UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Jestem odpadem atomowym [skończone]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 20 września 2017, 21:32

Pięknie, pięknie dziękuję Wam obu :D (tak, będę próbowała odpowiadać na komentarze, o!)

Kanterial, cieszy mnie to, co piszesz o swoim odbiorze, o tej zbroi i o tym, że rozdział bez Moskwy był Ci potrzebny, bo mnie również. Coś się podziało z proporcjami i zaczęłam to czuć, sama też chciałam odetchnąć i cieszyłam się, że materiał tak się ułożył. Ogromnie mnie też cieszy Twój odbiór Oliviera, bo takie momenty są dla postaci jak być albo nie być - wiadomo. Zwłaszcza że to nie był bohater, o którym wspominałaś jakoś często, raczej nie plasował się w czołówce. Ale zależało mi szalenie na tym wrażeniu godności, bo niewiele postaci mogłoby się tak zachować i nie wypaść pretensjonalnie - im bliżej pierwszego planu, tym, sądzę, o to trudniej. Więc dziękuję raz jeszcze, że czytasz i dzielisz się za każdym razem wrażeniami. Byłoby ciężko bez Twoich komentarzy pod dosłownie każdym rozdziałem <3

Coff, no tak, jak o tym myślę, to trochę nawet jak OZ pisane XD Cieszy mnie zwłaszcza, że babki odbierasz pozytywnie, bo gdyby coś było z nimi nie tak, to natychmiast byś zauważyła i wyłożyła to na stół, wiem o tym. Co do wątpliwości, wiesz, że zawsze chętnie wysłucham (tym razem może bez topienia się XD), może nawet znów odruchowo zacznę się bronić albo wycofywać, ale one są zawsze szalenie cenne, nawet jeśli jedyne, co mogę tak naprawdę i szczerze odpowiedzieć, to "tak wyszło". No bo tak wyszło, jak to w tekstach pisanych niby z jakimś luźnym planem, ale tak naprawdę fragmentami i nabierającym kształtu z rozdziału na rozdział. Tak jak z tym Miguelem, bo sama też to poczułam i od dłuższego czasu kminię, jak z tego wybrnąć - ot, nagle obudziłam się z ręką w nocniku i spostrzeżeniem po czasie, że budowanie emocji w tekście w jakiś pokrętny sposób zawsze wychodziło od niego, więc zajmuje więcej emocjonalnego miejsca, niż powinien. Wiesz, jak jest ze mną i czwórkami ;) A jeśli chodzi o Roberta, to tak, aż wstyd się przyznać, ile czasu zajęło mi pogodzenie się z faktem, że jest kolejnym CDM-em, ale jest i chyba jednak mi z tym dobrze. Ogromnie, ogromnie dziękuję i cieszę się, że miałaś z czytania radość :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 179
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Coffee » 20 września 2017, 21:45

(Mam nadzieję, że odpowiedzi na odpowiedzi są społecznie akeptowalne :D)

Jeśli chodzi o postaci kobiecie, to zdecydowanie nie mam się do czego przyczepić. Emily jest fantastyczna w całej rozciągłości i jedyne, czego nie kumam, to jej słabości do Miguela. Miała kilka scen, kiedy zachowywała się bardzo nieidealnie i to mi jeszcze podkręciło sympatię do niej, bo wiadomo, że nie ma nic gorszego niż święte postaci.
Judy jako szalona naukowczyni totalnie jedzie po bandzie, kocham to. Jindriska też budzi niesamowitą sympatię i im dłużej o tym myślę, tym bardziej do mnie dociera, jakie to osiągnięcie. Bo przecież jest dzieckiem, bo skrzywdziła jednego z głównych bohaterów, bo w ofercie ma głównie strach, bo na początku uderzała w nuty przypominajki o innej martwej bohaterce, bo baaaardzo łatwo było jej zejść na drogę postaci, która nic nie wnosi i której nikt nie lubi. Tymczasem uniknęłaś każdej z tych rzeczy, duży szacun. Właściwie nie miałabym nic przeciwko oddzieleniu jej od Rei'a i czytaniu jej indywidualnego wątku.
Czekam, co zrobisz z Mao (nie wiem, na ile poprawnie wyczułam jej motywację w rozmowie z Kai'em, ale jeśli wyczułam dobrze, to bardzo się jaram). No i baaardzo trzymam kciuki z Mingming.
No a Kai'a to może na piwo zostawimy ;)

Aaale, skoro już przy tym jesteśmy: wiesz, że za każdym razem, gdy jest interakcja dwóch postaci, które się wcześniej w tekście nie spotkały, a co najmniej jedna jest kobietą, to w pierwszym akapicie serwujesz bardzo klasyczny opis "była ładna/nie była ładna/czego jej można zazdrościć"? Nie spodziewam się, żebyś to robiła świadomie, ale jak się czyta tekst w ciągu to się rzuca w oczy.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 20 września 2017, 21:51

Ha, totalnie nie zwróciłam na to uwagi :bag: Nie, serio, i pewnie bym nawet nie zauważyła podczas redakcyjnego czytania. Czyli jednak mam to wpojone, teraz już będę zwracać uwagę. Dziękować.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Joa » 21 września 2017, 19:17

SpoilerShow
Może powinien zostać za nią sam.
Jesteś zaborczy, powiedział sam do siebie i zacisnął szczęki, aż zgrzytnęły.
Nie pamiętam kontekstu, ale sobie wypisałam, gdy czytałam, więc wklejam...
Choć całkiem możliwe, choć nie do końca pewne, że było to na lotnisku
To podwójne "choć" baardzo wytrąca z rytmu czytania. Nie pasuje mi absolutnie.
Jesteś tylko liście na wietrze, Rei, powtarzał sobie Chińczyk w duchu, jeśli taka przypadła ci rola, nic ci do tego. Wypełnij ją godnie.
Potem jednak jakby stracił impet, pochylił się, objął naczynie drugą ręka i uniósł do ust
Owszem, po drodze wydarzyło się sporo nieprzewidzianych rzeczy, kila razy zostali zmuszeni do poważnych zmian kierunku, spowolnieni, tracili zapasy, ale zawsze jakoś wracali na odpowiedni tor.
– To było… Jezus Maria, Rej
Kolejna lodowa bariera runęła z sykiem, olejna grupa atakujących zaczęła wić się w konwulsjach po elektrycznym poparzeniu
Kucał zgarbiony, a gdy tylko starło się jasne, że Miguel nie wróci do Nibylandii, wyprostował się z gracją kota i oparł dłoń na kaburze.
To bardzo słabi bojowo Połączeni, najprawdopodobniej nie byliby żadnym problemem ma polu bitwy,
I mało było momentów zamykania się w publicznych kiblach, byleby uciec od spojrzeń wrażających jakieś oczekiwania
szarpnął się, a z jego piersi wszedł zwierzęcy ryk wściekłości i frustracji
– Potrafiłem – poprawił Miguel, ale nie sprawiał wrażenia, jakby zawierzał ciągnąć temat i
Zdecydowanie za długa już grzywka opadła mi na czoło
Nigdy nie siedzieli i nie gadali tak po prostu. Wtedy, w przeszłości, nie było na to czasu. W ogóle Jurij nie miał w zwyczaju siedzieć i gadać tak po prostu
Nie wiem, czy zamierzone, czy przeoczone, ale na wszelki wypadek daję znać, że jest i że brzmi na tyle koślawo, że nie brzmi w ogóle.
– Racja, nie miałem wprawa wchodzić na twój teren. Nie miałem prawa
jej rachityczną sylwetkę, elegancie futro i kozaczki na obcasie.
nie do zdarcia, więc w sumie kto, wie, ale…
Ten przecinek.
Upór i determinacja jedynie przyspieszały śmierć. Na Zachodzie bano się tej dysproporcji, wiedział o tym, w końcu uspokojeniu nastrojów miał służyć, ale chyba nikt tam nie wyobrażał sobie,
Baaardzo to dla mnie koślawe, to, co zaznaczyłam.
Dobra, zewrzyj się i żryj drewno, bo zaczynam cerować.
Zawrzyj?
Ulice Wiecznego Miasta były głośne i tłoczne nawet o tej prze roku.
A teraz to wołanie jeszcze zyskało jeszcze na sile i zmieniło się w trudny do zniesienia skowyt.
I dopiero, kiedy ta droga zwiodła, wróciła ze spuszczoną głową i podkulonym ogonem.
Hiromi pracowała nad tym oczywiście, ale sama wielokrotnie zaznaczała, że po potrwa i niczego w gruncie rzeczy nie może obiecać, bo sytuacja jest beznadziejna
Był taki ciężki. Nigdy wcześniej nie zauważył, że jest taki ciężki.
To jest tak koślawo urocze XDDDD
Szarpnął głową. Poczuł ból, gdy zbłąkana elektroda dotknęła ucha. Któryś z Proktowicieli krzyknął,
uderzył go otwartą dłonią w potylicę.
W pliku jest to w innych linijkach.
Oto jestem!
Długo mnie nie było i jest mi wstyd :bag: To tylko i wyłącznie moja wina i mojej złej organizacji czasu. Absolutnie nie tekstu. Sama wiesz, że mało czytam (i na forum, i poza nim). To tak słowem wstępu, żeby się usprawiedliwić.

Po pierwsze. Jestem okropnie zła, okropnie obrażona i nie przeszło mi do teraz (od po południa). Jak mogłaś
SpoilerShow
zabić Oliviera? T~T
I mignął mi gdzieś spoiler, bo jestem debilem i czytam komentarze, ale nie przyjęłam tego do wiadomości. Mimo to - byłam zaskoczona. Powiedzenie w tym momencie, kto był prawdziwym celem w Paryżu, a potem od razu śmierć bohatera - to było świetne zagranie. Dla mnie idealnie się wkomponowało w moje czytanie, nie spodziewałam się praktycznie w ogóle. Zwrot akcji jak w dobrym filmie, po którym siedzisz z otwartą buzią i czekasz na obudzenie się ze snu.
Nie mam zbyt wielu uwag, bo dla mnie wszystko "siedzi", a partia materiału do przeczytania była tak ogromna, że mam problem z omówieniem każdego rozdziału lub nawiązaniem do czegoś konkretnego.
To już jest ten moment w tekście, w którym czuję, że wszystko zmierza do złego końca i mówię tylko do siebie: "niee...". Emily przestaje mi przeszkadzać (może to była kwestia Miguela obok?), Judy wpycha mnie w jakieś takie zakątki pod tytułem "nie ogarniam", "jprdl, wyjdź", "wariatka" (jest fajnie skonstruowana, ma swój charakter i zachowanie, które mi osobiście nie wydaje się w żadnym stopniu przesadzone), Hiromi darzę wielką sympatią... No i chłopcy. Brooklyn, choć jest go mało, to czuć go mocno. Jest niepokojący, niebezpieczny w taki spokojny sposób. Jara mnie, jako czytającą osobę. Mam słabość do takich postaci.
Kai - to postać, do której żywię tak sprzeczne uczucia, że jest to niemożliwe. To człowiek, któremu, kurde, albo brakuje miłości, albo luzu, albo docenienia, albo wszystkiego na raz. I to jest taka mieszanka, która sprawia, że jest taki/a jaki/a jest. Pełno w niej/nim frustracji, bólu, niedocenienia, które narastały chyba od lat.
Rei to postać, której charakter jest najmniej mi bliski. Nie umiem się do niego zbliżyć.
Jurij i Miguel - rozczulają mnie. O obu się martwię, chcę dla nich jak najlepiej, mimo że zachowują się czasami jak tacy kochająco-niekochający się przyjaciele.
No i Jurgens. Jego wątek jest zdecydowanie najbardziej interesujący. Boli mnie, jak toczy się jego życie, boli mnie jego rodzina i kariera. Bolą mnie te zagrywki mediów, które są całkowicie realne, ale też w sytuacji Roberta potrzebne. Cholera. To postać, która najwięcej traci na tej wojnie. Traci na wizerunku, traci rodzinę, traci Oliviera. Zostaje z niczym. Jest Johnny, jest Emily, ale oni mają siebie. Robert jest w tym sam.
Jest tylko jedna rzecz, która przeszkadza mi w bohaterach: mają wspólną cechę, objawiającą się w wypowiedziach. Wszyscy są bardzo konkretni. Bardzo pewni siebie w mówieniu, dosadni. Wzmacniasz ich wypowiedzi kolokwializmami, wulgaryzmami i to powoduje, że postacie są bardzo do siebie zbliżone w wypowiedzi. Rozumiem, wiem, że masa ludzi przeklina, a w stresujących sytuacjach to już całkiem, ale jednak brakuje mi postaci, które kluczą w wypowiedziach, są niepewne, namyślają się, nie przeklinają...
Zaznaczam tylko, że to moje wrażenie i jest ono nieco rozmyte, więc nie wiem, na ile jestem konkretna i pomocna.
Dobrze mi się czyta, gdy opisujesz politykę, co jest dla mnie rzadkością. Zazwyczaj mnie denerwują takie wstawki, ale Ty robisz to tak umiejętnie i ze smakiem, że jest to dla mnie interesujące.
Będę czytała dalej.
Wybacz, że tak skąpo >_<

To, co mnie urzekło:
SpoilerShow
Bardzo podobała mi się scena z Seaborg i Siergiejem w wodzie. Była taka "akurat". Świetna.
Patrzył na Chinkę, na ten symbol kobiecości, pierdoloną boginię płodności, archetypiczną kochankę i matkę, azjatycką Wenus ze wszystkimi krągłościami, piękną twarzą i wielkimi, kocimi oczyma okolonymi długimi rzęsami. Z tymi ruchami pełnymi niewymuszonej gracji nawet w chwili, gdy w kleszczach trzymały ją ból i wyczerpanie. Z tymi ustami kuszącymi i bez makijażu. Z kalectwem, które wydawało się w tym obrazie jedynie nieznaczącym pęknięciem olejnej farby.
Postawił w myślach samą siebie obok niej. Perwersyjnie, z tą brudną potrzebą, która każe odrywać strupy i drażnić językiem chore zęby. Zobaczył żałosnego pokurcza bez talii i bioder, małe piersi krępowane gorsetem tylko dla zasady, twarz, co do której tak łatwo było się pomylić, nawet jeśli należeć miałaby do mężczyzny o niezbyt wyrazistych cechach płciowych. I te krótkie, szorstkie włosy. Te małe oczy – tak często słyszał, że są po prostu oczyma złego człowieka. Nie silnego i nie potężnego, a zwyczajnie złego.
Patrząc na to, że Kai udaje mężczyznę, a patrzy na niezwykle kobiecą Mao, ta scena nabiera dodatkowej mocy i mnie cholernie rusza. Jest tu frustracja, złość, jakieś pragnienie i żałość.
Jakąś godzinę może dwie po przekroczeniu zasieków, Miguel uświadomiło sobie nagle, że nigdy wcześniej nie oglądał wojny i dziwnie mocno go to spostrzeżenie uderzyło. Bo przecież w teorii ją znał – wojnę literacką, filmową czy nawet tę z reportaży. Niby był przygotowany na sam koncept. Wpojono mu pojęcie, odpowiedni słownik, nieco wyrwanych z kontekstu obrazów, jakieś aksjomaty. Na jakimś poziomie od dziecka jej uczono, bo przecież był chłopcem, a dla chłopca patyk to karabin. I nie o to bynajmniej chodziło, że okazała się w praktyce zupełnie inna. Nie, raczej… nieprzystawalna. Chodziło jedynie o fakt, że tamto to były spojrzenia z daleka, z lotu ptaka, na całość, na historię, na przyczyny i skutki. Nawet indywidualne opowieści dało się jakoś pogrupować i przypisać szerszym kategoriom. Archetypom. Wielkiej opowieści o bohaterach, zdrajcach, okrucieństwie albo chwale. W zależności od tego, kto mówił, a kto słuchał. Obraz oglądany z bliska – choć ten sam – wydawał się jedynie chaosem pozbawionym możliwości uporządkowania. W przedziwny sposób nie budził ani przerażenia, ani współczucia, a głównie irytację. Jakby chodziło o syf w celi zostawiony przez jakiegoś nowego, który wciąż nie załapał zasad więziennej koegzystencji, a nie syf w miliardach ludzkich historii.
Jest wspaniałe. Brak mi słów.
Śmierć Moskwy była inna niż śmierć Pekinu. Nie tak gwałtowna. Miasto umierało powoli, dusiło się, gdy lodowe palce stopniowo zaciskały się na jego gardle. Nagłość przyszła później, gdy odeszli już ludzie – przyszła z opuszczonych fabryk, gazowni i wodociągów. Ze stacji benzynowych. Ale śmierć Moskwy nadeszła też dawniej i przy wciąż dogorywającym ciele Pekinu, jej zwłoki zdawały się dziwnie spokojne i pogodzone z losem.
To samo. W punkt.
Ona sama prezentowała się znacznie zwyczajniej niż rezydencja za jej plecami czy urokliwy nawet mimo paskudnej pogody krajobraz niewielkiej wyspy na zalewie i otaczających ją gór. Dość wysoka, ale przysadzista, w siwych, potarganych włosach do ramion, z dość zwyczajną w tych okolicach twarzą, w której tkwiły oczy z charakterystycznie dla wyspiarzy opadającymi zewnętrznymi kącikami. Skórę znaczyły głębokie bruzdy. Jej ubranie też nie kojarzyło się bynajmniej z panią na włościach, a raczej szopą i widłami – na kraciastą flanelę zarzuciła pikowany bezrękawnik w zdechłym kolorze musztardy, a nogawki wytartych jeansów wpuściła w kwieciste kalosze. Jej mocną szyję otaczała niedbale przewiązana chusta, która lata świetności zdecydowanie miała już za sobą, o czym świadczył spruty na brzegach materiał.
Absolutnie kocham.
– A jakie to ma znaczenie? – wzruszyła ramionami Josie. W zdaje się, że modnie podartej żółtej bluzce wyglądała okropnie. Kolor nie pasował do fioletowego irokeza i dziwnie odbijał się w młodzieńczych pryszczach na brodzie. Robert chciałby myśleć o swojej córce, że jest ładna, że jest najładniejszą dziewczyną w całych Niemczech, ale skutecznie mu to uniemożliwiała.
Może tym też czuł się w gruncie rzeczy zawiedziony, choć wydawało się tak śmieszne i błahe. Nie nią – sobą. Tym, że nie potrafi patrzeć na własne dziecko jak inni ojcowie, stawiając je na piedestale, wynosząc ponad wszystkie inne bez względu na to, czy zasługiwały, nazywać księżniczką.
Nigdy jej o tym nie powiedział. Nigdy nie zamierzał mówić. Znienawidziłaby go jeszcze bardziej i – co gorsze – miałaby absolutną rację.
Strasznie mnie to rusza. Za każdym razem. A przecież było i w sztambuchu... i tu...
W jego organizmie nie było już co prawda toksyny, ale wyczerpanie wielodniową nierówną walką z trucizną i tak pozostawiło go niemal bez życia. Leżał nieprzytomny, zupełnie sflaczały, a z kroplówek spływały ciężkimi, tłustymi kroplami do jego żył leki, elektrolity i glukoza. Jakby nic więcej go już nie wypełniało. Jakby blade, wychudłe ciało nie stanowiło niczego więcej ponad fałdę na pościeli. Przypadkowe plamy cienia.
Jakby go tu wcale nie było.
A to mnie rusza okropnie.
– Nie wiem – syknął jednak Sabaka z irytacją. – Wkurwia mnie. Wszystkim. Tym, jak mówi, jak przeciąga słowa, jak się zawiesza wpół zdania, jak łazi, kręci się jak gówno w przeręblu, jak wzdycha, jak macha tymi łapami, jak patrzy, jakbym mu nasrał do kieszeni. Jak mu się wydaje, że wszystko rozumie. Nie ma nic gorszego niż ludzie, którym się wydaje, że rozumieją. Mam mu ochotę przywalić w ryj średnio raz na minutę, a raz na godzinę zabić. Jest ślepy, popierdolony, gada przez sen i mnie orzygał. Od początku mnie wkurwiał. Zawsze. Nawet teraz mnie wkurwia. Mógłby się obudzić.
<3
– To jak, synek, bydzie latoś kurwica? – spytał Conan Angus Corc Artair McGregor, nie wyjmując fajki z zębów.
– Będzie – odpowiedział Johnny krótko, zgadując, że chodzi o wojnę.
– A żem pedział, że taki Moskal syćko capnie, a jak mu rzyć nadstawiają i gacie spuscają jak frajerka…
– Tato – skrzywił się Johnny i wyjął lejek z rurki.
– A co? Źle żem pedział?
Jest najlepszy. Razem z matką. Kurde.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 23 września 2017, 18:04

Przepięknie dziękuję <3 Wiem, jak niewiele masz czasu i sił na czytanie, więc dziękuję tym bardziej, bo cieszę się ogromnie, ale też mi głupio, że tak potężną porcję tekstu postanowiłaś przyswoić. No, to nie jest opko, na które można poświęcić jeden wolny wieczór.

Wasze komentarze układają się jeden po drugim w skomplikowaną mapę różnych problemów, nad którymi nieustannie myślę. Nie sądzę, żebym zdołała rozwiązać wszystkie na przestrzeni tego podejścia, a nawet myślę, że zawracanie z drogi w tym momencie wyszłoby w paru wypadkach na szkodę - byłoby bardzo widać, że zmieniłam taktykę, a ja też nie miałabym gwarancji, że nowa taktyka się sprawdzi. Także przepraszam, jeśli będzie wyglądało na to, że się produkujecie, a ja swoje. To nie tak, Wasze uwagi są niesamowicie cenne i na 100% znajdą odbicie w kolejnej wersji (jeśli starczy mi na nią sił) i kolejnych tekstach. Nawet jeśli wydaje Wam się, że coś jest nieistotne, dla mnie istotne jest ogromnie, bo potwierdza jakieś obawy albo im zaprzecza. Bardzo cenne np. dla mnie zdanie to to o tym, że problemem w odbiorze Emily mogła być obecność Miguela obok. Bo mogła być - to ma bardzo dużo sensu w kontekście uwag Coff np. i jakichś tam moich własnych obserwacji. To jest cudne, bo widzicie ten tekst tak, jak ja go nigdy nie zobaczę - z dystansu i w całości, bez wiedzy o tym, co miało wybrzmieć, co chciałam uzyskać i jak wyglądały alternatywne linie, z których z takich czy innych względów rezygnowałam. Dziękuję.

Wielokrotnie też podkreślałam, że jara mnie ogromnie to, jak różne pojawiają się zdania na temat poszczególnych postaci, bo jednym z założeń, jakie miałam, było to, by nie podporządkowywać całości niczemu - żadnym przekonaniom, żadnym światopoglądom, temu, co uważam za słuszne albo temu, co mnie odstręcza. Chciałam, żeby każdy bohater mówił swoim głosem, nawet jeśli ten głos jest mi kompletnie obcy. Ponieważ też piszę w dużej mierze dla siebie, nie przejmowałam się szczególnie konsekwencjami w postaci możliwie "nieodpowiedniego" przesłania - poruszane problemy też miały, jak postaci, mówić za siebie. Wiecie, to nie jest tekst z tezą, choć mam nadzieję, że nie jest też o niczym, bo paradoksalnie chciałam, żeby jeden czy drugi temat był. Więc Wasze opinie w tym względzie są szczególnie cenne. I sympatie, i antypatie, i wątpliwości, i ambiwalencje.

Także, Joa, raz jeszcze dziękuję, bo dokładasz naprawdę cenną i solidną cegłę.

Temat dialogów pojawia się nie po raz pierwszy, ale różnicowanie sposobu mówienia to chyba dla mnie nadal kwestia bardzo trudna. W pierwszej wersji nieosiągalna najwyraźniej, bo jedyne, co mi się udało osiągnąć, to to, że Rei i Robert przeklinają tylko w naprawdę kryzysowych sytuacjach XD Ale będę miała to z pewnością na uwadze przy wersji 2.0, bo tak, widzę, że tu mogłoby być lepiej. Ale to trudny aspekt i muszę mu poświęcić osobną redakcję najpewniej.

<3
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 04 października 2017, 21:18

ROZDZIAŁ XXV
A TRUE BEYBLADER WON’T WAIT OUT THE STORM. HE BRINGS THE STORM



Rosja
Rei zwykle nie czuł się dobrze zmuszany do desperackich kroków. Owszem, podejmował je, bo czym było chociażby zamordowanie członków rady państwa czy wysłanie własnych dzieci z człowiekiem mającym wszelkie uprawnienia do tego, by Kona nienawidzić i szukać na nim zemsty? Czym było wypowiedzenie wojny Rosji, gdy zawiodły inne próby dotarcia do Kaia i załatwienia porachunków z nim? Nawet w wieku trzydziestu sześciu lat czuł się niekiedy przyparty do ściany. Więc nie, to nie tak, że takie zachowania pozostawały cesarzowi zupełnie obce, ale po prostu ich nie lubił.
Zazwyczaj.
Bo teraz, siedząc na grzbiecie prującego lodowate powietrze smoka i kurczowo zaciskając spocone mimo chłodu dłonie na błękitnych lotkach, czuł się zupełnie inaczej. Coś pulsowało w jego żyłach, coś rozpalało czoło i do Reia dość szybko dotarło, że to przeświadczenie, że wybrał dobrze i wreszcie postępuje, jak należy. Nie zimne przekonanie wysnute na podstawie analizy sytuacji, a po prostu irracjonalna, głęboka pewność towarzysząca ostatniej szarży zapędzonego w pułapkę tygrysa, który mógł tylko poddać się lub walczyć, rzucając na szalę wszystko.
Czekali na niego. Mao. Jurij. Miguel. Może wszyscy, może tylko jedno z nich – trudno było ocenić sytuację i ilość ofiar w ciemno, więc Kon przygotował się na każdą ewentualność. A potem przyjdzie czas na pozostałych. Innych towarzyszy sprzed lat. Każdego, kto będzie gotów.
Ale jednocześnie wszyscy oni zdawali się zostawać daleko, choćby fizycznie coraz bliżej. W głowie Rei miał inną twarz. W uszach słyszał inny głos i inny cichy, nieśmiały śmiech. Gdy przymykał oczy, stawały mu przed nimi te wszystkie chwile, gdy Jindřiška chciała się do niego przytulić, a potem wycofywała nagle, zawstydzona i przerażona własną mocą.
Bo Kenny miał w pewnym sensie rację – nawet wywiezienie jej z terenu Rosji nie mogło zapewnić dziewczynie bezpieczeństwa. Nawet najszczersze intencje Emily, o ile faktycznie je miała. Mylił się jednak co do rozwiązania. Nie było dla nich kryjówki, nie było ucieczki – nie w tym świecie.
Więc należało zbudować nowy świat. Nie – czekać, aż zrobią to inni, być może wcale do tego nie zdolni, za bardzo już połamani i zmęczeni, nawet jeśli kiedyś wiodący prym.
Tak, stracili z oczu cele. Tak, one się w gruncie rzeczy nigdy nie zmieniły. Tylko utonęły w śmieciach. W polityce. W osobistych urazach. A nadal chodziło wyłącznie o to, by nikomu nie działa się krzywda. O to, że Połączeni musieli zadbać sami o siebie, bo inaczej dostawali się w tryby wojennych i szpiegowskich machin. Należało pomóc zwłaszcza tym, którzy sami nie mogli się bronić albo nie mieli świadomości, w jak straszną matnię są wciągani. Rei musiał spotkać Jindřiškę – to odbicie ich samych z młodości – by do końca to zrozumieć i przyjąć, by potem przyswoić w pełni żale Kenny’ego i jego punkt widzenia. Znaleźć motywację, która kazała Saienowi ukrywać siebie i Takao na rosyjskich pustkowiach.
Wszystko to układało się powoli na horyzoncie w jeden logiczny ciąg. W jedną ścieżkę, którą można było wreszcie podążać bez oglądania się na własne lęki i paranoje. Tak trudno było odróżnić je od właściwych podszeptów Białego Tygrysa.
Wszystko to układało się powoli na horyzoncie w ciemną, niejednolitą bryłę Opactwa. Jeszcze chwila, może dwie i sami zostaną zauważeni – Rei doskonale o tym wiedział i spodziewał się najgorszego. Ostrzału już z daleka, dziesiątek jeśli nie setek syntetyków. Oby tylko Takao okazał się równie odporny na ciosy, na jakiego wyglądał.
Patrząc z bliska, można było przekonać się, że jego smocze ciało poznaczone jest wieloma bliznami. Były jak spisana alfabetem Braille’a historia wieloletniej tułaczki i ukrywania się. Mordów, gdy podlana ambicją agresja wyciągała szpony i zmuszała Takao do krwawych rajdów. Historia dobra i zła. Ofiary i oprawcy. Przezornie zasłanianych przez Kenny’ego Saiena oczu i potwornych popędów, z którymi trzeba się będzie kiedyś zmierzyć.
Kiedyś. Po tym, jak Opactwo wreszcie legnie w gruzach.
Ale ten czas nadejdzie. Rei wiedział, że nadejdzie.
I nie będzie wówczas sam.
Opactwo zerwało się nagle jak dziki kot ze swojego leża i ryknęło całą mocą alarmów. Zjeżyło sierść i Kon wiedział już, że zostali zauważeni.
Takao też to wiedział. Wzbił się wyżej i wiatr huczał pod jego olbrzymim cielskiem, a potem runął w dół z wściekłością, gotów mordować i niszczyć.
Tak jak wichura, która rozpętała się wokół.

