UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Tytuł Tekstu Września otrzymało "Jak [nie] zostać bohaterem" - GRATULUJEMY! :D

Na pohybel sarnom, na pohybel psom

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1835
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Na pohybel sarnom, na pohybel psom

Post autor: Kruffachi » 17 sierpnia 2018, 20:34

Fandom: Teen wolf. AU, fixfic sezonu 6b. Nie posiadam praw, bla, bla.

Wiem, że dużo wrzucałam ostatnio (jak zawsze, kiedy się stresuję), ale zarówno Odpuszczenie, jak i to tu mają bardzo wąskie i niepokrywające się grono potencjalnych odbiorców, więc chyba aż tak nie grzeszę ;) Takie tam upuszczenie frustracji po sezonie 6b, który nie miał sensu i pełen był postaci niedopracowanych oraz jednowymiarowych, ale opierał się na myśli, której brakowało mi przez wszystkie pozostałe sezony. Nie pretenduje toto do miana tekstu nawet przyzwoitego, służy nabijaniu norm i ćwiczeniu, bo ile można się nauczyć na pisaniu farfocli, już się przekonałam.

Soł.

(motto wymuszone oryginałem niejako, bo cytat tam pada, ale niespecjalnie znajduje oprawę. Czy znajdzie tutaj? Nie sądzę, ale próbować można)

Ten taki jakby prolog wyszedł dość sztywny i napuszony, ale z czasem powinnam nabrać luzu ;)

Wśród krwawych czynów wszelka skona litość
I duch Cezara, na zemstę łakomy,
Wróci gorący z samego dna piekła,
Monarszym głosem zagrzmi po tej ziemi,
Wszystkie psy wojny puszczając ze smyczy:
„Wojna bez końca i bez miłosierdzia!”


Juliusz Cezar, Szekspir


Rozdział I
Złapani w światło


Drobna dłoń sunęła bez pośpiechu po szorstkim betonie murka otaczającego trawnik przed szkołą. Jego faktura – wciąż jeszcze chłodna, ale rozgrzewająca się w ciągu dnia – pozwalała skupić myśli na tu i teraz.
Świeciło słońce, od rana wiał lekki wiatr z południowego-zachodu, zapowiadano przelotne opady na godziny popołudniowe, a powietrze pachniało krwią.
Ale dla Tamory Monroe wszystko pachniało krwią – nieważne ile razy i jak bardzo usiłowała przywołać zmysły do porządku. Drzewa, ściany, tapicerka w samochodzie. Zwykła woda miała jej żelazisty smak, a kiedy kobieta stała w łazience i podnosiła wzrok, by poprawić burzę drobnych, czarnych loczków, kiedy napotkała swoją twarz w lustrze, widziała czerwone strugi ściekające po ciemnym czole i policzkach. Widziała przerażoną, błagającą o ratunek dziewczynkę zamkniętą w ciele trzydziestoletniej kobiety.
Minęły już dwa miesiące od tamtej nocy, kiedy wszystko się zaczęło, ale Tamora wciąż prawie nie nosiła makijażu – nie miała nerwów, żeby zbyt długo patrzeć na swoje odbicie i znosić to przerażone spojrzenie sarny złapanej przez reflektory nadjeżdżającego samochodu.
Zwłaszcza że nie była już sarną.
Odchrząknęła, poprawiła żółty żakiet (specjalnie wybrała radosny, krzykliwy kolor, by przypominać sobie, że przestała być bezimienną ofiarą) i ukryła to wszystko pod uśmiechem. Mocniej złapała teczkę i szybkim krokiem pokonała stopnie przed wejściem do liceum w Beacon Hills – swojego pierwszego i jak dotąd jedynego miejsca pracy. Była związana z tą szkołą i przede wszystkim z uczęszczającymi do niej uczniami. Nic nie mogło tego zmienić, a już na pewno nie jej strach.
Jeszcze w zeszłym roku funkcję pedagoga szkolnego sprawowała Natalie Martin, ale po tym, jak zaproponowano jej stołek dyrektora, miejsce się zwolniło i Tamora dostała wreszcie swoją szansę po żmudnych semestrach spędzonych na układaniu książek w bibliotece.
– Jeszcze tego pożałujesz – mówili jej. – Dzieciaki dadzą ci w kość.
Mówili tak, bo była niska i drobna, o posturze i aparycji lalki – wąska w ramionach, wąska w biodrach z pewnością nie wzbudzała postrachu. Ogromne oczy na tle ciemnej twarzy, drobny zadarty nosek i wydatne usta też raczej nie pomagały. Ale ona była wówczas przekonana, że wie swoje i wcale nie chce nikogo straszyć. Po prostu lubiła ludzi, a młodych ludzi zwłaszcza. Z ich energii czerpała własną. Patrzenie, jak z sukcesem pokonują problemy – często tak błahe, choć wydające się im życiowymi tragediami – dodawało jej sił. Wierzyła, naprawdę głęboko wierzyła, że autorytet da się budować na wzajemnym zaufaniu i szczerych intencjach. Potrafiła to – sprawiać, że młodzi ludzie otwierali się przed nią bardziej niż przed rodzicami czy nawet najlepszymi przyjaciółmi. W zamian dostawali spokój i zrozumienie. Nie osądy, nie kary i nie podniesiony głos, a właśnie przystań. Czasem tylko tyle wystarczyło, żeby sami otrzepali kolana i poszli dalej we właściwym kierunku.
Tak właśnie Tamora widziała samą siebie – jako przewodnika.
A potem wszystko zaczęło pachnieć krwią i sama zaczęła potrzebować kogoś, kto ją przeprowadzi przez piekło.
Monroe dotarła do swojego gabinetu, pozdrawiając po drodze paru nauczycieli, z którymi lada moment miała zobaczyć się na zebraniu przedsemestralnym, po czym z ulgą zamknęła za sobą drzwi. Miała jakieś piętnaście minut na to, by pod pretekstem parzenia kawy wziąć parę głębokich oddechów i przypomnieć sobie, że kocha ludzi i jest tu dla nich.
Że wybrała tę pracę z powołania.
Dzień, w którym to wszystko się zaczęło, był całkiem podobny do tego, jaki właśnie powoli nabierał barw za oknem gabinetu. Wówczas szkoła też była niemal pusta. Dzieciaki dawno stąd wybiegły, pakowały się do szkolnych autobusów. Tamora pozdrowiła portiera, pożegnała się z koleżankami i kolegami z pracy. Była zadowolona. Była szczęśliwa, gdyż właśnie dowiedziała się o przeniesieniu na stanowisko pedagoga, i trochę zmęczona, ale jedyne, co jej jeszcze zostało, to wsiąść do jednego z autobusów i dotrzeć na przedmieścia Beacon Hills, gdzie mieszkała, a potem zamówić jakieś dobre żarcie i świętować sukces z mamą.
Potrząsnęła głową, by odegnać wspomnienie.
Nie pomogło – pod palcami opartej o blat biurka dłoni poczuła lepką wilgoć. Taką, jaką czuła wówczas, leżąc pośród ciał zmasakrowanych przez... to coś. Długo tak to właśnie nazywała – czymś. Szukała odpowiedniego słowa, ale nie potrafiła go znaleźć. Jakby miała w tym miejscu w umyśle jakąś dziurę.
Wiedziała, że poniekąd tak właśnie jest. Miała dziurę. Dziurę pojęciową i percepcyjną. Żyła w świecie racjonalnych sądów i nauki, który pozostawił ją bez narzędzi do radzenia sobie z tym, z czym nagle musiała się zmierzyć. Nie dziwiła się zagubieniu. Nie dziwiła się brakom w słowniku. Wiedziała, że to naturalne.
Dziwiło ją zupełnie coś innego.
Policja próbowała to przeciwko niej wykorzystać. Oczywiście przesłuchali ją po tym, jak odzyskała przytomność i nieco doszła do siebie. Wciąż jeszcze była w szoku, ale nie na tyle, by dać się zwieść. W końcu ukończyła psychologię. Znała te sztuczki.
Chcieli namieszać jej w głowie. W sposób dosłowny i ordynarny. Wmawiali jej, że została zaatakowana przez niedźwiedzia. Ona i wszyscy, którzy zginęli w autobusie. Ale Tamora wiedziała, jak wyglądają niedźwiedzie i że nie mają świecących oczu ani nie wydają się utkane z cienia. Mówiła im to wszystko, a oni powtarzali, że powinna odpoczywać, że prędzej czy później jej mózg oddzieli wywołane przerażeniem urojenia od prawdy i przyjmie do wiadomości wersję o dzikim zwierzęciu.
Najgorszy był w tym szeryf Stilinski. Najpierw objawił się jej jako anioł, gdy po godzinach leżenia bez ruchu pod kobiercem z martwych ciał, znoszenia bólu i obezwładniającego strachu, odnalazł ją, okrył i wezwał dla niej pomoc. Potem okazał się demonem w ludzkiej skórze.
Wierzył w każde jej słowo – widziała to w jego fałszywie dobrotliwym spojrzeniu i w drobnych gestach zdradzających pewne zakłopotanie. Wierzył w świecące oczy i wszystkie inne szczegóły, jakie podawała. Co więcej, niczym nie zdawał się zaskoczony, nic go nie przerażało i nie wytrąciło z równowagi. A mimo to właśnie on z największym uporem powtarzał wersję o niedźwiedziu.
Monroe rzadko czuła gniew. Rzadko czuła, że mogłaby kogoś znienawidzić, ale szeryfowi Stilińskiemu była gotowa napluć w twarz i pewnie zrobiłaby to, gdyby nie wyschnięte po męczących zeznaniach gardło. Właśnie dlatego, że ją oszukał – najpierw dał jej nadzieję, a potem zamknął w klatce bezradności. Tak się właśnie czuła – jakby ograniczały ją ściany, w które mogła jedynie uderzać drobnymi pięściami. A przecież jedyne, czego chciała, to żeby jej uwierzono. Żeby to się nigdy więcej nie powtórzyło, żeby nikt więcej nie musiał w ten sposób ginąć ani żyć z takimi obrazami w głowie.
Kiedy odwieziono ją do mieszkania, czuła się pokonana. W przedziwny sposób naga. Nie potrafiła rozmawiać nawet z matką, choć tej należało się parę słów wyjaśnienia, zwłaszcza po tym, jak przez dość długi czas odmawiano jej możliwości zobaczenia się z ranną córką. Tamora wiedziała, dlaczego posunięto się do takiego okrucieństwa wobec starszej kobiety – ktoś po prostu miał nadzieję, że uwierzy w niedźwiedzia, nim zacznie rozmawiać z ludźmi.
Nie uwierzyła.
Nigdy nie uwierzyła i nie zamierzała wierzyć.
Rozległo się ciche pukanie do drzwi, a potem klamka ugięła się i w szparze drzwi ukazała się twarz nauczycielki biologii, Helen Fintch.
Zawiasy skrzypiały, jak gięty metal, gdy bestia pazurami rozrywała karoserię autobusu.
– Tamora? – spytała kobieta głosem zdradzającym, że wakacje spędziła raczej udanie. Z pewnością bardziej udanie niż na walczeniu z traumą i rozpaczliwym szukaniu odpowiedzi. – Gotowa na pierwszy dzień w nowej roli?
Monroe przywołała na twarz uśmiech, szczerze żałując, że nie jest on szczery i musi uciekać się do zawodowego repertuaru.
Ale tak – nowa rola. To było właśnie to, czego potrzebowała.
– Gotowa – powiedziała i ruszyła za starszą koleżanką.
Nie tylko szeryf Stiliński był problemem. Oni też. Wszyscy. Całe grono nauczycielskie. Niby dorośli, odpowiedzialni ludzie, którzy przymknęli oczy i powtarzali bajki o dzikich zwierzętach. Jeśli tak, jeśli to faktycznie dzikie zwierzęta odpowiadały za to, co działo się w placówce od dwóch lat, musiały być naprawdę kreatywne. I całkiem zręczne, żeby na przykład zacisnąć garotę na szyi Adriana Harrisa, człowieka może niezbyt sympatycznego, ale z pewnością zasługującego na coś więcej niż podła śmierć.
Poza tym Jennifer Blake złożona w ofierze nie wiadomo jakim siłom, Westhouver, zaginiony w niewyjaśnionych okolicznościach Douglas, woźny z wygryzionym mózgiem... Lista była zaskakująco długa i zaskakująco mało wspominało się o tych ofiarach, jakby ktoś bał się, że delikatna konstrukcja zbiorowego kłamstwa, raz ruszona, rozpadnie się w pył. A przecież byli też uczniowie. Tu Tamora mogłaby wymieniać jeszcze dłużej – zarówno personalia, jak i przedziwne okoliczności śmierci podopiecznych lub ich zaginięcia. Nikt się tym nie interesował. Zupełnie nikt.
Zmowa milczenia przypominała tę klatkę, w którą Stiliński próbował wepchnąć Monroe ledwie tego lata.
Czy z pozostałymi zrobił to skutecznie?
Możliwe. Jeśli tylko szukali racjonalnych wyjaśnień, jeśli tylko szukali czegoś, co pozwoli im wierzyć, że świat nadal działa według zasad, które znają. Gotowy zestaw odpowiedzi już na nich czekał, wystarczyło go przyswoić.
I pozwalać, by te rzeczy działy się nadal.
Pani Fintch mówiła coś, opowiadała chyba o wakacjach spędzonych z córką, ale Tamora słuchała jej tylko jednym uchem. Głowę wypełniały jej niechciane myśli i pytanie o to, czy przez swoje milczenie nie są współwinni całej tej tragedii. Może powinna spróbować przebić się przez zbiorowe kłamstwo. Może nawet spotkanie przedsemestralne było ku temu niezłą okazją.
Ale kiedy otworzyły się drzwi i Tamora powiodła wzorkiem po twarzach niewidzianych od dwóch miesięcy koleżankach i kolegach, dotarło do niej coś, o czym już niemal zapomniała.
Była tu najmłodsza.
Jeszcze do niedawna układała książki na półkach w bibliotece.
I miała przeciwko sobie zmowę milczenia obejmującą nie tylko ten pokój, ale całe miasto, wraz z tymi, którzy najbardziej powinni dbać o sprawiedliwość.
– Niech pani usiądzie, pani Monroe – uprzejmy, ciepły głos pani Martin uświadomił jej, że faktycznie stoi jak zamurowana.
Jak sarna w świetle reflektorów, którą przecież już nie była.
Zajęła krzesło, ponownie wymuszając uśmiech.
Natalie Martin. Tak, ona też była problemem. Jeszcze dwa miesiące temu Tamora uwierzyłaby, że jako doświadczony pedagog z sukcesami została mianowana dyrektorką właśnie przez wzgląd na swoje umiejętności dydaktyczne i organizacyjne. Ale prawda nie była tak prosta.
Kiedy po wyjściu ze szpitala Monroe zaczęła badać sprawę, dotarło do niej dość szybko, że w wiele dziwnych wydarzeń zamieszana jest córka Martin – Lydia. Po tym, jak została potraktowana przez policję, Tamora nie wierzyła już w przypadki w tym względzie. Wiedziała, że ma przed sobą kolejny po Stilińskim filar kłamstwa.
I że stawia ją to na przegranej pozycji.
Była osaczona.
Ale nie bezbronna. Już nie.

