UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Tytuł Tekstu Września otrzymało "Jak [nie] zostać bohaterem" - GRATULUJEMY! :D

Sroka Złodziejka

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 221
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Sroka Złodziejka

Post autor: MononokeGirl » 17 października 2018, 19:40

Pokłosie tegorocznych Fantazji Zielonogórskich. Połączenie słowiańskich legend z magical girls xD Wrzucam, bo mi się pomysł nadal podoba ^^ I tak, te serduszka to przesłodzenie z rozmysłem :bag:

<3 SROKA ZŁODZIEJKA <3

Znacie to uczucie, gdy obrywa się wam dla dobra innych, a ci inni nie dość, że “dziękuję” nie powiedzą, to jeszcze robią z was tych złych? Nie? Szczęściarze. Dla mnie to smutna codzienność, odkąd przyjechałam do Zielonej Góry i zostałam Sroką Złodziejką. Po co pchałam się do Zielonej Góry i zostałam czym? − pewnie zapytacie. Cóż... Próbowaliście wynajmować mieszkanie w Warszawie lub Krakowie? Nie? Dla studenta to droga przez mękę. Wbrew pozorom tu łatwiej ogarnąć coś przyzwoitego, a studia wszędzie takie same. Papier to papier.
Co do Sroki Złodziejki - jest to nieco bardziej skomplikowane. Kim ona jest? Dla lubuskiej policji − wstydliwym problemem. Dla mnie − pracą dorywczą. A tak ogólnie − wojowniczką o prawo i sprawiedliwość, miłość i tolerancję. Jedną z ptasich królowych obdarzonych bursztynem Nyji.
Nic z tego nie rozumiecie? Spoko. Ja też na początku w ogóle nie ogarniałam.
Nazywam się Kaja Korwicka i oto jedna z przygód, jakie przeżyłam, jako Sroka Złodziejka.


<3

Dobra. Czym zajmuje się Sroka? Ot, szuka wypaczonych dusz, aby przeprowadzić je na drugą stronę. Wszystkie ptaki są posłańcami bogów, ale każdy z nich ma swoją działkę. Bociany sprowadzają duszyczki dzieci do Jawii, sowy i kruki męczą dusze złych ludzi, a sroki zajmują się duszami wypaczonymi − takimi, które były dobre, lecz zawahały się i nie przeszły do Nawii. Dusze nie powinny tak robić − chyba że bardzo chcą zmienić się w upiory. To wcale nie jest takie fajne, jak mogłoby się wydawać. Ogniste mają te swoje czaderskie płonące rumaki czy miecze, a powietrzne latają, ale hej − skazujecie się na wieczne błądzenie, moi drodzy. Oczyszczenie takiej zupiorzałej duszy jest niemal niemożliwe, a zatem nie zobaczycie mamusi i tatusia w życiu pozagrobowym. Można się pożegnać na wieczność z babciami i ciociami. Rozumiem, że taka opcja bywa czasem kusząca, ale nie trzeba od razu wybierać tak skrajnych rozwiązań. Serio. Zaświat jest przeogromny z tego, co słyszałam.
Znalezienie takiego kandydata do oczyszczenia nie jest wcale trudne. Wiecie, czemu powstał ten przesąd, że sroki lubią błyszczące przedmioty? Bo takie rzeczy zazwyczaj mają powierzchnię, w której się można przejrzeć. A w lustrzanym odbiciu uwięziona zazwyczaj jest dusza. Ta prawdziwa. Albo i nie, ale wampiry to już całkiem inna działka. W każdym razie widać wypaczenia. W dzisiejszym świecie, gdzie dookoła króluje szkło, dostrzeżenie ich jest banalnie proste.
Wypadek, o których chcę wam opowiedzieć, miał miejsce podczas Winobrania. Wrześniowe niebo jeszcze nie chciało przyjąć do wiadomości, że nadchodzi jesień. Było naprawdę ciepło. Piłam sobie akurat piwo, słuchając koncertu i zwyczajnie się leniąc. Wystawiałam twarz ku słońcu, w dłoni trzymałam zimny kufel − życie nie mogło być lepsze. Wtedy usłyszałam łopot skrzydeł i na barierce otaczającej restauracyjny ogródek usiadła sroka. A dokładniej − moja Świca. Możecie sobie mieć koty i psy, ale mówię wam − nie ma fajniejszego domowego pupila niż kilkusetletnia przeklęta przez bogów sroka. Podobno była jakąś wróżką, nim zamienili ją w ptaka i kazali pomagać kolejnym wcieleniom Sroki Złodziejki w pracy, aby odpokutowała swój grzech. Za co tak oberwała to nie mam pojęcia − w tym temacie bywa niesamowicie drażliwa.
— Mamy zadanie… — zaczęła, ale udawałam, że jej nie słyszę, więc dziobem stuknęła mnie w czubek głowy.
Rozdrażniona odgoniłam ją wolną ręką, którą potem potarłam bolące miejsce. Odwróciłam się od niej obrażona − akurat, żeby spojrzeć na swoje odbicie w witrynie restauracji. Wredota mnie potargała, więc przygładziłam niesforne loki. Były brązowe, ale tak ciemne, że prawie czarne. Tylko w dnia równie słoneczne, co dzisiejszy widać było na nich czekoladowe refleksy. Za to oczy miałam bardzo jasnozielone, że aż prawie żółte. Jak pieniążki z kreskówek. Mama twierdzi, że mi się tak z chciwości porobiło, bo jestem straszną materialistką niby. Bardzo zabawne, mamo. I dlatego poszłam na historię, bo jako historyk będę zarabiać grube kokosy.
— Nie interesuje mnie to — burknęłam. Na szczęście Świca miała na tyle wyczucia, aby pojawić się, gdy akurat moja koleżanka ze studiów poszła po frytki. — Wzięłam wolne na czas nieokreślony.
Ostatnia robótka zlecona przez Świcę nie była zbyt dochodowa, a w dodatku prawie zginęłam. Pamiętajcie − nigdy nie lekceważcie dusz uroczych staruszek. Pod niegroźną powierzchnią czają się prawdziwe demony. To miała być rutynowa akcja. Dostałam zlecenie, żeby skraść antyczny zegar, który stał się kością niezgody w rodzinie pani Wielickiej. Staruszkę tak bardzo martwiły swary jej rodziny, że nie potrafiła przejść na Drugą Stronę i myśli o zegarze całkiem ją opętały. Duchy mało kiedy kierują się logiką, ale ten miał całkiem niezły plan. Prześladował każdego, kto zapragnął tego zegara. Nie pomogło, że rodzina dogadała się w końcu i sprzedała pechowy antyk. Wielicka dręczyła kolejnych właścicieli, aż nie wpadła w oko jakiejś sroce. Ta przekazała wieść Świcy, a ona − mi. Kiedy pojawiłam się, aby go ukraść, staruszka całkiem oszalała. Stała się Babcią-Upiorzycą. Jeszcze nie do końca zupiorniała, ale naprawdę niewiele jej brakowało. Wyobraźcie sobie prawdziwe ja tej starszej pani, która musi umrzeć i dodajcie do tego odwrócone kolory jak w negatywie i makijaż klowna. Macie? I ta mumia rzucała we mnie włóczko-bombami, szczebiocząc "chodź do babuni", albo "bądź grzeczna i załóż czapeczkę", gdy próbowała mnie złapać w wydzierganą pułapkę. Ale wiecie co było najgorsze? Druty. Te do robienia szaliczków. I rękawiczek, i poszewek. Jako swojej broni raczej nie wybrałabym drutów. Miecz, kuszę, gnata, nie? Nie, jeśli zostaną użyte jako pociski też potrafią być śmiertelne. Gdyby nie mój refleks i kocie ruchy to byłabym podziurawiona jak szwajcarski ser. Niewiele brakowało. Jestem cała w plastrach do tej pory. Mam też uszczerbek na zdrowiu psychicznym − na samą myśl, że zbliżają się Święta Bożego Narodzenia i będę musiała odwiedzić własną babcię, przechodzą mnie ciarki. Mam babciofobię.
— Sroka nie może brać wolnego — odparła przemądrzale Świca.
Posłałam jej spojrzenie: "nie? to patrz!" i odwróciłam się ostentacyjnie.
Tym razem, kiedy próbowała ataku z zaskoczenia to wbiła dziób w moją torebkę, którą uniosłam na czas. Miałam za sobą godziny ćwiczenia tego manewru. To nie był pierwszy raz, kiedy kazałam Świcy spływać.
— Tym razem mamy do czynienia ze szczególnie niebezpiecznym duchem — wróżka spróbowała dyplomacji zamiast przemocy.
No, to mnie przekonała.
— Nie — powiedziałam stanowczo, żeby pozbawić ją wszelkich złudzeń. Jak na kogoś liczącego sobie kilka tysięcy latek to była beznadziejną manipulantką. Z tego, co słyszałam o wróżkach, to zawsze myślałam, że są lisio sprytne. Rzucą przynętę, a ty nawet nie zauważysz, że ją połknęłaś.
— I pewnie Król by się pojawił…
I tu mnie miała. Król Gór, legendarny Karkonos, zjawiał się zawsze w ostatniej chwili, kiedy naprawdę potrzebowałam ratunku. Jest mega tajemniczy. Jak ja bym chciała wiedzieć, kim on jest! Facet ma z jakieś metr osiemdziesiąt, srebrne włosy i piękne dłonie. Ze smukłymi palcami i takimi boskimi wystającymi kosteczkami na nadgarstkach. Cóż, nosi się ubrany jak Gandalf, na głowie ma rogi i metalową maskę bardzo wkurzonego jelonka na twarzy, ale, kurcze, nikt nie jest idealny, nie? Odkąd sama jestem przebierańcem, mam znacznie podniesiony próg tolerancji na takie rzeczy.
— Nawet nie musiałabyś kłamać, że masz kłopoty — zakpiła ze mnie Świca, a ja się lekko zaczerwieniłam.
Nie powinnam była pić tego piwa tak łapczywie.
Cholerka, jeśli Świca zauważyła, że ściemniałam, to Król na pewno też. To ładnie. Nieźle się wygłupiłam. Ostatnie cztery zadania świetnie mi szły w pojedynkę i przestałam widywać Karkonosa. Zwyczajnie nie był potrzebny, więc walcząc z Babcią Upiorzycą, postanowiłam troszkę odpuścić, mając nadzieję, że on przyjdzie z odsieczą jak zwykle. Zawiodłam się i doigrałam, bo naprawdę dostałam wycisk.
Okropne wspomnienia Babci-Upiorzycy walczyły w mojej głowie z miłymi o Królu Gór. Jak zawsze, gdy o nim myślałam, rozmarzona przygryzałam dolną wargę.
Nagle zniecierpliwiona Świca zatrzepotała skrzydłami, a ja odruchowo uniosłam torebkę nad głowę, jednak sroczka nie próbowała mnie atakować.
— Jeśli ty nie przyjdziesz do ducha, to duch przyjdzie do ciebie — zagroziła mi i odleciała, bo akurat moja koleżanka wróciła z frytkami. Po opakowaniu poznałam, że poszła aż na stoisko z belgijskimi i dlatego tak długo nie wracała. Tam zawsze była kolejka. Miałam nadzieję, że pamiętała o sosie andaluzyjskim - jest najlepszy.
Próbowałam cieszyć się wolnym i nie myśleć o Świcy, ale do końca tego dnia dręczyło mnie złe przeczucie. Wyjaśniło się ono dzięki “Tygodnikowi Zielonogórskiemu” dzień później. Z pierwszej strony gazety smoliście czarnymi literami nagłówek krzyczał, że Sroka Złodziejka zamierza ukraść główną nagrodę rzeczową konkursu winniczego − wino musujące Remis z winiarni Grempler & c.o. rocznik 1855. Skarb kolekcjonerski. Niedostępny na rynku. Jedyny i niepowtarzalny, bo z partii nagrodzonej w Paryżu.
Super.
Po prostu wspaniale.
To oznaczało, że nawet jak podejmę się tego głupiego zadania, to nigdzie nie opylę fantów.


