UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Let it R. I. P. [skończone]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 28 lipca 2016, 11:21

[yaay, półmetek!]

XIV
MY EX-WIFE STILL MISSES ME,
BUT HER AIM IS GETTIN’ BETTER!

Taro opadł z westchnieniem na puste od miesięcy łóżko syna. Długo powstrzymywał się przed wchodzeniem do jego pokoju, chcąc, żeby, gdy Max już wróci, zastał wszystko nienaruszone i dokładnie po swojemu.
Długo też oszukiwał się, że ten dzień w końcu nadejdzie. Może jutro, może za tydzień albo za miesiąc. Tymczasem mijał niemal rok, odkąd widział syna po raz ostatni.
Wiedział, że spełniło się największe, choć skryte marzenie Maxa. Cichy i skromny, tak naprawdę, jak każdy blader przecież, chciał być najlepszy, wygrywać. I teraz faktycznie – mówiło się, że odkąd Takao zakończył karierę, nie ma skuteczniejszego zawodnika niż ten pogodny niegdyś piegus.
Ale Taro, patrząc na niego oczami kamer transmisyjnych, widział, że spełnienie marzeń nie dało mu szczęścia.
Bo przecież Max nie był mordercą.
Pan Mizuhara próbował skontaktować się z synem wielokrotnie, a kiedy wszystkie drogi zawiodły, wzmógł działania mające na celu odebranie Judy praw rodzicielskich. Wcześniej tak naprawdę nie chciał tego robić, ot, uważał, że pewne kwestie lepiej będzie rozwiązać we własnym zakresie, ale Judy przekonała go ostatecznie, że naprawdę nie nadaje się na matkę.
Problem w tym, że to ona miała pieniądze i wpływy. Postępowanie więc utknęło w martwym punkcie, a z Taro rozmawiano bardziej niż niechętnie.
Bilet do Moskwy kupił trochę w akcie desperacji, mając nadzieję, że podczas zamieszania związanego z Mistrzostwami Świata, uda mu się choć na moment zbliżyć do syna.
Do syna, o którego życie drżał z każdym dniem bardziej – wiadomo, można być najlepszym z najlepszych, ale statystyka pozostaje nieubłagana. Zawsze musi nadejść chwila słabości. Jeden moment dezorientacji, mniejszego skupienia. A dla bladera sprzężonego z bestią to zawsze oznaczało to samo.
Jeden jedyny Lai Chen przeżył przegrany pojedynek, a teraz jego zniekształcona paraliżem twarz służyła przeciwnikom M&K za tarczę. Taro nie wiedział, co o tym myśleć. Miał wrażenie, że gdzie nie spojrzy, tam czyhają niejasne układy i intencje. Świat beybladeingu nie był już taki jak kiedyś, gdy Max wychodził na podwórze, by mierzyć się z innymi chłopakami w atmosferze zwykłej szczeniackiej rywalizacji, ale też dobrej zabawy. W grę wchodziły olbrzymie pieniądze i, cóż, polityka, a jedno i drugie było Mizuharze zupełnie obce.
Znał się na nudlach – wyjątkowo nieprzydatna w tym położeniu umiejętność. W dodatku miał świadomość, że człowiek, na którego czeka, a który wydawał się teraz jedynym jego sojusznikiem, także niewiele będzie mógł pomóc.
Hayato Kinomyia, ojciec Takao i zdrajcy Hitoshiego, syn Ryuunosuke.
Hayato Kinomyia, który miał przynajmniej wiedzę.
Wreszcie rozległ się dzwonek do drzwi i Taro z drżącym sercem podniósł się z łóżka Maxa.

*

Max posłusznie włożył do ust kolejną łyżkę proteinowej papki.
Nie lubił jej – ani smaku, ani konsystencji – ale wiedział, jakie to teraz ważne. Mistrzostwa zbliżały się wielkimi krokami, a on musiał je wygrać.
Dla niej – dla swojej matki. Uwierzyła w niego, wreszcie pokochała i nie mógł jej zawieść. Ćwiczył codziennie i ciało, i umysł, jadł specjalne pożywki rozwijające siłę mięśni i koncentracji, spędzał długie godziny na rozmowach z Draciel.
Był gotów.
Wiedział, że jest gotów.
– Synku, jak się dziś czujesz? – Judy weszła do kuchni z prawdziwie ciepłym uśmiechem, na który tak długo i ciężko pracował.
– Dobrze, mamo – odparł, ale on już uśmiechać się nie potrafił. Nie tak jak kiedyś, gdy jego pogodna osobowość stanowiła dla innych ostoję.
– Ból brzucha minął?
– Tak.
W rzeczywistości wciąż czuł lekki dyskomfort poniżej żołądka, ale nie chciał jej o tym mówić. Nie chciał jej martwić.
Nie chciał, żeby przestała w niego wierzyć i go kochać.
– Doskonale. Hitoshi pokaże ci dzisiaj ulepszony model dysku, będziesz miał jeszcze tydzień, żeby zapoznać się z ostatnimi modyfikacjami.
– Dobrze, mamo.
– Przejrzałeś materiały, które ci przekazał?
– Tak.
Analiza taktyk i możliwości jego największych rywali. Daichiego, błyskotliwej Rethy z RPA i tajemniczego Vincente, nowej chilijskiej gwiazdy, która w eliminacjach zostawiła za sobą wyjątkowo krwawy szlak.
Max był gotów, żeby pokonać ich wszystkich. Wiedział, gdzie uderzać i jak się bronić. Nie tylko przejrzał materiały Hitoshiego, ale wręcz wyrył je sobie po wewnętrznej stronie powiek, czytając raz za razem, aż oczy nie zaczynały łzawić. Wtedy robił krótką przerwę i zaczynał znowu.
W końcu nie będzie miejsca na błędy. Ani jego matka, ani beybladeing nie wybaczały błędów.

*

– GIŃCIE!!!
Umierały.
Jedna po drugiej, potem parami, trójkami i wreszcie całymi legionami. Mordowane metodycznie palcem albo od razu rozcapierzoną dłonią.
Kenny nie miał dla nich litości.
– NIENAWIDZĘ MRÓWEK!
Ich pech polegał na tym, że z uporem godnym lepszej sprawy urządzały sobie wędrówki przez jego gabinet i w swoich maleńkich główkach nie miały dość rozumu, żeby połączyć pewne fakty, w tym ten, że ich szlaki kończą się nagle i tragicznie w pewnych konkretnych rejonach.
Emily stała z boku, przecierając okulary i przyglądając się całemu zjawisku z niejaką fascynacją. Nie widziała tego po raz pierwszy, ale za każdym razem okazywało się równie… niezwykłe. Także to, jak wysoko Kenny potrafi sięgnąć, kiedy ogarnia go morderczy szał. Mogłaby przysiąc, że urósł dobre dziesięć centymetrów.
– Eee… Przejrzałeś może…
– ZAGŁAAADAAA!!!
– Cóż, tak, oczywiście, to może poczekać. Światu się nie spieszy.
Emily westchnęła ciężko i usiadła na stoliku, odsunąwszy sobie papiery spod tyłka. Chwyciła kilka z nich i zaczęła pobieżnie przeglądać, w nadziei, że może przypadkiem trafi na interesujące ją wyliczenia. Minęło już trochę czasu, odkąd Rei przekazał Kenny’emu dyski Mao i Laia, ale raportu nadal się nie doczekała i zaczynało ją to trochę frustrować. Bez tej analizy trudno było jej ruszyć dalej, a Mistrzostwa zbliżały się wielkimi krokami. Traciła już nadzieję na to, że będzie dysponowała odpowiednimi argumentami podczas pierwszej konfrontacji z Kinomyią i Mizuharą, ale wciąż jeszcze miała szansę uzyskać coś, zanim wyjadą z Moskwy, żeby przyszpilić ich, gdy nadarzy się odpowiednia okazja.
O ile nadarzy się odpowiednia okazja.
– Kenny, możesz się skupić na ważnych sprawach? – warknęła z irytacją, kiedy zamiast analiz dysków znalazła miesięczny kosztorys oficjalnego moskiewskiego klubu fanów MingMing.
– Co? Och, Emily?
– Ogólnie to facepalm, stary. Konkrety. Zajmowałeś się dyskami?
Saien raz jeszcze zmierzył ścianę nienawistnym, podejrzliwym wzrokiem.
– Rodzeństwa Chen? Tak.
– I?
– I nic, pozornie to po prostu HMS-y. Tak jak myślałem. Żywy czy martwy blader, to nie ma żadnego znaczenia.
York skrzywiła usta z zawodem.
– Pokażesz mi je? – spytała jednak.
– He? Przecież to nie twoja bajka.
– No nie – wzruszyła ramionami – ale może oko laika dostrzeże coś, czego nie widzi twoje.
– Hm…
Wahanie w postawie Kenny’ego wcale się jej nie podobało. Miał rację, tak, od zawsze bardziej niż kwestie samego sprzętu, interesowała ją fizyka bitew. Z tego zresztą pisać miała pracę dyplomową – z aerodynamiki w beybladeingu. Ale przecież o innych aspektach też troszkę wiedziała, tak siłą rzeczy.
Nie ufał jej? Nie wierzył?
– Kenny, przecież niczego złego z nimi nie zrobię.
– Niby wiem… Ale Rei…
– Co znowu Rei?! – zirytowała się Emily.
– Wiesz, to dyski najbliższych mu osób i…
York prychnęła z irytacją.
– W porządku – syknęła. – Sama z nim pogadam.

*

– Doniesienia są ogólnie niepokojące – przyznał Mystel. Długo trwało, nim osobiście zjawił się w swojej daczy, ale za to, kiedy już to zrobił, przyjechał z konkretami.
– To znaczy? – zapytał Siergiej.
– Zniknięcie podopiecznych Opactwa, wzmożony ruch na czarnym rynku broni i, cóż, narkotyków. Do tego władze Moskwy zaostrzyły środki bezpieczeństwa, Mistrzostwa mają być strzeżone przez potrojony kordon. Coś się szykuje i wygląda na to, że wszyscy zainteresowani przewidują, że uderzenie nastąpi podczas otwarcia imprezy.
– Balkowa nie powstrzyma to, że się go spodziewają – stwierdził kwaśno Ivan.
– Cóż – wzruszył ramionami Mystel – znacie go lepiej ode mnie, ale właściwie… też nie sądzę. Stawiałbym na to, że podniesienie stawki tylko go rozochoci.
– No właśnie.
– Nie uderzy podczas otwarcia – odezwał się nagle Jurij.
– Co?
– Nie uderzy podczas otwarcia. – Oderwał wzrok od posiniałych knykci i przeniósł go na Mystela. – Nie wiem, kiedy uderzy, ale nie podczas otwarcia.
– Ale…
– Kurwa, tylko dla mnie to jest takie oczywiste?! Skoncentrujecie całe siły na otwarciu, nic się nie stanie, będziecie świętować zwycięstwo, a wtedy skurwiel weźmie, co będzie chciał!
– Psie?
– Nie mów tak do mnie! – Nawet Siergiej, wielki, potężny Siergiej, musiał cofnąć się przed tak wściekłym warkotem.
Przecież powinni to rozumieć, i Petrow, i Papow musieli to, kurwa, rozumieć, nie znali Balkowa od wczoraj. Mystelowi mogło wydawać się, że to niepoprawny showman, bo widział go głównie jako prezesa BEGA, ale nie im. Wiedzieli, że tamta twarz stanowiła po prostu kolejną maskę, pod którą krył się niezmiennie ten sam umysł – umysł zorientowany na osiąganie celów wszystkimi dostępnymi środkami, w tym także samym sobą.
Więc dlaczego Ivan tak łatwo przyklasnął takiej teorii?
Dlaczego tak łatwo dał się namówić na pracę dla członka Biovoltu?
Co tu się właściwie działo?
Jurij pochylił głowę, z całych sił rozcierając skronie w próbie zmobilizowania skupienia.
Nie był psem. Był wilkiem. Samotnym, pozbawionym stada wilkiem, krążącym po nie swoim terenie.
Widzisz, ile nas jednak łączy.
– Zamknij się!
– Co? – Zdziwiony Ivan uniósł brwi.
Jurij posłał mu jedynie mordercze spojrzenie.
Naprawdę, ale to naprawdę starał się nie myśleć o tym, że najbardziej godną zaufania osobą w tym pokoju może być Mystel. Nie po tym wszystkim, co się stało. Nie po Opactwie.
– Dobra. – Potarł czoło, zmuszając się do podjęcia gry. – Jaki jest plan? Zakładając, że Balkow naprawdę chce uderzyć i naprawdę zamierza to zrobić podczas otwarcia?
– Żeby go opracować, muszę wiedzieć, w co właściwie chciałby uderzyć – stwierdził Mystel, nagle dziwnie poważny. – Wiemy, że zebrał środki, ale nie jesteśmy pewni po co.

*

– Bai Hu, Biały Tygrys, mówi to coś panu?
Balkow zaprzeczył.
– Święte zwierzę Chin, wierzchowiec bogów, strażnik Zachodu panujący rozumem nad pierwotnymi instynktami. Diger, bestia Reia Kona. Albo starożytny i najwyraźniej dość rozzłoszczony duch.
– Rozumiem, że to ma tłumaczyć, dlaczego dzieciak połączył się ze swoją bestią bez używania dysków M&K. – Mężczyzna splótł długie palce i oparł na nich brodę.
– Tak. W tym wypadku to była wola tylko i wyłącznie Digera. Rei jest raczej z tego układu niezadowolony.
– Czyli sam blader jest narzędziem w rękach jakiegoś mitologicznego kota.
– Panie Balkow, tak właściwie to mitologią nazywamy wierzenia, które…
– Nie pouczaj mnie, Saien!
Kenny zamilkł natychmiast, kuląc się w sobie. Nieważne, ile razy spotykał tego człowieka, nie mógł przestać panicznie się go bać. Zwłaszcza w takich okolicznościach – poczas tajnego spotkania po zmroku, gdy ledwie widzieli swoje twarze wykrzywione przez żółte światła latarni.
– I dlatego właśnie syntetyczne bestie są sto razy praktyczniejsze – stwierdził Rosjanin. – Zawsze wiadomo, jak z nimi postępować i jak się zachowają. Żadnych starożytnych dyrdymałów, tylko technika.
Kiedy to wszystko przedstawiał tygodnie temu, naprawdę wydawało się proste i logiczne. Gdyby Saien nie widział pewnych rzeczy na własne oczy, bez trudu uwierzyłby w zasadność powołania Opactwa, polityki Biovoltu i BEGA. Takie rozumowanie było mu bliskie – jeśli bestie okazały się tak niebezpieczne, należało mieć je pod kontrolą. A niczego nie ma się pod kontrolą bardziej, niż tego, co wykona się samemu, trybik po trybiku.
Tylko że w tym wszystkim tkwił jeden zasadniczy problem – pytanie po co w ogóle zajmować się bestiami?
Ale i na nie Balkow miał swoją odpowiedź.
– Bo bestie dają niewyobrażalną siłę – mówił. – A na siłę odpowiada się siłą.
– Mogę spróbować przekonać Reia – zaproponował nieśmiało Kenny.
Ilija zmarszczył brwi.
– Chcesz się przyznać, że pracujesz dla mnie?
– Jemu też zależy na Takao. Kiedy powiem mu, że obiecał pan pomóc…
Rosjanin roześmiał się zimno.
– Och, Saien, jesteś taki naiwny, skoro wierzysz, że to nie obróci się przeciwko tobie.
– Ja…
– Zrozum. Tu chodzi o zaszłości. Niewielu jest takich, którzy patrzą na aktualny układ planszy, ludzie są małostkowi.
Kenny zagryzł wargi.
Miał wątpliwości. Oczywiście, że miał wątpliwości, cały czas. W końcu wiedział, że zgadza się na układ z niebezpiecznym i okrutnym człowiekiem, ale nie widział już innych możliwości.
Zresztą Balkow sam do niego przyszedł.
– Saien, wiem, że to dla ciebie niecodzienna i niezręczna sytuacja, bo jesteś lojalnym przyjacielem. Ale uwierz mi, że bycie lojalnym przyjacielem tego właśnie teraz wymaga. Czasem zdrada to najlepsze wyjście. Po prostu.

*

– Jeśli mam się tym zająć, będę potrzebowała pomocy – oceniła Emily rzeczowo. – Sama nie zdążę, jestem specem od aerodynamiki, nie od samych mechanicznych pierdół w bebechach. I najlepiej, gdyby to był ktoś, z kim już kiedyś pracowałam.
Hiromi zamarła z kubkiem kawy w połowie drogi do ust, kiedy dotarło do niej, do czego zmierza York.
– NIE.
– Ale…
– Nie, powiedziałam! Dopiero tydzień temu kupiłam nowe auto!
Emily zamrugała.
– Hiromi?
Tachibna ścisnęła nasadę nosa, uświadamiając sobie, jak jej gwałtowna reakcja musiała wyglądać w cudzych oczach, zwłaszcza w ukrytych za wielkimi szkłami oczach racjonalnego naukowca, który jakimś cudem został też jej przyjaciółką.
– To naprawdę nie jest dobry pomysł – powiedziała ciszej. – Jestem przekonana, że znajdziesz kogoś odpowiedniego, a Miguel niech lepiej siedzi za oceanem. To ostry pojeb i im więcej wody między nami, tym lepiej.
– Jurija jakoś okiełznałaś – wzruszyła ramionami York. Nie wyglądała na przekonaną i w sumie trudno było się jej dziwić, bo równanie wydawało się cokolwiek zachwiane.
– Osobiście bym tego tak nie nazwała.
– Tak czy inaczej. Pamiętam Miguela i pamiętam, że czego by o nim nie mówić, miał fajne pomysły i raczej niewielką skłonność do odwalania numerów. Żarł, co mu się dało, spał, gdzie go się położyło i nie paplał bez sensu. OK, koguciki urządziły sobie „Stars on Ice” po bankiecie, ale, między nami, mogło być przecież gorzej. Więc wybacz, Hiromi, ale tym razem kompletnie nie kumam, o co ci chodzi – Emily splotła ręce na piersi, w całkiem znajomy sposób naburmuszona, choć coś w jej twarzy się nie zgadzało i Tachibana nadal nie określiła, co to właściwie jest.
Zacisnęła usta. Nadal, mimo wszystkiego, co się stało, nie była pewna, czy powinna komukolwiek o tym mówić. Z jednej strony, York była jej najlepszą i może jedyną tak naprawdę przyjaciółką w świecie niedojrzałych, targanych hormonami chłopaków, z drugiej, gdyby podeszła do sprawy odrobinę zbyt poważnie, mogłaby storpedować część sukcesów wizerunkowych.
– Zmienił się – ostatecznie Hiromi wybrała wersję bardzo okrojoną. – Nie sądzę, żeby był w stanie ci pomóc, ale zaszkodzić może na pewno.
Bałaby się o Emily. Bałaby się za bardzo. Miguel na wsparciu technicznym nie był aż tak cenny, żeby to ryzyko się opłacało.
– Szkoda… Wie, gdzie wsadzać śrubokręt.
Hiromi opluła się kawą.
– No ale trudno, poszukaj mi w takim razie kogoś innego, bo Kenny ma wyraźnie jakiś problem z ruszeniem tego dalej.
Tachibana przytaknęła.
– Jutro dostaniesz jakieś nazwiska – odparła. – Dzisiaj mam jeszcze spotkanie.
– Spotkanie?
– Nie zgadniesz z kim…

*

Miasto powoli zaczynało przesiąkać festiwalową atmosferą. Na każdym rogu wisiały materiały promocyjne, po ulicach kręcili się weseli, ubrani na kolorowo i mówiący w rozmaitych językach ludzie, budynki w pobliżu Biovolt Stadium przyozdobiono kiczowatymi, ale swojskimi tasiemkami.
Hiromi próbowała tego wszystkiego nie dostrzegać. Przypominało jej jedynie, jak niewiele zostało czasu do najważniejszego wydarzenia beybladeingu w tym roku i ile w związku z tym powinna jeszcze zrobić.
Inna sprawa, że właśnie robiła.
Zbliżające się Mistrzostwa sprawiły, że do stolicy Rosji zaczęły zjeżdżać osobistości, z którymi na co dzień trudno było się skontaktować. Dwa dni temu na przykład wylądował w Moskwie samolot z panem Daitokujim na pokładzie. Hiromi nie byłaby sobą, gdyby już wcześniej nie znała dokładnej daty przybycia tej rangi szychy i nie próbowała umówić spotkania. Okazało się to zaskakująco trudne, wiele razy rozbijała się o mur niechęci i już zaczynała czuć, że nic z tego nie będzie, gdy staruszek niespodziewanie odezwał się do niej osobiście i przeprosił za całe zamieszanie.
– Sam prosiłem o ograniczenie spotkań – tłumaczył się telefonicznie. – Wiesz, jak to jest, mam swoje lata i nie czuję się najlepiej, ale, drogie dziecko, gdybym wiedział od początku, że to ty! Dla ciebie zawsze znajdę czas.
Umówili się w Puszkinie, gdzie nad kawą i jakimś ciastkiem Hiromi miała nadzieję pozyskać pana Daitokujiego dla planów walki z M&K. Do tej pory wykazywał się porażającą wręcz biernością, ale to w sumie nie zaskakiwało. Wcześniej też trzymał się z daleka od wszelkich moralnych decyzji, umywając ręce, gdy tylko się dało. Można było czuć w związku z nim do niego odrazę, nawet mimo sympatycznej aparycji, ale Tachibana wiedziała, że z takim sojusznikiem jej wrogowie musieliby się naprawdę liczyć.
– W ogóle się nie zmieniasz – powitał ją uprzejmym, acz oklepanym komplementem i posłał ciepły uśmiech, który mógłby być uśmiechem dziadka.
– Pan też nieźle się trzyma – skłamała w odpowiedzi, chociaż wyglądał kiepsko i na trawionego nie tylko starością, ale też jakąś chorobą. Jeszcze przed trzema laty wydawał się jowialny, ale na swój sposób nie do zdarcia. Teraz jakby stał nad trumną.
– Och, młoda damo, trzymam to ja się głównie laski. Usiądźmy.
Złożyli zamówienie, ale z konkretami Hiromi nie zamierzała czekać, zwłaszcza jeśli prezes BBA rzeczywiście był chory i niosło to potencjał skrócenia spotkania do minimum.
– Na ile można to ocenić na tym stadium, muszę przyznać, że organizacja imprezy robi na mnie wrażenie – powiedziała, żeby zarzucić wędkę. – Kampania promocyjna bardzo udana, zainteresowanie olbrzymie… I to wszystko mimo kontrowersji.
– Dziecko, nie od dziś wiadomo, że wszelkie kontrowersje nikną w obliczu dobrej zabawy – odparł starzec.
– Niby tak, ale jednak środki bezpieczeństwa zostały zaostrzone, chociaż oficjalnie niewiele się o tym mówi. I to zaostrzone niemal z dnia na dzień, w ostatniej chwili.
Przez naprawdę krótki moment Daitokuji wyglądał na lekko zaskoczonego. Trochę ją to zabolało, bo mogło oznaczać, że wciąż widzi w niej roztrzepaną dziewczynę sprzed trzech lat, która stawiała dopiero pierwsze kroki w zawodzie. A przecież od wielu miesięcy uważnie śledzili nawzajem swoje posunięcia.
Uważał je za naiwne?
– Do czego zmierzasz, dziecko?
– Podejrzewam, że jednak organizatorzy trochę obawiają się akcji protestacyjnych i ewentualnych rozruchów.
Pan Daitokuji potarł zwiotczały podbródek i chwilę przyglądał się jej uważnie. W międzyczasie kelner przyniósł doskonale pachnącą kawę i po porcji wymyślnego ciasta.
– Hiromi – powiedział w końcu – twoje działania są oczywiście warte uwagi i bardzo chwalebne, ale jednak walczysz z wiatrakami i chyba trochę przeceniasz wpływ swojej kampanii na społeczeństwo.
Poczuła zimno w żołądku.
– Ale środki bezpieczeństwa zaostrzono.
– Nie jesteś jedyną stroną w konflikcie, prawda? Chociaż może w moim interesie byłoby przekonywać cię, że owszem, to twoje działania tak zaniepokoiły Moskwę. Ale świat to nie tylko beybladeing, to także międzynarodowa polityka, a sytuacja Rosji nie jest różowa. Ma wielu wrogów, którzy zapewne zechcą wykorzystać imprezę masową.
W wypowiedzi starca tkwił oczywisty błąd, skoro Hiromi wyraźnie zaznaczyła, że chodzi jej nie o ogólny poziom obstawienia Mistrzostw, a o ostatnie dość niespodziewane powiększenie kordonu i to trzykrotnie. Postanowiła jednak tego nie punktować, spodziewając się, że od pana Daitokujiego i tak niczego w tym temacie nie wyciągnie, ale najwyraźniej otrzymała wskazówkę, by szukać dalej i może nieco szerzej.
– Tak czy inaczej, kampania przynosi pewne skutki, nawet jeśli je teraz przeceniłam – stwierdziła i upiła łyk kawy, do której z każdym miesiącem pobytu w Moskwie coraz bardziej się przekonywała. Smakowała zdecydowanie inaczej niż w Japonii, lepiej, i kiedy Tachibana miała wybierać między nią, a tym, co bluźnierczo nazywano tu herbatą, wahała się coraz rzadziej.
– Owszem, udało się wywołać medialny szum, wskrzesić parę zapomnianych postaci, sprowokować jedną czy dwie publiczne dyskusje… Zastanawiam się jednak cały czas, czy to dobrze i czy na pewno wiesz, co robisz.
– Ktoś musiał wreszcie się tym zająć – Hiromi wzruszyła ramionami – a Biovolt dał mi środki.
– Nie, nie rozumiesz mnie. Pozwól, że ci wyjaśnię. To trochę tak, jakbyś rozbijała ściany bunkra z odpadami uranu. Bladerzy to nie jest siła, nad którą odzyskamy kontrolę, jeśli już raz ją stracimy.
– Co pan ma na myśli?
– To, co ja, Ryuunosuke Kinomya, mistrz Tao, a nawet Voltaire Hiwatari robiliśmy przez lata.
Zaczął opowiadać, o badaniach, eksperymentach, o powoli i konsekwentnie budowanym kłamstwie z plastiku, a ona czuła, jak z każdym słowem zapada się głębiej i głębiej. Aż wreszcie jej żyły zapłonęły prawdziwą furią.
– Pierdolę wasz geriatryczny spisek! Do cholery, to były tylko dzieci! – wrzasnęła Tachibana zepchnięta już daleko poza krawędź swojej wytrzymałości.
– Owszem – przytaknął pan Daitokuji, ocierając chusteczką pot z okrągłego czoła. – Ale ktoś dał tym dzieciom do ręki śmiertelną broń. I najlepsze, co mogliśmy zrobić, to wmówić wszystkim, że to zabawki. I samym dzieciom, i publiczności, i reszcie świata.
– Rosjanie jakoś się nie dali oszukać – prychnęła Hiromi, zaplatając ręce na piersi i gniewnie mrużąc oczy. Pod stołem jej noga podskakiwała nerwowo w rytmie tłamszonej furii.
– Rosjanie mieli Voltaire Hiwatariego, a on od początku wiedział, jak wygląda sytuacja. W końcu kiedyś się nawet przyjaźniliśmy. Sądziłem zresztą przez jakiś czas, że jego działania mają drugie dno i jakoś pomogą całej sprawie. – Pan Daitokuji westchnął ciężko i w tym świetle, taki spocony i zmartwiony, wyglądał nawet dość biednie. Jak prawdziwie przeczołgany przez życie starszy człowiek. Jakby to jego beybladeing ugryzł w dupę.
Ale Tachibana nie miała dla niego już nawet szczypty współczucia i gdyby nie dwumetrowa i potrójna ochrona prominenta za jego krzesłem, już dawno rzuciłaby się na starca i wydłubała oczy widelczykiem do ciasta.
Samego ciasta zresztą nie była w stanie ruszyć – robiło jej się niedobrze na samą myśl o przełykaniu jedzenia.
– A on pokazał wam środkowy palec i powołał do istnienia Opactwo – podsumowała.
– Dokładnie tak.
– I nikt nie zareagował.
– Nie było środków! – Daitokuji nieomal jęknął. – Rosja to dla nas trudny teren. Wiesz, że między Rosją a Japonią druga wojna światowa tak naprawdę nigdy się nie zakończyła? I to się odczuwa. Na każdym kroku. Nie mogło być zatem mowy o oficjalnych działaniach, na nieoficjalne było za późno. Pojawiły się nawet głosy, że sami także powinniśmy pomyśleć o rozwijaniu potencjału militarnego beybladeingu, żeby w razie czego być przygotowanym na ruchy ze strony Biovoltu. Wstrzymałem je. W końcu to my mieliśmy Kaia Hiwatariego, w którym pokładałem olbrzymie nadzieje. Naprawdę wierzyłem, że uda nam się wyrzeźbić chłopaka tak, żeby po przejęciu stanowiska w Biovolcie, chciał zerwać z polityką dziadka pokojowo.
Hiromi prychnęła.
– Doprawdy, jakby go pan nigdy nie spotkał.
– Też był tylko dzieckiem. Z dzieci wyrastają dorośli.
– Na ogół. Zresztą trudno mi uwierzyć, że mocarstwa, które raz odkryły, jak zdobyć przewagę militarną, tak dobrowolnie się z tego wycofają. Jak niby jest z bronią atomową?
Starzec siorbnął herbatą, chyba po to, by zamaskować zakłopotanie.
– Oskarżasz mnie o całe zło, nie dostrzegając tego, ilu rzeczom udało się przez lata zapobiegać – odparł w końcu. – Pomijam nawet działania sabotażowe, które opóźniały prace w Biovolcie i prawdopodobnie sprawiły, że jednostek specjalnych tego typu nie użyto już pod koniec lat dziewięćdziesiątych, bo okazji było sporo. Ale to, co dzieje się teraz… Brooklyn Masefield, Jurij Ivanow… Sam Kai Hiwatari także. To dopiero kwestia kilku ostatnich lat. Niech pani pomyśli, co stałoby się, gdyby takie jednostki pojawiły się wcześniej.
– Jednostki?! – głos Hiromi znowu przeszedł w krzyk, co wywołało natychmiastową reakcję bodyguardów Daitokuijego. – Nie wierzę… – Przymknęła oczy. – Po prostu nie wierzę… I nadal nie rozumiem, jaki to ma związek z M&K i waszą biernością.
– Nie domyślasz się? – Siwe brwi uniosły się o pół milimetra.
– Nawet boję się próbować.
– To system bezpieczeństwa.
– Co…
– Skoro nie mamy wpływu na same bestie i nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, że co roku pojawiają się nowe dzieciaki zdolne z nimi współpracować, skoro dostrzegamy zagrożenie i skoro wiemy, że należy trzymać się z daleka od pomysłów na militarne wykorzystanie tego zjawiska, a ktoś już zaczął to robić i buduje potencjalnie niezwyciężoną armię, to pozostaje tylko wprowadzić system regulacji ilości dzieci obdarzonych darem.
Hiromi otworzyła usta, ale nie wydobyło się z nich żadne słowo.
– Wiem, że to musi wydawać się okrutne i nieludzkie. Ale proszę, spójrz na tę kwestię z punktu widzenia bezpieczeństwa międzynarodowego i wyobrazić sobie sytuację, w której w końcu do dorastających bladerów zaczyna docierać, kim w istocie są i jak wielkie mają możliwości. Wracając do sedna sprawy: nadal to tylko dzieci.
– Chce pan powiedzieć…
– Chcę powiedzieć, że Hitoshi Kinomyia nigdy nie działał sam, owszem. A pani Mizuhara, wbrew temu, co uważa, także stanowiła środek do osiągnięcia większego celu. Potrzebowaliśmy jej, potrzebowaliśmy jej wiedzy i braku moralności, żeby…
Hiromi nie pozwoliła mu dokończyć. Wrzeszcząc, zerwała się z krzesła i w geście desperacji oblała prezesa BBA resztką kawy, już ułamek sekundy później czując, jak na jej ramionach zaciskają się potężne łapy ochroniarzy.

*

– Chodzi o to, że nie do końca wiemy, czym w istocie są bestie – mówił Hayato Kinomyia, odstawiając czarkę z herbatą. – Owszem, prowadziłem badania na ten temat i wiem, że ich wizerunki pojawiają się w różnych kulturach od starożytności, stąd wniosek, że ludzie od dawna mieli świadomość ich istnienia, ale nie wiemy, czym są. W różnych systemach religijnych pojawiają się najczęściej jako święte duchy, ale to przecież pochodna, odpowiedź na nieznane zjawisko, przekraczające ludzkie pojęcie. Wszystko, co niezrozumiałe, staje się w końcu boskie lub diaboliczne. Dlatego też nigdy nie potrafiłem jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, na ile poważnie powinniśmy podchodzić do atrybutów przypisywanych danym bestiom przez mitologie, w których się pojawiają, zwłaszcza że dane bywają sprzeczne.
– I nic się nie zgadza? – spytał Taro z niknącą nadzieją w głosie.
– Problem w tym, że, wbrew wszystkiemu, zgadza się zaskakująco dużo. Tylko nie wiem, w którą stronę działa wektor.
– Nie rozumiem – przyznał Mizuhara, nerwowo przeczesując nastroszone włosy.
– Jak powiedziałem: nie mam pewności, co do natury bestii. Trudno to wyjaśnić, ale… ale w pewnym momencie pojawiła się we mnie myśl, że to jakaś forma niesprecyzowanej energii, której to my, ludzie, nadaliśmy kształt.
Taro uniósł brwi, czując, jak jego mózg wycofuje się z tej rozmowy w geście protestu.
Siedzieli już na lotnisku, czekając na odprawę. Wcześniej nawet nie było czasu spokojnie porozmawiać, bo też załatwiali podróż na ostatnią chwilę, pod wpływem desperackiego impulsu i głupiej może nadziei, że podczas tak wielkiej imprezy będzie łatwiej cokolwiek osiągnąć. Jakaś logika w tym była, ale żaden z nich nie miał doświadczenia w podobnych akcjach i coraz bardziej przypominało to wariacką eskapadę dwóch szczeniaków.
– No dobrze… – Hayato potarł skroń. – Może tak: proszę sobie wyobrazić wielką kulę plasteliny. W sumie nie jest nikomu do niczego potrzebna, ale jest wielka i kolorowa, więc przyciąga uwagę. Przedstawiciele różnych starożytnych ludów urywają sobie po kawałku i zaczynają nadawać jej kształty, bo taka kula to nic ciekawego. Więc lepią to, co jest im bliskie, ale materiał jest niezwykły i nieznany, więc robią to bardzo ostrożnie. Ci tygrysa, bo tygrysy są mądre i silne, a poza tym ujeżdżają je bogowie, ci bizona, bo niezłomny duch, ci z kolei zawsze uważali, że coś fascynującego jest w ptakach i wierzyli, że niektóre mogą odradzać się z popiołów. Okazuje się, że materiał jest niezwykle plastyczny i pozwala na stworzenie wszystkich tych wizerunków, ale jednocześnie kula jest tak wielka, że ludzie się nie widzieli i nie mają pojęcia, że ktoś po drugiej stronie globu ulepił sobie z tej samej plasteliny inne zwierzątko. I gdzieś tam po drodze, kiedy już zaczynamy o tym zapominać, okazuje się, że plastelina żyje. Ale na swój sposób, więc karmi się tym, co powiedzieli jej o niej samej ludzie. I tak przyjmuje takie atrybuty, jakie nadano danemu wyobrażeniu. W tym sensie bestie nie byłyby niczym innym, jak naszym ludzkim imaginarium odbitym w kosmicznej energii.
Taro zamrugał.
– Aha – stwierdził elokwentnie.




XV
IF I HAD A NICKEL FOR EVERY TIME I DISCOVERED SOME LONG-LOST RELATIVE, I’D HAVE TWO NICKELS. WHICH ISN’T A LOT, BUT IT’S KIND OF WEIRD THAT IT HAPPENED TWICE

– Nie odbiera, nie odpisuje na SMS-y. To nie jest w jej stylu. Przecież telefon to prawie jej część ciała.
Reia także to oczywiście niepokoiło. Niepokoiło dużo, dużo bardziej, niż pozwalał wyczytać Emily ze swojej twarzy.
– I tak od wczoraj? – spytał tylko, by zyskać nieco czasu na wymyślenie czegokolwiek konstruktywnego.
– Tak. Jeszcze wieczorem obiecała mi załatwić jedną sprawę, potem zadzwoniłam z pierdołą. – York przetarła twarz dłońmi. Od początku rozmowy, odkąd tylko kazała mu usiąść w fotelu i słuchać, chodziła po swoim gabinecie nerwowymi, zamaszystymi krokami. – Nie odebrała, ale myślałam, że może położyła się wcześniej spać, wiesz, jaka jest zabiegana. Ale dziś dobijam się od rana i nic. W siedzibie firmy też jej nie widzieli. Mam cholernie złe przeczucia…
Problem polegał na tym, że Rei także je miał. Hiromi mogła z uporem maniaka ignorować pewne symptomy, ale trudno było zapomnieć chociażby incydent z podpaleniem jej samochodu czy kilka dość agresywnych reakcji na jej osobę w środowisku bladerów.
– Wiesz, jakie miała plany na wieczór?
– Tak – przyznała Emily. – Miała spotkanie. Z prezesem BBA.
Kon zmrużył żółte oczy.
– Oby to nie miało ze sobą związku.
York prychnęła.
– Trudno mi wyobrazić sobie alternatywny wszechświat, w którym nie ma – stwierdziła gorzko. – Mystel oczywiście już wie, ale ja nigdy nie wiem, na ile poważnie potraktował, co się do niego mówi.
– Policja?
– Oczywiście, że zawiadomiłam! Ale, ja pierdolę, jesteśmy w jebanej Moskwie!
Emily z jękiem opadła na drugi fotel.
– Nie wiem, co mam robić – szepnęła. – Kiedy byłam dzieckiem, to wydawało się dużo łatwiejsze… Wiesz, szliśmy, spuściliśmy wpierdol, komu trzeba, było po sprawie…
Rei nie za bardzo wiedział, jak ją pocieszyć, ale za to wreszcie coś wpadło mu do głowy.
– Jurij – powiedział.
– Co?
– Jurij Ivanow. Jeśli ktoś tu się zna na brudnych zagrywkach, to właśnie on.
Emily przekrzywiła głowę i wyglądała, jakby zastanawiała się, czy Kon, wbrew okolicznościom, nie stroi sobie z niej żartów. Ale że wyglądał śmiertelnie poważnie, odrzuciła tę opcję.
– Nie wiem tylko, czy…
– Powinien wiedzieć – wpadł jej w słowo Rei. – Jestem o tym wręcz przekonany. Spośród nas wszystkich ma najbardziej desperacki cel do osiągnięcia. No… dwa cele właściwie, jeśli liczyć zemstę. Nie cofnie się przed niczym, a jest bardzo prawdopodobne, że takiego człowieka właśnie potrzebujemy.
York milczała dłuższą chwilę. Nie znała Ivanowa, o Opactwie słyszała tylko plotki i akurat ten wątek musiał wydawać się jej dość egzotyczny. Jedyne, co wiedziała na pewno, to to, że Jurij dał się jej poznać kiedyś jako zimny i okrutny dzieciak, a ostatnio jako zachlana życiowa porażka.
Z drugiej strony, Hiromi niejednokrotnie podkreślała, że jeśli ktoś jest w stanie ogarnąć towarzystwo i naprawdę efektywnie nim pokierować, to jest to właśnie Rei Kon.
A gra toczyła się o jej jedyną od lat przyjaciółkę.
– Dobrze – przystała. – Rób, co uważasz, ufam, że masz swoje powody. – Roztarła kark, wzdychając ciężko. – To wszystko wygląda coraz gorzej… Wszystko. Powiedz mi proszę, że Hiromi miała rację i mogę ci zaufać, bo czasem już nie wiem, komu mogę.
Rei spojrzał na nią w złym momencie – akurat w takim, żeby dostrzec w jej oczach prośbę. Próbował odsunąć od siebie ciężar, jaki to na niego nakładało, i nadal patrzeć na sprawę na tyle racjonalnie, na ile się da.
– Możesz zaufać przynajmniej w tej kwestii, że zrobię, co w mojej mocy i co będę uważał za najlepsze – odparł. – Jeśli nie jesteś pewna mojego słowa, a możesz nie być, to zrozumiałe, myśl o Mao i Laiu. W końcu dla nich tu jestem.
– Tak… – Emily podniosła się z fotela powoli, jakby nagle postarzała się o pięćdziesiąt lat. – O tym też będziemy musieli pogadać… Ale najpierw ściągnij Jurija, Hiromi ma w tej chwili priorytet, bo nie wiemy, co się z nią dzieje.

