UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 179
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo

Post autor: Coffee » 19 września 2018, 20:18

Historia tego tekstu jest taka: taki tytuł nosiło moje NaNo z roku 2016. Losy tego tekstu uczciwie opisuje jedynie angielskie określenie "crashed and burned", wszystko mi się tam rozjechało po jakichś 10k, jeśli nie wcześniej, i nie miałam pojęcia, jak z tego wybrnąć. Minęło półtora roku, pomyślałam, że trochę żal mi tytułu, pomysłu na protagonistkę i dokładnie jednej (j e d n e j) (1) sceny, więc może bym coś z tym zrobiła.
Nie jestem pewna, co z tego wyjdzie, bo poza tą wstawką mam może 3/4 kolejnej, ale w sumie dawno nie pisałam niczego z bieżącym wrzucaniem na forum, więc spróbujmy.
Trochę uprzedzająco zapowiadam, że to jest tekst MOCNO ćwiczebny, bo miałam olbrzymią przerwę w regularnym pisaniu i pewnie będę popełniać dużo błędów (a przede wszystkim dublować swoje własne pomysły i zagrania). Także proszę o wyrozumiałość xD


Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo


ROZDZIAŁ I

Wchodzę do tramwaju i staję od razu z tyłu wagonu, przy szybie, twarzą do uciekającego miasta. Na zewnątrz pada, nie jakoś intensywnie, ale uporczywie. Jestem cała mokra i spocona, ale nie zapłakana.
Chyba wywaliło mi bezpieczniki.
Światło w tramwaju migocze, a pomiędzy jednym i drugim mrugnięciem z wagonu znikają pasażerowie. Znika babcia z ciężko obładowaną torbokółką, znika skacowany student i kobieta trzymająca za rękę grubo opatulone dziecko. Nie wiem, czy znikają naprawdę, ale brudna szyba już ich nie odbija.
Wyrazy najszczerszego współczucia, Serafino.
- Wypiździaj!
Słyszą mnie wszyscy, od motorniczego po ludzi czekających na przystanku, ale kultura w środkach komunikacji miejskiej nakazuje wariatkę ignorować, dopóki sama nie spadnie ze schodków. Wciskam kciuki w uszy, palce w oczy, miażdżę własną czaszkę, jakbym chciała ją wyżąć z szyderczych głosów.
Niezależnie od naszych różnic, nasza społeczność będzie bez niego dużo uboższa. Twoja strata musi być niewyobrażalna.
Pomogłyby amulety, ale te zostawiłam w domu. Pomogłyby proste zaklęcia, ale ręce mi zbyt drżą, a wizja rozkleja się na dwie. Opieram czoło o szybę i próbuję zaszlochać. Jęknąć. Cokolwiek. Ale twarz i gardło mam jak z kamienia, przeciągnięte szokiem i rozpaczą.
Nie powinnaś być przy zwłokach?
Powinnam, racji głosom odmówić nie mogę. Jestem jedyną żyjącą członkinią rodziny, a zatem spadkobierczynią wszystkiego, co Maksim za sobą zostawił.
Nawet nie wiem, jak umarł.
Nie mogę o tym myśleć. Czuję się, jakbym trzymała nad głową ogromny popękany wazon, z którego wycieka wrzątek. Parzy mi palce, ale muszę go trzymać i działać, póki jeszcze nie trzasnął. Jeden nieostrożny ruch i zaleje mnie ukrop, i stracę jakąkolwiek możliwość myślenia. Więc dźwigam to wszystko i staram się nie zadzierać głowy. Patrzę w ziemię, liczę kroki, nie nachodzę na krawędzie płyt w chodniku.
Dowiedziałam się o śmierci Maksima rano, dokładnie o piątej dwadzieścia jeden, kiedy mój sen został rozdarty na cztery części i po środku tego, co zostało, stanął znajomy onejromanta. Wyglądał jak postać wycięta z innego komiksu, jakby nie miał czasu dostosowywać się do snu, w którym mnie znalazł.
- Musisz uciekać – to było jedyne, co powiedział, a ja odzyskałam przytomność już wisząc nad umywalką ze szczoteczką do zębów w dłoniach.
A zatem uciekałam, a przynajmniej chciałam to zrobić, ale miasto okazało się zapieczętowane. Straciłam kilka godzin błąkając się po dworcach, zawsze w ostatniej chwili spóźniając na pociągi, które mogłyby mnie wywieźć w bezpieczne miejsce, albo czekając na taksówki, które nie nadjeżdżały. Gdy dotarło do mnie, że nic z tego nie będzie, przewegetowałam kilka godzin w kącie przydworcowego baru. Nikt tam nie zwracał na mnie uwagi, więc mogłam ulec lekkiemu atakowi paniki.
Czaszkę wypełniała mi wata.
Normalni ludzie pewnie w pierwszej kolejności zwróciliby się do swojej rodziny – którą właśnie tego dnia straciłam – lub przyjaciół – z którymi nie chciałam rozmawiać. Nie zniosłabym ich, tego ich „wszystko będzie dobrze”, „jak się czujesz”, „i co teraz”. Nie potrafiłabym współpracować; nigdy nie nauczyłam się tej roli. Próbowaliby mnie pocieszać, dobry Boże, a ja dla świętego spokoju musiałabym udawać, że to faktycznie mi pomaga, i oczywiście skończyłoby się na tym, że to ja dbam o ich dobre samopoczucie.
Nawet przez moment, aż do teraz, nie przyszło mi do głowy pytanie, przed czym właściwie kazał mi uciekać onejromanta.
Nie jest jakoś strasznie późno, ale zła pogoda w listopadzie oznacza mrok już koło szesnastej. Znad grubej warstwy odrętwienia powoli zaczynają wyłaniać się potrzeby bardziej pierwotne niż żałoba – głód, pragnienie, ciśnienie w pęcherzu. Zaczynam śmierdzieć.
Maksim, dlaczego mnie zostawiłeś?
Nie mogę stawić czoła temu, co po sobie pozostawił. Rozpieczętowany dom, ograbione półki, no i on sam, bezwładny i cichy, w jakimkolwiek stanie by nie był po śmierci. Ktoś powinien zamknąć mu oczy, posprzątać w kuchni, uporządkować biurko.
Miał sojuszników, którzy nadają się do tego o wiele bardziej jak ja.
Wysiadam z tramwaju i idę bez celu ulicami dzielnicy fabrycznej i gdzieś pojawia mi się myśl o znalezieniu jakiegoś pokoju – albo i miejsca w pokoju – na tę noc. Jakiegoś anonimowego zakątka, podobnego temu na dworcu.
I co dalej, pyta ta część mojego mózgu, która nie uległa panice i próbuje operować dużym, nieposłusznym, i coraz bardziej rozregulowanym ciałem. Nigdy już nie wrócisz do domu? Ani do swojego mieszkania?
Może więc i lepiej, że ci, przed którymi miałam uciekać, w końcu mnie znajdują.
- Stój – mówi ktoś, więc przyśpieszam. Nie odważam się biec, ale lawiruję pod prąd w rzece robotników wracających z drugiej zmiany. Przeklinają mnie, całkiem zresztą słusznie. – Serafino!
Wal się.
Głos jest męski i go nie rozpoznaję. Szukam po kieszeniach jakichś podręcznych kamieni – jeśli byłyby naładowane, mogłabym coś z nich wyczarować, ale nawet puste sprawdziłyby się po prostu jako pociski.
A potem zastawiają mi drogę i wpadam prosto na nich, odbijając się wręcz od mężczyzny, który ogólną posturą i niewzruszeniem przypomina szafę. To brzmi zabawnie, ale w rzeczywistości wcale takie nie jest; boli mnie lewa strona twarz i nos, z trudem utrzymują równowagę. Zanim zorientuję się, że mężczyzna ma na sobie mundur milicjanta, ktoś łapie moje ręce i tyle, po zabawie.
- Serafino Hrałecka – mówi ten sam głos, który wołał mnie na ulicy. – Jesteś wezwana do przesłuchania w związku ze śmiercią Maksima Truszaka. Nie stawiaj oporu.
Chyba czuję ulgę.

