UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Jestem odpadem atomowym [skończone]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem obiadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 03 marca 2017, 22:25

Nie wiecie nawet, jak jestem Wam wdzięczna *chlip* Nie, serio na serio. Nie wiecie. Dziękuję.

ROZDZIAŁ XIII
DO I REGRET DOING IT? YES. WOULD I DO IT AGAIN? PROBABLY


Norylsk
– Bądź przeklęta.
Nikita Panin splunął na grudy ściętego już nieźle błota i – nie kłopocząc się praworządnością – rzucił na nie niedopałek, zanim przekroczył próg i zatrzasnął za sobą drzwi. Zdążył dotrzeć na miejsce niemal w ostatniej chwili, bo lodowaty wiatr coraz mocniej szarpał ubraniem i było jasne, że lada moment przerodzi się w prawdziwą wichurę.
Doktor nienawidził tego miejsca. Jak zresztą wszyscy, łącznie z autochtonami, zmuszonymi, by żyć tu i pokutować za grzechy swoich dziadków i pradziadków – dawnych skazańców z łagrów. Nie zasługiwało na nic więcej, poza przekleństwami i flegmą.
Wielkie, betonowe ciało Norylska, tego miasta-więzienia, miasta-potępieńca, grzęzło w zamarzającej mazi z błota i śmieci przytłoczone własną tragedią, uduszone we własnym smrodzie i zamknięte w pętli zbiorowego koszmaru o tym, że po nocy polarnej nigdy już nie wstanie słońce i nie nadejdzie tych kilka dni ciepła – jedynej rzeczy, dla której warto było jeszcze trochę przeżyć.
Nikita ruszył schodami w górę, na piętro, gdzie farba ze ścian wciąż odłaziła nieco mniej, bo ktoś czasem palił w kozie i wyganiał wilgoć wraz z zimnem.
Jeszcze parę dni i nawet koza będzie gówno warta.
Wszystko będzie gówno warte, aż wreszcie anieli przykryją Norylsk ciemnością, by dobry Bóg nie musiał na niego patrzeć.
Doktor wyjął z kieszeni klucz i nie bez trudu przekręcił go w zamku. Choć zawiasy chodziły koszmarnie, napuchła płyta pilśniowa niemal wyginała się pod naporem ramion i Panin z przekąsem pomyślał o tym, że niebawem będzie mógł sobie darować walkę z rdzewiejącym mechanizmem.
Spojrzał na zegarek i jeszcze zanim się rozebrał – to znaczy zdjął czapkę i rękawiczki, bo płaszcza pozbywać się nie zamierzał – włączył radiostację. Miał dokładnie kwadrans do rozpoczęcia odsłuchu, ale rzęch niekiedy oprotestowywał współpracę i trzeba mu było parę razy solidnie zdzielić w pudło. Nawet ten klocek z dykty i miedzi nienawidził Norylska.
Nikita zdjął wreszcie rękawice i odkręcił wodę. Odczekał chwilę, aż lecąca z kranu maź przestanie przypominać kolorem i zapachem niezdrowy mocz, po czym podstawił pod strumień czajnik. Jeśli dobrze pamiętał, w butli powinno być jeszcze nieco gazu – w sam raz na zrobienie jednej herbaty. Na resztę lodowatej nocy z wyciem potępieńców za oknem będzie musiała wystarczyć wódka.
Chwilę później siedział już ze szklanką czaju i czapą wymienioną na słuchawki przed radiostacją, która o dziwo odbierała tego dnia bez zarzutu. Wiatry co prawda powodowały zakłócenia, ale nie gorsze niż zwykle.
Pięć długich sygnałów, potem trzy krótsze, dwie sekundy ciszy i znów pięć długich w rosnącej skali. A potem kobiecy, beznamiętny głos czytający cyfry dalszej części kodu.
Nikita zamarł.
To nie była standardowa sekwencja.
To było ostrzeżenie. Najwyższy stopień ostrzeżenia. Nakaz natychmiastowej ewakuacji obiektów i zniszczenia dokumentacji dotyczącej eksperymentów.
Doktor zaklął pod nosem. Odstawił szklankę na odrapany z lakieru stół, bo zanadto zaczęły trząść się jego dłonie.
Właśnie teraz! Gdy był tak blisko!
Chciał zapytać, ile ma czasu i czy to naprawdę konieczne, ale stacja służyła do odbioru zakodowanych wiadomości i niczego więcej. Zresztą Nikita wiedział, że wysłane w ten sposób ostrzeżenie nie dotarło tylko do niego, a wszędzie, gdzie znajdował się ktoś, kto wiedział, na jakich częstotliwościach, kiedy i czego słuchać. A to z kolei oznaczało, że nadciąga coś naprawdę dużego.
Doktor nie miał pojęcia co. Do tego przeklętego miejsca nie docierały nawet plotki. Było jednak dla niego jasne, że jeśli Kai Hiwatari i jego sztab ryzykują powodzenie tak ważnego strategicznie programu, coś najzwyczajniej w świecie ich wystraszyło.
Coś musiało zatrząść się u samych posad.


Paryż
Na moment przymknął oczy, całą uwagę skupiając na cieple drażniącym twarz, ale pod powiekami nadal tańczyły płomienie. Były tak blisko, dosłownie na wyciągnięcie ręki, choć zamknięte w bezpiecznej, cywilizowanej ramie kominka.
Niemal słyszał, jak wołają, błagając, by pozwolił im opuścić to więzienie, wyrwać się na wolność i wzrosnąć. By zdjął te przeklęte kajdany, rozciął więzy, wyszarpał knebel. By pozwolił im stać się tym, czym zawsze być pragnęły.
Rozwinąć odrąbane bestialsko skrzydła.
Dumnie podnieść głowę.
Ryknąć pełną piersią, roześmiać się i zostawić po sobie tylko popiół.
– Miguel?
Zacisnął dłonie, przyciskał palce do gładkich ścianek, aż do mózgu nie dotarła prosta informacja, że trzyma w nich kubek z absurdalnym nadrukiem przedstawiającym przegryzającego marchew mopsa unoszącego się w przestrzeni kosmicznej. Lavalier, kiedy zobaczył to małe arcydzieło po raz pierwszy, pomyślał, że musi się za tym kryć jakaś historia. I że bardzo chciałby ją poznać.
– Hm? – Obrócił głowę, by spojrzeć na wchodzącego do salonu Oliviera.
– Przesyłka przyszła.
Polangue trzymał w rękach spore pudło, które po chwili odłożył obok siedzącego na podłodze Argentyńczyka.
– Dzięki – uśmiechnął się Miguel, biorąc się do rozpakowywania kartonu.
Powidok szepczących błagalnie, wściekłych płomieni wciąż jeszcze tlił się na tyłach jego głowy. Inne dźwięki wydawały się przytłumione, obraz rozmazany nawet mimo wsuniętych pospiesznie na nos okularów.
Przesyłka stanowiła jednak dobry pretekst, by skupić się na rzeczywistości i uciszyć natrętne, niemożliwe do ugaszenia pragnienie.
To jeszcze nie był ten czas.
Taśma ustąpiła i spod warstw pianek i folii bąbelkowej wychynęła maszynka do tatuażu.
– I jak? – spytał Olivier, kucając obok.
Miguel roześmiał się cicho.
– Pojęcia nie mam – odparł. – Ostatnia, jaką miałem w ręce, była z puszek i grzałki do wody. To jak przesiąść się z hulajnogi do ferrari.
Wyjął maszynkę z kartonu, zważył w dłoniach.
– W każdym razie, co złego, to nie ja – skomentował Polangue.
– I nie ja. Johnny sam się domagał.
Domagał się, chociaż Miguel parokrotnie dobitnie powtórzył, że wszystko, co wie, wyniósł z więzienia, że właściwie zaczął uczyć się tatuowania tylko dlatego, że coś trzeba było robić, żeby nie oszaleć, a Zurdo – po skończeniu skrzydeł na jego plecach i długotrwałej walce z oporną jak kamień skórą – oświadczył, że już nigdy nie tknie sprzętu i niech się wszyscy pierdolą.
Zresztą wszystko to było jedną wielką prowizorką wynikłą z głupiej rozmowy o pierdołach nie mającej na celu niczego, poza odciągnięciem myśli Lavaliera od Papowa, Chin i całego tego gówna. Być może sam pomysł tatuażu też temu służył, Miguel nie potrafił tego ocenić. W sumie nie spodziewał się po Johnnym podobnego gestu i choć całość przedsięwzięcia była dla niego czytelna jak pismo trzecioklasisty, z czystej wdzięczności i uprzejmości udawał, że daje się wciągnąć w paplanie o niczym i że mu to pomaga.
Aż w pewnym momencie odkrył ze zdziwieniem, że jest tak w rzeczywistości.
– W ogóle czytałeś? – Olivier usiadł w fotelu i wyciągnął przed siebie długie nogi, a wąską dłonią wskazał leżący na stoliku tablet.
– O czym?
– O Chinach.
Miguel skrzywił się mimowolnie.
– Czytałem – odparł.
Zamknęli granice. Zerwali większość umów międzynarodowych. Wycofali dyplomatów, wypowiedzieli członkostwo w organizacjach. To mogłoby wyglądać histerycznie, gdyby nie świadomość, że najprawdopodobniej za tymi decyzjami stoi Rei.
W dodatku mniej oficjalne źródła donosiły o przewrocie politycznym w samym Zakazanym Mieście i jakichś krwawych wydarzeniach, jednak nikt nie potrafił oddzielić plotek od sprawdzonych informacji. Chińczycy mieli wprawę w ukrywaniu się przed światem i zaczęli wykorzystywać to doświadczenie z pełną mocą.
Tak, Miguel wiedział, w jakim kierunku potoczyłaby się rozmowa, gdyby Olivier miał mniej taktu. Wiedział też, że w ostatecznym rachunku niczego to nie zmienia. Nie pierwszy raz wybierał między stadem goniących go hien i skokiem w przepaść. Znał konsekwencje i ból po upadku. I nadal ta opcja zwyczajnie bardziej mu odpowiadała.
– Zgaduję, że teraz będzie trochę pod górkę z wysłaniem delegacji – skierował temat na bezpieczniejszy tor, także dla samego Oliviera.
– Bez wątpienia – odparł Francuz. – Ale to nie jest coś, czego Robert nie potrafiłby załatwić.
– W to nie wątpię.
Tę jedną rzecz Lavalier musiał przyznać – obserwowanie Niemca w akcji przypominało patrzenie na dobrze zrobiony film. Drobne potknięcia z samego nieszczęsnego spotkania z radą i wrażenie ogólnego podenerwowania szybko zatarły się, gdy Jürgens podjął decyzję i obrał kurs na konkretny cel. Na jego korzyść grało dodatkowo zdziwienie Ivana Papowa, najwyraźniej nastawionego na konfrontację i z trudem odnajdującego się w nowym scenariuszu, w którym sekretarz generalny zdaje się spełniać jego marzenia.
Może nawet Miguel poczuł cień wyrzutów sumienia, kiedy pomyślał o tym, czego żaden z nich – ani wrogowie, ani ci uważających się za przyjaciół – nie wiedział. W pewnym momencie był już nawet blisko, by uprzedzić Roberta, ale szybko zrezygnował. To była gra na trzy, a nie dwie strony i każdy powinien pilnować swojej talii, zwłaszcza gdy blef stanowił potencjalnie najgroźniejszą broń.
Klucz, który trzymał zawsze przy sobie, klucz, który dostał od Leonor tuż przed wylotem z Buenos, stał się nagle doskonale wyczuwalny. Jakby chciał przypomnieć o swoim istnieniu i o tym, że jest jeszcze przynajmniej jedno miejsce, dokąd można w każdej chwili uciec.
– To mieszkanie jest twoje – powiedziała Castillo. – Twoje i tylko twoje. To znaczy, że jeśli będziesz chciał zniknąć, znikniesz i nawet ja cię tu nie będę szukać, póki sam się nie odezwiesz.
Tak oto mały, niepozorny klucz stał się najcenniejszą rzeczą, jaką miał. Być może kiedykolwiek.
Obietnicą spokoju. Tylnymi drzwiami z klamką tylko po jednej stronie.
Gdyby coś poszło nie tak.
– Spróbuj nie wypalić mu dziury w ciele – zażartował jeszcze Olivier, ale uśmiech pozostał na jego ustach ledwie widoczny.
– Spróbuję – obiecał Lavalier.
A potem obaj pogrążyli się we własnych myślach.


Nowy Jork
Ludzie snuli się po bankietowej sali jak widma. Wypluci, zmęczeni, chwiejący się na granicy swoich własnych kieliszków z martini i szampanem. Wydawali się nie do końca żywi, a przynajmniej nie do końca o prawdziwości tego swojego życia przekonani.
Robert przyznał im w duchu sporo racji. Po jakimś czasie wszystkie tego typu spotkania zlewały się w jeden oniryczny ciąg. Były jak sen, do którego uparcie się wraca, jak druga rzeczywistość, upiorny bal w Faerie dla dusz dręczonych przez okrutnych i złośliwych nieśmiertelnych. Można było niczego nie robić – niczego poza staniem, sączeniem alkoholu i kiwaniem głową – a i tak dochodzić do siebie przez tydzień.
Każdy jednak, kto miał choć odrobinę zdrowego rozsądku, godził się na tę torturę. Bo dopiero tu naprawdę rozkładano planszę i rozstawiano pionki. To tu jedno spojrzenie, w odpowiednim momencie poluźniona muszka albo pół uśmiechu decydowały o losach świata.
Miguela szczęśliwie ten los ominął. Na ile Robert się orientował, był on już w Paryżu, gdzie miał zrobić krótki przystanek w drodze do Bawarii. Krótki przystanek, o którym obaj zaskakująco rzeczowo i krótko rozmawiali, jakby obaj wpadli równocześnie na ten sam pomysł. Albo jakby w obu ta sama myśl tkwiła od jakiegoś czasu, ale jeden nie czuł się dość pewnie, by to sugerować, a drugi dość pewnie, by o to prosić. Szczęśliwym zrządzeniem losu spotkali się jakoś wpół drogi.
Jedno z widm zwróciło uwagę Jürgensa znajomą, sztywną postawą i tonem, który – pozornie uprzejmy – każdym słowem wbijał rozmówcy lodową igłę w mózg. Odwrócił się powoli, nie chcąc zwracać na siebie uwagi nagłym ruchem, choć wiedział, że obecność sekretarza generalnego na raucie dla nikogo nie jest tajemnicą.
Tak, to była ona. Judy Mizuhara.
Jeśli dobrze liczył, miała teraz nieco ponad pięćdziesiątkę i czas oczywiście odbił na niej swoje piętno. Przytyła, konserwowana rozpaczliwie twarz trochę przypominała maskę, a kreacja skromnie zakrywała większość dekoltu. Pewnie trzymałaby się lepiej – wszak medycyna działała cuda – gdyby nie lata spędzone w laboratoriach, w bliskim sąsiedztwie drażniących substancji i promieniowania.
Co dziwne, nie była sama. Nie towarzyszył jej też żaden mężczyzna, bo też chyba z nikim na dłużej się nie związała po rozwodzie z mężem i śmierci Hitoshiego Kinomyi. Obok stała nastoletnia dziewczyna. Bardzo szczupła, drobna, mogła mieć więcej lat, niż na to wyglądała. Robert zmrużył lekko oczy, rejestrując jasną skórę i proste, ścięte równo tuż nad ramionami włosy, a także niepewną, obronnie usztywnioną postawę, ogólne nieopierzenie i maskowany sugestią pogardy strach.
Nie, to nie mogła być córka Judy. Mimo podobnego słomianego odcienia włosów i jasnych oczu, coś już na pierwszy rzut oka głośno protestowało w Robercie przed takim założeniem. Dziewczyna wydawała się też za młoda na asystentkę Mizuhary. Owszem, kiedy Emily zaczynała dla niej pracę, miała ledwie jedenaście lat, ale czasy były wówczas inne, zawody ułatwiały bandzie psychopatów dostęp do dzieciaków i dawały pretekst wciąganiu ich w programy szkoleniowe. Poza tym niecodziennie znajduje się takiego geniusza jak York.
Zatem kto?
Przynęta?
Jeśli tak, to całkiem skuteczna.
Robert odruchowo strzepnął pyłek z poły i ruszył ku kończącym właśnie rozmowę damom.
– Panie sekretarzu! – Judy uniosła kąciki ust pociągniętych szminką w kolorze chłodnego różu. – Cóż za zaszczyt.
– Pani Mizuhara.
Skrzywiła się.
– Wróciłam do panieńskiego nazwiska. Jones.
– Zatem: pani Jones. – Robert nieznacznie skinął głową, po czym spojrzał na towarzyszącą kobiecie dziewczynę.
– Jindřiška Radičević, moja podopieczna.
– Temu panu też mam podać rękę? – spytała nastolatka z wyraźnym słowiańskim akcentem w wysokim, pasującym do rachitycznej sylwetki głosie.
Nawet obca nuta nie mogła do końca zamaskować czającego się pod spodem naburmuszenia. Jürgens był jednak wytrawnym obserwatorem. Wiedział, że to nie zwyczajny głupi bunt małolaty zmuszonej do uczestnictwa w nudnym przyjęciu, a reakcja obronna młodego, zaszczutego zwierzęcia otoczonego przez starych wyjadaczy, z których każdy mógł jednym ciosem zrzucić jej głowę z karku.
Wiedział, bo oglądał to wiele razy w oczach własnej córki. Oglądał to w tatuażu swastyki na jej łopatce. Jego usuwanie, kiedy stał nad nią nieruchomo i z zaciśniętą szczęką, było może pierwszą rzeczą od lat, którą zrobili razem.
Ugryzł się dyskretnie w bok języka, żeby wrócić myślami do bankietowej sali.
– Nie – zimny uśmiech Judy rozszerzył się może o pół milimetra – nie jesteśmy godne, by dotykać sekretarza generalnego. Jego – niespodziewanie spojrzała Robertowi prosto w oczy – czeka coś… większego.
Niemiec poczuł, jak kręgosłup spina mu się w stalowy pręt, a nerwy roznoszą ostrzeżenie po całym ciele.
Wiedział, doskonale wiedział, że to była groźba.
Co jednak oznaczała w istocie, zrozumiał trzy dni później.


Moskwa
Impuls rozchodził się po obu układach nerwowych – tym namacalnym, ludzkim i tym drugim, wilczym. Niby ten sam, a dźwięczał fałszywym dysonansem, klucząc po neuronach, miotając się między obrzydzeniem a rozkoszą.
Mięso nadal było ciepłe. Ociekało krwią i wydawało się wręcz, że wciąż drga pod toczącymi z nim nierówną walkę trzonowcami. Z trudem odchodziło od kości, mdłe, lekko żelaziste w smaku. A potem palące w gardło, gdy zaczęło mieszać się z podchodzącymi wysoko w odruchach wymiotnych sokami żołądkowymi.
Jurij o niczym nie marzył bardziej jak o tym, żeby to się wreszcie skończyło, ale Wolborg raz za razem uparcie zatapiała kły w truchle, ssała posokę, z lubością połykała cenne, pożywne wnętrzności. Była łapczywa. Zachłanna. Spieszyła się, jakby w obawie, że ktoś odbierze jej zdobycz.
Ktoś jak inny, silniejszy wilk.
Dopiero kiedy napchała żołądek, pozwoliła Jurijowi na głębszy haust powietrza. Odpełznął od truchła niezdarnie, na plecach, byle dalej. Chciał zwymiotować, ale zacisnęła pazury na przełyku i nie zdołał. Patrzył na rozwleczone zwłoki i nie wierzył, że to on – że to jego sine, chude dłonie i jego wypadające zęby miały w sobie tyle siły, by rozerwać skórę, wyszarpać mięśnie i połamać kości.
Krew stygła na jego twarzy, Wolborg niespiesznie oblizała wąskie, ludzkie usta.
Przetrwamy, rozeszło się gdzieś na dalekich tyłach głowy.
Wracając potem chwiejnym krokiem na Kreml, Jurij próbował oszukać samego siebie i przekłamać wspomnienia – po raz kolejny. Wcisnął pięści w kieszenie, pochylił głowę i myślał o Moskwie. O tym, jak znów się zmienia. Jak opuszczona przez ludzi staje się powoli domem dla zwierząt i roślin wnikających stopniowo w betonową strukturę i zmuszających ją do pęknięć. To nie było miejsce dla człowieka i dlatego też bardziej wilk – nie człowiek – nim władał.
Więc tam, to mięso, to też nie mógł być człowiek.
Jurij wiedział, co o nim mówią. O Moskwie. Że kto tu wejdzie, ten już nie wyjdzie i tylko Kai Hiwatari uzbrojony z jednej strony w smycz i kaganiec, a z drugiej w ogniste moce Black Dranzer chroniące go przed morderczym zimnem, jest w stanie naruszyć granice terenu Sabaki i przeżyć. Wiedział też, ile jest w tym jednocześnie prawdy i kłamstwa.
Oraz że dotyczy także jego. Był więźniem Moskwy jak każdy inny.
Tak, kiedyś wydawało mu się, że uciekł i znalazł schronienie, miejsce, z którego nikt nie zdoła wyciągnąć go siłą. Warczał, gdy widzieli go inni, skomlał, gdy zostawał sam. I nie dostrzegł, jak powoli wpada we własne sidła.
Wszystko było tylko iluzją. Możliwość ukrycia się, znalezienia bezpieczeństwa i osłony była tylko iluzją.
Zresztą Jurij wiedział już, że to nie potrwa długo.
Oczywiście odebrał zakodowaną wiadomość. Szpiedzy pod wodzą Papowa wiedzieli z całą pewnością, że atak nastąpi i jednym z celów będzie Moskwa – serce Rosji, z którego jeden parszywy, stanowiący karykaturę samego siebie człowiek, kryjąc brudną tajemnicę upadku przed resztą świata, dowodził ofensywą Matki Rozkurwicielki. Kai nie zamierzał ryzykować i rozkazał Ivanowowi natychmiastowe opuszczenie stolicy.
Ale Jurij wciąż tu był.
I wciąż – z jakiegoś powodu – Wolborg nie zdołała wyprowadzić go stąd siłą.
Tu i tak nie ma czego niszczyć, myślał Sabaka gorzko. Miasto zrujnowane, drogi zrujnowane, zakłady zrujnowane, Kreml zrujnowany, ja – zrujnowany…
Zamarkował swój wyjazd. Przestał się odzywać, starał się pozostać niewidocznym. Nie sądził, żeby to miało zmylić Hiwatariego na długo, ale może wystarczy. Może nadejdzie wreszcie ten cholerny atak i zmiecie Moskwę wraz z jej jedynym lokatorem, panem i niewolnikiem.


Ettaler Forst
Od progu powitało go jednocześnie radosne i pełne pretensji kwiczenie.
– Szyyynkaaa!!!
Na chwilę wszystko inne straciło znaczenie i Johnny mógł tylko bezradnie patrzeć, jak Miguel rzuca się na kolana, żeby przywitać swoją ukochaną świnkę. Nastąpiło obowiązkowe tarzanie, cmokanie, chrumkanie, piszczenie i emocjonalna przemowa po hiszpańsku, z której Szkot rozumiał tylko pojedyncze wyrażenia, takie jak „dumny tatuś”, „moja śliczna” i „daj ryjka”.
Na to ostatnie odwrócił wzrok.
– Emily jest? – spytał w końcu Miguel, choć wciąż na kolanach, obecnie zajęty drapaniem Szynki pod usłużnie podniesioną nogą.
– Zabiłaby cię, gdyby się dowiedziała, że zapytałeś o nią dopiero po tym, jak wycałowałeś się ze swoją wieprzowiną – parsknął Johnny. – Nie ma, robią testy w terenie i wrócą dopiero za parę dni.
Lavalier skrzywił się.
– Liczyłem, że zdążę się załapać…
– Ona też, ale wiesz jak jest – Johnny wzruszył ramionami – to nie może czekać.
– Wiem.
– Zresztą nie będziesz się nudził. Zostawiła ci coś, jakieś plany, że niby masz przejrzeć i się odnieść.
Miguel parsknął cichym śmiechem.
– Co? – McGregor zmarszczył brwi.
– Jest kochana – odparł Argentyńczyk, podnosząc się z kolan. Niezadowolona z tego Szynka usiłowała wspiąć mu się na nogę, więc ostatecznie wziął ją na ręce i na nowo podjął pieszczoty. – Dobrze wie, że nie wymyślę niczego, na co sama by nie wpadła.
– Tak czy inaczej, będzie zawiedziona, jeśli na to nie zerkniesz.
– Jasne, że zerknę. Jak się sprawowała? – wskazał brodą na rudo-czarną kulkę.
– Jest świetna. Tylko czasem się zastanawiam, czy to świnia, czy bóbr – odparł Johnny, patrząc na zdewastowane krzesło.
– Tęskniła. – Miguel z czułością, do której niespodziewanych pokładów McGregor powoli się przyzwyczajał, podrapał Szynkę między uszami.

*

Strzeliły wciągane na dłonie lateksowe rękawiczki i dopiero w tym momencie do Johnny’ego naprawdę dotarło, co robi.
– Jeśli to spierdolisz, to cię zabiję – syknął.
– Mhm. Ta – usłyszał w odpowiedzi i poczuł na łopatce ciepło bijące od przysuniętej bliżej lampki. – Nie za blisko? Nie parzy cię?
– Nie, jest w porządku.
A potem było jeszcze nieco wyburczanych pod nosem hiszpańskich przekleństw.
– Co jest? – zaniepokoił się Szot, wykręcając głowę, jakby mogło mu to umożliwić obserwowanie akcji się za jego plecami, i bijący od żarówki gorąc dotknął także policzka.
– Nie wiedziałem, że jesteś aż tak porysany – przyznał Miguel, badając dotykiem po wyspiarsku różową skórę, lawirując opuszkami palców między twardymi, jasnymi bliznami. Nie chcąc wywołać podrażnień, lekko łaskotał. – Będę musiał zmodyfikować plany.
– To znaczy?
– Nie wiem, jakieś kwiatki, motylki, może przebite strzałą serce? Pasowałoby. Mówi się, że pierwszy tatuaż powinien być odzwierciedleniem duszy.
– Umrzesz.
Lavalier roześmiał się cicho, zaczął coś majstrować przy sprzęcie.
– Kiedyś z pewnością – odparł. – Ale nie planuję w najbliższym czasie.
– Więc powściągnij fantazję – odwarknął Johnny, ale w duchu i sam do siebie przyznał, że ucieszyły go te słowa.
Czasem, kiedy myślał o Miguelu, o jego pustym wzroku utkwionym w przestrzeni i porażającym bezruchu, zaczynał się bać, że i ta granica jest blisko. Wciąż pamiętał tamto „Chcę odpocząć” sprzed szesnastu lat.
Lavalier westchnął teatralnie.
– Nasz klient, nasz pan. A pan życzy sobie jaszczurkę bez serca.
– I bez motylków.
– Totalny brak gustu i nieznajomość własnej wrażliwej duszy. To może być kliniczne wyparcie. Ale dobrze, to golę.
Ostrze zaczęło przesuwać się po ramieniu i łopatce. Powoli i uważnie, a jednak gestem pewnym i dającym niejaką nadzieję na przyszłość.
Nawet przez strach przed pierwszym bólem – zresztą po tylu zranieniach, że plecy Johnny’ego naprawdę wyglądały jak po bliskim spotkaniu z kosiarką, to naprawdę nie powinno robić na nim wrażenia – przebiła się prosta radość z głupich, gówniarskich żartów i cichego, ale swobodnego śmiechu Miguela. Z barku napięcia w głosie. Z równego, spokojnego oddechu, jakby nie było niedawnej wizyty w Nowym Jorku i majaczącego na horyzoncie upiornego widma Chin. Odrobina obaw, tak przed samym procesem tatuowania, jak i jego efektem, była tego warta.
Mimo to – choć Johnny oczywiście nie zamierzał przyznać się do tego głośno – zaczynał czuć wdzięczność do Miguela, że ten odwiódł go od pomysłu wytatuowania sobie wielkiego i skomplikowanego rysunku na sporej powierzchni ciała. Znając nieco Szkota, starannie unikał argumentów związanych z bólem, jako że to mogłoby zostać potraktowane co najwyżej jako wyzwanie, a raczej opowiadał o nieprzewidywalnych nawet mimo testów reakcjach skóry, o niechcących się goić ranach, absurdalnych opuchliznach i o swoim lichym doświadczeniu. Tylko mimochodem napomknął, że zanim dał sobie zrobić skrzydła, wytatuowano mu na ramieniu znacznie mniejszą pajęczynę.
– To oznacza długi wyrok, matnię – dodał, jakby się tłumaczył. – Wiesz, to też sygnał dla innych, że lepiej ci nie podpadać, bo nie znikniesz jutro. Więcej niczego nie mam, bo potem nikt się nie chciał pierdzielić. Skrzydła wygrałem w karty i – Miguel zaśmiał się gardłowo – powiem ci, że miałem sporo złej satysfakcji.
– To waluta – podjął w pewnym sensie tamtą opowieść, gdy wątki składające się jakimś cudem z mruczanych półsłówek zatoczyły koło. Johnny wzdrygnął się, kiedy poczuł zimny i mokry dotyk, ale szybko dotarło do niego, że to jeszcze nie maszynka, że dopiero powstaje szkic. Kątem oka zerknął na rozłożone na podłodze projekty i w duchu przyznał, że są zwyczajnie fajne. – Za kratami wszystko jest walutą.
– I co można dostać za taki tatuaż? – spytał, śledząc wzrokiem kontur narysowanej jaszczurki i próbując zgadnąć, które miejsce właśnie pojawia się na jego skórze.
– To zleży – głos Miguela brzmiał trochę dziwnie, nieco płasko. Jakby za bardzo skupiał się na zadaniu, żeby dbać o intonację. – Rynek to płynna sprawa, różne rzeczy są w cenie w zależności od chwili. No i tatuaże też są różne. Bardziej i mniej pracochłonne.
– Ale na przykład?
– Grzałkę do wody, dodatkową poduszkę, niepodartą koszulkę, trochę yerby. Skręta. Rzadko, ale trafiał się jakiś złom. Złom jest cenny. Ze złomu robi się broń. – Zapachniało spirytusem. – Nawet monetę można zaostrzyć, a jak masz kilka takich i wiesz, jak trzymać, to można napastnikowi nieźle zdefasonować twarz. Chociaż oczywiście lepiej mieć nóż. Albo kabel. Ale na kawałek złomu trzeba się nadziergać. Łatwiej oddać miejsce w kolejce po wodę. Dla tych na końcu zwykle nie starcza, a wspiąć się w hierarchii nie jest łatwo, więc dla niektórych ryzyko, że ktoś cię potem zarąbie tym złomem, który mu sprzedasz, jest rozsądne.
Johnny zmarszczył brwi, kiedy usłyszał ciche kliknięcie. Zabzyczało. McGregor poczuł dłoń łapiącą go zdecydowanie za bark, żeby nie szarpnął się przy pierwszym kontakcie z głowicą.
– Kurwa…! – syknął, kiedy nagły ból zmroził całe ramię.
– Jednak jesteś wrażliwy – ocenił Miguel. – Tego się bałem właśnie, jak zobaczyłem skórę. Będzie się trochę goić.
– Mogę zapalić?
– Jeśli musisz. Tylko przypadkiem mi nie machnij prawą ręką.
Argentyńczyk przerwał na chwilę, by Johnny mógł wyjąć i odpalić papierosa. McGregor zaciągnął się głęboko i wypuścił dym nosem.
– Dobra – mruknął wreszcie. – Tnij pan.
I tym razem nie zdołał powstrzymać syku, ale lekki nikotynowy rausz i zajęta lewa dłoń nieco pomogły.
– Za dużo palicie – wymruczał Miguel pozornie całkowicie skupiony już na rysunku.
– Wykorzystujesz fakt, że nie mogę ci uciec, żeby mnie pouczać?
– Nie. Po prostu mówię, jak jest. Za dużo palicie, palicie wszędzie i czasem mam wrażenie, jakbym się całował z petem albo tarzał w popielniczce.
– Nikt ci nie każe.
– Nie powiedziałem, że ktoś mi każe.
– Zresztą to nie ze mną się całujesz, tylko z Emily.
Miguel roześmiał się cicho, wytarł skórę Szkota papierem, zdejmując nadmiar pigmentu.
– Zabrzmiało, jakbyś był zawiedziony.
– Może jestem.
I może, kurwa, nie powinienem był tego mówić, pomyślał Johnny.
Ale ostatnie rozmowy z Emily poruszyły tę strunę i wciąż brzmiała fałszywą, niepotrzebną nutą.
– Musiałbyś się ogolić. – Szkot nie miał pojęcia, czy Miguel mówi choć odrobinę poważnie, czy tylko żartuje. – Szczotka ryżowa ma w sobie więcej czułości niż ten zarost.
– Piesek salonowy się znalazł.
– Ale za to z jakim tyłkiem.
– To ty tak twierdzisz.
Johnny zaciągnął się ponownie. Mocno. Głęboko. Aż dym nie wypełnił go całego i nie rozszedł się po wszystkich naczyniach krwionośnych.
– Rozmawialiście o tym? – Miguel niespodziewanie uderzył z flanki. – Jak mnie nie było?
– A jak sądzisz?
– Nie mam sił na gierki, Johnny – do tonu Argentyńczyka wkradł się cień irytacji.
– Jasne, że rozmawialiśmy. – McGregor w ostatniej chwili powstrzymał odruch wzruszenia ramionami. Ból powoli zamieniał się w ogień. Jakby farba i pot płonęły. – Jak to sobie niby wyobrażasz inaczej?
– Sam nie wiem. Nie wiem, czy sobie w ogóle wyobrażałem, miałem inne rzeczy na głowie. Ale dobrze wiedzieć po prostu, na czym się stoi, dlatego pytam.
Papier coraz częściej wycierał ramię, zmięte, ubrudzone czernią kulki lądowały na podłodze, stopniowo tworząc aureolę wokół kartek z projektem.
– Emi się o ciebie martwi.
Miguel parsknął.
– Wiem – odparł kwaśno. – Wszyscy się o mnie martwią. Dobrze byłoby, gdyby tak ktoś dla odmiany… – urwał.
Johnny uniósł brew. Rozpoznawał ten ton. To strzyknięcie frustracją jak jadem. I to nagłe wycofanie.
– Dokończ.
– Nie.
– Co ci to da, że nie dokończysz?
– A co mi da, że dokończę?
– Może będę w stanie ci pomóc.
Gorzki śmiech powtórzył się – tym razem nieco głośniej.
– Nie chcę, żebyś mi pomagał – padło. – Nie chcę, żebyś widział we mnie kogoś, komu trzeba na każdym kroku pomagać. Komu trzeba podcierać tyłek – głos Miguela zaczął zyskiwać na sile, zęby zaciskały się w gniewie i frustracji, ale ręce szczęśliwie pozostały pewne i spokojne – pilnować, żeby nie oglądał krwi i seksu w filmach, zabierać rzeczy spod nóg, bo jeszcze się potknie, kroić kotleta na mniejsze kawałki. Czasem jest mi ciężko, tak. Dużo gorzej niż przewiduje norma. Ale, rozumiesz – kolejna ubrudzona pigmentem chusteczka dołączyła do wymiętolonego stada na podłodze – nie chcę być do końca życia tylko tym biednym gościem, któremu przydarzyły się te wszystkie okropne rzeczy.
– Hm. – Johnny nie za bardzo wiedział, co odpowiedzieć. – Czego jeszcze byś chciał? – zapytał więc.
– Czasem po prostu tego, żebyś się zamknął i dał mi pomyśleć – odparł Lavalier już płasko i obojętnie.
– Że za dużo gadam?
– Za dużo pytasz. Nie nadążam z wymyślaniem odpowiedzi.
McGregor zamilkł, zastanawiając się, czy poczuł się urażony. Gdyby rozmawiał z Emily, sprawa byłaby jasna.
W efekcie przez dłuższą chwilę dało się słyszeć jedynie bzyczenie maszynki i Johnny z zawodem stwierdził, że zaraz zacznie mu się zwęglać filtr.


