UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Jestem odpadem atomowym [skończone]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 28 grudnia 2016, 15:30

Prześlicznie dziękuję <3 Jeszcze jeden infodumpowy, ale od 7 coś się powinno zacząć dziać. I będą wzięte do serca uwagi ;)

ROZDZIAŁ VI
JUST BECAUSE YOU HAVE THE EMOTIONAL RANGE OF A TEASPOON DOESN’T MEAN WE ALL HAVE



Mongolia – Co, kurwa?! – generał Kuzniecow parsknął pogardliwym śmiechem.
– Cesarzowa Mao Chen – powtórzył adiutant tonem zdradzającym pewne wahanie, jakby nie był do końca pewien, czy wyjdzie z namiotu dowództwa żywy.
Cóż, to samo szaleństwo, które dodawało żołnierzom sił na polu bitwy i podnosiło ich ducha, w nielicznych chwilach ciszy i spokoju sprawiało wrażenie w przedziwny sposób za dużego, jakby niemożliwego do pomieszczenia w ciele generała i wydawało się, że zmuszona do siedzenia na grzędzie Falborg zaraz zatopi szpony w czyimś sercu. Nikt nie był w stanie jej zobaczyć – może tylko w obłąkańczym spojrzeniu Kuzniecowa – ale jej obecność rosła nad obozem ciężką, przytłaczającą kurtyną jak nadciągająca z daleka, ale nieunikniona nawałnica.
Borys ryknął gromko, zdjął nogi z polowego stołu i uderzył dłońmi o uda. Śmiał się długo, głośno i szaleńczo, aż po bladych policzkach, na których silne stepowe wiatry wyrzeźbiły już bruzdy, zaczęły płynąć łzy rozbawienia.
– Żałosne! – rechotał, pociągnąwszy solidny łyk z flaszki. – Wielki tygrys posyła do boju swoją słodką kotkę!
– To jednak Połączona – przypomniał Morozow z kwaśną miną.
– Kpina, nie Połączona! – splunął Kuzniecow i spoważniał w ułamku sekundy. Wbił zimne, jasne oczy w adiutanta i zmarszczył białe brwi. – Zapamiętajcie sobie jedno – wycedził, a powietrze wokół niego jakby zgęstniało. – Połączony Połączonemu nierówny, a ta cała Chen nie jest warta garści gówna. O to właśnie Żółtkom chodzi, żebyście tego nie rozumieli, ale ja rozumiem to za was i przysięgam, że jeśli zobaczę, jak trzęsiecie portkami, osobiście dopilnuję, żebyście mieli przed czym trząść. Czy to zrozumiałe?
– Zrozumiałe, towarzyszu generale! – zasalutował Morozow.
– No! A teraz won i urwij łeb każdemu, kto będzie plotkował o wielkiej mi, kurwa, Połączonej! – Oczy Borysa znów błysnęły obłąkańczo. – Chen to miękka pierdoła.
– Tak jest!
– Powtórz!
– Chen to miękka pierdoła, towarzyszu generale!
Dwa łyki wódki później namiot ponownie był niemal pusty. Podmuch wiatru szarpnął połami.
– Kici, kici, Mao. Chodź do wujka, ukręci ci parszywy łebek i ujebie łapki – mruknął Borys do siebie i cisnął pustą butelkę w kąt.
Nie miał pojęcia, w co właściwie pogrywa z nim Rei, posyłając do Mongolii tę swoją żałosną cizię. Nie dość przecież, że wrośnięta w jej umysł Galux nie oferowała żadnej przydatnej na takim polu walki mocy, to jeszcze Mao nie najlepiej się z nią dogadywała. Ich koegzystencja zaczęła się w końcu od trwającej dobre paręnaście miesięcy dominacji Bestii, jak się zresztą okazało, bardziej zwierzęcej niż rozumnej, kiedy to Chen łaziła na czworakach, porozumiewała się miauknięciami i żarła kocie chrupki. Jak ktoś taki – ktoś, kto nie był nawet w stanie postawić się przeciętnej Galux – mógł zagrozić któremukolwiek z rosyjskich Połączonych?
No, chyba że chodziło o rozwścieczenie i upokorzenie Kaia, wtedy Rei był na najlepszej drodze do osiągnięcia celu z hukiem.
Borys mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. No, to akurat chętnie zobaczyłby na własne oczy. Falborg miała na ten temat oczywiście własne zdanie, ale jego osobiście cieszyła każda szpila wbijana Hiwatariemu we wrażliwe miejsca. Lubił wyobrażać sobie Kaia zaciskającego zęby i puszczającego parę z uszu, byleby nie zniżyć się do okazywania złości.
Zaśmiał się do tego obrazu, ale śmiech szybko przeszedł w kaszel. Kuzniecow przyłożył pięść do ust, by stłumić odgłos. Poczuł, jak o wierzch dłoni uderza ciepła kropla.
– Kurwa – syknął wycierając rękę o spodnie.
Znowu.
Zdarzało się coraz częściej. A przecież – w przeciwieństwie do starego, pojebanego Sabaki – brał lekarstwa regularnie. W dodatku ingerowano w jego organizm na niższym poziomie. Nie powinien reagować aż tak gwałtownie.
Ostatnie, czego chciał, to żeby stan własnego organizmu zmusił go do wycofania się i skorzystania z pomocy Hiwatariego. Nie teraz w każdym razie. Nie, kiedy do Mongolii zmierzała zadufana Mao Chen, której zamierzał przykładnie utrzeć zadarty nos. Może potem.
A może wcale.


Buenos Aires
Zachodzące słońce na moment rozpaliło salon do czerwoności, a potem niebo niespodziewanie zaczęło się gwałtownie ściemniać. Szarość i zgaszone odcienie fioletu wypełzały podstępnie z kątów i zza mebli, długie cienie rozlewały się, anektując podłogę. Cicho szumiała ulica, ktoś się śmiał, a zza ściany dochodził przytłumiony głos rozmawiającej przez telefon Leonor. Całość, razem z ciepłym, nieco wilgotnym powietrzem, tworzyło złudną iluzję spokoju.
– Powinieneś zrobić to wcześniej, Robert – mruknął z dezaprobatą Johnny, opuszczając rolety. – Jeśli ktoś zobaczył ciebie albo Castillo…
– Nie zobaczył, Olsson o to zadbał – odparł Jürgens, dostojnym i bezbłędnym ruchem sięgając po filiżankę z herbatą. – Okoliczne budynki są obstawione.
– Przez ludzi, którym nie ufam – syknął McGregor i odwrócił się od okna, by zapalić światło. Żółty blask żarówki odbił się od jasnych ścian i osiadł miękko na meblach.
– Wystarczy, że ja im ufam. Zresztą mój sobowtór siedzi w Genewie.
– Który?
– Albert.
– Powinieneś był wziąć Rufusa. Jest bardziej lojalny.
– To ty tak twierdzisz.
Szkot prychnął i pokręcił głową, ale Sekretarz Generalny nie powiedział już ani słowa. Znał zdanie Johnny’ego na temat swojego bezpieczeństwa i jego głęboką niechęć do pokładania wiary w cudze umiejętności. Na ogół zresztą doceniał troskę przyjaciela i był za nią wdzięczny, ale też wiedział, że to nadmierna ostrożność. Jako wysoko postawiony urzędnik ONZ miał własnych ludzi, którzy potrafili o niego zadbać, a trzymanie Johnny’ego przy sobie jako osobistej ochrony stanowiłoby zwyczajne marnowanie zasobów.
– Dowiedziałeś się czegoś? – spytał Niemiec półgłosem, korzystając z faktu, że Miguel zniknął w łazience, a Leonor za ścianą.
– Niczego konkretnego – skrzywił się Szkot, siadając w fotelu obok. – To aż dziwne, ale wygląda na to, że przenieśli go do całkiem standardowego karceru. Jak na Południową Amerykę oczywiście. Żadnych śladów podejrzanych eksperymentów albo badań, nikogo wykwalifikowanego w tym kierunku wśród personelu, żadnych dziwnych wizyt. Nic, pod tym względem jest czysty jak niemowlę, papiery też.
– Hm… – Robert oparł na ręce lekko wystający podbródek. – Więc musiał być inny powód.
– Na to wygląda. I raczej nie było to działanie prewencyjne, bo gdyby się go po prostu bali, wsadziliby go tam już lata wcześniej. Więc zostanę tu jeszcze i dowiem się czegoś na miejscu, w więzieniu, z którego go przeniesiono.
– Słusznie – przyznał Robert
– Chociaż to dość dziwne, że mając go u siebie i wiedząc, kim jest, nawet nie próbowali wykorzystać okazji do zbadania sprawy. Może faktycznie nie mają specjalistów, ale przez kilkanaście lat mogli się o coś postarać. Przecież to, kurwa, Ameryka Południowa. Argentyna. Oni tu mają pierdolca na punkcie zbrojeń.
– I sporo rzeczy, o których nikomu nie mówią – przypomniał Jürgens.
– Jasne.
Bo była to prawda i zarówno Miguel, jak i Leonor stanowili doskonały przykład popierający tezę. Budzący sympatię i przyjaźnie nastawieni, przy bliższych oględzinach okazywali się ludźmi bardziej skrytymi niż niejeden Europejczyk. Na pewno mówili o sobie mniej, niż Robert uznawał za pożądane.
– Po prostu trzymaj rękę na pulsie – polecił.
– A pazur na tętnicy. Jak zawsze.
Zamilkł na dłuższą chwilę. Zmrużył oczy, wyraźnie nad czymś myśląc. Postawa z podbródkiem opartym na ręce, nieobecna mina i światło dziwnie działały na jego twarz. Nos wydawał się dłuższy, usta węższe, a oczy głębiej osadzone i ciemniejsze. Miał w sobie coś z drapieżnego ptaka, ale raczej dumnego orła niż sokoła.
– Nie powinniśmy go w to wyciągać – Johnny wtargnął w ciąg szybujących gdzieś pod nieboskłonem wniosków.
– Hm?
– Nie powinniśmy go w to wciągać. Nie wytrzyma tego.
Robert zacisnął usta, przetarł twarz dłońmi.
– Johnny…
– Wiem, co mówię – przerwał mu ostro McGregor. – Obserwuję go od paru dni. I widziałem, w jakim był stanie, kiedy przewieźli go do aresztu. To wrak człowieka, Robert, i nie wiem, co właściwie trzyma go w kupie, ale nie chcę, żeby pękło. Jeśli znowu nałożymy na niego presję, to sobie z nią nie poradzi. I nie sądzę, żeby okręcanie tego watą coś dało.
Niemiec milczał. Siedział pochylony z łokciami opartymi o kolana i nieruchomo patrzył w ciemną szafę. Z łazienki dobiegł ich niespodziewany wybuch głośnego śmiechu. Nie brzmiał ani normalnie, ani czysto, zanieczyszczony przez ostre odłamki histerycznych nut.
Jürgens drgnął, odwrócił wzrok.
– Nie chcę go skrzywdzić – powiedział chyba bardziej do siebie.
– Wiem. Ale szesnaście lat temu też nie chciałeś.
– Szesnaście lat temu żył Barthez, a my musieliśmy szukać wsparcia silniejszych od siebie – głos Roberta zadrżał nagle od tłumionej wściekłości. – Byliśmy za młodzi, to wiązało nam ręce.
– I to naprawdę ja, młotek, muszę ci mówić, że niewiele się w tej kwestii zmieniło? Od ilu ludzi jesteś teraz zależny, co? Ilu dyszy ci w kark? Myślisz, że nagle odpuszczą, bo ich ładnie poprosisz?
Jürgens oczywiście wiedział to doskonale, naprawdę nie potrzebował przypomnienia. Nie chciał go, choć miał świadomość, że odsuwanie od siebie myśli o plątaninie układów jest w tej chwili skrajnie nieodpowiedzialne. Ale nie czuł się na siłach. To, o czym marzył, to dzień, dwa oddechu, kiedy mógłby wyobrażać sobie, że wszystko jest proste i potoczy się odpowiednim torem.
I tylko świat nie zamierzał poczekać, aż Sekretarz Generalny nieco odpocznie.
– Przynajmniej zminimalizuję szkody – mruknął na wpół do siebie.
Johnny pokręcił głową.
– Mam złe przeczucia – wyburczał.

*

Zaczęło się oczywiście przypadkiem, to znaczy po prostu oparł się ręką o krawędź wanny. Coś zawarczało, coś zabulgotało i kolejna po hotelowej łazienka przypuściła na niego podstępny atak. Tym razem jednak efekt okazał się o wiele bardziej zadowalający i Miguel wybuchł śmiechem, kiedy zewsząd otoczyły go bąbelki. Jego wzrok jakoś tak przypadkiem padł na półkę i stojącą na niej butelkę z płynem do kąpieli. Zachichotał chytrze i dolał go nieco do bulgoczącej wody, a po chwili namysłu chlupnął raz jeszcze, znacznie śmielej. Wokół niego rosły łaskoczące fortyfikacje z piany. Pachniało czymś słodkim i to z jakiegoś powodu rozbawiło go jeszcze bardziej. Zanurzył się na moment, by potem gwałtownym ruchem wychlapać sporo wody na podłogę.
– Jezu… – westchnął, opadając plecami na krawędź wanny, odchylając głowę i pozwalając ciału się odprężyć.
Przymknął na moment oczy i nie myślał o niczym, prócz spiętych mięśni, w których zmęczenie odkładało się przez lata twardymi skorupami. Nie łudził się, że jedna kąpiel, nawet tak zarąbista, je usunie – pewnie i dziesięć nie wystarczy – ale miło było przez moment czuć, jak nieprzyjemne wrażenie wrośnięte w jego ciało tak, że przez większość czasu nawet go nie zauważał, stopniowo ustępuje.
Jednak głowa Miguela rzadko pozostawała tak naprawdę pusta, nawet jeśli sprawiał wrażenie zupełnie wyłączonego, więc już po chwili zaczęły spływać do niej obrazy i głosy z ostatnich dni. Jako nastolatek nie miał tak nachalnej pamięci, ale potem coś zaczęło się zmieniać. Coś w jego mózgu się przestawiło i z wiekiem coraz częściej tracił moce przerobowe na bezproduktywne odtwarzanie scen z przeszłości, z których kilka powtarzało się z uporczywością doprowadzającą go niekiedy do szału.
W tamtym jednak momencie, zanurzony w nieprzyzwoitej ilości piany i podgrzewającej się wodzie, przyjął to zaskakująco spokojnie.
Zaczęło się od Leonor. Pewnie przez kolejne niespodziewane spotkanie po latach, z których czekało go jeszcze kilka – miał taką świadomość.
Była ostatnią życzliwą osobą, jaką widział, zanim odcięto mu możliwość jakichkolwiek kontaktów ze światem zewnętrznym. Pamiętał, że jej pierwszą wizytę od czasu aresztowania odebrał niemal jak atak. Siedział nieruchomo, nie chciał na nią patrzeć, nie odpowiadał na pytania, nie reagował na inne próby nawiązania kontaktu, a na końcu wybuchł złością i kazał się jej wynosić. Spotkanie przerwali zaalarmowani podniesionymi głosami strażnicy i jej odejście – a raczej same odchodzące buty – obserwował już z perspektywy podłogi, z policzkiem wciśniętym w chłodną posadzkę.
Po tym, jak zapadł wyrok, zrozumiał nagle, że była to zwyczajna reakcja obronna, żałosne drapanie zapędzonego w ciemny kąt zwierzęcia, które nagle odkryło, że bezpieczna kryjówka na końcu świata to tylko zamknięte w wyrazie buntu oczy i nic tak naprawdę nie zniknęło. Ani ona, ani żadna inna twarz po drugiej stronie krat.
W efekcie dwie kolejne wizyty miały już zupełnie inny przebieg, choć Miguel pamiętał też, jak bardzo był zaskoczony faktem, że Leonor w ogóle do nich dążyła. Nie chodziło tylko o to, jak potraktował ją za pierwszym razem, ale również o fakt, że podczas przesłuchań na jaw wyciągnięto wszystko, czego tak bardzo się wstydził. Prześwietlono całe jego życie z wszechogarniającą miernotą i brudem, roztrząsano mniejsze i większe grzechy, wywlekano jak flaki z ciała najbardziej obrzydliwe myśli i pragnienia. Padło wiele pytań, na które nie potrafił odpowiedzieć. Dlaczego to, dlaczego tamto. Nie wiedział dlaczego. Bo różne rzeczy. Bo strach, bo naiwna wiara, że jakoś to będzie, bo był tylko dzieckiem. Bo za długo nikt nie chciał mu pomóc, a on nie przyznawał, że tej pomocy potrzebuje albo zwyczajnie o tym nie wiedział.
Czegokolwiek jednak nie mówił, jego słowa dostawały się w tryby prokuratorskiej machiny i kompletnie traciły sens. Nagle znów to Jean-Paul Barthez był tym dobrym. Człowiekiem, który dał mu szansę, jakiej w innych okolicznościach nigdy by nie otrzymał, a którego niewdzięczny wychowanek zamordował potem z zimną krwią, skręcając mu kark po wcześniejszym połamaniu paliczków.
Miguel słuchał tego z zamkniętymi oczyma, a w głowie w kółko odtwarzał tamtą scenę. Widział dyszącego z wściekłości Jurija Ivanowa i jego sine, długie place na gardle próbującego się bronić Bartheza. Słyszał trzask pierwszego pękającego palca i warkot Rosjanina.
Zabawne, mówił wówczas Jurij, ścierając na miazgę całą jego brudną przeszłość i ostatecznie zrywając tę przynajmniej smycz. Jurij, który z nich wszystkich pragnął wolności najbardziej i był gotów wgryzać się w gardła wszystkim chcącym z powrotem zagnać ich do klatek. Naprawdę zabawne, że wszyscy chcą nam pomóc, a kończymy zawsze ten sam sposób. Zniszczeni i wykorzystani. Torturowani. Złamani psychicznie i zmuszeni do lizania wam butów. Otóż skończyło się. Dorośliśmy.
Nie dorośliśmy, odpowiadał mu w myślach Miguel wiele dni za późno. O to właśnie chodzi, że nie dorośliśmy i pewnie nigdy nie dorośniemy. Zawsze będziemy tymi samymi zepsutymi, wybrakowanymi emocjonalnie kukiełkami. I ty, i ja.
Wracając myślami do Metropolu, słyszał też nerwowe uwagi Rethy i uspokajający głos próbującego nawiązać z nim kontakt Siergieja. To nie było łatwe, zwłaszcza po tym, jak Barthez skonał wreszcie pod kolejnym ciosem Jurija. Prochy mocno zaburzały percepcję, nie pomagał uciążliwy ból poranionych pleców, który nie chciał zniknąć jeszcze długo po tym, jak zabliźniły się miejsca po odciętych skrzydłach. Miguel robił wszystko, żeby nie przekroczyć granicy, za którą czekała ciemność i utrata kontroli nad własnym losem, ale i tak balansował na krawędzi przytomności.
Odtwarzając tamte sceny w głowie, gdy siedział na ławie oskarżonych, miał ochotę wstać i wykrzyczeć im w twarze wszystko. Naprawdę wszystko. Od samego początku, a przynajmniej od tej przeklętej chwili, w której Barthez zabrał go z bidula, obiecując nowe, lepsze życie i wielką sławę. Ale wtedy nagle dotarło do niego, że nikogo to nie obchodzi, że przecież już o tym wszystkim opowiadał, kiedy Hiromi namówiła go, by wywlókł na światło dzienne całe upokorzenie spirali fizycznej i psychicznej przemocy, w jaką wpadł, chcąc wyrwać się losowi sieroty i coś w życiu osiągnąć.
Siedział więc cicho, a beznadziejność całego położenia docierała do niego falami dreszczy i gorąca. To już nie była jego decyzja. To już nie był on dobrowolnie oddający się w ręce policji i przyjmujący karę, na którą w swoim mniemaniu tym czy innym zasłużył, a zwyczajna matnia. Jedyny możliwy scenariusz tak naprawdę, a skoro tak, ostatnia desperacka próba zachowania prawa do decydowania o sobie okazywała się gówno wartą iluzją.
Rozmawiał o tym z Leonor podczas jej drugiej wizyty. Właściwie się jej spowiadał, a ona słuchała lub przynajmniej udawała, że słucha, choć przecież kilka miesięcy wcześniej twierdziła, że jego życie prywatne ma w dupie. Sytuacja zmieniła się jednak od tamtego czasu diametralnie, podobnie jak ich relacja – irracjonalna i nieprawdopodobna, pozbawiona jakichkolwiek sensownych podstaw poza czystym przypadkiem.
Na końcu jednak ponownie sprowadziła go do parteru. Tak jak tylko ona potrafiła i miała odwagę.
Kiedy zorientował się, co zamierza zrobić, było już za późno na reakcję, a mimo to próbował. Wyciągnął rękę z zamiarem złapania jej za nadgarstek.
Nie zdążył.
Cofnęła dłoń, odskoczyło wieczko zapalniczki i opary benzyny zajęły się od iskry. Miguel momentalnie poczuł, jak robi mu się sucho w ustach. Wzrok stał się nieruchomy, szklany, łakomie utkwiony w jasnym, wijącym się hipnotycznie płomieniu. Dopiero po paru chwilach Lavalier wypuścił powoli powietrze, niejasno uświadamiając sobie, że wstrzymywał oddech aż do bólu płuc.
– Nie powinienem… – wyszeptał chrapliwie.
Leonor pokręciła głową, patrząc wprost na niego, na skamieniałą od nadmiaru emocji twarz.
– Tak sądzisz? – spytała. – Myślisz, że unikanie bodźca coś ci da? Czytałam o tym trochę. Wiesz, kiedy się zaczęło. Cała ta akcja z biegłymi, psychologami, psychiatrami, przesłuchania. Chciałam wiedzieć, co się dzieje. Chciałam to zrozumieć. I wiem…
– …że jest nieuleczalne.
– Tak. I że czasem jest dla ciebie jedynym wyjściem, w przeciwieństwie do ucieczki.
Miguel zakrył twarz dłońmi. Czuł, jak drżą, jak bardzo pragnie je zabrać i dalej patrzeć, pozwalać, żeby wszystko inne rozpływało się w niebycie i zostaje tylko on. Ogień. Wiedział też, że jeśli na to pozwoli, znów odda komuś władzę nad sobą.
– Rozmawiałam z Emily York – głos Leonor docierał do niego z daleka. – Tłumaczyła mi, jak to się odbywa. Jak zmieniają was Bestie i że chodzi o pojedyncze geny. Podała nawet, który to dokładnie w twoim przypadku, ale nie zapamiętałam. W każdym razie, nie masz na to wpływu.
I o to właśnie chodziło – o to, że nie miał wpływu. Że to się działo poza nim. Nikt nie kontrolował go tak jak Kai Hiwatari Rosjan, po śmierci Bartheza nikt nawet nie kontrolował go w mniej oczywisty sposób, za pomocą szantażu emocjonalnego, ale i tak wciąż znajdował się na uwięzi, w dodatku w mocy własnej głowy.
Podczas trzeciej wizyty odważył się wreszcie zapytać Leonor, dlaczego to wszystko robi.
– Bo mogę – odpowiedziała najpierw wymijająco, ale nie chciał odpuścić.
Cały ten układ od początku był zachwiany. Dzieliło ich wszystko – od wieku począwszy, a na społecznym statusie skończywszy – i Miguel nie potrafił wyobrazić sobie niczego, co do tej relacji wnosi.
– No dobrze – zmiękła w końcu. – Jest powód, ale nie chcę, żebyś go znał, bo to moje własne i prywatne sprawy. Tak lepiej?
Nie, wcale nie było lepiej. Niemniej przytaknął, bo przecież dostał, czego chciał.
Kolejnego spotkania już nie było. Lavalier czekał na nie długo. Najpierw niecierpliwie, potem po prostu mocno, potem coraz słabiej, ale jednak niekiedy budząc się w nocy z myślą, że to może jutro.
A potem już wcale.
Ale potem to już w ogóle nic nie było ważne. Świat po prostu zaczął się zmieniać.
Z ciągu myśli wyrwało go zdecydowane pukanie w drzwi.
– Zaraz ci płetwy wyrosną! – skomentował wyraźnie zniecierpliwiony McGregor.