*

– Hiromi? Hiromi patrz na mnie.
Nawet próbowała, ale obraz przed jej oczyma, nie dość, że rozmazany, bezustannie się rozdwajał.
– Nic jej nie będzie.
– No ja mam nadzieję, padalce, bo wam powykręcam jaja.
Znała ten głos. Starczy, męski, ale nienależący do prezesa Daitokujiego.
– Co… – zaczęła, ale natychmiast zapomniała, o co zamierzała zapytać, mózg jej się rozpadał, rozpływał, powieki znów chciały opaść, a usta wydawały się jakieś takie za duże.
Aż krzyknęła, gdy ktoś zapalił światło, żeby rozproszyć półmrok. Nawet w całym tym bałaganie dotarło do niej, że taki ból oznacza mocno rozszerzone źrenice.
– Co mi zrobiliście…? – szepnęła zachrypniętym głosem, którego sama omal nie poznała.
Na próbę poruszyła rękoma, ale wyglądało na to, że nie jest skrępowana. Prawdopodobnie wcale nie musiała być – jej ciało przypominało rozmiękłą kluskę, nad którą nie miała pełnej władzy.
– Nic, po czym nie doszłabyś do siebie, kochana – odparł jeszcze jeden mężczyzna, najwyraźniej bardzo stary. I bardzo niski, jeśli dobrze interpretowała rozedrgane plamy przed sobą.
– Hiromi, dziecko drogie – tym razem to był pan Daitokuji. – Po prostu musisz mnie wysłuchać do końca.
Chciała splunąć mu w twarz, ale odkryła, jak sucho ma w ustach.
– Jestem przekonany, że prędzej czy później to pojmiesz.
– Czego ode mnie chcecie? – wycharczała.
– Biovoltu. Biovoltu, który rozumie, o co toczy się gra – odparł pierwszy głos, a jej wreszcie udało się rozpoznać w nim dziadka Takao. Zatem byli tu wszyscy? Wszyscy ci pierdzieleni starzy zboczeńcy z beybladeingowej masonerii? Tachibana może po raz pierwszy odkąd przebrała się miarka, pomyślała, że chciałaby ich mieć tu teraz przy sobie. Wszystkich trzech. Żeby wymrozili, usmażyli, a na końcu spopielili to towarzystwo. – Znamy się nie od dziś i ty nie od dziś obserwujesz to, co się dzieje.
– Nie ma takiego scenariusza, w którym przekonujecie mnie, że masowe mordowanie dzieciaków jest w jakikolwiek sposób moralne! – wrzasnęła, choć wyschnięte gardło zamieniło jej furię w żałosny skrzek.
– Nikt nie mówi, że jest moralne – mistrz Tao, bo jego również w końcu rozpoznała, jak zawsze brzmiał, jakby na wpół chichotał, za co mała ochotę oglądać jego śmierć zadawaną z potrójną dawką okrucieństwa.
– Mówimy jedynie, że jest konieczne – dodał prezes Daitokuji. – Nie każdy może korzystać z dysków M&K. To pewien system selekcji, wyławiający tę garstkę bladerów, która posiada specjalne predyspozycje. Wbrew pozorom nie jest to duży procent, według naszych statystyk około pięciu, sześciu setnych. Reszta to niewinne dzieci bawiące się, cóż… właściwie replikami dysków na podwórkach. Ba, nawet nie wszyscy zawodnicy pojawiający się na turniejach mogą osiągnąć taki poziom zjednoczenia z bestią. To wymaga pewnego splotu okoliczności.
– Zatem mam się cieszyć, że mordujecie tylko pięć procent, a nie sto? – prychnęła Hiromi. Miała coraz więcej władzy nad zmysłami, co pozwoliło jej między innymi dostrzec strzykawkę bezigłową na stoliku pod ścianą. – Doprawdy, takie miłosierdzie!
– Sami nigdy nie przeprowadzaliśmy takich analiz, ale przechwyciliśmy część dokumentów Voltaire Hiwatariego…
– Kurwa! Dlatego ich nie znalazłam!
– …a zawarte tam dane są przerażające. Te pięć procent w zupełności wystarczyłoby, żeby wywołać wojnę, przy której konflikt atomowy to tylko fajerwerki. Kiedy się trochę uspokoisz, chętnie pokażę ci te plany.
– W dupę je sobie wsadź!
Prezes Daitokuji westchnął znów w ten sam irytujący sposób, który tak łatwo było wziąć za dobrotliwy.
– Hiromi, dziecko, nie mówilibyśmy tego tobie, gdybyśmy nie musieli. Wiemy, oczywiście wszyscy wiemy, że to ogromny ciężar, ale w końcu musiał nadejść dzień, kiedy przekażemy go na barki młodszego pokolenia.
– Nawet nie próbuj mi wchodzić na ambicję! – syknęła Tachibana. – Nie obrażaj mnie tak! – Z przerażeniem poczuła, jak po jej policzkach zaczynają spływać łzy.
– W grajdołku są tak naprawdę tylko dwie możliwe drogi – odezwał się Ryuunosuki Kinomyia. – My albo ziomki Hiwatarich. Każdy będzie musiał w końcu wybrać, laseczko. Każdy. Ty też.
Potrząsnęła głową, starając się wyrzucić z niej te słowa. Nie zamierzała ich słuchać. Nie zamierzała nawet dawać im szansy na to, żeby ją zmanipulowali.
– Są potężni, mimo śmierci Voltaire – pałeczkę znów przejął Daitokuji. – Nie wiem, kto nimi dowodzi. Przez jakiś czas wydawało mi się, że Ilija Balkow, bo to byłoby intuicyjne, ale teraz nie jestem pewien. Mają agentów w różnych stronach świata, mobilizują się. Wiemy, że uderzą podczas Mistrzostw, ale to prawdopodobnie będzie tylko preludium, może prowokacja obliczona na konkretny efekt. Całkiem możliwe, że akcja zostanie skierowana przeciwko samym zawodnikom. Słyszałaś o sprawie zaginięcia dawnych wychowanków Opactwa, Hiromi? To wszystko nie mogą być przypadki. Więc musisz zadecydować, kto naprawdę jest twoim wrogiem.
– To, że uważam Balkowa i wszystkich z nim związanych za chujozę do usunięcia, nie oznacza jeszcze, że nie mogę uważać tego samego o was, dziady.
Tao zacmokał i pokręcił głową z dezaprobatą.
– Cóż za brzydki język, panienko – podsumował. – Być może posiadamy coś, za co moglibyśmy kupić jego utemperowanie.
– Nie wydaje mi się.
Drżała. Drżała, bo czuła, że otwiera się przed nią otchłań. Nie, nie wiedziała o zaginięciach. Ale wszystko, naprawdę wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby mogła skupić się na jednym i stosunkowo znanym wrogu – M&K. Kiedy wraz z Kennym, Emily i byłymi członkami BEGA przejmowali Biovolt, nie tak to sobie wyobrażali. Mieli cel – konkretny cel, któremu poświęcali wszystko.
I teraz naprawdę mogło się okazać, że oparli wszystko na błędnych założeniach.
– Nawet, gdybyśmy zauważyli, że skoro pomogliśmy przez Hitoshiego rozwinąć technologię łączenia bladerów z bestiami, to prawdopodobnie wiemy, jak to odwrócić?
Hiromi zamarła.
– Dziecko, nawet jeśli ciebie to ostatecznie nie przekona, są w twoim towarzystwie tacy, których by mogło…
– Nigdy! – ryknęła.
– Jurij Ivanow próbujący uciec od Wolborg… Rei Kon, który nadal na nadzieję na odzyskanie swojej dziewczyny… O, a do tego drżący o bezpieczeństwo swojego kumpla Garland Śirwat na czele Biovoltu. Sama ich tu sprowadziłaś. Sama nam ich wskazałaś, Hiromi. Właściwie już wybrałaś.

*

Emily udało się ustalić, że Jurija z ośrodka odwykowego odebrali Ivan Papow i Siergiej Petrow, dawni towarzysze z Opactwa. Na ile się orientowała, obaj w jakimś stopniu pracowali także dla Hiromi, więc mogła założyć, że akurat w tym względzie wszystko poszło zgodnie z planem.
Jurij nie wrócił jednak do swojej kanciapy w siedzibie Biovoltu. Leżała sobie odłogiem od czasu, kiedy wyszedł na bankiet i splotem różnych okoliczności niemal prosto z imprezy trafił na odwyk, porastała kurzem i radioaktywną hodowlą, no bo przecież pomieszczenie, w którym Ivanow przebywał dłużej niż godzinę, musiało porastać radioaktywną hodowlą.
– Wysłałem go na wakacje – odparł Mystel, kiedy Emily, lawirując, jak umiała, niby przypadkiem zapytała go, co z dzikim lokatorem biurowca.
– Wakacje…?
– Kontakt z naturą, te sprawy. Jest w połowie… ćwierci… no, trochę wilkiem, powinno mu się spodobać.
Przewróciła oczyma. To było jej w Mystelu czasem naprawdę trudno znieść – nigdy, absolutnie nigdy nie wyglądał na zmartwionego. Teraz, kiedy zaginęła Hiromi, również. Emily nie wiedziała, czy w związku z tym ma ochotę bardziej na niego nawrzeszczeć, czy jednak kopnąć w jaja bez komentarza.
– Szukanie Hiromi też powinno – burknęła jednak zamiast tego.
Mystel spojrzał na nią jakby odrobinę uważniej, ale nie skomentował. Możliwe, że był to u niego przejaw jakichś odruchów, których zdawał się w ogóle nie mieć.
– Mówię serio – odezwała się znów Emily wobec dziwnej ciszy. – Spuść psa z łańcucha i niech węszy.
Mówiła to, chociaż pomysł Reia nadal wydawał się jej absurdalny. Inna sprawa – dość nawet przykra – że i jemu, i temu syberyjskiemu diabłu była gotowa zaufać chociaż odrobinę, czego nigdy nie mogła powiedzieć o zarządzie Biovoltu. Współpracowała z nim tylko ze względu na Hiromi. I może na Kenny’ego, bo wydawał się całkiem inteligentnym gościem, mogącym rzucić jej jakieś umysłowe wyzwanie. Ostatnio jednak także on zaczął ją mocno irytować swoją nieporadnością i to mimo dostępu do najnowocześniejszego sprzętu oraz całkiem niezłej porcji danych.
– A kto potem będzie zdrapywał flaki ze ścian?
– Ja. Twoje. Jeśli nie zrobisz wszystkiego, żeby znaleźć Hiromi. Nie rozumiem! – wybuchnęła York. – Jak możesz być taki spokojny, skoro znasz sytuację?!
Mystel uniósł jasne brwi i przez chwilę wyglądał nawet na urażonego.
– Możesz mi wierzyć, że robię wszystko – odparł.
– Zabawne – prychnęła Emily, biorąc się pod boki. – Kenny mówi dokładnie to samo, a jakoś efektów nie widać.
– Kenny…
To znowu mogło być złudzenie wywołane ciszą zasypiającego biurowca, sztucznym oświetleniem, stresem i zmęczeniem, ale Amerykanka zaryzykowałaby pół palca, że w sposobie, w jaki szef ochrony Biovoltu wypowiedział to imię, tkwiła jakaś sugestia.
– Więc jak będzie? – zapamiętała to, ale na razie postanowiła zignorować, żeby nie pozwolić uciec głównemu celowi.
– Prosisz mnie o wywołanie burzy.
– Nie, tylko lokalnej śnieżycy. Alternatywą jest jesień średniowiecza z twojej dupy.
Mystel znów uniósł brwi.
– Co?
– To zabawne, jak czasem jesteście do siebie podobne.

*

Kolejna porcja narkotyku wywołała już nudności i potężny ból głowy. Hiromi podejrzewała, że jest już nieźle struta i siłą rzeczy zaczęła się zastanawiać, czy jeśli nie dołączy do Los Geriatros, w ogóle wyjdzie stąd żywa.
Było nie było, znalazła się w posiadaniu bardzo niewygodnych informacji. Fakt, że nie miała dowodów, ale te zawsze prędzej czy później się znajdują. Zwłaszcza, kiedy wie się już, czego szukać i ma do dyspozycji całkiem niezłe narzędzia i wciąż sporą kasę.
Może dla własnego bezpieczeństwa powinna udawać, że przystaje na współpracę. Podjąć grę, jak w jakimś sensacyjnym filmie. Ale tak bardzo nie nadawała się na podwójnego agenta, tak bardzo nie wyobrażała sobie samej siebie, wypowiadającej odpowiednie słowa i to jeszcze w sposób wiarygodny.
Oczywiście potrafiła sobie wyobrazić także inne powody, dla których nie została związana. Nie będzie miała śladów po krępowaniu. Po zastrzykach też nie, skoro traktowano ją strzykawką bezigłową. Nie wiedziała, co mojry w portkach tłoczą jej do żył, ale podejrzewała, że tę kwestię także ktoś przemyślał. Nawet gdyby im wykitowała, nikt nie znalazłby śladów zewnętrznej ingerencji. Ot, przepracowanie, stres, młodzieńcze zawały są szczególnie groźne, pani już dziękujemy. Po tym, co usłyszała, nie potrzebowała więcej dowodów na to, że znalazła się w rękach ludzi zdolnych do wszystkiego. Jeśli pośrednio mordowali rocznie dziesiątki dzieci, co znaczyła dla nich jedna młoda kobieta?
Oznaczało to przede wszystkim tyle, że należy działać.
Pole do tego Hiromi miała dość ograniczone, prawda. Ale praca w Biovolcie nauczyła jej także tego, że nie ma takich złych okoliczności, których nie da się przekuć na swój atut.
Skoro nie mogła działać, wyjściem wydawało się nie działać bardziej.
Na współczucie, karetkę lub choćby dzień odpoczynku oczywiście liczyć nie mogła. Liczyła jednak na to, że destabilizacja sytuacji wywoła jakąś równie niespodziewaną reakcję i dalej będzie mogła improwizować.
Potrafiła improwizować.
Nawet gdy – jak w tamtej chwili – wiązało się to z leżeniem jak kłoda i udawaniem charczenia.
– Szefie? – usłyszała tubalny głos jakoś nad sobą i pogratulowała sobie pierwszego sukcesu. – Z nią chyba nie jest dobrze.

*

Kiedy Emily zobaczyła Jurija, jej mózg wykonał skomplikowaną woltę, a potem na moment odmówił współpracy. Miała już bowiem całkiem dobrze utrwalony obraz zarośniętego dzikusa, od którego waliło na kilometr spirytem i foczym tłuszczem, a tymczasem stała przed nią nieco starsza, nieco chudsza i może nieco bardziej poszarzała wersja beybladera sprzed lat.
– No, to na czym stoimy?
Ten ton pytania-nie pytania też pamiętała.
Spojrzała na Reia, chcąc się upewnić, czy Kon na pewno wie, co robić, ale napotkała wzrokiem tę samą pozornie stoicko spokojną twarz, jaką widziała u niego często, a która niekoniecznie oznaczała opanowanie.
– Na tym, że nie ma jej od dwóch dni, a ostatnia rzecz, jaką zrobiła, to pojechanie na spotkanie z prezesem Daitokujim.
– I poszła tam sama?
– Musi się wreszcie nauczyć, że o takich rzeczach należy mnie informować – westchnął Mystel.
Chyba żadne z nich nie wyobrażało sobie jeszcze kilka dni temu, że wylądują w tym składzie w jednym pomieszczeniu jako ekipa ratunkowa. Szczególnie było to widoczne po tym, że nikt nie wiedział, komu rzucać znaczące spojrzenia znad kawy, a wszyscy mieli na to wyraźną ochotę.
– Wiecie – wtrącił się Rei, wodząc wzrokiem od nędznego fikusa do dziwnej instalacji na stoliku i z powrotem. – Było nie było, pan Daitokuji nie jest dla niej obcym człowiekiem. Dla żadnego z Breakersów nie jest, więc myślę, że nie spodziewała się zagrożenia. Ja też bym się nie spodziewał i jeśli mam być szczery, obawiam się, że im obojgu coś może grozić.
Właściwie środek nocy i kompletnie już wymarły wieżowiec tylko potęgowały wrażenie absurdu.
– Jeśli faktycznie stało się coś złego – Jurij oglądał sobie paznokcie – to stary pierdziel najprawdopodobniej już nie żyje.
– Stety czy niestety prezesa Daitokuijego widziano od tamtego czasu co najmniej raz – wzruszył ramionami Mystel. – Więc raczej nie zszedł na udar.
Rei zmarszczył brwi.
– Nie do końca rozumiem… Sugerujecie, że pan Daitokuji mógłby mieć złe intencje względem Hiromi?
– Przecież o tym rozmawialiśmy – przypomniała York z niejaką irytacją.
– Rozmawialiśmy o związku spotkania ze zniknięciem, to trochę co innego.
– Kurwa! – Jurij zerwał się z miejsca, pięści miał zaciśnięte, a twarz ściągniętą w gniewnym wyrazie. – Siedzimy tu i pierdolimy!
– Bo nie wiemy, dokąd iść – zauważył Mystel.
– To się dowiedz!
– Dowiaduję się. Na bieżąco zbieram raporty.
Jurij ścisnął nasadę nosa i westchnął głęboko.
– Dobra. – Potrząsnął głową. – Dobra, bo widzę, że z was pierdoły. Zostawcie to mnie.
– Mówiłam, że trzeba spuścić psa ze smyczy – mruknęła Emily, patrząc na jego zaskakująco szczupłe plecy znikające za drzwiami.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Siemomysła » 28 lipca 2016, 12:39

Machnęłam kątem X rozdział ;)
SpoilerShow
Miguel podpierał się na kuli, ale mimo to przekroczył przez (? po prostu przekroczył próg? bez tego przez?) próg dość dziarsko, chyba wiedziony bardziej determinacją, może lekami przeciwbólowymi.
Kto wie? Prawdopodobne, że lepiej by zrobił, gdyby wygarną Miguelowi, co myśli o jego ostatnich akcjach i nonszalanckim podejściu do sprawy, wygarną Mystelowi interesowność, a Hiromi nieczystą grę i traktowanie nawet niepełnosprawnych ludzi jak pionki na planszy.
Taka była prawda – stanowił trybik z rozwalonego mechanizmu, sam w sobie niezbyt użyteczny, działający tylko wraz z innymi.
:CC
Nigdy nie powiedział im prawdy. Nigdy nie wyjawił, że Diger po prostu uznał go za niegodnego siebie, niegodnego opiekuna wioski. A skoro tak, nie był też godny rodzeństwa Chen, obdarzonego błogosławieństwem duchów.
:CCC
– Reia w to nie wciągaj. Nawet nie waż się go stawiać na równi z wami, pojeby. Do nieusłyszenia.
*bije brawo Hiromi*
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 28 lipca 2016, 13:11

Kujam za znak, spoiler już poprawion! *salutuje*

;\
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Siemomysła » 09 sierpnia 2016, 08:53

Bo ja ten... Czytam sobie...
Bez przebierania się za pingwina.
. . .

SpoilerShow
PS.
Dla Kaia ten kierunek był już od dawna gotowy, a wkroczyć na szczyt miał jako były blader, który wraz z innymi upierdzielał frytki...
- To wszytsko zaszło za daleko - mówił już spokojnie, choć w jego żołądku kotłował się ogień.
<3 :D
– Beybladeing to wbrew pozorom sport, w którym kondycja psychiczna ma większe wrażenie niż fizyczna.
– I bez niej stadiony były by pełne, myślę, że to nie federacje czerpią główne zyski z tego, co się dzieje.
?
– No dobra – zaczął rozwalając się na kanapie, wprost szerokich jak Dniepr pleców uwijającego się w aneksie kuchennym Siergieja
na?
– Jego ludzie kręcą się po Moskwie. Na pewno jest w niej Barthez, więc tak, zdaje się, że Balkow.
W niej? W sensie w Moskwie? Bo mnie sie odruchowo to łączy z "jego ludzie".
Wszytsko było w tej scenie zupełnie nie takie, jak trzeba.
<3 <3 :D
W każdym razie szybko nauczył się, że opuchlizna najlepiej schodzi od śniegu, ale lepiej nie przykładać go do skaleczeń, bo wtedy zaczynają krwawić obficiej.
O... a w sumie czemu? Od śniegu obficiej?

Oraz:
– Dooobreee… Już czuję, jak mi dupa rośnie.
Hue hue hue.

No to 11-13 za mną .
Wnioski?
Miguel <3 <3
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 09 sierpnia 2016, 22:10

Oj, widzę, że muszę się bardziej skupić przy redagowaniu wstawek :bag: Obiecuję poprawę, nie zauważyłam...

Ślicznie dziękuję <3

A ze śniegiem jest tak, że owszem - od zimna krew zaczyna krążyć szybciej, żeby dostarczyć ciepło.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 10 sierpnia 2016, 21:41

SpoilerShow
Mam nadzieję, że jest lepiej z bublami :bag:


XVI
I WONDER WHAT IT’S LIKE TO HAVE NORMAL GRANDPARENTS

Wolborg węszyła, wszedłszy w tryb łowcy. Moskwa nie spała, pulsując drugim, nocnym życiem i jego zapachy drażniły wrażliwe nozdrza.
Które – tak się nieszczęśliwie złożyło – były również nozdrzami Jurija.
Przestań kichać!
– Nie mogę!
To mnie rozprasza!
– A ja się zaraz porzygam!
Nos Ivanowa działał teraz na całkiem wilczych zasadach, co oznaczało, że nie czuł po prostu żula czy prostytutki. Czuł każdy dzień bez prysznica, każdą kroplę amoniaku, każdy gram kwasu żołądkowego i każdą molekułę powolnie gnijącego ciała osobno. I bez wątpienia mógł to zaliczyć do swoich najgorszych przejść, nawet przy całym barwnym i obfitującym w traumy życiorysie.
– Jak ty to wytrzymujesz, Wolborg?
Przyzwyczaisz się.
Nie miał zamiaru.
Znów chcesz mi przypomnieć o tym, że wszystko to robimy, żebyś mógł się mnie pozbyć?
– Nie w tej chwili, co?
Oczywiście. Przecież ty tu rządzisz, jak bym śmiała zapomnieć.
Jurij zmełł w ustach przekleństwo, nie mając ochoty kontynuować jałowej dyskusji. Trudno było jednak nie zauważyć, że Wolborg jest ostatnio wybitnie sfrustrowana.
Grunt, że trop stawał się coraz wyraźniejszy.
Hiromi pachniała głównie petami i kawą, co w sumie było do przewidzenia, i jakimś odświeżaczem powietrza, względnie perfumami. A teraz także chorobliwym, stresowym potem i podwyższonym pH. Towarzyszyły jej nieodmiennie odory zdecydowanie męskie, w tym męskie w sposób mocno dojrzały. Co najmniej jeden wymieszany z sugestią opiatów, a drugi sterydów.
Zatem teoria o czynnym udziale prezesa Daitokuijego w porwaniu wydawała się bardziej niż potwierdzona.
– Wolborg?
Hm?
– Jak myślisz, jak bardzo radosne będzie ukręcenie jaj osiemdziesięciolatkowi?

*

Widok Moskwy u progu Mistrzostw przywoływał wspomnienia i to nie tylko te złe. Miguel czuł może nawet w związku z tym coś na kształt wyrzutów sumienia, ale przecież lata spędzone na beybladeingu wiązały się z czymś więcej niż tylko Barthezem, a nawet wówczas… Cóż, po prostu bywało fajnie. Gdyby nie turnieje, Lavalier na pewno nie zobaczyłby tyle świata, nie poznał tylu ludzi, nie przeżył tylu wzlotów i upadków. Same mecze często oznaczały gorycz oszustwa, a treningi składały się z serii poniżeń, ale jednak w całej tej atmosferze było coś szczególnego. We wspólnie spędzanych wieczorach, w rozmowach i nielicznych chwilach młodzieńczych głupawek, nawet jeśli kapitan Batalionu przez długi czas znajdował się trochę poza nawiasem, darzony szacunkiem za upór i lojalność względem „swoich ludzi”, ale jednak z dystansu. Chłodnego i ambitnego dzieciaka łatwo było podziwiać, trudniej się z nim zaprzyjaźnić. Głównie z tego względu, że przyjaźń wymaga pewnej wzajemności, a Miguel zorganizował sobie coś na kształt zazdrosnego monopolu. Zresztą zawsze tego od niego oczekiwano – żeby był dorosłym wśród dzieci. Czasem opiekunki kazały mu trzymać oko na czeredę, jeśli szły zakurzyć, albo zlecały zadanie nauczenia jakiegoś szkraba wiązania butów. Weszło mu w krew.
Więc tak się właśnie dzielili – na kapitana i jego ludzi, z czego ten pierwszy stał między nimi a Barthezem. I dopiero bunt przeciw trenerowi i kara w postaci odsunięcia od meczów mogły to zmienić. Dopiero moment, gdy druga strona zyskała możliwość, żeby coś poświęcić nie dla zwycięstwa, a dla drugiego człowieka, który dotąd na to nie pozwalał.
To wszystko były oczywiście refleksje po czasie, teraz zupełnie już bezużyteczne, zwłaszcza że Miguel nie do końca potrafił przekuć je na praktykę. Miał tylko tyle szczęścia, że faktycznie – jak sobie niedawno uświadomił – spotykał odpowiednich ludzi. Towarzysze z Batalionu, wiedząc już, czego się po nim spodziewać, wiedzieli też, jak z nim postępować i jak go rozbrajać. Julia z kolei niewiele robiła sobie z pozorów i szybko dostrzegła, że ma do czynienia z wrażliwcem, który tylko chciałby być zimny i ponad, bo wyobraża sobie, że powinien, bo jakiś żart rzucił go do między argentyńskich macho i do sierocińca, a potem wcisnął do ręki kapitańską opaskę.
– Trochę ci się pierdolą pojęcia – powiedziała mu zresztą, gdy pewnego ranka zdychał na kacu, udając przy tym, że wcale nie spływa z jej kanapy i wcale nie dał się rozwalcować trzem piwom na krzyż. – Jesteś dzielnym i odpowiedzialnym gościem, a to, że wiesz, czym się różni dyplomatka od ulstera, lubisz małe świnki i masz fatalnie słabą głowę, raczej tego nie zmieni. To, że czasem przyznasz, że boli cię łeb i fajnie byłoby, gdyby ktoś skoczył po aspirynę i zasłonił okna, też. Taki mi się podobasz, więc przestań z łaski swojej stroszyć piórka.
Nigdy nie zapytał jej, o co właściwie chodziło z tymi małymi świnkami.
I wreszcie Leonor. Miguel naprawdę nie pamiętał, kiedy ostatni raz było mu tak przykro, że skądś wyjeżdża. Pewnie właśnie, kiedy opuszczał Madryt, choć z pewnością nie wówczas, gdy opuszczał Madryt po raz ostatni, ledwie świadom, co się wokół niego dzieje.
Leonor na pożegnanie oczywiście go wyśmiała, bo zawsze musiała to zrobić, jakby też – wbrew otaczającej ją aurze absolutnej pewności siebie –trochę bała się tej relacji i chciała nadać jej pozory zdystansowania przy jednoczesnym wkładaniu w nią olbrzymich dawek ciepła.
– Nie dość, że zaraz będę musiała zacząć targać ze sobą stołek, żeby cię móc uściskać, to jeszcze zachowujesz się, jakbyś połknął kij.
Oczywiście przesadzała. Fakt, że niespodziewanie dla siebie samego urósł jeszcze odrobinę. Pewnie po raz ostatni w życiu, bo zaraz miał kończyć dwadzieścia lat. Ale nadal daleko było mu choćby do takiego Jurija. No i z tym dawaniem się przytulić też szło coraz lepiej.
Tak czy inaczej, po ulicach Moskwy przechadzał się całkiem zadowolony, niemal beztroski, niemal zdolny zapomnieć, po co tu w ogóle jest i jak trudna konfrontacja go czeka. Ale nawet na ponowne spotkanie z Hiromi czuł się gotów. Wierzył, że ma argumenty, które zdołają ją przekonać. W końcu startował z zupełnie innej pozycji i z zupełnie inaczej poukładanymi priorytetami.
Patrząc z hotelowego okna na zasypiającą Moskwę, zwyczajnie, pierwszy raz od wielu miesięcy czuł grunt pod nogami i był niemal pewien, że to nie dno.

*

Hiromi konsekwentnie nie otwierała oczu, chociaż kosztowało ją to coraz więcej. Niczego nie znosiła bowiem bardziej niż dezorientacji.
Ktoś posadził ją i oparł plecami o ścianę. Ktoś coś robił z jej ręką – poczuła nakładanie rękawa ciśnieniomierza. Ktoś sugerował jeszcze, żeby położyć ją z nogami w górze. Wydawało się zatem, że ludzie Daitokuijego połknęli haczyk, ale nie podeszli do sprawy aż tak poważnie, jak Tachibana na to liczyła. Zaczęła się zastanawiać, czy będzie potrafiła wiarygodnie udawać drgawki.
Ale wtedy drzwi otworzyły się z hukiem tak gwałtownie, że nie wytrzymała i podniosła powieki.
Nikt jednak nie zwrócił na to większej uwagi.
– Szefie! Zmywamy się!
Coś się stało. Coś poważnego, bo ochroniarze natychmiast dopadli do prezesa Daitokujiego i wzięli go pod ramiona. Nie protestował, wiedząc najwyraźniej, że nie robiliby tego bez powodu.
– Nie straćcie jej – rzucił tylko, nim dał się wyprowadzić.
Nie zamierzali. Jeden z wielkoludów chwycił Hiromi bezceremonialnie i przewiesił sobie przez ramię jak upolowaną zwierzynę. To oznaczało koniec maskarady, bo Tachibana krzyknęła zaskoczona i odruchowo zaczęła się szarpać. Nie zamierzała dać się nosić jak worek ryżu, nawet jeśli nogi prawdopodobnie nadal nie były zdolne do udźwignięcia ciężaru jej ciała.
Potem rozległy się krzyki i przekleństwa. Hiromi uderzyła o ścianę, upadła na podłogę, znów ktoś ją dźwignął, nie wyrobił w drzwiach, a kiedy zbiegał ze schodów, sama zaczęła bluzgać.
Świeże powietrze uderzyło w jej zmęczoną twarz i ciało natychmiast zareagowało potężnymi dreszczami. Pusty żołądek szarpnął się niespokojnie, a przed oczyma zamigotały mroczki.
Wtedy do Hiromi dotarło z całą mocą, że tak do końca to wcale nie udawała swojego stanu.
– Do wozu z nią! – zakomenderował tubalny głos.
Nie zdołali dotrzeć do celu. Świat rozbłysnął, a potem zgasł.
I ostatnie, co Hiromi poczuła, nim straciła przytomność, to potworne zimno.

*

Wpadł między nich jak rozjuszone zwierzę, zadając ciosy z ciemności skotłowanej ze śnieżycą.
Ze śnieżycą w środku upalnego lipca.
– Nie rozdzielać się! Trzymać szyk! – wrzeszczał pan Furusawa, prawa ręka szefa ochrony prezesa Daitokujiego.
Ale nie zdążył nawet dokończyć, nim osłaniający jego i zakładniczkę podwładny zwalił się ciężko na chodnik. Z jego szyi – zdawałoby się, rozerwanej gołą ręką – trysnęła tętnicza krew.
Furusawa wystrzelił niemal na oślep, choć wszystko buntowało się w nim przeciw tak bezmyślnemu działaniu. To przeczyło latom doświadczenia, ale przeczył im również rudy diabeł.
Napastnik dostał. Zawył przeraźliwie, nie jak człowiek, a jak ranny wilk, cofnął się i upadł na kolana. Furusawa widział jeszcze, jak rudzielec chwyta się za brzuch, ale dokończenie sprawy zostawił swoim ludziom. Miał ważniejsze zadanie do wykonania. Pchnął omdlałą kobietę w stronę samochodu. Już było blisko, już połowa jej ciała znalazła się na tylnej, porastającej kryształkami lodu kanapie, kiedy nadeszło drugie uderzenie.
Tym razem był ogień.
Ogień dziwny, błękitny, jakby płonął gaz.
Furusawa chwycił kobietę mocniej, ale nie zdążył zrobić niczego więcej, kiedy ubranie na jego plecach zaczęło się palić. Słyszał wrzaski konających ludzi i po chwili sam dołączył do upiornego chóru.

*

– Muszę cię zmartwić, ale to jeszcze nie ten dzień.
Drżał na całym ciele, szarpany potwornym bólem. Ciepła krew lała się obficie na palce, którymi nieudolnie próbował zatkać wlot rany. Wiedział, że powinien stracić przytomność. Być może powinien być już nawet martwy, jak parę razy wcześniej.
Ale żył.
Żył, bo odkąd skończył piętnaście lat, nie był w pełni człowiekiem.
A mimo to tkwiła w nim pewność, że tym razem nadszedł koniec. Oberwał z bliska, miał pewnie gulasz zamiast flaków i tylko cybernetyczne ulepszenia, jak system awaryjny, przedłużały agonię.
– To było głupie, Jurij. Musiałeś się spodziewać, że będą uzbrojeni. Bestie czynią nas potężnymi, owszem, ale nie niezniszczalnymi. Pamiętaj o tym następnym razem, bo mogę akurat nie znaleźć się w pobliżu, a będziesz mi jeszcze potrzebny.
Poczuł uścisk na ramieniu, a potem ktoś zdecydowanym, gwałtownym ruchem, w którym nie było grama miłosierdzia, obrócił go na plecy. Wrzasnął, czując, jak leci w dół, ale znów nie stracił przytomności, zawrócony z otchłani w ostatniej chwili.
– Masz szczęście, że poszło na przestrzał. Nie dziękuj mi. Jeszcze tego pożałujesz.
Ból nagle stępiał, zastąpiło go trudne do wytrzymania swędzenie. Potok krwi zwolnił, a po chwili zupełnie ustał.
Jurij otworzył oczy z wysiłkiem.
Profilu człowieka, który pochylał się nad jego raną i najwyraźniej ją likwidował, nie dałoby się pomylić z niczym. To przez ten lekko zadarty, bezczelny nos, wąskie, złe oczy i niezmiennie śmiesznie pucułowate policzki, które durny makijaż maskował tylko częściowo.
– Kai…
– Dla ciebie prezes Hiwatari, Jurij. Hiromi jest w samochodzie. Chociaż… – Zapadła chwila ciszy. – Chociaż może powinienem dopilnować, żeby tego nie przeżyła. Trudno, moja strata.

*

System operacyjny Emily już drugi raz w ciągu ostatniej doby zażądał restartu. Pierwszy raz zwiesił się, gdy zobaczyła ogolonego i pachnącego mydłem Jurija, a teraz w drzwiach jej gabinetu stał Miguel.
I się uśmiechał.
– Hej.
W dodatku uśmiechał się jak dawniej, na ten swój potwornie anielski sposób, który wywoływał spontaniczne i kompletnie niezamierzone mięknięcie kolan w promieniu kilkunastu metrów.
Emily uznała więc, że usiądzie.
– Yyy… Hej…? – Nie wiedziała, co jeszcze zrobić, więc zdjęła okulary, żeby je przetrzeć. Czasem się do tego przydawały. A poza tym zamazany obraz był jakoś łatwiejszy do przetrwania. – Nie jesteś w Argentynie?
– Byłem – odpowiedział po prostu. – Zastałem Hiromi? Właściwie nie chciałbym się tu szlajać bez jej wiedzy, skoro mnie odesłała. Ciebie w sumie też się tu nie spodziewałem.
– Skończył się rok akademicki. Nie stój w progu, Hiromi i tak nie ma – burknęła York w odpowiedzi tonem, który co prawda momentalnie starł uśmiech z twarzy Miguela, ale mimo to pozostało w niej coś mocno nieodpowiedniego.
– Sporo mnie ominęło – bardziej stwierdził, niż zapytał, zamykając za sobą drzwi.
– Mało powiedziane. Ale serio, co tu robisz?
Wzruszył ramionami.
– Uznałem, że to nie jest odpowiednie zakończenie dla tego wątku – odparł. – Względnie odkryłem, że zależy mi bardziej, niż chciałem przyznać.
– Wow, wow. Zaraz porośniesz watą cukrową. Ale to się w sumie nieźle składa, bo i tak chciałam się do ciebie odezwać. Siadaj, to będzie dłuższa rozmowa i Hiromi też się nie spodziewam w najbliższym czasie. – Przez twarz Emily przeszedł trudny do odczytania, ale w istocie wyrażający troskę skurcz.
– No to słucham. – Miguel zajął miejsce na kanapie, na tym dalszym brzegu. Przynajmniej to się nie zmieniło i pozwoliło York swobodnie oddychać.
– Na pewno pamiętasz nasze prace nad HMS-ami – od razu przeszła do sedna sprawy, bo nie zwykła proponować gościom kawy czy herbaty, a tym bardziej pytać ich, jak minęła podróż.
– Z pewnych względów trudno zapomnieć – parsknął.
– No. Okazało się wtedy, że masz całkiem sporą wiedzę o mechanicznej budowie dysków. Potrzebuję kogoś takiego. Do tej pory polegałam na Kennym, ale Kenny… zaczął budzić moje wątpliwości.
– Hm.
– Co: hm?
– Nic, po prostu „hm”. A tak konkretniej?
Emily pochyliła się nad szufladą biurka i zaczęła czegoś w niej szukać.
– Wiesz, że cały ten cyrk jest po to, żeby wydobyć patenty na dyski M&K – powiedziała.
– Wiem.
– Ale plan Hiromi jest długofalowy. Jednocześnie próbujemy metody prób i błędów. Trochę w ciemno, ale kto wie, może będziemy mieli szczęście i ta droga okaże się szybsza. Zawsze warto spróbować. Cholera, gdzie ja to posiałam… Daj mi chwilę… No, w każdym razie sprawa utknęła w martwym punkcie. Jakiś czas temu Rei przekazał Kenny’emu dyski Mao i Laia, bo moim zdaniem dość słusznie rozumuje, że skoro to wszystko jest takie poryte, fakt, czy blader żyje, może mieć jakieś znaczenie. Ale to też nie pomogło. Od tygodni nie mogę wyciągnąć z tego kurdupla nawet szczątkowego raportu.
– Jest w tym lepszy niż ja.
– To bez wątpienia – przyznała Emily. – Ale czasem zastanawiam się, czy powód jego nieporadności nie jest bardziej… problemem lojalności.
Miguel uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony.
– Ostro – stwierdził.
– Może. Jestem sfrustrowana. – Zapiszczał elektroniczny zamek i York zaczęła przeglądać kolejną szufladę. – Ale przejrzyj na razie to, co mamy do tej pory… jak już znajdę… a potem pogadamy, OK?
– W porządku.
– O, mam! – Emily wynurzyła się spod biurka z triumfalnie uniesionym pendrive’em. – Łap!
Złapał. Jakimś cudem, zanim kawałek plastiku odbił mu się od nosa.
Wtedy właśnie zadzwonił telefon.
– Halo! – York najwyraźniej nie zamierzała udawać, że cieszy się z tego, że ktoś zabiera jej cenny czas. Ułamek sekundy później jej twarz przeszła jednak totalną metamorfozę. – Co… CO?! JAK?! O, Boże! Kurwa! Fuck! Boże!
– Emily…?
– Zaraz będę! Oczywiście!
Rozłączyła się pospiesznie i wcisnęła komórkę do kieszeni.
– Sorry, Miguel, pogadamy później!
– Ale…
Nie dokończył, bo wybiegła z gabinetu.

*

– Jurij, jesteś pewien, że nie potrzebujesz lekarza?
– Nawet mi tego nie sugeruj.
Rei nie nalegał. Z jednej strony dlatego, że nie spodziewał się efektów, z drugiej dlatego, że Ivanow nadal wyglądał na ostro wkurwionego. W pierwszej chwili Kon pomyślał, że chodzi o potwierdzoną teorię, według której to pan Daitokuji zlecił porwanie Hiromi, ale szybko odrzucił tę wersję. W końcu to Jurij sugerował podwójną grę wszystkich ze wszystkimi, a prezes BBA nie był dla niego nikim szczególnym. Ot, potwierdziło się kolejne przypuszczenie i nic ponad to. Żadnych moralnych czy emocjonalnych konsekwencji.
Z rozzłoszczonego Rosjanina nie dało się jednak niczego wyciągnąć.
Nie zmieniało to faktu, że był bledszy niż zwykle, siedział skulony, a ręce drżały mu dość widocznie. Wyglądał, jakby naprawdę, ale to naprawdę musiał się napić.
Z tym, że już nie mógł.
Rei siedział więc obok na plastikowym szpitalnym krzesełku i razem czekali na wieści o zdrowiu Hiromi. Dlaczego nikt nie zatrzymał Jurija jako podejrzanego o masakrę, w której zginęło prawdopodobnie pięć osób, choć stan ciał nie do końca pozwalał to określić na pierwszy rzut oka, pozostawało absolutną tajemnicą.
Wreszcie otworzyły się drzwi do gabinetu i wyjechał przez nie wózek z bladą, zbolałą Hiromi w przetłuszczonych włosach związanych w krzywy, byle jaki kucyk.
– O, hej, chłopaki – uśmiechnęła się niemrawo. – Będę żyć.
– Będzie – potwierdził idący za pchającą wózek salową lekarz. – Póki co jednak, na zmniejszonych obrotach.
Rei poczuł uderzenie gorąca w potylicy. Zmarnowana kobieta w szpitalnej piżamie w babcine kwiaty i kapciach ledwie przypominała Tachibanę, ale najgorszy był smutek i zawód w jej oczach.
– Podążajcie za karocą, mysie pysie – rzuciła, starając się brzmieć wesoło, ale efekt okazał się zgoła odwrotny. Trochę, jakby rzucała tortem w gości na stypie. – Mamy do pogadania.
Spojrzeli po sobie – obaj chyba trochę tym odruchem zaskoczeni – i posłusznie ruszyli za wózkiem. Hiromi była tak słaba, że salowa musiała pomóc jej wstać i położyć się na łóżku. Widok okazał się na tyle przygnębiający, że Rei spuścił wzrok. Zresztą szpitale kojarzyły mu się jak najgorzej, ostatnio z leżącym w śpiączce Laiem i okrutną diagnozą.
– No dobrze – westchnęła Hiromi, po tym, jak pielęgniarka podłączyła ją do kroplówek, a lekarz wypełnił kartę pacjentki i zostali we trójkę. – To ja zacznę od spraw najistotniejszych. Uwaga, będzie infodump. Chuj Daitokuji pracuje z Ryuunosuke Kinomyią, dziadkiem Takao i mistrzem Tao. Hitoshi z kolei pracuje dla szanownego triumwiratu, a cały bajzel z mordowaniem dzieciaków dyskami M&K to ich sposób na rozwiązanie problemu z tym, że, ta-dam!, mamy hordę obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami nastolatków i z tego może być apokalipsa. Teraz pytania.
Nie było pytań. Była śmiertelna, przedłużająca się cisza.
A potem Rei zerwał się nagle z miejsca i wybiegł z sali.
– Cholera… – szepnęła Tachibana. – Wiedziałam, że ugryzie go w dupę.
Jurij nie odpowiedział. Siedział milczący i nieruchomy w sposób, który na pewno się z nim nie kojarzył. Znajome pozostawało jedynie wrażenie ciągłej czujności i gotowości do ataku.
Wtem – mimo jeszcze przed chwilą pięknej pogody – rozległ się potężny grzmot i niebo zasnuły ciężkie, burzowe chmury.
Hiromi jedynie pokręciła głową, patrząc za okno z niepokojem.
– Może to lepiej – odezwał się wreszcie Ivanow. – Na pewno lepiej, niż gdyby znowu miał odłożyć wkurwa na półkę.
– Może…
Jurij wstał, podszedł do okna, przeciągnął się po drodze. Nadal wyglądał na chorego i poruszał się trochę jak paralityk, ale jednocześnie zdawał się wracać do formy, przynajmniej na jakimś poziomie.
Nawałnica za oknem była sucha, bez kropli deszczu. Pioruny waliły wściekle jeden za drugim, rozcinając niebo wściekłym srebrem.
– Dobrze, że zdążył wybiec.
– Ano… Hiromi? – Jurij odwrócił się do niej niespodziewanie.
– Hm?
– Wiesz, że to jest ten moment, w którym przypominam ci o cyrografie. Przejmuję dowodzenie.

*

– Panie prezesie?
Kai odwrócił się powoli od okna.
Kiedyś, jako dziecko, często wyobrażał sobie, że stoi właśnie w ten sposób, z dłońmi zaplecionymi za plecami i odwraca się powoli od okna, żeby zmierzyć podwładnego spojrzeniem. Rzeczywistość trochę go rozczarowała, to fakt, ale zauważył, że oczekuje się od niego takich gestów.
Oczekuje się od niego gestów Voltaire’a.
– Słucham.
– Pan Balkow.
– Niech wejdzie.
Ilija Balkow, wysoki, barczysty, w doskonale skrojonej koszuli. Człowiek, który miał go kiedyś nauczyć moresu, który na polecenie dziadka kusił go Black Draznzer, którego własna ambicja zaprowadziła właśnie tu – do stóp trzy razy młodszego od niego Feniksa – wszedł do gabinetu wciąż sprężystym, wciąż pewnym krokiem, choć nieliczni wiedzieli, że od jakiegoś czasu dyskretnie wykupuje recepty od urologa.
– Panie Hiwatari – zawsze wymawiał to takim samym, nieomal kpiącym tonem, ale Kai zabronił mu mówić do siebie po imieniu.
Musiał wyznaczyć jasne granice.
– Balkow. – Odwrócił się plecami do okna, nie rozplatając dłoni i nie pozwalając sobie na najlżejszy nawet grymas. Trzymanie twarzy pod kontrolą wychodziło mu zresztą doskonale od dawna. Był urodzonym kłamcą. – Chciałeś rozmawiać ze mną o Kennym.
– Tak. Myślę, że już pora. W Biovolcie zaczynają węszyć, coś podejrzewają. To prawdopodobnie najlepszy moment dla nas, ugramy całą stawkę. Od tej chwili czas będzie już działał na naszą niekorzyść.
Kai skinął głową.
– Ufam, że trzymasz rękę na pulsie.
Tak naprawdę młody Hiwatari nie obawiał się Biovoltu. Nie obawiał się zbieraniny dzieciaków, jaka – mimo wysiłków Hiromi, której może jako jedynej powinien się naprawdę pozbyć, czego ostatnio nie zrobił – najwyraźniej nie potrafiła ze sobą efektywnie współpracować.
Bał się ich – stojących za jego plecami. Tych, rzucających cień, w którym mógł chować swoje zmartwychwstałe ciało. Ilji Balkowa i Jeana-Paula Bartheza.
Mimochodem spojrzał na ponury portret swojego dziadka. Tyle razy miał ochotę go podpalić i patrzeć, jak znienawidzoną gębę powoli trawi ogień, tak jak zapewne trawił ją w piekle. Nie robił tego, bo ten durny obraz stanowił symbol. Coś, do czego zawsze mógł się odwołać, jeśli sytuacja stawała się zbyt napięta.
Ale już niedługo.
Już niedługo wszyscy dowiedzą się, jaka jest prawdziwa siła Black Dranzer i dlaczego nigdy nie powinna trafić w niczyje ręce, a już na pewno nie w ręce kogoś, kto wydawał się dla niej stworzony.
A zwłaszcza przekonają się o tym ci, którzy od lat zatrzymywali tajemnicę bestii dla siebie.
– Przywieź go wprost tutaj – rozkazał Kai. – Chcę rozmawiać z nim osobiście. Powinien poznać prawdę. Całą prawdę.