Nowy Jork
Trzy ofiary śmiertelne – głosił oficjalny komunikat – pięć osób nadal walczy o życie.
Na bankiecie wydawało się jeszcze, że wszystko jest w porządku. Ot, ten czy ów poczuł się gorzej pod koniec, więc żartowali, że to te kalmary. Czujna ochrona sekretarza generalnego zasugerowała stanie blisko otwartych okien, gdyby się jednak okazało, że gaz, a najlepiej opuszczenie przyjęcia, co też Robert uczynił kilkanaście minut później, gdy tylko stało się to możliwe bez powodowania małej towarzyskiej katastrofy.
Podobno pierwszy zatruty stracił przytomność już w limuzynie, wcześniej uskarżając się na silne bóle brzucha. Zbyt wcześnie na niestrawność. Szybkie śledztwo potwierdziło to założenie. Nie znaleziono niczego w jedzeniu, niczego w naczyniach, w farbie na ścianach. Zwiędło jedynie ozdobne drzewko, ale trudno było założyć, że wszystkie ofiary postanowiły otrzeć się dokładnie o tę samą roślinę. Niemniej przebadano ziemię w doniczce – nic. Dopiero w samych sokach odkryto ślady substancji podobnej do sarinu i tej samej, którą otruto dyplomatów. Wątpliwe jednak, by to nieszczęsny akcent florystyczny odpowiadał za tragedię.
Temu panu też mam podać rękę?
Robert przetarł zmęczoną twarz dłońmi. Niemal czuł, jak pęka pod dotykiem na podobieństwo skruszałego pergaminu.
Jego czeka coś… większego.
Zimny uśmiech Judy Mizuhary, zaciśnięte usta dziewczyny, której obrazu nie potrafił wyrzucić z głowy.
Czeszka – dotarło do niego zdecydowanie za późno. Nagle tu, w Stanach Zjednoczonych. Nagle pod kuratelą kobiety odpowiedzialnej za program sprzęgania ludzi i Bestii.
Niezidentyfikowana Połączona z Pragi, której nie zdołali odnaleźć ani Johnny, ani Ivan Papow.
Jürgens zerwał się z krzesła i wrzasnął z wściekłości wymieszanej z gorzką frustracją. Nie mógł niczego zrobić. I Judy o tym wiedziała. Dlatego przyprowadziła dziewczynę i postawiła mu dosłownie pod nosem. Dlatego pokazała jej moc, a teraz, w wyniku kaprysu próżnej kobiety chcącej udowodnić, że znów jest górą, umierali ludzie.
Temu panu też mam podać rękę?
Połączona-trucicielka. Należało powiadomić Emily. Będzie wiedziała, co to może być, choć Robert miał już swój typ.
Należało…
Jego czeka coś… większego.
Chwycił telefon i niespodziewanie drżącą dłonią wybrał w książce adresowej kontakt do Johnny’ego.
– Potrzebuję cię – powiedział tylko, gdy usłyszał w słuchawce niezadowolone, zaspane burknięcie.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem obiadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 04 marca 2017, 08:24

Wooow! Kruff w całym swym wachlarzu, który mną tak trzepie! Tu nieco humoru, który pozwala na moment się rozluźnić, choć tylko na moment, bo i ta scena jest napięta, mimo pozorów rozluźnienia, tu trzep przez łeb Jurijem i pierdyknięcię na koniec <3 I jeszcze ta mimochodem wrzucona wiadomość o relacjach Roberta z córką. Poczucie winy i poczucie obowiązku - kocham motyw z gryzieniem się w język.
Cieszę się, że miałam zamiast śniadania ;)
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem obiadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 07 marca 2017, 04:04

Pewnie cię zawiodę, pisząc po raz pierwszy tak krótki komentarz, ale (nie wiem czy wspominałam wcześniej) wstawki są już dla mnie za krótkie. Pytałam, ile masz tekstu, bo wolałabym go mieć, dostać plik i spędzić jakąś noc z 50 kaflami słów. Po prostu nie umiem szukać we wstawce małych szczegółów, widzę teraz szerzej i cała zagęszczająca się sytuacja (tak, czuć, że szykujesz jebnięcie), cała ta wrzutka ostatnia była dla mnie jak głęboki wdech. Dajesz fajną scenę na odsapnięcie, ten tatuaż. Dobrze równoważy emocje z akapitów o Robercie. Jedno pytanie:
Ostrze zaczęło przesuwać się po ramieniu i łopatce.
ostrze? Przed tatuowaniem maszynką? Jak ten proces przebiegł, bo nie ogarnęłam zupełnie :bag: Wiem, że Miguel zamówił tylko maszynkę, więc dlatego (dlatego?) nie bawił się w robienie kalki z wzorem. Czyli domyślam się, narysował wzór już na ciele Johnny'ego. Ale to ostrze mnie myli, nie wiem skąd ono tam i o co chodzi. Czemu on go ciął?

Scena z Jurijem poruszająca, bardzo obrazowa. I działa nieźle. Wiemy obie, jak ciężko się bawić w takie rzeczy związane z obrzydzeniem. Subiektywnie ludzie odbierają, więc tylko zgaduję na ile ciężko ci się pisało o Juriju zezwierzęconym, ale no, daję okejkę. Niemniej dodam, że tekst to tekst i o wiele bardziej piorunujące wrażenie od najbardziej piorunującego opisu żarcia zwłok, zrobiło na mnie choćby to:
Miasto zrujnowane, drogi zrujnowane, zakłady zrujnowane, Kreml zrujnowany, ja – zrujnowany…
i dziękuję, że padło.

Nie muszę chyba pisać, jak bardzo czekam na rozwinięcie akcji z Robertem. Nie napiszę też, jak bardzo się wściekłam i zrozpaczyłam i w ogóle, gdy okazało się, że fragment ze sztambucha (ten najważniejszy z groźbą "czegoś większego") okazał się zarzuconym jedynie haczykiem. Przeczytałam go i rzuciłam się na wstawkę z głodem, bo myślałam, że zaraz wyjaśnisz, o co chodziło :facepalm: Tymczasem właśnie te fragment był tu mocny i kluczowy. Ja, durna, uznałam go za już zrealizowany wstęp. Będziesz musiała mi wybaczyć zaniedbywanie twojego sztambucha o ile wytrzymam XD
No, ale narzekam tak naprawdę na siebie. Przecież ty prowadzisz akcję konsekwentnie, musi być po kolei, wszystko w swoim czasie. Moja fanowsko czytelnicza frustracja niczego tu nie zmienia. Po prostu jaram się. Wyczekuję.

Mam kilka przemyśleń ale czuję, że nie czas na nie. Muszę je odnieść do szerszego kawałka, przekonać się, czy niektóre podejrzenia mam słuszne. Tak, chodzi głównie o pierwsze akapity. Więc no. Krótki komentarz. Potrzeba mi więcej tekstu do analizy.

Btw, mam piosenkę o Miguelu tak bardzo. Tekst tak bardzo, muzyka tak bardzo.
https://www.youtube.com/watch?v=gkLvpt9Z3fA

dziękuję
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem obiadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 07 marca 2017, 09:04

Pięknie Wam dziękuję. To jest, nie wiem, to jest naprawdę fantastyczne uczucie, za którym tęskniłam, pisać dłuższy tekst, na którego odsłony ktoś czeka, więc pozwalam sobie na komfort wiary, że naprawdę autentycznie czeka, a Wasze komentarze mi w tym pomagają <3 Fajnie być po prostu jakoś tam nawet w małym rozrywkowym wymiarze potrzebną, no.

Tekstu na zapas nieco mam, ale nie nadaje się do pokazania, bo to głównie już NaNoprodukcja - porozrywane sceny, totalny brak chronologii i wątków, na które aktualnie nie miałam ochoty. Sieczka, którą dopiero składam i uzupełniam mięskiem.

A w kwestii ostrza - no tak, założyłam, że Miguel będzie działał możliwie chałupniczo, bo to zna, a z ostrzem chodziło mi o golenie. Widzę Johnny'ego jako dość mocno owłosionego ;) Może niekoniecznie od razu orangutan, ale delikatniejsze włosy też chyba należałoby usunąć, skoro kobietom goli się ręce...?
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem obiadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 17 marca 2017, 13:49

ROZDZIAŁ XIV
ONE OF MY GOOD FRIENDS I MET BACK IN BEY CITY, HE WAS CHINESE… WELL, HE’S STILL CHINESE… I’D IMAGINE…




Zakazane Miasto
Kiedy w wizjach Reia pojawiły się płomienie, był przekonany, że oznaczają Kaia.
Potem jednak zobaczył skład delegacji „ostatniej szansy”, jak ją nieoficjalnie nazywano, i poczuł, jak na jego żołądku zaciska się zimna pięść. Usiadł powoli, przymknął oczy, ścisnął palcami nasadę nosa i, kontrolując tempo, wypuścił całe powietrze z płuc.
– Więc to tak… – szepnął do siebie, sam jeszcze do końca nie wiedząc, co właściwie ma na myśli, bo cienie konsekwencji dopiero rozpoczynały taniec na skraju pola widzenia.
W jego i tak wcześniej już obolałej, zmęczonej głowie rozszalała się burza, wnioski nadpłynęły zbyt szerokim, zbyt dzikim strumieniem, żeby mógł je w pierwszej chwili opanować.
Nie spał dobrze, odkąd jego synowie opuścili dwór, a rada przeszła do historii w metalicznej aurze ozonu. Nawet jeśli próbował się zmusić, nawet jeśli pił uspokajające zioła, ćwiczył i medytował długie godziny, jego ciało pozostawało czujne i napięte. Cały czas gotowe do odparcia skrytobójczego ataku. Nie bezpodstawnie zresztą, bo z cesarskiej sypialni zdążono w przeciągu dwóch tygodni wynieść sześciu martwych śmiałków zabitych przez samego władcę, bo nikt już nie zamierzał przychodzić mu z pomocą.
W każdym razie odpoczynek ograniczony do tępego wpatrywania się w ścianę i krótkich, zajęczych drzemek nie wpływał dobrze na zdolność skupienia i ogólne samopoczucie.
Właśnie teraz, gdy wrogowie zaczęli go osaczać. Właśnie teraz, gdy do gry rzucono kolejną, w gruncie rzeczy nieco zapomnianą kartę.
Rei zacisnął dłoń na szklance z wodą, a potem gwałtownym ruchem chlusnął jej zawartością o swoją twarz.
– Myśl – warknął, pozwalając, by ciecz swobodnie spływała po policzkach i skapywała z brody na pierś. – Myśl, do cholery, bo…
Bo co?, spytał jakiś obcy, zmęczony głos w jego głowie.
Uderzył się w twarz na otrzeźwienie, wstał i podszedł do okna. Chłodny jesienny wiatr owiał wilgotną skórę. Na moment uśmierzył pulsowanie w skroniach. W dole zmierzch wygaszał kolory nad miastem, by lada chwila zapłonęło miliardem świateł – miliardem świateł przypominającym o miliardach ludzi, na których daleko stąd wydano wyrok.
Oczywiście Kon mógł sprowadzić tu Daichciego. Czysto teoretycznie. Zostawić północny front bez Połączonego, liczyć na to, że jakiś czas wytrzyma i największe siły skoncentrować tu, w stolicy, gdzie niebawem miał uderzyć Zachód. Mógł, ale nawet w tym stanie, nawet półprzytomny, niewyspany i na skraju załamania nerwowego wiedział, jak byłoby to głupie. Dorzucanie jeszcze jednej Bestii do puli – nieważne po której ze stron – przyniosłoby co najwyżej tylko więcej zniszczeń i ofiar. Nie. Pekin był stracony, a rola Boskiego Syna polegała na tym, by ocalić, co się da, i jednocześnie zostać tu do końca, tak aby żaden z jego wrogów nie domyślił się, ile wiadomo w Pekinie na temat bliźniaczego względem SO-VA, dedykowanemu Chinom planu eksterminacji.
A wiedziano wciąż niewiele, bo Claude milczał w tej kwestii, nie licząc jednego krótkiego ostrzeżenia przy pożegnaniu. Pozostawało więc tylko tyle, ile raczył pokazać cesarzowi Bai Hu w mętnych wizjach.
Bai Hu z kolei pokazał głównie płonący pałac. Ogień trawiący Zakazane Miasto i bliskie cesarzowi osoby.
Rei poczuł, jak jedwab na plecach zaczyna lepić się do skóry, choć zrobiło mu się nagle zimno – tak zimno, że zaczęły trząść się kolana i dzwonić zęby.
Ale dlaczego Miguel? – pytał samego siebie. Dał się po raz kolejny wciągnąć w gierki między silniejszymi od siebie? Wydawało się, że po wszystkim, co go spotkało, nie powinien ufać już nikomu i każdą ofertę trzy razy oglądać pod światło. Wykorzystany przez Bartheza, Kaia i wreszcie duet Roberta i Oliviera niczego się nie nauczył? A może to nie tak? Może miał osobisty motyw?
I może Rei powinien był się tego spodziewać, gdy zobaczył Claude’a, może powinien był ich ze sobą skojarzyć, choć nie miał dobrego rozeznania w tym, co działo się z Lavalierem przez ostatnie lata. O tyle, ile powiedział mu Kai, i o tyle, ile podano potem w serwisach informacyjnych. Życie potoczyło się własnym torem i kompletnie odcięło go od tej części historii. Nie miał zatem pojęcia, czego się spodziewać, a nie był na tyle naiwny, by zakładać, że Miguel pozostał tym samym człowiekiem, co przed laty. Zresztą nawet przed laty…
Kon potrząsnął głową.
Nawet przed laty posunięcia Lavaliera tylko dla niewprawnego oka wyglądały na rozsądne i chłodne. Reiowi zdawały się raczej podyktowane emocjami, chorą determinacją i, może głównie, niezmazywalnym poczuciem winy za śmierć pozostałych członków Batalionu – dlatego tak trudno było mu dotrzeć do ich sedna i przejrzeć Argentyńczyka. Nadawali na tak różnych falach, jak to tylko możliwe, choć w kluczowym momencie okazali się dla siebie niezbędni.
Mimo to jednak, mimo całej tej niemal uniemożliwiającej grę emocjonalności, czystych w gruncie rzeczy intencji i – Rei musiał to przyznać – waleczności nie był to ktoś, komu Kon zaufałby chociaż na chwilę. To oni dwaj – Miguel i Jurij – doprowadzili do śmierci Maxa, nieświadomie uruchamiając lawinę zdarzeń zaplanowaną przez Kaia i jego ludzi. To oni dwaj stanowili oko cyklonu, który przeszedł nad Moskwą. Rei na pewno nie chciał, żeby się to powtórzyło, tymczasem wszystko wskazywało na to, że nie czeka go nic innego.
Zacisnął zęby i pięści na kolanach. Zerwał się gwałtownie, usłyszawszy szmer za swoimi plecami.
Trzy ciosy później napastnik leżał na podłodze z szeroko otwartymi, nieruchomymi oczyma wbitymi w sufit. Kobieta. Przysłali kobietę przebraną za służącą.
Rozlana herbata otaczała ją kałużą jak aureolą, krew zebrała się niewielką gęstą kroplą pod nosem. Rei ukląkł obok, by znaleźć broń. Nie znalazł niczego w dłoniach ani przy pasku. Nie znalazł niczego w żadnym miejscu, z którego łatwo byłoby ją dobyć. Sprawdził nawet upięcie włosów – nic.
Herbata. Herbata mogła być zatruta.
Musiała być.



Ettaler Forst
Emily podciągnęła nogi pod brodę.
– No to zostałyśmy same – mruknęła do obrażonej na cały świat Szynki, aktualnie śpiącej po tym, jak wpadła w pełen frustracji i kwiczenia niszczycielski szał.
York miała ochotę na to samo.
Bała się.
Nagle coś ciężkiego – jakiś niesprecyzowany wniosek, może przeczucie – uderzyło ją w potylicę, rozeszło się po kościach potwornym zimnem i od tamtego czasu nie opuszczało zmęczonego ciała nawet na moment.
Teraz, gdy obaj wyjechali, gdy zostawili ją z tym samą, gdy siedziała w ciszy, w głębokim cieniu mechanicznej wersji Griffolyona, przygniatało jeszcze mocniej, prawie dławiło. Dawno już nie czuła się podobnie.
Zaskakująco staro. Jakby nagle przypomniały o sobie wszystkie lata życia w biegu, eksperymentów, kontuzji i potwornego stresu, a nawet każdy pojedynczy wypalony papieros i każda butelka piwa. Jakby nic dobrego nigdy się nie wydarzyło. Nie tak naprawdę. Nie w sposób, który pozwalałby sięgnąć do wspomnienia i przyciągnąć je bliżej.
Nawet oni, ich głosy, uśmiechy i dotyk – nawet to wydało się tonąć w bagnistym jeziorze niepewności.
Wyciągnęła papierosa. Patrzyła na niego dłuższą chwilę, obracając w palcach i marszcząc brwi. Miała rzucić palenie. Myślała o tym, odkąd z Miguelem zaczęło robić się nieco bardziej na poważnie. Nie czynił z tego jakiejś tragedii, prawda, ale czasem ona po prostu czuła się z tym nie do końca fair.
Zaklęła i sięgnęła po zapalniczkę. I tak go tu nie było. I tak poleciał do pierdolonych Chin, chociaż prosili go, żeby się opamiętał, nie dał w to wciągnąć i nie pozwolił zrobić z siebie mobilnego napalmu na niczyich usługach.
Roześmiał się.
To była jego reakcja – roześmiał się.
A potem poleciał. Dzień po tym, jak… stało się.
Tamtego wieczora Emily też czuła się kiepsko. Już wówczas rósł w niej ten trudny do zidentyfikowania strach, chociaż testy w terenie nie wypadły najgorzej. Ujawniły co prawda kilka mankamentów konstrukcji, ale nic, czego nie dałoby się poprawić.
Poprosiła ich, żeby z nią zostali. Próbowała odwracać uwagę od wszystkiego, co chore, złe i przykre. Wypytywała o opatrunek na ramieniu Johnny’ego, podąsała się trochę, że o niczym jej nie powiedzieli, ale nieco na siłę. A potem uznała, że nie zaśnie sama.
Nie planowała niczego, co wydarzyło się później. Naprawdę zamierzała tylko skulić się między nimi, schronić przed złym światem i próbować odpłynąć. Ale wdychała ich zapach – każdego z osobna i obu naraz – czując, jak odurza on ją niczym narkotyk. Ciepło ich ciał osaczało, niespokojne oddechy wysyłały jasne komunikaty.
Nie do końca kontrolując to, co robi, obróciła się na bok, z zamkniętymi oczyma, nie zastanawiając się już, co powinna, a jedynie, czego chce, wsunęła dłonie pod koszulkę jednego z nich, odnalazła usta i rozpoczęła powolny, namiętny pocałunek. Smak warg i kształt ciała powiedziały jej, że to Miguel. Odpowiedział całym sobą. Poczuła palce czule przeczesujące włosy i drażniące linię nad spodniami. Dwie inne dłonie, szersze, uniosły jej koszulkę i przesunęły się po żebrach. Zadrżała, czując pocałunki na karku.
Nie mówili niczego. Nie padło jedno słowo. Rozmawiały tylko gesty i ciała.
Dłonie Johnny’ego objęły jej piersi, dłonie Miguela obnażone już pośladki. Emily zadrżała w ich objęciach, czując się nagle znów jak nastolatka robiąca to po raz pierwszy lub jeden z pierwszych, wciąż zaskoczona, wciąż zagubiona. Rozebrali ją. Nawet ocierający się o skórę materiał wywoływał dreszcze. Nawet ich oddechy owiewające pokryte gęsią skórką ciało. Coraz słabiej kontrolowała sytuację. Nie wiedziała już, który z nich jest którym, choć znajome szczegóły niosły podpowiedzi. Niewielka blizna na wardze, charakterystyczny kształt ucha, pieprzyk poniżej obojczyka, odcisk na kciuku. Wszystko zlewało się w jedno, więc nie potrafiła stwierdzić, którego z nich rozbiera, z czyim paskiem się mocuje. Ledwie była w stanie to robić, cała rozdygotana jak w gorączce. Fale świadomości własnych czynów i każdego szczegółu przepływały przez jej ciało na zmianę z falami zatracenia.
Zaskowyczała, gdy obaj zaczęli dostosować do siebie rytm, próbując jeszcze nad sobą panować, jeszcze trochę to przedłużyć. Emily nie była już zdolna do niczego, poza swobodnym dryfem. Orgazm – inny niż jakikolwiek wcześniej – trwał długo, niemal nie zauważyła, kiedy się zaczął i kiedy skończył, zostawiając ją zupełnie bezwładną w ich ramionach. Dopiero wówczas dotarło do niej, że całą twarz ma zalaną łzami.
Tuliła się do nich, chroniła w cieple ich ciał, nagle mała i taka cenna, a jednocześnie kompletnie nieważna. Jej usta bezwiednie wygięły się w uśmiechu, poczuła pocałunek w czoło – już spokojny, czuły i lekki jak pocałunek dziecka.
I dopiero potem zasnęła, a ranek przyniósł rozstanie.



Pekin Miguel oparł głowę o szybę. Podróż wycisnęła z niego resztki energii i potrzebował pewnego wysiłku woli, by przypomnieć sobie, że jest już w Pekinie, w drodze do hotelu. W opadłej na kolana ręce wciąż trzymał ściągę, choć z przeglądania jej po raz kolejny zrezygnował dobre pół godziny temu. To nie miało sensu. Litery do niego nie trafiały i nie pamiętał już nawet niczego z tego, co przeczytał wcześniej. Prócz tego, że na kartce ze wskazówkami dla obcokrajowców, którą z rozpędu wręczono mu na Beijing Capital Airport, parokrotnie został nazwany alienem i niezmiernie go to rozbawiło.
Przymknął oczy przekonany, że zaraz zaśnie, ale jet lag postanowił tradycyjnie z niego zadrwić. Zamiast zbawiennej drzemki zaczęły nadpływać przetworzone przez zmęczenie w rozedrgane maszkary wspomnienia. Głównie z ostatnich trzech dni przed wylotem – tak intensywnych, że Miguel nadal nie był do końca pewien, co właściwie się stało. Co właściwie sam zrobił i co to oznacza.
Potarł w roztargnieniu nasadę nosa, gdy pod powiekami przewinęła się niewyraźna, oświetlona blaskiem nieco już poczerwieniałego słońca twarz Johnny’ego. We wspomnieniach składała się głównie z cieni rzucanych przez duży nos, wydatne brwi i kości policzkowe. Skarżył się tak ogólnie, bo ramię nadal go bolało i musiał to jakoś przetworzyć, żeby nie przyznać się, że miękki z niego siurek i najchętniej zwinąłby się w kącie i pochlipał. Siedzieli więc razem przy zadaszonym w ochronie przed drapieżnymi ptakami wybiegu dla Szynki, który McGregor własnoręcznie wybudował, niby to na poczet tatuażu, ale chyba niekoniecznie i nie do końca. Świnka baraszkowała i ryła w ziemi, czasem tylko podbiegając, zwabiona dźwiękiem otwieranego pudełka z kuchennymi resztkami.
– Nie wiesz, jak to jest kochać tak do pojebania – mruczał, pociągając z wyszperanej skądś butelki, a Lavalier mimowolnie zaczął zastanawiać się, czy związek z Emily, to nie jedyny temat, na który Szkot w ogóle chce z nim rozmawiać. Dopiero potem, chyba już w samolocie, przyszło mu do głowy, że to może dlatego, że Johnny bardzo chciałby coś powiedzieć, ale nie wie jak, więc podejmuje kolejne nieudane próby, powoli zaczynając wyglądać, jakby miał obsesję albo jakby postanowił zostać amantem z telenoweli, którego cały świat kręci się wokół głównej bohaterki. – Nie wiesz, jak to jest kochać tak do pojebania i wiedzieć, że się kompletnie do tej drugiej osoby nie pasuje.
Tak czy inaczej, wyznanie zbiło Argentyńczyka z tropu i fala irytacji przeszła dość szybko. Zaczął podejrzewać, że sprawa – wałkowana w kółko czy nie – może być poważna. Przynajmniej z punktu widzenia siedzącego obok mężczyzny, który jednak przez większość czasu sprawiał wrażenie, jakby w dupie miał wszystko, z czego nie da się wycisnąć wartości rozrywkowej. Miguel musiał przyznać, że te nowe twarze Johnny’ego nieco go zaskakują i choć nadal nie nazwałby Szkota szczególnie opiekuńczym, wrażliwym czy refleksyjnym, to jednak w jego prostym wizerunku pojawiła się pewna rysa.
Lekko popchnięty i podlany kolejnym łykiem alkoholu Johnny zaczął rozkręcać się sam. Chyba nawet on nie od razu zorientował się, że właściwie wylewa żale, ale gdy dotarło to do obu, było już za późno i Miguel zrozumiał coś jeszcze. Miał przed sobą chłopca, który ciągnął najmądrzejszą dziewczynkę w klasie za warkocze, bo uważał, że w żaden inny sposób nie jest w stanie zwrócić na siebie jej uwagi. Nie był dobry w te klocki, więc generalnie milczał i nie poradził McGregorowi niczego mądrego, ale też może wcale nie tego od niego oczekiwano. Nie wiedział. Uznał też, że nie ma sensu pytać. Po prostu słuchał coraz bardziej splątanego wywodu – splątanego, co należało uczciwie przyznać, nie z powodu alkoholu, a z powodu faktu, że Johnny zdawał się wypływać coraz dalej na kompletnie nieznane mu wody. Męczył się, usiłując opisać to, czego najwyraźniej zbyt często nie opisywał, ale jednocześnie dało się wyczuć, że bardzo chce to zrobić i nawet zostać zrozumianym.
To ostatnie nastręczało pewnych trudności i wymagało pytań pomocniczych. Źle zinterpretowanych, bo Johnny z jakiegoś powodu uznał, że to już nie rozmowa o nim i o Emily, a o nim, Emily i Miguelu, czego ten ostatni chciał uniknąć. Także dlatego, że uważał, że jeszcze nie ma o czym rozmawiać, sam do końca nie wiedział, jakie jest jego zdanie, nie czuł się więc gotowy.
– Jesteś dobrym człowiekiem, ale ciągniesz za sobą fatalny ciężar. Spójrz na to tak, że dla jednej osoby to może być zwyczajnie za dużo. Nawet dla Emily – padło w pewnym momencie i to może właśnie te parę zdań utkwiło w głowie Lavaliera najmocniej.
Zirytowany kolejną nieudaną próbą ogarnięcia samego siebie podniósł powieki. Najdziwniejsze już i tak się stało i chciałby chociaż móc powiedzieć, że tego żałuje. Albo że żałuje tej nagłości, nieprzygotowania, braku przemyślenia sytuacji. Bał się, że było na to za wcześnie dla nich wszystkich, w tym dla niego, wciąż noszącego w głowie bałagan i nieco żalu o to, że ledwie zaczął sobie układać życie, a zasady gry znów diametralnie się zmieniły. Że spontaniczny seks może wpłynąć na decyzje, też powinien żałować. Ale chociaż bardzo się starał, nie potrafił. Wręcz przeciwnie – czuł się dziwnie wolny, jakby zdjęto z niego jakieś jarzmo. Jakby wreszcie znalazł rozwiązanie, choć ono wciąż przecież nie chciało się pokazać.
Może Johnny miał rację. Może ciężar, który bez własnej woli wlókł za sobą, był za duży, żeby obarczać nim Emily. Może jej inteligencja była zbyt przytłaczająca, by wytrzymał to jeden mężczyzna. Może McGregora rozsadzało zbyt wiele energii i czekających na odpowiednią chwilę słów, by zniosła to jedna osoba.
Może.
Miguel zerknął na zewnątrz i z trudem powstrzymał chichot, chociaż ani to, co siedziało w jego głowie, ten uczuciowy mętlik, do którego musiał się wreszcie przyznać, ani to, co zobaczył, wcale nie było śmieszne i miał tego pełną świadomość. Pekin okazał się przerażający. Nie tylko przez wzgląd na swoją egzotykę i ogrom, ale też zasieki, obecne wszędzie wojsko i tłumy uchodźców opuszczających przymusowo stolicę. Dekret o militaryzacji miasta i jego zamknięciu wydano ledwie paręnaście godzin temu i Miguel dowiedział się o tym, gdy wręczono mu dodatkowe dokumenty i upoważnienia. Nie od razu dodarło do niego, co to oznacza w praktyce – wszystko działo się za szybko, a on nie był w pełni władz umysłowych i zaczynał podejrzewać, że rozpoczęcie przygody z przywiezionymi z Paryża psychotropami w trakcie pierwszej w życiu dyplomatycznej misji i to w kraju w stanie wojny z innym krajem i na krawędzi wojny z całą resztą świata mogło nie należeć do jego najlepszych pomysłów. Tak bardzo skupił się na tym, by Emily i Johnny niczego nie zauważyli, że ten wątek jakoś mu umknął.
– Odnoszę wrażenie, że decyzja należy do ciebie – powiedział mu jeszcze McGregor w potoku swoich wynurzeń. – Wbrew temu, co mówiłem wcześniej, potem do mnie dotarło, że jednak jesteś górą. Ona czuje się za ciebie odpowiedzialna. Nie zostawi cię.
– Chciałem tego uniknąć – zapewnił Miguel odruchowo i wciąż pamiętał strach, który wziął go w kleszcze, gdy uświadomił sobie, że Szkot ma rację. – Żeby ktokolwiek czuł się ode mnie emocjonalnie uzależniony.
– Wiem. Ale to było trochę nie do uniknięcia – podsumował McGregor.
Podsumował trafnie.
Dlatego żadne z nich nie mogło wiedzieć o prochach. To była może jedyna tajemnica, jaką dzielił z Robertem i siłą rzeczy Olivierem, bo dla Roberta ta sprawa miała wymiar jedynie utylitarny.
Tak czy inaczej – mleko się rozlało, a on musiał pilnować, żeby nie wybuchnąć niekontrolowanym śmiechem w najmniej odpowiednim momencie. Najlepiej Reiowi w twarz.
– A w ogóle to milcz – powiedział sobie.
– Coś się stało, proszę pana? – Poważny człowiek w garniturze, zdaje się, że członek korpusu, zmierzył go uważnym spojrzeniem.
– Nie, tak tylko. Fascynujący kraj, prawda?
– Mówi pan o tym…? – Mężczyzna wskazał głową tłum za oknem.
Dopiero w tym momencie do Miguela dotarło, że znacznie zwolnili, bo nawet wielopasmowa, teoretycznie zablokowana na czas przejazdu delegacji ulica stała się nieprzejezdna.
– O, czołgi – stwierdził elokwentnie.
– Nadal się panu podoba?
Wspomniawszy jeszcze dzikie, tratujące się tłumy na lotnisku, Lavalier nie znalazł satysfakcjonującej odpowiedzi, więc tylko wzruszył ramionami. Chyba faktycznie nie powinien się odzywać, bo miał wrażenie, że jego język znacznie wyprzedza umysł. Umysł z kolei prawdopodobnie wyprzedzał emocje – nawet otumaniony – bo te wydawały się być w ogóle gdzieś daleko.
Coś zabzyczało i w krótkofalówce odezwał się inny głos.
– Zrozumiałem. – Człowiek w garniturze znów spojrzał na Miguela. – Jest groźba, że otworzą ogień do cywili. Zmieniamy trasę, żeby ominąć rozruchy.
– Rozruchy?
– Ludziom nie podoba się, że są wysiedlani z godziny na godzinę. To raczej oczywiste. Nawet w tak przeżutym przez rządy partii społeczeństwie to musi budzić agresję i strach.
– Nie ma partii.
– Zaledwie od paru lat. I nie wierzę, że zniknęła na zawsze.
Lavalier na głębokim poziomie świadomości wiedział, że powinno go to obchodzić. Wywołać jakieś emocje. Ale chwilowo nie był zdolny do niczego, poza swobodnym dryfem po myślowej powierzchni. Ograniczył się więc do skinienia głową i wrócił do poprzedniej pozycji. Utkwił wzrok we własnych dłoniach i tak już zostało.
Nawet wówczas, gdy z oddali dobiegły odgłosy strzałów.