<3

Co jest kluczowe w pracy Sroki Złodziejki? Szybkość i zwinność? Starożytna magia? Na pewno. Ale poza tym wywiad detektywistyczny. Bardzo ważnym było, żeby dobrze się przygotować do każdego zadania − zgłębić historię ducha, któremu musiałam pomóc. Czasami trzeba się z tym naprawdę namęczyć, bo to wcale nie jest tak, że ktokolwiek poda mi na tacy imię i nazwisko, pesel i adres pechowego denata. W tym przypadku nie miałam żadnych informacji. Nic. Świca się obraziła na amen i pozostawiła mnie błądzącą we mgle niewiedzy.
To szampan Remis opętał ducha, czy duch szampana? A może w wypaczeniu duszy maczał palce jakiś demon? To było najgorsze. Modliłam się, aby nie mieć znowu do czynienia ze zmorą. Są jak karaluchy − tłuczesz, tłuczesz i tłuczesz, a one jeszcze się ruszają. Zwłaszcza, że moje zdolności jakoś średnio nadawały się do walki z demonami. Nie byłam ani Sową, ani Krukiem czy nawet Orlicą. Groźba Świcy brzmiała bardzo poważnie i miałam czarne myśli.
Musiałam się skupić na tym, co wiedziałam - Remis rocznik 1855.
Niby mieliśmy Muzeum Wina, ale wątpiłam, żeby specjalnie dla mnie zaktualizowali wystawę o informacje akurat o tej specjalnej butelce. Byłam tam wielokrotnie, znałam wszystkie eksponaty na pamięć. Tak to jest jak się jest studentem instytutu historii. Jednak mimo wszystko poszłam do Muzeum Ziemi Lubuskiej.
— Jest pani Marylka? — zapytałam w recepcji.
— Drugie piętro.
Chwilę milczałyśmy. Ja uśmiechnęłam się szeroko i niewinnie. W końcu kasjerka westchnęła, wstała z krzesła i skierowała się ku schodom. Po dwóch minutach jej miejsce zajął mój ulubiony informator − wygadana pani Marylka.
— Za te korepetycje powinnam brać jakieś wynagrodzenie — westchnęła jak zwykle, gdy ja grzebałam w torbie. Wyjęłam zeszyt z krzyżówkami i sudoku, a także jej ulubioną zieloną herbatę z cytryną.
Kiedy pierwszy raz odwiedziłam to muzeum, byłam sama i pani Marylka zaczepiła mnie, gdy z zachwytem przyglądałam się eksponatom, robiąc notatki. Spodobało jej się moje zainteresowanie i skończyło się na tym, że za darmo zaliczyłam zwiedzanie z przewodniczką. Pani Marylka kocha swoje miasto i swoje muzeum. Wtedy myślałam, że wpadnę sobie tu tylko na godzinkę, a okazało się, że spędziłam trzy, słuchając jej historii. Było akurat po sezonie, nie mieli zbyt wielu zwiedzających, więc zrobiła to z nudów. Jednak już tak zostało. Okazała się, wtedy skarbnicą wiedzy.
— Remis z 1855 roku... — wymruczała, dociskając do nosa okulary jednym palcem.
I się zaczęło. Dla wprowadzenia usłyszałam CAŁĄ historię winiarni Grempler & c. o. i każdego z jej założycieli, zmiany w ekonomii miasta, gdy winiarnie się zmieniały i w końcu poupadały...
— ...ale zupełnie nic o samym Remisie — westchnęłam pani Marylce.
— A co ty byś jeszcze chciała wiedzieć? — fuknęła na mnie nieco obrażona. Nie dziwię się. Gdybym ja się tak nagadała, a na końcu usłyszała, że bez sensu to by mnie to poirytowało. Bardzo. Na szczęście ona miała więcej cierpliwości. — Jak to się stało, że taka cenna nagroda znalazła się w konkursie, a nie na wystawie muzeum?
— To wkład jakiegoś prywatnego kolekcjonera... Poczekaj. W czymś państwu pomóc? — zwróciła się do pary turystów, która przed chwilą kupiła od niej bilet, ale zamiast pójść dalej zgodnie z jej wskazówkami zatrzymali się tuż obok i słuchali, o czym rozmawiałyśmy. Spłoszyli się, zaprzeczyli i pouciekali. — O czym to ja?
— O kolekcjonerze — przypomniałam usłużnie.
— Ano tak. Kolekcjoner. Znasz Malinowskich? Tych od skansenu?
Mieszkam w Zielonej od roku, nie znam nawet wszystkich ludków na moim wydziale, a co dopiero jakichś "Malinowskich od skansenu". Milczałam.
— Ano tak — powtórzyła, napiła się herbaty. — No, to ten kolekcjoner jest jakimś kuzynem TYCH Malinowskich... — powiedziała tonem, jakbym powinna ich znać. — Franciszek chyba miał na imię. Wrócił do Polski z Francji z synem. Mieli ruszyć z winiarnią w starym stylu.
Mój sroczy zmysł zapalił mi czerwoną lampkę.
— I co się stało?
Pokręciła przecząco głową.
No tak. Gdyby im się udało to przecież wiedziałabym o tym. Mieliśmy przecież Winobranie, w którym brały udział wszystkie okoliczne winiarnie. Nie słyszałam o żadnej nowej.
— Podobno to była jego druga próba. Żona była enolożką, czy coś i próbował za PRLu z tymi szampanami, ale to nie był dobry czas dla takich ekskluzywnych trunków, więc wyjechali do Francji — muzealniczka wzruszyła ramionami.
Nie dodawała niczego więcej, ale tyle mi wystarczyło − resztę sama potrafiłam sobie dośpiewać.
Pani Marylka była bezcenna.


