UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Jestem odpadem atomowym [skończone]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1825
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem troskliwym misiem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 17 stycznia 2018, 10:43

2/2


Foula
Mgła gęstniała w oczach praktycznie z minuty na minutę i było właściwie od początku jasne, że nie jest naturalnym zjawiskiem pogodowym. Pożarła już nie tylko cień okrętu, ale też niemal całą linię brzegową i słuchanie chlupotu fal o kamienie, kiedy nie było ich widać, a grunt zdawał się zlewać z szarym niebem w nierozerwalną całość, stanowiło doświadczenie co najmniej surrealistyczne.
– Nie denerwuj się tak – mruknął Johnny za plecami Emily, jakby miało jej to w jakikolwiek sposób pomóc.
Sprawiło jedynie, że zaczęła trząść się bardziej, bo do obaw i paskudnego, mokrego zimna dołączyła jeszcze fala złości.
Bo on się nie denerwował. Wcale.
Chociaż? Może? Może znów zastosował swoją ulubioną taktykę i po prostu nie myślał.
Wreszcie z mgły dobiegł też jęk dobijających do brzegu szalup i ludzkie głosy. Niedługo potem z oparów zaczęły wyłaniać się rozmazane ludzkie sylwetki. Jak armia duchów z epickich opowieści. Emily mrużyła oczy, próbując je rozpoznawać, choć wiedziała, że nie wszystkie będzie w stanie. Tak trudno było wytrzymać na wyznaczonej linii demarkacyjnej. Tak trudno było po prostu nie ruszyć ku nim i nie skrócić oczekiwania.
Wtem jedna z postaci wyforsowała się na czoło, choć ktoś próbował złapać ją za ramię, i ruszyła szybciej. Uderzenie niepokoju trwało dosłownie ułamek sekundy, nim Emily nie uświadomiła sobie, że zna ten chód. A potem był już przy niej – żywy i prawdziwy, poruszający się o własnych siłach – i ukryła twarz w materiale kurtki na jego piersi.
– Boże święty, prosiłam, żebyś nigdzie nie jechał – wyburczała przyklejona do niego całą sobą.
Czuła ciepły oddech na karku, czuła jedną dłoń zaciśniętą na jej plecach, a drugą przeczesującą czule włosy. I nagle wszystkie jej wyobrażenia – złe wyobrażenia – dotyczące tego spotkania, runęły w przepaść i nie potrafiła już sobie odpowiedzieć na pytanie, po co jej właściwie były.
– Wszystko w porządku? – usłyszała ciche pytanie.
– Tak.
Nie po raz pierwszy zaczęła podejrzewać, że Johnny może mieć trochę racji z tym niemyśleniem.
– Chyba trochę śmierdzę – mruknął Miguel, reflektując się nagle i wypuszczając ją z objęć.
– Ale tylko trochę – zapewniła.
Dopiero, kiedy się odsunął, spojrzała na jego twarz i poczuła, że uśmiech zamiera jej na ustach. Nie wątpiła już ani trochę, że Rei mógł się go obawiać. Może ona też powinna.
– No dobra, a teraz chodź do mnie.
Gdy odsłonił widok, witając się z Johnnym, zobaczyła także pozostałych. Radosny nastrój, który ledwie zdążyła poczuć, prysnął jak mydlana bańka.
– Potrzebuje lekarza – mówiły niemal bezgłośnie usta Reia.
Wszyscy potrzebujecie, odpowiadała mu w duchu Emily.
To zdecydowanie nie była niezwyciężona armia Połączonych, jakiej wszyscy podświadomie się chyba spodziewali, a zwłaszcza jakiej spodziewał się Robert, po trzy razy rozważając każdy scenariusz, a najczarniejsze z nich nawet więcej. Nie. To była banda ludzkich wraków słaniających się na nogach, przemęczonych, niedożywionych i chorych. Choćby myślenie o tym, że zaraz będą mieli stanąć do walki z Kaiem, wydawało się czystym okrucieństwem.
Emily z niedowierzaniem wodziła od twarzy do twarzy.
Oblicze Kona jeszcze stosunkowo łatwo dało się rozpoznać. Swego czasu był w końcu obecny w niemal wszystkich dziennikach informacyjnych, przewijał się bezustannie przez materiały prasowe, jakie zbierała ekipa Roberta. Emily miała więc gdzieś na tyłach głowy zaprogramowany wygląd dorosłego mężczyzny, a kiedy widziała go po raz ostatni na żywo, również nie prezentował się najlepiej, ciągle jeszcze przykuty do szpitalnego łóżka. Trochę więcej problemów sprawiła zwykle schowana za plecami męża, ale jednak też sporadycznie pojawiająca się na łamach Mao. Z nią jednak York nigdy nie wiązała jakichś szczególnych emocji. Nie należała do paczki, jaką Chinka tworzyła wraz z Mathildą i Julią, a osobowość panny Chen raczej ją drażniła może bardziej nawet niż ostentacyjna pewność siebie Fernandez, więc nie miała też powodów, by chcieć do tej paczki dołączyć. Oczywiście więc było jej przykro, kiedy zobaczyła okaleczone ręce, ale nie bardziej w sumie, niż byłoby jej przykro z powodu kalectwa całkiem obcej sobie osoby.
I był też Jurij. To może jego widok zmroził Emily najbardziej. Jasne, mimo wzrostu znacznie powyżej metra dziewięćdziesiąt, to nigdy nie był typ szerokiego w barach olbrzyma, nigdy nie był też typ przystojniaka, a wręcz przeciwnie - Ivanow robił wszystko, żeby wyglądać jak zbir. Więc tak, York widywała go i zachlanego, i zarośniętego, i jawnie kpiącego sobie ze wszystkich standardów. Ale teraz w tej ledwie widocznej spod splątanych rudych włosów oczu było coś dziwnego. Coś co przerażało znacznie bardziej niż wściekłość, do której Amerykanka zdołała się kiedyś dość szybko przyzwyczaić.
Zdecydowanie nie był pijany. Patrzył trzeźwo, uważnie, wydawał polecenia otaczającym go chłopakom głosem równym i pewnym.
A jednak Emily nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że patrzy na człowieka stojącego nad własnym grobem.
Aż wreszcie jej wzrok zatrzymał się na drobnej dziewczynce stojącej z patrząca spode łba Mao Kon za plecami.
Jindřiška Radevic, uświadomiła sobie.

*

– Kurwa, nie będę ryczał… Nie będę…
– Ogoliłeś się – mruknął Miguel w jego ramię.
– KURWA!
Lavalier roześmiał się cicho i po chwili śmiali się już obaj, nawet jeśli w oczach Szkota faktycznie rozbłysły ślady wilgoci.
– Dobrze cię znowu widzieć, baranie.
– I ciebie, głupku patentowany.
Argentyńczyk nie był pierwszej świeżości i nie dało się tego ukryć, choć jak Johnny wnioskował z jego osobistych zwyczajów i wyniesionych z więzienia nawyków, zrobił wszystko, co było w jego mocy – stąd pewnie dwa świeże zacięcia na brodzie i sugestia zapachu szarego mydła na kołnierzu kurtki. Ale i tak nie mógł się zmusić do rozluźnienia uścisku. Zresztą Miguelowi najwyraźniej też się nie spieszyło. Drżał cały, jakby było mu zimno, ale McGregor znał to drżenie i wiedział, że to po prostu emocje, które trudno było Lavalierowi wyrzucić z siebie w inny sposób – zwłaszcza w takiej sytuacji, na widoku. Przygarnął go więc mocniej.
– Już dobrze – wyszeptał cicho, tak, żeby naprawdę było to tylko dla nich dwóch. – Już po wszystkim. Nie wiem, jak to zrobiłeś, ale zrobiłeś.
Miguel ścisnął jeszcze jego ramiona krótko, jakby w podziękowaniu, po czym się odsunął. Jakby na to nie patrzeć, to nie była ich prywatna impreza.
– Spotkanie z Robertem mogę zaaranżować w każdej chwili – zwrócił się Johnny do Jurija.
Rosjanin zmierzył go wzrokiem, jakby zastanawiał się, czy widok Szkota to dla niego dobra czy zła wiadomość. Ostatecznie jednak skinął głową.
– Jutro – odparł. – Moi ludzie potrzebują odpoczynku.
Trudno było do końca stwierdzić, kogo ma na myśli, mówiąc o swoich ludziach – czy tylko bandę brudnych nastolatków stojących karnie za nim, czy też resztę przybyłych. A przynajmniej ich część, bo McGregor wątpił, by Jurij zaliczał do podkomendnych takiego na przykład Reia Kona. Co prawda, to prawda jednak, że wszyscy wyglądali na mocno styranych, więc Johnny nie protestował.
– Rozbijemy obozy w odległości dwudziestu metrów od siebie – zaproponował. – Namioty, śpiwory, ubrania i prowiant są do waszej dyspozycji.


Dalian
– Mogę być z tobą szczery?
W okolicy nie było ani Xue, ani żadnego zaufanego człowieka, który mógłby posłużyć za tłumacza, więc MingMing jedynie uniosła czarną brew i spojrzała na Claude’a.
Siedział na podłodze, no tylko tam mógł robić to bez groźby, że spadnie i bez martwienia się o skrzydła. Wyskrobywał łyżką resztę konserwy z puszki i wydawałby się tym całkowicie pochłonięty, gdyby nie ton, którym się odezwał. Oderwał nagle wzrok od resztek jedzenia i wbił go w nią, a ona z trudem powstrzymała wzdrygnięcie. Od zawsze uważała, że w jasnych okrągłych oczach jest coś niepokojącego, a te w dodatku były niemal karykaturalnie wielkie, zdecydowanie wymowne.
– Wiesz dlaczego jesteśmy tacy niebezpieczni? – ciągnął, uznając najwyraźniej gest Koreanki za potwierdzenie. Sama nie wiedziała, czy nim był. Sama nie wiedziała, czy Claude faktycznie jakiegokolwiek potwierdzenia potrzebował, czy tylko chciał jakoś zagaić i przerwać ciszę. – My, czyli Połączeni. Tak ogólnie. Nie przez moce. – Prychnął i wypuszczona z dłoni łyżeczka zabrzęczała o dno puszki. – Moce, kurwa. Gdyby chodziło tylko o moce, sprawa byłaby sto razy łatwiejsza i pewnie wojna już dawno by się skończyła. Nie. Chodzi o to, że my sobie ciągle coś kompensujemy. Ciągle jeszcze wmawiamy sobie, że jesteśmy Mesjaszami tego świata. A przynajmniej większość z nas.
MingMing ściągnęła lekko łopatki. Doskonale wyczuwała gorycz w tych słowach. I cóż, w pewnym sensie gorycz ta była również jej goryczą.
– Myślisz, że oni by się nie zdołali dogadać? – monologował dalej Claude. Nie patrzył już na nią, a w przeciwległą ścianę kwatery, na której wisiała mapa tej części Chin z zaznaczonym aktualnym rozkładem sił.
Zachodzące, rdzawe słońce malowało jego twarz cieniami. Sprawiało, że oczy wydawały się głębiej osadzone, a prosty nos dłuższy. Na nowo kolorowało też tatuaże na ramionach i szyi. Wydawało się, że na twarzy Peruwiańczyka nie widać już skaleczeń i sińców, ale MingMing wiedziała, że to nieprawda i ranek po raz kolejny obnaży rzeczywistość.
Powoli docierało do niej, że dla kogokolwiek Tavarez w rzeczywistości nie pracował i bez względu na to, za kogo się nie uważał, był przede wszystkim beznadziejnym idealistą, choć do tego aspektu trzeba było się długo przekopywać przez pozory, jakie stwarzały jego decyzje. W dodatku był idealistą w jednym z najbardziej utopijnych nurtów i pacyfizm niemal wylewał mu się uszami. Nie tylko nie chciał walczyć. Nie chciał też, by walczyli inni i winę za całe zło składał na karb rozgorzałych konfliktów.

Foula Wieczór zapadał szybko, ale cicho i spokojnie, jakby wieńczył zupełnie inny dzień. Aż za łatwo było zapomnieć o całym stresie i nerwowej ewakuacji na zachodnią stronę Szetlandów, na wyspę Foulę. Temperatura spadała gwałtownie, ale okrycia z wojskowych, nowoczesnych śpiworów zapewniały dobrą izolację i utrzymanie ciepła. Wystarczyło wsunąć w taki nogi albo zarzucić sobie na ramiona i od razu robiło się lepiej. W efekcie z daleka wyglądali jak zgromadzenie zgniłozielonych robali i to skojarzenie – tak niepoważne, tak odległe od atmosfery ostatnich dni – wydusiło na twarzy Emily cień uśmiechu.
– Hm? – Johnny spojrzał na nią z uniesioną brwią i podał termiczny kubek z gotowaną nad ogniem herbatą.
– Nic – odparła w sumie zgodnie z prawdą i całkiem odruchowo oparła się o jego ramię, zanim wzięła łyk.
Jeszcze przed południem, pragnęła, żeby zostawił ją samą z nerwami, a teraz chciała poczuć jego siłę i bliskość. Pasował do tego miejsca, do tej skalistej wyspy porośniętej niską trawą, do falującego krajobrazu i spienionych fal tłukących się o wysokie brzegi. Do szarej mgły otulającej łagodne, prastare szczyty. Pasował tak bardzo, że Emily czuła, jak jej serce bije szybciej, jakby wciąż jeszcze nie znała go dobrze i dopiero odkrywała, zakochana z każdym dniem bardziej w jego nieugiętej naturze szkockiego górala.
Myślała, że na zawsze pogrzebała te dziewczęce uczucia. Ale może to tylko coś kazało jej skryć je głęboko. Jeśli tak, cieszyła się, że sobie poszło.
– Nie wierzę, że już po wszystkim – westchnęła.
Tym razem to on się zaśmiał – nisko i krótko.
– I nie sprawdził się żaden z twoich czarnych scenariuszy, co? – spytał prowokacyjnie.
– Nie – przyznała – nie tym razem. Na szczęście.
– Więc może w innych sprawach też nie powinnaś się tak zamartwiać.
Oczywiście wiedziała, co Johnny ma na myśli. Temat mechów wracał regularnie, McGregor wciąż wokół niego krążył, jakby chciał wybadać nastawienie York. Fakt faktem, że się przemogła. Dokonała tego, dokończyła dzieła i podłączyła machiny do Bestii. Efekt był jednak zupełnie inny, niż się spodziewała. Był lepszy. Zaskakująco lepszy. Czymkolwiek naprawdę były Bestie, nie powinny tak dobrze dogadywać się z bazowym oprogramowaniem, nie powinny być w stanie samodzielnie go przebudowywać i poprawiać. Przez trzy noce po podłączeniu Emily niemal nie spała, z fascynacją i przerażeniem obserwując to, co się działo, a w co nikt nie potrafił ingerować.
To, co widziała, było poezją, ale poezją przerażającą i niezrozumiałą do tego stopnia, że Amerykanka zaczęła się zastanawiać, czy teraz bojowe użycie mechów w ogóle wchodzi w rachubę. Nie mogła zagwarantować niczego. Testy po zakończeniu wgrywania Bestii wypadły znakomicie, dużo powyżej oczekiwań, ale co, jeśli w tym zbyt pięknym obrazku tkwiła pułapka? Emily nie lubiła polegać na tym, czego nie rozumiała, nawet jeśli wszyscy wokoło gratulowali jej odwagi i geniuszu.
Zrobiła ten błąd i wypowiedziała swoje wątpliwości na głos w obecności Johnny'ego. Nie zamierzał pozwalać jej na to wahanie. Już rwał się do walki i gdyby nie Robert, zapewne natychmiast wsiadłby do kokpitu i w pojedynkę ruszył na Rosję.
Całe szczęście od Miguela odróżniało go to, że potrafił słuchać rozkazów i jeśli ktoś mówił nie, to był gotów uznać, że ma rację.
Właśnie – Miguel.
– Sprawę mechów zostawmy na potem – Emily podchwyciła podsunięty jej przez ścieżkę skojarzeń trop. Odruchowo spojrzała w stronę świateł drugiego obozu majaczących we mgle jak błędne ogniki. – Znów mamy piromantę w zespole, być może to zmieni taktykę o sto osiemdziesiąt stopni.
Główna wartość Salamaylona polegała bowiem właśnie na tym, że był Bestią ognistą. W najczarniejszym scenariuszu, w którym Lavalier ginie i nie wraca, miał zastąpić ten element w planach Roberta. Może teraz nie będzie to potrzebne. Może Emily wcale nie będzie zmuszona patrzeć, jak zaprojektowana przez nią broń w wyniku nieprzewidzianego splotu wypadków staje się też śmiertelna pułapką. Może uczciwiej byłoby, gdyby martwiła się o nich obu po równo, ale to nie była gospodarka reglamentowana, tylko skomplikowana w swojej prostocie relacja. Miguel nie musiał polegać na żadnym sprzęcie, a z Bestią żył już od lat. Zdecydowanie też nie był już tamtym chłopakiem z Moskwy, silnym i dobrze zbudowanym, ale o walce wiedzącym tyle, co kot napłakał. Szesnaście lat za kratami go zmieniło i jeśli Emily miała w tym względzie jeszcze jakieś wątpliwości, rozwiał je, gdy wrócił z szalonej wyprawy wychudzony, zmęczony i ze śladami drobnych kontuzji, ale w jednym kawałku i z sukcesem, jakiego pewnie on sam się nie spodziewał. Johnny nawykł do innego typu działań. Był ochroniarzem, nie komandosem zdolnym przetrwać w najgorszych warunkach i z wrogiem na karku. Chronił tych, którzy znajdowali się na celowniku, ale sam nigdy celem nie był.
– Tak czy inaczej Połączonym przyda się wsparcie – zauważył, jakby czytał jej myśli.
Tak, nie lubił, gdy sugerowała, że mechy są dodatkiem i wyjściem awaryjnym, czasem napominał, że to właśnie ich Kai się nie spodziewa, ale tak naprawdę nie zamierzał szarżować. Mimo całej swojej buty, mimo ognia, był karnym realistą.
– Pewnie tak – zgodziła się Emily. – Ale jeszcze się okaże w jakim kształcie.
– Też się cieszę, że wrócił zdrowy.
Uśmiechnęła się. Cóż, doświadczenie robiło swoje i tak oto po latach stała się jedną z niewielu osób, które Johnny’emu udawało się czasem rozszyfrować.
– W dodatku w całkiem niezłym humorze – dodała.
Teraz te wszystkie obawy wydawały się tak głupie i niepotrzebne. Przecież to one, to pielęgnowane od tygodni przekonanie, że powitanie będzie krępujące i chłodne, zatrzymały Emily w pierwszym momencie. Gdyby sama sobie nie wmówiła problemów, gdyby sama za wszelką cenę nie starała się znaleźć w zachowaniu Miguela symptomów oddalenia, oszczędziłaby nerwów tak sobie, jak i jemu, bo przecież pamiętała jego ciche pytanie, gdy tulił ją do siebie.
Czy wszystko w porządku.
Czy z nią wszystko w porządku.
Musiała dać mu powód do niepokoju, jeśli pytał tak wprost i tak szybko. Zwykle najpierw obserwował, a dopiero potem ingerował, albo ingerował nie wprost. Tymczasem tym razem zapytał, choć to on miał na sobie znoszone, brudne ubranie, to jego głowę przecinała widoczna pod krótkimi jak nigdy włosami blizna, to on zdawał się ledwie widzieć i to on zasnął pewnie z dwie minuty po tym, jak wreszcie ułożył się na pewnym gruncie w ciepłym śpiworze.
Ale to ona dała mu powody do niepokoju.
– Będę musiała tylko zmyć mu głowę za to, że mnie nie posłuchał i odwalił taki numer – wymruczała Emily, nieco wygodniej układając się na ramieniu Johnny'ego, gdy opiekuńczo objął jej plecy. Uścisk sprawiał, że nie czuła się już tak niekomfortowo w nowoczesnej bieliźnie i polarze. Nie lubiła tych tkanin i nie lubiła, gdy ubranie przylegało do ciała.
Nie do końca też żartowała. Pośród wszystkich innych wątków był i ten. Trudno byłoby nazwać to, co zrobił Miguel, niesubordynacją, bo formalnie nie podlegał niczyim rozkazom. Więc nie, York nie zamierzała roztrząsać tego na tym poziomie. Jeśli ktoś tu mógł mieć pretensje, to pewnie Robert i pewnie należało zostawić to do wyjaśnienia między nimi. Ale i ona sama poczuła się dotknięta. Nie wiedziała, jak wyglądało to naprawdę i zamierzała się dowiedzieć, ale trudno przychodziło jej odsuwanie od siebie wrażenia, że sprawa emocjonalnej więzi z nią, jej zmartwienia, jej stresu i jej bólu nie grała żadnej roli, gdy Lavalier podejmował decyzje.
A jeśli nie przejął się nią w tak dużej i znaczącej sprawie, co to świadczyło o jego podejściu do związku jako takiego? Tęsknił. Ewidentnie tęsknił, cieszył się na jej widok i w jego gestach York nie znalazła grama fałszu. Czy mogła jednak liczyć na również intelektualne zaangażowanie? Na myślenie w dłuższej perspektywie? Na to, że stanie się w końcu podstawowym elementem jego myślowego krajobrazu? Nie liczyła na cuda. Związała się z człowiekiem, który tylko pozornie nie miał problemów z kontaktami międzyludzkimi, ale jednak wychował się w sierocińcu, jednak dorastał w atmosferze braków emocjonalnych, a potem dostał na szyję smycz szantażu. Dość szybko docierało się do miejsca, gdzie na intruza czekała niemożliwa do sforsowania ściana otaczająca przyjaznego i życzliwego, ale w gruncie rzeczy zamkniętego w sobie człowieka, który miał problemy z ufaniem, z wplataniem siebie w tkankę relacji i dostrzeganiem pewnych zależności.
Emily miała tego wszystkiego świadomość – oczywiście – i nieraz już docierała do tego miejsca, za każdym razem zawiedziona, że nie dostała przepustki dalej, za każdym razem prowokowana tym do ponownej rewizji wszystkich założeń i uczuć po obu stronach. Za każdym razem zmuszona przypomnieć sobie, że choć uczucia wyznali sobie już przed siedemnastu laty, to tak naprawdę znają się krótko, a w kategorii pary występowali raptem trzy miesiące, zresztą wypełnione także intensywną pracą, a nie tylko wspólnym spędzaniem wolnego czasu. Było dość miejsca, żeby rozkwitło zauroczenie, dość, żeby się zakochać, ale wciąż za mało, żeby mówić o naprawdę głębokiej i trwałej więzi.
Pierwszy raz jednak bariera stała się tak wyraźna. I chyba pierwszy raz Emily stawała w sytuacji, w której to ona zdawała się stroną bardziej zaangażowaną i mniej ostrożną, bo doprawdy, z Johnnym trudno byłoby w tej kategorii konkurować.

*

Powietrze zgęstniało od napięcia tak bardzo, że powiedzenie, iż można by je kroić nożem, zakrawałoby na potężny eufemizm. Nóż odbiłby się od niego jak od solidnej przeciwpancernej blachy i któż lepiej niż Robert potrafił to sobie wyobrazić.
Wszyscy trzej zastygli w przedsionku, gdy tylko znaleźli się w odległości dwóch, trzech metrów od siebie, a za nimi – jak cienie – stali ci, którzy byli gotowi poprzeć poszczególne strony w razie, gdyby tama jednak pękła.
Rei i Jurij. A naprzeciwko nich on – Robert Jürgens, jeszcze do niedawna polityczny wróg obu. Człowiek, którego mieli prawo obwiniać za przynajmniej część niepowodzeń sprzed lat, jako że to on właśnie stał za nieudanym układem z Jeanem-Paulem Barthezem, kiedy to wydawało się, że jego więzy rodzinne z Olivierem stanowią jakąkolwiek gwarancję. Od początku było wiadomo, że to nie będzie łatwa konfrontacja. Od początku było wiadomo, że wszystko będzie przypominało odpalanie papierosa w zakładzie przetwarzania bawełny.
Miguel – á propos odpalania – stał za Reiem i Jurijem, nieco z tyłu, schowany w ich cieniu. Łatwo było już na pierwszy rzut oka stwierdzić, że raporty Johnny’ego nie kłamały w jego sprawie, bo blizny pod bardzo krótkimi włosami, zapadnięte policzki i sińce pod oczyma były aż nadto widoczne. Patrzył jednak spode łba i w sposób, który jasno sugerował, po której ze stron w razie potrzeby jest gotów się opowiedzieć, a wycieńczenie czy nie, piromancja zawsze czyniła go groźnym przeciwnikiem. Zresztą stał tak pomimo faktu, że w identycznej niemal pozycji za Robertem czaił się McGregor, a narzucona na plecy sportowa marynarka nie do końca ukrywała kaburę przypiętą do paska. Wystarczył jeden fałszywy krok, żeby psy zerwały się z łańcuchów i rzuciły sobie do gardeł.
Robert miał świadomość łączącej ich relacji, ale mimo to nie potrafił ocenić, czy którykolwiek z nich zawahałby się przed przynajmniej poważnym uszkodzeniem drugiego. Pomyślał, że wolałby tego nie sprawdzać.
Pomyślał, że oni sami też woleliby tego nie robić.
– Porozmawiajmy, jak ludzie dorośli – zaczął Rei, i postąpił o krok do przodu, co spowodowało, że dłoń McGregora niemal automatycznie znalazła się nad bronią.
Nie umknęło to oczywiście uwadze Chińczyka. Zmarszczył lekko brwi, wbijając wzrok w okolice boku Szkota.
– To nie będzie potrzebne – powiedział bardzo spokojnie, ale też bardzo sugestywnie. – Myślę, że wszyscy mamy świadomość, że gdybym chciał skrzywdzić sekretarza generalnego, nie zdążyłby pan nawet nacisnąć spustu, panie McGregor. Myślę, że wszyscy mamy świadomość także, że wcale nie musiałbym się do niego zbliżać.
– Myślę, że wszyscy mamy świadomość, że nie miałbyś żadnego interesu w tym, żeby coś takiego w ogóle robić – odezwał się niespodziewanie Miguel, po czym wyminął tak Kona, jak i Jurija, stając między nimi a Robertem i Johnnym.
Jego intencje i przekaz były aż nadto jasne. Nie atakował, ale postawił kuloodporną tarczę. To był czytelny komunikat – konwencjonalna broń nie ma szans w starciu z Połączonymi.
Jürgens stał niewzruszony całą tą sceną, w zwykłej dla siebie pozycji z idealnie wyprostowanymi plecami i lekko uniesionym podbródkiem. Gdyby nie różnica wzrostu, mogliby z Reiem uchodzić za swoje lustrzane odbicia. Robert nie ukrywał przed sobą, że sporo siły daje mu świadomość asa w rękawie. W końcu nikt poza Johnnym nie miał tu świadomości, że Połączonych jest w gronie więcej i sekretarz generalny z pewnością ma większe możliwości niż te, które dawała broń palna.
– Ja też uważam, że możemy to po prostu załatwić jak dorośli ludzie – odparł i spojrzał na Johnny'ego znacząco.
Szkot fuknął coś pod nosem, ale wycofał się posłusznie i opuścił ręce wzdłuż tułowia. Podejrzliwego wzroku opuszczać jednak nie zamierzał.
– Proszę za mną – powiedział Robert, wskazując głębię chaty, która służyła mu teraz za kwaterę. – Wiem, że są panowie po długiej drodze, zresztą sam również wolałbym nie rozmawiać w progu i na stojąco. Podejrzewam, że czeka nas długa konwersacja, więc zadbajmy o odpowiednie warun…
Nie skończył, bo przerwało mu łupnięcie ciała uderzającego o podłogę.


Odessa Tajna broń Roberta.
Ilekroć i w którąkolwiek stronę Kai nie obracała tego wyrażenia, nadal wywoływało u niej raczej wybuchy gorzkiego śmiechu. Zabawny był dosłownie każdy z tych trzech elementów.
Jeśli chodziło o tajność, Hiwatari właśnie miała przed sobą pełne akta Miguela i podejrzewała, że wie na jego temat więcej niż ktokolwiek w Europie i zapewne więcej niż on sam, żałosna, zasmarkana ofiara drugiego planu. Więc tak, Kai wiedziała o programie eugenicznym, o braku obciążeń genetycznych, doskonałych warunkach fizycznych, metabolicznych i regeneracyjnych, o wysokich wynikach w niemal wszystkich dostępnych testach oraz o tym, jak tragicznie został ten potencjał zmarnowany.
Po tym, jak Lavalier wpadł w jego ręce, Woronin szybko zorientował się, że coś tu nie gra i zebrał nieco danych, a te z kolei prowadziły do odpowiednich wniosków i wyznaczały kierunek dalszych poszukiwań. Jak się okazało zresztą, szukać wcale nie trzeba było daleko, bo swego czasu Barthez przekazał do Opactwa pełną dokumentację dotyczącą swojego podopiecznego.
Kai wiedziała też o tym, co zmieniła i zniszczyła Bestia. Kurza ślepota, piromania sprzężona ze skłonnościami psychotycznymi, które dały o sobie znać w pełnej krasie całkiem niedawno, ale prawdopodobne, że niezauważone epizody pojawiały się już wcześniej po połączeniu.
Plus jedna słabość, za którą nie odpowiadał Gargoyle - zbyt wrażliwe jak na tę bajkę sumienie.
To wszystko dało się oczywiście wykorzystać w sposób koncertowy i tak łatwy, że, uczciwie rzecz biorąc, Robert, sięgnąwszy po swojego jokera, tylko sprawiał Hiwatari prezent.
Na tym między innymi polegała śmieszność słowa "broń". Na tym, na tym nieszczęsnym sumieniu oraz na fakcie, że Jurgens uparł się, że piromanta będzie ciosem w samo niechronione serce Rosji.
Jakby zapominał, kim jest Kai.
Co innego, gdyby zdecydował się na własny program replikacji, czego Hiwatari początkowo nie wykluczała, ale nic takiego nie nastąpiło i to nadal była sytuacja jeden na jeden, a przy tym układzie raczej nikt nie miałby wątpliwości, żeby wskazać bezapelacyjnego zwycięzcę. Ustalili to lata temu, jeszcze na arenie, gdy Kai bez wysiłku zdmuchnęła żałosny wobec wszechpotężnego ognia Dranzer płomyczek Gargoyle'a. Wątpliwe, żeby układ sił się zmienił. Nie miał prawa się zmienić - tak właśnie działają systemy, że elementy są w nich perfekcyjnie dopasowane i niewymienialne, a przecież Bestie zorganizowano w doskonały system.
I wreszcie ostatni człon. Roberta.
To budziło chyba najwięcej rozbawienia, to, że Niemiec, po wszystkim, co się stało, po całej aferze z ucieczką z Pekinu i wyprawą na Moskwę, nadal może uważać Miguela za swojego. Lavalier nie był niczyj. Przerwany przed laty w krytycznym momencie proces formacji zostawił w nim ten glitch na zawsze. Bał się podporządkowania, bał się opresyjności i uzależnienia, a pobyt w więzieniu mógł jedynie wzmocnić tę cechę. Więc nie, Kai na miejscu Roberta ani przez sekundę nie spodziewałby się, że jego rozkazy zostaną wypełnione. To zakrawało na czyste szaleństwo i jednocześnie desperację, a tej drugiej Niemiec, pod maską pozornego spokoju, chował bardzo dużo.
Zwłaszcza po akcji Balkowa raczej nie należało spodziewać się, że zdoła dłużej trzymać ją w ryzach.
To mogło być nieco rozczarowujące, że Balkow tak po prostu zapragnął dać upust własnemu gniewowi na wyrodnego syna i się na nim prostacko zemścić, ale też Kai nigdy nie miała o nim szczególnego zdania. Nie przepadali ze sobą od zawsze, jeszcze w czasach, gdy ona była smarkaczem, a on prawą ręką jej dziadka. Wtedy może też się go bardziej bała, bo w tym wypadku nie mogła liczyć nawet na cień skrupułów, a jedynie na to, że szef Opactwa nie będzie chciał podpaść Voltaire'owi. Dla obu zresztą była tylko interesem, tylko inwestycją, nigdy nie dzieckiem potrzebującym odrobiny luzu i akceptacji, o takich luksusach jak miłość w ogóle nie wspominając.
Och, były takie wspomnienia, takie pojedyncze klisze, które mogły dawać złudzenie. Mała Kai stojąca z dziadkiem przy oknie, gdy obiecywał jej najwspanialszy zestaw ołowianych żołnierzyków. Cicha rozmowa w cztery oczy, gdy opowiadał jej o projekcie dotyczącym Black i o tym, że Bestia jest właśnie dla niej. Jakieś inne, w kontekście nieznaczące wiele gesty i słowa. Ale to wszystko składało się jedynie na konsekwentną manipulację opartą na dawaniu złudzeń i brutalnym ich niszczeniu, na uparte budowanie w dziecku poczucia, że nawet, jeśli jest ponad wszystkimi, nigdy nie będzie dość dobre, żeby sprostać oczekiwaniom i musi bezustannie przekraczać samo siebie.
Balkow miał w tym wszystkim oczywistą rolę kija. Nikt nie płacił mu za uśmiechanie się i klepanie wnuczka szefa po głowie. Wręcz przeciwnie. Więc nie, między nimi nie mogło być nawet cienia sympatii i nawet cienia szacunku. Kai bowiem nie należała może do najbardziej empatycznych istot we wszechświecie, ale doskonale potrafiła wyczuć, jakie cechy osobowości będą się sprawdzać w takiej czy innej roli. A Balkow był prymitywem. Mógł sobie pochodzić z arystokratycznej rodziny, ale to nie oznaczało wcale, że nie bawi go prosta przemoc na słabszych i bezbronnych, że nie cieszy go kontrola i że nie lubi słuchać błagania o litość.
A nawet, jakby się nad tym zastanowić, mogło być to ze sobą dość mocno związane. W końcu należał do grupy ludzi przekonanych o swojej wyższości i o tym, że władza nad resztą świata po prostu się im należy, bez względu na to, kim tak naprawdę są.
Jak Robert.
Zupełnie jak Robert. Chociaż jemu należało przyznać uczciwie przynajmniej tyle, że nie wybrał najbrutalniejszych rozwiązań.
Może gdyby je wybrał, ta wojna w ogóle by się nie zaczęła. Może ironicznie i w gruncie rzeczy był za nią bardziej odpowiedzialny niż Kai i Rei razem wzięci.
- Pani feldmarszałek, proszę tędy.
Kai podążyła wskazanym korytarzem. Trudno było jej ukryć rosnącą ekscytację, ale lata ćwiczeń w kontroli nad twarzą nie poszły do końca na marne. Hiwatari wyobrażała sobie, że każdy mięsień tam to wypełniony wodą balon, zupełnie wiotki i niezależny od jej woli. A czego nie załatwiła ta prosta sztuczka, załatwiały przepalające ją bezustannie płomienie.
Ale jednak kiedy usłyszała głęboki ryk i poczuła, jak grunt pod jej nogami zaczyna drżeć, nie zdołała powstrzymać przelotnego uśmiechu.
Wygrała.
Tak oto w jednym, niespodziewanym ruchu wygrała wszystko.
Podążyła schodami okalającymi olbrzymią, cylindryczną komorę z metalu i wielu warstw kuloodpornego szkła. Pod żołądkiem czuła uścisk, ale było w tym coś zaskakująco przyjemnego.
I co powiesz na to, Robert?, pytała w duchu. Jak tam twoja tajna broń?
Za szybą zamigotały błękitne pióra, gdy wielkie, smocze cielsko szarpnęło się niespokojnie. Kolejny rozwibrowany ryk wstrząsnął całą konstrukcją oraz rozszedł się po kościach Kai, która dotarła wreszcie na platformę pozwalającą znajdować się mniej więcej na wysokości głowy Takao. Uśmiechnęła się ponownie i oparła dłonie o barierkę - ta nagrzała się momentalnie, ale nic już w otoczeniu feldmarszałka nie robiono z materiałów mało odpornych na temperatury.
- Cześć, stary przyjacielu - rzuciła w stronę Kinomyi, choć w tubie nie zamontowano żadnych urządzeń umożliwiających komunikację. Nie było w niej niczego, prócz systemu wentylacyjnego. - Znów się spotykamy i znów w zaskakująco podobnych okolicznościach. Nie sądzę jednak, żebyś tym razem miał mi uciec, bo zadbałam, żeby nikt nie mógł ci pomóc.
Och, Kenny. Żałosny, lojalny Kenny, to śmieszne metr sześćdziesiąt w okularach jak denka od butelek i całkowitym zanikiem masy mięśniowej. Oczywiście wpadł w histerię, oczywiście próbował wyplątać Takao z elektrycznych sideł zastawionych przez doskonale wyszkolony oddział Rethy, ale ostatecznie sam w nie wpadł. Niestety napięcie zostało obliczone na parę ton smoka i jego bezcenny, choć awaryjny mózg zwyczajnie się usmażył.
Kai nie potrafiła powiedzieć nawet, czy tego żałuje. Ci ludzie już od wielu lat nie byli jej bliscy w żaden sposób. Nawet tam, w dalekiej przeszłości śmierdzącej szatnią i trampkami oraz potem dorastających chłopców, w gruncie rzeczy niewiele przecież znaczyli. Ta proporcja zawsze była w irytujący sposób zachwiana. W irytujący, bo przecież Hiwatari nigdy nikogo o nic nie prosiła.
Nigdy nie ukrywała, że ma większe i bardziej dalekosiężne cele niż zdobycie kumpli, na których mogłaby potem patrzeć, jak obrastają w tłuszcz i kapcanieją. Naprawdę nie było jej winą, że woleli żyć w swoim świecie, a potem czuli się zawiedzeni. Żadnemu nie obiecywała wysyłania kartek na święta i pamiętania o urodzinach.
Ale to nie uchroniło jej przed takim na przykład Reiem, który ubzdurał sobie, że jest zdrajczynią i że w związku z tym ma on prawo ją ukarać.
Doprawdy, wyszło mu znakomicie. Jego święte imperium właśnie dzieliły między siebie siły Tajwanu i Korei Północnej, co Kai uznawała za wystarczający komentarz.
- Jesteś zły - szepnęła, rozcierając barierkę kciukami. - Wściekły. Cały się gotujesz i nawet ja to czuję.
Żółte oczy błysnęły i zatrzymały się na jej twarzy, jakby Takao słyszał i rozumiał.
- Nie martw się. Dam ci zaspokoić głód - obiecała Hiwatari, wytrzymując to zwierzęce, dzikie spojrzenie. Widziała już takie spojrzenia. - Tym razem nikt nie będzie musiał cię ratować i uwalniać, bo ja to zrobię. A do tego czasu... po prostu bądź wściekły. Bądź coraz wścieklejszy.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1825
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 19 stycznia 2018, 15:22

1/2

ROZDZIAŁ XXXI
I DON’T GET MAD I JUST DISAPPEAR FROM YOUR LIFE



Ettaler Forst Dowód zaufania – tak nazwał to Robert.
Jurij miał oczywiście ochotę wygarnąć mu, co o tym określeniu myśli i jak bardzo jest ono nie na miejscu, ale dla dobra sprawy się powstrzymał. Nie po to przez lata uczył się panować nad gniewem i najpierw myśleć, a dopiero potem strzelać między oczy, żeby miała go ta umiejętność zawieść w równie kluczowym momencie. Nie był już tamtym dzieciakiem, który własnymi paznokciami zdrapywał skórę z twarzy swoich wrogów, zanim ci zorientowali się w ogóle, że nimi są. Chciał czy nie, musiał teraz nieco ustąpić pola, przyjąć przynajmniej część zasad, według których grał Jürgens. Wiedział, że obcy teren, brak Wolborg i nie najlepsza kondycja, a także olbrzymia odpowiedzialność, jaką za sobą ciągnął, stawiają go w gorszej pozycji, niż ta, na jaką miał nadzieję, kiedy wreszcie dojdzie do spotkania.
Więc robił dobrą minę do złej gry i nie wypominał, że jako wychowankowi Opactwa i ofierze systemu stworzonego przez starego Hiwatariego i Balkowa, dostęp do wykradzionych z rosyjskich baz danych materiałów zwyczajnie mu się należy jak psu kość.
Dowód zaufania.
Niech będzie.
Pewien problem stanowiła forma akt, bo tylko niewielka część z nich zawierała zdjęcia i materiały filmowe. Jurij siedział więc na kanapie otoczony kobiercem z teczek i mozolnie brnął przez kolejne linijki tekstu na wydrukach, a w kolejce wciąż czekały trzy pudła mikrofilmów. Słaba znajomość pisma czasem odbijała się potężną czkawką. Oczywiście jako generał Ivanow nie mógł sobie pozwolić na pełen analfabetyzm, ale fakt, że na serio zaczął uczyć się czytać i pisać w tak późnym wieku, nie wpływał najlepiej na efekty. Każdy kontakt z tekstem wywoływał ćmiący ból głowy najpóźniej po upływie trzydziestu minut, plecy sztywniały, kark zaczynał płonąć od ciągłego napięcia. W dodatku zawsze w którymś momencie Sabaka uświadamiał sobie, że nadal porusza ustami, a niekiedy nawet szepcze czytane słowa, i to doprowadzało go do szału. Walczył z tym już od tylu lat. Tyle razy na ich przestrzeni Kai zdążył go wyśmiać z tego powodu i rozpalić na nowo żądzę mordu.
Robił to – to znaczy, kpił w sposób jawny i otwarty – często zwłaszcza w pierwszych latach swojego panowania i Jurij nigdy nie odpowiedział sobie na pytanie, czy było to po prostu drażnienie lwa w klatce, odwet czy potrzeba udowodnienia swojej wyższości. Nie obchodziło go to zresztą, bo każda z tych opcji wydawała się jednocześnie i żałosna, i usprawiedliwiająca gniew. I do tego tak drażniąco sprzeczna z innymi sygnałami.
Nie było tak, że Jurij zupełnie tego nie widział. Od dziecka przyzwyczajał się do czujności i kontroli otoczenia, więc potrafił bezbłędnie dostrzec zachodzące w nim zmiany. Nie mógł zatem widzieć tylko agresywnych zachowań Kaia, a nie dostrzegać tych, w których zdawał się wychodzić Ivanowowi na przeciw. Nie dostrzegać chociażby pozornej swobody, na jaką mu pozwalano, odkąd zamroził Moskwę. Tych wszystkich momentów, gdy twarde prawo wojskowe nakazywało degradację lub nawet cięższe kary za brak subordynacji, ale Hiwatari wymawiał się efektem działań i przymykał oko na poniesione koszty. Albo wreszcie wydarzeń sprzed paru tygodni, gdy mógł wykorzystać sytuację na swoją korzyść i tak naprawdę dostał do rąk wszystkie narzędzia, by zakończyć sprawę w paru ruchach. Nikt już nie miałby z nim szans i musiał mieć tego świadomość.
A mimo to wybrał inaczej. Mimo to zaryzykował, że przegra i przegrał. Tylko i wyłącznie przez wzgląd na człowieka, którego nie miał oporów więzić i upokarzać. Cokolwiek właściwie się za tym kryło, było chore, wynaturzone i przyprawiało Jurija o mdłości. Może świadczyło to o tym, że jest niewdzięczny i nie potrafi docenić poświęcenia. Może. Ale wolał wersję o chłodnym spojrzeniu i niezależności.
Raz już przerabiał lojalność wobec człowieka, który go wykorzystywał i poniżał, bo przecież ten sam człowiek wyciągnął go ze śniegowego błota i nakarmił. Raz. I nigdy więcej nie zamierzał popełnić podobnego błędu.
Teraz zostały po tym tylko gorzkie wspomnienia – dziwnie odległe wobec faktu, że Moskwa została grubo ponad tysiąc kilometrów stąd, głowa Jurija należała już tylko do niego, a temperatura za oknem utrzymywała się w okolicach zera, które jeszcze do niedawna doprowadzałoby Ivanowa do szału, a obecnie zdawało się opcją całkiem odpowiednią. Dziwnie odległe wobec faktu, że Kai stanowił teraz główną motywację dla nich wszystkich.
– Ta wojna już dobiegła końca – powiedział Robert rankiem tego samego dnia, gdy siedzieli w trójkę w śmierdzącej żarciem z mikrofali kuchni i popijali mocną kawę. – Tak naprawdę bez względu na to, co zrobimy, każda ze stron przegrała. Przykro mi to mówić – spojrzał wówczas na Reia – ale sytuacja w Azji jest tragiczna i szanse na odrodzenie Chin jako organizmu państwowego w dawnych granicach są obecnie bliskie zeru. Europa jest skłócona i nie stawi oporu jako jeden głos, a Ameryka straciła swoją największą broń i nic nie wskazuje na to, by szybko odbudowała ten potencjał. Co gorsza, doszło do całkowitego rozchwiania gospodarki światowej, bo Rosja też ma pewne problemy i ograniczyła eksport niektórych towarów, a moi analitycy twierdzą, że z czasem będzie tylko gorzej. Czegokolwiek nie zrobimy więc, najgorsze już się stało i nawet gdybyśmy teraz nagle podpisali szereg traktatów pokojowych, zaczęliśmy już powolne staczanie się w dół. Eksperci z OECD nie zostawiają złudzeń. – Jürgens przysunął bliżej nich tablet z wykresami, z których może Rei coś rozumiał. – Powoli będzie brakowało wszystkiego, bo zatrzymało się wydobycie i produkcja w największych ośrodkach światowych. Czeka nas wielki, globalny kryzys ekonomiczny i prawdopodobnie seria małych, lokalnych wojen, którymi do końca się wyniszczymy. Więc w tym momencie następuje zmiana priorytetów i to, co do nas należy, to minimalizacja kosztów. Wyeliminowanie Kaia to teraz nie cel wojenny gwarantujący zwycięstwo komukolwiek, a strategiczny.
Jurij był w stanie przyjąć ten sposób myślenia. W ogóle po długich, chwiejących się momentami na ostrzu noża wstępnych negocjacjach jeszcze na Foulcie był gotów na więcej. Rei zapewne też, co łatwo dało się wywnioskować z jego skupionej, ale spokojnej miny – po tylu dniach przebywania ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę, w tym nierzadko w zamkniętej, ciasnej przestrzeni Ivanow bez trudu już rozpoznawał, kiedy ten bezruch jest tylko pozorny i skrywa garnek wrzącej zupy. Takie postawienie sprawy dawało im trzem dobry punkt wyjścia do współpracy – eliminowało kompletnie rywalizację na poziomie narodowym i na poziomie grup interesów. Wyznaczało wspólny cel, dla wszystkich jednakowo ważny.
Bo też każdy z nich – co też stanowiło dla Sabaki dość zaskakujące odkrycie – miał jakąś przyszłość do ocalenia. Robert swoją cudem odratowaną córkę, Rei żonę i dzieci, których los nadal był nieznany, ale też nic nie potwierdziło ich śmierci, a Jurij chłopców z Opactwa, równie pokaleczonych, co on, a jednak bardziej obcych w tym świecie i może przez to bardziej podatnych na to, co próbowano w nich zaszczepić, choćby proces nie został zakończony. I może Ivanow wolałby mieć wokół siebie innych ludzi, ale to nie było możliwe, a nie należał też do osób zbytnio się rozczulających nad straconymi możliwościami.
Opuściwszy pułapkę zamkniętej blaszanej puszki dryfującej po morzu, znów czuł się bardziej sobą, znów mógł działać i realnie wpływać na rzeczywistość, a to sprawiało, że szukał raczej możliwości, nie przeszkód, choć o tych drugich nie zapominał nawet na moment.
Otworzył kolejną teczkę i parę starych, wypłowiałych już nieco zdjęć wysypało mu się na kolana. Wziął do ręki jedną z fotografii, potarł w palcach śliski papier o miękkiej, rozpulchnionej, zniszczonej przez czas krawędzi. Wiedział, że mały, ponury szkrab z rudą czupryną i w za dużym kożuchu stojący na schodach z ręką posępnego dorosłego na głowie to on, ale ten wizerunek wydawał się tak odległy, tak nierealny, że wręcz niemożliwy do połączenia z tym, co Jurij oglądał w lustrze i kim – przede wszystkim – się czuł.
A jednak może ten wściekły dzieciak był mu tak naprawdę bliższy niż on sam sprzed miesiąca. Wówczas jeszcze nie było w jego głowie Wolborg. Wówczas jeszcze gniew płynął tylko i wyłącznie z jego duszy.
Powinien go odnaleźć. Tamtego chłopca.
Powinien pozwolić mu się zemścić.
Atak kaszlu zaszedł go jak zwykle kompletnie nieprzygotowanego. Papiery i zdjęcia wypadły z dłoni, sfrunęły na podłogę bezwładnie, gdy tymczasem ciało Sabaki zgięło się gwałtownie, aż poczuł rwanie w lędźwiach, a oczy zaszły mu łzami. Za wszelką cenę starał się wygłuszyć odgłosy. Zatykał usta dłonią, a nawet przedramieniem, jeśli miał pod ręką coś, w co mógł po prostu schować twarz, to to robił.
Nikt nie mógł wiedzieć.
Nikt, a na pewno nie Robert. Mimo całego uznania, jakie zdobył sobie spokojną, rzeczową rozmową na Foulcie, zaoferowaniem kryjówki i całą pomocą.
– Jurij. Chusteczki.
Skupiony na tym, by nie wypluć własnych płuc, nie zauważył, kiedy Rei zjawił się w pobliżu. Przed nim nie zdołał się ukryć. Już wiele dni temu.
Przyjął opakowanie i wyszarpał z folii połowę zawartości.
– Na pewno nie potrzebujesz…
– Nie - odwarknął Jurij wściekle, choć wściekłość tę tłumił pęk chusteczek higienicznych, których nadal nie odejmował od twarzy.
– To zostanie między nami. Obiecuję.
Spojrzał na Reia, zmierzył wzrokiem całą jego asymetryczną sylwetkę i niewzruszoną szeroką twarz. I nie potrafił znaleźć w tym wszystkim jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, skąd w Chińczyku ta chęć do utrzymania stanu zdrowia Rosjanina w tajemnicy, skoro w innych kwestiach wydawał się nieprzejednany.
Może po prostu chce się mnie pozbyć, podpowiedział niemal natychmiast głos z tyłu głowy, który czasem usiłował jeszcze brzmieć jak Wolborg, ale Jurij sam skarcił się za tę myśl. To byłoby tak proste. Tak pasujące do wszystkich jego doświadczeń.
A zatem oznaczało prawdopodobnie, że z nich właśnie płynie, a nie z obiektywnego osądu aktualnej sytuacji.
Zmusił się do tego, by wreszcie zabrać chusteczki od ust. Oczywiście całe były nasiąknięte krwią, co podsumował cichym przekleństwem.
– Jest w porządku – burknął wbrew temu. – Byleby Jürgens nie wiedział.