Uelzen
– Nie wiem, kto bardziej potrzebuje ochrony. Ja czy moja rodzina – wyszeptał ochryple Robert.
Siedział pochylony, ze wzrokiem utkwionym nieruchomo w ścianie i Johnny sam przed sobą musiał przyznać, że nie pamięta, kiedy ostatnio widział go w takim stanie. Dość nawet możliwe, że nigdy. Jürgensowi trzęsły się ręce, trząsł się podbródek. Nie pił już, ale zaczerwieniona twarz i rozluźniony, zwisający porażająco wręcz niechlujnie krawat jasno dawały do zrozumienia, że butelkę koniaku opróżnił w dwóch trzecich sam.
– Nie wiem nawet, czy powinienem wracać do Ratyzbony – dodał cicho matowym głosem. Składał słowa powoli, mówił wyraźnie, w ten charakterystyczny dla ludzi pijanych sposób. – Nie chcę ściągać na nich dodatkowego niebezpieczeństwa, gdyby się okazało… Gdyby się okazało, że ktoś mnie śledzi.
Johnny przygryzł wargę, usiadł obok i jedynie pół sekundy walcząc z powidokiem wyrzutów sumienia, dolał trunku do Robertowej koniakówki. Uznał, że są rzeczy ważne i ważniejsze, a w tej sytuacji rozmiar kaca nawet nie powinien stawać do konkurencji.
Do tej pory jakoś wychodziło udawanie, że Jürgens jest tylko i wyłącznie siłą sprawczą, że tak naprawdę i w istocie jego to wszystko nie dotyczy. Że tylko stoi z boku i pociąga za sznurki albo przestawia figury na szachowej planszy, a nie znajduje się wśród nich. On sam najwyraźniej bardzo chciał w to wierzyć, bo przecież nie bagatelizował kolejnych ostrzeżeń Johnny’ego, dlatego że przejawiał skłonność do podejmowania głupiego ryzyka. Nie. On naprawdę, rozstawiając planszę w swojej głowie, umieścił się poza jej obrębem, a potem konsekwentnie odwracał wzrok od wszystkich symptomów, które mogłyby świadczyć, że to nie tak.
Że jest wysoko postawionym urzędnikiem i doskonałym celem dla intryg i prowokacji.
Że ktoś może po prostu zapragnąć zemsty.
Że gdzieś jest rodzina znacząca dla niego stokroć więcej, niż kiedykolwiek byłby gotów przyznać.
Że po prostu – tak – stoi na planszy obiema nogami i nie ma możliwości uciec za jej krawędź.
– Ja jednak załatwię tę dodatkową ochronę, co? – mruknął Johnny. – Robi się coraz poważniej. Nie ryzykuj i pozwól mi wreszcie działać.
Jürgens powoli odwrócił ku niemu głowę. Oczy miał opuchnięte i czerwone, być może nie tylko od koniaku. I być może McGregor powinien go już opierdzielić z góry na dół, że ścigany i wystawiony na niebezpieczeństwo załatwił się tak w ogóle, a już zwłaszcza, zanim zdołali się odnaleźć. To chyba jednak nie był odpowiedni moment.
– Kogo chcesz w to wciągnąć? – spytał Robert.
– Mystela.
Niemiec zmarszczył brwi, jakby zastanawiał się, czy dobrze usłyszał.
– Johnny… – nawet pijany potrafił wpaść w protekcjonalny ton, ale zawahał się na pół sekundy i to pozwoliło mu przerwać.
– Zna się na tym. Pracował jako szef ochrony dla Biovoltu i był w tym dobry. Rozpracował wątek zniknięć byłych wychowanków Opactwa i handlu bronią przed akcją w Moskwie szybciej niż my. W dodatku to były blader, ale nie Połączony. Jak ja.
– Ciebie znam.
– A on jest ryzykiem, które warto podjąć.
Robert milczał dłuższą chwilę i bardzo dobrze było widać, jak mimo swojego stanu usiłuje myśleć trzeźwo.
– Są inne opcje niż kaleka o nieznanej lojalności – burknął wreszcie.
Johnny prychnął z irytacją. Nie zdołał usiedzieć dłużej na kanapie, więc wstał i zrobił kilka bezsensownych kroków, po czym obrócił się gwałtownie.
– Jakie?! – spytał podniesionym głosem, czując, jak resztki cierpliwości wyparowują z jego rudej głowy. – Do kurwy nędzy, Robert, jakie?! Niech wreszcie do ciebie dotrze, że ryzykujesz nie tylko swoim życiem!
To było okrutne, tak, ale może też potrzebne. Jürgens wypuścił koniakówkę z dłoni i objął rękoma opuszczoną głowę. Chwilę trwał tak bez ruchu i słowa.
– Wiem… – wyszeptał.
– Więc…
– Dlatego wolałbym… sam…
Johnny zmarszczył brwi w braku zrozumienia. Podejrzewał, że coś mu umknęło, czegoś nie dosłyszał. Zważywszy jednak na to, że głowa Roberta rozbujała się i zwisła bezwładnie, dopytywanie o szczegóły mogło mijać się z celem. Zdecydowanie więcej sensu miało podtrzymanie Niemca i ułożenie go na kanapie. McGregor rozejrzał się za jakimś kocem i westchnął ciężko.
To był chyba ten moment, w którym lojalność wykluczała posłuszeństwo.




Pekin
Ułamek sekundy później leżał już z twarzą w betonie.
Chinga su madre! – rzucił obelgą na oślep, bo nie zarejestrował, który dokładnie z napastników sprowadził go do parteru.
Mógł jednak ze sporym prawdopodobieństwem założyć, że to ten sam trzymający obecnie jego przekręcony krawat jak garotę. Odruchowo sięgnął dłońmi do szyi, próbując rozluźnić pętlę, ale bez większego skutku. Chciał się też zaprzeć, a zamiast tego czuł, jak szoruje dupą po asfalcie.
Dlaczego nikt już nie walczył? Wszyscy dali się zabić? A wydawało się, że to trwa tak krótko. Świece dymne, strzały, otwierające się drzwi, szarpanina. Kilka ciosów w przypadkowych kierunkach i złudnej nadziei, utrata okularów, a potem gaz załatwiający resztę.
Paręnaście metrów dalej płonęły samochody. Miguel czuł swąd nawet wówczas, gdy mroczki przesłoniły mu ciemne, rozmazane plamy z rozrzuconych po asfalcie trupów – jego ochrony, Chińczyków i pewnie sporej grupy pechowych cywili.
Napiął ciało w ostatniej próbie ratunku, ale to tylko pogorszyło sprawę.
Źle, zrugał samego siebie wewnątrz gasnącego, pokrywającego się lepką czernią umysłu, przecież wiesz, że lepiej nie stawiać oporu. To ich bawi. Upór ich bawi i podkręca wściekłość. Będą cię lać trzy razy dłużej. Zostawią związanego na noc. Nie wrócisz o własnych siłach do celi.
Myślał już, że zemdleje z braku tlenu, ale wówczas ciągnący go za krawat Chińczyk niespodziewanie puścił. Lavalier instynktownie zwinął się w kłębek na boku i rozkaszlał, spazmatycznie łapiąc powietrze. Nie zdążył opanować nawet wirowania w głowie, kiedy poczuł przygniatający go do ziemi but na barku.
To było tak znajome wrażenie.
Dotyk wciąż ciepłej po wystrzałach lufy we włosach też, choć tym akurat kompletnie się nie martwił. Miał większe powody do niepokoju niż potencjalna kula, która pewnie i tak zostawiłaby po sobie krwiaka, może wstrząs mózgu i nic więcej.
Lecąc tu, rozważał różne scenariusze, w tym sporo nieprzyjemnych, ale musiał przyznać, że to powitanie i tak go zaskoczyło. Wciąż nie był pewien, czy to rząd, czy mafia czy jakieś służby specjalne, ale na wszelki wypadek przeklął w duchu i Reia, i Kaia, i Chińczyków tak ogólnie.
Sam był sobie winien, wiedział o tym. Sam był winien temu, że przydzielono mu tak lichą ochronę, bo przecież powinien był móc wyjść nawet z takiej presji cało i z kolekcją skwarków dookoła. Robert w to wierzył. Johnny w to wierzył. Rei najpewniej także.
Nie rozumiał niczego z wymienianych nad jego głową zdań, a wypowiadane szybko i wysoko obce słowa tylko drażniły obolałą głowę. Zimne obręcze kajdanek objęły jego nadgarstki i poczuł się niemal jak w domu.



Ettaler Forst
– No dobrze, mała, pokaż, co potrafisz – mruknęła Emily i zacisnęła dłonie na dźwigniach.
Wokół siebie maiła sam system sterowniczy, bez mecha, podłączony jedynie do programów stymulujących, a także w uproszczonej formie i z wszystkimi bebechami na wierzchu. W skończonej wersji wszystko miało wyglądać dużo bardziej elegancko i – przede wszystkim – leżeć bliżej norm bezpieczeństwa. York wolała nie wyobrażać sobie nawet Johnny’ego w tej plątaninie kabli i prymitywnych dźwigni. Mogłaby się założyć, że nie dotarłby na pole bitwy, już wcześniej połamany i solidnie wysmażony.
Tak, zagadnienie smażenia zajmowało ją szczególnie. W końcu zarówno Chiny, jak i Rosja miały na stanie Połączonych operujących elektrycznością i kwestia odpowiedniego zabezpieczenia mechów wciąż pozostawała otwarta. Podobnie jak zabezpieczenia ich przed innymi atrakcjami – ogniem, wodą, wiatrem, nieprzewidywalnym zachowaniem podłoża czy, świeża sprawa, toksynami.
Emily zdecydowanym szarpnięciem przyciągnęła do siebie jedną z dźwigni i stymulacja pokazała prawdopodobne przeciążenia pancerza. Nie do końca zgadzało się to z wyliczeniami Miguela zanotowanymi na marginesach planów, jakie mu zostawiła, ale kierunek wydawał się podobny. Możliwe, że gdzieś po drodze Lavalierowi zwyczajnie zabrakło wiedzy matematycznej. York postanowiła, że przeanalizuje to dokładniej, żeby pokazać mu, gdzie się pomylił. Tak uczył się najlepiej i najszybciej – działając, a potem poprawiając niedociągnięcia, gdy widział już efekty własnych posunięć.
Byłoby naprawdę znacznie lepiej, gdyby nie to, że życia uczył się dokładnie tak samo i musiał, po prostu musiał sam sprawdzić, czy w gniazdku nadal płynie prąd i czy krajalnica jest faktycznie ostra.
York zmieniła nieco parametry i zmusiła umysł do wyrzucenia tej kwestii na margines. Musiała się skupić. Czas ostatnio dramatycznie się skurczył, a na planszy pojawił się kolejny wróg.
Wiedziała już o Połączonej z Pragi. Opis tego, co się stało, oraz fizycznych cech nosicielki pozwolił jej dość szybko zidentyfikować Bestię. Pierce, wiele lat temu w rękach małej Mathildy Alster, dziewczynki w goglach, która łagodną osobowością i hartem ducha podbijała serca z porażającą wręcz łatwością. Słodka trucicielka. Młodsza, przybrana siostra Miguela. A także jedna z pierwszych ofiar programu Hitoshiego Kinomyi i Judy Mizuhary.
Teraz w nowym ciele Pierce mógł stać się bronią o nieprzewidywalnej sile rażenia, zwłaszcza że sprzężono go z organizmem bardzo młodym, wciąż jeszcze w okresie najgwałtowniejszych zmian. Nie licząc dwunastoletniego Daichiego, pozostali zawodnicy biorący udział w programie połączeń mieli wówczas średnio siedemnaście, osiemnaście lat, a więc powoli wychodzili z hormonalnej burzy i najgorsze zdecydowanie mieli za sobą. Do Daichiego z kolei Emily nie miała dostępu – nie wiedziała, jak się rozwinął i jak wygląda jego obecna więź z Gaią. Podejrzewała najgorsze, bo przecież już na początku procesu zdążył zapłacić za Połączenie całkowitą ślepotą.
Gorsze może niż to, co stało się z Takao Kinomyią, który – jak się zdawało – całkowicie stracił swoje człowieczeństwo na rzecz Bestii. Ta zmieniła zarówno jego umysł, jak i ciało, w sposób wręcz kuriozalny. Ostatnie dane, jakie zdobyła Emily o dawnym japońskim mistrzu, nim ten zniknął wykradziony z laboratorium Mizuhary przez Kenny’ego Saiena, mówiły o zwiększającej się liczbie obserwowanych gadzich cech w fizjonomii i fizjologii chłopaka, którego po pewnym czasie trudno było w ogóle nazywać jeszcze człowiekiem. Gatunkowo wydawał się raczej hybrydą.
Do czego eksperymenty mogły doprowadzić młodą Czeszkę, zwłaszcza w rękach Judy?
Emily syknęła z frustracją i szarpnęła drugą dźwignię, uruchamiając wszelkie możliwe alarmy przeciążeniowe. Gdyby była w mechu, właśnie zacząłby rozpadać się na kawałki.
Dlaczego, choć tyle się zmieniło, choć nabrali tyle doświadczenia i zdobyli tyle środków, dlaczego, choć nie byli już bezbronnymi dziećmi, nadal zostawali o krok do tyłu za swoimi wrogami? Czego jeszcze było trzeba? Jakich decyzji? Jakiej ceny?
York potrząsnęła głową. Myślała o Czeszce w rękach swojej dawnej mentorki. Myślała o Miguelu, na którego barkach spoczęło bycie jedynym Połączonym po tej stronie barykady, a który wcale tego nie chciał. Myślała o trzymanych na smyczy Rosjanach.
– Sądzisz, że mogłabyś mu pomóc? – spytał Lavalier nad ranem, gdy oboje leżeli, patrząc w tonący w sinym półmroku sufit.
Johnny spał głęboko wciśnięty twarzą w ścianę albo bardzo dobrze udawał, ale zważywszy na fakt, że do środka, mimo zamkniętego okna, wsączało się ostre, zimne powietrze, a on został okradziony niemal z całego przykrycia, bardziej prawdopodobne zdawało się to pierwsze.
Mógłby chociaż chrapać, pomyślała Emily, litościwie naciągając nieco kołdry na nagie, nadal oklejone opatrunkiem ramię. Chociaż w ten sposób rozpraszać niespodziewanie nieswoją ciszę, ale jak na złość, jak na ironię wobec wszystkich nieprzespanych z tego powodu nocy akurat był cicho.
Potrzebowała tej chwili i tego gestu, by zrozumieć, o kim mówi Miguel.
– Nie wiem – odpowiedziała szczerze. – Nie mam żadnych danych.
– A gdybym je dostarczył? – spytał niemal bezgłośnie, jakby sam obawiał się wypowiadanych właśnie słów.
Przeraziła się wówczas. Przeraziła się do głębi, bo wiedziała, że odpowiedź to wybór między lojalnością i uczciwością wobec ukochanej osoby. Nie powiedziała więc niczego, a tylko wstała i poszła do łazienki, usiłując przekonać samą siebie, że przecież i tak już nie zaśnie i to wszystko to nie ucieczka, a nagła ochota na do bólu zwyczajną poranną kawę.
– Obiecaj mi, że nie będziesz próbował dostać się do Moskwy – poprosiła go szeptem przy pożegnaniu.
Ale tym razem to on nie odpowiedział.



Uelzen
Johnny zgasił papierosa w szklanej popielniczce. Przelotnie zarejestrował pokaźną kupkę petów i zawrót głowy od nadmiaru nikotyny, ale zignorował tak jedno, jak i drugie, po czym sięgnął po paczkę.
Wciąż nie zadecydował, czy wciągnąć w sprawę Oliviera, a czas się kurczył. Z jednej strony Polangue mógł zapewnić to, czego Szkotowi brakowało – rozwagę i umiejętność myślenia w szerszej niż doraźna perspektywie. Z drugiej, istniała groźba, że lojalność przeważy szalę i Robert dowie się, że za jego plecami zostały podjęte działania, na które nie wyraził zgody.
Wciąż spał zwinięty na wąskim łóżku w tanim hotelowym pokoju, którego progu sekretarz generalny nigdy by nie przekroczył, ale Albert Hocke, właściciel niewielkiej firmy budowlanej tylko przypadkiem przypominający Jürgensa – już owszem.
Johnny podniósł wzrok na powoli szarzejące niebo. I wcześniej niezbyt ruchliwa Ripdorfer Strasse na godzinę przed świtem wydawała się właściwie wymarła. Z tej perspektywy niskiego hoteliku i zapadłej dziury wszystko wydawało się wymarłe. Szkot westchnął i potarł twarz, próbując pozbyć się z niej lepkiej warstwy zmęczenia. Nie zmrużył oka nawet na moment. Pilnował Roberta początkowo także przed nim samym i jego nikłym doświadczeniem w byciu pijanym, potem już tylko przed niebezpieczeństwem, które mogło nadejść w każdej chwili i zewsząd. Tego Johnny’emu nie trzeba było tłumaczyć. Wiedział doskonale, z czym obaj mają do czynienia.
Oczywiście w planach Roberta zawsze było miejsce dla Judy Mizuhary, ale miejsce niesprecyzowane i hipotetyczne, bo przez wiele lat nie dawała znaku życia i pojawiły się nawet plotki, że ktoś wreszcie zwyczajnie skręcił jej kark. Dopiero od paru miesięcy Emily skarżyła się na nękające ją wiadomości, a ów nieszczęsny bankiet zakończony tragedią stanowił pierwsze bodajże wydarzenie, na którym pojawiła się publicznie od śmierci syna. Zatem – patrząc wstecz z obecną wiedzą – teoretycznie można było wyrzucać sobie, że nikt nie powiązał jej osoby z dziwnymi wydarzeniami z Pragi i zapewne paroma innymi niewyjaśnionymi kwestiami z poprzednich lat, ale tak naprawdę nie miało to sensu większego, jak tylko otwarcie furtki dla szerokiego strumienia bólu dupy.
A skoro o Emily mowa. Czy była bezpieczna? Teoretycznie nikt niepożądany nie wiedział o ukrytym w bawarskich lasach ośrodku badawczym, ale kto wie? Jeśli Judy Mizuhara dysponowała jedną Połączoną, mogła dysponować też innymi, a to otwierało jej drogę do olbrzymich możliwości.
Z zamyślenia wyrwało Johnny’ego skrzypienie łóżka. Obrócił się, odruchowo gasząc papierosa, zmierzył długą, nagle dziwnie tyczkowatą i nieporadną sylwetkę zbierającą się ciężko z materaca.
– Śpij – rzucił półgłosem. – Jest jeszcze wcześnie.
Robert oczywiście nie posłuchał. Usiadł na łóżku i objął zapewne pękającą w szwach głowę rękoma. Nie poskarżył się jednak ani słowem, nawet nie westchnął.
– Gdzie moje ubranie? – zapytał tylko.
– Na fotelu – odparł Johnny, w imię starej przyjaźni starając się odwrócić wzrok od niezdarnych ruchów Niemca i jedynie nasłuchiwać odgłosów mogących świadczyć o tym, że potrzebuje on pomocy.
Zdziwił go nieco brak komentarza w kwestii niezłożenia koszuli w kostkę. Może szkopuł tkwił w tym, że i tak była już nieświeża i w stanie, jaki w normalnych warunkach Robert w ogóle wypierał ze świadomości.
Tylko że to nie były normalne warunki, bo te zdążyły skomplikować się i zaplątać trzy razy, od przeklętej chwili, w której Johnny wybudzony z ciężkiej drzemki po katuszach tatuowania odebrał telefon z Nowego Jorku. Wówczas jeszcze wydawało się, że kryzysową sytuację można opanować w sposób cywilizowany, toteż McGregor nie przyspieszał zanadto wyjazdu z Ettaler Forst, ograniczając się do zbierania danych i opracowywania koncepcji działań. Zresztą za namową i z błogosławieństwem Roberta.
A potem się zaczęło i ostatecznie Jürgens wylądował w Uelzen schlany i z fałszywymi dokumentami. Przez telefon nie chciał mówić, co dokładnie się stało, a poprzedniego wieczora nie był w stanie zdać składnej relacji, ale z tego, co Johnny rozumiał, w grę wchodził jakiś gruby szantaż. W to, że Robert faktycznie może mieć coś do ukrycia, nie wątpił ani chwili, choć z pewnością znacznie łatwiej pracowałoby mu się, gdyby wiedział dokładniej, w posiadanie jakich informacji weszła Mizuhara i co może z nimi zrobić.
Jürgens zniknął w łazience, więc Johnny szerzej otworzył okno, by wypuścić resztę kacowego zaduchu. Poranek był zimny i ciemny. Nie miał w sobie niczego z tak nieodległego jeszcze – zdawałoby się – lata. Szła zima. Zła zima, o czym Johnny nie wątpił ani przez chwilę.


Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem obiadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 17 marca 2017, 13:52