<3

Czemu pozwoliłam się w to wciągnąć?
Ano tak − przecież zwyczajnie nie miałam wyboru. Znalazłam się zupełnie przypadkiem za blisko tego przeklętego wina i od tamtej pory bursztyn Nyji świecił i rozgrzewał się coraz bardziej, ostrzegając mnie przed niebezpieczeństwem.
— Jak sprawić, żeby to cholerstwo się uspokoiło? — zapytałam Świcę, gdy ją wreszcie znalazłam. Pod dziób podstawiłam jej naszyjnik ze świętym kamieniem. Bursztyn był wyszlifowanym i gładki, miał kształt bardzo niewprawnie wyrzeźbionego ptaka, a w środku czarne piórko. Był antykiem, który znalazłam podczas praktyk w muzeum i… ekhm... pożyczyłam go sobie na czas nieokreślony.
Czarne jak paciorki oczka spojrzały na mnie bardzo nieprzyjaźnie.
— To "cholerstwo" jest błogosławione przez boginię! Kaaakkakkkakakaka! Przez wieki ludzie oddawali cześć Sroce, jako posłaniczce Tej, która Daje Drugą Szansę! Kakakkakaka! Jesteś kapłanką bóstwa, zachowuj się, ty bezbożnico! Kakaka! — fuknęła na mnie. Tak się rozzłościła, że co zdanie dostawała napadu sroczego skrzeczenia. Zazwyczaj panowała nad ptasimi odruchami.
Przewróciłam oczami.
— Miłosierna daje ci ostatnie ostrzeżenie! Kakka! Musisz wykonać zadanie!
Zatem nie mogłam liczyć na pomoc. Bardzo mi się to nie podobało, ale na rozstanie z wisiorkiem też nie miałam ochoty. Po dwóch pierwszych robotach starłam się z duszą tak potężną, że wylądowałam w szpitalu. Do cmentarza naprawdę niewiele mi brakowało. Wtedy zostawiłam amulet na trzy miesiące w szafce aż do czasu, gdy pewien duch uznał, że sprzątnie Srokę, zanim ona sprzątnie jego. Byłam zupełnie bezbronna. Nigdy więcej nie chciałam się tak czuć, więc z nim wcale nie rozstawałam. Nawet kąpałam się i spałam z nim na szyi.
Westchnęłam. Długo i głęboko, a Świca zrozumiała, że wygrała.
Do ratusza zakradłam się wieczorem. Zanim dotarłam na miejsce znalazłam wąską, pustą uliczkę, żeby stać się Sroką.
— Czas rozwinąć skrzydła — wyszeptałam zaklęcie.
Bursztynowa figurka ożyła − rozłożyła swoje kamienne skrzydełka, rozwarła dzióbek w niemym krzyku, uniosła się w powietrzu. Zamknięte w jej wnętrzu czarne piórko świeciło na niebiesko, smugi światła zakrzywione przez bursztyn były fioletowe, pomarańczowe. Przemiana przebiegła w mgnieniu oka. Uniosłam się w powietrzu − jeśli kiedykolwiek lewitowaliście, to powinniście wiedzieć, że jest to piekielnie niewygodne i człowiek zaczyna machać nogami i rękami, aby utrzymać jakąkolwiek równowagę − promienie jakby upłynniły się i owinęły moje ciało tęczowym kokonem.
Nagle pstryk! i bursztyn sam zmienia się w światło, zatacza bączka i uderza w moje czoło, zostawiając na nim złocisty tatuaż podobny do ptaka z denarów Bolesława Chrobrego...
Pstryk! i nudna okularnica Kaja Korwicka znika, a na jej miejscu stoi Sroka Złodziejka. Na twarzy mam czarną maskę, we włosach wstążkę, noszę bluzkę z bufiastymi rękawami, rękawiczki, krótką spódniczkę z długim trenem i kozaki na wysokim obcasie. Wyglądam całkiem jak nie ja. I dobrze, bo gdyby ktokolwiek znajomy zobaczyłby mnie w takich ciuchach, to chyba bym padła trupem. Przez pierwszy miesiąc zupełnie nie mogłam się przyzwyczaić do tej spódniczki. Spróbujcie w takim stroju sprzedać kopa w stylu Chucka Norrisa i nie świecić majtkami. Powodzenia. To niewykonalne.
Jednak ten ciuch ma kilka naprawdę fajnych funkcji. Najfajniejszą są "skrzydła". Mój tren staje się jednocześnie skrzydłami i ogonem. Jestem w stanie wskoczyć na budynek bez problemu czy szybować jak na paralotni. Lotem jako takim to bym tego nie nazwała, ale podobno moje starożytne poprzedniczki naprawdę latały. Tak twierdzi Świca. Mnie "ogranicza mój ciasny umysł".
Takim właśnie sposobem po dachach kamieniczek dostałam się na piętro ratusza. Okno od środka otworzyła mi Świca. Butelka wina stała w gablotce z różnymi nagrodami dla miasta pomiędzy pucharami, wstążkami, kluczami, kryształami i dyplomami. Nie było żadnego alarmu, ale nie podchodziłam bliżej. Już z daleka widziałam czarną aurę wokół Remisa.
— Jako wysłanniczka Miłosiernej Pani nakazuję ci się pokazać! — ogłosiłam podniesionym głosem, wyciągając dłoń ku gablocie. Moje palce rozbłysły, na dłoni pojawił się cień sroki, który poleciał w stronę przeklętej butelki szampana. Kiedy trafił w tą pulsującą czerń, ze środka dobiegł mnie krzyk złości. — Pokaż mi swoją prawdziwą twarz! — rozkazałam ponownie, recytując magiczne formuły nauczone przez Świcę, a mój głos wibrował mocą, jaką obdarzyła mnie bogini.
Ciemność skumulowała się wokół butelki, szkło sekretarzyka pękło, kłębiąca się energia zaczęła przybierać inną formę. Wyrosły jej nogi, ręce i głowa, kozie różki. Stanął przede mną starszy pan w eleganckim trzyrzędowym garniturze; zamiast dłoni miał świdry jak w otwieraczach do butelek; jego skóra była winogronowo-fioletowa. Przed sobą nie miałam pana Franciszka, a złośliwego ducha Winniczka.
Za każdym razem, gdy widziałam, co wypaczenia robiły z ludzkimi duszami, żałowałam, że zaklęcie nie zakładało przywołania ducha w przyjemnej dla oka postaci. Później przez nich śniły mi się durne koszmary.
— Ja, Sroka Złodziejka, ukarzę cię w imieniu Wyraju! — kolejny frazes. Magia jest kapryśna i uwielbia rytuały. Gdybym nie dopełniła do końca formuł to mogłaby mnie zawieść. — Panie Franciszku, proszę…
I na tym skończyły się negocjacje, a miałam nadzieję, że potrwają trochę dłużej. Czasami zdarza się, że w ogóle nie muszę walczyć, bo udaje mi się dotrzeć do dusz słowami. Czasami myślę, że zamiast zdawać historię, powinnam była pójść na psychologię. Talent mam wrodzony.
