TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Zawsze na zachód [Tekst lipca 2018, Tekst Roku]

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1461
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Zawsze na zachód [Tekst lipca 2018]

Post autor: Kanterial » 14 grudnia 2018, 00:54

co
ale co
...co?


Dobra, bo chciałam bez ostatniej wstawki skomentować, ale ją doczytałam i teraz mi zgasiło mózg, c'nie XDDD tak że momencik, czas wyjść na szluga i pogapić się na osiedle, żeby zrobić reset... Ale się dałam zaskoczyć, no nie mogę XD

Ok. Komentarz poniżej poziomu, bo dawno nie komentowałam, a i od Zachodu miałam przerwę (której niestety nie nadrobiłam w całości, bo odświeżyłam tylko ostatnie dwie komentowane wstawki). Nieco przesłonił mi obraz całości ten końcowy moment i akcja, jakiej bym się nigdy nie spodziewała, więc możliwe, że o czymś zapomnę.
No więc sytuacja Bai - Zoe, bo o niej pisałam już wcześniej i o niej najwięcej myślałam: jakoś balam się (pewnie wiesz?) że to zahaczy o coś-więcej-niż-znajomość i to w sensie innym niż zwykle w tekstach. To znaczy bałam się, że Zoe dostrzeże coś, czego nie ma, albo że będzie miała do Baia słabość, która potem mocno zaważy na fabule. Zacisnęłam usta na scenie tańca, ale tylko przezornie, bo, jak się okazało, była nie do przyczepienia się. W ogóle, cokolwiek znajdę z myślą, że będę mogła się przyczepić, zostaje później stłumione >___< i teraz trudno się przyczepić. Szkoda. Chciałam być taka ten, taki ostry komentujący. Bai nie urzekł mnie i w sumie niewiele mnie przyciąga do tej postaci (chyba dlatego, że widzę ją oczami Zoe). Porównania do kota to taki lekki trigger, może o to chodzi? Ale nie, raczej nie. To ta nienaganna postawa, w ogóle taki ludzki element (on serio jest najnormalniejszy z trójki) całej paczki. To, co w Baiu jest pozytywne i fajne, nie pozwala mi go polubić. Nie umiem zaufać. Dokładnie, ten tekst sprawia, że podejrzliwość i szukanie wszelkich ukrytych motywacji postaci ciągle mi towarzyszą. Bai jest zbyt spoko. Zbyt dobry i niezłamany atmosferą, w ogóle świetnie ułożony. Odporny. Może w jego głowie jest taki sam mętlik jak w głowie Zoe (choć wątpię) ale ostatecznie i tak nie mam tam wstępu, więc pozostaje wyłącznie powłoka - idealny, sympatyczny Bai, odważny, świetnie wyszkolony i gotowy się poświęcić - bo jest literką C i takie jest jego zadanie.
Czy to zamierzony efekt - wątpię, ale naprawdę, no nie mogę go przetrawić. Nie ufam. Wciąż czekam na potknięcie. I kiedy była scena tańca, też na nie czekałam. Te samotne spacery nad ranem były jak małe zwycięstwo, już się zajarałam, że padną podejrzenia, że się sformułuje konkretny zarzut. Ale nie. Nadal nie. I nadal tekst jest pisany z takim wyważeniem, że nie mogę się o to czepić.
Zoe może i go podejrzewa, ale to prędzej wina paranoi i tego zapętlenia we własnych domysłach. Efektu kabinowego, kto wie. Ona tak samo przestaje ufać Hrabinie, więc nie doszukuję się w tym racjonalności. Swoją drogą widać świetnie, jak powoli tracą postacie nerwy (eheh, no, poza Baiem, przecież to Bai, jprdl, jeszcze się okaże, że jest niezaprzeczalnie dobrą postacią bez skazy i będę cierpiała tygodniami) i choć wszystko widzę oczami Zoe, jestem w stanie uwierzyć w zachwianą równowagę Hrabiny. Sama Zoe też oczywiście dostaje lekkiej korby. I one dwie są dla mnie prawdziwe, potrafię uwierzyć w ich zachowanie. Zoe to kawał zatwardziałej baby - ale rozumiem ją, wiem, kiedy ma rację, wiem, że chce dobrze. Hrabina w ogóle jest bombowa i kibicuję jej, totalnie #in_love, ją również rozumiem. Szkoda, że Zoe patrzy na nią przez pryzmat pieniędzy, pieczonej świni i innych takich, nie potrafi dostrzec człowieka podobnego do siebie, wrażliwszego od siebie momentami. Najgorzej. Mogłyby się spotkać i dogadać, ale brodzą razem przez pył i wolą (mam wrażenie, że trochę przez Zoe) wzajemnie się podejrzewać, snuć jakieś domysły i wkręcać sobie kolejne scenariusze, zamiast zapytać wprost. Może Bai zapytałby wprost i może to byłaby kolejna rzecz, za którą bym nie umiała go polubić XDD
No więc tak - przykre jest to, jak Zoe i Schwerin się mijają, choć obie chcą (jak sądzę) dobrze i źle sobie nie życzą. Totalny popis daje już przy ognisku Hrabina i to tylko pokazuje, że bez sensu podejrzewała ją Zoe. Obydwie siebie wzajemnie oskarżają, ale Zoe robi to chamsko/w myślach/nie ma możliwości przyparcia do muru, a Hrabina, no cóż - właśnie mi pokazałaś, jaką dysponuje mocą decyzyjną. Bai jest jej. W sumie o to chodzi w byciu Alfą, nie mam pytań.

Okropna akcja na koniec, pokazuje ten bezsens wzajemnych oskarżeń. Dałam się zaskoczyć i za to wielki plus. Wielki, bo lubię. Strasznie bredzę w tym komciu, wiem o tym, to przez natłok myśli. I zawsze tak mam jak komentuję po przerwie. Wybacz.

Tak bardziej ogólnie - nadal jestem pod wielkim wrażeniem tekstu. Opisy w sumie juz mnie nie zaskakują (heh, dobra uwaga o korbie na punkcie pyłu, Bai XDD) ale to nie znaczy wcale, ze są mniej obrazowe. Te opuszczone miasta widzę bardzo wyraźnie, plac po dzielnicy fabrycznej <3 z samotnymi ścianami <333 jestem fanką. Podobnie jak takich smaczków (dla mnie co prawda niekiedy nieczytelnych, bo US nie ogarniam ni *uja) np. o moście, jedynym rozpoznawalnym doskonale elemencie zniszczonej metropolii. Nadal też działają na mnie rozkminy Zoe i te głębsze zadumy, metaforycznie i pięknie opisane to, co z człowiekiem się dzieje w twoim zniszczonym świecie. Samotność, izolacja. Ten motyw z hełmami odbierającymi twarze, daję propsy.

No strasznie namieszałam, wstyd mi, zero komentatorskie.

Jestem przerażona tym, jaki błąd popełniła Hrabina (choć kto wie? od początku Zoe wydawała mi się zbyt OP, może C. ma z tym coś wspólnego a ona nawet nie wie? O____O), jak posłusznie zrealizował swoje zadanie Bai i jak bezsilna (serio - bezsilna, nie tylko przy ognisku, ale od dobrych kilku k tekstu) była Zoe. Jestem zaintrygowana akcją z zielonooką laską, zamiarami jej ziomków, tym, co niepokoi Zoe (planami Hrabiny) i totalnym brakiem zrozumienia i zaufania, który jednocześnie mnie boli i pcha fabułę do przodu. Tak w ogóle, to teraz trochę bardziej lubię Zoe. Odrobinę. Powiedziałam odrobinę, ok? Tonicnieznaczy

DOBRA, TO TERAZ PRZESTAŃ SIĘ OPIERNICZAĆ I WYJAŚNIJ, CO ROBIŁ BAI CODZIENNIE POZA ŁAZIKIEM, OCZEKUJĘ NASTĘPNEJ WSTAWKI BO WIEM, ŻE BAI COŚ ROBIŁ I TO NIE BYŁ SPACER I NAWET NIE MÓW, ŻE TO BYŁ SPACER ALBO ŻE ON SIĘ UPEWNIAŁ, ŻE SĄ ŚLEDZENI, NA PEWNO BYŁO COŚ JESZCZE, MOŻE NASYPAŁ PYŁU DO ŁAZIKA I ŁAZIK SIĘ ZEPSUŁ DLATEGO.
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Minę miał poważną, nieomal posągową, a twarz, choć przystojną, dającą do zrozumienia, że jej właściciel został przejechany pociągiem towarowym życia."