*

Araya Calavera westchnęła ciężko pochylona nad robótką z żółtej włóczki – szalem, który zamierzała nosić w chłodne wieczory, kiedy wreszcie wybierze się do Beacon Hills. Wcale nie miała na to ochoty, nie przepadała za północą i tamtymi ludźmi, ale cóż, nie miała w zwyczaju łamać raz danego słowa.
O ile nie służyło to lepszemu interesowi, a w tym konkretnym wypadku służyło mu akurat dotrzymanie obietnicy.
– I widzisz, Severo, jak to jest? – Zerknęła na syna znad szybko poruszających się drutów. – Człowiek chce, naprawdę chce uniknąć rozlewu krwi, daje ludziom szansę, a oni, pierwsze, co robią, to wszystko psują.
– Chyba matka nie wierzyła, że jakikolwiek wilkołak zdoła się powstrzymać przed łatwym budowaniem stada – mruknął łowca powątpiewająco.
Araya parsknęła cicho pod nosem i odłożyła robótkę. Uśmiechała się, ale Severo znał ten uśmiech. To był uśmiech człowieka, który widział w swoim długim życiu już zdecydowanie za dużo i z dwóch dostępnych opcji – załamania się i obsesji lub zdystansowania – wybrał tę drugą. Severo czasem myślał, że jego matka jest w tym swoim twardym, bezkompromisowym spojrzeniu na rzeczywistość paradoksalnie trochę szalona, ale, prawdę powiedziawszy, miał nadzieję, że kiedy odziedziczy po niej tytuł głowy rodu Calaverów, też podąży tą drogą.
– Nie, nigdy na to nie liczę – odparła, wstając. Koraliki barwnej zasłony zagrzechotały, kiedy potrąciła je palcami, światło zatańczyło w ciemnym, wyłożonym boazerią gabinecie. – Ale Scott McCall to jeden z najgłupszych wilkołaków, jakich miałam okazję obserwować w czterdziestoletniej karierze, wierz mi. – Dona Calavera stanęła przy oknie i zapatrzyła się w coś za szybą. Ostre słońce uwidoczniło wszystkie zmarszczki na jej twarzy. – Mogę się założyć, że w ogóle nie myśli o budowaniu stada. Nie myśli strategicznie. Nie wiem, jakim zrządzeniem losu został alfą, ale to ten przedziwny wypadek, w którym to stado chroni swojego przywódcę, a nie na odwrót. Widziałeś ich wszystkich. Są lojalni i zdeterminowani, ale byliby tacy i bez niego. Łudziłam się, że po prostu, że przy takim układzie coś dopadnie go, zanim my będziemy musieli to zrobić. Nie lubię mieszać się w sprawy innych rodów.
– Więc może warto zostawić to Argentom? – zasugerował Severo, ale sposób, w jaki jego matka skrzywiła kącik ust, powiedział mu już, co ona o tym myśli.
– Argentom? – prychnęła. – A co zostało z Argentów? Stary pryk Gerard zrobił naprawdę wszystko, żeby ich zniszczyć.
– Christopher...
Araya roześmiała się z pewną sugestią zmęczenia.
– Chris jest w gruncie rzeczy dobrym człowiekiem – powiedziała. – I ma tendencję do mylenia honoru z sentymentami. A praca łowcy to nie jest praca dla dobrych ludzi. Dla złych w sumie też nie, czego dowiedli Gerard i La Loba. Tu chodzi tylko o zyski i straty, synu. Jak w interesach. Tłumaczyłam ci to wielokrotnie.
Tak, tłumaczyła, a Severo słuchał uważnie i po pewnym nieuniknionym chyba okresie buntu przyznał matce całkowitą rację i uznał jej mądrość. Dlatego właśnie potrzebny był łowcom jeden wspólny dla wszystkich rodów kodeks, to było ich zewnętrzne sumienie, żeby tym wewnętrznym nie musieli się przejmować. I jednocześnie narzędzie wzajemnej kontroli pozwalające na wykrywanie wynaturzeń we własnych szeregach, nim te, jak gangrena, zdołały pożreć całą strukturę. Chore kończyny odcinało się i tyle. Nawet jeśli tą chorą kończyną okazał się najstarszy i najważniejszy ze wszystkich rodów.
Dla Arayi najwyraźniej nie stanowiło to większego problemu, ale cóż, nigdy nie była szczególnie sentymentalna. I zawsze wierzyła bardziej w przyszłość niż w przeszłość.
Było to trochę przykre, bo w końcu mówili o najstarszym rodzie – tym, od którego wszystko się zaczęło, który jako pierwszy pokazał ludziom, że nie są bezbronni wobec istot nadprzyrodzonych i nawet z przeciwnikiem stokroć silniejszym od siebie można walczyć, o ile wie się jak.
– Pierwsza łowczyni była zmuszona zabić swojego brata – mruknęła dona Calavera nieco do siebie. – I każdy kolejny powinien być do tego samego zdolny. Jeśli zaczynają w to wszystko wchodzić prywatne sprawy i obsesje, dochodzi do łamania Kodeksu.
Severo zmarszczył brwi, gdy dotarło do niego, co właśnie powiedziała kobieta.
– Nie jedzie tam matka rozprawić się tylko z McCallem, prawda? – zgadł.
Odwróciła się do niego i przez chwilę miał wrażenie, że dostrzega na jej pomarszczonej twarzy cień dumy.