Ratyzbona
– Jak się czujesz? – spytał niewinnie.
Odpowiedziało mu najbardziej urażone spojrzenie świata.
– Wiesz, czym są badania wziernikowe? – wysyczał Miguel. – Bo ja już tak. Bardzo. Kurwa. Dogłębnie.
Obiektywnie rzecz biorąc, to nie było zabawne.
Zapewne.
W jakimś wszechświecie.
Ale jednak mina obrażonego pięciolatka, ton i nawet jeśli gorzki to jednak żart zrobiły swoje.
– Fantastycznie, że się dobrze bawisz.
– Byłem wcześniej – przyznał Johnny – ale spałeś.
– A, to możliwe – Miguel wywrócił oczyma. – Bo wiesz, był też taki miły pan psychiatra i dał mi cukierki. Śpię po nich jak kot. Czyli działają, bo przecież jak śpię, to nie mam zwidów, tylko co najwyżej sny o tym, że mam zwidy, nie?
Prawdę powiedziawszy, nie tego się McGregor spodziewał. Jeszcze na Foulcie Lavalier zdawał się w końcu w całkiem dobrym nastroju i ucieszony, że wrócił do ludzi, za którymi tęsknił. Takiej frustracji Szkot nie potrafił jednak obsługiwać. Nie tak nagle wzięty z flanki.
No dobrze, potrafił, kiedy jadem strzykała Emily. Wtedy po prostu nie pozostawał jej dłużny, ale wtedy też nie miał na tyłach głowy pewnych bardzo konkretnych celów do osiągnięcia i mógł sobie pozwolić na wybuchy złości, strzelnicę, szybki wypad autostradą przez pół kraju czy – w ostateczności – po prostu trzaśnięcie drzwiami.
– Chcą cię trzymać jeszcze dwa dni – postanowił więc, że po prostu przejdzie do rzeczy bez międzylądowań. – Potem lecisz do Szkocji.
– Rozumiem, że nie mam niczego do gadania.
– Nie za bardzo.
Miguel nie ciągnął tematu swojej autonomii i dobrze, bo mimo wszystko trochę głupio byłoby mu wypominać, że w gruncie rzeczy jest bankrutem bez własnych środków i pracy, i tak, tak praktycznie całkowicie podlega woli innych, bo gdyby nie ona, nie miałby czego ze sobą zrobić. Po zmarszczonych brwiach i upartym milczeniu Johnny wnioskował, że Lavalier miałby ochotę się pokłócić, ale też ma tego świadomość.
Nawet leczenie nie szło przecież z jego ubezpieczenia, a z prywatnych środków Roberta. To on płacił za luksusowe łóżko w jednoosobowej sali, świetnych, a przy tym potrafiących trzymać język za zębami specjalistów, leki oraz rozszerzony pakiet badań. Na jakimś poziomie był to co prawda sposób na przekonanie pozostałych Połączonych, że Jürgens jest godny zaufania i gotowy pomóc, ale Johnny znał go zbyt długo, żeby dawać wiarę wersji, w której chodzi wyłącznie o zimną kalkulację.
Robert tak naprawdę i w głębi serca czuł się za nich wszystkich osobiście odpowiedzialny. Bo taki już był. Bo musiał. Bo uważał, że skoro jest synem Ilji Balkowa, to rzeczywistość układa się w pewien logiczny wzór i stawia go jako przeciwwagę. I tak Balkow zbudował swoje Opactwo, a Robert budował swoje przymierze.
– Jeśli cię to pocieszy, nie tylko ty lądujesz na przymusowym urlopie – podjął znów Johnny, choć może nie powinien, zwłaszcza że odruchowo sięgał po białe kłamstwa.
Tylko że instrukcje były jasne – odsunąć Miguela nie tylko od decyzji, ale też od wykonywania planów. A powiedzenie mu: hej, stary, przykro mi, ale to emerytura, raczej nie wchodziło w grę. Jak źle by to nie brzmiało, kłamstwa wydawały się po prostu mniejszym złem. Może podleczony, wyprowadzony przez psychiatrów na prostą Miguel łatwiej potem da sobie wytłumaczyć, dlaczego zabrakło dla niego miejsca na planszy.
Może.
– Zresztą mamy trochę sezon ogórkowy. Trwa badanie terenu, wymiana informacji, te sprawy. To i tak nie twoja bajka, więc korzystaj i odpoczywaj, póki możesz.
Brwi Miguela wróciły do mniej więcej neutralnego położenia, co znaczyło, że przynajmniej częściowo uwierzył w sensowność tych słów.
– Dwa dni – powtórzył jakby zamyślony i zapatrzył się w okno.
– Wiem, że dla kogoś, kto nigdy nie złamał ręki, to wieczność, ale minie szybko. Potem zabiorę cię w znacznie przyjemniejsze miejsce. I z przyjemniejszą kuchnią. A dokładniej oboje cię zabierzemy.
– Oboje?
– Emily też jedzie i nawet nie próbuj udawać, że cię to nie cieszy.
Nacieszcie się nim – tak powiedział Robert.
Bo w przeciwieństwie do Miguela oni oboje wiedzieli, że za dwa miesiące o tej porze wszystko się skończy, w tym – całkiem prawdopodobne – skończą się oni.
Kai zapraszał Roberta do Odessy na ostatecznie rozwiązanie spraw między nimi, a to oznaczało zaproszenie w pułapkę. W pułapkę, którą Jürgens miał nadzieję rozsadzić przy pomocy swoich sojuszników, przyjaciół i mechów, ale nikt nie był w stanie przewidzieć, w jakim kierunku to wszystko pójdzie. Poza tym, że z pewnością w złym. Z pewnością w stronę rozlewu krwi i śmierci. Przecież o to właśnie chodziło. O to, by wreszcie wyjść zza politycznych zasłon i spotkać się na ubitej ziemi.
Istniał scenariusz, w którym z Odessy nie wróci nikt, a zarówno Johnny, jak i Emily mieli znaleźć się na pierwszej linii jako operatorzy mechów. Ledwie odzyskali się na wzajem i znów nadszedł czas prawdopodobnie ostatecznych pożegnań. Johnny musiał na chwilę odwrócić twarz, kiedy to sobie uświadomił na nowo.
Sto razy bardziej wolałby, żeby Emily do końca zmieniła się w jędzę, a Miguel w zrzędliwego frustrata. Jeszcze by im donosił kanapki.
– Dokąd dokładnie? – spytał Lavalier.
– Do moich rodziców.
Spojrzenie, jakie ściągnął na siebie Johnny, było nie tyle nawet zaskoczone, co zwyczajnie zszokowane.
– Chcesz mnie ściągać na głowę swoim rodzicom? – wykrztusił Argentyńczyk.
– Mama cię pokocha. Tylko powiedz, że pyszne ciasto. A ojca pewnie nie będzie, bo zaczął się nowy semestr i jeździ z wykładami – odparł McGregor. – Ale jeśli będzie, powiedz, że pyszna whisky i też cię pokocha.
Milczenie trwało kilka bardzo sugestywnych sekund.
– No co?
– A jeśli zacznę gadać do ścian, to też mnie pokochają? – spytał Miguel nie bez sarkazmu.
– Przecież bierzesz leki.
Lavalier wypuścił głośno powietrze z płuc i opadł na poduszki.
– Nie mam siły – sapnął.
– I dlatego właśnie jedziesz na wakacje.
Nakrył twarz dłońmi i dłuższą chwilę leżał tak bez ruchu. Wymruczał coś, ale bardzo cicho i chyba po hiszpańsku.
– Serio, stary, jeśli cię to gryzie, to pamiętaj, że jedziesz z obstawą – przypomniał Johnny. – Będziemy trzymać rękę na pulsie.
– Zwłaszcza, kiedy stanę w płomieniach.
– Na morzu ci się chyba nie zdarzyło, bo byście nie dopłynęli, więc dlaczego miałoby się zdarzyć teraz?
Argentyńczyk rozsunął palce i łypnął na McGegora jednym okiem. Nie powiedział już jednak ani słowa.


Ettaler Forst
– Dużo tego – skomentował Rei rozsypane dokumenty. – Zamierzasz uporać się ze wszystkim sam?
– Muszę dowiedzieć się, kim jestem – wyrzucił z siebie Jurij.
Przetarł twarz gestem dziwnie rozkojarzonym, niemal do niego niepasującym, jakby nie wystarczyły już tak niepasujące słowa. Rei obserwował go w milczeniu. Nie wiedział sam, czy go to wszystko zaskakuje. Wiedział, że w Ivanowie coś się zmienia, coś pęka. Dziwne byłoby, gdyby nie pękło po wszystkim, co wydarzyło się w Opactwie, choć jak głębokie są to zmiany i w którym kierunku idą, Kon uświadomił sobie pewnie dopiero podczas rejsu przez Bałtyk, kiedy Sabaka tkwił w zamknięciu i bezczynności. Wtedy może dopiero po raz pierwszy, odkąd sięgał pamięcią, Chińczyk przyłapał go w pełni zamyślonego. Nie to, że wątpił w zdolność Jurija do refleksji, bo to nigdy nie ulegało wątpliwości, że Rosjanin nie jest głupi, a jedynie woli traktować bodźce jako paliwo do działania, a zbyt długie rozckliwianie się i niezdolność do podejmowania decyzji traktuje jako słabość. Więc gnał przed siebie tak długo, jak długo było to możliwe.
I nagle przestał.
I nagle okazało się, że rzeczy zostawiane za sobą wcale magicznie nie znikają.
– Muszę dowiedzieć się, kim jestem bez Opactwa. I bez Wolborg – sprecyzował głosem bardziej ponurym niż wściekłym i to też była jakaś zmiana. – Jeśli mam znowu stanąć naprzeciwko Kaia, muszę wiedzieć, jako kto staję.
Tak, Kai był bez wątpienia w tym wszystkim ważny, choć najchętniej Rei zaproponowałby wycięcie go jako grożący pęknięciem wrzód, ale cóż, byłaby to hipokryzja. On sam w końcu nie potrafił tego zrobić.
Przez tyle lat traktowali go jako niemal członka rodziny. Razem jadali, sypiali, jeździli na turnieje, trenowali i godzili się po kolejnych kłótniach, kiedy to Hiwatari po raz kolejny stwierdzał, że wie lepiej. Od zawsze sprawiał wrażenie, jakby uważał się za kogoś od nich lepszego i gdzieś tam mieli świadomość, że ciągnie za sobą przeszłość, której nigdy nie poznają, a która może daje mu prawo do innego patrzenia na rzeczywistość. Musnęli prawdy, gdy po raz pierwszy zobaczyli Opactwo, ale wszelkie ich wyobrażenia leżały daleko od prawdy. Wtedy też wydawało się trudne do przyjęcia, że gdzieś są ludzie – również bladerzy – bliżsi Kaiowi niż oni, a zwłaszcza Takao. A już na pewno wydawało się absurdem, że należy do nich banda agresywnych Rosjan o złych, dzikich spojrzeniach.
Role jakby się odwróciły i teraz – patrząc na posępną, skupioną twarz Jurija – Rei czuł w ustach gorzki posmak ironii całej sytuacji.
– To byłeś ty – jak zawsze przypominający sopel lodu albo chrzęszczenie śniegu pod stopami głos Jurija wyrwał go z pętli pogmatwanych wspomnień.
– Co?
– Przez ciebie stracił przytomność.
Kon przytaknął spokojnie, bo nic w Ivanowie nie sprawiało wrażenia, jakby miał się rzucić Chińczykowi do gardła w wypadku otrzymania potwierdzenia.
– Wiedziałem, kurwa.
– To mimo wszystko chyba lepsza opcja – odparł Rei.
– Tak. Lepsza.
– Dlaczego się na to zgodziłeś? – spytał Kon półgłosem. – Ale tak naprawdę.
– Dziwne, że ty o to pytasz – prychnął Jurij i zmierzył go wzrokiem.
– Ja miałem swoje powody. Zresztą wszystkie ci przedstawiłem.
– A ja się z tym zgodziłem.
– Ale tak naprawdę wcale nie chodziło o moje argumenty – zauważył Kon bezlitośnie.
– Dotąd ci to nie przeszkadzało.
– I nadal mi nie przeszkadza. – Uniósł kącik ust w czymś, co tylko marginalnie przypominało uśmiech i w istocie wcale nim nie było. – Dla mnie liczą się cele, a te zostały osiągnięte. Pytam, bo… Właściwie nie wiem, po co pytam, to twoja sprawa i to przed nim ewentualnie będziesz się tłumaczył.
– Nie zamierzam.
– Jasne.
Jurij przetarł twarz dłońmi. Były takie wielkie. Takie długie i chude, i do Reia dotarło to dopiero w ciągu ostatnich dni, kiedy często widział je zaciśnięte na chusteczkach, kantach stołów czy oparte bezradnie o ścianę, gdy płuca usiłowały złapać powietrze, a umysł odsunąć od siebie ból. Mimowolnie spojrzał na własne ręce i wydały mu się nagle dziwnie krótkie, pulchne. Zdecydowanie nietutejsze.
Cóż, nie był tutejszy. Żaden z nich nie był, ale on zdecydowanie bardziej, a europejski sposób myślenia chyba nigdy bardziej go nie konfundował. Szczęśliwie Robert okazał się człowiekiem przynajmniej zdolnym rozważyć logiczne argumenty i pochylić się nad konsekwencją własnych decyzji w szerszej, aniżeli tylko prywatnej perspektywie, bo Rei wybuchłby z frustracji już dawno.
– On nie jest jednym z nas – wypluł z siebie Ivanow niespodziewanie, kiedy Kon sądził już, że także on nie zasłużył na słowo wyjaśnienia. – Nie brał udziału w tej wojnie, tak naprawdę nie widział, jak to się zaczęło.
– Był w Moskwie – przypomniał Chińczyk, co Jurij skwitował gorzkim prychnięciem.
– Sam wiesz, że Moskwa to tylko symbol – odparł gorzko. – To była tylko dziecinada, a ci ludzie ze stadionu to nic w porównaniu do wszystkich późniejszych ofiar. I to są nasze ofiary. Twoje, moje, Kaia, Roberta w pewnym sensie też. Ale nie Miguela. On się, kurwa, nie potrafi pozbierać po tym, co dla nas było rozgrzewką. Szarpie się, ale sam wiesz, co się pod tym kryje. Może lepiej ode mnie, bo mnie uczono, żeby wyrzutom sumienia kazać spierdalać zawczasu, a ty jesteś cyborgiem, ale raczej z własnego wyboru.
– Przypominam ci, że siedział szesnaście lat w celi. Nie sądzę, żeby składał tam origami i pomagał staruszkom. Na własne oczy widziałem, jak… – Rei odchrząknął – skręcił kark dziecku. Potem położył cię jednym ciosem. Miguel, jakiego znaliśmy, nie byłby do tego zdolny.
Kolejne prychnięcie przeszło już w parsknięcie okrutnego, złamanego śmiechu.
– Nawet jeśli kogoś tam zabił – odparł Ivanow – to ile osób? Parę? Paręnaście? Może się nauczył paru sztuczek, ale nawet gdyby wymordował całe więzienie wieczkiem od puszki, to nadal nie brał udziału w tej wojnie. I nie jest jednym z nas.

Waszyngton
– To pani wielki dzień, pani profesor – mruknęła do siebie i poprawiła szykowną garsonkę wartą dwie jej uniwersyteckie pensje.
A potem już przywołała na twarz profesjonalną maskę.
Jones nigdy nie pracowała dla zaszczytów. Nigdy nie interesowały jej błyski fleszy i prominentne miejsca w redakcjach najważniejszych naukowych wydawnictw. Nie temu się poświęciła. Ale jeśli już ktoś zamierzał okazać jej w ten sposób uznanie, nie zamierzała protestować. W końcu tylko ona jedna wiedziała, że kiedy Emily York odbierała swojego Nobla, jako jej dawna mentorka i nauczycielka zagryzała zęby ze złości, wiedząc, jak bardzo się w istocie ten niepozorny rudzielec marnuje i jak tchórzliwie ucieka od rzeczy naprawdę wielkich.
Ona co prawda nie miała otrzymać żadnej nagrody – jeszcze nie w każdym razie – ale zamierzała wywrócić świat do góry nogami. Wytrząsnąć i wykręcić im wszystkim mózgi, aż nie będą wiedzieli, jak się nazywają.
I tak, po to właśnie żyła, to było jej marzenie. Pech polegał jedynie na tym, że większości jej odkryć nie rozumieli nawet koledzy po fachu, więc nie mogło to robić na nich odpowiedniego wrażenia. Ale sprawą Połączonych żyli w jakimś stopniu wszyscy, nawet jeśli na poziomie wiedzy bardzo potocznej.
Wszystko dzięki Brooklynowi. Wszystko dzięki jego uszkodzonemu umysłowi, który potrafił przetwarzać rzeczywistość dla innych nieosiągalną. To on wprowadził Judy w ten świat i to on opowiedział o tym, co czuł, a co ona mogła wyrazić językiem liczb i kodu.
Sztuczna inteligencja. System samoadaptujących się programów zdolnych traktować mózgi jak dyski twarde, a funkcje żywego organizmu i prawa fizyki jak oprogramowanie. Judy nie pytała, skąd tak zaawansowana technologia, daleko wykraczająca poza to, co wydawało się możliwe na obecnym nawet poziomie rozwoju. Nie pytała, bo to jej nie obchodziło. Liczył się jedynie fakt, że ktoś tego dokonał, a ona mogła badać skutki.
Judy czuła satysfakcję na myśl o prawdziwej fali uderzeniowej, jaką wywoła oświadczenie, że nie, Bestie nie mają niczego wspólnego z żadną metafizyką i istnieją na to niepodważalne dowody. Widziała tych wszystkich ludzi w szoku, te kręcące się z niedowierzaniem głowy. To zrozumienie zapalające się w jednych oczach, a w drugich pustkę zagubienia.
Nie było w nauce niczego piękniejszego, niczego czystszego niż możliwość zadania ciosu zabobonom.
W jej własnym umyśle – kiedy już zrozumiała, z czym ma do czynienia – wszystko się wreszcie pookładało. Wreszcie zdolna była stworzyć model i nazwać jego elementy. Wreszcie też na swoje miejsce powskakiwały wątki poruszane wcześniej w artykułach i wystąpieniach przez Emily i Judy mimowolnie zaczęła się zastanawiać, czy jej była uczennica nie wpadła na trop sztucznego systemu wcześniej, tylko swoim najlepszym zwyczajem postanowiła zachować szokujące obserwacje dla siebie. Tymczasem to właśnie był klucz. Do wszystkiego.
Przy czym szczególna doniosłość tego faktu wcale nie kryła się w samym zaistnieniu teoretycznie wciąż niemożliwych sztucznych inteligencji, a w tym, że do ich funkcjonowania nie potrzebne były żadne układy scalone, żadne procesory. Wystarczyła ludzka sieć neuronowa i organiczna elektryczność.
Judy wielokrotnie obserwowała aktywność mózgu Brooklyna – w stanie spoczynku, w letargu, gdy łączył się z całym systemem, i podczas uruchamiania programów, czy też – jak chciał język potoczny – używania mocy. Początkowo, choć wiedziała już, z czym ma do czynienia, coś jej w tym obrazie nie pasowało, więc poszerzyła zakres poszukiwań. I to okazał się strzał w dziesiątkę, bo nie chodziło jedynie o centralny układ nerwowy. Wysoką aktywność elektryczną zaobserwowała też na przykład w jelitach, co, kiedy się nad tym zastanowiła, miało sporo sensu. Śmiała się potem do Brooklyna, że człowiek jest najwyraźniej komputerem z procesorem przynajmniej dwurdzeniowym, ale chyba go to nie rozbawiło.
W każdym razie fakt, że Bestie traktują ludzki organizm jak maszynę, zaczął Judy niezmiernie fascynować. Masefield nie popierał co prawda wszystkich jej wniosków, wyraźnie raziło go to sterylne i zimne podejście, ale też nie potrafił przedstawić przekonujących kontrargumentów. Cóż, w pewnym sensie można go było zrozumieć. Mógł być inny, ale i w nim tkwiła potrzeba przynależności gdzieś, a skoro nie czuł się częścią ludzkiego społeczeństwa, bo go nie rozumiał, chciał czuć się częścią społeczeństwa rozumnych Bestii.
Ale cóż, istniała szansa, że i z tego Masefield się wreszcie wyleczy. W końcu nie istniało wiele bardziej ograniczających przypadłości niż kompulsywna potrzeba przynależności do jakiejś grupy i jakiegoś systemu. Gdyby Judy nie wyrwała się temu pędowi jako nastolatka, prawdopodobnie siedziałaby teraz właśnie w jakimś zapyziałym zespole badawczym przepisującym po prostu innymi słowami to, co od wielu lat było już wiadomo. A Brooklyn miał w sobie zdolność podążania pod prąd. Robił to może subtelnie i może w sposób, który dla wielu przypominał bezwolne poddawanie się prądowi, ale przy głębszej analizie jego zachowania dało się zauważyć pewien bierny opór.
Gdyby nie zdobył tej umiejętności po tym, co zrobił mu Hitoshi Kinomyia, oznaczałoby to, że zamiast wolnej woli ma wielką, ziejącą czarną dziurę, ale wziąwszy pod uwagę fakt, że po prostu wziął i uciekł Hiwatariemu w swoją stronę, raczej nie było się czym w tej kwestii martwić. Teraz zostawało tylko wykorzenienie uwłaczających ludzkiej godności atawizmów.
Judy szła korytarzami Pentagonu w towarzystwie dwóch rosłych żołnierzy i usiłowała opanować walące z podniecenia serce. Dawno tu nie była. Zwykle ktoś przyjeżdżał po prostu do jej laboratorium ulokowanego w podziemnych kompleksach FEMA, co jej zresztą na ogół nie przeszkadzało, bo nie musiała na zbyt długo przerywać pracy. Tym razem jednak sytuacja była inna.
To, z czym przyjechała, było znacznie bardziej doniosłe, a fakt, że została wezwana w trybie pilnym, oznaczał najpewniej, że nawet do tych zakutych łbów dotarła waga wniosków, jakie zawarła w ostatnim raporcie.
– Pani Jones, proszę usiąść – wskazano jej krzesło natychmiast, gdy tylko przekroczyła próg sali z wielkim, podświetlonym stołem jakie kojarzyła dotąd raczej z głupimi filmami science fiction, w jakich z niewiadomych przyczyn lubowała się swego czasu Emily.
Nie protestowała i spoczęła na wyznaczonym miejscu. Podejrzewała, że ma je zająć jak najszybciej, żeby się za bardzo nie rozglądać, ale doprawdy, nie było tu niczego, co mogłoby ją zainteresować. Z jedynymi naprawdę godnymi uwagi rzeczami przyszła do Pentagonu ona.
Za stołem siedział też Isaack Hatefield – no oczywiście, nie mógłby tego przegapić – oraz paru wysoko postawionych wojskowych, z którymi rzadko miała do czynienia osobiście, oraz zupełnie jej nieznana ciemnowłosa kobieta mniej więcej w jej wieku.
– Zatem jesteśmy w komplecie – podsumował łysy generał stojący przy stole i oparty dłońmi o świetlisty blat.
Judy niemal natychmiast poczuła do niego niechęć. I nie, nie chodziło wcale o to, co zimny, niebieskawy blask robił z jego twarzą, a o fakt, jak brzmiał. Ona od dobrych dwóch godzin robiła wszystko, by siłą woli wyrównać tętno i oddech, a ten tu nawet nie próbował ukrywać swojego entuzjazmu. I miał bardzo irytujący tik nakazujący mu nierytmiczne uderzanie kciukiem o kant stołu.
Było to po prostu ze wszech miar nieprofesjonalne i Judy po raz kolejny poczuła mdłości na myśl, że dla dobra własnych badań zmuszona jest współpracować z tymi ludźmi.
Szczęśliwie Ameryka chwiała się w posadach. Może nie było to podejście świadczące szczególnie o głębokich patriotycznych uczuciach, ale profesor Jones zawsze uważała, że nauka i prawda są ponadnarodowe i jeśli jakiś organizm państwowy stawał jej na drodze, nie miała skrupułów, żeby życzyć mu powodzenia na drodze do autodestrukcji. A rząd USA był tak samo przydatny, jak krępujący i Judy czasem myślała nad sposobami zrzucenia tych oków.
W każdym razie z pewnym zadowoleniem śledziła wiadomości po pogłębiającym się kryzysie w Białym Domu, o nieudolnych rzecznikach prasowych, którzy nie radzili sobie z oskarżeniami o poważne nadużycia związane z atakami na Chiny i Rosję. Ameryka dawno już nie znalazła się w tak kiepskim położeniu na arenie międzynarodowej. Zwykle było tak, że jej mocarstwowość kazała innym dopatrywać się w najbrutalniejszych nawet działaniach wyrazu wyższej konieczności i stawania w obronie słabszych oraz demokracji. Mało kto pamiętał, że to jedyny kraj, który zrzucił bombę atomową na cywilną ludność. Mało kto pamiętał, że to właśnie armia USA dozbroiła ekstremistów z Bliskiego Wschodu, mając nadzieję załatwić ich rękoma własne problemy. To nie miało znaczenia, póki jawiła się jak ten wielki wujek, za którego plecami można się od czasu do czasu schować.
Judy nie była politologiem i nigdy nie zagłębiała się w ten temat na profesjonalnym poziomie, ale według jej laickiego rozumowania powodem takiego obrotu sprawy było – paradoksalnie – osłabienie głównych odwiecznych wrogów Stanów Zjednoczonych. Chiny wymazano z powierzchni ziemi, Rosja borykała się z potężnymi problemami wewnętrznymi i chociaż wciąż mówiono, że kwestią czasu jest, aż ruszy na Europę, nadal tego nie robiła. Zabrakło więc drugiego bieguna i cały funkcjonujący przez stulecia układ zaczął się sypać.
Na to wszystko nałożył się galopujący kryzys ekonomiczny potęgujący społeczne niezadowolenie. Nikt nie znał na to recepty. Nikt, poza tą garstką ludzi siedzących z Judy przy stole – a przynajmniej tak im się wydawało.
Nieważne. Niech wierzą w świętego Graala gospodarki. Byleby dalej dotowali badania, a kiedy upadną, znajdzie się ktoś inny. Ktoś, kto zdąży zauważyć, co się dzieje.
– Zatem twierdzi pani, że jest możliwe tworzenie Połączonych bez, hm… Połączonych. – Judy uświadomiła sobie, że znudzona przegapiła jakiś kurtuazyjny wstęp i teraz siwy jegomość z klapą wojskowej marynarki we wszystkich kolorach tęczy postanowił przejść do rzeczy.
Profesor westchnęła w duchu nad jego wulgarnym sposobem rozumienia problemu, ale na zewnątrz pozostała zimna i profesjonalna.
– Można to tak ująć – przyznała niechętnie. – Na pewno jest możliwość tworzenia oprogramowania podobnego do tego, jakie zaszczepiano w Opactwie i określano mianem "syntetycznych Bestii" oraz uruchamianie ich poza organizmem ludzkim.
– Czyli można je wgrywać na przykład do pamięci komputerów pokładowych w broni pancernej lub lotniczej.
– Absolutnie tego nie wykluczam. Oczywiście w tym momencie nie mogę jeszcze powiedzieć niczego na pewno, ale sądzę, że tak, to więcej niż możliwe.
– I jakie pani przewiduje efekty? – spytała ciemnowłosa.
Teraz dopiero Judy poświęciła jej nieco więcej uwagi. Głównie zwabiona rzeczowością w głosie i tym specyficznym rodzajem profesjonalnej uprzejmości. To nie była wojskowa, zresztą siedziała w zupełnie cywilnej garsonce, ale wyraźnie czuła się na tym gruncie znacznie lepiej niż profesor Jones.
– Wciąż jeszcze analizuję pod tym kątem zmiany, jakie spowodowały w ludzkich organizmach, ale niestety nie mam zbyt wiele materiału badawczego.
Po zakłopotanych chrząknięciach Judy poznała, że jej uwaga, choć wypowiedziana neutralnym tonem, dotarła do odpowiednich ośrodków.


Dearc-Luachrach
Podszedł bliżej i oparł się ramionami o barierkę. Powitało go kwiknięcie znacznie niższe niż to, które pamiętał. W ogóle Szyki było zdecydowanie więcej i teraz noszenie jej na rękach mogłoby sprawiać poważny kłopot.
– Hej – powiedział, wyciągając rękę i pozwalając by dotknęła go mokrym, ciekawskim ryjkiem. – Poznajesz mnie w ogóle? Jak nie poznajesz, to może chociaż dasz się przekupić, co? – Sięgnął po pudełko z pokrojonym jabłkiem. – Może być? Chyba może – roześmiał się, kiedy po wstępnym badaniu kawałek owocu błyskawicznie zniknął w gardle świni.
Odsunął skoble i wypuścił ją z boksu. Bez wahania wygalopowała na zabłocone podwórko – zresztą pełne odcisków jej raciczek i miejsc, w których ryła albo ślizgała się.
– Dobrze ci tu, jak widzę. – Ponownie otworzył pudełko z jabłkiem. – Nie dziwię się. Dobrze karmią i w ogóle. Lubią nas. Tak myślę.
Tym razem nie było nawet obwąchiwania i Szynka po prostu porwała przekąskę z jego palców.
– Mi też powinno być dobrze. A nie jest. Może za mało kąpieli błotnych? Jak myślisz?
Gdyby miał czytać z mowy jej ciała i uznać radosny ślizg za odpowiedź, oznaczałoby to, że właśnie odnalazł receptę na szczęście. Ubłocona już po same uszy podreptała do sterty śmieci – jakichś pogiętych wiader i nikomu niepotrzebnych drągów – zostawionych tu właśnie po to, żeby miała co badać swoim ciekawskim ryjkiem.
Zdecydowanie niczego jej nie brakowało i Miguel był może nawet trochę zazdrosny, kiedy myślał o tym, że on, przy najlepszych swoich chęciach, nigdy nie zdołałby jej zapewnić równie dobrych warunków. Świat zdecydowanie znał medialne maskotki, które po za kończeniu kariery radziły sobie w życiu gorzej niż Szynka.
Brzdęknęło toczone po błocie wiaderko i kolejny wybuch entuzjazmu wyzwolił jeden jeszcze sprint na wskroś podwórka. A potem nagle ryjek znalazł się w strategicznym miejscu pod kolanem i nim Miguel się obejrzał już klęczał w błocie.
– Hej! – zawołał bardziej rozbawiony niż zły, bo w sumie o co miałby być zły. – Z tymi kąpielami to był żart, pacanku!
Odpowiedział mu radosny kwik i podskok, który przy nieco mniej gorzkim nastawieniu do rzeczywistości można by wziąć za dowód na rozpoznanie kumpla z dzieciństwa.
Czasem było naprawdę żal, że naiwność i sentymentalność donikąd nie prowadzą.
Uznawszy, że spodnie i tak są do prania, Miguel usiadł w błotnej kałuży, zdjął wieczko i pozwolił wyczyścić Szynce pudełko z jabłka.
– Nie powinienem cię za to nagradzać – mruknął.

Waszyngton
– Pani Jones? Pozwoli pani?
Odwróciła się nieco zaskoczona, ale wrażenie to minęło szybko. Z jakiegoś powodu podejrzewała, że ciemnowłosa kobieta będzie chciała z nią rozmawiać. Trudno byłoby nazwać spojrzenia, jakimi rzucała, porozumiewawczymi, ale z pewnością coś w jej słowach i ogólnej postawie świadczyło o tym, że słucha uważnie, a wywody Jones nie trafiają w próżnię.
Nie, temat Połączonych nie był jej obcy. I nie był jej obcy w sposób dość specyficzny, zdecydowanie odbiegający od tego, jaki prezentowali ludzie FEMA i Pentagonu.
– Jeśli tylko nie ma być to prywatna rozmowa – odparła profesor, znacząco zerkając na naszpikowaną aparaturą ścianę.
Nieznajoma roześmiała się krótko i niezbyt szczerze.
– Och, proszę się nie martwić – powiedziała. – Mam dość rozumu, by nie chcieć ukrywać czegokolwiek przed naszymi sojusznikami, zwłaszcza pod ich dachem.
Teraz dopiero do Jones dotarło, że kobieta ma ledwie uchwytny, ale jednak obcy akcent. Ciemne oczy i karnacja wskazywały raczej na południową część świata. Pewnie się przedstawiała, ale w momencie, w którym znudzony mózg profesor na moment odmówił współpracy.
– Chciałam jedynie dopytać, czy na pewno nie możemy zrobić niczego, żeby pani ułatwić pracę – mówiła. – W swoim wystąpieniu wskazała pani na pewne… trudności, a jesteśmy tym projektem szczególnie zainteresowani, nie tylko pod względem wojskowym, ale też, cóż, cywilnym.



Dearc-Luachrach Była może czwarta nad ranem, gdy Emily usłyszała wreszcie kroki, a potem zamykające się drzwi do łazienki i wreszcie szum wody pod prysznicem. Za progiem widziała miękką smugę żółtego światła rozcinającą ciemność nocy.
Boże, jesteś pretensjonalna, skarciła się w duchu, gdy jej skojarzenia pobiegły ku prostym metaforom.
Przesunęła się nieco bliżej środka łóżka, by Miguel miał więcej miejsca, gdy przyjdzie, obróciła się na bok i przymknęła oczy. Nasłuchiwała dalej, uświadamiając sobie powoli, jak dobrze zna te dźwięki. I jak ich brakowało przez ostatnie miesiące. Właśnie tego. Właśnie takich drobiazgów, jak choćby brzdęk upuszczanego do umywalki opakowania z pianką do golenia – Lavalier trącał ją niemal zawsze, choć zawsze stała w tym samym miejscu i miał parę dni, żeby się przyzwyczaić albo po prostu znaleźć dla niej inne, bezpieczniejsze położenie. Albo pomruki niezadowolenia, gdy uświadamiał sobie, że zapomniał przewiesić ręcznika i nie może go wciągnąć do nagrzanej kabiny prysznicowej. Tak łatwo było się do tego wszystkiego przyzwyczaić. Tak łatwo było to pokochać.
Drzwi otworzyły się znowu i znowu rozległy się kroki. Bose stopy na posadzce, uginający się materac, szelest pościeli i cichy rytm oddechu. Zapach mydła i szamponu. Układające się ostrożnie ciepłe ciało, zawsze tak, by nikogo nie trącić i nie obudzić. Czasem Emily udawała, że śpi tylko po to, żeby on znów to robił i żeby mogła poczuć, że o nią dba w takich prostych, codziennych sprawach. Leżała wtedy tyłem do niego – jak teraz – i uśmiechała się do siebie.
Ale nie tej nocy. Tej nocy miała ochotę na więcej niż tylko czułą obecność.
– Nie śpię – szepnęła.
– Myślałem, że…
– Co ty – prychnęła gorzkim śmiechem. – Z nim?
Usłyszała tłumiony chichot. Bo też istotnie – Johnny był w najwyższej formie koncertowej. Nie pomagało trącanie go w ramię ani cmokanie do ucha. Nie pomogła też poduszka na głowie.
Emily wypuściła powoli powietrze, czując ciepło drugiego ciała na plecach i palce o spiłowanych krótko paznokciach leniwie przeczesujące jej włosy. Jego dłonie zawsze trochę pachniały smarem albo naftą, bo jeśli tylko mógł pogrzebać w jakimś mechanizmie, to to robił, i to też kochała. Druga dłoń przebiegła po jej boku i zanurzyła się pod koszulkę. York rozsunęła lekko nogi, by mogli się nimi spleść. Przymknęła oczy, poddając się zupełnie uspokajającej bliskości i delikatnym, sennym pieszczotom. Rozgrzane pod pościelą, odprężone i jednocześnie zmęczone ciało reagowało łagodnie, ale odpowiedziało szybko. Emily westchnęła, czując przyjemny dreszcz w dole brzucha.
– Kocham to, jak pachniesz – usłyszała szept tuż za swoim uchem, a potem poczuła delikatny, bardziej czuły niż namiętny pocałunek na karku.
Przecież wiedział, że to jej miejsce.
Uśmiechnęła się do siebie, wiedząc już, że nie zaśnie jeszcze przez jakiś czas.
Miguel nie znał wszystkich jej miejsc, trochę z jej winy, bo nieco krępowała się o tym mówić i wolała zostawić to jego domyślności – pewnie błędnie – ale to, jak Emily reaguje na pieszczoty szyi i linii włosów, odkrył dość szybko, choć pieścił je zupełnie inaczej niż Johnny. I dobrze. Oby pozostali różni, jak to tylko możliwe.
Może to była zachłanność. Może to było jakieś życiowe wygodnictwo, że chciała mieć ich przy sobie obu i tak łatwo przyzwyczaiła się do faktu, że zawsze gdzieś znajdzie to, czego akurat szuka. Ale przecież nie była w tym cyniczna – żadne z nich nie było.
Mieli nawet różne ulubione pozycje. Emily nigdy wcześniej nie przypuszczała, że polubi to czy tamto, póki nie zrobiła tego z Miguelem, podobnie jak musiała się nauczyć, że nie zawsze to, co działało z Johnnym, będzie działało też z innym mężczyzną. To była gra szczegółów, różnic anatomicznych, różnic w podejściu i temperamentach.
Pozwoliła zdjąć sobie koszulkę – dopiero to uświadomiło jej, jak gorącą ma skórę. Dotyk kołdry wydał się nagle tak chłodny. Szczęśliwie dłonie Miguela niosły ciepło i ten kontrast też działał pobudzająco. Pocałunkami schodził powoli niżej po kręgosłupie. Pościel szeleściła cicho, Johnny zachrapał głośniej i Emily nie zdołała powstrzymać chichotu. Przyciągnęła więc sobie poduszkę do twarzy. W samą porę, bo kolejny dreszcz zawisł na granicy jęku. Dłonie Miguela zsuwały jej bieliznę.
– Nie mamy wiele miejsca – mruknęła nisko, obracając się na brzuch.
Poczuła, jak ciężar drugiego ciała dociska ją do materaca, wcisnęła twarz w poduszkę.
– Co będzie, jak on się obudzi? – usłyszała, ale rzucone bardziej żartem niż serio.
– Najwyżej dołączy? – zaśmiała się.
Dopiero, kiedy to powiedziała, dotarło do niej, co by to oznaczało.
– Najwyżej – odpowiedział jednak Miguel.
Więc może jednak, pomyślała między jedną falą przyjemności a drugą.
To, czego potrzebowała, to wreszcie odrzucić strach i zacząć się po prostu cieszyć z ponownego spotkania.
Odruchowo wyciągnęła przed siebie ramię, a drugim mocniej przytuliła poduszkę, gdy przyjemność zaczęła rosnąć, a pulsowanie się wzmagać. Lubiła kochać się nad ranem, choć krępowało ją całowanie się wówczas – ale o tym też obaj doskonale wiedzieli. Lubiła te orgazmy, spokojniejsze, dłuższe, przynoszące prawdziwy spokój. Lubiła zapadające po nich milczenie. Względnie parę słów po hiszpańsku, których i tak nigdy nie potrafiła zidentyfikować.
Wtuliła policzek w poduszkę, trochę bez sensu tłumiąc głośny, wciąż szybki oddech. Przecież Johnny i tak spał, a Miguelowi należało się, żeby go usłyszał, żeby wiedział.
Ale nadal nie potrafiła mu tego dać.


