UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Co się odwlecze, to nie uciecze

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Co się odwlecze, to nie uciecze

Post autor: pierdoła saska » 29 grudnia 2017, 11:59

Tak więc kontynuując coffee shop AU (bo specjal świąteczny chyba napiszę od nowa po raz trzeci, absolutnie mi nie wychodzi) tym razem na tapecie crossover:
Iluzjonistka (c) Mono
Nean (c) Krin


Co się odwlecze, to nie uciecze

Lutka nie kryła się ze swoim zaciekawieniem. Wyzierało jej ono ze spojrzenia, z energiczności ruchów i z tego, jak szybko wstała z krzesełka, gdy zobaczyła charakterystyczną sylwetkę po drugiej stronie kawiarnianego okna. Od tego momentu to była jedynie krótka chwila niepewności czy nietypowy gość i tego dnia zajrzy do środka, czy nie. Nes mówiła, że go wczoraj widziała jak przechodził i tyle, więc może się obraził?
- Oby nie - szepnęła i szybko rozejrzała się, bo nie zamierzała mówić tego na głos.
Na szczęście nikt nie zwrócił na to uwagi i odetchnęła z ulgą. Mówienie do siebie w miejscu publicznym, w pracy, zdecydowanie nie należało do rzeczy, z których Lutosława Błyskiewiczówna chciała być znana.
Dzwoneczek przy drzwiach wyrwał ją z chwili refleksji nad samą sobą i uradował. Przyszedł. Wszystkie pytania, które nagromadziły się w jej głowie przez trzy ostatnie dni wystąpiły jej na koniec języka, ale przełknęła je i uśmiechnęła się. Młody mężczyzna przez moment stał tuż za drzwiami i rozglądał się. Spod czarnego kaptura prawie nie było widać jego twarzy. Dłonie też ledwie wystawały mu z rękawów i Lutka nie mogła powstrzymać myśli, że może ma go w spadku po kimś. W dodatku wyglądał trochę jak zabiedzony poeta, żyjący na skórkach chleba byle tylko mieć siłę tworzyć. Oczywiście Lutka nie była na tyle naiwna, żeby wierzyć, ze takowi jeszcze istnieją. W dodatku nieznajomy jak najbardziej płacił za wypite przez siebie kawy i herbaty. Właśnie - gdyby nie miał co do garnka włożyć to jej zdaniem nie piłby ich, a wydawałby pieniądze na jedzenie. Lub alkohol. Poza tym, a może przede wszystkim, nigdy nie widziała go, żeby pisał cokolwiek, co przypominałoby wiersz. Nie, nie czytała mu przez ramię przynosząc kawę, ale widziała wyraźnie, że zapisuje strony od marginesu do marginesu, a czasami wjeżdża aż na niego. Prozaik zatem? Nie była pewna, a chciała być.
Była jeszcze jedna fascynująca ją rzecz: nie ściągał płaszcza. A w kawiarni nie było zimno. Wręcz przeciwnie, Nes miała tendencję do podkręcania ogrzewania ilekroć była na zmianie i gdy Lutka przychodziła ją zmienić, to zawsze było jej na początku gorąco. Tymczasem nieznajomy płaszcza nie zdejmował. Kaptura niekiedy też nie. Generalnie było to zdaniem Lutki niegrzeczne, ale też o tyle bardziej fascynujące.
- Czarną, dużą.
Proszę nie znalazło się na końcu tego stwierdzenia, kolejna raczej niegrzeczna rzecz, ale i tę Lutka skłonna była mu wybaczyć.
- Może ciastko do tego? - zapytała, aby przedłużyć rozmowę. - Mamy bardzo dobry sernik i tartę czekoladową.
- Nie.
Nie dała zbić się z tropu.
- Trzynaście pięćdziesiąt, poproszę. Pisze pan powieść?
Zamarł w połowie wyciągania drobnych z portfela, a jakże czarnego, i spojrzał na nią. Nie wyglądał na okaz zdrowia. Raczej wręcz przeciwnie. Istniała bladość cery i szarość cery, Lutka szybko zadecydowała, że on zdecydowanie plasuje się w tej drugiej kategorii. Nie był jednak brzydki, ale jego urodę opisałaby raczej jako interesującą. Przystojny nie był z żadnej strony.
- Słucham?
- Widziałam, że dużo pan pisze u nas - wyjaśniła tonem absolutnego niewiniątka od lat szlifowanym do perfekcji na jej ojcu. - To zupełnie nie moja sprawa, wiem, ale ciekawość była silniejsza. - Uśmiechnęła się.
- Nie.
Nie przestała się uśmiechać i nie odwróciła wzroku, bo on wciąż nie zapłacił. Liczyła, że jeszcze chwilę to potrwa i nikt nie postanowi nagle zamówić czegoś jeszcze. Brak kolejki był dla niej teraz absolutnie kluczowy.
- Pracę naukową.