*

Nie mówią mi, jak umarł. Bardzo starają się omijać ten temat, zresztą może zakładają, że ja wiem. Nie jestem o nic podejrzana, zapewniają, po czym zamykają drzwi na klucz. Jesteśmy w relatywnie nowej kamienicy, ale okna są zalepione czarnymi arkuszami, a wewnątrz pachnie paloną kawą i cukrem. Gdzieś w budynku coś dudni. Nie mam pojęcia, co to mogłoby być.
- Proszę przyjąć wyrazu najszczerszego współczucia – mówi Krzysztof Szawiłło, czyli właściciel głosu wołającego mnie w dzielnicy robotniczej. Ma faktycznie smutny wyraz twarzy i stara się być uprzejmy, ale co z tego. – Wszyscy wiemy, kim był dla panienki Maksim.
Maksim Bohater. Maksim Obrońca. Maksim, który jednym klaśnięciem obronił rubież przed zalewem dzikiej hordy. Legendarny Polesiak, który z wzajemnością adoptował to miasto.
Szukam własnego głosu i zmuszam się, żeby go użyć.
- Co się stało?
- Mieliśmy nadzieję, że panienka nam powie.
- Ja nie wiem… - Gardło mnie zdradza, muszę na chwilę przerwać. Szawiłło podsuwa mi chusteczkę, ale ignoruję jego wyciągniętą dłoń. – Skąd…
- Kiedy była panienka u niego ostatni raz?
- W niedzielę.
Wrócił właśnie z podróży i planował kolejną, na północ. Odpytywał, jak idą mi studia i przy przywiezionej z Bałkanów śliwowicy opowiadał anegdotki z podróży. Dostałam w prezencie – zawsze mi coś przywoził – osmański czajniczek do parzenia kawy.
- I kiedy mieliście się spotkać ponownie?
- W następną niedzielę.
Po mszy, na które on chodził, a ja nie, bo nigdy nie udało mu się skutecznie we mnie zaszczepić tego zwyczaju. W cerkwi nudziłam się, wierciłam, mimo upomnień i posykiwań biegałam między nogami. Głośno protestowałam przy każdej niedzielnej pobudce, dopinając swego w wieku dziesięciu lat, gdy Maksim ostatecznie się poddał i zostawił mój religijny rozwój w spokoju. Mój triumf trwał krótko, bo szybko okazało się, że w swojej cudownie odzyskanej godzinie i tak nie miałam się z kim bawić – moi rówieśnicy w tym czasie nudzili się, wiercili i biegali pod nogami innych ludzi w innej świątyni.
Głos Szawiłły jest cichy, ale stanowczy i skupiony. Każde pytanie ma zadanie wydobyć konkretną informację. Lawiruje wśród mojego własnego zamglenia.
- Czy wspominał o innych planach w ciągu tygodnia? Spotkaniach, może obowiązkach?
Próbuję się skupić. Nie, żeby sobie przypomnieć – raczej żeby ocenić, czy powinnam zdradzać temu nieznajomemu jakiekolwiek szczegóły. Tallinn, Helsinki, a potem prosto na północ, aż na Svalbard; sama nie wiedziałam, czego tam szukał, ale ludzie pokroju Szawiłły lubią sami dopisywać motywy ludziom.
Te msze – te, od których uwolniłam się jako dziecko – to przez nie zaczęłam z nudów w niedziele zakradać się do warsztatu Maksima i eksperymentować ze wszystkim, co tam znalazłam. Kuć talizmany i zamykać uroki, kisić zaklęcia, destylować klątwy. To były zabawy, niepoparte absolutnie żadną wiedzą. Gdyby Maksim przez przypadek kiedykolwiek użył któregoś z moich tworów, niechybnie skończyłoby się w ofiarach śmiertelnych, ale na szczęście do tego nie doszło.
- Panienko. Panienko?
- Nie – mówię. – Rozmawialiśmy o Bałkanach.
Ale to też ich interesuje; z kim się tam widział, po co jechał, jak długo go nie było? Czy znam jego plan podróży? Czy wiem, gdzie się zatrzymywał? Ktoś za plecami Szawiłły szepce „Zagrzeb”, unoszone są brwi, otwierane notatniki.
Nikt już nie mówi w mojej głowie. Wrogowie Maksima zamilkli? Przysłuchują się? A może po prostu jestem w izolowanym budynku, bezpiecznie ukryta przed kimkolwiek, kto chciałby mnie szukać.
Przed czymkolwiek, co miałoby mnie ścigać.
- Nie wiem nic więcej – mówię i sama jestem zaskoczona, jak dobrze mi wychodzi udawanie zirytowanej. Nie czuję tego, w ogóle nic nie czuję oprócz kapcia w ustach i pieczenia w oczach. – Chcę wrócić do domu.
Szawiłło chyba miał nadzieję, że te słowa nie padną. Kręci dookoła spojrzeniem, stuka długopisem w kartkę. Odchrząkuje.
- To póki co nie będzie możliwe.
- Dlaczego?
- Proszę się postawić w naszym miejscu – mówi łagodnie i to mnie kompletnie zbija z pantałyku. – Musimy wyjaśnić jak najwięcej jak najszybciej. Pani jest najbliższą dla zmarłego osobą. Bez pani nie ruszymy z miejsca.
- Zaraz. – Prostuję się w krześle, zaciskam dłonie na blacie. – Próbujecie mi powiedzieć, że jestem podejrzana?
- Nie…
- Nie jestem podejrzana?
Szawiłło jakby się lekko mobilizuje.
- Póki co nie.
- A zatem nie możecie mnie tu przetrzymywać.
- Możemy spróbować.
- Tak – warczę i nagle stoję, nie wiem kiedy to się stało. – Spróbować możecie.
Za plecami mam okno, przed sobą ze cztery umundurowane osoby, które blokują mi drzwi. To, co teraz robię, nie spodobałoby się Maksimowi – o tym staram się nie pamiętać.
- To może zrobimy tak – odzywa się nagle jakaś młoda, drobna kobieta z kapralskimi insygniami na ramieniu. – Potrzebujemy panny Hrałeckiej na Lwowskiej. Jedźmy tam teraz, a potem w ramach podziękowań odwieziemy pannę, gdziekolwiek sobie zażyczy.
Nie mam ochoty jechać na Lwowską. To ostatnie miejsce, w którym chcę się teraz znaleźć – może to właśnie przed nim uciekałam cały dzień. Zamykam oczy i jakoś udaje mi się nie rozpłakać.
Mam wrażenie, że wrzątek zaczyna kapać mi na twarz.
- Dobrze – wyduszam z siebie, bo nie mam wyboru; bo to mądrzejsze niż rozpoczynanie bójki z milicją. – Jedźmy na Lwowską.
Do domu.
Do tego domu, w którym mieszkałam z Maksimem aż do zeszłego roku.

