UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

OZ reborn - tekst

Opowiadania starsze lub starawe. Takie, których autorzy nie mają już kont na forum, albo takie, których treść na prośbę autora została usunięta, a bo to na konkurs iść miało, a bo co innego.

Komentowanie w tym dziale jest wyłączone.

Awatar użytkownika
Maradine
Posty: 795
Rejestracja: 15 lutego 2011, 16:31
Lokalizacja: Elantris
Kontaktowanie:

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Maradine » 07 kwietnia 2014, 21:23

- Ale wiesz, że to niegrzeczne, prawda? - zapytał uprzejmie Informator.
- To nagły przypadek... - tłumaczył po raz kolejny Jivan, odbijający się w szkiełku okularów przeciwsłonecznych Informatora.
- Wiesz, że teraz będę musiał kupić nowe? Doliczę to Kuolemu do rachunku.
- Nieważne! - Miniaturowy Jivan machnął miniaturową ręką. - Co ważniejsze, pięć minut temu jacyś tajniacy w lateksowych wdziankach zwinęli Graba. Nie byłoby problemu, gdyby nie przylecieli ornitopterem, kij jeden wie gdzie to cholerstwo ląduje.
- Więc potrzebujesz informacji dotyczącej umiejscowienia tajnej bazy służb specjalnych i to akurat oddziału zajmującymi się szumowinami najgorszymi z najgorszych?
- Zapewne...
- Aaach.
- I czego wzdychasz?
- Życie jest ciężkie - westchnął Informator i rzucił okularami gdzieś przed siebie.
Jivan poradził sobie z tą sytuacją bardzo elegancko, z gracją kota schodzącego po schodach. Na czterech łapach.
- Ale wiesz, że to niegrzeczne, prawda? - fuknął zirytowany.
- JA bym nie wiedział? - odpowiedział Informator z wyższością. Już dawno doszedł do wniosku, że przyjęcie postawy skończonego sukinsyna nie zrobi większej różnicy mieszkańcom Obłędu, skoro był już takich pełen. Czasami zdolności wtapiania się w tłum napawały Informatora niesłychanym samozachwytem i dumą.
- I pomyśleć, że przy naszym pierwszym spotkaniu wyglądałeś na profesjonalistę. - Jivan krążył po pomieszczeniu, próbując znaleźć jakiś większy odłamek szkła stłuczonych okularów, czy cokolwiek innego na zastępstwo.
- J e s t e m profesjonalistą. Pięćset bluzgów.
- Bluzgiem, to ja ci mogę rzucić jednym, tak od zaraz - syknęło odbicie Kuole'go.
- Cóż, nie znam się na życiach lustrzanych odbić, ale nawet informator musi z czegoś żyć, wiesz?
Jivan rozejrzał się po pustym pomieszczeniu prychając przez nos.
- Nie mieszkam tu - sprostował szybko Informator, patrząc na rozmówcę jak na idiotę.
- Czy ja się w końcu, do jasnej cholery, dowiem, gdzie zabrali tę śmierdzącą kupę szmat? - wysyczał ze złością ów rozmówca, nie lubiący, gdy traktowano go jak Kuo... debila.
Ten właśnie moment wybrał sobie głośny huk, by zaistnieć w przestrzeni, Kuole, by wtarabanić się do pomieszczenia, a próg by potknąć o siebie Kuole'go.
Obrazek

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 151
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Prophet » 13 kwietnia 2014, 17:04

- O nie... - Jęknął, zatykając sobie nos.. - Wszystko tylko nie on... Po kij on tu idzie?...
-...ej, młody... - Urwał, bo syrena powróciła do swego repertuaru powrzaskiwań.
Po chwili okazało się, że najzwyczajniej w świecie trafia ją szlag, przy okazji zahaczając o przebywających w pobliżu ludzi.
- O, ja pierdolę! - Kuole chciał podejść i przyjrzeć się temu z bliska, ale śmierdziel i Jivan mieli najwyraźniej inne plany, bo dość chamsko zaciągnęli go za winkiel.
Jedyne, co zdołał z siebie wykrztusić, gdy akwarium rozpadło się na kawałki, a woda zalała ulicę i niedobitki z tłumu, to jakże trafne podsumowanie sytuacji.
- No ja pierdolę, nie wierzę! – sapnął Kuole, oglądając pandemonium, bardziej zaciekawiony widowiskiem niż przerażony. W końcu syrenę trafił szlag, tak jak sobie zażyczył. Nie sądził, że może ona spełniać takie życzenia.
- …pałeczki… – szepnął Grab, wgapiając się w rzeczony przedmiot.
- C-co?
- Coś musiało być na pałeczkach… i… – Mężczyzna podrapał się po zaroście, po czym w zamyśleniu spojrzał na resztki różowego akwarium – I zareagowało z mydlinami, i… i…
– I? – Kuole uniósł brew nad czerwonym okiem.
– …i chyba nie wiem, jak to zneutralizować… – Grab zwiesił smętnie ramiona, gdy tymczasem niebieska piana kończyła dzieło zniszczenia.
Kuole chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Jivan stuknął go w ramię i pokazał coś w górze. Mgnienie oka później padł na nich cień ornitoptera patrolowego i trzasnęła spuszczana w dół drabinka.
– Chyba mamy kłopoty…
Grab pokręcił smętnie głową.
– Ja mam – poprawił równie rzeczowo jak zawsze, wyrywając się najwyraźniej z chwilowego załamania.

Patrzyli tępo w ślad za oddalającym się pojazdem. Co gorsza, dobrze wiedzieli jak działa miejscowy organ sprawiedliwości oraz jaką karę wymierzą Grabowi.
- kurwa... - mruknął mag. - Jivan... Najpierw ratujemy jego czy miasto?
Odbicie rozejrzało się po pobojowisku.
- Tu już nic nie zrobimy. Nie zaryzykuję, że znów się pomylisz przy wskrzeszaniu... - Aż za dobrze pamiętał, gdy, chcąc wskrzesić dziecko zmarłe na zarazę, Kuole przywołał demona poziomu szóstego. - Idziemy wyciągnąć Graba spod stryczka.. To znaczy, ja poszukam informatora, a ty – urwał. - Ty tu posprzątaj. Bez magii.
- no wiesz...
- no właśnie wiem.
- doooobra...

***

- Czy ja się w końcu, do jasnej cholery, dowiem, gdzie zabrali tę śmierdzącą kupę szmat? - wysyczał ze złością Jivan. Nie doczekał się jednak odpowiedzi, gdyż albowiem Kuole najwyraźniej skończył pomagać w sprzątaniu trupów i, z należną sobie gracją, wtarabanił się do pomieszczenia, a jego nos bardzo serdecznie zapoznał się z podłogą koło lewego buta Informatora.
Jivan był po raz kolejny zdziwiony, z jaką łatwością ten idiota był w stanie go odszukać. Chwycił swego stwórcę za oszywkę i postawił do pionu. Jak można się było domyślić po wyszczerzonej mordzie, nic mu się nie stało.
- Ej, znalazłeś Infusia! - krzyknął uradowany i, nie zważając na protesty głównego zainteresowanego, złapał Informatora w pasie i począł wirować dookoła pokoju w rytm tylko sobie znanej piosenki.
- Zabierz go ode mnie!
- On mi kazał zbierać trupy! – Kuole nie omieszkał się poskarżyć na tę jawną niesprawiedliwość. – I to trupy umazane w jakiejś głupiej truciźnie! – dodał, dalej wirując z Informatorem w objęciach.
Jivanowi nie pozostało nic innego jak wykonać klasycznego facepalma.
- Ani myślę - odparło odbicie, szczerze rozbawione tą sytuacją. - Chyba, że nieco zejdziesz z ceny...
- Porąbało się. - Kuole skończył wirować i jedynie ściskał biednego informatora niczym pluszowego misia. Jivan mógłby przysiąc, że słyszy trzeszczenie prawie złamanych kości.
- W takim razie ja idę po jakiś pojazd, ale Kuole tu zostanie i poczeka z tobą. – podsumował i ruszył w stronę drzwi.
- Zaraz... Czekaj! – krzyknął wyraźnie przerażony Informator. - Niech będzie.. Trzysta.
- No, od razu lepiej. – Jivan pomógł mu się wyswobodzić z rąk uchachanego Kuole. - To gdzie zabrali śmierdziela?
- Do Wieży Wszelkiego Podłego i Niewybaczalnego Występku. To pół dnia drogi, na zachód stąd. Kierownikiem jest niejaki Mżyszczynow. Podobno ma słabość do psów.
- Czyli musimy najpierw znaleźć sobie psa… Chyba widziałem tu niedaleko jednego. Dzięki. - Położył na stoliku umówioną kwotę - Kuole, idziemy. Do następnego!
- Oby nie... – mruknął Informator rozmasowując obolałe żebra.

***

Wyszli poza mury miasta.
- Dobra, Kuole, skup się. – westchnęło odbicie, przywiązując świniopegazy do pobliskiego drzewa. - Gdzieś tu musi być pies… Kuole?
Nigdzie dookoła nie było śladu po zidiociałym magu bez piątej klepki, więc, mamrocząc pod nosem wyzwiska, zaczął go szukać. Znalazł go, po drugiej stronie znajdującego się nieopodal pagórka, bawiącego się z psem rasy… jaka to może być rasa? Dla Jivana wyglądało to na coś w stylu „pół jamnik, pół york, pół ratlerek”, ale nie będzie wybrzydzał.
- Zobacz jakie śliczności znalazłem! – Kuole był wyraźnie dumny ze swojego znaleziska, trzymanego teraz przez niego na rękach. – To co, idziemy? – Ruszył w stronę ścieżki, a Jivan, chcąc nie chcąc, powlókł się za nim.
- Mam tylko nadzieję, że to się uda...
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Kruffachi » 01 maja 2014, 17:11