Dalian Może propozycja Claude'a nie była tak szalona, jak się na pierwszy rzut oka wydawało. Może nie była szalona niż całe dotychczasowe życie MingMing, które z wyszczekanej nastolatki zrobiło gwiazdkę popu, z gwiazdki popu wojowniczkę aren i medialną broń BEGA, z niej marionetkę Hiwatariego i wreszcie ostrze na usługach reżimu, który przynajmniej nie wymagał od niej, żeby była śliczna.
Nigdy nie sądziła, by miała u kogokolwiek jakiś dług. Rząd Korei Południowej oferował jej prosty układ, w którym ona dawała moc, a oni dbali o to, by nie rozpadła się przez najbliższych kilka lat po tym, jak Takao Kinomyia rozorał jej twarz i zmienił flaki w zupę. Ale jeśli ktoś inny potrafiłby jej to zapewnić, nie wybrzydzałaby.
Ale może jednak brzmiało to za prosto, może tkwił w tym jakiś haczyk, o którym Tavarez nie wiedział lub którego zwyczajnie nie dostrzegał. Przy całym swoim dziwacznym idealizmie był też zbyt skłonny do ulegania pozorom, jeśli te dawały mu wizję bezpieczeństwa i komfortu.
– Możliwe, że nie będę miała innego wyjścia – powiedziała mu ustami Xue, bo nadal nie chciał zgodzić się na innego tłumacza. Może trochę dlatego, że wówczas miał przynajmniej najstarszego z chłopców na oku. – Jeśli moi przełożeni dowiedzą się, że odwalam coś na boku, nie będą zadowoleni.
– Więc dlaczego to w ogóle robisz? – spytał Peruwiańczyk chyba naprawdę zdziwiony i zdziwienie to zakuło ją pod żebrem.
– Masz mnie za zimną sukę, co? – spytała i żałowała, że nie jest w stanie przelać w te słowa odpowiedniej dawki jadu. – A sam się wpieklasz, że ludzie widzą w tobie tchórza i zdrajcę. Jeszcze do ciebie nie dotarło, że cały ten przemysł nie tylko zabrał nam to, kim mogliśmy być, ale też w zamian podoklejał łatki? Musiałam być suką, bo wylądowałam w drużynie z tępym osiłkiem, błaznem, włazidupcem bez honoru, paniątkiem z wielkim fochem i pojebem o twarzy dziecka, a trenował nas skończony skurwiel. – Po pewnym czasie inwektywy i przekleństwa zaczęły przechodzić przez gardło Xue aż za łatwo i MingMing mogła sobie jedynie wyobrażać, że Rei nie będzie szczególnie zadowolony z nowego zasobu słownictwa u swojego syna.
– Więc co? Osobiste pobudki?
– Zawsze lubiłam Reia. Nie darł się o byle co, był konsekwentny i pracowity. I w sumie często żałowałam, że Mystelowi nie udało się go przekonać, żeby do nas dołączyć. Zresztą jak myślisz, dlaczego Hitoshi chciał uderzyć właśnie do niego? Dlaczego chciał właśnie Reia w swojej drużynie gwiazdek? To byłoby coś, Claude. Świat miałby wtedy trzy razy bardziej przesrane. Poza tym to tylko dzieci. My też byliśmy tylko dziećmi, ale teraz, jak patrzę na to, co się dzieje, powoli dochodzę do wniosku, że nie, nie mieliśmy znowu tak najgorzej. Przynajmniej nie wszyscy. Widziałeś te wszystkie sieroty na ulicach. Wiesz równie dobrze, co z nimi będzie. Może po prostu nie chcę, żeby dzieci człowieka, którego szanuję, skończyły w tym samym gównie.
Tavarez milczał. Nie znosiła tego milczenia, bo było paskudnie oceniające.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1825
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 19 stycznia 2018, 15:25

2/2

Dearc-Luachrach
Johnny spojrzał na zegarek – piąta trzydzieści, niebo jeszcze nawet nie zaczęło szarzeć. Nie pamiętał, kiedy ostatnio wstawał o tej porze i to dzień w dzień, ale niestety, to był jedyny czas, w którym mógł kontaktować się z Robertem, Reiem i Jurijem bez ryzyka, że Miguel zorientuje się, co jest grane. To był jedyny czas, który gwarantował, że Argentyńczyk będzie twardo spał i da Szkotowi jakieś dwie, trzy godziny na spokojną rozmowę. Potem było już różnie. Równie dobrze mógł spać jak zabity do jedenastej, jak zerwać się przed dziewiątą.
Gdyby to zależało od Johnny'ego, nigdy by do tego nie dopuścił, choć oczywiście wiedział, jakie jest ryzyko. Było nie było, Miguel ledwie co wrócił z szalonej wyprawy na Moskwę – może z sukcesem, ale jednak. Decyzję podjęli jednak ci, z którymi Robert pracował jak z równymi sobie pod względem poziomu zarządzania. Najmocniej optował za tym zresztą Rei. Na ile Szot się orientował po rozmownie z Jürgensem, jego argumenty nie dotyczyły tylko samego Lavaliera, jego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa misji, ale także Jurija. I może była to prawda, że Sabaka nie powinien teraz zaprzątać sobie głowy człowiekiem, za którego czuł się tak bardzo odpowiedzialny. Należał do bez wątpienia kluczowych figur każdego niemal wariantu planu, bo znał Rosję, znał jej armię i system obrony. Częściowo też pewnie znał prawdziwe zamierzenia Hiwatariego. No i miał wokół siebie sporą grupę wyzwolonych syntetyków, nad którymi w pierwszej kolejności należało zapanować, zanim do czegokolwiek się przydadzą.
– Wiedziałem, że to trwa zbyt długo. I że to nie jest normalne, że wstajesz o tej godzinie.
Czuł się zbyt pewnie. Na tyle pewnie by nie nasłuchiwać i nie zorientować się, że ktoś zaszedł go od tyłu.
Odwrócił się gwałtownie, drugą ręką zatrzaskując laptopa, i zobaczył Miguela – zaspanego i spuchniętego po nocy, ale w okularach na nosie i z pospiesznie założoną bluzą.
– Ukrywacie coś przede mną? – zadając to pytanie, patrzył Johnny’emu prosto w oczy, jak rzadko, i Szkot ledwie znosił to spojrzenie. – Odpowiedz mi.
Tak naprawdę McGegor wiedział, że istnieje wyjście z tej sytuacji. Mógłby po prostu podbić opartą o framugę rękę Argentyńczyka i w ten sposób utorować sobie przejście, ale nie był aż tak głupi, żeby nie wiedzieć, że to byłoby jak powiedzenie „tak”.
– Po prostu nie wszystko w tej sprawie dotyczy ciebie, jasne? – próbował wybrnąć, ale po ściągających się brwiach wnioskował, że nie idzie mu najlepiej. – Twoje zadanie teraz to jak najszybciej wrócić do pełnej sprawności, ale gdyby pojawiło się coś, co by cię dotyczyło, to i tak byś się dowiedział. Myślisz, że ja wiem o wszystkim? Albo Emily? Przecież tu dowodzi Robert.
– Już nie.
– Nadal.
– Już nie – powtórzył Miguel dobitniej. – Nie tylko on, chociaż wiem, że tylko jemu jesteś lojalny.
Johnny nigdy nie był dobry w odczytywaniu sugestii i dodatkowe treści zwykle go mijały, ale tym razem kontekst wystarczył, by poczuł przynajmniej, że coś jest na rzeczy.
– O co ci chodzi? – spytał więc, a w jego głos wkradło się wyraźne już zniecierpliwienie. – Wprost, Miguel. Co sobie znowu ubzdurałeś.
Lavalier zacisnął szczękę, aż zadrżała mu żuchwa. Oczy zdawały się tak zimne, jak już dawno nie, pociemniałe, skupione i niemal pozbawione tej charakterystycznej mgły właściwie nieznikającej, odkąd wyszedł z więzienia.
– Niczego sobie nie ubzdurałem – syknął, akcentując każde słowo. – Serio, teraz wszystko będziecie kłaść do tego worka?
– Jakiego znowu worka? – Johnny zacisnął dłoń na krawędzi stołu. Czuł, jak wiszące w powietrzu emocje zaczynają mu się udzielać, a fakt, że nie może po prostu przejść przez drzwi, bo jakiś idiota postanowił w nich stanąć i go osaczyć, zwyczajnie wkurwiał.
– Mojej niepoczytalności. Cokolwiek nie zrobię, czegokolwiek nie pomyślę, przecież nie jest na serio, nie?
– Przestań – Szkot miał nadzieję skończyć to, zanim Miguel się rozkręci. – Wprost. O co chodzi.
– Jeśli Robert kazałby cię mnie okłamywać, to byś to zrobił, prawda?
Mięśnie spięły się w ciele McGregora, wciąż nieprzemyślane słowa jakiejś standardowej, odruchowej odpowiedzi zamarły w gardle.
– Prawda – przyznał oddech później.
Dłoń Argentyńczyka zjechała po framudze, jakby nagle stracił całą siłę w ramieniu. Za ręką podążył wzrok, plecy skuliły się i cała buta zeszła jak z przekłutego balona.
To nie było coś, co chciał usłyszeć.
To nie było coś, co powinien był usłyszeć.
Odwrócił się i Johnny w odruchu ratowania tonącego położył mu dłoń na barku, ale Miguel strząsnął ją natychmiast.
– Zostaw mnie – warknął z agresją zapędzonego w kąt zwierzęcia.
Johnny miał świadomość, że to z wielu względów ważny, może decydujący moment, ale za nic na świecie nie potrafił się w nim odnaleźć. W takich chwilach Lavalier budził w nim jednocześnie irytację poczuciem walenia głową w mur i strach. Nic tu nie działało według zasad, jakie McGregor znał i według których chciał żyć. Nie dało się po prostu zamieść problemów pod dywan i iść dalej, zalać ich wódką i rozładować w łóżku, bo nie odeszłyby. Ich ignorowanie wyraźnie tylko pogarszało sprawę, ale z drugiej strony, Szkot wcale nie miał ochoty nurkować w tym szambie. Chciał, żeby Miguel sam z niego wylazł i denerwowało go patrzenie, jak wciąż – mimo podejmowanych prób – osuwa się głębiej. Więc tak, wyciągnięcie ręki pewnie stanowiło wyjście.
I pewnie Johnny powinien był wiedzieć, jak to zrobić, a tymczasem miał wrażenie, że właśnie zamiast tego przydepnął Lavalierowi palce.
Nic już nie blokowało mu wyjścia, ale stał jak zaklęty, stał też Miguel, choć teraz odwrócony plecami. Dość oczywiste wydawało się, że zamierzał odejść, może wyjść i zniknąć na długim spacerze, ale nadmiar emocji przytwierdził go do podłogi tak jak Szkota nadmiar niechcianej odpowiedzialności i natrętny głos z tyłu głowy wrzeszczący, że powinien dorosnąć.
– Miguel…
– Zostaw mnie – powtórzył Argentyńczyk. Drżał na całym ciele, oczy miał zamknięte, a głowę pochyloną. Johnny widział to parę razy i wiedział, że oznacza kolebanie się na skraju histerii.
Co z tego jednak, że wiedział, skoro nie miał bladego pojęcia, jak rozbroić tę bombę.
– Nie zachowuj się jak…
– Zostaw mnie, kurwa, powiedziałem! – Miguel odwrócił się do niego gwałtownie, wrzeszcząc jak opętany, z twarzą już czerwoną i zaciśniętymi pięściami.
I we wszystkim tym Johnny pomyślał w pierwszej kolejności o tym, że dobrze, że nie ma jego rodziców, że tego nie widzą, nie słyszą i że nie będzie musiał im niczego tłumaczyć.
Lavalier przekroczył granicę utraty kontroli nad sobą, hormony decydowały za niego, robiły z jego ciałem, co im się żywnie podobało i ostatecznie zjechał na podłogę, usiłując wcisnąć czoło w kolana i zakryć głowę rękoma. Dźwięki, jakie wydawał, z pewnością nie kojarzyły się z dorosłym mężczyzną, a chcąc go dotknąć, Johnny sprowokował tylko ochrypły wrzask bez słów.
Nie próbował po raz drugi.

Ettaler Forst
Plecy z impetem uderzyły o ścianę i z płuc chłopaka uszło całe powietrze w głośnym, spazmatycznym wydechu. Jurij odsunął się i pozwolił dzieciakowi upaść na kolana. Wszyscy powinni to zobaczyć. Wszyscy powinni widzieć jego czerwoną twarz i drżące usta rozpaczliwie łapiące oddech.
– Mam nadzieję, że następnym razem lepiej przemyślisz, co znaczy „nie wolno” – warknął Ivanow.
Był na siebie wściekły. Był wściekły, że sytuacja zmusza go do stosowania tych samych metod, którymi łamano kiedyś i jego. Był wściekły na tych idiotów, że go do tego zmuszali.
Patrzył z góry na klęczącego Daniłę i miał ochotę splunąć mu na kark – bo tak zapewne zrobiłby na jego miejscu Proktowiciel. Z wysiłkiem zmusił zwinięte w pięść palce do rozprostowania.
– Jesteście teraz pod moimi rozkazami. – Powiódł wzrokiem po pozostałych, także po to, by nie zorientowali się, z jakim głodem okrucieństwa patrzy na jednego z nich, w oczywisty sposób słabszego i zależnego od swego pana. – Myślałem, że to jasne. Jeśli nie było, miejcie na uwadze, że drugiej pomyłki w tej kwestii już nie będę tolerował.
– Ale mu tylko…
– Milczeć! – wydarł się na najmniejszego z nich, na Wanię.
Ale oni tylko dobrali się do kanistra ze spirytusem i teraz jego ostry zapach drażnił nozdrza Jurija, doprowadzając go do obłędu.
– Wiecie, czym się różni etanol od metanolu, nieuki?! Chcecie oślepnąć?! – wrzeszczał, coraz bardziej wściekły i nie wiedział już, czy to bardziej przez tę sytuację, przez nich, czy przez samego siebie walczącego z wizją klęknięcia obok Daniły i zlizania alkoholu z kafli. Nienawidził siebie z tej wizji. Gardził sobą. A jeszcze bardziej gardził faktem, że wciąż czeka na złośliwy głos wewnątrz własnej głowy, który przywołałby go do porządku. – Przysięgam, że każdemu, który oślepnie, osobiście strzelę między oczy! Czy to jasne?!
Było jasne. Tak wnioskował z pomruków i przestraszonych spojrzeń chłopców, którym regularnie trzeba było przypominać, że nie, nie trafili do raju, i nie, nie opiekuje się nimi banda łagodnych wujków, którym można grać na nosie, a Jurij nie zasłużył sobie na swoją legendę głaskaniem nikogo po głowie.
– Złamaliście zakaz wchodzenia do laboratorium – cedził dalej. – Otwieraliście szafki, sprawdzaliście zawartość. Co wam, kurwa, chodziło po łbach?!
– To był Daniła, on nas namówił – zaraportował posłusznie Gennadij i Ivanow poczuł, jak fala mdłości wzbiera w nim aż po same usta.
Wściekłym ruchem chwycił chłopaka za ucho i przy wtórze wysokiego wrzasku zmusił do klęknięcia obok prowodyra.
– A teraz – wycedził pochylony nad wciąż jęczącym podopiecznym – spójrz swojemu kumplowi w oczy i opowiedz mu, jak to próbowałeś zrzucić na niego całą winę.
Gennadij przełknął głośno ślinę, poruszył ustami, ale zamiast słów wydobył się z nich tylko jeszcze jeden krzyk, gdy Sabaka szarpnął po raz ostatni, a potem się wyprostował.
– Bardziej niż nieposłuszeństwa nienawidzę tylko włazidupstwa i nielojalności – rzucił do pozostałych.
To właśnie zrobiło im nowe Opactwo Ivana Papowa. To, że byli gotowi lizać tyłki Proktowicielom, byleby wkupić się w ich łaski, zapewnić sobie wyższą pozycję i uniknąć kary.
I to właśnie należało wyrwać z korzeniami.
– Jazda stąd! – ryknął jeszcze Ivanow, wskazując ręką drzwi. – Za pięć minut chcę was widzieć ze sprzętem do sprzątania w hali głównej!
Wiedział, ze to łagodna kara, zupełnie nie taka, do jakiej są przyzwyczajeni. Gdyby chciał im dać to, do czego są przyzwyczajeni, musiałby ich pewnie powiązać w stresowych pozycjach i zostawić na noc nagich na zewnątrz. Albo bić po opuszkach palców i piętach. I może popełniał błąd, że tego nie robił, ale wiedział, że jakoś musi przerwać tę spiralę. Musi jakoś poprowadzić ich drogą, którą sam przeszedł, długo nie potrafiąc radzić sobie także z samym sobą inaczej niż tylko przemocą.
Reguły musiały pozostać między nimi twarde i nienaruszalne, tak. Ale to nie oznaczało jeszcze piekła na ziemi. To mogło oznaczać po prostu solidny grunt, na którym kiedyś wszyscy będą czuć się w miarę pewnie.
Kiedy ostatni z chłopaków zniknął za progiem, Jurij oparł się dłońmi o brzeg jednej z metalowych szafek i zaklął z bólu.



Dearc-Luachrach
Chciał w to wszystko uwierzyć. W szczęśliwe zakończenie przynajmniej tego rozdziału. W bajkę o tym, że choć może układ ten jest nieco dziwny i kłóci się z jego wyobrażeniami o świecie, jest układem zwyczajnie możliwym, w którym znalazł wreszcie swoje miejsce. Wmawiał sobie, że wyolbrzymia, bo słabo zna ten teren, nie ma za sobą długiej historii związków i wszystko wydaje mu się nowe, a zatem też bardziej jaskrawe. Szukał problemów w sobie i wszystkie po kolei uznawał za możliwe do rozwiązania, jeśli tylko się przyłoży.
Ale prawda była taka, że budował wokół siebie kolejne kłamstwo, w dodatku oparte na tym samym schemacie, co wszystkie poprzednie. Wymyślał sobie świat, w którym jego emocjonalne zachcianki miałyby szansę zostać zaspokojone. Próba nałożenia dziecięcych fantazji na bardziej czy mniej dorosłą rzeczywistość nie mogła się przecież dobrze skończyć - ani dla niego, ani dla tych, których obraz na swoje potrzeby przekłamywał.
Dawno temu budował swój świat wokół Jeana-Paula Bartheza i jego autorytetu, potem wokół Jurija, co stanowiło krok do przodu o tyle, że Ivanow przynajmniej nie miał w planach go krzywdzić i nie manipulował nim sam z siebie. To raczej Miguel manipulował sam sobą, przypisując Rosjaninowi atrybuty, jakich ten nie posiadał, i tworząc w wyobraźni wyidealizowany obraz człowieka silniejszego i dojrzalszego niż on sam. Aż wreszcie wciągnął w swoje kłamstwa Emily i Johnny'ego, czego nie potrafił wybaczyć sobie szczególnie. Po pierwsze, byli najmniej winni całej sytuacji, po drugie, jako emocjonalnie najzdrowsi, paradoksalnie otrzymali najcięższe rany.
Nie należało do ich win, że ktoś wymagał od nich niemożliwego. Na pewno nie odpowiadali za to, że do systemu, w jakim żyli, i według którego układali swoje priorytety, dostał się jeszcze jeden element, jak ziarnko piasku w mechanizmie powodujący tarcia. Johnny nie miał obowiązku nagle zmienić piramidy swoich lojalności, bo ktoś czuł się niedowartościowany i okłamywany. Emily nie miała obowiązku z osoby potrzebującej większej aktywności drugiej strony, nieco chwiejnej i wciąż podważającej pewniki, zmienić się w przewodnika i probierz, w stały, niezmienny odnośnik. Świat nie mógł stać się taki, jakim Miguel go sobie wymyślił tylko dlatego, że tego chciał.
Może byłoby łatwiej, gdyby wraz z przyjściem tej konstatacji, odeszło emocjonalne zaangażowanie - gdyby wyparły je złość i żal, nawet jeśli miałoby to oznaczać zachowanie skrajnie niedojrzałe i głupie. Ale albo w fundamentach iluzji tkwiło coś prawdziwego, albo Lavalier zdołał coś prawdziwego schwytać potem, bo mimo rozbierania bajki na części, mimo darcia jej na strzępy i rozkrawania nożem, nadal chciał, żeby oni byli blisko.
Johnny, choćby miał kłamać i zdradzić go na rzecz Roberta, i Emily, choćby wciąż potrzebowała zapewnień o tym, że jest ważna i niezwykła, a w zamian dawała głównie własną niepewność.
Nie wiedział, czy tak powinno być. Nie potrafił nazwać tego, co nim tak naprawdę kieruje, i czy to ma cokolwiek wspólnego ze zjawiskiem, jakie ludzie nazywali miłością, czy tylko ze strachem przed osamotnieniem i pustką. Nie umiał wyrysować granic nawet we własnym wnętrzu. Nie znał odpowiedzi na pytanie, na ile odpowiedzialny jest za to jego stan psychiczny, na ile leki, na ile wychowanie bez rodzinnego ciepła i prawdziwych relacji, a na ile jego własna osobowość, czymkolwiek właściwie była i jakakolwiek właściwie była.
Siebie poza tym kłamstwem bowiem też nie znał. Wyjęty z fałszywych opowieści o człowieku, który mimo braków i wad, potrafi być wsparciem i ważnym elementem w życiu innych, który więcej daje, niż bierze, zostawał nagi jak król z baśni. I nie potrafił już powiedzieć o sobie niczego. Nie potrafił powiedzieć nawet tego, czy wszystko, co robił, niby z myślą o ludziach, na których mu zależało, faktycznie płynęło z tego przywiązania i dobrych intencji, czy raczej z chęci dorównania ideałowi i przekonania innych, że jest właśnie taki, jakim chciałby być. Pod desperacją i uporem mógł kryć się potworny egoista i Miguel drżał z przerażenia na samą myśl o tym, że może czas stanąć z nim twarzą w twarz. Czas po prostu przejrzeć się w lustrze.
I jak miał komukolwiek o tym opowiedzieć?
Szczekanie psów na zewnątrz, odgłos otwieranych drzwi, a potem rozemocjonowane głosy powiedziały Miguelowi, że zdecydowanie powinien kończyć tę sesję okupowania łazienki i wyjść przywitać się z gospodarzami, aby dalej podlewać mit sympatycznego, uprzejmego Latynosa, który spadł ich synowi niemal z nieba, ale na samą myśl o tym robiło mu się słabo. Tego dnia nie miał siły. Już poprzednie były trudniejsze, uśmiech bardziej bolał, a pamiętanie o tym, by obejmował oczy, niemal wyczerpywało zdolności intelektualne i możliwość skupienia się na rozmowie. Zwłaszcza wieczory, gdy chemia wspomagająca powoli się rozpływała i zostawała tylko ta, która wciąż nie zdołała odpalić silnika. Kiedy znowu zaczynał się bać i dzielić włos na czworo, doszukiwać w każdym słowie i geście dowodów na to, że lepiej byłoby, gdyby zniknął.
Zostawanie tu, zostawanie z Emily i Johnnym, nie było odpoczynkiem, jak sądzili, a przynajmniej nie przez większość czasu, z wyłączeniem samotnych spacerów po wyspie. Było ciągłą walką z własnym poczuciem wartości i histerycznym trzymaniem się ostatniego kawałka dryfującego drewna na rozszalałym morzu, które chciało go wciągnąć.


Ettaler Forst
– Jak możesz mówić takie rzeczy? – cedziła Mao przez zęby. – Jak w ogóle możesz takie rzeczy myśleć? To krew z twojej krwi, Rei! Na bogów, opamiętaj się!
– A ty się uspokój.
Próbował brzmieć chłodno i rzeczowo jak zawsze, ale kłótnie z żoną były pod tym względem szczególnie trudne. Coś się w nich zwyczajnie nie zgadzało, coś uniemożliwiało takie ustawienie elementów, jakie Kon zwykle w swojej głowie stosował i emocje już parokrotnie go w ciągu życia zdradziły. Mimo wszystko nie chciał, by stało się to teraz, bo sprawa była przecież poważna i nie dotyczyła tylko ich dwojga.
– Mam serdecznie dość tych twoich politycznych gierek! – wrzasnęła Mao, bezradnie szarpiąc kikutami.
– Sama mnie w nie wepchnęłaś – zauważył Rei, choć wcale nie zamierzał tego robić.
Spojrzała na niego jak na obcego człowieka. Widział już ten wzrok w przeciągu ostatnich dwóch, trzech tygodni.
Może faktycznie był jej obcy. Może wyprawa do Moskwy zmieniła i jego, a to, co odczuwał w głębi, nie stanowiło tylko i wyłącznie wytworu jego umysłu. Może było dostrzegalne także na zewnątrz.
– Chciałam, żebyś wypełnił wolę bogów – syknęła kobieta.
– Wypełniam ją.
– I nie ma w tym żadnej twojej zasługi! – głos Mao skoczył ku górze. – Nie widzisz tego?! Naprawdę?! Nie widzisz, że wszystko, co zrobiliśmy, nie ma znaczenia?! Sprawy i tak toczą się w swoją stronę! – Opadła ciężko na fotel, jakby atak złości pozbawił jej całej energii, choć to przecież nie mogła być prawda. Spuściła głowę i chwilę milczała, być może faktycznie próbując się uspokoić. – Też popełniłam ten błąd – kiedy jednak zaczęła mówić, jej słowa nadal drżały od emocji. – Wydawało mi się, że moje działania coś znaczą. Dlatego ruszyłam na front. Dlatego chciałam się spotkać z Hiwatarim. Myślałam, że dobrze odczytałam przepowiednię i że rozwiązanie leży w tym, żebyście się pojednali. Biały Cesarz i Czerwona Cesarzowa. Byłam gotowa odejść, ustąpić miejsca, gdyby taka zaszła konieczność. Ale kiedy znowu go spotkałam i kiedy zrozumiałam, że mnie nie wysłucha i nie zrozumie tak jak ty, dotarło do mnie, że zbłądziłam. Nie macie się pogodzić. Nigdy nie macie się pogodzić. Macie rozerwać wszystko w tej wojnie, aż nie zostanie kamień na kamieniu, to jest wasze przeznaczenie. Przepowiednia mówi, że kiedy Biały Tygrys zasiądzie na tronie, nadejdzie koniec świata. I on nadejdzie. W Odessie.
– Już nadszedł – odparł Rei chicho. – Tego świata nie da się uratować. Nie naprawimy gospodarki, kolejne wojny o resztki są nieuniknione.
– Sam widzisz – westchnęła Chinka. – Historia potoczyła się swoim torem. Więc zrozum, że nim wszystko naprawdę się skończy, chcę wiedzieć, co się stało z moimi dziećmi.
Kon schował twarz w dłoniach, potarł nimi skórę i oczy, aż nie poczuł orzeźwiającego bólu. Tak naprawdę nie miał innych argumentów – innych poza tym, że jeśli mają mieć szansę w starciu z Rosjanami w przygotowanej przez nich pułapce, powinni zachować jak najwięcej kart w tajemnicy, a tymczasem próba odtworzenia losu ich synów na pewno ściągnie uwagę wywiadu. Nie miał innych argumentów, ale ten w jego głowie był wystarczająco ważny.
Bo nawet jeśli świat naprawdę się kończył, to jego upadek mógł potrwać jeszcze kilka, kilkanaście lat. I być może lepiej było zadbać o to, by piątka małych książąt miała w nim jakiekolwiek szanse na godne doczekanie finału, a Rei nie wierzył, że jest to możliwe bez pokonania Kaia. Mao chciała mieć dzieci przy sobie, ale co by jej z tego przyszło, gdyby musiała do końca życia z nimi uciekać, tropiona przez ludzi żądnego zemsty Hiwatariego? Albo gdyby musiała patrzeć, jak umierają z głodu i chorób, bo nie jest w stanie zapewnić im nawet podstawowych produktów? Zawsze myślała o wielu rzeczach naraz, ale tylko na krótką metę. Nie dostrzegała dalekiej perspektywy swoich działań i wyruszając z Pekinu, dała temu najlepszy wyraz.
– Jesteś w stanie wziąć na siebie odpowiedzialność za to, że Kai może wytropić twoje działania? – zapytał więc Rei wprost. – Wydasz na nas wyrok śmierci, a swoim synom zapewnisz prawdopodobnie konieczność ucieczki przed jego ludźmi.
Mao nie odpowiadała. Siedziała dalej ze spuszczoną głową i wszystko w niej drżało od wewnętrznego dramatu. Kon naprawdę chciałby móc jej ulżyć, ale wiedział, że jeśli przystanie na jej żądania, nigdy sobie tego nie wybaczy.
– Po tym, jak wyjechałaś, a przed atakiem na Pekin – zaczął – miałem wizję. Szczególną wizję. Dręczyły mnie jakiś czas obrazy płonącego pałacu i leżących wszędzie obciętych dłoni. Pewnego dnia po jednej z nich zastał mnie Xue. Pytał, czy wszystko w porządku i czy nie jestem chory. Chciałem go uspokoić, więc położyłem dłoń na jego głowie. I wtedy zobaczyłem jego śmierć. Potworną śmierć, Mao. Całą rękę miałem we krwi i mózgu naszego syna. Obiecałem mu wtedy, że nigdy do tego nie dopuszczę.
Kiedy znów spojrzał na żonę, zobaczył, że po jej policzkach spływają łzy. Poczuwszy je, nie mrugała, nieruchomo wpatrzona w podłogę. Podszedł do niej i uklęknął przed nią, chwytając ją za oparte o kolana łokcie.
– Nigdy o nich nie zapomniałem – zapewnił.
– Nigdy nie twierdziłam, że to zrobiłeś – wychrypiała Mao w odpowiedzi.

Dearc-Luachrach
– Johnny… – czuł się jak uczeń, który przyszedł do nauczycielki przyznać się, że tak, to on przykleił gumę do żucia pod biurkiem. Było to uczucie okropne i uwłaczające, zupełnie wystarczające jako kara, a stanowiło przecież dopiero początek. – Mogę wejść?
Szkot łypnął na niego znad szklanki whisky i Miguel przestraszył się, że wszedł mocno nie w porę, ale spojrzenie szarych oczu wydawało się całkiem przytomne, nawet jeśli nie do końca przyjazne.
– Wejdź.
Lavalier czuł, że z każdym krokiem wszystko w nim zamyka się szczelniej i tężeje mocniej. Nie był gotów na tę rozmowę, ale też podejrzewał, że nie będzie na nią gotów nigdy, a po drodze może się zdarzyć, że McGregor po prostu straci do niego cierpliwość.
– Chciałem… pogadać – zaczął, próbując nie brzmieć jak skruszony uczeń. – Możliwie bez emocji.
Johnny prychnął z całkiem słusznym powątpiewaniem, które jednak było jak szpila. Wstał jednak, wyjął drugą kryształową szklanicę z grubym dnem i nalał do niej nieco trunku – znacznie mniej niż sobie. Miguel nie był pewien, czy powinien zalewać proszki alkoholem, ale brał je rano, a poza tym zew trunku wydawał się silny, jak nigdy wcześniej. Jakby taka naiwna i głupia ucieczka w chwilowe rozluźnienie miała mu w czymkolwiek pomóc. Usiadł więc w drugim fotelu i po prostu wziął naczynie do rąk.
Ogień w kominku był jednocześnie jak najlepszy przyjaciel i wróg. Z jednej strony pozwalał rozproszyć złe myśli, jego obecność dawała to złudne poczucie siły, obcowania z nieuniknionym, ale znajomym. Z drugiej utrudniała skupienie się na prawdziwych problemach. Ostatecznie więc, choć nie była to decyzja łatwa, Miguel przestawił fotel tak, by płomienie mieć za placami. Jeśli wyciągnął nieco rękę poza oparcie, czuł ich kojące ciepło. Jeśli przymknął oczy, słyszał wyraźnie syk palących się polan. Ale nie mógł spojrzeć w ogień i poświęcić się mu całkowicie.
Nie mógł uciec.
Nie sądził, by Johnny docenił ten gest albo w ogóle go zauważył, ale na dnie żołądka poczuł coś jak cień dumy z samego siebie.
Cień, który dość szybko rozpłynął się w gorzkim zażenowaniu, więc Miguel wrócił myślami do zaplanowanego tematu rozmowy.
– Nie chciałem, żebyś musiał to…
– Wziąłeś leki? – McGregor wpadł mu wpół słowa.
Lavalier spojrzał w jego twarz i napotkał kamienne niemal, surowe oblicze i spojrzenie zdradzające determinację. Johnny spodziewał się wykrętów. Albo wybuchu złości. I owszem, coś do niej podobnego rozlało się po kręgosłupie, bo to było jak cios poniżej pasa. Jak przypomnienie, kto tu jest tym zdrowym i kto w takim razie ma prawo do sądów oraz podejmowania decyzji. Argentyńczyk poczuł nawet, jak jego palce mocniej zaciskają się na szklanicy i zapewne było to widoczne, ale sam umysł zdawał się zbyt wyczerpany niedawnym atakiem histerii, żeby przetworzyć impuls w coś bardziej znaczącego.
– Wziąłem – odparł drewnianym głosem. – Rano. Zawsze biorę rano.
– Więc skąd się to wzięło?
Ach, zatem tak. Zatem Johnny założył, że to wszystko przez brak chemii.
Miguel westchnął ciężko.
– To nie są magiczne cukierki – odparł. – Wiem, że moje zachowanie może wydawać się po nich zaburzone, ale to bardziej objawy fizyczne. To, że zapominam, że wpadam na przedmioty albo się zawieszam. Sprawiają, że nie widzę rzeczy, których nie ma. Ale to nie zmienia tego, co myślę. A w kuchni powiedziałem ci właśnie, co myślę. Tylko moja reakcja była przesadzona, bo mam niesprawne zawory z hormonami i to ciągle czeka na naprawę.
– To myślisz? – Johnny zarzucił prowokacyjnie głową. – Że cię okłamuję?
– Tak.
To była prosta odpowiedź. Jedno krótkie słowo. A Miguel poczuł się nagle, jakby wyszarpał sobie wątrobę przez gardło.
Jeszcze gorszy okazał się fakt, że wcale nie usłyszał zaprzeczenia, choć prawdopodobnie znów na nie liczył. Po co właściwie pytał, skoro nie chciał znać odpowiedzi?
– Nie wiem, co dokładnie jest na rzeczy – zebrał się w sobie, by mówić dalej, bo kolejne słowa paradoksalnie miały szansę rozcieńczyć moc pierwszego. – Może faktycznie mnie nie dotyczy, nie jestem w końcu wojskowym ani politykiem, nie znam się na tych sprawach, ale to wszystko… – Wziął mały łyk whisky, żeby uspokoić głos, ale ręka mu zadrżała, do gardła wleciało za dużo i omal się nie rozkaszlał. Tyle dobrego, że wzmagającą się chrypkę mógł teraz zrzucić na alkohol. – Zawsze czułem się tego częścią. Nie jestem z Opactwa, nie miałem wiele wspólnego ani z Balkowem, ani z Kaiem, wplątałem się w to zupełnie na bocznym torze i przypadkiem, wiem, ale odkąd zrozumiałem, co jest właściwie grane, miałem poczucie, że jestem trybem w tej maszynie.
– Trudno było nie zauważyć – przyznał Johnny. – Ale problem z tobą jest taki, że zawsze masz własne pomysły na to, co będzie najlepsze. Niby siedzisz, gdzie twoje miejsce, niby robisz swoje, a potem nagle ci odbija.
– A oni potrzebują całkowitego posłuszeństwa.
– Mniej więcej. Oraz nikt nie chce, żebyś przypadkiem zrobił sobie krzywdę.
Palce zacisnęły się znowu i znowu gniew nie zdołał wspiąć się do głowy. I dobrze, bo rozmowa miała być bez emocji.
– Zresztą wiesz dobrze, że sam Robert nie przeforsowałby trzymania cię z boku.
Tak, to była myśl, którą Lavalier usiłował od siebie odsuwać. Bolała. Znacznie łatwiej było wyobrażać sobie, że za wszystkim stoi ktoś, na kogo można się tak po prostu wściec, a przy najbliższej okazji wygarnąć zadufanie i hipokryzję. Ktoś, komu można było przypisać motywację wyłącznie pragmatyczną.
– Rei…? – Miguel chwycił się ostatniej deski ratunku…
– Oni obaj – …która jednak, w sumie zgodnie z przewidywaniami, została mu brutalnie wyszarpnięta z dłoni.
Musiał odstawić szklankę, bo czuł, że zaraz ją upuści.
Bez emocji, powtarzał sobie. To nie jest sprawa Johnny'ego. To nie jest niczyja sprawa. To tylko twoja głowa i twoje fantazje o byciu prawą ręką podziwianego człowieka. Nic więcej.
Ukrył twarz w dłoniach, wiedząc, że traci nad nią kontrolę. W głowie wciąż uparcie powtarzał mantrę, aż nie zorientował się, że tylko wpycha go ona głębiej w rozpacz.
Tak, to była rozpacz. Nad dawno rozlanym mlekiem.
Nagłe ciepło i zapach drugiego ciała to były ostatnie rzeczy, jakie spodziewał się teraz poczuć. Ale nie uderzyła go potrzeba, żeby przed nimi uciec. Spadał. Tonął i chciał, by ktoś przytrzymał go na powierzchni.
– Przykro mi, Miguel – jeszcze dziwniejszy był fakt, że głos Johnny'ego drżał.
– Nie przejmuj się, to…
Uścisk się wzmocnił i Lavalier nie dokończył. Nie byłby już zdolny do przeciśnięcia przez gardło nawet jednego słowa. Ale to Szkot rozpłakał się pierwszy. Może był bardziej zaprawiony, niż na to wyglądał.
A może przeżywał to bardziej, niż ktokolwiek uważał za możliwe.
Przecież nie był bezrozumnym służbistą, a raczej lojalnym przyjacielem. To nie tak, że nie myślał i nie rozumiał konsekwencji podejmowanych wyborów. To nie tak, że pozostawał ślepy na inne możliwości. Nie lubił okazywać uczuć, nie mówił o nich i nie analizował, ale to wcale nie oznaczało, że nie istnieją. Gdyby nie istniały, nie potrafiłby dochować takiej wierności Robertowi.
Miguel wysupłał ręce z uścisku i objął nimi szerokie plecy Szkota. Nim przemyślał sprawę, już gładził je uspokajająco, najpierw całą dłonią, a potem tylko palcami wzdłuż dwóch długich blizn. Ten gest działał dziwnie uspokajająco także na niego.
– Przepraszam – wyszeptał, doszedłszy do wniosku, że znów może mówić. – Dla ciebie to też posrane.
Johnny wychylił się nieco, sięgnął po do niedawna jeszcze jego szklankę i wychylił whisky duszkiem.
– Kurwa – skomentował, wycierając palcami oczy.
– W sumie ulżyło mi, że też to czasem robisz. – Miguel usiłował się uśmiechnąć i może nawet coś z tego wyszło, chociaż nie miał całkowitej pewności.
– Czasem – podkreślił Szkot.
Chciał wstać z oparcia fotela, ale Lavalier chwycił go za rękę.
– Nie – powiedział. – Tak… było dobrze. Nie wiem, czy się jeszcze powtórzy, więc daj mi chwilę.
Johnny nie protestował. Pozwolił ponownie się objąć i oprzeć głowę o swoją pierś. Miguel przymknął oczy, słuchając oddechu i serca, wodząc palcami po bliznach i wyobrażając sobie, że to może trwać, choć pewnie siedzenie na poręczy fotela nie należało do najprzyjemniejszych i powinien już puścić Johnny'ego.
Nie zdziwił się szczególnie, gdy poczuł palce przebiegające po jego włosach. Nie zdziwił się i nie zastanawiał nad niczym, bo ten gest wydawał się tak zwodniczo naturalny, jakby Johnny robił to już wielokrotnie.
Może robił. W tym idealnym świecie, który istniał tylko w głowie Lavaliera i który usiłował wtłoczyć w ramy realnego.
A może robił, choć nie w ten sposób. A tylko tym, jaki był, jak się zachowywał, jak tęsknił, jak patrzył i jak szczerze się ucieszył, gdy zobaczyli się ponownie po kilku miesiącach rozłąki. Może tym, jak łatwo wszedł w konwencję radiotelegraficznych żartów, które potem przenieśli na grunt rozmów twarzą w twarz.
Jego bliskość w każdym razie była dobra. Była jak bliskość płomieni. Ciepła i wszechogarniająca. Napełniająca przekonaniem, że wszystko jest na swoim miejscu i istnieje siła, do której zawsze można się odwołać. Istnieje światło.
Miguel wyciągnął ostrożnie koszulę Johnny'ego ze spodni i wsunął dłoń pod materiał. Chciał poczuć tę skórę bezpośrednio. Chciał poczuć jej ciepło i blizny układające się w jego głowie w kształt płomieni. Tak samo drżały. Tak samo falowały w rytmie szybkiego oddechu. Plecy Szkota pokryły się gęsią skórką, a serce biło głębokim, mocnym rytmem.
– Nie jestem pewien… – wychrypiał.
Miguel zabrał dłoń. Nagle wydała mu się zimna i skostniała. Była jak kamień.



Ettaler Forst
Jurij zaciskał dłonie na krawędzi umywalki coraz mocniej, pochylał się coraz niżej, aż wreszcie poczuł, że jego kolana tego nie wytrzymują. Ale kaszel nie chciał ustąpić. Wzmagał się tylko, przekraczając daleko granicę tego, co Ivanow uważał za bezpieczne. Z trudem przychodziło mu łapanie pojedynczych, bolesnych oddechów między spazmami. Krew ciekła z nosa, ale nie był w stanie jej nawet obetrzeć, bo palce przywierały kompulsywnie do ceramiki. Osłabione mięśnie zaciskały się w rytmie kolejnych ataków i wydawało się aż dziwne, że umywalka jeszcze nie pękła.
Nogi ugięły się pod Rosjaninem i uderzył kolanami o posadzkę. Zamiast kolejnego oddechu usłyszał tylko świszczący dźwięk. Miał wrażenie, że do płuc nie dostała się nawet odrobina powietrza.
Leki. Powinien wziąć leki i to natychmiast, tylko że podróżny zapas, jaki wziął ze sobą, opuszczając Moskwę, skończył się dawno temu, a butelki i blistry w Opactwie nie były dość dobrze opisane, by miał pewność, co bierze, więc mogło go to zabić znacznie szybciej niż pominięcie dawek.
Na dwie sekundy przed tym, jak wreszcie udało mu się zaczerpnąć powietrza, pomyślał, że wreszcie się doigrał i przynajmniej jego wątek kończy się na podłodze kibla.
Gdzie jednak – nie zamierzał zapominać o tym nawet na moment – umierał wolny.
Wyglądało jednak na to, że los postanowił jeszcze odroczyć wyrok. Jurij oddychał, a po kaszlu został tylko rozpierający klatkę piersiową ból płuc. Drżąca, słaba jak u dziecka dłoń wreszcie powędrowała pod nos i otarła spod niego krew. Głowę wypełniały już tylko przekleństwa.
Minęła dłuższa chwila, nim Rosjanin uznał, że jest gotów wstać i usiąść na klapie od kibla – na początek chociaż tyle. Wczołgał się na nią, cały drżący, i oparł czoło o ręce. Głowa też napierdalała niemożliwie, huczało w niej echo kolejnych ataków. Niemożliwe, by ktoś tego nie słyszał. Niemożliwe, by Jurij zdołał się ukryć z powoli zabierającą go śmiercią.
Dotarło to do niego zupełnie nagle.
Nie pamiętał, by kiedykolwiek śmiał się w ten sposób. Nie pamiętał, by kiedykolwiek przyszło mu do głowy, że może to robić. Jego ciało znów zgięło się wpół zaskoczone własną reakcją, nieużywane dotąd mięśnie odpowiedziały bólem. Bolały też podrażnione kaszlem płuca, a po policzkach i brodzie spływały łzy przedziwnej ulgi.
To było to.
Pozwalali mu odejść z honorem i uświadomił sobie niespodziewanie, jak mocno i od jak dawna o tym marzył. Nic tak naprawdę nie miało znaczenia – nic, czym szargał sobie nerwy od tygodni. Nawet utrata Wolborg. Nawet Kai.
Liczyło się jedynie to, że wreszcie i naprawdę mógł zdjąć zaciśniętą wokół szyi obrożę.



