UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Let it R. I. P. [skończone]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 26 września 2016, 18:13


*

– Jakoś to załatwię.
– Jak?
– Jakoś. Moskwa to nie wyspa na środku oceanu.
– Pozwól, że ci coś uświadomię – warknęła Emily – zrobiliśmy masakrę w środku dnia i pod wielkim hotelem w centrum miasta. To jakby nie jest kradzież batonika na stacji benzynowej. Teraz mamy na głowie już naprawdę wszystkich, więc nie wiem, jak zamierzasz im uciec.
Johnny obrzucił ją szybkim spojrzeniem. Ciągle drżał, ciągle miał na ubraniu ślady krwi, a w oczach obłęd.
– Co z nim? – spytał, ignorując kompletnie poprzedni wątek.
– Siedzi bez słowa, gapi się przed siebie i od dwóch godzin męczy jedną herbatę, chyba w końcu nad nią zasnął, ale ogólnie wygląda na to, że nic poważnego mu nie jest – odparła York, odruchowo strzelając oczyma w kierunku uchylonych drzwi, za którymi zostawiła najwyraźniej preferującego samotność Miguela. – To jakiś pierdolony cud.
McGregor uderzył pięścią we framugę.
– Gdyby nic mu nie było, nie zachowywałby się tak – syknął. – Znam go trochę. Potrzebuję…
– Potrzebujesz zmyć z siebie to gówno.
Tak, wiedział.
Wszystko wiedział. To, że obecna sytuacja jest po części jego winą, bo nie ogarnął konsekwencji i podpisał pakt z diabłem – także.
Jak miał to wyjaśnić Miguelowi? Po prostu wejść, przywitać się i oświadczyć, że wylądował ze spraną dupą, bo Olivier przecenił własnego, szczęśliwie już martwego wujka? Bo ktoś w odległym Paryżu uznał, że układanie się z Barthezem to nie jest taki zły pomysł, a ktoś w Bawarii mu przytaknął? Bo po pierdolonym bankiecie w Turandot wszyscy uznali, że załatwią to po swojemu i za plecami obecnego Biovoltu?
– Muszę z nim porozmawiać. Na osobności.
– Johnny.
– Co.
– Naprawdę idź to z siebie zmyć. Mam dość krwi.
Wyburczał pod nosem niemrawe słowa protestu, ale posłuchał. Zmusił drżące z wściekłości i od poadrenalinowego dołka ciało, by wtoczyło się do klaustrofobicznej łazienki.
Nie wiedział na ile bezpieczna jest ta melina, więc zamierzał zostać tu najkrócej, jak tylko się da. Jedną noc, jeśli stan Miguela na to pozwoli. Góra dwie. Zdążył powiadomić Roberta, poczynić ustalenia co do dalszych poczynań. Zdążył już trzy razy odegnać od siebie myśl o wydrapaniu oczu ludziom, którzy dbali teraz o ich bezpieczeństwo.
To by mu przyniosło ulgę, wiedział o tym. Ale jednak także nowe kłopoty.
– Jednak nie śpi – usłyszał, gdy wyszedł z łazienki.
To było trochę jak wyrok. No ale cóż, od pewnych rozmów lepiej było nie uciekać. Przekraczając próg drugiego pokoju, Johnny nadal nie miał pomysłu, jak zagaić.
– To był naprawdę Claude.
No, to już nie musiał się głowić.
Miguel patrzył na niego całkiem przytomnie, a choć w tonie nie dało się zauważyć pytania, twarz nie zdradzała znajomego zacietrzewienia.
– Tak – odpowiedział McGregor po prostu.
– Tyle czasu, a ja się nie zorientowałem.
– Nie widywaliście się.
– No nie – przyznał Lavalier. – Nie chodziłem na mecze. Co z nim?
– Jest w szpitalu, nie mieliśmy pewności, co z jego kręgosłupem.
– Kumam. – I to był koniec tematu. Miguel milczał chwilę, siedząc ze zwieszoną głową, z twarzą bez wyrazu i pustym wzrokiem. Wyglądał jak odłączony od zasilania. Albo jak kukła. – Przyznam, liczę na to, że w końcu dostanę coś do roboty – powiedział, przynajmniej względnie wracając do życia. – Może do biegania się nie nadaję, ale do badań mógłbym wrócić. Emily mogłaby mi coś przydzielić. – Co było w jego wypadku dość rzadkie, wziął na siebie ciężar rozmowy. Johnny znał go może nie na wylot, ale wystarczająco dobrze, by rozpoznać mechanizm obronny. Argentyńczyk już wcześniej wyciągnięty za szmaty z piekła nie krzyczał, nie walił pięściami w ściany, nie niszczył sprzętów, nawet nie płakał, a jakby chował wszystko po kieszeniach. To było jednak trochę upiorne.
Prawdopodobnie wcale nie zdrowe.
– Jutro wyjeżdżamy, skoro możesz siedzieć i kontaktujesz – rzucił Johnny, sadowiąc się obok. – Wybacz, że tyle to trwało. Nie mogliśmy cię namierzyć.
– Tak podejrzewam – Miguel wzruszył ramionami obojętnie. – W końcu na tym polega zabawa, nie? Byłem w Opactwie… jakiś czas.
McGregor uniósł brew.
– No, to wiele wyjaśnia.
– Ale nie wiem, jak długo.
– Byłyby jakieś trzy tygodnie.
Teraz mógł przyjrzeć się Miguelowi bliżej. Twarz nie zdradzała żadnych oznak złego traktowania, jeśli nie liczyć sińców pod oczyma. Na odsłoniętych przedramionach także nie dało się zauważyć śladów poza tymi świeżymi, zostawionymi głównie przez Ivanowa i pociski. Może koszulka skrywała to czy tamto. A może wcale nie.
Coś jednak było nie tak. Ospałość w gestach, oszczędność w mimice, spojrzenie zbyt często uciekające w nicość i zatrzymujące się na jednym punkcie. Johnny mógłby pomyśleć, że to jakieś prochy podane na czas odstawiania do hotelu, ale minęło już parę godzin. Efekty powinny dawno się ulotnić.
– Czego od ciebie chcieli? – to nadal nie było to, co Johnny powinien był powiedzieć.
Miguel przygryzł wargę i zmarszczył brwi, jakby postawiono przed nim skomplikowany problem logiczny.
– Nie jestem do końca pewien – przyznał. – Nie informacji. Nie przesłuchiwali mnie.
– Informacje mieli od Garlanda.
– Cóż, pewnie tak… – Lavalier zamyślił się nad czymś i znów na chwilę stracił kontakt z rzeczywistością. – Jak o tym teraz myślę, to było strasznie nielogiczne – podjął znowu, na wpół do siebie. Chwycił pusty kubek i zaczął obracać, jakby musiał zająć czymś dłonie.
– Co masz na myśli?
– Dysproporcję między wysiłkiem a efektem. Mogli mnie równie dobrze po prostu zabić, chyba że jeszcze czegoś nie rozumiem.
– Gdyby cię zabili, uwolniliby bestię – zauważył McGregor. – I nie wypłoszyliby nas.
– Niby tak, ale przecież…
– Co: przecież.
Miguel pokręcił głową.
– To się nie składa do kupy.
– Nie mówisz mi wszystkiego – Johnny pozwolił sobie na ostrzejszy ton.
– Nie – przyznał Lavalier. – Nie wszystko pamiętam. Nie wszystko rozumiem. Jeśli mnie odstawili w ten sposób, pewnie dostali to, czego chcieli, ale nie wiem, czego chcieli. Zachowywali się nielogicznie, zwłaszcza Barthez.
– Miguel, ja chcę faktów, nie interpretacji.
Spojrzenie zmieniło się z zamyślonego w spłoszone, ręce splotły nerwowo, a plecy zgarbiły, co wywołało jednak grymas bólu.
– Nie naciskałbym, gdyby to nie było konieczne – dodał Johnny łagodniej.
– Ty też nie mówisz mi wszystkiego – usłyszał w odpowiedzi.
Zerknął na Miguela, złapał spojrzenie lekko zmrużonych oczu. Zacisnął usta.
– Nie – przyznał.
– Więc dlaczego ja powinienem?
Johnny poczuł zalewającą go falę irytacji, może wtórną względem poczucia winy, sam nie wiedział i nie zamierzał tego analizować.
– Bo próbuję ci pomóc – warknął.
– Barthez też próbował.
– Barthez był gnojem.
Miguel pokręcił głową.
– To nie takie proste – mruknął, znów spuszczając wzrok i wycofując się do wnętrza swojej głowy. – Barthez był jedyną osobą, która kiedykolwiek…
– Nie wracaj do tego punktu, bo własnoręcznie cię dobiję – ostrzegł Johnny.
– Mnie tylko chodzi o to, że to nie był jakiś tam czarny charakter z kreskówki. Miał jakieś cele i chyba szczerze wierzył w swoją wersję wydarzeń.
– To nie usprawiedliwia tego, co robił.
– Nie wiesz, co robił – głos Miguela zmienił się niespodziewanie w syk.
– Bo nie chcesz mi powiedzieć.
Lavalier znów wzruszył ramionami.
– To moja sprawa.
– Jasne – przytaknął McGregor. – Ale mógłbyś okazać trochę wdzięczności.
Brwi Argentyńczyka ściągnęły się nagle w czystym już gniewie.
– Bo co? – parsknął wściekle. – Bo wyciągnąłeś mnie z łap złego czarnoksiężnika, to mam teraz grzecznie spuścić portki i dać ci dupy?
Zapadło milczenie.
Nie tak miała wyglądać ta rozmowa. Z daleka to wszystko wydawało się zupełnie inne. Owszem, McGregor nigdy nie był zwolennikiem tego planu, zresztą wiedział, że nie zna wszystkich szczegółów, bo tymi Olivier dzielił się tylko z Robertem, a Robert od zawsze traktował Szkota bardziej jako bodyguarda niż intelektualne wsparcie, ale nie przypuszczał, by oni choć przez moment założyli taki rozwój wypadków. Na pewno nikt nie miał oberwać rykoszetem. Nie w ten sposób.
Johnny westchnął i sięgnął po piersiówkę z whiskey, trzymaną w zanadrzu na specjalne okazje i sytuacje kryzysowe. Pociągnął łyk, po czym podał ją Miguelowi. Ten spojrzał na naczynie zaskoczony, nieco spode łba.
– Nie powinienem – burknął.
– Obaj doskonale o tym wiemy.
Lavalier wahał się jeszcze może pół sekundy, po czym odebrał piersiówkę. Łyknął raz, rozkaszlał się, łyknął ponownie.
– Zostaw coś dla mnie. Mnie też boli dupa.
Zapadła kolejna chwila milczenia, a po niej kolejna rundka.
– Johnny?
– Hm?
– Co właściwie Barthez robił w Moskwie?
No i stało się. Johnny odchrząknął. Nadal czuł się nie dość wspomożony alkoholem, by o tym rozmawiać, więc pociągnął raz jeszcze.
– To przez Oliviera – zaczął, patrząc w podłogę. – Myślał, że się dogadali i że Barthez pomoże mu rozwalić układ Balkowa od środka.
Miguel prychnął bardziej ze złością niż z rozbawieniem.
– Tego się bałem – przyznał. – Nawet nie chcę wiedzieć, o co szedł targ.
– Tak naprawdę też się tylko domyślam.
– A to mnie akurat gówno obchodzi.
Znów nie tak. Johnny czuł, jak pod skórą wzbiera frustracja i wściekłość. Nie on powinien tu siedzieć, a Olivier. Nie on powinien przełykać ciężkie wyrzuty sumienia i patrzeć na skatowanego, złamanego Argentyńczyka, a Olivier, któremu leżący u jego stóp świat nagle pokazał środkowy palec.
Mimo złości, Lavalier z każdą chwilą wydawał się mniejszy i głębiej wciśnięty w kąt. To, co jeszcze przed chwilą było ledwie zauważalnym drżeniem, powoli zaczynało przypominać drgawki. McGregor mógł mieć też jedynie nadzieję, że ciemne wypieki to efekt działania alkoholu, a nie na przykład gorączka.
– Miguel…
– Nie wiem, czy chcę o tym rozmawiać.
Johnny skinął głową.
I znów zapadło milczenie, które po dłużej chwili niespodziewanie przerwał Lavalier.
– Źle to znoszę – przyznał cicho, nagle jakby zupełnie odbiegając od tematu, wyciągając przypadkowy wątek z kotłowaniny myśli.
– Wiesz, to były dość napięte…
– Nie, nie to. Zabijanie. Może się w końcu przyzwyczaję, nie wiem. Ale tak naprawdę chyba nie chcę się przyzwyczajać. Jeśli jeszcze mam jakiś wybór, to nie chcę.
Johnny westchnął ciężko.
– No to masz poważny problem – stwierdził.
– Boże, jaki znowu?
– Wygląda na to, że z ciebie nadal jest porządny facet.
Argentyńczyk skwitował to obojętnym wzruszeniem ramion i kolejnym łykiem. Nigdy nie miał mocnej głowy i nigdy nie wychodziło mu trzymanie języka za zębami po pijaku, więc odpowiedź stanowiła tylko kwestię czasu.
– Ale jednak morderca – burknął po chwili do swoich kolan. – To byli bladerzy. Jak my. Wkręceni w to wszystko, bo ktoś… – głos Argentyńczyka załamał się, głowa znów opadła, piersiówka potoczyła na dywan, a dłonie splotły na karku i nawet w półmroku McGregor widział, jak gwałtownie czerwienieją od uścisku. Wiedział, że to, na co patrzy, to już nie tylko alkohol. Że to Moskwa, Madryt i Buenos. Barthez, Mathilda, Julia, roszada Claude’a i wreszcie Jurij, który omal nie rozszarpał mu gardła. – Nie powinienem był pić…
– Nie.
– Wybacz. Ja tylko… – Miguel nabrał powietrza w jakiś dziwny, głośny i rwany sposób – chcę, żeby to się skończyło. Chcę… odpocząć.
To zabrzmiało jakoś niepokojąco. Zbyt ostatecznie. McGregor zacisnął usta. Chciałby móc powiedzieć, że to będzie możliwe i już po wszystkim. Obaj jednak wiedzieliby, że to kłamstwo.
– Wygląda na to, że sprzedaliście mnie Barthezowi. To już chyba wystarczy. Powinno wystarczyć w każdym razie. Żebym stanął okoniem i planował wydłubać wam oczy. A ja tu siedzę i czuję się jak pierdoła z syndromem sztokholmskim. I jakby to było jedyne wyjście. Jedyne rozsądne. Johnny, to po prostu… boli. Od dwóch, kurwa, lat i coraz bardziej. Ja się nigdy… nie czułem taki słaby. Nie aż tak…
Skulony, pociągający nosem, z głową schowaną między kolanami i pod rękoma, kojarzył się z małym chłopcem. On, spory kawał właściwie dorosłego już faceta i od jakiegoś czasu faktycznie kamienny gargulec, na którym pociski zostawiły tylko nieco siniaków. On, który walkę na stadionie, ponad trzy tygodnie uwięzienia, późniejszą regularną bitwę i kilka godzin zamknięcia w samochodzie odchorowywać miał nędzną dobę, bynajmniej nie dzięki nadludzkim zdolnościom regeneracyjnym, a zwyczajnemu uporowi i zaciskaniu zębów.
Ale taki, pijany, zasmarkany i zwinięty w kłębek, naprawdę wydawał się słaby. Wydawał się tym, co zwykle trzymał w ukryciu – opuszczoną sierotą, chronicznym przegranym, zawodnikiem niby niezłym, ale nigdy dość dobrym, by marzyć, że naprawdę zacznie coś znaczyć.
– Tak po prawdzie nie miałeś nawet kiedy odetchnąć – mruknął Johnny, odwracając od tego wszystkiego wzrok.
Odpowiedziała mu cisza, a potem nagle płacz.
Trwało to długo, a co wydawało się w całym tym obrazie najbardziej niepokojące, to może fakt, że w szloch Miguela coraz częściej wkradało się coś, co przypominało zrywy histerycznego śmiechu. Johnny z pewnym zaskoczeniem stwierdził, że trzyma go w ramionach, próbując nie naciskać żadnego z sińców. Odkrywał w sobie niezgłębione pokłady cierpliwości, raz słuchając ciszy, a raz nieskładnego bełkotu.
Znał się. Wiedział, że powinien być poirytowany, zwłaszcza że w jego żyłach też przelewało się nieco promili, działających zwykle jak najlepsza rozpałka.
Powinien być, a jednak cała ta sytuacja nie przypominała żadnej innej.
– Jezu, naprawdę cię schlałem… – szepnął, kiedy głowa Argentyńczyka opadła mu na pierś.
– Nie – usłyszał burczenie w koszulę, a potem krótki, stłumiony śmiech – ja zawsze miałem słabość do rudych.
– Do Emily.
– Do Emily też. Ale spoko, wiem. Zresztą… – Lavalier pociągnął nosem. Nie dokończył, prawdopodobnie wybierając lepszą opcję niż dalsze użalanie się nad sobą.
Próbował oswobodzić się z ramion Szkota, ale zawrót głowy i tak zmusił go do skorzystania z pomocy. Uśmiechnął się krzywo.
– Żałosne – rzucił zaskakująco wyraźnie, jakby miał przećwiczone wypowiadanie tego słowa w absolutnie każdych okolicznościach.
– Zaprowadzę cię do łóżka. Jakieś tu pewnie mają.
Pokręcił głową.
– Nie dojdę.
– Powinieneś się przespać.
– Będę spał tutaj – wymruczał Miguel, już zwijając się w kłębek.
– Skostniejesz – zauważył Johnny, ale odpowiedziało mu tylko prychnięcie.
A potem nieśmiałe pytanie.
– Zostaniesz ze mną? Na chwilę. Chyba… nie powinienem być sam.
– Zostanę – odpowiedział McGregor, zanim zdążył przemyśleć inne opcje.
Tak, był pijany. Może mniej, może pił wolniej i zawsze miał znacznie mocniejszą głowę, ale był pijany, bo wlał whiskey wprost do pustego, wymęczonego żołądka.
Zacisnął palce na bezwładnie rzuconej na podłogę dłoni Miguela, drugą ręką zagarnął na niego koc.
– Jesteśmy schlani – mruczał Argentyńczyk w podłogę. – Zmęczeni. Ja mam pewnie jakieś PTSD, wszystko mnie, kurwa, boli. Więc jutro to nie będzie miało żadnego znaczenia.
Johnny nie odpowiedział. Opadł plecami na ścianę i przymknął oczy, nie myśląc już o niczym poza ciepłem suchej dłoni, którą ściskał.
– Boże, naprawdę syndrom sztokholmski… - usłyszał cichy, złamany śmiech.