Grab dźgnął widelcem złocistą panierkę, a potem wziął się do starannego odkrawania zaskakująco eleganckiego kęsa. Mimo ssącego żołądek głodu nie zamierzał się spieszyć, skoro spożywał ostatni posiłek skazańca. Kotlet wyglądał jak należy – wysmażony, pachnący cebulą, w kałuży uczciwego tłuszczu.
Szkoda tylko, że okazał się bezużyteczny.
Ponieważ przyrządzono go na oleju, a nie na smalcu, możliwość użycia go do skonstruowania bomby fasolowej zwyczajnie nie istniała. Tłuszcz pochodzenia roślinnego doprowadziłby co najwyżej do malowniczego rozbryzgu mózgu konstruktora na suficie i z pewnością nie nadawał się do precyzyjnych wyburzeń.
Tak zatem ostatnia deska ratunku pokazała obraźliwy gest, napuchła, złamała się i rozpadła na tysiąc drzazg, dryfujących teraz smętnie ku zachodzącemu słońcu, a Grab pocieszał się myślą, że przynajmniej ominie go odprowadzenie comiesięcznej składki do budżetu Wspaniałych.
Włożył kęs do ust i zaczął przeżuwać w skupieniu.
I wtedy usłyszał podejrzany szmer. Odwrócił się i ujrzał jeża.
Jeża, z którym łączyła go pewna kompromitująca i kolczasta anegdota – wszędzie rozpoznałby ten zadumany ryjek i czarne, guzikowe oczy. Patrzyły na niego jakby z zainteresowaniem, zresztą całkiem odwzajemnionym, zwłaszcza jak na Graba.
Czy znał jakiś sposób na uczynienie jeża materiałem wybucho…
Nie, nie, nie! – potrząsnął głową, wyrywając się z ciągu myślowego, wciąż uparcie oscylującego wokół eksplozji i ucieczki przez dziurę w ścianie. Nie mógłby tak po prostu wybuchnąć jeża!
Zamrugał.
Znaczy – jeż zamrugał.
Grab ostatecznie też. Przełknął kęs kotleta, niemal nie czując smaku, co wcale mu się nie spodobało, z racji, że był to ostatni kotlet w jego życiu i pierwszy od dobrych kilku miesięcy. Zmarszczył brwi i zacisnął bojowo dłonie na sztućcach.
Jakby mu tak, temu jeżowi, fasolkę do dup… Nie, nie! Nie będzie żadnego wybuchania jeży! Nawet takich wkurzających jeży, przeszkadzających w ostatnim posiłku!
– …idź stąd! – mruknął Grab z niejaką złością i machnął ręką uzbrojoną w dwuzębny, z pewnością pamiętający lepsze czasy widelec, ale na zwierzątku nie zrobiło to większego wrażenia. Wręcz przeciwnie, może nabrało nadziei na jakieś resztki (czy jeże lubią kotlety?), bo podeszło bliżej, stanęło słupka i jakoś tak… znacząco… zmarszczyło ryjek.
Nastąpiła kolejna wymiana mrugnięć.
A potem jeż zaczął wydawać… dźwięki. Coś między szorowaniem pilnikiem o oporną kłódkę, a krztuszącym się napędem na pijanego demona. Przez moment sprawiał wrażenie, jakby chciał coś powiedzieć i Grab mógłby przysiąc, że dostrzegł niecierpliwe przestępowanie z łapki na łapkę.
No doprawdy, nawet ostatniego kotleta nie można zjeść w spokoju…

*

Idąc na szafot, Grab robił rachunek stosunkowo czystego sumienia. Był w końcu Wspaniałym i to od samych narodzin, więc zawsze starał się postępować jak na Wspaniałego przystało. Wiedział też, że za krwiożerczą, niebieską pianę nie ponosi obiektywnej winy. Jeśli coś go teraz naprawdę gnębiło, to nie absurdalnie długa lista ofiar, jakie mu przypisywano, a rudowłosa morderczyni i jej pierdółki do włosów. Obiecał, że je odda, a tymczasem nie tylko je stracił, ale też szedł pożegnać się z życiem, co raczej zamykało drogę do ponownego spotkania, przynajmniej tak długo, jak dziewczyny nie dorwą jakieś złowieszcze macki z kanalizacji. A kiedy już dorwą ją te krwiożercze macki, to też wątpliwe, by się spotkali, bo przecież kroczyła drogą występku.
Grab westchnął cicho i raczej smutno, myśląc o tym zmarnowanym młodym życiu i o pokrzywionej moralności. No dobrze, może był nieśmiały, ale przynajmniej dostałby szansę, żeby spróbować się odezwać, a tak? Nie miał bladego pojęcia jak, pewnie musiałby najpierw znaleźć Informatora i dowiedzieć się, gdzie jej w ogóle szukać, a potem dorwać Kuolego i jakoś go namówić, żeby może z nią pogadał i przekazał jej… co właściwie? Nie pal, bo nie urośniesz? Przecież ona z zimną krwią zamordowała człowieka, a jej kok podtrzymywały dwie śmiertelnie niebezpieczne szpile! Czy ktoś taki chciałby słuchać eksplodującego spontanicznie różowym entuzjazmem dla życia pół-wampira albo tym bardziej pospolitego włóczęgi, któremu zdarzało się w dodatku nieco cuchnąć?
Niczego nie mógł też poradzić w sprawie Floresa Grozmoła. Niby wspomniał o tym jednemu czy drugiemu śledczemu, ale nie chcieli go słuchać i byli ogólnie mało przyjemni.
– Uprasza się o niezmienianie tematu! – pokwikiwał jeden z nich, taki bardzo wysoki i bardzo chudy, z oczami, które wyglądały, jakby zaraz miały upaść na blat stołu oddzielającego urzędników od więźnia.
Grab automatycznie zamknął jadaczkę, sam trochę zszokowany faktem, że wyrzucił z siebie tyle słów na raz, ale skoro już niespodziewanie wzięto go na jeszcze jedno przesłuchanie, nie mógł przepuścić okazji i w szczegółach streścił śledczym nocne wydarzenia.
Szybko przekonał się zresztą, że całe to przesłuchanie to jedynie formalność i nikt nie zamierza go słuchać ani w tej, ani w jakiejkolwiek innej sprawie, a już na pewno nie wypuszczać. Wezwano go, bo z siedziby Wspaniałych przyszło potwierdzenie jego przynależności do organizacji, a skoro tak, miał prawo do adwokata, który leżał przez cały czas pod stołem i pobekiwał pijacko, głęboko niezainteresowany wydarzeniami ponad blatem.
Hm, czy to możliwe, żeby komuś tak bardzo zależało, żeby zamieść całą tę sprawę pod dywan? Dlaczego? Przecież to się w Obłędzie zdarzało. Ba! – miasto z pewnością widziało dziwniejsze rzeczy niż spadające syreny. Akta miejskie zawierały też opisy bardziej krwiożerczych i niszczycielskich wydarzeń niż atak niebieskiej piany. Tak właściwie stolicę jakaś totalna katastrofa spotykała średnio raz na pół roku i jej mieszkańcy oraz włodarze z pewnością byli ekspertami w dramatycznych zgonach. Wymiar sprawiedliwości też powinien być przyzwyczajony. Nie wspominając już o tym, że papiery Wspaniałego zwykle zapewniały nieco więcej niż pijanego w sztok grubasa, który pewnie nie potrafiłby udowodnić, że nie jest budyniem wiśniowym, a co dopiero wybronić oskarżonego o taką zbrodnię.
Coś tu zdawało się bardzo, ale to bardzo brzydko pachnieć i myśli Graba znów mimowolnie powędrowały ku rudej panience i jej fryzurze. Czy to możliwe, żeby ktoś chciał zatuszować jej udział w całej sprawie? Przecież kiedy podał śledczym zatrute szpile, zwinęli je natychmiast, a potem słuch o nich zaginął.
Mężczyzna fuknął z irytacją – nie był dobrym detektywem, bo gubił się w ludziach i ich motywacjach. Wolał swoje narzędzia i problemy techniczne. Wzory. To się nie zmieniało i było przewidywalne.
I nie przeszkadzało im – znaczy wzorom – że czasem się śmierdzi.
– Uprasza się o okazywanie śledczym szacunku!
Grab zamrugał, dłuższą chwilę nie wiedząc, o co chodzi.
No właśnie – ludzie. Nie to, że ich nie lubił, wcale nie. Za to przypominali mu równania z całym miliardem zmiennych.

*

– Niniejszym oświadcza się – zaczął odczytywać wyrok urzędnik o iście grobowym i znudzonym głosie – że Grab, syn Świerka, syna Jawora…
No tak, pomyślał Grab z niejakim rozbawieniem i nawet zaśmiał się pod nosem.
Musiał przyznać, że Wspaniali wyrobili mu całkiem ładną metryczkę. Przyjemnie to brzmiało. Na pewno lepiej niż Grab, syn Graba i Probówki.
– …winny jest śmierci stu czterdziestu dwóch osób, w tym jednej syreny, szesnastu psów, czterech kotów i trzydziestu trzech gołębi. Oraz – tu nastąpiło chrząknięcie – jednego stworzenia o niezidentyfikowanej przynależności gatunkowej.
Grab westchnął nieco znużony, bo słyszał to już w ostatnio parokrotnie i zmierzył krytycznym spojrzeniem śmiercionośną konstrukcję, na której miał niebawem zadyndać. Drzewo skarpetkowe, no doprawdy. Za długo to tu nie postoi, kto to widział odwalać taką fuszerkę. I do tego przerdzewiałe elementy mechanizmu zapadni…
– …oże nie odpalić… – mruknął Grab do kata.
Ten wzruszył obojętnie ramionami, nie zaprzestając rytmicznego przeżuwania jakiejś zakąski. A potem wskazał głową schodki.
– Właź – rzucił.
Grab podreptał więc posłusznie, a kiedy znalazł się na podwyższeniu, kat założył mu na głowę worek. Trochę śmierdział, pewnie poprzednimi nieszczęśnikami, ale trudno. Nie takie smrody się w życiu znosiło, a niejeden wylazł spod jakiejś pachy. Po worku nastąpiło nakładanie pętli i Wspaniały po raz pierwszy naprawdę pożałował, że ma związane dłonie, bo powróz drażnił go w bok szyi i chętnie by się podrapał.
– KACIE! – zagrzmiał urzędnik, prawdopodobnie dramatycznie wyciągając rękę, ale tego Grab nie mógł zobaczyć. – CZYŃ SWĄ POWINNOŚĆ!
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: A. Mo'zart » 03 maja 2014, 18:08