Awatar użytkownika
Starucha
Posty: 24
Rejestracja: 18 sierpnia 2015, 16:09

Re: Zawsze na zachód [Tekst lipca 2018]

Post autor: Starucha » 10 stycznia 2019, 14:27

Po pierwsze: co to 🔇 za zwrot akcji jest ja się pytam!? Co to 🔇 jest!!!

Człowiek czyta sobie fajny tekst, dusi się od dymu, a tu takie coś!
Jak ja lubię takie rzeczy, klaustrofobia i ludzie zamknięci razem w małym pomieszczeniu i człowiek tylko czeka aż zwariują, albo zaczną sobie oczy wydrapywać. I się doczekałam!
Jedynie, czego tu nie rozumiem, to skąd Hrabina się domyśliła, że Zoe coś kręci i jest od "tych złych". Może Zoe to jeszcze z niej wyciągnie czy coś? Bo ja bym chciała wiedzieć, czytałam tamten fragment dwa razy i się nie doczytałam.
I pani, niewiarygodne bohaterki, prawdziwa kobieta by narzekała na piach w wadżajnie w takich warunkach.

Acha i Bai... Bai pewnie co rano chodzi kupę! Nie wiem czemu ją to tak interesuje co robi co rano. Normalna rzecz.
A poza tym jak o nim czytałam, to przed oczami miałam co prawda Japończyka ale... Ale ryło Baia wypisz wymaluj: https://www.filmweb.pl/person/Hiroyuki+Sanada-77344

Awatar użytkownika
Aishikami
Posty: 22
Rejestracja: 09 grudnia 2013, 14:03
Lokalizacja: Wrocław

Re: Zawsze na zachód [Tekst lipca 2018]

Post autor: Aishikami » 13 stycznia 2019, 13:23

AAaaaa! Zachód! Ten tekst mnie bardzo kupił za pierwszym czytaniem, i nic się od tamtej pory nie zmieniło.

Dla bezpieczeństwa odniosę się tylko do ostatniej wstawki, ale wiedz, że wciąż pieję z zachwytu czytając o Zoe, Bai'u i Helenie. O tańcu, o żołnierzu-Baiu, o pyle, o zagrożeniach, o Yellowstone (i jakie dreszcze wzbudza fakt, że on naprawdę jest, naprawdę śpi, a kiedyś może się obudzić), o rozmowie przy rybach (bo to najlepsze miejsce, żeby omawiać misje niemalże-samobójcze), no o wszystkim, kay? ;)

Dobrze, to przechodzę do ostatniej wstawki. Tylko kilka elementów z niej opiszę.

Zacznę od dekonstrukcji Zoe przez Bai'a, to jest absolutnie piękna w swej straszności scena. Bo on to robi na zimno, po żołniersku, absolutnie skutecznie, bo wie gdzie uderzyć, żeby okaleczyć, ale nie zabić, żeby bolało. Zoe jest tu bardzo wiarygodna w swoich reakcjach, emocjonalnych, fizycznych (czy też fizjologicznych). Tutaj wychodzi, czy świadomie z Twojej strony czy nie, to nie wiem, ale że Zoe już sobie stworzyła obraz Bai'a w głowie. I nie mówię tutaj koniecznie o jakimś romantycznym obrazie czy uczuciach. Zoe po prostu przez chwilę zapomniała o "nie ufaj nikomu". I Bai ten obraz połamał, jak jej nogę.

Jej deklaracje o tym, że nie umrze w ten sposób, pokazują, że Zoe, choć świadoma zagrożenia, w jakim się znajduje, w jakie się ciągle pcha, tak naprawdę nie chce umierać, a przynajmniej, nie chce umierać na cudzych zasadach. Nie w sposób, jaki nie ma znaczenia, "inconsequential" - to jest takie słowo, którego moim zdaniem Zoe boi się najbardziej.

I ostatnia rzecz, która rzuciła mi się w tej wstawce prosto w twarz, jako osoba paranoiczna, wyczuwam i rozumiem paranoję. I wiem też, że ciężko opisać ją wiarygodnie i subtelnie. A tutaj nic nie wzięło się znikąd. Ta paranoja narasta w sposób organiczny, bo wszędzie pył, bo awaria filtrów, bo przebywanie stale razem, na małej przestrzeni, w bardzo nieprzyjaznym środowisku. Cabin fever w pięknej postaci.

Czekam na kolejne wstawki, bo chętnie znów wybiorę się na Zachód. Zawsze na Zachód ;)
*Nie mam własnej kultury, więc jem jogurt, aby mieć chociaż kulturę bakterii.*

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 186
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Zawsze na zachód [Tekst lipca 2018, Tekst Roku]

Post autor: Coffee » 23 stycznia 2019, 22:35

KOCHOM WAS WSZYSTKICH, DZIĘKUJĘ ZA GŁOSY, JESTEŚCIE NAJCUDOWNIEJSZE I NAJCUDOWNIEJSI, BOSZ BOSZ BOSZ


@Xantiss - ogromne dzięki :heart: Jak w komentarzu widzę głównie podekscytowane emoty, to wiem, że zrobiłam co do mnie należało :D
@Kruff i @Aish - nawet nie wiecie, ile dla mnie znaczy fakt, że mimo że obie Was już katowałam tym tekstem, to czytacie go kolejny raz :tul:
@Królowa - żebyś Ty tylko widziała moje miny podczas Twojej relacji live z plot twista i dalej :D
@Kan - nie wiem, jak Ci odpisać, żeby nie spoilerować, ale naprawdę, Twoje spojrzenie na Bai'a i w ogóle relacje w tym trio są dla mnie bezcenne. Nie obiecuję, że wszystkie postacie będą do polubienia, no ale też nie na tym miał ten tekst polegać (ale wogl dla mnie to jest fascynujące, jak różnie się rozkładają sympatie i antypatie wśród czytelników, przed napisaniem Zachodu w życiu bym się tego nie spodziewała). To co piszesz:
Dokładnie, ten tekst sprawia, że podejrzliwość i szukanie wszelkich ukrytych motywacji postaci ciągle mi towarzyszą.
Może nie powinnam, ale cieszę się z tego bardzo :bag: Bo docelowo miało siąpać paranoją.
No i z zadowoleniem stwierdzam, że przynajmniej na jedno Twoje pytanie odpowiedź jest poniżej :D

DZIĘKUJĘ WAM WSZYSTKIM ZA CZYTANIE I KOMCIE, serio, zajar miljon za każdym razem <3


