UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Tytuł Tekstu Września otrzymało "Jak [nie] zostać bohaterem" - GRATULUJEMY! :D

OZ reborn - tekst

Opowiadania starsze lub starawe. Takie, których autorzy nie mają już kont na forum, albo takie, których treść na prośbę autora została usunięta, a bo to na konkurs iść miało, a bo co innego.

Komentowanie w tym dziale jest wyłączone.

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Kandara » 01 stycznia 2015, 17:36

Słyszała głosy, ale nie rozróżniała słów. Te zlewały się ze sobą w jednolity szum, którego treść nie przenikała do umysłu dziewczyny. Nie przenikała, bo ona sobie tego nie życzyła, nie chciała, aby cokolwiek ją rozpraszało. Nieświadomie machnęła kilka razy ogonem, poruszyła uszami, napięła wszystkie mięśnie, jakby szykowała się do skoku, pociągnęła nosem. Wypełniająca powietrze mieszanina zapachów zaczęła rozdzielać się na pojedyncze wonie, które następnie wyostrzyły się. Smród Graba, mocz, krew, śmierć... I ledwo wyczuwalny dziwaczny, ziołowo-migdałowy aromat, z całą pewnością, sygnatura zabójcy. Wciągnęła większą ilość powietrza i zrobiła krok do przodu. A potem następny i jeszcze jeden. Wciąż węsząc zbliżała się do źródła.
Nie zatrzymując się minęła zaułek, w którym w kałuży krwi leżał Grab, skręciła za róg obsikanego przez niego budynku, a wówczas migdałowo-ziołowa woń, choć nadal subtelna, stała się wyraźniejsza. Nabrała nawet kształtów i barw. A właściwie jednej barwy, czarnej. Kim wstrzymała oddech, zaparła się mocno na nogach, po czym skoczyła.