Pan Kaleson najadł się, a kiedy był najedzony, stawał się łagodny jak owieczka i tylko dlatego dziwaczny mężczyzna nie stracił ręki, naruszając jego przestrzeń osobistą. Fakt, że jakiś człowiek nosił go na rękach niczym sługa swojego pana był dodatkowym atutem.
- To jaki dokładnie mamy plan?
Chociaż Kuole był gotów wypaplać wszystko dziwnemu, przedstawiającemu się jako Korneliusz mężczyźnie, Jivan zdołał przemówić mu do rozsądku. Potrzebowali jedynie wypożyczyć psa, nie ciągnąc ze sobą właściciela. W dodatku takiego, którego zachowanie mocno odbiegało od normy, nawet w takim miejscu jak Obłęd. Nie patrzył swojemu rozmówcy w oczy, w ogóle nie patrzył nawet w jego kierunku, a jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Nawet on, będący jedynie odbiciem lustrzanym, był bardziej ludzki od niego.
- Pokażemy psa temu ważnemu, on się będzie z nim bawił, a my zabierzemy Graba.
Plan Kuole nie mógł już być bardziej prosty i naiwny. Oczywiście nie brał pod uwagę żadnych przeszkód i nawet nie przyszło mu do głowy, że coś mogłoby pójść nie po jego myśli. Niestety nikt nie miał lepszego, wiec musieli się go trzymać. W dodatku Korneliusz zdawał się go popierać.
- Jest jeszcze jedna sprawa - uśmiech, wyglądający jak namalowany, nie schodził z twarzy Korneliusza. - Ile zapłacicie.
Jivan i Kuole zatrzymali się, spoglądając na siebie z zakłopotaniem. Tego nie wzięli pod uwagę. Już wystarczająco dużo zapłacili Informatorowi i grab powoli przestawał być tego wart. Korneliusz nadal szedł, nie zauważając, że znaleźli się za jego plecami.
- Zapłacimy?
- Za mój czas.
- Nie musiałeś iść z nami. Potrzebujemy tylko psa.
Na hasło "tylko psa" Pan Kaleson otworzył oko, powarkując. Stwierdzenie "tylko pies" irytowało go od czasu, gdy stracił swój pierwszy dom. To tylko pies, mówili, on nie ma uczuć. Nakazał Korneliuszowi zatrzymanie się, a sam wyrwał się z rąk Kuole i zeskoczył na ziemię. Nie był już tak przyjazny, jak jeszcze przed chwilą.
- Nigdzie nie idziemy.
- Ale jak to?
Kuole wyglądał na naprawdę przerażonego. Nagle na jego doskonałym planie pojawiła się gruba rysa.
- Ale grab. Niewinny człowiek. Gdzie pana sumienie? Człowieka trzeba ratować.
- Nie za darmo.
Jivan przewrócił oczami. Dlaczego wszystko kręciło się wokół pieniędzy?
- Ile?
Na szczęście dla Pana Kalesona, obaj mężczyźni skupiali się na Korneliuszu, nie zauważając kto naprawdę podejmuje decyzje. Zmarszczył brwi na tyle, na ile pozwalało mu jego naturalne, psowate ograniczenie. Nie wiedział ile powinien zażądać za przysługę. Mężczyznom zależało, wiec chyba dużo, ale nie miał pojęcia ile to było dużo. Czy dwa kurczaki to dużo? Najadłby się jak nigdy. Albo pół świni? Tylko co by zrobił z taka ilością. Mógłby odłożyć trochę pieniędzy na później. Może tyle, ile dziennie wygrywał w karty? Dwa razy tyle? A jeśli przesadzi i poszukają innego psa? Nie obchodził go cały ten Garb, ale nie chciał tracić okazji do zarobku.
- Trzy... - nie umiał odczytywać ludzkich emocji. Gdyby któryś z nich miał ogon, wiedziałby czy dobrze zaczął. - Czternaście.
- Czternaście czego?
Kuole i Jivan odpowiedzieli niemal jednocześnie.
- No czternaście monet. Tych małych żółtych.
Jivan nie dopuścił Kuole do słowa wiedząc, że wrodzona uczciwość każe mu podbić stawkę.
- Myślę, że to dobra cena. Możemy tyle zapłacić.
Nikt nie zwrócił uwagi na psa, który nagle zaczął radośnie merdać ogonem i biegać dookoła, jakby właśnie znalazł największą kość na świecie.
- Więc jaki naprawdę mamy plan?

Wprawdzie Kuole do końca upierał się przy realizacji jego planu, lecz pozostali postanowili działać po swojemu. W przeciwieństwie do maga, nie wierzyli by na słowo honoru uwierzono w niewinność Graba i uznano całą sytuacją za nieszczęśliwy zbieg okoliczności, z którego kiedyś wszyscy będą się śmiać. Tak samo nie przypuszczali, by sama obecność Pana Kalesona cokolwiek zmieniła. Owszem, on miał kluczowe zadanie odciągnięcia uwagi naczelnika, co mogło dać im kilka dodatkowych minut, lecz to mogło nie wystarczyć. Ludzie zginęli i ktoś musiał za to odpowiedzieć, a jeśli nie Grab, musieli oddać w ręce prawa prawdziwego sprawcę. Właścicielkę pałeczek. Jivan chciał posłać Kuole na jej poszukiwania, lecz po krótkich negocjacjach musiał przyznać, że jego umiejętność pojawiania się w lustrach będzie nieoceniona w ich sytuacji, zwłaszcza, ze nie mieli wiele czasu. W tym samym czasie Kuole miał zrobić wszystko co w jego mocy, by odnaleźć Graba. Nawet, jeśli miałoby to oznaczać rzucenie kilku zaklęć. Wszyscy poza nim mieli nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Dotarli do celu szybciej, niż się spodziewali. Wejście do Wieży Wszelkiego Podłego i Niewybaczalnego Występku nie było strzeżone i Jivan od razu wyczułby w tym jakiś postęp, lecz zadowolony z siebie Kuole nie zwrócił na to uwagi. Gdyby zainteresował się miejscem, w którym się znaleźli wiedziałby, że wejście do środka nigdy nie było problemem. Niestety nie dało się powiedzieć tego samego o wyjściu. Bez trudu znaleźli gabinet naczelnika, choćby dlatego, że był to pierwszy i największy gabinet, umieszczony zaraz po wejściu na pierwsze piętro. Kuole wziął Pana Kalesona na ręce i wszedł do srodka.

Awatar użytkownika
Stwór
Posty: 31
Rejestracja: 21 lutego 2014, 00:32

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Stwór » 08 maja 2014, 18:50

Z głuchym pyknięciem i obłoczkiem szarego dymu, w multiwersum pojawił się Stwór. Nie trzeba było być magiem, by stwierdzić, że ów konkretny Stwór miał zdecydowanie niewielki poziom morficznej energii – wzrostem nie przekraczał bowiem 20cm i z wolna, choć nieubłaganie, wciąż malał. Przebierał teraz szybko maleńkimi nóżkami, próbując odciągnąć swój pozostały zapas energii od kilku natrętnych morficznych pijawek, które brzęcząc podlatywały i spijały coraz to mniejszy obłoczek.
Sytuacja robiła się nieciekawa. Zdołał, co prawda, uciec przed większością chmary skokiem między światami, jednak kosztowało go to prawie całą pozostałą energię – nie miał siły już walczyć ani uciekać przed tymi kilkoma natrętami, co mogło zakończyć się tragicznie. Nie miał realnych szans, nie w tym ciele, które potrzebowało morficznej energii do zachowania bytu. Wiedział o tym doskonale. Pozostała mu ostatnia, rozpaczliwa próba – mógł zaciągnąć poważny energetyczny kredyt, aby zdobyć stabilne w tym świecie ciało. Spojrzał jeszcze raz na groźnie kurczącą się chmurę energii i na morficznożerne pijawki. Nie miał wyboru. Będzie głodny, zmęczony i bez żadnego okrycia, bo dotychczasowego ciała zwyczajnie brakowało mu już na stworzenie wszystkiego – a od ubrania ważniejsze były modyfikacje w ciele, które dostanie.
Doczesne ciało Stwora rozerwało się na strzępy, a w jego miejscu głucho opadła na ziemię niewątpliwie człowiecza postać. Demon, nie podnosząc się z ziemi, obmacał swoją nową głowę i z zadowoleniem stwierdził, że jego tkanki wystarczyło na stworzenie pełnowymiarowych stworowych uszu. Następnie przeniósł ręce na swój tył i z rozgoryczeniem, choć bez zdziwienia, zanotował, że zamiast długiej kity ma jedynie krótką, puchatą kuleczkę – nastawił się więc na duże problemy z zachowaniem równowagi przez pierwsze godziny.
Z cichym warkotem odwrócił się w kierunku morficznych pijawek, wciąż zajadających jego prawie już nieistniejący balon energii. Chwilę zajęło mu odnalezienie właściwych mięśni potrzebnych do wykonania karykaturalnego skoku na cztery kolibropodobne stworzenia, a gdy to mu się udało, postanowił zutylizować je w najprostszy możliwy sposób – czyli zjeść. Odzyskał tym samym śmiesznie małą część skradzionej energii i spłacił jeszcze śmieszniejszą część energetycznego długu, który zaciągnął. I, co najważniejsze, przestało go ssać w żołądku.
Wytarł zakrwawione usta, jedynie pogarszając sprawę, po czym obrał jeden konkretny kierunek marszu. Czy raczej pełznięcia, czołgania się, poruszania się na czworaka i w każdy inny możliwy sposób, który odbiegał od stawania na dwóch nogach, bo to kończyło się szybkim upadkiem na ziemię. Szukał wzniesienia, żeby zobaczyć, gdzie jest i co dalej.
Gdy po długim – z braku lepszego określenia – przemieszczaniu się dotarł do jakiegoś pagórka i się na weń wspiął, odkrył z miłym zaskoczeniem, że ten jest znacznie wyższy, niż początkowo myślał. Rozglądając się, dostrzegł miasto i, ku jeszcze większej radości, kawałek świeżo rozkopanej ziemi, wokół której unosił się zachęcający zapach mięsa. Po chwili odkrył, że ludzkie ręce, które dostał, nie zostały stworzone do kopania w ziemi – nie zraził się tym jednak, aż natrafił na skarb, którym okazało się nie być mięso, a monety. Widział podobne w innych światach i wiedział, że można było je wymienić na, chociażby, ubranie, którego brak zaczął odczuwać dawno temu. Zebrał trochę monet, uważając, żeby zostawić wystarczająco dużo właścicielowi – wszak nie zamierzał być w tym świecie zbyt długo, a uczciwość była wśród Stworów cechą cenioną – i z zamiarem ich późniejszego oddania, ruszył w stronę miasta, starając się zachować tym razem pozycję pionową.