— Ho, hoho! — Duch uznał, że zmęczyło go słuchanie i zaśmiał się, puszczając z ust bąbelki. Dodam, że każdy z nich zaczął rosnąć, a ja wolałam nie przekonywać się, jakie posiadają wrogie właściwości. Poza tym ciasny gabinet nie był miejscem na potyczki z wypaczonymi duszami. Slalomem ominęłam bańki i wyskoczyłam przez okno.
— Ho, hoho! — ścigał mnie jego śmiech, ale jak obejrzałam się przez ramię to zobaczyłam, że Winniczek siedział na jednym z bąbli i powoli leciał za mną, lecz resztę wysłał ku siedzącym w restauracyjnych ogródkach ludziom. Bąbelki ich pochłonęły, zaczęli lewitować, ale niezbyt wysoko. Na początku Zielonogórzanie wyglądali na wystraszonych, lecz po chwili ich twarze zrobiły się czerwone. Upijali się powietrzem.
Wiem, że powinnam była przyjść w środku nocy jak każdy normalny włamywacz, ale następnego dnia wcześnie rano miałam ważne ćwiczenia, których wolałam nie przegapić.
— Stalowe Pióra! — ruchem ręki posłałam w stronę baniek serię czarnych strzał. Większość ataku skoncentrowana była na Winniczku, ale on pozwolił się wchłonąć własnemu bąbelkowi, którymi okazał się być twardszy niż pozostałe i jak tarcza odbił wszystkie Pióra. Jednak udało mi się skupić na sobie jego uwagę. Ruszył za mną w pościg ponad dachami kamienic.
Gnałam jak wicher. Skakałam ponad ulicami. Później gdy zabrakło dachów, odbijałam się jedną stopą od latarni i szybowałam. Potrzebowałam opustoszałego miejsca i doskonale wiedziałam, gdzie takie znajdę. Od maja na winnym wzgórzu trwały prace, więc cały teren był rozkopany i ogrodzony. W Palmiarni mogli być jeszcze jacyś ludzie, ale to w tej chwili była najlepsza opcja.
— Ho, hoho! — usłyszałam zaskakująco blisko tuż przed tym jak poczułam miękkie, trochę mokre dotknięcie bańki.
— Stalowe Pióra! — krzyknęłam ledwie ścianki bąbelka zamknęły się wokół mnie, w następnej sekundzie moje strzały przedziurawiły go z łatwością, lecz ten jeden głęboki wdech sprawił, że zapałały mi policzki. Spadłam ciężko na ziemię - na szczęście już na terenie Parku Winnego. — Sta… — czknęło mi się. — …lowe Pióra! — powtórzyłam, celując w ducha, ale tym razem strzały nie śmignęły tak chyżo i celnie jak zawsze. Ledwie do niego doleciały, nie miał żadnych kłopotów z uniknięciem ich.
Dobra, zrobiło się niebezpiecznie.
— Ho, hoho! Może jeszcze jedną lampkę? Polecam Bordeaux Pauillac z 1996!
Poczuł się znacznie pewniej, bo zaczął strzelać seriami, a ja jedyne, co mogłam robić, to uciekać.
— Cisowe Berło! — przyzwałam swoją ostateczną broń. Była to magiczna różdżka, którą oczyszczałam dusze, ale wiedziałam, że w tej chwili nie uda mi się trafić Winniczka żadnym zaklęciem, więc tylko machałam nią na prawo i lewo, przebijając bańki.
— Masz rację Sroko, ho hoho! Picie do lustra jest smutne. Niech zacznie się biesiada!
Rozpoznałam słowa mocy i aż przeszły mnie ciarki po plecach.
— No chyba se jaja robisz! — krzyknęłam, kończąc piskliwie.
Ziemia pod winnymi krzewami zaczęła się otwierać. Zamieszkujące krzaki demony winników − spokrewnione z popularniejszymi w Polsce piwosznikami − zaczęły wygrzebywać się ze swoich kryjówek. Na szczęście większość szwędała się po mieście, namawiając ludzi do pijaństwa w trakcie Winobrania, ale te kilka leniwych sztuk, które zostały na winnym wzgórzu też mnie nieźle wystraszyło. Wspominałam, że nie znoszę demonów? Tak? A, że zombie nienawidzę jeszcze bardziej? Nie?
To ich nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę!
Duch Winniczek nieco się do nich upodobnił z wyglądu, bo one też były fioletowoskóre i miały małe różki na głowie. Poza tym były kędzierzawe, zarośnięte na rękach i nogach. Do tego bębenkowate brzuszki i już wiadomo, jakie stwory pozowały projektantom Bachusików. Każdy miał rumiane policzki i kartoflowaty, czerwony nos.
— Czerwone Cote de beaune dla każdego, kto zaprosi młodą damę do tańca, mes amis! — ogłosił chojnie Winniczek, a tłum demonów zakrzyknął entuzjastycznie.
Sprowadzenie ducha, który opętał szampan, do Parku Winnego nie było takim dobrym pomysłem.
Winniki otoczyły mnie, uśmiechając się obleśnie do mojego pępka. Były dosyć niskie, nawet jak na demony.
— Stalowe Pióra! — wykrzyknęłam. Z tej odległości nie mogłam spudłować. Dwóch z tych, którzy nie zostali trafieni zdzieliłam berłem, następnego kopniakiem. — Już ja z wami zatańczę!
Szło mi z nimi naprawdę nieźle, ale zupełnie nie przyszło mi do głowy, że to tylko dywersja.
— Sroko, uważaj! — ostrzegła mnie Świca, ale za późno. Próbowała mnie uratować, ale sama wpadła w jeden z bąbli, które puścił Winniczek. Zobaczyłam jak się szamocze, aby w końcu poddać i ułożyć na dnie balonika.
Dzięki jej ostrzeżeniu udało mi się złapać oddech, lecz nie uciekłam przed bańką. Uwięził mnie w środku. Tym razem bąbelek był znacznie wytrzymalszy, bo nie mogłam go przedziurawić berłem. Rozważałam użycie Stalowych Piór, lecz nie chciałam upić się jeszcze bardziej. Alternatywą było tylko dalsze wstrzymywanie oddechu, ale też przecież nie mogłam tego robić w nieskończoność.
Królu, gdzie byłeś, gdy akurat cię potrzebowałam?!
Ledwie zdążyłam wezwać go rozpaczliwie w myślach i bęc! Bańka rozprysła się nagle przeszyta jego kosturem. Tak mnie to zaskoczyło, że zachłysnęłam się alkoholowym powietrzem.
— Kooocham cię! — zawyłam kompletnie wcięta i zachichotałam. Byłam chroniona przez moc kostura, który był wbity w ziemię tuż obok mnie, więc winniki nie mogły nic mi zrobić. Siedziałam na trawie i jak idiotka machałam do Króla Gór, który stał na dachu Palmiarni. Jego płaszcz trzepotał na wietrze, rogi odznaczały się na tle księżyca. Dotknęłam chłodnymi dłońmi rozpalonych policzków. — Jaki on przystojny! — zachwyciłam się.