XVII
I’VE DIED BEFORE. IT’S NO BIG DEAL

Był środek dnia, ale w jednej chwili zrobiło się ciemno jak w nocy. Ciężkie, burzowe chmury nadciągnęły nie wiadomo skąd, a zaraz potem niebo przeszyła seria błyskawic.
Co w sumie nie miało większego znaczenia, bo Miguel zdążył już stwierdzić, że pendrive, który dostał od Emily, jest kompletnie pusty i świeżo sformatowany. Zatrzasnął z frustracją pożyczonego biovoltowego laptopa i wyciągnął się na plecach z rękami pod głową. Nie miał daleko, bo zaaferowany usadowił się na dywanie, byle tylko jak najszybciej dostać się do danych.
I dupa. Mógł sobie teraz tak leżeć i podziwiać widoki.
Pierdykło gdzieś całkiem blisko i wyraźnie skoczyło napięcie. Miguel nie pierwszy raz odniósł wrażenie, że nowoczesny biurowiec ma raczej przedpotopową instalację elektryczną. Nie to, żeby sam pochodził z zagłębia cywilizacji – właściwie był do prowizorki dość przyzwyczajony – ale jednak naiwnie uważał, że jeśli ktoś ma kasy jak lodu, o to czy o tamto zadba.
Burza była dziwna. Do Lavaliera dotarło w pewnym momencie, że podświadomie czeka na ulewę, ale o szybę nie uderzyła nawet jedna zbłąkana kropla deszczu. Może w Moskwie to było normalne, skąd niby miał wiedzieć.
I wtedy, całkiem niespodziewanie, uderzyło znowu. Jak zawsze – skronie i górna część pleców, choć ostatnio obrywało się też dłoniom i lędźwiom. Żołądek szarpnął się w panicznym odruchu także jak zwykle bezproduktywnie.
Chinga… – jęknął Miguel, zwijając się na boku.
Leonor zmusiła go, żeby poszedł z tym do lekarza, więc wymyślił jakąś ogólną bajeczkę pozwalającą na ominięcie wątku piromanckich zapędów, że niby kręgosłup, że niby zmiany pogody czy coś. Wykupione dodatkowe ubezpieczenie sprawiło, że zrobili mu badania, w tym RTG. Kiedy wezwany na pomoc ortopeda zobaczył zdjęcie, wprost zaproponował Miguelowi, żeby już teraz sprzedał swój szkielet akademii medycznej.
– Młody człowieku, pan ma tak zdeformowane łopatki, że w życiu czegoś takiego nie widziałem – usłyszał. – Istny fenomen!
O tym Leonor nie powiedział. Za to uspokoił ją, mówiąc, że z tą głową to najwyraźniej nic takiego, bo akurat w tym względzie teren zdawał się czysty. Łopatki to tylko łopatki. Ot, jakieś coś mogło czasem uciskać jakieś inne coś i stąd nudności, zawroty i ucisk w skroniach.
Nie stąd zapewne myśl o ogniu.
– Walczy z tobą.
Miguel drgnął, słysząc niespodziewanie ledwie znany głos. Zacisnął wargi, chcąc się rozprostować i usiąść, niezadowolony, że ktoś zaszedł go bezbronnego i nieprzygotowanego.
– On walczy z tobą, a ty z nim. Obaj jesteście wykuci z kamienia i żaden nie zamierza ustąpić. Rozjuszony wilk, stateczny tygrys i nieugięty gargulec.
– Przestań – wysapał, opierając się na łokciu. – Brzmisz jak nawiedzony.
– Trochę nawiedzony jestem. Każdy z nas jest, prawda?
Podniósł wzrok i napotkał zielone, jak zwykle nieco zamglone oczy genialnego Irlandczyka.
– Cały czas tu byłeś? – spytał z lekkim wyrzutem.
– Tak. Ale nie chciałem ci przeszkadzać, więc siedziałem cicho.
– Jezu…
Brooklyn siedział po turecku tuż obok i Miguel uparcie zadawał sobie pytanie, jakim cudem go przeoczył. Jak przeoczył to spojrzenie, niby nieprzytomne, a jednak obserwujące z taką intensywnością, że Lavalier miał ochotę strząsnąć je jak niechciany dotyk.
– Musicie się pogodzić.
– Nie musimy.
– On jest częścią ciebie.
Prychnął. Ugryzł się w język, żeby nie palnąć znowu czegoś głupiego o demonach ciemności i zdemolowanym przed trzema laty Tokio.
– Jest częścią ciebie i jest silniejszy. Bestia zawsze jest silniejsza od bladera.
– Pocieszasz mnie. – Miguel zdołał wreszcie usiąść, choć zastanawiał się, czy to nie błąd, bo atak wcale nie mijał. Tylko obecność obserwatora mobilizowała do jako takiego wzięcia się w garść i przekonania otoczenia oraz samego siebie, że wcale nie jest tak źle.
Brooklyn wzruszył ramionami.
– Nie rozmawiacie ze sobą – stwierdził.
– Jeszcze tego by brakowało.
– Źle.
– Do cholery, Brooklyn! – Miguel zmarszczył brwi w irytacji, a trochę z bólu nasilonego przez przypływ emocji. – Nie jestem wariatem!
Znów ten sam obojętny gest.
– Skoro tak twierdzisz.

*

– Max to jeden z najlepszych ludzi, jakich kiedykolwiek poznałem. – Rei wciąż patrzył sobie na buty szklanym, ledwie rejestrującym cokolwiek wzrokiem. Ze zwieszonymi ramionami i wciąż zmierzwionymi od elektrycznych wyładowań włosami wyglądał na wyczerpanego własną furią, a może bardziej życiem ogólnie. Przedwczesne zmarszczki, które Hiromi zauważyła już wcześniej, stały się jakby wyraźniejsze i dłuższe. – Wiesz, takich naprawdę dobrych. Ze złotym sercem. Więc jeśli on okazał się zdolny do zabijania, nie mam już żadnych złudzeń. Więc nie, w sumie to nie zabolało mnie aż tak, nie sam fakt, że pan Daitokuji, mistrz Tao i Ryuunosuke Kinomyia nas zdradzili.
Tachibana milczała z opuszczoną głową. Właściwie nie spodziewała się, że rozmowa skręci w tym kierunku. Nic na to nie wskazywało, bo Rei siedział tak z nią już od niemal godziny i dotąd nie zająknął się nawet na temat szału, w jaki wpadł. Wcześniej mogła to złożyć na karb obecności Jurija, ale ten zwinął się już jakiś czas temu wraz z Emily, którą Hiromi odesłała z misją przywiezienia jej jakiejś normalnej piżamy i ogólnej szpitalnej wyprawki.
– Hiromi… Czasem mam takie wrażenie, że wszyscy tkwimy w jakiejś pułapce. Że stąd nie ma żadnego wyjścia, cokolwiek nie zrobimy.
– Rei, nie mów tak… Nie ty…
Przymknął oczy i zwiesił głowę jeszcze niżej.
– Wybacz – szepnął.
Hiromi poczuła, że ma ochotę się rozpłakać. Łaskotało ją w gardle, powieki już zaczęły puchnąć. Ale nie zamierzała tego robić. Nie teraz w każdym razie. Może w nocy, gdy zostanie sama. Albo tylko z Emily. Emily – wbrew wszelkim pozorom – potrafiła zrozumieć łzy i dać sobie z nimi radę.
Rei nie odzywał się, prawdopodobnie nie chcąc pogarszać sytuacji. Wysłałaby go po kawę, ale kawy akurat nie mogła. Tak naprawdę niewiele teraz mogła i to też nie pomagało.
– Otwarcie mistrzostw już za cztery dni – rzuciła trochę bez sensu. – Chyba obejrzę to w telewizji.
– Chcesz rozdrapywać rany?
– Chcę pozostać w grze i wiedzieć, co się dzieje. Tak naprawdę zamierzałam wybrać się osobiście.
Rei nie skomentował.
Ostatni raz przekroczył próg stadionu wówczas, gdy Lai odbierał srebrny medal wicemistrza Azji. Nigdy później. Nigdy. Nie przeczytał nawet prasowej wzmianki. Nie wiedział już, kto jest na szczycie, kto ostatnio trafił do piachu, kto wreszcie zdołał zerwać z nałogiem i wycofać się chociaż z oficjalnych rozgrywek. Odciął się od tego świata, jak to tylko było możliwe.
– Rei…
– Tak? – Wrócił do rzeczywistości i spojrzał na Hiromi.
– Wiem, że proszę o dużo. Może o zbyt wiele, ale chciałabym, żebyście tam byli. Ty i Jurij. Chciałabym, żebyście się rozejrzeli… Wy dwaj będziecie wiedzieć, czego szukać.
Bał się, że właśnie to usłyszy. Odruchowo roztarł kciuki. Miał nadzieję, że Tachibana nie zauważyła elektrycznej iskry, która między nimi przeskoczyła.
– Prosisz o dużo – przyznał. – Ale wiem też, że powinienem to zrobić.
– Dziękuję.
Pokręcił głową.
– Nie, Hiromi. Nie dziękuj.
Westchnęła ze smutkiem, który tak bardzo, bardzo do niej nie pasował. Który obnażał jej drugą twarz – tę bez papierosa w ustach, bez ciętej riposty, bez wypieków pracoholika i entuzjazmu. Poważniejszą i bardziej refleksyjną, obdartą z maski.
– Rei… Rei, dobrze, że tu jesteś – szepnęła. – Dobrze, że obaj jesteście.
Chwycił ją za dłoń. Zdziwiło go, jaka jest chłodna, ale właściwie powinien się tego spodziewać po wyczerpanej fizycznie nałogowej palacze.
– Ja też nie żałuję, że przyjechałem – odparł, niemal przekonany, że to prawda.

*

Klucz wreszcie pozwolił się przekręcić w nieco zdezelowanym, zdecydowanie za często otwieranym pospiesznymi, nerwowymi ruchami zamku i Emily pchnęła drzwi.
Ktoś, kto nie znał Hiromi, mógłby się nieźle wystraszyć, wchodząc do jej mieszkania. Wyglądało bowiem trochę jak mieszkanie psychopatki. Już w przedpokoju wisiała korkowa tablica, cała w wycinkach z gazet i wydrukach ze stron internetowych. Lustro miało dodatkową ramę z kolorowych samoprzylepnych karteczek, a jedna notatka została nawet poczyniona w rogu czerwoną szminką. Salon wyglądał nieco bardziej sentymentalnie, ale też przez to upiornie, bo więcej było w nim prywatnych zdjęć – a żadnego z rodziną. Z tą bowiem Hiromi nie utrzymywała szczególnych kontaktów. Tylko na jednej z fotografii stała z rodzicami – dwojgiem poważnych Japończyków o twarzach bez wyrazu. Tradycyjne stroje zdradzały, że to pamiątka z Shichi-Go-San.
Tachibana rzadko opowiadała o domu, ale z tego, co York orientowała się z pojedynczych wzmianek nad kieliszkiem wina, jej rodzina zdecydowanie nie okazywała swojej niepokornej, wyzwolonej i przesiąkniętej zepsutym duchem Zachodu latorośli zbyt wiele wsparcia.
Może dlatego Hiromi tak dobrze czuła się wśród bladerów – też w większości wyrzutków.
Emily stanowiła wśród nich swego rodzaju wyjątek. Rodzice prawnicy, lekcje gry na pianinie, trzech języków, tenisa, prywatne szkoły, obecnie prestiżowe studia. Właściwie nie miała na co narzekać, także prywatnie, bo owszem, wymagano od niej, ale – wbrew stereotypom – zawsze pozwalano też odczuwać, że jest kochanym i wymarzonym dzieckiem.
Często przesiadywała u Tachibany do późnych godzin, więc doskonale wiedziała, gdzie szukać piżam i kosmetyków. Spieszyła się nieco, bo Jurij czekał na klatce schodowej. Oczywiście nie przywiózł jej, bo nie miał nawet prawa jazdy, ale uparł się, że żadne z nich, żaden były blader związany z Biovoltem, nie może teraz poruszać się bez obstawy i Emily nawiedzały coraz silniejsze przypuszczenia, że zwyczajnie nie powiedział im wszystkiego o tym, co wydarzyło się podczas odbijania Hiromi.
Nie mogąc się powstrzymać, wcisnęła do torby jeszcze jedną piżamę, najwyraźniej przeznaczoną na specjalne okazje, bo leżącą na samym końcu półki i zupełnie nieznaną York. Uśmiechnęła się do siebie i zapięła zamek, a wtedy zadzwonił telefon. Odebrała, widząc, że to Miguel.
– Przeszkadzam?
– Gdybyś przeszkadzał, to bym odrzuciła połączenie. – Przycisnęła telefon ramieniem i zarzuciła sobie torbę na plecy. – No, co tam?
– Pendrive jest pusty.
– Niemożliwe.
– Możliwe. Ktoś go na nowo sformatował.
Emily na moment zamarła z kluczem na wpół włożonym do zamka.
– Pierdolisz.
– Chciałbym. Masz te dane jeszcze gdzieś?
– Oczywiście – prychnęła York. – Daj mi jakąś godzinę, muszę coś załatwić. Wytrzymasz tam?
– Wytrzymam – to było dziwne, ale Miguel zabrzmiał, jakby powstrzymywał śmiech. Może nie najradośniejszy, jaki Emily kiedykolwiek słyszała, ale jednak rozbawienia. – Brooklyn dotrzymuje mi towarzystwa.
– Brooklyn?
– Tak wyszło. No to czekam. I ten… lepiej sobie przypomnij, kto miał dostęp do twoich rzeczy.
Emily westchnęła.
– A jak myślisz…?

*

Kenny’ego nieszczególnie zdziwiła nocna wizyta mężczyzn w czarnych garniturach.
– Mogę wziąć szczoteczkę do zębów, leki na astmę i bieliznę na zmianę? – spytał tylko.
W ogóle panowie byli dość kulturalni, więc kiedy przed Saienem otworzyły się drzwiczki samochodu, wsiadł bez słowa protestu.
– Witaj, Kenny.
Nie był na tylnej kanapie sam. Obok niego siedział duch i Szef poczuł, jak serce podskakuje mu do gardła.
– Co…?
– Nie ukrywam, że liczyłem na inne powitanie – powiedział Kai Hiwatari, nawet na Kanny’ego nie patrząc.
Trzeba było przyznać, że po śmierci nie zmienił się jakoś szczególnie. Ot, nieco spoważniał, choć też nie bardzo, bo niezmiennie pucułowata twarz zawsze kojarzyła się z chłopcem, czegokolwiek ten chłopiec nie próbował robić ze swoim wizerunkiem. I jakkolwiek upiornie nie wyglądały wiecznie wypełnione goryczą wąskie oczy.
– Ja po prostu…
– Tak, wiem, nikt z was nie skumał, że jestem feniksem. Już dawno przestało mnie to dziwić.
– Ty żyjesz! – wykrzyknął Kenny, jakby dopiero do niego dotarło. – Żyjesz! To… To wspaniałe!
Samochód ruszył bezszelestnie i Kai oparł się o zagłówek. Było jednak w tym geście coś wyreżyserowanego i sztywnego. Saien, z jednej strony niezmiernie ucieszony, że jego przyjaciel żyje, z drugiej, czuł się coraz bardziej nieswojo.
– Mamy do pogadania – stwierdził Hiwatari, zupełnie ignorując entuzjastyczny okrzyk. – Przed nami długa noc.
Kenny mimowolnie przełknął ślinę.
– Dokąd jedziemy? – spytał odrobinę drżącym głosem.
– Do mnie. Nie obawiaj się. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić.
Zabrzmiało to trochę, jakby Kai zapomniał dodać „Nie tym razem”. Ale w sumie zawsze tak brzmiał, więc to akurat można było puścić mimo uszu.
– Tak właściwie ratuję ci tyłek. Już wiedzą, dla kogo pracujesz.
Saien poczuł zimny dreszcz na plecach i nagłą sztywność karku.
– A ty…
– A ja wiedziałem wcześniej, bo Balkow pracuje z kolei dla mnie.
Kompletnie zagubiony już Kenny to otwierał, to zamykał usta i generalnie wyglądał, jakby ktoś nagle wyrwał mu z ręki niedoczytany scenariusz.
Kolejne pół godziny jazdy upłynęło w całkowitym milczeniu.

*

– Kochana, wybacz, ale te osły znowu nie poogarniały i potrzebują mnie w firmie – Emily czuła się naprawdę fatalnie, wypowiadając te słowa. Podejrzewała jednak, że katowanie Hiromi wyjaśnieniami, stanowi jeszcze gorszą opcję, zwłaszcza że dochodziła dwudziesta druga i właściwie wpuszczono York tylko dlatego, że przywiozła wyprawkę dla chorej.
– Jasne. Daj znać, co i jak.
– Dam, ale jutro rano. Teraz śpij. – Objęła przyjaciółkę na pożegnanie, chwilę gładząc jej plecy.
Znały się nie od dziś, niejedno razem widziały i przeszły, więc Emily miała pełną świadomość, że powinna tu zostać i pozwolić Tachibanie na zjazd w bezpiecznych warunkach. Fakt, że z kilku różnych powodów nie może, budził w niej złość.
– Do jutra.
– Do jutra, trzymaj się.
Ledwie znalazła się na korytarzu, wyciągnęła telefon i wybrała numer Reia.
Za kwadrans w Biovolcie – napisała.
Przez chwilę wahała się, czy nie powiadomić o ostatnich wydarzeniach i rewelacjach Hiromi Johnny'ego, ale… Ale cóż, jej życie prywatne było życiem prywatnym. I tak wyjechał już z Moskwy, więc nie pomógłby doraźnie, a pytanie o to, czy jego lojalność względem The Majestics nie zaszkodziłaby sprawie, pozostawało otwarte, bo wiązało się z pytaniem o ich cele.
Zrezygnowała więc. Zawsze wychodziła z założenia, że są rzeczy ważne i ważniejsze.
I tym razem Jurij czekał na nią przed wejściem do szpitala, oparty o ścianę i ogólnie wyglądający w zmroku i żółtym świetle latarni jak zaczajony na ofiarę zbir.
– Trzeba ci będzie załatwić jakiegoś gnata – rzuciła Emily, podchodząc bliżej.
– Sam sobie załatwię.
– Zawsze możesz mieć dwa. To śmigamy, przed nami intensywna noc. – Zatrzymała się, zmierzyła go wzrokiem. – I nie wierzę, że mówię to właśnie tobie.

*

– Miguel?!
Wzruszył ramionami.
– Wszyscy tacy zaskoczeni, jakbym co najmniej polecał na Marsa – stwierdził, podnosząc się z kanapy i podchodząc do Kona, żeby uścisnąć mu dłoń na powitanie.
– No wiesz. Argentyna nie jest za płotem.
– Rowerem bym nie dojechał, prawda, ale ministerstwo mi funduje, to korzystam.
– Ministerstwo? – Rei spojrzał na Emily, ale ta tylko bezradnie pokręciła głową. Czwartą osobą w gabinecie był Brooklyn, ale na niego nie było nawet co patrzeć. Pewnie wiedział o wszystkim wcześniej od samego Miguela i całej Casa Rosada, a to dzięki antenie permanentnie ustawionej na międzywymiarowe plotki, którymi jednak dzielenie się ze śmiertelnikami rzadko uznawał za stosowne.
– No – uśmiechnął się Lavalier trochę blado. – Zdaje się, że opijam was z kawy jako rządowy burak.
– O tym jakoś zapomniałeś wspomnieć. – Emily zmarszczyła brwi, siadając na swoim miejscu.
– A ma jakieś znaczenie?
– Wiesz…
– Że co? Że niby miałbym szpiegować i przesłać do Buenos dane? – parsknął Lavalier. – Jezu, Emily. Nawet gdyby mi to przyszło do głowy, oni nie potrafiliby zrobić z tym niczego poza samolocikami. Zresztą najpierw jakieś dane musiałyby istnieć, a przypominam, że nie istnieją.
– Polityka nie jest w to zamieszana od dzisiaj.
– Ale ja w politykę niemalże. Zresztą, do cholery, jestem bladerem!
Do York wyraźnie nie do końca dotarł sens tej deklaracji, ale Kon zrozumiał. Pamiętał Batalion, słyszał potem to czy tamto od Mao, przyjaźniącej się w końcu z Mathildą. Wiedział, do czego zdolny jest Miguel, jeśli wybrał stronę, której chce pozostać lojalny.
Dlatego wtrącił się, gdy tylko zauważył, że Emily już znalazła odpowiednią ripostę.
– To można powiedzieć o każdym z nas – stwierdził. – W końcu każdy z nas jest „skądś”. Więc nie utrudniajmy sobie sprawy.
Lavalier spojrzał na niego z czymś, co prawdopodobnie było wdzięcznością. Rei zawsze trochę głupio czuł się z wdzięcznością, bo nie do końca wiedział, jak z nią postępować.
– To czekamy jeszcze na Jurija i Mystela – Emily niezbyt gładko zmieniła temat.
– Co? – Nie musiała patrzeć na Miguela, żeby wiedzieć, jaką ma minę.
– Jeśli cię to pocieszy, też nie będzie zachwycony twoim towarzystwem. Ale byłabym wdzięczna, gdybyście schowali hormony w kieszeń.
Przewrócił oczyma.
– Nie musi mnie prowokować – burknął.
– Ty jego również.
– Ale serio, gdzie Hiromi?
Zapadła cisza.
– To znaczy?
– W szpitalu – powiedział w końcu Rei.
Miguel autentycznie zamarł.
– Ale…
– Siadaj na tyłku i słuchaj, blondie – nakazała York.

*

Rezydencja Hiwatarich wyglądała, jak żywcem wzięta z klasycznego filmu grozy. Kenny wcale nie miał ochoty przekraczać żelaznej bramy i wchodzić za ciężkie, pyszne drzwi pamiętające bez wątpienia kilku carów i niejedną bojarską brodę. Jakoś na marginesie poczynił spostrzeżenie, że Kai mógłby z powodzeniem rywalizować w konkurencji na odpasione mieszkanie z Robertem Jürgensem.
Humoru mu to nie poprawiło.
– W salonie jest przytulniej – zapewnił go Hiwatari, kiedy szli przez zimną, ponurą sień.
Okazało się szybko, że to określenie względne i chociaż wciąż było lato, Kenny nie mógł oprzeć się wrażeniu, że herbata z konfiturą, jaką mu podano, wystygła natychmiast z samego wrażenia.
– Wybacz całe to zamieszanie – powiedział Kai, siadając w głębokim fotelu z wysokim oparciem, jak co najmniej król na tronie. – Sam rozumiesz, że w obecnej sytuacji moje położenie jest dość… skomplikowane. Muszę działać ostrożnie. I musiałem zyskać pewność, że nie zwiążesz się z tymi, którzy usiłowali mnie zabić.
Kenny czuł, że cały czas lekko dygocze. Bał się, że w końcu herbata w filiżance rozbuja się dostatecznie, żeby chlupnąć za brzeg.
– Ja… Kai, ja się pogubiłem – stwierdził piskliwym, zawsze zdradziecko obnażającym zdenerwowanie głosem.
– Wierzę. Jesteś tu, żebyśmy sobie wszystko wyjaśnili. I żebyś był bezpieczny pod moją opieką.
– Myślałem, że mam zostać w Biovolcie do końca Mistrzostw – przyznał nieśmiało Saien.
– Każdy sabotaż staje się w pewnym momencie zbyt ryzykowny, a ty jesteś bezcenny.
Kenny nie miał pojęcia, jak to skomentować. Po prostu wbił wzrok w puszysty dywan u swoich stóp i milczał, chociaż jego mózg krzyczał, że należy mówić, mówić głośno i dużo.
– Zdaję sobie sprawę, że z twojego punktu widzenia to wszystko wydaje się skomplikowane – kontynuował Kai. – Tak naprawdę jednak jest dość proste. Od zawsze istniały tylko dwie opcje: my i ludzie z BBA. Nie twierdzę, że jesteśmy święci, moi podwładni i dziadek mają na sumieniu wiele win, a na rękach sporo krwi, tak, ale to jednak prezes Daitokuji i Hitoshi Kinomyia odpowiadają bezpośrednio za obecną masakrę. Przy tym nawet Opactwo zaczyna prezentować się przyzwoicie. Więc fakt, że wybrałeś lojalność wobec Takao, nie jest niczym złym, nawet jeśli oznacza przymierze z dawnymi wrogami. Ja też sprzymierzyłem się z nimi dla wyższych celów. Obaj po prostu widzimy i rozumiemy więcej.
Kenny nerwowo potarł kciukiem brzeg filiżanki, po której oczywiście pociekła kropla słodkiej, mocnej herbaty przyrządzonej na rosyjski sposób, więc właściwie niepijanej.
– Kiedy jesteś w stanie wyciągnąć Takao? – spytał, mając nadzieję, że taki konkret faktycznie do uspokoi.
– Właściwie w każdej chwili.
– Więc na co czekamy?
Kai oparł się wygodniej.
– Na rozpoczęcie Mistrzostw – powiedział. – Wtedy wszyscy będą zajęci czymś innym, a ja przeprowadzę tę akcję po cichu. Ale spokojnie, moi ludzie są już w Stanach, czekają tylko na sygnał. Zresztą chciałbym, żebyś też się tam udał. Prawdopodobnie będziesz potrzebny Takao, a w Moskwie w tym czasie może być gorąco.
– Gorąco…?
Hiwatari nigdy się nie uśmiechał, nawet półgębkiem, ale jego oczy rozbłysły w bardzo charakterystyczny i niepokojący sposób.
– Kenny, wspominałem ci, że w świecie beybladeingu są tylko dwie opcje – powiedział. – Chciałbym ostatecznie wymazać tę drugą z powierzchni ziemi. Żeby takie historie jak ta już nie musiały się powtarzać. Nigdy.
Saien zadrżał.
– To… brzmi przerażająco – szepnął.
– Prawdopodobnie. Ale pozwól, że coś ci jeszcze uświadomię. Może to nieco… pomoże w określeniu, gdzie jest wróg. Wiesz, kto mnie zabił?
– A chcę wiedzieć? – głos Szefa znów skoczył w górę.
– Sądzę, że nie, ale ci powiem. Jurij. – Kai niespodziewanie zacisnął zęby, aż zgrzytnęły, a dłonie na podłokietnikach tak, jakby chciał je zmiażdżyć. – Zaskoczył mnie, zaszedł od tyłu – syczał coraz wścieklej, coraz ciężej oddychając. – Najpierw uderzył kolanem w nerki, a potem chwycił za włosy i walił czołem w mur. Raz za razem. Metodycznie. Bolało, Kenny. Bolało, a ja się cholernie bałem, nim wreszcie umarłem.
Filiżanka wypadła Saienowi z dłoni.
– Ale…
– Oto, kogo Hiromi sprowadziła do Moskwy i komu ufa. Mordercę. Psychopatę. Zdrajcę. Fałszywego bohatera.

*

Miguel odniósł wrażenie, że wszyscy spodziewają się po nim jakiegoś komentarza, ale nie był do tego zdolny. Mógł tylko siedzieć i gapić się na nich z prawdopodobnie bardzo głupią miną. W głowie miał kompletny chaos wymieszany z mdłym posmakiem wyrzutów sumienia.
Zresztą po chwili drzwi się otworzyły i do gabinetu weszli Mystel z Jurijem.
– Kurwa – skomentował ten ostatni obecność Lavaliera – a ty tu czego?
W odpowiedzi dostał tylko wzruszenie ramion.
– Pogadacie później – Emily postanowiła działać zapobiegawczo. – Teraz zastanówmy się, co dalej.
– Hiromi chce, żebyśmy z Jurijem kręcili się na Mistrzostwach – powiedział Rei, wyraźnie wyczuwając jej intencje. – Uważa, że powinniśmy zbierać informacje o ruchach Daitokuijego z jednej i Balkowa z drugiej strony.
– Niegłupie – przyznał Mystel. – Znacie środowisko. Każdy inne.
– To samo powiedziała.
– Ale też środowisko zna was.
Na moment zapadła cisza przerywana jedynie dość niemrawym siorbaniem.
– Mogę spróbować odwrócić ich uwagę – odezwał się nagle Miguel, chociaż ciągle wyglądał na nieco wyłączonego. – Wiecie, jakaś odpowiednia drama, żeby mieli zajęcie i musieli zareagować. Myślę, że mam środki.
– Nie jestem pewien, czy Hiromi tego by chciała – skrzywiła się York.
– Ja również nie. Ale wykluczyła mnie z zespołu, więc zakładam, że poradzi sobie nawet wówczas, kiedy się przypadkiem spalę, chociaż postaram się nie.
Rei pogładził w zamyśleniu podbródek.
– Co dokładnie zamierzasz zrobić? – spytał.
– Jeszcze nie wiem, myślę na bieżąco. Dopiero przed chwilą słyszałem, co jest grane, nie? Ale sądzę, że odpowiednia akcja protestacyjna przeciwko beybladeingowi ogólnie będzie akurat, żeby wkurzyć obie frakcje. No i nie zaprzeczę sam sobie.
Kon skinął głową.
– Dla mnie to ma sens – ocenił.
– Totalnie nie moja bajka. – Emily uniosła dłonie w obronnym geście.
Brooklyn i Jurij nie zareagowali, ale przynajmniej po tym pierwszym nikt się niczego nie spodziewał, a drugi prawdopodobnie całą uwagę skupiał na nie wzięciu natychmiastowego rewanżu za odesłanie go do szpitala.
– Było nie było, wiele czasu na kombinowanie to my nie mamy – przyznał Mystel. – Impreza za cztery dni.
– A co z Nowym Świtem? – Miguel spojrzał na niego przytomniej.
– Do czego zmierzasz?
– Mogę ich w to wciągnąć. Albo zaatakować. Obarczyć Romero winą za… za śmierć Julii. Na prezesa BBA powinno wystarczyć, a jeśli chodzi o Balkowa, to pewnie zależy od tego, czy chce utrzymać pozory. Cudów nie obiecuję, ale się postaram.
– Hiromi mówiła, że najprawdopodobniej to nie Balkow jest tam szefem – mruknął Rei, w zamyśleniu gapiąc się na modnie grafitową ścianę. – Nie wiadomo, kto dokładnie, ale nie Balkow.
Jurij wzdrygnął się w sposób, którego nie zdołał zamaskować.
– Wiemy też, że uderzą siłą – dodał.
– To prawda – skinął głową Mystel. – Spodziewamy się ataku, może zamachu podczas Mistrzostw. Co do tego, kiedy jest najbardziej prawdopodobny, zdania są podzielone, ale najwyraźniej Ruski też wiedzą, że coś jest na rzeczy, bo zaostrzono środki bezpieczeństwa.
– Wow – burknęła Emily. – Komuś jeszcze kawy, bo sobie każę przynieść? OK, rozumiem, wszystkim. – Podeszła do biurka, żeby wydać polecenie sekretarce, ale potem przypomniała sobie, że ta skończyła pracę jakieś sześć, siedem godzin temu. – Yyy… No dobra, zrobię. Brooklyn, pomożesz mi?
Masefield nigdy nie miał niczego przeciw pomaganiu żywym stworzeniom. A zwłaszcza przeciw ich dokarmianiu.
– Tylko nie gadajcie o tym, co mnie dotyczy – zastrzegła York.
– Ta jes, szefowa – zasalutował Mystel, dyskretnie zwijając z biurka kawałek papieru i długopis. – A wracając do sedna… Wiemy, że to Balkow stoi za ostatnimi zniknięciami wychowanków Opactwa, więc mamy podejrzenia, że utworzył z nich grupy paramilitarne. W sumie ponad stu chłopa, każdy potencjalnie z gnatem i bestią w głowie. – Zanotował coś szybko. – Ale myślę, że uderzyć na dwa fronty nie zaszkodzi. Możliwe, że zdążymy dowiedzieć się czegokolwiek, zanim zaatakują.
– A są w ogóle jakieś podejrzenia, o co może im chodzić? – spytał Miguel.
– No właśnie nie – warknął Jurij, ale ze złością skierowaną raczej na sytuację, nie Argentyńczyka, co stanowiło już niezły punkt wyjścia, nawet jeśli planowali po wszystkim tradycyjnie sprać się po mordach na powitanie. – Może chodzić o BBA, ale to tylko moje podejrzenie, nie mam niczego poza poszlakami. Może też chodzić o przejęcie kluczowych zawodników. Jeśli faktycznie zbierają armię z bladerów, a to do nich pasuje.
– To by oznaczało, że wciąż nie mamy do czynienia z ostatecznym celem – zauważył Rei.
– Tak. Ale Biovolt zawsze miał spore ambicje. Międzynarodowe, że tak to ujmę. Tak czy inaczej, musimy się przygotować na rzeźnię i sporo improwizacji.
– Całkiem twoje klimaty, nie? – parsknął Mystel, za co został zmierzony prawdopodobnie najbardziej lodowatym spojrzeniem świata, ale co odwróciło uwagę wszystkich od karteczki, którą podsunął Lavalierowi.
Szczęśliwie zdążyli wrócić Emily i Brooklyn z kawą.
– Bestie są niespokojne – powiedział Masefield, odstawiając tacę na stolik. – Wiedzą, że poleje się krew i zginą bladerzy. Wiele z nich będzie bezdomna i bez opiekuna. Boją się dezorientacji.
– To znaczy, że z ich strony też możemy spodziewać się zagrożenia? – spytał rzeczowo Rei, splatając palce i wpatrując się w Irlandczyka z uwagą, ale ten milczał jak zaklęty, uznawszy najwyraźniej, że powiedział dość.
– Zaraz, zaraz – ożywił się Miguel, zgniatając w dłoni liścik od Mystela. – To co się właściwie dzieje z bestiami po śmierci bladera?
– Są zagubione i samotne. Wściekłe.
Lavalier i York spojrzeli po sobie, w lot łapiąc swoje myśli.
– No to mamy trop – stwierdziła Emily.
A potem Argentyńczyk wreszcie zdołał dyskretnie odczytać wiadomość.
Nie gap się na jej tyłek. Kręci z Johnnym.
Podniósł wzrok zszokowany. Mystel złapał jego spojrzenie i mrugnął porozumiewawczo, po czym z właściwą sobie gracją zeskoczył z biurka i zniknął za progiem.

*

– Kai… Tak bardzo nie wiem, co o tym wszystkim myśleć…
W specyficznych kategoriach Hiwatariego można było uznać, że jego twarz wyraża troskę.
– Tak, szczególnie dla ciebie to musi być trudne.
– Jeśli Jurij chciał cię zabić…
– Zabił. Technicznie rzecz biorąc.
– Ale to, co mówisz, to znaczy, że jego bestia… Że ty… – Saien złapał się za głowę w rozpaczliwym odruchu. – Kai, powiedz, że to nieprawda! Że tego nie robisz!
Dziedzic Hiwatarich milczał dłuższą chwilę, patrząc na przerażenie miotające biednym, drobnym ciałem Kenny’ego.
– Po prostu wszystko się pozmieniało, dorośliśmy – powiedział wreszcie. – Nie jesteśmy już zmanipulowanymi i niewinnymi dziećmi, nie mamy na kogo zrzucić odpowiedzialności i nikt nie będzie nas żałował, jeśli coś pójdzie nie tak. Sami staliśmy się graczami, sami zaczęliśmy manipulować i nie wszyscy potrafią udźwignąć ten ciężar. Ale nie ma już mojego dziadka. Jestem tylko ja. I to na moich barkach spoczywa to, co zrobię z jego dziedzictwem. Więc można mnie oceniać, można mnie nawet nienawidzić, ale niewielu jest takich, którzy choćby zbliżą się do poziomu wagi decyzji, jakie muszę codziennie podejmować. Jurij to tylko żołnierz i na pewno do nich nie należy.
– Co ja robię… Co ja robię, Kai…
Kenny kręcił głową jak nakręcony, zaciskając dłonie na drugiej filiżance – pierwszą niemal natychmiast sprzątnął służący jakby żywcem wyjęty z dziewiętnastowiecznych powieści albo filmów kostiumowych.
– Musiałem. Dla większego dobra – mówił dalej Kai, a jego głos drżał lekko od tłumionego gniewu, którym wydawał się przesiąknięty od tak dawna. – Wykorzystano nas. Wykorzystywano tak naprawdę od wieków. Zawsze dzieci, zawsze usuwając je, gdy dorastały i zaczynały być zbyt niebezpieczne. Wystarczy spojrzeć na historię. Znasz przypadek francuskiej bohaterki Joanny D’Arc? Jak nie, to sobie poczytaj i wyciągnij wnioski. To nie jest dziwne, że kiedy się zużyliśmy i zaczęliśmy dorastać, potraktowano nas jak szalone krowy do odstrzału. Moim obowiązkiem było się temu przeciwstawić wszelkimi dostępnymi środkami. Myślisz, że to duże poświęcenie? Tylko że ja nie wykorzystuję tej technologii do eliminowania bladerów. Ja chcę ich chronić.
– Kai… to jest złe… – wyszeptał Kenny, opuszczając głowę. – Naprawdę złe. I… I… O matko… było mi łatwiej, kiedy myślałem, że to Balkow.
– To nie jest złe. To tylko nieoczywiste. Zresztą sądzisz, że robiłbym to innym, gdybym nie przetestował wszystkiego na sobie?
– To znaczy…?
Hwatari wyciągnął przed siebie ramię, które zapłonęło błękitnym płomieniem. Saien cofnął się odruchowo, ale szybko zrozumiał, na co patrzy.
– Ty i Dranzer…
– Nie – pokręcił głową Kai. – Nie Dranzer, a Black Dranzer, bestia, której dorównać może jedynie Zeus, ale Zeus nigdy nie zostanie odpowiednio wykorzystany. Wiesz, co to oznacza, Kenny? Jestem teraz najpotężniejszym bladerem. Tak potężnym, że mnie samemu trudno to sobie wyobrazić. Więc jeśli jest ktoś, kto może zadbać o bezpieczeństwo pozostałych, to właśnie ja.