Dearc-Luachrach – Słońce, wybierasz się dokądś?
Przełknął przekleństwo i zamarł zgięty nad rozbebeszoną i tak prawie pustą torbą, bo co niby miałby do niej wrzucić, skoro niczego nie posiadał.
Nie to, że zamierzał odejść zupełnie bez pożegnania. Ale jednak liczył na to, że zdąży ułożyć w głowie jakieś słowa wyrażające przeprosiny i przynajmniej połowę wdzięczności, jaką był winien pani McGregor za gościnę.
– Ja… Przepraszam, to taka nagła sprawa – bąknął, nie patrząc jej w oczy, i zapiął zamek błyskawiczny. – Muszę pilnie wrócić do siebie.
– To znaczy za ocean?
– Tak.
Patrzyła na niego z mądrością i doświadczeniem kobiety, która niejedną bajerę już słyszała, więc uznał, że nie będzie brnął w wyjaśnienia dalej. Zresztą nie chciał jej okłamywać. Nikogo nie chciał okłamywać, a zwłaszcza siebie, i w tym leżał główny problem.
Usłyszał ciche westchnienie.
– Źle robisz – oceniła pani McGregor i wiedział już, że został przejrzany na wylot. – I powiedziałabym ci dokładnie to samo, gdyby nie chodziło o moje dzieci.
Moje dzieci – miała na myśli oboje, Johnny'ego i Emily. Jej dzieci.
Odwrócił wzrok i poczuł, że coś rośnie mu w gardle. Pojedynczy klucz ziębił pod koszulką, zawieszony na szyi jak amulet.
– Proszę mi tego nie utrudniać – powiedział cicho. Wpakował palce pod okulary, żeby przetrzeć oczy.
– Co mam im powiedzieć?
– Że… – Że przeprasza, że dziękuje, że nie może tak, że nie potrafi się znieść w tej roli, że w ogóle nie potrafi się znieść i nie widzi niczego, kiedy patrzy w przyszłość. – Niech im pani nic nie mówi.
Zacisnęła usta i skinęła głową.
– Podrzucę cię do miasta – zaproponowała.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 29 stycznia 2018, 14:15

Co to w ogóle za zakończenie rozdziału jest? ._.
Ja tu cierpię!
W ogóle - pięknie ta scena rozmowy chłopaków wyszła.
Jurij - napawa mnie to smutkiem, ale tak dobrze rozumiem jego śmiech.
Nie powiem wiele więcej. Widzę to trochę, jak przesunięcie pionków po kraksie. Teraz czekam na zderzenie ostateczne.
Nie powiem wiele więcej, bo czytam dla rozrywki, dla emocji, które we mnie wywołują konkretne wątki i to dostałam. I dziękuję.
:nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1825
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 30 stycznia 2018, 10:53

1/2
Dziękuję :bag:
Przedostatni. W ostatnim jest rozwałka. Przysięgam.

ROZDZIAŁ XXXII
HE SAID I NEED TO GROW UP. I WAS SPEECHLESS. IT’S HARD TO SAY ANYTHING WHEN YOU HAVE 45 GUMMY BEARS IN YOUR MOUTH



Trzy miesiące później
Ettaler Forst

W serialach to wyglądało inaczej. Kobiety po prostu budziły się pewnego słonecznego poranka, zjadały kubeł lodów, zagryzały rybą i popijały sokiem pomarańczowym, a potem parę sekund znaczącego ujęcia wisiały nad kiblem i rzygały jak gejzery z ADHD. I już wszyscy wiedzieli, co jest grane.
Prawdziwe życie okazało się bardziej podstępne i właściwie gdyby nie fakt, że jakieś testy ciążowe i tak były w łazienkowej szafce, bo wobec niechęci do lekarskich wizyt Johnny za ich pomocą kontrolował własne zdrowie, Emily pewnie nie wpadłaby na pomysł, że tego właśnie potrzebuje, skoro spóźnia się jej okres.
Na dwie niebieskie kreski gapiła się całkowicie otępiała dobre pół godziny, a kiedy wreszcie wstała, odkryła, że nogi ma ulepione z plasteliny.
Z największym trudem dotarła z łazienki do swojego gabinetu – odniosła wrażenie, że po drodze obiła się o wszystkie możliwe ściany, futryny i meble. Opadła na fotel ciężko, jakby to był już dziewiąty miesiąc, i głośno wypuściła powietrze. Kilka powolnych mrugnięć później mechanicznym, bardziej wyuczonym niż świadomym ruchem otworzyła laptopa i nim zorientowała się, co robi, puściła listę filmików ze śmiesznymi kotkami.
Przez pięć pierwszych w ogóle nie wiedziała, gdzie jest i co robi, potem wydała z siebie kilka dziwnych pomruków jak odpalający mały silnik, aż wreszcie zaczęła się śmiać. I śmiała się dłużej, głośniej, niż to miała w zwyczaju, puchate nieszczęścia na czterech łapach stroiły miny, ganiały za rzeczami, utykały i spadały, a ona śmiała się do łez, jak opętana, niemal histerycznie, aż ból mięśni brzucha nie powiedział jej, że coś jest nie tak.
Zatrzasnęła laptopa i opadła łokciami na blat biurka.
– Jezu… – jęknęła, ukrywając twarz w dłoniach, a potem przeciągając nimi po oczach i policzkach z całej siły.
Nie pomogło. Nie obudziła się, choć na tyłach głowy rosło to przedziwne wrażenie, że łazienka, z której wróciła, leży w odległej galaktyce, a testu wcale nie zrobiła godzinę temu, ale w jakimś innym życiu.
Będzie musiała mu powiedzieć.
A on będzie kazał jej zostać.
Sama też podjęłaby taką decyzję, bo wszystkie inne opcje niosły za dużo ryzyka, ot, choćby powikłań czy wykrwawienia się w kokpicie mecha, ale to nie miało żadnego znaczenia.
Ponownie otwierając laptopa, zauważyła, że drżą jej ręce. Chciała sięgnąć po papierosa, ale dłoń zamarła jej nad paczką jak jakaś surrealistyczna rzeźba.
Jestem w ciąży, przypomniała sobie, jakby mogła zapomnieć chociaż na chwilę.
To tylko głupi test, podpowiadał jakiś inny, bardziej sceptyczny – a może bardziej naiwny – głos. Musisz to potwierdzić u lekarza.
Wściekłym ruchem zgniotła opakowanie i wyrzuciła je do kosza, a potem jeszcze długą chwilę wpatrywała się tępo w ścianę, nim wreszcie otworzyła pliki z projektem protez dla Mao. Musiała się czymś zająć, żeby nie zwariować, a najlepiej wrócić do tego, co przerwała nieszczęsną wyprawą do łazienki.
Oczywiście nie było najmniejszych szans, żeby protezy były gotowe na Odessę. Projekt miał status mocno przyszłościowego, a Kon oświadczyła, że jest w stanie poczekać, ile będzie trzeba. To był jej pomysł. Rzuciła nim, gdy tylko zobaczyła mechy na własne oczy i dowiedziała się w skrócie, na jakiej zasadzie działają. Emily pamiętała tamten moment, gdy Chinka stała obok niej w ekstrawaganckiej fryzurze, jaką zamaskowano szalone cięcie z Opactwa, zalana słonecznym blaskiem wpadającym do otwartego hangaru i ogólnie wyglądająca raczej jak bogini wojny, a nie rekonwalescentka i kaleka.
– To tak jak proteza Reia – rzuciła w końcu.
A gdy York poprosiła o wyjaśnienia, zaczęła opowiadać o tym, że noga jej męża została jakoś połączona z energią Bestii, dzięki czemu możliwe jest jej zasilanie wytwarzaną przez nią elektrycznością i pełna funkcjonalność. Po słownictwie, jakiego Chinka używała, i po ilości myślowych skrótów wywnioskowała, że niewiele wie ona na temat technicznych szczegółów przedsięwzięcia i faktycznie – nie wiedziała. Ani ona, ani Rei nie mieli odpowiedniego wykształcenia, co jednak wcale nie stanowiło wielkiej tragedii. Ot, znaczyło tyle, że Emily będzie potrzebowała nieco więcej czasu, żeby odtworzyć szczegóły. Bo tak, widziała tę ścieżkę możliwego rozwoju. Widziała potencjał. A przekaz całego wywodu był jasny – Mao też myślała o takich protezach. Chciała mieć dłonie, które będą przynajmniej tak sprawne jak te utracone, obcięte bestialsko przez Borysa Kuzniecowa, o czym nie omieszkała wspomnieć.
Kwestia była skomplikowana z dwóch powodów. Po pierwsze, chodziło o stawy znacznie bardziej skomplikowane niż kolanowy i skokowy. Potrzebny był znacznie wyższy poziom kontroli nad nimi i znacznie większa precyzja ruchów. Po drugie, Bestia nie ułatwiała sprawy. U Reia wszystko wydawało się stosunkowo proste – Bai Hu wytwarzał elektryczność i modyfikował tę w organizmie występującą. Podłączenie do niego układu wydawało się wręcz naturalną konsekwencją. Energia Galux była trudniejsza do uchwycenia i trudniejsza do wykorzystania, ale Emily miała już pewne doświadczenia z wgrywaniem w pamięć komputerów pokładowych Bestii ognistych i wodnych, opracowała też przecież procedury dla Bestii wiatru, choć nigdy z niej ostatecznie nie skorzystała. Wierzyła więc, że znajdzie jakieś rozwiązanie i w tym wypadku.
Może właśnie to była odpowiedź – elektronika.
Może.
– No to będziemy miały więcej czasu dla siebie – syknęła York ze złością, przeglądając wyplute przez komputer analizy pierwszych symulacji. – Mogło się spierdolić coś jeszcze?
Mao bowiem też nie ruszała do Odessy. Nie z powodu swojego kalectwa, bo przez wiele lat tak lekceważony dar okazał się w istocie morderczy i Chinka z pewnością nie potrzebowała dłoni ani do tego, żeby atakować, ani do tego, żeby się bronić. Nie. Zostawała, bo chciała zostać. Bo jasno oświadczyła, że dla niej sprawa Kaia jest w pewien sposób zamknięta, nie poczuwa się do zemsty i interesowało ją jedynie zawrócenie biegu historii, czego zrobić nie była w stanie. Otwarcie mówiła, że ma inne cele i będzie do nich dążyć choćby wbrew własnemu mężowi.
Chodziło oczywiście o ich zaginionych synów. Pani Kon dała się przekonać, że nie powinna ściągać uwagi na siebie i męża, póki nie zacznie się ostatecznie odliczanie do spotkania w Odessie i Kai nie zamknie sobie dróg odwrotu. Po upływie tego terminu jednak zamierzała działać, a Robert zgodził się udostępnić jej część swoich kanałów wywiadowczych z mocno ograniczonej po śmierci Oliviera, ale nadal dość skutecznej siatki.
A gdyby wszystko poszło nie tak i Hiwatari wygrał na wszystkich polach, Mao miała też nie pozwolić rozpaść się temu, co zostało zbudowane, i spróbować przynajmniej ocalić tych, którzy mogli zasłużyć sobie na jego zemstę.
I tyle. Po postu tyle.
Emily nigdy nie chciała zacząć należeć do tej ostatniej grupy. Zakładała, że albo zwyciężą, albo zginie w Odessie i nie będzie musiała się niczym martwić.

*

Milczeli. Po prostu siedzieli obok siebie, oboje ze zwieszonymi głowami i wpatrzeni w podłogę, i żadne nie zadawało oczywistego pytania, wokół którego krążyły ich myśli.
– Jakoś sobie poradzimy – rzucił w końcu Johnny zupełnie bez sensu, zwłaszcza że jego głos nie zdradzał specjalnego przekonania.
– Jak? – prychnęła Emily. – Świat się wali, ty jedziesz do Odessy, nie mam pojęcia, co robić, jak się zachowywać, nie wiem nawet, co o tym myśleć – mówiła coraz szybciej i szybciej, ale ruch narastał jakby tylko w jej wnętrzu, bo ciało nawet nie drgnęło – nie wiem, jak się nie bać, nie wiem, jak nie myśleć teraz o sobie i o tym, że mogę zostać sama, co mi grozi. Już nawet nie potrafię martwić się o ciebie jak dawniej. To, jak martwię się teraz… to okropne. Samolubne.
– To hormony.
– Nie jestem, kurwa, żadnymi hormonami! Chcę być sobą! – głos skoczył jej w górę. Bezruch przełamała o tyle, że zamrugała i po jej policzkach spłynęły łzy. Nie ocierała ich długo, jakby w ogóle nie zauważała. – Chcę, żeby było…
Nie dokończyła, ale przecież Johnny doskonale wiedział, co padłoby jako kolejne.
Chciała, żeby było jak dawniej. Ale nie mogłoby być, niezależnie od rozwoju wypadków.
Źle się z tym czuł i Emily źle czuła się z myślą, że kiedy zostali we dwoje, kiedy pozornie najlepszym wyjściem wydawało się odtworzenie starego układu i próba podejścia do niego z nową dojrzałością, urodzi być może nie jego dziecko.
O zniknięciu Miguela nie rozmawiali za dużo. Raz tylko York wyrzuciła z siebie parę zdań bez kontekstu zdradzających, że sporo o tym myślała, ale poza tym nie pozwalała się podejść.
– Wiedziałam, że tak będzie, bo nigdy do nas tak naprawdę nie wrócił – powiedziała wtedy. – Może nigdy tak naprawdę nie wyszedł z więzienia.
Johnny nie dopytał, co dokładnie ma na myśli. I na tym właściwie temat się skończył. Z wielu różnych przyczyn. Z powodu złości, zranienia, trudności z oceną sytuacji. Może kiedyś, może po zamknięciu spraw w Odessie, jeśli wszystko skończyłoby się w miarę szczęśliwie, wątek by wrócił.
Nikt jednak nie spodziewał się, że stanie się to wcześniej i w taki sposób.
– Zrobię wszystko, żeby przeżyć – obiecał McGegor.
– Nie – pokręciła głową Emily. – Zrobisz wszystko, żeby pokonać Kaia i ochronić Roberta. I tak właśnie będzie dobrze.
Zacisnął zęby, aż rozbolała go szczęka. Nie potrafił jednak znaleźć odpowiedzi, bo York zwyczajnie miała rację. Nawet gdyby tego od niej nie usłyszał i gdyby nie zabrzmiało to jak polecenie, pewnie w kluczowym momencie złamałby własną obietnicę. I ona o tym wiedziała. I mimo całego lęku o siebie, nie chciała stawiać go w konflikcie lojalności. Nie chciała, by zatarły się jego priorytety.
Poczuł nagłą potrzebę, żeby powiedzieć jej, jak to docenia, ale może moment nie był najlepszy. Emily nie oczekiwała pochwał, a tylko przestrzeni, która pozwoli jej utwierdzić się w swoim własnym stanowisku.
McGregor milczał więc i tak milczeli oboje, patrząc na rozciągające się u stóp tarasu świerkowe szczyty. Ale w jego głowie już kiełkował plan. Bo nie, nie zamierzał się poddać i pozwolić rzeczom ułożyć się w ten sposób. Być może dziecko nie było jego, ale żona i przyjaciółka owszem, więc nie potrafiłby tak po prostu zostawić jej za sobą.
– Do Odessy ruszamy za dwa tygodnie – wyrzucił z siebie w końcu – zdążę obrócić.
– Obrócić? – Emily spojrzała na niego zdziwiona i z pewnym zadowoleniem zobaczył, że przestała płakać.
– Do Argentyny. Czarterem dam radę.
– Nie rób tego – powiedziała na wydechu.
– Dlaczego?
– Po prostu nie rób. Nie…
Emily zawiesiła się, przetarła wilgotne policzki dłońmi i wróciła do obserwowania świerków, jakby nigdy nie urwała zdania.
– Nie wiem, czy chcę go widzieć – dokończyła jednak. – Nie wiem, czy nawet gdyby wrócił, to ja chciałabym jego pomocy. Odszedł dwa razy. Dwa razy, Johnny. Możesz dać mi gwarancję, że nie zrobi tego po raz trzeci?
Tak naprawdę nie mógł, choć wierzył w to, że ten rodzaj odpowiedzialności coś wreszcie przestawiłby w jego mózgu – pewnie nie od razu naprawił, ale może chociaż włączył jakieś wyraźnie niefunkcjonujące tryby i posadził wreszcie na dupie w jednym miejscu.
– Nie mogę na nim polegać – mówiła dalej York. – Nigdy bym nie mogła i wreszcie to zrozumiałam. To nie tak, że ta relacja potrzebowała czasu, żeby okrzepnąć. To by się nie zmieniło i każdego dnia zastanawiałabym się, czy nie zostaniemy sami. Nie chcę robić tego ani sobie, ani dziecku.
– Ale…
– Wiem, co chcesz powiedzieć. To załatwię sama. Kiedy nadejdzie czas.

*

Z dnia na dzień Robert spał coraz gorzej. Nigdy wcześniej nie miał podobnych problemów. Owszem, zdarzało mu się niejednokrotnie, że miał trudności z samym zaśnięciem, zwłaszcza gdy stres trzymał go za gardło albo gnębiły niepokojące myśli i nawet w łóżku jego umysł usiłował znaleźć rozwiązanie. Owszem, wiele razy także wstawał w środku nocy, przekonany, że oto musi iść do gabinetu i zająć się dokumentami lub czymś podobnym – zwłaszcza w tym intensywnym okresie, gdy walczył o stanowisko sekretarza generalnego.
Nigdy jednak nie dręczyły go koszmary.
Wręcz przeciwnie – zwykle nie pamiętał swoich snów i podejrzewał, że w ogóle może ich nie mieć, choć podobno to niemożliwe. Od zawsze trudno było mu pojąć tę całą mitologizację zjawiska. Dla niego nocny wypoczynek równał się kompletnej nieświadomości między zamknięciem oczu a ponownym ich otworzeniem i niczemu więcej. Clara śmiała się zresztą z niego czasem, że mógłby spać na ławce i pewnie by nie spadł, bo prawie w ogóle się nie rusza. Robert poczytywał to sobie za swego rodzaju komplement i w sumie był zadowolony z faktu, że nawet we śnie jego ciało i umysł zachowują się w sposób godny i zdyscyplinowany. Nie czuł też, by cokolwiek tracił, pozbawiony pamięci o absurdalnych przypadkowych obrazach, w których pogubieni ludzie próbowali czasem szukać sensu albo znaków przyszłości.
A teraz doszło do tego, że na myśl o pójściu do łóżka, zaczynał się pocić i szybciej biło mu serce. Bał się tego, co czekało na niego poza jawą.
Oczywiście nikomu się do tego nie przyznał, bo uważał to jednak za dość uwłaczające. Jakkolwiek przerażające by nie były, to nadal pozostawały tylko losowe skojarzenia generowane przez wypoczywający mózg – nic, co stanowiło realne zagrożenie. To jak banie się potwora spod łóżka lub z szafy, a na to Jürgens zawsze czuł się za stary. Powtarzanie sobie tego jednak nie pomagało. Świadoma część umysłu nie potrafiła przejąć kontroli nad nieświadomą i gdy zapadał zmierzch, Robert zaczynał myśleć obsesyjnie o tym, co go czeka.
Próbował pracować do późna – tak intensywnie, by zmęczenie nie pozostawiało mu wyboru – ale to też nie zdawało egzaminu do końca. Może czasu na strach pozostawało mniej, ale Robert i tak budził się wcześnie, najczęściej wyrwany ze snu jakimś potwornym obrazem, zlany potem i jeszcze bardziej zmęczony niż nocą.
Nawiedzały go różne maszkary. Częstym motywem byli oczywiście martwi członkowie rodziny, a w niekiedy sny próbowały wmówić Robertowi, że Josie także zginęła lub że porwano ją, zawieziono do Opactwa i tam przerobiono na żywą pułapkę. Ze dwa razy pojawił się także Olivier. Sprawiał wrażenie, jakby próbował przed czymś ostrzec Niemca, ale miał zaszyte usta. Były też piece, kadzie pełne wody i nieskończenie długa droga przez otaczający posiadłość w Ratyzbonie park, którą Jürgens pokonywał mozolnie tylko po to, by zamiast domu odnaleźć zgliszcza i rozgrywające się na nich jakieś makabryczne sceny, często z udziałem tych, którzy na jawie jeszcze żyli.
I niemal zawsze występował w nich Balkow – jako łowca, jako sprawca, jako figura wyśmiewająca każdą nieudolną próbę zapobieżenia tragedii.
Robert nie wiedział, co jest powodem takiego stanu rzeczy. Może część winy ponosił stres związany z przygotowaniami do spotkania w Odessie, gdzie miał skonfrontować się nie tylko z Kaiem, ale też właśnie najprawdopodobniej ze swoim ojcem – trudno mu było sobie wyobrazić scenariusz, w który Hiwatari nie zagrywa tej karty. Prawda była jednak taka, że i wcześniej przeżywał olbrzymie napięcia nerwowe, a nigdy nie objawiały się one w ten sposób. Więc co? Połączenie? Badania wskazywały na powiększającą się pojemność płuc i wzrost poziomu tlenu we krwi. Czy to mogło mieć jakiś wpływ na pracę mózgu? Na zapamiętywanie snów? Jürgens nie miał pojęcia, a też nie wyobrażał sobie, że kogokolwiek o to pyta.
Po prostu musiał znaleźć jakiś sposób na radzenie sobie z problemem i chyba zaakceptować go jako skutek uboczny Bestii. W końcu każdy z Połączonych cierpiał na jakieś dolegliwości, a ta może wcale nie należała do najgorszych, choć Robert oczywiście wolałby myśleć efektywniej po dobrym wypoczynku.
I tym razem także kładł się strategicznie wymęczony wcześniejszą pracą i kolejnymi poprawkami w przemówieniu, jakie miał wygłosić jego sobowtór pod okiem Hiromi, podczas gdy on będzie w Odessie, a potem przeglądaniem planu miasta, nad którym ledwie parę dni temu Johnny i Jurij stoczyli prawdziwą bitwę rudych temperamentów, usiłując ustalić szczegóły przebiegu akcji. Bolała go przeładowana informacjami głowa, piasek pod powiekami zdawał się pęcznieć, a mięśnie ledwie zdolne dotransportować go do sypialni – to był kolejny skutek uboczny, że wciąż za szybko i nieadekwatnie się męczyły.
Wydawało mu się, że wszystko zadziałało, jak należy, i że nie będzie miał wiele czasu na zmartwienia.
Ledwie jednak przyłożył głowę do poduszki, z senności wyrwał go potężny rumor dochodzący zza ściany. Nie brzmiało to jak coś, co można po postu zignorować, więc Robert odsunął kołdrę i spuścił nogi z łóżka. Wyszedł na zalany ciemnością korytarz – nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek poza nim się przebudził i zamierzał sprawdzić źródło hałasu. Co mogło być tak złą, jak i dobrą wiadomością, ale z pewnością nie zaskakiwało – było już bardzo późno, większość personelu zapewne ciężko odsypiała intensywny dzień, a prywatną kwaterę Jürgensa ulokowano nieco na uboczu, za magazynami, by miał względny przynajmniej spokój w bazie przeznaczonej do prowadzenia badań, a nie pełnienia funkcji mieszkania dla grupy w tym momencie już niemal pięćdziesięcioosobowej.
Robert przeklął w myślach brak broni, ale zaraz uspokoił się konstatacją, że przecież od dobrych trzech, czterech tygodni intensywnie ćwiczy swoje umiejętności bojowe i w razie czego powinien umieć z nich skorzystać – najwyższy czas, żeby im zaufał, skoro miał na nich polegać w Odessie.
Jeśli się nie pomylił, hałas – powtórzony jeszcze dwa razy – dochodził z niewielkiego pomieszczenia sanitarnego umieszczonego przy magazynach. Uchylone drzwi i mdła, słaba smuga światła kładąca się na podłodze mogły potwierdzać te przypuszczenia.
Przyczaił się pod progiem, jak kiedyś uczył go Johnny, i próbował dalszym nasłuchiwaniem ocenić sytuację. To wydawało się mało prawdopodobne, żeby ktoś zdołał się przedrzeć do Ettaler Forst, ale Robert doskonale wiedział przecież, że wewnątrz znalazło się już dość potencjalnych punktów zapalnych. Bardzo starał się nie dopuszczać do głosu pokonanej tak niedawno paranoi, która kosztowała życie jego bliskich i najlepszego przyjaciela. Nie oznaczało to jednak pogrzebania zdrowego rozsądku i ignorowania miejsc, gdzie potencjalnie interesy wszystkich współpracujących nad pokonaniem Kaia wciąż mogły się wzajemnie wykluczać.
W końcu nie było aż tak nieprawdopodobne, że po Odessie jednak nastąpi jakiś ciąg dalszy.
Z pomieszczenia doszedł szmer i jakiś niewyraźny, ochrypły jęk. Robert uświadomił sobie, że zna ten głos i uświadomił sobie, co cała ta sytuacja może oznaczać.
Jurij. Pewnie znów cierpiał i pewnie znów próbował przed wszystkimi to ukryć, aż uciekł tu, do magazynów, w nadziei, że nie zostanie znaleziony.
Robert nie zwlekał dłużej, tylko po prostu wszedł do pomieszczenia. I faktycznie zobaczył Ivanowa siedzącego na podłodze, a właściwie półleżącego i opartego plecami o metalową szafkę. W półmroku rozpraszanym jedynie przez pomarańczowy blask lampki awaryjnej błysnęły jego dzikie oczy pełne wściekłości i rezygnacji. Kolejne szczegóły dobierały do Jürgensa wraz z wzbierającymi falami niepokoju. Uświadomił sobie, że podłoga jest mokra, że drzwiczki innych szafek są pootwierane, a ich zawartość wyrzucona na środek, że w kątach walają się plastikowe kanistry.
I – nade wszystko – że całe pomieszczenie intensywnie cuchnie alkoholem.
Pił, dotarło do Roberta i myśl ta wbiła się w jego kręgosłup setką szpil. Pił, przerwał abstynencję, teraz wpadnie w ciąg, załamie się i to będzie jego koniec. Nie pojedzie do Odessy, nie pomoże w zlikwidowaniu Kaia i jego ludzi, nie umrze na polu walki, a w jakimś kącie, zachlany na śmierć trującym metanolem.
Jürgens zdążył poczuć gniew – rozpłynął się on po jego kościach i zmęczonych mięśniach – gdy pomyślał o wszystkich konsekwencjach, jakie to za sobą pociąga. O tym, jak wiele Sabaka przegrywał, ulegając swojej słabości.
Jurij zaśmiał się chrapliwie, jakby odczytywał jego myśli.
– Nie patrz tak – wycharczał – nie jestem pijany.
Robił to od jakiegoś czasu – to, znaczy śmiał się, o ile dźwięki wydobywające się z jego gardła można było nazwać śmiechem. Może Robert się mylił, w końcu nie znał go zbyt dobrze, ale wydawało mu się, że wcześniej nie słyszał nigdy, by Ivanow choćby zbliżał się do tych rejestrów ekspresji.
Efekt był mocno upiorny i raczej nie zawierał w sobie ani grama wesołości.
– Jurij…
– Nie, nie potrzebuję pomocy – odwarknął. – Najlepiej spierdalaj.
Robert zacisnął szczęki. Poczuł, że wgniata sobie ósemki w dziąsła.
– Obudziłeś mnie – rzucił z wyrzutem, gdy nic innego nie przyszło mu do głowy.
– Och, ojej, tak mi przykro.
Nie do końca wiedział, co nim kieruje i co każe mu układać kanistry z powrotem w szafkach – puste, co odkrył, gdy zachwiał się, przygotowany na inny ciężar. Może po prostu chodziło o bałagan i kompulsywną potrzebę uporządkowania go. Może o dziwną sytuację, która wytrąciła go ze wszystkich znanych schematów, ale mózg nadal uparcie podpowiadał przejęcie kontroli i działanie. Choćby tak absurdalne.
– Co tu robisz? – spytał Niemiec, zamykając szafkę.
– Siedzę – odszczeknął bezczelnie Jurij. – Zaraz sobie pójdę.
I faktycznie próbował wstać, ale zachwiał się – czy to zakręciło mu się w głowie, czy też poślizgnął się na mokrej podłodze, grunt, że był bliski upadku, gdyby Robert nie zdążył go podtrzymać.
To zawsze było równie zadziwiające – jak Sabaka jest przy swoim imponującym wzroście lekki. Jakby składał się tylko z kości i twardych jak rzemienie mięśni okręconych wokół szkieletu. Robert pociągnął dyskretnie nosem, ale faktycznie zdawało się, że cały alkohol, jaki wyczuwa, to plamy na ubraniu, a w wydychanym powietrzu nie wyczuł nawet sugestii.
– Wylałeś to wszystko do odpływu? – spytał, kiedy jego zmęczony i nieco oszołomiony oparami mózg połączył wreszcie fakty, a Jurij zdołał się pewniej oprzeć o szafkę. Nie dostał odpowiedzi, ale właściwie jej nie potrzebował.
Właśnie, opary.
– Lepiej stąd chodźmy – zaproponował Jürgens.
Rosjanin łypnął na niego niechętnie i zmierzył wzrokiem, jakim ocenia się przeciwnika, a nie sojusznika.
– Bo…?
– Bo chyba nie powinieneś tu przebywać. Masz w ogóle odpowiednie przepustki?
– Myślisz, że to ma jakiekolwiek znaczenie?
No tak, zapewne nie miało. Schorowany czy nie, Jurij wciąż potrafił sprawić, by ludzie po postu schodzili mu z drogi.
– Myślisz, że cokolwiek ma znaczenie? – warknął jeszcze i Robert mimochodem zaczął się zastanawiać, czy nie jest już za późno i czy Sabaka nie zdążył się jednak odurzyć przez wdychanie parującego alkoholu. Kałuża na podłodze była jednak dość spora. – Patrzysz na mnie jak na wariata.
– Po prostu chodź. – Wskazał głową drzwi. – Porozmawiamy na zewnątrz, powinieneś się przewietrzyć.
– Patrzysz na mnie jak na wariata – albo mu się zdawało, albo Jurij mówił coraz bardziej bełkotliwie. – Myślisz, że ty nim nie będziesz? Będziesz, o ile już nie jesteś. Połączeni tak mają. Wszystkim odbija. Wszystkim i ty nie będziesz wyjątkiem.
Robert poczuł przeszywający chłód łapiący go za nerki, gdy pomyślał o swoich koszmarach. O paranoi, z którą walczył nadludzkim wysiłkiem.
– Pewnie masz rację – odparł. – Ale teraz już chodź.
Nie bez oporów wyciągnął wreszcie Jurija na zewnątrz – ten zatoczył się na futrynę i doprawdy trudno było ocenić, czy to przez jego stan, czy alkohol. Jürgens postanowił nie tracić skupienia na rozważanie możliwości przynajmniej do czasu, aż obaj nie znajdą się na świeżym powietrzu. Brama wjazdowa do magazynu została zamknięta na głucho, a Robert nie miał kodów pozwalających na jej otwarcie, bo w gruncie rzeczy nie on dowodził bazą, a Emily. Ostatecznie zawlókł więc Rosjanina do swojej kwatery, posadził na łóżku i po prostu otworzył okno najszerzej, jak się dało.
Zimne, wilgotne powietrze natychmiast wpadło do pomieszczenia, oblepiło ich twarze, zakradło się za kołnierze. Dopiero w tym momencie do Roberta dotarło, jak bardzo zdążył się spocić. Nie myślał jednak o możliwym przeziębieniu – za bardzo potrzebował świeżego powietrza.
A może to Gryffolyon go potrzebował.
– Kurwa…
Jurij za jego placami opuścił głowę i schował ją w ramionach. Robert kątem oka widział te wielkie, sine dłonie ściskające brutalnie czaszkę, drżące od wysiłku barki.
– Będziesz wymiotował? – spytał rzeczowo.
– Nie.
Skrzywił się, nie do końca przekonany, czy wierzy w to zapewnienie. Z drugiej strony, miał do czynienia z prawdziwym weteranem.
– Dlaczego to zrobiłeś? – drążył. – To zasoby bazy. Nie powinieneś.
– Wiem.
– Zatem…?
– Wkurwiłem się.
– Jurij. Wolałbym, żebyś był w Odessie w pełni sprawny i przytomny, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.
Dłonie zwinęły się w pięści, ostrzegając przed wybuchem zaledwie na ułamek sekundy przed tym, jak faktycznie nastąpił.
– Mówiłem, że nie piłem, kurwa! – wrzasnął Ivanow, a jeśli nie zerwał się z miejsca, to tylko dlatego, że przeszkadzał mu w tym jakiś potworny ból trzymający ciało w kleszczach. – Nie piję od jebanych siedemnastu lat! Siedemnaście lat! Masz pojęcie, ile to czasu?! Masz pojęcie, czego to wymaga?! Więc nawet się nie waż… nie waż…
Szarża i głos utonęły w tłumionym jęku, a ręce obejmowały już nie głowę, a klatkę piersiową. Sabaka skulił się i na jego czoło wystąpiły krople potu.
Robert obserwował go uważnie, ale w milczeniu, jedynie zaciskając usta. Zapewne należało po prostu przyjąć do wiadomości, że oferowanie pomocy Jurijowi donikąd nie prowadzi, bo nigdy nie przejdzie mu przez gardło jedno głupie „tak”.
Cóż, na tym polu obaj mogli się spotkać.

*

Dochodzące zza drzwi stuknięcie talerzyka o blat biurka powiedziało Hiromi, że Emily ma przerwę i całe szczęście. Nie to, żeby widziała problem we wparowaniu przyjaciółce w sam środek walki z jakimś opornym równaniem. Nie to też, żeby znajdowała szczególną przyjemność w drażnieniu lwa, ale sprawa była ważna i prawdopodobnie dość pilna.
– Emily. – Weszła bez pukania, bo w sumie w kontaktach z York robiła tak zawsze, a Amerykanka odwdzięczała się niejednokrotnie tym samym.
No, chyba że w pobliżu był Johnny. Taki błąd Tachibana popełniła tylko raz w życiu i potem pół roku walczyła z powidokiem włochatej szkockiej dupy pod powiekami.
Nigdy więcej.
– No.
– Chyba jednak powinnaś to zobaczyć.
Z wyraźnym żalem rozstała się z kanapką, do której włożyła wszystko, co przyszło jej do głowy, oraz niemal już tradycyjnie sardynki – trudno było nie poczuć – bo podobno są zdrowe i mają dużo czegoś tam, wytarła palce w roboczy, i tak poplamiony kawą fartuch a potem, przewracając oczyma, wzięła tablet, który Hiromi niemal siłą próbowała jej wcisnąć do rąk. Japonka nie mogła nie zadać sobie pytania, czy rudej naprawdę to smakuje, czy tak bardzo nakręciła się na ciążę, że teraz będzie przerabiać wszystkie znane jej z seriali objawy, niezależnie od tego, czy rzeczywiście je ma i czy nadszedł na nie czas.
– Jezu, serio…? – stęknęła, widząc artykuł, a pod nagłówkiem zdjęcie Judy Jones.
– Czytaj – poleciła Tachibana.
– A ty się nawet nie waż palić. – Emily zmierzyła krytycznie jej rękę sięgającą do kieszeni spodni i gdyby wzrok mógł spopielać, Japonka z pewnością nie miałaby już palców.
Westchnęła, ale że, po pierwsze, nie była głupia, a po drugie, sama parę lat temu została matką, nawet nie pomyślała o proteście, a raczej sama zganiła się w duchu za zapominalstwo. Ale cóż, nie jej jednej York w ciąży wydawała się konceptem co najmniej kosmicznym.
Gdzie to się w ogóle w niej zmieści?, myślała Hiromi, dyskretnie taksując spojrzeniem dziewczęcą sylwetkę przyjaciółki, totalny brak brzuszka czy boczków oraz wąskie biodra.
Marszczyła rude brwi, przebiegając wzrokiem po linijkach tekstu – najpierw z irytacji, a potem, było widać tę zmianę wyraźnie, już w skipieniu. Litery odbijały się w szkłach raz czy drugi nerwowo poprawionych okularów, nos zmarszczył.
– Oszalała – podsumowała w końcu profesor na wydechu, odkładając tablet. – Oczadziała do reszty.
– I tylko tyle? – Hiromi trudno byłoby w to uwierzyć.
– Nie, kurwa! – Emily nagłym, jakby wściekłym gestem odepchnęła się od biurka i odjechała wraz z krzesłem na środek pomieszczenia. Plastikowe kółka zaskrzypiały paskudnie. – Gdyby to była prawda… Ale, kurwa, nie jest! Nie może być!
–Bo?
– Bo technologie tak po prostu nie spadają z nieba, Hiromi! – York zacisnęła dłonie na poręczach i wychyliła się do przodu, jakby zamierzała wstać, czego jednak nie zrobiła. – Ktoś musi je wymyślić! A potem stworzyć! Muszą być możliwości, materiały, urządzenia, a tego nie ma! Nie może być! Jesteśmy jakoś, nie wiem, pięćdziesiąt lat kosmicznie szybkiego rozwoju od czegoś podobnego! Założenie, że ktoś mógł to zrobić w latach dziewięćdziesiątych czy osiemdziesiątych zakrawa na absurd. Wiesz, jak wtedy wyglądały komputery?!
Najgorsze w tym wszystkim było to, że faktycznie miało sens. Że faktycznie było brakującą teorią do praktyki, jaką Emily uprawiała od paru lat. Tłumaczyło w stu procentach zachowanie oprogramowania mechów po tym, jak wgrano w pamięć komputerów pokładowych Bestie. Tłumaczyło w stu procentach możliwość tworzenia replik i sprzęgania umysłów ludzkich z wytwarzanymi w Opactwie syntetykami. Tłumaczyło wszystko.
Tylko że nie mogło być prawdą.
– Ale właściwie dlaczego? – spytała Emily ściany, na której wyrysowała flamastrem parę schematów, na szybko wyrzucając z siebie zbyt skłębione myśli. – Tylko dlatego, że TY nie wiesz, jakim cudem to możliwe?
– Hm? – zdziwiła się Hiromi.
York nie mogła tego wykluczyć – tego, że prócz rewolucyjnych wniosków, Judy dysponuje też jakimiś informacjami uwiarygadniającymi tę wersję pod względem historycznym. Jedno natomiast nie ulegało wątpliwości – gdyby nie miała przekonania o prawdziwości swoich wniosków, nie ogłosiłaby ich publicznie.
– Boże święty… – jęknęła.
– To odbiera legitymację władzy Reiowi – zauważyła Tachibana.
– I naprawdę myślisz, że to jakikolwiek problem?!
– Cóż… – Japonka przewróciła oczyma. – Sądzę, że dla niego może być.
– Chiny to i tak teraz dziura w ziemi – prychnęła Emily z pogardą. – Lepiej pomyśl o tym, co oni mają w głowach.
Tak, Hiromi myślała o tym. Niezbyt długo, bo przyzwyczaiła się do szybkich reakcji i szybkich wniosków, ale myślała. I sama siebie zaskoczyła tym, że stokroć woli tę wersję niż nie wiadomo co o duchach, demonach i bóstwach.
– Wiesz, czym się charakteryzuje każdy kawałek kodu? – warknęła York już rozdrażniona.
– No?
– Że można go skasować. Przepisać. Albo zmienić. W demona nie wpuścisz wirusa. W oprogramowanie już tak.


Ratyzbona To zdecydowanie nie była sympatia od pierwszego wejrzenia, ale też trudno powiedzieć, by Josie odczuwała w stosunku do Jindřiška specjalnie negatywne emocje. Ot, była. Cicha, zahukana, snująca się po kątach, niby to uratowana, ale jakby tak nie do końca, bo przyszłość nie malowała się w szczególnie ciepłych barwach. Błąkała się po rezydencji niepewna, a wręcz ukrywała przed pozostałymi domownikami, którzy - należało to przyznać - stanowili teraz dość przypadkową zbieraninę.
Ojciec jednak coraz więcej czasu spędzał w Ettaler Forst, więc Josie w końcu uznała, że obowiązek zaopiekowania się przerażoną Czeszką spada na nią. Nie mogły co prawda opuszczać terenu pilnie strzeżonej posiadłości, ale przynajmniej dało się łazić po parku, grać w bilard, gapić w telewizor, słuchać muzyki i robić wszystkie te pozostałe nudne rzeczy, które mogą obić ptaszki w złotej klatce.
Josie nigdy nie zabiegała o niczyją sympatię. Po pierwsze, uważała, że to uwłaczające, a po drugie, była obrzydliwie bogatą arystokratką, córką znanego polityka, więc to wokół niej kręciło się szkolne życie towarzyskie – no, przynajmniej tak długo, jak długo nie znalazła się na samym dnie po nieszczęsnym ataku histerii, gdy myślała, że jej ojciec zginał w Genewie. Nie wiedziała więc do końca, jak być sympatyczną, a po zachowaniu Jindřiški niejednokrotnie widziała, że to, co sama uważa za zabawne czy świadczące o jej otwartości, niekoniecznie musi takie być.
Nigdy nie zamierzała nikomu przyznać się, że ostatecznie wzięła Gustava w nocy do kuchni, zaparzyła mu kawy, tak jak on jej przed laty, gdy zawiązali między sobą pewną niepisaną sztamę, i zaczęła go wypytywać.
Najtrudniejsze było to tak zwane mówienie miłych rzeczy. Josie zawsze uważała się za osobę konkretną. Tak ją zresztą wychowano – by zmierzała prosto do celu, nie kokietowała i nie traciła czasu na wątki poboczne. Przez lata obserwowała matkę, która prowadziła fundację, bo wychodziła z założenia, że współczucia jeszcze nikt nie przeliczył na pieniądze. I obserwowała ojca, który niemal każdą wolną chwilę poświęcał pracy, o swoich problemach i uczuciach nie mówił nigdy, a chwalił wyłącznie konkretne osiągnięcia swoich dzieci. I teraz nagle Gustav zaczął sugerować, że Jindřiška może czuć się w tym nie najlepiej.
Nie to, żeby Josie nie rozumiała problemu. W końcu przez lata hodowała potężny żal do rodziców i czuła wyraźnie, że czegoś jej brakuje. Ale po prostu nie została tego nauczona.
Nie to też, żeby nie potrafiła znaleźć tych całych miłych rzeczy, które mogłaby Czeszce powiedzieć. Ale cóż, wyznanie, że spodziewała się kolejnego intruza w domu, a tymczasem w pewien sposób dobrze się zawiodła, mogłoby zostać źle odebrane i zepchnąć dziewczynę jeszcze dalej na pozycję obronną.
Druga sugestia Gustava mówiła o tym, by wykazać zainteresowanie. To już było nieco łatwiejsze, bo Josie istotnie, mogła być zainteresowana tym, co miała do opowiedzenia Jindřiška. Zaczęła więc delikatnie ją wypytywać, a Czeszka zaczęła odpowiadać - początkowo zdawkowo i jeszcze ciszej, niż mówiła zwykle, jakby obawiała się, czy jej słowa w ogóle są warte słuchania. Z czasem jednak, kiedy upewniła się, że Niemka naprawdę śledzi jej opowieść i zapamiętuje szczegóły, nabrała pewności siebie.
Dziwnie było o tym słuchać. O tych ludziach, których Josie znała głównie z serwisów informacyjnych i plotek, którzy wydawali się potężni i niepokonani, a w opowieściach dziewczyny, która poznała ich od innej strony, nagle jakby maleli. Nagle narzekali na żarcie z puszek, obcierali sobie stopy, lepili bałwany, śmiali się, płakali, chorowali i klęli jak szewcy. Nie powinno jej to zaskoczyć. W końcu jej ojciec też był już Połączonym i choć nie mogła powiedzieć, by nie zmieniło go to w ogóle, bo wyczuwała w nim coś, czego nie potrafiła nazwać, to jednak ciągle zachowywał się jak normalny człowiek, miał te same potrzeby, te same zalety i wady. Nadal czasem ukradkiem słodził kawę, oficjalnie utrzymując, że cukier zabija prawdziwy aromat szlachetnych ziaren i nadal wiązał pasek szlafroka na dwa supły. Ciągle też używał tego samego płynu po goleniu, który wyciskał jej łzy z oczu.
Podczas tych opowieści zaczęła się też wreszcie pojawiać sympatia. Jindřiška prawie nie mówiła o sobie i o swoim udziale w wyprawie, ale ze sposobu, w jaki opisywała pozostałych i następujące po sobie wyobrażenia Josie z pewnym jednak zdziwieniem wyłuskała osobę nie tylko pozytywnie nastawioną do świata, ale też obdarzoną niezłym zmysłem obserwacji, ciepłym poczuciem humoru i po prostu sympatyczną - tak, Czeszka miała naturalnie to, czego Josie, mimo swoich najszczerszych chęci, nie potrafiła ze swojego charakteru wykrzesać.