*

Na legendę Argentów Tamora natknęła się dość szybko. Miała wrażenie, że w ogóle przebiła się przez jakąś ścianę, że jak powieściowa Alicja przeszła na drugą stronę lustra i nagle świat pokazał jej się takim, jaki był od zawsze – z całym swoim absurdem. Nawet w tym sparaliżowanym mieście, w którym powoli wszystkie znaczące osoby pracowały na rzecz utrzymania sekretu, znalazła paru samotnych ludzi, jak ona wyobcowanych i bezradnych. To oni opowiedzieli jej o patrolach przemierzających niegdyś rezerwat i o tym, co stało się z rodziną Hale'ów. Gdyby chodziło o cokolwiek innego, Monroe byłaby zapewne tą opowieścią przerażona.
Ale pamiętała, że ucieszyła się wtedy jak dziecko. Po pierwsze dlatego, że znalazła potwierdzenie, że ktoś jeszcze traktuje poważnie zagrożenie. A po drugie dlatego, że znalazła obrońcę. Na chwilę uwierzyła, że cała ta masakra w Beacon Hills to chwilowe zamieszanie, które w końcu ktoś ogarnie.
Ale radość ta nie trwała długo.
Kolejną rzeczą, jaką Tamora bowiem odkryła, był fakt, że Argentowie odeszli. Zostawili to miejsce samemu sobie i pozwalali, by topiło się we krwi. Część z nich zginęła, część wyjechała, część po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Ostatni ślad po seniorze rodu został w hospicjum, gdzie przebywał rok, ale trop urywał się nagle i Monroe – z pozycji zwykłego obywatela – nie była w stanie dogrzebać się do szczegółów.
Był jeszcze Christopher Argent – człowiek, któremu istoty nadprzyrodzone zabrały żonę, córkę i siostrę – ale ten wycofał się z pracy łowcy i podobno często widywano go w towarzystwie ludzi mocno pod tym względem podejrzanych. Tamora skreśliła go więc z listy.
Nigdy nie należała do ludzi, którzy lubili roztrząsać problemy – wolała działać i stawiać im czoła. Dlatego kiedy dotarło do niej, że Argentowie są już przeszłością, postanowiła wykorzystać to praktycznie.
Postanowiła wykorzystać ich jako legendę i legitymację. Jako pionierów, do tradycji których mogła się odwołać.
– Przed nami dużo pracy – mówiła Natalie Martin fałszywie zatroskanym głosem skrywającym sojusznika tego, co czaiło się w cieniu. – Nie będę ukrywać, że spodziewam się łatwego roku, ale wszyscy jesteśmy tu po to, by przeprowadzić młodych ludzi przez wszystkie trudności. Zwłaszcza pani, pani Monroe – dyrektorka posłała jej ciepły uśmiech. – Liczę na to, że pani młodzieńcza energia, wiedza i zrozumienie roli w naszej szkolnej społeczności stworzą solidne fundamenty.
– Zrobię, co w mojej mocy – obiecała Tamora i obiecała naprawdę szczerze.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1835
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Na pohybel sarnom, na pohybel psom

Post autor: Kruffachi » 20 sierpnia 2018, 19:30

Tytułuję tytułami odcinków (w tłumaczeniu własnym, nie sprawdzałam polskich, czy są), żeby było wiadomo mniej więcej, na jakim etapie jestem, bo już się zaczęłam rozjeżdżać z kanonem XD

Rozdział II
Tak powiedział muszce pająk (1)