Winniczek i Król Gór przez chwilę mierzyli mnie spojrzeniem w milczeniu.
Na moje szczęście lub nieszczęście kostur Króla Gór posiadał nie tylko właściwości ochronne, ale też lecznicze. Alkohol szybko ze mnie parował i trzeźwiałam błyskawicznie. Niestety nawet magia nie jest w stanie powstrzymać wszechpotężnego kaca.
— Koniec tej zabawy! — ogłosiłam naprawdę wkurzona. Głowa mi pękała na pół. Ledwie dźwignęłam się na kosturze. Wycelowałam swoim berłem w Winniczka.
Karkonos chyba odetchnął, bo zeskoczył z dachu i zajął się resztą demonów.
— Panie Franciszku, wiem, że pan tam jest. Wiem, że pańskim marzeniem było otworzenie tej winiarni, ale urzędnicy utrudniali panu życie i musiał pan zrezygnować. Wiem, że chciał to pan zrobić dla żony… Z wykształcenia była enolożką, prawda? W ten sposób mógł pan ją zatrzymać w Polsce…
— Sądzisz, że cokolwiek wiesz?! - oburzył się i zaszarżował prosto na mnie. Zrobił wypad na prawą nogę, jednocześnie wyrzucając do przodu prawą, korkociągowatą rękę. — En garde! — wykrzyknął, a ja poczułam się jak w filmie o muszkieterach. Kochałam te filmy.
— Alle! — odpowiedziałam i odbiłam jego cios swoim berłem. Było za krótkie i nie miało ostrej końcówki, więc walka szermiercza w moim wykonaniu była z góry skazana na porażkę. Jednak, aby osłabić jego czujność markowałam ciosy i odbijałam kolejne ataki. Nie próbował wykorzystywać przewagi, jaką dawała mu druga ręka, pewnie bardzo długo ćwiczył i czuł się na tyle pewnie, że nie obawiał się przegranej.
— Touché! Touché! Touché! Touché! — ogłaszał po każdym kolejnym trafieniu. Ramię, noga, bark, żebra. Raz zamiast mnie dźgnąć uderzył mnie płazem jak biczem przez plecy, gdy uniknął jak tancerz mojego kolejnego ataku, a ja poleciałam bezwładnie do przodu. Paliło ogniem, ale jednocześnie wcale nie bolało. W żyłach pulsowała mi adrenalina. Natychmiast się odkręciłam i użyłam mojego berła jak pałki. Tym razem nie zdążył mi uciec, bo całkiem nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Zlekceważył mnie i teraz płacił za to cenę. Udało mi się trafić go w głowę i zamroczyć.
Tymczasem ja wezwałam moc Cisowego Berła. Zakręciłam nim okrąg.
— To co wzeszło, musi zwiędnąć. Poddaj się kręgowi życia!
Światło przeszyło ducha, jego forma się zdematerializowała. W powietrzu zawisła butelka wina, uleciał z niej całkiem zwyczajny duch pana Malinowskiego. Staruszek rozejrzał się po wzgórzu ze smutkiem, ale w końcu jakby coś dostrzegł, zawiesił na czymś wzrok i uśmiechnął się w końcu. Podleciała do niego chmara srok, która porwała go ze sobą na Drugą Stronę.
— Przepraszam za spóźnienie, Chloé — usłyszałam jak jego słowa pochwycił wiatr zaświatów.
Myślałam, że jak tylko duch Winniczka zniknie, to razem z nim pozbędziemy się demonów, ale okazało się całkiem inaczej.
Niby demony-zombie są najgorsze? Otóż nie. Ja też nauczyłam się czegoś nowego. Nie ma nic gorszego niż mieszać się i pokrzyżować plany bogu. Z demonem się namęczysz, ale rozwalisz go i masz spokój. No, może co najwyżej jeszcze podręczyć cię w koszmarach. Po pierwsze − boga nie rozwalisz. To za twardy skurczybyk nawet jak na moje super-magiczne moce. Po drugie − na pewno nie zostawi cię w spokoju. Raczej zacznie żywić dożywotnią (oczywiście dla ciebie, a nie dla niego) urazę, grożąc ci powolną i bolesną śmiercią, wiecznym potępieniem i innymi zabawnymi rzeczami. Ostatniej partii nie słuchałam, bo już środkowa mnie rozwaliła.
Perepłut we własnej boskiej postaci pojawił się i wkurzył, że popsułam mu zabawkę. Pierwszy raz widziałam boga, ale trochę mnie rozczarował. Wyglądał jak dobry wujek − niezbyt atletyczny, z piwnym brzuszkiem zwisającym zza pasa, z niedogoloną szczeciną na mordzie. Żadnych szat w stylu Olimpu, facet ubrany był całkiem współcześnie, bo w dżinsy i koszulę w kratę. Jak reszta tych pijusów miał czerwony nos i przekrwione oczy, wyróżniał się tylko tym, że na głowie zamiast włosów rosły mu winogrona i szyszki chmielu.
— Jak nie Weles, to Nyja! Uwzięli się! Zapłacicie za to! — zakończył swoją tyradę.
W tej samej chwili Król Gór podskoczył do mnie, jedną ręką chwycił mnie w pasie, a drugą zabrał swój kostur. Tylko dzięki jego błyskawicznej reakcji nie zostałam związana przez winne pnącze, które wyrosło nagle z ziemi.
— Uciekaj — przykazał mi i wcale nie musiał prosić dwa razy. Swoje zadanie wykonałam, wcale nie chciałam się mieszać w jeszcze gorszą kabałę z bogami.
Wezwałam skrzydła i skoczyłam jak najdalej mogłam. Za sobą słyszałam odgłosy walki, serce biło mi boleśnie w klatce piersiowej. Nie odbiegłam daleko, bo wlazłam na wysoki, przemysłowy komin, który stał za centrum handlowym Focus Park. Miałam nadzieję, że zobaczę stamtąd co się działo przed Palmiarnią. Niestety zapadł już zmrok, a sroki nie były za bardzo ptakami nocnymi. Dostrzegałam tylko rozbłyski, słyszałam huki. W dodatku obraz zaczął mi się rozmywać, bo się rozbeczałam. Alkoholowe opary jeszcze trochę mnie trzymały, zazwyczaj nie byłam taką płaksą.
Nagle rozległ się grzmot, który wstrząsnął podstawami świata. Komin, na którym siedziałam zatrząsł się i zachybotał, ale ustał. Czułam to przeszywające wibrowanie nawet w kościach. Trzymałam się kurczowo, aby nie spaść w czarną gardziel. Od strony wzgórza wiał mroźny wiatr, który natychmiast osuszył mi łzy. Dopiero po dłuższej chwili zdałam sobie sprawę, że to grzmienie, które słyszę to śmiech. Śmiech giganta.