Pekin
Rei parzył na rozłożone na blacie przedmioty. Dokumenty, parę banknotów, pojedynczy klucz, połamane okulary i dwa blistry tabletek bez opakowania, w tym jeden ledwie napoczęty – brakowało w nim dokładnie czterech pigułek, z czego trzy wydano już na prośbę więźnia. Nic specjalnego i w gruncie rzeczy nic podejrzanego. Nic też, co składałoby się na kompletny obraz człowieka, a tylko jakieś niemożliwe do zinterpretowania bez kontekstu urywki. Klisze. Ale przede wszystkim żadnej broni.
Tylko że Miguel sam był bronią, więc to jeszcze o niczym nie świadczyło.
Rei potarł czoło, na moment wbił knykcie w oczy.
Przecież była jeszcze reszta bagażu. Planowo Lavalier wcale nie miał spotkać się z Konem tego samego dnia, którego przybył on do Pekinu. Mógł coś ukryć tam. Ale nie musiał.
Wcale nie musiał.
– Chcę z nim rozmawiać – powiedział Rei, podnosząc się sztywno, chociaż uderzyła go nagła myśl, że zupełnie nie jest na to gotów, a pod powiekami majaczyła twarz martwej służącej.
Gdyby miał do czynienia z obcym człowiekiem, byłoby znacznie łatwiej. Ale nie. Jakkolwiek Kon starał się o tym zapomnieć i patrzeć raczej na obecną sytuację i układ sił, nie potrafił zignorować faktu, że mężczyzna, który miał zniszczyć Pekin, jako chłopak ocalił mu życie i to w pewnym sensie dwukrotnie – najpierw oprotestowując logiczną i racjonalną skądinąd decyzję Jurija o pozostawieniu dogorywającego kaleki, a potem poświęcając się już bardziej wprost, by oni dwaj mogli uciec.
Tylko to było tak dawno temu, tak wiele się w międzyczasie wydarzyło, a wyciągnięte z kieszeni Miguela drobiazgi, czy może niemożność dostrzeżenia w nich jakiegokolwiek znaczenia, tylko dobitniej o tym świadczyły.
Rei dał się poprowadzić z gabinetu naczelnika do celi. Odruchowo wyprostował plecy, chociaż głowa ciążyła mu jak kamienny posąg.
To niepotrzebne, mówił głos w jego głowie, ale ciało pozostało posłuszne wyćwiczonym przez lata rytuałom. Bez udziału woli ściągało łopatki i unosiło podbródek. Bez udziału woli dbało o równy krok nawet wówczas, gdy uciętą nogę łapały w kleszcze bóle fantomowe, ostatnio znów jakby silniejsze.
Spacer nie trwał długo i Rei stanął przed zaadaptowaną naprędce, wyłożoną ognioodpornymi panelami celą. Strażnicy bez słowa wpuścili go do wewnątrz. Nikt nawet nie zająknął się o możliwym niebezpieczeństwie. Kto wie, może w gruncie rzeczy czekali, aż cesarza szlag jasny trafi.
– Jak się pewnie domyślasz, jeden fałszywy krok z twojej strony i zrobię, co będę musiał – powiedział właściwie po to, żeby zwrócić na siebie uwagę skutej postaci siedzącej na pryczy z ramionami opartymi o kolana i chyba drzemiącej z otwartymi oczyma.
– To niepotrzebne – powtórzył Miguel jak echo i podniósł głowę.
I to było całe powitanie po latach.
Lavalier nie wyglądał jak po brutalnym uprowadzeniu z serca strzeżonego kordonu i ulicznych walkach. Rozchełstane ubranie i rozczochrane włosy to było właściwie wszystko. Kon zacisnął usta, widząc nienaruszoną skórę twarzy i dłoni. Nawet to, co początkowo wziął za sińce, okazało się tylko pyłem.
Nie walczył. Chciał się tu dostać. Chciał dotrzeć do ciebie, żeby móc zaatakować.
Tak poza tym miał przed sobą tylko nieco starszą i może mniej zgarbioną wersję chłopaka, którego znał. Owszem, lekko zmrużone i jakby zamglone oczy mogły potwierdzać problemy ze wzrokiem, a po nieco ponad dwóch dobach uwięzienia na twarz wysypał się już zdecydowanie nie młodzieńczy zarost, ale poza tym wszystko się zgadzało.
– Nie mam gwarancji – powiedział zimno Rei. – I tak pozwoliłem ci podejść za blisko. – Jakby wbrew własnym słowom zrobił jeszcze dwa kroki, po czym dał znać, że chce zostać z więźniem sam. – Ale to było konieczne. Nie mogłem ryzykować, że zbyt szybko zorientujecie się, że znam wasze plany.
Miguel zmarszczył brwi, przekrzywił głowę.
– O czym ty mówisz? Jakie plany? – spytał i dopiero wówczas do Reia dotarło, że jego głos brzmi nieco dziwnie. Oczywiście niżej, niż pamiętał, może bardziej ochryple, ale też tak, jakby Argentyńczyk musiał inwestować sporo wysiłku w składanie słów i utrzymanie intonacji. Jakby mówił w obcym języku, którego dopiero się nauczył i po którego meandrach wciąż porusza się niepewnie.
– Dobrze wiesz.
Z raportów wynikało jednoznacznie, że nie wezwał Bestii podczas ataku chińskich służb specjalnych. Nie bronił się ogniem.
Może nauczyły go lepiej grać.
– No właśnie chyba nie. – Spróbował poprawić pozycję, ale najwyraźniej nie uzyskał spodziewanego rezultatu. Ruchy też miał dziwnie ospałe. Podniósł wzrok i wbił go w Reia. Mimo pewnej niewyraźności lodowato zimny, całkiem podobny do tego, który Kon znał i który tak niepokoił Hiromi. Słusznie, jak się potem okazało. – Przepraszam, ale jestem nie w temacie.
– Po co tu przyleciałeś?
– Porozmawiać.
Rei jedynie zmarszczył brwi. Frustracja szarpnęła całym ciałem Miguela, aż zgrzytnęły kajdany.
– Jezus Maria – jęknął – nie mówi mi, że to tak jak wygląda. Naprawdę, możemy to załatwić inaczej. Nie wiem, co sobie wymyśliłeś, ale z mojej strony nic ci nie grozi, przysięgam.
– Po co tu przyleciałeś – powtórzył Kon.
Miguel zamarł z jakimś niewypowiedzianym słowem na ustach. Jasne oczy zmierzyły Chińczyka, jakby widzieli się po raz pierwszy w życiu.
– Sam już nie wiem – padło w końcu. – Najwyraźniej nadal jestem naiwny.
Rei zacisnął złożone za plecami dłonie uderzony tonem tych słów.
To gra, powiedział głos w jego głowie. To gra i zupełnie obcy ci człowiek.
Nie znasz go. Znałeś kogoś innego, szesnaście lat temu. To ktoś inny…
…musimy stąd wyjść. Wszyscy trzej. Żywi. I wyjdziemy.
Kon bardzo powoli opuścił i podniósł powieki.
To obcy człowiek. Na usługach twoich wrogów.
– No dobrze, skoro nie da się inaczej – westchnął Lavalier i głowa znów opadła mu nieco sennie. – Możesz mnie chociaż wysłuchać?
– Nie – pokręcił głową Rei. – To ty mnie wysłuchaj. – Złapał spojrzenie Argentyńczyka. Już nie tak lodowate, raczej zagubione, wyraźniej zamglone i sprawiające wręcz wrażenie przyćpanego. – Zrobimy tak. Dokończę ewakuację ludzi, wypuszczę cię stąd, zrobisz, co do ciebie należy, i odejdziesz. Spłacę dług.
Na moment zapadła cisza. Cisza absolutna, bo nikt nie śmiał podejść blisko drzwi do celi, jeśli cesarz tego sobie nie życzył, a odgłosy wielkiego miasta tu nie docierały.
– Nie rozumiem – mruknął w końcu Miguel.
– Pekin musi zostać zniszczony, żeby Robert i reszta byli przekonani, że plan uderzenia na Chiny się powiódł i mnie zmiażdżyli. Wiem. Chcę tylko dokończyć ewakuację cywili. Sądzę, że to zrozumiesz.
– …co?
Opcje były dwie – albo Miguel mocno podciągnął się w zdolnościach aktorskich, albo naprawdę nie rozumiał, co się do niego mówi. Rei westchnął, poświęcił nieco cesarskiej godności i otarł pot z czoła, bo poczuł, że zawroty głowy i ból w nodze zaczynają się nasilać. Nie chciałby, żeby zmusiły go do przerwania rozmowy.
– Przez wzgląd na dawne czasy proponuję ci układ – wyjaśnił powoli. – Rozstaniemy się w pokoju. Ja dam ci wolność, a ty będziesz udawał dla mnie, że wypełniłeś zadanie i zginąłem razem z tym miastem.
Konsternacja trwała jeszcze chwilę, ale w końcu coś zaskoczyło w szarych w tym świetle zmrużonych oczach.
– Jezu, naprawdę?
Miguel wybuchnął śmiechem. Nie histerycznym czy gorzkim, a najzwyklejszym w świecie rechotem szczerego rozbawienia, aż z oczu pociekły mu łzy. Odruchowo próbował je otrzeć, ale nie sięgnął.
– Co cię tak śmieszy – warknął nagle wyprowadzony z równowagi może grą, a może samopoczuciem Kon.
– A ja myślałem, że to oni mają tam paranoję… – Lavalier czknął. – Boże święty, spójrz na mnie! Spójrz i wyobraź sobie, jak ci rozpirzam miasto! W pojedynkę! Ja jebię, dawno się tak nie ubawiłem!
Chińczyk milczał, słuchając śmiechu – jeszcze przez chwilę gromkiego, a potem cichnącego stopniowo i przechodzącego w tłumiony chichot.
– Powiem ci coś. Tak po starej znajomości. – Argentyńczyk wyszczerzył się szeroko. Dość szeroko, by stało się jasne, że nie wszystko z jego poczytalnością w porządku – Jesteś popierdolony, Rei. I nie wiem, jak krętymi ścieżkami musiał chodzić twój umysł, żeby wypluć tak poronioną koncepcję. Pomyśl przez chwilę – głos Miguela ochrypł jeszcze bardziej od ataku nagłej wesołości. – Jestem jedynym Połączonym, którym dysponują. Jedynym. Naprawdę sądzisz, że gdybym był zdolny niszczyć całe miasta, wyrzuciliby mnie na drugi koniec świata?
Rei poczuł, jak w ułamku sekundy napinają się wszystkie mięśnie jego karku i pleców.
– Jedynym Połączonym? – spytał powoli.
– No tak. Resztę przecież zgarnął Kai – stwierdził Miguel, jakby naprawdę w to wierzył. – Serio sądzisz, że Robert wysilałby się, żeby mnie wyciągnąć z pierdla, jeśli istniałyby tańsze i bardziej dyskretne opcje?
– Może blefuje.
– Nie sądzę. Musiałby się naprawdę dobrze kryć i nie tylko przede mną. Albo spora grupa ludzi musiałaby się bardzo dobrze kryć.
Kon milczał dłuższą chwilę. Starał się doganiać zalewające głowę sprzeczne uczucia i pobieżne wnioski, ale było to coraz trudniejsze. Zmęczenie zebrało się w stawach pęczniejącymi kulami, kark zamienił w sztywną, ciężką strukturę, dłonie ewidentnie należały do kogoś innego. O kikucie starał się nie myśleć w ogóle.
Otworzył usta. Na końcu jego języka już zawisło imię Claude’a, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Cokolwiek właściwie się działo, odkrywanie wszystkich kart nie mogło stanowić dobrej taktyki.
– Czy ja naprawdę muszę siedzieć w celi? – zirytował się Miguel, nagle niespokojny, jakby coś go oblazło i nie był w stanie dłużej wysiedzieć w miejscu.
– Tak.
– Rei, do kurwy nędzy! Po tym wszystkim?
– Po tym wszystkim – wycedził Kon lodowato. – Po tym wszystkim, jak stanęliśmy przeciwko sobie. Ty, ja i Jurij.
Na ułamek sekundy wszystko zamarło. Słowa, gesty, nawet myśli.
– Jurij jest kontrolowany przez Wolborg – syknął wreszcie Lavalier, na co Rei pokręcił głową.
– Nie rozumiesz mnie, Miguel – ocenił. – Nie chodzi o to. Nie chodzi o to, po której stronie się znalazł. Ten fakt tylko ułatwił mi wybór. Chodzi tylko o to, co przede mną zataił.
– Czyli?
– Nadal nie wiesz? – Kon uniósł brwi w wyraźnym zaskoczeniu.
– Najwyraźniej.
– To on osiemnaście lat temu roztrzaskał głowę Kaia o mur. I zmasakrował zwłoki, jeśli to wymaga przypomnienia. A potem długie tygodnie kłamał nam w żywe oczy. To dlatego zwlekał z powiedzeniem, że Black pozwoliła się Kaiowi odrodzić i naraził nas wszystkich na oczywiste niebezpieczeństwo. Bał się. – Chińczyk zacisnął zęby w bezsilnej, zadawnionej złości, kiedy stara rana na sercu znów zaczęła jątrzyć. Spojrzał na Miguela, ale nie znalazł na jego twarzy ani krzty szoku czy oburzenia. Mógł się tego spodziewać, a jednak brak solidarności ukuł go pod żebro. – Ja naprawdę wiele rozumiem – mówił więc dalej. – Wiele razem przeszliśmy, ale jak mam wybaczyć mu, że bestialsko zamordował jednego mojego przyjaciela, a potem, w czym zresztą miałeś udział, doprowadził do śmierci innego? Nawet jeśli Kai okazał się kompletnie pozbawionym zasad moralnych gnojem, to pod tym względem są siebie najwyraźniej warci.
O ułamek sekundy za późno dotarło do niego, że posunął się o krok za daleko. W oczach Miguela coś błysnęło i całkiem prawdopodobne, że był to gniew. Zaskakująco przytomny gniew, zważywszy na jego kondycję.
– Wiesz, że to właśnie on wyniósł cię ostatecznie ze stadionu, kiedy zostałem z tyłu? – syknął zimno. – Uratował ci pierdoloną dupę, Rei.
– Nie zrobiłby tego, gdybyś go do tego nie…
– Proszę, nie kończ. – Argentyńczyk chciał unieść dłoń, ale powstrzymały go kajdany. – Naprawdę myślałem, że miałeś dość czasu, żeby to ogarnąć. Nie musiał tego robić. Nie musiał niczego dla nas robić. Nikt nas do niczego nie zmuszał. Podejmowaliśmy decyzje szybko. Z odpowiedzialnością, jaka nigdy wcześniej na nas nie spoczywała. Nie rozumiesz tego, Rei? Nie rozumiesz, co się wówczas stało?
Kon przymknął oczy, przyłożył splecione dłonie do ust.
– Żaden z nas niczego nie musiał, Miguel – odparł. – O to właśnie chodzi. Pewnie skończyłoby się inaczej. Ja bym zginął. On dostał się w ręce Balkowa, ty mógłbyś wyjść z tego cało, kto wie. Pewnie nie trafiłbyś do celi. Może zginęlibyśmy obaj, a Balkow wziąłby tylko Jurija. I może to byłoby lepsze zakończenie. Szybsze. Nic, co nam się przydarzyło, nie przydarzyło się przez przypadek. To, jak obecnie wygląda świat, również nie jest przypadkiem, a wynikiem złych wyborów. I Jurij też ich dokonał.
Myślał, że cisza, która zapadła po tych słowach, oznacza zgodę. Mylił się.
– Nie masz prawa go oceniać – chrapliwy szept wbił się w nią jak klin i rozepchał, narastając i zmieniając się w gniewny warkot. Kajdany znów zabrzęczały gniewnie.
– Miguel…
– Nie masz go, kurwa, prawa oceniać!
Rei zmierzył Argentyńczyka wzrokiem – całą napiętą postawę, zaciśnięte dłonie, drżące barki. Wiedział, na co patrzy. Na te emocje właśnie. Na ślepą, irracjonalną lojalność, która nie przyniosła niczego dobrego.
– Wiesz, że on by ciebie nie tak bronił – powiedział cicho, zdjęty nagle dziwnym smutkiem. Może żalem, może współczuciem dla oszukanego przez życie naiwnego chłopca, którego Lavalier z pewnością by sobie nie życzył. – Rozszarpałby ci gardło i nawet się nie obejrzał.
Miguel jakoś tak powoli pokręcił opuszczoną głową. Mruknął coś, ale Kon nie dosłyszał co.
– Mógłbyś powtórzyć? – poprosił.
– …przyjął mnie do stada. – Argentyńczyk podniósł wzrok. Rozgorączkowany, ocierający się o obłęd. – Przyjął mnie do stada, a potem…
Cisza trwała trzy uderzenia serca.
– A potem niemal zabił – przypomniał bezlitośnie Rei.
Bo tak po prostu było trzeba.



Uelzen
Robert usiadł ciężko na klapie od ubikacji zmuszony do tego zawrotem głowy. Z kranu wciąż lała się woda, ale nie miał sił wstać i sięgnąć kurka. Postanowił poczekać.
To jedyne, co mu zostało.
Nie wiedział, co powiedzieć Johnny’emu. Jak mu to wyjaśnić. I może pierwszy raz w życiu czuł się tak bezradny.
Josie wypytuje o twojego ojca i Rosję.
To jedno krótkie zdanie właściwie wysyczane do telefonicznej słuchawki zmieniło wszystko z godziny na godzinę. Oznaczało tak wiele, że Robert nie wiedział wręcz, od czego zacząć.
Starał się nie zamykać oczu, bo wówczas widział wykrzywioną w paskudnym uśmiechu twarz Judy Mizuhary, czy też Jones, skoro tak chciała. Czy to możliwe, by jej macki sięgały aż tak daleko? Aż do rosyjskich archiwów, do których wstępu – jak się wydawało – nie miał już nikt? Pytanie nie było tak bezzasadne, jak się mogło w pierwszej chwili wydawać, bo przecież mimo wszystko ona zawsze pozostawała naukowcem. Cele badawcze stawiała ponad wszystko inne, nie bawiąc się w szpiegowskie gierki i nie wikłając się w politykę. Nie musiała – już olbrzymia wiedza i kluczowe programy czyniły ją figurą nieomal nieusuwalną. Jeśli nie Mizhuara dbała o swoje bezpieczeństwo, to robił to ktoś, komu zależało na jej bezcennym doświadczeniu.
To się najwyraźniej zmieniło. Tylko jak? W którą stronę? I czy wciągnięcie w intrygę Josie miało być owym „więcej”, na które rzekomo zasłużył?
I – przede wszystkim – do czego miało go to skłonić?
Rozległo się pukanie do drzwi.
– Nie chciałbym przeszkadzać…
– Więc nie przeszkadzaj – warknął Robert.
Johnny wymruczał coś w odpowiedzi, ale niezrozumiale, w dodatku zagłuszony przez sklejkę i szum wody z kranu. Prawdopodobne zresztą, że była to tylko wiązanka przekleństw.
Nie wiedział o tajemnicy Jürgensa. Nie wiedział o niej nikt poza Olivierem. I to może niepokoiło Roberta najbardziej. Bo jeśli nie rosyjskie archiwa i jakieś niezidentyfikowane akta, zostawało tylko jeszcze to jedno źródło informacji.
Tylko dlaczego Polangue miałby nagle obrócić się przeciwko niemu?
Niemiec dźwignął się wreszcie i stanął na chwiejnych nogach. Zdecydowanym ruchem wpakował głowę pod kran i pozwolił zimnej wodzie ściekać po włosach, po twarzy, po karku i nagich plecach. Nie chciał o tym myśleć. Nie chciał o tym myśleć, ale niebawem mogło się okazać, że Johnny – dziecinny, porywczy Johnny – to jedyna osoba, której może ufać i która naprawdę jest jeszcze po jego stronie.
Przecież nikt inny…
Robert ścisnął nasadę nosa, nie wyjmując głowy spod strumienia.
Nikt inny nie pracował z nim z osobistych względów. Każdy miał w tym po prostu jakiś interes, widział jakiś wspólny cel albo po prostu okoliczności nie pozostawiły mu wyboru. I tylko Johnny wydawał się do Jürgensa szczerze i naprawdę przywiązany, gotów oddać za niego nawet życie, co udowodnił parokrotnie, w tym całkiem niedawno. Był bliższy nawet od rodziny, bo ta… Cóż, Clara sprzedałaby męża, gdyby tylko ktoś zaoferował odpowiednią cenę, nie łudził się. Dla dzieci z kolei był już niemal obcym człowiekiem, w dodatku – przynajmniej dla Josie – także znienawidzonym.
Został sam. Sam wobec rozpościerającej się przed nim czerni.


Pekin
Miguel obudził się z absurdalną myślą, że cała ta sytuacja ma swoje dobre strony. Oto bowiem to, co wydawało mu się potwornie skomplikowanym problemem jeszcze dobę czy dwie wcześniej, nagle okazało się niewartą nerwów pierdołą. Tak w gruncie rzeczy i ogólnie. Wszystko, co zostawił za Chińskim Murem, stało się odległe i jakby zapamiętane z filmu o czymś innym.
O kimś innym.
– To się nazywa nabieranie dystansu, prosz pana – mruknął do siebie i na próbę spuścił nogi z pryczy.
Względnie przyćpanie, dodał już w myślach.
Kolana przestały o dziwo drżeć, więc zaryzykował stanięcie na nich i spacer dla rozprostowania kości. Pomysł okazał się o tyle słaby, że stopy miał dziwnie obolałe i jakby nie od kompletu, więc po paru krokach zrezygnował i usiadł z powrotem.
Zdziwiło go, że w ogóle zasnął. Nie spał od czasu ostatniej rozmowy z Reiem i właściwie zaczynał się do tego stanu przyzwyczajać. Głowę wypełniało mu za dużo myśli, tym więcej, im usilniej próbował odpłynąć. Kona nie było pod Metropolem, nie wiedział więc do końca, o czym mówi, ale trafił celnie i wywołał falę wspomnień. Po latach z tamtych wydarzeń pozostał jedynie dziwny, rwany ciąg kliszy pozbawiony kluczowych wrażeń. Zapachów. Bólu. Zmęczenia. Wystarczyło jednak sięgnąć pod powierzchnię, by znaleźć zapomniany strach i frustrację. Tamtą czarną rozpacz, gdy stało się jasne, że Kai dopiął swego, a w niebieskich oczach Jurija jest już tylko żądna krwi Wolborg.
Miguel odruchowo potarł bok głowy, gdy ta – we wspomnieniach – z impetem uderzyła o asfalt trzymana za włosy przez doprowadzonego do furii Rosjanina.
Pamiętał jakieś pojedyncze słowa. Skowyt Ivanowa, gdy ostatkiem sił złapał go rozżarzoną dłonią za bark. Swoje własne niedowierzanie, mimo bolesnej świadomości, że stało się nieuniknione.
Nigdy jednak nie zakładał, że to był koniec. Nie myślał tak, nie potrafił, a kiedy zamknęły się za nim kraty więzienia, po prostu wyrzucił ten wątek z głowy, nie chcąc przyznać, że Jurija także zawiódł. Że go zostawił.
Po szesnastu latach odkrył, że zostawili go wszyscy.
W pewnym sensie każdy zostawił każdego.
Rei też był w znacznie gorszej kondycji niż sam zapewne chciałby wierzyć i Miguel mógł to zauważyć nawet w świecie, w którym wszystko przypominało rozmazane plamy. W momencie urwania rozmowy Konowi głos drżał już dość wyraźnie i jedynie zgadywać można było, co za tym stoi. Protezy nawet nie ukrywał – zdawało się wręcz, że prezentuje ją z dumą, a ona sama nie do końca przypomina ludzką kończynę. Gdzieś wśród dziwnie płaskich, pozbawionych dźwięku wspomnień mignęło i to wieczoru w motelu na Ukrainie, gdy Robert powiedział im o amputacji. Wtedy to robiło wrażenie. Naprawdę robiło wrażenie. Wydawało się ciosem, po którym trudno już będzie się podnieść.
Och, jacy wszyscy byli naiwni.
Strażnik wykrzyczał coś po chińsku bez żadnego ostrzeżenia lub choćby znaku, że znajduje się w pobliżu i Lavalier drgnął wystraszony. Chwilę potem szczęknął zamek i w progu pojawiła się charakterystyczna, asymetryczna sylwetka Reia.
– Przerwaliśmy rozmowę – powiedział bez wstępu.
Miguel postanowił dla dobra sprawy nie przypominać dlaczego i z czyjej inicjatywy ją przerwali, choć gdzieś na tyłach głowy kołatała myśl, że nie tylko o ból nogi mogło chodzić. Za wiele się już naoglądał, za dużo czasu spędził w celi i niejednokrotnie go przesłuchiwano. Wiedział, że zasada jest prosta – więzień czekający i bardziej zmęczony to więzień łatwiejszy w obróbce.
Tylko że on czekał nie wiadomo na co całe dwa lata izolatki i nieco się w tej materii wyrobił. Kilkanaście czy kilkadziesiąt godzin nie robiło różnicy.
– Po prostu nie chcę wierzyć, że sprawa jest przegrana – powiedział na tyle mocnym głosem, na ile był w stanie z siebie wykrzesać. Zaczął, jakby przerwy w ogóle nie było, bo widział w tym szansę na wytrącenie Reia z ewentualnego scenariusza.
– Trochę cię ominęło.
– Szesnaście lat.
– Czyli sporo.
– Szesnaście lat bezczynności, Rei. Nie wiem – westchnął – to raczej bez sensu wyobrażać sobie, że gdybym był gdzieś indziej, to czemuś bym zapobiegł i coś potoczyłoby się inaczej, ale… – Miguel urwał, czując, że stracił wątek, a raczej, że to, co chciał powiedzieć, trudno ubrać słowa, zwłaszcza mówiąc do Kona. Wpadł we własną pułapkę.
– Obawiam się, że tu nie ma „ale” – stwierdził Chińczyk.
Gdzie byś był?, pytała wieki temu Julia.
No właśnie – gdzie? Gdybyś mógł wybrać stronę – gdzie byś był?
– A jednak się mylisz, Rei – Miguel zaśmiał się cicho i bez cienia wesołości, na co Kon uniósł brew.
– To znaczy?
– Kiedy mówiłeś o wyborach, myliłeś się. To wszystko to tylko przypadek. Czysta entropia i nikt nad tym nie panuje. Ani ty, ani Kai, a już na pewno nie Jurij albo ja. I nikt nie zapanuje, póki to wszystko ostatecznie nie pierdolnie. Rozpętaliście międzynarodowy konflikt, bo jesteście bandą pokłóconych dzieciaków, Rei. W gruncie rzeczy nic więcej za tym nie stoi. W każdym razie… nic osiągalnego, nic, co byłoby wam posłuszne i pewnie… gdyby nie lata w pierdlu, byłbym w to równie zaangażowany. I wiesz, trochę przeraża mnie to, że nie mam bladego pojęcia, po której ze stron. Bo nie powiesz mi, że liczy się cokolwiek ze starych postulatów.
– Miguel… – Kon próbował przerwać, ale Argentyńczyk zbył go machnięciem głowy.
– Nie ma turniejów – kontynuował. – Jest Opactwo, ale ty nie walczysz przeciwko Opactwu, tylko przeciw Kaiowi, zasmarkanemu kurduplowi, który zaszedł ci za skórę. Nie ma prawdziwego celu. Nigdzie. Ani tu, ani po stronie Roberta, ani, podejrzewam, Kaia. Wszystko się rozmyło. Nie widzisz tego?
Rei milczał dłuższą chwilę. Twarz zachował jednak kamienną. Nawet nie zmarszczył brwi. Patrząc na to nieruchome oblicze, Lavalier czuł, że zaczyna się gotować. Nienawidził tej maski. Miał ochotę ją zerwać. Chciał rozmawiać z Konem, z prawdziwym człowiekiem o prawdziwych ułomnościach, w gruncie rzeczy równie zagubionym, co on sam, tym, który nie był w stanie znieść krzywdy dziejącej się jego bliskim i przyjaciołom do tego stopnia, że doprowadziło to do tragedii.
– To nie takie proste – powiedział w końcu Chińczyk matowym, nieswoim głosem.
– Więc mi wytłumacz – syknął Miguel.
– Moja Bestia nie jest po prostu Bestią.
Lavalier przewrócił oczyma, aż go zabolały i opadł plecami na ścianę.
– Naprawdę, Rei? – prychnął. – Przecież to propagandowa bajeczka. Mnie na to nie kupisz.
W twarzy Kona coś wreszcie drgnęło. W żółtych niemal oczach odbił się gniew, sylwetka pochyliła, a ramiona zgarbiły, jakby ostatkiem sił powstrzymał się przed zadaniem ciosu.
– Nie masz pojęcia, o czym mówisz – warknął.
– Nawet nie wiesz, jak często słyszę ten tekst.
– Więc może coś w tym jest.
– Może wskazówka, że nikt do końca nie wie, o czym mówi, skoro nie potrafi tego wyjaśnić. Ty, Robert, wszyscy pierdolicie. Wszyscy zbywacie mnie tą samą gadką. Daj mi coś nowego, Rei. Coś bez „nie ogarniesz, bo cię tu nie było”. Bo teraz jestem i widzę syf.
Ale Kon milczał.
Milczał i kolejne maski opadały z głuchym trzaskiem.
– Wiesz, dlaczego się tu znalazłam? – podjął więc znów Lavalier. – Tak bezpośrednio? Bo Rosjanie, nie Robert. Ivan Papow tak konkretnie. Z jakiegoś powodu chciał, żebym się tu znalazł. Emily twierdzi, że po to, żebyśmy się wzajemnie wkurwili i rozpętali małą apokalipsę. Ty mówisz coś o jakimś planie Zachodu. Nie wykluczam, że taki jest. Ba, po przemyśleniu nie wykluczam nawet, że Robert coś o nim wie, chociaż wydaje mi się, że to bardzo mało prawdopodobne. No ale jednak. W każdym razie, tak naprawdę same znajome nazwiska i to niekoniecznie po tej samej stronie.
– I dałeś się w to wciągnąć – zauważył zimno Kon.
– Tak sądzą. Bo ani jedni, ani drudzy nie wiedzą o pewnym szczególe. Nikt nie wie, jesteś pierwszy, ale ja już… nie mogę. – Miguel wyciągnął przed siebie skute dłonie i popatrzył na nie ze ściągniętymi brwiami. – Choćbym chciał. Ani małego płomienia. Nawet papierosa nie odpalę.
Rei zmarszczył czoło. Wyglądał, jakby nie od razu do niego dotarło, a potem na jego twarzy odbiły się zdziwienie i niedowierzanie.
– Chcesz powiedzieć, że ty…
– Nie, nadal jestem Połączonym. Ale tylko… pasywnie. Nie ma ognia. Nie ma chodzącego napalmu. I nie pytaj dlaczego, bo ci nie powiem, sam chciałbym wiedzieć. To znaczy, znam przyczynę, nie znam strony technicznej. I jasne, wiem, nie masz podstaw, żeby mi wierzyć, przecież mogę blefować nie? – Miguel zaśmiał się cicho i gorzko, a potem podniósł wzrok na Chińczyka. – Tylko czy naprawdę sądzisz, że wtedy dałbym się tu zamknąć? Wierz mi, mam naprawdę dość pierdla jak na jedno życie.
Rei po prostu stał. Jak słup soli, jakby wszystko wokół się zatrzymało. Lavalier nie był w stanie określić wyrazu jego twarzy i w duchu po raz kolejny przeklął brak okularów, bo zdążył przyzwyczaić się do luksusu dopasowanych szkieł, a nie wciskania na nos, co tam się akurat znalazło i to tylko na czas robienia tatuaży, bo inaczej głowa zaczynała rozpadać się na kawałki.
– Pewnie nie powinienem ci tego mówić – dodał jeszcze – ale wiesz, jest taka kwestia. To, o czym mówiłem. Że nikt nie ogarnia, a ktoś gdzieś za naszymi plecami znowu zaczyna to splatać. Nie mam pewności, po co chciał mnie tu Papow, może Emily ma rację, może nie, ale ja chciałem przyjechać, bo wiem, że jesteś jedną z nielicznych osób, które mogą ogarnąć. O ile wyjmą głowę z dupy. Ty, ja i… – Miguel zawahał się na pół sekundy. – I Jurij.
Rei przetarł twarz gwałtownym gestem i odwrócił się do ściany.
– Mam nadzieję, że kłamiesz – wyszeptał ochryple.
Nie zdążył powiedzieć niczego więcej, bo wszystko zatrzęsło się do wtóru potwornego huku i wyjących alarmów.



Saksonia-Anhalt
Johnny, nie pytając o pozwolenie, skręcił i zjechał na leśną drogę, po czym wyłączył silnik.
– Mógłby powtórzyć? – właściwie warknął.
Nie patrzył na Roberta, a w przednią szybę, pochylony nad kierownicą i z trudem panujący nad gotującą się pod skórą wściekłością.
– Człowiek, którego znacie jako Ilję Balkowa, był moim ojcem – padło.
McGregor wrzasnął. Bez słów, po prostu ryknął gniewem i uderzył dłońmi o kierownicę. Szarpnął za drzwi, wyszedł i drżącymi dłońmi wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów.
– Kurwa! – wydarł się w leśną głuszę, nim odpalił.
Potem zrezygnował, cisnął paczką o ziemię i znów dopadł do samochodu. Gwałtownym ruchem otworzył drzwi pasażera, chwycił Roberta za koszulę i wywlókł go na zewnątrz.
Po czym uderzył pięścią w twarz.
– Kurwa, ja pierdolę, idioto! – ryczał nad opadłym na samochodową maskę Jürgensem. – Jak mogłeś to zataić?!
Robert odruchowo chwycił się za twarz, sprawdzając, czy nie ma złamanego nosa. Poczuł ciepło krwi, ale był to raczej przygryziony język. Kiedy zdołał się wreszcie wyprostować, Johnny stał już parę metrów dalej i nerwowo, łapczywie zaciągał się papierosem. Nie mówił niczego, ale nie musiał. Drżał cały, a twarz miał kompletnie i dosłownie czerwoną.
Widok ten dziwnie Roberta przeraził. Widział wściekłość McGregora wielokrotnie, bo przecież był to dla niego stan nieomal naturalny, ale nigdy nie była to wściekłość skierowana w niego.
Milczał, sam także nie wiedząc, co mógłby powiedzieć. Czuł się pusty. Zmęczony. I przegrany, wiedząc, że najprawdopodobniej stracił właśnie lojalność ostatniego lojalnego mu człowieka.
– Dlaczego, Robert – wychrypiał Johnny po bardzo długiej chwili i nie było w tym zdaniu nawet grama intonacji pytającej.
– Chciałem was chronić – odparł Jürgens, podejrzewając, jaką wywoła to reakcję.
A był nią śmiech. Potworny śmiech człowieka na krawędzi.
Nic więcej nie chciało przejść przez gardło.


Pekin
– I masz, kurwa, swój atak!
Komentarz był oczywiście niepotrzebny i nie stanowił niczego więcej ponad wyrzucenie z siebie gwałtownych emocji i strachu.
Wszystko ponownie zadrżało w posadach, skoczyło napięcie, z sufitu osypał się tynk. Rei pociągnął Miguela dalej, w stronę schodów. Nie mieli ani chwili do stracenia. Wiedział, że ewakuacja nie została dokończona. Na ulicach i placach wciąż jeszcze tłoczyło się zbyt wielu cywili.
Jego właśni gwardziści, ci, który mieli oddać za niego życie, próbowali – najpewniej przez wzgląd na jakąś klanową lojalność – wykorzystać sytuację. Nie pozwolił im na to i sami leżeli martwi piętro niżej.
– Co zamierzasz? – wydyszał Miguel, dopadając do ściany.
– A jak myślisz? – Rei zacisnął szczęki, aż zgrzytnęły zęby.
Wbiegli wyżej, tylko jakimś cudem nie potykając się na zbyt szybko pokonywanych stopniach. Tu odgłosy wybuchów i wyjące alarmy były już doskonale słyszalne. W powietrzu unosił się pył. Ktokolwiek właściwie stał za atakiem, musiał planować go od bardzo dawna. Musiał zamontować materiały wybuchowe tygodnie, o ile nie miesiące wcześniej i robić to stopniowo, skoro nikt się nie zorientował.
Albo wręcz przeciwnie.
Kon znów zobaczył twarze członków Rady, poczuł wściekłość Bai Hu i jego palącą nienawiść do tych ludzi.
Zawiodło wszystko, cały system bezpieczeństwa, a cesarz został zwyczajnie zdradzony przez tych, którzy wraz z nim mieli czuwać nad Chinami.
– Ewakuacja ciągle trwa – wydyszał w biegu, gdyby to nie było jeszcze oczywiste. – Może nie odpalili wszystkich ładunków.
– Będę cię osłaniał – zadecydował nagle Lavalier i nie brzmiało to jak propozycja, a stwierdzenie oczywistego faktu.
Wybiegli na zewnątrz, Kon już w elektrycznej aureoli. Był cesarzem, do jasnej cholery! Był Połączonym, wybranym i obrońcą tego miasta. Ryknął i pozwolił, by moc popłynęła przez jego ciało swobodnie.
I wówczas wybuchły płomienie.
Uderzył w ziemię przykryty ciężkim ciałem i dopiero wówczas dotarło do niego, że to nie Miguel. Fala gorąca przetoczyła się nad ich głowami i zniknęła.
– Zdejmę go – Rei usłyszał głos Lavaliera. – Ukryj się.
Nie wiedział dokładnie, o czym mowa – nie zdążył zobaczyć, niemal oślepiony przez żar. Potem ciężar ciała zniknął, znów huknęło i rozszalała wobec rozległych placów okolic Zakazanego Miasta fala uderzeniowa cisnęła Konem, aż poczuł w kościach zgrzyt szorującej o beton protezy. Teraz już nie tylko kiepsko widział, ale także niemal nie słyszał. Wściekłym ruchem potarł podrażnione przez pył oczy, zmusił ciało, by – mimo strachu – jeszcze przez chwilę leżało płasko, pozwalając rozedrganym mięśniom nieco się uspokoić.
Dosłownie parę metrów przed nim otworzyła się rozpadlina – długa, głęboka, ziejąca płomieniem – i zrozumiał, że wysadzono metro.
Nie wiedział, ile ma czasu do następnej eksplozji i czy w ogóle jakaś będzie, wobec tej nagłej, porażającej ciszy, więc dźwignął się na ramionach. Wówczas ją zobaczył – czarnoskórą sylwetkę otoczoną przez płomienie. Stała na krawędzi rozpadliny i wielkie oczy spoglądały prosto w jego twarz.
Oczy przerażone. Oczy człowieka, który się waha.
Połączony – dotarło do Reia w ułamku sekundy. Piromanta.
Zwinne ciało wygięło się i zapadła decyzja.
Atak.