*

Własny wrzask niemal go ogłuszał. I może powinien był podejść ich po cichu, nie ściągać na siebie uwagi, ale nie potrafił. Ogień go rozsadzał, wypełniał i napędzał – to ogień przez niego krzyczał. I to ogień śmiał się dziko, gdy płomienie sięgały kolejnych ciał ludzi, którzy próbowali stanąć mu na drodze. Czuł pod palcami, jak ich włosy i ubrania zamieniają się w popiół. Swąd spalenizny wypełniał nozdrza, wirował w głowie, wlewał się do złaknionych płuc.
Zasłużyli. Wszyscy zasłużyli. Za to, co tu robiono. Za to, co zrobiono wilkowi.
Wilk czekał wewnątrz labiryntu. Za zwężającymi się przejściami, za gradem kul i ciałami. Jego skomlenie jako jedyne miało moc przebić się przez szaleńcze wycie ognia. Przyciągało jak płomień ćmę.
– NIE! – Miguel upadł nagle na kolana, objął głowę rękoma. – Nie tak…! Nie możemy…!
Ale Gargoyle nie miał już twarzy Julii, a tylko kamienny, wykrzywiony słusznym gniewem pysk. Już nie chciał rozmawiać, nie potrzebował wątpliwości. Chciał działać, gnać przed siebie i wyrwać Jurija z grożącego mu niebezpieczeństwa.
– Kurwa, tu są niewinni ludzie! Tam też byli…! Wszędzie… są… Słuchasz mnie?!
Nie słuchał. Oczywiście, że nie słuchał. Dlaczego miałby to robić i ulegać słabemu, rozdartemu człowiekowi?
Lavalier czuł niemal, jak jego mięśnie rwą się do biegu, choć Bestia nie miała nad nim takiej władzy jak syntetyki nad Rosjanami i nie mogła zmusić do ruchu. Ale mogła wpływać na niego w inny sposób. Mieszać w głowie. Sięgać do najgłębiej schowanych myśli i wspomnień.
Nic nie było już tu i teraz. Wszystko działo się jednocześnie. Opactwo – to i sprzed szesnastu lat – podziemia zawalonego stadionu, oba więzienia, szatnie, a nawet sierociniec i, Miguel mógłby przysiąc, dawno wymazane z pamięci twarze stamtąd. Każdy pojedynczy moment, gdy zatrzymywał się wpół kroku, a potem okazywało się, że życie na niego nie czekało i znów ktoś inny płaci za to cenę.
Ktoś, kogo miał chronić. Ktoś, kogo miał kochać, ale wybierał inaczej.
Seria z broni palnej uderzyła w nagie plecy, wywołując atak kaszlu.
Reakcja była instynktowna. Zerwanie się, obrót i już rozszerzone w przerażeniu oczy parowały pod rozpaloną dłonią.
I to narastające, niechciane uczucie euforii.
Nie wywoływały go płonące ciała. Nie. Nie chodziło o okrucieństwo i popiół śmierci – Gargoyle nigdy nie był okrutny dla samego okrucieństwa – a o potęgę. O siłę. O hipnotyzujący blask. O to, jak wszyscy – naprawdę wszyscy, nawet Lavalier – byli wobec ognia bezsilni.
Głowa pękała od niewypowiedzianego bólu, z oczu lały się łzy przerażenia i żalu, ciało dygotało, ale w gardle znów narastał ekstatyczny śmiech.
I znów jedno jedyne wycie wilka mogło się przez niego przebić.
A potem i ono utonęło w potwornym huku, gdy zatrząsnął się cały budynek i coś ogromnego z impetem uderzyło w ścianę.

*

Jurij nie wiedział, czy była to najbardziej gorzka porażka w jego życiu. Pewnie nie. Pewnie, kiedy zrozumiał, że Wolborg to bomba z opóźnionym zapłonem, bolało bardziej. I może w innych momentach jego życia – teraz już odległych, jak odległa wydawała się wypełniona ciągłą szarpaniną z losem młodość.
Nie poddał się całkowicie bez walki. Nie wybaczyłby sobie czegoś takiego. Ale lufa przy głowie zdecydowanie ograniczała pole manewru, zwłaszcza w połączeniu z kajdankami i prawdopodobnie wyrwanymi z barków ramionami. Wolborg nie po to była szybka i błyskawicznie reagowała na bodźce, by znosić ciosy. Nie. Atakowała tak, by zabić za pierwszym uderzeniem, a jeśli nie było to możliwe, przynajmniej wypracować sobie przewagę lub natychmiast wycofać się na bezpieczną pozycję i przygotować do kolejnej szarży skierowanej w najsłabsze miejsce przeciwnika. Taka – zapędzona w pułapkę – nie miała szans.
Więc wyła wewnątrz głowy Jurija, pokonana i osaczona, z wyrwanymi kłami i pazurami. Rozkładana na stole i szykowana do skórowania.
Nic tu Ivanowa nie dziwiło. Nieraz już lądował i w tej części przybytku Woronina. Tu w pewnym sensie – w wieku lat piętnastu – przyszedł na świat. Nie zwracał więc uwagi na sprzęt. Ledwie go zresztą widział, bo Wolborg skowyczała tak rozpaczliwie, tak wściekle, że oczy momentami zachodziły mu mgłą.
Patrzył na przygotowywaną do umieszczenia wewnątrz obiektu tubę. W odbiciu widział swoje prawie zupełnie nagie, posiniaczone i wychudłe ciało oraz swoją twarz – widział napiętą skórę na skroniach, podłużne przypominające jasne blizny wybrzuszenia w miejscach, gdzie umieszczono elektrody. W miejscu nacięć pojawiły się zaczerwienienia, tak wyraźne wobec bladej cery i sinych cieni pod przekrwionymi oczyma. To zawsze było takie dziwne uczucie. Zawsze trochę nowe, choć jednocześnie tak znajome. Jakby pamięć wypaczała wspomnienia z laboratorium celowo, próbując chronić zdrowe zmysły. Ale jednak teraz, gdy zaczynało się dziać, wszystko zdawało się wskakiwać na odpowiednie miejsca. Ciało przypominało sobie wrażenia, zapachy i faktury. Gęstość płynu, w którym go zanurzą, ciche bzyczenie, gdy przez kable zacznie płynąć prąd, smak knebla zakładanego, żeby nie odgryzł sobie języka, to paskudne uczucie duszenia się, choć mózg wiedział, że ciecz zawiera odpowiednią ilość tlenu.
Ruchoma część tuby uniosła się z cichym mlaśnięciem uszczelek, pchnięto go w jej stronę i mięśnie właściwie same zaczęły wykonywać automatyczne, wyćwiczone przez lata ruchy. Jakby już nie miał nad nimi kontroli. Jakby Wolborg przejęła stery, choć wiedział, że tym razem to nie ona, a tylko podła rezygnacja, jakiej nie doświadczył już dawno.
Wszystko się kończyło. Cały ten krótki sen o wolności. O ucieczce. O przestrzeni, nieskalanym niczyimi śladami śniegu, swobodzie i szumie lasu pod rozgwieżdżonym niebem. Obietnica po raz kolejny okazała się tylko kłamstwem. Tylko kpiną. Tylko pułapką i zbyt kruchym lodem na głębokim jeziorze.
Łatwo było wskazać winnego. Tego, który przyniósł fałszywą nadzieję, a potem zmusił do jej pogrzebania. Łatwo było ukierunkować wściekłość i wyobrazić sobie odpowiednie gardło do rozerwania.
Miguel zrobił to, czego Jurij zawsze tak bardzo się obawiał. Przedarł się przez osłony, dostał blisko, a potem zabrał ostatnią rzecz, jaka jeszcze do Ivanowa należała. I było to przynajmniej tak potworne, jak Sabaka sobie zawsze wyobrażał. Wiedział, przed czym ucieka. Wiedział, przed czym się broni.
Paskudny dreszcz wstrząsnął jego ciałem, gdy podłączono pierwszy kabel. Jednocześnie dno kapsuły wypełniało się już płynem i Jurij zamknął oczy, z całych sił próbując wyobrazić sobie, że jest gdzieś indziej i robi coś innego.
Ale nie pomagało.
Miał piętnaście lat.
Miał piętnaście lat i pozwolił zamknąć się w tej machinie tortur po raz pierwszy. Nie wiedział, czy przeżyje. Bał się tak bardzo, ale w Opactwie nie wolno było okazywać ani strachu, ani wahania. Chciał płakać. Chciał do ubikacji. Chciał, żeby było już po wszystkim i żeby pozwolili mu się skulić na swojej pryczy. Było mu zimno.
Ostatni raz w życiu było mu naprawdę zimno, kiedy zdarli z niego ubranie.
Bolało i z bólu chyba stracił przytomność, a kiedy ją odzyskał, był już zupełnie kimś innym – był takim Jurijem Ivanowem, jakiego niedługo potem poznały areny. Strasznym. Okrutnym. Niewahającym się przed niczym w drodze do zwycięstwa, półdzikim, półwilczym chłopcem, który już wówczas postawił pierwsze kroki ku Połączeniu, choć nie miał o tym bladego pojęcia.
I teraz miał obudzić się nim znowu. Nie pamiętać o tym, jak to później przeciwko niemu wykorzystano, jak wiele musiał przelać krwi i potu, nim zdołał choć na chwilę, na parę nędznych lat wyrwać się z kajdan.
Chcieli mu odebrać wszystko.
Naprawdę wszystko.
Nie pozwolę na to, zawarczał piętnastoletni Jurij w wilczej skórze.



Nairobi
Kiedy przed laty otwierano kenijski budynek ONZ, szumnie ogłaszano go najbardziej zieloną budowlą Afryki, chwalono panele słoneczne, naturalną wentylację i wewnętrzne ogrody. Obecnie oczywiście nie robił już na nikim takiego wrażenia – część zastosowanych technologii uważano wręcz za przeżytek – wietrzenie nie zawsze działało, jak należy, oświetlenie męczyło, a instalacja miała tendencję do drobnych awarii. Robert nie lubił tu przyjeżdżać i faktycznie robił to rzadko. Zawsze miał wrażenie, że gotuje się w garniturze, a wszechobecne szklane ściany powodowały, że czuł się nieustannie obserwowany.
Te ostatnie zdążył już parokrotnie przekląć także Mystel. Uspokoił się nieco dopiero, gdy Johnny oprowadził go dokładnie po terenie – najpierw na planie, a potem faktycznie – pokazując, skąd, pod jakim kątem i co widać. Ostatecznie zdołali się efektywnie podzielić terenem, a Robert też nie był tu po raz pierwszy, więc doskonale wiedział, dokąd nie chodzić i gdzie nie stawać, żeby nie narażać się i nie znikać ochronie z oczu oraz nie utrudniać ewentualnej interwencji. Po oficjalnej części, gdy wszyscy delegaci, członkowie ekip, autoryzowani dziennikarze i obsługa rozpełzli się po budynku swobodnie, miało to tym większe znaczenie.
Ale jednak nawet skupiony na zadaniu McGregor nie mógł przeoczyć jednej drobnej postaci.
– Emi?
Potarła nerwowo czoło, po czym zbywająco machnęła ręką.
– Nic mi nie jest – burknęła.
A jednak stała w kącie skryta za jednym z setki kwiatów wysokości co najmniej człowieka i małymi, nerwowymi łykami popijała wodę z plastikowego kubka z dystrybutora. Drżały jej ręce i podbródek.
– Mhm, a tak dokładniej? – Johnny zasłonił sobą resztę korytarza nie tyle po to, by odciąć drogę ucieczki, co raczej po to, by domknąć kryjówkę.
– Tak dokładniej to Judy Mizuhara.
No tak, to było do przewidzenia. McGregor widział, że harpia usiadła obok dawnej uczennicy, ale w tamtym momencie nie mógł zrobić wiele. Jakkolwiek wydawało się mało prawdopodobne, by ktoś chciał zaatakować Roberta, gdy ten stał na mównicy, zawsze należało brać poprawkę na szaleńców różnej maści lub po prostu głupców, a sekretarz generalny pozostaje wręcz kusząco odsłonięty.
– Zapaliłabym – wyznała Emily niemal warknięciem.
– Idź do palarni.
– I mam dać się zamknąć w akwarium z tą suką? W życiu! Przecież ona mnie tam znowu dopadnie!
McGregor zmierzył York taksującym spojrzeniem. No, jeśli niechęć i lęk wygrywały z głodem nikotynowym, musiało być źle.
– Johnny… – odpowiedziała niespodziewanie na jego spojrzenie, a jej twarz powlekła znajoma maska rzeczowości. – Mogła kłamać, ale myślę, że nie kłamała i to nie była ona.
– Co? – nie zrozumiał.
– Paryż. Zapytałam ją wprost o Paryż i to, co się tam stało latem. Była zaskoczona, więc to chyba nie ja… – Emily fuknęła z frustracji. – To nie ja byłam celem. Więc zostają dwie opcje i… i ja jednak bym wolała…
Nie musiała kończyć. Szkot aż za dobrze wiedział, co chodzi jej po rudej głowie, a czego Emily nie potrafi ubrać w słowa, bo oznaczałoby też konieczność nazwania pewnych emocji.
Oczywiście, że wolała wierzyć, że to ona jest celem. W pewien sposób zapewniało jej to kontrolę nad sytuacją. Dawało paradoksalną gwarancję, że jeśli wydarzy się coś złego, to nie za jej plecami. Nie komuś, kto jest dla niej ważny. Skoro wypadła z układu, to cały ten drobiazgowo przez nią zaplanowany model dający psychiczny komfort rozpadał się jak wieża z klocków.
Emily nienawidziła takich sytuacji. Prócz tego, że ją stresowały i że się zamartwiała, po prostu ich nienawidziła. Podobnie jak topiących się izolacji kabli, zwarć, błędów w kodzie i niepasujących do siebie części mechanizmów.
– Dam znać Olivierowi – obiecał Johnny, ale pokręciła głową.
– Obawiam się, że on wie – odparła zasępiona. – Teraz to dla mnie oczywiste, że nie mówił nam wszystkiego.
McGregor uniósł brwi, ale wszelkie słowa zamarły mu na ustach. Uświadomił sobie nagle, że najgorsze, że Emily mogła mieć rację. Prawdopodobnie ją miała – jak zwykle, gdy w grę wchodziły analiza i wyciąganie wniosków.
– To aż głupie, że mu uwierzyliśmy – parsknęła, zgniatając nerwowo pusty już kubek. – Ktoś włamał mu się do mieszkania i on miałby się nie dowiedzieć, kto za to odpowiada? Absurd!
– Tym bardziej powinienem się z nim skontaktować – mruknął Johnny, a York po prostu przytaknęła.
– Wracaj na posterunek – powiedziała jeszcze. – Ja sobie dam radę. Mi przynajmniej nikt jeszcze nie próbuje dodawać arszeniku do potrawki. I daj znać, kiedy się z nim skontaktujesz. Mam… złe przeczucia.

*

Brooklyn krążył po sali kompletnie zdezorientowany. To, co działo się wokół, cały ten towarzyski chaos, ta kakofonia powitań, niejednoznacznych uwag i sugestii, ta dzika gra gestów przytłaczały go i przerażały.
Ciała, ciała i jeszcze więcej ciał, wszystkie stłoczone w zamkniętej przestrzeni, cuchnące perfumami i przekąskami na małych talerzykach oraz – coraz wyraźniej – alkoholem. Masefield nie powinien był tu przychodzić. Powinien był zostać w hotelu, zaciągnąć zasłony i pogrążyć w letargu, by znów poczuć uspokajającą moc Bestii. Ale Kai miała inne zdanie. Chyba bała się, że ktoś mógłby ukraść jej sejf razem z bezcenną zawartością, jeśli choć na moment spuści go z oka.
Sama krążyła wokół dyplomatów dumnie wyprostowana i z wystudiowanym spokojem w gestach i mimice. Oczywiście w męskim garniturze. Nawet chodziła jak mężczyzna, a jednak Black, wciąż na nowo przepalając jej tkanki, z uporem odbudowywała kobiece właśnie ciało. Bo takie wybrała.
– Panie Masefield?
Brooklyn drgnął, zaskoczony, omal nie wypuszczając z rąk talerzyka z sałatką. Odwrócił się niepewnie, by zobaczyć twarz niemal kompletnie sobie obcą, a jednak przywołującą jakieś bardzo zamglone wspomnienia.
– Profesor Judy Jones – przedstawiła się kobieta, wyciągając ku niemu rękę, której nie uścisnął. Wydawała się tym jednak zupełnie niezbita z tropu i po prostu wycofała dłoń. – Chyba nas sobie wcześniej nie przedstawiono.
– Chyba nie – przyznał.
– Dawniej używałam nazwiska Mizuhara.
Ach, tak, to już zdecydowanie mówiło więcej.
Poza tym Judy Mizuhara-Jones miała w sobie coś, czego Brooklyn nie potrafił nazwać, ale co sprawiało, że była mu bliższa niż jakikolwiek człowiek, którego spotkał w życiu, i wiedział to już po minucie rozmowy. Oczywiście nie chodziło o bliskość emocjonalną, wręcz przeciwnie – Masefield odniósł wrażenie, że wreszcie zbliżył się do niezmąconego umysłu, jakby czystej, gładkiej powierzchni. Przyjemnie było w nią patrzeć. Przyjemnie było rozumieć i nie gubić się na rozwidleniach.
Nawet oczy kobiety wydawały się takie – jak z polerowanego metalu albo szkła – zupełnie nie przerażające. Bez tych wszystkich zmieniających się barw. Bez wrażenia, że coś znajduje się za nimi i zakłóca percepcję. Bez konieczności domyślania się i bez ciężaru oczywistej porażki.
Dobrze było się na niej skupić i zapomnieć o reszcie sali wraz z jej konfundującym chaosem.
– Od dawna miałam nadzieję pana poznać – mówiła Jones i nie brzmiało to jak wymuszona konwencją grzeczność nawet w najmniejszym stopniu. Brooklyn wiedział, kim dla niej jest, a ona nawet nie próbowała tego ukrywać.
– I co pani sądzi? – zapytał więc, choć do końca nie potrafił zdecydować, czy naprawdę jest tego ciekawy. Za to na pewno był ciekaw jej odpowiedzi.
– Że przejawia pan tak charakterystyczne zachowania, że trudno mi nie podejrzewać celowego przeoczenia przed laty i jestem już niemal pewna, że na badania psychiatryczne nie wysłano pana z pełną premedytacją – odparła kobieta rzeczowo.
Uniósł lekko brwi.
– Muszę przyznać – odparł – że sam też doszedłem do takiego wniosku parę lat temu.
Jones odpowiedziała uśmiechem – tym charakterystycznym grymasem, podczas którego przymykała oczy i przechylała lekko głowę.
– To jednocześnie fascynujące, zaskakujące i nieco rozczarowujące, że postanowił pan zostać na stałe w Rosji pod kuratelą Kaia Hiwatariego. Jestem ciekawa, jak znosi to Zeus.
Brooklyn wzruszył lekko ramionami i stłumił dreszcz obrzydzenia, którego powodem nie była jednak Judy, a nie najlepiej działająca klimatyzacja. Poczuł, że ubranie przylepiło się miejscami do ciała i poczuł nagłą potrzebę, by wrzucić je do pralki, a samemu zamknąć się w kabinie prysznicowej.
– Zeus jest cierpliwy, potrafi czekać na odpowiedni moment. – Masefield poczuł, że jego twarz wykrzywia się lekko z obrzydzeniem, gdy koszula znów przylgnęła do pleców.
– Musi być cierpliwy, skoro toleruje ignorancję i rozrzutność Rosjan – przytaknęła kobieta.
Mówiła równym, pewnym głosem, najwyraźniej zupełnie nie obawiając się, że rozmowa zostanie podsłuchana. Mogło to oznaczać wiele, ale z pewnością nie brak rozwagi. Brooklyn stawiał raczej na to, że Judy jest po prostu pewna swoich racji i siły argumentów. Odpowiadało mu to. Najgorsi byli ludzie skradający się do niego na palcach i rzucający aluzjami.
– Jak łatwo się domyślić, program tworzenia syntetyków nieszczególnie mu się podoba – przyznał Irlandczyk – ale z nieznanego mi powodu nadal nie zdecydował się go przerwać. Ja natomiast nie czuję się upoważniony do podejmowania decyzji. Jestem tylko naczyniem, jego zestawem ludzkich zmysłów.
– Rzadko który Połączony myśli o sobie w ten sposób. W większości to pyszne jednostki, które uważają, że zrobiono im krzywdę. Zresztą to wybrzmiało nawet w przemówieniu Jürgensa.
Brooklyn wzruszył ramionami.
– Nie jestem zdolny do oceniania sposobu myślenia innych – odparł – ale może mieć pani rację. Tak się w każdym razie zachowują. Od początku tkwiła w tym wszystkim pewna hipokryzja, gdy z jednej strony mówiono o potędze Bestii, a z drugiej naginano je do ram wyznaczanych przez śmiertelne umysły. Zrobiono z nich rozrywkę. Igrzyska. To je upokorzyło, a potem, mimo że nie ma już zawodów, wcale nie było lepiej.
– Konflikty międzynarodowe, podczas których wykorzystywane są jako broń, to dla nich nic innego, jak nieco większe areny, prawda? Do tego pan zmierza?
Masefield nie potrafił interpretować gestów i mimiki, nie widział drugiego dna wypowiedzi, ale konkretne wypowiedzi i pytania utwierdzały go w przekonaniu, że jest przez Judy Jones słuchany i – co ważniejsze – rozumiany.
– Dokładnie tak. Tak widzą to Zeus, Draciel, Apollo, Torch Pegasus i wszystkie inne Bestie, z którymi miałem do czynienia – przyznał, uznając, że rozmawia z kobietą, której chce i powinien powiedzieć, że w jego umyśle schronienie znalazł także ognisty duch. – Mają świadomość tego, że ktoś je wykorzystuje i że robią to istoty od nich słabsze.
– Dlaczego zatem nie reagują?
– Bo tworzą system. To silnie zhierarchizowany, kompletny układ. W świecie Bestii nic nie pozostaje bez wpływu na pozostałe ogniwa, a jednocześnie żaden z czterech wymiarów naszego świata nie stanowi dla nich ograniczenia, więc, po ludzku rzecz ujmując, donikąd im się nie spieszy.
Judy odpowiedziała uśmiechem.
– Wie pan, jestem dość doświadczonym naukowcem – powiedziała. – Wiele widziałam i niewiele jest w stanie mnie jeszcze poruszyć. Ale to, co pan mówi, i świadomość, że nie są to teorie, a wiedza czerpana z pierwszej ręki, że tak to ujmę, wywołuje u mnie dreszcz zawodowego podniecenia. Coraz mocniej żałuję, że nie było nam dane współpracować wcześniej. Możliwe, że obecna sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. I możliwe, że sama nie popełniłabym wielu błędów w rozumowaniu.
Brooklyn uniósł brwi.
– Inni zwykle nie chcą słuchać tego, co mam do powiedzenia – odparł.
– „Inni” to znaczy Kai Hiwatari?
– Także.
– Cóż, sprawia wrażenie dość twardogłowego człowieka – przyznała Jones.
– Raczej przerażonego tym, że może nie mieć racji.
– A zatem jest szansa na lepszą koegzystencję ludzi i Bestii – Judy właściwie nawet nie pytała.
– Oczywiście – odparł Brooklyn swoim zwykłym znudzonym tonem. – Choć oczywiście należy darować sobie wszelkie koncepty oparte na pełnym zrozumieniu, bo to utopia. Bestie są znacznie bardziej świadome sytuacji i mają nad nami przewagę. Pozwalają poruszać nam się jedynie w wyznaczonych przez siebie ramach, zresztą słusznie, jak uważam. Wyobraża sobie pani, co by się stało, gdyby to nam pozwolono decydować o mocy, która dla nich jest codziennością i punktem wyjścia?



Opactwo
Ściana posypała się jak zbudowana z klocków, a nie cegieł. Runęła z hukiem, a wraz z nią część podłogi, a wraz z podłogą – ciała. Spomiędzy kamieni buchnęły płomienie i Takao w ostatniej chwili cofnął łapy, nim osmoliło i zlepiło mu od gorąca lotki.
Spadający ludzie przypominali rzucone przez kogoś niedbale szmacinę kukiełki. Toczyli się i upadali bezwładnie, łamiąc kości i rozłupując czaszki. Cuchnęli spalonym mięsem. Rei poczuł, nagłe uderzenie niepokoju.
Ogień. Ogień wszczynał alarm.
– Kai… – szepnął ochryple.
Tak, przecież się tego spodziewał. A nawet się na to przygotowywał. Nie sądził jedynie, że konfrontacja nastąpi tak szybko.
– Takao, uważaj! – krzyknął i ułamek sekundy później pod nimi znów wybuchły płomienie.
Smok zerwał się gwałtownie, podkulił łapy. Zatrzepotały błękitne pióra.
– Wszystko w porządku? – spytał Rei, ale nie dostał odpowiedzi, a zamiast tego długi pysk rozwarł się w ni to wrzasku, ni to skrzeku i powietrze zatańczyło wokół nich, zgęstniało w mgnieniu oka i w potężnym podmuchu uderzyło o gruzowisko.
– Nie!
Kiedy ogień dostał tlenu, wybuchł z nową siłą. Gorące powietrze podbiło lot Takao i Kon z trudem utrzymał się na grzbiecie smoka. Czuł, że ciepło sięgnęło nawet jego twarzy, zapiekły wystawione na żar oczy.
– Do cholery! Uspokój się! – Przylgnął do długiej szyi i z całej siły złapał za kolce. – Tylko podsycasz płomień!
Dlatego dobierano w pary ognistych i tych od wiatru. Wzmacniali się wzajemnie. Tworzyli duety o teoretycznych przynajmniej możliwościach znacznie przewyższających to, co mogliby osiągnąć w pojedynkę.
I chyba żaden z nich nigdy tego tak naprawdę nie wykorzystał.
Aż do – o, ironio – tej chwili.
– Lewa! – wrzasnął Rei, zeskakując ze smoczego grzbietu.
Potężne cielsko wykręciło się w kierunku nadbiegających Połączonych. Pachnieli ozonem i morską solą. Elektryczność i woda. Niedobrze.
Ale nie dla Kona. I nie dla tak potężnej istoty jak Dragoon.
Rei zostawił ich więc smokowi, a sam rzucił się w kierunku Kaia, którego ognisty atak został już częściowo zmyty przez potężną falę współpracujących, świetnie wyszkolonych syntetyków Seaborg i Draciel. W mroźne niebo buchnęły kłęby pary. To była szansa. Hiwatari musiał być oszołomiony i zdezorientowany.
Kon poczuł, jak przez jego ciało przebiega elektryczny dreszcz, jak łączy się z przewodami w całym ośrodku, jak stają się one jego własnym układem nerwowym.
I po chwili nią był. Elektryczną instalacją. Układem nerwowym Opactwa. Jak niegdyś stał się układem nerwowym moskiewskiego stadionu. Czuł każdy impuls, wiedział, dokąd biegną. Wiedział, gdy zderzały się z innymi układami nerwowymi.
Znał je.
Dwa z nich znał.
– MAO! – ryknął całą mocą płuc.
Żyła. Była tam, w trzewiach betonowego potwora, tak daleko, a tak blisko, jakby mógł dotknąć jej wyciągniętą ręką.
To właśnie zrobił. I otoczył ochronnym kokonem błyskawic.

*

– Zatrzymać to!
– Doktorze…
– Natychmiast to wyłączcie! Natychmiast! – ryknął Woronin, odpychając asystenta i samemu także rzucając się w kierunku szalejącej aparatury.
Ale tak naprawdę wiedział, że jest za późno. Alarmy włączały się jeden po drugim i potworna kakofonia przewiercała mózgi, zapalały się na czerwono kolejne kontrolki.
Nie miał pojęcia, co się stało. Nie mogło się stać. Nie miało prawa. Nie tym razem i na pewno nie tak. Połączenia, zgrywanie danych pod syntetyki – to zupełnie co innego. Tu chodziło o prostą kalibrację. Tylko o poprawienie rozregulowanych mechanizmów. Tak naprawdę kosmetykę i to w dodatku przeprowadzaną na Bestii, którą w ośrodku znano od podszewki i opisano na wszelkie możliwe sposoby. Nic nie powinno go więc zaskoczyć, a jednak.
Pierdolony eksperyment ze świadomością! Pierdolone zabawy w bogów!
Pierdolona Wolborg! Powinni byli ją skasować, gdy tylko okazało się, co stworzyli.
Choć nie, to nie była tylko ona.
Woronin dopadł wreszcie do głównego bezpiecznika i szarpnął dźwignię. Poczuł, jak prąd przeskakuje mu po ramieniu. Krzyknął i jego głos stopił się z wyciem alarmów.
– Elektryczność oszalała! – ryknął jeden z asystentów.
Bezpiecznik nie zadziałał. Światło zamrugało, monitory zgasły na ułamek sekundy, ale prawdziwe szaleństwo dopiero się zaczynało.

*

Rozsypująca się wprost pod nogami podłoga była może najbardziej konfundującą sensacją, jakiej Miguel doświadczył w życiu. Odruchowo próbował się o coś zaprzeć albo czegoś chwycić, ale wszystko uciekało przed nim, a luźne cegły i przerażeni ludzie uderzali w ciało, spychając go niżej i zabierając resztki kontroli nad sytuacją.
To było najgorsze – brak kontroli nad sytuacją.
Brak kontroli nad ogniem, który wypełniał go całego o nagle wybuchł znów jasny i silny, choć wydawało się, że gaśnie, gdy pod Połączonym osunął się grunt.
Niezdarnie osłaniając głowę, Miguel grzmotnął z impetem w kupę gruzu, poczuł, że obryzguje go coś mokrego, co chciał natychmiast z siebie zetrzeć, ale ręka posłuchała go tylko w połowie. Pył momentalnie zatkał nos, osiadł goryczą na języku i dostał się do oczu, sprawiając, że zalały się łzami. Wciągnięty w rozpaczliwym hauście powietrza kurz zalepił płuca i próba wzięcia kolejnego oddechu skończyła się jedynie atakiem kaszlu. Lavalier po omacku zaczął rozgarniać rumowisko wokół siebie. Czuł zapach śmierci i spalenizny. Czuł rozgrzane powietrze.
Nagle zrobiło się ciemno i Miguel myślał przez chwilę, że oto wreszcie oślepł do końca, ale nagle dotarło do niego, że to cień czegoś wielkiego. Odruchowo przetarł oczy, ale to okazało się fatalnym pomysłem, bo wtarł ostre drobinki w powieki.
A potem oślepł naprawdę. Ostre, zimne światło wbiło się w źrenice jak długie igły. Uszy wybuchły potwornym dzwonieniem, ciało stało się dziwnie wiotkie. Coś złapało go za nadgarstek. Coś wykręciło ramię w chwycie tak wyćwiczonym i silnym, że całe więzienne doświadczenie okazało się warte funta kłaków. Zmuszony do tego, by uklęknąć, chciał uwolnić rozpalający żyły żar, ale wówczas przez ciało przebiegł dziwny dreszcz i mięśnie do reszty odmówiły posłuszeństwa.

*

Podjęła decyzję. Podjęła decyzję i niczego nie mógł z tym zrobić. Czuł, jak zamarza ciecz wokół niego, jak Wolborg buduje mur z zimna i lodu, oddzielając go od przegrzewających się instalacji.
Była piętnastoletnim Jurijem. Chłopcem, który walczył do końca i nigdy nie wahał się przed rzuceniem swojego życia na szalę. Który nigdy nikogo nie pytał o zdanie i zawsze podążał własną drogą, nawet jeśli na ograniczonym terenie wyznaczanym przez ciężką rękę Ilji Balkowa, ale w którym głód wolności był tak silny, że i tę smycz zdołał w końcu zerwać.
Więc nie, nie mógł niczego zrobić, choć wiedział, czuł, co się dzieje i jak to się skończy.
Ciało zapiekło od zmrożonego płynu, swąd palonych przewodów otępiał, szkło pokrywało się pajęczynami pęknięć.
Żegnaj, Jurij.
Wszystko w nim szarpnęło się od protestu.
Przecież jej nienawidził. Do kurwy nędzy, przecież tak bardzo jej nienawidził!
Chciał wrzeszczeć, ale z ust nie wydobywał się żaden dźwięk, płuca wydawały się puste.
A potem wszystko runęło, zerwały się przewody, lód rozsadził szkło, popękały stelaże i pasy. Jurij słyszał huk i wrzask przerażenia, słyszał, jak jego własne ciało z impetem uderza o kafle podłogi, swój własny głos nagle uwolniony w ryku wściekłości i żalu.
Krzyczał jej imię.
Krzyczał jej imię, choć wiedział, że ona już go nie słyszy.