– Istnieje jakieś wytłumaczenie dla tego, że znowu trenujemy po zmroku? – skrzywił się Corey.
Stał w drzwiach do pogrążonej w półmroku szatni i poprawiał coś w mocowaniu kasku. Zapewne szło by mu znacznie lepiej, gdyby po prostu zapalił światło. No, chyba że jego chimeryczne moce za nic miały takie braki. W końcu chłopak widywał już rzeczy niewidzialne dla innych – jak Jeźdźców Gonu na przykład.
– Nie wiem – przyznał Mason. – Może coś jakby... ćwiczenie gry w ciemnościach? Takie przystosowanie? Skoro większość meczów rozgrywamy też po zmroku?
– Istnieje jakieś wytłumaczenie dla tego, że większość meczów rozgrywamy po zmroku?
Hewitt przewrócił oczyma z irytacją. Przez znaczną część czasu uwielbiał towarzystwo Coreya, zwłaszcza wówczas, gdy mieli wreszcie chwilę czy dwie dla siebie, ale były takie momenty, że po prostu życzył sobie, żeby jego chłopak na chwilę zniknął. Na taką naprawdę krótką, ale jednak. Nie tak, jak znikał zwykle. To znaczy tak, że wcale nie znikał, tylko po prostu stawał się niewidoczny, ale wciąż zdolny do zadawania cholernie niewygodnych pytań i psucia całej zabawy.
Corey był dobry w psuciu zabawy, głównie przez fakt, że nie łapał większości żartów, a jego pytanie nie płynęły z przenikliwości umysłu, ale przyznać mu należało, że nigdy nie robił tego specjalnie. Wręcz przeciwnie – Mason był święcie przekonany, że gdyby Bryant ogarniał rzeczywistość ciut bardziej, sam skutecznie trzymałby język za zębami, bo taki już był, że nie lubił wchodzić nikomu w drogę i zwracać na siebie uwagi.
– Istnieje jakieś wytłumaczenie, dlaczego ciągle jesteś tu, a nie na boisku? – zripostował Hewitt.
– Poza takim, że nie lubię, jak jest ciemno?
– Poza takim.
Corey sapnął cicho i, zamiast odpowiedzieć, wskazał głową wejście do szatni. Minę miał przy tym żałosną i raczej bezradną, ale to nie stanowiło u niego szczególnej nowości.
A zatem Hewitt bardzo dobrze znał tę minę.
– Nie mów mi, że tam jest trup... – poprosił, ale już dziarsko przekraczał próg. Jedna połowa mózgu mogła go ostrzegać przed niebezpieczeństwem, ale druga, ta, która właśnie wypychała go wgłąb szatni, żądała nieustannego dopływu adrenaliny.
On za to, w pewnym sensie, czuł się w to wszystko coraz bardziej wkręcony. Corey twierdził, że trochę za bardzo, ale nikomu innemu to chyba nie przeszkadzało, a zwłaszcza Scottowi sprawiającemu wrażenie, jakby miał inne sprawy na głowie i chętnie dawał się wyręczać, więc Mason uznał, że jest w porządku. Bryant pewnie po prostu się o niego martwił i było to na swój sposób urocze, zwłaszcza że nie od dziś i nie od wczoraj było wiadomo, kto tu jest rycerzem na białym koniu, a kto damą w opałach. Fakt, że to dama posiadała tu nadprzyrodzone moce, zdaniem Masona, dodawał całej sprawie więcej pikanterii.
Corey westchnął tuż za jego plecami.
– Nie, nie trup. To tylko twój BFF i taki nie do końca martwy – odpowiedział. – Przynajmniej jeszcze.
Tak, Hewitt już go zobaczył. Rozwalonego na ławce jak ostatnia ofiara, ale jednak całkiem żywego.
– Liam...? Właściwie... dlaczego leżysz na ławce w szatni przy zgaszonym świetle...? – zapytał, a ułamek sekundy później przemyślał to pytanie. – To jakaś wilkołacza praktyka?
Z piersi Dunbara wyrwał się jęk duszy cierpiącej piekielne męki.
– Zostawcie mnie...! – zawył.
Mason uniósł brwi z ciekawością detektywa na tropie. Podszedł bliżej, by lepiej przyjrzeć się zjawisku, ale Liam wyglądał całkiem jak Laim – poza tym, że przez całe wakacje nie widział się z fryzjerem i zaczynał wyglądać trochę jak gwiazda lat dziewięćdziesiątych. Ale to prawdopodobnie nie fatalna stylówka stanowiła teraz jego największy problem.
– Stary, co się stało? Po prostu mi powiedz, OK?
Dunbar siąknął w rękaw.
– Hayden mnie opuściła, nie chcę żyć...! Wyjechała rano, powiedziała, że musi chronić siostrę...
Cóż, to było trochę rozczarowujące. Żadnych starożytnych duchów, żadnych potworów, takie tam codzienne sprawy.
– Och, tak ci powiedziała? – odezwał się niespodziewanie Corey ze swojego miejsca w drugim rzędzie.
– A co? – Liam łypnął na niego, marszcząc groźnie nos i Mason w duchu ostrzegł swojego chłopaka, by nie igrał dalej z atakami gniewu wilkołaka.
– No... wiesz, po prostu to jej siostra jest jakby policjantką i ma jakby większy dochód, więc jakby decyduje o tym, gdzie mieszkają i...
Bryant potrafił czasem błysnąć. Na własne nieszczęście.
– Ach. – Hewitt przywołał na twarz minę mędrca z greckiej rzeźby. – W tym rzecz. – Podrapał się za uchem i zaczął paplać, głównie po to, żeby odciągnąć uwagę Liama od chimery. – Mój kuzyn to miał, jak go rzuciła dziewczyna. Rozpaczał bite trzy miesiące. Ale potem mu przeszło, tobie też przejdzie, zobaczysz.
– Hayden mnie nie rzuciła – zaprotestował Liam, niemal warcząc. – Ona tylko wyjechała.
– Kira też tylko wyjechała – zauważył Corey.
Mason mentalnie uderzył się ręką w czoło, a na zewnątrz jedynie nerwowo oblizał wargi.
– Tylko on nie chciał wychodzić z pokoju – profilaktycznie nie przerywał monologu – a właściwie nawet z łóżka. Musieli mu donosić jedzenie pod drzwi, mówię wam, masakra. I nie chcę nic mówić, Liam, ale to trochę dziwne, że przyszedłeś tutaj rozpaczać. To znaczy, że chciało ci się wyjść tylko po to, żeby się uwalić na ławce w szatni. Ja nie wiem, może lubisz po prostu... kontakt z drewnem? – Hewitt spojrzał na ławkę. – Albo zapach trampek i przepoconych koszulek, ale jeśli naprawdę chcesz odreagować, to wiesz, może po prostu odbębnisz ten trening i wyrwiemy się w jakieś przyjemniejsze miejsce?
Dunbar uniósł nieco głowę i spojrzał na Masona z ukosa.
– Scott mi kazał tu przyjść – burknął, jakby to wszystko wyjaśniało.
I w sumie tak – wyjaśniało. Liam słuchał swojej Alfy nieomal bezwzględnie, bez wątpienia wciąż widząc w niej autorytet i Hewitt nie mógł się powstrzymać przed myślą, że stać za tym może wyłącznie wilkołacza magia.
– Nie, żebym się na tym specjalnie znał, ale w byciu kapitanem nie ma czegoś z nieugiętej siły? Ze stawiania czoła przeciwnościom? Z podnoszenia się i otrzepywania kolan...? – drążył, widząc w tym kierunku pewną nadzieję.
– A możecie mnie po prostu zostawić w cierpieniu...?
Zabrzęczał telefon i Corey sięgnął do kieszeni, żeby odebrać wiadomość.
– To Scott. Wyleją cię. – Westchnął. – Diaz wejdzie na twoje miejsce.
No dobrze, pomyślał Mason, patrząc na prostującego się jak sprężyna Liama, może jednak McCall znał członków swojego stada i wiedział, gdzie ich nacisnąć.

*

To była wyjątkowo krótka kołderka i Scott wiedział, że w końcu brzydki sekret ujrzy światło dzienne, ale cóż, na razie uśmiechał się i robił dobrą minę do złej gry, udając, że zgłosił się, by w ramach wolontariatu wspomagać drużynę lacrosse, bo był po prostu dobrym liderem i zamierzał z pełną odpowiedzialnością przekazać pałeczkę następnym rocznikom.
Co ciekawe, wielu w tę gadkę uwierzyło, a zwłaszcza uwierzył w nią Liam, zawsze gotów łyknąć argumenty na poparcie tezy o nadzwyczajnych zdolnościach przywódczych swojego Alfy.
Tylko że, cóż, prawda była znacznie bardziej brutalna i zdecydowanie mniej kolorowa. Scott po prostu nie dostał się na weterynarię i nie za bardzo miał co ze sobą zrobić. Miał przed sobą kolejny rok przygotowywania się do poprawki i praktyk u Alana Deatona, ale już bez godzin zajętych przez szkołę. Snuł się więc bezproduktywnie i żeby czymś zająć nadmiar wolnych godzin, po prostu zgłosił się do Bobby'ego Finstocka i zaoferował, że będzie przychodził i pomagał w przygotowaniu drużyny do nowego sezonu. Jak na odpowiedzialnego byłego kapitana przystało.
Nie to, żeby Scott nie dostał się na upatrzony kierunek jako jedyny, ale fakt, że Stiles oblał testy sprawnościowe do akademii FBI nie dziwił nikogo tak bardzo, że właściwie nie zwrócili na to większej uwagi. Totalny blamaż na egzaminie z biologii w wykonaniu McCalla to było zupełnie coś innego, ale szczęśliwie wciąż udawało mu się unikać tematu – przynajmniej w gronie osób mniej zorientowanych w jego życiu i planach. Choć pani Fintch miała oczywiście sporo do powiedzenia.
A właściwie jedno zdanie: A nie mówiłam?
Odetchnął z ulgą, widząc, że Liam wreszcie wybiegł na boisko – całkiem zmotywowany, co można było wywnioskować po paru równie efektownych, co bezcelowych akrobacjach z kijem. Kilka kolejnych popisów miało już jednak więcej sensu i stary, poczciwy Finstock wydawał się zadowolony, a tyłek nowego kapitana przynajmniej tymczasowo uratowany.
Scott nie zdążył się jednak nacieszyć sukcesem wychowawczym długo, bo oto dziwne poruszenie powiedziało mu ewidentnie, że coś jest nie tak, szybciej nawet niż nadprzyrodzone zmysły podrażnione chwilę potem zapachem krwi, strachu i nadchodzącej śmierci.
Zdecydowanie coś był nie tak. I miało postać wilka. Wyszedł z cielności i stanął w świetle reflektorów, w których doskonale dało się dostrzec pokrywającą jego sierść krew. Scott być może oblał biologię, ale nawet gdyby nie praktyka w klinice, wiedziałby, że to nie jest zachowanie typowe dla dzikich zwierząt. I nie tylko on to wiedział, co wnioskował z reakcji pozostałych chłopaków – równie zdezorientowanych i wystraszonych, co po prostu ciekawych zjawiska.
– Halo? – dobiegł go głos trenera. – Policja? Mamy dzikie zwierzę na terenie szkoły. Może być wściekłe.
– Cofnąć się! – nakazał i prawie nie napotkał oporu.
Prawie, bo Liam – to przedziwne skrzyżowanie samozwańczej prawej ręki i psychofana – nadal stał tuż za nim.
– To wilkołak czy zwykły wilk? – spytał tonem, który chyba tylko jemu wydawał się konspiracyjny, ale który McCall znał bardzo dobrze, bo pewnie jeszcze rok temu sam używał go na korytarzach szkoły.
– Nie wiem – przyznał i zerknął w stronę jeszcze jednej postaci, która, zamiast wycofać się, tkwiła w miejscu jak słup soli.
Sześćdziesiąt osiem na koszulce, które jeszcze chwilę wcześniej stało w bramce. Kto postawił je w bramce, Scott mógł tylko podejrzewać, wspominając jak sam kiedyś został odesłany przez Finstocka na tę pozycję, by nieudolną obroną "podniósł morale" drużyny po wakacyjnej przerwie.
Nolan, odszukał w pamięci imię. Chłopak, który sprawiał wrażenie, jakby własnego cienia bał się nawet ciut bardziej niż lecących w jego stronę piłek. Scott pomyślał, że nie chciałby go widzieć na boisku, na którym jedną trzecią składu stanowiły już istoty nadprzyrodzone.
O, nie chciałby widzieć jego starcia z Brettem na przykład.
Niemal słyszał trzask łamanych kości.
– Nolan! – złapał dzieciaka za ramię. – Cofnij się, wszystko jest w porządku.
Aż uniósł brwi, kiedy – mimo masywnych ochraniaczy – poczuł, jak ciało chłopaka drży. Niedorobiony bramkarz wycofał się jednak na miękkich nogach bez słowa.
– Nie patrzcie mu w oczy! – polecił jeszcze Scott. – Ustawcie się bokiem!
McCall nie słuchał dalej, całą uwagę skupiwszy na wilku. Uaktywnił nadprzyrodzoną część swej natury i, nawiązawszy kontakt wzrokowy, zmusił zwierzę do uległości i uspokojenia się.
– Czego chce? – spytał Liam tuż zza jego pleców.
Scott nie miał bladego pojęcia, więc zbył młodszego kolegę milczeniem, udając, że jest zbyt skupiony na rannym wilku, by rozmawiać.
– McCall! Dokąd idziesz! – ryknął na niego trener, gdy postąpił o krok w stronę zwierzęcia.
– Niech się pan nie martwi, trenerze! – odparł, nie odwracając wzroku ani na sekundę. – Wszystko pod kontrolą!
Ułamek sekundy później rozległ się świst i zwierzę upadło bezwładnie na bok.
– Bez obaw, to tylko środek uspokajający, będzie żył – rozległ się głos szeryfa Stilinskiego. – Młodzież do szatni, raz dwa! Tu nie ma czego oglądać!
Ktoś jakby z powrotem puścił wstrzymaną taśmę. Chłopcy znów zaczęli oddychać i rozmawiać. Paru z nich rzuciło jeszcze spojrzenia w kierunku uśpionego wilka i taszczącego sporą klatkę szeryfa w towarzystwie Deatona, ale wszyscy mniej więcej posłusznie ruszyli ku budynkowi szkoły.
No, prawie wszyscy.
– Dunbar! – Finstock chwycił chłopaka za kołnierz, gdy ten pochylał się nad zwierzyną. – Szeryf powiedział: gównażeria do szatni!
– Ale on zostaje! – sfrustrowany chłopak wskazał głową McCalla.
– Za niego nie wsadzą mnie do więzienia, bo już nie jest uczniem! Wynocha!
Liam rozejrzał się rozpaczliwie za wsparciem, ale najwyraźniej ani jego Alfa, ani szeryf Stilinski nie spieszyli się, żeby go udzielić.
– Ale... – zaczął raz jeszcze, choć już bez nadziei i słusznie, bo Finstock znów chwycił go za kołnierz i postanowił odprowadzić osobiście.
– Dziwne – mruknął szeryf, gdy nieco się oddalili. – Przecież w Kalifornii nie ma wilków.
– To samo powiedział mi Stiles, kiedy dwa lata temu twierdziłem, że jeden z nich mnie ugryzł – przypomniał sobie Scott.