Zakapturzony wiedział, że ktoś go śledzi. Intuicja nigdy go nie zawodziła, a teraz przeczuwał, że ktoś za nim podąży. Z resztą nie mogło być inaczej, w końcu miał zabić wszystkich. Całą grupę. Lord Ciemnobrewy miał ich zdjęcia, imiona, nazwiska, nawet króciutkie notki biograficzne. Skąd zabójca nie wiedział i nie interesowało go to. On tylko wykonywał swoją pracę. I wykonywał ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, iż bez sensu jest rzucać się na całą bandę. Lepiej eliminować ich po kolei, jednego po drugim, w monecie, gdy zostaną sami. Tym bardziej, że z przedstawionych mu notatek wynikało, ze w towarzystwie znajduje się przynajmniej jeden psychopata, na tyle sprawny, żeby unicestwić go przy próbie pozbycia się pozostałych oraz koleżanka po fachu. Kiedy tylko zobaczył jej fotografię, od razu tchnęło go, że ta ruda kotka, mogłaby jakoś go wyczuć i pójść za nim. O ile oczywiście, te szpiczaste uszka, nie stanowiły jedynie ozdoby. Informacje na odwrocie, potwierdziły, że nie.
Z tego powodu nie był zaskoczony, stwierdziwszy, że świdrują go czyjeś oczy. Powoli wyciągnął nóż z rękawa i w tym samym momencie mocno rąbnął o ziemię. Zaklął w myśli. Powinien działać szybciej, wyciągnąć, broń, usunąć, się, odwrócić, a tym czasem leżał z twarzą przytuloną do chodnikowych płytek, a jego ostrze leżało gdzieś, obok, bo nie czuł go już w dłoni. Zamiast tego czuł ból obdartych przy upadku kolan i podbródka, a w ustach metaliczny posmak krwi. Sprawdził językiem. Tak, stracił dwa zęby, a ponad to, na jego plecach klęczał ktoś, kto przystawiał mu do gardła coś zimnego i ostrego. Ryzykując przebicie tkanki lekko uniósł głowę i splunął na bruk obfitą mieszaniną czerwieni i białej piany. Zaklął raz jeszcze. Popełnić taki błąd!
- Wiem, że to ty. - Kim syczała mu do ucha. - Dlaczego?
- Niech powie wam Informator...
Docisnęła go mocniej kolanem do ziemi.
- Nie stać mnie na niego - wycedziła - więc pytam ciebie.
- Takie zlecenie. To chyba rozumiesz. - Rozumiała, ale nie miało to nic do rzeczy. - Lord Ciemnobrewy dobrze płaci.
- Czemu kazał ci zabić tego... śmierdziela?
- A bo ja wiem? Nie pytam o takie... ała!
- Wiem tylko, że mam zabic tych, co interesują się demonami trzeciego wymiaru. Tyle mi powiedziano, o wincej nie pytałem. To interes. Lord Ciemnobrewy kazał... Płaco mi za... - prawie jęczał, w oczach stały mu łzy bólu.
- Kim?
- Jivan - nie obejrzała się, nie odwróciła nawet głowy - skoro już tu jesteś, pomóż mi go przeszukać - poleciła jednocześnie zdejmując ostrze z szyi zabójcy i pośpiesznie krępując mu ręce i nogi kawałkiem satynowej wstążki. Odbicie podeszło bliżej, pochyliło się nad nieznajomym i razem, z Kim zaczęło obmacywać nieznajomego, sprawdzając każdą kieszeń i każde wybrzuszenie ubrania. W końcu w wewnętrznym schowku płaszcza Wspaniały odnalazł szarą kopertkę formatu A4. Otworzył ją, a wówczas jego oczom ukazał się plik robionych z ukrycia zdjęć. Przejrzał je dokładnie, wytrzeszczając oczy...
- Co? To ja naprawdę tak wyglądam? - mruknął spoglądając na fotografię z własną podobizną, po czym odkładając ją na spód i przechodząc do kolejnej, tym razem przestawiającą samego informatora. Nad tą zatrzymał się nieco dłużej, odwrócił ją i z zainteresowaniem zaczął czytać krótką informację o królu nesów.
Kotka zaglądająca mu przez ramię westchnęła cicho. Ją samą Infoś nie interesował aż tak bardzo, jak to, czyje jeszcze zdjęcia znajdowały się w kopercie. Jivan skoczył czytać, przełożył zdjęcie na spód, a Kim krzyknęła cicho. Nie spodziewała się ujrzeć facjaty swojego zleceniodawcy.
- Daj mi to! - Syknęła starając się zdusić głos, a ponieważ domyślała się, że na następnej fotografii znajduje się ona sama, dodała - I następne też.
Jivan wzruszył ramionami i podał dziewczynie zdjęcia, po czym wyciągnął z kieszeni zapalniczkę, otworzył płomień i przyłożył, do tych, które wciąż trzymał. Kim zwróciła się w stronę wciąż leżącego na ziemi zabójcy.
- Skąd to masz?
- No od lorda Ciemnobrewego, to chyba jasne. - odpowiedział, kiedy dziewczyna podsunęła mu pod nos obie fotografie. Znów czując chód metalu przy swojej szyi wykrzyknął pośpiesznie, że nie wie, kto je zrobił. Dziewczyna wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się i uniosła nóż.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Maradine
Posty: 795
Rejestracja: 15 lutego 2011, 16:31
Lokalizacja: Elantris
Kontaktowanie:

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Maradine » 06 stycznia 2015, 18:24

