UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Let it R. I. P. [skończone]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 02 września 2016, 21:58

XXII
ROSES ARE RED, VIOLETS ARE BLUE, FUCK THIS, FUCK THAT, FUCK ME, FUCK YOU

Te ciemne, okrągłe oczy nigdy nie były tak puste, a twarz nieruchoma. Sylwetka pozbawiona inicjatywy.
Kenny, opanowując dreszcze, oparł dłoń o pancerną szybę oddzielającą go od przyjaciela sprzed lat.
– Hej, Takao – powiedział, nachylając się do mikrofonu.
Nie doczekał się reakcji.
Nie tylko szyba tkwiła między nimi. Także te miesiące, które najmłodszy z klanu spędził odizolowany od normalnego świata, zamknięty w pętli fałszywych, aplikowanych przez oprogramowanie wygranych. Rok, podczas którego Kenny zrobił za mało, żeby mu pomóc. A teraz, wyrwany z bezpiecznej bańki symulacji, Takao nie wiedział, jak się odnaleźć.
Nawet nie jadł i nie spał, jakby kompletnie zapomniał, że trzeba to robić.
Kenny pamiętał przeszywający strach, jaki zdjął go, gdy na własne oczy przekonał się, co spotkało Laia. Bał się, że gdy odnajdzie przyjaciela, dla niego również będzie za późno. Teraz jednak Saien nie potrafił się zdecydować, która wersja wydaje mu się gorsza. Chen sprawiał przynajmniej wrażenie spokojnego – może w ogóle nie miał świadomości. Takao nie – Takao doskonale wiedział, że brakuje mu stałego dopływu adrenaliny, cały gotował się pod cienką, bladą skórą, a Dragoon ryczał w nim z głodu krwi.
To dlatego musiał przebywać w zamknięciu – wystarczyła chwila nieuwagi, żeby spróbował ten głód zaspokoić.
Kenny westchnął i odsunął się od szyby. Opadł na plastikowe krzesełko, na którym zwykle siadali oddelegowani przez Kaia obserwatorzy. Ktoś, zirytowany wielogodzinnym ślęczeniem na twardym meblu, przywlókł poduszkę w żółte ośmiornice. Saien czuł się niekomfortowo za każdym razem, kiedy zakłócał ich spokój.
– Wszyscy cię pozdrawiają – zaczął. – To znaczy… wiesz, pozdrawialiby cię, gdyby mogli, ale przecież nie wiedzą. Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zły. Ale nie, nie ty. Ty przecież zawsze lubiłeś Kaia, zawsze powtarzałeś, że z nim jako kapitanem dojdziemy na sam szczyt. No i cóż… Ale kto wie? Może jeszcze będziemy się z tego śmiali…? – Kenny westchnął, spuszczając głowę. – Kogo ja oszukuję? Nie gniewaj się, tak naprawdę jest dla ciebie lepiej. To by cię wykończyło. Wiesz, jak te szczury, którym dano dwa guziki i jeden… Dobra, przepraszam, nie było tematu. Naprawdę. Po prostu mi się skojarzyło, wiesz, sam mechanizm i…
Zadzwonił telefon.
Kai. Kaia nigdy nie należało ignorować.
– Halo? – powiedział Kenny do słuchawki, jednocześnie odczuwając niespodziewaną ulgę, że ktoś przerwał jego beznadziejny, nerwowy monolog.
– Prosiłem, żebyś informował mnie o sytuacji na bieżąco.
Tak, to było całkiem w stylu Hiwatariego. Z pewnością nie należał do najłatwiejszych osób, jakie Saien poznał, ale przecież przyjaźnili się od tak wielu, wielu lat – wystarczająco długo, by uznawać jedne sprawy za ważniejsze od innych. A przecież niezaprzeczalny fakt był taki, że nikt z pozostałych – naprawdę nikt – nie pomógł Takao, dopiero Kai.
Z Balkowem u boku czy nie.
– Wybacz, naprawdę przepraszam, tak wiele się działo…
Milczenie po drugiej stronie okazało się nad wyraz trudne do zinterpretowania.
– Kenny.
Saien potrząsnął głową w bezsensownym odruchu.
– Wyciągnęli go – powiedział, założywszy, że jeśli Hiwatari już się o czymś dowiedział z innego źródła, po prostu mu przerwie. – Jest… Nie wiem, w jakimś rodzaju szoku chyba. Był tam podłączony do całej aparatury stymulującej, teraz nie ma bodźców i… to nie wpływa na niego dobrze. Ale stan ogólny nie jest zły, lekkie odwodnienie, właściwie nic poza tym.
– Mhm.
Znów zapadło milczenie.
– Kai, nie pomagasz.
Hiwatari westchnął.
– Jeśli jest jeszcze coś, o czym chcesz mi powiedzieć, po prostu to zrób – odparł.
Kenny wciągnął powietrze głęboko w płuca, jakby zamierzał wskoczyć do wody, po czym wypuścił je bardzo powoli.
– Chyba… Chyba nie wszystko poszło zgodnie z planem – wydusił w końcu.
– To znaczy?
– Nie do końca… Znaczy, to nie moja działka, musisz rozmawiać ze swoimi ludźmi, ale z tego, co zrozumiałem, nie byli tam pierwsi. No i się zrobiło trochę krwawo.
Kenny znów spojrzał na szybę, w której odbijała się jego sylwetka, i dalej, na postać Takao.
Zacisnął wargi.
Nie, tego nie mógł powiedzieć. Nie, bo nie potrafił przewidzieć reakcji Kaia – bał się jej. Więc zachował dla siebie informację, że wiele ofiar padło nie od strzałów czy wybuchów, a od szponów Dragoona. Oczywiście nie łudził się, że nie dotrze to do Hiwatariego prędzej czy później, ale może ta odrobina czasu wystarczy. Choćby do tego, by móc z przekonaniem powiedzieć, że tak, jest jeszcze szansa, a Kinomyia nie został do końca stracony.
– Trochę krwawo?
– Właściwie to bardzo. Bardzo krwawo. Kai… – Cokolwiek Kenny chciał powiedzieć, nie dokończył, bo usłyszał pisk zrywanego połączenia.

*

…podobno zginęli prawie wszyscy…
Kai poprawił przed sobą stos kartek z wydrukiem oświadczenia, jakie miał wygłosić za pół godziny.
…to nie była zwykła akcja odbicia. To była czystka. Ktoś polował na naukowców, nie Takao Kinomyię…
Powinien przeczytać je raz jeszcze, ale nie mógł, bo głowę zajmowały mu wyrywki raportu z Nowego Yorku.
Ktoś polował na naukowców.
Ktoś zaplanował ich śmierć.
Ktoś chciał, by tajemnice amerykańskiego ośrodka zabrali ze sobą do grobu.
Pytanie brzmiało tylko – kto.
Czy raczej – komu mogło na tym zależeć i kto, prócz niego oczywiście, miał dość środków, żeby podjąć tak olbrzymie ryzyko.
– Panie prezesie, za dwadzieścia minut wchodzimy na wizję.
Judy Mizuhara przeżyła prawdopodobnie tylko przypadkiem, podobnie jak jedna z jej asystentek. Obie znajdowały się teraz pod ochroną rządu, ale jeśli Kaia nie zawodziła intuicja, dawał im najwyżej kilka dni. Profesjonalista nie zostawi po sobie takiej niedoróbki, a rządom wciąż wydawało się, że ma ważniejsze sprawy na głowie niż beybladeing.
To był długi dzień.
Ledwie dwie godziny temu zakończono także sekcję zwłok Maxa. Z tajnego raportu wynikało jasno, że został otruty – nie śmiertelnie, ale wystarczająco do znacznego obniżenia koncentracji, a Kai miał stuprocentową pewność, że nie zrobił tego żaden z jego ludzi.
Zatem ktoś chciał pozbyć się także młodego Mizuhary i to w białych rękawiczkach. Gorzej nawet – wykorzystując Daichiego jako pocisk.
Coś czaiło się w cieniu. Jakiś czynnik, którego Hiwatari nie przewidział, a sytuacji takich szczerze nienawidził.
Uniósł brodę, by ułatwić makijażystce nanoszenie poprawek. Ktoś zabrał z biurka papiery i przetarł je jeszcze szmatką. Rozbłysły lampy.
Kai przywołał na twarz najpoważniejszą minę w całym swoim repertuarze. Nie miał może szczególnie rozbudowanej mimiki, ale jeśli chodziło o poważne miny, mógł się pochwalić kilkoma udanymi egzemplarzami.
– Pięć…
Wyprostował palce dłoni, potem znów lekko je zgiął, próbując nadać im naturalny, swobodny wygląd. Nie czuł zdenerwowania. Nie czuł nawet cienia niepokoju.
– Cztery…
Wszystko, co go martwiło, znajdowało się poza gabinetem – w dalekich Stanach, w którymś z zaułków Moskwy. Czas na to będzie potem.
– Trzy, dwa… Wchodzimy!

*

– Minęły trzy dni.
– Mimo to… Pani Chen, ja po prostu nie jestem pewna, czy to się nie odbije na pani zdrowiu.
Mao zmełła w ustach wszystkie komentarze, w tym ten, że próba zatrzymania jej może się odbić na zdrowiu, owszem, ale doktor Waskin.
– Z tego, co zrozumiałam – powiedziała, nawet nie kryjąc zdenerwowania – pan Kon nie kontaktował się z recepcją od czterech dni, tymczasem media donoszą o tragedii na stadionie i zamieszkach na ulicach. W dodatku nikt nie odbiera telefonu, ani prywatnego, ani biurowego. Chyba rozumie pani, że nie mogę sobie pozwolić na siedzenie z założonymi rękoma.
– Proszę mi wierzyć, że…
– Akurat z wiary wiele mi nie przyjdzie.
Mao, obawiając się, że to pogorszy jej sytuację, nie wspominała o innych aspektach sprawy. O tym, że Rei najwyraźniej pracuje dla ludzi, którym nie ufała ani odrobinę. Że z więzienia w umyśle Galux wyrwało ją coś, co po czasie zdawało się jednocześnie wezwaniem do boju i błaganiem o pomoc. Że najzwyczajniej w świecie intuicja nie podpowiadała jej niczego dobrego.
– Przecież pielęgniarze mogą jechać ze mną – zaproponowała nieco potulniej, próbując przywołać jedną z dawnych rozbrajających min, choć nie miała pojęcia, jak jej od dawna nieużywana w ten sposób mimika to zniesie.
Doktor Waskin nie wyglądała na zachwyconą, ale też jakby zaczynała rozumieć, że z uporem młodej Chinki nie wygra.
– Proszę na siebie uważać – powiedziała więc tylko. – I oczywiście zabrać ze sobą ochroniarza.

*

– Jestem tu, by zaprowadzić pokój – oświadczył Kai Hiwatari, patrząc wprost w kamerę. – Jestem tu, by obiecać wszystkim poszkodowanym, rodzinom ofiar i całej Moskwie, memu ukochanemu miastu, że winni masakry zostaną ukarani. Nadszedł czas, by postawić sprawę jasno i przyznać, że bestie są nie tylko źródłem rozrywki, ale także zagrożeniem, które wymknęło się spod kontroli. Odpowiedzialnych za taki stan rzeczy jest wielu, poczynając od koncernu M&K, przez wszystkich, którzy fałszowali obraz sytuacji, aż po samych byłych i obecnych zawodników, z których część próbowała przedstawiać się jako ofiary spisku. Po tym, co się stało, trzeba powiedzieć wprost: to nie ofiary. To mordercy. Każdy mecz czołowych zawodników oznaczał de facto zabójstwo, a to, z czym mieliśmy do czynienia przed kilkoma dniami, stanowi tylko naturalną konsekwencję wmawiania młodym ludziom, że jako dysponenci nadnaturalnych mocy, mają prawo zabijać. Ba! Że tego właśnie się od nich oczekuje. Dlatego nie, nie ma już miejsca na litość, nie ma miejsca na zasłanianie się dorosłymi. Morderca zawsze jest mordercą. Ja, Kai Hiwatari, niegdyś blader i dziedzic konsorcjum zajmującego się produkcją sprzętu, doświadczyłem tego na własnej skórze, gdy atak jednego z byłych przyjaciół zaprowadził mnie na skraj grobu, znad którego tylko cudem wróciłem, zmuszony potem do ukrywania się. Ale oto powracam. Powracam, bo znam ten świat, wiem, jak jest dziki, ale wiem również, jak go ujarzmić. Od dziś obywatele Moskwy mają swoich obrońców.
Realizator dał znać i wszystko zaczęło gasnąć. Kai odetchnął głęboko, pozwalając plecom i ramionom powrócić do naturalnej pozycji. Usłyszał powolne, ironiczne klaskanie, ale zmusił się, by nie pojrzeć na Balkowa. Jeszcze nie – dopiero, kiedy członkowie ekipy wreszcie opuszczą gabinet.
– Imponujące, panie prezesie.
– Nie pozwalaj sobie na zbyt wiele – warknął Kai, nieświadomie naśladując ton dziadka.
Ilja jedynie się uśmiechnął. Nie powiedział ani słowa, aż ostatni z techników, dźwigając nieporęczny stelaż od lampy, nie zniknął za drzwiami.
– Wypowiedziałeś wojnę wszystkim – powiedział wówczas. – Popełniłeś dokładnie ten sam błąd, co Lavalier, a spodziewałem się, że masz więcej rozumu i przede wszystkim obycia.
Kai zacisnął dłonie na podłokietnikach.
– Ja, w przeciwieństwie do niego, mam środki, żeby taką wojnę prowadzić – odparł.
– Będziesz miał. Kiedy będziesz miał Jurija.
– To nie mi ostatnio zwiał. – Hiwatari spojrzał z ukosa na dawnego mentora.
– Pozwoliłem mu uciec.
Kai ściągnął gniewnie brwi.
– Dlaczego? – spytał lodowatym tonem.
– Znacie się tyle czasu, powinieneś wiedzieć. Jest tym skuteczniejszy, im bardziej się go sprowokuje. Więc niech się podenerwuje jeszcze trochę, będzie o co.
– Ale na wolności może mi pokrzyżować plany! – syknął Hiwatari jak wściekły kot.
– Nie, jeśli będziemy mieć go na oku.
– Jak do tej pory?!
Ilja Balkow uśmiechnął się w bardzo niepokojący sposób.
– Jak do tej pory – odparł. – Skup się na obecnych zadaniach, Kai. Na Jurija przyjdzie jeszcze czas. Pewnego dnia sam do ciebie przypełznie na kolanach, wiesz o tym.
Hiwatari odwrócił głowę i zapatrzył się w okno. Tak, pewnego dnia. Wszystko miało nadejść pewnego dnia i tylko ten dzień jakoś nie nadchodził.

*

– No doprawdy nie wiem! – pieklił się Johnny McGregor, dolewając sobie whisky do szklanki z rżniętego kryształu. – Jak można być takim idiotą, takim skończonym pacanem i nie dać się po ludzku porwać, kiedy proszę w sposób cywilizowany?!
– Następnym razem sugerowałbym wystosować zaproszenie – odparł Robert. – Ćwiczyliśmy to przecież.
– Nie było czasu!
– Ty nigdy nie masz czasu, Johnny.
– Teraz właściwie też, do potem, Herr Klops.
Rozłączył się, mając już serdecznie dość irytującego, pogardliwego tonu Jürgensa, i rzucił telefon… gdzieś. Dywan był tu miękki, więc komórce i tak nic nie groziło.
Wyciągnął przed siebie nogi, odchylił głowę i westchnął, choć westchnienie to szybko przeszło we wściekły warkot.
No dobrze, prawda była taka, że nic nie poszło po jego myśli, ale czy mógł przewidzieć, że w jednej sekundzie elektryczność na stadionie szlag jasny trafi i zamiast do otwarcia imprezy, dojdzie do jakiejś cholernej masakry? Och, według Roberta oczywiście mógł przewidzieć, przecież był tu na miejscu, a każdy wie, że nadchodzącą masakrę można wyczytać z lotu ptaków i układu plam oleju na ulicy.
Johnny zatem improwizował. Niestety obiekty zainteresowania zupełnie nie chciały współpracować.
Wszystko zaczęło się od tego, że odmówiono mu wizy bez podania przyczyn, a potem bezczelnie tłumaczono się pomyłką i kazano spierdalać. W rezultacie musiał przebukować lot, który też zakończył się turbulencją, ponieważ ktoś uznał jego bagaż za podejrzany. W efekcie zamiast kilku dni, McGregor wylądował w Moskwie kilka godzin przed meczem otwarcia, po drodze tracąc jeszcze pamiątkowe wieczne pióro w taksówce i sporo poczytalności.
Nie miał szans skontaktować się z kimkolwiek, więc uznał, że w spokoju się zakwateruje, a potem, gdy emocje po ceremonii otwarcia nieco opadną, uda wprost do siedziby Biovoltu.
Od tamtego popołudnia, gdy siedział na tej samej kanapie, w paskudnym nastroju, ale z jako takim planem w głowie, zmieniło się absolutnie wszystko.
I oczywiście pozostali to do niego mieli pretensje.
Improwizował. Gdy tylko dotarło do niego, co wydarzyło się na stadionie, ruszył na miejsce. Wiedział, że musi być pierwszy. Musi ubiec Ilję Balkowa, nim ten wykorzysta sytuację i zagarnie obecnych i byłych bladerów z bestiami w głowach. Pech chciał, że nie do końca zdążył i nie do końca przewidział rozmiar tragedii. Zawiodło także komando wysłane przez Oliviera. Pospieszyli się. Byli zbyt brutalni, zbyt zorientowani na cel, jakim przez chwilę stał się Rei Kon, trochę na wariackich papierach, ale jednak zaliczany do połączonych.
W efekcie wszyscy zginęli w podziemiach stadionu, a Johnny na dłuższą chwilę stracił Chińczyka z oczu. W dodatku wiedział, że jeden z członków zarządu Biovoltu został podczas akcji postrzelony i to on będzie musiał się z tego wytłumaczyć.
Z tamtym dwojgiem, Mhalangu i Arayą, co do którego prawdziwej tożsamości Enrique dość szybko się dokopał dzięki konszachtom w klinikach chirurgii plastycznej, nie poszło lepiej.
Kiedy skontaktował się z Olivierem, ten kazał mu siedzieć na tyłku i czekać na informacje. Kiedy skontaktował się z Robertem, ten nie miał dla niego więcej, jak tylko parę gorzkich słów. Johnny uznał więc, że nie jest im winien bezwzględnego posłuszeństwa. Jeszcze ten jeden dzień mógł posiedzieć na tyłku, owszem, ale to nie oznaczało, że inni też będą.
Wstał i zaczął rozglądać się za telefonem. Znalazł go w doniczce z jakimś dziwnym kwiatem, otrzepał z ziemi i odszukał w kontaktach numer do Emily.

*

Mao siedziała nieruchomo z rękoma opartymi na podłokietnikach i nieodczytywalną, ściągniętą w azjatycką maskę obojętności twarzą. Jedynie mięśnie jej ramion drgały, na przemian kurcząc się i rozluźniając. Obcięte dla wygody włosy opadały na czoło rozwichrzoną grzywką, za duże ubranie wisiało jak szmata na kołku, ukrywając niegdyś kształtne, a obecnie suche ciało wykrzywione przykurczami po dwóch niemal latach poruszania się w nienaturalny dla człowieka sposób.
– Jak to się stało? – spytała wreszcie matowym, bezbarwnym głosem, w którym drżała hamowana furia. - Jak mogliście do tego dopuścić?
W gabinecie zapadła śmiertelna cisza.
– Zaufał wam, do cholery! – Drobne dłonie zacisnęły się w pięści, zgrzytnęły zęby. – Zdradziliście go!
Garland wodził bezradnym wzrokiem po ścianach.
– Jest mi naprawdę bardzo…
– Nie pierdol! – Mao urwała nagle, skurczyła się w sobie, a jej twarz wykrzywił grymas bólu. Gdy znów podniosła głowę, stało się jasne, że maska pękła, a jej policzki mokre są od łez. – Jeśli umrze – szepnęła ochryple – osobiście każdemu z was rozszarpię krtań i zadbam, żeby bolało. Rozumiecie mnie, chuje?
Śirwat chciał coś powiedzieć, ale urwał, widząc, jak Chen ukrywa twarz w dłoniach i zanosi się głośnym płaczem. Westchnął cicho, strzelił oczyma w bok.
– Zjebaliśmy - zaczął niepewnie. – Zjebaliśmy tak, że bardziej się nie dało, ale nikt nigdy… Nikt nie chciał, żeby Reiowi stało się cokolwiek.
Mao poderwała głowę.
– Nie chcę was więcej widzieć! – warknęła.
– Jeśli...
– Nie chcę was widzieć! Wszystkich!
Nikt nie powiedział już nawet słowa, zostawiając ją samą z sercem rozpadającym się na tysiące ostrych odłamków.

*

– No to wychodzi nam, że tylko dwie osoby z tego grona mogą łazić po mieście w miarę bezpiecznie – podsumowała Retha. – Z czego jedną chcecie zawsze mieć w pobliżu szpitala, a obie, prędzej czy później, zostaną zauważone i do nas doprowadzą. Co z kolei oznacza, że już powinnam kołować kolejne kwatery.
Jurij siorbnął bananowym mleczkiem, mierząc ją wzrokiem z wysokości parapetu, który natychmiast i autorytarnie zajął, przypominając wszystkim, kto tu dowodzi. Mhalangu nie mogła odpędzić od siebie wizji, w której przegniła deska załamuje się pod jego ciężarem. Niestety Rosjanin był raczej chudy.
– Wiadomo, kiedy puszczą Mystela? – spytał.
Siergiej spojrzał na niego w sposób, od którego usychały grzyby na ścianach, a roztocza porzucały plany zawładnięcia światem.
– Daj mu odpocząć.
– Chciałbym. No to kiedy dostanie wypis?
– Nie liczyłbym na szybszy niż za tydzień. To nie jest takie tam skaleczenie, Jurij.
– Cóż, obawiam się, że to będzie coraz bardziej kontuzjogenny sport – wzruszyła ramionami Mhalangu. – Zobaczyli, że od nas też mogą dostać po dupie, więc przestaną się pierdolić.
– Jakby dotąd się pierdolili – burknął Claude, nie patrząc na nikogo i bawiąc się ostatnim, wciąż nie zapalonym papierosem z pomiętej paczki, którą od trzech dni nosił zapomnianą w kieszeni spodni.
– Nie rozmawialibyśmy, gdyby nie mieli skrupułów – poparł Rethę Siergiej.
– Tak czy inaczej – odezwał się znów Jurij – trzeba kogoś wysłać po Miguela, a nie sądzę, żeby Hiromi albo Emily dały sobie z tym radę.
– Sabaka…
– Nie, nie przeszło mi. Mało tego, zaczynacie mnie wkurwiać tym, że najwyraźniej już odpuściliście.
Ale w sumie, przemknęło przez myśl Ivanowa, dla Rethy jest obcy zupełnie, dla Siergieja niemalże, a skrzydlaty to zwykły tchórz. To mnie, mnie i Reiowi ocalił dupy. To moja sprawa.
Claude pokręcił głową.
– Tak naprawdę wiesz to, co ja. Nawet jeśli nie spłonął, bo chyba nie może, to albo się udusił, kiedy sfajczył cały tlen, albo został zgnieciony, kiedy wszystko jebło, albo zabili go ludzie Balkowa, skoro byli tam po ciebie. Tak czy inaczej nie miał szans.
Jurij dłuższą chwilę patrzył na Tavareza zmrużonymi oczyma, a jego twarz nie wyrażała niczego dobrego.
– Prawdziwy z ciebie przyjaciel – rzucił wreszcie z pogardą.
Wszystko w Peruwiańczyku, cała mowa ciała, unikało konfrontacji. Ale nawet to nie zdołało usunąć powidoku zranionego ego z szybkiego, spłoszonego spojrzenia.
– Nigdy nie twierdziłem, że jestem w tym dobry – odparł. – Miguel zdejmował z nas ten obowiązek. Ale to jednak trochę dziwne, że ze wszystkich właśnie ty wypominasz mi zimny osąd sytuacji i jeszcze wspominasz o przyjaźni.
Ivanow wzruszył ramionami.
– Nie to nie – powiedział, wstając. – Sam to załatwię.
– Sabaka!
– Ale cukierkami się nie podzielę. Bywajta.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 03 września 2016, 21:46

XXIII
CHILDREN, YOUR PERFORMANCE WAS MISERABLE.
YOUR PARENTS WILL ALL RECEIVE PHONE CALLS INSTRUCTING THEM TO LOVE YOU LESS NOW




Pamiętał głównie płomienie. Zwłaszcza te wewnątrz własnej głowy. Nadal zdawała się huczeć odgłosami pożaru, ale mimo to Miguel nie czuł bólu. Minęła długa chwila, nim dotarło do niego, że w ogóle odczuwa dyskomfort, a jeszcze dłuższa, nim zrozumiał, o co dokładnie chodzi.
Otworzył oczy, trochę obawiając się, co zobaczy, ale nie zobaczył niczego – otaczała go zupełna ciemność i nieco piwniczny zapach.
– Niedopsz… – wychrypiał, odkrywając przy okazji, że brzmi jak połączenie bulgoczącego kranu z przeciąganiem paznokciami po tablicy i robotami drogowymi.
Próbował się poruszyć, sprawdzić, ile ma swobody. Wynik eksperymentu także nie prezentował się najlepiej i Miguel poczuł zimno u podstawy czaszki, jak oddech paniki. Zaczerpnął głębiej stęchłego powietrza, mając nadzieję, że choć trochę się uspokoi. Jeszcze nie wszystko było stracone. Jeszcze nie wszystko wiedział.
Tak naprawdę to gówno wiedział. Odnosił wręcz wrażenie, że coraz mniej.
– Wreszcie – za jego plecami odezwał się niespodziewanie znajomy głos nasączony francuskim akcentem jak benzyną, a potem zapaliło się światło.
A dokładniej jedna żarówka tuż nad głową Miguela.
No doprawdy, sceneria jak z filmu sensacyjnego. I to jeszcze nie najwyższych lotów, bo trochę to wszystko zalatywało kiczem, co jakaś kompletnie odłączona od reszty część jego mózgu stwierdziła mimochodem, gdy wreszcie Lavalier przestał mrugać oślepiony i dostrzegł jakieś niewyraźne elementy otoczenia.
Fakt faktem, że białe kafle były mocno niepokojące. Z kafli łatwo się zmywa… różne rzeczy.
– Gdzie jestem? – Przerywał na chwilę rozpaczliwe gryzienie się po języku w nadziei, że w końcu sprowokuje to produkcję śliny.
Barthez nadal krążył za jego plecami. Ten rytm kroków poznałby zawsze i wszędzie. Nieodmiennie budził paskudną sensację pod żołądkiem, a nauczone przez starego dobrego Pawłowa mięśnie kuliły się w oczekiwaniu na cios przy każdym uderzeniu obcasa o posadzkę.
– W miejscu, gdzie nigdy nie byłeś, ale gdzie wszystko się zaczęło. – Jean-Paul syczał zimno w całkiem znajomy sposób. W całkiem znajomy sposób także nie przechodził od razu do rzeczy, ze wszystkiego, naprawdę ze wszystkiego musząc robić przedstawienie. – Gdybyś trafił tu wcześniej, nie przeżyłbyś nawet jednego dnia, ale nie obawiaj się, to tylko wycieczka poglądowa. Może to ci uświadomi, jak bardzo pomyliłeś się w ocenie sytuacji.
Ten sam kawałek mózgu Lavaliera, który wcześniej ocenił scenografię, wywrócił oczyma. Jednocześnie jednak wszystkie pozostałe miały do sprawy stosunek znacznie mniej lekceważący, dręczone serią pytań i niepokojących, zupełnie niezrozumiałych obrazów sprzed – najprawdopodobniej – paru godzin.
No, miał nadzieję, że paru godzin, a nie paru dni na przykład, chociaż ta druga wersja tłumaczyłaby lepiej wyschnięte na wiór gardło i uporczywe ssanie w żołądku, który prawdopodobnie już ze trzy razy okręcił się wokół kręgosłupa.
– Czyli? – spytał, próbując ukryć zniecierpliwienie i zbierający się w stawach oleisty strach.
– Co?
– Czyli gdzie jestem.
– W fabryce – odparł Barthez. – Swego rodzaju fabryce. Zgaduję, że nowi kumple nie opowiadali ci za wiele o Opactwie. Wytwarzają tu takich jak oni. Od wielu lat. Biorą dzieciaka, wychowują, tresują, potem, jeśli rokuje, udoskonalają biotechnicznie. Produkcja stoi oficjalnie od trzech lat.
– Oficjalnie.
– O, jednak się czegoś nauczyłeś.
Miguel westchnął, a Barthez przysunął sobie zdezelowany metalowy stołek i usiadł naprzeciwko.
– Jak się czujesz? – spytał niespodziewanie, patrząc z uwagą.
– Sam nie wiem. – Chłopak spojrzał na przypięte do fotela ramiona, zmarszczył brwi, kiedy palce lekko się rozdwoiły. – Jak na kacu mordercy. Mniej więcej. Albo jakby mnie ktoś wyjął z pralki.
Kącik wąskich ust uniósł się nieznacznie. Lavalier mimochodem zauważył, że dawny trener wreszcie zrezygnował z zapuszczania nędznej bródki i to była może jedyna dobra wiadomość.
– Czyli mogło być gorzej – podsumował.
– Prawdopodobnie – przyznał Miguel i powoli wypuścił powietrze. Tak naprawdę przecież ta sytuacja nie była aż tak obca, jak się na pierwszy rzut oka wydawało: on na pozycji przegranej, Barthez górujący na wszystkich polach. Powoli sobie to uświadamiał i to wreszcie przyniosło chociaż chwilową ulgę.
– Niczego nie pamiętasz – bardziej stwierdził, niż zapytał Jean-Paul.
– Obrazy, z których niewiele rozumiem. Nie ma szansy, żebym został odpięty?
– A mogę ci zaufać?
Miguel spojrzał na trenera bez zrozumienia. Naprawdę? Barthez nie miał świadomości, że Lavalier, choćby bardzo chciał, nie zdoła podnieść na niego ręki? To wszystko zawsze działało tylko w jedną stronę i nie bez przyczyny. Jean-Paul był trenerem. Dorosłym. Tym, którego szanuje się bez względu na to, jaki jest, bo zwyczajnie należy mu się to z urzędu. Kłopotliwy paradygmat, którego nigdy nie udało się do końca zwyciężyć.
– Przecież wie pan, że ja…
– Jesteś niebezpieczny, Miguelito – uciął mężczyzna nagle ostro i zimno. Niemalże z odrazą, która zwyczajnie zabolała. – Gdybyś nie był, nie doszłoby do tego wszystkiego.
– Czego… – głos Argentyńczyka zadrżał, kiedy jego samego przeszedł nagle dreszcz niepokoju. Może powidok wyraźniejszych wspomnień, choć bardzo nie chciał tak o tym myśleć. – Czego wszystkiego?
– Łącznie niemal setka zabitych, ponad dwa tysiące rannych, a to i tak cud – zaczął Barthez, splatając dłonie i pochylając się głębiej, by zajrzeć dawnemu podopiecznemu prosto w rozszerzone z przerażenia oczy. – Tak się składa, że wielu zginęło w pożarze o nieznanym pochodzeniu. Mówi się, że potężne spięcie instalacji, w końcu przez to wybuchło kilka mniejszych, ale obaj dobrze wiemy, że to bzdura. Ratownicy musieli przerwać akcję. Wszyscy przysypani, wszyscy, których można było jeszcze uratować, wiesz, nie minęło aż tyle czasu… wszyscy spłonęli albo się udusili.
Miguel szarpnął się w kompletnie bezwolnym odruchu, kiedy panika uderzyła z pełną mocą.
– Nie…
– Właśnie tak, bueno chico.
Spuścił głowę i zacisnął powieki, usiłując znaleźć w pamięci cokolwiek, co przeczyłoby słowom Bartheza, gdy ten – wbrew własnym słowom – zaczął rozpinać pasy, ale rozsypane obrazy powoli układały się w przerażający ciąg. Pot momentalnie zlał plecy i skronie, dłonie zwinęły się w pięści i za nic nie chciały rozprostować.
– To oczywiście nie wszystkie twoje ofiary. Zabiłeś już wcześniej. Dam ci czas, przypomnisz sobie. – Jean-Paul skończył z pasami i wstał, prostując się do pełnej, imponującej wysokości.
– To niemożliwe. Nigdy nie chciałem…
– Ależ chciałeś. Słyszałem od Ilji, jak było. Jak najpierw z Ivanowem rozsmarowaliście jego ludzi po ścianach, a potem zapędziłeś resztę w pułapkę i spopieliłeś. Nigdy bym się po tobie nie spodziewał takiej zimnej krwi.
Balkow. Wysoka, postawna figura otoczona adeptami jak lalkarz swoimi kukiełkami. Jurij wydający krótkie komendy. Potem ci ludzie, okrwawiony Rei, jego różowa kość wystająca z nogi…
Miguel ponownie potrząsnął głową, próbując wyrzucić z niej niepotrzebne obrazy. To nie tak. Na pewno nie tak. Nie miało prawa skończyć się w ten sposób. Po prostu nie miało prawa.
– A może to wcale nie była zimna krew? Racja. Raczej nie. Kolejny dramatyczny gest, który niczego nie dał, prawda? Naprawdę nigdy się nie nauczysz?
– Ale… – Lavalier podniósł wzrok na Bartheza i mógł mieć tylko nadzieję, że nie dało się w nim wyczytać błagania.
– Ale co? Oni nie żyją, ty jesteś w moich rękach. Czyli wyszło jak zawsze, kiedy ci się wydaje, że wiesz, co robisz – syknął trener. – Gdybyś miał więcej rozumu, inni też by ocaleli. Jak mogłeś do tego doprowadzić, Miguel? Claude, twój najlepszy przyjaciel. Mała Mathilda. Aaron. Wspaniała Julia Fernandez. A teraz Jurij Ivanow i Rei Kon uduszeni i usmażeni w ruinach stadionu, bo tobie zachciało się popisów. Och, jakże ci nie zazdroszczę życia z takim ciężarem.
Lavalier drżał. Wszystkie jego myśli uciekły, pochowały się w zakamarkach umysłu i zostało tylko ciało – reagujące fizjologicznie, otępiałe, zupełnie poza kontrolą. Zostało gorąco w żołądku i zimno w piersi. Zostały skamieniałe mięśnie i jednostajny, nieartykułowany dźwięk wydobywający się z gardła.
– Tylko tyle masz do powiedzenia?
Nie robił tego od tak dawna. Od czasu, kiedy trzy dni na relanium zabrały je – zdawałoby się – na zawsze. Ale teraz nagle…
Obraz zamazał się, a kiedy Miguel ponownie przymknął oczy, poczuł wilgoć pod powiekami.
…były tu. Znowu.
– Dziecko, czy ty płaczesz? – spytał Barthez jakby skonsternowany i z troską, ale w jego wypadku nie należało przecież wierzyć w nic. Choćby nawet czasem bardzo się chciało.
Miguel czuł potrzebę, żeby coś powiedzieć – właściwie nie wiedział co, bo przecież nie się bronić, ale głos był gdzieś daleko. Wszystko było daleko.
Wszystko poza oskarżycielską obecnością Bartheza i jego rozczarowanym spojrzeniem.