*

To samo powiedział również Deaton, gdy wilk – wciąż śpiąc – ostatecznie wylądował u niego w klinice.
– Zatem... – szeryf odchrząknął w pięść, patrząc na leżące w klatce, pozszywane już stworzenie. – To jeden z nich...?
Weterynarz skrzywił się powątpiewająco.
– Zdolność do całkowitej przemiany wcale nie jest taka powszechna – powiedział tym swoim sennym głosem, który zawsze brzmiał, jakby jego właściciel opowiadał nie o istotach paranormalnych, a o treści poprzedniego odcinka ulubionej telenoweli. – Poza tym, gdyby to był wilkołak, Scott powinien doprowadzić do jego ujawnienia. Jeśli nie do przybrania ludzkiej postaci, to przynajmniej do uaktywnienia oczu. A, jak rozumiem, nic takiego się nie stało?
McCall potrząsnął głową.
– Jeszcze tego by brakowało, żeby zaczął świecić oczami przed bandą przerażonych dzieciaków – burknął szeryf. – I tak mam już z tym dość kłopotów. Zatem możemy uznać, że to zwyczajny wilk, chociaż wilki w Kalifornii wyginęły sześćdziesiąt lat temu? – Nawet nie próbował ukrywać, że jest zadowolony z takiego obrotu spraw.
Taki scenariusz bowiem oznaczał najpewniej spokojną noc bez obaw, że – dla przykładu – ktoś znów odnajdzie szkolny autobus pełen zmasakrowanych ciał. Albo trupa w szkolnej szatni. Albo trupa przywiązanego rytualnie do drzewa.
Prawdę powieszawszy, wszystkie te atrakcje mocno go już męczyły i czasem myślał o emeryturze. Ale zaraz potem przypominał sobie, że jest jednym z nielicznych ludzi w Beacon Hills, którzy znają przynajmniej sporą część prawdy o żyjących tu istotach. Należał do grona trzymającego pokrywkę na garnku z bardzo wrzącą i bardzo ostrą zupą, która w dodatku od czasu do czasu pokazywała zęby.
Więc nie, na razie odejście nie wchodziło w rachubę. Choćby dlatego, że Jordan Parrish – jedyny z zastępców, któremu Stilinski byłby gotów zaufać w tej kwestii – sam był istotą nadprzyrodzoną. I to jeszcze taką, która dopiero uczyła się tego, czym właściwie jest. Sam wciąż wymagał opieki i przewodnictwa. Tego drugiego szeryf nie mógł mu zapewnić, ale to pierwsze – i owszem.
Podobnie jak pozostałym, w większości znacznie młodszym stworzeniom paranormalnym. Oraz tym, które może nie były paranormalne, ale za to, jak choćby Stiles, przejawiały nadmierną tendencję do wtykania nosa w nieswoje sprawy.
Szczęśliwie udało się przeforsować awans Natalie Martin na stanowisko dyrektora liceum. To był ważny krok w kierunku zbudowania odpowiedniego parasola ochronnego – kolejny filar, na którym można było budować przyszłość Beacon Hills.
– Na to wygląda, że zwykły – przyznał Deaton. – Mógł przywędrować tu za jedzeniem, mógł uciekać przed byłym stadem albo przed czymkolwiek innym, co wypłoszyło go z dawnego terytorium. To dość niecodzienne, ale jednak nie niemożliwe. Bardziej mnie martwi, że wszedł w światło i między ludzi.
– Może wściekły? – zasugerował Stilinski, śledząc wzrokiem plakat o profilaktyce przeciw pasożytom psów i kotów.
– To będę wiedział, kiedy Scott go zbada. Scott?
Teraz dopiero dotarło do obu, że McCall nie odzywa się od dłuższej chwili.
– Mam wrażenie, że coś przegapiłem – mruknął, widząc, że ściągnął dwa zdziwione spojrzenia.