Mężczyzna targował się właśnie z obiecującym klientem, gdy ktoś pociągnął go za ubranie. Zignorował to, nie chcąc wypaść z transakcji, jednak natręt nie dawał za wygraną, raz po raz przypominając o swojej obecności. W końcu handlarz stracił cierpliwość i odwrócił się gwałtownie z zamiarem nawrzeszczenia na zarazę, która nie daje mu pracować, nie zdołał jednak powiedzieć słowa. Stała przed nim bowiem naga kobieta, co samo w sobie nie było widokiem bardzo niezwykłym – jednak ta kobieta, mimo bycia umorusaną w ziemi i krwawych śladów przy ustach, była wystarczająco urodziwa, by odebrać mowę.
Miała duże, migdałowe oczy barwy jasnego, rudego brązu i podobnego koloru długie włosy w twórczym nieładzie. Twarz drobną, trójkątną, zdobną w zadarty nosek, szyję długą, ramiona w piegach... Do tego, och, parę kształtnych, całkiem sporych i pewnie niesamowicie miękkich piersi... Mężczyzna rozmarzonym wzrokiem powiódł jeszcze niżej. I w dodatku kompletny brak owłosienia w miejscach, gdzie większość mężczyzn go nie lubi! I te okrągłe bioderka, i piersi, i pełne usta, i, co stwierdził ze zdziwieniem, duże, puchate uszy, dziwnie podobne do lisich... Handlarz otrzeźwiał na tyle, by zobaczyć niezadowolony grymas na twarzy kobiety i sunącą ku niemu pięść.
Po jakimś czasie, gdy już przestało mu się kręcić w głowie i otrząsnął się z szoku pourazowego spowodowanego KOBIECYM ciosem (i to w dodatku PIĘŚCIĄ), spojrzał już z nieco większą rezerwą na przybyszkę. Ta z kolei wyciągała ku niemu garść pełną różnych monet i, upewniwszy się, że jej się przygląda, zaczęła wskazywać na siebie wolną dłonią, po czym pocierać nią twarz.
- Co? – odezwał się mało elokwentnie mężczyzna, po czym cofnął się o krok, gdy kobieta znów przybrała niezadowolony wyraz twarzy.

Stwór rzucił monety na stosy materiałów leżące na stolikach wokół. Chciał się umyć, coś zjeść, coś wypić i dostać ubranie. Nie znał tutejszego języka, musiał więc zdać się na prymitywne miganki.
Dostrzegł szklankę wody stojącą w głębi straganu, więc szybko ja porwał i, upewniając się, że ten kretyn patrzy, polał odrobiną brudne ramię, a następnie starł z niego brud i podobne, wycierające ruchy pokazał na reszcie swojego ciała. Człowiek wyglądał jakby zaczął coś rozumieć, bo jego twarz tak jakby zaczęła nieco inteligentniej wyglądać. Stwór pokazał jeszcze „pić” i „jeść”, co było już prostsze, po czym pociągnął mężczyznę za ubranie, postukał w nie palcem, po czym wskazał na siebie. Człowiek zdawał się rozumieć, więc demon wręczył mu monety i dał się poprowadzić.

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Kandara » 04 czerwca 2014, 03:17

z cyklu, co wychodzi Kandarze, gdy cisną...

Powietrze cuchnęło. Ciężka, słodkawo-kwaśnawa woń śmierci unosiła się ponad miastem, powoli zaciskając swe szpony na gardle metropolii. Jang-Won czuła to wyraźnie. Wrażliwy narząd węchu dziewczyny wręcz bolał od natężenia tego fetoru, który przyćmiewał sobą wszystkie inne zapachy, sprawiając, że nawet dla kociego nosa panny Kim stawały się niewyczuwalne. Zmarszczyła go, pociągnęła nim kilka razy. A jednak kostucha nie przyćmiła wszystkiego. Bo to w powietrzu wyczuła inną nutkę, delikatniejszą kwiatową... Mocniej zaciągnęła się powietrzem i już wiedziała, że to lawenda zmieszana z jaśminem, czyli jej własna osobista trucizna, której opracowanie zajęło jej pół roku, a której zapas teraz będzie musiała wylać do kanału, tak na wszelki wypadek, gdyby jednak okazało się, że ktoś w tym mieście myśli.
Wskoczyła na najbliższe drzewo, przeskoczyła na jakiś daszek, stamtąd na parapet na drugim piętrze jakiegoś wieżowca i wspięła się na dach, przycupnęła, osłoniła oczy daszkiem z dłoni i przez jakiś czas trwała nieruchomo. Z tej wysokości miała dobry widok na większą część miasta, w tym na opuszczony niedawno plac, stanowiący teraz źródło tego obrzydliwego zapachu. Sytuacja naprawdę nie wyglądała ciekawie: kostkę brukową wciąż pokrywała niebieska piana... Polizała palec, uniosła dłoń nad głowę i raz jeszcze wciągnęła głęboko powietrze. To tylko potwierdziło to, co wiedziała już od kilku minut. Puściła się biegiem.
Niewielki pokoik na poddaszu jakieś kamienicy, na pewno nie był szczytem marzeń panny Kim, jednakże mieszkanie w takim miejscu miało także kilka zalet. Jedną z nich był niewysoki czynsz, inną przysłowiowy święty spokój. Brak windy odstraszał wszelkich akwizytorów, a strome, wąskie schody stanowiły nie lada wyzwanie dla każdego, kto próbował je pokonać. Sama Jang-Won najczęściej dostawała się do niego przez stosunkowo wąskie, dachowe okno, dlatego zawsze zostawiała je uchylone.
Z parapetu przeszła na łóżko, niewielkie metalowe, z wysokim wezgłowiem, zasłane wyjątkowo czystą i sztywną od krochmalu pościelą, a stamtąd na podłogę i podreptała w stronę szafki, zajmującej jeden z rogów pomieszczenia. Wydobyła zeń półtoralitrową butelkę z zielonego szkła, po czym wylała do zlewu całą jej zawartość. Lepiej na wszelki wypadek pozbyć się dowodów, tyle, że teraz niestety będzie musiała opracować nową recepturę. A niech szlag trafi tego śmierdziela! To wszystko jego wina! Przecież powiedziałaby mu gdyby zapytał! A tak... Cóż będzie miał nauczkę, żeby nie tykać bez pytania cudzych rzeczy. Szczególnie szpilek spinających fryzury rudowłosych kobiet... Zalała butelkę wodą, dodała kroplę płynu i z pomocą uroczej, żółtej szczoteczki wyszorowała środek. Odstawiając czystą flaszkę omiotła wzrokiem pomieszczenie.
Poza łóżkiem, kilkoma szafami i szafkami zajmującymi obie krótsze ścinany pomieszczenia, starym węglowym piecem, wtłoczonym w pokrywający szafki blat zlewem oraz wiszącym nad nim pozbawionym ramy, prostokątnym zwierciadłem, nie było tutaj niczego. Żadnego stołu, ni krzesła, żadnych roślinek, dywaników, bibelotów. Uniosła głowę i spojrzała w lustro. Wolne od podtrzymujących je szpilek włosy opadły falami na ramiona i czoło, częściowo przykrywając jej twarz. Uśmiechnęła się do odbicia. Właściwie z rozpuszczonymi włosami wyglądała całkiem ładnie...
*** Znów była na dachu jakiegoś budynku. Ubrana w elastyczny, odsiały kombinezon ze sztucznej skóry, z włosami splecionymi w warkocz, częściowo ukrytymi pod gustowną, czarną czapką z daszkiem cierpliwie taksowała wzrokiem i węchem okolicę, starając się zobaczyć, lub wyczuć coś dziwnego. Kocie oczy nie miały problemu z przebiciem się przez ciemność. Niestety. Nie udało się jej zarejestrować nic niezwykłego... Zaklęła pod nosem. Zwykle tropienie szło jej lepiej, ale tym razem obskoczyła już połowę miasta i ciągle nie nawet na jotę nie zbliżyła się do celu. Mogłaby, co prawda spytać Informatora, kupić od niego wszelkie informacje na temat swojego celu, ale podobne pójście na łatwiznę godziłoby jej płomiennorudą dumę. Cóż trzeba poszukać śladów na ziemi. Przesunęła się na krawędź budynku i zsunęła się po rynnie. Na wysokości pierwszego piętra oderwała się od niej i zgrabnie wylądowała na ziemi.
Nocą Obłęd wyglądał naprawdę dziwacznie i raczej nieprzyjemnie. Uliczne latarnie rzucały białe, trupie światło na chodniki i ulice, w powietrzu mieszały się setki najróżniejszych zapachów, a w całej tej mieszaninie woń świeżego chleba, wypiekanego podczas nocnej zmiany w okolicznych piekarniach, konkurował o lepsze ze smrodem śmietnika. I weź z tego wszystkiego wyodrębnij ten jeden jedyny swąd obcego demona!
Pan Hwang mógłby jednak lepiej formułować swoje zlecenia. Na ten przykład powinien dać jej zdjęcie, albo przynajmniej opis przyszłej ofiary, ale nie! Wielki pan tylko rzucił hasłem w stylu "obcy demon" i ty dziewczyno męcz się z tym sama! No naprawdę... Czując zbliżający się atak gniewu, Jang-Won odetchnęła głębiej. Upomni się o swoje, gdy przyjdzie odebrać należność. I nieważne, że cena została ustalona, ktoś musi wypłacić odszkodowanie za straty moralne poniesione podczas misji. A kto, jak kto, ale on jej nie odmówi. Nigdy nie odmawiał.

