UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Kruffachi » 06 kwietnia 2015, 16:04

A jednak potrzebuję, żeby to wisiało chyba ^^ Wstępniak będzie. Dłuuugi :/

Umieszczam w dziale z fanfickami głównie po to, żeby dać znać, że samodzielny tekst to nie jest i nie potrafię ocenić, na ile pozostanie czytelny jako osobny twór, a mniej głównie dlatego, że miałabym dylemat, czy lepiej obyczajówka, czy może raczej fantastyka, bo wciąż nie zadecydowałam, ile ostatecznie pokażę. Szukam złotego środka między sednem tego wycinka a całym kontekstem, żeby motywacja i zachowania pewnych postaci nie wydawały się aż tak bardzo od czapy i łatwo nie jest :bag: A tak poza tym - to prequel, czy właściwie ułomek maleńki hipotetycznego prequela do pewnego OZ-a, o którym tu i ówdzie wspominałam. OZ ów opierał się na takim klastycznym koncepcie kilku obcych sobie osób z "naszego" świata przeniesionych nagle do innego. Streszczać nie będę - w każdym razie to tutaj dotyczy dwóch postaci sprzed przeniesienia (choć niewykluczone tu i ówdzie cameo innych ;) ), a pierwszy fragment to w większości post, którym zaczynałam zabawę. Tym, którzy znają samego OZ-a, pojedyncze kawałki też mogą wydawać się nieco znajome, bo pojawiały się jako retrospekcje, a teraz je bezczelnie wykorzystuję.

W sumie to w dużej mierze tekst pisany dla mojej przyjemności i dla nauki, bo dlatego chodził za mną ten materiał, że jest tu jeszcze parę rzeczy do powiedzenia i chcę przynajmniej spróbować je powiedzieć, poćwiczyć sprawy niełatwe na bohaterach, których - jak mi się zdaje - dobrze znam. Bo skomplikowane relacje. Skomplikowane relacje to coś, w czym absolutnie nie czuję się mocna. To taki poligon, i doświadczalny, i trochę wojskowy ;) Więc za wszelkie komentarze, wskazówki, sygnały czytelnicze będę bardzo wdzięczna.

A, i ostrzegam jeszcze, że akcja wartka nie będzie, bo jednak chodzi o pewną relację i jej analizę, a tak poza tym, zwłaszcza na początku, może być bardzo romansowo.

:grzybki:


Smutna opowieść

kolejny kot
wyskoczył oknem
a za kotem pies
za nimi koń
i przyszła kolej na mnie
skaczę razy pięć


Republika Śmierć na pięć

Normalni ludzie chodzą na normalne imprezy. Jest coś normalnego do żarcia, coś normalnego do picia, normalna muzyka i jeszcze więcej normalnych ludzi, żeby się mieli z kim dobrze – normalnie – bawić. Wszyscy siedzą w normalnym lokalu, palą normalne papierosy i ględzą o normalnych, życiowych sprawach.
Dla niektórych jednak normalność to dawno utracony luksus.
– Ryszardzie, nie uważasz, że ten profil ma w sobie głęboką, metafizyczną treść? Kolor może lekko pretensjonalny, ale ta poza…! Ten kontrast łagodnych linii i ostrych kątów…! Podobno inspirowane dekonstrukcjonizmem w wydaniu Derridy, tak pisaliście tu – szponiasta łapa macha mi pod nosem kawałkiem kredowego papieru – w katalogu. To mogłoby stanowić bardzo ciekawe rozwinięcie interpretacyjne dla tego nosa i…
Ta, nosa. Profilu. Ja tam widzę trzy żółte plamy i zieloną kreskę. Nawet nie rozpoznaję, czy to cytrynowy, sienna, czy jeszcze coś innego. Ale kiwam grzecznie głową, bo wiem, że Barbara – jasna cholera, mogłaby wreszcie pójść do logopedy i nauczyć się NORMALNIE wymawiać „r”! – ma kasy jak lodu i jeśli upewnię ją, że doznaje właśnie epifanii, ta kasa wyląduje na moim koncie.
Weronika będzie miała na waciki.
– Tak, sądzę, że dekonstrukcjonizm jest bardzo dobrym tropem, choć oczywiście nie jedynym, nie pozwólmy zamknąć się w sztywnych ramach interpretacyjnych, Barbaro – własne słowa nie od dziś wypalają mi dziurę w gardle, trawią stopniowo tchawicę. – Niemniej uważam, że brak oczywistej symetrii w przypadku dziurek w nosie wskazuje na umowność przedstawienia, przez co wciąga odbiorcę w proces twórczy i pozwala na dekonstrukcję tegoż procesu. To rzeczywiście bardzo interesujące.
– Uwielbiam cię słuchać, Ryszardzie, jesteś bardzo inteligentnym człowiekiem.
Mina numer czternaście – uprzejmy, lekko zawstydzony uśmiech. Barbara reaguje na niego odpowiednio, czyli rumieni się i spuszcza wzrok. Na moim koncie właśnie pojawiło się kolejne zero.
Alleluja!
– Może szampana?
Taca pojawia się obok niespodziewanie. Nie mogę przepuścić takiej okazji, choć tylko Bóg wie, ile dałbym za ćwiartkę wódki. Tylko ja, ona i lustro. I schabowy z ziemniakami. Ale nie – sączę szampana wartości rocznych zarobków podającego nam kieliszki dżentelmena, przeżuwam kawior, homara, argentyńską wołowinę i licho jedno wie, co jeszcze, bo trzeba zrobić wrażenie na gościach z Tate Modern, a przy okazji wciskam ludziom gówno. Ale tym się właśnie szczycę, nie? Potrafię sprzedać wszystko. Naprawdę wszystko. Nie masz talentu? Dali ci dyplom z litości? Nie ma sprawy, to nawet dobrze, bo zrobię z ciebie niedocenionego geniusza.
Enjoy.
Rozglądam się w poszukiwaniu Weroniki. Szara sukienka – znaczy… ona twierdzi, że popielata, a dla mnie to czterysta sześćdziesiąt pięć Winsora – kasztanowe włosy upinane przez ostatnie cztery godziny. Z właściwym sobie wdziękiem czaruje właśnie ministra kultury i przedstawiciela Londynu, obok zaaferowany dyrektor artystyczny Muzeum Narodowego kiwa konwulsyjnie głową, udając, że rozumie jej całkowicie swobodny angielski. Gapi się przy tym nieprzerwanie w jej dekolt, o czym moja żona – dam sobie prawicę uciąć – doskonale wie. Cóż, mimo iż cztery dni temu skończyła trzydzieści osiem lat, nadal jest po prostu piękną kobietą. Ale to ja dostanę w domu po głowie za powłóczyste spojrzenia Barbary. Dostanę dosłownie. Pewnie krzesłem, żeby sobie paznokci nie połamała.
Z nas dwojga to ona oczywiście ma gust i władzę. Dzięki niej nawet bardzo młode panny zaczęły uważać, że w czterdziestoletnim niemal, szpakowatym i wychudzonym facecie, który mógłby być ich ojcem, jest coś interesującego.
Nawet jeśli to głównie portfel i sieć coraz bardziej wykraczających poza lokalne podwórko kontaktów.
– Produkt musi się prezentować – mawia czasem Weronika, kiedy za bardzo marudzę.
Produkt. Tak, to bardzo dobre słowo. Opisujące właściwie wszystko, bo wszystko kręci się wokół produktu.
Barbara jakoś w międzyczasie odpływa w stronę szwedzkiego stołu. No tak, jej tusza wyraźnie wskazuje na to, że woli jedzenie od seksu. Raz jeszcze zerkam na „Ekspresję nosa – ujęcie boczne #111” i z trudem powstrzymuję skrzywienie ust. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, już jutro będę mógł zapomnieć o tym bohomazie.
– Rysiek? Hej, Rysiek!
Odwracam się zdziwiony. Staszek? O, pardon – Stanisław Marciniak, papież fotografii, bóg aktu i światłocienia, zaproszony, bo to mój główny, cóż… produkt eksportowy. Macha, zachęcając, bym podążył za nim do męskiej toalety.
Dystyngowanym, niby przypadkowym slalomem mijam kolejnych gości, w tym własną żonę, która rzuca mi zaniepokojone spojrzenie. Potem jednak widzi, że wybieram trójkąt, więc się uspokaja.
– Czego.
Staszek nie odpowiada, zamiast tego wciąga mnie głębiej, w stronę pisuarów. Nie powiem, znam lepsze miejsca na pogawędki.
– Stary, tak sobie ostatnio myślałem… Wiesz, lata lecą – odzywa się nagle konspiracyjnym szeptem i sięga do torby na sprzęt fotograficzny, z którą nie rozstaje się chyba nigdy. Grzebie w niej dłuższą chwilę, a ja udaję, że wcale nie wychylam się, żeby dojrzeć, co tam chowa. – Witek w piachu.
– Boże, chociaż nie ty…
– Ja pierdolę. Wyobrażasz sobie? Tak nagle i pstryk! – Staszek przerywa na chwilę gmeranie, żeby zamachać w jakiś taki żałośnie nieskoordynowany sposób. – Nie ma cię!
– Dawał w szyję.
– Kiedyś wszyscy dawaliśmy.
– Ja tu przyszedłem robić interesy, nie celebrować lęki egzystencjalne – przewracam oczyma i siadam z rezygnacją na klapie kibla.
Ale wtedy Staszek znajduje wreszcie to, czego szukał.
– Jakoś tak, nie wiem… Ostatnio mi się wydaje, jakby czas się kończył, czy coś… Byłem w Bieszczadach, wiesz? Na starym szlaku. I oni ciągle tam są. Częstuj się, chłopie – z dumą potrząsa butelką bimbru. – Należy ci się. W końcu – Staszek zanosi się dziwnym chichotem – trzymasz za mordę ten nasz majdan. Będziemy ciągnąć z gwinta, co? Jak za starych dobrych lat…

Coś jest nie tak.
Wiem, że coś jest nie tak.
Wiem to, patrząc na ich twarze wykrzywione przerażeniem. Są jak upiorne maski zawieszone w próżni.
Czy to szum morza…?
– Kurwa, coś ty zrobił?! Idioto!
Co ja zrobiłem…?
Co…
Ach, tak, już pamiętam.
Dobranoc wszystkim. Słodkich snów.

Siedemnaście lat, trzynaście cytryn, sto szesnaście bohomazów i dwadzieścia cztery obrazy wcześniej

Ryszard Władysław Maślak, lat dwadzieścia trzy, student poznańskiej ASP. Zwany Drągiem, Długim, Masłem czy jak tam kto chce. Prawdopodobnie niedoszły wybitny malarz o światowej sławie. Znaki szczególne: jak wchodzi do tramwaju, przypierdala głową w uchwyt przy suficie, a potem ociera się czupryną o sam sufit i naelektryzowane włosy stają mu dęba.
W skrócie – ja.
Chwilowo i konkretnie ja próbujący dostać się do łazienki, profil pierdu.
Nie to, że mi się chce. Chce mi się co najwyżej do domu, zatrzasnąć drzwi na cztery spusty, pokurwować na dachu, strzelić sobie czystej, a potem poczytać do rana, żeby zapomnieć o trafiającym mnie właśnie pierdolcu.
– Anka, żyjesz? – pytam jednak, starając się brzmieć jak człowiek, a nie gotów odgryźć komuś nogę pies.
– Mmmhhhaaapfff…
– Jezu, się upierdoliłaś… No dobra, dawaj. Dasz ra… Kurwa mać!
– Prze… szam…
– Możemy ją do pokoju babci, a tobie dam coś na… – zaczyna Staszek, ale nie pozwalam mu skończyć.
– Nie. Wybacz, stary, ja się zwijam. Zwłoki biorę ze sobą.
Krzywi się na wpół współczująco, na wpół zażenowany.
– Piechtą?
– Wsadzę ją na rower.
– Znowu o suchym pysku?
Wzruszam ramionami. Jeśli nie wyjdę w przeciągu pięciu minut, zamorduję kogoś niewinnego.