Lijiabaoxiang
A więc Hiromi miała rację.
Wiadomość o tym, że złapano szpiega i że jest to Połączony dotarła do Reia przed dwoma tygodniami, ledwie kilka dni po wyjeździe Mao. Tyle też czasu zajęło mu przekonanie Rady Państwa, że w tych okolicznościach – jednak dość szczególnych – powinien zobaczyć się z jeńcem osobiście. Chciał spojrzeć mu w oczy i zadać pytania, o których tylko on jeden wiedział, że powinny paść.
To czasami naprawdę było uciążliwe – jak wszystkim dookoła wydawało się, że wiedzą więcej o Połączonych niż oni sami. Wprost zadziwiające, że tak niewiele zmieniło się to na przestrzeni lat. Nawet jeśli niejedna z tamtych twarzy stanowiła już tylko przeszłość, nadal trzeba było tłumaczyć te same rzeczy i udowadniać te same prawdy.
I nadal wymagało to takich samych, o ile nie większych nakładów cierpliwości.
Całą drogę do Lijiabaoxiang Rei spędził w całkowitym niemal milczeniu, odzywając się tylko wówczas, gdy było to absolutnie konieczne. Medytował. Próbował wyrzucić z głowy powidoki pożegnania z Mao i starcia z ministrami, a tym samym przygotować się na spotkanie z człowiekiem, który miał doprowadzić do jego klęski. Z każdym kolejnym głębokim oddechem był tego coraz bliżej – lata praktyki sprawiły, że nauczył się kontrolować zarówno swoje ciało, jak i umysł nieomal doskonale.
Dbał o to, by nic w jego życiu – najdrobniejszy nawet gest – było dziełem przypadku. Uprawiał je jak rolę. Starannie i z pełną odpowiedzialnością za każdą podejmowaną decyzję.
Wojskowy kompleks nieopodal Lijiabaoxiang stanowił właściwie skupisko baraków. Zaledwie trzy budynki, w tym siedziba dowództwa i część z karcerem, zbudowane były z kamienia. Ale też miejsce to nie miało nigdy się bronić. Zasieki pod napięciem, głębokie doły i zwoje kolczastego drutu uniemożliwiały jedynie wydostanie się na zewnątrz tym, którzy znaleźli się za bramą – wywiezionym w głąb Chin jeńcom wojennym specjalnej wagi.
Rei mimowolnie wzniósł wzrok ku jednej z bambusowych, krytych strzechą wieżyczek strażniczych.
– Wasza cesarska mość.
Otworzyły się drzwi terenowego samochodu i Kon wysiadł wprost w gęste błoto pokrywające cały plac. Kilka metrów przed nim – w tej samej brei – klęczeli ci z jeńców, którzy byli w stanie się poruszać i których wygoniono z baraków, a także część niższych rangą strażników. Ci ostatni bili pokłony.
– Niech będzie chwała Boskiemu Synowi Niebios! – krzyknęli jednym głosem Chińczycy. – Niech żyje Biały Tygrys!
A potem ku jego czci salwą z karabinów roznieśli w krwawy pył mózgi Rosjan z pierwszego szeregu.
Twarz Reia nawet nie drgnęła, gdy martwe ciała jeńców upadały w błoto u jego stóp z mokrym, obrzydliwym plaśnięciem, choć całe jego wnętrze skręciło się w proteście. Patrzył przed siebie niewzruszony, a potem zaplanowanym, doskonałym w tej sytuacji gestem skinął głową i bez słowa dał się poprowadzić dalej – do jednego z budynków, gdzie, jak mu szybko wyjaśniono, trzymano pojmanego szpiega.
Ledwie przekroczył próg murowanego budynku, który właściwie w części był ziemianką, i nagły chłód zmroził go do kości.
– Proszę tędy, wasza cesarska mość – wskazano mu jedną z ciasnych, cuchnących ludzkimi odchodami cel.
Szczeknął zamek, jęknęły ciężkie kraty i Rei stanął naprzeciw jeńca.
Nie tego się spodziewał.
Nie wiedział, czego właściwie, ale nie tego, choć przecież Hiromi wyraźnie sugerowała, że w akcję mogą być zaangażowani Połączeni niebiorący oficjalnie udziału w wojnie. Zdaje się nawet, że wymieniła to imię.
– Claude Tavarez… – powiedział Rei matowym głosem, patrząc na zakrwawionego szpiega przed sobą.
Pokryte kolorowymi, hipnotycznymi tatuażami ramiona obejmowały po dwie obręcze kajdan każda – po jednej przed łokciem. Białe skrzydła nosiły z kolei ślady walki. Peruwiańczyk złożył je za plecami, by w ogóle zmieściły się w celi, ale i tak dało się dostrzec połamane i zabarwione na różowo lotki. Małżowiny uszne znaczyły czerwone szramy po wyrwanych licznych kolczykach, a płatki wisiały porozdzierane na trzy części. Spojrzawszy w dół, Kon dostrzegł, że obie sparaliżowane po walce pod moskiewskim Metropolem nogi zostały ucięte w połowie ud – zapewne przez wzgląd na wygodę, wszak Claude i tak poruszał się w inny sposób.
Uśmiechał się. Ale był to obłąkańczy uśmiech człowieka na skraju wytrzymałości. Olbrzymie, migdałowe oczy wzniosły się ku Konowi powoli.
Widział w nich ból, owszem, ale także nadzieję na ratunek.
– Rei… – wyszeptały z trudem rozbite, spierzchnięte usta.
Rozległ się odgłos uderzenia otwartą dłonią i głowa spoliczkowanego Tavareza odskoczyła na bok.
– Bai Hu – wycedził Kon. – Dla ciebie Bai Hu, zdradzieckie ścierwo.
I nadzieja zgasła.
Buenos Aires
Wychodzący z łazienki Miguel – uśmiechnięty, swobodny i ze zmierzwionymi, mokrymi włosami – wyglądał nieco, jakby ktoś go podmienił i jakby coś we wszechświecie postanowiło wyśmiać absolutnie wszystkie obawy Johnny’ego sprzed parunastu minut. Koszulka lepiła się do niedokładnie wytartego ciała, ale bose stopy szczęśliwie nie zostawiały po sobie kałuż.
– Nie wiem, kto sprzedał za tę łazienkę duszę, ale zrobił interes życia – skomentował tonem, który co najmniej zbijał z tropu.
Robert posłał Johnny’emu pytające spojrzenie, ale w odpowiedzi dostał tylko wzruszenie ramion.
– Cieszę się, że nastrój ci się poprawił, bo jest jeszcze parę rzeczy do poruszenia – powiedział więc.
– Mhm. Ja bym na przykład coś zjadł.
– Miguel…
– Mówię bardzo serio. Wcześniej jakoś wyleciało nam z głowy.
W efekcie krótkiej, choć intensywnej burzy mózgów, gdy okazało się, że z gotowaniem w tym gronie to tak słabo i może ewentualnie jajecznica albo ryż w woreczkach, pół godziny później wszyscy pochylali się nad zamówionymi epanadami. Obserwowanie, jak Robert usiłuje jeść swoją w sposób dystyngowany i jednocześnie nie stracić zbyt wielu dodatków, poprawiło humor Miguelowi jeszcze bardziej.
– Ja na przykład chciałabym wiedzieć – zaczęła Leonor, oblizawszy palec z tłustego sosu – co mieliście na myśli, kiedy zaczęliście mówić półsłówkami.
– Nie sądzę, żeby to było istotne z pani punktu widzenia, pani Castillo – odparł z rezerwą Robert, który, dla odmiany, swoich palców definitywnie nie oblizywał, za to jednym z nich usiłował dyskretnie powstrzymać uciekającą na wolność wołowinę.
– Wszystko jest istotne z mojego punktu widzenia, panie Jürgens.
– Chodzi o to, że jestem dupa wołowa – wyjaśnił Miguel, nie dając Robertowi szans na ripostę.
– To znaczy?
– Klasa mocno średnia, miejskie autko ekonomiczne, w dodatku nielot. Ogień zawsze będzie robił wrażenie, jasne, ale kiedy ostatnio pojedynkowałem się z Kaiem na turnieju, jeszcze nie byliśmy połączeni, zdmuchnął mnie jak pierdoloną świeczkę – Lavalier skrzywił się na wspomnienie. – A możesz mi wierzyć, Leonor, że wycisnąłem z siebie wszystko, co mogłem.
– Przesadzasz – skomentował usmarowany cholesterolem po samą brodę Johnny, ale nie dało się ukryć, że brzmi to trochę jak odpowiednik pocieszycielskiego klepania po łopatce.
– Nie przesadzam, to było wszystko.
– Nie, przesadzasz, że jak świeczkę.
– Miguel – westchnął Robert – ktoś ci kiedyś tłumaczył, czym są informacje o znaczeniu strategicznym i dlaczego trzyma się je w tajemnicy?
– Sam mówiłeś, że nie zamierzasz mnie posyłać na front – Lavalier wzruszył ramionami. – A tak przynajmniej Leonor wie, że ewentualne pokazy propagandowe z moim udziałem będą do niczego i nie należy ich organizować.
– Dziękuję za ostrzeżenie – Castillo usiłowała wykrzesać z siebie żartobliwy ton, ale nie wyszło najlepiej. Widać było, że nowe wieści nie za bardzo się jej podobają. – Nielot? – zmarszczyła lekko brwi, jakby nagle przypomniała sobie o tym słowie.
W męskiej części grona nastąpiło ciche pochrząkiwanie i wymiana spojrzeń.
– Długa historia – burknął w końcu Miguel. – Kiedyś nazywali nas, mnie i Claude’a, mojego turniejowego partnera… Wiesz, dobierali nas w pary, że niby przeciwieństwa, Robert i Johnny też byli duetem i Claude, no, on był tą anielską częścią duetu, gracja, precyzja, te sprawy, a ja… wiesz, tą drugą, i…
– Nazywali ich skrzydlatymi gladiatorami – pospieszył z pomocą McGregor. – Nie tak całkiem przypadkiem.
Leonor zmierzyła Lavaliera badawczym spojrzeniem, jakby szukała, o czym dokładnie mowa. Westchnął i szybkim ruchem zdjął koszulkę, po czym odwrócił się do niej plecami.
– Jak widzisz, miałem mały wypadek – powiedział.
– Żeś sobie pamiątkę jebnął, jak widzę – skomentował McGregor pokrywający niemal całą powierzchnię skóry od łopatek do pasa tatuaż nietoperzych skrzydeł.
Jego górna część okalała dwie brzydkie podłużne blizny, na których widok Leonor odruchowo zakryła usta dłonią. Nadal nie przyzwyczaiła się, że w półświatku Połączonych pewne rzeczy należy traktować bardzo dosłownie i nie sądziła, żeby miała się kiedykolwiek przyzwyczaić.
– No więc – Miguel z powrotem zanurkował w koszulkę – nie dość, że jestem przeciętny, to jeszcze wybrakowany. Jeśli faktycznie miałoby dojść do jakichś bezpośrednich starć między Połączonymi…
– Już doszło – przypomniał Robert.
– …to żadnej realnej siły nie dam. A już na pewno nie sam, bo Gargoyle to nie jest w gruncie rzeczy Bestia bojowa.
– No nie – przytaknął Johnny – ma raczej defensywne znaczenie i jest dedykowany działaniom operacyjnym.
Miguel uniósł brew.
– No to wiesz więcej niż ja – podsumował.
– Emily wie. Rozpracowała wszystko.
Robert już nawet nie wzdychał.
– W sumie i tak dobrze, że nie rozmawiacie o tym przy piwie w publicznym miejscu – mruknął, wycierając palce w serwetkę.
– No a poza tym – Miguel gładko wrócił do głównego wątku – jak wspomniałem, to Claude był od precyzyjnych uderzeń. Atakował elegancko, a ja zawsze robię wokół siebie trzy razy za dużo zamieszania. Zwłaszcza kiedy mi na czymś zależy, tracę kontrolę nad Bestią. W Moskwie, w dwa tysiące piętnastym, chciałem tak naprawdę tylko odciąć drogę ludziom Balkowa i dać czas Jurijowi na wyciągnięcie Reia z ruin stadionu. A jak wyszło, to wiadomo. Może nie znam się specjalnie na taktyce, ale broń, która przynosi więcej strat niż korzyści, to chyba gówno a nie broń.
– Szczęśliwie nikt tu nie zamierza cię wykorzystywać jako broni – przypomniał Robert.
– No nie, ale jako pierdostojkę już tak. Jakkolwiek nadal uważam za dziwne ustawianie granatu odłamkowego w salonowej gablotce.
– Powiedzmy, że rozumiem – podsumowała Leonor, po czym zmrużyła oczy, wyraźnie czymś zasępiona. – Nie powiem, trochę to komplikuje sprawę – przyznała.
– W jakim sensie?
– Po prostu byłabym o ciebie spokojniejsza bez tej wiedzy.
Miguel wzruszył ramionami, ale poza tym nie skomentował. Nie od razu przynajmniej.
– Potrafię o siebie zadbać – burknął jednak, gdy cisza zaczęła się nieprzyjemnie przedłużać.

Lijiabaoxiang

W celi ledwie było czym oddychać, a gdyby nie wystarczył brak tlenu, nos Reia coraz dotkliwiej zatykał panujący w całym budynku odór. Ostatecznie zarządził więc wyprowadzenie jeńca do innych pomieszczeń. Claude’a wleczono najpierw po posadzce, potem po błocie zmieszanym z krwią. Kon teraz dopiero zauważył, że kajdany mają też specjalne obejmy na skrzydła, co oczywiście miało sens, ale musiało sprawiać Tavarezowi sporo dodatkowego bólu.
Nie protestował i nie próbował się wyrywać. Twarz miał całkowicie pozbawioną wyrazu, a rozwarte szeroko oczy wydawały się zupełnie nieruchome. Wyglądał jak człowiek w katatonii, ale gdy wreszcie dowleczono go na miejsce, wybudził się z letargu.
Rei z trudem znosił jego widok i sam nie potrafił zdecydować, co ma na to największy wpływ. Nigdy nie byli w bliskich stosunkach. Po ostatnich „normalnych” mistrzostwach świata nawet się już nie widzieli. Zdrada nie powinna go zatem tak dotknąć, nie powinna budzić wściekłości, którą z trudem od siebie odsuwał. Co innego Rosjanie. Kai Hiwatari, dawny przyjaciel i kapitan drużyny chociażby, winny niewybaczalnych zbrodni i kłamca o rękach zbroczonych niewinną, cenną krwią. Jurij Ivanow, urodzony przywódca, dawny rywal, potem człowiek wskazany przez Hiromi jako dowodzący akcją, a prywatnie szuja i ludzki śmieć pozbawiony sumienia. Co innego oni, którym Kon dawniej ufał, a którzy wykpili jego naiwność i dobre intencje. O Tavarezie – niegdyś pupilku Bartheza – od dawna przecież było wiadomo, że tańczy, jak mu grają, i zawsze będzie szukał silniejszego, by się na nim wesprzeć i chronić za jego plecami, a wszelkie pojęcie honoru jest mu całkowicie obce.
Co więc było w tej scenie tak naprawdę zaskakującego?
Rei, patrząc z góry na żałosną postać skatowanego Claude’a, nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie. Wrażenie pozostawało jednak silne i nie chciało się ulotnić.
Może chodziło o to, że Tavarez mimo wszystko należał do grona tych, za których Kon był gotów mścić się na Kaiu. W końcu to przez Hiwatariego skończył sparaliżowany.
– A więc pracujesz dla Amerykanów – podsumował wstępne informacje, siadając na stołku. – Sprzedałeś się Mizuharze?
– A co ty zrobiłbyś na moim miejscu…? – wycharczał Claude. Odpluł krew z rozbitych ust. – Wylądowałem sparaliżowany. Sam. Nagle okazało się, że nie ma nikogo, bo wszyscy spierdoliliście z Moskwy, i najpewniej trafię w ręce Kaia. Tego nie chciałem. Tego jednego na pewno nie chciałem. Wiem, co by ze mną zrobił.
– Było inne wyjście – ocenił zimno Rei.
– Jakie niby?
– Śmierć.
Tavarez spojrzał na niego zszokowany.
– Nie mówisz poważnie…
– Mówię całkowicie poważnie – odparł Kon ze stanowczością w głosie. – Byłeś wrogiem, posiadałeś cenne informacje dla każdej ze stron. Dałeś się złapać. Jedynym honorowym wyjściem była śmierć, a nie kolejny śliski układ.
– Do cholery, miałem dwadzieścia lat! – zaskowyczał Claude. – Życie przed sobą! Plany!
– I strzaskany kręgosłup – przypomniał Rei bezlitośnie. – Zresztą to samo powinieneś był zrobić teraz. To, co cię spotyka, to tylko konsekwencja twojego tchórzostwa.
Tavarez milczał z zaciśniętymi ustami. Drżał na całym ciele, zwisając z podwójnych kajdan. A potem roześmiał się nagle zimno.
– Tchórzostwa! – wypluł z odrazą. – To wy jesteście tchórzami, jeśli wolicie sobie to tak tłumaczyć. Wszystko tylko czarne albo białe, jakbyście nadal mieli po naście lat. – Podniósł na Reia przekrwione oczy i cesarz nie widział w nich już strachu, a jakiś dziwny, jednostajny i ciężki gniew. – Tak łatwo przychodzi wam ocenianie. Tak łatwo przychodzi wam nazywanie tchórzami wszystkich, którzy myśleli inaczej i próbowali się w tym odnaleźć, bo nie chcieli głupio szarżować. I co? – Zęby błysnęły w okrutnym uśmiechu. – Jak skończyliście?
– A ty?
– A ja popełniłem błąd, że do was dołączyłem, choćby na chwilę. Gdyby nie to, byłbym zdrowy.
Kon nie odpowiedział. Głównie dlatego, że trudno było temu zaprzeczyć.
– To wy rozpętaliście tę wojnę – syczał dalej Claude i Rei poczuł, jak dłonie zaciskają mu się w pięści. – Wy i wasze durne przekonanie, że wiecie lepiej. W czym jesteście lepsi od nich? Od Balkowa? Bartheza? Bo co, bo to nam nasrano do głów Bestiami, więc mamy jakieś większe prawo?
Zabrzęczały łańcuchy i ciało Tavareza z impetem uderzyło o ścianę.
Rei zamarł, kiedy dotarło do niego, jak bardzo stracił nad sobą kontrolę. Przymknął oczy i powoli wypuścił powietrze z płuc. Mógł dziękować bogom, że został z jeńcem sam i nikt nie ogląda chwili jego słabości.
– Wyobrażasz sobie, że jesteś bogiem, Rei – wycharczał Claude, gdy znów był w stanie dobyć głosu. – Że to nie twoje decyzje i nie ponosisz moralnych konsekwencji. Och, jak bardzo się kiedyś zawiedziesz…


Buenos Aires
– Jesteś dziwnie milczący – zauważył Robert, kiedy dotarli wreszcie na lotnisko.
– Cały czas mam złe przeczucia – odburknął Johnny, łypiąc podejrzliwie na nowoczesne i oczywiście po argentyńsku monumentalne wnętrze hali odlotów.
– Przesyłka wyleciała już do Paryża, jeśli wszystko poszło gładko, kwateruje się właśnie na miejscu, więc nie ma powodu do złych przeczuć.
Szkot skrzywił się i pokręcił głową.
– Nie o niego teraz chodzi.
– A o co? – Robert uniósł brew i spojrzał na niego z ukosa.
– Nie wiem. Może o ciebie.
Erland Olsson, wielki jak dąb Szwed, szef ochrony Sekretarza Generalnego, zerknął na McGregora niechętnie spod jasnych krzaczastych jak u czarodzieja brwi. Od początku nie podobało mu się, że ktoś patrzy mu na ręce i ze skandynawską powściągliwością, ale jednak niekiedy dawał temu wyraz. Był kompetentny, doświadczony i nie widział najwyraźniej powodu, dla którego ktoś miałby podważać jego autorytet.
Nie zdążył jednak skomentować, bo piknął komunikator.
– Olsson? – Robert obejrzał się na swego ochroniarza i zobaczył twarz zastygłą w wyrazie zgrozy.
– Genewa – rzucił Szwed, wciąż z uchem zakrytym dłonią i wsłuchany w komunikat. – Wyleciała w powietrze.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 29 grudnia 2016, 19:24

SpoilerShow
Ostatnie, czego chciał, to żeby stan własnego organizmu zmusił go do wycofania się i skorzystania z pomocy Hiwatariego. Nie teraz w każdym razie. Nie, kiedy do Mongolii zmierzała zadufana Mao Chen, której zamierzał przykładnie utrzeć zadarty nos. Może potem.
A może nie.
Jest tu pewna niepewność (hehe ehe egh eghgghhh kaszel), przynajmniej ja chwilę się nad tym zatrzymałam. Mówię właściwie o tym kończącym "A może nie".
Facet nie chce TERAZ pomocy Kai'a, stwierdza to. Nie teraz. Może potem.
I pada nagle "może nie" - wskazuje ono raczej na myśl "a może jednak teraz? Nie potem?" niźli na "a może w ogóle nigdy?", o które, jak mniemam, chodziło.
I przez to nie wiem, czy on rozważa odrzucenie wszelkiej pomocy, czy jednak skłania się do poproszenia o szybszą pomoc.
Zasugerowałabym bezczelnie "A może wcale" - gdyby chodziło o wiadomą opcję.
Zamilkł na dłuższą chwilę. Zmrużył oczy, wyraźnie nad czymś myśląc. Postawa z podbródkiem opartym na ręce, nieobecny wyraz twarzy i światło dziwnie działały na jegotwarz.
A potem ku jego czci salwą z karabinów roznieśli w krwawy pył mózgi Rosjan i z pierwszego szeregu.
"i" zbędne?
No a poza tym – Miguel gładko wrócił do głównego wątku – jak wspomniałem, co Claude był od precyzyjnych uderzeń.
No, jestem bardzo zadowolona. Co prawda wspomnienia Miguela (tak, tak, zorientowałam się, że piszesz przez "g", a ja uparcie nie umiem przestać klikać w "q" na swojej klawiaturze, no ale cóż począć, pewnie nadal będzie mi się zdarzać) odnośnie Leonor nie rozjaśniają mi ani trochę sytuacji między nimi i tego, o co kobiecie chodzi, ale od początku mnie wkurwiała i czułam, że wykręci jakąś krzywą akcję. Nie da się jej zaufać. Czekam niecierpliwie, ciekawa, co ją zmotywowało do zainteresowania się Miguelem.

Robert jak zawsze doskonały.

Najbardziej podobała mi się pierwsza scena, była taka autentyczna, może nie tyle "rosyjska" co po prostu twarda i wojskowa. Soczyście, na temat, do Borysa czuje się respekt, on ma w sobie naprawdę moc i naprawdę oddziałuje na mnie jako taka postać, która się nie waha, swoje wie i nie warto się jej stawiać. Tym bardziej (zwłaszcza, że wszyscy i Rosjanie są tacy) zarysowuje się i uwypukla niechęć ludzi do Kai'a, ludzi, którzy są na niego skazani i jednocześnie go nienawidzą. To musi skończyć się jakimś rozłamem, buntem, po prostu nie da się takich mocnych postaci wiecznie podporządkowywać. Wyczuwam duży potencjał fabularny, aż żal, że nie było Jurija. Ach + dodam z lubością, że nazwanie Chen "garści gówna nie wartą" wzbudziło we mnie ogrom pozytywnych emocji, teraz po prostu wielbię Borysa. XD

Miałam Miguela za OP ścierwo i mocarną postać +milion DMG, a tu proszę, nagle się okazuje, że już nie ma co szarżować, skrzydła obcięte, moc średnio pod kontrolą, taka sobie do ofensywy... Hm, czuję się zaskoczona. Kiedy się wreszcie dowiem czegoś więcej o Jurgensie i jego zdolnościach i przeszłości, skoro już wchodzimy w ogniste tematy?

Całym sercem jestem za Claude'm i trochę mnie teraz odrzuca od Rei'a i jego genialnej rady pod tytułem "trzeba było się zabić". Z ulgą przyjęłam więc wściekłość jeńca i udaną próbę wyprowadzenia Kona z równowagi. Nie wiem, nie wiem co czuję do tej chińskiej strony konfliktu. Nie mam pojęcia. Tylko paczka Roberta wydaje się być do ogarnięcia i mieć słuszne zamiary, Rosjanie, cóż, Rosjan mi po prostu szkoda.

Czekam. Tym razem bez uwag.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 29 grudnia 2016, 20:40

Jakże szybko! O.o Ogromnie dziękuję oczywiście, taki kop motywacji! Cieszy mnie ogromnie to, co czytam ^_^ Nawet jeśli pokrywa się z moimi nadziejami w 80%, a nie 100%, to te 20% jest szczególnie cenne i inspirujące. No owszem, podział sił jest jaki jest, nie wszystkim da się kibicować z przekonaniem, ale też nie do końca to planowałam. Te mieszane uczucia względem Chin cieszą mnie bardzo, bo nie wiem, na ile się wstrzeliłam w całkiem obcą także sobie mentalność, ale przynajmniej jest - mam nadzieję - obco właśnie, a na takim efekcie mi zależało. Rosjanie wiadomka ;) Tu też zaciesz z sympatii do tej trójki, która się pojawiła. Został jeszcze Ivan, może najbardziej śliski, ale nie uprzedzam, okaże się w praniu, co mi się z tego uda wyciągnąć. Więc tak, Robert, jako szef ekipy europejsko-amerykańskiej ma być najbardziej ogarnialny i też troszkę rehabilitować się po grzeszkach w poprzedniej części. Zależało mi na tym, więc radość w domu Gucia :3 A co do Miguela i jego dopakowania, no to ten, no, pałer pałerem, ale... ^_^

Raz jeszcze ślicznie dziękuję *dyg* :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 05 stycznia 2017, 22:51

Właśnie spędziłam wieczór z "Odpadem" - machnęłam wszystkie sześć rozdziałów, które do tej pory wrzuciłaś. Patrzę na komentarze Kan (tylko patrzę z daleka bez czytania ;) ) i już się wstydzę na zapas, bo są takie obfite! A mój spektakularny raczej nie będzie. Mam wrażenie, jakby mi ostatnio umiejętność komentowania zasnęła, czy coś.

Ale do rzeczy!

Przyznam, że poczułam się nieco znużona morzem ekspozycji. W pewnym momencie zaczęłam przez informacje związane z polityką, ogólnym rozkładem planszy, ale też ogólnie przeszłością przepływać bez skupienia. Wyczekiwałam na te pojedyncze momenty, kiedy działo się coś w teraźniejszości. Gdybym miała powiedzieć, czego się dowiedziałam przeczytawszy ponad sto stron to powiedziałabym tak: Rosja i Chiny toczą wojnę, Europa nie rozumie Chin, co w sumie jest chyba naturalnym stanem, ONZ kombinuje na boku, jako trzecia siła, a raczej nie tyle ONZ, co Europa właśnie. Wszyscy szukają nowych Połączonych. Mao ma dość złotej klatki, Johnny zawsze może coś odpierniczyć, Kaia nikt nie lubi, Brooklyn jest indywidualistą i decyzje podejmuje wedle własnego niezależnego od nikogo klucza, Hiromi wymyśliła sobie sposób na odpokutowanie porażki i mam nadzieję, że tym razem rozegra - cokolwiek sobie planuje - tak, by być z siebie zadowoloną. Leonor... tak... Ona i wspominki o rodzinie Miguela składają mi się w całość.

Kogo lubię? Albo inaczej - kto mnie rusza, komu kibicuję? Rosjanie. A zwłaszcza Siergiej i jego (pozornie?) chłodne poddanie się sytuacji. Człowiek, który wie, że jest w trybach, działa zgodnie z nimi, ale nie znaczy to, że przestał myśleć i odczuwać. Scena z Siemienieckim ostatecznie mnie do niego przekonała.

Nieco koso natomiast zerkam na Reia - w scenie z Claudem zdecydowanie stoję po stronie tego drugiego.

No a przede wszystkim czekam - CO TERAZ? - mignęło mi, że wprowadzenie kończy się na VI rozdziale, więc niecierpliwie wyczekuję obiecanek ze Sztambucha ;)


A do Emily mam jedno pytanie: serio? musieliście się kłócić o konsolę, zamiast se kupić drugą? :P
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 09 stycznia 2017, 22:06

Przepięknie Wam dziękuję :heart:

ROZDZIAŁ VII
I DON’T NEED FRIENDS!!! I’VE GOT KNIVES!!!




Ratyzbona
Śmiali się.
Stali tam i się śmiali.
Więc nie wytrzymała i jednemu z nich przywaliła pięścią w nos. Nie pamiętała nawet któremu, wiedziała tylko, że naraz okrutny rechot zamienił się w krzyk niedowierzania, a potem skandowanie zachęcające do bójki.
Józefina nie potrzebowała dopingu. Już stała na ugiętych nogach i z uniesionymi pięściami, w pozycji, jakiej nauczył jej kiedyś wujek Johnny. Dopiero trzy ciosy później, gdy przeciwnik leżał na kamiennej posadzce, poświęciła mu więcej uwagi. Artur. Jeszcze do wczoraj chłopak, który nawet się jej podobał, choć oczywiście – na całe szczęście – nikomu nie zamierzała się do tego przyznawać.
– Spierdalaj – splunęła i kopnęła go w krocze, na co gęstniejący tłumek zareagował chorym entuzjazmem.
Przez gwizdy i krzyki przebił się ostry głos dyrektora i Józefina wiedziała, co będzie dalej.
Możesz być córką Sekretarza Generalnego, możesz nosić szlacheckie nazwisko, połowa szkoły może ci lizać buty i snuć się za tobą jak pierdolona świta za punkową królewną, ale wszystko i tak potrafi zmienić się w ułamku sekundy. Fałszywi przyjaciele podkładają ci nogę, a nauczyciele, dotąd srający po gaciach ze strachu przed wpływowymi rodzicami, obracają się przeciwko tobie.
Dla Josie nie było to niczym zaskakującym. W końcu urodziła się jako córka polityka i ojciec nigdy szczególnie nie krył przed nią, że świat tylko czeka, żeby nasrać jej w kieszeń. Wujkowie, zwłaszcza Johnny i Olivier, ale też wpadający czasem latem ksiądz Enrique, dołożyli swoje, wspominając przeszłość bez skrępowania, zwłaszcza gdy polał się alkohol i myśleli, że nikt ich nie słucha. Kiedy więc Jürgensówna nieco odrosła od ziemi, uznała, że lepszą taktyką będzie zwyczajnie się na to przygotować.
W efekcie szła teraz za dyrektorem posłusznie i bez strachu, wciąż z satysfakcją rozcierając kciukiem krew po palcach prawej pięści.
Nikt nie będzie z niej drwił. Nikt nigdy.
Josie wiedziała, że dla wielu z tych gnojków straciła twarz, gdy niecały tydzień temu na oczach całej klasy i nauczycielki wpadła w histerię. Wtedy to odebrała wiadomość o zamachu i o tym, że cały genewski kompleks w jednej parszywej chwili zamienił się w kupę gruzu. Nie wytrzymała, ale kto na jej miejscu by wytrzymał? Jej ojciec mógł nie żyć. Więcej – według pierwszych doniesień znaleziono nawet jego ciało. Spanikowana, półprzytomna dziewczyna została zawleczona do szkolnego psychologa, wezwano nawet matkę.
Koszmar trwał dwie godziny, aż ojciec nie zadzwonił i nie potwierdził, że w Genewie zabito jego sobowtóra. Josie ciągle była w szoku i nie od razu to do niej dotarło. Podrapała matkę, lżyła otaczających ją dorosłych i przeklinała, ale najgorsze dla jej pozycji nastąpiło, kiedy już uznano, że uspokoiła się i może wrócić na lekcje. Owszem, wróciła, choć czuła, że nie, nie jest w porządku i całe ciało zrobione ma z waty. A potem na oczach wszystkich zwymiotowała na ławkę, obryzgując kilka osób wokół siebie.
To był koniec. Od tamtej chwili nie była już księżniczką. Była hydrantem. Gejzerem. Śmierdzącą przegraną pindą.
Najgorsze, że czasem sama o sobie zaczynała tak myśleć. W takich chwilach nienawidziła ojca z całym jego zadęciem i tą wielką zasraną polityką. Powinien być przy niej. Sam powinien przyjść do tej pierdolonej szkoły i nakopać gnojom w tyłki, ale oczywiście nie miał czasu.
A matka? Z tą Josie nie dogadywała się już w ogóle i jedyne, co wiedziała, to to, że jako dorosła będzie kimś zupełnie innym niż ta wymuskana, zimna pani prezes dobroczynnej fundacji, którą wszyscy podziwiali za to, czego wcale nie miała, czyli złote serce.
Zanim jednak, Josie musiała po prostu przetrwać ten obóz jeniecki. Zostały jej jeszcze dwa lata gimnazjum. Nic niemożliwego, jeśli się myśli tylko o następnym dniu. Albo następnej godzinie, gdy ta ma upłynąć na dywaniku u dyrektora.
Josie doskonale wiedziała, co usłyszy. To nie był jej pierwszy raz.
Nie sądziła też, by był ostatni.