Po kolejnej godzinie węszenia, zatrzymała się w końcu obok jakiegoś nocnego baru i z braku lepszego pomysłu weszła do środka. Obskurne, wypełnione dymem i jakąś badziewną muzyką, której dźwięki raniły uszy panny Kim, miejsce zaludnione było przez kilku podejrzanych, w większości pijanych w sztok typków oraz zmęczonego, dosłownie zasypiającego na ladzie barmana. Na zapleczu z pewnością mieszkały szczyry i to wielkie jak wielbłądy. Ale jeść przecież trzeba, tym bardziej jeśli ostatni posiłek jadło się paręnaście godzin temu. Dlatego brutalnie potrząsnęła jedynym pracownikiem obsługi i zamówiła kanapkę.
- Proszę, oto pani zamówienie - Talerz nawet nie udawał czystego, ale nie wybrzydzała, ostatecznie nie spodziewała się niczego lepszego. - Oj jakie dziwne rzeczy się tutaj dzieją, wie pani? Dzisiaj, a właściwie już wczoraj była ulewa i mówią, że syrena spadła z nieba, a potem ktoś zrobił dla niej akwarium na drutach. I niby wszystko było fajnie, ustawiła się kolejka po życzenia i takie tam, a tu nagle woda w tym całym akwarium pieni się na niebiesko i ten syrena padła, normalnie zdechła sobie i to ludziska się na nią rzucili i też pozdychali. Oj, jaki był bałagan... Znaczy tam mi mówiono. To chyba jakaś trucizna była czy coś, ale podobno aresztowali tego, kto to zrobił i wie pani... - Uśmiechnął się znacząco. - Tak mi się zdaje, że długo nie pożyje. Oj truciciel... Wiadomo co z nim zrobią.
- Eche - wymruczała z ustami pełnymi chleba i czegoś, co, z marnym skutkiem, udawało szynkę. Cholera jasna, że też musiała jeść takie śmieci! I słuchać tego idioty za barem, co chyba nie zauważył spoczywającego na jej plecach miecza. Oczywiście, że nie zauważył z tak przekrwionymi oczami trudno, aby widział cokolwiek. Oj życie...
Chwila, chwila, czy on powiedział, że już kogoś aresztowali? No tak, zapewne tego śmierdziela, co to lubi brać cudze rzeczy bez pytania, a teraz pewnie go powieszą. I zapewne zrobią to szybko... Gdyby nadal nie mocowała się z pierwszym kęsem kanapki uśmiechnęłaby się od ucha do ucha. Zasłużył sobie, a co! Zmarnowanie rocznego zapasy trucizny wymagało zemsty, a jej przyda się trochę rozrywki, a taka egzekucja z samego rana będzie jak znalazł.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Kruffachi » 05 czerwca 2014, 20:38

Prophet

-Kurwakurwakurwa... - Siedział pod szubienicą. Jak się tam znalazł? Nie wiedzieć czemu naczelnik pamiętał jeszcze sytuację sprzed 10 lat, kiedy to Kuole został powieszony za spowodowanie landrynkowej powodzi, przez którą kilkunastu cukrzyków zeszło z tego świata. Pamiętał też niestety o pożarze magazynu przemytników, który, wyrwawszy się spod kontroli, strawił połowę Bzdurów nim został ugaszony. Z tym, że wtedy udało się magowi zwiać do siedziby głównej nim go aresztowano. Ale teraz Kuole, będąc w przysłowiowej paszczy lwa, musiał ratować się ucieczką i, gdy tylko udało mu się zmylić pościg, ukrył się w pierwszym lepszym miejscu, jakie wpadło mu w oczy.
Siedział teraz skulony, próbując wymyślić jak wyciągnąć z tego wszystkiego siebie i Graba. Pierwszym jego pomysłem było zablokowanie zapadni, bo to przecież oczywiste, że będą próbowali go powiesić. Zawsze wieszają. Chyba, że ktoś jest nieśmiertelnym wampirem, wtedy dla pewności odcinają głowę. Ale Grab był najzwyklejszym w świecie człowiekiem, do tego mocno woniejącym, także Kuole odrzucił tę opcję. Usłyszał kroki i powolną krzątaninę. Wyjrzał przez szparę między deskami i zobaczył kata przygotowującego pętlę.
- No pięknie... – wymruczał pod nosem, po czym doznał olśnienia. - Och, ale to znaczy, że Graba powieszą dzisiaj! Co za szczęście. Nie będę musiał go szukać.
Ucieszony tym niespodziewanym ułatwieniem usiadł ponownie, czekając. Próbował, wzorem Jivana, wymyślić jakąś dywersję, coś na odwrócenie uwagi, ale miał pustkę w głowie. Z zamyślenia wyrwało go fukanie gdzieś z poziomu gruntu. Zainteresowany spojrzał i zobaczył jeża. Trybiki w głowie maga zaczęły się powoli obracać. Wziął jeża i umieścił go pod, jak sądził, przednią częścią podestu. Następnie narysował wokół niego krąg i zaczął zapisywać inkantacje wzdłuż linii. Było to dość czasochłonne zajęcie, więc gdy skończył, Grab stał już koło sznura, a urzędnik odczytywał akt oskarżenia. Nie mając zbyt wiele czasu wypowiedział zaklęcie, modląc się by tym razem mu się udało.
- Arājakatā paḍachāyā'ō, ē jīvatuṁ nā bāḷakō, māṭē kŏla para tamē āvī… Ā tuccha prāṇī māṭē śuṁ banāvavāmāṁ anē mārā duśmanō tēnī śakti nāśa karyō…

Jeż zrobił się większy.
A potem jeszcze większy.
A potem przyjął rozmiary rożcodźwiedzia na sterydach i, rozwaliwszy pół podestu, wychynął ponad niego.

Kuole z radości aż zaklaskał. To był pierwszy raz od dawna, kiedy jego zaklęcie zadziałało poprawnie. Chwilę później przestał się cieszyć, ponieważ jeż nadal rósł i z niewiadomego powodu biegał za strażnikami, próbując ich ugryźć. Nie miał jednak czasu na rozmyślanie nad naturą jeży. Wskoczył na resztki podestu, ściągnął Grabowi ze łba worek i pętlę i wyszczerzył się widząc jego nierozumiejące spojrzenie. Sekundę później zdziwił się, że nie czuje charakterystycznego smrodu kolegi. Zdążył nawet pomyśleć, że nie byłby w stanie odnaleźć go po zapachu w tym gąszczu korytarzy. Chwilę potem jeżodzilla, bo istotę wzrostu ośmiu metrów jeżem nazwać nie można, przebiegła tuż obok nich wywołując silne drgania podłoża, przez co podest załamał się pod ciężarem własnym i ich.
- Ruchy Grab, musimy wiać zanim zaklęcie minie. – rzucił do lekko zszokowanego Graba, po czym poderwał się z desek.
Wbiegli z powrotem do wnętrza wieży. Tymczasem jeż zasiał spustoszenie na czwartym piętrze, próbując wleźć tam przez okno. A wampir prowadził swojego kompana dalej w głąb wieży, skręcił w lewo i zbiegł po schodach na dół, do lochów.
- Kuole co ty… - zaczął Grab, ale ten mu przerwał.
- Nie teraz! Muszę się skupić. – mag szedł powoli korytarzem rozglądając się uważnie. Wreszcie pchnął trzecie drzwi znajdujące się po prawej. Za drzwiami, o dziwo, były kolejne schody. Zeszli po nich w dół, i znaleźli się w… ścieku. Kuole pamiętał, że po jego lewej powinny być zamaskowane drzwi, otwierane wciśnięciem pojedynczej cegły.
i ja

I tak oto Grab wrócił do swego naturalnego zapachu. W dodatku w towarzystwie.
– Nie, czekaj, zaraz! – zaprotestował jak na siebie zaskakująco głośno. Albo to tylko umieszczone blisko siebie ściany potęgowały przypominający skrzypienie starych zawiasów głos.
– Mówiłem, że muszę się skupić! – odparł Kuole, macając kolejno pojedyncze cegły z właściwym sobie zapałem. Ściek chlupotał pod nim jakoś tak… wesoło.
– Ale… Kuole, tam była ona.
– Mam! – zawołał mag radośnie i podskoczył, rozbryzgując wokół siebie ekskrementy, na które zdawał się nie zwracać uwagi. Pchnął cegłę, ta ustąpiła i przed nimi otworzyło się przejście w bliżej nieokreśloną ciemność.
– Kuole, nie możemy jej tak…
– Fuj! – Półwampir zarejestrował wreszcie w czym stoi i otrząsnął się z obrzydzeniem. – Ależ śmierdzi! Chodź! – Machnął ręką zachęcająco i zaczął gramolić się do dziury.
– …zostawić…
– Podziękujesz mi później! – Z ukrytego przejścia dało się słyszeć beztroski śmiech.
Grab obejrzał się bezradnie i zagryzł wargę, walcząc ze sobą. Z zewnątrz dochodziły przeraźliwe kwiki, wrzaski i odgłosy bardzo ogólnej i efektywnej demolki. Co, jeśli ona tam zginie? Z takimi grzechami na sumieniu? Jako morderczyni?
Nie, nie mógłby na to pozwolić.
No i jeszcze ci wszyscy ludzie, którzy mogli zginąć przez jeżowe monstrum! Grab doskonale wiedział, że nikt mu za to nie podziękuje, może znowu będą próbowali go powiesić, a ze strony rudej nie może liczyć na więcej niż pusty śmiech, ale nie mógł ich tak zostawić.
Spojrzał w dziurę, w której czekała na niego wolność, westchnął, wypiął pierś i zwiesił ramiona z rezygnacją.
– Wybacz, młody… – szepnął. Podrapał się po brodzie jakby w zamyśleniu. – I dziękuję, bo chyba nie będę miał lepszej okazji – dorzucił, po czym podreptał szybko w przeciwnym kierunku.