Koniec Części Pierwszej
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 10 sierpnia 2016, 22:55

Część II


When I was a boy
Somebody said
They’ll spit on your corpse
If you play dead

They'll leave you to bleed
When they are done
Just hit them twice as hard my son

When I was a boy
Somebody said
If you're in a war
Don’t be afraid

Your hand is your gun
Your point of view
Your only way to win my son

They are calling you these names
And the lies behind your back
And they never really cared at all

You're standing all alone
Against everyone you know
And they really want to see you fall

Everyone is who they are
And they never going to change at all
Free fall

Everyone is who they are
You can never really change them all
Free fall

When you were a boy
They must have said
Just nothing at all
Like you were dead

You’re walking around
They way you are
If only I could break you down

You're talking like you're someone
Acting like a true scum
But you don’t know I already won

When everybody comes back
You’re standing on the same map
Cause you don’t really change at all

Everybody's leaving and everybody knows
You will always be remembered as a bully I suppose

Everybody's leaving everybody’s gone
You will always be the one they told us not to hang around


Nomy, Free fall





XVIII
I RECOGNIZE THAT YOU HAVE MADE A DECISION MR. DICKENSON*, BUT GIVEN THAT IT’S A STUPID-ASS DECISION, I’VE ELECTED TO IGNORE IT


Max czuł się zagubiony i samotny. Hiroshi musiał nieomal wepchnąć go do taksówki, bo ciało chłopaka opierało się przed ruchem w głąb tego obcego miasta, a mózg odmawiał rejestrowania rzeczywistości.
A wszystko dlatego, że nie było tu jego matki. Jedynej osoby, która go kochała i rozumiała, jedynej, która nadawała wszystkiemu sens. Max nie wiedział, jak przetrwa tyle dni bez jej krzepiącego głosu i pełnego miłości spojrzenia.
Skupiał się więc na jednym – wygrać turniej, żeby kochała go jeszcze mocniej, i czym prędzej wrócić do Stanów.
Gdzieś w oddali błyskały reporterskie flesze, grupka dziewcząt skandowała jego imię i piszczała, wymachując podobiznami. Nic z tego nie miało znaczenia. Nie dla nich, nie dla sławy i nie dla pieniędzy Max robił wszystko, by pozostać najlepszym zawodnikiem świata.
– Nadal nie rozumiem, dlaczego mama odwołała przyjazd – mruknął, kiedy zamknęły się drzwi samochodu.
– Wiesz, że musiała mieć ważny powód – odparł Kinomyia. Jeśli także był rozczarowany nieobecnością Judy, jakoś szczególnie tego nie okazywał.
Zresztą Max nigdy nie wierzył w ich miłość. Jego matka nie zakochałaby się w kimś tak cynicznym i okrutnym. To wszystko przez niego – przez jej syna, któremu chciała zapewnić bliskość męskiego autorytetu, twierdząc, że jest za miękki.
Chciał jej pokazać, że się myli, że stał się mężczyzną. A żeby to zrobić, on i Draciel musieli wrócić jako ktoś więcej niż po prostu zwycięzca i najlepszy obecnie beyblader. Max zamierzał udowodnić, że jest najlepszym beybladerem wszech czasów i że nigdy nie pojawi się nikt zdolny rzucić mu wyzwanie.
Jeśli mu się nie uda, lepiej, żeby przegrał pojedynek i na zawsze zniknął rozczarowanej matce z oczu.
Samochód mknął ulicami Moskwy niemal bezszelestnie, a młody Mizuhara odtwarzał w głowie to, co wiedział na temat swoich największych rywali.
Nie byli mu obcy. Co prawda dotąd osobiście spotkał się jedynie z Daichim, ale bestie dwojga pozostałych mistrzów – Vincente Arayi i Rethy Mhalangu – poznał, gdy znajdowały się jeszcze w innych rękach. Nie sądził, by Death Eagle i Storm Pegasus mogły go jeszcze czymś zaskoczyć. Widział tak wiele pojedynków z ich udziałem, odbył kilka, może kilkanaście sparingów z Claude’em i Julią. Oczywistym było, że zmieniły się taktyki, a ataki zyskały na mocy po połączeniu umysłów, ale pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Inaczej bestie władające tym samym żywiołem niczym by się od siebie nie różniły, a przecież robiły to, w dodatku w sposób naprawdę znaczny.
Do tego dochodził sprzęt.
Max mieszkał w sercu zmian, więc oczywistym było, że nikt na świecie nie ma lepszego dysku. Przy pasku nosił prawdziwe cudeńko pełne prototypowych rozwiązań, które nie weszły jeszcze do oficjalnej produkcji. Matka dała mu naprawdę wszystko, by mógł zwyciężać. Do niego należało tylko wychodzenie na stadiony.
– Boję się, że zadzwoni, kiedy będę trenował, i nie odbiorę – powiedział, pustym wzrokiem wpatrując się w okno.
– Wtedy powiem jej, żeby zadzwoniła później.
– Jest taka zajęta…
– Więc najwyżej nie zadzwoni.
Chłopak stłumił dreszcz.
Ta wizja była taka przerażająca…
– Nie mów tak…
– Jak?
– Że mama nie zadzwoni…

*

Ranek przyszedł zdecydowanie za szybko, zastając Miguela drzemiącego na siedząco z głową opartą na ręce. W drugiej ciągle trzymał telefon z włączoną funkcją dyktafonu. Wcześniej wraz z Emily siedział nad dyskami, trzy dni i trzy noce, bez przerwy – nie miał czasu przygotować wystąpienia.
Wcale nie chciał tego robić. Miał wrażenie, że zdradza Julię i usilne powtarzanie sobie, że to dla dobra sprawy, którą z całą pewnością sama by poparła, nie pomagało.
Zawsze strzegła swojej prywatności. O tym, że jest razem z kapitanem Batalionu, wiedział właściwie tylko jej brat, bo nie uważała tego za temat do plotek, a teraz Miguel zamierzał wywlec na światło dzienne nie tylko ten fakt, ale także inne, te przerażające, obnażające, co bestie potrafią zrobić bladerom.
A jeszcze nie tak dawno mścił się na Hiromi za wykorzystanie wizerunku martwych członków zespołu. Różniło ich teraz tylko tyle, że Lavalier nie musiał uciekać się ani do kłamstwa, ani do koloryzowania, by uzyskać odpowiednio mocny efekt.
Tak więc nie położył się do rana, najpierw układając, a potem ćwicząc przed lustrem oświadczenie. Powtarzał je wielokrotnie różnym tonem, z pauzami w różnych miejscach, w kółko nagrywał się i odsłuchiwał, jak doradziła mu jeszcze w Buenos Leonor. Nie konsultował się z nią jednak, choć bez wątpienia mogłaby pomóc. Owszem, zaprzyjaźnili się, jeśli można mówić o przyjaźni po tak krótkiej znajomości, ale Miguel ani przez moment nie wątpił, że wykorzystałaby po swojemu zdobyte w ten sposób informacje. W tej wojnie pozostawała bezstronna, interesowała ją sensacja.
A historia Julii z pewnością mogła wywołać sensację.
Dla samego Lavaliera oznaczało to ponowne przeżywanie całego koszmaru. Próbował to od siebie odsuwać, ale nie do końca wychodziło i wspomnienia wracały szeroką strugą myślowych ścieków. Znów był w Madrycie, znów była ciepła noc cuchnąca szpitalem, zostawiające siniaki palce trzymających go sanitariuszy i nade wszystko twarz Julii, czy raczej to, co z niej zostało.
Była w swoim mieszkaniu, tak, ale procedury pozostawały procedurami i ktoś musiał potwierdzić jej tożsamość. Ktokolwiek, byleby móc odhaczyć tę sprawę i wcisnąć akta na półkę. Więc padło na Miguela, bo po prostu był pod ręką i najwyraźniej znał denatkę. Średnio przejęto się przy tym faktem, że nadal tkwi w szoku, choć chwilowo otępiony końską dawką relanium. Skoro szło się z nim względnie dogadać, nawet jeśli ktoś, chyba kobieta, narzekał na jego miękki argentyński akcent, znaczyło, że jest w porządku.
Nie było i już nigdy więcej miało nie być.
Miguel chciał pamiętać Julię taką, jaką była. Ładną, obsypaną piegami, wielkooką, z lekko uniesionym podbródkiem, dumnie wyprostowanymi plecami i z buńczuczną miną. Zawsze wiedzącą lepiej i potrafiącą więcej, do bólu szczerą. Tę Julię, która każdego dnia rzucała mu wyzwanie, ale też potrafiła docenić i szanować jak nikt inny. Była dziewczyną z wysokiej półki, niemniej dbającą o to, że czuł się jej wart, a nawet, że czuł się jej potrzebny. Choć na to ostatnie nie pozwoliła sobie w kluczowym momencie.
Może ponosił za to część winy. W końcu też nie był zbyt wylewny po śmierci Mathildy i Claude’a, siedział w Rosario i w samotności, mozolnie zbierał gnaty do kupy. Ale skąd miał wiedzieć, że role się odwrócą?
Zresztą tu Julia miała absolutną rację – śmierć nawet dwójki przyjaciół nie mogła się równać śmierci brata bliźniaka.
Miguel nie miał rodzeństwa. Nie miał nawet jakichś długotrwałych relacji wyniesionych z sierocińca. W jego własnym odczuciu wszystkie te opowieści o dozgonnych przyjaźniach tam zawiązywanych były jedną wielką bzdurą. Albo on słabo układał te klocki, co też mogło być prawdą. W każdym razie wówczas, pod drzwiami do mieszkania Julii, zagrała tylko rozpaczliwa próba nawiązania kontaktu, na pewno nie racjonalny osąd.
Równie często jak wspomnienia, nawiedzała go towarzysząca im myśl, że za wiele winy przypisuje sobie i że w gruncie rzeczy jest to objaw sporego zadufania. Ale nie tak łatwo przestać analizować i zastanawiać się, co jeszcze można było zrobić inaczej i czy wtedy Julia by żyła.
Rozległo się pukanie do drzwi.
Miguel, ocknąwszy się, przetarł twarz dłońmi i spojrzał w lustro na spuchniętą ze zmęczenia twarz i przekrwione oczy. Pomyślał, że będzie musiał nad tym popracować, nim wlezie przed kamerę, ale też nie jakoś szczególnie. Może ślady sponiewierania zadziałają na korzyść całej dramy.
Chciał pamiętać Julię taką, jaką była, ale pamiętał kępy zmierzwionych włosów, wyżartą do czaszki skórę z lewej strony, brak nosa i pusty oczodół, którym i tak zdawała się patrzeć na niego z wyrzutem, że nie podołał i jej nie ocalił.
– No?
– Rei.
– Wchodź.
Kon prześlizgnął się przez drzwi i zamknął je plecami, bo ręce zajęte miał kubkami z kawą.
– O, dzięki. – Miguel odebrał jeden z nich. – Jak tam?
– Na ile mogliśmy, na tyle się przygotowaliśmy – odparł Chińczyk ze zwykłą sobie flegmą. Również zarwał noc, to było oczywiste. – Zresztą wciąż mamy w odwodzie pozostałych, choć Jurij chyba nikomu nie ufa.
– Paranoik.
– Ja chyba też nie.
Lavalier uniósł brwi i spojrzał na Reia uważnie.
– Hm?
Kon pokręcił głową i wziął łyk kawy.
– Tu dzieje się coś naprawdę dziwnego – powiedział. – A po tym, jak okazało się, że Kenny…
– Przykro mi.
– W porządku. Po prostu trudno mi w to uwierzyć.
Rei mógł zachowywać spokój, ale odkąd zdrada Szefa stała się pewnikiem, chodził przygaszony. Wcześniej wydawało się, że obserwuje świat nieco z dystansu, ale nadzwyczaj czujnie, zawsze wyłapując najważniejsze wątki i informacje. Ten rodzaj zamyślenia wydawał się do niego kompletnie nie pasować.
– A ty?
Miguel zacisnął dłonie na ciepłym kubku, usiłując zignorować szum zmęczenia w głowie.
– Hiromi prawdopodobnie będzie chciała mnie zabić – odparł – ale to raczej nie nowość. Boże. – Przeczesał włosy palcami i zaśmiał się nieco jednak ponuro. – To frustrujące, że moja rola w tym wszystkim polega na ekshibicjonistycznych występach gościnnych.
– Cóż…
– Dobra, już nie narzekam. W końcu się przyzwyczaję. Każdy ma tu swój własny ból dupy, nie?
Rei uśmiechnął się krzywo.
– W każdym razie, powodzenia – powiedział.
– Wam też. I tobie z Jurijem.
Kon wzruszył ramionami.
– Było nie było, gdyby nie on, Hiromi mogła by być już martwa.
– Ta… – Miguel spuścił wzrok.
Trudno było tego nie docenić. Trudno było nie podziwiać. Samotna i – co najważniejsze – udana szarża robiła wrażenie, nawet jeśli Ivanow nie chciał wyjawić szczegółów zajścia. Po prostu się sprawdził. Udowodnił, że jest tu naprawdę potrzebny.
A oni?
– Która godzina?
– Ósma trzydzieści. Właściwie przyszedłem cię zabrać na odprawę.
– No dopsz… – Miguel podniósł ospały tyłek z krzesła. – Prowadź.

*

– Jestem głooodnyyy! – zawył Daichi Sumeragi, a minę miał przy tym tak nieszczęśliwą, że pozostali członkowie japońskiego zespołu jak na komendę zaczęli rozglądać się po ścianach.
– Młody człowieku, twoje obżarstwo jest wysoce nieprzyzwoite – skomentował pan Takara, obecny trener, o którym już szeptano, że straci pracę zaraz po Mistrzostwach, bo, jak pięciu poprzednich, nie jest w stanie zdyscyplinować żywiołowego lidera.
– Może sobie być, jakie chce, a ja nadal jestem głooodnyyy!
– Dopiero odszedłeś od śniadania.
– Myślę, że coś da się z tym zrobić – powiedział starczy głos od progu.
– Pan Daitokuji! – zawołał uradowany rudzielec i z entuzjazmem, jaki zdaniem wielu nieco nie pasował już do jego wieku, rzucił się ku człowiekowi, którego traktował jak dziadka. Ku człowiekowi, który prawdopodobnie odpowiadał swoim rozpieszczaniem za utrzymujące się rozwydrzenie, ku człowiekowi, który pozostał ostatnią bliską mu osobą, gdy wszyscy inni nagle zniknęli w ciemnościach.
– Witaj, mój mały chaosie. Jak ci się podoba Moskwa?
– Śmierdzi – ocenił Daichi, marszcząc zadarty nos. – I jakoś głupio dudni. I… – zastanowił się – za szybko się kończą śniadania.
Pan Takara westchnął z rezygnacją gdzieś w tle, a pozostali zawodnicy – Yumiko, Chiyo i Soh – już prężyli się w godnych pozach przed prezesem BBA.
– Panie Daitokuji, pragnę poinformować, że zespół jest gotów na pierwsze mecze – powiedział trener, bardzo poważny i bardzo siwiejący człowiek w bardzo starannie wypastowanych butach, robiący wszystko, by nie przynieść hańby swojej rodzinie. Choć czasem zastanawiał się, czy samo przebywanie z Daichim w jednym pomieszczeniu nie plami jej honoru.
– Dobrze to słyszeć – odparł staruszek z dobrotliwym uśmiechem i poczochrał czuprynę rudzielca, jakby to był sukces chłopca.
Daichi nie mógł tego widzieć, nie po tym, jak bestia odebrała mu wzrok, ale prezes unosił przy tym rękę bardzo powoli i bardzo ostrożnie. Co z kolei nie umknęło uwadze pana Takary. Pytanie o zdrowie zwierzchnika nie leżało jednak w dobrym tonie i nigdy nie przeszłoby mu przez gardło.
Zwłaszcza jeśli uczciwie należało przyznać, że by się tę śmierć z chęcią oglądało.
Nie od dziś mówiło się po cichu w półświatku, że najwyższy czas na zmianę warty, bo staremu Daitokuijemu sprawy wymykają się z rąk, a wielkie koncerny, zwłaszcza M&K, grają mu na nosie. Jak na złość jednak schorowany prezes cudownie zdrowiał, ilekroć plotki zdążyły go już położyć do trumny.
– Uroczystość otwarcia już za parę godzin, zaprezentujcie się godnie – powiedział Daitokuji, wkładając swojemu ulubieńcowi do ręki paczkę ciastek. Ten podziękował, owszem, ale już z pełnymi ustami.
– Tak jest, panie prezesie.
– Zobaczymy się ponownie po uroczystości, chętnie obejrzę trening.
– Tak jest, panie prezesie.

*

Balkow splótł dłonie na brzuchu i odchylił się w fotelu.
– Jestem pewien. Tego właśnie potrzebujemy – ocenił, wzrok wciąż trzymając utkwiony w ekranie komputera.
– Bai Hu? – Stojący za jego plecami Jean-Paul Barthez poprawił okulary z filtrem. – Tak to się czyta?
– Tak. Albo Diger, bestia Reia Kona. Kenny Saien przesłał właściwie kompletną analizę stoczonych przez niego walk i cały elaborat na temat ukrytych możliwości. Ale nas interesuje głównie to, że bestia jest pierwotna. Wiesz, nie tylko nie syntetyczna, ale z tych naprawdę starożytnych.
Jean-Paul uśmiechnął się pod nosem, doskonale wiedząc, dokąd prowadzi trop.
– Biedny dzieciak – westchnął z wypracowanym współczuciem, na które tak łatwo przez lata nabierał ofiary.
– Masz na myśli Saiena czy Kona? – Ilja rzucił mu szybkie spojrzenie i wrócił do ponownego przeglądania raportu.
– Właściwie obu, chociaż drugiego będzie bolało krócej.
– Pierwszy nie zauważy. Będzie zajęty czymś innym.
Barthez znów się roześmiał. Cicho, nie otwierając ust. Podszedł do szafki, żeby wyjąć cygaro z pudełka. Było nie było, dzień zapowiadał się dość intensywny, a słodkawy smak tytoniu działał uspokajająco jak nic innego i przypominał o prowansalskiej posiadłości, do której Francuz nie zaglądał od tak dawna.
Byli gotowi, wszystko zostało zapięte na ostatni guzik, uczestnicy turnieju prześwietleni, trenerzy także, odpowiednie osoby przekupione, media dokarmione, opinia publiczna przygotowana. Nawet gdyby BBA lub Biovolt – pozbawiony zresztą od kilku dni faktycznej głowy – zdecydowały się na spóźnioną reakcję, pozostało im niewielkie pole do działania. Wątpliwe zresztą, by nawet z Hiromi na wsparciu zdołali przewidzieć ruchy Opactwa. Dawka poszlak, jaką im sprzedano, była idealna, żeby zrekonstruować zaskakująco spójny, choć fałszywy obraz.
Och, naprawdę nie potrzebowali armii bladerów, jeszcze nie teraz w każdym razie. Teraz wystarczyło rozwścieczyć jedną starannie wyselekcjonowaną osobę i ukrytą w jej umyśle starożytną bestię, żeby wywołać reakcję łańcuchową.

*

Grono spiskowców powiększyło się o pozostałych członków Biovoltu, to znaczy mocno wkurzonego Garlanda i kumpli Jurija – Iava oraz Siergieja. Sam Ivanow krążył po sali konferencyjnej z rękoma za plecami i płonącym z gniewu wzrokiem.
– Żeby było jasne – mówił – jak przekazałem Hiromi, przejmuję tu dowodzenie. Sytuacja jest kryzysowa i nie możemy liczyć na niczyją delikatność. Jeden błąd z naszej strony i nie będzie czego zbierać.
Nikt już nawet nie protestował. Fakt był faktem, że potrzebowali przywódcy, a Garland, drugi formalny kandydat, kompletnie się do tej roli nie nadawał. Trudno było ocenić, czy Hiromi, sprowadzając Jurija do Moskwy, choć przez chwilę rozważyła taki obrót zdarzeń, ale jeśli, po raz kolejny należały się jej gratulacje. Jeszcze do niedawna zapijaczona i żałosna kreatura, zachowywała się teraz jak rasowy wódz zdolny skupić na sobie uwagę skrajnych indywidualistów i byłych gwiazd sportu, niekiedy w jednym.
W Opactwie szkolono go nie tylko na żołnierza. Miał być dowódcą. Generałem. Nie samym bogiem, to miejsce zostało zarezerwowane najpierw dla Kaia, a potem Brooklyna, ale archaniołem, jakkolwiek trudno było go sobie w tej roli wyobrazić.
– Przypominam podział obowiązków. Dzielimy się na cztery podgrupy. Garland i Brooklyn zostają w biurze. Garland koordynuje nasze ruchy w terenie, Brooklyn zbiera informacje od bestii. Miguel robi w mediach możliwie dużą gównoburzę, reszta wchodzi na teren stadionu, ja i Rei gadamy ze starymi znajomymi, Mystel zwisa z sufitu, Emily próbuje wyciągnąć coś od techników. Tyle. Każdy wie, co ma robić?
Po sali przebiegł szmer ogólnej aprobaty.
– I… Kurwa, uważajcie na siebie.
Zapadło nieco niezręczne milczenie. Rei uniósł lekko brew, widząc, że wodę w trzymanej przez niego szklance ścięła cieniutka warstwa lodu.
– Jurij? – Chińczyk patrzył na niego spokojnie, ale nieustępliwie, wzrokiem wytrawnego obserwatora i człowieka pewnego swoich racji. – Jest jeszcze coś, co powinniśmy wiedzieć, prawda?
– Oho? – Emily skrzyżowała ramiona na piersi i przysiadła na biurku. – To ja jednak jeszcze nie wychodzę.
Jurij posłał Reiowi spojrzenie, które naprawdę mogłoby zabić i warstewka lodu stała się nieco grubsza. Rosjanin spojrzał na Siergieja, mając nadzieję, że w krajanie znajdzie jakieś wsparcie, ale Petrow także ściągnął brwi nieco podejrzliwie, co na jego grubo ciosanej twarzy w ogóle wyglądało raczej sugestywnie.
– Psie…?
Wolborg zawarczała gardłowo wewnątrz czaszki. Tak naprawdę to chyba ona bardziej nienawidziła tego określenia.
Jurij zacisnął pięści. Wkurwiała go ta sytuacja. Wkurwiało go, że ludzie po prostu strzelają na oślep i trafiają. I choć gra toczyła się o tak wysoką stawkę… Nadal – na drugiej szali leżała prawdopodobnie jego własna skóra. Wygarbowana i gotowa do położenia przed kominkiem.
– Prawda – sapnął, czując, jak paznokcie wbijają mu się we wnętrza dłoni. – Jest coś… ważnego.
– No?
– Kai.

*

Już od paru dobrych lat, mimo utrzymywania pozorów sportu amatorskiego, beybladeing coraz bardziej przypominał zawodowstwo. Managerowie i sponsorzy skutecznie znajdowali kruczki prawne, za turniejami stały olbrzymie sumy, a poszczególne ligi otaczały sieci skomplikowanych powiązań. To, czego nie udało się oficjalnie przeforsować za czasów BEGA, nieoficjalnie, powoli, ale konsekwentnie działo się na drugim planie.
Nie wszyscy zawodnicy jednak mieli swoich menadżerów dbających o kontakty z bardziej lub mniej oficjalnymi strukturami. Nie dla wszystkich zatem znalazło się miejsce w ekskluzywnych hotelach.
Retha Mhalangu szczyciła się tym, że wszystko, od samego początku, załatwiała sobie sama. Obejmowało to także przyjazd do Moskwy z Johannesburga. Trochę za zaskórniaki, trochę stopem, trochę na gapę, trochę na krzywy ryj. I pomieszkiwanie tu, w bebechach stadionu, chyba zresztą nie do końca legalnie, ale kto by się tym przejmował.
I teraz jakiś bubek się tu przypałętał i zaczął komentować jej obozowisko i sposób bycia.
Retha jedynie na niego spojrzała, ale w taki sposób, że nie tylko zająknął się na ostatnim słowie, ale też stłumił chęć ucieczki. A wszystko to mimo faktu, że była o dobre dwie głowy niższą od niego dziewczyną.
Tłumaczył sobie, że jakiś wpływ na sytuację ma klucz francuski w jej dłoni. Albo fakt, że powyciągany top odsłania całkiem wyraźne bicepsy pod ciemną skórą.
– Eee… ciekawa fryzura? – próbował zmienić temat.
– Co ci się właściwie nie podoba, fagasie? – syknęła, mrużąc ciemne oczy. – To, że jestem kobietą, czy że jestem czarna?
– Zasugerowałem coś takiego? – Vincente uniósł brwi.
Retha odruchowo wytarła brudną od smaru rękę w spodnie i chłopak nie mógł oprzeć się wrażeniu, że zrobiła to, by klucz nie wyślizgnął się jej z dłoni, gdyby postanowiła go jednak użyć.
Za nią stał nieco rozbebeszony motor. Miejska legenda głosiła, że Mahlangu przyjechała nim z samego RPA, dając się jedynie przetransportować przez Morze Śródziemne. Raczej trudno było w to uwierzyć, choć podobno podróżowała w ten sposób na wszystkie afrykańskie imprezy. W tym jednak wypadku Vincente stawiał na to, że znalazła sobie jakiegoś gruchota na którymś z rosyjskich złomowisk.
Albo po prostu zwinęła niepilnowany sprzęt. Nie stanowiło tajemnicy, że do świata beybladeingu została wyciągnięta wprost z johannesburskiego gangu.
– Wyobraź sobie, że tak – odfuknęła.
– Sorry, nie chciałem, to miał być komplement. Chodziło o to, że jesteś… jedyna w swoim rodzaju?
– Nie wyszło.
Nie widział jej twarzy – jedynie burzę zafarbowanych na szaro i częściowo zaplecionych włosów – ale ton nie wróżył niczego dobrego. Najwyraźniej to, co o niej mówiono, było prawdą. A mówiono o niej całkiem sporo, także dlatego, że odmówiła zatrudniania jakiegokolwiek trenera czy managera. Sama wybierała turnieje, na których się pojawiała, sama organizowała sobie pobyt, sama się dokształcała. Wszystko w jej sportowej karierze przypominało prowizorkę z blachy falistej i baniaków.
A mimo to w Afryce nie miała sobie równych. Choć to akurat mogło być związane z faktem, że na tym kontynencie beybladeing stanowił nowość i siłą rzeczy nie stał na zbyt wysokim poziomie.
Co mogło oznaczać, że Rethę czeka bolesne spotkanie z rzeczywistością i, cóż, śmierć. Każdy blader musiał się z taką ewentualnością liczyć. Było jednak w tym wszystkim coś, co sprawiało, że cena ta wcale nie wydawała się wygórowana.
Retha nagle przerwała pracę, wyprostowała się i znów spojrzała na Vincente.
– Wiesz co? – warknęła. – Spierdalaj stąd.
– Przeszkadza ci, że jestem Latynosem, czy że jestem mężczyzną?
– Jedno i drugie. Ale to ja mam w ręce to. – Machnęła kluczem.
– Dobra, w porządku! – Uniósł dłonie w obronnym geście. – Tak tylko zagadałem!
Nie to nie, w sumie sam nie wiedział, po co podszedł. Chyba nieco z ciekawości. Chyba dlatego, że już za kilka dni mogli zabić jeden drugiego i jakoś tak wydawało mu się, że powinien wiedzieć, kto zyska potencjalną możliwość odesłania go na tamten świat.
Najwyraźniej się pomylił.
– No to do zobaczenia na ringu – rzucił i odszedł, wciskając dłonie w kieszenie luźnych spodni.
Tak właściwie nie jej przecież szukał.
Szukał pewnego Argentyńczyka, którego dawno temu, w poprzednim życiu, był gotów nazywać przyjacielem.

*

– NIE POWIEDZIAŁEŚ MI!
Biorąc pod uwagę stopień wzburzenia Reia, należało zapewne przyjąć, że wszystkie przewody w budynku są już jajecznicą. Jurij przyjął to zmarszczeniem czoła, uniesieniem wargi i ostrzegawczym warknięciem, choć to ostatnie mogło pochodzić od Wolborg. Siergiej też poruszył się raczej niespokojnie.
– Jak mogłeś mi nie powiedzieć?!
Jurij milczał z ustami zaciśniętymi w wąską kreskę.
Jak mógł? Och, przecież to oczywiste. Przecież jeszcze pięć minut temu nie miał pewności, czy Kai łatający jego rozpruty brzuch to nie delirka.
I tak po prawdzie nie wiedział, co mu tę pewność dało.
A, no i zostawała kwestia tożsamości mordercy. Taka tam kompletnie nieistotna.
– Rei, zostawmy to na później, co? Ranek nie potrwa w nieskończoność – całkiem niespodziewanie w sukurs Rosjaninowi przyszedł zniecierpliwiony Garland.
– Ale…
Jurij wywrócił oczyma.
– Wierz mi, stary, też byłem w szoku – powiedział. – Pewnie mniej pozytywnym, ale jednak. Serio, na świętowanie będzie czas potem.
– Ale to jak to… nie zginął? – Kon faktycznie wyglądał na coraz bardziej zdezorientowanego i oszołomionego, ale oczy błyszczały mu autentyczną radością.
– Zginął. I mu się odwidziało. Na własne oczy widziałem i jestem już niemal pewien, że to nie była delirka.
Rei zachowywał się zupełnie jak nie on – widać było, że kompletnie stracił nad sobą kontrolę. Chodził w tę i z powrotem, przecierał twarz, a z jego ust nie schodził kompletnie bezwiedny uśmiech.
– Że też drań się do mnie nie odezwał!
– Wygląda na to, że kryje dupę.
– A to cholerna wańka-wstańka! – sapnęła Emily z mieszanką zaskoczenia i niechętnego podziwu.
– Zdaje się, że woli, kiedy mówi mu się „feniks” – mruknął Siergiej ze swojego cichego kąta, który wypełniał całkowicie i totalnie. Tak naprawdę wystarczyłyby już jego wojskowe buty numer pięćdziesiąty czwarty, żeby to zrobić.
Miguel przewrócił oczyma.
– Tia – parsknął. – And I’m a death, I’m a fire.
– Nie zmienia to faktu – mruknął Rei spokojnym jak zwykle głosem, który jednak w tej sytuacji zabrzmiał cokolwiek upiornie – że jeśli dorwę gnoja, który chciał…
– …zabił…?
– …próbował…?
– Technicznie rzecz biorąc…
– Dobra, to jednak jest konfundujące.
– No, to jeśli dorwę tego gnoja, który dorwał Kaia – Kon wybrał wersję bezpieczną – wsadzę mu głowę do dupy tak głęboko, że zobaczy świat po raz ostatni przez własne gardło. Zaraz po tym, jak wypatroszę tego, który groził Hiromi.
Jurij i Miguel synchronicznie unieśli po brwi i spojrzeli na siebie w zupełnie niespodziewanym dla obu odruchu.
Zrozumienie przyszło ułamek sekundy później.
Szczęśliwie Rei, pchnięty tłumionym gniewem do jakiegokolwiek ruchu, zdążył odwrócić się do okna.
– Obawiam się, że w twojej wizji jest pewna anatomiczna zagwozdka – zauważył Mystel.

*

– Miguel?
Głos Jurija dosłownie osadził go w miejscu, ale też nie szedł zbyt szybko. Jakaś jego część dążyła do spotkania w cztery oczy.
Korytarz pustoszał powoli i jeszcze tylko Emily, przechodząc obok, rzuciła obojgu nieco skonsternowane, a nieco zaniepokojone spojrzenie. Machnęła jednak ręką i zniknęła w windzie.
– Dlaczego? – spytał Lavalier.
– Wkurzył mnie – burknął Ivanow.
– Zabijasz każdego, kto cię wkurzy?
– Zauważ, że jeszcze żyjesz. Zresztą mógłbym zapytać o to samo.
– Wkurzyła mnie.
– Wysadzasz auta każdemu, kto się wkurzy?
– Jeśli je ma.
To z pewnością nie były tematy do żartów i obaj mieli tego świadomość, ale jednak absurd sytuacji wycisnął na ich twarzach cienie gorzkich uśmiechów.
– No to obaj mamy przesrane – parsknął Jurij.
– Chętnie zobaczę, jak Rei wsadza ci głowę do dupy.
– Bez wzajemności. Nie chcę cię oglądać bez portek, wybacz.
– Ale tak bardziej serio… – Twarz Miguela zmieniła się w ułamku sekundy, kiedy wróciło na nią skupienie. – Tak jakby oznacza to, że jesteś mordercą.
– Nie wyglądasz, jakby to robiło na tobie jakieś szczególne wrażenie – zauważył Jurij, unosząc brew z podejrzliwością.
Lavalier wzruszył ramionami.
– Mam swoje podejście do beybladeingu – odparł. – Ale jednak czułbym się bardziej komfortowo, wiedząc, dlaczego rozwaliłeś głowę Kaia.
Ivanow wcale nie miał ochoty się z tego zwierzać. A już na pewno nie człowiekowi, który regularnie rozbudzał w nim chęć kolejnego mordu.
– Akurat twój komfort…
– Ta, wiem, ale jakby współpracujemy.
Jurij zmarszczył brwi i jego twarz znów zaczęła przypominać wilczy pysk.
– No i tyle byłoby z cywilizacji… – westchnął Miguel, a mgnienie oka później poczuł, że uderza plecami o ścianę. – Mam konferencję za kilka godzin – przypomniał trzeźwo.
Palce Ivanowa rozluźniły się i Rosjanin wypuścił z dłoni ubranie Lavaliera.
– Dobra, przyjąłem do wiadomości – mruknął ten, doprowadzając się do porządku. – Nie drążę tematu. Ale jest jeszcze coś.
– Co.
– Obaj wiemy, że to może się nie udać.

*

– Boże, jaki kicz – skrzywiła się Emily, z bezpiecznego dystansu obserwując przygotowania do ceremonii otwarcia Mistrzostw. – No dopsz. Agenci rozstawieni, działa wycelowane. Sztandary wzniesione i takie tam.
Jurij skomentował sprawę solidnym siorbnięciem bananowego mleczka z kartonika, którym usiłował od jakiegoś czasu wypełniać powstałą po odstawieniu wódki dziurę w duszy.
– Mówił ci ktoś kiedyś, Ivanow, że kompletnie nie masz wyczucia dramatyzmu?
York spojrzała na Reia, ale ten nadal miał na twarzy wyraz błogiego oszołomienia. Może faktycznie lepiej było mu nie mówić.
Przewróciła oczyma.
– Jeśli Hiromi mnie za to nie zabije…
– Oczywiście, że cię zabije.
– Hej! – odezwał się nagle Kon, wskazując w tłumie barczystą, wysoką sylwetkę. – Czy to nie jest ojciec Maxa?
– Co? Kto? Oż w mordę… – Emily poprawiła okulary, jakby to mogło pomóc jej rozpoznać człowieka, którego tak naprawdę nigdy nie oglądała na oczy. – Jesteś pewien?
Kon przemyślał sprawę.
– Tak – odparł. – Stuprocentowo.
Jurij zgniótł pusty kartonik.
– Trzeba go dogonić i wyrwać szkity? – zapytał, unosząc brew.
– Nie… Chyba nie… Nie wiem… – Rei przeniósł na niego spojrzenie. – Nie mam bladego pojęcia, co może tu robić. Zagadam do niego.
– W razie czego, krzycz głośno.
I wtedy rozbrzmiała ta melodyjka.
– Erm…
Motyw przewodni z „My Little Pony”.
– Nic ci do mojego dzwonka. – Emily przełknęła ślinę, wyciągnąwszy telefon z kieszeni i zobaczywszy, kto dzwoni. – Łoj, będzie zjebka – mruknęła, odwracając się do Reia i Jurija plecami. – To Hiromi.
Kon, jak zwykle oszczędny w okazywaniu emocji, ograniczył się do przygryzienia wargi w oczekiwaniu na cios.
A ten nadszedł z impetem, bo nawet stojąc dwa kroki dalej, Chińczyk słyszał wrzask Tachibany. Nie rozróżniał słów, ale treści można się było domyślić.
– Kochana… Kochana, uspokój się… Nie… Matko… Dasz mi dojść do sło… Co?! Nie, w życiu! Słuchaj, może… No, OK.… Ta, ta, oczywiście… Wiesz, pogadamy później. Nie denerwuj się. Co? Nie, oczywiście, że nie mam pod kontrolą! Ich?! Nie wymagaj ode mnie za dużo!
No, pomyślał Rei, przynajmniej jest szczera.
Emily rozłączyła się i westchnęła głęboko.
– Jest wkurwiona na maksa – powiedziała. – Mam nadzieję, że nie ucieknie ze szpitala w piżamie i kapciach, żeby wykręcić mi suty, a wam jaja.
– Oj – skomentował beznamiętnie Jurij.
– No oj. Nikt jej ostatecznie nie powiedział, że Miguel jest w Moskwie. To tak przy okazji. A zajrzała do planu konferencji.
Rei także westchnął, bo cóż miał zrobić.

*

Był zdenerwowany. Tak zdenerwowany, jak nie zdarzyło się od dawna. Ostatnie lata wypełniała raczej frustracja i poczucie tkwienia w pułapce bez wyjścia. Nie miał celu, nie miał czego bronić, więc nie miał się też o co martwić. Teraz cel się pojawił, a wraz z nim wróciły dawne lęki.
Że nie podoła.
Miguel wymagał od siebie sporo, i jako blader, i jako kapitan. Tym więcej, im mocniej docierało do niego, że w drużynie ma głównie figurki z saskiej porcelany i jeśli pozwoli je stłuc, proces sklejania może go zwyczajnie przerosnąć, bo w sklejaniu za dobry nigdy nie był. Co prawda ani Rei, ani tym bardziej Jurij za wiele z porcelany w sobie nie mieli, ale za to wzrosła stawka. Miguel zdecydowanie nie chciał się okazać najsłabszym ogniwem.
Po prostu rób, co do ciebie należy, powtarzał sobie, po raz kolejny wycierając spocone dłonie w nogawki spodni.
Ceremonia otwarcia okazała się szczęśliwie dość nudną, choć niewątpliwie po rosyjsku wystawną imprezą i dziennikarze szukali czegoś, czym można by podgrzać emocje. Wykazali więc zainteresowanie niespodziewaną konferencją prasową, w czym niewątpliwa była też zasługa działań Hiromi sprzed niemal czterech miesięcy.
Miguel dał się zapowiedzieć i usiadł za stołem na krześle wciąż ciepłym po tym, jak wygrzał je znienawidzony tyłek Hitoshiego. Szczęśliwie minęli się na korytarzach, nie wchodząc sobie w drogę, bo Lavalier nie był do końca pewien swojej reakcji na to spotkanie, zwłaszcza że Gargoyle coraz częściej domagał się uwagi.
Moment, w którym podstawiano mu pod nos mikrofon i obowiązkową szklankę wody, wykorzystał na ostatni głęboki oddech.
Chciałby, żeby głębokie oddechy naprawdę działały, ale serce wciąż uparcie tłukło mu się jak szalone zdecydowanie za blisko przełyku.
– Witam szanownych państwa i dziękuję za tak liczne przybycie – zaczął, automatycznie przestawiając się na uprzejmy, spokojny ton, kiedyś dość zwyczajny, przez ostatnie miesiące zarezerwowany głównie dla mediów. – Jesteśmy tu dzisiaj, w Moskwie, w dniu otwarcia Mistrzostw, bo wszystkich nas łączy w jakiś sposób beybladeing. Zmierzając tu, widziałem wielu fanów, wiele radości i oddania dla ulubionych zawodników. To byłoby bardzo budujące. Byłoby, gdyby nie fakt, że wielu sportowców nie dożyje finału. Zastanawiam się, jak to możliwe, że zapominamy o tym fakcie?
Sala czekała cierpliwie. Miguel miał już wyrobioną opinię w mediach i na pewno spodziewano się po nim takiego tonu wypowiedzi. W końcu powoli, acz konsekwentnie wyrastał na jednego z głównych przeciwników beybladeingu w ogóle.
– Wszyscy jesteśmy hipokrytami. Ja także, siedząc tu i tylko mówiąc, podczas gdy za dwie godziny ma rozpocząć się mecz otwarcia i poleje się pierwsza krew, a pierwszy z młodych ludzi pożegna się z życiem, gdyż, jak mi wiadomo, obaj bladerzy rozpoczynający imprezę, Max i Daichi, używają dysków M&K. Można sobie zadać retoryczne pytanie: który z nich powinien zginąć? Który bardziej na to zasłużył? Oczywiście sam moment śmierci zostanie wycięty z telewizyjnych relacji, jak zawsze nadawanych z parosekundowym opóźnieniem, a uwagę kibiców na stadionie odwrócą w odpowiednim momencie fajerwerki i inne krzykliwe efekty kończące mecz. To jednak, że nie pozwalamy umierać bladerom godnie, że nawet tego nie zauważamy, nie oznacza, że śmierć staje się mniej realna. Zawodnicy to nie bohaterowie filmów albo gier komputerowych, choć tak zwykliśmy ich traktować. Już nie wstaną. Nie wrócą… – Miguel poczuł lekkie drapnięcie w gardle, więc sięgnął po szklankę z wodą.

*

Kai krążył samotnie po niekończących się, ponurych korytarzach posiadłości Hiwatari. Z uporem deptał wzorzyste chodniki bezskutecznie usiłujące dodać nieco ciepła lodowatym posadzkom, mijał poszarzałe od martwoty twarze sportretowanych przodków. Źle się tu czuł, pod uważnym spojrzeniem historii rodu Hiwatari, ale nie potrafił tak po prostu siedzieć w gabinecie i czekać, nie wytrzymywał tego. Tym razem nie mogło być mowy o pojawieniu się w terenie. Groźba zdemaskowania to jedno, drugie – widmo nieodpowiednich skojarzeń, gdyby coś poszło nie tak. Więc zostawało właśnie to – krążenie jak, nomen omen, duch po własnym domostwie.
Kai miał zstąpić na pogorzelisko jako mesjasz. Jako twórca nowego porządku. Dysponent siły mogącej uciszyć burzę, władca nad nieokiełznanym i dzikim. Ten, który przynosi spokój.
Więc łaził bezproduktywnie w tę i we w tę, po raz kolejny wydeptywał te same, tak dobrze juz znane ścieżki i myślał. Trochę wbrew sobie zresztą.
Nie chciał się do tego przyznawać, ale bał się. Może nawet miał jakieś wątpliwości, a to sprawiało, że znów czuł się słabszy - w końcu jego dziadek nawet nie mrugnąłby okiem, posyłając dawnych towarzyszy na pierwszą linię frontu. Kai nie miał wyrzutów sumienia spowodowanych zdradą, bo tych pozbył się całe lata temu, ale jednak wolałby, gdyby Reiowi nic się nie stało, a taki scenariusz wydawał się wręcz niemożliwy.
Jeśli wszystko poszło zgodnie z planem, Kenny był już w samolocie do USA, bezpieczny i nie do końca świadomy, co naprawdę ma się wydarzyć.
Młody Hiwatari wciąż obawiał się, że straci jego lojalność. Na razie opierał się głównie na tym, że świat Saiena, jak świat każdego z Breakersów, a zwłaszcza G-Revów, orbitował wokół Takao. Ale przecież to była tylko czarna magia emocji, nic ponad to, i wobec nieubłaganych faktów wiara, że lojalność wobec przyjaciela to wystarczające usprawiedliwienie dla zdrad i przelanej krwi, mogło po prostu wyparować.
Gra była ostra, musiała być ostra, a Kai nie mógł w nieskończoność odsuwać od siebie myśli o konsekwencjach. Ktoś na jego miejscu, z jego władzą i planem, nie powinien się wahać.
A jednak czuł – po raz kolejny – że nie dorósł do końca do tej roli. Całe jego życie było dorastaniem do jakiejś roli.

*

– Nie jest tajemnicą, że straciłem na stadionach troje członków zespołu, sam uchodząc z życiem dzięki zbiegowi okoliczności – kontynuował Miguel z narastającym poczuciem surrealizmu. – Dokument na ten temat jest dostępny już od dwóch miesięcy. Ale, choć przez moment nazywano go szokującym, nie pokazuje wszystkiego. Nie pokazuje, jak okrutna w istocie jest śmierć bladera i co ukrywa się pod warstwą gładkich słówek i pudru. Śmierć Mathildy, tę, która pozwoliła mi zrozumieć, co naprawdę się dzieje, oglądałem z trybun, tak jak wy będziecie oglądać dzisiaj śmierć Maxa lub Daichiego. O śmierci Claude’a dowiedziałem się przez telefon. Ale zdarzyło się coś jeszcze, coś, co pozwoliło mi zrozumieć, jak strasznym losem jest w istocie nieodwracalne połączenie bladera i bestii, nawet wówczas, gdy zawodnik wycofuje się ze sportowej kariery. Dotąd wielokrotnie już słyszałem, że nikt przecież nikogo nie zmusza do udziału w meczach, że gdyby zawodnicy bali się śmierci, nie zgłaszaliby się na turnieje. Ale to nie do końca prawda. Wielu z nas padło początkowo ofiarami niewiedzy. To także nie jest już tajemnicą. Niemniej zerwanie ze sportem nie wszystkim ocaliło życie. Prawdopodobnie wielu z was pamięta hiszpański zespół F-Dynasty, złożony z dwójki rodzeństwa Fernandez, Raula i Julii. Raul zginął podczas meczu, ale jego siostra, a moja… – Lavalier przełknął ślinę – moja dziewczyna już nie.
Na sali wreszcie zrobiło się jakieś poruszenie, ktoś szurnął krzesłem, ktoś inny zaczął szukać czegoś w torebce.
Miguel z niepokojem stwierdził, że po jego plecach zaczynają przebiegać dreszcze. Nagle, zupełnie niespodziewanie, poczuł się, jakby był chory, choć wiedział, że to nieprawda. Po pierwsze, nie chorował. Po drugie, nie miałby się od kogo zarazić. Po trzecie, naprawdę nie chorował. Ostatni katar złapał dobre dziesięć lat temu, ale wychowawczyni powiedziała mu, że ma się ogarnąć, to się ogarnął.
– Julia Fernandez, co ukryto przed mediami, podejrzewam, że ze względu na pieniądze, popełniła samobójstwo, prowokując własną bestię. Umarła od głębokich poparzeń elektrycznych, które praktycznie pozbawiły ją połowy twarzy i usmażyły mózg oraz część organów wewnętrznych. Sądzę, że bardzo cierpiała. Sądzę, że bardzo cierpiała także wcześniej, skoro zdecydowała się na tak drastyczny krok – opanował łaskotanie w gardle, ale jego głos brzmiał słabo, a chrypka stała się wyraźniejsza. Niczego nie mógł na to poradzić. Po sali zaczęły jednak nieść się szepty, więc postanowił po prostu kontynuować. – Uważam więc, że nie można traktować jak źródła rozrywki czegoś, co jest gotowe w każdej chwili zniszczyć swojego nosiciela w taki sposób. Bestie nie są zabawkami. Nie są naszymi przyjaciółmi. Nie wiem, nikt nie wie, czym w istocie są, ale na pewno czymś potężnym i pozbawionym skrupułów. I wtłaczacie to w głowy dzieci. Może Mistrzostwa Świata to dobry moment, żeby zastanowić się dlaczego. Ja się zastanawiałem, zastanawiam się za każdym razem, kiedy budzę się w środku nocy z obrazem mojej dziewczyny z wypaloną skórą twarzy przed oczyma. Bestie zabrały mi drużynę, wielu znajomych i najwspanialszą osobę, jaką znałem. I zabierają codziennie. A tutaj – Miguel dotknął czoła – czeka bomba z opóźnionym zapłonem. Kiedy myślę… Kiedy myślę o tym, co może się pewnego dnia stać, zaczynam podejrzewać, że… – przełknął ślinę – Julia wybrała właściwie. I ja też powinienem zrobić to samo.
Szmer wzmógł się znowu, ale Miguel jeszcze nie skończył. Zacisnął pięść pod stołem, zmuszając się do podniesienia głosu.
– Tylko że mam jeszcze pewne sprawy do załatwienia. Trochę czasu zajęło mi otrząśnięcie się i zrozumienie tego, ale w końcu przyszedł czas, a ja mam dość sił, żeby publicznie oskarżyć winnych. A pierwszym z nich będzie Romero Abrego, hipokryta, który obecnie zbiera dowody uznania jako prezes fundacji Nowy Świt, a przed rokiem uciekł jak ostatni tchórz po śmierci Raula Fernandeza, zostawiając nastoletnią dziewczynę samą z jej tragedią. Panie Abrego – Miguel spojrzał w kamerę – ma pan jej krew na rękach i dopilnuję, żeby pan za to zapłacił. Będzie pan pierwszy, ale obiecuję to każdemu z winnych naszego cierpienia i śmierci.