*

W aucie Szawiłło próbuje niezdarnie rozpoczynać pogawędkę, ale daje sobie spokój po czwartej próbie. Rozpłaszczam myśli, rozmieniam je na drobne: wszystko jest ważniejsze od komendanta i jego sunącego przez miasto auta, od udających uprzejme pytań i groźby aresztowania wiszącej w powietrzu. Uparcie patrzę na własne spocone ręce; z paznokci złazi mi lakier, a przy lewym kciuku zrobiła mi się nie wiedzieć kiedy zadra.
Trudno wyjaśnić, kim jest, kim był dla mnie Maksim. Nie wiem nawet, od czego zacząć. On pewnie nazwałby mnie po prostu „podopieczną”, bo to słowo bezpieczne, okrągłe i obejmujące wiele sytuacji. Może oznaczać siostrę, może córkę, może uczennicę – ja nie byłam w gruncie rzeczy żadną z nich.
Byłam tykającą bombą, którą rozbroił. Czymś w rodzaju oswojonego trojańskiego konia. Kolejną zagładą, której zapobiegł – a przynajmniej tak mówią.
- Panno Hrałecka?
Drzwi po mojej stronie są otwarte i młoda kapralka, która zaproponowała przywiezienie mnie na miejsce, wyciąga ku mnie pomocną dłoń. Chwytam ją i gramolę się z samochodu, wzdrygając od ciężkich, zimnych kropel deszczu, bo oczywiście zdążyło się rozpadać. Coś zimnego, być może woda, a może wcale nie, pełznie mi po karku, bo na całej Lwowskiej jest tłum. Wręcz roi się od ludzi. Kręcą się dookoła, gaszą tanie pety w skalniku Maksima, świecą latarkami po oknach. I kiedy wysiadam, czuję jak przez ten tłum wieść o mnie rozchodzi się niczym zmarszczka po wodzie.
Chyba zaraz zwymiotuję.
Kapralka ściska pocieszająco moje ramię. Albo pilnuje, żebym nie dała teraz drapaka.
- Ile osób jest w środku?
- Minimum.
- Kim są ci wszyscy ludzie?
- Jego śmierć wpłynie na nas wszystkich.
To nie jest odpowiedź, ale nie drążę, bo zaczynają szczękać mi zęby. Dom Maksima to typowy budynek stylu powojennego – to znaczy, wygląda jak klocek, ale przylega do niego spory ogród, a w piwnicach dałoby się urządzić mieszkanie dla całej rodziny. Do głównego wejścia wchodzi się po schodach, na których teraz siedzi dwóch zmęczonych funkcjonariuszy. Zahaczam o jednego nogą po drodze.
Drzwi są uchylone, jak w barze albo kinie. Wchodzę, coś dudni mi w uszach, ręce bolą od zaciskania. Dom pachnie tak jak dom pachnieć powinien, znajomo, trochę kurzem, trochę kawą, trochę mokrą cegłą, a jednocześnie wszystko jest nie tak. Wszystkie drzwi są pootwierane, światła pozapalane. Idę dalej i ledwo dostrzegam twarze, które się ku mnie odwracają. Ktoś stoi w kuchni, chyba słyszę gotującą się wodę; ktoś inny przegląda książki z półek w salonie; na podłodze i dywanie jest mnóstwo błota.
Zatrzymuję się i nie mogę iść dalej.
Chciałabym mieć tyle siły, żeby ich wszystkich stąd wyrzucić – zamiast tego mam ochotę się rozpłakać. Gdzieś nad moją głową pada ciche polecenie, by wszyscy obecni wyszli na przymusową przerwę na dymka. Nikt nie protestuje, kilka głów się za mną odwraca.
- Czego ode mnie chcecie? – pytam, gdy zostajemy już tylko we dwie. – Nie wiem, jak umarł.
- My też nie – słyszę cichą odpowiedź.
Odwracam się, ale zanim cokolwiek powiem, do pokoju wchodzi Szawiłło. Chyba nie słyszał naszej rozmowy.
- To co? – mówi tonem, który bardzo źle maskuje napięcie. Twarz błyszczy mu od potu albo deszczu. – Na górę?
Nie mam wyboru, idę na górę, jeden krzywy krok za drugim. Podłoga jest miękka, ściany elastyczne. Prowadzę; mogłabym tę trasę przejść we śnie. Wiem, które stopnie skrzypią i gdzie w poręczy jest niebezpieczna drzazga.
Idę do gabinetu Maksima i staję przed zamkniętymi drzwiami.
Zapieczętowanymi drzwiami.
Moc, z którymi je zatrzaśnięto, aż odbija mi się czkawką. Wysychają mi gardło, oczy i włosy, wilgoć paruje z wełnianego trencza. Niemal słyszę pomruk energii, niczym z linii wysokiego napięcia.
A potem zrozumienie spada mi całym ciężarem na kark.
- Boże.
Nie wiedzą, jak umarł, bo nie mogli się tam dostać.
- Pieczęć nałożono od środka.
Rozlega się ryk, a potem huk – to ja, nie rozumiem, coś się przelało, wywaliły w końcu bezpieczniki i walę w drzwi zaciśniętą pięścią, nie bacząc na to, że przypala mi to włoski na palcach, że czuć w powietrzu swąd. Pieczęć atakuje mnie natychmiast, czuję jej sploty wgniatające się między żebra, jej pływ kołysze mi krwią. Wchodzę w nią cała, wsadzam rękę prosto w rozgrzebane, sypiące iskrami gniazdo.
Ciągłe słyszę swój własny krzyk, ale prę dalej.
Znika cichy szum, który słyszałam od rana, znika osłabienie, wizja się wyostrza; pobielałe palce wsuwam w drewno aż po knykcie, przesuwam glify i przekleństwa, jedna warstwa za drugą, nawet te podlaskie, nawet te starożytne. To litery Maksima; nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.
Nie śmiem dokończyć tej myśli – zuchwałej, bezczelnej – tej, że w wypadku kogoś takiego jak Maksim śmierć łatwo pomylić z czymś innym.
Zamykam usta jakbym ściągała do siebie dwa kolejowe tabory. Prostuję plecy i niemal słyszę trzask łamanych kości. Ale pieczęć ustępuje: powoli, słowo po słowie usuwam jej żądła, uspokajam, zabieram znaczenie.
Kiedy kończę, sosnowe drzwi są jedynie kilkoma spróchniałymi deskami. Nie oglądając się za siebie, wykopuję sobie w nich przejście.
- Maksim? Maks…
Widzę go.
Siedzi przy swoim szerokim, sprowadzanym z Norwegii biurku. Jest biały jak śnieg, patrzy donikąd matowymi, wytrzeszczonymi oczami, z grymasem bólu wpisanym już na stałe w przystojne rysy. Zacieki krwi prowadzą z jego ust, uszu i nosa; dawno już zdążyły okrzepnąć. W gabinecie okropnie cuchnie trupem.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Leż, gdzie padłeś i patrz w niebo