*

Cisnęło nim potężnie o coś twardego i na moment stracił oddech. Pełznął jednak przed siebie, bezradny jak wyciągnięta z wody ryba, a kujący ból uparcie przewiercał się przez płuca.
Pierwszy oddech – płytki i chrapliwy – był jak nowe narodziny. Miguel zwalił się na bok i wziął jeszcze trzy podobne, nim ciało zaczęło go na powrót słuchać. Wiedział, że musi się spieszyć. Odszukał Połączoną wzrokiem.
Patrzył na nią niemal z zazdrością. To nie była piromancja, jaką znał – ciężka, dzika i toporna. Nie, to była żonglerka płomieniem. Niemal przedstawienie. Subtelny taniec przywołujący odległe skojarzenia z zupełnie innych, lepszych czasów. Przerywanie tego wydawało się barbarzyństwem i zbrodnią.
Połączona nie miała zapewne odporności Miguela, ale poruszała się tak szybko, tak zwinnie, że i ją trudno byłoby zdjąć za pomocą konwencjonalnej broni. Gdyby ktoś w ogóle próbował. Ale nie. Ogniste bicze cięły bez skrępowania wszystko, co napotkały na swojej drodze – ruiny, rośliny, ludzi. Przerażonych, niewinnych ludzi, który nie rozumieli, dlaczego nagle stają w płomieniach. Piromantka wyraźnie nie spodziewała się ataku, może poza atakiem Reia. Szła, rozglądając się uważnie, szukając go w gruzowisku.
Nie spojrzała jednak za siebie, przekonana, że ognisty welon za plecami stanowi dostateczną ochronę.
Przystanęła, gdy znalazła to, czego szukała. Stała, patrząc na oszołomionego, wciąż najwyraźniej niezdolnego bronić się Reia.
Preludium do kolejnego tańca płomieni trwało wystarczająco długo, by Miguel zdążył ją wreszcie dopaść.
Trzasnęły cicho kręgi w szyi.

*

Ciało osunęło się na spękany, osmolony beton dziwnie miękko.
Dopiero wówczas dotarło do Reia, jak nienaturalna cisza panuje dookoła. Kiedy wreszcie zdołał się rozejrzeć, zobaczył, że tak, Pekin przestał istnieć. W miejscu gospodarczego serca świata, serca całej Azji widniała tylko rozkrwawiona, rozorana wybuchami i płomieniem dziura. Wokół rozpościerało się przerażające, wymarłe rumowisko na pierwszy rzut oka pozbawione jednej żywej duszy.
Poza nimi dwoma.
Rei opuścił wzrok na leżące między nimi ciało. Nie zobaczył krwi, ale dziwnie wykręcona głowa sugerowała skręcony kark.
Gołymi rękoma.
Miguel nadal stał po drugiej stronie z dłońmi w kieszeniach, kryjąc narzędzie zbrodni, i błądził wzrokiem po szczytach zdewastowanych budynków, jakby bardzo nie chciał przypadkiem spojrzeć Reiowi w twarz lub na trupa. Kołysał się przy tym na piętach, cały dziwnie niespokojny.
– Umarła szybko – burknął w końcu tonem tylko pozornie obojętnym.
– Umarła? – zdziwił się Rei.
I nagle do niego dotarło – Miguel nie widział, kogo zabił. Pewnie rozróżniał jedynie zarys sylwetki i źle zinterpretował jej niewielkie rozmiary. Kon zacisnął usta ułamek sekundy zastanawiając się, czy powinien to powiedzieć…
– To chłopak, Miguel – …uznał jednak, że tylko tak będzie uczciwie. – Nasyłają na nas dzieci.

*

Zrobili, co mogli, czyli postanowili ciągnąć ciało ciemnoskórego chłopaka za sobą, aż nie znajdą miejsca, w którym można by je pochować. W gruncie rzeczy nie różniło się niczym od setek innych ciał leżących na ulicach, ale jednak świadomość, że to Połączony i dziecko, które zginęło przez nich, ciążyła w ten niesprawiedliwy dla innych ofiar sposób znacznie mocniej. I po nie przyszłyby w końcu służby porządkowe.
Albo i nie, bo niby kto miał je wysłać? Skąd, skoro cały Pekin zamienił się w gruzowisko, a śmierć nie oszczędziła tak zwykłych cywili, jak i decyzyjnych? Część martwych miała przynajmniej tyle szczęścia, że została spopielona – jego z oczywistych względów to nie spotkało.
Obaj milczeli całą drogę, a także potem, gdy zaczęli kopać dół, czym tam znaleźli, a gdy wszystkie śmieci się połamały lub okazały bezużyteczne, własnymi rękoma. Rei nie chciał tego robić, ale jednak wzrok sam uciekł mu w stronę twarzy Miguela i zobaczył jej wyraz. Dziwny, kuriozalny wręcz, skrzywiony jakoś na granicy śmiechu i płaczu, choć zdawało się, że grymas kompletnie nie sięga zmrużonych oczu i zmarszczonych jakby w skupieniu brwi.
– To nie twoja wina – szepnął Kon, w tej samej sekundzie uświadamiając sobie, że to najgorsze, co mógł powiedzieć.
Nic nie brzmi jak oskarżenie bardziej niż próba pocieszenia.
Lavalier prychnął i otrzepał ziemię z dłoni.
– To bez znaczenia – odparł.
Przetarł twarz dłonią i usiadł ciężko na murku, który prawdopodobnie jeszcze parę godzin temu był ścianą. Rei postanowił nie zwracać mu uwagi na wystającą zza załomu rękę.
– To co teraz? Najpierw stadion, teraz wielkie miasto… Co teraz?
Nudności szarpnęły żołądkiem Chińczyka.
– Miguel, to chyba nie jest dobry moment.
Ciało Lavaliera zatrzęsło się, a usta skrzywiły i Kon przez chwilę był przekonany, że Argentyńczyk wreszcie wybuchnie płaczem. Nic z tych rzeczy. Brzmiał początkowo, jakby zaczął się krztusić, ale to był śmiech. Śmiech, który stopniowo zyskiwał na sile, wywołując w Reiu protest i obrzydzenie. W pierwszym momencie.
Bo nagle sam też zaczął się śmiać. Usiadł, rozejrzał dookoła raz jeszcze i wybuchnął dziko, nieskrępowanie, z całym okrucieństwem tego, co zobaczył. Z całą tego ohydą. Z zapachem każdej pojedynczej śmierci w nozdrzach.
Więc śmiali się i trwało to długo. Niemożliwie długo. Całe wieki uwięzienia w lepkiej pułapce wspólnej histerii przepalającej wszystko na wskroś i zostawiającej po sobie tylko jałowe pola.
– Udało im się – wykrztusił wreszcie Miguel z szerokim uśmiechem. – Wszystko im się, kurwa, udało!





Koniec części pierwszej
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem obiadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 19 marca 2017, 16:10

SpoilerShow
ile wiadomo w Pekinie na temat bliźniaczego względem SO-VA, dedykowanemu Chinom planu eksterminacji.
dedykowanego? nawet jeśli nie, to zaznaczam - dość nieczytelne zdanie
Zacisnął zęby i pięści na kolanach.
no dobra, wiem, o co chodzi, wiem też, że napisane poprawnie, ale jednak widzę zęby na kolanach :facepalm:
Aaaaiiiii! Ała! Bolało bolałooo! Ten fragment, Kili:
Herbata. Herbata mogła być zatruta.
Musiała być.
jest idealny. Jest tak mocny, świetny! Jaram się nim jak... Wiem,to aż dziwne. Ale w chwili, gdy Kon ją przeszukiwał i nie znalazł broni, poczułam, że zazdroszczę motywu. Kurwa, zajebiste.
Jest tak przewrażliwiony, że zabił ją, bo musiała być winna. Tu czytelnik ma wahnięcie. Czy była? No właśnie! On ją przeszukuje i nic! Czytelnik już wie, już czuje. I tak świetnie zwieńczasz to tymi trzema zdaniami, cytowanymi powyżej! Maj-ster-sztyk, uwielbiam.

Ale co robisz później?
A potem Konowi wydało się, że z oddali słyszy okrutny śmiech. Oczy martwej służącej otworzyły się i spojrzały na niego z wyrzutem.
– Byłam niewinna – powiedziały blade usta.
Na wszystkie diabły, nie, Kili, nie, to jest totalny w tył zwrot, jebnięcie łopatą i wykopanie nią grobu dla tej sceny. Proszę. Proszę bo mnie boli jak nóż w plecach. Nie niszcz tej subtelności, zaklinam cię, wytnij zdanie o niewinności. Zwykle nie naciskam na autora, ale tu będę błagać na kolanach. Sama odbierasz sobie piorunujący efekt, który (zapewniam!) jest bardzo, bardzo czytelny i jasny dla odbiorcy. Nie da się tego przeczytać bez podejrzeń, że faktycznie była niewinna.
ok, oddycham.
– Chciałem tego uniknąć – zapewnił Miguel odruchowo i w ciążpamiętał strach,
faux pas
głowa ciążyła mu jak kamienny posąg.
no nie wiem, posąg jednak wskazuje na "całe ciało wyrzeźbione z kamienia". może jednak głowa tylko z kamienia? wybacz czepialstwo
Nie rozumiesz, co się wówczas stało?
znów czepiam się, ale nie mogę się powstrzymać - byłam wciągnięta w wypowiedź Miguela, płynęłam przez nią, ale "wówczas" mnie zatrzymało. Jest takie... Mało, no, pasujące, mało naturalne? przepraszam za te swoje wtręty, ale nie umiem przemilczeć
– Mógłby powtórzyć? – właściwie warknął.
mógłbyś?
Wala gorąca przetoczyła się nad ich głowami i zniknęła.
F
Uwaga, pocisk.
– A w ogóle to milcz – powiedział sobie.
– Coś się stało, proszę pana? – Poważny człowiek w garniturze, zdaje się, że członek korpusu, zmierzył go uważnym spojrzeniem.
– Nie, tak tylko. Fascynujący kraj, prawda?
– Mówi pan o tym…? – Mężczyzna wskazał głową tłum za oknem.
Dopiero w tym momencie do Miguela dotarło, że znacznie zwolnili, bo nawet wielopasmowa, teoretycznie zablokowana na czas przejazdu delegacji ulica stała się nieprzejezdna.
– O, czołgi – stwierdził elokwentnie.
to chyba najśmieszniejszy fragment Odpadu jaki mnie spotkał. Prześwietne. Bawi tak, jak lubię najbardziej - nie głupotą, nie fajnie brzmiącym zdaniem, a ogółem, sytuacją, sympatią dla bohatera. Oklaski, dziękuję za ten fragmencik, jest najulubiony. Widzę Miguela z tym arcy-ważnym ryjem przy oknie, jak zauważa czołgi, mistrz tajności, elokwencji i w ogóle człowiek legenda.

Uwaga luźna - w pierwszym poście sceny kolejno Rei - Emily - Miguel mają pewien wspólny element, to jest napomkniecie o zmęczeniu, wpływającym na umysł i działanie. Trudno mi czepiać się takiego zbiegu wydarzeń, to też całkiem wyjaśnione fabularnie, jednak gęsto się robi od częstych "szczegółów" i wyczulam cię mocno. Mam o wiele mniejsze doświadczenie w pisaniu i pewnie to moja ułomność, jednak po sobie widzę, że gdy zbyt blisko mam zbyt podobne stany umysłu, sceny również zaczynają przyjmować pewien... powtarzalny schemat. Nie wyłapałam go u ciebie, ale jednak wspominam. Wszechobecne zmęczenie rzuca się w oczy.
Podobała mi się scena seksu. Pozbawiona była tego, co mnie jakoś jednak trzymało w niechęci podczas czytania pierwszej, tamtej pierwszej-pierwszej, E x M. Nie było dosłowności aż takiej i bezpośredniości. Jestem bardzo na tak, bardzo doceniam i nie będę się więcej rozpisywać, ale to prawdopodobnie jedna z max trzech scen miłosnych którą uważam za fajną jak całą resztę tekstu i które nie wkurwiają tylko dlatego, że są miłosne. Po prostu ją lubię. Dodam - max trzech na wszystkie które czytałam w życiu. Także. Aha, no jednak, myślę, Emily pewnie miałaby ciężki (naprawdę ciężki) dzień po czymś takim, nie wiem czy by sobie ot tak wstała z łóżka, ale to już kwestia pewnie indywidualna i nie mam żadnych pretensji. Zaskoczył mnie brak napomknięcia że "oj fak ale słabo ale niefajnie" ale no. Tak. Elokwencja lvl Miguel.
Wreszcie doceniłam postać Reia w pełnym wymiarze, zaczęłam jarać się również obecnością Bai Hu. Oczywiście, jak wspomniałam wcześniej, potrzebowałam jakiegoś elementu zapłonowego, by polubić bohatera. Trafiłaś w mój ulubiony, czyli rozpierduchę, parę morderstw, zimną krew. Tak, na pewno już o tym piałam. Teraz jednak dopiero dotarło do mnie, jak ta postać jest dla mnie napisana. Ta i może Jurij, choć, cóż, do niego ciężko mi się odnieść. Wiesz, pisząc CA i docierając w końcu do rozpracowywania Aurica Dayyaha miałam tyle zajarki z tym konfliktem, z głosem w głowie. Tu faktycznie ten Jurij z Wolborg mi tym pobrzmiewał, ale... Ale no Rei. Rei jest jeszcze ciekawszy, bo jego Bestia to coś więcej. Coś nie wykreowanego, a samoistnie powstałego, tak? Świadomego z jakiejś przyczyny. Wkręciłam się przyjemnie. Podobają mi się te wizje, w końcu je doceniam, podoba mi się ta bezwolność, może trochę układ z Bai Hu. No, trudno to opisać. Mimo totalnej niepojętości charakteru Reia, zdołałam go polubić. Wcześniej nie było widać niczego poza niepojętością. Wcześniej była wkurwiająca maska Chińczyka na wysokim stanowisku i, cóż, to nie było to, co tygrysy lubią najbardziej. Czekam też na wątek Jurija i relację z Wolborg, jednak czuję, że to inny typ konfliktu (i, może, przymierza) niż ten, który mnie najbardziej pociąga literacko. Ale bredzę, co nie, wiem, spoko.
Znów się powtórzę, mówiąc, że wreszcie ogarniam na tyle, by czytać spokojnie? Jakie to dobre uczucie :facepalm: jak dobrze, że padła bolesna rozmowa o Robercie. Sądzę nadal, że nie ogarnęłabym tego. Że miałabym spory problem i zniechęciłabym się do tekstu, tkwiąc w swoim błędzie. Że to zdanie o Balkowie-ojcu by mnie jebnęło i poczułabym się fatalnie ze swoją niewiedzą. Więc dobrze, że wyjaśniłyśmy sprawę i mogłam przeżyć tę scenę jak należało. Dodam, że to bardzo dobra, krótka, wymowna scena. Daję jej 9/10, obrazowość miażdżyła.
Mocne zaskoczenie na wieść o naturze żony Roberta. Serio? Nie brzmi to jakoś mega logicznie, żenić się ze żmiją, bo po co, dla spokoju? Chyba że on ja kocha? Jakoś jasne dla mnie było, że COŚ pchnęło Roberta w stronę założenia rodziny. Teraz sama nie wiem co to było. I czy nie powinien żałować. No bo zawalił, jest źle, wątpię, czy było warto. Bardzo fajny, mocny wątek, dziękuję za niego. Bardzo mocne nadszarpnięcie zaufania dla Oliviera, który nabiera kolorów. Czekam. Czekam na rozwiązania.
Ciężko mi pisać o rozmowie Reia z Miguelem, daje o sobie znać brak wtajemniczenia w przeszłość (RIP zapewne). Cóż. Nie powiem, ból jest. Mam świadomość, że piszesz dość łopatologicznie pod tym konkretnym względem, żeby ludzie tacy jak Kanterial nie musieli sięgać po RIP'a, ale no, z drugiej strony nie oszukujmy się, RIP istnieje i nie da się pisać tak, jakby go nie było, jakbyś tę "historię sprzed" tworzyła w trakcie pisania Odpadu. Nadrobię najpewniej. Możliwe że po zajarce Odpadem będzie to bezbolesne i już się ni zniechęcę tym, że to o młodzikach i oparte na jakiejś bajce. Teraz właściwie nic już nie stoi na przeszkodzie. Bardzo mocno rozważam tę opcję. Dialog Miguela i Reia mógłby być o wiele lepiej przyswojony, barwniejszy, nie wątpię, że nabrałby dla mnie w pełni sensu. I nie będę kryć - nie wszystko rozumiem. Relacja Miguela z Jurijem, zabity Kai, jakiś Max, mocno tu mną telepie z irytacji, że nie ogarniam. Takie życie Człowieka Kompromitacji. Tym niemniej dialogi są świetne, jest emocjonalnie, jest też wiarygodnie, a bałam się, że polegniesz w scenie Miguel - Rei i pójdziesz po bandzie w najbardziej oczywiste rozwiązania. Może i są trochę, no, łatwe do przewidzenia - te wybuchy śmiechu, te reakcje, te kolejne klocki układane w wieżę. Ten wybuch i rozpierducha, które pozwalają bohaterom zgubić się w realiach, wybiec gdzieś razem, przeskoczyć jakiś ciężki do opisania etap. Ale nie mam czego się czepić. Walisz po nerach motywem utraty płomieni. Ułomność Miguela jest tak mocnym fabularnie wątkiem, że niweluje oczywistości całego spektaklu między Konem a Argentyńczykiem. Pięknie to rozegrałaś.
Na koniec zapytuję się, gdzie był ten moment, w którym Miguel zdjął kajdanki i jeśli go nie było, to czemu go nie było, bo jakoś nie mam zakodowane, by był w stanie je rozerwać czy coś :bag: a przecież skręcił kark dziecku i w ogóle.

czekam
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem obiadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 27 marca 2017, 07:27

Jeny...
Jak człowiek nie zdąży przed Kanterialem, a potem zobaczy płachtę komentarza, to mu potem wstyd, że się próbuje w ogóle odzywać :bag:
Ale i tak się odezwę, bo chcę żebyś wiedziała, że przeczytałam po prostu, przeleciałam przez ten tekst, zwolniłam przy potrójnej scenie, bo była w niej wielka łagodność, rozbroił mnie ten pocałunek w czoło. Zwiesiłam się przy stwierdzeniu Roberta o żonie, bo nigdy mi się z kimś takim jakoś nie kojarzyła, choć nie będę się upierać, że dobrze ją znam oczywiście. A Rei kiedy już wyszedł ze skorupki jest nagle tak bardzo podobny do reszty, choć inny. Chodzi mi o to podobieństwo w paranoi, w poczuciu zaszczucia i nieodwracalności. A jednocześnie oni wszyscy zdają się być przyparci do ściany, albo raczej zagonieni na ostatnie piętro wieżowca, na dach i teraz można do przodu na wroga (kogokolwiek sobie za niego obiorą) albo w przepaść. Idźcie, chłopcy, po Jurija.

Czekam na kolejne odcinki. Zawsze.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 10 kwietnia 2017, 21:40

Część II

Staring at guilty ghosts
That walked by my side
I didn't notice how long
We had walked together
Like one man we traveled
Through those empty places
You were part of me
My faults
My doomed sisters

And you were
You were a part of me
My faults, my doomed sisters
And you dig
You dig inside of me
My curse, my soul keepers
Every fault has been buried
Cause finally time will forgive


Synesthesia, Time will forgive

ROZDZIAŁ XV

IT’S PROBABLY NOTHING. IF THE BBA HAD TO SHUT DOWN FOR EVERY MYSTERIOUS EVENT THAT AT LEAST ONE DEATH COULD BE ATTRIBUTED TO, WE’D NEVER HAVE TIME TO DO ANYTHING, RIGHT?




Saksonia-Anhalt – …w sumie sześć miast.
Robert zmrużył oczy. Wziął łyk kawy, żeby choć trochę odwlec tę chwilę. Wiedział jednak, że w końcu będzie musiał zadać jeszcze to jedno cisnące się na usta pytanie.
– Pekin? – z trudem przecisnął słowa przez wysuszone, spękane jak zaschnięte błoto gardło.
– Zrównany z ziemią.
Od początku zdawania raportu Johnny mówił cichym głosem człowieka kompletnie pozbawionego sił. Jakby przeszedł ciężką, niemal śmiertelną chorobę. I może przeszedł, choć trwała zaledwie parę sekund po tym, jak sam odebrał wiadomość. Nawet zimny wiatr szarpiący nieubłaganie połami zbyt cienkiego jesiennego płaszcza nie był w stanie zmusić go do reakcji.
– Łącznie dwieście trzynaście ładunków wybuchowych, głównie semtex – mówił dalej. – Ofiary liczy się w dziesiątkach milionów, chociaż ile dokładnie, nie wiadomo, bo Chińczycy nie chcą rozmawiać już z nikim. Rachunek pewnie wzrośnie i łatwiej byłoby liczyć ocalałych. Wiemy, że kilka detonacji nastąpiło parę do parunastu godzin później w punktach zbiórki, w tym w Beijing Capital Airport. To nie był zwykły zamach terrorystyczny. – Szkot potarł brew roztargnionym gestem, strzelił spojrzeniem po okolicy. – To była egzekucja, Robert. Ktoś chciał wymazać Chiny z mapy i zadbał, żeby nie miały się jak podnieść.
– Rosjanie?
– Sam nie wiem.
Robert skrzywił się z niezadowoleniem. Tak naprawdę też nie sądził, żeby za akcją stał Kai lub którykolwiek z jego ludzi. Nie, to byłby tak oczywisty krok niemal siłą wymuszający na reszcie świata reakcję i zakończenie wszelkich pertraktacji. I może komuś na tym właśnie zależało. I może do tego właśnie ostatecznie dojdzie. Jürgens wiedział, że jeśli mocarstwa rzucą się sobie do gardeł, niewiele będzie mógł zrobić. Zbyt wiele było sił, którym wydawało się, że mogłyby na wojnie skorzystać, a wśród nich – jak się zdawało – Stany Zjednoczone. To przede wszystkim, ale poza tym cała niemal Azja niechętna supremacji Chin, republiki kaukaskie, część stronnictw bliskowschodnich.
Głupcy. Wszyscy głupcy.
– Rozumiem, że na razie nie ma żadnego znaku od Miguela?
– Nie – Johnny pokręcił głową. – Skurwysyn milczy. Mógłby przynajmniej dać znać, że nic mu nie jest, ale pewnie zapomniał. Cały on. Jak się wreszcie księciunio raczy odezwać, przysięgam, że nie będzie wiedział, czym nakryć dupę.
Słowa McGregora, nerwowe i bezsensownie próbujące maskować strach wymuszoną złośliwością, ślizgały się po płycie parkingu przy stacji benzynowej, mieszały się z niemal już wystygłą kawą w papierowym kubku.
– Będę musiał wrócić – stwierdził wreszcie Robert. – Zażądają komentarza.
Johnny nawet na niego nie spojrzał, wciąż stojąc oparty o maskę i obrócony do Niemca plecami. Jedynie jego ramiona uniosły się i opadły niby to w obojętnym geście. Nie sięgnął po papierosy, czego Robert na jakimś poziomie cały czas oczekiwał i co uświadomił sobie nagle w lodowatym dreszczu niepokoju. Rzeczywistość jakby wypadła z kolein. Ugrzęzła w błocie. Stare dobre odruchy, do których zawsze można było się odwołać, żeby powiedzieć, że zna się świat i wszystko już widziało, zwyczajnie przestały działać.
Tak czy inaczej, nie była to reakcja, jakiej Jürgens oczekiwał. Odchrząknął.
– Muszę być tam najszybciej, jak się da – dodał, akcentując ostatnie słowa.
McGregor wreszcie obrócił głowę, ale Robert zobaczył jedynie jego profil. Dziwnie wyostrzony przez gasnący zmierzch i poszarzały. Starszy o dobre dziesięć lat.
– A dasz radę poprowadzić? – spytał głucho Szkot i głos mu zadrżał. – Bo ja nie.
– Johnny…
Machnął ręką na wpół lekceważąco, na wpół z irytacją.
– Nie teraz – burknął. – Kluczyki są w stacyjce.
Robert bez słowa zasiadł na miejscu kierowcy. Sam również nie czuł się najlepiej, ale był przynajmniej w stanie utrzymać kubek z kawą, a tego o Johnnym powiedzieć się nie dało. Gdyby chociaż Szkota roznosiła wściekłość. To powinna być wściekłość. Frustracja, że doszło do tragedii, której nikt nie zapobiegł, i że być może stracił kumpla, bo ktoś gdzieś zawiódł. Ale nie. Wyglądał raczej jak zgięty i pomarszczony knot, który ktoś zgasił, nim ten zdążył się wypalić.
To, co wydarzyło się w Chinach, miało też inne konsekwencje, a Miguel był przede wszystkim kartą przetargową ONZ i czy Robert tego chciał, czy nie, to tym wątkom powinien poświęcić całe skupienie, które mu jeszcze zostało. Nie drążył więc tematu. Johnny wtoczył się na drugie siedzenie bez słowa i Niemiec odpalił silnik.
Nie ujechali daleko, gdy znów zaczęło siąpić. Padało praktycznie całą noc, potem trochę rano, aż nagle przestało, ale na niebie cały czas wisiały ciężkie, stalowe chmury. Wszystko wskazywało na to, że postanowiły o sobie przypomnieć, podobnie jak coraz mniej złota, a coraz bardziej szara jesień w ogóle. Zimny wiatr rozrzucał drobne krople z zajadłością, niósł zapach mokrej ziemi i opadłych liści gnijących w rowach. Zwykła koszula, marynarka i prochowiec to było zdecydowanie za mało jak na tę temperaturę oraz poziom wilgotności i Robert poczuł przebiegające po plecach dreszcze. Zaklął pod nosem – doprawdy, brakowało mu jeszcze przeziębienia.
– Powinienem być teraz przy niej.
Zajęty złorzeczeniem rzeczywistości i opanowywaniem bezwolnego drżenia, omal nie przegapił rzuconej płasko uwagi Johnny’ego. Zerknął na Szkota przelotnie kątem oka i stwierdził, że wygląda on jeszcze gorzej niż tuż po otrzymaniu ciosu. Najwyraźniej sięgnęła go druga, silniejsza fala wniosków. Pochylony, jak gdyby na barkach trzymał coś ciężkiego, tępo wpatrywał się w przednią szybę i pracujące mozolnie wycieraczki. Nie mrugał.
Robert jedynie zacisnął usta do granicy bólu, aż poczuł, jak zaczynają ponownie pękać spierzchnięte, podrażnione nadmiarem kwaśnej kawy z automatu wargi. Gdyby był tylko przyjacielem, powiedziałby: Jedź do niej, a wcześniej sam się urżnij. Ale był kimś więcej, do cholery, był sekretarzem generalnym, tak wiele zależało teraz od faktu, czy dotrze na miejsce żyw i te trzy żałosne słowa nie chciały mu przejść przez gardło.
– Zachowuj się profesjonalnie – warknął, zaciskając ręce na kierownicy, aż pobielały wąskie, wyraźnie zarysowane knykcie. Dziwnie sine w parszywy, deszczowy dzień.
McGregor potrząsnął głową w niezrozumiałym geście, ale wreszcie przełamał ten potworny i zupełnie do niego niepasujący bezruch. Przez chwilę wyglądał jak wyrwany ze snu.
– Moi ludzie będą znali szczegóły – dodał Robert, nieudolnie próbując zatrzeć surowość poprzednich słów. – Tak naprawdę niczego jeszcze nie wiadomo. Znamy liczby i to szacunkowe – przypomniał.
Johnny prychnął z irytacją i obrócił twarz w stronę bocznej szyby. Nie skomentował jednak ani słowem i tylko jego palce zaczęły nerwowo przebierać po kolanie.
– Zjedź gdzieś. Zmienię cię – powiedział po bardzo długiej chwili wypełnionej jedynie uderzaniem kropel o karoserię i szumem wycieraczek.
Robert podążył za sugestią nie dlatego, że czuł się znużony jazdą, a dlatego, żeby po prostu coś zrobić, jakoś złamać to dziwne zawieszenie, w którym obaj bezproduktywnie utknęli. Koła zachrzęściły o żwir pobocza jakoś za głośno.
Procedura zmiany miejsc trwała krótko, czemu sprzyjał zapewne coraz intensywniejszy deszcz, zimny, jakby z nieba padał sam lód. Robert z ulgą zamknął się z powrotem w ciepłym wnętrzu samochodu. Koszulę i tak zdążył przemoczyć. Lepiła się do ciała i najchętniej by ją po prostu zrzucił, niestety warunki zdecydowanie na to nie pozwalały.
Był przekonany, że czeka go kolejna godzina ciężkiej ciszy, ale niespodziewanie po zajęciu miejsca za kółkiem Johnny jakby odżył. Odżyła nawet jego twarz, w jednej chwili rozpalona chorobliwym wyspiarskim rumieńcem. Pustkę w oczach zalał gniew, myśli krążyły jak kruki nad padliną. Robert rozparł się w fotelu i postanowił ignorować to, na ile się da, bo w złości Johnny’ego zawsze było coś niemal namacalnego, od czego zaczynało drżeć powietrze. Tym niemniej sekretarza generalnego czekały kolejne ciężkie godziny, podczas których będzie zmuszony trzymać skupienie na najwyższym poziomie, więc postanowił przynajmniej zamknąć oczy.
Nie wiedział, ile czasu tak dryfował, nim brutalnie mu przerwano, ale chyba niezbyt długo.
– Powiedz mi, jak to było – właściwie zażądał Johnny, zupełnie niespodziewanie zmieniając temat. – Z Balkowem.
Robert powoli podniósł powieki.
– Nie wszystko wiem – zastrzegł, czym zasłużył sobie na kolejne zirytowane prychnięcie, które jednak powitał jak starego przyjaciela.
– Z pewnością wiesz więcej niż ja.
Tak, z tym trudno było się kłócić.
– Wiem tyle, że rozpoczął współpracę z Rosją tuż po upadku ZSSR – zaczął Jürgens, z niechęcią odrywając wciąż mokre plecy od fotela. – Pod koniec lat dziewięćdziesiątych zmienił nazwisko i na stałe wyjechał na wschód. Nie wiem, czy od razu do Rosji, bo tropy prowadzą też na Białoruś. Podejrzewam, że kontakty z Hiwatarim rozwijał na odległość i jechał na gotowe, bez ryzyka. Wcześniej faktycznie nazywał się Jürgens, wychowali mnie jego krewni. Wiem o wszystkim, bo sam się do mnie zgłosił parę lat później.
– Po co? – Johnny nieomal warknął.
– To przecież jasne. – Robert westchnął, przetarł twarz dłońmi. – Sądził, że ponieważ jestem jego synem, dołączę do niego bez zadawania pytań, a kiedy dojrzeję do tych pytań, będzie już za późno. Zainteresował mnie sprawą. Przekazał cztery Bestie i zachęcił do powołania drużyny. A potem popełnił błąd, pokazał odrobinę za dużo i próbowałem zerwać z nim kontakt. Co było potem, sam wiesz.
– Użyłeś nas jako żołnierzyków do swojej prywatnej, jak się okazuje, wojny.
– Ale nie, nigdy nie pracowałem świadomie dla Opactwa.
– O to bym cię akurat nie podejrzewał – przyznał McGregor, choć ton zdradzał niemalejącą złość. – Nie rozumiem tylko, dlaczego nam nie powiedziałeś.
– Tylko dlatego, że niewygodna wiedza działa zwykle w dwie strony – odparł Robert. – Naprawdę sądziłem, że to mogłoby was narazić na niebezpieczeństwo, a dla praktyki nie miało żadnego znaczenia. Byliście młodsi ode mnie. Czułem się za was odpowiedzialny.
– Masz ciekawe definicje – prychnął Johnny.
– To definicja nastolatka, nie zapominaj o tym. Wtedy podjąłem decyzję.
– I przez te wszystkie lata nikt nie wiedział?
– Nie – Robert pokręcił głową. – Powiedziałem Olivierowi.
Krzaczaste brwi najeżyły się gniewnie.
– No oczywiście, czego ja się spodziewałem – syknął Szkot może nawet z odrobiną zazdrości, może bardziej z urazą. Ułamek sekundy później jednak coś się na jego twarzy zmieniło, coś przeskoczyło, gdy tryby zaczęły się obracać. – Zaraz… Tylko Olivier…?
– Tylko.
– Jesteś tego absolutnie pewien?
– Tak.
– I mówisz, że to mogło wypłynąć?
– Tak.
– Kurwa…
Niczego więcej nie trzeba było dodawać, ale Johnny był Johnnym – prawdopodobnie najbardziej ekstrawertycznym człowiekiem, jakiego Jürgens kiedykolwiek spotkał, więc trudno byłoby sobie wyobrazić, że milczy zbyt długo.
– Nie wierzę w to, Robert – powiedział. – Nie zdradziłby cię.
– Mnie też jest z tym trudno – odparł Niemiec – ale dla dobra sprawy muszę brać taką opcję pod uwagę.
– Dla dobra sprawy to wy wszyscy powinniście wsadzić głowę do kibla i spłukać! – warknął Szkot. Odruchowo docisnął gaz, ale szczęśliwie szybko zorientował się, co robi i że ma pasażera.
Droga była niby pusta, ale padało i asfalt zrobił się śliski, więc Niemiec i tak poczuł uderzenie gorąca. Może to jednak nie był najlepszy pomysł, żeby wpuszczać krewkiego McGregora za kierownicę. Może powinien zostać za nią sam.
Jesteś zaborczy, powiedział sam do siebie i zacisnął szczęki, aż zgrzytnęły.
– Serio – syczał Szkot, a jego głos stopniowo zyskiwał na sile, zbliżając się do krzyku – wszystko byłoby sto razy łatwiejsze, gdybyście wreszcie, kurwa, przestali sobie udowadniać, kto ma dłuższego! Wszyscy! A ty, pan Sam To Kurwa Ogarnę, zwłaszcza!
Robert odchrząknął w pięść.
– Obawiam się, że upraszczasz Johnny.
– Właśnie, że nie! Ja pierdolę, co ci szkodzi, że zajmę się twoją ochroną, jak należy?! Co ci szkodzi Mystel?! Co ci szkodzi wspominać chociaż o najważniejszych planach i może, wiesz, takich tam szczegółach ze swojego życia?! Co ci, kurwa, szkodzi korzystać z pomocy ludzi, którzy chcą ci pomóc, bo na przykład, kumasz, całkiem przypadkiem wierzą w to, co robisz?! – McGregor zaczął się trząść cały. Trzęsły się jego barki, plecy i uda, ale samochód jakimś cudem wciąż jechał prosto. – Gdybyś z Miguelem porozmawiał szczerze, też by było inaczej! Może by się nie pchał do tych pierdolonych Chin!
– A co niby miałem mu powiedzieć?! – nie wytrzymał Robert.
– Nie wiem! Cokolwiek! Cokolwiek, żeby ci, kurwa, uwierzył! Ale nie! Bo ty musisz grać wielkiego pana Jürgensa! Pierdolone wszystko wiem, wszystko przewidziałem! I korona by ci z głowy spadła, jakbyś powiedział, że potrzebujesz pomocy! Jakbyś, kurwa, przyznał, że…
Johnny urwał niespodziewanie i Niemiec obrzucił go szybkim spojrzeniem. Zobaczył zaciśnięte usta. I coś więcej. Niepokojąco szklany wzrok.
– Dokończ, proszę.
– …że nam ufasz, Robert.




