UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Nasze czarowanie - tekst

Opowiadania starsze lub starawe. Takie, których autorzy nie mają już kont na forum, albo takie, których treść na prośbę autora została usunięta, a bo to na konkurs iść miało, a bo co innego.

Komentowanie w tym dziale jest wyłączone.

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Joa » 30 września 2013, 23:33

Enjoy!



Ta szkoła wzbudzała w nim wstręt. Białka oczu nabierały czerwonej barwy, brwi stawały się srogie i groźne, a usta tworzyły podkowę konia albo kuca. Gloddy nienawidził tego miejsca, ale codziennie, odkąd pojawił się tu jako kontroler z Dumstrangu, udawał, że Ślęża jest wspaniała. Jadł bułeczki, jakby były najlepszym jedzeniem świata, pił miód, niczym afrodyzjak. Udawał, że czuje się jak bóg otoczony innymi bogami gdzieś na Olimpie.
Było już dość późno, gdy chodził ślężowymi korytarzami w swoich fioletowych, francuskich butach. Wszyscy uczniowie już od dawna spali, sikając w majtki przed jego skrytą potęgą i wspaniałością, nie wiedząc nawet, że ten, który porwał dzieciaka (bezszelestnego i bezszelestnie), stanie się za niedługo najbardziej zaufaną personą w tej szkole.
Był mistrzem.
Był mistrzem zła.
Zdecydowanie.
Gdy w myślach recytował swoje najlepsze cechy, dodawał do swojego nazwiska najwspanialsze epitety, gdy łechtał swoje ego, wpadła na niego jakaś osoba. Niedługo się zastanawiając przybrał postać pierwszego ucznia, który pojawił się w jego wyobraźni.
- Błagam, błagam, obym nie wybrał ciebie – z wielkim zaangażowaniem powtarzał, widząc przed sobą dziewczynę o orientalnych rysach twarzy.
- Przepraszam. – bąknęła, podnosząc głowę. – Żyłka! – ucieszyła się, widząc przed sobą Gloddy’ego pod nową postacią. Miał tylko nadzieję, że jest na tyle dobrym aktorem (granie krasnoludka przez osiem lat podstawówki, rok w rok robiło swoje), że będzie w stanie wprowadzić ją w błąd. - Słuchaj, mam teorie na temat twojego kuzyna, Facynata.
Przywołał z trudem na swoją twarz wyraz najgłębszego politowania. Nie wiedział w jakim stopniu mu to wyszło, prawdę mówiąc, czuł, że ma na twarzy minę, która mówi: „Mam kupę wielbłąda na twarzy, oh, jak wspaniale, yay!”, niż tę: „Och, cożeś ty mówisz, tyś nawet nie wiesz, o czym mówisz, co mówisz, jak mówisz, zejdź mi z oczu, ty człowieku, który nic nie wie!”. Gdy był już mniej więcej zadowolony, po kilku sekundach bulgoczącej twarzy z wysiłku, rzekł:
- Tak, jaką niby? Tylko nie mów, że zbłądził. Profesor Kwiatkowska – Rąbek już to sugerowała.
- Nic z tych rzeczy. Na pewno został porwany. Porwał go antydźwiedź – mówiła z przekonaniem, trzepocząc na prawo i lewo ciemnymi włosami.
Zaśmiał się. To było absurdalne! Doprawdy! Nie mógł wymyślić lepszego sposoby, by odwrócić podejrzenia ze swojej osoby: ANTYDŹWIEDŹ BYŁ IDEALNY! Że też jakaś szesnastolatka podsunęła mu tak genialne rozwiązanie…
- Mówię poważnie. – Nie śmiał pokazać, ze wątpi. Miał już powiedzieć, że się zgadza, gdy wpadł na zupełnie inny pomysł – zrobienie z siebie ofiary, zrzucenie zbyt dużych podejrzeń może okazać Si sposobem…
- Przecież coś takiego nie istnieje. Może kiedyś był dźwiedź gdzieś tam w bajkach, legendach, ale to nie istnieje Bia. To wszystko jest legendą. Nawet ja w to nie uwierzę. Przecież nie zlazł z podestu, prawda? – Gdyby nie fakt, że nie mógł się zdradzić i swojego geniuszu, zatańczyłby kankana. Zrobiłby to z miłością, niemalże z taką, z jaką siadał na ludziach.
Bia nakręcała się:
- A jak wyjaśnisz napis na błoniach? Teutates? Ojciec plemion to w Polsce dźwiedź, a antydźwiedź jest tym złym i szkodzi ludziom, potrzebuje ofiar, więc wszystko jest logiczne. Uwierz mi, nie próbuję cię wkręcić czy coś w ten deseń. Jestem pewna, że to antydźwiedź porwał Fascynata. Musisz mi uwierzyć. Proszę.
- To zwariowane. – Chcąc dodać więcej wiarygodności podrapał się po głowie, udając wielkie zadumanie.
- Antydźwiedź w takim wypadku musi kontrolować Gloddy’iego.
- Stop, stop. Jestem w stanie uwierzyć, że inspektor może być kontrolowany na przykład zaklęciem, ale nie przez nieistniejące baśniowe stworzenie. Bia, sama przez moment siebie posłuchaj. To bez sensu. Baśniowy brat dźwiedzia ma krzywdzić ludzi, bo ma takie widzi mi się? – Sam nie wiedział czy w jakimś momencie się nie pogubił i nie zapętlił. I czy choć w jakimś ułamku postać tego ucznia była wiarygodna. Jeśli ta szesnastolatka jeszcze nie zaczęła po sobie pokazywać, że nie jest tym, za kogo się podaje to…
Na korytarzu dało się słyszeć kroki. Gloddy pociągnął Biię do wnęki, w której się skryli. Na korytarzu pojawił się jakiś wielki osiłek; Dump, Dumb, Damb, Dęb, Dąb? Nieważne… I tak zniszczy tę szkołę, jego nazwisko na nic mu się nie przyda. Gloddy zauważył w jego ręku…
- Cożesz to jest? – pomyślał z trwogą – Czy to jest… spieniarka do mleka?!
Po chwili myślenia nad tym, osiłek zniknął. Bia nakazała Gloddy’emu ruszyć za nią.
- To bez sensu. – powiedziała nagle – Nie wiem w takim razie, o co tu chodzi. Przecież to nie możliwe. To miał być Gloddy. Rozumiesz coś, Żyłka?
- Ja tym bardziej, Bia. – odpowiedział Gloddy, wchodząc do kanciapy, która mała udawać jego pokój. – Dobranoc.
Zamknął za sobą drzwi i głęboko odetchnął. Mógł w końcu zrzucić to dziwne ciałko, te urocze swetry w renifery i delfiny i zacząć obmyślać dalszą część zagłady szkoły.






W tym czasie Żyłka spał. Nie miał zupełnie pojęcia, że Gloddy się za niego podaje. Tego dnia zgłosił swoją kandydaturę do Rusta, w sprawie turnieju. Sam nie wiedział dlaczego. Najpewniej kierowała nim intuicja, że Fascynat by tego chciał. A kuzyna kochał całym sercem, prawie jakby naprawdę był jego kuzynem.
Rankiem zerwał się z łóżka. Była sobota. Słonecznie, ale nie upalnie. Siedział na błoniach wśród jakichś kwiatów, gdy zobaczył w oddali koleżankę z jego rocznika.
- Ej, Wiśniowiecka! – krzyknął. Czuł się coraz bardziej samotny bez kuzyna. Pomyślał, że to dobry czas, by trochę zbliżyć się do jego „rocznikowców”. Dziewczyna obejrzała się i powoli podeszła do niego z jak zwykle posępną miną. – Fajny strój.
To był tylko pretekst. Po chwili już siedzieli wśród kwiatów i rozmawiali. Może nie do końca otwarcie, z pełnym zaufaniem (szczególnie ze strony Wiśni), ale w miarę przyjemnie.
Nie wiedzieli, że tuż za nimi, po błoniach biega, ukrywając się za drzewami ich wychowawca, trzymając w dłoni spieniarkę do mleka.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kanterial » 01 października 2013, 16:19

- Ale jak to ja mam zostać jedną z reprezentantek?
Damp przez chwilkę patrzył jej w oczy, nie przejmując się specjalnie tym, jak wygląda i jaką ma minę.
- Czyżbym nie wyraził się dość jasno? Weźmiesz udział w turnieju. Nawet nie wiesz, co niektóre twoje koleżanki dałyby za taki przywilej - rzekł i zaraz ugryzł się w język, odwracając wzrok. Złość, jaka go ogarniała na sam widok Wiśniowieckiej była niepomiernie większa, niż być powinna, bo choć Rust nie miał dowodów na to, że to właśnie ta smarkula stoi za rozsiewaniem plotek o o nim, był tego jakoś dziwnie pewien. Tekst o dawaniu czegoś za coś był w tym momencie bardzo złą opcją.
Szesnastolatka mruknęła coś pod nosem, więc Damp skupił się na niej ponownie. W ogóle, co to za strój? Nie ubierała się zbyt wyzywająco?
- Słucham?
Patrzyła na niego jakoś dziwnie, inaczej, niż ostatnio. Miał wrażenie, że zna dokładnie ten typ spojrzenia, ale nie umiał przypomnieć sobie, skąd go kojarzył. Czyżby znów planowała wbić mu nóż w plecy, wymyślając jeszcze nowsze historyjki o skłonnościach do nieletnich? Ha! Przylazła tu tak ubrana, żeby tylko go rozwścieczyć.
- Nie, nic. Bo widzi pan, tak sobie tylko myślę, że żeby wziąć udział w turnieju, to trzeba coś umieć. Na ten przykład czarować - stwierdziła szybko. Damp zrobił kwaśną minę.
- Tylko nie wciskaj mi tu kitu, Wiśniowiecka. Umiesz czarować. Oboje o tym wiemy.
Przestąpiła z nogi na nogę. Myślała nad czymś, więc Rust miał trochę czasu, by przeanalizować jej zachowanie. Naprawdę dziwnie na niego patrzyła. A wtedy, przy śniadaniu? To była regularna ucieczka! Wybiegła z sali, jakby ją na czymś przyłapał. Podła, mała żmija.
- Są lepsi. Na przykład Vick... znaczy Walentyna Matejko - przerwała jego rozmyślania, uśmiechając się w nienaturalnie ciepły sposób. - Widać, że zależy jej na turnieju. Musiała się bardzo napracować się, żeby obkleić całą szkołę tymi wszystkimi ślicznymi plakatami.
- Już ty mi tu nie zamydlaj oczu, Wiśniowiecka - warknął, wyganiając z głowy wspomnienia o tamtej wariatce. Ona to miała tupet! - Mówię, że weźmiesz udział w turnieju, to znaczy ni mniej, ni więcej, tylko tyle, że weźmiesz udział w turnieju - skontrował.
- Ale, proszę pana ja się wcale nie zgłosiłam!
- Doprawdy? - Damp zaśmiał się w duchu tak wrednie, że prawie zrobiło mu się głupio. I jeszcze jej zdziwiona mina, gdy spojrzała na kartkę, którą trzymał w ręku! Poezja! Przytępiony wzrok upartej i pewnej siebie Wiśniowieckiej naprawdę Rusta ucieszył.
- Jak widzisz mam tutaj twoje nazwisko - oznajmił, walcząc z cisnącym się na usta, szerokim uśmiechem.

***

- Dźwiedziu, ona coś knuje! Mówię ci - pomyślał, gdy tylko obróciła się na pięcie i zaczęła wychodzić z jego gabinetu. Zanim trzasnęła drzwiami, zerknęła na niego. Przysiągłby, że to było spojrzenie innej osoby. Nie, momencik! Nie patrzyła złośliwie, raczej... No właśnie, jak? Jakby patrzyła mimowolnie! Więc albo ma coś na sumieniu, albo czegoś chce.
- No i co planujesz, gówniaro - syknął, gdy usłyszał jej cichnące kroki na korytarzu. - Tak mnie złościć, tak mnie prowokować!
Zamknął oczy i oparł się o biurko. Naprawdę brakowało mu Dźwiedzia. Nawet nie do rozmowy, nawet nie do towarzystwa... Tylko po to, by nie czuć się jak ktoś, kto jest chory psychicznie. Kiedy kłócił się ze swoim psychologiem, jakiś rok temu, w drzwiach klubu, pomyślał, że świat się na niego uwziął. Tak, zdecydowanie. Właśnie tak było. Damp nie mógł grać w rodzinnej Minnesocie, bo właśnie "odpracowywał" swoje przewinienia w Europejskiej Szkole Magii i Czarodziejstwa. Za co? No za co? I jeszcze tamci, którzy usiłowali mu wmówić, że coś z nim jest nie tak. Mugole, po prostu nie wiedzieli, że istnieje coś takiego jak magia. Więc Damp, który tej magii używał, może odrobinę nielegalnie (ale tylko trochę!), był dla nich jasnym przypadkiem klinicznym.
- Nienawidzę waas - jęknął, choć ludzie, odpowiedzialni za zesłanie go tutaj, nie mieli prawa go usłyszeć. Nie zasługiwał na taką karę! Nikt mu nie powiedział, jakie są dokładnie ograniczenia związane z użyciem czarów na mugolach, a może i powiedział, lecz Damp zdążył zapomnieć, zajęty siatkówką i innymi sprawami. Doprawdy, nauczanie w Ślęży... Bycie wychowawcą tych... Tych cholernych, zasranych, znienawidzonych przez niego nastolatków! A wszystko to z powodu jakiejś kobiety. TYLKO JEDNEJ NA DODATEK. I wcale nie była jakoś specjalnie do niczego zmuszana, w ogóle, nawet jej sobie na dobrą sprawę nie przywłaszczył, ale oni już musieli zareagować, ze swoimi pseudo-potrzebnymi regulacjami czaro-prawnymi. Gnoje.
Ta cholerna kobieta, co on w niej widział? Mógł mieć takich dziesiątki. Ale tak się męczył, tak starał, by wreszcie dała się złamać... Szlag i tak wszystko trafił. Jak ją odseparowali, to wpadła w depresję, bo była w nim zakochana. Mógł użyć tego jako argumentu, który by go obronił, ale miał jej miłość w dupie i zdradził się przed urzędnikami z Ministerstwa Magii, przyznając beznamiętnie, że chciał tylko mieć ją dla siebie przez miesiąc, a później wszystko by odkręcił. To oni byli przewrażliwieni, nie on sadystyczny. Bez jaj! Kobieta była by z nim szczęśliwa, naprawdę szczęśliwa. Przez miesiąc. Nie chciało mu się czekać, aż ulegnie, więc przyspieszył ten proces magicznie. Co za bezmyślność... A teraz pewnie ona ma zniszczone życie, podobnie jak on. Bo pokrzyżowali mu plany. Bo mu zniszczyli misternie ułożony plan k...
- Proszę pana.
Damp przeraził się nie na żarty, a gdy tylko podniósł głowę, zobaczył wiszącego nad jego biurkiem Rości Jeziornego. Gdyby nie jakaś wyższa siła (której Damp był niezmierzenie wdzięczny) pewnie zakląłby na cały głos i spadł z krzesła.
- Żyłka, ty jesteś... - zaczął zdezorientowany.
- Ty jesteś kurwa bezszelestny, niech cię coś...
- Jestem zdecydowany. - Rości, o dziwo, rzeczywiście wyglądał na zdecydowanego. Damp odetchnął głęboko, by się uspokoić. Nie, Żyłka nie wszedł do jego gabinetu przed dziurkę od klucza. Nie przeniknął przez drzwi. Nie dostał się tu szparą nad podłogą, nienamacalny niczym dym. Wszedł jak człowiek (no, może trochę ciszej niż przeciętny człowiek) ale Damp tego nie usłyszał, bo myślał z pasją o swoich prześladowcach.
- Znaczy co - warknął z nagłą złością, choć ten chłopak był jego ulubionym szesnastolatkiem. Bezproblemowym, niekonfliktowym...CICHYM...
- Ja już postanowiłem - odparł Rości z mocą. Ach, się chłopak w sobie zebrał. Rust rozciągnął usta w prostym jak drut wyrazie konsternacji. Czekał dość długo. Bardzo. Ale Żyłka nie wyglądał jak ktoś, kto ma zamiar cokolwiek więcej powiedzieć.
- CO postanowiłeś, Jeziorny, co tam sobie wymyśliłeś, hę? Na co się tak bardzo zdecydowałeś, goddammit?! - Irytacja Dampa eksplodowała dość niespodziewanie.
- Że pan mnie wpisze na listę zgłoszonych - rzekł Żyłka jakby nigdy nic.
- A to ty za mnie zdecydowałeś? - zaciekawił się Rust.
- Nie, wraz z panem, proszę pana - sprostował Rości uprzejmie.
- Ach tak... Dobra, niech ci będzie, już cię wpisuję. A w sumie to ty jesteś wpisany. Osz w mordę - Damp uniósł jedną brew w wyćwiczonym wyrazie niedowierzania - sam się wpisałeś? Co, Rości?
- Nie!
- No ale jesteś tutaj. - Rust odegrał zaskoczenie po mistrzowsku, po czym gwałtownie podetknął chłopakowi kartkę pod nos (miał bardzo długą rękę, więc niewiele zabrakło, by znokautował Jeziornego ciosem prostym w środek twarzy).
- Na tysiąc sprutych swetrów w reniferki... - zaklął Rości gardłowo.
- No, no - podchwycił Damp z radością. Zaraz jednak spoważniał. - Ej, nie boisz się? Tego Gloddy'ego, czy jak mu tam. Podobno chce cię dostać. No i Fascynat jeszcze się nie znalazł...
- Nie mamy się w to mieszać - wyrecytował Rości mechanicznie, jakby ukrywał emocje - aurorzy go znajdą. Ministerstwo, dyrekcja. A ja się nie boję, mógłbym spotkać Gloddy'ego i...
- I co?
Nieprzyjemna cisza. Jeziorny postanowił zamilknąć i zmył się, dygnąwszy wcześniej, jakby chciał kulturalnie zakończyć rozmowę.

***

Około dwudziestej drugiej Damp wlókł się po schodach. Czy to było nie fair, samemu ich tam wpisać? Na listę na turniej... Rust pomyślał, że to możliwe. A zaraz potem pomyślał, że jednak nie. I tak wybrał najlepiej. Ta Wiśniowiecka... A niech się męczy! Niech zginie, próbując wykonać jakieś arcytrudne, nudzące i niepotrzebne nikomu zadanie w głupim, zagrażającym życiu turnieju! Tak! Idealnie! Niech przestanie go męczyć swoim dziwnym wzrokiem, który czuł na sobie od pewnego czasu. Patrzyła na niego? Gdy przypadkiem mijał ją gdzieś, albo zauważał, ona zawsze była czymś bardzo zajęta. Aż za bardzo. I Dampowa intuicja podpowiadała mu, że dziewczyna mu się przygląda, starając się nie zostać przy tym nakrytą. O co więc mogło jej chodzić?
- Mam inne problemy! - wściekł się w myślach. - Mam Dźwiedzia, który gdzieś zniknął, mam Rudą, która, eghem, mam jakiegoś porwanego chłopaka, którego nikt nie znalazł jeszcze, a martwię się złośliwym dzieckiem? Zniszczę cię, Wiśniowiecka - postanowił mściwie. - Dopilnuję, żebyś przestała zatruwać mi życie! Jeśli to ty tak plotkujesz, usadzę cię tym turniejem!
Coś w Dampie ciągnęło go na błonia i czuł, że w brew sobie zacznie szukać Fascynata. Gdy przekroczył bramę na dwór, coś w nim drgnęło. Znajomy zapach, tak naprawdę raczej aura, którą wyczuł. Nie do sklasyfikowania. Ale Rust był pewien, że znajduje się w Ślęży ktoś, kogo już zna, kogo zapamiętał jako niebezpiecznego. To było jak przezroczyste widmo - nie do zobaczenia, dające jednak pewność, że stoi naprzeciwko. Właśnie tak Damp się czuł, wdychając wolno powietrze, wraz z zapachem kogoś, kogo bardzo nie chciał spotkać. Zorientował się, że jest na zewnątrz zdecydowanie za późno...
- Oho - zagadnął ktoś miękkim basem. Damp aż zesztywniał, włosy na karku stanęły mu dęba.
- Tyy... - syknął, szukając wzrokiem Alexa Michalaka, którego poznałby wszędzie po tym wrednym, wypranym z oczywistej satysfakcji, tonie. - Czułem, że tu jesteś! Minuta więcej, a przypomniałbym sobie, że to byłeś ty, ten zapach wszędzie!
- Ja nie pachnę, to by utrudniało śledztwo - uśmiechnął się auror, nagle widziany, i jakby samym ruchem, jaki wykonał, zmusił Dampa do ruszenia przed siebie. Szli krok w krok, jeden obok drugiego, a wszystko w Dampie krzyczało, by tego mężczyznę pobić.
- Zdziwiłbyś się - mruknął z trudem. - Łatwo się zorientować, że gdzieś jesteś. Że też musieli wysłać tu akurat ciebie...
- Trzeba znaleźć chłopaka - odparł Michalak z twardą nutą w głosie, pozbywając się maniery, którą tak Rusta złościł. Damp wyczuł, że aurorowi naprawdę zależy na powodzeniu akcji, więc trochę złagodniał, mimowolnie wdzięczny. Dobrze, że ktoś poważniej się zainteresował sprawą Fascynata.
- Ustaliliście już coś? Cokolwiek? - burknął.
- I tak bym ci nie powiedział, tajemnica śledz... Już mnie ktoś o to dziś zapytał, tymi samymi słowami! - oburzył się auror. - Córeczka tatusia, wszystkich tu trzyma w garści? Wysłała cię, żebyś mnie przepytał? No, no...
- Hę? - Rust zatrzymał się i pozwolił, by Michalak go wyprzedził. - Nie chce mi się z tobą gadać, właściwie. Wolałbym...
- Wolałbyś mnie nie spotkać, a to pech - westchnął Alex. - Bo jesteś regularnym przestępcą, Damp, i nie umiesz się z tym pogodzić! Wszyscy tacy jesteście. I nie patrz na mnie takim wzrokiem!
- Z góry znaczy? Przepraszam. Nic nie poradzę - wycedził Rust. - Zrobiliście krzywdę mi i tamtej... No.
- Anette Bishop. Nie pamiętasz nawet, jak się nazywała.
- Bo to nie było nic ważnego! Wy się mieszacie w sprawy, jakie was nie dotyczą, w ogóle bym jej nic nie zrobił! To było - Damp uniósł się złością, przypominając sobie, jak Michalak z innymi wciskali mu kity o nadużyciach - tylko jedno z wielu, ty o tym wiesz! Wiesz, że i tak bym postawił na swoim, bo wyraźnie się do mnie kleiła! No ile my się znamy? Ja nie miałbym z tym problemu, po prostu się zniecierpliwiłem!
- To nic nie zmienia! Trzeba było poczekać, aż sama wyrazi zgodę na wszystko, a nie dopomagać sobie czarną magią! - Michalak widocznie też żywił do Dampa urazę, bo uniósł głos, tłumacząc mu swoją wersję.
- To jest bez znaczenia, czy była pod urokiem jak ze mną szła, czy by nie była, następnego dnia, BO I TAK SZŁABY ZE MNĄ! - wydarł się Damp.
- Ma rację! - potwierdził Sir Gloddy.
- Właśnie, że nie. Naruszyłeś jej wolną wolę i prawo, koniec dyskusji. I przestałem kibicować twojemu klubowi - wycedził Michalak wburzony, jednocześnie zerkając na boki, by się upewnić, że nikt ich nie podsłuchuje. - A ty go nie broń! - poradził Gloddy'emu.
- Przepraszam - zmieszał się Gloddy.
Damp dyszał ze złości i niemal widział oczami wyobraźni, jak tłucze Michalaka po twarzy, jak mu puszcza krew z nosa i zostawia na ziemi. Aleksander świdrował go spojrzeniem i zapewne miał bardzo podobne myśli, bo zielone tęczówki błyszczały tłumioną mocą. I tak się na siebie gapili. A później obaj zorientowali się, że gapi się na nich również Sir Gloddy.

***

Damp nie był zawodowym biegaczem, nigdy też nie lubował się w wyścigach. I mimo, że miał świetną kondycję, nigdy nie czuł potrzeby biegania nigdzie i za niczym. Teraz jednak pędził ile sił w nogach, odbijając się od ziemi i pokonując odległość susami, a najbardziej zależało mu na tym, by nie stracić z oczu Gloddy'ego.
- ODDAWAJ RÓŻDŻKĘ - wydarł się, gdy Gloody skręcił ostro i prawie go zgubił.
Michalak miał o wiele krótsze nogi i biegł wolniej, więc wytrzymał pościg tylko do momentu, w którym nie był już w stanie wycelować w Gloddy'ego różdżki. Wcześniej biegł tuż obok Dampa, strzelając w plecy porywacza wiązkami jarzącego się światła, formowanego słowami w zaklęcia. Z tego, co Rust wywnioskował, Aleksander Michalak zaprzestał przed chwilą pościgu, by powiadomić swoich współpracowników i wraz z nimi odciąć złoczyńcy drogi ucieczki.
- No stój! - wrzasnął Rust tylko, bo fioletowa peleryna łopotała przed nim coraz szybciej, a uciekinier wcale nie wyglądał na zmęczonego. - Kurwa! I tak cię złapię! A JAK CIĘ ZŁAPIĘ, TO - urwał i nie dokończył, bo coś podcięło mu nogi. Damp sądził, że nigdy mu się nie zdarzy paść na ziemię z gracją dwumetrowej kłody, ale jednak, siła inercji i coś trzymające go za kostki pozwoliły mu na ten epicki pad.
- Hej - rzekł Dźwiedź krótko, po czym wstał. Najwidoczniej czaił się przy ziemi tylko po to, by Dampa przewrócić. Rust pomyślał, że oszalał.
- Kim ty... CO? Ja pierdolę, co?! - wystękał.
- Kiedy indziej skopiesz mi dupę - Dźwiedź uniósł przednią łapę w ostrzegawczym geście - teraz bez agresji, dobra?
Rust był tak agresywny, że aż nie wiedział, co odpowiedzieć. Sam widok Dźwiedzia wprowadzał go w szok, a słyszenie jego głosu nie z wnętrza swej głowy sprawiało, że siatkarz miał ochotę zemdleć i obudzić się następnego dnia, pewny, że nic się nie wydarzyło.
- I tak byś Gloddy'ego nie dogonił - wyjaśnił mu Dźwiedź. - Dlatego ci przerwałem.
- Subtelnie, kurwa.
- Aurorzy otoczyli szkołę i zaraz gnoja znajdą, bez paniki, bez budzenia uczniów. Ty masz ważniejsze zadanie.
- Ja? A ty co się rządzisz? W ogóle to skąd się tu... I dlaczego mnie zostawiłeś, ja nie mogłem żyć normalnie, t...
Dźwiedź zdzielił go łapą po głowie, więc Damp się zamknął. Klął tylko cicho, masując bolące miejsce.
- Jestem patronem szkoły i chronię te dzieciaki! Dopóki wszystko było pod kontrolą, siedziałem w twojej głowie, dla protekcji, dla pewności. Sam rozumiesz. Najlepiej nadajesz się na medium, bo - Dźwiedź urwał, zmieszany - bo jakby...
- Bo jestem pojebany, wiem.
- W każdym razie sprawy przybrały poważny kształt i musiałem sam się tym zająć. To ja wypłoszyłem Gloddy'ego. A teraz chodź. Aurorzy złapią palanta, a my znajdziemy Fascynata.
- A... ale ja nie mam różdżki - wydusił Rust głupio. Dźwiedź wzbudzał w nim szacunek pomieszany z niepohamowaną agresją i czymś na kształt respektu. Był naprawdę majestatyczny.
- Proszę - rzekł, wręczając Dampowi spieniarkę do mleka. Po chwili obaj biegli skrajem lasu, Dźwiedź z nosem przy ziemi, a Rust za nim, zdezorientowany i jakby ogłuszony. Co on w ogóle robił? Zaufał jakiemuś czemuś, co uznał za Dźwiedzia... Nie, nie było wątpliwości. To BYŁ Dźwiedź. Moc biła od niego na odległość i Rust poznawał ten typ obecności, który tak dobrze zdążył zapamiętać z własnego umysłu. Z nieuwagi wpadł w kłujący krzak i cały poharatał się igłami.
- A... po co mi ta spieniarka? - syknął, wyłażąc z gąszczu i zrywając z siebie gałązki. - Czekaj, Dźwiedźu. Na kij mi spieniarka?!
- Myślałem, że umiesz zrobić z niej użytek - odparł Dźwiedź. Rust chciał fuknąć coś o tym, że nie interesuje go bycie baristą, ale znów wpadł w jakiś kłujacy krzak. - Mam! Znalazłem go chyba!
- No wreszcie! I co teraz?
- Wygląda na to, że kryjowkę Gloddy'ego chroni zaklęcie. Damp, będziesz musiał pójść po historyka magii ze Ślęży!