*

Drżącymi palcami zamknęła drzwi kabiny i opadła ciężko na klapę od kibla. Ukryła twarz w dłoniach i z ulgą stwierdziła, że policzki nadal ma suche. Choć również dziwnie ciepłe.
Siedziała tak długo, kiwając się w przód i w tył, nasłuchując kroków. Najwyraźniej jednak nikt nie poszedł za nią do damskiej łazienki na ostatnim piętrze, zwykle nieosiągalnym dla przepełnionych pęcherzy. Dziewczyna miała te parę minut na złapanie oddechu i uspokojenie nerwów. Mało, ale tyle musiało jej wystarczyć.
– Zmienisz szkołę – szeptała do siebie. – Koniec roku i zmienisz szkołę…
Ta mantra pomagała. Przypominała, że gdzieś jest rozwiązanie – to raz. Ale też, że Josie nie dała się stąd tak po prostu wypłoszyć. Nie położyła uszu, nie podkuliła ogona i nadal walczy.
Powoli wyprostowała ciało, spojrzała na ręce, by sprawdzić, czy nadal drżą. W porządku. Nic wielkiego. Była przecież Jürgensówną i nie takie rzeczy zjadała na śniadanie.
Ostrożnie odblokowała drzwi i nacisnęła klamkę.
– No, wreszcie!
Odwróciła się gwałtownie przestraszona. A jednak ktoś tu wszedł. W dodatku nie wyglądał na dziewczynę. W ogóle nie wyglądał na ucznia – choć w pierwszej chwili mikry wzrost mógł zmylić – ani nawet na kogoś znajomego, co w prywatnej szkole, w której za każdym rogiem wymagano od obcych legitymowania się przepustką, zakrawało na cud.
Zdecydowanie pierwszym, co zwracało uwagę w tej twarzy, był nos – tak długi, że właściwie karykaturalny. Potem małe i ciemne oczy, a następnie zaskakująca miałkość i nijakość całej reszty – burych włosów, ziemistej cery i wąskich, wysuszonych ust.
– Kim jesteś? – syknęła Josie, odruchowo przybierając obronną pozę.
– Panienka mnie nie zna – odparł mężczyzna z wyraźnym wschodnim akcentem, co obudziło te nieliczne alarmy w głowie dziewczyny, które jeszcze z jakiegoś powodu spały – ale ojciec panienki owszem. Proszę się nie martwić! – dwie duże, prawie białe dłonie uniosły się w geście niewinności. – Ja nie z tych. I nie od tego. Mnie wysyła się do spraw delikatnych jak panienka. – Spierzchnięte wargi wykrzywił uśmiech. – Ivan Papow, kłaniam się do samych stóp. – I istotnie, niski człowiek wykonał coś jak parodię dworskiego ukłonu.
Josie cofnęła się o krok, czując, jak jej twarz powleka maska obrzydzenia.
– Chce mnie pan zastraszyć – oceniła.
– Nie – pokręcił głową Rosjanin. – Chcę tylko porozmawiać. Może skłonić do zastanowienia się nad pewnymi rzeczami.
– Pan jest wrogiem mojego ojca!
Ivan roześmiał się cicho.
– Tylko on i jemu podobni myślą, że to takie łatwe – odparł.
– A Genewa?!
– Nie mieliśmy z tym niczego wspólnego, mogę zaręczyć. Ojciec panienki szuka wrogów nie tam, gdzie powinien, i po mojemu to się kiedyś faktycznie źle skończy. Ale zastanów się przez chwilę, dziecko. – Papow oparł się plecami o okienny parapet. Wpadające przez mrożoną szybę rozproszone światło robiło z jego długim nosem i twarzą kuriozalne rzeczy. – Gdybym chciał panienkę skrzywdzić albo wykorzystać, zrobiłbym to inaczej. Pewnie podesłałbym kogoś w panienki wieku, żeby zdobył jej zaufanie. Może się panience wydawać, że dałaby radę i rozpracowała figuranta, ale sytuacja jest niewesoła, położenie ciężkie, a to byłyby dla mnie wymarzone warunki. Ja jednak przychodzę osobiście. Wie panienka dlaczego?
Zmrużyła oczy, mimowolnie zaczynając szukać odpowiedzi. Nie znała twarzy tego człowieka. Prawdopodobnie nie słyszała zbyt często nazwiska, nie na tyle w każdym razie, żeby się jej utrwaliło. Niemniej wiedziała o przeszłości i obecnej sytuacji ojca dość, by przynajmniej jedna z możliwych odpowiedzi nasunęła się jej niemal natychmiast.
– Jest pan Połączonym.
Ivan Papow uśmiechnął się. Uśmiech miał dziwny, z jakiegoś powodu przywodzący na myśl węża.
– W rzeczy samej – odparł.
Tak, to tłumaczyło wiele. W tym zapewne fakt, jakim cudem przedarł się tu bez przepustki. Josie nie miała oczywiście pojęcia, na czym polega moc nieznajomego, ale nasłuchała się już dość, by wiedzieć, że wystarczy jeden z tych mutantów, nawet nie spośród najsilniejszych z nich, żeby znacząco przechylić szalę na którąś stronę.
– No już, niech się tak panienka nie stresuje. – Ciemne, głęboko osadzone oczy prześlizgnęły się po jej zaciśniętych pięściach i wciąż pochylonej sylwetce. Teraz dopiero dostrzegła, że w cieniu wydatnych brwi kryją się zaskakująco długie rzęsy. – Naprawdę nie gryzę.
– No to, czego pan chce? – Josie buńczucznie zarzuciła głową. Spostrzeżenie, że to ona ma łatwiejszy dostęp do drzwi, dodał jej nieco odwagi.
– Jak mówiłem, skłonić cię do zastanowienia się nad paroma kwestiami. Co panienka wie o Griffolyonie?
Dziewczyna z pewnością tego nie planowała, ale wciągnęła powietrze z głośnym świstem i rozejrzała się nerwowo.
– Spokojnie. Wiem, że to Bestia w rękach ojca panienki. Wszyscy z nas – Rosjanin podkreślił ostatnie słowo – to wiedzą. Nie to mnie interesuje.
Josie czuła, że serce wali jej w okolicach przełyku jak szalone. Była trzymana tak daleko od tych spraw, na ile się dało. W ogóle odnosiła wrażenie, że słowo „Bestia” jest zakazane nawet w rozmowach o układzie sił i wspominaniu dawnych turniejów. Zawsze je czymś zastępowano.
Może tylko przy niej.
Potarła czoło, kiedy poczuła na skroni delikatne mrowienie.
– Ach, tak myślałem.
– …co…?
– Nie wiesz niczego, dziecino, prawda? Stary drań nawet tego nie powiedział własnej córce. Stchórzył i nie przyznał się do tego, przed czym.
– Stchórzył…?
Ivan uśmiechnął się ponownie.
– Nigdy nie zastanawiało panienki, skąd to ogólne przerażenie? – spytał, choć raczej retorycznie. – Europa boi się nas i boi się Chin, a przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by również miała swoich Połączonych, prawda? I to czterech. To w tej chwili coś jak gwarant bezpieczeństwa i znak, że jest się poważnym partnerem w negocjacjach. Europa będzie tracić na znaczeniu. Ameryka też. I wszystkie wasze śmieszne struktury, bo twój ojciec i jego przydupasi nie byli zdolni się poświęcić. A między nami, poświęcenie żadne, bo jak widzisz, trzymam się świetnie.
– Najwyraźniej miał powód – syknęła Josie odruchowo.
– Najwyraźniej. Ale może się mylę? Może jest coś, o czym nie wiem…?
– To znaczy?
– Może nie jest przypadkiem, że jakiś czas temu z Pragi zniknęła dziewczynka w twoim mniej więcej wieku? Doszły mnie słuchy, że była Połączoną.
– Co pan właściwie sugeruje? – Josie poczuła, że grunt pod jej nogami stał się naprawdę grząski, a gdyby spojrzała w dół, zobaczyłaby nie podłogowe kafle, a zwyczajne błoto.
– Nic. Ja tylko zadaję hipotetyczne pytania. Zresztą – nieznajomy spojrzał na zegarek – zaraz będzie dzwonek. Gdybyś z jakiegoś powodu chciała poznać odpowiedzi, których nigdy nie udzieli ci ojciec, znajdziesz mnie. Masz mojego maila.
– Mam?
– W matematyce. Na stronie trzydziestej szóstej.
I faktycznie, dwie sekundy później paskudny dźwięk rozdarł ciszę pustej, strychowej ubikacji dla desperatów. Josie poprawiła plecak, zacisnęła dłoń na pasku i szybkim krokiem ruszyła ku drzwiom. Spodziewała się, że usłyszy coś w stylu „Pozdrów ojca”, ale za plecami zostawiła tylko ciszę.


Mongolia
– No to przyjechała. I co? – Borys wziął się pod boki. – Ziemia się zawaliła? Niebo spadło? Bo na moje to nie.
Trudno było temu zaprzeczyć. Wszystko zdawało się pozostawać w jak najlepszym porządku, nawet jeśli był to porządek pokręcony i wynaturzony, choć od dwóch dni w chińskim obozie stacjonowała sama Mao Chen.
Kuzniecow musiał oddać jej co cesarskie – nadjechała z prawdziwą pompą. Zobaczył prawdziwie królewski orszak i usłyszał wojenne pieśni, a wszystko bardziej jak z historycznego filmu niż rzeczywistości. Po jego stronie świata nikt już nie czcił swoich władców w ten sposób, bo też nie było władców, a po prostu polityczni przywódcy. Chińczycy wydawali się więc przedziwnym reliktem, jakby odkopaną skamieliną, która nie miała praw funkcjonować, a jednak robiła to i – co więcej – po uczynieniu z Morza Chińskiego wewnętrznego akwenu, stanowiła siłę, która wielu partnerom bez mrugnięcia okiem dyktowała warunki.
To był jeden z czynników tak bardzo osłabiających Zachód i wszelkie sojusze w tamtej części świata – to, że przemysł z Azji trzymał nóż na gardle Ameryce, a gaz i ropa z Rosji dławiły Europę.
– Pokażemy im sajgonki, kurwa! – wydarł się Kuzniecow, po raz kolejny budząc entuzjazm wśród szeregowych żołnierzy i niższych rangą oficerów.
– Cesarzowa chce negocjować – przypomniał jednak jeden z tych wyżej postawionych, z urzędu zmuszonych do zachowania resztek zdrowego rozsądku.
Sokolnik prychnął z pogardą i zmierzył lejtanta wściekłym spojrzeniem.
– Wiem – wypluł. – Ale chyba nikt tu nie myśli, że ma jakiekolwiek argumenty.
Rankiem następnego dnia faktycznie w obozie rosyjskiego dowództwa pojawiła się Mao Chen we własnej osobie. Według wcześniej poczynionych ustaleń została rozbrojona – podobnie jej obstawa, której zresztą nie wpuszczono między najważniejsze namioty niekoniecznie zgodnie z umową, ale za późno było na protest, a Borys nie mógł przepuścić takiej okazji do pokazania, kto tu dyktuje warunki.
Zdawało się zresztą, że Chinka ma tego pełną świadomość. Nawet niezbyt długo upierała się przy spotkaniu na neutralnym gruncie. Prawdopodobnie widok pobojowiska, stanu armii jej męża i statystyk skutecznie podkopał jej hardość. Może nawet zmusił do radykalnej zmiany taktyki, bo Kuzniecow nie mógł oprzeć się wrażeniu obecności pewnego napięcia w chińskiej delegacji.
Nawet jednak przychodząc jako przegrana, Mao nie spuściła z tonu. Okrywały ją piękne, wzorzyste jedwabie, włosy upięła wysoko i wplotła w nie klejnoty, a na twarzy miała staranny makijaż. Pięć ciąż wyraźnie rozpulchniło jej zawsze dość pełne ciało, ale nadal mogła się podobać i najwyraźniej miała tego absolutną świadomość. Borys z narastającą złością obserwował powłóczyste spojrzenia, jakie posyłali jej oficerowie, i gesty, które wykonywali za jej plecami, a których zdawała się nie zauważać. Choć możliwe, że tylko udawała – była wszakże Azjatką, a one grę miały we krwi.
W każdym razie do samych rozmów usiadła z irytującym stoickim spokojem i nieodczytywalną twarzą.
– Jestem sama – powiedziała. – Czy pan generał też mógłby zostać sam?
A potem zmrużyła lekko oczy i pochyliła głowę.
– Chyba się mnie nie boisz, Borys – dodała niemal bezgłośnie.
Wiedziała kurwa, gdzie uderzyć, i po chwili w namiocie została tylko ich dwójka.
– No i, Mao? – syknął Kuzniecow. – Teraz mów wprost, w co grasz.
Z jakiegoś powodu spodziewał się krzywego uśmiechu, ale zobaczył zaciśnięte, sercowate usta.
– Chcę po prostu skończyć to szaleństwo – odpowiedziała cesarzowa po chwili. – Chcę, żebyście się opamiętali.
– My? – Borys parsknął śmiechem. – A twój mężulek?
– Dobrze wiesz, co kieruje Reiem.
Kolejne parsknięcie przeszło już w gromki, niepohamowany śmiech.
– I co?! I myślisz, że mnie to przekona?! Że będę się rozczulał nad jego biednym, utartym peniskiem?! Za kogo on się, kurwa, uważa?!
Brwi Mao zmarszczyły się w gniewie. Palce ułożonych na kolanach dłoni zagięły lekko na kształt pazurów, górna warga uniosła w sposób ledwie dostrzegalny, ale jednak zniekształcający twarz i zamieniający ją nieomal w kocią maskę.
– Ani mi się waż – ostrzegł Kuzniecow, wiedząc, że to sygnały ostrzegawcze Bestii.
– To ty się nie waż, rosyjska świnio.
– I pokerowa twarz poszła się jebać – Borys uśmiechnął się szeroko. – Ale jeśli naprawdę łudziłaś się…
– Wysłuchaj mnie do końca – przerwała Mao. – Reiowi chodzi o Kaia, tak. O Kaia, nie o was. Wy jesteście pod kontrolą i wiem to ja, on i każdy z was. W gruncie rzeczy mamy wspólny problem…
Chinka nie dokończyła. Huknęło i wraz ze składanym krzesełkiem runęła na ziemię, a ułamek sekundy później miała już palce Borysa zaciśnięte na gardle. Szarpnęła się pod jego ciężarem, złapała jedną dłonią za przegub, a drugą próbowała sięgnąć oczu, ale nie dała rady.
– Uważaj – syknęła Falborg.
– Chcę tylko dotrzeć do Kaia… – wychrypiała Mao w odpowiedzi. Bestia z rozkoszą wchłaniała nerwowy, kwaśny pot, który w jednej chwili zwilżył wzorzyste jedwabie.
– Rei cię przysłał, dziwko?
– Nie – zaprzeczyła. – O niczym nie wie. Myśli, że…
– Że przyszłaś walczyć.
– Tak.
Nacisk na krtań nieco zelżał i Mao wzięła spazmatyczny, rwany oddech. Z załzawionymi, zaczerwienionymi oczyma nie była już taka piękna. Spod maski wyzierała zmęczona matka i znudzona małżonka. A także naprawdę zdesperowana kobieta.
– Zdradzasz go – podsumował zimno Borys.
Tego cesarzowa już nie skomentowała.
– Nie lubię braku lojalności.
– Ja również. – Zaczęła zbierać się z ziemi, kiedy Kuzniecow jej na to pozwolił. – Ale to musi się skończyć, jak powiedziałam, a wszyscy macie już zbyt nasrane w głowach, żeby to zrozumieć.
– I ty akurat będziesz potrafiła przekonać Kaia, że powinien odpuścić, skoro nie przekonałaś do tego własnego męża? – Rosjanin zmierzył kobietę pogardliwym spojrzeniem.
– Tak – odpowiedziała Mao z pewnością, która zbiła go z tropu.
Nie pozwolił jednak, by wyczytała to z jego pooranej wiatrem twarzy.
– To nie będzie łatwe – powiedział tylko.
– Wiem.
– Dostanie się do niego również.
– Zgodzę się na wszystko, czego zażądasz.
Jedna z białych brwi uniosła się w wyrazie zaskoczenia, a w ślad za nią podążył kącik ust.
– Naprawdę na wszystko?


Lijiabaoxiang

Błagania o litość Rei słuchał z zamkniętymi oczyma i twarzą bez wyrazu. Docierały do niego zniekształcone, jakby przesączone przez jakąś szmatę. Zresztą nie rozumiał ani słowa i wątpił, by którykolwiek z pozostałych Chińczyków rozumiał, bo nikt tu nie władał francuskim. Ale nawet niemożność sprecyzowania treści nie zabierała im mocy i Kon czuł, że kości schną mu jak drewno, że trzeszczą i pękają od tego wrzasku.
– Dość! – zarządził wreszcie, dbając, by głos nie zdradził, że dość to ma głównie on.
Odgłosy uderzeń ustały. Cesarz powoli otworzył oczy i spojrzał wprost na jeńca. Ten zwisał nieomal bezwładnie, kaszląc i charcząc. Po chwili zwymiotował żółcią i Rei ostatkiem woli powstrzymał się przed odwróceniem wzroku.
Hipokryta, zelżył sam siebie w myślach.
Choć tak naprawdę wiedział przecież, że Claude ma wiele szczęścia, z czego sam raczej nie zdawał sobie sprawy. Pewnie zachowywałby się inaczej, gdyby coś zjadało go żywcem, wybierało oczy małymi szczękami albo powoli wwiercało się w mięśnie. Wziąwszy pod uwagę azjatyckie standardy, traktowano go niemalże po królewsku – a wszystko dlatego, że musiał przeżyć. Śmierć Połączonego oznaczałaby przecież uwolnienie Bestii, a to możliwe przechwycenie jej przez Hiwatariego.
Próbując wyrzucić z głowy powidoki kaźni, Rei odtwarzał w niej opowieść Claude’a – odpowiedzi na te pytania, których nie zadałby żaden z przesłuchujących.
Dwadzieścia lat temu, gdy podczas pierwszych oficjalnych mistrzostw świata z hukiem rozeszły się drogi Batalionu i ich trenera oraz managera Jeana-Paula Bartheza, większość z zawodników – czy to bezpośrednio uczestniczących w zajściu, czy to obserwujących wydarzenia z daleka – miała wciąż za mało lat i doświadczenia, by rozumieć, co w istocie się dzieje. Zresztą dla sporej części z nich była to sensacja o krótkim terminie przydatności. Ot, trochę krzyków, fochy, jakaś drama. Dostarczyło to pewnej rozrywki, ten czy ów ogłosił młodocianych buntowników bohaterami fair play, fanki piszczały na widok już wówczas zdradzającego zadatki na przystojnego mężczyznę Argentyńczyka jeszcze głośniej. Część z nich obcięła włosy i zaczęła nosić zupełnie niepraktyczne gogle, chcąc upodobnić się do uroczej Mathildy Alster, a towarzyszący im chłopcy albo próbowali podrabiać piorun dupnięty w blond szczypiorek a la Miguel, albo wręcz przeciwnie – ulizaną fryzurę Claude’a. Paru szukało szczęścia w starciu z dredami. I go nie znalazło.
Szał trwał jednak krótko, bo szybko okazało się, że Batalion składa się z zawodników może i zdeterminowanych, może i utalentowanych nawet, ale jednak odstających od światowej czołówki poziomem wyszkolenia i – przede wszystkim – doświadczeniem na dużych imprezach. Sympatia sympatią, ale po prostu nie było komu kibicować. Bladeing był wówczas w fazie poważnych zmian. Inwestowano w zespoły coraz poważniejsze pieniądze, zatrudniano profesjonalnych trenerów i managerów. Tymczasem w wypadku Batalionu wszystko zostało w rękach szesnastolatka, który nie miał do zaoferowania niczego, prócz dobrych chęci i charyzmy. To przedsięwzięcie nie mogło skończyć się sukcesem i Ameryka Południowa – po nagłym, choć zbudowanym na kłamstwie sukcesie międzynarodowym – została daleko z tyłu.
W dodatku nikt tak naprawdę nie wiedział, co działo się za zamkniętymi drzwiami szatni, bo też Miguel w swoim najlepszym stylu nikomu o tym nie opowiadał. Tavarez – dwa lata starszy od chłopaka, który niby miał go teraz trenować i dbać o rozwój kariery – wiedział, że w tym układzie jest skończony. Początkowo wydawało się, że wyjściem z sytuacji jest program tworzenia Połączonych autorstwa Judy Mizuhary i Hitoshiego Kinomyi. Nazwiska twórców przedsięwzięcia mogły budzić pewne obawy, ale wówczas jeszcze nikt nie mówił o negatywnych skutkach eksperymentów. Przedstawiano je raczej jako naturalną konsekwencję, dobrodziejstwo i krok w świetlaną przyszłość i słowa te trafiały na podatny grunt nastoletnich ambicji.
A potem zawodnicy zaczęli umierać na stadionach. Wśród nich była Mathilda Alster, dziewczynka w goglach, jedna z pierwszych ofiar programu. Wtedy, po kolejnej kłótni i szarpaninie z Miguelem, Claude uznał, że ich drogi ostatecznie muszą się rozejść. Zaryzykował i w tajemnicy przed dawnym kapitanem wrócił pod pieczę Bartheza.
Tu zaczęła się część opowieści wcześniej kompletnie Reiowi nieznana. Nie sądził też, by znana komukolwiek innemu, poza samym Tavarezem. Claude nie musiał szukać dawnego trenera długo – jak się okazało, Barthez wciąż trzymał rękę na pulsie. To między innymi różniło właśnie dorosłych od próbujących walczyć z nimi dzieci, że widzieli świat poza swoim zranionym ego. Mieli dalekosiężne cele, a już na pewno miał je Biovolt i ludzie z nim związani – Voltaire Hiwatari, dziadek Kaia, Ilia Balkow, szef Opactwa i dyrektor departamentu odpowiedzialnego za bioniczne eksperymenty na rosyjskich sierotach czy wreszcie Jean-Paul Barthez, którego rozległe kontakty łączyły wątek moskiewski z Europą i Ameryką Południową. Coś równie śmiesznego jak bunt bandy nastolatków mogło go na moment wytrącić z równowagi, ale z pewnością nie skłoniłoby do zmiany raz obranego kursu.
Claude chciał po prostu znowu coś znaczyć i mieć szanse na zwycięstwa, ale szybko dotarło do niego to, co parę miesięcy później miało stać się jasne dla wszystkich – że jest częścią czegoś znacznie większego niż trochę dziwna dyscyplina sportowa. Przyznał, że zaskoczyło go, jak wiele w gruncie rzeczy Barthez wie, jak wiele potrafi wyjaśnić, ale też, że zaczął niespodziewanie traktować Tavareza bardziej jak świadomego partnera. Pod jego okiem Peruwiańczyk przeszedł kolejne etapy połączenia, w tym wreszcie ten finalny, gdy z jego pleców wyrosły wreszcie skrzydła – już prawdziwe, namacalne, zdolne unieść ciężar ciała nosiciela Bestii. Oczywiście nie było to nic przyjemnego, ale Jean-Paul i jego ludzie zadbali o zminimalizowanie bólu i dyskomfortu. Po tym obaj podjęli decyzję, że Claude – już pod zmienionym nazwiskiem i z wykreowanym bardziej agresywnym wizerunkiem – wróci na areny.
Oczywiście wszyscy doskonale wiedzieli, czym grozi udział w pojedynkach między Połączonymi, ale z drugiej strony, nie istniał lepszy sposób ćwiczenia umiejętności i poznawania możliwości innych Bestii, jak właśnie praktyka. Zresztą Tavarez, gdy zajęto się nim indywidualnie i gdy zrzucił jarzmo lojalności wobec słabszych od siebie członków Batalionu, nie tylko dosłownie, ale również w przenośni rozwinął skrzydła. W Ameryce Południowej nie miał sobie równych i wiele wskazywało na to, że jest w stanie poważnie zagrozić bladerom uważanym wówczas za niepokonanych. Do starcia oczywiście nie doszło, bo mistrzostwa zostały przerwane.
Wciągnięty w wir niespodziewanych wydarzeń Claude początkowo stracił orientację w terenie i kontakt z Barthezem. Wówczas to popełnił – jak twierdził – błąd swojego życia i dołączył do zbuntowanych niedobitków pod wodzą Jurija Ivanowa. Po latach nie potrafił dokładnie określić, co nim wówczas kierowało. Możliwe, że był to szok albo wyrzuty sumienia. Możliwe, że zwyczajna złość na niesprawiedliwość losu. To wszystko zresztą nie miało większego znaczenia, bo dla Claude’a zawsze wyższą wartość od dywagacji miały efekty działań. Te natomiast zaprowadziły go ostatecznie pod Metropol, gdzie kontrolowany już przez Kaia Borys Kuzniecow postrzelił go w skrzydło.
Od momentu upadku wspomnienia wyraźnie się Tavarezowi mieszały. Nie był pewien niczego, co mówił, poza faktem, że został sam. Poczucie osamotnienia i opuszczenia tkwiło w nim mocno i wyciekało z każdego niemal słowa. Kiedy ocknął się wreszcie po dwóch operacjach, które i tak nie zdołały uchronić go przed kalectwem, okazało się, że w Moskwie nie ma już nikogo. Nawet Bartheza, bo ten został zamordowany przez Jurija gołymi rękoma. Wiedział też, że dla Kaia wyciągnięcie łap po niedobitka to żaden problem, więc kiedy zwrócili się po niego ci sami ludzie, którzy zaopiekowali się Judy Mizuharą, nie wahał się ani przez moment.
Tak oto trafił w ręce FEMA, a to wkrótce podjęło tajną współpracę z innymi strukturami, w tym przeobrażonym po wybuchu wojny NATO.
Większość informacji o sobie Claude dostarczył sam. Od Bartheza wiedział wiele na temat Eagle’a i jego bojowego przeznaczenia. Szybki, lekki, ale też dość wrażliwy na urazy, miał służyć do precyzyjnych, punktowych uderzeń na tyłach wroga i działań zwiadowczych. Obcięcie sparaliżowanych nóg pozbawiło nosiciela kilku dodatkowych kilogramów, przez co wartość operacyjna duetu znacznie wzrosła. Judy Mizuhara, największa na świecie specjalistka od Połączonych, zajęła się resztą.
Nie na tym bowiem polegała sztuka, jak podkreślał Tavarez, by posiadać najsilniejszą Bestię, a na tym, by dogłębnie poznać możliwości tego, czym się dysponuje, i optymalnie je wykorzystać. Claude śmiał się więc z zaślepienia Reia, Kaia i pośrednio Brooklyna przekonanych, że jako nosiciele najpotężniejszych duchów są nietykalni i niepokonani.
– W każdym pancerzu jest rysa – syczał. – I zawsze znajdzie się odpowiednie ostrze. A oni skatalogowali i opisali nas wszystkich. Wiedzą o nas więcej, niż uważasz za możliwe.
Mogło się zatem wydawać, że Tavarez mówi dużo i otwarcie, ale wciąż jak zaklęty milczał w wielu kluczowych kwestiach. Kon nie mógł wyciągnąć z niego na przykład, czy FEMA albo NATO dysponują jeszcze jakimiś Połączonymi. Nie dostał też wskazówek dotyczących tego, na czym dokładnie polegać miała misja Peruwiańczyka i co robił na terenie Cesarstwa. Tavarez nie zamierzał też wypowiadać się na temat operacji SO-VA 11.
Tym mocniej Reia dręczyło pytanie, dlaczego usłyszał to, co usłyszał. Uznanie bowiem, że to tylko dzieło przypadku, widział jako luksus, na który nie może sobie pozwolić.
Chodzi o sugestię, że wszystkie Bestie są syntetyczne?, myślał, patrząc na dochodzącego do siebie po kolejnej serii ciosów, oddychającego chrapliwie Claude’a.
Jeśli tak, to to akurat nie była prawda. Nie mogła być. Wszak Kon nie należał do Połączonych. Nigdy nie przeszedł eksperymentów, nigdy nie używał sprzętu otwierającego duchom dostęp do głowy zawodników. Nie, on naprawdę został wybrany. Usłyszał głos Bai Hu i Tygrys wlał w niego swą boskość. Tavarez oczywiście nie mógł tego zrozumieć. Nikt z zachodniego świata pełnego ludzi pysznych i przekonanych, że są miarą wszechrzeczy, by nie mógł.
– Przygotujcie go do drogi – zarządził Rei, wstając ze swego miejsca. – Zabieram go do Pekinu.
Może zatem wyjściem, pomyślał, jest pokazać, jak wygląda druga strona medalu.