*

Kai patrzył prosto w wąskie, wściekłe oczy, w których coraz mniej było Jurija, a coraz więcej Wolborg. Ivanow siedział na kozetce, wciąż lekko drżąc i wciąż skulony, z opuszczoną głową. Blady i zroszony potem, ze zlepionymi włosami opadającymi na twarz i głębokimi sińcami pod oczyma. Umięśniona, ale zaskakująco wąska klatka piersiowa unosiła się w nerwowym, nierównym oddechu.
– Czekałem na ciebie – powiedział Hiwatari, sam nie wiedząc, do którego z nich bardziej.
Ciało Jurija szarpnęło się w dziwny, nienaturalny sposób, z ust wydobył nieartykułowany protest.
Ciągle jeszcze próbował. Nie miał szans – ani z Wolborg, ani z własnym ulepszonym organizmem – ale próbował.
– Nie możesz mi zarzucić, że nie usiłowałem załatwić tego inaczej – westchnął Kai. – Ale miałeś rację, mówiąc mi kiedyś, że jedyne, czego naprawdę się obawiamy, to nieposłuszeństwo. System kontroli nie powinien cię zatem dziwić.
– Niczym się od nich nie różnisz, Hiwatari. Nienawidzę cię. I kiedyś zabiję, tym razem skutecznie. Przysięgam.
Jurij chciał stanąć o własnych siłach, ale kolejny niekontrolowany skurcz rzucił nim o pobliską szafkę. Próbował złapać się jej brzegu i odzyskać równowagę.
– Leżeć!
Ale nie zdołał. Posłusznie padł na podłogę.
– Nie, nie zabijesz, bo mogę teraz zrobić z tobą wszystko – mówił dalej Kai. – Mogę cię upokorzyć jak jeszcze nikt nigdy, ale tego nie chcę. Albo wynieść na szczyt, tam, gdzie od dawna czeka na ciebie miejsce. Wiesz, co powiedział mi kiedyś dziadek? Że jesteście po prostu najwspanialszym, najlepszym zestawem ołowianych żołnierzyków, jaki kiedykolwiek wyprodukowano. – Pochylił się, chwycił Rosjanina za podbródek i zajrzał mu prosto w oczy. – I że w końcu dostanę do w prezencie. Ale mylił się. Nadal, mimo wszystkiego, co się stało, nie potrafię patrzeć na to w ten sposób.
Jurij poczuł, jak obręcz wokół jego umysłu nieco się rozluźnia, pozwalając mu przynajmniej na tyle, by podniósł się na klęczki.
– Nie nabierzesz mnie na to, że masz poczucie przyzwoitości – warknął.
Kai wzruszył ramionami.
– Tak między nami, wcale nie muszę, prawda? To tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia.

*

Dochodziła druga po południu, powoli zbliżała się godzina wyjazdu, a wystygły gulasz powoli znikał z przynajmniej dwóch pojemników, bo Miguel zrezygnował ze swojego po paru równie nieudanych próbach pokonania oporów żołądka. Zamiast jeść, przyjął pozycję horyzontalną i na pół drzemał, odpowiadając na pojedyncze pytania tylko pomrukami.
Przynajmniej tak długo, aż temat nie wrócił do Bartheza.
– Został wstawiony – ocenił Johnny, pakując sobie do ust łyżkę kaszy.
– Przecież nie odstawiałby mnie sam, gdyby chociaż podejrzewał, do czego może dojść – Miguel potarł nos, skrzywił się, kiedy przypadkiem podrażnił jakieś skaleczenie.
McGregor przygryzł wargę, zmarszczył brwi w wyrazie gniewu i determinacji, przełykając kawałek mięsa.
– Wykorzystali sytuację podwójnie – zauważyła Emily. – Zrobili z Jurijem to, co wcześniej z Reiem. Zaprowadzili nad krawędź i utorowali drogę bestii. Tylko że efekt był inny.
– Katalizator też – przytaknął Lavalier. – I cel. Nie wiem, czy Konomyia i Mizuhara mieli jakiś dalekosiężny plan, ale na pewno mają go ludzie związani z Hiwatarimi, a Jurij najlepszym przykładem, że zaczęli kopiować rozwiązania M&K. No i jasne, pierwsze, co przychodzi do głowy, to potencjał militarny, bo w końcu budują armię, a możliwości połączonych mocno wzrastają. Ale to jak kręcenie bicza na samego siebie, nie? Wiesz – spojrzał na York – jedno z tych niezadawanych pytań. Dlaczego dzieci.
Miguel mówił chaotycznie, wylewając z siebie słowa w niespodziewanym potoku, jakby nie mógł pomieścić ich dłużej w głowie, skakał od wątku do wątku, ale Emily miała dość danych i rozumu, by to połączyć.
– System kontroli. Musieli mieć system kontroli i bezpieczeństwa – powiedziała. – I to właśnie zadziałało pod Metropolem.
– Tak. Z tego, co mówił Barthez, wnioskuję, że jest związane z syntetycznymi bestiami. Ale wiecie, co oznacza?
– Że to musiało im kiedyś wybuchnąć w twarze. – Emily, na wpół zamyślona, na wpół rozzłoszczona, wbiła widelec w styropianowe pudełko. – Że im się nie udało.
– Mhm. Najwyraźniej nie wystarczy po prostu warunkować i zastraszać dzieciaka od maleńkości. Widziałem Opactwo, wiem, że nie przebierali w środkach, a jednak doszli do wniosku, że potrzebują czegoś więcej.
– Pierwsze syntetyczne bestie powstały ledwie kilka lat temu – zauważył Johnny. – Siedem, jeśli wierzyć informatorom Roberta. To nie jest dawno temu.
Lavalier przytaknął w zamyśleniu.
– Zakładam, że reakcja nie musiała być natychmiastowa – powiedział. – Może rozbiło się o możliwości. A może…
– Hm?
– Może szukali odpowiednich rekrutów do kosztownego przedsięwzięcia. Albo wszystko na raz. Może same sztuczne bestie nie były gotowe.
– Do czego zmierzasz? – McGregor zmarszczył brwi, lekko wytrącony z równowagi tą niespodziewaną zmianą tematu i charakteru rozmowy.
– Chyba już wiem, o co im chodziło. Kiedy mnie trzymali. Teraz mnie olśniło, że przy okazji prowokowali bestię. Nie wiem, czy to był jedyny cel, ale chyba jeden z głównych. Wiedzieli, że jesteśmy połączeni, i chyba sprawdzali… no, co zrobi Gargoyle, kiedy zagrozi mu się tym, o czym wspominał Brooklyn. Zagubieniem bez człowieka.
York przełknęła ślinę, kiedy dotarło do niej, co może kryć się za tymi słowami.
– I jak zareagował? – spytała.
– Bronił się. Bronił nas. W efekcie… cóż, połączyliśmy się bardziej. Dużo bardziej niż uważałem za możliwe. A potem podobną rzecz zrobili z Jurijem. Dali bodziec dostosowany do bestii. Rozumiecie, dokąd to prowadzi.
– Do tak wielu rzeczy, że nie wiem, od czego zacząć… – szepnęła Emily, nagle przytłoczona ogromem i wagą wniosków. Odchyliła, zdjęła okulary i przetarła twarz dłońmi. – Boże, Miguel…
– Pewnie dlatego nie wszystkie dyski M&K działały.
– Jeśli bestia czegoś nie zechce…
– …możemy stanąć na głowie i nic. Ale to oznacza, że wszystko, całe nasze badania – Lavalier wbił wzrok w towarzyszkę – są o kant dupy, bo dyski tylko dają możliwość, same niczego nie robią.
Emily poczuła, że po jej plecach przebiega dreszcz autentycznego strachu. To już nie była nauka. To już nie była aerodynamika, fizyka i mechanika, nawet nie neurologia. Śmierdziało otwartą radośnie puszką Pandory, króliczą norą prowadzącą do jakiejś pierdolonej, nielogicznej magii.
– Zmieniają beybladeing tylko i wyłącznie w wymiarze zawodnika – kontynuowała myśl. – Są jak otwarcie furtki, przez którą wcale nie trzeba przechodzić. Ale jednak bestie to robią. Z jakiegoś powodu.
– Tak. I chyba nie możemy pozwolić sobie na założenie, że to tylko instynkt.
– Chwilunia – potrząsnął głową Johnny. – Czy wy nie idziecie za daleko? Zaraz wyskoczycie ze spiskiem Reptilian.
– Może nie Reptilian, ale jakiegoś potencjalnie inteligentnego gówna już tak – burknęła Emily.
– Cholera… – wyszeptał Miguel, nagle z twarzą znów zmrożoną szokiem.
– Co jest? – zaniepokoił się McGregor.
– Brooklyn. Zapytał mnie kiedyś, czy z nim rozmawiam. Z bestią. – Argentyńczyk przetarł twarz dłonią. – Wtedy założyłem, że pierdoli, przyznaję szczerze, a potem, że mam delirkę, ale…
Nie musiał kończyć. Za wszelki komentarz wystarczył żałosny jęk Emily.

*

– Rei.
W pierwszej chwili pomyślał, że to kolejna wizja i Diger nie pozwoli mu spokojnie przespać nocy. Zdążył już syknąć z irytacją i poczuć zimny pot strachu zlewający plecy.
Ale nie – poza głosem, którego zdecydowanie nie powinien słyszeć, nie tu i nie o tej porze, nie zauważył niczego dziwnego.
Otworzył oczy.
Kai siedział dość daleko od łóżka, by w ciemnej sali nie dało się odczytać wyrazu jego twarzy, ale wystarczająco blisko, aby pozwolić rozpoznać się po sylwetce. Kon poczuł, jak do krwioobiegu uderza mu naraz kilka sprzecznych emocji. Wygłuszył je wszystkie.
– Co tu robisz? – spytał.
– Chciałem porozmawiać. Chyba powinniśmy.
Tak, powinniśmy, pomyślał Rei. Ale nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jeszcze tego chce – najpierw oszukany, a potem zdradzony i posłany na pewną śmierć, której tylko cudem uniknął, wychodząc jednak ze wszystkiego jako kaleka.
– Nie oczekuję, że mi wybaczysz – podjął znów Hiwatari wobec przedłużającego się milczenia.
– I pewnie słusznie – przyznał Kon.
Kai westchnął i zmienił nieco pozycję na twardym, plastikowym krzesełku.
– Nie będę się tłumaczył – zastrzegł. – Chcę ci tylko powiedzieć dlaczego. Kto jak kto, ale ty będziesz wiedział, co z tym zrobić.
Rei uniósł brew. Czy jemu się wdawało, czy właśnie usłyszał z ust Hiwatariego coś na kształt komplementu?
– Jesteś dziwnie miły – powiedział. – To zaczyna wzbudzać moje podejrzenia.
– Nie jestem miły. Jestem szczery. Nie mamy już po piętnaście lat.
I dlatego, zamiast na równych warunkach, rozmawiamy w ten sposób, sarknął w myślach Rei. Ty zasłonięty tytułami i sukcesem, pewnie z ochroną schowaną w szafie, a ja przykuty do łóżka i bezbronny.
Kai przetarł twarz dłonią w geście, który mógł zdradzać zmęczenie.
– Jesteśmy niebezpieczni i to jest prawda – powiedział. – Ja, ty, Jurij, Takao i reszta połączonych. I, wbrew pozorom, nadal całkiem nas sporo. Jedni bardziej, drudzy mniej, ale wszyscy stanowimy zagrożenie dla tak zwanych cywili. I dla szeroko pojętego bezpieczeństwa narodowego. Po prostu czas był najwyższy, żebyśmy sobie to uświadomili. Oczywiście nikt nas nie pytał i nikt nie ostrzegł, ale to niewiele zmienia, prawda? Fakty są jakie są. Coś nas wkurzy, wstaniemy lewą nogą, pokłócimy się o pożyczoną pięć lat temu dychę i ktoś w okolicy obrywa piorunem, kawałkiem skały albo innym gównem. Jeśli pojawia się większy stres, silniejsze emocje, kończy się jak ostatnio. Tragedią na kilkuset zabitych i parę tysięcy rannych. Więc nie możemy do końca życia użalać się nad sobą i widzieć w sobie tylko ofiary, bo zaraz obudzimy się w post-apokalipsie. To oczywiście nie nasz błąd i nie nasze decyzje, ale pech chce, że to nam przypadło mierzyć się z konsekwencjami. Wszystko, co robię, to próba odzyskania kontroli po tym, jak pierwotny system się rozwalił, i unormowania sytuacji.
– I dlatego pozwoliłeś Maxowi umrzeć – syknął Kon, patrząc nieruchomo w sufit.
– Max nie był już tym człowiekiem, którego znaliśmy.
– Nie obchodzi mnie to.
– Żałuję, że musiałem to zrobić.
– Nie wierzę ci.
– Rei…
– Lepiej nie kończ tego zdania.
Na moment zapadła ciężka cisza.
– Co tam się stało? – zapytał wreszcie Kon matowym, skrywającym gniew głosem. – Pod Metropolem. Co z nimi zrobiłeś?
Kai wyciągnął przed siebie dłonie i pstryknął palcami.
– Żyją – powiedział. – Są nawet względnie cali. Jurij jest teraz pod moją opieką, zajmę się nim, jak należy i naprawię, co zepsuł. Wiesz, może próbować ignorować to, ile mu się podoba, ale jest bionicznym eksperymentem i będzie się z czasem coraz bardziej sypał. Szczęśliwie teraz ma w pobliżu ludzi, którzy wiedzą, jak go składać. Nie martw się. Miguel, na ile się orientuję, przeszedł pod kuratelę Majestics. Chwilowo.
– Chwilowo?
– Chwilowo, bo wbrew pozorom to dla niego najgorsze rozwiązanie. Robert i Olivier nie mają skrupułów, co udowodnili, próbując dogadywać się z Barthezem. Ale zostawiłem pewną furtkę i sądzę, że Miguel z niej skorzysta, o ile jest dość bystry, a myślę, że jest.
– Kai, to nie brzmi dobrze.
– Dla ciebie być może – Hiwatari wzruszył ramionami. – Ale on dostanie dokładnie to, czego szuka. Wydaje mi się, że przynajmniej w kilku kwestiach myślimy dość podobnie i w sumie żałuję, że nie mieliśmy okazji szczerze pogadać. Za szybko dostał się pod wpływ Jurija, a potem było za późno.
Kon prychnął, głównie dlatego, że zabrakło mu słów na inny komentarz.
– Spierdalaj – wycharczał znów.
– Rei…
– Spierdalaj, powiedziałem. Nie chcę cię widzieć.
Kai westchnął i wstał ze stołka w sposób, który jasno dawał do zrozumienia, jak go to wszystko nie obchodzi. Był już prawie za drzwiami, kiedy Kon znów się odezwał.
– Obiecuję ci, że kiedy spotkamy się następnym razem, role będą odwrócone.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 27 września 2016, 20:56

ROZDZIAŁ XXX
THESE PEOPLE ARE MY FRIENDS. I’VE KNOWN THEM FOR TWELVE HOURS

– Kurwa.
– Johnny, dlaczego zwalniasz?
– Kurwa, godzina policyjna. Zapomniałem.
Emily nie powstrzymała się i w całkiem filmowym geście pacnęła się dłonią w czoło.
– Kiedyś się nauczę, że jesteś planistyczną pierdołą – nieomal jęknęła. – Myślałam, że to ogarnąłeś.
Osobowy samochód stanął zupełnie. York przetarła opuchnięte ze zmęczenia oczy i podniosła wzrok – zobaczyła rogatki, drut kolczasty i dwóch wysokich mężczyzn podchodzących do maski. Jeden z nich miał na sobie przeklęty szary mundur z czerwonym feniksem.
– Boże, nie teraz – szepnęła tylko, z całej siły zaciskając dłonie na kolanach.
Błysnęły latarki, złośliwie wycelowany snop silnego światła oślepił ją na dłuższą chwilę, padły ostre pytania po rosyjsku.
Kim są. Dokąd jadą. Gdzie jest przepustka.
Przełknęła ślinę, z całych sił powstrzymując się przed spojrzeniem w lusterko, ale była niemal pewna, że wiązka latarki przetoczyła się już po tylnym siedzeniu, gdzie siedział wyraźnie poobijany i na pierwszy rzut oka nielegalny Miguel.
Nie padł jednak żaden komentarz na ten temat. Co wcale nie musiało oznaczać niczego dobrego.
Johnny próbował wybrnąć z sytuacji, udawał zdezorientowanego turystę i z zapałem tłumaczył się najbardziej szkockim szkockim, jaki kiedykolwiek z jego ust słyszała, ale już drugi raz padło kategoryczne żądanie okazania dokumentów. Pochylił się więc ku schowkowi.
– Przejmiesz kierownicę – szepnął.
Niemal w tym samym czasie poczuła kopnięcie w zdecydowanie dolne partie fotela.
Zmówiła w duchu krótką modlitwę.
A potem usłyszała brzmiący bardzo ostatecznie nakaz wyjścia z samochodu i się zaczęło.
Jednocześnie Johnny wyszarpał ze schowka broń i docisnął gaz, a zza jego fotela wychynął Miguel, łokciem wybił szybę od swojej strony i uwolnił bestię. Huknęły ogień i wystrzelony pocisk. Emily nie widziała wiele więcej, zanurkowawszy pod ramionami McGregora i w ostatniej chwili chwytając kierownicę, by uniknąć opłakanego w skutkach bliskiego spotkania ze zwojami kolczastego drutu.
Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Emily aż krzyknęła, kiedy całym samochodem zatrząsało i niemal wyrwało jej kierownicę z rąk. Johnny przeładował nad jej głową broń, strzelił, poczuła uderzenie gorącej łuski o kark. Pisnęła i zaklęła siarczyście.
– Nie wiem, dokąd jadę! – wrzasnęła z wyciśniętymi przez rozdzierający ból łzami w oczach.
– Byle dalej!
I byle na nic się nie wpakować, dodała już w myślach sama, próbując zapanować nad rozmazującym się obrazem.
– Jeśli to przeżyję, Johnny, to cię zabiję!
Poprawiła pozycję, na ile było to możliwe, mocniej zacisnęła dłonie.
– No dobra, skurwysyny, z drogi, bo mamuśka jedzie…!