*

Jurij miał dość rozsądku, by wiedzieć, że zmierzanie w kierunku ruin stadionu trzy dni po katastrofie mija się z celem. Na gruzy wpuszczono już ciężki sprzęt i nawet jeśli ktoś jakimś cudem przetrwał groźbę przywalenia, uduszenia i opcjonalnie utopienia lub usmażenia, nie miał szans z budowlańcami.
Nie starczyło mu za to rozsądku na inne słuszne decyzje.
Rekonesans przeprowadzony przez Hiromi i Emily jasno stwierdzał, że Miguela nie ma ani na liście ofiar, ani w żadnym ze szpitali. Wolborg też miała niewiele w tej kwestii do powiedzenia, choć może nie należało jej akurat w tym wypadku ufać. Argentyńczyk nie został też aresztowany. Jeśli zatem nie leżał plackiem pod tonami rozjeżdżanego gruzu, zostawał jeszcze tylko jeden trop.
Ivanow zaszedł wprost do siedziby Biovoltu, bo jeśli ktoś mógł wiedzieć, co się stało, i rozwiać wątpliwości, to przecież tylko ludzie Balkowa.
Jurij tak bardzo, bardzo nie potrafił myśleć o nich jak o ludziach Kaia, chimerycznego, wiecznie sfrustrowanego chłopca, który poczucia wyższości potrzebował do życia jak wody i powietrza. Nie rozumiał, naprawdę nie rozumiał, co mogło sprawić, że ktokolwiek za nim poszedł. Owszem, Hiwatari był potężny, dysponował mocą, o jakiej wielu z nich mogło tylko pomarzyć, ale to nie wydawało się wystarczającym atutem, na pewno nie starczyło, żeby uczynić z kogoś przywódcę.
W końcu chodziło o zaufanie i strach. O przeświadczenie, że baran, za którym idziesz, jest od ciebie odrobinę bystrzejszy i nie wprowadzi cię tak od razu na ruszt, a jeśli nawet to zrobi, to i tak lepsze wyjście niż jego gniew.
No dobrze, to drugie mogło w wypadku Kaia akurat działać.
Kogokolwiek by jednak kręcący się wokół Biovoltu ludzie nie słuchali, Jurij wiedział, że będzie w stanie zmusić ich do słuchania siebie. Przynajmniej przez moment.
Zaczaił się nieopodal wieżowca i zaczął obserwować wyjście dla personelu, zapijając przekleństwa mleczkiem bananowym. Przeklinał wszystko – upał, absurdalną ochronę kręcącą się pod budynkiem, lamerów, przez których musiał rozgrywać to w pojedynkę, Miguela za jego głupią szarżę, Reia, który wtedy uniemożliwił mu wówczas reakcję, Mystela za to, że dał się postrzelić i każdego, kto tylko znalazł się w zasięgu jego wzroku.
Pocisz się, zauważyła Wolborg.
– Jest gorąco – odwarknął, wyrzucając pusty kartonik za siebie i próbując skupić się na rzeczywistości, a nie kuszącej wizji wnętrza lodówki.
To prawda. Ale pocisz się z innego powodu.
Gdyby potrafił uciszyć ją chociaż na jeden dzień.
Wtedy zapomniałbyś, kim jesteś.
– Mhm. A kim jestem?
Wrakiem.
Prychnął.
– Ty znów swoje.
Bo chcę, żebyś wreszcie przyjął to do świadomości, że tak będzie lepiej dla nas obojga. Bez Hiwatariego, Balkowa, ich sprzętu, leków i wiedzy, jak cię stworzyli, nie pociągniesz długo. Potrzebujesz ich.
– To oni potrzebują mnie. A zaraz będą potrzebowali popa i malowniczych trumienek.
Uważaj, żeby nie było na odwrót.
– Mnie nawet piekło nie przyjmie.
Jurij ostrożnie wychylił się zza śmietników, żeby wybadać sytuację. Ktoś w końcu musiał wyjść na papierosa, oddalić się z dowolnego innego powodu. Świat był przecież pełen głupców.
I wtedy zamarł, usłyszawszy melodię. Ktoś za jego plecami wygwizdywał „Taczankę” i robił to w bardzo znajomy sposób, nieodmiennie, jak przed laty, popisując się w tym samym miejscu.
Jurij odwrócił się i zobaczył czerwoną kropkę lasera snajperki dokładnie na swoim sercu.
– No wreszcie! Stoję tak od pół godziny – parsknął Borys Kuzniecow, po czym roześmiał się w ten swój niepowtarzalny, kojarzący się raczej ze szpitalem dla obłąkanych sposób.

*

– Na wszystkich bogów, Rei, obudź się wreszcie…
Oczywiście nie odpowiadał. Nie poruszył się, nie drgnął nawet jeden jego mięsień, nieważne, ile i jak bardzo Mao go prosiła. Czuła się niczym w koszmarze. Wszystko wokół wyblakło, pociemniało i zdawało się niezdolne do utrzymania spójnego kształtu nawet przez chwilę. Jeden z pielęgniarzy już dwa razy zasugerował, że powinna odpocząć. Zbyła go. Nie wyobrażała sobie teraz odejść od tego łóżka. Wrócić do hotelowego pokoju, który dzieliła z milczącym bratem, którego obecność wydawała się ciężka jak wyrzut sumienia. Sama myśl o tym napawała ją głębokim przerażeniem i nie, Mao nie czuła się jeszcze na siłach, żeby zostać z tym sam na sam.
Z drugiej strony, każde spojrzenie w kierunku Reia także owocowało ukłuciem strachu pod żebrami. Wyglądał tak… dziwnie. Obco. Fakt, że był nagle o trzy lata starszy, stanowił najmniejszy problem. Jego twarz zdawała się wyrzeźbiona w zmęczeniu i bólu, sylwetka tak wyraźnie asymetryczna bez lewej nogi, uciętej tuż nad kolanem. To nie był chłopak, w którym dawno temu się zakochała. To nie był blader, z którym trenowała ramię w ramię i toczyła bitwy. To był ktoś zupełnie inny, ktoś, kogo jeszcze nie znała i to napawało ją głębokim niepokojem.
Rei, ta ostoja, pewny punkt w krajobrazie, człowiek, do którego zawsze mogła się odwołać, jeśli zabłądziła, już nie istniał. Zniknął właśnie teraz, gdy potrzebowała go najbardziej, obudziwszy się nagle ze snu w umyśle bestii. Dotykała ostrożnie jego palców, ale równie dobrze mogłaby dotykać gipsowego odlewu. Porcelanowej wazy. Czarki na herbatę. Czegokolwiek.
– Przepraszam – z zamyślenia wyrwał ją nieco szorstki i raczej nieufny głos za jej plecami. – Kim pani…
Odwróciła się w stronę intruza.
– MAO?!
To był kolejny cios. Kolejna niewiadoma w ciemnościach. Patrząc na tę twarz z przeszłości, Chen zacisnęła usta, czując, jak pieką pokrywające je ranki.
– Więc ty też jesteś w to zamieszana, Hiromi – syknęła z wyrzutem.
Tachibana puściła zawiedziony i gniewny ton mimo uszu, zbyt zaskoczona i uradowana widokiem świadomej Mao, żeby zwracać uwagę na takie szczegóły. Wyglądała, jakby tylko obecność balansującego na granicy śmierci Reia powstrzymywała ją od odstawienia tańca radości i wybuchnięcia tęczą.
– To cud! Muszę zawia…
– Nie. – W pierwszym odruchu Mao chciała złapać Japonkę za nadgarstek i uniemożliwić jej wyjęcie telefonu z kieszeni, ale szybko przypomniała sobie, że raczej nie zdoła tego zrobić. To obudziło kolejną falę złości i strachu. Coraz trudniej było nad nimi zapanować.
– Ale…
– Ale co? – Chen zmrużyła oczy. – Czy wobec tego – wskazała głową na nieprzytomnego Kona – może być jeszcze jakieś „ale”?
Resztki uśmiechu spełzły z pobladłej twarzy Hiromi. Otworzyła usta, potem zamknęła je, najwyraźniej się rozmyśliwszy, podniosła do nich dłoń w bezcelowym geście.
– Mao, kochana – spróbowała ponownie – pozwól, że ci…
– Nie – ucięła Chinka i tym razem. – Byłam już w Biovolcie. Tam wytłumaczyli mi dość.
– Co…? – Oczy Hiromi rozszerzyły się, a ramiona obwisły w rezygnacji.
– To. Widziałam się z Kaiem i Garlandem. I jeszcze paroma innymi.
– Mao, oni…
Chen roześmiała się nisko, gardłowo.
– Cokolwiek oni – powiedziała – to wy wysłaliście Reia na stadion. Cokolwiek oni, to wam zaufał. Nie jestem głupia, Hiromi. Znam Kaia i mam pewność, że nie powiedział mi prawdy. Ale mam też dość wymówek. Mam… – Zacisnęła powieki. – Mam naprawdę dość wymówek.
Tachibana długo stała w milczeniu, jakby sparaliżowana, pozbawiona wszelkiej inicjatywy. Jakby przyjęła o jeden cios za dużo.
– Masz rację, Mao… – wyszeptała w końcu. – Przepraszam, nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało.
Chen odwróciła głowę, zacisnęła usta i powieki. Nie, nie teraz, nie mogła, chciała odsunąć od siebie emocje, chciała być jak skała, zimna i logiczna, rozumna i poszukująca prawdy.
Nie wytrzymała. Rozpłakała się głośno i spazmatycznie, zupełnie tracąc nad sobą kontrolę. Nie zaprotestowała, kiedy poczuła obejmujące ją ramiona. Nie zareagowała, kiedy zaczęły ją delikatnie kołysać. Oparła głowę o ciepły bark, nie myśląc o tym, do kogo należy i co powinna o tym sądzić. Była na to zbyt wyczerpana. Zbyt samotna w labiryncie, w środku którego zupełnie nagle się obudziła.
– Mao… – usłyszała szept nad swoją głową – ja też chciałabym wiedzieć na pewno. Chciałabym, ale nie wiem niczego. Kiedy to się stało… ja… Mnie tam nie było. Powinnam być, ale mnie nie było, bo też leżałam w szpitalu i… I nie mogłam, Mao…
Rozpłakała się jeszcze głośniej, wtuliła w ramiona Hiromi, jedną ręką wciąż dotykając palców Reia.
– Pomóż mi… – wyszeptała tylko. – Ktoś musi…

*

– Pomieszczenie, w którym się obecnie znajdujemy, to niegdysiejsza sala operacyjna. Chyba domyślasz się, dlaczego urządzono ją cztery kondygnacje pod ziemią.
Barthez gładko zmienił wątek, ale głowa Miguela została z tyłu, ciężka od wciąż pęczniejących od zarzutów i kolejnych dowodów na ich prawdziwość. Słowa trenera docierały do niej niekompletne i zdeformowane jak ze słabego radioodbiornika.
– Opactwo od początku swojego istnienia należało do nowocześniejszych instytutów w kraju – kontynuował Jean-Paul, jakby zupełnie tego nie zauważał – ale, chłopcze, jesteśmy w Rosji. Tu albo słono płacisz, albo nie masz niczego. Więc często brakowało podstawowych artykułów i leków. Mimo dofinansowań z Biovoltu. Zresztą ideą Opactwa jest przyzwyczajanie dzieci do bólu, aż wreszcie stają się na niego znacznie odporniejsze niż przeciętny dorosły, czy nawet przeciętny żołnierz. Dlatego wiele zabiegów wykonuje się bez znieczulenia. Wystarczą solidne pasy i świadomość, że nikt ci nie pomoże.
Miguel, wyrwany na chwilę z topieli, odruchowo spojrzał na przypięte ręce, czując, jak całym ciałem wstrząsają dreszcze najpodlejszego na świecie przerażenia, tak teraz nieadekwatnego, tak niepotrzebnego, tak dziwnego w morzu kłębiących się w głowie myśli.
– Dzieciaki trafiały tu od piątego roku życia. Od początku bez taryfy ulgowej. Wyobrażasz sobie? Przerażony, pięcioletni chłopiec przypięty do fotela, niemogący się ruszać, otoczony przez dorosłych, którzy zaraz będą na żywca składać mu kości albo wyrywać zęby? Jak sądzisz, co wyrasta z takiego malca?
Jurij Ivanow.
Siergiej Petrow.
Dwie twarze, z których jedna należała do przeszłości.
Borys Kuzniecow.
Kai Hiwatari.
W białym, pretensjonalnym szaliku, z pogardą albo kpiarskim uśmiechem na ustach. Kai Hiwatari łapiący swój dysk, jakby miał nad nim absolutną władzę, jakby wszystko istniało tylko po to, żeby mógł temu rozkazywać. Zdawkowy komentarz, krzywy uśmiech na jego ustach. Ochłap rzucony ludzkiemu śmieciowi.
– Mówiłem. Nie wytrzymałbyś nawet dnia.
Barthez wstał i metalowy stołek skrzypnął przeciągle na biało-czarnych kaflach podłogi.
– W końcu zrozumiesz – powiedział. – Zrozumiesz, że cały wasz bunt jest od początku tylko irytującym incydentem, a ty jesteś zwyczajnie niewdzięczny. Byłem dla was dobry, Miguel. Naprawdę dobry i łagodny. Wiedziałem, że nie jesteście z tego świata. Nie jesteście dziećmi, z których Balkow i Hiwatari byliby kiedykolwiek zadowoleni. W pewnym sensie was kryłem, chroniłem przed wyrzuceniem na śmieci. Wiesz, co się działo z adeptami Opactwa, jeśli Balkow uznał, że nadają się na śmieci? Kiedy będziemy szli, patrz pod nogi. Tu i ówdzie zauważysz zapadnie.
Jurij Ivanow.
Siergiej Petrow.
Borys Kuzniecow.
Kai Hiwatari stworzony po to, by rozkazywać armii wyselekcjonowanych mutantów.

*

– No chyba cię posrało – skomentował Borys, składając lunetę. – Ale jak chcesz, to idź, Kai się ucieszy. Widziałeś to? – Wskazał na niewielki oddział w szarych mundurach z czerwonymi obszyciami. Z tej odległości trudno było rozpoznać emblemat, ale Jurij mógł się domyślać, co przedstawia. – Wszystko już przygotował, czeka jeszcze tylko na ciebie.
Ivanow zmrużył oczy, obserwując patrol z kryjówki Kuzniecowa. Więc tak to rozegrali – w sumie nie powinno to nikogo zdziwić, nazwisko Hiwatari otwierało każde drzwi i każdą głowę w Moskwie. Jeśli Kai chciał wprowadzić na ulice miasta przygotowywanych od dawna przez jego dziadka i Balkowa żołnierzy, potrzebował jedynie dobrej wymówki.
A ta się przecież pojawiła.
– Wszyscy są połączeni? – spytał Ivanow, wciąż wpatrzony w grupę prawdopodobnie dawnych znajomych.
– Z tego, co wiem, nie, w końcu pierwotny plan w ogóle tego nie zakładał, bo nie wiedzieli, że to możliwe. Pewnie będą sukcesywnie nad tym pracować.
Jurij wycofał się za załom, uznając, że widział dość. Zmełł w ustach przekleństwo, otarł pot z czoła. Takie upały naprawdę powinny zostać zakazane.
– Tak myślałem – mruknął. – Oddziały na stadionie były mieszane.
– Balkow wyrzucił trochę śmieci.
– Też mi to tak wyglądało. Chciał tylko obsikać teren, zaznaczyć, że go nie zaskoczę. – Opadł plecami na ścianę, splótł ręce na piersi w całkiem znajomym Kuzniecowowi odruchu. – Kurwa…
– Nie poszło po twojej myśli. – Borys uniósł kącik ust w krzywym uśmiechu, a jego szare oczy błysnęły złośliwie.
Z takimi reakcjami z jego strony należało się po prostu liczyć i nie barć ich osobiście. Po parunastu latach znajomości to wchodziło w krew.
– Nie. Nie poszło. Dlatego tu jestem. Chcę wiedzieć, jak bardzo się zjebało.
– Póki nie mają ciebie, nie jest beznadziejnie.
– Mają Miguela.
– Kogo? – Borys uniósł brew bez zrozumienia.
– Miguela. Nietoperka.
– A, tego. I…?
– To długa historia.
– Mhm. Tak czy inaczej, nie możesz tam po prostu wparować – Borys wzruszył ramionami. – No, chyba że zamierzasz dać sobie założyć diamentową obróżkę i wsadzić do różowej torebuni pana prezesa.
– Zamierzałem załatwić to po cichu.
Kuzniecow parsknął.
– Po cichu? Ty? W jakim świecie żyjesz, stary!
Jurij zacisnął usta daleko za granicę bólu.
– Od „po cichu” byliśmy my, ja i Ivan – mówił dalej Borys. – I tak, próbowałem załatwić to po cichu. Myślisz, że noszę ją dla ozdoby? – Wskazał brodą na snajperkę. – Miałem już nawet Kaia na muszce. I nie mogłem, kumasz? Po prostu nie mogłem nacisnąć spustu. Jakby mnie coś trzymało.
Jeśli Kuzniecow mówił coś takiego, nie mógł mieć na myśli sentymentów ani wyrzutów sumienia, bo zwyczajnie ich nie posiadał.
Mówiłam.
– Co masz na myśli? – Jurij stłumił dreszcz niepokoju.
– Chciałbym wiedzieć. Ale nie wiem. Może on już trzyma nas na smyczy, Sabaka. Może dlatego jest taki spokojny.

*

Niedoświetlone, brudne pokoje, sala ćwiczeń przypominająca bardziej salę tortur, wybetonowany plac zamiast zieleni i choćby jednej głupiej huśtawki. Lavalier nie mógł uwierzyć, że można było spędzić w tym miejscu choćby pół roku i nie zwariować. Zresztą dowodów na powszechne tu szaleństwo znajdował aż nadto. Wyskrobane na murze frazy, których nie potrafił odczytać, porzucony konik z oderwaną głową i wystającym z szyi pogiętym widelcem, dochodzący zza ściany bardzo młody, a jednak przerażająco okrutny śmiech.
Próbował wyrzucić te obrazy z pamięci i nie porównywać, choć faktycznie jego dzieciństwo wydawało się teraz bajką. Nie porównywać, bo Barthez tego właśnie chciał – po raz kolejny wzbudzić w nim wstyd za to, co w życiu dobre, i poczucie winy za to, że przecież nic z tych rzeczy mu się nie należało, bo nie był ani trochę lepszy od dzieciaków trafiających tutaj – wręcz przeciwnie, przecież one to wytrzymywały.
To zawsze w prosty sposób otwierało dostęp do jego głowy. I przed trzema laty, kiedy dał sobie wmówić, że jeśli się wychyli, wszyscy pójdą na dno, i wcześniej, jeszcze przed erą Bartheza, choć wówczas nikt nie wykorzystywał tego tak sprawnie. I teraz, gdy jedyne, o czym był w stanie myśleć, to niezmazywalne piętno mordercy.
Dokądkolwiek właściwie dążył były trener, cokolwiek nie leżało u kresu tej drogi, jedno udało się osiągnąć na pewno – Miguel zaczynał rozumieć. Sam odpowiedział sobie na dawno temu zadane w studio u Leonor pytanie: dlaczego akurat dzieci? Dlaczego to one walczą na arenach, a nie silniejsi i lepiej przygotowani psychicznie dorośli?
Nikt nie panował nad bestiami i nikt nad nimi nie panuje. Nawet wszechpotężny Voltaire Hiwatari nie był najwyraźniej w stanie tego osiągnąć, skoro potrzebował aż trzech różnych kanałów, żeby to wszystko ogarnąć i uporządkować. Ale łatwo jest zapanować nad dziećmi. Zastraszyć je, zamknąć w takich ośrodkach jak ten lub ogłupić pogadankami o dążeniu do doskonałości i sportowym duchu, a w międzyczasie formować tak, by były posłuszne.
Dlatego tak bardzo bali się buntu. Balkow, obaj Hiwatari, Barthez. Nigdy nie przerażały ich same bestie, a tylko to, że stracą nad nimi pośrednią, ale w praktyce jedyną władzę.
– Żeby blader był naprawdę skuteczny, zdolny do intuicyjnego współdziałania z bestią, trzeba znaleźć odpowiedniego dzieciaka – kontynuował Jean-Paul, prowadząc go przez halę pełną dziwnego sprzętu i wysokich po sam sufit pustych szklanych rur. – To pracochłonne i frustrujące, w dodatku nigdy nie ma stuprocentowej pewności, że coś z tego będzie. Kształtujecie się w interesujących nas obszarach do dwunastego roku życia. Czyli długo. A jeśli już nawet zaskoczy – mężczyzna zmierzył podopiecznego znacząco – odpowiedni dzieciak dla bestii nie musi oznaczać odpowiedniego dla nas. Balkow zawsze wierzył, że można odwrócić ten proces i zoptymalizować dobieranie w pary. Że można dostrajać bestie do odpowiednich rekrutów, nie na odwrót. I udało mu się. Tutaj. – Chuda dłoń wskazała zdewastowane, najpewniej przeniesione w inne, bezpieczniejsze miejsce laboratorium. – Tu powstały Wolborg, Falborg, Seaborg, Wyborg i wiele innych potężnych bestii, których główną zaletą jest to, że są, cóż, posłuszne. Czekają tylko na rozkaz.
Miguela bardzo kusiło, żeby zapytać, co to dokładnie oznacza, ale milczał. Wiedział, że nie powinien spodziewać się prawdy, a jeśli już, to prawdy odpowiednio podanej.
W końcu przez lata to działało znakomicie.
Kiedy odkrywa się źródło niewyobrażalnej mocy, są tak naprawdę dwie opcje: ukryć je i naiwnie liczyć na to, że sprawa nigdy się nie wysypie, albo pokazać, ale tak, by nikt nie zorientował się, na co właściwie patrzy. Oni – kimkolwiek właściwie „oni” byli, bo przecież Barthez miał status blotki – wybrali po prostu to drugie. Rosło już kolejne pokolenie, dla którego mecze beybladeingowe stanowiły praktycznie codzienność, a nikt nie zadawał głośno tak wielu narzucających się pytań.
– I co o tym sądzisz? – Mężczyzna zwrócił się nagle bezpośrednio do niego.
Nie odpowiedział, przez chwilę nie do końca pewien, o co właściwie trener go pyta. Wciąż jeszcze zanurzony we własnych myślach, omal nie wypowiedział ich na głos. A potem nagle niebo za oknem rozbłysło od pioruna i po jego plecach przeszedł dziwny dreszcz.
– W takim razie schodzimy niżej, na piątą kondygnację piwnic. Pokażę ci coś jeszcze.

*
– Wszyscy są z tobą? – spytał Borys, odstawiając na bok deskę, którą zastawił wejście do swojej nory.
– Nie, tylko Siergiej. – Jurij schylił się w progu. Nie skomentował tego, co zobaczył. Barłogu, rzuconych w kąt butelek po wódce, niedojedzonej konserwy. Wiedział w końcu, jak bywa. – Z naszych. Poza tym jest jeszcze spora grupa z przypadku.
– Hm, czyli Ivana nie ma.
– Nie.
– Tego się obawiałem. Właź, rozgość się. – Borys wskazał ręką swoje królestwo. – Czym Moskwa bogata. Za rogiem jest burdel, ale nie polecam. Wódka…
– Nie piję – uciął szybko Jurij.
– Co? Oj.
– Czego się obawiałeś? – Ivanow zmienił temat.
– Że kurdupel nie będzie lojalny. – Kuzniecow wzruszył ramionami. – Nie wiem, czy już siedzi z Kaiem, czy się gdzieś szlaja, ale znasz go. Nawet jeśli się szlaja, to nigdy nie zbyt długo. Wie, gdzie się zaczepić i jak wślizgnąć. Z nas wszystkich zawsze wiedział najlepiej. – Borys roześmiał się gromko. – A myśmy go zastąpili Kaiem!
Jurij milczał, oparty o ścianę, zatopiony w myślach.
Tak, zastąpili go Kaiem. Właściwie trudno powiedzieć dlaczego. Och, jasne, można było dalej trzymać się tej wersji o motywacji, ale – tak na dobrą sprawę – kto zaufałby nawet najbardziej zmotywowanemu Hiwatariemu? To nigdy nie miało za grosz sensu. Nigdy.
On was po prostu przyciąga.
– Zamknij się wreszcie!
– Niczego nie mówiłem – zauważył Borys.
– Przecież to nie do ciebie!
Kuzniecow uniósł brew.
– Mhm.
Do Jurija szybko dotarła niezręczność sytuacji.
– Kurwa…
Spodziewał się wybuchu śmiechu, czekał na to, ale Borys pozostał niepokojąco poważny.

*

– …Wadim Rybakow, lat dwadzieścia trzy, Apolonin Lebiedjew, lat dziewiętnaście, Żora Morozow, lat szesnaście… I od początku.
– Nie, proszę, nie…
Barthez się zlitował, wreszcie, za szóstym albo siódmym razem, ale uporczywy głos wewnątrz czaszki wciąż powtarzał te nazwiska. Ale nie ich – nie spisanych na straty podopiecznych Opactwa, którzy przez zapadnie dostawali się tu, na ostatnią kondygnację, których szczątki leżały w przerażających pozycjach, którzy próbowali się ratować, których krew czerniała na ścianach, czasem układając się w mdłym świetle latarki w litery i liczby.
Ich nazwisk nikt już nie pamiętał.
– Widzisz, kim jesteś?! – Mężczyzna dopadł do niego nagle, chwycił za ubranie i szarpnięciem podniósł z klęczek. – Mordercą, Miguel! Zwykłym, parszywym mordercą! Gorszym niż oni tutaj! Ich zmuszono! Grożono realną śmiercią! Wytresowano! A ty?! Co ty masz na swoją obronę?!
Dławił się szlochem, niczego już nie widząc. Ani Bartheza, ani zwłok.
Niczego, prócz obrazów ze stadionu.
Jurij zabronił mu się rozglądać. Ale potem…
Francuz pchnął go na ścianę, po której Miguel spłynął zupełnie bezwładnie, zbyt wyczerpany i oszołomiony, żeby chociaż próbować się bronić.
…potem było ich pięcioro. Atakowali, ale Gargoyle napędzany desperacją stawał się niemal niewrażliwy na ciosy. W dodatku zakazano im go zabijać, a przecież wystarczyłby jeden dobrze wycelowany cios. Potrafili znacznie więcej, szkoleni tu, w zimnych murach Opactwa.
Zrozumiał to na ułamek sekundy przed tym, jak doprowadził do ich śmierci. Nie miał już szans się zatrzymać. Próbował, ale osiągnął tylko tyle, że znokautował również samego siebie. Upadając, słyszał krzyk bólu i niedowierzania, czuł swąd palącego się białka.
I teraz był tutaj.
W piekle. Tu, gdzie zawsze było jego miejsce.
– Zasłużyłeś na karę, Miguel – usłyszał nad sobą okrutną, ale prawdziwą diagnozę.
– Wiem – przyznał słabo, nie mając nawet odwagi spojrzeć na Bartheza, na człowieka, któremu przecież tak wiele zarzucał i bez wahania nazywał złym.
Znów wszystko się pomieszało.
Może Miguel nie był winny tego, że mu się poszczęściło i jako Argentyńczyk, nie Rosjanin nigdy tu nie trafił. Może nie był winny tego, że choć stare i poniszczone, jako dziecko miał i zabawki, i książki, i zwyczajną nocną lampkę przy łóżku. Ale na pewno był winny śmierci konkretnych ludzi z ich imionami, nazwiskami i przeszłością. Od tego ani nie potrafił, ani nie chciał uciec.


Opactwo, 2009
– Masz?
Kai przytaknął, po czym sięgnął do kieszeni. Wyjął z niej gumę do żucia. Zwyczajną, różową balonówkę, za którą można było tu zginąć. I to bynajmniej nie z rąk Proktowicieli, a za taką – kompletnie nieużywaną – już zwłaszcza.
Jurij odebrał od niego pakunek szybkim ruchem, jakby bał się, że ktoś może zauważyć, że mu zależy, a potem, jeszcze szybciej, odwinął papierek i wpakował sobie smakołyk do znów rozbitych ust.
– Na jak długo przyjechałeś? – spytał.
Hiwatari wzruszył ramionami.
– Tydzień, może dwa – odparł. – Dziadek pilnuje, żebym nie przebywał tu za długo.
Jurij parsknął.
– Żebyś się nie zchamił.
– Może.
Siedzieli na zewnątrz, na kamiennych schodach i Kai czuł, jak mróz wżera mu się w pośladki. Nie wstawał jednak. Skoro Ivanow nie narzekał, on również nie powinien – nie chciał stracić jego szacunku.
Czasem, choć ganił się za te myśli, wyobrażał sobie, że będą rządzić tym wszystkim razem – on na fotelu prezesa, a Jurij po jego prawicy. Mimo swoich trzynastu lat wiedział jednak, jak będzie to trudne. Pan Balkow i dziadek wiele razy już powtarzali mu, że wychowankowie Opactwa to tylko narzędzia. Że to ołowiane żołnierzyki, które kiedyś dostanie do zabawy.
Według tej wersji wcale nie powinien się z nimi kumplować i szmuglować gumy do żucia. Według tej wersji nie powinien robić wielu rzeczy.
– Słyszałem… – odchrząknął. – Słyszałem, że…
Jurij spojrzał na niego tak, że natychmiast zamilkł.
– Niczego nie słyszałeś.
Kai po prostu przytaknął.
Ale wiedział. Wiedział, że Ivanow naprawdę planuje wagary, zwiać na kilka dni, zobaczyć świat za murem. On i jeszcze kilku innych chłopaków, w tym Borys, z którym tu trafił, kiedy Hiwatari miał ledwie dwa lata. Martwił się, bo wiedział, że to się zwyczajnie nie uda.
– Wiesz… – Jurij wyciągnął przed siebie nogi i ostentacyjnie nadmuchał balona z gumy, jakby nagle przestało go obchodzić, czy ktoś może to zobaczyć. Starszy o cztery lata, bezczelny i utalentowany, wydawał się Kaiowi naprawdę kimś. – Jest tylko jedna rzecz, której oni naprawdę się boją. Nasze nieposłuszeństwo. Chcę wiedzieć, dlaczego.
– Wkładasz palce do kontaktu – szepnął Hiwatari, z niechęcią myśląc, że to, co kotłuje się pod jego żołądkiem, to może być strach.
Jurij spojrzał na niego bez cienia zrozumienia.
– Ryzykujesz.
– Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa.