***

Gdy Rust szedł, mamrocząc do siebie, korytarzami szkoły i myślał o tym, gdzie może być gabinet historyka magii, usłyszał jakieś hałasy. Nikogo jednak nie zobaczył. Czyżby Gloddy się tu ukrywał? Nie... Aurorzy pewnie zaraz go złapią...
- Masz go?
- Nie.
- No to się pośpiesz!
- NO TO SIĘ KURWA ŚPIESZĘ!
Dźwiedź jednak był przez Dampa znienawidzony i nic nigdy nie miało tego zmienić. Wreszcie siatkarz odnalazł właściwe drzwi, obudził właściwą osobę i wraz z nią (właściwie prawie ją porywając) udał się z powrotem na błonia, by wreszcie uwolnić porwanego Fascynata. Nie obchodziło Rusta specjalnie, jaki typ pieczętującego zaklęcia ma zostać złamany - po prostu chciał już, by to wszystko się skończyło.

***

Od kilku godzin Damp, Dźwiedź i Nikodemus Orney (który wyglądał jak spruchniały pień, ale na historii magii się znał) próbowali rozwikłać zagadkę pieczęci, złożonej przez Gloddy'ego na pniu drzewa. Wewnątrz z pewnością znajdował się Fascynat.
- Aurorzy wypłoszyli porywacza ze szkoły! - zakomunikował Dźwiedź około dziesiątej. - Jeszcze go nie dorwali, ale są już poza terenem Ślęży, więc... Więc chyba na razie jest bezpiecznie. Podobno jakaś dziewczyna im przeszkadzała i wyczyścili jej pamięć, bo Gloddy ją przeraził...
- Powinienem powiadomić dyrekcję? - spytał Nikodemus Orney, po czterdziestej próbie złamania pieczęci.
- Damp się tym zajmie - uspokoił go Dźwiedź. Rust zaklął siarczyście i rzucił w niego spieniarką do mleka.
- Dobra. IDĘ. Kurwa mać - zakomunikował. Po drodze do szkoły zobaczył miziających się w kwiatkach Rościego i Wiśniowiecką, więc życzył im z całego serca, by spłonęli w piekle (tak dobrze się bawili a on nie spał od tylu godzin! I nie mógł zobaczyć się z Rudą! I ten cholerny Michalak go rozzłościł!) co na szczęście uczynił tylko w myślach.
- Panie Damp! - W przejściu złapała go Bia. Rust zrobił bitchface'a, gdy spojrzała na niego, wyraźnie zaskoczona krwią, trawą, kolcami ostrokrzewu i spieniarką do mleka.
- No - warknął nie zwalniając, minąwszy ją dość niekulturalnie.
- Ja... Ja chyba wiem, co się dzieje w szkole! Chodzi o Dźwiedzia i jego...
- Tak, tak - fuknął Damp, machając ręką. - Na pewno. Później mi o tym powiesz, mam ważną sprawę. Idę do dyrektora! I nie rób nic na własną rękę, dobra?
- Panie profesorze! - zaćwierkało inne "cudo". Rust zatrzymał się, zebrał w sobie i zmierzył Walentynę Matejko tak piorunującym spojrzeniem, że nie dokończyła wypowiedzi tylko zastygła, z rozwartymi ustami i uniesiona lekko dłonią. Pewnie chciała ustalić to, że będzie reprezentować szkołę. Ach! Gdyby Damp był wredny, pewnie by jej na to pozwolił. Nie poradziłaby sobie. Właściwie... Damp BYŁ wredny.




****Kandaro, chciałam opisać coś, ale za dużo się dzieje. NASTĘPNYM RAZEM WPROWADZĘ PLAN W ŻYCIE.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: A. Mo'zart » 01 października 2013, 22:23

Zamiast wolnej soboty, mieli najbardziej pracowity dzień od początku roku szkolnego. Jak wszystko inne, informacja o przybyciu delegacji innych szkół została podana w ostatniej chwili i nie pozostało wiele czasu na przygotowanie Ślęży do ich przyjęcia. Zgodnie z poleceniem dyrekcji terminy oddania wszystkich prac domowych przesunięto o tydzień, dzięki czemu można było zagonić do pomocy wszystkich, zwłaszcza tych opornych i leniwych, uczniów. Upewniwszy się z samego rana, że profesor Damp nie zapomniał o jej zgłoszeniu (godzina czekania pod gabinetem na zaspanego nauczyciela była tego warta) natychmiast objęła dowodzenie grupą zajmującą się dekoracjami i teraz, po godzinie ciężkiej, wykonywanej przez innych pracy, cały sufit głównej sali przyozdobiony był różowymi wstążkami w motylki. Zmęczona, upewniając się, że nikt jej nie widzi, schowała się w sąsiednim pomieszczeniu i przysiadła na jednym z rozstawionych bezładnie krzeseł.
- Czy można się przysiąść?
Zaskoczona podniosła głos ku stojącemu nad nią starszemu mężczyźnie zastanawiając się jakim cudem go nie zauważyła. Gdzieś już widziała jego twarz, lecz za nic w świecie nie była w stanie przypomnieć sobie gdzie.
- Mam nadzieję, że panienki nie przestraszyłem. W moim wieku czasami zapomina się o manierach. Sir Rodryg Gloddy. Wiedziałaby panienka o tym, gdyby słuchała przemówień dyrekcji.
Uśmiechnął się figlarnie, najwyraźniej zadowolony z docinki.
- Pan jest jakimś inspektorem, prawda?
Z trudem zdołała sobie przypomnieć w jakich okolicznościach usłyszała jego nazwisko. Jakieś tam gadanie o ważnym facecie który ma oceniać szkołę. Nic, co by ja interesowało. Chyba, że...
- Pewnie ocenia pan kandydatów do turnieju? To powinien pan wiedzieć, że jestem kapitanem drużyny.
- Naprawdę?
- Profesor Damp wręcz błagał mnie o to. Ja się wahałam, ale wie pan, muszę dać dobry przykład młodszym. Jestem dla nich wzorem i nie mogę ich zawieść. Cała szkoła na mnie liczy.
Westchnął. Jeśli ona naprawdę była nadzieją szkoły, równie dobrze mógł porzucić swój kamuflaż.
- Myśli panienka, że Ślęża może wygrać? Jeszcze żadnej szkole nie udało się to za pierwszym razem.
- Nie mam wątpliwości. Nikt nie może się że mną równać.
- W takim razie życzę szczęścia. Wprawdzie nie powinienem, ale – wyjął z kieszenie niewielkie, dość brzydkie pudełko – mam tu coś dla panienki. Przynosi szczęście, ale nikt nie może tego zobaczyć. Najlepiej niech panienka od razu to schowa.
Był pewien, że nikomu tego nie pokaże. Była tak głupia, że mógł jej wcisnąć cokolwiek.
-Teraz niestety muszę panienkę przeprosić. Mam wiele ważnych spraw na głowie.
Powoli, bez zbędnego pośpiechu, wyjął różdżkę i skierował kroki ku głównej sali. Na chwilę zatrzymał się w przejściu, obserwując dobrze się bawiące dzieciaki. Taki widok zawsze zmiękczał jego serce, lecz nie mógł pozwolić, by ta drobna słabość pokrzyżowała jego plany. Nie chciał ich krzywdzić. Gdyby był inny sposób, prawdopodobnie wykorzystałby go, lecz nie miał czasu by czekać na bardziej sprzyjające okoliczności. Wyprostował się i z poważną miną wkroczył do środka.
- Niech nikt się nie rusza! Nazywam się Rodryg Gloddy i mam ważną wiadomość! Jedno z was ma coś co należy do mnie. Jeśli w przeciągu tygodnia nie znajdzie się to w moich rękach, w waszej szkole rozpęta się piekło.
Uniósł różdżkę, mamrocząc przy tym coś pod nosem. Dosłownie w sekundę później wystrzeliło z niego kilka płomieni, lądując na z takim trudem przygotowanych dekoracjach. W jednej chwili cała sala stanęła w ogniu.
- Potraktujcie to jako ostatnie ostrzeżenie.
Gloddy rozpłynął się w powietrzu.


- Nic ci nie jest?
Tatiana pochyliła się nad sączącą gorącą czekoladę Walentyną. Jak tylko Gloddy podpalił salę, Vicky zaczęła wrzeszczeć jak opętana, dzięki czemu, wbrew logice, to jej pierwszej rzucili się na pomoc nauczyciele. Prawdopodobnie to dlatego, mimo, iż początkowo odcięta od wyjścia, wyszła z tego cała i zdrowa. Część zebranych w wielkiej sali nie miało takiego szczęścia i choć obyło się bez ofiar śmiertelnych a nawet poważnych uszczerbków na zdrowiu, przynajmniej kilkunastu uczniów trafiło do sali szpitalnej z mniejszymi i większymi poparzeniami.
- Zabrali Marcelinę. Kawałek dekoracji spadł jej na plecy i podpalił ubranie. Nawet nie chcę wiedzieć jakby się to skończyło, gdyby Wiśni nie było w pobliżu. - Nie przejęła się brakiem odpowiedzi ze strony Walentyny. I tak miała potrzebę by się komuś wygadać. - Ugasiła płomienie i wyprowadziła ją z sali. Uratowała jej życie. Ja... chyba źle ją oceniałam. Myślisz, ze powinnam ją przeprosić? Wiesz, za to co o niej mówiłam i pisałam?
Ciągle nie doczekała się reakcji Vicky. Ściskając gorący kubek, jak w transie wpatrywała się w podłogę.
- Na pewno dobrze się czujesz? Pielęgniarka mówi, że nie masz obrażeń, ale jeśli coś nie tak, mogę z nią porozmawiać. Poleżysz przez noc, to ci dobrze zrobi.
- Chciał mnie zabić. Wiedział, że jestem w drugim pokoju. Zablokował mi wyjście.
- Nie sądzę by o to mu chodziło. Gdyby chciał kogoś zabić, zrobiłby to. Sam powiedział, że chodzi mu o jakąś rzecz. - Myślisz, że powinnyśmy się tym zająć? Możemy napisać artykuł, poprosić tego kogoś by to oddał. Myślisz, że ten cały Żyłka to ma?
- Żyłka? Jak ktoś może mieć tak na imię? Kto to w ogóle jest?
- Żyłka to... no wiesz, Żyłka. Wszyscy znają Żyłkę. To ten tam.
Serce Walentyny zabiło mocniej, kiedy, pomimo czarnej od dymu twarzy, rozpoznała obiekt swoich uczuć. Z trudem przyjęła neutralny wyraz twarzy, nie chcąc by Tatiana czegokolwiek się domyśliła.
- Dlaczego on miałby mieć to coś?
- Nie pamiętasz co się stało wczoraj na śniadaniu? Zresztą, po co ja pytam. Oczywiście, że nie pamiętasz. Ogrodnik znalazł wiadomość. Dajcie mi żyłkę albo ten drugi zginie. Jak to możliwe, ze tego nie słyszałaś?
- Myślałam o dekoracjach. Wiesz ile czasu mi to zajęło? A on wziął i je spalił. Wszystkie spłonęły. Cały dzień mojej pracy. Nienawidzę go.
- Podobno rozmawiałaś z nim chwilę wcześniej? Nauczyciele tak mówią. Nawet nie chcieli mnie do ciebie dopuścić z tego powodu. Myślą, że możesz wiedzieć coś ważnego. O czym rozmawialiście?
- O turnieju. Życzył mi powodzenia i... - w ostatniej chwili ugryzła się w język. Wprawdzie nie wierzyła, ze powiedzenie o wszystkim Tatianie mogłoby pozbawić amulet jego mocy, ale wolała nie ryzykować – ...i to wszystko. Wstał i wszedł do głównej sali. Gdybym wiedziała co planuje, powstrzymałabym go. Nie wie z kim zadarł. Mój tata jest ambasadorem. Postara się by go znaleźli.
- Mam nadzieję. Aurorzy są w szkole a on i tak robi co chce. Chyba trochę się boję. Co jeśli następnym razem ktoś zginie?
Vicky nie odpowiedziała. Wpatrując się w Żyłkę myślała co by zrobiła, gdyby coś mu się stało. Podjęła decyzję. Jeszcze tego samego dnia Żyłka miał otrzymać przesyłkę z tajemniczym pudełkiem szczęścia.

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kandara » 07 października 2013, 03:24

Pokój tonął w ciemności, tylko na ścianach widniały niebieskawe smugi księżycowego światła. Cisza, panująca wokół, nie szumiała w uszach, nie miała w sobie nawet cienia grozy czy niesamowitości. Była nawet przyjemna. Taka łagodna, kojąca, zakłócana jedynie równymi oddechami śpiących. Czemu więc się przebudziła? Czemu siedziała teraz oparta o poduszki i wpatrywała się w sufit, którego i tak nie mogła teraz dostrzec? I czemu trzęsły się jej dłonie? Westchnęła cicho, usiłując przypomnieć sobie sen, ale ten zniknął z jej umysłu jak tylko uchyliła powieki, a teraz odlatywał coraz dalej, także Wiśnia nie miała już nawet pewności, co to tego, czy w ogóle coś się jej śniło. A nawet, jeśli... To przecież nie mogło być nic ważnego. Sen jest tylko snem... Marą. Niczym ważnym.
Zamknęła oczy, przekręciła się na drugi bok. Wtuliła twarz w poduszkę, dokładniej owinęła się kołdrą, ale przez przynajmniej pięć kolejnych minut, sen nie nadchodził. Przeciwnie, Wiśnia miała dziwne wrażenie, że jej organizm, a wraz z nim umysł, wybudza się coraz bardziej. Zirytowana tym faktem skuliła się w kłębek, ale nic to nie dało, bo głowę dziewczyny nagle zaczęły bombardować myśli. Z początku niewyraźne, z trudem torujące sobie drogę z najgłębszych zakamarków mózgu na sam jego wierzch. Zniknięcie Fascynata. Odnalezienie zaginionej uczennicy młodszego rocznika, o zaginięciu której nikt nie wspomniał, póki się nie odlazła. Inspektor. Turniej. Napis na błoniach. Aurorzy... Aurorzy? Ale jak? Skąd i od kiedy? Co się tu tak właściwie, do kurwy nędzy dzieje?! I od kiedy się dzieje. Czy ten cały Gloddy naprawdę był inspektorem? A jeśli tak... Czy Gloddy był Gloddym? Same pytania, żadnych odpowiedzi. Dźwiedź? Antydźwiedź? Teutautes? Liczba trzy? Nie... To zupełnie nie ma sensu. Może i zaginęły trzy osoby, ale jedna niedawno się odlazła, a do tego ten ktoś, kto porwał Fascynata, ktokolwiek to był, chce jeszcze Żyłkę... Czy to wymiana? Czy odda Fascynata jak dostanie Żyłkę? Jeśli tak, to teoria Bii była raczej wiązką pobożnych życzeń niż faktyczną teorią... Liczba trzy... Miałoby to sens... Gdy te trzy osoby zniknęły, czy też zostały porwane jednocześnie, a nie tak jedna po drugiej... Nie. Wiśnia potrząsnęła przyciśniętą do poduszki głową. Tu nie chodzi o liczbę trzy, tu chodzi o Żyłkę. O nikogo innego.
Gwałtownie zmieniła pozycję. Nagle poczuła, że łóżko jest takie niewygodne, a ona taka zdrętwiała, a to sprawiło natychmiastową zmianę toru myśli. Zamiast roztrząsać dalej zagadkę tajemniczego zniknięcia pewnego ucznia, rzuciła w duchu wiązanką niezbyt wyszukanych przekleństw. Jeszcze tego brakowało, żeby coś, niewiadomo nawet co, zakłócało jej wypoczynek! Nie, to się całkiem nie mieści w głowie, żeby po jakże ciężkim, nie tylko z powodu nauki tygodniu, nie mogła się nawet wyspać! Cholera jasna! Przetoczyła się na brzuch. Zasnąć! Nie myśleć, nie dumać. Odpocząć...
"Weźmiesz udział w turnieju" Nie! Stop, stop, stop. Miała przecież nie myśleć. Dlaczego jednak Damp tak postąpił? Czemu zmusił ją do udziału w tej durnej imprezie dla samobójców i desperatów? I co? Będą walczyć ze smokami? A może, jak jakieś ułomy uganiać się po lesie, za chusteczką dyrektorki? Głupota. Idiotyzm. Czysty debilizm. A niech ich wszystkich szlag jasny trafi. Dampa też. Nienawidziła go teraz. Miała ochotę zatłuc, wydłubać oczy, odciąć uszy, palce. Wylać nań wiadro wrzącej wody, a zaraz potem obłożyć lodem. Zrzuć z wieży, rozdeptać jak robaka swoimi glanami. Poćwiartować... Ale z drugiej strony... Nawet, jeśli wywinął jej taki numer nadal był przystojny... W sumie ten nagły przypływ negatywnych emocji niczego w jej planach nie zmieniał. Ukatrupić dziada zawsze zdąży.
"Gloddy. Czemu miałby porywać uczniów? Czego chciał?.. Zakładając, że był winny... Czy był, powinna się dowiedzieć już nie długo, gdy tylko dostanie odpowiedź na swój list?... Nie mniej, zakładając, że był... To, do czego mu Żyłka? Cholera, znów o tym myśli. Ale czemu!‘’ Odrzuciła kołdrę. Wstała. Złapała różdżkę i zapaliła ją. Działacz rządowy... Tak? Przeklinając w myślach samą siebie, odlazła pergamin i pióro. Nie chciała tego. Naprawdę nie miała najmniejszej ochoty. Noż kurwa! Miałaby go o coś prosić, co coś pytać? Wszystko w niej krzyczało. Coś ciągnęło do tyłu ręce. Blokowało, powstrzymywało. Ignorowała to. Trudno. Czasem trzeba i tak.
Położyła pergamin i pióro na stoliku. Pogrzebała jeszcze w torbie, wyjęła kałamarz. W nikłym świetle, wciąż sączącym się z końca różdżki dostrzegła, że jej współlokatorki śpią sobie w najlepsze i ani myślą się budzić. Rzuciła im zazdrosne spojrzenie. Naprawdę, wolałaby teraz spać, a nie snuć jałowe rozmyślania.
* Kolejne przebudzenie (po dwóch godzinach męki, bicia się z myślami i gorączkowego przewracania z boku na bok, Wiśni jednak jakimś cudem udało się ponownie zasnąć) okazało się o wiele przyjemniejsze. Do pokoju wlewał się słoneczny blask. Jasne pręgi ciągnęły się przez całą podłogę, załamywały na ścianach, ożywiając i ocieplając wnętrze.
Mścigniewa usiadła na łóżku. Na stoliku leżał zapieczętowany list. Ten sam, który napisała w nocy. Pamiętała go dobrze. Czy powinna wysłać? Czy aby to nie jest utrata twarzy? Przecież ojca nie znosiła, wręcz nienawidziła. Czemu więc miałaby do niego pisać? Po co miałaby o cokolwiek pytać... Z drugiej strony to napisanie tego listu wydawało się całkiem logiczne...
- Jagodek!
Krasnal zmaterializował się obok. A ledwo, co się pojawił, zmierzył Mścigniewę taksującym wzrokiem. Zamlaskał.
- Długo panienka dziś spała - wypalił gapiąc się na jej białą nocną koszulę z centralnie nadrukowaną trupią czaszką. - Już prawie dziewiąta. Oj nie wiem, nie wiem czy zdąży panienka na śniadanie...
Przy słowie "śniadanie" Wiśni nagle coś zaburczało w brzuchu, a żołądek skurczył się niemiłosiernie. Cholera , jeszcze to. Wczoraj nie jadła kolacji, jasne, więc, że czuła głód. I to wielki iście wilczy. Tyle, że aż do tej pory jakby sobie z tego nie zdawała sprawy. Przeklęty krasnal i po co on tyle gada!
- Więc ty przyniesiesz mi coś do jedzenia. - Wzruszyła ramionami, jednocześnie machając różdżką w stronę szafy. - Skoro już tu jesteś, przydaj się na coś. - Złapała w locie czarny prosty gorset na grubych ramiączkach oraz krótką spódniczkę w kratę. Pomyślała przez chwilę i już miała w ręku srebrny łańcuszek z wisiorkiem w kształcie pająka. Odwłok i tułów stworzenia wykonano z zielonego jadeitu.
Naburmuszył się. Wypchał policzki powietrzem, złożył usta w dzióbek i spojrzał na Wiśnię z niekłamaną urazą w fioletowych oczach, dotknięty do żywego.
- Panienka to czasem potrafi być taka niewdzięczna. No przecież jestem tu i nawet wysyłam listy za panienkę. To nie fair zupełnie, że panienka ma mnie za bezużytecznego. No tego to ja się nie spodziewałem i niech panienka wie, że mi bardzo przykro. - Przekręcił głowę.
- Wiesz dobrze, że mnie to nie rusza. - Wiśnia wzruszyła ramionami. - Dlatego pójdziesz teraz do kuchni, powinieneś się jakoś dogadać z tutejszymi krasnalami i przyniesiesz mi... Pięć tostów z pomidorem i jakąś herbatkę. A jak wrócisz. Mówiłeś coś, że idziesz dziś do mojego ojca, co? No, więc skoro już idziesz, oddasz mu to. - Wręczyła mu kopertę.
Spojrzał na nią sceptycznym wzrokiem.
- Nie jestem sową.
- Sową nie, ale służącym tak. Dostarczyć list możesz, płaci się za wykonywanie poleceń. Idź już. Chce się przebrać.
Westchnął cicho, ale schował list za pazuchę i opuścił pokój. Znów była dla niego nie miła. Ale czemu? Przecież nic jej nie zrobił!
Nie minęło pięć minut, jak wrócił. W rękach trzymał tacę. Wiśnia, przebrana już w gorset i spódniczkę, z zawieszonym na szyi pająkowym wisiorkiem, uśmiechnęła się do niego prawie łagodnie. To tak go zdziwiło, że mało, co nie wypuścił tego, co miał w rękach.
- Rzeczywiście. Jesteś bardziej użyteczny, niż myślałam.
* Błonia zapraszały. Promienie słoneczne sączyły się z bezchmurnego nieba w odcieniu głębokiego, chłodnego błękitu, rozjaśniały wszystko, intensyfikowały wszystkie barwy, a przy tym nie grzały zbyt mocno. Wiatru nie było. Panowała przyjemna wczesnojesienna cisza. Niektóre drzewa na obrzeżu lasu zaczynały już zmieniać kolory. Rude, brązowe i żółte liście, pojawiały się wyspami, pośród zieleni. Wiśnia wciągnęła głębiej powietrze. Może teraz się jej uda znaleźć ten napis? No przecież chciała go tylko zobaczyć, bo w sumie nadal nie wiedziała, czego ma się spodziewać. Ale przynajmniej była w końcu sama. Bez żadnego kłapiącego paszczą i robiącym rozpaczliwe gesty krasnoludka. Szkoda, że ta wolność miała skończyć się za parę godzin, ale cóż, "jak się nie ma, co się lubi, to się kradnie, co popadnie", czy jakoś tak. Schowała dłonie do kieszeni skórzanej kurtki, prawą zacisnęła na schowanej tam różdżce, tak na wszelki wypadek. Już miała ruszyć dalej, gdy nagle:
- Ej, Wiśniowiecka! – krzyknął jakiś chłopak. Odwróciła się w jego stronę i poznała Żyłkę. Zbliżała się wolnym krokiem – Fajny strój.
- Eee cześć Żyłka - zająkała się. - Dzięki. - Uśmiechnęła się lekko, siadając po turecku obok chłopaka. - I bardzo, ale to bardzo cię proszę, nie mów do mnie per "Wiśniowiecka", czuję się jakbym rozmawiała z nauczycielem. - Tutaj nieznacznie skrzywiła wargi. - Wiśnia jestem, po prostu. - Znów na karminowych wargach zaigrał uśmiech, ale tylko na krótko.
- No dobra. Może być Wiśnia, mnie tam wszystko jedno właściwie.
- I super. Słuchaj, wiem, że masz teraz trudny okres, ale tak się składa, że mam do ciebie interes. Potrzebuję trochę eliksiru miłosnego, jakiegoś silnego... Może nie amortencję, coś słabszego, ale za bardzo. Byłbyś w stanie to jakoś zorganizować?
Spojrzał na nią. Chyba poważnie, ale ciężko było stwierdzić. Kiwnął głową.
- Oczywiście. Tylko nie mów nikomu, że mnie o to prosiłaś. Znajdę cię, jak będę miał towar. Jakoś.
- Nie, no to jasne. A ile czasu ci to zajmie. Znaczy mi się nie śpieszy za bardzo, ale chce wiedzieć.
- Dwa, może trzy dni. Raczej nie dłużej - poinformował beznamiętnie.
- Hum... to mi całkiem pasuje. To wszystko jest takie dziwne - dodała nagle zmieniając temat - nagle dowiadujemy się, że urządzają nam tu jakiś turniej, uczniowie znikają, a po szkole kręci się jakiś podejrzany typ. Niby kontroler, ale kto go tam tak naprawdę wie? A jeśli ten cały Gloddy nie jest tym, za kogo się podaje? - Odczekała chwilę, nabrała w płuca nową porcję powietrza. - Czego on właściwie od ciebie chce?
- Ja chyba nie jestem pewien - wzruszył ramionami, jakby się tym wcale nie przejmował - ale - ton jego głosu nagle się zmienił. Wiśnia wyraźnie wyczuła w nim determinację i coś jeszcze... Troskę? Niepokój? - lepiej, żeby oddał mojego kuzyna.
- Taa... - Mścigniewa unikała jego spojrzenia. A wszystko przez to, że nie mogła zdobyć się na współczucie, a jej oczy pozostawały zimne, nieprzyjemne. - Rozumiem. To naprawdę dziwne, że w takich okolicznościach serwują mam jakiś głupi turniej. Zwalą nam się na głowę delegacje jeszcze czterech szkół. Zrobi się niezłe zamieszanie, znaczy jeszcze większe niż jest teraz i Gloddy pewnie zwieje. Zostawiając za sobą parę ofiar... Tak sobie myślę, że w tych okolicznościach, powinni odwołać tę całą farsę z turniejem.
Żyłka nie odpowiedział od razu. Bawił się jakimś źdźbłem trawy, leniwie tułając je między palcami.
- Znaczy się, nie weźmiesz udziału w turnieju, Wiśnia?
- Niestety wezmę. Damp mnie zmusił. Trochę tak, jak z łapaniem tej wiedźmy. Zmusił mnie wtedy do bycia przywódcą - zachichotała w myśli na to wspomnienie. Wówczas się przeliczył, teraz chyba też.
- Ja też byłem wtedy przywódcą. A udział w turnieju raczej wezmę, zgłosiłem się dzisiaj. Więc chyba jesteśmy w drużynie. Tak mi się zdaje, że profesor Damp mnie wybierze, a skoro ciebie zmusił.
- Tak, tak... W sumie może lepiej nie mówmy o tym. - Chciała jeszcze zapytać, co skłoniło go do podjęcia takiej decyzji, ale ostatecznie zrezygnowała. W sumie i tak jej to nie obchodziło. - W sumie ładny dziś dzień - wypowiedziała pierwsze lepsze zdanie, jakie utworzyło się w jej głowie, pełna nadzieli na to, że Żyłka jakoś pociągnie dalej tę konwersację.
- A co wy tutaj robicie? - Tuż nad nimi rozbrzmiał lekko zachrypnięty baryton profesora Termopilskiego. Wiśnia z trudem powstrzymała przekleństwo.
- A pan? - wypaliła zanim zdążyła się zastanowić.
- To chyba nie jest właściwe pytanie, Wiśniowiecka. Jakby na to nie spojrzeć, wy jesteście uczniami, a ja nauczycielem.
No nie! Zapamiętał jej nazwisko. Zapamiętał je, po jednej lekcji! Cholera najjaśniejsza, dlaczego? Spojrzała nań wzrokiem wściekłego bazyliszka.
- Przepraszam - powiedziała bez cienia skruchy, z oczami wciąż utkwionymi w nauczycielu. - Ale przecież jest sobota, można, więc chyba trochę poleniuchować na błoniach. Tym bardziej, że to już ostatnie takie piękne dni. Idzie zima.
- Oj Wiśniowiecka, Wiśniowiecka, widzę, że talent oratorski odziedziczyłaś po ojcu. -
Wiśnia poczuła jak coś w jej głowie wybucha, a wnętrzności zalewa coś lepkiego. Złość sięga oczu, na chwilę je przymyka, zasnuwa czernią. Jak śmiał? Kurwa, jak śmiał mówić o jej ojcu, jak śmiał porównywać ją z tym tchórzem, z tym miłośnikiem mugolstwa, za tą karykaturą czarodzieja?! No jak... Poruszyła bezgłośnie ustami. Gdyby wczytać się w ich ruch, można by wyczytać z nich słowo "szlama", ale Termopilski nie zauważył tego.
- Jutro przybędą delegacje szkół. Trzeba się na tę okazję jakoś przygotować, dlatego wszyscy uczniowie pomagają teraz dekorować szkołę. Znaczy prawie wszyscy, bo wy tu siedzicie - dodał znacząco. - Zmykać mi sąd, ale już! W sali jadalnej jest jeszcze wiele do zrobienia - wygłosił, wytrzeszczając zęby i odszedł. Tak po prostu. Wiśnia potrzebowała dziesięciu sekund, aby otrząsnąć się z szoku. A niech go jakiś dźwiedź kopnie. Oczywiście, jeśli coś takiego istnieje.
Żyłka wyglądał jakby nic się nie stało. Dźwignął się z trawy i teraz otrzepywał spodnie.
Zmierzyła chłopaka wzrokiem. Zazdrościła mu opanowania. Oj bardzo, bardzo. Bywały chwilę, w których przeklinała swoją porywczość, nieumiejętność trzymania na wodzy pewnych emocji, a także niewyparzony język. Język, często uruchamiający się zanim jeszcze zdążyła pomyśleć. Dźwignęła się z trawy zaciskając pięści. Te cechy na pewno nie pomogą jej w życiu. Przeciwnie. Wsunęła ręce do kieszeni i powoli ruszyła w stronę szkoły, nie oglądając się już na Żyłkę.

