UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Jestem odpadem atomowym [skończone]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 17 lipca 2017, 10:21

1/2 ROZDZIAŁ XXII
THIS ONE I CALL ‘NO MORE FOR ME THANKS, I’M RUSSIAN.’



Opactwo

– Ja zrobiłem, co mogłem – rzucił Hiwatari obojętnie do doktora Woronina, lekarza odpowiedzialnego nie tylko za osobisty nadzór nad Ivanowem, ale także medyczny aspekt eksperymentów.
Żołnierze wnosili właśnie bezwładnego jak ochłap mięsa Miguela do budynku – równie subtelnie zresztą, jak obchodzono by się z tuszą w masarni – a feldmarszałek obserwował całą tę scenę zmrużonymi oczyma – uważnie, jakby chciał po raz ostatni upewnić się, że cenna zdobycz już nie wymknie mu się z rąk.
– Reszta zależy tylko od was, towarzyszu – dodał, kiedy pochód minął go w wejściu – ale myślę, że rozumiemy się, co do pożądanych efektów.
– Reszta zależy tylko od tego, czy jego serce wytrzyma – poprawił barczysty mężczyzna w białym kitlu i sfatygowanej uszance, osłaniając zaczerwienionymi od mrozu dłońmi zapalanego papierosa bez filtra. – Gołym okiem widzę, że wysuszony na wiórek. Jak mi dostanie częstoskurczu w takim stanie, to wesoło nie będzie.
Wytrzyma – Jurij doskonale o tym wiedział, nie miał wątpliwości nawet przez moment. Nie po tym wszystkim, czego już był świadkiem. Miguel musiałby być strasznym chujem, żeby teraz umrzeć.
Ivanow prychnął ponuro. Sam jeszcze przed chwilą podtrzymywany przez dwóch żołnierzy, w których głowach Wolborg wyczuła repliki Falborg, stał wsparty o ścianę po prawicy Hiwatariego, czyli tam, gdzie teoretycznie było jego miejsce. Miał ochotę splunąć pod nogi tak Woroninowi, jak i Kaiowi, i pewnie zrobiłby to, ale w ustach nadal miał przedsionek piekła.
– Ma przeżyć. Potraktujcie to jak rozkaz – wycedził Kai.
– Jak bardzo mogę ryzykować? – spytał lekarz, zaciągnąwszy się dymem. Prawdopodobnie także po to, by ukryć drżenie głosu. Nie było tajemnicą, że feldmarszałek nie toleruje niepowodzeń swoich ludzi i nie jest sentymentalny. Co prawda ostatnio doszło do zmiany u sterów w wywiadzie wewnętrznym, ale nikt nie łudził się, że oznacza to złagodzenie metod. Skoro działania Krzyżownika były skuteczne, dlaczego ktokolwiek miałby od tego odchodzić.
– W ogóle nie możecie ryzykować – warknął Sabaka w odpowiedzi.
– To może potrwać tygodniami, zanim nabierze dość sił.
– W ogóle – powtórzył lodowato Kai. – To nie jest Bestia, która może się nam wymknąć.
Woronin uniósł siwiejące, czarne brwi, ale zaprotestował już nawet słowem. Zaciągnął się po raz ostatni, dziwnie łapczywie, po czym upuścił papierosa i przydepnął niedopałek na ponurym, nijakim betonie.
– Więc nie traćmy czasu – mruknął wyraźnie niezadowolony z tego, co usłyszał. – Pan pozwoli za mną, towarzyszu generale – wskazał dłonią wejście do jednego z bocznych budynków.
Jurij niechętnie, ale skinął głową i podążył za Woroninem. Ani Wolborg, ani Kai i tak nie pozostawiliby mu wyboru, a poza tym ten jeden raz naprawdę czuł, że powinien dołożyć wszelkich starań, by jak najszybciej stanąć na nogi. Więcej – by być gotowym do walki z przeciwnikiem dysponującym znaczną przewagą i na wrogim terenie. W Opactwie nie ufał w kwestii Miguela nikomu. Wiedział, że jedyny gwarant bezpieczeństwa życia Argentyńczyka, to kaprys Hiwatariego – nic więcej. Poza tym Lavalier miał tu status puszki z cenną zawartością. Nikt nie traktował go jako człowieka i najpewniej nie chciał traktować, bo co kogo obchodziło czające się w spojrzeniu szaleństwo i chwiejący się na krawędzi otchłani umysł. Ilu już takich przeszło przez tę przetwórnię i albo zostało zupełnie kimś innym z numerem operacyjnym zamiast imienia, albo skończyło w anonimowej masie zwłok na piątym piętrze piwnic.
Nie, to wszystko nadal leżało w rękach Ivanowa i może po raz pierwszy od dawna czuł się tak za kogoś odpowiedzialny. Sam doprowadził do tej sytuacji. Cokolwiek się stanie, pójdzie na jego konto.
Sabaka stłumił dreszcz, jaki wywołało w nim wspomnienie tamtego chłopaka, którego ucieczkę parę miesięcy wcześniej powstrzymał. To, co czuł, nie było wyrzutem sumienia. Nawet marginalnie go nie przypominało. Było tylko niepokojem. Nie mógł mieć wobec tej sytuacji wyrzutów sumienia, może w ogóle ich nie miał, tak jak Borys nie był zdolny do odczuwania części emocji. Ivanow nigdy nie widział swoich akt, a nawet gdyby – i tak nie potrafiłby ich przeczytać, więc nie miał pewności. Ale jednak niepokój ten był jak robak w żołądku.
Jeszcze szesnaście lat temu Jurij po prostu utopiłby go w wódce, o której zresztą myślał ostatnio częściej i cieplej.
Szedł za Woroninem przez ciemny, szary korytarz prowadzący do tej części Opactwa, która nie śmierdziała pleśnią, potem i grzybem, ale krwią i środkami dezynfekującymi. Nie pamiętał, ile razy już go przemierzał. Czy też ile razy był nim wleczony w asyście krzyków i ponagleń, z pianą na ustach i wywróconymi oczyma, gdy nawalił jakiś prototyp w jego ciele. Nie było w Opactwie miejsca, gdzie czułby się jednocześnie gorzej i bardziej u siebie.
– Na razie tylko bezinwazyjnie – poinformował Woronin, wskazując mu kozetkę. – Muszę wiedzieć, za co brać się najpierw, bo jak generała znam, to do naprawy jest wszystko.
I tak przeciągnięto go przez – dosłowną tym razem – ścieżkę zdrowia. Został najpierw potraktowany serią działających doraźnie zastrzyków, potem wyszorowany, przebrany i skierowany na serię badań, po których owinięto go kocem i kazano spać, zapowiadając, że ma wypocząć przed prawdopodobnymi zabiegami.
Próbował. Naprawdę próbował, jak rzadko dostosowywał się do lekarskich poleceń. I nawet w pierwszej chwili wydawało mu się, że nie będzie z tym żadnego problemu. Po prostu padł na pryczę, a mięśnie skamieniały i stracił zdolność do ruchu. Cały zmienił się w skondensowane zmęczenie. Ale mimo to, mimo słabości ciała i uporczywego szumu w głowie, natarczywe myśli nie pozwalały mu po prostu odpłynąć w niebyt. Nie było w nich już nawet niczego konkretnego. Żadnych wniosków. Tylko pomieszane obrazy, urywki rozmów. Potok wymieszanych szczegółów – nie wiedział nawet, czy zapamiętanych bardziej przez niego czy przez Wolborg. To ona częściej zwracała uwagę na takie pierdoły. Na gesty, grymasy, spojrzenia. To ona lubiła je interpretować, czytać mowę ciała i reagować na nią, choć Jurij generalnie nie był tym szarlataństwem zainteresowany.
A teraz oglądał dziwaczny pokaz slajdów i nie rozumiał, dokąd to zmierza.
Może Wolborg układała sobie coś w jego umyśle. W końcu sama też sprawiała wrażenie co prawda nie fizycznie obitej, ale z pewnością zagubionej. Niespokojnej. Jakby poplątała się we własnych zamierzeniach i priorytetach.
– Co jest…? – wyburczał Jurij, nie otwierając oczu.
Śpij.
Warknął z irytacją w wyciągnięte bezwładnie, częściowo zwisające poza pryczę ramię, ale na nic więcej nie starczyło mu sił. Nie miał pojęcia, jakim cudem jeszcze godzinę temu chodził – choćby i przy pomocy innych – jakim cudem z kimkolwiek przytomnie rozmawiał.
Naprawdę, Jurij. Śpij. Musisz wypocząć i być czujny.
Łatwo było jej mówić.
To wyłącz, kurwa, ten durny film w mojej głowie, syknął Ivanow w myślach.
Ciąg bezładnych wspomnień urwał się jak na komendę, ale proces nie ustał całkowicie. Jurij miał wrażenie, że odbiera go delikatnym drżeniem w zębach i w nosie. Odetchnął głęboko, bo paradoksalnie było w tym coś usypiającego i uspakajającego. Kojarzyło się z czymś, ale nie potrafił określić z czym.
Nie podejmuj decyzji sam.
Nie był pewien, ale wydawało mu się, że słyszy w jej głosie prośbę.
– Hm…?
Nie masz pełnego obrazu sytuacji, ja też jeszcze nie mam. Tylko tyle.
Wiedział, że nie ma. Nie był w końcu Brooklynem. Zresztą cały ten gówniany cyrk z Bestiami w rolach głównych mało go obchodził. Przez całe lata wynikało z niego tylko jedno – gorzka wściekłość w związku ze znienawidzoną smyczą.
Ale teraz sytuacja rzeczywiście się zmieniła. Zmieniła się tamtego dnia, gdy Miguel i Rei wkroczyli do Moskwy, a Amerykanie przypuścili na miasto atak przy wsparciu Jindřiški. To już nie była tylko sprawa między Wolborg i Black Dranzer, między Ivanowem i Hiwatarim. Wplątane zostały w to trzy inne Bestie, każda z własnym pomysłem na ciąg dalszy. To faktycznie nie był moment, w którym można by przyjąć, że wszystko rozegra się tylko pomiędzy ludźmi.
Dawny Jurij – ten sprzed szesnastu lat – pewnie twardo stałby na stanowisku, żeby trzymać się z daleka od pierdolonej metafizyki, obecny nie był tego taki pewien.


Brest, Francja
Wnętrze było jasne, przytulne i urządzone nieco po marynarsku. Jedno spojrzenie wystarczyło Emily, by ocenić, że będzie się w nim czuła sto razy lepiej niż wykrochmalony na sztywno Olivier, ale to on wybrał Crêperie Les Goélettes, więc założyła, że wiedział, co robi. Zajęła miejsce w głębi lokalu, wyraźnie ucieszyła kelnera biegłą znajomością francuskiego, po czym zagłębiła się w menu i kartę win, choć wybór szczepów i bukietów i tak miała zamiar zostawić Polangue. Niby coś jej tam tłumaczył, ale nadal bałaby się popisać przy nim swoją skrajną ignorancją i podziałem trunków na te, które jej smakują, i te, które – nawet jeśli warte parę kół – najchętniej wylałaby wprost do kibla. Poza tym tak naprawdę najbardziej lubiła piwo, ale nie mogła znaleźć zrozumienia po żadnej ze stron. No, czasem Johnny zszedł z piedestału szkockiej whisky. A Miguel, po pierwsze, też pochodził raczej z rejonu winiarskiego, a po drugie, potrafił upić się nawet podczas wdychania rozpuszczalnika.
– O, jesteś już! – usłyszała znajomy głos. – Wybacz spóźnienie.
Zdziwiona spojrzała na zegarek.
– Dwie minuty – zauważyła, unosząc brew.
– Damie nie wypada kazać czekać nawet tyle.
Roześmiała się na te słowa. Szarmancja Oliviera początkowo zbijała ją z tropu i nawet nieco irytowała, tak obca temu, co znała, ale potem dotarło do niej, że to tylko sposób bycia, za którym nie idzie absolutnie nic, a już na pewno nie chęć wykorzystywania sytuacji do urabiania jej, cmokania i łapania za różne części ciała, z czym także się spotykała tu i ówdzie. Nie, bo Francuz nie był zainteresowany kobietami. Mężczyznami zresztą też nie. Jak mówił – ani jedni, ani drudzy nie są estetycznie doskonali, a po zdjęciu ubrania zazwyczaj w ogóle nie spełniają podstawowych wymogów dobrego smaku.
Emily poprawiła okulary, obserwując, jak Polangue siada po drugiej stronie stolika. No, to po raz kolejny go nie doceniła, bo i tym razem dobrał strój do otoczenia perfekcyjnie, niby to swobodny, ale elegancki i z marynarskimi akcentami. York przelotnie pomyślała o swoich jeansach i swetrze do połowy uda.
No, przynajmniej było jej ciepło. Choć fakt, że klimat w zatoce okazał się dość łaskawy, nadwyrężał i ten argument.
Może jednak powinna przemyśleć pewne sprawy.
A może dopiero po czterdziestce.
Złożyli zamówienie, Olivier zajął się winem, dostali przystawki, na które Emily z całych sił starała się nie rzucać jak opętana. Rejsy zawsze powodowały, że czuła się po nich potwornie głodna. Nie cierpiała na klasyczną chorobę morską, ale bujanie fal z jakiegoś powodu ją denerwowało i zwiększało zapotrzebowanie na kalorie.
– Wybacz, nie będę traciła czasu na konwencjonalne „co u ciebie” – zastrzegła, wybierając łyżeczką krem z pucharka. – Ale tu chyba nie ma czasu do stracenia.
– Nie ma – przyznał Olivier z powagą. – Chociaż oboje dobrze wiemy, że sygnał jest już najprawdopodobniej nieaktualny.
Emily westchnęła cicho. Tak, wiedziała. Minęło już tyle dni – przez taki czas mogło stać się dokładnie wszystko.
– Ale lokalizacja daje pewną nadzieję na korzystny obrót.
– Hm?
– Zachodnia część Rosji. Całkiem blisko granicy.
– Boże, chociaż coś – York z ulgą potarła czoło.
– Sprzęt najpewniej nieprofesjonalny, prosty sygnał analogowy, żadnych zabezpieczeń, więc raczej nic, co miałby na wyposażeniu. To może tłumaczyć milczenie.
– Mógł coś po prostu zmajstrować ze znalezionych śmieci – przyznała Emily. – Może nie ma papierów, ale to taka dusza eksperymentatora. Rozumiem, że nie pozostaje dużo więcej, jak liczyć na kolejną próbę kontaktu?
– Mniej więcej – przytaknął Polangue – chociaż teraz już będziemy przygotowani, zacząłem organizować ludzi w Europie wschodniej, chociaż jeszcze nie wiedzą po co. Prosiłaś o dyskrecję, więc robię, co mogę w tej kwestii. Ale to prowadzi do… innych wątków. I to ze względu na nie prosiłem, żebyś jednak wybrała się na drugą stronę kanału.
Olivier mówił jak zwykle spokojnie, ale jednak w jego tonie było coś alarmującego. Jakieś napięcie, które Emily odczuła zimnym prądem w kręgosłupie. Przed tym nie chronił już nawet sweter do kolan.
– Nie strasz mnie – poprosiła cicho.
– Nie będę ukrywał, że sprawa może być bardzo grząska – skrzywił się lekko Polangue i urwał, bo zjawił się kelner z dwoma porcjami naleśników. – Zjemy i zaproszę cię na spacer – podjął znowu, gdy mężczyzna oddalił się po porcji obowiązkowych grzeczności. – Tu raczej nikt nie będzie nasz szukał, ale nie chcę podejmować niepotrzebnego ryzyka. Zwłaszcza że nadal nie wyjaśniliśmy tamtego incydentu z Paryża.
– Mówiłam ci. To była Mizuhara.
– Nie ma dowodów.
– Nie ma innej opcji.
– Lepiej zjedzmy i stąd chodźmy.
York przytaknęła i zaczęła kroić naleśnika z musem jabłkowym. Te europejskie zawsze wprawiały ją w lekką frustrację grubością papieru, ale teraz nawet to jej nie przeszkadzało. Była głodna i zmartwiona.
– W sumie to się cieszę, że w ogóle dał znać, że żyje – mruknęła, gdy przełknęła kilka pierwszych kęsów. – Zakładałam najgorsze.
– Niektórzy nadal zakładają najgorsze – zauważył Olivier, zerkając na nią nieco spod brwi, jakby chciał zauważyć każdą, najdrobniejszą nawet zmianę na sercowatej twarzy.
– Wiem – skrzywiła się Amerykanka i uciekła spojrzeniem. – Ale, jak mówiłam, nie jestem pewna, czy w tej sprawie mamy te same priorytety.
– Myślę, że mogłabyś być spokojna. Zadbałby o bezpieczeństwo – Polangue oczywiście nie wymieniał imienia Roberta, choć jego ostrożność nie nosiła tych tak znajomych i znienawidzonych znamion paranoi.
– Ich może być tam dwóch, Olivier.
Uderzyło ją, że nie zobaczyła nawet cienia zaskoczenia na tym gładkim obliczu.
– Wilk?
– Tak.
– Więc jednak – powiedział tylko.
– Wiedziałeś? – spytała Emily na wdechu.
– Nie, nie wiedziałem. Nie sądziłem, że pójdzie to w tę stronę. Ale miałem pewne… poszlaki. O tym między innymi chcę porozmawiać. Bo chyba podbiję stawkę do trzech.
– Co…?
– Nie tutaj.
To wcale nie brzmiało uspokajająco. Brzmiało jak wstęp do prawdziwych kłopotów.
– Będę cię też próbował namówić, żebyś jednak poinformowała szefa – dodał Olivier. – Pewne wątki tej sprawy mogą zmienić naprawdę wszystko.




Opactwo
Wyglądało to trochę nierealnie. Trochę jak z kiepskiego filmu. Podświetlone tuby inkubatorów wypełnionych cieczami perfluorowanymi, gdzie unosiły się ciała żołnierzy, w których umysły wgrywano repliki Bestii, stały po obu stronach sali w trochę upiornych, a trochę kiczowatych szpalerach. Trzy już wyłączono po krytycznym błędzie systemu – to zdarzało się przy każdym rzucie.
– Przy zbieraniu czereśni zawsze jest robaczywy odpad – komentował Woronin obojętnie.
Póki z rzutu zachowywał się przynajmniej jeden w pełni sprawny żołnierz, Kai nie marudził, zwłaszcza w przypadku programów mniej strategicznych i bardziej eksperymentalnych, a do takich z pewnością należała replikacja Galux. Co innego, gdy kwestia dotyczyła produkcji Połączonych przeznaczonych już do konkretnych zadań i potrzebnych w ściśle określonych ilościach, ale ludzie Woronina, Papowa i szefów odpowiedzialnych za inne aspekty dbali, by produkcja nie ustawała i straty były szybko wyrównywane.
Szedł powoli z rękoma założonymi za plecy, niemal głuchy na lękliwe pozdrowienia pracowników laboratorium i zapadającą po nich ciszę. Słuchał jedynie szumu aparatury i szeptów Bestii. Tych drugich nie rozumiał, bo Black ledwie uchylała przed nim drzwi do ich świata i nie pozwalała na więcej, ale powoli uczył się ich melodii. To wszystko było do rozpracowania przy odpowiedniej analizie – wiedział o tym. Wszystko stanowiło tylko bitowy zapis danych.
Zawyły alarmy i odłączono czwartą kapsułę. Zawarczała pompa i zaczęto spuszczać z niej płyn. Bezwładne ciało zawisło na rurach i stelażu. Kai wiedział, że w takich przypadkach nawet nie próbuje się akcji ratunkowej. Nie miałaby najmniejszego sensu – jeżeli dochodziło do błędu i zwarcia, oznaczało to, że niedoszły Połączony ma już usmażony mózg. Nie oznaczało to jednak, że ciało kompletnie porzucano. Wręcz przeciwnie, wyznaczeni pracownicy laboratorium już otoczyli kapsułę, gotowi wyszarpać z ofiary narządy i pobrać komórki macierzyste. Rozkrojono go niemal wprost na podłodze, więc Hiwatari dyskretnie odwrócił wzrok.
– Chwała Rosji i Czerwonemu Feniksowi! – zasalutował doktor nauk medycznych major Feliks Todorowski.
– Spocznijcie, towarzyszu – zezwolił Kai i odwrócił się do zastępcy Woronina bokiem, znacząco patrząc na czyszczony i przygotowywany dla kolejnego kandydata inkubator.
Mężczyzna odchrząknął z pewnym łatwym do zauważenia zakłopotaniem.
– Mamy drobne problemy z tą Bestią – zaczął wyjaśniać. – Jest jakby… kapryśna. Klucz, według którego zezwala na połączenia, nie jest oczywisty. Ciągle pracujemy nad jego rozgryzieniem.
– Ale nie chodzi o płeć – upewnił się Hiwatari.
– Nie – przyznał Todorowski. – Raczej nie, bo mamy kilka potencjalnie udanych połączeń na koncie właśnie z mężczyznami. Są nadal na kwarantannie, ale raczej ma się ku dobremu.
– A inne programy?
Lekarz skrzywił się lekko, bo oczywiście wiedział doskonale, o co jest pytany.
– Nic mi nie wiadomo o problemach, ale lepiej będzie chyba porozmawiać z Nikitą Paninem – odparł, nieumiejętnie maskując nagły chłód.
A więc to była prawda – i tu Papow się nie pomylił. Między dwoma głównymi twórcami programu replikacji istniały jakieś zatargi. Do niedawna jeszcze nie miały większego znaczenia, bo Panin pracował w drugim tajnym ośrodku położonym daleko na Syberii w Norylsku. Okazało się jednak, że jakkolwiek Amerykanie nadal nie mają odwagi zaatakować samego Opactwa, planują desant w tamtym właśnie mieście, więc feldmarszałek zarządził ewakuację ludzi związanych z tamtą odnogą eksperymentów i dokładne zniszczenie śladów działalności.
Różnice w sposobie myślenia obu szefów musiały oczywiście występować, bo obaj mieli inne priorytety. Podczas gdy Opactwo nastawione było na produkcję bojową, połączenia przeprowadzane w Norylsku służyły głównie infrastrukturze. Kai wiedział przecież, że nie tylko on jeden na świecie dysponuje Bestiami i musi być przygotowany na każdy rodzaj ataku. Zresztą zakładał, że te konwencjonalne też będą celowane głównie w punkty strategiczne dla energetycznego i logistycznego bezpieczeństwa Rosji. Zadbał więc o to, by opracować plan awaryjny, który z czasem – wobec bardzo zadowalających wyników – stał się planem przebudowy całego państwa. Za parę, paręnaście lat miało szansę stać się twierdzą nie do zdobycia, kiedy repliki Storm Pegasus będą w pełni odpowiadały za sieć elektryczną, a Seaborg oraz Draciel za ciągi wodne. Trwały też prace nad dostosowaniem kopii Falborg do precyzyjnego zawiadowania warunkami atmosferycznymi.
Może też stąd niezgoda, bo na program Panina szło ostatnio więcej pieniędzy, a do Norylska odesłano część kadry odpowiedzialnej dotąd za produkcję wojskową. Ale Hiwatari wiedział, że wojna nie potrwa wiecznie i kiedyś trzeba będzie stawić czoło jeszcze trudniejszemu pokojowi.
Choć oczywiście musiałby być naprawdę głupi, żeby sądzić, że wymazanie z mapy Chin go do tego pokoju przybliżyło. Nie za bardzo. A jeśli już, to poprzez zdarcie maski z twarzy prawdziwego wroga – Ameryki. Wroga, któremu w przewrotny sposób pomagał, bo dzięki sieci kłamstw utkanych przez Ivana, zachodni świat nadal nie wiedział, że to tam bije źródło ostatnich krwawych wydarzeń na świecie. Ale to było na rękę także Hiwatariemu tak długo, jak długo oskarżenia padały choćby w okolice Roberta Jürgensa – pewnie jedynej, poza jego najbliższymi współpracownikami, osoby tam mającej jakieś pojęcie o układach między byłymi bladerami i prawdziwej naturze połączeń. Sparaliżowanie go oznaczało odebranie Zachodowi prawej ręki. Siły, której pewnie nie miał świadomości nawet sam Niemiec, ale oglądana z daleka, z perspektywy Digory, czy choćby Opactwa, aż drażniła oczy.
Alarmy odezwały się w dwóch kolejnych kapsułach i Feliks Todorowski zaklął siarczyście pod nosem, a potem posłał spłoszone spojrzenie feldmarszałkowi.
– No, nie wygląda to imponująco – burknął Kai.
– Pracujemy nad tym – zapewnił gorliwie doktor.
– Mam nadzieję. Chcę widzieć poprawę, kiedy tu wrócę za trzy tygodnie.
– Tak jest! – mężczyzna zasalutował.
Hiwatari odwrócił się do niego plecami i podszedł niespieszne do jednego z wciąż pracujących inkubatorów. Zmrużył oczy, przyglądając się sylwetce wprowadzonego w letarg żołnierza. Brak ubrania sprawiał, że ślady wyszkolenia i odbytych walk prezentowały się w pełnej, zdecydowanie interesującej okazałości. Kobieca część Kai przełknęła ślinę i tylko z lekkim wahaniem przesunęła wzrokiem niżej, choć na moment, żeby nikt nie zauważył.
– Czego chcesz, Galux? – spytał półgłosem. – Co ci nie odpowiada?
Oczywiście nie odpowiedziała. Nie jemu. Może Brooklynowi. Może Black. Ale nie jemu.
Jemu mogły odpowiedzieć cyfry.
Zabuczało i kapsuła przed nim także zgasła. Zacisnął pięści w nagłym ataku gniewu, ale nie skomentował już ani słowem.



Brest
Wiatr nieco się wzmógł i spacer wcale nie był przyjemny. Emily wciskała dłonie tak głęboko w kieszenie płaszcza, jak tylko się dało, a czapkę naciągnęła już właściwie na linię brwi. Nigdy nie była szczególnie odporna na zimno, a takie – połączone z wysoką wilgotnością powietrza – mocno nadszarpywało jej cierpliwość.
– Trzech? – zagadnęła, zerkając z ukosa na Oliviera.
Musieli wyglądać na zaiste osobliwą parę – stwierdziła to po raz kolejny, złapawszy kątem oka bardziej elegancki niż ciepły płaszcz i gołą głowę z fryzurą, jakby Polangue dopiero co wyszedł od fryzjera. Może zresztą wyszedł. Emily wcale by się nie zdziwiła, gdyby w każdym francuskim mieście i przynajmniej co trzecim poza Francją miał zaprzyjaźnionych stylistę, kosmetyczkę i krawca.
– Tak, ale pozwól, że zacznę od początku. Więc w to wszystko byli mocno zaangażowani Rosjanie. – Westchnął i spojrzał w szare niebo, jakby obawiał się, że zaraz zacznie padać. Faktycznie, nie byłoby to najlepsze, jako że temperatura wydawała się za wysoka na śnieg i pewnie z chmur sypałoby się coś znacznie bliższego deszczowi.
– Wiem. Papow był w Nowym Jorku, podobno lobbował za takim składem delegacji, a teraz – skrzywiła się York– wiemy przynajmniej dlaczego, chociaż to też częściowo podejrzewałam. Tylko myślałam, że po prostu chodzi o to, żeby ich ze sobą skłócić, Reia i Miguela, i żeby wykorzystać fakt, że obaj są Połączonymi. W życiu nie przyszło mi do głowy, że może dojść… do czegoś takiego – otrząsnęła się.
– Nie wiem, na ile ścisła i świadoma jest współpraca między Rosjanami a zamachowcami, ale Papow załatwił im zasłonę dymną i to nie ulega wątpliwości – dodał Polangue. – Ale sądzę, że maczał też palce w późniejszej wyprawie do Moskwy. Nie mam na to bezpośrednich dowodów, jednak dość poważne poszlaki.
Emily mocniej zacisnęła palce na jego ramieniu.
– Bałam się, że nie mówi mi wszystkiego – wyszeptała. – Nigdy nie mówił. Wiesz, jaki jest. Ale wtedy… – Pokręciła głową niezdolna już do żadnych słów.
– Prawdopodobnie nie wiedział, że jest wciągany w pułapkę – mówił więc dalej Olivier. Nawet mimo zimowych ubrań czuł, że wsparta na jego ramieniu York zaczyna drżeć. – To… było bardziej subtelne. Myślę, że wprost o tym nie rozmawiali. Sam zrozumiałem, jak to mogło się odbyć, dopiero wówczas, kiedy Papow wyjawił mi, na czym właściwie polega moc Wyborg.
Emily słuchała relacji ze spotkania w ambasadzie ze zmarszczonymi brwiami, jakby chciała mimo szarpiących nią od wewnątrz emocji zrozumieć i na bieżąco przeanalizować jak najwięcej.
– Jak mogłam to przeoczyć…? – rzuciła, patrząc szklanym wzrokiem w szare morze.
– Cóż, nikt z nas…
– Nie, nie rozumiesz, Olivier – pokręciła głową. – Przecież ja się tym zajmowałam. Rekonstruowałam system. Rosyjskie syntetyki zawsze traktowałam jako pewną osobną całość, bo powstały dopiero nieco ponad dwadzieścia lat temu, ale coś mi nie pasowało, czegoś cały czas brakowało, a przecież wiedziałam, że przy Wyborg zostawiam prawie same znaki zapytania.
– Może Ivan o to zadbał.
Emily poczuła zimno w żołądku, kiedy uświadomiła sobie, że tak, to prawdopodobne. Nie widywała się z Papowem często, ale zdarzało się, bo zawsze kręcił się w pobliżu elit – tak politycznych, jak i naukowych. Przez kilkanaście lat z pewnością znalazł okazję, żeby namieszać Emily w głowie.
Przez kilkanaście lat mógł namieszać w głowie niewyobrażalnej liczbie osób.
– Olivier, to jest… przerażające – szepnęła.
– Wiem – przytaknął Francuz. – I chyba nie powinno wyjść poza wąskie grono. Ostatnie, czego teraz potrzebujemy, to wybuch paniki i paranoja. Zwłaszcza… Cóż – odchrząknął w pięść. – Zwłaszcza, kiedy już mamy z paranoją problemy.
York skrzywiła się, bo wiedziała oczywiście, że chodzi o Roberta. Odezwała się do Francuza po wielu dniach milczenia i wyłączenia go z obiegu informacji, więc niemożliwym było, żeby nie zauważył ostracyzmu. Czuła się z tym całym cyrkiem głupio – niewątpliwie – niejednokrotnie głośno dawała temu wyraz, ale nigdy nie była dobra w intrygi i nie wiedziała, jak się z tego wyplątać, a teraz sama dokładała cegiełkę do tego absurdalnego muru.
– Wiesz dobrze, że to nie była moja decyzja – burknęła.
– Ale to, żeby nie mówić Robertowi o Miguelu, już jak najbardziej – zauważył Polangue, unosząc brew.
Amerykanka fuknęła z irytacją, ale nie wymierzoną w niego, a ogólnie w sytuację.
– Mam obawy co do jego stosunku do Jurija – odparła. – Jasne, nie mam pewności, że jest z Miguelem, nie dosłyszałam dość. Ale może być. A co wtedy? Wiem, że Robert zrobiłby to, co uznałby za słuszne, a w tej sytuacji za słuszne może uznać wszystko.
Olivier nie wyglądał na przekonanego. Mimo wszystkiego, co się stało, mimo wszystkich oskarżeń nadal sprawiał wrażenie, jakby wizja ukrywania czegoś przed Jürgensem go uwierała i Emily poczuła po raz kolejny przypływ podziwu dla jego lojalności. Czasem wściekało ją, jak bardzo Robert nie potrafi docenić swoich ludzi i ich oddania. Co prawda Johnny twierdził, że coś tam ostatnio do niego dotarło, a zgoda na przyjęcie Hiromi do sztabu mogła to częściowo potwierdzać, ale droga do przejrzenia na oczy wciąż wydawała się długa i mglista.
– Wiesz – spróbowała jednak z innej flanki, czując, jak robi się jej wstyd za własną podejrzliwość – nie chodzi nawet o samego Jurija, bo minęło szesnaście lat i naprawdę nie mam pojęcia, czego się można po nim spodziewać. Ale Miguel. Gdyby poczuł się wykorzystany i oszukany, to byłby koniec. Wiesz o tym.
Poczuła na sobie uważne spojrzenie jasnych, szarozielonych oczu.
– Koniec między wami – powiedział.
– Nie tylko. Ale… ale też. To bez wątpienia. – Emily potarła czoło dłonią. – Johnny też uważa, że źle robię – przyznała. – Mówi, że tylko kopię między wami kolejne doły i Robert powinien o wszystkim wiedzieć, tylko ja… boję się, Olivier. Naprawdę się boję, do czego mogłoby to doprowadzić, gdyby znów uznał, że wie lepiej. Tobie nie ufa, Johnny’ego traktuje czasem jak głupie, rozkapryszone dziecko. Nie to, że sobie nie zasłużył, ale przecież, tak między nami, to twardo stąpający po ziemi człowiek. Strzeli focha, zrobi awanturę o pierdołę albo trzeba go będzie o trzeciej odebrać pijanego z aresztu, ale kiedy coś mówi spokojnie, to zwykle warto mu pozwolić skończyć. Enrique ma z kolei swoje sprawy i gdyby nagle zaczął się wtrącać, to też byłoby podejrzane. Robert nie posłucha żadnego z was.
– I tu dochodzimy do kolejnego wątku – powiedział Olivier. – Jeśli się nie mylę i faktycznie jest ich trzech, do puli dochodzi Rei.
– Boże…
– Co wcale nie musi stanowić złych wieści, ale stanowczo zmienia obraz rzeczy.
Trudno było się z tym nie zgodzić.
– Ale skąd ta myśl, Olivier?
– Znów poszlaki – Francuz lekko wzruszył ramionami. – Ale także o Reiu nie ma żadnych wieści. Oczywiście w Chinach jest teraz zamieszanie, ale myślę, że odnalezienia ciała cesarza nikt by nie przeoczył. Tymczasem w Rosji doszło ostatnio do paru dużych awarii elektrycznych i pożarów. Kiedy się je zaznaczy na mapie, układają się w całkiem prawdopodobną trasę prowadzącą wprost do Moskwy.
Emily ponownie wybrała milczenie, ale po jej twarzy przetaczały się wszelkie możliwe emocje.
– To brzmi nierealnie – wyszeptała w końcu.
– Cóż, wciąż mamy do czynienia z Połączonymi – przypomniał Olivier. – Jeśli się jednak nie mylę, niepoinformowanie Roberta o całej sprawie nabierze nowego ciężaru. Nie mam pojęcia, do czego zmierza Miguel, choć bez trudu potrafię sobie wyobrazić, dlaczego Rosjanie chcieli go zwabić do Moskwy, ale to zaczyna wyglądać na dość szeroko zakrojony plan, a nie tylko kaprys.
– Nie – York pokręciła głową. – Miguel nie planuje. Nie w ten sposób. Myśli innymi kategoriami.
– Jakimi?
– Jest po prostu uparty i improwizuje. Wyznacza sobie cele, te cele nie zawsze są czytelne na pierwszy rzut oka, ale dąży do nich z subtelnością walca drogowego. Nie spodziewaj się po nim szeroko zakrojonej intrygi.
– Hm.
– Hm?
– Nie będę się kłócił, z pewnością znasz go lepiej.
– Znam. – Emily znów spojrzała w bok, na morze. – Dlatego tak łatwo go wykorzystać. Nie jest naiwny w klasycznym tego słowa znaczeniu. Ale jest… – westchnęła. – No, taki właśnie. Co jednak nie znaczy, że ktoś tego planu nie ma lub nie może zacząć mieć. Dlatego im mniej osób zdolnych snuć intrygi wokół niego, tym lepiej.
– Nie możesz go całe życie przed tym chronić – zauważył Olivier.
York wzruszyła ramionami.
– I z Jurijem też nie będzie tak prosto – ciągnął Francuz. – Zwłaszcza jeśli jest z nimi też Rei. To nie są ludzie, którzy będą grzecznie siedzieli w kryjówce, jaką im wyznaczysz. To nie jest uczciwe wobec Roberta, bo jednak istnieje pewien konflikt interesów, a dajesz im przewagę. Lepiej byłoby to napięcie zawczasu rozładować, nie uważasz? Przemyśl to, proszę.
Chwilę szli w milczeniu i tylko morze grzmiało nisko, aż wreszcie Emily przystanęła i zmierzyła Oliviera uważnym spojrzeniem.
– Ty i tak mu powiesz, prawda? – spytała cicho. – Bo to twoja ostatnia szansa na rehabilitację.



