UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Czterech baristów i Waleń Pyk

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Czterech baristów i Waleń Pyk

Post autor: Kruffachi » 05 września 2018, 19:04

CoffeeShopAU (nadal to zapoczątkowane przez Marszę, ekipa WAJM + gościnnie Joa :D ) Indżoj. Z serdecznymi pozdrowieniami i uściskami. Odcinek prawdopodobnie mocno niekanoniczny nawet w tak chwiejnym kanonie, za wszelkie niewybredne żarty przepraszam z góry. Odcinek przeczy też prawom ziemskim oraz kawiarnianym.

Czterech baristów i Waleń Pyk
Rzadko zdarzało się, żeby po zamknięciu kawiarni siedzieli na jej tyłach całą czwórką. Zwykle zwiewali z pracy, gdy tylko druga zmiana dzielnie wdziała fartuszki, i nawet część ekipy od kolorowych cukierków nie miała dość nierówno pod sufitem, żeby zostawać po godzinach albo, raz dopadłszy domowych kapci, dobrowolnie z nich wyskakiwać, by wrócić w te okolice. No, chyba że nie zauważyli, że to już koniec zmiany, co też się zdarzało, jeśli mieli gorszy dzień (albo część ślepa chociaż wcale nie ślepa zapomniała okularów), ale wtedy wystarczyło, że któryś z wilków nakierował baranki ku wyjściu, a te już grzecznie kicały ku wolności. Czy też - w przypadku Czachowskiego - wdzięcznie i sprężyście ku niej kroczyły.
Teraz jednak sprawa była poważna.
Otóż przed południem zjawił się Eklin, manager przybytku, i oświadczył bardzo poważnym tonem, że następnego dnia w kawiarni pojawi się nowy pracownik. A właściwie pracownica. Dziewczyna (wymówił to słowo, jakby jednocześnie przełykał jakąś kluchę). Prawdziwa dziewczyna. Z krwi, kości i wszystkich innych rzeczy, z których zrobione są dziewczyny. Co początkowo - ku zgrozie Eklina - wywołało falę entuzjazmu i - ku radości Eklina - spontaniczną wymianę kalendarza na zapleczu na taki też z babeczkami, ale z ciasta. A potem entuzjazm opadł, bo Jurij dobitnie wytłumaczył tym jełopom, że absolutnie nie ma się z czego cieszyć i zwołał obowiązkowe zebranie ekipy kryzys przy kubłach na śmieci.
- Nie rozumiecie - warknął, celując w nich spieniarką do mleka, gdy wreszcie Eklin wyszedł krokiem sztywnym i uświęconym bogobojnością. - Do ilu wy, kurwa, liczycie, co? Bo wydawało mi się, że do czterech powinniście umieć. Przecież jak przychodzi piąta osoba, to nie utworzą nagle połowy zmiany, głąby, tylko któregoś z nas wyleją na zbity pysk.
Popatrzyli po sobie zmartwieni, bo jednak, hm, najogólniej rzecz ujmując, mimo różnych lokalnych katastrof, to się jednak dogadywali w tym czworokącie. Oba wilki miały w sobie wsparcie, jeśli trzeba było zrobić armagedon i postawić kogoś do pionu, oba baranki pożyczały sobie czasem dropsy, Miguel chętnie podczepiał się na bierne palenie, jeśli Wolf lub Adaś szli na szluga, za co ten pierwszy odwdzięczał się chowaniem okularów, Jurij zawsze dawał radę nastroić Adasiowe wiosło bardziej i jakoś nawet lubił to jego smętne zawodzenie w rytm plumkania, na ścianie na zapleczu prócz kalendarza wisiało poczynione wspólnym wysiłkiem kawiarniane bingo i w sumie to byłoby smutno, gdyby w tym krajobrazie kogoś zabrakło. Nawet jeśli miałby zostać zamieniony na prawdziwą dziewczynę.
Zamknęli więc dzień i Jurij wyprowadził wszystkich na rzeczone tyły kawiarni, gdzie mogli podyskutować w towarzystwie koszy na śmieci.