*

Zwykły wilk. Cztery łapy, głowa i ogon. Wyglądający jak każdy.
A jednak pakujący się pomiędzy hałasujących ludzi i prosto pod reflektory, które i człowiekowi dawały po oczach, kiedy nieopatrznie na nie spojrzał. Nolan próbował wyrzucić tę myśl z głowy, kiedy się mył, przebierał i pakował, a zwłaszcza kiedy na miękkich nogach szedł ciemną ulicą do domu.
Jakoś w okolicy trzeciego skrzyżowania zdołał wmówić sobie, że właściwie to niczego nie wie o zwierzętach i może wszystko to nie było aż tak dziwne, jak mu się wydawało.
Jak się okazało, był to błąd, bo jedna wyrzucona z głowy myśl zrobiła miejsce dla następnej.
Bo tak naprawdę to wcale nie wilk zachowywał się w tym wszystkim w sposób najbardziej podejrzany, a tamci dwaj – Scott McCall i Liam Dunbar.
Nolan nie znał ich za dobrze, ale właściwie mógłby powiedzieć dokładnie to samo o każdej innej osobie ze szkoły, czy w ogóle – o każdej innej osobie. Zwykle nie miał odwagi, żeby do kogokolwiek zagadać, a sam zagadany, zaczynał z nerwów zachowywać się co najmniej dziwnie i skutecznie odstraszał ludzi. Miał cichą nadzieję, że dostanie się do drużyny trochę tę sytuację poprawi, ale – jak się szybko przekonał – nie miał wrodzonego talentu i nie okazał się urodzonym geniuszem. A już na pewno nie bramkarzem, bo nie mógł przemóc odruchu zamykania oczu, kiedy piłka leciała w jego stronę.
A żeby bronić z zamkniętymi oczyma, trzeba mieć nadprzyrodzone zdolności.
Właśnie. Nadprzyrodzone zdolności.
Pani Martin bardzo się starała, próbując przekonać Nolana i niemal trzydzieści innych osób, które były wówczas w bibliotece, że to, co zaszło, stanowiło atak niedźwiedzia, a McCallowi i Dunbarowi wcale nie świeciły oczy i wcale nie wyrosły kły. Kłamstwo to oczywiście rozpadało się u samych swoich podstaw, ale nawet mimo to był taki czas, gdy Holloway bardzo chciał w nie wierzyć – tak jak chciał wierzyć w to, że kompletnie nie zna się na wilkach. Tylko po porostu się nie dało. Tak jak nie dało się wierzyć, że zachowanie Scotta wobec wilka to tylko i wyłącznie doświadczenie wyniesione z kliniki weterynarii. Tym bardziej, że Liam tam przecież nie pracował, a jak zwykle asystował McCallowi w dziwnej akcji, póki trener Finstock nie odesłał go do szatni.
Kiedy świat Nolana raz rozsypał się na kawałki, nie było już siły, która mogłaby go poskładać z powrotem i przekonać go, że nic dziwnego się nie dzieje.
W sumie to chyba wolałby nawet, gdyby okazało się, że dostał na głowę, jak zaczął podejrzewać, gdy – wychyliwszy się zza półki w bibliotece tamtego felernego wieczora – zobaczył wielkiego potwora i świecące na czerwono oczy McCalla. Na takie rzeczy są tabletki i psychoterapia, nic, czego by się nie dało załatwić. Ale problem w tym, że inni widzieli to samo. Mówili o tym potem. Szeptali po korytarzach i chociaż nigdy nie z Nolanem, to słyszał ich rozmowy.
Które nagle ucichły, kiedy zainterweniowała pani Martin.
Holloway nie miał pojęcia, czy innych zdołała przekonać do halucynacji. W każdym razie nie widział, żeby oni dygotali ze strachu – w przeciwieństwie do niego – żeby musieli co pięć minut wycierać spocone z nerwów dłonie i żeby reagowali panicznie na każdy nagły odgłos. Może z nim faktycznie było coś nie tak.
A może byłoby mu dużo łatwiej, gdyby z kimś o tym zwyczajnie porozmawiał. Tylko bał się, że jeśli ni stąd ni zowąd zacznie się do ludzi odzywać i to jeszcze zaczynając rozmowy o paranormalnych zjawiskach, ostatecznie pogrąży swoje szanse w szkole – nie żeby przez ostatni rok jakąś wykorzystał, ale jednak lepiej czuł się z myślą, że przynajmniej teoretycznie istnieją. Rodzice też zdecydowanie odpadali jako opcja. Ojciec był wyraźnie rozczarowany synem tchórzem, zresztą mieszkał daleko od Beacon Hills, a matka każdą sugestię, że coś jest w szkole nie tak, traktowała jako próbę wymuszenia zmiany placówki i, tym samym, przeprowadzki bliżej ojca. W ogóle traktowała tak większość nawet nic nie znaczących gestów.
Nolanowi wydało się, że coś słyszy, więc całkiem odruchowo i zdecydowanie nieopacznie zerknął w stronę ciemnego parku po drugiej stronie ulicy i przyspieszył kroku. A kiedy przyspieszył kroku, zbliżając się do ucieczki nie wiadomo przed czym, jego głowa dopiero pokazała, co potrafi, i przez próg domu wpadł już praktycznie zdyszany i z sercem gdzieś w przełyku.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1835
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Na pohybel sarnom, na pohybel psom

Post autor: Kruffachi » 23 sierpnia 2018, 21:49

Rozdział III
Tak powiedział muszce pająk (2)



Prawdę powiedziawszy, żadne z nich nie potrafiłoby odpowiedzieć na pytanie, czy Melissa McCall kiedykolwiek udzieliła synowi pozwolenia na uczynienie z ich rodzinnego domu wilkołaczo-kojotołaczo-ogólnie nadprzyrodzonej meliny, ale jakoś tak wszyscy uznawali, że skoro to także mieszkanie ich Alfy i nikt otwarcie nie protestuje, to jest mniej więcej w porządku. Zwłaszcza że matki Scotta często nie było. Wciąż zmuszona brać podwójne dyżury, wracała niekiedy po wielu godzinach i słaniając się na nogach. Zasypiała wówczas nieomal w locie, a kiedy spała, Lydia zarządzała natychmiastową przeprowadzkę do domku po babci, którego ostatecznie nie udało się nikomu sprzedać – jakoś trudno było znaleźć kupca na domek związany z historią serii morderstw i rozprutą ścianą.
Oczywiście najmniej z tego zadowolona była pani Martin, bo sytuacja zmusiła ją do sprzedaży samochodu i paru kosztowności, ale dodatek dyrektorski miał szansę odrobinę podreperować rodzinny budżet, więc wizja totalnego bankructwa została ostatecznie oddalona.
Tego jednak wieczoru Melissa miała nockę, więc chata była wolna. Nawet jeśli Scott wciąż jeszcze nie dotarł na miejsce, jego stado czuło się całkiem jak u siebie, zwłaszcza że był z nimi Stiles, a wszyscy wiedzieli, że Stiles to jakby kawałek Alfy – a dokładniej jego mózg. Można było zatem uznać, że McCall w pewnym sensie także jest na miejscu.
Zresztą obiecywał, że dobije za godzinę lub dwie, jak tylko skończy z jakimś nagłym wypadkiem w klinice.
Paczka rozsiadła się po całym pokoju Scotta, a Malia autorytarnie zajęła jego łóżko, uwaliwszy się na brzuchu w poprzek z laptopem przed sobą. Od jakiejś godziny oglądała oferty biur podróży zorientowane na Paryż. Czy raczej – jak podejrzewał Stiles – głównie oglądała obrazki, bo odświeżanie ledwie wykształconej w dzieciństwie umiejętności czytania nie szło jej najlepiej i jakkolwiek rozróżniała litery, a z nich składała słowa i wreszcie zdania, to nieszczególnie lubiła z tego zasobu korzystać.
– Ale dlaczego Paryż? – wciąż nie potrafił zrozumieć zaglądający jej od czasu do czasu przez ramię Isaac. – Francja ssie, wierz mi.
Malia spojrzała na niego, jakby właśnie zwinął jej sprzed nosa udziec jelenia i w zamian postawił miskę szpinaku.
– Nie znasz się – syknęła.
– Na Francji? Na Francji akurat się znam. Na tym, na kopaniu grobów i na dużych lodówkach. Okazało się, że to zupełnie posrane miejsce, więc stamtąd uciekłem. To znaczy z Francji, nie z lodówki.
– Isaac? – odezwała się Lydia, zerkając na niego znad paznokci, które kontrolowała pod względem równomierności położenia lakieru. Miała randkę wieczorem i naprawdę zamierzała dopilnować, by wszystko było w niej doskonałe. – Co ty właściwie robiłeś w tym Paryżu tyle czasu?
Wilkołak wzruszył ramionami.
– To, co umiem – odparł. – Robiłem w trupach.
To, o czym nie mówił, to oczywiście wspominania, z którymi wcale nie czuł się gotów konfrontować. O ciałach Eriki, Boyda i wreszcie Alison wciąż nawiedzających go czasem w snach. Zarabiał na śmierci, owszem, kpił z niej czasem jak z wielu innych rzeczy, bo to stanowiło całkiem skuteczną taktykę obronną, ale to nie znaczyło wcale, że go nie poruszała.
I że się jej nie bał – bez względu na to, czy miałaby dotyczyć jego czy bliskich mu osób.
A może wręcz przeciwnie, może fakt, że tak często i od najmłodszych lat obcował z martwymi ciałami, wyrobił w nim pewną szczególną wrażliwość na tę kwestie. Dla niego sprawa nigdy nie kończyła się na czarnym worku, a właściwie od niego zaczynała.
– Dżizas...! – Malia odsunęła się i zmierzyła go zdegustowanym spojrzeniem.
– Powiedziała ta, która przez osiem lat biegała po lesie i żarła surowe mięso – Stiles odchrząknął w pięść.
– Fatalny rynek – ocenił Isaac kwaśno, posławszy Stilinskiemu pół uśmiechu może nie sympatii, ale pewnego zrozumienia. – W Beacon Hills ten interes opłaca się znacznie bardziej.
– Tak – Lydia przewróciła oczyma i wbiła plecy głębiej w oparcie fotela. – Coś o tym wiem.
– Przydadzą się wam porządne trumny – podsumował Lahey.
– Zaprawdę doceniam twoje zaangażowanie.
– A tak poważnie, chyba nie sądzicie, że decyzję o wyjeździe podjąłem racjonalnie? Ot, zabrałem się z Argentem, bo to wydawało się tak samo dobrą opcją, jak każda. Ale Argent nie wysiedział długo ze swoją rodzinką, a bez niego mi się nudziło.
– Nudzą się tylko ludzie nudni – rzuciła Malia zadziornie frazą, którą zapewne gdzieś wcześniej usłyszała, i na wpół bezmyślnie kliknęła w kolejną ofertę.
– I tak donikąd nie pojedziesz, więc nie wiem, po co w ogóle się tym zajmujesz – zirytował się w końcu Stiles.
– Pojadę.
– W szkole wieczorowej nie dają urlopów.
– Pojadę!
– A potrafisz już w matmę na tyle, żeby wiedzieć, ile powinnaś wyjąc z portfela na bilet? – Stilinski uniósł brew. – I jak ci idzie nauka francuskiego?
Malia zawarczała groźnie, wyszczerzywszy na niego kły.
– Spokojnie – westchnęła Lydia, przewracając oczyma. – On tylko chce powiedzieć, że gdybyś faktycznie wyjechała, to by tęsknił, ale przecież nie powie tego wprost, prawda, Stiles?
Chciał się odciąć – w pierwszej sekundzie cała jego twarz aż wrzała od niewypowiedzianej riposty – ale ostatecznie tylko wypuścił powietrze i oklapł.