*

Jurij ostrożnie dotknął oparzeliny na barku. Bolała jak cholera, bezustannie pokrywała się bąblami i sączyła surowicą, niezależnie od tego, co Siergiej z nią robił. I dobrze. Jej kształt – rozcapierzona dłoń – był jak przypomnienie. Jak otrzeźwiający policzek. Ivanow miał szczerą nadzieję, że zostanie mu po tym okazała blizna.
Wolborg prychnęła w jego umyśle.
Żałosne.
Jurij z wściekłością odrzucił ubranie w kąt.
– Zamknij się.
Poważnie. To nie była twoja sprawa. Nie twój problem.
– Mój dług.
Nie myślisz w ten sposób. Oboje dobrze wiemy, że nie o to chodzi, a o furię. O to, że cię pokonali, wykpili i zostawili z niczym. Chciałeś się odegrać, a Barthez był pod ręką. Oboje wiemy, że wolałbyś rozerwać inne gardło.
Może.
Może to była część prawdy, ale z pewnością nie cała.
Jurij wszedł pod prysznic, spuścił sobie na głowę strumień lodowatej wody. Uderzyła w oparzelinę i znów zabolało.
Nie zadawał się z tego typu ludźmi. Jedyni, na których mu zależało, wychowali się wraz z nim w Opactwie. Nie znali innego życia niż codzienny ból. Nie znali innych słów pocieszenia niż „zawsze może być gorzej”. Postępowało się z nimi prosto.
Miguel nie był prosty.
Nie był prosty, a co gorsze, nie był z Opactwa i miał to całe pierdolone sumienie, które całkiem dosłownie wybuchło mu w twarz na stadionie. Postawienie przed nim butelki z wódką nie byłoby optymalnym rozwiązaniem, zwłaszcza że – na ile Jurij się orientował – alkohol należał do materiałów łatwopalnych.
Jest twoim wrogiem.
Próbował ją zignorować. Może to było wyjście.
Jest twoim wrogiem i zrobiłeś wszystko, żeby kiedyś strzelił ci między oczy.
Zaczął gwizdać, ale jakoś nie układała mu się żadna melodia. Nie był Borysem. Borys potrafił wygrywać na grzebieniu, co mu się żywnie podobało.
Więc zamilkł.
I po prostu stał. Stał, pozwalając wodzie spływać po swoim ciele, jakby to naprawdę mogło pomóc. Jakby te wszystkie głodne kawałki o zmywaniu z siebie metaforycznego brudu miały jakiekolwiek uzasadnienie.
Jurij wiedział, że czasem zawodzą nawet szczotka ryżowa i chlor.
– Wybacz, mody – mruknął pod nosem i mocniej rozkręcił wodę.

*

Nie dotarł na lotnisko. Ledwie przekroczył próg hotelu, otoczyła go milicja. To jeszcze nie było aż tak zaskakujące – ot, Kinomyia uznał po prostu, że się spóźnił. Podejrzewał zresztą, że ojciec mógł maczać w tym palce.
Naprawdę zaskoczyło go dopiero to, że nie został odwieziony na posterunek, a zamiast tego furgonetka opuściła miasto i skręciła do okolicznego lasu. Wówczas przypomniał sobie, co to strach, bo pomyślał, że czeka na niego dół i kulka w łeb. Z trudem zdołał utrzymać mocz, z żałosnym jękiem już nie poszło tak dobrze.
Ale to też nie było to.
Samochód wjechał na teren ponurego kompleksu zabudowań – dziwnego konglomeratu, w którym proste, brzydkie klocki mieszały się z imperialistycznym sznytem. Widać było, że nie wszystko powstało tu w jednym czasie, że rozpełzało się stopniowo, pączkowało i obrastało kolejnymi, coraz brzydszymi nowotworami.
– Co to za…
Molchat!
Hitoshi przełknął ciężko ślinę.
Lufa między łopatkami zmusiła go, by szedł przed siebie. Ciasno spięte kajdankami ręce raczej nie ułatwiały utrzymania równowagi.
Szedł tak długo, kolebiąc się jak pingwin i nadal walcząc z własnym pęcherzem o resztki godności. Wprowadzono go do jednego z budynków, potem powiedziono długim korytarzem. Pomieszczenia wydawały się dość opustoszałe, ale jednak od czasu do czasu mijał ich – bardzo młodych mężczyzn, właściwie jeszcze chłopców, wszystkich o poważnych, zaciętych twarzach i złych spojrzeniach. Jeśli się uśmiechali, to tylko z okrucieństwem.
Oczywiście wiedział, kim są.
Oczywiście wiedział już, gdzie się znalazł.
A także, kto czeka na niego na końcu drogi.
Kai siedział w pretensjonalnej pozie, w pretensjonalnym, ponurym gabinecie. Nie miał na sobie ani białego szalika, ani niebieskiego tatuażu. Z przyciętymi, ułożonymi włosami.
Zmienił się. Fizycznie. Wciąż był drobny, wciąż próbujący ukrywać zbyt dziecięcą twarz, ale jednak nazwanie go „chłopcem” wydawało się nie na miejscu. Przez coś, co tkwiło wewnątrz. Przez motywację.
Kai zawsze był desperatem, dążył do swoich celów nie oglądając się na konsekwencje, ale cele obierał sobie dziecinne i irracjonalne. I nagle, stanąwszy na czele Biovoltu, jako prawdopodobny gubernator-generał Moskwy i coraz ważniejsza osobistość w strukturach państwowych, zyskał to, czego mu wówczas brakowało.
Ostatni element układanki po prostu wskoczył na miejsce, dopełniając portret.
Może, wbrew wszelkim przewidywaniom, Kai dorósł jako pierwszy z tych wszystkich dzieciaków, na które Hitoshi patrzył kiedyś z takim pobłażaniem.
Milczeli długą chwilę. W tej rozmowie naprawdę nie trzeba było słów. Nie trzeba było gestów. Kontekst mówił sam za siebie.
– Behawioryści i specjaliści od tresury twierdzą, że motywacja pozytywna ma znacznie lepsze działanie utrwalające niż negatywna – powiedział w końcu Kai zimnym, pozbawionym emocji głosem. – Od dawna już zwierzęta nagradza się smakołykami, a nie batoży.
– O czym ty mówisz, Hiwatari? – Hitoshi zmrużył oczy.
– O tym, że zginiesz.

*

Miguel wrzeszczał po swojemu jak opętany, póki pocisk wycelowany w twarz nie uciszył go na krótki moment. Po którym zaczął litanię z jeszcze większą zajadłością, nieodmiennie do połowy na tylnej masce, podsycając burzę ognia za nimi i zasłaniając sobą wnętrze samochodu.
Johnny przejął kierownicę z powrotem, gdy tylko wyrwali się z pierwszej obławy. Pochylony nad nią z zaciętą, skupioną miną, zdawał się nie dostrzegać niczego poza drogą przed nimi. Emily klęczała tyłem do kierunku jazdy, trzymając Miguela za pasek i wmawiając sobie, że w razie czego ochroni go przed wypadnięciem. Widziała, jak jego plecy unoszą się we wściekłym, ale coraz cięższym oddechu.
Johnny dociskał gaz, jak się dało, ale nie mógł być szybszy, niż motor, który próbował się z nimi zrównać.
Na nim siedziała czarnoskóra dziewczyna z burzą jasnych warkoczyków na głowie.
– Retha! – syknęła Emily z zaskoczeniem i złością. – Uważaj, jest elektryczna!
Johnny nie potrzebował więcej. Zahamował gwałtownie, szarpną kierownicą.
Krzyknęli wszyscy – on, York, Mhalangu i Miguel.
Napięcie skoczyło.

*

Balkow coś mówił, ale Kai ledwie go słyszał, ze skupieniem wpatrując się w ekran monitora, na którym widział obraz z kamery. Hitoshi Kinomyia był już od dawna martwy, a jego wleczone po posadzce ciało zostawiało szerokie strugi czerwieni, ale Wolborg nie odpuszczała. Wciąż chciała więcej.
Przez głowę Hiwatariego przemknęła myśl, że dzięki Black Dranzer mógłby przedłużać agonię ofiar. Jurij byłby szczęśliwy. A jeśli nie on, to na pewno kontrolująca go Wilczyca.
I także sam Kai.
Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że śmierć Hitoshiego sprawiła mu w gruncie rzeczy największą satysfakcję. Oto pozbył się niepotrzebnego, niewłaściwego brata Takao. Wrzodu na dupie. Cwaniaka i cynika, który zabrał mu jego uświęcone miejsce w drużynie, a potem bez mrugnięcia okiem posłał na prawdopodobną śmierć tylko po to, by sprawdzić, do czego zdolny jest Brooklyn.
Doprawdy, ten widok był jak płomienie, w których po raz kolejny odradzał się feniks. Jak zrzucenie oków. Niemal ostatecznie wyzwolenie.
Niemal.
Wciąż jeszcze pozostawała jedna osoba, której zamierzał się pozbyć, a która obecnie stała za jego plecami. Balkow był jednak wciąż potrzebny i miał być taki przez następne kilka lat. Tego nie dało się uniknąć.
– Na twoim miejscu bym to jednak przerwał – mruknął Ilja, gdy głowa Hitoshiego po raz kolejny uderzyła z impetem o kafle. – Jeśli zwłoki będą zbyt zmasakrowane…
– Nie – wyszeptał Kai, jak zahipnotyzowany patrząc na ekran. – Zwłoki się spali. Niech to… Niech on nie przerywa.
Zacisnął dłonie na podłokietnikach fotela, próbując ukryć drżenie.

*

Fuck, fuck, fuck, FUCK!!!
Emily wcale nie zdziwiłaby się, gdyby faktycznie okazało się, że zapomniała wszelkich innych słów. Drżąc na całym ciele, spływając potem, wlokła za sobą nieprzytomnego Johnny’ego. Byle dalej od samochodu, który mógł w każdej chwili wybuchnąć.
Miguel zdołał wypełznąć z wraku sam, ale sił na to, by pomóc York, już mu nie starczyło.
Sukces był zdecydowanie połowiczny. Owszem, przebili się przez moskiewskie zasieki, owszem, pozbyli się pościgu, ale stracili także auto i resztki zdrowia.
Nogi ostatecznie załamały się pod Emily i po prostu padła twarzą w trawę.
– Żyjesz? – padło niemrawe pytanie z ciemności.
Burknęła coś – sama nie wiedziała nawet, co dokładnie.
Zamknęła oczy i przez chwilę zostało jej tylko to – ciemność, huk w głowie i szalone wirowanie.
– Umrę – dodała po bardzo długiej chwili.
– Jest ranny?
– Nie wiem, nie widzę w tych ciemnościach.
– Ja tym bardziej. Jezu, nie dam rady…
– Co?
– Chciałem dać trochę światła, ale…
– Ty już się tam lepiej w ogóle nie ruszaj.
Miguel mruknął coś po swojemu.
Wilgoć z ziemi i trawy zaczęła przesączać się przez koszulkę i Emily poczuła jej lodowaty dotyk na skórze. Okazał się dziwnie przyjemny. Kojący.
– Chyba mam gorączkę – stwierdziła.
– Krwawisz? Połamałaś się?
– Nie. To chyba z nerwów. Kurwa, cała się trzęsę…
– Przysuń się do niego.
– Co?
– Przysuń się do Johnny’ego. Przytul.
– Perwers.
– I tak prawie nie widzę po zmierzchu. A będzie wam cieplej.
– A ty?
– A ja mam piecyk wbudowany, nie martw się, jeszcze działa.
– Jak przestanie, to wiesz.
– Jasne.
Wymacała w ciemnościach ciało Johnny’ego.
– Inaczej wyobrażałam sobie naszą pierwszą wspólną noc – prychnęła, wsuwając się między jego ramiona.
– Jesteś w stanie go ocucić?
– Pojęcia nie mam.
– Chwyć go za jaja.
– Miguel!
– Poważnie mówię. Czytałem w jednej książce o zombie.

*

Johnny wrócił do rzeczywistości w atmosferze krzyku, warczenia i plucia trawą.
Ale wrócił.
Z niejaką konsternacją ogarnął dogasające pobojowisko na szosie, przeklął siarczyście swoją głowę, męskość i wszystko dookoła, ale po chwili ocenił, że nie, nie jest ranny, co stanowiło niemałą ulgę.
Kiedy nieco ogarnął rzeczywistość, pomacał się po kieszeniach i wyjął ze spodni komórkę.
– Muszę poinformować bazę, że kryjemy się po krzakach – powiedział. – Kogoś podeślą. Przecież nie pójdziemy do Niemiec na piechotę.
Szary świt sączył się między koronami drzew lasku, w głąb którego weszli, chłód poranka przegryzał kości. Zębami szczękali już wszyscy, siedząc obok siebie oparci o pień, budząc się wzajemnie, jeśli komuś za bardzo opadała głowa, i usiłując zachować czujność.
To, czego bali się najbardziej, to usłyszeć ujadanie milicyjnych psów.
– Wiecie, że Brooklyn i tak może mnie zlokalizować? – przerwał przedłużającą się ciszę Miguel. Trzymał za ręce Emily i Johnny’ego, próbując przekazać im choć trochę ciepła bestii.
– Mhm – przytaknęła York. – Dlatego musimy się spieszyć.
– Zakładacie, że w ogóle będą chcieli cię zgarnąć – prychnął McGregor. – Po co, skoro dopiero cię oddali?
– Nie wiem, ja niczego nie zakładam. Tak tylko chciałem się upewnić w razie czego. Mam… bałagan w głowie.
– Wierzę. Ale wreszcie da się z tobą dogadać. To jakiś postęp.
Miguel prychnął krótkim, stłumionym śmiechem.
– To nie jest zabawne – zaprotestował Szkot. – Wystraszyłeś mnie. Zachowywałeś się dziwnie.
Lavalier wzruszył ramionami.
– Obiecuję poprawę.
Mijały kolejne minuty, słońce wspinało się coraz wyżej i wreszcie zaczęło ogrzewać zziębnięte ciała.
– Myślicie, że zginęła? – spytała niespodziewanie Emily.
– Kto?
– Retha.
Nie dostała odpowiedzi – tylko kolejną ciszę.
– Była w grupie, która przyszła po mnie – odezwał się w końcu Miguel.
– Tak, wiem.
– Nie wiedziałem, że…
– My też nie.
Słońce było już całkiem wysoko, gdy od pobliskiej szosy doszedł do nich dźwięk klaksonu i wyraźnie celowej sekwencji.
– To nasi – oświadczył Johnny, nie kryjąc ulgi.
Spacer był krótki, ale wydawało im się, że trwa całe wieki, kiedy tak tłukli się od drzewa do drzewa, potykali i wpadali jeden na drugiego. Byli już całkiem blisko, już widzieli samochód, kiedy Miguel po prostu runął na ściółkę.
– Nie pójdę dalej – mruknął tylko.
– Kurwa!
– Nie mogę… – głos mu zadrżał.
Drzwi samochodu otworzyły się i wyszła z niego wysoka postać o znajomym, kanciastym profilu.
– Robert?!
– Cześć. – Podszedł bliżej i zmierzył rzeczowym spojrzeniem obraz nędzy i rozpaczy przed sobą.
– Nie sądziłem, że zjawisz się osobiście – przyznał Johnny.
– Po tym, co stało się na mistrzostwach, wolałem nikomu tego nie zostawiać – odparł Jürgens. – I, jak widzę, słusznie.

*

Jurij dyszał ciężko, pochylony nad zmasakrowanym ciałem. W głowie huczało, mięśnie rwały od wysiłku, żyły pulsowały, jakby miały zaraz pęknąć.
Kiedy zamykano drzwi za Hitoshim, był co najwyżej lekko zdziwiony, próbował nawet zagadać, negocjować i sięgać po stare sztuczki, a teraz rozpościerał się krwawym dywanem przed klęczącym, wyczerpanym szałem i nienawiścią Ivanowem.
Skończyło się.
Tak po prostu.
Hitoshi Kinomyia, przeklęty Hitoshi Kinomyia, był już tylko wspomnieniem. Tylko gorzkim posmakiem na języku. Tylko błędem obliczeniowym, smętną i nawet niezbyt znaczącą dziurą w nowym krajobrazie.
Płucami Jurija coś szarpnęło, zaburzając i tak nierówny już, ciężki oddech. W pierwszej chwili myślał, że zwyczajnie się zakrztusił, ale nie – to był śmiech. Dziki, histeryczny i niepowstrzymany śmiech, który wybuchł z pełną mocą chwilę później. Twarz zalały łzy, gdy tymczasem adrenalina, endorfina i dopamina wyżymały mózg z wszelkich składnych myśli.
Przerażenie toczyło bój z euforią, osłupienie z wciąż nie do końca wypalonym krwawym popędem, a odraza z dziwną, nieznaną dotąd sensacją prymitywnego szczęścia.
Przez krótki moment, aż nie przypomniał sobie, gdzie jest i jak się tu znalazł, czuł się naprawdę wolny. Wciąż na czworakach, wciąż ociekający krwią, wciąż z potem parującym ze skóry, ale bez łańcuchów krępujących nogi, ręce i umysł.
– Oto jesteś ty.
Podniósł głowę powoli, wciąż niezdolny do tego, by zetrzeć z ust obłąkańczy uśmiech. Spojrzał wprost w oczy Kaia, swego pana.
– Oto jestem – wychrypiał.
Hiwatari podszedł bliżej. Klęknął na jednym kolanie, nie zważając na krew i wyciągnął rękę. Jego dotyk na policzku okazał się dziwnie ciepły. Dziwnie kojący.


*

Taki właśnie przyszedł do nich – wciąż okrwawiony, wciąż z rozszerzonymi źrenicami i śmiertelnie blady.
Przerażający. Obdarty z wszelkich ludzkich masek.
Taki, jakim został stworzony przez Ilję Balkowa stojącego po jego prawicy.
Patrzyli na niego w milczeniu, a potem z jego ust padła jedna krótka komenda.
– Baczność!
Ich ciała zareagowały, zanim zrobiły to umysły.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 10 października 2016, 21:53

Przedostatni...

ROZDZIAŁ XXXI
I’M SICK OF THESE GUYS, AND WHERE’S MY DRAGON?!