Informator odchrząknął, założył ręce za plecy i przeszedł po kilka kroków w tę i z powrotem.
- A więc, Kuole, jednak znasz jakieś przydatne zaklęcia - powiedział w końcu, stając w miejscu i patrząc na swojego towarzysza, siedzącego z naburmuszoną miną. Kuole nic nie odpowiedział. Nie dlatego, że nie chciał. Nie mógł, ponieważ za sprawą pomyłki w zaklęciu siedział teraz zakneblowany i przywiązany do długowłosego blond mężczyzny.
- Mistrzu - zwrócił się Informator do tego drugiego. - Zgaduję, iż sprowadzają Cię do miasta sprawy Gildii. Jeśli po raz kolejny wystosowali do mnie tę samą propozycję, to muzę cię zmartwić, gdyż niepotrzebnie się fatygowałeś, moja odpowiedź pozostaje niezmieniona. - Zakneblowany Mistrz w odpowiedzi wywrócił tylko oczami, jakby uważał to za skończoną głupotę.
Infoś zamachał lekko ogonem, wyrażając w ten sposób zadowolenie z zaistniałej sytuacji. Grab nie żył, Kim i Jivan gdzieś wsiąkli w pogoni za jego zabójcą, a Mistrz i Kuole byli w tej chwili mało mobilni. Jedynie Stwór pałętał się w pobliżu, podchodząc do przechodzących w pobliżu ludzi i gapiąc się na nich z zainteresowaniem do momentu, w którym ci nie postanowili jak najprędzej oddalić się od tej dziwnej osoby.
To była wprost idealna okazja do tego, by zniknąć, wrócić do pracy i tym samym odzyskać swoją godność i święty spokój. Nie musiałby już dociekać tego, czym właściwie jest Stwór, kto i dlaczego zabił Graba, co knuje lord Ciemnobrewy... Po prostu dowiedziałby się tego naturalnym dla siebie sposobem gdy tylko ktoś w mieście szepnąłby słówko na te tematy. Dlaczego miałby chcieć się męczyć i rozwiązywać zagadkę z tymi dziwakami? W końcu co z tego miał? Jakieś chore przygody, ogon, trochę dobrego jedzenia... towarzystwo... no i bywało zabawnie... Informator pokręcił ze złością głową, nie mogąc uwierzyć, że dopuścił do niej takie myśli. Odwrócił się na pięcie by odejść, lecz natychmiast stanął twarzą w twarz z Jivanem. Zadowolonym Jivanem. Szczerzącym się jak jakiś pieprzony demon, który właśnie zrobił komuś psikusa zasługującego na miano najlepszego w całej karierze. Odbicie zaśmiało się radośnie, choć dla Infosia zabrzmiało to co najmniej złowrogo, po czym objęło go ramieniem, jakby byli najlepszymi przyjaciółmi.
- O co chodzi? - warknął Infoś, próbując się uwolnić, a gdy mu się nie powiodło, odchylając głowę jak najdalej od tego okropnego uśmiechu.
W międzyczasie z bocznej uliczki wyszła szybkim krokiem Kim i odciągnęła za rękę Stwora od jakiejś przerażonej matki z dzieckiem, która gdy tylko została w ten sposób uwolniona od natarczywego spojrzenia lisicy, czmychnęła do najbliższego budynku. Zabójczyni posadziła Stwora na murku pobliskiej fontanny, po czym najwyraźniej zaczęła przesłuchanie. Infoś wątpił, by miało pójść po jej myśli, skoro lisica nie umiała mówić.
- ...illone - usłyszał, nagle wyrwany z zamyślenia przez słowa Jivana.
- Co powiedziałeś? - zapytał z bezgranicznym zdumieniem wpatrując się we wciąż szczerzącą się radośnie facjatę odbicia.
- Tylko tyle, że mam na ciebie haka, więc lepiej rób to, co mówię, Isnanie Navortisie Faurustusie Ontylionie Razbeusie Marvicku Agnavie Trezezie Orfiuszu Rovillone.
Obrazek

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1833
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: Kruffachi » 09 stycznia 2015, 17:23

– Sam nie wiem, ciągle mam wątpliwości…
– Nie mamy wyjścia.
– Ale…
– Pomyśl: demon trzeciego wymiaru. Lord Ciemnobrewy. Stronnictwo Czarnych charakterów. To już nie są żarty, Oswaldzie.
– Wkurzy się.
– Jeszcze nie widziałem, żeby się wkurzył. Ani on, ani żaden z klonów.

Zapadło milczenie. Dwoje Wspaniałych – wiekowych, przygarbionych i mocno posiwiałych jegomości zamienionych teraz w brodate pająki uczepione sufitu – gapiło się w ciszy na komnatę poniżej.
Ta była niewielka i skromna, połączona z równie niewielką łaźnią wyposażoną jednakże w skomplikowany system doprowadzania ciepłej i zimnej wody, zaawansowany technologicznie sedes, jacuzzi oraz sprytny koncept samoczyszczący. Przy zawalonym projektami, wyposażonym w setki szufladek i skrytek biurku natomiast siedział pochylony, szczupły mężczyzna w średnim wieku. Z perspektywy sufitu widać było głównie krótko i schludnie przycięte włosy z pojedynczymi i raczej przedwczesnymi siwymi pasmami, ale łatwo dało się zgadnąć, że na twarzy odbija się wyraz najgłębszego skupienia. Mamrotał coś do siebie, kiedy akurat nie zaciągał się dymem z fajki nabijanej burakami. Długie palce zgrabnie łączyły elementy jakiegoś filigranowego mechanizmu.
– Nad czym pracuje?
– Właściwie nie mam pojęcia…
– Mnie to wygląda na jakąś miniaturową wyrzutnię strzałek… Pewnie zatrutych…
– To Grab. Grab nie konstruowałby broni.