*

Poranek przynosi coś więcej niż kaca.
Z tym, że kac oczywiście nie jest mój.
Jeśli o mnie chodzi, nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem kaca. Taki po wdychaniu farb i rozpuszczalników się przecież nie liczy.
Siedzę nad szklanką zalewajki. Metalowy koszyczek parzy w dłoń, deszcz, fusy i ogólna chujnia. Wali ceratą.
Siedzę i wsłuchuję się w odgłosy krzątaniny za pękającą już powoli ścianą gierkowskiego bloku. Anka wtacza się wreszcie do kuchni. Rozczochrane włosy, posiniaczone nogi i moja sięgająca jej kolan bluza. Wygląda jak siedem nieszczęść – no oczywiście – a mnie to przeszkadza.
Od dobrych kilku tygodni mi przeszkadza i ostro wnerwia.
– Siadaj – rzucam, wskazując brodą drugie odrapane krzesło ciotki Myni. Cały czas modlę się w duchu, żeby nie wpadła z inspekcją.
– Nie zrobisz mi kawy? – Anka składa usta w ciup, ale są wyschnięte na wiór, więc nie wyglądają zbyt ponętnie. Rzekłbym nawet, że mają całkiem niezłe działanie antykoncepcyjne. – Aspiryny?
– Nie. Powiedziałem: siadaj.
Przekrzywia głowę i patrzy na mnie ze zdziwieniem przechodzącym powoli w złość. Czarna chmura rozczochranych włosów zaczyna przypominać chmurę gradową.
Boże, przecież ona jest młodsza ode mnie, ma ledwie dwadzieścia lat, a teraz wygląda na dziesięć więcej.
– Jesteś nieczuły – wypluwa urażona.
– Obrzygiwanie mnie jakoś nieszczególnie pomaga.
Ja. Nieczuły. Gdybym był nieczuły, zostawiłbym ją na zimnej podłodze cudzego kibla już wieki temu. Nieokrytą, nieprzebraną, nieumytą i śmierdzącą.
Właściwie nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłem.
A tak, bo przecież coś mogłoby się jej wtedy stać. Nie znam wszystkich jej kumpli, części swoich nieszczególnie ufam. Nie ma gorszego faceta niż taki, który uważa się za artystę.
Serio, wiem, co mówię.
No, ja szczęśliwie pozbywam się w tym względzie złudzeń. Nawet obciąłem włosy.
– Przeprosiłam. – Anka opada ostatecznie na krzesło. Chyba zaczyna do niej docierać, że tym razem trzepotanie rzęsami i boski seks wieczorem, jak już dojdzie do siebie, mogą nie wystarczyć.
I ma rację.
– Który raz w tym miesiącu?
– Bez przesady, nie obrzygałam cię wcześniej.
– Który raz w tym miesiącu przepraszasz.
– To źle, że przepraszam?
– Sprecyzuję: który raz przepraszasz za imprezę?
Anka przewraca oczyma i sięga po moją własną kawę. Niedoczekanie.
– Nie bądź nieludzki – jęczy.
– Masz problem.
– Teraz. Z tobą i twoimi humorami. Tak. Jezu, Rychu! – Anka odchyla się na krześle. – No stało się! Jestem młoda, chcę się wyszaleć!
– Wiesz, tak się składa, że ja też – burczę.
– I co ci przeszkadza?
– Ty.
– Serio?
– Serio. Odkąd jesteśmy razem, ciągle muszę mieć na ciebie oko.
– Nie musisz.
– Muszę.
– Jestem dużą dziewczynką.
– Regularnie zalaną w trupa. Leżącą na podłodze w kusej kiecce. Fajna koronka na majtkach, ale wiesz… Nic ci to nie mówi?
– Przesadzasz.
Boże. Ja pierdolę. Nie wytrzymam tego. Ani minuty dłużej.
– Nie, kurwa, nie przesadzam! – Anka patrzy na mnie zdziwiona, a ja sterczę tak nad nią, po tym, jak zerwałem się z krzesła. – Może ciebie pierdoli, czy ktoś cię zerżnie, czy nie, ale mnie, wyobraź sobie, trochę to obchodzi! Kurwa, jestem twoim facetem czy ojcem?!
– No właśnie teraz się zastanawiam. Weź wyluzuj. Jesteś tym artystą czy nie? – odwraca moje pytanie.
Ja. Kurwa. Pierdolę.
– Wynoś się.
– Co?
– Wynoś się. Zabieraj szmaty, kosmetyki i spierdalaj do siebie. I doprowadź się jakoś do porządku.
– Wyrzucasz mnie?
– Zrobię ci kanapki na drogę.
– Co, kurwa?! – Anka oklapuje cała: ramiona, plecy, twarz. – Jaja sobie ze mnie robisz?!
– Obawiam się, że nie.
Na chwilę zapada milczenie. Patrzymy na siebie, kawa mi stygnie.
– Po prostu zaszalejmy razem, co? – mruczy Anka, pochylając się nad stołem. – Nie myśl o tym, że musisz mnie pilnować, tylko zaszalejmy razem. Rozluźnij poślady. Jesteś malarzem, artystą, wiesz, bohema, taniec na krawędzi, te sprawy.
Wzdycham i przewracam oczyma.
– Nie byłeś taki, kiedy cię poznałam.
– Bo miałem na głowie tylko siebie, nie wiem, który raz to powtarzam.
– Boże, nigdy w życiu nie zwróciłabym uwagi na takiego nudziarza!
– Twój czas mija.
– Przestań wreszcie!
– Idź się ubierz.
Anka otwiera usta, ale gniewna riposta zamiera niewypowiedziana. Chwilę patrzy na mnie z niedowierzaniem.
– Dupa wołowa z ciebie, nie artysta – wypluwa wreszcie, myśląc najwyraźniej, że dotknęła mnie do żywego.
Co ona o mnie wie?
– Nie chcesz, żebym się odgryzł – mówię, obracając w dłoni na wpół opróżnioną szklankę z zalewajką.
Bimber nie zdołał przepalić jej jeszcze wszystkich neuronów, więc rozumie aluzję. To wystarczy. Dopada do mnie w jednym susie, kawa rozlewa się po śmierdzącej ceracie, kiedy jej dłoń dosięga mojego policzka.
Zrywam się znowu, czuję, że robię się czerwony na twarzy i to nie tylko od uderzenia.
– Wypierdalaj! – teraz już naprawdę wrzeszczę.
Nie daję jej czasu na reakcję. Po prostu wypadam z kuchni, zbieram te z jej rzeczy, które wpadną mi w rękę, a potem wyrzucam na klatkę schodową.
– Nie pokazuj mi się więcej na oczy!