W telewizji mówili, że to seria. To samo twierdzili internetowi komentatorzy. Postawili w jednym szeregu Abregę, Bartheza, Hitoshiego i podpalony Biovolt, pytali, czy to terroryści, fanatycy, byli zawodnicy łaknący zemsty, czy może wszyscy naraz, najlepiej połączeni w tej samej, łatwej do wskazania osobie, której twarz i poglądy mieli całkiem nieźle utrwalone dzięki trwającej od maja kampanii Hiromii. Imię Miguela co prawda nie padło jeszcze wprost, ale śledząc materiały prasowe, łatwo można było wyczuć zmianę koniunktury związanej z jego osobą. Domniemanego męczennika za sprawę i ostatniego sprawiedliwego zastąpił chłopak o zaciśniętych ustach i pięściach, z zimnym spojrzeniem, które rozpalało się tylko wówczas, gdy z nienawiścią mówił o swoich oprawcach.
MingMing skwitować mogła to jedynie ponurym prychnięciem.
– Bzdura!
Wiedziała, że nie żadna seria, nie żadna zemsta, a tylko przerażająco i niemal zaskakująco skuteczny Kai, realizujący swój plan krok po kroku z konsekwencją, której mógł mu zapewne pozazdrościć sam Ilja Balkow, a już na pewno jego podwładni.
Zresztą ledwie Koreanka o tym pomyślała, zadzwonił telefon. Wiedziała, że to Hiwatari, bo tylko przed nim ostrzegał ją Marsz Imperialny.
– Czego chcesz? – warknęła do słuchawki, zła, że kwestia Moskwy atakuje ją, ledwie wróciła z laboratorium i zdążyła zdjąć buty. Nawet nie zbliżyła się do wymarzonego kieliszka bokbunji.
– Jak sprawy? – usłyszała obojętny głos Kaia.
– Nie wierzę. Czego chcesz. – Usiadła na łóżku, nie chcąc, by usłyszał jej nerwowe kroki, choć zmęczone nogi paradoksalnie domagały się ruchu. Spojrzała na swoje paznokcie. Lakier zaczął odchodzić, pomyślała, że trzeba wezwać manicurzystkę. Westchnęła. Nie miała już nawet czasu na takie rzeczy.
– Wiesz, co masz mówić, jeśli będą cię przesłuchiwać?
– Domyślam się. Nie liczyłabym, że nikt się nie domyśli – dodała jeszcze. – To na kilometr śmierdzi ustawką. Serio? Myślisz, że ludzie uwierzą, że jeden człowiek, który pewnie wcześniej nie miał nawet w ręku broni, w przeciągu tygodnia zabił z zimną krwią troje ludzi? Za każdym razem inaczej?
– Mam to gdzieś, o ile efekt zostanie osiągnięty – Kai mówił zimno, ale z jego głosu już od jakiegoś czasu stopniowo znikały pretensja i znudzenie. – Dowody są twarde.
– A co, jeśli Brooklyn coś wychlapie? Jego media nie zignorują.
– Brooklyna interesują bestie, a dla bestii to najlepsze wyjście, nie zaprzeczysz.
No tak, trudno było temu zaprzeczyć. Ta nagła zmiana w polityce Biovoltu musiała mu się podobać. Oto wreszcie przestano mówić o bestiach jak o zagrożeniu – nie, w ten sposób określało się tylko tych, przez których ręce działały. I to im, bladerom, a nie bestiom, należało pozakładać kagańce i kolczatki.
Tak, uproszczone wydawało się to zwyczajnym strzałem w stopę. Po głębszym przeanalizowaniu problemu, po zadaniu sobie pytania, kto w istocie popełnia w tym układzie błędy, czyje emocje skutkują tragediami, sprawa przestawała jawić się tak prosto.
Kenny też już to dostrzegł. Niewiele na ten temat mówił, ale MingMing nie była idiotką, nawet jeśli jej sceniczny wizerunek nosił takie znamię i dostrzegła, co i jak osiągnął Saien podczas prac nad ujarzmieniem Takao i Dragoon.
– Kai… – odezwała się znów.
– Hm?
– Jakie masz plany dla Kenny’ego?
W słuchawce zapadła niepokojąca cisza.
– Kai, do cholery.
– Jest zbyt cenny, żebym ci powiedział.
MingMing prychnęła z irytacją i wywróciła oczyma. Jednocześnie wciągnęła na łóżko obolałe łydki i oparła się o ścianę.
– Paranoja cię kiedyś zgubi – syknęła.
– Gdyby nie moja paranoja, wszyscy mielibyście usmażone mózgi.
To nie był argument, z którym Koreanka mogła dyskutować. Hiwatari miał zwyczajnie rację. Może dlatego właśnie był tak piekielnie irytujący.
– Wolałabym jednak, gdyby nic mu się nie stało – mruknęła wbrew sobie, bo przecież zdradzanie się z sentymentami nie należało do najlepszych taktyk, zwłaszcza wobec kogoś, kto nie zawahałby się ich wykorzystać.
– Ja też. Ale oni mnie czasem po prostu zmuszają do ostatecznych rozwiązań.
MingMing zacisnęła zęby.
– Nie przypominam sobie, żeby Kenny chociaż się do tego zbliżył – zauważyła.
– Nie powiedziałem, że tak jest.
Zacisnęła oczy, po czym podniosła powieki powoli.
– OK, nie było tematu – podsumowała. – Coś jeszcze?
– Dziękuję, że poszłaś na pogrzeb Maksa.
Na samo wspomnienie coś szarpnęło się w jej żołądku.
To nie był pogrzeb, oczywiście. To była manifestacja. Przedstawienie. MingMing wiedziała doskonale, czym są scena i show, więc bez trudu weszła w rolę, bez trudu roniła łzy, kiedy było to potrzebne, i bez trudu odpowiadała na pytania dziennikarzy, którzy nie mogliby przeoczyć jej obecności. Wiedziała, jak stawać, jak patrzeć, co i jak mówić. Ale jednocześnie po raz pierwszy od dawna poczuła, że coś w niej pęka. Miała wrażenie, że rozdziela się na dwie zupełnie różne osoby, z których pierwsza jedynie obserwuje tę drugą – gwiazdę. A nawet nią gardzi.
– Nie ma za co – burknęła.
– I to właściwie tyle.
Rozłączyła się pierwsza. Odchyliła głowę, przymknęła powieki. Trwała tak długo, nieruchoma i pusta.

*

Johnny spojrzał w lusterko i poczuł ukłucie niechcianej złości. Przykryty płaszczem Roberta Miguel zjechał już zupełnie i leżał z głową na kolanach Emily. York jedną ręką przytrzymywała złożonego polekową drzemką Argentyńczyka, a drugą machinalnie przeczesywała jego włosy. Minę miała przy tym zamyśloną i nieobecną.
– Emi? – McGregor odwrócił się do niej. Patrzył na szczupłe palce i przesypujące się między nimi jasne kosmyki.
– Hm?
– Nie chcesz przesiąść się do przodu? Nogi ci ścierpną.
Pokręciła głową.
– Jeszcze nie jest źle – odparła. – Nie chcę go budzić.
– Trzecia wojna światowa by go nie obudziła.
To pewnie była prawda. Miguela leki przeciwbólowe wypełniały już po sam dekiel, wymieszane jedynie z sokami przecierowymi i jogurtem nabytym na jakiejś stacji benzynowej, więc ciśnienia mógł szukać głęboko pod ziemią, ale Emily i tak skwitowała rozmowę wzruszeniem ramion i spojrzeniem w okno.
– Za jakąś godzinę powinniśmy zahaczyć o Charków – poinformował Robert, zmieniając bieg. Także był już wykończony prawie dziesięciogodzinną jazdą przerwaną tylko na kanapki na stacji benzynowej, a potem na papierosa, ale germańska duma nie pozwalała mu nawet opuścić głowy. – Potem zatrzymamy się w jakimś motelu. Wszyscy potrzebujemy łóżek.
Odpowiedziało mu milczące przyzwolenie.
Tłukli się tak niemal odcięci od świata i informacji, bo komórki – jako potencjalnie niebezpieczne – zostawili w lesie. Szczęśliwie podróż przebiegała spokojnie.
Przejazd przez rogatki sponsorowała – rzecz jasna – fortuna Jürgensów.
Prawdopodobnie nikt ich nie ścigał, w końcu Kai dostał to, na czym mu zależało, ale atmosfera ucieczki i osaczenia trzymała ich w kleszczach. Było jasne, że odetchną dopiero za murami bawarskiego zamku.
Tymczasem jednak musiał wystarczyć im niski, biały budynek motelu Sacvoyage, do którego bardziej się wtoczyli niż weszli.
Emily złapała skonsternowane i nieufne spojrzenie kobiety za kontuarem. Postanowiła działać zapobiegawczo. Podeszła jako pierwsza i oparła obdarte łokcie o blat, dbając, żeby wszelkie skaleczenia i sińce na przedramionach zaprezentowały się w pełnej krasie.
– Widzi pani tych trzech gentlemanów za mną? – Uniosła brew. – Ten najwyższy jest z nich najnormalniejszy. Ale to Niemiec i jak się wkurwi, zrobi tu taki ordnung, że się nikt nie pozbiera. Ten rudy na bardzo krótkie nerwy i, mogłabym przysiąc, broń. A ten blondyn z przefasonowanym ryjem to chodzący napalm. Od jakichś czterdziestu godzin na soczkach dla dzieci i przeciwbólach. Ostro naćpany i z poczytalnością na minusie. Więc tak między nami – York rozciągnęła usta w dobrotliwym uśmiechu – radzę nie zadawać zbyt wielu pytań, tylko wydać klucz do pokoju.

*

Rei oczywiście czuł ich strach, widział nerwowość ruchów i rozbiegane spojrzenia. Nie reagował – jedynie westchnął dyskretnie raz czy dwa. Pozwalał rzeczom biec ich naturalnym rytmem. Był niemal pewien, że to najlepsze wyjście. Wbrew pozorom, bo przecież mógł uspokoić ich jednym słowem. Mógł im powiedzieć o wizycie Kaia sprzed trzech dni i tym, co wiedział od Białego Tygrysa – że wszyscy dotrą do Chin bezpiecznie, a podróż nie zaszkodzi znacząco jego zdrowiu. Owszem, powinien się spodziewać paru dni odchorowywania, a zwłaszcza wzmożonego bólu nogi, także bólu fantomowego, niemożliwego do uśmierzenia, ale przecież nie to stanowiło sedno zagrożenia, a na przykład wędrujące, przeoczone skrzepy.
Ostatnie jednak, czego Rei chciał, to tego, by ktokolwiek przyzwyczaił się do jego wizji i traktował je jak prognozę pogody. Nie tylko on przecież nie był do końca przygotowany na nową rzeczywistość.
Moskwę opuszczał, rzecz jasna, bez żalu. Starał się o niej w ogóle nie myśleć. Wyrzucić z umysłu, wraz z resztą teraz niepotrzebnych wspomnień. Nie mógł niczego, nie teraz w każdym razie – i jedynym wyjściem wydawało się pogodzenie z losem. Cóż, wtłoczona w jego żyły końska dawka leków przeciwbólowych całkiem nieźle w tym pomagała i Rei poczuł, jak cały zanurza się w ciepłym pluszu. Trochę nim jeszcze potrzęśli, układając w możliwie najlepszej pozycji, coś wstrzyknęli. W efekcie nawet ich głosy zaczęły brzmieć jak przesączone przez watę.
Powoli wszystko odpływało w dal. Samolot wzbił się w powietrze i Rei wcale nie musiał wyglądać na zewnętrz, by czuć, jak Moskwa zmniejsza się i traci na znaczeniu.
Stopniowo wszystko traciło na znaczeniu.
Niemal wszystko, bo w jego głowie wciąż tkwiła ostatnia rozmowa z Kaiem. Rei wiedział, że będzie tkwiła tam tak długo, aż nie zdoła odzyskać sił i zamknąć przerwanych wątków.

*

– Oż kurwa… – szepnął Johnny, gdy Robert pomógł zdjąć Miguelowi koszulkę.
– Mhm – zawtórowała Emily, choć po jej tonie i minie dało się wywnioskować, że niekoniecznie ma na myśli to samo.
Fakt faktem, że ciało Lavaliera zamieniło się miejscami w fioletowo-sino-żółtą abstrakcję. Ran natomiast było zaskakująco niewiele, a jeśli już, płytkie, może poza dwoma, za to najwyraźniej opatrzonymi wcześniej. Pytanie brzmiało – jak dawno temu.
– Połóż się – nakazała przytomnie York, otrząsnąwszy się z chwilowego zawieszenia. – To trzeba wymienić.
– Lepiej skoczę do samochodu po apteczkę – oświadczył Robert, może ostatkiem mentalnych sił powstrzymując się przed przewracaniem oczyma.
Miguel ani myślał protestować przeciwko ich działaniom. Nie zareagował też, kiedy Niemiec wrócił, kiedy zrywali plastry, a potem deliberowali nad szwami, dochodząc do wniosku, że właściwie nie wiedzą, co z nimi robić, prócz przemycia antyseptykiem. W ogóle zdawało się, że jedyne, do czego Argentyńczyk jest teraz zdolny, to posłuszne wypełnianie poleceń. Odkąd McGregor wybudził go z ciężkiej drzemki na kolanach Emily, nie odezwał się ani słowem. Nawet się za bardzo nie rozglądał. Może nie do końca nawet obudził.
– Słyszysz, co do ciebie mówię? – go głosu Johnny’ego wkradło się zaniepokojenie.
Miguel podniósł na niego wzrok i Szkot poczuł dreszcz. Już wydawało się, że jest w porządku, już szło się z Lavalierem dogadać, ale po kilku godzinach jazdy do jego oczu wróciła ta dziwna pustka.
– Jest odurzony – ocenił Robert.
Ale to nie było to – przecież McGregor wiedział. To była ta pierdolona luka w zeznaniach. To miejsce, które Miguel z uporem maniaka otaczał zasiekami, gdy tylko rozmowa zbliżała się do rejonów związanych z wydarzeniami na stadionie i następnych trzech tygodni.
– Gdybyś czegoś potrzebował, nie wstawaj sam, tylko wołaj – dodał jeszcze Jürgens. – Zdrzemnij się, potem jakoś cię doholujemy pod prysznic.
Ruszył ku drzwiom, wskazując Johnny’emu i Emily, by podążyli za nim.
– Boże, jakim cudem on jeszcze w ogóle chodzi…? – szepnęła York, gdy znaleźli się na korytarzu.
– Bestia – odparł rzeczowo Robert.
– Taa… – parsknął Johnny, krzywiąc się do wspomnień. – Atak miał beznadziejny, obronę łatwą do rozpracowania, ale w wytrzymałości staty wykurwiste. Jeśli się go nie załatwiło szybko, mógł się tak tłuc ładnych parę godzin. Człowiek potem złaził z ringu na czworakach i wypluwał płuca, a on sobie fruwał, jak po niedzielnym spacerku. – McGregor aż zgrzytnął zębami. – Boże, jak mnie to wkurwiało.
– No, teraz jak po niedzielnym spacerku to on nie wygląda – fuknęła Emily, pakując sobie ręce w kieszenie. – Ale dobra, trzeba pomyśleć, co dalej – wskazała brodą drzwi sąsiedniego pokoju. – I sądzę, że mi też należą się pewne wyjaśnienia. – Zerknęła spode łba na Roberta.
Nie zareagował, wciąż zachowując ten sam kamienny wyraz twarzy – nieodczytywalny dla York, dla Johnny’ego zwiastujący toczącą się wewnątrz burzę.

*

– Nawet nie było jej na pogrzebie.
– Taro…
Strącił dłoń z ramienia.
– Doprowadziła do śmierci własnego syna, a potem nie miała odwagi, żeby przyjść na jego pogrzeb – wysyczał, ze wzrokiem wbitym w rozbitą witrynę własnej knajpy.
Nie mrugał, w ogóle poruszały się jedynie jego usta.
– Chciałbym… – Głos mu się załamał. – Chciałbym zobaczyć ją jeszcze raz w życiu. Tylko raz. I napluć jej w oczy.
Kazuki nie odpowiedział. Pierwszy raz widział szefa w takim stanie, być może nawet pierwszy raz widział kogokolwiek w takim stanie, i nie miał pojęcia, jak się zachować.
Sprawa nie była mu do końca obca. Co prawda Taro nie zwierzał się wspólnikowi, ale ten pamiętał przecież Maxa z czasów, gdy mieszał z ojcem. A poza tym, zanim chłopak uzyskał pełnoletność, tu i ówdzie pojawiały się informacje o jego sądowych bataliach w kwestii praw rodzicielskich. Rzecz jasna Kazuki słyszał też, co stało się w Moskwie.
Ale to tyle. Nie był w stanie zrozumieć bólu ojca, który stracił dziecko, i bólu mężczyzny, który musi żyć ze świadomością, że kiedyś kochał potwora w ludzkiej skórze.
Powiedzenie, że życie toczy się dalej, raczej nie wchodziło w grę.
W tle wciąż brzęczał włączony telewizor. Wciąż te same doniesienia z niby tak odległe Moskwy. Międzynarodowi eksperci na razie uspokajali, twierdzili, że nie należy się obawiać, wszelkie nieporozumienia i napięcia między państwami uda się załatwić polubownie, to tylko chwilowe zamieszanie.
Ale jednak od czasu do czasu ktoś przebąkiwał, że działania Rosji są co najmniej niepokojące i na Kremlu najwyraźniej dzieje się coś bardzo dziwnego, a współpraca z konsulatami i ambasadami nie przebiega tak, jak powinna. Wciąż nie był znany los wielu zaginionych obcokrajowców, za to na ulicach nadal ginęli ludzie. Nikt nie doczekał się oficjalnego raportu w sprawie tak zwanych Połączonych, ani nawet wieści o aresztowaniach, choć ostatnio zaczęto wspominać coś o prowadzonych śledztwach.
Rzecznik rządu Japonii uspokajał, twierdząc, że wśród odpowiedzialnych za zamieszki w Moskwie nie ma obywateli Wysp, a także, że akcja ewakuacyjna kibiców i ekipy sportowej przebiega bez problemu i została niemal zakończona.
A jednak nie dało się ukryć, że prezes BBA, w końcu Japończyk, umiera w Rosyjskim szpitalu, a słynny trener, Hitoshi Kinomyia, został odnaleziony ledwie tego ranka. Czy raczej odnalezione zostały jego zwęglone w znacznej części zwłoki. Tu jednak rząd rozkładał ręce i jedynie obiecywał twardą postawę w kwestii dotarcia do tożsamości sprawcy.
Taro wreszcie się poruszył.
– Kazuki… – szepnął.
– Tak?
– Zastąpisz mnie. Muszę wziąć urlop.
Japończyk przytaknął.
– Na jak długo?
– Nie wiem… – Mizuhara znów odwrócił głowę, zapatrzył się w przestrzeń. – Może na kilka dni, może kilka lat.
Kazuki poczuł dreszcz niepokoju.
– Taro, co ty właściwie zamierzasz? – spytał cicho.
Nie dostał odpowiedzi.