* Patrzyła na, stanowiące sufit sali jadalnej, akwarium i mruczała pod nosem przekleństwa. W momencie, w którym nadeszła, prace dekoratorów powoli zmierzały ku końcowi, także prawie całe sklepienie zostało już usiane jakimiś kwiatami i motylkami z różowego papieru. Strasznie badziewnymi kwiatami i motylkami. Przygryzła dolną wargę. Co to do licha przejasnego ma być? Wyprawiają wesoły bal karnawałowy dla przedszkolaków, czy poważny (o ile coś takie może być poważne) turniej magiczny? Co za debil to wymyślił? No i jakim cudem to przeszło! Przecież to czysta kompromitacja!
- Ej, Wiśnia, wreszcie raczyłaś przyjść, co? - Odwróciła się. To była Tatiana usilnie wymachująca różdżką, za pomocą której unosiła jakiś olbrzymi płat różowej bibuły. Pomarszczony, ozdobiony bardzo krzywymi różyczkami origami. - Pomóż mi z tą girlandą!
- Że z czym? - Znów jej język zadziałał szybciej niż mózg. Tatiana spiorunowała ją wzrokiem. - No dobra, dobra, już. Wyciągnęła różdżkę i wycelowała nią w to coś, co Tatiana nazywała girlandą. - Chcesz to dać na złączeniu sufitu i ściany? Jesteś pewna?
Tamta mruknęła coś w odpowiedzi. Brzmiało jak "A niby gdzie". Wiśnia wzruszyła ramionami. Nie obchodziło jej to wcale. Chociaż z drugiej strony, całe te dekoracje były takie brzydkie i tandetne, aż wstyd.
Sala wciąż jeszcze była wypełniona ludźmi, a kilka grup wciąż pracowało. Stojąca nieopodal Marcelina usiłowała w wolne miejsca powciskać tandetne ptaszki, a gdzieś tam dalej grupka dziewczyn z młodszego rocznika próbowała namalować na motylich skrzydłach złote plamki, ale większość po prostu siedziała bezradnie na krzesłach wokół stołu uczniowskiego, jakby właśnie bardzo się czymś zmęczyła. Nikt z nich nie zauważył, że do sali weszła wysoka postać.
- Niech nikt się nie rusza! Nazywam się Rodryg Gloddy i mam ważną wiadomość! Jedno z was ma coś, co należy do mnie. Jeśli w przeciągu tygodnia nie znajdzie się to w moich rękach, w waszej szkole rozpęta się piekło.
"Jeszcze większe niż jest?" Zdążyła pomyśleć Wiśnia, zanim to się stało. Inspektor uniósł różdżkę, celując nią w powalę. Strzeliły płomienie. Liznęły płatki jakiegoś brzydkiego kwiatu, a następnie objęły cały sufit, spełzły w dół po ścianach. Dym uniósł się w górę, wypełniając całe pomieszczenie, a Gloddy zniknął. Tak po prostu, jakby się teleportował.
Wybuchała panika. Podniósł się wrzask, zagłuszający trzaski płomieni. Uczniowie poczuli gorąco, poderwali się ze swoich miejsc. Naraz ruszyli ku drzwiom popychając się, potrącając i przepychając. W ogólnym zamieszaniu, tylko nieliczni zdawali się pamiętać, że przecież są czarodziejami. Kilka zaklęć wodnych pomknęło w stronę ognia. Nie ugasiły go. Pomarańczowo-żółty żywioł wciąż szalał, a dym stawał się coraz gęstszy. Gryzł w oczy, wdzierał się do płuc, przyczyniając się do zwiększenia panującego pośród uczniów popłochu. Ktoś się rozpłakał, ktoś podbiegł do drzwi odpychając grupkę pierwszaków.
A ogień wciąż płonął. Ogarniał ściany, pełzał po podłodze. Fragmenty belek, na których zawieszono kwiatuszki, motylki i ptaszki zaczęły odpadać. Kotłowanina przy drzwiach zwiększyła się, a zaklęcia wodne zaczęły absurdalnie padać coraz rzadziej.
Wiśnia właśnie posłała kolejny strumień wody w kierunku jednej ze ścian. Chociaż trzęsły się jej ręce, zaś nogi dygotały tak, że trudem się na ich utrzymywała, starała się zapanować nad własnym strachem. Myśli gorączkowo przetaczały się przez jej głowę. Usta poruszały ustawicznie, z końcówki różdżki strzelały coraz to nowe strugi przeźroczystej cieczy. Sufit, ściany, posadzka. Płomienie coraz większe. Dymu wciąż przybywa. Trudno nadążyć z gaszeniem. Gorąco... Potwornie gorąco! I jak ciężko się oddycha. Na chwilę przerwała gaszenie, aby rzucić na siebie zaklęcie bąblogłowy. Było późno, ale może, może dzięki temu, chociaż przez chwilę będzie mogła swobodnie oddychać. Potworny wrzask Marceliny. Wiśnia kątem oka zauważyła jak na ramiona współlokatorki spada coś, co mogłoby być niewielkim fragmentem belki, wytrącając dziewczynie różdżkę z dłoni. Kurwa! Jeszcze tego brakowało, żeby ktoś tu zginął. Nawet, jeśli to tylko Marcelina. Ta wredna, histeryczna panienka, co boi się pająków i zaklęć niewybaczalnych! Mścigniewa zareagowała instynktownie. Wycelowała różdżką, wykrzyczała zaklęcie. Gwałtowny wodospad spłynął na ogień tańczący na oderwanym kawałku dekoracji, a także ubraniu i włosach dziewczyny i ugasił go. Wiśnia podskoczyła do przerażonej i szokowanej, ale na szczęście przytomniej dziewczyny i chwyciła ją za ramię. Nie siliła się na delikatność. Nie przejmowała się ani oparzeniami Marceliny, ani jej wrzaskami. Głównym problem stało się teraz przebicie do drzwi pośród tego całego mrowia ludzi. Raz jeszcze uniosła różdżkę i wycelowała nią w sufit. Tym razem nie użyła jednak zaklęcia wodnego.
- Reducto! - wrzasnęła na całe gardło. Czemu nikt nie pomyślał o tym wcześniej?! W końcu sufit sali jadalnej był jednym wielki akwarium, wypełnionym hektolitrami wody. Taka ilość powinna wystarczyć do ugaszania płomieni. Niestety, szkło nie pękło. Nie stało się zupełnie nic. Przeklęte zaklęcia ochronne! Rozpychając się łokciami, ciągnąc za sobą półprzytomną Marcelinę, Wiśnia jakimś cudem dopadła drzwi Pchnęła pannę Konieczko na jakąś ławkę i, tak na wszelki wypadek, posłała kolejny czar niszczący w kierunku sklepiania Jadalni. Może się jednak uda... I rzeczywiście udało się.

* Musiała wyjść. Musiała udać się na kolejny tego dnia spacer po błoniach i lesie oraz przy okazji troszkę potorturować kilka niewinnych wiewiórek, aby odreagować jakoś to wszystko, co się stało. Chociaż nikt nie dowiedział się, że to ona zniszczyła akwarium, a nauczyciele szybko i sprawnie posprzątali cały ten bałagan i nawet udało im się uratować niektóre syreny, Wiśnia nadal odczuwała powagę tamtej sytuacji. Ale przecież paliło się do stu piorunów! To było najlepsze wyjście! Szczerze wątpiła jednak w zrozumienie ciała pedagogicznego. Tym bardziej, że właśnie przypomniała sobie pełen oburzenia głos profesor Kwiatkowskiej-Rąbek. "To nie niedopuszczalne, żeby tak niszczyć mienie szkoły. Rozbijać akwarium i skazywać żyjące w nim stworzenia na śmierć!" Wciąż wykrzykując w duchu przekleństwa, czując jak coś przewraca się jej w żołądku, a w głowie buzuje, jakby zaraz miało wybuchnąć , szła nerwowym, nierównym, szarpanym krokiem po leśnej ścieżce. Ignorując niebezpieczeństwo, nie przejmując się tym, że te okolice przetrząsa właśnie odział aurorów, uganiający się za porywaczem, a być może nawet sam porywacz. Gloddy... Co on do cholery odstawiał?
Zauważyła wspinającą się po pniu wiewiórkę.
- Avada...
- O tutaj panienka jest! - Jagodek pojawił się u jej boku, jakby wrósł spod ziemi. - I nadal używa tych zaklęć!
- Spieprzaj! - Ruszyła dalej. Nie zamierzała tutaj stać.
- Ocho! Panienka nie w humorze. Znowu. - Teatralnie załamał ręce. - I to mnie się znowu obrywa, ech ciężkie to moje życie.
- Nie martw się. W każdej chwili mogę uwolnić cię od tego ciężaru - powiedziała bez przekąsu, ale też bez groźby. Ot, tak zwyczajnie, jakby mówiła, że świeci słońce. Tym bardziej, że świeciło. Ukośne promienie przebijały się przez ciągle jeszcze gęsty baldachim liści i dotykały poszycia. Krasnoludek zbladł. Coś podpowiedziało mu, żeby potraktować to poważnie.
- Byłeś u ojca i co? - Wiśnia przerwała milczenie. - Mówił coś? Może wymyślił jakaś karę, gorszą niż twoja obecność? A list? Dałeś mu?
- No, więc tak... - Krasnal przyśpieszył, aby zrównać krok z dziewczyną, co nie było łatwe. - Proszę. - Podskoczył wsuwając jej w dłoń kopertę. - To odpowiedź szefa. A co do reszty - dramatycznie zawiesił głos - koniec z kieszonkowym do odwołania.
- A i tylko tyle? Żałosne.
Rozerwała pieczęć, wyjęła malutki pergamin wypełniony kształtnym, niemal kaligraficznym pismem ojca. Chociaż w sumie to niewypełniony. List składał się zaledwie z kilku ostrożnych zdań.
- Najjaśniejsza cholera! - skomentowała Wiśnia. - Jak to Gloddy jest niewinny, skoro wszytsktie znaki na niebie i ziemi mówią co innego. Wiesz co on dzisiaj zrobił? Podpalił salę! Tak zwyczajnie, żeby nas nastraszyć i ten... - zmięła pergamin w ręce, a obelgę w ustach - twierdzi, że on jest niewinny?! Że nie mógłby czegoś takiego zrobić? I gdzie tu sens?
* - Wiśnia? - Tatiana siedziała na swoim łóżku, od niechcenia przerzucając stronice nowego numeru gazetki szkolnej, podczas gdy Bia wczytywała się w jakiś opasły tom mitologii słowiańskiej, a Marcelina wciąż pozostawała w skrzydle szpitalnym.
- No? - Mścigniewa uwiła w pytającej świdrujące i wyjątkowo złe spojrzenie, które najwyraźniej ją zmroziło, bo upłynęło kilka sekund zanim podjęła dalej.
- Bo ja chciałam cię przeprosić.
Mścigniewa uniosła brwi.
- Ach tak? Przeprosić. A za co?
- Bo ja... - Tatiana zatoczyła młynka kciukami. - No wiesz, bo ja mówiłam o tobie takie złe rzeczy.
Wiśnia uśmiechnęła się. "Złe rzeczy" tak mogła powiedzieć pięciolatka.
- No i to, że masz romans z naszym wychowawcą. I ten artykuł, to też ja.
- Naprawdę? - W głosie Wiśni brzmiało coś dziwnego. Zdumienie, ale także nikła wesołość. - Myślisz, że Damp jest mugolem? Nie, no proszę cię. Większej bzdury nigdy nie czytałam. - Patrzyła na szokowaną brunetkę i przez chwilę zastanawiała się nad tym wszystkim. Po wyznaniu tamtej, nie czuła niczego szczególnego. Nigdy przecież nie przejmowała się tym, co ludzie o niej mówią, co sobie wyobrażają i plotkują. Nawet, gdy było to przykre. To też teraz także nie czuła zupełnie nic, może poza lekkim zaciekawieniem i lekkim rozbawieniem. Tym bardziej, iż widziała zakłopotanie dziewczyny i przyglądała mu się z ochotą.
- Nigdy nie byłaś na treningu siatkówki, co? No to nie wiesz, że każe nam odbijać nielatające piłki i jeszcze do tego biegać i skakać. No i się pocić. To jest straszne. Wątpię, żeby jakiś czarodziej...
- Nie, nie byłam. Ale wiem o siatkówce - skłamała, chociaż nie do końca, oczywiście, coś tam wiedziała, to, co powiedział jej kiedyś Jagodek, a potem nigdy już nie poruszali tego tematu. - I wiem też, w jakim celu takie zajęcia odbywają się w tej szkole. - Wygodniej rozparła się na poduszkach. - To taki prosty program przenikania światów. Niektórzy uważają, że my, czarodzieje, zbyt mało wiemy o mugolach i dlatego nasz świat jest tak bardzo oddalony od ich świata. No i teraz postanowili to zmienić. Zaczęli od wprowadzenia do programu nauczania ponadpodstawowych lekcji muglolskich gier i zabaw. Siatkówka to początek. Zapewne będzie tego więcej, jak tylko znajdą nauczycieli.
- Mówisz serio? - Tatianie nie mieściło się to w głowie. Przecież przez tyle wieków czarodzieje radzili sobie jakoś bez znajomości mugoskiego świata, a już na pewno bez ich gier. Taka perspektywa wywoła w niej pewien niesmak. Ale kto powiedział, że szkoła ma być praktyczna?
Zapytana kiwnęła głową. Też nad tym bolała, ale jej tatuś uwielbiał niemagicznych ludzi. Co za wstyd, żeby ktoś z jego statusem i genealogią? Ale odszczepieńcy znajdą się wszędzie.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kanterial » 14 października 2013, 16:48

Damp dowlókł się do stromych schodów i spojrzał z niechęcią na barierkę. Gdzieś tam czaił się wredny gargulec, przez którego Rust raz już ucierpiał, ale bez wątpienia należało wejść teraz na górę i zawiadomić dyrektora o sytuacji.
- No prędzej...
- Zamknij pysk, przecież idę.
I gdy tylko postawił stopę, obutą w Nike Hyper Quickness rozmiar pięćdziesiąt, na najwyższym stopniu, gargulec na niego zaskrzeczał. Damp starł z twarzy krew i igliwie, w geście skrajnej rozpaczy próbując doprowadzić się do porządku. Przynajmniej nie odskoczył ze strachu przed kamiennym, krukopodobnym straszydłem, jak ostatnim razem, gdy próbował porozmawiać z dyrekcją.
- No weź mnie wpuść - jęknął. - Mam ważną sprawę.
- Jaką?
- Ważną. Wpuść proszę.
- No ale jaka to sprawa? - skrzeknęło ptaszydło. - Nie wpuszczę cię z tym do środka!
Damp zerknął na spieniarkę i rozważył szybko możliwość zaatakowania nią gargulca. Szczerze mówiąc nie miał jednak na to ochoty. Obrócił się i wypatrzył kosz w rogu korytarza, a potem cisnął przedmiotem w jego kierunku. O dziwo, trafił. Nadal nie wiedział, po co Dźwiedź sprezentował mu najzwyklejszą na świecie spieniarkę do mleka...
- TO NIE BYŁA NAJZWYKLEJSZA NA ŚWIECIE SP... - zaczął Dźwiedź z pasją.
- TERAZ MI TO MÓWISZ - skontrował Damp w myślach, obserwując skrzywiony w wyrazie konsternacji dziób gargulca. - Nieistotne. Już ją wyrzuciłem. A teraz jak mam ominąć to coś?
Dźwiedź oczywiście nie odpowiedział, obrażony o wyrzucenie spieniarki.
- Proszę, muszę poważnie porozmawiać z dyrektorem, tu chodzi o szkołę, o Gloddy'ego! - pieklił się Rust, wytrzepując z koszulki i hawajek coraz to nowe patyczki, listki i igły, podczas gdy gargulec po prostu się na niego gapił. Wreszcie Damp wyprostował się. - Bo strzelę biczfejsa! - zagroził.
- I co wtedy? - spytał kamienny strażnik.
- Chcesz mnie rozzłościć? - próbował Rust dalej. - Nie chciałbyś widzieć mnie rozzłoszczonego.
- No to co z tym biczfejsem?
Damp zaczął kląć na głos, a miał w tym niemałą wprawę, więc nie tyle rzucał kurwami na prawo i lewo, co skomponował powalającą wiązankę nachodzących na siebie, wulgarnych sformułowań. Wtedy właśnie dyrektor(ka?) otworzyła drzwi. Zamrugała, gdy oberwała w twarz "********** ***", "** ********* ****" i ulubionym Rusta "**** **** ****** *** ********".
- Damp - wyartykułowała jak robot - chłopcze.
- Ee... - Rust pomyślał, że zaraz dostanie wypowiedzenie i sam nie wiedział, czy się ucieszyć czy zmartwić. Dziwna postać zaprosiła go do środka i kazała usiąść przed sobą. Wyglądała na nieobecną myślami do tego stopnia, że Damp zaczął wierzyć w swoje bezpieczeństwo. Może nie zwróciła uwagi na to, co usłyszała? Naprawdę sprawiała wrażenie oderwanej od rzeczywistości, usiadła za biurkiem i gapiła się tępo w drzwi, lekko kiwając na boki.
- Przepraszam, właściwie to Dźwiedź... Bo pani wie, że Dźwiedź - zaczął po chwili, bo ona sama się nie odzywała. Cisza. Damp wiercił się w za niskim krześle, bo igiełki uwierały go w poranione plecy. A dyrektorka nie odpowiadała na jego pytanie. - Właściwie to nawet nie chodzi o niego, tylko o to, że znaleźliśmy tego zaginionego chłopaka na błoniach i teraz historyk próbuje go wydobyć z... wnętrza kłody - wyznał siatkarz z gasnącą nadzieją. Martwy wzrok dyrektorki nadal spoczywał gdzieś za jego głową, na drzwiach. - Pani mnie słyszy?
- Ach! - drgnęła, jakby wyrwana z transu. Damp zmrużył oczy, przesuwając wzrokiem po jej męskiej sylwetce. Nie mogła, nie mogła być kobietą. Po prostu to czuł. Czy może raczej tego nie czuł. Tego, co powodowało słabość do wszystkich kobiet. - Przepraszam, ustalałam coś ważnego z aurorami. Podobno zgubili Gloddy'ego gdzieś za szkołą, ale mógł ukryć się we wnętrzu Ślęży - westchnęła ciężko.
- I rozumiem, że pani tak nic, nic zupełnie nie słyszała z tego, co mówiłem - mruknął Damp. Gdy tylko opierał się plecami o fotel, wszystko go swędziało. Przeklęte krzaki na błoniach!
- Niestety nie. Proszę powtórzyć - poleciła.
- No więc wraz z patronem szkoły i Nikodemusem znaleźliśmy tego chłopaka, Fascynata, problem w tym, że nie możemy go wydostać bo Gloddy zapieczętował go w drzewie, a podobno jeszcze... To jest ważne, co mówię, naprawdę! - rozzłościł się, widząc, że znów odpłynęła. Dyrektorka kiwała się na boki, a rozchylonych, pomalowanych szminką ust wydobywało się miarowe rzężenie.
- Zzzzzzzzzh zzzzzzzh hhhhh zhhhh....
- NIE CHRAP, JA PIERDOLĘ - krzyknął.
- Och przepraszam! - odparła po minucie. Damp stwierdził, że krew go zaleje zanim zdąży przekazać jej wiadomość. Dobrze, że przynajmniej nie słyszała kolejnego przekleństwa. - Wie pan co, panie Damp, naprawdę martwi mnie fakt zaginięcia tego szesnastolatka... - zaczęła rzeczowo, składając ręce.
- Dźwiedź. Słyszysz to?
- Próbuj dalej...
- Proszę mnie uważnie posłuchać, ja - ciągnął Damp niestrudzenie, starając się zapanować nad irytacją.
- Moment, to pan rzucił przed chwila spieniarką?
- Słucham?
- Dostałam wiadomość od gargulca, że ktoś chce ze mną rozmawiać i że rzuca spieniarką po korytarzu, usłyszałam coś o biczfejsie i miałam sprawdzić, kto grozi tak potężną bronią mojemu ukochanemu Nikodemowi... A potem chyba wyszłam i...
- Błagam, chwila uwagi - jęknął. - Tak, ja po prostu wyrzuciłem tę spieniarkę, a biczfejs był na żarty, chodzi o to, że znaleźliśmy na błoniach tego chłopaka i...
Wtedy właśnie, w tej konkretnej sekundzie gdy podniósł wzrok i popatrzył na jej twarz, targnęła nim wściekłość tak wielka, że jedynie Dźwiedź, wysyłający mu na odległość rozkazy zachowania spokoju, uratował kilka przedmiotów w dyrektorskim gabinecie przed niechybnym zniszczeniem. W końcu Rust wydał z siebie jakieś bezsilne "Roaaaaaaaaaaaghr" i postanowił wyjść z gabinetu.
- A wiesz co? Skoro nie słyszysz to ci powiem, co o tym myślę! - pozwolił sobie jeszcze, zatrzymując się przy drzwiach.
- Nie, Damp, nie! Może sobie szczątkowo przypomnieć! I co wtedy? Poza tym wszystko, co teraz się dzieje, jakoś jednak zostaje w jej głowie, ona to rejestruje chyba, tylko później nie może odtworzyć... Chcesz ją skazać na wieczne słyszenie we wspomnieniach czegoś, co rzekomo powiedziałeś? Ona sama będzie się zastanawiać czy to prawda, to może powodować jakąś paranoję albo...
- Oho. Jak jej coś powiem, to będzie to pamiętać i myśleć, że sobie ubzdurała? - upewnił się.
- Tak, więc lepiej by było, gdybyś...
- Rozuuumiem - Damp wyszczerzył zęby - chciałabyś zobaczyć mój biczfejs?
Nadal siedziała, tyle, że trochę przechyliła się w fotelu i głośniej wydawała z siebie te swoje pomruki. Rust sam nie wiedział, dlaczego to robi, co go pcha w stronę tak głupiego żartu, ale oparł się nonszalancko o ścianę i unosząc brwi dodał: - I spieniarkę. To może odwiedź mój kantorek o... - zamyślił się na chwilę.
- Damp, załamujesz mnie.
- O SZÓSTEJ ZERO DZIEWIĘĆ - dokończył, odpychając się od ściany. - Jeśli wiesz co mam na myśli.
- A teraz niech cierpi! Głupi transse...
I wtedy to się stało. Huk jak z armaty, fala czegoś, co mogło być tylko potężną magią i niosące się korytarzami krzyki uczniów z wielkiej sali dotarły do uszu Rusta, dyrektorka obudziła się, popatrzyła na niego krzywo (Dampowi zrobiło się niedobrze) i oboje rzucili się do drzwi. Damp wyprzedził dyrektorkę, w szaleńczym tempie zbiegającą ze schodów, skacząc bezpośrednio na półpiętro, i zdążył na końcówkę widowiska, czyli jedyną uczennicę w jakiej dostrzegał potencjał, rozwalającą najbardziej zabytkową część Ślężańskiego zamku i powodującą powódź, zniszczenie, chaos, duszenie się syren (te syreny!) oraz oplecenie wszystkiego glonami. Lepiej być nie mogło, naprawdę. Damp oberwał pierwszą falą wody i usłyszał tylko, jak dyrektorka odpływa z nurtem, krzycząc (widocznie miała za krótkie nogi, by wytrzymać uderzenie). A potem tylko tak stał. Bezczynnie, ociekając wodą, czując, jak wszystkie fragmenty roślin spod ubrania przylepiają mu się do skóry. Stał, zimnym wzrokiem obserwując Wiśniowiecką.