#
To trwało. Musiałam, wspierając się mocno na cudzych rękach, przejść do zamaskowanego transportera, musiałam znieść przerażone spojrzenia moich ludzi, musiałam wyłuskać ramię z ciasnego rękawa, musiałam zmierzyć się z tym, co zostało z mojej kostki. Na długie, długie godziny stałam się nieruchomym epicentrum skoncentrowanej troski, a przez cały ten czas zagryzałam zęby i wysykiwałam pojedyncze, niekonkretne bluzgi.
Pomagało. Nie rozwiewało czerwonej mgiełki sprzed moich oczu, ale pomagało nie odpłynąć w abstrakcyjne marzenia o zemście. Nie mogłam sobie na to pozwolić, skoro prawdziwa była w zasięgu moich rąk.
Ręki.
Tej zdrowej.
– Kurwa mać! – ryknęłam, ale Aziz pozostał przy moim boku, z niewzruszoną miną kończąc usztywnianie złamanego ramienia. – Dobra! Dobra. Jest lepiej. Tak, naprawdę. Zdawajcie raport.
Transporter kołysał się jak pijany żeglarz w porcie, a każde wahnięcie posyłało nowe fale bólu na wskroś całego mojego ciała.
– Więcej teraz nie zrobię – osądził Aziz, krytycznie przyglądając się nienaturalnej krzywiźnie mojego ramienia. – Na to musi zerknąć Novak, i to szybko.
– To wszystko komplikuje – wysyczałam przez zaciśnięte zęby. – Zginą oboje.
– Ale najpierw ty przeżyjesz, dobrze?
– To... nie jest... konieczne.
– Szefie...
– Nie szefuj mi tu. Dokąd odjechali?
– Ostatni raport mówił, że na zachód. W miarę prostą linią. Ale prędzej czy później natkną się na jeziora i możliwe, że to ich spowolni.
– Nie spowolni, bo do tego czasu będą martwi – warknęłam. Czułam, jak koktajl, który wstrzyknął mi Aziz w zdrowie ramię, zaczyna w końcu działać. Rzeczywistość wracała w spazmach. – Ustaw ludzi na ich drodze, pełne obłożenie. Koniec ze skradaniem się, po prostu ich zdejmijcie, zrozumiano?
– Przekażę.
Chemikalia czyściły mi umysł, wypalały krwioobieg z toksyn i śmieci.
– Mówiłaś wcześniej, że ich śmierć to nie byłoby najlepsze rozwiązanie, prawda? – rzucił Aziz po chwili ciężkiego milczenia. Transporter podskoczył i w końcu miałam dobre usprawiedliwienie, żeby wrzasnąć. – Trudie... I cała Południowa...
Myślałam coraz jaśniej, pewnie dzięki magicznym zastrzykom.
– Południowa...
Ból zaatakował zupełnie nagle, chwycił mnie za trzewia i wykręcił jak szmacianą lalkę. Zacisnęłam zęby i zdołałam nie jęknąć, a Aziz i tak był już obok, trzymał mnie mocno za zdrowe ramię, stabilizował mimo wertepów, wstrząsów i dygotów. Nie słyszałam tego, bo słyszeć nie było sposób, ale gdzieś w basach, może nawet w drżeniu, wiedziałam, że nuci. Pewnie nawet nieświadomie.
– OK – stęknęłam, gdy powietrze przestało mieć konsystencję wody. – Jest OK. Jest lepiej.
Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że w przeciągu najbliższych paru nocy wypluję sobie płuca. Czułam piach między zębami, język oblepiała mi czarna maź, każdy oddech poruszał w moich płucach coś, co miało rozpoznać dopiero czujne oko lekarza.
I ręka, ręka, dobry Boże, Bai całkowicie zabił mi poczucie równowagi. Tutaj. W środku spalonej ziemi.
Skurwysyn.
Powinien był mnie zabić. Hrabina była dobra, ale niewystarczająco dobra. Nie doszacowała. Ta jedna ewentualność – jedyna, przy której być może jej nieskażona moralność przymknęłaby oko na moją śmierć – nie przyszła jej do głowy.
A ja naprawdę przez moment wierzyłam, że możemy zwyczajnie się dogadać: po ludzku, jak dorośli ludzie. Przybić piątkę i zmienić świat. Trwało to może jakieś trzy minuty, ale wierzyłam.
Mogła być dla nas taką szansą.
Może ciągle była. Nie wiedziałam, musiałam się zastanowić, przeczekać falę wściekłości, wrócić do siebie. Ale nawet jeśli – nawet jeśli hrabina nie posłała wszystkiego w diabły, w tym życia swojej siostry – to z całą pewnością nie spodoba jej się dalsza część.
– Jedziemy do Springfield, tak?
– Taki był początkowy plan, ale wprowadziłem korektę.
– Novak?
– Novak.
Skinęłam głową. Przeczekałam kolejny atak bezdechu.
– Nie będzie szczęśliwy – wydyszałam przez zaciśnięte zęby. - Że nagle mam o wiele więcej luźnych kości w ciele niż normalnie.
– Lepiej będzie dowieźć cię do lekarza niż lekarza do ciebie.
– A gdzie jest teraz Goran?
– W Kansas.
Skupiłam się. Próbowałam się skupić. Zebrać wszystkie te migające srebrne rybki w jedną ławicę. W miarę jak zanikał ból, zmniejszała się też wściekłość, i przez to zwyczajnie miałam ochotę położyć się na twardej podłodze transportowca przy brudnych nogach mojej gwardii i zasnąć.
– Dobrze – stwierdziłam i Aziz widocznie się rozluźnił. – W tej chwili do niczego się nie przydam, będę koordynować z daleka. Czy jest coś, o czym powinnam wiedzieć, zanim tam dojedziemy?
Byłabym bardzo kiepskim Cyrusem, gdybym nie potrafiła rozpoznać porozumiewawczych spojrzeń rzucanych spod gogli na twarzy.
– Ta cała Trudie – odezwała się Penny, biała dziewczyna, która zamiast usiąść, od początku trasy opierała się o fotel kierowcy. – Przyszły wieści z Sioux Falls.
– Wieści – powtórzyłam.
– Raport. Pchnęliśmy gońca do Denver, żeby to jakoś porównać, ale jeszcze nie wrócił.
– Czyli dalej nie ma bezpośredniej łączności.
– Przy tym wszystkim i jeszcze twojej wyprawie naprawdę brakowało nam ludzi, żeby się tym zająć.
Mieszkaliśmy na tej ziemi. Byliśmy na niej dłużej i znaliśmy ją lepiej niż ktokolwiek inny, na pewno lepiej niż Komisja, którą było łatwiej zakręcić niż dzieckiem na karuzeli. Niemniej wciąż obowiązywały nas te same ograniczenia. Toksyczne chmury ciągle wisiały nad naszymi głowami. Pył wciąż wżerał się w nasze płuca. Radiacja blokowała łączność. My też oddychaliśmy trucizną.
Cała nasza egzystencja w tym piekle sprowadzała się do wyścigu: kto pierwszy zmieni kogo, my Północną, czy Północna nas.
I to tyle. Dwa czynniki. Dwie strony.
Żadna dziwka z Południowej czy skądkolwiek indziej nie będzie mi się wciskać na mój teren i pchać paluchów między tryby, które tak długo składałam do kupy. Po moim trupie.
– Musieliśmy zawiesić bezpośrednią obserwację. – Głos Aziza wyrwał mnie z tępego zamyślenia. – Dlatego tak długo...
– W porządku.
– Tylko że... Co właściwie poszło nie tak, Zoë? Wiedziałem, że coś się spina, ale...
Chciałam przetrzeć twarz albo może oprzeć czoło o dłoń; cokolwiek, co zasłoniłoby moje ściągnięte brwi i wyszczerzone jak u zwierzęcia zęby. Cokolwiek, za czym mogłabym się ukryć.
Co poszło nie tak?
Helena.
Co poszło nie tak?
– Źle osądziłam Gao. – Tak, to był jakiś punkt startowy i niewątpliwie prawda, ale zdecydowanie nie wystarczające usprawiedliwienie dla czołgania się przez popiół i jazdy na najsilniejszych środkach przeciwbólowych, jakie zdołaliśmy wykraść. – Myślałam, że przy jego... Myślałam, że postawiony pod murem stanąłby po mojej stronie. Do diabła, powinien to zrobić! Każdy inny na jego miejscu by się tak zachował!