*

Wszystko wirowało, a w żołądku zdawał się szaleć sztorm. Stawy pulsowały, mięśnie rozpadały się na ostre odłamki, a ciemność zdawała się tłustą, gęstą masą.
Odhaczanie kolejnych elementów z listy trwało długo – przypominanie sobie, co zaszło, układanie rwanych wspomnień w logiczne ciągi, dopasowywanie twarzy i słów do sytuacji. Potem wypełzanie z łóżka, ostrożne stawanie na chwiejnych nogach i mozolne podążanie ku głosom zza ściany. Ściągały Miguela jak światło ćmę – napełniały popękaną głowę przekonaniem, że cokolwiek by się nie działo, teraz nie może odpuścić, bo już nigdy nie będzie mu dane decydować o sobie.
Nawet naciśnięcie klamki – ba, znalezienie jej w ciemnościach – stanowiło teraz spory problem. Ale była tu. Najważniejsze, że tu była, a on mógł po prostu otworzyć drzwi i wyjść, kiedy tylko chciał.
Zmienił rękę, kiedy po raz kolejny prawa okazała się za słaba przez paraliżujący ból w barku. Syknął, gdy światło żarówki dostało się do oczu, drażniąc je jak piasek pod powiekami.
– Miguel?
Westchnął, wiedząc, co usłyszy.
– Powinieneś leżeć. Miałeś wołać, gdybyś czegoś chciał.
– Wiem. – Nie spojrzał morderczo na Roberta, tylko dlatego, że przeszkadzał mu w tym tępy ból głowy uniemożliwiający jej podniesienie.
W grobowej, idiotycznej ciszy przyczłapał do stołu i zajął ostatnie wolne miejsce na pomalowanym białą, nieco łuszczącą się farbą krześle. Biodra oczywiście natychmiast zaprotestowały, ale głupio było tak wstać, skoro się usiadło.
– Nie jestem emerytem – niemal rozbawiła go niezamierzona ironia własnych słów.
– Jesteś chory – sprostowała Emily. Wydała mu się jakaś dziwna, ale nie potrafił ocenić, w czym rzecz. Jakby też zakłopotana jego obecnością. Nawet ona? A jeśli tak, to dokąd miałby jeszcze iść? – Założę się, że masz gorączkę.
– Nie jestem, kurwa, emerytem – syknął, zaciskając powieki i próbując przełknąć gorycz nagłego żalu i strachu. – Nie wykluczajcie mnie, wiem, o czym rozmawialiście.
– Podsłuchiwałeś? – Robert uniósł brwi, ale poza tym jego twarz nawet nie drgnęła.
– Nie. Po prostu nie mogłem wymacać klamki. Rei żyje?
– He? – Johnny uniósł brew.
– Barthez powiedział mi, że nie. Ale to samo mówił o Juriju.
– Żyje – przytaknął McGregor. Siedział z głową opadłą na rękę i wyglądało, jakby z trudem utrzymywał względną przytomność. – Zanim jebło ostatecznie, odzyskał nawet przytomność.
Lavalier odetchnął z wyraźną ulgą, niezgrabnie przetarł twarz dłonią.
– Ale amputowali mu nogę.
– Jezu.
– Tobie amputowali skrzydła – rzucił niespodziewanie Robert. Odpowiedziały mu dwa odgłosy gwałtownie wciąganego powietrza i szybkie, skonsternowane spojrzenia.
– …co…?
Miguel pochylił się nad stołem, oparł głowę na ręce i jednak wbił wzrok w Niemca.
– No i? – syknął z irytacją. – Wcześniej nawet nie wiedziałem, że do tego stopnia fizycznie je mam. Że mogę mieć na stałe. Żadna strata. Raczej zastanawia mnie, skąd ty o nich wiesz. Czy raczej właśnie nie zastanawia.
– To oczywiste. Twoja bestia i układ blizn na plecach.
– I twoje kontakty rodzinne.
– I moje kontakty rodzinne. Czy raczej kontakty Oliviera w tym konkretnym wypadku.
– Ale dlaczego Barthez? Mało wam było tego, co zrobił wcześniej? Nie wierzę, że mogliście być tak naiwni i założyć, że…
– To jest wojna, Miguel – powiedział twardo Robert, nie pozwalając dokończyć. – Wiem, że nie na to się pisałeś, ale tak wyszło, przykro mi. Ludzie giną, ludzie się oszukują, ludzie się wykorzystują.
Na moment zapadła cisza.
– Gdzieś to już słyszałem. – Lavalier spojrzał najpierw na stawiany przed nim przez Emily kubek z herbatą, o który nawet nie musiał prosić, a dopiero potem na Jürgensa.
– Owszem, to możliwe.
– Jest jeszcze coś, o czym powinienem wiedzieć?
– W tej chwili głównie to, że zawdzięczasz nam życie.
– Proszę cię, Robert – Lavalier prychnął z frustracją – nie odwracaj kota ogonem. Chcę po prostu wiedzieć, jak naprawdę było. I co tu robię.
– Dochodzisz do siebie. I chronisz się, bo jesteś połączonym. Raczej nie chciałbyś, żeby zrobiono z tobą to, co z Jurijem i resztą, prawda?
Miguel pokręcił głową.
– Nie zrobiono by. Moja bestia nie jest syntetyczna. A ty musisz o tym wiedzieć, skoro wiesz inne rzeczy.
– Taki jesteś pewien?
– Robert? – Tym razem to Johnny zmarszczył brwi raczej gniewnie, przytomniejąc w ułamku sekundy. – Co ty pieprzysz?
Jürgens westchnął wyraźnie zmęczony. Już nie zirytowany, a najzwyczajniej w świecie zmęczony.
– Zostawmy to na czas, kiedy będziemy już bezpieczni – powiedział cicho.
– Mhm, czyli mam założyć, że w ogóle będę bezpieczny – mruknął Miguel. – Chociaż potraktowałeś mnie jak mięso armatnie, zataiłeś fakty i nadal uważasz najwyraźniej za naiwnego dzieciaka.
– Mniej więcej.
Lavalier zerwał się z miejsca, dłoń już zaciskała się w pięść, ale zdecydowana reakcja Johnny’ego, ból i zmęczenie szybko ukróciły szarżę.
– Boże, chcesz się zabić?! – ryknął McGregor, zamykając go w mocnym uścisku.
– Chcę, żebyście się odpierdolili! – wrzasnął Argentyńczyk. – Żebyście mnie przestali traktować jak niedorozwoja! Nie jestem waszą dziwką!
– Miguel, kurwa! – Johnny siłą posadził go z powrotem. – Tak sobie nie pomagasz!
– Ale łażąc za wami jak cielę już tak?!
Robert milczał z dłońmi złożonymi przy twarzy, patrząc na całą scenę nieruchomo i nawet nie mrugając. Jego twarz nie wyrażała niczego poza zmęczeniem.
– Czym wy się, kurwa, od niego różnicie?! – darł się tymczasem Argentyńczyk, coraz bardziej czerwieniejąc na twarzy, coraz wyższym, histerycznym głosem. – Też chciał, żebym mu zaufał! Też chciał, żebym był mu wdzięczny! Mówił, że nic mi się nie należy, a wszystko dostaję od niego za darmo! Że bez niego jestem nikim!
Robert zamknął powoli oczy.
– To naprawdę nie jest moment na tę rozmowę – wyszeptał.
– A kiedy będzie?!
– Powiedziałem, że w Bawarii. Do tego czasu wszyscy musimy zadowolić się pewnymi założeniami, w tym takim, że przynajmniej mamy jeden cel.
Johnny profilaktycznie nieco wzmocnił uścisk, ale – jak się okazało – niepotrzebnie, bo siła kolejnego zrywu Argentyńczyka przywodziła na myśl szamoczące się przy niechcianym obiedzie dziecko.
– Dobra, dosyć! – do akcji wkroczyła Emily.
– Emi…
– Naprawdę dosyć! – Uniosła ręce, a wszystko w niej mówiło, że nie żartuje. – Miguel – podeszła do niego, przykucnęła nieco obok krzesła – chodź ze mną. Pogadamy.

*

– Kenny…
Spojrzał na nią zdziwiony zza tych swoich wielkich, denkowatych okularów, a dłoń z kanapką zamarła wpół drogi. No tak, MingMing nieczęsto pozwalała, by ktokolwiek usłyszał w jej głosie wahanie, a już na pewno nie ktoś, kogo mogłaby zmieść pstryknięciem palców w leniwe niedzielne popołudnie, ot tak, z nudów.
Powstrzymała odruch oblizania warg, w ostatniej chwili przypominając sobie, że ma na nich szminkę.
– Rozmawiałam z… – Strzeliła wzrokiem po okolicy. Stołówka ośrodka była o tej porze średnio zatłoczona, ale uznała, że lepiej dmuchać na zimne. – Z nim.
Kenny uniósł brew, oczywiście natychmiast zgadując, o kim mowa. Można było odmówić mu urody, owszem, ale z pewnością nie intelektu.
– Złe wieści – to nawet nie było pytanie.
– W pewnym sensie. – MingMing westchnęła, potarła kciukiem brzeg szklanki z sokiem. – Bardziej złe przeczucia. Sądzę… Sądzę, że powinieneś mieć się na baczności.
– A on? – tym razem to Kenny wybrał enigmatyczność.
– Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Chciałabym móc powiedzieć coś więcej.
Saien odwrócił głowę, zapatrzył się na szklaną barierkę, prawdopodobnie całkowicie zapominając już o kanapce.
– A ja chciałbym móc ci ufać – wyszeptał.
Nie odpowiedziała, spojrzała w bok i zapatrzyła się na przechodzących z tacami ludzi.
Sama nie wiedziała. Może też by chciała.

*

Światło nocnej lampki rzucało pomarańczowy, mdły krąg na dywan. Emily siedziała nieco dalej, oparta plecami o ramę łóżka, schowana bezpiecznie w cieniu i własnych, owiniętych wokół kolan ramionach. Nasłuchiwała odgłosów zza ściany. Szumu wody, człapania mokrych stóp o posadzkę, szelestu ubrań. Poprosiła Miguela, by na wszelki wypadek nie zamykał drzwi do łazienki, ale wyglądało na to, że jakoś daje sobie radę sam, choć przynajmniej raz i tak miała ochotę wkroczyć, gdy wydało się jej, że poza uderzającą o osłonę prysznica wodą słyszy tłumiony szloch.
– Wyszło zupełnie nie tak – szepnęła w końcu, kiedy drzwi otworzyły się szerzej.
Usłyszała gorzkie prychnięcie, ale zaraz potem ciche:
– Przepraszam. To nie ty.
– Tak, nie ja – odparła do swoich kolan, wciąż nie podnosząc wzroku. – I, tak między nami, myślę też, że nie Johnny.
Miguel coś syknął, ale usłyszała, jak łóżko skrzypi pod jego ciężarem, więc równie dobrze mogła być to po prostu bólowa reakcja na zmianę pozycji.
– Johnny jest… – zaczęła, nie mając pojęcia, jak skończyć. – OK, jest wobec nich lojalny, nie da się ukryć. Ale… nie sądzę…
– Tak, wiem, on nie ogarnia konsekwencji.
– Właśnie. Najpierw robi, a potem myśli. Zawsze taki był. A jak już myśli, to tylko o jednej rzeczy na raz. Nie chcę, żebyś pomyślał, że desperacko go bronię, ale…
– Ale jednak desperacko go bronisz.
– Tak, chyba tak.
Emily westchnęła. Podniosła wreszcie wzrok i utkwiła go w przeciwległej ścianie. Chwilę przyglądała się pasom cieni, sama nie wiedząc po co. Przecież nic z nich nie wynikało.
– Jesteś na niego wściekły – oceniła.
– Nie – mruknął Miguel nad jej głową. – To nie to. Zresztą nie wiem, czy jeszcze potrafię być tak naprawdę wściekły.
– Co masz na myśli?
– Trochę się… wypaliłem. Jestem tylko zmęczony. Sfrustrowany pewnie. Nawet to dzisiaj, to było bardziej… nie wiem, co właściwie, ale nie złość. Miotam się, nie wiem, co robić i co myśleć, przyznaję. Mam takie wrażenie, że wszystko dzieje się jakoś obok i tylko to oglądam. Wiesz, jak aktor i widz jednocześnie. I jakby nic nie było naprawdę. A jeśli się zbliżam do rzeczywistości, to wtedy… Wtedy robi się bałagan. I zaczynam się gubić.
York obróciła głowę i spojrzała na Miguela zdziwiona. Leżał na boku, w poprzek łóżka, zwrócony twarzą do niej, pachnący dziwną mieszanką taniego kwiatowego mydła i przepoconych ciuchów, czyli dość zwyczajnie w tym gronie.
– Co? – Zmarszczył brwi.
– Nic. Rzadko jesteś taki wylewny.
Wzruszył ramieniem.
– Co nie znaczyło: przestań.
– Chyba skończyłem.
– Chyba raczej ci przerwałam.
Zapadła cisza i Miguel nie sprawiał wrażenia, jakby zamierzał ją przerywać.
– Do cholery! Ogarnij się! – nie wytrzymała York.
Łóżko nad nią znowu skrzypnęło.
– Ja? Ja mam się ogarnąć? Od pieprzonych dwóch lat niczego nie robię, tylko się ogarniam! – Lavalier zerwał się na nogi, ale zaraz potem znów usiadł, kiedy się zaczęły pod nim załamywać. Emily również wstała, zupełnie odruchowo, bez planu, co potem. Słyszała ten ton ledwie dwie godziny temu i po prostu uruchomił w jej wnętrzu alarm. – Naprawdę wam się wydaje, że to jest takie łatwe, co?! Nie no, jasne, co to takiego! Weź się ogarnij, jesteś facetem! Zabili ci troje przyjaciół? Dziewczynę? Człowieka, który jako jedyny kiedyś powiedział do ciebie „synu”, nawet jeśli przypadkiem?
– Miguel… – Patrzyła na jego bezsensowną, chybioną szarżę kompletnie bezradna.
– No ja pierdolę, takie rzeczy to do śniadania! – wyrzucał z siebie dalej, już chyba zupełnie nie do niej. – I nie marz się, bo, ojejku, zabiłeś paru ludzi i trochę cię torturowali, zdarza się! Bądź, kurwa, facetem!
– Miguel, do cholery!
Zamilkł.
Tkwili tak, patrząc na siebie w ciszy i faktycznie – to, co Emily mogła powiedzieć na pewno, to to, że na twarzy Miguela nie ma złości. Był strach. Wstyd. Zagubienie. Ale nie złość.
– Tak łatwo cię uciszyć – szepnęła.
Nie wiedziała, co sprawiło, że usiadła tak blisko. Sama też była zmęczona, wypruta emocjonalnie i czuła się jak pluszowa zabawka pozbawiona watoliny. Przytuliła się. Przygarnął ją mocniej i bez wahania, sam pewnie nie do końca świadom swoich czynów. Słyszała, jak szybko bije mu serce, czuła, jak żebra unoszą się w rytmie nierównych oddechów, które desperacko usiłował uspokoić.
Pogładził ją po głowie, przeczesał palcami włosy. Nie potrafiła ocenić tego gestu, ale wiedziała, jak zareagowało na niego jej ciało i dokąd pobiegły skojarzenia.
– Już dobrze – wyburczała, jakby chciała nadać temu odpowiedni kształt, ale było na to za późno. – Po prostu za często kierujesz gaśnicę we własną gębę, wiesz?
– Wiem. Emily… Bo ja…
– Tak, masz rację.
Odsunęła się, acz z żalem. Raz jeszcze podniosła wzrok na jego twarz i napotkała uważne, badawcze spojrzenie, w którym trudno było dostrzec ślady histerii sprzed chwili.
– Przepraszam – burknął, spuszczając głowę. – Po prostu wiem, że jesteś z Johnnym, a ja…
– Jakoś tak wyszło.
– Rozumiem.
– Nie! – wybuchła York, zaciskając pięści. – Nie rozumiesz! Żaden z was nie rozumie! Obaj jesteście skończonymi kretynami!
Lavalier zamrugał w głębokiej konsternacji.
– A co tu jest do nierozumienia?
Emily zawarczała z irytacją.
– Mówiłam! Skończeni kretyni!
– Ale…
– NIE wybrałam! Właśnie o to chodzi, że gdybyś był na jego miejscu, przelizałabym się z tobą!
– Co…
– Nie twoja sprawa!
– Dobra, wygrałaś. – Miguel uniósł dłonie w geście kapitulacji. – Jednak nie rozumiem.
Dziewczyna westchnęła ciężko i ukryła twarz w dłoniach.
– Chodzi o to – zaczęła – że obaj jesteście… Obaj na mnie działacie, OK? I obaj potraficie być raz wspaniali, a za chwilę tak żenujący, że mam ochotę urwać wam jaja i podać w rosole. To nie jest wybór, kumasz? To jest jawna niesprawiedliwość, że nie jesteście jednym facetem! A z drugiej strony, jakbyście byli jednym facetem, to żaden nie byłby sobą, bo obaj jesteście rąbnięci, ale inaczej. Padło na Johnny’ego, bo tak się ułożyło, ale nie mogłam przestać myśleć o tobie. Padłoby na ciebie, myślałabym o nim. Myślałam, że to stres, wiesz, że mnie popierdoliło i że to tylko dlatego, że zniknąłeś, nie wiedzieliśmy, co się z tobą dzieje, a oni mówili, że pewnie już nie żyjesz. Ale nie, wróciłeś. I wiesz co? I jest gorzej!
Miguel milczał. Czego innego mogła się po nim w takiej sytuacji spodziewać, jak tylko nierozumiejącego spojrzenia i totalnego zawieszenia systemu?
– O to właśnie chodzi… – westchnęła, opierając czoło na ręce. – O to właśnie, że obaj jesteście kretynami, ale każdy inaczej.
– Nie wiem, co powiedzieć.
– Wiem, że nie wiesz. Ty nie wiesz, co powiedzieć, Johnny zacząłby pierdolić jakieś głupoty. Ty sterczysz jak ostatni dureń, jemu musiałabym dać po pysku, żeby zrozumiał, że to nie jest ten moment, w którym pozwalam mu ściągnąć stanik.
– Nigdy nie chciałem wchodzić między was – przyznał Lavalier cicho, rozcierając dłonie w odruchu zakłopotania. – Ale gdyby nie to…
– Wiem. Z ciebie się czyta jak z książki. I to takiej od lat trzech, z dużymi, kolorowymi obrazkami.
Miguel wzruszył ramionami.
– Zresztą nie sądziłem, żebym miał szanse.
Emily prychnęła i spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Kiedy ty się ostatnio oglądałeś w lustrze? – parsknęła. – No dobra, OK, ostatnio to może nie, ale wiesz, co mam na myśli.
– Tylko że…
– Tylko że co? Wyglądasz jak pierdolony bóg seksu, wiem, że wiesz, że wyglądasz dobrze, lubisz wyglądać dobrze, a zachowujesz się jak zahukana pensjonarka!
Zamrugał i przez moment naprawdę miał idiotyczną minę. Znowu. Ale kiedy Emily już miała prychnąć z irytacją, poczuła dotyk na policzku, a potem jego usta na swoich. To nie był pocałunek, jakiego się spodziewała. Prawdę powiedziawszy, z pełnym przekonaniem założyła, że Miguel będzie nieśmiały i równie wycofany, jak przez większość czasu.
No, to się pomyliła.
– Tylko co teraz? – spytał cicho, kiedy, wciąż z zamkniętymi oczyma, wtuliła głowę w jego gorący bark.
– Najlepiej wytłumaczmy to sobie łopatologicznie – mruknęła.