- To niedopuszczalne, żeby tak niszczyć mienie szkoły. Rozbijać akwarium i skazywać żyjące w nim stworzenia na śmierć! - bulwersował się Goździk. Damp patrzył na nią i choć wiedział, że nazywa się Kwiatkowska-Rąbek, wolał myśleć o niej jako o Goździku. Bo właśnie tak pachniała. Jednak nawet zważywszy na słabość Rusta do niej (nie umiał przejść obojętnie obok kogoś z tak kształtnymi łydkami), było coś, co Goździka skreślało. Po prostu się myliła. Wiśniowiecka uratowała szkołę. I uratowała ją przede wszystkim - dopiero później należało zastanawiać się, czy działała rozsądnie.
- Dzięki Rust - mruknął Termopilski. Poprosił Dampa o pozostanie w Ślęży i pomoc przy ogarnianiu bałaganu, jaki pozostał po tym ataku Gloddy'ego. - Chyba się nie wyspałeś, co?
- Chyba nie - odparł Damp. Wysuszył sobie ubrania przy okazji sprzątania wielkiej sali, ale nadal miał w nich pełno glonów i igiełek.
- Jak sobie tam radzicie? - spytał Dźwiedzia.
- Coś się wreszcie ruszyło. Do jutra go wyciągniemy. - Dźwiedź brzmiał naprawdę wściekle. Widocznie Gloddy wyprowadził go z równowagi czynem sprzed godziny. - A uczniowie? Wszyscy są cali, mówiłeś.
- Powinienem odwiedzić szesnastolatków w skrzydle szpitalnym? - zapytał głośno, masując łuki brwiowe. Czuł się naprawdę fatalnie i nie wiedział, co ze sobą zrobić.
- Oni tego nie lubią - odparł jeden z profesorów. - Jak się zbytnio angażujesz, zaczynają coś podejrzewać.
Damp pokiwał głową. Cały czas miał przed oczami Wiśniowiecką, rozwalającą sufit, upewniającą się, że nikomu nic nie grozi. To było do niej niepodobne. Choć nie, to była właśnie cała Wiśniowiecka. Schowana pod tą swoją wredną maską. Rust zaczynał żałować, że tak się nią przejmuje. Może ta dziwna, tak dobrze mu znajoma skłonność do wiecznego buntowania się, wynikała z innych powodów, niż charakter. Choć Damp sądził, że córki Ministrów są raczej dobrze wychowane. W każdym razie stanowiła jakąś sprzeczność, niby cały czas mu podpadała, ale w końcu tylko ona zachowała się tak, jak on by się zachował, jak należało się zachować - po prostu działała. I nie obchodziły jej mniej ważne konsekwencje.


Gdzieś przed północą Dźwiedź wyrwał Dampa z sennego letargu.
- JEST! Złamana! Zabieramy Fascynata do skrzydła!
- Wspaniale - Rust zabrzmiał, jakby go to nudziło, choć był szczery w stu procentach - Nic mu nie jest?
- Nie wiadomo, poczekamy aż pielęgniarka go zbada.
Damp wstał i przeciągnął się. Siedział w swoim pokoju po ciemku, w półśnie czekając na wiadomość o uratowaniu chłopaka. Teraz nareszcie mógł odpuścić sobie, wykąpać się i zasnąć. I najlepiej, gdyby nie obudził się jeszcze przez tydzień. Z wahaniem spojrzał na świstoklik, jarzący się lekko niebieskawym światłem. Świstokliki wewnętrzne działały w Ślęży dla wszystkich uczniów i grona pedagogicznego. Przydzieleni do osobnych łazienek, wszyscy mogli teleportować się od razu do miejsca, w którym zażywali kąpieli, co było według Rusta jednym z najlepszych pomysłów, jakie w zamku wprowadzono w życie. Dzięki świstoklikowi nie musiał szlajać się po korytarzu w samych bokserkach albo ręczniku (nienawidził szlafroków i tych staromodnych, dwuczęściowych piżam, w których ludzie wyglądali jak pajace). Na dodatek teleportacja działała tylko wtedy, gdy łazienka nie była zajęta. Po prostu marzenie!
- Chciałbym pogadać z tym Fascynatem. On na pewno wiele wie - pomyślał spokojnie, szykując się do opuszczenia pokoju. Zrzucił wszystkie ubrania, zostawiając je w nieładzie na ziemi.
- Ci aurorzy to porażka! - skwitował Dźwiedź. - I jeszcze turniej, teraz, zaraz! Hej Damp, musisz im jutro powiedzieć, kto będzie reprezentantem.
- Powiedziałem Wiśniowieckiej, że będzie.
- Ale inni nie wiedzą?
- Nie - odparł z wolna, owijając się ręcznikiem. - Mogę jeszcze wszystko zmienić. Tylko nie wiem, czy jest sens.
- Na pewno lepiej ona niż ktoś, kto by sobie nie poradził - zastrzegł patron szkoły, a Rust wyczuł w tym zdaniu nadal trzymający Dźwiedzia gniew. - Ale wolałbym, żebyś nie robił tego przez swoje mylne podejrzenia.
- Jakie mylne - zaciekawił się Damp. - CO? Halo, ja mam prawo wiedzieć! To jednak nie była ona? To kto mnie tak wkopał?!
- Ja nic nie wiem - skłamał Dźwiedź i zamilkł na dobre. Rust zacisnął zęby i sięgnął w stronę świstoklika. Zazwyczaj nieprzyjemne uczucie przenikania przez przestrzeń trwało tylko kilka sekund. Tym razem było inaczej. Niepokój ogarnął Dampa, gdy zamiast pojawić się w ładnej, pokrytej ciemnymi kafelkami łaźni, został oślepiony przez światło. Zacisnął powieki. W miejsce przyjemnej, sączącej się zza ścian melodii (Dampowi podobał się pomysł puszczania w łazienkach muzyki) której się spodziewał, wyrósł dźwięk, niosący się po nietłumionych ścianach, przerażający go zupełnie i sprawiający, że miał ochotę umrzeć - dźwięk stada piszczących dziewczyn. To było piekło. Damp nie otwierał oczu, jedynie przesunął dłonią po ręczniku, by się upewnić, że ma go nadal na biodrach. Jeden ręcznik to za mało. I tak czuł się nagi. Cierpiał, w nieskończenie żenującym napięciu, czekając na boski sąd.
- Nie. Nie, nie, nie, nie, nieee - mantrował wciąż, nawet, gdy piski ucichły - żebym tu tylko nie był sam, nie sam. Niech tu będzie ktoś jeszcze, ktokolwiek, ktoś poza tymi małolatami - błagał wyższą siłę. Najwyraźniej Ślęża nie wytrzymała dzisiejszej monstrualnej dawki magii i parę zaklęć, porządkujących codzienne sprawy, osłabło.
- Witam serdecznie, Damp. Twarzowy ręcznik - zagadnął go męski głos. Rust poczuł ulgę tak wielką, że aż otworzył jedno oko, chcąc zobaczyć, kto dzieli z nim tę jakże niezręczną sytuację (i kto uważa, że czarne ręczniki z kipsty są twarzowe). To, co zobaczył, odebrało mu mogę na kilka sekund. Sir Gloddy opierał się o jasne kafelki, gmerając od niechcenia pomiędzy kolekcją barwnych płynów kąpielowych, ustawionych w rząd na jednej z półek. Przy przeciwległej ścianie siedziały ściśnięte obok siebie uczennice, w piżamach i szlafrokach, i patrzyły z przerażeniem to na Gloddy'ego (odzianego w rażąco złote pantofle, czarny garnitur i srebrną pelerynę) to na Dampa (trudno nazwać sam ręcznik odzieniem).
- Niech nam pan pomoże! - pisnęła jedna, ale umilkła, gdy porywacz na nią popatrzył.
- Czego ty chcesz, Gloddy - wycedził Rust wolno, próbując wymyślić coś, co umożliwiłoby dziewczynom ucieczkę z pomieszczenia. Cieszył się, że żadnej jeszcze nic się nie stało. - Chodziło o mnie czy o którąś z nich? I czemu podpaliłeś dziś salę? Wiesz, że lepiej dogadać się, niż grabić sobie kolejne...
- Widzę, że się na tym znasz - zaśmiał się w odpowiedzi. Damp zmrużył oczy.
- Więc czego chcesz? Żyłki? Czy tego przedmiotu o którym dziś mówiłeś?
Gloddy nie odpowiedział, tylko odkorkował jeden z płynów i wylał na podłogę, przyglądając się perlistym bąbelkom. Rust był tak wściekły, że nie ma przy sobie różdżki, że wydawało się to wręcz niemożliwe. Nie było sensu atakować Gloddyego gołymi rękami, nie tu, nie teraz, nie przy grupie zakładniczek i nie w chwili, gdy miał okazję dowiedzieć się, o co tak naprawdę chodziło.
- Była przesyłka. Ważna. Bardzo... cenna - rzekł Gloddy. Damp nie spuszczał go z oczu, idąc bokiem w stronę uczennic. - Takie przesyłki wysyła się przez pośrednika, dla bezpieczeństwa. I czasem pośrednik zawodzi.
- Żyłka, tak? - warknął Damp. Gloddy oszczędnie przytaknął. Zerknął na zakładniczki.
- Przesyłka jest teraz w zamku - uściślił.
- Jak jest z tym Żyłką, dziewczyny? Jest tu jakaś, co ma szesnaście lat? - wycedził Damp przez zęby.
- Żyłka nie ma tego czegoś - odparła któraś wrednym głosem. - Gloddy kłamie!
Porywacz wzruszył ramionami, odepchnął się od ściany i roześmiał głośno, wprawiając resztę w osłupienie.
- Bardzo dobrze! Dalej tak myślcie, na pewno wszystko się ułoży. Żegnam! - to mówiąc chwycił za powrotny świstoklik i zniknął.
Damp zaklął i złapawszy się za skronie zaczął chodzić w kółko. Myślał tak intensywnie, że nie przeszkadzały mu nawet siedzące pod ścianą dziewczyny. Po chwili jednak rozzłościł się i na nie.
- Nic wam nie jest? - spytał bezbarwnie. Zaprzeczały gorliwie, gapiąc się to na twarz Rusta, to na ręcznik. - No to jazda do łóżek! - wygonił je, wskazując drzwi.
- Pan nas musi odprowadzić!
- Nie musi - syknęła ta, która broniła Żyłki. Rust dopiero teraz poznał Wiśniowiecką i popatrzył na nią w szoku. Biała koszulka tak dalece nie pasowała mu do jej wizerunku, że wydawało się to aż dziwne. Choć nie, była tam jakaś czaszka. Cóż. Damp przybrał na twarz wyraz zmartwienia, choć czuł tylko wściekłość i zażenowanie. Poprawił zsuwający się ręcznik.
- Oczywiście, że muszę. Żałuję tylko, że... No wychodźcie, do cholery, po prostu idźcie. Wiśniowiecka, ty mi wszystko opowiedz.
Skierowały się zwartą grupką w stronę dziewczęcych sypialni, stukając obcasami pantofli i miękkimi kapciami, a on przepuścił Mświgniewę w drzwiach i ruszył za nią, dla pewności zaciskając palce na boku ręcznika.
Damp zawsze kąpał się boso. Dlaczego? I dlaczego nie zabierał różdżki? Wydawało mu się to głupie. Teraz żałował, że nie zaopatrzył się w te dwie rzeczy.
- Jesteś pewna, że sam to zrobił? - powtórzył, gdy już Wiśnia opowiedziała mu wszystko dodając, iż w Ślęży nie było żadnych awarii.
- Tak - bąknęła, nie patrząc na niego. Wszystkie dziewczyny poza nią były z młodszych klas, więc spały na niższym piętrze. Gdy cała grupa tam dotarła, Damp poczekał, aż rozejdą się do swoich pokoi. Wiśniowiecka została w tyle, przy schodach, i gdy Rust spoglądał ze złością na gasnące światła w dormitoriach piętnastolatek, czuł na sobie jej wzrok. Równie dobrze mógłby nie mieć ręcznika, przynajmniej takie odnosił wrażenie. I było mu z tą myślą tak źle, że gdy ruszył w stronę Wiśniowieckiej a ona znów udała, że wcale na niego nie patrzyła, prawie na głos powiedział jej, że kryje się z tym gorzej niż pięciolatka. Szli w milczeniu schodami, Damp myśląc o tym, komu powinien powiedzieć o ataku Gloddy'ego, a Wiśnia udając, że nic, a już na pewno Rust, jej nie obchodzi.
- Żyłka nie ma tego czegoś - powtórzyła ponownie, gdy dotarli na piętro.
- Niech będzie, ale i tak go o to spytam. Ej, Wiśniowiecka - popatrzył na nią ponuro, starając się wyglądać na w miarę szczerego. - Ty nie chcesz reprezentować szkoły. A powinnaś. I powinnaś być dumna ze zniszczenia tego akwarium, nawet, jeśli mają ci to za złe.
Nie odpowiedziała. Damp śledził jej mimikę, tym razem na próżno. Widocznie dużo myślała. On zaś powoli zaczynał czuć wyrzuty sumienia, gdy przypominał sobie o słowach Dźwiedzia, oczyszczających Wiśniowiecką z zarzutów.
- I mogę wybrać kogoś innego, jeśli mi teraz powiesz, kto to ma być - westchnął w końcu.



- Jak to, nie masz? - warknął na Rościego. Chłopak patrzył na niego spokojnie.
- Nie mam.
- Źle to robisz. Nogi ugięte.
- Nie rozumiem.
Damp strzelił biczfejsa.
- Jak odbierasz kurwa piłkę - rzekł, siląc się na miły ton - to nie wypinaj tyłka, tylko zegnij nogi w kolanach i nie machaj rękami, w ogóle masz nie ruszać rękami, ręce tworzą kąt prosty z ziemią a ty się tylko unosisz na nogach w górę, jasne?
- Ta. - Jeziorny obdarzył go rozumnym spojrzeniem, podciągając rękawy treningowego swetra.
- No to jesteś pewien, że nie masz tej przesyłki - kontynuował Damp, wisząc nad nim, podczas gdy Rości nieumiejętnie wymieniał odbicia z jakąś dziewczyną. - Widziałeś się z Fascynatem w skrzydle i jej nie masz?
- Nie! Nie mam!
Rust westchnął i rozsiadł się na parkiecie, wlepiając wzrok w grające dzieciaki. Co za upierdliwy gnój z tego Gloddy'ego...
- Dobra. Dziś wieczorem będę ogłaszał reprezentantów turnieju, więc pojaw się na kolacji - rzucił do Rościego, zanim zakończył swoją lekcję.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Joa » 14 października 2013, 21:58

* - No, dzo den Żyłga? Żyłga, daj zpogój. Dzo zię Tag głowidż? Nad dżym?
- Nic, nic Łucjo. Tak wiesz, profilaktycznie się martwię – nieobecnie odpowiedział Żyłka. Siedział w półmroku przed hologramem, przedstawiającym eteryczną dziewczynę o jasnych włosach i prawie przezroczystej cerze. Wyglądała niemal jak albinoska. Nie miała jednak jasnoniebieskich ani czerwonych oczu, ale zielone, przeszywające tęczówki. I trzymała w dłoni otwarty słoik z ogórkami, które co chwila łowiła i jadła tak łapczywie, że zalewa octowa spływała jej po podbródku.
Hologram nie dawał światła, twarz Żyłki oświetlała tylko różdżka, którą chłopak trzymał pod brodą. Nadawało to posępny nastrój i taki sam wyraz twarzy.
- U naz na Ugrainie to byź dozdał. Jag do nidz? Widzę przedzież – uniosła się. – I weź zgaź do coź, co do jezd? U mnie w żgole magii tagich dzudów do robidź nie modżna. Marnowadź źwiadło.
Szarpnął różdżką i w całym pomieszczeniu zrobiło się jaśniej.
- Ukraina to inny świat, Łusiu. – Dziewczyna pokiwała głową. – Tu, w Ślęży jest Damp… Zastanawiam się, Łusiu, jak myślisz…
- Jag myźlę? Myźlę, że Damb do dziwny goźdź. Ziatkówgi was udży i w ogóle. Masz dzisiaj drening?
- Mam.
- Do daj z ziebie wżyzdgo, daj wżyzdgo dla zwojej Łudzji, ogej?
- Okej – odrzekł uśmiechając się smutno. – Łuc…
Do pomieszczenia wpadła jakaś osoba, w której po chwili Żyłka rozpoznał Vicky. Spojrzała na hologram marszcząc brwi, ale po chwili wypaliła:
- Mam cudne wieści! Znaleźliśmy Fascynata, byłam tam, widziałam go. Jest w skrzydle szpitalnym. Powinieneś tam iść! – krzyknęła, uśmiechając się.
- Och. – szepnął Żyłka, nie zmieniając wyrazu twarzy – totalnego znużenia i nieogarniania.
- To ja już pójdę, co Żyłka? – Stała wciąż, trzymając dłoń na klamce. – A może poczekać na ciebie, co? Pójdziemy razem, jak skończysz – zapytała z nadzieją, nie patrząc w stronę hologramu, całkowicie go ignorując.
- Nie, wiesz, Vicky, dogonię cię. Idź już. – Stała tak jeszcze chwilę, ale Żyłka wrócił już do Łusi, zupełnie się Walentyną nie przejmując, więc wyszła.
- Gdo do był?
- Walentyna.
- Przyjaźnidzie zię? – spytała ciekawa Łucja, przekrzywiając twarz.
- Chyba tak. Tak myślę.
- Do dobże, cieżę zię, Roździngu.
- Będę iść, Łucjo.
- Dobże, dobże. Rozumiem.
Żyłka zbliżył twarz do twarzy Łucji. Popatrzyli sobie w oczy w ciszy.
- No to cześć, Łucjo.
- Dżeźdź, Roździngu mój gochany.
Pomachał jej i zaczął wychodzić, gdy ona jeszcze spytała:
- Myźliż, że Damb źbi nago, dży w piżamdze i źlawmydzy?
Zatrzymał się tyłem do hologramu, tak, że Łucja widziała tylko jego plecy. A wtedy on zupełnie poważnie odpowiedział:
- Myślę, że w tym drugim, Łusiu.
I wyszedł, a hologram rozpłynął się w powietrzu, jakby nigdy nie istniał.





Przed drzwiami, na korytarzu stała Vicky.
- Wiesz, pomyślałam, że zaprowadzę cię do skrzydła, bo ja wiem, gdzie skrzydło szpitalne jest, a nie wiem czy ty wiesz, poza tym, tu może czaić się Gloddy, rozumiesz, on cię szuka, więc zawsze będzie druga osoba, będzie bezpieczniej – trajkotała Vicky.
- Okej, Vicky. Vicky, tak? – upewnił się jeszcze. Nie miał pamięci do imion i nazwisk. Uśmiechnęła się promiennie i znów zaczęła: „Bo wiesz, umiem czarować, nauczyłam się już w wieku kilku lat, gdy…”.
I opowiadała tak cały czas, patrząc co jakiś czas na twarz Żyłki i upewniając się, czy na pewno jej słucha. Mówiła o rodzicach, o gazecie, o ciuchach, o sobie, o wszystkim tak bardzo mało ważnym. Wspominała też o tym, że widziała Fascynata, który bardzo jej dziękował na błoniach, gdy ona go ratowała wraz z Aurorami. Na to Żyłka uśmiechnął się do niej dziękując.
- Tylko wiesz, zawarliśmy układ z tym twoim kuzynem, rozumiesz, ja nic nikomu nie mówię, że ja go uratowałam, bo ja nie chcę rozgłosu, po co robić z tego szum, nie trzeba. Sama mu zaproponowała, zgodził się, więc nie oczekuj, że się przyzna. Ustaliliśmy, że to aurorzy, ten wiesz, jeden, przerażający.
- Okej.
I znów rozpoczął się jej monolog, który Żyłka nie traktował w żaden sposób – właściwie trochę było mu na rękę, że idzie z Vicky, mogli umocnić więzi, zaprzyjaźnić się bardziej, polubić, scementować tę relację. Lubił słuchać, nigdy mu to nie przeszkadzało, że ktoś dotrzymywał mu kroku i mówił.
- Vicky?
- Tak? – zapytała radośnie, wciąż idąc.
- My jesteśmy przyjaciółmi, prawda?
Uniosła brwi, ale za chwilę wyszczerzyła się i powiedziała:
- Oczywiście!






Skrzydło szpitalne było pomalowane na czerwono. Właściwie nie tylko ściany były tego koloru, ale dosłownie wszystko: od pościeli, przez ramki, stelaże łóżek, materace aż po piżamy, w których spali chorzy. Wszystko.
Triss także ubrana była „na krwisto”. Jedynym pacjentem był Fascynat, który był właśnie otulany kocem (ciekawe jakiego koloru) przez pielęgniarkę.
Wyglądał jak zawsze dobrze, po siatkarskiemu. Bezszelestny, cichy, nieposkładany i nieułożony.
Żyłka przysiadł się do niego.
- Tylko chwilunia, kochaniutcy. Minutka, może dwie, nie więcej. Ktoś tu musi sobie trochę pospać – zaszczebiotała, szczypiąc Fascynata w ramię. Odeszła trzymając tacę z jakimiś lekami, strzykawką i wodą. Chichotała.
- Żyłka, to był on – szepnął konspiracyjnie Fascynat, nachylając się do kuzyna. Miał zbolałą minę i wytrzeszczone oczy.
- On?
- Tak, on. Wiesz. ON.
Żyłka pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Tylko, Żyłka… Ja zapomniałem.
Żyłka przełknął ślinę. Poruszyło mu się jabłko Adama, gdy ślina wędrowała do żołądka. Bał się, pierwszy raz w życiu.
- Zapomniałem, jak się nazywa, Żyłka. Zapomniałem – szepnął Fascynat, jakby sam sobie nie wierząc.
Nie musiał nic więcej mówić. Żyłka zrozumiał, że Gloddy nawet ogarnął skrzydło szpitalne, podmieniając medykamenty na narkotyki i narkotyzując Triss i jednocześnie kuzyna, by ten nie pamiętał, kto terroryzuje szkołą.
- Zajmę się tym, Fascynacie. Ja się tym zajmę.







Po treningu, podczas którego Damp się nad nim znęcał fizycznie, a przed ogłoszeniem osób, które miały wziąć udział w turnieju, Żyłka zdecydował, że musi zdobyć wełnę na swoje sweterki.
Jak pomyślał, tak uczynił. Spakował się i wyszedł na błonia, na których spotkał Vicky. Po chwili miał już kompankę.
Nie czekali długo, gdy za trajkoczącą Walentyną i milczącym Żyłką znalazła się Wiśnia.
- Idziesz z nami, Wiśnia? – zapytał Żyłka. Walentyna nie była szczęśliwa, gdy zaproponował Wiśni dołączenie się do nich. Może miała nadzieję na coś więcej, niż tylko szukanie wełny, a właściwie zwierzęcia, które ma na sobie tę wełnę? – Chodź, będziemy szukać Wełniarzy.
To chyba ostatecznie sprawiło, że Wiśnia się choć trochę zainteresowała i przystała na propozycję Żyłki.
- Wiecie co, czekajcie, muszę coś… Zapomniałem różdżki. – sapnął nagle zimno i zanim cokolwiek odpowiedziały, rzucił jeszcze – poczekajcie tu na mnie, zaraz będę.
Tyle go widziały.
A on pobiegł do szkoły i omijał dywany, czyhające na jego potknięcie się. Po kilku minutach był już przed salą treningową, w której zostawił różdżkę, a w każdym razie tak mu się wydawało. W głowie miał tylko myśl, że Vicky i Wiśnia na niego czekają, a nie chcąc zniszczyć tej przyjaźni, musiał się pospieszyć. Przyjaźń z Vicky była większa, z Wiśnią musiał jeszcze się postarać, więc tym bardziej, spóźnienie się mogło ją zniechęcić.
Nacisnął klamkę i wszedł do sali. Było w niej ciemno, ale nie cicho. Coś szurało po parkiecie lub też piszczało: jakby podeszwy butów o boisko. Zaświecił światło. Minęła chwila nim wszystkie jarzeniówki się włączyły. Omiótł spojrzeniem całe pomieszczenie, ale nigdzie nie zauważył różdżki. Jednak drzwi do kantorka były otwarte. Podbiegł tam i stanął jak wryty.
Na skrzyni, w której chowano piłki do siatkówki siedziały Nogi. Właściwie tylko Nogi były widoczne. Pomiędzy tymi Nogami stał Damp bez koszulki. Żyłka nie chciał rejestrować i rozumieć co tam się działo, po prostu stanął koło Dampa i sięgnął koło Nogi, gdzie zobaczył swoją różdżkę.
- Będę na apelu, trenerze. Nie zapomniałem. – rzucił jeszcze i pobiegł, bo przecież nie mógł się spóźnić. Nie zważał też na dziwne odgłosy i przekleństwa, które najprawdpodobniej autorem był Rust.