*

Dwa dni później Jurij Ivanow klęczał na śniegu, zaciskając zęby i starając się nie krzyczeć. Ukruszył wtedy oba kły, a blizny z pleców nigdy nie zniknęły.
W przeciwieństwie do długich, błękitnych siniaków znaczących jego twarz. O tych zapomniał już po paru tygodniach.
W przeciwieństwie do Kaia.
– Chłopcze, co ty masz na twarzy? – parsknął Ilja Balkow, gdy młody dziedzic opuszczał Opactwo na rozkaz dziadka, komentując namalowane na policzkach niebieskie pasy.
Nie odpowiedział.
Nigdy nikomu nie odpowiedział.



Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 05 września 2016, 13:54

XXIV

THAT’S A NICE EVERYTHING YOU HAVE THERE. BE A SHAME IF SOMETHING HAPPENED TO IT
Towarzyszył mu tłum, a jakże. Znów był celebrytą, znów bez trudu rozpoznawano jego twarz na ulicach, znów powtarzano jego imię, częściej może nawet niż nazwisko, a to przez idiotyczne skojarzenie.
„Kim naprawdę jest chłopiec z odłamkiem lodu w sercu?” – zapytała jedna z gazet i tak się przyjęło.
Bano się go i wiedział o tym. Dziennikarze śledzili każdy jego krok i usiłowali przewidzieć następne posunięcia, ale to ich i społeczeństwo miał teraz na muszce. Udzielił paru wywiadów, dał się sfotografować w kilku kluczowych momentach, złożył oficjalny hołd ofiarom tragedii, a potem jeszcze pozwolił przyłapać się na samotnej modlitwie w pobliskiej cerkwi.
Ale najważniejsze miało nastąpić teraz.
– Panie Hiwatari, proszę tędy.
Podążył we wskazanym kierunku, wprost do sali, w której leżał jeden z poszkodowanych. Chłopiec lat dwanaście, mały piegowaty wypłosz, stąd, z Moskwy, od zawsze marzący o tym, że kiedyś stanie na arenie.
Idiota. Tak poza tym cierpiący również na białaczkę. Pozwolenie na oglądanie meczu otwarcia z trybun miało go zmotywować do walki z chorobą. Tymczasem ledwie uszedł z życiem, wyciągnięty spod gruzów nieomal w ostatniej chwili.
– Witaj, Andriej. – Kai przywołał na usta uśmiech. Za każdym razem, kiedy to robił, odnosił wrażenie, że odpadnie mu twarz, ale efekty były podobno coraz lepsze.
Tak jak się spodziewał, odpowiedziały mu głównie rozszerzone do granic możliwości oczy i bezradnie powtarzające jego nazwisko usta. Chłopiec poruszył się na łóżku, cały się trzęsąc z przejęcia, a kamera rejestrowała każdą kroplę potu na jego skroni. W tle wzruszona matka ściskająca małą, bladą dłoń, medyczna aparatura, zmartwiony lekarz.
– Panie Hiwatari, to dla nas zaszczyt – powiedziała drżącym głosem kobieta, patrząc to na syna, to na Kaia. Pulchna, o typowo słowiańskich rysach.
Dobrze.
Bardzo dobrze.
– To zaszczyt dla mnie, móc odwiedzić tak dzielnego młodego człowieka – powiedział Hiwatari, przysiadając na brzegu łóżka i, przełamawszy obrzydzenie, potarmosił lekko grzywkę chłopca. – Wyrośnie z ciebie wspaniały wojownik.
– Proszę pana, ja…
Uciszył dzieciaka gestem, który w zamierzeniu miał być przyjazny, ale wyszedł chyba ostro.
– Jeszcze nic nie jest stracone – powiedział Kai. – Mam coś dla ciebie.
– Taaak…? Cooo…?
Pochylił się, ponownie uśmiechnął.
– Zdrowie – wyszeptał, a moc czarnego feniksa już spływała po jego ramieniu.
Chłopiec szarpnął się, gdy wreszcie dosięgnęła jego ciała, wybałuszył oczy, krzyknął krótko.
– Andriej! – zawołała matka i wzięła go w ramiona, ale nie poddał się jej uściskowi, nagle zesztywniały, zmrożony szokiem.
Tymczasem bestia przepływała przez jego tkanki, paląc to, co chore, i odradzając w popiołach. Tak, to nie było przyjemne.
Któż inny mógł wiedzieć lepiej od Kaia, że to nie było przyjemne.
– Ratujcie go! – wrzeszczała matka chłopca, ale lekarz miotał się bezradnie, a kamerzysta tkwił nieruchomo, zbyt zaaferowany zdobywanym właśnie doskonałym materiałem.
Chłopcem zaczęły wstrząsać drgawki, z ust pociekła stróżka śliny, na czoło wystąpił pot, aż wreszcie kręgosłup wyprężył się, do reszty wyrywając go z objęć kobiety. Jeszcze tylko trochę. Jeszcze parę komórek.
Wreszcie pacjent opadł bezwładnie w ramiona matki, dysząc ciężko, a po jego twarzy spływały pierwsze łzy szoku i bólu.
– Co mu zrobiłeś?! – krzyknęła wściekle kobieta i byłaby rzuciła się na Kaia, gdyby nie ściskała drżącego z wysiłku i cierpienia syna.
– Uzdrowiłem go – odparł Hiwatari spokojnie. – Niech odpocznie. Potem może opuścić szpital. – Odwrócił się i ruszył ku wyjściu, ale przystanął w ostatniej chwili i dawnym gestem raz jeszcze spojrzał przez ramię na tych, których zostawiał za plecami. – Na zawsze.

*

– Dziś – mówiła spikerka – na ulice Moskwy wymaszerowały pierwsze patrole Gwardii Feniksa. Jednostki nie będą ingerować w porządek i kompetencje straży miejskiej, ich zadaniem jest jedynie chronienie obywateli przed tak zwanymi połączonymi, byłymi zawodnikami beybladeingu opętanymi przez bestie.
– Kurwa! – ryknęła Hiromi, w ostatniej chwili powstrzymując się przed przyłożeniem pięścią w ekran małego turystycznego telewizora, który Retha wygrzebała na jednym ze złomowisk i ustawiła w tymczasowej kryjówce. Oczywiście śnieżył i uciekały z niego kolory, ale dało się śledzić serwisy informacyjne, a o to w gruncie rzeczy chodziło.
– Funkcjonariusze będą patrolować ulice w oparciu o porozumienie rządu z prywatnym konsorcjum rodziny Hiwatari. Jednocześnie informujemy, że od jutra obowiązywać będzie godzina policyjna zaczynająca się o dwudziestej pierwszej, a kończąca o szóstej rano. W godzinach popołudniowych spodziewany jest oficjalny komentarz obu stron.
– Opactwo – stwierdził Siergiej pozornie beznamiętnie, po czym sapnął jak niedźwiedź. Już wcześniej był w paskudnym humorze przez wyjście Jurija, po telewizyjnym komunikacie zaczął zbliżać się do granicy, za którą być może dałoby się to wyczytać z jego kamiennej twarzy.
– No tak, to ma sens – syknęła Hiromi. W głowie wciąż jeszcze huczały jej powidoki rozmowy z Mao, w sumie tylko ze względu na wieści o niej tu przyszła, a już musiała przestawić się na myślenie o innych sprawach. – Ci zaginieni z ośrodków wojskowych.
Petrow przytaknął. Wymruczał coś po rosyjsku, ale na tyle cicho, by Tachibana nie zrozumiała ani słowa.
– Naprawdę. – Zaciągnęła się papierosem, by ukryć drżenie dłoni. – Może się spieprzyć jeszcze coś?
– Może – burknęła Retha. – Jeśli Jurij nie wróci w przeciągu następnej doby.
– Trzeba było jednak iść z nim… – mruknął Siergiej bardziej do siebie i zapatrzył się na zdarte czubki butów.
– Ta? I dać sobie odstrzelić łeb? Przecież poszedł na ślepo, niczego nie wie, po prostu puściły mu nerwy.
Zapadła ciężka cisza, zakłócana jedynie reklamą proszku do prania i pstrykaniem łusek od nasion słonecznika.
– Przestaniesz wreszcie?! – zirytowała się Hiromi.
Mhalangu jedynie uniosła brew, ale nie przestała.
– Kurwa!
– Boże, to też ci przeszkadza? – westchnął rozwalony na kocu, układający pasjansa z etykiet po konserwach Claude.
– Nie wtrącaj się.
– Wszystko ci przeszkadza.
– Wcale nie!
Tachibana warknęła i opadła ciężko na zdewastowany fotel. Jęknął, jakby miał tego nie znieść, ale jakimś cudem wciąż trzymał wszystkie trociny w kupie. Nie licząc tych, które już wcześniej osypały się na podłogę.
– Czy to efekt kabinowy? – Tavarez wziął do ręki jeden z papierków i zaczął oglądać dokładniej, jakby nagle znalazł tam coś ciekawego albo nauczył się czytać po rosyjsku.
– Efekt kabinowy to ja ci dopiero mogę pokazać, gąsko – syknęła Retha.
– Ma ktoś do powiedzenia coś merytorycznego? – Siergiej podniósł głos tylko trochę, ale wobec faktu, że zwykle mówił cicho i dysponował głębokim basem, musiało zrobić to wrażenie. – Nie? Dziękuję.
Cisza trwała dobre dziesięć minut.
– Przynajmniej wiemy, że nadal nie mają pojęcia, czego się po nas spodziewać – zauważyła w końcu Mhalangu.
– To raczej zagrywka pod publiczkę – sprostowała Hiromi, splatając ręce na piersi i bardzo starając się ignorować pstrykanie łusek. – Kai wyciera dupę wami, ale tak naprawdę chodzi tylko o to, żeby w odpowiedniej oprawie wyprowadzić na ulice swoich ludzi. Nie zdziwię się, jeśli się okaże, że mają inny cel.
– Jaki?
– Jeszcze nie wiem, ale się dowiem. Czy raczej: znam kogoś, to będzie potrafił się dowiedzieć. Mystelowi dobrze zrobi, kiedy dostanie coś do roboty.
– Nie wierzę, że ty to mówisz – przyznał Siergiej.
Tachibana wzruszyła ramionami.
– Było nie było, znam go najlepiej – odparła. – Jakoś się już trzyma na nogach. A jeszcze kilka dni gnicia w łóżku i zacznie śpiewać kirgiskie przeboje deathmetalowe. – Hiromi sięgnęła po dzieloną z Claude’em paczkę papierosów. – Wieczorem podrzucę zapas – obiecała Peruwiańczykowi, wyjmując dwa skręty, a po chwili zastanowienia także trzeciego. – Tylko dajcie mi nowy adres.
– Jak tylko się upewnię, że kontakt jest czysty, a skrzydlaty obczai teren – przytaknęła Retha. – Będzie w skrzynce na listy.
Tachibana przytaknęła i podniosła się z brudnego dywanu.
Była już za drzwiami, kiedy uświadomiła sobie, że sensacja wspinająca się w górę kręgosłupa aż do podstawy czaszki, to atak paniki.
Jak długo jeszcze? – zapytała samą siebie. Jak długo będą w stanie tak uciekać? Jak długo ona sama zdoła zachować czujność i nie dać się wyśledzić?
Odpowiedź była aż nadto oczywista.

*

MingMing pociągnęła kolejny łyk drinka przez zakręconą słomkę. Piła coraz szybciej, coraz bardziej przekonana, że jeśli w przeciągu najbliższej godziny nie złoży się pod stołem, zwyczajnie kogoś zamorduje.
O dziwo, powodem jej stanu wcale nie był Kenny, choć oczywiście irytował jak zawsze tym swoim głosikiem kastrata i żartami, których nikt nie rozumiał, a które nieodmiennie kwitował nerwowym śmiechem. Owszem, siedział o jakiś miliard metrów za blisko w swojej najlepszej flaneli, ale poświęcał jej nienaturalnie mało uwagi. Od dłuższego czasu bawił się różowym flamingiem, gmerając w drinku, aż roztopił się cały lód. Milczał i nie wyglądał, jakby zamierzał rozpocząć jakąkolwiek konwersację przez następny tydzień.
To ostatnie MingMing jak najbardziej odpowiadało – przynajmniej mogła udawać, że wcale nie przyszła tu z nim albo że to jej młodszy i trochę biedny życiowo brat.
Był taki, odkąd dopuszczono go do Takao.
Mniejsza o to, MingMing wysiorbała z dna resztę niebieskiego drinka. Miała zadanie do wykonania. I to właśnie ono tak ją frustrowało. Czy może bardziej – naciskający na wyniki Kai. Nie docierało do niego, że warunki nie są sprzyjające i to może trochę potrwać. Chciał wszystkiego na już, teraz, a jeszcze lepiej na wczoraj.
Koreanka westchnęła i oparła policzek na ręce.
– Może po prostu wrócimy? – rzuciła do Saiena, ale patrząc przed siebie, tak, że mogłaby mówić właściwie do kogokolwiek.
Nie odpowiedział.
– Kenny.
Poprawił okulary, raz jeszcze zakręcił różowym flamingiem.
– Nie wiem… – pisnął. – Może?
– Wezwij szofera.
– Mhm.
Ześlizgnęła się z barowego stołka. Zamierzała poczekać na Kenny’ego przed lokalem. Na pewno nie chciała z nim wychodzić. Jeszcze by ją wziął pod rękę.
Co prawda nie było tu wielu ludzi, bo imprezę mocno ograniczono ze względu na bezpieczeństwo gwiazdy, a wszystkim skonfiskowano sprzęt mogący służyć do rejestracji dźwięku lub obrazu, ale zawsze istniało ryzyko.
Ledwie znalazła się na schodach, zadzwonił telefon.
To naprawdę nie było na jej nerwy.
– Halo! – warknęła.
– Wiesz, po co dzwonię.
– To naprawdę nie jest odpowiedni moment – syknęła. – Kurdupel cały czas jest w szoku.
– Chcę mieć pewność, że będzie względem mnie lojalny.
– To naucz się być mniej upierdliwy, Hiwatari!
Rozłączyła się, wcisnęła telefon do wysadzanej diamentami torebki.
Po chwili dołączył do niej Kenny i bez słowa wsiedli do limuzyny. MingMing automatycznie odwróciła wzrok do okna, próbując zapomnieć o obecności Saiena.
– Jak to się stało…? – szepnął niespodziewanie i dotarło do niej, że musiał się jednak spić. – Takao…
– Wszystko będzie dobrze – sięgnęła po uniwersalną odpowiedź, co było błędem, bo poczuła na sobie jego wzrok.
– Nie wierzysz w to – mruknął.
Tak naprawdę mnie to nie obchodzi, chciała odpowiedzieć, ale po raz kolejny w przeciągu ostatniego tygodnia ugryzła się w język.
– Posłuchaj mnie, Kenny…
– Nie wierzysz. Nikt nie wierzy. Od początku nikt nie wierzył.
Westchnęła i opadła czołem na szybę.
– Nie rozumiem, jak to się stało – kontynuował Saien. – Wszyscy go lubili. Czasem był bardzo głośny i zbyt entuzjastyczny, ale tak naprawdę nie wyobrażaliśmy sobie, że mogłoby go zabraknąć. Jest egoistą, tak, może nawet zwyczajnym dupkiem, ale jestem przekonany, że gdyby komuś z nas groziło niebezpieczeństwo, nie wahałby się ani przez moment. I kiedy to jego spotkało nieszczęście… nagle okazało się, że nie ma nikogo. Nikogo, rozumiesz, MingMing?
Jednak na niego spojrzała. Utkwił szklany wzrok w zagłówku przedniego fotela i nie mrugał, a do niej niespodziewanie dotarło, że pierwszy raz, odkąd go poznała, słyszy z jego ust coś osobistego. Zamknięto ją w tej blaszanej pułapce nie z psychofanem, a zmęczonym i przybitym chłopakiem, który prawdopodobnie potrzebował poklepania po plecach, a nie kusej spódniczki obok.
– Ludzie to świnie – powiedziała, wzruszając ramionami. Nie zamierzała być niczyim misiem do wypłakiwania. – Nie można na nich liczyć. Lepiej sobie weź tę lekcję do serca.

*

– Proszę państwa, mamy już oficjalne wyniki badań – mówił rzecznik szpitala głosem, który pod pozorem spokoju skrywał delikatne drżenie. – To bez wątpienia cud. Chłopiec został uzdrowiony, nie znaleziono chorych tkanek.
Kai niemal uśmiechnął się do siebie.
Niemal.
Podrapał za uchem Burą, która przyszła poocierać mu się o nogi, pociągnął łyk kawy z firmowego kubka i opadł na oparcie fotela, pozwalając chronicznie spiętym plecom nieco odpocząć.
Tylko na chwilę, bo nie mógł pozwolić sobie teraz nawet na moment nieuwagi. Owszem, wreszcie miał wszystko pod kontrolą. Wreszcie wydarzenia toczyły się po jego myśli, ale w swoim ledwie osiemnastoletnim życiu widział już dość, by nie ufać fortunie. Za żadne skarby nie zamierzał dołączyć do tych, którym noga podwinęła się, bo za wysoko zadarli głowę.
Jak Balkow na przykład, wciąż zmuszany do odbudowywania reputacji po porażce z BEGA. Jak Takao Kinomyia zamknięty w laboratoryjnej probówce, opuszczony przez dawnych przyjaciół i zepchnięty na margines. Jak Jurij Ivanow, nieradzący sobie w świecie bez kagańca i łańcucha. Jak Jean-Paul Barthez, który nacisnął o raz za dużo i za mocno, przekraczając granicę między zastraszeniem a budzącym desperację przyparciem do muru. W końcu zwierzyna została dopiero nagoniona, nikt jeszcze nie rozszarpał jej gardła. Tak naprawdę mogło zdarzyć się wszystko.
Kai wyciszył konferencję prasową i spojrzał na plan miasta z zaznaczonymi na czerwono przez Brooklna kryjówkami połączonych. Wiedział, że trzymają się względnie razem. Jaki mieli wybór? Musieliby być skończonymi głupcami, żeby pozwalać sobie teraz na animozje. Wiedział też, że niecałą dobę temu Jurij odłączył się od stada i teraz szlajał samotnie po Moskwie, zapewne tuż obok, pod budynkiem Biovoltu, na oślep szukając zemsty, ale wmawiając sobie coś innego.
– Kogo ty oszukujesz, sabaka? – westchnął Kai, zerkając przelotnie w stronę oszklonej ściany.
To jednak także było Hiwatariemu na rękę. Wystarczyło podrzucić trop, żeby wypłoszyć ich wszystkich z nory, a planował przecież znacznie więcej. Planował dać im to, czego się domagali.
Krew oprawców.

*

Takao nie robił postępów. Nic się nie zmieniało. Mijały dni, mijały godziny frustrujących obserwacji, ale nawet wrażliwa aparatura nie odnotowała najmniejszego drgnienia parametrów.
To było beznadziejne.
Kenny przetarł zaspane oczy – po wypadzie z MingMing do klubu nie zdołał zdrzemnąć się nawet na chwilę, wciąż rozpamiętując to, co mu powiedziała w samochodzie. Nie chciał jej wierzyć. Ani w to, ani w żaden inny cyniczny osąd, którymi od tygodnia, odkąd spotkał ją w USA, sypała jak z rękawa, znajdując wytłumaczenie dla każdego absurdu. Nie chciał jej wierzyć, ale jednak, kiedy patrzył na Takao, nie potrafił odegnać od siebie wątpliwości.
Rei, Hiromi – znali go, znali bardzo dobrze i uważali za swojego przyjaciela. Dlaczego nie starczyło im odwagi, żeby zrobić to, co zrobił Kai? Owszem, mieli skromniejsze środki, może zajęłoby to więcej czasu, może wymagało innego myślenia, ale mimo zapewnień, Kenny nie widział w ich działaniu niczego, co zmierzałoby do uwolnienia Kinomyi.
A jeśli on sam miał tego świadomość? Jeśli to stąd brała się złość i gorycz bez przerwy tuczące Dragoon?
Saien przytrzymał przycisk uruchamiający mikrofon.
– Hej, to znowu ja, Szef – powiedział, wymuszając uśmiech. – Tak sobie myślałem ostatnio… Może ci się tu nudzi, co? Chciałbyś czegoś? Obejrzeć film na przykład? Mógłbym ci coś podrzucić, wiesz, to nie problem, i…
Potężne uderzenie w szybę sprawiło, że Kenny odskoczył z krzykiem.
Takao darł ścianę palcami, szczerzył zęby i patrzył wprost na niego oczyma o pionowych, gadzich źrenicach. Patrzył z nienawiścią.
Odejdź!
Kenny usłyszał jego głos mimo nieaktywnego połączenia audio, zmieniony, zwielokrotniony i podszyty smoczym rykiem.
– Takao…
Odejdź!
Szyby zadrżały od potężnego huku. Ręka Saiena automatycznie podążyła ku przyciskowi alarmowemu, ale cofnął ją w ostatniej chwili. Przecież nie mógł mieć pewności, co zrobią ludzie Kaia.
Nie mógł mieć pewności, co zrobi sam Kai.
Niczego nie rozumieli i raczej nie mieli czystych intencji.
Mimo wszystko, MingMing się nie myliła – musiał przyjąć tę lekcję i wyciągnąć z niej wnioski. A te były takie, że mógł liczyć już tylko na siebie.
– Takao, to ja, Kenny. Poznajesz mnie? – Na kompletnie miękkich nogach znów zbliżył się do szyby. – Porozmawiajmy.
Próbował zobaczyć w tej wykrzywionej twarzy przyjaciela sprzed lat, nie zwracać uwagi na rozdęte nozdrza, wyszczerzone zęby, paznokcie zostawiające rysy na pancernym szkle i błyskającą na szyi gdzieniegdzie błękitną łuskę.
– Takao…
Kinomyia cofnął się gwałtownie, zatoczył i upadł, ściskając głowę oburącz.
– Takao!
Zostaw mnie, zostaw mnie, zostaw… – szumiało w głowie Kenny’ego jak rozpędzony nad morską tonią wiatr.
Poczuł drżenie w przełyku. I strach.
Ogromnie dużo strachu.
Kucnął przy szybie, wciąż opierając o nią dłoń.
– Wiem, zdradzili cię – szeptał, czując, jak zaczyna drżeć mu głos, jak napływają do niego łzy. – Zostawili. A teraz ja… tutaj… Za pancerną szybą… Takao, chcę cię uwolnić, słyszysz? Chcę to wszystko naprawić, po to tu jestem. Tylko… musisz ze mną współpracować. Oboje musicie, ty i Dragoon.
Oczy o pionowych źrenicach patrzyły na niego nieruchomo, w zewnętrznych kącikach różowiły się zalążki trzeciej powieki. Nikt jeszcze nie obserwował czegoś podobnego – tak wyraźnych fizycznych śladów jednoczenia się z bestią. Czy to naprawdę można było odwrócić? Czy Emily choć przez moment naprawdę w to wierzyła? Musiała mieć świadomość, że nic nie jest takie proste, jak się wydaje.
Droga biegła w zupełnie inną stronę.
– Takao, Dragoon, jestem tu dla was. Pozwólcie mi sobie pomóc, proszę.

*

– Cześć, Kapitanie Haku.
– Hej, Wendy.
Hiromi pocałowała Mystela w policzek. Wcześniej robiła to rzadko, zwyczajnie jej ten gest nie leżał, ale ostatnio przyłapywała się na tym, że wykorzystuje każdą okazję, byleby go dotknąć, upewnić się, że naprawdę tu jest i wyszedł z tego wszystkiego żywy.
Nie chciała się tak zachowywać i traktować go jak najcenniejszej zabawki z pudełka. Chciała, żeby było po staremu.
– Jak tam? – zapytał lekkim, konwersacyjnym tonem, jakby nic się ostatnio nie wydarzyło.
Siedział na łóżku i, zanim ją zobaczył, wyglądał na śmiertelnie znudzonego życiem, chociaż pozornie zajętego gazetą.
– Przypaliłam naleśnika, ale poza tym w porządku.
– Słyszałaś już wieści? – Wskazał na prasówkę.
– Które?
– O tym, że Kai jest świętym i cudotwórcą.
Prychnęła. Oczywiście, że słyszała. A także oblała się kawą, kiedy wybuchnęła śmiechem. Śmiała się tak długo, oparta o kuchenny blat, aż nie dotarło do niej, co to wszystko oznacza, i nie zmroził jej strach.
– Przejdziemy się? – zaproponowała.
Mystel spojrzał na nią z wdzięcznością, jakby naprawdę potrzebował kogoś, żeby ruszyć się z łóżka i oderwać od szpalt.
Może istotnie potrzebował.
Może to, co się stało, utkwiło w nim głębiej, niż Hiromi by chciała.
Może to był ten moment, w którym…
– Coś się stało? – pytaniem i dotykiem wyrwał ją z zamyślenia.
– Nic – wymusiła uśmiech. – Chodźmy.
Poruszał się już sprawnie, bez tej sztywności, która obserwowała przez kilka ostatnich dni. Powoli się przyzwyczajał, na ile to możliwe. I, co wydawało się w tej sytuacji paradoksalnie łatwiejsze, odzyskiwał siły.
Kiedy wyszli, objął ją lewym ramieniem i to także nie był gest dla nich oczywisty.
Może to ten moment – Tachibana wróciła do zarzuconej myśli – w którym należy uznać, że zabawa zwyczajnie się skończyła, bo nic nie będzie już takie samo.
Przygryzła wargi.
– Jednak jest coś na rzeczy – stwierdził Mystel.
– Nie na teraz. – Hiromi pokręciła głową. – Są ważniejsze sprawy. Wiesz, że się przegrupowaliśmy.
Kirgijczyk strzelił wzrokiem po okolicznych krzakach, jakby chciał sprawdzić, czy nikt się w nich nie czai i – cóż – tak właśnie mogło być w istocie. Albo stanowiło to tylko odruch szefa ochrony Biovoltu.
– Mówiłaś.
– Nie dość, że depczą nam po piętach, to zawsze nadchodzi taki moment po burzy, że albo dasz zespołowi nowe zadanie, albo stracisz go na zawsze. Potrzebuję właśnie nowego zadania, a nie wiem, czego szukać. Odcięto mnie od informacji, mam tylko to, co wszyscy. Oficjalne komunikaty, dzienniki, konferencje prasowe…
– Ale, w przeciwieństwie do tych wszystkich, potrafisz odpowiednio interpretować i wyciągać wnioski – zauważył Mystel.
Jak się okazało, niekoniecznie, chciała odpowiedzieć Hiromi, ale ugryzła się w język. To nie był moment, żeby użalać się nad sobą. Zresztą, jakkolwiek uważała, że ma powody i prawo do chwili słabości, niekoniecznie przecież większe od Mystela. Obojgu należała się cisza, spokój, butelka wina i duże łóżko.
– To za mało – powiedziała więc tylko. – Potrzebuję kogoś z wewnątrz, kogoś, kto wie, co się dzieje za drzwiami. Nie potrzeba mi wiele. Tylko wskazówek. Ogólnego kierunku. Rozumiesz?
Przytaknął.
– Chyba wiem, dokąd zmierzasz.
Tachibana odetchnęła z ulgą, że nie musi zbyt wiele tłumaczyć.
– Garland – powiedziała tylko. – To zawsze słabe ogniwo, a Kai niekoniecznie ma tego świadomość.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 05 września 2016, 14:40

XXV
PEOPLE WHO THINK THEY KNOW EVERYTHING ARE A GREAT ANNOYANCE TO THOSE OF US WHO DO

Emily naprawdę chciałaby móc powiedzieć coś więcej niż „nie wiem”. To po prostu nie było sprawiedliwe i jakkolwiek – jak na naukowca z krwi i kości przystało – York miała świadomość słabości takich abstrakcyjnych konceptów jak sprawiedliwość, nie oznaczało to, że nie będzie wkurzona.
I że nie będzie jej najzwyczajniej w świecie przykro.
Po raz kolejny przeglądała machinalnie cudem ocalone notatki, wyniesione z budynku Biovoltu tylko dlatego, że w pośpiechu wetknęła je między kartki kalendarza. Nie wszystkie były poczynione jej pismem, części w ogóle nie mogła odczytać, bo kiedy Miguel odpływał myślami nieco dalej, zaczynał potwornie bazgrać. Westchnęła, patrząc na brzydkie, koślawe litery i rysunki, które tylko w jego głowie miały jakiś sens.
– Brakuje mi ciebie – mruknęła, a potem nagle speszyła się, uświadomiwszy sobie, że powiedziała to na głos. Nikt nie miał szansy jej usłyszeć, bo była w pokoju sama, ale jednak zrobiło się jej głupio. Zatrzasnęła kalendarz wraz z notatkami.
Hiromi miała zapewne rację, mówiąc kiedyś, że Miguel się zmienił – trudno byłoby się nie zmienić na jego miejscu. York pamiętała jednak troskę, jaką otaczał Mathildę, gdy dawni rywale, połączywszy siły, przygotowywali się do walki z BEGA. Pamiętała też pobudkę sprzed parunastu dni, kiedy zasnęła z przepracowania na gabinetowej kanapie, a potem okazało się, że jest otulona kocem. Na stoliku czekały na nią rogaliki i kawa w termosie. W Miguelu nadal tkwiło więcej ciepła i pozytywnych uczuć, niż uważał za stosowne dla twardego, mocno stąpającego po ziemi lidera, za jakiego – mimo zmiany dosłownie wszystkich okoliczności – nadal chciał uchodzić. W tym wewnętrznym napięciu było coś specyficznie interesującego. Emily, przyzwyczaiwszy się do tego czy tamtego dziwactwa, powoli zaczynała rozumieć, choć w pierwszej chwili wieść o tym, że coś połączyło żywiołową Fernandez i zamkniętego w sobie kapitana Batalionu, wydała się jej absurdem. Zwłaszcza że przecież Julia go pokonała, w ostatnim meczu bezlitośnie punktując wszystkie jego braki na oczach dwudziestu tysięcy widzów. Jak ktoś taki mógł zakochać się w chłopaku znikąd, który nie dotrzymywał jej kroku?
Otóż najwyraźniej dotrzymywał, z tym że na innych polach i raczej za zamkniętymi drzwiami.
To po prostu nie było sprawiedliwe.
Lavalier był samoukiem, popełnił w swoim rozumowaniu kilka dość podstawowych błędów, które Emily musiała prostować, ale robił, co w jego mocy i to czyniło z niego lepszego asystenta niż Kenny. York miała wrażenie, że przez tę chwilę, kiedy dane im było pracować razem, osiągnęli więcej niż udało się przez wszystkie poprzednie miesiące. A także, że wypiła znacznie więcej kawy i zjadła znacznie więcej fast foodów, bo żadne z nich nie miało czasu dbać o takie przyziemne sprawy jak sen czy jedzenie, ale to zupełnie inna kwestia. W dodatku kładąca się teraz na całą sprawę cieniem sentymentalnego wspomnienia.
– No cóż. – Wstała, wygładziła spódniczkę. – Będziesz sobie musiała poradzić sama, Wiewióro.
Ruszyła do łazienki, gdzie chwilowo czekało na nią kolejne wyzwanie.
To zawsze było takie konfudujące – nakładanie mascary. Hiromi pokazywała jej kiedyś, jak to właściwie robić, ale Emily musiała z bólem serca przyznać, że akurat do tego talentu nie ma.
A teraz nie miała nawet czasu, bo ten straciła na bezsensownym przeglądaniu notatek na pięć minut przed egzaminem.