- Wiedziałem, że mnie w końcu wyrzucą - westchnął Czachowski i zapatrzył się w ścianę sąsiedniego budynku z czymś znacznie bardziej złożonym niż zwykły smutek. Była w tym rezygnacja, melancholia i pewnie już nostalgia, jakby nie pracował tu co najmniej od dziesięciu lat, a kawiarnię zdążyli zaorać i otworzyć w jej miejscu Żabkę. I nikt nawet nie umieścił w ścianie tablicy, że tu oto pracował największy poeta wśród baristów i największy barista wśród poetów.
- Głupi jesteś - prychnął tylko Wolfik, sięgnął do kieszeni, wyjął szluga z paczki i wetknął kumplowi między wargi, żeby się zajął czymś bardziej pożytecznym niż myśleniem.
To też był wyćwiczony rytuał, więc Miguel bez słowa sięgnął do własnych spodni, bo jako jedyny nigdy nie pozwalał ukraść sobie zapalniczki. Wręcz przeciwnie - jeśli jakaś zaginęła, całkiem prawdopodobne, że naturalnym ciążeniem zawędrowała w okolice jego kieszeni. Blondie odpalił i Adaś odruchowo zaciągnął się dymem, aż oczy mu zmętniały.
- Nieważne, kto ma wylecieć - warczał dalej Jurij. Wyraźnie nie mógł ustać w miejscu, więc zaczął krążyć między śmietnikami. - Trzeba opracować plan pozbycia się intruza.
- Wystarczy zostawić ją na zmianie z wami dwoma - stwierdził Miguel, przesuwając wzrokiem od Sabaki do Wolfa i z powrotem. - Sama ucieknie na ten Ribbentrop-Mołotow.
- Śtyuroczy - syknął Krone, sam też już z papierosem w zębach. - Ogień daj, nie filozofię.
- Można też zostawić ją na zmianie z Adasiem - perorował dalej niezrażony Blondie, przesunąwszy palcem po krzesiwie. Płomień buchnął wesoło i żar objął końcówkę Wolfikowego szluga. - Jeśli dobrze pójdzie, zagapi się na niego jak wszystkie klientki, aha, oho, coś rozleje, pomyli resztę, reszta trzydziestogroszówkami, te sprawy i też zrezygnuje. Nie ma to jak zjebany pierwszy dzień.
- Ty pierwszego dnia pomyliłeś syrop z płynem do naczyń - przypomniał bezlitośnie Ivanow.
- No, więc coś o tym wiem, nie?
- I jakoś nie odszedłeś.
- Bo ktoś za tą ladą musi się uśmiechać. Nie, Krone, nie wyglądać jak strzyga na speedzie, tylko się uśmiechać. Zresztą klient się nie zorientował. Zamówił miętowe latte, a mleko było spienione jak nigdy.
- Jest jeszcze opcja, że się w Czachowskim zabuja i nigdy się jej nie pozbędziemy - odparł Wolf ponuro, kiedy przestał się szczerzyć, a potem pozwolił wreszcie, by dym wypełnił mu płuca. - Wszystkie się bujają w Czachowskim.
- Jeśli nie są gimbazą lecącą na Jurę.
- W ogóle to dziwne... - Adam wypuścił powoli dym z ust i zmrużył oczy. - Eklin zgodził się przyjąć dziewczynę? On? Czy to wam nie śmierdzi?
- Śmierdzi kadzidłem, jakiem Wolf.
Co prawda to prawda, było to co najmniej dziwne. Ich manager zdecydowanie był zwolennikiem ekipy jednopłciowej, nieodmiennie twierdząc, że dziewczyna w zespole doprowadziłaby do niechybnego rozprężenia i demoralizacji czterech baristów. Jakoś nie miał odwagi powtarzać tych teorii przy właścicielce, ale pozostali pracownicy słyszeli to kazanie nie raz i nie dwa, aż w końcu pogadanka o moralnym wydawaniu kawy i profesjonalnym podejściu do klientek płci pięknej trafiła na bingo.
- Dobra, to jednak poważna sprawa - ocenił Krone. - Sabaka, organizuj bimber, ja idę po towar i widzimy się w akademiku za godzinę.