Nowy York
– I co?! Zadowolony?! – ryknął Johnny, przekrzykując huk wystrzałów i wyjące alarmy. – Potrafię zadbać o swoje bezpieczeństwo?! Nie wtrącaj się?! Masz, kurwa – przeładował – paranoję?!
Robert, wciśnięty w ścianę i osłaniany przez Szkota, nie skomentował ani słowem.
– Ja! Ja mam paranoję! – Zęby McGregora aż zgrzytnęły ze złości. – Głowa w dół! I na prawo! Osłaniam cię!
Jürgens nawet nie myślał, żeby protestować. Swoisty wpływ na to mógł mieć fakt, że większość jego obstawy leżała rozrzucona po pięknej, monumentalnej hali Grand Central w promieniu kilku metrów i całkiem martwa. Tych paru ludzi, którzy się ostali, nieustannie trzymało otwarty ogień, usiłując utrzymać napastników możliwie daleko od sekretarza generalnego, co naprawdę nie było łatwe wobec ogólnego zamieszania i architektonicznego otoczenia pełnego galeryjek, schodów i potencjalnych kryjówek. Robert dał się więc poprowadzić, sam przyjmując pozycję, jaką wielokrotnie wpajano mu podczas ćwiczeń. Oddychał równo. Nie pozwalał sobie nawet na cień paniki. Odsuwał też myśli, choć te już zaczynały kotłować się nad potylicą, łącząc poszczególne wątki niemal bez udziału woli.
Johnny wepchnął go w kąt, do którego nie dało się przynajmniej celować z żadnej galeryjki. Robert czuł wszystko trzy razy wyraźniej, niż powinien. Stopę wykręcającą się w nieodpowiednim do takiej gimnastyki bucie, uderzające o chłodny marmur plecy. Sam Szkot odbiegł na paręnaście metrów, krzyczał coś, na ile było to możliwe, w biegu przejmując kontrolę nad sytuacją i dowodzenie nad ludźmi. Zdenerwowanie wdzierało się do jego słów rodzimym akcentem. Olson – żywy, ale leżący nieopodal w kałuży krwi jak najlepszy komentarz do swojego genialnego planu – miał tym razem niewiele do powiedzenia.
Jürgens z niejakim zdziwieniem odkrył, że czuje się z tym dużo lepiej. Wytarł spoconą dłoń o spodnie, by broń, jeśli będzie zmuszony z niej korzystać, leżała w ręce pewnie.
Kolejna, głośniejsza salwa zdradziła, że do strzelaniny dołączył ktoś jeszcze – posiłki lub wręcz przeciwnie. Raczej nie ochrona dworca, też została już mocno przetrzebiona, może nawet zanim sekretarz pojawił się na Grand Central. Powietrze stało się siwe od świec dymnych. Johnny wykorzystał moment i wciągnął Roberta do jednego z korytarzy, a potem dalej, w stronę postoju taksówek.
– Idiota! – warczał McGregor mocując się z zamkiem przy drzwiczkach jednej z nich. Oczywiście rozszalał się alarm, ale nie zwracał na to uwagi. – Pierdolony bezmózgi chuj! Rozjebię, jeśli przeżyje! Rekwiruję to auto! – wrzasnął w kierunku nadbiegającego mężczyzny, zapewne właściciela pojazdu.
Taksówkarz cofnął się posłusznie, kiedy zobaczył broń. Mechanizm wreszcie ustąpił i Robert, nie czekając, wpakował się do środka żółtego samochodu, kładąc się na tylnym siedzeniu. Johnny wskoczył za nim na fotel kierowcy, natychmiast dopadając do stacyjki. Na szczęście odpalenie silnika nie zajęło mu wiele czasu.
Jürgens czasem wolał nie zastanawiać się, co jeszcze potrafi Szkot i gdzie się tego właściwie nauczył.
Taksówka ruszyła na tyle szybko, na ile było to możliwe w wąskiej, zastawionej samochodami przestrzeni. Johnny nie przestawał przeklinać i syczeć, rude, z wiekiem coraz bardziej krzaczaste brwi marszczyły się gniewnie, a palce zaciskały na kierownicy do białości. Robert wiedział, że mógłby uciszyć go jednym słowem. Wiedział też jednak, że lepiej tego nie robić. Zwłaszcza że Szkot miał pełne prawo do wściekłości. Od początku kręcił nosem na plan podwójnego blefu, wysłania do Nowego Jorku najpierw fałszywego samolotu, a potem fałszywego konwoju samochodowego. Okazało się, że miał rację, bo nawet szalony manewr skorzystania z kolei na ostatnim etapie trasy nie zmylił zamachowców. Wręcz przeciwnie – sprawiali wrażenie dość dobrze poinformowanych, choć szczęśliwie nie mieli dokładnych danych dotyczących wagonu, w którym będzie przebywał sekretarz generalny i ładunek wybuchowy został zdetonowany za późno.
Johnny był zwolennikiem rozwiązań może mniej finezyjnych, ale za to – nie dało się ukryć – skutecznych.
Oczywiście zmierzanie bezpośrednio do siedziby ONZ nie wchodziło w rachubę. Robert starał się nie wychylać, a Nowy Jork z perspektywy samochodowej podłogi wyglądał jeszcze bardziej obco niż zazwyczaj, więc nie mógł określić dokładnego kierunku, ale domyślał się, że zmierzają do któregoś z awaryjnych punktów. W każdym z miast, w których bywał, znajdowały się takie, zresztą osobiście wybrane przez Johnny’ego w ramach systemu bezpieczeństwa. Ich położenia nie znał nikt, poza nimi dwoma i Olivierem. Wiedziałby też zapewne Enrique, gdyby nie pewien zakład sprzed lat i fakt, że wybrał sutannę.
Trudno było w to uwierzyć, ale te punkty przydać miały się po raz pierwszy.

*

– No to zaorane – skomentował Johnny, przekroczywszy próg pustego mieszkania, po czym runął jak długi.
Robert dopadł do niego, ale nie zdążył złapać, nim ciało Szkota z impetem i bez szczątkowej nawet asekuracji czy gracji rąbnęło o podłogę.
– Johnny!
– Nic mi nie jest – odparł McGregor, ale dało się słyszeć, że słowa cedzi przez zaciśnięte zęby.
Było ciemno, Jürgens niewiele mógł zobaczyć, a zapalanie światła w tej sytuacji nie byłoby szczytem ostrożności, ale mokry, ciepły dotyk na ręce stanowił pewną wskazówkę.
– Trafili cię.
– Drasnęli.
– Ulubiony tekst przyszłych trupów – syknął Robert i zaczął ściągać marynarkę, a potem pospiesznie rozpinać koszulę. – Pokaż gdzie – polecił, zwijając tę ostatnią w kłębek.
– Gdzieś… po lewej.
Niemiec sapnął z irytacji. Jego smukła, sklepiona szlachetnie jak strzeliste sklepienie gotyckiej katedry klatka piersiowa falowała w rytmie nerwowych oddechów.
– Draśnięcie – parsknął, kiedy odnalazł ranę. Przycisnął do niej koszulę. – Wezwę karetkę.
– Nie teraz – zaprotestował słabo McGregor. – Najpierw niech dotrą posiłki. I cię stąd wezmą. Trzeba cię wyciągnąć… z tego gówna. A potem w ogóle… zrobić po mojemu.
– To znaczy?
Ale Johnny machnął tylko ręką na znak, że nadal żyje, o czym jednak powoli musiał już chyba przekonywać także samego siebie. Potem zaczął niemrawo obmacywać się po piersi i Robert już był gotów uznać, że to nie koniec urazów, kiedy błysnęła dobyta zza marynarki piersiówka.
– Chyba nie zamierzasz… Mein Gott… – Jürgens urwał, widząc, jak szkocka znika w gardle Johnny’ego.
– To nie są przypadki, Robcio – McGregor zupełnie nie zwrócił na to uwagi. Prawdopodobnie zresztą miał akurat dość mikre pole percepcji. – Genewa, teraz to… Myślałem, że Ruski, ale już… nie jestem…
– Ja też nie.
I na Chińczyków to też nie wyglądało. Zresztą Rei nie miałby żadnego interesu w robieniu sobie wroga z zachowującego neutralność w jego sprawie Roberta. Coś tu śmierdziało i wydawało się śmierdzieć wraz z niezidentyfikowanym Połączonym z Pragi.
Oraz, Jürgens nie mógł pozbyć się tej myśli, Leonor Castillo, której wszyscy tak lekkomyślnie ufali.
Niemiec spojrzał na Johnny’ego, który drżącą ręką znów unosił piersiówkę do ust, którego lojalność i refleks po raz kolejny uratowały mu skórę. Zerknął na zegarek, stuknął nerwowo w tarczę, jakby to mogło przyspieszyć czas i sprawić, że posiłki nagle zjawią się pod budynkiem.
– Zwolnij Olsona – wycharczał jeszcze McGregor. – Znajdę ci kogoś lepszego.
– Przecież mówiłem ci…
– Nie, nie siebie – skrzywił się Szkot.
– A kogo? – Robert uniósł brwi.
Nie doczekał się odpowiedzi.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 15 stycznia 2017, 14:42

Wcześniej zapomniałam napisać, ale w poprzednich wrzutkach było już kilka NaNoWyzwań - 11 sów, Pluton i śmierć Jurija Siemienieckiego (coś pominęłam...?). W tej Wędrująca Łopata śmierci i czelendż od Zehla (...i niech on nie trafi w łóżko).

*dyg*

ROZDZIAŁ VIII
WHEN LIFE GIVES YOU LEMONS MAKE LEMONADE



Paryż
Zarys sylwetki na tle żółtego prostokąta światła z lodówki poruszył się tak szybko, że Olivier nie zdążył nawet do końca zarejestrować, w jaki sposób. Po prostu nagle upadał z ciemnością przed oczyma i – był o tym przekonany – zmiażdżoną połową czaszki. Runął ciężko na podłogę, a ułamek sekundy później coś wgniotło go w gustowny gres i na moment stracił oddech. A potem niespodziewanie był już na brzuchu i jakaś nadludzka siła wyrywała mu rękę z barku, co skwitował krótkim okrzykiem.
– Olivier…? – dobiegło jakoś z góry. – La sacaste barata!
Nacisk zelżał, wypuszczona z imadła ręka wróciła mniej więcej na swoje miejsce, choć wydawało się, że popękało absolutnie wszystko, co przytwierdzało ją do reszty.
– Polonaise… – wycharczał Olivier, patrząc na słoik chrzanu, który tymczasem przetoczył się pod szafkę. – Mój ulubiony.
– Mogłem cię zabić! – zawył przestraszony Miguel nad jego głową. – Kurwa mać! Rozwaliłbym ci czaszkę!
Francuz westchnął. Powoli zamknął i otworzył oczy.
– Zaprawdę, nie będę ukrywał, że znam lepsze zastosowania chrzanu – przyznał uprzejmie z policzkiem wciąż wciśniętym w kafle. – Naprawianie tej niefortunnej sytuacji proponuję zacząć od tego, że zejdziesz z moich pleców, niewątpliwie wygodnych, acz w tej chwili odrobinę obolałych.
Miguel spełnił polecenie natychmiast, cały zamieniając się dodatkowo w kłębek zmieszania i poczucia winy.
– I nie wietrz lodówki, proszę cię bardzo uprzejmie.
Mlasnęła uszczelka i w kuchni zrobiło się ciemniej. Olivier przeklął w duchu energooszczędne żarówki. Z pewną czułością pomyślał o odległych, półdzikich miejscach na świecie, gdzie wciąż występowały wymarłe w Europie wolframówki, a ludzie nie pływali w syropie z paskudnej, rozmazanej sepii.
– Nocne podjadanie, jak widzę – skomentował rozłożone na blacie produkty, wśród których centralne miejsce zajmowała półkilogramowa paczka serdelków. – Ale z chrzanem…?
– Wszystko jest dobre z chrzanem – wykrztusił Argentyńczyk automatycznie.
W co owszem, mógł wierzyć, bo najwyraźniej tę białą papkę traktował jako stosunkowo świeże, ale genialne olśnienie kulinarne. Olivier postanowił nie niszczyć jego marzeń, przypominając o istnieniu czekolady choćby. Starał się też nie myśleć o pulsowaniu i bólu pod okiem oraz tym, co będzie ono oznaczało dla jego wizerunku za parę fatalnych godzin, a po prostu działać, co równało się wydobyciu z zamrażarki paczki z mrożoną marchewką w kostce.
– Jest trzecia – zauważył rzeczowo, przyłożywszy opakowanie do twarzy na tyle godnie, na ile się dało.
– Nie mogłem spać…? – odparł Miguel, którego zmieszanie dobijało do wartości krytycznych, objawiając się bezradnym, idiotycznym mruganiem.
– Nic zdrożnego. Póki nie rośnie ci oponka.
– …co…
– Potem trudno dobrać smoking. I slim-fit fatalnie leży, wierz mi. Nawet ja cię nie uratuję przed bielizną ściągającą.
Miguel przestał mrugać. Może to niezdrowe światło energooszczędnej, wciąż biorącej rozbieg żarówki, ale wydawało się, że odcień jego cery przesunął się po spektrum jakoś w kierunku niemowlaka po bardzo trudnym porodzie.
Olivier miał okrutną świadomość faktu, że o okolicach jego oka będzie można wkrótce powiedzieć dokładnie to samo, a nawet bardziej.
– I jak ja się jutro pojawię na bankiecie? – jęknął cicho, z gracją opadając na równie gustowne co gres krzesło.
– Naprawdę przepraszam.
Machnął ręką.
– Daj spokój. Powinienem był przewidzieć – powiedział. – Co nie zmienia faktu, że ze świeżo podbitym okiem fluid nie da sobie rady. Chyba będziesz zmuszony radzić sobie sam.
– Ale…
– Dasz radę. Uprzedzę Emily, jakoś się znajdziecie, będzie wam raźniej. Też nie czuje się najlepiej, kiedy ma obsługiwać kalmara, chociaż wielokrotnie ją instruowałem.
– Olivier, ja…
– Tylko nie pakuj na wszystko chrzanu. – Polangue wskazał na wciąż leżący pod szafką słoik. – To może zostać źle odebrane. Och, przecież wiesz, na czym to polega – dodał, widząc skrzywioną minę Miguela. – Postoisz, pouśmiechasz się, trochę poprzytakujesz i będziesz odpowiadał wymijająco na pytania. Poradzisz sobie beze mnie.
Lavalier wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale zawrócił w połowie drogi i po prostu podniósł z podłogi nieszczęsny słoik.

*

– Początków nielegalnej działalności konsorcjum Hiwatarich należy upatrywać najprawdopodobniej już w latach siedemdziesiątych lub pod koniec lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku – ciągnęła Emily i za jej plecami pojawiła się projekcja kolejnego slajdu. – Możemy założyć, że pierwsi wyszkoleni przez Opactwo żołnierze brali udział już w wojnie z afgańskimi mudżahedinami w latach siedemdziesiąt dziewięć do osiemdziesiąt dziewięć. Istnieje dość dobrze udokumentowana teza dotycząca ich kluczowego znaczenia w operacji Sztorm-333. Oczywiście nie możemy mówić wówczas jeszcze o Połączonych, gdyż do pierwszych wypadków jednoczenia umysłów ludzi i Bestii doszło w dwa tysiące dwunastym, ale z pewnością mamy do czynienia ze szkolonymi od wczesnych lat dziecięcych komandosami. Niewiele wiemy o sposobie działania Opactwa w początkowej fazie jego istnienia, gdyż wiele akt zniszczono lub są niedostępne. Wydaje się jednak prawdopodobne, że od początku był to ośrodek zamknięty – slajd zmienił się ponownie, ukazując kompleks z lotu ptaka – i wysokim stopniu tajności. Od początku także sprowadzano do niego sieroty, głównie z tych rejonów Rosji, gdzie łatwo było zatuszować ich zniknięcie, a zatem między innymi Syberii i Naddniestrza.
Emily przerwała na moment, by wziąć łyk wody. Wykorzystała okazję, żeby przebiec wzrokiem po słuchaczach. Znaczna część z nich nadal sprawiała wrażenie, jakby znalazła się tu przez przypadek lub z musu. Na wykłady dotyczące zagadnień fizycznych walili drzwiami i oknami, nawet jeśli niewiele z nich mogli zrozumieć, bo przecież noblistka. Tę działalność traktowano jako poboczną, jako niegroźną fanaberię, którą tolerowano przez grzeczność i szacunek dla wielkiego umysłu.
York przełknęła gorycz. Nie, nie była Hiromi. Nie miała jej charyzmy i nie potrafiła porywać tłumów, przekonywać do współpracy nawet najbardziej oporne jednostki pokroju Jurija Ivanowa. Nie była też rzuconym przez Tachibanę na pożarcie mediom Miguelem, który przed laty, zanim został zdyskredytowany przez zarzuty, czarował uczestników konferencji prasowych naturalnym urokiem. Nie – była tylko naukowcem, w dodatku o niezbyt miłej aparycji i głosie. Jej naturalnym środowiskiem pozostawało ciche, odcięte od świata laboratorium. Robiła, co w jej mocy, i wiedziała, że to za mało.
Nie byłaby jednak sobą, gdyby to zmusiło ją do wywieszenia białej flagi.
– Na tamtym etapie Bestie traktowano jako dedykowaną, ale zewnętrzną broń – podjęła. – Wydaje się zresztą, że one same przywędrowały do Związku Radzieckiego z Azji, gdzie pierwotnie łączono je z pojęciem świętych duchów, czego dowodem chociażby szczególny status czterech z nich odpowiadających wywodzącym się z chińskiej mitologii Czterem Strażnikom Nieba. Co szczególnie ciekawe, dwie z owych „świętych” Bestii, Bai Hu, czyli Biały Tygrys lub Diger, i Zhu Que, znana przez bladerów Dranzer, opcjonalnie Black Dranzer, znajdują się w rękach wielkich przywódców pozostających w stanie wojny mocarstw: chińskiego cesarza Reia Kona i rosyjskiego feldmarszałka Kaia Hiwatariego, notabene, dziedzica tych Hiwatarich, o których mówiłam wcześniej. To jednak wątek na inne wystąpienie. Wracając do samej Rosji… Wciąż dysponujemy niewielką ilością materiałów i zaledwie kilkoma zdjęciami satelitarnymi kompleksu. Wiemy natomiast z całą pewnością, że jeszcze zanim rozpoczęto program tworzenia Połączonych, na wychowankach Opactwa przeprowadzano eksperymenty innego typu. Zmieniano ich ciała i umysły, by stanowili możliwie doskonałe dopełnienie wówczas jeszcze zewnętrznych Bestii. Uprzedzam państwa, że archiwalne zdjęcia, jakie zaraz pokażę, są bardzo drastyczne. Udało się je zdobyć w wyniku włamania do archiwum ośrodka tuż przed wybuchem wojny. Obrazują, o jakiej skali zjawiska właściwie mówimy.
Emily ponownie przełączyła slajd. I kolejny. I jeszcze kilka innych. Obserwowała twarze ludzi, to, jak się zmieniają. Odprowadziła wzrokiem jedną damę, która pospiesznie opuszczała salę z chusteczką przyłożoną do ust. Nie współczuła jej ani odrobinę.
Myślami zresztą odpłynęła na moment nieco dalej. Do kolejnej serii wiadomości, anonimowych, ale mogących pochodzić tylko od jednej osoby. Judy Mizuhara próbowała namówić dawną asystentkę do powrotu do Ameryki i pod swoją pieczę – początkowo po dobroci, ostatnio coraz ostrzej. Maile, jakie odebrała Emily ledwie tego ranka, zawierały już niemal jawne groźby. Coś jak „ze mną albo wcale”. York próbowała przekonywać samą siebie, że wcale nie daje się zastraszyć, ale jednak tuż po rozpoczęciu ostatniego z serii wykładów omal nie uciekła, gdy wydało jej się, że dostrzega Judy w jednym z tylnych rzędów.
Drugi tor skojarzeń biegł w stronę nadchodzącego wieczoru i podsumowującego sympozjum uroczystego bankietu. Nigdy nie czuła się na takich imprezach dobrze, a telefon od Oliviera jedynie podbił poziom stresu na niebotyczne wysokości.
– Jak zatem państwo widzą – znów skupiła się na wykładzie – to, co obserwujemy obecnie w Rosji, jest wynikiem nie tylko samych eksperymentów na Bestiach, ale całego programu okrutnych praktyk. W dodatku nie mamy wciąż gwarancji, że to jedyne miejsce na świecie, w którym dochodziło i nadal dochodzi do podobnych zbrodni, których ofiarami, przypominam, padają dzieci. Osobiście uważam, że wytropienie wszelkich komórek, w których może się to dziać, i przerwanie eksperymentów to nie tyle nawet działanie w kwestii naszego własnego bezpieczeństwa, co nasz zwyczajny obowiązek.
Ten i ów przytaknął, ale Emily miała gorzką świadomość, że nawet jeśli wzbudziła w nich jakieś szczątkowe uczucia, wyparują one jeszcze tego samego wieczora nad soczystymi polędwiczkami i doskonałym winem.
Irytowało ją to. Irytowało ją, że to tyle trwa. Całe to powolne rozwijanie politycznych sieci przez Roberta, program ARES, trudne negocjacje z Pekinem. Irytowała ją bezradność i fakt, że musi siedzieć tu, zamiast w swojej pracowni, gdzie być może właśnie wpadłaby na jakiś genialny pomysł pozwalający usprawnić działanie budowanych w pocie czoła mechów.
Irytowała ją myśl, że Judy Mizuhara, cokolwiek właściwie knuła i dla kogokolwiek pracowała, może być o krok przed nią.

*

Otoczony przez żądny kolejnej chwilowej sensacji tłumek Miguel czuł, że ledwie jest zdolny oddychać. Próbował nie myśleć obsesyjnie o trzymanym w dłoni kieliszku wina i tym, jak dobrze byłoby opróżnić go duszkiem, a potem pozwolić rauszowi załatwić sprawę. Desperacko szukał w głowie śladów lekcji, jakie dawno temu odebrał od Hiromi i Leonor. Starał się więc nie zaciskać pięści. Pilnował, by patrzeć nieco ponad linię brwi rozmówcy oraz by każdy uśmiech uruchamiał mięśnie wokół oczu, a co któryś odsłaniał też zęby. Prostował plecy, ale jednocześnie lekko kulił ramiona i pochylał głowę, by pokazać, że jest pewny siebie, ale też swobodny i nastawiony przyjaźnie.
Pilnowanie tego wszystkiego pożerało niemal całą moc przerobową i sprawiało, że Miguel ledwie rozumiał, co się do niego mówi. Nawet jednak, gdy złożył słowa do kupy, co chwilę trafiał na luki we własnej wiedzy. Nie liczył już, ile razy zdążył przekląć Oliviera i jego próżność, ale podejrzewał, że pula ta znacznie przewyższa pulę sensownych odpowiedzi, jakich udzielił.
Miał wrażenie, że wszystko gra przeciwko niemu. Wciąż szczątkowa orientacja w terenie stanowiła jeden problem, drugi – niemal anafilaktyczna reakcja na taką ilość ludzi w jednym pomieszczeniu, choćby i naprawdę sporym. Miguel nigdy nie lubił tłoku, a dwa lata całkowitej izolacji dołożyły swoje. Czuł się przytłoczony, na wpół uduszony, a paniczną potrzebę ucieczki trzymał na łańcuchu z coraz większym trudem. Kiedy zainteresowanie jego osobą wreszcie zmalało, obrócony do ściany dyskretnie wciągnął na raz całą zawartość kieliszka, a potem zwinął kolejny i wykałaczkę. Obracał ją w dłoni, raz po raz kłując się po palcach, żeby przypomnieć sobie, gdzie i po co właściwie jest. Bał się utraty kontaktu z rzeczywistością. Bał się wycofania na tyły własnej głowy i tego, że po prostu zacznie zachowywać się dziwnie.
Żaden z tych, którzy stali za wyciągnięciem go z więzienia, jeszcze nie wiedział, nawet jeśli z zasłyszanych półsłówek wnioskował, że coś tam podejrzewają. Miguel zakładał zatem, że nie są przygotowani na opcję, gdy ktoś słusznie zarzuca sekretarzowi generalnemu, że swoją strategię bezpieczeństwa oparł na wariacie.
Szczęśliwie na stołach ustawiono kandelabry. To pomagało, choć oczywiście groził też tym, że ktoś w końcu zauważy, jak Lavalier, rzekomo oczyszczony z zarzutów tragicznych w skutkach podpaleń, łakomie wpatruje się w ogień.
Złota rada Oliviera mówiła, by odszukać Emily. I owszem, była tu. Jeszcze bardziej niesamowita niż przed laty, seksownie elegancka ze swoją prostą czarną kreacją i koralami podkreślającymi płomienną rudość włosów. Niska i drobna – chyba drobniejsza niż w wieku dwudziestu lat – prawie nikła wśród innych gości, ale jednak w sposobie bycia, w gestach i spojrzeniu miała ogień, który nikomu nie pozwoliłby posądzić ją o kruchość. Problem polegał jednak na tym, że jako gwiazda kończącego się właśnie sympozjum, bez przerwy była przez kogoś oblegana. Miguel nie znalazł dotąd nawet chwili, w której mógłby swobodnie do niej podejść, a ostatnie, czego chciał, to zrobić z pierwszego po szesnastu latach spotkania przedstawienie dla kogokolwiek.
Jest wolna, powtarzał w dodatku głos w jego głowie, jest wolna, wolna, wolna.
No i co z tego? – karcił się w myślach Lavalier. Może i jest wolna, może i jest rozwódką, ale to ty jesteś świrem i nie zdołasz w nieskończoność tego ukrywać.
Schowawszy się za doniczkowym kwiatem, wychylił do dna drugi kieliszek, przy okazji przypadkiem łamiąc wykałaczkę. Uznał, że to całkiem trafne podsumowanie i w związku z tym nie będzie się kłócił.