Walentyna i Wiśnia stały tam, gdzie je zostawił. Zastał je, kłócące się o to, która z nich wygląda bardziej tandetnie i głupio.
- Jestem – oznajmił. Ruszyli. Walentyna co chwilę łapała się jego ramienia po usłyszeniu huku sowy lub wyciu jakiegoś zwierzęcia. Wiśnia szła przed nimi, prychając i patrząc pobłażliwie na Vicky.
Gdy w końcu pojawili się przed zagrodą z Wełniarzami, Żyłka poczuł satysfakcję. Widział przed sobą stado pięknych, wyrośniętych i tłustych zwierzów, które były opatulone błękitną wełną. Zagwizdał z radości.
- Stójcie – szepnęła Wiśnia. Schyliła się nad jakąś tabliczką, przyczepioną do zagrody. Przybliżyła różdżkę. – Lumos!
Za chwilę zachichotała i uśmiechnęła się kpiąco. Wstała i spojrzała na Żyłkę, z przyczepioną do boku Vicky.
- Chyba musimy wracać, obawiam się, że nie dostaniemy się do Wełniarzy – powiedziała z pewnością siebie. – W każdym razie, ja nie zamierzam.
Vicky też podeszła do tabliczki. Zaraz zarumieniła się i powiedziała pewnie:
- Nigdy w życiu.
Przyszła kolej na Żyłkę. Przeczytał i spojrzał na dziewczyny. Zupełnie ich nie rozumiejąc, zaczął z siebie ściągać sweter, koszulkę, spodnie, skarpetki i bokserki. Vicky odpłynęła z twarzy krew, stała się blada, a Wiśnia przegryzła wargę.
- Ale..?
Nie popatrzył już na nie, tylko przeszedł przez ogrodzenie, tuż nad tabliczką – „wchodzić bez ubrania”, której jedna część pokryła się kiedyś kurzem, a mianowicie słowo „nie”.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: A. Mo'zart » 15 października 2013, 16:48

Tę wyprawę po wełnę Żyłka miał zapamiętać do końca życia. Dość szybko, na własnej skórze przekonał się, że tabliczkę umieszczono nie bez powodu. Nie od razu zauważyły, że coś jest nie tak. Dopiero rozpaczliwe, pełne bólu wołanie o pomoc przerwało ich bezsensowną kłótnie o buty. Później było już tylko gorzej.

Właściwie, choć przypadkiem, Walentyna wyświadczyła Żyłce przysługę. Kiedy Wiśnia robiła co mogłaby pozbyć się oplatających go roślin i wyciągnąć go w bezpieczne miejsce, Vicky machała bezładnie owiniętą różową tasiemką różdżką, wykrzykując przypadkowe, nie mające żadnego sensu słowa. Jedno z nich przypadkiem zadziałało, zwalając chłopaka z nóg i pozbawiając go przytomności, dzięki czemu przynajmniej cierpiał w milczeniu. Z niemałym trudem, odwracając wzrok, zdołały wyciągnąć go z porośniętej Pokrzywniakiem Jadowitym polany. Nawet nie próbowały go ubrać. Zamiast tego, nakryły go jego własną koszulką i, modląc się by nikt ich nie przyłapał, postanowiły dyskretnie przeciągnąć go na teren szkoły i ukryć w krzakach do momentu nadejścia pomocy.
- Nie znasz czaru lewitującego? Byłoby łatwiej.
- Byłoby jeszcze łatwiej gdyby ktoś go nie znokautował. Tak się kończy jak za czarowanie biorą się ludzie którzy tego nie potrafią.
- Ja przynajmniej coś zrobiłam i przestał wrzeszczeć. Ty to tylko wymądrzać się potrafisz. Zobacz jak słodko teraz wygląda.
Puściła chłopaka by na moment mu się przyjrzeć. Nie przejmując się obecnością Wiśni, pochyliła się nad jego twarzą. Na jego szczęście, w tym momencie pojawił się krasnal.
- Tutaj panienka jest. Od godziny panienki szukam. Powinna być panienka w szkole.
Urwał, nagle zdając sobie sprawę ze sceny którą zastał.
- Co panienka robi w krzakach z nagim chłopcem? Czy ojciec panienki wie o tym? Może powinienem go powiadomić? Nie będzie zadowolony.
- Tylko spróbuj.
- A kogo my tu mamy. Malutki krasnoludek. - Walentyna straciła zainteresowanie Żyłką i zamiast tego podeszła do Jagódka, szczypiąc go w policzek. - Co to, tatuś wysłał córeczce opiekunkę? Boi się, że córeczka sobie krzywdę zrobi?
- Jeszcze jedno słowo...
- Powiedz, czyta ci bajki na dobranoc? Przynosi jedzenie do łóżeczka? Nie widziałam cię na śniadaniu. Panienko Wiśniowiecka, przyniosłem pani pączka. Nie mogę się doczekać aż cała szkoła się o tym dowie.
- Czy panienka może mi powiedzieć co tu się dzieje?
Jagódek był skołowany jak nigdy. Do tej pory nikt się z nim aż tak nie spoufalał, a szczypanie w policzki przekroczyło wszystkie granice. Z jednej strony chciał uciec by znaleźć się jak najdalej od tej wariatki, z drugiej był zbyt zaciekawiony dalszym rozwojem wydarzeń a mina Wiśni i chęć mordu w jej oczach przekonały go, że za chwilę wydarzy się coś ciekawego.
- Jeśli powiesz jeszcze jedno słowo, pożałujesz.
- Co mi zrobisz? Rzucisz na mnie swoje czary mary? Ja ci pokażę prawdziwe czary. - Uniosła różdżkę celując nią prosto w twarz Wiśni. - Co powiesz na pryszcze?
- Expeliarmus!
Zesztywniała ze strachu Walentyna tylko odprowadziła różdżkę wzrokiem. W jednej chwili znalazła się w sytuacji bez wyjścia, z różdżką Mścigniewy przyciśniętą do nosa.
- Mogłabym cię zabić. Nawet nie wiesz jakie to łatwe. Albo okaleczyć tak żeby bolało.
- Nie odważysz się. Nie możesz. Wyrzucą cię ze szkoły.
- Ja nie mogę? - Przypomniała sobie słowa Dampa. Miło było dla odmiany nie być ta, do której było skierowane. - Ja wszystko mogę. Powiem, że Gloddy nas zaatakował. Myślisz, że mi nie uwierzą?
- Krasnal będzie świadkiem. Im nie wolno klamać.
- Jagódek! - Krasnal wystawił głowę zza pnia. Nie podobało mu się to czego był świadkiem. - Biegnij po Dampa.
- Oczywiście. Jak coś się dzieje to się biednego krasnoludka wzywa na pomoc. Panienka pakuje się w kłopoty a biedny krasnoludek musi naprawiać.
- Nie gadaj tyle tylko biegnij. Macie tu być za pięć minut. - Poczekała aż zniknie z ich pola widzenia. - Gdzie twój świadek?
Czuła, ze Vicky dosłownie umiera ze strachu i dawało jej to niemałą satysfakcję. W Durmstrangu pojedynki były czymś normalnym i brakowało jej tego poczucia władzy nad bezbronną ofiarą.
- Stupefy!
Walentyna padła niczym kłoda, niemal wywołując przy tym niemałe trzęsienie ziemi. Podniosła jej różdżkę. Owinięcie jej różową wstążką było niczym zbrodnia. Chciała ja włożyć w jej dłoń, lecz uznała, że płaszcząca się i prosząca o zwrot Vicky warta jest zobaczenia. Teraz dopiero miała czas by zająć się Żyłką. Wyglądał coraz gorzej. Piekące bąbla na jego ciele powiększyły się i niektóre z nich zaczęły pękać, wydzielając brunatną, lepką ciecz. Miała tylko nadzieję, że pamięć nie zawodziła jej i Pokrzywniak Jadowity nie bywał śmiertelny, a przynajmniej nie w przypadku szybko udzielonej pomocy. Ten, kto ustawił tę nieszczęsna tabliczkę musiał być bardzo zdesperowany by chronić swoje Wełniaki. Zazwyczaj pokrzywnik nie był groźny. Owszem, potrafił się boleśnie owinąć wokół kostki, lecz pozbycie się go nie było szczególnie trudne. Problem pojawiał się dopiero w kontakcie ze skórą. A tej w tym przypadku było aż nadto.

Damp z Jagódkiem zjawili się kilka minut później. Nie wiedziała jak dużo krasnal mu powiedział, ale najwyraźniej wystarczająco, by nauczyciel już z daleka wyklinał ją do pięciu pokoleń wstecz.
- Wisniowiecka, co ty znowu narobiłaś? Spuścić cie z oczu nie można.
Odepchnął ją nie dając jej dojść do słowa. Nie przejmując się obecnością nieletniej, zaklął na widok Żyłki.
- Po szkole biega szaleniec, ranni uczniowie leżą w sali szpitalnej, A WY WŁÓCZYCIE SIĘ BEZ OPIEKI! Ja cię zamorduję Wiśniowiecka. Całą waszą trójkę. Dopiero wtedy przestaniecie sprawiać kłopoty. Dlaczego Jeziorny jest nagi? Nie odpowiadaj, nie chcę wiedzieć. - Dopiero teraz zainteresował się nieprzytomną nastolatką. - A tej co się stało?
- Nic. Rano będzie miała guza.
- Pięknie. Jeszcze tego brakowało żeby moi uczniowie nielegalne walki urządzali. Jak chcecie się pojedynkować to ja wam to załatwię. Ale to będzie bolało, Wiśniowiecka, ja o to zadbam. Bierz ją i idziemy. I nie patrz tak na mnie. Jak twój krasnal przybiegł to ona jeszcze stała o własnych siłach, więc to twoja wina. Nawet nie próbuj się wykręcać.
Podniósł Żyłkę i bez dalszej zwłoki ruszył w stronę szkoły. Dopiero po kilkunastu metrach odwrócił się i, widząc, że Wiśnia ledwo ruszyła z miejsca, machnął różdżką i bezwładne ciało Walentyny uniosło się nad ziemię.
- Ja wiem co z wami zrobię Wiśniowiecka. Weźmiecie udział w turnieju, cała trójka.
- Ale...
- Żadnego ale. Zrywam nasza umowę. Jeśli tak lubicie ryzyko, to ja je wam zapewnię, ale przynajmniej wszyscy będą was mieli na oku. Dostaniecie taki wycisk, że na zawsze odechce wam się głupot. Zrozumiałaś Wiśniowiecka?
- Nie.
Westchnął. Dzisiaj nie miał siły siłować się z nią na słowa. Dalsza część drogi upłynęła w milczeniu. Na ich szczęście, nie napotkali na drodze zbyt wielu uczniów, a ci, na których trafili, nie odważyli się zadawać pytań. Następnego dnia i tak cała szkoła wiedziała o wszystkim.

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 152
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Prophet » 15 października 2013, 19:42

Miał ochotę wyskoczyć przez okno, zaszyć się na Madagaskarze i nigdy tu nie wracać. Od kilku godzin siedział w gabinecie dyrektora wysłuchując jego monologu o panujących zasadach i elitarności placówki przemieszane z niezwiązanym z niczym bełkotem. W sumie i tak dobrze, że zapamiętał, o czym była mowa. Myślami był już we własnym, cieplutkim łóżku. Tymczasem ta marna imitacja czarodzieja paplała o środkach bezpieczeństwa, które, o ile pamiętał, nawalały. Jeśli w ogóle istniały. A w to chłopak poważnie wątpił. Ale obiecał matce, że postara się nie podpaść w pierwszym tygodniu, więc powstrzymał się od komentarzy i tylko wbił tępe spojrzenie w blat biurka.
- ...i mam nadzieję Arturze, że będziesz się u nas dobrze bawił. Oczywiście w granicach rozsądku. - Dyrektor zakończył swoją przemowę.
Chłopak podniósł wzrok i spojrzał wprost na ten dziw natury. Jakże z utęsknieniem wyczekiwał tej chwili!
- Rozumiem. Czy teraz mógłbym już iść, proszę pana? - odparł z lekko odczuwalną nadzieją w głosie. Miał wrażenie, że belfer próbuje przebić go wzrokiem.
-A tak, idź już. - Rokosz odprawił go machnięciem dłoni.
Wyszedł z gabinetu tego... czegoś zwanego tu dyrektorem, uchylając się przed dziobnięciem Gargulca. Jeśli taki jest szef tego cyrku, to ja się już boję reszty. Dzięki mamo za zmuszenie mnie do nauki tutaj…
Ze złością kopnął stojący w rogu kosz, z którego wypadła... spieniarka do mleka.
- Co do chol... - urwał. Mugolski przedmiot w szkole magii? – Chociaż… matka kazała mi donosić o wszystkich nietypowych rzeczach w szkole. No to niech się zajmie tą durną mugolską spieniarką. - Wrzucił urządzenie do dużej, czarnej torby na ramię, mając w zamiarze oddać ją rodzicielce przy najbliższej okazji, po czym zszedł na dół.
Przystanął i spojrzał na mapę budynku, którą po długich namowach udało mu się wysępić od dziwaka. Że co? Kto to kurna projektował?! Przecież to nie ma sensu. Po kilku minutach bezskutecznego wpatrywania się w papier odwrócił go do góry nogami (No, teraz to ma jakiś sens…) i, z kartką w ręku, poszedł szukać swojego pokoju. Według tego świstka musiał przejść przez główny hol, tam schodami na górę i wzdłuż korytarza.
W holu o mało nie staranował go jakiś rozpędzony wielkolud. Na szczęście udało mu się w porę odskoczyć w tył. Nie żeby go to jakoś zdziwiło, w poprzednich szkołach to była dla niego norma. Doczłapał do schodów i zaczął się wspinać na górę, klnąc w duchu na wysokość tutejszych pięter.
Wreszcie dotarł na właściwe piętro. Teraz już tylko znaleźć pokój i zasnąć. Taak… błogi sen… Odszukał swoje nazwisko na drzwiach w końcu korytarza. Miał tylko nadzieję, że jego współlokator nie będzie chrapał. Jak on miał? Nitka? Linka? A zresztą, kogo to obchodzi... Otworzył drzwi i wszedł do środka. W pomieszczeniu o śnieżnobiałych ścianach i czarnych panelach na podłodze, stały trzy komplety mebli: mahoniowe łóżko z bogato rzeźbionym wezgłowiem, podobnie rzeźbione szafa i biurko. Tego całego Linki tam nie było. Niech to szlag. Matka go zamorduje, miał go pilnować. Wprawdzie, w jego mniemaniu, miało się to sprowadzać tylko do zmuszenia Artura do chodzenia na zajęcia, co nie zmieniało faktu, że nie lubił jak ktoś go budzi wracając do pokoju o trzeciej w nocy, a na to się zapowiadało.
- Zabiję, poćwiartuję, podsmażę w panierce… - mruczał do siebie, rozglądając się za czymś, co mogłoby mu pomóc. W ręce wpadły mu… druty i szydełko. – Zawsze to coś…
Położył druty na biurku i położył na nich dłoń. Tak, jak przypuszczał, Nitka był mocno z nimi związany, co pozwoliło mu dość szybko namierzyć go na skraju lasu razem z dwójką dziewcząt. Był całkiem zadowolony z tej swojej umiejętności. Dzięki za wszystko i niej mógł pilnować tego bałwana, jak chciała matka, nie ruszając się z pokoju.
Wełniarze, tak? To raczej nic niebezpiecznego, no i ma „obstawę”…
Uspokojony tą informacją zerwał połączenie i opadł na łóżko. Wtedy przypomniał sobie, że dzięki późnemu przyjazdowi nie załapał się na kolację. Nie lubił spać na głodnego. Z trudem zwlókł się z łóżka, zerknął na mapę, po czym potoczył się na dół tą samą drogą, którą tu dotarł. W holu skręcił w stronę kolejnych schodów i zwlókł się na dół, starając się zapamiętać drogę.
- O, świecące, radioaktywne kryształy. Suuper… - mruknął, patrząc na zerkające na niego ze ścian zielone światełka – coraz lepiej…
Wreszcie dotarł do okrągłych, drewnianych drzwi, za którymi znajdowała się ziemia obiecana – znaczy kuchnia. Przywołał na twarz uśmiech firmowy numer 6 i wszedł do środka. Krasnale zdały się nie zauważyć, że ktoś wszedł do środka. Rozejrzał się po pomieszczeniu, które zajmowały granitowe blaty, kamienne piece i sterty kociołków w każdym możliwym rozmiarze, kredensy… Jak nie przymierzając za króla Ćwieczka – skwitował w myślach.
- A ty dziecko czego tu szukasz? – zapytała czerwona czapeczka w okolicach jego kolan. Po bliższym przyjrzeniu okazało się, że pod czapeczką jest krasnal. Zniecierpliwiony krasnal.
- Bo widzisz… - odparł przykucnąwszy - …jest taka sprawa. Nie zdążyłem dziś na kolację i kiszki marsza mi grają. Nie znalazłaby się może jakaś kanapka dla mnie? Byłbym bardzo wdzięczny. – Uśmiechnął się przepraszająco.
Krasnal przez chwilę uważnie mu się przyglądał (czemu do cholery wszyscy tu muszą się tak dziwnie gapić?!), po czym odrzekł – zaczekaj tutaj.
Kilka minut później, szczęśliwy jak nigdy, wychodził z kuchni z talerzem kanapek i ciepłą herbatką. Minąwszy korytarz ze światełkami i wchodząc po schodach z powrotem do holu prawie stracił posiłek i zleciał schodami z powrotem na dół, gdy kolejny dwumetrowiec praktycznie go staranował. A zaraz za nim krasnal. Odetchnął głęboko i policzył powoli do dziesięciu. Istny dom wariatów.
Obawiając się lekko o powodzenie misji doniesienia kanapek na górę, zrezygnował z tego i, skręciwszy uprzednio w jeden z korytarzy, rozsiadł się na parapecie, a następnie zaczął pochłaniać jedzenie.
Gdy skończył i rozmyślał czy chce mu się zejść na dół i odnieść naczyń, zobaczył coś, co skutecznie postawiło go na nogi. Nitka i jedna z dziewczyn, z którymi polazł, nieprzytomni, wleczeni przez dwumetrowca w stronę, jak Arturowi się zdawało, skrzydła szpitalnego. Kur*a, nie. No ku*wa, no nie. Matka mnie zamorduje… Ale muszę przyznać, lepiej mu z bąblami. Przypominając sobie w myślach wszystkie znane jego rodzicielce uroki, którymi może go poczęstować, wstał i, na powrót śpiący, powlókł się ponownie w stronę schodów.
Kilka minut później był z powrotem w swoim pokoju. Oczywiście, jak to w tym stanie, po drodze parokrotnie się pomylił i wszedł do pokoju jakichś piskliwych wyjców, zwanych przez resztę społeczeństwa dziewczętami. Nie trudząc się nawet zdjęciem butów uwalił się na łóżku, zawinął w pościel robiąc z siebie swoisty naleśnik i natychmiast zasnął.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kandara » 18 października 2013, 18:47