Dystrykt Kolumbii, siedziba FEMA
Judy bardzo powolnym, mechanicznym ruchem uniosła dłoń i zacisnęła palce na nasadzie wąskiego nosa. Nie rozumiała niczego z raportu, który nad jej głową składano administratorowi Federalnej Agencji Zarządzania Kryzysowego Isaackowi Hetfieldowi. Czy raczej – doskonale rozumiała każde ze słów, ale jej umysł odmawiał przyjęcia treści, w jaką się składały.
Opadła na oparcie biurowego fotela. Czuła się wypruta niczym pozbawiona trocin zabawka. Obezwładniona.
Jak mogli stracić Połączonego w tak głupi sposób? W dodatku drugiego w przeciągu ostatniego półrocza. Najpierw pozwolili, by Claude Tavarez dostał się w ręce Chińczyków, a teraz w zupełnie idiotyczny sposób zginął Kweku Nwaogu, szczególnie cenny i to z dwóch powodów. Po pierwsze jako piromanta, a po drugie jako chłopak wystarczająco podobny genetycznie do Rethy Mhalangu, by udało się mu zaszczepić więź z Torch Pegazusem – bliźniaczą wersją zamieszkującej umysł Afrykanki Storm Pegazus. To już nawet nie była głupota. To zakrawało na autentyczną śmieszność i może Judy śmiałaby się w głos, gdyby nierozważne działania FEMA nie niweczyły jej wysiłków.
Ze zgrozą pomyślała o Jindřišce Radičević. O tym, co może oznaczać dla niej śmierć Nwaogu.
– Musimy zmodyfikować plan ataku na Moskwę – wyburczał Hatefield znad swojej kawy i Judy ostatkiem sił woli powstrzymała jęk. Przeklęła jego prawdopodobną zdolność czytania w jej myślach.
– Czeszka nie jest gotowa – warknęła, spodziewając się, jakie padnie następne zdanie.
– Nie mamy zbyt wielkiego pola manewru, pani Jones.
– Nie mamy go przez głupotę twoich ludzi Hatefield! – kobieta podniosła głos, czując, jak pod skórą gotuje się już cała, jak pali ją obicie fotela ze sztucznej skóry i że jeśli czegoś ze sobą nie zrobi, zaraz przejdzie do rękoczynów. – I twoją własną! Zapewniałeś, że Nwaogu będzie miał dostateczną ochronę! Że wszystko jest zaplanowane i to będzie rutyna! Tavarez miał być nieuchwytny! I co?! Czeszkę też chcesz stracić?!
Jindřiška była potrzebna tu, pod ręką. Była potrzebna na widoku Roberta, by podsycać jego paranoję i poczucie zagrożenia. By zastanawiał się, jaki będzie następny krok Mizuhary i do czego się posunie. Judy nie mogła pozwolić zabrać sobie tej karty.
– Pani Jones, proszę się uspokoić.
– Jak mam być spokojna?! – zerwała się z krzesła. Nie zwróciła najmniejszej uwagi na przewrócony kubek i kawę rozlewającą się po stole. To asystenci Hatefielda rzucili się, by ratować notatki przed zalaniem. – Jak mam być spokojna, kiedy partaczycie kolejną sprawę?!
– Pani chyba zapomina, w jakim charakterze pracuje i kto tu dowodzi.
Fuknęła jak obrażona kotka.
– Zresztą oboje powinniśmy poczekać na szczegółowy raport z miejsca zdarzenia, zanim pokusimy się o zbyt śmiałe oceny. Wciąż nie wiadomo, kto zawinił.
Tak, Hatefield miał rację – Judy pozostawała bezradna. Zatrudniono ją jedynie w charakterze konsultanta, czerpano z jej wiedzy garściami, ale nie dano prawa veta. Długie lata nie przeszkadzało jej to zbytnio. Agencje rządowe zapewniały wszystko, czego potrzebowała – środki na badania, wykwalifikowany zespół i, może przede wszystkim, ochronę przed dawnymi wrogami. Wiedziała przecież, co stało się z Hitoshim Kinomyią i spodziewała się, że bez pomocy i ją spotkałby w końcu podobny los. Zdawało się więc, że układ działa, jak należy, aż nie rozpoczęto operacji SO-VA i nie okazało się, że federalni nadal nie do końca zdają sobie sprawę z tego, czym są Połączeni i o jaką stawkę toczy się gra. Dla nich to nadal była po prostu broń. Cenna, ale broń, więc nie widzieli niczego zdrożnego w fakcie, że zużywa się podczas walki o cele, które wydawały się im ważniejsze. Może wyobrażali sobie, że skoro pozyskali parę takich egzemplarzy, nie będzie większego problemu z kolejnymi.
Mimo wszystkiego, co się stało, tak mało rozumieli.
Owszem, Judy pracowała nad rozwiązaniami podobnymi do tych, jakie od lat stosowano w Rosji. Chciała otworzyć program tworzenia syntetycznych kopii Bestii, takich, które bez żalu można by poświęcać dla celów operacyjnych, ale rezultaty nadal nie przedstawiały się zadowalająco. Gdyby była tu Emily… Jones westchnęła. Gdyby była tu Emily i dała wybić sobie z głowy te wszystkie bzdury, które tam wtłoczono, gdyby zechciała spojrzeć na sprawę jak przystało na obiektywnego naukowca, och, wtedy program z pewnością ruszyłby z kopyta. Tylko że York okazała się mimo całej swojej inteligencji potwornie głupia. Nie oznaczało to bynajmniej, że Judy zrezygnowała z pozyskania jej do zespołu, ale wiedziała już, że będzie to długa i bolesna droga. I bynajmniej nie delikatna.
– To nie ma sensu – powiedziała już spokojniej. – Bestia Radičević nie sprawdzi się na takim terenie. Przecież nie bez przyczyny do Moskwy mieliście posłać piromantę. Miał być ogień przeciwko zimnu. Co wam tam po trucicielce?
Skręcony kark – tyle napisano we wstępnym raporcie.
Skręcony kark oznacza cichą, czystą śmierć za kulisami. Oznacza kogoś, kto był w stanie podejść blisko, a komu łatwiej podejść blisko niż komuś, komu się ufa?
Hatefield wzruszył ramionami z taką lekkością, jakby kwestia dotyczyła wyboru płatków śniadaniowych.
– Trzeba będzie zmodyfikować plan i załatwić to po cichu – odparł i do Judy dotarło, że decyzja już zapadła, a ona co najwyżej może bezproduktywnie rozbijać się o mur.
– Stracisz ją – syknęła jednak. – Stracisz ją, tak jak straciłeś Nwaogu. A po którymś trupie ktoś wreszcie trafi na twój ślad.
Nie odpowiedział. Przynajmniej nie słowami, choć gest odwrócenia się do niej tyłem, Judy potrafiła zinterpretować aż nadto dobrze.
– I życzę ci tego z całego serca, Hatefield – syknęła wściekle. – Życzę ci, żebyś się posrał ze strachu, kiedy po ciebie przyjdą.

Pekin
Coś uderzyło go w ramię.
Chciał zerwać się gwałtownie, chciał walczyć dalej, ale został pchnięty i sprowadzony z powrotem do pozycji horyzontalnej. Uderzył barkiem o ścianę. Dopiero to go otrzeźwiło i pozwoliło stwierdzić, że huk, który słyszy, to tylko dzwonienie w uszach i mętny powidok koszmaru ucieczki z Beijing Airport sprzed paru, może parunastu godzin. Skupił wzrok i zobaczył stojącego w pewnej odległości Miguela trzymającego w rękach dziwnie kuriozalną w tym apokaliptycznym otoczeniu szczotkę na długim kiju. Brudny, rozczochrany, z każdym dniem coraz bardziej zarośnięty i znów na lekkim haju wyglądał jak nieco zbyt entuzjastyczny zamiatacz ulic, który nie zauważył, że jego zmiana skończyła się tydzień temu.
Kon uniósł dłonie w geście, który miał wyrazić to, czego nie mogły uwięzione w boleśnie wysuszonym gardle słowa. Szczotka opadła i Lavalier oparł ją o spękany chodnik.
– Wybacz, że kijem – powiedział – bałem się, że mnie popieścisz.
Rei odrzucił przykrycie – jakąś szmatę, niegdyś czyjś płaszcz – i przekręcił się na brzuch. Podparł rękoma i kolanami. Na dłuższą chwilę zamarł w tej pozycji, kiedy głowę niespodziewanie zmroził ból jak tysiące szpil. Cała treść żołądka podeszła do gardła, ale choć zdawało się, że przepaliła przełyk na wylot, Kon nie zwymiotował. Żałował. Być może choć trochę by mu ulżyło.
Nie pamiętał, kiedy zasnął. Przez chwilę nie pamiętał niczego, nie rozumiał, co robi zwinięty pod kupą gruzu i skąd tu w ogóle Miguel, w dodatku nagle kilkanaście lat starszy – i była to błogosławiona chwila, która jednak szybko minęła. Splątane obrazy uderzyły w potylicę, zrykoszerowały, rozsypały się i osiadły na utkanej przez Bai Hu sieci wizji.
– Nie budziłbym cię, ale chyba coś mi mignęło na niebie. Powinniśmy się zbierać, bo to mogły być drony, a ja nie wiem czyje.
Przy kolejnym ruchu do Reia dotarło, że ma czymś obwiązaną głowę. Dotknął opatrunku, poczuł sztywność zaschniętej krwi i kolejną falę mdłości na myśl o odrywaniu szmaty wraz ze strupem, które to niechybnie go za jakiś czas czekało.
– Dasz radę iść? – usłyszał.
Chwilowo Kon nie był w stanie nawet odpowiedzieć. Ponownie zaparł się dłońmi o chodnik. Poczekał kilka sekund, aż ciało przyzwyczai się do tej pozycji. Spróbował wstać, ale skończyło się na tym, że Miguel bez słowa komentarza wsunął się pod jego ramię. Rei poczuł na jego plecach szorstki materiał plecaka z nędznym dobytkiem – częściowo wyniesionym z aresztu, do którego Lavalier wrócił po swoje drobiazgi, najwyraźniej dość dla niego ważne, częściowo znalezionego w ruinach.
Chińczyka zaczynało niepokoić, że zupełnie nie pamięta okoliczności, w których rozciął głowę. Choć całkiem możliwe, choć nie do końca pewne, że było to na lotnisku. Wszystko tam działo się tak szybko. Za szybko nawet jak na błyskawice i Rei nie wszystko zdołał zarejestrować albo chociaż uporządkować w logiczne ciągi. Wielu ludzi stłoczonych w hali, potem huk, wrzask i gorzki smak kolejnej zawiedzionej nadziei, gdy stało się jasne, że także tymczasowe centrum dla ocalałych, od którego Kon chciał rozpocząć rozeznawanie się w sytuacji i jej naprawę, przestał istnieć.
Owszem, to było dość oczywiste miejsce, ale ulokowane na obrzeżach miasta i z odpowiednią infrastrukturą, żeby stać się tymczasowym schronieniem dla ocalałych. Nikomu nie przyszło do głowy, że także tam znajdują się materiały wybuchowe i że zostaną zdetonowane z opóźnieniem, gdy już wszyscy zaczną powoli wierzyć, że koszmar się skończył. To było niepotrzebne, nielogiczne okrucieństwo. Niewyobrażalna zbrodnia, której nie tłumaczył żaden cel. A także kolejna zamknięta droga.
Ostatnia, która przychodziła Konowi do głowy, biegła na północ, do bazy wojskowej zarządzanej przez Daichiego. Wydawało się, że to jedyne miejsce, z którego będzie jeszcze można spróbować przejąć kontrolę nad sytuacją, bo też jedyne, w którym przebywał ktoś zaufany. Problemem pozostawało jedynie przebicie się tam i możliwie szybkie pokonanie olbrzymiej odległości między Pekinem a Zhuanwandao, podczas gdy obaj ocaleli nie mieli niczego poza jednym plecakiem i tym, co znaleźli.
I poza sobą, rzecz jasna, a to już parokrotnie okazało się całkiem sporo. Rei żałował, że nie ma szans, żeby namówić Miguela do pozostania w Chinach. Z jego pomocą, z pomocą kogoś, komu mógłby zawierzyć przynajmniej o tyle, że zna stawkę i konsekwencje braku rozwagi w podejściu do Bestii, byłoby łatwiej. Ale nie, Lavalier miał swoje plany, uparł się, żeby przekroczyć granicę z Rosją i dostać się do Moskwy, a jeśli Lavalier się przy czymś upierał, nie było siły zdolnej go od tego odwieść.
– Wiesz, że to samobójstwo – powiedział mu Kon tylko raz, tak dla czystości sumienia i bez wiary w jakikolwiek efekt.
– Może – usłyszał w odpowiedzi i na tym skończyli temat.
Inne tematy kończyły się równie szybko. Co z pozostałymi sojusznikami. Co z Mao. Co dalej z wojną. Skąd informacje o tym, że atak jest planowany. Każde kolejne pytanie, każda uwaga otwierały przepaści nie tyle nawet między nimi dwoma, co jakoś tak ogólnie, na płaszczyźnie świadomości, że na kulisach tego sojuszu czai się szesnaście lat niedopowiedzeń i tajemnic. Zbyt wielu rzeczy, które należało wyjaśnić, przetrawić i zrozumieć, a jeśli nie zrozumieć, to przynajmniej zaakceptować w milczeniu.
Rei szybko zorientował się, że wydarzenia z młodości jednak odcisnęły na Miguelu pewne piętno. Był czujny. Podejrzliwy. Dzielenie się własną wiedzą przychodziło mu z trudem i dla Kona pozostawało dość jasne, że nie słyszy wszystkiego i być może długo jeszcze nie usłyszy. Owszem, Lavalier zawsze wolał zachowywać swoje sprawy dla siebie i nie lubił pytać nikogo o zdanie, ale dawniej źródło tego wydawało się płynąć skądinąd – nie z niezabliźnionych ran po wykorzystaniu, a po prostu chęci ukrycia własnych braków i słabych stron. Pewnie stąd też aż tak absurdalny upór w kwestii Moskwy i obsesyjna wręcz potrzeba trzymania się raz obranego kierunku bez względu na okoliczności. Po prostu bał się stracić kontrolę nawet na chwilę.
Kon zachował swoje obserwacje dla siebie. To nie był czas i nie było miejsce na naprawianie czyjejkolwiek zwichrowanej psychiki. Zresztą nie miał zamiaru wchodzić w tę rolę. Nie miał zbyt wiele cierpliwości do irracjonalnych zachowań i naprawdę nie powinien zapuszczać się na to bagno. Zwłaszcza że Bai Hu miał rację – Miguel, ten obecny Miguel, mimo paru znajomych cech i mimo łączącego ich wspólnego mianownika Bestii oraz przeszłości, pozostawał mu człowiekiem obcym.
Szli powoli, lekkim zygzakiem, bo zmęczony Lavalier z trudem utrzymywał ciężar dorosłego mężczyzny i kiedy Rei się potykał, obaj tracili pewność kroku. Oczywiście trudno było odgonić od siebie uporczywe déjà vu. Złość na całą sytuację, na niemoc i fakt bycia balastem zaciskała szczęki Kona jak imadło. Po jakimś czasie dotarło do niego, że odczuwa to silniej i bardziej fizycznie niż ból – ten, permanentny i tępy, po prostu czaił się na tle.
Jesteś tylko liście na wietrze, Rei, powtarzał sobie Chińczyk w duchu, jeśli taka przypadła ci rola, nic ci do tego. Wypełnij ją godnie.
Co też robił, powstrzymując jęki i przetaczającą się pod skórą morderczą wściekłość Tygrysa. Po prostu pozwalał się prowadzić – tak losowi, jak i aż drżącemu z wypełniającej go desperacji Miguelowi. Zbierał siły. Wiedział, że będą mu jeszcze potrzebne.


Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 10 kwietnia 2017, 21:42

Berlin Konferencję zaplanowano na trzecią, więc Robert miał jeszcze dwie godziny na przemyślenie sprawy i wniosków z prasówki. Zatrważająco niewiele, jeśli wziąć pod uwagę stopień jej skomplikowania i ilość potencjalnych pytań. Nawet nie łudził się, że zdoła przewidzieć wszystkie kierunki, w jakich może potoczyć się jego starcie z dziennikarzami. Tłum żądał głów, a przynajmniej jedna zdawała się być na wyciągnięcie ręki i media zrobią wszystko, żeby ją dostać.
Robert siedział samotnie w tymczasowym gabinecie i bawił się obrączką. Zdziwiło go, jak łatwo złoty krążek daje się obracać wokół palca. Jakby nagle o rozmiar za duży. Albo jakby to on stał się za mały.
Może schudłem, ocenił racjonalnie. Za dużo stresu, za mało snu.
Zadzwonił do Clary. Poinformował ją, że dotarł do Berlina i że najpewniej zostanie tu do jutra, ale chwilowo nie jest w stanie określić swoich planów, bo sytuacja pozostaje dynamiczna. Nie wykluczył powrotu do USA lub wylotu do Afryki. To drugie sugerował Johnny. Twierdził, że Nairobi może okazać się lepszym wyborem z tego względu, że nie sięgały tam ani rosyjskie, ani chińskie macki, a Amerykanie mieli znacznie mniejsze pole manewru niż w Nowym Jorku. Obaj byli jednak na skraju wytrzymałości i z tego względu Jürgens coraz cieplej myślał o stosunkowo bliskim Wiedniu. Zamach w Genewie i tak udowodnił już, że bezpiecznie nie jest nigdzie.
Clara brzmiała tym razem nieco spokojniej. Pewnie przez fakt, że i Josie się uspokoiła. Może przestała zadawać pytania. Może zadowoliła się jakąś wymijającą odpowiedzią albo zapewnieniem, że ojciec jej wszystko wyjaśni, kiedy wreszcie zjawi się w Ratyzbonie. Tak czy inaczej Robert nie mógł się już łudzić, że ucieknie przed swoim pochodzeniem i poważną rodzinną rozmową. Musiał wiedzieć, kto kontaktował się z jego córką i kto próbował wciągnąć ją w brudne polityczne gierki.
A potem wymierzyć sprawiedliwość.
Przetarł twarz dłonią, sięgnął po notatki i po raz kolejny zaczął czytać je od początku, choć odnosił wrażenie, że zna już na pamięć każde zdanie.
Nie przeoczono obecności piromanty w Pekinie. Co gorsze, już nawet oficjalne komunikaty zawierały informację o zniszczeniach, jakich nie mogła dokonać żadna konwencjonalna broń – jedynie Połączeni. Wyglądało zatem na to, że Papow wygrał. Pokojowa misja ONZ, a przez to też sama organizacja, zostały skompromitowane, gdy doszło do walk. Oczywiście mówiło się także o serii w sumie kilkuset wybuchów w sześciu miastach, w tym także w stolicy, ale usiłując rozwiązać ten wątek, większość komentatorów szła tropem właśnie nieszczęsnej delegacji. Niektórzy wprost oskarżali sekretarza generalnego o przygotowanie zamachu, inni sugerowali, że dał się oszukać, gdy zaufał seryjnemu mordercy i Robert już czuł mdłości na myśl o tym, ile wysiłku będzie kosztowało jego i cały sztab odkręcenie tych bredni. O ile w ogóle będzie to możliwe.
Z pewnością nie pomagało to, że ocalałych dało się zamknąć może w przerażającym tysiącu czy dwóch. Wystarczająco niewielka grupa, by swobodnie nią manipulować i zmusić do składania takich zeznań, jakie będą na rękę tym, którzy wszystko przygotowali. Robert, otrząsnąwszy się z pierwszego szoku dość szybko, skontaktował się z odpowiednimi ludźmi, mając nadzieję, że przynajmniej częściowo uda się sabotować takie działania, a może nawet uzyskać jakieś karty.
Pomyślał o Hiromi. O jej niezależnych relacjach z frontu rosyjsko-chińskiego, które niejednokrotnie przeklinał, ale za które oddałby teraz wszystko. Może to nie Mystel, a właśnie ona była osobą do natychmiastowego zaangażowania w sprawę. O ile by na to pozwoliła. O ile jeszcze chciałaby stanąć po którejkolwiek ze stron.
Może, gdyby przedstawić jej odpowiednie argumenty i gdyby zrobiła to odpowiednia osoba. Na przykład Emily.
Drzwi otworzyły się cicho i do pomieszczenia wszedł Johnny. Pachniał kawą, papierosami i niepokojem.
– Powinieneś się ogarnąć – rzucił Robert, mierząc wzrokiem jego sylwetkę. – Mój osobisty ochroniarz nie może tak wyglądać.
McGregor wzruszył ramionami.
– Mówiłem poważnie, Johnny. Nie potrzeba nam więcej pożywki dla prasy. Masz godzinę.
Szkot zacisnął zęby, ale nie skomentował ani słowem. Mógł sobie pozwalać na wiele, czasem na zbyt wiele w ocenie Jürgensa, ale ostatecznie wiedział, kto tu wydaje rozkazy, i nie przekraczał granicy głupiego buntu. Patrząc na znajome zachowania, Robert powoli uspokajał się chociaż w tej jednej kwestii. McGregor miał już dość okazji, żeby się odwrócić, a że był człowiekiem o gorącej głowie, zrobiłby to natychmiast. Intrygi czy chłodna, odwleczona zemsta leżały tak daleko od jego natury, jak to tylko możliwe.
– Ale potem musimy pogadać – zaznaczył.
– Owszem – przyznał Robert. – O wielu rzeczach.
– O twoim bezpieczeństwie.
Niemiec westchnął.
– Też – zgodził się.
Nadszedł najwyższy czas, żeby się na to zgodzić.



Pekin
Rei podszedł bliżej, ale Miguel nie sprawiał wrażenia, jakby go zauważył. Nadal siedział przy ognisku – tak blisko, że każdy normalny człowiek nie miałby już brwi – i wyciągał ręce ku płomieniom. Chińczyk był niemal pewien, że te muskają rozcapierzone palce i właściwie powinien czuć swąd palonego ciała, ale nie skomentował tego ani słowem. Po prostu przysiadł w kręgu światła i poprawił narzucony na plecy płaszcz. Cierpliwie poczekał, aż do pogrążonego w myślach Argentyńczyka dotrze wreszcie jego obecność.
Noc była chłodna, cicha i pusta. I może rozpalenie ognia nie stanowiło najbardziej racjonalnej decyzji, jaka przychodziła Konowi do głowy – nie w zdewastowanym mieście, w którym jak grzyby po deszczu wyrastały bandy szabrowników – ale chyba obaj tego potrzebowali. Żeby rozproszyć mrok i wygonić niekoniecznie fizyczny mróz z kości. Przegotować głupią wodę i wypić coś ciepłego, choćby nawet smakowało błotem. W przedziwny sposób wygoniło to ból z rozbitej głowy. Przynajmniej na jakiś czas.
Rei rozsiadł się nieco wygodniej na dziurawym kocu, który miał mu służyć za posłanie, znów odruchowo dotknął prowizorycznego opatrunku. Zupełnie nie wiedział po co, to nie mogło mu pomóc, a skoro zeszła gorączka i zelżało łupanie w czaszce, chyba powinien być dobrej myśli. Musiał jedynie drugą dłonią osłaniać oczy przed światłem i dało się wytrzymać. Wreszcie zdołał też zwymiotować, w czym pewien udział mogła mieć paskudna w smaku woda. I to uspokoiło żołądek. Uspokoiło go całego. Odzyskiwał kontrolę nad samym sobą, a to uznawał zawsze za niezły punkt wyjścia.
– Wezmę pierwszą wartę – odezwał się dopiero wówczas, gdy prześlizgnęło się po nim nieco pytające spojrzenie. – Jesteś zmęczony po ogarnianiu mnie, i tak nie byłbyś czujny.
Miguel skinął głową.
– Rozumiem, że czujesz się lepiej – powiedział.
– Dużo lepiej. Zresztą nie obawiaj się, nie ja tu jestem od szarżowania i przeliczania swoich możliwości.
Lavalier uśmiechnął się może trochę krzywo, ale chyba jednak z cieniem rozbawienia. Na moment wyjął jedną dłoń z ognia i przetarł oczy, zdradzając zmęczenie.
– Chyba trochę mi tego brakowało – przyznał cicho. – To znaczy, nie zrozum mnie źle, nie że czyjejkolwiek tragedii. Po prostu… – Prychnął. – Jezu, to brzmi głupio. Nawet jak o tym myślę. Nieważne.
– Co właściwie się stało, że straciłeś moc?
Miguel wzruszył ramionami tylko odrobinę zbyt gwałtownie, by Rei uwierzył w obojętność gestu.
– Wypadek – powiedział cicho głosem człowieka wyrwanego z głębokiego zamyślenia. Zdarzało mu się często, chyba częściej niż przed laty, a może po prostu zapadał się w siebie głębiej i szybciej. Wystarczyło dać mu chwilę spokoju i nawet idąc przed siebie, tracił kontakt z rzeczywistością. Oczywiście jakiś udział mogły mieć w tym tabletki, które łykał, a o których nie chciał rozmawiać. Może ponosiły całą winę. A może żadnej.
Dłuższą chwilę wydawało się, że Lavalier nie doda już niczego więcej, a Kon bynajmniej nie zamierzał naciskać. Patrzył na Miguela, na jego znów zmarszczone brwi i dłonie w płomieniach. Na zginające się i prostujące palce.
– Odwrócił się ode mnie – chrapliwy szept rozpłynął się w ciemności niemal niezauważony. – Kazałem mu odejść, a on po prostu posłuchał.
– Gargoyle?
Miguel skinął głową.
– Przeraził mnie – dodał, obracając dłonie wierzchem ku górze. Gorąco deformowało obraz i Chińczykowi przez chwilę wydało się, że zamiast palców widzi szpony. Zacisnął powieki, by odgonić złudzenie. – Wszystko wokół płonęło, wszyscy płonęli, a on się śmiał. Nigdy wcześniej nie był taki… szczęśliwy. Chciałem, żeby zamknął mordę. Błagałem go, bo nie chciałem… Nie chciałem czuć tego, co on. Wiesz, tej radości. Podniecenia. To było ohydne, jakbym nie był sobą, a jednocześnie wiedziałem, że to ja. Prawdziwy, z numerkiem i żółtymi papierami. Więc zagroziłem, że odejdę. Że straci ciało. I od tamtego czasu go nie ma, więc musiał wiedzieć, że jestem śmiertelnie poważny.
– Byłeś.
– Tak. Myślę, że w tamtym momencie mógłbym to zrobić.
Kon westchnął cicho i odwrócił wzrok. A co z nim? Też byłby do tego zdolny? Mógłby powziąć taką myśl na tyle serio, by przerazić Bai Hu, by uwierzył, że to realna ewentualność?
W płomieniach zamajaczyła twarz Tavareza, jego oczy po tym, jak usłyszał, że jest tchórzem, bo nie wybrał śmierci.
Rei nie wiedział. A Biały Tygrys zapewne miał świadomość tej niewiedzy.
– Kto zna nas lepiej niż one? – spytał Kon z goryczą, nie patrząc już na Lavaliera, a przed siebie, w ciemność zagęszczoną przez żółty blask, który drażnił jakby nieco mniej.
Usłyszał stłumiony śmiech.
– Przesrane, nie?
Rei nie odpowiedział. Przymknął oczy i pod powiekami zobaczył twarz Mao. Czy raczej to, co z niej zostało – obraz powoli zacierany przez czas, choć przecież minęło go tak niewiele. Zobaczył też twarze synów, w tym oblicze Xue zmasakrowane przez wizję.
Tak, nikt nie znał go lepiej niż Bai Hu, nikt nie wiedział lepiej, gdzie uderzać, żeby zmusić go do ruchu i desperackich kroków. Nikt nie wiedział lepiej, gdzie dokładnie leży granica, za którą manipulacja zmienia się w morderstwo.
Coś ścisnęło go za gardło, ale postanowił to zignorować.
– Wiesz, co jest dziwne? – mówił dalej Miguel lekko drżącym, cichnącym głosem. Sam zauważył, jak brzmi, więc zamilkł na chwilę i odchrząknął. – Nigdy nie byliśmy ze sobą blisko – podjął znowu. – Brooklyn opierdzielił mnie kiedyś, że z nim nie rozmawiam. Od zawsze chciałem, żeby zniknął i trzymał się ode mnie z daleka. Nienawidziłem go. Też trochę za własną głupotę, bo przecież na to wszystko pozwoliłem. Nikt mnie nie zmuszał, nie miałem wymówki jak ty i Jurij. A kiedy zniknął naprawdę… Jestem teraz taki pusty, Rei. Samotny, chociaż nigdy w życiu nie miałem tylu bliskich osób. Jakby… nie wiem…
– Zamknięty w szklanej kuli.
Argentyńczyk oderwał wzrok od płomieni, zwrócił się ku Reiowi i ich spojrzenia na moment się spotkały.
– Tak – padło, choć już zupełnie niepotrzebnie. – I po tej stronie jest jakoś cholernie zimno.
Rei odruchowo poprawił okrycie, choć ciało dawno zaczęło się rozgrzewać.
– Też tak czujesz?
– Nie – pokręcił głową. – Nie do końca to i nie do końca tak, choć pewna obcość oczywiście jest w tym wszystkim, w… w samym byciu Połączonym. Ale on cię tak widzi.
– Diger?
– Bai Hu – poprawił Kon odruchowo, choć w sumie nie wiedział, po co.
– Widzisz Bestie? – Miguel obrócił ku niemu twarz i pierwszy raz od początku rozmowy Rei poczuł się w pełni zauważony.
– Nie. Bai Hu widzi, a mnie przekazuje tylko tyle, ile uznaje za słuszne – wyjaśnił. – Czyli zwykle nic albo prawie nic. Wrażenia. Jakiś ruch na końcu pola widzenia, cienie. Nic więcej.
Miguel zmienił wreszcie pozycję na leżącą. Nakrył się po sam czubek głowy – raczej nie z zimna, a absurdalnej potrzeby ukrycia się – ale potem jakby dotarło do niego, że rozmowa wcale nie jest skończona i odsłonił ramię, jednocześnie wykręcając ciało tak, żeby móc chociaż zerkać na Reia.
– Jeśli chcesz spać, to śpij – skomentował Kon.
– Nie, ja tylko…
– Powinieneś.