Post autor: Kruffachi » 22 września 2018, 11:15

Zanim przejdę do komentarza - drobiazg taki. Masz błąd interpunkcyjny w tytule. Przed "i" powinien znaleźć się przecinek, bo "gdzie" rozpoczyna wtrącone zdanie podrzędne. No.



Ależ to dobre było, jeżyku. Jak mi Twojego pisania brakowało. To znaczy, jasne, jest Zachód, ale Zachód już znam i wracam do niego z sentymentu. Nie odczuwam jednak w pełni napięcia, jakie kreujesz, i nie mam tej radości, którą mi zawsze Twoje teksty sprawiają w kwestii powolnej rekonstrukcji świata, w który wrzucasz zwykle bez litości, od razu na głęboką wodę (a ja to lubię) i odkrywania nowych postaci, kiedy jeszcze nie wiem, czego się po nich spodziewać. No i wiem przecież, jak potrafisz zakręcić fabułą, więc szalenie mnie cieszy, że wkraczam na nieznany teren i wszystko to dostanę jeszcze raz.

Początek jest naprawdę, naprawdę dobry. Jestem zachwycona. To znaczy ja wiem, sięgasz po motywy, które w takiej czy innej mierze gdzieś już wykorzystywałaś, ale dla mnie to gra tu bardzo dobrze, bo czuć taką absolutną pewność w ręce, która trzyma dłuto. Nie pierwszy raz widzę, jak operujesz splataniem magii i przestrzeni miejskiej i to znowu wychodzi znakomicie. Zdania o zapieczętowanym mieście mnie trafiły bardzo mocno, tak jak to, jak się owo zapieczętowanie objawia - w taki zwyczajny, zdawałoby się, sposób, ale jednak ogromnie frustrujący i w dalszej perspektywie - przerażający. Masz zdolność do operowania takimi "zwyczajnymi" motywami w niezwyczajny sposób i nie potrzebujesz nie wiadomo jakich fajerwerków, żeby odmalować grozę. Nie pierwszy raz też spotykam się z tak plastycznymi opisami magii w Twoim wykonaniu i je też bardzo lubię. Te porównania, te wrażenia zmysłowe - to skupienie się na doświadczającym magii, a nie na jej efektach.

O samej Serafinie trudno cokolwiek konstruktywnego powiedzieć, bo jednak poznajemy ją w sytuacji bardzo skrajnej, ale jest prawdziwa. To znaczy nie wiem, na ile mogę wyciągać wnioski na temat jej charakteru na podstawie obecnego złamanego zachowania, ale z pewnością wiem, że w żadnym momencie nie miałam wrażenia, że tak nie mogłoby być. Ten obraz jest spójny i jest przekonujący.

Punkt wyjścia dla historii też bardzo Twój, bo nie ma łagodnego wprowadzenia, od razu pewien punkt przełomowy. I ja to też lubię, i wiem, że na wyjaśnienia przyjdzie czas, zresztą już zaczęłaś ich trochę umieszczać tam, gdzie tekst potrzebował ciut oddechu - wszystkie akapity o chodzeniu i nie chodzeniu do cerkwi chociażby.

