UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Nasze czarowanie - tekst

Opowiadania starsze lub starawe. Takie, których autorzy nie mają już kont na forum, albo takie, których treść na prośbę autora została usunięta, a bo to na konkurs iść miało, a bo co innego.

Komentowanie w tym dziale jest wyłączone.

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Joa » 01 grudnia 2013, 13:40

Wtorek, przed ósmą


Rankiem obudził się cały obolały. Nie był to skutek nocnych przygód z alkoholem (mimo że można było go zobaczyć z butelką w dłoni, nie pił, choć sam nie wiedział dlaczego trzymał w dłoni piwo za każdym razem, gdy z kimś rozmawiał) ani tym bardziej z narkotykami. Podchodzili do niego przez cały okres trwania imprezy jacyś dziwni ludzie i prosili, by jako diler, załatwił im trochę białego proszku, na co on reagował jedynie typowym dla wyrazem twarzy – oczami wyglądającymi jak dwie małe kropki i prostą linią ust. Wtedy rezygnowali z próbami porozumienia się, zwalając niesubordynację Żyłki na karby jego nieogarnialności.
Obolały obudził się z tego względu, że niemalże wisiał na gałęzi. Jak się tam znalazł – nie wiedział. Zaspanym wzrokiem ogarnął otoczenie i zobaczył na sąsiednim konarze Artura Tkaczuka, który niczym leniwiec, zwiesił ręce i nogi wzdłuż kory, pochrapując cicho. Żyłka zastanowił się, czy być tak dla kolegi miłym i go zbudzić, ale stwierdził, że nie ma sił i ochoty. Przeczuwał, że ten tydzień będzie wyjątkowo przykry, rozpoczynając o obolałego ciała, gałęzi i widoku dziwnych, nieprzytomnych uczniów na błoniach.
Z trudem zszedł bezszelestnie (choć mniej bezszelestnie niż zazwyczaj, rzecz można, że poniżej jego umiejętności i tego, do czego zdążył siebie i innych przyzwyczaić) na ziemię i ruszył w kierunku Ślęży. Która mogła być godzina? Szósta? Siódma? Na pewno jeszcze wczesne, zdecydowanie przed ósmą.
Powlókł się bez życia do szkoły, natykając się na bardziej lub mniej skacowanych uczniów, chociaż najwięcej było tych, którzy nie pozbyli się jeszcze procentów z młodych organizmów.
Z trudem pokonał całą drogę do swojego pokoju, gdzie rzucił się na łóżko tak jak wtedy, pierwszego dnia szkoły i zasnął.



Środa, ranek



O ósmej był już gotowy. Tkaczuk jeszcze spał z głową pod kołdrą. Gdy Żyłka przez przypadek trzasnął drzwiczkami szafy, w której trzymał swetry, spod materiału dobiegły trzy przekleństwa. Albo dwa, Żyłka nie był pewny. Popatrzył tylko z nieskrywaną ciekawością (objawiającą się w uniesionej dwa milimetry wyżej niż zazwyczaj lewej brwi) wystające stopy.
Nie poczekał na Artura, chociaż na początku miał ochotę z nim porozmawiać. Wczorajszego dnia nie było na to czasu. Ostrożnie zamknął drzwi pokoju i ruszył na śniadanie. Nie tylko się spóźnił, ale z przerażeniem zaobserwował, że na stole stoją jedynie ziemniaki. Nie wmusił ich w siebie, wiec o pustym żołądku ruszył na lekcje.
Po kilkudziesięciu minutach uczniowie wraz z nauczycielem, po uprzednim dogłębnym przepytaniu Żyłki, zorientowali się, że chłopak nie należy do ich klasy. Profesor zdenerwował się i po dowiedzeniu się, że Rości jest wychowankiem Dampa, powiedział, że nie omieszka go o tym występku poinformować. Dodatkowo rozjuszył go fakt, że Żyłka milczał i lakonicznie odpowiedział tylko na jedno pytanie. Został wyrzucony z klasy.
Włóczył się bez celu po korytarzu, próbując przypomnieć sobie, w której Sali powinien mieć teraz lekcje. Gdyby spotkał Wiśnię lub kogokolwiek innego, najpewniej by się dowiedział, ale nie mógł ich dojrzeć. Korytarz był prawie pusty, jedynie czasami przechodzili koło niego uczniowie, mający zajęcia w późniejszych godzinach.
Nagle zwyczajnie potknął się. Nigdy mu się to nie zdarzało, więc jęknął tylko zdziwiony, uderzając podbródkiem o podłogę. Miał nadzieję, że nikt tego nie zauważył, nie zniósłby…
- Jeziorny, ty niezdaro! – usłyszał i chciał zapaść się pod ziemię. Zagryzł zęby. Damp podał mu rękę.
- Trenerze, dziś mam bardzo zły dzień. Nic nie idzie po mojej myśli – powiedział całkowicie pozbawiony sił.
- Naprawdę się zdziwiłem, że dostałeś na śniadanie ziemniaki, Jeziorny – zaczął Damp z wyraźnie wyczuwalnym bólem. – Ale może ten dzień wcale nie jest zły? – zapytał, a Żyłka nie wiedział do czego wychowawca zmierza. – Może po prostu tobie nic nigdy nie wychodzi i nie powinieneś się tym przejmować? – W tym momencie w mózgu Żyłki wszystko zwolniło. Co Rust miał na myśli?
- Wcześniej tak nie było – odparł, chociaż wolał raczej zapytać się wychowawcy, co ma na myśli. Wstał i strzepał kurz ze swetra. Widząc, że trener rusza korytarzem, poszedł za nim, wciąż zastanawiając się, czy ma wobec Rościego złe zamiary. To, co powiedział było dziwne. Coś się zmieniło w stosunku Rusta do Żyłki, chłopak zaczynał to czuć, choć wypierał z umysłu.
- Nieważne, Jeziorny, nieważne. Kto by się przejmował? – zapytał retorycznie, uśmiechając się. – Ach cholera, zapomniałem klucza z pokoju nauczycielskiego, mógłbyś mi przynieść? Na czarnej smyczy, wiszą na drzwiach – przypomniał sobie. Rości mruknął, że zrobi to i zniknął za rogiem.
Pokój nauczycielski. Gdzie to jest? Żeby chociaż wiedział. Wlókł się z piętra na piętro, leniwie przerzucając wzrok z jednych drzwi na drugie i szukając plakietki z napisem „pokój nauczycielski”. Damp. Szybciej byłoby gdyby sam po nie poszedł. Po kilkunastu minutach Żyłka poddał się i po prostu poszedł na obiad.
Niech sobie Rust Damp sam szuka kluczy. Żyłka nie będzie mu ich przynosić już nigdy więcej.




Środa wieczorem


Na obiad i na kolację też były ziemniaki, więc Żyłka ograniczył się jedynie do zabrania z Sali herbaty.
Teraz siedział z parzącym mu dłonie kubkiem, a unosząca się para rozgrzewała mu twarz. Patrzył się tępo w ścianę i zastanawiał się, czy ten dzień skończy się normalnie, czy będzie jedynie podsumowaniem beznadziei.
Do pokoju wszedł Tkaczuk. Zaszczycił współlokatora zimnym spojrzeniem i położył się na swoim łóżku, z rękami za głową. Minęło kilka chwil, gdy odwrócił się do Jeziornego i zapytał złośliwie:
- O, cześć Linka! Już cię wypuścili – uśmiechnął się wrednie – z tego przybytku niedoli zwanego SKRZYDŁEM SZPITALNYM? – wycedził, niemalże rechocząc pod koniec. Żyłka spojrzał tylko na niego, marszcząc czoło, po czym zajął się swoją herbatą.
Nagle coś syknęła znikąd i brązowy, cholernie gorący napój w kubku, wylał się na sweter chłopaka. Sycząc z bólu, Żyłka ściągnął sweter i cisnął nim przypadkowo na Artura, który natychmiast zmienił wyraz twarzy. Rości doskoczył do szafy, by wyciągnąć ręcznik i nowy, świeży sweter.
Drzwiczki zaskrzypiały i w ciągu jednej, długiej niczym minuta, sekundy, z szafy wypadł, wprost na twarz Jeziornego, rozwścieczony kot, który syczał i prychał. Na ziemię coś upadło z głośnym hukiem.
Żyłka rzucił kotem, nie zastanawiając się nad tym, że to żywe stworzenie, a ten poleciał na Artura, który widząc to wszystko, nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać. Jednak wybrał trzecią opcję – krzyk - gdy pazury zaczepiły się o koszulę.
Jeziorny doskoczył do współlokatora i wspólnymi siłami, klnąc na potęgę, wyrzucili pchlarza za drzwi. Słyszeli jeszcze głośne prychanie i syczenie.
Artur kopnął jeszcze w drzwi, by durne stworzenie wyniosło się jak najdalej.
- Co to do kur…
- …wy było? – dokończył za Artura Żyłka, kucając i ujmując w dłonie drewniane, sześcianowi pudełko. Obejrzał je z każdej strony i podszedł do szafy. Podniósł wzrok i to, co tam zobaczył zagotowało w nim wszystko. O ile, jak dotąd, był opanowany i daleko było mu do bycia rozwścieczonym, mimo krwi, zalewającej mu twarz, w tym momencie poczuł, ze chce kogoś pozbawić życia.
Każdy jeden sweter był zniszczony.
-Nitka, co jest? – usłyszał głos Artura, który zastanawiał się co zrobić z pozostałością koszulki. Gdy Jeziorny nie odpowiedział, Tkaczuk spojrzał na spięte plecy chłopaka i dwie ręce spuszczone wzdłuż ciała. W jednej dłoni Rości trzymał sześcian, na którym zaciskał mocno palce, tak, że mu pobielały. W drugą boleśnie wbijał paznokcie.
- Zabiję. Kurwa. Tego. Kto. To. Zrobił – wysyczał Żyłka, rzucając sześcianem tuż koło ucha Artura. Pudełko przy akompaniamencie zbitego szkła wyleciało na błonia.


Środa, noc


Rości był załamany. Od momentu wyrzucenia sześcianu przez okno, nie ruszył się z miejsca. Początkowo Artur chciał, by Żyłka nie straszył go, stojąc jak jakiś debil przy otwartej szafie, z kretyńskim, pustym spojrzeniem patrząc się na poprute swetry, tylko usiadł na łóżku, ale gdy zauważył, że zbywany jest milczeniem, machnął ręką i wymamrotał coś pod adresem współlokatora pod nosem.
A Żyłka analizował. Zastanawiał się, kto byłby w stanie zrobić tak paskudną rzecz. Nawet Tkaczuk był na liście jego podejrzanych. Każdy był – począwszy od Artura, kończąc na dyrektorce. KOT nie znalazł się tam przez przypadek. Ktoś maczał w tym palce, a Żyłka Rościsław Jeziorny miał zamiar dowiedzieć się kto i sprawić, że będzie cierpiał. Zemsta będzie słodka.


Czwartek, rano


Zmuszony był do ubrania dresów. Czuł się fatalnie w bluzie, a nie swoich swetrach, dlatego wykrzywiał usta w grymasie bólu. Chciał to, co zdarzyło się poprzedniego dnia, wymazać z pamięci jak najszybciej. Ale najpierw czekało go znalezienie winowajcy, który wpuścił pchlarza do szafy i zemsta. Dlatego zamierzał, o dziwo, pojawiać się na każdych zajęciach, które były dla niego przewidziane. Zamierzał patrzeć wszystkim na dłonie, obserwować co robią. Wszystkim. Uczniom i nauczycielom. Pchlarzom i nie Pchlarzom. Wszystkim bez wyjątku.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: A. Mo'zart » 06 grudnia 2013, 00:08

17 października środa rano, przed lekcjami
Tatiana od kilku minut przyglądała się kręcącej się po pokoju Marcelinie, w pośpiechu pakującej cały swój dobytek. Raz po raz, przy każdym głośniejszych stuknięciu, zerkała na Wiśnię, lecz ta spała twardo. Bii, na szczęście, już od godziny nie było w pokoju. Zerwała się bladym świtem, mówiąc, że ma coś ważnego do zrobienia.
- Jesteś tego pewna?
Pomimo nieludzko wczesnej pory, Marcelina z zacięciem pakowała cały swój dobytek. Kiedy wczoraj wieczorem pozwolono jej opuścić oddział szpitalny, obiecała sobie, że najbliższa noc będzie ostatnią w towarzystwie tej wariatki Wiśniowieckiej. Kiepsko spała, budząc się nawet przy najmniejszym szmerze i wyobrażając sobie lecące w jej stronę zaklęcia. Poranek przyjęła z ulgą.
- Mówiłam już sto razy. Z nią - różdżką wskazała na Wiśnię, powstrzymując się przez rzuceniem na nią złośliwej klątwy - mieszkać nie będę. Potrzebuję trochę normalności.
- I dlatego przenosisz się do Vicky? Nie jest to najnormalniejsza osoba, którą znam.
- Przynajmniej nie ciska w ludzi niewybaczalnymi.
- Bo pewnie ich nie zna.
- Tym lepiej dla mnie.
Tatiana westchnęła. Od kilku dni bezskutecznie próbowała przekonać przyjaciółkę do zmiany zdania, lecz ta była uparta niczym osioł. Dla samopoczucia Marceliny, taka zmiana mogła być korzystna, lecz wiedziała, ze będzie jej brakowało wieczornego plotkowania przed snem. W ciągu dnia niestety nie zawsze było dość czasu, by przysiąść gdzieś w spokoju i spędzić razem trochę czasu.
- Nie lepiej spróbować przenieść Wiśnię? - Tatiana tylko rzuciła okiem, by się upewnić, czy Mścigniewa przypadkiem nie obudziła się i nie słyszy każdego ich słowa. - Wszyscy będą zadowoleni.
- Ha! Córeczkę ministra? Chcesz mieć jej tatusia na głowie?
- Przesadzasz. Wiśnia nigdy nie zasłaniała się ojcem, w przeciwieństwie do Vicky.
- One wszystkie są takie same. Niby się dąsa, niby go nie lubi, ale zajdź jej za skórę, to sama zobaczysz. Gdyby ktoś inny rzucał w ludzi niewybaczalnymi, już dawno wyrzuciliby go ze szkoły. A ona? pewnie nie dostała nawet upomnienia.
- Pamiętam, że Damp nie był zadowolony.
- Damp, a co może Damp? Zresztą Damp jej je z ręki. Faworyzuje ją. - Marcelina zatrzasnęła walizkę, rozglądając się jeszcze czy czegoś nie zapomniała. - Był tak niezadowolony, ze wybrął ja do reprezentacji. Twoim zdaniem to kara?
Tatiana chciała powiedzieć, ze z pewnością wybrał ją ze względu na umiejętności, lecz obecność Walentyny przeczyła jakimkolwiek logicznym motywom i, kiedy o tym pomyślała, Marcelina mogła mieć rację.
- Tylko pomyśl, Ti. Córka ministra, córka ambasadora, syn aurora, który pojawił się w szkole dopiero dzień przed wyborem i córka japońskiego mafiosa. Ta zresztą jest niewiele lepsza od Wiśniowieckiej.
- A co ci takiego zrobiła Bia? - Tatiana powoli przestała nadążać za myślami Marceliny, która zaczęła się nakręcać, samej sobie wmawiając teorie spiskowe. - Wiem, że jest trochę stuknięta - przypomniała sobie jej opowieści o Antydźwiedziu, którymi przez kilka dni raczyła każdego, kto chciał ją wysłuchać - ale raczej niegroźna.
- Ta. Ładna, mądra, bogata, inteligentna, sprytna, rozsądna, odważna, silna, zdolna. Faktycznie, normalna dziewczyna, jak każda. Pani idealna.
- Teraz to się czepiasz.
- Popatrz na jej łóżko.
Tatiana rzuciła okiem, lecz nie dostrzegła na nim nic nadzwyczajnego.
- Co z nim nie tak?
- A teraz popatrz na swoje. Przekrzywiona poduszka, zwisające prześcieradło, podwinięta kołdra. A u niej? Jest tak idealna, że nawet jej łóżko nie ma żadnych fałdek, jakby ta doskonałość unosiła ją w powietrzu. Niedługo skrzydła jej wyrosną i zacznie latać. To jakaś czarna magia musi być. Niby dlaczego dali ją tutaj, razem z Wiśnią, chociaż w innych pokojach było więcej wolnych miejsc? - Skończyła obchód pokoju i przy pomocy różdżki uniosła walizkę w powietrze. - Ty też stąd uciekaj, dobrze ci radzę.
Tatiana wyszła z nią na korytarz, dokładnie zamykając za sobą drzwi. Po ostatniej serii kradzieży coraz więcej uczniów zaczęło zabezpieczać swoje pokoje i teraz, bez użycia potężnej magii, nikt kto w nich nie mieszkał nie mógł wedrzeć się do środka bez towarzystwa lokatora danego pokoju. Tabliczka z nazwiskiem Marceliny zniknęła, więc nawet, gdyby chciała wrócić, nie mogła tego zrobić bez zgody dyrekcji lub pomocy którejś z nich.
- Na pewno nie zmienisz zdania?
- Nie. Ta zmiana dobrze mi zrobi. Oczywiście możesz wpadać kiedy chcesz.
- Nie wiem. Ostatnio nie po drodze mi z Vicky. Wątpię bym była mile widziana.
Marcelina tylko wzruszyła ramionami.
- To się ją uciszy. Najwyżej postraszy nas tatą ambasadorem.
Obie się roześmiały.
- No to powodzenia z nowymi lokatorkami. Gdybyś odkryła, że czegoś zapomniałaś, powiedz, to wpuszczę cię do środka. Będę w bibliotece. Chcę trochę poczytać przed zajęciami.
Rozeszły się i Marcelina skierowała kroki w głąb korytarza, ku swemu nowemu pokojowi. Stanęła pod drzwiami. Tabliczka z jej nazwiskiem wyróżniała się, gdyż oczywiście nie było nikogo, kto potrafiłby napisać je taką samą czcionką co dwa pozostałe. To przekraczało możliwości szkolnej kadry. Ku jej zdziwieniu, nie otworzyły się przed nią, najwyraźniej dodatkowo zabezpieczone przez którąś z dziewczyn. Machnęła różdżką.
- Alohomora.
Uchyliły się przed nią i ku jej zdumieniu, zaraz za nimi zobaczyła kolejne. Jeszcze dziwniejszym było, kiedy otwarta przez nią pierwsza para drzwi rozpłynęła się w powietrzu, jakby nigdy nie istniała.
- Co jest? Alohomora.
Kolejny raz to samo. Otworzyła ponad dwadzieścia par drzwi, kiedy zaczęła się niecierpliwić. Ktoś wyraźnie próbował z niej zakpić. Zrezygnowała z otwierania kolejnych i zamiast tego spróbowała zapukać, licząc na odzew. Chociaż wyraźnie słyszała szuranie po drugiej stronie, nikt nie zdecydował się wpuścić jej do środka.
- Dziewczyny, to ja, Marcela. Wpuście mnie. - Nie doczekała się reakcji i wściekła ponownie rzuciła zaklęcie otwierające, bez zaskoczenia odsłaniając kolejne, identyczne drzwi.
- Vicky, jeśli to ty, uduszę cię!
Walentyna była tchórzem i taka groźba powinna zadziałać. Wprawdzie nie spodziewała się, by była ona zdolna do rzucenia takiego zaklęcia jak to, to jednak ona była najsłabszym ogniwem w tej układance.
- Vicky, otwieraj do jasnej! Jak nie otworzysz, idę do Dampa!
Więcej szurania i głośniejsze kroki, lecz drzwi pozostały zamknięte. Doprowadzona do ostateczności otworzyła dziesięć kolejnych, nim zrezygnowana odłożyła różdżkę. Oczywistym było, że tym sposobem nie sforsuje zaklęcia i jeśli chciała się dostać do pokoju, musiała spróbować czegoś innego. Groźby nie podziałały, wiec spróbowała się prosić.
- Vicky, mogłabyś otworzyć? Opowiem ci kilka plotek o Wiśni. - Zero reakcji. Miała już dość. - OTWIERAJ TE DRZWI! - Zaczęła w nie kopać i jak opętana walić pięściami, póki nie opadła z sił. - DOŚĆ TEGO! IDĘ PO DAMPA!
Podziałało. Z głośnym, nienaturalnym skrzypieniem, drzwi otworzyły się. Nigdzie nie dostrzegła Walentyny. Zamiast niej, wewnątrz, na środku dywanu, siedziała Anastazja, a przynajmniej ktoś kto powinien nią być. Nie widziały się od dawna, ale od razu zauważyła, że wygląda nieco inaczej niz zwykle.
- Anastazja, co ty odwalasz?
Milcząc, dziewczyna uniosła różdżkę. Sekundę później, Marcelina uderzyła o stojącą za jej plecami ścianę, a drzwi zatrzasnęły jej się przed nosem. Nim zdała sobie sprawę z tego, co się stało, ponownie uchyliły się, a Anastazja wyszła na korytarz. Ze zdziwieniem na twarzy popatrzyła na Marcelinę.
- Dlaczego siedzisz na podłodze?