*

Na placu, na którym ustawiono szubienicę, panowało istne pandemonium. Z samej śmiercionośnej konstrukcji ostały się już jeno drzazgi, z których część zresztą zwisała spomiędzy kolców jeżodzilli jak bombki ze świątecznego drzewka. Ludzie szaleli – ci odważniejsi próbowali pokonać potwora, rzucając w niego, czym popadło, a ci rozsądniejsi usiłowali się ukryć.
Grab załamał ręce. Jak miał nad tym zapanować?
Cóż było robić – przynajmniej straż nie próbowała go ponownie pojmać, otoczywszy kordonem stwora. Nikt nie odważył się podejść na tyle blisko, by go zranić, ale żaden nie wycofał się też wystarczająco, by oskarżyć go o dezercję.
– AAA!!! AAA!!! PUŚĆ MNIE!!! – darł się tymczasem Naczelnik Wieży, chwilowo w czymś, co niedawno było małą, palczastą łapką, a teraz kojarzyło się nieodmiennie z bardzo bolesną śmiercią od przetrąconego kręgosłupa.
Grab westchnął ponownie, wygiął palce, aż coś w nich strzeliło i ruszył ku monstrualnemu jeżowi.
– …ty… – zaczął, ale nie podziałało.
Odchrząknął.
– Ty.
Odchrząknął jeszcze raz.
– TY!
– RATUUUNKUUU!!! – wrzeszczał Naczelnik.
– TY! – powtórzył Grab jeszcze raz i jeżodzilla powoli zwróciła ku niemu pyszcz… psyk. Paszczę. Potworną, monstrualną mordę. – SIAD!
Cały plac i wieża zadrżały w posadach, kiedy jeżodzilla klapnęła pośladkami o bruk.
– Dobry, jeżuś! Dobry! – pochwalił Grab i podszedł bliżej. – A teraz postaw pana Naczelnika na ziemię. Delikatnie!
Upuszczony z jakiegoś metra mężczyzna rąbnął o ziemię, próbował wstać, jęknął i tylko zwinął się w kłębek. Ale trzeba było jeżodzilli przyznać, że jak na tę skalę i tak spisała się nieźle.
– Taki grzeczny jeżuś! Kto jest dzisiaj taki grzeczny? – Grab wyciągnął rękę, a monstrum pochyliło ku niemu pysk i dało się podrapać po nosie. – Nasz jeżuś kochany jest taki grzeczny!
Konsternację, jaka zapanowała wokoło, dałoby się napakować do słoików i sprzedać jako koncentrat.
– Eee… Mam go aresztować…?
– Uratował Naczelnika.
– Jest skazany.
– Uratował Naczelnika.
– Nienawidzę Naczelnika, nie dał mi podwyżki.
– Wszystko słyszę!
– To aresztować, czy nie?
Złowieszczy, gardłowy dźwięk, jaki wydobył się z gardła jeżodzilli, rozwiązał sprawę.
– Uniewinniam tego śmierdziela, na bogów! – wydarł się Naczelnik rozpaczliwie.
– Grab! Co ty wyprawiasz!
Wspaniały przerwał drapanie swojego pupila i, odwróciwszy się, ujrzał nieźle zmachanego Kuole.
– …co tu robisz…? – spytał, wracając na zwykłe dla siebie częstotliwości.
– Jak to co?! Zniknąłeś mi! – Mag wymachiwał rękoma, a za każdym zamachem po okolicy roznosił się fetor efektów przemiany materii. – Więc cię szukałem! A potem… – Mina jakby mu trochę zrzedła. – Potem cię osłaniałem, ale chyba nie poszło tak dobrze jak z jeżem – przyznał, wskazując bezradnie na grupę zwierząt różnej maści, spacerującą po placu.
Część z nich miała na sobie jeszcze resztki ludzkich ubrań. Jakiś kapelusz, portki, jedną, zabłąkaną skarpetę. Grab mimochodem zarejestrował kozę w katowskim kapturze.
– Ale o! – ucieszył się nagle Kuole. – Zobacz, jaka ładna kaczuszka! – Półwampir pognał pobawić się z puchatym zwierzątkiem.
Jakoś w międzyczasie pierwsze zaklęcie przestało działać i po jeżodzilli nie było już śladu. Zostało tylko całkiem zwyczajnie, niewielkie stworzonko, bezskutecznie próbujące wdrapać się Grabowi na nogę. Wziął je delikatnie na ręce i ostrożnie przesunął palcami po grzbiecie. Uznał, że cichy świergot jest pomrukiem zadowolenia.
Przez chwilę bał się, że teraz, kiedy nic już nie zagrażało nikomu, znowu wyląduje w celi, ale najwyraźniej strażnicy nadal woleli profilaktycznie trzymać się z daleka.
– …usimy jeszcze rudą – stwierdził Grab, podchodząc do bawiącego się z kaczuszką i radośnie wyszczerzonego Kuole.
– Co? Jaką rudą? – Mag spojrzał na niego z rozbawieniem.
– Od szpil… Trzeba… Trzeba… – Mężczyzna chrząknął w pięść, dziwnie zażenowany. - …pomóc… Jest morderczynią, wiesz… Trzeba jej powiedzieć… że źle robi, no…
Kuole zamrugał.
– A potem Informatora – dodał Grab już nieco pewniejszym głosem. – Muszę się dowiedzieć, o co chodzi z Floresem Grozmołem… O, jest ruda…
Półwampir nie zdążył skomentować, bo niedoszły wisielec z jeżem na rękach już dreptał w kierunku kobiety. Chcąc czy nie, wstał i dołączył do niego, bo trudno było ocenić, co jeszcze strzeli do łba wynalazcy. Kobieta, zajęta początkowo otrzepywaniem ubrania, zwróciła na nich uwage dopiero, kiedy byli blisko. Nie wyglądała na zaskoczoną. Raczej na taką, która już z niezłego dystansu potrafiła ocenić, że ktoś, kto do niej podchodzi, nie jest szczególnie niebezpieczny… No, przynajmniej nie w zamierzony sposób.
Drapieżnie zmrużyła oczy i zmierzyła wzrokiem obu mężczyzn, marszcząc nos z obrzydzeniem, po czym wbiła je w Graba.
– Moje szpile – wycedziła.
Zaczerwienił się i spuścił wzrok.
– …abrali… – wydukał. – Ja… ja…
– Kolega chciał powiedzieć, że zamierza ocalić pani duszę – oznajmił Kuole radośnie.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Stwór
Posty: 31
Rejestracja: 21 lutego 2014, 00:32

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Stwór » 20 czerwca 2014, 21:39

Stwór półleżał na stercie poduszek, otoczony różową mgiełką kwiatowych perfum. Był dosyć zadowolony – mężczyzna, którego spotkał na targu przekazał go innemu mężczyźnie, który z kolei przyprowadził go do tego budynku. Kilka kobiet, o ile był w stanie określić po tym, że miały piersi i nosiły spódnice (elementy obecne niemal w każdym multiwersum u humanoidalnych samic) wyszorowały go w balii z pianą, natarły pachnącymi olejkami i ubrały w jakieś luźne ubranie, przewiązywane pasem. Po całej tej procedurze został dodatkowo całkiem dobrze nakarmiony i usadowiony w wygodnym pokoju, aby mógł się przespać.
Wyciągnął się na swoim legowisku z poduszek wypełnionych prawdziwym pierzem i ziewnął przeciągle. To mu odpowiadało. Tak właśnie powinien być traktowany w każdym świecie, do jakiego trafi! Zamachał radośnie nieco dłuższym już ogonem; jak wcześniej postanowił, zarobioną morficzną energię w pierwszej kolejności wydał na uzyskanie nieco lepszego ogona. Ponownie ziewnął, zasłaniając pysk pokaźnie upazurzoną dłonią i zwinąwszy się w kłębek, zasnął.
Nie minęło więcej jak godzina, gdy Stwór z niezadowoleniem stwierdził, że już nie śpi. Zza okna wpadała odrobina światła sugerująca wczesny wschód słońca – o tej porze każdy szanujący się Stwór dopiero zacząłby przewracać się z boku na bok. Fuknął z niezadowoleniem i zaczął rozglądać się po pokoju, w poszukiwaniu tego, co śmiało zakłócić stworowy sen.

- A więc to jest ten wasz najnowszy nabytek? – zapytał swoją towarzyszkę stojący w drzwiach mężczyzna. Był ubrany w wyszywaną złota nicią kamizelę i podobny płaszcz z dużymi ozdobnymi mankietami. Przyglądał się z rozbawieniem, jak leżąca na poduszkach kobieta obrzucała go spojrzeniem urażonego dogłębnie serduszka.
- Oczywiście, sir – zapewniła stojąca przy nim drobna kobietka w kimonie. – Trafiła do nas przed trzema godzinami. Lisia odmiana demona. Nie mówi, co prawda, ale komunikacją niewerbalną potrafi przekazać naprawdę wiele. Jest dosyć humorzasta – dodała, widząc jak obiekt ich rozmowy zakopuje się pod stertą poduszek, wystawiając w ich kierunku krótki ogon.
- Cena się nie zmieniła?
- Oczywiście.
- W takim razie proszę nas zostawić samych.
Trzasnęły zamykane drzwi. Flores Gryzmoł zdjął płaszcz i odwiesił go na stojący pod ścianą wieszak. Jako bogacz, a do tego kawaler, był częstym gościem przybytku zwanego „Pod koronkowym staniczkiem”, burdelu o najlepszej opinii w całym mieście. Nie było to bynajmniej spowodowane brakiem powodzenia wśród kobiet – po prostu dawno już doszedł do wniosku, że ta metoda jest zwyczajnie tańsza i wymaga mniej wysiłku. W dodatku można było trafić na naprawdę egzotyczne okazy, jak mógł się teraz przekonać.
Sięgnął po butelkę wina, nalał go do dwóch pucharków, po czym rozsiadł się na poduszkach tuż obok drgającej ostrzegawczo rudej kity.
- Może się panienka napije? – zaproponował, podsuwając jeden z kieliszków tam, gdzie spodziewał się zastać ukrytą pod poduszką głowę lisiczki.

Stwór łypnął podejrzliwie na człowieka, który ośmielił się zakłócać jego spokój, dostrzegł jednak jakiś zachęcający płyn, który zdecydowanie nadawał się do wypicia. Usiadł i porwawszy z rąk mężczyzny puchar, zaczął łapczywie pić, wylewając część wina na siebie i poduszki. Pan Zakłócacz Snu wyraźnie był zadowolony, bo gdy tylko Stwór skończył pierwszy kielich, drugi czekał w pogotowiu razem z pełną butelką.
Napój był rozgrzewający, słodki, a przede wszystkim cały czas podawany i nadający się do spłaty długu energetycznego, demon pił więc chętnie i wkrótce z zaskoczeniem odkrył, że ciężko jest mu skupić wzrok, nie wspominając już o myślach. W końcu stracił przytomność.

Gdy obudził się ponownie, pierwsze, co do niego dotarło, to ogarniające całe jego ciało przyjemne ciepło – leżał nagi, oplatając każdą możliwą kończyną równie nagiego mężczyznę, który nie tak dawno napoił go słodkim narkotykiem. Kolejną rzeczą był pulsujący ból głowy i hałas dobiegający zza ściany. Ktoś potężnym uderzeniem wyważył drzwi.

Awatar użytkownika
Maradine
Posty: 795
Rejestracja: 15 lutego 2011, 16:31
Lokalizacja: Elantris
Kontaktowanie:

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Maradine » 22 czerwca 2014, 22:19

Informator siedział sobie wygodnie na dachu, obserwując przez lornetkę jak jeżuś rozpiernicza kostkę brukową potężnymi tylnymi łapskami i wcinając paluszki serowe, zakupione w okolicznym sklepie z przetworami mlecznymi. W głowie rozważał, który ze znanych mu sposobów postępowania w przypadku ataku jeżodzilli byłby najefektywniejszy w obecnej sytuacji, jednak nikt nie przyszedł się z nim w tej sprawie skonsultować, więc wynik spekulacji musiał zachować dla siebie. Były też plusy tej sytuacji - nie musiał dzielić się serem. W momencie, w którym potwora zasiadła wreszcie na placu, akurat skończył ostatni kawałek i wytarł dłoń o jakiś kłębek mchu porastający dachówkę. Mężczyzna westchnął ciężko i wrócił do obserwacji (nie)codziennego wydarzenia, powoli zaczynając przysypiać. Dzisiejszy dzień był niespodziewanie męczący, wizyta Kuole i jego odbicia zmusiły Informatora do niezwykłego jak na niego wysiłku. Po raz kolejny rozważył zmianę zawodu na Panią z Infolinii, w końcu tam też chodziło o handel informacjami, czyli jedyne, co mu dobrze w życiu szło. Westchnął po raz kolejny, jeszcze ciężej niż za pierwszym razem. A potem zapadł się pod nim dach.