*

To nie był Kai. Nie jego twarz, nie jego drobna postura. Nie jego ogień – nie ogień złości i gorzkiej zemsty, a rozciągnięty w nieskończoność po elektrycznej sieci układ nerwowy i rozwinięta percepcja Bai Hu wyczuły to podwójnie.
Rei wycofał się gwałtownie, kiedy zrozumienie uderzyło go pięścią w żołądek. Miał nadzieję, że nie jest za późno.
– Żyjesz?!
Odpowiedział mu nieartykułowany jęk, który jednak w obecnej sytuacji można było wziąć za odpowiedź twierdzącą. Miguel drżał, ale raczej od elektrycznego szoku, z emocji i od nadmiaru adrenaliny, nie z zimna, bo ciało miał spocone i zaczerwienione. Oczy błyszczały mu jak w gorączce, kiedy wodził nimi bezradnie, być może w poszukiwaniu twarzy Kona, być może w poszukiwaniu jakiegokolwiek innego punktu zaczepienia po upadku i szczęśliwie lekkim porażeniu.
– Jurij! – wychrypiał pierwsze zrozumiałe słowo, rękoma wciąż na oślep szukając oparcia. Gdy tylko je znajdował, usiłował wstać, ale kawałki gruzu i fragmenty ciał uciekały mu spod rąk.
– Co? – Rei pochylił się, by pomóc mu wstać.
– Jurij! – zawył z rozpaczą Miguel, wreszcie łapiąc z nim kontakt wzrokowy. – Chcą wyprać mu mózg!

*

– Co jest, do kurwy nędzy?! – Ivan Papow cały zdawał się wściekłością.
Uderzyła w znacznie potężniejszego fizycznie Woronina jak pięść i nawet on nie zdołał się obronić, gdy Połączony zaskakująco szybkim ruchem pchnął go i przygwoździł do ściany.
– Nie wiem! – zajęczał. – Elektryczność oszalała! Nie potrafię… Nie mogliśmy niczego zrobić!
Papow warknął, a warkot ten przeszedł szybko we wściekły ryk.
– Zabiję chuja! – wrzasnął, wiedząc już, że to repliki Storm nie zdołały powstrzymać Białego Tygrysa. – Znajdź Panina! – rozkazał. – Odłączcie laboratoria! Nie obchodzi mnie jak! Po prostu to zróbcie!

*

Nie żyli. Wszyscy nie żyli. Ich ciała leżały rozwalone na spękanych kaflach, rozsadzone przez lód, poparzone przez wybuchającą aparaturę. Jurij pełzł między nimi na kolanach, maczał drżące dłonie w kałużach krwi.
I tylko jeden przeklęty Woronin zdołał uciec.
Nie na długo, obiecał sobie w duchu Ivanow. Zemsta za Wolborg musiała być okrutna. Musiała być krwawa. Musiała usunąć te szpony zaciskające się na gardle i ciężar z piersi.

*

Papow zdołał jedynie osłonić głowę rękoma przed sypiącym się szkłem, nim potężny podmuch wiatru cisnął nim o ścianę. Nad Opactwem po raz kolejny przetoczył się niski, pełen wściekłości smoczy ryk.
Ivan nie miał jednak czasu na strach. Czuł, że cały się trzęsie z wściekłości. Oczywiście – wiedział, przez kogo Opactwo zostało zaatakowane. Złożono mu raport, gdy tylko stało się jasne, co nadciąga, a on w mgnieniu oka połączył to z innymi wątkami. Obrona była przygotowana na ewentualny atak od dawna, Połączeni i Proktowiciele czekali na posterunkach. Dysponowali tak bronią konwencjonalną, jak i niekonwencjonalną ukrytą we własnych głowach. Jeśli Ivana nie było wśród nich, to dlatego, że nie na tym polegała jego rola i nie do takich zadań został wyszkolony. Ale i bez niego system powinien był zadziałać perfekcyjnie.
Powinien był, ale nie w starciu z aż dwoma Strażnikami Niebios.
Gdzie był Kai i jego pierdolona Black, gdy Rosja naprawdę ich potrzebowała?!
Papow mógł zrobić jeszcze tylko jedno. Zejść do piwnic, schronić się w bezpiecznym miejscu i wykorzystać pełnię możliwości, jakie dawała mu Wyborg. Sprawić, by wszyscy broniący Opactwa stali się jednym umysłem. Nie był nawet pewien, czy to potrafi. Nigdy wcześniej tego nie próbował, a możliwość zbadał jedynie czysto teoretycznie. To mogło zabić jego, mogło zabić wszystkich, nad którymi przejmie kontrolę. Ale nie było już innego wyjścia.
– Ivan.
Stanął, jakby nagle uderzył w ścianę. Odwrócił się powoli, bo dreszcz strachu zamienił mięśnie w twarde rzemienie.
Ten widok nie powinien był wzbudzać w nim strachu. Jurij ledwie stał oparty o ścianę korytarza, półnagi i siny, z zaciekami krwi pod nosem. Nie miał broni ani niczego, co by go osłaniało.
Tylko lodowatą wściekłość w oczach i twarz ledwie przypominającą ludzkie oblicze od wykrzywiającej ją chęci mordu.
Papow chciał coś powiedzieć. Chciał, ale nie był w stanie wykrztusić z siebie nawet słowa.
Zerwał się do ucieczki, ale szpony Jurija już sięgnęły jego włosów.
– Za wszystko, Ivan… – wychrypiał Sabaka tuż za jego uchem. – Za wszystko…


Nairobi
Kai Hiwatari mógł nigdy nie przekroczyć magicznej granicy metra siedemdziesiąt, ale to nie przeszkadzało mu, by nawet w towarzystwie olbrzymich jak góry ochroniarzy prezentować się godnie. To już nie był tamten sfrustrowany, targany niespełnionymi ambicjami chłopak z aren i burkliwy dziedzic imperium Voltaire’a – a jeśli, to całkiem skutecznie go krył, przynajmniej na salonach. Wizerunek zgorzkniałego, za wszelką cenę pragnącego udowodnić całemu światu i – przede wszystkim – sobie własną wartość nastolatka zastąpił dojrzały światowy przywódca w doskonale skrojonym garniturze.
Robert spotykał go w takich okolicznościach nie po raz pierwszy, więc nie zaskoczyło go to szczególnie. Wciąż natomiast nie potrafił ocenić, na ile jest to gra, a na ile faktyczna przemiana, choć obserwowanie dyplomatycznej linii Rosji wskazywało raczej umysł przenikliwy i zdolny do chłodnej analizy.
Albo dobrych doradców, choć wyobrażenie sobie, że Kai mógłby ograniczyć się do roli twarzy wykonującej cudze polecenia, wydawało się niemal niemożliwe. Zresztą wtedy w jego interesie byłoby może raczej znalezienie kogoś o wizerunku bardziej neutralnym i łatwiejszym do strawienia przez resztę świata. Kogoś takiego, kim przed laty dla Tachibany i spółki był Garland Śirwat.
Może Robert też powinien o tym pomyśleć. Tylko kto, jeśli nie on? Krewki Johnny? Zmanierowany Olivier? Hiromi, która miała problem, żeby wytrzymać pięć minut bez papierosa? A może Emily z jej tendencją do bezczelności i nieco tylko dłuższymi niż u McGregora nerwami?
Jürgens westchnął i odruchowo poprawił muszę. Dyskretnie zerknął w lustro, by sprawdzić, czy z jego wizerunkiem wszystko w porządku. Oczywiście pewien problem mógł stanowić brak partnerki u boku, ale w obecnej sytuacji, gdy media obiegły wieści o rozpadzie małżeństwa sekretarza generalnego, Hiromi uznała, że z dwojga złego samotne pojawienie się na bankiecie będzie lepszą opcją niż wybór najbardziej nawet neutralnej osoby towarzyszącej. Nie chciała kolejnej fali absurdalnych nawet plotek.
Samotność na bankiecie oznaczała jednak pewne zagrożenie, a mianowicie brak minimalnego chociaż wsparcia podczas konfrontacji z poszczególnymi dyplomatami. Trudno byłoby bowiem nazywać to inaczej. Wszyscy zdawali się badać grunt, rzucać sekretarzowi generalnemu wyzwanie, jakby chcieli sprawdzić, na ile pewnie się czuje i czy rzeczywiście jest zdolny trzymać linię, jaką zadeklarował podczas inaugurującego spotkanie przemówienia. Nie dał im powodów do cienia podejrzeń. Znosił każdy cios, ignorował wszelkie sugestie, nie pozwalał wciągać się na mielizny. Nie dał się sprowokować do odsłonięcia większej ilości kart lub kontrataków.
– Musisz być ich spokojem – mówiła Hiromi. – Będą szukali spokoju.
Mogła mieć rację, bo świat pogrążał się w chaosie nie tylko, jeśli chodzi o wiszący na włosku konflikt militarny.
Zamknięci w politycznych gabinetach, w wieżowcach i za strzeżonymi murami nie od razu odczuli tę konsekwencję na własnej skórze i nie od razu dotarły do nich jej rozmiary. Ale kiedy ludzie wyszli na ulice, nie dało się dłużej ignorować faktu, że upadają kolejne przedsiębiorstwa, a rynek finansowy i pracy przeżywają załamanie, z jakim nikt jeszcze się w historii nie mierzył. Upadł największy światowy producent, z dnia na dzień zmiotło z powierzchni Ziemi największą światową gospodarkę i fale tsunami dotarły wkrótce do wszystkich obszarów globu.
Niebawem większa ilość miejsc na świecie mogła wyglądać jak Chiny – stać się czarną plamą na mapie.
– Panie sekretarzu, nie mieliśmy wcześniej okazji porozmawiać. – Kai zgrabnym, wyćwiczonym ruchem zdjął koniakówkę z oferowanej właśnie przez kelnera srebrnej tacy.
Nie uśmiechał się nawet podczas takich spotkań – jakby jego twarz nie była w ogóle zdolna do wyrażania zadowolenia, choćby i udawanego. Potrafił jednak przywołać maskę opanowania i neutralnego spokoju, co właśnie uczynił, tak że Robert, nawet jeśli bardzo się starał, nie potrafił wyczytać z tych wąskich oczu wrogości, co dawniej przychodziło mu przecież z taką łatwością.
– To prawda, nie mieliśmy – odparł uprzejmie, starając się usunąć z głowy mącące umysł wspomnienie dawnego Kaia oraz myśl o tym, jak bardzo nie na miejscu wydają się srebrna taca i najdroższy koniak w kontekście rozważań o ogarniającym świat kryzysie ekonomicznym.
– Tymczasem… cóż… – Kai powiódł wzrokiem po sali. – Nie umniejszając nikomu, sądzę, że to my dwaj mamy najwięcej do omówienia w kontekście tego, co się dzieje. Więc… jeśli pan pozwoli, panie sekretarzu – wskazał ręką bardziej ustronną część sali.
Robert stłumił skrzywienie. Sam powinien był to zrobić. Sam powinien był przejąć kontrolę nad sytuacją i nadać ton rozmowie. Spóźnił się dosłownie o ułamek sekundy. W obecnej sytuacji jednak nie pozostało mu nic innego, jak bez słowa podążyć za Hiwatarim.
– Widzisz, Robert – westchnął Kai, gdy przystanęli w zapewniającym względną dyskrecję miejscu. Uwadze Jürgensa nie umknęła oczywiście nagła zmiana tonu na znacznie mniej oficjalny. – Tak się składa, że złapałem twojego… szpiega? Sabotażystę? Dywersanta? Doprawdy, nie wiem, jak powinienem go nazwać. Może, biorąc pod uwagę ilość niewinnych ofiar i ogromne straty dla środowiska naturalnego, wypadałoby mówić o terroryście?
Niemiec poczuł, że coś wyrywa mu kręgosłup z pleców.
– Jest żywy? – spytał.
– Jeszcze – skinął głową Kai.
– Jeszcze.
– Sądzę, że wiele będzie zależało od współpracy tak z jego, jak i z twojej strony. Ale sprawa jest brzydka, Robert. Niezależnie od wszystkiego, opinia publiczna niechętnie patrzy na takie brzydkie zagrywki. Jak widzisz, mam dość mocne argumenty w tych negocjacjach. – Mimo działającej na jego niekorzyść różnicy wzrostu, Hiwatari spoglądał wprost w oczy Jürgensa. Nieruchomo. Niemal nie mrugając. I tylko jego delikatne, niemal dziewczęce palce przesunęły się po szkle koniakówki. – Teoretycznie ten niefortunny wypadek otwiera mi sporo drzwi. Mam w ręku Połączonego, którego Bestia mnie interesuje, potencjalnie cenne źródło informacji o twoich planach i nie tylko oraz klucz do ostatecznego skompromitowania cię. Zastanawia mnie, co jesteś w stanie położyć na drugiej szali. – Opuścił nieco powieki i jego wzrok stał się już nie tyle lodowaty, co zwyczajnie morderczy. To było spojrzenie drapieżnika, który wreszcie zagnał długo gonioną ofiarę w pułapkę.
Robert poczuł, że zadrżała mu szczęka. Przewidywał i rozważał różne scenariusze. Naprawdę różne, w tym oczywiście taki, że wszystko po raz kolejny wymknie się spod kontroli, skoro wymknęło się spod niej wcześniej.
Po raz kolejny przeklął w duchu tamten dzień, gdy zgodził się wysłać Miguela w delegacji do Chin. Co mu wtedy przyszło do głowy? O czym myślał? Dlaczego założył, że impulsywny, złamany człowiek, który z trudem odróżniał rzeczywistość od własnych urojeń, jest odpowiednią osobą do negocjacji z Reiem? Musiał spodziewać się kłopotów, więc sam był sobie winien.
– A co uważasz, że mógłbym położyć na drugiej szali? – spytał asekuracyjnie.
– Myślałeś może o wcześniejszej emeryturze?
No tak, tego się można było spodziewać i Robert paradoksalnie odetchnął w duchu. Znalazł się na gruncie, który już znał. Właściwie wszyscy chcieli, by ustąpił, więc takie żądanie nie mogło go zaskoczyć.
Jednocześnie z pewnym rozczarowaniem stwierdził, że Kai dołączył do grona osób, które uważały, że dobra reputacja jest dla Roberta na tyle istotna, że dla jej zachowania zrezygnuje z walki do ostatniego dnia. Tymczasem z czysto praktycznego punktu widzenia w zaistniałej sytuacji nie dało się dopatrzeć znaczącej różnicy między dobrowolnym ustąpieniem a – cóż – obaleniem. Zwłaszcza po tym, gdy udało się medialnie rozdzielić sprawy sekretarza generalnego i jego rodziny.
Jürgens zrobił jednak wszystko, by nie okazać ulgi. Wiedział, że wtedy Hiwatari zażądałby więcej. Możliwe zresztą, że i tak miał to w planach.
– Oczywiście moglibyśmy równie dobrze założyć, że pewni ludzie powinni płacić za swoją głupotę sami – odparł.
Kai uniósł brew, jakby zaskoczony, ale na ile szczere jest to zaskoczenie, Robert nie potrafił ocenić.
– Myślisz, że można grać ze mną tak ryzykownie bez ponoszenia konsekwencji? – spytał. – Wojna wybuchnie jutro, może pojutrze i wiemy o tym obaj. I tylko od ciebie w tym momencie zależy, jak łatwym przeciwnikiem będzie dla mnie Europa, a potem reszta świa-
Kai nie dokończył. Jego oczy wywróciły się i błysnęły białkami, ciało wygięło w przedziwnym spazmie. Robert skoczył do przodu bez namysłu i złapał osuwające się na posadzkę ciało.



Opactwo
Głowa Ivana po raz kolejny uderzyła w mur i ciało opadło na posadzkę. Było martwe, ale Sabaka miał ochotę masakrować je dalej, jak niegdyś ciało Kaia. Chwycił nawet za włosy ponownie. Czuł wbijające się w dłoń odłamki kości, czuł obrzydliwą lepkość ściekającego po palcach mózgu.
Nie miał dość.
Chociaż nie było już Wolborg, chociaż wnętrze wypełniała mu tylko porażająca cisza, nie miał dość.
A może właśnie dlatego. Może to właśnie w zaskakujący sposób bolało najbardziej.
Może to dlatego załamały się pod nim nogi i upadł na kolana.
– Jurij, kurwa!
Chciał odepchnąć ramiona które pojawiły się znikąd i usiłowały go powstrzymać. Chciał uderzyć twarz.
– Jesteś ranny?!
Próbował się wyszarpnąć, ale ramiona – okropnie, nienaturalnie ciepłe, zbyt silne nawet mimo utraty masy – złapały go mocniej, przygwoździły do posadzki.
Sięgnął ku zimnu, po lód.
Ale lód nie odpowiedział.
Sabaka ryknął całą mocą płuc, całą swoją rozpaczą i strachem, który nagle uderzył go, złapał nieprzygotowanego w kleszcze. Całą swoją samotnością.
Wrzeszczał długo, głośno, do utraty tchu i opadnięcia z sił.



Nairobi
Black rozłożyła czarne skrzydła, lotki piór zapłonęły krwistą czerwienią, szpony i dziób pokryły się szkarłatnymi żyłkami, a oczy stały płynnym ogniem.
Kai czuła to całą sobą. Czuła ten żar i spopielające się od wewnątrz ciało – umierające i odradzające w nieustannym, nieskończonym cyklu. Czuła wściekłość Czerwonej Cesarzowej, jej gniew, chęć mordu i pragnienie zemsty.
I coraz trudniej było jej nad tym zapanować.
– Nie teraz – obiecał szeptem – ale odbierzemy, co nasze.

Opactwo
Mao obudziła się otoczona światłością.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 08 października 2017, 23:59

ROZDZIAŁ XXVI
WHEN PEOPLE ASK YOU WHAT HAPPENED HERE, TELL THEM THE WOLF REMEMBERS. TELL THEM WINTER CAME FOR BALKOV ABBEY



Nairobi
Olivier nadal nie odbierał. Według wszelkich danych, jakie Johnny posiadał, Francuz już dawno powinien był dolecieć do Paryża i pozałatwiać wszelkie swoje sprawy. Wspominał coś o spotkaniu z przedsiębiorcą zainteresowanym włożeniem grubej kasy w jedną z rodzinnych winnic. Zarzekał się, że próbował zmienić termin, ale uderzył czołem w twardy mur kapitalizmu i się nie dało. Miał więc po prostu pozostawać pod telefonem i dołączyć z powrotem do ekipy, gdy tylko będzie to możliwe.
A zamiast tego milczał.
McGregor stłumił warknięcie wściekłości i chęć ciśnięcia telefonem o ścianę. Właśnie teraz. Właśnie teraz, gdy sprawy znów zaczęły się wymykać spod kontroli po tym, jak Kai padł na posadzkę niczym rażony piorunem. Co prawda raporty potwierdzały, że żyje i nawet opuścił już oddział ratunkowy, ale nikt nie mógł być pewien, jak postanowi ten incydent wykorzystać rosyjska czy prorosyjska propaganda, więc Hiromi znów zamieniła się w kopcącą lokomotywę. Nikt też nie wiedział, co naprawdę się stało i czy któremukolwiek z pozostałych notabli – w tym samemu Robertowi – coś grozi.
Szczyt oczywiście przerwano. Dyplomaci powoli zabierali tyłki z Kenii i siedziba ONZ pustoszała. To powinno uspokajać – mniej ludzi oznaczało mniejsze zamieszanie – ale Johnny nie mógł pozbyć się złych przeczuć i zimnego dreszczu na każdą myśl o tym, że w okolicy nie ma już nikogo, kto odciągałby uwagę od Jürgensa.
– Odezwij się, chuju! – rzucił przez zaciśnięte zęby w kierunku telefonu, jakby Olivier mógł go usłyszeć.
Nie zrobił niczego więcej, bo usłyszał kroki. Podniósł głowę i zobaczył Mystela – tak poważnego Mystela, jakiego nie widział chyba jeszcze nigdy.
– Są nowe informacje – powiedział głosem nieomal grobowym. – Z Europy. I… powinieneś to zobaczyć natychmiast.
Potężny dreszcz szarpnął Johnny’ego za kręgosłup.
– Olivier? Coś schrzanił? – spytał.
Kirgijczyk pokręcił głową.
– Obawiam się, że gorzej – odparł. – Mamy trzy trupy. Dwa z nazwiskiem Jürgens.

Opactwo
Taki podział zadań z pewnością nie był najbardziej intuicyjny z emocjonalnego punktu widzenia, ale miał sporo chłodnego sensu. Z nich dwóch to Rei dysponował nieporównywalnie większą mocą i zimną krwią, więc oczywiście to on lepiej nadawał się do tego, by u boku Jurija przejąć kontrolę nad sytuacją. To jego również – o ile kogokolwiek – słuchał Takao i tylko on miał jakieś szanse na to, by ściągnąć smocze cugle. Tak więc to Kon dołączył do Ivanowa, a Miguel został wewnątrz, w skrzącym się od mrozu półmroku jednej z mieszkalnych sal wypełnionej rzędami metalowych łóżek i prostymi, porastającymi rdzą jak grzybem szafkami. Z szarych ścian odłaziła farba, jedno z okien – zapewne wybitych – zostało zabite pilśniową płytą.
Został wraz z Mao.
Rozłożył dodatkowy sztywny i ciężki jak blacha koc, gdy zaczęła dygotać, choć nie był pewien, czy to pomoże, skoro nie pomagało ostrożnie sączone do jej ciała ciepło Bestii.
Jej widok budził gniew i protest. Nawet nie żal czy współczucie, a właśnie bezsilny, gorzki gniew. Kiedy odnaleźli ją w laboratoriach, była w pełni przytomna, choć wyraźnie oszołomiona. Otaczały ją przewody i rozmaite rurki, ale wszystkie nieaktywne, odłączone od zasilania elektrycznym kokonem wytwarzanym przez Bai Hu. Dzięki temu Chen nie sięgnęło to, co niemal zabiło Jurija.
A skoro jej stan i okaleczone ręce tak działały na Miguela, z którym niewiele miała w życiu wspólnego, o ile mocniej musiały rozpalać uczucia w Reiu. On jednak, jak często w przeszłości, nie dał tego po sobie poznać. Zachowywał się spokojnie i racjonalnie, nawet jeśli jego spojrzenie ciskało gromy. Kontrolował i siebie, i otoczenie, daleki od reakcji, jakie mogłyby sytuację pogorszyć. Jeśli myślał o zemście, to potrafił przyjąć, że czas na nią dopiero nadejdzie. Jeśli myślał o niesprawiedliwości losu, to potrafił dopilnować, by samemu nie stać się jej narzędziem. I może nawet było to trochę nieludzkie, za łatwe do pomylenia z brakiem uczuć, ale z pewnością budziło ogromny szacunek i podziw.
Tak łatwo było zobaczyć w Reiu kolejnego przegranego. Ale on wygrywał. Coraz trudniejsza sytuacja i kolejne nieszczęścia zdawały się go tylko wzmacniać i nadawać kierunek. Może w tym właśnie tkwiła tajemnica i prawdziwa boska moc Bai Hu.
Miguel uśmiechnął się krzywo pod nosem. Tak, pomyślał, Rei z pewnością tak by to widział. Białego Tygrysa jako przyczynę i sprawcę, siebie jako narzędzie. I może faktycznie taka perspektywa dawała mu ten spokój, który z punktu widzenia wiecznie pogubionego, ale w pokrętny sposób stawiającego się w centrum wszechświata Lavaliera wydawał się nie do pojęcia. Może to faktycznie był klucz do tego – uznanie, że za losy człowieka odpowiada coś więcej niż przypadek i jego własne ślepe decyzje – żeby mniej tracić czasu na myślenie o rzeczach z gruntu przecież nieistotnych. Zobaczenie siebie, jako ryby, która wpada w sieć zupełnym przypadkiem.
Ale to było trudne. Nie zastanawiać się nad wpływem własnych decyzji na losy innych. Nad słowami Kaia – okrutnie prawdziwymi. Nad rozpaczą Jurija i tym, jak szybko zastąpiły ją zimna furia i działanie, jak wielokrotnie musiało dziać się to wcześniej i jak innym Ivanow mógł być człowiekiem niż się zdawało – nawet po zdjęciu z jego twarzy wilczej maski.
I wreszcie nad tym wszystkim, co zostało daleko i wracało tylko w gorączkowych koszmarach oraz uderzeniach panicznego lęku, choć przecież powinno być inaczej. Ale jednak. Ale jednak myśl o ponownym spotkaniu z Emily i Johnnym napawała głównie strachem. Miguel już wcześniej wiedział, że jest dla nich raczej problemem, a teraz miał zrzucić bombę w postaci pięciorga Połączonych, w tym smoka, sam trzykrotnie bardziej zwichrowany niż przed rozstaniem. Nie wiedział, czy ma do tego prawo. Podejrzewał nawet, że całkiem nie.
Najrozsądniejszym wyjściem wydawało się po prostu odejść, ale łatwość tego rozwiązania budziła podejrzenia. Może wbrew pozorom nie to byłoby najuczciwsze. Oznaczałoby, że Miguel po raz kolejny podda się bez walki, jak wówczas, wiele lat temu na ukraińskiej stacji benzynowej. Wtedy też sądził, że wybiera dobrze, nie zadając sobie nawet pytania, co z innymi. Nie zasłużyli na to. Nie zasłużyli na kolejne przedstawienia z samobiczowaniem w roli głównej, skoro znieśli poprzednie.
Kai miał rację. To wydawało się nieomal zabawne, że znając Lavaliera tak słabo, określił go paroma zdaniami celniej niż ktokolwiek przed nim. Ale jeśli tak, Miguel powinien wreszcie docenić wagę motywacji, jaką przecież miał, by to zmienić.
– To był Rei…?
Ciche pytanie wyrwało go z zamyślenia i z powrotem obrócił twarz ku zawiniętej w koce Mao.
– Tak – odpowiedział.
Chinka chciała powiedzieć coś jeszcze, ale tylko otworzyła usta, a potem skrzywiła się z bólu. Lavalier sam całkiem niedawno budził się w ten sposób, więc wyobrażał sobie, co kobieta czuje, przynajmniej w pewnym ograniczonym zakresie nieobejmującym obciętych dłoni na przykład. Ale suchość w ustach już tak. Sięgnął zatem po szklankę i pomógł się jej napić.
I owszem, piła łapczywie, ze zmarszczonymi brwiami, odruchowo unosząc ramiona, jakby chciała przytrzymać nimi naczynie.
– Dziękuję – powiedziała, gdy skończyła. – Gdzie on jest?
Miguela uderzył ton tego pytania – dokładniej fakt, że nie usłyszał w nim nawet cienia strachu, choć z pewnością nieco niewypowiedzianej wprost troski. Jakby Mao doskonale wiedziała, że jej mąż poradzi sobie w każdych warunkach i jedynie zamierzała uzupełnić obraz sytuacji.
Cóż, zatem było czego obojgu zazdrościć.
– Na zewnątrz – odparł Argentyńczyk. – Z Jurijem. Ogarniają pole bitwy. Czy już raczej pole po bitwie. W gruncie rzeczy większość ludzi tutaj nie okazała się skłonna bronić Opactwa własną piersią. Zniknął bat i zniknął ich zapał. Jeszcze paru, parunastu opiekunów stawia opór, ale to raczej nie potrwa długo.
Szkoda tych, którzy nie dożyli tej chwili, westchnął w duchu Miguel. Ale bez ich śmierci nie dałoby się osiągnąć nawet tego.
Mao nie skomentowała ani słowem. Opadła z potworem na poduszki i przymknęła okolone sińcami oczy.
– Mógłbyś mi odgarnąć włosy z czoła? – poprosiła po dłuższej chwili. – Mhm, tak lepiej. Wspominał coś o dzieciach?
Miguel zmarszczył czoło, usiłując sobie przypomnieć. Bo przecież możliwe, że Rei coś o nich faktycznie wspominał, a tylko on nie przyłożył do tego odpowiedniej wagi. Ale nie, jednak nic, nawet pół słowa, nie chciało pojawić się w polu widzenia.
– Obawiam się, że nie – odparł więc.
– Może to i lepiej – westchnęła Mao.
Argentyńczyk poczuł, że coś łapie go za gardło, ale nie znalazł niczego, czym mógłby pocieszyć Chinkę. Może wręcz nie powinien tego robić. To nie były jego sprawy, nawet nie wiedział, czy Kon mieli synów czy córki.
– Ale chyba nie było ich w Pekinie, kiedy się zaczęło – dodał, bo to w sumie mogła być dobra wieść.
– Więc to prawda…?
– Hm?
– Atak na Pekin.
Miguel przygryzł wargę – sukces okazał się zdecydowanie połowiczny.
– Tak – odparł. – Byłem tam z ramienia Roberta, kto stał za zamachami, nie mam pewności, ale niemal na pewno Amerykanie.
– W każdym razie Kai o wszystkim wiedział.
No tak, ale mógł wiedzieć skądkolwiek. Z Internetu chociażby. Z serwisów informacyjnych. Z raportów od swoich ludzi, w tym Ivana Papowa – widok jego rozwleczonego ciała wciąż tkwił pod powiekami Miguela i prawdę powiedziawszy, Lavalier miał nadzieję, że zostanie tam długo.
Tymczasem to, co mówiła Jindřiška, ewidentnie wskazywało inny trop. Może gorszy, bo oznaczający, że na planszy wyrósł inny realny wróg. Argentyńczyk sam jeszcze nie doszedł z tym do ładu. Owszem, wiedział, że sytuacja jest skomplikowana, ale długo wierzył, że naprawdę kluczem do rozwiązania wszystkich problemów i ponownego ustalenia priorytetów jest wyeliminowanie Kaia jako sprawcy większości zła, jakie wydarzyło się przed siedemnastu już niemal laty. Wyobrażał sobie, że Hiwatari jest jak jątrząca rana i po prostu trzeba ją zaleczyć. To pozwalało na łatwe ferowanie wyroków i modelowanie rzeczywistości w swojej głowie.
I nagle tu, w samym sercu imperium Kaia, w Opactwie, gdzie wszystko się zaczęło, wobec niewątpliwego zwycięstwa i ocalonych istnień to przestało być aż tak jasne i proste.
Ale może tak naprawdę nie był to już jego problem. Nie wobec faktu, że szaleńcze majaki zaczęły mieszać się już z rzeczywistością zupełnie bezczelnie i nawet bez impulsu. Jeśli wszystko się uda, jeśli dotrą szczęśliwie na Zachód – a wstąpiła w niego nowa nadzieja, że to możliwe – będzie mógł do reszty oddać stery. Tak jak mówił kiedyś Reiowi, jego rola opierała się tylko na chorobliwej determinacji i na tym, że dzięki niej mógł wykonać ten jeden krok ku Moskwie.
– Obudź mnie, gdyby Rei przyszedł – poprosiła Mao szeptem.
– Obudzę – obiecał.