Bogowie są zmiennokształtni, co Perepłut postanowił wykorzystać, aby szybko i skutecznie pozbyć się Króla. Wyrósł nagle w centrum jak jakiś warszawski wieżowiec. Uniósł stopę, żeby zgnieść przeciwnika jak robaka.
Podły padalec! Wsza! Menda!
— NIE! — krzyknęłam i poczułam, że mi słabo. Moje ręce, moje nogi drżały, wnętrzności skurczyły się boleśnie.
Perepłut stanął, a mi zrobiło się wszystko jedno, czy zaraz spadnę i się zabiję, czy nie.
Jak mogłam go zostawić? Powinnam była tam zostać i walczyć. Byłam parszywym tchórzem. Żałosnym słabeuszem…
I nie doceniłam Karkosa.
— Zdychaj wreszcie! — rozzłościł się bóg, a ja dostrzegłam, że się chwieje i poczułam wstępującą w moje serce nadzieję. Siłował się, aż w końcu musiał odpuścić i odstąpić na krok. Wtedy tuż przed nim zaczął rosnąć inny olbrzym - ogromny golem.
Golem jak to golem był nieco pokraczny i nie tak zwinny jak żywa istota, więc dał się złapać Perepłutowi. Ale był również cięższy. Bożek próbował na nim różnych chwytów zapaśniczych, ale żaden nie skutkował. I w pasie, i przez bark, i za nogę. Kamienny sługa Króla Gór stał całkowicie niewzruszony, a Perepłut wył jak ranny tur, powodując istny huragan. Nawet gdybym chciała teraz jakoś wesprzeć Karkonosa to nie dałabym rady się do nich zbliżyć w tej wichurze. Wreszcie golem, trochę z opóźnieniem, ale w końcu − odpowiedział na atak. Prawy prosty, lewy sierpowy. Bóg się osłonił, ale dostanie pięścią z kamienia do przyjemnych raczej nie należy. Zaczął robić uniki, aż chwycił golema za obydwie dłonie.
Pat.
Tylko, że sztuczny twór nie musiał ograniczać do tylko dwóch kończyn. Nagle z głowy wyrosła mu trzecia, niemalże nokautując przeciwnika. Perepłut odszedł na kilka kroków, zarzucił głową, pewnie próbując pozbyć się mroczków. Jednak szybko pozbierał się do kupy i z wrzaskiem godnym berserka rzucił na przeciwnika. I nadział się na kolejną... ekhm... kamienną kończynę, która wyrosła między nogami golema.
To musiało boleć.
Do zasad gry fair play to na pewno nie dało się zaliczyć, ale hej − obaj urodzili się na długo zanim takowe powstały i raczej żaden nie zamierzał się ich trzymać. Tylko Król był zwyczajnie lepszy w używaniu brudnych sztuczek.
Po tym ostatnim ataku Perepłut znowu się skurczył do bardziej normalnych rozmiarów, a ja pomyślałam, że rewitalizacja Parku Winnego, która dłużyła się od maja potrwa pewnie do przyszłego roku. Jednak to wcale nie był koniec. Znowu mogłam zobaczyć tylko fajerwerkowe wybuchy i rozbłyski mocy w ich magicznym pojedynku. Tam błysła kula ognia, tu wyrosła lodowa kolumna, tam znowu śmignął jadowicie zielony promień. Nie wiedziałam co się działo i znowu czułam zimne szturchnięcia niepokoju gdzieś koło serca. Jednak zanim zdecydowałam się ruszyć ze wsparciem wszystko ucichło. Ta cisza była jeszcze gorsza.
Głupi duch Franciszka Malinowskiego i jego głupia obietnica złożona żonie, której postanowił dotrzymać choćby po śmierci! Głupi Perepłut, który wykorzystał tego idiotę, obiecując mu spełnienie starego marzenia w zamian za chram i wyznawców! Części się domyśliłam, brakujące elementy pojawiły się w mojej, bolącej głowie razem ze wspomnieniami oczyszczonej duszy. Siedziałam oszołomiona, zamartwiając się Królem Gór. Było mi zimno w tej kusej kiecce, na gołych kolanach i ramionach zrobiła mi się gęsia skórka, ale nie potrafiłam się zebrać, żeby wrócić do domu.
— Zapomniałaś czegoś — powiedział Karkonos, pojawiając się nagle obok mnie. Płaszcz miał ponadpalany, róg ułamany, pachniał spalenizną i winem. Wręczył mi butelkę Remisa − jednym z zadań Sroki Złodziejki było oczyszczenie skażonych przedmiotów, aby już żaden duch przez nie nie ucierpiał. Dlatego musiałam je kraść i byłam na czarnej liście lubuskiej policji. Później mogłam zrobić z nimi, co chciałam. Trochę to zasilało mój skromny studencki budżet. Stuknęłam butelkę Cisowym Berłem i tyle wystarczyło.
— Tobie bardziej się należy — wychrypiałam. Odetchnęłam z ulgą, że nic mu nie jest, a zaraz potem skarciłam się w myślach. Król Gór był zbyt wspaniały, żeby przegrać. Co to dla niego jakiś zapijaczony bóg! — Pokonałeś go?
— Nazwałbym to raczej remisem — zażartował Karkonos i postawił butelkę na murku obok mnie, a potem sam też usiadł, zwieszając nogi z krawędzi. Podziwiał panoramę miasta, a ja kątem oka − jego profil. Co z tego, że w dziwnej masce? — Będziesz musiała uważać znacznie bardziej, bo Perepłut upatrzył sobie Zieloną Górę. Jeśli znajdzie kogoś, kto pod jego opieką ruszy i odniesie sukces z winiarnią, zyska wiernego wyznawcę. Duch z butelki miał opętać zwycięzcę konkursu.
Doskonale pamiętałam o moim in vino veritas wyznaniu, więc teraz zamiast z niepokoju serce biło mi szybciej ze wstydu. Jakoś będąc tak blisko Króla, nie potrafiłam martwić się bogiem biesiad.
— To może…
— Nie chciał…
Zaczęliśmy równocześnie i w tej samej chwili umilkliśmy. Spojrzał na mnie, a ja wzdrygnęłam się, ale nie odwróciłam wzroku. Widziałam w szparach maski jego ciemne rzęsy i brązowe, łagodne jak u jelonka oczy. Kiwnął w moją stronę głową, oddajac mi pierwszeństwo. Nagle stremowana jakoś nie mogłam nic z siebie wykrztusić.
— N-nie chciałbyś może kiedyś oblać zwycięstwa? —zająknęłam się, a on zaśmiał cicho.
— Właśnie miałem zapytać, czy nie przechowałabyś butelki, żebyśmy kiedyś mogli uczcić nią jakąś okazję — wyjaśnił mi.
Pokiwałam entuzjastycznie głową, a on wstał. Widziałam po jego sztywnych ruchach, że zrobił to z bólem.
— Kiedy?! — zapytałam jeszcze, przypominając sobie to powiedzonko, że rzeczy odkładane na kiedyś zazwyczaj nie dzieją się nigdy.
— Kiedy sobie mnie przypomnisz? To byłaby prawdziwie wspaniała okazja — odparł i zniknął.