Aziz gorliwie pokiwał głową, pomruki poparcia zlały się w jeden szum. Umiałam przecież znaleźć outsiderów. Umiałam do nich mówić, do tych moich czarnych owiec, potrafiłam prowadzić je za sobą.
Kilka z nich znajdowało się razem ze mną w tym transporterze.
- Poza tym, kurwa, może mi ktoś powiedzieć, dokąd on właściwie znikał co rano? Ani razu nie udało mi się go złapać. Mam nadzieję, że ktoś miał na niego oko, bo...
– Szedł zapalić – przerwał mi Aziz.
Cisza, która zapadła wewnątrz wozu, wcisnęła wszystkich obecnych w kąty albo rozprasowała na ścianach. Nawet Penny skuliła się nieco.
– Co.
– Szedł zapalić – powtórzył Aziz spokojnie. – Najwidoczniej przemycił ze sobą paczkę cygar. No i wykradał się codziennie, żeby zajarać.
Szukałam odpowiedniego komentarza, ale nic nie przychodziło mi do głowy.
Transporterem kołysało.
– Po prostu jedźmy – stwierdziłam płaskim tonem. – W międzyczasie opowiadaj, co mnie ominęło.
#
Miasto Fontann. Paryż Równin. Serce Ameryki.
Cudowne miasto jazzu, Irlandczyków i hazardu, założone przez francuskiego mordercę i dezertera. Kolejna brudna plama, którą superwulkan zdołał niemal całkowicie zetrzeć z mapy razem z ponad siedmiuset tysiącami żyjących tu dusz. To Środkowy Zachód; stąd nie ocalał prawie nikt. Zabijały ich eksplozje, deszcze żużlu i radiacja. Zabijały ich huragany. Ginęli pod walącymi się budynkami. Umierali na ulicach, na szerokich bulwarach i w galeriach handlowych, zaduszeni dymem, otruci toksycznymi oparami, zmiażdżeni wstrząsami.
Kansas City stanowiło granicę zasięgu, ostatnie miejsce, które nadawało się na stałą i w miarę wydajną bazę operacyjną. Dalej na zachód pozostawał już ostatni krąg piekła, teren pod bezpośrednim władaniem Yellowstone i nawet ja nie wysyłałam tam nikogo bez jego zadeklarowanej chęci pomocy. Najmniejsza z erupcji Yellowstone sięgnęła właśnie tu.
Staliśmy na brzegu historii.
Nie jesteśmy już w Kansas, Dorotko.
– Ten cytat odnosił się do stanu, nie miasta.
– Czułabym się o wiele lepiej – wycedziłam przez zaciśnięte zęby – gdybyś powstrzymał się od wzdychania, Novak.
Goran Novak, nasz dyżurny lekarz, pokręcił łysą głową. W jego wygolonej czaszce odbijało się żółte światło ledwo zipiących jarzeniówek. Zdecydowanie wolałabym widok na jego twarz, ale odstawiał właśnie jakieś cuda nad moją opuchniętą nogą i może faktycznie kontakt wzrokowy był w tej chwili raczej niewskazany.
– Martwię się o ciebie, Zoë.
– Tak, tego się – AŁA, cholera jasna, uważaj z tym, co? – sama domyśliłam.
– Taka byłaś pewna, że to najlepszy pomysł, jaki wpadł ci do tej twojej kędzierzawej głowy.
– Pomysł był dobry. Ale się zjebało.
– Samo się zjebało? Nie ruszaj się, bardzo cię proszę, próbuję poskładać cię do kupy.
– Goran, uświadomił cię ktoś kiedyś, że nie ma ludzi niezastąpionych?
– Myślę, że oboje doskonale znamy tę prawdę.
Z każdym kolejnym badaniem okazywało się, że Bai naprawdę znał się na skutecznym okaleczaniu i do końca spełniał życzenie hrabiny: miał mnie nie zabić. Miał nie robić niczego, co mogłoby wkurzyć mitycznego Cyrusa i prowadzić do śmierci Trudie. Więc złamania były czyste, a urazy, chociaż potwornie bolesne, jak najbardziej do wyleczenia. Perfekcyjne tymczasowe unieszkodliwienie.
W każdym innym miejscu na ziemi.
– To możliwe? Przeliczyłaś się?
– Tym razem.
Skinął głową.
– Tak, tym razem – mruknął. – Tym razem to nie był ani zagubiony zwiadowca, ani uciekinier z Południowej. Okazali się inni, co? Sami tu przyjechali. Nie przyjęli twojego ratunku, Zoë, bo jeszcze się nie zgubili.
Kulałam, nie mogłam pisać, żebra bolały mnie przy każdym wdechu, ciągle plułam na czarno, a przy mówieniu bolała mnie rozbita warga, ale nic z tego nie miało być permanentne. W cywilizowanej klinice spędziłabym może ze dwa miesiące do pełnej rehabilitacji, buląc przy okazji fortunę. Co, swoją drogą, też było genialnym posunięciem Baia: gdybym była kimkolwiek innym, sama bym się usunęła z planszy, wracając do cywilizacji po zdrowie i urodę. Bez zabijania. Na czysto.
Nigdy jeszcze nie miałam złamanej kości.
– Aziz mówił, że znaleźli cię na trasie patrolowej. Wasz obóz był pół kilometra dalej. Żarty na bok, ale jakim cudem nie zemdlałaś gdzieś po drodze?
Jak zagoić złamanie bez słońca? Jak przeżyć agonizujące tygodnie bólu bez stałej dostawy środków przeciwbólowych?
– Wściekłość znieczula bardzo skutecznie.
Będziemy musieli zorganizować kolejne wypady. Będziemy musieli zaangażować kolejnych zwiadowców. Przekupić kolejnych ludzi Komisji. Potrzebowaliśmy sprzętu, leków i stałej, a nie porwanej linii dostawczej. Miałam nadzieję, że Helena okaże się odpowiednią ścieżką, ale Helena miała zginąć lub zostać unieszkodliwiona w przeciągu następnych sześciu godzin, więc ta opcja raczej odpadała. Tyle postawiłam na jedną kartę.
A do tego jeszcze dochodziła Trudie Schwerin.
Goran wstał, podrapał się po zarośniętej żuchwie, zmierzył mnie krytycznym spojrzeniem, po czym spoliczkował z całą siłą niemal pięćdziesiącioletniego, zaprawionego w survivalu mężczyzny.
– Goran, kurwa!
Chyba straciłam czucie w szczęce, ale to się szybko wyrównało, bo wrażliwe na wszelkie impulsy usta eksplodowały bólem.
– Co ty sobie myślałaś?! – ryknął z autentyczną wściekłością, a ja zamarłam pod spojrzeniem ciemnych bałkańskich oczu. – Masz pojęcie, jakie podjęłaś ryzyko? Jak to się mogło skończyć?! Nie doceniłaś wroga, Zoë, przeceniłaś siebie, nas i to, na co nas stać! Wiesz, jakie to są straty?!
Milczałam. Nie tylko dlatego, że ciągle bolało.
– Mamy wroga na naszym terenie! Za własnymi granicami! Tuż obok Yellowstone! Miałaś bronić tej ziemi, przysięgałaś bronić tej ziemi! A oni cię zdemaskowali i wracasz w takim opłakanym stanie?! Jak ty teraz chcesz zrobić cokolwiek? Jak będziesz nas prowadzić?! Myślałaś nad tym?
– Oni umrą, Goran. Są na terenie wulkanu. Wulkan nie przebacza. Nie przebaczamy.
Szorstkie palce lekarza obejmowały moją potylicę. Czułam ich drżenie – to samo drżenie, która Goran tak wprawnie wymazywał z własnego głosu.
– I to rozwiąże wszystkie nasze problemy, tak? A przyczyna, dla której nie chciałaś ich zabijać na samym starcie, co? Pamiętasz o tym jeszcze? Pamiętasz o Olavarria Afeite?
– To się nie uda. Hrabina nie ma najmniejszego zamiaru iść na ugodę, to wszystko to tylko iluzja.
– Jakie, kurwa "się nie uda"? Od czego ty jesteś, Cyrus? Ty dbasz o to, żeby się udawało. Co on by powiedział, gdyby cię słyszał?