Opactwo
Jurij wciąż poruszał się z pewnym trudem i przy pomocy kuli, więc kiedy usłyszał, że ma do pokonania sporą ilość schodów, warknął z frustracją i wyrzucił z siebie kilka siarczystych przekleństw. Nie zrezygnował jednak. Nie po to ostatnie dwie doby leżał na pryczy jak ostatni gruźlik, żeby zrezygnować. Fakt faktem, że na miejsce dotarł kompletnie zdyszany i obolały.
Wydał polecenie warowania pod progiem Proktowicielowi trzeciej rangi, który akurat się napatoczył, a który pewnie pilnował, żeby nie pałętali się tu wychowankowie, i uchylił ostrożnie wskazane drzwi. Za nimi znajdowało się niewielkie, nieco podłużne pomieszczenie z oknem na końcu, służące pewnie wcześniej za magazyn, do którego wstawiono tylko jedno łóżko, choć zwykle w salach szpitalnych Opactwa było ich po osiem – niezależnie od powierzchni. Łóżko to zajmował oczywiście Miguel, pacjent specjalnej troski, przynajmniej tak długo, jak długo nie będzie dość silny, żeby podłączyć go do aparatury replikującej.
W jego organizmie nie było już co prawda toksyny, ale wyczerpanie wielodniową nierówną walką z trucizną i tak pozostawiło go niemal bez życia. Leżał nieprzytomny, zupełnie sflaczały, a z kroplówek spływały ciężkimi, tłustymi kroplami do jego żył leki, elektrolity i glukoza. Jakby nic więcej go już nie wypełniało. Jakby blade, wychudłe ciało nie stanowiło niczego więcej ponad fałdę na pościeli. Przypadkowe plamy cienia.
Jakby go tu wcale nie było.
Ale był. W Opactwie, w małym, odizolowanym od reszty skrzydła i niepożądanych oczu pokoju na czwartym piętrze, zakasująco dobrze ogrzanym, choć o ścianach noszących blizny po bitwie z zimnem i wilgocią. W miejscu, w którym nigdy nie powinien się znaleźć.
Jurij niemal słyszał śmiech Ivana, jego pogardliwy głos mówiący, że Miguel i tak tu kiedyś trafi i wcale nie będzie dziwne, jeśli za sprawą samego Sabaki. Niemal słyszał własne przerażone myśli sprzed paru tygodni, gdy w koszmarnej wizji na granicy jawy i snu dotarło do niego, dokąd to wszystko może zaprowadzić i jak cienka jest granica między podejmowaniem ryzyka a świadomym ciągnięciem w pułapkę. Pamiętał, jak się wówczas zapierał przed samym sobą, jak powtarzał chyba dla uspokojenia własnych nerwów, że byłby zdolny do wielu rzeczy, w tym do naprawdę poważnego skrzywdzenia Miguela, ale nie do tego – nie do oddania go w ręce Kaia, nie do wysłania w zimne mury Opactwa i w tryby programu replikacyjnego.
I koszmar ten się spełnił. Dwa dni temu, gdy wozy opancerzone wjechały na dziedziniec Opactwa i żelazna, zwieńczona koroną z drutu kolczastego brama zamknęła się za nimi z przeciągłym zgrzytem.
– Masz przepierdolone, młody – burknął Jurij, siadając na topornym stołku z grubej blachy. – Ale ja to przeszedłem, to ty też dasz sobie radę. Nic przyjemnego, można się tam zesrać, a potem rzygasz przez tydzień, ale w tym masz już wprawę.
Patrzył na bladą jak nigdy wcześniej, przypominającą maskę twarz. Coś się w niej nie zgadzało i Ivanowowi dłuższą chwilę zajęło, by zorientować się co. Broda. Słomiana, miejscami długa już na dwa palce, jakby rosła w takim tempie złośliwie.
– Hej, ty! – krzyknął Jurij w kierunku czatującego pod drzwiami Proktowiciela. – Przybory do golenia! Migiem!
– Tak jest, towarzyszu generale! – zasalutował mężczyzna.
Ivanow nie zdołał powstrzymać gorzkiego grymasu. Jeszcze dwadzieścia lat temu ci strażnicy w ciemnoszarych mundurach przyprawiali go o dreszcze. Nie kojarzyli się z niczym, poza bólem i strachem, a teraz wili się przed nim pokorni i posłuszni, jakby nigdy on sam nie błagał ich o litość, klęcząc w kałuży własnej krwi lub ekskrementów.
Od tamtego czasu wiele się oczywiście w Opactwie zmieniło. Choćby to, że teraz sami Proktowiciele przechodzili połączenia. Im także wszczepiano skalibrowane repliki, głównie na bazie Storm, służące do pacyfikowania wychowanków, którzy poddawani byli już nie tylko morderczemu szkoleniu, ale też dość wcześnie otrzymywali właśnie moc Bestii. Dawne metody raczenia sobie z nieposłuszeństwem to byłoby za mało, zwłaszcza gdyby doszło do bardziej zorganizowanego buntu, a przecież i to się czasem zdarzało.
Zresztą teraz całym kompleksem zawiadywał nie Ilja Balkow, a Ivan, znacznie subtelniejszy w sposobie myślenia i działania. Odkąd przejął stery nad Opactwem, atmosfera zagrożenia i niepewności tylko stężała, choć wydawało się, że osiągnięcia jego poprzednika będą trudne do pobicia. Jurij odnosił wrażenie, że więcej jest wzajemnych podejrzeń i niechęci między poszczególnymi grupami wychowanków. Jakby Papow w jakiś sposób pchał ich ku brudnym zagrywkom także – a może przede wszystkim – między sobą. Jakby prowadził nimi swoje parszywe szpiegowskie wojenki na małej skali.
Tak, zdecydowanie za czasów Balkowa wszystko było łatwiejsze. Dzieciaki wiedziały, że ich wrogami są Proktowiciele, a przywództwo w stadzie zdobywali po prostu najsilniejsi, nie najlepiej radzący sobie z paranoją.
– Towarzyszu generale.
Z zamyślenia wyrwał go brzdęk miski stawianej na metalowym stoliku.
– Odmaszerować – polecił krótko.
Maczając pędzel w kremie do golenia, myślał o tym wszystkim niepotrzebnie dużo. O nowych pokoleniach, nowej sytuacji, o zmianach. O tym, że przestaje pasować do tego systemu, który staje się dla niego zbyt skomplikowany. Dawniej był szczytem marzeń, oczkiem w głowie Balkowa i dowodem na to, że boska moc tworzenia doskonałości wcale nie jest tak daleko. Teraz Wolborg już nawet nie replikowano za często, bo nie nadawała się do nowych koncepcji wykorzystania Bestii w infrastrukturze.
A mimo to, mimo, że rozpadający się i coraz mniej potrzebny, nie mógł stąd po prostu odejść.
Stało się. Zdradził. Przybycie do Moskwy, rozcięcie więzów oplatających nadgarstki Sabaki, danie złudnej nadziei na wolność – wszystko to miało konsekwencje, a Miguel mówił, że jest gotów je ponieść. No, to miał szansę przekonać się, ile warte są jego własne słowa.
– Pamiętaj, co obiecałeś, gnoju – wyburczał Ivanow. – Jeśli mi to zrobisz, obiecuję ci, że osobiście dopilnuję, żeby ci jebnęli ten napis na grobie. Wielkimi czerwonymi literami. Każdy będzie wiedział, że zdechłeś na zasranie.

*

Pierwsza fala goryczy zalała Kaia już wówczas, kiedy chcąc się dowiedzieć, gdzie do cholery polazł Sabaka, usłyszał, że na czwarte piętro. Hiwatari zacisnął szczęki, aż zgrzytnęły. Jurij nie powinien się tak forsować. Nie po tym, co przeszedł, a najlepiej w ogóle.
Woronin nie miał dobrych wieści. Kolejne odstawienie leków zostawiło w organizmie Ivanowa nieodwracalne zniszczenia, trzy wszczepy nadawały się do natychmiastowej wymiany, bo mogły przestać działać w każdej chwili.
– Idiota – warczał do siebie Kai, pokonując kolejne schody. – Skończony głupiec…
Druga fala goryczy zalała go, gdy wreszcie wszedł do sali.
Brzytwa sunęła po policzku powoli i ostrożnie, trzymana niepewnie przez drżące, sine palce. Kai śledził ten ruch zmrużonymi oczyma, uważnie, a żółć znów wypełniała mu usta i żyły, obrzydzenie ściskało żołądek.
Odetchnął głośniej, żeby dać znać, że stoi obok.
– Chwila – burknął pochylony nad łóżkiem Jurij. – Tylko skończę.
Dokładnie wytarł maszynkę w ręcznik, obrzucił Hiwatariego przelotnym spojrzeniem i wrócił do pracy.
– Nie lubi być zarośnięty – rzucił jakby na pół do siebie, jakby jednak czuł potrzebę, żeby się usprawiedliwić. – Mówił, że mu się źle kojarzy.
Zimne węże w żołądku Kaia szarpnęły się gniewnie. Co go to obchodziło? Przyszedł tu. On – Feldmarszałek. On – pan z jednej strony, a wieloletni towarzysz niedoli z drugiej. On, z którym Jurij ulepił pierwszego w życiu bałwana, który szmuglował dla niego gumę do żucia, narażając się tak Proktowicielom, jak i innym chłopakom, który go podziwiał i szanował, który na jego cześć przez kilkanaście lat malował sobie sine pasy na twarzy. Który go chronił i oddał mu Moskwę we władanie.
I on miał czekać, aż Sabaka skończy golić jakiegoś przybłędę, człowieka znikąd, śmiecia i jednorazowe opakowanie dla cennej Bestii.
On, który jako jedyny na świecie Jurija kochał.
To nie powinna być konkurencja. A jednak była. To nie powinno być coś, do czego Hiwatari kiedykolwiek by się zniżył. A jednak to robił. Wmawiał sobie jeszcze, że w tym wszystkim chodzi tylko o Bestię, ale miał na to coraz mniej sił.
– Dlaczego on? – spytał szorstko, chociaż jeszcze niedawno obiecywał sobie, że nigdy tego nie zrobi.
– Co? – Jurij zmarszczył brwi.
– Dlaczego tak ci na nim zależy?
Twarz Ivanowa wykrzywił znajomy grymas gniewu i Kai już myślał, że nie doczeka się odpowiedzi.
– Nie wiem – syknął jednak Sabaka z irytacją. – Wkurwia mnie. Wszystkim. Tym, jak mówi, jak przeciąga słowa, jak się zawiesza wpół zdania, jak łazi, kręci się jak gówno w przeręblu, jak wzdycha, jak macha tymi łapami, jak patrzy, jakbym mu nasrał do kieszeni. Jak mu się wydaje, że wszystko rozumie. Nie ma nic gorszego niż ludzie, którym się wydaje, że rozumieją. Mam mu ochotę przywalić w ryj średnio raz na minutę, a raz na godzinę zabić. Jest ślepy, popierdolony, gada przez sen i mnie orzygał. Od początku mnie wkurwiał. Zawsze. Nawet teraz mnie wkurwia. Mógłby się obudzić.
– Ciebie ogólnie ludzie wkurwiają – zauważył Kai.
– Tak. Ale on w dodatku nigdy się mnie nie bał. Zwykle raz warknę i już ich nie ma. Jego to przyciąga.
– Tacy jak on się nie boją.
– Tacy jak on? – Jurij zmarszczył czoło.
Kai wzruszył obojętnie ramionami, a potem znacząco dotknął czoła.
– Jeśli jest tak, jak mówisz, i najpierw zagrał na nosie Robertowi, a potem zwiał Reiowi, a potem jeszcze wszedł ci w pojedynkę do Moskwy, nie może być normalny – powiedział.
– Nigdy nie był. Dlatego kazałem ci na niego uważać, kiedy się obudzi. Żadnych pochopnych decyzji, bo będziesz miał kłopoty.
Hiwatari prychnął.
– Trafił swój na swego - burknął pod nosem. – Nie z takimi jak on sobie radziłem.
Jurij zmarszczył gniewnie brwi i na moment przerwał golenie, jakby bał się, że nie utrzyma ręki z brzytwą albo walczył z chęcią użycia jej w inny sposób.
– Wolałbym, żebyś nie radził sobie z nim tak jak z innymi – zawarczał. – Jak z Sierożą chociażby.
Kai poczuł, jak krew zastyga w jego żyłach.
– To był…
– Nie łżyj chociaż jak pies – syknął Ivanow, zerkając na niego z ukosa z czystą nienawiścią. – Mam w głowie Wolborg. Ona wie, jak było naprawdę.
Hiwatari odwrócił się i podszedł do okna, by ukryć wyraz twarzy – nie mógł być go pewien. Spojrzał w dół, wprost na plac ćwiczeniowy, po którym biegali właśnie w równym tempie komend młodsi rekruci. Szmer za plecami powiedział mu, że Jurij najprawdopodobniej wrócił do golenia. Ale i tak zogniskował na moment wzrok na odbiciu w szybie. Jakby musiał się upewnić, że brzytwa nie wyląduje zaraz na jego własnym gardle.
Ale Sabaka miał rację i Hiwatari o tym wiedział – to nie zabicie Miguela stanowiło wyjście. Rozwiązanie było inne, bardziej subtelne i wymagające większego nakładu pracy. Ale wykorzystanie kłębiących się w głowie Lavaliera demonów – nie tylko tego najbardziej oczywistego – mogło w dłuższej perspektywie przynieść wymierne korzyści.
– Siergiej nie zostawił mi wyboru – powiedział zimno Kai. – Pracował na to latami.
– Czym niby? – rzucił gniewnie Ivanow. – Robił wszystko, czego od niego chciałeś.
– Nie zrozumiesz.
– Wolborg też nie rozumie.
Kolejny lodowaty dreszcz przebiegł Kaiowi po szczupłych plecach. Zacisnął usta.
– Myślisz, że dlaczego pozwoliła mi odejść tak daleko? – ciągnął Sabaka bezlitośnie. – Nawet ona ci nie ufa.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 17 lipca 2017, 10:24

2/2

Rosja
Kenny i Takao nie byli w Rosji gośćmi. Nie byli uciekinierami wyposażonymi głównie w desperację, a po prostu ukrywającymi się zbiegami, których najwyraźniej przez lata nikt nie szukał – a przynajmniej nie w oku cyklonu. Mieli więc możliwości. Czas, żeby się okopać i o siebie zadbać.
Saien wprowadził dwoje zziębniętych wędrowców do całkiem przyjemnie urządzonej kryjówki, do której smok wślizgnął się innym wejściem – niedostępnym dla ludzi. Było tu wszystko, co potrzebne do życia, a co najważniejsze, ciepło. Wręcz uderzające po długiej wędrówce w mrozie i tygodniach nocowania w najróżniejszych, ale zdecydowanie nie luksusowych warunkach.
Jindřiška zasnęła ostatecznie zawinięta w dwa koce, z kapturem na głowie i z dłońmi w rękawiczkach wciśniętymi pod pachy, bo nie dała się jeszcze namówić na zdjęcie kurtki. Jakby nie docierało do niej wciąż, że może to zrobić bez ryzykowania życiem. Takao zawinął się wokół niej – chociaż w bezpiecznej odległości, jak prosiła – po czym sam zapadł w drzemkę z na wpół otwartymi oczyma. Kiedy tak leżał nieruchomo, trudno było dostrzec w nim chociaż ślad człowieczeństwa. Gdy się poruszał, niekiedy zdarzało się, że wykonał jakiś gest, spojrzał w szczególny sposób albo skrzywił pysk tak, że przypominało to ludzki grymas. Teraz, patrząc na niego, Rei nie widział przyjaciela sprzed lat, chociaż bardzo się starał.
Przyjaciela, którego zawiódł, także wówczas, w przeszłości, sparaliżowany przez własny rozsądek zabraniający mu skoków na główkę i samobójczych szarż.
Przełknął gorycz. Gdyby sam na siebie patrzył z boku, pewnie widziałby potwornego tchórza. Człowieka chroniącego głównie własny interes i trzymającego się z dala od ryzyka. To właśnie mówiły o nim efekty jego działań. Nie było po nich widać chłodu, z jakim starał się podchodzić do sytuacji, prób uniknięcia pochopnych decyzji, a właśnie to – człowieka będącego zawsze nie tam, gdzie go potrzebowano. Cóż z tego, że miał wielką moc? Cóż z tego, że doznawał proroczych wizji, skoro ludzie wokół niego płacili tak wysoką cenę?
Zacisnął szczęki i odezwały się potwornym bólem, jaki zostawiła kolba Typa, gdy Jurij wściekłym ciosem powalił go na śnieg i znacznie utrudnił mówienie i gryzienie na dobrych parę dni.
Nawet to – czym było wobec nieszczęść, jakie spadły na jego rodzinę i pozostałych członków wyprawy na zachód?
Jeszcze nie tak dawno temu pouczał Miguela, że nikt nikogo nie będzie osądzał względem intencji, a teraz sam stał wobec tej prawdy okrutnie obnażony i bezbronny. Słaby i ponownie zagubiony, choć dokładał wszelkich starań, by odnaleźć ścieżkę wyznaczoną mu przez bogów. Może było to bluźnierstwo, ale czasem przyłapywał się na myśli, że to nie jest kwestia jego niegodności, a naprawdę nie ma żadnego planu – tylko chaos i instynkt drapieżcy.
– A ty nie idziesz spać? – spytał Kenny wysokim, nerwowym głosem. – Wyglądasz na równie zmęczonego, co dziewczynka.
– Chciałem jeszcze parę rzeczy przemyśleć – odparł Rei. – Teraz mam i tak zbyt pełną głowę. Potrzebuję medytacji, a przedtem paru wyjaśnień.
Dla Saiena nie była to najwyraźniej dobra wiadomość, bo zaczął zachowywać się niespokojnie. Jak przed laty zdradzała go mowa ciała – cały szereg zbyt wyrazistych gestów, przestępowanie z nogi na nogę, odchrząkiwanie. I faktycznie, Rei nie ukrywał także przed samym sobą, że szuka okazji do rozmowy w cztery oczy. Obaj mieli sobie zwyczajnie zbyt dużo do wyjaśnienia. Jeśli nie przez wzgląd na dawną przyjaźń, to chociażby dlatego, że niespodziewanie znów musieli ze sobą współpracować.
– Więc może… herbaty? – Japończyk wskazał na stertę w większości poznaczonych ciemnym osadem kubków, do reszty zdradzając się z tańczeniem na krawędzi ucieczki.
– Kenny, nie musisz się mnie bać – powiedział więc Kon najbardziej opanowanym ze swoich tonów, ale Saien z jakiegoś powodu zaczął dygotać mocniej.
– J… Ja… To znaczy… Rei…
Chińczyk westchnął.
– Możemy spojrzeć na to logicznie – powiedział. – Ja mam metalową, rozpadającą się nogę i dziecko pod opieką, a ty smoka. Jak sądzisz, które z nas ma przewagę?
Kenny nie wyglądał na przekonanego, a już na pewno nie wyglądał na uspokojonego. Usiadł ciężko na stołku i zerknął nerwowo w stronę drzemiącego Takao, jakby chciał się upewnić, że Kinomyia ciągle tam jest i w razie czego zdoła go obronić. Ramiona miał zwieszone w wyrazie skrajnej rezygnacji.
To zaskakujące, jak mało zmienił się na przestrzeni lat, ale na pewno więcej było w nim smutku, a zdecydowanie mniej zapału.
– Rei, wiem, jak to wygląda, ale ja…
– Nie, nie zrozumiałeś mnie. Nie chcę stawać naprzeciw ciebie. Próbuję ci jedynie uświadomić, że nawet gdybym chciał to zrobić, ciągle to ty jesteś górą. Naprawdę.
Kenny spuścił wzrok i przygryzł wargę jak zakłopotany nastolatek. Do Kona dotarło, że nie może liczyć na jego wsparcie w prowadzeniu tej rozmowy, bo w jego głowie zamiast myśli jest tylko powódź paniki i chaosu. Cały on. Mógł planować wiele rzeczy, wykonywać jednocześnie dziesiątki skomplikowanych obliczeń, ale jakakolwiek kontrola nad interakcjami z innymi ludźmi pozostawała poza jego zasięgiem.
– Nie udawaj, proszę, że…
– Masz rację, uważam, że ponosisz winę za to, co się stało – przerwał Rei, wykładając wszystkie karty na stół. – To ty sprzedałeś Balkowowi dane dotyczące Bai Hu i to ty tak naprawdę naprowadziłeś go na trop. Wiedział, jak mnie podejść, wiedział, co mnie rozwścieczy, więc tak właściwie obwiniam cię także za śmierć Maxa. Nie będę tego ukrywał. Sądzę też, że nigdy nie zmienię zdania na ten temat. Ale, jak widzisz, sytuacja się zmieniła. I… – poczuł nagle, jak słowa zamieniają się w lepkie kule i utykają w gardle. – I ja też popełniłem wiele błędów. Ta dziewczynka – wskazał na śpiącą Jindřiškę – była jeszcze do niedawna w rękach ludzi z NATO. Już nie tylko Rosja wykorzystuje militarnie Połączonych, powoli zaczynają robić to wszyscy.
– Ty również – szepnął Kenny nieśmiało, jakby nie był pewien, czy za takie słowa nie zostanie usmażony.
– Co masz na myśli?
– Wciągnąłeś w to Daichiego – zauważył Saien nieomal z wyrzutem.
– Nie. To była jego decyzja. On nie ma już trzynastu lat, Kenny.
Japończyk, zamiast odpowiedzieć, potarł nerwowo końcówkę nosa. Spojrzał w bok, a potem wstał i jednak zaczął robić tę herbatę. Najpewniej wyłącznie po to, żeby zająć czymś nagle rozdygotane ręce.
– Nie chciałem, żeby to się tak skończyło… – szepnął, mocując się z metalową puszką. – Gdybym tylko podejrzewał…
Rei milczał dłuższą chwilę. Nie wiedział, co powiedzieć. Mógł jedynie wyobrażać sobie, co ktoś taki jak Saien, człowiek o duszy wrażliwej i szczerej, mógł przeżywać przez te lata. Jak toczyły go wyrzuty sumienia i pytania o alternatywne rzeczywistości, w jakich podjął inną decyzję.
– Wiesz co?
– Hm? – Saien spojrzał na niego niepewnie.
– Mi też zrób herbaty.
Rei niemal widział, jak plecy Japończyka rozluźniają się w głębokiej uldze.
– Naprawdę, straciłem wszystko, Kenny – mówił dalej, patrząc na proces przygotowywania naparu. – Amerykanie zabrali mi dzieci i kraj, Rosjanie żonę. Ale nie chcę myśleć, że wszystko, co mi zostało, to zemsta. Szesnaście lat żyłem zemstą i oto, gdzie jestem. Więc nawet jeśli kiedyś… miałem żal, to teraz zwyczajnie nie mam na to siły.
Szczupłe, blade ręce Saiena zadrżały.
– Mao…? – spytał tylko. – Co z nią? Czy ona…
– Nie wiem, co z nią. – Kon pokręcił głową. – Mam informacje, że najprawdopodobniej jest przetrzymywana w Opactwie, ale to nic pewnego. Gdyby nie… – Westchnął i spojrzał na Jindřiškę. – Gdyby nie szczególne okoliczności, znalazłbym sposób, żeby to sprawdzić.
– Nie wiem, co powiedzieć…
– Nic nie mów.
Kenny posłuchał, a Rei już trzy minuty później doszedł do wniosku, że tego żałuje. Wolał, kiedy rozmowa trwała, a myśli były jej podporządkowane. Teraz rozbiegły się i głowę znów wypełnił męczący chaos.
Medytacja nie pomagała już od dłuższego czasu, nie przynosiła wyciszenia i rozwiązań. Kon czasem zastanawiał się, czy to z powodu zmęczenia i niedożywienia, czy to z nim jest coś nie tak. Może utracił do niej zdolność. Może utracił kontrolę nad własnym umysłem i to ostatnie napawało go zimnym lękiem.
Nie mógł się bać. To była kolejna rzecz, której po prostu nie mógł.
– Co zamierzasz zrobić z dziewczynką? – spytał wreszcie Kenny bardzo cicho.
Kon posłał mu spojrzenie znacznie bardziej nieufne, niż zamierzał.
– Zabrać w bezpieczne miejsce – odparł.
– Tu jest bezpieczne miejsce.
Może. Może faktycznie takim było, nawet jeśli leżało w Rosji, stosunkowo blisko Opactwa. Skoro przez tyle lat Takao i Kenny ukrywali się tak przed wrogami, jak i przyjaciółmi, najwyraźniej wiedzieli, jak to robić.
Ale przecież to nie wszystko.
– Ona jest dzieckiem – westchnął Chińczyk. – Z całym szacunkiem – strzelił wzrokiem po pieczarze – ale to nie są warunki dla dziecka.
– Potrafisz zapewnić jej lepsze?
– Będę próbował.
Saien skrzywił się i przez chwilę wydawało się, że to będzie cały jego komentarz. Podał Reiowi kubek parującej herbaty i zacisnął dłonie na drugim.
– Nie wiem, Rei – powiedział, patrząc w napar. – Wszędzie są ludzie, którzy chcą wykorzystać Połączonych. Wszędzie. Gdziekolwiek się nie ruszysz. A będzie jeszcze gorzej, bo sytuacja na zachodzie się pogarsza. Będzie wyścig zbrojeń. Nie patrz tak na mnie – złapał spojrzenie Kona. – Mogę się ukrywać w dziurze, ale to nie znaczy, że nie wiem, co się dzieje. Mamy z Takao swoje sposoby, przecież my też mamy nadzieję na to, że kiedyś stąd wyjdziemy i będziemy mogli czuć się bezpiecznie. Ale to nie nastąpi szybko.
– Skoro tego chcecie, dlaczego o to nie walczycie? – spytał Rei i wziął ostrożny łyk.
Saien prychnął gorzko.
– Po której ze stron? Potrafisz mi wskazać kogoś, kogokolwiek, gdziekolwiek… kogoś o czystych intencjach?
Rei zagryzł wargi.
Tak, potrafił. Kogoś, kogo nie obchodziły wojny, polityczne racje i zaszłości, kogoś, kto wierzył, że wyeliminowanie Kaia naprawi wszystko i wróci normalność. Kogoś, kto był gotów o to walczyć, ale najprawdopodobniej już nie żył albo trafił w ręce Hiwatariego zdradzony przez człowieka, dla którego nie wahał się zaryzykować wszystkim.
Wariata i ludzki wrak, a jednak z siłą przekonywania działającą nawet na Reia.
Bo Rei, co odkrył nagle ponownie i z pewnym zdziwieniem, temu wariatowi zaufał i uwierzył w jego wizję. Przez jakiś czas karmił się jego nadzieją.
– A gdybym ci powiedział, że tak, Kenny? – Kon uniósł brwi, patrząc na Japończyka.




Opactwo
Pobudka trwała długo i niemal bolała.
Miguel znał takie pobudki. Zwłaszcza dobrze poznał je w więzieniu, gdy nieraz wracał do rzeczywistości powoli, wygrzebując się z kleistych ciemności chyba tylko uporem, na siłę rozklejał pokryte wyschniętą krwią usta i podnosił opuchnięte powieki pobitych oczu, a ktoś w geście solidarności – ktoś, kto trzymał sztamę z Mechero, chciał się wkupić w jego łaski albo po prostu po cichu sprzeciwić klawiszom, względnie innej frakcji więźniów – wylewał mu cenną wodę na twarz, żeby szybciej się ogarnął i najlepiej zrewanżował. Czasem ledwie odkaszlnął, ledwie zaczął się podnosić na łokciach, a już czuł, że ktoś wciska mu do dłoni nogę od taboretu lub nawet nóż.
Wtedy zwykle zaciskał na nich palce bez pytania – jeśli ktoś miał dość cierpliwości i mocy przerobowych, żeby sprowadzić go do parteru, oznaczało to, że chciał zabić i najprawdopodobniej spróbuje ponownie. Życie za kratami nie pozostawiało wyborów.
Jedyne, co się nie zgadzało, to tkwiące na tyłach głowy absurdalne przekonanie, że więzienie zostawił za sobą. Niemal pewność, choć przecież miał siedzieć w nim do końca swoich dni.
Poruszył palcami. Wszystkie, nawet najdrobniejsze stawy odpowiedziały bólem, tarły o siebie, jak odlane ze szkła, ale opuszki wyczuły miękką powierzchnię materaca. I prześcieradło, nie kraciasty, dziurawy koc – a zatem prawdziwe łóżko. W dodatku oczy otwierały się jakoś za łatwo, choć obraz był zamazany, jakby Miguel oberwał po głowie co najmniej kilka razy, a mięśnie wydawały się skręcone z waty.
Coś tkwiło w jego rękach. Wenflony, co uświadomił sobie niemal ze zdziwieniem, a potem zimne, oślizgłe podejrzenie uderzyło w potylicę. Powoli, z wysiłkiem, jakby dźwigał ciężary, wsunął dłoń pod kołdrę. Zaklął w myślach, gdy wyczuł na udzie plastikową rurkę cewnika.
Jak długo spał? Jak mocno, skoro niczego nie poczuł i nie pamiętał?
Czy to był szpital?
Nigdy nie leżał na żadnym oddziale. Nie wiedział, czego się spodziewać, jak zachować – czy leżeć i czekać, czy raczej próbować dać jakoś znać, że się obudził. Nie miał też bladego pojęcia, jakim cudem w to miejsce trafił.
Z nerwów rozbolał go kark, potem głowa. Coś było mocno nie tak, ale nie potrafił określić co. Miał obie ręce, obie nogi, chyba żadnych opatrunków. Żadnych ran. Jakieś sińce na ramionach, bo tyle widział, ale w większości już żółte i blednące. Przesunął językiem po zębach, usiłując sprawdzić ich stan, ale nadal brakowało tylko górnej piątki wybitej jakoś po pięciu, sześciu latach za kratami, gdy ktoś próbował rozwalić mu głowę o metalowy kant łóżka.
Wiedział, że to niemożliwe. Sam przecież próbował.
Ciężko, z wysiłkiem przełknął ślinę i wtedy uświadomił sobie, jak bardzo chce mu się pić. Ale to nadal nie było nic strasznego. Nadal nic, co przypominało więzienne pobudki.
Chciał więc wstać albo chociaż usiąść, ale wówczas całe ciało zaprotestowało nie tyle nawet bólem, co swoim niewyobrażalnym ciężarem.
– Jezus Maria… – wychrypiał Miguel, opadając z powrotem na poduszki i wlepiając wzrok w sufit.
Chyba widział gorzej. Albo to tylko to zimne, jasne otoczenie. Szare ściany i pojedyncze okno – rozmazany prostokąt światła.
Może jednak powinien dać znać, że się obudził. Ale komu? I jak? Usłyszawszy, jak brzmi, wątpił, by był zdolny do krzyku.
Zamknął oczy, podejmując kolejną próbę przypomnienia sobie, co zaszło. Długo jedyne, co był wstanie przywołać, to wrażenie potwornej słabości. Bólu. Problemów z nabraniem powietrza w płuca. Nudności. Kłucia w klatce piersiowej. Choroba? Jaka choroba? Przecież nie chorował nigdy. Raz. Raz miał katar. Jako dzieciak. Ale mówili, że to nic takiego i szybko przeszło.
A teraz czuł się, jakby nie miało przejść nigdy.
Jakby znowu miał dłonie przybite do podłogi.
Wzdrygnął się.
Wtedy szczęśliwie skrzypnęły drzwi i po chwili w polu widzenia pojawił się człowiek z białym kitlem narzuconym na ciemne ubranie. Miguel nie potrafił rozpoznać rysów jego twarzy, nie widział mimiki. Tylko poruszający się kształt. Raczej zwalisty, ale w sposób przywodzący na myśl siłę, a nie otyłość.
Lavalier chciał się odezwać, otworzył usta i zaczął szukać głosu, który zdążył uciec gdzieś daleko, ale wówczas padły słowa. Proste pytania po rosyjsku, z których rozumiał może jedną trzecią, a na żadne nie potrafił płynnie odpowiedzieć, więc posiłkował się ruchami głowy – każdym oprotestowanym przez spięty kark.
Czy wie, gdzie jest, czy coś pamięta, czy ktoś już tu był, czy coś boli.
Rosyjski niepokoił i Miguel nie od razu potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego, a potem tama runęła i wspomnienia uderzyły go w żołądek, aż stracił dech.
Czy wszystko w porządku.
Przytaknął, choć czuł, że oczy ma rozszerzone i nieruchome, a ciało zaczyna dygotać.
Boże, gdzie jestem?, pytał przerażony głos z tyłu głowy.
Istniała możliwość, że przedostali się na Białoruś. Tak. Nikła, ale istniała. Gorączkował. Mógł nie pamiętać momentu przekroczenia granicy. Istniała też możliwość, że nie mieli wyjścia i musieli pozbyć się nieprzytomnego balastu. Może podrzucili go do jakiegoś szpitala jeszcze w Rosji, a sami poszli dalej.
Może.
Zagubienie i strach wlały się w kości zimną mazią.
Uspokój się, próbował przemówić sobie do rozsądku Miguel, podczas gdy mężczyzna w kitlu nadal coś mruczał, najwyraźniej niezrażony faktem, że pacjent słabo go rozumie. Najważniejsze, że cię leczą. Staniesz na nogi i sam o siebie zadbasz. Potrafisz.
Potrafił. Wiedział o tym. Uczył się tego od dziecka.
Rosjanin znów o coś pytał, ale jego głos rozpłynął się w szamotaninie myśli i przypuszczeń. Nie uzyskawszy odpowiedzi, po prostu machnął z irytacją ręką. Rzucił coś jeszcze i wyszedł.
A Miguelowi przypomniało się, że miał poprosić o wodę.



Dearc-Luachrach
– To jak, synek, bydzie latoś kurwica? – spytał Conan Angus Corc Artair McGregor, nie wyjmując fajki z zębów.
– Będzie – odpowiedział Johnny krótko, zgadując, że chodzi o wojnę.
Nawet nie spojrzał na ojca, zajęty przelewaniem przedgonu i pogonu z powrotem do aparatury destylacyjnej. Wiedział, że jest przy tym bacznie obserwowany przez samozwańczego króla whisky przynajmniej z terenu północnej Szkocji. Ten wrócił dwa dni temu z konferencji i postanowił wykorzystać obecność syna do przekazania mu kolejnej porcji wiedzy tajemnej z dziedziny pędzenia bimbru, więc teraz obaj śmierdzieli brzeczką i oczywiście nieprzyzwoitymi ilościami tytoniu.
Rzadkie w tej części świata na przełomie stycznia i lutego słońce grało ciepło w miedzianym alembiku wpadając przez niewielkie zakurzone okienko. Grało też w nieco już siwiejącej, ale wciąż gęstej brodzie pana McGregora – sięgającej obecnie aż do połowy piersi i równo przyciętej.
– A żem pedział, że taki Moskal syćko capnie, a jak mu rzyć nadstawiają i gacie spuscają jak frajerka…
– Tato – skrzywił się Johnny i wyjął lejek z rurki.
– A co? Źle żem pedział?
Problem polegał właśnie na tym, że nie. Że naprawdę wszyscy podcierali Rosji tyłek. Odkąd upadły siły – jedyna przeciwwaga w tamtej części świata i swoisty bezpiecznik gwarantujący, że Moskwa będzie miała zajęcie – sytuacja znów zaczęła się zmieniać, a Hiwatari zyskał znaczenie, jakiego nie miał może nigdy wcześniej. Ale Johnny wiedział, że lizanie butów Kaiowi nie prowadzi do pokoju. Wiedział, bo przecież ktoś zaatakował najpierw Chiny, a potem właśnie Rosję. Ktoś trzymał rękę nad czerwonym przyciskiem i wbrew powszechnej opinii nie był to wcale Robert.
Wszystko wskazywało na Amerykanów. Wszystko, prócz opinii publicznej.
Hiromi pracowała nad tym oczywiście, ale sama wielokrotnie zaznaczała, że po potrwa i niczego w gruncie rzeczy nie może obiecać, bo sytuacja jest beznadziejna. W co wierzył sam Kai, oczywiście trudno było rozeznać. Pewne wskazówki mógł dać zbliżający się kryzysowy szczyt w Nairobi, na którym miał być obecny, ale McGregora nie opuszczały fatalne przeczucia związane z tym wydarzeniem.
Mystel zgodził się na współpracę. Miał przylecieć wraz z synem, przekazać opiekę nad nim żonie i ruszyć w teren, ale nawet jeśli zajmą miejsca po obu stronach Roberta, Johnny nie łudził się, że zdołają przewidzieć wszystko.
– To się, zdaje, nazywa polityka, ojciec – burknął kwaśno.
– Cudują jak nie ceba… – westchnął ciężko Conan Angus.
– No cudują – przyznał Johnny, w sumie zadowolony, że ma zajęte ręce, bo inaczej myśli znów uciekłyby mu w stronę Jürgensa. I pewnie w stronę Emily, która wróciła z Francji ledwie godzinę temu, po czym oświadczyła, że jest zmęczona i nie chce, żeby jej przeszkadzać przynajmniej do wieczora.
Szkot wiedział, co to znaczy. Coś się stało. Nie coś, co wymagało natychmiastowej interwencji, bo wówczas już dawno by wiedział, ale coś głębszego, może nieuniknionego.
Może – zmroził go nagły wniosek – Olivier miał złe wieści.
– Synek! – upomniał go ostro ojciec, widząc rozkojarzenie.