*

Olivier strzepnął z marynarki zaschnięty listek, po czym wrócił do spokojnego obserwowania, jak żałobne wieńce, jeden wymyślniejszy od drugiego, lądują na trumnie jego wujka.
Płacz ciotki okazał się wyjątkowo zaraźliwy i po chwili płakało już pół rodziny.
Przynajmniej te pół rodziny, które nosiło nazwisko Barthez, choć Olivier nie mógł nie zauważyć, że i jego własna matka dyskretnie sięga po chusteczkę.
– Mamo?
– A nic, nic, synu. Alergia. Lekarz mówił, że o tej porze to grzyby.
Olivier odetchnął w duchu z niekłamaną ulgą.
– No dobrze, to już chyba koniec – dodała jeszcze po chwili pani Polangue. – Odprowadź mnie do bramy, potem jesteś wolny.
Skinął głową, biorąc matkę pod rękę.
Nie ukrywał przed nią, że myślami jest już w Bawarii. Wiedziała też, że jakkolwiek jej samej Jean-Paul Barthez, kuzyn drugiego męża, jest całkowicie obojętny, to z Olivierem miał pewne zatargi i nigdy za sobą nie przepadali. Nie dopytywała o szczegóły, ale przecież nie na tym polegała jej rola w wielopokoleniowej i rozpełzającej się na pół Francji rodzinie zaskakująco przypominającej mafię.
– Pozdrów ode mnie Roberta i Clarę – rzuciła dość wesoło jak na okoliczności.
– Nie omieszkam.
– I ich córeczkę też. – Pani Polangue, jakkolwiek darzyła Jürgensów sympatią, nigdy nie wypowiadała imienia ich dziecka, głęboko zdegustowana wyborem.
– Oczywiście, mamo.
– A gdyby był tam jeszcze ten przemiły chłopiec…
– Enrique.
– Tak. To przekaż mu, żeby odwiedził mnie w listopadzie, każę upiec te jego ulubione korzenne ciasteczka.
– Będzie zachwycony.
Olivier odprowadził matkę do samochodu, obok którego czekał już Laurente, szofer. Pomachał jej jeszcze, pożegnał szerokim uśmiechem. W ostatniej chwili, bo w spodniach zawibrował ściszony telefon. Polangue wiedział, że to coś ważnego, bo w ostatnich dniach nie prowadził innych rozmów.
Wyświetlacz pokazywał kompletnie nieznany stacjonarny numer. Zważywszy na okoliczności, istniało spore prawdopodobieństwo, że to Robert. I faktycznie, wkrótce głośnik zadrżał od jego schrypniętego, ledwie możliwego do zidentyfikowania głosu.
– Wszyscy żyją – powiedział na wstępie, nie tracąc czasu na konwenanse.
– Całe szczęście – odetchnął Olivier, przezornie oddalając się od miejsca, w którym ktoś mógłby przypadkiem podsłuchać rozmowę. – Zmierzacie?
– Mamy chwilowy postój, jutro ruszamy dalej. Jedź do mnie, tam się zobaczymy. Ściągnij Enrique. Im nas będzie więcej, tym lepiej.
Robert brzmiał dziwnie. Jego głos zdradzał wyczerpanie – czego należało się w sumie spodziewać – ale też coś więcej.
– Co się dzieje? – Olivier nie zamierzał tego tak zostawiać.
– Są pewne problemy z morale. Tak bym to określił.
Polangue zacisnął usta. Mógł się łatwo domyślić, o co chodzi.
– A ja nie mam dobrych wieści – odparł. – Poszła nagonka. Jak na moje oko, list gończy to kwestia dni, może nawet godzin. Kai potrzebuje teraz sukcesu, żeby udowodnić, jaki jest skuteczny.
Ich gebe keinen Fick darauf!
Olivier aż przystanął. Nie pamiętał, kiedy ostatnio usłyszał z ust Roberta jakiekolwiek przekleństwo.
– Po prostu spróbujcie dojechać tak, żeby was nikt za bardzo nie oglądał – powiedział. – Ja postaram się jakoś zabezpieczyć na ewentualność niepowodzenia.

*

– Gdyby to była porządna historia, to któryś z nas powinien zginąć w dramatycznych okolicznościach – mruknął Johnny, obracając w dłoni prawie już pustą butelkę. – Albo okazać się gejem.
– Albo powinniśmy się wystrzelać w pojedynku – podrzucił Miguel, ciągle z policzkiem podpartym na ręce, choć okresowo już sennie zjeżdżającym, i wzrokiem utkwionym tępo w horyzoncie, na którego linii majaczyło szare cielsko Połtawy. – Wiesz, rewolwery, zachód słońca…
– Mhm.
– Chujowo celuję.
– Hm.
– Naprawdę chujowo.
McGregor zmarszczył brwi. Uniósł butelkę na wysokość oczu i z miną filozofa spojrzał pod światło na resztkę trunku.
– Podłe to – ocenił.
– No – potwierdził Miguel, chociaż od ostatniego dnia w Moskwie, kiedy to zalał zmaltretowany i niemal pusty żołądek szkocką, nawet nie zbliżał się do alkoholu.
W oddali zaszczekał jakiś ogólnowiejski półdziki burek, których kręciło się tu mnóstwo.
– Wiesz co? – odezwał się znów Johnny po dłuższej chwili. – Ja chyba jednak wolę to pierdolenie od porządnych historii. Pierdolenie mi pasuje. Jakoś to ogarniemy, blondie.
– Jak?
– Nie wiem. W parzyste ty, w nieparzyste ja…?
– To ja już nie mam niczego do powiedzenia? – usłyszeli nad sobą głos Emily. – Rozsuńcie się z łaski swojej.
Usiadła między nimi, pociągnęła łyk z piersiówki Johnny’ego i także zapatrzyła nad ciemniejącą w oddali Połtawę.
– A pojedynki to sobie z głowy wybijcie – dodała. – Jak matkę kocham, wtedy idę do zakonu.
Prychnęli śmiechem – nierówno, nie od razu, może odrobinę nieśmiało, jakby nieprzekonani, czy im wolno. Ale był to pierwszy śmiech od wielu dni. Pierwszy spokojny wieczór. Ciepły, niemal bezwietrzny, dający chociaż chwilę złudzenia, że jeszcze gdzieś kiedyś będzie normalnie. Może faktycznie w tej całej Bawarii, a jeśli nie to pewnie kilka kroków dalej.
Emily wicągnęła ramiona i przyciągnęła ich do siebie, także pozwalając się objąć.
– Tak by w sumie mogło zostać, nie? – mruknęła, wciąż patrząc przed siebie.
Nie zostało, bo jak cień wyrósł przed nimi Robert.
– Mam złe wieści – powiedział. – Bardzo złe.

*

– Kenny! – Nie miała pewności, czy dosłyszał ją w pośród trzasków i huku szalejącej wichury. – Kenny, wariacie, gdzie jesteś?!
Zrobił to. Otworzył klatkę.
Wypuścił pierdolonego smoka na wolność.
Trudno było powiedzieć, gdzie pośród tego pandemonium znajduje się Saien, ale Takao dało się dostrzec bez trudu, nawet mimo kotłującego się wokół niego żywiołu. Jego sylwetka odcinała się wyraźnie nienaturalnym, błękitnym blaskiem, zdeformowana i wciąż jeszcze zmieniająca kształt. Z każdą chwilą coraz większa. MingMing była pewna, że nic, żadne naukowe prawo, nie jest w stanie wytłumaczyć, jakim cudem chłopak jeszcze żyje, choć z jego ciałem dzieją się takie rzeczy.
– Do kurwy nędzy! Co ci odbiło?! Kenny!
Zresztą nie miała czasu się nad tym zastanawiać. Chciała tylko odnaleźć Saiena i wyciągnąć go stąd, a potem, opcjonalnie, powiesić za jaja. Ale już we w miarę bezpiecznych warunkach, po tym, jak upewni się, że nic mu nie jest.
Brnęła więc przez błękitny armageddon, już właściwie na czworakach, bo wiatr zbijał z nóg, a podnoszenie głowy groziło tym, że coś w nią uderzy. Możliwe, że zbłąkany pocisk, bo dookoła, za wciąż podniesioną osłoną oddzielającą pomieszczenie z klatką dla smoka od reszty budynku, stał w pogotowiu cały legion uzbrojonych po zęby ludzi Kaia. Czekali tylko na rozkaz, na moment, w którym ktoś uzna, że sytuacja usprawiedliwia rozstrzelanie nosiciela jednej z najpotężniejszych i najcenniejszych bestii, a tym samym – uwolnienie jej z ciała Takao.
Dostrzegła wreszcie Saiena. Próbował zebrać się spod ściany, ale chyba nie wszystko było z nim w porządku, bo szło mu nad wyraz źle. Chyba widziała krew.
– Kenny! – krzyknęła, ale nie zareagował. Może w ogóle jej nie usłyszał.
Była już blisko, już wyciągała rękę, ale wówczas dotarło do niej, że popełniła jeden zasadniczy błąd – spuściła z oczu Dragoon.
Potężne pazury zupełnie nieprzypominające już ludzkich dłoni błysnęły tuż przed jej twarzą.
Poczuła tylko potworny ból.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 11 października 2016, 16:55

ROZDZIAŁ XXXII
I'M A MOTHAFUCKIN MONSTER!


Bawaria przywitała ich rzęsistym, jesiennym deszczem, a Gustav, holenderski kamerdyner Roberta, jak zwykle niewzruszoną miną, choć widok sponiewieranego Jürgensa z kilkudniowym zarostem, towarzyszącego mu McGregora w nie lepszym stanie oraz sunącej obok, na wpół przytomnej rudowłosej dziewczyny, której akurat nie znał, musiał go nieco zaskoczyć.
– Dobrze, że dojechali państwo szczęśliwie – powiedział równym tonem, usuwając się z progu, by umożliwić im wejście do ciepłego i suchego wnętrza. – Proszę do środka, kąpiel, kolacja i łóżka czekają.
Tak, czekały od kilku dni zapewne, co dzień na nowo, bo przecież nikt nie mógł być pewien, kiedy dokładnie Robert dotrze do posiadłości, a powinien zastać wszystko w jak najlepszym porządku.
Na doskonale wypolerowanej marmurowej posadzce niemal natychmiast zebrały się kałuże. Światło kinkietów odbijało się w nich jakoś upiornie. Johnny, nie czekając, wziął skostniałą, drżącą na całym ciele Emily pod ramię i zaprowadził do łazienki, a Robert oddał Gustavowi przemoczony do suchej nitki płaszcz i zażądał koniaku.
W salonie czekał na niego Olivier. Siedział przed kominkiem, popijał herbatę i chyba głęboko nad czymś rozmyślał, bo kiedy rozległy się kroki Jürgensa, nie zareagował od razu. Dopiero po parunastu sekundach z trudem oderwał nieprzytomny wzrok od malachitowego blatu stolika i spojrzał na przyjaciela.
– Jesteście.
Robert skinął głową.
– Jesteśmy – powiedział tylko, po czym zapadła dziwna, grobowa cisza.
Niczego nie trzeba było tłumaczyć. Media żyły tym od dobrych trzech dni. Oto wreszcie ujęto sprawcę całego zła, a Kai mógł dumnie wypinać pierś do kamery i wmawiać ludziom, że oto nikt nie ochroni ich lepiej, a tu mają na to twarde dowody.
Ujęto, akurat – Robert miał ochotę prychnąć na samo wspomnienie. Miguel sam oddał się w ich ręce, po prostu wparował na pierwszą lepszą stację benzynową w Połtawie i oświadczył, że to on jest tym delikwentem z listu gończego, a na wszelki wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości, zagroził, że da mały pokaz pirotechniczny i nie będzie się przejmował łatwopalnymi oparami. Nie zdołali go powstrzymać, nie za bardzo mieli nawet szansę, bo nie zdradził się z niczym i wydawało się, że chociaż raz da sobie bezproblemowo ocalić skórę. Kiedy Johnny zdołał go dogonić, było za późno.
Polangue pokręcił głową.
– Mogło się bez tego obyć – szepnął, znów wbijając oczy w ciemną zieleń malachitu. – To mój błąd.
Robert nie zaprzeczył i przez chwilę obaj w milczeniu patrzyli na płomienie. Jürgens stojąc, bo nie zamierzał siadać w mokrym ubraniu.
– Nie mogłeś przewidzieć, że Barthez jest aż tak małostkowy – odezwał się wreszcie, choć raczej z poczucia obowiązku niż przekonania.
Nie minęła sekunda, a obok zmaterializował się Gustav z koniakiem i nabitą fajką. Robert odebrał je, ale ani kieliszek, ani główka nie leżały w dłoniach, jak powinny. Od paru dni nieustannie ściskające kierownicę palce nie chciały się do nich dostosować, jakby na zawsze zmartwiałe w jednej pozycji, a sama dłoń nie poruszyła się w automatyczny, wyuczony sposób, pozwalający trunkowi się rozbujać i uwolnić pełnię aromatu.
– Mogłem. Dobrze wiesz, że mogłem.
Taki skupiony, krytyczny wobec samego siebie Olivier także wydawał się nie na miejscu.
– Obaj mogliśmy wiele rzeczy.
Tak naprawdę sprawy zaczęły iść źle już po bankiecie w Turandot. To wówczas podjęli błędne decyzje, rezygnując z pierwotnego planu na podstawie poszlak. Uznali, że rozegrają to za plecami Biovoltu i bez wtajemniczania Miguela w obecność Bartheza za kurtyną. A potem mogli już tylko zbierać zęby z asfaltu. Niestety, nie tylko swoje.
Nie udało się nic – wpłynięcie na Hiromi w kwestii kierunku działania, rozwalenie środowiska Kaia od środka dzięki Barthezowi, który najwyraźniej cenił własne ego i zemstę ponad wszystko inne, a nawet dość skuteczny, jak się wydawało, szantaż, wreszcie przejęcie połączonych, zanim dojdzie do tragedii.
Robert nie mógł nie zadać sobie pytania, czy gdyby tamtej nocy po bankiecie w Moskwie nie wściekł się i nie wypowiedział wszystkich tych gorzkich słów, sprawy potoczyłyby się lepiej.
Być może wcale nie. Zmienne zdawały się wręcz go osaczać, a sytuacja przez długi – za długi – czas wcale nie przypominała szachownicy.
– Enrique? – spytał, chcąc odbić od przygnębiającego tematu jak od pełnego niedokończonych spraw brzegu. Roztrząsanie przeszłości i tak donikąd by nie doprowadziło.
– Jedzie. Powinien dotrzeć rano.
Jürgens skinął głową i opadł na oparcie fotela. Cały świat wokół zdawał się wirować, ale wiedział, że łyk koniaku i dobry tytoń stopniowo przywrócą wszystkiemu odpowiednie miejsce.
– Wyglądasz okropnie.
Znów spojrzał na Oliviera, na jego nienaganną fryzurę i doskonale skrojony garnitur.
– Tak podejrzewam. Dobrze, że Clara śpi.
Polangue przytaknął.
– Tak. Dobrze.
Robert zaciągnął się dymem z fajki. Przymknął oczy, smakując aromat tytoniu i pozwalając mu lekko podrażnić zatoki.
– Jakoś to ogarniemy – dodał jeszcze Olivier, ale głos miał nieprzekonany.
– Zapewniam cię – odparł Robert. – Ogarniemy.

*

– Nie będę ukrywał, że złożono mi pewną propozycję – powiedział mężczyzna, wykładając teczkę na oddzielający ich stół. – A konkretniej dwie. Jedna wyszła od pana przyjaciół, druga od wrogów. Wrogowie zapłacili więcej.
Miguel nie skomentował. Po prostu siedział po drugiej stronie na dziwnie małym, twardym krzesełku i patrzył spode łba – głównie dlatego, że zesztywniał mu kark, sam właściwie nie wiedział od czego. Najpewniej źle spał, tyle. Choć inna sprawa, że wreszcie spał. Spokojnie, bez narkotycznych zwidów, uderzeń niepokoju i gorączki, bo tę uśmierzyły podane w areszcie leki, w tym zbawienny w działaniu antybiotyk.
Roztarł pod stołem dłonie, nadal zdziwiony tym, w jaki sposób obręcze kajdanek obciążają nadgarstki.
– Nie jest pan ciekaw, co to oznacza?
Ach, więc to był ten typ. Jak Barthez – lubił przedstawienia.
– Sądzę, że się domyślam – burknął Lavalier.
Wiedział, że jego obojętność, jak każdej diwie, działa adwokatowi na nerwy. Zapewne oczekiwał darcia szat i błagania o litość. Może jakichś negocjacji i podbijania ceny, nie wiedząc najwyraźniej, że najcenniejszą rzeczą w dorobku jego klienta jest pokancerowany rower.
– I co pan na ten temat sądzi?
Miguel wzruszył ramionami.
– Jak dla mnie to uczciwa opcja – odparł. – Tak w ostatecznym rozrachunku. Jestem mordercą, panie…
– Sanchez. Federico Sanchez
– No więc jestem mordercą, panie Sanchez, a mordercy niekiedy trafiają do więzienia. Jeśli mordują odpowiednio skutecznie, to czasem na bardzo długo. Nie będę dążył do tego, żeby się stąd wywinąć, więc w sumie ta druga propozycja jest na rękę nam obu, prawda?
Adwokat patrzył na niego zimno, z twarzą ściągniętą starannie wypracowanym brakiem emocji. Fakt, że w ogóle zdążył zjawić się tak szybko, oznaczał najprawdopodobniej, że Kai sprowadził go w pobliże wcześniej. A zatem sprawa od samego początku była przegrana, co wcale nie dziwiło. Hiwatari udowodnił już, że nie pozwala sobie na błędy i niczego nie robi przypadkiem.
– Jeszcze pan pożałuje tych słów – powiedział wreszcie Sanchez, ale brzmiało to raczej jak stwierdzenie faktu, nie groźba. Nie miałby nawet jak i czym zagrozić, o czym najwyraźniej się przekonywał.
– Całkiem możliwe – zgodził się Miguel w nadziei, że to zakończy spotkanie.
Tłumaczenie się z decyzji i tak nie miałoby sensu. Opcje reakcji były dwie – politowanie albo śmiech. Istniała oczywiście możliwość, że są to jedyne słuszne reakcje, ale Lavalier nie miał nawet cienia wątpliwości, że robi to, co powinien. Ba, to, czego chce. I w związku z tym wolał po prostu zostać ze swoją decyzją sam, bez roztrząsania. Nawet z Johnnym i Emily o tym nie rozmawiał, co, pewnie słusznie, mogli mieć mu za złe, ale naprawdę nie miał sił słuchać, jak w swoim mniemaniu przemawiają mu do rozsądku.
Rozsądek nie miał tu niczego do rzeczy. Rozsądek kazał pochylić kark i iść tam, gdzie każą iść inni.
– Wygląda na to, że nie mamy o czym rozmawiać – stwierdził ku jego uldze adwokat.
Miguel skinął głową, odetchnął i po prostu przestał zwracać uwagę na otoczenie. Tu, w areszcie, i tak wszystko działo się mechanicznie, zawsze w ten sam sposób. Nie trzeba było nad tym myśleć.
W ogóle nie trzeba było myśleć. Za to mieli tu dużo krat i solidnych drzwi, które niekoniecznie oddzielały Lavaliera od społeczeństwa, żeby chronić to drugie. W jego osobistym mniemaniu było całkiem odwrotnie. Zresztą ucieczka naprawdę nie miałaby sensu – Brooklyn i tak zawsze potrafiłby określić położenie Gargoyle’a. Życie w ciągłej drodze, wiecznie na walizkach i z ciągłą myślą, że to przedłużanie agonii wydawało się trudne do wyobrażenia i niewarte zachodu.
Zresztą tu było łóżko. I leki. I ciepłe posiłki. Niewiele i Miguel już kilka razy przyłapał się na myśli, że w gruncie rzeczy pozwolił się sprowadzić do poziomu zwierzęcia, któremu wszystko jedno, byleby miało zapewnione podstawowe potrzeby, ale to zdawało się naprawdę wystarczać. To i świadomość, że nikt już nie ma możliwości, żeby go wciągnąć w jakieś tryby. Jeśli dobrze pójdzie, na zawsze.
Plan wydawał się prosty. Deportacja, potem prawdopodobnie krótki, choć głosny proces i spokój. Zupełnie nowe, zupełnie inne, pozbawione całej tej moralnej plątaniny życie. A także kara, na którą najzwyczajniej zasłużył. Wszystko miało wreszcie wskoczyć na swoje miejsce.
Żal za niedokończonymi sprawami przecież kiedyś minie.