Serio, jestem pod wrażeniem, tęskniłam za tym i było mi bardzo dobrze podczas czytania. Wszystko też dość wyraźnie widziałam - począwszy od tramwaju, a na gabinecie Maksima skończywszy. Zapach domu, tułaczka po dworcu. To jest wszystko bardzo ładne. I jeszcze jedna charakterystyczna dla Ciebie rzecz, którą miło było znów zobaczyć - to ubieranie stanów emocjonalnych w metafory i sięganie do nich potem jednym celnym zdaniem. Tu mi oczywiście chodzi o ten motyw trzymania wrzątku nad głową i - parę(naście) akapitów dalej - zdanie o tym, że wrzątek zaczął kapać na twarz. To jeden z tych chwytów, które mi się zawsze u Ciebie bardzo podobały. I ja wiem, że masz pewne parcie na walkę z ulubionymi chwytami, ale to jest fajny śrubokręt. Tak zaznaczam, gdyby Ci przyszło do głowy go wywalać.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Horehronie
Posty: 12
Rejestracja: 18 września 2018, 11:45

Re: Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo

Post autor: Horehronie » 25 września 2018, 13:26

SpoilerShow
Coffee pisze:
19 września 2018, 20:18
Historia tego tekstu jest taka: taki tytuł nosiło moje NaNo z roku 2016. Losy tego tekstu uczciwie opisuje jedynie angielskie określenie "crashed and burned", wszystko mi się tam rozjechało po jakichś 10k, jeśli nie wcześniej, i nie miałam pojęcia, jak z tego wybrnąć. Minęło półtora roku, pomyślałam, że trochę żal mi tytułu, pomysłu na protagonistkę i dokładnie jednej (j e d n e j) (1) sceny, więc może bym coś z tym zrobiła.
Nie jestem pewna, co z tego wyjdzie, bo poza tą wstawką mam może 3/4 kolejnej, ale w sumie dawno nie pisałam niczego z bieżącym wrzucaniem na forum, więc spróbujmy.
Trochę uprzedzająco zapowiadam, że to jest tekst MOCNO ćwiczebny, bo miałam olbrzymią przerwę w regularnym pisaniu i pewnie będę popełniać dużo błędów (a przede wszystkim dublować swoje własne pomysły i zagrania). Także proszę o wyrozumiałość xD


Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo


ROZDZIAŁ I

Wchodzę do tramwaju i staję od razu z tyłu wagonu, przy szybie, twarzą do uciekającego miasta. Na zewnątrz pada, nie jakoś intensywnie, ale uporczywie. Jestem cała mokra i spocona, ale nie zapłakana.
Chyba wywaliło mi bezpieczniki.
Światło w tramwaju migocze, a pomiędzy jednym i drugim mrugnięciem z wagonu znikają pasażerowie. Znika babcia z ciężko obładowaną torbokółką, znika skacowany student i kobieta trzymająca za rękę grubo opatulone dziecko. Nie wiem, czy znikają naprawdę, ale brudna szyba już ich nie odbija.
Wyrazy najszczerszego współczucia, Serafino.
- Wypiździaj!
Słyszą mnie wszyscy, od motorniczego po ludzi czekających na przystanku, ale kultura w środkach komunikacji miejskiej nakazuje wariatkę ignorować, dopóki sama nie spadnie ze schodków. Wciskam kciuki w uszy, palce w oczy, miażdżę własną czaszkę, jakbym chciała ją wyżąć z szyderczych głosów.
Niezależnie od naszych różnic, nasza społeczność będzie bez niego dużo uboższa. Twoja strata musi być niewyobrażalna.
Pomogłyby amulety, ale te zostawiłam w domu. Pomogłyby proste zaklęcia, ale ręce mi zbyt drżą, a wizja rozkleja się na dwie. Opieram czoło o szybę i próbuję zaszlochać. Jęknąć. Cokolwiek. Ale twarz i gardło mam jak z kamienia, przeciągnięte szokiem i rozpaczą.
Nie powinnaś być przy zwłokach?
Powinnam, racji głosom odmówić nie mogę. Jestem jedyną żyjącą członkinią rodziny, a zatem spadkobierczynią wszystkiego, co Maksim za sobą zostawił.
Nawet nie wiem, jak umarł.
Nie mogę o tym myśleć. Czuję się, jakbym trzymała nad głową ogromny popękany wazon, z którego wycieka wrzątek. Parzy mi palce, ale muszę go trzymać i działać, póki jeszcze nie trzasnął. Jeden nieostrożny ruch i zaleje mnie ukrop, i stracę jakąkolwiek możliwość myślenia. Więc dźwigam to wszystko i staram się nie zadzierać głowy. Patrzę w ziemię, liczę kroki, nie nachodzę na krawędzie płyt w chodniku.