<3

I tak oto zostałam wciągnięta w kampanię Perepłuta. Jako wierna kapłanka Bogini Drugiej Szansy nie mogłam pozwolić, aby jakiekolwiek inne bóstwo mieszało się do zaświatowego interesu. Wiązała mnie święta przysięga, którą dawno, dawno temu złożyło moje poprzednie wcielenie, a w zamian dostało możliwość odkupienia swoich grzechów. Nie mam zielonego pojęcia, co nawywijała Pra-Sroka, bo Świca uparcie twierdzi, że powinnam pamiętać.
Szkoda. Pierwszy raz od początku mojej Sroczej kariery naprawdę chciałabym to wiedzieć.
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Dr Drzewo
Posty: 26
Rejestracja: 17 października 2018, 08:43

Re: Sroka Złodziejka

Post autor: Dr Drzewo » 18 października 2018, 09:29

Dobra. Ten moment walki Króla z Bogiem. Musiałem go przeczytać dwa razy, bo się trochę pogubiłem, co się tam odpitalało. Możliwe, że się zamyśliłem, ale możesz zerknąć, bo może faktycznie coś tam szwankuje. Może można to lepiej opisać.
Ale czuję, że na siłę coś muszę znaleźć, bo nie może być tak, że wszystko mi się podoba. A fakt, że już po "babciofobi" miałaś mnie w garści. Po wstępie jeszcze się wahałem, choć już mocno przykuł moją uwagę. Jak to się mówi - życie.
Co do reszty, to lekkie pióro, pełne humoru, a jednocześnie poruszasz głębsze sprawy. Czytało się to bardzo płynnie i przyjemnie. Myślałem sobie "ło matko, znowu dłużyzna", a koniec końców smuteczek, bo koniec nastąpił szybciej niż sie spodziewałem. Na luzaku bieri się za Twoje dłuższe rzeczy, ciekaw jestem bardzo coś Ty nawymyślała, bo jak na razie bomba.
Nazwy, które wymyślasz. "Popularniejsze w Polsce piwoszniaki" zostaną w mym sercu do końca życia. Miałem problem z rozkminieniem, co to jest spódniczka z trenem, zwłaszcza jeśli, to była istotna część garderoby bohaterki, które zamieniały się w skrzydła. Aczkolwiek nie od dziś wiadomo, że chłopcy mają problem z nazwami ciuchów u dziewcząt, więc to moja nieznajomość, bo co to dwu lub trzy rzędowy garnitur, to już doskonale wiem.
I tak, mam dokładnie to samo podczas lewitacji, szamoczę się jak głupi. W tym momencie wiedziałem, że zostane Twoim psychofanem XD
O! Jeszcze ewentualnie jeden minus. Dbasz o szczegóły, a ekhm... to jakimi majteczkami świeciła główna bohaterka pod czas kopa à la Chuck Norris? hyhyhy
I tym miłym akcentem kończę, bo nie ma co łechtać ego. Klawo!
"To dżuma, mieliśmy dżumę." Jeszcze trochę, a poproszą o ordery. Co to jednak znaczy - dżuma? To życie, ot i wszystko.

Awatar użytkownika
Horehronie
Posty: 15
Rejestracja: 18 września 2018, 11:45

Re: Sroka Złodziejka

Post autor: Horehronie » 18 października 2018, 10:08

DR - drzewo - przede wszystkim zmień avatara .. czuje się jakbyś dawał powieści a tu " spierd...j nie komentuj " tak właśnie się czuję . Nie lubię komentować jak ktoś pokazuje mi fuck you

Awatar użytkownika
Dr Drzewo
Posty: 26
Rejestracja: 17 października 2018, 08:43

Re: Sroka Złodziejka

Post autor: Dr Drzewo » 18 października 2018, 11:11

Horehronie przede wszystkim nic nikomu nie każ (a jeśli już rozkazujesz to ekhm... patrz awatar) i nie offtopuj. Zapewne jest do tego odpowiednie miejsce. Życzę miłego dnia.

PS: A gdzie po ludzku zapytanie. Czemu taki awatar? Czemu brak chęci poznania, tylko od razu ocena? Ale nie musisz odpowiadać, to na pewne nieodpowiednie miejsce do tego typu dyskusji. Stwórz temat, z przyjemnością rozwieje wszelkie wątpliwości.
PS2: Od razu przepraszam, ale nei byłbym sobą gdyby nie odpisał. Ale już jakby co przestaje offtopić, bo cytuje "wprowadza to niepotrzebny chaos".
Pokój!
"To dżuma, mieliśmy dżumę." Jeszcze trochę, a poproszą o ordery. Co to jednak znaczy - dżuma? To życie, ot i wszystko.

Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 429
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Sroka Złodziejka

Post autor: Kompot » 18 października 2018, 15:23

Hejo! No to powiem ci, że bym czytała dalej. Bardzo mi się podoba ten fragment folkloru, który sobie wybrałaś. Bardzo podoba mi się główny antagonista, który obiecuje nietrzeźwe walki w przyszłych odsłonach (o ile takie będą). Pomysł na ptasie magic girls super. Czekam, więc na moment kiedy poznam inne ptasie koleżanki Sroki.
Ale...
Te wszystkie świetne pomysły nie uchronią cię przed moim krytycznym myśleniem. Jeśli ten tekst uważasz za ukończony, to nie krępuj się olać moje uwagi.
To co mi przeszkadzało to, że opowiadałaś dość długo o walce z babuszką i ta opowieść przedstawiała jednocześnie bohaterkę i jej "zawód". Dlaczego od razu mnie nie wrzuciłaś w młyn walki zamiast mi mówić, że bohaterka ledwo uszła z życiem? Moim zdaniem powinnaś zacząć taką walką, żeby nawet pokazać kontrast między walką z duchem babci, a walką z bogiem.
Druga sprawa. Może to tylko moje subiektywne odczucia, ale dużo przeniosłaś z Sailorek jeden do jednego. Mam tu oczywiście na myśli ubiór i co najważniejsze sam harmonogram walki. Sroka walczy, idzie jej coraz słabiej, a jak już jest na maksa niewesoło to wpada Tuxedo i ratuje dzień, po czym ona ucieka i paczy z daleka. No ten aspekt walki do mnie zupełnie nie przemówił. Wolałabym, żebyś omijała ten schemat, ale ja to tam mogę sobie woleć. Dzięki za ciekawy tekst, wykorzystujący kreatywnie to co znane i mniej oczywiste.
Obrazek

Awatar użytkownika
Vandaroth
Posty: 58
Rejestracja: 29 maja 2015, 17:13

Re: Sroka Złodziejka

Post autor: Vandaroth » 20 października 2018, 10:02

Witam. Trochę czasu minęło, odkąd napisałem jakąś opinie, ale dzisiaj z rana miałem czas i przeczytałem twój tekst i od razu uprzedzam, że opinia nie będzie pozytywna.