*

Kiedy zabrzęczał telefon, Lydia uśmiechnęła się jak lisica i z gracją wstała z fotela. Zerknęła jeszcze w przelocie w wiszące na ścianie lustro, poprawiła kosmyk włosów i ruszyła ku wyjściu.
– W każdym razie... bawcie się dobrze – rzuciła przez ramię, szczęśliwa z dwóch co najmniej powodów. Po pierwsze, że Jordan wreszcie po nią przyjechał, a po drugie, że może opuścić to towarzystwo.
To nie tak, że ich nie lubiła. Wręcz przeciwnie. Tak po prawdzie była z nimi wszystkimi związana więzią tak silną, że prawdopodobnie nie mieściła się już ona w definicji przyjaźni. W końcu nie raz i nie dwa narażali dla siebie życie. Nie raz i nie dwa ramię w ramię stawali naprzeciw niebezpieczeństwom, które ich dorosłych opiekunów zdawały się kompletnie paraliżować. A poza tym rozumieli się na pewnym szczególnym poziomie, którego zwykli śmiertelnicy – może poza paroma wyjątkami – nie byli w stanie osiągnąć.
Ale czasem Lydia czuła się nimi po prostu zmęczona, zwłaszcza odkąd grono powiększyło się o młodsze egzemplarze i Malię, która może rocznikowo należała do starszych, ale wciąż pozostawała emocjonalnie i intelektualnie daleko w tyle za grupą. Martin poczuła po prostu w pewnym momencie, że jest na to... cóż, zbyt dojrzała. Powoli zaczynała myśleć o zupełnie innych rzeczach niż kolejne imprezy czy przygody. Powoli zaczynała planować swoją przyszłość.
Nie do końca potrafiła określić moment przełomowy, w którym z chwilowego chaosu i totalnego zagubienia wyłoniła się nowa Lydia. Nie tyle świadoma swoich mocy Banshee, do jakiej często sprowadzało ją spojrzenie innych, ale świadoma swoich pragnień i celów kobieta. Może chodziło o zdane egzaminy na wymarzone studia. Może o związek z Jordanem – w końcu parę lat od niej starszym i prezentującym perspektywę zdecydowanie dorosłego człowieka. A może po prostu o to, że Martin o raz za dużo zajrzała w oczy śmierci, o raz za dużo poczuła się kompletnie bezradna i o raz za dużo wylądowała w roli damy w opałach, którą nigdy nie chciała być.
Tak czy inaczej zaczęła traktować swoje życie śmiertelnie poważnie. I nie potrafiła pozbyć się myśli, że w tym kontekście wyjazd z Beacon Hills na czas studiów zrobi jej tylko dobrze. Owszem, będzie tęskniła, zwłaszcza za Stilesem, z którym łączyły ją najsilniejsze więzy przyjaźni. Ale poza tym wyrwie się z miejsca zaczynającego wpychać ją w znienawidzoną rolę. Lydia zawsze była panią planszy. Zawsze. To ona wybierała sobie otoczenie, to ona sterowała swoim losem.
Chciała znów się taką poczuć.
– Spóźniłeś się – rzuciła, wsiadłszy do samochodu Jordana.
Zerknął na zegarek zdziwiony i wykorzystała to, by pocałować go w policzek.
– Pięć i pół minuty – sprecyzowała.
Jordan miał w tym całym procesie pewną znaczącą rolę. Lydia nigdy wcześniej nie miała faceta takiego jak on. Celowała zwykle w tych, którzy mogli jej przynieść jakieś korzyści – jak Jackson na przykład. Zresztą po takim czasie mogła już przyznać otwarcie, że oboje byli w tym związku cyniczni i interesowni, że cały opierał się na układzie szkolnej gwiazdki i kapitana sportowej drużyny, czyli figur w swoich kategoriach najsilniejszych. Och, żadną miarą nie było tak, że zupełnie niczego do siebie nie czuli. Rozumieli się doskonale właśnie na tym poziomie, na jakim rozumieją się władcy, którzy doszli do swojej pozycji z wysiłkiem i robią wszystko, by jej nie stracić. Wspierali się w tym i to przyczyniło się do pogłębiania więzi.
Ale mimo wszystko był to głównie układ biznesowy i tamtej nocy, gdy Martin miała nazwać kanimę jej własnym imieniem, cały czas drżała ze strachu, że to za mało, że ta więź była zbyt krucha, żeby rytuał miał szansę na powodzenie.
Ale zadziałał i być może to dopiero uświadomiło Lydii, że za tą grą pozorów kryło się zaangażowanie. Dla samego związku było już jednak zdecydowanie za późno.
Potem zaliczyła jeszcze jeden nieudany eksperyment służący raczej udowodnieniu samej sobie, że nadal jest drapieżną królową w tej dżungli i nie dała się zmienić łzawej historii z kanimą, ale dopiero Jordan zdołał zmienić coś w jej nastawieniu do związków.
Pewnie trochę dlatego, że nie miało dla niego absolutnie żadnego znaczenia, jaką pozycję w szkolnej hierarchii zajmuje Lydia. Nie interesowały go stadne rozgrywki między nastolatkami. Interesowała go mądra dziewczyna o silnej osobowości i w tym przypominał trochę Stilesa. Tylko że Stiles był wyraźnie niedojrzały w innych kwestiach. Kiedy się poznali, wciąż jeszcze zachowywał się jak chłopiec, nie jak mężczyzna, i właściwie jedyne zachowania seksualne z jego udziałem, jakie Martin była w stanie sobie wyobrazić, to dość jednak niewinne pocałunki na tyłach szkoły z twarzą czerwoną po same czubki uszu. Tymczasem ona była już dawno za tym etapem i nigdy nie podniecała ją myśl o nieporadnych prawiczkach.
Może to było trochę okrutne, ale prawdziwe i ostatecznie wyszło obojgu na dobre, bo oboje wydawali się całkiem szczęśliwi w innych układach, a relacja pomiędzy nimi wreszcie mogła wybuchnąć właściwymi barwami bliskiej przyjaźni.
Na kolację z Jordanem jechała do jedynej nadającej się do takich celów restauracji w Beacon Hills, bo cóż, jednak była to trochę dziura, mieścinka przyklejona do rezerwatu przyrody, który okazał się tak naprawdę przykrywką dla terenów łowieckich wilkołaków. Mieli tu trzy szkoły, dwóch pastorów, jeden szpital, jeden posterunek policji i dokładnie cztery knajpy, z których dwa miały stoły pokryte ceratami i wydawały hot–dogi z musztardą, a trzeci był gejowskim klubem nocnym. Ach, i słynny szpital psychiatryczny, który właściwie też sprawiał wrażenie, jakby zatrzymał się w rozwoju na latach sześćdziesiątych i na który obiecała sobie solennie już nigdy nawet nie patrzeć.