Opactwo
Siedział na łóżku, bokiem, oparty plecami o ścianę, z podciągniętymi kolanami i postawionym na nich metalowym kubkiem, którego krawędź bezwiednie pocierał palcem. Brwi miał zmarszczone, wzrok spuszczony i wyraźnie się nad czymś zastanawiał. Nawet nie zauważył, że ktoś wszedł do pokoju, pochłonięty kolejną gonitwą po skomplikowanych, splątanych ścieżkach swoich myśli. Bose stopy wystawały mu spod kołdry i szczegół ten z jakiegoś powodu uderzył Jurija zimnem pod żebra. Może coś przypominał. Coś z bardzo dawnych lat. Z dzieciństwa, jeśli lata spędzone w Opactwie w ogóle można było nazwać dzieciństwem.
A może nawet nie. Może to było coś wcześniejszego, z czasów, zanim tu trafił. Z czasów, które zdawały się w ogóle nie istnieć.
Lavalier wciąż był słaby, ledwie zdolny unieść kubek do ust, powinien leżeć plackiem i patrzeć w sufit, ale najwyraźniej postanowił nie przyjmować tego do świadomości. Nawet w tym momencie, usadowiony w poprzek materaca, wbrew regułom i zdrowemu rozsądkowi, sprawiał wrażenie, jakby po prostu musiał sobie i otoczeniu coś udowadniać. Jurij wiedział, że kiedy nikt nie widzi – wciąż nie zorientował się, że jest pod stałą obserwacją kamer – spuszcza nogi z łóżka i próbuje chodzić, przytrzymując się ramy. Szło mu coraz lepiej, ale wciąż nie dość dobrze. Wciąż nie byłby zdolny wywalczyć sobie drogi ucieczki. Może gdyby przyzwał moc Bestii, co oczywiście też nie wchodziło w grę.
Ivanow odchrząknął cicho w pięść.
Miguel drgnął zaskoczony, omal nie wypuścił kubka z rąk i nie oblał się herbatą – choć kilka jej kropel i tak spłynęło po ściance na pościel. Chwilę patrzył, mrużąc oczy, jakby upewniał się, że rozmazane plamy – w tym czerwona plama z włosów – to naprawdę Sabaka.
– Jurij!
Aż cofnęło go o krok, gdy usłyszał radość w uderzająco cichym, niemal obcym głosie. Poczuł znów prześlizgujące się po nim spojrzenie, widział unoszący się kącik ust.
– Już myślałem, że jestem tu sam – przyznał Lavalier.
– Jak widzisz, nie.
– Bałem się, że coś się spierdoliło jeszcze bardziej, niż myślałem, że może się spierdolić. To jeszcze Rosja? Czy już Białoruś?
Nie zorientował się – dotarło to do Ivanowa nagle, choć przecież dowody miał wcześniej podane na tacy. Widział zachowanie Miguela na nagraniach. Zdradzało pewien niepokój, zmartwienie i dezorientację, ale nic, czego można by się spodziewać, gdyby wiedział, gdzie się znajduje.
– Młody…
Ten ton musiał zetrzeć ślad uśmiechu i ulgi z jego twarzy.
– Hm.
– Po pierwsze, nie jesteś wśród przyjaciół.
W jego jasnych oczach nie było zrozumienia. Było wiele, w tym wiele niezadanych pytań, ale nie zrozumienie.
– Co masz na myśli?
Jurij poczuł lodowe pazury Wolborg na karku.
– To wymaga dłuższych wyjaśnień – odparł. – Nie jesteśmy tu… – zmrużył oczy, szukając odpowiedniego słowa. – Jesteśmy ty i ja. I nie powinieneś nikomu mówić, że cię to dziwi. O nic pytać.
Miguel zmarszczył brwi, wpatrując się w Ivanowa, jakby szukał na jego twarzy jeszcze jakichś wskazówek. Znalazł je, co łatwo dało się wyczytać z zamarłych na ustach słów.
– Wiesz, jak to w Rosji, nie lubi się obcych. Zwłaszcza w wojskowych ośrodkach szkoleniowych.
Metalowy kubek znów zadrżał, gdy Lavalier zacisnął na nim dłonie.
– Jesus…
Podkurczyły się palce u stóp, cała sylwetka zadrżała. Padło jeszcze parę szybkich, nerwowych słów po hiszpańsku, spojrzenie przetoczyło się po pościeli i pokoju dziwnie spanikowane i spłoszone.
– Jurij… Ty…
Ivanow zacisnął szczęki, aż usłyszał zgrzyt zębów i poczuł, jak kolejny z nich zaczyna się ruszać.
– Nie miałem wyjścia – warknął.
Miguel poruszył się gwałtownie, szarpnięty jakimś spazmem, jakby chciał zespolić się ze ścianą. Kubek potoczył się na prześcieradło, herbata rozlała się brązową jak zaschnięta krew plamą.
– Umarłbyś.
Jurijowi odpowiedział wrzask. Pozbawiony słów, dziki, wściekły i pełen frustracji. Rzucony w gniewie kubek chybił i uderzył o ścianę, ale raczej nie dlatego, że Miguel nie chciał trafić. Ivanow zadziałał instynktownie. Dopadł do łóżka, chcąc powstrzymać Lavaliera przed zerwaniem się na nogi. Przytrzymanie osłabionego ciała nie było oczywiście trudne, ale Argentyńczyk miotał się w furii jak opętany. Szarpał się i wrzeszczał, alarmując ludzi, których uwagi nie powinien na siebie ściągać.
– Zamknij się! – warknął Jurij. – Chcesz to pogorszyć?!
Oberwał w brodę. A chwilę później w krocze. Moment rozproszenia paraliżującym bólem wystarczył, by Miguel zdołał mu się wyślizgnąć. Chciał odbiec, ale nogi załamały się pod nim i upadł ciężko na podłogę. Pozbierał się na kolana i zaczął pełznąć na czworakach, wyraźnie nie wiedząc dokąd.
W drzwiach stali już dwaj Proktowiciele, odcinając mu wyjście na korytarz.
– Ani kroku dalej! – wrzasnął w ich kierunku Jurij.
Miguel doczołgał się pod ścianę. Próbował uczepić się jej palcami i wstać.
– Zdrajca – syczał. – Pierdolony zdrajca… Nigdy… bym… Nie tu…
Reszta słów przeszła w nieczytelny bełkot, a potem prawdopodobnie w hiszpański. Ivanow zajął miejsce między Proktowicielami a Miguelem, między ścianą a łóżkiem. Postąpił krok do przodu, na co ciało Argentyńczyka zareagowało, wprasowując się w zimną ścianę. Nogi jednak wytrzymały. Stał.
– Posłuchaj mnie – zaczął Jurij.
Ale kiedy Lavalier oderwał na moment rozgorączkowany wzrok od podłogi i podniósł go na Sabakę, dotarło do niego, że w tych oczach jest szaleństwo.

*

Osaczyli go. Był od nich słabszy, był niemal bezbronny i nie miał dokąd uciec. Ściana wyrosła za jego plecami na podobieństwo wyroku. Kiedy uderzył w nią barkiem i poczuł, jak całe ciało spina się od drgawek i dreszczy strachu, ale nie mógł się im poddać. Nie teraz. Nie tutaj. Nie we wzniesionym na kościach bezimiennych dzieci Opactwie, gdzie przed laty odrąbano mu skrzydła i nauczono, czym jest prawdziwe upodlenie i ból.
Może powinien być wdzięczny. Prawdopodobne, że nie przetrwałby więzienia, gdyby nie tamta lekcja.
Czepiał się palcami ściany i usiłował zapanować nad drżącymi, słabymi nogami. To kosztowało tyle wysiłku. Słyszał swój ciężki oddech i czuł pot spływający po twarzy i kręgosłupie. Był taki ciężki. Nigdy wcześniej nie zauważył, że jest taki ciężki.
– Zostawcie mnie – wychrypiał. Brzmiało to bardziej jak rozpaczliwa prośba niż gniewny warkot.
Patrzył na strażnika z łbem wilka. Nie spuszczał z niego wzroku. Śledził każdy ruch ostrych pazurów i kłów. Każdy błysk bladego słońca na pokrytej szronem sierści. Zewsząd mogło nadejść zagrożenie.
Gdzie był jego brat tygrys?
Dłońmi nerwowo przesuwał po ścianie, w lewo. Jeszcze trochę w lewo, aż zimny mur zmienił się w okienną ramę. Palce podążały wzdłuż niej aż na środek.
– Dobrze – zawarczał wilk nisko. – Nie będę podchodził. Ale wróć do łóżka.
Spojrzał na nie. Na operacyjny stół ociekający krwią, skąd wciąż jeszcze nie zabrali poprzedniego ciała. Wiedział, co z nimi robią. Wyciągają wszystko ze środka. Rozrywają pazurami jak brzytwy, patroszą wielkimi łapami i pakują do pustych jam węgiel, a potem zaszywają. Będzie się żarzył powoli, przez całą wieczność.
– Jeszcze nie umarłem – wychrypiał. – Jeszcze nie możecie mnie dostać.
– Co?
– Ani kroku, powiedziałem!
Wilczy strażnik przystanął. Pochylił się i zawarczał, gotów do rozszarpania gardła swojej ofiary.
Ale wolność była blisko. Za blisko.
Miguel zebrał w sobie wszystkie siły. Dopadł w jednym skoku do stołu operacyjnego i pchnął go na zaskoczonego strażnika, aż zaskrzypiały kółka. Usłyszał jęk bólu i niedowierzania, gdy ciężka metalowa rama uderzyła w ogromne ciało. Sam znów rzucił się na ścianę.
Skobel odskoczył pod spoconymi drżącymi palcami. Miguel zacisnął powieki. Wiedział, że będzie miał tylko jedną szansę i że musi być szybki.
– Kurwa, nie!
Zimne powietrze uderzyło go w twarz. Uśmiechnął się.
A potem był już tylko lot w dół.

*

Jurij dopadł do okna, odpychając z wściekłością łóżko, ale nie zdążył.
– Miguel!
Plac ćwiczeniowy był o tej porze niemal pusty, ale i tak rozległ się krzyk przerażenia. Ciało uderzyło w beton ciężko jak pocisk.
– Kurwa! – Ivanow wychylił się gwałtownie przez parapet.
Nie było krwi. Nie było pierdolonej krwi, tylko rozrzucone na betonie kończyny, zgięty korpus i dziwnie odchylona głowa.
– Kurwa, kurwa, kurwa…
Ciało drgnęło. Otworzyły się oczy.
– Pierdolę, nie pozwólcie mu wstać! – ryknął Sabaka do stojących na dole ludzi.

*

– Uspokoiłeś się wreszcie?
Nie odwracał głowy. Odmawiał patrzenia na Kaia, wcześniej odmawiał patrzenia na zdrajcę Jurija. Odmawiał prawa do istnienia takiej rzeczywistości, swojego w niej udziału.
Zacisnął usta, zacisnął powieki i pięści.
Jego tu nie było. Jego tu przecież wcale nie było.
– Tak sobie nie pomagasz, Miguel.
Odmawiał także tego, by oglądali jego łzy, a te nie chciały przestać płynąć. Za każdym razem, kiedy już wydawało mu się, że wreszcie się ogarnął i uspokoił, uderzało znowu – bezsilny, dziecięcy niemal płacz pełen rozpaczy i złości, wypłukujący powoli z jego umysłu wszystko inne, zostawiający tylko zmęczenie i rezygnację.
Niczego nie chciał teraz bardziej, jak tylko całkowicie obrócić się do ściany, skulić i schować, ale to uniemożliwiały pasy przygważdżające nadgarstki do ramy łóżka. Budziły w nim wściekłość i okresowe uderzenia paniki – za każdym razem, gdy na nowo uświadamiał sobie ich istnienie. Od prób wyrwania się z nich bolała skóra – wciąż jeszcze niepoodzierana do krwi tylko dzięki Bestii.
– Chcę z tobą porozmawiać.
Ale on nie chciał rozmawiać. Z nikim. Już nigdy.
Przecież nie o niego tu chodziło. Nigdy nie o niego chodziło, a o Bestię, o ognistego, odpornego na ciosy Gargoyle’a. Mężczyzna, w którego umyśle się znalazł, stanowił tylko pomyłkę – Barthez wyjaśnił mu to już wiele lat temu – śmiecia do wyrzucenia, opakowanie do zdarcia.
Więc co tu jeszcze robił? Dlaczego nie mogli mu wreszcie dać spokoju?
– Rozumiem, że możesz czuć się zawiedziony, ale spójrz na tę sytuację z innego punktu widzenia. Wcześniej nie mieliśmy okazji ze sobą podyskutować. Może okaże się, że jednak nie prezentuję takiej złej opcji i się ze mną zgodzisz. Przynajmniej częściowo.
– Czy ty mnie właśnie obrażasz, Kai? – wychrypiał jednak, a opuchnięte od łez, wysuszone gardło zakuło bólem.
– Wręcz przeciwnie. Może cię to zdziwi, ale już przed laty żałowałem, że nie było nam dane poważnie porozmawiać o całej sprawie – odparł Hiwatari monotonnym, cichym głosem. – Ty i ja przynajmniej o części kwestii myślimy podobnie. Ty i ja rozumiemy, że Bestie to także zagrożenie i że jakaś forma kontroli jest konieczna. W końcu sam założyłeś sobie kaganiec, kiedy tylko ci to umożliwiłem.
Miguel zadrżał. Na całym ciele. Czuł to drżenie w głowie, w piersi, w brzuchu, w koniuszkach palców.
Tak, założył sobie kaganiec. Tak, zrobił to między innymi dlatego, że ktoś wcześniej wyprał mu mózg, przeciągnął przez piekło tortur, zmanipulował i wmówił, że jest zagrożeniem i potrzebuje nad sobą pana z batem.
To, o czym Kai nie wiedział, to fakt, że Miguel rozumiał już, jak wielki wówczas błąd popełnił. Nikt nie miał prawa odbierać im wolności tylko dlatego, że byli Połączonymi. Nikt. Nawet oni sami.
Szukał winnego zupełnie nie tam, gdzie należało. Zacisnął palce nie na tym gardle. Zamknął w kajdanach nie te ręce.
– Wolałbym jednak rozmawiać z tobą w bardziej… partnerskich warunkach – ciągnął Hiwatari. – Wiem, że powinienem wobec ciebie stosować zasadę ograniczonego zaufania, ale jednak mam nadzieję na poważną, męską rozmowę na równych warunkach. Wymieńmy się argumentami.
Miguel zacisnął powieki mocniej. Nawet przez oplatającą go czarną sieć rozpaczy przedzierała się świadomość, co oznaczają te słowa.
Kai założył, że nic się nie zmieniło. Że rozmawia z tym samym, zmanipulowanym i wtłoczonym w pętlę poczucia winy chłopakiem, jakim Miguel był przed laty. Owszem, tu tkwiła rysa. Owszem, aż prosiło się, żeby rysę tę wykorzystać. Ale w tym momencie – w tym miejscu i czasie – Lavalier czuł się na to za słaby.
W tym momencie – w tym miejscu i czasie – chciałby być kimś innym.
Reiem z jego nadludzkim opanowaniem.
Robertem z jego zdolnościami dyplomatycznymi i umiejętnością zachowania twarzy w każdych warunkach.
Johnnym z jego ognistym temperamentem i brakiem wahania, gdy trzeba było działać.
Emily z jej racjonalnym osądem i umiejętnością porządkowania wniosków oraz optymalnego korzystania ze wszystkiego, co oferowała rzeczywistość.
Nawet zdrajcą Jurijem, który zerwałby te cholerne pasy, niepomny na nic, nawet na to, że wyrywa sobie dłonie z nadgarstków, a potem rzuciłby się wrogowi do gardła i rozniósł je na krwawe strzępy własnymi zębami.
Ale Miguel był tylko sobą. Tylko zakłamaną, schowaną za maską ładnego wiecznego chłopca stertą frustracji, impulsów i ślepych zaułków. Tym, po którym zawsze spodziewano się więcej i czegoś innego, niż był w stanie dać. Tym, który obsesyjnie chował się za kolejnymi desperackimi krokami, skokami na główkę próbując oszukać nawet własny strach i niemoc. Chronicznym przegranym. Pomyłką. Zawsze następnym w kolejce. Nie mógł wygrać tej partii.
Tak naprawdę nie mógł wygrać żadnej partii, nie sam i otoczony przez wrogów.
– Namawiam cię do rozsądku, Miguel. Współpracuj.
Ale nie, tak nisko jeszcze nie upadł.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Krin » 17 lipca 2017, 13:12

Dobra, zaczynamy, ale ostrzegam, że bez ostatnich wstawek. Muszę wszak skończyć ten komentarz, zanim zapomnę, co chciałam powiedzieć.

I, uwaga!, na początek lista miast oraz obiektów architektonicznych zniszczonych przez Kruffę. Spisywałam je wszystkie, ale niestety lista zagubiła się podczas remontu, więc piszę z pamięci: Kraków, Moskwa, Genewa, Pekin oraz sześć innych miast, dworzec kolejowy w Nowym Jorku, paryskie mieszkanie Oliviera, Norylsk, obóz ekspedycji badawczej gdzieś na zadupiu oraz las pod Moskwą. No nie zapominajmy o całej Mongolii i połowie Chin. ^_^

Ale tak serio, to spodziewałam się więcej. Dopiero się rozkręcasz, czy specjalnie się ograniczyłaś? :P

A teraz idziemy z nieco niechronologiczną listą:

1.Kai

To była chyba najbardziej zadziwiająca rzecz w tym wszystkim i nie do końca jestem przekonana, czy to ma sens. Nie chodzi o to, czy w oryginale są ku temu jakieś przesłanki, bo coś słyszałam, że są, choćby w tym, że bestia Kaia jest cesarzową. Tylko... Jak to się stało, że absolutnie nikt nie zauważył tego przez lata? Kai nie mógł przecież nawet iść za krzaczek za potrzebą, bo by się rypło. Na basen też nie. Przebrać koszulki nie mógł nawet w towarzystwie swoich dobrych kumpli. Dobrze, że nie musi chodzić do lekarza...

Najbardziej mnie jednak zastanawia, że Jurij tego nie wyczuł, skoro jego węch pozwolił mu zdiagnozować chorobę u Miguela na długo przed pojawieniem się objawów. Zwłaszcza niektóre dni w miesiącu mogłyby być pod tym względem kłopotliwe. Kurczę, ja nie mam nic przeciwko temu, nawet czekam z niecierpliwością na moment, kiedy sprawa się rypnie, ale Jurij to obawiam się powinien wiedzieć, jak dawno zmieniałeś bieliznę i czy myłeś ręce przed wyjściem z łazienki. (Obawiam się, że to dlatego wygonił z Moskwy ludzi.)

Ciekawi mnie też cel Kaia, bo jak rozumiem, nie jest to wyłącznie chęć podbicia świata. Przed sceną z jego perspektywy był przedstawiony jako taki Wielki Zły, a tu się wydaje, że jest w tym wszystkim jakaś idea, może nawet pozytywna, tylko nie radzi sobie z wprowadzaniem jej w życie, bo nie jest naturalnym przywódcą. Tak czuję, że Kai jeszcze zejdzie z pozycji głównego antagonisty na rzecz teamu Mizuhary.

Tylko... Jakikolwiek jest cel Kaia, cokolwiek chce strzec przed światem (bo tak mniej więcej zrozumiałam), czemu właściwie najechał Chiny? Tego nie wyjaśniłaś. A jest to też dodatkowo zastanawiające w świetle faktu, że Rei i Kai podobno byli przyjaciółmi, a przynajmniej ten pierwszy tak twierdzi.


2.Duet Miguel i Jurij

Uwielbiam ich. Są jeszcze bardziej słodcy niż w R.I.P-ie. Miguel z tym "jadę do Moskwy z odsieczą", a Jurij "nawet go nie dotykaj" i "nie zostawię go nigdy, a niech mnie pokroją". A potem się dziwisz, że ich paringuję... Ich się nie da nie paringować! Niemal od pierwszego spotkania w R.I.P-ie zdają się lgnąć ku sobie. (Wcale nie mam czasem ochoty napisać tego za ciebie, by mogli wreszcie wyznać sobie dozgonną miłość. WCALE.)


3.Plan Papowa

Przeanalizujmy jak wyglądał: skłonić Miguela do wyjazdu do Chin i ratowania Jurija, by mógł akurat zabić drugiego piromantę, zeby akurat wpaść potem w Moskwie na trującą czeszkę, by ona otruła akurat jego i żeby akurat Jurij postanowił go dostarczyć Kaiowi, by ten mógł go wyleczyć. Tak to na razie wygląda i jest jak rozdzwoniony telefon w środku koncertu prawdziwego wirtuoza.


4. Małżeństwo Roberta

Od pierwszych rozdziałów pomyślałam, że to małżeństwo się nie może układać, a Clara jest postacią-cieniem, o której nie wiemy właściwie nic, nawet jak się z Robertem poznali. Gdybyś ich nie rozwiodła, miałabym naprawdę poważne wąty, ale tak jest ok. Nie znaczy to wprawdzie, że nadal nie chciałabym poznać początków tej miłości, ale, mogę to przełknąć.


5. Oliver kontra Robert

Jeśli dobrze rozumiem, Oliver wcale nie wiedział o tym, że Balkow był ojcem Roberta, co mnie mocno intryguje, bo w takim razie albo Robert mówił to zupełnie komuś innemu (komuś podszywającemu się?), albo Oliver ma jakieś informacje, których Robert nie ma. Albo, choć nie wiem, czy to możliwe, Papow zaszczepił Robertowi przekonanie, że Olivier o tym wie.
Pytanie, skąd w takim razie wie o tym Papow? Pierwsze, co mi się nasuwa - od Balkowa. A Balkow zniknął, nie zginął i spodziewam się jego ponownego zmaterializowania się przy tej okazji.


6. Nerka Johnn'yego

Miałam wielkie WTF? na twarzy podczas czytania, ale wątek śmieszny. :D Nie wiem, czemu miał służyć, ale śmieszny. Przyznam się, że mam nieustannie podejrzenia, że jeszcze nas zaskoczysz i tę jego nerkę wyciągniesz kiedyś z rękawa.


7.Słowo "wątek"

Używasz go nieustannie, szczególnie często pojawia się w ustach Roberta i jest to dla mnie zbyt pisarskie słowo, żeby się tam znaleźć w takim kontekście. Czuję straszny zgrzyt za każdym razem, gdy się pojawia, bo mam wrażenie, że to nie jest określenie Roberta tylko twoje. Znowu widzę kulisy w teatrze, a może nawet słyszę suflera, co przez większość czasu szepcze, ale czasem mu nie wychodzi.


8.Emilly

Mam do niej teraz znacznie lepszy stosunek niż po R.I.P-ie. Wtedy po prostu wzięła się zbyt nagle i nie bardzo wiadomo skąd, zwłaszcza ta jej miłość do Miguela wzięła się trochę z kosmosu. W sumie to nadal jest trochę z kosmosu i na to "zobaczyli się i znów zakochali" trochę wywracałam oczami, ale dobra... W każdym razie Emilly nie jest już taka nijaka jak kiedyś, wcześniej jej jedynym zadaniem zdawało się być rozkochanie w sobie Johnny'ego i Miguela.

W ogóle to cwany myk, że nie opisałaś sceny, w której postanawiają stworzyć trójką, bo sobie nie wyobrażam takiej rozmowy. :P


9.Brooklyn

W poprzedniej części bardzo lubiłam Brooklyna. Był mroczny, ale jakiś taki... no chciało się go przytulić. Teraz jest chyba najbardziej zeschizowaną postacią i jednym z moich głównych kandydatem na Wielkiego Złego, choć takim, który mógłby się na przykład sprzymierzyć z Połączonymi przeciwko Mizuharze.


10.Mao

W RIP-ie była niemal nie obecna, w Odpadzie zdąrzyłam ją znielubić. Jej działania w ogóle nie mają dla mnie sensu i ogólnie cały wątek wydaje mi się tak podpasowany, by dać Reiowi motywacje do wyprawy na Rosję. Czasem jedynie budzi moje współczucie w temacie małżeństwa, które wyszło średnio udanie i braku porozumienia ze swoją bestią. Tak to mi się wydaje taka... Bleh.


11.Josie

Chyba nie jesteś specjalistką od kobiecych postaci, bo praiwe żadnej nie lubię :P (z wyjątkiem małej czeszki, któej mogłaś dać jakieś normalniejsze imię...). Czym zraziła mnie Josie? Ona w sumie niczym, ale ty zrobiłaś to przypadkiem. Bo na początku pomyślałam, że Papowowi chodzi o to, że Robert jest Balkowem, tak by wychodziło, z tego co napisałaś, a to oczywiście jest tak mega bez sensu, że hej... Bo jak niewiele starszy od Jurija Robert miałby go dręczyć w opactwie? No nijak. I wtedy mi się Josie wydała tak niesamowicie głupia i naiwna, że nawet wyjaśnienie nie mogło już roztopić powstałej ściany lodu. W ogóle to chyba próbowałaś, by się nie wydała aż tak podatna na manipulacje Papowa, ale śrendio wyszło. Tu przecież chodzi o politykę. Każdy średniorozgarnięty dzieciak wie, że jeśli ktoś puka do ich, nie do ojcowskich drzwi, to znaczy, że jest grubo, a nikt się nie interesuje nimi z czystej sympatii.

W sumie to nie zdziwiłabym się, gdyby Josie została Połączoną.


12.Połączenia

Czegoś z tymi połączeniami nie rozumiem. Czemu niektórzy zdecydowali się na połączenie, a z innymi bestie połączyły się same? Jak właściwie człowiek decyduje się na połączenie i jak to wygląda? Trochę mnie denerwuje niewiedza w tej kwestii.


13."Pekin oraz sześć innych miast"

Powtarzasz to określenie chyba dziesięciokrtonie, ani razu nie wspominając zadnego z owych sześciu innych miast, co brzmi, jakbyś nie miała pojęcia, jakie to miasta. Nie mówię, że trzeba je wymieniać za każdym razem, ale choć raz na początku by się przydało, bo wygląda jak dziura w riserczu.


14. Martha

Jak rozumiem, twoje cameo. :P Mam do niej tylko jedną uwagę - ginie zdecydowanie za szybko. Zupełnie jakbyś chciała się jej pozbyć, bo za bardzo przeszkadza. A to by przecież było spore wyzwanie odprowadzić babę do cywilizacji, a może i ona by się wykazała jakąś przydatną umiejętnością, ratując im dupę. No włąśnie takie trochę z dupy to jej pojawienie się i zniknięcie. :P


15.Kiedyś to byliśmy młodzi i głupi...

Szczególnie na początku nieustannie powtarzają się wzmianki o tym, że nie są już nainwymi dzieciakami, w ogóle nie są już dzieciakami, są już właściwie starcami, mają pełno zmarszczek (przy każdym bohateru osobno wspominasz, że dorobił się dodatkowych zmarszczek) i ogólnie lepiej niech już kopią grób, a nie jadą w dziką Rosję, bo zejdą na zawał na pierwszych 200m... Trochę przesadziłaś jak na mój gust. Jeden raz dla każdej postaci by wystarczył. Nawet jeden dla co drugiej.

I hej, czuję się bardzo słabo, gdy dwadzieścia razy powtarzasz, że w moim wieku to nie można być mądrym. A chyba głupio tak dołować czytelnika, nie? (Nawet obrażać, jeśli ktoś byłby wrażliwy.)


16.Cesarstwo

Ja dużo o Chinach nie wiem, ale wiem dostatecznie dużo, przynajmniej we wąłsnym mniemaniu, by cały czas nie ogarniać, jakim cudem oni mają tam jakieś wielkie rody, które trzęsą wszystkim od stuleci, skoro maoizm zrównał dawny ustrój z ziemią. Wszelkich przedstawicieli takowych rodów zapewne albo rozstrzelano, albo wyprano im mózgi, albo sami zginęli wskutek takich katastrof (czy raczej takiej polityki) jak wielki głód. Ogólnie wszystkie te rewolucje, mordy i masowe umieranie musiały nieźle poryć dawny, cesarski grunt. Chyba najbardziej naciągana rzecz w całym tekście.


17.Rozmowy z bestioami

Nie do końca rozumiem, czy wszyscy rozmawiają z bestiami, ale o tym nie piszesz, czy tylko Jurij, Kai, Brooklyn i spółka. No bo by wychodziło, że tylko oni. Ale dlaczego? I czemu to jest takie tabu, że Jurij nie może nikomu wytłumaczyć, że rozmawia z Wolborg, a nie się drze jak głupi? Czemu temat ten nie wypłynął podczas rozmowy o wizjach Reia?


18. Dzieci Reia

To dla mnie trochę bez sensu wysłać swoje dzieci z randomowym gościem (w dodatku zdrajcą) i nawet nie wiedzieć gdzie. Skąd on ma pewność, że tamten skrzydlaty zwyczajnie nie zostawi ich na jakimś zadupiu i nie poleci dalej? Rei nawet nie zapewnia sobie z nimi jakiegoś kontaktu, by móc je potem odnaleźć. Takie dzieci to mogą za kilka lat w ogóle nie pamiętać rodziców.


19. Happy end?

Myślę, że naprawdę by się przydał, przynajmniej częściowy. Nieustająco nas gnieciesz, przydałaby się jakaś iskra nadziei, jakieś katharsis na koniec. Bo tak sobie myślę, że dobra opowieść nie powinna kończyć się zostawieniem czytelnika w czarnej dupie, w której był przecież cały czas. Wątki powinny się rozplątać, a nie pozostać splątane. Dla mnie złe zakończenie to żadne zakończenie :P
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 20 lipca 2017, 21:09

SpoilerShow
gwarant stabilności układu – coś jak wentyl bezpieczeństwakropka

czcili go jak boga, a z drugiej usilnie szukali czegokolwiek, co pozwoliłoby do z panteonu wyrzucić.

Zmienić w jego oczach okrutnego pana na zawistną idiotkę.
z jakiegoś powodu "zmienić" nie brzmi mi z "na", bardziej "w". Zmienić z okrutnego pana w idiotkę. Bo zmienić z okrutnego pana na idiotkę... to "na" bardziej pasuje do "zamienić", sama nie wiem, chyba nie umiem tak naprawdę ubrać w słowa czemu dziwnie to brzmi

Kai, mówiąc o pozyskaniu go do replikacji, mówił oczywiście głównie o aspekcie piromanckim i tak, przy odpowiedniej kalibracji możliwy jest efekt w postaci oddziałów o sporej sile rażenia – Masefield wiedział o tym doskonale.
to jakby takie pomieszanie czasu przeszłego z teraźniejszym, chociaż wiem, że nie do końca. to "jest możliwe" mnie wytrąciło z rytmu, wolałabym "było/byłoby możliwe", znów nie umiem dobrze tego uzasadnić

Sądzę, że gdyby zaatakował się nieprzygotowanego

lobbował za takim składem delegacji, a teraz – skrzywiła się Yorkspacja– wiemy przynajmniej

Dawne metody raczenia sobie z nieposłuszeństwem to byłoby za mało

Ale kiedy Lavalier oderwał na moment rozgorączkowany wzrok od podłogi i podniósł go na Sabakę, dotarło do niego, że w tych oczach jest szaleństwo.
brzmi, jakby to do Lavaliera dotarło.
+ przecież to żadna nowość dla Jurija, takie info


I jeszcze:
Kiedy jest scena tuż przed lądowaniem smoka, ten drugi bodaj podmuch, piszesz, że Rei "zdążył dopaść do ziemi, zasłonił Jindriszkę sobą". Więc wnioskuję, że leżą. On na górze. Potem jednak bardzo szybko i płynnie przechodzisz do tego, że "złapał ją za ramiona" (co w sumie średnio jest wykonalne) i że ona zrobiła "dwa kroki w tył". I nie wygląda to wcale na umyślne pominięcie info o tym, że wstali w międzyczasie. Taki zgrzyt, no bo dokładnie dość opisujesz fizyczne działania tam, więc jednak czegoś brakuje i następuje efekt WTF, czy oni aby na pewno leżeli na ziemi jeszcze sekundę temu
Miałam przerwę i trochę topornie mi się pisze komentarze z sensem. Ale (dotarło to do mnie) irytuję cię pewnie cały dzień, wspominając, że dam komcia, a potem się tak męczę i męczę i go nie ma i nie ma i to jest wkurzające uczucie dla autora - wiem XD także wzięłam się w garść, zebrałam myśli.

Pierwsza sprawa: możliwe, że wpływ ma na to czas (sporo go minęło od kiedy ostatnio czytałam i komentowałam Odpad) i to, że pochłonęłam dwie najnowsze wrzutki bez "rozpędu" i bez odświeżenia sobie atmosfery poprzednich, ale w 100% usatysfakcjonowana nie jestem. Chociaż nie, źle to ujęłam. Może bardziej trafnie brzmiałoby: przeciążyła mnie ta porcja tekstu (podwójna). I chodzi wyłącznie o sferę emocjonalną. Resztę zaraz opiszę niżej, ale żeby ci oszczędzić nerwów zdradzę, że prawie same pozytywy będą szły XD

No więc. Teraz kiedy wspominam poprzednie komentarze i ogólnie to, co było, to błyskają mi sceny rozładowujące napięcie. Była posiadłość McGregorów, było trochę oddechu, w sumie wątki z Olivierem dają namiastkę, bo nie są aż tak dramatyczne. Więc może to miał być ten sygnał dla mnie, że zbliża się ciężka gra emocjami. No i nadeszła. I zostałam pokonana. Najbardziej chyba przeszkadza mi fakt, że to nie poziom ciężkich i trudnych sytuacji był uciążliwy, a jedynie ich ilość. Bo z osobna wszystkie te wątki są świetne i każdy z nich robi na mnie wrażenie z różnych powodów, w sumie mogłabym pisać same zachwyty, a jednak to, że nagle wszystkie postacie mają ciężko, daje się mocno we znaki.
Jest wątek Miguela. Nawet nie będę się rozwodzić - mieszanka szaleństwa i paniki, jak zawsze trudna sytuacja Jurija, tragiczne skutki intryg Ivana i totalna bezsilność. Jest Kai i jego perspektywa - również miazga emocjonalna, rozdarcie, tragiczna miłość. Nie ma wcale radości i triumfu z powodu zdobycia Gargoyle'a, nie widać tego. Widać ból kobiety, którą w połowie Kai będzie zawsze. Dalej. Jest Rei i dobijająco trudne położenie jego i Czeszki. Gorzkie żale w związku z rodziną, człowieczeństwem, zawodzeniem ważnych ludzi wokół siebie, porażką, niegodnością. Dalej. Jest Robert i smutność milion procent + armagedon rodzinny. A pomiędzy tym naprawdę niewiele tematów poza ogólnym przygnębieniem i nostalgią. No przegryw. Przegryw z życiem po całości, wszystkie postacie go odczuły. A, pewnie Amerykanie i Ivan nie, ale o nich z kolei niewiele czytamy.
I ciężko mi w sumie nawet nazwać to zarzutem. To, że mnie zmęczyły te dwa rozdziały. Może tak powinno być. Może wręcz nie da się inaczej, bo skoro sytuacja jest taka jaka jest, zbliża się wojna, a świat tonie w chaosie i strachu, to, kurcze, czemu nagle miałabyś wplatać na siłę jakieś randomowe, spokojne czy wesołe scenki z dopiskiem "M jak Miłość" na przykład, albo takim zwykłym "jest dobrze"? Kolejna, jak sądzę, trudność związana z prowadzeniem tak wielu postaci naraz. I po kilku godzinach rozmyślania nad tym problemem (bo to jednak jest problem, dla mnie to był problem w trakcie czytania) doszłam do wniosku, że nie wiem, jak mogłabyś to zrobić, ale może powinnaś rozciągnąć w czasie tę serię zrozpaczonych nastrojów. Może to Rei przelał czarę u mnie, bo już powalona Jurgensem i przygnębiona Miguelem, dostałam jeszcze Chińczyka wbijającego sobie szpile, bo Mao, bo może już nie jestem człowiekiem, a może w ogóle nic nie ma sensu i w sumie spieprzyłem co się dało. Kuźwa, wiem, że bredzę i niewiele ci ułatwiam, ale chyba ustawiłabym w piramidę ważności to, którzy bohaterowie powinni cierpieć w tych 2 rozdziałach, i tego, który wyląduje najniżej, odłożyć na później. Ja odłożyłabym Reia. Ogromny potencjał jego gorzkich myśli przeszedł u mnie bez echa, bo oddałam tę sferę Robertowi i chłopakom z Opactwa. Po prostu brakło miejsca. Gdyby Kon skupił się na działaniu i bezpieczeństwie dziewczynki, postawił na planowanie i prucie do przodu, a potem, później, gdzieś tam usiadł i pozwolił sobie na żal wobec sytuacji z Mao chociażby, to na pewno doceniłabym te smutne aspekty jego myśli bardziej.
Ale dobra już. Krótko: za dużo zajebistych wątków w tym samym klimacie to katorga, bo ich zajebistość przesłania się wzajemnie. Bo każda jest nieco inna, o innych podstawach. Nie idzie na równi skupić się, zawsze będą pierwsi i drudzy. I trzeci, jak Rei Kon dla mnie.
Czułam ból czytając świetne akapity, tak jak czuję ból zawsze, gdy slow motion w filmach trwa dłużej niż 10 sekund. (a kocham slow motion jak mało co).