*

Zerknęła w lusterko taksówki, oceniając swój wygląd, i doszła do wniosku, że olśniewający to on nie jest. Twarz nieodmiennie zdradzała zmęczenie i ciężar ostatnich wydarzeń.
Akurat ten jeden raz, kiedy York zależało, żeby się prezentować.
Johnny co prawda uprzedził, że nie dzwoni tak do końca prywatnie i że na spotkaniu zamierza pogadać także o interesach, ale klucz stanowiło tu słowo „także”.
Zawsze było jakieś „także”. Po obu stronach zresztą.
Emily wybiegła z taksówki, przekonana, że się spóźniła – cholerne moskiewskie korki! – ale szybkie spojrzenie na zegarek pozwoliło jej się uspokoić, tym bardziej, że McGregor nigdy nie zjawiał się przed czasem. Podczas całej ich mocno rwanej znajomości, jaka zacieśniła się na osławionym bankiecie w Turandot, niejednokrotnie zdążyła się o tym przekonać.
– Emi!
I tak przybył wcześnie.
Wyglądał jak zawsze, trochę na snoba, a trochę szkockiego górala siłą wyciągniętego z pubu, swobodny w bardzo zaplanowany i stylowy sposób. York lubiła ten jego sposób bycia, tę bezpośredniość, fakt, że mogła walić prosto z mostu i w sam środek tarczy, o ile tarcza nie obejmowała krocza i splotu słonecznego. Tym razem jednak na widok Johnny’ego coś w niej zaprotestowało. Szarpnęło się i nie pozwoliło na szeroki uśmiech.
– Wreszcie – skomentowała.
– Wybacz, to…
– Tak, tak, wiem – skrzywiła się – protest hodowców patyczaków i mistrzostwa w składaniu origami, a jeszcze porwali cię ci cholerni kosmici. Chodź, nie traćmy czasu, bo jeszcze wrócą.
Ruszył przodem, jak zawsze, chociaż kompletnie nie miał pojęcia, dokąd iść.
– W lewo, Johnny.
– Mhm. Tak – odchrząknął. – Przecież właśnie skręcałem.
– Więc co cię sprowadza z powrotem do Moskwy? – spytała York, gdy przeszli parę kroków.
– Nowe fakty. – McGregor splótł dłonie za plecami. – No i liczyłem, że uda mi się złapać połączonych, kiedy przyjadą na mistrzostwa. A tu dupa.
Emily odchrząknęła i odwróciła wzrok.
– Tia… – mruknęła. – Nie masz pojęcia nawet jaka.
– Trochę słyszałem.
– A ja tam byłam. – York zacisnęła usta i ściągnęła brwi.
– Szczęście, że nic ci się nie stało – mruknął Johnny.
– Mi nie, ale mamy trochę ofiar w rejestrze. Gdybym dorwała gnojów, którzy do tego doprowadzili…
– Więc to nie Rei? – McGregor wydawał się autentycznie zdziwiony.
Emily prychnęła pogardliwie.
– Tak wam powiedzieli, co? Rei jest ofiarą w gruncie rzeczy – odparła. – Reakcja szokowa, pozwolił bestii przejąć kontrolę i wykorzystać swój gniew, tak przynajmniej wynika z relacji Mystela, a ja nie mam powodów, żeby mu nie wierzyć. Ale ktoś do tego doprowadził. Ktoś chciał, żeby to się stało.
– Balkow?
– Kai Hiwatari.
Prick!
– Minęło już dziesięć dni – Emily mówiła twardo, wciąż zmarszczona, coraz bardziej rozzłoszczona wspomnieniami – zdążyłam pozbierać informacje i jestem już niemal pewna. Boże, wiesz, jak Rei zgłupiał ze szczęścia, kiedy się dowiedział, że ten chuj żyje?! – wybuchła. – I tyle mu z tego przyszło! Ja pierdolę, przyjaźń jej mać!
– Emily…
Gestem zbyła wyciągniętą dłoń.
– Nawet nie próbuj wykorzystywać tego, że jestem w gorszej formie – syknęła. Przecież wiedziała. Johnny od początku nie krył się ze swoim zainteresowaniem jej osobą.
McGregor uniósł brwi, ale wówczas zabrzęczał telefon York.
– Hiromi – rzuciła Emily. – Że mam zadzwonić w wolnej chwili. Przypomnij mi. Rei chciał zadbać o dawnych kumpli – mówiła dalej już spokojniejszym, ale matowym głosem, który wielu brało za obrażony. – Chciał pomóc rodzeństwu Chen i wyciągnąć z tego gówna dawnych Breakersów. Ale go zdradzili. Kai i Kenny. Kumasz? – spojrzała wprost na Johnnego. – Tak z dnia na dzień dowiedzieć się, że ci, którym ufasz, to kutasy? No – prychnęła – a potem, tak żeby nie było za łatwo, zlądować w szpitalu w krytycznym stanie i po kilku dniach stracić nogę. Obudzi się, to będzie świętował, że ja pierdolę.
– Szkoda, że nie wiedzieliśmy o waszych planach – burknął McGregor, pakując ręce w kieszenie.
– I nawzajem – fuknęła York.

*

– I wreszcie nadszedł czas na zwycięzcę! Panie i panowie, oklaski dla niesamowitego Daichiego!
Rei szarpnął się w ciemnościach.
Lai upadający bezwładnie, ciężko na plecy. Wzbijający się w powietrze obłok kurzu.
Jego głowa odskakująca jak gałgan na sznurze, rozrzucone ramiona.
I śmiech Daichiego.
Beztroski śmiech dumnego z wygranej, nieświadomego rozgrwającej się tragedii Daichiego.
Jest taki niewinny.
Efekty specjalne pomagają ukryć to, co dzieje się w stadionowej niecce, gdy technicy znoszą z areny ciało martwego zawodnika.
Krew huczy w głowie i szyi, kiedy Rei biegnie tam, nie zważając na ochronę i zniesmaczone pomruki ludzi.
– Żyje! – słyszy, dobiegając bliżej. – Wezwać karetkę!

…nie…
– Rei…?
…pozwólcie mu umrzeć…
…niech umrze, tak będzie lepiej…
– Rei! Jest tu ktoś?! Rei!!!
Ciemność.
Głosy z przeszłości.
I ból. Przede wszystkim ból. Potworny, niemożliwy do wytrzymania, rozpalający kościec do czerwoności i zabierający całe powietrze z płuc.
– Panie Kon, słyszy mnie pan?
…pozwólcie mu umrzeć…
Płomienie. Wszędzie płomienie. Duszący dym i niemożliwe do zniesienia gorąco.
Krzyki.
Ramiona mocno oplatające jego pierś, ciągnące dokądś bezwładne, niemal martwe ciało.

…pozwólcie mu umrzeć…
Nerwowy, szybki oddech nad jego twarzą, przekleństwa, chyba szloch.
Tak, szloch.
– Idioto…

– Pani Chen, musi pani stąd wyjść!
– Ale…
– Proszę natychmiast wyjść!
– Rei!
Potworny ból w nodze i ciężkie poczucie winy.
…zostawcie go, pozwólcie mu umrzeć…
– Musimy stąd wyjść. Wszyscy trzej. Żywi.
…nie…
– REI!
…i nas wyprowadź.
…nie!

*

Mao została natychmiast wyrzucona z sali. Przerażenie przeważyło nad chłodnym osądem sytuacji i próbowała się stawiać, ale postawny salowy bez trudu radził sobie ze schorowaną dziewczyną, w dodatku zasłaniając jej widok.
Lekarz krzyczał coś do pielęgniarki po rosyjsku, pielęgniarka również odpowiadała podniesionym głosem, światło na korytarzu co chwilę mrugało, jakby miało zgasnąć, aparatura wariowała, włączając wszystkie możliwe alarmy naraz.
Aż wreszcie Mao to usłyszała.
Obejmując głowę oburącz, cofnęła się gwałtownie. Trafiła plecami na ścianę, osunęła po niej i skuliła w siadzie, który znów niebezpiecznie przypominał kocią pozycję.
– Mao! – Hiromi dopadła do niej, chwytając za nadgarstki. Odpowiedział jej jedynie przeciągły, bolesny jęk. – Do cholery, powiedz coś…! Mao!
Żarówka znów zamrugała, tym razem na tyle mocno, by przez moment wydawało się, że także po raz ostatni. Chen podniosła oczy na Tachibanę – w zakłóconym świetle błysnęły w jakiś bardzo niepokojący sposób.
– On jest bogiem… – wyszeptała. – Naprawdę jest bogiem…
– Mao… – Hiromi była coraz bardziej przerażona, czuła, że zaczyna drżeć. Nie do końca wiedząc, co robi, wcisnęła w dłoń Chinki jeden z przyniesionych batonów. – O czym ty, do cholery, mówisz?
– O Białym Tygrysie. Bai Hu. I o tym… – Mao potrząsnęła głową. – O tym, że Rei jest jego wcieleniem… Jest wybrany… Naprawdę wybrany… Hiromi… Wiesz, co to znaczy? – znów spojrzała wprost w oczy Tachibany.
Światło uspokoiło się zupełnie nagle, alarmy przestały wyć. W szpitalnej sali też zapadła cisza.
– Wiedziałem, że to on – znajomy, łagodny głos odezwał się znad głowy Hiromi.
– Mystel…
Dogonił ją wreszcie, bo w sumie po niego przyjechała, do Reia zamierzała zajrzeć przy okazji. Patrzył jednak nie na nią, a na Mao. Słowem nie skomentował jej przebudzenia, nie wyglądał nawet na zaskoczonego. Podobnie zresztą jak sama Chen i do Tachibany dotarło, że tych dwoje prowadzi właśnie jakąś rozmowę bez słów.
Rozmowę o rzeczach, które jej samej zawsze miały pozostać zupełnie obce.
– Obudził się – powiedziała w końcu Mao.
Dosłownie dwie sekundy później potwierdził to wychodzący z sali lekarz. Ocierał pot z czoła, a wzrok miał zwyczajnie przerażony.

*

– Nic, tylko te wasze pierdolone tajemnice! – piekliła się Emily. Niebo przecięła kolejna błyskawica, ale zdawało się, że kompletnie nie zwróciła na nią uwagi. – Bo zawsze wiecie lepiej! Bo kąpiecie się w szampanie i latacie na zakupy do osiedlowego czarterem! Pieprzona masoneria! Masz świadomość, w jakim jesteśmy teraz położeniu?! – Pod szkłami okularów zbierały się łzy. – Wszystko spierdolone! Wszystko! Nie mam pojęcia, co tu robisz, ale wiedz, gnoju, że nie ma już czego ratować!
– Na litość Boską, uspokój się! – Johnny chwycił ją za nadgarstki. Próbowała się wyszarpnąć, ale na próżno. – I nie zwalaj na nas, że to wy przejebaliście sprawę!
– Puszczaj mnie! – York nie zamierzała szarpać się dłużej, po prostu uniosła kolano, trafiając McGregora między nogi.
Wrzasnął i zwinął się w kłębek na środku ścieżki. York zadrżała, przyłożyła dłoń do ust, nagle otrzeźwiona.
– Johnny…
Nie miała pojęcia, co się z nią stało. Przecież dotąd nad sobą panowała. Emocje zdawały się słuchać jej komend, łzy nie śmiały zbliżać do oczu, a już na pewno nie w miejscu publicznym.
Przez ich zasłonę widziała, jak Szkot zbiera się powoli na klęczki i otrzepuje.
– Johnny, przepraszam…
Pokręcił głową. Wstał raczej niepewnie, ale zignorował wyciągnięte ramię, ofukując je gniewnie.
– Naprawdę…
– Nie ciągnij tematu, Emi.
Zacisnęła wargi.
– Po prostu przejdźmy do konkretów – powiedziała.

*

Dość szybko odkrył, że właściwie nie może mówić. Był na to za słaby, a krtań paliła żywym ogniem po tym, jak wyciągnięto z niej rurę respiratora.
Ciało znów stało się ciężkie i bezwładne, zupełnie oporne na jego rozkazy i tylko rwące otępiającym doprowadzającym niemal do szaleństwa bólem, którego nie zdołały zabrać leki. Patrzył więc tylko na twarz pochylonej nad nim dziewczyny i wciąż uparcie powtarzał sobie, że tak, to naprawdę Mao. Jej błyszczące pasją oczy, jej skore do uśmiechu usta, teraz zaciśnięte w wyrazie determinacji.
Jej delikatna i silna jednocześnie dłoń na policzku.
– Rei, już wszystko będzie dobrze – zapewniła tonem, z którego dało się wyczytać, że naprawdę w to wierzy. – Zajęłam się, czym trzeba. Laiem także. Lai… – Przymknęła oczy i potrząsnęła głową. – Musicie wyzdrowieć. – Znów spojrzała wprost na niego. – Musicie obaj wyzdrowieć.
Chciał jej przerwać i powiedzieć, że są jeszcze inne sprawy. Że jest Digger, który pokazał, jak krwiożerczy być potrafi. Że są niezamknięte wątki. Że nikt nie powiedział mu, co się wydarzyło po tym, jak stracił przytomność, i jakim cudem się tu znalazł.
Że już na zawsze zostanie kaleką.
Oraz że co cudownie znów słyszeć jej głos.
– Wrócimy do Chin, tam… tam po prostu się pozbieramy. Znajdziemy odpowiedzi. Pomyślimy, co dalej. Przede wszystkim, powinniśmy trzymać się razem, jak dawniej. Przestać tak… cisnąć.
Otworzył usta, ale wyszedł z nich tylko niemal bezgłośny skrzek.
– Ciii… Mystel pomoże nam to zorganizować. Zresztą jesteśmy obywatelami Chin, to niebezpieczne przebywać w Rosji tak długo, zwłaszcza jeśli sytuacja będzie się zaogniać. Mogę ufać Mystelowi?
Ścisnął lekko jej dłoń i przymknął oczy na znak potwierdzenia.
– To dobrze. Bo… sama już nie wiem, komu tu ufać.
On sam tak naprawdę też nie wiedział. Wszystko zdawało się sobie przeczyć, wspomnienia mieszały się i zacierały tak, że nie zdołał nadal ułożyć ich w sensownej kolejności. Nie wiedział nawet, czy może ufać samemu sobie, bo przecież gdyby było to zależne tylko od jego woli, nigdy nie zaryzykowałby śmierci tak wielu ludzi, nawet głęboko rozgoryczony, nawet zepchnięty śmiercią Maxa na samą krawędź.
Co więc się stało?
Nie pamiętał. Po prostu nie pamiętał i to zaczynało go przerażać niemal na równi z wizjami, jakie otoczyły go podczas przebudzenia. To nie były zwyczajne wspomnienia. Zostały przycięte, dopasowane, zmienione w elementy układanki, której tajemnicy jednak nie potrafił odkryć. To i tak więcej, niż Diger zwykle pozwalał mu dostrzec, ale wciąż za mało. Wciąż akurat tyle, by balansował na granicy szaleństwa z niepokoju.
Zamknął oczy, mając nadzieję, że obrazy wrócą, może wyraźniejsze i bardziej zrozumiałe.
– Rei…?
– Musi odpoczywać – usłyszał obcy głos. – Proszę pozwolić mu spać.

*

Johnny z pewną fascynacją obserwował, jak Emily pochłania trzecią porcję lodów truskawkowych z bitą śmietaną we wcale nie malejącym tempie.
Przysiedli na parkowej ławce, nieopodal kawiarni, bo York stwierdziła, że natychmiast potrzebuje cukru, a McGregor – pewnych wyjaśnień. Z grzmotów szczęśliwie nie urodziło się nic większego, burza przeszła bokiem i nie spadła nawet kropla deszczu.
– Cały problem w tym, że ciągle tylko udajemy dorosłych. – Emily przerwała na chwilę, by zlizać nieco roztopionego loda z wafelka. – I my, i wy. Wiesz, co mnie po fakcie uderzyło?
– Nie.
– To, jak w gruncie rzeczy beztroskie podejście do sprawy miałam. Niby wszyscy wiedzieliśmy, że coś może pójść źle, że ktoś może zginąć, ale nikt z nas tak naprawdę w to nie wierzył. – Roześmiała się głucho. – My też daliśmy się jakoś omamić. Podświadomie zachowywaliśmy się tak, jakby było po staremu. Wiesz, drobne zdrady, drobne złośliwości, drobne konflikty interesów, parę siniaków i zadrapań, małe pranie po mordach, a potem jest po sprawie i można razem iść, no… na lody na przykład. Na własne oczy widziałam, co robiła Mizuhara w BeyLab, na własne oczy widziałam śmierć Micke’a, a jeszcze do mnie nie dotarło. Nie tak naprawdę. Dopiero, kiedy zobaczyłam, co tam się stało… na stadionie… Dopiero, kiedy sobie uświadomiłam, że… ta krew jest prawdziwa, że jak komuś odstrzelili dłoń, to na zawsze, że jak komuś wyłazi kość z ciała, to nie jest dobrze i że palone ciało naprawdę śmierdzi… to… to dopiero do mnie dotarło. Cały czas dociera. I wy wcale nie jesteście lepsi.
– Nie – przyznał Johnny z wyjątkowo skwaszoną miną. – Chyba nie. Natomiast teraz to my mamy możliwości, które wy straciliście.
– Racja. Ja to wiem i ty to wiesz. Ten czy tamten może zrozumie, ale nie sądzę… – York westchnęła i pokręciła głową. – Zmieniły się cele, kumasz? – Spojrzała na Szkota. – Nie będzie już turniejów, nie wierzę w to. Nie będzie traktowania zawodników jak dostarczających rozrywki sportowców, bo do ludzi dotarło, że wszystko jest na serio. Przynajmniej tyle udało się osiągnąć.
Tak, tu miała rację. Co prawda telewizyjne materiały zostały ocenzurowane, ale wcześniej cały świat obiegła relacja na żywo. Relacja z meczu, którego finału nic nie ukryło i nie pomogło nawet kilkusekundowe opóźnienie oraz nagła przerwa na reklamy. Refleks realizatorów zawsze był za słaby na Internet chociażby, który aż roił się od zdejmowanych regularnie, ale wciąż wyrastających jak grzyby po deszczu kopii nagrania okrutnej śmierci Maxa Mizuhary i przynajmniej początku późniejszych wydarzeń. Krążyły też po nim prywatne zdjęcia, relacje świadków, nagle tak inne niż radosne sprawozdania z turniejów rozgrywanych jeszcze miesiąc czy dwa wcześniej.
– Ale nie wiem, co będzie – podjęła znów Emily. – Nie wiem, czy ktokolwiek wie.
Chrupnął wafelek.
Johnny opadł na oparcie ławki i przymknął oczy. Telefon wibrował w jego kieszeni, ale nie miał ochoty go odbierać. Podejrzewał, że to Robert z instrukcjami, ale co Robert mógł wiedzieć o tym, jak sytuacja wygląda w terenie?
Co mógł wiedzieć o przybitej Emily, nerwowo zlizującej z palców resztki trzeciej porcji lodów, dezorientacji i przerażeniu. Jedyne, czego Jürgens się w końcu bał, to krzywo złożone serwetki.
– Zastanawiam się… – odezwała się znów York. – Wysłali cię tutaj, bo kryją samych siebie, czy spodziewali się, że więcej będzie lania po dupach niż dyplomacji?
Uniósł brew, patrząc na nią z ukosa.
Ale nie odpowiedział, pomyślawszy, że sam chciałby wiedzieć.
Wtedy ścieżką przemaszerowali oni.
– Oż kurwa…
Wyszli zza różanego krzaka. Ubrani w szare mundury z czerwonymi obszyciami, wyraźnie militarne, nie pozostawiające złudzeń. Nad klapą na piersi każdy z nich nosił wyhaftowanego ognistego ptaka.
Feniksa.
Emily zareagowała błyskawicznie. Złapała Johnnego za szyję i pocałowała. Nieco zaskoczony początkowo rozbił się o jej zęby, nawet trochę boleśnie, ale nie zamierzała się odrywać, więc uspokoił nieco sytuację, by po chwili przejąć kontrolę.
Smakowała truskawkowymi lodami, no oczywiście. To nie był zły smak.
– O Jezu, Emi…
– Nie chciałam, żeby mnie rozpoznali. – Strzeliła oczyma w kierunku oddalających się mundurowych.
Uśmiech McGregora natychmiast zbladł, a czoło zmarszczyło się gniewnie.
– I tylko tyle? – burknął, splatając dłonie na piersi.
Spojrzała na niego, błysnęły szkła z powrotem zakładanych na nos okularów.
– Nie wiem – odpowiedziała szczerze.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 05 września 2016, 19:50

XXVI
I KNOW VIOLENCE ISN'T THE ANSWER… BUT, YES IT IS

Wszystko się zmieniło, odkąd Bartheza zastąpił Ivan Papow.
Bez dostępu do zegarka, kalendarza czy nawet okna, Miguel stracił poczucie czasu już dawno. Równie dobrze to mógł być jeden bardzo długi dzień – nie zauważyłby różnicy, choć taka perspektywa wydawała się zaskakująco straszna. Bez snu i bez światła nie mógł złapać rytmu. Dbali o to zresztą – żeby wszystko odbywało się nieregularnie.
Nigdy nie wiedział, kiedy przyjdą i czy przyniosą jedzenie, czy znowu zabiorą go gdzieś z zawiązanymi oczyma albo wręcz przeciwnie, pilnując, żeby patrzył na Opactwo takim, jakie było naprawdę. Jeśli bili, to umiejętnie, nigdy do utraty przytomności i nigdy do krwi. Nie łamali kości, nie zadrapali nawet poważnie skóry, co jeszcze do niedawna – gdy miał siłę, by przynajmniej próbować myśleć trzeźwo – go dziwiło. A mimo to bolało jak nigdy wcześniej, choć przecież ciało stało się odporne jak kamień.
I zawsze trwało wieczność.
Czasem zamykali go w szafie lub skrzyni i po prostu uderzali w jej ściany, a on odczuwał każdy cios jak na własnym, nagim ciele. Czasem niespodziewanie wsadzali głowę do lodowatej wody. Czasem po prostu kazali czekać w niepewności. Czasem po raz kolejny recytowali listę ofiar, nazwiska ich bliskich i biografie. Szydzili, krępowali w pozycjach, od których płonęły wszystkie nerwy i stawy, nie pozwalali spać. Pytał, czego chcą, niekiedy szeptem, a częściej wrzeszcząc i wplatając w to błagania o litość, ale nigdy nie odpowiadali.
Nie chodziło im o informacje.
Sprawiali wrażenie, jakby nie chodziło im o nic i to było prawdopodobnie najgorsze.
Ivan, jeszcze do niedawna zaufany przez wzgląd na Jurija, zawsze znajdował się gdzieś obok. Patrzył uważnie i w skupieniu, aż Miguel zaczął czuć na sobie ten wzrok także wówczas, gdy zostawał sam w ciemnościach. Niekiedy z jego ust padały krótkie komendy i zwykle nie oznaczało to niczego dobrego. Papow doskonale wiedział co i kiedy robić. Nie potrzeba było mu wiele, żeby poznać więźnia i jego lęki.
Ale to, czego Lavalier miał najbardziej dość, to on sam. On brudny, śmierdzący, sprawiający sobie ból każdym ruchem. On wyczerpany i słaby, świadom, że gdyby jednak chcieli coś z niego wyciągnąć, prawdopodobnie powiedziałby im wszystko. On nie szukający już – jak na początku – okazji, żeby uciec, niemogący się skupić nawet na szczegółach najbliższego otoczenia.
On morderca. On potencjalny, uśpiony zdrajca.
Nigdy wcześniej nie nienawidził tego frajera bardziej. Miał ochotę po prostu złapać go za szyję i patrzeć, jak się krztusi. Jak umiera ze strachem w oczach i topi we własnych rzygach.
Inteligentny i przystojny, mówili. Z bidula, ale wyjdzie na ludzi. Ma ambicje, dobrze się uczy.
Śmiał się im w twarze.
Śmiał się długo i głośno, aż znów nie przyszedł Ivan i nie wsadził mu głowy do wiadra.

*

Oczywiście gdyby chcieli, mogli go zatrzymać. Co to za sztuka złapać ślepego? Poruszał się niepewnie, jak mucha w smole, ciągle przyklejony do ścian, zmuszony do ostrożnego stawiania kroków w nieznanym terenie. Ale chyba im nie zależało. Jedyna osoba, której zależało, leżała w ciężkim stanie w szpitalu. Jedyna osoba, której zależało, umierała, a wszyscy dookoła wydawali się czuć w związku z tym jedynie ulgę.
Daichi nienawidził ich za to. Nienawidził coraz bardziej.
Szedł i przez skórę bosych stóp czuł, jak ziemia wchłania tę jego nienawiść i zaczyna drżeć po każdym kroku.
Szedł, nie wiedząc dokąd. I nie wiedząc, jak długo, ale chyba nie jeden dzień. Zdążył się zmęczyć, zgłodnieć i dwa razy przemoknąć do suchej nitki.
Z ulicy zgarnęła go ostatecznie osoba, której najmniej się tu spodziewał – Mao Chen.
Mao Chen, obecnie pochrapująca cicho po tym, jak znów całą noc spędziła w szpitalu przy łóżku Reia, od czasu do czasu mrucząca coś przez sen. Ostrzegała go, żeby za bardzo nie wychodził, mówiła, że dzieje się coś dziwnego i oboje mogą znaleźć się w niebezpieczeństwie, ale nie potrafiła podać szczegółów.
Obiecała mu za to, że następnym razem zabierze go do szpitala ze sobą. Do Reia, a także, by dowiedzieć się, co z panem Daitokujim i porozmawiać z Hiromi, która na pewno będzie wiedziała więcej. Siedział zatem coraz bardziej znudzony i czekał.
Liczył uderzenia zegara i czekał.
Liczył pomruki Mao i czekał.
Liczył uderzenia kropli deszczu o parapet, głosy z korytarza, odległe dzwonki windy.
Aż w końcu nie wytrzymał i obudził Chen.

*

– Co za debilizm – parsknął Kuzniecow.
– Hm? – Claude uniósł brew, nie przerywając sznurowania butów.
– Te skrzydła. Większa powierzchnia, żeby cię ujebać.
Tavarez nie odpowiedział, bo nie miał zwyczaju wsadzać głowy w imadło.
– Borys – przedstawił go Jurij niedbale, kiedy Mhalangu zmarszczyła czoło w niemym pytaniu. – Mój człowiek.
– I znajomy tego tam – Kuzniecow wskazał głową na wyraźnie zbitego z tropu Siergieja. – Przynoszę śmierć, zagładę, choroby weneryczne i trochę suszonej kiełbasy.
Przeszedł przez pokój, rozejrzał się krytycznie po odrapanych ścianach z resztkami kwiecistej tapety i poniszczonych sprzętach. Sprawdził widok z okna, oceniając właściwości obronne i obserwacyjne.
– No dobra – mruknął. – Jak zgaduję, za zwiad odpowiada skrzydlaty?
– Trudno mnie złapać i mam świetny wzrok – odparł Claude, wstając i podchodząc do drzwi.
– No, to by nas łączyło. Szybkiej i czystej śmierci, papużko. Zaraz… gdzie one…
Tavarez wzruszył ramionami i po prostu wyszedł.
– Zniknął je – parsknęła Mhalangu. – Pytałam o to, ale twierdzi, że to skomplikowane. Że są, ale ich nie ma, bla, bla. W każdym razie, na plecach raczej nie sypia.
Borys nie poświęcił zagadnieniu dłuższej chwili, zwalił się na dywan i przez jeden krótki moment dał po sobie poznać, że za nim również kilka intensywnych dni. Wyciągnął z plecaka wspomnianą wcześniej kiełbasę i oderwał kawałek.
– Chce ktoś? Nie? I słusznie, radioaktywna.
– Myślałem, że nie dostałeś przepustki – odezwał się Siergiej.
– Bo nie dostałem. Zwiałem. Kiedy zorientowałem się, że Balkow zgarnia naszych, nie czekałem, aż po mnie przyjdzie. To chyba oczywiste. Kopsnąłem się tu w celu odstrzelenia mu łba, ale to okazało się skomplikowane, natknąłem na Jurija, powęszyliśmy jeszcze w okolicy, ale śladu po waszej zgubie nie ma. Na moje, jeśli faktycznie jest w ich rękach, to już poza Moskwą. Nie ryzykowaliby, skoro wiedzą, jakie mamy możliwości.
– Spóźniłem się – warknął Jurij.
– Nie byłeś w stanie wstać z łóżka – przypomniał Siergiej.
– Fakty są natomiast takie – podjął znów Borys, przeżuwając kiełbasę – że Kai wprowadził na ulice swoich ludzi. Znaczy technicznie nas. Spodziewałbym się w najbliższym czasie paru prowokacji, żeby pokazać ludziom, że to potrzebne, ale na nas raczej nie będą polować. Nie oni. Kai to bubek, ale dość ostrożny, nie chce spalić swoich żołnierzyków, a gdyby posłał ich do walki z nami, faktycznie mogłoby być nieciekawie. Jeśli dobrze pójdzie, wmówi wszystkim, że jest zbawicielem. Jest na dobrej drodze.
– Słuchają go – burknął Jurij.
– Oczywiście, że słuchają – parsknął Kuzniecow. – Dlaczego mieliby nie słuchać? To Hiwatari. Kasa, wpływy, kasa. Kontakty w Japonii, Europie, Afryce. Ostatnio jakieś pierdolone cuda na kiju. A nade wszystko haki i metry teczek zbieranych przez starego pierdziela Voltaire’a. Jeśli to prawda, że zinfiltrowali też służby specjalne, jest totalnie nie do ruszenia i tylko patrzeć, jak wskoczy na Kreml. Co przecież wcale nie jest takie nieprawdopodobne.
– Co masz na myśli? – zainteresowała się Retha.
– Dynamo – westchnął Siergiej i wstał, by rozprostować kości.
– Na przykład. FSB, a wcześniej KGB zawsze utrzymywały dobre stosunki z wybranymi klubami sportowymi. To niezła szkoła rekrutów. A jak się weźmie pod uwagę, że taki Ivan trafił do Specnazu, wnioski nasuwają się same.
– Dżizas… – Mhalangu przewróciła oczyma i wstała do lodówki, z której wyjęła butelkę coli. Pozbyła się kapsla zębami. – Czyli mamy na głowie tego waszego niebieskiego tygryska, spec służby i w praktyce całą Rosję.
– Mówisz, jakbyś się tego nie spodziewała. – Jurij odebrał od niej kartonik bananowego mleka.
– Ciągle nie wierzę.
– To uwierz – wyszczerzył się Borys. – Bóg cię kocha. Ale wracając do sedna, obawiam się, że jeśli Jurij ma rację, a w końcu zwykle ma, Miguel może być przynętą. W swoim czasie. Ja na miejscu Kaia bym tak zrobił.
Nikt nie odpowiedział. Po Siergieju w ogóle trudno było spodziewać się komentarza, Mhalangu po prostu pociągnęła łyka coli, a Ivanow patrzył w okno zmrużonymi oczyma, najwyraźniej się nad czymś zastanawiając.
– Miał rację – warknął wreszcie.
– Hm?
– Miguel. Że wszyscy gramy według scenariusza. Robimy dokładnie to, co powinniśmy. Co ktoś założył, że zrobimy. Znają nas jak nikt inny. Kai. Balkow. Barthez. Teraz jeszcze Ivan. – Podniósł wzrok na Mhalangu. – Prawdopodobnie jesteś dla nich jedyną niewiadomą.
Retha skrzywiła się na te słowa.
– Pytanie brzmi zatem – odezwała się po dłuższej chwili – co uważają, że zrobicie teraz.
– Tylko przez to, że zadałem sobie to pytanie, siedzę tu znów na dupie. – Jurij spojrzał tempo w i tak zasłonięte okno. – Powinienem być tam. Na zewnątrz.
– I mścić się, skoro nie możesz niczego więcej.
Skinął głową.
– Miguel nigdy nie był moim przyjacielem – powiedział – Barthez interesował mnie tyle, co gówno przyklejone do podeszwy Balkowa. Ale znają mnie. I Balkow, i Kai. Wiedzą, co się dla mnie liczy i co mnie wkurwia. I jeśli ktoś podnosi rękę na człowieka, który okazał się wobec mnie lojalny, ba, któremu… – odchrząknął – zawdzięczam życie, moją reakcją może być tylko wyrywanie płuc przez gardło.
Pstryknęła złamana wykałaczka.
– Znów jak w gangu – podsumowała Retha.
– Jak w stadzie – sprostował Jurij. – Balkow i Kai wiedzą, że o niczym innym teraz nie myślę, jak tylko o tym, żeby przyjść do nich i patrzeć, jak błagają mnie o litość.
– Więc wyjściem jest nie iść im na rękę.
Jurij zadrżał. Zadrżał cały, napiął mięśnie do granic możliwości, zacisnął powieki i usta.
– Nie – powiedział w końcu. – Wyjściem jest udowodnić im, że nadal mnie nie doceniają.