Monachium
– Panie sekretarzu, proszę tędy. – Ubrana na biało kobieta wskazała mu głębię korytarza.
Dawno już nie oglądał takich spojrzeń. Przez ostatnie tygodnie patrzono na niego głównie z nienawiścią i odrazą, nie ze współczuciem. Może poza…
Potrząsnął głową, chcąc wyrzucić z niej dziwnie żenujące wspomnienie.
Nieszczególnie dziwiło go, że to drugie okazało się jeszcze gorsze. Z wrogością sobie w pewien sposób radził – wiedział, skąd się wzięła, z perspektywy i dzięki komentarzom Hiromi doskonale dostrzegał skomplikowany wzór jej wzrostu. Poza tym, gdyby chciał, gdyby nie czuł potrzeby konfrontacji, miał się gdzie schronić i wiedział o tym. Wciąż byli ludzie wobec niego lojalni – jak Johnny – albo przynajmniej przyjmujący do świadomości, że nic nie jest tak proste, jak usiłują przedstawić to wrogie Robertowi siły.
Przed współczuciem nie mógł się schronić.
Nie mógł się schronić przed tym, skąd się wzięło.
– Na pewno dasz radę? – spytał McGregor dziwnie jak na siebie cichym głosem.
Jürgens po prostu skinął głową i poprawił zsuwający się z ramion szpitalny papierowy płaszcz.
– Wracaj do Emily – polecił jakieś trzy kroki później.
– Robert…
Johnny chciał położyć mu rękę na ramieniu – Niemiec dostrzegł to kątem oka – ale zawahał się w ostatniej sekundzie.
– Wracaj do Emily – powtórzył Jürgens, może też po to, by odsunąć od siebie związany z tym żal i podejrzenie, że mógł tego potrzebować. – Trzeba pilnie zająć się sprawami Rosji i obaj to wiemy. Sam mówiłeś, że Mystel jest dobry w tym, co robi. Zajmie się moim bezpieczeństwem. A ja potrzebuję w tamtej sprawie kogoś, komu naprawdę mogę zaufać.
Jürgens wiedział, że te słowa powinny były paść w innych okolicznościach. Chciałby, żeby padły w innych.
Ale dopiero teraz – naprawdę dopiero teraz i w takiej formie – mógł je wypowiedzieć.
Johnny pokręcił głową i odwrócił wzrok. Nie skomentował jednak, a po prostu przystanął, pozwalając, by Robert dalej szedł sam.
– Ale… w razie czego… – zaczął ledwie parę kroków sekretarza później.
– Wiem, Johnny. Naprawdę wiem.
Jürgens przyspieszył, czując, że jak najszybciej musi zostawić McGregora za sobą i zostać z tym, co na niego czekało, sam. Pielęgniarka uchyliła przed nim drzwi do sali. Przekraczając próg, poczuł nagle, jakby czas zwolnił, a powietrze wokół niego zgęstniało. Zamknął oczy i długą chwilę zajęło mu, nim wreszcie znów był w stanie je otworzyć.
Wszystkie skojarzenia, jakie przywoływał widok leżącej na szpitalnym łóżku Josie, wydawały się nieodpowiednie i nie na miejscu. Przytłoczona żółtym, okropnym światłem i medyczną aparaturą wydawała się pokonana, a przecież jako jedyna zdołała przeżyć wypadek, czy raczej zamach – bo to zdawało się nie ulegać wątpliwości wobec znalezionych w oponach auta gwoździ. Więc powinno być inaczej. Powinna być uosobieniem siły.
Robert ukrył twarz w dłoniach, stłumił drżenie pleców. Odetchnął głęboko raz i drugi, po czym wyprostował się z twarzą zastygłą w kamienną maskę.
– Co z nią? – spytał raz jeszcze, jakby nie robił tego parokrotnie w przeciągu ostatnich dwóch godzin. Zawsze tym samym drewnianym głosem, w którym niemal nie dało się wyczuć bólu męża i ojca.
– Wyjdzie z tego – zapewniła pielęgniarka tekstem, który nie kojarzył się dotąd z niczym więcej poza dramatycznymi serialami.
I po raz kolejny odbił się od uszu Roberta swoją wydumaną sztucznością.
Co to właściwie znaczyło „wyjdzie z tego”? Że przeżyje – pewnie tylko tyle i aż tyle.
Na chwiejnych nogach podszedł bliżej, by spojrzeć na twarz córki. Wyglądała okropnie, a jednak nie mógł powstrzymać się przed badaniem wzrokiem każdego centymetra opuchlizny i każdej plamy sińców. Pokaleczonych, rozciągniętych przez rurę respiratora ust.
– Powinna odpoczywać – powiedziała jeszcze pielęgniarka, wystarczająco wyraźnie sugerując, że zamieszanie na oddziale nie jest nikomu potrzebne. – Po prostu proszę nie siedzieć za długo, pana córka jest w dobrych rękach.
Te słowa również przepłynęły gdzieś obok, jakby ktoś słuchał radia za ścianą.
Robert opadł na krzesło nagle ciężki i kompletnie pozbawiony sił. Smutek, który go wypełniał, nie był już po prostu smutkiem. Zmienił stawy w garści igieł bezlitośnie rozcieranych między chrząstkami. Naciągnął ścięgna jak stalowe liny. Wypełniał głowę pulsującym bólem niemal odbierającym zdolność myślenia i rejestrowania rzeczywistości.
Za dużo.
To było po prostu za dużo.
– Mogłaby pani… nas zostawić? – wyszeptał ochryple.
Usłyszał odgłos oddalających się chodaków.
A potem nie słyszał już niczego.



Opactwo Mogło zmienić się wiele. Mógł runąć cały system, ale siła sowieckiej inżynierii psychologicznej nie leżała w systemach, a w zmienianiu człowieka. W łamaniu go i – czasem, rzadko – składaniu ponownie. Więc kiedy zabrakło Kaia, a Ivan Papow padł martwy u stóp Sabaki, walka się skończyła, bo stał przed wychowankami Opactwa ich nowy-dawny wódz. Rudy syberyjski diabeł upokorzony aresztowaniem na mgnienie oka, a teraz znów silny i trzymający szpony na ich gardłach.
Generał.
A oni nie byli przecież nikim więcej, jak tylko żołnierzami.
Więc kiedy szedł z palcami wplecionymi w odrąbaną głowę Papowa, rozstępowali się przed nim i salutowali, bardziej przerażeni niż łypiącym na nich z jednego z budynków smokiem, choćby nawet smok ten nie rozszarpywał ich tylko i wyłącznie ze względu na elektryczne impulsy, jakie przebiegały przez jego ciało, gdy ponosiła go chęć mordu.
– Daję wam wybór! – zagrzmiał Sabaka głosem mocnym, jakby nigdy nie chorował i jakby nigdy nie powalono go na kolana, a potem nie uwięziono w szklanej kapsule. – Idźcie za mną albo…
Rzucił im pod nogi głowę Papowa – ich niedawnego oprawcy, ich stwórcy. Potoczyła się po spękanym betonie, w który wsiąkło tak wiele ich krwi i potu.
Zapadła cisza.
Ale to nie była cisza niewiadomej. Sabaka wiedział, oni wiedzieli, wiedział Rei i każdy zdolny wyczuć, jak gęstnieje od gniewu powietrze na dziedzińcu Opactwa. Jak rozgrzewa się z chęci odwetu i dzikiej żądzy krwi.
– Są w celach w bloku „G” – powiedział jeszcze tylko Jurij. – Weźcie, co wam się należy, a potem wróćcie do mnie.
I wala wściekłości runęła przez tamę z hukiem.



Ettaler Forst
Cały pokój wypełniony był taką ilością papierosowego dymu, że nawet Johnny’emu zakręciło się w głowie i łzy stanęły w oczach. Dopiero za tą siwą kotarą zobaczył na tle okna sylwetkę Emily. Siedziała na parapecie pochylona nad tabletem i tak pochłonięta tym, co robiła – prócz palenia kolejnego papierosa – że nie zauważyła wejścia McGregora.
Postanowił jej nie przeszkadzać. Wiedział, że kolejny raz rozładowuje napięcie po swojemu, a dodatkowo ostatnio walczy z presją czasu. Dzień, w którym jej mechaniczne bestie miały przejść chrzest bojowy, zbliżał się coraz pewniejszymi i większymi krokami, choć jeszcze parę miesięcy temu wszyscy mieli nadzieję, że to tylko taki ukłon w stronę sentencji o tym, że jeśli chcesz pokoju, powinieneś szykować się do wojny.
No, może prawie wszyscy. Może poza Robertem, który od zawsze zdawał się rozważać wojnę jako bynajmniej nie najgorszą z opcji.
Johnny rzucił płaszcz mniej więcej w okolice fotela i skierował się do łazienki. Wpakował głowę pod kran, puściwszy strumień zimnej wody. Przemókł po drodze, gdy osiadłe na ubraniu czapy śniegu zaczęły się topić, ale czuł, że potrzebuje jeszcze. Choćby miał przypłacić to zapaleniem płuc. Jego mózg płonął. Jego krew płonęła. Musiał je ugasić – ten jeden raz naprawdę musiał je ugasić, bo nie było opcji, nie było najmniejszej szansy na to, by w najbliższym czasie dać im się wypalić.
A było to tak cholernie trudne. Tak obce całej życiowej filozofii McGregora, która zakładała wyrzucanie z siebie żaru, nim ten zdążył zamienić się w kwas. Nie radził sobie z kwasem. Zresztą jakoś tak wyszło, że większość otaczających go ludzi dawała się przeżerać zastałemu jadowi i z całą pewnością nie zamierzał podzielać ich losu.
Kolejny dreszcz wstrząsnął całym jego ciałem i zmusił ostatecznie do zamknięcia wody. Nadal lała się jednak z włosów i z brody, ściekała po szyi, wsiąkała w kołnierz i koszulę na piersi.
– Co z nimi? – usłyszał, kiedy wyszedł z łazienki.
A więc jednak Emily zarejestrowała jego wejście. Po prostu nie uznała za zasadne, żeby wcześniej dać temu wyraz.
– Młoda jest poturbowana i nieprzytomna, ale miała sporo szczęścia – odparł, tłumiąc kaszlnięcie od znów uderzającego w nozdrza nadmiaru dymu. – Robert… jak Robert. Potrafisz sobie wyobrazić.
York westchnęła i spojrzała za szybę.
– Kurwa, nie myślałaś, żeby jednak wywietrzyć? – skrzywił się Johnny.
– Pada – odparła krótko.
– Nie musisz siedzieć przy oknie.
– Ale chcę.
No tak, z tym argumentem nie mógł dyskutować. A nawet niespecjalnie miał ochotę. Ostatnio większość rozmów z Emily znów prowadziła do takich czy innych spięć, jakby oboje pogubili przewodniki po sobie nawzajem, a przecież jeszcze do niedawna wydawało się, że tendencja jest zwyżkowa.
I nie, nie wszystko dało się jednak zrzucić na stres. Może po prostu kolejny miesiąc miodowy dobiegał końca i wracała szara codzienność, z którą żadne z nich nie potrafiło sobie poradzić.
Johnny wiedział, jak jest – co o tym związku uważa większość ich wspólnych znajomych i przyjaciół. To zawsze on był tym winnym, tym dziecinnym i prowokującym kłótnie. Szczęśliwie po latach i paru ognistych scenach ludzie nauczyli się, by nie wypowiadać takich sądów przy McGregorze głośno, ale przecież wiedział, że nie zniknęły. Nauczył się je tolerować, bo i tak nie był w stanie walczyć, a jego wściekłość zwykle była traktowana tylko jako potwierdzenie teorii, więc nikt już nie słuchał, co właściwie Szkot ma do powiedzenia na swoją obronę. Może nawet Emily wierzyła w ten model, chociaż z nią czasem trudno było dojść do ładu. Niechętnie dzieliła się własnymi przemyśleniami na tematy zahaczające o emocje. Niekoniecznie też lubiła słuchać cudzych wynurzeń, zwykle trywializując je jakby w obronnym odruchu.
Na jej wsparcie Johnny z pewnością nie miał teraz co liczyć.
Usiadł w fotelu i westchnął, nagle uświadamiając sobie, jak jest zmęczony drogą i że być może tylko to uchroniło go przed warczeniem. Przymknął oczy, kiedy zawroty głowy się wzmogły.
– Nie śpij na siedząco, bo cię połamie – usłyszał.
– Nie śpię – burknął.
Zamarzyło mu się, by ktoś zrobił mu herbaty i podał koc, ale Emily dziesiątki razy powtarzała, że nie jest niczyją matką. Zresztą, cóż, Johnny przyzwyczaił ją do tego, że radzi sobie ze wszystkim sam.
Może tego im w gruncie rzeczy brakowało – opiekuńczości.
– A Olivier? Odezwał się?
Johnny podniósł jedną powiekę.
– Nie – odparł. – I tak, też mam złe przeczucia. Jutro jadę do Paryża.

Opactwo
Rei patrzył na to krwawe igrzysko, na ten spektakl okrutnej zemsty z odrazą, ale też głębokim zrozumieniem. Z pewnym zdziwieniem odkrył, że to właśnie zna. Że to właśnie bliskie jest jego własnej mentalności. Że tłumiona przez lata, naginana do sztywnych reguł społecznych złość musi uwolnić się w nagłej erupcji i przybrać groteskową formę.
Wychowankowie Opactwa wywlekli wreszcie ciała Woronina i Panina na zewnątrz. Obaj jeszcze żyli, choć ich twarze stały się niemal nierozpoznawalne, a kończyny sterczały pod dziwnymi kątami. Obaj zostawiali za sobą smugi czerwieni. Tej samej, która pokrywała dłonie, czoła i policzki katujących ich chłopców. Wśród nich z pewnością byli Połączeni z replikami, ale ze świadomym okrucieństwem nie używali mocy, gdyż to mogłoby skrócić agonię doktorów.
Rei słyszał bulgoty i jęki, słyszał krzyki, ale także śmiech. Specyficzny. Ten sam, który dało się niejednokrotnie usłyszeć w chińskich obozach jenieckich. Śmiech na krawędzi. Śmiech przerażenia samym sobą. Śmiech płaczu, który nigdy nie nadejdzie. Zły i wilczy, dający nie wolność, a każący szukać kogoś silniejszego od siebie, by zrzucić na niego swoje winy. Dowódcy.
Dowódca również na to patrzył. Stał z zaciętą twarzą i pięściami wciśniętymi w kieszenie płaszcza, podczas gdy mroźny wiatr – Rei nie potrafił z całą mocą określić, czy naturalny, czy to rzeczywistość jakoś reagowała na nastroje ledwie trzymającego krwawą rządzę pod kontrolą Takao – szarpał rudymi włosami. Nawet nie próbował wyobrażać sobie, o czym myśli teraz Jurij. Jakie plany snuje, jak widzi tych chłopców za miesiąc, dwa, za pięć lat. Czy widzi w sobie ich, czy raczej w nich samego siebie. Czy próbuje się od tego odciąć, odgrodzić i koncentrować tylko na odpowiedzialności.
Związał ich ze sobą wiązem krwi, okrucieństwa i ciężaru winy, który z nich zdejmował i brał na swoje barki.
– Oni nie potrafią być wolni – wyszeptał po angielsku, gdy Rei wreszcie do niego podszedł. – Nigdy nie będą wolni.
Kon nie potwierdził. Nie musiał.
– Zaopiekuj się nimi – odparł po dłuższej chwili.
Jak dziwnie by to nie brzmiało, tak właśnie czuł – że to naprawdę Ivanow jest jedyną osobą zdolną zadbać o bezpieczeństwo tych chłopców i ich przyszłość. I może w drugą stronę także, może to oni stanowili dla niego ostatnią szansę. Zwłaszcza teraz, gdy tak wiele miało się zmienić, gdy odeszła Wolborg i ostatecznie runęło Opactwo, grzebiąc przeszłość Sabaki.
Powietrze zawirowało lekko, gdy Takao – nie mogąc już usiedzieć spokojnie – wzbił się w niebo i zaczął zataczać nad nimi kręgi. Rei czuł wyraźnie jego niepokój i tłumioną chęć działania.
Już niebawem, obiecał w duchu.


Wołgograd, Rosja
Prawdopodobnie żaden z nich nie widział wcześniej Kaia w takim stanie. Nie mieli odwagi podejść bliżej ani podnosić wzroku na swojego feldmarszałka. Zresztą bijący od niego żar drażnił oczy i i tak nie było to na dłuższą metę możliwe. Naczynia krwionośne żarzyły się pod bladą skórą jak stróżki lawy, oczy stały niemal całkowicie czerwone. Ubranie spopieliło się, ale nagość Hiwatariego przykrywały dwa potężne skrzydła z płomieni.
– Zabił ich… – wyszeptał w końcu jeden z oficerów. – My… niczego nie mogliśmy zrobić… W jednej chwili po prostu… rozpadli się na kawałki i…
Kai wrzasnął, wysoko i ochryple, jak drapieżny ptak. Okalające go płomienie przybrały na sile. Smagały już ściany, zaczynały pożerać meble. Żołnierze zaczęli osłaniać się przed ogniem ramionami i kaszleć z gorąca.
– Nie powinniście byli pozwolić mu odejść! – ryknął feldmarszałek.
– Nie mogliśmy go… – oficer nie dokończył. Skowycząc, upadł na kolana. Wzniósł jeszcze ręce, jakby chciał osłonić twarz, ale jego oczy już parowały z sykiem, już skręcały się od żaru włosy i spopielała skóra.
– Zdradziliście mnie – syczała Hiwatari, rozkładając skrzydła. Żołnierze zobaczyli wypukłe piersi i kobiece łono. – Zdradziliście Feniksa. Nie wypełniliście rozkazu. Pozwoliliście mu odejść. Nie będzie dla was litości.
I żaden z nich nigdy już nikomu o tym nie powiedział.
Kai krzyczała razem z nimi, choć nie z bólu, a z wściekłości.
Rozsadzał ją gniew nie tylko ludzki, ale także gniew Bestii. Ogień wypełniał już całą kwaterę, spopielał, topił popękane szyby z okien. Żadne z nich nie rozumiało, jak mogło do tego dojść. Jak mogli stracić Brooklyna. W tak łatwy, tak głupi sposób.
Och, odpowiedź była tak prosta – wszyscy zapomnieli, że Masefield tego nie robi, ale jest zdolny do podejmowania samodzielnych decyzji, że nie zawsze musi podążać po sznurku. I stało się. Ale to nie Kai wypuściła go z rąk. To nie Kai pozwoliła mu tak po prostu odejść, bo leżała wówczas w szpitalnym łóżku, powalona przez wciąż niezrozumiałą gwałtowną reakcję Black.
To oni zawiedli. Ludzie. Śmiertelnicy. Nędzny proch u jej stóp, pył, dla którego tyle lat się poświęcała, któremu dała tak wiele, dla którego chciała stworzyć raj na ziemi.
Mówiłam, że nie są godni.
Tak, mówiła. Wielokrotnie. Ale Kai uparcie dawała im kolejne szanse i znosiła potwarze, gdy inni, nierozumiejący jej ideałów, nazywali ją tyranem. Odpłacili się.
Ogień karmił się żalem i goryczą, po raz kolejny przepalał ciało, zmieniał je.
Zmieniał je w czystą siłę i gniew.



Ratyzbona Alkohol był ciepły i obrzydliwy. Palił w gardło i upadlał każdym łykiem. Torturował cały układ nerwowy. A mimo to Robert pił, aż nie rozkaszlał się i nie zalał sobie koszuli. Czuł się jak ścierwo, był ścierwem i wreszcie wyglądał też jak ścierwo.
Poprawił leżący na blacie biurka rewolwer tak, by ustawić lufę równolegle do krawędzi mebla. Zmrużył oczy, przyglądając się broni. Nie odrywając od niej wzroku, próbował dolać sobie wódki do literatki, ale trącił naczynie szyjką butelki. Potoczyło się i upadło na dywan, a w ślad za nim strużka rozlanego trunku.
– Josie… – wycharczał Robert z trudem, jakby musiał sobie to imię przypomnieć. To, jak się je wymawia, jak powinno brzmieć. – Josie… – powtórzył nieco pewniej.
Dla siebie. Żeby pamiętać.
Żeby mieć siłę.
W pierwszej kolejności do tego, by oderwać wzrok od rewolweru. W drugiej – by otworzyć szufladę, do której miał już nigdy nie zaglądać.
Dysk był cięższy, niż Robert go zapamiętał. I nie układał się już w dłoni tak jak kiedyś. Pasował nastolatkowi, dla dorosłego wydawał się zbyt mały. Niepozorny, trochę kiczowaty. Coś, co było tak jarmarczne, nie mogło być również groźne, prawda? Przez tyle lat to działało tak dobrze. To myślenie. Ta maska tandety i prostej rozrywki.
Jürgens przymknął oczy i powoli wypuścił z płuc cuchnące alkoholem powietrze.
To żałosne, że na trzeźwo nie miał odwagi. Chociaż jej to obiecał. Zaklinał się i przysięgał. I tak naprawdę chciał się z tych zapewnień wywiązać.
Tylko ona mu została. Tylko Josie. I to ją jedną na świecie powinien chronić.
Zacisnął palce na dysku.
To nie było do końca tak, że Majestics przechytrzyli wszystkich i nie dali się skusić nowym możliwościom. W końcu każdy chciał być najlepszy, a efekty działania nowego sprzętu nie były początkowo znane. Więc tak, Robert miał dysk K&M, ale jego szczęście polegało na tym, że nigdy go nie użył. Nie zdążył przed nieoficjalnymi doniesieniami o pierwszych ofiarach.
Aż do tego dnia.
Aż do dnia, w którym pochował żonę, syna i najlepszego przyjaciela, którego tak głęboko zranił. Nigdy już nie miał prosić ich o wybaczenie.
Ale mógł zrobić inne rzeczy.

*

Kiedy rozległ się huk i wyleciały szyby z ostrołukowych okien, Mystel pomyślał o bombie.
Fala uderzeniowa ścięła go z nóg, przeorała nim trawnik. Poczuł szkło na twarzy, choć stał dobre paręnaście metrów od budynku.
– Wchodzimy! – zarządził natychmiast, wciąż jeszcze na plecach, wciąż jeszcze z hukiem w głowie.
Kiedy podnosił się i zrywał do biegu, kolana wciąż nieznośnie drżały, ale adrenalina rozlewała się już gorącem po plecach, uderzyła w potylicę i nie pozwalała się zatrzymać.
Nie, powtarzał Mystel w duchu. Nie, nie, nie.
Biegł po schodach, pokonując po dwa stopnie naraz. Gdyby nie pamięć ciała, w której tkwiły wszystkie szkolenia i akrobatyczne treningi, dawno już leżałby jak długi. Ale adrenalina przejęła ster. Mięśnie, ścięgna i stawy pracowały na pełnym automacie. Także wtedy, gdy ramię uderzyło w drzwi, nieomal wystawiając je z zawiasów. Skrzydło było złamane, zamek wyszarpnięty z framugi.
– Ręce w górę! – krzyknął Mystel, wpadając przez próg.
Ale w gabinecie nikogo nie było.
Nikogo, poza Jürgensem. Klęczał pośród rozsypanego w drzazgi biurka i odłamków potłuczonego szkła pochylony, a krew z pociętej twarzy spływała powoli na brodę.
– Robert! – Mystel dobiegł do niego, kucnął obok i chciał pomóc wstać, ale dotarło do niego nagle, że to może nie być najlepszy pomysł. Z bliska widział, że ciało mężczyzny całe drży, a ramiona, na których się opiera, wyglądają, jakby w każdej chwili miały się załamać. Dłonie były jednak całe, choć pokaleczone, co wykluczyło ostatecznie wersję o ładunku wybuchowym podłożonym w szufladzie, a to przyszło do głowy Kirgijczykowi natychmiast, gdy zobaczył roztrzaskany mebel. – Co się stało? – spytał więc najspokojniejszym tonem, jaki udało mu się wykrzesać.
Robert otworzył usta. Zadrżały jego rozbite wargi, ale nie wyszło spomiędzy nich ani jedno słowo. Za to po chwili płucami wstrząsnął silny kaszel i Niemiec całym ciężarem opadł w ramiona Mystela.
Miał zimną skórę. Zlaną potem, ale potwornie zimną, jak po nadludzkim wysiłku. Dłuższą chwilę się nie ruszał, oddychał tylko ciężko i głośno. Coś świszczało mu w gardle. Mystel zastanawiał się, czy zdoła sięgnąć po telefon, nie upuszczając bezwładnego Niemca, i wezwać pomoc medyczną. Ale wówczas Robert zdobył się na wysiłek i uniósł dłoń.
Wraz z nim ruszyło się powietrze w pokoju. Zawirowały nad podłogą lżejsze odłamki i kawałki papieru.
– Szlag…!
Dłoń Roberta opadła na dywan, a wraz z nią opadły śmieci.
– Zimno mi… – wyszeptał bardzo cicho.





KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 179
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Coffee » 15 października 2017, 19:35

Przeczytałam ostatnie dwie części cięgiem i musze przyznać, że zakończenie tej części wyszło Ci z dobrym tupnięciem (użyłabym innego słowa, ale jakoś tak nie wiem czy bym kogoś nie zgorszyła bluzgiem). Bardzo to lubię w Twoich tekstach i chyba też zazdroszczę tego sposobu prowadzenia fabuły. Świetnie potrafisz eskalować fabułę: gdy dzieje się coś znaczącego – nigdy nie dzieje się na pół gwizdka. Masz rozmach i to wychodzi tak bardzo na dobre. I tutaj to widać, bo co akapit, to razem z bohaterami mijamy kolejne points of no return.
Teraz jak komentuję pojedyncze wstawki, to łatwiej się odnieść do konkretnych wątków.
SpoilerShow
Skasowania Wolborg z obwodów cyberchłopca w ogóle się nie spodziewałam, ale PRZEOGROMNIE mi się ten motyw podoba. Teraz Jurij nie będzie miał wyboru – nie ma już zasłaniania się, że wilk mu krępuje rączki, nie ma wymówek, jest za to -50 do mocy i +50 do autorytetu przez stado wiernych młodych zagubionych. Bardzo jestem ciekawa jak się w tej roli odnajdzie, naprawdę znakomity twist. Blednie przy nim nawet scena szarży smoka na złe laboratorium szalonego naukowca, a to już mówi samo przez siebie.
SpoilerShow
Mam wrażenie, że szykujesz Kai_a do jakiegoś bardziej spektakularnego pokazu mocy konkretnie na polu bitwy, ale to równie dobrze może być zmyłka. Fakt, że jest tutaj uberprzeciwnikiem (potężna moc + potężne wpływy polityczne) i jednocześnie do tej pory fabuła wcale nie kręciła się przeciwko niej_mu (nie tak naprawdę), też jest dość ciekawym zagraniem. No, ale teraz stracił_a bardzo dużo, a wiadomo, że najlepszy sposób na zmuszenie kogoś do reakcji to uderzyć, gdzie boli. Szykuję popcorn.
SpoilerShow
No i Robert. Wiesz, że strasznie nie lubię motywów kasowania rodzin dla pogłębiania man painów, ale przyznaję, że tutaj wszystko wychodzi bardzo logicznie. Trochę liczyłam przez cały tekst, że Griffolyon ostatecznie trafi do Josie (w końcu to arystokratyczna rodzina, z natury zajmują się głównie przekazywaniem sobie rzeczy i wydawało mi się, że to mogłoby fajnie powiercić różne konflikty), ale cały proces rozpadu Roberta i popychania go za krawędź jest bardzo, bardzo dobrze poprowadzony. No i teraz jest druga postać, która ma bardzo dużą moc i potężne wpływy (nawet jako zdeklasowany polityk), w dodatku wyciął numer, którego nikt się nie spodziewał.
Tak więc ogólnie rzecz biorąc bardzo dobra robota, zdecydowanie wrzuciłaś kolejny bieg i mnie się to naprawdę podoba.

I jeszcze jedno:
otoczyło się i upadło na dywan, a w ślad za nim stróżka rozlanego trunku.
Stróżka – od stróża. Strużka – od strugi.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 23 października 2017, 17:51

1/2

Część III

Angels on the sideline,
Puzzled and amused.
Why did Father give these humans free will?
Now they're all confused.

Don't these talking monkeys know that
Eden has enough to go around?
Plenty in this holy garden, silly monkeys,
Where there's one you're bound to divide it.
Right in two.

Angels on the sideline,
Baffled and confused.
Father blessed them all with reason.
And this is what they choose.

Monkey killing monkey killing monkey
Over pieces of the ground.
Silly monkeys give them thumbs,
They forge a blade,
And where there's one
they're bound to divide it,
Right in two.