Buenos Aires
Może nie powinien postępować wbrew roli Emily. Była dorosła, a bolesna prawda prezentowała się rzeczywiście w ten sposób, że jej przyszłość to już nie jest do końca jego sprawa i jeśli postanowiła zadbać o nią sama, to miała do tego prawo.
Ale druga strona medalu była taka, że mogła nie myśleć teraz racjonalnie. Roztrzęsiona, targana hormonami, przerażona tym, że przed nią późna, z gruntu trudna ze względu na warunki fizyczne ciąża w umierającym świecie, gdzie z dnia na dzień coraz trudniej będzie o dobrą opiekę medyczną i stabilną przyszłość, może nie rozważyła jeszcze wszystkich opcji. Może pewne rzeczy za bardzo ją przytłaczały i pętały emocjami.
Całkiem prawdopodobne, że w wielu kwestiach miała rację, w tym także oceniając Miguela. Zawiodła się na nim po raz drugi, miała prawo do żalu i goryczy. Ale Johnny dumał nad tym dobre dwie paczki papierosów, a rzadko dumał nad czymś równie długo, i doszedł do wniosku, że nie chce wyjeżdżać do Odessy z myślą, że nie zrobił wszystkiego, co było można.
Matka nie potrafiła powiedzieć mu wiele więcej ponad to, że Miguel mówił o Argentynie, ale wyśledzenie go nie stanowiło większego problemu. Ot, choćby z tego względu, że przynajmniej do pewnego momentu posługiwał się fałszywymi dokumentami - tymi samymi, które dostarczył mu Johnny na czas ukrywania się w Europie przed chcącymi zapewne rozliczyć go za rzekomy atak na Pekin. Posługiwał się nimi pewnie z braku innych, ale nim trop się urwał, McGregor miał już wyraźnie wyrysowaną ścieżkę lotu do Buenos, a potem jazdy do Palermo.
A skoro tak, nietrudno było domyślić się reszty.
Robert oczywiście nie był zachwycony. Rei prawdopodobnie także, ale z jakąkolwiek interpretacją jego zachowania McGregor miał poważny problem i wkurwiało go to może jeszcze bardziej niż konieczność kłócenia się z Jurijem o każdą pierdołę w planach osłaniania Jürgensa. Bo przecież Ivanow się znał i zawsze wiedział lepiej, a poza tym miał ładniejsze wiaderko i trzy pieniążki, a nie jeden. Johnny trzy razy podkreślił, że misja jest oczywiście najważniejsza i cokolwiek by się nie działo, wróci minimum na trzy dni przed wylotem do Odessy. W dodatku nie spodziewał się przecież żadnych trudności, więc obiecał też solennie, że wróci w pełni sprawny. Przecież więcej groziło mu w Ettaler Forst, gdyby laboratorium Emily wybuchło, mech postanowił go usmażyć albo po prostu spadł meteoryt, co w sumie mogło zdarzyć się wszędzie. Ostatecznie otrzymał pozwolenie na wylot w celu załatwienia spraw prywatnych, ale miał meldować się codziennie.
W każdych innych okolicznościach Johnny roześmiałby się Robertowi w twarz i rzucił coś o tym, że jednak jest niezastąpiony, ale powaga sytuacji temu nie sprzyjała.
A potem rzeczy zaczęły się toczyć kompletnie nie tym torem, jaki sobie Johnny wymyślił.
Właściwie nie miał pojęcia, dlaczego się łudził i jaka infantylna część natury kazała wierzyć mu, że kiedy tylko stanie na progu domu człowieka, który w najjaśniejszy możliwy sposób dał do zrozumienia, że nie życzy sobie jego towarzystwa, tak po prostu uścisną sobie dłonie, uznają, że wszystko to był tylko głupi żart i w doskonałych humorach wrócą do Europy, a tam Miguel dowie się od Emily o ciąży, ucieszy, że zostanie tatusiem i w ogóle wszystko potoczy się jak w filmie dla nastolatków.
Tymczasem rzeczywistość obejmowała tkwienie na ganku i zamknięte na głucho drzwi, choć bez wątpienia ktoś był w środku.
– Otwórz, ty debilu! – wrzasnął McGregor i walnął w skrzydło pięścią z całej siły. Cierpliwość skończyła mu się już jakieś piętnaście minut temu.
Szczęknął przekręcany zamek, ale plan z pchnięciem drzwi i brutalnym wpadnięciem do środka zniweczył łańcuch łączący je z futryną.
– Byłbyś tak uprzejmy nie zmuszać mnie do wzywania policji? – warknął Miguel, nie zniżając się nawet do pokazania w szparze.
– Wpuść mnie i pogadajmy jak ludzie.
– Zapewniam cię, że nie mamy o czym.
– Zapewniam cię, że mamy.
– Masz pięć minut i dzwonię po policję.
– Tchórzysz?
– Nie. Alternatywą jest, że zjaram ci gacie. Wybieram opcję cywilizowaną.
Miguel chciał zatrzasnąć drzwi, ale Johnny w instynktownym odruchu włożył palce między nie a framugę.
– Weź tę rękę.
– Nie.
– Weź tę rękę, bo...
I zapadła cisza.
– Miguel? Jesteś tam?
Zadzwonił niespodziewanie odczepiany łańcuszek, drzwi otworzyły się szerzej.
– Wejdź. Jeśli musisz.
Szkot przekroczył próg. Rzucił szybko okiem na wnętrze, zmierzył spojrzeniem gospodarza. Nic nie potwierdzało różnych opcji, jakie przychodziły Johnny'emu do głowy, kiedy kwitł pod drzwiami. Mieszkanie było nieźle utrzymane, nie śmierdziało starym jedzeniem ani człowiekiem, który nie ma sił lub ochoty nawet się myć. Sam Miguel – choć wyraźnie wytrącony z równowagi i odwracający uparcie wzrok – był ogolony i ubrany może niezbyt wystawnie, ale porządnie.
W ogóle wyglądał znacznie lepiej, niż kiedy widzieli się po raz ostatni. Odzyskał nieco masy, włosy mu odrosły, ukrywając blizny, choć jeśli się wiedziało, czego szukać, można było zauważyć, że z prawej strony układają się trochę inaczej. Zniknęły cienie pod oczyma i zaleczyły się rany na ustach. Przed McGregorem stał po prostu okaz zdrowia i nawet poczuł on w związku z tym ukłucie złości.
Bo skoro tak, to dlaczego nie raczył się odezwać? Dlaczego nie zadbał o to, żeby ktoś po drugiej stronie świata przypadkiem się nie martwił? Wyjeżdżał w końcu wciąż jeszcze słaby i mimo całego żalu trudno było o tym zapomnieć.
– No i? – burknął, przełamując niezręczne milczenie.
– Wróć.
– Nie. To już wszystko? Możesz wyjść?
Ale Johnny, zamiast ku drzwiom, skierował się w głąb mieszkania.
Niewiele zmieniło się od czasu, gdy ponad rok temu był tu po raz ostatni. Wtedy też – dzięki wysokiemu sufitowi i oknom, robiło to dziwne wrażenie, jakby wewnątrz było więcej miejsca niż na zewnątrz. Kolonialne meble też były te same, choć chyba trochę inaczej ustawione. I przy całej tej wystawności rury nadal biegły na wierzchu, jakby ktoś w ferworze walki z wystrojem, zapomniał o ich obudowaniu.
Albo to tutaj taki zwyczaj był.
– Dobrze się tu czujesz? – spytał Johnny, pakując ręce w kieszenie spodni. Doprawdy, nie wiedział, co go podkusiło do założenia jeansów.
– A co ci do tego? – dobiegło go warknięcie zza pleców. Miguel wciąż stał na korytarzu, jakby awaria systemu odebrała mu zdolność ruchu i walki o własny teren.
– A nic. Ale wydawało mi się, że to nie twój styl.
– Przynajmniej jest spokojnie. No, było.
– Mogę zapalić?
– Robisz się bezczelny.
– To mogę?
– Pal. Tylko nie kiepuj w doniczki, widziałem, jak to robisz.
Johnny zerknął na parapet, gdzie faktycznie dogorywało jakieś zielsko, ale postanowił, że nie będzie komentował. Miguel zniknął na moment w kuchni, przełamując wreszcie bezruch. Stuknęły drzwiczki szafek i po chwili wrócił z filiżanką, którą postawił przed Szkotem ruchem tak wściekłym, że chyba tylko cudem nie pękła.
– Nie zapytasz, co u nas? – McGregor zaciągnął się głęboko.
– Nie po to się zwinąłem, żeby wiedzieć.
Raz jeszcze spojrzał na Miguela – ten wciąż uparcie nie odwzajemniał wzroku, stał bokiem albo tyłem, obecnie wpatrzony w okno i ze zmarszczonymi brwiami. Układ kieszeni zdradzał, że dłonie ma zwinięte w pięści, napięte mięśnie przedramion i widoczne żyły zdradzały, ile wkłada w to siły.
– Przejdźmy się – zaproponował Johnny, zaskakując trochę także siebie.
– Co? – Lavalier wreszcie na niego spojrzał, ale bardzo szybko odwrócił głowę. – Po co?
– Tu nam się rozmowa nie klei.
– I myślisz, że będzie się kleiła jak wyjdziemy?
– Nie wiem – Szkot wzruszył ramionami. – Ale może.
Kusiło, żeby powiedzieć wprost: nie o ciebie tu chodzi, więc przestań odstawiać diwę. Ale to pociągnęłoby za sobą konieczność wyjaśnień, tymczasem tej jednej rzeczy McGregor obiecał sobie nie robić – nie mówić tego, co powinna powiedzieć Emily.
Cisza trwała jeszcze chwilę, a potem Miguel skrzywił się, jakby przełknął coś bardzo kwaśnego.
– Niech będzie – rzucił.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1825
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 30 stycznia 2018, 10:56

2/2


*

Siedzieli tak zgarbieni na ławce pod jakimś zdewastowanym budynkiem nieopodal stacji metra – milczący i nierówno dzielący się jedną małpką – aż zrobiło się całkiem ciemno. Szum samochodów wciąż był wyraźniejszy niż szum oceanu i właściwie może lepszym wyjściem byłoby ruszyć tyłki jeszcze o paręset metrów i dojść na plażę, ale jakoś żaden tego nie zaproponował.
– No to dupa – westchnął ciężko Johnny.
– Dupa to dopiero będzie – burknął Miguel i pociągnął nosem.
I znów zamilkli, bo właściwie wszystko zostało już powiedziane.
– Powinniśmy się zwijać – rzucił głucho McGregor.
– Mhm.
Ale żaden z nich się nie podniósł. Siedzieli dalej, bezwolni i wypruci, a wokół robiło się coraz ciemniej i coraz ciszej, bo życie spływało nad ocean i do knajp.
– Hej, nie zasypiaj.
– Nie zasypiam. Myślę.
– To nie myśl.
Johnny’emu odpowiedziało jedynie kolejne pociągnięcie nosem.
– Jeśli czegoś potrzebujesz…
– Niczego nie potrzebuję, a już na pewno nie od ciebie. Mówiłem.
– A – McGregor przewrócił oczyma – więc to ta faza. Naprawdę byłoby ci w życiu łatwiej, gdybyś tak nie spinał pośladów.
– Już to przerabialiśmy.
– Rozluźnianie pośladów? Tak. Nie powiesz mi, że ci się nie podobało.
Wszystko wydarzyło się w ułamku sekund. Johnny zdążył zobaczyć jedynie gwałtowny ruch po prawej i po chwili już leżał na popękanym chodniku z placami Lavaliera zaciśniętymi na gardle. Z wściekłym, lodowatym wzrokiem nagle przerażająco jasnych oczu mordercy wbitym w twarz.
– Jak śmiesz – usłyszał zimny, drżący od furii syk.
Szarpnął się i wyrwał z uścisku, który zresztą osłabł bardzo szybko, tak jak zmiękło spojrzenie Miguela, nagle znów zagubione, jakby teraz dopiero dotarło do niego, gdzie jest i co robi.
McGregor miał ochotę po prostu przywalić mu w szczękę. I to też zrobił. Ciało zaskoczonego Lavaliera odbiło się od ławki i częściowo spłynęło na chodnik, nim zdołał się chwycić belki. Na beton kapnęła kropla krwi.
Szkot roztarł pięść, patrząc z góry na zbierającego się z kolan, dygoczącego z nerwów i adrenaliny blondyna. Na jego oparte o chodnik, tak znajomo ciepłe dłonie. Tę charakterystyczną ucieczkę spojrzeniem, zmarszczenie brwi. Kącik ust unoszący się niby to do uśmiechu, ale wyrażający w istocie coś zgoła odwrotnego.
Może faktycznie nie powinien był poruszać tej struny. Może faktycznie te parę gestów czułości, jakie się między nimi zdarzyły, powinny zostać w niebycie.
– To znaczyło po prostu „wróć” – powiedział cicho, sam sobie dziwiąc się, że to robi. – Potrzebujemy cię. Chciałeś być potrzebny.
Miguel podniósł na niego wzrok. Wstał z kolan i otrzepał ręce. Nadal drżały.
– Nie – pokręcił głową. – To już nie zadziała.
– Gówno, nie zadziała! – wydarł się Johnny ze złością. – Sam nie działasz! Jesteś porąbany, uparty i chuj mnie strzela, jak na to patrzę! Też nas potrzebujesz i taka jest prawda, panie wielce niezależny! Jasne! Możesz sobie tu siedzieć i kisnąć, proszę bardzo! Ale, kurwa…! – McGregor nie dokończył, bo dotarło do niego, co widzi w oczach Lavaliera.
– Potrzebujecie mnie – powiedział płasko Argentyńczyk. – A czy któreś z was zapytało, czego ja potrzebuję? Chciałem być wam potrzebny. Chciałem. Chciałem być komukolwiek naprawdę potrzebny, ale nie dam rady. Już nie. Po prostu mój czas minął, Johnny. I wasz też.
Nim zorientował się co robi, McGregor oburącz złapał go za głowę, wpił palce we włosy i przyciągną czoło Miguela do swojego.
– Po prostu przestań się wygłupiać, co? – powiedział jakimś dziwnym nagle głosem, zduszonym i odmawiającym posłuszeństwa.
Lavalier nie poruszył się. Stał biernie w tym uścisku z rękami w kieszeniach, ale to oznaczało też, że nie próbuje się odsunąć i Johnny czuł, jak jego ciało dygocze, zobaczył opadające rzęsy.
– Czego jeszcze chcesz? – zapytał drżącym głosem. – Mało ci? Masz mnie na kolanach. Błagającego. Pierdolę, stałem pod zamkniętymi drzwiami pół godziny robiąc z siebie idiotę! Więc czego jeszcze chcesz?
Miguelem wstrząsnął silniejszy dreszcz.
– Nie wiem – wyszeptał ledwie słyszalnie. – Nic. To problem ze mną.
– Jesteś taki głupi.
– Prawdopodobnie.
Miguel raz jeszcze pociągną nosem i wyjął rękę z kieszeni. Zacisnął powieki i palce na nasadzie nosa. Niemal wściekłym, gwałtownym ruchem otarł oczy.
Johnny objął jego plecy i zamknął rozdygotane ciało w mocnym uścisku.
– Mówiłem ci, nie myśl – wyszeptał. – Ty po prostu za dużo nad tym myślisz. I komplikujesz. A to jest proste jak chuj.


Ettaler Forst
– Jest bardzo lekka – ocenił Rei, ważąc w dłoni jedną z protez dla Mao.
– To nadal prototyp – wyjaśniła Emily, znów z kanapką zawiniętą w papier. – Właściwe mam nadzieję jeszcze trochę odchudzić. Nie chcę, żeby były cięższe niż ciało.
– Potrzymaj mi – rzuciła Chinka do męża, po czym przyłożyła kikut do łożyska. – Będzie idealna – oceniła ze zbyt dużą, jak na gust York, wiarą w bezproblemowość planu.
– Tego nie jestem taka pewna.
Kon roześmiała się nisko. Czasem jej głos naprawdę zaczynał przypominać rozmruczanego kota i wtedy do profesor wracały nieprzyjemne wspomnienia sprzed lat, kiedy oglądała wówczas jeszcze dziewczynę, nad którą Bestia przejęła całkowitą kontrolę, zmuszając ją do chodzenia na czworakach i innych zwierzęcych zachowań.
Nikomu by wówczas nawet przez myśl nie przyszło, że może być to błąd w systemie, jakaś pomyłka w rzędach zer i jedynek sprawiająca, że oprogramowanie nie działało na ludzkim komputerze tak, jak powinno.
Dla niech musiało być to szczególnie trudne do przyjęcia – dla Reia i Mao. I to wcale nie z tego względu, o jakim pomyślała Hiromi. Ze wszystkich zamieszanych w sprawę mieli może najbardziej metafizyczne podejście do problemu Bestii. Kon przez lata całkiem oficjalnie nazywał się w końcu wybrańcem bogów, a fakt, że uważano go za wcielenie starożytnego chińskiego ducha, miał znaczący wpływ na jego pozycję i politykę, owszem, ale nie był to człowiek cyniczny – a przynajmniej nie był cyniczny, jeśli chodziło o tę konkretną kwestię. Naprawdę w to wszystko wierzył. Naprawdę układał wokół tego swoje życie i tak podejmował decyzje.
Mao była do tej wizji może jeszcze bardziej przywiązana, choć świadomą Emily obserwowała ją dopiero od niedawna i przez krótki okres, nim oświadczenie Judy nie dotarło do wszystkich. Pamiętała minę cesarzowej. Pamiętała tamte zaciśnięte usta i zmarszczone brwi. Zbyt słabo ją jednak znała, by w jakikolwiek sposób to zinterpretować.
– Będzie idealna – powtórzyła Mao i do Emily dotarło, że w jej tonie jest coś dziwnego.
Czy to był rozkaz, czy się przesłyszała? A może rozszarpywany przez hormony mózg płatał jej figla? W każdym razie spięła się cała, nagle niechętna i gotowa do tego, żeby się wycofać.
Przyszłość malowała się coraz bardziej gorzko.


Buenos Aires No to musieli spierdalać. A wszystko dlatego, że Johnny najwyraźniej faktycznie nie był osobą, a stanem umysłu.
Pierwsze dwie godziny spędził na marudzeniu na podłą jakość miejscowego piwa, co, rzecz jasna jak słońce, nie przeszkadzało mu wcale ciągnąć butelki za butelką. W ciągu trzeciej godziny narzekał dalej, ale dużo głośniej, przez co zaczął zwracać na siebie uwagę, nawet pomimo ogólnego gwaru. Czwarta godzina upłynęła już na intensywnym zawiązywaniu znajomości i wspólnym darciu ryja na co najmniej dwa języki i przynajmniej dziesięć różnych melodii równocześnie. Wypełniony chmielem jak pianką Miguel nie mógł nie wspomnieć tamtej popijawy w Bawarii, która skończyła się na ryczeniu w takt szkockich pieśni wojennych, a potem jodłowaniu i rzyganiu z tarasu. I tak sobie, całkiem nawet uśmiechnięty i rozmiękczony, odpływał powoli, przegapiając moment, w którym dozgonna miłość przeradza się w dozgonną nienawiść, bo Johnny niefortunnie zażartował z boskiej ręki Diego, a potem jeszcze palnął, że z południowoamerykańskich drużyn, to on kojarzy właściwie Real Madryt i Barcelonę.
A potem był już chrzęst pękającego nosa.
– Ja ci, chuju, dam! – ryczał Johnny wciąż z uniesioną pięścią, ale zbierający się właśnie z podłogi mężczyzna nie pozostał mu dłużny i po chwili to McGregor składał się już wpół po bliskim kontakcie przepony z głową nieźle wkurzonego i nieźle też wstawionego lokalnego byczka.
Wszystko miało swoje granice, więc kiedy Miguel zauważył, że na pomoc temu ostatniemu ruszają kumple, sam też przerwał dyskusję na bliżej nieokreślony już temat wpół zdania, czy raczej kolejnego „aha, oho” i ruszył Szkotowi z odsieczą. Złapał za koszulkę jednego z napastników i odciągnął z werwą, aż poszedł materiał. Na zwrotnego prawego sierpowego nie trzeba było długo czekać, ale więzienne doświadczenie wygięło ciało w uniku bez udziału woli i napastnik trafił w bark Lavaliera. Zaskowyczał, kiedy jego nieszczęsne knykcie rozbiły się o kamień.
I tak od ciosu do ciosu, po chwili dobrze bawiła się już cała knajpa.
Aż na Miguela nie spłynęło nagłe olśnienie.
– Kurwa, Johnny! – sapnął ze zgrozą, znalazłszy się w okolicach pleców Szkota, który właśnie osłaniał się przed ciosem jakimś miejscowym konusem. – Jak mnie złapią, będzie przejebane!
– ONI będą mieli przejebane! – ucieszył się McGregor całym swym walecznym i naprutym sercem z tartanu.
– Ale recydywa!
Johnny chciał coś odpowiedzieć, ale w tym samym momencie na jego łbie rozbiło się krzesło.
– Kurwa… – jęknął Miguel i w ogólnym zamieszaniu znalazł nawet pół sekundy na to, żeby przejechać dłonią po twarzy w geście czarnej rozpaczy.
Szkot tymczasem zamrugał powoli. Wyraźnie zmiękły mu kolana, wywrócił oczyma i przez chwilę wydawało się, że osunie się zemdlony na podłogę, ale niespodziewanie wykręcił ciało i ze wściekłym rykiem odmachnął się wciąż trzymanym pokurczem.
– Na kolana, plebsie! – zawył, kiedy napastnik istotnie zaliczył bliższy kontakt z podłogą. – Jestem, kurwa, księciem! Synem króla bimbru i królowej owczego sera!
– I jesteś martwy! – wrzasnął czerwony z wściekłości Porteño w odpowiedzi całkiem po swojemu, więc Johnny prawdopodobnie nie zrozumiał ani słowa.
Za to Miguel rozumiał aż nazbyt dobrze. Nie no, całkiem spoko. Oni dwaj i paręnaście sztuk żywego, rosłego mięsa przeciwko nim. Oni dwaj i właściciel lokalu pewnie już wiszący na gorącej linii z policją. Oni dwaj – jednemu co najmniej parokrotnie obiecano oszałamiającą karierę pasztetu, drugi, jeśli nie chciał spędzić reszty życia za kratkami, powinien intensywnie myśleć nad tym, jak udowodnić, że na knykciach ma tylko salsę.
No to, jako się rzekło, musieli spierdalać.
Biegli więc, a alkohol i adrenalina szumiały im w głowach i wykrzywiały rzeczywistość. Stopy uderzające o chodnik odbijały się echem w głowie, krew pulsowała w rozgrzanych mięśniach, a na twarzach, wbrew wszystkim okolicznościom, widniały uśmiechy.
– W prawo! – zakomenderował Miguel i dla pewności jeszcze pociągnął Johnny'ego za ramię.

*

Miguel trzy razy próbował trafić kluczami w dziurkę, aż wreszcie Johnny wyszarpał mu pęk z dłoni i wziął sprawy w swoje ręce. Bo on dla odmiany potrzebował tylko pięciu podejść, nie to, co te ofiary losu.
A jednak uczucie, gdy, wciąż ociekając potem, dotarł wreszcie do mieszkania, a tam po prostu nie było prądu, nie należało do najprzyjemniejszych, jakich Johnny w swoim życiu doświadczył. Pstryknął pstryczkiem raz, potem drugi, a potem jeszcze trzeci – tak na wszelki wypadek – ale ciemność się nie rozstąpiła.
– Kurwa! – wściekł się McGregor, ale postanowił, że nie będzie się przejmował takimi drobiazgami, więc po prostu ruszył w głąb mieszkania.
Sądząc po odgłosach, wszedł w bliższą interakcję z jakimś meblem.
– Komórką sobie poświeć – mruknął Miguel niewyraźnie.
– Przecież wiem!
Nastrój obu zjechał dość znacznie podczas spaceru nocnymi ulicami Buenos. Impreza wyraźnie wchodziła w tę fazę, gdy człowieka kac zaczynał łapać za pęciny i wspinać się po kręgosłupie. Zwykle wyjściem z sytuacji było albo zabić klina i pogodzić się z wizją stania się gejzerem, albo wpełznąć do łóżka i zasnąć, w nadziei, że ranek przyniesie coś więcej niż tylko potworny ból głowy. Ot, aspirynę i jajecznicę na przykład.
Do Johnny'ego przez opary odurzenia przebiło się spostrzeżenie, że tak, faktycznie, nie zwrócił na to uwagi, ale kiedy szli, ulice były dziwne ciemne, a przecież miasta w Argentynie żyły do późna. Tymczasem nie działały już w większości knajpy, nie paliły się nawet wszystkie latarnie, a okna zamieniły się w rzędy czarnych prostokątów bez życia. Jakoś przegapili ten moment, uciekając i siedząc pewnie ze dwie godziny w parku na mostku, a potem do żadnego z nich długo nie dotarło, że coś jest nie tak.
– Jakaś awaria? – burknął Johnny. W ciemnościach szeleściły jego ubrania, kiedy obmacywał się w poszukiwaniu telefonu.
– Nie, po prostu zapomniałem – padło zza jego pleców.
– O czym?
Blade światło z wyświetlacza rozbłysło w przedpokoju. W nim McGregor zobaczył, jak Miguel wzrusza ramionami z obojętną miną.
– Od dwóch tygodni tak jest – odparł. – Wyłączają prąd na noc, bo elektrownie przestają sobie radzić.
– To jakie wy macie zużycie? – zdziwił się Johnny.
Skierował snop światła na podłogę, oświetlając obu przejście.
– Do kuchni – zakomenderował Lavalier – tam są największe okna, noc jest szczęśliwie bezchmurna. I bardzo bym się zdziwił, gdyby o to chodziło – wrócił do głównego wątku, ostrożnie podążając za Szkotem. – Wiem, to się czasem zdarzało podczas upałów, kiedy wszystkim chodziła klima, ale teraz nie ma upałów. Zresztą powoli wszystko siada. Odkąd tu mieszkam, zamknęły się przynajmniej dwa sklepy i zakład fryzjerski. Zresztą przerwy w dostawie wody też są.
– To niedobrze, bo mnie suszy – westchnął ciężko Szkot.
– Mam zapas mineralnej w szafce.
– W której?
– Pierwsza od lodówki.
Oświetlenie z komórki zniknęło na chwilę, gdy Johnny zanurkował za drzwiczkami szafki.
– O – skomentował. – Mam. To może – zaczął, wyciągając butelkę – o zapasie innych rzeczy też warto pomyśleć?
Ale na to Miguel tylko ponownie wzruszył ramionami.
Dziwna była ta beztroska w jego wykonaniu. Zwłaszcza że nic w zachowaniu nie wskazywało już na rausz albo odurzenie. Nic nie wskazywało też na to, żeby za tą beztroską szła wesołość. Raczej pobrzmiewała czymś jak gorzką rezygnacją, a czego by o Lavalierze i jego jazdach nie mówić, naprawdę zrezygnowany bywał rzadko. Należał przecież raczej do ludzi, którzy szarpią do samego końca, aż własna desperacja nie zostawi ich na deskach.
– Miguel? – Johnny nie potrzebował więcej, żeby nabrać podejrzliwości.
– Szklanki są wyżej, ten sam pion.
– Nie o to… – McGregor zawahał się, a potem odetchnął ciężko. Może to nie był dobry moment. A może był to znak, że jednak Lavalier wcale nie zamierza tu zostawać i na jakimś poziomie, choćby i się do tego nie przyznawał, ciągle jeszcze rozważa powrót do Europy. W końcu z przyznawania się do błędów też nie słynął.
I może to go w gruncie rzeczy w pierwszym momencie tak wkurwiło – że kiedy już prawie podjął decyzję sam, decyzja znowu wlazła mu z butami na dywan.
Bo nie, takie nieprzygotowanie dla samego nieprzygotowania nie leżało w jego naturze. Był improwizatorem. Nie czuł potrzeby szczegółowego planowania, choć zdecydowanie czuł potrzebę rozumienia mechanizmów otaczającego go świata. I potem po prostu mechanizmy te wykorzystywał w taki czy inny sposób. Tam coś przykręcił, gdzieś indziej dokleił i po prostu działało. Ale jeśli wiedział, że święci się coś grubszego, jeśli podejrzewał, z czego to wynika, i że prawdopodobnie nie będzie lepiej, a coraz gorzej, z pewnością pomyślałby o tym, żeby się zabezpieczyć. I zapewne właśnie po swojemu – w rzeczy i produkty dające się wykorzystać na wiele różnych sposobów.
Może więc – paradoksalnie – był to dobry znak, że nie miał jeszcze dwóch szafek wypchanych konserwami, a pod łóżkiem maczety, szpadla i kawałka solidnej liny.
– O tyle to wkurwiające, że nie można trzymać za bardzo niczego w lodówce – mruczał, jakby na wpół do siebie, otwierając rzeczony sprzęt. Grzebał chwilę w ciemnościach, coś stuknęło o szklaną półkę. – Więc i tak…
– Jednak masz tę kiełbasę? – zainteresował się szczerze Johnny.
– Nie. Mam pijane niedźwiedzie.
– Co?
Miguel zamknął lodówkę i postawił na blacie słoik z trudną do określenia zawartością. Otworzył dwie szuflady. Z jednej wyciągnął widelce, z drugiej podgrzewacze, które następnie ustawił na kuchennym stole i podpalił dłonią. Ciepły blask rozedrganych płomieni rozlał się po pomieszczeniu.
– Trzymam je na czarną godzinę – wyjaśnił Lavalier, ale raczej nie mówił o świeczkach.
Teraz bowiem Johnny mógł już dostrzec, co znajduje się w słoiku. Na pierwszy rzut oka była to dziwna, różnokolorowa masa. Przy bliższych oględzinach, a dokładniej po tym, jak Szot wziął naczynie do ręki i zbliżył je niemal do nosa, dało się dostrzec napuchłe sylwetki żelkowych miśków.
– Moje pastylki szczęścia – rzucił jeszcze z gorzkim uśmiechem Miguel, odsuwając sobie krzesło.
Szkot uniósł brwi zdziwiony. Postawił słoik na stole i odkręcił. W jego nozdrza uderzył ostry odór alkoholu.
– O kurwa…! – Odsunął twarz, czując, że do oczu napływają mu łzy i zaraz kichnie.
– Na mnie wystarczy jeden albo dwa i śpię jak dziecko – dodał Lavalier jakby na usprawiedliwienie, wbiwszy wzrok w ustawiony na sztorc i oparty o blat widelec, aż dostał lekkiego zeza. – Pomyślałem, że będą dobre na klina.
– Nie wolisz iść spać?
– Nie. Nie miałbym dobrych snów.
Do Johnny'ego dotarło nagle, że może Miguel sprawia wrażenie już całkiem wytrzeźwiałego, ale nadal nie do końca panuje nad tym, co robi i mówi. Nadal odsłania się bardziej, niż byłby do tego zdolny z pełną kontrolą nad sobą.
Pewnie nie powinien tego wykorzystywać. Pewnie powinien kazać mu natychmiast iść do łóżka, ale zamiast tego zajął drugie krzesło.
– Prawie jak kolacja, kurwa, przy świecach – mruknął, co Miguel skwitował krzywym, niesięgającym oczu uśmiechem.
A potem Lavalier powolnym ruchem zanurzył widelec w słoiku i nadział na niego czerwonego miśka.
– Rudy. No to twoje zdrowie – powiedział, unosząc ofiarę, i wpakował ją sobie do ust.
Johnny podświadomie oczekiwał jakiegoś skrzywienia, ale nic takiego się nie stało. Sam też zanurkował w słoiku. Miśki były po prostu… miśkami.
– Skąd ci to przyszło do głowy? – spytał McGregor, kiedy już przeżuł.
– Podpatrzyłem u gówniarzy z okolicy – wzruszył ramionami Lavalier. – Sam jestem trochę jak gówniarz w tej kwestii, więc dla mnie bomba. Jakbym miał sobie strzelać szota, to bym chyba umarł.

*

Spanie w jednym łóżku było dla obu oczywiście całkowicie naturalne, ale jednak Miguel mieszkał sam i dysponował tylko posłaniem ewidentnie przeznaczonym dla jednej osoby. Może jeszcze gdyby byli mniejsi, ale przy tym wzroście i masie wydawało się, że jedyne, co mogą osiągnąć, to siniaki, wzajemne oślinienie i skopane jaja. Ostatecznie więc Miguel odstąpił posłanie Johnny'emu – jako Szkot i syn kobiety, która na powitanie obcej sobie osoby upiekła dwa ciasta, McGregor nie protestował przeciwko argentyńskiemu wydaniu gościnności – a sam posłał sobie kanapę w salonie, dodawszy jeszcze na wszelki wypadek, że i tak czasem na niej sypia, kiedy mu się zjedzie nad książką albo kiedy gdzieś zgubi okulary i po ciemku i tak nie jest w stanie wymacać sobie drogi do łóżka.
Johnny dostał świeżą pościel, ale rozmiękczony pijanymi miśkami i wszystkim, co nastąpiło wcześniej, zupełnie olał tę sprawę. Zresztą należało uczciwie założyć, że nawet bez alkoholu, zioła i adrenalinowego dołka prawdopodobnie nawet by o tym nie pomyślał. Poza tym zapach Miguela przecież wcale mu nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie – kojarzył się dobrze, z takim obrazem sytuacji, jakiego McGregor chciał i jaki miał zamiar odzyskać, nawet jeśli Argentyńczyk od pewnego momentu unikał tematu jak tylko mógł.
Johnny wyciągnął się na materacu i wtulił policzek w poduszkę. Z kołdry zrezygnował, bo choć była cienka – cieńsza niż cokolwiek w Europie – noc i tak wydawała mu się o jakieś tysiąc stopni za ciepła, a mieszanka wrażeń wylewała się na skórę dodatkowymi falami gorąca. Ręka mu opadła i zsunęła się za krawędź łóżka. Może to wypełzający z kątów kac, może co innego, ale McGregor szybko uznał, że knykcie oparły się o dywan na tyle wygodnie, że nie ma sensu podejmować nadludzkiego wysiłku ponownego wciągania ważącego miliardy ton ramienia na materac.
Zamiast tego zajął się nasłuchiwaniem odgłosów dochodzących z salonu – szelestu materiałów, skrzypienia kanapy. Jakiegoś niezrozumiałego, chyba gniewnego pomruku, którym – sądząc po głuchym odgłosie uderzenia – Miguel skwitował bliskie spotkanie z kawowym stolikiem.
– Dobranoc – szepnął Johnny, choć Lavalier nie miał szans go usłyszeć.
Kiedy jednak po kilku minutach doszedł do wniosku, że chyba trochę cierpnie i coś zaczyna rwać go w barku, poruszył niemrawo palcami. Wtedy wyczuł pod nimi jakąś nierówność – szorstką i jakby lekko włochatą, choć w nieprzyjemny sposób. Zaciekawiony, wiedząc, że prawdopodobnie nie powinien tego robić, wsunął rękę pod łóżko głębiej. Włochatej szorstkości było tam zdecydowanie więcej.
Lina – dotarło do McGregora.
A więc jednak. Może zatem maczeta, szpadel, zapas konserw i pięciolitrowe baniaki wody pitnej też by gdzieś znalazł. Poczuł pod żebrami ukłucie czegoś na kształt rozczarowania. Kiedy już oswoił myśl, że Miguel nie przygotowuje się na trudne czasy, bo zwyczajnie nie zamierza stawiać im tu czoła i po prostu jeszcze nie zdobył się na wyznanie, że właściwie to wraca do Europy, bardzo się do niej przywiązał. A teraz znów musiał odrzucić.
Zaklął w myślach i jednak podciągnął rękę z powrotem na łóżko, bo dotyk liny, a nawet sama świadomość, że jest tam obok, zaczęła go potwornie drażnić.

*

Szczęście w tabletkach było różowe i na tyle małe, że jeśli Miguel z jakiegoś powodu nie założył okularów – najczęściej dlatego, że po prostu zapomniał i nie ogarnął – szukał ich z nosem przy blacie. Co gorsze, zdawało się, że nawet znalezione, po prostu wpada do studni, a Argentyńczyk nurkuje za nimi w głąb samego siebie i niezrażony kontynuuje poszukiwania. Zajmowało mu to zwykle jakieś dwie, trzy godziny, po których następował wybuch tęczy między uszami, a potem równie nagły spadek energii i otępienie.
Ale chyba było warto. Zniknęły te najpotworniejsze objawy i choć Miguel nadal nie był w stanie pracować, bo czas skupienia skrócił mu się średnio do kilku sekund, to przynajmniej przez te trzy dni pobytu Johnny nie znajdował go skulonego pod łóżkiem i przerażonego do granic zagrażających uszkodzeniem serca.
Miguel był cały i jakoś sobie radził o własnych siłach, choć nadal na zasiłku z kasy Castillo – w tym momencie głównie to się dla Johnny’ego liczyło.
Nie wspomniał ani słowem o wyjeździe, ale też przestał nalegać na wyjazd Johnny’ego. Ten z kolei przeciągał pobyt, starannie pilnując jednak kalendarza, w nadziei, że decyzja po prostu dojrzewa.
Przerwy w dostawach mediów rzeczywiście zdarzały się regularnie, ale obaj uznali, że wychodzenie na miasto może nie należeć do najlepszych pomysłów. Kto wie, czy kumple z knajpy nadal nie szukali krewkiego Szkota i towarzyszącego mu blondyna.
Wieczory spędzali więc w mieszkaniu, po ciemku, siedząc w salonie i gadając o niczym. Czasem przeżuwając miśki.
Johnny’ego kusiło czasem, by raz jeszcze spytać o zapasy i linę spod łóżka, ale jednak tego nie zrobił. Jakoś nie było okazji. I jakoś nie chciał na siłę wracać do rozstrzygania kwestii powrotu lub zostanie w Argentynie i przygotowania się na krach. Bo tak jakoś… było po prostu dobrze. Te wieczory były dobre, choć Miguel zawsze siadał na fotelu, mimo że McGregor – nim rozwalił się na kanapie – zostawiał mu miejsce i wybór.
Kiedy gasło światło i zostawało tylko słuchanie głosu, Szkot miał czasem wrażenie, że znów czuje jego dotyk na plecach, palce ostrożnie wodzące po bliznach, opartą o pierś głowę. Żałował, że wówczas to przerwał, choć wtedy wydawało mu się, że robi dobrze. Że to naprawdę nie jest moment na to, żeby jeszcze bardziej komplikować układ między nimi. Miguel wydawał się na granicy załamania nerwowego, niezdolny do racjonalnych i odpowiedzialnych decyzji, co zresztą niedługo potem potwierdził.
A teraz?
Brał leki i gołym okiem dało się zauważyć poprawę. Podczas nocnych rozmów mówił z sensem, nie plątał się i nie gubił w myślach, za dnia czasem tracił impet, ale żył normalnie, chodził na jakiś kurs, dbał o siebie i nawet – co Johnny’ego z jakiegoś powodu zdziwiło – podlewał tego nieszczęsnego badyla w oknie. Narzekał na bolesne zastrzyki z witaminy A, które miały pomóc na kurzą ślepotę. Nawet już nie uciekał do kibla i nie zamykał się tam na godzinę, byleby tylko odizolować się od świata. Książka na kawowym stoliku zdążyła się zmienić na inną, w koszu na śmieci lądowały bilety komunikacji miejskiej, nad wanną suszyło się pranie. Wszystko było zwyczajne.
– Usiądziesz dzisiaj obok mnie? – Johnny nawet nie zorientował się, kiedy zadał to pytanie.
W ciemnościach nie mógł zobaczyć miny Miguela, ale dobre pięć sekund ciszy stanowiło pewną wskazówkę.
– Dlaczego?
– Kiedyś siadałeś blisko.
– Kiedyś… – Lavalier urwał, potem mruknął coś pod nosem po hiszpańsku.
A potem usiadł i kanapa skrzypnęła cicho pod jego ciężarem. Johnny czuł ciepło jego ciała na udzie i ramieniu. Wyciągnął rękę, sięgnął do dłoni Agentyńczyka. Nie stawił zbytniego oporu, choć przez moment wydawał się nieprzyjemnie bierny.
– Zachowujemy się, jakbyśmy mieli po naście lat.
– Chciałbym mieć tyle – westchnął Miguel i jego palce poruszyły się wreszcie, splatając z palcami Johnny’ego.
– Przepraszam.
– Za co? – Twarz Lavaliera była wystarczająco blisko, by mimo ciemności McGregor widział zarys rysów i rozszerzające oczy zdziwienie.
– Wycofałem się wtedy. Chociaż wcześniej…
Miguel prychnął.
– Może jestem mniej doświadczony od ciebie w tych sprawach – odparł – ale wydawało mi się, że seks to nie automat z przekąskami. Nie to nie.
– I tak to po tobie spłynęło?
– Tego nie powiedziałem. Ale jestem dorosły. Chcesz miśka?
– Nie – powiedział Johnny kategorycznie. – Ty też nie bierz. – Ścisnął rękę Miguela mocniej, jakby ten miał wstać.
– Mogę potrzebować.
– Nie będziesz.
– Nie zasnę.
– Zaśniesz. Zostanę z tobą, nie będziesz się musiał bać.
Miguel skrzywił się lekko. Chyba patrzył w podłogę, ale jego mowę ciała Johnny czytał raczej z kciuka pocierającego jego skórę niż mimiki.
– To nie tak odparł – Lavalier cicho. – Nie boję się. Wtedy się bałem... konkretnej rzeczy w sumie, ale minęło, biorę na to tabletki.
– Więc o co chodzi?
– Sam powiedziałeś. Po prostu za dużo myślę. I nie lubię wniosków, do jakich dochodzę.
– Więc może powinieneś zająć się czymś innym. Nie myśleniem.
McGregor usłyszał cichy śmiech.
– Na przykład tobą?
– Na przykład.
Kanapa skrzypnęła ponownie.
Pierwszy pocałunek był raczej niezdarny i to po obu stronach, bo żaden z nich nie wiedział właściwie, ani czego się spodziewać, ani jak zaspokoić oczekiwania. Nie znali się od tej strony – nie znali od tej strony żadnego mężczyzny – a wspomnienia wspólnych nocy z Emily dawały tylko złudne poczucie, że coś na ten temat wiedzą.
– Jezu, dziwnie – skomentował Miguel, marszcząc lekko brwi jakby w skupieniu.
– Źle?
– Nie, po prostu dziwnie. Trochę nie wiem, co robię.
– Przynajmniej jesteśmy w tej samej sytuacji – westchnął Johnny i przyciągnął go bliżej, bo udanego czy nie, ciało chciało kolejnego pocałunku. Chciało znacznie więcej.
Było lepiej. Kiedy McGregor, może wbrew zwyczajom, ale jednak chwilowo oddał pola, poczuł wyraźnie, jak ciało Argentyńczyka się rozluźnia stopniowo i wchodzi w rytm, jaki znał. Naparł, jego dłonie już pod koszulką gładziły skórę, usta pieściły nie tylko wargi, ale też brodę i linię podbródka, musnęły ucho. Johnny dał mu czas. Wiedział, że – prawdopodobnie z powodu wady – Lavalier nie zachowuje się jak stereotypowy mężczyzna-wzrokowiec, że potrzebuje uruchomić inne zmysły. Z tego też pewnie względu nie był szczególnie cichym kochankiem. Lubił szeptać, choć częściej po hiszpańsku, lubił wzdychać, śmiać się i mruczeć, a czasem wyrywało mu się coś więcej. Lubił też pozycje zapewniające kontakt dużych powierzchni ciała, ogólną bliskość, której poza łóżkiem przynajmniej pozornie unikał.
Ale to wszystko były tylko obserwacje, które nagle należało przekuć na intymność tylko między nimi dwojgiem.
Johnny próbował się na tym nie skupiać. Nie myśleć tak, jak zwykle myślał o Emily. Oni oboje byli zadaniowcami, choć nieco innego typu. Ona ceniła dobrze zrealizowany plan, on osiągniętą satysfakcję. A Miguel po prostu się kochał i zdawał się nie myśleć ani o jednym, ani o drugim. Dla ich sypialni ta lekkość, to traktowanie reakcji własnego ciała – w ogóle własnego ciała – jako oczywiste i naturalne były jak powiew świeżego powietrza.
Johnny uświadomił sobie nagle, jak bardzo za tym tęsknił i jak tego potrzebował.