Ogromne zaskoczenie zaliczyłam przy scenie, w której Kai leczy Miguela. Samo to, że użyła na nim mocy i (nawet nie musiałam słyszeć tego z jej ust) zrobiła więcej, niż konieczne do wegetacji dalszej. Tak, to było naprawdę mocne. Bo wiedziałam, że chodzi o Jurija. Była to też scena którą widziałam wyraźnie, a to dla mnie ważne. I ogromny wewnętrzny sprzeciw odczułam, kiedy Jurij tak dowalił tymi swoimi "podziękowaniami". Naprawdę myślałam, że będzie czuł ulgę. Wdzięczność. Że powie prawdziwe i szczere dziękuję. Ale nie, bo to przecież on. I jak nie jestem fanką Kai, tak aż mnie w środku skręciło z gniewu, z takiego wściekłego oburzenia. Utożsamiłam się z nią na kilka sekund. W twarz bym dała temu dupkowi, taką miałam myśl, w ten jego rudy ryj powinien oberwać na odlew.
Szok. Się sama zdziwiłam, że tak zareagowałam.

Najmocniejsze momenty i naprawdę cenne czytelnicze chwile, które spędziłam z Robertem (jakże tęskniłam) o dziwo nie były wcale tymi przy stole, czy później, w gabinecie. Najmocniej działał ten opis ogrodu. To, że kiedyś drzewa były niższe, cień wspomnień, kilka słów o Gustavie i w sumie sam Gustav - choć wymienili dosłownie dwa zdania. Tak nienachalnie ukazałaś wszystko: skłonność człowieka do uciekania we wspomnienia, nagłą, obcą sentymentalność, takie zawiechy, zmułki sekundowe, myśli pozornie spokojne. Więź z kamerdynerem (której nigdy tak naprawdę nie rozumiałam w tych wszystkich angielskich filmach i Batmanie) właściwie musi istnieć w takich domach, bo choć do ojca mu daleko, to jednak... no jednak. Ta delikatna nagana, rozumienie podprogowe, wyczucie, niby-bliskość, niby-lojalność, niepojęte dla mnie rzeczy, ale mocne. Cholernie mocne. A potem naprawdę dobrze ci szło trzymanie napięcia i jestem pod szczerym wrażeniem aż do zdania o tym, jak smakowało jedzenie. Później wchodzi Josie i choć autentyczna, psuje mi część frajdy swoim wybuchem. Ale musiała wybuchnąć.
I chciałam też dać ci znać, że to dobre posunięcie było - przeskoczenie tej rozmowy i awantury. Na pewno do napisania byłaby ogromnie trudna. A zachowanie Josie na tyle zasugerowało dalszy ciąg, że mogłaś sobie na to pozwolić.

W skrócie: wysoko oceniam tę scenę z replikowaniem Galux. Martwi mnie, że brak wzmianek o losie Mao przy tym, ale ogólnie Kai w tym przerażającym pomieszczeniu, straszny, odpychający mnie Woronin (niewiemczydobrzenapisałam), ginący żołnierze i to, co się z nimi robi po śmierci, jak beznamiętnie traktuje w procesie łączenia z kopiami Bestii... potworne. O dziwo dopiero to do mnie trafia. Bo wiesz, gdy mówi o tym Jurij, gdy wspominają główni bohaterowie, to mój mózg mówi "meh, jasne jasne czego to ty nie przeszedłeś" czasami. A ci bezimienni mężczyźni w kapsułach, którzy mają zwarcia i są wyłączani... ja pier. to po prostu koszmar. Mieli, sieka mi to myśli. To, że oni są tak naprawdę cenni, przecież wyszkoleni, na pewno nie byle kto ląduje w tych programach... a jednak na jaką skalę i z jaką łatwością nadchodzi śmierć, jak to nic, nic nie znaczy

Dziękuję za te krótkie parę akapitów z Johnny'm i Angusem. Angus? Con... nie, no, tatuś :facepalm: a widzisz, jednak cień oddechu był. To i scena z Emily i Olim. No, ale wracając - zwykle sceptycznie podchodzę do pisania z umyślną zmianą wymowy przełożoną na znaki (tak naprawdę sama stosuję to rzadko, niemal wyłącznie przy zniekształcaniu chwilowym, gadaniu w trakcie jedzenia czy coś) a tu jest no taka mowa gór, jak to Joa chyba w sztambuchu ujęła, gwara... Em, no fanką nie jestem, coś mnie zawsze spina i usztywnia, gdy takie zdania czytam, ale właściwie nie udało ci się wzbudzić negatywnych odczuć, a to już sukces. Spiełam się, tak, ale bez powodu. Przeczytałam i było dobrze, nawet powiedziałam to i owo na głos, żeby lepiej przyswoić.
Kocham zdanie o samozwańczym królu i przekazywaniu tajemnej wiedzy o bimbrze, po prostu klasyk i mistrz XD naprawdę się uśmiechnęłam szeroko. I Johnny też taki w tej scenie (o dziwo) męski, dojrzały. Jak nie on. Choć niewiele się dzieje i niewiele słów pada. Rudy przy swoim tatku wydał mi się niezwykle poukładany przez kilka akapitów. To fajny, ciekawy efekt. Często myśląc o nim zaczynam doceniać tę właśnie męską stronę głównie przez pryzmat związku z Emily, a tu jeszcze doszła taka zdrowa, przyjemna relacja z ojcem. Wychowany syn. Sama nie wiem czemu tyle myśli, w końcu to tylko bimber i parę zdań o polityce... t~t może ja go po prostu lubię?

Sceny z Jurijem i Miguelem są dla mnie bardzo ciężkie do składnej oceny, wyczuwam, że zaczęłabym znowu jakiś esej jak wyżej, jakiś swój durny bełkot debilki. Ciężko mi pisać o tym, bo i ciężko zrozumieć. Muszę przyznać wreszcie, że nie rozumiem Jurija. Lubię go czasem, jaram się nim czasem, czasem mnie wkurza i czasem mi go żal, ale nadal nie rozumiem ani jego, ani Wolborg, ani zasad ich relacji. I nie chcę (doszłam do tego wniosku późno) chyba wcale go poznawać. Nie mam potrzeby. Jest postacią, co do której wcale nie mogłabym powiedzieć, że wiem lub domyślam się, co zrobi w następnej scenie, w pierwszym odruchu. Nie wadzi mi to, jednak mocno utrudnia odczytywanie emocji, przekazu i pewnie sporej części głębi w interakcjach z Miguelem. Ta więź jest dla mnie czytelna wyłącznie ze strony Argentyńczyka (choć też nie do końca) i nawet ta wypowiedź Jurija, gdy wprost odpowiada Kaiowi, tylko potwierdza mi fakt, że nigdy nie zrozumiem. Nie, to mnie przerasta. Czemu tak ci na nim zależy? Bo mnie wkurwia i mam go dość. I... i no nie, nie umiem odczytać co się za tym kryje. Bo to nie jest wcale odpowiedź na "odwal się", spławienie Kaia. Nie. To jest właśnie szczery powód, tak myślę. Miguel się Jurija nie boi, przyciąga go to, co innych odstrasza... No i ja czuję się tutaj obserwatorem. Nie mam odwagi wydać osądu. Nie wiem co dzieje się z winy Ivana, a co trwa od X lat, rozpoczęte już w RIPie. Dlatego nie napiszę ci niczego, nawet swoich własnych myśli na temat uczuć tych dwóch mężczyzn do siebie, ich najszczerszych podstaw. Bo wciąż czuję, że musi chodzić o coś więcej niż napisane jest wprost, a to coś umyka mi tak samo jak umyka nieuchwytny charakter Jurija.
Napiszę więc tylko, że szaleństwo Miguela nie wstrząsnęło mną - systematycznie orałaś grunt, byłam gotowa. Choć sceny są mocne, omamy silne, Jurij jest wilkiem a łóżko stołem operacyjnym, mój odbiór opiera się głównie na współczuciu i żalu, nie na przerażeniu czy szoku. Myślę, że to dobrze. Jestem pogodzona z chorą psychiką Miguela tak samo jak on jest pogodzony ze swoją rolą chwilami. Ale, eheh, em, cóż, wyskok przez okno był niespodziewany. Bardzo.
I ten moment, kiedy otworzył oczy, leżąc rozwalony na ziemi - makabra. Widziałam to. Dziękuję za wrażenia.

Rei i Czeszka - tu się streszczę, bo meeeaakulpa, pisałam wyżej, Rei wylądował w mojej piramidce najniżej. Ogółem jest świetnie. Ze strony Jindriszki bardzo przekonująco i bardzo autentycznie jeśli chodzi o reakcje, emocje. Chciałam, tak bardzo chciałam, żeby złapała go za rękę, tak jak ona sama chciała. I zaciskałam zęby, kiedy odsunęła się przed dotykiem. I jednocześnie klęłam z żalu i gratulowałam ci w myślach, że uzyskałaś ten efekt. Wierzę w Jindriszkę, wierzę też w zdolność Reia do poświęceń. Jego szlachetność jest dla mnie czymś wielkim, nawet gdy zamiast ją docenić, chłop się katuje myślami o tym, że zawiódł.
Wejście Takao... nie mam za bardzo podstaw do jakichś uczuć względem niego, w RIPie głównie było mi go szkoda. Kenny... podobnie, jestem bez zdania. Cieszę się jednak, że Rei i Czeszka ich spotkali i bardzo, bardzo ciekawi mnie, jak to się dalej potoczy.

Tak bardzo postawiłam się na miejscu Josie, gdy padło pytanie "czemu nie wszyscy są połączeni" w twarz Roberta. Tak bardzo chciałabym (jak Krin) dostać garść bezpośrednich wyjaśnień. Jestem jednak cierpliwa. I zadowalam się odpowiedzią Roberta. Uwielbiam go.

Czekam na wyrok Roberta w sprawie zaufania do Oliviera. Czekam tak cholernie na rozmowę Kaia z Miguelem. Czekam na dalszy ciąg z Claude'm (bardzo kocham scenę z nim, kocham reakcję tego chłopaka, ulgę w spojrzeniu, kocham kalkulacje Tavareza, kocham rozgraniczenie między Reia a jego dzieci, brak bezsensownej, głupiej zemsty, to mnie aż uniosło, facet dba o te dzieciaki, nienawidząc ich ojca...) i w ogóle czekam na wszystko.

Bardzo wielkie sory za pominięcie wszystkiego, co ważne :facepalm: jeśli nie wspominam tu o scenach jakichś, to znaczy, że nie ma niczego do czepienia się. I wiem, szkoda, że nie komentowałam osobno tego i poprzedniego rozdziału. Poświęciłabym im więcej miejsca.
Dostałaś komentarz rozgrzewkowy :bag: i nieczytelny. Raszam.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 21 lipca 2017, 14:21

Przeczytałam w przerwach pracowych 1/2. Właściwie czysty spoiler z CS-em mam dla Ciebie na razie, doczytam, dopiszę, zedytuję posta i dam znać :3
SpoilerShow
Woronin uniósł siwiejące, czarne brwi, ale zaprotestował już nawet słowem.
Jakieś nie z pośpiechu zeżarł.
Jak mówił – ani jedni, ani drudzy nie są estetycznie doskonali, a po zdjęciu ubrania zazwyczaj w ogóle nie spełniają podstawowych wymogów dobrego smaku.
Zachwyciłam się. Łza wzruszenia. Chichot. Cóż. Prawda. Nie można zaprzeczyć xDDDD
Może jednak powinna przemyśleć pewne sprawy.
A może dopiero po czterdziestce.
A MOŻE JEDNAK JESZCZE NIE?
:P
– Nie, nie wiedziałem. Nie sądziłem, że pójdzie to w tę stronę. Ale miałem pewne… poszlaki. O tym między innymi chcę porozmawiać. Bo chyba podbiję stawkę do trzech.
– Co…?
– Nie tutaj.
To wcale nie brzmiało uspokajająco. Brzmiało jak wstęp do prawdziwych kłopotów.
– Będę cię też próbował namówić, żebyś jednak poinformowała szefa – dodał Olivier. – Pewne wątki tej sprawy mogą zmienić naprawdę wszystko.
Uświadomiłam sobie właśnie, jak wielki szacun wzbudza we mnie Oliver i jak ja go lubię o.O
Póki z rzutu zachowywał się przynajmniej jeden w pełni sprawny żołnierz, Kai nie marudził, zwłaszcza w przypadku programów mniej strategicznych i bardziej eksperymentalnych, a do takich z pewnością należała replikacja Galux. Co innego, gdy kwestia dotyczyła produkcji Połączonych przeznaczonych już do konkretnych zadań i potrzebnych w ściśle określonych ilościach, ale ludzie Woronina, Papowa i szefów odpowiedzialnych za inne aspekty dbali, by produkcja nie ustawała i straty były szybko wyrównywane.
Brrr... tak bardzo...
Zadbał więc o to, by opracować plan awaryjny, który z czasem – wobec bardzo zadowalających wyników – stał się planem przebudowy całego państwa. Za parę, paręnaście lat miało szansę stać się twierdzą nie do zdobycia, kiedy repliki Storm Pegasus będą w pełni odpowiadały za sieć elektryczną, a Seaborg oraz Draciel za ciągi wodne. Trwały też prace nad dostosowaniem kopii Falborg do precyzyjnego zawiadowania warunkami atmosferycznymi.
Ma rozmach... To się nazywa władać światem.
i Emily poczuła po raz kolejny przypływ podziwu dla jego lojalności.
i Siem takoż
– I z Jurijem też nie będzie tak prosto – ciągnął Francuz. – Zwłaszcza jeśli jest z nimi też Rei. To nie są ludzie, którzy będą grzecznie siedzieli w kryjówce, jaką im wyznaczysz. To nie jest uczciwe wobec Roberta, bo jednak istnieje pewien konflikt interesów, a dajesz im przewagę. Lepiej byłoby to napięcie zawczasu rozładować, nie uważasz? Przemyśl to, proszę.
Chwilę szli w milczeniu i tylko morze grzmiało nisko, aż wreszcie Emily przystanęła i zmierzyła Oliviera uważnym spojrzeniem.
– Ty i tak mu powiesz, prawda?
To jest świetne. Wydaje mi się, że ta ostatnia wypowiedź Emily jest zbędna. Niepotrzebnie rozrzedza moc.
Jurij odnosił wrażenie, że więcej jest wzajemnych podejrzeń i niechęci między poszczególnymi grupami wychowanków. Jakby Papow w jakiś sposób pchał ich ku brudnym zagrywkom także – a może przede wszystkim – między sobą. Jakby prowadził nimi swoje parszywe szpiegowskie wojenki na małej skali.
Spryciarz cholerny.
– Chwila – burknął pochylony nad łóżkiem Jurij. – Tylko skończę.
Dokładnie wytarł maszynkę w ręcznik, obrzucił Hiwatariego przelotnym spojrzeniem i wrócił do pracy.
– Nie lubi być zarośnięty – rzucił jakby na pół do siebie, jakby jednak czuł potrzebę, żeby się usprawiedliwić. – Mówił, że mu się źle kojarzy.
Kocham <3 <3
On, który jako jedyny na świecie Jurija kochał.
Badum tsss...
– Nie wiem – syknął jednak Sabaka z irytacją. – Wkurwia mnie. Wszystkim. Tym, jak mówi, jak przeciąga słowa, jak się zawiesza wpół zdania, jak łazi, kręci się jak gówno w przeręblu, jak wzdycha, jak macha tymi łapami, jak patrzy, jakbym mu nasrał do kieszeni. Jak mu się wydaje, że wszystko rozumie. Nie ma nic gorszego niż ludzie, którym się wydaje, że rozumieją. Mam mu ochotę przywalić w ryj średnio raz na minutę, a raz na godzinę zabić. Jest ślepy, popierdolony, gada przez sen i mnie orzygał. Od początku mnie wkurwiał. Zawsze. Nawet teraz mnie wkurwia. Mógłby się obudzić.
– Ciebie ogólnie ludzie wkurwiają – zauważył Kai.
O matko, jak lubię, lubię, lubię. Jaki ten dialog jest w ogóle normalny. W sensie - dwoje ludzi, nie feldmarszałek i generał.
– Wolborg też nie rozumie.
Kolejny lodowaty dreszcz przebiegł Kaiowi po szczupłych plecach. Zacisnął usta.
– Myślisz, że dlaczego pozwoliła mi odejść tak daleko? – ciągnął Sabaka bezlitośnie. – Nawet ona ci nie ufa.
Kurna, i znów bym to widziała bez ostatniego zdania, na zaciśniętych ustach moim zdaniem wystarczy skończyć. Nie wiem, coś mię się zrobiło nowego w odbiór o.O Po prostu jakoś mam wrażenie, że bez dopowiedzenia groźniej brzmi.
– Mi też zrób herbaty.
Rei niemal widział, jak plecy Japończyka rozluźniają się w głębokiej uldze.
– Naprawdę, straciłem wszystko, Kenny – mówił dalej, patrząc na proces przygotowywania naparu. – Amerykanie zabrali mi dzieci i kraj, Rosjanie żonę. Ale nie chcę myśleć, że wszystko, co mi zostało, to zemsta. Szesnaście lat żyłem zemstą i oto, gdzie jestem. Więc nawet jeśli kiedyś… miałem żal, to teraz zwyczajnie nie mam na to siły.
<3 Dobre. Dobrze, że to mówi, dobrze, że mówi to dalej o Mao. Dobrze, że wcześniej rozkminia to, jak wygląda z boku.
– A gdybym ci powiedział, że tak, Kenny? – Kon uniósł brwi, patrząc na Japończyka.
Miguelito Zbawiciel <3 Lubię tę wizję.
– To jak, synek, bydzie latoś kurwica? – spytał Conan Angus Corc Artair McGregor, nie wyjmując fajki z zębów.
XDDDDDDDD czekałam na nich <3
Jurij dopadł do okna, odpychając z wściekłością łóżko, ale nie zdążył.
– Miguel!
Plac ćwiczeniowy był o tej porze niemal pusty, ale i tak rozległ się krzyk przerażenia. Ciało uderzyło w beton ciężko jak pocisk.
– Kurwa! – Ivanow wychylił się gwałtownie przez parapet.
Nie było krwi. Nie było pierdolonej krwi, tylko rozrzucone na betonie kończyny, zgięty korpus i dziwnie odchylona głowa.
– Kurwa, kurwa, kurwa…
Ciało drgnęło. Otworzyły się oczy.
– Pierdolę, nie pozwólcie mu wstać! – ryknął Sabaka do stojących na dole ludzi.
Niby wiedziałam przecież, że mu to nie zaszkodzi i w ogóle wiem przecież, ale boję się jego szaleństwa.
– Namawiam cię do rozsądku, Miguel. Współpracuj.
Ale nie, tak nisko jeszcze nie upadł.
Ciężkie zakończenie. Opada na dno żołądka i ciśnie.

No to przeczytałam do końca w domu, jak widać :D Ulubiony kawałek to rozmowa Emily z Olivierem. Naprawdę. Z jakiegoś powodu pokładam w nich ogromną wiarę. Ogarną to.
Także - MASZ SMOKA! Opiekuńcza poza Takao wokół Jindriszki <3 Podoba mi się też Kenny - to, co w tej postaci jest świetne, to jej ukierunkowanie na cel. I on ciągle ma ten sam cel. Ważny jest Takao, próbuje się zająć Jindriszką - tak, on jest skupiony na ukrywaniu się, na niepozwalaniu na wykorzystywanie się, nie jest człowiekiem czynu, ale jest konsekwentny. Ciekawam, co dalej. Czy coś go wypchnie z tego stanu. Czy zacznie walczyć. Rei okazuje coraz więcej środka. Wpuszcza nas wreszcie, może trochę tak jak siebie samego - ta niemoc medytacji i jednocześnie wejrzenie czytelnika we wnętrze Reia, w takie miękkie wnętrze, w człowieczeństwo - bardzo mi to ładnie współgra.
A ten nowy trójkąt, który tu się właśnie rysuje - Kai, Jurij, Miguel - wzbudza sporo uczuć. Dobrze mi się to czytało. Lubię.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 01 sierpnia 2017, 19:15

1/2
ROZDZIAŁ XXIII
WHEN THE SNOWS FALL AND THE WHITE WINDS BLOW,
THE LONE WOLF DIES, BUT THE PACK SURVIVES


Rosja
Tego Rei się właśnie obawiał – że kiedy już w końcu zaśnie, bezpieczny, w cieple i na miękkim, czystym posłaniu, obudzi się zwyczajnie i po ludzku chory. Nie spodziewał się oczywiście, żeby to miało potrwać długo, może trzy dni, może nawet nie, ale jednak zatkany nos i bolącą głowę przywitał jękiem niezadowolenia.
Z drugiej strony, pomyślał, przecierając zapuchnięte oczy, skoro przejmuję się takimi drobiazgami, to chyba znaczy, że nie jest tak źle.
I faktycznie nie było. Rei usiadł powoli, choć jego kręgosłup miał wyraźnie inne plany na najbliższą wieczność, odgarnął koc i chwilę rozkoszował się chłodem, jaki uderzył w rozgrzane, oblane potem ciało. Nie był to chłód śnieżnych nocy spędzanych w rozpadających się chatach lub szopach, gdy kulili się z Jindřišką zawinięci, w co się dało, a taki normalny, przyjemny – temperatura po prostu niższa niż w kokonie z ciężkiego filcu.
Zza ściany dobiegały stłumione głosy rozmowy i – co Kon uświadomił sobie nagle, wstrzymując oddech – śmiech. Śmiech, którego nigdy jeszcze nie słyszał, choć czasem wyobrażał sobie, jak mógłby brzmieć. Dziewczęcy, wysoki chichot szczerego rozbawienia, chociaż trochę tłumiony i nieśmiały. Delikatny jak sama Jindřiška.
Rei poczuł, jak i kąciki jego własnych ust lekko się unoszą. Miał wrażenie, jakby coś spadało mu z barków, jakby pękała jakaś skorupa wokół serca. To była ulga, jakiej nie doświadczył od bardzo, bardzo dawna. Jakiej w sumie nie spodziewał się już doświadczyć, powoli godząc się z myślą, że czegokolwiek nie zrobi, i tak oboje znajdują się na równi pochyłej. Teraz wiedział już, że po raz kolejny się pomylił, ale akurat tak chciałby się mylić codziennie.
Jindřiška i Kenny rozmawiali o czymś dość ożywieni – no, głównie jednak to Saien mówił – i Chińczyk postanowił, że nie będzie im na razie przeszkadzał. Chciał tego czy nie, jego obecność wprowadzała pewną sztywność i gęstniało od niej powietrze. Dawniej, jeszcze jako dzieciak, a potem bardzo młody człowiek, był dla członków swojej paczki – tej czy innej – kimś w rodzaju ostoi. Nigdy nie znajdował się na pierwszym planie, zawsze stał pół kroku za resztą, a na pewno za Takao i Laiem, liderami drużyn, dla których walczył, skryty trochę w cieniu, ale właśnie po to, by w razie czego pozostali mogli się do niego odwołać jak do wyższej instancji. Do jego osądu, do jego bardziej zasadniczego i praworządnego niż emocjonalnego umysłu. Wtedy jego obecność wprowadzała spokój. Równowagę. Mógł być dużo silniejszy i bardziej utalentowany, niż wymagała tego jego pozycja, ale nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby ją zmienić. Nie czuł potrzeby. Zdecydowanie wolał ustosunkowywanie się od nadawania tonu.
A potem sam wysunął się na czoło i nagle okazało się, że te same cechy, które czyniły go dobrym, solidnym towarzyszem, mogą przerażać i odstręczać. Zresztą nawet wówczas, gdy zasiadał na cesarskim tronie, nie czuł się przekonany. Od bycia przekonaną miał Mao. Powtarzała mu wielokrotnie, że to słuszna droga, jego przeznaczenie jako Białego Tygrysa, podpierała się niemal już zapomnianą, zmiecioną przez rewolucję mądrością przodków. Potem wydawało się, że kolejne wydarzenia tylko potwierdzają jej tok rozumowania. Kraj dojrzał do zmiany i zmiana ta mogła zwracać się nawet ku utraconej przeszłości. Ta bowiem oznaczała wielkość, a wzrastające na globalizmie, wycofaniu Ameryki i tarciach w NATO niepotrafiącego zająć stanowiska wobec Rosji Chiny znów były wielkie i silne, a jednak otoczone cieniami wciąż nie do końca zbadanych, nowych zagrożeń. Demokracja ludowa tu i ówdzie zaczynała pękać, coraz więcej było w partii ludzi o reformatorskich zapędach, częściej mówiło się o ewolucji niż kolejnej rewolucji.
Oczywiście nic nie stało się z dnia na dzień, a droga do Zakazanego Miasta nie biegła prosto. Oczywiście nic nie było takie łatwe, jak Mao wyobrażała sobie po ich powrocie z Moskwy, gdy Rei wciąż jeszcze leżał w szpitalu po amputacji nogi, nawet nie śmiąc marzyć o tym, że kiedyś znów będzie poruszał się swobodnie. Ale też nieczęsto ludzie zyskiwali moc władania elektrycznością i nieczęsto doświadczali proroczych wizji. Trzeba było rozkopać wiele grobów, wskrzesić zapomniane idee, powoli przekonywać ludzi, że to, co czyni silnym, to to, co wyróżnia, a dziedzictwo kulturowe całej Azji może stać się spoiwem dla przyszłego mocarstwa, którego ośrodkiem i głową byłyby właśnie Chiny. Zresztą Rei nie doszedłby tak daleko, gdyby nie ludzie sądzący, że zdołają wykorzystać wizerunek naznaczonego przez bogów młodzieńca.
A jeśli na tym to wszystko polega?, myślał, rozmasowując obolałe skronie. Tylko na tym, że na fotelach światowych przywódców wylądowali nieodpowiedni ludzie. Nie źli. Nie tyrani i nie potwory, a po prostu nieodpowiedni ludzie.
Może jeden Robert. Może. Skoro tak wiele sił grało przeciwko niemu, musiał być niebezpieczny – bardziej niebezpieczny niż wskazywała na to marionetkowa funkcja sekretarza generalnego ONZ. Kon miał niemal pewność, że gdyby Jürgens dostał w swoje ręce więcej, wiedziałby, jak tym zarządzać. Niekoniecznie z korzyścią dla Chin, a już na pewno nie z korzyścią dla Rosji, ale skutecznie. To, że za Robertem osobiście nie przepadał i patrzył na niego podejrzliwie, nie wykluczało głębokiego szacunku. Takiego, jakim darzy się szlachetnego przeciwnika w uczciwym pojedynku.
Z perspektywy czasu tamte rzucone w Pekinie oskarżenia wydawały się kompletną bzdurą. Teraz Rei wiedział już, że nie przemawiał przez niego rozsądek, a strach i paranoja. Owszem, Jürgens nie wahał się zwykle, gdy miał użyć kogoś w swojej grze, ale na pewno nie pozwoliłby na taką tragedię. Kon poczuł to już wówczas, gdy wraz z Miguelem – zdawałoby się, że po wszystkim – uciekał z lotniska, gdzie zbierali się ocaleni z pogromu. Taki akt terroru nie leżał w naturze Niemca ani żadnego z jego najbliższych współpracowników. Ale trzeba było więcej czasu i przestrzeni, by wnioski wreszcie zaczęły układać się w całość.
Trzeba było oddechu i spokojnie przespanej nocy w cieple.
Oczywiście teraz, gdy Rei dostał ostatni element układanki w postaci Jindřiški i jej relacji o tajnych działaniach Amerykanów, wszystko było stokroć łatwiejsze. Wrogowie zyskali twarze – twarz Kaia Hiwatariego i twarz Judy Mizuhary – pozostali przesunęli się po spektrum w kierunku potencjalnych sojuszników. To było stokroć lepsze niż las niewiadomych, przez który nie potrafił przeprowadzić Kona Bai Hu. Oby w ostatecznym rozrachunku okazało się też warte przelanej krwi.
Rei rozejrzał się i zauważył, że proteza leży nieco inaczej, niż zostawiał ją przed zaśnięciem. Była też oczyszczona, a kilka drobnych części odbijało się od reszty odcieniem materiałów.
Kon nawet o to nie prosił. Nawet nie wspomniał słowem, że przydałyby się przegląd i konserwacja mechanizmów. Kenny zauważył to sam i aż cień sentymentu ścisnął gardło Reia na wspomnienie starych, dobrych czasów, gdy to wszystko – oni – po prostu działało. Nikomu wówczas przez głowę nie przeszło, że dorosłość okaże się taką porażką.
Chińczyk zaparł się rękoma, chciał wstać, ale wówczas zakręciło mu się w głowie. W ten charakterystyczny sposób, który niewiele miał wspólnego z wyczerpaniem, za to zwiastował nadciągającą wizję.
Rei prychnął gorzko. Teraz? Naprawdę? Po tylu dniach ciszy i błądzenia w ciemnościach, gdy tak bardzo potrzebował wskazówek?
Nie, nie zamierzał na to pozwolić. Przez tyle lat był posłuszny, przez tyle lat wypatrywał odpowiedzi i nie dostał żadnej – zamiast nich jedynie mętne i niejednoznaczne obrazy, które sprowadziły go na manowce.
Teraz to on przejmował dowodzenie, bo Biały Tygrys mógł być bogiem, ale oznaczało to między innymi, że nie rozumie ludzi. Dał temu wyraz wielokrotnie.
Rei nie mógł nie pomyśleć o Takao. Jak radził sobie Kinomyia z innym Strażnikiem Nieba wrośniętym w siebie tak bardzo, że stanowili już jedno ciało? Jakim cudem to znosił?
Nie było go w kryjówce. Pewnie krążył samotnie ponad rosyjskimi lasami, być może całe dziesiątki albo nawet setki kilometrów stąd. Czym się zajmował? Kon zadrżał na wspomnienie tego, co zostało z naukowej ekspedycji, którą napotkali w okolicach Toropca. Oraz na wspomnienie paru zniszczonych doszczętnie wsi, których nie mogła dosięgnąć wojna z Chinami. Czy Kenny o tym wiedział? Czy zdawał sobie sprawę? A może tylko odwracał wzrok, nie chcąc przyjąć do świadomości, kim stał się jego przyjaciel?
Rei nie mógł nie zadać sobie pytania, czy i on nie zmierza w tym samym kierunku, czy to nie stąd wynika utrata człowieczeństwa – choćby odbywała się mniej spektakularnie. A Kai? W jego głowie też przecież mieszkała święta Bestia. I też, patrząc na jego wybory, coraz trudniej było uwierzyć, że istota ludzka byłaby zdolna udźwignąć taki ciężar konsekwencji tak świadomie bez postradania zmysłów.
Niewiadomych dotyczących Bestii i ich faktycznego wpływu na ludzkość wciąż było szalenie dużo i Rei uświadomił to sobie nagle, jakby po latach odwiązał opaskę zasłaniającą oczy. Może spotkanie z Emily powinno dojść do skutku nie tylko ze względu na Jindřiškę. Nawet do Chin docierały echa wieści o jej pracach i badaniach. Zgłębiała temat. Co, jeśli to ona, a nie Bai Hu, dysponowała odpowiedziami?
Wyciągnął się niezdarnie, po cichu przeklinając obolałe ciało i przysunął bliżej protezę.
Jest podłączona do Bestii? – pytała Jindřiška.
Tam też był Połączony bez nóg.
Rei potrząsnął głową, odganiając wspomnienie. Nie był do końca pewien, czy zostało podsunięte przez jego własny umysł, czy przez Białego Tygrysa. Nie zamierzał tego rozstrzygać, bo nie zamierzał się w to zagłębiać.
Musiał działać tu i teraz i już wiedział, gdzie leżą rozwiązania przynajmniej części problemów. Nie chciał pozwolić, by znów ukryły się przed nim w gąszczu niejasności.