Ten sam czas, szkolna biblioteka
Nawet mając to przed oczami, nadal nie mogła uwierzyć w to, co odkryła Beata. Jak większość czarodziei, nigdy nie ruszała mugolskich urządzeń i obchodziła je szerokim łukiem, lecz teraz, zachęcona przez Beatę, wciągnęła się bez reszty w nowo odkryte źródło wszelkich plot. A spotyka się z C. U i H często chodzą razem do łazienki. M i W pobili się o K. Tyle możliwości. Wprawdzie nie potrafiła rozszyfrować wszystkich imion, lecz te, które zdołała rozpoznać, na początek jej wystarczyły. Sporo wpisów, co oczywiste, poświecono reprezentantom i te interesowały ją najbardziej. Ktokolwiek to pisał, nie oszczędzał nikogo i towarzysząca jej Ania skrupulatnie notowała co ciekawsze fragmenty. Najbardziej zainteresował ją romans Bii i Artura, któremu poświęcono aż kilka osobnych wpisów, a trzy kolejne dotyczyły samej Bii i niejakich T oraz I, którymi, zdaniem autora, powinna zainteresować się dyrekcja, a którzy, o czym przeczytała ze zgrozą, prawie okaleczyli kochanego Arturka.
- Wiecie, kto to jest?
Ania i Beata tylko pokręciły głowami. Najwyraźniej musieli to być jacyś nowi uczniowie, których tożsamość należało poznać w pierwszej kolejności.
- Pogadam z Krysią, żeby wypytała. Jak nawali, to wywalimy ją z gazetki. I tak jest nieprzydatna. Anka, dla ciebie zadanie specjalne.
Dziewczyna tylko skinęła. Zaczynały się rozumieć bez słów i od razu wiedziała, o co Walentyna zamierza poprosić.
- Za tydzień chcę jakiś pikantny materiał o tej dwójce. I komro... komporo... kompormisujące zdjęcie Chinki. Nauczę ją trzymać łapy z dala od Arturka. Masz aparat?
Kolejne skinienie.
- No i świetnie. Spisałaś wszystko? Dzisiaj nowy numer.
Wyjęła zmiętą kartkę papieru i wcisnęła ją Ani. Ta rzuciła okiem i tylko pytająco uniosła brew, po czym bez słowa schowała ja do kieszeni.
- Wszyscy już czekają na nowy ranking popularności. Biedactwa. Gdyby nie ja, nie wiedzieliby kogo powinni podziwiać. Nie sądzicie, że powinni okazywać nam więcej wdzięczności? Tak się dla nich staramy. Ale niektórzy to są tacy głupi i niewdzięczni, że szok.
- No, no. W bibliotece się ciebie nie spodziewałam.
Trzy siedzące przed komputerem dziewczyny były jedynymi osobami w bibliotece i Tatiana od razu zwróciła na nie uwagę, zastanawiając się kto poza nią przychodzi tutaj o tak wczesnej porze. Walentyna prawdopodobnie była ostatnią osobą, którą spodziewała się zastać.
- Ale to się dobrze składa. Chciałam porozmawiać.
Chwyciła wolno stojące krzesło i dosiadła się, wpychając się pomiędzy Walentynę i Beatę. Vicky otworzyła usta by coś powiedzieć, lecz natychmiast jej przerwano.
- Chciałabym wrócić do gazetki. Wiem, ze jesteś wściekła o ten wywiad, ale sama rozumiesz. Marcelina była w szpitalu i nie miała do tego głowy. Jeśli nadal chcesz, możemy to zrobić dzisiaj wieczorem.
- Ania już się tym zajęła.
Tatiana spojrzała w miejsce wskazywane przez Walentynę. Poza Beatą, nie dostrzegła nikogo.
- To jest Beata. Nie mów, że ich nie rozróżniasz.
- Głupia. Ania siedzi... och.
Ani nie było. Chociaż w bibliotece były zaledwie cztery osoby, zdołała niepostrzeżenie wtopić się w tłum.

17 października, środa, około drugiej popołudniu
Drzwi redakcji otworzyły się z hukiem i do środka wpadła zanosząca się płaczem Weronika. Potargane włosy, rozmazany makijaż i zdarta skóra na kolanach już z daleka zwiastowały nieszczęście. Nim ktokolwiek się odezwał, przywarła do Walentyny, szukając w niej ukojenia. Vicky, obejmując ją troskliwie, przyklękła, czekając cierpliwie aż dziewczynka zdoła się uspokoić.
- Co się stało, kruszynko?
- Zu-zuzia!
- Coś się stało Zuzi?
- Nieee. Pobiła mnieeee.
Od razu było widać, że mówi prawdę.
- Jak to, Zuzia cie pobiła? dlaczego?
- Bo-bo przezywała Beatę i ją broniłaaaam.
- Gdzie ona jest?
- Na-na naszym piętrze.
Natychmiast wybiegła na korytarz, rzucając tylko Martynie polecenie zajęcia się Weroniką. Nie wiedziała, co odbiło Zuzi, ale musiała natychmiast zakończyć ten konflikt. łatwo je odnalazła. Na korytarzu pierwszoklasistów zrobiło się spore zamieszanie i gdyby większość nauczycieli nie była zajęta, prawdopodobnie ściągnęłoby tu całe ich stado. Przepchnęła się przez zgraję dzieciaków. Na środku dostrzegła Beatę. Skulona, siedziała pod ścianą, dłońmi zasłaniając mokrą od łez twarz. Zuzia stała nieopodal, przyciśnięta do ściany przez Gabrysię i jakiegoś chłopaka. Szarpała się i, plując na Beatę, kopała trzymającą ja dwójkę po kostkach.
- Co tu się dzieje? - Oczy wszystkich jedenastolatków skierowały się na nią i, znalazłszy się w centrum zainteresowania, odruchowo poprawiła włosy i wyprostowała się. - Zuzia?
Puścili ją i schyliła się po swoją różdżkę.
- To jej wina! - Brudnym od czekolady palcem wskazała na ciągle łkającą Beatę. - powiedziała, że jestem gruba i żrę jak świnia.
- Bo jesteś! - Nie wiedziała, czyj to głos wyłamał się z tłumu, lecz musiała się z nim zgodzić. Odkąd przygarnęła ją pod swoje skrzydła, Zuzia utyła przynajmniej trzy kilo i, z tego co jej doniesiono, codziennie pożerała przynajmniej trzy tabliczki czekolady.
- Zamknij się, Denis. Twoja stara pierze w rzece!
Vicky kucnęła przy Beacie, chusteczką ocierając jej łzy. Dziewczynka spojrzała na nia z wdzięcznością.
- Już dobrze. Zrobiła ci coś?
- Na... *snif* nazwała mnie szla-szlamą.
- Zuzia, to prawda?
- Zasłużyła sobie.
Zuzi było wszystko jedno. I tak już nie mogła pogorszyć swojej sytuacji, a przynajmniej pierwszy raz miała szansę wyrzucić z siebie całą złość, narastającej w niej przez cały czas. Nie było dnia, by gdzieś za plecami nie słyszała kwików i chrumkania, lub nie podłożono jej nogi by sprawdzić, czy po upadku potoczy się jak beczka. W dodatku Krzysio, najprzystojniejszy chłopak w klasie, zwykle brylował w dokuczaniu jej. Po tym wszystkim słowa Beaty zwyczajnie przelały czarę.
- To bardzo nieładnie, Zuziu. Beata jest twoją koleżanką.
- Mam gdzieś takie koleżanki. Wszystkich mam gdzieś. Nienawidzę was, rozumiecie? Wszystkich nienawidzę i mam dość!
- Jak się nie uspokoisz, wyrzucę cię z naszej grupy.
- Twoją grupę też mam gdzieś! Jesteś tak samo głupia jak oni! I gruba!
Tego było za wiele. Walentyna uniosła różdżkę, próbując przypomnieć sobie jakiekolwiek zaklęcie, które mogłoby dać jej nauczkę. Niestety, jak zwykle, nic nie przychodziło ją do głowy. Na szczęście ktoś ją wyręczył.
- Petrificus totalus!
Trafiona Zuzia padła jak kłoda, a twarz Julki ozdobił pełen satysfakcji uśmiech.
- I tak jej nie lubiłam.
- Dobra dzieciaki, dość zbiegowiska. - Vicky natychmiast zaczęła przeganiać zebranych pierwszoklasistów, którzy dość niechętnie rozeszli się po swoich pokojach. Z pomocą Julki i Gabrysi podniosła Beatę z ziemi. Na szczęście, w przeciwieństwie do Weroniki, nie odniosła obrażeń. Dziewczynka uśmiechnęła się delikatnie.
- Już lepiej, kruszynko?
- Tak *snif*. Co z nią?
Wskazała zastygłą w bezruchu Zuzię.
- Niech leży. Zasłużyła. - Objęła całą trójkę ramionami. - Chodźcie, dziewczyny. Pokażę wam jak malować paznokcie. Już dawno wam obiecałam.

17 października, środa. gdzieś między 19 a 20
Była spóźniona, ale musiała osobiście dopilnować, by gazetka ukazała się na czas i teraz, sapiąc z wysiłku, w ślimaczym tempie pędziła korytarzem na zebranie szkolnej reprezentacji. Fakt, że powierzono organizację zebrania Chince był oburzający, ale napotkany na korytarzu Damp WYRAŻNIE dał jej do zrozumienia co się stanie, jeśli się na nim nie zjawi. Przynajmniej musieli na nią czekać. Chociaż w ten sposób mogła wyrazić swoje niezadowolenie. Na wyjściu chwyciła jeszcze dwa egzemplarze, przeglądając je w biegu. Wszystko było na swoim miejscu. Żałowała tylko, że nie miała czasu zająć się rankingiem popularności i musiała ograniczyć się do czołowej i końcowej dziesiątki, lecz przygotowania do turnieju zajmowały jej zbyt wiele czasu. Ale przynajmniej wiedziała już, jak się ubierze. Na dłużej zatrzymała się przy artykule o romansie Artura i Bii. Myśl, ze jej żółte łapska dotykały takie ciacho, strasznie ją irytowała i miała nadzieję, że na przyszły tydzień Ania zdoła przygotować kilka prawdziwych bomb, które raz na zawsze pogrążą ją w jego oczach.
Ku swemu zdziwieniu, przed drzwiami wyznaczonego na spotkanie pokoju natknęła się na Wiśnie i Jagodka, którzy najwyraźniej, podobnie jak ona, w dość pokrętny sposób pojmowali punktualność, o czym Jagodek, co słyszała już z daleka, nie omieszkał przynajmniej pięciokrotnie wspomnieć.
- Mścigniewa! Jak dobrze, że cię złapałam.
Wiśnia z trudem powstrzymała się przed pokazaniem jej co myśli na temat mówienia do niej po imieniu. W ostatnim czasie zbyt wiele się działo i nie potrzebowała kolejnej awantury.
- Mam dla ciebie niespodziankę.
Siłą wcisnęła jej do rąk gazetkę otwarta na rankingu popularności. Od niechcenia rzuciła okiem, ze zdumieniem odkrywając, że jej miejsce na dole listy "10 porażek" zajęła "Hinka Bia". Z jeszcze większym zdumieniem dostrzegła swoje nazwisko, umieszczone na drugiej pozycji spisu najpopularniejszych.

18 października, czwartek. godziny popołudniowe
Przemowy szkolnych dyrektorów trwały nieprawdopodobnie długo i, ponieważ każdy przemawiał w swoim języku, mała kto rozumiał więcej niż jednego, wszyscy wyglądali na znudzonych. Na koniec jeszcze minister Wiśniowiecki powiedział coś od siebie, ogłaszając oficjalne rozpoczęcie turnieju. Nie słuchała szczegółów. Nie było jej to potrzebne. Zresztą zaraz po tym Damp, wyraźnie z tego niezadowolony, wezwał ich na bok na krótką naradę. Z tego, co zrozumiała, mieli wchodzić pojedynczo i zdobyć jakąś kartkę papieru. Łatwizna. Czego oni się spodziewali, ze maja do czynienia z pięcioletnimi dziećmi? Czegoś takiego nawet Kebab nie mógł zrobić źle. Przysunęła się do Artura i, stojąc za jego plecami, zarzuciła mu ręce na szyje, rzucając wyzywające spojrzenie Bii, która jednak zdawała się nie zwracać na to większej uwagi.
Puścili ją przodem, naradzając się nad czymś za jej plecami. Co kilka kroków odwracała się by posłać Arturowi kokieteryjny uśmieszek. Bia, przybita ciężarem konkurencji, z którą musiałby się zmierzyć, najwyraźniej poddała się, gdyż przez cały czas trzymała ręce przy sobie, nie próbując napastować biednego chłopaka. To wprowadziło Walentynę w dobry nastrój. Jako pierwsza z wszystkich szkół przekroczyła bramę wiodącą do wnętrza góry. Główna sala była doskonale oświetlona, lecz już odchodzące od niej korytarze spowijał mrok. wybrała ten oznaczony herbem Ślęży, po omacku próbując odnaleźć dalszą drogę. Upewniła się, ze nikogo z jej drużyny nie ma w pobliżu i wyjęła różdżkę.
- Lamens.
Zawsze miała problem z tym zaklęciem i, jak zwykle, różdżka nie rozświetliła pomieszczenia. Nie zrażona drobnym niepowodzeniem, spróbowała ponownie.
- Lotos. Lupens. Leczo.
Nic, nic i nic. Chociaż przez jej głowę przebiegały tysiące myśli, nie potrafiła przypomnieć sobie jak brzmiało to zaklęcie.
- Lolek. Lawas. Abrakadabra?
Usłyszała kroki za plecami i schowała różdżkę, przyjmując znudzoną, lekko zniecierpliwioną minę. Pozostała czwórka w końcu dotarła do miejsca, w którym stała, a światło z różdżki Bii padło na jej twarz.
- No wreszcie jesteście. Ile można na was czekać. Idziemy?

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 152
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Prophet » 17 grudnia 2013, 21:39

Wtorek, przed południem
Ten dzień nie zapowiadał się dobrze, od upadku z drzewa zaczynając, na kociokwiku kończąc. Artur po prostu czuł, że nic dobrego go dzisiaj nie czeka. Kolejne lekcje były coraz to gorsze. Na eliksirach zutylizował kolejny kociołek, a na transmutacji zamienił mysz w tarantulę zamiast kieliszka. Z wielką ulgą powitał więc jeden z niewielu przedmiotów, które naprawdę go interesowały, demonologię. Tym mocniej zabolał go kopniak od świata pod postacią nowego nauczyciela, którym okazał się być kolega morderczego ruska z imprezy.

Ja pier… ale dlaczego akurat TEN przedmiot?

Nie mając zbytnio wyboru usiadł w jednej z bocznych ławek i starał się być jak najmniej widoczny.
- Witam, nazywam się Takeo Inoue i będę was uczył demonologii polskiej. Moja babka była Polką i stąd moje zainteresowanie tym przedmiotem. – powiedział Takeo, zaraz po zapisaniu swojego imienia i nazwiska na tablicy. – Czy macie do mnie jakieś pytania? – zapytał sztywno. – Tak? – zapytał jednego chłopaka siedzącego pod oknem.
- Co pana najbardziej przeraża?
- Hmm… myślę, że to będą nierówno poukładane koszulki w szafie i mydło postawione po lewej stronie umywalki. – odpowiedział z powagą, na co z klasy dało się słyszeć lekkie parsknięcia. – Pytajcie o co chcecie. Odpowiem na każde pytanie na dzisiejszej lekcji. Musimy się lepiej poznać.
- Czy naprawdę warto było studiować tyle lat by teraz użerać się z dzieciakami za najniższą krajową? – zapytała Walentyna. Widać było, że jest lekko skacowana, ale mimo to przyszła na zajęcia. Wyglądała na tyle żałośnie, że Artur prawie jej współczuł.
- Pani się nazywa Matejko, tak? – Kiwnęła głową. – Jestem tu z misją i swoje obowiązki wykonuję zawsze najlepiej bez względu na cenę. Myślę, że pensja wystarczy mi na swoje utrzymanie. Posiadam poza tym pracę dorywczą. – spojrzał na Artura, który, uznając że lekcja nie zapowiada się zbyt interesująco, przysypiał z lekka na ławce.

I na co się gapisz jak wełniarz na oborę?

- Jakie nieczyste siły skłoniły pana do bycia nauczycielem? – zapytała Anastazja.
- Jak wspominałem jestem tutaj z czyjegoś rozkazu. Mój pan i mistrz nakazał mi zjawić się w tej szkole. – odpowiedział z dużą powagą, na co cała klasa zaczęła się śmiać. – Proszę o ciszę. Jakieś jeszcze pytania? – Wiśnia podniosła rękę. – Proszę panno… - zajrzał do dziennika – Wiśniowiecka.
- Może pan bezkarnie zabić trzy osoby, kto by to był? – zapytała z powagą. W sumie świetnie się bawiła.
- Jedna z tych osób znajduje się na tej sali – spojrzał na Artura (Ustaw się w kolejce…) – drugą byłaby moja teściowa, a trzecią zapewne żona. To może teraz wy coś powiecie mi o sobie. Skąd jesteście, dlaczego Ślęża i co lubicie. – Klasa patrzyła na niego z politowaniem. – To może panna Shin zacznie. – Bia rzuciła mu mordercze spojrzenie.
- Shin Bia, szesnaście lat, zodiakalny lew, grupa krwi 0 Rh-. – zaczęła z lekkim przekąsem jakby recytowała coś do jakiegoś formularza. – Nie lubię jak ktoś mnie ogranicza i ciągle kontroluje. Ślężę wybrałam żeby w końcu odetchnąć od ciągłej, permanentnej kontroli wszystkich dokoła.
Godzinę i kilkanaście przemaglowanych osób później lekcja się zakończyła. Artur był wściekły na fakt, że będzie musiał przebywać z Takeo w jednym pomieszczeniu dłużej niż pięć minut. Jedynym pocieszeniem był fakt, że profesorek nie zdążył odpytać Artura i najwyraźniej nie znał jego nazwiska. Klnąc na czym świat stoi poszedł w stronę sali treningowej. Tak, wysiłek bardzo mu się teraz przyda, a Damp z pewnością nie przepuści okazji żeby mu dosadzić. Zresztą i tak miał zamiar przespać resztę dnia.

Środa, rano
Obudziło go trzaskanie szafkami.
- Ja pierdolę, Rości! – był wyraźnie wkurzony, że jego współlokator postanowił sobie pohałasować w środku nocy. Zanim jednak zmusił się do podniesienia zadka, Żyłka już wyszedł. Spojrzał na zegarek – ósma pięć. Kolejne bluzgi, tym razem pod adresem wszechświata, były idealnym tłem dla jego chaotycznego zbierania się z wyrka. Nieco zdziwiło go, że tym razem kocur nie zastawił na niego pułapki w postaci swojego tłustego cielska latającego koło jego nóg, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać. W biegu chwycił jeszcze tylko swoją torbę i wybiegł z pokoju.

Środa, późniejsze rano
JEDEN składnik. Tylko jeden składnik i wreszcie miałby na koncie swój pierwszy udany eliksir. W tym momencie nienawidził Dampa jak jeszcze nigdy dotąd.
- JA PIER... - Bia zatkała Tkaczukowi usta dłonią.
- Pan nas szukał? - spytała nauczyciela słabym głosem. Damp mruknął coś o Jeziornym. - Myślę, że może go pan spotkać w sowiarni. A właśnie, nie powinien pan spotkać się z nami, zanim ogłoszą zadanie? Drużyna mogłaby...
- Mówiłem już - Rust złapał Bię i Tkaczuka za skronie, a potem odchylił im głowy, tak, żeby widzieli jego twarz nad sobą - że mnie, w tej waszej drużynie, nie ma. Kazali mi wybrać skład, więc wybrałem. To wy organizujecie spotkania i martwicie się o wygraną. - Wykrzywił usta w podłym uśmieszku. - Szczęśliwi? No nooo - poczochrał ich po włosach. Zniszczył Bii fryzurę, a Tkaczukowi prawie wbił palce w głowę, po czym przyłożył mu w łeb nadgarstkiem.
- Ale...
- No dobra, Bia! Masz zebrać tych... Zbierz resztę i rzeczywiście pogadajcie. To twoje zadanie na dziś, zajmij się spotkaniem. Na kapitana wybieram Kedebe, w zastępstwie jest Wiśniowiecka. I ustalcie cokolwiek, bo jutro zaczynacie - rzucił na odchodnym.
- Ale Walentyna… - zaczęła cicho Bia, ale Rust jej nie słyszał. – Świetnie.
- To jak, powtórka? – zapytał, szczerząc się. Bia zrezygnowała i poszła do drzwi. – Czy powiedziałem coś nie tak?
Nie uzyskawszy odpowiedzi wzruszył tylko ramionami i wziął się za doprowadzanie klasy do stanu względnej używalności.


Środa, popołudnie
Przy obiedzie, na który, tak samo jak na śniadanie, były ziemniaki (Obcięli nam budżet czy co?), Artur dostał małą paczuszkę i, jakże długą i ckliwą, wiadomość od swojej rodzicielki:

„Masz tu kilka eliksirów, które mogą ci się przydać. Nie daj się zabić.
Nie mam czasu na organizowanie pogrzebu.”