*

– Jesteś… słodki.
– Co? – prychnął Johnny nieomal z oburzeniem.
– Masz słodką skórę. To dziwne.
Miguel leżał na boku i przyglądał mu się ze ściągniętymi w skupieniu brwiami. Dziwnie ta mina nie pasowała do całej sytuacji – do zmiętej pościeli, rozrzuconych ubrań oraz zapachu samczego podniecenia i świeżego potu. Ale jednocześnie tak bardzo pasowała do Lavaliera, że mózg – wciąż oszołomiony, wciąż wypełniony hukiem – zwyczajnie zaczynał wariować.
– Nikt nigdy mi tego wcześniej nie mówił – przyznał Johnny, raczej zbity z tropu. – Miguel?
– Hm? – mruknął trochę sennie.
– Pamiętasz pierwsze dni po połączeniu?
Zmarszczył czoło, jakby musiał sobie przypomnieć. Zaszeleściła pościel, gdy zagarną poduszkę i zaczął ją zgniatać pod głową, przyjmując pozycję wygodniejszą do rozmowy. Miejsca miał sporo, bo zgodnie stwierdzili, że nie będą się tłuc na wąskim łóżku i ściągnęli wszystko na dywan.
– Słabo – przyznał w końcu. – Miałem gorączkę i wszystko mnie swędziło. I czułem się słaby. Dopiero potem wyszło, że nie osłabłem, tylko zrobiłem się nagle dziesięć kilo cięższy. Pytasz ze względu na Roberta?
– Tak – odparł Johnny, obracając się ciężko na plecy.
– Poradzi sobie.
– Mówisz tak, bo powiedziałbyś to o każdym, żeby mnie uspokoić.
– Mówię to, bo sam sobie poradziłem. Większość z tych, którzy nie przeżyli pierwszego etapu inicjacji, miała jakieś genetyczne wady.
– Skąd wiesz?
– Od Emily.
– A jednak ona też się martwi.
Pościel zaszeleściła znowu i Johnny poczuł ciepłą dłoń na żebrach. Szczupłe, szorstkie i pewnie już na zawsze poznaczone odciskami palce przeczesały delikatnie włosy na klatce piersiowej Szkota.
– Bo teraz sprawa nie dotyczy anonimowych ludzi – powiedział Miguel. – Nie chcę podważać jej autorytetu, ale obaj dobrze wiemy, że wtedy martwi się trzy razy za dużo.
Johnny jednak ledwie to słyszał, w dużej mierze zajęty opanowywaniem potężnego, podlanego świeżym wspomnieniem dreszczu, biegnącego przez całe ciało.
Tak jak założył na początku, Miguel był całkiem inny w łóżku niż Emily. Był też całkiem inny niż Johnny. Dotąd Szkot często wyobrażał sobie, że wraz z żoną leżą po prostu na dwóch końcach skali. On miał podejście zdobywcy, a ponieważ zdobywanie szło mu przednio, nie widział powodów do hodowania kompleksów czy do pruderii. Emily z kolei dążyła do rozgryzienia systemu i póki nie była pewna rozwiązania, wolała zachowywać wnioski dla siebie. Nie uważała też, by seks stanowił dobry temat do rozmów nawet ze swoim mężem, choć on lubił się w ten sposób ponakręcać. Owszem, lubiła go i czerpała z niego satysfakcję, ale w innych sytuacjach niż w zaciszu sypialni i najlepiej przy zgaszonym świetle, zwyczajnie zaczynał ją peszyć.
Ale to okazało się bardziej skomplikowane. Bo Lavaliera za nic nie dało umieścić się na tej samej osi. Wnosił do układu całkiem nową energię. I lubił taką spokojną, senną i niemal opiekuńczą czułość, która nie tylko Johnny'ego zaskoczyła, ale też mocno na niego działała. Już wcześniej zauważył, że za każdym razem, gdy Miguel obejmuje Emily, robi to, jakby chciał osłaniać wystawione na cios miejsca. Chronił plecy albo głowę, prawdopodobnie kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy. I zawsze patrzył ponad nią, jakby szukał potencjalnego zagrożenia.
Oddanie mu kontroli nad sytuacją przyszło zaskakująco łatwo.
– To co u was? – spytał półgłosem.
Johnny zacisnął wargi.
– Dobrze wiesz, że powiedziałem to, żeby cię sprowokować.
– Wiem – przyznał Miguel. – Dlatego uciąłem temat.
McGregor poczuł, jakby znalazł się nagle na bardzo chwiejnym moście.
– Dobrze. Dogadali się – szybko uznał, że sięgnie przynajmniej po półprawdę. Nie zamierzał jednak wspominać o Odessie i o oczywistej pułapce, w którą wszyscy wchodzili z pełną świadomością ramię w ramię. Nie zamierzał na pewno wspominać, że kiedy za dwa dni ruszy na lotnisko, pożegnają się być może po raz ostatni. Nie mógł mieć jednak stuprocentowej pewności, czy Miguel nie odczyta jakichś sygnałów. Z nim nigdy niczego nie było wiadomo. Mógł nie widzieć rzeczy oczywistych, ale przypadkiem zwrócił uwagę na jakiś szczegół i wszystko się sypało.
– Czułem, że się dogadają – odparł jednak tonem, który nie zdradzał nawet grama podejrzliwości. – Im wszystkim zależy bardziej, niż to przyznają. Rei wszystko wpisuje do wbudowanego Exela, a Jurij ma całą kolekcję czułych punktów i łatwo go tak naprawdę podejść. Ta cała histeria była niepotrzebna.
Cóż, Johnny nie mógł powiedzieć, by nie czuł podobnie.
– Cieszę się – dodał jeszcze Lavalier, już z zamkniętymi oczyma. – Teraz mogę być spokojny.
Szkot objął go ramieniem i pozwolił tak zasnąć.

*

Ściskał Miguela na pożegnanie prawdopodobnie dłużej i mocniej, niż powinien. Jakby jeszcze liczył na to, że w ostatniej chwili padnie: Jadę z tobą. Nie padło, choć też wydawało się, że sprawa została na nowo otwarta.
Może to był tak naprawdę prawdziwy początek, a nie koniec.
Johnny wpatrywał się tępo w widok za oknem taksówki, a myśli i wspomnienia ostatnich dni wirowały w jego głowie jak szalone.
Nie wiedział, która z nich właściwie kazała mu się poklepać po kieszeni i odkryć jej niepokojącą płaskość. Przeszukał szybko wszystkie pozostałe, zajrzał do torby, ale wyglądało na to, że nie, nie ma ze sobą portfela.
– Kurwa…! – warknął ze złością. – Zawracamy! – krzyknął do kierowcy. – Regreso! Regreso!
Zerknął na zegarek i zaklął jeszcze trzy razy. Jeśli utkną w jakimś korku, będzie mogiła.
Kiedy z powrotem zajechali na znajomą ulicę, wypadł z samochodu jak postrzelony. Szarpnął za klamkę i otwarte drzwi szczęśliwie ustąpiły.
A potem rzeczy potoczyły się szybko.
Zadziałał tylko instynkt. To on kazał chwycić Johnny’emu pierwszą lepszą rzecz, jaka wpadła mu w rękę i cisnąć nią w okno. Brzęk tłuczonego szkła zadziałał lepiej niż krzyk, Miguel wystraszył się, zachwiało się krzesło pod jego nogami.
Ułamki sekund później.
Ułamki sekund później i miałby pętlę na szyi. Z tej przeklętej liny, którą cały czas trzymał pod łóżkiem, przerzuconej przez te przeklęte rury.
Johnny dopadł do niego i złapał w pasie, nim Argentyńczyk rąbnął o podłogę, ale nie wziął poprawki na ciężar jego ciała. Upadli obaj, a obok nich krzesło, ale nim Miguel zdążył zorientować się, co się dzieje, Szkot już wykręcił mu ręce i usiadł okrakiem na lędźwiach, kompletnie unieruchamiając.
Chciał wrzeszczeć. Powinien wrzeszczeć. Wyzywać od idiotów i wariatów, powinien przeklinać, na czym świat stoi, ale przez gardło nie chciało przejść mu nawet pojedyncze słowo, a w głowie miał tylko jednostajny szum i pisk jak ze starego radioodbiornika. Nic poza tym.
To Miguel zaczął krzyczeć. Szarpnął się tylko raz czy dwa, może bardziej w odruchu niż z faktycznej chęci uwolnienia, a potem zaczął się drzeć. Głośno i niekontrolowanie. Jak skrzywdzone dziecko. Bez słów i nawet bez złości. Twarz miał czerwoną, na skroni siną siatkę żył.
Johnny jedną ręką wciąż ściskając unieruchomione nadgarstki, drugą położył na głowie. Nie wiedział, co robi. Nie wiedział, czy dobrze robi. Przesunął dłonią po włosach. Raz i drugi. A potem trzeci. Powoli, uspokajająco, choć dłoń drżała mu z przerażenia, podobnie jak gardło i oszalałe, tłukące się w klatce piersiowej serce.

*

To było gorsze niż śmierć. W pewnym sensie. Gorsze niż stanie nad grobem Oliviera albo patrzenie na jego rozwaloną czaszkę i rozbryzgi mózgu pokrywające blat biurka. Bo tamto po prostu się stało. Nie na jego oczach, choć widział efekty i te efekty rozpalały mu żyły gniewem, huczały w skroniach chęcią mordu i kazały mścić się natychmiast.
To było gorsze, bo wciąż się działo, ciągnęło się od długich godzin, które wydawały się dniami, i bo wciąż nie dało się dostrzec końca gehenny. Gorsze, bo nie tak łatwo było wskazać winnych, którym można by wyrywać paznokcie i miażdżyć palec po palcu.
Praktycznie nic się nie działo. Pozbierali się, podjęli decyzję i przyjechali na miejsce, ale Johnny ledwie mógł oddychać. Czuł, jakby całe powietrze – duszne, śmierdzące szpitalem powietrze – zamieniło się w szkło i jakby sam potrzebował pomocy.
Nie chciał patrzeć na Miguela, ale i tak to robił. Nie chciał sobie wyobrażać, co Lavalier może w tej chwili czuć. Argentyńczyk siedział na plastikowym krześle skulony, z głową schowaną niemal między ramionami i ze wzrokiem utkwionym w szarych płytkach podłogi, jakby w linii pęknięć znajdował coś naprawdę interesującego. Cokolwiek jednak wypełniało jego głowę, przecież musiał słyszeć dochodzące zza ścian wrzaski, musiał widzieć zaślinionego mężczyznę na siedzeniu obok i wstrząsaną tikami kobietę po drugiej stronie poczekalni.
Był jak oni.
Nagle należało to przyznać i zrozumieć, choćby nie wiadomo jak miało boleć – był jak oni.
Był po prostu szalony. Miał swój numer w międzynarodowej statystycznej klasyfikacji chorób – a nawet kilka, całą tę przeklętą kolekcję różnych „F”, które zbierał, odkąd siedemnaście lat temu biegli sądowi zainteresowali się nim po raz pierwszy.
Miał też opuchniętą twarz, spocone dłonie, przerażony wzrok i drżące kolana.
Johnny czuł, że musi zapalić. Ręka już parokrotnie bezwiednie powędrowała mu ku paczce papierosów w kieszeni kurtki. Ale wiedział, że nie może się stąd ruszyć ani o milimetr. Musiał doprowadzić tę sprawę do końca.
Obaj musieli.
– Będzie dobrze – mruknął, chcąc tylko jakoś przerwać to potworne milczenie, i natychmiast tego pożałował.
Grymas, który wykrzywił twarz Miguela, gdy ten próbował odpowiedzieć uśmiechem, został w jego pamięci na bardzo długo.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1825
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 04 lutego 2018, 15:41

1/2

ROZDZIAŁ XXXIII
WE RUSSIANS HAVE NO PROVERBS. WE HAVE VODKA AND MISERY



Odessa
Kiedy umilkły krzyki, kiedy wrzaski przerażenia przeszły w cichy szloch i powtarzane rozpaczliwie imiona martwych, huk pożaru i dziki wizg wiatru jakby wezbrały na sile.
Miasto płonęło jasnym, żywym ogniem wciąż jeszcze podsycanym przez porywisty wiatr spadający kaskadą z wyżej położonej części brzegowej, pędzący szerokimi ulicami Odessy, świszczący w powybijanych oknach i łamiący drzewa w parkach, jakby to były zapałki. Jurij czuł jego wszechogarniające ciepło – wciąż jeszcze nie gorąco, wciąż jeszcze wiedział, że on sam się nie pali – coraz bliżej i wyraźniej. Gryzący dym wypełniał mu płuca i nos, jakby bez tego łatwo mu było oddychać. Jakby bez tego mógł powstrzymać kaszel, który jeszcze niedawno próbował rozerwać go na pół, a teraz przeszedł w żałosne, agonalne rzężenie.
Był przekonany, że wypalona przed laty na jego barku łapa gargulca pulsuje ogniem.
Słyszał jęki. Wiedział, że to jego chłopcy dogorywający w pogorzelisku, ranni i wystawieni na kolejny atak. Powinien im pomóc. Wstać, dać znać, zagrzać do walki o własne życie i wskazać kierunek ucieczki, a potem przegrupować i wysłać w dalszy bój. Był Rosjaninem, żołnierzem okrutnej Mateczki, która nigdy nie przejmowała się chorymi i rannymi dziećmi. Wiedział, że zadaniem jego Watahy i tak jest prędzej czy później umrzeć, ale był też dowódcą i do jego powinności należało wykorzystać zasoby do ostatniej kropli krwi.
Ale nie mógł się ruszyć. Nie mógł nawet zgiąć jebanego palca czy unieść pękającej w szwach głowy, by przekonać się, czy wrażenie, że jelita wypływają mu z rozerwanego brzucha jest prawdziwe czy nie. Mógł tylko leżeć i patrzeć w zasnute dymem niebo. Tylko słuchać jęków i cichych, na wpół szlochanych przekleństw.
Mógł tylko umierać w bólu.
Honorowa śmierć, kurwa, pomyślał gorzko, kiedy mimo wysiłków, powieki zaczęły mu opadać.

pięć godzin wcześniej Oczywiście Ukraina – a Odessa zwłaszcza – stanowiła teren neutralny tylko i wyłącznie w rosyjskiej narracji, na którą właściwie nikt się nie nabierał. I która, tak naprawdę, nie była do niczego potrzebna, bo wizyty nie ustawiono jako oficjalne dyplomatyczne spotkanie na szczeblu feldmarszałka i sekretarza generalnego. Robert podejrzewał, że hasła o spotkaniu wpół drogi wyszły ze sztabu Kaia niejako z przyzwyczajenia, ot tak, bo zawsze należało na wszelki wypadek coś takiego dodać. Ale nie, zwłaszcza po przejęciu władzy przez Hiwatariego Ukraina ze swoją niedojrzałą, fasadową polityką nie miała żadnych szans na dalsze opieranie się wpływom i wreszcie doszło do bezkrwawego w gruncie rzeczy przejęcia terenu, gdy pod mało subtelnym, ale skutecznym naciskiem ratyfikowano wyniki ostatnich wyborów do parlamentu. Nie minęło pół roku i Kai już zaczął pojawiać się na terenie tego państwa jak w poszczególnych rejonach Rosji, a nawet zainstalował na stałe oddział elektromantów i to właśnie stąd przypuścił swego czasu atak na Kraków – ten sam atak, który stanowił wysłaną Jurgensowi kartkę z pogróżkami.
Teraz, wjeżdżając do Odessy, Robert nie mógł pozbyć się wrażenia, że to było strasznie dawno temu, nieomal w poprzednim życiu. Po raz kolejny i wciąż na nowo ze zdziwieniem odkrywał, że od tamtych wydarzeń minął tylko nieco ponad rok. Po wielu latach żmudnych działań i podchodów wydarzenia niespodziewanie przyspieszyły tak bardzo, że – patrząc na nie wstecz – wyraźnie widział, że po postu momentami przestawał za nimi nadążać.
Jeszcze rok temu martwił się o swoją rodzinę, ale ratyzbońskie rytuały nadal funkcjonowały, jak należy, i utrzymywały ją w nie najlepszej, ale stałej kondycji. Nic nie wskazywało na decyzję o rozwodzie kilka miesięcy później, a już zwłaszcza na to, że Robert straci dwie bliskie osoby. Nic nie wskazywało też na to, że coś grozi Olivierowi. Chociaż nie – Niemiec poprawił się w myślach – zapewne akurat wskazywało, tylko on nie miał o tym pojęcia.
Może gdyby był mniej skupiony na sobie, może gdyby mniej uwagi poświęcał wymyślonym problemom, nie dał się omotać paranoi – może wtedy Polangue udałoby się ocalić. Może nie wycofałby się ze swoimi problemami, uznając najwyraźniej, że nie one najbardziej zagrażają Robertowi i przez to całej sprawie. Ale to tak naprawdę był tylko płacz nad rozlanym mlekiem i możliwe, że roztrząsanie tego po raz kolejny nie miało większego sensu.
A jednak Jurgens nie do końca potrafił się przed tym powstrzymać. Nie wobec wciąż powracających koszmarów i nie wobec słów Jurija wróżących mu rychłe szaleństwo.
W tym jednym Ivanow nie mylił się z pewnością – wszyscy Połączeni tracili zmysły. Może Miguel, obecnie już na oddziale zamkniętym, stanowił tego najbardziej jaskrawy przykład, ale nie trzeba było dyplomu lekarza psychiatry, by stwierdzić, że żadną miarą nie stanowił wyjątku. Wystarczyło posłuchać dzikiego śmiechu wyprowadzonych z Opactwa nieletnich, wystarczyło spojrzeć w oczy Jurija, posłuchać wypełnionych obsesją monologów Mao albo próbować rozgryźć zimną logikę Reia, którą zdawał się odgradzać od rzeczywistości.
Robert przetarł dyskretnie zaspane, opuchnięte oczy. Przemywał je zimną wodą już wielokrotnie i nawet dał sobie zrobić okłady z lodu i herbaty, ale nie pomogły. Irracjonalny, ale jednak niemożliwy do opanowania lęk przed koszmarami przerodził się wreszcie w chroniczną bezsenność. Jurgens spał po dwie, trzy godziny, cały czas niespokojnie i budząc się na najlżejszy nawet szmer. Jeśli udawało mu się zapaść w drzemkę w ciągu dnia, ta najczęściej kończyła się koszmarnym bólem głowy, suchością w ustach i opuchlizną nie schodzącą potem aż do wieczora. I wcale nie przynosiła odpoczynku, a jedynie mętlik w myślach.
Dawniej Niemiec lubił kawę, zwłaszcza tę parzoną przez Gustava, czarną i aromatyczną, lubił jej zapach i fakturę na języku. Teraz samo wspomnienie chwytało go za gardło i wykręcało żołądek, bo stała się ona dla niego jak lekarstwo, jak coś, co spożywało się nie dla przyjemności lub chwili relaksu, a z czystej konieczności.
Tak samo było i tym razem, gdy Mystel bez słowa wcisnął mu w dłoń papierowy kubek z logo stacji benzynowej. Aromat uderzył w nozdrza Roberta i momentalnie zmienił jego przewód pokarmowy w najeżone kolcami zasieki.
Mimo to Robert podziękował skinieniem głowy. Cóż, wiedział, o co chodzi. Powoli zbliżali się do hotelu, a od chwili zameldowania będą już pod stałą obserwacja i Jurgens nie powinien zdradzać najdrobniejszych nawet oznak słabszej kondycji. Przynajmniej nie tak długo, aż nie znajdzie się w łazience – oczywiście przy założeniu, że ludzie Hiwatariego mają minimum przyzwoitości i przynajmniej tam nie zamontują sprzętu szpiegującego. Mystel obiecał co prawda, że dokładnie sprawdzi wszystkie pomieszczenia, ale nie ukrywał też, że odkąd zajmował się tym po raz ostatni, minęło sporo czasu, który spędził głównie na gotowaniu zupek dla syna, więc nie wątpił, że galopująca technika zostawiła go z tyłu już dawno.
Pomoc Johnny'ego z pewnością wiele by dała, ale McGregor musiał być w tym czasie w zupełnie innym miejscu i nadzorować transport ostatnich części mecha, który miał zostać złożony w całość przez inżynierów Emily niemal w ostatniej chwili, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Upierała się długo, że właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, by przynajmniej te prace nadzorowała osobiście. Robert nie chciał, ale jednak słyszał jej kłótnię z Johnnym, bluzgi i płacz, acz wreszcie uznał, że powinien wkroczyć między nich i załatwić sprawę rozkazami. York była dla świata zbyt cenna, żeby narażać ją chociażby w ten sposób – zwłaszcza wobec ostatnich posunięć Judy Jones i ogłoszenia, że wszystkie Bestie są syntetyczne mogło się niebawem okazać, że jej rola znaczy więcej niż wszystkich w Odessie razem wziętych. Ta wojna wchodziła w nową fazę i pięść coraz mniej się w niej liczyła.
Hotel Federic Coquelin okazał się miejscem nieco zbyt wystawnym i wzorzystym jak na gust Roberta, który owszem, cenił sobie powiew tradycji, ale jednak w nieco bardziej stonowanym wydaniu. Nie ulegało też wątpliwości, że ilość zdobień i stylizowanych, luksusowych mebli ułatwia rozmieszczenie kamerek i podsłuchów. Mystel nieomal z miejsca wziął się za oględziny oraz możliwie dyskretną instalację zagłuszaczy.
Robert, pamiętając o tym, że prawdopodobnie przez cały czas jest obserwowany, nie pozwalał plecom zgarbić się nawet wówczas, gdy siadał w miękkim fotelu z filiżanką świeżo dostarczonej herbaty w ręce. Miał jeszcze trzy godziny do umówionego spotkania – teoretycznie czas wliczony na poczet ewentualnych problemów na drodze oraz przeznaczony na odświeżenie się, ale w istocie zostawiony raczej po to, by Jurgens miał dość czasu, żeby porządnie się zestresować.
Dotąd oszukiwanie własnego umysłu szło mu nawet nie najgorzej. Owszem, był wyczerpany i senny, ale fakt, że podróżował prywatnie, a nie z całym kordonem, oraz świadomość, że gdzieś tam setki kilometrów stąd jego sobowtór przygotowuje się pod okiem Hiromi do wystąpienia, jakie ma odwrócić uwagę świata od obecności w Odessie prawdziwego sekretarza generalnego nadawały całej wyprawie nieco nieoficjalny sznyt. Poza tym Jurgens nie widział pozostałych przygotowań do szturmu i tak naprawdę nie miał już na nie najmniejszego wpływu – przedziwne, ale to właśnie zmęczenie umożliwiło mu patrzenie na te sprawy z pewnego nienaturalnego dystansu, jakby wcale nie splatały się z jego wątkiem, i przyjęcie, że pozostali członkowie wyprawy wiedzą, co robić.
Upił łyk herbaty. Była koszmarnie słodka, w czym dostrzegł rosyjskie wpływy. W pierwszym odruchu zamierzał odłożyć filiżankę na spodek i podziękować za tę wątpliwą przyjemność, ale w drugim uznał, że być może cukier nie jest teraz najgorszym z możliwych pomysłów. Zmusił się więc do tego, by wpić napar do dna, na którym istotnie dostrzegł ślady konfitury z róż.
Spojrzał na zegarek i ocenił, że wciąż ma dość czasu, by się zdenerwować.
– Pójdę się odświeżyć – oświadczył więc i zniknął w łazience, zostawiając Mystela samego z jego robotą.

*

Kai nawet nie łudziła się, że uda jej się odzyskać dawną postać. W chwili przemiany czuła to wyraźnie – że przekracza ten próg ostatecznie i nigdy już nie będzie dla niej powrotu. Wtedy wydawało się to jedynym wyjściem. Toczący ją jak śmiertelna choroba gniew musiał wreszcie wylać się na zewnątrz i płonąć w wiecznym ogniu, inaczej zwyczajnie by ją zabił. Zresztą ta forma egzystencji dawała Hiwatari siłę, jakiej nie miała nigdy wcześniej. Dawała też przedziwne poczucie pogodzenia się z samą sobą, jakby położyła kres tej wyniszczającej wojnie między męskim Kaiem, chłopcem z Opactwa i wymarzonym dziedzicem Voltaire’a a ukrytą w jego sercu dziewczyną zakochaną w dzikim wilku z Syberii.
Tak było po prostu dobrze. Było prawdziwie.
I jedyny problem polegał na tym, że Kai nie mogła już ukryć swojej przemiany przed nikim, w tym także przed Robertem Jürgensem. Podczas ich ostatniej rozmowy za pośrednictwem telekonferencji mogła jeszcze wyłączyć wizję, ale teraz miała stanąć z nim twarzą w twarz.
– Będą za godzinę – usłyszała raport sierżanta Azowa, a potem westchnienie, gdy siedzący za jej plecami Borys powoli wypuścił powietrze z płuc.
Kai nie chciała posyłać go do walki. Już gołym okiem dało się zauważyć jego fatalną kondycję – ziemistą bardziej niż kiedykolwiek cerę, wypadające włosy, pogłębiające się zmarszczki i czarne półksiężyce pod oczyma. Widziała skrzywienia bólu, gdy chodził, i to, że nawet codzienne czynności zdają się go niewspółmiernie męczyć, a z terenu wraca ledwie przytomny. Najchętniej odesłałaby go daleko stąd, kazała otoczyć możliwie najlepszą opieką i w międzyczasie szukała ludzi zdolnych zastąpić Woronina i Panina.
Zaproponowała mu, że przebuduje jego ciało mocą Black, ale odmówił. Chciała zrobić to siłą, ale zagroził, że wtedy strzeli sobie w łeb, a znała go wystarczająco, by wiedzieć, że nie ma w tym ani grama słów rzucanych na wiatr. Może uwięziona Falborg zdołałaby go przed tym powstrzymać, ale może wcale nie, skoro nie zdołała powstrzymać go przed wieloletnimi zaniedbaniami, gdy uciekł do Mongolii i przestał pojawiać się w Opactwie na przeglądach.
Może, czując nieuchronność nadciągającej śmierci, tak właśnie chciał umrzeć – w walce, a nie w ciepłym, bezpiecznym łóżku lub w kapsule medycznej. I może – mimo całego bólu – należało mu na to pozwolić. Został ostatnim z jej generałów. Może z tej choćby racji należało mu się trochę szacunku. Zwłaszcza że sprawa i tak wydawała się przegrana, jakkolwiek gorzkie i niesprawiedliwe by się to nie wydawało.
– Wiesz, co masz robić – rzuciła więc Kai tylko.
– Aż za dobrze – odwarknął Kuzniecow i Hiwatari usłyszała charakterystyczny zgrzyt odkręcanej nakrętki od piersiówki.
Powinna to skomentować. Powinna na niego nawrzeszczeć i kategorycznie zabronić picia, ale to i tak nie miało już żadnego znaczenia, a jeśli miało mu pomóc, to tym lepiej.
Był Rosjaninem. W dodatku Rosjaninem, który za dziecka znacznie częściej oglądał wybite zęby niż cukierki, a podniebienie i dziąsła miał już dosłownie przeżarte amfetaminą. Całkiem możliwe, że naprawdę mogło mu pomóc. Całkiem możliwe, że dlatego jeszcze w ogóle funkcjonował.

*

Restauracja godziła w poczucie estetyki Roberta jeszcze dotkliwiej niż pokój, bo siłą rzeczy na większej przestrzeni kłócące się ze sobą, agresywne desenie robiły wrażenie jeszcze większego chaosu.
– Chociaż podłoga mogłaby być jednolita – mruknął na wpół do siebie, a na wpół do Mystela, choć ten nie sprawiał wrażenia, jakby wystrój robił na nim jakiekolwiek wrażenie poza wrażeniem jednej wielkiej pułapki i logistycznej zagadki, jaką starał się za wszelką cenę rozwiązywać na bieżąco.
Obaj wodzili wzrokiem od stolika do stolika, ale nie dostrzegali ani Kaia, ani Balkowa, ani nikogo nawet, kto wyglądałby na ich wysłanników. Aż wreszcie podeszła do nich kelnerka i poinformowała, że są proszeni do stolika, który ona zaraz wskaże. Dotąd skrywał się przed ich oczyma za filarem, jednak kiedy przeszkoda zniknęła, Robert znów poczuł ścisk w żołądku.
Przy wskazanym miejscu siedziała tylko jedna osoba. Kobieta. Ciemnoskóra, czarnowłosa i z półuśmiechem na pełnych wargach. W rosyjskim mundurze generała.
– A jednak kamera i odpowiedni makijaż czynią cuda – skomentowała, jeszcze zanim kelnerka zdążyła się ulotnić z zamówieniem obejmującym zresztą wyłącznie wodę. – Na żywo wyglądasz żałośnie. W sumie nie zazdroszczę.
Robert całą siłę swojej woli włożył w to, by nie drgnął żaden mięsień na jego twarzy. Z niepokojem zauważył, że obniżona koncentracja spowodowała lekkie zafalowanie firanek za plecami Rethy Mhalangu, ale zdawało się, że tego nie zauważyła. Pozostali goście z kolei mogli wziąć to za całkowicie naturalne, jako że część okien pozostawała otwartych wobec pięknego, słonecznego dnia.
– Dziękuję za troskę, pani generał-lejtant – odparł Jurgens najbardziej neutralnym ze wszystkich swych tonów. – Rozumiem, że feldmarszałka coś zatrzymało.
Retha przeniosła wzrok na Mystela.
– Feldmarszałek zakładał rozmowę w cztery oczy – powiedziała. – Słusznie założył, że możesz przywlec ze sobą towarzystwo, choć przyznaję, że oboje skłanialiśmy się ku podejrzeniu, że będzie rudym amatorem owiec. Ogromna szkoda, bo miałam z nim pewne osobiste rachunki do wyrównania.
Huk wystrzału oszołomił Roberta na ułamek sekundy – ten sam ułamek, w którym był przekonany, że kula trafiła jego. Podniósł się wrzask, rozległ się brzęk tłuczonych filiżanek, gdy te spadły z kilku potrąconych w panice stolików. Wszystko to, łącznie z ciężkimi krokami żołnierskich butów, gdy oddział wkroczył do hotelowej restauracji, depcząc absurdalnie wzorzysty dywan, zagłuszyło upadające na plecy ciało Mystela.
Niemiec poczuł wypełniające go zimno. Poczuł, jak całe jego wnętrze zmienia się w szklaną, gładką taflę. Nie wiedział, co sprawiło, że nie wezwał Bestii, a tylko przymknął oczy i powoli wypuścił powietrze z płuc,
– Pod ściany! – ryknęła Mhalangu, a jej ludzie wywracali stoliki i, celując kałaszami w cywili, zaganiali ich w zbite stado, z którego nie było ucieczki. – Czego się spodziewałeś, Jürgens? – syknęła, patrząc mu prosto w oczy.
Teraz widział wściekłość w jej oczach i gniew zmieniający rysy.
Zobaczył też lufę celującą w jego własną pierś.
– Zabronili mi cię zabijać – wycedziła Mhalangu – ale ostrzegam, że jeśli mi podskoczysz, zrobię wiele, byś za to zapłacił, nie umierając. A to, żebyś wiedział, że nie żartuję.
Rozległ się drugi strzał.
Robert nie wiedział, jak znalazł się na podłodze. Nie wiedział, co nadal trzyma jego umysł w kleszczach, wciąż pozwala trzymać się mantry o tym, że nie może zdradzić się z połączeniem, nim nie zobaczy Hiwatariego. Nie wiedział też początkowo, co każe mu krzyczeć i trzymać się oburącz za kolano.
Uderzenie potwornego bólu przyszło nagle, gdy dwóch żołnierzy dźwigało go z nasiąkającego krwią jego i Mystela dywanu. Uderzył gorącem w plecy i kark, a prawą nogę wypełnił lodem. Czuł cieknące po policzkach łzy. Próbował nad tym wszystkim zapanować, przejąć kontrolę nad swoim ciałem, chociaż wyrównać oddech, ale nie był w stanie. Niewyobrażalne cierpienie rozrywało go pazurami, rozmazywało kontury kształtów i wreszcie zaczęło wypełniać obraz mroczkami.
Tak musi być, powtarzał sobie, tak po prostu musi być.
Dostać się do Hiwatariego, wyssać całe powietrze z jego płuc – to był jedyny jego cel. Nic innego nie powinno mieć znaczenia. Nawet śmierci. Ustalili to między sobą. Byli na to gotowi. Wszyscy.
Wszyscy.
Poza małym, pogodnym Rinem czekającym na powrót ojca daleko stąd, nierozumiejącym polityki i stawki, o jaką toczy się gra.
Kolejna fala bólu wydusiła z Roberta ochrypły krzyk. Uderzył w coś twardego i cuchnącego ropą. Transporter – dotarło do niego w przebłysku świadomości, ale zdawało się o setki mil omijać ośrodki decyzyjne.
To były dane. Tylko dane. Cel wciąż znajdował się daleko.
Zbyt daleko.
Robert zagryzł wargi i zmusił się, by spojrzeć na swoje kolano. To był zły pomysł i poczuł, jak momentalnie cała obrzydliwie słodka herbata wraca z żołądka do przełyku.
– Nie dotykaj – warknął ktoś, a potem sam zaczął obmacywać nogę i Jurgens poczuł, że osuwa się w lepką ciemność.
W której czekał na niego Olivier z zaszytymi ustami. Patrzył w sposób, jaki Robert widział wiele razy podczas ostatnich dni jego życia. Teraz dopiero rozumiał, że była to troska.
Tak późno.
Wszystko tak późno.
– Przepraszam… – wyszeptał, nie wiedząc już, czy mówi do Francuza, do martwego Mystela wpatrzonego w sufit, małego Rina czy wszystkich, którzy mieli jeszcze pożegnać się z życiem, kogoś zostawić lub samemu być porzuconym.
Tak musi być. Tak po prostu musi być.

*

Odessa była jak spełnienie jego najgorszych koszmarów. Taka – namacalna – okazała się jeszcze gorsza niż na wszystkich tych mapach i trójwymiarowych planach.
Wystrzelają nas jak kaczki, myślał Jurij z wściekłością, po raz ostatni sprawdzając stan sprzętu.
Miasto zostało oczywiście otoczone kordonem wojskowym, więc nie było szans, żeby wkroczyć w nie z hukiem. Nawet Johnny i ten drugi, gdyby postanowili użyć mechów za szybko, będą bez szans. Nie to, żeby Ivanow wątpił w zdolności Emily, ale zawsze miał do techniki podejście raczej podejrzliwe niż ciepłe i w jego mniemaniu wystarczył jeden dobrze wycelowany pocisk przeciwpancerny, żeby ze Szkota i jego metalowej jaszczurki nie było czego zbierać. A bo broń ciśnieniowa jest znana od wczoraj? Wystarczyło spenetrować pancerz, znaleźć jakiś słaby jego punkt, a potem rozsmarować zawartość po ścianach. Nie wiedział co prawda, z czego strzelano do mechów podczas prób, ale wątpił szczerze, by w Ettaler Forst zgromadzono cały rosyjski arsenał, łącznie z prototypami, które Hiwatari w każdej chwili mógł wyciągnąć z rękawa.
Oczywiście podzielił się swoimi przypuszczeniami głośno, bo niby dlaczego miałby milczeć.
Nikt mu nie podziękował.
Cóż, do jego zdań należało teraz miedzy innymi dopilnowanie, żeby ten czarny scenariusz się nie ziścił. Wraz z grupą swoich chłopaków miał zinfiltrować miasto, po cichu i błyskawicznie wyczyścić je z tylu niebezpieczeństw, z ilu będzie w stanie. Mieli na to jakieś cztery godziny, podczas których z kolei Robert miał dostać się do samego Kaia. Po upływie tego czasu – bez sygnału ze względu na utrudnioną łączność – mechy wkroczą między zabudowania, Rei przypuści atak elektryczny, a Jürgens powietrzny.
I – całkiem prawdopodobne – rozpęta się piekło, jakiego dawno nie widziano.
Jurij starał się nie rozpraszać, ale jednak trudno było mu odgonić od siebie myśl, że wszystko to, cała ta historia, w jakiś sposób się powtarza. I może dobrze. Może dzięki temu tak czy inaczej uda się ją wreszcie zakończyć.
W końcu nawet w przypadku najgorszego z możliwych rozwojów wypadków nie wszyscy wystawili się na strzał. Choćby Hiwatari zdołał dosięgnąć każdego, kto przybył do Odessy, gdzieś za nimi zostali inni, którzy nie pozwolą się tak łatwo zabić.
Których udało się ocalić.
– Żmija, Wieloryb. Wieżowiec na trzynastej – zakomenderował i do jego ucha spłynęły potwierdzenia od nastoletnich dowódców grup.
Odruchowo przeciągnął dłonią po ogolonej do zera głowie – po to, by jego ruda czupryna nie zwracała uwagi tych, którzy mogli go znać. Uderzył się lekko w skroń, by wygonić z niej ćmiący ból głowy. Łyknął wszystkie proszki posłusznie jak nigdy wcześniej. Miał w zwyczaju oprotestowywać je, jako że wiedział doskonale – nie leczyły go, a jedynie łagodziły objawy. On tymczasem odkrył z pewnym zdziwieniem, że tych objawów chce. I chce, żeby było coraz gorzej. To przypominało mu o nadchodzącej śmierci, pozwalało utkwić w niej wzrok i po prostu podążać przed siebie.
Teraz jednak od jego kondycji zależało aż za dużo.
Przeklęte wieżowce.
Wśród niskich, często jednopiętrowych zabudowań zachodniej części miasta wyrastały jak baszty strażnicze i Jurij ani przez moment nie wątpił, że tak właśnie są wykorzystywane. Spodziewał się snajperów. Wyobrażał sobie, jak obserwują jego grupy przez lunety i przygotowują do zbyt łatwego polowania. Jeśli cokolwiek miało się udać, należało pozbyć się ich w pierwszej kolejności.
Przydałby się piromanta. Przydałby się ktoś, kto po postu mógłby tam podejść i podpalić niższe piętra, więżąc snajperów w pułapce albo – ewentualnie – wykurzając ich jak szczury z kanałów. Elektromanci, hydromanci i aeromanci, którymi dysponował Jurij, zostali stworzeni do zupełnie innych zadań. Zresztą replik Seaborg miał tu niewiele. Sześcioro z nich, czyli niemal wszyscy, usiłowało właśnie przebić się na wybrzeże, by w odpowiednim momencie skierować na ląd jak największe masy wody.
Co jeszcze gorsze, musiał liczyć się z obecnością Borysa. Wszyscy musieli się z nią liczyć.
Syntetyki na zawsze pozostaną tylko syntetykami. Owszem, ostatnio wybuchła afera, pół świata srało po gaciach, bo oto okazało się, że wszystkie Bestie są tak naprawdę sztuczne, ale Jurij jak nikt inny wiedział, że to nie znosi podstawowego podziału. Ktokolwiek stworzył pierwotny system, miał wiedzę i możliwości najwyraźniej mocno przekraczające to, co udało się wypracować w Opactwie. Więc tak, uzyskane tam kopie przerażały i dały Rosji militarną przewagę, ale ich siła tkwiła głównie w ilości. Wciąż nie mogły równać się z mocą, jaką dawała pojedyncza Bestia z pierwszego systemu – nawet nie ta stojąca w hierarchii najwyżej. Jeśli ktokolwiek miał w tym względzie jakieś wątpliwości, to, co stało się ledwie parę miesięcy temu, gdy czterech Połączonych – z resztą osłabionych i chorych w większości – zdołało roznieść w pył ośrodek wypełniony po brzegi syntetykami, powinno stanowić wystarczający dowód.
A Borys miał jeszcze tę szczególną cechę, że gdy przychodziło co do czego, nie czuł się zobowiązany do przestrzegania jakichkolwiek granic i nie wierzył w ograniczenia.
Też był szalony. Też tak naprawdę nie wytrzymywał ciężaru, jakim było dźwiganie w swoim umyśle Bestii. Zawsze okrutny i o skłonnościach psychopatycznych, rozwinął te cechy w przerażający sposób. Hiwatari posyłał go zawsze tam, gdzie nie liczyły się koszty i ilość trupów, gdzie nie trzeba było kalkulować, a po prostu przeć przed siebie i niszczyć wszystko na swojej drodze.
Podobno Mongolia była już tylko jednym wielkim jałowym cmentarzyskiem.
Robert zapewne wyobrażał sobie, że jego moc może stanowić odpowiedź na moc Falborg, nawet jeśli nie mówił o tym głośno. Ale Jurij miał co do tego poważne wątpliwości. I nie chodziło tylko o poziom wyszkolenia, choć i pod tym względem Kuzniecow był dla Jurgensa nieosiągalny, a właśnie o to – o brak poszanowania dla jakichkolwiek granic.
Pierwszy strzał padł, kiedy grupa Żmii pokonywała najbliższą przecznicę – dosłownie na moment wystawiona jak na patelni. Jeden z chłopców – Ivanow nie widział z tej odległości który – po prostu upadł i na jego czole wykwitła czerwona kropka. Pozostali dopadli do najbliższego muru i przylgnęli do niego, czekając na dalsze rozkazy – tak jak zostali wyszkoleni.
– Rozpoznali nas – Jurij warknął, mówiąc oczywistości, ale nie powinien zakładać, że w stresie do tych dzieciaków dotrze, co właściwie się dzieje. Nie uczestniczyli jeszcze w prawdziwych działaniach bojowych. – Koniec kamuflażu. Kryjecie się. Macie być szybcy. Nie oglądacie się na towarzyszy. Kto pierwszy dotrze na miejsce, działa i nie liczy na pomoc.
Opracowali różne scenariusze – zależne od tego, jakie syntetyki uda się przetransportować pod wieże strażnice.
– Wiewiórka. Wieżowiec na ósmej trzydzieści.
Kolejny chłopiec po prostu upadł na asfalt. Ktoś zaczął krzyczeć, ktoś podbiegł i próbował udzielić pierwszej pomocy, jakby nie widział oczu nieruchomo wpatrzonych w niebo.