________


W towarzystwie sterty gruzu wylądował w samym środku walki, smrodu perfum i alkoholu, kłębów pościelowego pierza i bogowie znani i nieznani raczą wiedzieć czego jeszcze. Szybki rzut oka na zdewastowane pomieszczenie (dziura w dachu, dziura w ścianie, potłuczone szkło i podrapane meble, naga kobieta-lis w kacie...) pozwolił mu stwierdzić, że znalazł się w jednej z tych sytuacji, które są nawet bardziej męczące niż Kuole i jego alter ego. Dlatego właśnie z prędkością Informatora odturlał się pod ścianę, pod którą leżała ogoniasta dama, wyglądająca, jakby nie ogarniała, ale też jakby nie było jej to do szczęścia potrzebne i przykrył dziewoję porwanym ze szczątków łóżka kocykiem. By ostatecznie zaspokoić swoje poczucie estetyki musiałby co prawda jeszcze posprzątać całe pomieszczenie i ubrać stojącego na środku Floresa Gryzmoła, jednak z jego obliczeń wynikało, że zabrałoby to o wiele więcej czasu i wysiłku niż spierniczenie przez okno na zewnątrz i przyglądanie się wszystkiemu z bezpiecznej odległości. Tak też zrobił.
Zrobiłby.
Ale lisica chwyciła go za kostkę, mamrocząc coś po pijacku pod nosem, a zrobiła to z taką siłą, że legł jak długi.
A potem ktoś się o niego potknął.
I chlapnął wszędzie krwią.
Informator westchnął.
Obrazek

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 151
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Prophet » 30 czerwca 2014, 21:48

Przemierzał lustra Obłędu od kilkunastu godzin, ale, jakimś cudem, nie był w stanie zlokalizować ani Informatora, ani rzekomej właścicielki pałeczek. Fakt, że rzeczony „księgozbiór danych” skutecznie unikał luster, był dodatkowym utrudnieniem. Ostatecznie Jivan, widząc że w ten sposób nic nie wskóra, postanowił zrezygnować z łatwiejszej dla siebie metody poszukiwań i przemieszczać się po ulicach jak normalny człowiek. Nie znosił tego, ponieważ mieszkańcy miasta znali aż za dobrze jego i Kuole i niemożliwym wręcz było przemieszczanie się niezauważonym.
Ostatecznie zawędrował z powrotem na nieszczęsny plac, gdzie doszło do niebieskiej masakry. Teren był już wysprzątany i, sądząc po śladach na granitowej kostce brukowej, byle jak opłukany za pomocą szlaucha. Na całym tym terenie wciąż czuć było woń trucizny, co podsunęło Jivanowi pomysł, by wytropić tajemniczą pałeczkomiejkę właśnie po tym zapachu. Niestety ten zanikł w uliczce burdeli i już się nie pojawił. Nieco już podminowany i w wyraźnie podłym nastroju szukał dalej, choć powoli zaczął tracić nadzieję na jakikolwiek sukces.

I tu Los go zaskoczył.
A dokładniej skórka od banana, przy pomocy której wykonał efektywną pleco-glebę w tył. Poskutkowało to zauważeniem Informatora na dachu największego i najwyższego burdelu w okolicy. Co tam robił i do czego była mu potrzebna lornetka Jivan wolał nie wnikać. Po chwili jednak w jego umyśle powstała nieco złośliwa myśl by przywitać się z nim „odpowiednio”. Jedno maleńkie, bezgłośne zaklęcie i Informator zniknął pod własnym ciężarem, gdy dach postanowił wpuścić go do środka.
Gdy Jivan wszedł do budynku panował tam chaos - kobiety, mężczyźni z portkami w okolicy kostek, kotołaki, fotele... Wszystko nieskoordynowanie i szybko przemieszczało się w stronę wyjścia. Jedni krzyczeli coś o zamachu bombowym, inni o tajnej akcji policji amoralnej, jeszcze inni artykułowali jedynie „AAAAAAAAA!!”.
Zignorował zamieszanie i, starając się nikogo nie zabić poprzez zderzenie z nim, wspiął się schodami na najwyższe piętro. Na końcu korytarza, w jednym z ‘ekskluzywnych’ pokoi, znalazł Infosia leżącego pod nagim facetem i jakiegoś lisiego demona, uczepionego nogi nieszczęśnika.
Co do zapachu to ten obecny w pomieszczeniu wręcz zapierał dech w piersiach - wszędzie unosił się duszący odór spoconego ciała i krwi, która zabarwiła malowniczo jedną ze ścian i podłogę. Gdy już udało mu się opanować odruchy wszedł do środka z zamiarem uratowania kurdupla przed uduszeniem przez przyduszenie. Podszedł i, chwyciwszy ręką fryzurę nagusa, podniósł go do góry. Dość niefortunnie zresztą, ponieważ krew nadal sączyła się z przeciętych tętnic, więc strój ratowanego przyozdobiła kolejna szkarłatna plama i chyba nie był on z tego powodu szczęśliwy.
- Spierdalaj - warknął kurdupel.
- Spoko – odparł Jivan, po czym puścił trupa, z powrotem przygniatając nim Informatora. – Ale może najpierw powiesz mi co tu się stało? Ratowałeś damę w opałach? – zapytał, uśmiechając się złośliwie. W sumie świetnie się bawił.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Kandara » 10 lipca 2014, 04:31

Wybaczcie... :bag: Jednak nie dałam rady <beczy>

- A, to wzruszające - odparła z lekkim uśmiechem, który jednak nie objął oczu. - Ja jednak na jego miejscu zadbałabym przede wszystkim o własną małą złodziejską duszyczkę - ostatnie słowo przeciągnęła lekko, tak, że zabrzmiało jak miałknięcie. - To gdzie posiałeś moje szpilki?
- Oni je wzięli... Wtedy, mnie aresztowali i...
Jang-Won mocno uderzyła dłonią o czoło. Dobrze zrobiła pozbywając się trucizny, gdyby je zbadali, wcześniej czy później z pewnością trafiliby na jej trop, a tak zwiększała znacznie swoje szanse.
- Ty... i-dio-to! - warknęła cedząc przez zęby każdą sylabę z osobna. Kuole wyciągnął przed siebie dłoń, kierując ją w kierunku włosów dziewczyny. Nie czekała aż mu się to uda. Złapała natręta za nadgarstek, zakręciła wspaniałym tak, że zanim zdarzył wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, stał już pochylony z ręką boleśnie wykręconą na plecach. - Da-łeś się zła-pać z moi-mi szpil-kami?! - Jang-Won puściła Kuole, który zamrugał wytrzeszczonymi oczami, rozdziawił szeroko usta, poczym pomachał radośnie przelatującemu gołębiowi. - Tak ogólnie to mogłeś zapytać, zanim wziąłeś. Powiedziałabym ci... Może. A w sumie nieważne. - Wzruszyła ramionami widząc skulonego Graba, udającego, że widok rozwalonych kostek brukowych tuż pod jego stopami, jest wielce interesujący. Mężczyzna uniósł w końcu głowę.
- No ja chciałem. Znaczy się trzeba ratować Gryzmogoła... Chcą go zabić.
- Kto niby? - Kim nie wierzyła, że pytanie wydobyło się z jej gardła, ale w tej żałosnej kupce szmat było coś pociesznego, coś co zmuszało ją ciągłego tkwienia na miejscu, które kiedyś nazywano sprawiedliwości, a które teraz przypominało istne pobojowisko, jak również do zadania tego pytania. Przecież ten podstarzały, bogaty zboczeniec, wcale jej nie obchodził, tym bardziej, że miała własne zmartwienia. Właściwie powinna wracać do domu i spróbować się trochę przespać - zerwana noc coraz mocniej dawała się dziewczynie we znaki. Czuła jak ciążą jej powieki, powoli tępieją zmysły, nawet węch a myśli rozpijają się o czaszkę. Zdecydowanie potrzebowała snu.
- Gryzmogoła... filantropa.
- Tak, wiem. I co z nim?
- No chcą go zabić.
- Kto?
- Tacy... Źli...
Raz jeszcze uderzyła się dłonią w czoło. Czy On nie może mówić normalnie? Tak, żeby go istoty humanoidalne mogły zrozumieć? Czy ona jest aż tak głupia, że prowadzenie zwykłej konwersacji jest dla niej wielkim kłopotem? Chociaż biorąc pod uwagę fakt, że właśnie zasypiała na stojąco, mogło w tym coś być...
Otoczenie zaczynało falować, okoliczne budynki zbliżać się do siebie, dźwięki zbijały się ze sobą, jakby odbijać od jakiejś niewidzialnej powierzchni, ramiona, nogi, mięśnie szyi słabły, więc Jang-Won nie mogła już stać prosto, tylko kiwała się niebezpiecznie na piętach. Powieki opadły na oczy i nie podniosły się już.
I nagle wszystko się urwało. Wszelkie doznania zmysłowe zbiły się w dziwny kokon, zastąpiony chwilę później przez radosnego czerwonego ciosa podrygującego w rytmie polki na polu makowym.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Kruffachi » 10 lipca 2014, 10:59