*

– Panie Mizuhara?
Obrócił się wyraźnie zaskoczony, ale już ułamek sekundy później rozluźnił brwi, rozpoznawszy znajomą twarz.
– Rei! Nie wiedziałem, że jesteś w Moskwie!
Kon podszedł bliżej z uprzejmym uśmiechem, żeby przywitać się z ojcem Maxa.
– Przyjechałem tu z Laiem – wyjaśnił zgodnie z prawdą.
– Ach, tak – przyznał Taro łagodnie nieobecnym głosem. – Widziałem plakaty. Bardzo mi przykro z powodu tego, co się stało.
Rei przytaknął. Nie ciągnął tematu. To nigdy nie prowadziło do niczego dobrego, a poza tym pan Mizuhara musiał sporo w tym względzie przechodzić. W końcu Max ryzykował podobnym losem każdego niemal dnia. To, co dla innych miało stanowić przestrogę, dla niego pozostawało okrutnym przypomnieniem o losie jedynego syna.
– Pan pewnie do Maxa?
– Erm… Tak… To znaczy…
– Proszę się nie tłumaczyć. – Kon uniósł dłoń w uspokajającym geście wycofania.
– Chciałem go chociaż zobaczyć – przyznał Taro ze smutkiem.
Wyglądał naprawdę fatalnie. Na zagubionego i bezradnego. Na kogoś, kto stracił impet i zaczyna to wreszcie zauważać.
– To znaczy, że nie mógł pan… jakby…
Mizuhara pokręcił głową.
– Max jest już prawie pełnoletni – odparł. – Judy z kolei nigdy nie straciła praw rodzicielskich. To była jego decyzja. To on przestał się odzywać.
Rei z trudem mógł w to uwierzyć. A jednak… Jednak fakty mówiły same za siebie. Łagodny, dobry chłopak z przeszłości już nie istniał. Wycofał się do żółwiej skorupy, schował za mantrą o zwycięstwie i stracił z oczu wszystko inne.
W tym jedynego człowieka, który naprawdę go kochał.
– Panie Taro… Bardzo mi przykro.
– Tak, mnie również. – Mizuhara odwrócił wzrok, strzelił spojrzeniem po okolicy. – Gdybym mógł przewidzieć…
– Nikt z nas nie mógł przewidzieć.
Kon wiedział już, że to zły adres, że Taro nie ma żadnych ciekawych informacji, że jest tylko zagubionym turystą, który przybył tu w rozpaczliwym odruchu, ale nie mógł zmusić się do nagłego i obcesowego zakończenia rozmowy.
– Rei… Chłopcze…
Podniósł wzrok na Mizuharę, na tę jego nieznośnie zmartwioną twarz.
– Tak, proszę pana?
– Gdybyś go spotkał… – Mężczyzna zagryzł wargę. – Gdybyś spotkał mojego syna i miał okazję z nim porozmawiać, nie mów mu, że tu jestem, dobrze? Tak będzie dla wszystkich lepiej. Chciałem go tylko jeszcze raz zobaczyć.
Rei utkwił na moment wzrok w płytkach chodnikowych.
– Pana żona tu jest? – spytał, próbując brzmieć neutralnie.
– Judy? Trudno mi wyobrazić sobie, że miałaby nie przyjechać.
– Ale nie wie pan na pewno?
Taro pokręcił głową.
– Nigdy niczego nie wiedziałem o niej na pewno. O to właśnie w tym wszystkim chodzi. – Przez usta Mizuhary przemknął gorzki, smutny uśmiech. – Że nigdy niczego nie wiedziałem na pewno.
No tak, w końcu jeszcze kilka lat temu, tuż po zakończeniu turnieju Justice 5, wydawało się, że wszystko będzie dobrze. Judy spędziła kilka miesięcy w Japonii wraz z mężem i synem. Max był wówczas szczęśliwy, naprawdę szczęśliwy, nie tylko pogodny.
A potem matka porzuciła go po raz kolejny, uznając, że niewielka restauracja w centrum Minato to zdecydowanie zbyt ciasny dla niej świat.
– Dobra, nie zabieram ci czasu – niespodziewanie to Taro uciął rozmowę. – Ale zostawię ci kontakt do siebie, dobrze będzie pogadać z kimś znajomym.

*

Pytania spadły na niego prawdziwym gradem. Nie zignorował żadnego – na każde odpowiadał ostro, z pewnością w głosie i zapalczywością skierowaną w winnych. Gargoyle był zadowolony. Wypełniał ciepłem żołądek, pulsował w skroniach i wrzał między łopatkami. Z trudem dało się go utrzymać na wodzy.
Chciał robić to, do czego został stworzony. Chronić. Wypalać pas ziemi między ofiarami a oprawcami, zamieniać tych drugich w popiół. Patrzeć na płomienie i czuć satysfakcję z dobrze wykonanej roboty. Przyjmować ciosy na swoje kamienne, niewrażliwe ciało, a potem za każdy z nich odpłacić się z nawiązką.
Błyski fleszy wzmogły się, gdy Miguel zwrócił się bezpośrednio do przeciwników beybladeingu, namawiając ich do wyjścia na ulicę, i obiecał, że pojawi się na demonstracji sam. Wypowiedział wojnę wszystkim – Romero, Balkowowi, Barthezowi, BBA, BEGA, Hitoshiemu i Judy Mizuharze, a na końcu organizacjom pozarządowym i Kremlowi.
– Gdzie jest UNICEF?! – zagrzmiał, czując już, że zdobył władzę nad salą konferencyjną. – Gdzie Amnesty International?!
Kiedy wychodził, zostawiał za plecami trwającą burzę.
Drżał, a Gargoyle płonął nieustającym ogniem słusznego gniewu. Korytarz rozmazywał się, podłoga ustępowała pod stopami miękko jak gąbka.
Udało się.
Naprawdę się udało.
I wtedy, jak otrzeźwienie, przyszedł stalowy chwyt na ramieniu i uderzenie pleców o ścianę.
– Nie wiesz, z kim zadzierasz, gnoju – słowa padły po angielsku, ale z bardzo wyraźnym rosyjskim akcentem.
Miguel zobaczył przed sobą twarz jak maskę. A potem ramię szarpnęło go i zmusiło, by szedł dalej krok w krok z eleganckim jegomościem w doskonale skrojonym garniturze.
– Jeśli sądzisz, że Kreml ci na to pozwoli, grubo się mylisz – mówił mężczyzna cichym, ale niemożliwym do zignorowania głosem. – Kreml wie, jak z tobą postępować. Kreml wie o tobie wszystko.
Lavalier mimowolnie przełknął ślinę. Musiał przyznać, że tego się nie spodziewał.
– Jestem tu z ramienia rządu Argentyny – przypomniał. – Chroni mnie…
– Jesteś przede wszystkim w Rosji. Nic cię nie chroni. Nic, prócz, powiedzmy, zdrowego rozsądku.
Gargoyle wpompował kolejną porcję żaru w kapilary.
– Jeśli sądzicie, że jesteście w stanie mnie zastraszyć…
– …to doskonale wiemy, co mówimy – mężczyzna znów nie pozwolił Miguelowi dokończyć. – Więc dobrze się zastanów, jak zamierzasz spędzić to popołudnie.
Próbował się wyrwać, ale wtedy silna dłoń zaplątała się w jego włosy, szarpnęła i wymusiła upadek.
To jednak był koniec – zbierając się na kolana, Lavalier słyszał oddalające się kroki.
– Niedoczekanie – burknął i otrzepał spodnie.

*

Wolborg lubiła takie zabawy. Lubiła węszyć. Czaić się, a potem rzucać do gardła bez ostrzeżenia. Jurij czuł ją tak namacalnie, jak już dawno sobie na to nie pozwalał. Zupełnie jakby stała tuż obok, niczym wierny pies przy nodze pana, który tylko czeka na moment, by spuścić ją ze smyczy z sakramentalnym „Bierz go!”
– Nie tym razem.
Jeszcze zobaczymy.
Ivanow patrzył ze swojego miejsca, jak Rei kończy rozmawiać z ojcem Maxa Mizuhary i znika w tłumie. Nie dał znać, że usłyszał coś istotnego, a zatem bezpośredni kontakt nie wydawał się na razie konieczny. Jurij ruszył więc w swoją stronę.
Na stadionie i wokół niego robiło się coraz bardziej tłoczno. Przed wejściem wybuchło jakieś zamieszanie, ale co dokładnie się dzieje, obiecała sprawdzić Emily. Jeśli wszystko szło zgodnie z planem, miało to jakiś związek z Miguelem.
– Jurij? Jurij Ivanow, eksportowy skurwiel Rosji?
Zamarł na moment, czując, że po jego ciele rozchodzi się lód. Zanim się obrócił, usiłował przypasować głos do twarzy, ale nie potrafił.
Obrał więc inną taktykę, całkiem sobie bliską. Niespodziewanie spojrzał wprost w twarz intruza i zmierzył go spojrzeniem od stóp do głów.
– Tak, zdecydowanie tak właśnie sobie ciebie wyobrażałam. Retha Mhalangu.
Stała przed nim… cóż, dziewczyna – to mógł powiedzieć na pewno. Ciemnoskóra, ale o pomalowanych na szaro włosach, z licznymi kolczykami w uszach i dwóch w nosie, ubrana w brudny od smaru podkoszulek i szorty. Bosa.
Oraz – co najważniejsze – najwyraźniej w ogóle nie zrażona jego lodowatym spojrzeniem.
– Czego chcesz?
– Właściwie niczego. – Wzruszyła ramionami. – Tak po prostu, chciałam zobaczyć twój ryj na żywo.
Uniósł brew.
– Aha. Powinienem czuć się…
– Jaki tam sobie chcesz. Kurwa, ale ty masz zakazaną mordę.
Uniósł drugą brew.
– Nie no, to akurat komplement.
– Hm.
– Ale nie spodziewałam się, że cię tu zastanę. – Retha zmrużyła oczy nieco podejrzliwie. – Mówili mi, że zniknąłeś.
Mięśnie na plecach Jurija ponownie się napięły.
– Kto ci mówił?
– Ludzie. Tak ogólnie. Wiesz, bladerzy. Jesteś legendą, a o legendach się rozmawia, kiedy nie ma innych wspólnych tematów. Przyszedłeś zobaczyć mecz otwarcia?
– Może jestem skurwielem, ale nie bawi mnie zabijanie dzieciaków – warknął Jurij w odpowiedzi.
– Mhm. To co tu robisz?
– Zamierzałem zdybać kilku gości, jeśli musisz wiedzieć. O to samo mógłbym spytać ciebie. Myślałem, że zawodnicy nigdzie się teraz nie ruszają bez ochrony i oddziału pedicurzystów.
– Weź spierdalaj. Mieszkam tu. I sama się chronię.
– Mieszkasz? – Ivan wbrew sobie musiał przyznać, że czuje się zainteresowany.
– Więcej przestrzeni niż w hotelu, nie? Kogo szukasz? Może widziałam.
Jurij zmrużył oczy.
– Właściwie już znalazłem – odparł. – Sorry, koniec audiencji.
– Jak sobie chcesz, bubku.
Wyminął Rethę i podążył wprost ku Miguelowi, który od jakiegoś czasu stał w cieniu, schowany przed wścibskimi oczyma, ale jednak patrzący na Ivanowa raczej znacząco.
– No?
– Wiem, co robić, ale potrzebuję twojej pomocy – zaczął Lavalier bez wstępu.

*

Emily obserwowała całą sytuację z bezpiecznego dystansu. Nie ona była tu od tego, żeby pchać się przed kamery, zresztą gdyby ktoś ją prosił o wypowiedź do mikrofonu, warknęłaby co najwyżej „spierdalaj” i gówno by z tego wyszło.
Gdyby chodziło o jakąkolwiek inną sprawę, nie o mordowanie dzieciaków, żałowałaby pewnie, że nie pomyślała o popcornie.
Jeśli dobrze szacowała, sporą część rozbudowanego kordonu bezpieczeństwa przerzucono przed wejście na Biovolt Stadium na czas przyjazdu wipów. Prezesi BBA, BEGA, przedstawiciele M&K i innych większych koncernów, które nie zbojkotowały Mistrzostw – na wszystkich czekał zdezorientowany, wyprowadzony tłum dziennikarzy rządnych sensacji, a do nich dołączali powoli inni, oczekujący najzwyklejszych w świecie wyjaśnień. We wszystkim tym była głęboka hipokryzja – owszem. W końcu wcześniej jedni i drudzy bezwolnie dawali się prowadzić za rękę i odwracali wzrok, kiedy im kazano. Sytuacja nie mogła się tak bardzo zmienić przez zaledwie godzinę.
Emily uniosła kącik ust w krzywym uśmiechu. Hiromi miała pełne prawo być wściekła, tak, ale niech ją licho, jeśli nie doceni tego, co już udało się osiągnąć.
Wrzawa się wzmogła i York zmrużyła oczy w skupieniu.
Oto przyjechali – gwiazdy i ofiary tego wieczoru w jednym. Daichi Sumeragi i Max Mizuhara.


* Mr. Dickenson - pan Daitokuji w amerykańskiej wersji językowej.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 10 sierpnia 2016, 23:23

*

– Pani naprawdę powinna wrócić do łóżka, dziecino.
Hiromi nie odwarknęła czegoś niegrzecznego tylko dlatego, że jej sąsiadka ze szpitalnej sali dobijała uczciwej osiemdziesiątki.
Brakowało jej papierosów. Tak bardzo brakowało jej papierosów. Już kilka razy przyłapała się na tym, że unosi palce do ust, a tam okrutne nic. To sprawiało tylko, że zaczynała chodzić jeszcze szybciej. Szuranie jej kapci nie ustawało od dobrych dwóch godzin, mimo powtarzanych co jakiś czas napomnień.
Powariowali. Nie, zaraz, wróć. Wariatami byli już wcześniej. Po prostu teraz przejęli inicjatywę, dorwali się do zabawek i z jakichś niewytłumaczalnych względów nikt nie przerwał marszu ku czerwonemu przyciskowi z kuszącym napisem ZAGŁADA. Jak Emily, Rei i Mystel mogli do tego dopuścić? Gdzie wówczas byli – gdzie były ich mózgi? Co sobie myśleli? Hiromi nie potrafiła wyobrazić sobie żadnego innego usprawiedliwienia, prócz ciężkiego zaćmienia umysłu i chorej, paraliżującej fascynacji przy oglądaniu Jurija i Miguela w kuriozalnej akcji dwójkowej.
Jasne, sama oddała dowodzenie Ivanowowi, nie za bardzo miała wybór. Ale oddanie dowodzenia to jeszcze nie oddanie kontroli. To nie bezwolne podążanie za skrzywionym umysłem, a już na pewno nie dopuszczanie na fotel pilota drugiego pojeba.
Tachibana wiedziała, że to ugryzie w dupę wszystkich.
Naprawdę wszystkich.
Przystanęła na chwilę, kiedy wydało jej się, że w telewizyjnej relacji wychwyciła coś ciekawego – ale nie, wciąż te same grzeczne mantry, wciąż ten sam sposób bagatelizowania sytuacji. Było to nieomal fascynujące, jak bardzo to, co pokazywał rosyjski Program 1 różniło się od tego, co Hiromi znajdowała w niezależnych źródłach. Co jakiś czas odświeżała w telefonie obserwowane strony, w tym kilka prywatnych kont twitterowych. Wiedziała więc, że telewizyjną spikerkę ustawiono bardzo sprytnie, a jej promienny uśmiech maskuje pogarszającą się z minuty na minutę sytuację.
Raczej nie to mieli na myśli decydenci, zwiększając kordon bezpieczeństwa, ale pewnie teraz błogosławili własną zapobiegliwość.
Balkow nadal nie uderzył. Nigdzie nie było widać owych zaginionych wychowanków Opactwa, uzbrojonych po zęby i gotowych do mordu na zawodnikach czy kibicach – wszystko jedno. Wcale nie byli potrzebni. Wokół Biovolt Stadium gęstniał tłum protestujących, bo przywódcy lokalnych i przyjezdnych grup działaczy zwęszyli okazję i postawili swoich ludzi w stan najwyższej gotowości. Te dwie godziny, które dzieliły wystąpienie Miguela od przyjazdu Daichiego, Maxa i prominentów beybladeingu w zupełności wystarczyły, żeby się przeorganizować. Sam Lavalier, mimo obietnic, wciąż nie pojawił się wśród strajkujących, ale Hiromi nie miała wątpliwości, że nie jest to dobry znak. Niestety nie była w stanie przewidzieć jego następnego kroku – był naturszczykiem, do głowy mogło wpaść mu dosłownie wszystko.
Zwłaszcza z Jurijem u boku.
Z Jurijem, o którym Tachibana wiedziała tylko tyle, że dostał się na stadion i w jakiś sposób zawiaduje akcją.
Dawno już aż tak dobitnie nie czuła, że powinna być w zupełnie innym miejscu.
– Trzeba było wziąć wypis na żądanie – burknęła do siebie, znów odruchowo unosząc palce do ust.

*

Rei poczuł ukłucie pod sercem.
Odkąd Max wyjechał, niby tylko na miesiąc, przecież szybko zleci, a on sam przestał pojawiać się na meczach, nie widział dawnego przyjaciela ani razu.
Minęły – lekko licząc – dwa lata.
Na początku pisywali jeszcze do siebie, ale Max odpowiadał coraz mniej zrozumiale i coraz krócej, aż w końcu w ogóle przestał się odzywać.
Teraz jego niegdyś szczera i rozpromieniona uśmiechem twarz patrzyła na Kona z telebimu.
Trudno było go rozpoznać i to bynajmniej nie przez fryzurę, jakby krótszą i bardziej uporządkowaną, dostosowaną do nowego wizerunku. Max zawsze wydawał się trochę nieobecny, ale jego wzrok nigdy nie sprawiał wrażenia pustego. Tymczasem Rei widział maskę. Wydmuszkę. Pustą skorupę, w której nie było już przyjaciela sprzed lat. Tak naprawdę nie było już nikogo, prócz Judy Mizuhary.
Technicznie rzecz biorąc, Max został opętany i to nie przez Draciel.
Kona wyrwało z zamyślenia pogardliwe prychnięcie.
– Na pierwszy rzut oka widać, że mięczak.
Obrócił się i zobaczył nieopodal ciemnoskórą dziewczynę z ufarbowaną na jasno burzą drobnych warkoczyków i imponującą kolekcją kolczyków. Siedziała nonszalancko rozparta, z bosymi nogami założonymi na pustym krzesełku niższym rzędzie.
– A jednak mistrz świata – odparł jej głos, który wydawał się bardziej znajomy, ale jednak trudny do przypisania konkretnej twarzy.
– Wszystko zawdzięczacie technologii. Bez niej jesteście żałośnie słabi. Nie wygralibyście jednego meczu.
– Taka jesteś pewna, Retha?
To imię zaprowadziło Reia na właściwy trop.
Dawniej było tak, że zawodnicy zawsze siadali na trybunach po prostu między kibicami, jak równi z równymi. Potem, gdy zaczęło się lepiej czy gorzej maskowane zawodowstwo, a gwiazdy beybladeingu stały się gwiazdami w pełnym znaczeniu, zaczęto ich separować i zamykać za kuloodpornymi szybami. Dlatego Kon nie spodziewał się natknąć na nich w takim miejscu. A jednak. Może po prostu korzystali z faktu, że stadion wciąż jeszcze nie zapełnił się nawet w jednej czwartej, bo protesty opóźniały proces wpuszczania kibiców na mecz i zapewne miały też opóźnić samo wydarzenie, a dwie samotne figurki trudno było z daleka rozpoznać.
Retha Mhalangu, mistrzyni z RPA. Ten drugi, wysoki, smukły chłopak, musiał być tym Chilijczykiem, Vincente. Oboje nie cieszyli się jeszcze taką popularnością jak chociażby Max czy Daichi, więc mogli sobie pozwolić na podobne ekscesy.
Rei wiedział, jaka jest jego rola, więc nie czekając, podszedł bliżej dyskutującej dwójki.
– Mogę się dosiąść? – spytał, ale nim uzyskał odpowiedź, już zajął krzesełko. – Rei Kon – przedstawił się. – Były blader.
Retha zmierzyła go nieufnym spojrzeniem, a Vincente skinął głową.
– Tak, słyszałem, Białe Tygrysy?
– Zgadza się.
– Vincente Araya, miło mi. – Chłopak wyciągnął długą, bardzo szczupłą rękę. – Moja towarzyszka to…
– Sama się umiem przedstawić. Retha.
Rei odpowiedział swoim najlepszym, najspokojniejszym uśmiechem, choć coś w jego wnętrzu wyło na alarm. I to bynajmniej nie z powodu zadziornej Afrykanki.
– Nie mieliśmy się przypadkiem okazji spotkać gdzieś wcześniej? – spytał, uważnie lustrując twarz Chilijczyka.
– Wątpię – odparł ten – ale to oczywiście nie jest niemożliwe. Jakiś turniej?
– Może? – przytaknął Kon, choć przecież nie pojawiał się na stadionach od bardzo dawna, a Vincente Araya stanowił stosunkowo świeże odkrycie beybladeingu.
– Łapią spóźnienie – zważyła Retha znudzonym tonem, znacząco zerkając na elektroniczny zegar, według którego mecz otwarcia powinien rozpocząć się za niecałą godzinę.
– Podobno są jakieś problemy przed stadionem – Kon rzucił przynętę. – Protesty.
Mhalangu znowu prychnęła.
– To jest naprawdę żałosne – stwierdziła.
– Co?
– Chcemy się pizgać po mordach, płacą nam za to, więc niech się dziady odwalą i spierdalają zbierać banany. Sama zadbam o swój tyłek.
Rei uniósł jedynie brew, niezdolny do szerszego komentarza, a Vincente westchnął w dość nieokreślony sposób, z którego trudno było wywnioskować jego nastawienie do sprawy.
– Mówiłam. Mięczaki – dodała jeszcze Retha, z naburmuszoną miną wpatrując się w nieckę stadionu. – Jak zginę, to zginę, mój wybór i nic nikomu do tego, a już na pewno nie jakimś wypudrowanym fagasom.
Konowi przemknęła przez głowę całkiem zabawna wizja konfrontacji Mhalangu i Miguela.
– Cóż, uczciwe podejście – odparł, bo jego zadaniem nie było przekonywanie, a zbieranie informacji. Zresztą wątpił, by Rethę dało się do czegokolwiek przekonać. – Przynajmniej na tę chwilę. W naszych czasach wyglądało to nieco inaczej. Nie mieliśmy komfortu jasnego postawienia sprawy.
– A to już nie jest mój problem.
– Też racja.
Wtem z dołu dobiegły jakieś krzyki.
– No ładnie – mruknął Vincente, który od dłuższego czasu siedział milczący i jakby pogrążony we własnych myślach.
– Hm?
– O ile dobrze widzę, jakaś grupka oszołomów przedarła się przez ochronę.
Rei spojrzał w odpowiednim kierunku, ale na pierwszy rzut oka nie dostrzegał w kotłowaninie ani płomiennie rudej, ani w charakterystyczny sposób płowej czupryny. Co go nieco uspokoiło.
– Pewnie zaraz po nas przyjdą, że mamy się schować – dodał z kwaśną miną Araya.
Kon podejrzewał, że to racja. Popularni czy nie, Retha i Vincente prezentowali się dość osobliwie i jeśli ktoś raz widział ich podczas meczu, musiał zapamiętać. Ona – ciemnoskóra, bosa, ubrana w brudną od smaru koszulkę i błyszcząca mnóstwem kolczyków, on – niesamowicie wysoki i smukły, z wygolonymi po bokach włosami i ciemnym, krótkim kucykiem, z odsłoniętymi ramionami pokrytymi kolorowymi tatuażami oraz naprawdę olbrzymimi migdałowymi oczyma. Nikt raczej nie uwierzyłby, że znaleźli się na Biovolt Stadium przypadkiem.
– Szkoda, fajnie się gadało – ocenił Rei.

*

Hiromi nie miała bladego pojęcia, że przemierza dokładnie tę samą trasę, którą jeszcze niedawno pokonał uciekający ze szpitala Jurij. Obyło się jedynie bez nokautowania pielęgniarki. Tachibana rozegrała lepiej także inne aspekty i nie zwiewała w piżamie oraz kapciach, choć do szykownej pani manager sprzed jakichś dwóch tygodni też było jej daleko. Domowa bluza, przetarte dresy, w których wychodziła na spacerki do przyszpitalnego parku, i nieco już rozdeptane adidasy – na konferencji prasowej na pewno by się tak nie pojawiła.
Pierwsze, co zrobiła na wolności, to zakup fajek. I tu także mogła sobie przybić mentalną piątkę z Jurijem, czego również nie miała świadomości.
Drugie, co zrobiła, to wzięcie taksówki pod biuro Biovoltu.
Wiedziała, że natychmiastowa jazda na stadion w celu urwania pewnych łbów mija się z celem. Na to było za późno i należało rozpocząć działanie od rozeznania w terenie, skoro Emily nie zamierzała się tłumaczyć składniej niż tylko enigmatycznymi bąknięciami.
Winda zawiozła Tachibanę na trzydzieste piąte piętro biurowca.
– Do cholery, Garland!
Ale to nie Śirwat siedział za prezesowskim biurkiem, a Ivan Papow.




XIX
ONLY THE GOOD DIE YOUNG?
PHEW, GOOD THING THAT I AM SO INCREDIBLY AWFUL

Rei zaczynał się już poważnie niecierpliwić. Odkąd Retha i Vincente faktycznie się zwinęli, spacerował wzdłuż trybun z rękami w kieszeniach i obserwował uważnie stadion, ale nie dostrzegał nikogo, kto mógłby go poinformować o obecnej sytuacji. Miał się tym zajmować Garland z siedziby Biovoltu, ale od dłuższego czasu olewał swoje obowiązki. Nie było też wieści od Brooklyna na temat stanu bestii, a to mogło mieć przecież kluczowe znaczenie, zwłaszcza dla niektórych zaangażowanych, w tym samego Kona.
Tymczasem mecz otwarcia, nawet mimo opóźnienia spowodowanego protestami, miał się niebawem rozpocząć. A Rei wiedział, że kiedy dyski zostaną już wprawione w ruch, nie będzie odwrotu i straci przynajmniej jednego z dawnych przyjaciół. Nie po to tu przyszedł, nie po to w ogóle przyleciał do Moskwy, żeby na to pozwolić. Trudno było mu w ogóle uwierzyć, że ktokolwiek z Biovoltu podejmuje takie ryzyko.
Gdyby tylko akcją dowodziła Hiromi...
Trybuny coraz bardziej zapełniały się kibicami, w tym rodzinami z dziećmi. Rei zacisnął dłonie na metalowej barierce. Ile z nich marzyło, by zostać światowej sławy bladerem? Ilu rodziców zrobiłoby wszystko, żeby zapewnić pociechom taką karierę?
Kon potrząsnął głową.
Tak naprawdę niewielu - odpowiedział sam sobie. Bladerami nie zostawały kochane dzieciaki, którymi dorośli zajmowali się jak należy, nawet jeśli bezmyślnie planowali niedzielny wieczór z oglądaniem krwawej jatki.
Wyciągnął komórkę w geście desperacji, ale znalazł spodziewane zero nieodebranych połączeń i wiadomości. Wobec braku wytycznych Rei po prostu krążył między nimi, zbyt już zdenerwowany rosnącym zagrożeniem, by efektywnie wykonywać zadanie.
Wreszcie nieopodal mignęła mu ruda czupryna. Przyspieszył kroku.
- Jurij...
- Obserwują nas.
Kon zacisnął usta.
- Skąd?
- Zewsząd - głos Ivanowa brzmiał zadziwiająco spokojnie.- Dwudziesty trzeci rząd w sektorze B i czterdziesty w E na pewno. Część się przemieszcza, jeszcze nie zebrałem wszystkich pokemonów.
- Ale oni zebrali nas - zgadł Rei.
- Na to wygląda. Nic zaskakującego.
- Zaraz zacznie się mecz.
Spojrzenie, które Ivanow rzucił Chińczykowi, miało zostać w pamięci jeszcze bardzo długo.
- Wiem.
- I?
- Szukałem ich.
Kon uniósł brwi, nie do końca rozumiejąc. Albo nie chcąc zrozumieć.
- Szukałem ich, żeby to rozwiązać po swojemu, skoro koordynację szlag trafił, ale jestem obserwowany - uściślił więc Rosjanin. - Miguel próbował zyskać tyle czasu, ile się dało, ale ani ja, ani Mystel ich nie znaleźliśmy.
Kon odniósł niejasne wrażenie, że nie słyszy wszystkiego.
- Więc trzeba zmienić taktykę - warknął.
- Z tej pozycji mamy ograniczone możliwości.
- Więc rozwalmy ten pieprzony stadion! - Między palcami Reia przeskoczyły elektryczne iskry.
- Kurwa! - Jurij pchnął go do ściany. - Nie pomożesz im, jeśli ich usmażysz!
- Gdyby to byli twoi ludzie, to byś się nie wahał! - wrzasnął Kon ochryple. Chciał się bronić i wyszarpnąć, ale napotkał zbyt profesjonalny chwyt dużo od siebie wyższego Rosjanina.
- Jasne, głośniej!
- Nie zaprzeczasz! Tak naprawdę gówno was obchodzą! Max! Daichi! Takao! Nawet Kai!
Chwilę trwali w impasie.
Aż wreszcie do Reia dotarło.
- Wy naprawdę jesteście w stanie ich poświęcić… Macie plan B… Od początku zakładaliście, że…
- Nie od początku. To ostateczność – powiedział Jurij, wzmacniając chwyt. – Ale nie jesteśmy już dziećmi, a to nie jest sport. Nigdy nie był. To wojna, a my jesteśmy żołnierzami.
– Co ty pieprzysz?! Czy ty się słyszysz?!
– Rei…
– To ich gadka! Starego Biovoltu!
A potem Kon zobaczył ciemność.
– Kiedyś zrozumiesz.

*

Ivan zachowywał się trochę jak negatywny bohater z filmu sensacyjnego niskiej klasy. Uśmiechnął się z pobłażliwą ironią, po czym wstał zza biurka i obszedł je powoli.
Co było - Hiromi nie mogła tego nie zauważyć - potężnym wizerunkowym błędem, zważywszy na to, dokąd sięgał mu blat. O nonszalanckim przysiadaniu na nim półdupkiem nie mogło być mowy.
- Prawowity właściciel Biovoltu przejął budynek - oświadczył.
- Co? - Tachibana uniosła brwi. - Ty? Jakim, kurwa, cudem?!
Papow roześmiał się głośno.
- Nie ja - odparł. - Kai Hiwatari.
Hiromi wypuściła z płuc całe powietrze i zachwiała się. Wyciągnęła rękę do tyłu w poszukiwaniu oparcia, ale nie znalazła niczego.
Myślała, że upadnie, ale ktoś ją podtrzymał.
- Witaj, Hiromi.
Obróciła głowę, zobaczyła twarz martwego od dwóch lat dziedzica Biovoltu i zaczęła krzyczeć.

*

Judy Mizuhara w spokoju dopiła kawę. Nie oglądała transmisji z mistrzostw, nie spodziewała się, by telewizyjni realizatorzy skupili się na tym, co ją naprawdę interesuje. Te dane dostać miała w raportach Hitoshiego i wprost z czujników zamontowanych w ciele i dysku Maxa. Mogła więc odprężyć się we własnym nowojorskim mieszkaniu i po prostu czekać, aż laptop da jej znać alarmem.
Nie zdążyła jednak nacieszyć się porannym doppio, kiedy zadzwonił telefon.
– Doktor Mizuhara?! – nieomal krzyczał ze słuchawki zdenerwowany głos Susan, jej asystentki. – Mieliśmy włamanie!

*

Nie było ich aż tak wielu, jak by chciał, ale prawdopodobnie i tak miał szczęście, że na tak nagłe wezwanie odpowiedział ktokolwiek. To był w końcu pierwszy krok do rozpierdzielenia tego chorego układu w pył. Miguel był gotów się poświęcić i uzbroić w cierpliwość jeszcze na parę dni.
Natomiast te kilkadziesiąt osób wystarczyło w zupełności, żeby rozpocząć okupację loży dla wipów. Reakcja ochrony była rzecz jasna błyskawiczna, ale to również zadziałało, jak powinno. W pierwszej chwili wśród protestujących – w większości przecież przypadkowych obywateli i kilku zbłąkanych obcokrajowców, którzy przyszli tu na mecz – zaczął narastać niepokój. Paru z nich ostatecznie zwiało, ale paru innych uległo presji niewzruszonego lidera oraz tych, którzy zamierzali zostać z nim. Zresztą po trybunach gruchnęły już plotki o demonstracjach zwoływanych na mieście.
To nie protestującym ostatecznie puściły nerwy.
Miguel zachwiał się pod ciosem, ale szybko ocenił jego niewprawność i totalny brak przemyślenia. To był tylko szczeniacki odruch. Błąd posłanego na pierwszą linię frontu gołowąsa. Za wcześnie wystrzelony pocisk.
Nic, co mogłoby w jakikolwiek sposób obejść kamienne ciało gargulca.
– Proszę zdyscyplinować swojego człowieka, nie jesteśmy agresywni – wycedził, bardziej odruchowo niż z potrzeby rozcierając miejsce uderzenia.

*

Judy pędziła swoim czerwonym autem przez ulice Nowego Yorku. Sportowy silnik pozwalał jej na swobodne łamanie kolejnych przepisów, ale zupełnie nie przejmowała się potencjalnymi mandatami.
Włamanie.
Włamanie do JEJ laboratorium.
Właśnie teraz, właśnie w czasie mistrzostw – to nie mógł być przypadek.
Czuła, że spocone dłonie ślizgają się na kierownicy, więc zacisnęła je mocniej. Miała ochotę krzyczeć, rwać i mordować.
Ograniczyła się jednak do przyspieszenia, kiedy zobaczyła przebiegającego przez ulicę psa. Poczuła uderzenie, ale nie pomogło. Wręcz przeciwnie.
Pod siedzibę NY BeyLab dotarła niecałe pół godziny później. To, co zwróciło jej uwagę jako pierwsze, to błękitne światło kogutów. Nie, nie policyjnych – choć oczywiście budynek został obstawiony radiowozami. Chodziło o karetki.
– Doktor Mizuhara!
Odwróciła się w stronę, z której dobiegał głos i zobaczyła Susan, jedną z lepiej ogarniętych asystentek, tę próbującą wypełnić lukę po Emily York.
– Co tu się stało? – warknęła Judy, nie tracąc czasu na powitanie.
Susan zahamowała gwałtownie, jakby niewidzialna ręka osadziła ją w miejscu.
– To… – zaczęła i widać było, że nie ma pojęcia, jak skończyć. – To był koszmar! – Rozpłakała się nagle, chowając twarz w dłoniach.
Judy przygryzła wargę. Zdecydowanie nie tego oczekiwała. Wiedziała też jednak, że czasami, żeby uzyskać pewne dane, trzeba najpierw odpowiednio ustawić parametry sprzętu.
Przywołała więc na twarz łagodny wyraz, z którym tak wielu błędnie ją kojarzyło.
– Dziecko – położyła rękę na ramieniu drobnej brunetki – już po wszystkim.
Susan opadła czołem na jej ramię i chlipała jeszcze chwilę, zbliżając się do granic wytrzymałości swojej szefowej. W końcu jednak, gdy Mizuhara zaczęła poważniej rozważać zostawienie jej i poszukanie kogoś bardziej ogarniętego, wydukała zeznania.
– Najpierw wybuchy… – łkała. – Były wybuchy, system bezpieczeństwa… Ktoś go zhakował… nie mogliśmy wyjść, a potem… Potem ci ludzie… z bronią… Boże! Zaczęli strzelać i ja… ja się schowałam, a potem…
Judy poczuła, jak do jej żołądka spływa porcja gorącego szlamu. A zatem Susan była cudem ocaloną z jakiegoś pogromu. I nikt się nią nie zajął. Przeoczyli ją i policjanci, i lekarze.
Kolejne spojrzenie na miejsce zdarzenia pozwoliło ocenić dlaczego.
Mieli co innego do roboty.
Mizuhara byłaby potworną hipokrytką, gdyby usiłowała utrzymywać przed sobą, że należy do kobiet wrażliwych. Niemniej to, co zobaczyła, nawet jej zmroziło krew w żyłach. To nie było włamanie. To nie był nawet napad. To był pogrom.
Ktoś zwyczajnie zamierzał zniszczyć BeyLab i wymordować pracujących w nim ludzi.
Nie wszystko zostało zniszczone – część sprzętu po prostu zaginęła. Jednak pytanie, co zostało ukradzione, nie było pytaniem właściwym.
– Nie „co”, a „kto” – warknęła Judy do siebie i uderzyła pięścią o ścianę.

*

– Max Mizuhara.
Podniósł wzrok na stojącego przed nim mężczyznę. Nie zdążył jednak nawet zarejestrować jego twarzy, kiedy żelazny uścisk chwycił go za rękę. Poczuł ból na odsłoniętej części ramienia. Zachwiał się i opadł na ścianę, a kiedy znów stanął pewnie, po nieznajomym nie było już nawet śladu.

*

– To zgromadzenie jest nielegalne – poinformował rzeczowym tonem uzbrojony po zęby szef narowistego gołowąsa. – Proszę się natychmiast rozejść.
Miguel splótł ręce na piersi, choć szmery za plecami powiedziały mu, że jeszcze kilku protestujących postanowiło się wycofać. No trudno.
– Będę zmuszony pana aresztować. Państwa – mężczyzna potoczył wzrokiem dookoła – również.
– Sprawa zostanie nagłośniona. Będę zobowiązany – odparł Lavalier, starając się nie zerkać w stronę niecki stadionowej. Czas uciekał, nie mógł bez końca grać na zwłokę, a tymczasem nic nie wskazywało na to, by plan przebiegał po myśli Jurija. Oznaczało to, że konieczne może okazać się sięgnięcie po plan B, a to byłaby porażka dla nich wszystkich. – Mam już podać ręce?
– Mateczka Rosja nie lubi bezczelnych szczekaczy.
– Staram się tylko pomóc. Jak pan mi. Wydawało mi się, że to uczciwy układ.
Spod wipowskiej loży usunęło się kilku kolejnych protestujących. Miguel trochę obawiał się, że zaraz nie będzie za nim już nikogo. Owszem, mógłby wtedy… w geście desperacji…
Nie. Zdecydowanie nie. Nie mógłby. Gargoyle tylko na to czekał – na moment spuszczenia ze smyczy. Wystarczyłoby mu dosłownie parę sekund, żeby przejąć kontrolę.
Co, do kurwy nędzy, robili Jurij z Mystelem?! Gdzie był Garland?!
Żyłka wyskoczyła na czoło ochroniarza. Otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale wówczas rozbrzmiał radosny głos Jazzmana.
Miguel przygryzł wargę, starając się nie wzdychać. Wiedział już, że mecz jednak się zacznie. Nie oznaczało to jednak, że mógł spokojnie zejść z frontu. Po prostu zmieniała się stawka, skoro na jednej szali lądował martwy zawodnik.
– Dość tego. Idziesz z nami, dzieciaku – zdenerwował się w końcu ochroniarz. – Państwu radzę się rozejść albo będziemy zmuszeni wdrożyć środki bezpieczeństwa.
Lavalier skinął głową, dając przyzwolenie pozostałym. I tak zostało ich niewielu. Kiedy usłyszał, że ostatecznie się rozchodzą, zmrużył oczy i wyciągnął przed siebie rękę. Mężczyzna chciał ją chwycić, ale cofnął się gwałtownie, widząc, że ta zajmuje się ogniem.
– Kurwa! – wrzasnął.
– Wie pan przecież, kim jestem – Miguel sięgnął po najzimniejszy ton, na jaki było go stać, a płomień na jego skórze zgasł momentalnie. – Wie pan, co mogę tu zrobić. Wie pan także, że nie mam niczego do stracenia, ale jeśli pan do mnie strzeli na oczach kilkudziesięciu tysięcy ludzi i pod okiem kamer, nigdy się pan z tego nie wytłumaczy. Ja w każdym razie donikąd się nie wybieram. Mogę tu sobie siedzieć, prawda? Siedzenie nie jest chyba zabronione. Łażenie w kółko też. A, jak pan widzi, demonstracja się skończyła.

*

Coś ewidentnie było nie tak. Max - jeszcze rano w pełni sił - czuł, że uginają się pod nim kolana, a czaszkę obejmują wyrastające z potylicy kleszcze. Jeszcze mógł zawrócić, to prawda, ale wcale nie zamierzał. Co powiedziałaby mama, gdyby wycofał się tuż przed meczem? Byłaby rozczarowana. Smutna. Zawiedziona. Max nigdy, przenigdy nie chciał jej takiej oglądać. Tak wiele mu przecież dała - wszystko, co robił, stanowiło jedynie rozpaczliwą próbę spłacenia długu.
Więc szedł dalej, korytarzem dla zawodników, na stadion, wprost w oko cyklonu owacji, światła i błyski fleszy. Szedł, chociaż każdy krok zdawał się trwać wieczność, a światła ponad nim wbijały się rozżarzonymi szpilami pod gałki oczne.
Będzie jak zawsze. Wyjdzie, da z siebie wszystko i wróci jako zwycięzca.
Nie jesteś zdrów. Krew nie jest czysta.
Ignorował głos Draciel. Była kiedyś jego przyjaciółką, ale przestała nią być, od momentu, w którym nazwała jego matkę złą.
Daj mi trochę czasu na usunięcie toksyny, Max.
Nie, nie zamierzał. Nie miał czasu.
Słyszał swoje imię skandowane przez ludzi zgromadzonych na Biovolt Stadium. Nie obchodzili go, ale ich wrzask stanowił sygnał do rzeczy ważniejszych.
Chcą, żebyś przegrał. Chcą cię zabić.
Nie rozumiał, po co mieliby to robić.
I wreszcie stadion otoczył go zewsząd. Głosem, zapachem, światłami. Zapowiedzi Jazzmana i krzyki tłumów przepływały nad jego głową niezrozumiałym szumem.
– Siema, Max!
Podniósł wzrok.
Daichi oczywiście zmienił się na przestrzeni lat – urósł i pokrył się pryszczami, ale charakterystyczna chrypka, teraz przechodząca niekiedy w mutacyjny skrzek, burza rudych włosów i blizna na czole nie pozwalały pomylić go z nikim innym. Nawet mimo ciemnych okularów ukrywających niewidzące oczy.
I Max wiedział, że dziś jego zadaniem jest zamknąć te oczy na zawsze.
– Cześć.
Ziemia drżała wyczuwalnie w promieniu kilku metrów od stóp Daichiego, jakby gotowa wypełniać jego rozkazy. Max czuł to każdą komórką ciała, każdy pojedynczy nerw wysyłał do mózgu ostrzegawcze sygnały.
Tak, wiedział, że musi być ostrożny. Stał przed nim jeden z najgroźniejszych przeciwników, z jakimi kiedykolwiek się mierzył – dla wschodniej części świata trzynastoletni rudzielec był tym, czym on dla zachodniej.
– Fajnie cię widzieć! Skoczymy gdzieś po meczu?
Max uniósł brwi.
– Skoczymy? Po meczu? Z tobą?
Daichi wzruszył ramionami.
– Nie to nie – obruszył się. – Strasznie ważny się zrobiłeś.
Jego twarz zdawała się rozmazywać i oddalać. Czerwone włosy wiły się jak płomienie.
– Ej, stary, ale z tobą wszystko OK?
– Panie i panowie! – zatrzeszczał w głośnikach głos Jazzmana. – I o to wreszcie długo wyczekiwana chwila! Czas rozpocząć Mistrzostwa Świata! Niech…
– …spoczywa w pokoju – szepnął Max.