*

Głosy przyzywały go z ciemności od jakiegoś czasu. Od jak dawna – nie potrafił ocenić. Początkowo ledwie je słyszał. Nie miały dość mocy, by wyrwać go z letargu i zmusić do tego, by skruszył skorupę odgradzającą go od świata śmiertelnych. Wypełniały jego głowę szumem nieznaczących dźwięków. Potem dopiero z tego cichego morza zaczęły wyłaniać się konkretne słowa, aż w końcu stały się na tyle wyraźne, by przebić się do jego świadomości i obudzić wyciszone poczucie własnej tożsamości.
Halwyn – przypomniał sobie swoje własne imię.
I ono było jak klucz.
Skorupa z pyłu piroklastycznego kruszyła się bardzo powoli, mozolnie, ale w końcu musiała być dość mocna, by chronić go przez lata stagnacji. Ile lat dokładnie? Tego miał się dopiero dowiedzieć. Gdy dowie się także, co takiego się stało, że równowaga światów została zaburzona w dość spektakularny sposób, by konieczna była jego interwencja. Umysł wciąż jeszcze był zbyt ospały, zbyt oszołomiony i powolny, żeby posiadał dawną zdolność do analizy.
Ale ogień już przebijał się przez zastygłą lawę, gorąco powracało do ciała Piekielnego Ogara, a wraz nim powracało życie.
Ogień wybuchł z pełną mocą, wyrywając z jego piersi ryk jak potwierdzenie, że oto wrócił i zło powinno się go bać. Powoli rozprostował palce i nogi w kolanach, prostując się na całą swoją wysokość niemal dwóch metrów. Gdy otworzył oczy, ujrzał siedzącego pod ścianą śmiertelnika. Biały kitel wskazywał na to, że to jeden z doktorów – kolejny strażnik tajemnicy, jaką skrywały te mury.
Halwyn po prostu go minął. Krew płonęła w jego żyłach od niebezpieczeństwa, które miał zażegnać, a wciąż otumaniony mózg nie był gotów na wyciąganie logicznych wniosków.
Z jakiegoś powodu próbowali go zatrzymać. Jakby nie wiedzieli, kim jest i co oznacza jego przebudzenie. Jakby nie rozumieli, że zegar ruszył i liczy się prawdopodobnie każda chwila.
Zatoczył się na ścianę, gdy w oczy uderzył go nadmiar światła. Było za jasne, za ostre, wszystko zdawało się drgać i bzyczeć. Stracił ostrość widzenia, a poruszenie, jakie wywołało pojawienie się nagiego, pokrytego popiołem mężczyzny w holu, docierało do niego zza dziwnej zasłony. Ktoś znów próbował go pochwycić, ale wystarczył cios wyprowadzony na ślepo, by pozbyć się napastnika.
Wtem gwałtowny ból przeszedł przez jego ciało, a pod powiekami zamigotała błękitna poświata. Upadł na kolana, straciwszy nagle władzę we własnym ciele. Instynkt zadecydował za niego. To on – nie świadoma część Halwyna – kazał rozżarzyć się skórze, a potem buchnąć prawdziwym płomieniem. Swąd palonych ciał przepełnił go cieniem żalu, owszem, ale głównie poczuciem konieczności.
Był Piekielnym Ogarem – narzędziem sił nadprzyrodzonym, strażnikiem. Moralne decyzje nigdy nie należały do jego kompetencji.

*

Tak naprawdę żadne z nich nie należało do fanów włoskiej kuchni, ale wiadomo, że jeśli w mieście o małej ofercie restauracyjnej otwiera się coś ciut poważniejszego niż budka z kiełbasą, to będzie to knajpka włoska. Tyle dobrego, że jak zwykle w takich miejscach było po prostu przytulnie i miło. Choć Lydia nie mogła powstrzymać się od uśmiechu, widząc, jak Jordan dyskretnie usiłuje zdjąć bazylię z makaronu.
– Dlaczego my to w ogóle robimy? – zaczęła zastanawiać się na głos, nadziewając penne na widelec.
– Co konkretnie? – Parrish spojrzał na nią tym swoim skonsternowanym wzrokiem, który uwielbiała prowokować.
– No wiesz. – Delikatnie trąciła go szpilką pod stołem. – Dlaczego siedzimy tu, w prowincjonalnej restauracji, nad żarciem, które żadnemu z nas nie smakuje?
Jordan uniósł brew jeszcze odrobinę wyżej, prawdopodobnie próbując przewidzieć, dokąd zmierza jego dziewczyna. Powinien się wreszcie nauczyć, że i tak nie ma szans w tym wyścigu i lepiej robiłby, gdyby się za dużo nie zastanawiał.
– Nie marszcz się tak – roześmiała się Lydia. – Chodzi mi tylko o to, że coś nas tu wyciągnęło i jestem niemal pewna, że to nie trup in spe, tylko po prostu konwenanse. Zastanawiałeś się kiedyś jak bar-
– Lydia...? Lydia!
Własne imię dotarło już do niej z daleka i miała wrażenie, jakby wołano nim zupełnie inną osobę. Inna osoba też zamarła ze sztućcami uniesionymi nad talerzem i otwartymi wpół słowa ustami, z których w końcu wydobył się wrzask demonicznej płaczki.
Wszystko trwało może trzy sekundy, po których dziewczyna ocknęła się nagle i wróciła do rzeczywistości. Oddychała ciężko, świszcząc, a Jordan ściskał jej chłodną, ale i bez tego spoconą dłoń. Tę samą, w której wciąż trzymała widelec z nadzianym na niego makaronem, choć jeszcze przed chwilą wydawało się jej, że to czyjeś oko.
Oto właśnie było jej życie. Życie cholernej Banshee.
Podniosła wzrok na zmartwioną twarz Parrisha.
– Chyba jednak trup in spe – szepnęła.
Mniej więcej mrugnięcie oka później z restauracyjnej kuchni dobiegł wrzask.

*

Życie Theo ssało na tak wielu różnych poziomach, że i będąc specjalistą od matematyki analitycznej, dawno pogubiłby się w rachunkach. No ale było, a to stanowiło jednak miłą odmianę po tym, jak spędził jakiś czas martwy na samym dnie piekła. Oglądana z tej perspektywy, egzystencja kloszarda wcale nie prezentowała się tak źle. Jakby bowiem problemu nie obracać, nawet spanie w kartonie i wygrzebywanie jedzenia z restauracyjnego kosza na śmieci i tak było lepsze niż koszmar pośmiertnej kary.
Zwłaszcza że w takim Basileo na przykład karmili nawet dość znośnie, jeśli się lubiło pomidory i zioła, a Theo nie miał niczego przeciwko. Zresztą szybko nauczył się doceniać nie smak potraw, a ich wartość odżywczą, natomiast makaron, ciasto i ser były w tym niezłe.
Raken znalazł właśnie prawie nienaruszony kawałek lasagni, kiedy przez jego plecy przebiegł dziwny, lodowaty dreszcz.
Strach to nie było coś, co odczuwał zbyt często. Owszem, teraz bał się powrotu do piekła i bał się koszmarów z siostrą wyrywającą mu serce, ale ogólnie rzecz biorąc, zdecydowanie preferował znajdowanie się po drugiej stronie barykady i zwykle – poza sytuacjami naprawdę ekstremalnymi – był w stanie nad tym zapanować.
To, co nagle spięło mu plecy i zmusiło do zastygnięcia w zgięciu nad kawałkiem pożywnego makaronu, zdecydowanie nie mogło być naturalne.
– Tara...? To ty...?
Nikt nie odpowiedział.
Theo wyprostował się powoli, niedoszły posiłek wypadł mu z dłoni i rozbryznął się na chodniku. Serce tłukło się w jego piersi jak oszalały ptak w klatce, potylicę zalało lodowate zimno, dłonie w ułamku sekundy stały się mokre. Wiedział, że jego ciało zareagowało też w inny sposób – czuł, jak kły napierają na górną wargę, ale nie był w stanie w żaden sposób nad nimi zapanować.
Mógł mieć jedynie nadzieję, że nie ma w ciemnym zaułku nikogo niepowołanego, kto mógłby zobaczyć jego przemianę. A jeśli jest – to że również walczy o oddech z przerażeniem.
Przeliczył się.
Krzyk Banshee rozsadził mu bębenki, ale było już za późno.
Drzwi prowadzące na zaplecze restauracji uchyliły się zbyt nagle, a oszołomione przytłaczającym strachem zmysły nie ostrzegły chimery w porę, że ktoś się do nich zbliża. Wzrok wynoszącego śmieci pomywacza – zwykłego, chudego chłopaczka z opadającą na oczy grzywką, skrzyżowały się z rozżarzonymi na żółto ślepiami wilkołaka. Dzieciak wrzasnął, a Theo zareagował instynktownie – tym razem naprawdę bez cienia intencji, wiedziony tylko strachem i chęcią przetrwania. Pazury cięły głęboko, rozrywając gardło wpół krzyku. Druga dłoń uderzyła w klatkę piersiową z całą swoją siłą. Chlusnęła krew, zatrzeszczały żebra.
Raken odepchnął od siebie ewidentnie martwą ofiarę. Jednym susem wskoczył na wysokie śmietniki, a z nich na dach, do którego przylgnął płasko, mając nadzieję, że nikt go nie wypatrzy. Serce Tary wciąż waliło w jego piersi jak młot, pompując krew do głowy z bolesną siłą. Przycisnął zlane zimnym potem czoło do chłodnej powierzchni, próbował nie dyszeć – a przynajmniej nie tak głośno, by nie móc nasłuchiwać odgłosów dochodzących z dołu.
Wybuchło zamieszanie, część ludzi wybiegła z lokalu – Theo słyszał wyraźnie ich głosy, choć szum w głowie nadal utrudniał rozróżnienie słów. Oczywiście znaleźli już ciało, jakaś kobieta krzyczała rozdzierajaco, ale w porównaniu do krzyku Banshee było to jak delikatna muzyka.
Wreszcie przerażenie zaczęło odpuszczać – było jak odpływająca fala, jakby to, co stanowiło jego źródło, po prostu się oddaliło – i Raken zaczął walczyć z chęcią, by podpełznąć do krawędzi dachu i na własne oczy przekonać się, jak wygląda sytuacja. Nie miał jednak zamiaru narażać swojego życia, o nie. Zwłaszcza teraz, gdy wiedział już, co czeka na niego po drugiej stronie i gdy bezustannie czuł dotyk zimnych, trupich palców Tary w piersi.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