*

Ciągle kaszlał i ociekał wodą, kiedy zmuszali go do klęknięcia i wykręcali ręce, wkładając między nie kij od szczotki, żeby przywiązać do niego ramiona. Tyle właściwie wystarczyło, żeby nie mógł wstać z kolan, a stawy – i w rękach, i w nogach – już po chwili zaczęły promieniować doprowadzającym do szału bólem. Tym razem wszystko nie trwało długo. Chcieli go po prostu uciszyć.
Może.
A może nie – doszedł do wniosku, kiedy ciało zaczęło pokrywać się gęsią skórką. Może wreszcie go po prostu zabiją, może pozwolą, żeby się rozchorował albo udusił.
Nic z tego, odpowiedział sam sobie. Sam wiesz, że to się tak nie skończy.
To się nigdy nie skończy.
Wyszli i przez chwilę myślał, że jest sam. Klęczał nieruchomo, wiedząc nauczony doświadczeniem, że szarpaniem tylko pogorszy swoje położenie, i próbował skupić się na swędzeniu wysychającej skóry, bo to było lepsze niż stawy. Woda parowała powoli, niechętnie, zostawiając po sobie dziwne wrażenie ściągnięcia. Ciało nie chciało się po niej rozgrzać i do głowy Miguela wpadła absurdalna myśl, że może to dlatego, że już jest trupem, tylko jeszcze tego nie zauważył.
Trwało długo, nim poczuł jakiekolwiek ciepło, ale kiedy już uderzyło, to z impetem.
I wtedy zupełnie nagle z morku wyłoniła się ona.
Była ostatnią osobą, którą spodziewał się tu zobaczyć. Wielkooka, nieco rozczochrana, z poważną, zaciętą miną.
– Julia...?
Nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na niego w milczeniu, w tym świetle tak blada, że nieomal sina. Kości policzkowe rzucały ciężkie cienie, wydłużając jej twarz.
– Julia, co tu robisz? Powinnaś być...
– ...w grobie, wiem.
– Nie - zaprzeczył szybko Miguel, przerażony tym, że mogłaby podążyć za swoją własną sugestią. – W Madrycie. Powinnaś być w Madrycie.
– Zawsze tam byłam. I na Skype. Tam też zawsze byłam.
W jej słowach tkwiło coś dziwnego. Coś nienaturalnego. Jakby wypowiadała teatralne kwestie. Miguel znał ten ton aż za dobrze.
– Jesteś na mnie zła? – spytał.
– Ja zawsze byłam w Madrycie i na Skype. A ty? Gdzie teraz jesteś?
Nie rozumiał jej. Zmarszczył brwi w konsternacji.
– O co ci chodzi?
– Powiedz mi, co to za miejsce.
Rozejrzał się.
– Zdaje się… że tym razem to znów podziemia.
– Jak grób.
Przełknął ślinę.
– Tak, w pewnym sensie masz rację.
Julia usiadła, krzyżując długie nogi, na punkcie których miał kiedyś świra, a które potem śniły mu się po nocach, sine i blade, wystające spod prześcieradła.
– Zamierzasz tu zostać? – drążyła dalej.
– Gdybym miał jakiekolwiek możliwości, już by mnie tu nie było, wierz mi.
– A gdzie byś był?
Miguel poczuł zimno spływające w dół kręgosłupa.
– Co masz na myśli?
– Nic. Pytam, gdzie byś był.
Miał niemal całkowitą pewność, że w tym pytaniu tkwi haczyk. W całej tej sytuacji zdawało się być ich pełno. I tylko ociężały mózg i przytępione zmysły nie były w stanie ich zdefiniować.
– Jak tu weszłaś?
– Cały czas tu byłam.
– Zamknęli cię ze mną?
Miguel przygryzł wargę, zastanawiając się nad czymś głęboko, ale już pół sekundy później nie pamiętał, co to było.
– Przepraszam. Nie zauważyłem.
– Jesteś zmęczony.
– Chyba tak. Nie wiem. Trudno mi to określić.
– Dlaczego po prostu nie zaśniesz? – Zmierzyła go wzrokiem pełnym dezaprobaty.
– Trochę… Trochę mi niewygodnie. To boli.
Przypatrywała mu się jeszcze chwilę w milczeniu. Nie wstała, żeby mu pomóc, nie sprawiała wrażenia, jakby zamierzała porozcinać więzy.
Nie mogła być prawdziwa.
– Jezu, oszalałem.
– Źle ci z tym? Jestem tu.
– Jesteś, to prawda.
– Mogę odejść.
– Nie! – krzyk rozpaczy odbił się od ginących w ciemności ścian.
– Zabiorę szaleństwo.
– Nie, Julia! Nie zostawiaj mnie!
Zmrużyła ogromne oczy.
– Chcesz być szalony? – spytała tonem, który mógłby sugerować autentyczne zaciekawienie.
Miguel zacisnął usta.
– Julia… Możesz mnie ze sobą zabrać?
– Do grobu?
– Choćby. Dokądkolwiek.
I wtedy znowu otworzyły się drzwi, rozległy się kroki. Ktoś coś mówił. Ktoś się śmiał.
– Julia! – Zaczęła rozpływać się w fali ostrego światła i potężnym bólu głowy. – Julia, nie!!! Nie odchodź!
– Dobrze – usłyszał za sobą jej głos. – Zostanę.
A potem wrzasnął, gdy rozorała mu plecy.

*

Po powrocie ze szpitala Hiromi planowała po prostu dojść do mieszkania i paść na ryj. Planowała, ale nic z tego nie wyszło, bo pod drzwiami czekała Emily. W dodatku nie sama.
– Johnny McGregor… – sapnęła zaskoczona Tachibana, sama nie wiedząc, co uderza do jej krwioobiegu pierwsze.
– Cześć.
– Wybacz… – Emily odchrząknęła w pięść – ale się wpraszamy.
Hiromi powstrzymała się od komentarza i otworzyła drzwi w milczeniu z kilku powodów, a jeden z nich stanowiły smugi z rozmazanej mascary pod okularami York. Która zresztą minęła ją w progu i natychmiast podążyła do kuchni. Zabrzęczały sztućce w otwieranej szufladzie.
– Mam nadzieję, że to nie przez ciebie, bo jeśli tak, będę miała krew na rękach. – Tachibana zmrużyła oczy, patrząc podejrzliwie na Johnny’ego, a potem, nie czekając na odpowiedź, ruszyła za przyjaciółką.
– Emily…?
Amerykanka uśmiechnęła się krzywo i raczej niewesoło znad ekspresu do kawy.
– W porządku. Niekontrolowany zjazd w miejscu publicznym – odparła. – Zapchałam lodami.
– OK. Rozumiem, że alarm odwołany i nie ma potrzeby dosypywać mu cyjanku do kubka.
– Spróbowałabyś – syknęła York zaskakująco serio, co Hiromi skwitowała uniesieniem brwi.
– Nie wiedziałam, że… – odchrząknęła. – Od dawna tu jest?
– Nie – Emily pokręciła głową. – I to nie tak, jak sobie wyobrażasz.
– A jak?
– Nie wiem. Ale nie tak. To skomplikowane, coraz bardziej skomplikowane, nie masz pojęcia jak. I w sumie teraz nieważne – York wzruszyła ramionami, opierając się o kuchenną szafkę. Mogła mówić, co chciała, ale Hiromi i tak zauważyła najlepsze jeansy i nieco bardziej niż zwykle wydekoltowaną bluzkę, co w przypadku Emily oznaczało po prostu nie-pod-samą-szyję. – Johnny jest tu, bo wysłał go Robert. Zanim zaczęły się mistrzostwa. Ale lepiej niech sam ci opowie. Ja przypilnuję kawy. Masz coś słodkiego?
– Na lodówce są ciastka. Ale ja wezmę, bo się nie zabierzesz.
Sięgając po paczkę, Hiromi potrząsnęła głową, nieco skołowana. Lubiła szybkie tempo, tak, w nim czuła się najlepiej, a zastój zwyczajnie ją męczył, ale chwilowo naprawdę potrzebowała oddechu.
– No to… – zajęła fotel, próbując nie myśleć o stercie brudnych ciuchów w kącie. I o tym, że McGregor wygląda trochę za bardzo jak u siebie, swobodnie rozwalony na kanapie. – To słucham. Czy coś.
– W skrócie chodzi o to – bez skrępowania sięgnął do ciastek, które postawiła na kawowym stoliku – że zdobyliśmy informacje o planach Hiwatariego. Już wcześniej trafiliśmy na trop znikających z placówek wojskowych dawnych wychowanków Opactwa – Hiromi stłumiła dreszcz, przypomniawszy sobie dzień, w którym sama się o tym dowiedziała – potem był wzmożony ruch na rynku broni… To niby nie problem, w końcu Hiwatari zajmują się militariami od pokoleń, ale wyraźnie próbowali coś ukryć. Może przyrost produkcji, tak twierdzi Olivier. Teraz już wiemy, o co chodziło, bo w końcu po ulicach łazi ta cała ptasia gwardia, ale to dopiero od kilku dni. Wcześniej nie mieliśmy pewności, więc przyjechałem, żeby się rozejrzeć i przy okazji mieć na oku zawodników, bo sądziliśmy, że na nich też Hiwatari może mieć ochotę.
– W pojedynkę? – Tachibana zmarszczyła podejrzliwie brwi.
– Nie, oczywiście, że nie. Ale chyba wolałbym w pojedynkę, bo dostałem jakichś partaczy – Johnny sapnął z irytacją. – Jak człowiek sam nie weźmie spraw za jaja, to zawsze się pieprzy, mówiłem im, ale jest jak jest. Robert zawsze wie lepiej, a Olivier zawsze wie, jak rozmawiać z Robertem.
Hiromi nie skomentowała. Siedziała chwilę z założonymi rękoma i zaciśniętymi w skupieniu ustami.
– Co zamierzaliście z nimi zrobić? – spytała w końcu, akurat w momencie, gdy Emily zjawiła się z kawą w firmowych kubkach Biovoltu, bo innych w tym mieszkaniu nie było.
– W sumie nie jestem pewien – przyznał McGregor, a Tachibanie nie umknęło spojrzenie, jakim zmierzył York. Stłumiła kaszlnięcie. – Chyba chodziło przede wszystkim o to, żeby nie dostał ich Balkow.
– No, to zawsze jakiś początek.
– A my możemy dołożyć ciąg dalszy – wtrąciła się Emily, wciąż stojąc i zmrużonymi oczyma wpatrując się w okno.
– Hm?
– Nasze badania. – Spojrzała na Hiromi. – Straciłam część danych i Kenny’ego, to fakt, ale, po pierwsze, sporo jestem w stanie odtworzyć, a po drugie, wymiana zdrajcy na Miguela sporo dała już przez te dwa dni, bo jemu akurat zależy.
– Jakie badania? – Johnny zmarszczył brwi. – Nie wspominałaś.
– Bo jadłam lody.
– A wcześniej?
– Wcześniej nie jadłam lodów, ale nie zamierzałam. W każdym razie, prowadzimy badania nad działaniem dysków M&K. – Emily wreszcie usiadła. – Żeby odwrócić proces jednoczenia z bestią. Gdybym miała dostęp do odpowiedniego sprzętu i… – zawahała się – asystenta, możliwe, że niebawem mogłabym przedstawić wreszcie sensowne dane. Tylko że nie mam ani jednego, ani drugiego.
– Robert ci to załatwi.
– Miguela też? – York spojrzała na Johnny’ego spode łba.

*

– Co to ma znaczyć?! – z bólu i szumu stopniowo wypływał podniesiony, drżący od wściekłości głos Ivana. – Miało nie być śladów!
– To nie my!
– A co?! Sam to sobie zrobił?! Na plecach?! Panie Barthez, proszę wybaczyć, ale…
– W porządku. Nic złego się nie dzieje.
Miguel próbował się poruszyć i rozejrzeć, ale chociaż nie był już związany, ciało przypominało nieposłuszny kamień, a każda próba wpuszczenia pod powieki światła kończyła się rozgrzanym do czerwoności prętem w mózgu i oczyma zalanymi łzami.
Leżał na boku, skulony, oddychając tak szybko, że cały czas czuł, jakby znajdował się na granicy uduszenia. Twarz świerzbiła od spływającego po niej potu, którego nie był w stanie zetrzeć, bo dłonie zamarły z palcami zagiętymi na kształt szponów. Drżał i bardzo, bardzo długo zajęło mu zrozumienie, co się dzieje.
I tak, poza Barthezem, był pierwszy.
Wrzask rozpalił płuca bólem, ciało wyprężyło się gwałtownie, po plecach spłynęły ciepłe strugi krwi, gęste po odwodnieniu, obfite jak nigdy wcześniej.
– Kurwa, co to jest?!
Ogień kotłował się w żołądku, w skroniach, w każdym pojedynczym nerwie. Serce uderzało szybko, boleśnie i nierówno.
– Odsunąć się! Pod ściany!
Światło żarówki prześwietliło jedną z błon, uwidaczniając wzór z naczyń krwionośnych, podczas gdy drugie skrzydło zahaczyło o szafkę, zrzucając z niej sprzęt i butelki z lekami. Skaj pokrywający kozetkę zaczął się żarzyć, cienkie, pomarańczowe linie pocięły go na podobieństwo żył.
Jean-Paul Barthez obserwował wszystko w pozornym spokoju, ale serce uderzało w piersi szybko, a ciało aż drżało od adrenaliny. To było odrażające i piękne jednocześnie.
A nade wszystko – od zbyt dawna oczekiwane.
Miguel miotał się na kozetce, nie radząc sobie ani z szokiem, ani z bólem, ani z dodatkową masą i zmianą środka ciężkości, rzucany przypadkowymi skurczami mięśni, zalany potem i krwią. Ledwie przypominał jeszcze człowieka, a jego wrzaski ludzki głos.
To oczywiście mogło się odbyć inaczej. Claude też przeszedł ten etap, ale na spokojnie, w kontrolowanych warunkach, przygotowawszy się wcześniej odpowiednio, częściowo znieczulony i przede wszystkim – utrzymując dobre relacje z bestią. Nie walczyli ze sobą. Współpracowali pod okiem specjalistów, w tym także dawnego trenera.
– Włóżcie mu coś w zęby – rozkazał przytomnie Barthez, kiedy skurcze zamieniły się w drgawki.
To była kolejna beznadziejna i zupełnie niepotrzebna walka. Kolejna strata energii i potencjału.
Kolejny dowód na to, że Lavalier był dokładnie takim człowiekiem, jakiego Biovolt potrzebował w drugim szeregu, w cieniu swoich wielkich generałów.
I kolejny dowód na to, że nigdy nie będzie go miał. A skoro tak, należało dopilnować, by nie dostał się pod żadne inne skrzydła, a zwłaszcza swoje.
– Uciąć – rozkazał Jean-Paul, sam przezornie wycofując się w stronę drzwi, skinieniem ręki sugerując to samo Ivanowi.
I słusznie, bo gdy piła zgrzytnęła o kość, a od ścian odbił się kolejny nieludzki wrzask, pot pokrywający ciało Miguela rozpalił się jak benzyna.

*

To trwało naprawdę długo. Rei miał wrażenie, że wszystkiego, całego swojego niekompletnego ciała, musi uczyć się od początku. Nawet mruganie sprawiało problemy, choć tu sytuacja poprawiła się znacząco, gdy tylko wreszcie zaczęła schodzić opuchlizna z twarzy.
Przez cały ten czas Kon był skazany na wolę innych. Na słuchanie tego, co mówili, bez możliwości odpowiadania, zadawania pytań i polemizowania.
To zwyczajnie budziło gniew. Nie chciał go jednak wyładowywać na Mao, a głównie ona z nim teraz przebywała. Kilka razy widział też Hiromi i Mystela – tego ostatniego okaleczonego, bez dłoni, co bynajmniej nie sprzyjało odzyskaniu spokoju.
Z pozycji pokonanego obserwował, jak Chen sama się podnosi. Opiekował się nią dwa lata, dbał, ale przez cały ten czas nie poczyniła żadnych postępów. A teraz nagle, gdy wzięła sprawy w swoje ręce, jej stan poprawiał się praktycznie z godziny na godzinę. Odzyskiwała sprawność ruchów i dawną mimikę. Mówiła wyraźniej i pewniej, nadrabiała zaległości i z powodzeniem zajęła się bratem. Dużo o nim opowiadała i Rei nie mógł oprzeć się wrażeniu, że rozumie sparaliżowanego Laia lepiej niż ktokolwiek inny.
Podziwiał ją za to i cieszył się, ale nie mógł zignorować faktu, że jej ocena sytuacji nie była pełna.
Rozmawiała z Kaiem i Garlandem, opowiadała mu o tym. Wiedział również, że zachowała dystans wobec ich wersji i na pewno nie zamierzała jej ufać. Ale jednocześnie, sfrustrowana i zła, nie chciała słuchać już nikogo innego, nawet Hiromi.
Trudno było się jej dziwić.
Tylko że pewne sprawy zaszły zdecydowanie za daleko i Rei nie mógł tak po prostu pozwolić odprowadzić się w bezpieczne miejsce. Był częścią tego, co się działo. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Być może zdrowiałby szybciej, gdyby nie Diger.
Więź, jaka łączyła go z Konem, uległa wzmocnieniu. Tymczasem Reiowi nigdy nie zależało bardziej, by ją przerwać. Zniszczyć. Odciąć się od niechcianej mocy i niechcianego dziedzictwa. Skoro nie był go godny, dlaczego bogowie go na to skazywali?
W oddali rozbrzmiał grzmot.
Kon drgnął niespokojnie, na tyle, na ile pozwalało mu na to niesprawne ciało. Poczuł, że plecy zlewa mu zimny pot.
Ale nie, to chyba była zwyczajna burza, nie Diger…
Chyba.
Nie mógł mieć pewności.
Już nigdy nie będzie jej miał.
Przymknął oczy, próbując znaleźć dowód pozwalający rozwiać obawy. Ale tak naprawdę nie wiedział przecież, czego szukać. Niczego nie wiedział
Także – kim właściwie jest.
Ofiarą? Katem? Przyjacielem czy wrogiem?
Mao nie wspominała ani słowa o tym, co działo się na stadionie, pewnie sama nie wiedziała, ale Rei wnioskował, że skoro znalazł się w szpitalu żywy, Miguel zdołał doholować go do wyjścia. Chciał się z nimi, z Lavalierem i Ivanowem, zobaczyć. Podziękować – to najpierw – przeprosić – to potem – i, na końcu, raz na zawsze wyjaśnić pewne sprawy.
Sytuacja była skomplikowana, ale nie nierozwiązywalna, a Kon nienawidził zostawiać za sobą otwartych wątków.
Grom uderzył ponownie.
Bliżej.
Zdawało się, że tuż za oknem.
A potem się zaczęło.
Rei…
Szarpnął się, zmusił do otwarcia oczu, ale nic nie było już takie samo. Szpitalna sala rozpłynęła się w półmroku, oddaliła. I po chwili nie było jej już wcale.
Był tłum ludzi u jego stóp.
Chwała Cesarzowi! Chwała Białemu Tygrysowi!
Były rytualne gongi, kwiaty śliwy i magnolii pod jego nogami. Ciężar szat. Ciężar korony.
I krew na rękach.
Kocham cię.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 05 września 2016, 19:52


*

Była już tylko cisza i swobodny dryf po powierzchni.
Leżał na kocu, na boku, bo każdy dotyk na plecach wciąż palił żywym ogniem. Szeroko otwartymi oczyma patrzył w przeciwległą ścianę, licząc białe kafle. Po raz kolejny.
Burza minęła.
Była już tylko cisza.
I uporczywa myśl, że poszedłby do łazienki.
– Goi się jak na psie – skomentował ktoś, majstrując przy opatrunku. – Nie ma śladów stanu zapalnego. Dwa, trzy dni i dzieciak stanie na nogi. Za dwa tygodnie będzie można zdjąć szwy.
– Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej – tym razem mówił Barthez. – Bestia nie chciała go zabić, tylko przejąć kontrolę. Wbrew pozorom, one zwykle wiedzą, jak postępować z ludźmi. Ciągle ich nie doceniacie.
Coś zaszeleściło całkiem blisko i w nozdrza Miguela uderzył zapach drogich męskich perfum przebijający się nawet przez odór antyseptyków.
– To już koniec – były trener mówił teraz tylko do niego. – Jesteście jednym, ty i on. Jak Mao Chen i Galux. Jak Takao Kinomyia i Dragoon. Wiesz, jak to się dla nich skończyło.
Krótkie szarpnięcie i oznaczało prawdopodobnie koniec zmiany opatrunków. Nawet specjalnie nie piekło – całe ciało wydawało się oddzielone od myśli, rzucone w kąt. Niepotrzebne i zużyte. Nieczułe.
– Ja skończyłem, panie Barthez – oświadczył chirurg.
– Dobrze, zaraz do was dołączę.
Rozbrzmiały kroki, a potem trzasnęły zamykane drzwi.
Ale Jean-Paul nadal tu był. Miguel na niego nie patrzył, wciąż zajęty liczeniem kafli na ścianie. Francuz wyciągnął coś z torby i położył przed Lavalierem.
– W środku jeden nabój – powiedział.
Wyszedł, gasząc za sobą światło.
I kafle też zniknęły. Zostały tylko cisza, ciemność i upływający powoli czas.
Płynął długo i swobodnie, aż wreszcie dłoń wysunęła się niepewnie i palce sięgnęły do zimnego metalu lufy.

*

– Zdziwiło mnie, że po tym wszystkim chcesz jeszcze rozmawiać.
Wnętrze kawiarni było przytulne, kameralnie i nieco babcine. Garland pasował do niego jak pięść do nosa, ledwie mieszcząc się zresztą za niewielkim, okrągłym stolikiem i zmuszony do kuriozalnego składania się za każdym razem, gdy chciał sięgnąć po filiżankę, a robił to zaskakująco często.
– Mnie, szczerze mówiąc, też.
– Kto cię przysłał?
Mystel uniósł brew.
– Naprawdę chcesz w ten sposób? – spytał autentycznie zaskoczony.
– A jest jakiś lepszy? Przecież obaj wiemy, że żaden z nas nie siedzi tu z własnej woli.
– Czyli Kai wie o naszym spotkaniu.
Śri Śirwat strzelił bezradnym, zdradzającym rozkojarzenie wzrokiem po makatkach.
– Nie do końca – odparł. – Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Założyłem jedynie, że jeżeli wysyłają ciebie, to prawdopodobnie nie wyląduję od razu z lufą przy skroni.
– Masz o mnie wysokie mniemanie.
Garland westchnął, potarł skroń.
– To nie jest proste – mruknął.
– Owszem – przyznał Mystel. – Od samego początku nie było, od chwili, w której zrozumieliśmy, dokąd to zmierza. Ale wówczas to ty powiedziałeś nam, co się stało z Brooklynem. To ty sprawiłeś, że przejrzeliśmy na oczy. Po prostu nie rozumiem, skąd ta zmiana frontu. I to jeszcze w taki sposób. Nie chcę niczego więcej, tylko odpowiedzi na te pytania.
Śirwat milczał. Milczał zdecydowanie za długo.
– Garland…?
– Nie zrozumiesz.
– Odwołuję to o wysokim mniemaniu. O to chodzi? Założyłeś, że żadne z nas nie zrozumie i dlatego spisałeś nas na straty? Wystawiłeś? – Mystel położył okaleczoną rękę na stole, słusznie spodziewając się, że jej widok zmrozi Hindusa do głębi. – Ja i tak miałem szczęście, Garland. Wiesz chociaż, co się stało z pozostałymi, czy nie starczyło ci odwagi, żeby sprawdzić?
– Jesteś tu, żeby mnie oskarżać?! – Śirwat zerwał się z miejsca, trącając stolik.
– Takie magiczne słowo, Garland. Konsekwencje. Ale te znam. Potarzam, że chcę poznać motywy.
Hindus wciąż stał z zaciśniętymi pięściami i ściągniętą twarzą, wciąż częściowo nieobecny i jakby zagubiony.
– Kinomyia – powiedział wreszcie. – Wszystko, tylko nie on. Nie znowu. Nie w pobliżu Brooklyna.
– Przecież dla niego nie pracujemy. – Mystel zmarszczył brwi w konsternacji.
– Są tylko dwie opcje.
– Tak twierdzi Kai?
– Tak twierdzi Brooklyn. We wszystkim chodzi tak naprawdę o bestie – mówił dalej Garland, znów siedząc, ale sztywno, czujnie. – Nie o politykę, nie o frakcje, nie o pieniądze, a o same bestie i stosunek do nich. Kai to nie jego dziadek i nie Balkow, wie i rozumie więcej niż oni, patrzy szerzej.
– To znaczy? – Mystel musiał przed samym sobą przyznać, że takiego obrotu spraw się nie spodziewał.
– Sam pozostaje w ścisłym kontakcie z jakąś bestią. Nie jest połączony dyskiem i nie chodzi o Dranzer, bo ta zginęła po starciu z Zeusem, ale bez wątpienia ma miejsce. W tej kwestii Brooklyn jest dla mnie ostateczną instancją.
– Cóż, dla mnie też by był.
– No właśnie – Garland skinął głową. – Obaj ogarniają to na znacznie wyższym poziomie niż którykolwiek z nas. Myślę też, że na wyższym niż połączeni. U nich to, jak twierdzi Kai, nienaturalnie przyspieszony proces, który należy dopiero uregulować, żeby nie dochodziło do przypadkowych mutacji i skutków ubocznych. Obaj twierdzą, że zjawisko jest zupełnie naturalne, tylko w większości wypadków na tyle powolne, żeby podczas przeciętnej kariery bladera skutki w ogóle się nie uwidoczniły. Rozumiesz? Dlatego tak szybko odsyłali nas na emeryturę. Musieli już coś wcześniej obserwować. Kai nie chce niszczenia bestii ani ich tłamszenia. Chce współpracy. Koegzystencji. Wyeliminowania wynaturzeń i wyprostowania ścieżek. Druga opcja to po prostu negacja. Bliższa waszym działaniom, nie zaprzeczysz.
– No nie, nie zaprzeczę.
Obaj milczeli dłuższą chwilę, oddając się własnym myślom, aż wreszcie Garland zacisnął usta i pięść, po czym odezwał się znowu:
– Wiem, że źle się stało. I to moja wina. Żałuję, Mystel. Naprawdę mi przykro z powodu twojej ręki i… i innych rzeczy. Ale sądzę, że było warto.

*

– Panie. Panowie. Witam serdecznie.
Kai usiadł za długim, wypolerowanym na błysk stołem. Za nim rozciągał się widok na rozległą panoramę szarej, wystraszonej, przykrytej ostatnio niemal bez przerwy burzowymi chmurami Moskwy.
Widok miasta, które już całkiem oficjalnie wziął w posiadanie.
Po sali przetoczył się szum nieskładnych, cywilnych pozdrowień, drażniących ucho kakofonią, której przydałaby się porządna musztra. Kai patrzył na poważne, wciąż lekko skonsternowane i absurdalnie w tej sytuacji napuchłe od dostatniego życia twarze ludzi w najdroższych garniturach i obłokach najlepszych perfum. Powinni wiedzieć, co robić, to był ich obowiązek, żeby wiedzieć, a pozwalali mu przejąć całkowitą kontrolę, bezbronni i zagubieni jak dzieci.
O ironio.
Przecież miał dopiero dziewiętnaście lat.
Oraz nazwisko Hiwatari, to prawda.
Ale jednak dziewiętnaście lat, posturę drobnego chłopca, ledwie sto sześćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu i nieodmiennie pucułowate policzki. Trudno było wyobrazić sobie lepszy dowód na to, że polityka to tylko szalona gra, której zasad tak naprawdę nikt nie zna i wszyscy tylko udają, że wiedzą, co robią, niż ich wyczekujące spojrzenia.
– Proszę usiąść. Pani Morozowa, zechciałaby pani odczytać porządek spotkania.
W Moskwie ogłoszono stan wyjątkowy i wprowadzono godziny policyjne. Ambasady stopniowo organizowały przyspieszony powrót cywilów, a zwłaszcza oficjeli, tu i ówdzie odbyły się prowokacje i wybuchły zamieszki. Oczywiście skutecznie je stłumiono. Media wciąż żyły materiałami z felernego otwarcia mistrzostw oraz – co Kaiowi było akurat bardzo na rękę – oświadczeniem Miguela, analizując je pod każdym kątem. Tu i ówdzie podnosiły się głosy pytające, gdzie Lavalier jest teraz i czy przypadkiem nie zginął na stadionie, a jeśli tak, to czy już należy go obwołać męczennikiem, czy jeszcze trochę zaczekać.
Spokojnie, odpowiadał Hiwatari w myślach dziennikarzom. Jeszcze zobaczycie, co to zwroty akcji.
Nie chodziło o to, jak poważne jest w istocie zagrożenie, choć rozbierane właśnie ruiny stadionu i przepełnione moskiewskie szpitale aż za dobrze o tym przypominały. Chodziło o to, by wszyscy – oni tutaj, w sali konferencyjnej Biovoltu, Moskwa, a w konsekwencji cała Rosja – uwierzyli, że ocalenie leży w rękach jednego człowieka. By nie zapomnieli o tym, jak kiedyś zapomnieli o Brooklynie Masefieldzie i zdemolowanym Tokio.
To nie powinno być takie proste.
A jeśli było – Kai nie mógł zignorować tego pytania – dlaczego dziadek nigdy tego nie zrobił? Na co czekał?
Nie, to złe pytanie.
Na kogo. Na kogo czekał.
Och, to takie oczywiste.
– Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że czas najwyższy zawiązać jednolity front – Hiwatari przeszedł wprost do sedna. – Władze miasta, przedsiębiorstwa oraz organizacje pozarządowe – tu skinął w kierunku Romero Abregi. Patrząc na niego, nie mógł usunąć z głowy wspomnień. Dotyku pnączy oplatających jego ciało, poczucia uwięzienia, a potem dzikiego zewu wolności. Zdziwiło go nieco, że wśród tych wrażeń nie ma nawet szczypty wyrzutów sumienia w związku z tym, co miało się stać za parę godzin. – Mamy do czynienia z bezprecedensową sytuacją. Musimy mieć świadomość, że możliwości wroga nadal nie są do końca zbadane i sytuacja najprawdopodobniej ulegnie pogorszeniu, a na nas spadną trudne pytania i próby obwiniania za tragedię. Moi ludzie mają wspomagać miasto w zapewnianiu bezpieczeństwa obywatelom i to czynią, ale nie mogę nie zauważyć, że ze strony miejskich struktur porządkowych dochodzi i poważnych zaniedbań, że rzecznicy prasowi nie wiedzą, co mówić, a sztab kryzysowy nadal zachowuje się, jakby miał do czynienia ze zwyczajnym atakiem terrorystycznym.
Urzędnicy wymienili spojrzenia, jeden z nich ostatecznie zmrużył oczy i spojrzał na Kaia.
– Co ma pan na myśli, panie Hiwatari?
– Jedynie to, że obnażacie, państwo, swój brak kompetencji. Oraz że nadal nie schwytano żadnego z podejrzanych.
– Czynimy w tej sprawie postępy – zapewnił Główny Komendant Milicji. – Sprawa jest o tyle skomplikowana, że to w większości obywatele innych państw, a sytuacja Rosji nie jest ostatnio…
– No właśnie – skinął głową Kai, przerywając mu bezpardonowo.
Nie trzeba było wiele, by odgadnąć, dokąd zmierzają jego myśli, więc twarz komendanta ściągnęła się w niedowierzaniu.
– Ogłoszenie stanu wojennego nie leży w naszych kompetencjach – sapnął.
– Ale informowanie głównych władz o skali zagrożenia już tak, prawda?
– Sugeruje pan, że nie robimy tego należycie?
Kai poczekał, aż sekretarka postawi przed nim filiżankę. Kiedy się odsunęła, powiódł po sali zimnym wzrokiem.
– Uważam. Uważam, że Moskwa nie ma w swoich władzach wystarczającego wsparcia. – Zagrzmiało znowu i Hiwatari nie mógł odpędzić od siebie myśli, że tło ma zaiste odpowiednie, jak disneyowski czarny charakter. – Ktoś z państwa może mi na przykład zagwarantować, że to zwykła burza? – Uniósł brew. – Hm?
– Rei Kon nadal nie może być przesłuchany, jeśli do tego pan zmierza.
– Poza waszą kontrolą jest jeszcze przynajmniej jedna bladerka władająca piorunami, o czym pan zapewne doskonale wie, komendancie. A jeśli pan nie wie, proszę rozważyć natychmiastową dymisję. Wyładowania atmosferyczne – Kai zaczął odginać palce – nagłe ochłodzenia i zlodowacenia, porywiste wiatry, tąpnięcia i zapadliska, pożary. Wszystko w losowych miejscach i losowym czasie, bo nie mamy do czynienia ze sprawnie zarządzaną grupą, która miałaby jakiś cel, tylko hordą spłoszonych nastolatków. Mój świętej pamięci dziadek doskonale wiedział, że pewnego dnia może do tego dojść. Przygotował się na to. Tylko dzięki temu mogłem tak szybko powołać Gwardię Feniksa.
– Do czego pan zmierza? – odezwał się wreszcie Romero Abrega, opierając łokcie o stół w dość swobodnej pozie i pochylając się nad blatem.
– Wprost? Namawiam do przyznania, że standardowe procedury nie mają tu prawa bytu i należy o tym myśleć inaczej. Tak, jak myślał mój dziadek, którego koncepcję chętnie przedstawię.