*

Oddział ochroniarzy bezustannie kręcił się w pobliżu. I dobrze, o to w końcu chodziło – o to, by fałszywe, ale medialne zagrożenie odciągało uwagę od prawdziwego. Miguel przymknął na moment oczy. Powoli docierało do niego, jak jest zmęczony nieprzespaną nocą, wcześniejszym maratonem z Emily nad dyskami i wszystkimi emocjami dnia. Która właściwie mogła być? Dziewiętnasta? Dwudziesta?
Nieważne. W końcu najistotniejsze wciąż było przed nim. Potrząsnął więc głową i spoliczkował się na otrzeźwienie, próbując przestać marzyć o kilku łykach yerby.
Kiedy usłyszał charakterystyczny zgrzyt uderzających o siebie dysków, poczuł, jak krew tężeje mu w żyłach, a plecy mrozi dreszcz autentycznego strachu.
Stało się. Nie było już odwrotu. Oczywiście brał tę opcję pod uwagę. Obaj brali - i on, i Jurij - choć nie dzielili się tym zrodzonym w kuriozalnych okolicznościach na korytarzu Biovoltu scenariuszem z pozostałymi, nawet z Mystelem. Głównie z obawy o to, by plan nie dotarł do uszu Reia. Czym innym były jednak teoretyczne rozważania nad tym, jak ugrać cokolwiek na nieuniknionej w tym momencie tragedii, a czym innym namacalna rzeczywistość, w której miał zginąć prawdziwy człowiek.
- Voy a quemar en el infierno... - szepnął Miguel do siebie, sam zdziwiony faktem, jak drżący i przerażony ma głos.
- Też tak sądzę.
Nie musiał się nawet obracać, by wiedzieć, czyją twarz zobaczy.
- Zawsze wam powtarzałem, że jesteście bandą rozpuszczonych bękartów i potrzebujecie silnej ręki, jeśli mają wyrosnąć z was ludzie. I co? Miguel Lavalier, mój cichy, grzeczny, prawie ukończony Miguel Lavalier trochę podrósł i został wrzaskliwym aferzystą. Gratuluję. To właśnie szczyt twoich możliwości.
Zacisnął zęby, zacisnął pięści i jednak obrócił się ku Barthezowi, podnosząc tyłek z betonowego schodka. Więcej siwych włosów, więcej zmarszczek, a poza tym ta sama znajoma pogarda w oczach.
- Przynajmniej osiągnąłem to uczciwie – wycedził Miguel. Kiedyś obiecywał sobie, że jeśli spotka byłego trenera ponownie, pozostanie zimny i opanowany, nie dając mu nawet cienia satysfakcji. Oczywiście okazało się to bzdurą.
Jean-Paul roześmiał się głośno i pobłażliwie.
- Doprawdy, Miguelito, daruj sobie - powiedział. - Mogę się założyć, że z tego akurat wyrosłeś już dawno.
Wcale nie - chciał odpowiedzieć, ale tylko zacisnął usta. Bo przecież prawda była inna. Dawny Lavalier nie robiłby takich rzeczy. Dawny Lavalier był niegłupim, ale prostym człowiekiem, który dostrzegłszy słuszną drogę, po prostu nią podążał. Wydawało się, że raz na zawsze odrzucił kłamstwo i przemoc, które – tak wówczas sądził - zupełnie nie leżały w jego naturze.
Ale jeśli tak, co tu robił? Co robił od paru miesięcy?
Potrząsnął głową. Przecież to właśnie była manipulacja, próba poniżenia i zdezorientowania. Dobrze to znał. A jednak, mimo upływu lat, nie do końca potrafił się bronić.
Barthez wyminął go i oparł się o barierkę.
- Wspaniały mecz, prawda? - powiedział. - Nie brakuje ci tego?
- Nie.
- Obaj wiemy, że kłamiesz.
Nie okazuj strachu. Po prostu nie okazuj strachu – powtarzał uparcie głos w głowie Lavaliera. Przecież to zawsze działało. Każdy, kto podkulił ogon, dostawał obrożę i smycz. Plecy prosto. Broda w górę. Kontakt wzrokowy. Będzie dobrze.
Oczywiście, że nie było. Znajome sensacje przelewały się przez ciało, serce tłukło w przełyku i uszach, dłonie i plecy spływały potem. Ciało pamiętało ból, umysł pamiętał poniżenie.
– Po prostu wiesz, że jesteś za słaby, żeby przeżyć. Wiesz – Barthez wskazał w dół na szalejące żywioły – że to byłoby dla ciebie za wiele. Ale to nie tak, że przestałeś marzyć o tym, że kiedyś okażesz się najlepszy. Znamy się nie od dziś, prawda?
Jean-Paul roześmiał się. Ten jego lodowaty, pozbawiony nawet cienia radości śmiech stanowił zdecydowanie jedno z gorszych wspomnień.
– Oczywiście nie muszę ci uświadamiać, że pozbawiłeś się tego wszystkiego na własne życzenie.
– O jeden krok za daleko, panie trenerze – mruknął Miguel, zaciskając pięści jeszcze mocniej.
Poczuł na sobie wzrok upiornie jasnych oczu.
– Tak sądzisz? No tak, oczywiście, że tak sądzisz. Bo miałeś szczęście i przeżyłeś. Ty jeden. Akurat tego nie potrafię zrozumieć. Dlaczego. Dlaczego nie Claude. On naprawdę miał talent, mogłem wyszlifować diament, gdybyś mi go nie ukradł. Dlaczego nie Mathilda. Była może niezbyt bystra i zawsze miała do ciebie słabość, ale takie młode dziewczę szło by jeszcze odpowiednio ukształtować. Ale nie. Musiałeś wykorzystać jej naiwność. Czasem myślę, że naprawdę rozegrałeś to na zimno.
– Nie.
– Och, dziecko, nie mówię, że ustawiłeś to do końca świadomie. Ale jednak kalkulacja cię nie zawiodła. Zdolności manipulatorskie też nie. Nie robiłbyś tego wszystkiego, gdybyś chociaż nie podejrzewał, jak to się skończy, bądźmy szczerzy.
Nie, nie, nie.
Przecież wcale nie było tak. Nie ponosił winy za to, co stało się z Claude i Mathildą. Nie zaplanował tego. Nie wiedział, że wtedy, przed trzema laty, pójdą za nim. Tak naprawdę wcale nie mieli tego robić. To była jego sprawa i jego wybór. Odszedłby z zespołu, gdyby wszystko potoczyło się inaczej. Nie odpowiadał za ich śmierć. Już to przerabiał na wiele różnych sposobów.
Potrząsnął głową.
Nie odpowiadał bezpośrednio, ale przecież…
– Piękny mecz – westchnął Barthez – naprawdę piękny. Sądzę, że przejdzie do historii. Tak czy inaczej.
Miguel powstrzymywał się długo, bojąc się, że dawny trener zauważy gest, ale ostatecznie chwycił się za żołądek. Czuł, że jeśli tego nie zrobi, zaraz zwymiotuje. A nie mógł stąd odejść. Nie mógł pozwolić, żeby ochrona straciła nim zainteresowanie.
– Co pan tu robi? – wykrztusił wreszcie.
– Ja? Oglądam mecz. Podszedłbyś bliżej, to też byś widział.
– Podziękuję. I nie o to pytam. Tak ogólnie. Co pan robi w Moskwie.
– Może po prostu chciałem się z tobą zobaczyć, Miguelito?
– Nie sądzę.
Barthez obrócił się profilem i jego chudą twarz wykrzywił paskudny uśmiech.

*

Rei obudził się z paskudnym bólem głowy.
Nie od razu był w stanie określić, gdzie jest i co się stało. Wiedział jedynie, że czaszka pękła mu na miliard kawałków i mózg wypływa uszami. Kilkukrotnie podchodził do tego, by chociaż podnieść się na rękach, ale te drżały jak galareta i kompletnie nie zamierzały go słuchać.
Żeby wstać, musiał rozpaczliwie czepiać się palcami ściany.
Przynajmniej miał nadzieję, że to ściana, bo dookoła było absolutnie ciemno.
Ostatnie zapamiętane obrazy zaatakowały go zupełnie nagle, bezładną, kolorową sieczką.
Jurij. Dziewczyna w srebrnych włosach. I wysoki chłopak. I znów Jurij. A do tego mnóstwo wściekłości i przede wszystkim… strachu.
Tak, strach.
Tego było wiele także po przebudzeniu. Zdawał się płynąć w żyłach zamiast krwi i wypełniać całą ciemność.
Coś miało się wydarzyć.
Coś naprawdę złego.
To, co czuł Rei, nie było wyłącznie przeczuciem i wiedział o tym. Bai Hu uznał go za niegodnego, nazwał zdrajcą, ale nigdy do końca nie opuścił. Jakby zostali ze sobą związani wbrew własnej woli długim, ale nierozerwalnym sznurem. I czasem zdarzało się, że boska jaźń Białego Tygrysa przenikała jaźń śmiertelnego młodzieńca.
Jak w tym momencie.
Kon oczywiście chciał zapytać, co się dzieje, nawet próbował, ale jak zwykle napotkał mur nie do przebicia. Obrażony jego odejściem z rodzinnej wioski duch był zbyt dumny, żeby z premedytacją udzielić odpowiedzi.
Rei brnął więc przez ciemność – i tę całkiem namacalną, i banalnie przenośną. Jednocześnie wciąż próbował uporządkować wspomnienia. Najpierw rozpaczliwie, szybko, potem regulując oddech i wykorzystując techniki medytacyjne na tyle, na ile było to możliwe w czymś, co przypominało nieużywany korytarz.
W końcu pod stopami pojawiła się nierówność i do Kona dotarło, że odnalazł schody. Z każdym pokonanym stopniem zdawał się rosnąć poziom hałasu nad jego głową.
Stadion.
Przecież był na stadionie – przypomniał sobie wreszcie. Żeby ich stąd wyciągnąć, Maxa i Daichiego. Żeby przerwać rzeź. Żeby zapobiec działaniom Balkowa, na czymkolwiek nie miałyby polegać.
Więc jak znalazł się tu? W tym ciemnym korytarzu, chyba jakichś podziemiach?
Wymacał przed sobą drzwi. Oczywiście zamknięte. Naparł na nie ciałem, uderzył pięściami, ale nie zamierzały ustąpić.
Jakiś skurwiel ewidentnie go tu uwięził.
Jakiś…?
– JURIIIIJ!!!

*

Woda starła się z ziemią. Żywioły szalały do wtóru ryku rozjuszonych bestii.
Daichi otarł pot z czoła i przypuścił kolejny atak. Zupełnie w swoim stylu – bezczelny, brawurowy i zbyt energochłonny dla większości bladerów. Dziki okrzyk młodego wojownika wzbił się ponad nieustający komentarz Jazzmana, doping i westchnienia zachwytu z trybun. Przed taką nieokiełznaną szarżą ustąpić musiała nawet skorupa Draciel.
Max poczuł, jak fala uderzeniowa ciska nim o ziemię. Szybko przewrócił się na brzuch, podkurczył nogi, wsparł się na rękach i zamierzał wstać, by wyprowadzić szybki kontratak.
I wtedy znów zakręciło mu się w głowie.
Wiedział już, że Draciel miała rację - został otruty. Jego organizm walczył z toksyną i nie mógł jednocześnie skutecznie walczyć ze Stradą. Bestia robiła, co w jej mocy, by oczyścić krew na czas, czuł jej moc przepływającą przez żyły, siłę uzdrawiającej wody. Max powoli godził się jednak z myślą, że nie zdąży. Przekierowanie energii oznaczało w końcu obniżenie zdolności do absorbowania ciosów - chłopak doskonale pamiętał wszystkie wykresy, jakie pokazywała mu matka, znał konsekwencje wszelkich posunięć.
Tak, ktoś chciał jego śmierci.
Zazdrośni rywale? Przecież nie miał innych wrogów. Jedynie tych, którzy mogliby obawiać się pojedynku z nim.
Ziemia znów zadrżała potężnie do wtóru okrzyków Daichiego i ramiona załamały się pod Maxem.
- Draciel... - wypluł ząb i szepnął, choć przecież wcale nie musiał mówić do niej na głos. - Zatrzymaj oczyszczanie. Pełna moc.
Poderwał się, a wraz z nim rozszalały żywioł.

*

Mystel uderzył pięścią w ścianę.
Wiedział, że Jurij ma rację i znalezienie Maxa, zanim zacznie się mecz, to ostatnia szansa na to, by - mimo milczenia ze strony Garlanda - wszystko skończyło się w miarę gładko i bezkrwawo. Żaden z nich - ani Ivanow, ani Lavalier - wyraźnie nie chciał rozmawiać o szczegółach planu B, ale Mystel mógł się łatwo domyślić dlaczego.
Dość szybko zorientował się, że nic nie idzie zgodnie z założeniami. Rzadko pozwalał sobie na złość, starał się odsuwać od siebie negatywne emocje, ale tym razem czuł, jak najzwyklejszy w świecie wkurw rozpala mu wnętrzności.
Po raz ostatni spróbował nawiązać połączenie z siedzibą Biovoltu - oczywiście bezskutecznie.
Czy to był ten moment, w którym zaczynał uważać Jurijową wersję o zdradzie Śirwata za obowiązującą? Nie wiedział już, w co wierzyć, więc założenie, że Garland zrobił to specjalnie - że ich wystawił, a potem rzucił na pożarcie Kaiowi i jego psom, Balkowowi i Barthezowi - wcale nie wydawało się absurdalne. W końcu jedno nie ulegało wątpliwości - Hindus zawsze był tchórzem. Siedział na prezesowskim fotelu tylko dlatego, że znalazł się w szachu, a dla pozostałych jego nazwisko stanowiło wygodną przykrywkę.
Wszyscy wykorzystywali wszystkich, tak to po prostu działało. Tego zostali nauczeni jako dzieci, tacy byli jako młodzieńcy. Różnili się od dawnego Biovoltu i BEGA choć trochę? Wyrośli ponad dorosłych, którymi tak gardzili?
Mystel zawsze chciał wierzyć, że tak, że tym razem nie wszedł w żaden szemrany układ i naprawdę wie, co jest grane.
Chciał, ale było to coraz trudniejsze.
Błąkał się po stadionie bezradny, klucząc po korytarzach, wślizgując się do pomieszczeń tylko dla personelu, rozglądając i nasłuchując, ale Max jakby zapadł się pod ziemię.
Nagle jego uwagę zwrócił rumor zza drzwi, po którym nastąpiła seria sfrustrowanych wrzasków. Poznawał ten głos.
- Rei?!
Odpowiedziała mu wiązanka chyba przekleństw i kolejne uderzenie w drzwi.
- Czekaj chwilę, zaraz cię wypuszczę!
To było takie absurdalne. Świat się walił, Moskwa topiła w protestach, a Kon tkwił w potrzasku za drzwiami z klamką podpartą zwyczajną miotłą. Gdy tylko Mystel ją usunął, Chińczyk wypadł z pułapki, wrzeszcząc po swojemu jak opętany. Jego twarz wykrzywiała najczystrza furia - taka, jakiej chyba nikt nie spodziewał się na tym obliczu oglądać.
- Gdzie on jest?! - wrzasnął, chwytając Mystela za ramiona.
- Kto?
- Jurij! Trzeba ich zatrzymać!
- Czekaj!
Było już jednak za późno. Rei gnał przez korytarz w stronę wiwatujących trybun, aż wreszcie zobaczył.
- Nie...
- Rei...
- Nie! Powiedz, że to się nie dzieje!

*

Woda i ziemia starły się z siłą, jakiej nie oglądano od dawna, odkąd legendarny Takao Kinomyia zniknął z aren. Po trybunach przetoczyło się westchnienie zachwytu, a potem zapadła cisza, której uległ na moment nawet Jazzman.
- Przyznają państwo, że to zapiera dech w piersi... - wyszeptał w końcu, gdy odzyskał zdolność mówienia.
Rozszczepione w kroplach wody światło reflektorów migotało tysiącem kolorów jak stada motyli, w powietrzu unosił się świeży zapach poruszonej ziemi. Żywioły w swej najczystszej, najpiękniejszej formie pięły się ku górze w dzikim tańcu, a pośród nich dwa potężne, splecione w śmiertelnym uścisku duchy. Chłopcy, którzy to wszystko rozpoczęli, zupełnie zanikli. Nie dało się dostrzec nawet ich sylwetek - te zresztą nikogo już nie interesowały, dziwnie karykaturalne i nieatrakcyjne wobec arcydzieła zniszczenia.
A potem nagle wszystko runęło.
Miało być jak zawsze. Technik powinien po prostu sięgnąć do odpowiedniego przycisku i uruchomić pokaz pirotechniczno-multimedialny maskujący to, co dzieje się w niecce stadionu i jednocześnie skupiający uwagę widzów. Nic takiego się jednak nie stało.
Głównie dlatego, że Petr Kijew – technik Biovolt Stadium – czuł zimny dotyk lufy tuż nad swoim uchem, a w odbiciu na szybie widział twarz rudowłosego młodego mężczyzny, który z pewnością nie zawahałby się pociągnąć za spust.
- Widzę, że się dogadamy - powiedział głosem niepokojąco przypominającym zwierzęcy warkot.
Dogadali się. A cały stadion i cała publika oglądająca transmisję meczu otwarcia zobaczyły śmierć championa.

*

Jazzman urwał wpół słowa. Głos najzwyczajniej w świecie go zawiódł, ugrzązł w nagle za ciasnym gardle. I wtedy dotarło do niego, jak potworna cisza panuje na całym stadionie.
Spektakl był skończony i tym razem kurtyna nie opadła na czas. Wszyscy zobaczyli to samo – martwego chłopca pośród zoranej ziemi i lśniących kałuż. Niezwyciężonego Maxa Mizuharę teraz zalanego krwią i wpatrzonego nieruchomo w niebo tymi swoimi niewinnymi oczyma.
Wszyscy zobaczyli to samo – upadek legendy.
I do wszystkich nagle dotarło, że to upadek prawdziwy.

*

- Co się stało? - pytał wyraźnie zdezorientowany Daichi.
Nie widział, ale w dawnym odruchu obracał głową, jakby usiłując się rozglądać. Jeszcze przed chwilą unoszony znajomą, rozpierającą euforią po zwycięstwie, czuł już tylko narastający strach. Ta cisza nie była naturalna. Ta cisza nie była zwykłą ciszą.
- Wszystko dobrze, chłopcze. Wygrałeś - usłyszał głos trenera, ale ten również nie brzmiał jak zawsze.
I wtedy uderzył grom.

*

Rei nie słyszał trzasku pękających lamp i wybuchających instalacji audiowizualnych. Nie czuł swądu palonych przewodów. Nie widział mroku rozświetlonego kaskadami iskier. Głowę wypełniał mu własny wrzask, płuca ozon, a oczy furia. Chciał, żeby to wszystko zniknęło. Żeby zostało zrównane z ziemią. Żeby przestało tak boleć. Chciał, żeby ci wszyscy ludzie - wszyscy ludzie - zapłacili mu za to, co się stało. Za to, że przyszli na to patrzeć.
Diger - może pierwszy raz, odkąd Kon opuścił rodzinną wioskę - naprawdę się z nim zgadzał. Rei czuł jego wściekłość każdym nerwem, a moc przepływała przez niego swobodnie, nie tamowana w żaden sposób. Podczas gdy ciało ogarnął szał, duch uderzał spokojnie i precyzyjnie, z zimnym opanowaniem wybierając słabe punkty instalacji i konstrukcji stadionu. Nie chodziło o wyładowanie złości. Miała polać się krew - starożytny duch pragnął ofiary.
I nie był w tym sam.
Na poziomie, który Rei dotąd zaledwie muskał podczas najgłębszych medytacji, dźwięczał żałosny ryk Draciel. Osamotniona i zagubiona miotała się w gniewie, który niewiele miał wspólnego z rozpaczliwą bezradnością.
Dla żadnego z nich nie było już odwrotu.
Światła pogasły i stadionem zawładnęła całkowita ciemność. Nie działało nagłośnienie, siadła komunikacja. Przestały działać nawet latarki w komórkach – jakby prąd po prostu zniknął. Chaos i panika ogarniały kolejne rzędy na trybunach.
Teraz krwawa ofiara dla rozzłoszczonych i zagubionych duchów stanowiła tylko kwestię czasu.

*

Powietrze zawibrowało od ryku dzikiego kota, który stopniowo przeszedł w kobiecy wrzask rozpaczy i niewyobrażalnego bólu.
– REEEI…!

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Siemomysła » 23 sierpnia 2016, 12:52

Po XIV
Czasem zdrada to najlepsze wyjście. Po prostu.
och...
– Szkoda… Wie, gdzie wsadzać śrubokręt.
parówka... bułka... te sprawy xDDD
– Och, młoda damo, trzymam to ja się głównie laski. Usiądźmy.
xDD <3
Zaczął opowiadać, o badaniach, eksperymentach, o powoli i konsekwentnie budowanym kłamstwie z plaskitu, a ona czuła, jak z każdym słowem zapada się głębiej i głębiej.
Starzec siorbnął herbatą, chyba po to, by zamaskować zakłopotanie.
– Skoro nie mamy wpływu na same bestie i nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, że co roku pojawiają się nowe dzieciaki zdolne z nimi współpracować, skoro dostrzegamy zagrożenie i skoro wiemy, że należy trzymać się z daleka od pomysłów na militarne wykorzystanie tego zjawiska, a ktoś już zaczął to robić i buduje potencjalnie niezwyciężoną armię, to pozostaje tylko wprowadzić system regulacji ilości dzieci obdarzonych darem.
Hiromi otworzyła usta, ale nie wydobyło się z nich żadne słowo.
jprdl
W ogóle cały ten fragment, cała ta rozmowa... To jest dobre. Oburzenie Hiromi, dziadki sprowadzające dzieciaki do egzemplarzy badawczych... Brrr.
– No dobrze… – Hayato potarł skroń. – Może tak: proszę sobie wyobrazić wielką kulę plasteliny. W sumie nie jest nikomu do niczego potrzebna, ale jest wielka i kolorowa, więc przyciąga uwagę. Przedstawiciele różnych starożytnych ludów urywają sobie po kawałku i zaczynają nadawać jej kształty, bo taka kula to nic ciekawego. Więc lepią to, co jest im bliskie, ale materiał jest niezwykły i nieznany, więc robią to bardzo ostrożnie. Ci tygrysa, bo tygrysy są mądre i silne, a poza tym ujeżdżają je bogowie, ci bizona, bo niezłomny duch, ci z kolei zawsze uważali, że coś fascynującego jest w ptakach i wierzyli, że niektóre mogą odradzać się z popiołów. Okazuje się, że materiał jest niezwykle plastyczny i pozwala na stworzenie wszystkich tych wizerunków, ale jednocześnie kula jest tak wielka, że ludzie się nie widzieli i nie mają pojęcia, że ktoś po drugiej stronie globu ulepił sobie z tej samej plasteliny inne zwierzątko. I gdzieś tam po drodze, kiedy już zaczynamy o tym zapominać, okazuje się, że plastelina żyje. Ale na swój sposób, więc karmi się tym, co powiedzieli jej o niej samej ludzie. I tak przyjmuje takie atrybuty, jakie nadano danemu wyobrażeniu. W tym sensie bestie nie byłyby niczym innym, jak naszym ludzkim imaginarium odbitym w kosmicznej energii.
Kupuję to.

I idę czytać dalej, najwyżej zedytuję posta ;)


XV
Emily udało się ustalić, że Jurija z ośrodka odwykowego odebrali go Ivan Papow i Siergiej Petrow, dawni towarzysze z Opactwa.
Emily nie wiedziała, czy w związku z tym ma ochotę bardziej na niego nawrzeszczeć, czy jednak kopnąć w jaja bez komentarza.
Wielbię to "bez komentarza"
Chyba żadne z nich nie wyobrażało sobie jeszcze kilka dni temu, że wylądują w tym składzie w jednym pomieszczeniu jako ekipa ratunkowa. Szczególnie było to widoczne po tym, że nikt nie wiedział, komu rzucać znaczące spojrzenia znad kawy, a wszyscy mieli na to wyraźną ochotę.
<3 Jak ładnie zaobserwowane <3
– Mówiłam, że trzeba spuścić psa ze smyczy – mruknęła Emily, patrząc na jego zaskakująco szczupłe plecy znikające za drzwiami.
Mądra dziewczyna.

To ja ten, czekam na rozpierduchę...
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 26 sierpnia 2016, 23:30

XX
THAT’S WHAT FORGIVENESS SOUNDS LIKE. SCREAMING AND THEN SILENCE

Jurij nie miał szans zareagować. Coś walnęło zdecydowanie za blisko i już sama fala uderzeniowa podcięła mu nogi, a potworny huk oszołomił na tyle, by zdołał tylko kątem oka złowić przechylający się wprost na niego element stalowej konstrukcji schodów. Wolborg zawyła i szarpnęła rozpaczliwie wszystkimi mięśniami, ale niewiele mogło to już dać. Nawet refleks Wilczycy działał zbyt ospale, żeby ocalić ciało nosiciela przed zmiażdżeniem. Na ułamek sekundy przed upadkiem, Ivanow całym sobą odczuł jej strach, że dołączy do hordy bezdomnych, oszołomionych bestii.
Z impetem uderzył o beton, przygnieciony do niego sporym ciężarem.
Nie aż tak sporym jednak, jak powinien. I zdecydowanie nie tak kanciastym oraz twardym. A przede wszystkim – nie tak morderczym.
- A jednak bolało... - jęknęło coś nad nim, po czym wrażenie przygniecenia zniknęło zupełnie przy wtórze sapania i gniewnych warkotów.
Jurij, korzystając z faktu, że choć żebra błagały o pomstę do nieba, a płuca ledwie łapały wymieszane z pyłem powietrze, to kręgosłup ma najwyraźniej cały, dźwignął się na ramionach i rozejrzał. Pogięty metalowy słup leżał obok, a nad nim stał Miguel i nieco zbyt beztrosko jak na fakt, że powinien być co najmniej kotletem, otrzepywał się z kurzu.
- Co do...
- W górę serca, Jurij, i zwiewamy. - Argentyńczyk strzelił oczyma po konstrukcji. - Na moje to nie wytrzyma długo i zaraz rąbnie do końca.
Gargoyle, warknęła Wolborg z czystą nienawiścią, zasrana kamienna dupa.
- Kiedy ci się tak porobiło?
- Dalej - zniecierpliwił się wyraźnie czymś rozdrażniony Miguel. - Stąd trzeba wyjść i to szybko.
Ivanow nie dał się dłużej prosić. Zaryzykował hipotezę, że na wyjaśnienia czas będzie potem. I przegrał w tę grę. Rozległ się świst, którego Jurij nie mógł pomylić z niczym innym, choć znający go pewnie tylko z filmów Miguel wyraźnie nie wiedział, do czego to przypiąć.
- Kurrrwa! – zawył Rosjanin, wpychając go za załom. – Nie na lini strzału! Biegnij w dół!
- Ale…
- Na zamkniętej przestrzeni nie będą strzelać!
- Chryste, Jurij, przecież to samobójstwo!
- Potem, do kurwy jasnej! - Rosjanin pociągnął Lavaliera za kołnierz, tak, że ten nie miał już wyboru, jeśli nie chciał bliskiego kontaktu nosa z podłożem.
Wpadli w labirynt stadionowych korytarzy. W ciemność i w podziemia, aż nie zyskali pewności, że zgubili pościg, aż nie ucichły strzały. Nad ich głowami wyły syreny, krzyczeli ludzie i trwała w najlepsze akcja ratunkowa.
Tu było cicho.
- Za cicho...
I tylko z pękniętej, rozsadzonej bezsilną furią Draciel rury kapała miarowo woda.
- Mówię ci, że tu jest za...
- Milcz.
Miguel posłusznie powstrzymał się od komentarzy. Jurij nie zamierzał się nim rozpraszać. Nie, kiedy najwyraźniej jeden z nich - a może obaj - znalazł się na czyjejś muszce.
Czyjejś. Dobre.
Pierdolony Hiwatari. Pierdolone Opactwo.
Pierdolone wszystko.
- Trzymaj się cienia - syknął Ivanow.
- Tu wszędzie jest ciemno.
- I zawrzyj mordę.
- Tylko mi jeszcze powiedz, gdzie jest Rei, i się zamknę, obiecuję.
Jurij poczuł, jak soki żołądkowe podskakują mu do gardła. Z pytań, których nie chciał usłyszeć, a na pewno nie z ust Miguela, to zajmowało czołowe miejsce.
- Naprawdę chcesz to teraz roztrząsać? - warknął i wiedział już, że wraz z nim warczy balansująca na granicy rzucenia się do gardła znienawidzonej bestii Wolborg. - Kto komu co, kto zawinił...
- Nie, po prostu zamierzam go stąd zgarnąć. - Lavalier wzruszył ramionami.
- No to powodzenia, bo może być wszędzie. Widziałeś, co odpierdolił. I to niby ja tu jestem ten niezrównoważony.
Argentyńczyk zacisnął usta w wąską, gniewną kreskę, ale nie powiedział niczego.
- Czego znowu - burknął Jurij, bo Wolborg miała dość spojrzenia niebieskich oczu wiercącego jej dziury we współdzielonej potylicy.
- Nie uważasz, że jesteśmy mu coś winni?
Ivanow zatrzymał się gwałtownie i odwrócił.
- Zapamiętaj sobie. - Chudy palec dźgnął pierś Miguela. - Ja nie jestem nikomu nic winien. Nikomu. Nic.
Jasne brwi powędrowały w górę.
- Nie?
Pajęcza dłoń wpiła się w koszulkę Argentyńczyka i uderzył plecami o ścianę, aż poszło echo. Skoro jednak wrażenia na nich nie zrobiły stalowe elementy schodów, to to tym bardziej.
- Ty chyba bardzo chcesz zginąć.
- Zauważyłeś, Jurij, że zaskakująco często lądujemy w tej konfiguracji?
Ivanow już czuł, jak napinają się jego mięśnie, jak skomlą błagalnie, by pozwolił im złożyć się do ciosu, ale wtedy twarz Miguela zmieniła się w ułamku sekundy.
- Za tobą!
Ciało Jurija wygięło się niemal automatycznie, bez udziału woli. Dłoń bezbłędnie znalazła gardło napastnika, palce zacisnęły się na krtani, a spod nich, jak delikatna pajęczyna, rozszedł się szron. Z zsiniałych ust wydostało się jedynie ciche westchnienie.
- Jesus… - szepną Miguel, wycofując się automatycznie pod ścianę, gdy tymczasem martwe ciało osunęło się na posadzkę z ciężkim, niezgrabnym tąpnięciem.
- Jakbyś nigdy trupa nie widział, naprawdę. - Jurij klęknął przy ofierze, by przyjrzeć się jej uważniej.
Garniak, słuchawka w uchu, broń raczej dyskretna. Legitymacja.
– To rządowy…? – spytał cicho Lavalier.
– Na to wygląda.
Argentyńczyk nerwowo oblizał usta.
– Masz z tym coś wspólnego – zgadł Jurij i zerknął na niego przez ramię. Spojrzenie, jakie napotkał, powiedziało mu właściwie wszystko.
– Nie myślałem, że aż tak.
Ivanow wstał z klęczek.
– W jakim ty świecie żyjesz? – spytał gorzko, otrzepując kolana.
– W takim, w którym jestem graczem drugiej ligi – odparł Miguel szczerze.
– Przecież chciałeś ich wkurzyć.
– Chciałem. Nie sądziłem, że to będzie aż tak proste.
Jurij prychnął.
– Jesteś w tym dobry, wierz mi.
– Może.
– Z pewnością – odezwał się nagle obcy głos, który zmroził Rosjanina do kości. – Ale nie aż tak, jak ty, Sabaka.
- Wiej! - warknął Ivanow w stronę Miguela, ale dopiero wówczas zorientował się, że sytuacja nieco się pod drodze zmieniła i dojrzał błysk ostrza na jego gardle. - Kurwa...
Ilja Balkow nie zamierzał się spieszyć. Szedł powoli, uśmiechnięty, bardziej jak prezes BEGA niż zarządca Opactwa. Za nim podążały cienie jego wychowanków.
- Przywlokłeś całą armię, żeby mnie zdybać, Balkow? - Jurij próbował się roześmiać, ale głos uwiązł mu w gardle i wyszedł z niego tylko dziwny skrzek.
- Nie musiałem – Ilja pokręcił głową. – Sam za mną pójdziesz, kiedy przyjdzie czas.
- Już kiedyś…
- Tak. - Balkow skinął w potwierdzeniu. - Kiedyś powiedziałeś mi, że wolisz zginąć, niż dla mnie pracować. Potem spędziłeś parę ładnych tygodni w szpitalu i miesięcy na rehabilitacji. A teraz, tak się składa, pracujesz dla tego samego Hindusa, który cię tam odesłał. Nic nie świta?
- To znaczy, że…
- To znaczy, że jesteś skończonym głupcem, jeśli sądzisz, że masz jeszcze coś do powiedzenia. Czy że kiedykolwiek miałeś. Dostajesz tyle swobody, na ile pozwala smycz, Sabaka.

*

- Hiromi, proszę, uspokój się…
- Uspokój?! USPOKÓJ, do cholery?! W co ty pogrywasz, Hiwatari?! - Tachibana wodziła rozgorączkowanym wzrokiem po otaczających ją twarzach. Zdecydowanie zbyt wiele z nich znała. W zdecydowanie zbyt wiele z nich nie chciała wierzyć. Nie tu. Nie w tych okolicznościach. Nie po tej – złej – stronie barykady.
- Ja? Jedynie to, co do mnie należy. - Kai skrzyżował ręce na piersi w dawnym, tak dobrze znanym odruchu. - Czyli to, co zawsze.
- Żartujesz?! A nie, czekaj - Hiromi zacisnęła palce na nasadzie nosa - przecież ty nie masz poczucia humoru.
Hiwatari nie zareagował, co oznaczało, że został dość celnie trafiony, ale nie chce się do tego przyznać na oczach… podwładnych? Co im wszystkim strzeliło do głowy?
Hiromi potrząsnęła głową.
- Ivan? Garland… Co tu się wyprawia…? Powiedzcie mi proszę, że to nie tak, jak myślę.
Kai odchrząknął, niezadowolony z faktu, że próbuje mu się odebrać głos, po czym przemierzył gabinet i zasiadł w prezesowskim fotelu z niejaką ostentacją.
- Wybacz, Hiromi - bardziej sapnął niż powiedział Śirwat. Wzrok wbił w okolice butów i wyglądał na przytłoczonego poczuciem winy. Co, rzecz jasna, wcale go nie usprawiedliwiało, za to podnosiło znacząco i tak szybujący w przestworzach poziom niepokoju u Tachibany. - To naprawdę najlepsze wyjście.
- Zgadza się - przytaknął Hiwatari. - To wyjście, które nie oznacza pracy dla Daitokuijego, Kinomyi i reszty. Chcesz tego czy nie, to właśnie ja oferuję opcję, jakiej szukałaś. Mój dziadek nie żyje, niech to wreszcie do was dotrze.
- Wolałabym…
- Zanim dokończysz to zdanie, pomyśl, co M&K zrobiłoby z takim Brooklynem na przykład.
- Brooklyn był dla nich inspiracją – syknęła Hiromi, świadoma, że imię to padło w tym miejscu bardziej ze względu na Garlanda niż na nią. Kai nie zapominał, że nie są tu sami.
- Co nie oznacza, że nie potrafiliby podciągnąć tej inspiracji do kwadratu. Zresztą powinnaś już rozumieć, że był inspiracją tylko formalnie. - Zaczął oglądać sobie paznokcie. W sztucznym, niestabilnym oświetleniu jego twarz wydawała się woskową maską z koszmaru. - W istocie chodziło o nas i o to, żeby pozbyć się kłopotu w białych rękawiczkach, przecież wiesz.
Hiromi z pewnym przerażeniem odkryła absolutną pustkę w głowie. Nie wiedziała, co powiedzieć, i - co gorsze - nie wiedziała, co myśleć. Irytacja narastała w niej lawinowo, wprost proporcjonalnie do uderzającego w mięśnie i potylicę wyczerpania po ucieczce ze szpitala.
- Kai... Kai, powiedz, że to wszystko to tylko zły sen… - wyszeptała w końcu zupełnie bez sensu.
Pokręcił głową.
– Zły sen właśnie się kończy, Hiromi – odparł. – Nie obiecuję, że będzie łatwo, ale wreszcie będzie tak, jak być powinno.

*

Stwierdzenie, że sytuacja jest patowa, stanowiło co najmniej spore niedopowiedzenie. Jurij naliczył co najmniej siedem cieni, a każdy z nich - jeśli faktycznie byli wychowankami Opactwa - stanowiłby wyzwanie nawet dla niego. Zwłaszcza teraz, gdy wciąż walczył z powidokami spadku formy i trzech lat zaniedbań.
- Więc po co ta żałosna demonstracja siły? - Nie zamierzał się jednak poddawać. Ani on, ani Wolborg, więc wzdłuż jego kręgosłupa powoli wspinało się lodowate zimno.
- Po raz ostatni składam ci propozycję po dobroci, Sabaka. Potem przestanę być miły, a ty wolny, bo ściągnę smycz.
Wolborg zadrżała, na moment skuliła się ze strachu i Jurij poczuł ją taką po raz pierwszy. Niepokój uderzył do jego żył kolejną falą. Nie pierwszy raz odniósł wrażenie, że jest coś, o czym wszyscy – a przynajmniej Wilczyca i ludzie Opactwa – wiedzą, a on nie.
- Nie będę rozmawiał o niczym, póki nie spełnisz kilku warunków – warknął.
Balkow uniósł brew.
- Tak?
- Po pierwsze, wypuść młodego.
- Najchętniej bym go po prostu odstrzelił - przyznał Ilja obojętnie, mrużąc oczy - ale obiecałem Jeanowi, że pozwolę mu to załatwić we własnym zakresie i po swojemu.
Jurij kątem oka zauważył, że Miguel - mimo ostrza na gardle i pięści we włosach, szarpnął się niespokojnie. Mimo upływu lat, to imię było najwyraźniej jak zaklęcie, bo potem sprawy potoczyły się już bardzo szybko. Ivanow usłyszał rozpaczliwy wrzask, kiedy po jego prawej dwoje ludzi - Lavalier i trzymający go chłopak - stanęli w płomieniach. Nie zastanawiając się, zdjął Wolborg kaganiec. Zza rozszalałej śnieżnej zasłony usłyszał jeszcze wykrzykiwane przez Balkowa rozkazy.
Tak, to mogli być wychowankowie Opactwa, niektórych pewnie powinien pamiętać, ale to na nim testowano kluczowe rozwiązania i wiedział, że może to wykorzystać. To jego też Kai sprzągł z bestią jako pierwszego.
Coś z impetem uderzyło go w nerki. Upadł na kolana, ale zaraz potem wykręcił ciało, by wpakować napastnikowi w twarz zimno, o jakiego istnieniu ten nie miał wcześniej pojęcia. Pękły zamrożone gałki oczne i po wykrzywionej w szoku twarzy polały się jasne strugi krwi.
- Miguel! - wrzasnął Ivanow. - Tutaj! Osłaniaj mi plecy!
Potężny podmuch wiatru zniósł kolejny cios i pozbawiony osłony Jurij oberwał czymś w twarz. Nie miał czasu sprawdzić, co to. Liczyło się jedynie tyle, że za nim wreszcie pojawiły się płomienie.
I że znalazł wśród napastników przynajmniej jednego połączonego do natychmiastowej eliminacji.
Trafiony w żołądek kolejnym podmuchem, wpadł na plecy Lavaliera, odbił się od nich jak od ściany i zobaczył przed sobą wykrzywioną w grymasie czystej furii twarz.
Znał ją.
- Cześć, Andriej.
Dostał w zęby. Pięścią.
No, tego się akurat nie spodziewał.
Niemal w tym samym momencie potężnie zarzuciło Miguelem na ścianę. Nie było dobrze. Było wręcz kurewsko źle.
Wolborg zawarczała z rozkoszy, kiedy pękał kark Andrieja.
- Młody!
- Wszystko OK! Żyję! – Argentyńczyk faktycznie zbierał się już z kolan i, broniąc się, jak potrafił, raczej w stylu podwórkowym średnio zaawansowanym, z powrotem zajmował stanowisko za plecami Ivanowa.
- Jak bardzo jesteś w stanie...
- Bardzo.
- Zróbmy im saunę.
- Ale...
- Nie martw się. Będzie dobrze. Na raz... dwa...
Jedenastu. Nie licząc Balkowa, było ich jedenastu. Jakichś trzech już martwych. Na ich dwóch i wąski korytarz.
- Trzy!
Wolborg zawyła całą mocą swoich płuc, jej głos splótł się z gardłowym, nieludzkim wrzaskiem Miguela.
Pozostali nie zdążyli nawet krzyknąć.

*

Mystel czuł, jak pogrąża się w lepkim bagnie bezradności. Nie mógł absolutnie niczego, poza chronieniem własnego życia. Próbował spychać strach i frustrację najdalej, jak się dało, i wciąż myśleć trzeźwo, bo przecież zależał od tego nie tylko jego własny los, ale rozwiązanie nie chciało się pojawić.
Zdaje się, że nastąpiła wreszcie ta chwila, w której pożałował, że nigdy nie używał dysków M&K. A myślał już, że taka nie nadejdzie.
- Rei? Rei, słyszysz mnie? - Potrząsał skulonym na spękanej posadzce Chińczykiem w nadziei na nawiązanie kontaktu, ale i tym razem bezskutecznie. Kon zamknął się w swojej głowie i nic nie wskazywało na to, żeby zamierzał z niej wyjść, aż nie zrówna wszystkiego z ziemią. Choćby sam miał zostać pogrzebany żywcem. - Rei, do cholery!
Nie chcąc czekać ani chwili dłużej, Mystel po prostu chwycił go pod ramiona i zaczął holować. Kon nie zmienił pozycji - wciąż tkwił z kolanami podciągniętymi pod brodę i opleciony rękoma, co wcale sprawy nie ułatwiało.
Ta skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy zdezorientowana Draciel dołączyła do niszczycielskiej furii Digera i rozsadziła instalację wodną.
Mystel ciągnął skamieniałego od skurczów Kona przez zdewastowany stadion i próbował rozglądać się za pozostałymi, ale nie miał szczęścia. Zniknęli gdzieś pośród ruin i w tłumie przerażonych, zdezorientowanych ludzi. Służby porządkowe i ratownicze usiłowały zapanować nad paniką, ale procedury wyraźnie zawiodły. Sytuacji nie poprawiały z pewnością plotki o tym, że ktoś słyszał strzały.
W nieprzeniknionych ciemnościach i z przynajmniej dwoma pozbawionymi kontroli bestiami wszystko było możliwe.
A niektóre rzeczy nawet bardziej od innych.
– Obudź się, błagam… – syknął Mystel przez zaciśnięte z wysiłku zęby i stłumił kolejną zdradziecką falę paniki.

