoła, a przynajmniej tak kojarzyły się dołeczki w policzkach, ale obecnie posępna i szara jak całe otoczenie.
– Jak ci na imię, dziecko? – spytał van Baarf dla formalności.
– Ria – odpowiedziała.
Coś stuknęło o okienny parapet. To jeden z tych tłustych, spasionych na froncie kruków przysiadł po jego zewnętrznej stronie i, schroniwszy się przed deszczem, zaczął czyścić pióra.
– Proszę pana... Pan jest po naszej czy po ich stronie?
– Słucham? – Cornelis zmarszczył brwi.
Dziewczyna nie patrzyła na niego, a w podłogę. Nerwowo mięła w palcach materiał skromnej spódnicy.
– Muszę to wiedzieć – wyszeptała. – Zanim cokolwiek powiem... muszę to wiedzieć.
– Nie jestem po niczyjej stronie. Reprezentuję wymiar sprawiedliwości.
Kruk zaskrzeczał donośnie.

wcześniej

Tamten wieczór nie różnił się zbytnio od poprzednich. Może tylko tyle, że chłodny, wilgotny wiatr z zachodu zdawał się zwiastować zmianę pogody i nieść z dawna wyczekiwany deszcz. W samą porę, bo zioła w donicach zaczynały już więdnąć i Josa bała się, że wkrótce dla części z nich będzie za późno. Podlewała je oczywiście, ale nawet jej troskliwa opieka nie mogła zastąpić ożywczego deszczu.
Zioła były ważne. Zwłaszcza w takim miejscu jak Orheim. Silnych, sprawnym mężczyzn zabrano stąd dawno i wcielono do armii, ale pracy wcale nie ubyło – podobnie jak nie zmniejszyły się limity produkcji żywności, leków i owczego runa, które osada musiała przekazywać do garnizonu. Więc ludzie, którzy zostali, pracowali i za siebie, i za tych zabranych. Kobiety, starcy, dzieci. A skoro pracowali ponad siły, częściej zdarzały się im choroby, kontuzje i wreszcie śmierć. Felczer Johann, któremu pomagała dziewczyna, potajemnie ulepszył przekazywaną z dziada pradziada recepturę dodającą sił i wigoru. Po nocach oboje zajmowali się produkcją nielegalnego syropu, a rankiem dbali, by każdy w Orheim znalazł jego łyżkę w śniadaniowej polewce. Josa bała się myśleć, że może tylko dzięki temu jeszcze osada jako tako przędzie.
Bo krążyły plotki. Prawo wojny było okrutne, a kraj wyniszczony długoletnimi walkami. Mówiło się, że ta wojna jest nie do wygrania, że wszyscy wyszliby lepiej na podpisaniu traktatu pokojowego, ale podobno cesarz nie chciał o tym nawet słyszeć. Jedni twierdzili, że to dla niego jakaś sprawa osobista i własne humory przesłoniły mu rozum, inni zarzekali się, że władcę opętały demony. Dla Josy nie miało znaczenia, która z wersji jest prawdziwa. Ona chciała tylko, żeby wojna się wreszcie skończyła.
I żeby przestali przychodzić żołnierze, a zwłaszcza gnoje z Błękitnej Eskadry.
Ledwie dwa tygodnie temu, po ich ostatniej wizycie, na kuchennym stole Johanna wylądował niewiele młodszy od niego pobity mężczyzna, który próbował bronić zapasów gotowanej rzepy, jaka miała starczyć jego rodzinie na parę następnych dni. Czasem zdarzały się gorsze historie. Oczywiście felczer wszystkie te przypadki skrzętnie odnotowywał i składał doniesienia na miejscowym komisariacie, ale wszyscy wiedzieli, że robi to tylko dla zasady. Nie to, żeby komendant Otto van Varn miał złe intencje i nie chciał mu pomóc, ale prawo wojny wiązało ręce także jemu. Jedyne, co mógł zrobić, to zwiększać liczebność patroli, tyle że funkcjonariusze, gdyby skrzywdzili żołnierza, także płaciliby za to gardłem. W efekcie stali bezradnie i prosili, a rozwydrzeni, naćpani i pijani żołnierze pod ich nosami robili swoje, może tylko jeszcze bardziej rozochoceni publicznością.