Mścigniewa bardzo by chciała, aby ostatnie dwadzieścia cztery godziny okazały się koszmarnym snem, z którego mogłaby się obudzić. A potem najzwyczajniej w świecie otworzyć oczy, przemyć twarz i raz na zawsze zapomnieć o wszystkich tych durnych rzeczach, które się jej, tej feralnej soboty, przytrafiły. Pożar, głupie, podchodzące pod molestowanie nieletnich panienek czary Gloddy`ego, Damp w ręczniku... Nie, stój! To by ostatecznie mogło zostać. Ale tylko to, bez tej całej otoczki. Bez kontrolera i bez przerażonych uczennic z młodszej klasy. Nagi żyłka, głupie wełniarze, głupia Vicki! Jakim cudem ta idiotka dostała się do szkoły? Kto ją w ogóle przyjął? No, kto? Takie jak ona powinno się trzymać w białym pokoju bez klamek o miękkich ścianach, a nie wypuszczać w świat, do ludzi, gdzie mogły zrobić krzywdę nie tylko sobie, ale i jak okazało się ostatnio, także i komuś.
Niestety. To nie był sen, lecz rzeczywistość. Zła, zwariowana, gorsza od koszmaru, a dobitny dowód na to, że wszystko, wydarzyło się naprawdę, stanowiła długa, drewniana, owinięta różową taśmą, pałeczka. Różdżka tej wariatki, Walentyny. Jak wielkie trzeba mieć ubytki w mózgu, aby owinąć ją czymś takim? To przecież nie licowało z godnością żadnej czarownicy!
Na szczęście jedno proste zaklęcie wystarczyło, aby pozbyć się tego szkaradztwa. Wiśnia zrobiła to, zaraz po przebudzeniu, które tej niedzieli dopadło ją wyjątkowo wcześnie, bo w okolicach szóstej rano. A skoro się już obudziła, wirujące w głowie dziewczyny wspomnienia dnia wczorajszego nie pozwoliły jej zasnąć. Dlatego pośpiesznie ubrała się w pierwszy lepszy, wygrzebany z szafy zestaw i teraz właśnie, siedząc na skraju łóżka, bawiła się zdobyczą, celując nią po całym pokoju i wypowiadając przy tym w myśli przypadkowe, zupełnie nieszkodliwe formułki. Efekt okazał się o wiele lepszy niż się spodziewała, więc z wrednym uśmiechem wsunęła ją za cholewę prawego glana, a swoją różaną pałeczkę, za pasek spódniczki. Nie do końca wiedziała, po co to robi. Nie potrzebowała nosić przy sobie dwóch różdżek, ale nie była w stanie oprzeć się pokusie.
Kilka godzin później pochłaniała już czekoladowe płatki z mlekiem i po raz kolejny omiatała spojrzeniem salę jadalną. Po niedawnej katastrofie nie został nawet ślad i urocze rybki wraz z syrenkami znowu pływały ponad szklaną kopułą sufitu. Podłogi i ściany wyczyszczono z wodorostów, naprawiono szkody wyrządzone przez ogień, tak, że po zwęgleniach, pęknięciach, nadpaleniach, nie było już nawet śladu. Zupełnie jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Niestety, unosząca się w powietrzu wszechogarniająca atmosfera strachu, wraz z towarzyszącymi jej gorączkowymi szeptami, nie pozwalała zapomnieć ani o tym, ani o innych incydentach z poprzedniego dnia.
Spekulacje na temat tego, czego tajemniczy kontroler może chcieć od jednego z uczniów szóstej klasy, stały się głównym tematem pogadanek rozbrzmiewających w salach, na korytarzach i błoniach. A obok nich szeroką rzeką, a może raczej wrzącą lawą rozlewały się plotki o gołym, nieprzytomnym, niesionym przez Dampa, Żyłce, lewitującej zemdlonej Vicki oraz Wiśni, zamykającej cały ten dziwny pochód. Oczywiście, jak zawsze w podobnych przypadkach w ekspresowym tempie pojawiały się coraz to nowe i coraz bardziej bogate w szczegóły opowieści o tym, co troje uczniów i jeden nauczyciel mieliby robić w lesie. A każda z nich była tak niedorzeczna, że ile razy do uszu Wiśni dobiegł jakiś strzęp rozmowy o tym właśnie, tyle razy nie mogła ona powstrzymać bezczelnego, pobłażliwego uśmiechu cisnącego się na karminowe usta. Poza tym pokątne szepty nie i ukradkowe, nierzadko bojaźliwe, pełne wyrzutu spojrzenia nie obchodziły jej ani trochę.
Fakt, że stała się wrogiem publicznym numer dwa, także dziewczynie nie przeszkadzał. Nie kryła się więc, podczas śniadania nie opuszczała nisko głowy, nie chowała twarzy za zasłoną włosów, a po skończonym posiłku nie wymykała się z jadalni jak złodziej. Przeciwnie. Szła pewnym, zamaszystym krokiem w stronę drzwi, a potem przez szkolne korytarze, kierując się ku skrzydłu szpitalnemu. A za nią, ledwo powłócząc nogami, wlókł się jak zawsze trajkoczący krasnal, ale ona dziś znów nie zwracała na niego żadnej uwagi. Po kilku minutach dotarła wreszcie do podwójnych drzwi, za którymi rozpościerało się królestwo panny Triss. Pchnęła je leciutko i znalazła się oko w oko z niską, pulchną, ubraną w długą brązową suknie i staroświecki fartuch pielęgniarski, najprawdopodobniej kończąca poranny obchód, czarownicą.
- Dzień dobry. - Wiśnia naprawdę starała się być miła i jak na razie całkiem nieźle jej to wychodziło. - Ja do Żyłki, znaczy się Jeziornego z szóstej klasy - dokończyła uśmiechając się słodko, ale pielęgniarka na nią nie patrzyła. Bladoniebieskie oczy wpatrywały się w podłogę, albo raczej w jakiś punkt, mniej-więcej metr nad nią. Mścigniewa podążyła za jej przykładem i ujrzała zdyszanego, czerwonego z wysiłku i teatralnie trzymającego się za serce Jagodka.
- Czy panienka musi tak biegać? Miałaby panienka trochę litości dla biednego, niewyspanego krasnala, bo nie wiem czy panienka wie, że nie mogłem zasnąć całą noc? Tak bardzo się tym wszystkim martwiłem! I teraz nie mam po prostu siły, żeby tak biegać... - urwał, bo jednocześnie poczuł na sobie współczujący wzrok Triss i sztyletujące spojrzenie Mścigniewy.
- Oj, przepraszam panią bardzo, jeśli zachowałem się nieodpowiednio. - Ukłonił się nisko w stronę pielęgniarki. - Ja tu tylko z panienką jestem, no wie pani, mam na nią uważać. Znaczy się, pani nie wie, bo skąd? - wyrzucał z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, a Wiśnia odczuwała coraz większą ochotę, aby zatkać mu usta, tym bardziej, że na ustawionych w dłuż ścian łóżkach leżało jeszcze całkiem sporo ofiar wczorajszego podpalenia. Niektórzy z nich lekko unieśli się na łokciach, aby móc zobaczyć, co dzieje się przy drzwiach.
- A może chciałbyś coś na wzmocnienie? - Triss nadal wpatrywała się w krasnala.
- On nie potrzebuje. - Wiśnia jakby zupełnie zapomniała o swoim postanowieniu i jej głos brzmiał wyjątkowo ostro. Pielęgniarka uniosła głowę.
- Chyba panienka nie jest dla niego zbyt miła. I czemu jeszcze tu stoisz? Chciałaś odwiedzić Żyłkę, więc wejdź, śmiało. - Ton głosu kobiety brzmiał uprzejmie. - Tylko proszę go za bardzo nie męczyć i nie siedzieć zbyt długo.
- Och... Oczywiście, dziękuję pani - rzuciła Wiśnia, wkraczając głębiej do sali szpitalnej. Na szczęście łóżko Żyłki znajdowało się tylko kilka metrów dalej. Obudzony i pozbawiony już bąbli chłopak opierał się o poduszki i spoglądał w przestrzeń, nie do końca jeszcze przytomnym wzrokiem, chociaż, jak zauważyła Wiśnia, to akurat było dla niego normalne.
- Cześć! - zawołała przyciągając sobie jakieś krzesło i siadając na nim z nogą założoną na nogę. - Jak się czujesz? - Przyjście tutaj było impulsem. Zupełnie tego nie planowała, nie myślała o tym. Ot, tak po prostu nogi same ją zaprowadziły, a skoro już zaprowadziły, to mogła spróbować z nim porozmawiać. Tym bardziej, że jak do tej pory, po mimo pewnych dziwactw, chłopak wydawał się jej o wiele lepszym towarzystwem niż współlokatorki. On przynajmniej nie piszczał na widok pająka.
- Cześć Wiśnia. Chyba dobrze, dzięki.
- Aaaa, to świetnie. Wiesz wczoraj, jak byłeś nieprzytomny, Damp ogłosił skład tej całej turniejowej drużyny i zdaje się, że wylądowaliśmy tam razem z Vicki i jeszcze dwójką innych tak zwanych szczęśliwców. Dziwne, że jest tylko jeden siódmoklasista. Niestety jakoś nie zapamiętałam nazwiska. - Uśmiechnęła się lekko. - Ale nieważne. - machnęła ręką. - Wczoraj, wieczorem, parę osób widziało nasz powrót i teraz w szkole wrze od durnowatych plotek. Chociaż w sumie, to niektóre są nawet zabawne. Wyobraź sobie, że Mariola, no wiesz ta taka mała blondynka z naszej klasy, mówi, że odprawialiśmy tam jakieś pogańskie rytuały...
Rozmawiali o tym jeszcze przez chwilę. To znaczy, Wiśnia przetaczała chłopakowi zasłyszane dziś plotki, a on od czasu do czasu rzucał jakimś lakonicznym, neutralnym komentarzem, ale mimo to rozmowa nie rwała się, ani wydawała sztywną. Przeciwnie, była całkiem przyjemna i taka naturalna. Tym bardziej, że o czym innym mieli rozmawiać? Zwłaszcza, że Wiśnia nie chciała, jak na razie, poruszać tematu Gloddy`ego. Nie znała jeszcze Żyłki na tyle, aby wiedzieć, jaki jest jego stosunek do tego wszystkiego, a że czuła do niego swoistą sympatię, nie miała zamiaru sprawiać mu przykrości.
* O ile jednak rozmowa z Żyłką zdołała nieco poprawić humor Wiśni, o tyle to, co stało się potem sprawiło, że poczuła iście dziką satysfakcję. Tak się złożyło, że opuszczając skrzydło szpitalne, natknęła się na zmierzającą w przeciwnym kierunku Vicki. Najpierw zmierzyły się wzajemnie wyzywającym spojrzeniem, a potem panna Matejko zatrzymała się nagle, blokując swoją osobą wąski korytarz, łączący skrzydło szpitalne z resztą budowli.
- Oddawaj moją różdżkę, złodziejko, bo pożałujesz, zobaczysz! - wycedziła, wpatrując się prosto w twarz Wiśni.
- Panienko... - Biegnący za Wiśnią krasnal usiłował się wtrącić, ale tym razem obie czarownice zignorowały go. On zaś cofnął się o parę kroków, kiedy rozpoznał w drugiej dziewczynie osobę, która dzień wcześniej ośmieliła się go szczypać po policzku. Otrzepał się na samo wspomnienie. Przywykł do różnych rzeczy, do gróźb, ciskania w niego rozmaitymi przedmiotami i zaklęciami, ale szczypanie w policzki głęboko naruszało jego godność osobistą. Nigdy, przenigdy nie czuł się tak upokorzony.
- Ale jaką twoją? - zdziwiła się przesadnie Wiśnia. - Nie mam żadnej twojej różdżki, kochanie. - Sięgnęła ku cholewce prawego buta i szybkim ruchem wyciągnęła magiczną pałeczkę. - Jeśli mówisz o tej, to wiedz, że jest moja - uśmiechnęła się wrednie, przetaczając ją między palcami - słucha mnie doskonale, chciałabyś się o tym przekonać?
- Ty, ty... - Vicki wyglądała na zdenerwowaną i oburzoną, a naburmuszony wyraz jej twarzy sprawiał Wiśni niemałą przyjemność. To cudowne uczucie, mieć przed sobą tę zarozumiałą pannicę i móc tak zabawiać się jej kosztem i to po raz kolejny w ciągu ostatnich kilkunastu godzin. - Oddawaj mi to! - Teatralny przesadny krzyk Walentyny wypełnił korytarz. Na szczęście były tu same, równie daleko od głównego budynku, jak i od skrzydła szpitalnego. I istniała możliwość, że właśnie tak pozostanie - Zło...
- Ach! Zamknij się, głupia! - Wiśnia pozornie niedbałym ruchem machnęła różdżką, a Vicki umilkła w pół słowa, chociaż ciągle poruszała ustami i wymachiwała dłońmi. - Och! Mówiłaś coś skarbie? Wybacz, nie słyszałam, musisz mówić głośniej, ale nie coś tam sobie mruczeć pod nosem. Chociaż jeśli mam być szczera, tak jest nawet lepiej.
To stało się momentalnie. W jednej chwili szokowana i dotknięta do żywego Vicki rzuciła się z impetem na Wiśnię, tak, że prawie zwaliła ją z nóg swoim ciężarem. Różdżka, będąca przedmiotem sporu, upadła na podłogę, odbiła się i potoczyła gdzieś dalej, kiedy Mścigniewa zaciskała palce wokół ramion Walentyny, podczas gdy tamta zrobiła dokładnie to samo. Trwając w uścisku popychały się przez jakiś czas. W końcu Wiśnia kopnęła Vicki w boleśnie w kostkę. Nie na tyle mocno, żeby złamać, ale wystarczająco mocno, aby ofiara pozieleniała na twarzy, a jej oczy zaszły łzami. Usta otworzyły się w niemym okrzyku bólu. Zaklęcie Mścigniewy wciąż trzymało mocno, ale chwyt Walentyny rozluźnił się. Wiśnia zaś korzystając z okazji, kazała Jagodkowi podnieść wciąż leżącą na podłodze różdżkę, po czym minęła zapłakaną, przytrzymującą się ściany Vicki i puściła się biegiem.
* - Nie mogę uwierzyć, że panienka to zrobiła, mimo wszystko, nie mogę, nie mieści mi się to w głowie! - Jagodek był zszokowany i zaniepokojony jak nigdy przedtem. Chodził w te i we w tę po pustym pokoju dziewcząt i zawzięcie wymachiwał rękami, to załamując je, to przeczesując nimi łysą główkę. - Nie, to jest... To jest naprawdę... Dlaczego? Dlaczego panienka to zrobiła? Jak? Po co?
- Byłeś tam, widziałeś, to ona się na mnie rzuciła! Co, miałam jej pozwolić mnie pobić? Niedoczekanie. To była obrona własna do jasnej cholery. - Siedziała okrakiem na jednym z krzeseł, obejmując oparcie dłońmi i przyglądając się krasnalowi spod lekko zmrożonych powiek. Chociaż nie okazywała tego, wszystko w jej wnętrzu śpiewało i śmiało się głośno.
- Obrona własna, obrona własna... Panienka odebrała jej głos! I jeszcze ta różdżka, powinna ją panienka oddać. Powinna... - Zawrócił, zatrzymał się w pół kroku i znów zaczął krążyć. - Szef nie będzie zadowolony, tym razem naprawdę, no, czemu? Czemu? Czemu?
- Oj... Przestań wreszcie, uspokój się! Ta jej pałeczka jest już moja. Dziwne, żebym oddała jej własną różdżkę, zresztą, co ty jej tak bronisz? Myślałam, że jej nie lubisz.
- Bo nie lubię, ale czy panienka zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje? Czy panienka wie, że może za to wylecieć ze szkoły? Czy panienka zdaje sobie sprawę...
Ktoś gwałtownie otworzył drzwi i do pokoju wpadła podenerwowana Tatiana. Krasnal natychmiast umilkł, a Wiśnia obejrzała się przez ramię.
- Vicki mówi, że ją pobiłaś i ukradłaś jej różdżkę - wypaliła zamykając za sobą drzwi. - A ja myślałam, że jesteś lepsza, po tym, co stało się wczoraj. - Odetchnęła głębiej.
- A czy Vicki powiedziała ci, że to ona zaczęła? - Wiśnia wykorzystała pauzę, aby wejść koleżance w słowo.
- No, ale...
- Niczego nie ukradłam. Znaczy może, poza tym pączkiem, kiedyś dawno temu, ale tym razem ja ją tylko rozbroiłam. Nie moja wina, że byłam szybsza. I nie moja wina, że jej różdżka najwidoczniej uznała mnie za właścicielkę. A i nie pobiłabym dziś Vicki, gdyby się na mnie nie rzuciła.
- Uciszyłaś ją zaklęciem! - Gniew i oburzenie nie ustępowały. Tatiana znalazła niemą i zapłakaną Vicki, ledwie chwilę temu, gdy szła do skrzydła szpitalnego, aby odwiedzić Marcelinę. Za pomocą finite incantatem udało się jej zdjąć zaklęcie kneblujące Walentynę. Po czym została zmuszona do wysłuchania bardzo chaotycznej i niemal równie dramatycznej opowieści o złej Wiśni.
- Och naprawdę? I co z tego? To nie groźne. Chciałam tylko, żeby się zamknęła. - Westchnęła cicho - W sumie to mam na tyle dobry humor, że mogę ci wszystko wyjaśnić, o ile usiądziesz. - Wskazała jej puste krzesło, tuż obok swojego.
Tatiana jeszcze przez parę sekund walczyła ze sobą, a następnie kiwnęła głową i przystając na propozycję Wiśni, usiała na wskazanym meblu.
- No i od razu lepiej, a to wszystko było tak...
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Kanterial » 19 października 2013, 01:40

Dobra, poddaję się z tymi szkołami. Nigdy nie mogę się zmieścić jak chcę o wszystkim pisać, nie starczyło mi miejsca i czasu -.- jeśli bardzo Wam się nie chce to wrzucę później sam opis szkół, chyba, że ktoś to na siebie weźmie w swoim wpisie. Strasznie miałam namieszane z tym, kto ma brać udział w turnieju, i jeszcze czas się trochę nie zgadzał, mam więc nadzieję, że wyjaśniłam wszystko w miarę... czytelnie. Macie wszyscy praktycznie miejsce w turnieju, więc każdy może opisać pierwsze spotkanie grupy czy coś w ten deser. Nie wiem jak sobie to wyobrażacie - ile ma turniej trwać, ale fajnie byłoby żeby Alpen się jeszcze podczas niego dopisała :D

Zehel - było późno i nie miałam jak Cię złapać przed wrzuceniem :bag: wybaczysz? Mam nadzieję, że Artur wypadł w miarę...

***

To było silniejsze od Rusta. Cała jego niechęć, całe zmęczenie tą sytuacją narastało i nawarstwiało się, ciążąc mu na sercu i myślach. Siedział, gapiąc się w przestrzeń i bolał nad tym, jak dalece jest nieszczęśliwy, jak mu się nic nie układa po myśli, wreszcie, jak go nieziemsko złoszczą te durne, obrzydliwe bachory, ci zasrani, wymądrzający się profesorkowie, ten irytujący Dźwiedź, słuchający jego myśli, ta popieprzona, nieokreślonej płci dyrektorka i ten pojebany (AGHR!) Gloddy, który mu zabrał różdżkę! Wszystko, dosłownie wszystko wyprowadzało go z równowagi, nie mógł znieść świadomości, że dał sobą tak... Tak sterować, tak pomiatać! Z tej złości Damp nawrzeszczał parokrotnie na Jeziornego, zanim zakończył trening, tylko dlatego, że chłopak nie potrafił wykonać nabiegu i skoku, nie lądując ze stopą na linii.
- Rust. Co z tobą? - spytała łagodnie, szturchnąwszy go w biceps. Ruda martwiła się o niego i czuł to, gdy usiadła obok. Momentalnie zrobiło mu się chłodno w dłonie. Pozostawało tylko udawać, że jej obecność nie jest kolejnym, doprowadzającym go do pasji momentem tego dnia. Później i tak musiał wyjść i ogłosić kandydatów. Zdecydował się na Wiśniowiecką (która nie była w stanie słowa wykrztusić poprzedniej nocy, gdy dał jej szansę zrezygnowania), Jeziornego (bo drużyna, nawet najlepsza, potrzebuje mieć w swym składzie choć jednego cichego, stoickiego członka, by funkcjonować jak należy, a Rości nadawał się do tej roli idealnie - przypominał Dampowi środkowego z Minnesoty, Jimmy'ego-Wiecznie-Na-Dropsach-Grimm'a, z którym świetnie mu się grało)... No właśnie. Tylko oni byli pewniakami. Damp uznał też, że zgłosi dwóch chętnych z siódmych klas (przynajmniej nie będzie musiał się z nimi użerać, jeśli będą mieć problemy!) i myślał teraz nad ostatnią osobą... Może ta irytująca, puchata dziewczyna, która tak go wkurzała? Jej nieuzasadniona pewność siebie i ten przygłupi sposób upewniania się, że została już wybrana, naprawdę wywoływał w nim głębsze pokłady złośliwości. A niech idzie! Niech ją coś... Nie, nie poradzi sobie. Coś jej się stanie. Jak miał jej pozwolić, skoro wiedział, że sobie nie poradzi? No właśnie! Jeszcze by go ruszyło sumienie! Damp zachichotał jak debil.
- Nawet o tym nie myśl! - burknął Dźwiedź.
Damp wrócił na salę nieświadomie, a Ruda szła z nim, widocznie próbując go pocieszyć. I wyszło tak, że zamiast zagrywać (co pomagało mu myśleć) Rust nadal z nią gadał, czekając, aż go wreszcie zostawi samego. Nie wychodziła jednak przed kolejne pół godziny, oparta o framugę drzwi. Damp zacisnął pięści i kiedy tak widział oczami wyobraźni, jak mógłby się zachować zważywszy na to, że był z nią sam na sam, zrobiło mu się zimno. Zdecydowanie należało szybko przed Rudą uciec. Jeszcze chwila i dałby się ponieść własnym żądzom i egoizmowi. Niestety Hermenegilda Karcz tego nie dostrzegła i popełniła fatalny błąd, ruszając w jego kierunku. Damp zadziałał instynktownie - długo czekał na okazję, aż się wreszcie trafiła.
Tak naprawdę zorientował się co robi dopiero w chwili, gdy zamarł, rozluźniając uścisk na potylicy kobiety, jakieś pięć minut później, a zrobił to tylko dlatego, że usłyszał na korytarzu czyjeś kroki. Napiął mięśnie, unosząc łopatki... I poczuł na sobie wzrok. A zaraz potem jakaś chuda, koścista dłoń sięgnęła mu obok brzucha, prawie dotykając nóg Rudej, chwyciła za różdżkę, której Damp nawet nie zauważył, i cofnęła się, a powietrze przeciął głos Jeziornego. Damp nie wiedział, co usłyszał, w jakie słowa uformował się ten komunikat. Wiedział tylko, że zabije Żyłkę i zrobi to teraz, zaraz, swoimi własnymi rękami, zadając przy tym tyle bólu, by nie dało się tego opisać, i Rości będzie wił się pod nim, błagając o litość, której nie zazna. Ruda coś do Dampa szeptała, gdy wpadał w szał. Może raczej próbowała wyszeptać, bo zaciskał dłoń na jej gardle.
- Zabiję, kurwa, zabiję jak psa! - krzyknął, puszczając ją. Zaklął, rozpoczynając walkę z oplatającymi go łydkami, gdy próbowała go powstrzymać.
- Nie możesz!
- Właśnie że mogę, zabieraj ze mnie te - urwał, zaciskając zęby i popatrzył na nią dziko. - Dobra - syknął, gwałtownym ruchem prawie zrzucając kobietę na ziemię. W zamian za to otrzymał cios w twarz i próbę siły Rudej, gdy zaczęła dusić go udami.
Kilkanaście minut później siedzieli pod ścianą, Damp z twarzą zakrytą dłońmi, a Ruda obejmując się za kolana, i wyglądali oboje jak przysłowiowe siedem nieszczęść. Powtarzali ten sam dialog od kiedy obojgu odechciało się wymieniać obelgi i walczyć.
- Ale miałeś spodnie - szepnęła po raz dziesiąty.
- Tak, kurwa - przyznał stłumionym głosem. Myśl, że przerwano mu w takim momencie, nadal wyprowadzała go z równowagi.
- Ten Rości to porządny chłopak - powtórzyła.
- Tak, zajebię go - przypomniał.
- Rust...
- Czego.
- Co teraz?
- Nic - warczał przez zęby.
- Musisz ogłosić reprezentantów. - Zabrzmiało to co najmniej upominająco i Damp znów poczuł irracjonalną chęć przypomnienia Rudej o tym, że jako kobieta nie ma prawa próbować dominować nad nim w żaden sposób.
- I przez ciebie o tym zapomniałem! Już jestem spóźniony! Na dodatek nie wiem, kogo powinienem... - I nigdy nie dokończył tego zdania, bo do kantorku znów ktoś wpadł. Tym razem był to jakiś mały, fioletowy krasnoludek, ale to Dampa zupełnie nie obchodziło i zapewne rzuciłby się, by go zatłuc (JEDYNA OKAZJA, JAKA MU SIĘ TRAFIŁA, I AKURAT DZIŚ WSZYSCY MUSIELI TU PRZYŁAZIĆ, DO JASNEJ CHOLERY), gdyby nie to, że zahaczył hawajkami o listwę przy podłodze. Szarpnął się, zaklął i zajął wyrywaniem materiału spomiędzy desek, a nieświadomy tego, jak niewiele dzieliło go od niechybnej śmierci, krasnal podzielił się z nimi informacjami tak szokującymi, że cała złość, gniew i chęć zabicia Jeziornego przeszły Dampowi na kilka godzin, zastąpione złością, gniewem i chęcią zabicia całej trójki szesnastolatków. Szybko zabrał Rudej różdżkę, bo własnej oczywiście jeszcze nie odzyskał.

- A ty jesteś od Wiśniowieckiej, co? Wspominała o tobie - syknął, gdy biegli na błonia.
- Jagódek - przypomniał krasnal, zdyszany - trzymam pieczę nad panienką Wiśniowiecką, ale to trudniejsze, niż sądziłem...
Widok nie tyle przeraził Rusta, co doprowadził go do skrajnej wściekłości. Nie do końca wiedział, co mówi, gdy wymieniał informacje z Wiśniowiecką, próbując opędzić się od chęci przyduszenia jej do ziemi. Co za bezmózgi! Co za pojebane dzieciaki bez krzty instynktu samozachowawczego! Jeziorny leżał nieprzytomny, nagi, poharatany cały jakimś paskudztwem, z którego sączyła się drażniąca skórę ciecz, Wiśniowiecka (niech ją szlag, dlaczego ZAWSZE ona?!) próbowała zachować twarz, chyba sama zła na siebie, że Dampa wezwała, i jeszcze ta durna, zasrana Matejko, też na ziemi, tak żałosna, tak... DLACZEGO ONA TEŻ BYŁA NIEPRZYTOMNA?!
- Jak chcecie się pojedynkować to ja wam to załatwię, ale to będzie bolało, Wiśniowiecka, ja o to zadbam - obiecał dziewczynie zupełnie szczerze, przełączywszy się na tryb zimnej kalkulacji. Stłumił w sobie emocje i teraz planował tylko - jak wszystko rozwiązać, jak załatwić im jak najmniejsze konsekwencje w szkole, co zrobić z Jeziornym i dziewczyną, jak wytłumaczyć uczniów przed dyrekcją... Odsłonił zęby w mimowolnym grymasie, próbując podnieść Jeziornego tak, by go nie uszkodzić. - Bierz ją i idziemy! - warknął na Wiśniowiecką, ale skończyło się tak, że sam musiał utrzymywać Matejko w powietrzu, skupiając się na panowaniu nad różdżką, która do niego nie należała.
- Ja wiem co z wami zrobię Wiśniowiecka. Weźmiecie udział w turnieju, cała trójka.
To zdecydowanie była decyzja niesłuszna, podyktowana złością Rusta, jego nerwami, żalem do świata i obudzoną dziś na nowo, potężną złośliwością. Skończył się etap starań, Damp nie miał zamiaru dłużej ograniczać swoich wrednych zapędów. I choć przed samym sobą musiał przyznać, że martwi się o nieletnich, wiedział, że od dzisiejszego dnia ich życie będzie wyglądało zupełnie inaczej. Przynajmniej, jeśli chodziło o niego.
- Pierdolić gówniarzy! Koniec z taryfą ulgową, rozumiesz, obesrany futrzaku?! Nie będziesz mi dłużej mówił, jacy to oni są ważni! Sam sobie o nich dbaj!
- Damp... - Dźwiedź po raz pierwszy nie zripostował od razu. - Pogadamy, jak się uspokoisz. Wiem, że teraz myślisz tylko... tamtym - burknął po kilku minutach, gdy już Damp oddał uczniów w ręce Triss i biegł po krętych schodach, spóźniony na kolację, po której miał ogłosić pełny skład drużyny Ślęży na turniej.
- OOCH, ZAMKNIJ SIĘ! - Rust wyrzucił z głowy wspomnienie o swojej straconej szansie. - Jeziorny jeszcze pożałuje! Niech no go tylko wywlekę z tego Skrzydła Szpitalnego, zobaczysz!

Wpadł na salę i zastał tam bardzo wytrwałych uczniów, nauczycieli oraz zniecierpliwionego dyrektora, stukającego pomalowanym paznokciem w "ambonę". Wszyscy, którzy chcieli dowiedzieć się o wybranych, zmuszeni byli zostać po kolacji i czekali cały ten czas. Damp zmrużył oczy i w dość lakoniczny sposób wytłumaczył się z nieobecności, po czym krótko stwierdził, że:
- Na turnieju wystąpią Żyłka Rościsław Jeziorny...
- Jesteś pewny? On się ruszać nie może!
- Triss obiecała, że dojdzie do siebie już w poniedziałek. Jeszcze jutro się upewnię.
- Mścigniewa Wiśniowiecka...
- Dobry wybór!
- Wiem.
- Vicky Walentyna Matejko...
- ZROBIŁEŚ TO DAMP. ONA ZGINIE.
- Niech tak będzie i niech mnie więcej nie nagabuje! Przyjdzie z płaczem i zrobi z siebie pośmiewisko, bardzo dobrze, mam w dupie, czy wygrają.
- Kebede Gebre...
- Siódma klasa? Ten wysportowany, czarnoskóry?
- Wszyscy mi go polecili. Gadałem z Sędziwojem, tym od zaklęć. A teraz jeszcze kujon z tego rocznika, najmądrzejszy podobno w szkole...
- I Adam Wolt - zakończył.
- Wolta nie ma, odebrany ze szkoły dziś rano. Rodzice nie wyrazili zgody na dalszą naukę ze względu na niebezpieczeństwo ze strony Gloddy'ego - poinformowała go dyrektorka. Damp zesztywniał. Nie miał pomysłu, naprawdę, nie miał pomysłu... Bo niby kto był następny w kolejce? Przydałby się jakiś starszy, a ze zgłoszonych nadawali się tylko tamci, reszty Damp nawet nie zapamiętał, po spytaniu nauczycieli o ich opinie. I co teraz?
- No dobrze, Panie Damp, ostatni szczęściarz dowie się nieco później o swojej nominacji - zadecydował ni to męski, ni to damski głos. Rust przesunął palcami po przedramieniu, myśląc, ale nic już nie dodał. Należało wyjść i odespać ten cholernie przykry dzień, zanim ludzie zaczną podważać jego decyzje, dotyczące składu na turniej. Cóż, tą "Matejko" naprawdę wszystkich zadziwił...
- Zabij mnie, proszę - mruknął do Dźwiedzia, namierzywszy Rudą wzrokiem. Podszedł i bez słowa wręczył jej różdżkę, nawet nie dziękując; po prostu patrzył z góry na kobietę, a ona unikała jego wzroku. Termopilski doskoczył do nich po chwili.
- Co cię tak urządziło? - zaciekawił się, patrząc na świeży siniak, który (ku przerażeniu Dampa) zdążył pojawić się na karku Hermenegildy, tam, gdzie Rust zacisnął dziś palce. - I tobie - dodał, zerkając też na rozbity łuk brwiowy siatkarza (swoją drogą, nieźle mu przywaliła tym pierścionkiem, choć chyba nieumyślnie). Jak na komendę Damp z Rudą zmrozili Fabiana wzrokiem, więc ten uniósł dłonie i wycofał się, nieco obruszony.