*

U ciotki Myni mieszkam od początku studiów. Z domu rodzinnego wyprowadziłem się, kiedy tylko nadarzyła się okazja i zyskałem pretekst. I naprawdę wolę tę śmierdzącą ceratę, rozpadające się krzesła, wersalkę z pękniętą sprężyną, która wpierdala mi się w plecy jak bym się nie ułożył, i napuchnięte od wilgoci szafki. Nie to, że nie kocham swojej rodzinki. Nie to nawet, że ich nie lubię. Po prostu sześć osób na dwóch pokojach to zawsze było dla mnie za dużo, a po śmierci ojca zrobiło się nas paradoksalnie jakby więcej. Właziliśmy sobie na głowę i kiedy na głupią pietruszkę między zębami zacząłem reagować warkotem, uznałem, że czas się ewakuować dla dobra wszystkich.
Bo już nawet w nocy nie było spokoju. Póki żył ojciec, dzień dzieciaków kończył się na dobranocce, mamy w sumie też, bo padała styrana. Jego śmierć wywróciła wszystko – nawet cykl dobowy. Nie miałem więc już kuchni po dwudziestej dla siebie, nie miałem godzin spędzonych sam na sam z książką i niemożliwie wręcz głośno tykającym zegarem. A to mi zawsze ładowało akumulatory. Mogłem następnego dnia potykać się o własne nogi z niewyspania, ale naładowany samotnością i ewentualną późniejszą rozmową z ojcem, byłem spokojny i gotów na każdy absurd, jaki mógłby mnie spotkać.
Zwyczajnie przeniosłem swoją kuchnię gdzie indziej i rozmnożyłem o karykaturalny pokoik, kibel z dziecięcą niemal wanienką i imitację przedpokoju, w którym, kiedy odwieszam płaszcz, nie ma się już jak obrócić. Żyrandol zdjąłem i zostawiłem gołą żarówkę, bo za często waliłem w niego głową. Pokoik zresztą musiał podzielić się przestrzenią z pracownią, więc większość swoich rzeczy i tak trzymam w kartonach, bo nie dałbym rady dojść do wersalki.
Jest klaustrofobicznie, jest upierdliwie, ostatnio zerwał się karnisz, ale jest po mojemu.
Anka wniosła do tej szarej dziupli trochę koloru – to jej muszę przyznać. I w przenośni, i dosłownie, bo kiedyś po prostu dobrała się do moich farb i wypaćkała nimi jedną ze ścian. Namalowała jakieś dziecięce kwiatki i chociaż ciotka się wkurzyła i kazała mi to natychmiast pokryć, a ja w ten sposób straciłem wszystko, co zarobiłem na odetkaniu rur Kozłowskiej spod szóstki, to wspominam ten epizod jakoś przyjemnie. Przez tydzień chodziłem spać i budziłem się, patrząc na ten bohomaz całkiem uśmiechnięty.
Czasem nadal patrzę, bo trzy pacnięcia zostawiłem. Kiedy przychodzi ciotka Mynia, zasłaniam je kartonem.
Wpada z inspekcją średnio raz w miesiącu, odebrać kasę, ale czasami robi niezapowiedziane naloty, podczas których narzeka, że ze mnie bałaganiarz, że znowu żrę jakieś niezdrowe gówno, że znalazła w koszu na śmieci – a kto jej tam każe zaglądać?! – prezerwatywy. Jestem dla niej obrazem zepsucia i degrengolady młodego pokolenia, ale z jakiegoś powodu jeszcze nie wywaliła mnie na zbity pysk. Może tak naprawdę wie, że mogła trafić dużo gorzej. Może mam bałagan, ale śmieci wynoszę i naczynia zmywam, nie? No i utrzymuję tę ruderę w stanie względnego funkcjonowania, czego grzeczna pensjonarka pewnie by nie robiła, przynosząc w zamian rachunki za fachowców.
Tak ogólnie i na swój sposób to się z ciotką lubimy. Ona nie chce innego lokatora, ja nie chcę innego właściciela. Ale każdy Polak musi mieć kogoś, na kogo mógłby narzekać, więc to obopólnie zdrowy układ.
Zresztą u niej też czasem coś naprawiam i wtedy odejmuje mi od czynszu.
Poza tym, żeby przeżyć, a do tego mieć na fajki i bimber, upycham obrazki do pobliskiej budki z upominkami i innymi pierdołami. Jakoś się zgadałem z właścicielką, umówiliśmy się i przynoszę jej kiczowate akwarele, pod którymi nigdy w życiu nie podpisałbym się nazwiskiem. Zresztą nawet gdybym chciał, nie mogę, bo byłbym spalony na rynku, a może kiedyś...? Kto wie? Nie mam cycków ani koneksji, ale kto wie?
Przecież nie przyjęliby mnie na te studia, gdybym nie miał talentu.
Tak sobie myślę rozwalony na wersalce, zakuwający na historię malarstwa i próbujący ignorować odgłosy kolejnego remontu za ścianą.
Zresztą nie powiedzieli, że nie mam talentu. Powiedzieli, że nigdy nie będę artystą, bo za mało we mnie ducha i oryginalności.
Gówno wiedzą, nie znają się na prawdziwej sztuce.
Bo – to jasne jak słońce nad Gliniankami – prawdziwa sztuka ma cycki albo koneksje. Ewentualnie wujka w dawnym PZPR, bo to przecież nadal działa i pewnie będzie działać jeszcze przez lata. To było dla mnie jasne od początku i wcale nie mam żalu. Wiedziałem, na co się godzę, chociaż wszyscy próbowali wmówić mi, że jest inaczej i przeżyję głębokie rozczarowanie.
Nie przeżyłem. Jeśli ktoś tu jest rozczarowany, to oni, bo nie kontynuuję tradycji zapierdzielania i wycierania ryjem podłogi w hali produkcyjnej w imię utrzymania licznej dziatwy.
Ale jak jednego lata pojechałem na saksy, to myślałem, że ostatecznie dostanę pierdolca.
Nigdy. Więcej. Pod żadnym. Idiotą.
Może powinienem mieć wyrzuty sumienia. Ale nie mam. Jeśli trzeba, coś mamie odpalam z oszczędności, młode nie głodują, jadają lepiej ode mnie, w końcu mama jest mistrzem. Ciuchów też nie brakuje, bo ja noszę po ojcu, Zbyszek po ojcu i po mnie, Bździągwa po Dorze, Dora po mamie. Więc w sumie o co chodzi?
Jasne, czasem obżeram im lodówkę, zwłaszcza kiedy urobek nie najlepszy, a trzeba opylić za farby i płótna. Albo coś mocniejszego, albo „Thorgala”, przecież jestem człowiekiem. Ale to czasem. A czasem jest przecież odwrotnie, jak wspomniałem.
Istnieje też druga opcja. Albertynki.
Mam je po drodze z uczelni. Wysiadam po prostu dwa przystanki wcześniej i idę na Ściegiennego. Przypuszczam, że gdybym zjawił się tam bez wyjaśnień, wzięłyby mnie za penera i po prostu nakarmiły, ale wiedzą, że jestem tylko studentem z czarną dziurą w żołądku i kieszeni. Więc żeby nie było, że ze mnie darmozjad, jeśli przychodzę, pomagam im z garami, też naprawiam to i owo, zbijam rozpadające się ławki w kaplicy.
Taka trochę ironia losu, myślę sobie czasem, że jadam w zgromadzeniu założonym przez malarza.
Oczywiście siostrzyczki wiedzą też, co ze mnie za ziółko i że na wspólny różaniec to mnie raczej nie namówią. Ale to dobre dusze i wierzą, że też taką mam. Zresztą fajne babki z dystansem do siebie i poczuciem humoru, lubię sobie z nimi pogadać, raz nawet dostałem wody z cytryną na kaca. Zawsze obiecują, że będą się za mnie modlić, a ja po prostu dziękuję grzecznie i tyle. Ani mnie to nie boli w końcu, ani ich.
A jeśli chodzi o Ankę, nie zadzwoniłem. Ona nie zadzwoniła. Nie było tradycyjnego seksu na dachu w ramach przeprosin, nie było głupiego filmu na kasecie pod nieobecność jej rodziców, nie było planowania wypadu w Bieszczady, a to już za trzy tygodnie.
Zresztą sam nie wiem, chyba nie mam ochoty jechać. Na pewno nie z nią. Jeśli czegoś chcę – a wydawało mi się, że chcę Anki – potrafię być nawet dość cierpliwy. Ale nie, kiedy ktoś mnie poniża. Zatrzasnęła sobie drzwi na zawsze.
A niech zgnije w jakimś rowie.
To, na co mam ochotę, to wreszcie z czystym sumieniem umoczyć ryj w piwie.
To też robię, bo po zajęciach dałem się wyciągnąć Stachowi, Witkowi i Eli. Wzięliśmy sobie mały zapas i uwaliliśmy się na trawie nad Wartą. Jasne, że śmierdzi, ale mniejsza o to. Czuję, że dzisiaj mogę tu nawet spać, trawa jest całkiem wygodna, noc ciepła, a policja niemrawa.
– A jak tam Anka? – pyta w końcu Ela, a potem sięga po kolejną butelkę, bo ta nam się skończyła. No tak, one zawsze tylko o jednym. – Słyszałam, że…
– Nie wiem, jak dla mnie, to zerwaliśmy.
– O?
– Na jej miejscu wstydziłbym się pojawiać przez następne parę lat.
Następuje seria porozumiewawczych spojrzeń. Niech sobie patrzą. Zlewam na nich i przez chwilę zajmuję się tylko piwem, a potem rozwalam się wreszcie na trawie z rękoma pod głową.
– Znowu? – podchwytuje Staszek.
– Tym razem bardziej na serio. – Nie, nie mam ochoty wchodzić w szczegóły. Jej ostatni numer z policzkiem zachowam dla siebie.
– Daj jej szansę – protestuje Ela.
– Daję jej szansę, odkąd ze sobą chodzimy. Kolejną codziennie. Co godzinę.
Znów zapada milczenie, Witek tłumi beknięcie.
Kurwa, to miał być przyjemny, odstresowujący wieczór, a czuję się chwilowo jak na pierdolonym przesłuchaniu.
– Nie, to niemożliwe. Jesteście zbyt fajną parą. Taką trochę śmieszną, no bo, kurde, te twoje szkity…
Unoszę brew i patrzę na Elę chyba z wyrzutem.
– No co? Lecicie na siebie, aż miło popatrzeć.
– A kto na nią nie leci?
– Ja na przykład.
Wybuchają śmiechem. Staszek, Witek i Ela.
– He, he – kwituję i biorę łyka, bo znowu jest moja kolej.
– Przejdzie ci. Jutro się wybzykacie, zlejesz zajęcia i ci przejdzie – stwierdza Witek tonem znawcy.
– Nie tym razem.
– Zobaczymy. Rychu, przecież się znamy nie od dziś.
– Tak konkretnie to od dwóch lat.
Znowu zapada cisza. W oddali słychać jakieś pojedyncze auta, tramwaj dudni, przejeżdżając po Jadwidze.
– Masło… Ty jednak tak serio.
– No przecież mówię.
– Boże…
Ela chyba się już wstawiła, bo kiedy podnoszę powieki, napotykam jej zmartwiony wzrok.
– Przykro mi…
– A mi jakoś nie.
Mruga i przekrzywia głowę.
– Sprawiasz wrażenie, jakbyś w ogóle tego nie przeżywał.
– Bo chyba nie przeżywam?
– Człowieku, to twoja laska! Byliście ze sobą… ile właściwie?
– Póki nie jestem twoim facetem, to nie jest twój problem.
– Musiałbyś się bardzo postarać, żeby mieć szansę – Elka wydyma usta.
Witek chichocze zza jej pleców.
– Chcesz jeszcze? – pyta dobrodusznie Staszek, wskazując na butelkę.
– Chcę dużo jeszcze.
– Czyli jednak cię ubodło.
– Nie, po prostu dawno się nie urżnąłem, bo musiałem jej pilnować.
– Ty ją w ogóle kochałeś? – pada pytanie z ciemności.
– Co?
– Jezu, jesteś niemożliwy…
Wzruszam ramionami.
– Powiedzieli mi już, że artystą nie będę, to chyba nie muszę udawać, że jestem wrażliwy. Zresztą myślicie, że jej chodziło o coś więcej niż seks?
– No fakt, w tym swetrze wyglądasz jak chodzący orgazm.
– Weź się odpierdol od mojego swetra.
I znów śmiech.
Tym razem śmiejemy się już wszyscy.


c. d. n.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Kruffachi » 09 kwietnia 2015, 19:17

Jezu, jak ja lubię
Jak ja bardzo lubię
Chyba tak nie umie lubić nikt
Lubię się zaszywać
Lubię nadużywać
Szukam wciąż okazji
I je mam

I pięknie jest
Nieskromnie bardzo jest


Klaus Mitffoch Jezu, jak się cieszę
– Masło, żyjesz?
Coś trąca mnie w kawał mięsa, który kiedyś był moim ramieniem.
– Eee… Nie wiem… Nie… Chyba nie…
– Tak myślałam, bo nie wyglądasz. Jak już zmartwychwstaniesz, to idź się ogarnąć. Muszę tu wywietrzyć, bo wali kacem, a nie chcę, żebyś sobie włochatą dupcię przeziębił.
Kurwa, jak ja mogłem za tym tęsknić? Za tym stanem całkowitego upodlenia i rozkładu ludzkości?
Powiedziałbym, że nigdy więcej, ale kogo ja chcę oszukiwać. Człowiek jest w istocie bytem głęboko niereformowalnym, a Rysie to już zwłaszcza.
Otwieram oko akurat w momencie, kiedy druga łydka Elki znika za progiem.
Łydka zgrabna i należąca do zgrabnego rudzielca, ale pozostająca nieodmiennie całkowicie poza strefą łowów nawet na najbardziej zakrapianych i wciąganych imprezach.
Nigdy nie dała się poderwać żadnemu z nas. Żadnemu z nas nie udało się nawet skraść jej całusa. W jakiejś mierze dlatego jest w paczce, a my solidarnie kibicujemy jej, żeby wciąż była taka rozsądna i trzymała się od wszelkiej maści artystów z daleka.
Zresztą dawno ustaliliśmy między sobą, że będzie miała męża dentystę i trójkę dzieci. Śmiała się z nas, ale jeszcze zobaczy. Ma zadatki na fajną, ogarniętą babkę i dobrą matkę, a na pewno jest z naszej czwórki najrozsądniejsza. Może rysowniczki już tak mają, nie wypalają sobie mózgu farbami, nie nuplają pędzli, żrą trochę mniej ołowiu.
Elka pewnie jest też z nas najlepsza. Zasługuje więc na kogoś z tych lepszych.
A na pewno ma największy porządek na stancji. Aż mi głupio, że jej tak rozryłem pościel.
Zaraz… Gdzie ona spała?
– Gdzie spałaś? – mruczę w poduszkę w niebieskie kwiatki.
– Cooo? – dobiega z kuchni.
Nie no, trzeba się zebrać.
Ja pierdolę, moja głowa.
To nie jest moja głowa. Kto mi zabrał moją głowę. Ratunku.
Potykam się o skraj dywanu i z takim rozmachem epickim wpadam do kuchni.
– Jeeezuuu…!
Elka śmieje się ze mnie, a potem bez słowa sięga do szafki, żeby wyjąć aspirynę.
– Gdzie spałaś? – ponawiam pytanie, trąc oczy w rozpaczliwej próbie nawiązania pełnego kontaktu z rzeczywistością.
Tabletka syczy zdecydowanie za głośno.
– Obok ciebie – Elka wzrusza ramionami i znów zaczyna się śmiać. – Byłeś tak nawalony, że chociaż byś chciał i mógł, to byś nie trafił.
– Wiesz, że bym cię…
– Wiem, wiem, głupolu. – Podchodzi i taśta mi włosy, a potem wciska w łapę szklankę. – Ale co się nasłuchałam, to moje.
– A co się nasłuchałaś? – zerkam na nią podejrzliwie i wychylam aspirynę.
– Filozofii życiowej, filozofii sztuki i obsługi kobiet według Masła. Coś jakby Wielka Teoria Prawej Ręki. Nieważne. – Znów wybucha śmiechem.
– To znaczy?
– Mówiłam, że nieważne.
– Ela!
– Wyciągnę to w jakimś wywiadzie, jak już będziesz sławny i bogaty. No już, pij to i ruchy, bo na dwunastą wykład.
Krzywię się, ale wiem, że jestem bez szans. Elka nie pozwoli, żebym olał uczelnię, choćbym odpierdolił Rejtana. Zresztą w tym stanie nie zamierzam.
– A Staszek z Witkiem? – Odstawiam pustą szklankę do zlewu.
– Dowlekli cię tutaj i ten, poszli dalej. Dalej w plener. Ja już byłam śpiąca, to zostałam.
– Kurwa, straciłem kondycję…
– Najwyraźniej? Z Anką to jest osiągnięcie, na ile się orientuję. No już. Zmykaj do łazienki, bo się spóźnimy.
To idę.
Ale… zaraz.
Zaraz, zaraz.
– Włochatą dupcię…?
Elka przewraca oczyma.
– Już wyparłeś kleszcza?
– Jezuuu…! – otrząsam się.
Zeszłoroczne Bieszczady, no tak. Pasmo pierdolonych upokorzeń, bo kleszcz na tyłku to był dopiero początek.
Na trzeźwo o tym nie opowiadam.
I nagle znowu zachciewa mi się tam jechać, nawet gdyby w ekipie miała być Anka. Pierdolę Ankę.
Pierdolę wszystko, co miałoby mi popsuć coroczną wyprawę samozwańczej bohemy w najbardziej pretensjonalny po Tatrach i Mazurach rejon Polski na solidarne obcieranie stóp do krwi i gotowanie się w namiocie. Za bardzo to lubię. I już.
No i muszę nasikać do ogniska w odwecie za zeszłe wakacje.
– Boże święty, przestań medytować, tylko zrób coś ze sobą! – Elka zatrzaskuje za mną drzwi z przyklejonym do szyby serduszkiem z pakowego papieru w misie.
– Ale o co chodzi z Prawą Ręką!
– W skrócie? Że tą samą ręką się podcierasz, macasz cycki i malujesz arcydzieła. Taki z ciebie filozof.