*

Na balkon wyprowadziła ich krótka wymiana porozumiewawczych spojrzeń.
Emily przez moment czuła, jakby znów była w Moskwie, podczas pamiętnego bankietu w Turandot, jakby znów miała ledwie dwudziestkę i obserwowała dopiero początek końca, nadal beztrosko nieświadoma wszystkich układów, które ledwie parę miesięcy później miały wziąć ich w kleszcze i zapędzić w śmiertelną dla niektórych lub nieomal śmiertelną pułapkę. Wystarczyła jedna jeszcze znajoma twarz w tłumie.
– Kopę lat – rzuciła w kierunku opartej o balustradę postaci.
Chłodny wiatr owiał umęczoną pod makijażem twarz i York uznała, że wyjście na zewnątrz to był dobry pomysł. Tak czy inaczej.
Obrócił się do niej z uśmiechem, który – musiała to przyznać – odrobinę ją zdziwił. To był uśmiech, jaki rzadko u niego widywała podczas miesięcy spędzonych w Moskwie, choć wcześniej zdarzał się z pewnością i to nie raz. Szeroki, szczery i swobodny, obejmujący oczy w całości, a teraz także uwidaczniający zmarszczki na męskiej, a nie młodzieńczej już twarzy.
– Czas jedynie pani służy, pani profesor – odparł.
– Chciałabym móc powiedzieć to samo o tobie.
Roześmiał się i oparł łokcie o kamień, chwilę po prostu patrząc w dół na migoczące światła Paryża. Obserwował uważnie, jakby chciał zapamiętać ten widok do końca, jakby nie mógł powstrzymać się przed chłonięciem bodźców. Kojarzył się trochę z tamtym chłopcem, który – Emily zadrżała, gdy uświadomiła sobie upływ czasu – dwadzieścia lat temu po raz pierwszy w życiu, po buncie przeciwko Barthezowi, wyszedł na arenę z podniesioną głową.
– Jak sobie radzisz? – spytała, sięgając do torebki po papierosa, chociaż może nie było to najlepsze, co mogła powiedzieć.
– Świat trochę się zmienił, to fakt – Miguel wzruszył ramionami – ale da się przyzwyczaić. Zresztą znowu jestem pacjentem szczególnej troski, mogę w spokoju nadrabiać zaległości, aż ktoś sobie nie przypomni, po co mnie właściwie wyciągnął.
– Spokój to duże słowo. – York zaciągnęła się dymem, dołączając do obserwowania nocnego Paryża.
Lavalier znów się roześmiał, czym zasłużył sobie na cmoknięcie.
– Hm?
– To po prostu trochę dziwne – przyznała York. – Ostatnio widziałam cię w takim dobrym humorze przed BEGA. Jesteś po nastu latach w ciężkim pierdlu i dwóch w izolatce, nie po wakacjach, na Boga!
– Mam iść do kąta i płakać?
– To jakiś pomysł – Emily spojrzała wprost na niego. – Mógłbyś też pokrzyczeć. Wiesz, odstawić scenę. W końcu jak chcesz, to potrafisz.
– Dasz na chwilę?
Spojrzała na niego zdziwiona, ale podała mu papierosa.
– Zacząłeś palić?
– Nie. Po prostu chcę zobaczyć, jak to jest.
Wziął skręta do ręki, obejrzał, podniósł do ust i zaciągnął się ostrożnie, nieufnie, jak dzieciak pod śmietnikiem, co wywołało kolejny, tym razem nieco pobłażliwy uśmiech na twarzy York.
– I jak, good little boy? – spytała.
– Sam nie wiem. – Miguel zmarszczył brwi w niejakiej konsternacji. – Ale chyba jednak nie.
– Ile jest jeszcze takich rzeczy? – Emily odebrała od niego papierosa.
– Hm?
– Na które nabrałeś ochoty w pierdlu.
– Sporo.
– Na przykład?
Uniósł kącik ust, a potem nogawkę i zobaczyła białą skarpetkę.
– Boże, ty rebelu. Aż się ciebie boję – zakpiła Emily. Zgasiła papierosa na kamieniu i spojrzała na twarz Miguela. – Tęskniłam – powiedziała w końcu.
Uśmiech zniknął.
– Ja też – odparł nagle absolutnie poważnie.
Potem zapadła cisza i niespodziewanie zaczęło robić się jakoś dziwnie. Radosną atmosferę zastąpił niepokój w piersi i łaskotanie w gardle, a wspomnienia zaczęły wypełzać z zakamarków pamięci. Te dobre, tak. Ale też te inne. Te, które pachniały krwią i łzami. Porażką, rozczarowaniem i śmiercią.
Emily pomyślała, że przydałoby się jej więcej alkoholu.
– I chyba nigdy ci do końca nie wybaczyłam – szepnęła.
Nie odpowiedział, bo w sumie, co miałby odpowiedzieć? Ale zareagował po swojemu, spuszczając głowę i kamieniejąc na moment, kiedy jego świat nagle się potknął.
– Emily? – Niespodziewanie znów podniósł wzrok i zmrużył oczy.
– No?
– Ucieknijmy.
– Jezu drogi, dokąd?!
– Nie wiem – wzruszył ramionami – byle przez balkon. Tu nie jest wysoko. Uciekałaś kiedyś przez balkon? Bo ja nie.
York przewróciła oczyma.
– Zapomniałam, jak szybko się upijasz.
– Nie jestem pijany – skrzywił się Miguel. – Nie można się upić lampką wina.
– Najwyraźniej można.
– No, dwoma. To co? – Spojrzał na nią i nie mogła odpędzić od siebie skojarzenia z rozentuzjazmowanym szczeniaczkiem na prochach. – Wiejemy?
Wyciągnął ku niej rękę, a ona – zastanawiając się, co też do ciężkiej cholery robi – złapała go za suchą i jak zawsze jakby odrobinę za ciepłą dłoń.
To wszystko nie było do niego podobne, od przejęcia inicjatywy począwszy, a na samym pomyśle skończywszy, i może kryło się za tym, coś co York powinna dostrzec i czym powinna się zaniepokoić, ale w tamtym momencie nie chciała się zastanawiać ani zbyt dociekliwie rozglądać. Tak było dobrze. Czuła się znów jak nastolatka, a podejrzewała, że rano pewnie wszystko wróci do normy i Miguel znów będzie człowiekiem, z którym można konie kraść, owszem, ale którego potem trzeba pilnować, żeby nie wrócił zostawić gospodarzowi listu z przeprosinami.
Patrzyła, jak przerzuca nogi na zewnętrzną stronę balustrady – rebelianckie białe skarpetki błysnęły w ciemnościach – i ostrożnie szuka oparcia.
– OK – stwierdził – nie jest źle. Tylko uważaj na… CHINGA!
Rozległ się huk i trzask łamanych gałązek.
– Ja pierdolę! Miguel! – Emily wychyliła się przez balustradę, próbując dostrzec Lavaliera w ciemnościach pod balkonem.
– W porządku! – dobiegło do niej z krzaków. – Nic mi nie jest!
No, w to w sumie była skłonna uwierzyć. W końcu upadek z, na oko, dwóch metrów raczej nie mógł równać się chociażby z szarżą doprowadzonego do krwawej furii Sabaki.
Wzdrygnęła się i natychmiast odgoniła wspomnienie.
– Skacz! – dobiegło do niej z dołu. – Złapię cię!
– Jesteś popierdolony!
– Nie od dzisiaj. No, skacz!
Naprawdę nie wiedziała, co nią kieruje. Wypiła trochę za mało, żeby usprawiedliwiać się alkoholem. Chyba że to po prostu nagłe uderzenie tlenu, po tym, jak niemal udusiła się w tłumie ludzi. Fakt faktem, że usiadła na barierce i przerzuciła nogi na zewnątrz.
– Kurwa, jaka ta szmata jest wąska! – syknęła, kiedy odkryła, jak bardzo sukienka krępuje jej ruchy, a potem usłyszała jej trzask. – Ups…
– Dasz radę!
– No jasne, że dam! Jestem profesorem fizyki, baranie! Uwaga! Lecę!
Oczywiście, że nie było jak na filmach i zamiast wdzięcznego skoku w męskie ramiona zaliczyła niezgrabne runięcie na nos Lavaliera. Złapał ją, na ile było to możliwe, ale i tak oboje ponownie wylądowali w krzakach…
– Pacanie, miałeś mnie złapać!
…z których tak szybko się nie podnieśli, złożeni atakiem dzikiego śmiechu, w który podstępem wkradało się szybsze bicie serca. Tym razem to ona pocałowała go pierwsza. Po prostu był za blisko, a ona nadal miała wrażenie, że po prostu powinien być nielegalny.
No, w sumie był.
To bardziej wydawany na receptę.
Przesuwając językiem po jego wardze, poczuła, że Miguel znów się uśmiecha. Przygarnął ją mocniej. Delikatny, ciepły dotyk dłoni na karku i kciuk drażniący linię włosów przywołały falę dreszczy. Nie chciała, żeby to się kończyło. Nie chciała patrzeć w twarz wszystkim konsekwencjom i komplikacjom. Nie chciała myśleć o tym, co właściwie doprowadziło do tej sytuacji.
Chciała po prostu, żeby znowu było dobrze.
– Masz rację – wymruczała Miguelowi w szyję i uderzyło w nią nagłe déjà vu. – Ucieknijmy.


*

Włóczyli się po Paryżu, a żadne z nich nie miało o tym miejscu bladego pojęcia, bo Emily, choć posiadała tu mieszkanie, większość czasu spędzała jednak w bawarskich lasach ze swoimi mechami.
Tak naprawdę trudno było wyobrazić sobie bardziej pretensjonalne miasto do takiego włóczenia się bez celu i końca, zwłaszcza w zaistniałych okolicznościach przyrody, ale tak wyszło, więc Emily mogła przełknąć tandetną scenografię. Zresztą tandetna czy nie, miała jednak w sobie sporo uroku. Światła odbijały się w leniwej Sekwanie jak błędne ogniki, a koczujący nad jej brzegiem Francuzi brzęczeli jak stado owadów, o tyle jednak lepsze, że nie włażące pod ubranie i nierozbijające się o czoło w pijanym locie. W dodatku żadne z nich nie miało pojęcia, dokąd właściwie idą, a jeśli dodać do tego jeszcze spontaniczną ucieczkę przez balkon, lądowanie w krzakach i splecione jak u nastolatków dłonie, robiło się nawet równie tandetnie i romantycznie.
W podstawowych bowiem kwestiach York nie zamierzała się oszukiwać – nawet jeśli wszystko było tylko magią chwili i zwyczajnym upojeniem alkoholowo-endorfinowym z okazji spotkania po latach, nie chciała się tego pozbawiać. Nie w tamtym momencie. To nie była noc na poważne rozmowy i rozdrapywanie ran. To nie była noc, podczas której chcieliby zadawać pytania o sens chwilowego szczęścia.
Rozmawiali więc o pierdołach. To znaczy głównie Emily mówiła, bo jak by nie spojrzeć, to ona miała więcej dobrego do powiedzenia. Miguel ograniczał się do jakichś pojedynczych wtrętów, jak zwykle niezbyt licznych, póki nie złapał wiatru w żagle i nie znalazł jakiejś dramatycznej kwestii do wypowiedzenia.
Otuliła się szczelniej jego frakiem – pachnącym dyskretnie i dokładnie tak, jak lubiła. Była nieomal gotowa zapomnieć, że Lavalier ma także drugą twarz. Tę złożoną z irytujących wad, mrukliwą, sfrustrowaną i potwornie upartą przy jednoczesnej tendencji do podejmowania decyzji pod wpływem emocji i impulsów. Tę, która w gruncie rzeczy zaprowadziła go za kraty.
Na całym zmaltretowanym świecie była jeszcze tylko jedna osoba zdolna doprowadzić ją do tego stanu swoistej lekkomyślnej nieważkości.
Imię Johnny'ego padło oczywiście i to parę razy. Przewijał się jako bohater anegdot i wspomnień. Najważniejsze pytanie o niego pozostawało jednak w zawieszeniu.
A może wcale nie?, przemknęło Emily przez myśl. Może już o tym rozmawiali i Miguel zwyczajnie wie, jak wygląda sytuacja. W końcu, kiedy przed laty oświadczyła im, że nie potrafi między nimi wybrać, byli już gotowi ustalić grafik za jej plecami.
Tak czy inaczej...
Poczuła obejmujące jej plecy ramię i straciła resztki kontroli nad własną twarzą. Od permanentnego szerokiego uśmiechu bolały ją już policzki. Od opowiadania zaczynał chrypieć głos.
Więc zamilkła. I szli w milczeniu. I też było dobrze.
– Nadal ci zimno? – zapytał w pewnym momencie Miguel.
– Nie aż tak – odparła, trochę obawiając się, że mógłby zaproponować powrót do hotelu, na duszną bankietową salę, między tych wszystkich okropnych ludzi.
– Po prostu pomyślałem, że może gdzieś wejdziemy.
Zadrżała.
– Czyli jednak ci zimno.
– Baran.
– Nie rozumiem? – Spojrzał na nią z uniesionymi brwiami.
– Wiem, że nie rozumiesz. Masz rację, wejdźmy gdzieś.
To był dziwny wieczór, dziwna noc. Jak szybka jazda na sankach w dół z wymarzonej i upatrzonej górki. I wszystko mogło skończyć się jeszcze dziwniej.
– Miguel.
– Hm?
– Może po prostu pójdziemy do mnie? Mam już naprawdę dość.
Nie dałaby sobie głowy uciąć, ale wydawało jej się, że na moment zgubił rytm kroku i to chyba nie przez fakt, że słabo widział po zmroku.
– Ja...
– I tak muszę wyplątać się z tej szmaty, bo doprowadzi mnie do szału – dodała asekuracyjnie, za co jej samej było nieco wstyd.
Miguel zrezygnował z odpowiedzi, a Emily, znając go już w końcu trochę, nie próbowała jej wyciągnąć siłą. Niech się podusi trochę we własnym sosie, skoro tak lubi. Ale przecież widziała jego wzrok. Słyszała, jak wali mu serce za każdym razem, kiedy znajdowała się bliżej. Czuła drżenie. Chcieli tego oboje, byli dorosłymi ludźmi i tylko fakt, że nigdy nie wyszli poza pocałunek, bo zwyczajnie nie starczyło na to czasu, niepotrzebnie komplikował sprawę.
Może więc faktycznie wyjście stanowiło postawienie sprawy wprost, ale Emily też była tylko człowiekiem. Też miała swoje małe problemy, do nich, czego kompletnie nie zrozumiał Johnny, należało rozmawianie o seksie. Seks po prostu był. Dział się. W konkretnym momencie, w którym wydawało się, że ma sens, a potem to wszystko stawało się takie… niezręczne.
– Więc…?
– Odprowadzę cię.
Przytuliła się do niego mocniej, choć tylko na chwilę, bo trudno było tak iść.
– To niedaleko – wskazała ręką jedną z bocznych ulic.
A potem, myślała, wszystko potoczy się już samo. Musi się potoczyć.
Miguel nie mówił już niczego. Ona też. Rzuciła tylko, że to tu, gdy znaleźli się przed wejściem, a potem pozwoliła całować. Drżącymi dłońmi wyjęła z torebki klucze, omal nie potknęła się, gdy obcasy zdradziły miękkie nogi. Pomyślała, że Lavalier mógłby ją wziąć na ręce, a potem, że to strasznie pretensjonalne i że jednak byłoby jej z tym dziwnie.
No, dziwniej, w każdym razie.
Trafienie kluczem do zamka, podczas gdy dłonie Miguela błądziły po jej ciele, a usta po szyi i dekolcie, nie było łatwe i pęk upadł ostatecznie na schody. Przez moment zamierzała się nawet po nie schylić, ale wybrała inną opcję. Przyciągnęła go mocniej do siebie i opadła plecami na drzwi. Przesunęła dłonią po boku, po brzuchu. Zadrżał gwałtownie, więc sięgnęła niżej.
I wtedy się odsunął.
– Miguel…
– Przepraszam, ja… – Wycofał się jeszcze dwa kroki.
– Zrobiłam coś nie tak?
– Nie. Dobrej nocy.
Po tych słowach po prostu odwrócił się i odszedł szybko, zostawiając Emily w osłupieniu.
Minęła długa chwila, nim sięgnęła po te nieszczęsne klucze.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 15 stycznia 2017, 14:44

Moskwa Jurij wbił słomkę w kartonik.
– Za ciebie, Wolborg – wzniósł toast. – Obyś zdechła szybko.
Rozczulasz mnie.
Dodatnia temperatura w jednej z łazienek na parterze miała szeroki wymiar praktyczny. Nie chodziło tylko o to, że czasem zwyczajnie wypada się umyć, nawet jeśli jest się w połowie cybernetycznym wilkiem, a lód odznacza się w tej materii mikrą skutecznością. W mrozie słabo funkcjonowała też wszelka elektronika, a jeśli Jurij chciał utrzymać ludzi z daleka od siebie, paradoksalnie musiał pozostawać z nimi we w miarę stałym kontakcie.
Po jakimś czasie rozmówców po drugiej stronie przestało dziwić, że Ivanow dyskutuje z nimi, siedząc na klapie od kibla. A już na pewno nie dziwiło to Borysa Kuzniecowa.
– Cześć i sława, wodzuniu! – Sparodiował salut.
– Hej, pojebie – odwzajemnił się Jurij i rozparł na swym tronie nieco wygodniej. – Chciałeś gadać w cztery oczy, to jestem.
Borys poruszył się niespokojnie. Nie tylko on zresztą, bo obraz na pół sekundy zachwiał się i rozczłonkował. Antysatelitarne działania Brooklyna czasem nadszarpywały też cierpliwość sieci wewnętrznej.
– Potrzebuję rady, Sabaka – powiedział Kuzniecow – bo coś mi tu potwornie jebie i jestem niemal pewien, że to nie ja.
– Słucham.
– Wiesz, że mam gościa – zaczął wyjaśniać Sokolnik. – Liczyłem na rozpierduchę, ale nie, Mao chciała rozmawiać. Żąda widzenia z Kaiem.
Jurij zakrztusił się branym właśnie łykiem bananowego mleczka, po czym parsknął ponurym śmiechem.
– Serio?
– Serio. I wygląda na to, że jest zdeterminowana – skrzywił się Borys. – Utrzymuje, że przyjmie wszystkie warunki. Trzy razy ją pytałem. Trzy razy powtórzyła, że naprawdę wszystkie. Więc sprzedałem jej jeszcze kilka możliwości, ale albo się nie przejęła, albo mi nie uwierzyła.
– To drugie byłoby błędem.
– To Mao. Ona sama jest błędem.
– Twoje sympatie to twój problem, Borys. No i? – Jurij ponaglił go ruchem głowy. – Czego kicia chce od Kaia?
– Twierdzi, że negocjować warunki zakończenia wojny.
– Coraz lepiej.
– I że ma argumenty.
– A w to trudno uwierzyć.
– No właśnie – przytaknął Kuzniecow i obraz znów na moment oszalał. – To mi właśnie śmierdzi. Nie wierzę jej. Najchętniej po prostu urżnąłbym jej łeb i odesłał do Pekinu, ale powiedzmy, że miewam przebłyski myślenia strategicznego.
– Jakieś inne pomysły?
– Faktycznie podrzucić ją Kaiowi i zobaczyć, co się stanie.
– Genialne – prychnął Jurij i zgniótł pusty kartonik po mleczku.
– Przez wrodzoną skromność podkreślę, że nie ja to powiedziałem – wyszczerzył się Borys. – A tak na serio, właśnie nie za bardzo mam inne pomysły. Poza tym właśnie, ale podejrzewam, że Mao albo ma intencje szpiegowskie, albo wręcz mordercze, choć to byłby z jej strony spory optymizm, jeśli sądzi, że będzie w stanie choćby Kaia podrapać. Chciałbym zobaczyć to starcie.
– Byłoby krótkie.
– To w zwolnionym tempie. W każdym razie, nie chciałem konsultować się z nim.
– Dlaczego? – Ivanow uniósł brwi, bardziej ciekaw odpowiedzi niż zdziwiony.
– Sam nie wiem… Może przez to, co powiedziała.
– A co powiedziała?
– Że to on jest problemem.
– To wszyscy wiemy.
– Tak, ale… – Borys urwał. Spuścił głowę, potrząsnął nią, a potem niespodziewanie charknął i zaklął pod nosem.
– Stary…?
– Nic mi nie jest… – zabrzmiał o tyle niewiarygodnie, że właściwie jęknął.
– Widzę. Co się dzieje?
Sokolnik podniósł wzrok i przecząco pokręcił głową. Jurij wytężył wszystkie swoje zdolności percepcyjne, ale przekłamany, drżący obraz w małym okienku nie mógł powiedzieć mu zbyt wiele.
– Nic.
– Mhm.
– Powiedziałem, kurwa, że nic! – ryknął Kuzniecow z niespodziewaną złością, która jednak odbiła się od trzydziestu lat znajomości i niemal takiego samego stażu przyjaźni, o ile kogokolwiek z Opactwa można było nazywać przyjacielem. – Mieliśmy rozmawiać o Mao.
Jurij pochylił ciało, oparł brodę na ręce i zmrużył oczy. Pod rudą czupryną przegalopowało mu naraz sporo myśli, ale wszystkie postanowił zachować dla siebie.
– Tak czy inaczej, jest teraz w twojej mocy – powiedział. – Jeśli chce osiągnąć cel, musi ci zaufać.
Nie było potrzeby dodawać niczego więcej, co Ivanow zobaczył w krzywym uśmiechu Borysa.
– Tak czy inaczej – podjął – mogę ją unieszkodliwić.

Paryż
– Hej, Kopciuszku. – Niemal wcisnęła mu frak w brzuch. – Chyba coś zgubiłeś, jak spierdalałeś z balu.
To nie był żart. Wypowiedziała te słowa zimno i burkliwie, ledwie otworzyły się drzwi. Nie przyszłaby tu przecież w ogóle, gdyby nie wyższa konieczność, a zamiast tego strzeliła focha tysiąclecia.
Spodziewała się, że zastanie Miguela zaskoczonego i zawstydzonego, bo Olivier, do którego właściwie szła, uprzedził ją, że jakaś nagła sprawa wygoniła go na moment z mieszkania. Ale to, co ujrzała, kiedy jej oczy wreszcie zarejestrowały obraz, przerosło jej oczekiwania – musiała to przyznać.
Po pierwsze, nadal nie zrzucił wyjściowego ubrania. To i cienie pod oczyma mogły świadczyć o fakcie, że w ogóle się nie położył. Zdjął właściwie tylko skarpetki, które najwyraźniej za bardzo zaczęły uwierać wewnętrznego modowego faszystę. Muszka jednak gdzieś się podziała, koszula wyglądała jak wyciągnięta psu z gardła, a spodnie nosiły ślady bliskiego kontaktu z podłożem, najwyraźniej dość błotnistym. Twarz też nie wyrażała tak do końca tego, czego York się spodziewała. Bo jakkolwiek miała nadzieję, że kac moralny porządnie ugryzie Miguela w dupę, to efekt leżał daleko, daleko za założoną granicą.
Na oko jakoś w Norylsku.
– Coś ty ze sobą zrobił, debilu?
– Dopiero wróciłem.
– Skąd? – zmarszczyła brwi, jednocześnie dostrzegając zaschnięty listek w jasnych kosmykach, których miękkość, czy tego chciała czy nie, wciąż czuła w palcach.
– Ze spaceru – odparł Lavalier wymijająco.
– Mhm. Mam tak stać w progu? – Wzięła się pod boki.
Miguel wycofał się za drzwi, żeby ją wpuścić.
– Nadal nie masz mi niczego do powiedzenia? – zaatakowała, jednocześnie jednak dyskretnie pociągając nosem w poszukiwaniu sugestii alkoholu. Wydawało jej się jednak, że nie wyczuwa niczego podejrzanego poza potem, ciągle jeszcze widocznym na skórze i ubraniu. – Coś mi się zdaje, że to był intensywny spacer.
– Biegałem.
– Całą noc? W tym? – Emily krytycznie zmierzyła resztki wyjściowego stroju, a kiedy dotarła do stóp, zobaczyła na nich czerwone otarcia. – Aha.
– Ja…
York przewróciła oczyma, widząc jak Argentyńczyk przybiera pozę karconego chłopca.
– Wiesz, jak się wczoraj poczułam? Jak szmata. I nie wiem nawet, kurwa, dlaczego.
– Przepraszam – powiedział bardzo cicho.
– Myślisz, że to wystarczy?
– Nie, ale…
– Ale co?
– Nie wiem, co myślisz, ale to nie tak, jak myślisz.
Potrząsnęła głową.
– Twoja logika kuleje, Miguel – syknęła. – Zresztą przyszłam tu w interesach i do Oliviera. Jeśli myślisz, że będę długo przeżywać wczoraj, to grubo się mylisz i bardzo sobie wlewasz.
Zacisnął wargi i strzelił oczyma w bok.
– Może usiądziesz? – Wskazał fotel. – Olivier wyszedł.
– Wiem, że wyszedł.
– Ale za chwilę wróci.
– Wiem, że zaraz wróci.
Nie patrzył na nią. Nie patrzył, kiedy podchodziła do mebla, nie patrzył, kiedy go zajmowała. Sam także usiadł, daleko, na łóżku, i zaczął rozcierać nerwowo dłonie.
– Co? – Spojrzała na niego, marszcząc brwi.
– Ja jednak… – znowu się zawahał, ale potem nagle jego twarz stężała od podjętej decyzji. – OK, może to dla ciebie nie jest… To znaczy, sama mówisz, że nie będziesz tego przeżywać, ale ja tak. Więc chyba jednak chcę to wyjaśnić.
– O! – parsknęła York, zakładając nogę na nogę. – No to słucham.
– Nie zabawiłem się tobą. Ale też nie przypuszczałem, że to się tak potoczy i zajdzie tak daleko. I spanikowałem.
– Nie przypuszczałeś?
– A skąd miałem wiedzieć?
– No nie wiem. – Emily przewróciła oczyma. – Kompletnie nie mam pojęcia. Z lotu ptaków może. Do jasnej cholery, nie mów mi, że jesteś aż takim baranem!
– Nie wiem, czy jestem baranem. Na pewno jestem – odchrząknął – prawiczkiem.
Zamurowało ją. Chyba na chwilę straciła oddech.
– …co.
– To. Nigdy nie byłem z kobietą. Ani z mężczyzną. Ani w ogóle. – Teraz, kiedy już to z siebie wyrzucił, jego głos brzmiał pewniej, może nawet z cieniem goryczy. – I tak, wiem, mam trzydzieści sześć lat. Tylko prawie połowę tego siedziałem w pierdlu, więc w sumie się nawet cieszę, że nie upuściłem mydełka. Po prostu się przestraszyłem, że to już, a ja nie mam pojęcia… wiesz, co robić właściwie.
Patrzyła na niego z miną człowieka, który odkrył nagle, że kiełbaska ma dwa końce i właściwie nie wiadomo, od którego ją napocząć.
– Nie mogłeś mi tego powiedzieć wczoraj…? – nieomal jęknęła.
Nie odpowiedział, tylko znowu spuścił głowę i zajął się uważną kontemplacją przestrzeni między swoimi stopami.
– OK – Emily ścisnęła nasadę nosa. – Kumam. Liczyłeś, że się nie wyda.
Przytaknął.
– Boże, jakim ty jesteś jednak idiotą, Miguel. No dobra, przyznaję, jestem zaskoczona, może zbita z tropu też, ale do kurwy nędzy, spierdoliłeś aż huknęło, wiesz o tym.
– Wiem – przyznał cicho.
Istotnie wyglądał, jakby wiedział. Przynajmniej tyle działało na jego korzyść, że nie sprawiał bynajmniej wrażenia kogoś, kto po prostu przyjął pozę skruszonego chłopca, ale już kombinuje, jakby tu obrócić sytuację na swoją korzyść i wyślizgnąć się z kłopotu. Wręcz przeciwnie – zdawał się przez ten kłopot solidnie zmiażdżony.
– No dobrze, zrobimy tak. Ogarniesz się, przebierzesz, może na chwilę zdrzemniesz i wrócimy do tego tematu na spokojnie, co? – zaproponowała litościwie York. – Ja w tym czasie załatwię sprawy z Olivierem.

*

Właściwie wtoczył się do pokoju. Wyglądał, jakby wreszcie dogonił go cały poprzedni dzień, emocje i kilka godzin katowania się bieganiem w lakierkach. Dogonił, wyrżnął parę razy o podłogę i wepchnął w dołek poandrenalinowy.
– Przyniosę ci wody. – York zmierzyła go zaniepokojonym spojrzeniem. – Może idź się połóż.
Skinął głową.
– Trzeba ci czegoś jeszcze?
– Nie.
Rozeszli się w swoje strony. Czy też Emily odeszła, a Miguel poczłapał.
No, to o próbie odtworzenia romantycznej atmosfery i pchnięciu tego dalej mogła sobie tylko pomarzyć. Z wściekłością uderzyła pięścią w drzwi lodówki i stłumiła przekleństwo, nim sięgnęła po szklankę i butelkę z wodą. Po chwili zastanowienia dorzuciła do wody plasterek cytryny i trochę lodu.
Przeszła przez salon i dogoniła Lavaliera w drodze do sypialni, do której jakimś cudem nadal nie dopełznął. Próg przekroczyła tylko krok za nim.
– Łóżko – zakomenderowała, gdyby jednak zapomniał.
Przytaknął i ruszył w jego kierunku jak lunatyk.
I nie wycelował.
Znaczy, wycelował jedną ręką i nogą, ale było to za mało, żeby utrzymał się na materacu, więc ułamek sekundy później bezwładnie spłynął na dywan.
– Kurwa! – Emily odstawiła szklankę na szafkę i uklękła przy nim. – Żyjesz?!
– Mhm… – mruknął, nie otwierając oczu.
– Dosłownie trzydzieści centymetrów w prawo i tyle samo w górę i będziesz w łóżku. Dasz radę. No, bądź dzielnym chłopcem, dalej.
Próbowała go dźwignąć, ale okazał się niewiarygodnie wręcz ciężki – cięższy, niż sprawiał wrażenie. Zrezygnowała więc z tego pomysłu i tylko patrzyła. Po chwili nieporadnej szarpaniny Miguel znalazł się jednak z powrotem na materacu.
– Boże święty… – Emily usiadła obok, podciągnęła nogi i otarła pot z czoła. – Co ja z wami mam, naprawdę.
Odpowiedziało jej ciche chrapnięcie.