Dowiedziałam się o śmierci Maksima rano, dokładnie o piątej dwadzieścia jeden, kiedy mój sen został rozdarty na cztery części i po środku tego, co zostało, stanął znajomy onejromanta. Wyglądał jak postać wycięta z innego komiksu, jakby nie miał czasu dostosowywać się do snu, w którym mnie znalazł.
- Musisz uciekać – to było jedyne, co powiedział, a ja odzyskałam przytomność już wisząc nad umywalką ze szczoteczką do zębów w dłoniach.
A zatem uciekałam, a przynajmniej chciałam to zrobić, ale miasto okazało się zapieczętowane. Straciłam kilka godzin błąkając się po dworcach, zawsze w ostatniej chwili spóźniając na pociągi, które mogłyby mnie wywieźć w bezpieczne miejsce, albo czekając na taksówki, które nie nadjeżdżały. Gdy dotarło do mnie, że nic z tego nie będzie, przewegetowałam kilka godzin w kącie przydworcowego baru. Nikt tam nie zwracał na mnie uwagi, więc mogłam ulec lekkiemu atakowi paniki.
Czaszkę wypełniała mi wata.
Normalni ludzie pewnie w pierwszej kolejności zwróciliby się do swojej rodziny – którą właśnie tego dnia straciłam – lub przyjaciół – z którymi nie chciałam rozmawiać. Nie zniosłabym ich, tego ich „wszystko będzie dobrze”, „jak się czujesz”, „i co teraz”. Nie potrafiłabym współpracować; nigdy nie nauczyłam się tej roli. Próbowaliby mnie pocieszać, dobry Boże, a ja dla świętego spokoju musiałabym udawać, że to faktycznie mi pomaga, i oczywiście skończyłoby się na tym, że to ja dbam o ich dobre samopoczucie.
Nawet przez moment, aż do teraz, nie przyszło mi do głowy pytanie, przed czym właściwie kazał mi uciekać onejromanta.
Nie jest jakoś strasznie późno, ale zła pogoda w listopadzie oznacza mrok już koło szesnastej. Znad grubej warstwy odrętwienia powoli zaczynają wyłaniać się potrzeby bardziej pierwotne niż żałoba – głód, pragnienie, ciśnienie w pęcherzu. Zaczynam śmierdzieć.
Maksim, dlaczego mnie zostawiłeś?
Nie mogę stawić czoła temu, co po sobie pozostawił. Rozpieczętowany dom, ograbione półki, no i on sam, bezwładny i cichy, w jakimkolwiek stanie by nie był po śmierci. Ktoś powinien zamknąć mu oczy, posprzątać w kuchni, uporządkować biurko.
Miał sojuszników, którzy nadają się do tego o wiele bardziej jak ja.
Wysiadam z tramwaju i idę bez celu ulicami dzielnicy fabrycznej i gdzieś pojawia mi się myśl o znalezieniu jakiegoś pokoju – albo i miejsca w pokoju – na tę noc. Jakiegoś anonimowego zakątka, podobnego temu na dworcu.
I co dalej, pyta ta część mojego mózgu, która nie uległa panice i próbuje operować dużym, nieposłusznym, i coraz bardziej rozregulowanym ciałem. Nigdy już nie wrócisz do domu? Ani do swojego mieszkania?
Może więc i lepiej, że ci, przed którymi miałam uciekać, w końcu mnie znajdują.
- Stój – mówi ktoś, więc przyśpieszam. Nie odważam się biec, ale lawiruję pod prąd w rzece robotników wracających z drugiej zmiany. Przeklinają mnie, całkiem zresztą słusznie. – Serafino!
Wal się.
Głos jest męski i go nie rozpoznaję. Szukam po kieszeniach jakichś podręcznych kamieni – jeśli byłyby naładowane, mogłabym coś z nich wyczarować, ale nawet puste sprawdziłyby się po prostu jako pociski.
A potem zastawiają mi drogę i wpadam prosto na nich, odbijając się wręcz od mężczyzny, który ogólną posturą i niewzruszeniem przypomina szafę. To brzmi zabawnie, ale w rzeczywistości wcale takie nie jest; boli mnie lewa strona twarz i nos, z trudem utrzymują równowagę. Zanim zorientuję się, że mężczyzna ma na sobie mundur milicjanta, ktoś łapie moje ręce i tyle, po zabawie.
- Serafino Hrałecka – mówi ten sam głos, który wołał mnie na ulicy. – Jesteś wezwana do przesłuchania w związku ze śmiercią Maksima Truszaka. Nie stawiaj oporu.
Chyba czuję ulgę.