*

I tak się spóźniliśmy. Elka pogderała trochę, że to przeze mnie, ale sorry, musiałem złożyć się na trzy, żeby w ogóle dosięgnąć umywalki. Ja nie wiem, montowana jak dla Pigmeja.
Staszek i Witek w ogóle nie dotarli.
Leje, a ja oczywiście nie mam parasola. Bo tak w ogóle nie mam parasola. Albo jest niepotrzebny, albo jest potrzebny, ale i tak już zmokłem, więc kupowanie nie ma sensu.
Tak jak teraz, kiedy brnę przez kolorowe od miejskich rzygów kałuże, a woda ścieka mi z włosów, nosa i brody. Chlupocze w skarpetkach, a o gaciach litościwie nie będę wspominał.
– Kurwa, klucze…
Oczywiście, że mam je na dnie plecaka, a że pasek nadal urwany, to wszystko wysuwa mi się z rąk i ląduje w kąpieli błotnej na progu.
– Kurwa mać!
– Młody człowieku!
Mój wzrok krzyżuje się z oburzonym do granic wzrokiem starszej pani wychodzącej akurat z klatki.
– Przepraszam – burczę i wiem już, że jeszcze dzisiaj ciotka dostanie telefon z donosem, a jutro wpadnie z inspekcją oraz okolicznościowym kazaniem umoralniającym.
No to trzeba ogarnąć kibel i przestawić karton, bo inaczej kazanie przerodzi się w papieską homilię, a już w tym roku naród zaliczył.
Miałem taką ochotę spać do jutra i przeczekać powidoki kaca.
Zresztą okazuje się, że i tak bym nie pospał, bo kiedy taki ociekający wodą doczłapuję się na to swoje piąte piętro do tej swojej nory, dostrzegam na wycieraczce kolorowy kłębek. No, głównie zielony.
– Bździągwa?!
– Cześć, brat – kłębek porusza się i znad apaszki w grochy spoglądają na mnie wielkie niebieskie oczy.
– Chyba sobie żartujesz! Powinnaś być w szkole!
– Napiszesz mi usprawiedliwienie – oświadcza moja najmłodsza, jedenastoletnia siostra, podnosząc tyłek z wycieraczki. Otrzepuje się i bez cienia zażenowania zarzuca sobie tornister na plecy.
– Popierdoliło cię!
No ale otwieram drzwi, bo co mam zrobić.
– Ale masz syf – stwierdza Bździągwa, bez pytania wpakowując się przez próg.
– Dla własnego dobra nie komentuj – warczę i zamykam za nią. – No i co ja mam teraz zrobić?
– Herbaty.
Aż mnie zamurowuje. Kiedy ten mały potwór zrobił się taki wygadany?
– Bezczelna małpa.
Wzrusza ramionami, rzuca tornister pod ścianę i zaczyna odwijać szalik. Obserwuję ją, zdejmując przemoczone buty – teraz to już się na pewno rozpadną – i widzę wyraźnie, że w miarę, jak się rozbiera, schodzi z niej całą buta. Usta stopniowo wykrzywiają się w podkówkę, nos marszczy.
– No dobra – wzdycham, biorąc nasze mokre ubrania, żeby je rozwiesić na krzesłach obok kaloryfera. – O co chodzi?
– A zrobisz mi tej herbaty? – pyta Bździągwa, ale już inaczej, z prośbą. I znacznie ciszej.
– Jasne, pewnie zmarzłaś. Sama tu jechałaś?
Potakuje.
– Przez pół miasta?
Wzrusza ramionami.
– Tylko nie mów mamie, co? – prosi.
Wzdycham ciężko i daję czajnik na gaz.
– Stawiasz mnie w kiepskiej sytuacji – odpowiadam.
– Nie chcę, żeby się martwiła. Bo ona wiesz, od razu by zrobiła awanturę i w ogóle.
– O to, że wagarujesz, na pewno. Sam powinienem, tylko jestem zmęczony, głowa mnie boli i mi zimno.
I wtedy nagle Bździągwa zaczyna płakać.
Oż kurwa.
– Tej, młoda, co ci jest? – Kucam przed nią, a ona rzuca mi się niespodziewanie na szyję i chwilę chlipie w ramię.
– Bo… Bo oni mnie nie luuubiąąą…! – wyje między jednym smarknięciem a drugim.
Oho.
Wielkie problemy małych ludzi.
– Kto cię nie lubi? – pytam, głaszcząc ją po włosach. Wciąż jeszcze jasnych, ale ściemnieją jej jak Dorze.
– A masz cytrynę?
– Co? – nie rozumiem bardziej niż bardzo.
– No, do herbaty. Zmokłam i jak nie dostanę z cytryną, to się przeziębię. Mama zawsze daje.
– Zmieniasz temat? – odsuwam się nieco i patrzę na siostrę podejrzliwie.
– Będę chora. Przez ciebie.
– Nie mam cytryny – odpowiadam i podnoszę się z kucek.
– Umrę na zapalenie płuc!
– Och, bez wątpienia.
Przekomarzanie się przerywa nam gwizdek czajnika. Nalewam do szklanek esencji i dodaję wrzątku.
– Słodzisz?
– Cztery i pół!
– Ja pierdolę…
Mam niejasne podejrzenie, że Bździągwa robi mnie w konia, bo matka nigdy nie pozwoliłaby jej pić takiej ulepki, ale to w sumie jej problem.
– Masz – stawiam szklanki na stole i zajmuję jedno z miejsc.
Patrzę, jak młoda grzeje sobie dłonie o koszyczek, jak udaje, że rozcieńczony czaj jest interesujący jak nigdy wcześniej.
– Ble! – ocenia, a potem milczy i najwyraźniej ma nadzieję, że zapomnę o tym, co powiedziała, a najlepiej też o tym, że powinna być w szkole, a fakt, że w niej nie jest, coś zapewne oznacza.
Taka mała próbka naszych rodzinnych odruchów.
– Bździągwa, co się dzieje? – pytam w końcu.
Znowu leje. Deszcz uderza w szybę jak wściekły, zrobiło się ciemno.
– Nic.
– Wiesz, że muszę dać znać mamie.
– Nie mów jej! – Bladą buzię wykrzywia przerażenie.
– Powiem, że byłem akurat w okolicy, rozbolał cię brzuch i cię odebrałem.
Niebieskie paciorki rozbłyskują nadzieją.
– OK.
– Ale wiesz, że to kłamstwo?
– Wiem. Pójdę do spowiedzi.
Podnoszę dupę i idę do telefonu.
No bo przecież widzę, że coś jest na rzeczy i to nie są zwykłe wagary. Podejrzewam też, że wyciągnięcie z Bździągwy jakichś zeznań nieco potrwa i może przerosnąć moje zdolności dyplomatyczne.
Kiedy już udaje mi się uspokoić mamę i przekonać ją, że nie, to nie dur brzuszny tylko zwykła niestrawność od nadmiaru gumy do żucia, Bździągwa na dobre buszuje już w pokoju.
– Kto ci pozwolił to ruszać?!
– Dlaczego trzymasz serwetki w pudełku po kredkach?
– Kurwa mać! – wyrywam jej kartonik z rąk.
– Ładne – już dossała się do czegoś innego. – Mnie też kiedyś namalujesz?
– Nie.
– Dlaczego? – paciorki patrzą na mnie z wyrzutem.
– Bo jesteś wścibska. Zostaw to.
Teczka ze szkicami wreszcie ląduje bezpiecznie za tapczanem.
– To powiesz mi wreszcie, o co chodzi? – siadam profilaktycznie obok nich ze szklanką w ręce.
– Ale z ciebie męczybuła.
I jak ja mam z nią rozmawiać?
– Jak się ugrzejesz, jedziemy do domu – zarządzam lekko wkurwiony sytuacją, której wyraźnie nie potrafię chwycić za mordę.
– Pada.
– Trudno. Mama da ci herbaty z cytryną i nie zachorujesz.