Opactwo
– Dygoczesz. Zimno ci?
– Nie – odparł sucho Miguel.
– Nie chcę, żebyś się bardziej rozchorował.
Jedno krótkie spojrzenie powiedziało Kaiowi, jak ta uwaga została odebrana – w jego oczach Hiwatari zobaczył swoje odbicie jako wcielenie wszelkiego zła. Bez prawa do tęsknot i ran. Lavalier nie miał nawet nikłej szansy, żeby zrozumieć, co jeszcze leży na szali obok jego życia. Tych niemożliwych do zaspokojenia, a tak prostych pragnień usiłującego z nim racjonalnie rozmawiać człowieka. Nie on, któremu wszyscy tak łatwo i szybko wybaczyli współpracę z Barthezem oraz oszustwa, w którego nawrócenie uwierzyli z miejsca, bo był przystojny i ze dwa razy się uśmiechnął. Którego pokochali niemalże z urzędu, choć nigdy nie należał do najzdolniejszych w światowej czołówce i pochodził z Ameryki Południowej – rejonu dla bladeingu kompletnie bez znaczenia.
W Hiwatarim aż gotowało się, gdy o tym myślał. O tej niesprawiedliwości. O całym wylanym kwasie. O zaszłościach i tym, jak wszystko mogłoby wyglądać w innym świecie.
O ile wyglądałoby w ogóle. O ile bez tego bagażu i przejść cokolwiek by dla siebie znaczyli – Jurij dla Kaia i Miguel dla Jurija.
Pewnie by się w ogóle nie poznali. Każdy dorósłby i żył na swoim końcu świata, najprawdopodobniej szczęśliwszy, choć nie mając o tym pojęcia i pewnie nie potrafiąc tego docenić.
– Nie jest… mi… – zaszczękał zębami Lavalier.
– Nie ma potrzeby tego pogarszać. – Kai odchylił się na krześle, mrużąc oczy i mierząc spojrzeniem Argentyńczyka oraz leżący w jego nogach koc. Nie ruszył się jednak, by go rozłożyć. „Nie” znaczy „nie” i ludzie powinni to rozumieć. – Sytuacja jest, jaka jest, a ty nie masz wielu opcji. Gargoyle’a zreplikuję tak czy inaczej, więc dla dobra sprawy możesz uznać ten punkt za odhaczony. Spójrz ponad to. Na szerszą perspektywę. Chyba nie uwierzyłeś propagandzie? Nie ty. Nie wierzę w to. Wiem, że minęło szesnaście lat i obaj się zmieniliśmy, ale to, co pamiętam, to człowiek, który sparzył się na propagandzie wystarczająco, żeby pozostać przynajmniej sceptycznym.
Z twarzy Miguela nie dało się wyczytać niczego, bo znów odwrócił ją do ściany. Drżały ramiona w objęciach pasów, zaciskały się pięści. Z ust wychodził cichy, jednostajny dźwięk, w którym nie było słów, nawet po hiszpańsku. Trwał może parę sekund, a potem rozpłynął się w ciszy. Tu, w pomieszczeniu pozbawionym okien, nie było słychać głosów z placu ćwiczeniowego. Niewiele też niosło się korytarzem – czasem jakieś kroki, urywki rozmów między Proktowicielami. Może w innych warunkach Hiwatari nawet by tego jęku nie zauważył.
– Słuchasz, co do ciebie mówię?
Nie było odpowiedzi. Kai prychnął i rozprostował nogi.
– Dobra, wiem, że słuchasz – stwierdził. – Możesz się zachowywać jak dziecko, możesz się upierać, że nie masz dreszczy i czujesz się świetnie, ale nie jesteś dzieckiem i wiemy o tym obaj. Wiem też, że możesz mieć do mnie… Nie, „żal” to nie jest odpowiednie słowo. Pewnie gdybyś mógł, zabiłbyś mnie gołymi rękoma. Powiedzmy, że zdaję sobie sprawę z twoich uczuć do mnie. Ale nie myśl o przeszłości. Przeszłość była szesnaście lat temu. I zakończyła się czymś, co, sam przyznasz, można nazwać kompromisem.
Ciało Miguela szarpnęło się w kolejnym spazmie, głowa odskoczyła na moment w tył. Może to była po prostu reakcja na leki uspokajające. Może ból, bo jakkolwiek upadek z czwartego piętra nie zdołał go nie tylko zabić, ale nawet poważnie uszkodzić, to całą prawą stronę pokrywały sińce, a bark został stłuczony.
– Nie zostawiłeś mi wyboru – wychrypiał Lavalier, mozolnie wracając do poprzedniej pozycji i walcząc z ruchami mimowolnymi.
– Mogłeś uciec. Mogłeś zrobić cokolwiek, ale ledwie dwa dni po tym, jak poszedł list gończy, oddałeś się w ręce policji, a potem nawet nie walczyłeś podczas rozprawy – przypomniał Kai. – Chciałeś tego.
– Nie.
– Chciałeś tego.
– Nie! Ja… byłem po prostu…
Argentyńczyk nie dokończył. Hiwatariemu wydało się, że usłyszał jeszcze parę słów w jego ojczystym języku, ale nie był pewien.
– Nieważne – uciął. – Tak czy inaczej, to było dawno. Teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej i my jesteśmy kimś innym. Nie każ mi w kółko powtarzać truizmów. I daj sobie otworzyć oczy na pewne kluczowe kwestie. Po pierwsze, nie jestem tyranem. Wiem, że łatwiej ci w to wierzyć, ale nawet nie ja wywołałem tę głupią wojnę. Nie leżała w moim interesie, wierz mi. Tylko nas osłabia i odwleka to, do czego naprawdę dążę. Gdyby choć jeden z tych twardogłowych idiotów z Zachodu raczył spojrzeć na fakty, a nie na własne zranione serduszko, zobaczyłby nową Rosję. Moją Rosję. Ten kraj zawsze był biedny, rozdmuchany. Takie fasadowe mocarstwo, w którym ludzie gotowali własne buty i paski, żeby nie umrzeć z głodu, i pili na umór, żeby nie zwariować. Ja z tym walczę. Replikuję Bestie do celów wojskowych, tak, ale początkowo nie planowałem puszczać w to aż tyle pary. Tylko niezbędną ilość, dla odstraszenia i zachowania porządku, bo tu wszyscy są przyzwyczajeni do rządów siły. Ja chciałem zmienić ten kraj i nadal chcę to zrobić. Zależy mi, żeby był stabilny i bezpieczny, tylko tyle. Ale ponieważ to Rosja, patrzy się na nas podejrzliwie. I ponieważ to ja. Hiwatari. Ale to ja, tyran, buduję nowe szpitale, szkoły, fabryki i drogi.
– Nie rób z siebie ofiary – prychnął Lavalier gorzko. Jego ciało uspokajało się stopniowo, choć skurcze jeszcze dwa czy trzy razy uwydatniły ścięgna na szyi.
– Nie rozumiesz. Mam w dupie twoje osobiste zdanie o mnie i współczucie. Chcę tylko, żebyś zrozumiał jedno: to nie ja jestem winny wojnie. To nie ja doprowadziłem do wyścigu zbrojeń. Musiałem się bronić. Natomiast moim celem jest zapanowanie nad tym, co się dzieje z Bestiami. I gówno mnie obchodzi, naprawdę, czy to ja będę pociągał za sznurki, czy ktoś bardziej ode mnie świadomy, chociaż na razie kandydata nie widzę. Po prostu kiedyś dojdzie do prawdziwej tragedii. Do czegoś znacznie gorszego niż to, co dzieje się teraz. Spójrz na Brooklyna. Pomyśl przez chwilę o tym, co czai się w jego głowie. I jeśli kiedyś wybuchnie, to my nie dysponujemy żadnymi środkami, żeby nad tym zapanować. Tu naprawdę nie chodzi o władzę, Miguel. Chodzi o kontrolę i sądziłem, że to zrozumiesz. Zwłaszcza po tym, co stało się szesnaście lat temu na stadionie.
Tym razem reakcja była gwałtowniejsza i bardziej świadoma. Lavalier chyba chciał się odruchowo skulić. Szarpnął za pasy i łóżko pod nim jęknęło. Kai widział, że Argentyńczyk zamyka oczy i zaciska usta. I słusznie. Powinien żałować.
Tak naprawdę wszyscy powinni żałować, choć tamte sto osób wydawało się kroplą w morzu późniejszych nieszczęść. Ale powinni żałować właśnie braku kontroli i własnej ignorancji.
– Gdybyśmy wcześniej zadali sobie pytania, czym naprawdę są Bestie i jaka jest ich rola w naszej rzeczywistości, wszystko wyglądałoby inaczej – mówił Kai dalej. – Twoje życie też. Wiem, że nie radzisz sobie z tamtą winą i późniejszymi, które z niej wniknęły. Wiem o tobie więcej, niż sądzisz. Bo raporty Ivana, owszem, ale nie tylko. Zresztą możesz o mnie myśleć, co chcesz, ale ja też nie jestem pozbawiony sumienia. Wiem, co to koszmary. To nie ja wymyśliłem cztery syntetyki posłuszne Dranzer. Za tym stał Balkow. To była jeszcze stara koncepcja, ta, którą chciał wcielać w życie do spółki z moim dziadkiem. Wtedy faktycznie chodziło o wojsko. Dlatego Wolborg miała tak wysoki status i dopracowano ją w takich szczegółach. Miała być czymś znacznie więcej niż kluczem otwierającym drogę do panowania nad lodem. To zwiad i doradca w jednym. Coś jak SI z filmów o żołnierzach przyszłości. Wbudowany moduł wyostrzający zmysły, zapewniający widzenie po zmroku, przyspieszone reakcje i doskonałą orientację w terenie. W nowym modelu te cechy nie są ważne, ale wtedy nikt nawet nie myślał, żeby wykorzystywać Bestie do zawiadywania wodociągami czy siecią elektryczną. A to jest przyszłość, Miguel. Nie wojna. Alternatywne źródła energii, ekologiczne systemy, symbioza ludzi i sztucznej inteligencji dającej nadnaturalne moce.
– W skrócie: chcesz palić ludźmi w piecu.
– Nie. Chcę, by w przyszłości moc Bestii nie była zagrożeniem.
– Przez zabijanie potencjalnych nosicieli? To już było. Do tego dążyli Hitoshi Kinomyia, Daitokuji i reszta.
Kai pokręcił głową. Czuł, jakby uderzał nią w ścianę, ale w sumie powinien był się tego spodziewać. Lavalier był uparty, Gargoyle był uparty. Razem tworzyli twierdzę niemalże nie do zdobycia.
– Posłuchaj mnie, Miguel. Człowiek zdobył panowanie nad światem między innymi dlatego, że ma przeciwstawny kciuk i mózg wystarczająco efektywny, by uczynić z tego prawdziwy atut. Ale wśród ludzi ten kciuk atutem już nie jest, bo mają go wszyscy. Jeśli naturalne Bestie zginą w gąszczu syntetyków, przestaną być takim zagrożeniem. Z kolei syntetyki mają tę właściwość, że wcale nie musimy pisać dla nich osobowości. Jak to się zresztą kończy, widać na przykładzie Jurija. I jeśli jest coś, cokolwiek, co uważam od początku za swoją niewybaczalną winę, to to, że doprowadziłem do jego połączenia z Wolborg.
Lavalier wreszcie odwrócił głowę ku Hiwatariemu. Z przystojnej twarzy, która zapewniła mu miłość tłumów, niewiele zostało. Jakby nie wystarczyła choroba, obrazu nędzy i rozpaczy dopełniły kolejne ataki histerii oraz sztuczne światło. Spojrzenie też było nie to, zresztą sprawiało wrażenie, jakby Argentyńczyk nie potrafił skupić go na jednym punkcie. Niby patrzył na Kaia, ale jednak to za niego, to obok, to w ogóle gdzieś w sufit. Może to też były leki, ale niekoniecznie. Hiwatari wiedział przecież, z kim rozmawia, i jak na dłoni obserwował pogłębiające się objawy. Miał tylko nadzieję, że zdąży, nim szaleństwo pochłonie Miguela do końca.
Jeśli faktycznie był kluczem do duszy Jurija, należało go po prostu zdobyć.
– Seaborg, Falborg, Wyborg… one są inne. – Kai pochylił się, oparł łokcie o kolana. – Potrafią wysyłać pewne proste komunikaty, oceniać sytuację w pewnym ograniczonym zakresie, ale nie mają w pełni rozwiniętej osobowości. Tylko Wolborg pchnięto w tym kierunku i tylko ona miała przypominać pod tym względem człowieka. W efekcie to osobowość kaleka, ale znacznie bliższa ludzkiej niż naturalne. Okazało się, że to po prostu za dużo i krok nie w tę stronę. I Jurij płaci za to cenę. Wszystkie wszczepy, które mu zamontowano, wszystkie ulepszenia… To go wyniszcza. Jego organizm się broni, choruje, starzeje. Potrzebuje stałej opieki medycznej ludzi, którzy wiedzą, jak go obsługiwać. Nie wiem, co sobie na jego temat wyobrażasz – Hiwatari bardzo chciał mówić spokojnie, ale poczuł, jak zaciskają mu się szczęki – nie wiem, co sobie wyobrażałeś, wyciągając go z Moskwy, ale jedyne, co mogłeś osiągnąć, to go zabić. Gdyby wam się udało uciec, miałbyś go na sumieniu.
Niebieskie oczy zawęziły się ni to w zaskoczeniu, ni to w gniewie.
– Nie rób tego, Kai.
– Czego? – Hiwatari uniósł brwi.
– Nie próbuj mną manipulować w ten sposób. Chcesz we mnie wzbudzić poczucie winy? Ty też? Dlaczego miałbym ci wierzyć?
– Jeśli nie wierzysz mi, zapytaj jego.
Lavalier zacisnął usta niemal z wściekłością.
– Nie zamierzam z nim rozmawiać – wycedził. – Zdradził mnie.
Kai poczuł, że tym razem to jego ciałem coś szarpnęło. Był cierpliwy. Długo jak na siebie. Ale granica została przekroczona tymi dwoma słowami.
– Zaczynam podejrzewać, że mogłem cię przecenić – syknął Hiwatari. – Niczego nie rozumiesz? Nie dociera do ciebie? Tak bardzo jesteś skupiony na własnym tyłku, żeby nie widzieć, jak się dla ciebie poświęcił?! – nie zdołał opanować głosu. Słyszał, jak jego słowa zamieniają się w niemal warkot. – Chciał uciec. Gdyby nie chciał, po prostu wziąłby cię za szmaty i tu przyciągnął. Ale nie! Prawie mu się udało, ale nie! Bo, kurwa, wyżej ocenił twoje życie niż swoją wolność! A ty każdym słowem udowadniasz, że na to nie zasługujesz! Wyjmij głowę z dupy, do cholery!
Własny krzyk otrzeźwił Hiwatariego. Uświadomił sobie, że stoi i zaciska pięści, a długo tłumione emocje rozlały się po jego twarzy. Odetchnął więc powoli i głęboko, zacisnął palce na nasadzie nosa.
– Opuszczam Opactwo – powiedział ochrypłym szeptem. – Nie na długo. Nie będzie mnie pewnie tydzień. Potem wrócimy do tematu i mam nadzieję, że do tego czasu zdążysz pewne sprawy przemyśleć. Nie musimy ze sobą walczyć i wiedz, że daję ci tę możliwość tylko ze względu na Jurija. Miałem cię za kogoś lepszego, ale jesteś zwyczajnym gnojem, Miguel.


Dearc-Luachrach
Wodziła palcem po wytatuowanej salamandrze powoli, patrząc niby to na ramię Johnny’ego, ale ze zmarszczonymi brwiami i nieobecnym wzrokiem. Łatwo było więc poznać, że myślami jest daleko.
W ciszy łagodnie, miarowo tykał zegar, w okienne szyby uderzały pojedyncze krople marznącego deszczu. Noc była ciemna i Johnny nie widział wiele więcej poza jasną skórą Emily, trójkątną twarzą, szyją i wystającym spod grubej kołdry ramieniem. Oboje wydawali się rozbitkami na czarno-granatowym morzu. Rzuceni przez morskie prądy z dala od wszystkiego, w ciszę i samotność.
I w sumie mogłoby tak zostać jeszcze trochę. Jeszcze na parę oddechów. Ale w zaistniałej sytuacji – i Johnny wiedział o tym doskonale – zbyt długi odpoczynek mógł oznaczać, że nie będzie dokąd wracać. Hiromi wściekała się, że i tak za długo z tym wszystkim zwlekano i że sztab Roberta nie reagował wystarczająco szybko. Co oczywiście mogło być prawdą. Z ich trójki – bo Enrique od dawna miał swoje sprawy – najlepiej na wizerunku znał się Olivier, ale tego Niemiec najpierw oddelegował do budowania marki Miguela, a potem odsunął, a specjalistom z zewnątrz McGregor nie ufał z zasady.
Tymczasem świat wrzał coraz bardziej. Sytuacja na Dalekim Wschodzie zaogniała się, a kiedy na tereny Chin wkroczyły z jednej strony siły Tajwanu, a z drugiej obu Korei, zawisła wręcz na krawędzi. Ameryka oskarżała o słabość ONZ, ONZ rzucało podejrzenia na NATO, Unia Europejska stała między nimi okrakiem, a Rosjanie kategorycznie żądali wyjaśnień w związku z faktem, że także zostali zaatakowani i to raczej nie przez pogrążonych w chaosie Azjatów.
Oświadczenie Roberta o jego rodzinnych związkach z Ilją Balkowem było w tym jak zabawa zapałkami na fajerwerkowym straganie. Hiromi twierdziła, że potrzebowała go do uprzedzenia kolejnego ciosu w Jürgensa skierowanego w sposób oczywisty w to miejsce jego biografii. Mówiła też, że chce w ten sposób skonfundować tych, którzy usiłowali grać przeciwko sekretarzowi generalnemu i zyskać w ten sposób czas na rekonesans.
Jednego odmówić jej nie było można – faktycznie pracowała ciężko dniami i nocami, robiąc przerwy na sen, łazienkę i krótkie spacery, na które pani domu wyciągała ją niemal siłą. Poza tym zakopała się w prasówce, raportach, filiżankach po kawie, talerzykach po drożdżowych plackach i wydmach z papierosowego popiołu. Gdyby nie regularne wizyty w jej tymczasowym gabinecie i dyskretne usuwanie tego wszystkiego, dawno udusiłaby się przywalona śmieciami.
Tak, to była dawna Hiromi – pracoholiczka i kobieta, która potrafiła oddać się sprawie bez reszty, jeśli miała wrażenie, że to dokądś prowadzi. Johnny nie potrafił jednoznacznie stwierdzić, co sprawiło, że zaangażowała się tak w kwestię ratowania tyłka Jürgensa, więc postanowił po prostu ograniczyć się do wdzięczności. I tak gubił się w tych wszystkich skomplikowanych motywacjach i zależnościach.
– Chciałabym wierzyć w Roberta tak, jak wierzy w niego Olivier – szepnęła wreszcie York, choć tak cicho, że McGregor nie potrafiłby rozróżnić słów, gdyby nie znał tak dobrze melodii jej głosu, i pieszczota ustała. Drobna dłoń opadła na kołdrę, jakby ktoś nagle zabrał z niej życie.
– Może za mało go znasz – mruknął McGregor w poduszkę.
– Może.
Emily obróciła się na plecy i wbiła wzrok w sufit. Oczywiście była zmartwiona, była nawet w pewien sposób smutna, ale Johnny uważał, że to mimo wszystko dobra odmiana po przytłaczającej rozpaczy i nienazwanej nigdy wprost żałobie, w jakiej tkwiła jeszcze do niedawna. Nie ukrywał też ani przed sobą, ani przed nią, że odczuł ulgę w stosunku do decyzji Oliviera. Sam chciałby móc wybrać podobnie, ale nie potrafił, bo to zniszczyłoby osobę, którą kochał. Tak było lepiej. Tak stało się to poza nimi, a Emily nie została nawet w połowie tak głęboko zraniona, jak wówczas, gdyby to od Johnny’ego Robert uzyskał informacje.
Wyciągnął rękę i złapał jej drobną, chłodną dłoń.
– Będzie dobrze – zapewnił.
Westchnęła, przymknęła na moment oczy.
– Dobrze wiesz, że nie – odparła szeptem. – To nie przypadek, że nikomu innemu Miguel nie wspomniał o tym, co planuje. O Moskwie i Juriju. I to nie przypadek, że szukał teraz kontaktu właśnie ze mną. Ufa mi. Dawniej – przetarła niespokojnie czoło dłonią i skrzywiła usta w nieudanym uśmiechu – dawniej chciałam, żeby dał mi dowód. Cokolwiek, coś, co potwierdziłoby, że naprawdę jestem dla niego kimś ważnym, że mnie wybrał, a nie tylko testuje na chwilę. Wiesz, nie było o to łatwo. Dowiadywałam się o nim różnych rzeczy, ale nie od niego. Poznawałam go tylko przez obserwację. Nie dzielił się ze mną sekretami, nie mówił o swoich uczuciach, o wątpliwościach i rozterkach. I czasem czułam się jak intruz. I wreszcie dostałam to, co mi się zamarzyło. I to jest nagle tak ciężkie do udźwignięcia…
Johnny oparł się na łokciu. Widział, że Emily jest na krawędzi płaczu. Słyszał to też w jej głosie.
– Będzie dobrze – powtórzył z przekonaniem, a potem westchnął ciężko. – Nie wiedziałem, że to cię aż tyle kosztuje – dodał po dłuższej chwili.
– Ta sytuacja?
– Nie. Miguel.
York prychnęła, ale potem milczała długą chwilę.
– Wszystko kosztuje – odpowiedziała wreszcie. – Im coś cenniejsze, tym więcej. To raczej jasne.
– Ale chyba powinny być jakieś granice.
– Przestań. – Emily odwróciła wzrok.
– Po prostu się martwię.
– To się nie martw. Zajmij się sobą.
Johnny stłumił nagły przypływ złości. To była ostatnia noc przed podróżą do Nairobi i nie powinien unosić się gniewem. Może w ogóle nie powinien był rozmawiać, tylko zasnąć najmocniej, jak się da. W końcu czekały ich ciężkie dni. Ale nagle stracił cierpliwość i nie mógł już tego słuchać.
Nie rozumiał, co się stało. Po szesnastu latach rwanego związku wiedział oczywiście, że temperament i pewna swoista szorstkość Emily kryją osobę znacznie wrażliwszą, niż się wielu wydawało, czasem trochę pogubioną, ale jednak samoświadomą, potrafiącą dbać o własne potrzeby, racjonalnie wyznaczającą priorytety. Nie mógł znieść patrzenia na to, co stało się z nią po tym, jak w jej życiu znów pojawił się Miguel.
Nie, to nie była jego wina. Na pewno tego nie chciał. Parokrotnie dawał do zrozumienia, że nie zamierza być emocjonalnym ciężarem i że taka możliwość go gniecie. Ale stało się. Do tej relacji dostała się toksyna i powoli przeżerała Emily.
Johnny sapnął z frustracją i usiadł na łóżku, spuszczając z niego nogi. Starał się. Bardzo się starał, ale nadal czuł, że zamiast krwi ma w żyłach lawę. Powinien wyjść. Postrzelać, porobić pompki, pobiegać, a potem wleźć pod lodowaty prysznic – wiedział o tym.
Ale to była ostatnia noc i coś równie mocnego, jak rozpalający ciało gniew, trzymało go u boku Emily, choć przecież miała lecieć wraz z nim.
– Jesteś zły.
– Nie jestem – warknął bez sensu.



Rosja
– Wiem, że proszę o wiele. O zbyt wiele.
Z żółtych, gadzich oczu trudno było wyczytać cokolwiek, poza niepokojem, ale Takao emanował nim cały – niespokojne były jego rozdymające się chrapy i długi język, mięśnie w olbrzymich łapach, ogon szurający po podłodze i lotki błękitnych piór. I niekoniecznie wynikało to z rozmowy. Jeśli nie spał, po prostu się tak zachowywał.
Jak dawniej, gdy nieustannie poprawiał bejsbolówkę, podwijał rękawy kurtki albo przepinał rzepy mitenek. Cały czas w ruchu. Cały czas gotów do walki, gdyby ktoś rzucił wyzwanie jego ambicji.
Rei stał przed nim pokornie jak już dawno przed nikim. Uczciwość wymagała przyznania, że głównie przez różnicę w sile fizycznej, ale nie tylko. Czuł, jak poczucie winy wspina się mozolnie po plecach. Odganiał je z coraz większym trudem – nie chciał, by przysłoniło mu obraz sytuacji. Nie na sobie, ale widział, jak to się kończy.
– Wiem, że to ryzyko, które nie leży w twoim interesie, i wiem, że ja przed laty ci nie pomogłem, więc nie masz powodu, żeby pomagać mi. Ale mimo to proszę. Możesz twierdzić, że jestem zabobonny, niemniej wierzę, że nasze spotkanie nie jest przypadkiem i proszę nie tylko we własnym imieniu. Leć ze mną do Opactwa.
Takao prychnął, ale nie w sposób, w jaki prychałby zirytowany człowiek, po czym zakolebał pokrytym łuską ciałem.
– Nie! – Kenny wpadł między nich nagle, rozkładając ramiona w obronnym geście. – Nie pozwolę!
Kon zaklął w duchu. Oczywiście Saien brzmiał bardziej histerycznie niż stanowczo i raczej nie miał szans wpłynąć na decyzję Takao – jakakolwiek miałaby nie być – ale naprawdę lepiej dla wszystkich byłoby, gdyby się nie mieszał. W tym głównie dla niego.
– Jak możesz, Rei?! - Japończyk był bliski płaczu, trząsł się już cały, trzęsły się jego pełne wargi. – Jak możesz go do tego namawiać?! Po tym wszystkim! – Zacisnął pięści. – Po tym, co już mu zrobili! Pomogliśmy wam, Rei! Daliśmy wam schronienie! I tak się odpłacasz?! Pchając go w ręce wrogów?!
– Ci wrogowie to dla niego pył na wietrze – odparł Chińczyk spokojnie, choć kark paliła mu gorączka, bo wiedział, co mówi, i jaki wywoła to efekt. Wiedział, że zniża się do podłej manipulacji. – Takao mógłby zmieść całe Opactwo jednym machnięciem ogona i wiesz o tym równie dobrze jak ja, ale każesz mu kryć się w norze jak przegranemu. Jak jakiemuś szczurowi – Rei wypluł ostatnie słowa z odrazą.
– Nie! – zaprotestował Saien.
Ale chrapy Takao rozdęły się już, oczy zwęziły, a kolce na głowie położyły na karku niemal płasko.
– Dajesz się tak zapędzić do kąta? – mówił dalej Kon, ignorując rozpaczliwe jęki Kenny’ego. – I to komu? Kaiowi? Rosjanom? Do cholery, Takao! Każdy, ale nie ty!
Powietrze wokół zgęstniało, zadrżały błękitne lotki i Saien ukrył twarz w dłoniach. Wiedział, że przegrał, bo nie potrafił walczyć. Nie z Reiem. Nie z chorobliwą ambicją Kinomyi, z którą żył na co dzień przez lata, ale która musiała przerażać go jak wszystkich innych, a może i bardziej. Zwłaszcza w tej formie – gdy wyrosły jej pazury i olbrzymie zęby.
– Leć ze mną do Opactwa, Takao. Ja wiele lat temu rzuciłem wyzwanie Kaiowi, chciałem, żeby mi zapłacił za to, co zrobił, ale sam nie dałem rady. To wszystko dopiero może się zacząć naprawdę i to ty to zaczniesz.

*

Kai wyciągnął się na fotelu pasażera i przymknął na chwilę oczy. Niewielki, krojony na specjalne zamówienie feldmarszałka Suchoj wreszcie wyrównał lot po starcie i Hiwatari mógł odetchnąć bez wrażenia, że żołądek próbuje mu uciec tyłkiem. Nienawidził podróży powietrznych z każdym rokiem bardziej – co wydawało mu się o tyle dziwne, że w jego głowie tkwił uwięziony ognisty ptak – ale funkcja zmuszała go do częstego i szybkiego przemieszczania się. Gdyby miał dotrzeć do Nairobi innym środkiem transportu, pewnie musiałby wyruszyć tydzień wcześniej, a i tak miał wrażenie, że opuszcza Rosję na zbyt długo, zostawiając zbyt wiele spraw w zawieszeniu.
Spojrzał w niewielkie okienko, wiedząc, że za moment Suchoj będzie przelatywał nad Opactwem i zobaczą je znowu z tak innej perspektywy – maleńkie, odległe, jakby niewiele znaczące.
Ale to nadal był najważniejszy punkt na mapie jego życia. Nie Korsakow na Sachalinie, gdzie przyszedł na świat w mieszanej rosyjsko-japońskiej rodzinie o burzliwej, wojennej historii. Rodziców wszak i tamtego domu prawie nie pamiętał – to dziadek, dość potężny i bezczelny, by po tej stronie granicy nosić azjatyckie nazwisko, był całym jego światem. On i Opactwo właśnie, gdzie Kai poznał pozostałych najważniejszych dla siebie ludzi.
W tym Jurija.
Ciemny kompleks wyglądał w dole jak pająk albo szkielet prehistorycznego potwora ukryty pośród gęstych podmoskiewskich lasów. Budynki z różnych okresów kształtowania się i funkcjonowania ośrodka – w tym zabytkowe pozostałości prawosławnego klasztoru, od którego Opactwo wzięło swoją nazwę – kuliły się do siebie w jednym miejscu i rozpełzały z innym, tworząc labirynt, którego Hiwatari uczył się całe lata, a który poznał do końca dopiero po śmierci dziadka, gdy otrzymał dostępy do tajnych sekcji. W przestworzach nie było słychać krzyków ani jęków. Nawet szepty Bestii wydawały się czymś z zupełnie innego świata.
Kai dotknął dłonią szyby i westchnął cicho.
– Dbaj o siebie, Jurij – powiedział cicho, czując, jak coś ściska mu gardło.
– Może nie należało opuszczać Opactwa teraz – odparł Brooklyn, nieszczęśliwie przypominając feldmarszałkowi o tym, że siedzi obok.
Kai fuknął z irytacją, zły nie tyle z powodu tego, co usłyszał, a raczej przez wzgląd na to, że dał się złapać na sentymentalnym geście. Wcale nie chciał wylatywać. Też czuł, że to zwyczajnie zły pomysł, ale kiedy w grę wchodziła wielka polityka, nie miał wyboru. Gdyby nie pojawił się w Nairobi, straciłby połowę talii, a wtedy cały wysiłek ostatnich lat poszedłby na marne.
– Zajmij się swoimi sprawami, Brooklyn – odwarknął zimno, co Masefield skwitował doskonałą obojętnością i powrotem do ręcznej robótki, jakiegoś kolejnego idiotycznego szalika w kolorowe pasy. Żywe barwy włóczki kontrastowały z jasnym ubraniem, kłując w oczy absurdem.
Kai z powrotem odwrócił się do okienka, choć Opactwo zniknęło już z widoku.
Wiedział, że za pomysłem zwołania nadzwyczajnego szczytu w afrykańskiej siedzibie ONZ stoi Hiromi Tachibana, nowa doradczyni Roberta, dlatego spodziewał się, że kryje się za tym jakiś szerszy plan. Ale on też miał asa w rękawie i miał nadzieję przyszpilić Jürgensa jak martwego motyla. Ivan przygotował grunt, poszła nagonka i teraz nie trzeba było już wiele, by Niemcowi puściły nerwy i by uznał, że nie ma dokąd uciec i komu zaufać.
Choć Kai nie był już tak pewien jak wcześniej, czy uda mu się pozyskać Miguela. Niczego nie był pewien w jego wypadku. Nie miał pojęcia, czy to niewyleczona trauma sprzed lat, więzienie, zbyt inwazyjne działania Ivana czy jakieś naturalne skłonności, które dopiero teraz dały o sobie znać, ale odwoływanie się do rozsądku Lavaliera nie miało już najmniejszego sensu i było to widać jak na dłoni.
Nigdy się mnie nie bał.
Tyle powiedział o nim Jurij. Ale dla Kaia oznaczało to wszystko. Bo rozumiał to zdanie – rozumiał pewnie lepiej od samego Sabaki.
Różnili się od siebie dramatycznie, ale obu Opactwo wpoiło te same zasady, a jedna z nich głosiła, że kto trzyma w ręku strach, ten ma kontrolę. Tych, którzy się bali, można było łatwo selekcjonować na takich, którzy przekują to w bezmyślną lojalność, i takich, których popchnie to do desperackiej walki. Ale nie istniała wierność bez strachu. Nie istniało proste oddanie. Nie istniał szacunek niepowiązany z lękiem. Tylko czysty zamordyzm – panuj lub zapanują nad tobą.
A Miguel przyszedł z zewnątrz, nie znając tych zasad. Zobaczył w Juriju przywódcę – silnego i agresywnego, skutecznego lidera, jakim sam chciałby być i jaki mu imponował – i po prostu postanowił w pewnym momencie zająć miejsce tuż za jego plecami. Nie po to jednak, by wbić w nie nóż, a po to, by je osłaniać. Mógł to zrobić właśnie dlatego – że nie bał się podejść tak blisko i zobaczyć, że za całą tą wściekłą maską kryje się człowiek kruchy od słabości i braku zrozumienia dla samego siebie.
Jurij powinien najzwyczajniej w świecie urwać mu za to łeb. I owszem, próbował. Tarli się ze sobą, nie mogli znieść wzajemnie swojego towarzystwa – Kai czytał o tym wszystkim w raportach, słyszał to w plotkach z czasów Drugiego Biovoltu i opowieściach Ivana. Ale w pewnym momencie do Sabaki musiało na jakimś poziomie dotrzeć, co oznacza taka lojalność bez strachu i dokąd prowadzi. Zapewne na stadionie, podczas tragicznego finału mistrzostw świata, gdy Miguel okazał się gotów oddać za niego życie, skoro potem Sabaka wlazł jak ślepiec w sam środek piekła, by spłacić dług tak jak potrafił – mordując oprawców.
Ivanow nie umiał okazywać pozytywnych uczuć, nawet się nie uśmiechał, ale Kai może jak nikt inny wiedział, że to wcale nie oznacza ich braku. Jurij po prostu wszystkie stany emocjonalne wyrzucał z siebie w ten sam sposób. Przez agresję. Może nawet sam we własnej głowie niezbyt skutecznie to rozgraniczał. Może to go naprawdę, fizjologicznie wściekało, może miał coś nie tak na złączach. W końcu intensywnie grzebano kiedyś w jego mózgu, chcąc wykroić z niego osobowość dla Wolborg. Kai wiedział, że zostały po tym mikrouszkodzenia, a te wpływają na gospodarkę hormonalną i zdolność postrzegania rzeczywistości. Więc to wszystko, co wymienił jako wkurwiające, te drobiazgi, nie przekładało się wprost na sposób widzenia drugiego człowieka, ale z pewnością oznaczało silną więź emocjonalną.
Jurij wyraźnie sobie z tym nie radził. Nie rozumiał swoich reakcji, nie potrafił przyjąć cudzego oddania, którego nie wyszarpał komuś z gardła. Nie wiedział, jak się zachować, gdy ktoś po prostu… cóż, w jakiś sposób go lubił, a na pewno obdarzył szacunkiem, choćby w kluczowym momencie okazał się egoistycznym, zapatrzonym we własny ból dupy chujem niezdolnym dostrzec poświęcenia.
Tym bardziej Jurij nie radziłby sobie z miłością, choć sam, wbrew temu, w co wierzyli chyba wszyscy, a już na pewno on sam, potrafił kochać. To, co zrobił, wracając do Moskwy, bo inny człowiek tego potrzebował, dowodziło tego aż nadto wyraźnie.
Kai nie zdołał powstrzymać westchnienia, choć tym razem nie pozwolił sobie zapomnieć o milczącej obecności Brooklyna. Masefield i tak by nie zrozumiał. Najbardziej pokręceni z nich wydawali się przy nim okazami zdrowia psychicznego.
Nie powinien o tym myśleć. Powinien skupić się na Nairobi i próbie przejrzenia sieci utkanej wokół Roberta przez Tachibanę.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 01 sierpnia 2017, 19:17