Inna sprawa, że jego niewinne z natury i mające służyć ogólnemu dobru projekty często na broń przerabiano. Od niemal dwustu lat, zamknięty w komnacie z łaźnią i niewielkim ogródkiem, gdzie eksperymentował na warzywach i uprawiał swoje buraki, nie miał o tym bladego pojęcia.
Był najzwyklejszym ze zwykłych ludzi, a już na pewno najzwyklejszym ze Wspaniałych. Sam z siebie nie był długowieczny – ewidencja wskazywała na to, że nim zaczęto poić go miksturami konserwującymi i zamknięto na ograniczonej, obłożonej spowalniającymi czas urokami przestrzeni, zdążył przekroczyć czterdziesty rok życia. Ile lat miał dokładnie, nie wiedziano, bo nikt nigdy tego nie liczył, zanim nie okazało się, że niepozorny, niepiśmienny jeszcze wówczas chłopak krążący po wioskach i dorabiający w dość niecodzienny sposób ściągnął na siebie zainteresowanie Wspaniałych.
Od tamtej chwili zmieniło się wszystko.
A jeszcze więcej, gdy wyszło na jaw, że dzieciak jest nie tylko genialny, ale też chorobliwie nieśmiały, przez co nierokujący zbytnio na potomków mogących odziedziczyć talent i – pozostawiony sam sobie – skłonny lądować pod mostami bez grosza przy duszy. Czas upływał, mijały lata, aż wreszcie stało się jasne, że natura nie załatwi tej sprawy za Wspaniałych.
Wówczas powstał tajny projekt magicznego klonowania – pierwszy taki w historii, czerpiący, zgodnie z odwiecznym prawem ironii losu, z odkryć samego Graba.
O czym również nie miał pojęcia.
– Nie mamy pieniędzy na kolejne klony, odcięli dotacje, przecież wiesz.
– Niby tak… Ale jakby… jakaś zbiórka…?
– Na tajny i wątpliwy moralnie projekt? Posrało cię? To zresztą już dawno straciło sens. Klonujemy go i klonujemy, a jedyne, co zdążył zrobić w kwestii prokreacji, to złapać jakąś wiejską babę za rękę. Zresztą jestem przekonany, że przypadkiem. Nie posunie się dalej i za miliard lat.
– Ale ten ostatni…
– Co? Że niby z tą dziwką?
– Zakochał się.
– I co z tego? Spójrz na nią, spójrz na niego, przemyśl sprawę i spróbuj nie udławić się ze śmiechu.

Pod sufitem zaległa cisza i jedynie nieświadomy niczego Grab mruczał do siebie, dokręcając śrubkę.
– No dobrze, raz Grabowi śmierć…
– Chyba nie zamierzasz go stąd wypuszczać?
– No raczej. Nie chcę, żeby zabił się o własne sznurówki, zanim zbierzemy fundusze.

Już po chwili dwa pająki zniknęły w szczelinie, by mrugnięcie oka później otworzyły się drzwi do komnaty i stanęli w nich czcigodni Oswald Dobry – za młodu paladyn Zakonu Wielkiego Brokuła, na emeryturze naukowiec – i Aro Praworządny – mag specjalizujący się w rozmaitych transmutacjach oraz urokach. Pochłonięty pracą wynalazca nie zauważył ich, podobnie jak nie zauważał upływu podejrzanie długiego czasu i wielu, wielu szczegółów, które z pewnością zaniepokoiłyby każdego innego.
Zignorował pierwsze znaczące chrząknięcie.
I drugie.
I trzecie też.
Dopiero przy czwartym pochylone nad blatem biurka plecy drgnęły. Grab zerknął na gości niepewnie, odłożył ostrożnie mechanizm i zerwał się z krzesła, purpurowiejąc ze wstydu.
Aro westchnął ciężko, widząc dokładnie tę samą reakcję, co pięćdziesiąt, sto i dwieście lat temu. Grab się po prostu nie zmieniał, co właściwie – pomijając kwestie prokreacyjne – było Wspaniałym na rękę, bo potulny, nieśmiały i święcie przekonany o swojej nieprzydatności, nikomu nie zagrażał. Był jak kura znosząca złote jaja.
Czy tam kogut.
– …obry…
– Dobry, dobry, Grabie – odparł Oswald, podkręcając siwego wąsa. – Nad czym pracujesz?
Wynalazca zerknął na biurko wyraźnie spłoszony.
– A… takie tam…
– Mhm. Bardzo ciekawe. – Oswald raz jeszcze ogarnął komnatę wzrokiem. Na prostym, kanciastym i starannie pościelonym łóżku leżał szmaciany… zwierz… istota… coś. Miał już dobre pięćdziesiąt lat, co odbiło się na jego kondycji licznymi szwami, wypłowieniem i brakiem lewego oka. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzamy, bo mamy pewną sprawę. I to może zająć dłuższą chwilę.
Grab oczywiście nie zaprotestował. Jeśli cokolwiek zdradziło, że wolałby zostać sam i zająć się swoimi sprawami, to przelotne spojrzenie na czubki butów.