*

Nie wszystko poszło zgodnie z planem. Podczas nocnej narady w oparach wszelakich zostało ustalone, że nowa dziewczyna jest wredna, okropna, wywyższa się, rządzi, nie łapie żartów, a na to wszystko jest okropnie brzydka i cuchnie. Tymczasem rano w kawiarni w towarzystwie wykrochmalonego po sam czubek głowy Eklina pojawiło się stworzenie ze wszech miar urocze i w dodatku dość mocno przejęte. Aż chciało się je otoczyć opieką, zaoferować kanapkę na wypasie i waniliowe podwójne latte z jakimś odjechanym wzorkiem (na przykład waleniem, które to Czachowski opracował autorsko i doprowadził do perfekcji), a nade wszystko wyrwać z pazurów mizoginistycznego managera, który wyglądał, jakby miał zaraz dostać wysypki.
Ale wróg był wrogiem, nieważne jak miłym i ładnym, więc należało trzymać się planu. Tego wymagała męska solidarność i wódz generał całej operacji, czyli wyraźnie wkurzony rozprężeniem wśród nieco skacowanych żołnierzy Sabaka. Zmianę miał akurat z Czachowskim, ale Wolf i Miguel siedzieli pod oknem, niby to zajęci zakuwaniem, a w rzeczywistości w roli oddziału do zadań specjalnych.
Na razie jednak Adaś po raz dziesiąty tego poranka pokazywał Joi, jak przygotować doskonałe espresso. Za każdym razem tłumaczył procedurę bardzo dokładnie i dodawał od siebie parę życiowych mądrości, względnie cytat z Schopenhauera - jeden z tych, które lubił wypisywać klientom na kubkach, by pamiętali, że kawa jest jak życie. Ciemna i gorzka. Niestety dziewczyna okazała się zbyt cierpliwa albo dobrze wychowana, bo nie skomentowała tego faktu ani słowem, a tylko zaciskała usta i grzecznie patrzyła na idealne dłonie Czachowskiego przygotowujące idealny napój i słuchała jego kojącego głosu.
- Mówiłem - warknął Wolf, pochylając się nad podręcznikiem. - Zabujała się.
Miguel odwrócił głowę w stronę lady i zmierzył sytuację okiem znawcy, ale że był to znawca z pewnością wybitny, ale ewidentnie od czegoś innego, nie związków damsko-męskich, to nie wyciągnął żadnych wniosków.
- Zawsze tak jest. Nawet moja babcia ma do niego słabość - burczał dalej Krone do tangensów i cotangensów. - Wszyscy, kurwa, tylko jebany Czachowski to, jebany Czachowski tamto.
- Na przykład ty? - Blondie uniósł brew.
- Co ja?
- Jebany Czachowski to, jebany Czachowski tamto.
Niemiecki mord przemknął przez twarz Wolfganga, przeciął go jak meserszmity niebo.
Tymczasem Eklin plątał się baristom pod nogami, trudno powiedzieć czy bardziej czerwony z zażenowania, czy z powodu tego, że zapiął koszulę na ostatni guzik. Bez sensu sprawdzał czystość naczyń, zaglądał do szafek, zerkał w dysze (że też żadna nie wypaliła mu w oko), po raz dziesiąty poprawiał ułożenie jednorazowych kubków i cały czas łypał na wyraźnie speszoną dziewczynę, obecnie usiłującą zrobić swoje pierwsze serduszko na kawie. Bardziej przypominało fasolkę, ale Adaś i tak ją po chwalił, na co Jura warknął, że go pojebało i znacząco postawił przed Joą kolejną filiżankę.
Wolf uznał, że tego już za wiele, wstał gwałtownie i ruszył w kierunku lady.
- Przepraszam - odchrząknął, oparłszy się łokciem o blat w okolicach warsztatów z robienia serduszek na kawie. Wymienił szybkie porozumiewawcze spojrzenia z Sabaką i Ivanow udał się na zaplecze, nagle przypomniawszy sobie, że miał tam zrobić coś niecierpiącego zwłoki. - Chciałbym złożyć zamówienie. - Wyszczerzył się, ukazując szóstki. - Będzie latte. Z mlekiem sojowym. - Czachowski zaczął instruować Joę. - Albo nie, po prostu bez laktozy. I z syropem koniecznie. Macie kokosowy? No to nie, nie z kokosowym, jest okropny. Kto pije kawę z kokosem? Z waniliowym też nie chcę, niech mi tu pani nawet nie sugeruje. Tak, pani, przecież widzę, że już, o, w oczach waniliowy. Waniliowy to jest...
- Krone, co ty wyprawiasz? - wpadł mu wpół słowa Eklin. - Mi się wydaje, czy zmianę zaczynasz za trzy godziny?