*

– To mi zajmie tylko chwilę – zapewniał Olivier, ale chwila zaczynała się mocno przedłużać.
Emily z nudów położyła się obok Miguela z rękoma pod głową i patrzyła w sufit. Nie chciała go budzić, więc tylko przykryła go kocem, a sama wpełzła pod tę część kapy, której nie przygniatał swoim niemożliwym wręcz ciężarem. Po chwili wahania obróciła się na bok i wyciągnęła rękę ku jego włosom. Oczywiście nie zareagował, zapewne pomykając właśnie w jakiejś tęczowej sennej krainie. Cokolwiek się właściwie stało, zjechało mu bak do zera i wyglądało na to, że może nie obudzi się do samego rana.
Ledwie jednak Emily to pomyślała, Lavalier drgnął nagle, a potem usiadł gwałtownie z głośnym sykiem, w dodatku nie do końca ogarnąwszy działanie koca. Rozejrzał się wyraźnie zagubiony i wystraszony.
– Zasnąłem – sapnął ze zgrozą.
– Nieomal w locie – zauważyła Emily.
Spojrzał na nią i jego oczy stały się niemal całkowicie okrągłe.
– Emi!
– Ano ja.
Miguel zamierzał zerwać się z łóżka, ale wciąż oszołomiony do reszty zaplątał się w koc. Skończyło się zatem na solidnym przysoleniu w podłogę.
– Uważaj! – Emily przepełzła na czworakach na drugą stronę łóżka. Nawet nie próbowała powstrzymywać śmiechu. – Zabijesz się w końcu!
Pozbierał się i odruchowo otrzepał spodnie. Chciał coś powiedzieć, ale wtedy rozległo się pukanie.
– Olivier? – zdziwiła się Emily. – Nie ma kluczy?
– Ma – stwierdził z całą pewnością Miguel.
– Więc?
– Sprawdzę.
Poczłapał na korytarz, tłumiąc jeszcze ziewnięcie, podszedł do drzwi, a potem bez słowa skręcił do kuchni. Emily usłyszała, jak przetrząsa szuflady. Wrócił z dwoma solidnymi nożami – jednym do filetowania i jednym tasakiem.
– Och…
– Wybierz sobie. Ale polecam tasak i atakować z boku – powiedział.
Zmierzyła go przerażonym spojrzeniem.
– Też mam nadzieję, że to na wyrost – skrzywił się.
Wtedy jednak rozległy się odgłosy świadczące o tym, że ktoś zamierza dobrać się do zamka.
Fuck…! – jęknęła York.
– Okno? – zasugerował Miguel.
– Stoją pod budynkiem – stwierdziła Emily, wyjrzawszy zza zasłony.
Argentyńczyk syknął coś po swojemu.
– Ja otworzę – zadecydował niemal natychmiast.
– Ale…
– Mnie nie są w stanie uszkodzić, a ciebie owszem.
Emily trudno byłoby z tym dyskutować, więc niechętnie, ale przytaknęła. Czuła, jak drżą jej nogi w kolanach, kiedy szła za Lavalierem. Głową wskazał jej szafę i schowała się za nią zgodnie z sugestią – niewidoczna dla wchodzących, ale wystarczająco blisko wyjścia, by móc wykorzystać sytuację i uciec, gdy tylko ta na to pozwoli. Czuła, jak dłoń, w której ściska tasak, staje się kompletnie mokra. Zagryzła wargi, żeby nie jęknąć, kiedy usłyszała, że Miguel otwiera drzwi.
Nie padły żadne słowa. Tylko krzyk i dwa uderzenia, a potem coś ciężko upadło na podłogę.
– Emily!
Wypadła zza mebla. Nawet nie spojrzała na trupa, po prostu zarejestrowała jego obecność, przeskoczyła nad nim i wypadła na kletkę schodową, a Miguel za nią.
– W lewo! – zakomenderowała, ale ledwie dopadła do barierki, dostrzegła cień dwa piętra niżej, a potem jej mózg przeszył huk wystrzału,
Odskoczyła z krzykiem, świadoma, że uratował ją tylko przypadek.
– Jednak w prawo! Na przeciwpożarowe!
Słyszała kroki człowieka wbiegającego po schodach na ich plecami, słyszała szalone bicie własnego serca. Na drugą klatkę wpadła tuż za Miguelem. Tylko po to, żeby odkryć, że tu także nie jest czysto.
Byli w potrzasku.
Drzwi za nimi ponownie otworzyły się z hukiem.
Emily uderzyła na oślep – jak kazał Miguel, od boku. Usłyszała krzyk i coś lepkiego ochlapało jej twarz. Poczuła, jak soki żołądkowe podchodzą jej do gardła.
Myślała, że zwymiotuje, ale kolejny strzał wepchnął wszystko z powrotem do środka. W tym samym momencie poczuła na plecach ciepło ciała. Silne, zdecydowane ramiona oplotły ją i zmusiły, żeby się w nich skuliła, pozwalając się osłonić. Jeszcze dwa strzały szarpnęły Lavalierem, wyduszając z niego powietrze.
– Trzymaj się mocno – szepnął jej nad uchem.
Posłusznie wpiła w niego palce i przylgnęła z całych sił. Krzyknęła, gdy zrozumiała, że wychylił się za barierkę i lecą w dół, wprost na kamienną posadzkę parteru. Łupnęło potężnie. Uderzenie, choć zamortyzowane przez inne ciało, wypchnęło Emily całe powietrze z płuc. Ledwie jednak zdążyła odzyskać minimum orientacji, a została gwałtownie postawiona na nogi i zmuszona do biegu. Jak z oddali słyszała nawoływania napastników, którzy zorientowali się, że oboje uciekinierzy przeżyli niemożliwy do przeżycia upadek.
– Miguel! – chciała się obrócić, ale pchnął ją i musiała biec dalej, by nie stracić równowagi.
Sam dopadł do ściany, a potem do drzwi z dykty, za którymi powinien znajdować się schowek. Istotnie, po chwili York usłyszała rumor upadających sprzętów.
– Schowaj się! – ryknął Miguel, poprawiając w dłoniach łopatę.
Mogła się jedynie modlić, by okazało się, że napastnicy zużyli już wszystkie magazynki.
Huk wystrzałów pozbawił ją złudzeń, ale i tak ułamek sekundy później został zagłuszony przez wściekły wrzask szarżującego łopatą Miguela. W pierwszej chwili zamknęła odruchowo oczy, ale to nie był w końcu pierwszy raz, gdy musiała okazać się silniejsza od samej siebie, więc podniosła powieki i zaczęła pełznąć na czworakach w kierunku schowka. Przy ścianie, próbując pozostać niezauważoną. Złapała pierwsze, co wpadło jej w rękę.
Dopiero po powaleniu pierwszego napastnika zorientowała się, że to grabie. Głównie dlatego, że kolce wbiły się w ciało i z trudem zdołała je wyszarpnąć.
Znów zamknęła oczy, gdy prosto w nie chlapnęła czyjaś krew. Z wściekłością odrzuciła zabrudzone okulary. Miguela rozpoznawała więc teraz jedynie po jasnej czuprynie, ale tyle wystarczyło, by obrać inny cel.
Który jednak niespodziewanie zwalił się na podłogę.
– Jesteście cali?! – usłyszała głos Oliviera.

*

– Skąd wniosek, że to ludzie Kaia? – spytał Olivier, przekręcając kluczyk w stacyjce.
– Właściwie tylko stąd, że nie mam innego pomysłu – odparł Miguel, sadowiąc się na tylnej kanapie obok przykrytego kocem prostokątnego czegoś zajmującego jej resztę.
– Mhm. Bo ja bym nie powiedział.
– A ja się nie upieram.
Emily siedziała na przednim siedzeniu drżąca i blada. Chciała być dzielna. Opanowana. Ale wciąż nie mogła zmusić się do tego, by wypuścić z rąk te cholerne grabie, które ledwie zmieściły się w samochodzie. Ledwie rejestrowała szczegóły, w tym paskudnie podbite oko Oliviera. Nie miała sił zadawać sobie pytania, skąd się wzięło.
– Tak czy inaczej – zadecydował Polangue. – Zgarniam was.
Miguel syknął coś pod nosem, ale za cicho, by dało się rozróżnić słowa w języku, który znało się tylko pobieżnie. Jasnym było jednak, że nie jest z takiego obrotu spraw zachwycony, co też nie stanowiło zaskoczenia.
Nie zaprotestował jednak i Emily była za to po stokroć wdzięczna. To, czego teraz potrzebowała, to kawałek bezpiecznej podłogi i cisza. Nie mogła przestać myśleć o krwi na swojej twarzy, ubraniu i rękach. Wytarła policzki pospiesznie, niemal histerycznie, gdy tylko mogła sobie na to pozwolić, ale w myślach wciąż była zdolna odtworzyć dokładny układ plam i rozbryzgów.
Samochód ruszył i York uświadomiła sobie, że zostawili mieszkanie otwarte na oścież.
A potem uświadomiła sobie jeszcze, jak mało ją to obchodzi. W tamtym momencie chciała tylko znaleźć się jak najdalej.
Nie była zdolna odezwać się przez całą drogę. Zresztą rozmowa między Olivierem i Miguelem również urwała się dość szybko i na wymianie bardzo ogólnych uwag. Pół godziny później opuścili Paryż i noc wokoło zgęstniała, zamieniając się w kleistą smołę, która zdawała się wręcz wlewać do wnętrza samochodu.
A potem coś kwiknęło.
– Och – westchnął Olivier. – Omal o niej zapomniałem.
– Co?
– Prosiak. W transporterze z tyłu. Po niego jechałem, ale były małe komplikacje i dlatego tyle to zajęło.
– Co…? – Miguel ostrożnie uchylił koc przykrywający kontenerek. Kwiknęło i chrumknęło ponownie.
– Dla ciebie. Wizerunkowo, ale to wymaga dłuższych wyjaśnień.
Jesus, jaki ryjek…!
Kącik ust Oliviera uniósł się lekko, gdy spojrzał w lusterko i zobaczył twarz Argentyńczyka.
– Cieszę się, że ci się podoba.
– Chyba się mnie boi – Lavalier opuścił koc z powrotem.
– Nie miała wiele czasu na socjalizację. Obawiam się, że to spadnie na ciebie.
Mina Miguela nie wyglądała, jakby widział w tym problem.
– Bo ja zawsze marzyłem…
– Wiem – przerwał Polangue i skręcił.
– Co?! Skąd?!
– Mówisz o tym za każdym razem, kiedy się bardziej wstawisz. I zawsze jesteś przekonany, że po raz pierwszy.


Nowy Jork
Robert w skupieniu patrzył na słonia. Słoń co prawda nie był prawdziwy, a metalowy i pełnił funkcję przycisku do papieru, ale miał coś takiego w swej majestatycznej nieuległości, co Jürgensa uspokajało. Innym sposobem na ukojenie nerwów było pisanie.
Tak, Sekretarz Generalny miał wielki sekret polegający na tym, że odprężał się twórczością literacką, a teraz potrzebował tego szczególnie.
Stalówka zgrzytnęła o papier i Robert starannie postawił kolejne litery. Zielonym atramentem. Kreatywne pisanie zawsze uprawiał zielonym atramentem, choć oczywiście kreatywność nie wykluczała solidnego oparcia w faktach historycznych, obecnie dotyczących Drugiej Rzeszy i może nie tak do końca kanonicznej, ale możliwej wiktorii pod Moskwą.
Jürgens czuł, jak z kolejnymi zdaniami jego mózg powoli się oczyszcza. Gdzieś tam jeszcze pobrzękiwały pogłosy emocjonalnej przemowy Clary, oznajmiającej, że Józefinie grozi wyrzucenie ze szkoły i złamanie kariery, zanim się zaczęła. Gdzieś tam jeszcze majaczyła blada twarz Johnny’ego w lesie kroplówek, ale wszystko to rozpływało się stopniowo w tryumfalnym okrzyku niemieckiej armii i chwale jego przodków.
Pióro zgrzytało o papier coraz śmielej i z coraz większym zawzięciem.
Robert czuł, że tworzy epopeję, a słoń patrzył na niego swymi spokojnymi, metalowymi oczyma.


przedmieścia Paryża

– Ja po prostu jeszcze nigdy nie zabiłam człowieka – wyszeptała drżącym głosem Emily. – To nie była moja rola w tej bajce.
Trzymała się. Trzymała się z całych sił, aż do momentu, gdy faktycznie dostała to, o czym przez całą drogę marzyła – ciepły kąt, bezpieczny kawałek podłogi i dostęp do prysznica. Ktoś wyjął jej ostrożnie grabie z rąk i zastąpił kubkiem gorącego kakao. Zdołała nawet coś zjeść. A potem, gdy zamknęły się za nią drzwi pokoju, w którym miała nocować, wszystko nagle uderzyło w nią z podwójną mocą.
Patrzyła przy tym tępo na swoje wyciągnięte ręce, których nadgarstki oparła o kolana. Nie było już na nich śladów krwi, ale wydawało się, że Emily wciąż je tam dostrzega. Sprawiała wrażenie, jakby chciała dodać coś jeszcze, ale słowa uwięzły jej w gardle i zamieniły się w żałosny, cichy jęk. W nieruchomych oczach zaczęły zbierać się łzy.
Miguel siedział obok, bo go o to poprosiła, gdy krążył bezradnie, chcąc wyraźnie coś zrobić, ale nie mając pojęcia co. Chwycił jej dłonie i zamknął w swoich. Były takie chłodne, takie zmęczone. Czekał cierpliwie, aż zaczną się rozgrzewać i rozluźniać. Milczał. Emily też już nie mówiła niczego, siedząc pod ścianą z opuszczoną głową, smutna i zagubiona.
– Przytul mnie – poprosiła szeptem po bardzo długiej chwili.
Przygarnął ją do siebie i westchnęła, kiedy poczuła uspokajające ciepło jego ciała. Jedną ręką wciąż ściskając lekko jej palce, drugą odgarnął włosy z policzka. Delikatny dotyk przeniósł się na krawędź ucha, policzek, potem szyję i kark.
– Mhm – szepnęła. – Potrzebuję tego.
Przysunął się bliżej, najpierw całując czubek głowy, a potem muskając górną wargę. Odpowiedziała na zaproszenie i rozchyliła usta. Pocałunek stopniowo zyskał na intensywności i Emily poczuła, jak Miguel wsuwa dłoń pod jej koszulkę. Palce przebiegły po wrażliwej linii boku i zadrżała.
Całował jej podbródek, płatek uszny, szyję. Przymknęła oczy, poddając się wrażeniom zintensyfikowanym przez fizyczne i psychiczne wyczerpanie. Stopniowo odprężała.
Miguel ściągnął jej koszulkę. Emily otworzyła oczy, choć powieki opadały sennie, chcąc choć przez chwilę patrzeć na jego dłonie sunące po jej ciele. Na jego skupioną twarz i oczy chłonące każdy jej szczegół. Złapał jej spojrzenie, złożył pocałunek na ustach, a potem na piersi, drażniąc coraz wrażliwszą skórę czubkiem języka. Powoli, od nasady zbliżając się ku jedwabistej, ciemniejszej części i sutkowi. Kolejny dreszcz był już silniejszy, ciało zaczęło reagować gwałtowniej, oddech przyspieszył. Emily oparła dłonie o podłogę i wyprężała się, odchylając głowę. Usłyszała ciche westchnienie zachwytu, które wspięło się w górę jej kręgosłupa jeszcze jedną, już nie fizyczną pieszczotą.
– Miguel…? – wymruczała z lekkim wahaniem. – Czy ty… zejdziesz niżej?
Po jego ruchach, kiedy odsuwał jej bieliznę, widziała, że kontroluje się z coraz większym trudem. Dłonie mu drżały. Pieścił wnętrza jej ud i podbrzusze, próbując jednocześnie uspokoić własne ciało i już sama ta walka podniecała Emily jeszcze bardziej. Wreszcie pocałował niżej. Ostrożnie, jakby badając jej reakcję. Rozdrażnione i niecierpliwe ciało zadrżało już całkiem widocznie..
– Mocniej – jęknęła.
Dreszcze objęły jej plecy, szyję i twarz. Usta otworzyły się, choć pozostały nieme. Głos uciekł gdzieś daleko. Poczuła rytm. Odbijał się w jej lędźwiach i u podstawy czaszki. Ciężki, głęboki i intensywny.
– Dość – powiedziała chrapliwie.
Miguel podniósł wzrok i spojrzał na nią zdziwiony.
– Coś…
– Nie, wszystko dobrze. Chodź do łóżka.
Było dziwnie, tak. Było inaczej niż kiedykolwiek z kimkolwiek. Zapewne nastolatkom jest łatwiej. Nie myślą o tak wielu sprawach, hormony działają za nie i w pewnym momencie po prostu przełamują wstyd.
– Będzie dobrze – zapewniła York. – Po prostu nie myśl za dużo.
– Emi…
– I za dużo nie mów. Było dobrze.
Totalnie nie panował nad tym, co się dzieje. Totalnie nie panował nad własnym ciałem i nie rozumiał go. Emily wiedziała, że w tej sytuacji musi zadbać głównie o niego. Żeby już tylko miał to za sobą. Żeby po drodze nie wydarzyła się żadna mała tragedia, która go zblokuje.
Patrzyła, jak Miguel plącze się we własne ubranie, usiłując się go pozbyć.
– Hej, wszystko zostaje między nami, jasne? – Uśmiechnęła się do niego i pocałowała. – Nikt się nigdy nie dowie. Boże święty, świat nie wiedział, co traci – wymruczała, przesuwając dłonią po mostku. Przytuliła się do niego i objęła go nogami.
Zadygotał cały, rozgorączkowany i niespokojny. Sięgnęła w dół, żeby naprowadzić go w odpowiednie miejsce, rozszerzyła nogi i uniosła biodra. Wiedziała, że to nie potrwa długo. W sumie, z dwóch możliwości, jakie przydarzały się prawiczkom najczęściej, nie ta była tą najgorszą. Miguel sapnął z zaskoczeniem, kiedy wreszcie się w nią wsunął.
– Pchaj – poleciła.
I faktycznie nie potrwało to długo, choć zamiast rozkoszy widziała na jego twarzy raczej ból. Erekcja była zbyt gwałtowna, wytrysk też. Czekał na to zdecydowanie za długo i – najwyraźniej – za mocno.
Spuścił głowę, wciąż wisząc nad nią na drżących rękach. Pogłaskała go po policzku, uśmiechnęła się.
– Następnym razem będziesz miał z tego więcej frajdy – zapewniła.
Nie odpowiedział. Położył się obok, więc wsunęła się między jego ramiona.
– Miguel?
La noche está en pañales – wyszeptał, patrząc w sufit szeroko otwartymi oczyma.

*

Zasypiali przytuleni – była tego nieomal pewna. Moment zapadania w sen kojarzył jej się z ciepłem jego ciała tuż obok i zapachem jego skóry. Ale, jak to zwykle bywa, pobudka nie była już tak romantyczna, bo pewnie gdzieś w międzyczasie obojgu zrobiło się zbyt gorąco, zbyt lepko i w ogóle niewygodnie.
Tak więc Emily obudziła się odwrócona do Miguela jaśnie panią dupą, podczas gdy on rozkraczył się dziwacznie na brzuchu w pozycji człowieka, który nie zamierza wstawać przez najbliższy tydzień, a w ogóle dajcie mi wszyscy święty spokój, ja tu potrzebuję urlopu. W sumie oznaczało to, że prezentował światu swoje plecy, a to nie był taki zły układ. York uważała wręcz, że jest to układ zacny i pożądany, zwłaszcza od momentu, w którym zobaczyła pokrywający je i obejmujący też część ramion tatuaż skrzydeł. Po tych prawdziwych zostały tylko blizny. Miała ochotę przesunąć po nich palcem – nie zrobiła tego jednak, bo cholera go wiedziała, jaki Miguel miał do nich stosunek. Skoro zrobił sobie taką bez wątpienia pretensjonalną, ale jednak efektowną i niezbywalną pamiątkę po całym zajściu, można było założyć, że sprawa ma dla niego znaczenie znacznie większe, niż próbował ich przed laty przekonywać.
Gdzieś pomiędzy tymi skrzydłami wyrosły siniaki – ślady po kulach i twardym lądowaniu.
– Boże święty, Miguel – wyszeptała Emily. – Ja cię chyba jednak po postu kocham, pierdoło saska.
Wymruczał coś w poduszkę.
– Nie śpisz?
Odpowiedziała jej cisza, co Emily skwitowała uniesieniem brwi. Uklękła na łóżku, żeby lepiej przyjrzeć się jego twarzy, ale ta wyglądała na równie rozkraczoną, co cała reszta. Zdecydowanie traciła w tym układzie lwią część swojej urody.
– Kurwa, nie mów mi, że gadasz przez sen, bo z tobą oszaleję… – mruknęła York ze zgrozą.
Wyplątała się z pościeli i niechętnie spuściła nogi na podłogę. Trzeba było wstać, ale wstanie oznaczało też konieczność zmierzenia się z wydarzeniami dnia poprzedniego, a na to wciąż nie miała najmniejszej ochoty. Na pewno nie sama.
Obróciła się i spojrzała na Miguela.
– Obudzę cię, jak wyjdę z łazienki. Ostrzegam lojalnie – powiedziała.
A potem, dodała już tylko w myślach, będę cię budzić codziennie.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 16 stycznia 2017, 21:56

No to jestem. Na bieżąco ^^
Po kolei - chciałam, żeby się działo, to się dzieje! I bardzo dobrze.

Podoba mi się Józefina. Podoba mi się bagaż jaki niesie i ciekawa jestem na ile tego bagażu jest świadomy strzelisty Robert. Stwierdzam, że Rosjanie bardzo dobre odrobili lekcje i widzą pięknie gdzie można wetknąć klin. Czekam na to, co postanowi młoda. Z napięciem i nerwami.

Ulubione zdanie z rozmowy Borysa i Mao:
- I pokerowa twarz poszła się jebać
<3 <3

Plan Mao wydaje się być szaleńczo desperacki, ale z jakiegoś powodu jestem w stanie w jej zachowanie uwierzyć nawet jeśli nie znam jej zbyt dobrze, nie miałam okazji - poznałam ją jako kota, człowieczeństwo odzyskała na chwilę, a może właśnie to mnie przekonuje, że ona odzyskała człowieczeństwo i praktycznie od razu wpadła w matnię cesarskiego małżeństwa. Może chcieć spróbować powalczyć o jakąś normalność nawet ryzykując wszystko. Jej też jestem ciekawa. Bardzo po tym:
– I ty akurat będziesz potrafiła przekonać Kaia, że powinien odpuścić, skoro nie przekonałaś do tego własnego męża? – Rosjanin zmierzył kobietę pogardliwym spojrzeniem.
– Tak – odpowiedziała Mao z pewnością, która zbiła go z tropu.
Nie pozwolił jednak, by wyczytała to z jego pooranej wiatrem twarzy.
– To nie będzie łatwe – powiedział tylko.
– Wiem.
– Dostanie się do niego również.
– Zgodzę się na wszystko, czego zażądasz.
Jedna z białych brwi uniosła się w wyrazie zaskoczenia, a w ślad za nią podążył kącik ust.
– Naprawdę na wszystko?
Rei z kolei na razie nie jest w stanie wzbudzić we mnie sympatii. Mam wrażenie, że nie wiem za co on walczy. Co może być spowodowane tym, że umysł Europejczyka nie ogarnia umysłu sługi Bai Hu. Czuję od niego obcość i to w sumie jest całkiem niezłe w ogólnej perspektywie :)

A to:
Wiedziałby też zapewne Enrique, gdyby nie pewien zakład sprzed lat i fakt, że wybrał sutannę.
To. Proszę autorki. To jest WUUUT? xD

Z innych:
I faktycznie, dwie sekundy później paskudny dźwięk rozdarł ciszę pustej, strychowej ubikacji dla desperatów
Ze wstydem przyznaję, że to zdanie stało się dla mnie zrozumiałe dopiero za trzecim razem :bag: Po prostu za nic nie byłam w stanie wykombinować, że to się odnosi do wcześniejszego stwierdzenia, że zaraz będzie dzwonek. Chyba dlatego, że pomiędzy tymi słowami a cytowanym zdaniem pojawiła się istotna informacja i to nie w pojedynczym haśle, ale jednak w rozmowie, choć krótkiej.
Według wcześniej poczynionych ustaleń została rozbrojona - podobnie jej obstawa, której zresztą nie wpuszczono do między najważniejsze namioty...
Jego smukła, sklepiona szlachetnie jak strzeliste sklepienie gotyckiej katedry
Czy to celowo? sklepiona - sklepienie. Bo przyznam, że po tym szale na SB to już nie jestem pewna xD


To o siódmym.

A o ósmym... Och. Ósmy jest jak prezent dla Siem. Autentycznie kocham scenę balkonową. Całościowo. Za to jaki miał pomysł, za wykonanie, za to, że skoki nie są takie romantyczne wcale xD Ale jednak są! Cały ten ich pretensjonalnie banalny spacer był po prostu fajny - z tą całą świadomością Emily i tym, że i tak się tym cieszyła. Po prostu było bardzo naturalnie - pełna identyfikacja, byłam tam, robiłam to. Motyw z kluczami - świetny szczegół i taki akcent - najpierw głośny, a jakby niezauważony, potem cichy, a znaczący. No a na koniec mnie jeszcze zmusiłaś do grzebania w słowniku <3 kocham to!

Jednocześnie wszystko rozdzielasz mocną akcją - jest napięcie jednego rodzaju, które rozprasza się w czym innym. Fajne.

Scena z chrzanem mnie spłakała, a na Roberta piszącego w pamiętniczku pod czujnym okiem słonia nie dam już rady patrzeć spokojnie ;)

Jeśli gdzieś poczułam zgrzyt, takie małe skrzywienie mi się wdało to, kiedy pojawiło się słowo "podbrzusze". To chyba kwestia preferencji indywidualnych - nie lubię po prostu i wydaje mi się tak jakoś fałszować w tej scenie.

No i tu:
Przytuliła się do niego i objęła udami
Trochę mnie zatrzymało - że jak się objęła?

Z innych:
Tę, która w gruncie rzeczy zawadziła go za kraty
Chcieli tego oboje, byli dorosłymi ludźmi i tylko fakt, że nigdy nie wyszkli poza pocałunek
Nie chodziło tylko o to, że czasem zwyczajnie wypada się umyć, nawet jeśli jest się w połowie cybernetycznym wilkiem, a w lód odznacza się w tej materii mikrą skutecznością.
Ledwie jednak Emily to pomyślała, Lavalier drgną nagle...
Nie zaprotestował jednak i Emily była po za to po stokroć wdzięczna

Lubię zabawę, którą mi zapewniasz ^^
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 16 stycznia 2017, 22:54

SpoilerShow
Nie chodziło tylko o to, że czasem zwyczajnie wypada się umyć, nawet jeśli jest się w połowie cybernetycznym wilkiem, a w lód odznacza się w tej materii mikrą skutecznością
zbędne?
Lavalier drgnąŁ nagle, a potem usiadł gwałtownie z głośnym sykiem, w dodatku nie do końca ogarnąwszy działanie koca.
Poczebne?
Postaram się zwięźle (heh, wiem, że nie lubisz zwięźle). Bardzo zaskoczył mnie cały wątek córki Roberta, choć oczywiście w to mi graj, chętnie będę czytać o wszystkim, co się z nim wiąże. No, ale jednak - sory, przepraszam, kogo obchodzi mała pani Jurgens, dość, eghem, nieznacząca w fabule Odpadu? Czemu nagle ją wprowadzasz? Co możesz nią przekazać, do czego użyć? Głównie to mnie ciekawiło, bardzo czekałam. Bardzo, bardzo się teraz jaram. Bo, całe szczęście, nie kazałaś czekać długo na haczyk. Nie mogę wytrzymać z ciekawości - czego mogłaby się dowiedzieć o ojcu? O Gryffolyonie? O przeszłości? Tak bardzo chcę, żeby dała się wciągnąć w gierkę Papowa, że aż mi to przysłania jej własne dobro :facepalm: (w sumie to nie odczuwam specjalnej sympatii, btw, choć postać gitowa i mocno zarysowana). No, czekam. Czekam.

A więc słusznie czułam w Sztambuchu, gdy jednak złamałam się i znów (ech...) zaspoilowałam sobie trochę Odpadu. Emily i Miguel. No i szybciej niż myślałam padła scena erotyczna, choć w sumie na plus, bo po co przeciągać - nie wątpię, że masz w planach mocny rozpiernicz, nawalankę, dramatyzm i wybuchy, więc... Hm, co chciałabym powiedzieć o scenach E x M, to chyba to, że były przyjemnie przewidywalne. To spotkanie balkonowe, filmowo klasyczne, ta reakcja emocjonalna, ucieczka, w sumie scena romantycznie-komiczna, gdy Miguel chce ją złapać i się później śmieją. Swoją drogą dziękuję, że byłaś w tej konkretnej chwili zwięzła. Bardzo łatwo przesadzić (przynajmniej ja tak czuję) w momentach podniosłych oraz momentach miłosnych. To jest... Ta chwila, kiedy czytasz i masz taki lekki, nie wiem, niesmak, niepokój, niechęć, jak przy oglądaniu amerykańskiego filmu. Wiesz. W scenach walki slowmotion i super pozycje z pięścią opartą o beton, w scenach z zakochanym parami głośny śmiech, zbliżenie na księżyc. Rozpisuję się, bo to są rzeczy, z którymi sama mierzę się w mękach i nie wiem, czy masz podobnie - równie trudno i żenująco mi się o tym pisze, co czyta. Dlatego cieszy mnie, że nie przeciągnęłaś struny. Mojej struny. Moja struna wytrzymała.
Zaczęłam też odczuwać pewien szacunek do Emily i poczułam mocniejszą więź niż do tej pory. Jest w porządku, lubię ją. Podobnie, jak lubię Miguela. Najlepszy kadr w moim odczuciu? Chwila, gdy Emily wchodzi do mieszkania - on po tym swoim "spacerze", pierwsza minuta. Ten dialog. Ta chwila. To było to, co mnie unosi w czytaniu, gdy widzę, czuję, słyszę, gd emocje są prawdziwe, a nie sztuczne i wpompowane przez autora w żyły postaci. Nie wiem, może to było 300 słów, może 100, nieważne. Dialog na wejściu jest świetny. To, że Emily czuła się jak kurwa - choć właściwie nie wie czemu - takie prawdziwe. Reakcje Miguela. Wymiana: Olivier wyszedł-wiem że wyszedł-niedługo wróci-wiem że niedługo wróci. Może nie tak to szło, ale lecę z pamięci. Bardzo, bardzo prawdziwa rzecz, świetnie czuć wściekłość, to tylko goły dialog ale jest I-DE-A-LNY. Słyszałam.