Goran Novak był doktorem, któremu odebrano licencję za chodzenie po wioskach i wykonywanie nielegalnych w Boliwii aborcji, i do tego był tak bezczelny, że nie pytał miejscowych potentatów kokainowych o zgodę. Zawsze był bardzo skryty, gdy temat niebezpiecznie zbaczał na przyczyny, dla których w ogóle wylądował w Północnej, ale miałam przeczucie, że opowieść poziomem mogłaby dorównać najlepszych thrillerom. Sam Novak, imigrant czwartego pokolenia, był wysoki, brodaty i łysy, jakby jego organizm próbował na siłę zrównoważyć ilość włosów na głowie. Za każdy rok spędzony w Północnej dziergał sobie jeden tatuaż; w tej chwili na jego plecach skrzydła rozkładało jedenaście sów. Przybył tu, samodzielnie przebiwszy się przez magiczną granicę zwaną Mackleberry Ridge. Nie był jedynym lekarzem, którym dysponowaliśmy, ale jedynym, któremu naprawdę ufałam.
– Dbałaś o nas do tej pory – mówił, wpatrując się we mnie błyszczącymi oczami człowieka, który wierzy. – Tak dużo ci się udało. Rzeczy, o których przed twoim przyjściem nikt by nie śnił. Nie psuj tego teraz.
Ceną, którą ja płaciłam za posiadanie takiego specjalisty, było wysłuchanie paru słów gorzkiej prawdy od czasu do czasu. Ceną, którą płacił on, była pełna lojalność.
Jakoś się to wszystko wyrównywało.
– Jest jeszcze Trudie.
– Co?
Ostrożnie dotknęłam wargi i skrzywiłam się. Goran mnie puścił i zaczął przeszukiwać coś, co z braku lepszego określenia stanowiło szafkę z lekami.
– Nie przedstawiałam jeszcze tego planu nikomu, to nawet nie był plan, jedynie możliwość, gdyby coś nie wypaliło z hrabiną...
– To nie był niewypał, to ci eksplodowało w twarz.
– Dotarło, dobra? Odczep się. W każdym razie jeśli Helena zniknie, zawsze jest jeszcze Trudie, druga dziedziczka fortuny.
– O mój Boże. – Goran zasiadł ciężko na swoim stołku i podparł głowę na rękach, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Ty myślisz, że to jest takie proste? Ta dziewucha jest naukowcem i najwidoczniej nigdy nie miała parcia na giełdę! To nie jest feudalna Europa, żeby młodsze rodzeństwo dziedziczyło ziemię po starszych! A pomijam całą kwestię przekonania hrabianki, że to byłoby po jej myśli.
– Nie spotkałeś jej.
– Istnieją punkty, w których szantaż przestaje działać, Zoë.
– A kto mówi o szantażu?
– Zoë… - zaczął i urwał. Patrzyłam, jak zmienia mu się wyraz twarzy. – Jeśli to ci się uda…
– Ona dalej siedzi w Sioux Falls, prawda?
– Prawda. Chyba nie zamierzasz...
– Jeszcze nie wiem, co zamierzam – przerwałam. – Muszę ocenić sytuację. Dowiedzieć się, co mnie ominęło. Poczekać na Aziza i status starszej Schwerin.
– Może nawet trochę podleczyć rączki i nóżki, co?
– Jeśli starczy czasu. Jakieś zalecenia lekarza?
Westchnął ciężko, jak stary człowiek, którym przecież wcale nie był.
– Nie chodź za dużo, w ogóle nie ruszaj się za dużo, pij mleko prosto od krowy i oddychaj świeżym powietrzem. Daj mi spokój, Zoë, jeśli nie chcesz wracać do cywilizacji, to przynajmniej módl się codziennie. I byłbym wdzięczny, gdybyś konsultowała ze mną planowane eskapady, to może zdążę cię na czas przywiązać do krzesła.
– Dzięki, Goran.
– Służę.
Z miejsca odmówiłam wszystkim propozycjom pomocy kalece; nie zniosłabym chodzenia o kulach ani wspierania się na którymkolwiek z moich ludzi. To tak nie działało. Mogłam być pobita, mogłam przypominać ofiarę czołowego zderzenia z ciężarówką, ale zasada pozostawała ta sama: to ja byłam ich wsparciem. Gdy na mnie patrzyli, to nawet jeśli mieli zobaczyć podbite oko i wargę spuchniętą do rozmiaru cytryny, musieli też widzieć determinację. Musieli widzieć kogoś, kto chodzi, nawet jeżeli ma niesprawną nogę. Musieli widzieć kogoś, kto ich nie poda na srebrnej tacy sępom z południa.
Cyrusa, który ich przyjął i zaakceptował. Cyrusa, który znał kierunek.
Nie mogłam stracić z oczu celu. W tym jednym Goran z pewnością się nie mylił.
Wyszłam więc z pachnącego antyseptykami gabinetu i pokuśtykałam przed siebie. To był kretyński, niestabilny ruch, bo przez ramię miałam spieprzone poczucie równowagi, ale jednak szłam do przodu, przez połatane korytarze i szmaciane zasłony, które pełniły rolę drzwi.
Nasza baza w Kansas City nie była główna. To było kolejne błędne założenie Heleny, z którego starannie jej nie wyprowadzałam: że w ogóle istnieje coś takiego jak główna baza Cyrusa. Byliśmy rozsiani na wskroś Północnej, najdalszy nasz posterunek leżał w okolicach niegdysiejszego Edmonton w Kanadzie. Baza w Kansas City była dogodna z paru względów: leżała względnie niedaleko Wyoming, krzyżowało się tu kilka wypracowanych przez moich ludzi tras, a radiacja nie załatwiała sprzętu szybciej niż my go naprawialiśmy. Właściwie to było tu niemal wygodnie, chociaż o przytulności nie mogło być mowy, bo po samym mieście właściwie nie zostało nic. Podczas gdy inne metropolie przynajmniej z grubsza przypominały siebie, Kansas City zmieniło się w jedno wielkie gruzowisko, całkowicie zmielone i wypłaszczone.
To ja zobaczyłam w nim nową szansę. I to ja pomyślałam, że w takich okolicznościach nikt nawet nie zechce wysłać tu więcej niż jednego zwiadu – problem sam się rozwiązał, gdy to mnie zaangażowała Komisja do tej pierwszej i ostatniej wyprawy. Więc pojechałam, ja i trzech innych, z których każdy po powrocie już siedział mi w kieszeni. Nasz raport brzmiał bardzo depresyjnie. Nie było w nim żadnej nadziei na poprawę sytuacji. Donosił o koszmarnej radiacji i jeszcze gorszych warunkach atmosferycznych.
Kiedy dotarł przed Komisję, moi ludzie już przekopywali się przez gruz, by w podziemiach ruin wzmacniać stropy, oczyszczać sale i stawiać od nowa infrastrukturę.
Postawienie wszystkiego trochę trwało, rzecz jasna, zwłaszcza że to nie było jedyne nasze przedsięwzięcie. To były bardzo... zajęte miesiące, które z czasem rozciągnęły się w wyczerpujące lata, a ja musiałam być wszędzie. Sprowadzałam ludzi. Sprawdzałam ludzi. Delegowałam robotników. Zatwierdzałam plany. Pilnowałam granic. Pilnowałam dostaw. I cały czas utrzymywałam iluzję przed Komisją, Paramaribo i całym światem.
Gdy tu przyszłam, odziedziczyłam prawdziwy pieprznik. Zamierzałam to zmienić, ale to wymagało pracy.
Kansas City było sukcesem. Z czasem udało nam się nawet zbudować prowizoryczną osłonę, dzięki której łagodziliśmy większość skutków promieniowania i dało się normalnie oddychać wewnątrz bazy. Przywleczenie odpowiedniej technologii i niezbędnych elementów stanowiło chyba najbardziej skomplikowaną akcją logistyczną, z którą musiałam sobie poradzić, ale było warto. Może tylko Sioux Falls było gorsze, ale Sioux Falls to jednak zupełnie inna kategoria.
Od tego roku mieliśmy tu nawet prawdziwą bieżącą wodę. Owszem, krążącą w obiegu zamkniętym i niezdatną do picia bez potrójnego filtrowania, ale jednak.
Miałam wielkie plany związane z Kansas. Wielkie i dalekosiężne.
A wszystkie zależały od Olavarria Afeite.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Xanttis
Posty: 90
Rejestracja: 23 października 2017, 23:41