Digora
Łagodne nawoływanie rozchodziło się falą po ciemnościach. Delikatne jak popiół niesiony przez wiatr tuż nad pustą, spaloną ziemią, z której zostały jedynie białe kości – szare, jedwabiste morze prochów i pyłu. Brooklyn dbał, by nie brzmiało zbyt natarczywie, by zostawiało dość przestrzeni dla oswajanego powoli lęku, nie sięgało intensywnych częstotliwości, za głęboko, za blisko drżącego z przerażenia sedna. Nie chciał być intruzem.
Tutaj, mówił jedynie całą rozpiętą między dwa światy obecnością. Tutaj sztorm cię nie dosięgnie. Tu nie ma gniewu. To bezpieczna przystań bez samotności zagubienia.
Zabrali ci ciało, powtarzał. Ja dam ci spokój.
Miał pełną świadomość natury Bestii, do której się powoli zbliżał, jej delikatności i płochliwości. Niektórym z nich trzeba było siłą założyć kaganiec i ściągnąć smycz. Po śmierci nosiciela szalały, rwały się do zemsty, rozpalała je żądza niszczenia i topienia własnego bólu we krwi. Ale Torch był jak nosiciele, których wybierał – cichy i skryty, kruchy jak młoda gałąź, pełen kobiecego niemal uroku i gracji. Tak różny od bliźniaczej Storm. Tak różny od wielu innych duchów przejawiających skłonność do upojenia własną siłą i przez to unikatowy.
Ale ponieważ był także ogniem – tym obliczem ognia, o którym mówi się, że jest piękne – musiał pozostać tajemnicą.
Brooklyn upewnił się, że Kai nie wie, że w Pekinie było trzech, a nie dwóch Połączonych. Szczęśliwie obecność płomieni łatwo było zrzucić na karb Gargoyle’a. Popiół to popiół – rozróżnienie Bestii władających tym samym żywiołem wydawało się niemal niemożliwe jedynie po efektach. Te same osmolone mury. Te same zwęglone ciała. Co innego, gdyby znalazł się jakikolwiek zapis przebiegu ataku, wtedy akrobatyczna elegancja Torcha musiałaby się rzucić w oczy, zwłaszcza takie wiedzące, czego szukać, ale tę kwestię załatwił rozszalały Bai Hu paraliżujący wszelką elektronikę. Nie istniał żaden dowód.
Pod tym zatem względem duch był zatem bezpieczny i nikt – żaden ze śmiertelników – nie powinien wpaść na jego trop, ale Brooklyn nie zamierzał pozwolić, by Bestia znów zagubiła się w ciemnościach, czekając na cudowny zbieg okoliczności i pojawienie się odpowiedniego nosiciela, spętana zależnością od swego bliźniaka.
To właśnie próbował jej przekazać i przedstawić alternatywę. Siebie. Spokój, ciszę, a w perspektywie świat, w którym nic nie będzie już Bestiom zagrażało i dostaną należne im miejsce.


Hushihazhen
Wygląd włóczęgów z pewnością nie pomagał. Ale trudno prezentować się dobrze po rzecznej żegludze na skleconej ze śmieci, w tym jakichś drzwi tratwie wspomaganej prowizorycznym śmigłem napędzanym elektryczną mocą Bestii. Szczęśliwie chip bankowy trudno było zgubić, a zapisane na nim sumy potrafiły zmienić niejedno nastawienie i otworzyć niejedne drzwi, w tym drzwi pokoju gościnnego, do którego właściwie wpełźli na kolanach.
– Boże, jest łazienka… – wymruczał Miguel tonem ocalonego od niechybnej śmierci, podczas gdy Rei już mocował się z przemoczonym, śmierdzącym ubraniem. Chciał je z siebie zrzucić, choćby miał paradować obwiązany prześcieradłem.
– Miłej randki – rzucił, kuśtykając ku poduszkom.
Opadł na nie ciężko i wziął się natychmiast do ściągania protezy. Odpinał haki drżącymi rękoma, zaciskał zęby, przygotowując się na kolejne ukłucia bólu. Nosił ją zdecydowanie za długo i całe ciało zaczynało się buntować, kikut spuchł absurdalnie, elementy mocowania werżnęły się w skórę, zostawiając zaczerwienione wgłębienia. Kon stłumił dreszcz na myśl o ponownym założeniu obręczy. Nie spodziewał się, żeby przez jedną noc ciało wypoczęło wystarczająco.
Obejrzał skórę w poszukiwaniu skaleczeń, zaklął cicho, gdy znalazł kilka. Wiedział, że rano dopiero dadzą mu popalić, ale nie mogli czekać, aż kikut się zagoi.
Podpełznął nieco bliżej pada, ale jak na złość transmitowano koncert jakiejś grupy folklorystycznej śpiewającej o uprawie ryżu. Alternatywę stanowił program o badaniach nad rekonstrukcją genotypu pandy wielkiej i próbie sklonowania wymarłego gatunku. Nic na temat zamachów. Nic na temat liczby ofiar i podjętych przez rząd kroków. Cenzura rozpoczęta przez Komunistyczną Partię Chin od dziesiątków lat działała niezawodnie i Rei nagle poczuł, jakby wdepnął we własne gówno.
Zresztą rząd?, prychnął w duchu. Jaki rząd? Przecież Bai Hu usmażył wszystkich ważniejszych urzędników. I może faktycznie byli wśród nich zdrajcy – ludzie, którzy pozwolili na podłożenie ładunków wybuchowych – ale w efekcie Kon nie spodziewał się niczego poza paraliżem decyzyjnym. To była wymarzona okazja dla Tajwanu na odzyskanie niepodległości. Dla Japonii na przejęcie kontroli nad Azją. Dla Rosji przede wszystkim. Dlatego właśnie, jako cesarz nie tyle nawet politycznie, co przez boskie namaszczenie, musiał działać bezzwłocznie, póki zostało coś do ratowania.
Drzwi rozsunęły się i przez próg przeszedł Miguel – rozglądał się nerwowo i sprawiał wrażenie mocno zbitego z tropu. Może nawet lekko wystraszonego.
– Coś się stało – spytał Rei.
– Zaatakował mnie.
– Kto?
– Podajnik do srajtaśmy – jęknął Lavalier i potarł czoło w geście zakłopotania. Prawdopodobnie. – Zeskanował mi ryj, a potem na mnie nakrzyczał.
Rei roześmiał się w głos i śmiał się dłuższą chwilę, zostawiając Miguela sam na sam z szokiem kulturowym.
– Przywykniesz – stwierdził w końcu, otarłszy łzę rozbawienia. – Z pewnych względów to mniejsze zło. W pewnym momencie zrobił się z tego spory problem.
– Ze srajraśmy? – brwi Miguela podjechały tak wysoko, że Kona aż zabolała twarz.
– Ze złodziei papieru. Pomożesz mi? – Wskazał brodą na uwolniony od protezy kikut. – Też chciałbym się dać zeskanować.
– Mów, co mam robić.
Przydałyby się kule, oczywiście. Pozwoliłyby uniknąć niezręczności korzystania z pomocy i uzależnienia od drugiej osoby. Pozwoliłyby odsunąć kalectwo tam, gdzie jego miejsce – na margines. Ale ich nie było i jedyne, co pozostało, to na moment zapomnieć o dumie i dać się poprowadzić.
Czysta i podgrzana woda przyniosła ukojenie. Nawet kikut przez chwilę bolał mniej, o spiętych mięśniach pleców i barków nie wspominając. Łatwo było uwierzyć w poprawę.
Za łatwo, więc Rei ograniczył się do minimum.
Kiedy się wycierał, ubierał, a potem zasiadał do przyniesionego przez gospodynię posiłku, pod powiekami wciąż migały mu obrazy z ostatnich dni. Nadal czuł zimną wodę rzeki przesiąkającą przez ubranie i wpijającą się w skórę oślizgłymi mackami. Ból ramion, głowy, wewnętrzne, trudne do opisania zmęczenie po wielu godzinach korzystania z mocy w sposób wysoce kontrolowany. Uwalniania jej nie w gniewnym, niszczycielskim wybuchu, który z pewnością zabiłby ich oboje – Miguela usmażył, a Reia w konsekwencji utopił – a powolnym sączeniu się w sklecone na kolanie przez Lavaliera układy. Kon mógł sobie jedynie wyobrażać, ile obaj mieli szczęścia, że to w ogóle zadziałało, że nic nie skiepściło się w izolacji i że zwyczajnie nie poszli na dno. Szczęśliwie Siadao, choć kręta, wijąca się między górami, była na tym odcinku uregulowana przez wzgląd na zakładane chętnie na jej brzegach uprawy. Może to częściowo uratowało im życie. Może była to znajoma, teraz mnożona razy dwa determinacja.
Miguel fuknął gniewnie po kolejnej porażce w obsłudze pałeczek i postawił jednak na palce. Żuł ostrożnie, nieufnie i chyba niezbyt zachwycony smakiem potraw, choć – rzecz jasna – nie komentował głośno. Możliwe zresztą, że zmarszczenie brwi wynikało z faktu, że znów się nad czymś zamyślił, a w tym Rei nie zamierzał mu przeszkadzać.
Był w tak innej sytuacji niż ktokolwiek z pozostałych. Więzienie uwolniło go od zobowiązań. Od historii. Mógł przeć naprzód, bez oglądania się za siebie – na rodzinę, ludzi, za których był odpowiedzialny. Sam mówił, że układ z Robertem zawarł z braku innych możliwości, a nie potrzeby serca. Nie obchodziła go polityka, nie obchodziło go bezpieczeństwo Zachodu, a przynajmniej nie w takim prostym sensie.
Rei zazdrościł mu tej wolności. Wiele by dał za odcięcie się od cieni, które zdawały się śledzić go krok w krok i kazały trzy razy pytać o zasadność każdego posunięcia, nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku nie do niego należała decyzja.
Kładąc się na macie z pełnym żołądkiem, czysty i bez dreszczy zimna trzęsących całym ciałem, z trudem dopuszczał do siebie istnienie takiej rzeczywistości. Przez jedną przerażającą chwilę wydawało mu się nawet, że znów jest w pałacu. W swojej komnacie.
– Rei…? – dobiegło z ciemności, wyrywając go z tej ułudy jak z topieli.
– Hm?
Zaszeleścił koc.
– Tak z ciekawości. Gdybyś wiedział wszystko, co wiesz teraz – spytał Miguel cicho, jakby w pomieszczeniu był ktoś poza nimi i mógł go obudzić – że Kai żyje, jakie ma plany, że Rosjanie mają kontrolę nad syntetykami. Zdecydowałbyś się na Połączenie, czy nie?
Kon obrócił się na plecy, wbił pusty, zmęczony wzrok w sufit. Zmusił się, żeby nie opuszczać powiek, żeby trzymać się rzeczywistości.
– To nigdy nie była kwestia wyboru, Miguel – odparł.
– Metafizyka na bok. Tak po ludzku, wziąłbyś to na siebie?
To było trudne pytanie. Nie przez wzgląd na niemożliwość znalezienia odpowiedzi, bo Rei miał niemal pewność, że przy odpowiedniej analizie potrafiłby ją podać. To po prostu było pytanie całkowicie mu obce. Wywołujące wręcz skrzywienie na pobrzmiewający w nim egoizm. Co to mogło zmienić? Jeśli losy potoczyły się tak, a nie inaczej, to nie przez decyzje pojedynczych ludzi, a ich spore grupy i całe dziesięciolecia różnych wydarzeń.
– Nadal nie potrafisz pojąć, że jesteś skutkiem, a nie przyczyną – podsumował Rei, powściągając irytację. – Jeśli ryba wpada w sieć, to dlatego, że ktoś wypłynął na jezioro i tę sieć zarzucił, że ryba tamtędy przepływała, pogoda była dobra, a fale odpowiednio ułożyły linę, a nie dlatego, że sama sieć tego chciała.
Odpowiedziała mu cisza, dość zresztą spodziewana.
– Wygodna ta twoja filozofia – padło po bardzo długiej chwili, może nawet padło z lekkim oskarżeniem. – Cały świat o tobie decyduje.
– Nazwałbym to pokorą, a nie wygodą.
– Zrzucanie z siebie odpowiedzialności?
– A co przyszło ci z tego, że wydawało ci się, że jesteś za wszystko odpowiedzialny? – Rei odpowiedział ciosem na cios. – Masz coś, oprócz poczucia winy? Cokolwiek?
Znów zapadło dłuższe milczenie i Kon poznał po nim, że trafił celnie. Nie czuł w związku z tym satysfakcji. Jedynie gorzki brak zaskoczenia.
– Miguel – westchnął. – Nie zrozum mnie źle. Nie chcę ci dokładać, ale gdyby nie wasza zachodnia duma, ta wasza pycha, bolałoby was trzy razy mniej.
– No dobrze, a jak to się ma do faktu, że tłuczemy się na północ po tym, jak jakiś wioskowy rybak pieprznął ci siecią w stolicę?
– Tak się ma, że Bai Hu wybrał mnie na obrońcę Chin. To moja powinność.
– Nie wiem, to mnie chyba przerasta – mruknął Miguel i podłoga jęknęła pod jego ciężarem, gdy zaczął obracać się na drugi bok. – Po prostu nie składa mi się w całość.
– Nie oczekuję, że zrozumiesz.
– Ale gdybym zaczął być pokorny, to mnie weź i po starej znajomości odstrzel.
– Nic do ciebie nie dotarło? – mruknął Rei.
– Nie wiem – przyznał Lavalier. – Może dotarło, ale jestem za bardzo zmęczony. Co nie zmienia faktu, że nadal nie chcę, żeby coś, czemu nie ufam, o mnie decydowało.
– A sobie ufasz?
– Nie – odparł Argentyńczyk bez sekundy zastanowienia. – Ale przynajmniej znam swoje intencje.
– Wiesz, co mówi się o intencjach – szepnął Rei. – Nikt nie będzie nas po nich oceniał i nikt nam nie wybaczy. Nawet my sami.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 11 kwietnia 2017, 14:30

Jesteś tylko liście na wietrze, Rei
M?
by dał za odcięcie się od cieni, które zdawały się śledzić go krok w krok i kazały trzy razy pytać o zasadność każdego kroku
Te kroki się mnożo

Łeeeh, tak się bałaś tego rozdziału i nic, żadnego faux pas godnego wskazania.... ech... swoją drogą piszę komentarz na telefonie więc może być taki sam jak wszystkie inne czyli nieczytelny XDDDD HEH LUZIK KANTERIAL NIKT NIE JEST ZASKOCZONY. No więc rozdział udany, choć przyznaję szczerze - faktycznie spora część znajoma przez sztambuch. Nie wiem czy to przez to wydał mi się bardzo krótki. No bo jednak co parę akapitów znajoma scena i tak jakoś, wiadomo, do sztambucha poszły "smaczki" i w sumie one też były najlepsze i teraz co, skoro już je skomentowałam raz? Mało mi tak jakoś. Ale to, że mi mało wyklucza chyba to, czego tak się bałaś, nie? Nie jest nudno, nie nuży, nie czuję żebyś zaluczyła tam jakieś zmęczenie materiału. Może... mmm może jeden tylko moment odebrałam jako taki "pod górkę", to ten z Robertem za kółkiem i Johnnym w stuporze. Nie że sztuczność, ale opisy mimiki, ruchów, wyglądu zdają się tam umieszczone z konieczności, nie mimochodem. Taka durna uwaga.

Jak mówiłam podoba mi się przemycanie rożnych takich przemyśleń, mądrości życiowych, naprawdę fajnych, ciekawych uwag. Może to już było, może to część rzeczy, które dla autora są oczywiste, ale jednak ubierasz coś w słowa i ja lubię nad tym zawisnć. Nad filozofią bycia skutkiem, nie przyczyną, nad tym, że gdyby Europejczycy nie byli tak próżni, cierpieliby mniej. Fajne, proste rzucenie poglądem ale działa mocno i kocham te momenty u ciebie.

Przyznaję, że liczyłam na dłuższą scenę z Brooklynem, bo widzialam te turbo akapity i myślałam że to taki przedsmak T~¥ a tu jeb i koniec. Szkoooda. Ale! Jak się zajarałam tymi torch i storm! Brzmią epicko, mam nadzieję że ten torch (ta?) jeszcze się pojawi, kuźwa przyznaję, przyznaję że brak mi tego władania ogniem, Miguel, egh, zgasł #heheopadającepingwiny i co teraz? No liczę na Torch w akcji.

Teraz uwaga z dupy. Nie wiem, czy to zamierzone, ale zaliczyłaś dwa bardzo podobne momenty, które rzuciły mi się w oczy. Jest Rei (nie pamiętam gdzie ale wcześniej gdzies, to swiadczy o tym ze siedzi mi to w glowie) który w jakiejś skrajnej sytuacji ma taką myśl "...ale był cesarzem do cholery!" i dokładnie tak mi zabrzmiało "...był sekretarzem generalnym do cholery". Tak bliźniaczo użyta myśl która usprawiedliwia i jest na tyle mocna, że nie wiem czynie powinna być użyta raz. Bo za drugim nie chwyciła. Przepraszam bo to mocno subiektywne ale no. No.

Bardzo czekam.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 17 kwietnia 2017, 22:02

Nie poprawiłam powtórzenia :facepalm: Zaraz to zrobię...

ROZDZIAŁ XVI

IN ANCIENT TIMES CATS WERE WORSHIPPED AS GODS; THEY HAVE NOT FORGOTTEN THIS


Digora Siergiej splótł palce, by zatrzymać bezwolne dygotanie dłoni. Zgniótł je mocno, z całych sił, aż do pewności, że między nimi pojawią się sińce, a potem rozerwał gwałtownie. Kilkoma ostrymi jak nóż szarpnięciami zdjął z siebie bluzę i podkoszulek – nieśmiertelnik błysnął krwawo we wstającym, wynurzającym się powoli zza osetyjskich lasów słońcu, rozhuśtany owinął się wokół żelaznego krzyża. Petrow zzuł buty, rozpiął pasek i rozebrał się do końca. Zadrżał, gdy zimny, niosący mróz wiatr ogarnął jego ciało. Wziął głęboki oddech, wyciągnął ramiona, napiął mięśnie.
Do pokrytej gdzieniegdzie cienkim lodem po nocy wody Tereku zbliżał się powoli. Chciał, żeby obmywała go stopniowo, żeby wnikała chłodem w każdy jego mięsień i nerw i żeby miała na to czas. Donikąd się nie spieszył. Spełnił swój obowiązek i bezpiecznie odstawił Mao do Digory, dał jej wszystkie ostrzeżenia, które mógł, i uznał sprawę za zamkniętą.
Słyszał, jak Seaborg zaczyna śpiewać w jego umyśle spokojną, monotonną pieśń. Poddał się jej, wykonując kolejne ostrożne kroki po mokrym piasku i kamieniach, a stosunkowo łagodne fale rozlewającej się w tym miejscu szeroko rzeki obmywały napiętą skórę.
Woda sięgnęła brzucha, piersi, potem barków. Siergiej przymknął oczy i odchylił głowę. Pozwolił toni zagarnąć go po brodę, a potem wziąć całą twarz, aż wreszcie zamknęła się nad nim.
Hłas Hospodień na wodach wopijet, hłahola…
Podniósł powieki.
Różowe promienie słońca przebijały się przez taflę świetlistymi sztyletami. Było tak cicho. Słyszał tylko Seaborg.
Powoli wypuścił powietrze z płuc. Opuszczało go ciężko jak grzech, jak obce ciało wrośnięte w tkankę po wielu latach bez koniecznej operacji.
…priiditie, priimitie wiej ducha premudrosti, ducha razuma, ducha stracha Bożija, jawlszahosia Christa.
Seaborg zawodziła głośniej, bardziej melodyjnie i czasem nawet śpiew ten łudząco przypominał ludzki głos. Zimno głębiny lekko paraliżowało mięśnie twarzy, ale Siergiej zdołał się uśmiechnąć. I do niej, i do siebie – już wolnego, choćby tylko na chwilę. Samego w toni, w której nie mógł sięgnąć go nawet Kai Hiwatari.
Niemal zapomniał, że z ich dwojga tylko on ma takie szczęście, bo Seaborg – choć upojona bliskością swojego żywiołu i panującą wokół ciszą – nigdy i nigdzie nie była bezpieczna i osłonięta przed Black Dranzer. Póki jednak mogła dryfować, pozwalał jej na dryf i czuł jej szczęście jak własne.
Petrow wyobrażał sobie, jak wszystko to, co wygoniło go na zewnątrz w chłodny poranek, stopniowo opuszcza jego umysł. Raport z Pekinu, sprawozdanie najwyraźniej zadowolonego z siebie Ivana, jego buńczuczny śmiech brzmiący, jakby mówił o wyjątkowo udanej partii remika, a nie miliardach ofiar, Mao Chen. Napięcie opuszczało mięśnie, kości stawały się lekkie jak u ptaka.
I wtedy nagle obojgiem szarpnął niewypowiedziany ból, a gęsta ciemność zabrała słoneczne sztylety.
Seabrog zawyła ostrzegawczo. Siergiej machnął potężnymi ramionami raz i drugi, pomagając jej wyciągnąć go ku powierzchni. Wychyliwszy się nad fale odpluł wodę i zaczerpnął powietrza, by znów stać się słabym człowiekiem. Niepokój – dziwny, nienazwany, nieodczuwany nigdy wcześniej – spinał jego kręgosłup, gdy płynęli do brzegu. Petrow wyszedł na piasek, otrząsnął się i zaczął pospiesznie wciągać ubranie na mokre ciało.
– Co się stało? – spytał, ale Seaborg nie potrafiła mu odpowiedzieć.
Nie inaczej przynajmniej, jak tylko kolejnymi falami trapiącego ją lęku. Siergiej nie przypominał sobie, by kiedykolwiek współodczuwał coś podobnego. Chcąc jednak jakoś pomóc – jakkolwiek – próbował uspokoić własny oddech, bolesny po wyjściu z lodowatej wody, i przez to bicie serca.
Zimno boleśnie wgryzało się w skórę, więc szybkim krokiem ruszył ku budynkom wojskowego kompleksu.
Zrozumiał nagle, w przypływie intuicyjnego olśnienia, gdy przekroczył bramę i straże twierdzy Kaia.
I niespodziewanie zalał go spokój jak woda z głębin.

*

Zapewne nie tak Mao wyobrażała sobie to spotkanie i choć ociekający jadem komentarz na ten temat wprost cisnął się na usta, Kai postanowił, że zachowa go dla siebie. Ta sytuacja była dziwna – tak dziwna, że łatwo byłoby ją jeszcze skarykaturyzować. A śmieszność to ostatnie, czego Hiwatari chciał i na co miał w zaistniałych okolicznościach ochotę.
Patrzył na Chinkę, na ten symbol kobiecości, pierdoloną boginię płodności, archetypiczną kochankę i matkę, azjatycką Wenus ze wszystkimi krągłościami, piękną twarzą i wielkimi, kocimi oczyma okolonymi długimi rzęsami. Z tymi ruchami pełnymi niewymuszonej gracji nawet w chwili, gdy w kleszczach trzymały ją ból i wyczerpanie. Z tymi ustami kuszącymi i bez makijażu. Z kalectwem, które wydawało się w tym obrazie jedynie nieznaczącym pęknięciem olejnej farby.
Postawił w myślach samą siebie obok niej. Perwersyjnie, z tą brudną potrzebą, która każe odrywać strupy i drażnić językiem chore zęby. Zobaczył żałosnego pokurcza bez talii i bioder, małe piersi krępowane gorsetem tylko dla zasady, twarz, co do której tak łatwo było się pomylić, nawet jeśli należeć miałaby do mężczyzny o niezbyt wyrazistych cechach płciowych. I te krótkie, szorstkie włosy. Te małe oczy – tak często słyszał, że są po prostu oczyma złego człowieka. Nie silnego i nie potężnego, a zwyczajnie złego.
Nie, w tym otoczeniu wydawało się wręcz oczywiste, że Kai musi pozostać wiecznym chłopcem, że nie zniósłby towarzystwa innych kobiet ani sekundy. Przytłaczałyby go swoją bujnością, wpychały w ciemny kąt upokorzenia.
Tu, w zbiorze jednoelementowym, było mu najzwyczajniej dobrze i bezpiecznie.
– Wiesz już? – zapytał, patrząc z ukosa na znienawidzoną znów na nowo i mocniej niż kiedykolwiek wcześniej Mao Chen.
Oczywiście, że nie wiedziała. Niby skąd? Nawet jeśli członkowie eskorty wymieniali się jakimiś informacjami, nikt z nich nie mówił ani po chińsku, ani po angielsku, a Mao nie najlepiej z kolei władała rosyjskim. Znała może parę podstawowych wyrażeń – wymawianych zresztą fatalnie – i tyle. Nic, co pozwoliłoby jej rozmawiać o tym, o czym wielu trudno było mówić nawet w ojczystym języku. To, co się stało, nie mieściło się w niczyjej głowie, w tym także w głowie Kaia, choć wiedział, że to na niego między innymi padną podejrzenia, a nikt nawet nie zająknie się, oskarżając go o zamachy. W oczach świata był zdolny do wszystkiego.
Zresztą Siergiej także był wciąż niedoinformowany, bo wydarzenia z Pekinu zastały go w trasie.
Mao nie spytała, o czym niby miałaby wiedzieć. Zacisnęła usta i odwróciła głowę. Siedziała na krześle wyprostowana, spięta, ale nie gotowa do ucieczki. Próbowała sprawiać wrażenie pewnej siebie, ale ostentacyjny brak choćby najmniejszych środków bezpieczeństwa musiał jej boleśnie przypominać, ile w istocie znaczy i jak ograniczone ma możliwości.
Może jedyną strażą był siedzący przy drzwiach ze skrzyżowanymi nogami Brooklyn i stojący obok niego Siergiej, ale wszyscy w pomieszczeniu – w tym także sam Masefield – mieli całkowitą pewność, że gdyby Chinka próbowała uciec, Irlandczyk nawet nie kiwnąłby palcem, a Petrow pozostał do bólu posłuszny i ostentacyjnie wręcz niewykazujący własnej inicjatywy. Rudzielec przyglądał się jej jedynie z lekko przekrzywioną głową, a kiedy mu się to znudziło, wrócił do robótki pozornie znów kompletnie nieobecny, choć Kai musiałby być skończonym głupcem, żeby ulec temu złudzeniu. Problem z Brooklynem polegał na tym, że obecny był zawsze, tylko na innym poziomie istnienia, na tyłach głowy, przyczajony i przeźroczysty jak duch.
– Chciałam z tobą rozmawiać na równych warunkach, Kai – powiedziała Mao drewnianym głosem. – Jak blader z bladerem i Połączony z Połączonym. Nie wiem, co przekazali ci twoi ludzie – spojrzała z ukosa na Siergieja – ale to wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane, niż się wydaje. Nie jestem zagrożeniem dla ciebie. Nie ja.
Hiwatari skrzywił się. Rzecz jasna, nie wierzył w ani jedno słowo. To było już takie oczywiste. Cały ten żałosny blef, cała ta śmieszna wiara, że Mao zdołałaby sięgnąć pazurami rosyjskiego Wodza. Że sama Galux by jej na to pozwoliła, nawet jeśli jakimś cudem Chen zdołałaby wszystkich zmylić. O, nie, Black Dranzer bezpośrednią kontrolę miała może tylko nad czterema Bestiami, które specjalnie w tym celu skalibrowano w Opactwie, ale nie oznaczało to, że pozostałe nie odczuwały wobec niej specjalnego respektu. Tak jak przed czterema pozostałymi świętymi duchami zresztą.
To nie był strach. Bały się może tylko Zeusa i to też teraz Kai wyczuwał, ale darzyły Feniksa szacunkiem graniczącym ze czcią. Tych, których natura sprawiała, że wyłamywały się z układu, było może kilka, a żadnej z nich Hiwatari się nie obawiał. Poza tymi paroma wyjątkami Bestie przejawiały wręcz zadziwiające przywiązanie do hierarchii.
– Tak, Siergiej i Borys wspominali, że chcesz negocjować, ale wszystko skończone, Mao – przyznał Hiwatari, także obdarzając Petrowa przelotnym spojrzeniem i jak zwykle nie potrafiąc wyczytać z tej szerokiej twarzy niczego. – Nie masz już o co walczyć, bo nie ma już Chin.
Drgnęła, ale nadal nie odezwała się. To był głupi upór. Histeryczny. Ale, z drugiej strony, jakie miała wyjście? Przegrała wszystko już dawno temu, zawiodła i dała się okaleczyć, a na koniec trafiła wprost w ręce człowieka, który miał bardzo konkretne plany wobec jej Bestii i wiedział, jak je zrealizować. Dała do ręki broń wrogom własnego męża – już ta świadomość musiała przytłaczać, a co dopiero myśl o wszystkim, co mogło czekać ją w Opactwie.
– Jeśli zastanawiasz się, co to znaczy – Hiwatari oparł policzek na ręce – to zapewniam, że mówię bardzo dosłownie. Doszło do masowych mordów w sześciu miastach, w tym w Pekinie. Wcześniej miał tam miejsce zamach stanu i nie mamy żadnych danych na temat tego, by przeżył ktokolwiek z rządu czy w ogóle dworu. Możesz się domyślić, że o to, by zrównać z ziemią Zakazane Miasto, dołożono szczególnych starań. – Kai obserwował uważnie twarz Chinki, ledwie marginalnie rejestrując własne koty ocierające się o jej nogi. Nie odstępowały jej na krok, odkąd przekroczyła próg digoryjskiego kompleksu i może nawet czuł w związku z tym cień zazdrości, więc postanowił je ignorować. – Sądzę, że może to nawet dla ciebie pewne pocieszenie, bo okazuje się, że twoja zdrada nie miała najmniejszego znaczenia.
Chen nadal siedziała nieruchomo, ale całe jej ciało drżało. Zacisnęła powieki i szczęki, odwróciła się jeszcze bardziej, robiąc wszystko, by ukryć twarz. Zbladła. Oczywiście – była w szoku. Niezależnie od tego, czy uwierzyła w choć jedno słowo, czy nie, musiała poczuć ich ciężar. Wyobrazić sobie, co znaczą.
– Ale jeśli masz takie podejrzenia, to od razu wyprowadzę cię z błędu. Nie miałem z tym niczego wspól…
– Milcz! – ryknęła, a Kai całkiem niepodziewanie dla siebie posłuchał.
To go rozzłościło. Mimochodem zauważył, że jedna z brwi Siergieja uniosła się o milimetr i wściekł się jeszcze bardziej, aż poczuł, że na jego policzki występuje rumieniec.
– Nie używaj wobec mnie takiego tonu – wycedził zimno. – Jesteś na mojej łasce i nie zapominaj o tym tylko dlatego, że traktuję cię w miarę przyzwoicie. W każdej chwili mogę przestać.
Tak naprawdę ta rozmowa była kompletnie niepotrzebna i Hiwatari miał tego świadomość. Nie planował jej zresztą. Miał tylko na własne oczy obejrzeć nosicielkę, a potem wpakować ją w transportowiec i odesłać konwojem do Opactwa, by przeszła zabiegi przygotowujące do replikacji Bestii. Nie obchodziło go, co mogła powiedzieć, jakich argumentów użyć. Nie wierzył, by zdołała zmienić cokolwiek w jego wiedzy lub przekonaniach, a zwłaszcza taka – wytrącona z równowagi i scenariusza.
– I co mi zrobisz? – syknęła Mao. Nagle odwróciła ku niemu twarz i spojrzała prosto w oczy. Widział w nich łzy. – Co jeszcze mógłbyś mi zrobić?
– Nie chcesz się przekonać.
Skrzywiła twarz i nie był w stanie choćby w przybliżeniu stwierdzić, co wyraża ten grymas.
– To nie miałoby żadnego znaczenia – wycedziła zimno, ale trudno było nie zauważyć, że zaczęła drżeć mocniej.
– Owszem, nie ma. Bo najwyraźniej jedyne, do czego jesteś zdolna, to sceny.
Tym razem to ją ogarnęła złość. Syknęła wściekle, zwierzęco, pokazując za długie kły, podobne do tych, jakie miał Rei.
A wszystkie koty syknęły razem z nią.
Kai o ułamek sekundy za późno zorientował się, co się dzieje. O ułamek sekundy za późno uwierzył w tę zdradę. Całe stado krążące dotąd wokół nóg Mao i ocierające się o nie, ruszyło na niego z wściekłością w jednym najeżonym pazurami i zębami skoku. Ciało zmroził ból, gdy dziesiątki szpil przebiły się przez ubranie. Hiwatari zawył, odruchowo zarywając twarz.
Black Dranzer zareagowała mgnienie oka później. Powietrze wypełnił duszny zapach palonego futra i kocich ciał, rozległ się potworny kwik. Część zwierząt zdołała uciec – pozostałe opadły na podłogę jak makabryczne kukły.
Kai stał nad nimi, dysząc ciężko. Patrzył na zwęglone ciała swoich ulubieńców, swoich przyjaciół, którzy w jednej chwili obrócili się przeciwko niemu, posłuszni kociej Bestii. Płonął już nie od ognia Black Dranzer, a z gniewu i upokorzenia, a krew cienkimi strużkami ściekała z jego dłoni i twarzy.
- Wyjść! – ryknął.