2/2
Opactwo
Wygrałem.
To jedno słowo nie padło, ale prawdopodobnie tylko i wyłącznie dlatego, że Ivan obawiał się, że zanim by w ogóle do końca wybrzmiało, już miałby kciuki Jurija w oczodołach. Ale wisiało między nimi. Papow cały zdawał się nim emanować – jego spojrzenia, lekko uniesiony kącik ust, nieco za szerokie gesty. Zachowywał się jak dziecko, które postawiło na swoim na złość jeśli nie rodzicom, to przynajmniej starszemu rodzeństwu.
A przecież tak mało brakowało, żeby cały plan się zawalił i obrócił przeciwko niemu.
– Wiesz, Jurij – westchnął, odkręcając butelkę, i w nozdrza Sabaki uderzył ostry zapach samogonu. Zapach hipnotyzujący i odbierający zdolność trzeźwego myślenia samym swoim istnieniem – rzeczą, którą najtrudniej skalkulować, jest ludzka głupota. W życiu bym nie podejrzewał, że Amerykanie wyślą do Moskwy trucicielkę. To po prostu nie miało sensu tak głęboko, że nie wiem, jakie myślenie do tego doprowadziło. Chyba tylko takie, że dwóch Połączonych w jednym miejscu automatycznie się znosi. Sam przyznasz, że to kompletna bzdura.
Ivanow milczał. Siedział zgarbiony na za niskim dla niego krześle, z łokciami opartymi o kolana i wzrokiem utkwionym w Papowie odkrawającym nożem kawałek suszonej kiełbasy.
– Chcesz? – zaproponował.
Jurij pokręcił głową, choć Wolborg skomlała w jego głowie o mięso.
– Nie to nie. Podsumowując, nie miałem pojęcia, że Czeszka tam będzie. Chociaż oczywiście wiedziałem, że Amerykanie ją przechwycili, ale byłem przekonany, że wykorzystają do akcji w Europie i cichego usunięcia stamtąd paru figur, których chyba nie muszę wymieniać z nazwiska. To mi się wydawało aż nadto oczywiste i tylko dlatego odpuściłem, kiedy weszli do Pragi. Poczekałem i tylko zabezpieczyłem dowody, które tam zostawili, żeby wyciągnąć w odpowiedniej chwili. Tak łatwo się z tej akcji nie wytłumaczą, bo załatwili to paskudnie.
– Uważasz, że to cię usprawiedliwia? – warknął Jurij rozdrażniony już nie tylko zachowaniem Ivana, nie tylko tym, czego się dowiedział o wydarzeniach sprzed lat, nie tylko jego prawem do tryumfu, ale także zapachami wiercącymi mu dziury w mózgu.
– Nie. Zaznaczam jedynie, że sam nie ryzykowałem życiem Lavaliera. Nie bardziej niż on sam. Nie jestem jasnowidzem, tylko telepatą. To jest ogromna różnica. Jak kiedyś spotkasz Reia, to z nim pogadaj, wytłumaczy ci.
Sabaka stłumił dreszcz. Czy to możliwe, by Ivan wiedział?
Nie. Paranoja donikąd nie prowadziła. Wyborg chciała paranoi. Karmiła się nią.
– Powiem ci więcej. Kiedy usłyszałem, co się stało, byłem wściekły. – Papow przegryzł kęs kiełbasy i popił solidnym łykiem. – Owszem, miałem nadzieję, że to ty doprowadzisz Lavaliera do Opactwa, bo tobie dałby się poprowadzić jak na sznurku wszędzie i chyba o tym wiesz, ale jego śmierć na serio nie leżała ani w moich planach, ani w interesie. Liczyłem po prostu, że kiedy do ciebie przyjdzie, nie dasz się wyprowadzić z Moskwy. No, że Wolborg nie da cię wyprowadzić. I tu znów wracamy do nieprzewidywalności ludzkiej głupoty, bo tego, co zrobił Kai z Sierożą, też nie przewidziałem. Bo to dlatego, prawda? – Ivan uniósł ciemną brew. – Zgaduję, bo jakkolwiek Wyborg nie jest tak wygadana, jak twoja suczka, to to i owo wyczuwam. Minęło jej, ale wiem, do czego byłaby w tamtym momencie zdolna.
– Dlatego – odparł Jurij krótko, czując, jak paznokcie wbijają mu się we wnętrza dłoni.
Coś w nim wyło i nie była to Wolborg, a czysta rządza krwi. Patrzył na twarz Ivana i wstrząsały nim odruchy wymiotne.
Może wyjściem było po prostu wstać i rozwalić mu głowę. Ale to był Papow. Papow miał informacje.
I był jednym z tych, którzy towarzyszyli mu od zawsze.
A potem – szesnaście lat temu – zdradził. A potem – szesnaście lat temu – okazał się kimś gorszym niż po prostu psychopatą. Był zwyrodnialcem. Człowiekiem odpowiedzialnym za psychiczne i fizyczne okaleczenie innego człowieka. Tego samego, którego teraz użył do swoich intryg i którego szaleńcze wycie jeszcze do niedawna niosło się po korytarzach.
Może więc zasłużył na śmierć.
A może ważenie pewnych spraw nie leżało w kompetencjach Jurija.
– Szczęśliwie wszystko wraca do normy – mówił dalej Ivan, jakby nie miał świadomości, że igra z chwiejącym się na krawędzi furii Sabaką, choć przecież znał go tak dobrze i doskonale czytał mowę ciała. – Wiem, że Woronin planuje jakąś małą kalibrację, może czyszczenie pamięci. Potem powinno być po staremu.
Wolborg zawarczała cicho.
Może Wyborg się uspokoiła. Może Falborg też – Jurij nie miał wieści od Borysa – ale nie ona. Ona wciąż żyła lękiem. Była inna. Była pierwsza. Była niezależna i obdarzona najpełniejszą osobowością wśród rosyjskich syntetyków, co stanowiło tak jej słabość, jak i siłę. Nikt tego nie rozumiał – nawet jeśli dostrzeżono ten aspekt jej istnienia, konsekwentnie go bagatelizowano.
A teraz usłyszała, że mogą usunąć jej możliwość dostrzeżenia zagrożeń ze strony Hiwatariego i Black. I tylko jeden Jurij miał świadomość, do czego może to doprowadzić.
– Zresztą słyszałem, że tak czy inaczej będą cię pakować do tuby. – Ivan wziął kolejny łyk. – Podobno nieźle się załatwiłeś.
Sabaka wzruszył ramionami.
– Bywało gorzej – burknął, czując, że od zaciskania zębów zaczyna go boleć szczęka.
Papow zmrużył oczy i chwilę przyglądał mu się z nieodczytywalnym wyrazem twarzy.
– Powiedz mi tak szczerze… – zaczął w końcu powoli, jakby wciąż myślał nad odpowiednimi słowami. – Co by było, gdyby Lavalierowi się udało? Gdyby cię wywabił z Rosji? Tak po prostu zwinąłbyś się w kłębek i zdechł w Europie? Przecież obaj wiemy, że to nie miało przyszłości.
– Może by miało. Tam też są ludzie, którzy się na tym znają.
Papow roześmiał się gorzko.
– Emily? – spytał. – Emily York? Bo zgaduję, że o nią chodzi, bo o kogo innego. Ja pierdolę, Jura, przecież ona jest fizykiem, nie biologiem! W życiu nie widziała twoich wszczepów, pewnie nie potrafi kości poskładać, a o Wolborg wie tyle, ile niedzielny wędkarz o połowie tuńczyka. Ja rozumiem, mieć nadzieję. Ale tu trzeba być realistą. Z dala od Opactwa czeka cię tylko śmierć.
Ale może śmierć na wolności, dodał Ivanow w myślach, na co Bestia zaskomlała cicho.
To było to – wreszcie zrozumiał. To, co ją ostatnio rozrywało. Już dawno temu ustalili, że jej osobowość została stworzona na konkretnym wzorcu, a wzorcem tym był piętnastoletni chłopak o dzikiej syberyjskiej duszy, której nie złamały lata okrutnego szkolenia i ucisku w Opactwie. Miała te same pragnienia, a jednym z nich niezmiennie pozostawała niezależność, choć czasem jej straszliwy głód udawało się na moment oszukać. Izolacją w zamrożonej Moskwie chociażby.
Teraz jednak zasmakowała prawdziwej wolności jak świeżego mięsa i krwi. Przestrzeni. Pędu przed siebie w nieznane. I towarzystwa ludzi, którzy swobodą oddychali jak powietrzem.
Ale z drugiej strony wiedziała, że Papow i wszyscy inni zaangażowani w program mają zwyczajnie rację. Jurij bez Opactwa nie mógł przeżyć, a ona nie mogła utrzymać się w materialnym świecie po jego śmierci. Nie mogła też umrzeć razem z nim, bo może wtedy wszystko byłoby łatwiejsze.
– Zdziwiło mnie to – przyznał Ivan. – Może nawet na równi z Wolborg. Wiedziałem, że jesteś desperatem, zawsze byłeś, ale coś takiego… Nie wiem, może mnie to nawet trochę zmartwiło.
– Nie kpij ze mnie – warknął Sabaka, napinając wszystkie mięśnie.
– Nie uwierzysz mi i tak, ale wcale nie kpię. I cieszę się, że mimo komplikacji, skończyło się w ten sposób.
Tego Jurij zdecydowanie nie mógł powiedzieć.
Jeszcze dobę temu łudził się, że zdoła naprawić przynajmniej część szkód i przejąć choć połowiczną kontrolę nad sytuacją. Nie liczył może na to, że Miguel przyjmie wieści o swoim aktualnym położeniu ze spokojem, ale miał nadzieję na to, że zdoła mu przedstawić opcje i pomoże znaleźć lukę pozwalającą na wyrwanie się ze szponów Kaia. Ale nic z tego nie wyszło. Nic z tego nie wyszło, bo szaleństwo Lavaliera wybuchło jak opary benzyny.
Desperacki skok z czwartego piętra to był dopiero początek. Adrenalina podlała Miguela jak stos i mimo swojej słabości, szarpał się i gryzł, aż jeden z Proktowicieli nie potraktował go za pomocą repliki, a któryś z ludzi Woronina nie dokończył sprawy zastrzykiem ze środków uspokajających. Po tym zawleczono Argentyńczyka z powrotem do łóżka – tym razem w pokoju bez okna – i przypięto do niego pasami. Ledwie się ocknął, szaleństwo zaczęło się na nowo – wybuchy agresji przetykane napadami histerii, wrzaski niosące się po korytarzu, nieludzkie wycie, które Sabaka słyszał jeszcze długo potem. Trwało to, aż Miguel nie opadł z sił zupełnie. Wówczas Kai poszedł z nim rozmawiać. Jurij nie wiedział o czym, bo nie dopuszczono go nawet w pobliże, ale Hiwatari wyszedł wściekły.
A potem, kiedy Lavalier trochę odpoczął, zaczęło się na nowo. I znów. I jeszcze raz. Z każdym atakiem gorzej, jakby Miguel trafił stopniowo kontakt z rzeczywistością, coraz bardziej zapętlony już nie tylko w rozpaczy, ale też swoich majakach.
Szaleństwo Jurija przerażało, choć dobrze wiedział, czym jest. Czuł je choćby w tej chwili, jak nabrzmiewało pod skórą. Kazało zginać się i prostować palcom. Jeżyło włosy na karku. Wysuszało śluzówkę w nosie aż do bólu i krwawienia.
Raz jeszcze spojrzał na Ivana. Wyobrażał sobie, jak przygważdża go do ściany. Jak gałki oczne pękają pod wpływem nacisku jego palców i spływają po dłoniach, po nadgarstkach. Czuł pod palcami skórę wokół oczodołów, łapał ją i rozrywał.
W jego wizji nie było krzyku. Nie było błagania o litość. Tylko szum.


*
– Wyjdź stąd.
Jurij nie zdążył się nawet odezwać. Nie zdążył zapalić światła, ani uczciwie przestąpić progu, nim drżące od zimnej furii słowa osadziły go w miejscu. Zacisnął zęby aż do bólu szczęk, a potem rozluźnił powoli.
– Słyszałem, że nie jesz – mruknął w kierunku najciemniejszego z kątów, tego najdalej od wejścia, bo nie potrzebował nieomylnego słuchu Wolborg, by wiedzieć, że to stamtąd dochodzi głos.
– Powiedziałem, żebyś wyszedł.
Miguel nigdy wcześniej nie brzmiał w ten sposób, a przynajmniej Ivanow nigdy wcześniej go takim nie słyszał. Jego głos wydawał się płaski, matowy, pozbawiony intonacyjnych meandrów i śpiewnych latynoskich nut, a jednocześnie nie dało się zignorować tkwiącej w nim zimnej i twardej jak stal nienawiści. Lavalier cały zdawał się teraz nienawiścią i Sabaka sam przed sobą przyznawał, że wcześniej nie przeszło mu nawet na myśl, że cudzy gniew zdoła go zatrzymać w drzwiach i odebrać mu zdolność do kolejnego kroku. Zwłaszcza w sytuacji, gdy jego źródłem był chory, słaby jak dziecko człowiek w kaftanie bezpieczeństwa, który cały swój czas dzielił na bezsilną furię, ataki histerii, głupi bunt i bardziej przypominający wycie zwierzęcia niż cokolwiek ludzkiego płacz.
I to on, Jurij, on do tego doprowadził. On przywiódł do tego miejsca człowieka, który mu zaufał i rozciął więzy tam, w sercu lodowej Moskwy. Ale to nie był koniec tej drogi. Nie mógł być, chociaż wokół obaj widzieli tylko ciemność.
– Musisz zacząć normalnie jeść, jeśli chcesz odzyskać siły. To ci nic nie da. I tak podłączą ci kroplówki albo wmuszą to siłą. Wiesz o tym.
– Wyjdź.
– Chyba że wolisz tu zgnić. A wcześniej pozwolić, żeby Kai wydarł ci Bestię.
Tym razem nie było już żadnej odpowiedzi. Tylko gniew stał się jeszcze lepiej wyczuwalny – można było po niego sięgnąć, wpić w niego palce jak w smołę.
I już nigdy nie być w stanie ich wyciągnąć.
– Nie masz dużo czasu. – Jurij sam nie wiedział, skąd w nim tyle cierpliwości. Dlaczego jeszcze tu stoi, naraża się i mówi do człowieka, który zamienił się w kamień. – Nie wyjechał stąd na długo. Rozumiałem wcześniej. Sam mówił, że za słabego nie będą cię brać na zabiegi, więc to miało sens. Ale teraz go nie ma, więc nie marnuj szansy. Ivana będzie obejść znacznie łatwiej.
– Kłamiesz.
Jurij poczuł, jak całe jego ciało spina się w lodową rzeźbę.
– Dlaczego miałbym kłamać? – spytał ze złością.
– Wszyscy kłamiecie.
To nie było coś, co Miguel powiedziałby w innym miejscu i czasie. Nie pasowało do niego. Wydawało się oczywistym fałszem, ale jednak wypowiedzianym z absolutną, wręcz chorobliwą pewnością.
Chorobliwą – to było słowo-klucz.
Jurij wiedział, że ma przed sobą złamanego człowieka. Pustą skorupę, w której nie ma już upartego, płonącego po cichu, ale nieustannie Lavaliera, a tylko to – właśnie choroba. Czarna otchłań rozpaczy, pozrywane ciągi logiczne i szum urojeń.
I budziło to w nim gniew.
Wyciągnął rękę ku włącznikowi i zapalił światło. Miguel szarpnął się, jakby chciał uciec przed żółtym, trupim blaskiem żarówki. Próbował schować głowę w ramionach, wcisnąć ją w kąt. Cała wściekłość, jaką emanował jeszcze przed chwilą, jakby się rozpłynęła i Jurij widział już tylko przerażone, bezbronne zwierzę.
– Zgaś – padło w ścianę.
– Nie.
– Nie chcę…
– Musisz mnie posłuchać. – Jurij podszedł bliżej. Przykucnął, by zrównać się z Miguelem, jak kucałby przy spanikowanym kundlu. – Żaden z nas nie ma wiele czasu. Mnie lada dzień poddadzą naprawie. Nie wiem, co dokładnie zrobią, ale mogą… mogą wykasować pewne rzeczy. Przywrócić system do pierwotnych ustawień, tak o tym mówią. A wtedy pewnie nie będę zdolny ci pomóc. Wolborg mi na to nie pozwoli. Musisz nabrać sił i sam o siebie zadbać, rozumiesz? Powiem ci, jak się stąd wydostać, ale to nie będzie łatwe. Powinieneś się przygotować, a ja ze swojej strony ustawię, co będę mógł, póki… pamiętam.
Lavalier wreszcie na niego spojrzał. Nie, Ivanow nie powinien się łudzić, że wiele do niego dociera, wiedział o tym, ale gdyby miał jeszcze nadzieję, wystarczył widok tych zagubionych oczu, żeby się jej pozbyć.
To i zaschnięta krew zlepiająca włosy.
– Kurwa mać, coś ty sobie zrobił…?
Skoro upadek z czwartego piętra zostawił tylko sińce i stłuczenia, jak wiele uderzeń zajęło Miguelowi rozcięcie skóry?
Jurij wzdrygnął się, a potem poczuł, jak coś spina jego barki. Głowa Lavaliera odskoczyła po uderzeniu.
– Pomóc ci?! – wrzasnął Ivanow, zrywając się na równe nogi. – Chcesz?! Mogę cię wziąć za kudły i przypierdolić tak, że przez tydzień się nie obudzisz!
– Ja…
– Zawrzyj mordę! – wydarł się Jurij. Szybkim ruchem chwycił za kaftan i podniósł Argentyńczyka. Pchnął go i jego plecy uderzyły głucho o ścianę. – Nie do ciebie mówię, tylko do tej obrażonej pindy! Pozwalasz mu na to?! Co z ciebie, kurwa, za opiekun?!
Wiotkie ciało spłynęłoby z powrotem na podłogę, gdyby nie stalowy chwyt Sabaki, ale głowa uniosła się i jasne oczy znów patrzyły wprost na Rosjanina. Zimne i nieugięte, bez tej mgły szaleństwa, bez strachu. Gniewne, ale w sposób, do jakiego nie byłby zdolny człowiek. Usta wykrzywił pełen okrucieństwa uśmiech, z gardła wydobył się warkot bez słów.
– Chciałbyś mnie spopielić? – dyszał Jurij wściekle, wytrzymując ten wzrok. – No dalej, spróbuj, chuju.
Mięśnie skamieniały, twarz zmieniła się nie do poznania pod wpływem okrutnego grymasu, a płuca rozdarł pełen furii ochrypły wrzask. Błysnęły kły, ciało nagle wygięło do przodu i nim Jurij zdążył zareagować, zęby Gargoyle’a zacisnęły się na jego barku. Zaskowyczał z bólu, puszczając Miguela. Upadli obaj. Sabaka na kolana, Lavalier na bok.
Ivanow przełknął gorzkie przekleństwa, przyciskając dłoń do szyi. Czuł krew, ale nie miał rozerwanej tętnicy.
Choć nie wątpił, że mógłby mieć.
Miguel usiłował się podnieść, ale kaftan wyraźnie mu to utrudniał.
– Wiesz, że jest sposób, żeby się tego pozbyć – prawie wyjęczał Jurij, czując każde słowo rwaniem w barku. – Prosty. To dla ciebie nic.
Gargoyle syknął ostrzegawczo. Niebieskie oczy zwęziły się, śledziły uważnie każdy ruch Sabaki.
– Czego się boisz? – splunął Rosjanin. Syk zmienił się w gardłowy warkot. – Bo ci jakiś zasmarkany dureń mówi, co masz robić? Tobie, kurwa?! Bestii?!
Gargoyle ryknął z czystą furią, ale jednak dziwnie boleśnie, i ciało Argentyńczyka wygięło się gwałtownie w nienaturalnym spazmie. Trzasnął materiał kaftana, ale płócienne pasy były zbyt mocne, żeby mogła rozerwać je siła mięśni – nawet podlana adrenaliną i desperacją ducha.
– No dalej, pizdo! – prowokował Sabaka, odsuwając się na kolanach powoli. – Zrób to! Spopiel to gówno!
Szczęknęły odbezpieczane zamki. Ciało zamarło wpół oddechu jak lodowa rzeźba.
– Nie ruszaj się, Jura.
Słowa jak oślizgły szlam spłynęły po karku Ivanowa, a potem oparła się o niego zimna lufa. Ktoś złapał go za włosy i brutalnie zmusił do pochylenia głowy. Rude strąki opadły, zasłaniając widok, więc Jurij patrzył na swoje własne dłonie wsparte o podłogę. Na to, jak drżą w bezsilnej złości.
Dopiero trzy uderzenia serca później zorientował się, że wstrzymał oddech.
– Tego się właśnie spodziewałem – głos Ivana ciął jego plecy jak bicz. Jego kroki rozbrzmiały zimno na kamiennej posadzce. – Tak wygląda twoja lojalność. Tak wygląda twoja, kurwa, wdzięczność! – Ciężki but uderzył w ucho i czaszka wybuchła od bólu. Rozbrzmiała setką dzwonów.
Pod Jurijem ugięły się ręce, ale stalowe dłonie Proktowicieli nie pozwoliły mu upaść. Szarpnęły go ku górze, zmusiły do wstania na miękkie nogi.
– Co ty odpierdalasz?! – wrzeszczał Ivan wysoko, wyraźnie straciwszy panowanie nad sobą. – Kim, do kurwy nędzy, jesteś?! Rosjaninem czy nie?!
A potem nagle pochylił się tuż nad drugim uchem Jurija, łapiąc go za gardło.
– Do Woronina z nim – warknął. – Skoro się nie da po dobroci.
Wolborg przetoczyła się po żyłach bolesnym zimnem, ale z lufą na karku niewiele mogła zrobić. Proktowiciele byli przeszkoleni – wiedzieli, do czego jest zdolna, wiedzieli, jak rozpoznać jej atak. Nie zdążyłaby.
– A ścierwo do replikatora! – rozkazał Papow. – Sądzę, że w tej sytuacji feldmarszałek wybaczy nam pośpiech i że nie czekaliśmy na niego z fajerwerkami.


Monachium

– A więc Rei.
– Tak, to prawdopodobne.
Robert patrzył na Oliviera znad złożonych dłoni. Niemal nieruchomo, badając wzrokiem tę niby znaną, a nagle tak inną twarz.
Polangue siedział zwrócony bokiem, z kieliszkiem wina w ręce. Z ciemnoczerwonym szalikiem zarzuconym swobodnie na ramiona, z długimi dłońmi pianisty, prostym nosem i lekko wystającym podbródkiem wyglądał tak stereotypowo, że aż niemożliwie. Jürgens nigdy wcześniej nie myślał o nim w ten sposób. Zawsze był to po prostu jego przyjaciel, jego towarzysz, członek zespołu. To, co pod spodem, wydawało się wyraźniejsze niż to, co z zewnątrz. Po długich miesiącach budowania dystansu, ten obraz niespodziewanie się zmienił i Robert odkrył, że nie potrafi spojrzeć za maskę francuskiego eleganta.
Poczuł, jak przerażenie tym spostrzeżeniem uderza go w kręgosłup.
– Jak mówiłem, nie mam dowodów, poza poszlakami. Ale tu – Olivier wskazał głową na leżącą między nimi papierową teczkę – jest wszystko, co zebrałem.
Jürgens zmrużył oczy i zwalczył pokusę natychmiastowego sięgnięcia po materiały, zwłaszcza że nie wydawało się być ich dużo. Pewnie wystarczyłby jeden rzut oka, może dwa. I wiedziałby wszystko.
– Dlaczego dowiaduję się tego od ciebie? – spytał najbardziej rzeczowym ze swych tonów.
– Bo to zawsze była moja rola, Robert. Zbierać dla ciebie informacje.
Zapadła cisza. Niemiec zastygł z koniuszkami palców na szorstkiej powierzchni teczki.
Olivier westchnął wobec braku odpowiedzi. Powolnym gestem odłożył kieliszek na stolik. – Nie jestem głupi i wiesz o tym – powiedział cichym, jakby lekko znudzonym głosem. – Widzę, co się dzieje. Mam podejrzenia, dlaczego się dzieje. I jeśli nadal uważasz, że podejrzliwość wobec mnie to dobry pomysł, nie będę się wtrącał. Co nie znaczy, że nie będę dalej wykonywał swojej roboty.
– Nie – Niemiec pokręcił głową – nie o to de facto pytam. Dlaczego nikt nie powiedział mi wcześniej, to mnie interesuje. Johnny chociażby.
– Johnny nie wie o Reiu.
– Ale wie o Miguelu i Juriju.
Polangue przytaknął.
– Tylko to naprawdę nie jest jego działka – powiedział spokojnie, nie dając się wyprowadzić z równowagi kolejnym niewypowiedzianym oskarżeniom. – Gdyby przyszło co do czego, nadal nie wahałby się osłonić cię własną piersią, jestem o tym głęboko przekonany.
Może. Prawdopodobnie.
Robert przetarł twarz dłonią, zbyt późno uświadamiając sobie, że ten gest zdradzi jego zmęczenie. Nie tylko fizyczne, a właściwie w ogóle nie fizyczne, bo w monachijskim strzeżonym mieszkaniu wysypiał się zaskakująco dobrze. Pewnie była to częściowo zasługa emocjonalnego ugoru, jaki zostawiło po sobie palenie rodzinnych mostów. Wiedział też, że jest tu bezpieczny, ale nawet gdyby nie był – cóż, z pewnym zaskoczeniem odkrył, że coraz mniej mu to przeszkadza. Że właściwie nie obchodzi go, co w tej kwestii planuje Johnny, czy Mystel zgodził się na współpracę i jak dogadają się w praktyce. Gdyby okazało się, że jakiś snajper celuje mu właśnie w tył głowy, byłby gotów mu nawet podziękować.
Może dlatego zdecydował się wpuścić do tej twierdzy Oliviera. Prawdę powiedziawszy, spodziewał się zasadzki i ostatecznego ciosu. Wiedział, że to chore, a jednak wieczorami, leżąc w łóżku i patrząc w sufit, wyobrażał sobie taką bezpośrednią zdradę Francuza wciąż od nowa, jedynie minimalnie modyfikując scenariusz. Potem lepiej mu się zasypiało.
Chciał być po prostu gotów. Na wszystko. Nie tylko na fizyczny ból.
– Robert, czy my możemy porozmawiać jak ludzie? – kolejne westchnienie Polangue wyrwało go z ciągu myśli. – Jak ja i ty?
Robert spojrzał na niego bez zrozumienia.
– To znaczy? – spytał.
– Szczerze. Mocno się postarzałeś, odkąd się widzieliśmy ostatni raz. Masz parę siwych włosów z lewej. A to jeszcze nie koniec. To się dopiero zaczyna i naprawdę nie sądzę, żebyś chciał z tym zostać sam. Będziemy teraz potrzebowali silnego przywódcy i to ty masz nim zostać – głos Oliviera nagle stwardniał i nabrał mocy. – Chcesz to oddać w inne ręce? Reia? A może szalonego Jurija? Tylko że żeby ich przekonać, żeby ponownie przekonać Miguela i zyskać wreszcie argumenty do zamknięcia tej sprawy, sam musisz być silny i musisz wiedzieć, dokąd zmierzasz. Może sam Zachód też trzeba będzie chwycić za gardło, wyjść poza dyplomatyczną bańkę ONZ. Jeśli wszystko się powiedzie, zyskasz szansę zadania Kaiowi ciosu, po którym się nie podniesie. Nie zmarnuj tego przez własną paranoję. Bo to jest twój największy wróg, Robert. Paranoja. Na pewno nie ja i nie Johnny. Jesteśmy z tobą, czy tego chcesz, czy nie.
Jürgens milczał z opuszczoną głową. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Nie wiedział, co myśli i dlaczego słowa Polangue trafiają go tak celnie i głęboko. Dlaczego otwierają dawno zamknięte skrzynie ze wspomnieniami.
Boże, dwadzieścia lat. To wszystko trwało już ponad dwadzieścia lat.
Miał prawo czuć się zmęczony. Miał prawo zwątpić, zwłaszcza gdy wydawało się, że traci wszystko.
– Robert…
Nie od razu dodarło do niego, że płacze. Nie robił tego po rodzinnej kłótni, po rozmowie z Josie ani wówczas, przy pożegnaniu z Gustavem, gdy po raz ostatni opuszczał ratyzbońską posiadłość. Jakby łzy czekały właśnie na ten moment.
I nagle nie mógł ich powstrzymać.
– Robert, przyjacielu…
Skrzypnęło krzesło, gdy Olivier z niego wstawał, rozbrzmiały ciche kroki, a potem ramiona Francuza przygarnęły głowę Jürgensa do ciała. Szczupłe dłonie gładziły jego włosy uspokajająco, jakby był małym chłopcem tulącym się do matki. Płacz przeszedł w głośne, rozpaczliwe wycie, ciężar w piersi narastał, rozsadzał żebra. Ale głaskanie nie ustawało. Wciąż w tym samym, spokojnym rytmie.



Rosja
– Powiedz mi to, co zawsze mówisz.
– Co?
– Że będzie dobrze. Tym razem chcę ci uwierzyć.
Rei poczuł, że coś ściska mu gardło. Musiał przełknąć i odchrząknąć, nim był w stanie wyrzucić z siebie te dwa wcześniej wypowiadane nieomal automatycznie słowa, a i tak zabrzmiały cicho i ochryple.
– Będzie dobrze. – Patrzył Jindřišce prosto w modre oczy.
Przytaknęła, jakby przyjmowała rozkaz i „dzielna dziewczyna” zawisło gdzieś na końcu języka Kona, ale nie zdołał już tego powiedzieć, a po paru sekundach milczenia zwyczajnie było za późno. Choć może tego właśnie potrzebowała. Może on tego potrzebował. Przytuliłby ją. Przygarnął do siebie, jak nigdy nie przygarnął żadnego z synów, bo zabraniało mu tego otoczenie, ale Pierce stał na straży między nimi.
I jeszcze ta cholerna pogoda. Słońce skrzące się na świeżym śniegu po tym, jak przez całą noc prószyło, białe czapy na świerkach. Zimno i wiatr byłyby lepsze, skróciłyby to rozstanie, zmniejszyły stężenie melodramatu, ale nie – jak na złość, jakby kogoś bawiło oglądanie Reia na krawędzi emocjonalnej implozji.
Był Jindřišce wdzięczny, że nie histeryzowała i że nie upierała się, by lecieć z nimi, choć zasępiła się oczywiście i znów zmarkotniała. Ale rozumiała. Zapewne rozumiała też, że gdyby wybrała się do Opactwa z Konem i Takao, byłaby zmuszona używać mocy.
– Uratujesz ich – powiedziała, o dziwo panując nad głosem znacznie lepiej.
– I wrócę – odparł Rei nadal, walcząc z chęcią położenia jej choćby dłoni na ramionach. – Wszyscy wrócimy, a wtedy nic nas już nie powstrzyma. Zabierzemy cię na zachód i będziesz wreszcie bezpieczna.
– I wyjmą mi Bestię z głowy.
Chińczyk starał się nie widzieć skrzywionej miny Kenny’ego, jego zaciśniętych ust. Czuł na sobie spojrzenie, w którym nie było złości, ale dużo strachu i zawodu, a to do złości się przez ostatnie tygodnie przyzwyczaił i to złość nauczył się bezboleśnie od siebie odbijać.
– Jeszcze wszystko się odwróci, wierz mi – powiedział chyba do obu, po czym odruchowo poprawił kurtkę i rozprostował plecy.
Takao już przestępował nerwowo z nogi na nogę i śnieg skrzypiał przeciągle pod jego łapami. Rwał się do lotu. Rwał się do akcji i Rei nie pierwszy raz pomyślał o tym, że kiedy przyjdzie co do czego, nie zdoła go opanować.
Ale cóż, skoro zawiódł porządek, może chaos stanowił wyjście.



Opactwo
Brzęczenie maszynki – tyle właściwie słyszał. A czuł tylko włosy sypiące się po karku i ramionach. I niespodziewane, dawno zapomniane zimno na potylicy, jakiego doświadczył ostatnio w więzieniu. Wszystko inne, cały ból, strach, gorzkie upokorzenie, wszystko to odeszło. Klęczał pokornie, pochylony tak, jak go trzymali, milczący i z zamkniętymi oczyma. Próbował wyrzucić spod powiek to, co zobaczył, gdy go tu wprowadzano – tę maszynerię jak z horroru. Stelaże, dreny, pompy i wszelką towarzyszącą im elektronikę. Czekające na niego miejsce jak fotel elektryczny.
I te cholerne białe kafle.
Otaczający go ludzie byli spokojni. Mieli wprawę.
Oraz najwyraźniej nie spodziewali się zagrożenia.
Nie czuli uderzeń gorąca raz po raz rozsadzających żyły.
Nie słyszeli głosu wewnątrz czaszki.
Nie wiedzieli, jak potrafią płonąć pustka i cisza.
Podniósł nieco powieki i – tak jak się spodziewał – zobaczył jej nogi. Bose stopy, długie i wąskie, z wyraźnymi kostkami, siniejącymi palcami i czerniejącymi paznokciami. Gdyby spojrzał wyżej, zobaczyłby resztę. Łydki, drobne kolana, równe uda, korpus, piersi, na których zapewne krzyżowała ręce, ramiona i wreszcie twarz okoloną długimi rudymi włosami jak płomienie, w połowie skrytą pod zmierzwioną grzywką. Ogromne zielone oczy i półksiężyce cieni pod nimi.
– Gdzie jesteś? – usłyszał stare pytanie. To samo, które zadała mu w tym miejscu szesnaście lat temu, ale nie dlatego, że nie wiedziała. Teraz już to rozumiał.
Tak jak rozumiał już, dlaczego Gargoyle upodobał sobie jej postać.
Chcesz, żebym znów to powiedział, myślał. Żebym cię błagał.
– Jeśli go zabiorą, jeśli go wyczyszczą, już go nigdy nie odzyskasz.
Zależy ci?
– Obu nam zależy. Obaj go wybraliśmy.
Grasz ze mną. Tak naprawdę chodzi o ogień i replikację. Boisz się replikacji. Nie przeżyjemy tego?
Stopy poruszyły się, gdy Julia-Gargoyle przełożyła nogi, jakby w zniecierpliwieniu.
– Idioto, mnie to nie może zabić. Co nie oznacza, że bym się nie bronił. Z nas dwóch to ja mam więcej woli walki, jak widzę.
Irytujące, przywodzące na myśl chmarę komarów brzęczenie maszynki ustało wreszcie. Ktoś przeciągnął dłonią po ogolonej głowie i ocenił, że wystarczy. Chwycili Miguela pod ramiona i podnieśli z kolan. Zaczęli wlec w kierunku fotela. Starał się na niego nie patrzeć. Nie widzieć, jak obręcze zamieniają się w żywe, mięsiste macki pokryte drobnymi kolcami.
– Dlaczego mi nie wierzysz?
Zacisnął usta i powieki. Musiał drgnąć, bo poczuł jak silniej zaciskają się dłonie na jego barkach. Palce Proktowicieli boleśnie wbiły się w mięso. Chory umysł podpowiadał, że to jaszczurze łapy, ale Miguel z całych sił starał się wyrzucić tę wizję z głowy. Od tego by się zaczęło. Od tego i macek. A potem nic nie byłoby już prawdziwe.
A dlaczego miałbym wierzyć?
– Mówię do ciebie. Wybraliśmy tego samego człowieka. I teraz możemy go stracić. Jeśli to się stanie, to będzie tylko i wyłącznie twoja wina. Stracisz jego, stracisz wszystkich. A potem się już nie podniesiesz. I pewnie do tego dążysz. Wiem, za dobrze cię znam. Stracić wszystko, by odejść bez żalu, co?
Szarpnął głową. Poczuł ból, gdy zbłąkana elektroda dotknęła ucha. Któryś z Proktowicieli krzyknął, uderzył go otwartą dłonią w potylicę.
– Chcesz tego? A potem powiesz, że co? Sorry, zostawiłem zupę na gazie?
To było podłe. Podłe, że Gargoyle mówił głosem Julii, że mówił właśnie to i że robił to takim tonem. Świadomie i celnie otwierał rany, rozcinał żyły skalpelem, pakował głowę w cuchnący przeszłością szlam.
Ale trafiał. Przebijał się przez strach i obrzydzenie do samego siebie.
Ciemność i pustka płonęły nadal w ciszy. Głęboko, gdzie nikt nie mógł ich sięgnąć i gdzie one nie sięgały nikogo.
Ale fala ognia wzbierała. Nabrzmiewała pod skórą.
Serce biło powoli, ciężkie jak pęczniejąca decyzja. Nieodwracalna. Ostateczna. Bolesna.
Ale jedyna słuszna.
Blizny na plecach rozpaliło piekielne gorąco. Kolejny był krzyk – najpierw zaskoczenia, potem bólu – gdy kaftan bezpieczeństwa stanął w ogniu.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 02 sierpnia 2017, 16:42

Polangue przytakną.
Poprzedni komentarz zawierał w sobie rozbudowany akapit pod tytułem „nie ogarniam Jurija i jego relacji z Miguelem”. Jakże pięknie się złożyło, że wyłożyłaś w tym fragmencie kawę na ławę i napisałaś mi wprost zarówno to, jak Jurij działa, jak i to, czemu tak a nie inaczej funkcjonuje jego układ z M. Dodałaś też info z perspektywy Argentyńczyka i Gargoyle’a, co było potrzebne, bo potwierdziło na 100% moje domysły.
Jeśli więc chodzi o Jurija – tak, to jest logiczne i właściwie widoczne, wręcz oczywiste. I sposób wyrażania emocji przez fizyczne działanie (tu nieco go łączy z Johnny’m, ale w przypadku Jurija chodzi niemal wyłącznie o agresję, a Szkot po prostu jest… mocno związany na linii psychika-ruch) i powody, dla których postać zdolna jest do tak wielkich poświęceń. Jednak cieszę się, że to padło wprost. Bo dopiero teraz rozumiem w pełni. Spora ilość informacji o Wolborg również się przydała. Wszystko ze sobą współgra, nareszcie. Moje rozumiem znaczy – dotarły do mnie zasady działania mechanizmów, ale nie znaczy, że umiem się wczuć w postać. I to jest fajne i to mnie jara. Jurij pozostaje odległy tak samo, lecz teraz przynajmniej w zupełnym spokoju mogę tłumaczyć sobie większość jego zachowań, może nawet zacząć głębiej się zastanawiać nad relacją z wilczycą, Miguelem, chłopakami z Opactwa. Więc dziękuję za garść wyjaśnień.
Dawałam wcześniej znać, jak bardzo ciekawi mnie i na ilu poziomach dostrzegam wpływ Gargoyle’a na Miguela. Motyw lojalności i ochrony, upartej wierności bestii jest jednym z moich ulubionych z całym tekście. Czekałam długo na głos Gargoyle’a, wyjaśnienie. Padło. Może nie haczyło o równie ważną kwestię długotrwałego „braku mocy” M, ale pięknie potwierdziło „wybranie” Jurija na tę jedną osobę, która będzie najważniejsza. Wspaniale, jestem usatysfakcjonowana.
W bardzo pokręcony sposób łączę ze sobą Odpad i RIPa. Ten pierwszy czytam z wyboru: na początku dla ciebie mimo nieprzychylnej otoczki fanfickowej, potem już dlatego, że mi się podobał, że mnie odstresowuje, że chcę. Ten drugi traktuję jako dopełnienie, coś takiego obok, przy okazji. Dla mnie. Jakby serię przypisów i ciekawostek o Odpadzie. Stąd choć czytam go i czytam, nie mogę przeczytać tak zupełnie i do końca. Bo czytam partiami przeskakując wątki konkretnych bohaterów, wracając do nich, trawiąc. W sumie nie zdziwiłabym się gdyby całość była już przeczytana dwa razy, ale tak ten plik od ciebie pocięłam, poprzestawiałam i pozapisywałam swoimi przemyśleniami, że już nie przypomina RIPa :facepalm: . Bardziej przewodnik Kanterial po bohaterach pogrupowany na konkretne linie fabularne. Teraz sięgnę do niego dla zrozumienia natury Wolborg – piętnastoletniego Jurija, wolnej duszy sybiru. I dla Julii-Gargoyla, żeby dopełnić sobie nawiązanie. I dla Ivana, kata M, żeby dostrzec, czy coś zwiastowało kierunek zmian. Na pewno też kiedyś wreszcie napiszę komentarz, lecz nie wykluczam, że to będzie dopiero, gdy skończysz Odpad. Trochę na opak, ale tak chyba musi być w moim przypadku.
Rozmowa Miguela z Kaiem (czy raczej na odwrót, cóż) bardzo ciekawy aspekt wyłuszczyła. Pewnie w normalnej sytuacji uderzyłby mnie mocniej patriotyzm i Kaia i to, ile robi dla kraju, ale że nie umiem omijać twojego sztambucha, przeszło gładko. Za to bardziej utkwiło mi w pamięci nazwanie Miguela gnojem i fakt, że poniekąd się z Kaiem zgadzam w tej kwestii. Ocena racjonalna, egoizm czy użalanie się, brak zrozumienia – ciężko to odnieść do M., gdy znajduje się on w takim stanie. A jednak to jest trochę egoistyczne. By w Juriju więcej widzieć zdrady niż poświęcenia. I ten gnój-Miguel na pewno o tym wie. I pewnie będzie wiedział za kilka rozdziałów jeszcze lepiej, bo się choć trochę wyrwie z szaleństwa i histerii. Swoją drogą ciekawy moment na odzyskanie ognistych mocy, nie tylko w desperacji, ale też w szaleństwie. Choć przyznam, że tego spodziewałam się od dawna, że to będzie równoczesne i jednoznaczne.
Bym coś napisała o scenie z Robertem, ale napisałam sms i więcej nie napiszę bo nie mogę. Schizujący efekt osiągnęłaś jakimś cudem, bo ja się też nie zorientowałam, kiedy padło zdanie, że Robert nie od razu ogarnął, a do mnie dotarło pół zdania później, że ja też tak jak on nie ogarnęłam i to było magiczne bo obydwoje nie ogarnęliśmy, a mi się zmoczyła maseczka z glinki i musiałam zrobić przerwę w czytaniu, bo musiałam zakryć twarz dłonią.
Mi się ogólnie często ostatnio zdarza, ale akurat w Odpadzie zdarzyło się tylko raz, kiedy świnka przebiegła za Miguelem, więc może to jednak coś znaczy. Piękna scena. Ani o krztę nie przesadzona, a ja wiem, jak się przesadza i jak łatwo to robić.