- Twoja troska mnie powala - mruknął pod nosem, otwierając pakunek. Nie rozpoznał żadnego z eliksirów, które tam były, co czyniło je dla niego bezużytecznymi. – No po prostu cudownie…

Środa wieczorem
Po spotkaniu z drużyną, na którym głównie siedział z boku i odpowiadał na pojedyncze pytania, wrócił do pokoju. Wykończony całym tym dniem uwalił na swoim łóżku, z rękami za głową, rejestrując w międzyczasie obecność Żyłki w pomieszczeniu. Właściwie to nie zamienili ze sobą ani słowa, odkąd Jeziorny został wypuszczony ze szponów szkolnej pielęgniarki. Artur postanowił to zmienić, więc odwrócił się do współlokatora i zapytał złośliwie:
- O, cześć Linka! Już cię wypuścili – uśmiechnął się wrednie. Rości, trzymał kurczowo kubek, niczym Gollum pierścień. – z tego przybytku niedoli zwanego SKRZYDŁEM SZPITALNYM? – wycedził, niemalże rechocząc pod koniec. Wizja Żyłki jako pokurcza w przepasce na biodrach była zbyt komiczna by Artur był w stanie się pohamować. Po chwili oberwał w twarz mokrym od herbaty swetrem, co odebrał jako brak poczucia humoru u Jeziornego. Ten z kolei doskoczył do szafy, mając zapewne zamiar wyciągnąć kolejny sweter ze swojej kolekcji (której Artur nie omieszkał przejrzeć grzebiąc w rzeczach kolegi w poszukiwaniu, daremnym zresztą, grzebienia.).
Drzwiczki zaskrzypiały i w ciągu jednej, długiej niczym minuta, sekundy, z szafy wypadł, wprost na twarz Jeziornego, rozwścieczony kot, który syczał i prychał. Na ziemię coś upadło z głośnym hukiem.
Żyłka rzucił kotem, nie zastanawiając się nad tym, że to żywe stworzenie, a ten poleciał na Artura, który widząc to wszystko, nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać. Jednak wybrał trzecią opcję – krzyk - gdy pazury zaczepiły się o koszulę i zostawiły krwawe szramy na jego skórze.
Jeziorny doskoczył do współlokatora i wspólnymi siłami, klnąc na potęgę, wyrzucili pchlarza za drzwi. Słyszeli jeszcze głośne prychanie i syczenie.
Artur kopnął jeszcze w drzwi, by durne stworzenie wyniosło się jak najdalej.
- Co to do kur…
- …wy było? – dokończył za Artura Żyłka, kucając i ujmując w dłonie drewniane, sześcianowe pudełko. Obejrzał je z każdej strony i podszedł do szafy, by ocenić szkody.
-Nitka, co jest? – zapytał Artur, gdy ten stał tak nieruchomo przed otwartą szafą. Jako, że nie otrzymał odpowiedzi, zajął się ocenianiem jak bardzo zniszczona jest jego koszula i musiał przyznać, że kocur ma naprawdę niezłe umiejętności. Materiał był pocięty na równiutkie paski. Teraz przynajmniej wiedział gdzie zniknął sierściuch.
- Zabiję. Kurwa. Tego. Kto. To. Zrobił – wysyczał Żyłka. Artur instynktownie uchylił się lekko i zanim dotarło do niego, że prawie oberwał, pudełko przy akompaniamencie zbitego szkła wyleciało na błonia.

Środa, noc
Od momentu wyrzucenia sześcianu przez okno Rości nie ruszył się z miejsca. Początkowo Artur próbował do niego jakoś dotrzeć mówiąc, by Żyłka nie straszył go, stojąc jak jakiś debil przy otwartej szafie, z kretyńskim, pustym spojrzeniem patrząc się na poprute swetry, tylko usiadł na łóżku, ale gdy zauważył, że zbywany jest milczeniem, machnął ręką i uznał to za bezsensowne.
Zajął się za to sprawdzaniem, czy aby na pewno ma w torbie wszystko, co będzie mu potrzebne jutro w czasie turnieju. Wprawdzie mógł to zrobić dużo wcześniej, ale przez wrodzone lenistwo zostawił wszystko na ostatnią chwilę.

Latarka… jest.
Opatrunki… jest.
Zapalniczka… jest.
Scyzoryk... jest.
Eliksir Wiggenowy… jest.
Pudełko z eliksirami których nie znam… jest.

co tu do cholery robi zszywacz?..

Rzeczony zszywacz, po chwili zastanowienia, wylądował na podłodze, uprzednio odbijając się od ściany. Spojrzał jeszcze raz na zawartość torby.
chyba wszystko jest.

Czwartek, popołudnie
Rozpoczęcie turnieju dłużyło się niemiłosiernie. Nie wiedzieć po co każdy dyrektor wygłaszał elaborat o integracji czarodziejskiej, niesamowitości tego wydarzenia i w końcu o swojej wierze w fair play. Artur uważał, że wystarczająca byłaby jedna taka przemowa. Potem na scenę wyszedł Wiśniowiecki i, nareszcie, ogłosił początek turnieju i podał ogólne zasady rywalizacji.
Z tego co zrozumiał, to mieli współpracować, nie używać czarnej magii i że zadania podzielone są na dwa etapy – czwartkowy i niedzielny. Pierwszy trwał dwie godziny i polegał na rozwiązaniu zagadki, co ucieszyło chłopaka. Lubił rozwiązywać zadania logiczne i wiedział, że większość czarodziejów ma z nimi problemy. Reszta mało go obchodziła. Damp miał ich chyba za totalnych debili, bo tuż potem tłumaczył im to po raz kolejny. Na nieszczęście dla Tkaczuka, Vicky postanowiła zrobić sobie z niego wieszak.

Złaź. Kurwa. Ze. Mnie. TERAZ.

Z ulgą przyjął fakt, że różowa wariatka poszła przodem.
- O ile zakład, że zawali wszystko? - zapytał Wiśni idącej obok.
- Zawali? Dam dychę, że zgubi się w środku i trzeba będzie jej szukać – odparła, lekko rozbawiona widokiem Wal co chwilę obracającej się w ich stronę.
Po znalezieniu (niestety) Vicky we właściwym tunelu, próbującą po omacku dojść do celu, dotarli do owalnego pomieszczenia. Naprzeciw wejścia znajdowały się cztery bramy. Pośrodku stał stół, na którym leżało pięć arkuszy papieru z, jak inteligentnie zauważył Kedebe, treścią zagadki.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kanterial » 05 stycznia 2014, 02:16

Damp spędził kilka naprawdę nieprzyjemnych godzin na tłumaczeniu wszystkim, że tak naprawdę nic się nie wydarzyło. Poza tym, że Aurorzy gonili Gloddy'ego (którego oczywiście nie złapali - jak to Aurorzy mieli w zwyczaju), Yeneva znalazła sztylet (ten sam, który zniknął w poniedziałek z jednej z sypialni, podobnie jak dziesiątki innych rzeczy), a Rust, zamiast na Sir Gloddy'ego, natknął się na Michalaka, który nie dość, że nie dostał wezwania i skłamał, twierdząc, że jest inaczej, okazał się agresywny.
- Agresywny? - powtórzył Wiśniowiecki. - Wobec pana, Damp?
- Nie inaczej - potwierdził Rust zdawkowo, kalkulując, na ile może sobie pozwolić. To, że Michalaka nadal nie ocucono, pozwalało mu na nieco więcej kłamstw, niż planował. - Właściwie nie broniłem się nawet, to wyszło nagle, przypadek, Michalak upadł - uściślił - był zdenerwowany i nie bardzo nad sobą panował...
- Ma rozbity łuk brwiowy - zauważył jeden z Aurorów.
- Nie chciałem używać różdżki - zapewnił Damp spokojnie.
- Och tak, to się akurat nie mija z prawdą - warknął Dźwiedź. - Chciałeś go zmasakrować gołymi rękami. Cóż za dojrzałość.
- O co ci chodzi? Lepiej siedź cicho, dobrze wiesz, że zasłużył sobie na...
- W tym rzecz, Damp, ty prostolinijna istoto, że sobie nie zasłużył!
- Wtrącił się w moje sprawy, naruszył moją prywatność, próbował oskarżyć o...
- ...o to, co rzeczywiście zrobiłeś - pomógł Dźwiedź uprzejmie - tej biednej kobiecie.
- ZAMKNIJ RYJ! Poza tym wcale nie - Damp urwał, uświadomiwszy sobie, że wszyscy na niego patrzą, a on marszczy brwi w charakterystyczny sposób, rozmawiając z patronem - nie zrobiłem nic, czego bym nie był w stanie zrobić w legalny sposób, więc ogólnie rzecz ujmując, jestem, do cholery, niewinny, a teraz milcz i patrz, jak doprowadzam sprawy do końca. Nikt nie będzie wchodził mi w drogę, ani, jeśli chodzi o kobiety, ani o cokolwiek innego!
- Zamyśliłem się, przepraszam - dodał szybko. - Jakie było pytanie?
- Czy jest pan pewien, że to wszystko - powtórzył Wiśniowiecki. - I to, co powie nam Michalak, potwierdzi pańskie słowa?
Damp spojrzał na Yenevę, a później na resztę ludzi, z którymi był w lesie. Aurorzy wyglądali na strapionych, choć kilku przejawiało zainteresowanie i uważnie słuchali rozmów. Ciekawe, co myśleli o Michalaku i na ile siatkarzowi wierzyli.
- O tak - rzucił Rust ironicznie, zapominając o ostrożności. - Na pewno się przyzna, że współpracuje z Gloddym. Wątpię. - Przypomniał sobie, do kogo mówi, i od razu ugryzł się w język, dodatkowo upomniany przez sfrustrowanego Dźwiedzia. - Ministrze - dodał potulnie.
- Więc z nim porozmawiamy. Ale zrobimy to jak należy, w Ministerstwie, na Sali Rozpraw. Tymczasem zostawiam w Ślęży grupę Aurorów - minister wskazał na swoich ludzi - i wyrażam nadzieję, że nic nie zakłóci Turnieju. Marku, Adamie - zwrócił się do swoich urzędników - zajmijcie się przesłuchaniem Michalaka.
Damp z rozmysłem zaczął wycofywać się z pomieszczenia, jednocześnie zmniejszając dystans między sobą a Bułgarką. Wreszcie, szczęśliwy, że nie musi dłużej się pilnować, oznajmił, że wychodzi i życzy powodzenia w rozwiązaniu sprawy.
- Żegnam - powiedział Wiśniowiecki z trudna do odgadnięcia nutą w głosie - proszę czekać na kontakt, Damp, jestem przekonany, że jeszcze się zobaczymy.
Rust był bliski strzelenia bitchface'a i wyrzucenia z siebie jakiegoś wyjątkowo ohydnego przekleństwa, ale uśmiechnął się tylko krzywo, nieumiejętnie, jak na siebie, po czym zniknął za drzwiami, gratulując sobie w duchu. Yenevę zostawił w tyle, bo nie był pewny, czy zdoła wymusić na niej cokolwiek po tak stresujących wydarzeniach, zaprzątających kobiecie głowę.
- Michalak powie coś, co cię pogrąży - zauważył Dźwiedź.
- Nie sądzę. Wie, że jest winny, ja wiem to jeszcze lepiej. I co on może? Poskarżyć się, że mu groziłem? A nawet jeśli groziłem, to co? Nie ma dowodów, nie zdążyłem nic zrobić - mruczał Damp, przemierzając korytarze Ślęży w bardzo szybkim tempie, wręcz emanując przy tym negatywną energią. - A teraz przynajmniej wiem, co się dzieje. Jeszcze nad tym pomyślę, Dźwiedziu, jeszcze to rozgryzę. Nie, czekaj. - Zatrzymał się nagle, jakby doznał olśnienia. - Nie...
- Co "nie"? - zaniepokoił się patron, wyczulony już na zmiany nastroju Rusta.
- Nie będę nad tym myślał. Nie będę się starał rozwiązać sprawy Gloddy'ego, chyba, że znów trafi na mnie i cokolwiek będzie mi przeszkadzać. Teraz zacznie się turniej, już dziś po południu. I wiesz co? Nie mam, kurwa, zamiaru męczyć się przy jakiejkolwiek sprawie związanej z tą szkołą - oznajmił złowieszczo, prostując się - rozumiesz? Mam gdzieś uczniów i to, co im zagraża. Turniej to czas dla mnie. To czas na Yenevę, na załatwienie moich spraw, odpoczęcie od tych...
- Damp - przerwał mu Dźwiedź - odpuść sobie. I tak wiem, że ci zależy.
- Kłamstwa - wysyczał na głos, prawie wskakując na swoje piętro. - Kłamiesz, pieprzony gargulcu. Nic o mnie nie wiesz.
- Wmawiaj sobie dalej - spasował patron z przekąsem. - Jak chcesz. I tak będziesz się martwił o to pierwsze zadanie. Ale ja nic nie mówię.
- I dobrze! Nic na ten temat nie mów! NIC NIE MÓW DO MNIE, MAM CIĘ DOŚĆ.


Czwartek rano
- Jesteś pewna, że nie jest niebezpieczny? - spytał Yenevy z powątpiewaniem. Sztylet wyglądał co najmniej niepokojąco.
- Dyrektorka sprawdziła go dokładnie - kobieta wzruszyła ramionami - więc nie mam wątpliwości.
- Nie śmiałbym podważać twego zdania, a skoro nie masz - Damp wyciągnął rękę i, niby przypadkiem, musnął jej ramię palcami - żadnych wątpliwości - zniżył głos - to rzeczywiście, oddam go właścicielowi - skończył, przechwytując przedmiot zręcznie. Uśmiechnął się rozbrajająco, z entuzjazmem dzieciaka.
- Pewnie wiesz, do kogo należy - zgadła z lekkim rozbawieniem, obserwując go uważnie - ci twoi szesnastolatkowie, mam rację? Któryś z nich?
- Znam ich zbyt dobrze - roześmiał się miło, jakby na wspomnienie "jego szesnastolatków" zrobiło mu się cieplej na sercu - by w to wątpić! Ach, jeszcze, wstyd mi pytać, ale...
- Tak?
- Widzisz - zawahał się, po mistrzowsku odgrywając któtką rozterkę - nie, lepiej nie. Przepraszam. Pójdę już.
- Rusty. Musisz skończyć z tą nieśmiałością, ile razy mam powtarzać, że - rozkręciła się na dobre, nie chcąc go puścić - możesz spokojnie mówić to, co naprawdę myślisz? Ja zawsze jestem gotowa cię wysłuchać - zapewniła niespodziewanie. Damp miał ogromny problem z powstrzymaniem paskudnego uśmiechu, który odsłaniał wszystkie górne zęby, więc obrócił się na moment, kaszląc.
- Nie, nie mógłbym. Nie, naprawdę, to było głupie, zapomnij. Niewaaażne! - Machnął ręką. - Do zobaczenia. Chyba, że zobaczymy się wcześniej, niż jutro? Nie będę miał co robić, ten turniej, no i do niedzieli większość uczniów będzie pewnie zajęta zupełnie tym zadaniem, albo kibicowaniem reprezentantom. Może opowiedziałabyś mi coś więcej o swoich pracach? - spytał z nadzieją. - Oczywiście, jeśli masz czas.
- Możliwe - odparła.
- Oczywiście. Możliwe. Możliwe, Yenevo, uwierz mi, ze mną wiele rzeczy jest możliwe. Możliwe, słyszałeś stary? Ooooch, taka niedostępna - zamruczał prześmiewczo w myślach. - Taka trudna do złapania w wolnym czasie. Uwielbiam to...
- Damp.
- A więc do zobaczenia! Dziękuję - pożegnał się grzecznie, zakłopotanym głosem.


- Nie wierzę - skomentował Dźwiedź.
- No właśnie...
- Panno Shin - wymówił cicho i przeciągle, drocząc się z wyraźnie zniecierpliwioną dziewczyną w bardzo niepoprawny sposób. - Taki sztylet u osoby twojego pokroju? Dziwi mnie to - wrócił do normalnego tonu - niezmiernie.
Wolał nie przeginać, choć takie przeciąganie chwili i denerwowanie uczniów bardzo mu odpowiadało. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął ozdobne ostrze, po czym wręczył dziewczynie. Opisała sztylet tak dokładnie, że nie miał wątpliwości, poza tym zdawała się być bardzo zdeterminowana, by go odzyskać. Aż podejrzanie bardzo. Cała była podejrzana, podobnie jak dwójka ludzi, którzy pojawili się w Ślęży z jej powodu... Damp z niechęcią wspominał twarze mężczyzn i to, czego był pewny, to fakt, że nie chce nigdy z nimi rozmawiać. Czuł, że nie są osobami, które zwiódłby tak łatwo, jak większość zwykłych ludzi, z którymi miał styczność na co dzień.
- Dziękuję - Bia dygnęła, z ulgą wymalowaną na twarzy - panie Damp.
- Ależ proszę. Tylko uważaj. Wiesz, kobiety i sztylety - zmrużył oczy, prostując się.
- Jak zawsze pełna dobrych manier. Tak powinny się zachowywać. Wszystkie - poinformował Dźwiedzia.
- Nie zaczynaj.
- Mówię poważnie. Proszę, panie Damp, dziękuję, panie Damp. - Rust uśmiechnął się wrednie, idąc korytarzem, i nie wiedział nawet, że szesnastolatka ruszyła za nim. - Jakby wszyscy odgrywali szacunek tak dobrze, nie musiałbym się przejmować gówniarzami takimi jak Tkaczuk czy Jeziorny.
- Panie wychowawco, wspomniane zostało to zebranie przed zadaniem, więc...
- Więc się tym zajmiesz! Wspaniale! Cudownie, Bia, jesteś naprawdę - Rust właściwie szczerze zachwycił się tym, że dziewczyna, jako jedyna z grupy, wiedziała tak naprawdę, co się dzieje i co powinna zrobić. No i, oczywiście, miała w planach zrobić cokolwiek. No, może jeszcze Kedebe, ale on był zbyt narwany... - taka wygodna - dokończył serdecznie.
- SPROSTUJ TO, KRETYNIE - jęknął Dźwiedź.
- Co, że...? Acha. ACHA, TAK - spanikował Rust.
- Jeśli chodzi o sprawy organizacyjne - uściślił szybko. - To wygodne, mieć tak ogarniętą osobę w drużynie. Dobrze, że cię wybrałem. Powodzenia z pierwszym zadaniem!
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 108
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Alrune » 05 stycznia 2014, 17:34

Środa popołudnie (gdzieś koło godziny 18)

Przyszła do sali zaraz po zajęciach. Profesor Kwiatkowska – Rąbek wspaniałomyślnie pozwoliła im skorzystać z swojej pracowni. Bia weszła do środka. Lubiła zajęcia z obrony przeciwko czarnej magii. Fakt, faktem nauczycielka bardzo dużo wymagała, zarówno wiedzy teoretycznej, którą sprawdzała poprzez sprawozdania z każdej lekcji oraz eseje pisane przez uczniów na zadane tematy, jak i praktycznej, która najczęściej ćwiczyli na zajęciach.
Przyglądała się kilku rycinom, które przedstawiały człowieka porażonego różnymi klątwami. Jedna z nich przedstawiała działanie Avada Kedavry. Spojrzała na nią i poczuła zimny pot na czole. Strach, to właśnie on pojawił się tylko po zobaczeniu tego jednego obrazka. Pamiętała doskonale, że tak samo wyglądała Bii, kiedy została zabita, a wtedy Bia miała wrażenie, jakby oglądała samą siebie martwą, bez życia z pustymi oczyma. Znów, chyba po raz setny od kilku dni, pogrążyła się we wspomnieniach i nawet nie zauważyła, jak do sali przyszedł Artur i Kedebe. Ocknęła się dopiero, kiedy Tkaczuk machnął jej przed nosem dłonią.
- Ziemia do Bii. – zaśmiał się. – Nie ma jeszcze nikogo?
- Jeszcze brakuje Wiśni i Walentyny. – odpowiedziała spokojnie, siadając na krześle przy ławce. Nogi skrzyżowała pod siedzeniem.
- Wiśnia to ta czarna z zielonymi oczami, ta z Durmnstrangu? – zapytał Kedebe. – W sumie ładna, prawda? – szturchnął Tkaczuka łokciem. – Ty też jesteś ładna. – dodał po chwili, jakby chciał się usprawiedliwić przed Bią. Artur spojrzał na niego wyczekująco, jakby chciał tez usłyszeć, że jest cudowną, olśniewająco piękna istotą. – Wybacz, ale w facetach nie gustuję, ale oczęta masz ładne. – Bia spojrzała na Artura. Nie wiedziała co powiedzieć i czy ten Kedebe udaje, czy taki jest naprawdę. Tkaczuk patrzył z politowaniem, pomieszanym z lekkim obrzydzeniem. – Więc tak – zaczął Gebre – ja będę kapitanem, bo to zrozumiałe, że wy jeszcze za wiele nie potraficie i potrzebujecie silnego przywódcy, który poprowadzi was ku zwycięstwu. Oczywiście jeśli nie zgadzacie się z tym to możemy to przedyskutować i przegłosować, prawda? – Artur usiadł na ławce i patrzył gdzieś za okno, jakby nie chciał dłużej słuchać chłopaka.
- Może lepiej zaczekajmy na pozostałych? – zapytała ze słodkim uśmiechem Bia. – Wiem, że Walentyna chciała też być kapitanem, co zresztą rozgłosiła po całej szkole. – Kedebe spojrzał na nią z politowaniem, jakby chciał powiedzieć, że lepszego wyboru niż on nie ma, a najlepiej żeby wszyscy go podziwiali, bo go wybrano, bo jest mądry, utalentowany i zawsze wygrywa.
Po chwili do sali weszły Wal z Wiśnią. Ta pierwsza o czymś gorączkowo opowiadała Wiśniowieckiej, która była wyraźnie znudzona paplaniną Matejko. Bia zauważyła, że obie trzymają w rękach jakieś gazety.
- Witajcie wszyscy. – powiedziała słodko Wal. – Ja, wasz kapitan, niestety nie mogłam zająć się zorganizowaniem tego spotkania, ale poprosiłam ją – wskazała dłonią na Bię – o to. Wiecie, że jestem najpopularniejszą i najładniejszą dziewczyną w szkole, więc mój czas jest ograniczony. Teraz jeszcze turniej i tyle do niego przygotowań. – paplała. Bia siedziała zszokowana. – To może zaczniemy? Spieszę się troszkę. Moja grupa uczennic długo beze mnie nie może być. Obowiązki. – powiedziała z dumą w głosie.
- Ramp mówił, że kapitanem ma być Kedebe. – mruknął Artur. – Zresztą to i tak lepszy wybór niż… - nie zdążył dopowiedzieć, a może nie chciał urazić przyjaciółki.
- Oj, ty niemądry. Ciii. Już wszystko dobrze. – podeszła do Artura i przytknęła mu palec do ust, aby go uciszyć. - Na pewno po prostu nie chciał, żebym wszystkich przyćmiła i dlatego wybrał jego. – popatrzyła z pogardą na czarnoskórego. – W każdym razie skoro nie mogę być kapitanem, to będę wice. Ktoś musi go pilnować, prawda? – mówiła, jakby Kedebe był głuchy albo niedorozwinięty.
- Wice ma być Wiśnia. – wtrąciła Bia. Wal wyglądała jakby ktoś ją trzsnął w twarz. Chyba chciała zacząć się kłócić. – Tak powiedział profesor Damp. Kedebe ma być kapitanem, a jego zastępcą Wiśnia.
- Och, skoro tak. – siadła koło Artura. Przytuliła się jakby chciała znaleźć pocieszenie.
- Po co się tu zebraliśmy? – zapytała w końcu Wiśnia wyraźnie zdenerwowana.
- Mamy ustalić co weźmiemy do pierwszego zadania. Takie spotkanie drużyny. – powiedziała z szerokim uśmiechem Bia. – Nie wszyscy się znamy i nie wiem na co kogo stać. Kedebe nas w ogóle nie zna i nie wie, czy sobie poradzimy. Musimy ustalić współpracę. – Bia mówiła jak nakręcona. Widziała, że Wal jest znudzona tym, Wiśnia ma wszystko w nosie. Artur udawał, że się interesuje, ale tylko dlatego, że obiecał minimalne zaangażowanie w turnieju. Kedebe czekał na moment, w którym będzie mógł przemówić i pouczyć swoich, niestety niedouczonym, przyjaciół. – Nie wiemy co nas czeka, więc nie bardzo wiem co mielibyśmy zabrać.
- Chyba to normalne, że różdżka wystarczy, no nie? – wtrącił w końcu Kedebe. – Czego więcej potrzebuje czarodziej?
- A o eliksirach jakiś, albo czymś w ten deseń nie pomyślałeś, panie kapitanie? – wtrąciła z jadem Wiśnia. – Znamy się na magii, ale nie potrafimy leczyć tak, jak Triss. Eliksiry w takim wypadku mogą się przydać.
- To ja może to zapiszę. – powiedziała Bia, wyciągając kartkę papieru. Drobnym pismem zaczęła tworzyć listę rzeczy potrzebnych według drużyny podczas turnieju. Eliksiry stały na jej szczycie. – Sami je uwarzymy, czy poprosimy o troszkę z zapasów?
- Na mnie nie patrz. – powiedział szybko Artur. – Ja mogę co najwyżej mieszanki wybuchowe porobić. – Bia zaczęła się śmiać. Spotkanie przebiegało w dość przyjemnej atmosferze, nawet Wal bardzo nie okazywała zarówno Bii, jak i Kedebe wrogości. Uparła się, że ona nie powie co zabiera, bo inni odgapią, a tak nie można. W końcu powstała krótka lista. Drużyna w miarę się poznała.