*

- Boże... Czy my ich... Oni wszyscy...
- Spokojnie, młody. Nie myśl o tym. Nic ci nie jest?
- N-nie wiem...
Miguel drżał, wciąż na kolanach, wciąż podparty na rękach i niezdolny nawet do tego, żeby podnieść głowę. Może lepiej - nie widział krwawych fresków na ścianach, ciał sprasowanych nagłym skokiem ciśnienia i swojej własnej krwi przesączającej się przez koszulkę na plecach. Układała się dziwnie, w dwa pionowe pasy. Trudno było wyobrazić sobie okoliczności powstania takich ran.
- Jurij, ja... ja będę rzygał...
Ivanow bez słowa podał mu ramię, w które palce chłopaka wpiły się mocno i boleśnie, kiedy jego ciałem zaczęły wstrząsać spazmy.
- Daj sobie czas - szepnął.
Chociaż czasu tak naprawdę wcale nie było. Jurij nie miał wątpliwości co do tego, że żaden z nich nie jest bezpieczny. Bezpieczny nie był też zapewne Rei. Ani Mystel. Ani Emily. Ani żaden z pozostałych wplątanych w sprawę. Teraz już na pewno.
A już na pewno nie będzie bezpieczny Garland, jeśli uda im się wyjść z pułapki cało.
- Dzięki. Już... chyba lepiej – wychrypiał Argentyńczyk.
- Nie rozglądaj się.
Miguel przytaknął posłusznie, zaciskając pobladłe usta.
- Przepraszam... - Ivanow wyczytał to bardziej z ruchu jego warg.
- Po prostu stąd chodźmy – odparł.
Długo milczeli. Sunęli wsparci o siebie, a do Jurija powoli docierało, że również nie wyszedł z tej potyczki bez szwanku, bo obraz przed oczyma zaczynał się lekko rozdwajać. Dręczyło go też jedno zasadnicze pytanie: co z Balkowem? Gdzie się ukrył? Kiedy ponownie zaatakuje?
Z każdym kolejnym krokiem Miguel szedł pewniej i oddychał mniej nerwowo. Cokolwiek właściwie działo się teraz w jego umyśle, najwyraźniej przywracało go do pionu.
Na jakiś czas. Jurij aż za dobrze wiedział, co to znaczy zabić swoją pierwszą ofiarę. Wiedział więc także, że musi mieć oczy dookoła głowy i myśleć za nich obu, bo Lavalier jest nieprzewidywalny. Powinni usiąść, urżnąć się i porządnie wsypać, a potem zająć już tylko kacem. O żadnej z tych rzeczy nie było oczywiście mowy.
- Od dawna to masz? - spytał Ivanow, żeby jakoś przerwać ciszę.
- Co? - Miguel spojrzał na niego nieco nieprzytomnie, wyrwany z głębokiego zamyślenia.
- To, że... Wiesz, sporo na ciebie spadło.
- A. Nie wiem. W sumie... - Lavalier potarł nasadę nosa roztargnionym gestem. - W sumie nie wiedziałem, że to tak działa.
Jurij przystanął.
- Co.
- To znaczy, no, coś się dzieje. - Miguel wzruszył ramionami. - To oczywiste. Wiesz, że to proces i połączenie tylko wszystko zaczęło, a teraz, ja wiem... mutujemy? Ale jakoś ten wątek mi umknął. Chodź, musimy znaleźć Reia.
- Chcesz powiedzieć...
- Nie wiem, co chcę powiedzieć. To był odruch. Nawet nie wiem, czy mój, kumasz?
Jurij wciąż tkwił w miejscu, patrząc na Lavaliera zszokowany.
- Mogłeś zginąć.
- Pewnie tak. Miałem szczęście. Oni... oni nie.
- Przestań - głos Ivanowa przeszedł w warkot, ale ten tok myślenia należało czym prędzej przerwać. Nie prowadził do niczego dobrego. - Rei.
- Tak. Rei.

*

Złapał ją w ostatniej chwili, nim osunęła się na podłogę. Wydała mu się przerażająco lekka, jakby zrobiona tylko z powietrza.
- Ręce precz, chuju! - zawyła i ugryzła go w ramię.
Garland krzyknął i odskoczył odruchowo, pozwalając jej ostatecznie upaść.
To był żałosny widok - Tachibana zbierająca się niezgrabnie z dywanu, roztrzęsiona, słaba, walcząca z wybuchami histerycznego śmiechu i płaczu.
- Zapłacicie mi za to... - szepnęła przez zaciśnięte zęby i jednak, mimo wszystkiego, przynajmniej Śirwata przeszedł dreszcz.
I tylko Kai zdobył się na pogardliwy śmiech.
- Grozisz mi? - parsknął. - Ty? Z nich wszystkich akurat ty? Nie masz absolutnie żadnych środków, żeby mi grozić.
- Ale z jakiegoś powodu wszyscy ciągle usiłują mnie przekonać do swoich racji. - Hiromi wreszcie zdołała dźwignąć się na nogi. Pierwsze jednak, co zrobiła, to podążyła do krzesła, na którym usiadła dość niezgrabnie i ciężko.
- Nie tym razem. Jakbyś nie zauważyła, sama tu wlazłaś.
- Gdzie Emily? - Japonka znów spojrzała na Garlanda. - Mystel?
- Na stadionie.
Wycie syren zza okna i mrugające światło starczyło za komentarz.
- Wywabiłeś ich.
- Tak było lepiej.
- Nie pierdol, Garland! - Hiromi poczerwieniała z wściekłości. - Zdradziłeś ich! Zdradziłeś nas wszystkich!
Pokręcił głową, ale trudno było ten gest jednoznacznie zinterpretować. Mógł oznaczać tak zaprzeczenie, jak i zwyczajną rezygnację.
- Hiromi, po prostu idź do siebie, co? - burknął Kai. - Jeśli chcesz, zostań na noc, bo na mieście może być teraz faktycznie gorąco, ale tak poza tym, idź do siebie i zapomnij. To już nie twoja bajka. Niczego nie możesz i lepiej będzie, jeśli się z tym pogodzisz. Jeśli Mystel i Emily ocalą tyłki, odeślemy ich do ciebie. Żyjcie długo i szczęśliwie.
Palce Tachibany zacisnęły się na poręczach krzesła.
- Nie.
- To głupi upór.
- Może. Nie kontrolujesz tego, co się dzieje, Hiwatari. Tylko ci się tak wydaje.
Kai uniósł brew.
- Doprawdy?
- Doprawdy. A jeśli jest inaczej, to po prostu powiedz, co teraz.
Wzruszył ramionami.
- To zależy, jak będzie wyglądała plansza po wywróceniu - odparł obojętnie. - Ale mam parę asów w rękawie, możesz mi wierzyć.
Hiromi przełknęła ciężko ślinę, podejmując kolejną heroiczną próbę powstrzymania emocji.
- Lepiej byłoby, gdyby to była prawda - syknęła.
- Co?
- Że jesteś martwy.

*

- Co się stało…? - szepnęła Mao, ale nikt jej nie odpowiedział.
Powoli docierało do niej, że jest sama.
Może to wszystko to był tylko zły sen? Nie, odpowiedziała sama sobie. Nie znała tego pokoju, zdecydowanie nie wyglądał jak jej cichy, skromny dom pośrodku zielonej doliny. Pachniało obco. Wielkim miastem.
Ale jeśli to nie był sen...
- Rei...?
Chen rozejrzała się bezradnie.
Światło. Trzeba było zapalić światło, pomyślała.
Chciała wstać, ale wówczas dotarło do niej, jak obolałe ma ciało. Obolałe i kompletnie nieposłuszne, jakby skurczone. Rwanie w mięśniach i stawach wycisnęło łzy z jej oczu.
Minęła długa – zdecydowanie za długa – chwila, nim zdołała je otrzeć, a i tak omal nie zrobiła sobie przy okazji krzywdy.
- No dobrze... - szepnęła do siebie. - Spokojnie. Po kolei.
Wzięła kilka głębokich oddechów, przywołała przed oczy obraz wodospadu, jego szum i chłód wody uderzającej o skórę. Usiłowała wrócić pamięcią do ostatnich wspomnień, ale te rozmazywały się i drgały, kompletnie nieodczytywalne. Coś tu było bardzo i głęboko nie tak. Jakby nagle przeniesiono ją do kompletnie innej, cudzej historii.
A potem ktoś otworzył drzwi i do wnętrza wpadła żółta wiązka światła. Po chwili zapaliła się też żarówka i Mao aż krzyknęła, oślepiona nagłym blaskiem. Dotarły do niej głosy. Mówiły w obcym języku, który jednak z czymś się jej kojarzył.
Z Jurijem. Z Jurijem, Borysem i pozostałymi. A także Kaiem, gdy myślał, że nikt go nie słyszy.
Patrzyli to na siebie, to na nią i nie musiała rozumieć słów, by wyczuć narastającą konsternację.
- Gdzie jestem? - zapytała po angielsku w nadziei, że ktoś ją zrozumie.
Głosy podniosły się na moment, a potem kompletnie umilkły. Dwie pary oczu patrzyły na nią bez zrozumienia, aż wreszcie jedna znów wyszła, a właściciel drugiej podszedł nieco bliżej i zaczął coś mówić, ale Mao nie potrafiła wyłapać treści. Ton wydawał się natomiast uspokajający. Zaryzykowała więc i chwyciła wyciągnięte w geście pomocy ramię.
Całe ciało paliło bólem, każdy ruch zdawał się wpijać w nie tysiące igieł.
Co się z nią działo?
Drzwi znów się otworzyły i do pokoju weszło paru ludzi, wśród których nie znalazła ani jednej znajomej twarzy.
– Pani Mao Chen? – odezwała się po angielsku na oko pięćdziesięcioletnia drobna kobieta. – Wróciła pani do nas.

*

- Tutaj! - krzyknął Mystel w stronę, w której błysnęły latarki.
Rei był już na tyle wyczerpany, by pozwolić działać chociaż bateriom i mrok zaczynał rozświetlać się tu i ówdzie. Kirgijczyk pomachał więc ręką w nadziei, że złapie go jeden ze snopów światła, bo sam nie miał już sił ciągnąć Kona.
Złapał.
A potem rozległy się krzyki po rosyjsku, huk i dłoń Mystela przeszył potworny ból, a oczy na moment zaszły czerwienią i potem absolutną ciemnością.
Kirgijczyk upadł bezwładnie, sparaliżowany szokiem i rozrywającym ciało cierpieniem. Oczy miał otwarte, ale nadal nierejestrujące niczego, co działo się dookoła, słuch niemalże wyłączony. Wszystko działo się z boku. Daleko. A on był tylko bezradną kukłą rzuconą w kałużę krwi.
Tylko echa głosów i ciężkie uderzenia serca. Tylko oddech.
Żadnych myśli.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 26 sierpnia 2016, 23:31

*

Mao czuła, że cała się trzęsie.
– Ile lat…? – spytała cicho. Mówienie też stanowiło wyzwanie. Słowa składały się powoli i nieporadnie, głos za każdym razem trzeba było przywoływać z daleka.
– Do wypadku doszło w dwa tysiące trzynastym, mamy piętnasty – odpowiedziała Tatiana Aleksandrowna Waskin, doktor nauk medycznych, światowej sławy neuropsycholog i, jak się przed chwilą dowiedziała Chen, jej prywatny lekarz na czas pobytu w Moskwie.
– Wypadku? – warknęła z niepotrzebną złością.
– Proszę mi wybaczyć dobór słów.
Mao pokręciła głową. Nie mogła, nie potrafiła poukładać myśli.
– Po tym, jak pani odpocznie, będę musiała przeprowadzić serię badań, żeby ustalić, czy nie doszło do trwałych uszkodzeń. Dwa lata to dla układu nerwowego dość sporo.
Po prostu skinęła, bo cóż więcej mogła zrobić? Tylko potakiwać i pozostać czujną.
– Ale dlaczego jestem tutaj? W Moskwie? – Oderwała wzrok od własnych kolan i przeniosła go na doktor Waskin, na jej szczupłą, budzącą niepożądaną w tej dziwnej sytuacji sympatię twarz.
– Tego niestety nie wiem. Zlecono mi opiekę nad panią jedynie w zakresie medycznym.
– Kto ją zlecił?
– Pan Kon.
Mao odetchnęła z ulgą.
Tylko dlaczego Rei odesłał ją aż do Rosji? W Chinach nie znalazł odpowiednich specjalistów?
Rozejrzała się bezradnie po tonącym w świetle żarówki pokoju. Tym razem w oczy uderzyły ją pewne szczegóły – miska z karmą i druga z wodą, drapak, stos papierów na nocnym stoliku.
Galux miauknęła na tyłach jej umysłu, ale nie starczyło jej odwagi na nic więcej.
– Rei jest tutaj? – zapytała z nieskrywaną nadzieją Chinka.
– Tak. Pan Kon jest w Moskwie. W recepcji powiedziano mi jednak, że wyszedł wczoraj i od tego czasu nie wrócił. Proszę się jednak nie martwić, podobno zdarza się to często.
Zimny, lepki niepokój osiadł na żołądku Chen.
Nie wiedziała, co oznaczał ten nagły atak paniki, który wyrwał ją ze szponów Galux, ale miał coś wspólnego z Reiem – to wydawało się nieomal pewne. I napełniało jak najgorszymi przeczuciami.
– Prosiłabym, żeby obsługa hotelowa spróbowała się z nim skontaktować.
Doktor Waskin mogła oczywiście odmówić, stwierdzając, że jest tu lekarzem, a nie pokojówką, ale zamiast tego przytaknęła.
– Zobaczę, co da się zrobić – obiecała. – Proszę odpoczywać.

*

Jurij przetarł twarz zmęczonym, roztargnionym gestem.
– Gdybym chociaż wiedział, kto do kogo strzela – burknął na wpół do siebie, komentując stłumione odgłosy dochodzące ze stadionu.
– No, opcje mamy chyba dwie – odparł sunący obok Miguel. Żaden z nich nie wiedział już, dokąd zmierzają. Po prostu leźli przed siebie w nadziei, że im się poszczęści.
– Chyba. Nie wiem jak ty, ale ja nie wierzę, że tu się po tyłkach gryzą tylko trzy frakcje. Ktoś wiedział, co robi.
– I zdecydowanie nie byliśmy to my.
Ivanow zmarszczył gniewnie brwi i już miał coś odwarknąć, kiedy słowa ugrzęzły mu w gardle.
Miguel zwyczajnie miał rację.
– Zostaliśmy zdradzeni – powiedział więc tylko.
– Myślisz?
– Dla mnie było to oczywiste, odkąd urwał się kontakt z Garlandem. Wystawił nas.
– To bez sensu.
– Nie mamy wszystkich danych. Nie znasz Kaia. To człowiek bez honoru i sumienia. I uważaj na kałuże, mogą być pod prądem.
To też był spory problem – zalane korytarze pod napięciem. Jurij wciąż jeszcze odsuwał od siebie tę myśl, ale wydawało się realne, że obaj zostali tu po prostu uwięzieni.
Miguel westchnął ciężko.
– Co? – Rosjanin obrócił ku niemu głowę.
– Zrobiliśmy co do nas należało – mruknął Lavalier. – Mam takie wrażenie. Że zrobiliśmy dokładnie to, co do nas należało, tylko że według jakiegoś innego scenariusza.
– O czym ty…
– O konsekwencjach. Zakładając nawet, że stąd wyjdziemy, nie cofniemy czasu. Wyobraź sobie gównoburzę, jaka teraz wybuchnie…
Jurij pokręcił głową.
– Najpierw stąd wyjdźmy, potem będziemy się martwić, OK?
Miguel nie wyglądał na przekonanego. Zgarbił plecy i wpakował pięści w kieszenie.
– Nadal. Wolę myśleć o tamtym niż… o tym. – Wskazał głową bliżej niesprecyzowany kierunek.
Ivanow nie odpowiedział. Dłuższą chwilę szli w milczeniu, ostrożnie, nasłuchując i bezustannie patrząc sobie pod nogi. Potem w oddali błysnęło światło latarki.
Jurij znów był szybszy i zareagował pierwszy, pociągając Miguela za sobą. Nie spodziewał się niczego dobrego.
Ne streljajte!
– Kotory idet!
– Wasz!

Rozległy się szepty. Wyostrzone przez Wolborg zmysły pozwalały wychwycić to i owo, a wnioski nie zdawały się optymistyczne.
– Szykuj się na piekło – rzucił Jurij. – A najlepiej tu zostań.
– Ale…
– Nie są z Opactwa, dam sobie radę. W razie czego zwiewaj.
Nie czekał na odpowiedź, bo aż za dobrze wiedział, jaka by była. Po prostu natarł.

*

Mao przemierzała pokój niepewnym krokiem – od szafki do krzesła, od krzesła do stolika, potem do niewielkiego sekretarzyka. Doktor Waskin doradzała jej umiar w eksploatowaniu odzyskanego ciała, ale pewne rzeczy po prostu należało sprawdzić. Chociaż zacząć rekonstrukcję zdarzeń.
Przeglądając leżące na blacie papiery natknęła się właśnie na to. Nie wierzyła własnym oczom. Tak, to było pismo Reia, bez wątpienia znalezione na stoliku notatki należały do niego. Ale dlaczego w firmowym kalendarzu Biovoltu? I dlaczego, do cholery, mówiły coś o spotkaniach w gmachu firmy?
Chen stłumiła dreszcz. Miała jedynie nadzieję, że nie zrobił tego, o czym pomyślała, i nie zaprzedał własnej duszy wrogom, żeby zapewnić jej odpowiednią pomoc. To byłby jego najgorszy pomysł w historii. Od Biovoltu, Hiwatarich i całego tego bagna należało się po prostu trzymać, jak najdalej się da, przecież wiedzieli to nie od wczoraj. To jednak – niestety – mogła być prawda, opcja konszachtów z Kaiem pozostawała realna.
Oni zawsze mieli do niego taką słabość. Czegokolwiek by nie zrobił. Dało się wytłumaczyć, dało się wybaczyć. Och, no bo to przecież Kai, on już tak ma, co to, nie wiesz?
Jeśli jednak to był jedyny sposób, żeby znaleźć Reia? Mao westchnęła z irytacją. Lepiej dla Kona, gdyby okazało się, że przynajmniej nie wciągnął w to Laia, bo obaj stracą zęby.

*

– Kurwa, kurwa, kurwa!
– Mówiłem!
– Nie komentuj dla własnego dobra!
– Pokaż to.
Jurij bardziej niż niechętnie zabrał zakrwawioną dłoń z ramienia.
– Znasz się na pierwszej pomocy? – zapytał, patrząc podejrzliwie to na Miguela, to na ranę.
– Nie specjalnie – odparł Argentyńczyk szczerze. – Ale to, że trzeba zatamować krwotok, to raczej oczywiste. Boże, jak w jakimś tanim filmie sensacyjnym.
– Cieszę się, że dobrze się bawisz.
Lavalier spojrzał Jurijowi w oczy cokolwiek morderczo.
– Gdybyś nie zgrywał McClane’a, byłoby łatwiej – warknął, zaciągając na ramieniu Rosjanina prowizoryczny opatrunek.
– Czego?
– Nieważne.
– No nie, co za fuszerka. Powinieneś oderwać sobie rękaw, a nie skórować zwłoki, hieno cmentarna.
– Oberwałeś bardziej w ramię, w głowę, czy w dupę?
– Do roboty, ja się tu wykrwawiam.
Forro.
– Cokolwiek to było, nie mówi tak do mnie więcej, bo wpierdolę.
Miguel nie skomentował, zamiast tego docisnął prowizoryczny bandaż. Opatrunek nie wyglądał może profesjonalnie, ale jakoś się trzymał i istniała szansa, że przynajmniej przez jakiś czas będzie spełniał swoją funkcję.
– A co to byli za jedni, to ja już kompletnie nie wiem – warknął Jurij, nie mogąc się powstrzymać przed zmacaniem okolic rany.
– Tak czy inaczej, mieli bagaż.
– Hm?
Miguel wskazał głową spory tobół leżący na posadzce.
– Wygląda na zwłoki – ocenił Ivanow. – Zerknij, młody adepcie medycyny.
– Mam zdecydowanie dość zwłok jak na jeden dzień – odparł Lavalier, ale raczej słabo i nawet bez cienia buty.
– Niech ci będzie.
Jurij dźwignął się ciężko – a raczej dźwignęła go Wolborg, bo on sam miał coraz mniej sił. Ale i pod nią ugięły się nogi. Było po prostu za wcześnie, żeby wstać, w głowie wciąż wirowało i huczało.
– OK, siedź – westchnął Miguel.
Klęknął przy owiniętym w coś jakby prześcieradło ciele, zerwał worek z głowy i zamarł.

*

Wołali go. W ciemnościach słyszał głosy.
Pytali go, kim jest, jak się nazywa i co się stało. Skąd niby miał to wszystko wiedzieć? Wypełniała go tylko pustka. Tylko pustka i potworne zmęczenie wraz z bólem usiłujące wepchnąć bezwładne ciało z powrotem w ciemność.
Ale nagle zrobiło się bardzo jasno. Rozświetlone, ciasne wnętrze pachnące szpitalem i spalinami otoczyło go ze wszech stron i wycisnęło łzy z oczu.
– Spokojnie – mówił ktoś po rosyjsku. – Wszystko będzie dobrze.
Zobaczył zbliżający się do twarzy kształt maski tlenowej, coś ukłuło go w ramię i po chwili cało wypełniło dziwne ciepło. Szarpnęło i w oddali, jakby z innego świata, zawył kogut karetki.
Mystel – przypominał sobie powoli.
Mam na imię Mystel.
Nie umarłem dzisiaj.

*

– Jurij… Jurij, z nim nie jest dobrze.
Wszystko w Ivanowie protestowało przed tym, żeby się obrócić. Patrzenie za siebie nie było dobre. Tam zostawali przegrani. Należało wreszcie wstać i iść. Iść dalej, byle do wyjścia, byle wydostać się z tego koszmaru.
Ale głos Miguela, roztrzęsiony i ochrypły, z jakiegoś powodu nie pozostawił mu wyboru.
Wyplątany z więzów Rei leżał z głową na kolanach Argentyńczyka, śmiertelnie blady i kompletnie już nieświadomy. Zlepione krwią i potem włosy zakrywały większość jego twarzy, usta drżały, a z gardła co jakiś czas wydobywały się dziwne, nieludzkie dźwięki.
Miguel pochylał się nad Konem z zaciśniętymi ustami, jedną ręką uspokajająco, powoli gładząc jego głowę, jakby to jeszcze miało znaczenie, a drugą zaciskając na jego nadgarstku.
– Ma gorączkę – szepnął. – I przyspieszony puls. Potrafisz go…
Kończenie pytania nie było potrzebne.
– Odsuń się – polecił Jurij, więc Lavalier wycofał się bez słowa.
W milczeniu obserwował, jak Rosjanin przykłada dłoń do rozpalonego ciała Kona, a ten zaczyna drżeć. Chciał go znaleźć, tak, ale z pewnością nie w podobnych okolicznościach.
W głowie miał coraz więcej pytań, ale nie zadał żadnego, nie chcąc rozpraszać Rosjanina, który również zaczynał dygotać.
Z każdą minutą wszystko wyglądało coraz gorzej i Miguel zaczynał walczyć z pokusą odsunięcia się na bok. Tak po prostu. Stanięcia w kącie i zajęcia się tylko patrzeniem przed siebie. Bez żadnych myśli. Bez działania, które prowadziło tylko w dół.
Zacisnął pięści, aż nie poczuł, że paznokcie wpijają się we wnętrza dłoni. Miał nadzieję, że to choć trochę go otrzeźwi, bo naprawdę, moment nie był odpowiedni.
– Będziemy musieli go holować? – Wcale nie zamierzał szeptać. Samo tak wyszło.
– Zobaczymy.
Rei szarpnął się niespokojnie, stęknął boleśnie i wychrypiał coś po swojemu.
– Hej, pierdzielu, witaj z powrotem – odezwał się do niego Ivanow.
Oczy Chińczyka otworzyły się powoli. Były przekrwione i opuchnięte, wyraźnie ledwie zdolne do rejestrowania obrazu, ale przecież nawet rozmazanego Rosjanina nie dałoby się pomylić z nikim innym.
– Jurij…
– We własnej osobie.
– Ty chuju…
– Ej, zaraz! – obruszył się Ivanow. – To był pomysł Miguela!
– Co?
– He? – Argentyńczyk uniósł brwi.
– Żeby wyeliminować technika. To był twój pomysł, młody, więc nie znowu wszystko na mnie.
– Ale że…
Rei zamrugał bardzo powoli, jakby z wysiłkiem.
– Max nie żyje – powiedział tylko lodowatym tonem.
– Max i jeszcze z parę setek innych ludzi, jeśli chcesz wiedzieć – warknął Jurij.
– Miałem nadzieję, że będziesz wśród nich… – Kon przeniósł wzrok na Miguela. – Że obaj będziecie.
– Nie mówi się takich rzeczy ludziom, od których zależy twoje przetrwanie.
– Zasłużyliście na śmierć.
Ivanow zepchnął na dalszy plan zbierającą się w żołądku wściekłość. Nie miał sił ani nerwów na tę czczą, głupią kłótnię. Miguel też milczał, ale kiedy Rosjanin na niego spojrzał, zobaczył skamieniałą, pobladłą twarz i puste spojrzenie. Lavalier, mimo krwawych śladów na plecach, jako jedyny był jeszcze dość sprawny, by swobodnie stać, więc wisiał nad nimi jak gargulec z gzymsu i kołysał się bezwiednie w przód i w tył.
Jurij pogratulował w duchu Reiowi dokładania traum do pieca. Odruchowo zadał sobie pytanie, ile jeszcze jest w stanie znieść ich Miguel w ciągu jednej doby, zanim coś mu odpierdoli albo do końca się wyloguje.
– Wiesz co, Kon – zawarczał gardłowo. – Stul mordę. OK, twój kumpel zginął, ale jeśli chcesz nam robić wyrzuty i bawić się w giełdę, wiedz, że nadal wygrywasz w tej konkurencji. Nadal, a żeby cię odbić, musieliśmy poderżnąć parę gardeł. Więc wiesz. Trochę wdzięczności.
Rei zamknął oczy. Przez chwilę wydawało się, że znów stracił przytomność i Jurij już był gotów odetchnąć z ulgą. Już po chwili jednak Chińczyk otwierał usta.
– Zostawmy to na potem – ubiegł go zupełnie niespodziewanie Miguel. Głos miał ochrypły bardziej niż zwykle, matowy i kompletnie wyprany z emocji, a twarz nadal ściągniętą powidokami szoku. – Serio. Bez względu na wszytsko, jeśli się nie dogadamy, nie wyjdzie stąd żaden z nas, a ty, Rei, masz chyba jakieś zobowiązania.
Kon zmrużył oczy, ale milczał, trafiony najwyraźniej celnie.
– Odpocznijcie trochę, ale potem musimy iść dalej – dodał jeszcze Lavalier cichnącym głosem. Odchrząknął, roztarł ramiona i potrząsnął głową. – OK, trzeba ustalić jakiś plan działania – powiedział już pewniej.
– Plan?
Miguel wzruszył ramionami.
– Jest nas trzech, potencjalnych zagrożeń, zakładam, więcej. Ale to my jedziemy na kodach. To się pewnie da efektywniej wykorzystać.
Jurij uważniej popatrzył na Argentyńczyka. Chyba potrafił zrekonstruować tok myślenia. Chodziło nie tylko o to, że w ten sposób mają większe szanse wyjść, ale także o to, że zmniejszało to ryzyko wzajemnego pozabijania się.
Musiał przyznać, że młodemu zdarza się czasem błysnąć. Może faktycznie padło na niego nie tylko ze względu na ładną buzię.
– Pójdę przodem – zaoferował natychmiast. – Mam wyostrzone zmysły, lepszy refleks i przeszkolenie zwiadowcze. No i Wolborg potrafi być skuteczna.
– W porządku – przytaknął Miguel. – To ja będę osłaniał tyły.
Rei wodził wzrokiem od jednego do drugiego.
– Będziesz nas kierował – Jurij nie pozwolił mu na sabotaż. – Zakładam, że jak smażyłeś przewody, to jakaś tam mapa tego pierdolnika ci się utrwaliła.
– To odważne założenie.
– Przekonamy się. No dobra, tyłki w górę.
I wtedy okazało się, że to nie jest takie proste. Rei nie zdołał się nawet podnieść – nogi załamały się pod jego ciężarem i upadł ciężko z bolesnym krzykiem.
– Która – spytał Jurij po prostu.
– Lewa… – wychrypiał z trudem Chińczyk, wciąż wijąc się w cierpieniu. Całą twarz zalał mu pot.
– Co z nią?
– Nie wiem… Nie pamiętam… Nie… – słowa zlały się w jeden niezrozumiały potok dźwięków obcego języka i jęki.
Ivanow przygryzł wargi. Kość najpewniej była złamana i to paskudnie, bo skręcenie czy nawet zwykłe pęknięcie raczej nie wywołałoby aż takiej reakcji bólowej, tymczasem Rei wciąż bladł, w kącikach zaciśniętych oczu błysnęły łzy, w kąciku ust zabielała kropelka śliny.
– Tym bardziej nie powinniśmy tracić czasu. – Miguel wpatrywał się w tę scenę nieruchomo, niemal nie mrugając. – Oprzesz się na mnie.
– Miałeś osłaniać tyły – zauważył Jurij.
– Trudno. Będziesz musiał mieć oczy dookoła głowy i tyle.
Ivanow poczuł, że znów przygryzana warga wreszcie pęka i na język dostaje się żelazista krew. Obserwował, jak Lavalier ostrożnie dźwiga Reia.
Ich szanse leciały na łeb.
Jurij nie mógł odpędzić się od myśli, że lepiej byłoby, gdyby nigdy nie znaleźli Reia. Lepiej z tak wielu różnych względów. Sam Kon chyba też zaczynał mieć tego świadomość.
– Znajdę… najkrótszą drogę… – szepnął, kiedy odzyskał zdolność składania słów w zdania, a z jego tonu zniknął niemal cały gniew. – Ja…
– Na to też będzie czas potem – uciął Miguel, poprawiając ułożenie jego ramienia na karku. – Idźmy.
Jurij ruszył przodem, starając się o nich zapomnieć i skupić tylko na otoczeniu.

*

– Do cholery! – Emily wściekłym gestem odtrąciła kubek, który ktoś próbował wcisnąć jej w dłoń. – Nie dociera?! Chcę wiedzieć, co się stało, nie kawy!
Krzyczała, piekliła się, ale tak naprawdę jej żołądek ściskał strach, a ramiona drżały od tłumionej paniki. Wzdłuż kręgosłupa co parę sekund przebiegało lodowate zimno, głowę wypełniał szum, a myśli nawet przez moment nie była w stanie skupić na jednym wątku, bez przerwy atakowana lękiem o coś innego. O kogoś innego.
– Pani York – w dodatku rozmawiająca z nią oficer okazała się nieznośnie wręcz sympatyczna – niestety nie jestem w stanie w tym momencie powiedzieć niczego na pewno.
Emily sapnęła z irytacją, poprawiła termiczny koc na ramionach.
Stanowczo odmówiła odwiezienia się do hotelowego pokoju, na izbę przyjęć czy dokądkolwiek indziej. Stała na tyle blisko ruin, na ile pozwalała żółto-czarna taśma oraz rozstawione już barierki i funkcjonariusze z psami, i nie zamierzała cofać się ani o krok.
Musiała wiedzieć.
Po prostu.
Sama miała sporo szczęścia. Równie dobrze mogła być przecież wewnątrz, wraz z pozostałymi.
W ręce obracała nerwowo telefon, czekając na jakieś wieści ze szpitala, do którego odwieziono Mystela. Hiromi nie chciała na razie informować – skoro sama nie próbowała się kontaktować, istniała szansa, że jeszcze nie wie. Może śpi. Może zepsuł się jej laptop i została odcięta od wieści. Może cokolwiek. York nie zamierzała denerwować przyjaciółki, póki nie ustali przynajmniej podstawowych faktów.
Rana postrzałowa – kołatało w głowie z nieznośną regularnością. A rana postrzałowa oznacza broń. Oraz kogoś, kto tę broń trzyma i nie zawaha się pociągnąć za spust.
To nie był moment, żeby tłuc głową o ścianę i użalać się nad faktem ewidentnego niedoszacowania powagi sytuacji, ale kiedy w przebłyskach wspomnień wracały do York obrazy z tego samego jeszcze dnia, luźne teksty, przekomarzania, ogólna atmosfera przygody, chciało się jej wymiotować.
Sam stadion był już przerażająco cichy. Pogięte elementy konstrukcji pięły się w niebo czarnymi zębami na tle światła ustawionych tu i ówdzie dla umożliwienia akcji ratunkowej reflektorów. Prąd wreszcie zaczął jako tako działać, choć czasem jeszcze skakało napięcie.
Poza tym robiło się pusto.
Ludzi ewakuowano, karetki powoli przestawały jeździć – a przynajmniej przestawały jeździć na sygnale. Dziennikarze zrobili zdjęcia, złapali paru ludzi, a teraz siedzieli nieopodal w prowizorycznym obozowisku i nad termosami ze wzmacnianą herbatą najwyraźniej usiłowali zapomnieć, gdzie i dlaczego są.
Prawdziwa burza rozpęta się rano.
Emily przytknęła dłoń do ust, kiedy te zaczęły niespodziewanie drżeć, a oczy zaszły mgłą.
Nie, nie teraz. Teraz potrzebna była skupiona i przytomna. Gotowa na każde wieści.
Naprawdę każde.

*

– Dajecie radę?
– Dajemy.
Nie trzeba było znać Miguela długo, żeby wiedzieć, że najprawdopodobniej kłamie. Zresztą kiedy Jurij odwracał się po raz ostatni, Rei zwisał już z ramion Lavaliera kompletnie bezwładnie i nie współpracował, całą siłę wkładając w to, żeby utrzymać oczy otwarte. Teraz przestał nawet jęczeć i tylko ciężko dyszał. O udzielaniu dalszych wskazówek co do kierunku marszu nie mogło być oczywiście mowy.
Ale Ivanow też miał swoje powody, żeby nie mówić całej prawdy.
– Dobrze. Przed nami czysto – rzucił więc, układając w dłoni nóż sprężynowy.
Nie było czysto. Cały czas nie było. Zza każdej ściany, zza każdego załomu dochodziło do wrażliwych uszu coraz więcej niepokojących odgłosów i Ivanow miał już niemal pewność, że to jedna wielka obława. Ta niewielka grupa, którą rozsmarowali po ścianach na samym początku, stanowiła tylko zasłonę dymną.
Frakcji najwyraźniej faktycznie było kilka, ale nadzieja, że wyrżną się między sobą, zdawała się raczej płonna. Przynajmniej jeśli chodziło o ludzi Balkowa. Ci mieli najwyraźniej do wykonania konkretne zadanie i nie zamierzali się rozpraszać.
Wiesz, że stąd nie wyjdą.
– Zamknij się! – Jurij zacisnął szczęki najmocniej, jak się dało.
Wiesz, że możesz to rozegrać inaczej. Balkow nie chce cię zabić. Gdyby chciał, już byłbyś martwy.
Zimna, lepka masa wypełniająca żołądek zaczęła pęcznieć i wspinać się w górę kręgosłupa, aż uderzyła w podstawę czaszki.
Stąd jest tylko jedna droga ucieczki.
– Do kurwy, zamknij się wreszcie! – Ivanow z wściekłością uderzył pięścią o ścianę.
– Jurij…?
Obejrzał się, choć wcale nie chciał tego robić. Obejrzał się i zobaczył, że Wolborg ma rację – Rei wyglądał już właściwie jak martwy, wiotki, bezwładny ochłap spoconego mięsa śmierdzącego nieludzkim cierpieniem. Tylko głupi upór holującego go Miguela, tylko jego zacięta mina sprawiały, że odganianie wątpliwości nadal było możliwe.
– Nic, zajmij się sobą. I nim.
Czekają na ciebie. Przyjmą cię z otwartymi ramionami.
Tak, Ivanow wiedział, że to prawda. Od dawna wiedział, że to prawda, nie potrzebował do tego Wolborg. Ale nie po to uciekał z Opactwa, by znów tam wracać. Nie istniała już cena, za którą Balkow mógłby kupić jego lojalność.
Zza ściany znów dało się słyszeć odgłosy walki, ale ścierały się jakieś inne grupy. Może jedna z nich była odpowiedzialna za próbę uprowadzenia Reia, może wcale nie – Jurija wcale to nie interesowało. Należało po prostu wstrzymać oddech, przemknąć cicho i modlić się w duchu, by Rei nie jęknął z bólu. Jedna odnoga korytarza, druga, z trzeciej trzeba się cofnąć, bo zalana.
Liczyło się tylko Opactwo.
Tylko trzy, cztery, już pięć par oczu obserwujących z ukrycia beznadziejne zmagania trójki zagubionych bladerów. Ci nie zamierzali ginąć jak niedoszkoleni, może nieudani nieszczęśnicy, których Balkow rzucił Wolborg na pożarcie. Osaczali ich ostrożnie i powoli, czekając na dogodny moment.
Tak będzie dla wszystkich lepiej. Tylko odwlekasz nieuniknione.
I wtedy Jurij poczuł uderzenie w twarz.
– Ogarnij się, chinga!
Zorientował się, że od dłuższej chwili stoi w miejscu. Zogniskował wzrok na Miguelu, na zmarszczonym czole, zlepionych potem włosach, zbroczonych krwią Reia rękach, zgarbionej sylwetce. Zignorował to wszystko i skupił się tylko na desperacji w oczach.
– Jurij, musimy stąd wyjść. Wszyscy trzej. Żywi. I wyjdziemy. Tylko bądź łaskaw, ogarnij się i nas wyprowadź.

*

Nogi nie były w stanie dłużej jej utrzymać, więc przysiadła na trawie. Jednak wzięła tę kawę. I jeszcze kanapkę, choć wszystko w niej zdawało się protestować przeciwko samej idei jedzenia. Ale czuła też przemożną chęć zajęcia czymś rąk. W efekcie rozbolał ją żołądek i przynajmniej przez jakiś czas jej uwaga skupiła się na czymś innym. Nigdy wcześniej nie podejrzewała, że sensacje pokarmowe odbierze jak błogosławieństwo.
Mystel żył – to było najważniejsze. Żył i wyglądało na to, że przynajmniej fizycznie szybko się pozbiera, choć jego dłoni nie dało się uratować.
Dłoni – dobre!
Emily podejrzewała, że tak szybko nie zapomni widoku krwawego, rozerwanego na strzępy ochłapu, którym kończyło się jego ramię, gdy sanitariusze pakowali go na nosze. Patrzył nieruchomo w nocne niebo, nie reagował na pytania, nawet nie jęczał z bólu. Tkwił w szoku, który zmieniał jego twarz nie do poznania, ścierając z niej całą pogodę ducha i naturalną łagodność. Wyglądała, jakby ktoś ją nieudolnie, szarpanymi, kanciastymi ruchami narysował.
York naprawdę cieszyła się, że Hiromi nie miała szans tego oglądać. Nie potrafiła wyobrazić sobie ani reakcji przyjaciółki, ani swoich własnych, gdyby znalazła się na jej miejscu. A tak istniała szansa, że kiedy Tachibana dowie się o wszystkim, Mystel będzie już po wyrównaniu kikuta i porządnym, głębokim śnie. Nadal ranny, nadal po katastrofie, ale względnie w niezłym stanie.
Przynajmniej Emily głęboko w to wierzyła.
Coś musiało pójść dobrze.
Cokolwiek.
Siedząc kolejną godzinę i gapiąc się na gruzy, traciła nadzieję, że jest jeszcze szansa na więcej pozytywnych zakończeń. Może więc powinna wreszcie stąd odejść i pojechać do siedziby Biovoltu. Tam spróbować nie zamordować Garlanda, wyjaśnić, skąd brak łączności, i rozpocząć liczenie strat. Po prostu ogarnąć burdel.
Emily objęła się ramionami i spuściła głowę. Nie była na to gotowa, na to, żeby zostawić wszystko – twarze, głosy, parę uśmiechów i nadziei na lepsze jutro – i otrzepać kolana.
Z trudem przyznawała się do tego nawet przed samą sobą, ale w tym momencie marzyła tylko o tym, by ktoś podał jej rękę. By myślał za nią. By powiedział, co robić, albo po prostu skłamał, że będzie dobrze.
– Emily. Emily York. Z PPB All Starz. Prawda?
Podniosła wzrok na wysokiego, chudego chłopaka stojącego przed nią. Zmarszczyła brwi, rozpoznając twarz, ale tylko z materiałów prasowych. Tam oczywiście nie była ani odrapana, ani przerażona. Obok niego stała ta druga, Retha Mhalangu.
– Tak – odparła. – Emily York.
Vincente Araya przygryzł wargę w nerwowym odruchu.
– OK – westchnęła z irytacją stojąca obok dziewczyna. – Ja będę mówiła. Ten chłopak… Blondyn w warkoczu. Z odstrzeloną ręką. Nie był połączony z bestią, prawda?
Emily ściągnęła brwi jeszcze mocniej, spojrzała na Rethę podejrzliwie.
– Dlaczego pytasz?
– Bo go zabrali. Jeśli nie był połączony, jest bezpieczny. Jeśli był, to na twoim miejscu już zajęłabym się organizacją ekipy ratunkowej.
York poczuła, że wszystko w niej osiada, ciężkie jak ołów.
– Nie był – odparła wbrew sobie.
– Dobrze. Sama też trzymaj się świateł, połączona czy nie. Jak my. Wejdziesz w cień, mogą cię zgarnąć.
– Kto? – Zmarszczyła brwi.
– Dokładnie nie wiemy. – Araya pokręcił bezradnie głową. – Tu dzieją się jakieś dziwne rzeczy. Ale przynajmniej jedna ekipa jest zainteresowana zgarnięciem połączonych. W tym nas, zwialiśmy z trudem. Nie wiem, czy tobie w sumie coś grozi, ale lepiej dmuchać na zimne, nie?
Podejrzliwość ukuła Emily między żebra.
– Zwialiście?
– Podsłuchaliśmy to i owo, zanim się zorientowali, że jesteśmy w pobliżu. Tam – Chilijczyk wskazał głową na stadion – jest naprawdę straszny pierdolnik. Nikt nie wie, co robić, nie tylko służby ratunkowe.
– Wybaczcie, że pozostaję nieufna – mruknęła Emily, odruchowo zaciskając palce na pustym kubku po kawie.
– Zrozumiałe. – Mhalangu wzruszyła ramionami. – Tylko mało opłacalne.
– Co masz na myśli?
– To, że wyraźnie ktoś pogrywa z nami, bladerami – dziewczyna skrzywiła się z niechęcią. – Na moje, podejrzliwość względem siebie to nie jest najlepsza opcja.
– Nie znam was.
Vincente przestąpił z nogi na nogę. Z czymś wyraźnie się gryzł.
– Emily… Nie wiem, czy to pomoże, czy zaszkodzi… – Sapnął z irytacją. – Znamy się. Sprzed lat.