teraz

Niezbyt owocne przesłuchanie Rii przerwało nieśmiałe pukanie do drzwi.
– Tak? – rzucił van Baarf w ich kierunku.
– Podobno zamawiał pan herbatę – powiedział męski głos, gdy skrzydło nieco się uchyliło.
– A, tak – przyznał komisarz. – Paskudna pogoda.
Zdziwiło go nieco, że naparu nie przyniosła mu gosposia, a jeden z podkomendnych Ottona van Varna. Zmierzył funkcjonariusza wzrokiem i szybko doszedł do wniosku, że to właściwie jeszcze chłopak. Pewnie zaraz po szkole. Może więc dlatego dowódca oddelegował go do tak błahych zadań? Żeby trzymał się z dala od śmierdzącej sprawy, która mogła przekreślić jego karierę?
– Jak cię zwą? – spytał uprzejmie, gdy policjant postawił przed nim filiżankę.
– Teodor. Teodor Jors.
– Często robisz herbatę gościom, Teodorze?
Chłopak wzruszył ramionami, ale ułamek sekundy później jakby zorientował się, że nie była to regulaminowa reakcja, więc wyprostował się nagle i stanął na baczność.
– Prawdę powiedziawszy, zdarzały mi się gorsze dni służby – przyznał z rozbrajającą szczerością.

wcześniej

Teodor wstąpił do policji, bo w policji służyli jego ojciec, stryj, dziad i pradziad. Nigdy nawet nie zastanawiał się nad słusznością tego wyboru.
Aż los nie zesłał go do Orheim.
Słyszał wcześniej o członkach Błękitnej Eskadry wiele i z obrzydzeniem oraz wstydem myślał o tym, że niejednokrotnie marzył o tym, że jest jednym z nich – że też ukończył specjalne szkolenie i mknie na wiwernie w przestworzach ze sztucerem wycelowanym we wrogich generałów; że od niego, od jego odwagi, brawury i umiejętności zależy los całej bitwy.
Teraz, patrząc na czerwoną z wściekłości twarz jednego z nich, chciał głównie wymiotować.
On i jeszcze paru innych – w tym nie tylko funkcjonariuszy i nie tylko mężczyzn – otaczało ciasnym kordonem zapłakaną dziewczynę ściskającą w garści strzępy rozerwanego brutalnie ubrania. Mieszkańcy osady nie mogli dotknąć żołnierzy, ale mogli im przynajmniej biernym oporem próbować utrudnić dostanie się do ofiary.
– Zejdź mi, kurwa, z drogi! – ryknął żołnierz.
Zgrzytnęło wydobywane z pochwy ostrze szabli. Nawet wobec opuszczonych spodni jeźdźca robiło ono odpowiednie wrażenie. Ono i te oczy, rozszerzone, przekrwione od alchemicznych specyfików. Okropne i zwierzęce.
Teodor usłyszał przerażony krzyk dziewczyny, a mgnienie oka później jego twarz wybuchła potwornym bólem.

*

Ria pełzła w błocie, nie wiedząc nawet dokąd zmierza. Łzy zalewały jej oczy, całe ciało płonęło, drżało i kurczyło się w potwornych spazmach. Upokorzenie i wstyd zaciskały się na gardle i żołądku. Dlaczego to spotkało właśnie ją? Dlaczego ją? Była ostrożna, niezbyt ładna, ubierała się skromnie, włosy zawsze wiązała ciasno. Słuchała starszych dziewczyn, które radziły jej, żeby nawet nie barwiła policzków sokiem z buraków i nie czerniła oczu, póki trwa wojna, chyba że na ich wieczornych spotkaniach, bardzo rzadkich, podczas których zbierały się, by założyć ładne sukienki i trochę pomalować – żeby po prostu pobyć wolnymi.
Ale nawet to, że wyrzekła się własnego prawa, żeby czuć się ze sobą dobrze, żeby czuć się ładnie, nie dało jej bezpieczeństwa. To było kłamstwo. Wszystko było kłamstwo, próba wmówienia jej, że ma jakikolwiek wpływ na swój los i ponosi winę za to, co ją spotyka.
Miasto, które Ria zostawiała za sobą, stawało się powoli ciche. Milkły krzyki zarzynanych jak zwierzęta ludzi, którzy ginęli, bo pewnego dnia miarka się przebrała i postanowili powiedzieć dość. Za to też nie ponosiła winy. Za nic jej nie ponosiła, a jednak oskarżenia atakowały jej rozbitą głowę gradem ciosów. Nie mogła tego znieść. Chciała, żeby te głosy po prostu umilkły. Chciała też pozbyć się oślizgłego dotyku ze swojej skóry – najlepiej razem ze skórą. Bólu wewnątrz. Wszystkiego.
Dlatego właśnie pełzła za miasto, przez trawę, aż do rzeki, która miała wypłukać z niej życie.