Zhuanwandao Jakąś godzinę może dwie po przekroczeniu zasieków, Miguel uświadomiło sobie nagle, że nigdy wcześniej nie oglądał wojny i dziwnie mocno go to spostrzeżenie uderzyło. Bo przecież w teorii ją znał – wojnę literacką, filmową czy nawet tę z reportaży. Niby był przygotowany na sam koncept. Wpojono mu pojęcie, odpowiedni słownik, nieco wyrwanych z kontekstu obrazów, jakieś aksjomaty. Na jakimś poziomie od dziecka jej uczono, bo przecież był chłopcem, a dla chłopca patyk to karabin. I nie o to bynajmniej chodziło, że okazała się w praktyce zupełnie inna. Nie, raczej… nieprzystawalna. Chodziło jedynie o fakt, że tamto to były spojrzenia z daleka, z lotu ptaka, na całość, na historię, na przyczyny i skutki. Nawet indywidualne opowieści dało się jakoś pogrupować i przypisać szerszym kategoriom. Archetypom. Wielkiej opowieści o bohaterach, zdrajcach, okrucieństwie albo chwale. W zależności od tego, kto mówił, a kto słuchał. Obraz oglądany z bliska – choć ten sam – wydawał się jedynie chaosem pozbawionym możliwości uporządkowania. W przedziwny sposób nie budził ani przerażenia, ani współczucia, a głównie irytację. Jakby chodziło o syf w celi zostawiony przez jakiegoś nowego, który wciąż nie załapał zasad więziennej koegzystencji, a nie syf w miliardach ludzkich historii.
Przy czym wrażenia bałaganu nie wywoływała sama organizacja obozu, bo każdy wyraźnie znał tu swoje miejsce. Chodziło o coś innego. O perspektywę. O pełznięcie w błocie, nisko, pod stopami wielkich i ważnych, bez możliwości dostrzeżenia, dokąd to wszystko tak naprawdę prowadzi. Było jak szalony bieg z zawiązanymi oczyma i to budziło w Miguelu ten irracjonalny, zupełnie chybiony bunt w imieniu Azjatów i żołnierzy, którym pewnie takie dylematy były zupełnie obce – jeśli nie miał tego świadomości wcześniej, to na pewno pomogły rozmowy z Reiem.
Chociażby z tego względu wszystko, co przyszło mu do głowy, postanowił zachować dla siebie i nie wchodzić z butami w cudzą mentalność, której pojąć nie potrafił i chyba nieco się nawet bał.
A kiedy zobaczył Daichiego i przypomniał sobie, że Sumeragi od dnia Połączenia jest niewidomy, wszystko nabrało posmaku gorzkiej ironii.
Z tych, których Miguel spotkał pierwszy raz po latach, to właśnie Japończyk zmienił się prawdopodobnie najbardziej. Trudno jednak było się temu dziwić, czy nadmiernie nad faktem rozczulać, skoro ostatnio widzieli się, gdy Daichi był dziesięcioletnim chłopcem. Niemniej niemal zupełnie już zatarte wspomnienie wrzaskliwego i niezbyt bystrego bachora kłóciło się z młodym, ale wyraźnie doświadczonym tak przez życie, jak i wojnę dowódcą.
Tajemnica tego, jakim cudem niespełna trzydziestoletni niewidomy mężczyzna i w dodatku Japończyk cieszy się posłuchem wystarczającym do dowodzenia chińską armią, kryła się głównie w dwóch kwestiach. Przede wszystkim Daichi był oczywiście Połączonym i naprawdę nie dało się tego przeoczyć. Wystarczyło tak naprawdę podejść na parę metrów, by poczuć pod stopami delikatne, ale jednak wyraźne drżenie gruntu. Ziemia reagowała już na samą obecność Sumeragiego, a to dawało pewne wyobrażenie, co może się dziać, gdy dotknie jej swoją wolą. Druga kwestia dotyczyła kształtu samej armii.
Armii, która nie była do końca ludzka.
Rei i Daichi powitali się na tyle wylewnie, na ile to możliwe między Azjatami, i Miguel odetchnął w duchu z ulgą – wyglądało przynajmniej na to, że faktycznie Kon miał w Sumeragim oddanego sojusznika i najwyraźniej przyjaciela. Ułamek sekundy później jednak twarz Japończyka ściągnęła podejrzliwość, nozdrza rozdęły się i parokrotnie wciągnął głośno powietrze, jakby węszył. Zapytał o coś ostrym tonem, dostał odpowiedź i Rei kiwnął ręką na Lavaliera, by ten podszedł bliżej.
Daichi zakołysał się na swoich zdeformowanych nogach zakończonych gadzimi pazurami i częściowo pokrytych łuską. Poruszyli się dwaj terakotowi strażnicy za jego plecami. Widok był przedziwny i przerażający – nieruchome twarze, puste spojrzenia, detale tu i ówdzie uszkodzone przez długie stulecia trwania. Miguel mimowolnie szukał wzrokiem mechanizmów poruszających figurami, które dotąd oglądał tylko na zdjęciach, choć wiedział, że to bezzasadne. Nie oglądał sztuczki. Oglądał moc Bestii wykorzystaną w sposób możliwy tylko w tym miejscu.
Legenda okazała się prawdą, choć w tak przewrotny sposób.
Daichi dopadł do niego w mgnieniu oka, zbliżył twarz tak bardzo, że Lavalier wstrzymał oddech i z trudem przemógł nagłą potrzebę cofnięcia się o krok. Uderzył go zapach gliny i ziemi, zdawało się, że wżarty w skórę Japończyka, znów usłyszał węszenie.
Taotie – padło wreszcie syczącym, nieufnym tonem.

*

Daichi zaplótł ręce na piersi. Cała jego postawa mówiła, że nie jest zadowolony. Zdawało się, że mówią o tym nawet ślepe oczy zniekształcone przez zwiotczałe mięśnie i wysunięte do połowy trzecie powieki. Przez większość czasu zasłaniał je opaską, ale zrywał ją, gdy zaczynała go zanadto drażnić.
– Ufasz mu, Rei? – spytał, ale ton sugerował, że oczekuje jedynej słusznej odpowiedzi.
Nie tej, której Kon zamierzał udzielić.
– Tak – skinął głową.
– Nie jest po naszej stronie – zauważył Sumeragi trafnie.
– Nie jest też po stronie Rosjan. Ta wojna go nie obchodzi.
Rei aż czuł, ja wszystko pod nim drży od niechęci Daichiego. Rozumiał tę podejrzliwość, oczywiście, ale nie zamierzał się pod jej ciężarem uginać.
Zmrużonymi oczyma obserwował golemy pracujące przy rozładunku transportu. Było jasne, że nie działają z własnej inicjatywy i młody Japończyk, jednocześnie rozmawiając z cesarzem, na innym poziomie wydawał polecenia figurom z terakoty. Robił to czysto instynktownie, nieomal bezwiednie. Zawsze taki był – naturalnie utalentowany, zupełnie niezaangażowany w walki intelektualnie, nie ufający analizie, a jedynie intuicji i emocjom. Po wielu latach sprzężenia z Gaią i spędzonym z nią niemal całym okresie dojrzewania, cechy te dojrzały i jaśniały w pełnej krasie.
– Jeśli ta wojna go nie obchodzi, nie będzie miał żadnych oporów, żeby zdradzić cię dla Rosjan – podsumował kwaśno.
Kon pokręcił głową.
– Nie ma żadnego powodu, żeby to robić – odparł. – Ma swoje cele i mogę cię zapewnić, że nie obejmują współpracy z Rosjanami. Sądzę, że wręcz przeciwnie.
Słońce przedziwnie grało w brudnoczerwonych pancerzach terakotowych żołnierzy. Czasem wyglądało jak krew, której żaden z nich nigdy nie uroni.
Czasem.
– Jakie to cele?
– Osobiste. Sądzę, że… bardziej osobiste, niż chciałby w to wierzyć.
Daichi nie odpowiedział. Ściągnął lekko usta, jakby w zamyśleniu, potarł palcem nos.
– Było nie było, pomógł ci się tu dostać – skapitulował w końcu.
– Tak. – Rei skinął głową w bezsensownym, odruchowym geście, który i tak nie mógł zostać zauważony. – Miał wiele okazji, żeby wykorzystać sytuację. Poza tym fakt, że zajmie się swoimi sprawami, oznacza dla nas tyle, że nie przechwyci go nikt w Europie.


Digora
– Po co przyszedłeś? Ty też chcesz mi grozić?
Brooklyn nie odpowiedział od razu. Dłuższą chwilę sprawiał wrażenie, jakby trafił tu przypadkiem i nawet nie zauważał obecności Mao. Ta jego twarz, te senne, obojętne oczy, lekko uniesione jakby w zdziwieniu światem brwi – to wszystko sprawiało, że Chen miała ochotę kopnąć go w krocze i obudzić, a potem patrzeć, jak wije się po podłodze.
Była w tym porażająco sama. Galux zostawiła ją z bezsilnym gniewem, sama skulona ze strachu.
Masefield stanął na środku pokoju. Nadal nie patrzył na nią, a nieco z boku jej głowy. Na ścianę.
– Przywiązał cię – zauważył, wcale nie opuszczając wzroku na oplatające jej ciało sznury. Potem nagle jego czoło zmarszczyło się i spojrzał wprost na nią. Wzrok miał już nie rozbiegany i senny, a rozpalony jak w gorączce i jednocześnie lodowato zimny. – Wiemy, co chciałaś mu powiedzieć – odezwał się nie swoim, niższym, rozedrganym głosem Bestii.
Całe jej ciało i cały umysł odpowiedziały strachem. Skuliła się w sobie, a każdy pojedynczy nerw zastygł w oczekiwaniu na ból. Wiedziały już, co to prawdziwy ból i nie chciały więcej.
– Dziwi mnie to – przyznał Brooklyn znów z łagodną sennością, a do jego zielonych oczu powrócił nieobecny dystans. – Musiałabyś ustąpić miejsca innej cesarzowej. Prawdziwej.
– Nie obchodzi mnie tron.
– A Rei? – Masefield przekrzywił głowę jak zainteresowane niezbadanym dźwiękiem zwierzę. – Sądziłem, że zaistniały między wami… stosunki społeczne wysokiego rzędu.
Mao spuściła wzrok.
– Robię to między innymi dla jego dobra – szepnęła.
– Nie o to pytam.
Chinka zmarszczyła lekko brwi. Chyba przestała rozumieć.
– To znaczy?
– Cóż. – Brooklyn wzruszył ramionami.
– To mistyka – podjęła znów Chen, gdy zrozumiała, że to koniec komentarza. – Biały Cesarz i Czerwona Cesarzowa. To duchy są ze sobą złączone, nie oni. Zresztą – prychnęła – Kai? Kai miałby być dla mnie jakąkolwiek konkurencją? Poza tym nic mi nie wiadomo, żeby Rei interesował się mężczyznami.
Masefield nie odpowiedział. Znów zapatrzył się w ścianę. Albo wcale nie – może we wnętrze własnej głowy.
– Posłuchaj mnie – mówiła więc dalej Mao. – Tu chodzi o pokój. Ta wojna nie służy nikomu, a ponieważ są w nią uwikłane także Bestie, pomyślałam, że sposób na rozwiązanie konfliktu może leżeć w nich.
– To akurat dość słuszny kierunek – przyznał Irlandczyk znudzonym tonem.
– Studiowałam pisma, medytowałam. Nie dotarło to do mnie od razu, ale wydaje mi się, że zrozumiałam i…
Ciemność ogarnęła wszystko w ułamku sekundy, kiedy sprowokowany czymś Zeus rozpostarł skrzydła.
– Nie rozumiesz niczego, mniejsza – przemówił znów ustami Brooklyna.
Jęknęła ze strachu. Teraz kuliła się i drżała już nie tylko Galux.
– Przestań, proszę… – padło z pobladłych ust.
Ale Zeus wciąż patrzył na nią zimno zielonymi oczyma irlandzkiego geniusza – teraz zmienionymi, pociemniałymi i z pionowymi źrenicami. Jasne, niemal niewidoczne wachlarze rudych rzęs nadawały im tylko więcej upiorności. Równie dobrze mogłoby ich nie być.
– Nigdy nie mów, że rozumiesz sprawy Bestii – jego głos brzmiał jak przeciąganie pazurami po metalu.
– Nie będę – obiecała przerażona Mao i późnojesienne słońce wróciło do jej świata.


Zhuanwandao
Noc była zimna i wilgotna, ale cokolwiek właściwie wygoniło Miguela na zewnątrz, miało to najwyraźniej za nic. Rei usłyszał tylko szmer i głuchy, ciężki odgłos odchylanej poły namiotu. Nie od razu wstał ze swojej pryczy – przecież Lavalier mógł wyjść po cokolwiek, rozprostować kości albo po prostu się odlać, ale po jakimś czasie Kon stwierdził z niejakim zdziwieniem, że nie potrafi zignorować braku Argentyńczyka i najzwyczajniej zapaść w dalszy sen, tak przecież potrzebny zarówno umysłowi, jak i wciąż obolałemu, wciąż gojącemu się ciału. Zebrał się zatem, zarzucił na plecy bluzę, a potem kurtkę i sięgnął ku protezie. Chwilę obracał w dłoniach, wyobraził sobie ból jej zakładania i zdziwił szczerze, że coś wewnątrz niego nadal uważa, że sprawa jest warta zachodu. Może to był Bai Hu, może instynkt, przeczucie, może dziwność całej tej sytuacji i wszystkiego, co wydarzyło się od momentu, gdy w Pekinie eksplodowały pierwsze ładunki wybuchowe.
Westchnął i ostatecznie zadecydował, że wspomoże się kulami.
Lepkie od wiszącego w powietrzu, ale wciąż nieraczącego spaść deszczu powietrze natychmiast przylgnęło do jego twarzy. Miał ochotę ją przetrzeć. Nie zrobił tego, bo obie ręce zajmowały kule.
Rei rozejrzał się po obozie – tu i ówdzie rozświetlały go latarnie, tu i ówdzie migały koksowniki. Jeśli Kon miałby strzelać, założyłby, że Miguela znajdzie przy którymś z tych drugich, znów wpatrzonego nieruchomo w ogień i zastygłego w pozycji gargulca z europejskich świątyń. Ale nie. Nie minęło wiele czasu i dostrzegł charakterystyczną w tym otoczeniu jasną czuprynę z dala od światła i ciepła, niemal na granicy terenu, po którym zgodnie z rozkazami Daichiego wolno mu było się poruszać. Stał, kołysząc się na piętach, z rękoma wciśniętymi w kieszenie i po prostu patrzył przed siebie.
Na zachód – co dotarło do Reia w nagłym, zimnym dreszczu.
Spiął się i zmusił jeszcze do tych paru kroków po nierównym, zbyt miękkim na kule terenie. Stawiał je ostrożnie, dbając, by nie rozjechały się w poruszonej wolą Bestii, nieomal żywej ziemi.
– Nie śpisz – stwierdził oczywistość.
Miguel obrócił się do niego z tym charakterystycznym wyrazem twarzy, gdy próbował dostrzec coś, czego i tak nie widział. Nie sprawiał wrażenia szczególnie zaskoczonego. Na pewno się nie wystraszył i Kon nie po raz pierwszy pomyślał, że wzrok wzrokiem, ale inne jego zmysły zaczynają się o zmierzchu wyostrzać. Zapewne rozpoznał charakterystyczne stukanie kul i wiedział, kto się zbliża.
– Nie. Nie mogłem.
Rei nie skomentował braku kurtki i niezapiętej bluzy. Zresztą były niczym wobec bosych stóp.
– Często nie śpisz.
– Miałem nadzieję, że nie zauważysz. Próbowałem być cicho.
– Byłeś. Za dużo myśli? – spytał Rei trochę bez sensu, a trochę dla podtrzymania tematu.
Miguel skinął głową i znów odwrócił wzrok ku granicy z Rosją. Potem niespodziewanie zmarszczył brwi, potarł skroń.
– Co to znaczy? – spojrzał na Kona. – To słowo, którym nazwał mnie Daichi.
– Taotie.
– Tak.
Rei pokręcił lekko głową.
– Nic szczególnego.
– Hm.
– Masz jakiś plan? – Kon zmienił temat. Nie wiedział dokładnie dlaczego, ale nagle uświadomił sobie, że nigdy wcześniej o to nie zapytał i teraz jest doskonała okazja.
– Tak naprawdę i szczerze? – Argentyńczyk spojrzał na niego z ukosa. – Nie za bardzo.
Chińczyk westchnął. W sumie powinien się spodziewać takiej odpowiedzi, ale jednak liczył, że usłyszy coś innego i Miguel trzyma w rękawie asa, o którym nigdy nie wspomniał.
– Wiesz, że...
– Wiem, to nie zadziała – przyznał cicho Lavalier i opuścił głowę. – Nie ma prawa zadziałać. Jurij to nie jest… – Pokręcił gwałtownie głową. Zmierzył wzrokiem sylwetkę Reia, zatrzymał się na brakującej nodze. – Chyba nie powinieneś tak stać – zauważył. – Nie chcesz usiąść?
– Chcę pogadać.
Teraz dopiero na twarzy Miguela odbiło się zaskoczenie. Uniósł brwi.
– Nie jestem pewien, czy jest o czym – przyznał.
– A ja jestem pewien, że owszem – odparł Rei z przekonaniem. – Mimo wszystko wolałbym, żeby ta historia nie była taka prosta. Coś jestem ci winien.
– Nie rozumiem – Lavalier zmarszczył czoło.
– Dam ci sprzęt.
Argentyńczyk milczał chwilę, jakby jeszcze bardziej zbity z tropu, a potem roześmiał się cicho.
– Wiesz, że to kiepska inwestycja – powiedział.
– Może. Logicznie na pewno. Ale mogę i chcę to zrobić. Po prostu chodź i pogadajmy. – Rei wskazał ręką namioty.
Miguel zgodził się w milczeniu i nawet jeśli zrobił to tylko ze względu na kalectwo Kona, był on gotów przełknąć tę gorycz.
Wracali powoli, gdy kule znów lądowały niepewnie na poruszonym, drżącym nieustannie gruncie. Lavalier nieco chyba odruchowo zaproponował ramię, ale Rei odmówił.
– Mogę dać ci wóz i broń – powiedział, gdy znów znaleźli się w namiocie. Miguel zapalił podwieszoną o żerdź latarkę. – Prowadzisz?
– Nie mam prawa jazdy, jeśli o to pytasz – odparł. – Ale robiłem przez ostatnie miesiące różne rzeczy, myślę, że sobie poradzę.
– To już coś.
– Tylko słabo widzę.
– Szczęśliwie pojedziesz przez pustkowia. Będziesz też potrzebował ciepłych ubrań i zapasów jedzenia. Nie wiem, czym dysponuje tu Daichi, ale coś na pewno uda się skompletować. Przejrzyj też mapy przed wyruszeniem. Są dosyć dokładne, zawierają aktualizowane położenie posterunków przynajmniej na jakimś obszarze. Wyznacz trasę. Nie jedź całkiem w ciemno, bo to bez sensu.
Rei z ulgą usiadł na pryczy i odłożył kule na bok. Przetarł zapuchnięte, zaspane oczy i przeklął w duchu te nocne rozmowy. Była w tym pewna osobliwość, że za dnia z Miguelem nie dało się dyskutować, a po zmierzchu coś w nim jakby kruszało i nagle okazywało się, że możliwe jest tak szczere odpowiadanie na pytania, jak i słuchanie przynajmniej niektórych argumentów.
– Co? – spytał Kon, czując na sobie jego uważne, nieco podejrzliwe spojrzenie.
– Dlaczego to robisz?
– A dlaczego miałbym tego nie robić? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Nie wiem, dlaczego zależy ci aż tak i pewnie nie mam prawa w to wnikać, ale… dobrze, że komuś zależy. Komuś powinno.
Miguel spuścił wzrok, chwilę błądził nim po zdeptanej ziemi i umierającej z braku światła resztkach trawy. Minęła dłuższa chwila, nim sam usiadł.
– Szkoda, że padło na mnie – wyszeptał.
– Boisz się? – Rei uniósł brew.
Zerknął odruchowo na latarkę, gdy obiła się o nią tłusta ćma.
– To jasne. Obaj znamy prawdopodobny scenariusz. Ale – Lavalier potarł nasadę nosa – wolałbym wierzyć, że są jakieś szanse.
– Myślałem, że wierzysz.
– Bo czasem udaje mi się oszukiwać samego siebie. Jestem w tym dobry. W udawaniu, że jestem kimś innym. Wtedy wierzę w tego kogoś.
Rei milczał długo.
– Dziwne – podsumował w końcu.
– Tak? – Miguel wyglądał na naprawdę zaskoczonego. – Nigdy tego nie robiłeś? Nawet jako dziecko? Nie wyobrażałeś sobie, że jesteś kimś innym?
– Nie przypominam sobie – przyznał Kon. – Żyliśmy prosto. Od świtu do zmierzchu, od zbiorów do zbiorów i od święta do święta. Więc po co?
– Dla zabawy – wzruszył ramionami Argentyńczyk. – Dla zbicia czasu.
– Nigdy nie miałem zbędnego czasu.
– Albo żeby uciec. Coś zmienić.
– A co niby miałoby się zmienić? – Rei sięgnął po termos. Czuł, że jednak przemarzł, choć spacer trwał tak krótko. Przeszedł go lodowaty dreszcz, kiedy pomyślał o bosych stopach Lavaliera i ledwie narzuconej na jego ramiona bluzie.
– Obiektywnie nic, ale… – Miguel znów spuścił wzrok. Splótł ciasno palce, jakby nagle czymś zawstydzony. – Ale można było się poczuć lepiej. Ze wszystkim. I ze sobą. Tak na chwilę. Ja najbardziej lubiłem być Jimmym Hudsonem – uśmiechnął się niewyraźnie do wspomnień. – Wyobrażałem sobie, że moim ojcem jest Wolverine, że mam supermoce i kiedyś będę wielkim obrońcą ludzi, którzy na mnie polegają – przewrócił oczyma, przedrzeźniając samego siebie. – Wiesz, że będę naprawdę kimś. Że będę wiedział, co robię i gdzie jest moje miejsce.
– Mówią, żeby uważać, o czym się marzy – stwierdził kwaśno Rei i objął dłońmi metalowy kubek z gorącym naparem. Chwilę rozkoszował się rozchodzącym po palcach ciepłem.
– Spełniły się tylko moce – roześmiał się Miguel. – W dodatku z promocji.
– A rodzice?
– Nie wiem. Nie sprawdzałem.
– Nie byłeś ciekaw? – Kon uniósł brew i wziął łyk herbaty.
– Bałem się, że mnie po prostu nie chcieli i wolałem Wolverina. – Argentyńczyk potarł kark z niejakim zakłopotaniem. – Tak po prawdzie to nadal wolę.
Rei uśmiechnął się lekko.
– Chcesz na rozgrzanie? – wskazał brodą termos.
– Nie, dzięki. Ciepło mi.
Trudno było w to uwierzyć, ale skoro Miguel tak twierdził, nie pozostało nic poza uwierzeniem mu.
– Mogą mieć Mao – powiedział nagle Rei bez związku, zaskakując także, a może przede wszystkim samego siebie.
– Co? – Lavalier poderwał głowę.
Rei przełknął ślinę, nie do końca pewien, czy te słowa przejdą mu przez gardło po raz drugi.
– Rosjanie. Mogą mieć Mao. O ile… nadal żyje. – Zagryzł wargę. – Gdybyś…
– Boże, nie wiedziałem.
– Nie wspominałem wcześniej. – Kon potrząsnął głową, odganiając niepotrzebne emocje. Wziął kolejny ostrożny łyk i skupił się tylko na cieczy spływającej w dół żołądka. Tylko na niej. Tylko na nerwach, które uruchamiała. – O wielu rzeczach nie wspomniałem, przecież to wiesz.
Złapał wzrok Miguela. Wzrok, którego nie chciał widzieć.
– Jeśli czegokolwiek się dowiem…
Rei skinął z powagą.
– Będę wdzięczny – powiedział na tyle równym głosem, na jaki było go stać.
Ale Lavalier patrzył nadal. Jasne oczy przewiercały Chińczyka na wylot – niby słabe, niby bezradne wobec półmroku i ciemności, a jednak widzące za dużo. Zbyt intensywne.
– Jedź ze mną – padło wreszcie, dwa uderzenia po tym, jak Bai Hu to przewidział. – Nie dla Jurija. Dla niej. Wiesz, że prawdopodobnie nie zdołam wrócić, żeby ci powiedzieć, nawet jeśli czegoś się dowiem. Zrób to sam.
– Nie mogę. – Kon opuścił głowę i ramiona z rezygnacją.
– Możesz.
– Chiny…
Miguel prychnął z goryczą.
– Sam jeden ich nie ochronisz – powiedział cicho, ale dobitnie. – Jesteś potężny. Tak cholernie potężny, że mózg mi wybucha, kiedy o tym myślę, ale sam nie dasz rady. Nie w ten sposób. Przecież wiesz.
Rei znalazł wreszcie dość siły, by odwzajemnić spojrzenie.
– Tak jak ty wiesz, że nie przeżyjesz spotkania z Jurijem – odparł.
Miguel przygryzł wargę i przez jeden krótki moment wydawało się, że spasuje. Szukał odpowiedzi długo. A może tylko szukał odpowiednich słów.
– Jest między nami zasadnicza różnica – zaczął powoli, uważnie, nie spuszczając wzroku z twarzy Chińczyka. – Tak jak jest różnica między mną i Jurijem. I jest powód, dla którego on musi odzyskać wolność. Zależy mi na nim, to prawda. Osobiście mi zależy. Ale też chodzi o to… Rei, spójrz, kim jesteście. Ty i on. Ty niemal sam jeden trzymałeś Kaia w szachu przez kilkanaście lat, chociaż dysponuje większą liczbą Połączonych i replikami. Boi się ciebie. I Jurija też się boi. Nawet ja to widzę, z daleka. Dlatego jednocześnie trzyma go na smyczy i w pewnym oddaleniu. Pozwala mu tkwić w tej pierdolonej Moskwie, o czym wszyscy wiedzą. Polityka tylko to wszystko niepotrzebnie komplikuje, ale tak naprawdę wróg jest jeden. Całkiem namierzalny i możecie go dorwać, a on o tym wie. Pewnie pozostałe figury powinny zostać w obecnym układzie, bo wszystko jebnie, ale… Pomyśl, Rei. Zwłaszcza teraz, gdy nie wiadomo, czy żyjesz. To jest szansa, której nikt inny nie będzie miał.
– I gdzie jest ta różnica?
– Właśnie w tym. Kiedy mówię o szansie, której nie będzie miał nikt, to „nikt” oznacza także mnie. Wiesz przecież, że jedyne, co mam, to upór i desperacja. Na moje miejsce można by podstawić kogokolwiek, gdyby go tylko odpowiednio zmotywować. Na wasze nie. A jeśli się uda… sytuacja Chin też się zmieni. Wszystko się zmieni.
Bai Hu poruszył się niespokojnie – Rei poczuł to wyraźnie całym swoim umysłem. Nie wyciągał pazurów, nie szczerzył kłów, ale wstał ze swego legowiska i krążył na ugiętych miękko nogach.
Nie protestował.
Co najdziwniejsze – nie protestował.
– Wiem – mówił dalej Miguel – prowadzi cię Bestia i to na pewno jest skomplikowane… – Potarł nerwowo czoło. – Nie powiesz mi teraz: dobra, jadę. Coś tam do mnie dotarło z tego, co mówiłeś. Przynajmniej próbowałem zrozumieć.
– Cieszę się. Może gdybyś wejrzał w siebie odpowiednio głęboko, dał sobie szansę…
– Nie – przerwał Argentyńczyk nadspodziewanie ostro. – Mnie nie prowadzi nic.
– To może być…
– Nie. Nie, że Bestia, tylko… po prostu nic. Może poza przypadkiem i… – Zaplątał się wyraźnie, zamilkł na chwilę, ponownie uniósł dłonie do twarzy. – Przepraszam – wyszeptał w końcu.
– Miguel, co się dzieje? – spytał Rei tknięty dziwnym niepokojem, który chyba nie był do końca niepokojem Bai Hu.
– Nic. Po prostu nie lubię o tym rozmawiać.
– O czym konkretnie? – Teraz to Kon czuł, że niczego nie rozumie.
– O tym, w co wierzę, a w co nie. Nie lubię o tym nawet myśleć. – Lavalier zadrżał, odruchowo objął się ramionami. – Daj jednak tej herbaty – zdecydował nagle.
Rei bez słowa sięgnął po termos i drugi kubek.
– To cię budzi po nocach? – spytał, nalewając.
– Hm? – Miguel spojrzał na niego nieprzytomnie, bo nawet taka chwila wystarczyła mu, żeby wpaść w stupor.
– To, w co wierzysz.
– Nie wierzę – odparł dziwnie twardo, znów agresywnie i mocno zacisnął dłoń na kubku. Potem jednak jakby stracił impet, pochylił się, objął naczynie drugą ręka i uniósł do ust. – Boję się wierzyć – dodał znacznie ciszej i pokorniej. – O to właśnie chodzi, że boję się… że to, w co wierzyłem, to mogłaby być prawda i… Tak, czasem mnie to budzi. Czasem inne rzeczy. Nieważne.
Rei nie drążył. Miguel siedział skulony, popijał herbatę małymi łykami i patrzył przed siebie pustym, nieruchomym wzrokiem.
– Przemyśl to chociaż – poprosił po naprawdę długiej chwili.
[/interlina]

C.D. ---------->

ODPOWIEDZ