*

– Nadal nie było strzału.
Barthez skinął głową, chyba niespecjalnie zaskoczony.
– Nie szkodzi, wystarczą odciski palców – powiedział. – Tak jest nawet lepiej, załatwimy to z dodatkowym fajerwerkiem. Będą po broń najpóźniej za dwie godziny, zabezpieczcie ją odpowiednio, ja przejmuję więźnia.
– Jasne. – Ivan wykonał coś, co mogło być niedbałym salutem.
Może jego parodią – to także by Bartheza nie zaskoczyło.
Wiedział, że to jego ostatnia szansa. Że mimo wszystkiego, co zdołał osiągnąć po porażce z Batalionem, potknięcie w tej sprawie oznacza podmoskiewski las i strzał w tył głowy. Chyba że nowy pan prezes, dzieciak ze śmiesznym makijażem, będzie miał inny, bardziej kreatywny pomysł.
Barthez nie byłby jednak sobą, gdyby już na wstępie nie zorganizował sobie przynajmniej jednego kierunku, w którym może się wycofać, choć na samą myśl o kontaktach z tą częścią francuskiej rodziny robiło mu się słabo.
Ivan dał znać jednemu ze swoich ludzi, a ten podszedł do drzwi i przekręcił klucz w zamku.
– Zapalcie światło – rozkazał.
I wtedy wreszcie padł strzał.

*

Burza szalała nad miastem nieprzerwanie od paru godzin, ulewa siekła wściekle o ziemię, jakby usiłując zmyć z niej resztki krwi.
Ale to była Moskwa. Tu zawsze ktoś krwawił.
Obecnie Romero Abrega.
Z budynku Biovoltu wychodził w całkiem dobrym nastroju. W tym układzie nie miał już niczego do stracenia, więc zwyczajnie cieszył się niezłym tempem zmian i nadchodzącymi wydarzeniami, jakiekolwiek miałyby nie być.
Czeka nas dobra zabawa, Romero, powtarzał sam sobie, obserwując miasto z okien taksówki i co jakiś czas zmieniając ogniskową, by dostrzec swoje własne odbicie w zalanej deszczem szybie.
Zamierzał świętować ten fakt dobrym żarciem i butelką najprzedniejszego Merlota, a potem rzucić się na łóżko i spać smacznie do samego rana.
Kiedy jednak wysiadł z auta i rozłożył parasol, coś huknęło całkiem blisko. W pierwszej chwili Abrega pomyślał, że to kolejny piorun i że w związku z tym chyba lepiej będzie moknąć niż narażać się na porażenie.
Potem coś zakuło go w piersi.
Potem dostrzegł rosnącą czerwoną plamę na białej koszuli.
– Och…
Wypuścił parasol z dłoni, a chwilę potem sam runął na chodnik.
Kierowca taksówki wyskoczył z auta i podbiegł do niego, krzyczał coś w tym barbarzyńskim języku, chyba wołał pomoc i chyba nawet mu się to udało.
Dla Romero nie miało to już jednak żadnego znaczenia.
Minęła chwila i po prostu był martwy.

*

– Pierdolę to! – darł się Ivan. – Praktycznie odstrzelił mu twarz!
– Bo nie potrafi celować.
– To jakaś wymówka?!
– Nie. – Barthez uniósł kącik ust. – Ostrzeżenie.
Postrzelony chłopak wrzeszczał, przyciskając dłonie do twarzy i wciąż broniąc się przed kumplami, którzy chcieli mu pomóc. Był wychowankiem Opactwa, owszem, ale właśnie pocisk wyrwał mu część policzka i wypalił oko. Miał prawo do szoku.
Ivan chyba trochę mniej.
– Zabiję skurwysyna! – Papow przeskoczył drzwi jak pantera, ale Barthez przyłożył mu bezceremonialnie w twarz i chłopak stracił równowagę.
– Ani mi się waż! Wynoś się! – Wypchnął Rosjanina za próg, własnym ciałem oddzielając od oszołomionego, wciąż patrzącego na upuszczony rewolwer Miguela. – Wynoś się i zabieraj swojego zidiociałego kumpla!
Ivan warknął i zgarbił się, jakby zamierzał staranować Bartheza, ale wtedy rozległy się kroki na korytarzu.
– Po sprawie, Abrega jest martwy. Przyszedłem po broń.

*

– Mystel, o czym ty mówisz…? – Hiromi niemal bezwładnie opadła na fotel. Dłoń spociła się jej momentalnie i musiała mocniej ścisnąć telefon, żeby go nie upuścić.
– Też chciałbym, żeby to było łatwiejsze – usłyszała.
– Przestań… – Potarła czoło. – Do cholery, przestań! Nie ty!
Na moment zapadła absolutna cisza. Nie było nawet szmerów po drugiej stronie. Nie było oddechu.
– Mystel…?
– Przepraszam, Hiromi. Nie zamierzam cię opuszczać. Myślę jedynie… że powinniśmy się przyjrzeć pewnym sprawom. Może faktycznie popełniliśmy błąd.
Tachibana nerwowo oblizała usta, wzrok już szukał papierosów.
– Mystel… Mystel, wiesz, że to wbrew wszystkiemu, co nas do tej pory łączyło.
– Tak.
– Mieliśmy cel. Zatrzymać łączenie ludzi i bestii. Mieliśmy na to pogląd. Tylko to sprawiało, że byliśmy w stanie współpracować. Wiesz, co będzie, jeśli to podważysz?
Znów milczenie.
– Podpowiem ci. Sajgon.
– Uważasz, że…
– Że to większe zagrożenie, tak. Założyliśmy przedszkole dla tykających bomb, Mystel. Musimy ponieść tego konsekwencje.
– Przemyśl to jeszcze.

*

Budynek Biovoltu nadal płonął, choć akcja gaśnicza przebiegała nad wyraz sprawnie.
– Czy to na pewno przypadek? – pytała spikerka, stojąc na tle podświetlonego czerwoną łuną nieba. – Czy mamy do czynienia z czymś więcej?
Pytała oczywiście retorycznie.
Brooklyn obserwował całą scenę z bezpiecznej odległości, siedząc na tylnej kanapie samochodu i od niechcenia przegryzając kozinaki, w których ostatnio bardzo zasmakował.
Ciągle miał wątpliwości. Sprawy ludzi nie powinny go interesować, nie znał się na tym, nie rozumiał ich, a jednak jakiś głos – przez ironię brzmiący jak głos jednego z terapeutów, doktora Jensky’ego – powtarzał, że nie są tak do końca bez znaczenia.
– Romero Abrega, dawny trener beybladeingu i prezes fundacji Nowy Świt nie żyje – ekscytowała się dziennikarka. – Teraz stoimy pod płonącym budynkiem Biovoltu. Kto będzie następny?
Brooklyn odwrócił się ku siedzącemu obok Garlandowi.
– No właśnie – odezwał się niby swoim zwykłym tonem, ale ktoś, kto znał go tak dobrze jak Śirwat, mógł usłyszeć różnicę. – Kto będzie następny?
Hindus milczał, tkwiąc nieruchomo z opuszczoną głową i zaciśniętymi zębami. Tylko mięśnie jego ramion drgały, a pięści zacisnęły się, aż pobielały knykcie.
– Dużo w tym wszystkim krwi, nie sądzisz?
– Brooklyn… – w szept Garlanda wdarło się poirytowanie.
Mesefield przeżuł kolejny kawałek batonika.
– Oczywiście rozumiem, że, żeby poukładać planszę, trzeba ją najpierw wywrócić – mówił dalej, niezrażony reakcją Śirwata, w tym nerwową kroplą potu spływającą po jego skroni. – Jasne także, że nad masą łatwo zapanować, zwłaszcza kiedy ma się kozła ofiarnego, ale mam nieodparte wrażenie, że Kai stąpa po cienkim lodzie. – Brooklyn strzepał okruszki z poły beżowej marynarki.
Wtedy właśnie zabrzęczał telefon.
Irlandczyk mimochodem zauważył, że sięgającemu do kieszeni Garlandowi drży ręka.
– Wiesz, że to on – rzucił.
Po plecach Hindusa przebiegł widoczny gołym okiem dreszcz strachu.
– Też masz wątpliwości. Cóż, to raczej normalne przy wyborze mniejszego zła. Ja się cały czas zastanawiam.
Śirwat odczytał wiadomość.
– Tak, to Kai – powiedział jedynie, ignorując wszystkie słowa, które padły pomiędzy. – Pisze, że „czas wypłoszyć myszy z nory” – syknął z irytacją. – Ale załatwię to sam. Ty zostaniesz w hotelu.
Brooklyn skinął głową i sięgnął po następną koziankę.

*

Hiromi zacisnęła zęby, aż zabolała ją szczęka. Rozłączyła się i już miała wrócić do łóżka, kiedy coś przykuło jej uwagę.
– Emi…
Amerykanka oderwała wzrok od kuchennego stołu i spojrzała na przyjaciółkę.
– Hm?
– Chodź spać, już prawie druga.
York pokręciła głową.
– Nie mogę – przyznała i objęła ramiona, jakby było jej zimno mimo wełnianego, pożyczonego od Hiromi swetra.
Johnny wrócił do hotelu, obiecawszy, że skontaktuje się z pozostałymi członkami Majestics i ustali, na ile są w stanie pomóc w obecnej sytuacji, ale Emily ostatecznie postanowiła zostać u Tachibany. Zresztą za jej namową. Miały po prostu posiedzieć razem, obejrzeć jakiś głupi film, żeby oderwać myśli od kłopotów choć na moment, nażreć się chipsów. Jak za starych, lepszych czasów, gdy York przyjeżdżała do Moskwy tylko okazyjnie w przerwach między zajęciami na uczelni i robieniem furory na międzynarodowych konferencjach, na które wpuszczano zwykle tylko profesorów.
Wyłączyły komedię po piętnastu minutach, bardziej zażenowane niż rozbawione.
A teraz Emily siedziała w kuchni, nieruchomo, po prostu gapiąc się na deski blatu.
– Co jest. – Hiromi odsunęła sobie krzesło naprzeciwko. – OK, wiem, ostatnio działo się… wiele. Za dużo dla nas wszystkich. Ale potrafię poznać, kiedy gnębi cię coś… inaczej.
York przeniosła spojrzenie na ścianę.
– Chodzi o Johnny’ego? – drążyła Tachibana.
– Też.
– Wiesz, że mi możesz powiedzieć.
Emily westchnęła i pokręciła głową, a potem odruchowo sięgnęła go okularów, które jednak zostały na kawowym stoliku.
– Nie byłabyś zachwycona – powiedziała. – Zresztą w obecnej sytuacji to naprawdę pierdoły. Zupełnie nie wiem, dlaczego o tym myślę.
Hiromi miała drążyć, ale przerwał jej dźwięk nadchodzącego SMS-a.
– To pewnie Mystel.
– Odbierz – rzuciła Emily, upatrując w tym swojej szansy.
Tachibana skinęła głową i sięgnęła po telefon. Kilka ruchów ręki później jej twarz przypominała już bladą maskę.
– Co jest?
– Miguel. Znalazł się.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 05 września 2016, 20:17


XXVII
HI, I’M HERE TO RUIN EVERYTHING


– Wie pani, jak to jest z młodymi – usłyszał Miguel gdzieś ponad swoją bezwładnie opartą o kościste ramię Bartheza głową. – Trochę zaszalał, w końcu ostatnio sporo przeszedł. To taki wrażliwy chłopiec. Chciałem go odprowadzić do pokoju, zanim zacznie się godzina policyjna.
Zabrzęczał klucz, co oznaczało prawdopodobnie, że recepcjonistka wydała go bez większych oporów. Dlaczego nie miałaby tego robić? Stał przed nią wynajmujący we własnej osobie, ze wszystkimi dokumentami potwierdzającymi tożsamość i w towarzystwie człowieka, którego najwyraźniej znał i któremu ufał, skoro z niego bezwładnie zwisał.
– Zawiadomiłem kilka osób, bo ja niestety muszę wyjechać. Potem podam pani nazwiska. Z góry dziękuję.
Miguel znów był czysty, ogolony i uczesany. Ubrany w świeżo wyprane i wyprasowane ciuchy, trochę za ciasne, ale nie na tyle, żeby rzucało się to w niewprawne oczy. Faktycznie mógł sprawiać wrażenie kogoś, kto po prostu przeliczył się z rekreacyjnym wciąganiem niesprawdzonego towaru, ale kim zajął się troskliwy wujek. Łącznie z tym, że w windzie omal nie zwymiotował, choć nie miał pojęcia, czy przez ból, samopoczucie, fakt ponownego zamknięcia w małej przestrzeni bez wyjścia, obecność Bartheza czy wepchnięty mu do gardła niemal siłą pierwszy pełnowymiarowy posiłek od dawna.
– Mam nadzieję, że wyciągniesz lekcję – odezwał się Jean-Paul, jakby to w ogóle było jeszcze potrzebne. – Zobaczyłeś, kim jesteś, i że potrzebujesz opieki. Kogoś, kto będzie cię trzymał w ryzach. Jak ja przed trzema laty, bo naprawdę wiedziałem, co robię. Ale tym razem, Miguelito, poczekam, aż sam dojrzejesz do tego, żeby do mnie przyjść. Różnie między nami bywało, ale obaj wiemy, że nie jesteś taki głupi, żeby ryzykować.
Lavalier chciał odpowiedzieć, ale nawet tego nie był w stanie zrobić, oszołomiony nagłym przypływem bodźców – światłem, zapomnianymi dźwiękami, zapachami, ciągłym ruchem.
– Dojdziesz do siebie, przemyślisz wszystko i mi wybaczysz. Kto wie, może nawet zrozumiesz, że na moim miejscu zrobiłbyś to samo. Bezpieczeństwo, chłopcze. Bezpieczeństwo tych, którymi się opiekujesz, ponad wszystko, prawda?
Dotarli wreszcie do pokoju i Barthez zaprowadził Miguela wprost do łóżka. Zdjął buty, przykrył kocem i przez chwilę można było odnieść wrażenie, że w gestach tych jest autentyczna troska.
– Lepiej się stąd sam nie ruszaj – powiedział, patrząc w skupieniu na chłopaka leżącego bezwładnie dokładnie w tej pozycji, w jakiej sam go zostawił i patrzącego przed siebie pustym wzrokiem. – Prędzej czy później ktoś cię stąd zgarnie. Śpij dobrze – powiedział, zmierzając ku drzwiom – ważne decyzje przed tobą.
Nie zdążył wyjść. Skrzydło huknęło uderzyło o ścianę, a on sam odskoczył przestraszony. Zanim odzyskał równowagę, długie, blade palce zaplątały się w jego włosy i uderzyły jego głową o szafkę.
– Mam cię, skurwielu – usłyszał warkot i poczuł na policzku gorący od wściekłości oddech.
Pachnący bananami.
– Jurij…! Proszę…!
Głos Miguela, słaby, drżący i tak bardzo do siebie nie podobny, przebił się co prawda przez czerwoną zasłonę wściekłości, ale był tak łatwy do zignorowania.
Barthez nie miał dość sił, żeby obronić się przed mutantem, więc upadł na dywan, brudząc go krwią z rozbitej skroni. Próbował się pozbierać, odpełznąć, uniknąć kolejnego ciosu.
I bardzo dobrze. Ivanow chciał zobaczyć, jak skamle i błaga o litość, zanim z nim skończy.
Kopnął go w brzuch, a potem chwycił za ubranie i poderwał.
Wpadłszy przez próg wraz z Siergiejem, Retha przytomnie zamknęła drzwi. Ogarnęła spojrzeniem hotelowy pokój, dyszącego w furii Jurija, próbującego coś wycharczeć pięćdziesięciolatka na końcu jego ramienia, niezgrabnie zbierającego się z łóżka blondyna.
– Tak pewnie się czułeś? – syknął Jurij, przygważdżając ofiarę do ściany. – Żadnej obstawy? Żadnego dbania o dyskrecję? Co to za numer z tym SMS-em? Myślisz, że kim jesteśmy?
– Potworami… – wycharczał wreszcie Barthez. – O to właśnie…
Nie dokończył, bo Ivanow mocniej zacisnął palce na jego gardle.
– Milcz, jak do mnie mówisz!
– Jurij, to naprawdę…
– Ty też, syndromie sztokholmski! Siergiej, weź go stąd!
– Nie! – Miguel odtrącił ramię Petrowa, ale to była jego ostatnia szarża w tej partii, bo natychmiast potem złożył się jękiem i byłby spłynął na dywan, gdyby Rosjanin go nie podtrzymał.
– Zabierzesz moją twarz do piekła – obiecał Jurij, zwracając się znów do Bartheza.
– Nie podoba mi się to – mruknęła za jego plecami Retha. – Nie podoba mi się, że jest sam.
– Kurwa, nie rozumiecie?! – wydarł się rozpaczliwie ciągle zwisający z Siergieja Miguel. – Nie są sami!
– Więc gdzie jest zasadzka?
– Wy jesteście zasadzką!
Jurij nie słuchał puścił wreszcie włosy Bartheza i jego głowa opadła na podłogę. Zerknął na Francuza, zobaczył, jak ten powoli wyciąga drżącą dłoń, zamierzając najwyraźniej błagać o pomoc. Przydepnął ją, wyduszając z mężczyzny kolejny jęk. Skamlenia Bartheza brzmiały nieomal jak muzyka. Nagle na kolanach, nagle bezradny stał się także śmieszny. Żałosny.
Tak łatwo było zobaczyć w jego twarzy wiele innych.
– Mogę pomóc…! – jęczał, licząc na litość. – Mogę pomóc… wam obu…!
– Zabawne – warczał Jurij, łamiąc mu palec po palcu. – Naprawdę zabawne, że wszyscy chcą nam pomóc, a kończymy zawsze ten sam sposób. Zniszczeni i wykorzystani. – Trzasnęła kość, z gardła wydobył się kolejny wrzask. – Torturowani. – Pękł drugi paliczek. – Złamani psychicznie i zmuszeni do lizania wam butów. Otóż skończyło się. Dorośliśmy.
Ivanow pozwolił dokończyć Barthezowi serię wrzasków i jęków.
A potem skręcił mu kark.
– Nieee…! – zaskowyczał Miguel.

*

MingMing obserwowała z bezpiecznej odległości całą tę kuriozalną scenę. Porastającego niebieską łuską domorosłego Hulka z jednej strony i Kenny’ego z drugiej, obu wewnątrz pancernej szklanej klatki. Dzikie zwierzę i oswajającego je człowieka.
Księga dżungli 2.0.
Prychnęła, odbijając się od barierki.
Strażnicy wreszcie dali znać Szefowi, że na niego już czas i powinien opuścić klatkę. Nie protestował, jak to on, po prostu pożegnał się z dziwolągiem i podążył za nimi.
– Jak sesja? – zagadała MingMing, gdy spotkali się na korytarzu.
– Jest lepiej – odparł Kenny, ale głos miał zamyślony, a ruchy nieobecne. – Mam z nim kontakt.
– Widzę. Jeszcze cię nie rozszarpał.
Saien zacisnął usta, jakby powiedziała coś nie tak. Ale przecież to była prawda, a ona miała dość udawania, że wierzy w gadki o uzdrawiającej mocy przyjaźni. Gdyby istniała – co słusznie zauważył sam Szef – wszystko potoczyłoby się inaczej.
– Kai naciska na raport – przypomniała, także po to, by wywołać temat Hiwatariego. To zaskakujące, jak był wygodny i jak pozwalał rozładować napięcie.
– Wiem. Tylko nie wiem, co mu napisać.
– Prawdę?
Kenny spojrzał na nią zza grubych szkieł jakby lekko przestraszony, ale potem spuścił wzrok i potrząsnął głową.
– Nawet gdybym napisał coś innego, i tak dowie się od ciebie – szepnął.
– Nie mogę powiedzieć, że to niemożliwe. Wszystko zależałoby od okoliczności.
Saien posmutniał jeszcze bardziej.
– Kiedyś mu za to wszystko podziękujesz – rzuciła MingMign. – Jest wkurzający, prawda. Jest zimny i prawdopodobnie ma w dupie, co tu naprawdę robimy, bylebyśmy zostali lojalni, ale ma też plan, jak to wszystko zakończyć.
– Wiem.
– Sama nie wierzę, że pracuję dla tego gnojka. Ale pracuję. I nie żałuję tego. O ile nie dzwoni za często. – Spojrzała na Szefa, na jego zgarbioną sylwetkę i ręce wciśnięte w kieszenie o dwa rozmiary za dużych sztruksów. – Chodźmy coś zjeść. Czasem nawet ty musisz jeść.

*

– Bez sensu… – mamrotał Miguel na wpół do siebie, dygocząc już całkiem wyraźnie. – Totalnie bez sensu…
– Hej. – Siergiej usiłował spojrzeć mu w rozbiegane, spuszczone oczy, nawiązać jakiś kontakt, ale z marnym skutkiem. – Spójrz na mnie. Powiedz, co masz na myśli. Gdzie jest zasadzka.
– Tutaj! – wydarł się niespodziewanie Lavalier, podrywając głowę i wbijając wzrok z Jurija. – Zabiłeś go, kurwa! – Głos zadrżał mu z desperacji i chyba od łez. – Teraz cię mają! Wszystkich was mają!
– Bredzi – oceniła Retha. – Wygląda na naćpanego.
Do Jurija wszystkie te słowa docierały z daleka. Albo jak zza ściany. Krew krążyła w żyłach z potworną siłą, nieomal je rozrywając, w głowie huczał gniew, serce waliło jak oszalałe aż do granicy bólu.
Przed nim leżał człowiek. Martwy człowiek, którego krew miał na rękach. Martwy człowiek, którego zabił z premedytacją, na zimno, spokojnie jak niegdyś Kaia.
Wolborg wyła ze szczęścia. Wyła w każdej jego komórce.
Po korytarzu już rozchodziły się szybkie kroki i nawoływania, z zewnątrz dobiegł ostrzegawczy gwizd Claude’a.
– Zbierajmy się – wychrypiał Ivanow, podnosząc się powoli, nagle przytłoczony wrażeniem, że to rachityczne ciało stało się dla niego zdecydowanie za małe.
– Mhm – Retha wyjrzała przez okno. – Mamy już na karku ochronę, policję i… oż…
– Biovolt.
– Tak.
– Siergiej.
– …nie, proszę, nie… KUUURWAAA…!
Miguel nie należał być może do najdrobniejszych ludzi w towarzystwie, ale dla Siergieja nie stanowiło to wyzwania i przerzucił sobie Argentyńczyka przez ramię jak dziesięcioletnią baletnicę.
– Wybacz, tak będzie szybciej – powiedział tylko, ignorując jęki i niemrawą, niepokojąco niezdarną próbę wydostania się z uścisku.
– Tędy! – Borys machnął ręką, wskazując kierunek. – Będę was osłaniał z wyższego piętra, kiedy wyjdziecie.
Brzęknęła szyba i przez rozbite okno piętro wyżej wpadła na klatkę schodową puszka z gazem.
– W dół! – ryknął Jurij, zasłaniając sobie usta.
Nie mieli już wyboru, choć prawdopodobnie oznaczało to, że przy wyjściu czeka komitet powitalny z lufami wycelowanymi w drzwi.
– Zrób ze mnie taran – mruknął Miguel do Siergieja, poprawiając nieco ułożenie na jego ramieniu.
– Co…?
– Uważaj tylko na głowę, a nic mi nie będzie.
– Retha! Bierzesz lewą! – rozkazał Jurij. – Siergiej z Miguelem przebijają się przez środek! My dwoje jesteśmy szybsi. Bierzemy skrzydła i próbujemy przedrzeć się na tyły. Gotowa?
Mhalangu skinęła głową, choć nie było to potrzebne, zważywszy na jej naelektryzowane, sterczące ostrzegawczo włosy.
– Borys?
– Się wie, szefie!
– Raz! Dwa! TRZY!
Oślepiło ich światło.

*

Nie tego chciał.
Na pewno nie tego chciał i nie tak to sobie wyobrażał. Obiecywał też sobie, że nigdy więcej nie popełni tego błędu i nie da zrobić z siebie ogara.
W efekcie stał pod bramą hotelu i tracił resztki szacunku do samego siebie oraz nadziei.
– To bez sensu, poddajcie się! – krzyknął w stronę zdezorientowanych postaci. – Porozmawiajmy!
– Nie mamy już o czym, zdradziecka świnio!
– Wszystko przez ciebie!
– Ale… – Wobec oślepiającego światła, jakie roztaczał wokół Apollo, nie mogli zobaczyć jego twarzy, a on nie widział ich. Jednak głosy, które słyszał, aż drżały od wściekłości, desperacji i poczucia zdrady.
Nie tak to miało wyglądać… Nie tego chciał.
– Rei prawie zginął!
– Hej, a może chcesz coś wyjaśnić Miguelowi?!
– Spierdalaj, hinduska dziwko!
A potem coś wielkiego niespodziewanie wpadło na niego ze sporym impetem. Pozbierał się szybko, gotów odeprzeć kolejny, nawet przypadkowy atak.
– Jesteście otoczeni! – wołał, choć chyba od początku nie łudził się, że to się da załatwić polubownie. – Chyba lepiej, żeby rozmawiał z wami Kai niż inni! Opamiętajcie się!
Nie zobaczył czerwonej kropki na swoim czole.
Nie zobaczył też swojego eksplodującego mózgu.
Światło zgasło.
Z jednego z okien posypały się odłamki bitej szyby i Borys wychylił się przez nie, kaszląc i rozpaczliwie usiłując zaczerpnąć świeżego powietrza, zbyt już zatruty, żeby zwracać uwagę, na kierujące się w jego stronę lufy.
Szczęśliwie zwróciła na nie uwagę Retha. Wrzasnęła wściekle i pioruny rozszalały się wokół niej, zalewając ulicę mdłym, bladym światłem.
Nie ma tu połączonych, zauważyła Wolborg.
Istotnie, nie było. Nawet Garland, biedny, głupi Garland, który dwa razy dał się złapać w tę samą pułapkę, do nich nie należał.
To nie był atak. To było poselstwo. Ostatnia wizyta po dobroci.
– Chuj im w dupę – warknął Jurij, przechodząc nad rozwaloną czaszką Hindusa.
Wcale tak nie myślisz. Niczego już nie myślisz. Oddałeś mi władzę.
– Nie!
Miał rację. To wy jesteście zasadzką, a krew wściekłości na rękach jest kluczem.

*

Zeus i Draciel zawyli w ciele Brooklyna, wyrywając go ze snu i omal nie rozrywając. Upadł na podłogę, obejmując głowę rękoma. Drżał na całym ciele, chciało mu się wymiotować i krzyczeć, ale zmusił się, by zawołać go spokojnie. Po imieniu.
Był w końcu latarnią na ciemnym, szalejącym morzu.
Apollo…
Brooklyn był latarnią dla samotnych, opuszczonych bestii.
Chociaż teraz także i on został opuszczony na zawsze.
Pełzł przed siebie, wpijając palce w dywan, oszołomiony, jakby coś z ogromną siłą uderzyło go w dolną część kręgosłupa. Pierwszy raz od dawna naprawdę się bał. Pierwszy raz od dawna naprawdę nie wiedział, co robić.
Ostatkiem sił powstrzymywał się od jęków i błagania o pomoc. Bestie nie mogły tego usłyszeć. Nie mogły dowiedzieć się, jak jest słaby i przerażony, bo przestałyby czuć się z nim bezpiecznie.
Dotarł wreszcie do drzwi. Sztywne, ścierpnięte nogi z trudem dźwignęły nawet tak szczupłe ciało. Już miał nacisnąć klamkę, wyjść na korytarz, do miejsca, gdzie ktoś miałby szansę go znaleźć, kiedy się zawahał.
Nie tylko bestie nie powinny widzieć go słabym.
Dotarło to do niego nagle, dreszczem i przeraźliwym zimnem w potylicy.
Był teraz sam i musiał myśleć za siebie. Nikt mu więcej nie doradzi, nikt go nie ochroni, nikt nie poda ręki. Skończył się okres ochronny.
Skończyło się życie na uboczu, przywilej oderwania od rzeczywistości i zajmowania tylko tym, co dla innych nieosiągalne. Trzeba będzie pamiętać o posiłkach. O braniu leków.
I o ukrywaniu twarzy.

*

Siergiej na własne oczy widział, jak jedna z kul dosłownie odbiła się od tyłka Miguela, nie powodując niczego, poza żałosnym jękiem.
– Nie w dupę…!
To go przekonało. Wcześniej założył, że Argentyńczyk bredzi, miałby do tego w końcu absolutne prawo, ale nie, najwyraźniej, kiedy sugerował, żeby Petrow zrobił sobie z niego osłonę, mówił całkiem serio. Rosjanin rozluźnił więc chwyt podtrzymującej go ręki i pozwolił się zsunąć niżej.
– To jednak krępujące – mruknął Miguel w jego ramię, a zaraz potem znowu wydał z siebie serię jęków i tłumionych przekleństw.
– Stracisz ty wreszcie przytomność, czy nie?!
– Nie!
Boże, tak naprawdę byłoby dla obu lepiej.
Szczęśliwie po ostatnich burzach wilgoci w betonie nadal było sporo. Próbując nie podpaść naelektryzowanej Mhalangu, Siergiej zbierał ją ostrożnie, kropla po kropli, a kiedy była gotowa, pakował przeciwnikom w twarz.
Wszystko działo się tak szybko.
Za szybko.
Miguel drżał już cały. Jego palce czepiały się boleśnie skóry Siergieja, a kiedy chłopak półświadomie po kolejnej salwie wgryzł się Petrowowi w bark, Rosjanin omal go nie upuścił.
Za szybko i za dużo.
– Nie przebijemy się…
– Rzuć mną! – wycharczał Lavalier.
– Co ty znowu…
– Fireball!
To było szalone. Siergiej był spokojnym człowiekiem. Trzymał się z dala od szaleństw, absurdów i wszelkich zboczeń.
Więc rzucił.
Miguel w pokracznym locie zmienił się nie we wdzięcznego fireballa, a w coś między kometą nad Doliną Muminków, miotaczem ognia z zapalniczki i dezodorantu oraz Tarzanem z dowcipów. Co jednak zadziałało. W pewien sposób. I Siergiej odniósł nawet wrażenie, że Argentyńczyka wreszcie na moment wyłączyło.
W każdym razie cała akcja wywołała pewien popłoch w szeregach wroga, a Retha wykorzystała sytuację błyskawicznie. Dosłownie i w przenośni. Siergiej natychmiast wycofał atak, by nie oberwać, i aż westchnął, patrząc urzeczony na dzikie, elektryczne szaleństwo, jakie rozpętało się wokół dziewczyny.
Omal nie przeoczył celującego w jej plecy napastnika. Wiedział jednak, że jest już za późno, żeby zdążył zareagować. Zanim jednak ten nacisnął spust, coś spadło na niego z nieba z impetem. Zdołał tylko wrzasnąć nim upadł na asfalt.
– Skrzydlaty! Tutaj!
Claude znów wzbił się w powietrze, by po chwili zacząć pikować w stronę innej grupy – to wystarczyło, by ci, którzy byli jeszcze do tego zdolni, uciekli.
Ale Siergiej i tak upadł na kolana.
W pierwszej chwili myślał, że oberwał. To przecież nie byłoby wcale nieprawdopodobne. Jako domorosły lekarz znał jednak objawy. Wiedział, jak powinien się czuć i powoli docierało do niego, że to nie jest to.
Trząsł się, owszem, ale poza tym miał wrażenie, że coś w nim rośnie, coś się zbiera. Jakaś niewyobrażalna masa.
– Seaborg… – wyszeptał.
Jestem.