*

Obudziła się rankiem.
Wypłukana.

teraz

– Nie rozumiem. – Gawron marszczył brwi, przyglądając się w skupieniu siedzącej naprzeciw niego dziewczynie w prostej, lnianej sukience. – Znaleźliśmy tylko ciała żołnierzy. Poza tym osada nadal funkcjonuje. Zanim zarządziliśmy areszt domowy, ludzie chodzili po ulicach, pracowali. Niech mnie panienka źle nie zrozumie, panienko Joso, nie wątpię w panienki słowa i to, że wyrządzono wam wielką krzywdę, ale może... pamięć nieco wyolbrzymia pewne rzeczy?
Prychnęła zniecierpliwiona.
– Niech pan spojrzy za okno, komisarzu. – Posłusznie podążył za jej sugestią. – Nie widzi pan niczego dziwnego?
Niebo było wciąż szare, ciężkie od nabrzmiałych chmur. Deszcz uspokoił się i krótki, które wcześniej przysiadały chmarami na gontach, zerwały się do lotu. Krążyły nad cichym miastem wrzaskliwą chmarą, choć ciała dziewięciu żołnierzy dawno już zawleczono pod dach i zabezpieczono. Ale poza tym widok był zwyczajny – na ile szło to ocenić przez kiepskiej jakości szybę pełną mętnych miejsc i bąbelków powietrza. Smętny, owszem, ale zwyczajny dla osad takich jak Orheim.
– Prawdę mówiąc... niespecjalnie – przyznał. – Poza oczywistą zmową milczenia i faktem, że na swoją szkodę chronicie sprawcę.
Odpowiedział mu cichy śmiech, który z jakiegoś powodu zmroził jego kości.
– Nikogo nie chronimy – powiedziała Josa. – Po prostu nie chcecie nas słuchać, kiedy mówimy, że to my jesteśmy sprawcą.
– Wszyscy? Starcy? Kaleki? – Gawron zrobił krótką pauzę. – Dzieci...? Wie panienka, jaka kara grozi za zabicie żołnierza? Każdy to wie. Naprawdę chcecie, żeby przez was i wasze głupie "my" na szubienicę poszły dzieci?
– Nam już nic nie może zaszkodzić.
Dziewczyna uniosła rękę i kruki za oknem zakrakały głośniej. Teraz dopiero, w tym szarym oświetleniu burego dnia...
Gawron potrząsnął głową i zamrugał, ale nie pomogło – nadal to widział. Blada dłoń Josy zdawała się lekko prześwitywać.
– Jak...?
– Mówiłam. Zabili nas wszystkich. A potem my – my wszyscy – zabiliśmy ich.
Kruki krążyły dziko, wrzeszczały jak oszalałe. Coraz szybciej, coraz głośniej.
– Jak...?
– Mikstura naszego felczera.

wtedy

Johann wiedział, że i po niego w końcu przyjdą, więc nawet nie drgnął, gdy potężny kopniak wyważył drzwi do jego pracowni. Powoli skończył mieszać w kotle i spróbował, czy napar ma odpowiedni, słodkawy smak. Jego produkcja była ważna. W tak ciężkich warunkach ludzie nie tylko chorowali, ale też często umierali w wypadkach albo z przepracowania. A jeśli Orheim miało przetrwać, nie ściągnąć na siebie gniewu cesarza, nie mogło pozwolić sobie na utratę rąk do pracy.
– Pożałujecie tego, dzieci – westchnął felczer, gdy usłyszał kroki za plecami.
Odpowiedział mu pojedynczy wystrzał.

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 227
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Re: Instant na trzy słowa XII - głosowanie

Post autor: Milan » 25 października 2018, 20:34

A zatem poznaliśmy zwycięzcę :D

XII edycję instantów na trzy słowa wygrywa

Aishikami

Serdecznie gratulujemy! :toast: :cookie:

ODPOWIEDZ