Żeby nie lać ci samego miodu, dodam, że nie lubię okropnie takiego pykania w tekst, jak... no, wyzwania, jak akcja z 11 sowami, nawet słoń i fanficki Jurgensa. Jasne, że jaram się słysząc tym na SB, w sumie w sztambuchu prawie się rozpłakałam ze szczęścia, gdy Robert zdjął koszulę, ale gdy tak czytam i wczuwam się a poważnie, razi mnie każda z takich randomowych, bekowych wstawek. Może wolałabym o nich nie wiedzieć. O tej łopacie i innych. Ot, wiem, uwaga nic nie warta dla ciebie jako autora, ale skoro już się znamy i razem pijemy jagera i mam fajny kciuk, to pomyślałam, że ci wspomnę. Wiadomo, to tylko, jak mówisz, farfocel - i fajnie jest w sumie jakąś taką cząstkę "dla siebie" w nim dostać, ale jednocześnie jakoś mi tak niezręcznie. Wiem, że bawisz się tym tekstem. Wiem.

Dodatkowo (tu również pole do popisu ma moja własna, bardzo osobista niechęć) scena seksu mnie... No, wiadomo, że ja ich nie lubię z założenia i z zasady, dlatego pragnę zawsze, by były cholernie oszczędne i niedopowiedziane. Twoja była z pogranicza. Nie przegadana i nie rozwleczona, ale też nie subtelna - podobnie jak Emily. To było proste, życiowe, normalne. Tak ubrane w słowa i tak przedstawione. Tak, jak dzieje się w realu i jak możemy tego doświadczyć w swoich sypialniach. Po prostu. I choć przyznaję się otwarcie do swojej ułomności i hejtu, myślę, że potrafię jednocześnie docenić takie sceny, jakoś je przyswoić, przeżyć. To, co pisałam wyżej, osiągnęłaś. Jest realistycznie i przyziemnie, zero nadmuchanej atmosfery. Niemniej nie lubię. Nie ruszyło mnie, chciałam,żeby się skończyło. Może kwestia rozważań bardziej dla mnie niż dla ciebie, ale myślę, że to głównie przez "całość" rzutującą na tę pojedynczą scenę. Całość jest w twoim stylu elastyczna, pełna porównań, podszyta znaczeniem. Piszesz poetycko, piszesz często nie wprost. Ta scena była zupełnie wprost. Może dlatego mnie zatrzymała i spowolniła.
Znów pozwalam sobie na takie pierdy, bo to ty i mogę bez obaw :facepalm: także... no. Mój własny dorobek w tym zakresie jest tak imponujący, że może jednak powinnam milczeć.

Cóż jeszcze - no, jestem zaintrygowana, jestem (uwaga!) nieco pozytywniej nastawiona do Mao. Opisałaś jak wygląda i zdjęłaś jej przez moment maskę tego (nienawidzę, jprdl) azjatyckiego spokoju. Lubię ją za scenę negocjacji. Lubię za stawianie się Rei'owi. Lubię, w końcu, za odwagę. I, co oczywiste, za ludzkie spojrzenie na sytuację Połączonych Rosjan. Nie bardzo (znów!) dotarł do mnie cały sens rozmyślań Kona, to, co wyciągnął z jeńca... pewnie dlatego, że nadal mylą mnie niektóre nazwiska i nazwy instytucji. Niemniej jakąś tam sytuację mam przed oczami, coraz bardziej logiczną, coraz jaśniejszą. I coraz bardziej przeraża mnie ta kobieta, której zaufał Robert i spółka. Nie wiem. Nie wiem co myśleć.

Bardzo udana wstawka.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 17 stycznia 2017, 12:48

Spoko, to nie następny rozdział :bag: Po prostu chciałam Wam odpisać i podziękować, bo też się z tym nie kryję, że nie mam zdolności pisania tylko dla siebie i muszę wiedzieć, że ktoś tam czyta i reaguje. A ponieważ zawsze wolałam trzymać w łapkach konkret, to dopiero taki czy inny sygnał może mnie przekonać, że faktycznie - czyta i reaguje. Jednocześnie mam silne opory przed dopominaniem się (choć i tak mam wrażenie, że czasem jęczę) z tak wielu różnych powodów, że ani ja nie mam sił wypisywać, ani Wam by się nie chciało czytać. W każdym razie - dziękuję ogromnie.

@Siem - już nie pamiętam, czy z tym sklepieniem było celowo czy nie :bag: Naprawdę, nie mogę się nawet skłonić ku którejkolwiek z opcji...

I cieszę się, że akcja wyszła, no, akcjowa, bo bałam się, że naobiecuję, a potem okaże się, że dalej ekspozycja przysłania wydarzenia. Ja w ogóle za dużo paplam o tym, co będzie, sama na siebie nakładam presję, boję się cholernie jakichkolwiek oczekiwań względem tego tekstu i teraz widzę, jaki zrobiłam błąd, pokazując kawałki z listopada - głównie krzywdę samej sobie. Liczę na to, że kiedy wyrównam do momentu, z którego jest ostatni istotny spoiler, sporo tego napięcia ze mnie zejdzie.

@Kan - oesu, jak ja się bałam, czy Ty przeżyjesz ósemkę... Czy nie wyjdziesz skatowana i z niechęcią do bohaterów. Także kamień z serca. Tej przewidywalności jestem oczywiście świadoma i dlatego chciałam, żeby się wszystko znalazło w jednym rozdziale. Gdybym rozbiła, sądzę, że byłoby trudniejsze do strawienia. Jeśli chodzi natomiast o scenę erotyczną, to tak, ja się panicznie boję metafor w seksie. Niedopowiedzenia, owszem, niedopowiedzenia są fajne, próbuję stosować, ale nie sądzę, żebym zdołała użyć metafor i zmieścić się w przedziale między "rżnął ją prąciem o długości xxx w tempie xxx na sekundę" a "pływała z delfinami w świetle księżyca, rozpadając się na kawałki z ciastoliny". Zależało mi też na tym, żeby ta scena była taka prosta - i w przebiegu, i w stylu. Bo miałam nadzieję, że to coś powie o bohaterach i ich relacji, a jednocześnie - tu mój osobisty fetysz - nienawidzę w literaturze tego, co robi się z pierwszymi razami. Więc chciałam, żeby było przyziemnie. Bez sakralizacji i bez demonizowania. No a wyszło jak wyszło, szczyt - he, he - moich umiejętności, jeśli chodzi o ten sposób opisu, bo się uczę i w sumie to chyba moja pierwsza tak dokładna scena.

Jeśli chodzi o "pykanie", mogę po prostu nie uprzedzać. Albo chować w spoiler. Zresztą dużo tego nie ma, części - przypuszczam - nawet nie zauważysz. Może jedno cameo się wybije i prawdopodobnie wytrąci z rytmu, ale jeszcze czas. No i cóż, nie ukrywam, że właśnie trochę tego potrzebuję. To mi daje dystans, nieco zdejmuje z barków tę presję drugiej części i presję, o której pisałam wcześniej. Ale kumam. Szanuję. Będę bardziej dyskretna. Jak również jest dla mnie zaskakujące, że można się wczuć na poważnie :bag: Ale miłe. Ale zaskakujące.

kc :heart:
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 19 stycznia 2017, 17:32

Miał być krótki, ale mi nie wyszło...

ROZDZIAŁ IX
NO SLEEP TILL BROOKLYN



Nowy Jork
– Genewa, potem Nowy Jork i Paryż. To nie jest przypadek.
– Wiem. To oczywiste – odparł rzeczowym tonem Robert.
Johnny nie sprawiał jednak wrażenia, jakby w ogóle zarejestrował ten wtręt i kontynuował swój wywód.
– Nie wiem, co sądzić o tym pierwszym – mówił. Zwykle w podobnych razach przemierzał gabinet zamaszystymi krokami, ale wciąż zbyt świeża rana go przed tym powstrzymywała. Ograniczył się więc do bębnienia palcami w poręcz skórzanego fotela, czego odgłos poirytowany Jürgens ignorował z coraz większym wysiłkiem. – Wątpię, by ktoś zadawał sobie tyle trudu, gdyby wiedział, że cię tam nie ma. Nawet sposobów na to, by dowiedzieć się, gdzie jesteś, jest wiele łatwiejszych. Ale ktoś, kto działał w tu i w Paryżu, musiał mieć najświeższe informacje.
– Castillo – rzucił sekretarz generalny bez cienia wahania.
McGregor zmarszczył brwi i potarł skroń dłonią.
– Jeśli faktycznie ona, dlaczego pozwoliła dotrzeć Miguelowi do Paryża? – spytał ze sceptycyzmem w głosie. – To nie ma sensu.
– Może chciała zmylić trop. Albo on nie był celem, a przynętą – podsunął Jürgens, oparłszy podbródek na piramidce z dłoni.
– Emily?
– Nie wykluczam.
– Zaatakowali w mieszkaniu Oliviera – przypomniał Johnny.
– Gdzie była już od jakiegoś czasu.
Szkot skrzywił się niechętnie.
– Biorę pod uwagę, ale nie przywiązuję się do tej teorii – podsumował. – Coś mi tu cały czas nie gra. Zresztą nawet jeśli Castillo jest informatorem, to nie sądzę, żeby pociągała za sznurki.
Robert nie skomentował. On sam nie byłby tego taki pewien i zaczynał zastanawiać się, czy skorzystanie z pomocy tej kobiety nie stanowiło jednego z największych błędów, jakie popełnił. Powinien był zaufać własnej intuicji, ale istniało też prawdopodobieństwo, że bez podjęcia tego ryzyka, Miguel nadal siedziałby w więzieniu, a to, co Jürgens zobaczył i usłyszał, w pełni przekonało go, że jeszcze rok, dwa lata zwłoki i Lavalier byłby nie do odratowania.
– Rano przyszła depesza z Pekinu – pozornie zmienił temat, przenosząc wzrok na białą ścianę bezosobowego gabinetu. Nie lubił amerykańskiej siedziby za tę jej sterylność i źle pojęty monumentalizm. W dodatku zawsze pachniało tu w ten charakterystyczny sposób, mieszanką tytoniu, fast foodu i odświeżacza do powietrza. – Rei żąda wyjaśnień w związku ze złapaniem szpiega na terenie Chin.
– Co?! – Palce Johnny’ego przestały wreszcie bębnić i kurczowo zacisnęły się na poręczach.
– Oczywiście nie tylko ja dostałem to żądanie – dodał Robert – ale on najwyraźniej zakłada, że maczałem w tym palce. Zapewne przez fakt, że szpiegiem tym był Połączony, o którym wiadomo, że nie współpracuje z Rosjanami.
– Kto…? – wykrztusił McGregor, wyszarpując papierośnicę z kieszeni.
– Claude Tavarez.
– Myślałem, że nie żyje.
Pstryknęła zapalniczka.
– To nie byłby pierwszy raz. Rei pisze zresztą, że Claude przyznał się do współpracy z NATO.
– Z NATO! Nie ONZ! – Johnny przewrócił oczyma.
– Myślę, że dla Reia to w pewnym sensie to samo. Zachód jako trzecia frakcja i potencjalne zagrożenie.
– Robią ci koło pióra – syknął gniewnie Szkot z papierosem w ustach.
– Całkiem możliwe – Jürgens skinął głową i zmrużonymi oczyma zaczął wpatrywać się w okno. – W każdym razie, jeśli dojdzie do napięcia stosunków między Chinami a Ameryką, to nie Chiny na tym stracą. Chyba że, co zakładam, Ameryka ma asa w rękawie.
– Mizuhara…
– Tak.
– Połączony z Pragi…
– Owszem. I, nie wykluczam, ścisła współpraca z Argentyną.
– Bo masz pierdolca na punkcie Castillo.
– Bo lubię być przygotowany na różne opcje. Co nie zmienia faktu, że Reia trzeba udobruchać. – Robert zasępił się bardziej i zmarszczył czoło. – Jak również ponownie będę musiał wytłumaczyć się przed Radą z Miguela. Nie sądzę, żeby ktoś łatwo uwierzył, że dwóch Połączonych, w dodatku z duetem Bestii, to przypadek.
– I co zamierzasz z tym zrobić? – spytał Johnny.
– Oczywiście natychmiast kazałem wystosować odpowiedź do Pekinu. – Robert oderwał wreszcie wzrok od okna i przeniósł go na Szkota. – Zapewniłem Reia, że nie mam z tym niczego wspólnego i obiecałem wyjaśnienie sprawy. Co do reszty… – Jürgens potarł czoło dziwnie jak na siebie roztargnionym gestem. – Potrzebuję paru dni spokoju, Johnny. Z dala od wszystkiego. Może z rodziną. – Westchnął. – Muszę się zastanowić.



Osetia Północna-Alania
O Brooklynie często mówiono, że jest jak kot i śpi osiemnaście godzin na dobę. Co oczywiście żadną miarą nie było prawdą. Owszem, leżał. Owszem, miał zamknięte oczy, ale to, co działo się wówczas w jego głowie, niewiele miało wspólnego z sennymi czy jakimikolwiek innymi marzeniami.
Wtedy dopiero Masefield stawał się sobą.
Żaden ze śmiertelników nie znał jego prawdziwej twarzy, bo też dla żadnego z nich nie była już ona osiągalna. Łagodny rudzielec, którego pamiętali, od dawna nie istniał, choć Brooklyn wciąż nosił jego maskę ułatwiającą te wszystkie przykre, choć niestety konieczne kontakty interpersonalne. Wszystko to służyło jedynie utrzymaniu przy życiu ciała, które wadziło Brooklynowi coraz bardziej. Czuł się w nim uwięziony. Ograniczony przez tkanki nadające jego istnieniu sztywne ramy i wciąż uniemożliwiające sięgnięcie do sedna, choć Masefield przełamywał bariery na ile było to możliwe.
Energia pulsowała pod jego palcami, przelewała się między nimi ciepłym strumieniem. Byty tak nieadekwatnie nazywane przez ignorantów Bestiami gromadziły się i rozpraszały w nieustającym tańcu subtelnych jak szepty impulsów lub w huraganie wściekłego ryku, w kotłowaninie myśli niepojętych dla większości umysłów. Masefield długo musiał uczyć się tego języka, ale gdy wreszcie go pojął, sam oniemiał z zachwytu.
Zobaczył doskonały mechanizm. Skończony, kompletny system. Nieomal boską precyzję.
I zrozumiał, że nic tu nie jest dziełem przypadku, że nie ma mowy o ślepych zaułkach ewolucji.
Patrzył na zaplanowany w najdrobniejszych szczegółach sztuczny twór.
Nie przeszkadzało mu to traktować tych bytów jak żywe istoty, bo nimi w gruncie rzeczy się stały, niezależnie od swych początków. Bez trudu rozpoznawał temperamenty i charaktery, pragnienia i potrzeby. Każdy element mechanizmu pasował idealnie do pozostałych, ale też zachowywał indywidualność. Brooklyn uwielbiał obserwować to napięcie między syntezą i analizą. Uwielbiał upajać się obcowaniem z boską doskonałością.
Pozwalał, by Bestie wciągały go stopniowo w swój świat – przerabiały jego umył i ciało na swoje podobieństwo. Niczego nie pragnął już bardziej, niż stać się jedną z nich, kolejnym elementem idealnego systemu, w którym mógłby czuć się spełniony i uzyskać spokój, jakiego śmiertelnicy nie byli w stanie mu dać.
Wiedział jednak, że same Bestie nie pozwolą mu nigdy do końca przekroczyć tej cienkiej granicy. Potrzebowały jego ciała tak, jak potrzebowały innych ciał. Tylko w ten sposób mogły zachować kontakt ze światem materialnym i na niego wpływać – ich rękoma, zwyczajnych, słabych śmiertelników. Niedoskonałych istot, które wydawały się przy nich pomyłką i profanacją.
– Nie powiedziałeś mi!
Brooklyn podniósł senne spojrzenie na Kaia i zmusił się, żeby przynajmniej częściowo przekalibrować percepcję z wypełniającej jego kształt pięknej ognistej Black Dranzer na samą nędzną powłokę mężczyzny.
– O czym…?
– Gdzie jest Połączony z Pragi!
– Połączona – poprawił machinalnie Masefield, choć w sumie nie miało to większego znaczenia. Ciało było tylko ciałem, choć owszem, Bestie nie wybierały ich przypadkowo i każda miała pewne preferencje.
– Mogłem ją jeszcze przechwycić!
Wściekłość Kaia interferowała, zakłócając doskonały rytm okalającej go energii.
– Właściwie nigdy mnie o to nie zapytałeś – Brooklyn wzruszył ramionami.
Hiwatari coś odpowiedział, ale Irlandczyk nie usłyszał ani słowa, nagle cały sparaliżowany potwornym bólem.
To nie był ból fizyczny.
To był wilczy skowyt błagania o ratunek.


Opactwo
Ostatnim, co Jurij pamiętał, był widok własnego, nienaturalnie wygiętego ramienia wyciągniętego na posadzce jak w ironicznej prośbie o pomoc. Wcześniej był upadek. Kilkanaście stopni wbijających się bezlitośnie w ciało. A jeszcze wcześniej pustka.
Ivanow z uporem szukał w odmętach pamięci jakiegokolwiek śladu napastnika. Twarzy. Głosu. Chociażby dotyku.
Nie znajdował niczego.
To mogło oznaczać, że ten wcale nie istniał.
Tak zresztą twierdziła Wolborg, zwinięta i powarkująca z irytacją na tyłach jego umysłu, wycofana, bo ona także nie znosiła miejsca, w którym oboje się teraz znajdowali. Jej również Opactwo – miejsce narodzin – nie kojarzyło się z niczym dobrym, choć Jurij jedynie szczątkowo był w stanie dotrzeć do wrażeń Bestii, a o ich zrozumieniu w ogóle nie mogło być mowy. W każdym razie bezpieczna nie czuła się na pewno.
– Tak szczerze – mruknął Jurij, patrząc zmrużonymi oczyma na obejmujący prawe ramię gips. Lewą rękę też miał częściowo unieruchomioną, choć przez kroplówki tłoczące do jego żył substancje, o jakich działaniu wolał nie mieć bladego pojęcia. – Długo to jeszcze potrwa?
Doktor Woronin, podobno lekarz, choć Ivanow nie zdziwiłby się, gdyby okazało się, że nikt nigdy nie słyszał o nim w żadnym z rosyjskich szpitali, odwrócił się do niego znad notatek.
– Podamy leki przyspieszające proces zrastania, więc nie – odparł obojętnym, zmęczonym głosem.
– Nie o to pytam – skrzywił się Jurij. – Ogólnie – wskazał na swoje wychudłe, posiniaczone ciało.
– To zależy – Woronin wzruszył ramionami. – Przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności, nawet kilkanaście lat.
Ivanow westchnął i padł na poduszki.
– Zachowuję je – warknął. – Nie mam wyboru. A to – znów spojrzał na gips – i tak się dzieje.
– Robimy, co w naszej mocy.
Przewrócił oczyma.
– Nie wątpię.
Ale nie mógł odegnać od siebie znów głośniejszych myśli, że lepiej byłoby, gdyby nie robili i po prostu pozwolili mu się rozpaść. Wolborg była tylko Bestią, bez trudu odnalazłaby się w innym, zdrowszym, może też podrasowanym, ale już z większą świadomością ciele.
Nie.
Jurij przymknął oczy, skupił się na rozchodzących się po krwiobiegu środkach przeciwbólowych. Zamierzał tylko udawać, że śpi, ale kojące ciepło i ulga chyba faktycznie na moment wepchnęły go w drzemkę, bo kiedy ponownie otworzył oczy – mógłby przysiąc, że pół sekundy później – Woronina już nie było, a kość znów pulsowała w trudny do zniesienia sposób.
– Wolborg, to nie ma sensu – wyszeptał chrapliwie i wysuszone gardło rozbolało go natychmiast. – Następnym razem…
Następnym razem będzie tak samo, przerwała mu. Nie ty o tym decydujesz.
– Jesteś więźniem. – Jurij przełknął ciężko resztki śliny.
Tak czy inaczej jestem i mi to nie przeszkadza.
– Ale mogłabyś wymienić celę na wygodniejszą.
Nie przekonasz mnie, że nagle zaczęło cię obchodzić moje dobro.
– Nie. Ale próbuję cię przekonać, że mamy wspólne interesy.
Wolborg milczała długo i kiedy Jurij nabrał już pewności, że to koniec rozmowy, warknęła nagle wściekle.
Niczego nie rozumiesz.
– Jak zawsze.

*

Jurij oparł się od niechcenia o mur i zmrużonymi oczyma patrzył na plac do ćwiczeń – o tej porze jeszcze pusty, ale jakby i tak wypełniony po brzegi. Obecni wychowankowie Opactwa nadal gnili w swych norach, zwinięci na pryczach, przykryci lichymi kocami i pozbawieni światła, czekając aż wraz ze świtem przybędą Proktowiciele i wygonią ich na bieg przez ciemny jeszcze las, a potem pod lodowatą wodę z pryszniców. Będą rzygać ze zmęczenia i łykać gluty, żeby przypadkiem nikt nie zauważył, jacy są słabi, zanim w ogóle pomyślą o śniadaniu. A kiedy wreszcie poczują zapach jedzenia, żołądki będą im się zawiązywać w supły, ale oni – nauczeni już doświadczeniem – przemocą wepchną sobie przydział do brzuchów, a wraz z nim porcję stymulantów.
Ivanow widział tu jednak inne twarze. Równie wymizerowane, blade i spocone – może poza drażniąco pucułowatym, rumianym i zdrowym pyskiem Kaia, który jedynie tu bywał, a nie mieszkał. Widział Borysa, Siergieja i Ivana, a także wielu innych, którzy nigdy nie okazali się dość dobrzy, by Voltaire Hiwatari i Ilija Balkow powierzyli im którąkolwiek ze swych cennych Bestii, a spośród których wielu spoczęło na zawsze na owianym upiorną sławą piątym piętrze piwnic.
Przyszłe trupy spały, jadły, szczały, pociły się i krwawiły na gruncie z innych trupów, a dzięki temu niknęło ryzyko, że ktoś zainteresuje się przypadkiem znalezioną w lesie ludzką kością.
– Może powinienem był zdechnąć właśnie wtedy – splunął Jurij i oderwał wreszcie plecy od odrapanej ściany.
To zaczyna być twoją obsesją.
– W każdej chwili mogę się rozpaść na kawałki. Naprawdę cię to dziwi, Wolborg? Kurwa, przecież oni kłamią – prychnął ze złością i ruszył niespiesznym krokiem przez plac. Pod swoimi stopami dostrzegał wżarte w beton plamy. Jedne całkiem sczerniałe, inne, świeższe, jeszcze dość różowe. – Nie potrafią mi pomóc. Skończyły się im możliwości. Jedyne, co mnie trzyma przy życiu, to upór Kaia. Zresztą chciałbym wiedzieć, skąd się bierze.
Wiesz, nie ma w życiu zbyt wielu osób, które mógłby nazwać bliskimi.
– Sugerujesz, że to sentymenty?
Raczej coś jak wasza ludzka potrzeba poczucia bezpieczeństwa.
– I ty jesteś w stanie to ocenić? – spytał Jurij z autentycznym zdziwieniem.
Uczę się was, odpowiedziała Wolborg, nieomal warcząc, a do Ivanowa dopiero dużo później dotarło, co to w istocie oznacza.
Chwilowo jego uwagę odwróciło poruszenie w cieniu. Ktoś biegł. Robił to cicho, w odpowiedni, wyuczony sposób stawiając stopy – bose.
Ktoś biegł, był lekki, szybki i najwyraźniej bardzo nie chciał zostać zauważony, ale dla zmysłów Wolborg nie miało to żadnego znaczenia.
Jurij odwrócił się, zmarszczył brwi i usłyszał krzyk chłopaka, który wyrżnął w beton, poślizgnąwszy się na szronie, który w ułamku sekundy wyrósł mu pod stopami. Młody był niezły. Ignorując niewątpliwy ból, niemal natychmiast wsparł się na rękach i dźwignął ciało, gotów do dalszej ucieczki, ale Ivanow był już przy nim. Brutalnym chwytem za gardło sprowadził chłopaka z powrotem do parteru.
Jasne, okrągłe z przerażenia oczy spojrzały wprost w jego twarz. Nienaturalnie, narkotycznie zapewne rozszerzone źrenice, przekrwione białka. Brak włosów i brwi. Nie ubranie, nie bluza i spodnie, a coś jak nocna koszula przypominająca bardziej kawał starego prześcieradła. Siniejące z zimna dłonie i stopy.
– Spierdoliłeś spod noża, co? – warknął Sabaka.
Chłopak nie odpowiedział. Leżał tylko jak sparaliżowany, może powalony świadomością, że stracił ostatnią szansę na ucieczkę. Może tą, że dał się znokautować wyglądającemu jak cień człowiekowi z ręką w gipsie. Jurij mógł zobaczyć w jego żałosnej twarzy wiele innych. Wiele takich, którym również się nie udało, w tym swoją własną.
Ale nie chciał ich widzieć. To mogłoby oznaczać jakiś odruch głupiej solidarności, a to nie leżało w interesie Ivanowa.
– Proszę… Niech mi pan pozwoli…
Któż bowiem mógł wiedzieć? Może właśnie wciskał w beton plecy chłopaka, który w ten czy inny sposób za jakiś czas uwolni go od Wolborg i własnego obolałego ciała. Nie zamierzał więc okazywać litości, tak jak jemu nikt jej nie okazywał.
– Ja byłem od ciebie młodszy, kiedy mi to zrobili.
Proktowiciele zjawili się parę sekund później. Chłopak wrzasnął przeraźliwie, gdy chwytali go pod ramiona i zaczynali bezceremonialnie ciągnąć po betonie. Skowyt wbijał się w szare niebo, gdy tymczasem bose, niemal już błękitne stopy usiłowały zaprzeć się o podłoże.
Jurij stał nieruchomo patrząc na tę scenę z głową kompletnie już pustą i zamkniętą.