Kuole, tylko i wyłącznie dzięki swej nadprzyrodzonej szybkości, zdołał złapać rudą, nim ta trzepnęła z impetem o ziemię, o którą niechybnie rozbiłaby sobie uroczą główkę.
– Ty, Grab, widziałeś!? – zawołał z entuzjazmem. – Ona ma takie kocie uszka! – Uśmiechając się szeroko, pacnął lekko jedno z rzeczonych, trójkątnych i faktycznie jakby kocich uszek wystających z płomiennej czupryny. Wydawało się, że wspomnienie bólu wykręcanej ręki całkowicie już odpłynęło na różowym obłoczku ogólnego szczęścia.
Grab tak bardzo chciałby przez jeden dzień w życiu być takim Kuole. Choćby z czystej ciekawości. Nawdychać się oparów, naćpać, może trochę odprężyć i tyle.
– …budzisz ją – mruknął, wciąż trzymając się bezpieczne kilka kroków od panienki.
– Nie obudzę, śpi jak kamień – zapewnił półwampir z całą swoją beztroską stanowczością. – Co z nią zro… Patrz na kozę! Zawsze chciałem mieć kozę, to takie wesołe zwierzątka!
– Yhm. Kuole, dokąd…? – Grab bezradnie spojrzał za oddalającym się nieco Wspaniałym.
Chyba nie zamierzał kontynuować radosnego galopu dalej niż do rzeczonej kozy w katowskim kapturze, ale i tak znajdował się teraz dalej od rudej, śpiącej w kłębku na bruku i pomrukującej jak drzemiący kot.
– Niech cię… – jęknął Grab, bezradnie przestępując z nogi na nogę.
Nie miał doświadczenia z kobietami. Żadnego, może poza tym, że jednej czy drugiej naprawił jakiś cieknący kran albo skrzypiącą, protestującą zawzięcie magiczną toaletkę. Trzymały się od niego z daleka, a on nie zamierzał się narzucać, więc ich drogi nie krzyżowały się zbyt często z tymi, po których w swoim własnym, niespiesznym tempie dreptał Grab. I teraz sprawiło to, że nie miał pojęcia, co robić. Podrapał się zafrasowany po siwiejącej brodzie, ale tam też nie znalazł rozwiązania. To nie był układ równań ani pęknięta uszczelka.
W dodatku ta tutaj konkretna przed chwilą wyzywała go od idiotów, zarzuciła słusznymi pretensjami i nazwała złodziejem, a gdzieś tam w mieście Grozmoł był wciąż w niebezpieczeństwie.
– Kuole…?
– He? – Półwampir karmił akurat kozę żelkami, które znalazł w kieszeni.
– …yba będziemy musieli ją… wziąć. Ze sobą.
– Kozę? – ucieszył się Kuole.
– Rudą.
– A, to może być. Ale koza też idzie. Nadałem jej imię! Rozaaaliaaa. – Półwampir obrócił się dookoła własnej osi w tanecznym piruecie, co Rozalia skomentowała kozim „meee”.
– To chyba… on – zauważył Grab, ale został zignorowany.
Zaczął więc rozglądać się za czymś, z czego można by sklecić naprędce coś przypominającego nosze albo kołyskę. Boleśnie odczuł brak straconej bezpowrotnie torby z narzędziami, ale na szczęście po magicznym pandemonium po placu walało się dość sporo różnej maści śmiecia, więc zabrał się do pracy. Jakoś w międzyczasie poczuł lekkie drapanie na ramieniu. Szybko uświadomił sobie, że to jeż zmierzający ku jednej z kieszeni, by tam zwinąć się w kłębek i też zasnąć.

– Grab?
– He…?
– Po co my ją w ogóle niesiemy?
Grab zerknął niepewnie na potylicę idącego przodem Kuole. Obok półwampira dreptała koza, od czasu do czasu usiłując wepchnąć pyszczek do jego kieszeni w poszukiwaniu kolejnej porcji żelków.
– Ja… No bo… – Zagryzł wargi i poczuł, że się rumieni. – W sumie to… Tak chyba powinno się robić, nie…?
– Jak?
– …no że się kobiet tak… nie zostawia. Czytałem… – Zarumienił się jeszcze bardziej. – Czytałem w książkach…
– Aha – Kuolemu najwyraźniej tyle wystarczyło.
Grab cieszył się, że towarzysz nie może teraz widzieć jego twarzy, ale i tak miał ochotę spuścić wzrok. Tyle że wzrok spuszczony lądował akurat na rudej. I to też nie był dobry pomysł.
Nie lubiła go – to pewne – i właściwie wcale się nie dziwił. Tylko było mu z tego powodu jakoś bardziej niż zwykle przykro. Tłumaczył sobie, że to zmęczenie – w końcu tyle ostatnio się działo, a krótki pobyt w celi nie wystarczył, by do końca pozbyć się skostnienia i wyczerpania po ostatniej tułaczce. Lata leciały i do Graba coraz wyraźniej docierało, że nie może już bezkarnie prowadzić takiego trybu życia.
Tylko co miał zrobić? Wrócić do siedziby Wspaniałych i prosić o jakiś kąt? Westchnął, odganiając od siebie ponure wizje. Póki nie przewracam się jak ta mała, jest jeszcze w porządku – stwierdził.
– Obłęd przed nami! – zawołał Kuole radośnie i w ostatniej chwili powstrzymał się przed rozentuzjazmowanym machnięciem rękoma, co skończyłoby się wypuszczeniem noszy z rąk. Albo nie wypuszczeniem, ale zamienieniem płachty ze starego płaszcza w katapultę.
– To nie Obłęd – zgasił jego entuzjazm Grab. – To Walimłotki. – Zamilkł na chwilę, po czym ciche meeeknięcie Rozalii uświadomiło mu, że nie przeszedł do sedna. – Chcę… jakiś transport – dokończył.

Tak, transport. Jakkolwiek bowiem ruda należała do szczupłych raczej osób, Grab wiedział, że nie zdoła dotaszczyć jej do samej stolicy. Nie był jak ci inni Wspaniali, niemieszczący muskulatury w swoich Wspaniałych Płytowych Zbrojach, najmodniejszych w tym sezonie. I tak po prawdzie Kuole też nie. Był nieumarty i to dawało mu sporą przewagę, owszem, ale chyba niedomagał nieco na innych polach. W tym na polu równowagi psychicznej.
– Nigdy nie byłem w Walimłotkach! – oświadczył, rozglądając się z zaciekawieniem po paskudnych, ledwie trzymających się kupy chatach, ponurych twarzach miejscowych i kałużach cuchnących łajnem krowożuków.
– Aha – odparł Grab, wkładając wiele wysiłku w takie prospołeczne zachowanie. Ruda nadal spała jak zabita, od czasu do czasu mrucząc coś pod kształtnym noskiem i coraz bardziej mu ciążąc. – Wiesz co… może… zostań z nią tutaj…? Ja się… rozejrzę…?
– No – zgodził się Kuole.
Razem ułożyli nosze na względnie czystym bruku. Grab – upewniwszy się, że dziewczyna śpi – poprawił okrycie na jej ramieniu, po czym oddalił się w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby im pomóc. Nie trwało to długo, bowiem już za rogiem spostrzegł wieśniaka klnącego bardzo brzydko i kopiącego w koło dziwnej, pokracznej machiny.
– Trzy wozy rzepy, kurwa! – wrzeszczał. – Trzy wozy rzepy, dwa pierdolonej kapusty i jedna żukokrowa! Chuj!
Grab niepewnie podszedł nieco bliżej.
– …ogę w czymś…
Uchylił się przed lecącym w jego stronę burakiem. Nie, rzepą.
Zjadłby.
– W dupę jeża, co za złom!
Z kieszeni dobiegło ciche, oburzone fuknięcie.
– …ogę w czymś pomóc…? – Grab podjął kolejną próbę.
Wieśniak obrócił się wreszcie w jego stronę i zmierzył krytycznie.
– Ty? – parsknął.
Grab przytaknął usłużnie.
– Trochę się na tym znam.

Niczego nienawidził tak bardzo, jak dopominania się o zapłatę, ale tym razem nie chodziło tylko o jego tyłek, ale także o tyłek Kuole i zgra… No, o rudą chodziło. I o Grozmoła oczywiście, bo przecież musieli się spieszyć, jeśli zamierzali zdążyć przed zamachowcami. Tak więc Grab, czerwieniąc się i jąkając, przypomniał gospodarzowi, że ten – w zamian za naprawienie rzepowiązałki – obiecał podwózkę do Obłędu.
Ostatecznie wszyscy wylądowali na drabiniastym wozie, a Rozalia dreptała sobie obok, od czasu do czasu drapana po grzbiecie przez Kuole.
– Mówili mi, że to najlepszy model! – siedzący na wozie gospodarz nadal przeżywał awarię rzepowiązałki. – Że genialna myśl techniczna! Że projekt samego Suma Wielkorękiego! Najwspanialszego wynalazcy naszych czasów!
Grab prychnął, okazując tak rzadko widoczną na jego twarzy złość. Nawet jeśli sprawiała wrażenie nieprzyjaznej, to zwykle nie agresywnej.
– …um Wielkoręki…! – warknął.
Prawda była bowiem taka, że Sum nigdy niczego dobrego nie wymyślił, a tylko z podziwu godnym uporem kradł kolejne patenty Graba, wiele z nich próbując ulepszyć i w efekcie psując, jak tę całą rzepowiązarkę, w której Wspaniały bez trudu rozpoznał własną Maszynę Do Obierania Jajek Na Twardo. Tyle że kiedyś, dawno temu, zapomniał zastrzec projektu w biurze.
Tak jak tysiąca innych.
– C-co…
Konwersację przerwało nagłe poruszenie w kupie szmat, jakie otulały rudą, aż wreszcie wychynęła z nich zaspana głowa. Oczy w mgnieniu oka jednak uwolniły się od sennej mgły, brwi zmarszczyły, usta wygięły, a całe ciało napięło, gotowe do ataku.
– Jeśli to porwanie, macie się natychmiast wytłumaczyć – warknęła dziewczyna, co wyzwoliło w Kuole kolejną falę bezwarunkowych głasków.
Tym razem jednak Grab zdołał go powstrzymać, próbując po prostu chwycić za nadgarstek. Oczywiście mu się nie udało, bo nie miał szans w starciu z refleksem nieumarłego, ale przynajmniej zdołał zapobiec katastrofie.
– To nie jest porwanie – wyjaśnił radośnie półwampir. – Ot, jedziemy sobie do Obłędu. Czy widoki nie są wspaniałe?
Ruda zamrugała bez zrozumienia.
– He?
– Bo Grab czytał w książkach, że nie zostawia się kobiet no to nie zostawiliśmy, nie?
– He?
– Grab, wytłumaczysz? – rzucił Kuole, wychylając się już z wozu, żeby dać Rozalii jedną z rzep, które znalazł na dnie wozu.
Ale Grab siedział już skulony w swoim kącie i wpatrzony w czubki obłoconych butów.
– …i że Grozmoł… – zdołał wydusić tylko.
– A, no tak – podjął nieumarły. – Bo jedziemy tak jakby ratować Grozmoła, a to chyba będzie w Obłędzie i tam panią odstawimy.
Ruda uderzyła się dłonią w czoło z wyrazem najgłębszej dezaprobaty, jaką można było sobie wyobrazić. Wiedziała już, że trafiła do jakiegoś bardzo wyrafinowanego piekła.
– Idioci…
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Zablokowany