Czwartek rano

Bia dowiedziała się, że w nocy profesor Damp odzyskał skradzione przedmioty. Szybko pobiegła do jego gabinetu. Chciała jak najprędzej odzyskać swój sztylet. Czuła się bez niego dziwnie. Zapukała do drzwi.
- Dzień dobry panie profesorze. – powiedziała z uśmiechem, kiedy drzwi otworzyły się. – Słyszałam, że udało się panu odzyskać skradzione przedmioty. – Damp wyglądał na wyraźnie zaspanego, albo zmęczonego. – Czy był wśród nich srebrny zdobiony sztylet? Miał rękojeść w kształcie splecionych smoków. Jeden miał czerwone oczy z rubinów, drugi niebieski z szafirów. Ich ciała były pokryte symbolami. Do sztyletu była dołączona gładka srebrno – złota pochwa z wygrawerowanym imieniem Niebiańskiej Bii. – powiedziała z nadzieją w głosie. – Znalazł go pan, panie profesorze? To bardzo ważne dla mnie.
- Panno Shin - wymówił cicho i przeciągle - Taki sztylet u osoby twojego pokroju? Dziwi mnie to niezmiernie. – wyciągnął sztylet z kieszeni i podał go Bii. Uradowana wysunęła go z pochwy i spojrzała prawie ze łzami w oczach na niego. Odzyskała swój sztylet.
- Dziękuję - Bia dygnęła, z ulgą wymalowaną na twarzy. Chciała jak najszybciej wrócić do siebie i nacieszyć się odzyskanym skarbem. - panie Damp.
- Ależ proszę. Tylko uważaj. Wiesz, kobiety i sztylety – Bia spojrzała na niego z zainteresowaniem. Nie wiedziała o co chodzi Dampowi. Kobiety i sztylety? .
- Panie wychowawco, wspomniane zostało to zebranie przed zadaniem, więc... – Chciała powiedzieć co ustalili i dopytać się odnośnie dzisiejszego wieczoru co mają robić.
- Więc się tym zajmiesz! Wspaniale! Cudownie, Bia, jesteś naprawdę taka wygodna - dokończył serdecznie. Bia zastanawiała się czy przypadkiem jej teraz nie obraził. - Jeśli chodzi o sprawy organizacyjne - uściślił szybko. - To wygodne, mieć tak ogarniętą osobę w drużynie. Dobrze, że cię wybrałem. Powodzenia z pierwszym zadaniem! – Bia została sama. Pobiegła do pokoju. Sztylet schowała tak, żeby nikt go nie znalazł, oprócz niej samej, i rzuciła na niego kilka zaklęć.

Czwartek wieczór

Siedziała obok pozostałych reprezentantów szkół. Dzisiaj mieli podejść do pierwszego etapu zadania. Dyrektorzy szkół przypominali uczniom o zaszczycie jaki ich spotkał, honorze oraz o wygranej pieniężnej dla zwycięskiej drużyny. Bia słuchała z uwagą każdej wypowiedzi. Po nich poproszono reprezentantów o udanie się do wskazanych tuneli. Wal uwiesiła się na Arturze, jakby chciała go udusić, ale po chwili, kiedy orytarz zwężył się odpuściła i ruszyła żwawo przodem. Reszta szła w milczeniu.
- O ile zakład, że zawali wszystko? - zapytał Artur Wiśni idącej obok.
- Zawali? Dam dychę, że zgubi się w środku i trzeba będzie jej szukać – odparła, lekko rozbawiona widokiem Wal co chwilę obracającej się w ich stronę. Bia szepnęła zaklęcie i ciemny korytarz rozjaśnił się. Szli teraz w blasku jej różdżki.
- Lotos. Lupens. Leczo. Lolek. Lawas. Abrakadabra? – usłyszeli jakiś pomruk w korytarzu. Po chwili stanęli obok Wal, która trzymała w ręku swoją owiniętą w różową wstążkę różdżkę. Chyba próbowała czarować. - No wreszcie jesteście. Ile można na was czekać. Idziemy?
Spojrzeli po sobie, ale nikt nie miał zamiaru komentować. Doszli w końcu do komnaty. Weszli, popychając ciężkie drewniane drzwi, które skrzypiały niemiłosiernie. Na stole leżało pięć kartek. Podeszli do niego, obserwując przy tym pomieszczenie. Nie wiedzieli co ich czeka i czy już może dojść na przykład do jakiegoś ataku. Wal chwyciła kartkę i nie oglądając się za siebie wyszła z komnaty. Usłyszeli tylko jakiś pisk i przekleństwo, a następnie kopnięcie w drzwi.
- Chyba nie możemy wynosić tych kartek, co? – zapytał Kedebe.
- Więc rozwiążmy zagadkę, albo zapamiętajmy tekst i rozwiążemy ją później. – zaproponowała Bia, patrząc na swój pergamin z zagadką. –
Trzech łgarzy w jednej sali. Trzech! Na boga!
Choć jam jest wielki Sase, łapie mnie aż trwoga…

Kłamiesz! Wśród nas tylko jeden, co prawdę wygłasza
Powiadam, towarzysze, słuchajcie mnie, Razasza!

Nonsens, Razaszu, wierutne mówisz kłamstwa,
on kłamie, kochani, słowo Eliamsta.

Sam łżesz, Eliamście, jak zawsze krew nam psujesz
On łże, droga kompanio, ja Bahe gwarantuję!

Bahe plecie bzdury, sam prawdy przecież nie zna
Ja Revan decyduję, że Bahe skłamał

- Gniew znaj!

I ty lepszy nie jesteś, Revanie podły zdrajco
Ni jedno twoje słowo
Szczere, winowajco.
Zaś ja, Okamar,
przyznać muszę chyba,
Że ten, kto widzi kłamców
Zazwyczaj wygrywa.


– przeczytała płynnie. Nic nie przychodziło jej do głowy. Zauważyła jedynie, że imiona bohaterów układają się w słowo „srebro”. – Widzę tu na razie tylko słowo „srebro”. Mamy odnaleźć kłamcę i wpisać jego imię tam na tablicy w niedziele wieczór. Czyli nie musimy teraz tego rozwiązać. Chyba że chcemy.
- Miejmy to już z głowy. – Wiśnia czytała zaciekle tekst. Widać było, ze nie ma ochoty za długo przebywać z resztą drużyny. – Mamy dwie godziny. – przypomniała.
- Jeśli założymy, że – spojrzał na kartkę – Sase mówi prawdę, to wtedy mamy trzech łgarzy. – zaczął Artur. - Czyli jedna połowa z nich kłamie, a druga mówi prawdę.
- A jeśli on jednak kłamie? – zapytał Kedebe.
- Raczej nie. Zobacz. – powiedziała Bia. – Jeśli założysz, że on kłamie to wtedy wychodzi ci w pewnym momencie sprzeczność i dochodzisz i tak i tak do trzech łgarzy.
- Czyli skoro mówi prawdę to w takim razie – zaczęła Wiśnia – po co ostatnie słowa o tym, że kto widzi kłamców to wygrywa? Jeśli to byłoby kłamstwo to przegramy jeśli podamy właściwą odpowiedź.
- Myślę, że ostatnie linijki nie są zagadką. One po prostu są takim podsumowaniem. – wyjaśnił Artur. Kedebe kiwał głową, jakby sam miał to samo powiedzieć. Bia słuchała, czytając przy tym raz po raz cały tekst zagadki. Starała się go na wszelki wypadek zapamiętać.
- Mam. – powiedziała z uśmiechem. – Zobaczcie. – podsunęła swoją kartkę. – Sase mówi prawdę, więc Razasz kłamie, a w takim wypadku Eliams mówi prawdę i tak dalej. Co drugi z nich kłamie. Widzicie?
- Czyli kłamcami są Razasz, Bahe i Okamar. – powiedział Artur. – I to by pasowało.
- Czyli mamy rozwiązanie. Teraz je zapamiętać i możemy wyjść. – powiedział Kedebe, jakby sam na wszystko wpadł.
- Tak się zastanawiam. – zaczęła Bia, patrząc ciągle na swoją kartkę. – To srebro. Co ono może oznaczać? – zamyśliła się.
- Może drzwi, które mamy wybrać? – zaproponowała ze zrezygnowaniem Wiśnia.
- To byłoby za proste. – nie zgodziła się Bia. – Zagadka nie może być zbyt prosta. – dodała głośno.
- Oj tam. Chodźcie. Rozwiązaliśmy, więc mamy wolne. – Artur podszedł do drzwi. – Nie ma co siedzieć i dyskutować skoro rozwiązaliśmy.

Piątek koło południa

- Niech panienka poczeka. Unika mnie panienka. – powiedział Takeo idąc za Bią, która wyraźnie nie miała ochoty z nim rozmawiać i przebywać więcej niż musiała, czyli tylko na lekcjach. – Razem z Iwanem się o panienkę martwiliśmy.
- To miłe, ale nie potrzebuję waszej pomocy i troski Takeo. – powiedziała spokojnie. – nIe musicie martwić się o mnie. Mam zapiski ciotki Asyntii i z nich przygotuję się do turnieju.
- Sztylet panienka bierze ze sobą? – spytał. Bia spojrzała na niego z lekkim politowaniem. – Rozumiem, że tak. Jest jeszcze jedna sprawa, panienko Bio. – zaczął spokojnie. – Ten chłopak…
- Nic mnie z nim nie łączy Takeo. Pomagam mu tylko w eliksirach. Kolegujemy się. – wyjaśniła spokojnie. W środku była zdenerwowana i bała się, że ktoś mógłby to odkryć. Nie potrafiła nazwać swoich uczuć, emocji jakie towarzyszyły jej, kiedy przebywała z Arturem. – Przestań go prześladować i grozić mu. – powiedziała szorstko i dodała, kiedy zobaczyła, że Takeo próbuje protestować: - To rozkaz. – uśmiechnęła się słodko. – I przypilnuj Iwana. Po nim można się wszystkiego spodziewać.
Bia weszła do swojej sypialni. Usiadła na łóżku, wyciągając wcześniej ze skrytki sztylet. Obracała go w dłoni. Lubiła go. Był piękny, taki zimny, a jednocześnie czasami czuła jakby coś ciepłego wypływało z niego. Czyżby to były czary? Jakieś nieznane Bii zaklęcie? Wysunęła ostrze z pochwy i spojrzała na swoje odbicie w nim. Dzisiaj wieczorem musi poćwiczyć, a dawno tego nie robiła. Musi być gotowa do zadania.

Piątek, noc

Bia wyszła po cichu z komnaty, kiedy Tatiana i Wiśnia zasnęły. Nie chciał im się tłumaczyć dlaczego wychodzi i dlaczego akurat teraz. Szła cichutko korytarzem, rozglądając się przy każdym skrzyżowaniu i uważnie patrząc czy żadnemu nauczycielowi nie umyśliło się tej nocy wyjść i patrolować szkolne korytarze. Miała szczęście. Szła powoli, kiedy nagle usłyszała jakąś rozmowę za rogiem.
- To bez sensu. Dlaczego nie mogę? – zapytał jakiś mężczyzna z wyraźnym żalem w głosie. – Przecież Sorley mógłby mi eliksir dać, albo jakieś zaklęcie kameleona. – Bia wzdrygnęła się słysząc imię poznanego jakiś czas temu tajemniczego chłopaka.
- Idioto. – powiedział drugi głos. – Mówiłem ci żebyś się nie kręcił po szkole, bo imbecylu jeden, przez ciebie mamy jednego agenta mniej w zamku. Miałeś – Bia usłyszała uderzenie – siedzieć cicho i czekać na rozkazy, a ty co zrobiłeś? – Nie zrozumiała co odpowiedział mężczyzna. – Tak, też przez ciebie i on wpadł. Jesteś debilem do potęgi entej. Jak ci w ogóle udaje się złożyć literki podczas czytania? – Słychać było, że druga osobą jest zdenerwowana. – Jeśli akcja się nie powiedzie to przysięgam ci, że będziesz błagał, żeby dementorzy się tobą zajęli. – Bia usłyszała, że do jej kryjówki zbliża się ktoś. Szybko rzuciła na siebie zaklęcie kameleona i stała bez ruchu tuż przy ścianie. Nie mogła uwierzyć w to kogo zobaczyła.

Niedziela, koło godziny 16

Bia stała z resztą drużyny koło wejścia do tunelu. Sprawdziła jeszcze raz czy wszystko zabrała. Miała ze sobą swój sztylet i esencje z dyptamu. Więcej dodatkowych rzeczy nie potrzebowała. W ręku ściskała różdżkę.
- Czas zacząć drugi etap pierwszego zadania. – powiedział minister. – W razie komplikacji proszę nie panikować. Zespół aurorów czuwa nad państwa bezpieczeństwem i nikt nie zginie. – odchrząknął. – Powodzenia.
Uczestnicy szybko szli korytarzami do wyznaczonych komnat. Wyglądali na skupionych i nawet, co było bardzo dziwne, zdeterminowanych, aby wygrać. Jedynie Wal odstawała od reszty, będąc ubraną cała na różowo. W ręku ściskała jakąś małą, różową torebkę, którą przewiesiła sobie przez ramie oraz koronkową, różową parasolkę. Bia zastanawiała się poważnie nad stanem psychicznym Walentyny. Nie była pewna co do tego na co może się przydać komuś podczas zadania koronkowa parasolka. Weszli do komnaty. Kedebe, jako kapitan, podszedł do tablicy i zaczął pisać imiona kłamców. Po chwili na kamieniu wyryte były trzy słowa „Bahe, Razasz i Okamar”. Skierowali się, tak jak ustalili, do srebrnych drzwi, otwierając je i wchodząc do środka.

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: A. Mo'zart » 07 stycznia 2014, 01:29

Niedziela popołudnie
W ostatnich dniach nie miała wiele czasu dla siebie, rozdzielając cały swój dzień pomiędzy pracę nad gazetką, uczenie swoich podopiecznych i upewnianie się, że jej drużyna dobrze przygotuje się do zadania i niczego nie zepsują w krytycznej sytuacji. Celowo pozostawiła ich samych, by mieli szansę się wykazać i mogła przekonać się, jak wiele potrafią. Jak na razie z trudem, ale dawali radę i jej interwencja nie była niezbędna. Tylko dzięki temu zdołała wypełnić wszystkie swoje obowiązki. Dzięki Ani i Leszkowi zebrała wystarczająco wiele plotek, by zapełnić nimi trzy numery i połowę dnia spędziła na przeglądaniu ich i wybieraniu tych bardziej pikantnych i ciekawych, nadających się do publikacji. Doskonale wiedziała czego oczekiwali czytelnicy. W siedzibie gazetki zastała wyłącznie Krysię, więc podrzuciła jej materiały wraz z instrukcjami, upewniając się, że zdąży z nowym numerem do wtorku i, zadowolona z siebie, dostojnym krokiem udała się do pokoju. Odkąd wprowadziła się Marcelina, miała mniej przestrzeni dla siebie, lecz była zadowolona z jej obecności. Wolała mieszkać z nią niż z Tatianą i Chinką, co było ostatecznym potwierdzeniem jej wyższości. Zresztą przez te kilka dni zdołała się już z nią zaprzyjaźnić, nawet pomimo wyraźnej niechęci ze strony Anastazji, która, chociaż nigdy się do tego nie przyznawała, często płatała jej figle, raz prawie posyłając ją do szpitala. W tych momentach zawsze ją przerażała. Jej oczy zmieniały się i wyglądała, jakby naprawdę chciała zrobić komuś krzywdę, chociaż do tej pory ani razu nie zrobiła nic przeciwko niej. Żadnej z nich nie było w pokoju. Marcelina przesiadywała gdzieś z Tatianą, z którą uparcie utrzymywała kontakt, a Anastazja, korzystając z wolnego dnia, włóczyła się po terenie szkoły z grupką zwykle otaczających ją dziewczyn, wspólnie chichocząc na widok przechodzących przystojniaków. Otworzyła szafę. Już wcześniej wiedziała, co na siebie włoży, więc nie musiała się długo zastanawiać. To była dobra okazja na róż i postanowiła ubrać się wyłącznie w rzeczy w tym kolorze, ze szczególnym uwzględnieniem swych ulubionych kozaczków na dziesięciocentymetrowym obcasie. Do tego dorzuciła parasolkę z falbankami i niewielką, stylową torebkę, upewniając się, że cała szkoła zauważy wyszyte na niej nazwisko projektanta. Była gotowa.
Z wyjątkiem kilku marud, udających, że nic ich nie obchodzi, przed szkołą zebrali się niemal wszyscy uczniowie, co spowodowało sporo przepychanek, gdyż plac przed budynkiem nie był przystosowany do takiej ilości ludzi naraz, przez co reprezentanci poszczególnych szkół, zamiast komfortowo udać się do tunelu, zmuszeni byli łokciami torować sobie drogę. Szybko wyszło na czoło swojej drużyny. Damp, pewnie by nie zostać posądzonym o rasizm, wprawdzie mianował kapitanem murzyna, ale każdy doskonale wiedział, kto był najważniejszym członkiem reprezentacji. Przepchnęli się przez tłum i, niemal ramię w ramię z innymi szkołami, skierowali się do tunelu, prowadzącego do znajomej już komnaty. Pozwoliła im działać. Gdyby coś się nie udało, nie mogliby mieć do niej pretensji, a Damp przekonałby się, jak bardzo się pomylił. Murzyn napisał coś na tablicy i, ku jej rozczarowaniu, drzwi otworzyły się. Najwyraźniej poradzili sobie z tym etapem.
Przeszli przez portal i znaleźli się w ciemnym lesie. Walentyna, sięgnąwszy ręką po rosnące na drzewach, soczyście wyglądające, czerwone owoce, przysunęła się do Artura, uwieszając się jego ramienia i, trzepocząc rzęsami, głośno wyraziła swoje obawy i potrzebę męskiego wsparcia. Odepchnął ją brutalni i jedynie karcące spojrzenie Bii powstrzymało go przed wycelowaniem w nią różdżką. Kedebe ruszył pierwszy, oświetlając drogę. Jego różdżka stanowiła jedyne źródło światła i tylko ona pozwalała im na niezboczenie z krętej, wąskiej ścieżki, prowadzącej ich w głąb lasu. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz aż tak się bała i, pomimo wcześniejszego niepowodzenia, ponownie spróbowała zbliżyć się do Artura, oczekując z jego strony ochrony przed niebezpieczeństwem. Wprawdzie ignorował ją, ale, co z satysfakcją zauważyła, nie powiększał dzielącego ich dystansu. Bia, pogodzona z porażką, nawet nie próbowała się do niego zbliżyć. Jak widać miała dość rozsądku, by zrozumieć, że nie mogła się z nią równać. Na wszelki wypadek jednak postanowiła nadal mieć ją na oku, gdyby przypadkiem próbowała poderwać Artura za jej plecami. Zrobiło się jeszcze ciemniej i kolejne osoby zaświeciły różdżki, gdyż światło padające z jednej było niewystarczające. Natychmiast wykorzystała to by uczepić się arturowego ramienia, który, mając do dyspozycji zaledwie jedną rękę, nie był w stanie jej odpędzić i, zaciskając zęby, mamrotał pod nosem wszystkie znane sobie przekleństwa.
Kilka minut, i kilkaset przekleństw później coś przesłoniło im drogę i Artur, korzystając z jej chwilowej nieuwagi, wyrwał się i, wykazując się prawdziwą odwagą, podszedł do stojącego na ścieżce kamiennego podestu. Przysunął różdżkę, głośno odczytując wyryty w nim napis.
- Tu usnęli Twm i Iago. Tu zbudził się Twm. Ktoś coś z tego rozumie?
Popatrzyli po sobie, głośno przerzucając się pomysłami na interpretację tajemniczego napisu, kiedy Bia krzyknęła, wskazując coś palcem. Na ścieżce, zaledwie kilka kroków od nich, stał wilkołak, pierwszy i największy, jakiego Walentyna widziała w swoim życiu. Nie myślała wiele i, nie dając innym czasu na reakcję, wyjęła różdżkę i rzuciła się w jego stronę. usłyszała jeszcze Wiśnię każąca jej się zatrzymać, lecz było już za późno. dosłownie dwa metry od niego potknęła się, co prawdopodobnie uratowało jej życie, gdyż jego ciężka łapa, zamiast trafić w twarz, jedynie przesunęło się po jej włosach. Zwierz zaryczał i rozwścieczony ponowił atak, rozszarpując jej koszulkę i pozostawiając na ciele brzydkie ślady pazurów, po czym cisnął nią o najbliższe drzewo. Poczuła piekący ból i odruchowo przyłożyła dłoń do krwawiącego brzucha, drugą zaciskając na zupełnie nieprzydatnej w tym momencie różdżce. Jej świat zaszedł mgłą i czuła, że zaczyna odpływać. Chciała się podnieść, lecz ciało odmówiło jej współpracy i tylko obserwowała jak, rzucając wszystkie zaklęcia jakie przyszły im do głowy, reszta drużyny przepędza wilkołaka. Któreś z nich pochyliło się nad nią, lecz nie była już w stanie rozpoznając głosu i twarzy. Zamknęła oczy, zastanawiając się, czy jeszcze kiedykolwiek je otworzy.
Kedebe zmierzył Walentynie puls. Był słaby, lecz wyczuwalny i wyglądało na to, ze wyjdzie z tego starcia z życiem. Rana, którą zadał wilkołak, nie była tak głęboka, jak się wydawało i Wiśnia wyraziła przypuszczenie, że przytomność straciła nie tyle z powodu obrażeń, co z autosugestii.
- Przynajmniej nie będzie przeszkadzało. - Z całej czwórki Artur zdawał się najmniej przejmować losem poszkodowanej dziewczyny. - Moje ramię dłużej by jej nie zniosło. Co tam napisali?
Dopiero teraz zainteresowali się przyczepioną do strzały karteczką, która pojawiła się zaraz po ucieczce wilkołaka. Bia rozwinęła papier.
- Cis od zawsze towarzyszył śmierci. Cis na wszystkich waszych cmentarzach
Drzewo jest nieśmiertelne, a wy korzystacie z jego mrocznej mocy.
Trudno zabić wilkołaka magią, jednak srebro działa bez zarzutu.
Srebro zaś doskonale współgra z truciznami.
Łuki powinny być cisowe, a strzały srebrne i niosące śmierć - zatrute.
Bez broni nie poradzicie sobie, broń jednak nie zawsze jest za darmo.
Które z was stoi najbliżej?
- Najbliżej czego?
- Nie wiem. - Sprawdziła drugą stronę karteczki. - To wszystko. Coraz mniej rozumiem. - Przypadkiem spojrzała w stronę wielkiego drzewa. - A gdzie Vicky?
Chociaż jeszcze przed chwilą stali nad jej nieruchomym ciałem, teraz nigdzie jej nie było. Walentyna zniknęła.