*

Pod dwóch dniach przestało wreszcie padać. Taki czerwiec piękny.
Jechałem na uczelnię. Teczka sto na siedemdziesiąt pod pachą, bo trzeba było zdać pracownię na ten rok. Plecak z nadal urwanym paskiem. No i mocuję się tak, żeby uwolnić wiecznie pusty i nieodmiennie roztaśtany portfel z tylnej kieszeni spodni, a potem wyjąć bilet, tramwaj rusza i zamiast biletu, odbijam sobie dupę.
Dzień kurewsko udany. Przynajmniej raz w życiu nie myślałem o tym, że jestem głodny, tylko o tym, że oddałbym cały ryż tego świata i jeszcze garść Chińczyków za jedną poduszkę.
Ale przetrwałem jakoś wykłady i cholerne koło z historii malarstwa, a teraz stoję sobie całkiem przyjemnie rozmarzony o nadciągającym nażarciu maminym obiadem. Stoję sobie w cieniu morwy, pod trzepakiem, o który piętnaście lat temu złamałem rękę, wpierdalając się w niego na wrotkach.
– Jak mama tak w ogóle?
– E, ciągle po swojemu, ale chyba lepiej – odpowiada zblazowanym tonem Zbyszek, mój trzy lata młodszy i podobno lepszy, bo pozbawiony artystycznych zapędów brat.
Stoimy pod murem, za plecami mamy nabazgranego niebieską farbą chuja, przed sobą wspomniany trzepak i zwisającą z niego głową w dół Bździągwę. Wraca człowiek do domu rodzinnego na piątkowy obiad i już ląduje w starym schemacie opiekunki dla młodszego rodzeństwa.
– Chcesz? – pyta mnie Zbyszek ukryty za zasłoną dymu z Fajranta.
Wzruszam ramionami, biorę od niego ćmika i zaciągam się głęboko.
– A myślałem, że rzucasz.
– Bo rzucam. Tylko systematycznie.
– Też chcę! – skarży się Bźdźągwa, oglądając nas do góry nogami. Jej warkoczyki zamiatają chodnik.
– A spierdalaj, młoda – wzrusza ramionami Zbyszek.
Uśmiecham się kwaśno pod nosem. Odezwał się, smarkacz. Ale to zachowuję dla siebie, żeby przynajmniej aktywnie nie przyczyniać się do deprawacji najmłodszej siostry. Może chociaż ktoś z naszej czwórki wyrośnie na porządnego człowieka, chociaż jej ostatnie numery chyba najlepszą wróżbą nie są.
Nadal nie dowiedziałem się, o co właściwie chodzi.
Bźdźągwa – a właściwie Hanka, ale nigdy tak na nią nie mówię – wyciąga język i wywija zgrabnego fikołka.
– Powiem mamie! – oświadcza.
– Że co? – śmieje się Zbyszek. – Że ci nie dałem zajarać?
– Że jesteście głupi!
– A to, to mama już od dawna wie – rechoczę.
Zresztą jak na zawołanie z okna na parterze pobliskiego bloku, gdzie miłosiernie ulokował nas Cegielski, rozlega się sakramentalne:
– Obiaaad!
Mama fizycznie jest przeciwieństwem ojca. Raczej tęższa, też wysoka, ale w granicach normy, z burzą naturalnych loków. To dlatego tak nas rozsiało po genetycznej skali: Zbyszek to wykapany ojciec, Bźdźągwa – matka, a my z Dorą tak po środku, ja ze wskazaniem na ojca, ona na matkę. Śmiesznie wyglądamy, stojąc w rządku.
Za to charakterami całkiem nieźle się zgrali, choć mama zawsze miała w sobie więcej ciepła i pogody ducha. Ale oboje to raczej ciche typy, inteligentni, mądrzy ludzie. Pod tym względem mam kurewskie szczęście, naprawdę. Szkoda tylko, że akurat te geny gdzieś się najwyraźniej zapodziały po drodze, bo mądry to ja nie jestem, a rodzeństwo mam także dość barwne.
Faktycznie – wygląda coraz lepiej. Baliśmy się o nią trochę ze Zbyszkiem po śmierci ojca, bo przeżywała żałobę w ciszy i samotności, ale cholernie głęboko. Rodzice kochali się do szaleństwa i może nigdy wcześniej nie uświadomiłem sobie tego mocniej, chociaż fakt, że jest nas aż czwórka, a Bździągwa pojawiła się całkiem niedawno po siedmioletniej przerwie i to mimo niesprzyjających pożyciu małżeńskiemu warunków lokalowych, powinien mi dać do myślenia. Tworzyli zgrany duet, dobrze naoliwiony mechanizm, w którym czasem coś się psuło, jasne, ale szybko wracało do pełnej szacunku normy. I nagle połowy tego mechanizmu zabrakło.
Nie powiem, mama mi zaimponowała. Nie wypuściła z rąk kontroli nad domem i nami nawet na moment, nawet w chwili najgłębszego żalu. Było ciężko, ale zrobiła wszystko, byśmy to my – zwłaszcza Bźdźągwa i Dora – przeszli przez tę tragedię możliwie spokojnie, nawet jej kosztem. Nie pozwoliła nam też odczuć innych, bardziej przyziemnych skutków śmierci głównego żywiciela rodziny.
Ojciec zmarł w nocy, nagle, w skutek choroby wieńcowej, bo niby ją leczył, ale harował do upadłego i palił jak lokomotywa, a braki snu zalewał kawą. Po prostu pewnego dnia poszedł spać i nie wstał.
Po prostu pewnego dnia okazało się, że go nie ma.
Ciało znalazła Dora i potem przez dobre pół roku na wszystko reagowała nerwowym chichotem.
– Rysiu, moja chudzinko – wita mnie mama w progu i pochylam się dość mocno, żeby się dać pocałować w czoło, jak na dobrego syna przystało, chociaż już raz się przecież witaliśmy.
– Oj tam.
„Chudzinko”. Tak, ona też, chociaż wie, że to akurat ze Zbyszkiem mamy po ojcu właśnie i wcale nie jesteśmy chudzi, tylko – cóż – rozciągnięci. On na dwa metry, ja na niecałe dziesięć centymetrów mniej. To te poznańskie geny, rodzina z Wołynia to po prostu potężni ludzie, których końmi się nie ruszy, jeśli się zaprą.
Pierdoleni Kozacy nie mieli z nimi łatwo.
– Mmm, czuję pyszności – ledwie mama wypuszcza mnie z ramion, zaglądam do kuchni.
Także po to, żeby nie zauważyła, że w międzyczasie się jej przyglądam w odbiciu na szybie. Oczy mniej podpuchnięte niż tydzień temu – to dobrze. Trochę schudła – to źle.
Taką jesteśmy rodziną, że każdy z każdym stosuje podchody, żeby się dowiedzieć, czy na pewno wszystko w porządku.
– Dostałam ładny, nieprzerośnięty karczek. No, myjcie ręce.
Przy stole nadal stoi sześć krzeseł. Jest i krzesło ojca na szczycie pod meblościanką, i moje z ułamanym szczebelkiem w oparciu, bo w końcu się urwał po tym, jak bawiłem się nim przed każdym posiłkiem.
Jestem pewien, że zawsze będą tak stać. Do końca świata w komplecie, choćbyśmy się rozpierzchli Bóg wie gdzie.
W mieszkaniu jest już Dora, a ja omal nie zabijam się o jej pstrokatą od naszywek i przypinek kostkę rzuconą oczywiście w przejściu. Wściekam się, ale tak naprawdę to u nas rodzinne.
Jezu, naprawdę strzeliła sobie irokeza.
Karczek oczywiście jest mistrzowski. Pyry też smaczne i upragnione, bo dla samego siebie nie chce mi się gotować, a mam we krwi, jak na Poznaniaka przystało, nawet jeśli rodzina częściowo z Wołynia.
Mama z zadowoleniem obserwuje, jak pakuję sobie na talerz kolejną dokładkę.
A potem jeszcze jedną.
I – po chwili zastanowienia – trzecią.
W moim domu rodzinnym nie tylko krzesła są niezmienne. Wzorek na ścianach też. I meblościanka. I wytarta, spłowiała wykładzina. Zdjęcie dziadków, których nigdy nie poznałem, i wyginająca się pod sufitem palma, kiedyś modna, a teraz stanowiąca wspólny problem połowy narodu. Malowane białą olejną szafki w kuchni. I jeszcze wiele, wiele innych rzeczy.
Jasne, permanentny brak kasy to jedna z głównych przyczyn takiego stanu rzeczy, ale w efekcie, wracając tu, czuję się, jakbym wracał do lat dzieciństwa. Odkąd się stąd wyprowadziłem, to mieszkanie też stało się azylem, choć innego rodzaju niż waląca ceratą nora.
Wracam tam, skąd przyszedłem. Nadal mam dokąd i czuję, jakby zawsze miało tak być.
– To jak, jedziecie w ten Bieszczad? – pyta mama, czekając spokojnie, aż zmęczę trzecią porcję.
– No, zaraz po ostatnim egzaminie wsiadamy w pociąg.
– Uważaj na siebie.
Uśmiecham się.
– Jakoś do tej po…
Przerywa mi seria wrzasków dochodzących z kuchni. Dora i Bździągwa. Trzecia wojna światowa o kolejną pierdołę.
– No i dobrze! Mam cię w dupie! – wrzeszczy starsza z nich, po czym wychodzi z mieszkania, trzaskając drzwiami.
Unoszę brwi pytająco, ale mama wzdycha tylko ciężko.
– Codzienność ostatnio – kwituje.
– Minie im – próbuję ją pocieszyć.
– Mam nadzieję.
– Pamiętasz, jak się kiedyś lałem ze Zbyszkiem?
Mama uśmiecha się do wspomnień.
– No jedz, jedz – pogania mnie tak bardziej dla zasady i zmiany tematu – bo ci wystygnie.
Albo i nie zmiana tematu, bo jej wzrok staje się nagle dziwnie nieobecny i szklisty.
– Mamo?
Odwraca głowę. Nie wiem, czy to światło, ale w jednej chwili starzeje się o kilka lat.
– Nic, synku. Nieważne.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Krin » 09 kwietnia 2015, 20:56

To nie jest moja głowa. Kto mi zabrał moją głowę. Ratunku.
Potykam się o skraj dywanu i z takim rozmachem epickim wpadam do kuchni.
Dwa pytania:
1. Czy w pierwszym zdaniu nie przydałyby się czasem jakieś wykrzykniki bądź znaki zapytania?
2. Czy nie lepiej z "epickim rozmachem"?

Podoba mi się. Czasem zdarza się, ze denerwuje mnie taki żartobliwy sposób narracji, ale ty go dobrze używasz. Poszczególne tematy nie ciągną się zbyt długo i nie zaczynasz się w nie zaplątywać. Czytając, miałam wrażenie, że pisałaś to jednym tchem, jakby słowa ci same wypływały spod palców, bo takie to jest lekkie. Piszesz tak jak się mówi i choć nie jest to styl wysokich lotów, to w tego typu zabawnych tekstach raczej nikomu to nie przeszkadza. Raczej procentuje.
Wiem, że nie potrafiłabym polubić bohaterów w rzeczywistości, ale jednak zdobyli moja sympatię. Prawdopodobnie głównie przez śmieszny, ironiczny sposób w jaki ich przedstawiasz. Wydaję mi się, że gdyby ten tekst był napisany w inny sposób, miałabym problem.
Mimo zabawnego przedstawienia sytuacji przez narratora, wplatasz w to również poważne wątki, które wzbudzają moje zainteresowanie, co jest dla mnie istotne, bo wiele razy zdarzało mi się czytać wcale nie wciągające teksty tylko dlatego, że napisano je w zupełnie absurdalny sposób. Lubie coś takiego, ale to nie literatura tego typu, który spędza sen z powiek. A tobie się udało zrobić to na czym wielu poległo.

Zastanawia mnie znaczenie tych cytatów z piosenek na początku. W pewien sposób potrafię je powiązać z postacią Ryśka, ale nie z konkretną częścią tekstu. Najbardziej dziwi mnie fakt, że nawet ja - jedna z najbardziej niezorientowanych osób w muzyce na padole ziemskim, je znam i nawet melodię pamiętam. Czary jakieś. O.o
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Kruffachi » 10 kwietnia 2015, 18:51

Bardzo, bardzo dziękuję :tul: Nie wiesz nawet, jak potrzebowałam odzewu, a komentarz pozytywny to już w ogóle gwiazdka z nieba!
Dwa pytania:
1. Czy w pierwszym zdaniu nie przydałyby się czasem jakieś wykrzykniki bądź znaki zapytania?
2. Czy nie lepiej z "epickim rozmachem"?
1. No właśnie chciałam, żeby to było takie monotonne i odpowiadało monotonnemu rytmowi i brakowi intonacji w wewnętrznym monologu w tym momencie. Tak to po prostu słyszę.
2. Byłoby naturalniej, ale świadomie poszłam w inwersję, żeby wybiła z rytmu i podkreśliła ironię przez odrobinę patosu - to nawet nie ja do końca, Rysiu tak robi, odkąd pamiętam ^^ Jak wyżej - ja go po prostu słyszę. To była moja pierwsza pierwszoosobówka teraźniejsza męska, właściwie szalony eksperyment, po którym bynajmniej nie spodziewałam się odkrycia ulubionego sposobu pisania, więc chyba jest najbliższa temu, w jaki sposób ja sama myślę, w jakim rytmie, tempie, jakimi frazami i tak dalej. Taka najbardziej intuicyjna. I to też takie intuicyjne jest :bag: Nie wiem, czy dobre, po prostu intuicyjne :bag:

Cieszy mnie ten odbiór ogromnie. Naprawdę. Pomijając już, że sprawia mi to przyjemność, bo lubię i narrację, i bohaterów, których znam kawał czasu, tak zupełnie osobno mam tu kilka rzeczy do napisania i cały czas boję się o to, że fakt, iż tak to lubię, sprawi, że zboczę na manowce w imię własnej przyjemności niepostrzeżenie, gubiąc to, co jest ważne. Poza tym, co tu kryć, z różnych względów to też tekst dość intymny i osobisty, a to też stwarza masę zagrożeń. Więc proszę o czujność ^^

A piosenki - cóż, właśnie Rysiek, znaczenie tych fragmentów, które - mam nadzieję - będzie widoczne w szerszej perspektywie, bo staram się nie pisać o niczym, co by nie miało mieć konsekwencji albo odbicia potem i jeszcze moje osobiste wspomnienie atmosfery lat dziewięćdziesiątych. Sporo mojej muzycznej "edukacji" to "30 ton" było ^^

Dziękuję serdecznie raz jeszcze!
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Kruffachi » 12 kwietnia 2015, 11:43

III

Ty masz to, co ja chciałbym
mieć, gdybym kilka lat mniej miał
I tylko chcę Cię ostrzec:
Nie wyważaj drzwi otwartych na oścież

Ty masz taką mądrość głupią,
Niech której wszyscy od Ciebie się uczą
I tylko chcę Ci powiedzieć,
Ten pociąg nie pojedzie, jeśli Ty w nim nie będziesz
(…)
Przed chwilą o tym śniłem
Że na jakimś dworcu wszystko zostawiłem
Niewiadomy niepokój obudził mnie,
Dlatego teraz siedzę i piszę
Ale żadne słowa tego nie opiszą,
Co poczuć może człowiek ciemną jesienną nocą
Dlatego już kończę ten list
(…)