Buenos Aires
Leonor wsypała do kawy czwartą łyżeczkę cukru i powiodła wzrokiem po zgromadzonych w gabinecie.
– To nie jest nam na rękę – oceniła chłodno. – Jeśli dojdzie do zaostrzenia sytuacji, sekretarz generalny będzie zmuszony do konkretnych deklaracji w kwestii Połączonego, a tego, przypominam, nie chcemy. Lavalier ma pełnić funkcję maskotki tak długo, jak długo się da, bo inaczej możemy go stracić. Nie jest jeszcze gotowy.
Javier Conte, minister obrony narodowej, słuchał tego wywodu z wyraźną niechęcią, ale nie oponował głośno. Oczywiste, że nie podobało mu się znaczenie, jakiego dorobiła się w kuluarach rzeczniczka prasowa rządu, ale też nie mógł nie docenić jej wkładu w przekonaniu prezydenta do udzielenia amnestii Połączonemu – być może kluczowemu do zapewnienia Argentynie bezpieczeństwa. Była bystra, myślała szybko i na wielu płaszczyznach, a do tego posiadała nieocenione kontakty wyniesione jeszcze z czasów dziennikarskiej pracy najpierw w komercyjnych stacjach, a potem na własną rękę. Jednocześnie trudno było uwierzyć, że zawsze mówi wszystko, o czym wie.
Conte ograniczył się więc do pogładzenia wąsa i pozwolił mówić innym.
– Mamy przynajmniej tyle, że nie zostanie posłany na front – odezwał się minister spraw zagranicznych.
– Tak? – parsknęła Castillo. – A skąd? Bo Jürgens tak powiedział? Nie ufam mu ani za grosz, on mi zresztą także nie. A ma już na koncie wykorzystanie Lavaliera jako pionka w rozgrywkach i to z dość tragicznym skutkiem. Nie czuję się najlepiej z myślą, że piłeczka jest po jego stronie, więc naprawdę wolałabym, gdyby zbyt szybko nie wracał do tego tematu.
– Też nie jestem szczęśliwy z faktu, że musieliśmy posłużyć się jego autorytetem do przełamania oporu prezydenta, ale nie demonizowałbym go tak – mruknął jednak Conte z głębi swojego fotela.
– Bo go nie znasz, Javier. Nie ma skrupułów.
– A ty, Leonor?
Uniosła brwi, najwyraźniej zaskoczona pytaniem.
– To jakaś sugestia?
– Nie. Jedynie ludzka ciekawość.
– Zatem tak, są granice, za które się nie posunę. – Castillo uniosła filiżankę do ust i już miała wziąć łyk, ale zatrzymała się nagle, zrezygnowała i spojrzała wprost w oczy Conte. – Ale żeby było jasne – powiedziała. – Bezpieczeństwo Argentyny jest dla mnie priorytetem i mam nadzieję, że dla panów również.
– W przeciwnym razie nie podejmowalibyśmy takiego ryzyka – zapewnił Javier. Zgodnie z prawdą zresztą i mając na myśli nie jeden wcale wątek całej tej sprawy, która od samego początku śmierdziała solidną aferą i szybkim złamaniem kariery politycznej, a może nawet więzieniem.
Dzieje Operacji Kondor aż za dobrze świadczyły o tym, co przytrafia się ludziom, gdy zaczynają za głęboko grzebać w archiwach i tajnych programach. Ani SIDE, ani SI, bezpośredni spadkobierca CNI, nie lubiły, kiedy ktoś spoza grona zaczynał przerzucać akta i nie przebierały w środkach podczas ich obrony. Tymczasem drążenie sprawy Lavaliera i jego pochodzenia, a także związanego z tym potencjału obronnego, zdecydowanie można było do takich działań zaliczyć. Jakby tego było mało, sprawa aż nadto wyraźnie śmierdziała niechlubną przeszłością Argentyny i jej sympatią dla nazistowskich Niemiec.
Trzydziestu dwóch chłopców i siedem dziewczynek. Mimo zakończenia trwającego od lat pięćdziesiątych programu eugenicznego, ich personalia nadal znajdowały się w objętych klauzulą tajności aktach rządowych. Nie mieli stanowić produktu finalnego, a kolejne pokolenie możliwie czystych genetycznie surogatek i dawców nasienia, nie byli doskonali, ale niewiele im do tej doskonałości brakowało.
I z jakiegoś powodu kogoś przeraziło to na tyle, by zarządził natychmiastowe przerwanie badań.
Ośrodek zamknięto, a niemowlęta i kilkuletnie dzieci z roczników dziewięćdziesiąt trzy do dziewięćdziesiąt sześć rozparcelowano po całym kraju, możliwie daleko od siebie. Nigdy nie wróciły do biologicznych matek lub ojców, oficjalnie wymordowane, a w rzeczywistości umieszczone w sierocińcach po zmianie danych osobowych. Zatarto ślady, ale najwyraźniej nie dość dokładnie, skoro niejaki Jean-Paul Barthez, francuski agent rosyjskiego Opactwa, dotarł do jednego z chłopców niecałe trzynaście lat później.
Miguel był oczywiście święcie przekonany, że wszystko w jego życiu jest dziełem przypadku, o czym Leonor przekonywała się nieraz i nad czym mogła jedynie z niedowierzaniem kręcić głową. Choć sama też dopiero od niedawna wiedziała, jak głęboko nieprawdziwe jest to stwierdzenie – wręcz przeciwnie, życie Lavaliera zostało szczegółowo zaprogramowane w chwili, w której ktoś wpisał do odpowiednich rubryk numery identyfikacyjne jego rodziców. Wiedziano o nim niemal wszystko, zanim się w ogóle począł. Wiedziano też, do czego zostanie użyty jego materiał genetyczny. Zaplanowano ścieżkę rozwoju i zdobywania przydatnych dla rządu umiejętności.
A potem faktycznie wyrzucono do śmieci.
Leonor zdecydowanie nie mogła powiedzieć o sobie, że jest zwolenniczką działań eugenicznych, ale o fakcie, jak lekkomyślne było to posunięcie, świadczył chociażby właśnie przypadek Bartheza.
Agent Opactwa, po tym, jak potwierdził trop, miał już właściwie wszystko podane na tacy – silnego fizycznie, odpornego i niegłupiego chłopca w burzliwym wieku dojrzewania i z łatwymi do wykorzystania brakami emocjonalnymi. Miguel kiedyś jej o tym opowiadał i choć czas z pewnością zatarł wiele szczegółów, nie zdołał zatrzeć towarzyszących im odczuć. Wyrwany z anonimowego tłumu sierot Lavalier zyskał nagle możliwość, by coś dla kogoś znaczyć, a w dodatku nowy opiekun obiecywał mu karierę, lepsze wykształcenie i szansę na uniknięcie biedy. Oddanie w jego ręce Gargoyle'a wydawało się więc posunięciem doskonałym, jako że Barthez trzymał chłopaka na emocjonalnej smyczy i stopniowo od siebie uzależniał. Gdyby wszystko potoczyło się dalej według planu, zyskałby nie tylko cennego żołnierza na usługach Opactwa, ale też kogoś, kto przez swoje ślepe oddanie stanowiłby dla niego gwarant bezpieczeństwa, gdyby sytuacja nagle się zmieniła.
Zwłaszcza że Gargoyle do tego właśnie służył – do ochrony kluczowych punktów lub osób, do tego, żeby przyjmować ciosy na siebie w odruchu szaleńczej lojalności i bez zważania na własne dobro. Widoczne i przed połączeniem, po nim mogło stać się szczególnie przydatne.
Oczywiście Gargoyle, jak każda Bestia, namieszał w kodzie genetycznym właściciela, bezpowrotnie niszcząc eugeniczne arcydzieło. Zapędy piromanckie i problemy z przyswajaniem witaminy A stanowiły jedną stronę medalu, drugą natomiast, doprowadzona do ekstremum wytrzymałość, czyniąca z Miguela cel praktycznie nie do zdjęcia. Gargoyle, nawet okaleczony, miał potencjał, którego ani Lavalier, ani Robert Jürgens zdawali się kompletnie nie dostrzegać, a przynajmniej tak wnioskowała Leonor po rozmowach w Buenos.
Nie oznaczało to jednak, że nie dostrzegano ich w Argentynie.



Opactwo
– Ty tutaj?
Jurij oderwał wzrok od ciemniej linii pobliskiego lasu i przeniósł go na nadchodzącego człowieka. A potem nieco niżej, kiedy organoleptycznie przypomniał sobie, jak mikrego wzrostu jest Ivan Papow.
– To samo pytanie mógłbym zadać tobie – odburknął. – Myślałem, że jesteś w Bawarii.
– Załatwiłem tam już, co miałem, teraz czekam na efekty. Więc wróciłem się odprężyć.
Ivanow skrzywił się na te słowa, bo wiedział, co oznaczają. Papow zawsze odznaczał się niepozorną aparycją, której wzrost i długi nos dodawały wręcz nieco komiczności, ale zlekceważenie go na podstawie poszlak mogło doprowadzić do szybkiego spotkania z tym, co rozpalało ciemne, osadzone głęboko oczy – zgniłą, czarną duszą zwyczajnego sadysty. Szybko stało się zatem jasne, że to on właśnie po usunięciu Balkowa będzie w drużynie Kaia odpowiadał za kontrolowanie, czy szkolenie rekrutów w Opactwie przebiega prawidłowo.
Zdecydowanie nie wszystkie stosowane przez Ivana metody opierały się na subtelnej manipulacji.
– Jesteś pewien, że to wystarczy? – Jurij wrócił więc do niemieckiego wątku.
– Jestem – odparł Papow i z kieszeni wyjął coś, co nawet z daleka nie wyglądało jak zwyczajny tytoń. – Ty, jak widzę, znów sanatoryjnie – spojrzał z ukosa na gips.
– Tak wyszło.
– Mhm.
Jurij już miał odwarknąć coś w odpowiedzi, kiedy przed oczyma stanęła mu wściekła twarz kaszlącego krwią Borysa i jego „Mówiłem, kurwa, że nic!”, więc tylko zacisnął usta.
– Swoją drogą – Ivan podpalił skręta – wiem, kto sprzątnął Połączoną z Pragi.
– Tak?
– Ameryka.
– Ciekawe.
– Owszem. Zwłaszcza, że zrobili to za plecami Jürgensa i nadal o niczym nie poinformowali. Chociaż teraz może się wysypać, po tym, jak Kitajce przechwycili Tavareza. Trudno mi powiedzieć, ile wie i ile może w związku z tym wysypać.
– Bo w to, że wysypie, nie wątpisz – Jurij nawet nie pytał.
Papow roześmiał się ponuro.
– Sabaka, od Kitajców to my się możemy tortur uczyć – odparł. – A poza tym nie od dziś wiadomo, że Tavarez jest dobry w wyczuwaniu, skąd wieje wiatr i zmiana frontu szczególnie go nie boli. Popracował dla Amerykanów, nie zdziwiłbym się, gdyby stwierdził, że teraz popracuje dla Żółtych. W każdym razie klin między Kona i Jürgensa został wbity. Między NATO i ONZ bez wątpienia też. Zostało dopieszczenie szczegółów, zrzucenie odpowiedzialności za Genewę na odpowiednie osoby i zdobycie argumentu do negocjacji.
– Młode Roberta – podchwycił Jurij, choć wiedział, że w pierwotnym planie Kaia panna Jürgens miała posłużyć jedynie do przechwycenia cennego strategicznie Griffolyona.
– Jeśli pójdzie po mojej myśli. Ale nie zamierzam zlecać jej porwania, to byłoby zbyt oczywiste i w gruncie rzeczy mało opłacalne. Będę działał stopniowo, a w międzyczasie rozglądał się za innymi opcjami. Teraz priorytetem jest przekonać Kona, że nie ma już na Zachodzie żadnych przyjaciół, a i na to mam sympatyczny pomysł.
– Tak? – Jurij uniósł brew.
– No przecież ci nie powiem – zaśmiał się Papow. – Pozwól mi się czymś zaskoczyć.
– Jestem twoim przełożonym.
Ivan westchnął i zaciągnął się dziwnym, ziołowym dymem.
– Ta, wiem – powiedział. – Jeśli zażądasz, to ci powiem, ale myślę, że możesz mi po prostu zaufać.
– Tobie, żmijo?
– Bo jeśli nie mi, to komu? Ale będą fajerwerki.



Ratyzbona
Kiedy Emily zamykała się w swoim bawarskim ośrodku, reszta świata praktycznie przestawała dla niej istnieć, więc wiadomość o tym, że Robert zdecydował się wreszcie na kilka dni urlopu w Ratyzbonie, stanowiła dla niej niemałe zaskoczenie. Już samo to, że sekretarz generalny pozwolił sobie na odpoczynek w tak napiętym czasie, zdołałoby zbić ją z tropu, a fakt, że wybrał własną posiadłość i towarzystwo rodziny, która zapewne nie omieszka obarczyć go kolejnymi problemami, zakrawał wręcz na absurd. York doprawdy nie potrafiła rozgryźć, jakimi ścieżkami chodził po niemiecku precyzyjny przecież umysł Jürgensa, gdy układał ten plan, ale nie wróżyła mu ani szybkiej regeneracji nadszarpniętych zapewne nerwów, ani owocnego pozbierania myśli.
Jeszcze dziwniej zrobiło się, gdy Robert zaprosił ją na prywatny obiad. Ją i tylko ją.
Poczuła się zbyt zaniepokojona, by choć przez chwilę rozważać odmowę. Z Ettaler Forst została oczywiście przetransportowana w absurdalnej obstawie, za co w sumie była wdzięczna po wydarzeniach w Paryżu, których to nie potrafiła przestać wiązać z osobą Judy Mizuhary. Nie ukrywała też, że ma nadzieję, że tym razem przerwa w pracy potrwa znacznie krócej.
W rezydencji Jürgensów nie gościła po raz pierwszy – wiedziała, czego się więc spodziewać. Zresztą pieczę nad tym, żeby wszystko działało jak należy nadal sprawował Gustav, bardzo już wiekowy, ale najwyraźniej nadal cieszący się posłuchem wśród służby. Emily nie dziwiła się więc obrusom tak białym, że od ich widoku bolały oczy, posadzkom odbijającym całą jej postać aż po czubek rudej głowy czy świeżym, kolorystycznie dobranym do wystroju zabytkowych wnętrz kwiatom dosłownie na każdym kroku.
Najstarsza córka Roberta wyglądała na tym tle jak przybysz z innej planety, ale York, odkąd pamiętała, darzyła Josie pewną sympatią. Trudno było wymagać od dziewczyny, żeby wyrosła w takim środowisku normalna. Emily co prawda dorastała w ogromnym domu jako córka uznanych i wziętych prawników, ale jej rodzice na przykład nie widzieli problemu w chodzeniu w spranej bluzie tylko dlatego, że się ją bardzo lubi, nażarciu się chipsów aż do rozstroju żołądka czy – w późniejszym wieku oczywiście – weekendowym wypadzie pod namiot, o ile będzie rozsądna. Przy czym, mówiąc to ostatnie, pani York zawsze puszczała oczko, dyskretnie wciskając córce do ręki opakowanie prezerwatyw.
Nie licząc więc kwestii finansowych, prestiżowych prywatnych szkół i miliarda zajęć pozalekcyjnych, jej wychowanie i wychowanie Josie to były dwa różne światy.
No ale Emily nie była arystokratką, a amerykańską dziewczyną z sąsiedztwa.
Obiad upłynął w wykrochmalonej na sztywno atmosferze, ale to, co profesor zauważyła, to niepokój wyraźnie ściągający zwykle niewzruszoną twarz Roberta. I to, że drżały mu ręce, kiedy sięgał po srebrną solniczkę. Tak jak się spodziewała, wizyta w rodzinnym domu nie przyniosła mu ukojenia.
Dopiero potem, kiedy po kolejnej porcji obowiązkowych grzeczności, udali się do jego gabinetu, pozwolił sobie na głębokie westchnienie i chwilę zawieszenia, podczas której patrzył na pałacowy park – wciąż jeszcze zielony, ale niosący już w sobie pewną odległą sugestię zbliżającej się jesieni. Tę samą, którą wyczuć się dało w podstępnym chłodzie przedświtów.
– Mam nadzieję, że chociaż w Ettaler Forst wszystko w porządku – powiedział, z wyraźnym wysiłkiem odrywając wzrok od widoku za ostrołukowym oknem.
– Tak – odparła Emily, obserwując, jak Robert podchodzi powoli do barku i wyjmuje z niego dwie koniakówki. Krok miał dziwnie sztywny, nawet jak na siebie. York zmarszczyła brwi, widząc to, ale nie skomentowała. – Sądzę nawet, że mam dobre wieści i prace przyspieszą.
– Usiądź proszę – Jürgens wskazał jej fotel i ustawił kieliszki na stoliku. Chwycił karafkę z koniakiem, ale wtedy dłonie znów mu zadrżały.
– Może ja rozleję – zaproponowała York. – Wiem, że to wbrew etykiecie.
Spojrzał na nią w sposób, którego nie potrafiła rozszyfrować, ale ostatecznie skinął głową.
– Jak ci się układa z Miguelem? – niespodziewanie zmienił temat.
– Wszyscy już wiedzą? – skrzywiła się Emily, rozlewając ostrożnie trunek.
– Nie, Olivier mi powiedział, ale raczej nie kwapi się do rozpuszczania plotek – wyjaśnił Robert i sięgnął po swoją koniakówkę. – Twoje zdrowie – wzniósł toast.
– Dziękuję. A tak do sedna, o tym chcesz rozmawiać?
Tak naprawdę to miał być żart, który skłoniłby Jürgensa do przejścia do rzeczy, ale on niespodziewanie zasępił się jeszcze bardziej i znów spojrzał w kierunku okna.
– Tak – przyznał. – Ja wszystko rozumiem, może nie do końca pochwalam, może wolałbym, gdybyś znalazła drogę porozumienia z Johnnym, ale rozumiem – powiedział, nie patrząc na nią. – Jedynie się o ciebie martwię, Emily.
Przewróciła oczyma.
– Odpierdolcie się od niego wreszcie – syknęła, ze złości zapominając o kiepskiej kondycji nerwowej Roberta. – Najpierw Hiromi robiła jakieś jazdy, a teraz ty.
Jürgens złożył dłonie w piramidkę. Siedział w tym swoim głębokim fotelu i nagle znów na nią patrzył. Uważnie oraz – co było znacznie gorsze – z autentyczną troską.
– To nie tak – odparł. – Wiem, że to porządny facet z jasno poukładanymi priorytetami. A przynajmniej kiedyś taki był. A jednak… Nie niepokoi cię czasem jego zachowanie? Nie mówię, że to jego zła wola. Jeśli darzę go ograniczonym zaufaniem, to tylko dlatego, że wiem, jak potrafi być impulsywny. Po prostu zastanawiam się, czy to dostrzegasz.
Tak, dostrzegała, oczywiście. Wystarczyły te niecałe trzy wspólne tygodnie. Widziała te niespotykane wcześniej napady energii i dobrego humoru, a potem nagłe zjazdy na samo dno. Obserwowała problemy z zaśnięciem i późniejszą niechęć do wstania albo wręcz przeciwnie – zrywanie się przed świtem i znikanie na długie godziny.
Coś było ewidentnie nie tak, York nie próbowała się nawet oszukiwać. Owszem, sytuacja była napięta, ale przecież nie z takich opresji już wychodzili, Ettaler Forst było całkowicie bezpiecznym miejscem, a w dodatku Miguel cieszył się doskonałym humorem. Zdawało się, że nowe rzeczy dosłownie unoszą go nad ziemią – związek, sypialniane odkrycia, opieka nad faktycznie dość uroczą, choć na gust Emily zbyt głośną świnką, wdrażanie się w techniczne tajniki budowanych w bazie mechów. I nagle, zupełnie nagle, bo dosłownie z godziny na godzinę, wszystko rąbnęło, a potem nie wróciło już do poprzedniego stanu, zamieniając się w nieprzewidywalną huśtawkę nastrojów.
W pierwszym momencie York nie zwróciła na to nawet uwagi. Ot, pomyślała, że milczenie i wyraźna niechęć do rozmowy to zwykłe wyczerpanie po dość intensywnym miesiącu od niespodziewanego wszak wyjścia z celi. Zresztą Miguel nadal robił, co do niego należało, nawet jeśli z mniejszą energią. Musiało minąć sporo czasu, nim do niej dotarło, że to nie chwilowy dół, a wręcz odwrotnie – właściwa kondycja Lavaliera, którą zobaczyła, gdy skończył się rozpęd nagłych zmian. Zresztą stało się to dość brutalnie, gdy znalazła go w środku nocy w hangarze, zwiniętego w kłębek i kołyszącego się jak w chorobie sierocej. Przestraszyła się. Także tego, że przez dobrych parę minut nie była w stanie nawiązać z nim kontaktu, ani rozsupłać zgniatających ciało bezlitośnie ramion. Próbował się potem oczywiście tłumaczyć, przekonywać, że nic mu nie jest i ogranie, ale wtedy Emily po raz pierwszy i jak na razie ostatni podniosła na niego głos. Potem siedzieli jeszcze długo i tuliła go, chcąc, żeby uwierzył, że nie zostanie z tym sam. Obiecał, że gdy tylko będzie to możliwe, podda się terapii.
Z czasem Emily zaczęła dostrzegać takich niepokojących zachowań więcej, ale o tym na pewno nie zamierzała Robertowi opowiadać. Jak dwa razy przyłapała Miguela na wymiotach wywołanych silnymi nerwobólami, jak gwałtownie reagował na niektóre, wydawałoby się neutralne dźwięki, jak choćby szczęk przekręcanego klucza w zamku czy skrzypienie zawiasów, a także jak niebezpiecznym było podchodzenie do niego niepodziewanie i chicho, choć może o tym ostatnim Jürgens wiedział już od Oliviera, do którego niefrasobliwy żart York, że lubi ból po zachodzeniu od tyłu, przylgnął chyba na dłużej.
– Założyłam, że to szok i zagubienie – skłamała więc. – I że minie.
– A jeśli nie minie?
– Jakoś sobie z tym poradzimy. Są specjaliści.
Robert zacisnął usta. Był od Emily zaledwie trzy lata starszy, ale nie mogła odpędzić się od wrażenia, że zachowuje się teraz jakby był jej ojcem.
– Nie widzisz w tym problemu.
– Widzę, byłabym głupia i nieodpowiedzialna, gdybym nie widziała, ale nie taki, z którym oboje nie dalibyśmy sobie rady.
Robert skosztował koniaku.
– Pytałaś go w ogóle o więzienie? – drążył dalej.
– Nie – York pokręciła głową. – Nie wydaje mi się, żeby chciał o tym rozmawiać z kimkolwiek. Sama na jego miejscu bym chyba nie chciała. U niego dochodzi jeszcze ten czynnik, że to była w końcu jego decyzja i jego wybór. Za Chiny nie przyzna się przecież, że potem ugryzło go to w dupę.
Jürgens zamilkł na dłuższą chwilę. Było jasne, że ma do powiedzenia coś jeszcze, ale szuka odpowiednich słów.
– Robert…? – Emily nie wytrzymała napięcia.
Westchnął.
– Wiem już, dlaczego przeniesiono go do karceru – przyznał, znów przenosząc wzrok na nią. – Szczerze powiedziawszy, bałem się, że trafię na jakieś eksperymenty i, nie daj Boże, znajome nazwiska. Ale nie. Pod tym względem panuje wręcz zaskakująca cisza. Natomiast znalazłem coś innego.
– Co? – York zmarszczyła brwi.
– Dwa lata temu w zakładzie karnym, w którym go pierwotnie osadzono, doszło do tragicznego wypadku. Nie pierwszy i nie ostatni taki, z tego, co się zorientowałem, zdarza się to w argentyńskich więzieniach co jakiś czas, ale jednak tym razem pewne wątki mnie zaniepokoiły. – Robert odchylił się i rozparł w fotelu, bezwiednie zaczął bawić się niemal pustą koniakówką. W tej pozie, w tym otoczeniu i z takim oświetleniem, Emily nie mogła odpędzić od siebie tego skojarzenia, wyglądał jak villain z gry albo szef korporacji rodem ze science fiction. – Po obcięciu racji żywnościowej doszło do buntu więźniów. Paru z nich przykładnie ukarano, ale to wywołało jeszcze większą agresję i w efekcie wybuchły zamieszki. W pewnym momencie pojawił się ogień. To też nic niezwykłego. Dużo łatwopalnych materiałów, w tym wypełnienie materacy, niedostatki bieżącej wody i personelu… Historia zna takie przypadki, ale tym razem ofiar było więcej, a walka z płomieniami trwała dłużej.
– Był tam… – szepnęła York, zaciskając dłonie na podłokietnikach.
– Był – przyznał Jürgens. – W pewnym momencie uznano, że jedynym wyjściem jest odcięcie płonącego sektora i ewakuacja reszty budynku. Pożar przeżyła tylko jedna osoba.
– Boże…
Zapadła cisza. Emily wbiła wzrok w podłogę. Zaatakowało ją na raz zbyt wiele myśli, żeby ze wszystkimi dała sobie od razu radę. Co gorsza – gdzieś na tyłach głowy przyczaiły się emocje. Milczała więc z zaciśniętymi ustami. Po chwili zamknęła też oczy. Wirowało jej w głowie.
– Wiadomo chociaż, jaka była jego rola w tym buncie? – spytała głosem, którego brzmienie zdziwiło ją samą.
– Nie. Ale to Miguel, więc prawdopodobne wydaje się kilka opcji. Mógł być równie dobrze przypadkowym świadkiem, jak i prawą ręką prowodyra albo samym prowodyrem. Tak czy inaczej, właśnie po tych wydarzeniach został odizolowany i wywieziony w Andy.
Emily wstała z fotela. Ze złością stwierdziła, że drżą jej nogi i z trudem utrzymują ciężar ciała.
– Nie wiesz, czy jest winny,
Pokręciła głową, ale nie tyle w zaprzeczeniu, co w geście dającym do zrozumienia, że nie jest w stanie dalej rozmawiać.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 23 stycznia 2017, 16:01

OK. Zrobiło się gęsto. Nie żeby wcześniej było lajtowo, ale wcześniej było gęsto tak ogólniej - w sensie w globalnym rzucie, było politycznie i tak dalej. Teraz jest gęsto u pojedynczych bohaterów. O Jurija drżę. Miguel zdaje się być jak nitrogliceryna. Też drżę. Teraz pytanie - co jest z Reiem. Bo jest niewątpliwie. Naprawdę czekam ogromnie, żeby oni już wreszcie wzięli się za to razem. Bo ktoś ten węzeł musi rozplątać.

A Argentynie to się prawdę mówiąc ani trochę nie dziwię, że próbuje coś ugrać, bo strach żyć na takim świecie, jak się samemu nie ma bomby.

Poniżej parę literówek, jedno miejsce zagubienia i jedno słowo na osobności do Emily ;)
SpoilerShow
– Oczywiście nie tylko ja dostałem do żądanie – dodał Robert – ale on najwyraźniej zakłada, że maczałem w tym palce. Zapewne przez fakt, że szpiegiem tym był Połączony, o którym wiadomo, że nie współpracuje z Rosjanami.
]Ale nie mógł odegnać od siebie znów głośniejszych myśli, że lepiej byłoby, gdyby nie robili i po prostu pozwoliliby się rozpaść.
Pod sowimi stopami dostrzegał wżarte w beton plamy.
]– Ja byłem od ciebie młodszy, kiedy mi to zrobili.
Proktowiciele zjawili się parę sekund później. Chłopak wrzasnął przeraźliwie, gdy chwytali go pod ramiona i zaczynali bezceremonialnie ciągnąć po betonie. Skowyt wbijał się w szare niebo, gdy tymczasem bose, niemal już błękitne stopy usiłowały zaprzeć się o podłoże.
Jurij stał nieruchomo patrząc na tę scenę z głową kompletnie już pustą i zamkniętą.
Tak. Bolało.
Dzieje Operacji Kondor aż za dobrze świadczyły o tym, co przytrafia się ludziom, gdy zaczynają za głęboko grzebać w archiwach i tajnych programach. Ani SIDE, ani SI, bezpośredni spadkobierca CNI, nie lubiły, kiedy ktoś spoza grona zaczynał przerzucać akta i nie przebierały w środkach podczas ich obrony.
OK. Tu muszę sięgnąć do wujka Googla... te wszystkie literki to pustka.
– Owszem. Zwłaszcza, że zrobili to za plecami Jürgensa i nadal o niczym nie poinformowali. Chociaż teraz może się wysypać, po tym, jak Kitajce przechwycili Tavareza. Trudno mi powiedzieć, ile wie i ile może w związku z tym wysypać.
Wiem, że to wypowiedź, ale wydaje mi się, że akurat jeśli o takie rzeczy chodzi, to może nie chciałabyś mieć tego podwójnego wysypać w różnym znaczeniu tak blisko siebie.
Tak, dostrzegała, oczywiście. Wystarczyły te niecałe trzy wspólne tygodnie. Widziała te niespotykane wcześniej napady energii i dobrego humoru, a potem nagłe zjazdy na samo dno. Obserwowała problemy z zaśnięciem i późniejszą niechęć do wstania albo wręcz przeciwnie – zrywanie się przed świtem i znikanie na długie godziny.
Coś było ewidentnie nie tak, York nie próbowała się nawet oszukiwać. Owszem, sytuacja była napięta, ale przecież nie z takich opresji już wychodzili, Ettaler Forst było całkowicie bezpiecznym miejscem, a w dodatku Miguel cieszył się doskonałym humorem. Zdawało się, że nowe rzeczy dosłownie unoszą go nad ziemią – związek, sypialniane odkrycia, opieka nad faktycznie dość uroczą, choć na gust Emily zbyt głośną świnką, wdrażanie się w techniczne tajniki budowanych w bazie mechów. I nagle, zupełnie nagle, bo dosłownie z godziny na godzinę, wszystko rąbnęło, a potem nie wróciło już do poprzedniego stanu, zamieniając się w nieprzewidywalną huśtawkę nastrojów.
W pierwszym momencie York nie zwróciła na to nawet uwagi. Ot, pomyślała, że milczenie i wyraźna niechęć do rozmowy to zwykłe wyczerpanie po dość intensywnym miesiącu od niespodziewanego wszak wyjścia z celi.
Tu nieco pogubiłam się w czasie. Nie wiem już ile minęło od uwolnienia Miguela i z jakiegoś powodu czuję się z tym niekomfortowo.
jak gwałtownie reagował na niektóre, wydawałoby się neutralne dźwięki, jak choćby szczęk przekręcanego klucza w zamku czy skrzypienie zawiasów
Pff! Serio, neutralne? Dla kogoś, kto tyle czasu był zamknięty i nie wiadomo do końca co z nim tam robili i co następowało po zgrzycie klucza? Przewracam nad nią oczami: :roll:
a także jak niebezpiecznym było podchodzenie do niego niepodziewanie i chicho,
:lalala:
– Dwa lata temu w zakładzie karnym, w którym go pierwotnie osadzono, doszło do tragicznego wypadku. Nie pierwszy i nie ostatki taki, z tego, co się zorientowałem, zdarza się to w argentyńskich więzieniach co jakiś czas, ale jednak tym razem pewne wątki mnie zaniepokoiły. – Robert odchylił się i rozparł w fotelu, bezwiednie zaczął bawić się niemal pustą koniakówką. W tej pozie, w tym otoczeniu i z takim oświetleniem, Emily nie mogła odpędzić od siebie tego skojarzenia, wyglądał jak villian z gry albo szef korporacji rodem ze science fiction, – Po obcięciu racji żywnościowej doszło do buntu więźniów.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

ODPOWIEDZ