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 152
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Prophet » 13 stycznia 2014, 01:06

SpoilerShow
OESU, tylko mnie nie zabijcie, wiem, że to wygląda okropnie. :bag:
Niedziela, późne popołudnie

To nie był ani dobry dzień, ani tydzień dla Artura. Najpierw pieprzony Rości, budzący go każdej nocy kilka razy by sprawdzić czy ten aby na pewno nie przechowuje kota pod łóżkiem (przez co Tkaczuk musiał ukryć strój lisa-wilka w szafce nocnej), nie wkurzył go tak bardzo jak ten różowy mops, zwany Walentyną. Ta idiotka, zatraciwszy chyba resztki zdrowego rozsądku, zrobiła sobie z Artura swoisty wieszak, ignorując nawet jego najmniej subtelne sugestie, od "Odczep się wreszcie" zaczynając, a na szczerej chęci przeklęcia jej kończąc. Ostatecznie Artur, próbując jakoś rozładować złość, umilał pozostałym spacer, mamrocząc co ciekawsze i bardziej finezyjne przekleństwa.
Kilka minut później natrafili na kamienny podest i Artur, korzystając z okazji, wydostał się z uścisku landrynkowego krakena. podszedł do podwyższenia i głośno odczytał wyryty w nim napis.
- Tu usnęli Twm i Iago. Tu zbudził się Twm. Ktoś coś z tego rozumie?
Popatrzyli po sobie, głośno przerzucając się pomysłami na interpretację tajemniczego napisu, kiedy Bia krzyknęła, wskazując coś palcem. Na ścieżce, zaledwie kilka kroków od nich, stał wilkołak. Cholerny wilkołak!

Ja pier…

Wal znów wykazała się skrajną głupotą i, zanim ktokolwiek zareagował, pobiegła w stronę bestii, kompletnie ignorując Wiśniowiecką, próbującą ją zatrzymać. dosłownie dwa metry od futrzaka potknęła się i upadła na ziemię, cudem unikając oberwania ciężką łapą w ten pusty łeb. Zwierz zaryczał i rozwścieczony ponowił atak, rozszarpując jej koszulkę, po czym cisnął nią o najbliższe drzewo. Pozostałym nie pozostało nic innego jak rzucać w wilkołaka wszystkimi zaklęciami jakie znali, aż ten zniechęci się i ucieknie.
Kedebe zmierzył nieprzytomnej Walentynie puls. Był słaby, lecz wyczuwalny i wyglądało na to, że wyjdzie z tego starcia z życiem. Rana, którą zadał wilkołak, nie była tak głęboka, jak się wydawało i Wiśnia wyraziła przypuszczenie, że przytomność straciła nie tyle z powodu obrażeń, co z autosugestii.
- Przynajmniej nie będzie przeszkadzała. Moje ramię dłużej by jej nie zniosło. - mruknął Artur, rozglądając się za jakimiś wskazówkami. Zauważył strzałę z przyczepioną kartką, wbitą w pień drzewa, pod którym stali. - Co tam napisali?
Bia rozwinęła papier.
- Cis od zawsze towarzyszył śmierci. Cis na wszystkich waszych cmentarzach
Drzewo jest nieśmiertelne, a wy korzystacie z jego mrocznej mocy.
Trudno zabić wilkołaka magią, jednak srebro działa bez zarzutu.
Srebro zaś doskonale współgra z truciznami.
Łuki powinny być cisowe, a strzały srebrne i niosące śmierć - zatrute.
Bez broni nie poradzicie sobie, broń jednak nie zawsze jest za darmo.
Które z was stoi najbliżej?
- Najbliżej czego?
- Nie wiem. - Sprawdziła drugą stronę karteczki. - To wszystko. Coraz mniej rozumiem. - Przypadkiem spojrzała w stronę wielkiego drzewa. - A gdzie Vicky?
Chociaż jeszcze przed chwilą stali nad jej nieruchomym ciałem, teraz nigdzie jej nie było. Walentyna zniknęła.
- No pięknie. I co teraz, mamy jej szukać? – Wiśnia była wyraźnie zirytowana tą sytuacją.
- Rozejrzyjmy się. – zaproponował Tkaczuk, idąc w stronę podestu. - Wal nie mogła odejść zbyt dale... – nie dokończył, wyrżnąwszy twarzą o ziemię.
- Koleś, powinieneś patrzeć czasem pod nogi – rzucił luźno Kedebe. – Nie będę cię niósł, yo.
- Mnie tam bardziej interesuje to, o co się potknął – odparła Shin, podnosząc z ziemi kołczan. – Ktoś z was umie strzelać z łuku?
- Na mnie nie patrz. – odpowiedzieli jednocześnie Mścigniewa i Artur.
- Ja umiem. – Wszyscy spojrzeli na Gebre. – Ojciec mnie nauczył. U nas mężczyzna, który nie umie polować, to nie mężczyzna.
- To może nam to łaskawie wyłóż, bo, z tego co zrozumiałem, mamy ich użyć zamiast różdżek.
- Spoko, ziom, już tłumaczę. – Wziął do Ręki łuk i jedną ze strzał. – To jest strzała, a to łuk…

Zapowiada się długi wykład…

Usiedli w trójkę z Wiśnią i Bią na podeście i starali się słuchać, co „jaśnie pan kapitan” ma do powiedzenia. Arturowi ani trochę nie podobało się, że ktoś raptem rok starszy go poucza, ale, niestety, nie miał zbytniego wyboru. Pięć minut później Kedebe zakończył swój wykład i mogli wreszcie pomyśleć nad dalszą częścią zadania.
- No dobrze – zaczęła azjatka – Rozumiem, że mamy użyć tych łuków i chyba zabić wilkołaka, ale po co?
- Oj, panna, czy to ważne? Chcą, to zabijemy i tyle, yo. – Najwidoczniej Gebre nie lubił wdawać się w szczegóły.
- A ten napis na podeście? – Wiśnia postanowiła drążyć temat. – Po coś go tu umieścili. – Podeszła do kamiennego blatu. – Ej, coś tu dopisali! Rok to bardzo długo, Twm. Wystarczy pół godziny. Zanim wrócisz, zdobądź fiolkę krwi człowieka-wilka. Podobno pomaga nie zmienić się w pył.
- No i macie swój powód, yo. – rzucił Kedebe.
- I limit pół godziny, jeśli dobrze rozumiem – mruknął Artur.
Nie mając ochoty na kluczenie między drzewami, poszli dalej jedyną ścieżką, która prowadziła dalej w głąb lasu. W odróżnieniu od poprzedniej, ta była dużo szersza i mieli większe pole widzenia.
Artur miał serdecznie dosyć wszystkiego. Już pomijając fakt, że nikt normalny nie użyłby wilkołaków jako zadania turniejowego oraz mierną organizację, to miejsce po prostu przyprawiało go o gęsią skórkę. Z lekkim rozbawieniem stwierdził, że podobnie czuł się zawsze spotykając się z matką.

W sumie, nie byłoby to nic dziwnego, pewnie gdzieś tu siedzi i ją skręca, że sama nie może zapolować…

Cichy szelest dobiegający z lewej strony ścieżki sprawił, że zatrzymał się w pół kroku. Po minie pozostałych Artur rozpoznał, że też to usłyszeli. Wszyscy, jak jeden mąż, wycelowali strzały w domniemane źródło hałasu. Po dłuższej chwili oczekiwania zza pnia jednego z drzew wyszedł… jeż i, odprowadzany wzrokiem czwórki wyraźnie zaskoczonych i oniemiałych nastolatków, głośno tupiąc, przedreptał na drugą stronę ścieżki.
- Myślałam, że zawału dostanę – skomentowała z wyraźną ulgą Wiśniowiecka.
Ledwie skończyła mówić, gdy z miejsca, gdzie zniknął jeż, wybiegł wprost na nich wilkołak, postury podobnej do poprzednika. Zanim ktokolwiek inny zdołał, zareagować, Kedebe wypuścił strzałę, trafiając stwora w okolice barku, co sprawiło, że ten zatrzymał się i, głośno warcząc, ruszył w stronę chłopaka, po drodze ogonem zbijając z nóg Bię. Wiśnia, podobnie jak Tkaczuk, strzelała prawie na oślep w bestię, trafiając raz w cel, raz w pobliskie drzewa. Wilkołak, nieco zdezorientowany, zaczął kręcić się dookoła własnej osi próbując dopaść jedno z nich. Ostatecznie strzała Gebre zakończyła „pojedynek” przebijając czaszkę wilka.
Shin zebrała z truchła nieco posoki do flakonika, który miała ze sobą, po czym „jaśnie kapitan” zarządził powrót do podestu, licząc, że będą tam jakieś dalsze wskazówki. Wrócili więc i, siedząc obok drzewa gdzie zniknęła Vicky, czekali na jakikolwiek znak do działania.
- Paskudnie tutaj – wyszeptała Wiśnia. – Mam wrażenie, że drzewa nas obserwują. I jeszcze ta mgła. – Wzdrygnęła się.
Faktycznie, wokół nich zaczęły pojawiać się białe smugi coraz bardziej zmniejszające widoczność. Pięć minut potem nie widzieli już praktycznie nic dookoła. Chwilę po tym jak, prawdopodobnie Kedebe, próbował obejść drzewo i potknąwszy się o konar, wylądował na czymś miękkim, drąc się przy tym niemiłosiernie, mgła nagle opadła i oczom pozostałych ukazała się nieprzytomna Wal, leżąca dokładnie tam, gdzie ją zostawili.
- No dobra, to jest naprawdę dziwne. – Tkaczuk odwrócił się w stronę Bii, stojącej najbliżej podestu. – Jest tam coś nowego?
Azjatka nachyliła się z różdżką nad kamienną tablicą.
- Krew przed jedzeniem. A zjeść wypada. - odczytała kolejne zdanie. – Nie rozumiem tego.
Z oddali usłyszeli pojedynczy, długi skowyt. Odpowiedział mu drugi, z całkiem innego kierunku, a po nim następny, już znacznie bliżej miejsca, w którym się znajdowali.
- O rzesz kurwa… - wykrztusił z siebie Artur po tym, jak razem z Gebre, niosącym Wal, i pozostałymi przebiegł przez portal, który pojawił się tuż obok ogromnego cisa. – Czy oni kompletnie oszaleli?!
- Zluzuj ziom, nie było tak źle.

”Nie było tak źle?!” Jak poje.anym trzeba być żeby uznać wilkołaki za „nie taki zły” pomysł?!

Tkaczuk rozejrzał się po pomieszczeniu. Najwyraźniej wrócili do punktu wyjścia, czyli komnaty z zagadką. Jedyną różnicą był mały poczęstunek, czekający na nich na stole.
- Um, co się stało? Nie jesteśmy w lesie? – Wal łaskawie raczyła się obudzić, więc Kedebe odstawił ją na ziemię.
- Nie, nie jesteśmy – skwitowała kwaśno Wiśniowiecka. – Błagam, powiedzcie że to już koniec.
- Krew przed jedzeniem. A zjeść wypada. – szepnął do Bii. – Chyba chodzi o to, że ktoś musi wypić to, co zebraliśmy w lesie.
- Też tak myślę – wtrącił Gebre. Wolał zostawić Wiśni pilnowanie zdezorientowanej Vicky, która właśnie zauważyła, że posiada na sobie krwawe ślady po pazurach i zaczęła rozpaczać po zniszczonej bluzce. – Yo, a może damy to Wal? – Widać i jego dziewczyna zdołała wyprowadzić z równowagi.
- Tylko jak? Jeśli powiemy jej co to, to tego nie tknie – mruknął dość sceptycznie Artur.
- A może by… - Bia podeszła do dziewczyn i podała Wal fiolkę z krwią. – Masz Vicky, wypij. To wyleczy rany.
Walentyna spojrzała nieufnie na Shin i fiolkę, ale po zapewnieniach Wiśni, że to na pewno lek, zdecydowała się wypić zawartość. Gdy zauważyła, że zadrapania nie zniknęły, zaczęła dopytywać się, co jej właściwie podali, ale wszyscy milczeli jak zaklęci, zatykając sobie usta jedzeniem. Potem wyszli korytarzem z powrotem na błonia.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kanterial » 18 stycznia 2014, 21:41

Niedziela rano

Ogólnie rzecz biorąc, uczestniczenie w Turnieju sprawiało Dampowi wiele trudności. Od kiedy zastrzegł, że nie ma zamiaru wcale, ani trochę się tym interesować (o czym powiadomił Rokosza dość jednoznacznie), dyrektor i, zdawałoby się, wszyscy inni, jak na złość kazali mu mieszać się we wszystko. I koniec końców, naprawdę w Turnieju uczestniczył – nie tylko wybrał tę głupią piątkę dzieciaków (że też w ogóle zastanawiał się, na kogo padnie…), mimowolnie zainteresował tym, co robią i jak mają działać, poinstruował i, w swoim mniemaniu, dopilnował w pewnym stopniu… Ale też, ku swojemu zaskoczeniu, został zmuszony do oglądania ich w akcji.
- Że co proszę? – palnął, w odpowiedzi na krótki apel dyrektorki. – Mam patrzeć co robią?
- To chyba oczywiste, wszyscy są pod nadzorem, zapewniamy bezpieczeństwo, oceniamy i tak dalej… Chodzi o punkty, Damp – uściśliła, jakby miała do czynienia z opóźnionym w rozwoju. Rust patrzył na nią z miną, którą ciężko było zinterpretować – trzeba pilnować punktów. I pilnować uczniów. Bo to niebezpieczne. BO MOGĄ ZGINĄĆ.
- Pilnować punktów – powtórzył głucho, w bezkresnym szoku, który na moment stłumił jego złość. Trudno było uwierzyć, że ludzie tak głupi jak Rokosz istnieją. Ba, zarządzają szkołami magicznymi. – I bezpieczeństwa. Punkty i bezpieczeństwo.
- No, wreszcie – ucieszyła się dyrektorka. Pulchne palce, opancerzone w nieciekawy sposób wieloma pierścieniami, powędrowały lekko w górę i Damp z bólem patrzył, jak Rokosz splata dłonie w bardzo zniewieściałym geście.
Nic nie mógł zrobić. Próbował wyrazić swoje oburzenie tym, że został wciągnięty w opiekę nad reprezentantami. Niewiele to jednak dało.
- Przecież od tego są osobni ludzie. Delegacje ze szkół, kilku czarodziejów z ministerstwa, nie wiem, ktoś ten Turniej przecież logistycznie przygotował, tak?
Energiczne kiwanie głową w wykonaniu tej potwornej istoty (chyba jednak mężczyzny) tylko utwierdziło Dampa w przekonaniu, że Rokosz nigdy nie słyszał pojęcia „logistyka”. Jak również „myślenie”. I „wyczucie”.
- No więc po co ja mam w tym brać udział? – stęknął. – Ja mam dość na co dzień, mam swoje zajęcia, szesnastolatki mnie wykończą… Na nic się nie przydam…
- Nie nie, Damp. Wszyscy zgodnie uznaliśmy, że – zaczął dyrektor prędko, sadowiąc się w fotelu (Rust tymczasem cierpiał, bo krzesło, na którym siedział, było wręcz legendarnie za niskie).
- Jacy „my”? – syknął, wstając.
- Dyrektorzy i reszta ludzi, zajmujących się turniejem – wyjaśnił Rokosz pobieżnie – uznaliśmy, że grupy turniejowe potrzebują wsparcia swoich mentorów. Poza tym, jakoś nikt nie wyraził chęci zajęcia się naszą piątką i wsparcia ich po pierwszym zadaniu…
Damp strzelił bitchface’a.
- …więc padło na pana, dobry kontakt z młodzieżą to podstawa, oczywiście, były wątpliwości – urwał dyrektor, jakby chciał utrzymać siatkarza w nieistniejącym napięciu – ale przypadkiem udało mi się porozmawiać z niejaką Radostiną Yenevą, która wskazała mi pana, Damp, jako najodpowiedniejszą osobę do…
- Rozumiem – warknął. – To wiele wyjaśnia.
- Cholera jasna.
- Było kłamać?
- No więc, Damp. Proszę się stawić w naszej sali dziś, gdy zaczną się te pierwsze etapy, spokojnie poobserwujemy Ślężan, później pozwolimy panu spotkać się z drużyną i przekazać werdykt – oznajmiło to dziwadło dobrodusznie. Rust całą siłą woli powstrzymał się przed zrobieniem sugestywnej miny, która by oddała całe obrzydzenie, jakie właśnie czuł.
- Co za typ – jęknął do Dźwiedzia.
- Nie cieszysz się?
- Z czego niby?
- To świetna wymówka. Nie będziesz się musiał przed samym sobą tłumaczyć, że próbujesz im pomóc w…
- Zamkniesz ten pier… - zaczął z wściekłością i tylko jakiś niewytłumaczalny, niewyjaśniony instynkt pomieszany z refleksem, pozwolił mu zorientować się, że mówi na głos. W ułamki sekund uniósł wzrok i napotkał spojrzenie dyrektora - …wszy etap tak od razu, podając wyniki, czy będziemy czekać, szanowny dyrektorze? – wykręcił się nieumiejętnie, zaciskając pięści. Dźwiedź zachichotał złośliwie. Na szczęście Rokosz nie należał do ludzi bystrych i tylko ochoczo przytaknął, po czym puścił Rusta wolno.
- Jasna dupa…
- Kretyn!
- Dźwiedziu – wycedził Damp, zbiegając po wąskich schodach – jeśli kiedykolwiek jeszcze zobaczę cię na własne oczy…
- Możliwe, możliwe – podjął patron, rozbawiony.
- To, przysięgam, będziesz cierpiał. Och, jak ja cię nienawidzę – jęknął bezsilnie, zdołowany wizją rozmowy z „dzielną piątką”.