*

Nóż pojawił się znikąd, ot, po prostu błysnął i po rozciętej twarzy spłynęła krew, brudząc też dłonie Claude’a. Odepchnął oszołomioną ofiarę i, nie oglądając się za siebie, dopadł do Miguela.
– Żyjesz?! – Szarpnął go za ramiona, ale nie dostał odpowiedzi. – Kurwa, nie teraz! Wstawaj!
Tavarez zawsze był wysokim, ale rachitycznym chłopakiem. Lekki i szybki nie odznaczał się szczególną krzepą, więc na samą myśl o holowaniu nieprzytomnego Lavaliera zrobiło mu się gorąco. Wyglądało jednak na to, że ze strony kumpla nie może spodziewać się współpracy – Miguel zwisł mu z ramienia całkiem swobodnie, spłynął po nim z powrotem na asfalt i nawet nie jęknął.
– Siergiej! – krzyknął Claude na pomoc, ale wówczas zobaczył, że Petrow ma własne problemy. Klęczał, drżąc na całym ciele, a wokół niego wirowały srebrną ławicą krople wody. – Siergiej…?
– Uciekajcie, idioci! – wycharczał Rosjanin, z trudem podnosząc na niego wzrok.
– Gdzie jest Jurij? – Retha nie wyglądała, jakby chciała go słuchać. – Gdzie Borys?!
– Nic im nie będzie! Wiej!
Zawahała się. Wciąż stała niezdecydowana, kiedy Claude podjął decyzję. Priorytet wydawał się jasny i nie była nim Mhalangu. Jeśli miała wątpliwości, to jej sprawa.
– Boże, ile ty ważysz… – wysapał Tavarez, znów próbując podnieść Miguela.
Był już blisko, kiedy rozszalała woda uderzyła go w plecy. Krzyknął i pochylił się odruchowo, rozpościerając skrzydła w obronnym geście.
Mógł odlecieć. Wiedział, że po prostu może odlecieć. Ale raz już stchórzył, raz uciekł, gdy Miguel ten jeden raz naprawdę go potrzebował i nie zamierzał popełnić tego błędu ponownie.
Siergiej krzyczał głębokim, niskim głosem. Odpowiedziało mu wołanie przypominające zwodniczo ptasi wrzask i wycie wilka. Mróz ścinał krople w kryształki lodu, wichura ciskała nimi z niewyobrażalną siłą, tnąc skórę, odłupując farbę z rur i tynk ze ścian. Claude schował głowę między skrzydła, zagarnął Miguela bliżej siebie i po prostu zaczął się modlić.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 13 września 2016, 09:46

XXVIII
AND THAT IS WHY I LOVE YOU SO MUCH. YOU HAVE THE SAME COLD, BLACK HEART AS ME

Do Daichiego wszystko to docierało z pewnym opóźnieniem i jakby bez udziału woli czy świadomości – słaby, schrypnięty głos Reia i jego ledwie zrozumiałe wypowiedzi, szum i stukanie pracującej aparatury medycznej, rwane wyjaśnienia Hiromi wyraźnie zdenerwowanej czymś jeszcze, walczącej z uciekającymi myślami i plączącymi się wątkami.
Sumeragi siedział na twardym krześle, niemal skulony, z podkurczonymi nogami i czuł się najzwyczajniej w świecie głupi. Zresztą tyle razy powtarzano mu, że taki właśnie jest. Może było w tym ziarno prawdy i teraz nagle wykiełkowało.
Może było to jakieś wyjaśnienie.
Kiedy Hiromi powiedziała mu, że Max odszedł, z uporem pytał dokąd. Kiedy wyjaśniła, że umarł, chciał wiedzieć, w jaki sposób. A przecież wiedział.
Wszystko już wiedział.
Tylko nie chciał wierzyć.
Przecież to były tylko mecze, takie jak dawniej. Bardziej szalone, bardziej wyczerpujące może i zapewne bardziej widowiskowe, czego jednak nie mógł ocenić, ale poza tym nie zmieniło się aż tak wiele. Nieodmiennie czerpał z tego frajdę, nieodmiennie wypełniała go znajoma euforia, uczucie jak po zjedzeniu naprawdę dużej ilości cukru.
I nagle okazało się, że nie dość, że cały czas ocierał się o śmierć, to jeszcze nieświadomie ją zadawał.
Może czasem podejrzewał, że coś jest nie tak, ale przecież pan Daitokuji zawsze wtedy pojawiał się gdzieś obok, uspokajał i obsypywał swojego ulubieńca prezentami jak dziadek ukochanego wnuczka. Było tak… dobrze.
Sumeragi nerwowo skubał sznurowadła i materiał trampek, kiwał się lekko w przód i w tył. Szumiało mu w głowie. Strada szeptała coś na jej tyłach, ale nie mógł uchwycić słów. Dlaczego mu nie powiedziała? Dlaczego ona też do okłamywała?
Hiromi już trzy razy zdążyła wyjść na papierosa, choć przecież nie siedzieli razem aż tak długo – dopiero niedawno zapachniała obiadowa szpitalna zupa, więc musiało być jakoś koło południa. Wcześniej Tachibana wspominała coś o Kaiu, przeklinała go, na czym świat stoi, coś o Juriju, Miguelu i możliwej zasadzce. Z tego Daichi nie zrozumiał już prawie niczego.
– Dlaczego jesteś w szpitalu? – zadał kolejne prawdopodobnie głupie pytanie.
Rei odchrząknął.
– Miałem wypadek – odparł tym swoim ledwie słyszalnym głosem. – Trochę się połamałem.
Mao prychnęła z irytacją.
– Trochę!
– Proszę cię…
– Omal cię nie zabili! – Coś zaszurało, oznaczając pewnie, że Chen zerwała się ze swojego miejsca. Faktycznie, po chwili Diachi rozpoznał odgłos kroków.
– A teraz ci, którym zawdzięczam fakt, że jednak żyję, są w niebezpieczeństwie – przypomniał Kon.
– To znaczy? – Sumeragi wdłubał już w bucie sporych rozmiarów dziurę.
– To znaczy, że ktoś z nami bardzo brzydko pogrywa, Daichi.
– Ktoś? – mruknęła Tachibana, pojawiwszy się znów w progu. – Kai. Mówiłam ci przecież.
Na moment zapadła ciężka, irytująca cisza, a Sumeragi nie dopytywał o szczegóły. Nigdy nie przepadał za mrukliwym Hiwatarim. Podziwiał go może, bo w końcu był najlepszy zaraz po Takao, ale niespecjalnie lubił.
– Rozmawiałam z Mystelem – Hiromi zmieniła temat. – Wszystko już prawie gotowe. Załatwił specjalistów, kołuje sprzęt. To nie będzie akcja pozbawiona ryzyka, ale powinno się udać. Musisz tylko nabrać dość sił, żeby chociaż usiąść na wózku. Daichiego weźmiecie ze sobą. Tak będzie najbezpieczniej, jak sądzę.
– Dokąd? – zdziwił się Sumeragi.
– Do Chin – odparła Mao. – Byle dalej od Kaia i Moskwy.

*

Emily z rosnącym niepokojem obserwowała zaciśnięte zęby i przebierające nerwowo po kolanie palce Johnny’ego. Ledwie mógł wysiedzieć w miejscu i zaczęła się obawiać, że McGregor zaraz po prostu wstanie i zrobi coś naprawdę głupiego. To przecież nie byłaby nowość.
Jako że oboje nie należeli do połączonych, mieli się nie pchać na linię ognia, za to z bezpiecznego dystansu obserwować sytuację i zareagować tylko wówczas, gdy nie będzie innego wyjścia.
Dlatego obok uda McGregora leżał glock. Dlatego Emily pociła się, ugotowana pod niemożliwie ciężką kamizelką kuloodporną. Dlatego nieopodal parkował wzmocniony van wypełniony po brzegi ludźmi Oliviera, choć po ostatniej wtopie Johnny nie ufał im za grosz.
– Zaraz coś rozjebię – warknął Johnny, zrywając się na równe nogi.
– Byle nie siebie.
– Kurwa, niczego nie widzę! – syknął, kiedy ulicę pod nimi spowiło nagle ostre światło.
– Nie wychylaj się – mruknęła Emily i pociągnęła za nadgarstek, by wycofał się w głąb budynku.
Owszem, też była zdenerwowana, siedziała z wnętrznościami związanymi w jeden wielki supeł i za dużą, zbyt zagmatwaną plątaniną myśli, które tylko cudem udawało jej się utrzymać na tyłach głowy. Owszem, wciąż miała w pamięci rozwalony stadion, rannych, wyjących opętańczo ludzi, trupy, odstrzeloną dłoń Mystela, nieomal martwego Reia i okrwawionego, drżącego Jurija z mordem i poczuciem porażki w oczach. Nie chciała, żeby to się powtórzyło. Nie chciała znów przeżywać tego strachu.
Do cholery, jeszcze kilka miesięcy temu była po prostu byłym sportowcem i odnoszącą sukcesy naukowe studentką!
Spojrzała na Johnny’ego, na jego zmarszczone czoło, drżące od tłumionego gniewu plecy i nie mogła pozbyć się wspomnienia zapachu krwi i szpitala. Boże, nawet nie chciała sobie tego wyobrażać. Samej siebie, gdyby coś mu się stało. Gdyby…
– Johnny?
– Hm?
– Tam w parku… – Emily przygryzła nerwowo wargę. – Ja myślę, że to jednak mogło być coś więcej.
– I teraz mi to mówisz?! – zdenerwował się McGregor. – Jak za pięć minut mogą mi odstrzelić łeb?!
– No właśnie dlatego ci to mówię! – syknęła wściekle York. – Doceń, cholerny gnoju!
Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale wówczas rozległy się strzały i zamarła z otwartymi ustami.
– Wpuszczam ludzi Oliviera – zadecydował Johnny, łapiąc swojego glocka.

*

– Nie chciałem… go zabić… – wycharczał Borys między atakami spazmatycznego kaszlu. W dłoni wciąż kurczowo ściskał snajperkę. – Spudłowałem… Oślepiło mnie… Kurwa, spudłowałem… Ja nigdy… nie pudłuję… to…
– Już dobrze.
Był śmiertelnie blady, posiniały na ustach, z czerwonymi obwódkami wokół oczu. Pot obficie spływał po bokach jego twarzy. Maska gazowa z rękawa bluzy nie mogła skutecznie ochronić przed zatruciem, to jasne, a szał, w jaki wpadła Falborg, odpowiadając na wezwanie Black Dranzer, raczej nie pomógł.
– Dasz radę iść? – spytał Ivan, wsuwając ramię pod pachę Kuzniecowa.
– Nie wiem… – przyznał szczerze. Ręce mu się trzęsły, kiedy próbował utrzymać na nich ciężar swojego ciała. – Kurwa, jak mi się chce rzygać… Co z Jurą? Sieroża?
– Żyją. Przecież wiesz, że żyją. – Papow pomógł mu, na ile było to możliwe przy jego mikrym wzroście. – Wybacz, Borys – westchnął, patrząc na gramolącego się niezgrabnie towarzysza sprzed lat. – Powiedziałbym wam wcześniej, gdyby to miało sens. Ale wy zawsze… zawsze musieliście po swojemu. Gdybyście nie zawalczyli, byłoby jeszcze gorzej.
Kuzniecow nie odpowiedział. Milczał z zaciśniętymi ustami. Nawet przez uporczywy szum w jego głowie i gniew przebijała się myśl, że to prawda. Gdyby nie zawalczyli, zawsze już myśleliby o tym, że może istniała jakaś szansa.
Pozwolił sobie pomóc i wstał, choć kolana nadal trzęsły się jak galareta, a kłucie w piersi uniemożliwiało całkowicie wyprostowanie się i nabranie głębszego oddechu.
– Kai tu jest…? – wycharczał z trudem, bo od gazu coraz silniej paliło go gardło.
– Nie wyobrażam sobie, żeby mógł to przegapić. Czekał na to trzy lata.
Kuzniecow prychnął gorzko i pokręcił głową, co jednak okazało się kiepskim pomysłem, bo z bólu omal nie ugięły się pod nim nogi i nie wypłynęły oczy.
– Owszem – zza pleców Ivana rozbrzmiał głos Hiwatariego. Borys podniósł na niego zamglony wzrok. Zobaczył niewiele, ale głos nie zdradzał spodziewanego triumfalnego uśmiechu. – Jeszcze zrozumiecie, że tak naprawdę żaden z nas nie miał wyboru. Żaden z nas. Ja też.

*

Claude czuł, że całe plecy ma już odarte ze skóry i starannie wypiaskowane. Kiedy wiatr niespodziewanie ucichł i Falborg się wycofała, zyskał wreszcie okazję do kontrataku. Przełamał ból. Wykręcił ciało. Włożył w cios wszystko, na co było go stać, choć wiedział, że to nie wystarczy. Ani on, ani Eagle nie mieli szans z Wolborg i Seaborg, dwoma rozszalałymi bestiami i trzecią, najpotężniejszą, nieznaną mu, a wydającą im rozkazy, wzrastającą nad nimi ciemnością i ogniem. Nie miał szans, zwłaszcza stojąc na ziemi, a nie mógł wzbić się w powietrze.
– Co do…
– Leż! – rzucił w stronę próbującego bez większego skutku zapanować nad kończynami Miguela. W krzyku tym więcej było rozpaczliwej prośby niż rozkazu.
Tavarez zacisnął usta, zmobilizował się raz jeszcze, ale wiedział już, że nie da rady. Zgiął się wpół, a potem kolejne uderzenie spętanej mocą Seaborg wody cisnęło nim o asfalt. Nie zdołał się pozbierać, nie zdołał nawet do końca stwierdzić, jak upadł, kiedy z kotłowaniny żywiołów wypadła wprost na niego wilcza bestia w pozornie już tylko ludzkiej skórze. Błysnęły mordercze pazury, a ciało objęło zachłanne, potworne zimno.
Myślał, że zginie.
Tym razem naprawdę myślał, że zginie, był nieomal pewien, że na moment zatrzymało się nawet równie przekonane o tym serce.
Ogień rozbłysnął nagle, tuż nad jego twarzą, i osmolił mu brwi. Claude zasłonił się rękoma, ale spodziewany cios nie nadszedł.
Usłyszał za to ochrypły, wściekły i całkiem znajomy wrzask.
– Miguel…?
Dźwignął się na łokciu, krew spłynęła mu do ust, napełniając je posmakiem żelaza. Zobaczył, jak toczą się po asfalcie, spleceni, okładający się nieskładnie, czym się da i w co się da. Czerwoni z wysiłku, gotowi rozszarpać jeden drugiego.
Claude wiedział, że Lavalier długo nie wytrzyma, nie w tym stanie, nie wobec rozjuszonego jak nigdy wcześniej Jurija. Nie wpół świadomy, chybiający z dobrą połową ciosów. Tavarez wzbił się więc w powietrze, by nabrać wysokości i wreszcie przypuścić porządny atak. Z góry pobojowisko wyglądało koszmarnie. Wyły alarmy, budynki straszyły łatami po wykruszonym tynku. Jedna z przecznic już rozbłysła kogutami – specjalne jednostki porządkowe szykowały się do interwencji.
Rozpostarł skrzydła, przygotowując się do pikowania.
Nie usłyszał świstu. Po prostu skrzydło nagle odmówiło współpracy.

*

El condor passa! – skomentował Borys, odejmując lunetę od twarzy.

*

– Johnny! – krzyknęła Emily, wiedząc już, że nie zdąży dobiec na czas.
Claude próbował się ratować, ale tracił wysokość za szybko. Lewe skrzydło nie było w stanie efektywnie ubijać powietrza, prawe nie miało dość sił, by zastąpić oba, zresztą i wówczas lot nie byłby stabilny. Szkot zrobił, co mógł, nim Tavarez wpadł prost na niego, ale próba złapania Peruwiańczyka nie skończyła się pełnym sukcesem. Roległo się głuche tąpnięcie i krzyk.
– Nie… – jęknęła York, zakrywając dłonią usta.
Johnny przeklinał wściekle niekończącą się wiązanką, Claude zwisał z jego ramion w przedziwnej pozycji. Żył. Żył, ale jego twarz zmrożona szokiem, rozszerzone oczy i brak próby zmiany kuriozalnego ułożenia ciała nie wydawały się dobrymi znakami.
Emily nie zamierzała jednak pozwolić na to, by sytuacja wymknęła się spod kontroli. Nie zamierzała więcej oglądać niczyjej śmierci. Zacisnęła zęby, pozwalając sobie na jeden gardłowy warkot, po czym krzyknęła na ludzi Oliviera, by część z nich zajęła się osłanianiem rannego. Sama wyśledziła w zamieszaniu potężną sylwetkę Siergieja – z jakiegoś powodu powoli konstruował atak przeciwko nim. Podobnie jak Jurij, który zamiast wreszcie odciągnąć Miguela w bezpieczne miejsce, paręnaście metrów dalej usiłował zespolić stawiającego coraz słabszy opór Argentyńczyka z asfaltem. York nie należała może do połączonych, ale była wściekła. Wściekła, przerażona, zdeterminowana i w kurwę zmartwiona o ludzi, którzy niespodziewanie stali się jej stanowczo zbyt bliscy.
I wiedziała, czym jest beybleading, zwłaszcza ten związany z żywiołem wody.
Siergiej był skupiony, precyzyjny, świadom, że operuje olbrzymią masą i każdy błąd może obrócić się przeciwko niemu.
A Emily wielokrotnie przeczytała „Władcę Pierścieni”.
Nie miała noża, owszem, ale i tak przeturlała się niezauważenie za plecy Rosjanina i z całej siły wpakowała mu łokieć pod kolano.


*

Wolborg wołała o krew. Niczego nie pragnęła tak, jak rozszarpać gardło wroga, zbyt słabego, by się przed nią bronić.
– Na Boga, Jurij…!
Zawarczała wściekle, słysząc to przeklęte imię. Szarpnęła, wyprowadziła kolejny cios i głowa ofiary odskoczyła całkowicie już bezwładnie. Zbroczone krwią ciało opadło na asfalt niezdolne się podnieść, targane jeszcze żałosnymi, desperackimi próbami, ale w istocie czekające już tylko na ostateczne uderzenie łamiące kark.
Żyły aż zabolały od rosnącego w nich zimna, ale był to ból rozkoszny, dający moc. Łapa wilka uniosła się, by dokończyć dzieła, pazury pokrył morderczy szron.
Precz, suko!
Głos doszedł z daleka, ze słabej, niedokończonej przeszłości, ale chwila wahania wystarczyła, by rozżarzone szpony gargulca w ostatnim wysiłku zacisnęły się na barku Ivanowa. Rozniósł się swąd spalenizny.
Wolborg zawyła, ale to Jurij wrzasnął z bólu.
– Jurij… do cholery… – to było już bardziej błaganie, wymieszane ze spazmatycznym kaszlem skomlenie o litość. Wolborg chłonęłaby je jak najpiękniejszą muzykę, gdyby nie to przeklęte, niepotrzebne imię.
To, które wzywało z ciemności.
To, które walczyło z nią o władzę nad ciałem. Wciskało przed oczy wspomnienia. Wąskie korytarze stadionowych podziemi, a w nich trzech zagubionych, oszukanych bladerów. Trzech rozbitków. Trzech młodych ludzi, z których żaden nie ocalałby bez dwóch pozostałych.
Wściekłość zmroziła ciało Wolborg, błysnęły kły.
I wtedy zadrżała ziemia. Potężne uderzenie zbłąkanego, przerwanego ataku Siergieja odrzuciło Wolborg od ofiary, a potem podcięło nogi, gdy usiłowała wstać. Ułamek sekundy później jej pysk spotkał się z uchwytem glocka.
– Nie tak szybko! – wrzasnął Johnny, wyprowadzając jeszcze kopniaka w pierś Jurija.
Chciał złapać Szkota za stopę i przewrócić, ale McGregor był za szybki.
Wolborg zmobilizowała siły, spodziewając się ataku, ale uderzenie nie nadeszło. Nieprzenikniona ciemność oddzieliła ją od ofiar.

*

Siedzieli po obu stronach jego łóżka – jak zresztą niemal ciągle przez ostatnie kilka dni – i choć miał pewność ich dobrych intencji, nie potrafił pozbyć się skojarzenia z pułapką. O czymkolwiek by nie rozmawiali, patrzyli z wyczekiwaniem, jakby to, że przyzna im rację, stanowiło tylko kwestię czasu.
Bo ten wątek – wątek jego rzekomej boskości – zawsze pobrzmiewał gdzieś między wersami.
A teraz jeszcze dołączył do nich Daichi, który być może niewiele na ten temat wiedział, ale dokładał swoją porcję ciężaru z innej puli.
Najgorsza w tym wszystkim była świadomość, że faktycznie się nie mylą. Zdawało się jedynie, że nie rozumieją wszystkich konsekwencji, jakie to za sobą pociąga.
A jednak Rei nie widział sposobu, w który mógłby im je przedstawić i wytłumaczyć.
Jak miał pokazać Mao, Mystelowi i Hiromi wizje, jakie nawiedzały go regularnie od kilku dni? Przecież gdyby im po prostu o nich powiedział i opisał, co zobaczył, uznaliby to za ostateczne potwierdzenie swojej teorii. On na cesarskim tronie, tłum u jego stóp – wszystko w najlepszym porządku. Nie czuliby tego niepokoju. Tego rozdarcia. Nie odnieśliby wrażenia, że to stanowi tylko fasadę, za którą znajduje się okrutna, ale niemożliwa do uchwycenia prawda.
Nie usłyszeliby śmiechu zza kurtyny.
Wiedział, że próbowaliby go przekonać, wmówić, że to tylko powidok jego własnych obaw, a Biały Tygrys wskaże swojej inkarnacji pewną drogę.
Nie rozumieli tego, co on sam pojął całkiem niedawno – że między nimi musiało być napięcie. Niezgoda. Tarcie. To, co wywoływało pioruny. To, co w gruncie rzeczy zabiło wszystkich tych ludzi na stadionie. Pod pozornym spokojem, pod opanowaniem i rozsądkiem jak węże w gnieździe wiły się sprzeczności i porywy serca.
Bai Hu nie będzie prowadził swojej inkarnacji bezpieczną drogą. Poprowadzi ją tak, by napięcie stale rosło, pozwalając obojgu na więcej, wciąż więcej i więcej. Kon bez trudu potrafił wyobrazić sobie, co znajduje się u kresu takiej ścieżki.
Tłumienie ataków paniki, kiedy o tym myślał, przychodziło już ze znacznie większym trudem.
To, co działo się teraz, ta cała atmosfera napięcia, Hiromi co chwilę uciekająca, by odpalić papierosa i sprawdzić telefon, oczekiwanie, strach – to nie pomagało. Bai Hu krążył blisko, miękko stawiał łapy wśród myśli i lęków, przyczajony i gotów do ataku.
Rei zamrugał, gdy odniósł wrażenie, że pod powiekami zaczyna pęcznieć kolejna wizja. Zła. Pełna bólu i poczucia zdrady. Jeśli miał szybko nabrać sił i opuścić Moskwę, a o niczym bardziej nie marzył, nie zamierzał tracić na nie energii. Postanowił działać zapobiegawczo i wywołać jakiś temat, ale ciche słowa zagłuszył hałas z korytarza.
– Claude… – szepnęła Hiromi, kiedy zobaczyła ochronnie otoczonego białymi skrzydłami chłopaka na noszach.

*

Kai w porę zrozumiał, co się dzieje. Zarządził odwrót, a moc Dranzer przetoczyła się nad pobojowiskiem, spowijając je ochronnym mrokiem – najwyraźniej świeżo po przebudzeniu jego ludzie nie byli jeszcze w pełni gotowi. Bestie wciąż otaczały ich zbyt kruchą skorupą, by ryzykować jej rozbicie. Hiwatari pozwolił więc rozwinąć skrzydła czarnemu feniksowi, a gdy zapanowała ciemność, wezwał do siebie Wolborg, Falborg i Seaborg.
Bitwa i tak była wygrana. Pierwszy akt został ukończony. Hiwatari patrzył na nich – na Borysa, Siergieja, Ivana i nade wszystko swego mordercę, Jurija – a w głowie kołatało mu już tylko jedno wspomnienie. On, dziadek, widok z okna na plac treningowy i tamta obietnica.
Spojrzał też na ciało Garlanda, już sprzątane przez służby porządkowe, i prychnął z pogardą.
Już miał się odwrócić i odejść, kiedy z cienia wyłoniła się jeszcze jedna sylwetka. Kai zmarszczył brwi, zaskoczony. Otaksował wzrokiem kontrastujące z ciemną skórą wyładowania elektryczne wokół ramion i nóg.
Retha Mhalangu, drżąca, skrwawiona Retha Mhalangu podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.
– Ucz mnie – zażądała, nim upadła na kolana.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Siemomysła » 21 września 2016, 08:38

Czytam dalej. Ominęłam trochę jeśli chodzi o uwagi, ale nie o czytanie - czytałam na kundelku w kolejkach, komunikacji i innych takich, stąd dziura w komentarzach.
Jak zwykle nie wiem, ile jeszcze uda mi się przeczytać, a nie chcę przypadkowo stracić tego, co tu sobie pozaznaczałam, więc wrzucam, a najwyżej będę edytować :)

XVII
– Trzeba ci będzie załatwić jakiegoś gnata – rzuciła Emily, podchodząc bliżej.
– Sam sobie załatwię.
– Zawsze możesz mieć dwa. To śmigamy, przed nami intensywna noc. – Zatrzymała się, zmierzyła go wzrokiem. – I nie wierzę, że mówię to właśnie tobie.
<3 Uwielbiam!
Kenny nerwowo potarł kciukiem brzeg filiżanki, po której oczywiście pociekła kropla słodkiej, mocnej herbaty przyrządzonej na rosyjski sposób, więc właściwie niepijanej.
niepijalnej?
Nie gap się na jej tyłek. Kręci z Johnnym.
Podniósł wzrok zszokowany. Mystel złapał jego spojrzenie i mrugnął porozumiewawczo, po czym z właściwą sobie gracją zeskoczył z biurka i zniknął za progiem.
Mystel - zwycięzca odcinka.

XVIII
Chłopak stłumił dreszcz.
Ta wizja była taka przerażająca…
– Nie mów tak…
– Jak?
– Że mama nie zadzwoni…
W pierwszym momencie on mi się wydał żałośnie ciapowaty, wręcz infantylny, ale potem sobie uświadomiłam, że to raczej odwrotnie chyba - cała reszta jest taka dojrzała, a on w tej scenie przypomniał mi, że to dzieciaki.
– Zdaje się, że woli, kiedy mówi mu się „feniks” – mruknął Siergiej ze swojego cichego kąta, który wypełniał całkowicie i totalnie. Tak naprawdę wystarczyłyby już jego wojskowe buty numer pięćdziesiąty czwarty, żeby to zrobić.
To on wie? Wszyscy wiedzą? Że takie są? Znaczy dla mnie to wygląda tak, jakby Siergiej wiedział wcześniej, że Kai jest z tych nieśmiertelnych. Ogólnie trochę nie zrozumiałam tego, co zrozumieli Miguel z Jurijem synchronicznie. Ale to może dlatego, że wstawanie o 3:30 mi jednak nie służy, nie mam wprawy ani trochę :/ Ale ten - w następnym akapicie wyjaśniłaś, więc właściwie nie było uwagi, tak tylko zostawiam, żeby było wiadomo, jak się koncentruję na lekturze ;)
– No to obaj mamy przesrane – parsknął Jurij.
– Chętnie zobaczę, jak Rei wsadza ci głowę do dupy.
– Bez wzajemności. Nie chcę cię oglądać bez portek, wybacz.
Jurij! <3 Tak, tu zdecydowanie jego riposta <3
Jurij skomentował sprawę solidnym siorbnięciem bananowego mleczka z kartonika, którym usiłował od jakiegoś czasu wypełniać powstałą po odstawieniu wódki dziurę w duszy.
Nadal Jurij <3
podczas gdy za dwie godziny ma rozpocząć się mecz otwarcia i poleje się pierwsza krew, a pierwszy z młodych ludzi pożegna się z życiem, gdyż, jak mi wiadomo, obaj bladerzy rozpoczynający imprezę, Max i Daichi, używają dysków M&K.
Rąbie.
Próbował się wyrwać, ale wtedy silna dłoń zaplątała się w jego włosy, szarpnęła i wymusiła upadek.
To jednak był koniec – zbierając się na kolana, Lavalier słyszał oddalające się kroki.
– Niedoczekanie – burknął i otrzepał spodnie.
<3 <3 <3 Tak! Właśnie! No. <3
– Czego chcesz?
– Właściwie niczego. – Wzruszyła ramionami. – Tak po prostu, chciałam zobaczyć twój ryj na żywo.
Jak ja ją popieram i zazdroszczę ;)
– Mieszkasz? – Ivan wbrew sobie musiał przyznać, że czuje się zainteresowany.
?
* Mr. Dickenson - pan Daitokuji w amerykańskiej wersji językowej.
Siriusli? o.O
– Mówiłam. Mięczaki – dodała jeszcze Retha, z naburmuszoną miną wpatrując się w nieckę stadionu. – Jak zginę, to zginę, mój wybór i nic nikomu do tego, a już na pewno nie jakimś wypudrowanym fagasom.
Dobre. Bardzo. W ogóle ich rozmowa jest dobra - daje fajny wgląd w różne podejścia i różną świadomość.
Ona – ciemnoskóra, bosa, ubrana w brudną od smaru koszulkę i błyszcząca mnóstwem kolczyków,
Wcześniej już ją opisywałaś, całkiem niedawno, więc może to niekonieczne powtórzenie.
Pierwsze, co zrobiła na wolności, to zakup fajek. I tu także mogła sobie przybić mentalną piątkę z Jurijem, czego również nie miała świadomości.
To i cała ucieczka - XDDD serio, tacy podobni <3


Opętanie Maxa przez matkę - dużo wyjaśnia. W ogóle ten jego stosunek do niej, zastanawiam się na ile to reakcja odrzuconego dziecka, a na ile te wszystkie machinacje przy jego psychice, żeby go połączyć lepiej z bestią.
Jurij z Miguelem w duecie - <3 nadają się do rozwalania świata :3
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 21 września 2016, 20:17

Ślicznie dziękuję :D To duża frajda dostawać komentarze do tekstów, które sprawiają frajdę też przy pisaniu, bo mam takie wrażenie, że dzielę się odrobiną zacieszu.