Kult Lewe lewe loff

No i pojechaliśmy w te Bieszczady, my na czysto, Witek z perspektywą września, ale bez jakichś szczególnych obaw w temacie. Miał to wliczone w koszty – zawsze ma wszystko wliczone w koszty, a przynajmniej tak twierdzi.
Pojechaliśmy bez Anki, bo podobno się rozchorowała, ale jak na mnie, to po prostu stchórzyła, podkuliła ogon i zwiała. I dobrze, bo nie miałem ochoty jej oglądać. Z tak wielu różnych względów.
Ale nawet mimo jej nieobecności, to był dziwny wyjazd. Nie tak radosny, jak poprzednie. Nie tak szalony, jak zeszłoroczny, kiedy skakaliśmy przez ognisko, orzępoliliśmy Elkę prawie na łyso, wialiśmy z bimbrem przed strażą graniczną, a potem nago przed uzbrojonym w siekierę autochtonem, chyba bardziej Ukraińcem, na którego terenie się nielegalnie rozbiliśmy, i w ogóle robiliśmy masę głupich rzeczy. Straciliśmy jedną trzecią sprzętu w dramatycznych okolicznościach, część opyliliśmy, bo z przyczyn różnych zabrakło na żarcie. Zebraliśmy parę mandatów i trochę trwałych blizn, a ja przywiozłem jeszcze opuchniętą po kleszczu dupę.
No, przynajmniej dla mnie był to dziwny wyjazd, bo Staszek, zdaje się, wariował jak nigdy wcześniej. Odkąd dostał od chrzestnego wymarzonego Canona, ciągle chodzi ujarany i nic nie jest w stanie popsuć mu humoru. Mówi, że ma genialny plan i że nam szczęki poopadają, ale jeszcze nie zdradził, o co konkretnie chodzi.
A ja nie mogę przestać myśleć o mamie. O tym, co powiedziała mi potem, gdy zostaliśmy już naprawdę sami i wyraźnie pękła. Szeptem, na granicy słyszalności przyznała, że czuje się zmęczona, bezradna i pusta. Nigdy wcześniej nie widziałem jej takiej – nie widziałem tak naprawdę tej poszarzałej, naznaczonej zmarszczkami twarzy, nawet jeśli doskonale przeczuwałem jej istnienie.
Coś się tamtego dnia stało.
Po raz kolejny trochę dorosłem.
Oczywiście próbowałem ją nieudolnie pocieszać, coś tam mówiłem, że jest świetna w tym, co robi, i jeśli chodzi o dzieciaki, i jeśli chodzi o szycie, a nastolatki już tak mają, że się żrą, że jest silna i w ogóle, bo to przecież prawda, ale nie sądzę, żebym bardzo jej pomógł. Pomógłbym jej, wracając i zdejmując z ramion trochę ciężaru.
A nie mogę wrócić – to byłby krok wstecz.
Nie wiem, co robić.
W ogóle – nie wiem, co robić. Nagle z całą mocą dotarło do mnie, że wylądowałem w jakimś martwym punkcie.
Ciemność i cisza nocnego Beskidu, zamiast mnie uspokajać, zaczęły przerażać do szpiku kości. Na szlaku czułem, że nie wiem, dokąd idę i – chociaż nigdy wcześniej mi to nie przeszkadzało – aż trząsłem się z niepokoju. Śmiech przyjaciół zdawał się dochodzić jakby z przeszłości i nie mieć żadnego znaczenia.
Miałem wrażenie, że istnieję tylko ja – tylko mały, śmieszny i tańczący na grani ja – a wszystko inne to kartonowe dekoracje.
I tak przez cały miesiąc włóczenia się po górach. Bez chwili wytchnienia. Bez jednej przespanej spokojnie nocy.
Nawet znajomi bimbrownicy spod Krościenka nie pomogli, a nawet pogorszyli mój wkurwiający stan.
Jakoś tak śmiesznie wyszło, że zaczęliśmy gadać o sztuce, czyli na temat, którego zwykle unikam, bo – wbrew temu, co twierdzą wykładowcy – rzecz to dla mnie dość intymna.
– I dziwi cię to, gówniarzu? – zrugał mnie stary Smykla, kiedy nieopacznie, ululany już nieco samogonem i ostro schrypnięty po kolejnym dniu chlania, zacząłem biadolić, że źle się dzieje w państwie Duńskim, bo w pracy artysty chodzi tylko o to, żeby zrobić coś bardziej, niekoniecznie lepiej.
– Trochę – burknąłem, sadowiąc się wygodniej na konstrukcji z drewnianych pieńków. – Z taką tradycją?
– Wszystko wiadra gówna warte – prychnął Smykla.
Nie za bardzo wiedziałem, dokąd zmierzamy i czy na pewno mówimy o tym samym, ale bimbrownik był tamtej nocy skory do wynurzeń. Może jego też coś gryzło. Może taki rok po prostu.
– Broń mnie Panie Boże wszechmogący i wszyscy anieli, żebym kiedykolwiek zatęsknił za Ruskimi – splunął, wzniósł ręce, a zastygły tak, oświetlony pomarańczowym blaskiem ogniska, wyglądał przez chwilę jak jakiś szaman w transie. Albo Wernyhora, żeby za daleko nie szukać. – Ale jak poszli, to co nam zostawili?
– Wolność?
– Wierzysz, że jesteśmy wolni, naiwny smarku? Lubię cię, ale tera to pierdolisz.
Wzruszyłem ramionami.
– No dobra – przyznałem. – Idealnie nie jest. Coś się pizgło po drodze. Ale to się zmieni, nie?
Smykla pokręcił głową i łyknął solidnie.
– Nic się nie zmieni – odparł. – Już zawsze będziemy mieli odcisk buta na jajach.
Ponieważ byłem pijany, zacząłem oponować, że Polska jest kobietą.
Ponieważ Smykla też był pijany, podjął temat i odparł, że może, ale z jajami.
Tak sobie podryfowaliśmy po niebezpiecznych wodach, żeby ostatecznie wrócić do zatoczki dysput filozoficznych o sztuce.
– No i widzisz, gówniarzu – perorował Smykla, gestykulując już dość żywo opróżnioną butelką. – To jest tak, że jak my spod Ruskich wyleźli, to się nagle okazało, że wszystko gówno warte. Co namalujesz, też gówno warte. Byleby nie było spod Ruskich, a sprzedasz.
– Nie no, to to ja się nigdy nie łudziłem, że tak się da teraz bez znajomości – protestowałem bełkotliwie. – Zresztą to zawsze tak było, że trzeba jeszcze kontaktów. Nie ma co udawać, że to czysty zawód, nie?
– A gówno rozumiesz.
Uniosłem tylko brwi.
– Bo tu chodzi o to, że możesz wylać zamiast wiadro rzygów i to będzie bez znaczenia. Bo chodzi tylko o to, żeby ten, co to będzie miał, czuł się lepiej, bo to ma. Nie musi mu się nawet podobać.
– Nie no, jakieś tam elementarne poczucie estetyki ma znaczenie – upierałem się.
– Pewien?
– No… Musi istnieć jakaś granica. Takie miejsce, po którym człowiek stwierdza, że pierdoli, to nie ujdzie.
– Pewien?
Nie, nie byłem pewien.
I nadal nie jestem.
Tylko jeśli Smykla miał rację, to jaki jest w ogóle sens malowania czegokolwiek? Jeśli to musi być zawsze gonienie króliczka, a im bardziej udaje, że nim nie jest, tym bardziej jest?
Być gwałtowny jak Chełmoński, delikatny i uważny jak Boznańska, być jak Wyspiański z jego niemożliwym z założenia Stanisławem, Malczewski pokazujący środkowy palec Matejce albo Podkowiński z jego naiwną namiętnością. Nawet Fałat. Niech będzie akademicka sztywność, jeśli się jej ufa. Nie mieć przy tym ich nazwisk, a tylko być sobą w tym, co się maluje. Wierzyć w to, JAK się maluje. Nie pozostawać wyłącznie syzyfowym łataniem czarnej dziury socrealizmu w historii polskiej sztuki, kolejną kopią przeciw wiatrakom z kompleksów zapyziałego imperium. Tego bym chciał.
– Od tego nie uciekniesz, chłopcze – stwierdził Smykla filozoficznie i zaciągnął się fajką, bo bimber nam się skończył.
No i jest jeszcze kwestia ojca.
Kilka razy próbowałem podpytywać matkę, jak to właściwie z nim było i czy naprawdę wolał tyranie w Cegielskim i życie, jakie potem prowadził, od pasji, którą mnie przecież zaraził jeszcze jako szkraba, gdy przywiózł mi na urodziny zdobyte cudem kredki Bambino. Nie chciała na ten temat rozmawiać, zawsze jakoś mnie zbywała albo odwracała kota ogonem.
Aż pewnego dnia mnie olśniło i dokonałem szybkich obliczeń.
Ja po prostu pojawiłem się za wcześnie. Pewnie niespodziewanie. I to ja wybrałem, nie on. A potem to już poszło. Zbigniew. Dorota. Hanna. Uśmiechnięta rodzinka na czerwonawym zdjęciu zrobionym pożyczonym aparatem. Pierwsze i ostatnie wakacje nad morzem, wakacje sponsorowane przez komunię Dory, Bździągwa jeszcze w pieluchach.
– Nigdy nie żałował – zapewniła matka, ostatecznie przyparta do muru.
Sam nie wiem, czy jej wierzę. Ojciec mnie kochał, to pewne. Pozwalał mi odczuć, że jestem dla niego szczególnie ważny jako swego rodzaju następca, ale sam nie wiem, czy jej wierzę. Sam nie wiem, czy ja bym żałował. I czy jestem z siebie dumny, mimo wszystkich tych butnych słów, że to moja sprawa, co robię i czego chcę.
To znaczy… jeszcze do niedawna wydawało mi się, że jestem. Ale coś się zmienia.
Czegoś zaczynam się naprawdę bać.
Od powrotu z Bieszczadów nie mogę się pozbierać. Czekam.
Ciągle uparcie czekam, aż życie zwali mi się na głowę.
I tak mijają kolejne tygodnie, a tygodnie składają się w miesiące bez odpowiedzi.