*

Ciemność wypluła go w miejscu pachnącym tytoniem i wodą kolońską. Jeszcze zanim otworzył oczy, poczuł, że całe ubranie ma przylepione do spoconego, rozpalonego gorączką ciała. Siedział, choć nogę oparto mu o taboret.
A korpus oczywiście przywiązano do oparcia.
Padały jakieś słowa, ale po rosyjsku, a oszołomiony cierpieniem mózg nie był w stanie ich zidentyfikować.
Pozwolił sobie jeszcze na kilka ciężkich uderzeń serca i głębokich oddechów, nim podniósł powieki i dał znać komukolwiek, że się obudził.
– Witaj wśród żywych.
Powiedzenie, że nie tak wyobrażał sobie to spotkanie, stanowiłoby poważne nieporozumienie. Nie wyobrażał go sobie bowiem w ogóle. Nie chciał go i nie zamierzał zaprzątać sobie głowy myśleniem o takiej ewentualności, o tym, co będzie wówczas czuł i co powie. Człowiek, który stał przed nim i który był jego ojcem wyłącznie w sensie biologicznym, nie zasługiwał zresztą na żadne słowa.
Ból, który przeszył barki, był tak niespodziewany, że Niemiec omal nie zdradził się z mocą.
Nie, jeszcze nie. Nikt nie wiedział tu o jego połączeniu, nikt nie spodziewał się ataku Bestii i to właśnie stanowiło jego przewagę.
Oraz – co prawdopodobne – ostatnią nadzieję.
– Zabiłeś własnego wnuka – wycedził Robert, gdy uznał, że milczenie nie jest jednak najlepszą możliwością.
– Nie osobiście – odparł Ilja Balkow, splatając dłonie w drażniąco znajomym geście. Jürgens znał je nie tylko to, ale również kształt palców i sposób, w jaki opinała się skóra na knykciach i ścięgnach.
– To ma jakieś znaczenie?
– Dla mnie ma. Zawsze mam poczucie, że nie dokończyłem sprawy, jak należy, jeśli nie zrobię czegoś własnoręcznie. Zapewne to znasz. Z wiekiem jesteś do mnie coraz bardziej podobny.
Robert wzdrygnął się i poczuł, że treść żołądka podchodzi mu wysoko, aż do gardła. Dawno nie czuł takiego obrzydzenia do drugiego człowieka. Takiej pogardy połączonej z nienawiścią. Całą wolę musiał wkładać w to, by jedną wściekłą myślą nie wyssać całego powietrza z płuc Balkowa. Teraz dopiero rozumiał, z czym niegdyś zmagał się Rei, gdy pękały żarówki nad jego głową, i co płynęło w żyłach Jurija, gdy zamrażał ludziom gałki oczne. Mógł sobie wyobrazić niszczycielskie szepty wypełniające głowę Miguela.
Może był to wyraz sporego zadufania w sobie, ale dotąd Robert żył w przekonaniu, że on będzie potrafił zapanować nad tym w każdych warunkach – że zawsze i wszędzie zdoła oprzeć się pokusie wykorzystania tak łatwej przewagi nie tyle nawet nad przeciwnikiem, co w ogóle nad rzeczywistością. Na tym w końcu opierała się jego moc. Na samokontroli. Na precyzji. Na utrzymywaniu w ryzach.
Ale teraz przechodził ciężką próbę.
– Nie porównuj nas do siebie – syknął. – Nie masz do tego najmniejszego prawa.
– Nie? – Balkow uniósł siwą brew i pochylił się nad biurkiem. – Jeszcze zanim przekroczyłeś trzydziestkę, miałeś na sumieniu całkiem sporo – zauważył. – Owszem, różniła nas skala, powiedzmy, ale też czasy były zupełnie inne. Patrząc jednak na to, czego dokonałeś w swojej ograniczonej piaskownicy, śmiem twierdzić, że przy zapewnieniu ci odpowiednich narzędzi, rozmawialibyśmy dziś z zupełnie innych pozycji, synu.
To słowo brzmiało tak okropnie, że Robert nie zdołał powstrzymać skrzywienia ust.
To też było gorzko ironicznie. Jeśli istniała osoba, która powinna to usłyszeć z ust Ilji Balkowa, nie był nią były sekretarz generalny, a pewna syberyjska sierota, z której bezwzględny kat zrobił wilka w ludzkiej skórze. To nie Jurgens czekał przez lata na to jedno słowo. Nie on go potrzebował.
– Sądzę, że prócz możliwości i czasów, różni nas też poziom motywacji – odparł Robert najspokojniej jak potrafił, głosem wyćwiczonym podczas publicznych wystąpień, gdy nie mógł okazywać gniewu i pogardy. Co prawda w jego głowie pojawiła się gorzka myśl, że to bez sensu, bo rodzony ojciec za dobrze zna te sztuczki, ale nie zamierzał odpuszczać. Nie zamierzał dać mu satysfakcji.
– Jesteś głupi, Robert.
To jedno zdanie wypowiedziane tak zwyczajnie i prosto w oczy, omal nie zdarło maski z twarzy Jürgensa.
– Nie wiem, doprawdy, jak to się stało, że jesteś tak bezdennie głupi, pewnie po matce, ale dlatego właśnie nigdy nie zamierzałem ponownie proponować ci współpracy. Wiedziałem, że się nie nadajesz, a ja nie lubię kierować się sentymentami i nie zamierzałem ułatwiać ci kariery tylko dlatego, że masz parę moich genów.
Robert skupił się na tym, by nie zacisnąć pięści, ale czuł, jak mimo to mięśnie jego palców kamienieją w walce odruchu z rozumem.
– To może pierwszy komplement, jaki słyszę z twoich ust, ojcze – odparł zimno i przeraziło go, że niemal skopiował ton Balkowa.
Długo uczył się myśleć o nim tylko i wyłącznie w ten sposób. Tylko przybranym imieniem i fałszywym nazwiskiem. Uczył się wierzyć w rosyjski akcent i udawane szerokie słowiańskie gesty, które znikały natychmiast, gdy znikało oko kamery. Na nowo tworzył sobie obraz tego człowieka w głowie, a potem zaczął robić wszystko, by przeszkodzić nie swojemu ojcu, który błądzi, a śmiertelnemu wrogowi i obcemu.
Udało się. Może nie świadczyło to najlepiej o nim samym i jego wrażliwości, ale udało się. Dziś był zdolny rzucić tym słowem – "ojciec" – jak obelgą.
I nie poczuć niczego.
– Ale jednak nie kazałeś mnie po prostu zastrzelić – zauważył.
Balkow wstał powoli zza biurka. Ciało wciąż miał silne i wyćwiczone jak na wiek, ale nie dało się przeoczyć nieco bardziej pochylonej głowy i skulonych ramion ani ciemniejszych plam na dłoniach. Starzał się. W drażniąco szlachetny sposób właściwy Jurgensom od pokoleń.
– Nie – przyznał. – Wiem, że będziesz próbował mnie przechytrzyć. Nas – poprawił się. – Mnie i Kai. – Robert zmarszczył lekko brwi, słysząc tę dziwną odmianę. – Zapewne trzymasz jakieś asy w rękawie i zapewne nie wszystkie z nich mają dość stalowych nerwów, żeby trzymać się rozkazów bez względu na sytuację, prawda? Och, Rei Kon. Obaj wiemy, jaką kontrolę nad sobą ma Rei Kon, ale też ja przynajmniej nigdy nie zapomniałem, że to wybuch jego gniewu wysadził instalację elektryczną na moskiewskim stadionie i potem w połowie miasta, i że to on doprowadził do śmierci setek ludzi już jako dziewiętnastolatek, a potem rozpętał paskudną wojnę tylko dlatego, że nie mógł inaczej zemścić się na drugim smarkaczu. Ale Lavalier? Gdzie ukryłeś swój niezrównoważony emocjonalnie napalm? Zasłynął już paroma niezwykle udanymi akcjami ratowania dam w opałach. Podczas jednej usmażył kilkudziesięciu przypadkowych ludzi, podczas innej spalił nieco hektarów tajgi i rozwalił parę osiedli. Co planuje tym razem?
Robert z największym trudem powstrzymał westchnienie ulgi. Przypomniał sobie, że Balkow wciąż wie mniej, niż uważa. Wciąż jest przekonany, że tajną bronią Jürgensa jest trzymany gdzieś w zanadrzu Miguel. To mogło oznaczać, że przegapił ten wątek i…
Coś zapiszczało na biurku Rosjanina. Odebrał wiadomość, zmarszczył brwi, po czym ponownie spojrzał synowi w oczy. Jego usta wykrzywił paskudny, tryumfalny uśmiech.
– Klinika psychiatryczna, tak? – spytał jadowitym tonem, a potem roześmiał się w głos.
Śmiał się długo, głośno i tubalnie, a Robert usiłował opanować burzę, jaka wybuchła pod jego żołądkiem.
– Och, na mateczkę Rosję! – Balkow otarł kącik lewego oka. – Przysięgam, byłem przekonany, że to blef. To byłoby nawet całkiem sprytne posunięcie, zamarkować coś takiego, a potem wrzucić w kaftan sobowtóra. Twoja ochrona nieźle sobie radziła z sobowtórami, ale… – Ilja nie do kończył, bo ponownie wybuchnął śmiechem. – Stary idiota Barthez przewraca się w grobie! – zarżał, niemal zginając się wpół.
Potem jednak spoważniał w ułamku sekundy. Jego twarz stężała, oczy zamieniły się w szpary pełne gniewu i skupienia.
– Ale jeśli nie on, to co? – wysyczał, podchodząc bliżej.
Ja – krzyczało wszystko w Robercie.

*

Borys wiedział, że to minie, bo zawsze mijało.
A jeśli nie minie, to po prostu będzie oznaczało, że umarł i tyle. Każdy czasem umiera, a biorąc pod uwagę, jak długo on już czekał na śmierć, jak często szukał jej i rzucał wyzwanie, i tak musiałby uznać, że okazała się straszliwą ofermą, jeszcze go nie złapawszy.
Zaciskał więc po prostu dłonie na lufie snajperki i cierpliwie czekał, aż atak spazmatycznego kaszlu przestanie szarpać go za płuca i wyciskać łzy z oczu. Kujący ból uderzył pod żebra, przepona wydawała się wiotkim kawałkiem wiszącej pod nimi gumy. Ale niczego nie mógł na to poradzić. Już nie. Nawet amfa przestała pomagać, choć wciągał ją nadal, bo już nie potrafił przestać.
Kai powiedziała mu ledwie dwa dni temu, że mogłaby go ocalić, że już to robiła i przebudowała może nie cały, ale sporą część wyniszczonego organizmu, że wie, jak się do tego zabrać i jest niemal pewna, że da radę, choć najprawdopodobniej to nieodwracalnie zniszczy więź między Falborg i Black. Ale w tej kwestii liczy na jego rozsądek i szczątkową lojalność.
Wyśmiał ją. Śmiał się długo i okrutnie wraz z wypełniającą jego głowę Bestią, a kiedy to nie pomogło i Hiwatari i tak próbowała postawić na swoim, zagrodził, że się zabije.
Nie mogła zawrócić go z tej drogi. Nawet ona. Nie mogła, bo kiedy zobaczył zniszczone Opactwo i głowy zatknięte na bramie, sam podjął decyzję, że będzie nią szedł.
A raczej uświadomił sobie, że idzie nią od dawna. Przecież właśnie robił wszystko, by śmierć, ta skończona pierdoła, w końcu łaskawie go dogoniła.
Kaszel łaskawie wreszcie ustąpił i Borys wrócił na stanowisko. Oparł lufę o parapet w oknie piętnastego piętra i przyłożył oko do lunety, by kontynuować patrolowanie swojego sektora.
Starali się, to oczywiste, ale jednak wśród zwyczajnych mieszkańców Odessy wyróżniali się tak bardzo, że aż zdawali się krzyczeć: Zastrzel mnie! Więc Borys po prostu naciskał spust. Jakby mieli na czołach wypisane, że są z Opactwa. Jakby nosili na wierzchu cały ten wyniesiony z ośrodka szlam. Kuzniecow nawet ich trochę żałował, w tym sensie, że miał świadomość mordowania dzieciaków, które rozniosły to piekło na strzępy i zatknęły głowy Woronina, Panina i Papowa na kolcach bramy wjazdowej. Przynajmniej umierali szybko. Dużo szybciej niż ci, u których instalacja syntetyków została zakończona i których organizmy od lat buntowały się przeciwko sztucznej materii.
Kolejny chłopiec upadł na asfalt. Drugi zdołał umknąć za załom, ale Borys wiedział, którędy najpewniej wyjdzie – Odessa była jak labirynt i trzeba było znać ją dobrze, żeby móc wywieść z pole snajpera patrzącego na planszę z góry.
A wtedy palec Kuzniecowa nagle zamarł.
– Kurwa... – wychrypiał i dziwne wrażenie zimna wypełniło mu żołądek.
Znał twarz, którą zobaczył w lunecie. Znał ją aż za dobrze. Jurij mógł ogolić się na łyso, żeby pozbyć się swojej najbardziej charakterystycznej cechy, ale ktoś, kto spędził z nim tyle lat, nie mógł mieć wątpliwości.
– A zatem żyjesz, skurwielu – Kuzniecow z pewnym zdziwieniem stwierdził, że się śmieje.
Zimno przerodziło się stopniowo w uczucie ulgi. No dobrze, była to ulga właściwie chwilowa, bo kto lepiej od Borysa mógł wiedzieć, że Jurij zmierza wprost w pułapkę i najpewniej zaraz i tak zginie. Ale myśl o tym, że zdołał wyjść cało z buntu w Opactwie i że wrócił tu, by się zemścić, była po prostu... w przedziwny sposób właściwa.
Nawet jeśli gorzka.
Nawet jeśli palec Borysa ponownie oparł się o spust, a lufa celowała w podziurawiony eksperymentami i wódką mózg przyjaciela z dzieciństwa.
Kuzniecow nie strzelił. Nie dlatego jednak, że się zawahał, bo nie wahał się nigdy, a dlatego, że przez jego ciało przeszedł nagle bolesny dreszcz i dłonie zamarły niezdolne do jakiegokolwiek ruchu. Czyjaś dłoń chwyciła go od tyłu za głowę i szarpnęła. Wyrżnął plecami o podłogę i zobaczył nad sobą okrągłą, dziecięcą niemal twarz.
Nie wiedział, czy jego nerwy na to zareagowały, ale uśmiechnął się, widząc determinację w jasnych oczach i dostrzegając, jak rodzi się w nich zrozumienie, kiedy spojrzenie młodego dostrzegło oznaczenia na kurcie i zrozumiał, z kim ma do czynienia.
Strzel, mówił bezradnie Borys. Strzel, nim odzyskam władzę nad ciałem i cię zabiję albo...
Albo otworzą się z hukiem drzwi, gdy któryś z pozostałych dwóch snajperów na piętrze zorientuje się, że mają gościa.
Azarow nie był jednak dość szybki. Nie zdążył dopaść do chłopaka, nim ten wyciągnął zębami zawleczkę z granatu i cisnął nim o podłogę.

*

Rei z daleka słyszał odgłos wybuchu – jednego, a potem drugiego – a potem wycie syren.
To powiedziało mu, że nie jest najlepiej, bo grupy Jurija miały używać granatów tylko w ostateczności. Chińczyk spojrzał na zegarek. Zbliżała się piętnasta, a więc akcja rozpoczęła się półtorej godziny temu, a on sam miał jeszcze ponad dwie czekać w bezczynności.
Może lepiej byłoby, gdyby towarzyszył Ivanowowi. Oczywiście przyjmował to rozumowanie. Był tu jokerem. Wentylem bezpieczeństwa, gdy wszystko zawiedzie. Ale może prawdopodobieństwo, że zawiedzie, byłoby mniejsze, gdyby od początku znalazł się w terenie.
Potrząsnął lekko głową. To nie miało sensu. Zgodził się na ten plan. Ba, jeszcze kwadrans wcześniej wydawał się on dobry – aż nie rozległy się odgłosy wybuchów. Nikt przecież nie rzuca do walki od razu wszystkich swoich sił i nie zdradza się ze wszystkimi możliwościami. Tyle dobrego, że minęło już nieco czasu – dość, by zakładać, że Wataha zdjęła część zabezpieczeń wcześniej w absolutnie ciszy, a Hiwatari i tak dawno już zorientował się, że Robert nie wchodzi w jego pułapkę tak całkiem potulnie. O ile zakładał to kiedykolwiek, w co trudno uwierzyć.
Nieco gwałtowniejszy ruch odbił się u podstawy czaszki tępym bólem, który Rei aż za dobrze znał.
Odkąd potwierdziło się, że jego głowy nie zamieszkuje żaden starożytny duch, a tylko sztuczna inteligencja, starał się robić wszystko, by ignorować te objawy i nie dać się wciągać w wizje, które okazały się jednym wielkim oszustwem i kpiną z jego pokory. Emily wysnuła hipotezę, że ich źródłem może być po prostu wysokie napięcie – to się podobno w takich sytuacjach zdarzało. Halucynacje.
Zwykłe halucynacje, za którymi nie kryła się żadna ukryta prawda.
Rei czuł wściekłość na siebie, kiedy myślał o tym, ile czasu spędził, usiłując rozwikłać tajemnicę tych majaków, ile razy cofnął się przed działaniem, czekając na sygnał od Niebios. A wszystko to okazało się jedynie iluzją i bardziej lub mniej szczęśliwym zbiegiem okoliczności – odbiciem jego własnych obaw i przewidywań.
Trudno było się z tym pogodzić. Trudno było poradzić sobie z nagłym, przejmującym poczuciem osamotnienia i porzucenia na splątanych ścieżkach losu.
Owszem, Rei pragnął wyzwolić się z władzy Białego Tygrysa i pójść wreszcie własną drogą, ale póki wierzył, że to bunt, nie bolało tak bardzo.
Kolejny wybuch w innej części miasta wyrwał go z zamyślenia.
Piętnasta.
Czas, by rozpocząć ostateczne odliczanie.

*

Kolejne wybuchy były jak sygnał.
– Otworzyć grodzie – rozkazała Hiwatari.

*

Huk, jaki przetoczył się po niebie, nie przypominał niczego i zostawił w uszach Jurija uciążliwe dzwonienie.
Minęła chwila, nim Rosjanin uświadomił sobie, że podmuch wiatru przygwoździł go do ściany jak żelaznymi obręczami. Miał wrażenia, jakby tynk i cegły kruszyły się pod naporem jego ciała.
To nie był Borys.
Borys przy największej swojej dzikości nie operował taką masą. Jego wiatr był szybki, wyrywał ludziom włosy, zdzierał skórę z rąk i twarzy. Ale nie uderzał jak obuchem, nie przygniatał.
A mimo to Jurij znał to uczucie.
Skąd uświadomił sobie na ułamek sekundy przed tym, jak padł na niego olbrzymi cień błękitnego smoka.

*

– TAKAO! – darł się Rei aż do bólu płuc, ale smok nadal krążył po niebie, wściekły i głodny, obniżając lot tylko po to by zatopić w czymś pazury. Czy to w dachach domów, czy ciałach spanikowanych, stłoczonych ludzi.
Kon nie wiedział, czy jest ignorowany, czy tylko niezdolny do przekrzyczenia wyjącego wiatru.
– Jestem tutaj! Spójrz na mnie! Musisz się uspokoić!
Od całego smoczego cielska bił gniew. Rei nie wiedział, co mu zrobiono, nie miał pojęcia, w jaki sposób Kinomyia się tu znalazł, ale to jedno wyczuwał doskonale w drżeniu całego powietrza wokół – potworny, niemożliwy do ugaszenia gniew.
Nie mógł wykluczyć, że Kai zdołał na niego wpłynąć. Zbyt wiele ich niegdyś łączyło. Zbyt często Takao myślał sercem i ambicją. Nie mógł więc wykluczyć także, że ściągając na siebie tę furię, ściąga na siebie śmierć.
Ale był tu w końcu jokerem. Tak jak smok. I to oni dwaj mogli się zniwelować.
Kon rzucił okiem na zegarek. Miał dosłownie kwadrans, nim mechy wkroczą do miasta.
– TAKAO! – spróbował po raz ostatni.
Błękitne cielsko zawróciło w powietrzu, łeb obrócił się ku niemu i Rei ujrzał złote, wąskie oczy wbite prosto w niego.
– To ja! – Nie mógł przegapić tej szansy. – Takao, pamiętasz?! To ja, Rei! Cztery miesiące temu…
Potężny cios cisnął nim o asfalt i Chińczyk przeszrorował plecami po ziemi kilka dobrych metrów. Obrócił się szybko na bok i momentalnie poczuł, jak usta wypełnia mu żelazisty posmak. Kątem oka widział, jak smok wzbija się wyżej, jak wystawia pazury i szykuje do kolejnego ataku.
Nie miał wyboru.
Wyczekał do ostatniej chwili, aż to momentu, w którym Takao nie będzie mógł się wycofać, a potem dał z siebie wszystko. Powietrze rozbłysło od wyładowań elektrycznych, zapachniało intensywnie ozonem. Smok zaryczał boleśnie, wiatr zatańczył dziko i bez kontroli. Rei w ostatniej chwili zdołał przeturlać się na bok, nim ogromny korpus zmiażdżył jego ciało. I tak jednak oberwał łapą w biodro. Wrzasnął, kiedy ból zmroził kości i mięśnie, a umysł zamienił w czerwoną eksplozję.
Oddech smoka owiał mu spocony kark. Ciężki i rwany, ale jednak wciąż obecny.
Takao żył.
Wyładowanie, jakie zmieniłoby człowieka w węgiel, jego jedynie sparaliżowało. W każdej chwili mógł odzyskać sprawność. W każdej chwili mógł się podnieść i zaatakować ponownie, a czas uciekał przez palce.
Rei próbował wykrzesać z siebie jeszcze trochę mocy, szukał jej głęboko w sobie, wykorzystywał wszystko, co wiedział o medytacji. Choćby go to miało zabić. Choćby go to miało pozbawić resztek sił i sprawić, że wykrwawi się przywalony smoczą łapą, z pazurem wbitym głęboko w bok, musiał dać radę.
Ale nie dał.
Całym sobą poczuł, jak osuwa się głęboko w ciemność. Zarył palcami o asfalt, z całych sił próbował trzymać się przytomności, ale nawierzchnia zdawała się ze szkła. Zdawała się sama go zrzucać, podczas gdy rana na boku rozwierała się i jątrzyła czernią. Ból rwał kość udową jak płótno, miażdżył miednicę jak wyschnięte liście miłorzębu.
Na powierzchnię wydostał się ostatkiem sił. Ale wiedział już, że to tyle, że nie znajdzie w sobie dość, by ponownie zaatakować z mocą, jaką olbrzymie ciało smoka w ogóle mogłoby odczuć.
Powietrze znów zaczęło drżeć i do Reia dotarło, że Kinomyia odzyskuje władzę nad swoim ciałem. Zacisnął powieki, ale zaraz potem podniósł je, uznawszy, że chce patrzeć śmierci w oczy – skoro nie mógł już niczego więcej. Był cesarzem Chin, chociaż już nie istniały. Był ojcem rodziny, chociaż nie znał losu jej członków. I był Białym Tygrysem, skoro ten, o którym myślał, że jest prawdziwy, okazał się tylko kłamstwem.
Smok ryknął przeraźliwie i dopiero ułamek sekundy później dotarło do Kona, że jest to ryk bólu. Zatopiony w jego boku pazur poruszył się gwałtownie i Chińczyk także wrzasnął, ponownie osuwając się w mrok. Twarz zalały mu łzy i widok zmienił się w kolaż rozmazanych szarych plam. Oddychał szybko, spazmatycznie i na tym się skupił. Uspokoić to. Uspokoić całe ciało, spowolnić upływ krwi, zachować świadomość.
Huk wystrzału był dziwny, jakby przytłumiony, ale trudny do pomylenia z czymkolwiek innym. Rei odczuł go całym sobą.
– Kurwa… Żyjesz…? – usłyszał ochrypły szept, który znał i który do końca życia miał mu kojarzyć się z białym rosyjskim pustkowiem.
Zdołał jedynie jęknąć.
– Dobra, widzę. Nie ruszaj się, sprawdzę, czy jelita masz w śord…
Jurijowi przerwał potężny atak kaszlu, ale stłumił go lewym przedramieniem, a prawym już rozchylał ubrania. Rei próbował zgiąć się i samemu zobaczyć, jak poważna jest rana – to był tylko głupi odruch zachowania kontroli nad sytuacją – ale wolna już ręka Rosjanina złapała go za włosy jak nieposłuszne szczenię i przygwoździła głowę do asfaltu.
– Do walki to ty się już, królewno, nie nadajesz.
Rei, nie mając innego wyboru, patrzył przed siebie. Obraz to ciemniał, to znów wracał, raz rozmazany, raz jakby pulsujący, ale wreszcie Kon zrozumiał, że to, co leży przed nim, to głowa martwego Smoka. Z jego oczodołu wystawała kolba karabinu – lufa grzęzła głęboko w ciele.
Przepraszam, Takao, pomyślał i poczuł nagle, jak głęboki żal – to podłe uczucie, które tak długo od siebie odsuwał – wybucha mu w piersi garścią szpil.
Przymknął wreszcie oczy i wsłuchiwał się tylko w monotonny potok przekleństw, jakie wyrzucał z siebie Ivanow. Nie miał sił, by powiedzieć mu, że powinien iść dalej walczyć, dopilnować, żeby ten skurwiel zapłacił za wszystko, co zrobił, za wszystkie śmierci i cierpienia, do których doprowadził.
Przekleństwa umilkły nagle. Zastąpiło je dziwne ciepło i huk.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1825
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 04 lutego 2018, 15:48

*

Nie pozwolili mu stracić przytomności. Za każdym razem, kiedy już wydawało mu się, że zemdleje, gdy czuł to tak znajome, dziwne ciepło ogarniające kark, podbrzusze i podstawę czaszki, ktoś go policzkował lub oblewał wodą, aż wreszcie rozdarli rękaw koszuli i wbili mu w ramię igłę. Cokolwiek mu wstrzyknięto, bolało. Nie tak, jak kolano, co prawda, ale rozpierało mięśnie i sprawiło, że na moment wszystko zaczęło wirować, a wszechogarniające ciepło tylko się wzmogło.
I właściwie tylko ono zostało – skupione w nodze, przesączające się wraz z krwią przez opatrunki.
Robert pamiętał, że dzień był słoneczny i ciepły. Kiedy jednak wywleczono go na taras, zobaczył tylko szarość – ciężką i stalową. Wiatr, który owiał mu spoconą twarz i kark wydawał się lodowaty, choć tu akurat Jürgens winił wyłącznie swój organizm i przeżerającą go gorączkę. Chciał się wesprzeć na lewej nodze, pomóc sobie jakoś w brutalnym chwycie trzymających go żołnierzy, ale nie dał rady. Ledwie był w stanie oddychać, a mięśnie zwiotczały mu zupełnie, jakby od tygodni nie wstawał z łóżka.
– Tego chciałeś, Robert? – usłyszał dochodzący z boku, tak spokojny, że właściwie chwiejący się na granicy kpiny głos Balkowa. – Tak wygląda twój humanitaryzm i twoja rzekoma szlachetność?
Dopiero wówczas dotarło do niego, że widok, jaki rozpościera się poniżej, to nie widok miasta, a jego ruin. Szare niebo to z kolei nie chmury, a gęsty, gryzący dym docierający stopniowo także do jego płuc.
Rozkaszlał się, gdy to sobie uświadomił.
– Obaj doskonale wiemy, że to zaplanowałeś. Obaj doskonale wiemy, że Hiwatari wiedziała, że to zaplanujesz. Wszyscy jesteśmy siebie warci i jeśli to ma być ostatnia lekcja, jakiej udzielę ci jako ojciec, to chcę, żebyś dobrze ją zapamiętał. Jesteś pyszny, Robert, skoro tak długo potrafiłeś łudzić się, że cokolwiek cię od nas różni. I jesteś pyszny sądząc, że mieliście jakiekolwiek szanse. Patrz i ucz się, synu.
Balkow wskazał coś palcem i Robert odruchowo podążył wzorkiem w tamtym kierunku. Ostry, zimny blask zakuł go w oczy. Wbił się w nie bólem aż do samego mózgu i wypalił po wewnętrznej stronie czaszki. W pierwszej chwili nie wiedział, co to. Tym bardziej, że odruchowo zacisnął powieki i szarpnął głową. Dopiero drugie spojrzenie pozwoliło mu stwierdzić, że to ogień.
Ogień błękitny, chłodny, jaki widział zaledwie parę razy w życiu.
Ogień układający się w kształt istoty o rozłożystych, czarnych skrzydłach, ciągnący się za nią długim welonem, wirujący po obu bokach, tak że nie było sposobu, by podejść i nie zostać spopielonym.
Był to też bowiem ogień najgorętszy z możliwych. Jedyny taki. Ogień Black Dranzer, Czarnego Feniksa i Czerwonej Cesarzowej.
Robert szarpnął się odruchowo, kiedy ból i gorączka zawirowały rzeczywistością i czasem, a jemu pozostała tylko ta jedna myśl, że to tam właśnie powinien być i przedzierać się przez ten ogień. To było jego zadanie. To był jego cel. Nie Balkow. Hiwatari.
Usłyszał zimny, cichy śmiech.
– Naprawdę ktokolwiek z was wierzył, że możecie stanowić dla niej zagrożenie? Że ktokolwiek mógłby stanowić dla niej zagrożenie? Powiem ci, jak to wygląda, synu, choć nie sądzę, żebyś zrozumiał, skoro nie zrozumiałeś wcześniej.
Robert chciał coś powiedzieć – w sumie sam nie potrafił określić co, bo myśli rwały mu się i plątały w szalonym tańcu – ale z jego ust wyszedł tylko nieporadny jęk.
– Tak, Judy Mizuhara, ta stara wariatka, ma rację – kontynuował Balkow, jakby w ogóle go nie usłyszał. – Wszystkie Bestie są sztuczne. Wiedzieliśmy o tym od początku. Stary Voltaire Hiwatari wiedział. To dlatego od razu założył, że będzie możliwe ich kopiowanie i przetwarzanie. Szczęśliwie nie był podatny na żadne metafizyczne pierdoły. Daitokuji też o tym wiedział, ale pamiętasz go. Był tchórzem. Jedyny pomysł, jaki miał, kiedy odkryli to gówno, to zamieść całą sprawę pod dywan, udawać, że wszystko jest tylko zabawą, a potem pozwolić wierzyć ludziom w to, co będzie dla nich wygodne, byleby nie drążyli zbyt głęboko. Dokopaliby się do japońskich tajnych laboratoriów. Wiesz zapewne, że Japonia nie ma armii. Nie zastanawiało cię nigdy dlaczego? Dlaczego się na to zgodzili? Powiem ci. Bo szykowali zemstę. Bo to naród dość cierpliwy i gotów do poświęceń, by czekać lata, aż bomba z opóźnionym zapłonem zacznie działać i reszta świata, która ich tak upokorzyła, sama założy sobie pętlę na szyję. Połączeni to nie broń do wykorzystania. To śmiertelna pułapka, w którą tak wielu weszło bez oglądania się i zadawania pytań.
– Jak wy… – wychrypiał Jürgens.
Balkow westchnął ciężko. Podszedł do balustrady i oparł się o nią, by lepiej widzieć, co dzieje się na dole.
– Czyli nadal nie rozumiesz – ocenił chłodno. – Jak myślisz? Po co Voltaire'owi było Opactwo? Po co były mu rzesze syntetyków? Wszyscy uwierzyliście, że to armia dla Połączonych generałów. Wszyscy jak jeden idiota. I nikt z was nie zadał sobie pytania, po co to wszystko. Co usprawiedliwia budowanie takiej armii. Jeśli nadal nie wiesz, jeszcze raz spójrz w dół, podziwiaj zemstę Japończyków i ponownie przemyśl sprawę.
Robert poczuł w swoim ciele przedziwne szarpnięcie – jakby miał zwymiotować, ale bez nudności i nawet palenia w przełyku. Po prostu wszystko naraz spięło się w jego wnętrzu, a potem równie niespodziewanie puściło.
Bestia.
Nie wiedział skąd, ale miał przekonanie, że to Bestia i że nie zdoła jej utrzymać już długo na wodzy, bo osłabione, obolałe ciało traci nad sobą resztki kontroli.
– Owszem, racja, że system oparto o wierzenia i mitologie – mówił dalej Balkow. Jego szerokie mimo postępującego wieku plecy uniosły się lekko w kolejnym westchnieniu. – A w to wszystko został wpisany program samozagłady. Opowieść o czterech strażnikach Niebios, Bai Hu, Genbu, Dranzer i Seryiu. Kiedy Voltaire dokopał się do tych fragmentów kodu, postanowił działać. Sądził, że danie znaczącej przewagi jednej z tych Bestii zachwieje całym systemem i w kluczowym momencie doprowadzi nie do wyniszczającej walki czterech żywiołów, a do tego, że jeden z nich pokona trzy pozostałe. Tak powstała Black Dranzer. I dlatego właśnie trafiła w ręce jedynego żywego krewnego Voltaire'a w linii prostej. Ona jest rozwiązaniem. Ona zawsze była kluczem do ocalenia, a wy w swoim nieskończonym idiotyzmie i pysze uznaliście ją za źródło całego zła, zamiast przyjrzeć się sobie.
– Balkow…
– Hm? – Dietrich odwrócił się profilem do syna i zmierzył go zimnym spojrzeniem. – Chcesz podyskutować? Chcesz mi udowodnić, że było inaczej? A może zamierzasz podważyć to, że nasze dążenie do zachowania kontroli przynajmniej nad częścią Bestii nie miało sensu? To nigdy nie było nic osobistego. Jasne, zakładam, że można urodzić się zwyrodnialcem, którego po prostu bawi znęcanie się nad słabszymi. I może nawet kimś takim się urodziłem, chociaż niekoniecznie miałem tego świadomość. Może to racja, że jestem po prostu okrutnym psychopatą. Ale wiesz, mój synu, świadomość, że za tymi dziecięcymi buźkami kryje się po prostu zemsta Japończyków, względnie sposób na jej zapobieżenie, znacznie zmienia perspektywę. Albo kontrolujesz, a kogo łatwiej kontrolować niż zastraszone dzieci, albo biernie pozwalasz, żeby zegar tykał.
Owszem, zegar tykał.
W sercu Roberta.
W jego z coraz większym wysiłkiem łapiących oddech płucach.
Nie mógł już tego dłużej utrzymać. Nie potrafił.
Być może to prawda, że Japończycy właśnie mścili się jego chorymi, zwiotczałymi rękoma.
Wrzasnął i miał wrażenie, że wraz z nim wrzeszczy cały świat. Nie to trenował w lasach Ettaler Forst, nie tak to miało wyglądać. Precyzja, powtarzał tam sobie. Dokładność i oszczędność.
Na pewno nie kompletna utrata kontroli nad mocą.
Powietrze rozrzedziło się w ułamku sekundy. Robert poczuł, jak zwalnia się uchwyt żelaznych dłoni na jego ramionach, poczuł, jak upada i ból kolana znów odzywa się ze zdwojoną siłą. Nie mógł się podnieść. Nie był w stanie nawet oderwać głowy od kafli, którymi wyłożono taras. Przed oczyma tańczyły mu mroczki. Słyszał niewiele – głównie spazmatyczne wdechy duszących się ludzi i własne rzężenie.
Musiał się uspokoić. Wyciszyć. Musiał pokonać ból i złapać prawdziwy oddech. Wiedział, ze to potrafi – zmienić gęstość powietrza choćby tak precyzyjnie, że tylko we własnych płucach. Nie poddać się ciemności.
To przypominało wypływanie na powierzchnię po zbyt długim nurkowaniu. Ten sam ucisk w skroniach, to samo irracjonalne zdziwienie. Robert z nadludzkim wysiłkiem oparł dłonie o chłodne kafle i spróbował się na nich dźwignąć. Pot kapał mu z brody i końcówki nosa. Nie wykluczał, że to także łzy bólu. Ludzie wokół niego wili się, trzymali za gardła i wybałuszali oczy. Umierali powoli, w męczarniach, a on był zbyt słaby, żeby skrócić ich agonię.
Blakow klęczał przy barierce – wciąż jeszcze trzymając się jednej z nich kurczowo, jakby wierzył, że jeśli zdoła wstać, uda mu się zaczerpnąć powietrza. Nie uda się, Robert o tym wiedział. Nie potrafił ocenić, jak dużą bańkę rozrzedzonego powietrza wytworzył Gyffolyon, ale chciał zabić – to pewne.
Ich spojrzenia spotkały się. Tak do siebie podobne. Jürgens widział wyraźnie odbicie własnych oczu w oczach ojca. Ten sam kolor tęczówek. Ten sam kształt.
Ten sam lęk, który wypełniał je ostatnio, zwłaszcza gdy zaczynało się ściemniać.
Tyle że Balkow bał się nie koszmarów, a śmierci, która stała już za jego plecami i obejmowała lodowatymi, oślizgłymi dłońmi. Robert mógłby przysiąc, że widzi zarys jej sylwetki.
Mógłby przysiąc, że często o niej śnił.

*

Johnny raz jeszcze sprawdził wszystkie układy. Nie to, żeby nie ufał ludziom Emily, którzy składali Salamaylona, ale to ona sama kazała wyrobić mu w sobie ten odruch, więc po którymś powtórzeniu całej procedury po prostu weszło mu w krew i załączało się automatycznie, gdy tylko zasiadał w kokpicie – wyuczona sekwencja pstryknięć uruchamiająca testy, wyuczone ruchy sięgania do ręcznych manipulatorów, sprawdzania odległości i dostępności wszystkich paneli.
– Zielony, zielony, zielony. Nuda – wymruczał w interkom. – Jak u ciebie, dwójka?
– W porządku – odparł nieco drżący, ale chyba z przejęcia głos.
Oczywiście zanim ostatecznie zapadła decyzja o tym, że Emily zostaje w bazie, a przynajmniej gdzieś w Europie, to on był dwójką, bo uparta prymuska ani myślała, żeby ustąpić mu miejsca. Skoro jednak jej tu nie było, McGregor wskoczył w hierarchii jako ten, który miał za sobą znacznie więcej prób i znacznie lepiej znał Bestię uwięzioną w metalowym cielsku.
Do jego ucha spływały kolejno raporty z poszczególnych części miasta, niewielki zegar na kokpicie odliczał ostatni kwadrans do ataku.
Na Jurija zdecydowanie można było liczyć. Owszem, plan Ivanowa zakładał wyczyszczenie ochrony Odessy w stopniu niemalże całkowitym, ale każdy przy zdrowych zmysłach wiedział, że to nieosiągalne i będzie trzeba cieszyć się już przy jakichś dwudziestu procentach. Tymczasem raporty wskazywały raczej na jedną trzecią i Johnny widział na mapie przynajmniej dwa potencjalne korytarze, jakimi można wkroczyć do miasta.
Wiedział, co należy robić w takich okolicznościach.
– Rozdzielimy się – zakomenderował. – Bierzesz północny-zachód.
Ze słuchawki popłynęło potwierdzenie i na jednym z ekranów McGregor zobaczył, jak Trygator podnosi się, by zająć odpowiednią pozycję.
– Nie szarp tak – doradził. – Myśl o tym jak o dużym krokodylu, nie ciężarówce. Nie zniesie cię tak od razu.
– Tajes!
Johnny skierował Salamaylona w drugą stronę – i tak nie mógł teraz bardziej pomóc partnerowi, którego, wstyd się przyznać, nie zapamiętał nawet imienia. Ćwiczyli trochę razem, jasne, ale nie za dużo, bo od początku mieli działać raczej osobno i w innych rejonach, tak, by wziąć broniących się w kleszcze, a Szkot miał wówczas głowę wypełnioną innymi myślami.
Może ten wyjazd faktycznie był błędem. Może powinien był od początku do końca poświęcić się zadaniu i nie rozpraszać, ale – z drugiej strony – bał się chociaż hipotetycznie rozważać, co stałoby się, gdyby nie podjął tej próby. Prawdopodobne zresztą, że ruszanie do boju po otrzymaniu wiadomości o śmierci Miguela byłoby jeszcze gorsze. Tak przynajmniej – w całej tej goryczy – pozostawała myśl, że najgorszego scenariusza udało się uniknąć. Cudem i jakimś nieprzewidywalnym zbiegiem okoliczności, ale jednak.
Choć oczywiście zostawały pytania. Dlaczego. Co go sprowokowało. Od jak dawna to planował.
Po fakcie Johnny mógł sobie, rzecz jasna, wyrzucać, że nie zauważył wielu jasnych sygnałów, że źle zinterpretował brak zapasów i linę pod łóżkiem, a nawet złość Miguela, gdy wdarł mu się do mieszkania. Dał się uwieść tej pozornej normalności, bo chyba chciał. I tyle. Ale to tak naprawdę nie miało sensu – nie miało sensu, bo chory, przeżarty tylko powierzchownie okiełznanym szaleństwem umysł i tak stanowiłby dla niego zagadkę nie do rozwikłania. Teraz wiedział też, że cały ten pomysł, by zwabić Miguela do Europy i święcie wierzyć, że targana hormonami Emily i wizja opieki nad dzieckiem magicznie postawią go na nogi, nie mógłby się skończyć inaczej, jak tylko jeszcze większą tragedią.
Jakkolwiek Szkot nie próbował sobie tego wmówić, świat naprawdę nie był taki prosty. Kiedyś uważał, że to ludzie niepotrzebnie go komplikują i pewnie w dużej mierze tak właśnie było, ale Johnny coraz wyraźniej dostrzegał pewne niezależne czynniki – jak fałsze w nieskomplikowanej w gruncie rzeczy melodii. Jeśli to miało być dojrzewanie, to serdecznie za ten szajs dziękował.
Ledwie znalazł się w zasięgu strzału i Odessa oczywiście przygotowała go ogniem - przetrzebionym przez Watahę Jurija, ale jednak wciąż obecnym. McGregor czuł wyraźnie, jak Salamaylon drży pod naporem kul, ale nie sięgnęło go nic, co byłoby w stanie uszkodzić pancerz skonstruowany przez najtęższe umysły, jakie zdołała zgromadzić Emily.
I przez ludzi, którym zwyczajnie zależało, by zamknięty wewnątrz człowiek nawet nie otarł sobie palca.

*

Robert pełzł przed siebie jak robak - niewiele więcej widział i niewiele więcej czuł, bo ból jakby oddalał wszystkie inne bodźce. Ale parł przed siebie uparcie, zamglonym wzrokiem szukając jaskrawej sylwetki wśród ruin. To było jego zadanie. Jego część misji. I nie mógł zawieść bez względu na to, jak bardzo nie zmieniły się okoliczności.
– Kai... – wychrypiał, gdy był już na tyle blisko, by móc łudzić się chociaż, że zwróci uwagę Hiwatariego. – Kai...!
Odwrócił się.
Odwróciła, o ile to, co zobaczył Robert, nie było jedynie wytworem gorączki. Miała kobiece ciało – szersze biodra i węższą talię, a nad nimi niewielkie, ale jednak wyraźnie zarysowane piersi. Była naga, ale cała jej skóra przypominała spękaną lawę i popiół. W oczach miała tylko ogień.
Kobieta.
Czerwona Cesarzowa.
Unosiła się nad ruinami. Odrodzona. Nieśmiertelna. Płonąca bezczelnie jak błękitna pochodnia i śmiejąca się im okrutnie ogniem w twarze. Wystarczyła jedna jej myśl, jeden ruch rozpalonych skrzydeł i wszystko wokół zamieniłoby się w piekło.
Nie mógł podejść bliżej, bo w promieniu kilku metrów otaczał ją ruchliwy welon z płomieni gorętszych niż cokolwiek, czego w życiu doświadczył. Pod jej stopami syczał stopniały, gotujący się asfalt, łatwopalne materiały w okolicy samoistnie zaczęły się tlić, powietrze wokół falowało jak na rozgrzanej słońcem pustyni.
Robert zebrał w sobie wszystko, co mu jeszcze zostało, całą siłę i determinację, całe przekonanie, że mimo wszystkiego, co usłyszał od Balkowa, robi dobrze i to najlepsze wyjście.
Powietrze poruszyło się i zasilone tlenem płomienie wezbrały na sile, kiedy Jürgensa zdradziła własna moc. Nie miał dość koncentracji. Nie potrafił nad tym zapanować.
Zawiódł.
Uświadomił sobie, że nigdy wcześniej nie słyszał, by Kai się śmiała. Dopiero teraz, leżąc w pyle i popiele, gdy usiłował dźwignąć się na rozedrganych, słabych rękach. Dopiero teraz, gdy śmiała się nad nim, jego słabością i głupotą.
– Daruję sobie triumfalne przemowy – wysyczała. – Choć możesz mi wierzyć, że czuję satysfakcję. Może czułabym większą, gdybym mogła patrzeć w oczy komu innemu, ale i na to przyjdzie czas.
Robert darł palcami spaloną ziemię, czuł gładkość popiołu i ostrość odłamków betonu i szkła.
To było na swój sposób ciekawe, jak całe spektrum postrzegania potrafiło się zwinąć. Zmysł po zmyśle, percepcja gasła powoli, niemal niezauważenie i dopiero w tym momencie, zupełnie nagle Robert uświadomił sobie, że tak naprawdę został mu tylko przytłumiony dotyk. Ale ciało było zmęczone, spuchnięte, a po sieci neuronowej nieustannie rozchodziły się zakłócenia w postaci bólu. Skóra zdawała się oddzielona czymś od reszty ciała. Więc może i dotykowi Robert ufać nie powinien.
Poza tym świat zmienił się w szum i szare jak popiół plamy, spośród których jedna tylko gorzała wściekłym błękitem. Jürgens czuł ciepło na policzku, gdy z trudem unosił twarz, i pomyślał o tym, jak bardzo to niesprawiedliwe.
Próbował raz jeszcze wezwać Gryffolyona. Uspokoić przerażone własnym stanem ciało, odsunąć wszystkie myśli orbitujące wokół prawdopodobnej klęski i wsłuchać się tylko w ten wewnętrzny głos. Pozwolić mu się poprowadzić. Wiatr nie był najlepszą bronią wobec ognistych – wszyscy już to wiedzieli. Wiatr jedynie wzmagał ich siłę. Ale może udałoby się zadziałać odwrotnie. Proces spalania potrzebował tlenu, a Robert posiadał w końcu zdolność manipulowania powietrzem. Nigdy nie próbował go w pełni świadomie rozrzedzać, nigdy wcześniej nie pomyślał nawet o tym, by spróbować wytworzyć w jakimś miejscu coś zbliżonego do próżni. Nie wiedział, czy jest na to wystarczająco potężny. A nawet jeśli był - to czy poziom jego wyszkolenia pozwala na tak skomplikowany manewr.
Ale to nie był dobry moment, żeby pozwolić się zamknąć w kajdany własnym lękom i niepewności. To był moment, żeby po prostu działać. By myśleć o tym, co niemal bez udziału woli stało się na tarasie ledwie dwie godziny temu, gdy umierał Balkow.
Więc Robert skupił całą swoją uwagę. Próbował to sobie jakoś wizualizować, jakoś wyobrazić sobie sferę i to, że usuwa z niej tlen.
Jedyne, co jeszcze czuł, to ciężkość w klatce piersiowej. Jakby ktoś wymienił mu żebra na stalowe pręty, a płuca zalał ołowiem. Z tak ogromnym wysiłkiem przychodziło rozszerzanie ich przy każdym oddechu. Mózg miał za mało tlenu. Mięśnie miały za mało tlenu. Ale Robert walczył. Postanowił, że będzie walczył, choćby miało go to zabić. Nie mieli piromanty w składzie i to naprawdę mogła być ich jedyna szansa. Czysta, prosta fizyka.
Świat dookoła nie składał się już z szarych plam, a tylko z czerni. Nie z szumów, a z uporczywego, jednostajnego piszczenia. Nie z wrażeń dotykowych, a z bólu skupionego w głowie i klatce piersiowej. Ale Robert nadal słyszał wewnątrz siebie uporczywy, powolny i ciężki rytm serca – nadal żył.
Udało się – uświadomił sobie. To nie tylko utrata krwi i zmęczenie. Po prostu się udało, a fakt, że nadal nie płonął, mógł oznaczać, że całe rozumowanie było słuszne.
I wtedy huknęło.
Robert nie zdołał nabrać powietrza. Duszności chwyciły go żelazną łapą za gardło, coś poderwało i cisnęło o ziemię, co poczuł nawet wobec faktu, jak nieczułe stało się jego ciało. Ułamek sekundy później otoczyło go gorąco.