- Jak to, pobiła - warknął gniewnie na tę małą kluskę. Mógłby przysiąc, że dziś wydawała się brzydsza niż wczoraj. Albo Damp miał przewidzenia, co było bardzo możliwe. Nie, jednak wyglądała tak samo. Teraz obserwował dziewczynę i bardziej skupiał się na jej pełnych ustach i całkiem przyjemnie wyglądających liniach kości policzkowych, niż na tym, co starała mu się przekazać. Vicky... Może jednak powinien zacząć nazywać ją panną Kluską? Była na swój sposób urocza, dopóki nie odzywała się, nic nie robiła i nie próbowała zabłysnąć pomimo swojej mierności - i jeśli szło o zdolności, i o bystrość. Przynajmniej tak ją Damp odbierał. Czasem przyciągała wzrok, ale była regularnie głupia.
- Czekaj, chcesz powiedzieć, że rzuciła się na ciebie? A twoją różdżkę ma od wczoraj? - zaciekawił się.
- Tak! Jest agresywna, to złodziejka!
- A co wy robiliście wczoraj tak późno, sami, na dworze? - Rust miał gdzieś odpowiedź, ale nie mógł powstrzymać się przed tym pytaniem. - I jak to się stało, że zabrała ci różdżkę?
- Widocznie straciłam przytomność gdy ratowałam mojego Żyłkę, a ona skorzystała z okazji i okradła mnie, zamiast nam pomóc! To wszystko jej wina, namówiła nas... - skarżyła się, coraz bardziej zdenerwowana.
- Wiesz, jak to jest z różdżkami, lubią zmieniać właścicieli. Ale jeśli nie masz dowodów, to co ja mogę? - Wzruszył ramionami, udając zasmuconego. Przejęcie wypłynęło na jego twarz w kontrolowany sposób, gasząc krzywy, pełen złośliwej satysfakcji uśmiech, zanim jeszcze Damp oddał się wyśmiewaniu dziewczyny w myślach.
- Ty głupia, głupia smarkulo, jeszcze pobić się dałaś, choć Wiśniowieckiej jest dwa razy mniej od ciebie! HA! Coraz bardziej mi się ta Wiśnia podoba! Dźwiedziu, co ty na to? Poszturchały się! Yhyhyhyhhyyyh, dziewczynki - myślał, spod uniesionych lekko brwi spoglądając na Kluskę ze współczuciem.
- Damp, przeginasz. To nie jest wina wszystkich, że nie zdołałeś kogoś przelecieć! - Dźwiedź prawie obraził go tym stwierdzeniem.
- Mój tata Ambasador - zaczęła zbulwersowana, gdy obracał się już, gotowy do pójścia dalej.
- Moja niezaspokojona potrzeba wyżycia się na kimś - zanucił cicho, drapiąc się po zaroście.
- I co ja mam teraz zrobić?!
- Nową sobie załatw! Ja właśnie zamówiłem - odparł przez ramię, po czym zniknął za drzwiami na salę Skrzydła. Triss podbiegła do niego (za szybka to ona nie była) falując połami kitla i sprawiając, że Damp poczuł znaną sobie aurę "maminej troski" jaką roztaczała. Zbył ją, aż nazbyt dosadnie oczarowując (naprawdę przesadził, bo gdy skończył słodzić, Triss uśmiechała się do siebie, zaczerwieniona, i kręciła drewnianym chodakiem po panelach, w widocznym zmieszaniu i zawstydzeniu).
- Ach, witam wiiiiitam - chyba wszystkie górne zęby Rusta błysnęły odbitym światłem, gdy zwrócił się ku jednemu z pacjentów - co powiesz, Jeziorny? No? A co to za mina? Hę? Noo, mi możesz powieedzieć... - Głos Dampa aż ociekał ciepłem i miłością. Rości podciągnął kołdrę jak na filmach, zasłaniając się przed całymi dwoma metrami życzliwości Dampa.
- Słuchaj, ja wiem, że ty wiesz - szepnął Rust tak mściwie, że Rości aż drgnął. - I tylko udajesz takiego nieogarniętego, wiecznie przyćpanego p... Słuchaj Jeziorny, ty mi tak spierdoliłeś plany, że to się w głowie nie mieści, masz teraz wielki problem, już ja się postaram, możesz być pewny. Będziesz cierpiał - urwał, przesuwając językiem po zębach. - I tylko spróbuj mi jakoś podpaść do końca semestru...
- Czy to prawda, że wczoraj - zaczęła jakaś dziewczyna w rogu sali, ale Rust zgasił ją na odległość swoim lodowatym wzrokiem.
- Później - zagrzmiał złowieszczo. - Dziewczynko.
- Wiśnia wspomniała, że zostałem wybrany na reprezentanta - wydobyło się zza pościeli. Rust milczał, zaciskając palce na karcie pacjenta, przypiętej do ramy łóżka. - Dziękuję, że mogę być w drużynie.
Damp patrzył na złote loki, wystające zza materiałowej ściany.
- Myślisz że cię nie widać, Jeziorny - rzekł zmęczonym głosem.
- Nie - kołdra powędrowała jeszcze wyżej, i teraz Damp widział tylko palce Rościego, trzymające ją za końce - patrzę, co mam na brzuchu. To chyba...
- To chyba mnie nie obchodzi - zauważył Damp, walcząc z narastającą złością. Miał ochotę złapać ze te dwa rogi pościeli, docisnąć Żyłce głowę do materaca i go udusić. - Triss!
Kobieta przydreptała, zatroskana i wyraźnie zaniepokojona tym, że Rości siedzi schowany pod kołdrą.
- Co się dzieje? - spytała szybko.
- Nic, Jeziorny się zorientował że ma włosy na brzuchu - mruknął Damp lekceważąco - chciałem się dowiedzieć, czy on będzie m...
- Ale ja tego wcześniej nie miałem - oznajmił głos spod kołdry.
- Też kiedyś nie miałem - jęknął Rust - i bardzo nam przykro, Rości, że jesteś mężczyzną, a teraz przymknij się!
- Ale...
- Shhhh, no tears, just dreams. No więc Triss - Damp ponownie zwrócił się do pielęgniarki. - Czy Jeziorny może brać udział w tym turnieju? Do poniedziałku będzie git, tak?
- Oczywiście - zgodziła się. - Choć istnieje możliwość, tak, może, jedna szansa na milion, że krew Jeziornego zareaguje mocno z jadem rośliny i jego ciało zacznie wariować. To się praktycznie nie zdarza, opisano może jeden przypadek - podobno poszkodowany zauważył w okolicach pępka jakieś zielone pnącze i okazało się, że to zmutowana forma Pokrzywniaka... Następnego dnia miał już listki...
Damp przez minutę jeszcze patrzył w milczeniu na kołdrę i choć świadomość, że na brzuchu Rościego właśnie wyrosła jakaś roślina, dość powoli przesączała się do jego umysłu, nadal nie mógł w to uwierzyć. Odprawiono go z kwitkiem. Młody miał spędzić u Triss jeszcze co najmniej pięć dni, a później "nie forsować się za bardzo" co w praktyce oznaczało, że Rustowi wykruszył się kolejny zawodnik. Co za chora sytuacja... Jak na złość, akurat gdy Damp przechodził jakimś korytarzem, tuż obok niego czmychnął Akysz - zwalając na ziemię zabytkową wazę i powodując zniszczenia ozdobnych kafli. Rust nie zdołał trafić go najkiem, więc zaklął tylko, spoglądając na rozbite naczynie.

- Dobra, rozumiem, sprawdzę, który to. - Damp z pobłażaniem wysłuchał pogadanki dyrektora o nowym uczniu, podobno dość trudnym, który dołączył do grona szesnastolatków w Ślęży. Rust zapamiętał co piątą informację, włącznie z tym, że Artur (bo tak miał na imię) został już wyrzucony z wielu innych szkół. Cóż, należało szybko zorientować się, który to gówniarz, najlepiej zanim zacznie sobie brykać. Dzisiejszy humor Dampa był tak podły, że nic dosłownie nie było w stanie powstrzymać go przed gnębieniem dzieciaków, jeśli nadarzy się okazja.
- To jak w końcu z tym turniejem? - huknęła dyrektorka. Siatkarz zachmurzył się, przywołując w pamięci scenę ze Skrzydła Szpitalnego.
- Jeziorny mi odpadł... Jest chory - wyjaśnił zdawkowo. - Nie, nic poważnego. Nie. Nie, to tylko plotki. My, rytualne uboje magicznych zwierząt na błoniach? Ja? Nie, ja nie biegałem z maczetą. Nie, to bzdura. Nonsens. Proszę nie wierzyć w te plotki.
Wyszedł wreszcie, znudzony już słuchaniem domysłów szkoły na temat tego, co wydarzyło się w nocy. Na korytarzu zaś spotkał Bię, na którą ostatnio natykał się co rusz. Właściwie wielu nauczycieli o niej wspominało - podobno była bardzo pilną uczennicą.
- Jedyna mądra, jedyna staranna - powiedział Goździk jeszcze wczoraj. Może należało przemyśleć zastąpienie stanowiska "kujona" własnie tą dziewczyną? Shin Bia mogła się do tego nadawać.
- Hej, poczekaj chwilę - zagadnął ją. - Zgłosiłaś się na turniej, prawda?
- Owszem. - Kiwnęła głową, włosy upięte w wysoki kok zafalowały lekko, gdy się prostowała. Rust bardzo oszczędnie wytłumaczył jej sytuację, jaka panuje, po czym spytał o oceny ze wszystkich przedmiotów z poprzednich lat, osiągnięcia, jakieś mocne strony i tym podobne głupoty. Naprawdę potrzebował w grupie typowego taktyka, kogoś od myślenia - była już władcza Wiśnia od działania, mierna Kluska, której zawsze można było użyć jako przynęty lub wysłać na pierwszy ogień (tak, Damp zdecydowanie podwyższył od wczoraj swój próg niewrażliwości na cierpienie uczniów), sprawny Kebede, do zadań wymagających siły...
- Z radością wezmę udział - oznajmiła, a Rust odetchnął. Jeszcze tylko jedna osoba. Ktoś za Jeziornego, ktoś... Może niekoniecznie zaćpany, ale wnoszący do drużyny inne cechy, niż te, które już miała. Może więc trzeba jeszcze było kogoś o zupełnie niepozornym znaczeniu - takiego kozła ofiarnego, na którym wszyscy wieszaliby psy? Kogoś do odstrzału w pierwszej kolejności, do czarnej roboty, szpiegowania, załatwiania wszystkiego na lewo pod groźbą wypadnięcia z gry!
- Dźwiedziu, mam pomysł. W sumie nie obchodzi mnie, czy wygrają, ale...
- Ale jednak chciałbyś, żeby wygrali.
- Nie, chciałbym zgnoić Jeziornego. I zrobię to. Będzie pracował równie ciężko co inni na turnieju, będę się nim wysługiwał, przez niego pomagał tamtym... Tak, Jeziorny sobie zasłużył.
- Jesteś nie do wytrzymania. Jeśli coś się komuś stanie, to się spotkamy i sam zobaczysz, kto komu skopie dupę!
- Taki jesteś cwany? Tak? - Damp szedł korytarzem, gdy ujrzał przed sobą jakieś coś. Zakapturzone i czarnowłose, niskie do tego. I to, że chłopak stał na drodze Rusta, było wystarczającym powodem, by go znienawidzić. Jednak nie o to tylko chodziło. Gówniarz był tak bezczelny, że czaił się za rogiem i strzelał zaklęciami w przechodzące obok dzieciaki! Damp stanął jak wryty, kilka metrów za nim, i patrzył, jak kolejne, prawie bezgłośne zaklęcie podrywa jakiejś dziewczynie spódnicę. Wrzasnęła i upuściła wszystko, co trzymała w rękach.
- Heh, to akurat było dobre - pomyślał Rust wbrew sobie.
- REAGUJ DAMP, REAGUJ DO CHOLERY!
- Ej, młody - warknął, pomimo rozbawienia tamtym widokiem i piskiem jakiejś małolaty - co ty wyprawiasz?
- Nic takiego - odparł chłopak spokojnie. Zdjął kaptur, a spod ciemnych brwi spojrzały na Dampa intensywnie fioletowe oczy.
- Taa? - Rust oparł się o ścianę. - Tylko palanci strzelają tak słabymi zaklęciami w laski - zauważył spokojnie, gdy już pewny był, że ma do czynienia z tym nowym, o którym przed chwilą słyszał.
- A jakimi pan by strzelał? - odbił słowny atak, bardzo drażniąc Rusta swoim wypranym z emocji, sztucznie uprzejmym głosem. Widocznie już się przyzwyczaił i wyrobił w odszczekiwaniu. Choć z tego, co Damp słyszał, dość łatwo można było go sprowokować... Tyle, że w pojedynku jaki odbyłby się pomiędzy Rustem a Arturem, na pewno ucierpiałby tylko chłopak a nie, jak w innej szkole, połowa budynku i nauczyciel.
- Nie pozwalaj sobie, chłopczyku - syknął.
- A pan czegoś chce, czy tylko... - urwał, sam się pohamował. Spokojnie wetknął różdżkę w kieszeń spodni. - Proszę pana?
- Chciałem się przekonać, czy był jakiś powód wywalenia cię z innych szkół - Rust odsłonił zęby w złośliwym grymasie, nie zważając na protesty Dźwiedzia - poza tym, że wyglądasz jak wyglądasz.
- O czym pan mówi? - Tym razem już przez zęby. - Jeśli w ogóle pan wie, o czym mówi.
Damp zaśmiał się w myślach, dokładnie obserwując reakcje ucznia.
- W Beauxbatons chyba się zorientowali, że wolałeś damskie toalety. Ale w sumie nie dziwię się, taki typ, malutki, zapuszczone włosy, kiedyś trzeba je czesać, no i ta wrażliwość - mówił z narastającym poczuciem satysfakcji - na komentarze o swoim wyglądzie... Cóż, może gdzie indziej trafiałeś na jakichś zagrzybiałych, nieporadnych staruszków - rzekł, pochylając się lekko - ale tu może być ciekawiej. Nauczyciele nie lubią takich aroganckich dzieci.
Wbrew wszelkiej logice Artur wyciągnął różdżkę i zanim Damp przypomniał sobie, że nie posiada własnej, był już w połowie sięgania w stronę ramienia chłopaka, ponieważ zareagował automatycznie, broniąc się przed domniemanym atakiem. Zdążył jeszcze wściec się, że bachor pozwolił sobie na taki gest. Powstrzymał się przed wykręceniem Arturowi przedramienia w bolesny sposób i tylko przechwycił magiczny przedmiot, parskając sztucznym śmiechem. Przekręcił różdżkę chłopaka między palcami, odsunąwszy się metr do tyłu. Przez głowę przemknęło mu, że Artur sprowokował go specjalnie, wcale nie mając zamiaru rzucać zaklęć. Cóż, to byłoby sprytne z jego strony...
- To jest przemoc wobec ucznia, panie genialny - usłyszał - ciekawe, jak się pan wytłumaczy przed...
- Spójrz Arturze - przerwał mu Damp, szczerząc się wrednie i wskazując korytarz. Ta sama dziewczyna, w której tyłek wycelował wcześniej chłopak, kręciła się w miejscu, gdzie najwyraźniej nadal leżały jeszcze upuszczone przez nią rzeczy. - Dama w potrzebie, a ty nie masz miecza - ciągnął Rust z uśmiechem. - Pewnie ciężko ci było wyciągnąć go ze skały, nie? Nie wyglądasz na takiego, co by sobie poradził z Excaliburem. - To mówiąc odrzucił różdżkę, walcząc ze śmiechem. On? Odpowiadać za takie błahostki? W ŚLĘŻY? Muahahah, dobre sobie! Miał dziś idealny humor do bycia złośliwym.
- Durnie, durnie wszędzie - mruknął Artur pod nosem, po czym ponownie wycelował różdżką w korytarz i już sekundę później jakiś dzieciak biegał po szkole z rogami jelenia i małym ogonkiem, drąc się wniebogłosy i siejąc panikę. Wśród wrzasków i zamieszania, wzrok Dampa napotkał te fioletowe tęczówki i jasnym stało się, że właśnie powstał we wszechświecie konflikt tak bezsensowny, nie podparty logiką i zażarty, że nie można było przejść obok niego, pozostając niewzruszonym.
- Ty mały, bezczelny dzieciaku - rzekł Rust wyraźnie, mrużąc oczy. Już wiedział kto będzie miał najgorzej w całej drużynie, kto będzie czarną owcą wśród Ślężan. - Weźmiesz udział w turnieju.

- Jesteś pewny, Damp? - drążyła dyrektorka. Po raz kolejny Rust potwierdził, że drużyna jest już w komplecie i dodanie do niej Artura wcale nie było podyktowane bezpodstawnym impulsem czy, o zgrozo, chęcią dosrania mu w jakimkolwiek stopniu. Sięgnął po kolejne ciastko ze stołu, dziś miał niesamowitą ochotę na puste kalorie. - No dobrze - westchnęła wreszcie. - Wygląda na to, że konkurencja będzie bardzo trudna do pokonania...
Rust wzruszył ramionami.
- Niech zdechną - życzył swojej drużynie.
- Zaczynasz mnie wkurzać!
- Ach właśnie, słyszałam, że ktoś wypłoszył stado magicznych zwierząt, wszędzie wala się błękitna wełna, bo uciekając zahaczały o ogrodzenie i krzaki. Trzeba je będzie znaleźć, podobno parę nadal jest w lesie...
- Jeyorny zie ym aymie - uspokoił ją Damp.
- Nie wiem czy to dobry pomysł, ale cóż, pewnie to przemyślał... I podobno jakiś uczeń rozbił najstarszą wazę w szkole, pamiątke po założycielu, piętnastowieczną ce...
- Mhm - Rust uniósł dłoń, by dać do zrozumienia, że nie ma się o co martwić - Jeziorny już się przyznał, pogadam z nim. To w końcu mój obowiązek, prawda?
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 108
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Alrune » 19 października 2013, 21:58