Tool, Right in two



ROZDZIAŁ XXVII
NOW THE PAST I’VE TRIED FORGETTING, AND MY FOES I COULD FORGIVE. TROUBLE IS I KNOW IT’S PETTY, BUT I HATE TO LET THEM LIVE



Ettaler Forst
Johnny nigdy wcześniej nie podejrzewałby nawet, że jest zdolny do tego, by przez pięć bitych godzin po prostu siedzieć na dupie i słuchać cudzego oddechu.
Całe życie się człowiek uczy, sarkał w duchu, uparcie nie patrząc w stronę łóżka, na którym zasnął Robert. Na jego długie dłonie jeszcze do niedawna zaciśnięte na kocu i pociętą odłamkami szkła twarz.
Decyzję, by Jürgensa przewieźć akurat tu, McGregor podjął przy współudziale Emily natychmiast, gdy tylko Mystel opisał, co zaszło w Ratyzbonie. Co prawda stan Niemca nie był najlepszy, a podróż raczej nie miała szans go poprawić, ale wizyta w szpitalu i tak nie wchodziła w rachubę ze względu na konieczność zachowania dyskrecji. Ettaler Forst wydawało się wobec tego po prostu mniejszym złem.
Ośrodek coraz mniej należał zresztą do York i jej naukowców, a coraz bardziej stawał się centrum dowodzenia całą operacją – w miarę, jak wizja bezpośredniego starcia z Hiwatarim zyskiwała na realności. Poza tym ostatnie wypadki pokazały, że nikt i nigdzie indziej nie może czuć się bezpieczny. Bawarska głusza i ukryty w niej ośrodek wydawały się ostatnią przystanią, do której nie sięgały ani rosyjskie, ani amerykańskie macki. Stopniowo przenoszono tu więc wszystko i wszystkich godnych zaufania na tyle, by poznać kluczowe elementy planu, w tym na własne oczy przekonać się o istnieniu mechów. Johnny’emu nie do końca było to w smak – wiedział, że koncentracja zasobów w jednym miejscu to podstawowy strategiczny błąd – ale sam przyznawał, że po śmierci Oliviera i powrocie do gry Balkowa nie potrafi wskazać innych pewnych punktów na mapie.
Siedzieli więc – czy też leżeli – właśnie tu.
Szczęśliwie Ettaler Forst było przygotowane na to, że pracującym przy mechach technikom mogą zdarzać się nawet dość poważne wypadki, więc zapewniono Robertowi podstawową opiekę medyczną. Osłuchano go, zmierzono ciśnienie, coś mu wstrzyknięto i po godzinie przestał wreszcie rzygać jak kot. Zniknęło też to potworne świszczenie w oddechu, kaszel i ataki duszności.
Ale mimo to Johnny nie mógł przestać nasłuchiwać.
Może bardziej nawet niż stan Niemca zaniepokoiła go reakcja Emily, która po prostu straciła wszystkie kolory na twarzy, usiadła, a potem ostrym tonem nakazała przygotować zestaw do tracheotomii i trzymać go zawsze w pogotowiu.
– Będzie miał szczęście, jeśli się nie udusi – mruknęła wreszcie, nim znów zaryglowała się w gabinecie. Tym razem, aby raz jeszcze przejrzeć wszystkie materiały, jakie zgromadziła na temat Gryffiolyona i wyciągnięte na ich podstawie analizy.
Była poważna w ten charakterystyczny, ponury sposób. Tak skupiona, że ledwie poradziła sobie z zamkiem magnetycznym do własnej klitki, zapewne w głowie przetwarzając już niewyobrażalne dla innych porcje danych. A to oznaczało, że naprawdę się martwi. A skoro się martwiła, to było czym.
Johnny nigdy wcześniej nie miał do czynienia z Połączonym tuż po inicjacji procesu. Wszystkich spotkał już miesiące albo i lata później, kiedy może wciąż nie do końca panowali nad mocami i wciąż nie do końca rozwinęli wachlarz możliwości, ale jednak pierwsze zdrowotne perturbacje dawno zostawili za sobą. I musiał przyznać, że zupełnie nie tego się spodziewał. Może oni tam, w przeszłości, mieli lepszą opiekę medyczną przez pierwsze dni. A może po prostu nie lubili o tym rozmawiać. W końcu nie należało do tajemnic, że nie wszyscy wyszli z eksperymentów cało. Zresztą nawet jeśli wyszli, często ginęli podczas inauguracyjnych bitew.
Szkot bał się naprawdę rzadko. Czy raczej podejrzewał, że boi się częściej, ale strach nie dociera do jego świadomości, po drodze przetworzony na inne rzeczy albo prewencyjnie zagłuszony – choćby i łykiem bimbru. Ale teraz Johnny naprawdę siedział spięty z lęku. Minęły ledwie dwie doby, odkąd wszedł do mieszkania Oliviera i znalazł jego ciało, a na ścianach wypisane sprayem ostrzeżenia. Jeszcze nie do końca dotarło do niego, na co patrzył i co robili tam ci wszyscy policjanci oraz technicy, do czego dążyły pytania prokuratora, które mu zadawano, a już pojawiła się groźba, że straci drugiego przyjaciela.
To było dla niego za dużo. Nie nadążał. Nie potrafił sobie tego poukładać, więc starał się od siebie odsuwać. Ale niepodziewanie odkrył, że trafił na jakąś niewidzialną ścianę i nie może wypchnąć kompulsywnych myśli dalej. Hałda rosła i zaczynała się powoli osypywać, grożąc lawiną.
I to było dziwne.
To było też – co Johnny uświadomił sobie zupełnie nagle – niemal stałym stanem dla Emily. Jak ona w ogóle funkcjonowała z podobnym ciężarem przygniatającym kark i wypełniającym klatkę piersiową? Skąd brała siłę, żeby w ogóle myśleć?
Szkot obracał w dłoniach paczkę papierosów, ale nie palił. Robert już i tak miał problemy z oddychaniem i dym z pewnością by mu nie pomógł, a cały ten zestaw do tracheotomii wyglądał dostatecznie przerażająco i sugestywnie.
– Pierdolę… – szepnął McGregor do siebie i przetarł dłonią zmęczoną, opuchniętą twarz.
Może jeszcze rok albo dwa lata temu narzekał, że nic się nie dzieje i zaczął dusić się we własnym sosie. Owszem, Robert i Olivier zlecali mu jakieś drobne rzeczy – tu się rozejrzeć, tu przeprowadzić negocjacje za pomocą pięści – ale po prawdzie McGregor nie potrafił dostrzec w tym spójności i sensu. Prawdziwego ruchu. Więc wściekał się, miotał i wyładowywał przez kłótnie z żoną. Rozsadzała go energia, którą próbował przekuwać w sport, treningi sprawnościowe, wyciskanie, ile wlezie, z koni mechanicznych i tym podobne rozrywki, ale ciągle miał mało. Dopiero nieudana akcja w Pradze stanowiła jakiś przełom.
A teraz nagle czuł się zmęczony i przyłapał się na tym, że marzy o paru chociaż godzinach poza czasem. Tak, żeby mógł odpocząć bez świadomości, że powinien być gdzieś indziej i działać. Może po raz pierwszy w życiu myślał tak ciepło o kompletnym bezruchu, nawet jeśli gdzieś na tyłach głowy tkwiła świadomość, że i tak nie wytrzymałby w niej długo.
Rozległo się pukanie, a potem syknęły tłoki zamka – zwykle niezauważalne, jednak w ciszy i wobec wytężonego słuchu nagle głośne jak nigdy.
– Panie McGregor – widać było, że człowiek, który wychylił się przez próg, z trudem utrzymuje głos na poziomie szeptu. – Ktoś nadaje na czwórce.
Johnny poczuł, że robi mu się gorąco. Kanał czwarty był zarezerwowany dla naukowców z Etaller Forst – awaryjnie, gdyby okoliczności zmusiły ich do nadania komunikatu poza ośrodek, choć do tego prawo miała tylko Emily, lub spoza ośrodka. Pracowali nad tajnym projektem, więc różne rzeczy mogły się zdarzyć, należało zapewnić im taką furtkę choćby po to, by mogli wysłać ostrzeżenie.
Ale do tej pory nikt z tej możliwości nie skorzystał.
McGregor wstał sztywno jak robot – znów starannie unikając wzrokiem śpiącego Roberta – jakby zamiast kończyn miał stalowe pręty. Zaczął podejrzewać, że cały ten stres dopiero odchoruje.
Oby nadszedł w końcu dzień, w którym będzie mógł sobie na to pozwolić.
– Przyślijcie tu kogoś – polecił. – Niech pilnuje sekretarza.
Miał nadzieję załatwić tę sprawę szybko – najszybciej, jak się da – ale nie mógł zignorować sygnału. Sytuacja była zbyt napięta, a incydent niecodzienny, żeby tego ze sobą nie wiązać, tymczasem pilnowanie bezpieczeństwa Roberta polegało na czymś więcej, niż tylko nasłuchiwaniu, czy dalej oddycha.
Należało rozplątać tę cholerną sieć zaciśniętą wokół niego jak kokon. Zaorać Amerykę, wyeliminować Kaia, a Balkowowi wyrwać płuca przez gardło.
Chwilę później Johnny był już w pomieszczeniu, w którym urządzono centrum łączności. Spieszył się, denerwował i musiał zająć czymś ręce, więc bez pytania zgarnął pierwszy lepszy kubek z biurka. Jedynie przelotnie zajrzał do środka, by stwierdzić, że to herbata. Ktoś zaprotestował cicho, ale został zignorowany, a fakt, że w naparze po chwili wylądowała zawartość piersiówki, przyjął jedynie cichym sapnięciem.
– I? – spytał Szkot Morrisa, korpulentnego czterdziestolatka siedzącego nad odbiornikiem i ze słuchawkami zsuniętymi na szyję.
– Z terenów Rosji – odparł. – Znów niezakłócony. To znaczy lekko zanieczyszczony, ale raczej kwestia mechanicznych zagłuszaczy kilkadziesiąt kilometrów dalej. Tak na oko, bo REV sobie z tym radzi. Albo mieliśmy szczęście, jeśli chodzi o kierunek wiatru. Ledwie trzy sekundy temu przestał nadawać.
Znów niezakłócony.
A więc potwierdzało się. Praktycznie uniemożliwiająca łączność elektromagnetyczna bariera, jaką zapewniał Brooklyn Masefield, z dnia na dzień zniknęła. A więc to mogła być prawda – to, że nie wrócił z Hiwatarim i że znalezione na przedmieściach Nairobi porozrywane ciała to jego sprawka. Z Rosji zdjęto płaszcz i została naga.
– Odczytaj – polecił McGregor.
– Lubię… – pochylony nad notatkami Morris uniósł brwi – szynkę? – w jego głosie pojawiło się wahanie.
Szkot poczuł, że uderzenie adrenaliny rozpala mu żyły, a dłonie mocniej zaciskają się na kubku.
Po tylu dniach milczenia!
– Nadaj… – zaczął zastanawiać się gorączkowo, bębniąc palcem w naczynie. – OK, dobra, dyktuję: szynka lubi ogórki. I whisky.
– Przysięgam, że to najdziwniejszy kod wywoławczy, jaki słyszałem – wymruczał łącznościowiec, ale spełnił polecenie.
Napięta cisza trwała może trzy sekundy, po czym żółta kontrolka nad czwórką rozbłysła znowu. I tym razem to nie były dwa słowa.
– Czytaj – warknął McGregor niecierpliwie.
– Czytam: Ogól się dokładnie, bo będę wbijał.
Tylko refleks Johnny’ego sprawił, że na Morrisa nie spadł herbaciany deszcz.
– Pytaj go, gdzie jest, gdzie będzie i kiedy. I czego potrzebuje – rozkazywał Szkot szybko, rozglądając się jednocześnie za czymś, czym mógłby zetrzeć plamę z koszuli, bo freskiem na ścianie się nie przejął.
Łącznościowiec skinął głową i dłuższą chwilę panowała cisza przerywana jedynie nieregularnymi stuknięciami i szuraniem długopisu o kartkę.
– Pięć pięć kropka pięć dwa en, trzy siedem kropka pięć zero e – zaczął odczytywać. – Kierunek n w, będę aktualizował. Mam towarzystwo. Duże. Są ze mną wilk i tygrys, wszystko jest dobrze. Zjadłbym chrzanu.
Johnny po prostu uświadomił sobie, że się uśmiecha. Z żołądka ustąpiła przynajmniej część ciężaru, barki jakby opadły o pół centymetra.
– Będzie chrzan – powiedział. – Cała pierdolona paleta.



Rosja
Jurij coś nawet mówił, chyba o coś pytał, ale jego słowa nie przebijały się przez monotonne dzwonienie w uszach. Miguel przytaknął jednak dla świętego spokoju, dochodząc do wniosku, że na ewentualny pożar dupy czas przyjdzie później. Dużo później. Za jakieś pięć tysięcy lat. Jak już się wyśpi.
Oparcie samochodowego fotela wyginało się pod ciężarem ciała, stopy zapadały w podłogę, a kręgosłup szyjny stopniowo wbijał w miękką tkankę mózgu. Skóra stapiała się z kocem. Nawet nie bolało. Zmęczenie nie boli. Zmęczenie jest dobre. Ciepłe i miłe w dotyku. Powoli zabiera daleko, zamyka oczy i rozprasza myśli. Przynosi ukojenie, jakiego nie jest w stanie dać nic poza tym.
Gnać przed siebie, dalej i szybciej, gnać tak długo, aż kolana nie ugną się same i umysł nie zamilknie – to była całkiem dobra taktyka. Do zapamiętania.
Po tym, jak burza ucichła ostatecznie, energii starczyło jeszcze tylko na tyle, by dorwać się do sprzętu radiotelegraficznego w jednym z Vodników w nadziei, że tym razem nadawanie komunikatu pójdzie lepiej niż za pomocą nędznej samoróbki trzy tygodnie wcześniej. I poszło. Poszło nawet zaskakująco dobrze i udało się uzyskać odpowiedź – jakby nagle zniknęły wszystkie trudności w komunikacji, jakby pękła bańka otaczająca Rosję, co oczywiście nastręczało kolejnych pytań.
To nie mogło zastąpić rozmowy, ale kiedy Miguel upewnił się, że po drugiej stronie siedzi Johnny, po prostu poczuł radość. Zupełnie nagle zniknęły wątpliwości i lęki sprzed paru jeszcze godzin, choć przecież nie zniknął problem. A jednak ta namiastka obecności wystarczyła, by poczuć się zwyczajnie dobrze i uwierzyć, że może sam w swojej głowie zwyczajnie wyolbrzymia sytuację. Johnny miał tę cudowną właściwość, że przywracał rzeczom ich prawdziwy rozmiar i sprowadzał wybujałe fantazje z powrotem na ziemię, nawet jeśli nie wymienili o nich choćby słowa. Robił to samym swoim istnieniem. Samą swoją energią i optymizmem. Może wydawał się czasem zbyt żywiołowy i zachłanny, ale w istocie był jak skała. Nadając kolejne komunikaty, choć składające się w dużej mierze z liczb i suchych danych, Miguel uśmiechał się do siebie, aż poczuł ból w mięśniach twarzy i dotarło do niego, od jak dawna po prostu się dobrze nie bawił. Może ostatnio, lepiąc bałwana z Jindřišką, choć wówczas walczył z szaleństwem w jelitach.
Pomyślał, że musi zapytać Johnny’ego, czy lepił kiedyś bałwany. I że powinni to zrobić razem. Potarł kciukiem pozostałe palce, chcąc przywołać wspomnienie poznaczonej bliznami skóry Szkota, której dotykał pierwszy i ostatni raz podczas tatuowania, ale skrzywił się jedynie, czując – zamiast tamtej zaskakująco delikatnej faktury – szorstkość własnych zniszczonych opuszek.
A potem, gdy kontrolki zamrugały po raz ostatni, była już tylko równia pochyła.
Sylwetka trzymającego w ramionach Mao i wnoszącego ją do GAZ-a Reia rozmazywała się w burą plamę, włosy Jurija w płomienie, a Miguel z ulgą stwierdził, że jest za bardzo zmęczony nawet na wyrzuty sumienia. Nie wątpił, że Ivanow i Kon też padają z nóg, bo przecież kiedy on wreszcie mógł usiąść na dupie, oni jeszcze działali, że najchętniej by do niego dołączyli i obudzili się w innym miejscu i czasie, że pewnie mogliby odpocząć wcześniej, gdyby wykrzesał z siebie jeszcze jakąś energię i im pomógł, ale sęk tkwił właśnie w tym szczególe, że tej energii nie było. Nie mogło być i nawet adrenalina nie dałaby sobie już rady wobec nadal osłabionego po chorobie ciała. Zresztą Lavalier usłyszał rozmowę między Kaiem a jednym z martwych już doktorów. Ostrzegali, że rekonwalescencja po zatruciu sarinem trwa miesiącami i nie powinien spodziewać się szybkich efektów. Ta świadomość okazała się jak błogosławieństwo, jak zdjęcie kajdan i, myśląc o tym, Argentyńczyk niemal się z siebie śmiał. Nigdy nie czuł się bardziej uczciwy niż w tamtej chwili.
Tyle dobrego, że zdecydowanie nie całe wyposażenie Opactwa zostało zniszczone. Dowodzeni przez Jurija chłopcy zapakowali na paki samochodów zapasy, materiały medyczne i broń, potem mieli wpakować też rozwalone tu i ówdzie półzwłoki, choć część rannych po prostu dobito i jakkolwiek Miguel w pierwszej chwili zapłonął gniewem, kiedy zorientował się, co oznaczają rozkazy Ivanowa, to w otępiałym, i tak niezdolnym do złożonej reakcji mózgu pojawiła się po chwili myśl, że z punktu widzenia przetrwania stada decyzja jest okrutna, ale dobra.
I tak bardzo inna od tej, jaką Jurij podjął dobre parę, paręnaście dni temu. I tak podobna do tej, jaką kierujący się żelazną logiką i dobrem większości Rei chciał podjąć.
W porównaniu z dziwnie odległymi już wspomnieniami pieszego przedzierania się przez śnieżne pustkowia, zamknięcie w ciemnym, dusznym wnętrzu wojskowego samochodu wydawała się szczytem luksusu. Zwłaszcza że ze względu na stan zdrowia Miguel miał przywilej zajęcia miejsca w jednym z UAZ-ów i nie musiał tłoczyć się w kontenerze wraz z dziewięcioma innymi ludźmi. Nikt już nie zmuszał go do kolejnych kroków, nic nie obciążało mu pleców i mógł zwiesić głowę, której trzymanie na gumowym karku przekraczało możliwości koncentracyjne.
No dobrze, po jakimś czasie żołądek zaczął nieco protestować.
Ale potem i tak przyszła niemożliwa do przezwyciężenia senność, choć na tym poziomie zmęczenia mózg pracował uparcie i intensywnie, mimo że mało efektywnie. Coraz trudniej było kontrolować czające się w półcieniach majaki i Miguel czuł wyraźnie, jak przegrywa tę walkę. Wypełzały z kątów, zmieniały twarze ludzi i przestrzeń, zakrzywiały i rozwarstwiały czas.
I nie miał niczego przeciw temu. Nie tym razem.
Bo wśród wszystkich tych maszkar, wizji piekła i dręczących go duchów przeszłości był taki świat, w którym to wszystko nigdy się nie stało. W którym nie poszedł nawet do więzienia – nie miał za co – a największą jego winą pozostawały jakieś drobne dziecięce kłamstewka.
Był taki świat, w którym nigdy nie poznał Bartheza – jego wysoka, szczupła sylwetka nigdy nie rzuciła cienia na chłopaka wezwanego nagle do gabinetu dyrektorki znad odrabianej matmy i pogryzionego ołówka. Nie poznał też Mathildy, Claude’a, Julii i pozostałych, ale przynajmniej żyli gdzieś cali i zdrowi, i z daleka od niego.
To był trochę nudny świat. Wstawał tam codziennie rano do pracy w warsztacie samochodowym. Marzył o własnym biznesie, ale ciągle coś pożerało oszczędności – a to awaria w domu, a to choroba któregoś z dzieci, a to teściowie w potrzebie. Czasem myślał o kredycie, ale z drugiej strony, gdyby coś poszło nie tak, a w Argentynie wiecznie coś szło nie tak, nie tylko on zostałby z długami na lodzie. Żona była tym trochę zmęczona i widział to w jej oczach, chyba już nie wierzyła w obietnice, że będzie lepiej, ale kiedy wreszcie udawało się po raz kolejny związać koniec z końcem, oddychała z ulgą i odzyskiwała nieco dawnego blasku. To były dobre chwile. Dobrych chwil było tak naprawdę bardzo dużo, a codzienna szarość miała w gruncie rzeczy ciepły odcień.
W tym świecie – bardzo małym – słyszeli o nim tylko klienci warsztatu, sąsiedzi i rodzina żony. I nauczyciele w szkole, choć tych widywał za rzadko, często zmuszony brać nadgodziny. Wstyd przyznać, ale nie potrafił powiedzieć, czy ma dwoje, czy troje dzieci. Nigdy nie mógł się doliczyć. Czasem widywał żonę jeszcze z jednym na ręku, ale rzadko. Częściej była po prostu w ciąży. Pewnie powinien ją o to zwyczajnie zapytać.
Tak jak powinien wreszcie nadać jej imię. Zwyczajne, proste i pospolite jak całe jego życie, którego nigdy nie miał.
Drgnął, gdy jakiś durny, w normalnych okolicznościach zupełnie niezauważalny hałas wyrwał go z tamtego świata i gwałtownie zawrócił z drogi. Ktoś za nimi z nudów zaczął po prostu stukać palcami w lufę kałasznikowa i nim ktoś inny dźgnął go łokciem, zatarły się dobrze już wyobrażone twarze, zawaliły budynki.
I znów było tak, że wydarzyło się to wszystko, co się nie wydarzyło.
– Elsa – mruknął Miguel, otwierając oczy.
Siedzący obok Jurij spojrzał na niego z ukosa, ale tylko na moment, natychmiast wracając do obserwowania drogi przed nimi. Choć po prawdzie nie było czego obserwować – tylko białe i szare plamy.
– Co? – spytał wyraźnie zbity z tropu.
– Ma na imię Elsa – wyjaśnił więc Lavalier i stłumił ziewnięcie. – Moja żona.

*

– Wygodnie ci? – spytał cicho Rei.
– Tak – odparła Mao. – Tak jest dobrze.
Na ile oczywiście było to możliwe w tych warunkach i wobec ciasnego medycznego modułu GAZ-a, gdzie wszystko wisiało tuż nad głową albo plątało się między nogami.
Mao leżała wsparta na rulonie z kurtki. Nogi podkurczyła pod siebie chyba nieco w obronnym odruchu, chroniąc wrażliwe wnętrzności. Przymknęła oczy, poddając się delikatnej pieszczocie, gdy Rei gładził ją po głowie. Ogolone parę może paręnaście dni temu włosy z tej części, do której podłączono diody, zaczynały powoli odrastać i takie wodzenie palcami po jeżyku okazało się dla obojga zaskakująco przyjemne, zwłaszcza wobec faktu, że Kon starannie omijał opuchnięte, nadal swędzące zaczerwienienia świeżo zresztą przemyte antyseptykiem.
– Może powinnam zostać przy takiej fryzurze – zażartowała cicho Chinka. – Chociaż podejrzewam, że wyglądam, jakbym się dostała pod nożyczki szaleńca, ale dobra, przyzwyczaję się.
– Wyglądasz pięknie – zapewnił Kon z pełną powagą i o dziwo zabrzmiało to szczerze.
Pewnie było szczere, nawet jeśli powodowane chwilą albo po prostu faktem, że Kon nie zwracał nigdy uwagi na nieistotne wątki poboczne. Pewnie w tym momencie liczył się dla niego tylko fakt ponownego spotkania i wszelkie odczucia były dyktowane właśnie ulgą i radością z tego powodu. A więc nie przeszkadzała mu dramatycznie inna długość włosów w różnych miejscach, opuchlizna, zasinienia, krwiak w prawym kąciku ust i inne ślady eksperymentów.
– Nie tak to sobie wyobrażałam, kiedy opuszczałam Pekin – przyznała Mao, niechętnie, ale jednak poprawiając pozycję, bo prawie nie czuła już lewej ręki. – Ale też nigdy nie mogłabym sobie wyobrazić lepszego finału. Wiedziałam, że cokolwiek się nie stanie, damy sobie radę.
W tym ułożeniu nie widziała twarzy męża, ale miała pewność, że lekko się uśmiechnął.
– Nie możemy teraz zwolnić – powiedział jednak absolutnie serio.
Mao czasem tęskniła za czasami, gdy był młodszy i rozładowywanie napięcia żartem przychodziło jej w tym związku łatwiej. To jednak nie była ani jej, ani jego wina, że życie wymogło na nim wzmocnienie tych cech, które gwarantowały opanowanie i emocjonalną stabilność, a w konsekwencji bardziej efektywne osiąganie politycznych celów. Może już w ogóle nie potrafił się bawić i szczerze śmiać.
Ale może nie stanowiło to dla niego aż takiego problemu jak dla Mao, skoro pozwalało nadal stać pewnie na dwóch nogach i widzieć nadzieję na przyszłość, choćby walił się cały świat dookoła, a ich dom legł w gruzach.
– Teraz musimy jeszcze tylko znaleźć nasze dzieci – powiedziała.
Rei po prostu przytaknął. Może nie chciał wchodzić w dyskusję. Może nie chciał zadawać pytań, które przecież kiedyś musiały paść. Zresztą sama Mao też nie znała już na nie odpowiedzi, bo te, które miała, rozsypały się w popiół, gdy stanęła naprzeciw Kaia. Podejrzewała, że owszem, ma rację – gwałtowna reakcja Brooklyna czy może raczej Zeusa zdawała się to jedynie potwierdzać – ale wiedziała już, że nie tylko jej mąż rokuje poważne problemy z przyswojeniem tej idei. Może cały świat je rokował, choć swego czasu chińskie społeczeństwo przeszło zwrot ku tradycji zaskakująco efektywnie. Wtedy jednak były to w dużej mierze hasła, za którymi stała twarda polityka. Z mistycznymi konsekwencjami układu wciąż trzeba było się zmierzyć.
A przecież teraz, wobec obecności Takao – sługi kolejnego Strażnika Niebios – koncepcja zyskiwała szczególną moc.
Pech chciał, że Rei nie za dużo opowiadał o planach na przyszłość i o tym, jak właściwie znalazł się w Rosji, choć to drugie Mao wywnioskowała mgliście z rozmowy z Miguelem. Jeśli jednak jej mąż choć przez chwilę wyobrażał sobie, że zdoła odsunąć ją od decyzji, mógł się srogo zawieść. Nie byli już parą cesarską. Nikt więcej nie patrzył im na ręce – ani dwór, ani urzędnicy państwowi, ani naród. A skoro tak, Mao nie zamierzała dać się ponownie spętać i zepchnąć do pozycji, która zmusiła ją do całej tej szaleńczej wyprawy zakończonej fiaskiem.
Nie zamierzała więcej dać się uwięzić ani tytułowi cesarzowej, ani swojej Bestii, ani – tym bardziej – własnemu mężowi. Zwłaszcza wobec faktu, że zyskała nowe argumenty. Może i była kaleką. Może. Może i widziała w cudzych spojrzeniach zdecydowanie za dużo współczucia, a w gestach opiekuńczości, ale to nie oznaczało, że jest bezbronna. Wręcz przeciwnie. Zamierzała czym prędzej zaleczyć rany i nauczyć się funkcjonowania bez dłoni, a poza tym wiedziała już, że duch w jej głowie nie jest tak całkowicie bezużyteczny, jak sądziła kiedyś.
– Odkryłam coś – przeszła gładko do tego wątku. – Jeszcze nikomu nie mówiłam i nie wiem, czy powinnam. Kai wie. Widział. Całkiem przypadkiem odkryłam, że Galux to nie tylko pazury. Nawet bez dłoni – odruchowo uniosła kikuty, by na nie spojrzeć, i wspomnienie zabolało po raz kolejny – nie jestem bezbronna, Rei. Mogę wpływać na zwierzęta.
Poczuła, jak drgnął. Jego twarz – znów przez moment widoczna – pozostała oczywiście we wzorcowy sposób niewzruszona, ale reakcja ciała zdradziła czające się pod maską emocje.
– Co to znaczy? – zapytał rzeczowym tonem.
– Nie jestem do końca pewna. Nie wiem, z jakimi zwierzętami dokładnie, jak długo i na jaką odległość, ale na stado kotów w jednym pomieszczeniu zadziałało. Posłuchały mnie, gdy w chwili emocji wyobraziłam sobie, jak atakują Kaia.
– Bogowie…
– Oczywiście niewiele mu zrobiły. To tylko koty. Ale pomyśl, jakie to daje możliwości. Koniecznie muszę to przy okazji wypróbować.
Rei milczał. Prawdopodobnie po prostu przetwarzał nowe informacje i usiłował się do nich możliwie racjonalnie ustosunkować.
– Niech to tylko na razie zostanie między nami – poprosiła Mao. – Sama nie jestem pewna… co o tym myśleć.
Przytaknął.
– Cieszę się – powiedział jednak po dłużej chwili i raz jeszcze przesunął dłonią po głowie małżonki. – Masz do dyspozycji broń, o której prawie nikt nie wie.
– Też się z tego cieszę, możesz mi wierzyć. Może wreszcie zrozumiem Galux i nauczę się ją kontrolować. Szkoda, że nie wiedziałam o niej wcześniej – odparła Mao ze szczyptą goryczy w głosie. Szybko zaczęła jej żałować, jeszcze szybciej o niej zapomniała. – Ale to prawda, że wciąż wiele przed nami.
Jeszcze wiele przed tobą, pomyślała.
Musiała mu w końcu powiedzieć. O wszystkim. O Czerwonej Cesarzowej i Białym Cesarzu, o jego przeznaczeniu i o tym, dlaczego to wszystko – on jako boski posłaniec – wciąż nie działało. Może Chiny zapłaciły cenę właśnie za to, że nie powiedziała mu wcześniej – tak, ta myśl zalęgła się w jej głowie, ale odrzuciła ją natychmiast. Roztrząsanie tego nie miało najmniejszego sensu. Stało się. Winy i powinności osądzą mądrzejsi od nich, śmiertelnych.
Ale jeszcze nie tego dnia, zadecydowała Mao. Nie, kiedy Rei także nie wydawał się zdolny do długiej i rzeczowej rozmowy, bo nawet jego dłoń gładząca włosy niepokojąco często gubiła rytm, zdradzając nie tylko zmęczenie, ale także uciekające, rozproszone myśli. Po tylu latach wspólnego życia Mao wiedziała już, że jej mąż potrzebuje czasu, by przyswoić nowe dane. Medytował lub zamykał się w którejś z samotni i dopiero tam stawał naprzeciw problemom. Nigdy nie słynął ze spontanicznych decyzji, choć i takie potrafił podejmować, i póki istniała możliwość, żeby to szanować, należało to po prostu robić.