Dzięki za pozytywne tony w tej wstawce, bo jak wiesz, były potrzebne. Już początek pozwolił mi odetchnąć i pięknie widziałam ten lekki uśmiech Reia, gdy się obudził i usłyszał Czeszkę. Krótka ale znacząca migawka z naprawioną protezą też wiele znaczyła. Co do Reia jeszcze - i tu padły fajne, wyczekiwane wyjaśnienia. Porównanie siebie z Takao, trochę myśli o Bestiach-bóstwach i tym, jak wpływają na nosicieli. Trochę delikatnego przeciwstawienia się Tygrysowi (wreszcie, Rei) i jego mętnym przekazom w formie wizji. Osiągnęłaś niepodważalnie udany efekt „niepojętości” Białego Tygrysa (co go mocno odróżnia od sztucznej Wolborg np., ale też od Gargoyla, który zdaje się więź z Miguelem mieć również na dość ludzkim poziomie pojmowania wypracowaną). Ta niepojętość tyczy się też Black i podoba mi się niezmiernie. No i opisy smoka… Piękne opisy, widziałam ten niepokój. W ruchach chrap i ogona, drżeniu lotek. Prowokacja Reia niby durna, a jakże skuteczna. Jak bardzo ta ambicja jest faktycznie oddana teraz cielesną formą Takao, to aż nie do opisania. Moja ulubiona scena po Robercie – kilka zdań, którymi Rei przekabacił smoka. I bezsilna rozpacz Japończyka w tle. 10 gwiazdek.
Wspomnę jeszcze tylko przelotnie, że i Johnny z Emily mnie urzekli, i opis starań Hiromi, by ratować tyłek Jurgensa, i w ogóle wiele różnych małych rzeczy, jak westchnienie Kaia w samolocie i wcześniejsze krótkie spięcie z Brooklynem. Trochę mniej scena Jurij vs Miguel, ale to chyba dlatego, że dość przewidywalna po tych wszystkich perypetiach. A Ivan zrobił na mnie (może po raz pierwszy w Odpadzie) choć przez chwilę wrażenie człowieka w jakiś sposób silnego i charyzmatycznego. Może przez władzę, ale chyba nie tylko. Ciekawy efekt.

Czekam bardzo. Szykuje się zadyma.
SpoilerShow
wiem, jak wygląda tatuaż Johnny'ego. Wiem, bo widzę go codziennie na swoim balkonie i za każdym razem o nim myślę właśnie tak.
http://i.imgur.com/HkU3rYy.jpg
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 03 sierpnia 2017, 18:42

Nie umiałam tak od razu napisać komentarza.
Ale spróbuję teraz.
Chyba najmocniej trzepnęło mnie to, że oto doszło do momentu, gdy Miguel pęka. On musiał pęknąć i Gargoyle razem z nim. Ogromnie długo naciągałaś mu sprężynę. Latami. Miałam moment, gdy chciałam nim potrząsnąć, ale to przez chwilę, potem już tylko chciałam go prosić, żeby spróbował, żeby jednak pojął Jurija, że nie było wyjścia, że do cholery, idioto, umierałeś i na co by było to wszystko? Że to nie jest dobry moment na chowanie głowy w dupie. Ale tak naprawdę on zniósł mnóstwo (nie powiem - sam się wpakował w sporo z tego, ale jednak zawsze popychany i zawsze zakładający, że robi to, co będzie dla wszystkich dookoła najlepsze) i co dziwnego, że białe kafelki opactwa go załatwiły? I wiesz o co ja się martwię? :bag: :bag: O jego związek z Emily. Bosko, Siem, tak, na tym właśnie powinnaś się skupiać teraz.
I och, jak ja czekam, żeby Takao zrobił tam porządek! Bo przecież zrobi, nie? Bo ktoś musi zeżreć Ivana :bag:
W sumie tak właśnie czytam "Odpad" - emocjonalnie i z pełną wiarą w Ciebie.
Zabiła mnie scena z Robertem. Nie mogłam w nią uwierzyć. I że Robert pękł i że Olivier zrzucił szklaną zbroję - bo on dla mnie taki niedotykalny jest. Taki jak ze szkła, porcelany, taki, że wiesz - patrz, nie dotykaj. I ja sobie teraz myślę, że oni nie będą chcieli nigdy o tym rozmawiać, wspominać, że to coś tylko między nimi, co nawet przed samym sobą się wspomina z lekkim zażenowaniem - nie złym, nie bolesnym, ale jakby nastąpiło jakieś złamanie tabu.
I zgadzam się z Kan - opis smoka jest cudowny. Naprawdę - plastyczny i widać człowieka w zwierzęciu. I to, że kocham smoki nie ma tu nic do rzeczy.

Mój komentarz nie będzie rozległy. Nie jest. Ja się po prostu cieszę, że piszesz, a ja mogę czytać.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 24 sierpnia 2017, 23:49

ROZDZIAŁ XXIV

WE MEASURE OURSELVES BY THE PEOPLE
THAT MEASURE THEMSELVES BY US



Nairobi
Emily bardzo nie chciała myśleć, że to zazdrość, bo przecież życzyła Hiromi jak najlepiej i naprawdę szczerze cieszyła się jej szczęściem, ale jednak dziwne kłucie w klatce piersiowej nie ustępowało. Z bezpiecznej odległości patrzyła na dwoje tulących się do siebie ludzi, nagle samotna jak nigdy wcześniej, choć Johnny stał nieopodal i niby beztrosko – jak to on – bawił się kluczykami do auta. Ale jednak po nocnej scysji. Ale jednak otoczony burzową chmurą. Ale jednak – choć Emily tak go kochała i pragnęła – to nie za nim tęskniła od blisko trzech miesięcy.
Mystel oczywiście bardzo się zmienił, odkąd widziała go po raz ostatni. Przede wszystkim – przestał farbować włosy i teraz były naturalnie ciemne. Ściął je zresztą. Zmiana fryzury sprawiła, że trudno przychodziło York połączenie twarzy trzydziestoparoletniego mężczyzny z dwudziestolatkiem, jakiego znała. Spojrzenia przecież też nie miał tak figlarnego, choć charakterystyczne iskry zgasły już w moskiewskim szpitalu, gdy obudził się bez dłoni.
Hiromi wypuściła wreszcie męża z objęć i pochyliła się, by przywitać syna. Tu nieufności pojawiło się ciut więcej, bo wszak dla takiego malca dwa lata rozłąki stanowiły niemal wieczność, ale lody szybko zostały przełamane, w czym zapewne tkwiło sporo zasługi ojca i możliwości technicznych, dzięki którym twarz matki, jej mimika, głos i gesty nie były dla Rina całkowicie obce.
Emily westchnęła i przeniosła wzrok na wystawę sklepiku wolnocłowego. Nic jej tam nie interesowało, ale nagle poczuła się zażenowana podglądaniem przyjaciółki w tak intymnej sytuacji. Zalał ją wstyd, gdy uświadomiła sobie, że nie zauważyła tej niezręczności wcześniej, zbyt zajęta sobą i pławieniem się we własnych uczuciach.
Chciałaby wierzyć, że jej spotkanie z Miguelem, kiedy wreszcie do niego dojdzie, będzie wyglądało podobnie. Że sobie wpadną w ramiona bez słów i rzeczy po prostu staną się same. Że niczego nie będzie trzeba. Może na wyjaśnienia czas przyszedłby potem – bo przecież pewne sprawy wyjaśnić by po prostu należało. Ale na spokojnie. Z kubkiem herbaty, z ciepłem drugiego ciała obok. Półgłosem w jakimś ustronnym i zwyczajnie bezpiecznym miejscu, gdzie byliby tylko oni zajęci powolnym zdejmowaniem masek.
Mrzonki.
Robert o wszystkim już wiedział. Olivier przygotował dla niego szczegółowy raport ze sprawy, więc szanse na to, że przechwycenie uciekinierów uda się załatwić bez spięć, oscylowały wokół zera. Jurij z jednej strony, Rei z drugiej – Jürgens nie mógł tego wytrzymać. Nie w obecnym stanie psychicznym, węszący wrogów wszędzie i nie ufający już nawet własnemu cieniowi. To spotkanie to będzie taniec na linie. Meksykański impas. Stanie w pełnym słońcu i cierpliwe czekanie na to, kto pierwszy zdradzi chęć naciśnięcia spustu. Trzeba będzie zachować nerwy ze stali.
Wobec dwóch Połączonych.
I być może wobec trzeciego, bo stanowiska samego Miguela też nikt nie potrafił przewidzieć. Tragedia wisiała w powietrzu.
Mystel pomachał Emily z uśmiechem, jakby zauważył ją dopiero w tym momencie, co owszem, mogło być prawdą. Odpowiedziała mu – miała nadzieję – równie przyjaźnie. Nie był niczemu winien. Ani jej strachowi, ani frustracji, ani tęsknocie.
– No dobrze – zniecierpliwił się Johnny i raz jeszcze zakręcił kluczykami wokół palca. – Dość miziania, zgarniam was do hotelu.
Spojrzał na nią przelotnie, a ona pierwszy raz od bardzo dawna nie potrafiła jego spojrzenia rozszyfrować. Nie potrafiła przeniknąć jego stanowiska wobec wszystkiego, co się stało i co mogło się jeszcze wydarzyć. Owszem, w nocy wykrzyczeli sobie w złości parę rzeczy, ale jak to w kłótni, trudno byłoby uznawać je za całkowicie wiążące lub ostateczne. Przemawiały przez nich emocje i jakkolwiek również niosły ze sobą pewne kluczowe kwestie, zwykle powodowały, że sięgało się po zupełnie nie te słowa.
Powinna porozmawiać z nim o tym wszystkim spokojnie – wiedziała. Tylko że to był Johnny. Wybuchowy, impulsywny, najpierw mówiący, a potem myślący Johnny. I to była ona. Wewnątrz zawsze trzy razy bardziej przestraszona, niż ktokolwiek kiedykolwiek podejrzewał. Zawsze trochę z boku i z wyciągniętymi w obronnym odruchu pazurami. Szukająca bezpieczeństwa, a znajdująca tylko kolejne konfrontacje. Zamiast do rzeczowej dyskusji, doszłoby do następnej potyczki i prania brudów, pewnie też tych sprzed lat. Do nadinterpretacji i wyciąganych nie wiadomo skąd żali.
W tej sytuacji zostawały prawdopodobnie tylko papierosy, myślowa ucieczka do hangarów w Ettaler Forst i rozmowa ze ścianą.
Johnny poprowadził ich wszystkich do samochodu. Padło parę pustych, bezsensownych zdań rytuału. Jakieś „Dobrze wyglądasz”, jakieś „Ale tu gorąco”, „Bo to Afryka” i „Będzie z niego przystojny kawaler”. Równie dobrze mogliby rozmawiać o hodowli jedwabników, a naprawdę ważne tematy nadal nurtowały by ich po cichu, drążąc jak woda kamienie.
Kamienie się nie zrastają, pomyślała Emily, patrząc w okno. Nigdy. Nie będzie „żyli długo i szczęśliwie”. Nie będzie wpadania sobie w ramiona i spokojnej ciszy.
Tylko zbieranie odłamków.



Hefei
Terakotowa armia – ta sama, o której plotki krążyły po zaułkach Hefei od dawna – wkroczyła do miasta o świcie.
Doprawdy, trudno byłoby to przeoczyć. Grunt zdawał się drżeć nieustannie pod nogami – czy też dłońmi w przypadku Claude’a – i Peruwiańczyk przestraszył się w pierwszym momencie, że to trzęsienie ziemi. Kiedy jednak minęło parę godzin, na ulicach pojawiły się mieszane ludzko-golemiczne patrole i posterunki, mieszkańców zaczęto spisywać, a częściowo też pakować na ciężarówki i wywozić, zastanowił się, czy klęska żywiołowa nie byłaby jednak lepszą opcją.
Łatwo było przewidzieć, że wojsko postanowi rozprawić się w pierwszej kolejności z samozwańczymi kacykami i gangami ulicznymi, a zatem weźmie się także za włóczęgów. Żebrak o białej skórze i jasnych włosach z kolei na pewno wzbudzi jeśli nie podejrzenia, to przynajmniej ciekawość. A Chińczycy – o czym Tavarez już się przekonał na własnej skórze – lubili brzydko się bawić z tym, co ich ciekawiło.
Co innego pięciu małych chłopców – wzorcowo żółtych i skośnookich. Trochę wychudzonych, ale zdrowych i wychowanych z wszelką starannością. Może dla nich akurat wkroczenie armii do miasta stanowiło z dawna wyczekiwaną szansę.
W pierwszym odruchu Claude miał zamiar po prostu porzucić synów cesarza w pobliżu jakiegoś posterunku, a samemu zwiać jak najdalej się da od tej azjatyckiej rzeźni. Potem jednak tknęło go sumienie i postanowił najpierw zbadać sprawę. Sprawdzić, co dzieje się ze zgarniętymi z ulic sierotami i wywożonymi na ciężarówkach ludźmi. Nawet gdyby miał lepsze zdanie o Chińczykach, w pamięci pozostawały przecież opowieści o miejscach takich jak Opactwo. W czasach, kiedy Połączeni – nawet syntetyczni – stali się towarem na wagę złota, możliwe wydawało się w tej kwestii już wszystko. W samej Ameryce widział dwoje dzieciaków, chłopca i dziewczynkę. Mieli może po dwanaście, może trzynaście lat. Oboje zostali już poddani pełnemu Połączeniu i nikt nie przejmował się spustoszeniem, jakie Bestie mogą poczynić w dojrzewających organizmach. A może nawet było to działanie zamierzone – Claude mógł współpracować z Mizuharą, ale to nie oznaczało, że kiedykolwiek zapomniał, że ta kobieta nie ma nawet grama sumienia.
I to – minimum współczucia – to był właśnie jego błąd. Nie docenił możliwości terakotowych żołnierzy. Z pewnej odległości wydawali się nieco ociężali, powolni i pozbawieni gracji. Tavarez myślał zatem, że – sam lekki i zwinny – bez trudu im ucieknie. Nie przewidział natomiast, że jeśli rozstąpi się pod nim ziemia, zwyczajnie nie zdoła wzbić się do lotu.
Tak oto leżał powalony, zdemaskowany, z rozłożonymi bezradnie skrzydłami i lufą Typa wycelowaną między łopatki. Jedyne, co był w stanie dostrzec z głową przyciśniętą do gruntu ciężką, porażająco chłodną ręką golema, to wypucowane buty stojącego przed nim ludzkiego oficera. Dawno nie widział tak dobrego obuwia. Ludzie w Hefei niekiedy obwiązywali już stopy po prostu szmatami, bo wszystko, co wartościowe, zabierały im gangi.
Mężczyzna mówił coś, ale zestresowany Claude nie rozróżniał słów. Serce waliło mu jak młot, wszystkie rany po nie tak dawnych torturach odezwały się nagłym bólem. Nie chciał, by to się powtórzyło. Nie chciał tak bardzo, że byłby gotów powiedzieć wszystko, co wie, zanim oprawcy w ogóle by zaczęli.
Ale nie rozumiał pytań, a strach zmieniał mu język w kołek.



Nairobi
– Ma ich w małym palcu – rzucił tylko Robert, nie odwracając się nawet od portfenetru, przy którym stał od dłuższego czasu z założonymi za plecy rękoma. Wiedział, że to zły zwyczaj, bo w nieodpowiednim miejscu i czasie może się w ten sposób wystawić na strzał snajpera, Johnny wbijał mu to do głowy niejednokrotnie, ale jednak wyniesiony z ratyzbońskiej posiadłości nawyk najwyraźniej okazywał się czasami zbyt silny.
Otoczony przez zwiewne firanki i oblany popołudniowym blaskiem afrykańskiego słońca Jürgens wyglądał jak rzymska rzeźba, czego oczywiście sam nie miał świadomości, ale co nie umknęło uwadze siedzącego pod ścianą Oliviera. Jak inny był to widok od załamanego człowieka, jakiego oglądał ledwie paręnaście godzin wcześniej. Francuz powinien się cieszyć, ale nie do końca potrafił. Wciąż za bardzo obawiał się, że ta zwyżka formy to tylko wynik dostosowania się do okoliczności, a pod maską Robert nadal pozostał tak samo połamany, jak połamany był w nocy. Ludzie nie naprawiają się z godziny na godzinę. Czasem nie wystarczają im na to całe lata.
A czasem przez całe lata nie widać, że coś toczy ich jak robak.
Polangue odsunął od siebie tę myśl – tak długo jak pozostawała z daleka od jego świadomości, tak długo mógł trzymać ją w klatce.
Powiódł wzrokiem po pozostałych zgromadzonych w hotelowym pokoju, który szybko zamienił się w zaimprowizowane centrum dowodzenia. Obecnie w składzie brakowało jedynie Emily, bo stwierdziła, że musi popracować wreszcie w ciszy, jeśli ma zdążyć poprawić słabości mechów, zanim sprawa się sypnie i konieczne stanie się ich użycie. Zamknęła się więc we własnym pokoju i przyjmowała tylko herbatę na zmianę z kawą, a wychodziła wyłącznie zapalić.
– Media to dziwki – wzruszyła ramionami okupująca podłogę Hiromi. Na kolanach trzymała otwartego notebooka. – Zasada jest prosta. Jeśli nie możesz kupić dziennikarza, kup jego szefa. Między innymi dlatego zerwałam współpracę z agencjami. Zawsze był nade mną ktoś, kto siedział u kogoś w kieszeni. Teksty cięto, podmieniano zdjęcia albo w ogóle nie puszczano. W Japonii sytuacja była o tyle jeszcze skomplikowana, że z zasady ani Rosji, ani Chinom nikt nie zamierzał kibicować, ale to nie oznaczało neutralności, tylko raczej dziką nadzieję, że wszyscy wyrżną się wzajemnie.
Patrząc na nie dwie – na Emily i Hiromi – aż za łatwo było rozszyfrować, w jaki sposób i na jakiej płaszczyźnie tak dobrze się ze sobą dogadywały. Obie zdawały się leczyć swoje problemy, lęki i tęsknotę przez całkowite oddanie pracy. A jeśli praca ta miała jeszcze jakiś wyższy cel, znikały zupełnie dla samych siebie.
To w sumie Olivier także był w stanie zrozumieć.
– Tak czy inaczej, ten szalik to strzał w dziesiątkę – skomentował, powiększając na tablecie okładkę najnowszego „Timesa”.
Na niej Robert – ubrany szykownie, ale jak na siebie z ogromną swobodą – głaskał wyżła weimarskiego trzymającego ufnie łeb na jego kolanach. Programy graficzne usunęły z twarzy sekretarza generalnego nieatrakcyjne oznaki zmęczenia i zostawiły jedynie ślady świadczące o powadze i sile. Odrobinę uwypuklono siwiznę. Przekaz był tak jasny, że nagłówek zapowiadający wywiad ze środka wydawał się wręcz zbędny.
– Robię, co mogę – mruknęła Tachibana znad klawiatury.
Oczywiście było to tylko jedno z jej ostatnich dzieci, to z linii ocieplania wizerunku, z narracji stanowczego, ale kochającego ojca narodów. Równolegle od tygodni ukazywały się materiały kreowane już konkretnie pod szczyt – tak kompromitujące Kaia Hiwatariego i przypominające okrucieństwa wojny, jak i ukazujące Roberta jako nieugiętego strażnika pokoju i silnego przywódcę nie tyle nawet ONZ, co po prostu świata zachodnich wartości. Ten ostatni nie był może najbliższy sercu Tachibany, ale znalazła wśród europejskich i amerykańskich aksjomatów kilka haseł pasujących do kampanii wyśmienicie i mocno kontrastujących chociażby z działalnością Opactwa.
– A wracając do rzeczy – Olivier zwrócił się znów do Mystela siedzącego z synem na kolanach i pochylonego nad jakąś kolorową układanką – wrogów mamy wielu. Przy czym niektórzy uderzali już bardzo bezpośrednio. Są oczywiście radykalne organizacje antyglobalistyczne, terroryści i zwykli bandyci chcący coś na sytuacji ugrać, ale swoje manewry prowadzą też Rosja i przede wszystkim Ameryka. Północna przede wszystkim, a nie zdziwię się w sumie, jeśli też Południowa. Północ jest o tyle paskudna, że twarz ma tylko hipotetyczną. Bo przecież Judy Mizuhara-Jones to nie jest ktoś, kogo by interesowała polityka. Nie ma bezpośredniego interesu w wyeliminowaniu Roberta, ale ktoś, kto z nią współpracuje, już może go mieć i zapewne ma. Natomiast bez wątpienia Mizuhara ma oko na Emily. Nie ustaliłem, czy faktycznie była celem ataku na moje paryskie mieszkanie z całkowitą pewnością – kłamstwo gładko przeszło przez jego gardło – ale to prawdopodobne. Listy z pogróżkami i nieczyste oferty to jednak fakt niezaprzeczalny. Strzelam, że sprawa przeciąga się, bo Mizuharze brakuje argumentu w negocjacjach. Przecież nie chodzi o to, by Emily usunąć, a o to, by zmusić ją do współpracy.
Hiromi przerwała pracę i na jeden znaczący moment całą uwagę poświęciła Olivierowi.
– Coś jej grozi – podsumowała twardo.
– Nie w takim sensie, że…
– Coś jej grozi – powtórzyła. – Ale siedzi sama, nikt jej nie pilnuje. Co wy, kurwa, czekacie, aż Mizuhara wreszcie ją dorwie, czy co?!
– Nie przeklinaj przy dziecku – poprosił Mystel. – I uspokój się, proszę.
– Ale oni właśnie prawie przyznali, że robią z mojej przyjaciółki przynętę! – piekliła się Tachibana.
– Myślisz, że bym na to pozwolił? – warknął Johnny. – Zdecydowanie nadinterpretujesz fakty. Przez większość czasu Emily była całkowicie bezpieczna poza zasięgiem Amerykanów czy kogokolwiek innego.
– Poza tym bezustannie monitoruję sytuację – dodał Olivier, może jako jedyny nie unosząc głosu ani o pół tonu. – Mówię o tym, bo to ważny wątek, nie bagatelizuję, ale naprawdę, bezpośrednie uderzenie przynajmniej w tym momencie nie wchodzi w grę.
– A ten cały atak w Paryżu?
– Biorę pod uwagę, że celem była Emily, ale to nie jest najbardziej prawdopodobna opcja.
Hiromi fuknęła jeszcze coś, ale niezrozumiale. Mystel westchnął nad ramieniem syna wciskającego z zapałem kawałek puzzli w niekoniecznie odpowiednie miejsce.
– Kontynuuj, proszę – powiedział.
Polangue przytaknął, przełykając gorycz kolejnych oskarżeń.
– Jak zatem powiedziałem, Emily jest w polu zainteresowania tylko Mizuhary-Jones – podjął – ale Robert potencjalnie także tych, którzy stoją za nią. Po Genewie wszelkie budynki ONZ są obstawione potrójnie i zorganizowanie zamachu podczas samego szczytu może być zwyczajnie nieopłacalne ekonomiczne, ale i tak powinniście się mieć na baczności. W końcu będą tu wszyscy, poza, hm… – Olivier w zamyśleniu pogładził podbródek. – Poza Ivanem Papowem.
– A dlaczego akurat on miałby być? – spytał Mystel, nie tyle nawet zdziwiony, co wyraźnie układający sobie na bieżąco informacje w głowie.
– Z wielu powodów. Główny jest taki, że zwykle kręci się w pobliżu, jeśli gdzieś odbywa się większy zlot dyplomatów. To coś więcej niż oczy i uszy Kaia, więc obecność Hiwatariego w Nairobi wcale nie wyklucza obecności Ivana. Pojawiał się już parokrotnie w ostatniej chwili, więc i tak powinniśmy być przygotowani.
– Wiesz, problem polega na tym, że Hiwatari jest na świeczniku i rozpierdolił sprawę siedemnaście lat temu, więc jasne, wszystkie działa są skierowane w niego – wtrącił się Johnny. – Ale to Papow jest ukrytym problemem. Gdyby Papow doszedł do władzy, mielibyśmy Wielki Terror dwa zero. To poje… – spojrzał na dziecko. – To świr, jakich mało, więc paradoksalnie trochę w naszym interesie jest, żeby Kaiowi nic się w najbliższym czasie nie stało.
– Czyli mogę się spodziewać, że wyskoczy z pudełka – podsumował Mystel.
– Zawsze i wszędzie.
Olivier zerknął na zegarek. Trzy godziny dzieliły go do odlotu i właściwie powinien już myśleć o podróży, ale coś wciąż trzymało go w hotelowym pokoju.
Wiedział co. Ale nie chciał o tym myśleć.
– Wszystko, czego nie da się przekazać w tak pobieżnej rozmowie, znajdziesz w materiałach, które przekazałem Johnny’emu – powiedział jeszcze. – To newralgiczny moment, owszem, ale daj sobie trochę czasu. Wątków jest sporo, zagrożeń też, ale tak naprawdę wszystko układa się w dość oczywistą siatkę zależności.
I w zaciskającą się pętlę, dodał, ale już tylko w myślach, podnosząc wzrok na wciąż wpatrzonego w dal Roberta.



Hefei
Zmierzchało. Słońce rozpaliło horyzont, dachy domów i girlandy z częściowo zerwanych przewodów wiszące nad ulicami. Nawet asfalt zdawał się zmieniać w rzeki ciemnozłotego światła. W innym miejscu i czasie byłby to widok malowniczy, ale w sercu pewnego chłopca budził tylko lęk.
Nie wraca, mówił do siebie w myślach, by nie usłyszał go żaden z braci. Nie wraca. To już dzisiaj. Zostawił nas. Odszedł.
Ojciec mówił, że to może się stać. Ostrzegał. Trzymał dłoń na ramieniu syna i patrzył mu prosto w oczy.
– Xue – głos miał jak zawsze spokojny, a słowa wypowiadał starannie. – Wiem, że kładę na twoje barki ogromny ciężar. Zbyt duży dla chłopca. Ale ty nie jesteś tylko chłopcem. Jesteś księciem. Dziedzicem. I pochodzisz w prostej linii od bogów, więc będą cię prowadzić. Nie ufaj nikomu. Nie ufaj skrzydlatemu Połączonemu i pamiętaj, że los braci jest tylko w twoich rękach.
Wtedy sens tych słów ledwie do niego docierał. Nie rozumiał jeszcze do końca, że to oznacza rozstanie i ucieczkę z Zakazanego Miasta, które dotąd było całym jego światem, oraz tułaczkę.
Oczywiście wiedział, że gdzieś daleko za murami pałacu toczy się wojna. Wiedział też, że ta wojna zabrała mu matkę. Ale wciąż – a może tym bardziej – pozostawała niewyobrażalna. Odległa. Jak grzmoty burzy schodzącej z gór, ale mijającej miasto.
Odwrócił się, by spojrzeć na braci. Od wielu dni jedli to, co udało się zdobyć, nosili brudne, za duże ubrania, spali w barłogach, przytuleni do siebie, by zachować ciepło w nocy. Hefei mogło nie znajdować się na liście miast zniszczonych atakami bombowymi, ale oberwało rykoszetem. Zostało rozorane i złupione, gdy kraj ogarnął chaos. Wyglądało jak po wojnie, choć jeszcze do niedawna nie było w nim żadnej armii.
Xue nie miał pojęcia, jak poruszać się po takim świecie. W ogóle nie miał pojęcia, jak poruszać się po świecie poza murami Zakazanego Miasta. Nie miał pieniędzy, nie potrafił pracować. Przysiadł zrezygnowany na odwróconej do góry dnem skrzyni i oparł głowę na rękach w geście tak podobnym do gestu swego ojca, który odpoczywał tak, gdy zostawał sam. Chłopiec uświadomił sobie to nagle i zimno zalało jego żołądek.
Ojciec. Zawsze spokojny, zawsze opanowany. Mądry.
Raz tylko zdawał się wyprowadzony z równowagi. Raz tylko. Ale nie zły. Bardziej… przestraszony. Xue pamiętał, że cesarz położył mu wówczas dłoń na głowie i może pierwszy raz tak wprost nazwał swoim następcą. Głos mu przy tym drżał i książę nigdy nie dowiedział się dlaczego.
I spełniło się. Był następcą. Jeśli nie w sensie politycznym, to na pewno na mniejszą skalę. Oto spadała na niego odpowiedzialność za młodszych braci. Nie był już jednym z nich.
Teraz to on musiał stać się ojcem, nawet jeśli nie wiedział, jak działa świat.