Re: Zawsze na zachód [Tekst lipca 2018, Tekst Roku]

Post autor: Xanttis » 25 stycznia 2019, 11:33

Generalnie jestem bardzo usatysfakcjonowany historią w jakim kierunku podąża i tym plot twistem :D ale mam poważny zarzut. Nie pamiętam już pewnych rzeczy, które były na początku XD. Zapomniałem o Azizie, czuję, że uciekło mi kilka niuansów między Zoe, Bai'em i hrabiną, nie mogę sobie przypomnieć za wiele Zoe z początku, tego co i jak mówiła, przez co nie mogę ocenić na ile wystrychnęłaś mnie - jako czytelnika - na dudka tym, że przegapiłem jakieś przesłanki do tego, co się wydarzyło :D. Wiesz, nie było takiego "no tak, ja głupi tego nie zauważyłem", a chciałbym, wiadomo :) . Zatem batożę Cię szczypiorkiem i daję motywacyjnego kopa to częstszych wrzutek, bo ostatnia była w sierpniu XD więc nu nu nu, ostatni raz takie coś!

Co do historii. Pojawiają się kolejne zagwozdki :3. Konflikt Północnej z Południową. Rola Komisji. Dlaczego ci wszyscy ludzie chcą żyć w takich warunkach? Bo Zoe ich przekonała? Na pewno nie, musi być coś jeszcze i odpowiedź leży w Yellowstone. Napięcie rośnie, wspomniana jest Trudie, ale nie wiadomo czy w roli kupionego sprzymierzeńca jak wszyscy wokół niej, chyba nie, jeszcze nie. No i cała ta akcja z wciągnięciem to hrabiny. Jaki jest cel Zoe w ogóle? Jest to cel duży i ten cel widzą także ludzie z Północnej. To ich przekonało i trzyma przy Zoe. Ciekawy jestem co dalej i obok ciekawości pojawia się satysfakcja z czytanej opowieści, bo to już ten etap, gdzie się dzieje i nie muszę już gnać, żeby poznać jak najprędzej na czym ten świat stoi :3.

Ale nie każ mi czekać zbyt długo na kolejną wrzutkę :glask:
:fire: https://www.worldanvil.com/w/silaxis-sy ... is-xanttis :fire:

I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu. - Paulo Coelho – Alchemik
Jeśli mówisz prawdę, nie musisz niczego pamiętać. - Mark Twain
Ja tam wolę być nieszczęśliwy, niż pozostawać w stanie tej fałszywej, kłamliwej szczęśliwości, w jakiej się tu żyje. - Aldous Huxley - Nowy, wspaniały świat

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1461
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Zawsze na zachód [Tekst lipca 2018, Tekst Roku]

Post autor: Kanterial » 27 stycznia 2019, 17:23

:facepalm: mhm

Nie sądziłam, że dowiem się tego, czego się dowiedziałam. To z jednej strony dobrze, a z drugiej źle. Dobrze, bo na tym polegają fajne historie, by zaskakiwały, zmieniały się i trzymały w niepewności. Źle, bo choć dopuszczałam pewną (10%?) wersję tego plot twista, to jej założenie opierało się na pewności, która legła w gruzach momentalnie podczas czytania tej wstawki, a fundamenty miała solidne. Bardzo solidne. Co ujęte prościej brzmi - nie zauważyłam wskazówek. Nie zauważyłam foreshadowingu. Nie dostałam ani jednej sceny, która by nadszarpnęła obraz, jaki właśnie zburzono. Jako człowiek pokorny myślę sobie - uhm, no nieźle. Nieuważnie czytałam. Jako człowiek nieidealny myślę sobie - uhm, coś tu jest mocno nie tak. Skoro nie widziałam, to znaczy, że nie było.

To jest nieprzyjemny dla mnie moment, w którym muszę postanowić, że przeczytam ten tekst raz jeszcze i to nie dlatego, że będę chciała (a pewnie będę chciała), a dlatego, że jestem zmuszona, bo cały mój mózg krzyczy z oburzenia po oberwaniu tym zwrotem akcji.

Nie umiem powiedzieć obiektywnie, czy dało się tego domyślić po jakichkolwiek wskazówkach w tekście. W głębi uważam, że raczej nie, zwłaszcza że narracja jest prowadzona z perspektywy Zoe, a to oznacza, że nie dało się ukryć tak całkiem jej zamiarów. Przecież nie może być tak, że ta postać ma rozdwojenie jaźni, i najpierw przez pół tekstu sama jest pewna, że pomaga komuś z jakichś nieistotnych powodów, a potem nagle okazuje się, że jednak wszystko jest inaczej i od początku z premedytacją wprowadzała wszystkich w błąd. Jasne, że jej nie ufałam. Jasne, że mnie mocno zastanawiała, podejrzewałam, że nie jest człowiekiem, podejrzewałam, że jest przez kogoś sterowana, podejrzewałam wiele różnych wersji (które czyniły z niej postać stojącą po drugiej stronie) ale wszystko to było podparte stuprocentowym przekonaniem, że Zoe jest z pozostałą dwójką szczera.
Wiem, że równie dobrze ten obraz może się rozpłynąć przy drugim czytaniu, bo przecież to ja mogłam się okazać niewystarczająco bystra. Mimo tej wiedzy czuję się jakoś bardziej oszukana niż zwykle przy plot twistach.
No po prostu nie mogę totalnie ogarnąć tego, że MAJĄC CAŁY CZAS DOSTĘP DO JEJ GŁOWY nie zauważyłam, że ona ma całkowicie odwrotne zamiary, niż WYDAWAŁO MI SIĘ ŻE MA, BO MIAŁAM DOSTĘP DO WNĘTRZA JEJ GŁOWY I TO MNIE UPEWNIAŁO. Jprdl, no, chyba jestem dosadna XD

Emocje bardzo, jak widać wyżej, raz się złoszczę na siebie, raz na tekst, raz na to, że wrzucasz z prędkością zerową, a raz na to, że czytam z prędkością zerową. Może to po prostu dobry plot twist? :facepalm: To chyba po prostu jest dobry plot twist

Bai. Ok, po prostu Bai. Nie wiem, czy po poprzednim komentarzu muszę dodawać coś więcej, więc tylko zaznaczę moment
– Szedł zapalić – przerwał mi Aziz.
Cisza, która zapadła wewnątrz wozu, wcisnęła wszystkich obecnych w kąty albo rozprasowała na ścianach. Nawet Penny skuliła się nieco.
– Co.
– Szedł zapalić
w którym opadły mi ręce i już wiedziałam, że ok, ten tekst mnie pokonał, nic nie jest takie, jakie być miało (jak sobie umyśliłam, że być może) i teraz jestem jak dziecko we mgle, od zera zaczynam przygodę na nowo, no po prostu mnie wyrzucono z kajaka, jak już myślałam, że się wdrapałam i usiadłam w nim bezpiecznie

Tak że
Tak że Bai jest po prostu dobrym ziomkiem, Kanterial, on wcale nie ma ukrytych wad, na które czekasz. On jest na serio super-Baiem i jedyną 1000% nieskazitelną postacią i się z tym pogódź.
Dobra. Się pogodzę, moze go polubię, bo teraz wyjścia nie ma. Zaorałaś mnie tym tekstem.

Wstawka jest krótka tak poza wszystkim i niewiele w sumie mogę napisać poza esejem pod tytułem "jestem w szoku", bo fabuła tak naprawdę nie ruszyła z kopyta, ruszy pewnie w następnym odcinku. Będę obgryzać paznokcie. Jakkolwiek by mnie ten plot twist nie wytrącił z równowagi, jednocześnie sprawił, że będę czytała jeszcze łapczywiej i teraz już na pewno chorobliwie uważnie. Chociaż już za późno, heheh, eh eghe kaszel.
Sprawdziłam z ciekawości, ile razy w tekście pada nazwa "Olavarria Afeite". Otóż poza tą wskawką, to padła raz (tak przynajmniej twierdzi wyszukiwarka) i jak zobaczyłam, że raz, to przestałam mieć do siebie pretensje spod znaku "Kanterial idiotko, jak możesz nie wiedzieć, co to za obcobrzmiąca nazwa? Serio, myślałaś przez chwilę, że to imię i nazwisko? Hah! Dobre!". Gdzieś na początku (na bankiecie?) pada info, że Hrabina jest związana z Olavarria Afeite, więcej nie ma. Nagle to jest stawka główna. Mój mózg się rozpękł i jest pęknięty.