O ile początek był interesujący i przykuwający uwagę czytelnika, tak dalszy tekst czytało mi się coraz gorzej.
Miałem wrażenie, jakbym oglądał jakieś stare Japońskie, w dodatku słabe anime. Za dużo wszystkiego. Tu już nie chodzi o to że można się pogubić, ale boże... Przez moment myślałem, że ktoś tam za przeproszeniem pierdnie i powstanie trąba powietrzna.
jednym z zadań Sroki Złodziejki było oczyszczenie skażonych przedmiotów, aby już żaden duch przez nie nie ucierpiał. Dlatego musiałam je kraść i byłam na czarnej liście lubuskiej policji.
To fajnie, jakoś widać zerowe zainteresowanie ową Sroką złodziejką. Szlaja się wszędzie i nie budzi sobą żadnego zainteresowania, jak dla mnie zbędna informacja, przynajmniej na razie. Można było jakoś to później fajnie powiązać, jednak ta informacja na samym początku nic nie dała.

Nie wiem... Może ja jestem za stary na tego typu teksty, ale dziwnie się czułem, kiedy czytałem początek z dużym skupieniem, starałem się jakoś wkręcić w klimat, panujący w owym świecie, a tutaj nagle dochodzi do poważniejszej potyczki i wchodzą " stalowe skrzydła" przy których nie ukrywam, uśmiałem się. Sama główna bohaterka, mimo iż czasami irytujący, to jeszcze jako tako miała charakter, tak owy Król był niesamowicie intrygującą postacią. Księciem na złotym koniu bez osobowości, bo tak go odebrałem :D Niczym Son Go Ku z Japońskiego anime Dragon Ball, walący całym arsenałem nieprawdopodobnych zaklęć. Wiem o nim tylko tyle, o czym usłyszałem od panienki zauroczonej jego pięknymi dłońmi.
I scena która najbardziej mnie rozśmieszyła.
Królu, gdzie byłeś, gdy akurat cię potrzebowałam?!
Ledwie zdążyłam wezwać go rozpaczliwie w myślach i bęc! Bańka rozprysła się nagle przeszyta jego kosturem. Tak mnie to zaskoczyło, że zachłysnęłam się alkoholowym powietrzem.
— Kooocham cię! — zawyłam kompletnie wcięta i zachichotałam. Byłam chroniona przez moc kostura, który był wbity w ziemię tuż obok mnie, więc winniki nie mogły nic mi zrobić. Siedziałam na trawie i jak idiotka machałam do Króla Gór, który stał na dachu Palmiarni. Jego płaszcz trzepotał na wietrze, rogi odznaczały się na tle księżyca. Dotknęłam chłodnymi dłońmi rozpalonych policzków. — Jaki on przystojny! — zachwyciłam się.
Winniczek i Król Gór przez chwilę mierzyli mnie spojrzeniem w milczeniu.
Na moje szczęście lub nieszczęście kostur Króla Gór posiadał nie tylko właściwości ochronne, ale też lecznicze. Alkohol szybko ze mnie parował i trzeźwiałam błyskawicznie. Niestety nawet magia nie jest w stanie powstrzymać wszechpotężnego kaca.
Rozumiem, że koleżanka "nawdychała się" wysokiego stężenia etanolu :D Ale można sobie darować takie sceny, ponieważ są one głupie i czytając takie coś w sytuacji, w jakiej się znajdują, tekst dostaje jedną gwiazdkę niżej. Przynajmniej ja mam takie odczucia i nie ukrywam, że liczyłem na coś dobrego, ponieważ początek był naprawdę bardzo fajny. Moje rady? Ja bym usunął połowę tego tekstu i napisał od nowa, bez takiej cukierkowości i surrealistycznej głupoty. Przepraszam jeżeli moja opinia jest zbyt mocna i zapewne możesz się z nią nie zgadzać, jeżeli tak jest to i tak życzę powodzenia w tworzeniu dalszej części tekstu.

Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 429
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Sroka Złodziejka

Post autor: Kompot » 20 października 2018, 13:39

Ja odpowiem niepytana. Tekst ma wady z pewnością, ale cukierkowość i surrealizm, jest tym czym ten tekst powinien żyć. Być może nie jesteś wtajemniczony i dlatego nie ogarniasz podstaw tego tekstu (nie staram się ciebie obrazić, więc nie zrozum mnie źle). Wyobraź sobie połączenie Himana i powiedzmy mitologii celtyckiej, które są podstawą do stworzenia urban fantasy. Jakie cechy wtedy byłyby wartością tekstu? Jacy byliby bohaterowie? Goły spocony tors i pół naga laska u boku tego torsu, która ma mniej osobowości niż ołówek i nie kryje za sobą żadnych tajemnic.
Trochę się wyżyłeś, a twoja krytyka jest bardzo oskarżycielska.
Obrazek

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 111
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Sroka Złodziejka

Post autor: Alrune » 20 października 2018, 13:55

Miałam nie pisać komentarza, no ale się przemogłam. Powtórzę to, co mówiłam Mono na Pudle.

Podobało mi się i to bardzo. Zabawne, przyjemne i widać mocno wzorowanie na Sailor Moon (najbardziej w momencie "ukarzę Cię w imieniu Wyraju" i jak się pojawił Król Gór - niemalże wierna kopia każdego odcinka SM w starej wersji tej z 1992 roku). Jest słodko to prawda. Ale taki, chyba, był tutaj zamyślony zabieg. Wszystkie anime/mangi, w których jest magic girl czy jakoś tak, są niekiedy tak słodziutkie, że aż mnie mdli i nie muszę już jeść tej czekolady. Tutaj jest też ten sam klimat, ale moim skromnym zdaniem nie aż tak cukierkowy, niewinny, różowy, przesłodzony i dziecinny. Można wtrąbić przy czytaniu jakieś ciacho czy wypić słodką czekoladę bez obawy o za wysoki poziom cukru.

Scena, w której Sroka się upiła oparami - normalna reakcja na zbyt duże stężenie alkoholu we krwi. A to, że się nie panuje nad tym co się mówi - też norma (nie u wszystkich, ale podobno po alkoholu człowiek jest bardziej szczery niż na trzeźwo, a przynajmniej tak słyszałam [nie wiem, nie znam się, nie mam doświadczenia jako takiego; abstynent]).

Wojna między bogami - ciekawe, ciekawe. Jestem ciekawa co z tego wyniknie i jak bardzo zagłębisz się w słowiański folklor.

Awatar użytkownika
Vandaroth
Posty: 58
Rejestracja: 29 maja 2015, 17:13

Re: Sroka Złodziejka

Post autor: Vandaroth » 20 października 2018, 15:40

Według mnie wszystkiego jest o wiele za dużo. Dostałem wielką bombę cukierkowości i nieładu przez co nie fajnie mi się to czytało. Masz rację, surrealizm jest jak najbardziej wskazany, ale z umiarem i według mnie tego umiaru tutaj zabrakło, przez co tekst wygląda jakby został napisany przez dziecko.( I to nazywam surrealistyczną głupotą.) Rzecz jasna w sensie opisowym, ponieważ do stylu nie mogę się doczepić.
Racja, może i nie jestem wtajemniczony, interesuję się jedynie mitologią nordycką, ale kiedy dostał bym do łapki opowiadanie napisane w takim stylu, przeżył bym bardzo duży wstrząs.
Pozdrawiam.
PS: Dodam tylko tyle, że jest to moja opinia, każdy ma swoje zdanie i życzę wszystkim miłego dnia.

ODPOWIEDZ