*

Nie mówią mi, jak umarł. Bardzo starają się omijać ten temat, zresztą może zakładają, że ja wiem. Nie jestem o nic podejrzana, zapewniają, po czym zamykają drzwi na klucz. Jesteśmy w relatywnie nowej kamienicy, ale okna są zalepione czarnymi arkuszami, a wewnątrz pachnie paloną kawą i cukrem. Gdzieś w budynku coś dudni. Nie mam pojęcia, co to mogłoby być.
- Proszę przyjąć wyrazu najszczerszego współczucia – mówi Krzysztof Szawiłło, czyli właściciel głosu wołającego mnie w dzielnicy robotniczej. Ma faktycznie smutny wyraz twarzy i stara się być uprzejmy, ale co z tego. – Wszyscy wiemy, kim był dla panienki Maksim.
Maksim Bohater. Maksim Obrońca. Maksim, który jednym klaśnięciem obronił rubież przed zalewem dzikiej hordy. Legendarny Polesiak, który z wzajemnością adoptował to miasto.
Szukam własnego głosu i zmuszam się, żeby go użyć.
- Co się stało?
- Mieliśmy nadzieję, że panienka nam powie.
- Ja nie wiem… - Gardło mnie zdradza, muszę na chwilę przerwać. Szawiłło podsuwa mi chusteczkę, ale ignoruję jego wyciągniętą dłoń. – Skąd…
- Kiedy była panienka u niego ostatni raz?
- W niedzielę.
Wrócił właśnie z podróży i planował kolejną, na północ. Odpytywał, jak idą mi studia i przy przywiezionej z Bałkanów śliwowicy opowiadał anegdotki z podróży. Dostałam w prezencie – zawsze mi coś przywoził – osmański czajniczek do parzenia kawy.
- I kiedy mieliście się spotkać ponownie?
- W następną niedzielę.
Po mszy, na które on chodził, a ja nie, bo nigdy nie udało mu się skutecznie we mnie zaszczepić tego zwyczaju. W cerkwi nudziłam się, wierciłam, mimo upomnień i posykiwań biegałam między nogami. Głośno protestowałam przy każdej niedzielnej pobudce, dopinając swego w wieku dziesięciu lat, gdy Maksim ostatecznie się poddał i zostawił mój religijny rozwój w spokoju. Mój triumf trwał krótko, bo szybko okazało się, że w swojej cudownie odzyskanej godzinie i tak nie miałam się z kim bawić – moi rówieśnicy w tym czasie nudzili się, wiercili i biegali pod nogami innych ludzi w innej świątyni.
Głos Szawiłły jest cichy, ale stanowczy i skupiony. Każde pytanie ma zadanie wydobyć konkretną informację. Lawiruje wśród mojego własnego zamglenia.
- Czy wspominał o innych planach w ciągu tygodnia? Spotkaniach, może obowiązkach?
Próbuję się skupić. Nie, żeby sobie przypomnieć – raczej żeby ocenić, czy powinnam zdradzać temu nieznajomemu jakiekolwiek szczegóły. Tallinn, Helsinki, a potem prosto na północ, aż na Svalbard; sama nie wiedziałam, czego tam szukał, ale ludzie pokroju Szawiłły lubią sami dopisywać motywy ludziom.
Te msze – te, od których uwolniłam się jako dziecko – to przez nie zaczęłam z nudów w niedziele zakradać się do warsztatu Maksima i eksperymentować ze wszystkim, co tam znalazłam. Kuć talizmany i zamykać uroki, kisić zaklęcia, destylować klątwy. To były zabawy, niepoparte absolutnie żadną wiedzą. Gdyby Maksim przez przypadek kiedykolwiek użył któregoś z moich tworów, niechybnie skończyłoby się w ofiarach śmiertelnych, ale na szczęście do tego nie doszło.
- Panienko. Panienko?
- Nie – mówię. – Rozmawialiśmy o Bałkanach.
Ale to też ich interesuje; z kim się tam widział, po co jechał, jak długo go nie było? Czy znam jego plan podróży? Czy wiem, gdzie się zatrzymywał? Ktoś za plecami Szawiłły szepce „Zagrzeb”, unoszone są brwi, otwierane notatniki.
Nikt już nie mówi w mojej głowie. Wrogowie Maksima zamilkli? Przysłuchują się? A może po prostu jestem w izolowanym budynku, bezpiecznie ukryta przed kimkolwiek, kto chciałby mnie szukać.
Przed czymkolwiek, co miałoby mnie ścigać.
- Nie wiem nic więcej – mówię i sama jestem zaskoczona, jak dobrze mi wychodzi udawanie zirytowanej. Nie czuję tego, w ogóle nic nie czuję oprócz kapcia w ustach i pieczenia w oczach. – Chcę wrócić do domu.
Szawiłło chyba miał nadzieję, że te słowa nie padną. Kręci dookoła spojrzeniem, stuka długopisem w kartkę. Odchrząkuje.
- To póki co nie będzie możliwe.
- Dlaczego?
- Proszę się postawić w naszym miejscu – mówi łagodnie i to mnie kompletnie zbija z pantałyku. – Musimy wyjaśnić jak najwięcej jak najszybciej. Pani jest najbliższą dla zmarłego osobą. Bez pani nie ruszymy z miejsca.
- Zaraz. – Prostuję się w krześle, zaciskam dłonie na blacie. – Próbujecie mi powiedzieć, że jestem podejrzana?
- Nie…
- Nie jestem podejrzana?
Szawiłło jakby się lekko mobilizuje.
- Póki co nie.
- A zatem nie możecie mnie tu przetrzymywać.
- Możemy spróbować.
- Tak – warczę i nagle stoję, nie wiem kiedy to się stało. – Spróbować możecie.
Za plecami mam okno, przed sobą ze cztery umundurowane osoby, które blokują mi drzwi. To, co teraz robię, nie spodobałoby się Maksimowi – o tym staram się nie pamiętać.
- To może zrobimy tak – odzywa się nagle jakaś młoda, drobna kobieta z kapralskimi insygniami na ramieniu. – Potrzebujemy panny Hrałeckiej na Lwowskiej. Jedźmy tam teraz, a potem w ramach podziękowań odwieziemy pannę, gdziekolwiek sobie zażyczy.
Nie mam ochoty jechać na Lwowską. To ostatnie miejsce, w którym chcę się teraz znaleźć – może to właśnie przed nim uciekałam cały dzień. Zamykam oczy i jakoś udaje mi się nie rozpłakać.
Mam wrażenie, że wrzątek zaczyna kapać mi na twarz.
- Dobrze – wyduszam z siebie, bo nie mam wyboru; bo to mądrzejsze niż rozpoczynanie bójki z milicją. – Jedźmy na Lwowską.
Do domu.
Do tego domu, w którym mieszkałam z Maksimem aż do zeszłego roku.