*

Prezes Daitokuji zmarł w nocy, we śnie. Nie było przy nim nikogo, żaden z byłych podopiecznych nie zostawił na stoliku kartki z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Odszedł w ciszy, samotności i niespodziewanie za kulisami głównych wydarzeń. Niewidomy chłopiec, dla którego przez ostatnie lata wydawał się jedyną bliską osobą, przeklinał go w tym czasie, bluźnił i lżył, przysięgał nienawiść całą mocą swojego serca, zrozumiawszy wreszcie, jak bardzo został oszukany.
Być może na to właśnie zasłużył, ale Ryuunosuke, podpisując kolejne papiery, nie mógł wyzbyć się poczucia surrealizmu. Coś w tej całej sytuacji było nie tak. Trochę, jakby kończyło się coś, co nie miało prawa nigdy się skończyć.
Oto odchodził jego przyjaciel. Po tym, jak wcześniej znaleziono zmasakrowane zwłoki jednego wnuka, a los drugiego wciąż nie był do końca znany, po tym, jak przeszedłszy pełną najwyraźniej transformację, wyrwał się z łap Hiwatariego.
– Czas umierać – mruknął najstarszy Kinomyia i pomyślał, że to faktycznie byłoby jakieś wyjście.
– Nie tak szybko – usłyszał za sobą spodziewany komentarz.
Westchnął ciężko i obrócił się na krześle, by spojrzeć młodemu Hiwatariemu w twarz.
– Masz rysy dziadka – powiedział, doskonale wiedząc, jaki grymas na twarzy Kaia to wywoła.
– Ale nim nie jestem.
– Oczywiście. Jedynie wypełniasz jego plan lepiej niż on sam.
Młody prezes Biovoltu i szef Opactwa, a także zyskujący na znaczeniu polityk, przeszedł obok i usiadł na pobliskim fotelu. Patrzył na swego więźnia obojętnie, bez cienia pojedynczego uczucia, choćby nienawiści.
– Możesz udawać, że jest inaczej – powiedział jeszcze Kinomyia, odkładając pióro – ale to wciąż kontynuacja tej samej historii. Naszej historii. I mogę założyć się o wszystko, że kiedyś znajdziesz się w dokładnie tym samym punkcie, w którym ja jestem teraz.
Kai zdawkowo pokręcił głową.
– Nie sądzę – odparł.
– Nam też kiedyś wydawało się, że panujemy nad wszystkim i przewidzieliśmy wszystko. Wówczas, kiedy jeszcze był z nami Voltaire.
Hiwatari nie zareagował, ale przecież on też wiedział już, czym jest zdrada z najmniej spodziewanej strony. Wszak nie kto inny, jak Kenny, doprowadził do tego, że bezcenny Takao zniknął wszystkim z oczu. Sam Saien zresztą także był nie do zlokalizowania. Świadkowie twierdzili, że widzieli, jak przebudzony smok porywa młodego naukowca i unosi w powietrze, ale trudno było określić, ile w tym prawdy, a ile sensacji.
Może więcej mogłaby powiedzieć MingMing, ale ta nadal leżała nieprzytomna w szpitalu, z piękną niegdyś twarzą owiniętą szczelnie bandażami.
– Jeśli chcesz igrać z bestiami, Kai, musisz mieć świadomość ciężaru, jaki na siebie bierzesz.
– Mam go.
Ryuunosuke pokręcił głową ze smutkiem.
Chociaż, z drugiej strony, co ci przyjdzie po świadomości, młodzieńcze? – pomyślał. Nam nie przyszło nic, prócz śmierci.
Ta z kolei zdawała się iść za Kaiem krok w krok. Prócz MingMing, w szpitalu wciąż walczyli o życie dwaj inni bladerzy – Claude Tavarez, o którym wiadomo już było, że nie odzyska władzy w nogach, i Retha Mhalangu, mająca szansę na wyzdrowienie tylko dzięki bionicznym wszczepom Biovoltu.
Nawet tu, w biurowej, stosunkowo mało upiornej części Opactwa, czuło się zapach krwi. Może faktycznie nie istniała żadna słuszna droga. Może faktycznie wszyscy byli tylko pysznymi głupcami.

*

– Wszystko jest przeciwko niemu – mówiła dalej Leonor Castillo, mniej więcej czterdziestoletnia kobieta, obecnie zamknięta w okienku Skype’a. – Zeznania świadków, dowody, ekspertyza psychologiczna. Wszystko. No i miał motyw, właściwie zapowiedział to morderstwo. Jest nie do wyciągnięcia i ma tego pełną świadomość.
– Widziała się z nim pani? – Emily jak tonący brzytwy chwyciła się może jedynej pozytywnej informacji w całej wypowiedzi dziennikarki, którą Miguel podczas ich ostatniej rozmowy wskazywał jako jedyną zaufaną w Argentynie.
– Tak. Mam swoje wejścia i zajmowałam się jego tematem wcześniej. Więc wmówiłam komu trzeba, że przygotowuję materiał.
– I jak on się czuje?
Leonor prychnęła.
– A jak można się czuć na jego miejscu? – Zaciągnęła się dymem głęboko. – Ale jest spokojny. Raczej pogodzony z losem. Wie, co mu grozi, oczywiście, ale szczęśliwie karę śmierci mamy tylko w prawie wojskowym. Jego to nie dotyczy, bo nigdy się oficjalnie nie zaciągnął.
Emily odwróciła wzrok.
– Poddał się – szepnęła z goryczą.
Chyba miała o to do niego żal. Chyba czuła się rozczarowana. Ale, z drugiej strony, wszyscy byli tylko ludźmi, nie komiksowymi bohaterami.
Rano, kiedy wysłane przez nią w akcie desperacji zaproszenie do kontaktów zostało wreszcie zauważone, łudziła się jeszcze, że i tym razem znajdzie się coś, o czym nikt nie wie, niespodziewanie wyskoczy jakieś rozwiązanie, Miguel odwoła zeznania, Jurij i Rei wezmą na siebie swoją część winy za wydarzenia na Biovolt Stadium, ktoś pogrozi palcem, ktoś inny zacznie się śmiać, a potem wszyscy pójdą na piwo. Jednak godziny mijały, nic się nie działo, a rozmowa z Leonor, jedyną osobą, która tam, w Argentynie, zdawała się trzymać stronę oskarżonego, a przynajmniej wierzyć, że sprawa nie jest nawet w połowie tak prosta, jak się wydaje, tylko ją dobiła.
Właściwie Castillo potwierdziła to, co wcześniej mówił Olivier, bezskutecznie usiłujący uruchomić swoje prawnicze kontakty za oceanem – niczego nie dało się zrobić. Kai za dobrze to wyreżyserował, zeznania świadków wzajemnie się uzupełniały, dowody zdawały się niepodważalne, a sam oskarżony najwyraźniej niczemu nie zamierzał zaprzeczać.
To po prostu był koniec i należało wreszcie przyjąć to do świadomości.
– Gdyby coś… cokolwiek…
– Tak. – Leonor skinęła głową. – Będziemy w kontakcie. Głowa do góry. – Uśmiechnęła się, ale był to tylko uśmiech profesjonalny, nie prawdziwy. – Mówię, jak jest, ale wyrok nadal nie zapadł.
Emily poczuła, jak jej twarz również wykrzywia grymas – dla kontrastu kompletnie nieudany.
– Jasne – odparła.
Tak, to był koniec.
Zanim cokolwiek naprawdę się zaczęło.
Zza ściany dobiegł śmiech Johnny’ego – śmiech tylko pozornie beztroski, a w istocie skrywający utopiony w alkoholu gniew. Przechodził to po swojemu. Gwałtownie i głośno.
I z dala od niej.
Może dlatego, że w nerwach znów na niego nawrzeszczała i sama się odsunęła, sfrustrowana bezradnością.
– Wybacz, ale muszę kończyć – Leonor przerwała ciąg ponurych myśli.
– Oczywiście. Dziękuję za wszystko.
Dziennikarka znów się uśmiechnęła.
– Do następnego razu i obym miała lepsze wieści.

*

– Z moich osobistych doświadczeń wynika, że żeby zostać idolem wystarczy się przedstawić, mieć cerę bez skłonności do trądziku i umieć powiedzieć „cześć” w trzech dowolnych językach. Chyba że chcesz zostać papieżem. – Enrique machnął pustą butelką. – Jak chcesz zostać papieżem, to wtedy jeszcze „pozdrawiam wszystkich Polaków”.
– A chcesz? – zdziwił się Johnny i czknął.
– A co? Że nie dam rady?
– Nie wiem, może nie jestem ekspertem, ale wydawało mi się, że najpierw trzeba wstąpić do seminarium? – McGregor uniósł brew. – A potem je skończyć?
Enrique wzruszył ramionami.
– Co to dla mnie?
– Nie no, nic, oczywiście.
– Ty we mnie nie wierzysz.
– Szczerze?
– No to się załóżmy.
– Taaa…? – Johnny uśmiechnął się złowrogo. – A o co?
– O cokolwiek. Wiem! – Giancarlo doznał olśnienia, cała jego twarz zdawała się nim promieniować. – Zostanę księdzem albo wejdę Robertowi nago do łóżka!
– Stoi!
– Wiem!
– Boże…! Zakład stoi!
– Stoi!
Uścisnęli sobie dłonie.
Johnny już miał coś dodać, ale zakręciło mu się w głowie, jakby był trzy razy bardziej pijany, niż być powinien. Zgarbił się i z roztargnieniem potarł czoło. Może faktycznie powinien był dać sobie więcej czasu.
– Wszystko w porządku? – Enrique zauważył wreszcie, że rozmowa się urwała.
McGregor zbył go machnięciem ręki.
To był zły moment. Zły moment, bo tyle wystarczyło, by przez obłok alkoholu przebiło się to, co miało zostać daleko.
W tym także świadomość obecności Emily za ścianą.
Odtrąciła go. Nawrzeszczała, jakby to była jego wina. Nie chciała oglądać. Nie tylko nie pozwalała sobie pomóc, ale wręcz sprawiała wrażenie gotowej rzucić się do gardła każdemu, kto podszedłby za blisko.
Do Johnny’ego dotarło całkiem nagle, że wciąż za słabo ją zna. Jednocześnie jednak jakoś pod żołądkiem ulokowała się i rosła pewność, że nie pozwoli jej na to dłużej i nie zamierza jej tracić, a już na pewno nie w taki sposób.
– Oświadczę się jej – wypalił nagle, ściągając na siebie skonsternowane spojrzenie Włocha.
– Pogrzało cię… – sapnął Enrique.
– Nie – odparł Johnny z przekonaniem. – Pogrzałoby mnie, gdybym tego nie zrobił.

*

Jesień schodziła w dół doliny kaskadami żółtego i pomarańczowego światła. Łagodny gwar przygotowań do Święta Zhōngqiūjié odkładał się w kątach wraz z fioletowymi cieniami i warstewką świeżego kurzu, pachniał słodkimi wypiekami.
Mao wyjęła z pieca kolejną porcję księżycowych ciasteczek i otarła czoło ręcznikiem, wzdychając przy tym z gorąca.
– Jak myślisz, Lai? – odwróciła się do brata. – Pogoda dopisze?
Patrzył w okno – jak zawsze nieruchomo, z niezmiennym wyrazem twarzy, ale ona była niemal pewna, że lekko przytaknął. Niekiedy robił takie rzeczy. Mao opowiedziała o tym lekarzom, gdy rankiem odwiedzała Reia, ale popatrzyli na nią z mieszanką współczucia i pobłażania. Nie uwierzyli.
Czasem wyobrażała sobie, że to taka gra. Że jej brat po prostu miał wszystkiego dość, zmęczył się i dlatego teraz udaje, a ona pozostała jedyną osobą, z którą chce się jeszcze komunikować.
Daichi mieszkał z nimi nielegalnie, ale kto w cichej Chuandixii interesował się tym, czy ktoś jest pełnoletni czy nieletni? Tu życie toczyło się swoim własnym rytmem. Tu wreszcie wszystko zdawało się wracać do normy.
Rei szczęśliwie zniósł podróż w miarę dobrze, choć oczywiście wprost z lotniska odwieziono go do szpitala, gdzie miał zostać jeszcze przez parę tygodni, nadal przedstawiany jako cudownie ocalony – nikt właściwie nie wie, jakim cudem.
No, prawie nikt.
Prędzej czy później, Mao była o tym przekonana, dowiedzą się wszyscy i oddadzą bogu cześć.

*

Jurij zmrużonymi oczyma obserwował ustawionych w równym dwuszeregu nowych adeptów Opactwa. Uważny, bezlitosny wzrok Wolborg już dokonywał ich selekcji. Szukał nerwowych reakcji, słabości fizycznej budowy i strachu w oczach. Tubalny głos Siergieja ciął powietrze krótkimi komendami. Baczność. Leżeć. Znów baczność. Dłonie chłopców krwawiły, poobdzierane o beton, twarze spływały potem, ale Jurij nie pozwalał tego przerwać.
Musiał wiedzieć, którzy z nich w ogóle nadają się do szkolenia.
Którzy z nich poniosą na barkach Rosję ku jej chwale.

*

Miguel pomyślał, że w lodowatej ciszy zimowego poranka zatrzaskiwanie więziennych krat brzmi zupełnie jak uderzenie pioruna.



K O N I E C
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P. [skończone]

Post autor: Siemomysła » 27 listopada 2016, 11:22

No więc OMUJBOSZ SKOŃCZYŁAM! Zrobiłam sobie nagrodę za Chirurga <3 I jak zaczęłam wczoraj, to skończyłam dziś rano w wannie :3 27% całości jak się okazało miałam do przeczytania i poszło od ręki.
Narodziny trójkąta począwszy od wrzasków Miguela w temacie: uwolniłeś mnie od złego czarnoksiężnika, więc teraz powinienem grzecznie zdjąć spodnie - doskonałość <3 To wszystko - rozmowy między panami (o pojedynkach itd - a tu Kai dał mu taką piękną możliwość :roll: bez konieczności ujowego celowania :roll:), co teraz, szczerość Emily - bardzo bardzo mi się podoba. Jeśli o fanowskim serduszku to jednak Miguel objął królowanie :bag: Ja chyba (co aż przerażające) za dobrze czuję tę jego końcową decyzję :bag: Mam notkę na kundlu "jprdl on jest mną"
Rei jest odległy. Dla mnie odległy. Jurij - ja po prostu wiem, że można go więzić, tłamsić i tak dalej, ale tylko do czasu. A jak nacisk będzie za duży i on pęknie, to świat klęknie. Ja się po prostu o niego nie martwię, bo już widzę, jak wyrywa Kaiowi serce :bag: Za tamto dotknięcie policzka DWA RAZY! >.< No i kocham go za to, że wygląda jakby nie był do końca pewny, czy wóda jest łatwopalna <3
A z Miguelem to miałam do pogadania... Już w areszcie... Mniej więcej: "Miguel, kretynie, ale jasne, kumam, że to najlepsza metoda ucieczki"...

W ogóle - zachwyca mnie, jak ich pięknie rozstawiłaś po planszy <3 I teraz mogę się brać ostrożnie za Odpad <3
Dobrze się bawiłam podczas całej lektury - zaspokojone wszelkie moje czytelnicze potrzeby. I jakość tak szeroko pojęta - bo przecież Kruff pisze jak Kruff, czyli świetnie, i walenie po uczuciach, i niejednoznaczność - poboczni bohaterowie! Retha, MingMing. To, co się dzieje z Kennym! Kenny dla mnie jest genialną postacią. Tak bardzo ma swój jeden cel, tak bardzo do niego prze i tak naprawdę ten cel jest z wszech miar godny pochwały.



Gdzieś tam zauważyłam takie:
SpoilerShow
– No ja pierdolę, takie rzeczy to do śniadania! – wyrzucał z siebie dalej, już chyba zupełnie nie do niej. – I nie marz się, bo, ojejku, zabiłeś paru ludzi i trochę cię torturowali, zdarza się! Bądź, kurwa, facetem!
Jurij dyszał ciężko, pochylony nad zmasakrowanym ciałem. W głowie huczało, mięśnie rwały od wysiłku, żyły pulsowały, jakby miały zaraz pęknąć.
Kiedy zamykano drzwi za Hitoshim, był co najwyżej lekko zdziwiony, próbował nawet zagadać, negocjować i sięgać po stare sztuczki, a teraz rozpościerał się krwawym dywanem przed klęczącym, wyczerpanym szałem i nienawiścią Ivanowem.
Dla mnie to "był" odnosi się do Jurija, bo to on ciągle pozostaje podmiotem, Hitoshi nie stał się nim z automatu.
Jak zrzucenie oków.
A nie okowów? Nawet grzebałam w słowniku, ale do końca nie ogarnęłam o co im chodzi z tą liczbą mnogą i nieużywaną obecnie pojedynczą...