Poza tą całą wybuchową mieszanką powyżej postanowiłam też zaznaczyć, że to jest tekst napisany wspaniale pod względem technicznym i czyta mi się go nieziemsko dobrze, co jedynie potęguje wkurwa na to, że się nie zorientowałam. Uwierlbiam zwięzłość treści. Uwielbiam opis tego, jak unieszkodliwił Zoe Bai. Jak ją umiejętnie połamał. Jasne, dostaję kurwicy jednocześnie, bo to znów dokłada mu idealności, ale to nieważne. Opisy miażdżą. Wizja miażdży. Świetny tekst, który mnie przerósł na początku i w połowie, i pewnie pod koniec przerośnie mnie też. Ogromnie wyczekuję następnej wstawki.
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Minę miał poważną, nieomal posągową, a twarz, choć przystojną, dającą do zrozumienia, że jej właściciel został przejechany pociągiem towarowym życia."

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 186
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Zawsze na zachód [Tekst lipca 2018, Tekst Roku]

Post autor: Coffee » 10 kwietnia 2019, 12:01

No więc tak, jeśli chodzi o Plot Twista TM, to ja mam takie wewnętrzne przekonanie, że nie potrafię, jako autorka, ba, nie mogę i nie powinnam podejmować dyskusji o tym, czy był foreshadowing, czy nie. No bo oczywiście moim zdaniem był, ale ja mam tak zaburzoną perspektywę, że co ja tam mogę sensownego powiedzieć, c'nie. Miałam jednego czytelnika, który stwierdził gdzieś na początku tekstu, że to pewnie Zoe będzie Cyrusem, i innych, którzy się domyślali. I innych, którzy w ogóle nie oczekiwali. Także mam całe spektrum i wiecie co, no jestem z tego dość dumna, no. Ja ogólnie bardzo lubię pierwszoosobową narrację, ale w tym tekście jest ważniejsza niż w jakimkolwiek innym moim.

Ja bardzo chcę podjąć rozmowę o Baiu i w ogóle całym postrzeganiu postaci przez to czy są dobre, czy nie, czy do lubienia, czy nie, ale to poczekam chyba jeszcze do końca tekstu, także przprszm, ale jakby co - czytam, dziękuję, nie lekceważę, cenię bardzo <3

Poniższa wstawka jest bardzo bardzo krótka bo sobie zrobiłam kuku z rozdziałami, źle to wcześniej podzieliłam i tylko tyle jest sens teraz wrzucać. Za to następna będzie od razu całym rozdziałem, bo czemu nie. Przepraszam za przerwę w nadawaniu.