*

W aucie Szawiłło próbuje niezdarnie rozpoczynać pogawędkę, ale daje sobie spokój po czwartej próbie. Rozpłaszczam myśli, rozmieniam je na drobne: wszystko jest ważniejsze od komendanta i jego sunącego przez miasto auta, od udających uprzejme pytań i groźby aresztowania wiszącej w powietrzu. Uparcie patrzę na własne spocone ręce; z paznokci złazi mi lakier, a przy lewym kciuku zrobiła mi się nie wiedzieć kiedy zadra.
Trudno wyjaśnić, kim jest, kim był dla mnie Maksim. Nie wiem nawet, od czego zacząć. On pewnie nazwałby mnie po prostu „podopieczną”, bo to słowo bezpieczne, okrągłe i obejmujące wiele sytuacji. Może oznaczać siostrę, może córkę, może uczennicę – ja nie byłam w gruncie rzeczy żadną z nich.
Byłam tykającą bombą, którą rozbroił. Czymś w rodzaju oswojonego trojańskiego konia. Kolejną zagładą, której zapobiegł – a przynajmniej tak mówią.
- Panno Hrałecka?
Drzwi po mojej stronie są otwarte i młoda kapralka, która zaproponowała przywiezienie mnie na miejsce, wyciąga ku mnie pomocną dłoń. Chwytam ją i gramolę się z samochodu, wzdrygając od ciężkich, zimnych kropel deszczu, bo oczywiście zdążyło się rozpadać. Coś zimnego, być może woda, a może wcale nie, pełznie mi po karku, bo na całej Lwowskiej jest tłum. Wręcz roi się od ludzi. Kręcą się dookoła, gaszą tanie pety w skalniku Maksima, świecą latarkami po oknach. I kiedy wysiadam, czuję jak przez ten tłum wieść o mnie rozchodzi się niczym zmarszczka po wodzie.
Chyba zaraz zwymiotuję.
Kapralka ściska pocieszająco moje ramię. Albo pilnuje, żebym nie dała teraz drapaka.
- Ile osób jest w środku?
- Minimum.
- Kim są ci wszyscy ludzie?
- Jego śmierć wpłynie na nas wszystkich.
To nie jest odpowiedź, ale nie drążę, bo zaczynają szczękać mi zęby. Dom Maksima to typowy budynek stylu powojennego – to znaczy, wygląda jak klocek, ale przylega do niego spory ogród, a w piwnicach dałoby się urządzić mieszkanie dla całej rodziny. Do głównego wejścia wchodzi się po schodach, na których teraz siedzi dwóch zmęczonych funkcjonariuszy. Zahaczam o jednego nogą po drodze.
Drzwi są uchylone, jak w barze albo kinie. Wchodzę, coś dudni mi w uszach, ręce bolą od zaciskania. Dom pachnie tak jak dom pachnieć powinien, znajomo, trochę kurzem, trochę kawą, trochę mokrą cegłą, a jednocześnie wszystko jest nie tak. Wszystkie drzwi są pootwierane, światła pozapalane. Idę dalej i ledwo dostrzegam twarze, które się ku mnie odwracają. Ktoś stoi w kuchni, chyba słyszę gotującą się wodę; ktoś inny przegląda książki z półek w salonie; na podłodze i dywanie jest mnóstwo błota.
Zatrzymuję się i nie mogę iść dalej.
Chciałabym mieć tyle siły, żeby ich wszystkich stąd wyrzucić – zamiast tego mam ochotę się rozpłakać. Gdzieś nad moją głową pada ciche polecenie, by wszyscy obecni wyszli na przymusową przerwę na dymka. Nikt nie protestuje, kilka głów się za mną odwraca.
- Czego ode mnie chcecie? – pytam, gdy zostajemy już tylko we dwie. – Nie wiem, jak umarł.
- My też nie – słyszę cichą odpowiedź.
Odwracam się, ale zanim cokolwiek powiem, do pokoju wchodzi Szawiłło. Chyba nie słyszał naszej rozmowy.
- To co? – mówi tonem, który bardzo źle maskuje napięcie. Twarz błyszczy mu od potu albo deszczu. – Na górę?
Nie mam wyboru, idę na górę, jeden krzywy krok za drugim. Podłoga jest miękka, ściany elastyczne. Prowadzę; mogłabym tę trasę przejść we śnie. Wiem, które stopnie skrzypią i gdzie w poręczy jest niebezpieczna drzazga.
Idę do gabinetu Maksima i staję przed zamkniętymi drzwiami.
Zapieczętowanymi drzwiami.
Moc, z którymi je zatrzaśnięto, aż odbija mi się czkawką. Wysychają mi gardło, oczy i włosy, wilgoć paruje z wełnianego trencza. Niemal słyszę pomruk energii, niczym z linii wysokiego napięcia.
A potem zrozumienie spada mi całym ciężarem na kark.
- Boże.
Nie wiedzą, jak umarł, bo nie mogli się tam dostać.
- Pieczęć nałożono od środka.
Rozlega się ryk, a potem huk – to ja, nie rozumiem, coś się przelało, wywaliły w końcu bezpieczniki i walę w drzwi zaciśniętą pięścią, nie bacząc na to, że przypala mi to włoski na palcach, że czuć w powietrzu swąd. Pieczęć atakuje mnie natychmiast, czuję jej sploty wgniatające się między żebra, jej pływ kołysze mi krwią. Wchodzę w nią cała, wsadzam rękę prosto w rozgrzebane, sypiące iskrami gniazdo.
Ciągłe słyszę swój własny krzyk, ale prę dalej.
Znika cichy szum, który słyszałam od rana, znika osłabienie, wizja się wyostrza; pobielałe palce wsuwam w drewno aż po knykcie, przesuwam glify i przekleństwa, jedna warstwa za drugą, nawet te podlaskie, nawet te starożytne. To litery Maksima; nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.
Nie śmiem dokończyć tej myśli – zuchwałej, bezczelnej – tej, że w wypadku kogoś takiego jak Maksim śmierć łatwo pomylić z czymś innym.
Zamykam usta jakbym ściągała do siebie dwa kolejowe tabory. Prostuję plecy i niemal słyszę trzask łamanych kości. Ale pieczęć ustępuje: powoli, słowo po słowie usuwam jej żądła, uspokajam, zabieram znaczenie.
Kiedy kończę, sosnowe drzwi są jedynie kilkoma spróchniałymi deskami. Nie oglądając się za siebie, wykopuję sobie w nich przejście.
- Maksim? Maks…
Widzę go.
Siedzi przy swoim szerokim, sprowadzanym z Norwegii biurku. Jest biały jak śnieg, patrzy donikąd matowymi, wytrzeszczonymi oczami, z grymasem bólu wpisanym już na stałe w przystojne rysy. Zacieki krwi prowadzą z jego ust, uszu i nosa; dawno już zdążyły okrzepnąć. W gabinecie okropnie cuchnie trupem.
szkoda że to już, że koniec nastąpił tuż ja się nawet popłakałam tuż , męk czytając za bardzo nie cierpiałam, Momentami są i błędy , ale na pisarza możesz mieć zapędy. najlepszy fragment to tez z donikąd , choć trup w gabinecie to kryminałów kąt. A jak wsadzasz ręce w prąd nie przesz dalej ale czuć palonej skóry swąd Palców nie wsadzisz w drewno i to nie jest wszystko jedno chyba że masz tam dziury lub palce jak piła wbić w drewno palce mogą kury albo Twoja wielka siła. Po wodzie nie rozchodzi się zmarszczka a kropla lub kółka i to nie są nowe bukłaczki tylko małe hopla i ściółka.
Ostatnio zmieniony 25 września 2018, 13:55 przez Kruffachi, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: Brak estetyki

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo

Post autor: Kruffachi » 25 września 2018, 13:56

Off Topic
Uprzejmie proszę nie rozpychać sztucznie postów cytowaniem całego fragmentu utworu. Admin
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Horehronie
Posty: 12
Rejestracja: 18 września 2018, 11:45

Re: Leż, gdzie padłeś, i patrz w niebo

Post autor: Horehronie » 26 września 2018, 09:48

nie rozpycham specjalnie postu bo przecież nie buduję mostu
jeśli masz takie uczucie to złe to przeczucie
będę zatem tylko komentowała
lub poprawkami będę za LALES rapowała.

Prośba Twa Kruffaichi będzie spełniona
Bo napisałeś ładnie tak jest właśnie .
Rozumiem że muszę dychę skomentować
i wszelkie inne ciosy kulturalnie parować ?

ODPOWIEDZ