*

Olbrzymia machina wyrosła za Kai zupełnie niespodziewanie. Za bardzo skupiła się na Jürgensie i walce z nim, zbyt łatwo dała się złapać w powietrzną pułapkę i zbyt rozpaczliwie ratowała gasnący ogień na własnym ciele.
Absurdalnych rozmiarów metalowa jaszczurka poruszała się szybciej i zwinniej, niż wydawało się to możliwe. Kai w ostatniej chwili zdołała umknąć przed pierwszym ciosem. Syknęła z wściekłością.
Pancerz powinien się topić. Nie było materiału, który mógłby się oprzeć ogniowi Black Dranzer. Przeklęty Jürgens, przeklęty Gryffolyon!
Hiwatari próbowała na nowo rozpalić żar, ale wyraźnie czuła, jak płomienie pożerają resztki tlenu i powietrze staje się niezdatne dla jej płuc. Zakaszlała, a oczy zaszły jej łzami. Ale skoro nie ogień, mogła to załatwić inaczej.
Rozpostarła skrzydła i zaatakowała wściekle, celując w łeb metalowego potwora. Szarpnął się gwałtownie, ale nie zdołał jej zrzucić. Uśmiechnęła się do siebie, gdy poczuła, jak pancerz ustępuje pod dotykiem jej ciała. Jeszcze trochę. Jeszcze tylko trochę i dotrze do układów lub przepali powłokę na tyle, by być w stanie uszkodzić mechanizmy.
Bariera ustąpiła i Kai zanurzyła rękę w mechanicznej szyi aż po łokieć. Mechanizm zgrzytnął przeciągle, zachwiał się cały i wiedziała, że zwyciężyła.
A wtedy z jednej z dysz wystrzelił pocisk i przebił jej skrzydło.
A potem drugie skrzydło przebił pocisk z kałasznikowa.

*

Wszystkie alarmy wyły, kokpit w ułamku sekundy wypełnił się gorącem i dymem. Johnny próbował jeszcze walczyć, ale szybko dotarło do niego, że gra jest skończona.
Obiecał Emily, że przeżyje, a ona mu nie uwierzyła.
Udowodnienie jej, że znowu nie miała racji, stanowiło może głupią, ale dobrą motywację do tego, by wyplątać się wreszcie z pasów i dopaść do włazu. Łzy ciekły po policzkach jak szalone i ledwie widział, co robi.
Nie poradziłby sobie. Gdyby nie żmudne godziny ćwiczeń i wpajanie procedur, gdyby nie Emily do znudzenia przepytująca go ze znajomości układów, słabych stron Salamaylona i możliwości ucieczki. Gdyby nie ta sama automatyka, która przed atakiem właściwie za niego sprawdziła wszelkie układy.
Gdyby nie zdołał poznać tej maszyny jak własnego ciała – tak bardzo, że teraz niemal czuł zadane jej rany.
Tak oto kończyły marzenia Emily – w ogniu i potwornej symfonii alarmów.
Johnny wypadł na zewnątrz ostatkiem sił i chciał nabrać tchu, ale powietrze stawiło dziwny opór i wypełniło jego ciało właściwie tylko uderzeniem paniki. Opadł na asfalt, bezradnie poruszając ustami jak wyrzucona na brzeg ryba.
Odszukał wzrokiem Roberta, co podpowiedział mu zapewne instynkt, nie chłodne rozumowanie, i zaczął czołgać się w jego kierunku.
Tak jak się spodziewał, Jürgens stracił przytomność, a jego moc wymknęła się spod kontroli.
Nie pozostawało nic innego, poza siarczystym policzkiem. A potem drugim. I jeszcze trzecim, niepokojąco słabym.
Robert jednak wreszcie otworzył oczy z bolesnym jękiem, a ułamek sekundy później Johnny zdołał wreszcie wziąć spazmatyczny wdech.

*

Jurij leżał na plecach, twarzą ku górze, z rozrzuconymi bezradnie rękoma, z których wypadła broń. Zalane krwią oczy wpatrywały się nieruchomo w zasnute siwymi dymami niebo, którego zapewne w ogóle nie widziały. Gdyby nie chrapliwe rzężenie, można by pomyśleć, że to wzrok trupa.
Kai z trudem znosiła ten widok. Drżał nie tylko z odniesionych ran, ale też ze złości i żalu. Nie tak miało być. Nie tak musiało być. Gdyby nie duma i gdyby nie słowa, które nie padły nigdy, choć tak bardzo powinny.
Hiwatari czuła ból w każdym rwącym się mięśniu i w każdej pękającej kości. Black wyła w niej, paląc się do tego, by odbudować pogruchotane ciało, ale Kai trzymała ją z dala od własnych tkanek. Ciągnęła za sobą połamane, niesprawne skrzydła centymetr po centymetrze, pełznąc przez gasnące pole bitwy, obok kolejnych trupów i przez kolejne kałuże krwi. Musiała donieść ogień feniksa dalej.
Wyciągnęła okrwawioną rękę, ale nie sięgnęła. Jeszcze trochę, jeszcze parę centymetrów. Ból mroził bark. Biegł bokiem aż do strzaskanego biodra. Hiwatari zebrała wszystko, co jej zostało. Chciała zignorować niemoc, ale kolejny ruch wydusił z niej krzyk i łzy.
Nieważne, bo ich palce wreszcie się spotkały.
– Jurij… – wyszeptała niemal bezgłośnie.
Nie odpowiedział. Prawdopodobnie w ogóle jej nie słyszał. Na pewno nie widział.
– Jurij, chciałam tylko… – Kai rozkaszlała się z nadmiernego wysiłku. Poczuła w ustach krew. – Chciałam, żebyś wiedział…
Nie.
Nawet w takiej chwili nie była w stanie tego powiedzieć. Wszystko, byleby nie to jedno słowo.
Poczuła, że puchnie jej gardło i powieki. Obraz zamazał się i po policzkach spłynęły gorące łzy.
Mocniej ścisnęła jego dłoń. Pozwoliła, by moc przepłynęła przez nią i po chwili oboje zostali otoczeni przez ogień. Ciało Jurija wyprężyło się, głowa odskoczyła w silnym spazmie, z płuc wyrwało się coś znacznie bardziej pierwotnego i zwierzęcego niż ryk. Niewidzące oczy rozszerzyły się, a potem wywróciły, gdy mięśniami zaczęły wstrząsać regularne drgawki.
Płomień trawił wszystko. Rany, tkanki, blizny i wszczepy. Całą przeszłość i teraźniejszość. Przynosił im śmierć.
To było tak gorzkie, że najcenniejszym darem, jaki mogła dać Kai, była właśnie śmierć.
Popiół, z którego można się było odrodzić.
Nowe życie, w którym nigdy już się nie spotkają.
Ciało Jurija opadło wreszcie, płomień uspokoił się, a potem zaczął gasnąć. Kai poczuł, że z jego twarzą dzieje się coś dziwnego i policzek złapał mu dziwny skurcz. Minęła długa chwila, nim uświadomił sobie, że to uśmiech.
Uśmiech spokoju.
Była pustym naczyniem. Upadła policzkiem w błoto, jej dłoń osunęła się bezwładnie po dłoni Jurija. Próbowała utrzymać powieki w górze, ale i bez tego świat stawał się coraz ciemniejszy.
Nie miała już siły walczyć, więc pozwoliła zabrać się daleko.
Black wyła w jej głowie z wściekłości.

*

Chrzęst pękającego karku był jednym z najgorszych dźwięków, jakie Johnny kiedykolwiek słyszał, ale mimo to w jego uszach brzmiał jak muzyka tryumfu. Nie zamierzał przejmować się pierdołami, rozważać tego, co robi, na płaszczyźnie moralnej. Nie było mu to do niczego potrzebne.
Chciał po prostu zemsty i dostał ją.
Kopnął głowę Kai, ale nie odturlała się daleko od ciała, ugrzęznąwszy w popiele.
– I co suko? – warknął. – Teraz też się pozbierasz? Chcę to zobaczyć.
– Trzeba pochować ciało.
Szkot obrócił się zaskoczony.
Robert stał o własnych siłach, choć oparty o mur, tylko na lewej nodze, zgarbiony i blady jak sama śmierć. Twarz miał kamienną i wypraną z emocji, ale nie w ten zwyczajny dla siebie sposób. Zdawało się, że to, co zmienia jego obliczę w maskę w tym momencie, tkwi znacznie głębiej niż tylko w chęci zachowania kontroli nad sytuacją.
Naprawdę nie miał sił, żeby cokolwiek czuć.
– Trzeba pochować wszystkie ciała – dodał doskonale obojętnym głosem. – Głowę Kai weźmiemy ze sobą. Dzięki temu… – nie dokończył, bo głos ochrypł mu do końca.
Ale tak naprawdę wcale nie musiał kończyć, bo mówił rzeczy oczywiste i prawdopodobnie głównie do siebie.
Z nieba spadła pierwsza kropla deszczu, a za nią kolejne. Osłaniane przez Trygatora syntetyki Seaborg wyciągały wodę z Morza Czarnego i zmieniały ją w ulewę, jaka miała ukoić zranione miasto, dać opaść pyłom i dymom oraz ugasić pożary.
Było po wszystkim.


EPILOG
Szkocja nie była takim znowu złym wyborem. Miała żyzne ziemie, stada zwierząt, wciąż żywe, szczególnie teraz cenne rolnictwo i zapewniała w miarę ograniczony, łatwy do kontrolowania oraz ewentualnej obrony teren – zwłaszcza jeśli miało się do dyspozycji oddział hydromantów. Robert z pewnością potrafił sobie wyobrazić gorsze zakończenie niż chwilowe przynajmniej uwięzienie na zielonej, wydajnej ekonomicznie i właściwie samowystarczalnej wyspie, podczas gdy większość świata zmagała się z coraz poważniejszym kryzysem i umierała w oczach.
Kryzys ten co prawda spędzał mu sen z powiek, ale nie mógł dłużej ukrywać przed sobą, że nie jest zbawcą dla wszystkich – nie ma takich możliwości ani jako polityk, ani nawet jako Połączony. Nie był już nawet sekretarzem generalnym, zresztą samo ONZ także się rozpadło. Podobnie jak NATO i większość międzynarodowych organizacji, bo każdy próbował ratować to, co mu najbliższe, nie oglądając się przy tym na innych.
Ale może kiedyś. Może jeszcze nadejdzie czas, żeby to wszystko naprawić.
Wierzył w to z całego serca.
Miał do tego dobry zespół i tylko potrzebowali czasu, by wylizać rany, otrząsnąć się i opracować dobry plan działania. On, Rei, Jurij i jego Wataha, Emily, Johnny, a nawet dojrzewające pod ich skrzydłami Josie i Jindřiška, na których barkach kiedyś spocznie ciężar kontynuowania dzieła.
Poprawił dłoń na gałce laski i – kulejąc – podszedł do Kona, który od dłuższego czasu stał nieruchomo przy balustradzie tarasu i wpatrywał się w coraz czerwieńsze słońce.
Mówili mu, że nie powinien jeszcze wstawać z łóżka, ale oczywiście wiedział swoje, a myśli dość często wyganiały go właśnie tu – w najspokojniejsze miejsce Dearc-Luachrach. Zapewne miał, co rozważać, bo wszak to jego świat rozpadł się na najdrobniejsze odłamki. Zapewne też miał się o co martwić, bo Mao nie powstrzymały żadne ostrzeżenia i opowieści. Poczekała, aż Emily – w coraz wyraźniejszej bliźniaczej ciąży – ukończy protezy, a potem wprost powiedziała, że wróci z dziećmi albo wcale.
Robert nie powiedział niczego. Po prostu stanął obok i zapatrzył się na to samo słońce.
Kiedyś, obiecał sobie i jemu raz jeszcze.

KONIEC


SpoilerShow
Pięknie Wam wszystkim dziękuję. Przebrnęliście przez ponad 250k tekstu, który - mam tego świadomość - roi się od wad i ślepych uliczek, a to naprawdę dzielna dzielność. Jestem niewymownie wdzięczna za każdą poświęconą temu chwilę, za każdy komentarz, za żarty na sb (tak, są zaskakująco i szalenie ważne takie niezobowiązujące rozmówki, dają mi poczucie, że tekst i bohaterowie żyją), za cudowne fanarty i ogóle to wzrusz. Jesteście wielcy.

Jednocześnie daję znać, że trzeciej części nie będę wrzucać na forum. Ta chyba kończy się na tyle, żeby uznać to za całość, a Odpuszczenie to już totalnie tekst dla mnie - flaki z olejem i rozkminy. Jeśli ktoś będzie zainteresowany, chętnie udostępnię docsa, ale wrzucanie tutaj byłoby sygnałem, że oczekuję konstruktywnej krytyki, a nie oczekuję - mam pełną świadomość, w co idę i idę w to nie ze względu na jakieś wyższe cele, a tylko dla własnej przyjemności. Byłoby to więc na swój sposób nieuczciwe.

Raz jeszcze Wam pięknie dziękuję :heart: :heart: :heart:
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [skończone]

Post autor: Kanterial » 24 lutego 2018, 19:12

No więc tak :facepalm:

komentarz będzie jak na mnie nietypowy, bo piszę go długo i po długiej przerwie do namysłu, a zwykle jednak zamieszczałam tu głównie spontan minutę po tym, jak skończyłam czytać wstawkę. Nie wiem, czy dobrze się stało, że dostałam tyle naraz, bo pewnie pominę szczegóły i nie zahaczę o większość scen, ale z drugiej strony fajnie też wiedzieć, co w głowie czytelnikowi zostaje najmocniej. Także masz relację po długim czasie i po wielu zmianach zdania odnośnie tego, co chcę napisać w tym komciu.

Całość ogólnie:
To był trudny tekst na początku. Pisałam o rozpędzie, rozpędu potrzebuję zawsze, a tu, przez kanon, przez RIPa i kilka jeszcze rzeczy, było mi ciężko. Kiedy myślę o całości, stwierdzam, że jednak nie jestem typem jarającym się super-mocami i takim klimatem uber-ludzi jaki jest w uniwersach Marvela czy DC. Podobnie odbieram to, co jest u ciebie: czas i realia są, no, nasze. Prawie że pod obyczaj. To ugruntowane spojrzenie na świat, który znam, gdzie są jakieś kraje i kontynenty, jakiś kontekst kulturowy, spójność z historią. Czyli podkład pod sc-fic i właśnie, no, obyczaj. Ale to, co jest w Odpadzie, nie było (dla mnie) saj fajem jaki znam i lubię, tylko właśnie przemieszaniem realności z magią. Super moce, coś bardziej w stronę żywiołów, nie do końca możliwe czy wyjaśnione mechanizmy tego, co zwykłych ludzi zmienia w bohaterów wyposażonych w arsenał różnych nadnaturalnych mocy.
I choć to właśnie jest Marvelowskie (nawet po wielkim BUM w postaci sztucznej inteligencji i wyjaśnień pod koniec), to nie męczyło mnie i w sumie nie myślałam o tym, że to nie mój konik, bo byłam w stanie traktować ten tekst jak obyczaj.
Nie wiem na ile to łączy się z komentarzami, które pisałam ci wcześniej. Na pewno sam fakt użycia super-mocy i cała zabawa z Połączeniem, to było coś, co wzmagało warstwę emocjonalną. I nawet jeśli jakiś etap fascynacji tymi mocami przeszłam, to jednak pod koniec mówię z czystym sumieniem: to nie dla nich czytałam. Mnie w tym tekście przyciągały relacje, portrety psychologiczne, rozkminy ideologiczne, problemy psychiczne (heheh nie czuję kiedy rymuję) i cała gama innych rzeczy, które tak naprawdę mogłabyś opisać równie dobrze bez żadnych nadprzyrodzonych zjawisk. I jasne, to by nie było to samo. Pewnie 3/4 tekstu straciłoby moc i w ogóle, ale ja wiem, że nie czekałam na żadną rozwałkę i nie jarałam się mocno tą strefą magiczną i nierealną. Jasne, ciekawość. Lubię też dobre opisy, więc no. Więc fajnie. Podobały mi się pomysły i rozwiązania, chciałam, żeby lubiane przeze mnie postacie były OP, Robert wiadomo, od początku był Połączonym, to oczywiste... Ale jakoś to zawsze było z tyłu. I zdecydowanie najmniej przyjemności czerpałam z tych fragmentów stricte nastawionych na super-moce.
Wolałam się wzruszać i wolałam, gdy bohaterzy siedzieli w swoich domach, gadali, jechali samochodem albo rozkminiali coś. Walki, wybuchy, pościgi i wymiana ognia (i lodu i reszty) były burstem dla warstwy obyczajowej.

Więc może tak skrótowo o tym burście - podobał mi się. Podobała mi się taka delikatna korelacja informacji biologicznych, chemicznych i naukowych z totalnie odjechanym konceptem władania siłami przyrody, zmianami w organizmie i umyśle. To było wyjaśnione przyjemnie i oszczędnie i nie na siłę uzasadniane. I to się sprawdziło. Jest równowaga między takim czarowaniem czytelnika pod tytułem "trochę prawdziwych danych" a dawaniem mu tego, co jara i co widzimy na filmach i w grach komputerowych. Równowaga w tym przypadku oznacza bardzo mało pierwszego składnika i sporo odświeżonego, ciekawie zaplanowanego drugiego składnika.

Ja się przyznaję - wolę klasyczną magię w fantasy, niż pół-magię w Xmenach i Marvelach, więc no. Dla mnie dobrze, że zadbałaś o inne warstwy tekstu i te warstwy bronią się również jako powód do czytania.

Ogólnie o końcówce:
Omg. Przez jakiś czas w sumie nie wierzyłam w to, co czytam. Nie wierzyłam, że aż tak skrótowo i zwięźle przedstawiasz kolejne sceny i pchasz fabułę naprzód z prędkością światła. Nie do tego przyzwyczaiło mnie wcześniejsze 200k tego tekstu i zdecydowanie - to się czuje. Czułam żal o to, bo to jak dać i zabrać, to jak zmienić zasady gry w trakcie rozgrywki. I miałam mocne, wewnętrzne "nie" na taki stan rzeczy. Nie byłam w stanie określić, co wycięłaś, nie wiedziałam, co pominęłaś w ogóle i czy faktycznie podrasowałaś w ten sposób całą końcówkę, czy może tylko te rozbudowane fragmenty, a reszty najzwyczajniej w świecie nie wzbogaciłaś - wbrew pierwotnym zamiarom. To było nagle jak przejście w szkielet. Jakbym dostała to, co ty miałaś napisane już dawno i czego postanowiłaś nie obudowywać w przeciwieństwie do poprzednich 4/5 Odpadu.
Odebrało mi to sporo frajdy, bo zostały głównie rzeczy, dla których ten tekst był pisany - super-moce - i one... no one się broniły, ładnie się broniły, tak, tu nie mam zastrzeżeń. Ale moje ukochane tragizmy, rozważania i fajne, gęste tło emocjonalne zniknęło. Więc końcówka sprawiła mi najmniej przyjemności z całego tego tekstu. Pisząc końcówka mam na myśli nie ostatnie akapity, ale ostatnie, powiedzmy, kilka wstawek. W sumie od chwili, gdy Judy odkrywa naturę Bestii i rozwiązuje problem, totalnie sprzedając kopa wszystkiemu, w co wierzyłam od kiedy zaczęłam czytać.
Tak ogólnie, to nadal czytało się dobrze i nadal był to Odpad. Bardzo Odpad i bardzo w porządku poziom i stylu i dynamiki, i jasne, nadal byłam targana emocjami, zdążyłam się rozpłakać ze trzy razy itd. Ale uwagi, które mam, są takie, no, że to było po prostu nieprzystające do poprzednich dwustu tysięcy. No bo nagle robi się różnica, diametralna różnica, i co z tego, że nadal jest spoko, skoro ty jako czytelnik nagle czytasz inną wersję tekstu? Brakowało mi słów. To było swoją drogą dziwne uczucie, bo jak wiesz, jak pisałam jakiś czas temu Coffee też, ja lubię zwięzłość. Cenię bardzo szybkie, ale celnie nakreślone linie w fabule. I po raz trzeci powtórzę, że choć dobrze ci wyszły, to to był po prostu inny Odpad. Zdecydowanie protestował mi mózg i czułam się wykiwana i miałam o to pretensje.
Możliwe (bardzo) że to było u mnie silne, bo w końcówce właśnie były rzeczy, na które czekałam najmocniej, czyli aktywny Robert (którego chciałam poznać od innej strony i przy którym ciekawiło mnie jak połączysz sztywność z koniecznością działania/walki). Był też Dietrich, na którego czaiłam się od początku akcji na linii Ivan-Josie. Mechy, które choć średnio jarały mnie jako element siejący rozwałkę, to pozostawały intrygujące przez wzgląd na rozwiązania techniczne i sukces/porażkę Emily. Oczywiście (pisałam na pewno) czekałam też na całkowite, wielkie zjednoczenie i podobnie jak Claude wciąż wierzyłam, że da się stworzyć pokój i wystarczy zgoda i chęć, by do niego doprowadzić.
SpoilerShow
Do końca łudziłam się też, że Kai nawiąże nić porozumienia z Robertem. Że jednak Rosja dołączy i razem z Europą skieruje broń we właściwą stronę. Ale to było naiwne i czułam się tak naiwna jak Jurgens, kiedy ojciec tłumaczył mu, że jest deklem, i że Japończycy i tak postawią na swoim, a właściciele Bestii powybijają się wzajemnie i ogólnie nie ma nadziei i świat dąży do destrukcji. eheh beka ze mnie :facepalm:
Więc tak - czekałam tak długo i dostałam to, na co czekałam, ale w wydaniu "konto free" a nie "konto premium".


Czego zabrakło z rzeczy ważnych, a nie związanych z opisami Roberta:
Pewnie cię nie zaskoczę.
- zabrakło rozmów Brooklina z Judy.
- zabrakło bezpośrednich opisów tego jak doszli do rozwiązań.
- zabrakło reakcji na najważniejszą informację w tekście. I to reakcji razy co najmniej pięć. Nie dowiedziałam się, jak w pierwszej chwili zareagował najważniejszy i najbardziej pieprznięty obuchem w łeb człowiek, czyli Rei. Nie dostałam opisu reakcji Jurija. Miguela. Mao. Claude'a. Roberta. Kai? Słowem: połączonych. To była bomba atomowa, to było rozwalenie wszystkiego w drobny mak, a to po prostu zostało ogłoszone i nic. I coś tam dalej jest (trochę) ale to nie jest wybuch mózgu u osób, którym mózg wybuchnąć powinien.

W sumie tyle. Mało, prawda? To wszystko praktycznie jeden temat. Ale tworzy ogromną dziurę. Czuję niezaspokojony głód.


Garść rzeczy, które najmocniej siedzą mi w głowie, obiekcje, westchnienia:
Cholera, scena ze sznurem. Przysięgam - o niczym innym bym nie pomyślała, jak o tym, że to jest sznur na pętlę. TRZYMAŁ. SZNUR. POD ŁÓŻKIEM. A ten rudy dzik uznał, że się przygotowuje na koniec świata. Johnny, błagam cię. I to po tym, jak go zastał w tym stanie, jak no... przecież... kto go zna lepiej (Miguela) niż J J i E? I naprawdę nie pomyślał o tym? To był wstrząs.
Teraz myślę tak: jeśli to miało zaskoczyć czytelnika (akcja po wyjściu Johnny'ego), to zdecydowanie nie poszło po twojej myśli. Jeśli to miało nakreślić męski, dzikowy sposób myślenia Johnny'ego, to wyszło wyśmienicie, bo ja-czytelnik od początku wiedziałam, że to jest drogowskaz z wykrzyknikiem na samobójstwo. Więc to albo udany, albo nieudany zabieg (obrona umysłu Johnnyego przed taką możliwością jest ciekawa i pasuje do niego) i nie wiem, czy jestem w stanie napisać coś więcej. Czasem fakt, że jesteśmy w stanie coś przewidzieć, a postać nie jest, pozwala zrozumieć więcej - naświetlił mi na przykład to, że przecież Johnny nie miał wstępu do głowy Argentyńczyka. Ja miałam. Ale on nie. Więc nie ma bagażu uprzedzeń i informacji, które mam ja. Jednak jeśli to miało walnąć i mocno potrząsnąć czytelnikiem na zasadzie zaskoczenia, to myślę, że bylo zbyt oczywiste. Jestem tez wyczulona na tego typu sygnały, bo Werter sam się nie napisał, więc pewnie warto będzie poczekać na reakcje innych czytelników. Ja daję znać.

Ciekawa scena z Jurijem i Robertem - wtedy, po tym, jak opróżnił kanistry. Tu akurat dałam się trochę złapać i owszem, przez te kilkanaście linijek wraz z Jurgensem dzieliłam przekonanie, że Sabaka się zwyczajnie złamał i że w złym momencie i złym miejscu trafili mu się ci chłopcy. Ale to było szybkie i mocne, szybko też stało się jasne dla mnie, że to już nie jest ten sam Jurij, który by bez oglądania się na okoliczności zrobił coś tak bezmyślnego. I to było fajne. Co prawda cała scena jest, poza swoją świetnością (no jednak te dwie postacie dzieliło pól globu, i nagle są obok siebie, tak różna charaktery, tyle nienawiści i niechęci i podejrzliwości, sama zresztą wiesz) była też nieco dla mnie dziwna. Taka... wtedy, jak już wrócili. Kiedy Robert chciał jakby coś naprawić i była mocna sugestia, że Jurij nie ma potrzeby naprawiać. I że nie przyjmie pomocy. Mega ciekawe starcie dwóch skrajnie różnych postaw, choć jednocześnie w jakiś chory sposób podobnych (w hardości), ale do końca nie była i nie jestem nadal pewna, co było głównym celem. Co miałam wynieść ja, co wyłapać i zrozumieć. No ale niemniej - jedna z moich ulubionych scen chyba.

TLEN. ROBERT. Riserczowałaś temat? Te koszmary - łączysz je z poziomem tlenu we krwi? Ciśnieniem parcjalnym? Mocno idę w tę stronę, pisząc cyberpunk, i choć nie wspomniałaś zbyt wiele, miałam takie mega przeczucie że wykorzystasz ciekawe informacje. I że te noce bezsenne będą miały takie najprostsze, najbardziej logiczne wyjaśnienie w ciągłym ćpaniu, bo Robert ma potencjał na jazdę na wiecznym dopalaczu - tlen nim jest dla człowieka. Taka instant amfetamina łatwa do przedawkowania. Mająca wpływ na neurony w mózgu. To mnie bardzo nurtuje i bardzo czekam na Odpuszczenie, żeby lepiej zrozumieć naturę Połączenia u niego i konsekwencji, jakie nastąpią

Mao vs Emily
///tu nastąpił edit, bo zadałam pytanie na żywo XD ogólnie byłam mocno szarpnięta tym "będą idealne" (nie wiem czy tak to tam padło, ale raczej tak) i to... no, to było po prostu mega mocne. Utkwiło mi w mózgu. Uwielbiam motyw i to kolejny dowód na to, że odpowiedni dobór słów i skill w najbardziej nawet zwięzłym opisie, potrafią porobić tekst. Bo ja Mao nie lubię, nie rozumiem i nie szanuję, nie jest też postacią, którą uważam za OP, a jednak wystarczyła ta wypowiedź, żebym pozazdrościła napięcia i pomysłu i w ogóle całej sceny. Przestraszyłam się tak mocno, że Emily zostanie skazana na wyczerpujący, traumatyczny wątek współegzystencji i współpracy z Mao, że... no, ale uspokoiłaś mnie, więc mogę zamknąć temat.

Ciąża. J P R D L. Ok, wiadomo, dawno już wpadł mi ten spoiler. Ale jednak... Jednak to, że to są dzieci Miguela, rozwala mi mózg. Jak ty mogłaś wpaść na coś takiego, przy całej relacji (tak długiej, tak dotartej!) Johnny'ego i Emily. Nie miałam nigdy okazji czytać o tak posranym trójkącie, a posrane jest w nim to, że oni dają radę funkcjonować bez wzajemnej nienawiści. Brak gniewnej, w ogóle wściekłej reakcji ze strony Johnny'ego zszokował mnie i jednak chylę czoła przed nim i Emily, bo Miguel faktycznie robi wszystko, żeby dać się znienawidzić. Czekałam na rozmowę między nim a Johnnym - taką stricte dotyczącą ojcostwa - ale tak naprawdę, przyznaję się bez bicia, nie wiem, czy to padło. Czy to był ten moment jebnięcia przed piciem małpki i szarpaniną. Czy on mu powiedział, czy nie. Możliwe, że to mój dziurawy mózg, a może to po prostu nie było wprost powiedziane, ale miałam obiekcje. I nadal je mam, i nie wiem tak na 1000%, czy Miguel wie, w jakim stanie jest Emily. Pewnie mnie wyśmiejesz, bo było jak byk napisane, ale czytałam w takich emocjach, że no :facepalm:
I jeszcze co do ciąży - scena, gdy Emily się dowiaduje, jest świetna. Co prawda któryś już raz czytam o akcji pod tytułem "kotki w necie", której nie rozumiem totalnie XD (było w wampkach, było u Mono w Azteku, byo gdzieś jeszcze, w sumie dotarło do mnie wcześniej, z internetów, że jakiś youtuber tak robi po tym, jak gra w horrory, i tak też żartowali moi znajomi, ale to jest jakieś XDDD jakieś durne, nie wiem, jak to może kogokolwiek uspokajać). No ale cała reszta i reakcja E to był kawał świetnej roboty. Utożsamiłam się i trochę przestraszyłam, i współczułam, i czułam dumę, jak uznała, że z paleniem koniec.


Ulubione i wyłapane:
tak, pisałam już na SB - kopnięcie Kai. Ogólnie to, czym ona jest w oczach Johnny'ego. Nie umiem dobrać odpowiednich słów i już się wylałam na czacie, więc nie będę się specjalnie rozpisywać. Jednak to, że jestem w stanie jednocześnie zrozumieć Johnny'ego (na tyle, by nie zniesmaczył mnie i żebym uznała, że w sumie zrobiłabym tak samo na 100%) i jednocześnie wiedzieć, że Kai nie zasłużyła, że nie była złem i że nie należy jej się to... tak, to było gorzkie, udało ci się. I powtórzę - reakcja Roberta. Mistrz. A bałam się. Ale to, co on mówi, jest idealne. Nie ocenia Johnny'ego i nie pochwala, a tak swoją drogą, to tak - martwych wypada pochować. Kocham ten krótki moment i zdecydowanie wygrał w wielkiej, pełnej klasyfikacji best momentów w Odpadzie.

Koszmary Roberta. Dobra, nie ma sensu pisać, ja się po prostu spuszczam nad nim od początku i wszystko, dosłownie wszystko, działa na mnie X razy mocniej niż powinno, więc po prostu daję znać po raz milionowy.

Opisy podobieństwa bez zbędnej sentymentalności, głównie tych gestów Dietricha z dłońmi, to jest coś, co lubię. Nie zdążyłam co prawda poznać go i muszę powiedzieć, że wypadł blado, że nie zrobił szumu, jaki mi się marzył i na jaki czekałam, był szary i znał swoje miejsce w fabule, a ono było konkretne i nie pozostawiało pola do popisu. Jednak wyłapywane szczegóły dające znać o więziach rodzinnych działały znakomicie i dziękuję, że padły, i że padły te opisy, które paść musiały. Ogromnie podoba mi się to, że Dietrich ma taką zaje*stą świadomość siebie. To znaczy, on się nie uważa za kogoś, kim nie jest. Wie, że jest prosty i brutalny, i nie ma problemu ze swoim wizerunkiem takiego klasycznego kata. To mnie ujęło w sumie. Cholera, nie wiem, czy jestem zrozumiała XD no jak jesteś łopatą, którą się ogłusza, odcina głowę i zakopuje w błocie, to nie udajesz, że jesteś posrebrzanym sztućcem do zadawania wymyślnych tortur. I on wiedział.
Jednocześnie wydawał się refleksyjny, fundując Robertowi monolog, i to zdołało mnie zaskoczyć, ale oni zawsze prawią monologi. Te łopaty. Lubię łopaty i monologi.

"Ja" w odpowiedzi na głośne myśli, "więc co?", gdy się okazało, że nie Miguel, to jest świetny strzał na koniec sceny i gratuluję ci go.

Gratuluję też:
- prostowania chłopaków przez Jurija. Tego, że on ukarał zarówno sprawcę, jak i donosiciela. Uwielbiam. Po prostu czekam na takie motywy, a cały pomysł na bandę złamanych i skrzywionych chłopaków wywiezionych z opactwa, jara mnie niemożebnie.
- tego, że Jurij kazał zabić załogę, i że załoga została zabita i napisałaś o tym krótko i zadziałało
- rozmowy Kai ze smokiem, bo to był moment na wyższym poziomie refleksji dla mnie i nie wypadł ani trochę pompatycznie; był świetny. Jak również to, co Kai zdążyła pomyśleć o jego przyjacielu z usmażonym mózgiem
- w ogóle smok. To był bardzo tragiczny wątek. Tragiczna historia. Podobała mi się, choć na pewno zadziałałaby mocniej, gdybym umiała wczuć się w Reia
- śmierci Borysa, bo to była dobra śmierć bez zbędnego dramatu, świetna przez wcześniejszą reakcję na widok Jurija, idealnie wyważona
- całej tęgiej rozkminy z Kai i tego, jak okropnie mi się czytało o jej walce i o tym, że umierała i nie wyznała w końcu miłości tak, jak powinna, a Jurij dostał wszystko co mogła mu dać
- motywu z analfabetyzmem Jurija, który się pojawia przy przeglądaniu dokumentów i zdjęć. To, że on ruszał ustami i to, że Kai go wyśmiewała, to było... kuźwa, nie umiem opisać, ale ja wiem, ja czuję, tak się właśnie robi, kiedy coś czujesz, to akurat wcale może nie było planowane, ale jak ktoś skrycie kocha to właśnie takimi drobnymi atakami zwraca uwagę drugiej osoby, i ja się wzruszyłam i tym, że ona mu to wypominała, i tym, że on się do końca wściekał i wstydził, ogólnie wizja tego jak siedzi i nieumiejętnie czyta to był jeden z niewielu momentów, gdzie czułam do Jurija pełną, mocną, szczerą sympatię bez granic
- tego, że udało się cię opisać miłość Johnny'ego i Miguela, i że mnie to nie odrzuciło, bo było dobre i optymalne. Miałaś obawy, ale rozwiewam je. Sprostałaś całkowicie, to się czytało bez zażenowania, byłam nastroszona, ale zawsze jestem, a efekt końcowy w sumie przerósł moje oczekiwania i to było bardzo, bardzo zaskakujące
- Claude'a. U-wiel-biam jego myślenie. Kocham to, że jest idealistą. Scena, gdy tak też widzi go MingMing, jest przepiękna i zdecydowanie to jeden z piękniejszych momentów w Odpadzie. Bo tak, ja się zgadzam i całym sercem jestem z Claudem i jestem Claudem i żałuję, że nie miałam okazji śledzić jego losów dokładniej. Jest świetny. Świetna postać, choć złamana, poruszająca na zupełnie innych poziomach niż reszta.


Nie wiem, można by było pisać bez końca :facepalm: bo przecież nie napisałam o MingMing (choć powiedziałam ci na głos, podobnie jak o Judy), o rodzicach Johnny'ego, o ciekawym zalążku relacji Josie-Jindriszka. Jest tego tyle, że nie wiem już po czasie, co wymieniać, a co nie, bo na dobrą sprawę napisałabym o każdym bohaterze, nawet o takim Gustavie, któremu fankuję. Nawet o Szynce. Ok, wzruszyłam się, jak zeżarła smakołyk i pokochała Miguela na nowo. Jak Johnny płakał to też płakałam, czas chyba przestać się do tego przyznawać. Rozpłakałam się nawet jak Robert był torturowany choć łzy mi naszły już po tym jak uszkodzono mu nogę :facepalm: :facepalm: :facepalm: Powinnam walnąć esej o całej chorobie Miguela i tym, co czułam, kiedy lądował w szpitalu, ale to mnie przerasta. Wszystkie motywy całkowicie ludzie, które wsadziłaś w ten tekst (choćby i zaborcza postawa Mao, stawiającej się w roli obrończyni Jindriszki!) są dla mnie udane (przynajmniej po części) i to jest coś, za co bardzo szanuję i ciebie i Odpad.
No i tak poza wszystkim - 250k słów. Dałaś radę. Marzę, że będę kiedy też dawać radę.

Na pewno będę wracała do miliona spraw w rozmowach na żywo, bo tak musi być, bo w komentarzu się nie da, ale mam poczucie że uczestniczyłam w czymś świetnym, i dziękuję ci zwrotnie, bo było warto.

SpoilerShow
mówiłam od początku, że sekretarz generalny jest połączonym? kwadrat przeznaczenia toczy się i nie oszukasz kątów prostych
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1825
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [skończone]

Post autor: Kruffachi » 24 lutego 2018, 21:49

Po pierwsze i najważniejsze - to dziękuję. Dziękuję tym bardziej, im więcej i w sposób otwarty piszesz o tym, co było dla Ciebie trudne i że to nie taka cukierkowa przebieżka, bo musiałaś włożyć czytelniczy wysiłek i ze sobą powalczyć, żeby dopiero potem móc powalczyć z tekstem. Oczywiście jako autor chciałabym, żeby było tak, że walnę czołem w klawiaturę i stanie się dobro, i żeby się wszystkim podobało, i żeby wszyscy się czuli usatysfakcjonowani, i żeby najlepiej tylko cukrowa wata bez cierni na linii odbiorca-tekst, ale tak się nigdy nie dzieje i dobrze, kiedy ten różowy bąbelek rośnie, ale też dobrze, kiedy pęka. Bo wtedy właśnie człowiek sobie przypomina, że pisze do ludzi, do prawdziwych ludzi, z których każdy jest inny i każdy musi wykonać pewne czynności - fizyczne i intelektualne - żeby w ogóle te wyprodukowane literki przyswoić. I że wcale nie musi być to dla niego równie przyjemne, jak dla autora pisanie, a niekiedy wręcz wymaga tego wysiłku nieporównywalnie więcej. Więc dziękuję za czytanie, mimo niepodzielania słabości do komiksowo-superbohaterskich klimatów, za szukanie innych warstw, dla których można czytać i - przede wszystkim - za danie szansy, bo to w końcu nie było tak, że zaczęłaś czytać, bo temat albo - tym bardziej - bo animiec.

O skrótowości wiem, że wiesz, że ja wiem. Różne rzeczy na to wpłynęły. Zmęczenie ilością tekstu, wypalenie, brak paliwa, a wręcz przeciwnie, poczucie, że zawodzę oczekiwania, że to już nie to. I kiedy podejmowałam decyzję o tym, że będę gnać do końca, naprawdę robiłam to w przekonaniu, że wszyscy mają równie dość, co ja, więc po prostu kończ, waść, wstydu oszczędź. Więc tak, zwykle pisałam rozdział, a potem on leżał trzy dni, a potem go czytałam, dopisywałam, wypełniałam watą. Tu się tej waty panicznie bałam, że zacznę rozwlekać i że zostanę winna śmieci z nudów, bo przecież - właśnie - tematów do rozkmin i monologów wewnętrznych było aż nadto. I w sumie czekałam na tę końcówkę, żeby sobie w tym względzie poużywać, żeby dać taki moment wyciszenia i wykominkowania, a potem tak Tobie, jak i sobie to odebrałam. W sumie nic mnie nie usprawiedliwia, ale tak działają emocje, smutek i poczucie winy, że bardzo wyolbrzymiają różne sprawy. Powinnam była zrobić tak, że owszem, napisać to na szybko i zamknąć, ale nie publikować, tylko pozwolić temu poleżeć. Żeby potem móc do tego wrócić w sytuacji, w której tekst jest de facto skończony, więc nie grozi mu po prostu wiszenie bez końcówki, ale jeszcze nieopublikowany, jeszcze mój i z możliwością grzebania w nim w nieskończoność. W sumie podobny problem miałam z RIP-em, tylko tam, odnoszę wrażenie, problemy jeszcze bardziej wmówiłam sobie sama, bo wnioski płynęły nie z reakcji, a ich braku. Jestę mimozą, na to wychodzi XD Tak że po prostu przepraszam.

A z takich kwestii - szalenie mnie cieszy, że wyłapałaś to, że koszmary Roberta to tlen :D No bo tak, dokładnie tym tropem szłam, tam się wprost pojawia, że to skutek uboczny Połączenia. Trochę mi głupio teraz, że weszłam w jakiś wątek, który mocno riserczujesz i wgl, trochę jakby kradziej ze mnie, czego nie miałam świadomości, ale dobra, może to prawda, że wielkie umysły po postu myślą podobnie XD

Lina - tak, to miało być dla czytelnika oczywiste, a te kawałki są głównie o Johnnym. Zresztą tam jest taka scenka na początku, która w mojej głowie miała - tym, którzy z jakiegoś powodu pamiętają RIP-a na wyrywki - już w pierwszej chwili poustawiać, co jest grane i dokąd zmierza, bo scena z Johnnym pod drzwiami Miguela jest sceną analogiczną i z cytatami ze sceną Miguela pod drzwiami Julii. I w mojej głowie to tak, że M wpuścił Johnny'ego w momencie, kiedy sobie to uświadomił. Coś jakby, bo ja się potem czułem ujowo, to może zrobię tak, żebyś ty się tak przypadkiem nie obwiniał, przy czym założył właśnie, że dziki dzik nie wpadnie, co jest grane. No ale to nie pada i paść nie miało, tylko taki przypis od autora. No i nie, M zdecydowanie nie wie o dzieciach, co w sumie mogłam wyraźniej zaznaczyć. Dla mnie piramida lojalności Johnny'ego jest nienaruszalna bez względu na wszystko - Robert, Emily i dopiero potem M, więc skoro powiedział jej, że nie powie, to nie powiedział.

Ogromnie się cieszę, że sceny z Kai odbierasz w ten sposób, bo - przyznaję - nie chciałam dać czytelnikowi satysfakcji z zabicia głównego bossa, bo moje autoreczkowe serduszko podpowiadało mi, że Kai zasłużyła sobie na brak tej satysfakcji. Tę część miał poniekąd załatwiać Balkow, a dla niej chciałam śmierci z poświęceniem, ale poświęceniem, które zostaje niewidoczne i nieczytelne do końca, tak jak do końca nie została zrozumiana.

Ogólnie to po prostu miałam trochę wrażenie za krótkiego kocyka w końcówce. Takie, że żeby to wszystko, co chciałam, móc napisać, potrzeba jeszcze jakichś wydarzeń fabularnych, a ja już miałam zebrane wszystkie armie na Mordor i w ogóle...

Naprawię to. Będzie lepiej. No.

Dziękuję raz jeszcze przepięknie <3 <3 <3 <3 <3
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1825
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [skończone]

Post autor: Kruffachi » 22 września 2018, 10:26

Z powodu przyczyn przeczytałam wczoraj wszystkie Wasze komentarze od deski do deski. Zrobiło mi się bardzo sentymentalnie, niekiedy bardzo ciepło, parę razy puknęłam się w dekiel, pewne sprawy raz jeszcze się poukładały, kiedy zobaczyłam reakcje w ciągu, po czasie, to jak się zmieniały i jak stanowiły pewną kontynuację. I poczułam wielką potrzebę, żeby Wam raz jeszcze podziękować za każde słowo, bo chyba robiłam to za rzadko i nie dość, żebyście wiedziały, ile to dla mnie znaczyło. Tak więc - dziękuję <3 I myślę sobie, że chciałabym jeszcze kiedyś napisać taki tekst, daleki od ideału, ale jednak budzący zainteresowanie i skrajne emocje.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