#
To właściwie nawet nie był pogrzeb. Pogrzeb wymaga ciała, które można pochować, a to konkretne rozkładało się powoli zbyt daleko stąd, by wysłać jakiś patrol. Ta sytuacja nie stanowiła jednak dla nas żadnej nowości; zarówno ja, Cyrus, jak i ja, Zoë Zwiadowca, byliśmy przyzwyczajeni do ludzi znikających tam, skąd już nie mogliśmy ich zabrać. Pył pożerał wszystko.
Tak naprawdę każdy pogrzeb był wspólną refleksją nad faktem, że jeszcze żyliśmy.
Zielonooka dziewczyna, którą Bai zastrzelił z zimną krwią, podcas gdy ja stałam z boku roztrzęsiona i wściekła, nie przebywała w Północnej zbyt długo i właściwie to okazało się jej wyrokiem. Źle obliczyła odległości, nie doceniła możliwości nowoczesnych wizjerów i dlatego Bai ją dostrzegł. Co za potworna ironia; wysłano ją do obserwacji, bo była tak niedoświadczona. Miała patrzeć na akcję, uczyć się z daleka. Spotkałyśmy się dopiero niedawno i widziałam w niej potencjał.
A potem musiałam ją poświęcić. Zbyt głęboko rozpieprzyła całą sprawę, bym zdołała ją jeszcze jakoś wykręcić. Nie pod czujnym okiem Heleny.
Oczywiście, gdybym wiedziała, jak to się skończy, pewnie rzuciłabym całą tę maskaradę już wtedy, ale prawda była taka, że to jej błąd rozpoczął lawinę.
Przykro mi, że musiałaś zginąć, mała, szybka spryciaro z nerwowym tikiem, ale to nie była jedynie moja wina.
Ale poza tym napawała mnie dumą. Niczego nie zdradziła, w żaden sposób nie dała po sobie poznać, że mnie zna. Ukróciła przesłuchanie. To było szybkie myślenie, analiza na bieżąco. Nie uciekała. Była lojalna do końca. Nie pomyliłam się, przyjmując ją pod swoja opiekę; spełniła pokładane w sobie nadzieje.
Przydałoby mi się więcej takich ludzi. Gotowych na wszystko. Reagujących tak szybko.
Nie kwestionujących rozkazów, nawet jeżeli...
Wszystkie połamane kości zabolały mnie naraz.
Zdrową ręką chwyciłam podaną mi butelkę, wzięłam głęboki łyk i podałam dalej. Bimber polał się ogniem w głąb przełyku, dołączając do żaru, który nie wygasał od momentu, w którym Bai zostawił mnie połamaną na brudnej ziemi.
Czasem – a to była jedna z tych chwil – miałam wrażenie, że całe to piekło i wszystkie jego kręgi, całe wrzące Yellowstone jest właśnie we mnie. Że noszę je ze sobą nawet pod cudzymi chmurami, w obcych miejscach, w środku tłumu. Zawsze myślałam, że to ja zamieszkałam w Północnej.
Ale może było na odwrót.
Goran i paru innych – ci, którzy przetrwali, starzy wyjadacze z czasów przed moim przybyciem – mówili, że to widać w człowieku. Że niektórzy po prostu rozumieją Yellowstone. Potrafią przetłumaczyć to, co mówiła im ta ziemia. Widziałam to w niektórych swoich ludziach.
Może zielonooka dziewczyna z nerwowym tikiem też by rozumiała.
To właściwie stare procedury. Chyba najbardziej tradycyjna forma pożegnania z człowiekiem. Picie i wspominanie; słuchaliśmy siebie nawzajem i anegdotek związanych ze zmarłą, tyle że anegdotek wcale nie było dużo. Ktoś kojarzył, co ją do nas przywiało. Ktoś inny wspomniał, że uwielbiała panierowanego kurczaka. I że była to jedyna rzecz, za którą tęskniła.
Nie było tego dużo.
Żadnych wydzierających serce scenek. Żadnych nostalgicznych wspomnień. Żadnej melancholii. Ot, garść losowych skojarzeń i suchych faktów, usprawiedliwionych jedynie faktem, że było nam tak prawdziwie, cholernie żal.
Nienawidziłabym takiego umierania.
– Kto odpowiadał za ostatnie patrole po kwarantannie? – mruknęłam. Na czas nieobecności Aziza moim głównym adiutantem został Dan, człowiek, którego główną zaletą było przykręcone do minimum poczucie humoru. Od dłuższej chwili w milczeniu obserwowaliśmy chudego łysola, który zazwyczaj przy podobnych okazjach dbał o odpowiedni pochówek zmarłego i nawet teraz, mimo że w sumie nie miał tu za wiele do roboty, opierał się o swój wierny szpadel.
– Charlize.
– Przyprowadź ją później do mnie.
– Tak jest.
Butelka znowu do mnie wróciła. Pociągnęłam kolejny łyk. Smród bimbru ogłuszał, spychał wszystkie bodźce na bok, co miało ten miły efekt, że przy okazji zmniejszało ból. Goran miał rację; niebezpiecznie zbliżałam się do progu, za którym zaczynałam się modlić tylko po to, by choć przez chwilę nie przeklinać w myślach.
Wcisnęłam butelkę komuś przechodzącemu obok, odwróciłam się i odkuśtykałam w mrok i ciszę przerywaną jedynie szumem w moich uszach. Prawie wszyscy obecni w bazie – mniej więcej pięćdziesiąt osób, mnóstwo, biorąc pod uwagę, że w sumie prowadziłam zaledwie dwa, trzy tysiące ludzi na całej Północnej – zgromadzili się na pogrzebie osoby, której większość z nich nigdy nie widziała na oczy. To oznaczało, że mogłam opierać się o ścianę, dyszeć i rzucać kurwami pod nosem jak mi się żywnie podobało, nie ryzykując spadku morale. Moje myśli ciągle odbijały ku jeziorom, czy też miejscu, gdzie kiedyś były jeziora, a teraz znajdowały się potężne fałdy świeżo wypiętrzonej ziemi, jak bliznowate narośle na nieleczonej ranie. Te same jeziora, które leżały na trasie Komisyjnego Pavo. Prędzej czy później hrabina i Bai musieli się na nie natknąć.
A tam czekał Aziz z ludźmi, którzy mieli o wiele więcej doświadczenia niż nieszczęsna obserwatorka z Louisville.
Spacer, który normalnemu człowiekowi zajmował może pięć minut, mnie kosztował piętnaście, a gdy w końcu dotarłam do klitki, która była czymś w rodzaju mojego gabinetu, skręcona noga pulsowała bólem tak ostrym, że przez chwilę jedynie ciężko dyszałam, odganiając łzy z oczu. Zaczynałam rozumieć, że to wcale nie ramię, ale właśnie ta cholerna kostka będzie prawdziwym problemem. Z trudem bo z trudem, ale jednak mogłam ograniczyć używanie prawej ręki, ale wciąż musiałam chodzić. Czy to szukać drogi przez nierówny gruz, czy przedzierać przez dywan z wulkanicznego pyłu. Przecież nie mogłam do wszystkiego używać swoich ludzi; nie, skoro tylko ja naprawdę doświadczyłam, na co stać hrabinę.
Nie, skoro to ja pozwoliłam sprawom tak bardzo się rozpaść.
– Szefie?
Zdążyłam pozbyć się bolesnego grymasu z twarzy i wyprostować plecy, zanim Charlize weszła do środka. Nie wiem, czy kiedykolwiek wylądowała na moim dywaniku; sądząc po zdumionym spojrzeniu, którym omiatała popękane ściany, chyba nie.
Bo tak, miałam ściany, całe dwie. Sądząc po fakturze i wielkim, chociaż ledwo widocznym "P-2" wiszącym bezpośrednio naprzeciw drzwi, zajęłam jakiś stary parking. To dawało ładny kontrast, taki gładki, jednolity beton zaraz przy murach z usypanego gruzu. Za drzwi wciąż służyła prowizoryczna zasłonka, jak na reszcie stacji, ale jakoś nigdy mi to nie przeszkadzało.
Helena powiedziałaby, że prowadziłam politykę otwartego biura.
– Charlize – zaczęłam, nie bawiąc się w zbędne wstępy. Myśli pędziły mi w trzech kierunkach naraz; musiałam się zmusić, by ponownie wejść w odpowiedni tryb. Wrócić do mniejszych kwestii. Nie zaniedbywać szczegółów. Wiedziałam, że cała ta maskarada przy Helenie będzie mnie dużo kosztować, ale nie, że aż tak. – Niedawno wróciłaś. Powiedz mi, co widziałaś.
Charlize przyszła do mnie ponad dwa lata wcześniej. Południowa zabrała jej rodzinę, pieniądze, pozycję i wiarę. Pozbawiła napędu i kierunku, więc Charlize zdryfowała, a prądy zaniosły ją nad popioły Yellowstone. Po trzech miesiącach jeździła na samodzielne patrole. Po sześciu dostała ludzi pod komendę.
Oblizała usta. Wszyscy mieliśmy jednakowo spierzchnięte wargi, tutaj się tego nie dało uniknąć.
– Jesteśmy już prawie pewni – powiedziała. – Udało mi się odszukać prawie wszystkie instalacje i na ile Rosa była w stanie to ocenić, teoria Schwerin trzyma się kupy. Zewnętrzne pylony to podstawa, tak, ale żeby utrzymać całą tę kwarantannę, potrzebowali stabilizatora w centrum.
– W centrum.
Patrzyłyśmy na siebie, a niewypowiedziana nazwa piekielnego stanu wisiała między nami jak mgła.
– Wszystko się opiera na centrum.
– Tak... Tak, zabawne, jak wszystko zawsze tam wraca. Na ile jesteś pewna?
– Jeszcze nie całkiem.
– Ja tam byłam, Charlize – powiedziałam, zanim osunęła się w dywagacje i tłumaczenie teorii. Jej oczy rozszerzyły się jak u dziecka. – Tam faktycznie jest stacja. Maleńka i bardzo, bardzo wytrzymała. Natomiast do tej pory... Zawsze myśleliśmy, że to po prostu stacja pomiarowa i tylko dlatego Yellowstone jeszcze nie zabił tego sprzętu.
– Och, próbuje go zabić, to na pewno. Szefie, czy... przyglądałaś się komputerom? W tej stacji?
– Nie. – Uśmiechnęłam się bez nawet grama wesołości. – Mieliśmy to zrobić, ale sytuacja... bardzo szybko wymknęła się spod kontroli. Wyoming zabija, Charlize. Bezlitośnie. Z całej wyprawy przeżyliśmy tylko ja i Aziz.
– W takim razie póki co to jedynie robocza teoria, szefie.
– Że kwarantannę stabilizuje jedna stacja po środku niczego, do której nikt z Komisji nie ma żadnych szans się dostać.
– No... Tak. Tak. Wiem, jak to brzmi, ale...
– Budowali ją, żeby trwała – mruknęłam, przyciskając dłonie do oczu. – Stawiali ją na szybko, olewali tyle spraw. Ale miała trwać.
Co najmniej jedna trzecia wszystkich zleceń od Komisji dotyczyła inspekcji i konserwacji pylonów, które utrzymywały całą sieć kwarantanny w mniej więcej zbilansowanym stanie. To była jedna z niewielu dziedzin, w której nasze interesy pokrywały się z tymi cywilizowanego świata: nikt nie chciał, żeby trucizna rozpełzła się po całym globie. Nam to dawało osłonę przed resztą ludzkości.
Im – życie.
– No dobrze. A pogoda?
Wzruszyła bezradnie ramionami.
– Edmonton raportowało problemy od morza, ale nic poza skalą.
Skala obejmowała zarówno duszące upały, jak i fale tsunami, i obie to wiedziałyśmy. I to również była wina kwarantanny i zachwiań bilansu energetycznego. Wina wszystkich niedoróbek Komisji, z którymi ja się musiałam użerać.
– Dobra robota – pochwaliłam, bo to nic mnie nie kosztowało. – Jakbyś czegoś potrzebowała, daj znać... Tak, Dan?
Twarz adiutanta, który bezszelestnie wychynął zza zasłonki, była blada. I zdecydowanie nie zwiastowała dobrych wiadomości.
– To Aziz, szefie – sapnął, całkowicie ignorując Charlize. – Wpłynął raport i... I...
Czułam, jak gęsia skórka podnosi mi wszystkie włosy na rękach. Zacisnęłam zdrową dłoń w pięść, ale nawet to nie pomagało; miałam mniej siły niż chory szczeniak.
– I?
– Nici z pułapki. Oni w ogóle nie pojawili się w okolicy jezior.
– Co? W takim razie gdzie są?
– Jadą tutaj, szefie.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

ODPOWIEDZ