Niedziela, późny wieczór

- No i jak sobie poradzili? – spytała Yeneva, gdy tylko wyszedł z sali, po kilkugodzinnym spotkaniu z komisją, Rokoszem i paroma innymi osobami. Aż podskoczył, widząc kobietę, która wyraźnie na niego czekała.
- Aaa – mruknął, starając się brzmieć normalnie – nieźle, nieźle… Dobrze, tak. Żyją.
- Wyglądasz na przybitego – strzeliła dość celnie, co oznaczało, że Rustowi słabo idzie dzisiejszego dnia przybieranie na twarz maski opanowania. – Martwiłeś się pewnie o młodych Ślężan? – podsunęła z uśmiechem, ni to poważnym, ni to zadziornym. Jakby koniecznie chciała porównać osiągnięcia grupy turniejowej ze swoją, z Durmstrangu.
- Och tak, martwiłem się – przyznał, wykonując zapraszający gest. Po chwili szli już korytarzem i Damp bardzo starał się nie wyprzedzać Bułgarki. Nie tylko, by móc spokojnie pożerać wzrokiem jej łydki, ale również dla własnego bezpieczeństwa, bo nie chciał, by patrzyła na niego, próbując zgadnąć, o czym myśli. Jakby wiedziała, o czym myślał… Aż wzdrygnął się na taką możliwość. Zdecydowanie, myśli Rusta Damp’a powinny stanowić zamkniętą, prywatną własność. Yeneva nie mogła ich poznać. Nie mogła dowiedzieć się, czym była według wynaturzonych, zaostrzonych przez lata, kryteriów pseudo-samczej obsesji Dampa na punkcie kobiet…
- Słusznie – skomentował Dźwiedź.
- Zamknij ryja, pieprzony futrzaku – westchnął tylko w odpowiedzi, zbyt sfrustrowany tym, co go czeka, żeby się skupiać na rozmowie. Yeneva niestety nie okazała się tak łatwa do zbycia i Damp musiał grać, musiał udawać tego dwumetrowego, poczciwego chłopaka o dobrym sercu i otwartym, przyjacielskim umyśle, takiego niedoświadczonego, takiego naiwnego i miłego. Rzygał takimi ludźmi. Jeśli miał być szczery, byli najczęstszymi przypadkami na długiej liście tych, których „usunął sobie z drogi”, atakując czy to fizycznie, czy mentalnie, podczas swojego wieloletniego polowania na kolejne kobiety.
- Zdobyli sześć punktów na dziesięć, tak, jestem dumny, ależ tak, pewnie! Najlepszy? Muszę ci powiedzieć, że Kedebe, pewnie nie znasz, no tak, no więc Kedebe zrobił piorunujące wrażenie, dokładnie, dokładnie tak. Wiśniowiecka? Jakżeby inaczej. Och, ciężko powiedzieć, cała piątka mnie ucieszyła, aż serce rośnie… A u ciebie?
I wtedy coś zgrzytnęło, Yeneva spuściła z tonu, nadal wyraźnie lgnąc do Rusta, jednak zmieniając tor rozmowy. Nie sądził, że aż tak przejmowała się turniejem, ale najwyraźniej była z Durmstrangiem związana bardzo mocno.
- Co za kobieta… - mruknął, gdy wreszcie rozstali się, tuż przed gabinetem 77c, gdzie już miała czekać drużyna ze Ślęży.
- Dziś nie bardzo się przy niej starałeś – zauważył Dźwiedź. – Czyżbyś się przejmował, Damp?
- A czym niby? – fuknął gniewnie, prostując długie ręce i opierając się o ścianę. Chciał pomyśleć, zanim zobaczy tych durnych smarkaczy, gówniarzy, przez których musiał tu być.
- Nimi.
- Co?
- Jakbyś widział swoją twarz, kiedy pojawił się tamten wilkołak – zarechotał Dźwiedź, nawet nie próbując kryć dobrego nastroju. – Nigdy bym nie pomyślał…
- Przegiąłeś. Poważnie, przegiąłeś. Kurwa.
- Blady. Jak. Ściana – szepnął Dźwiedź, doprowadzając go tym samym do pasji. – „Matejko, na boga, zróbcie coś, zróbcie coś” – cytował, a Damp czuł, jak z wściekłości przestaje nad sobą panować, odsłania zęby, wreszcie pochyla się, dygocząc, napinając mięśnie ramion.
- Tyy…
- Panie Damp? – Shin Bia wyjrzała na korytarz i zobaczyła go w chwili, gdy był już wyprostowany, lekko i złośliwie uśmiechnięty. Jak zawsze.
- Panno Shin! – Uniósł brwi, maskując złość właściwym sobie, niepokojącym tonem. Dość niejednoznacznym, gwoli ścisłości. – Cóż za niespodziewane spotkanie. Nie, żeby kazano mi się wami zająć…
- Wiemy, poinformowano nas już na błoniach. Rozumie pan, trochę to denerwujące, tak czekać i czekać – powiedziała szybko, otwierając drzwi do klasy szerzej. Wewnątrz Damp zobaczył Gebrego i Artura, stojących tyłem i wyraźnie spierających się o coś. Tkaczuk przypominał syczącą żmiję i, gdyby tylko mógł, pewnie plułby na wszystkich jadem. Rust aż zmrużył oczy, przypominając sobie swoje wcześniejsze starcia z gówniarzem. Irytujący gnojek, nie ma co. I bystry do tego. Leniwy, wredny i bystry. Gorszej mieszanki cech Damp nie mógł sobie wyobrazić. I jeszcze ta niewytłumaczalna zdolność do wkurwiania nauczycieli siatkówki – tak, tego Tkaczukowi odmówić nie można było w żadnym wypadku.
- No to powie nam pan wreszcie? – jęknęła Azjatka.
- Już, już. – Rust na moment skrył twarz w dłoniach, po czym płynnym ruchem przesunął palcami serdecznymi po brwiach, jakby to mogło pomóc mu choć trochę. Nie pomogło, nie był ani skupiony, ani spokojny. A Shin patrzyła na niego podejrzliwie, spod długich rzęs błyszczały oczy pełne skupienia, jakby go oceniała.
- Aż tak źle? – szepnęła. Damp spojrzał na nią pobłażliwie, po czym westchnął, podszedł wolno i zajrzał do klasy. Wszyscy – Matejko, Wiśniowiecka, Tkaczuk i Gebre - wyglądali, jakby dopiero co skończyli walczyć o życie. Rust wbrew sobie pomyślał, że wypada okazać im choć odrobinę dobroci, może dać do zrozumienia, że nieźle sobie poradzili, że ktoś ich docenia i troszczy się o nich. Ale zaraz mu przeszło i wyszczerzył się wrednie, kładąc dłoń na ramieniu Bii, która podskoczyła, jakby ktoś poraził ją prądem. W panice spojrzała na długie palce Dampa, gdzieś na swoim obojczyku, i z niespodziewaną szybkością odskoczyła, by już sekundę później znaleźć się na drugim końcu klasy. Trochę go to rozbawiło.
- Musiałeś?
- Co musiałem? Ach, to! Wiesz, mam chyba zimne dłonie.
- A potem się dziwisz, Damp. Ostrożniej – burknął Dźwiedź.
- Ale z was pierdoły – rzucił Rust w końcu, gdy już zmierzył reprezentantów niekoniecznie miłym spojrzeniem. Usiadł na biurku, właściwie na nie wskakując, a uczniowie od razu, jakby to był umówiony układ, rozsiedli się naprzeciw niego; Shin grzecznie odsunęła krzesło i zajęła miejsce przy ławce, a reszta, wzorem siatkarza, porozwalała się bez pardonu na blatach i oparła butami o oparcia.
- Zero kultury – ziewnął Rust, spoglądając na swoje najki. Co właściwie chciał powiedzieć? - No więc tak, w zadaniu otrzymaliście sześć na dziesięć punktów – zaczął, ale od razu mu przerwano:
- Yo Man, a co było nieteges, swag na dziesięć, flow na dziesięć – nie zgodził się Kedebe, wyraźnie oburzony werdyktem. – Po całości, Rust, wbrew regułom, na lajcie przeszliśmy ten etap, like a pro, yo…
- Nie przeczę – zgodził się Damp, czym chyba uczniów zaskoczył. Wiśniowiecka patrzyła na niego w dziwny sposób, ale starał się tego nie zauważać. – Jedyne, co wam nie poszło, to starcie z pierwszym wilkołakiem, który, jak się okazało, nie byłby agresywny, gdyby go nie zaatakowano. Nieważne. Chce wam się słuchać o tym, co mogliście zrobić?
- A po co, skoro już po wszystkim? – warknął Tkaczuk. – Jakbyśmy mogli cokolwiek zmienić…
- Warto wiedzieć, na co nie wpadliśmy – podsunęła Bia.
- Nie warto, następny etap będzie zupełnie inny, znając życie znów nam wszystko utrudnią. – Wiśniowiecka brzmiała nieswojo, trochę chyba roztrzęsiona całym dzisiejszym dniem, ale przede wszystkim rozeźlona. – Ten Turniej to idiotyzm… - Z niewiadomych przyczyn Damp miał wrażenie, że również on jest powodem poszarpanych nerwów szesnastolatki i bardzo mu się to nie podobało. Przez kilka sekund utrzymywał z nią kontakt wzrokowy, ale urwała go momentalnie, jakby chciała coś ukryć. A może był przewrażliwiony?
- Jakbym ja coś zmieniał, to bym zmienił Artura – wyznał Damp. Tkaczuk rzucił mu nienawistne spojrzenie i poruszył ustami, kilka niemych słów wyglądało na „zabiję pieprzonego gnoja”. Jak subtelnie… - Tak naprawdę niewiele mogliście zrobić więcej. Odjęto wam punkty za bezmyślny atak Matejko, obrażenia Matejko i całościowo, za brak organizacji w grupie – oznajmił.
- A co ty na to, Rust, yo? – zainteresował się Kedebe. Damp przez moment miał przed oczami siebie, próbującego poprosić smarkaczy, by traktowali Turniej poważnie i chronili tę durną Walentynę, bo jeśli cokolwiek jej się stanie, to właśnie on, Rust Damp, będzie miał do siebie pretensje i będą to pretensje uzasadnione. Już czuł się winny, choć sam przed sobą nie był w stanie tego przyznać. Popatrzył na Kedebe i zobaczył tylko zajarany, szeroki uśmiech młodego, narwanego chłopaka, popatrzył na Wiśnię i zobaczył tylko zaciętą, tajemniczą minę i niepewność, popatrzył wreszcie na Tkaczuka („pierdolsiępierolsiępierdolsięprofesorkuzgińzgińzgińzgiń”) i świadomie nie popatrzył na Walentynę Matejko, bo gdyby to zrobił, pewnie puściłyby mu nerwy i nawrzeszczałby na nią, krytykując nieodpowiedzialne zachowanie i narażanie życia.
- Co ja myślę o waszym występie? – podjął. – Myślę, że mogło być gorzej.
Cisza. Artur Tkaczuk tak się zdziwił tą pozytywną oceną, wypowiedzianą zupełnie szczerze, że aż wychylił się trochę za mocno (od minuty huśtał się na ławce) i wykonał efektowny obrót w tył o dziewięćdziesiąt stopi. Lecąc próbował złapać się czegoś (ubrania Wiśniowieckiej i paru innych rzeczy), wyrżnął w podłogę i stęknął gardłowo, gdy powietrze uciekło mu z płuc. Sekundę później zwaliło na niego jedno z krzeseł, zachybotała rozchwiana ławka…
Damp i reszta patrzyli na to z bólem i tylko zaciskali zęby, słysząc każde kolejne „jeb”. Wreszcie Tkaczuk przestał przyciągać obiekty martwe i tylko leżał, gapiąc się szeroko otwartymi oczami w sufit.
- Ja pierdolę. – Usłyszeli od niego po minucie.
- Akrobata – skomentował Damp z uznaniem.
- Nieźle, stary, yo, gdzie się tego nauczyłeś?
- W CYRKU, GEBRE, W CYRKU - wydarł się Tkaczuk.
- Słuchajcie, nie orientuję się w tych zadaniach i nie wiem, jakie będzie kolejne – Damp zeskoczył z ławki i ruszył w stronę drzwi – więc nie umiem powiedzieć, co powinniście robić. Chyba nic. Ach, jeszcze, dzięki temu, że postanowiliście zeżr… Zjeść posiłek później – uniósł głos – będziecie mieć jakąś taryfę ulgową w następnych zadaniach, jeśli dobrze zrozumiałem. Dobrej nocy. Acha. Jak będziecie się teraz, w czasie wolnego, obijać i szwędać po szkole, to będę niepocieszony. A wiecie, to w praktyce oznacza nieprzyjemności wyłącznie dla was – uśmiechnął się paskudnie – żegnam.
- A jak poszło innym?! – zawołała za nim Bia.
- Durmstrang - 10, Hogwart - 8, wy - 6, Beauxbaton -6 i Cuzco - 5 . Pasuje? Mówiłem, mogło być gorzej.



Noc z niedzieli na poniedziałek

Z jakiegoś powodu Damp nie był w stanie zmrużyć oka i znów leżał na ziemi w samych dresach, a sen nie chciał przyjść. Trochę to Rusta martwiło. Co takiego nadal zaprzątało mu głowę? Dźwiedź, nie wiedzieć czemu, milczał i nie odpowiedział na żadne z zadanych przez Dampa pytań. Czyżby się obraził? Rust podniósł się i postanowił wyjść na błonia, żeby pomyśleć. Lubił chodzić nocą po Ślęży, czuł się wspaniale wiedząc, że prawdopodobnie nikogo nie spotka. Trochę bezmyślnie wyszedł na korytarz, nie zabrawszy ze sobą niczego. Nie włożył nawet butów.
- Dźwiedziu, coś jest nie tak. Coś mnie martwi. Yeneva mnie martwi?
Nic, żadnej odpowiedzi. Damp szedł ciemnym korytarzem wolno, w zamyśleniu, patrząc na swoje bose stopy.
- Sir Gloddy? Na razie siedzi cicho… Więc co? Turniej? Nie obchodzi mnie turniej. Dźwiedziu.
Nagle Rust stwierdził, że zabłądził. Wydawało mu się, że już dawno powinien znaleźć się na błoniach, tymczasem korytarz nadal wiódł prosto, schody nadal prowadziły w dół. Co za szkoła…
- Dźwiedziu, to przez siatkówkę. Nie gram i wariuję. Albo przez kobiety. Nie mam i wariuję. Mógłbyś przestać mnie ignorować.
I wtedy wyczuł czyjąś obecność, jeszcze zanim wyłonił się zza rogu, po prostu wiedział, że ktoś tam jest, że stoi i czeka. Jednocześnie wezbrała w nim ciekawość i niechęć, bo nie bardzo podobała mu się wizja spotkania z kimkolwiek o tak późnej porze, w samych dresach, w niewiadomej części ślężańskiego zamku… Skręcił i zrozumiał, że nie ma się czego obawiać. Dwadzieścia metrów dalej stała bardzo przyjemna postać. Przyjemna w sposób, którego nie dało się opisać. Rust tylko przechylił głowę, uspokojony (bał się, że natknie się na Rokosza, lub, jeszcze gorzej, jakiegoś ucznia) i szedł wolno, w stronę tej nieznajomej kobiety, a świat za oknami jakby się rozjaśniał, może świtało, może leciała nad ziemią jakaś kometa… Kometa by pasowała, bardzo czerwone światło, nagłe, zalewające korytarz falami barwnych pasm.
Kobieta spojrzała na Dampa i wtedy poczuł, że uśmiecha się tak, jak nie wolno się było uśmiechać do żadnych kobiet, nigdy. Zbyt dobrze znał cały schemat, towarzyszący temu zjawisku, zbyt wyraźnie pamiętał, jak zabrania mu patrzeć i uśmiechać się w ten sposób kolejno: matka, ojciec, nauczyciele w szkole, koleżanki, przyjaciele, znajomi, dalsza rodzina, trener, sprzedawczyni w sklepie i tak dalej i dalej i w nieskończoność. Zakazana mina Rusta Dampa. To było to spojrzenie, które, widziane na ekranie podczas oglądania filmu, powoduje głośne „Przełącz kanał”, „Dzieci, wyjdźcie” albo „O, wiem co teraz będzie…”. Uśmiech, a raczej pełen zadowolenia wyraz podłej radości ze zwycięstwa, który mógłby utwierdzić każdą kobietę w przekonaniu, że „to” przytrafi się teraz, zaraz, właśnie jej, tutaj, i nie ma już żadnego ratunku. Obrzydliwie i nieskończenie jednoznaczna mina. Jedyna, nad którą nie panował.
A kiedy zbliżył się wystarczająco, ona zerknęła na niego obojętnie i dopiero wtedy dostrzegł coś, co wywołało natychmiastowy atak paniki. Miała fioletowe tęczówki. Fioletowe tęczówki Artura Tkaczuka, kształt oczu Artura Tkaczuka, cholernie charakterystyczne spojrzenie Artura Tkaczuka. Damp przeraził się tak mocno i szczerze, że nawet nie zdołał nic powiedzieć – tylko poczuł, że coś kłuje go w piersi. I nie mógł oddychać. To zawał? Czy tak wygląda zawał?! Rust nigdy nie wcześniej miał zawału i spanikował jeszcze bardziej, i jeszcze bardziej zaczął mieć zawał…
…Obudził się i natychmiast podniósł z podłogi. Przez moment gapił się w ciemność za oknem, zanim dotarło do niego, że tylko śnił. Z ogromną ulgą usiadł na łóżku.
- Potworne – mamrotał na głos – potworne, Dźwiedziu, jaki, jaki koszmar, jaki…
- Widziałem – poinformował patron uprzejmie. – Czym się tak przejmujesz? Zwykły sen.
- Nie, nie, nieee – przeczył Damp z uporem – nie… To był Tkaczuk w wersji… To była…
- Jakaś kobieta podobna do ucznia – pomógł Dźwiedź ostro. – Nie roztrząsaj. Za mało śpisz i potem masz jakieś dziwaczne zwidy, zresztą, podświadomość działa niezależnie od naszej woli, mam rację? Idź spać.
Ale Damp spać nie mógł, a może raczej bał się ponownie zamknąć oczy, więc ubrał się, ogolił, tak, jakby był już ranek, a nie trzecia w nocy, po czym sięgnął po różdżkę i wyszedł z pokoju, tłumacząc Dźwiedziowi, że potrzebuje spaceru. Zwyczajnie nie mógł myśleć w tamtym pomieszczeniu, a przewietrzenie się na błoniach było niezawodnym, sprawdzonym pomysłem. I nawet nie zwrócił uwagi na to, że powtarza schemat ze swojego upiornego koszmaru. Już po minucie, zbiegając na półpiętro, usłyszał czyjeś kroki nad sobą i, bardziej z przyzwyczajenia niż złośliwości, poczekał na szczęściarza, który akurat tej nocy postanowił się na niego natknąć. I jakie było zdziwienie Rusta, gdy przed sobą zobaczył Artura, identycznie zszokowanego, rozzłoszczonego i pełnego podejrzeń!
- Nie za późno na spacery? – syknął Damp złowieszczo, wkładając ręce do kieszeni. Ziewnął mimowolnie, a Tkaczuk ziewnął zaraz po nim, bo, z jakichś debilnych powodów, ziewanie było zaraźliwe. I tak stali, gapiąc się na siebie.
- A na pańskie spacery nie jest za późno, profesorku – zauważył chłopak gderliwie. Był mniej agresywny niż zazwyczaj, pewnie dlatego, że zaspany. Niektórzy ludzie lubili długo spać i Artur Tkaczuk niewątpliwie był właśnie takim człowiekiem.
- Słuchaj, Tkaczuk – Damp chciał powiedzieć coś kąśliwego, ale znowu ziewnął, aż oczy zaszły mu łzami – nieważne – dokończył po kilku sekundach - nie chce mi się opieprzać nikogo, masz szczęście. Wracaj do łóżka.
- Ale ja mam powód, w przeciwieństwie do pana – warknął.
- Ach tak? – Sztucznie zainteresował się Rust. – A jaki?
- To moja sprawa. Chyba nikt mi nie zabroni chodzić po terenie szkoły, prawda? – Rozzłościł się. – Nie ma takiego zakazu, o ile pamiętam, więc…
- O ile pamiętam, to mam w dupie zakazy panujące w Ślęży, ale wiesz, Tkaczuk, na przykład ja - wskazał na siebie - ja mogę ci zabronić chodzić po terenie szkoły, jeśli uznam to za stosowne lub konieczne – rzucił Damp z niemałą satysfakcją, nadzwyczaj złośliwie. – Więc…
- Muszę się z kimś spotkać – wyznał Artur niespodziewanie. Odwrócił wzrok i widać było, że jest zmuszony powiedzieć prawdę, choć bardzo mu to nie pasuje. Damp stwierdził, że chłopak może wcale tego rzekomego spotkania nie chcieć.
- Dobra. Fajnie – wyszczerzył się. – Chodźmy.
- Słucham?!
- Chodźmy na twoje spotkanie, puszczę cię, jeśli rzeczywiście ktoś ma się z tobą spotkać – zaproponował Damp wrednie, z góry zakładając, że nikt na Artura jednak nigdzie nie czeka. – Chyba, że kłamiesz i idziesz gdzieś sam, dajmy na to, do kuchni, jak niektórzy uczniowie w twoim wieku – zachichotał na wspomnienie Wiśniowieckiej z pączkiem.
- Kretyn, debil – wymamrotał Artur pod nosem – zabiję, posiekam, przerobię na farsz…
- No, Tkaczuk. Tak dalej. Wiesz, mam wspaniały humor i z chęcią spędzę noc na myśleniu, jak zorganizować ci tydzień. – Damp rozłożył ręce, jakby tłumaczył coś oczywistego. – Jestem świetny w układaniu planu zajęć.
- Dobra, chodźmy! – wściekł się Artur i, ku zaskoczeniu siatkarza, zaczął złazić po schodach, wyraźnie obruszony i ponury. Minął Dampa bez słowa, a Rust dopiero po chwili do niego dołączył. Z kim takim chciał się spotkać Artur Tkaczuk w środku nocy?
- I dlaczego ja mu na to pozwalam? – oburzył się Rust.
- Damp, ja nie jestem w stanie zrozumieć nawet jednej szesnastej twojego popieprzonego umysłu, więc mnie nie pytaj, jeśli łaska, dobrze?
Dotarli na parter, Tkaczuk milczał i tylko obracał się co jakiś czas, jakby sprawdzając, czy Damp nadal go eskortuje.
- Będzie tego – oznajmił. – Już jesteśmy. Mógłby pan…
- Arturze? – spytał jakiś kobiecy głos. Rust zmrużył oczy i nagle, ku swojemu niepomiernemu zaskoczeniu, zobaczył kogoś jakby znajomego. Dwadzieścia metrów dalej stała bardzo przyjemna postać. Przyjemna w sposób, którego nie dało się opisać.
- Och, nareszcie jakaś wysoka. Jaka przyjemna. Jaka... Mmm...
I Damp poczuł, że uśmiecha się tak, jak nie wolno się było uśmiechać do żadnych kobiet, nigdy.
- STOP! DAMP! RUST DAMP, MÓWIĘ DO CIEBIE – wydarł się Dźwiedź i jakimś cudem Rust powstrzymał ten uśmiech, całą siłą woli oderwał wzrok od kobiety i obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni, zaciskając dłonie w pięści. – Jezu, jaką ty masz czasem twarz…
- To był, kurwa proroczy sen. Zaraz dostanę zawału.
Wypuścił powietrze przez nos, próbując się uspokoić. Tkaczuk coś tam do niego mówił, niezadowolony i chyba trochę zdezorientowany, Dźwiedź usiłował przekazać, że nigdy nie widział tak perfidnie pełnej jednoznacznego przekazu miny, tak lubieżnego i skandalicznego spojrzenia, za które Damp mógłby spokojnie oberwać w twarz, a sam Rust z jakiegoś powodu obrócił się i prawie dostał tego swojego zawału, gdy okazało się, że kobieta ma, istotnie, intensywnie fioletowe oczy Artura Tkaczuka.
- Ale mamo – syknął chłopak jadowicie, gdy bardzo zdecydowanie złapała go za kołnierz. Wtedy wszystko nabrało sensu. Rust jakimś cudem utrzymał swój zwykły wyraz twarzy, gdy Katarzyna Tkaczuk mu się przedstawiła. Bardzo krótko i zwięźle poinformował, że jest wychowawcą Artura, że miło mu poznać i, co dodał już na odchodnym, że młody Tkaczuk nie powinien szlajać się tak późno po korytarzach. Resztę nocy spędził leżąc na ziemi i przeżywając swój mały, prywatny, narastający ból. Wyglądało na to, że przez resztę roku będzie zmuszony widzieć te oczy i myśleć o czymś bardzo niewskazanym. Gorzej być nie mogło.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 108
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Alrune » 19 stycznia 2014, 20:53

Noc z niedzieli na poniedziałek

Bia spała. Była potwornie zmęczona po pierwszym zadaniu. Przykryła głowę kołdrą, chcą jak najszybciej zasnąć. Gdzieś z oddali słyszała jakiś głos i muzykę. I ptaki ćwierkające.