*

Wszystko uderzyło na raz – zmęczenie, spychany na skraj świadomości ból, szok, wyrzuty sumienia, przerażenie i jeszcze tysiąc innych rzeczy, których nie potrafił nawet w tamtym momencie nazwać.
Stał przed Jurijem i próbował wyglądać na pewnego swoich racji, pewnego, że robią dobrze i wyjdą z opresji względnie cało, ale wiedział, że wewnątrz rozpadł się już całkowicie.
Tak naprawdę nawet przez moment nie wierzył, że przeżyją wszyscy. Kiedy zobaczył Reia, najpierw zdjął go strach, a potem opanował w tym temacie dziwny spokój. Wszystko w jego głowie się poukładało – szanse, zagrożenia, konsekwencje. Znał zakończenie tej historii i owszem, zamierzał zawalczyć, ale wiedział też, że nie poczuje się rozczarowany, jeśli się nie uda.
Jurij.
Jurij jako jedyny powinien bezwzględnie stąd wyjść. Z ich trójki wiedział i mógł najwięcej. Jeśli istniał ktoś zdolny zetrzeć wszystkich winnych z powierzchni ziemi, to właśnie on, a przecież powoli przestawało chodzić o cokolwiek innego. Sytuacja była przesrana, drogi wyjścia odcięte. Mogli jedynie przeć do przodu i wgryzać się wrogom w gardła, a Ivanow pozostawał w tym po prostu bezkonkurencyjny.
Nie zawaha się. Jak wówczas, gdy zwyczajnie wyszedł i wrócił z Hiromi, zostawiając za sobą pięć trupów.
Miguel nie zamierzał mu tego jednak mówić. Nie zamierzał mu mówić, że ze złamanej nogi Reia wystaje różowa kość i najprawdopodobniej cały wysiłek taszczenia go jest bezcelowy, bo Kon umrze albo z wykrwawienia, albo od zakażenia, albo zwyczajnie nie wytrzyma bólu.
On sam również nie miał wielkich szans. Tak naprawdę nie potrafił przecież ani strzelać, ani sprawnie posługiwać się nożem. Nawet z pięściami nie szło mu za dobrze, bo może był silny, ale kompletnie pozbawiony czegokolwiek innego. Jeśli prawdą było, że Barthez chciał zrobić z niego docelowo żołnierza Biovoltu, szkolił go raczej na technika, może logistyka, nie człowieka bezpośredniej walki. A żeby wyjść z tej sytuacji, trzeba będzie przebić ścianę gołą pięścią.
– Młody, obawiam się, że to koniec.
Nie, nie chciał tego słyszeć.
– Koniec…?
– Jesteśmy śledzeni. Cały czas za nami szli, będą chcieli otoczyć.
Lavalier potrząsnął głową.
– Wyjście musi być niedaleko – powiedział przez zaciśnięte zęby. Nie tyle ze złości, co po to, by powstrzymać nagłe dreszcze. – Powietrze stało się chłodniejsze i bardziej świeże. Musisz czuć.
Jurij patrzył na niego wzrokiem, którego nikt nigdy by się po nim nie spodziewał – z mieszanką smutku i prośby o wybaczenie.
– Nie! – wrzasnął Miguel. – Nie ma mowy! Przecież to nie ty! Ty się nie poddajesz! Nigdy! Jesteś pierdolonym upartym bucem!
– Dzięki.
– Ale to prawda!
Na twarz Ivanowa wrócił znajomy wyraz gniewu i Miguel wiedział, że trafił do domu.
– Bo tak dobrze mnie znasz – warknął Rosjanin.
– Jurij…
– Bo tak dobrze mnie znasz, wiesz o mnie wszystko, rozumiesz i jesteś w stanie ferować wyroki. – Zmrużył oczy nienawistnie. Coś się za nimi działo. Coś ważnego, do czego jednak Lavalier nie miał dostępu.
Czego pewnie i tak nie byłby w stanie zrozumieć, bo z każdą kolejną godziną Jurij wydawał się coraz mniej agresywnym dzikusem z Syberii, a coraz bardziej skomplikowaną zagadką bez jednego rozwiązania.
Miguel przełknął ciężko ślinę, czując, jak robi mu się zimno i od mrozu pękają naczyńka na twarzy i w nosie. Coś jednak, jakiś wewnętrzny głos podpowiadał, że nie, Ivanow nie mógłby mu zrobić krzywdy. Już nie. Nie po tym, jak zaczął nazywać go „młodym” i ostatecznie, z własnej woli, przyjął do stada. Argentyńczyk starał się więc po prostu równo oddychać i zachować spokój. Odwrócił wzrok, jak zrobiłby niższy statusem wilk w stadzie. To w zasadzie wystarczyło i wrażenie przejmującego chłodu zniknęło.
– Przecież cię nie oceniam.
– OK. – Jurij nagle rozluźnił się, potarł nasadę nosa. – W porządku. Zapomnij.
Miguel strzelił oczyma po ścianach, przygryzł wargę, nagle szarpnięty powidokiem tego, co starał się za wszelką cenę utrzymać z dala od ośrodków decyzyjnych i spopielić w jakimś bezpiecznym miejscu.
– Po prostu chcę, żebyś mi powiedział, że będzie dobrze – wychrypiał. – Przyznaję. Inaczej… Wiesz… Nie jestem… Nie wiem, jak by to…
Jurij zamknął oczy, a potem otworzył je bardzo powoli.
– Dlaczego? – spytał głucho.
– Co…?
– Twoja motywacja, Miguel. Bo chyba nie jest już nią on. – Wskazał ruchem głowy Reia. – Nie po tym, co powiedział.
– Jest w szoku, będzie żałował, zobaczysz. Jeszcze ci przyniesie kapcie w zębach.
– Pierdolę to. Jest chujem w szoku, nie wierzę, że nie masz ochoty skopać mu jaj, kiedy się ocknie. Więc?
Lavalier zacisnął usta.
– Chodźmy już. – Poprawił Kona na ramionach i zaczął holować dalej. – Czekaj… Gdzie oni są?
Ivanow wskazał brodą kierunek. Miguel obejrzał się, jakby miał w ogóle szanse dostrzec kogokolwiek. Nie w tych ciemnościach. Nie z tym szumem w głowie. Nie ze wzrokiem, który pewnie kwalifikował go na wizytę u okulisty, chociaż nigdy do niej nie doszło, bo jakoś nie starczyło czasu w morzu nicnierobienia.
– Nie odpowiedziałeś mi na pytanie – zauważył Jurij.
– Bo nie chcę. Myślisz, że zaatakują?
– Przed nami wąski korytarz. Spodziewałbym się, że uznają to za dobre miejsce.
– Przecież wiedzą, co zrobiliśmy ostatnio.
– I wiedzą też, że tym razem jest z nami Rei, prawda?
Miguel poczuł kolejne szarpnięcie – jakby gorąca fala przemieszczała się tuż pod jego skórą. Podjął już decyzję. Podjął ją jakiś czas temu i teraz tylko ten cały korytarz zwyczajnie przyspieszył pewne sprawy.
Przygryzł wargę i parsknął niekontrolowanym śmiechem.
– Co znowu? – Jurij spojrzał na niego przez ramię.
– Nie, nic. To nie jest trochę zabawne?
Ivanow patrzył na niego spod zmarszczonych brwi i Miguel nie miał kompletnie żadnego sensownego pomysłu na to, jak takie spojrzenie interpretować.
Ledwie weszli w korytarz, krzyknął krótko i upadł na kolana.
– Młody!
– Nic mi nie jest – mruknął. – Weź ode mnie Reia.
Jurij wyglądał, jakby miał ochotę splunąć.
– Zostaw gnoja – odparł. – I tak tego nie przeżyje. Pomogę ci.
Lavalier pokręcił głową z przekonaniem.
– Nie – powiedział. – Zaraz przejdzie. To tylko plecy. Bywa. Po prostu daj mi moment luzu.
– Serio…
– Nie, powiedziałem!
Ivanow uniósł brwi.
– Jurij… Jurij, wybacz, ale dzisiaj… stało się wiele złego… Ja…
– Pożałujesz tego, smarku – warknął tylko, ale ostatecznie wsunął ręce pod ramiona Reia.
I wtedy Lavalier zerwał się z kolan i cofnął. Posłał ogień na oślep, za siebie i w ciemnościach zamajaczyły sylwetki. Odpowiedź przyszła błyskawicznie, ale wraz z nią cios poniżej Jurijowego pasa – dość mocny, by na moment pozbawić Rosjanina jakiejkolwiek zdolności działania.
Cios wyprowadzony przez Miguela.
– Przepraszam. Mam… trochę win do wyrównania.
Jurij, oszołomiony bólem, unieruchomiony ciężarem Reia i ograniczony wylotem wąskiego korytarza, nie zareagował, gdy nadeszło kolejne uderzenie, już nie od Argentyńczyka, odrzucając ich obu – jego i Kona – w ciemność. Chińczykiem zarzuciło jak kukłą, równie dobrze mógł mieć kręgosłup w kawałkach. Z sufitu osypał się tynk, kurz wypełnił oczy i usta.
Siwą zasłonę podświetlił krwawo ogień.
– Pierdolę to, Miguel! – zawył Jurij ochrypłym, zmęczonym głosem. – Pierdolę twoje wymyślone długi! Po prostu nie masz prawa o tym decydować, słyszysz, zaborczy chuju?!
Nie dostał odpowiedzi. Zamiast tego w mgnieniu oka wyrosła między nimi ściana płomieni i w nozdrza Ivanowa uderzył swąd przypalonych brwi.
– Nogi ci z dupy powyrywam! – głos mu skoczył, załamał się, a dym momentalnie podrażnił oczy i płuca. – Wracaj tu, smarkaczu!
Wszystko zatrzęsło się w posadach, gdy oddział Balkowa uderzył, ale Jurij nie widział już niczego zza ściany ognia i łez wyciśniętych przez dym i pył.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Let it R. I. P.

Post autor: Kruffachi » 02 września 2016, 21:39

XXI
THEN I LOST IT. KINDA LOST IT ALL, YOU KNOW. FAITH, DIGNITY, ABOUT FIFTEEN POUNDS…

– Tutaj!
Jurij chwycił wyciągniętą dłoń, pozwolił się dźwignąć i pomóc sobie wyjść. Chłód nocy uderzył do w spoconą twarz jak policzek, a ostry kawałek gruzu w kolano. Zakręciło mu się w głowie, jakaś zimna łapa ścisnęła żołądek.
To był już koniec? Tak po prostu?
Huk, wrzask, na przemian gorąco i zimno, lepka krew, walka o każdy oddech i każdy centymetr, a potem już tylko cisza?
Cień jasnych, rozpostartych szeroko skrzydeł wyrastających z pleców chłopaka, który wypatrzył ich pośród pobojowiska, zasłaniał widok, więc trudno było zorientować się w sytuacji, ale Jurija nawet szczególnie nie interesowała. Czuł się zmęczony, zrezygnowany i zły. A jednocześnie nadal rozpędzony. Nadal pchany jakąś wewnętrzną siłą, która kazała mu gnać przed siebie i przegryzać gardła.
Tylko że najwyraźniej wszystkie, które przegryźć powinien, zostały za nim, za ścianą ognia, w gryzącym dymie i morderczym gorącu. Może z jedynym człowiekiem spośród nich, który miał jeszcze dość zwyczajnej, ludzkiej przyzwoitości, żeby zasłużyć na parę dodatkowych lat życia.
– Czekaj, pomogę ci z nim. – Skrzydlaty chłopak wyciągnął ramiona po nieprzytomnego Reia. – O Jezu… Co mu jest…?
– Najogólniej? Umiera.
– Jurij! – usłyszał znajomy głos Emily i Amerykanka pojawiła się w polu widzenia, wyminąwszy z sapnięciem irytacji białe, ironicznie anielskie skrzydło. – Weź już to schowaj, co? – Obrzuciła chłopaka, w którym Ivanow rozpoznał wreszcie Vincente Arayę, niechętnym spojrzeniem. – Jurij, do cholery, nic ci nie jest?!
Uznał odpowiedź na głupie pytanie za zbędną.
– Tylko dwóch? – spytał Araya, mrużąc nieufnie oczy. – Jest was tylko dwóch? Emily mówiła, że…
– Zrobiłem, co mogłem – wycharczał Jurij, osuwając się po ramieniu Chilijczyka na kolana. – Wszyscy trzej zrobiliśmy. – Chciał się dźwignąć, ale zadrżał, gdy mięśnie chwyciły kleszcze bólu i zwątpienia.
Ktoś pomógł mu wstać. Tę dziewczynę też znał, trudno byłoby zapomnieć ją i towarzyszący jej chyba permanentnie zapach smaru.
– Hej, Retha.
– Hej, skurwysynie.
Jurij bardzo starał się nie rozglądać. Nie widzieć twarzy milczącej z zaciśniętymi ustami Emily. Nie zgadywać, co teraz myśli.
Jurij bardzo starał się też nie patrzeć za siebie, gdy usłyszał huk płomieni, które wreszcie przebiły się przez gruzowisko i rozpaliły je na kształt stosu.
Ale spojrzał.
Wszystkie jego mięśnie zwiotczały, kości zamieniły się w trzeszczące szkło, coś dziwnego działo się z żołądkiem. Poczuł, że znów upada, ale czyjeś ramiona utrzymały go na nogach.
– Chodźmy stąd – usłyszał chrapliwy głos Rethy.
Przegrałeś – dodała Wolborg, ale w jej głosie nie usłyszał spodziewanej kpiny.

*

– Nie prowokujcie Brooklyna.
To, co naprawdę powinno zaniepokoić ludzi Hiwatariego, to fakt, że w głosie Garlanda pobrzmiewała autentyczna prośba.
Irlandczyk siedział w kącie gabinetu skulony, w pozycji, którą Śirwat pamiętał aż za dobrze z tamtej nocy przed trzema laty, gdy pod wpływem Hitoshiego Kinomyi obudziła się w Masefieldzie najczarniejsza część złożonej, przeżartej chorobą osobowości, a Zeus po raz pierwszy przejął nad nim całkowitą kontrolę.
Garland starał się trzymać go z daleka od tego wszystkiego, od decyzji, niejasności, moralnych pułapek. Starł się trzymać go z daleka od ludzi, którzy będą próbowali wykorzystać zranioną, bezbronną duszę i złączonego z nią demona.
Na próżno.
Brooklyn nie był już tym samym niewinnym dzieciakiem, co przed laty, zanim został wciągnięty do BEGA. Wiedział i rozumiał więcej, terapie powoli zbliżały go do rzeczywistości i ściągały na ziemię. Garland mógł się zatem spodziewać, że Irlandczyk zechce podjąć samodzielną decyzję i że nie będzie to decyzja zbieżna z jego dobrym interesem.
Brooklyn zrobił to i pozwolił Zeusowi spętać Draciel. A teraz wszyscy stali wokół niego jak głupki i nie wiedzieli, co począć. Budynek tonął w ciemnościach, mimo iż świt już rozpełzał się na moskiewskich ulicach, i tonął w wodzie, co uniemożliwiało zejście na niższe piętra.
Wszystkim. W tym Kaiowi.
Jedyną osobą, która zdawała się tym nie przejmować, była Hiromi, zadowolona wręcz z takiego obrotu sytuacji, siedząca na krześle z założonymi rękoma i patrząca na Śirwata z pogardą.
– To jest złe, Garland – powiedział Brooklyn jeszcze wolniej niż zwykle, ochrypłym, wydobywanym z trudem głosem. – Bestie nie powinny być same, nie możemy do tego dopuszczać. Są samotne, przerażone i cierpią.
– Brooklyn… Brooklyn, przyjacielu, Max…
Zielone oczy podniosły się na Hindusa powoli.
– Max Mizuhara nie musiał ginąć. Nikt nie musiał. Przecież tak miało być, prawda? Do mistrzostw miało nie dojść.
Śirwat odwrócił wzrok. Tak, miało nie dojść, tak, mogło się obyć bez rozlewu krwi. To był jego błąd. Jego niedopatrzenie. Nie przewidział, że uderzenie nastąpi w ten sposób.
Kai westchnął w ciemnościach za jego plecami.
– Możemy teraz zaprowadzić pokój – zwrócił się do Brooklyna. – Ty i ja.
– Co?! – obruszyła się Hiromi.
– Dwaj najpotężniejsi bladerzy wszechczasów – ciągnął Hiwatari, nie zwracając na nią uwagi. – Możemy to zakończyć na zawsze, wiesz o tym.
Masefield nie odpowiedział. Jego twarz nie wyrażała niczego. Oczy jednak wydawały się skupione jak nigdy.
– Brooklyn… – Tachibana nerwowo poruszyła się na swoim miejscu. – Brooklyn, nie ufaj mu, pamiętaj, kim jest i co zrobił.
Głowa Irlandczyka przekrzywiła się na bok, ale wzrok nie przesunął ani o milimetr. Cisza trwała długo. Sekundnik staroświeckiego zegara wybijał ciężki rytm.
– Draciel cię nie lubi – powiedział w końcu Brooklyn.
Kai przymknął oczy.
– Draciel musi być rozgoryczona – odparł. – Sam powiedziałeś, że jest samotna i zagubiona. Daj jej czas. Sobie też. Nie musisz decydować w tej chwili.
Masefield po prostu przytaknął, a mrok zaczął się stopniowo przerzedzać.
– A jeśli zawiodę twoje zaufanie, Brooklyn, wiesz, jak mnie znaleźć.

*

Siergiej po raz kolejny potarł knykcie w odruchu kompletnej bezradności. Jurij ciągle się nie ruszał, ciągle siedział w przyszpitalnych krzakach w ten sam sposób, okryty kocem termicznym, brudny, milczący, z opuszczonymi ramionami i wzrokiem tępo wbitym w trawę. Pierwsze promienie poranka rzucały na jego twarz niezdrowy blask. Herbata, którą ktoś przyniósł mu z automatu w odruchu zwyczajnej solidarności, zdążyła kompletnie wystygnąć, a na jej powierzchni unosiła się utopiona mucha. To nie było załamanie. To nie był szok – po Opactwie naprawdę mało co szokowało. To było skrajne, nieomal śmiertelne wyczerpanie. W każdym innym wypadku wściekłość i gorycz wzięłyby górę. W każdym innym wypadku Ivanow nie dałby się w ogóle wyprowadzić z gruzów stadionu.
– Sabaka…
Ivanow zamrugał bardzo powoli – bardziej przypominało to nawet przymknięcie oczu z rezygnacją niż fizjologiczny odruch. Niemrawo otworzył spierzchnięte, rozbite usta.
– Muszę…
– Wyspać się.
Jurij chwilę patrzył na Siergieja, jakby kompletnie nie rozumiał, co się do niego mówi.
– Co…? Nie… Nie to…
Petrow zacisnął wargi.
– Wiem, że nie to miałeś na myśli, ale, kurwa, nie jesteś w stanie podnieść własnego tyłka.
Ivanow nie odpowiedział. Wrócił do stanu zawieszenia, w którym tkwił od dobrych kilku godzin. Niczego nie mógł, na nic nie miał sił, drżał na całym ciele i szczękał zębami, ale wciąż odczuwał potrzebę, żeby kontrolować sytuację.
Rozległy się kroki i obok pojawił się Claude. Teraz, gdy wszystko stało się jasne, aż trudno było uwierzyć, że ktokolwiek nabrał się na zmianę fryzury i wizerunku w połączeniu z korektą nosa i barwnymi szkłami kontaktowymi, nie rozpoznając w Arayi oficjalnie martwego od roku zawodnika.
– Reia operują – powiedział matowym, pełnym rezerwy głosem. Miał żal o Miguela i wcale się z tym nie krył, ale Jurij nie zamierzał Tavarezowi niczego tłumaczyć. Nikomu nie zamierzał, a jemu już na pewno. – Nie wiedzą, czy przeżyje, nie wiedzą, cz będzie chodził, niczego nie wiedzą. Jeśli trzeba kogoś zawiadomić, to lepiej się pospieszcie.
Oczywiście, że trzeba było kogoś zawiadomić. Hiromi chociażby, najbliższą obecnie przyjaciółkę Kona. Ale Jurij nie miał na to sił, a Siergiej nie zamierzał spuszczać go z oka ani na moment.
– Niech zdycha, skurwysyn – wychrypiał Ivanow, nie patrząc na nikogo.
– Co?
– Kon. Pierdolony hipokryta. Wszystko… Wszystko przez…
Claude zacisnął usta i wpakował pięści w kieszenie spodni. Widać było, że z trudem powstrzymuje jakiś komentarz, za który najprawdopodobniej dostałby w zęby.
– Zwijamy się? – rzucił zamiast tego. – Retha pewnie już znalazła miejscówkę, a nie powinniśmy… wiecie. – Strzelił oczyma po okolicy.
Miał rację. Jeśli prawdą było, że ktoś poluje na bladerów połączonych z bestiami, należało czym prędzej usunąć się z terenu publicznego szpitala.
I raczej nie jechać do siedziby Biovoltu.

*

– Chcę wiedzieć, co się stało! Dlaczego nikt mi ciągle nic nie mówi?!
– Nie drzyj się! – syknął pan Takara, nie ukrywając już nawet, że stracił nerwy.
Zresztą – przed kim miałby udawać? I jak długo jeszcze, skoro od pięciu godzin nikt nie potrafił udzielić mu wyczerpującej informacji, co dalej? Nic, tylko „proszę zachować spokój i nie oddalać się od miejsca zakwaterowania”.
Czego od niego oczekiwali? Co miał robić? Naprawdę ktoś wierzył, że po czymś takim Daichiego uda się jeszcze zatrzymać z dala od prawdy? Że nikt mu w końcu nie powie, że jest wielokrotnym mordercą? Żaden z dziennikarzy, kolegów z zespołu? Inni bladerzy jakoś mogli sobie z tym radzić. A on jeden nie.
Bo był oczkiem w głowie prezesa BBA. Bo był takim biednym, och!, ach!, takim okaleczonym przez bestię chłopcem i w związku z tym należało mu się noszenie na rękach.
– Żądam rozmowy z panem Daitokujim! – Uderzył pięścią w stół.
O tym też nikt mu nie powiedział?
– Prezes Daitokuji jest w szpitalu – warknął pan Takara. – Miał zawał.
– …co… – usta Sumeragiego otworzyły się bezradnie. W takich chwilach, zgodnie z dawnym przezwiskiem, naprawdę przypominał małpiatkę.
– To, dzikusie – splunął trener. – I nie będzie już żadnego meczu, nie licz na to. Nie sądzę, by kiedykolwiek gdziekolwiek jakiś miał się odbyć. Obaj jesteśmy bezrobotni.
Ręce Daichiego zawisły bezwładnie po obu stronach ciała, usta nadal nie chciały się zamknąć. Dygotał.
– Ale… Ale nic mu nie będzie…? – wyszeptał bardzo cicho.
– Jasne. Ma osiemdziesiąt lat i bypassy, na pewno z tego wyjdzie i jeszcze zagra w tenisa.
Jednocześnie pełen wściekłości i bólu wrzask Daichiego sprawił, że zadrżały sprzęty. Zerwał się nagle, przewrócił krzesło, na którym i tak siedział w mocno nieprzepisowy sposób.
– Stój! – zawołał pan Takara. – Dokąd to?!
– Donikąd!
Trener złapał chłopca za nadgarstek i pociągnął, wymuszając upadek.
– Nigdzie nie idziesz! – krzyknął. – Jeszcze mi tego brakuje!
Ale wtedy zadrżała posadzka. Cofnął się przerażony.
Daichi klęczał na dywanie, podparty na rękach, z opuszczoną głową i wyraźnie dygoczącymi ramionami. Oddychał głośno. Powietrze opuszczało jego płuca z niepokojącym świstem.
– Uspokój się… – Pan Takara wyciągnął przed siebie asekuracyjnie ręce.
– Zejdź. Mi. Z drogi – usłyszał w odpowiedzi.
Już nie zamierzał się stawiać.

*

Hitoshi wyciągnął nogi przed siebie, rozparł się wygodniej w fotelu i zapatrzył na wstający za oknem szary świt.
To była długa noc, bez wątpienia.
– Panie Kinomyia? Połączenie z Ameryki – dobiegł do niego głos sekretarki.
– Śpię – odparł.
Nie miał zamiaru rozmawiać z Judy. Przecież wiedział, co ma mu do powiedzenia. Czy raczej wykrzyczenia. Tak naprawdę wcale nie miał też zamiaru wracać do Nowego Yorku – ten rozdział został definitywnie zamknięty wraz ze śmiercią Maxa. Tak miało być od początku, odkąd wraz z pozostałymi uznał, że chłopak jest już zbyt potężny, żeby pozwalać mu żyć, nawet w charakterze niezawodnego bicza na innych niebezpiecznych bladerów. Judy nie kochała syna, prawdopodobnie w ogóle koncept miłości był jej całkowicie obcy – nie tylko matczynej – ale celowego zamordowania swojej latorośli by nie zrozumiała i nie poparła.
Więc tę współpracę należało zakończyć.
– Poinformuj mnie, kiedy przybędzie pan Ryuunosuke Kinomyia – zawołał jeszcze Hitoshi przez drzwi.
Może powinien się zdrzemnąć. Może, ale adrenalina wciąż buzowała w jego żyłach i zamierzał wykorzystać jej wpływ do końca. Między innymi, rozmawiając z dziadkiem, który po tym, jak pan Daitokuji wylądował w szpitalu, został głównym szefem operacji.
Jedyne, czego jeszcze Hitoshi chciał, to odzyskać brata, ale wiedział, że pośpiech nie jest wskazany, a Takao, jako unikat, jest względnie bezpieczny nawet w rękach Judy. Był jak wymarły zaschnięty motyl w klaserze – pierwsza rzecz, którą wynosi się z pożaru, zanim jeszcze człowiek pomyśli o dokumentach, psie czy własnym życiu.
A tak poza tym bolały go nogi i głowa. I zjadłby coś słodkiego.
– Panie Kinomyia, pański dziadek.
Dźwignął się z fotela z ciężkim westchnieniem.
– Witaj, ojii-san – powiedział do stojącej w progu starczej, ale wciąż pełnej werwy postaci.
– Dzieciaku.
Hitoshi próbował nie krzywić się na to określenie. Nie był już dzieciakiem. Miał prawie trzydzieści lat na karku i osiągnięcia, o których wielu mogło jedynie pomarzyć. No ale dziadek to dziadek, miał swoje zwyczaje i swoje prawa.
– Usiądź. Napijesz się czegoś?
Ryuunosuke pokręcił głową. Ciemne kręgi pod jego oczyma wskazywały na to, że też zarwał noc, co wcale nie wydawało się dziwne.
– A ja tak. – Hitoshi zerknął na sekretarkę. – Herbaty. Jak zawsze.
Przeszkolona, jak zachowywać się wobec japońskich mężczyzn, skinęła głową i wycofała cicho.
– No to… już po wszystkim. – Młodszy Kinomyia nie zdołał powstrzymać krzywego i zmęczonego, ale jednak uśmiechu.
– Na tę chwilę. Wiesz, czego chce Balkow.
– Jurija. Czy raczej chciał, bo…
Ryuunosuke roześmiał się w ten swój denerwujący sposób, który był w stanie postawić na nogi połowę miasta.
– Uwierzyłeś, że zginął? – zapytał, ocierając łzę rozbawienia. – Naiwny pacanku.
– Więc gdzie jest?
– Gdzieś. – Starzec wzruszył ramionami. – Prędzej czy później wykica z norki. Nie sądzę, żeby udało mu się wysiedzieć cicho. Stawiam motorynkę i kolekcję pinupowych pocztówek, że będzie się mścił. Poczekamy. Najważniejsze, że Balkow też go nie dostał.
– Był blisko – mruknął Hitoshi, przypominając sobie, jak klał nad raportami od ludzi kontrolujących sytuację.
– Był, ale zamiast popijać szampana, liczy trupy i poparzonych. Czy tam trupy aspirujące.
Młody Kinomyia spojrzał na dziadka spode łba.
– Nie dzięki nam.
– Nie, dzięki nieprzewidzianemu czynnikowi w postaci rozjuszonej zapalniczki, fakt. Ale liczy się efekt.
Hitoshi pokręcił głową.
– O co chodzi, smarku?
– O to, że potrzebujemy bladera po swojej stronie – wyrzucił wreszcie z siebie to, co zajmowało mu umysł od bardzo dawna. – Nie kogoś takiego jak Max, nie nieświadomego narzędzia… Zresztą turnieje to raczej przeszłość. Raczej kogoś, kto będzie naszą odpowiedzią na tamtych.
Ryuunosuke zacisnął usta.
– To wbrew wszystkiemu, co robimy – odparł nadspodziewanie twardo.
– Wiem, ale…
– Nie.
Hitoshi spuścił wzrok i westchnął z irytacją.
– Obawiam się, że możemy tego pożałować.
Jak już wielu rzeczy. Jak każdego razu, gdy zatrzymywali się wpół kroku, bo ktoś miał jakieś wątpliwości. Może faktycznie średnia wieku była w tym gronie za wysoka. Tylko co on mógł na to poradzić, skoro Hiromi nie miała do powiedzenia niczego poza „chuj wam w dupę”?
Jeśli tak dalej pójdzie, nikt nie będzie miał do powiedzenia niczego poza „chuj wam w dupę”.

*

Siergiej przetarł spoconą z nerwów twarz wielką dłonią i odwrócił się do patrzących na niego pytająco bladerów, wśród których nie było już Jurija. Nie dał się zaprowadzić do łóżka po dobroci, ale ostatecznie organizm zadecydował za niego. Tak poza tym Rei umierał w szpitalu, a Miguel prawdopodobnie nie żył już od dobrych kilku godzin, więc wszyscy z jakiegoś powodu uznali, że to Petrow będzie wiedział, co dalej.
On.
Akurat on.
Naprawdę nie był od takich rzeczy.
– No i? – ponagliła go Retha.
Siergiej nie wiedział co o niej myśleć. To ona przyniosła wiadomości o tym, że ktoś chce ściągnąć pozostałych bladerów, i najwyraźniej wiedziała znacznie więcej, niż zamierzała mówić.
– Na razie siedźcie na dupie. Jeszcze nie wszyscy się zgłosili.
Mieszkanie na Gozdeva, które załatwiła dosłownie w kilka godzin, było klaustrofobiczne, zdewastowane i porośnięte grzybem, ale też, jak twierdziła Mhalangu, poza wszelkim podejrzeniem. No i było tu przynajmniej jedno łóżko, obecnie zajęte przez Jurija.
Pozostali rozsiedli się na podłodze, choć roztocza w wykładzinie najprawdopodobniej dawno już wynalazły koło i były już na etapie planowania podboju świata. I całkiem możliwe, że mogły pochwalić się większymi sukcesami niż oni – banda po raz kolejny wyśmianych przez los dwudziestolatków.
Retha parsknęła ponurym śmiechem.
– Hm?
Podniosła wzrok na Siergieja.
– Naprawdę myśleliście, że nad tym zapanujecie? Że ktoś nie wykorzysta sytuacji?
Nie odpowiedział jej. Nie miał ochoty o tym rozmawiać. Nie od tego tu był.
– Kto jeszcze jest w to zamieszany? – spytał więc, zmieniając temat. – Balkow, Daikotuji, Kinomyia i Mizuhara, FSB…
– Francuzi.
Petrow poczuł dreszcz spinający mu wszystkie mięśnie.
– Olivier? Olivier Polangue?
Retha skinęła głową.
– To nie jest obce mi nazwisko – przyznała. – Przewinęło się parę razy, kiedy jeszcze byłam w RPA.
– Więc jednak! – Siergiej uderzył potężną pięścią w stół.
– Hm?
– Jurij miał rację, że Majestics są w to zamieszani.
Claude drgnął, przerywając na moment łamanie tabliczki czekolady – cukier zdecydowanie znajdował się teraz na szczycie piramidy potrzeb całej czwórki, więc zgarnął jakąś po drodze.
– Wiedziałem… – szepnął.
– Co wiedziałeś? – Retha zmarszczyła brwi.
– Że nie powinniśmy im ufać. Kiedy tak ochoczo zaproponowali, że będą nas szkolić. – Na tym zamierzał zakończyć, ale czuł na sobie dwa pytające spojrzenia, a w wytrzymywaniu nacisków nigdy nie był dobry. – Wiecie, po Mistrzostwach trzy lata temu. Moralne zwycięstwo moralnym zwycięstwem, ale zostaliśmy z gołą dupą i bez trenera. Zaoferowali pomoc, a jaki normalny zespół zaoferowałby coś takiego rywalom, jeśli nie miałby w tym interesu?
– Poszliście na to – zgadł Siergiej.
– Tak właściwie to Miguel poszedł. Wtedy… No, OK, nie tylko wtedy, ale w tamtym momencie zwłaszcza, to oznaczało, że zgodziliśmy się wszyscy. – Claude rozłożył czekoladę przed sobą, gestem zapraszając do poczęstunku. – On sam był w czymś jakby… ja wiem? Dołku poadrenalinowym, uważał, że Majestics po prostu nie widzą w nas dość potencjału, żeby zobaczyć też zagrożenie. I że to taki trochę dar dla ubogich, paczka ryżu dla bidula, wiecie. Oczywiście tę wersję znałem tylko ja, a i tak wygadał się po jakichś piwach w pełnym słońcu. Z natury demokratą to on nie jest… był. Mówiłem mu oczywiście, że moim zdaniem to śmierdzi, ale nie chciał słuchać, zwłaszcza po tym, jak Mathilda zrobiła pod okiem Oliviera spore postępy. To akurat muszę przyznać. – Tavarez westchnął, opadł plecami na odrapaną ścianę. – Ja z kolei nie miałem niczego poza przeczuciami. No i, hm, cóż… – Zaczął wyłamywać długie palce, jakby nagle zakłopotany.
– No?
– Wiedzą o tym, że jestem spośród nich najlepszy – powiedział, patrząc w bok. – I że ciągną mnie w dół, ale gdybym był sam, to…
Claude nie musiał kończyć. W tym momencie odezwał się jednak telefon Petrowa.
– Emily – oświadczył, czytając SMS-a. – Wyjdę po nią.
Kiedy zniknął za drzwiami, na chwilę zapanowało zupełne milczenie. Coś skrobało w ścianie i można było mieć jedynie nadzieję, że to zwykła mysz.
– Ale serio? – odezwała się w końcu Retha, przeżuwając kostkę czekolady. – Nie mogłeś po prostu powiedzieć, że chcesz się bawić sam? – Zmierzyła Tavareza zdegustowanym spojrzeniem.
– Nie zrozumiesz – westchnął. – Przygniatała mnie presja, nie mogłem ich zawieść. Od początku… Od początku to głupie jeden za wszystkich, a potem jeszcze zginęła Mathilda. Opuszczenie Miguela i powiedzenie mu, że jest słabszym ogniwem duetu, że tak naprawdę zawsze mnie ograniczał, byłoby nie fair. Poza tym… były jeszcze inne czynniki. Zaszłości. Nie zrozumiałby. Dla niego wszystko to było takie proste, ci są dobrzy, a ci źli, z tymi będziemy pracować, a z tymi nie. Nigdy nie patrzył na szerszy obraz sytuacji.
– Cóż, tak po prawdzie to i tak zostawiłeś go w dupie – parsknęła Mhalangu. – I to mało subtelnie. Jak dla mnie, to po prostu stchórzyłeś.
Claude dłuższą chwilę milczał, gapiąc się nieruchomo w okno i przygryzając wargę.
– Teraz to i tak bez znaczenia… – szepnął w końcu.
Retha nie drążyła, widząc, jak krzywi twarz, próbując powstrzymać nagły przypływ żalu. Cała ta opowieść o udawanej śmierci w gruncie rzeczy bardziej ją bawiła niż wywoływała chociaż cień wzruszenia, ale nie zamierzała oglądać rozklejonego faceta. To zawsze żenowało.
Szczęśliwie otworzyły się drzwi i stanęła w nich Emily. Cała zdawała się niepokojem, w potarganych włosach, bez okularów, w przepoconej koszulce.
– Czekolada – powiedziała tylko i dopadła do ledwie napoczętej tabliczki.

*

Hiromi omal w to nie wierzyła, ale została bezceremonialnie wyrzucona. Wyprowadzona z budynku Biovoltu jak intruz, gdy tylko umożliwił to poziom wody na niższych piętrach. Nikt się nią nie interesował, nikogo nie obchodziło, co zrobi dalej. Przestała być czymkolwiek więcej, poza zużytą, podartą zabawką.
Rozejrzała się bezradnie, na moment ulegając oszołomieniu sytuacją. Tak rzadko zdarzało się, że ostatnie słowo wcale nie należało do niej.
Ostatecznie jednak, w przebłysku świadomości, sięgnęła po telefon, by skontaktować się z Emily. Jej jednej na pewno mogła zaufać i nawet jeśli York nie będzie miała żadnych przydatnych informacji, należało ją przynajmniej ostrzec przed zdradą.
Jej przyjaciółka odebrała niemal natychmiast. A potem wyrzuciła z siebie potok bardzo szybkich i niezrozumiałych słów, których jedyną treścią wydawały się emocje.
– Spokojnie – powiedziała Tachibana. – Nic mi nie jest. Właśnie wyszłam z budynku Biovoltu.
W odpowiedzi usłyszała, że ma jechać do Botkina.
Poczuła, jak zapada się pod nią ziemia. Wiedziała, co to znaczy.

*

Jurij obudził się chory. Bolało go całe płonące od gorączki ciało, a łeb zaczął pękać już od samego podniesienia powiek. Znał ten stan aż za dobrze.
Wbrew wszystkiemu i każdej komórce z osobna dźwignął się na łokciu i rozejrzał, na ile pozwolił na to kompletnie sztywny kark.
- Siergiej?
- Jestem, Sabaka.
Ivanow potarł opuchnięte oczy. Zaburczało mu w brzuchu.
- Ile spałem?
- Trzynaście godzin.
- Kurwa...
- I kilka więcej by nie zaszkodziło.
Jurij skrzywił się i zaczął ostrożnie spuszczać nogi z łóżka, czym zasłużył sobie na zrezygnowane westchnienie wcale nie zaskoczonego Petrowa.
– Jak sytuacja?
Siergiej roztarł knykcie w znajomym odruchu, który zwykle oznaczał, że zaczyna zastanawiać się, na ile wylewny być powinien.
Odpowiedź brzmiała zwykle – wcale.
– Przegrupowujemy się – odpowiedział jednak. – Emily już dotarła, a potem znowu zdążyła się zwinąć, żeby zgarnąć Hiromi. Są teraz u Botkina, sprawdzają, co z Reiem i Mystelem. Reszta siedzi tutaj.
– Bezczynnie.
– Chwilowo nie za bardzo mamy jak działać.
– Pieprzysz.
– Niestety nie za często.
Jurij zmarszczył brwi, ale wyraz twarzy Petrowa powiedział mu, że nie widział on ani grama dwuznaczności we własnych słowach.
– Prawda jest taka – ciągnął Siergiej – że zostaliśmy bez środków. Co do Garlanda, miałeś rację. Hiromi potwierdziła najgorszą opcję. Jesteśmy goli jak święci tureccy, nie mamy wpływów, kontaktów, nie mamy pieniędzy ani nawet gdzie się wyspać.
Mówiłam. Mówiłam, że to się tak skończy.
– Mamy bestie – burknął Jurij, ignorując głos z własnej głowy. – Załatwi mi ktoś kartonik mleka bananowego? Nie mogę tak pracować.
– Sabaka, to nie jest… – Petrow urwał, widząc wzrok Ivanowa. Po tylu latach znajomości wiedział, kiedy nie należy posuwać się ani o słowo dalej.
– Nie zostawię go – zawarczał gardłowo Jurij.
– Prawdopodobnie nie żyje, a ciebie szuka Balkow. – Siergiej pokręcił głową. – Pojawisz się w okolicy i już nie wrócisz, wiesz o tym.
Ivanow nie powiedział już ani słowa, nagle znów jakby opadły z sił, dziwnie jak na siebie zrezygnowany i rozkojarzony. Siedział na brzegu łóżka ze spuszczoną głową i pustym wzrokiem utkwionym w podłodze.
– Sabaka, co tam się stało?
Powoli podniósł oczy na Petrowa. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili zamknął je i prychnął z irytacją.
– Tak czy inaczej, jesteś na celowniku – podsumował Siergiej. – Wiesz, że jeśli Balkow dostanie ciebie, dostanie wszystko.

*

To po prostu nie było fair.
Hiromi wiedziała, że jest źle już w momencie, w którym usłyszała, że ma zmierzać w kierunku szpitala. Oczywiście nie łudziła się, że z tego, co stało się na stadionie, wszyscy wyszli cali, ale dopiero w momencie, gdy usłyszała nazwę „Botkin” dotarło do niej, co to może oznaczać.
Teraz siedziała osowiała i smutna, wpatrzona tępo w aparaturę medyczną wiszącą nad głową Reia. Kompletnie niczego nie potrafiła wyczytać z tych parametrów i to dołowało ją dodatkowo. Musiała wierzyć lekarzom.
A ci nie mieli dobrych wieści.
Kon miałby zapewne większe szanse, gdyby trafił do szpitala wcześniej, nie prawie wykrwawiony i wyczerpany wysoką gorączką. Gdyby ratunek przyszedł na czas.
Nie przyszedł, bo na innym oddziale leżał teraz okaleczony Mystel. Zapewniał, że nic mu nie będzie, próbował nawet żartować, ale Hiromi widziała w jego podkrążonych oczach cały skrywany ból i strach. Widziała, jak Kirgijczyk konsekwentnie omija wzrokiem zabandażowaną rękę i jak uśmiech schodzi z jego twarzy, gdy tylko przestanie się na moment kontrolować.
To on kazał jej tu przyjść – nie owijał w bawełnę. Powiedział, że dla niego będzie jeszcze czas, a dla Reia może go zwyczajnie zabraknąć.
Miał rację.
Tachibana poczuła łaskotanie w gardle, a potem po jej twarzy spłynęły łzy. Nie pierwsze i zapewne nie ostatnie.
Bo to nie było fair. Umierający Rei, ledwie żywy, pokonany Jurij ukrywający się gdzieś w obskurnym mieszkaniu na Gvozdeva, brak wieści o Miguelu.
Tachibana wzdrygnęła się, usłyszawszy kroki.
- Hiromi?
Przymknęła oczy, słysząc zmartwiony głos przyjaciółki. Po chwili w polu jej widzenia pojawił się papierowy kubek z kawą. Wzięła go zupełnie bezwiednie.
- Dzięki...
Emily przysunęła sobie drugi stołek i usiadła obok, kładąc dłoń na ramieniu Tachibany.
- I? - spytała.
Hiromi wzruszyła ramionami.
- Bez zmian - odpowiedziała. - Nie odzyskuje przytomności, jest słaby i praktycznie na granicy śmierci. – Hiromi pokręciła głową. - Emily... ja...
York bez słowa objęła ją i zaczęła kołysać delikatnie w ramionach.
- Nie możemy się teraz poddać - powiedziała.
Tachibana wzięła głęboki, choć szarpany suchym już szlochem oddech.
- To moja wina...
- Przestań.
- Ja ich tu sprowadziłam...
- I tak siedzieli w tym gównie po uszy.
Hiromi zamilkła. Dłuższą chwilę po prostu pozwalała się uspokajać jednocześnie zdecydowanym i delikatnym gestom przyjaciółki.
- Nie wiem, co dalej - wyznała w końcu. - To, co się stało... Nie wiem, czy Daitokuji nie miał jednak racji...
- Co ty pieprzysz? - York zmarszczyła rude brwi.
- Nie panujemy nad tym, Emily... Nie mamy bladego pojęcia, czym są bestie i do czego są zdolne. Ja... Nie, to jest potworne, to... wszystko... zabijanie... turnieje... sam sposób myślenia, ale... - głos Hiromi ucichł zupełnie i nie była w stanie powiedzieć już niczego więcej.
– Musisz odpocząć – skomentowała York. – Teraz nie myślisz trzeźwo. Tak po prawdzie nikt z nas nie myśli. Ale jeszcze z tego wyjdziemy.
Hiromi nie była w stanie powiedzieć już niczego, po prostu uczepiona przyjaciółki jak przerażone dziecko.
– Stara – mruczała uspokajająco Emily nad jej głową. Sama musiała być roztrzęsiona, przybita i zmęczona, ale jakimś cudem wciąż trzymała pion – oni nie mają nikogo poza nami. Nie mają nikogo po swojej stronie, rozumiesz? Wszyscy albo chcą ich zabić, albo wykorzystać. Więc ani ty, ani ja nie możemy tego tak zostawić. Nie pozwolę ci na to.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