*

I jakoś tak okazało się, że wcale już nie siedzi w samochodzie, a półleży na stercie bagażu we wciąż rozbijanym obozowisku, że wokół jest ciemno i płonie ogień. To w sumie on, wdzierając się pod powieki, okazał się skuteczną przynętą rzuconą przez jawę. Miguel otworzył oczy i po prostu patrzył.
– Myślałem, że śpisz – mruknął Jurij po angielsku, wychodząc nagle z ciemności za płomieniami.
Odkąd przejął komendę nad chłopcami z Opactwa, używał raczej ojczystej mowy, jakby nie chciał budować w nich podejrzliwości i wrażenia, że coś dzieje się poza ich wiedzą. To już przeszli w Opactwie i tam mieli się tego bać. Ale teraz oni byli daleko, zajmowali się wypełnianiem rozkazów albo układaniem do spania, a Ivanow chciał najwyraźniej rozmawiać prywatnie.
To znaczy – w ogóle chciał rozmawiać, bo jakkolwiek Miguel rozumiał po rosyjsku to i owo, mówienie szło mu fatalnie. Prędzej połamałby sobie język niż poprawnie wypowiedział pełnoprawne zdanie.
Przekręcił nieco głowę, by lepiej widzieć pochyloną sylwetkę kucającego nieopodal Sabaki. Rozmazywała się w parę plam, ale pamięć uzupełniała obraz zaskakująco dokładnie. Ten ostry, wilczy profil z wydatnymi łukami brwiowymi i długim, wąskim nosem. Zapadnięte policzki i sine cienie pod oczyma – wobec światła z ogniska nieomal czarne. Miguel wciąż miał na tyłach głowy odległe czasy, gdy dzikość tych rysów budziła w nim obawę i nawet odstręczała. Podświadomie spodziewał się ataku w każdej sekundzie i w pewnym sensie tak – Jurij w każdej sekundzie atakował. Musiało minąć trochę czasu, nim stało się jasne, że nie ma nad tym takiej kontroli, jaką chciałby mieć i jaką zapewne sobie wyobrażał. Oraz nim Lavalier uświadomił sobie, że po części atakuje się sam.
– Wydaje mi się, że jednak na trochę odpłynąłem. Wolałbym spać dalej, ale teraz muszę się chyba po prostu przewrócić – odparł. – Wiesz, jak jest.
Bo któż mógłby wiedzieć lepiej? Pewnie dziesięć razy lepiej, niż Lavalier był w stanie sobie wyobrazić. I to od dziecka. Od małego dziecka wyrwanego z normalnego życia, jakiekolwiek by ono nie było, i normalnego dorastania.
– Może lepiej. Sam wleziesz do namiotu, nie będę musiał cię ciągnąć – skwitował Sabaka. – Dasz radę coś zjeść?
– Wolałbym później. – Miguel zaczął niezdarnie zbierać się do pozycji siedzącej. – Gdzie Rei?
– Z Mao – rzucił Jurij krótko, wskazując głową wóz medyczny, zapewne świadom, jak oczywiste jest to pytanie i jak mało zaskakująca odpowiedź.
I że w związku z tym powinien spodziewać się ciągu dalszego.
– Dziękuję – wyszeptał Miguel. – To znaczy, ja…
– Lepiej zamilcz – uciął Ivanow.
– Nie chciałbym zostawiać tej sprawy niewyjaśnionej.
– A co jeszcze chcesz wyjaśniać?
Lavalier przełknął ślinę. Niemal fizycznie czuł, jak Jurij znów bierze go za kark niby nieposłuszne szczenię i odsuwa od siebie, wystawia poza niewidoczną, ale nienaruszalną linię. Przestał się łudzić, że to się kiedykolwiek zmieni, ale nie potrafił nie odczuwać w związku z tym goryczy. Pewnie powinien dać sobie spokój i pozwolić grać Jurijowi według jego zasad – wykorzystać to, czego Sabace brakowało, czyli szczątkowe może, ale jednak istniejące umiejętności społecznej adaptacji, dostosować się. Może wtedy obaj czyliby się ze sobą zwyczajnie lepiej.
Ale z jakiegoś powodu nie potrafił myśleć o takiej decyzji inaczej, jak tylko w kategoriach porażki. Trochę bał się, że bardziej przez wzgląd na swój upór niż dobro samego Ivanowa. Trochę bał się też, że tak naprawdę i w istocie wcale nie jest za tą niewidzialną linią potrzebny, bo to, że Sabaka wcale nie jest taki silny, za jakiego chce uchodzić, tylko sobie wymyślił.
Może to była jedna z tych kwestii, które należało raz jeszcze zrewidować. Spróbować to jakoś rozumowo uporządkować i podjąć decyzję, których można by się potem konsekwentnie trzymać, skoro to przeciąganie liny było tak wyczerpujące.
– Uratowałeś mi życie. I zapłaciłeś za to za wysoką cenę.
– Nie nakręcaj giełdy długów – warknął Rosjanin.
– Nie mam takiej intencji. Ale niestety doskonale pamiętam, co powiedziałem, kiedy wyszło, że jesteśmy w Opactwie.
– I tak tego nie cofniesz.
Owszem, Miguel wiedział o tym. W żadnych okolicznościach nie byłby w stanie tego cofnąć, a obcując z Jurijem już zwłaszcza. Każde słowo zostawało jak wyryte w kamieniu, każdy gest zapamiętany. Tłumaczenie się nie miało najmniejszego sensu, choć może na jakimś poziomie Sabaka właśnie tłumaczeń oczekiwał. Jakby okazywanie swojej nieugiętości było równie ważne, co ona sama.
Zapewnianie, że gdyby potrzebna była pomoc, wsparcie w oswajaniu się z nową sytuacją bez Wolborg i mocy, jakie zapewniała, czy cokolwiek innego, Miguel z chęcią je zapewni, też mijało się z celem. Aż za łatwo było wyobrazić sobie reakcję i możliwą interpretację takich słów.
Tak naprawdę to był szach-mat.
Lavalier sam sprowokował rozmowę, a teraz nie miał pomysłu, jak wyjść z obławy. Zupełnie go to zresztą nie zaskoczyło.
– Po prostu… Jest mi przykro, OK? – powiedział więc, czując się znów jak skończony, ckliwy głupiec.
Nie doczekał się reakcji. Może lepiej. Nie wiedział, czy zniósłby jawną pogardę i odrzucenie, kolejnego przypomnienia, że nie zasługuje na to, co od innych dostaje.
Przestraszył się, gdy znalazł Jurija klęczącego nad ciałem Papowa, bo to nie był Ivanow, jakiego znał. Najwyraźniej ból potrafił przeżywać równie intensywnie, co gniew – i może dlatego tak szybko jedno przeradzało się w drugie. Przechodził stratę fizjologicznie, całym sobą, głęboko. W sposób, jakiego Miguel nie oglądał w życiu często. Trzymając w ramionach szarpiącego się, oszalałego z żalu Sabakę, nawet nie potrafił zbliżyć się do tego, co ten może czuć. Owszem, wiedział, jak to jest tracić bliskie osoby i jak to jest wpadać z tego powodu w histerię. Ale w tym wydaniu wydawało się to stokroć straszliwsze.
Bo Jurij stracił część siebie. Nie Bestię, nie upierdliwego lodowego upiora z wnętrza własnej głowy, a właśnie część siebie i to w znaczeniu znacznie bardziej dosłownym niż melodramatycznie metaforycznym.
Wtedy działał tylko instynkt każący najpierw unieruchomić mogącego przypadkiem zrobić sobie krzywdę człowieka na krawędzi, a potem cierpliwie czekać na ustabilizowanie się sytuacji. Nie było tam miejsca na zastanawianie się, czy może przytrzymywanie Rosjanina to nie jest najlepszy pomysł i czy jego półnagie, lodowato zimne ciało naprawdę potrzebuje ogrzania. Zresztą Miguel w jakiś sposób też tego potrzebował. Konkretnego działania. Możliwości skupienia się na czymś innym niż rozwleczone nieopodal ciało dawnego oprawcy – najgorsze wspomnienia młodości nagle martwe i nieruchome. Wiedział, że to nie za niego mścił się Jurij, a za Wolborg, ale to w gruncie rzeczy jego właśnie bardziej ta śmierć uwolniła. Chciał raz na zawsze pogrzebać wspomnienia razem z tym człowiekiem i tym przeklętym miejscem.
Po czasie jednak wydawało się, że instynkt tym razem nie zawiódł, jak przed laty zresztą. Jurij przestał się szarpać, zastygł na chwilę, spiął wszystkie mięśnie a w tym czasie histeria przekuwała się w stal gniewu.
Może to był jakiś klucz. Może podczas obcowania z nim nie należało za dużo się zastanawiać, tylko zdać na szczere, czyste odruchy.
I ewentualnie skończyć z wybitymi zębami.
Bo to się tak po prostu nie dało, chociaż Miguel lubił sobie czasem wyobrażać, że to możliwe. Nie tylko, jeśli chodzi o Ivanowa. To po prostu nie było możliwe, żeby tak doskonale dostroić się do drugiej osoby, dopasować na tyle, by zawsze wiedzieć, co ma na myśli, o czym mówi, a o czym nie, czego potrzebuje i czy do potrzeb tych należy na pewno ta konkretnie druga osoba, jaką się na swoje szczęście czy nie jest. To dotyczyło także Emily, Johnny’ego, a wcześniej Julii i każdego, z kim Lavalier pragnął nawiązać bliższy kontakt.
Może dlatego właśnie nie wychodziło. Może przez tę urojoną tajemnicę, którą miał nadzieję kiedyś posiąść, a która zwyczajnie nie istniała.
Szkoda. Lepiej było myśleć, że coś po prostu pozostaje poza jego zasięgiem, niż że tego zwyczajnie nie ma.
Patrząc na niektórych ludzi w swoim otoczeniu, miał to właśnie wrażenie, że posiedli tę tajemnicę i dostroili się idealnie – ot, choćby wówczas, gdy widział Emily i Johnny’ego po szesnastu latach ich związku, nadal w przedziwnym tangu, gdy nawet ich najdrobniejsze gesty zdawały się swoją kontynuacją i uzupełnieniem. Ale kiedy wszedł za kurtynę, zobaczył, że i oni czasem gubią krok, nie rozumieją się, mijają albo po prostu udają. Tylko wówczas – sam bardziej zagubiony – nie wyciągnął wniosków.
Ale jeśli tak, to czy związki międzyludzkie w ogóle mogły przynieść satysfakcję i spełnienie?
– Nad czym znowu tak wzdychasz? – spytał Jurij, prawdopodobnie wcale nie chcąc brzmieć, jakby warczał nad kotletem.
– Nad niczym konkretnym – skłamał Miguel i zupełnie odruchowo, bezsensownie owinął się kocem.
Dziwne, pomyślał, bo wiedział, że gdyby zamiast Ivanowa siedziała obok Emily, po takim pytaniu natychmiast zacząłby wypluwać z siebie na wpół sformułowane myśli w niemożliwej do ogarnięcia nawet dla niej plątaninie. Gdyby siedział obok Johnny też, choć z innym nastawieniem. Ale otworzenie się w ten sposób przed Jurijem zakrawało na niemożliwość.
Może chodziło po prostu o to „pierdolisz”, które na pewno padłoby prędzej czy później. Raczej prędzej, nim Miguel sam ze sobą doszedłby do ładu i nadal nie miałby pewności, o co mu właściwie chodzi i dokąd zmierza. Poczułby się jak rozhisteryzowany, bezużyteczny idiota i tyle by mu z tego przyszło.
– Tak naprawdę zawsze chciałem być jak ty – mruknął i w pierwszej chwili nie do końca dotarło do niego, że naprawdę to zrobił.
– Co? – spytał ostro Jurij, ściągając brwi.
– Chciałem być ja ty – powtórzył Miguel, czując, jak wszystko w nim osiada z rezygnacji, a zmęczenie przejmuje kontrolę także nad wypowiadanymi słowami. – Przecież o tym wiesz.
Musiał wiedzieć. To było takie oczywiste. Tak widoczne i czytelne, ciągle stanowiące źródło zawstydzenia.
Ale Jurij tylko patrzył w milczeniu, wciąż ze zmarszczonym czołem.
– Co? – zapytał raz jeszcze powoli.
– Kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy, byłeś legendą – burczał Lavalier w koc. Przymknął powieki, bo te za nic już nie chciały trzymać się w górze. – Wszyscy o tobie mówili. Na korytarzach, w szatniach, wszędzie. Miałeś taką… aurę. Budziłeś respekt. Pamiętam, jak wchodziłeś gdzieś, to zawsze wszyscy milkli. Nigdy nie zdarzało się, żebyś przeszedł niezauważony. Może media cię szczególnie nie kochały, ale wśród zawodników czuło się, że jesteś kimś. Że masz autorytet. A potem pojawiłeś się znowu, zachlany. I to mnie wkurwiło. Bo miałeś to, o czym ja zawsze marzyłem, i spierdoliłeś sprawę. Tak mi się wydawało. W pierwszym momencie. Potem zrozumiałem, że zachlany czy nie, nadal jesteś sobą i ludzie chcą za tobą iść. Ja też chciałem i to wkurwiało mnie jeszcze bardziej. Nie jestem do tego… nie lubię myśli, że ktoś jest ode mnie lepszy, chociaż większość ludzi jest. Ale zwykle umiem tę myśl od siebie odsunąć. Z tobą było inaczej. Nie umiałem. Patrzyłem, jak naturalnie zaczynasz wszystkim dowodzić, jak konstruujesz plan, złościłem się, że mi imponujesz, ale niczego nie mogłem na to poradzić. Chyba… chyba dlatego zacząłem za tobą łazić. Bo nie miałbym szans w konfrontacji. Bo za każdym razem, kiedy tylko byłeś w pobliżu, rozsypywało się całe moje poczucie własnej wartości. A potem jeszcze Barthez pokazał mi Opactwo i dotarło do mnie nieco bardziej, skąd przyszedłeś i co przeżyłeś. Jak wiele nas różni i że ja… że ja na twoim miejscu naprawdę skończyłbym w piwnicach. Nie miałem nawet tyle, żeby być jednym z tych, którzy mieli być kiedyś twoim mięsem armatnim. To mnie cholernie bolało w dumę, możesz wierzyć.
– Co ty pierdolisz…?
A jednak. Choć dziwnym tonem.
– Sam nie wiem. Jestem zmęczony. Masz czasem tak, że jak jesteś zmęczony, to jakbyś był pijany?
– Chyba nie. Dygoczesz.
– To chyba z emocji, Jurij. Nie lubię tak… pierdolić.
– Więc dlaczego to robisz?
– Sam chciałbym wiedzieć. Może… Może to o raz za dużo.
– Co?
– O raz za dużo najpierw robisz dla mnie tak wiele, a potem odrzucasz.
– Odrzucam? – Jurij naprawdę brzmiał, jakby nie rozumiał, ale Miguel bał się otworzyć oczy i spojrzeć na niego, by zobaczyć twarz.
– Jesteś dla mnie ważny – wyszeptał. – Wiele razy próbowałem to powiedzieć i nigdy nie potrafiłem wprost. Jesteś ważny i gdyby nie całe to gówno, też bym przyszedł do Moskwy i też próbował. I czasem wyobrażam sobie, że mógłbym być równie ważny dla ciebie. To znaczy… poświęciłeś dla mnie tyle, że w tym kontekście to brzmi jak totalna bzdura, ale są różne… różne sposoby bycia ważnym. Chciałbym być ważny w ten sposób, który pozwalałby ci się czasem poczuć lepiej. Nie wiem, uspokoić. Odetchnąć. Ale wiem, że wprowadzam niepokój i musisz mnie odsuwać. A nie chcę tego. I… to chyba dla mnie trudne.
Jurij milczał. Milczał długo i uparcie, aż wreszcie Lavalier westchnął cicho.
– Nieważne – podsumował na wpół do siebie. – Zapomnij.
To przecież nie miało sensu.


Digora
Borys Kuzniecow zasalutował. Nawet w takim momencie, nawet kiedy jego twarz pozostawała całkowicie poważna, lewy kącik ust nie opadał zupełnie, na zawsze już skrzywiony w złośliwym i okrutnym grymasie.
Jeśli było coś, co definiowałoby tego człowieka lepiej, Kai i tak nie potrafiłaby tego wskazać.
Nowe ciało feldmarszałka wyraźnie zrobiło na Kuzniecowie większe wrażenie niż na Mhalangu. Cóż, dłużej dawał się oszukiwać. Może zresztą nie chodziło tylko o prawdziwą płeć wodza, której nic teraz nie ukrywało, bo też żaden materiał nie miałby szans z wiecznie rozżarzoną, paloną i odradzającą się skórą, a właśnie o fakt, że Kai nie dało się już pomylić ze zwykłym śmiertelnikiem. Cała była ogniem i popiołem. Pokryte czarnymi piórami skrzydła wyrastały bezpośrednio z jej pleców, stosiny żarzyły się krwistą czerwienią, a lotki tliły, wypełniając kwaterę charakterystycznym zapachem.
– Amerykanie mają Brooklyna – kontynuowała Hiwatari głosem również zmienionym, podszytym obecnością Black. – To oznacza, że musimy uderzyć, zanim znajdą sposób na to, jak to wykorzystać przeciwko nam.
Retha i Borys wymienili między sobą szybkie, porozumiewawcze spojrzenie. No tak, zapewne rozmawiali ze sobą, zanim stanęli przed obliczem feldmarszałka, zapewne przewidzieli, że sprawy przyjmą taki obrót. Dla Kaia nie było tajemnicą, że pozostają w szczególnej komitywie. Podejrzewał też, że mogła się ona zacieśnić po śmierci Siergieja.
– Rozumiem, że mamy przygotować plan ofensywy – podsumował Kuzniecow rzeczowo.
– Tak – potwierdziła Hiwatari, mierząc go jednocześnie przeciągłym spojrzeniem i odnotowując zmiany głównie na twarzy i dłoniach. Nowe zmarszczki, skaleczenia, deformacje zwyrodnieniowe palców, których nie dostrzegła przy poprzednim spotkaniu. – I to szybko. Musimy uderzyć, póki mamy przewagę. Ale zajmie się tym Retha. Ciebie, Borys, chcę widzieć w Opactwie.
– W Opactwie? – zdziwił się generał i miał do tego pełne prawo, bo trzymał się od spraw ośrodka najdalej, jak to było możliwe. – Nie potrzebuję przeglądu – dodał na wszelki wypadek, wbrew bladej, wychudłej twarzy i przekrwionym oczom.
– Nie na przegląd. – Kai zdusiła odruch zaciśnięcia pięści, ale poczuła, że jej ciało zaczyna płonąć intensywniej. Black karmiła się jej gniewem i goryczą. Karmiła się poczuciem zdrady. – Nie ma z nimi kontaktu, obraz satelitarny jest niejasny, ale mam pewność, że doszło tam do ataku.
– Kurwa… – wyrwało się Mhalangu. – Myślałam, że Amerykanie mają zaatakować Moskwę.
– Bo to zrobili. Opactwo walczyło później. Nie mam też połączenia z Wolborg. – Kai zacisnęła zęby, aż zgrzytnęły. – Nie ma jej i jakby nigdy nie istniała.
Szare, upiornie jasne oczy Borysa zwęziły się groźnie. Nie potrzebował ani słowa więcej i Kai doskonale o tym wiedział.
Bardzo dobrze, myślał. Niech rozpęta się burza.


Ettaler Forst
Emily milczała już podejrzanie długo – wciąż w tej samej pozycji z łokciami opartymi o kolana, brodą na złożonych dłoniach i wzrokiem wbitym w siedzącego na łóżku Roberta. Chyba nawet nie mrugała.
– Kurwa – wyrzuciła z siebie w końcu i zrobiła to takim tonem, że właściwie zastąpiło jakiekolwiek inne słowa, po które mogłaby w tej sytuacji sięgnąć.
Wszystko w niej mówiło, że nie jest zachwycona. A nawet więcej – że ociera się o wściekłość. To ona zaczęła wybijać się na plan pierwszy, gdy minęła początkowa fala przerażenia i poczucia bezradności. Wreszcie kobieta zerwała się z krzesła, zrobiła parę kroków i przystanęła, jakby nagle uświadomiła sobie, że nie wie, dokąd właściwie zmierza. Zacisnęła palce na nasadzie nosa, unosząc nieco okulary.
Tak, to było znajome zachowanie i szczęśliwie oznaczało, że po chwilowej, acz gwałtownej nawałnicy przyszedł czas na konkrety oraz logiczne wnioski.
– Wiesz, że to nie jest takie proste – powiedziała York drewnianym od tłumionych emocji głosem. Nie patrzyła na Jürgensa ani w ogóle na nic. Zacisnęła powieki. – To nie jest tak, że przeszedłeś sobie Połączenie, dostałeś pałera i teraz jesteś nakurwiaczem. To proces. Proces, który trwa lata i nikt nie wie, dokąd cię zaprowadzi. Jeśli zacznie być słabo i wyjdą jakieś skutki uboczne, a wyjdą na pewno, to już nie ma drogi powrotu. A ja tylko w przybliżeniu jestem ci w stanie powiedzieć, co może cię czekać. Wiem, jakie jest miejsce Gryffolyona w systemie i na tej podstawie dedukuję potencjalne zagrożenia. To wszystko. I to jest naprawdę mało.
Robert milczał. W ogóle mówił niewiele, odkąd został przetransportowany do Ettaler Forst. To oczywiście mogła być kwestia tego, co go spotkało, emocjonalnego ciężaru utraty bliskich, pogrzebu, widoku córki na oddziale intensywnej opieki medycznej. Mogło też wynikać z szoku po Połączeniu. Emily nie była psychologiem, by móc rozgraniczyć to choćby w przybliżeniu.
Mogła być też kwestia tego, że cały czas skupiał się na własnym oddechu.
– Po pierwsze, Robert – kontynuowała Amerykanka – postaraj się nie udusić ani nie nabawić odmy. Albo choroby wysokościowej. Gryffolyon to Bestia działająca subtelnie, ale na głębokim poziomie. Coś więcej i coś innego niż Dragoon albo Falborg, chociaż żywioł ten sam. Prawdopodobnie będziesz musiał nauczyć się kontrolować gęstość powietrza wokół siebie, w tym we własnych płucach, w trybie ciągłym. Kiedy już dojdzie do pełniejszego zjednoczenia. Albo po prostu, kiedy Bestia uzna, że tak, bo tak. Podoba ci się czy nie, jesteś teraz całkowicie zależny od jej kaprysów. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak… – York pokręciła głową z niedowierzaniem. – Jak mogłeś zrobić coś takiego po tym wszystkim, czego już byłeś świadkiem?! Mogło stać się wszystko! Pamiętasz, jak było z Mao chociażby?!
Wybuch złości także nie zrobił na sekretarzu generalnym większego wrażenia.
– Słuchasz mnie w ogóle?
Robert powoli podniósł oczy.
– Słucham – odparł.
Słuchałem też wcześniej, zdawał się mówić jego wzrok, słuchałem wszystkiego, każdego ostrzeżenia. Ale nie zostawili mi wyboru.
Na jakimś poziomie, pod grubą warstwą zdenerwowania podlewanego strachem, Emily mogła to zrozumieć. Nie na tym jednak polegała jej rola, by rozumieć ludzi, a na tym, by rozumieć mechanizmy. I to wiedziała także.
– Nie jestem lekarzem, ale może pomogłyby ci jakieś leki na astmę, zbadam temat – obiecała. – I trzeba będzie powiedzieć Hiromi. Musi zadecydować, co z tym zrobić wizerunkowo.
– Osobiście wolałbym, gdyby nie wyszło na jaw – może pierwszy raz od początku rozmowy Robert zaczął zachowywać się, jakby rzeczywistość do niego docierała w pełnym spektrum. – Ze względów strategicznych.
– Hm. – Emily potarła podbródek. – Może racja. Ale i tak powinna wiedzieć. To nie będzie fair, jeśli coś się sypnie i zostanie przez to na lodzie.
Jürgens powoli skinął głową. Cóż, Tachibana należała do pierwszych osób, którym powiedział o swoich związkach z Balkowem, więc można było chyba założyć, że to nie jest pusty gest.
– Ale poza tym sugeruję milczenie – dodał. – Nie chodzi mi tylko o Kaia.
No tak.
Ledwie trzy dni wcześniej Miguel odezwał się znowu i od tego czasu nadawał regularne komunikaty z położeniem geograficznym. W zamian dostawał od łącznościowców z Ettaler Forst prognozy pogody i ewentualne przechwycone sygnały z okolicy. Potwierdził też wcześniejsze podejrzenia – Jurij i Rei byli z nim. I nie tylko oni. Grupa, z którą zmierzał na zachód, liczyła ponad czterdzieści osób, znajdowali się wśród nich syntetyczni Połączeni. To tworzyło oczywistą dysproporcję między nimi a Robertem i jego zaufanymi ludźmi możliwymi do policzenia na palcach jednej ręki.
Więc odżyły dawne paranoje. Trzeba było uczciwie przyznać, że mają się czym karmić i Robert może nigdy wcześniej nie miał do nich większego prawa. Czegokolwiek chciał od niego Balkow, wiedział, jak zaprowadzić własnego syna na skraj i jak go osaczyć. Monachijski szpital otoczono prawdziwą armią ochroniarzy, Mystel bez przerwy był na posterunku, ale sekretarz generalny i tak drżał o życie córki, o które nie mógł teraz bezpośrednio zadbać, zmuszony do ufania innym i zamknięty w głuszy z dala od wszelkich form komunikacji poza ściśle regulowaną zasadami, jakie sam przed laty ustanowił, chcąc zapewnić projektowi możliwe największe bezpieczeństwo.
To było kolejne ważne pytanie – skoro Balkow wie to, to co może wiedzieć jeszcze. I czy współpracuje z Kaiem. Albo z Amerykanami. Albo z kimkolwiek.
Wątpliwe, by Olivier dogrzebał się do jakichś informacji na ten temat. Wiedział przecież – wszystko na to wskazywało – że jego dni są policzone. Ze wszystkich ludzi Roberta myślał najszerzej i najbardziej perspektywicznie, więc mało prawdopodobne, by ryzykował, że zabierze tajemnice ze sobą do grobu. Nie zrobiłby tego. Nie Robertowi. Znacznie bardziej prawdopodobną wersją wydawało się, że nie miał pojęcia, kto w istocie mu zagraża, a nawet, że sądził, iż to któraś ze znanych opcji.
Ale wymalowane sprayem napisy na ścianach mieszkania Polangue i na wraku samochodu, którym jechała rodzina Jürgensów, nie pozostawiały wątpliwości. Nie ulegał im też cel takiego przyznania się do winy.
Choć prawdopodobnie nawet Balkow nie przewidział takiego posunięcia Roberta.
– Chciałbym, żebyś znalazła mi miejsce do ćwiczeń – oświadczył Jürgens po chwili milczenia.
– Co? – Emily uniosła brwi szczerze zszokowana.
– Muszę poznać możliwości Bestii, ale nie chcę spowodować zniszczeń. Niemniej jestem przekonany, że znasz tu odpowiednie miejsca. Gdzieś przecież przeprowadzacie testy.
York zamrugała powoli.
– Czy tobie rozum odebrało…? – zapytała na wydechu.
– Nie sądzę.
– Ledwie wstałeś z łóżka!
– I wolałbym nie dać się do niego ponownie położyć. Możesz to potraktować jako polecenie służbowe.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 23 października 2017, 17:54