Hier kommt die Wahrheit - die ganze Wahrheit über die 7 Zwerge!

Otworzyła oczy I stwierdziła, że nie jest u siebie w pokoju. Siedziała przy jakimś stole. Na jego szczycie zasiadał Damp w dziwnej czapeczce i z miną, jakby chciał wszystkich pozabijać. Po jego prawicy zasiadał Żyłka, również w dziwnym nakryciu głowy. Bia rozejrzała się. Muzyka ciągle dźwięczała jej w uszach. Coś było nie tak. Spojrzała po zebranych. Kedebe, Walentyna, Artur – co tu się dzieje? Nie wiedziała czy śni, czy to jawa. Wszystko było tak realistyczne. Damp wstał i podszedł do jakiegoś wieszaka. Inni, w tym też zdezorientowana Bia, poszli za jego przykładem. Założyli BRODY. Tak, brody. Bia nie wiedziała co się dzieje. Ba, radosny humor Artura, albo Wal dostająca od Kedebe łupnia w głowę, bardzo, ale to bardzo ją zdziwił. Wyszli z domu. Muzyka dalej rozbrzmiewała

He, Zwerge, he, Zwerge, he Zwerge ho
He, Zwerge, he, Zwerge Go, Go, Go!
He Zwerge, he Zwerge, he, Zwerge, ho!
He Zwerge, he Zwerge: Go,Go, Go!….


Nie wiedziała nawet kiedy wspólnie z innymi zaczęła maszerować gęsiego i śpiewać. Pochód prowadził Damp, zaś na końcu wlókł się Żyłka. Muzyka ciągle brzmiała, wszyscy śpiewali maszerując. Las wydawał się Bii dość wesoły, nawet była nim zachwycona. Kątem oka zauważyła, że ktoś, jakieś dwie osoby idą, dźwigając wielki plastikowy pojemnik. Po chwili stwierdziła, że to profesor Karcz i profesor Termopilski. Słyszała, że ktoś chce wyjść z pojemnika, ale ten był szczelnie zamknięty. Z tonacji głosu wywnioskowała, że to mogła być tylko jedna osoba – dyrektor(ka) Rokosz.
Zastanawiała się co tu się u diabła dzieje. Śpiewają, mają dziwne czapeczki i na dodatek Wiśnia jest radosna, jakby ktoś jej podał eliksir rozweselający. I na dodatek, do czego Bia doszła po pewnej chwili, to ona ugotowała ich obiad, czy co tam jedli w chatce.

He, Zwerge, he, Zwerge, he Zwerge ho
He, Zwerge, he, Zwerge Go, Go, Go!
He Zwerge, he Zwerge, he, Zwerge, ho!
He Zwerge, he Zwerge: Go,Go, Go!….(:)
Jetzt sind wir gleich durch.
Achtung! Jetzt sind wir gleich fertig


Szeroko uśmiechnięty Tkaczuk, prawie jakby ktoś wrzucił mu do kieszeni worek złotych monet. Bia była szczerze zdziwiona, nigdy go aż tak zadowolonego nie widziała.
- Und jetzt - jetzt ist Schluss! – Nagle wszystko pociemniało, jakby ktoś zgasił światło.

Poniedziałek rano

Bia szybko ubrała się, nie chciała budzić współlokatorek. Różdżką wskazała na łóżko i zasłała je. Poduszki idealnie ułożyła. Spojrzała na medalion i leżący obok sztylet, dotykając go dłonią jakby pieściła go. Nie miała najmniejszego zamiaru zostawić już go gdziekolwiek, ale z drugiej strony nie mogła nosić go przy sobie. Co by się stało gdyby ktoś zajrzał do jej torby? Nie chciała o tym myśleć, ale wiedziała też, że sztyletu nie można w jakikolwiek sposób transmutować. Próbowała już wiele razy.
Wyszła z pokoju, chowając sztylet pod marynarką mundurka. Zapięła guziki i wygładziła spódnicę. Postanowiła pójść do sowiarni i wysłać list do rodziców oraz podziękowanie dla ciotki Asyntii. Weszła do pomieszczenia, kilkaset sów zahukało na jej widok. Podeszła do najbliższej szkolnej sowy i uczepiła jej liściki do nogi. Wszak wysyłanie dwóch sów byłoby głupie, ciotka mieszka w tym samym kompleksie mieszkalnym. Patrzyła jak sowa leci po niebie. Nagle uwagę Bii przykuł widok idącego do szkoły Dampa. Szedł gdzieś od strony lasu. Zastanawiała się co on robił w lesie i dlaczego wstał tak wcześnie. Szybko zbiegła po schodach. Do śniadania zostało jeszcze dużo czasu, nie chciała żeby ktoś ją widział. Rzuciła na siebie zaklęcie kameleona. Postanowiła śledzić Dampa. Szła wolno, prawie tuż przy ścianie. Nie chciała robić hałasu. Damp krążył po korytarzu, jakby kogoś lub czegoś szukał. Wydawał się być bardzo zdenerwowanym, albo lekko wyprowadzonym z równowagi.
- Zamknij się ty parszywy futrzaku! – krzyknął. Bia nie wiedziała do kogo mówił, bo oprócz jej samej i Dampa nikogo nie było na korytarzu. Zaczęła się zastanawiać czy to co pisał Leszek nie jest przypadkiem prawdą. Zamyśliła się na moment i nawet nie zauważyła kiedy Damp stanął przy niej z wycelowaną w Bię różdżka. Zorientował się, że był śledzony i rzucił przeciwzaklęcie. – Shin! – krzyknął. Bia przestraszyła się. Miała już wizję siebie pakującej kufer i wywalanej na zbity pysk ze szkoły.
- Ja przep…przepraszam panie Damp. – wyjąkała, patrząc na swoje buty. – Nie chciałam pana śledzić, znaczy chciałam, ale się martwiłam, bo…
- Rozumiem. Więc czego chcesz? – warknął. Bia spojrzała na niego przerażona. Wystraszyła się nie na żarty. Damp był wściekły. Bii zaczął drgać podbródek, ale po chwili zebrała się w sobie, stanęła wyprostowana i spojrzała prosto w oczy nauczyciela.
- Martwiłam się o pana, bo pan mówił coś sam do siebie i wracał z lasu, wyraźnie zdenerwowany. – Damp spojrzał na nią jakby chciał warknąć „nie twój interes”. – Chodziły ostatnio plotki, że ma pan, panie profesorze spore problemy zdrowotne. – Damp uniósł zdziwiony jedną brew. – Chodzi o to, że nazywają pana Słyszący Głosy.
- Skąd… że jak?! Kto?! – chwycił Bię za ramiona. – Gadaj kto tak mówił. Już!
- Jest strona internetowa. Tam o tym pisał Leszek. – wyjaśniła. – Pokażę panu. Dzisiaj wychodzi kolejny post. – Puścił ją i pozwolił zaprowadzić się do biblioteki, gdzie Bia szybko wklepała adres bloga Leszka.
magia-z-slezy.com.pl
Witajcie moi najmilsi. To znowu ja, wasz kochany Lesiu. Tęskniliście? Bo ja za Wami bardzo, ale sami zrozumcie: ploteczki, szkoła, reportażyk maleńki. Tak, tak, tak. Leszek ma dla Was smakowite kąseczki, jeszcze nietknięte i świeżutkie, jak dopiero co upieczony kurczak w warzywach albo kaczka nadziewana, co jeszcze wieczór wcześniej biegała po podwórku.

DRAPIEŻNA KOCICA I UROCZY KOCUREK

Każdy wie, że W kocha Ż (czy z wzajemnością to moglibyśmy się spierać całymi tygodniami). Niestety, a może stety ostatnim wielkim obiektem zainteresowania W stał się A (ach, te jego cudownie fioletowe tęczówki; schrupałbym). Zgadza się, ten sam A, który kręci z B. Zaufani informatorzy donoszą mi, że jego niedostępna postawa wcale nie zniechęca W. Podobno to są tylko pozory i A jest śmiertelnie zakochany w W. Nie ładnie A porzucać tak dziewczyny i bawić się nimi. Czyżbyś pretendował do roli szkolnego Cassanovy i chciał zabrać tytuł D? B - nie smuć się. Tego kwiatu jest pół światu. Powodzenia.

HALO? CZY TO ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY?

Czasami niektórym się wydaje, że wariują. Przykładem jest taki D, który słyszy głos Dźwiedzia (tak, TEGO Dźwiedzia). Ale nie o nim mowa. Jest u nas w szkole ktoś z znacznie większym problemem. Domyślacie się o kogo chodzi? Nie? An, która niedawno wróciła do szkoły po pobycie w mugolskim świecie, miała ostatnio małe spięcie z M. Dobry żart An. Te drzwi były cudowne, tak samo jak i zaklęcie. Szkoda, że tego nie pamiętasz. Nic się nie bój. W Lubiążu znajdą dla Ciebie łóżko, a może nawet osobny pokój. Strzeżcie się alterAn.

A teraz największy i najsmaczniejszy kąseczek dzisiejszych ploteczek. Zapraszam do przeczytania mojego wielkiego odkrycia.

Zastanawialiście się kiedyś jacy byli nauczyciele w czasach, kiedy w nich, tak samo jak teraz w nas, buzowały hormony? D był dość ciekawym przypadkiem w czasach szkolnych. Jak myślicie dlaczego? Ano bardzo wcześnie zaczął popalać sobie trawkę. Chodzą słuchy, że gdzieś w okolicach szkoły podstawowej. Powiecie, że to nic, ale spokojnie. D uwielbiał nocne kluby, zresztą nadal je uwielbia ale nie ma za wiele na nie czasu, i kilkukrotnie pobił parę osób, za co trafił do aresztu. Taki z niego niedobry chłopiec. Ale cóż, takich się najbardziej kocha, prawda?

MĘŻCZYZNA CZY KOBIETA?

Wszyscy zapewne zastanawiali się przynajmniej raz w życiu nad płcią R. Jak myślicie, kobieta czy mężczyzna? Ja byłabym za hermafrodytą z doczepionym biustem.

STOP PRZEMOCY WOBEC ZWIERZĄT

Każdy wie, że zwierzaki są słabsze od ludzi i trzeba o nie dbać. D jest innego zdania. Biedny Akysz przez niego będzie musiał chodzić na kocie terapie do kociego psychologa. Już ma koszmary o pudełeczku na pyszczku i ciemnym pomieszczeniu. Powiedzmy stop przemocy wobec zwierząt i napiszmy list otwarty do D, potępiający jego karygodne zachowanie. Nie bądźmy nieczuli. Wsadźmy D twarz do pudełka :P

Do usłyszenia moje krasnoludki i strzeżcie się otwartych okien.
Wiem, że mnie kochacie.
Wasz agent Leszek.
Bia spojrzała przez ramię. Damp zaciskał mocno szczęki i słyszała, możliwe, ze była to tylko jej wyobraźnia, jak łamię sobie zęby.
- Zabiję. Tego. Co. To. Napisał. – wysyczał.

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: A. Mo'zart » 24 stycznia 2014, 00:24

22 października. Poniedziałek rano

Udawała, że śpi, czekając, aż Marcelina i Anastazja pójdą na poranne zajęcia. Od zakończenia zadania turniejowego, nie miała choćby chwili spokoju i potrzebowała odpocząć chwile od towarzystwa, by przemyśleć i poukładać w głowie niektóre wydarzenia. Nie wszystko potoczyło się tak, jak zaplanowała. Miała być bohaterem i poprowadzić swoją drużynę do zwycięstwa, a zamiast tego, co Damp wyraźnie podkreślił, nie tylko przyczyniła się do utraty kilku punktów, lecz w dodatku niemal nie przypłaciła tej przygody życiem, lub, co jeszcze gorsze, brzydkimi bliznami, które mogłyby oszpecić ją na resztę życia. Na jej szczęście pielęgniarka poradziła sobie ze śladami pazurów wilkołaka i chociaż przez następny miesiąc mogła zapomnieć o paradowaniu w bikini, to po tym okresie po bliznach nie powinien pozostać żaden ślad. To była jedna z niewielu dobrych wiadomości.
Reszta drużyny nie miała do niej wyraźnych pretensji, chociaż prawdopodobnie wyłącznie dzięki temu, że przy pierwszej okazji uciekła z sali, chowając się przed światem w swoim pokoju, udając zmęczenie by wymigać się od odpowiedzi na setki pytań zadawanych przez współlokatorki i obiecując opowiedzieć im wszystko następnego dnia. Wątpiła, by do tego czasu zapomniały o sprawie. Jak by tego było mało, po drodze natknęła się na Martynkę, która, bardzo przepraszając, za zawracanie głowy, próbowała poruszyć temat gazetki, do czego Walentyna zupełnie nie miała głowy.
Zeszła z łóżka i dopiero teraz, w świetle poranka, po raz pierwszy miała możliwość przyjrzenia się swojej odzieży, która, po starciu z dzikim zwierzem, do niczego się już nie nadawała. Ze łzami w oczach zmięła je i wrzuciła do kosza, do którego, zaraz po spódniczce, powędrowały jej ukochane różowe kozaczki z wyłamanymi obcasami. Nigdzie nie mogła znaleźć parasolki, która, o ile ktoś z drużyny nie postanowił jej sobie przywłaszczyć, przez jej głupotę musiała na zawsze przepaść w lesie. Nie tego oczekiwała, zapisując się do turnieju. Spodziewała się dobrej zabawy, mediów, konkursów piękności i, przede wszystkim, tłumu wpatrzonych w nią, śliniących się z wrażenia nastolatków, wręcz bijących się o jej względy. Zamiast tego jedynym, który się na nią rzucił, był wygłodniały, włochaty pół-człowiek i nie chciała wiedzieć, co jeszcze przygotowali organizatorzy.
Chciała zrezygnować. Była pewna, że rano, zaraz po przebudzeniu uda się do Dampa i każe mu wpisać kogoś innego na jej miejsce, lecz teraz nie potrafiła się do tego zmusić. Ludzie lubią gadać, a to z pewnością wywołałoby mnóstwo plotek i zaszkodziłoby jej wizerunkowi. Zresztą nie mogła dać satysfakcji Chince, która pewnie tylko czekała na jej potknięcie, by znowu przykleić się do Arturka i bezczelnie zaśmiać się jej w twarz. Nie, nie mogła zrezygnować, tego była pewna, nie, póki Chinka i Murzyn ciągle brali udział. Musiała znaleźć inny sposób. Wyrzuciła z szafki wszystkie ubrania, sięgając po zagrzebane pod tylną ścianą szkolne podręczniki. Przetarła zalegający na nich kurz, odrzucając na bok te niepotrzebne, póki nie znalazła tego, którego szukała. Tytuł na okładce głosił "Zaklęcia dla początkujących - poziom pierwszy".

Ostrożnie wyjrzała na korytarz. Nie mogła sobie pozwolić, by ktoś przyłapał ją z taką książką. Na szczęście korytarz był pusty i chociaż miała do przebycia sporą odległość, była szansa, ze uda jej się uniknąć wpadki. Powoli, niczym skradający się kot, przesuwała się do przodu, gotowa by w każdej chwili rzucić się do ucieczki, kiedy, mniej więcej w połowie korytarza, usłyszała kroki na schodach. Zamarła w przerażeniu licząc, że ktokolwiek się po nich nie wspinał, zmierzał na ostatnie piętro. Niestety, wyraźnie męska sylwetka skręciła na korytarz szóstoklasistów, w dodatku kierując się w jej stronę. Chciała uciec, lecz w panice nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Była skończona. Szybko próbowała wymyślić jakikolwiek, choćby najgłupszy powód, dla którego potrzebowała książkę, z której uczono dziesięciolatków, lecz nic nie przychodziło jej do głowy.
Z ulgą rozpoznała Nestora.
Peruwiańczyk już z daleka uśmiechnął się na jej widok i wyraźnie przyśpieszył kroku. Wprawdzie nie znał polskiego i wątpiła, by rozpoznał tytuł książki, lecz odruchowo schowała ją za plecami. Wyraźnie ucieszony chłopak zbliżył się, wyciągając ku niej świstek papieru. Niepewnie wzięła go do dłoni. Wypisane okropnym charakterem pisma słowa brzmiały "Zamknij oczy. Zaufaj mi". Spojrzała na Nestora. Ten zachęcająco pokiwał głową. Postanowiła spełnić jego życzenie i zamknęła oczy. Zamiast spodziewanego pocałunku, usłyszała tylko wypowiedziane po hiszpańsku zaklęcie.
- Już możesz otworzyć.
Zamrugała, myśląc, że się przesłyszała. Rozejrzała się, lecz na korytarzu nie było nikogo poza nimi.
- Ty mówisz po polsku?
- Nie. - Odpowiedział z rozbrajającą szczerością, uśmiechając się szczerze i pokazując przy tym rzędy równych, białych zębów. - Nauczyłem się zaklęcia tłumaczącego. Wreszcie możemy porozmawiać. Co czytasz?
Wskazał na książkę i oblał ją rumieniec wstydu.
- To koleżanki. Zostawiła u mnie w pokoju. Chciałam oddać.
- Już dawno chciałem z tobą porozmawiać, ale nie mogłem znaleźć nikogo, kto zna hiszpański. Dopiero jakiś nauczyciel mi pomógł. Taki śmieszny, co wygląda jak cowboy. I nie wiedziałem, czy ty będziesz chciała. Po tamtej nocy... no sama wiesz. Nie chciałem, żebyś się poczuła wykorzystana. Bo naprawdę bardzo mi się podobasz.
Ponownie się zarumieniła i, chcąc ukryć swoje zmieszanie, spróbowała zmienić temat.
- A co z tą drugą dziewczyną?
- Ona... no... - Najwyraźniej trafiła w czuły punkt i Nestor nie wiedział jak z tego wybrnąć. - Trochę za dużo wypiłem. Nawet nie wiem, jak to się stało. Obudziliśmy się rano obok siebie. Ciebie nigdzie nie było, a wtedy ona... - Zawiesił głos, jakby bał się, że ściany mają uszy. - Ona chyba chciała więcej. Na szczęście udało mi się uciec.
Z trudem zachowała kamienną twarz, nie chcąc, by wiedział, jak bardzo ucieszyła ją ta informacja. Wprawdzie nie myślała o nim od tamtej pory, lecz teraz, kiedy mogła mu się dobrze przyjrzeć, musiała przyznać, że był jeszcze przystojniejszy, niż jej się wydawało.
- Trochę się bałem, że nie będziesz chciała ze mną rozmawiać, ale po wczorajszym zadaniu po prostu musiałem się z tobą zobaczyć. Niektórzy mówili, że zaatakował ciebie Wilkołak. Bardzo się ucieszyłem, kiedy zobaczyłem, że jesteś cała. Bardzo cię zranił?
- Trochę. Szybko sobie z nim poradziłam.
Nie wiedziała jak wiele usłyszał, ale nie przypuszczała, by miał okazję rozmawiać z kimś z jej drużyny, a tylko oni znali całą prawdę.
- To tylko jeden Wilkołak. Nic trudnego. Szkoda, że reszta wszystko zepsuła i dostaliśmy tylko sześć punktów.
- My dostaliśmy pięć. Przez Milagros. Jak zobaczyła Wilkołaka, zaczęła wrzeszczeć i uciekła z powrotem do wyjścia. A kiedy Edson zniknął we mgle, zostaliśmy tylko w trójkę. Daliśmy radę, ale punkty straciliśmy. Może w następnym pójdzie nam lepiej. Ciekawe, co nas czeka. Masz jakiś pomysł?
- Nie. I chyba wolę nie wiedzieć. Nie, żebym się bała, ale na przykład ta Chinka, którą mamy w drużynie, to od razu panikuje. Jakby wiedziała wcześniej, to pewnie by udała chorobę, albo próbowała zrezygnować. Kiedy weszliśmy do lasu, to cały czas tylko chowała się za moimi plecami.
- To tak jak Milagros. Nie powinno się takich brać do turnieju. Szkoda, ze nie możemy jej wymienić na ciebie. Pewnie byśmy wygrali.
Uśmiechnął się szczerze i przez krótką chwilę milczeli, patrząc sobie głęboko w oczy. Nestor pierwszy przerwał ciszę.
- Niestety muszę już iść. Moja drużyna chce trochę potrenować przed drugim zadaniem i jeśli zaraz się nie pojawię, zaczną mnie szukać. Zresztą zaklęcie i tak niedługo przestanie działać. Zobaczymy się jeszcze? Może jutro?
- Bardzo chętnie. Wprawdzie jestem bardzo zajęta, ale znajdę dla ciebie kilka minut.
- Cieszę się.
Zawahał się na moment, po czym zbliżył swe usta ku jej twarzy, całując ją delikatnie na pożegnanie. Nie protestowała.