I wyjaśnienie ;)
SpoilerShow
Z tym Kaiem to jest tak, że w kanonie wszyscy wiedzą, że jego bestia jest feniksem, w końcu to taki ichni Ronaldo, ale nie pada tak wprost, że jest nieśmiertelny, zresztą założyłam sobie, że do takiego ekstremum doszło właśnie po połączeniu. W kanonie też jest gra skojarzeń, ale łagodniejsza, tam po prostu często zdarza się, że Kai wygrywa pojedynki, które powinien przegrać, bo kiedy już jest niby pokonany, dostaje doładowania. No i jest jedna taka scena niemal na samym końcu, która przekłada to bardziej na faktyczne życie, ale dzieje się nieco za kulisami, tak że żaden z bohaterów nie ma szans tego widzieć i pokojarzyć pewnych spraw. Więc tu niby wszyscy wiedzą, że feniks i że teoretycznie mogłoby coś być na rzeczy, ale jednak nie wiedzą, że Kai jest nieśmiertelny w ten sposób, bo też jeszcze nie do końca wiadomo, do jakiego stopnia bestie mogą na nich wpływać. No ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Siemomysła » 24 września 2016, 10:47

Czytam, czytam i długo nic nie zanotowałam, bo nie mogłam przestać, bo AKCJA NA BOGÓW! Gdzieś mi tam mignął jeden "przywiązany do odstrzału" czy do czegoś podobnego, ale nie pamiętam dokładnie gdzie. Myślę, że powinno być "przeznaczony".

Dopiero teraz udało mi się na tyle zwolnić, żeby Ci zaznaczyć:
– Nie specjalnie – odparł Argentyńczyk szczerze. – Ale to, że trzeba zatamować krwotok, to raczej oczywiste. Boże, jak w jakimś tanim filmie sensacyjnym.
– Cieszę się, że dobrze się bawisz.
Lavalier spojrzał Jurijowi w oczy cokolwiek morderczo.
– Gdybyś nie zgrywał McClane’a, byłoby łatwiej – warknął, zaciągając na ramieniu Rosjanina prowizoryczny opatrunek.
– Czego?
– Nieważne.
– No nie, co za fuszerka. Powinieneś oderwać sobie rękaw, a nie skórować zwłoki, hieno cmentarna.
– Oberwałeś bardziej w ramię, w głowę, czy w dupę?
– Do roboty, ja się tu wykrwawiam.
– Forro.
– Cokolwiek to było, nie mówi tak do mnie więcej, bo wpierdolę.
Cudowny, cudowny dialog. Zresztą ta dwójka jest cudowna w ogóle - perfekcyjny duet <3 I ta rozmowa o ratunku przed zmiażdżeniem <3 Bardzo, bardzo dobra!
Lavalier, mimo krwawych śladów na plecach, jako jedyny był jeszcze dość sprawny, by swobodnie stać, więc wisiał nad nimi jak gargulec z gzymsu i kołysał się bezwiednie w przód i w tył.
Lubię to jak grasz ich bestiami <3
– Serio. Bez względu na wszytsko, jeśli się nie dogadamy, nie wyjdzie stąd żaden z nas, a ty, Rei, masz chyba jakieś zobowiązania.
Zaprawdę kocham Miguela. Kocham Jurija. Bosz, jak oni cudownie ogrnęli Reia <3
To nie był moment, żeby tłuc głową o ścianę i użalać się nad faktem ewidentnego niedoszacowania powagi sytuacji, ale kiedy w przebłyskach wspomnień wracały do York obrazy z tego samego jeszcze dnia, luźne teksty, przekomarzania, ogólna atmosfera przygody, chciało się jej wymiotować.
Świetne. Wspaniałe zestawienie.
Jurij jako jedyny powinien bezwzględnie stąd wyjść. Z ich trójki wiedział i mógł najwięcej.
Mróz we mnie.
Argentyńczyk starał się więc po prostu równo oddychać i zachować spokój. Odwrócił wzrok, jak zrobiłby niższy statusem wilk w stadzie.
Moja miłość do niego szybuje wyżej i wyżej :heart:
bo jakoś nie starczyło czasu w morzu nicnierobienia.
I wyżej.
– Pierdolę to, Miguel! – zawył Jurij ochrypłym, zmęczonym głosem. – Pierdolę twoje wymyślone długi! Po prostu nie masz prawa o tym decydować, słyszysz, zaborczy chuju?!
OMG OMG OMG :aaaaa: Jak mi dobrze - mówię tu o czytelniczej uciesze, której nigdy mi nie brakuje, gdy Ciebie czytam, ale czasem jest jej tak wiele, że nie mogę czytać spokojnie :aaaaa:

Dotarłam do XXI, czyli zapewne wszystkie poprzednie dotyczyły XX, bo XIX czytałam w warunkach polowych, a potem była AKCJA:
Starł się trzymać go z daleka od ludzi, którzy będą próbowali wykorzystać zranioną, bezbronną duszę i złączonego z nią demona.
Rozległy się kroki i obok pojawił się Claude. Teraz, gdy wszystko stało się jasne, aż trudno było uwierzyć, że ktokolwiek nabrał się na zmianę fryzury i wizerunku w połączeniu z korektą nosa i barwnymi szkłami kontaktowymi, nie rozpoznając w Arayi oficjalnie martwego od roku zawodnika.
O matko, festiwal powrotów zza grobu...
Tak miało być od początku, odkąd wraz z pozostałymi uznał, że chłopak jest już zbyt potężny, żeby pozwalać mu żyć, nawet w charakterze niezawodnego bicza na innych niebezpiecznych bladerów. Judy nie kochała syna, prawdopodobnie w ogóle koncept miłości był jej całkowicie obcy – nie tylko matczynej – ale celowego zamordowania swojej latorośli by nie zrozumiała i nie poparła.
Więc tę współpracę należało zakończyć.
jprdl dużo dużo brzydkich słów, oto przykład mojego znienawidzonego typu bohatera
Cała ta opowieść o udawanej śmierci w gruncie rzeczy bardziej ją bawiła niż wywoływała chociaż cień wzruszenia, ale nie zamierzała oglądać rozklejonego faceta. To zawsze żenowało.
A tu wręcz przeciwnie - dziewczyna jest w moim typie ;)

Muszę iść do sklepu... Jakiś obiad i w ogóle, ale jeszcze tu wrócę...


DODATKI Z NIEDZIELNEGO PORANKA:
Och, według Roberta oczywiście mógł przewidzieć, przecież był tu na miejscu, a każdy wie, że nadchodzącą masakrę można wyczytać z lotu ptaków i układu plam oleju na ulicy.
Johnny, ach Johnny... Może nie z lotu ptaków, ale jednak cośkolwiek? ;)
W efekcie zamiast kilku dni, McGregor wylądował w Moskwie kilka godzin przed meczem otwarcia, po drodze tracąc jeszcze pamiątkowe wieczne pióro w taksówce i sporo poczytalności.
XDDD Czuję się zaszczycona :P
Zawiodło także komando wysłane przez Oliviera. Pospieszyli się. Byli zbyt brutalni
Łożesz... Co za skomplikowany układ!

Pytanie: kogo oprócz Garlanda mieszała z błotem Mao?

Ostatnie zdanie XXII <3
Ostatnio zmieniony 25 września 2016, 18:24 przez Siemomysła, łącznie zmieniany 2 razy.
Powód: Doczytałam dalej ;)
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 26 września 2016, 18:11

Jak zwykle - ślicznie dziękuję :heart: Co do pytania - ach, w czasie redakcji wyfrunął mi stamtąd Kai ://

XXIX
THERE’S A SPECIAL PLACE IN HELL RESERVED JUST FOR ME. IT’S CALLED THE THRONE

Emily usiadła ciężko na chodniku w cieniu brudnego, cuchnącego moczem zaułka, którego higieną jednak nie miała sił się przejmować. Wszystko w niej drżało – każdy pojedynczy mięsień, każdy nerw, usta, dłonie, nogi w kolanach. Odruchowo roztarła ramiona i poczuła, że mimo ciepłego wrześniowego dnia znów robi się jej zimno, a szok poandrenalinowy uderza, zmuszając ją do nierównej walki o każdą składną myśl. Oparła się plecami o ścianę, przymknęła oczy i zacisnęła palce na nasadzie nosa, uniósłszy lekko jakimś cudem stosunkowo całe okulary.
Pamiętała to wrażenie. Pamiętała spod stadionu. Powoli uczyła się też nad nim panować, na ile oczywiście było to możliwe w gąszczu całkiem fizjologicznych odruchów. Jeśli tak dalej pójdzie, uznała, to może być kluczowa umiejętność. Tak w ogóle.
– Trzeba ich ostrzec – wymruczała na wpół do siebie. – Reia. Hiromi. Resztę. Trzeba zabrać Laia w bezpieczne miejsce, zanim ktoś się nim zainteresuje. Trzeba…
– Jak to „przejął kontrolę”? – Johnny wycofał się głębiej za załom, by nie dać się dostrzec służbom porządkowym, które powoli zajmowały zdewastowany teren pod Metropolem. – Co miałeś na myśli? – Zerknął na zwiniętego pod murem Miguela.
Karetka z Claude’em zdążyła już dawno odjechać, ale koguty innych nadal błyskały w okolicznych oknach – tych przynajmniej, których nie wybiły szarże Falborg i Eagle’a. Tavarez w szpitalu oznaczał najprawdopodobniej Tavareza straconego, ale nie było wyjścia – istniało spore prawdopodobieństwo, że chłopak ma uszkodzony kręgosłup. Próba ucieczki z nim skończyłaby się najprawdopodobniej tragicznie, więc ryzyko było zbyt duże.
– Potem – Emily pokręciła głową. – O tym potem, proszę was, bo zaraz będzie tu więcej trupów niż już jest.
Johnny zaklął pod nosem.
– To niemożliwe – warknął, jakby prośba York zupełnie się od niego odbiła. – Nie można tak po prostu przyleźć i zmusić kogoś do posłuszeństwa!
– Można – wyszeptał Lavalier ledwie słyszalnie. – Od początku o to w tym wszystkim… – Nie starczyło mu sił, żeby dokończyć, więc tylko westchnął.
– To jest jakieś popierdolone!
– To Rosja – prychnęła Emily. – Opactwo, Hiwatari, Balkow. Jasne, że popierdolone. – Otworzyła wreszcie oczy, powoli, jakby zamiast powiek miała ołowiane płytki. – No i gdzie są ci twoi ludzie?
– Nie moi, tylko Oliviera – zirytował się znów Johnny.
Jak na zawołanie rozległ się warkot silnika i niepozorny, obklejony reklamami proszku do prania van zablokował wylot zaułka.
– Wreszcie. – McGregor otarł pot z czoła. – Oszaleję z tymi Francuzami.

*

– Hitoshi.
– Chichi-ue.
Spędził na kontynencie wystarczająco dużo czasu, by móc wyobrazić sobie, jak wyglądałoby to spotkanie, gdyby nie pochodzili z Japonii. Sam nie wiedział, czy w związku z tym nienawidzi przodków, czy raczej wielbi ich mądrość. Fakt pozostawał faktem – tylko kulturowe okowy powstrzymywały obu przed chwyceniem się za szmaty i rozpoczęciem uczciwego synowsko-ojcowskiego wyjaśniania spraw przy pomocy pięści.
Usiedli po dwóch stronach kawowego stolika. Po chwili sekretarka przyniosła herbatę, rozlała ją ostrożnie do filiżanek i wycofała się pokornie.
– Powiedz mi, gdzie jest mój syn – pan Kinomyia zachował kamienny wyraz twarzy, ale jego oczy płonęły.
Hitoshi nie spodziewał się tej wizyty. Nie wiedział w ogóle, że jego ojciec przebywa w Moskwie i najwyraźniej dziadek też o tym nie wiedział, skoro go nie uprzedził. W efekcie nie miał czasu, żeby się na tę konfrontację przygotować.
– W Ameryce.
– Nie możesz mi zagwarantować, że jest bezpieczny.
Młodszy Kinomyia wstrzymał oddech.
– Nie mogłem przewidzieć tego, co się stało – odparł jednak spokojnie, siedząc wyprostowany na czarnej skórzanej kanapie i unosząc czarkę z herbatą do ust. Za jego plecami rozpościerała się panorama Moskwy, pobitego, zranionego miasta, przytłoczonego niedawną tragedią i strachem przed kolejnymi rozruchami, kulącego się lękliwie pod skrzydłami zmartwychwstałego feniksa. A wszystko dlatego, że komuś przed laty zadrżała ręka i wybrał naiwną wiarę w to, że sprawa bestii nigdy nie wymknie się spod kontroli. – Jednakże los Takao został przesądzony w chwili, w której spoczęło na nim znamię smoka. Wiecie lepiej ode mnie, co to oznacza, chichi-ue. Wiecie lepiej ode mnie, że prawdziwym niebezpieczeństwem jest on sam, ale nie istniała droga prowadząca do powstrzymania bestii. Smok go wybrał i nie naszą sprawą było stawać między nimi.
– Próbujesz mydlić mi oczy metafizyką, Hitoshi – odparł pan Kinomyia. – To do ciebie aż niepodobne. Nie zaprzeczysz też, że miałeś czynny udział w przyspieszeniu pewnych spraw.
– Po prostu wykorzystałem nadarzające się okazje. W istocie ochroniłem Takao, zrobiłem to, co do mnie należało jako do starszego brata.
Twarz pana Kinomyi zastygła na podobieństwo maski, co oznaczało, że jest już na granicy furii.
– Wiesz dobrze, że to, co się stało, nie jest do końca naturalne – nieomal syczał. – Wasze dyski wyrządziły ogromne szkody w symbiozie, zakłóciły naturalny rytm jednoczenia.
– Bez nich jednoczenie było już nieomal niemożliwe – przypomniał Hitoshi.
Ojciec nie spuszczał z niego wzroku. Spojrzenie było ciężkie, fizycznie odczuwalne i oskarżycielskie.
– Stąpasz po bardzo kruchym lodzie, synu – wycedził przez zaciśnięte zęby. – W dodatku ryzykujesz życiem swojego brata.
– Nie – młodszy Kinomyia pokręcił głową. – Uczyniłem z niego bicz. I jednocześnie sprawiłem, że jest nie do pokonania. Ja to życie ocaliłem.
– Zamilcz!
Hitoshi aż zamarł, zaskoczony gwałtowną reakcją ojca. Zacisnął usta i pięści.
– Jesteś bezduszny i okrutny – syczał Hayato. – Nie masz za grosz honoru. Rodzina powinna się ciebie wstydzić.
– Ale się nie wstydzi.
– Powiedziałem: zamilcz!
Pan Kinomyia opuścił głowę i zacisnął palce na nasadzie nosa.
– Wyjdę stąd i nie chcę cię nigdy więcej widzieć – powiedział. – Nie chcę cię też widzieć przy Takao.
Hitoshi pokręcił głową, patrząc na wstającego z fotela ojca.
– Chichi-ue, nie chcecie porozmawiać z…
– Nie – uciął ostro Hayato. – Jego również nie chcę oglądać, możesz mu to przekazać.
– Wychował Takao…
– A potem go sprzedał.
– …bo ciebie nie było.
Pięść pomknęła w kierunku jego twarzy tak szybko, że nie zdążył choćby mrugnąć. Kiedy podniósł się z podłogi, usłyszał już tylko huk zatrzaskiwanych drzwi.

*

Nie mógł się ruszyć. Nawet podniesienie palca kosztowało zbyt wiele wysiłku. Leżał tak jak padł po tym, gdy wciągnięto go do samochodowej paki, w jakiejś przedziwnej, nienaturalnej pozycji porzuconej lalki, nieomal wprasowany w podłogę vana. Wszystko, co słyszał, to ciężkie, mozolne uderzenia własnego serca. Wszystko, co widział, to parę rozmazanych plam i krew na wyciągniętej ręce.
Wszystko, czego chciał, to wybuchnąć histerycznym śmiechem.
Miał świadomość, jaki jest plan i dokąd będą zmierzały kolejne kroki Kaia. Dostał dość danych, zebrał wystarczająco dużo półsłówek Ivana i komentarzy Bartheza. I tylko dlatego pozwolił im wciągnąć się między tryby, że miał nadzieję stać się ziarenkiem piasku, które je zatrze. Miał nadzieję, że zdąży ostrzec Jurija przed czyhającą w jego głowie bombą z opóźnionym zapłonem.
Tylko dlatego nie skorzystał z szansy, żeby zakończyć to wcześniej, a teraz leżał bezwładny, bezsilny, ostatecznie pokonany.
Jak zwykle, Miguel, pomyślał. Jak zwykle.
– Włożę ci coś pod głowę, czekaj – usłyszał uspokajający szept Emily, kiedy wreszcie odpalił silnik, wyduszając z niego wymieszane z jękiem przekleństwo. – Lepiej już się sam nie ruszaj.
Mrugnął na znak, że rejestruje, co się do niego mówi. Dlaczego nie mógł najzwyczajniej w świecie oszaleć? Bezpowrotnie przekroczyć granicy załamania nerwowego i się wyłączyć?
Ach tak. Przecież odmówił Julii.
Jednocześnie czuł, jak w dole żołądka rodzi się strach. Tylko głos Emily trzymał go na powierzchni, pozwalał odwrócić uwagę od bólu i czającej się za plecami śmierci, której odbicie widział w jej wzroku.
Przełknął ślinę i zamknął oczy. Tu nie było kafli, więc zaczął liczyć uderzenia serca, a Gargoyle rozchodził się lekkim, uspokajającym ciepłem po żyłach.
Nie chcę umierać, pomyślał Miguel. Nie tak i nie teraz.
Nie umrzesz.
Powtarzał tę obietnicę raz za razem. Powtarzał uparcie, gdy serce traciło rytm i gdy nabranie powietrza w płuca kończyło się kłującym bólem i niepowodzeniem. Powtarzał za każdym razem, kiedy wydawało mu się, że znów spada, a potem coś gwałtownie szarpie go ku górze.
Za każdym razem, gdy wydawało mu się, że znów jest zamknięty w piwnicy Opactwa, zwisa głową w dół, tłucze się w wąskiej przestrzeni szafy albo wypluwa z płuc wodę.
Dotyk palił żywym ogniem, głowa omal nie eksplodowała, nagle zmieniwszy położenie, wszystkie stawy zdawały się pękającym szkłem.
– Będziesz musiał wytrzymać jeszcze trochę. Weźmiemy cię do kryjówki, tam odpoczniesz, zanim ruszymy dalej. Jesteś połamany?
– Nie wiem – zmusił się jeszcze do tych paru słów. – Ale chyba nie.
Ciało znów wybuchło bólem, świat zawirował, a gardło zadrżało od najzwyklejszych w życiu łez.
– Dasz radę.
Tak, wiedział, że da.
W końcu Gargoyle złożył obietnicę.

*

Jurij krążył po labiryncie. Sunął przed siebie niemal po omacku, niemal na czworakach, otoczony przez ciemne kształty ni to drzew, ni to wydłużonych, upiornych postaci.
Nie oddychał.
Nie biło jego serce.
Nie płynęła zamrożona na kamień krew.
Przeklęta tundra i sąd ostateczny w jednym. Szerokie łapy o ostrych pazurach w nieskończoność gniotły igliwie i lód ścinający kałuże, sierść na plecach zjeżyła się, a kły – lewy po raz drugi już ukruszony w ostatniej szarży, gdy usiłował nagryźć kamień – szczerzyły ostrzegawczo.
Ale tu nie było nikogo, kto by się ich bał. Tu nie on był łowcą.
Poluj albo upolują ciebie, mówił jednak głos w jego głowie. Kontroluj albo zdobędą nad tobą władzę.
Walcz.
Ale on już nie chciał walczyć. Był zmęczony. Pragnął się ukryć przed drzewami-cieniami i przed głosami w głowie. Nigdy już nie wracać do rzeczywistości, która go pokonała i wykpiła.
Wciąż miał na rękach niechcianą krew. Ta gniewu wyparowała natychmiast, zostawiając po sobie jedynie słodki posmak. Ta zdrady, ta z ran zadanych przyjacielowi, człowiekowi, który był gotów za niego zginąć, paliła jak kwas.
– Wracaj, Jurij. I tak nie masz dokąd uciec.
Wiedział o tym. Wiedział też, że kiedy stracą cierpliwość, po prostu wyciągną go z ciemności za gardło i znów rozłożą na kozetce, znów wepchną w ciało plastikowe rurki.
Nigdy nie był niczym więcej, jak tylko tamtym właśnie bezbronnym chłopcem, który nie wiedział jeszcze, co go czeka.
– Jurij, dość tego.
Oślepiła go nagła jasność, drzewa-cienie ustąpiły i faktycznie – znów był nagi i rozciągnięty pod ich spojrzeniami i operacyjną lampą.
– Nie wstawaj – usłyszał głos Kaia i jego dłoń pchnęła ledwie oderwany od prześcieradła bark. – Zakładam, że nie będziesz czuł się teraz najlepiej. Daj sobie godzinę.
– …co…?
– Zrobiliśmy przegląd techniczny. Parę rzeczy wymagało naprawy.
Chciał się szarpnąć, ale wówczas przytrzymała go druga dłoń.
– Przecież wiesz, jak to działa – syknął Hiwatari. – Wiesz, kim jesteś i że nigdy cię nie ukończono. Pozwól sobie pomóc.
– Przez swój upór niemal się zniszczyłeś – dodał inny głos, starszy. Obróciwszy głowę, Jurij zobaczył barczystą sylwetkę Balkowa. Ciało napięło się i Ivanow wyszczerzył kły z gardłowym warknięciem. – To zupełnie niepotrzebne. Witaj z powrotem w domu.

*

– Pani Mizuhara, pani musi zrozumieć…
– Niczego nie muszę rozumieć! – Uderzyła pięścią w parapet, aż rozbolała ją ręka. – Za kogo wy się uważacie, do cholery!
– Już pani tłumaczyliśmy. – Niski, krępy brunet w okularach i z grzywką rodem z lat sześćdziesiątych próbował mimo wszystko przemawiać spokojnie. – Przysłał nas rząd, żebyśmy zadbali o pani bezpieczeństwo.
– Wywożąc mnie na wygnajewo i zabraniając nawet wysikać się bez obstawy!
– Wie pani dobrze, że sytuacja jest napięta. Gdyby posiadane przez panią informacje wpadły w niepowołane ręce…
Judy prychnęła i przewróciła oczyma.
– Niech pan nie będzie śmieszny. Z mojego laboratorium i moich ludzi nic nie zostało, moja ostatnia asystentka oszalała i wsadziła głowę do piekarnika. Gdyby naprawdę chodziło o to, żeby nikt się nie dowiedział, wystarczyłoby mi strzelić w łeb. Oboje dobrze wiemy, że wręcz przeciwnie, ktoś ma się dowiedzieć. – Mizuhara spojrzała na okno, do którego nie wolno było się jej nawet zbliżyć. Nie to, żeby uważała, że jest coś interesującego w zapyziałym Montgomery, ale jednak… – Cały czas cierpliwie czekam, aż wreszcie wyjawicie mi swoją wielką tajemnicę. To przestaje być śmieszne, Winston. To już nawet nie jest żałosne.
Stał przed nią bezradny, spętany lojalnością i tajemnicami państwowymi. Miała ochotę napluć mu w twarz, a potem zgasić papierosa na wyłupiastym oku.
Miała ochotę oskórować Hitoshiego. Powoli i dokładnie.
Miała ochotę dorwać Emily i walić jej głową w ścianę tak długo, aż z jej mózgu nie zostanie nawet jedna większa gruda.
Miała ochotę znaleźć Hiwatariego i udusić tę gnidę ich szczątkami.
A tymczasem zostawały jej tylko margarita przed czternastą i lody śmietankowe.
– Oszaleję tu – westchnęła, przeczesując włosy palcami.

*

Hitoshiemu wciąż drżała ręka, gdy podnosił papierosa do ust. Stał oparty plecami o odrapany mur, ledwie schowany pod jakimś daszkiem, podczas gdy ulica tonęła w deszczu.
Może powinien był jednak porozmawiać z Judy, kiedy dzwoniła. Może gdyby wcześniej wiedział, co wydarzyło się w Ameryce, i miał szansę wypracować sobie lepszą pozycję, rozmowa z ojcem przebiegłaby zupełnie inaczej, bo wytropiłby Takao i podjął odpowiednie kroki. Gdyby miał cokolwiek w tej kwestii do powiedzenia.
Może też wiadomość o tym, że pan Daitokuji zdycha w szpitalu, nie jawiłaby się jako gwóźdź do trumny.
Jeśli Hitoshi miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości w tym względzie, to rankiem wyzbył się ich ostatecznie – potrzebowali bladera po swojej stronie. Pomyślał, że może łatwiej będzie przekonać do tego pomysłu dziadka i mistrza Tao bez gderania Daitokujiego w tle. I wówczas, gdy wskaże im kogoś, komu będą mogli w pełni zaufać.
Samego siebie.
Najlepiej po fakcie.
Gdyby BeyLab nadal istniało, już byłby w drodze do Ameryki i robił, co trzeba.
– Histohi.
Odwrócił się zaskoczony. Zupełnie odruchowo wypuścił papierosa i przydepnął niedopałek – jakby nadal miał naście lat i ukrywał się przed dorosłymi. Dziadek litościwie nie skomentował.
– Ja…
– Niczego nie mów, smarku. Słyszałem.
Co oni tu właściwie jeszcze robili? Dlaczego nie wrócili do Japonii, gdy tylko okazało się, że Balkow i Hiwatari jednak postawili na swoim? Przecież z tej pozycji trudno było działać, a oni tkwili w miejscu jak głupcy. Stan Daitokujiego tylko częściowo tłumaczył to marnotrawstwo. Siedząc w Rosji, deliberując i tracąc czas, i tak mu przecież nie pomagali.
– Ma trochę racji.
– Ojii-san, proszę…
Ryuunosuke pokręcił głową.
– Ma trochę racji – powtórzył. – Powinniśmy byli bardziej zabezpieczyć się w kwestii Takao.
– Powinniśmy byli – burknął młodszy Kinomyia. – My. Ty, ja, pan Daitokuji i mistrz Tao. Tymczasem zostałem z nim sam, kiedy przyszedł robić wyrzuty. Chociaż, ojii-san, przyznałeś, że słyszałeś wszystko.
Ryuunosuke tylko wzruszył ramionami, najwyraźniej nie uznając za stosowne, żeby się tłumaczyć.
Nikt nigdy nie uznawał za stosowne, żeby się przed Hitoshim tłumaczyć – taki los najmłodszego w towarzystwie. Od początku tak było, od chwili, w której ściągnęli go z powrotem do Japonii i właściwie podetknęli pod nos Takao. Musiało minąć nieco czasu, nim poznał wszystkie ich motywy. Powiedzieli mu, kiedy stało się już absolutnie niezbędne – kiedy miał zostać ich wtyczką w szeregach BEGA.
– Wracam do Japonii – podjął decyzję w tym samym momencie, w którym wypowiedział te słowa.
– Kiedy?
– Jutro.
– Hm… – Ryuunosuke zmarszczył brwi.
– Nic tu po mnie. Nie chcę bezczynnie siedzieć i czekać, aż pan Daitokuji wreszcie umrze.
– Hitoshi!
– Taka prawda – burknął. – Przecież to właśnie robimy. Siedzimy i czekamy, aż śmierć spadnie nam na głowę. Jestem na to za młody.
Ryuunosuke zacisnął wargi.
– Nie rób niczego głupiego – poprosił.
– Nie zamierzam – odparł Hitoshi, już myśląc nad sposobem połączenia się z Metal Digerem.

*

Hiromi próbowała dowiedzieć się czegoś o stanie zdrowia Claude’a, ale została zbyta. Nie należała w końcu do rodziny, ani nawet do bliskich przyjaciół chłopaka, co najwyraźniej dało się dość łatwo stwierdzić. Wszystko, co udało jej się ustalić, to to, że operowano go ładnych parę godzin i nie po raz ostatni. Ale przynajmniej przeżył, choć na celowniku nie tylko rosyjskich służb.
O rozmowie z nim i dowiedzeniu się czegokolwiek o wydarzeniach pod Metropolem nie mogło być oczywiście mowy i Tachibana musiała zadowolić się lakonicznym, wyraźnie pisanym w pośpiechu raportem Emily.
Nie było czasu na pożegnania. Nie było czasu nawet na proste „zadzwonię”. Została tylko cisza nagle przerażającej wrześniowej nocy.
Hiromi stała pod szpitalem jak sparaliżowana, niezdolna do decyzji o powrocie do budynku, wciąż ściskając w dłoni telefon z ostatnią wiadomością od Emily. Ostrzegła, że zniknie, prawdopodobnie na długo. Tachibana wiedziała, że jej samej nic nie grozi – marzenia o medialnej wojnie odeszły w niepamięć, a ona znów była tylko śmieciem – ale mimo to po jej plecach biegały dreszcze. Martwiła się o przyjaciółkę.
Martwiła się o wiele rzeczy.
Nie chciała wracać do swojego mieszkania. Nie chciała iść do szpitalnej sali, gdzie czekali na nią Rei i Daichi. Nie chciała kolejnego spotkania z rodzeństwem Chen.
– Mystel… – szepnęła rozedrganym głosem, gdy poczuła za plecami znajomą obecność. – Ucieknijmy stąd.
– Ucieknijmy? – spytał wyraźnie zaskoczony. – Dokąd.
– Dokądkolwiek. Do tego twojego Kirgistanu na przykład. Mogę mieszkać w jurcie i wypasać owce, proszę bardzo. Byle dalej od tego popierdolonego miasta.
Byle dalej od tych ludzi, dodała już w myślach. Od porażek i straconych szans.
Byle dalej od pytań i przytłaczającego poczucia winy.

*

Siedzieli tak we trzech. Milczący i śmiesznie nieporadni, chociaż wciąż z zaschniętą krwią pod paznokciami i jej zapachem w nozdrzach. Jak niegrzeczne dzieciaki, które wróciły z dywanika u dyrektora i nagle nie mają odwagi na siebie patrzeć, gdy świetne pomysły sprzed paru godzin stały się czerwoną pręgą na tyłku.
Tylko w niewyobrażalnie większej skali.
Borys nadal był śmiertelnie blady i nadal raz na jakiś czas znikał w kibelku, gnany tam nudnościami. Albo parciem na pęcherz, bo Siergiej kazał mu rozłożyć się na kocu i dużo pić, niekoniecznie wódki.
Znów tu byli. W znajomych, surowych murach, w jedynym miejscu, które naprawdę mogli nazwać domem.
Opactwo opustoszało, ale teraz stało się już jasne, że to tylko stan przejściowy. Z dnia na dzień przybywać będzie ludzi – dorosłych, byłych wychowanków i dzieci, bo przecież program musiał zostać wznowiony. Czas cofnięty. Walka o wolność ostatecznie przegrana.
Przedłużającą się, głupią ciszę przerwał Borys. Przewrócił się na bok i spojrzał na Ivana.
– Od jak dawna jesteś pod kontrolą? – spytał, mrużąc oczy.
– Nie wiem – Ivan pokręcił głową. – Nie potrafię wyznaczyć granicy. Nie jestem pewien, kiedy to się zmieniło.
Właściwie Papow nie musiał dodawać niczego więcej. Takie słowa starczyły za wszelkie wyjaśnienia.
– Nawet nie zauważycie. – Oparł się wygodniej, zapatrzył w przeciwległą ścianę. – To za dobrze działa. Nigdy nie mieliśmy być wolni, ot, przeżyliśmy krótką przygodę, ale tak naprawdę nie do tego zostaliśmy stworzeni. Więc adaptujemy się łatwo.
Borys prychnął i obrócił się na pryczy plecami do wszystkich. Nie powiedział ani słowa. Siergiej też nie, wpatrzony tępo w podłogę, siedzący z opuszczonymi ramionami.
Jurija nie było z nimi. Z walki pod Metropolem wyszedł półprzytomny, słaniający się na nogach i plujący krwią. I to nie w efekcie bójki. Działo się z nim coś innego, coś naprawdę złego, jakby ciało postanowiło się nagle zacząć rozpadać. Zabrano go więc do ambulatorium, a potem do miejsca, w którym powstał – pracowni biotechnicznej Biovoltu.
To mogło się przydarzyć także każdemu z nich. Wszyscy stanowili w końcu wynik eksperymentu, ich organizmy co dzień toczyły cichy bój ze sztucznymi ulepszeniami, a Jurij dodatkowo sobie nie pomagał – chlaniem na umór, zerwaniem kontaktów ze specjalistami z Biovoltu, uporem w kwestii Wolborg. Jak zwykle walił głową w mur.
Ale to właśnie czyniło go jednocześnie najsłabszym i najlepszym ze wszystkich.
– Będzie dobrze – burknął Ivan, jakby to było potrzebne.
Nie było. Zabrzmiało za to okrutnie i ironicznie. Na tyle głupio, by Siergiej wreszcie przerwał milczenie i wybuchnął tubalnym, zimnym śmiechem.
[/interlina]
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