- Och - wcisnęła w to tyle zainteresowania ile tylko zdołała w nadziei, że rozwinie. Zabiedzony naukowiec brzmiał w sumie jeszcze ciekawiej. Mniej szablonowo i zrodził kolejną setkę pytań, na które chciała poznać odpowiedzi. Na czele było oczywiście: z jakiej dziedziny. - Magisterka? - Nieco głupie pytanie w grudniu, ale bywali i tacy ambitni studenci. Czy on w ogóle był studentem?
- Doktorat.
Ciekawość rozjaśniła spojrzenie Lutki.
- Na jakiej uczelni? - zapytała od razu i zupełnie nie przejmując się grzecznościami, wychodząc z założenia, ze magisterkę pisze się, bo się musi, ale doktorat, to już coś innego. To musi być pasja, a o swoich pasjach każdy lubi mówić.
Dlatego ociąganie się, a wręcz wycofanie o kilka centymetrów, nieznajomego mężczyzny ją zdziwiło. Przez myśl przeszło jej, że może kłamał i nie był w stanie jej odpowiedzieć, ale szybko odrzuciła tę myśl. Nie, to było coś innego. Zdecydowanie. Lutka znała się na ludziach.
- Ja kończę magisterkę na uniwersytecie - dodała pogodnie. - Tutaj niedaleko.
- Chemia.
- Och, to ciekawe!
- Wolałbym medycynę - mruknął i zacisnął usta w cienką linię, co sprawiło, że wydał się Lutce jeszcze bardziej trupioblady.
- Medycyna brzmi szalenie ciekawie.
Mruknął potakująco.
- Ale jest trudna, prawda?
Prychnął i była pewna, że jest w tym większa historia, ale nie należało jej póki co poruszać. Jeśli pisał doktorat - dedukowała - to nie był najmłodszy, a studia na medycynie, specjalizacje i cała reszta; to raczej należało wcześnie zaczynać.
- Ale chemia też brzmi ciekawie - zawróciła temat. - Lubiłam ją w szkole - roześmiała się. - Oczywiście w doktoracie to zupełnie inny poziom niż te szkolne zabawy, wiem. Pewnie nie zrozumiałabym nawet tytułu twojej pracy - zaryzykowała i przeszła na ty.
- Pewnie tak.
Sprawnie ukryła oburzenie.
- Jakieś tajemnicze substancje zdolne wybić ludzkość? - powiedziała to ze wszech miar starając się dać do zrozumienia, że to żart. - Czasami w sklepie czuję się jak w laboratorium chemicznym.
- Nie. Chodzi o uzdrawianie.
Przygryzła wnętrze policzka, aby nie krzyknąć radośnie, ale to brzmiało ciekawiej niż wszystko, co sobie wyobrażała. Zdecydowanie ciekawiej niż zagłodzona poezja. I powiedział "uzdrawianie"! Tego słowa Lutka nie słyszała na co dzień i była pewna, że znaczy ono tu więcej niż wydawałoby się na początku.
- Leki?
- Trochę.
Zadzwonił dzwoneczek przy drzwiach i zerknęła ku nim szybko, ale goście zamiast podejść prosto do kasy, najpierw zajęli stolik i zaczęli wyplątywać się z płaszczy. To dawało jej jeszcze chwilę. Nie za długą, ale jednak i musiała ją dobrze wykorzystać. Tak niewielu rzeczy się póki co dowiedziała i tak dobrze jej szło. Może nie super, ale zważywszy na okoliczności, była z siebie dumna i wiedziała, że opowie o tym wszystkim Nes. Póki co jednak musiała się dowiedzieć.
- To w takim razie bardzo ważna praca...
- Chodzi o pracę zwłok - powiedział nagle bardzo twardym tonem. - Zajmuję się trupami.
Końcówka myśli uciekła jej na chwilę, ale jeśli nieznajomy myślał, że ją wystraszy w ten sposób, to się mylił. Co prawda wolałaby, aby w ogóle nie czuł potrzeby jej odstraszać. Naprawdę była ciekawa. To o trupach brzmiało równie ciekawie co cała chemia.
- To interesujące i chyba rzadkie?
- Bardzo - pochylił się nagle nad ladą i dreszcz spłynął Lutce po plecach. - Chcę je ożywiać - szepnął na tyle głośno, aby ona usłyszała go bez trudu, ale tak, aby nie usłyszał go nikt inny w kawiarni.
Uśmiechnął się brzydko i wyprostował.
- Jednak wezmę jeszcze tę szarlotkę.
- Oczywiście - odpowiedziała bez zwłoki i uśmiechnęła się. - To w takim razie będzie jednak dwadzieścia trzy i czterdzieści groszy. Kawę i ciasto przyniosę do stolika. Proszę się czuć jak u siebie w domu.
Patrzyła jak rozsiada się przy najbardziej wciśniętym w kąt stoliku, gdzie nie docierało prawie żadne światło z dworu i tylko mała lampka na ścianie sprawiała, że nie zalegała tam zupełna ciemność. Jak zwykle nie ściągnął płaszcza, ale zsunął kaptur. Z wielkiej, skórzanej torby wyciągnął notes, długopisy, zakreślacze i grubą książkę. Wszystko było jak zwykle, ale Lutka wiedziała, że to nowy początek i jeszcze dowie si nad czym takim pracuje nieznajomy.
I pozna jego imię.
Tak, od tego zacznie następnym razem.



:aaaaa:
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

ODPOWIEDZ