Bia wpisała się na listę chętnych do reprezentowania szkoły. Zdawała sobie sprawę z tego, że taki turniej to nie szkolny egzamin sprawnościowy, czy też jakiś test z zaklęć, lub transmutacji. Oszacowała szybko, że największe szanse mogą mieć uczniowie siódmej klasy ze względu, że posiadają największą wiedzę zdobytą na zajęciach lekcyjnych. Szóstoklasiści byli troszkę „do tyłu” w stosunku do nich. Oczywiście Bia starała się ze wszystkich sił na lekcjach. Wcześniej nie uczęszczała do szkoły, uczyła się prywatnie w domu z książek i korepetytorami. Nawet ojciec raz na jakiś czas sprawdzał, czy nadawałaby się na aurora, gdyż liczył, że w ten sposób córka nigdy nie zostanie zaskoczona przez ciemne moce. Wiedział też, że tak, jak każda kobieta z klanu Shin, Bia potrafi zadbać o siebie, zna Księżycowy Taniec i ma sztylet Niebiańskiej Bii, który osobę niegodną odrzuca, raniąc przy tym dotkliwie na przykład kiedy dana osoba trzyma rękojeść kaleczy jej całą dłoń, albo nie rani przeciwnika. Bię jednak zaakceptował i zachowywał się w jej dłoni, jakby był po prostu częścia ciała młodej panienki Shin.
Turniej i potencjalne wybranie nie było jedynym zmartwieniem Bii. Wieczór wcześniej Wiśnia, Żyłka i jakaś dziewczyna z jej klasy (Bia znała ją z widzenia, ale nie wiedziała kto to jest) mieli „wypadek” i teraz dwójka z nich leżała u pielęgniarki. Z tego co plotki niosły, Wiśnia pobiła dziewczynę i dlatego trafiła do szpitala. Bia wiedziała, że Żyłka jest „kluczem” do antydźwiedzia. Co on chciał od Jeziornego? Dlaczego akurat on? Tysiące pytań krążyły jej po głowie, przez co non stop na kogoś wpadała. Szkolna bibliotekarka nie mogła jej już w niczym pomóc, ani zaproponować jakiejkolwiek innej lektury. Przeczytała wszystkie możliwe książki o Słowianach, ich kulturze, Celtach na terenie Ślęży, a nawet kilka mugolskich podań, legend na temat „magicznej wody” z góry. Tego dnia, przez całą sobotę, postanowiła poszukać na górze zamku księcia Bolka II. Wiedziała, że mugole myślą, że nie zostało po nim prawie nic, ale się mylili. Bolko był pół czarodziejem i jego zamek nie był tylko kupa kamieni posklejaną cementem, każdy kawałek budowli był przesiąknięty magią. Nie magiczni ludzie mogli sądzić, że została po wspaniałej „twierdzy” tylko kupka gruzu, ale Bia wiedziała, że jest coś jeszcze. Podania czarodziejskie mówiły, że ukazuje się ona w pełnej krasie tylko wybranym i godnym magicznym osobom. Te jednostki były wybitne, wystarczy wspomnieć maga Kopernikusa, znanego bardziej pod imieniem Mikołaj Kopernik, lub Ossowski – znany nawet wśród mugoli z wybitnych zdolności przewidywania przyszłych wydarzeń. W głębi ducha Bia bardzo pragnęła żeby i jej się ukazał, nie była to zwykła próżność czy chęć bycia lepszą od innych, była po prostu ciekawa samego zamku. Ot, takie ciekawskie stworzenie.
Wiedziała dokładnie w jakich odstępach czasowych pojawiają się patrole aurorów, uniemożliwiających wyjście uczniom poza teren szkoły. Nie miała zamiaru popełniać żadnego wykroczenia, ale przecież zwykły spacer poza terenem uczelni takim nie był. Nikomu nie szkodziła. Cykl czasowy poszczególnych aurorów, a było ich, jak zauważyła, zaledwie dwóch, zaobserwowała podczas ostatnich zajęć z jeździectwa i później podczas zaklęć, kiedy znudzona obserwowała przez okno błonia.
Szybkim krokiem zmierzała do granicy szkoły, czyli magicznej bariery oddzielającej ją od mugolskiego świata. Szkoła Ślęża, tak jak inne magiczne placówki dydaktyczne, była nienanoszalna na mapach. Nikt z zewnątrz nie mógł jej zobaczyć, zaś mugole zazwyczaj, kiedy zbliżali się do szkoły przypominali sobie o mleku na gazie, lub włączonym żelazku.
Wyszła poza „mur”, rozejrzała się. Teraz tędy – pomyślała, idąc przed siebie. Miała zamiar odnaleźć zamek i odnajdzie go. Choćby nie wiem co się działo, znajdę go. – powtarzała w myślach.
***
Nie znalazła jednak budowli. Zmęczona, gdyż cały dzień przedzierała się przez krzaki, poraniła sobie ręce dzikimi jeżynami, wracała do szkoły. Czuła się w pewien sposób upokorzona. Dlaczego nie mogła go znaleźć? Przecież na pewno była godna. Czy nie udowodniła tego już kilkukrotnie? Łzy złości cisnęły się do oczu Bii. Wściekła szła przed siebie, nie zwracając uwagi na nic. Poczuła, że na kogoś wpadła. Tak, powoli to się robiło normą. Miała już dość wszystkiego i wszystkich. Spojrzała na obiekt, na który wpadła. Okazało się, że „walnęła” w wysokiego osobnika, ubranego dość dziwnie, nawet bardzo. Ale czy Bia nie wyglądała dziwnie w swoim tradycyjny stroju? Chłopak miał na sobie lniane spodnie w zielonym kolorze i tunikę bardzo przypominającą tą, która nosili kiedyś w zamierzchłych czasach Celtowie. Nawet jego buty wyglądały na z tamtej epoki – wysokie, skórzane i sznurowane rzemieniem. Kiedy już „obejrzała” strój chłopaka, otworzyła szeroko usta gdyż jego twarz była absolutnie piękna i Bii, która nie pozwalała nigdy niepotrzebnym emocjom wyjść na wierzch, zadrżało serce, poczuła motylki w brzuchu i tak dalej. Długie ciemne włosy miał związane na karku rzemieniem. Kilka kosmków opadło na czoło, przesłaniając soczyście zielone oczy, w których człowiek mógł zobaczyć wszystko i zatracić się, tak jakby stał nad studnią i skoczył do niej, a później nie mógł wypłynąć.
- Co tu robisz? – spytał.
- Eee… Spaceruję. – bąknęła Bia, reflektując się i przestając się intensywnie gapić na idelanie wykrojone usta, które dosłownie zachęcały ją do rzucenia się i pocałowania chłopaka. – Przepraszam, że na ciebie wpadłam. Uczę się w pobliskiej szkole. – Zaczęła paplać jak najęta, mimo że nikt jej o to nie prosił. – Jestem Shin Bia, a ty? – zapytała z nadzieją.
- Sorley, Sorley Conchobhar. Nie powinnaś wychodzić poza teren swojej szkoły. Ślęża nie jest bezpiecznym miejscem. – powiedział jakby nie poznał jej moment temu, tylko byłaby jego przyjaciółką. W jego głosie Bia wyczuła, że jest zdenerwowany i zmartwiony. Martwił się o nią? – Odprowadzę cię do terenu szkoły. Nie wychodź nigdy poza niego, dobrze? Robi się coraz bardziej niebezpiecznie. – Bia poczuła się jednak troszkę urażona i nie miała zamiaru, mimo że Sorley bardzo się jej podobał, dać się odprowadzić, jak dziecko.
- Wybacz Sorley, ale sama trafię do szkoły. – Wyminęła go, dumnie idąc z zadartym do góry nosem. Nie była dzieckiem. Chwycił ją za ramię. – puszczaj, albo pożałujesz. – Wyciągnęła różdżkę i miała zamiar rzuć czar.
- Jesteś tak głupia, czy tak zarozumiała. Myślałem, że pójdziesz zaszczepionym w twoim umyśle tropem i w końcu przestaniesz tropić antydźwiedzia.
- Skąd ty… skąd wiesz, że czytałam o tym? Że wiem?
- Nie ważne. – uciął. – Chodź.
***
Bia była zdezorientowana, nie spała całą noc. Sorley, antydźwiedź. Nie wiedziała co z czym połączyć. Nie miała pojęcia co robić. Przez moment zastanawiała się nawet, jak się nazywa.
- Hej, poczekaj chwilę – Bia odwróciła się w kierunku, z którego usłyszała wołanie. Profesor Damp. - Zgłosiłaś się na turniej, prawda?
- Oczywiście. – potwierdziła, kiwając głową. Przez moment zastanawiała się o co wychowawcy chodzi.
- Nauczyciele mówią, że dobrze sobie radzisz na zajęciach. W poprzedniej szkole też dobrze wypadałaś? – zapytał. Bia była lekko zszokowana.
- Nie chodziłam do szkoły. Sama się uczyłam w domu. Wie pan, korepetytorzy i tak dalej. Mój tato był aurorem, więc przyuczał mnie kiedy miał czas, a poza tym sama wynajdywałam zaklęcia w książkach i się ich uczyłam. – wyjaśniła.
- Dobrze, bardzo dobrze. – kiwał głową z szerokim uśmiechem na twarzy. Widać było, że był bardzo, ale to bardzo szczęśliwy. Prawie jak Grinch, kiedy ten niszczył święta. – Czyli potrafisz wyszukiwać potrzebne informacje. Świetnie. Grywasz w jakieś gry zespołowe, siatkówka, koszykówka, piłka nożna?
- Pan wybaczy, panie profesorze, ale nie przepadam za mugolskimi grami. Szachy owszem, nawet nie magiczne, są dość ciekawe, ale wolę go albo shogi. Jakoś wolę takie gry niż zespołówki.
- Tak, tak. Bardzo dobrze. Co by tu jeszcze… już wiem, jesteś z klanu Shin, tak? – Bia kiwnęła głową. – Rozumiem, rozumiem. Czy weźmiesz udział w turnieju?
- Z radością wezmę udział - oznajmiła, a Rust odetchnął. Bia poczuła się szczęśliwa. Została wybrana.
- Dzisiaj wieczorem cała drużyna, zaraz po uroczystej kolacji zbierze się w sali od transmutacji. – powiedział, odchodząc wyraźnie zadowolony z życia. Bia czuła się dziwnie. Nie wiedziała czy ma się cieszyć wspólnie z wychowawcą, czy też martwić się o jego zdrowie psychiczne.
***
Uczniowie Ślęży zebrali się w sali jadalnej, którą wydawała się jeszcze większa niż zazwyczaj. Nad stołem nauczycielskim wisiało wielkie godło – srebrny dźwieź na biało-szarej szachownicy. Poza tym wszyscy uczniowie, bez wyjątków, ubrani byli w nowiutkie szkolne mundurki, dostarczone każdemu tuż po obiedzie do sypialni przez szkolne krasnoludki. Kilka dziewczyn podciągnęło wyżej swoje spódnicę, ukazując niezbyt ładne i zgrabne uda. Bia czuła się dziwnie w mundurku. Nigdy nie nosiła nic krótszego, niż do połowy łydki. Wiedziała, że takie są wymogi i nie mogła protestować. Założyła mundurek i dodała do niego drobny akcent od siebie –medalion Niebiańskiej Bii, którego złoty łańcuszek założyła za kołnierzyk.
- Proszę wszystkich o uwagę. Lada moment zjawią się nasi goście – powiedział dyrektor, który na tą okazje wyjątkowo się wystroił. Dopasowana niebieska, aksamitna szata w drobne kwiatuszki i duże gagatowe kolczyki. – Pan Damp przedstawił już mi listę reprezentantów. Przypominam, że mają oni godnie nas reprezentować oraz, że mają spotkanie dzisiaj po kolacji w sali od transmutacji. Odczytam jeszcze raz listę, jeśli ktoś jeszcze nie wie. Było kilka zmian. Także tego… - Odchrząknęła. – Kebede Gebre, Mścigniewa Wiśniowiecka, Walentyna Matejko, Shin Bia i Artur Tkaczuk. - Poprawiła kolie na szyi, wstając z miejsca. – Proszę teraz wszystkich o udanie się na błonia.
Bia stała spokojnie. Nie miała zamiaru poddawać się temu „radosnemu” oczekiwaniu. W sumie to wolałaby teraz być w sypialni i oddać się rozmyślaniom, a tych miała bardzo wiele. Sorley, antydźwiedź, dźwiedź, turniej i ona jako reprezentantka. Za dużo informacji, za dużo zmiennych. Z zamyślenia wyrwał ją czyjś głos.
***
Uczniowie wyszli przed szkołę i czekali. Niektórzy byli podnieceni spotkaniem kogoś z innej magicznej szkoły. Kilkoro założyło się czym przybędą do Ślęży zawodnicy. Ktoś szepnął kilka słów o latających smokach, ale zaraz go uciszono, przypominając o jakiejś tam ustawie, artykuł któryś tam.
- O, już są. – Na niebie pojawił się jakiś duży obiekt. Po chwili nieopodal zgromadzonych ślężańczyków stał wielki, niebieski powóz zaprzężony w olbrzymie konie, których kopyta były wielkości talerzy obiadowych. Na drzwiach pojazdu wymalowane było godło szkoły – skrzyżowane różdżki. Dyrektorka wyszła przed uczniów w momencie, kiedy drzwi od powozu otworzyły się i wyszedł z niego pewnym krokiem wysoki czarnowłosy mężczyzna z wypielęgnowanymi, idealnie zakręconymi na końcach wąsami. Typowy fircyk.
- Bonjoure monsieur Rokosz. – powiedział. – Milo pana widzieć.
- Jak podróż, monsieur DuPont? – powiedziała dyrektorka, wyciągając dłoń, aby dyrektor DuPont mógł ją ucałować, jak na dżentelmena przystało. – Mam nadzieje, że nie mieliście problemów. Proszę, wejdźcie do środka. W Polsce jest zimniej, niż u was we Francji.
- Dziękuje bardzo. – Skinął dłonią i z powozu wysiedli po kolei wszyscy uczniowie. Cała piątka w niebieskich, jedwabnych mundurkach podążyła za swoim dyrektorem do środka budynku, aby za bardzo nie marznąć.
Nie minęło wiele czasu i na niebie ponownie pojawił się spory obiekt. Wszyscy obstawiali, że to też na pewno jakiś powóz i zapewne konie są tym razem jeszcze większe. Jakaś dziewczynka z pierwszej klasy rzuciła hasło „latający statek” i nie pomyliła się. Olbrzymi sterowiec leciał wprost do Ślęży. Wielkie białe żagle powiewały na wietrze, zaś na fladze widoczne było godło Instytutu Durmstrangu.
Ledwo „zacumował”, a na kładce pojawiła się wysoka kobieta z rysami typowej Rosjanki. Niektórzy mogliby pomyśleć, że podobnie jak dyrektor Rokosz i ona możliwe, ze jest transseksualna, ale było inaczej. Irina Iwanowa Romanow – dyrektorka Durmstrangu, nie lubiła ubierać się w babskie, jak to określała, łaszki. Wolała wygodne spodnie i koszule. I nie, nie była, wbrew powszechnej opinii lesbijką. Żwawym krokiem zeszła po kładce. Wyciągnęła dłoń do Rokosza, a następnie go przytuliła swoim zwyczajem.
- Rokosz. Co u was slychać? Ty zmienil się bardzo. – powiedziała odsuwając się.
- Pani dyrektor Romanow. – powiedziała Rokosz, wyswobadzając się z uścisku. – Jak zawsze bezpośrednia. Proszę, wejdźcie do środka albo zaczekajcie z nami.
- Pierre jest? – spytała, patrząc na powóz. Na co Rokosz skinął głową. – Zacekamy w środku. – Gęsiego za Iriną wyszli durmstrangczycy w ciepłych kożuchach i uszatych czapach.
Delegaci Durmstarngu nie zdążyli wejść do środka, kiedy pojawiła się kolejna delegacja szkoły. Tym razem Hogwart. Z oddali dało się słyszeć gwizd lokomotywy, która po chwili, wraz z wagonem stanęła koło powozu Beauxbatons. Gwizdnęła jeszcze raz, po czym drzwi otworzyły się i na zewnątrz wyszedł wysoki, jasnowłosy czarodziej. Wyglądał na bardzo pedantycznego, gdyż nawet jego tiara nie miała najmniejszego, niepotrzebnego zagięcia, tak samo, jak prosta, czarna szata ze srebrnymi guzikami.
- Dyrektorze Smith. – powiedziała Rokosz, idąc do nowoprzybyłego. – Jak podróż? Mam nadzieje, że minęła dość dobrze?
- Bywało gorzej, pani dyrektor. Wasze tory to istna katastrofa. – powiedział, kładąc akcent na „katastrofa”. Spojrzał na statek i na powóz. – Bylibyśmy pierwsi gdyby nie pkp.
- Wejdź do środka i ogrzej się, albo powitaj z nami Cuzco. Właśnie widać ich już na horyzoncie. – Cyrus Smith postanowił zaczekać na pozostałych na zewnątrz. Irina Romanowa, dyrektorka Durmnstarngu, wybitnie go irytowała, tak samo jak Pierre DuPont, którego uważał za błaznującego bubka, jak to miał w zwyczaju określać Francuzika. Uczniowie Hogwartu wyszli z pociągu, wzdrygając się przy tym. Ich czarne szaty nie były przystosowane do polskiej pogody i mimo że mieli pod spodem swetry, to i tak trzęśli się z zimna, ale nikt nie odważył się sprzeciwić dyrektorowi Smithowi. Krążyły pogłoski, że musiał się w niego wcielić duch jednego z poprzednich dyrektorów Hogwartu, a konkretnie Severus Snape, gdyż Cyrus, podobnie jak tamten, ubierał się zazwyczaj ponuro, jak to określała szkolna pielęgniarka, pani Monkey – szkolna piękność, i siał postrach po korytarzach szkoły.
Na niebie widoczne było sześć szybko zbliżających się obiektów, które wylądowały gładko na trawie tuż obok pociągu Hogwartu. Z grzbietów latających lam powoli schodzili uczniowie oraz dyrektor szkoły. Żwawym krokiem, z szerokim uśmiechem na twarzy, podszedł do dyrektorki, uściskał ją, a później zwrócił się do wszystkich. Jego uczniowie wyglądali na zainteresowanych wielkimi końmi Beauxbatons, kilku nawet podeszło je pogłaskać. Inni zajęli się swoimi lamami. Jeden coś krzyczał do swojej żeby przestała przeżuwać jego poncho, bo tego pożałuje, na co lama plunęła mu śliną między oczy.
- Buenos días todas. Pani dyrektor Rokosz. Miło panią widzieć. Jesteśmy ostatni, tak? Cyrus, jak miło cię widzieć. – mówił szybko, nie czekając na odpowiedź. – Oj, mieliśmy małą sjestę po drodze.
- Nic się nie stało dyrektorze Autuori. Zapraszam wszystkich do środka na uroczystą kolacje. Minister Wiśniowiecki i pan dyrektor Nowak z Działu Rozgrywek Magicznych, zjawią się lada chwila i rozpoczniemy uroczyście turniej.

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Nasze czarowanie

Post autor: Joa » 20 października 2013, 23:15

Enjoy!






Najpierw lewitował w oparach, które wydobywały się z sziszy, mającej skrzydełka. Nie byle jakie skrzydełka, bo błyszczące, czerwono złote, stworzone z malutki klejnocików i brokatu. Właściwie… Brokat był wszędzie.

There's so many things I like about you, I..
I just don't know where to begin…


Później otoczenie zmieniło się z oparowo-mgłowo-nickurwaniewidzęgdziejestmojalaska na salę szpitalną, w której się znajdował w nocy. Sala różniła się. Zniknęła czerwień zastąpiona kolorem, którego Żyłka nie znał. Chciał wstać, ale nie mógł. Nie był to jednak skutek obrażeń, które odniósł podczas wyprawy do zagrody Wełniarzy. Zwyczajnie coś go powstrzymywało, a obrażenia zniknęły. Wyglądał jak zawsze. Bez rośliny wyrastającej z pępka, bez oplatających go bluszczy w każdym miejscu, bez czegokolwiek, co przywodziło na myśl roślinę. Nie odczuwał też procesu fotosyntezy, którą czuł, głowę dał by sobie uciąć, wcześniej.
Odetchnął.
W kącie Sali poruszyły się jakieś ciemne postaci. Zobaczył je z łatwością i w jednej z nich rozpoznał swojego trenera. Damp podrygiwał. Jego stopa o rozmiarze buta 50 wykonywała dziwny ruch, to w przód, to w tył w miarowym odstępie czasu.


…I like the way you, look at me with those beautiful eyes,
I like the way you, act all surprised…


Po chwili do stop dołączyły nadgarstki wraz z rękoma. Nadgarstki przyzwyczajone jedynie do zagrywki, ataku i bloku, i kilku innych czynności, ale nigdy do tańca.
- Tyniaj, trenerze, tyniaj – szepnął przejęty Żyłka, nie chcąc jakby obudzić kogoś na sąsiednich łóżkach. Te szepty nie były potrzebne, bo ani Damp go nie słyszał, ani druga postać, a tym bardziej pacjenci lub Triss, których zwyczajnie tu nie było.

I like the way you, sing along,
I like the way you, always get it wrong,
I like the way you, clap your hands,
I like the way you, love to dance,
I like the way you, put your hands up in the air,
I like the way you, shake your hair,
I like the way you, like to touch,
I like the way you, stare so much...



Dopiero po chwili chłopak zorientował się, że Damp tańczy do CZEGOŚ. Właściwie do piosenki, której słowa śpiewał. Nie wiadomo skąd rozbrzmiewała jednak w Sali muzyka. Wypełniała ona jakby całe pomieszczenie, jakby wszystko było nią, muzyką, melodią, brzmieniem. Jakby tańczący Damp nią był, nieruchomy Żyłka, ukryta postać, złowieszcze cienie łóżek..
Do pomieszczenia weszła ta dziwna, azjatyckiej urody dziewczyna i jakby zahipnotyzowana podeszła do Dampa i postaci, która wyszła z cienia. Wiśnia.

- …But most of all.... Yeah.. most of all.... – zaśpiewał dziko Damp w nicość, a Wiśnia i Bia mu zawtórowały.
Nie zauważali Żyłki, jakby był zupełnie nieobecny lub był postacią niematerialną i niewidzialną, a on sam zdawał się być święcie przekonany, że to, co widzi jest normalne.
Znienacka muzyka ustała. Przerwała się i przerwał się taniec Rusta, i śpiewy trio. Wszystko się przerwało, a potem mężczyzna powiedział do Bii:
- Wiesz Bia... Lubię dziewczyny z klanów – przesunął językiem po zębach. Nie patrzył na Azjatkę, właściwie wszystkie postacie, prócz Żyłki miały bezdenne oczy, które nie podążały wzrokiem za czymkolwiek - Zwłaszcza z klanu Shin – dokończył.
- Wiem trenerze, wiem – pokiwała głową, po czym zaczęła w zwolnionym tempie ruszać ramionami.
Zaraz powiedziała Wiśnia:
- Czy lubi pan także córki ministrów? – Po czym wpadła w trans i zaczęła szeptać to ciszej, to głośniej końcówkę „nistrów”.
- Tak, tak, oczywiście, Wiśniowiecka. Tak! – Jego też coś „wzięło” i znów zaczął podrygiwać, tym razem gwałtowniej. Swag. O tym pomyślał Żyłka, widząc tańczącego trenera. Swag i yolo, dzikość i brutalność. Raperski styl, mafia. Narkotyki, seks, rap sączący się z głośników. To widział w swojej głowie chłopak, gdy obserwował trans Dampa, gdy ten kanciasto poruszał swoim ciałem, wyrzucając do przodu biodra, zginając miękko kolana i bujając się to na jedną, to na drugą stronę z zacięciem na twarzy. Po chwili przychodziła kolej na skoki, które przywodziły z kolei Żyłce na myśl bardziej ataki, niż jakikolwiek element tyniania. Kilka razy widział Rości bokserki z Kipty, wystające mężczyźnie z Hawajek, a przekonał się, że one rzeczywiście tam są, gdy Damp założył na głowę koszulkę i wykonywał skomplikowane ruchy mięśniami brzucha szepcząc: „Shirt on your face and roll it down”.
Bia z kolei tańczyła swój Księżycowy Taniec. Niekiedy schodziła nisko, wykonując ponętne i zmysłowe obroty wokół własnej osi, czasami zwieszała do tyłu głowę i w ferworze tańca uderzała innych włosami. Wyglądała jak delikatnie poruszana roślina wiatrem, subtelnie ruszając ramionami, z zamkniętymi oczami. Zupełnie nie zwracała uwagi na Wiśnię, która wyrzucała pośladki do tyłu i tańczyła jakby pogo, energicznie i szalenie, wyglądając jak o wiele bardziej rockowa wersja Shakiry lub na Walentynę owładniętą pasją i seksapilem, której nie straszne były shake’i. Vicky znalazła jakąś rurę od szpitalnego łóżka i wzięła się za pole dance.
Wszystko w nich było jednoosobowym chaosem, choć chaos Dampa łączył się w dziwny sposób z chaosem Bii.
I tak tańczyli, a Żyłka ich obserwował zmęczonym wzrokiem, choć chciał do nich dołączyć. Pokazać swój firmowy krok, podskoki, zgięcie wpół, pośladki w tyle i ramiona, wykonujące pracę podobną do ciągnięcia liny.
I nagle scena zmieniła się. Pojawiła się przed nim Triss z ogromnym uśmiechem na ustach i tacą, na której leżały strzykawki i jakieś tabletki. Oczekiwał, że ona też zacznie jakoś tańczyć, może grecki taniec, ale nic takiego się nie wydarzyło.
- Kochaneczku, czas na twoje dropsiki! – zapiała z radością, łapiąc w pulchną dłoń pomarańczową i podłużną tabletkę. Wepchała mu ją do ust i sięgnęła po wielkie nożyczki, którymi zamachała przed jego oczyma. – Dampuś, kochaneczek mój naczelny, prosił mnie, żebym ci ten ryjek zamknęła, więc zamknę! – oznajmiła i powoli zaczęła zbliżać nożyczki do twarzy przerażonego Żyłki...
Były już tak blisko, gdy…

„- Ryj, Rości, zamknij ryj! I w końcu, kurwa, zauważ, że masz jebaną linię pod sobą!”

„- I bardzo nam przykro, Rości, że jesteś mężczyzną, a teraz przymknij się!”

„- Shhhh, no tears, just dreams…”


Rozbrzmiewały te słowa w głowie Żyłki, z postacią wirującego Dampa. Triss zniknęła. Kosmos…
Pojawiły się Nogi. Nogi tańczyły, a jedyną częścią Nóg, której przypatrywał się Damp, były Łydki. A Nogi wirowały, powodując poważne zawroty głowy Żyłki, któremu robiło się niedobrze. Właściwie jednocześnie niedobrze i wesoło, ale bał się, że gdyby się roześmiał, kolorowa rzeka nicości, wylałaby się na jego niebieską kołdrę. Opary zewsząd, mgła oplatająca Dampa, Nogi, Triss, Wiśnię, Walentynę i Bię. Nawet dyrektor się pojawił wśród oparów, porywając do tańca to Nogi, to Dampa. Dyrektor z trudnym do opisania tańcem, jak nei z tego świata. Żyłka powiedziałby, że to cybernetyczny taniec Sieci i Internetu, ale nie śmiał nawet nad słusznością tej myśli głębiej zastanawiać. Damp ocierający się Hawajkami o Nogi… Wirowali, wirowali, świat kręcił się wokół, a Żyłka siedział, nie mogąc się poruszyć, zafascynowany, rozbawiony, skonfundowany i dziwnie lekki.
- To zioło było naprawdę mocne – zdołał jedynie pomyśleć, gdy został obudzony przez prawdziwą Triss.





- Panie Damp jest mi naprawdę przykro, naprawdę, naprawdę! Ja myślę, że pan nikomu nie wyjawi, ja wiem, pan nie wyjawi, że ja zapomniałam – gorączkowała się Triss. Natychmiast, jak zbudziła mamroczącego i chichoczącego Żyłkę, a potem jęczącego z trwogi, pobiegła po Dampa, wychowawcę, do którego miała największe zaufanie. Poza tym uważała, że naprawdę darzył ją sympatią, nawet adorował. – Zapomniałam, że ten lek powoduje to, co jest pan w stanie tu zaobserwować.
Damp obserwował kręcącego się Żyłkę, który chichotał co chwilę, chował się pod kołdrę i obrywał liście z wyrastającej mu rośliny z pępka.
- Panie, hihi, trenerze! W końcu, hehe, zrozumiałem o co chodzi, hihihi, z tą trzecią linią! – krzyknął Rości. Damp przewrócił oczami. Miał ochotę powiedzieć po prostu „Ja pierdolę”, ale nie chciał stracić w oczach Triss. Złapał ją za rękę, poprosił by odeszła i po chwili został sam na sam z Jeziornym.
- Ja pierdolę, Rości… - zdołał tylko wydusić, wkurwiony i zły. Żyłka przeświadczony, że to, co istniało w śnie, jest i na jawie, zachichotał, gdy zobaczył, że stopa Dampa ze zdenerwowania uderza lekko w podłogę.
Miarka przebrała się, gdy Rości zaczął bełkotać coś o tańczeniu i Księżycowym Tańcu Bii.
- Rości ty pierdoło jebana. Nie dość, że chodzisz po szkole cały zaćpany to jeszcze postanowiłeś się najarać w skrzydle, pewnie, czemu nie? – zaczął - Może Triss też lubi te klimaty? Co, Rości? I nie mów później, że to jej wina, bo to nie jest jej wina, że ty już jesteś praktycznie cały czas na wiecznej, cichej bani i tylko czekasz żeby uruchomić kolejną fazę, tak, chodźmy biegać nago po błoniach z dziewczynami, skoro już jest tak wesoło, a później róbmy aferę w środku nocy! Założę się, że nikt poza tobą, by się tymi lekami nie zaćpał! I pewnie wyobrażałeś sobie jakieś niestworzone rzeczy... A tak w ogóle to pierdol się, Jeziorny, ja mam naprawdę jakieś trzy godziny w nocy, żeby spać, i ty mi je odbierasz notorycznie! – nabrał powietrza i dodał - TAK, JESTEM WKURWIONY.
Nastała cisza, w czasie której Żyłka patrzył całkowicie poważnie na Dampa, a Damp całkowicie wkurwiony patrzył na Rościego. Cisza kłuła, wbijała bolesne igiełki i była naprawdę, naprawdę napięta.
I nagle Rości zaczął, jak gdyby nigdy nic bulgotać, bo uznał ten za moment za wyśmienity, by ukazać swoje skryte umiejętności trenerowi. Nie wiedzieć czemu Damp nie był tym zachwycony.






Rozpoczął się kolejny tydzień. Żyłka powoli dochodził do siebie, szkoła huczała od plotek, rozprawiając o tym, jakoby w nocy z niedzieli na poniedziałek, któryś nauczyciel, pielęgniarka i kilku uczniów zorganizowali sobie wieczór z ziołami, bynajmniej nie leczniczymi. Chłopak dochodził do siebie, właściwie nic po tej nocy nie pozostało mu w pamięci, czuł się jedynie troszkę bardziej otępiały niż zazwyczaj miał w zwyczaju być.
W poniedziałek Fascynat wyjeżdżał ze Ślęży. Niedawne wydarzenia odcisnęły piętno w jego umyśle i chciał jak najszybciej opuścić to miejsce, które przypominało mu bezustanne prośby o pomoc, gdy uwięziony był przez Gloddy’ego. Martwił się o kuzyna, który miał być z końcem tygodnia oddany w ręce złego czarodzieja, ale nie mógł już tu dłużej zostać i żyć w ciągłym strachu.
Późnym popołudniem odwiedził Rości. Nie mówili dużo, raczej kontemplowali w ciszy, bezszelestnie wymieniając myśli. Z końcem odwiedzin, gdy przyszedł już na Fascynata czas, ten wręczył kuzynowi jakąś paczuszkę.
- Była w twoim pokoju. Przyniosła go Purchawka. – Purchawka była starą sową, która była do dyspozycji uczniów – I w twoim pokoju ktoś mieszka. – Miał na myśli Artura.
- Ok.
Skinęli sobie na pożegnanie i Fascynat poszedł. Żyłka nie wiedział w jaki sposób miał wrócić do domu, ale bardziej zainteresował się paczuszką, którą trzymał w porośniętych mchem dłoniach. Spodziewał się co to będzie, ale upewnił się dopiero, gdy spośród kawałków szarego papieru wyciągnął eliksir, o który prosiła Wiśnia. Nadszedł czas, by ją o tym poinformować.







Kedebe został wybrany. Odczuwał dziką, głęboko schowaną w nim satysfakcję, której widocznym efektem, był szeroki uśmiech na twarzy i biel olśniewających zębów, którymi porażał mijanych uczniów. Jako jedyny chyba nie przejmował się od początku sytuacją z Gllodym i nie odczuwał strachu. Właściwie od kiedy usłyszał o zagrożeniu, formułował w myślach plan, na wypadek spotkania się z czarnoksiężnikiem lub na ewentualność porwania. Na Kubie, gdzie żył przez kilka lat, nauczył się wszystkiego, co było potrzebne do przetrwania. W późniejszych latach, gdy wraz z rodzicami i ośmiorgiem rodzeństwa (Makumba, Simla, Simon, Koffi, Yao, Ahu, Aya, Mutombo) przeniósł się do Polski, zdobył jeszcze więcej doświadczenia.
Teraz był pewien, że całe swoje życie czekał na tę chwilę, na ten turniej i na wygraną, która niechybnie czeka jego i jego grupę. Wiedział, że będzie dowodził, nie dopuszczał do siebie innej opcji, by ktoś inny, mnie rozgarnięty, pewny siebie i inteligentny, pozbawiony jego sprytu, miał czelność konkurować z nim o przywództwo.
Kedebe miał siedemnaście lat, ale czuł się już jak wódz plemienia. Nie mógł się doczekać pierwszych konkurencji, które pokażą siłę ich grupy.
Był całkiem zadowolony z dobranych przez wychowawcę szesnastolatków. Wiśnia, którą cenił za brutalność i znajomość zaklęć, Vicky, która z pewnością mogła skupić na siebie uwagę, gdy reszta będzie zachodzić resztę od tyłu, Artur, wydający się chłopakiem bez skrupułów i Bia dorównująca Gebre inteligencją. To był jego dream team.
We wtorek wiedząc, że Damp prowadzi treningi siatkówki, poszedł na nie. Siatkówka… Na Kubie była dość popularna, ale Kedebe preferował inne sporty, które wyzwalały w nim głęboko schowane instynkty. Trenował rugby, futbol amerykański i piłkę nożną. Jego największymi idolami, na których się wzorował byli Adrian Peterson, którego dyspozycja w poprzednim sezonie porażała Kedebe, Michael D. Smitch i Chris Johnson.
Wszedł na cuchnącą potem salę. Pierwsze co zobaczył Kedebe to dzieciaki o rok od niego młodsze, których twarze spuchnięte były od płaczu i uderzeń piłki. Trener, Rust Damp stał pod ścianą i strzelał biczfejsy z prędkością światła. Kedebe pomyślał, że Rust idealnie nadaje się na zawodnika futbolu amerykańskiego. Miał odpowiednie proporcje, trochę był za wysoki, ale nie takie rozmiary widział już w swoim życiu Gebre.
Podszedł i rzekł, uśmiechając się, a jednocześnie powalając wszystkich wokół swoim olśniewającym uśmiechem:
- Yo stary, co to za mina, yo, swag, ogarnij tę fazę, dzięki, stary, Rust, za wybranie, nie zawiedziesz się! – zaczął, używając typowo amerykańskiego akcentu złego rapera, który w dzień rapuje, a nocy jest członkiem mafii. Zdecydowanie ten tydzień nie należał do Dampa ulubionych.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Zablokowany