*

Mniej więcej pamiętam, kiedy zajrzałem do Kociaka po raz pierwszy, bo był listopad, piździło i głównie dlatego tam zaszedłem – przeczekać przedwczesną śnieżycę. I, siedząc tak nad kubkiem dość lichej kawy, doznałem olśnienia. Przecież tu nie waliło ceratą – no, nie ceratą ciotki w każdym razie – nie było nalotów ani cieknącego kranu domagającego się natychmiastowej uwagi. I kawa robiła się sama. Jedyne co, to trzeba było za nią płacić, ale kto zabroni mi delektować się jednym kubkiem przez kilka godzin? Poza tym, odkąd we wrześniu podłapałem w miarę stałą fuchę u bogatych znajomych matki, którzy postanowili odpierdzielić swoją chatę w kosmos i zażyczyli sobie fresków, nie narzekam. Płacą solidnie i od godziny, a do tego karmią, bo takie ze mnie chuchro.
A tam, chuchro. Mówiłem już, że artystyczny image w postaci za dużego swetra po ojcu i podartych jeansów mnie wyszczupla. Ale przecież schabowym nie pogardzę. Dwoma tym bardziej.
I tak zostałem stałym klientem kawiarni, jak na snoba z artystycznej bohemy przystało. Zawsze jakiś krok do zostania wielkim malarzem, nie?
Od tamtego listopadowego popołudnia zachodzę tu przynajmniej raz w tygodniu i siadam zawsze w tym samym kącie, na uboczu, za jakimiś na pół uschniętymi badylami w doniczce, gdzie w ogóle trudno dostrzec nawet mnie. Zresztą jak się poskładam, to robię się całkiem ergonomiczny. Nikomu nie przeszkadzam, więc obsługa toleruje moje przesiadywanie czasem aż do zamknięcia.
Czytam sobie. Czasem trochę szkicuję, ale głównie czytam. Zdarza się, choć rzadko, że zakuwam. Bo ja w ogóle raczej nie zakuwam. Jak coś człowieka interesuje, nie musi tego w siebie wpychać siłą.
Ją zatrudnili dwa miesiące temu, po świętach. Pewnego dnia po prostu podała mi kawę i tak to się zaczęło.
Może w ogóle przeoczyłbym ten fakt, gdyby nie to, że akurat książka wyślizgnęła mi się z rąk i poza zdawkowym, uśmiechniętym uprzejmie, ale raczej rutynowo „dziękuję” i krótkim spojrzeniem, doszło między nami do interakcji nad rozwaloną okładką „Cyberiady”.
Całkiem przypadkowo spojrzałem w jej oczy.
Olbrzymie, szare, diablo bystre oczy.
I świat wreszcie zwalił mi się na głowę.
Pamiętam ich kolor. I ten warkocz. Sięga jej aż do bioder, ciemny, prosty i solidny. Dziewczyny już takich nie noszą.
Zatkało mnie i ostatecznie chyba nawet nie zamknąłem ust.
Do końca dnia przeczytałem już tylko cztery strony, bo nie mogłem się skupić na słowach, rozlewały mi się przed oczyma i nawet nie zauważałem, że brnę przez to samo zdanie po raz kolejny.
Trafiałem na nią za każdym razem, gdy tylko stan portfela pozwalał na to drobne burżujstwo, a kiedy pewnego dnia kawę podał mi ktoś inny – kelner, którego pamiętałem sprzed jej ery, choć już dziwnie mgliście – dotarło do mnie, że nie przychodzę tu dla kryjówki za badylami jak dawniej, tylko dla niej. Dla tych olbrzymich oczu i ciemnego warkocza kołyszącego się na linii bioder.
Na początku drugiego tygodnia jej pracy zostawiłem pierwszy list ze skromnym napiwkiem. Bo na nieskromny mnie nie stać. To był impuls, a po wszystkim czułem się tak zażenowany, że omal nie wybiegłem wprost pod tramwaj. Tak ogólnie to totalnie nie jest do mnie podobne. Ja nie umiem w te całe podchody.
No i, kurwa, to takie staromodne, nie? Głupie w sumie. Pretensjonalne, wyjęte żywcem z jakiegoś czytadła dla kucharek. Ale zagadać nie miałem odwagi – co tak naprawdę też dziwne, bo zwykle wychodzę z założenia, że to ewentualnie nie mój problem, jeśli ktoś mnie nie polubi.
Dostałem jej odpowiedź wciśniętą pod kubek z kawą.

Dziękuję. I liczę na wzajemność.

Boże, a ja już nie pamiętałem nawet, co dokładnie napisałem, bo bazgrałem w jakimś totalnym amoku.
Ale tę serwetkę – jak i wszystkie następne – schowałem starannie złożoną do portfela, a potem do pudełka po urodzinowych czekoladkach.
Dwa miesiące po tym, jak na nią zachorowałem, i jeden po tym, jak dostałem śmiertelnych objawów, nasze listy są już zdecydowanie dłuższe, często nie mieszczą się na pojedynczej serwetce i coraz trudniej je ukrywać. Pewnie nie musielibyśmy tego robić, ale to taki rytuał.
Się zrobiłem nagle sentymentalny.
Nadal nie znam jej imienia.
W głowie, jeśli muszę, nazywam Ją po prostu Nią, bo jest... jest tak kobieca, że mogłaby nosić wszystkie imiona wszystkich kobiet świata.
Kurwa, jak ja bredzę. Nie umiem przy Niej i o Niej myśleć.
Od trzech tygodni nawet nie dotknąłem pędzla. Nie mogę się zmusić, całą głowę wypełnia mi ona.
Zresztą, jebał to pies, i tak mają o mnie wyrobioną opinię i usłyszę tę samą gadkę, czegokolwiek im nie przyniosę. Że warsztat pierwsza klasa, ale artyzmu brak.
Może gdybym – jak sugerował Smykla – narzygał albo nasrał na płótno jak Klimczak.
Ale on wybrał szczerą interpretację i go wywalili. Co z tego, że miał rację. Co z tego, że sami namawiali go do „odwagi”.
To było jeszcze w zeszłym roku, bo Klimczak był z tych rozczarowanych, których los miałem według rodzinki podzielić. Taki wrażliwiec z ideałami, w wielkich okularach i szkicownikiem na stałe przyczepionym do dłoni.
To w sumie oznaczałoby, że rodzinka ma o mnie ogólnie nie najgorsze zdanie. Na pewno lepsze, niż na to zasługuję najwyraźniej.
A ona? – zerkam ostrożnie między badylami. Uśmiecha się do kogoś innego, a ja już czuję się zazdrosny. Co ona sobie o mnie myśli? Dlaczego w ogóle odpowiedziała? Bo ją to bawi? Bo czuje się zaintrygowana dziwakiem?
Nie mam specjalnie złudzeń. Jestem – powiedzmy – klasa średnia. Nie narzekam na brak powodzenia, ale też obracam się w towarzystwie dziewczyn uznających się za wyzwoloną awangardę, pokolenie zrywające z nudą PRL-u, prowincjonalne spadkobierczynie Dagny i w ogóle. Są sympatyczne, ale też niezbyt skomplikowane w obsłudze.
Dziewczyny skomplikowane w obsłudze to dla mnie za wysokie progi. One mają wymagania, chcą poważnych facetów z poważnymi dochodami, nie ulotnych wariactw i ślepych uliczek, a tyle mam do zaoferowania.
Nie wiem, w co się pakuję, bo to wygląda i pachnie jak szalony odchył od normy, który służy tylko temu, żeby było co wspominać i mieć samotnie dyndający w próżni argument za tym, że nie jest się skończonym chamem i czasem człowieka nachodzą wyższe potrzeby.
Ale mi zależy.
Nie chcę tego zepsuć, a jednocześnie nie kontroluję niczego, co tu się dzieje. Po prostu lecę przed siebie na oślep, zapisując kolejne serwetki i wyglądam zza zakurzonego liścia.
Nieodmiennie zastanawiam się, co taka istota robi w obskurnej, było nie było, kawiarni. Nie układam w głowie bajek, bo chcę tego takim, jakie jest, ale się zastanawiam.
Z czasem, rzucając na szalę całą swoją nędzną egzystencję i ciśnienie, zacząłem zamawiać po kilka kaw, byleby sobie z nią popisać.

*

Tym razem są z nami jeszcze Maciek i Kaśka, aktualna Witkowa miłość na zawsze do następnej niedzieli.
Maciek zdecydowanie nie należy do moich ulubieńców, a właściwie i dokładniej, to mnie nieziemsko wkurwia swoim podejściem do życia i tikiem w lewym oku. Ostrzegałem już Witka, że jak się kiedyś schleję, to mu przypierdolę, ale czasem odnoszę wrażenie, że wszyscy tylko na to czekają.
Fakt, mogłoby być zabawnie, bo Maciek sięga mi do połowy piersi, ale zdaje się, że przypakował.
A może by mu tak przypierdolić teraz, żeby mieć to za sobą? – myślę, gapiąc się na niego spode łba i ciągnąc kolejnego browara.
Ale wtedy Stach wychodzi z kibla i wracamy do przerwanej dysputy o dupie Maryni.
No, głównie nasza czwórka – znaczy ja, Stach właśnie, Elka i Maciek, bo Witek zajmuje się głównie obłapianiem Kaśki. Odkąd stało się jasne, że tym razem mu się nie uda i dostaje kolekcję warunków, więcej czasu spędza na obłapianiu, znacznie mniej na malowaniu.
Para z niego uchodzi.
Jeszcze trochę i sflaczeje zupełnie, ale co takiemu powiesz? Można co najwyżej w mordę strzelić.
Ja nie strzelę. Przecież sam ostatnio nie maluję, a wcześniej… A wcześniej jakoś tak bez przekonania. Smykla ciągle siedzi za mną. Ciągle powtarza, że to i tak bez sensu.
W sumie ubrał w słowa moje własne lęki. Przecież niczego nowego się od niego nie dowiedziałem.
– Masło?
– Co? – podnoszę wzrok na Staszka.
– No, to ja się pytam: co.
Kurwa, pogubiłem się.
Z cienia dochodzą już mocno niecenzuralne pojękiwania.
– Tej, weźcie się usuńcie, co? – wkurza się Elka.
Jesteśmy wszyscy pijani. Jesteśmy wszyscy wkurzeni. Nabuzowani. Niespokojni.
Coś wisi w powietrzu.
A jednocześnie czuję się zrobiony z gumy. Bezwładny i pozbawiony stawów. Tkwię jak w kisielu i chociaż to wszystko rozsadza mnie od środka, niczego nie mogę zrobić.
– Chyba muszę się przejść – burczę.
– Pada.
– W dupie to mam.
Dźwigam swoje nagle za duże, za długie ciało i odkrywam, że upierdoliłem się bardziej, niż mi się wydawało.
Kurwa mać.
– No dobra, zostaję.
Maciek zaczyna się śmiać.
Niech lepiej zamknie ryj.
Niech zamknie ten pierdolony ryj!
Ktoś łapie mnie za rękę. Elka.
– Masło, co jest? Uspokój się.
Nie upijam się w ten sposób. Robię się albo głupio wylewny, albo równie głupio melancholijny. To nie alkohol.
To podmuch lodowatego wiatru znad przepaści.
Byłoby łatwiej, gdyby nie ten pierdolony konus i Witek odstawiający glonojada ze swoją cizią. Wtedy mógłbym im powiedzieć, że nie wiem, co jest. Że coś mi każe skakać, a coś uciekać od krawędzi.
Wrócić do domu rodzinnego i nie wracać.
Rzucić malowanie, z którego i tak nic nie będzie, i nie rzucać.
Iść znów patrzeć na kołyszący się hipnotycznie warkocz i nigdy już nie pojawiać się w okolicy.
Tak muszę udawać, że włączył mi się poalkoholowy agresor.
Więc nie odpowiadam, tylko kiwam grzecznie głową.
– Posiedzę jeszcze chwilę, a potem się jednak przejdę – mówię, starając się nie patrzeć ani na Maćka, ani na Elkę. Ani na Stacha, z jego rosnącym ostatnio zapałem.
Witek.
Może Witek mógłby mnie teraz zrozumieć, ale on znalazł środek na durne lęki egzystencjalne i właśnie ciągnie go w stronę kibla.

*

Bywa, że piszemy ze sobą dość telegraficznie.

Drogi Chłopcze z Kąta Za Kwiatem,
gdzie posiałeś swoją książkę?

Droga Dziewczyno z Kawą,
skończyła się. Jak cały mój świat. Obawiam się, że jestem bardzo, bardzo chory.

Drogo Chłopcze z Kąta Za Kwiatem,
och, to bardzo przykre. Mogę jakoś pomóc? Chwilowo ciastko na koszt firmy.

Droga Dziewczyno z Kawą,
myślę, że jest jeden sposób, ale wymaga osobistej konsultacji. Proszę, nie daj się długo prosić, bo moje ciśnienie może nie wytrzymać kolejnej porcji kofeiny.

Drogi Chłopcze z Kąta Za Kwiatem,
wiedz, że robię to tylko w trosce o Twoje biedne serce. Kończę o 17. A na razie proponuję uspokajającą herbatę i otarcie bitej śmietany z nosa.


JEZUUU!!!
Nabuzowany nieludzką ilością kawy i obietnicą spotkania ledwie mogę usiedzieć na tyłku. Bawię się kubkiem, bawię się nędznymi liśćmi tego biednego badyla, rozpruwam swój własny sweter.
Mogłem założyć coś bardziej reprezentacyjnego.
Gdybym miał, bo przychodzenie w dyżurnym garniaku dzień w dzień to chyba jednak przesada.
Zresztą kiedy mnie zobaczyła pierwszy raz, też wyglądałem jak żul, a mimo to odpisała. Pojęcia nie mam dlaczego, ale odpisała.
Grunt, że nie śmierdzę i nie mam już kaca.
Dyskretnie sprawdzam oddech.
W porządku. Pachnie kawą – nic dziwnego.