Nie odezwał się ani słowem także podczas opowieści Oswalda i Aro. Siedział nieruchomo na laboratoryjnym krześle z rękoma na kolanach i pochyloną głową. Nie rozglądał się po zgromadzonych tu sprzętach, które przecież powinny go żywo interesować. Sprawiło to, że żaden ze Wspaniałych nie mógł obserwować jego twarzy – założyli więc, że wyraża pokorne oddanie i nieśmiałość. Jak zawsze.
I bardzo się pomylili.
– To oczywiście nie jest łatwa misja – ciągnął Oswald, przemierzając komnatę równym krokiem w tę i z powrotem. – Wierzymy jednak, że jej podołasz. Lord Ciemnobrewy to podstępny przeciwnik, a jego poplecznicy są niezwykle silni, niemniej będziemy ci dostarczać wszelkich danych i…
– …to złe…
– Co? – Wspaniali spojrzeli po sobie równie zaskoczeni.
Grab uniósł wreszcie wzrok, a w jasnych oczach miał jakąś niepokojącą pustkę.
– To złe – powtórzył z dziwną jak na siebie pewnością. – Wspaniali nie… nie powinni robić takich… rzeczy.
– Grabie, tłumaczyliśmy ci przecież, że nie pozostawiłeś nam wyboru – westchnął Aro.
– …ale… to było złe… - Głowa wynalazcy znów opadła, a wzrok skupił się na czubkach butów.
– Cóż, chłopcze, czasami jest tak, że okoliczności zmuszają nas do praktyk wątpliwych moralnie. Nie wymagamy od ciebie, byś zrozumiał to od razu, ale jestem przekonany, że za jakiś czas zdołasz sobie to wszystko poukładać.
Grab nie odpowiedział. Jedynie pokręcił głową.
– Walka ze złem wymaga poświęceń – dodał Oswald. – Ja sam w zaciętej walce z Czernym Smokiem straciłem… No, straciłem. Sporo. Zresztą nie zrozumiesz, i tak z tego nie korzystasz. Zresztą nie możesz powiedzieć, że nie byłeś szczęśliwy przez te lata, prawda? Miałeś wszystko, czego ci trzeba. Spokój, buraki, możliwość pracy…
Grab raz jeszcze w milczeniu pokręcił głową.
– Twoje klony nie miały się tak dobrze. Prawdę powiedziawszy, większość czasu spędziły tak jak ty, zanim tu zamieszkałeś: głodne, brudne, zmarznięte i poobijane. Nie nadajesz się do życia na zewnątrz. Tak nie było lepiej?
Szczupłe palce zacisnęły się na kolanach, ale żaden z pozostałych Wspaniałych zdawał się tego nie zauważać.
– Opracowaliśmy system przekazania ci wspomnień klonów – oznajmił Aro, przecierając szmatką monokl w złotej oprawie. – Dzięki temu będziesz bardziej w temacie i uzyskasz możliwość korzystania z ich doświadczeń. Zajmiemy się tym po kolacji. Na kolację są roladki z krzykoworów. Lubisz krzykowory, prawda?