2/2


Rosja
Kenny był najwyraźniej przerażony, co właściwie Reia nieszczególnie dziwiło. Saien reagował paniką na każdą nagłą zmianę i nieprzewidzianą sytuację, a grono większe o kilkadziesiąt osób względem tego, które opuszczało leże smoka, z pewnością można było pod tę kategorię podciągnąć. Więc nie liczyło się to, że wśród ocalonych z łatwością mógłby odnaleźć znajome twarze, nie liczyło się chwilowo nawet to, że Takao jest cały i zdrowy, a jedynie bezradność wobec znów kompletnie innych warunków i pozornego chaosu, za którym krył się co prawda wojskowy rygor, ale kompletnie niedostrzegalny dla oszołomionego umysłu naukowca.
Japończyk wodził rozszerzonymi oczyma od postaci do postaci, jakby próbował je wszystkie dokładnie zliczyć i zapamiętać, co oczywiście nie było wykonalne, zwłaszcza wobec faktu, że dla Azjaty większość Rosjan o różowych twarzach i burych włosach nie różniła się między sobą praktycznie niczym. A skoro próba skategoryzowania nowych zjawisk skończyła się fiaskiem, poziom stresu podbił jeszcze wyżej, pozbawiając Saiena resztek inicjatywy. Stał więc bezradnie parę metrów przed ludzkim wejściem do kryjówki otoczony przez wojskowe wozy, krzątających się ludzi i kompletnie bez ruchu.
Na drugim biegunie reakcji znalazła się również dość przewidywalnie Jindřiška, choć szybko usunęła się w cień, nie zamierzając nikomu wchodzić pod nogi i pewnie też przestraszona zamieszaniem, choć na innym poziomie. Rei poczuł jednak niespodziewane ciepło na sercu, gdy wyszła mu na powitanie i nawet próbowała żartować, nieudolnie naśladując poczucie humoru dorosłych towarzyszy.
Miała jeszcze czas, by zrozumieć, że to kompletnie niepotrzebne.
Kon przedstawił ją Mao, mając nadzieję, że druga kobieta w otoczeniu nieco poprawi samopoczucie dziewczyny. Wiedział zresztą, że jego żona to również wspaniała matka rozumiejąca ich synów znacznie lepiej i dostrzegająca potrzeby, o których sam często nie miał pojęcia – choć chciał i zawsze miał nadzieję się tego nauczyć.
Kątem oka obserwował, jak obie oddalają się, a potem Czeszka wprowadza Kon do wnętrza kryjówki.
– Jak widzisz – przerwał wreszcie podszytą paniką Saiena ciszę – wszystko przebiegło zgodnie z planem.
No, prawie wszystko, dodał w myślach. Ale o Wolborg Japończyk nie musiał przecież wiedzieć. Może wręcz nie powinien. Mimo wszystko trudno było zaufać mu z pełni po tym, co zrobił przed laty.
– I co… co teraz…? – spytał słabo, nie odrywając wzroku od grupy samochodów i kręcących się między nimi ludzi.
Zwłaszcza uważnie – co nie umknęło uwadze Reia – śledził sylwetkę Ivanowa. No tak, jego akurat miał prawo się obawiać. W końcu to Jurij należał do ludzi, którzy zapłacili za tamtą zdradę najwyższą cenę. Z kolei o mściwości Rosjanina nikogo nie trzeba było przekonywać.
– Kierunek Zachód, tak jak ci mówiłem.
– Chcesz, żeby Takao poleciał z tobą – to właściwie nie było pytanie. Zabrzmiało, jakby Saien rozmyślał o tym przez cały czas nieobecności Kinomyi. Jakby się z tą myślą po prostu godził, obsesyjnie obracając w głowie, aż nie uznał, że to jedyna możliwa opcja.
Ale Rei tak naprawdę nie był do końca pewien. Owszem, smok w drużynie z pewnością robił wrażenie i choć nie sprzyjał ukrywaniu się, to też niemal niwelował potrzebę, by w ogóle to robić. Niemniej Kona niepokoiło to, co w drugim z Japończyków wyczuwał. Ten ciągły głód. Ten niepokój. W Opactwie zapanował nad jego szałem z trudem, może tylko dlatego, że dawniej stanowił dla Takao coś jakby autorytet. Nie był pewien, czy uda mu się to po raz drugi, a nawet szczerze w to wątpił. Tymczasem pertraktacje z tamtym środowiskiem mogły wymagać znacznie więcej opanowania. Ciągnięcie za sobą całego wagonu nitrogliceryny z pewnością by mu nie sprzyjało.
– Jeszcze nie wiem – przyznał więc Kon szczerze. – Musimy się nad tym wszyscy zastanowić.
– Zaraz, chwilunia – Miguel wypełzł spod stojącego nieopodal wozu, podniósł się z cichym jękiem i otrzepał tyłek. Wyglądał, jakby doznał olśnienia i jakby nie było to przyjemne olśnienie.
– Podsłuchiwałeś? – sapnął Kenny, na co Lavalier przewrócił oczyma.
– Przecież było widać moje nogi – odparł tonem jeszcze mniej więcej neutralnym, ale Rei wiedział, że kryje się pod nim niechęć. Wyglądało na to, że Argentyńczyka można śmiało dopisać do listy osób, którym współpraca z Saienem nieszczególnie się podoba. Już kiedy pierwszy raz usłyszał jego imię, nie zdołał ukryć skrzywienia. – Jestem ślepy, ale nie głuchy. Niebieski smok. Pamiętasz? – zwrócił się do Reia. – Ta doktor mówiła o niebieskim smoku.
– Jaka doktor? – spytał piskliwie Saien, a Chińczyk przeklął w duchu oboje.
– Członek ekspedycji naukowej – wyjaśnił Argentyńczyk nagle już zimno. Wytarł brudne od smaru dłonie w uda dziwnie gwałtownym, szarpanym gestem. – Zdaje się, że językoznawcy, etnolodzy czy coś w tę mańkę. Widzieliśmy resztki ich obozowiska. Takao zabił wszystkich, prócz jednej osoby, która potem… jakiś czas z nami podróżowała.
– To niemożliwe – zaprotestował Kenny. – Takao nie robi takich rzeczy. Po co miałby je robić?
Rei pokręcił głową i spojrzeniem usiłował dać znać Argentyńczykowi, żeby zostawił temat, ale został zignorowany.
– A po co koty bawią się półmartwymi zdobyczami? Zabił ich wszystkich, a potem jeszcze mieszkańców kilku, kilkunastu okolicznych wiosek. Nie wiem ilu, bo pewnie nie wszystkie widzieliśmy, ale...
– Przestań! – przerwał Saien niemal histerycznym okrzykiem.
– Bo co? – prychnął Miguel. – Bo jednak to nie jest takie niemożliwe?
– Bo ten smok ocalił tyłek tobie i Jurijowi – przypomniał Rei.
– Kumam, ale to nie ja podjąłem tę decyzję, prawda? I jeśli mam cokolwiek do powiedzenia, nie chcę sprowadzać na bliskie sobie osoby takiego zagrożenia. To się w każdej chwili może wymknąć spod kontroli.
Punkt dla ciebie, przyznał w duchu Kon. Ale tylko punkt.
– To nie był Takao! – zawył znów Kenny, jakby ominęła do spora część dyskusji i jakby nie dostrzegł, że traci szansę na wysunięcie mocnego argumentu za tym, by Kinomyia został w Rosji. Nie wynikało to bynajmniej z jego głupoty. Nie, po prostu Kenny nie był typem improwizatora i po raz kolejny ujawniało się, jak słabo radzi sobie w sytuacjach, które pozbawiają go możliwości spokojnej analizy. Niespecjalnie też radził sobie z emocjami, zwłaszcza taki, na krawędzi paniki. Cios, który uderzył go w starannie odsuwane od siebie podejrzenia i wnioski, sprawił, że pękła tama strachu i Saien stracił resztki kontroli nad własnymi reakcjami. – Nie mógł być!
– Więc kto? Widziałeś jakieś inne smoki w okolicy?
– Nie wiem, to mogły być jakieś zwierzęta! A potem zobaczyli jego i wszystko na niego zwalili! – Japończyk nadal rozpaczliwie uciekał w racjonalizację.
– Boże, nie bądź naiwny! To Połączony! – nerwy wyraźnie puściły Lavalierowi do końca. Opadł plecami na bok pojazdu i skrzyżował dłonie na piersi, wyraźnie górując nad dużo od siebie niższym Azjatą. – Wiesz, kim są Połączeni? Mogę ci powiedzieć, bo jestem jednym z nich i parę dni temu znowu paliłem ludzi żywcem.
– Miguel! – Rei podniósł głos.
Ale wiedział, że jest już za późno. Argentyńczyk nie znał Saiena, nie zbyt dobrze w każdym razie. Nie wiedział, że tam, gdzie inni zaczynali walczyć i gdzie uruchamiał się gniew, w Kennym tkwiły tylko strach i zaprzeczenie. A te prędzej czy później prowadziły do nieprzewidzianych reakcji.
Kon naprawdę wolałby mieć to pod kontrolą.
Tak jak wolałby mieć pod kontrolą samego Kinomyię, choć to wcale nie musiało oznaczać podtykanie go pod nos Robertowi.
– Ja w każdym razie wysiadam – Lavalier uniósł dłonie niby w geście poddania. – Mogę podziękować Takao, zaserwować mu stek z masłem, zatańczyć na jednej nodze, czy co tam będziecie chcieli, ale nie chcę go zabierać ze sobą. Nie taki był układ. To już i tak… – sapnął ze złością. – To już i tak przekroczyło granice.
– Co masz na myśli? – Rei poczuł nagle, że przestał nadążać, ale przyzwyczaił się do tego uczucia w kontaktach z Miguelem.
– To, że Emily nie jest, kurwa, instytucją charytatywną. A ja pakuję ją w gówno – obrzucił ten spojrzeniem obozowisko nieopodal.
Ach, no tak. Na jakimś poziomie Rei był w stanie zrozumieć tę frustrację. Trzeba było przyznać, że w stosunku do planowanego, rozmiar przedsięwzięcia urósł kilkanaście razy. Ale jednak wolałby rozważać to wszystko w innych kategoriach. Przecież przed nimi była bitwa – bezpośrednie stracie z Kaiem. Takao stanowił problem, przecież Kon sam to widział i ważył ledwie chwilę wcześniej, ale mógł też okazać się nieocenionym sojusznikiem. Albo prezentem dla niepewnego sojusznika. To powinno stanowić punkt wyjścia dla jakichkolwiek rozważań, a nie emocje i indywidualne motywacje.

*

– Nie miałem złych intencji.
– Wiem – przyznał Rei po prostu, choć kusiło, żeby powiedzieć więcej. Ale przecież już to mówił, wiele tygodni temu, jeszcze w Chinach, podczas tej dziwnej rozmowy o rybakach i ich sieciach.
Siedzieli tylko we trzech, tylko w swoim zamkniętym, sprawdzonym na śnieżnych pustkowiach, w ruinach stadionu i Opactwie gronie, w namiocie, który w prowizorycznym obozie przyklejonym do kryjówki smoka pełnił funkcję namiotu dowództwa.
To Miguel nalegał na to, żeby przedyskutowali sytuację w ten właśnie sposób, ale Jurij sam wyglądał, jakby potrzebował wyrzucić z siebie myśli zbyt wrażliwe dla postronnych uszu. Zawsze otoczony aurą gniewu i o gwałtownych szarpanych ruchach, dał się zdradzić paru spojrzeniom posłanym w kierunku to jednego, to drugiego Połączonego.
Kon z kolei nie widział potrzeby protestowania dla samego protestu ani udawania, że w obecnym stanie psychicznym, najwyraźniej mniej stabilnym niż kiedyś, Saien jest dobrym partnerem do negocjacji. Lojalność nie powinna przeważać nad rozsądkiem, zawsze w to wierzył.
W namiocie było zimno i nieprzyjemnie wilgotno, ale wspomnienia marszu przez pustkowia nadal nie wyblakły dość, żeby stało się to problemem niemożliwym do przeskoczenia. Mimo to Kon nastawił na polowym palniku czajnik z herbatą. Kto powiedział, że nie można sobie trochę pomóc? Zwłaszcza że Jurij ubrał się już we wszystko, co możliwe, a i tak szczękał zębami z zimna. To był widok wciąż zaskakujący i obcy – tak różny od Ivanowa, któremu niestraszne były najgorsze mrozy. Teraz nagle szczególnie polubił towarzystwo Miguela, jakby nawet ta nieświadomie emitowana przez niego dawka ciepła pomagała się ogrzać. W czasie podróży siedzieli zawsze obok siebie i to oczywiście nie umknęło uwadze Kona.
– Nie chciałem wyprowadzić Kenny’ego z równowagi. Tylko to naprawdę nie jest tak proste, jak się wydaje – mruczał dalej Lavalier, grzebiąc czubkiem noża konserwie, którą niby to miał jeść, już właściwie pod przymusem, ale i tym razem coś mu nie szło. – Pierwotny plan nie zakładał zbierania żadnej armii.
Jurij uniósł brwi.
– Nie sądziłem, że miałeś jakikolwiek plan poza wparowaniem do Moskwy na krzywy ryj – powiedział, czym sprowokował ciężkie westchnienie rezygnacji.
– W pewnym sensie.
– Wyglądało na w każdym sensie.
– W rozmowie ze mną wspominałeś o Kaiu – przypomniał Rei, zdejmując herbatę z ognia. – Jeszcze w Pekinie. Mówiłeś, że to on jest problemem.
– Bo to też prawda. Różne sprawy… chodziły mi po głowie i układały się w trakcie. Ale jednak nie myślałem o zbieraniu armii, chociaż kiedy myślałem o Juriju – Argentyńczyk strzelił wzrokiem w kierunku Rosjanina – gdzieś w pewnym momencie pojawił się aspekt, nie wiem, w którym dokładnie, i nie wiem, jak to mi się ostatecznie ułożyło pod względem hierarchii, ale tak naprawdę, kiedy wymyśliłem tę wyprawę, to w sumie chodziło tylko o to, że Jurij jest pod czyjąś władzą, nie może się wyrwać o własnych siłach i mnie to wkurwia. I martwi. I nie wiem, tak jakoś…
– Dobra, skończ – przerwał Ivanow, odbierając od Reia blaszany kubek i zaciskając na nim zmarznięte dłonie. – Po prostu jak zwykle ocknąłeś się z genialnym pomysłem, a o co ci chodzi, wymyśliłeś w biegu.
– To nie tak – skrzywił się Miguel, choć zapewne miał świadomość, że gdzieś w tym zdaniu pobrzmiewa echo podziękowań i innych rzeczy, których Jurij i tak nie potrafiłby powiedzieć. Przymus bronienia się był jednak zbyt silny.
Nikt nie zapytał „A jak?”. Po pewnym stażu znajomości można było się nauczyć, że to bez sensu. To, że im bardziej Lavalier będzie próbował się tłumaczyć, tym bardziej się poplącze i zaciemni obraz sytuacji było pewne jak nadejście poniedziałku.
– Zresztą ja nie mówię, że nie – ciągnął na własne i cudze nieszczęście. – Że nie trzeba tego zrobić. Tak ogólnie. Tylko że ja, kiedy myślałem o dostępnych opcjach, nie przewidziałem, że wrócę z oddziałem z poprawczaka i nieobliczalnym smokiem. Rozumiecie problem? Tam sytuacja też jest skomplikowana.
– A ty nie zapytałeś nikogo o zdanie – dopowiedział Rei nieomal z rezygnacją. – Nie masz zaplecza.
– Nie. Tylko… – Miguel przerwał na moment dłubanie w mięsie i potarł czubek nosa wierzchem dłoni, w której trzymał nóż. – Tylko Emily wiedziała, że chcę spróbować dostać się do Moskwy. Prosiła zresztą, żebym zrezygnował. Nie wiedziałem i nadal nie wiem, czy mogę zaufać Robertowi. To znaczy inaczej. Wiem, że nie mogę zaufać. Ale gdybym był pewien, do czego dąży tak naprawdę, wiedziałbym, na ile jest nam w rzeczywistości po drodze. – Pojedynczy kęs zawisł na czubku noża. – Zresztą wszyscy jesteśmy odcięci od wieści już ile? Dwa miesiące? Trzy? Wiemy, że Kai gdzieś poleciał rozmawiać, więc można wnioskować, że gra dalej się toczy na poziomie dyplomacji. Ale wiecie, nie mamy pojęcia, z kim miał rozmawiać i o czym. Wszystko mogło się zmienić względem tego, co pamiętamy. Mogłem dokładniej wypytać Johnny’ego, co i jak, przyznaję, ale serio, byłem trochę nieprzytomny, a teraz boję się nasłuchów. A nie chciałbym, żeby, rozumiecie, żeby doszło do większego zamieszania. Jeśli to faktycznie ma dokądś prowadzić, to nie może być tak, że cała para pójdzie w przeciąganie liny.
– Weź to przeżuj wreszcie – przewrócił oczyma Jurij. – Na Barbie i tak jesteś za brzydki.
Miguel posłusznie wpakował sobie kawałek mielonki do ust.
– Te dzieciaki są nieźle wyszkolone – stwierdził usatysfakcjonowany Ivanow. – To trzydzieści siedem osób, ale mają syntetyki i trening za sobą. Poradzą sobie w warunkach bojowych, a w warunkach miejskich sądzę, że zwłaszcza. Jeśli dołożymy do tego smoka…
– Nie dołożymy – syknął Miguel przez zaciśnięte zęby.
– O, widzę, że zdecydowałeś – prychnął ponuro Rosjanin.
– Tak. Tu nie chodzi o to, żeby mieć przewagę nad Robertem i dyktować mu warunki. Naprawdę, Jurij.
– Sam mówisz, że nie wiesz, czy możesz mu zaufać.
Lavalier gwałtownym ruchem wbił nóż w konserwę i tak ją zostawił. Oparł czoło na ręce i z każdą chwilą wyglądał na coraz bardziej sfrustrowanego.
– A myślisz, że wojna między wami zaszkodzi Kaiowi? – parsknął. – Z wojny między Robertem a Reiem cieszył się w każdym razie bardzo. Nie mówię, że macie sobie z miejsca wyznać miłość, bo to niemożliwe, ale, kurwa, trochę dojrzałości.
– Zabawne, że ty to mówisz.
– Może – Miguel wzruszył ramionami. – Ale ja przynajmniej nie planuję zastraszyć sojusznika Bestią gotową mordować bez mrugnięcia okiem, nad którą ma się gówno, a nie kontrolę. To jak gra w dwa ognie granatem i jeśli pierdolnie, oberwą obie strony. A ja wolałbym, żeby żadna z nich nie ucierpiała. Pal już licho mój prywatny grajdołek, bo tym i tak was nie przekonam, ale potrzebujecie się nawzajem. Robert potrzebuje Połączonych, kogoś, kto zna wroga, i kogoś, za kim pójdzie ofensywa, wy potrzebujecie jego pieniędzy i politycznych wpływów. I potrzebujecie Emily z jej wiedzą. Dla Takao to nie będzie nic więcej, tylko kolejna wioska do rozpirzenia.
– Myślę, że jest nieco bardziej świadomy sytuacji – wtrącił się Rei. – Ulegasz pozorom.
– Nie wiem, nie oceniam, a przynajmniej się staram. Poza tym, że nie sprawia wrażenia skruszonego po swoich wyczynach.
– A potrafisz wyczytać skruchę z gadziego pyska? Ale mniejsza z tym, powiedzmy, że rozumiem twoje argumenty. I jestem skłonny się do nich przychylić. – Kon zamierzał właściwie na tym poprzestać, ale spojrzał na Jurija i jego niezadowoloną minę. – To nie znaczy, że wykluczyłbym Takao z planów ofensywy zupełnie – ciągnął więc. – Ale niech zostanie tu, na terenie Rosji. Dobrze byłoby jedynie znaleźć system łączności, który pozwoli na ominięcie Kenny’ego jako pośrednika.
– Dobrze wiesz, że taki nie istnieje – stwierdził zimno Jurij. – A nawet jeśli istnieje, Saien uprzedzi twój ruch.
– To znaczy?
– Na jego miejscu już zadbałbym o to, żebyś więcej nie wpadł na trop smoka. I sądzę, że w tym właśnie kierunku będzie szedł.
Miguel uniósł brwi i wyglądał, jakby zamierzał skwitować te słowa prychnięciem, ale jedno spojrzenie na Reia wystarczyło mu, by się wycofać.
– Prawdopodobnie masz rację – przyznał Kon najpoważniejszym ze swoich tonów.
– Dlatego to ja tu dowodzę. Jeśli Takao nie pójdzie z nami, nie możemy myśleć o nim realnie jak o sojuszniku. Prawdopodobieństwo, że będzie w naszym zasięgu, jest mocno skończone.
Lavalier zacisnął zęby tak mocno, że aż zmieniło to jego rysy. Obaj – i Rei, i Jurij – znali już tę wyostrzoną nagle twarz zbliżoną do pyska kamiennej maszkary. Nie umknęło też ich uwadze, że w namiocie zrobiło się cieplej, co akurat nie stanowiło najgorszych wieści.
– Tylko się nie zapal – syknął Jurij, czym ściągnął na siebie nienawistne spojrzenie. – Naprawdę, młody. Jeśli nie zaryzykujemy, możemy już teraz przegrać tę wojnę.
– Jeśli weźmiemy go ze sobą, też. A przynajmniej jest pewne, że nie stanie po stronie Kaia, więc jeśli go zostawimy, to nam przynajmniej nie zaszkodzi. Albo faktycznie możemy pójść w tę łączność za plecami Kenny’ego. Ktoś musiałby tu po prostu zostać, wtedy mielibyśmy pewność.
Jurij pokręcił głową.
– Nie – powiedział krótko.
– Bo?
– Bo ty odpadasz. Jesteś potrzebny do negocjacji z Robertem, a poza tym wolałbym, żeby zobaczył cię lekarz. Ja odpadam, bo dzieciaki. Rei też odpada, bo to nas za bardzo osłabi.
– Mao?
– Chyba nie mówisz poważnie.
Kon biernie śledził tę wymianę zdań, bo i tak znał jej wynik. Stłumił westchnienie. Wiedział, że powinien zająć jednoznaczne stanowisko – tylko to mogło zakończyć dyskusję. Ale sprawa była mocno niejednoznaczna, a poza tym tkwił w niej aspekt nieistotny i dla Jurija, i dla Miguela. Żaden z nich nie znał Takao za dobrze. Pamiętali go pewnie z turniejów jako wrzaskliwego, gwiazdorzącego championa, a Ivanow też jako dzieciaka, który parokrotnie zaszedł mu za skórę, mając przy tym zresztą więcej szczęścia niż rozumu. Nie przyjaźnili się z nim. Nie spędzili wielu lat dzieciństwa na wspólnych treningach i wyjazdach na turnieje. Nie znali drobnych przyzwyczajeń i ulubionych powiedzonek. Łatwiej było widzieć im w tej istocie smoka bez człowieka. Dla jednego wyraźnie stał się synonimem morderczej bestii, a dla drugiego broni.
Ani jedno, ani drugie nie było prawdą, a jednocześnie żaden z nich się nie mylił.
– Może powinniśmy po prostu zapytać go o zdanie – zaproponował Rei.
Poczuł na sobie dwa równie zdziwione spojrzenia.
– Co.
– Nie zapominajmy, że to blader – konturował Kon niewzruszony. – Połączony. Jeden z nas i praktycznie niczym się nie różni.
Jurij zmarszczył brwi i nie wyglądał na przekonanego. No ale tak, on był dowódcą wojskowym i nie oczekiwano od niego empatii, a racjonalnego zarządzania ludzkimi zasobami i bronią. Twarz Miguela z kolei stała się kompletnie nieodczytywalna.
– Sam nie chciałbyś, żeby ktoś za twoimi plecami decydował, dokąd masz iść i co robić – Rei uderzył więc w sam środek tarczy i właśnie w niego. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że jest łatwiejszym celem.
– Nie chciałbym – przyznał Lavalier, a jego wzrok stał się podejrzliwy, bo sam przecież miał tego świadomość.
– Chociaż przyznałeś, że z twojej ręki też giną ludzie – brnął Chińczyk. – Też pewnie nie zawsze do końca świadomie. Przecież wiem, jak to jest, też to robiłem i widziałem, co się z tobą dzieje, kiedy uda się cię sprowokować. Więc tak, naprawdę, biorąc to pod uwagę, o ile realnie groźniejszy jest Takao dla twoich bliskich niż ty sam?
– Próbujesz mną grać? – syknął Argentyńczyk, pochylając głowę i ramiona.
– Próbuję zmienić twoją perspektywę z emocjonalnej na racjonalną.
– Skończ – uciął niepodziewanie Jurij i zwrócił wściekły wzrok ku Chińczykowi. – Mieszasz mu w głowie.
– Nie to jest moim zamiarem – odparł spokojnie Rei, nie pozwalając wyczytać ze swojej twarzy zaskoczenia. Przecież Miguel był w tej dyskusji przeciwnikiem Ivanowa, więc ta nagła koalicja nie miała sensu. – Pewne rzeczy należy zważyć i pomierzyć tą samą miarą.
Lavalier milczał dłuższą chwilę. Napięte barki aż zaczęły drżeć, zaciśnięte usta pobielały. Cokolwiek właściwie działo się w jego głowie, działo się bardzo intensywnie.
– Po mojemu jedynie podbijasz te emocje – skomentował Jurij. – Roztrząsanie naszych własnych win nie ma tu niczego do rzeczy.
– Otóż jestem innego zdania.
– Nie bierzesz pod uwagę okoliczności.
– Biorę pod uwagę potencjalne zagrożenia ponad korzyściami, tak jak Miguel. Przynajmniej w tej chwili.
– Nie, dobra. – Lavalier objął głowę oburącz i gwałtownym gestem przeciągnął paznokciami po wygolonej czaszce. – Dobra, czaję, rozumiem. Ale jednak nadal sobie czy wam ufam bardziej niż jemu, pierdolić okoliczności. I w pewnym sensie to ja umożliwiam wam dalsze działanie na zachodzie. Więc to chyba jasne, że chciałbym mieć pewną kontrolę nad tym, co się stanie.
– Wracamy do tego, co nazwałeś „prywatnym grajdołkiem” i miałeś zostawić – zauważył bezlitośnie Kon.
Miguel spojrzał na Reia wzrokiem człowieka pokonanego, ale niepotrafiącego się do tego przyznać. No tak, Chińczyk wiedział, że uderza poniżej pasa. Wiedział, ale czasem po prostu nie widział innego wyjścia i innej drogi, by ludzie wreszcie oprzytomnieli i zechcieli zobaczyć rzeczy takimi, jakimi były poza ich własną głową.
– Już nie mam kontroli, prawda? – wyszeptał Lavalier. – Bez względu na to, czy Takao z nami poleci, czy nie. Jeśli postanowicie, że poleci, to poleci.
– A ty się z tym pogodzisz, bo to wszystko i tak jest dla ciebie za ważne.
– W sumie wiedziałem, że tak będzie.
– Wiedziałeś – przyznał Chińczyk, wspominając rozmowę w obozie Daichiego i to, co wówczas wziął za czystą rezygnację, a w czym teraz, po czasie, widział więcej bezlitosnej analizy sytuacji.
Lavalier wymruczał coś jeszcze, ale bardziej do siebie i po swojemu. Obrócił puszkę w dłoni. Chciał zatopić ostrze w mielonce w celu odkrojenia drugiego kęsa i zamaskowania emocji prostą czynnością, ale zadrżała mu ręka i nóż wypadł z dłoni.

*

– Dlaczego to zrobiłeś?
Jurij mógł nie mieć już w głowie Wolborg, ale nadal potrafił brzmieć tak, jakby zamarzało całe powietrze wokół niego.
Rei przystanął i odwrócił się powoli w stronę Rosjanina, który zdążył już oddalić się od namiotu dobre kilkanaście kroków i go dogonić. Kompletnie bezszelestnie. Jak wilk w ciemnym lesie śledzący ofiarę.
– Co? – Uniósł brwi, bo opcji przychodziło mu do głowy kilka, a nie lubił braku precyzji.
– Mogę do końca nie rozumieć tego, co mu siedzi w głowie, ale nie znaczy, że nie widzę, jak to wykorzystujesz – warczał Ivanow. – Zrobiłeś mu to z premedytacją. Gówno cię obchodzi, że teraz znowu zaliczy jazdy. Pewnie tylko czekał, aż wyjdę.
– Jurij… – próbował zaprotestować Kon.
Całe ciało Rosjanina szarpnęło się gwałtownie. Jeśli zrezygnował z ciosu, to tylko w obawie, że ktoś niepowołany mógłby to zobaczyć, a dla utrzymania uciekinierów w grupie ważne było, aby postrzegali ich trójkę jako jedność zawsze gotową chronić sobie plecy.
A może też dlatego, że Kon uczył się na swoich błędach i między jego palcami przeskoczyła blada iskra.
– Dwie rzeczy, Rei – wycedził Ivanow. – Po pierwsze, nie jest sztuką kopać leżącego. Po drugie, to wariat, który może rozpętać tu piekło. Nie igraj z tym.
– Musiałem go przekonać.
– Wpierdalając mu ryj w jedyne, którego naprawdę się boi? – w ciemnościach błysnęły kły Rosjanina, lewy charakterystycznie ułamany. – Jest na świeżo po odzyskaniu mocy, nie wierzę, że o tym nie myśli, a obaj wiemy, jaki ma stosunek do swojej Bestii.
– A cokolwiek innego miało szansę zadziałać?
– Nie wiem i nie obchodzi mnie to. I tak nie miałby niczego do powiedzenia, bo to ja tu teraz dowodzę. Sam to zauważył.
Brwi Reia uniosły się jeszcze wyżej. Nie dlatego bynajmniej, że wątpił w przywództwo Jurija.
– No, z tego argumentu na pewno nie byłby zadowolony – podsumował.
– Nie musi być. Ale wolę go wkurzonego niż załamanego. To nie gniew jest naprawdę nieprzewidywalny, tylko człowiek, który został osaczony. I powinieneś to zapamiętać, bo jeśli kiedyś postanowi usmażyć ci jaja, nie kiwnę palcem, tylko zacznę dopingować.


Nowy York
Brooklyn wreszcie miał spokój. Powidoki wydarzeń z Kenii rozpływały się w zawieszonej pomiędzy światami mgle, odpływały w sferę nieważnych już wspomnień. Cokolwiek się tam stało, ilukolwiek ludzi nie zabił Zeus, efekt końcowy okazał się ze wszech miar zadowalający – zawierał mieszkanie na dziesiątym piętrze, czyste, schludne i nowoczesne, własną sypialnię i gabinet, z których właściwie nie trzeba było wychodzić, brak wszędobylskich kotów i nienarzucające się towarzystwo osoby rozumiejącej co i o czym właściwie się do niej mówi. Zmiana otoczenia wciąż nieco uwierała i niepokoiła, ale Masefield podejrzewał, że poradzi sobie z tym stosunkowo szybko.
Judy mieszkała sama i mieszkała mało, to znaczy większość czasu spędzała gdzieś, a to w siedzibie FEMA, a to w laboratoriach, a to w ogóle na mieście, widując się z ludźmi, jakich Brooklyn nigdy szczęśliwie nie oglądał. Nie miała w zwyczaju zapraszania znajomych, a jeśli już zdarzało się, że spędzała u siebie więcej czasu, to najczęściej nad jakimiś danymi albo książką. Rozmowy z nią były rzadkie, spokojne i zawsze na temat, a Irlandczyk naprawdę nie potrzebował od świata niczego więcej.
Było to towarzystwo tak inne niż tamto, które zmuszony był znosić w Rosji. Przy Kai zawsze czuł się niepewnie. Męczyły go te niejednoznaczności i sugestia gotujących się emocji w spojrzeniach, to płciowe zawieszenie i drażliwość Hiwatari. Miał przy tym wrażenie całkowicie bezproduktywnego spędzania czasu, o ile nie zapadał w letarg i nie obcował z Bestiami. Przeczytał wszystko, co było do przeczytania, nauczył się wszystkich drucianych i szydełkowych ściegów, zbadał nierówność każdej podłogowej klepki w digoryjskiej bazie i zostało mu jedynie umieranie z nudów, bo z jednej strony miał zakaz samodzielnego opuszczania ośrodka, a z drugiej, nikt nie dbał, żeby dostarczać mu nowych interesujących rzeczy.
Ponadto w mieszkaniu Judy wszystko miało swoje miejsce, nikt niczego nie przestawiał z dnia na dzień, nikt nie dostosowywał przestrzeni pod stado kotów, które i tak nie były w stanie docenić tego poświęcenia. Już po pierwszych dwóch tygodniach wspólnego mieszkania Brooklyn zauważył, że nawet na krześle Jones zawsze siadała tym samym i zawsze tak samo trzymała filiżankę – jak teraz, pochylona nad czytnikiem i z lekko zmarszczonymi w zamyśleniu danymi. To dawało mu komfort.
Przysiadł się, ale milczał z dłońmi ułożonymi na kolanach, nie chcąc jej przerywać – sam nie lubił, kiedy mu przerywano.
– Obudziłeś się z letargu? – spytała wreszcie Judy, odrywając wzrok od śledzonego dotąd tekstu.
– A więc to po mnie widać – podsumował.
Amerykanka odłożyła filiżankę na spodek. Tak, ten gest też już znał. Robiła to odwrotnie niż większość ludzi, najpierw pochylając tę część z uszkiem.
– Widać – odparła. – Podejrzewam, że bardzo spada ci ciśnienie. Kiedyś powinniśmy to zmierzyć.
Potwierdził skinieniem głowy, choć ułamek sekundy później pomyślał, że właściwie nikt wcześniej nie oglądał go podczas letargu i nie jest pewien, czy mógłby zapaść w niego, wiedząc, że ktoś będzie obok i będzie wykonywał pomiary.
– Jeśli uda się to zrobić zdalnie – dodał więc.
– To nie powinien być problem. Załatwię odpowiednią aparaturę i przeprowadzimy eksperyment. Mam pewne podejrzenia i chciałabym je potwierdzić, ale do tego potrzebuję wyników i konsultacji neurobiologa.
– Sam jestem ciekaw – przyznał Brooklyn. – A to, o czym mówiłem wcześniej – zmienił temat – już wiem, co to było.
– Tak? – Judy uniosła brwi i spojrzała wprost na niego. Zaraz jednak odwróciła wzrok, jakby przypomniała sobie, że takie reakcje go peszą.
– System został naruszony. Brakuje jednej Bestii.
– Co? – Aż zadrżała znów sięgająca po filiżankę dłoń.
– Ktoś usunął element z systemu i system zaczął szwankować – Brooklyn przestał jednak zwracać uwagę na oznaki zdenerwowania, zatapiając się we własnym wywodzie. – To nie była jednorazowa anomalia, jak początkowo sądziłem, tylko stałe uszkodzenie wzoru. I teraz nic nie jest takie, jak było wcześniej. Mechanizm się zepsuł, wszystko o siebie trze albo się luzuje i zacznie trzeć w najbliższym czasie. Nie wiem, czy Bestie jako układ mają zdolność do samoregeneracji i czy jak pozmieniają miejsca, jak się poprzesuwają, to wszystko znowu zacznie działać. Nie dostałem odpowiedzi, kiedy próbowałem pytać. Myślę, że one same tego nie wiedzą, bo to się wcześniej nigdy nie stało.
Judy wyglądała na poruszoną – o ile Brooklyn potrafił to ocenić. Wątpił jednak, by odczuwała żal czy cokolwiek temu podobnego. Raczej interesował ją fakt, że ma szansę oglądać coś niepowtarzalnego i bezprecedensowego.
– Wiesz, która to Bestia? – spytała.
– Tak – przyznał Irlandczyk. – Wolborg. Podejrzewam, że tylko dlatego to było możliwe. Bo najpierw włożyliśmy ją do pudełka, więc teraz mogliśmy wyjąć. Ale w międzyczasie zdążyła obrosnąć jakby tkanką, jak wszczep do organizmu, i sama się zaadaptować, więc wraz z nią zostało wyrwane coś z macierzy i system się wali.
– Wyłączyli ją – stwierdziła na wydechu Judy.
– Prawdopodobnie. Dlatego Kai zareagowała w ten sposób. Syntetyki są bezpośrednio podłączone do Black Dranzer i jest dla nich jakby łącznikiem z systemem.
– Czyli prawdopodobnie to ona została w jakiś sposób uszkodzona.
– Albo coś, co bezpośrednio od niej zależy. To nie jest prosty model oddzielnych elementów. Nakładają się na siebie.
– Pamiętam, rysowałeś mi to.
Tak, to prawda. A przynajmniej usiłował narysować. Ostatecznie nieco pomogło porównanie do działania polaryzatorów, choć oczywiście Brooklyn nie był w pełni usatysfakcjonowany jego precyzyjnością. Przynajmniej zrobił, co było w jego mocy.
– Jakie to ma konsekwencje dla ciebie jako nosiciela kilku Bestii?
Brooklyn zmarszczył lekko czoło.
– Nie jestem pewien – odparł. – Fakt faktem, że Black plasuje się w hierarchii dość wysoko, ale nigdy nie potrafiłem ocenić, czy wyżej niż Zeus i czy ma z nim bezpośrednie związki. Nie wiem też, czy związki między Bestiami, które skojarzyłem, nie okażą się na tyle silne, by w jakiś sposób osłonić je przed przynajmniej częścią konsekwencji. Ale może być też przeciwnie, może przez te wzmocnione połączenia efekt się spotęguje. Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie.
Judy powoli dopiła kawę, a potem zapatrzyła się szklanym wzrokiem za okno. Myślała nad czymś. Brooklyn przyłapywał się niekiedy na tym, że bardzo pragnie zajrzeć w takich chwilach do jej głowy. Jeśli kiedyś próbował wyobrażać sobie, czym może być afekt, to pewnie kojarzył to z podobnym wrażeniem. Nie z ciałem, bo to z samej natury było nieinteresujące, chyba że jako mechanizm, nie z emocjami, a właśnie z taką intelektualną fascynacją i chęcią poznania czyichś procesów myślowych.