*

Eklin musiał udać się na chwilę do łazienki, żeby głęboko pooddychać. Ledwie jednak wziął trzy głębokie wdechy, a poczucie obowiązku kazało mu natychmiast wrócić na posterunek. Nie mógł przecież przewidzieć, do czego może dojść pod jego nieobecność. Upadek moralny wisiał w powietrzu. To znaczy - zdaniem Eklina - upadek moralny i wynikający z niego gniew boży zawsze wisiały w powietrzu, ale teraz zdawały się bliżej niż kiedykolwiek wcześniej.
Wszystko przez to, że właścicielka przejrzała listę płac, wezwała Eklina na rozmowę i kazała mu podać trzy logiczne argumenty przemawiające za tym, że są na niej sami mężczyźni. Więc Eklin podał ich nawet pięć, na co Schwerin zmierzyła go spojrzeniem długim i uważnym, jakby zastanawiała się, czy to, co właśnie usłyszała, to nieśmieszny żart czy majaczenie. A potem zażądała zmiany sytuacji. Manager próbował się jeszcze bronić, stwierdzając, że zwolnienie kogoś, bo jest mężczyzną, będzie stanowiło dyskryminację, ale właścicielka roześmiała się głośno, jakby dla odmiany powiedział coś bardzo zabawnego, po czym pomachała mu przed nosem grafikami i spytała, czy często się zdarza, żeby na zmianie był tylko jeden barista.
No dobrze, zdarzało się.
Tak oto Eklin musiał przełknąć gorycz porażki, ale w sercu wiedział, że to porażka chwilowa, bo gdy w przybytku zapanuje rozprężenie, wyniki pójdą na łeb na szyję i tak oto okaże się, kto tu miał rację.
Kiedy jednak nacisnął klamkę i pchnął drzwi, te nie ustąpiły. Naparł więc na nie mocniej, ale znów zaprotestowały i Eklin aż się zapowietrzył, aż musiał rozpiąć ostatni guzik swojej koszuli.
- Spokojnie - powiedział sobie, siadając na klapie. - Spokojnie, musisz po prostu się uspokoić, wola boża jest po twojej stronie.
Nie po jego stronie był mop, jaki któryś z tych jełopów postanowił wcisnąć pod klamkę, żeby ją zablokować. Eklin nie miał wyboru - musiał wejść się na kibel i przerzucić górą. Miał tylko nadzieję, że tania sklejka, z której zrobiono kabinę, wytrzyma.
Ale nie wytrzymała.

*

- Tak właściwie to ja nawet nie lubię kawy - przyznała. - Ale słyszałam, że bywa tu miło i że potrzeba piątej osoby, bo rzadko dostajecie wolne.

*

Kiedy Eklin pozbierał się wreszcie, doprowadził wizerunek do bogobojnego porządku i wrócił na salę, zastał istne pandemonium. Po pierwsze - usłyszał śmiech. Głośny, bezbożny śmiech dziewczyny. Po drugie, zobaczył, że siedzi Kronemu na kolanach, a Miguel parzy jej herbatę. Po trzecie wreszcie, ujrzał walenia narysowanego kredą obok menu dnia i nawet Jurij wydawał się jakoś mniej zmarszczony, a Adam jakoś mniej przybity.
Zaczęło się. Oto nadszedł koniec świata.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