Nairobi
Brooklyn rozglądał się z wyraźnym zaciekawieniem – bezwstydnym i niemal dziecięcym – co wśród poważnych ludzi w szykownych garniturach i garsonkach musiało rzucać się w oczy. Zresztą plotki obiegły dyplomatów z szybkością błyskawicy i wszyscy wiedzieli już, że tajemniczy Irlandczyk towarzyszący przedstawicielstwu Rosji to nie kto inny, jak sam Masefield, symbol skomplikowany i niosący ze sobą wiele sprzecznych komunikatów.
O tragedii sprzed niemal dwudziestu lat, gdy doprowadzony na skraj Brooklyn zrównał z ziemią centrum Tokio, z pewnością pamiętano za słabo, a potem tamte wydarzenia zostały przyćmione przez inne, gdy Irlandczyk usunął się w cień, i wreszcie przez wojnę Połączonych, bo tak coraz częściej i śmielej nazywano pierwszą fazę konfliktu, który po upadku Chin wymknął się spod kontroli. Ale mimo to nazwisko Masefield wywoływało skojarzenia – niektórzy chcieli widzieć w nim ofiarę przemocy psychicznej, inni rosyjską maskotkę propagandową, a jeszcze inni mroczną legendę i czerwony przycisk, nad którym trzymał rękę feldmarszałek Hiwatari.
Była też przynajmniej jedna osoba, która w Brooklynie widziała przede wszystkim koncertowo zmarnowany potencjał.
Judy Jones – konsultantka amerykańskiej delegacji i gość honorowy zaplanowanej na trzeci dzień obrad gali – przyglądała się Irlandczykowi z cienia, niewidoczna dla prominentów, ale bez żadnych wątpliwości, że została zauważona przez Połączonego. Tyle że, jak to miał w zwyczaju, kompletnie nie zwrócił na nią uwagi. Nie przeszkadzało jej to. Miała czas.
Uniosła lekko brwi, zdziwiona tym, jak dziwnie porusza się obiekt jej obserwacji. Może widziała to na archiwalnych nagraniach, ale wydawało jej się, że nie było tam aż tak wyraźne. Brooklyn zawsze wydawał się dziwnie miękki w gestach, jakby żył w świecie zrobionym z piany, wiecznie trochę nie tutaj i nie w tym czasie, z nieobecnym spojrzeniem i doklejonym łagodnym uśmiechem, w jaki szybko przestawało się wierzyć. Ale to było coś innego. Coś bardziej…
Judy przyłapała się na tym, że uderza opuszkiem palca w usta, szukając odpowiedniego słowa. Ale i to nie pomogło, a stan niemożności określenia czegoś zawsze wywoływał w niej lekką, motywującą do działania irytację i ciekawość. Chciała wiedzieć. Ile się da. Po prostu.
Owszem, miała świadomość, że to co prawda pozostająca w cieniu, ale być może najgroźniejsza istota na świecie, niemniej miała już doświadczenie w tej materii. W końcu to w jej laboratorium kolejne etapy nietypowego połączenia przechodził Takao Kinomyia. Widziała, jak Bestia przebudowuje jego ciało, obserwowała gwałtowne reakcje psychiczne. Sądziła, że w gruncie rzeczy Brooklyn niewieloma rzeczami mógłby ją zaskoczyć, a może wręcz przeciwnie – może znalazłyby się miejsca, gdzie to ona wiedziała więcej i po których poruszała się swobodniej.
Drugi z jej celów siedział w tym samym rzędzie, w którym usiąść miała i ona – w ostatnim, przeznaczonym dla obserwatorów i konsultantów, a nie delegatów. Uśmiechnęła się pod nosem. Nie mogłaby przepuścić takiej okazji, więc bez wahania ruszyła w odpowiednim kierunku.
– Przepraszam, tu jest wolne? – pytała, ale właściwie zajmując już miejsce.
Obserwowanie szoku na twarzy Emily York – a potem konsternacji wymieszanej ze strachem i podejrzliwością – sprawiło jej niekłamaną przyjemność. Amerykanka oczywiście nie odpowiedziała, najpierw zbyt zbita z tropu, a potem milcząca ostentacyjnie, jakby wciąż miała czternaście lat i usłyszał, że nie jest już najlepsza w drużynie.
Doprawdy, nigdy z tego nie wyrosła.
– I jak ci się podoba Kenia? – zaczęła Judy niewinnie, wygładzając fałdę na beżowej spódnicy.
– Niestety z każdą chwilą mniej – odfuknęła Emily.
Jones zmierzyła dawną uczennicę spojrzeniem. Nie wyładniała ani o milimetr. Wręcz przeciwnie – zaczynało być po niej widać nikotynowy nałóg i nie najzdrowszy styl życia zamkniętego od pewnego momentu głównie w laboratoriach. Zmiana fryzury, zdaniem Judy, też nie podziałała najlepiej, bo dawniej sięgające przynajmniej połowy karku włosy nadawały York odrobiny dziewczęcości, zwłaszcza w połączeniu z dużymi szkłami okularów. Tak krótkie niepotrzebnie podkreślały ostre rysy.
Emily także, co również nie stanowiło nowości, nie potrafiła się ubrać, jeśli okazja wymagała czegoś więcej niż jeansów i podkoszulka. Czasem ktoś jej pomagał i wtedy wszystko grało, ale teraz najwyraźniej musiała radzić sobie sama i wyglądała, jakby garsonkę pożyczyła od matki. To, jakim cudem ktoś się nią w ogóle zainteresował – bo przecież charakterem nie nadrabiała – miało pozostać dla Judy tajemnicą do końca życia.
– Zawsze byłaś taka marudna i drażliwa. Przeczuwałam, że przez to ostatecznie zmarnujesz swój potencjał.
York fuknęła, wyraźnie coraz mniej zszokowana, a coraz bardziej wściekła. I wściekłość ta była jak miód na serce jej dawnej nauczycielki. Mogły razem tyle osiągnąć. Wszystko, czego by zapragnęły. Mogły wspólnymi siłami wypracować sobie pozycję, która otworzyłaby im drzwi do każdego eksperymentu i poszukiwania odpowiedzi na każde pytanie. Emily była jak córka, której Judy nigdy nie miała, w zamian zmuszona do znoszenia bezużytecznego syna o możliwościach intelektualnych i usposobieniu szczeniaczka. Inteligentna, odważna, potrafiąca walczyć o swoje. Gdyby tylko chciała, osiągnęłaby wszystko.
A zamiast tego obie tkwiły w chorych, krępujących układach, uwikłane w politykę, wyciągane na siłę ze swoich ukochanych laboratoriów.
– Mało ostatnio słyszę o twoich projektach – uderzyła znów Judy. – Czym się zajmujesz?
– Sprzątaniem i gotowaniem – odwarknęła Emily.
Jones roześmiała się w sposób, w jaki tylko ona potrafiła to robić.
– Próbujesz być zabawna, dziecko – podsumowała. – Masz wiele talentów, nie przeczę, ale to akurat nigdy do nich nie należało. Prędzej wyłysieję, niż ty nauczysz się wstawiać wodę na makaron.
– Zatem powinnam się spieszyć, bo nie zostało mi wiele czasu – odgryzła się York, co Judy skwitowała kolejnym wybuchem śmiechu.
– Przeurocza jak zawsze. Choć nie powiem, można by pomyśleć, że po tym, jak dostałaś Nobla, zajmujesz się już tylko tym objazdowym cyrkiem.
A ostatnio nawet nie – dotarło do Jones nagle – bo dawno już nie słyszała o wystąpieniach Emily w temacie bladeingu i połączeń. Możliwe, że York faktycznie nie miała na to czasu, choć trudno byłoby uwierzyć, że z powodu obowiązków pani domu. Raczej przez pracę na rzecz frakcji Jürgensa, choć czym dokładnie się tam zajmowała, Judy nie potrafiła ustalić i niezmiernie ją to frustrowało.
Niemniej z pewnością nie przyjechała do Nairobi jako konsultant niezależny i należało się po niej spodziewać mocno ukierunkowanych komentarzy. Wszak popełniła ten jeden zasadniczy błąd, który zamknął jej drzwi do owocnej współpracy z amerykańskim ośrodkiem i naprawdę wielkich rzeczy – wmieszała w naukę własne przekonania. Ubrudziła dane w ideologii. Wyznaczyła sobie granice, których nie wolno przekraczać.
Wszystko to były tak straszliwe bzdury. Istne średniowiecze.
– Zagaduję, bo mimo wszystko lubiłam czytać twoje artykuły – ciągnęła Jones. – Nie były oczywiście wolne od przekłamań, o czym wiesz równie dobrze jak ja, i od dogmatów mających z samymi badaniami niewiele wspólnego, ale poruszyłaś kilka ciekawych wątków i miałam nadzieję, że kiedyś je rozwiniesz.
– Myślałam, że w ogóle nikt ich nie czyta – burknęła Emily, ale nie brzmiała, jak mile zaskoczona.
– Potrzebujesz publiki?
– Potrzebuję, żeby ludzie zaczęli traktować tę sprawę racjonalnie i poważnie.
– Toż to właśnie robię – Jury rozciągnęła usta w kolejnym jadowitym uśmiechu. – Zapewniam cię, że nie ma na świecie nikogo, kto traktowałby sprawę bardziej racjonalnie i poważnie. Rozejrzyj się, Emily. – Powiodła wzrokiem po sali. – Wokół nas są sami politycy. Sami ludzie biznesu i idealiści. Nikt, kto traktowałby kwestię połączeń czysto, jako po prostu fascynujący fenomen.
– A jednak pracujesz dla amerykańskiego rządu – zauważyła York.
– Tak jak ty dla Jürgensa. Obie musimy poruszać się w nieprzyjaznym świecie i szukać ludzi gotowych obsypać nas pieniędzmi na projekty. Ale obie też doskonale wiemy, że nie o to w tym wszystkim chodzi, a o szukanie odpowiedzi. Nie musisz przyznawać głośno, że jesteś tym skrępowana. I tak wiem, że jesteś.
Emily nigdy nie potrafiła ukrywać emocji. Wystarczyło wiedzieć, na co zwracać uwagę i można było w tej niby zimnej profesor wyczytać wszystko. Jak na przykład tłumioną frustrację.
Więc jednak.
– Na coś ci nie pozwalają, prawda? – strzeliła Jones. – Nie możesz w pełni rozwinąć skrzydeł. Wiesz, mam dokładnie ten sam problem. Nie ukrywam, że Amerykanie najchętniej utopiliby mnie w dotacjach, ale sama wiesz, że pieniądze to w kwestii połączeń nie wszystko. Trzeba ludzi i Bestii.
– Jak małych dziewczynek i Pierce’a – wypluła z siebie ze złością York.
– Och, czyli połączyłaś kropki.
– Trudno byłoby nie połączyć.
A jednak – pomyślała Jones, uważnie przyglądając się twarzy byłej asystentki.
– Tak, przyznaję, że to była wiadomość głównie dla ciebie, a Jürgens posłużył mi jako posłaniec.
A jednak nie było pewne, ile informacji znalazło się w ogólnym obiegu, a do ilu dostęp trzeba było sobie wyszarpać na różne brzydkie sposoby. Tak, samo istnienie Jindřiški Radevič Judy ujawniła podczas bankietu w Nowym Jorku. Wystarczyło też dobrze liczyć do pięciu, żeby wywnioskować, że młoda jest Połączoną z Pierce’em. Ale za tym wszystkim majaczyła nieszczęsna sprawa Moskwy. I – nieco dalej – Pekinu.
Napięta atmosfera wokół sekretarza generalnego raczej nie świadczyła o tym, żeby wieści o wyczynach Amerykanów krążyły między dyplomatami nawet nieoficjalnie, ale Jones nie wykluczała, że europejska klika trzyma jakiegoś asa w rękawie. Przejmowała się tym o tyle, że głupota zarządzających FEMA i głównodowodzących armią mogła się odbić na jej własnych badaniach. I zwyczajnie wolałaby wiedzieć.
– Cóż, to jednak nie ja doprowadziłam do tego połączenia – zarzuciła wędkę. – Radevič została do mnie dostarczona już po inicjacji procesu. Ale mogę cię uspokoić. To był najprawdopodobniej przypadek. Zbieg okoliczności i jakiś stary sprzęt, który znalazł się nie tam, gdzie powinien być.
– I na pewno nikt go nie podrzucił w nieodpowiednie miejsce? – prychnęła Emily, zdradzając niedowierzanie. – Akurat w ręce dziewczynki, która spełniała kryteria tak wymagającej i specyficznej Bestii.
– Nawet jeśli, nie byłam to ja. Ja, jak zapewne pamiętasz, zawsze uprzejmie pytałam.
York zacisnęła palce na materiale ołówkowej spódnicy – zupełnie bezsensownej wobec braku krągłych bioder. Był to gest oczywiście znajomy i oczywiście spodziewany.
– Ciebie też zapytałam, pamiętasz? Odmówiłaś.
Nie odmówili Steve, Michael i Max. Tylko ona. Tylko ona jedna, która zawsze chciała być we wszystkim najlepsza. Judy dziwiło to przed laty tak długo, jak długo nie zrozumiała, że York eksperymenty musiały zacząć niepokoić znacznie wcześniej niż ją samą. Możliwie, że czysto intuicyjnie i chciała po prostu poczekać, aż poukłada się sama ze sobą. Coś podejrzewała, ale nie była pewna co, więc siedziała cicho, a potem musiała patrzeć, jak giną ci, których nie ostrzegła, bo bała się kompromitacji.
Może to ją w gruncie rzeczy gryzło. Może to pchnęło ją najpierw w wir desperackich działań Biovoltu pod wodzą Tachibany, a potem ku idealistycznej krucjacie i wreszcie miedzy europejskie żmije.
Byłoby to tak szalenie żałosne.
– Dziś każdy o zdrowych zmysłach by odmówił – warknęła Emily, patrząc przed siebie pustym wzrokiem.
– Dziś – zauważyła Judy. – Zresztą chyba nie doceniasz ludzi. Świat pełen jest karierowiczów, gwiazdek jednego sezonu i desperatów z kompleksami, nierzadko w jednej osobie. Przyznasz, że materiał na Połączonego wymarzony.

Nankin
Daichi uniósł brwi.
– Mężczyzna ze skrzydłami? – powtórzył powoli za raportującym żołnierzem, jakby chciał się przekonać, że dobrze usłyszał.
– Tak. Białoskóry, z pewnością nie Chińczyk. W ogóle nie z Azji. Nie rozumiał pytań lub udawał, że nie rozumie.
– Hm.
Sumeragi w zamyśleniu podrapał brodę pazurami. Nie ulegało wątpliwości, że mowa o Połączonym. I to bardzo konkretnym.
– Coś jeszcze? – spytał.
– To kaleka – dobiegł głos z otaczającej go ciemności, ale po osiemnastu niemal latach od utraty wzroku i przy wsparciu Bestii był w stanie określić, gdzie stoi mówiący, co do milimetra. A także mógł powiedzieć, co zjadł na śniadanie i kiedy ostatnio wymieniał bieliznę oraz koszulkę pod mundurem. – Nie ma obu nóg, ale kikuty są już zagojone od paru lat. Za to stwierdziliśmy dość świeże ślady tortur.
Claude Tavarez. To nie ulegało wątpliwości. A tam, gdzie był Tavarez, mogły być też dzieci Reia. Sumeragi nie podzielił się tym z żadnym ze swoich przywódców, ale jego wyprawa w głąb kraju miała na celu także spełnienie być może ostatniej – oby nie – woli Kona.
– Chcę go przesłuchać.
Wyglądało na to, że nie ma innego wyjścia. Chociaż Daichi ogólnie nie lubił rozmawiać z jeńcami. Nie miał do nich cierpliwości i nie miał wyczucia. Kiedy próbował coś z nich wycisnąć, na ogół dość szybko umierali.
– Prowadź – rozkazał.
Nie chciał tracić czasu i zamierzał jak najszybciej znaleźć się w Hefei, gdzie trzymano tajemniczego więźnia. Zwłaszcza że mimo stosunkowej bliskości miast, droga mogła się przedłużyć. Całe Chiny stanowiły teraz jeden wielki plac boju, głównie partyzanckiego, i choć Sumeragi z całych sił starał się dochować przyrzeczenia złożonego cesarzowi i zaprowadzić porządek przynajmniej na części terenu, proces ten musiał potrwać jeszcze wiele miesięcy.
Daichi dostosował rytm kroku do odgłosów uderzania o podłoże butów prowadzącego go żołnierza. Z nich też wnioskował zmiany struktury i gęstości. Zresztą ziemia podpowiadała mu sama. Bezustannie do niego szeptała, szumiała płynnym ogniem, trzeszczała twardą skorupą, szeleściła piaskiem. Pozornie nieruchoma pulsowała burzliwym życiem. Tym samym, które dzięki elektrycznemu wsparciu Reia, zdołał wlać w terakotowe figury.
Niestety podróż do Hefei oznaczała też konieczność skorzystania z wozów opancerzonych, a tych Sumeragi nienawidził z całego serca. Odrywały go od ukochanej ziemi.
Naburmuszył się więc i zamilkł, choć ogólnie perspektywa dawała sporo nadziei.
Może wreszcie. Może wreszcie coś pójdzie dobrze.
Przydałoby się, bo z południa dochodziły coraz gorsze wieści. Nie tylko Tajwan postanowił wykorzystać sytuację, ale także Korea Północna. Daichi wiedział, że rozpoczęli akcję ofensywną i uwolnili z arsenału swą najgroźniejszą broń.
Kolejna Połączona lądowała w grze.



Nairobi Nairobi było specyficzne także z jednego jeszcze powodu – atmosfery. Międzynarodowe towarzystwo w dużej mierze pozostawało równie sztywne jak zawsze, nawet jeśli uszczuplone o Chińczyków, ale afrykańska część dyplomacji i obsługi wyraźnie odżywała na swoim terenie. Odzywała się barwna mentalność pozwalająca na głośniejsze komentarze i mniej skryte gesty.
Robert nie zdziwił się więc, kiedy, wchodząc na mównicę, usłyszał z kątów sali okrzyki. Ktoś gwizdnął z dezaprobatą, ale niemal natychmiast zagłuszyły go oklaski, więc ktoś inny zawołał „Morderca!” i tak spirala nakręcała się dobrą chwilę, a on stał spokojny, nieruchomy i choć jako główny bohater oraz oś wydarzeń, na moment jakby zapomniany.
Kusiło, żeby nie słuchać. Wycofać się i uciec umysłem gdzieś daleko.
– Panie sekretarzu, pozwoli pan.
Kiedy wreszcie udało się wyegzekwować ciszę, okazała się dziwnie bolesna dla uszu. A po chwili wypełnił ją głos Hiromi Tachibany, odczytującej przygotowane przemówienie w sposób, w jaki chciałaby je usłyszeć.
– Szanowni państwo – zaczął powtarzać po niej Robert. – Zebraliśmy się tu w sytuacji wyjątkowej i w czasie bardzo dla świata trudnym. Trud ten objawia się na różne sposoby, ale w takim czy innym stopniu doświadczamy go wszyscy. Rejony biedne i bogate, rozwinięte i rozwijające się, demokratyczne i wciąż zmagające się z kwestią wolności obywateli. Rozgrywające się na naszych oczach wydarzenia wywołują skutki odczuwalne w najdalszych zakątkach naszego globu. Nie możemy bagatelizować próśb o wsparcie i dramatycznego wołania o pomoc. Oczy świata skierowane są dziś na Nairobi. Na nas, na ludzi, którzy mają wypełniać szlachetne idee, jakie przyświecały powołaniu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Spoczęła na nas olbrzymia, dziejowa odpowiedzialność i musimy stawić czoła kryzysowi niepodobnemu do żadnego w dziejach organizacji. Po to tu jesteśmy, po to, by znaleźć drogę wyjścia z tej straszliwej sytuacji grożącej załamaniu cywilizacji, jaką znamy, i niech nikt z nas nie zapomina o tym nawet na moment. Niech nikt nie traci tego celu z oczu.
Wśród słuchaczy przetoczył się szmer trudnej do określenia natury oraz oklaski – Robert wiedział doskonale, że Hiromi rozmieściła klakierów w strategicznych miejscach i będą oni napędzać owacje. Na ile to możliwe, wyreżyserowała wszystko w najdrobniejszych szczegółach, począwszy od koloru krawata, a na oświetleniu skończywszy.
Nic nie było prawdziwe.
Prawdziwe w jego życiu były tylko porażki.
– Łatwo jest w kryzysie odsuwać od siebie odpowiedzialność i szukać winnych – podjął znów, gdy reakcje umilkły. – My musimy być ponad to. Ponad podziałami i nawet interesami narodowymi. Problem, z którym przyszło nam się zmierzyć, nie ma charakteru narodowego. Z problemem, z którym przyszło nam się zmierzyć, nie dadzą sobie rady nawet mocarstwa, jeśli zostawimy je same – spojrzał na Kaia, zobaczył jego ostentacyjny brak reakcji. Wiedział, że w tym samym czasie jednak z kamer robi zbliżenie na twarz rosyjskiego przywódcy. – Oczywiście wszelka agresja jest godna potępienia i jako organizacja gorąco apelujemy o pokój. Tylko w pokoju znajdziemy rozwiązania. Ale zastanowić musimy się dzisiaj, co oznacza dla nas rzeczywistość, w której tak zwani Połączeni stanowią trwały i ważny element. Zastanowić musimy się, jak ich istnienie wpływało, wpływa i będzie wpływać na nasze myślenie oraz działania. Zastanowić musimy się wreszcie nad ich miejscem w naszej społeczności, nad ich rolą. Nad etycznością ich wykorzystywania w walce i prowadzenia dalszych eksperymentów. Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcemy świata bezpiecznego, czy kolejnej zimnej wojny. Czy ważne są dla nas prawa człowieka i jego godność, czy korzyści materialne i wzrost siły militarnej. Sądzę, że to, co wydarzyło się w Chinach, daje czytelną odpowiedź na część przynajmniej pytań, jakie wszyscy sobie stawiamy.
Kolejna seria pomruków i oklasków, kolejne głębokie wdechy. Łyk wody.
Oby tylko nie zacząć się pocić. Cholerna wentylacja. Oby tylko przypadkiem nie powiedzieć czegoś, co zostanie podchwycone przez media, wycięte z kontekstu i osadzone w innym. Oby tylko dotrwać do miejsca, za którym coś takiego nie będzie już możliwe.
– Przy czym, musimy mieć tego świadomość, rozmawiamy o ludziach. Nie o broni. Rozmawiamy o ludziach takich, jak każdy z nas, którym jednak wyrządzono ogromną krzywdę.

*

– Krzywdę – prychnęła Judy i skrzywiła się z niesmakiem.
Emily nie skomentowała. Kłóciły się już o to wiele lat temu i parokrotnie, także na chwilę przed tym, jak York po prostu wrzuciła rzeczy ze swojej szafki do torby i opuściła ośrodek.
Pamiętała tamten dzień jak przez mgłę, ale nadal potrafiła powiedzieć, że było gorąco i że bolał ją brzuch. I że cholernie bała się zatrzymania i pytań. Ale chyba Mizuhara nie spodziewała się takiej reakcji i nie zareagowała. Może nie wyobrażała sobie, żeby nastolatka, przed którą otwierały się na oścież drzwi do międzynarodowej kariery u jej boku, mogła to wszystko tak po prostu rzucić.
Potem Emily pojechała do rodziców. Na wariata, przez pół kraju, trochę stopem, trochę na krzywy ryj, zbyt zszokowana, by myśleć o tak podstawowych rzeczach jak zwyczajny telefon do ojca z prośbą o zgarnięcie jej ze stacji kolejowej. Potrzebowała wiele czasu, by przekonać siebie, że nie, nie jest mordercą, że naprawdę o niczym nie wiedziała i nie mogła niczego przewidzieć, nawet jeśli dręczyły ją pewne niepokoje.
Hiromi jej wtedy pomogła. A potem opowiedziała o swoich planach i York dołączyła do jej zespołu bez zbędnych pytań.
– On naprawdę wierzy, że ktoś tu się nabierze na ckliwe gadki? – Judy uniosła jasne brwi i zaplotła ramiona.
– Tu się nie ma na co nabierać – odburknęła Emily.
– Założę się, że nie ma żadnego konkretnego programu do przedstawienia. Politycy zawsze mówią ogólnikami.
Zwłaszcza podczas takich przemówień, dodała w duchu York.
Nie znała się na tym szczególnie, ale nawet ona wiedziała, że najważniejsze decyzje zapadają zawsze w kuluarach i podczas prywatnych rozmów. Judy zapewne także o tym wiedziała. Jedyne, co chciała osiągnąć, to wyprowadzić dawną podopieczną z równowagi. Zmusić do pójścia do łazienki albo na papierosa.
Obchodziło ją tylko małe, puste zwycięstwo.
– Chyba nigdy nie zrozumiem, jak to się stało, że dla niego pracujesz. Ja rozumiem, powiązania. Twój mąż… obecny, były…? Jest jego mięsem armatnim, ale sądziłam, że masz w sobie więcej niezależności. Na taką pozowałaś.
Emily siłą woli utrzymywała dłonie ułożone na udach, choć czuła, że materiał spódnicy jest pod nimi już całkowicie mokry. Ledwie już słyszała, co mówi Robert. Nawet ostatnie słowa Mizuhary dotarły do niej z jakiejś otchłani. Zamiast tego w głowie nabrzmiewało jedno jedyne pytanie, którego York tak naprawdę wcale nie chciała zadawać.
– Paryż – powiedziały jednak jej usta bez udziału woli. – To byłaś ty?
– Co? – Judy zdziwiła się chyba szczerze.
– Paryż – powtórzyła Emily z trudem. – Zostałam tam zaatakowana. To byłaś ty?
– Zaatakowana…?
Trudno było w to uwierzyć, ale w głosie Mizuhary odbiło się coś, co wydawało się nie tylko szokiem, ale też niepokojem.
– Więc…
– Chcę, żebyś ze mną współpracowała. Nie podejrzewaj mnie nawet o takie marnotrawstwo, żeby cię na coś narażać!
Umysł Emily utonął w nagłej powodzi chaotycznych myśli, a wśród nich na plan pierwszy wysunęła się jedna – jeśli nie ja, to kto?



Południowe tereny byłego Nowego Cesarstwa Chińskiego
Była może jednym z najokrutniejszych symboli tego, co stało się przed laty. Dawniej w końcu noszono ją na rękach i rzucano kwiaty pod nogi. Gdziekolwiek się nie ruszyła, podążał za nią tłum wiernych fanów, każde słowo było powtarzane po tysiąckroć, a każdy gest komentowany.
Obecnie nie była już niczym więcej, jak tylko straszydłem.
Jak niemal do każdego z Połączonych, także do MingMing przyplątał się szereg określeń. Nikt już nie pamiętał o Wenus, choć obie stanowiły teraz jedno, za to nazywano ją Syreną lub Harpią.
Czy też raczej – tak nazywali ją ci do niedawna jeszcze nieliczni, którzy wiedzieli, że nie zginęła, gdy Kenny Saien uwolnił przetrzymywanego w amerykańskim laboratorium Takao Kinomyię, wówczas już bardziej smoka niż człowieka. Bo i owszem, MingMing przeżyła tamte wypadki, ale wyszła z nich okaleczona i oszpecona, z połową twarzy rozoraną pazurami Bestii. Myślała, że połączenie z Wenus to dla niej ostatnia szansa. Nie zamierzała się przecież poddawać. Nie ona. Chciała, by było jak dotąd, choć w pewien sposób inaczej – żeby świat nadal musiał się z nią liczyć. Nie miała już urody i wiedziała, że w tym biznesie to przekreśla jej karierę na zawsze, ale wydawało jej się, że znalazła inną drogę.
Okazało się jednak, że droga ta zaprowadziła ją na skraj przepaści.
Wenus zabrała MingMing jedną z ostatnich rzeczy, jakie jeszcze miała – głos. Niegdyś bezcenny, ubezpieczony na grube miliony dolarów nie tyle nawet przez wzgląd na swoje walory, co cały kręcący się wokół niego przemysł. Od kiedy jednak Koreanka pozwoliła Bestii wrosnąć w swój umysł i rozpoczął się proces mutacji, nie mogła używać go bez konsekwencji. Stał się jej najgroźniejszą bronią, ale także przekleństwem. Wenus krzyczała jej gardłem, siejąc szaleństwo.
A teraz miała razem z nią oszaleć cała Azja.


Paryż
Umarła we śnie – tak mu powiedzieli i kiedy przed południem ostatni raz dotykał jej twarzy, pomyślał, że tak, to prawda. Czuł bijący od niej spokój. Wreszcie. Po wielu dniach cierpienia, często w samotności, gdy syn nie mógł jej odwiedzać.
Właściwie oboje czekali na ten dzień i kiedy Olivier odebrał telefon z hospicjum, żal czuł tylko przez chwilę. Potem nadeszła podwójnie odczuwana ulga. A mimo to z pogrzebu wrócił zmęczony i pusty. Zaparzył kawę, zjadł rogalika. Napięcie wróciło w nagłym spazmie.
Nie załatwił jeszcze wszystkiego.
Nie odwrócił się nawet, gdy drzwi do jego mieszkania zaczęły się otwierać. Zamek nawet nie zaprotestował – wystarczył pośledni, odpowiednio wyszkolony Połączony z repliką Storm, żeby poradzić sobie z tym poziomem magnetycznych zabezpieczeń i Polangue wiedział o tym nie od wczoraj.
Miał świadomość, że przyjdą. Byli wśród żałobników, niby to zamaskowani, ale tak, żeby zwrócił na nich uwagę. Może miał zacząć uciekać. Może ktoś to tak zaplanował. Ale on postanowił, że po prostu wróci do siebie.
Ten dzień musiał kiedyś nadejść – podobnie jak śmierć matki, która zwabiła go do Paryża – i Olivier wiedział, że jeśli zdoła się pogodzić z Robertem i przekazać mu przynajmniej część materiałów, tylko go przyspieszy. Nie był już potrzebny jako element jątrzący, jako zadra i skaza w europejskim stronnictwie. Spełnił swoją rolę, a jednocześnie stał się zbyt niebezpieczny.
I jeśli ktoś w tym wszystkim naprawdę rozumiał Roberta, ciężar życia ze świadomością odraczanego wyroku, to właśnie on.
Przecież atak w Paryżu na jego mieszkanie to było tylko ostrzeżenie.
Poczuł dłoń na tyle głowy i mgnienie oka później uderzył twarzą w blat biurka.
Nawet nie założył rękawiczek, skonstatował Olivier mimowolnie. Nie boi się zostawić śladów.
Tłumik był zimny. I właściwie tyle.
– Pozdrowienia od Ilji Balkowa – usłyszał Polangue na pół sekundy przed strzałem.

Bawaria
Kilkaset kilometrów dalej na południowy-wschód rzucone na drogę gwoździe przebiły oponę mercedesa. Kierowca usiłował opanować auto, ale to z impetem uderzyło w barierkę i runęło w dół zbocza.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 31 sierpnia 2017, 11:07

jedno potknięcie:
a na oświetleni(u) skończywszy.

SpoilerShow
Prawdziwe w jego życiu były tylko porażki.
ja j*bie

Mimo napięcia w pierwszych scenach ekipy z Europy, tych z perspektywy Emily i tych w grupie, gdy zebrali się razem, czekając na lawinę, czułam spokój. Czułam taką ponurą zgodę na nadchodzący chaos i to było bardzo 'współodczuwanie' sytuacji, do tego stopnia, że momentami czułam się jak za szybą. Efekt, co wiem z całą pewnością i co należy przyznać, gwarantowany w moim przypadku niemal wyłącznie stosunkiem emocjonalnym do Roberta. Przejęłam tę postawę spod okna i czytałam uważnie, ale czytałam wiedząc, że to tylko prolog katastrofy. Zdradził mi to inny szczegół niż dosadne stwierdzenie Oliviera pod koniec, choć ono akurat zza szyby przebijało się najmocniej. Nie żałuję, że tak się czułam (efekt taki sam podczas drugiego czytania o dziwo) bo to właśnie pozwoliło mi trzeźwo spojrzeć na całość, przygotować się trochę mentalnie i pogodzić z tym, że będzie mi ciężko i przykro niedługo. Oczywiście szyby nie było przy Emily, czy to patrzącej na przyjaciółkę, czy rozmawiającej z Judy
Świat pełen jest karierowiczów, gwiazdek jednego sezonu i desperatów z kompleksami, nierzadko w jednej osobie. Przyznasz, że materiał na Połączonego wymarzony.
hej, Miguel

ale tam też był przedsmak tego co będzie i wszystkie te sceny (co bardzo cenię) ja-czytelnik odebrałam jako zakładanie zbroi. Było bardzo potrzebne mi samej, inaczej załamałabym się bardziej sceną z Olivierem i następnym kadrem z Bawarii, zwłaszcza że podejrzenia mam dość sprecyzowane i bolą okropnie w kontekście ostatnich myśli Polangue.
Ciężko mi o scenie z Paryża napisać wiele poza tym, że była cholernie dobra i że takie właśnie lubię. Szanuję zwięzłość i to, że się nie rozwlekłaś nad kwestią matki, choć mogłoby kusić podobnie jak wnętrze głowy Oliviera. Może było to ułatwione, bo on zawsze był gdzieś w cieniu. Ta śmierć boli tym bardziej. Nie mogę się z nią pogodzić. Nie mogę też wytrzymać bierności, która mnie uderzyła, choć jednocześnie wydaje mi się bohaterska i godna. Bardzo punktująca w moim odbiorze postaci. Zrobiłaś mi krzywdę tym fragmentem bo jak zwykle za mocno przeżywam.

O Robercie nie jestem w stanie w ogóle niczego napisać, wolałabym, żebyś była w mojej głowie. Okropnie mi. I wspaniale jednocześnie, bo ja to właśnie lubię w literaturze. Dziękuję, że osiągnęłaś efekt i gratuluję, że osiągnęłaś efekt. Choć u mnie łatwo było zaorać samym charakterem i narodowością. Nie zmienia to jednak faktu, że jesteś dobra w te klocki, bo zadziałał też Olivier i niezmiennie działa Miguel. Liczę, że tego działania będzie więcej i próbuję nie myśleć o tym, że się ograniczasz.

Sytuacja Claude'a - co za fatalny zbieg okoliczności, co za pokręcona akcja. Ten impuls dobroci pchnął go w kłopoty (a przecież jednocześnie to nie jest postać, która dla honoru czy idei będzie się poświęcać albo narażać życie, on ma w sobie ludzki egoizm i tchórzostwo) i przez ten impuls syn Rei'a poczuł się zdradzony. Teraz czuję, że dzieciaki znikną, choć akurat wpadnięcie Claude'a w ręce Daichiego było dla nich dobre i wszystko mogłoby potoczyć się po myśli Reia. A może martwię się bez potrzeby? Chciałabym, żeby ten wątek skończył się już w tym momencie happy-endem, ale ciężko mi w to uwierzyć. Więc chwilowo mam jedynie nadzieję, że Tavarez nie zostanie poturbowany i że przeżyje. Ogromnie dużo haczyków rzuconych, czekam w napięciu na kolejny fragment tekstu.

Dobrze też zrobiła mi przerwa w scenach z Rosji - potrzebowałam jej i teraz nabiorę minimum koniecznego dystansu. Zdecydowanie od początku byłam sercem przy ekipie z Europy, a gdy Miguel się odłączył, nieco sypnęła mi się uwaga i rozkład fabularny, porozsypywały się wątki narodowościowe i zaczęły pojedyncze, osobiste liczyć. Teraz znów patrzę na bohaterów "w grupach" i to znów przyjemne uczucie. Komfortowe, choć akurat sytuacja komfortowi nie sprzyja.

I jedno info na bonus - tak mocno widać ten moment, gdy kłamstwo gładko przechodzi Olivierowi przez gardło, że on siedzi w głowie i uderza dopiero podczas spięcia na linii Judy-Emily wyjaśniających między sobą sytuację. Ładne. Bardzo udane. Bo nie chodziło o nią i to ja-czytelnik wiedziałam od samego początku, bez cienia wątpliwości, choć stawiałam raczej na Miguela, gdy czytałam wtedy, dawno, o tym zamachu.

Nie muszę chyba pisać, że to świetnie napisany tekst. Chciałabym, żeby już był, żeby był długi i żeby następna część też tak mną targała. Cieszę się, że mogę czytać.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 179
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Coffee » 20 września 2017, 20:15

Doczytałam! Teraz spróbuję napisać coś sensownego, ale z tym może być ciężko, bo jakoś tak po drodze i w okolicy 30% na czytniku zrozumiałam, że nie mam do czynienia z klasycznym tekstem, ba, nawet nie z klasycznym fanfickiem, tylko z OZem. Co z tego, że pisanym w pojedynkę. Ma wszystkie cechy OZa, dla których tak je uwielbiam: dużo wątków, bardzo daleko zakrojoną fabułę, rozmach ogólnoświatowy, różnorodne postacie, soczyste plot twisty i przede wszystkim lekkość czytania. Nic nie poradzę, że to dla mnie tekst przede wszystkim rozrywkowy. Rzeczy, do których ewentualnie bym się przyczepiła, też są bardzo OZowe i jakoś tak łatwe do wybaczenia.

Z rzeczy ogólnych: bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, że każdemu w tym tekście na kimś zależy. Mimo całego gore i masakr, które dzieją się w tle, te pozytywne relacje zdecydowanie wybijają się na pierwszy plan i to robi bardzo, bardzo dobry napęd. Nawet jeśli nie kumam niektórych powiązań (jak, no jak, jak jak jak wszystkim tak bardzo zależy na Miguelu? I mean. Kaman.), to na poziomie tekstu są one bardzo sensowne i przede wszystkim konsekwentnie prowadzone. Nie dają się zdołować i wciągają czytelnika nawet jeśli nie zna świata (zakładam).

A przy tym nie szafujesz bezsensownymi krzywdami dla samego shock value. Jedynym przypadkiem, kiedy komuś stało się bubu i ja nie do końca widzę po co, jest Mao, ale daję Ci tutaj kredyt zaufania i zakładam, że to też do czegoś dąży. Śmierć Siergieja miała cel. Choroba Miguela miała cel. Bardzo mi się to podoba.

Z rzeczy szczególnych: na samym początku bardzo mi się spodobał wstęp z perspektywy Hiromi i bardzo się ucieszyłam, gdy wróciła do gry. Mam nadzieję, że dodasz jej trochę skrzydeł, bo chociaż jej motywacja jest bardzo jasna, to póki co jest raczej postacią-narzędziem.

Wątek Roberta od początku imo najlepszy. Nie wiem, czy tu przebija się Twoje doświadczenie z wysokimi chudymi politykami, czy materiał pierwotny okazał się tak wdzięczny do obróbki, czy coś jeszcze wzięło górę, no ale ja jestem zachwycona. Raz, że ciśnie fabułę do przodu. Dwa, że autentycznie się go lubi i mu kibicuje. Trzy, i nie wiem czy nie najważniejsze, że to w wątku Roberta i jego przydupasów jest ta świetnie wyważony balans wielkiej polityki/historii osobistej. Nie ma jednego bez drugiego. Żadną stroną nie przeciążasz. Rzeczy z siebie wynikają i pociągają za sobą kolejne konsekwencje: rodzina ma wpływ na politykę, polityka na rodzinę i ten obraz nie jest statyczny. Jak dla mnie miodzio.

(Widzę, że mi ten komentarz mocno idzie w stronę wymienienia każdej postaci i określenia lubię/nie lubię, a to do niczego nie prowadzi, o tym chyba lepiej byłoby przy piwie pogadać, bo to byłaby długa wyliczanka. Więc skrótowo: Robert, Emily, Johnny, Olivier, may he rest in pieces, Rei, Claude, i jeszcze kilka postaci bardzo na tak. Do Jurija i Miguela mam zastrzeżenia. Do Kai’a mam uczucia ambiwalentne mocno. I jest kilka pomniejszych rzeczy, które mnie gryzą bardzo i które możemy omówić na żywo jak będziesz czuła potrzebę.)

I jednak to, że to jest fanfick, bardzo mi wykręca do góry zabawometr przy czytaniu. Coś wielkiego i niebieskiego na niebie – huehuehuehue, no w końcu. Korea wypuszcza swoją największą broń i to nie jest atomówka – huihuihuihui, GET IT, GURL. Także jak widzisz no nie ma kija, nie napiszę Ci tutaj jakiegoś głębokiego komentarza, bo dla mnie od samego początku to jest tekst na popcorn i rozrywkę. Której dostarczasz. Także dziękuję.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

ODPOWIEDZ