Rosja, Sosnowy Bór
Jurij miał rację. Tak po prostu. Jedyna kwestia, w jakiej się pomylił, to ta, że mają jeszcze czas na podjęcie decyzji. Nie mieli, bo rankiem po nocnej dyskusji nad kwestią Takao okazało się, że ani po nim, ani po Saienie nie ma śladu. Leże było puste, ślady starannie zamaskowane.
Dla Reia stało się jasne, że Kenny przestraszył się reakcji Miguela i postanowił zadziałać prewencyjnie. Przynajmniej w kwestii jego priorytetów nic się nie zmieniło i nadal najważniejsze pozostawało dla niego bezpieczeństwo przyjaciela, którego kiedyś zawiódł.
Emocje. Znów emocje. Były jak trucizna przeżerająca ludzi wokół Kona i odbierająca im rozum oraz wzrok.
Jurij był oczywiście wściekły. Był wściekły do tego stopnia, że nawet Miguel powściągnął odruch wkładania palców do kontaktu i nie zaczynał z nim dyskusji. Niespecjalnie też okazywał radość z takiego obrotu spraw, choć przecież musiał odczuwać ulgę. Zwłaszcza gdy zapadła decyzja, że żadnego pościgu nie będzie, bo sprawa zostaje oficjalnie uznana za zamkniętą.
– Obyś miał rację, że nie dołączy do Kaia – warknął tylko Ivanow, znów pakując się na miejsce obok Miguela, a potem milczał aż do chwili, w której zmuszony był wydawać rozkazy.
I tak mijały dni. Na wojskowej rutynie i powolnym oswajaniu się z nową sytuacją. Na raportach, zwiadach i przedzieraniu się przez Rosję, niekiedy na starciach z patrolami, które jednak pod wodzą Ivanowa i wobec Połączonych w składzie przebiegały wręcz przerażająco sprawnie i jednostronnie.
Zmierzali konsekwentnie na północny-zachód, aż wreszcie na horyzoncie wyrosły ponure falowce Sosnowego Boru – miasta elektrowni atomowej i, przede wszystkim, akademii marynarki wojennej oraz sporego portu. Ta trasa stanowiła wynik długich dyskusji nad mapą i choć pozornie absurdalna, w ostatecznym rozrachunku faktycznie mogła dawać największe szanse powodzenia. Tu, nad rosyjską cześć Zatoki Fińskiej, nie sięgały wpływy NATO, a okoliczna infrastruktura mogła dać uciekinierom dokładnie to, czego potrzebowali.
Tak zatem w nocy z pierwszego na drugiego marca wybuchł nieopodal elektrowni potężny pożar o nieznanym pochodzeniu. Ponieważ należało opanować go, nim sytuacja stanie się kosmicznie niebezpieczna, skierowano do tego zadania wszystkie jednostki z okolicy, w tym także wojsko. W efekcie portu broniło zbyt mało ludzi, by mogli oprzeć się atakowi grupy sprawnie dowodzonych, wyszkolonych w Opactwie Połączonych. Kiedy po trzech dniach ogłoszono zwycięstwo nad ogniem, okazało się także, że brakuje jednej korwety.



Paryż
Wiatr był potworny. Nie tyle nawet silny, co przejmujący, lodowaty i wilgotny. Przegonił wrony z nagich gałęzi drzew i jakąś krewną Oliviera z dwójką małych dzieci.
Emily spojrzała kątem oka na Roberta, zastanawiając się, czy ma z tym coś wspólnego. Stał nieruchomo – posąg ubrany w czarny płaszcz i kapelusz – ale może nie potrzebował żadnych gestów. Może nawet wciąż nie kontrolował tego, co jego obecność robi z powietrzem.
Pogrzeb już chwilę temu dobiegł końca, ale Jürgens wciąż tkwił nad świeżym grobem. Nie tylko on zresztą, bo po obu jego stronach, jak skrzydła, tkwili Johnny i Enrique. Emily trzymała się z tyłu. Nawet ona czuła, że jest to chwila szczególna dla nich i tylko dla nich – jako dla grupy niemal odwiecznych przyjaciół. To ich najbardziej bolały umieszczone na tymczasowej tabliczce daty, miedzy którymi znalazło się absurdalnie mało przestrzeni. To ich najbardziej bolało, że ciało Francuza zostało znalezione dopiero po sześciu dniach, gdy McGregor osobiście zjawił się w jego mieszkaniu, a potem niemal miesiąc czekało, aż prokuratura wyda pozwolenie na pochówek.
To w nich budziły największy gniew strzał w tył głowy i bezczelność zabójcy.
To dla nich umieszczona nieco wyżej data śmierci pani Polangue była jak otrzeźwienie i cios w szczękę.
Więc York nie poganiała żadnego z nich, choć drżała już na całym ciele i nie czuła palców u stóp.

*

To była taka ich mała tajemnica. Nawet Johnny o niczym nie wiedział. Albo może raczej – on zwłaszcza, a to ze względów wychowawczych.
Ale tak, także Robert, sam Robert Jürgens, potrzebował czasem spuścić nieco pary. Odbywało się to oczywiście regularnie i w kontrolowanych warunkach. Raz w miesiącu, zawsze w drugi wtorek, chyba że wypadało w tym czasie coś naprawdę ważnego, wówczas w trzeci, zamykali się z Olivierem w jego wiejskiej winnicy, smakowali trunki i… cóż, i Robert mówił.
– Dlaczego jej po prostu nie zwolnisz? – Polangue pozwalał sobie od czasu do czasu na jakieś konwersacyjne pytanie.
– Bo to przyjaciółka Clary – skrzywił się Niemiec.
Eva pojawiała się w jego opowieściach nie po raz pierwszy. Była jak jego osobista Nemezis. Nie rady nadzorcze, nie rządy państw członkowskich, nie wiecznie niezadowoleni pracownicy Sekretariatu, a właśnie ona – właścicielka firmy, której wraz z żoną zlecili opiekę nad public relations niewielkiej rodzinnej wytwórni ekologicznych kozich serów, takiej inwestycji na poczet potomstwa.
Jürgens niejednokrotnie brzmiał, jakby przed zamordowaniem kobiety powstrzymywał go jedynie fakt, że pobrudziłby sobie przy tym ręce. W jego opinii przynajmniej – a Olivier nie miał powodów, żeby takowej nie ufać – była niekompetentną histeryczką nie potrafiącą odpowiedzieć nawet na podstawowe pytania dotyczące prowadzonych działań. Dobrze, że sery zdążyły już zdobyć grono wiernych miłośników, a Eva miała pod sobą kilkoro świetnych ludzi, bo inaczej cała ta łajba dawno poszłaby na dno i nawet nie zabulgotała z cicha.
– Wiesz, co jest jeszcze gorsze? – Robert upił łyk wybornego Point Noir. – Że ona czasem bywa u nas na obiadach. Oczywiście sugerowałem Clarze, by nie zapraszała jej zbyt często. Oczywiście Clara przychyliła się do mojej prośby, wie, że za nią nie przepadam. Ale Eva, raz zaproszona, uznała najwyraźniej, że ma otwarty rachunek. Ot, dzwoni w niedzielę, że będzie za godzinę, po czym przyjeżdża po pięciu, bo ma archaiczny GPS i nie dość rozumu, żeby zapamiętać trasę. A kiedy już przyjedzie, to, musisz mi wierzyć, że oddycham głupotą, a nie powietrzem.
Olivier zmrużył oczy, pogładził podbródek, a potem po prostu bez słowa uzupełnił kieliszek.
Robert nie miał pojęcia, dlaczego to właśnie to wspomnienie zaatakowało go, gdy stał nad grobem Francuza. Było błahe. Zwyczajne i jakieś takie zbyt pogodne. Zalane popołudniowym słońcem, ciepłe jak kolor wina. Nie pasowało ani do ponurych alejek Père-Lachaise, ani do zimna, ani do szarego nieba. A już na pewno nie pasowało do śmierci. Mamiło i karmiło umysł kłamstwem. Jakby można było tam wrócić.
– Zapłaci nam za to.
Wyrwany z zamyślenia Robert nie od razu przyswoił sens słów. Musiały minąć też dwie sekundy, nim nawet zidentyfikował mówiącego.
– Wyrwę mu jaja i wepchnę do gardła, przysięgam – warczał Johnny.
Nie będzie wtedy sam, obiecał w myślach Olivierowi Robert, po czym kucnął i wyciągnął ramię. Zdjął rękawiczkę i oparł dłoń o świeżą ziemię.
Szerokie, przytrzymane drugą ręką rondo kapelusza ukryło konwulsyjnie zaciskaną szczękę. Nie ukryło uginających się gałęzi drzew.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 26 października 2017, 15:45

SpoilerShow
Sięgać go najgłębiej schowanych myśli i wspomnień
(Do)

Oczywiście nie chodziło o bliskość emocjonalną, w wręcz przeciwnie –
(Zbędne w)

Rei poczuł, jak nagłe uderzenie niepokoju.
:D

Miguel grzmotną z impetem w kupę gruzu
(Ł)

się obronić, gdy Połączony zaskakująco szybkim pchnął go i przygwoździł do ściany
(Ruchem?)

w mgnieniu oka połączył to z innymi wątkami.. Obrona
(..)

założyć, że pewni ludzie powinno płacić za swoją głupotę
(Powinni)

Sabaka ryknął całą płuc,
(?)

Do pozwalało na łatwe ferowanie wyroków i modelowanie rzeczywistości
(To)

przyznała Mao, niechętnie, ale jednak poprawiając pozycję, bo prawie nie czuła już lewej dłoni
(Kili. Powiedz, że to żart. XDDDDDDDDDDDDDDDDDD)

I wala wściekłości runęła przez tamę z hukiem.
(F)

problemu jak dla Mao, spoko pozwalało nadal stać pewnie
(Skoro?)

– Mogę tego do końca nie rozumieć tego, co mu sie
(Tego x 2)
Komentarz pisany 4-krotnie, w tym raz niezapisany podczas wzywania karetki XD więc jeśli będzie niespójny, no to... jakby ten, flat line, prawda, nic się nie zmieni i tak dalej, udawaj, że nie widzisz najka haczącego o szufladę, z góry przepraszam za możliwy brak chronologii

Jestem przeładowana infem, które chciałabym zawrzeć i wręcz zła na siebie, bo to poniekąd mój wybór, że komentuję tak dużą partię tekstu. Nie lubię tego, no ale czas nie dopisał, mózg nie dopisał, wiele rzeczy nie dopisało. Puściłam sobie LUG MICH AN żeby lepiej poczuć klimat.

Bardzo podoba mi się rozkmina Reia w otwierającej scenie - kiedy leci na Takao w stronę Opactwa. Jest... jakby to ująć, trochę "nagięta" i właśnie to jest w niej najlepsze. Tak przynajmniej ja odbieram te przemyślenia. Problem z głębokimi i tęgimi rozkminami jest taki, że (zwłaszcza w takim pisaniu jak twoje, gdzie ważą się losy świata niekiedy) one po prostu MUSZĄ być patetyczne. Dlatego sprzyjają im momenty na krawędzi, te sceny, gdzie wiadomo, że zaraz jebnie, zaraz będą trupy, ew. nie ma już wiele do stracenia albo bohater(owie) są na granicy wyczerpania czy wybuchu emocjonalnego i dają w ten sposób ujść pewnej dawce "ciężaru" nałożonego przez fabułę. Więc tak, rozkmina Kona jest dobra - bo wcale nie jest prawdziwa do końca. Nie jest realna, zimna i logiczna. To są myśli człowieka, który sam siebie musi podnieść z kolan i któremu właśnie buzuje w żyłach adrenalina. To co prawda Rei - drewno nie odczuwa adrenaliny - ale na pewno wiesz, o czym mówię. Więc te słowa o "budowaniu nowego" i "zmianach" i "by nikomu nie działa się krzywda" to jest takie naprawdę euforyczne marzycielstwo. Gdzieś w tle brzmi "będzie dobrze, będzie dobrze!" i nie słychać wcale "to awykonalne, to niemożliwe!", choć ja - czytelnik jestem skłonna wierzyć że i za 10 lat będą powstawały kolejne zagubione Jindriszki i będą ginęli młodzi chłopcy, u których nie przyjmą się syntetyki. Niemniej jednak podoba mi się to - i wiara Kona, i motywacja, i okoliczności. I to, jak ładnie i trafnie wybrałaś moment, by nieco ułożyć czytelnikowi w głowie priorytety, tak przypomnieć o głównym nurcie tekstu. Pięć gwiazdek na cztery. Po czasie stwierdzam, że włożenie tych pozytywnych haseł do głowy właśnie Reiowi jest genialnym posunięciem. Gdyby o tym myślał ktokolwiek inny (już nie mówię o M), działałoby mniej przekonująco. Nawet Robert nie aspiruje.

Cała akcja "opactwo" jest po prostu dobrze napisana. Pamiętam, że poprzednie sceny walki/akcji (tu myślę o konfrontacji M i R z J i ogólnie tamtych kawałkach blisko dr Marthy) nieco mi mąciły opisami fizyczności. To znaczy, też były dobre, ale jakoś czułam, że wolałabym bardziej ogólny rzut kamery niż odczucia konkretnej osoby i szczegółowe zdania o ułożeniu ciał. To tylko czytelniczy kaprys, wiadomka, ale tu cieszyłam się, że mam szersze spojrzenie. Perspektywa skacze po wielu bohaterach, sceny krótkie, konkretne, nie przeciągnięte (choć mogłyby być, tu mówię zwłaszcza o Juriju (piętnastoletnim) i wyciu wilka w głowie M). Podsumowując: czytało się dobrze, a to ważne, bo właśnie po zmasowanej akcji widać, czy piszący sprzyja wymaganiom. Najbardziej ruszyło mnie odejście Wolborg (zajebiste. to lakoniczne pożegnanie, pierwszy raz czuję do niej sympatię) i reakcja Jurija przy M (wycie samotnością). Tu jeszcze zaznaczę, że niezbyt widzę, jak ona "opuściła" ciało Jurija i co w wogóle zaszło. Czy to jej moc, czy jej i Reia, czy w ogóle combo, jak Jurij się wydostał, jak dokładnie poginęli ludzie, no... miałam takie rozmazanie wizji przy tej scenie. Najmniej lubię śmierć Ivana, bo no. Bo jestem na nie. Bo on był zbyt ważny i OP, żeby tak umrzeć. A Jurij jest wystarczająco już wywyższony i jakoś nie gra mi to, że tak zmasakrowany (wspomniałaś o wyrwanych ze stawów barkach?) i zmęczony i po utracie Bestii tak po prostu miałby zabić Ivana (zdrowego) choć przecież powinien nie być w stanie ani go dogonić, ani złapać. No tak jakoś, Ivan zginął jak randomowy random (z tych do ginięcia) których w tekście ginie milion.
Jestem za o bardzo na tak z późniejszym przejściem kontroli nad syntetykami by Jurij. Słyszałam, jak dawał im wybór po rosyjsku i to zostanie w głowie jako wyraźny obrazek.

Tu jeszcze dygresja odn. syntetyków - miałam taką myśl, że porywasz się na coś naprawdę trudnego. Jasne, ten tekst ocieka podobnymi trudnościami, ale jednak (tu odezwały się moje doświadczenia z CA) pomyślałam, że halo, kilkudziesięciu chłopaków z wypranymi mózgami, z mocami Bestii, ze zniszczonym życiem, tak naprawdę może kilkadziesiąt młodych kopii Jurija (bo kto wie? skoro on jest, to inni też mogą być tacy, tacy hardzi uparci niezwykli i w ogóle). I jak niby będziesz ich teraz prowadzić? Jak jeden organizm? Aż prosi się o jakiś wyłam w tej grupie. I to nie przejdzie, takie kierowanie nimi jako "połączoną" jaźnią. To wręcz brzmi jak początek nowej powieści - wyobraź sobie, w grupie 30 młodych mężczyzn, którzy właśnie wydostali się z Opactwa i zmasakrowali katów, pod wodzą Jurija, jest taki sobie jeden chłopak imieniem Pietro, u którego jest bardziej wyewoluowana moc i w ogóle i on postanawia się zbuntować, a... Dobra, koniec pieprzenia. To była taka myśl. Obawa, że co teraz. Co z nimi zrobisz, jeśli nie chcesz ich spłycić? Potem jednak zaświtał mi sztambuch - ta wrzutka gdzie M gada z trupem - i pomyślałam, że to przecież ty, więc na pewno wykorzystasz motyw i nie dasz czytelnikowi odczuć "spłaszczenia" tak dużej grupy potencjalnie niebezpiecznych i ciekawych postaci.

Miguel odsłonił przede mną nowe oblicze. To, jak bardzo niespójny logicznie staje się po opuszczeniu Opactwa (naprawdę, te dialogi w namiocie...) może wynikać z różnych rzeczy. Może (najpewniej) to połączenie jego zwichrowania z moim ogarem z pociągu, bo przecież przeczytałaś mi wynik testu i zakodowalam go. Może (mniej możliwe) to ty sobie wzięłaś ten test do serca, ale wątpię, bo sceny miałaś napisane wcześniej i zapewne aż tak nie były zmieniane wypowiedzi. Może, w końcu, to jednak zmiany spowodowane odjazdami z Opactwa. Bo serio. Miguel, chłopaku, ogarnij się XD nie czaję chwilami, o co chodzi, gdy on się wypowiada. Tu też fajnie obrazuje to perspektywa Reia (wspomniane jest, że Miguela się nie pyta i nie prosi o wytłumaczenia, bo to po prostu bez sensu). Miguel sam też przestaje być dla mnie postacią, którą rozumiem i w którą jestem w stanie się wczuć (choć wcześniej miałam mocne wrażenie, że będę z nim blisko do końca i będzie mnie emocjonalnie targał) bo poziom tego szaleństwa i niezrozumiałość ciągów myślowych zaczyna wymykać się spod kontroli mojego ogarniania. Takie jazdy jak te równoległe życia i Elsa (Elsa! <3) są świetne, wręcz mega (fabularnie) ale oddalają jaźń Miguela od mojej. Bo ja wiem, że nie będę miała szans go zrozumieć. I choc podobnie jak Jurij wyczuwam, co jest na rzeczy i spodziewam się po Miguelu różnych reakcji, to... no, nie wiem, jak ubrać to w słowa. Straciłam zaufanie. Jaram się dalej, kocham, czytam z uśmiechem, ale tekst "tę postać czuję" poszedł się walić. Zwłaszcza po rozmowie M z J, za którą dziękuję (była potrzebna jak wspominałam). Szkoda, że jak zawsze skończona przez Jurija w szybki sposób i bez podsumowania, choć teraz już przestaję się łudzić, że ktokolwiek z bohaterów kiedykolwiek pojmie, co Lavalier ma w głowie. Może i sam Gargoyle tego nie wie.

swoją drogą - "Moja żona." rozbawiło mnie, a niekiedy (zwłaszcza przy trójce R J M) czuję, że nie bawią mnie rzeczy które miały bawić. Dlatego dziękuję za ten smaczek, bo jest udany. Okropny, straszny, śmieszny i walący po mózgu.

Heh, śmieszne, że najlepiej trafiający do mnie i najbardziej udany w mojej opinii wątek (nawet jeśli mniej obszerny niż wiodące trio R+M+J) Roberta nastręcza mi wraz ze wzrostem zakochania coraz więcej problemów w komentarzach. Czuję, że nie mogę o tym pisać, bo to będzie już tylko walenie pochwał, jedna za drugą, już się pewnie i tak powtarzały. Fajnie, że jestem łatwym celem czytelniczym pod niektórymi względami i fajnie, że masz taką postać, dla której będę czytać nawet jeśli spadniesz pisarsko do poziomu Ariszki. Ale no. Hm. Tak naprawdę grzebiąc w mózgu z wysiłkiem, piszę ogólnikowo: podoba mi się wspominanie o długich dłoniach. Podoba się 5 godzin spędzone przy łóżku (i słuchanie oddechu) w wykonaniu Johnny'ego. Sam Johnny podoba mi się prawie wyłącznie przez wzgląd na wieloletnią relację z Jurgensem i to, jak zaczynam go szanowac i lubić, nie ma prawie nic wspólnego z Emily czy Miguelem. Nie. W przypadku Johnny'ego sytuację ratuje wyłącznie jego oddanie, wierność i przyjaźń. To, że Robert mu ufa i wzajemnie. To są mega motywy i naprawdę nie umiem wiele o nich napisać, bo po prostu za bardzo mi się podobają i za bardzo zazdroszczę, że Robert nie jest mój i nie ma mojej wersji Johnny'ego. Kocham wszystkie sceny z Jurgensem i nie będę nawet próbowała tłumaczyć dlaczego, bo to nie będzie obiektywne. Tu zwłaszcza lubię rozmowę z Kai(em) i wcześniejszą rozkminę o braku wsparcia (partnerka) oraz to, że oczami Roberta widzę tę salę z siadającą klimą. Dziękuję też, że nie zapominasz o wiecznej ochronie i często obrazujesz pracę tak Johnny'ego jak i innych, którzy muszą "tym ważnym" zapewniać stałe bezpieczeństwo.
Napisałabym, że szkoda, że zamiast martwych ciał zetknęłaś Roberta z Josie - bo jednak liczyłam na prosektorium, nie na salę w szpitalu - ale wiem, że to lepszy wybór i przede wszystkim celniejsze zagranie ze względów fabularnych.

Jakże bardzo się cieszę, że Johnny zaliczył przemyślenia o swoim związku z E. Tak. To jest w punkt. To znaczy - to się u mnie zmieniło, odbieranie tych postaci w tracie czytania Odpadu, ale... To wcale nie jest tak, że wybuchowy, głumi Mcgregor wiecznie jest źródłem konfliktów i jak wulkan wybucha, odrzucając biedną Emily. Oni oboje są niedostosowani do tworzenia rzeczywistego i trwałego związku, bo Johnny bywa nieodpowiedzialny i myślę, że lepiej nadaje się do pracy niż na głowę rodziny, a Emily jest totalną egoistką o zmiennych humorkach. Przy tym oboje są zacięci i mocno niekiedy nieobiektywni, zwłaszcza Emily, gdy skupi się na sobie (nie zapominajmy, że martwienie się o innych obrazowane jednak problemami ze sobą i interakcją, jest nadal egoizmem, bo sory - to, że się martwi, obrazowane zewnętrznie, zachowaniem chociażby, nie jest wcale godne pochwały. Byłoby, gdyby umiała zachować to całkowicie dla siebie). Tu też trochę chyba mogłaby się wpisać scena rozmyślań Miguela (poniekąd odnośnie E i J) o bliskich relacjach z drugim człowiekiem. Niestety nie zrozumiałam do końca, co wymyślił (dwa razy :facepalm: ) więc pozostawię to bez komentarza.

I chyba nie muszę pisać, jak cholernie się jaram połączeniem Roberta. Prawda? [tu nastąpiła seria dramatycznych wyznań o tym że Robert to i Robert tamto]

I w ogóle, to jeszcze chciałam napisać o tym, jak bardzo rozwala mi mózg związek Mao i Reia (jakie to było za-jebi-ste gdy ona z takim spokojem spytała, gdzie jest jej mąż! jak ja czułam jak ona bezgranicznie jest go pewna!) ale chyba przyćmiło mi to przypomnienie o akcji pod tytułem "Tygrys i Feniks". Jestem zaniepokojona i zaintrygowana (a w sumie zapomniałam całkiem o tym wszystkim, po co tak naprawdę Mao wyruszyła do Rosji, dopiero teraz mam fleszbek).

Kai. Omg. W końcu. Widać moc i czuć władzę. Widać też, że nie kochasz prowadzić narracji tą postacią (sama nie wiem, czy to dobrze) i przez to (na plus!) akcje z Kai są mega-zwięzłe. A ja lubię takie. Dlatego szacun za poziom epickości w krótkich scenach, opisy płonących lotek i czerwonych oczu. Robią wrażenie.
Btw - wyczuwam bliski koniec Borysa i niezmiernie mnie to martwi (wspomniałaś, że na jego przykładzie mogłabyś zobrazować to, co grozi/ło Jurijowi), ale nie jestem przez to w stanie ocenić, czy zareagowałabym tak samo na te opisy zniszczeń w organizmie Kuzniecowa. On od początku tak bardzo się broni przed przeglądem, że scenariusz nasuwa się nieubłaganie... Ale może za szybko się przejęłam? Chciałabym o nim jeszcze trochę poczytać.

Wiem, że pominęłam milion tysiąc rzeczy. Przepraszam za to.
Ja nie traktuję tego tekstu jak FF i nie jest dla mnie czystą rozrywką, bo po prostu nie umiem traktować tak żadnego tekstu, bo nie po to czytam, żeby się rozerwać. Może to źle i może trochę zazdro Coff w tym momencie, ale no. Biorę na poważnie, nawet jeśli piszesz o super mocach. Tym fajniej, że skupiasz się na wielu uniwersalnych rzeczach, które na luzie mogłyby wylądować w obyczaju (również dlatego króluje Robert - może to się zmieni po połączeniu?) a które wzmagane efektem "nierealności" dają bardziej po mózgu.

#bełkottysiąclecia

*edit: Brooklyn. Zeus. Judy. O tym nie napisałam niczego. Ale też nie wiem co o tym myślę i czarna dziura zieje w moim mózgu. Nie rozumiem ani jego, ani jej, i jedyne, co ucieszyło mnie przy perspektywie B. to to, że nieco naświetlił mi system Bestii (omg to, że czas nie stanowi bariery roz*bało totalnie, jak, co, wtf...) i sprawił, że oprzytomniałam. Bo tak - dałam się złapać na uczłowieczanie ich. A one nie są ludźmi i nie czują, nie myślą jak ludzie. To boli, ale o tym trzeba pamiętać, czytając.
postaram się napisać coś o tej parze, gdy ogarnę, do czego dąży Jones.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Joa » 28 października 2017, 22:15

SpoilerShow
Jürgens westchnął i odruchowo poprawił muszę.
Hiromi uznała, że z dwojga złego samotne pojawienie się na bankiecie będzie lepszą opcją niż wybór najbardziej nawet neutralnej osoby towarzyszącej. Nie chciała kolejnej fali absurdalnych nawet plotek.
Opadła z potworem na poduszki i przymknęła okolone sińcami oczy.
Może wtedy obaj czyliby się ze sobą zwyczajnie lepiej
Niespecjalnie też radził sobie z emocjami, zwłaszcza taki, na krawędzi paniki.
Jak sama wiesz wstawki pochłonęłam (prawie) jednym ciągiem. Czytało mi się szybko, bez zgrzytów i naprawdę czerpałam z tego przyjemność.
Zdecydowanie najlepszym dla mnie momentem było, gdy Miguel powiedział o Elsie. Zaskakujące, śmieszne, ale też bardzo gorzkie i smutne. Też poczułam to odsunięcie się od Miguela. Może nie był mi tak bliski jak Kan, ale rzeczywiście widać jego nie do końca jasny umysł i lekkie szaleństwo, które oddalają czytelnika.
Scena z Brooklynem i Judy - <3 Uwielbiam go. Nie rozumiem, ale uwielbiam jakąś taką sympatią nie do końca obiektywną. Judy szczerze mnie odstręcza.
No i wątek Roberta... Też jestem lekką fanką. Nie umiem zgodzić się z tym, co go zaczęło spotykać, ale widać jest na tyle silny, że potrzeba wiele, by go złamać. Cholera, jasne, nie jest w najlepszym stanie, ale wciąż próbuje coś zdziałać. Nawet ten dysk... Jprdlix, nie spodziewałam się, naprawdę. Boję się o Jurgensa najbardziej z tych wszystkich osób.
Wątpliwości mam też do śmierci Iwana, tak jak i Kan. Chwila nieuwagi i zupełnie bym tego nie zauważyła, ginie jak jakiś nic nieznaczący NPC. I choć znienawidziłam kolesia, naprawdę, nie wiem, czy to dobre zagranie.
Kurde, zupełnie nie wiem, co jeszcze napisać. To taki komentarz na danie znać, że czytam, że jestem, że mi się podoba i coś czuję do tego tekstu. Nie jest mi obojętny, tak jak i Ty. Także ten... :c[]:
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

ODPOWIEDZ