Grab nie wiedział, ile czasu minęło, zanim odzyskał świadomość. Ustalenie jednak, że znajduje się w swojej komnacie, na swoim łóżku i gapi się w swój sufit zajęło mu jednak dłuższą chwilę. Jęknął, pocierając wciąż obolałą głowę i powoli spuścił nogi na deski podłogi. Przed oczami wciąż migały mu poszatkowane obrazy cudzych… własnych… wspomnień.
Fajka. Potrzebował fajki.
Dłonie drżały mu lekko, kiedy pakował buraki do główki, ale pierwsze zaciągnięcie się słodkawym dymem pomogło na wirowanie i myślowy mętlik. Grab opadł z powrotem na materac, opierając plecy o poduszkę.
– Nie wierzę… – szepnął i można by pomyśleć, że do siebie, gdyby nie pokraczna sylwetka szmacianego… czegoś. – To wszystko… Nie wierzę… Dlaczego mnie tak potraktowali, Trombocycie? – Grab zerknął na trocinowego towarzysza. – Te wszystkie klony… Dwieście lat… To tak strasznie dużo. Tyle się musiało zmienić. One… One tyle wynalazły. Tyle przeżyły… Bo to przecież nie ja, tylko one, te klony. I to one… Na pewno miały swoje plany, uczucia, marzenia… – Wynalazca zaciągnął się głęboko dymem. – Ten ostatni się nawet zakochał, wiesz? Czy to znaczy, że ja też jestem zakochany? Nie wiem, nigdy nie widziałem panny Kim na oczy. Co się stało ze Wspaniałymi, jeśli byli zdolni do czegoś takiego? Najgorszy z Niezwykłych by tego nie wymyślił. Tak by mnie… nie ukarał. I ich, tych klonów. Wyobrażasz to sobie? Byś sobą i jednocześnie kimś innym? Niesamodzielnym? Jest mi tak strasznie, strasznie smutno, Trombocycie, kiedy o tym myślę, i nie wiem, co zrobić… Chcą, żebym walczył z Ciemnobrewym. I to rozumiem, Ciemnobrewy jest zły. Ale miałbym to robić z nimi? Oni też są źli. Gdyby byli dobrzy, to… Przepraszam, wiem, powtarzam się. No, w każdym razie rozumiesz? Masz, zaciągnij się. – Grab przytknął ustnik do szmacianego pyszczka. – Jestem trochę pogubiony… Ja wiem, wiem, że Wspaniali mają wady. Przecież sam jestem Wspaniałym i mam tyle wad. Tylko że najbardziej szalony z nas… Sam nie wiem… Czuję się taki głupi, Trombocycie. I tak sobie myślę… Tak sobie myślę, że będę cię musiał opuścić. Przepraszam, nie chcę cię zostawiać samego, bycie samemu jest takie przykre… Ale zrozum. Nie mogę tu zostać. Boję się tego, co jeszcze mogliby zrobić. Chcę walczyć z Ciemnobrewym, tak, ale nie siedząc tutaj i czekając. Muszę odnaleźć Kuolego i Jivana. Jeśli coś się nie zepsuło w tych wspomnieniach, powinni być na tropie. Będą wiedzieli, co zrobić, oni mnie nie skrzywdzą… No, nie celowo w każdym razie. Co mówisz? Nie, lepiej będzie, jeśli zostaniesz. To może być niebezpieczne, a ja nie potrafię… się troszczyć. O nikogo, nawet o siebie. Mogłoby ci się coś stać, a jesteś moim jedynym przyjacielem.
Grab pogłaskał delikatnie szmacianą główkę i spojrzał w pojedyncze guzikowe oko.
– Będę tęsknił – zapewnił.
A potem wstał i zaczął pakować rzeczy do tobołka skręconego z prześcieradła. Wciąż jeszcze kręciło mu się nieco w głowie, ale wiedział, że nie ma czasu i wierzył, że nocny deszcz nieco go otrzeźwi.

Deszcz okazał się szybko potężną ulewą, co wcale Grabowi nie przeszkadzało, bo pozostali Wspaniali zajęli się wypompowywaniem kaszki malinowej z piwnicy i nikt nie zwrócił uwagi na samotną sylwetkę wymykającą się przez okno, a potem przeskakującą ogrodzenie. Wynalazca obejrzał się nawet za siebie tknięty nagłą myślą, że nie powinien zostawiać kolegów w potrzebie, ale pokręcił ze zdecydowaniem głową i ruszył w ciemną moc.
Na biurku zostawił list. I prośbę o wykreślenie z ewidencji Wspaniałych.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
underzagt
Posty: 16
Rejestracja: 16 kwietnia 2016, 11:53

Re: OZ reborn - tekst

Post autor: underzagt » 27 czerwca 2016, 20:05

Plątał się bez celu w deszczu. "Wspaniali " kurde balans. Chyba w tym co najgorsze, cuchnące i mroczne. Splunął. Zaśmiał się ironicznie. Pogoda oddawała jego nastrój. Mieli rację. Po latach i tygodniach musiał przyznać że jego przyjaciele mieli rację. W każdym słowie. Już nie miał W CO wierzyć. Ile broni mieli jeszcze w planach skonstruować Wspaniali ? Dwie ? trzy ? Tysiąc ? Tego nie wiedział. Ale nie zamierzał dopuścić do tego by zniszczyli resztki tego świata, który mu pozostał.

Zablokowany