Zapis fonetyczny z angielska "Molchat" mnie zupełnie zmylił :bag: Ja bym pewnie zapisała to po polsku, skoro cały tekst jest po polsku, a do tego rosyjski jest bliższy polskiemu niż angielskiemu, ale to raczej fanaberia po prostu.
Kai patrzył prosto w wąskie, wściekłe oczy, w których coraz mniej było Jurija, a coraz więcej Wolborg. Ivanow siedział na kozetce, wciąż lekko drżąc i wciąż skulony, z opuszczoną głową.
Jeśli z pochyloną głową to nie wiem, jak Kai mógł patrzeć prosto w oczy.
– Nie tak szybko! – wrzasnął Johnny, wyprowadzając jeszcze kopniaka w pierś Jurija.
Chciał złapać Szkota za stopę i przewrócić, ale McGregor był za szybki.
Podmiot się gubi, pewnie dlatego, że wcześniej jednak zasadniczo jest nim Wolborg. Więc tu skoro Johnny wrzeszczy to potem mi się zdało, że sam siebie łapie za stopę. Bo Jurij z końca podmiotem się nie stał.
– Zabawne – warczał Jurij, łamiąc mu palec po palcu. – Naprawdę zabawne, że wszyscy chcą nam pomóc, a kończymy zawsze ten sam sposób.

A tu takie coś, czego nie czaję - może mi wywietrzało z głowy?
– Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że czas najwyższy zawiązać jednolity front – Hiwatari przeszedł wprost do sedna. – Władze miasta, przedsiębiorstwa oraz organizacje pozarządowe – tu skinął w kierunku Romero Abregi. Patrząc na niego, nie mógł usunąć z głowy wspomnień. Dotyku pnączy oplatających jego ciało, poczucia uwięzienia, a potem dzikiego zewu wolności.

Tak na sam koniec - to ZACHWYT. Dobra zabawa i dowód, że potrafisz wycisnąć maksa nawet z kreskówki dla małoletnich chłopców <3


PS. Jak ma na imię córka Roberta, bo albo nie padło albo nie pamiętam i umieram z ciekawości teraz...

PPS.
SpoilerShow
Znalazłam jeszcze takie trzy cytaty w wersji roboczej posta sprzed miliona dni, to dorzucam w bonusie:
XXIII
No doprawdy, sceneria jak z filmu sensacyjnego. I to jeszcze nie najwyższych lotów, bo trochę to wszystko zalatywało kiczem, co jakaś kompletnie odłączona od reszty część jego mózgu stwierdziła mimochodem, gdy wreszcie Lavalier przestał mrugać oślepiony i dostrzegł jakieś niewyraźne elementy otoczenia.
Fakt faktem, że białe kafle były mocno niepokojące. Z kafli łatwo się zmywa… różne rzeczy.
AAAAAA!!! Lęk chwyta mię, mimo posiadanej wiedzy. I wielbię to spostrzeżenie.
– Prawdopodobnie – przyznał Miguel i powoli wypuścił powietrze. Tak naprawdę przecież ta sytuacja nie była aż tak obca, jak się na pierwszy rzut oka wydawało: on na pozycji przegranej, Barthez górujący na wszystkich polach. Powoli sobie to uświadamiał i to wreszcie przyniosło chociaż chwilową ulgę.
Matko. Jaki zrozumiały dla mnie powód ulgi...
– Ale co? Oni nie żyją, ty jesteś w moich rękach. Czyli wyszło jak zawsze, kiedy ci się wydaje, że wiesz, co robisz – syknął trener. – Gdybyś miał więcej rozumu, inni też by ocaleli. Jak mogłeś do tego doprowadzić, Miguel? Claude, twój najlepszy przyjaciel. Mała Mathilda. Aaron. Wspaniała Julia Fernandez. A teraz Jurij Ivanow i Rei Kon uduszeni i usmażeni w ruinach stadionu, bo tobie zachciało się popisów. Och, jakże ci nie zazdroszczę życia z takim ciężarem.
WRRRRRRRRRRR!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P. [skończone]

Post autor: Kruffachi » 27 listopada 2016, 12:35

Bardzo, bardzo ślicznie i w ogóle dziękuję <3 Za czytanie i za komcie wszystkie razem i każdy z osobna, za motywację i dzielenie się swoimi odczuciami, bo ja tego bardzo potrzebuję w pisaniu :bag:

Z tymi pnączami to nawiązanie do sceny z kanonu, więc nic dziwnego ;)

A córka Roberta to Józefina. Ja tam nie podzielam zdegustowania pani Polangue XD
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P. [skończone]

Post autor: Krin » 06 grudnia 2016, 18:12

Wybacz Kruffo, że dopiero teraz piszę ten komentarz. Kiedy skończyłam czytać rwałam się do tego, ale stwierdziłam, że przemyślę, potem nie miałam czasu, a ostatecznie zapomniałam. :bag: Po prostu myślałam, że już to zrobiłam.

Więc po pierwsze - zabiję cię za to, co zrobiłaś Miguelowi, wskrzeszę, a potem znowu zabiję i tym razem cię zabiję bardziej niż za pierwszym. Mignęło mi gdzieś w Sztambuchu określenie, że Miguel pół życia przesiedział w więzieniu, ty wyrodna Kruffo. (Nawet nie chcę wiedzieć, ile czasu Jurij spędził pod władzą Wolbork. Za to cię czeka nie tylko śmierć, ale również rezerwacja miejsca w najgłębszym z piekieł.) A najgorsze jest to, że sam się oddał w ręce władz, a przecież był w większości niewinny. W dodatku ofiara zespołu stresu pourazowego. Nasi bohaterowie mogą zrobić rozpierduchę, walcząc z militarną organizacją, a jednemu straumatyzowanemu chłopakowi nie mogą znaleźć adwokata? No Kruffo, jak tak można? Ze wszystkich złych zakończeń tego rodzaju nie lubię chyba najbardziej. :P Masz szczęście, że to jeszcze nie koniec, jeszcze jest druga część oraz twoja szansa na uniknięcie przynajmniej najgłębszych czeluści piekielnych.

Ale skoro już wyraziłam swój żal i ubolewanie (Czy ja naprawdę wierzyłam, że zakończenie u Kruff może być dobre?) mogę wspomnieć raz jeszcze, że czytałam dwa dni bez przerwy, póki mi oczy nie zaczęły wypływać z wielką potrzebą poznania dalszych losów bohaterów, a jednocześnie z wielką obawą przed dalszymi losami bohaterów. Jak widać, słuszną... Bałam się też, co ja zrobię ze swoim życiem, kiedy skończę. XD Świetne, świetne, świetne! Gdyby to nie był fanfick, już bym cię wysyłała do wydawnictw, a najlepiej od razu na listę bestsellerów New York Times'a.
Trafiłaś, Kruffo, w coś, co ja najbardziej lubię, mimo że narzekam na złe zakończenie, czyli mierzenie się człowieka z nieznanymi mu, potężnymi mocami, zwłaszcza tymi wewnątrz niego. (Tak, stąd się wzięło moje nekromancenie.) Do tego zagłębiłaś się mocno w psychikę bohaterów, co też lubię. Żadnego z głównych bohaterów nie nazwałabym nijakim. Oczywiście najbardziej lubię Jurija, potem Miguela, na koniec dopiero Reia. Prawdopodobnie dlatego, że ten ostatni ani nikogo nie zabija, ani nie podpala nikomu auta. No po prostu nie jest nienormalny!
I tu muszę zaznaczyć niestety inną rzecz, która mi się nie podobała - ciągłe wskrzeszanie ludzi, nie tylko te prawdziwe, ale te wszystkie "To on jednak żyje?!". Czy mi się wydaje, czy co najmniej piątka bohaterów okazuje się jednak żywa? Szczególnie mnie boli Kai, czyli to faktyczne wskrzeszenie, bo jakby cała drama Jurija, przez którą upijał się na Syberii nagle przestała być tak dramatyczna. Dramatyzm wręcz poszedł na piwo z kolegami, rycząc ludowe przyśpiewki... No, może przesadzam, ale śmierć jest tym potworniejsza, że jest rzeczą ostateczną, niemożliwą do cofnięcia. Bo tak... Wątek był cudowny. Nadal jest, ale wcześniej był cudowniejszy. Zwłaszcza ta noc, ciemny zaułek, zabicie gołymi rękoma i koty. Brrr...

Cóż jeszcze rzec mogę? Że nieszczególnie przypadła mi do gustu postać Emilly, a widzę, że ma do odegrania znaczną rolę.
Miałam ci więcej do powiedzenia. Może mi się przypomni później.

A teraz naprawdę najważniejsze: Wszyscy wiemy, że Jurija i Miguela łączy wielka ukryta miłość. A jeśli nie wiecie, to albo się oszukujecie, albo jeszcze nie zrozumieliście tej prawdy. :P Zwłaszcza, że podobno Miguel lubi rudych...
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P. [skończone]

Post autor: Kruffachi » 07 grudnia 2016, 10:04

SPOILERY!

Ogromnie, przeogromnie dziękuję <3 I za przeczytanie tych 140k sów, i za wszelkie formy odzewu, i za komentarz, zwłaszcza że pisanie komentarzy do długich tekstów to niewdzięczne i szalenie pracochłonne zajęcie, a Ty jesteś zabieganym Krinem. Pławię się w nim od wczoraj :D Oczywiście przyjmuję także krytykę i biorę na klatę - sama nie za bardzo lubię, kiedy autorzy wskrzeszają postaci, ale jednak zrobiłam to dwa razy (dwa razy, ale możliwe, że liczyłaś też te momenty, kiedy ktoś był na skraju śmierci, a ja go w ostatniej chwili ratowałam, bo tego faktycznie było mnóstwo). Wynika to trochę - i tu się kajam, i korzę - z faktu pisania tekstu na bieżąco. Miałam jakieś tam ogólne plany, ale one wszystkie rodziły się w trakcie, w szaleńczym biegu, kiedy to na początku publikowałam jeszcze w innym miejscu dosłownie co 500 sów, czytana praktycznie na bieżąco. Więc co się raz napisało, tego nie można było cofnąć, a ja uświadomiłam sobie, że jednak tych dwóch postaci potrzebuję. I o ile w wypadku Kaia jest to uzasadnione jego mocą, dość ważną zresztą fabularnie, jeśli nie w RIP-ie, to na pewno w Odpadzie, tak w wypadku Claude'a poszłam po bandzie i wiem o tym niestety :grzybki:

Co do zakończenia, to tak, wiem... Dlatego też parę razy podchodziłam do tych ostatnich rozdziałów, kasowałam i pisałam od początku, bo ciągle wychodziły za ciężkie, a chciałam uniknąć wrażenia, że na końcu nikt niczego nie robi, tylko wszyscy smarkają w rękawy, a Miguel już zwłaszcza i zamienił się w rzekę gluta. Więc jakby mam świadomość ciężaru pewnych rzeczy, ale też nadzieję, że to zaprocentuje ;) Na tym etapie zdecydowanie wiedziałam, że będzie kolejna część (przestałam się łudzić jakoś w okolicach stadionu) i że będę miała szansę trochę to czytelnikowi i bohaterom wynagrodzić.

Odrobinkę martwi mnie informacja o Emily, bo tak, jest postacią ogromnie ważną i ze sporą ilością czasu antenowego, ale cóż, mam nadzieję, że sympatia do innych Ci tę niedogodność wynagrodzi :D

Raz jeszcze pięknie dziękuję <3 :tul:
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 220
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P. [skończone]

Post autor: MononokeGirl » 10 maja 2017, 18:30

Długie teksty są najtrudniejsze do komentowania, a fanficka to w ogóle od bardzo dawna nie komentowałam. :bag: Takze teges.

Podobało mi się. To, co wyciągnęłaś z tego głupkowatego nieco pomysłu na puszczanie bączków jest naprawdę imponujące. Czapki z głów za intrygę wielkich mocarstw, dziadków, czy instytuacji itd. Akcja wciągnęła mnie bez reszty i całość zwyczajnie łyknęłam prawie na raz (byłoby na raz, gdyby było krótsze xD) przyznaję, że pierwszą połowę gnałam w tekście na łeb na szyję, bo szukałam Kaia, a on nadal był martwy i co chwila lądowałam na BBWiki, więc mogłam dużo nie ogarniać Także splatanie wątków i zarysowanie takiej intrygi bardzo na plus. Język jakim piszesz bardzo do mnie przemawia, ale gdybym miała powklejać wszystkie momenty, które mnie uwiodły to chyba powiększyłabym ten wątek o połowę :P Scena alko-warcab, czy Jurija w lodówce zostanie ze mną na długo :heart2:

Tak jak wcześniej pisałam BB znam z dzieciństwa z tej ugładzonej wersji, gdzie Takao to Tyson, a Jurij to Tala. Dlatego bardzo brakowało mi w tekście zarysu sytuacji. Przenosisz nas w czasy przyszłości, kiedy to już ci bohaterowie, których ktoś mógł znać z anime są dorośli, stosujesz też oryginalne nazewnictwo, które mi nic nie mówiło. Z tego powodu bardzo brakowało mi opisów, czy choćby napomknięcia kto, co i jak. Aby w ogóle zacząć czytać musiałam przeforsować całą BBWiki, aby sobie poukładać ludzi. Na początku to było dość męczące, a później przez jakiś czas zamiast widzieć ludzi około dwudziestki to ja przed oczami miałam te dziecinne mordki. Co zwłaszcza u Jurija wyglądało dość surrealistynie :bag:

O ile główna grupa - Kai, Rei, Takao, Max, Kenny jeszcze gdzieś mi tam się kołysał w mózgu to np cały Batalion Bartheza to dla mnie była całkowita zagadka, a ty dotykasz ten temat, ale w sposób, jakby dla wszystkich cała sprawa była całkiem oczywista. I w dialogach to jest ok, ale poza dialogami przydałaby się jakaś bardziej dosadna wskazówka ^^" To jest jeden z największych grzechów fanfickowych według mnie. Pisanie do ludzi z fandomu. Reszta zwyczajnie łatwo by się zniechęciła, bo musiałaby informacji szukać. Dla mnie najlepszym wzorem pod tym względem jest J.K.Rowling. Co tom opisywała Harryego i resztę. Choćby jedny zdaniem, ale zawsze, aby nawet jeśli czytelnik zapomni kto to, nie musiał brać i szperać gdzie indziej. Tak samo tłumaczyła np organizacje, czy wymyślone przez siebie stworzenia/magiczne przedmioty. Tu by się to bardzo przydało... Zwróciłam też uwagę np na zdjęcie z ShichiGoSan, ale szkoda, że nie napisałaś co to, bo wątpię, aby każdy wiedział ^^" Wplatanie takich rzeczy super, ale pamiętajmy także o laikach :P

Co jeszcze przy bohaterach... Ze wspomnień został mi emocjonalny stosunek do Kaia, Reia, czy Maxa. I to byłoby tyle. Masz mnóstwo bohaterów, którzy są fajni, ale jakoś przez błyskawiczny sposób prowadzenia akcji jakoś nie nawiązałam z nimi głębszej więzi. Nawet, gdy Rei stracił nogę to jakoś nie potrafiłam go pożałować, bo brak mi było opisu. Najbardziej współczułam Mystelowi, bo jakoś przy nim nie poskąpiłaś. Niby jakiś stosunek do Jurija (zabił mi Kaia... gdyby nie to to prawdopodobnie bym tego szajbusa lubiła... choćby za soczek bananowy <3), Reia, czy Miguela mam, ale reszta się trochę przewija jak statyści. Całość przypominała najbardziej emocjonujący mecz szachowy ever - pionki ustawiono, a potem nastąpiły roszady na szachownicy. Znielubiłam Judy Mizuharę, MingMing czy geriatrycznych spiskowców, jakiś tam dyskomfort czułam podczas zabójstwa brata Takao (pewnie byłoby tego więcej, gdybym nie przeczytała tak szybko, ale teraz tylko to jestem w stanie sobie przypomnieć). I to jest chyba grzech fanfickowy numer dwa. Postaci są jako tako zbudowane, więc nie pogłębiasz ich rysu charakterologicznego, a to sprawia, że większość jest dość płaska ^^" Ale to tez moze być wina ogólnego tłoku.

Druga sprawa to miejsca. Nie czułam zmian, gdy skakałaś od Chin, przez Amerykę po Moskwę. Lubię podróże i ciekawostki geograficzne. Każde z tych miejsc powinno mieć jakiś swój klimat, a tego w ogóle nie było czuć. Mój mózg sam sobie dobudowywał tło, ale było ono kartonowe trochę. Jak w tych najtańszych serialach, gdzie na pierwszy rzut oka widać, że aktorzy zamiast być w dżungli to chodzą między doniczkami w studiu filmowym. Najbardziej gryzło mnie to w Moskwie zwłaszcza, gdy pisałaś o gorących dniach... Nie pamiętam już przy kim, ale ogólny klimat jest niezbyt gorący, bo max temp to 23 stopnie. https://pl.climate-data.org/location/6390/ Wydaje mi się, że dopiero pod koniec jakoś umieściłaś bardziej to ff w czasie, bo pojawiło się nagle, że jest wrzesień.

Jest też kilka rzeczy, których nie rozumiałam. Jakim cudem Brooklyn po zniszczeniu połowy Tokio nie skończył co najmniej w wariatkowie do końca życia na głupim jasiu? Co w ogóle wydarzyło się w Tokio i kto brał w tym udział? Tak samo rola BBa i BEGA jest dla mnie nie do końca jasna... Możliwe, że to ze względu na wspomniane wcześniej rozkojarzenie. Jakoś też nie kupiłam do końca podejścia zawodników BB do tego, że połaczeni umierają podczas walk. Zwłaszcza Max mnie gryzł, bo to ostatnia osoba, jaką wzięłabym za mordercę. Sumienie gryzłoby go gorzej niż Miguela według mnie... Zwłaszcza, że przecież on to nie to samo co Daiichi. Doskonale zdawał sobie sprawę z skutków...

Miałam napisać jak bardzo mi się podobało, a wyszło, ze narzekam chyba :wall: Głupia ja :facepalm: Poza tym,
ze uśmierciłaś mi 10letnie alter ego to cała reszta mnie jest podjarana juz Odpadem :D Takze :c[]: dla Kruff Nalezy ci się po tak dobrze wykonanej robocie :D

ODPOWIEDZ