Jeszcze chwilę po jego odejściu oddychała głęboko na wspomnienie pocałunku, już teraz wiedząc, ze przełoży wszystkie swoje plany, byle tylko spędzić kilka minut w jego towarzystwie. Dzisiaj jednak miała co innego na głowie, a i tak straciła już zbyt wiele czasu. Pośpiesznie pokonała resztę dzielącego ją od celu dystansu i, samej nie wierząc w to, na co się zdecydowała, zapukała do drzwi, modląc się w duchu, by Wiśnia była sama. Nikt jej nie odpowiedział i spróbowała otworzyć drzwi, które, ku jej zaskoczeniu, uchyliły się. Wiśnia, korzystając ze zwolnienia z lekcji, ciągle spała z nogą bezładnie zwisającą z boku łóżka. Trzasnęła drzwiami, licząc, ze wyrwie ją ze snu. Podziałało. Dziewczyna przetarła oczy, przyglądając się intruzowi.
- A ty tu czego?
- Mam prośbę. Tylko się nie śmiej.
Nie czekając na odpowiedź Mścigniewy, rzuciła na jej łóżko przyniesiony podręcznik.
- Potrzebuję kilku lekcji czarów.

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kandara » 19 lutego 2014, 23:09

Poniedziałek. Rano.

- Acha... - Wiśnia usiadła na posłaniu i z zadziwiającą szybkością przeszła od sennego zamroczenia do pełnego rozbudzenia - i dlatego przychodzisz tutaj, budzisz mnie i próbujesz zamordować książką dla pierwszaków - skwitowała śmiertelnie poważnym, lekko obniżonym tonem, podnosząc podręcznik z kołdry i dokładnie oglądając egzemplarz z każdej strony, aby ostatecznie, po pobieżnym przewertowaniu, ku przerażaniu Vicki, po prostu odrzucić go na podłogę ledwo kryjąc cisnący się na usta bezczelny uśmiech. Bo tak naprawdę cała sytuacja bawiła Wiśnię w jakiś niedobry, przewrotny sposób. Więcej niż bawiła. Dziewczyna odczuwała dziką satysfakcję z faktu, że znów ma przed sobą Vicki, całkowicie zdaną na jej łaskę. To, jak naradzie wynagrodziło Mścigniewie wszystkie małe niedogodności do tego stopnia, że nawet nie potrafiła gniewać się już dłużej na koleżankę, za utratę tamtych czterech punktów.
Nie, Wiśnia wcale nie zmieniła zdania na temat turnieju, wciąż uważała go za czyste kretyństwo, jednakże zdobycie przez Durmstrang pierwszego miejsca (i kompletu punków) oraz ulokowanie się ślężalskiej drużyny dopiero na czwartym miejscu dotknęły ją niemal osobiście. Jasne, że nie musieli od razu zdobyć kompletu punktów, aż tak daleko ambicje Wiśni nie sięgały, ale czy musieli podchodzić do kolejnego zadania z tak niskim kontem? Owszem zostały jeszcze cztery zadania, podczas których wszystko mogło się zdarzyć, ale jednak... - Och! Jeszcze tu jesteś? - Wiśnia stała teraz obok łóżka i omiatała wzrokiem intruzkę.
- No, ale, ale pomożesz mi? - Walentyna jakby straciła pewność siebie. Niepokój nadawał głosowi dziewczyny całkiem przyjemną, wysoką barwę.
- Daj mi się ubrać, ok?

Dalej poniedziałek.

Nieużywana sala lekcyjna na parterze okazała się być wcale niezłym miejscem ćwiczeń. Zabezpieczona przez Wiśnię całkiem dobrym zaklęciem zamykającym, jak również, na prośbę Vicki zaklęciami przeciw podsłuchowi i podglądowi średniego sortu, stanowiła wygodną, choć niezbyt dużą przestrzeń, wypełnioną pierwotnie rzędami ławek i krzeseł. Obecnie zostały one zsunięte pod ścianę. Tylko biurko nauczyciela pozostało na swoim miejscu, a Wiśnia usiadła na jego blacie. Umieściła nogi na obitym ciemnoczerwoną, dość tandetną materią siedzisku i oparła podbródek na lewej dłoni. W prawej trzymała własną różdżkę, a obok niej leżał podręcznik dla pierwszaków.
Walentyna stała kilka metrów dalej i z zaciętym wyrazem twarzy próbowała po raz trzeci próbowała lewitować chusteczkę do nosa. Oczywiście, nie obeszło się bez protestów ze strony panny Matejko, która twierdziła, że tego typu dziecinna sztuczka nie przyda się jej na wiele, uparcie powtarzając, że nawet w tej książce, znajdą się o wiele bardziej pożyteczne rzeczy. W odpowiedzi Wiśnia bez jednego słowa wskazała różdżką na jedną z ławek, która uniosła się w powietrze, a potem zwyczajnie zawisła, tuż nad głową przerażonej Walentyny.
- Wiesz, co by się stało, gdybym teraz zdjęła z ławki ten czar? - zapytała przekornie Wiśnia i uśmiechając się, odesłała, ku uldze koleżanki mebel z powrotem pod ścianę.
- Sama widzisz, że to całkiem uniwersalne zaklęcie - dokończyła spokojnie, bez uśmiechu. Tak, więc teraz Vicki ćwiczyła lewitacje na papierowych chusteczkach, a Wiśnia obserwowała ją, całkiem uważnie, chociaż jednocześnie wodziła wzrokiem po ścianach, obwieszonych zupełnie nieruchomymi pejzażami i obrazami martwej natury. Dość interesującymi, ale niezbyt absorbującymi, dla kogoś, kto nie pasjonował się sztuką. Wiśnia westchnęła i znów przeniosła spojrzenie na Walentynę dokładnie w tej samej chwili, kiedy tamtej udało się wreszcie sprawić, żeby chusteczka uniosła się w powietrze i okrążyła salę. Mścigniewa zerknęła na zegarek. Lekcja trwała ledwo piętnaście minut. Świadomość tego wywołała w Wiśni dziwne mieszane uczucia. Z jednaj strony cieszyła się z wyniku, bo oznaczało to, że jeśli pójdzie tak dalej będą mogły w krótszym czasie przerobić więcej materiału, z drugiej ogarniała ją złość. "Przeklęta ignorancka, głupia koza"! powtarzała w myśli raz po raz. "Tracę też tu z tobą czas tylko, dlatego, że kiedyś nie chciało ci się uczyć podstaw! Ty mała, wredna różowa flądro!"
Wiśnia wyciągnęła rękę, by złapać przelatującą obok niej chusteczkę. Zmięła ją w pieści i starając się powstrzymać cisnące się jej na usta ostre słowa, pod adresem głupoty Walentyny, powiedziała tylko:
- Dobrze. No to teraz poćwicz zapalanie światła... Formułka to Lumus... Nie leczo. Leczo to takie danie, o rodowodzie madziarskim - dodała nieco złośliwie, wracając wspomnieniem do pierwszego etapu konkursu. Bez względu na to, co stało się potem głos wyrywającej do przodu, Vicki, która starała się wykrzesać ze swojej różowej różdżki odrobinę światła wciąż wydawał się Wiśni bardzo zabawny. Zamiast jednak wybuchnąć śmiechem, ograniczyła się do zdawkowego, złośliwego uśmiechu. - Spójrz! Powoli uniosła dłoń z pałeczką z drewna różanego z rdzeniem z włókna smoczego serca i bardzo powoli wykonała odpowiedni gest, jednocześnie wolno i wyraźnie powtarzając formułę.
Trzask.
- Cholera jasna! - Zaklęła Wiśnia na widok ubranego na fioletowo krasnala. - Co ty?.. Jak?
- Też się cieszę, że panienkę widzę. No przyznaję, że nie było to łatwe, znów szukałem panienki po całej szkole. - Rozejrzał się po pomieszczeniu i dopiero teraz dostrzegł Walentynę. - Oooo - mruknął, na jego czole pojawiły się zmarszczki - A, ona, co tu robi? - Zapytał z równie wielkim zdumieniem, co niesmakiem, jednocześnie unosząc palec wskazujący i celując nim w Walentynę. - Myślałem...
- No i to jest twój kłopot - syknęła Wiśnia - za dużo myślisz. Chciałeś coś konkretnego, czy tylko znów postanowiłeś grać mi na nerwach?
- Panienka znów nie w humorze?
- Oj mój humor był całkiem niezły... A potem zjawiłeś się ty.
- Oj, jak mi przykro. - Teatralnie wygiął usta. - Jednakże zmuszony jestem powiadomić panienkę, że szef chciałby się z panienką zobaczyć. Czeka na błoniach...
- Co!? - Wiśnia poczuła jak krew uderza jej do głowy. - To on jeszcze tu jest? Zresztą nieważne - warknęła widząc, że Jagodek otwiera usta, chcąc odpowiedzieć, a i Walentyna szykuje się, do wypowiedzenia jakiegoś komentarza. - No dobra, dobra już idę. - dokończyła łagodniejszym, chociaż wciąż mocno wzburzonym tonem. - Przepraszam - dodała zwracając się do Wal - potem dokończymy, ok?

I dalej poniedziałek.

- Siadaj. - Wyczarował plastikowe krzesło, takie samo na jakim sam siedział i spojrzał wyczekująco na dziewczynę.
- Wolę stać. Albo może przejdziemy się? Lasek jest fajny no i nie będziemy rzucać się w oczy. Tak właściwie, to zupełnie nie wiem o co ci chodzi, ale skoro chciałeś...
- Nie wiesz? No w końcu jestem twoim ojcem.
- Chyba nie powinieneś tak się z tym obnosić. Bo jeszcze ktoś pomyśli, że załatwiłeś mi miejsce w turnieju, albo coś...
- Nauczyciele i tak wiedzą, a uczniowie chyba mają na głowie dość własnych spraw, żeby...
- Ty chyba nigdy nie chodziłeś do szkoły. I zapomniałeś o złych dziennikarzach zamienionych w żuki.
- Ukończyłem Beauxbatons.
Wywróciła oczami. Tak, oczywiście, ale co z tego? Przecież to nie jest dobry przykład... Chociaż z drugiej strony Artur też był Beauxbatons przez jakiś czas... Jakiś widać ktoś prawie normalny nie pasował do tych snobów.
- To się nie liczy.
- Ja bym powiedział, że to liczy się przede wszystkim.
- Dość! Przerywasz mi zajęcia, tylko, dlatego, żeby pogadać o pierdołach? Co ty wyprawiasz? Nie masz nic do roboty? Tak mi się zdawało, że przez pewne... dziwne wypadki ministerstwo ma niezły zapiecz, a ty...
- Nie wyrażaj się młoda damo.
Prychnęła.
- Odwal się od mojego słownictwa!
- Nie. Sprawa używania przez ciebie pewnych słów, jak również pewnych zaklęć, jest sprawą, która interesuje mnie przede wszystkim. I nie patrz tak. To całkiem normalne.
- Więc po to tu jestem?
- Nie. Jesteś tu, bo mnie obchodzisz.
- Ooo i tak bez powodu trwonisz dla mnie cenny czas? Ciekawe, że kiedy wysłałam ci list, z zapytaniem o pewnego kontrolera zbyłeś go byle czym, a teraz jest przez to niezła kaszana. Czy wiesz, co ten twój kontroler zrobił? Wiesz, że wszedł do łazienki dziewcząt w porze wieczornej toalety i wziął normalnie, zrobił sobie z nas zakładniczki? Gdyby nie Damp...
- Więc ty też tam wtedy byłaś. Ciekawe. Tak, twój nauczyciel wspominał o tym kiedyś, chyba przez przypadek. O tym i o jeszcze innych rzeczach, ale nie bój się. Ministerstwo już się tym zajęło.
- Znaczy, kto się zajął? Auror Aleksander Michalak, który był uprzejmy grzebać mi w głowie?
- Nie. Michalak... Zaraz, co rozumiesz przez to, że grzebał ci w głowie?! - Wykrzyknął wzburzony. Szybko jednak uspokoił się, odetchnął głębiej i utkwił w córce dziwnie zatroskane spojrzenie.
- To znaczy dokładnie to, co znaczy. - Wzruszyła ramionami.- Na szczęście umiem się przed tym obronić, ale do licha przejasnego! To chyba nie jest normalne, żeby auror wyznaczony do ochrony szkoły, grzebie w mózgach tych, których ma chronić!
- Nie jest. - Zgodził się. - Mogłabyś to powtórzyć w sądzie?
- Co? - Wytrzeszczyła oczy i w końcu opadła na wciąż stojące nieopodal krzesło.
- Co się tu właściwie dzieje, bo chyba coś przegapiłam? - Zapytała lodowato.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kruffachi » 31 marca 2014, 21:30

Pierwszy wpis, więc wybaczcie zachowawczość ;) Później ogarnę lepiej.


Wtorek. Rano.

Władysław Mościmordka – zwany powszechniej Tatkiem, Papą albo (jeśli skąpił kasy na szałowego ciucha) Ojcem – dyskretnie poluźnił najbardziej wyjściowy z wyjściowych krawatów w prążki i odchrząknął cicho, przekraczając próg budynku, który już po pierwszych oględzinach wymykał się jego nieubogiej przecież umysłowości. Nie był co prawda z okolic, więc nigdy nie potwierdził tego organoleptycznie, ale wydawało mu się, że nie tak powinien wyglądać kościół, schronisko, a już na pewno nie żadna z pogańskich rzeźb, jakie podobno gdzieś tu ustawiono. Nie sądził, by miały one cokolwiek wspólnego z akwariami pod sufitem, w którym… och! Nie, nie, nie, niemożliwe!
…pływały nagie górne-pół-kobiety…
Wcześniej też nigdy nie słyszał o tym, by ulokowano tu szkołę z internatem, niemniej zanotowany na kartce drobnym, nerwowym pismem adres wydawał się nieubłaganie jednoznaczny.
Mościmordka od początku wiedział, że to zły pomysł.
Kiedy w jego czterdzieste pierwsze urodziny Bogumiła oświadczyła, że Marcela powinna zacząć tu uczęszczać, nie omieszkał wyrazić swojego niezadowolenia i nie były w stanie przekonać go nawet argumenty dotyczące jego własnej, skromnej osoby – że niby powinien wziąć się za siebie, bo to ostatni moment, znaleźć kogoś, wyjść na miasto, regularnie upijać się w weekendy, zacząć uprawiać jakiś sport czy coś w tym stylu. Nie – kropkę nad „i” postawił fakt, że jego córka najwyraźniej usłyszała o wszystkim wcześniej i przy minimalnym jedynie wsparciu przedsiębiorczej ciotki zdążyła się do całego projektu mocno zapalić.
Po kilku rozmowach o życiu, śmierci i gumie do żucia Tatko ostatecznie przełknął gorycz porażki i żal za pociechą, dał jej swoje błogosławieństwo i pozwolił Bogumile zająć się formalnościami, czy czym tam trzeba było. Nie to, że nie interesował się losem córki, wręcz przeciwnie, wypytywał obie damy dość dokładnie, co to za szkoła, gdzie, jak długo trwają semestry, a ile ferie, kto i czego tam uczy, jakie są wyniki i jakie perspektywy daje jej ukończenie.
No i wystarczył mu sam widok korytarza, by wiedzieć, że padł ofiarą spisku.
Jeśli z kolei chodziło o niego samego, plan sprytnej szwagierki także się nie powiódł – po prostu więcej czytał, więcej grał w strategie i strzelanki, chodził na dłuższe spacery z Pantagruelem oraz zaczął jadać spaghetti w studenckiej stołówce.
Westchnął żałośnie, bo cóż innego mógł zrobić, i poszedł dalej, w nadziei, że w końcu natknie się na kogoś wyglądającego w miarę kompetentnie (faceci w sukienkach nieszczególnie budzili jego zaufanie) albo – jeszcze lepiej – na własną córkę, którą będzie mógł wziąć pod pachę i wyprowadzić z tego wariatkowa.
No dobrze – próbować wyprowadzić, bo Tatko nie był atletą. Kto jednak spodziewałby się atletycznej budowy po wykładowcy literatury staropolskiej? Miał za to okulary, wydatny nos i całkiem nieźle trzymające się głowy, ciemne włosy, układające się tak, jakby bez przerwy szedł przed nim ktoś z dmuchawą. Odkąd przekroczył próg szkoły, zdążył je nerwowo przeczesać palcami już kilka razy.
Na uczelni nazywali go czasem Elvisem.
Skrawkiem zaniepokojonej świadomości zarejestrował, że z różnych kątów ścigają go dziwne szepty, wśród których nieodmiennie powtarzało się słowa „inspekcja” i „ministerstwo”, a także fraza, która brzmiała jak „wreszcie przysłali kuratora na tego pedofila…!” i taka „och, ojejej ej, teraz to na pewno nas zamkną!”.
Jego niepokój rósł z każdą chwilą. Na wysokim poziomie znajdował się jeszcze, zanim tu przyjechał, kiedy to – zaalarmowany brakiem wieści od córki – wymusił na Bogumile kolejne zaznania, a ta ostatecznie skontaktowała go z jakimiś ludźmi, twierdzącymi, że są z Ministerstwa Magii. Wtedy Mościmordkę zaczęła dręczyć myśl, że jego ukochana latorośl wylądowała w jednym z tych eksperymentalnych przybytków, gdzie kazano uczniom ściągać energię z kosmosu i wyrażać się poprzez taplanie w kisielu. Nie dał więc udobruchać się zapewnieniami, że Marcelinie nic nie grozi i zażądał wizytacji, a kiedy czegoś żądał, zmieniał się nie do poznania. Potem było dużo szeptów za ścianą, jakiś tłumiony szloch i parę przekleństw (przeplatanych z Wiśniowiecki na pewno by to, a raczej na pewno by tamto, bo Wiśniowiecki, Wiśniowieckim, niech ktoś powiadomi Wiśniowieckiego), aż w końcu Tatko otrzymał błogosławieństwo jowialnego jegomościa w meloniku, poddał się jakimś przedziwnym egzorcyzmom ludzi machających patykami i ruszył do Ślęży. Miał być dopiero za dwa dni, ale nie zamierzał nikomu dawać szansy zamiecenia brudów pod dywan i wyruszył natychmiast, podrzucając tylko Pantagruela do Bogumiły. Tym bardziej, że obiecano mu przewodnika.
Pf, przewodnika – raczej nadzorcę!
Kiedy przez uchylone drzwi do klasy zobaczył, jak na nosie jednego z uczniów wyrasta niebieski grzyb w różowe ciapki, otarł się o panikę.
– Zboczeńcy…! – sapnął, cofając się gwałtownie i w padając plecami na przeciwległą ścianę.
Drżącą ręką sięgnął do kieszeni po chusteczkę i otarł pot, który nagle sperlił jego pobladłe czoło. Bardzo starał się nie myśleć o Marcelinie z czymś podobnym. Albo chociaż patrzącej na coś podobnego. Zgroza ściągnęła mu pierś żelazną obręczą i potrzebował kilku głębokich oddechów, by dojść do siebie.
– Drętwota! – krzyknął wtedy ktoś za nim.
Zaskoczony zamknął oczy i nagle odkrył, że nie może ich już otworzyć. W ogóle niczego nie może.
– Oj? – jęknął jakiś głos nieco bliżej. – Pomyłka?
Mościmordka zachwiał się jak źle wyważony posąg.
Moje okulary, zdążył jeszcze pomyśleć, nim świat nagle zmienił położenie i podłoga spotkała się z jego nosem. Starał się wyrzucić z myśli dziwny chrzęst, jaki temu towarzyszył.
– No… – odpowiedział jakiś inny głos. – Chyba pomyłka…
– Inspekcja…?
– Albo kurator.
– Może przymkną Dampa.
– Teraz to przymkną nas.
– Oż w mordę…
– Co robimy?!
– Trzeba się pozbyć ciała!
– Ale…
– Czepiasz się technicznych szczegółów.

*

Chwilę później zdrętwiały Mościmordka był już upchnięty do schowka na szczotki. Ledwie zamknęły się przed nim drzwi, znów się zachwiał i opadł na nie czołem, chcąc czy nie, robiąc z siebie, popękanych okularów i rozkwaszonego nosa pułapkę na pierwszą osobę, która rozleje colę i postanowi pójść po mopa.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Zablokowany