*

Patrzymy na siebie.
Ona próbuje zrobić dobre wrażenie niedostępnej, ja próbuję zrobić dobre wrażenie i poudawać poważnego faceta, ale oboje walczymy ze śmiechem i w końcu – równocześnie – wybuchamy. Ona chichocze, mną wstrząsa głośny rechot.
– Rysiek – wyciągam rękę.
– Weronika.
Jezu, jak ładnie.
Łapię jej dłoń i przez chwilę nie wiem, czy ją uścisnąć, czy może lepiej pocałować tak po staroświecku, bo albo nie dała sygnału, albo przeoczyłem. To drugie nawet bardziej prawdopodobne, skoro nie mogę oderwać wzroku od jej twarzy.
– Boże, jaka ty jesteś piękna – wypalam bez przemyślenia, ona się śmieje, ja czerwienię.
A potem ten jej śmiech cichnie i patrzymy na siebie w milczeniu. To nawet nie tyle impas wynikający z mojego oczywistego antytalentu do bajerowania, co dziwny stan obopólnego zawieszenia. Nie czuję się niezręcznie. Ona chyba też nie.
Nadal trzymam jej dłoń.
– No, to co z tą twoją chorobą? – pyta wreszcie Weronika, lekko mrużąc szare oczy.
– Ja… Eee…
– Och, chyba czujesz się gorzej – na jej wspaniałych ustach znów pojawia się szeroki uśmiech.
Dotyka mojego ramienia i od tego miejsca przechodzi mnie dreszcz.
O ja pierdolę, ja pierdolę, ja…
Myśl, jakaś cięta riposta. Teraz, bo weźmie cię za głąba. No, Rysiu. Dajesz.
– To znaczy…
– Mhm?
– To znaczy, bo ja…
A potem już się całujemy.
Nawet nie wiem, kto właściwie zaczął. Jezu, czy to ważne?
– Mam nadzieję, że to nie jest zakaźne – szepce Weronika, kiedy odrywamy się od siebie, ale jej palec przesuwa się powoli po mojej wardze – bo inaczej jestem zgubiona.
– Przynajmniej nie będę zgubiony sam – odpowiadam. – We dwoje zawsze raźniej.
Jak ona się cudnie śmieje. Jak wtedy mruży oczy.
– Jeśli obiecujesz, że to nie był ostatni taki pocałunek?
– Podobało ci się?
W odpowiedzi znów dotyka moich ust. Najpierw opuszkami palców, potem swoimi wargami. Muska linię szczęki. Zaczepnie. Tym razem nie pozwala na nic więcej.
Dobrze, że się rano goliłem.
– Panny z dobrych domów nie powinny się tak całować z nieznajomymi – mówi.
– Może mógłbym cię odprowadzić? Jak cię odprowadzę, nie będę już nieznajomym, tylko znajomym, który cię odprowadza po pracy.
– Stoi.
– Co?
– No… zgadzam się. Tak się mówi, prawda?
– A. Aha.
Uf.

*

A zatem – odprowadzam ją.
Jak się okazało, przez nasze spotkanie za kawiarnią uciekł jej tramwaj i teraz musi czekać na kolejny dwadzieścia minut, więc nam się nie spieszy.
Już od dawna to podejrzewałem, ale teraz widzę wyraźnie – jest inna niż dziewczyny z mojego otoczenia. Subtelniejsza, bardziej ulotna. Jednocześnie chłodniejsza, ale to, jak całuje… Ja pierdolę, to było najlepsze, co mi się do tej pory przytrafiło.
Weronika najwyraźniej nie rozmienia się na drobne.
Idziemy, trzymając się za ręce jak parka z liceum. Ale – było nie było – spacerujemy ze sobą po raz pierwszy i to trochę wcześnie na przytulanie, a z drugiej strony, nie możemy się od siebie oderwać. Od samego początku same paradoksy.
– Właściwie mogłabym wrócić pieszo… – stwierdza, kiedy rozklekotany wagon wyjeżdża zza zakrętu. – W tych rzęchach trochę mnie mdli.
Szczerzę się jak głupi i tak bardzo tego nie kontroluję.
– Pogoda jest ładna, a spacery dobrze robią na serce – odpowiadam ochoczo.
– Tak, przyda mi się coś na serce, bo chyba mnie zaraziłeś, paskudzie.
– Nie będę przepraszał.
– To bardzo niegrzecznie!
– Nikt nie mówił, że jestem grzeczny. – Zamknij ryło, idioto!
– Nikt nie mówił, że lubię grzecznych. – Albo i nie.
Droga okazuje się krótka. Stanowczo za krótka. Weronika mieszka w kamienicy, w jednej z tych odrapanych, ciemnych bram. Nie powiem, żeby mi się to podobało, ale ledwie się znamy i chyba nie powinienem jej pouczać w kwestii samotnych powrotów do domu, więc gryzę się w język.
Niemniej zauważa moje nieufne spojrzenie.
– Nie będę miała niczego przeciwko – mówi, a ja w pierwszej chwili nie rozumiem, o co jej chodzi. – Sama nie czuję się najpewniej.
– Co? – patrzę na nią zdziwiony. – Skąd wiedziałaś, o czym…
– Och! – znów się śmieje w ten uroczy sposób. – Od kilku tygodni, zamiast uczciwie pracować, zajmuję się obserwowaniem takiego jednego chłopaka. Coś tam chyba wiem o jego minach, nie? – mruga porozumiewawczo.
Wow.
Oż kurde. Wow.
Gapię się na nią jak kretyn.
– Jesteś szalenie…
– Bystra? Inteligentna?
– Tak. I błyskotliwa. I zabawna. I tajemnicza. I piękna.
Wspina się na palcach i całuje mnie w policzek.
– Wady też mam – szepce. – Ale żeby je poznać, będziesz musiał się wykazać cierpliwością.
Kiedy zostawia mnie w bramie, jestem totalnie oszołomiony, a kiedy znika za drzwiami, nagle czuję się potwornie samotny. Stoję tak jeszcze chwilę, ale wiem, że nie powinienem się do niej dobijać.
Nie, to dziewczyna z innego świata. Nie Anka. Nie żaden z tych barwnych, ale w gruncie rzeczy łatwych motyli, które trzymają się nas, samozwańczej bohemy, i którym wystarcza często jedna upojna noc po imprezie.
Muszę być ostrożny, jeśli nie chcę jej do siebie zrazić. Nie jestem wymarzonym materiałem na faceta, przecież wiem.
Jezu, ja się będę musiał ogarnąć! Nie wiem, coś ze sobą zrobić. Rzucić wreszcie to palenie do końca, żeby nie walić z gęby. Pocerować swetry.
Kurwa mać…!
Chyba skoczyłem w tę przepaść.


c. d. n.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Krin » 17 kwietnia 2015, 14:44

Widzę, że tutaj jakaś wielka miłość od pierwszego wejrzenia. :D Nie dziwię się, bo słyszałam wcześniej, że będzie romansowo i nawet, o dziwo, całkiem podoba mi się twoje wykonanie.
Dlaczego? Dlatego, że mimo pewnej hmm... naiwności tego wątku, to nadal wpisuje się on w ten cały humor opowiadania, a poza tym to chyba wcale nieczęsto takie rzeczy piszę się z perspektywy mężczyzn. Tak wynika z moich wcześniejszych (nielicznych) doświadczeń. Gdyby ten wątek był opisany z drugiej strony, to pewnie --> :belt: . Wtedy Rysiu byłby opisany pewnie jako zabójczo przystojny, tajemniczy mężczyzna z kąta, a w tym przypadku jest po prostu Szalonym-Ryśkiem-Malarzem. XD (Mam nadzieję, że rozumiesz coś z tego bełkotu.) Fajnie wyszła też ta nagła chęć przemiany Ryśka czyt. zaczęcie życia jak człowiek, żeby ona tego nie zobaczyła.
Nie wiem, co więcej napisać. Podtrzymuje opinie, że piszesz fajnym stylem a humor nie wydaje się ani wymuszony ani zanadto skomplikowany, choć czasem powoli zaczynasz popadać w coś, co kiedyś zdarzyło mi się nazwać "beznamiętnym przegięciem zwulgaryzowanego zachowania", ale jedynie troszeczkę, wspominam tak na wszelki wypadek. Może po prostu jestem z pewnych, być może wiadomych ci względów, uczulona na takie opisy, a ściślej to przypominają mi o pewnych książkach i pewnych ludziach.

W ogóle to strasznie mi się podoba i nie wiem, jak to wyrazić. :heart:
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Kruffachi » 19 kwietnia 2015, 17:26

Ja tu wpadam w przelocie, radosna, że mi się uda na chwilę i wrzucić kolejny kawałek, a tu komć! <3 Dziękuję po stokroć! Podejrzeń co do perspektywy Wery nie będę komentować za bardzo, niech się sama przedstawi w praniu ;) Z wulgarnością staram się nie przesadzać, dzięki za sygnał, że zbliżam się do granicy, bo i bohater, i środowisko mogą sprzyjać jej przekraczaniu.

Ogromne, ogromne dzięki raz jeszcze :D


Ezoteryczny Poznań
Na Wildzie mieszka szatan
Czarna magia
Wolno zapalają się neony
Już po godzinach szczytu
(…)
Jest tu kilka takich miejsc,
Gdzie nie warto się pałętać
I jest kilka takich miejsc,
By zapomnieć i pamiętać


Pidżama Porno Ezoteryczny Poznań

– Boże święty, ty się zakochałeś!
– Co? – przenoszę wzrok na Elkę.
– Zakochałeś się! I to najwyraźniej tak na zabój!
Mrugam powoli.
– Ja tylko zapytałem, czy tulipany są w porządku.
Wybucha głośnym śmiechem, klepie się po udach. Rechocze tak dłuższą chwilę, kurczowo ściskając butelkę jabola, a we mnie zaczyna wzbierać wkurw.
– Są w porządku – wykrztusza wreszcie między jednym spazmem a drugim.
– Co cię tak bawi? – warczę niezadowolony.
Nie po to zaprosiłem ją jako eksperta na szczerą rozmowę na dachu, żeby robiła sobie ze mnie jaja.
– Tylko pamiętaj, że kwiaty się daje główkami do góry – rży dalej.
– Nie jestem debilem.
– Kurwa, jak ja bym to chciała zobaczyć! – Elka ociera łzę niekłamanej radości.
– Co?
– Jak dajesz dziewczynie kwiaty.
– Ty masz chyba o mnie jakieś błędne mniemanie.
– Ta? Nie no, wiesz, trochę się kumpluję z tą czy tamtą. Z Anką też gadałam.
– Anka chce się odegrać.
Elka przestaje wreszcie się trząść, sięga po nową flaszkę winiaka, odkręca kapsel.
– Nie, nie sądzę – stwierdza. – Jest na ciebie nadal wściekła, fakt, ale bardzo nie sądzę.
– Co masz na myśli?
– Że będzie mocno rozczarowana, kiedy się dowie, że masz dziewczynę.
Marszczę brwi.
– No to jej problem – burczę.
– Och, bez wątpienia. Ale żal mi laski, bo chyba nie jest przyzwyczajona do tego, że to z nią się zrywa. Zresztą ostatnio w ogóle jakaś zgaszona jest – Elka zamyśla się na moment, patrzy w dal na panoramę blokowiska i dalej, na skąpane w smogu miasto, bo widok stąd jest niezły. Jak na dłoni widać stadion i szeroką aortę tramwajowej trasy do centrum.
– No i co ja mam zrobić?
– Nie sądzę, żebyś coś mógł – prycha. – Nie cały świat kręci się wokół ciebie, dupku.
Wzruszam ramionami.
– W tej chwili? – Patrzę w niebo. – Jak to było z tym dachem świata?
Elka śmieje się perliście, a potem klepie mnie z rozmachem w łopatkę.
– Żebyś się nigdy nie zmieniał! – wznosi toast.
Za późno.
Ale nie komentuję, tylko ciągnę z gwinta po niej.
– No i mów, kim ona właściwie jest? – Ruda znów trąca mnie w ramię. Tak już ma, jak się lekko wstawi, że robi się nadpobudliwa ruchowo.
– Weronika?
– A kto? Tylko chcę usłyszeć coś poza „najcudowniejszą istotą na świecie”, bo to już wiem. I to wiem ze trzydzieści razy.
– No… – wyłamuję sobie palce jak uczniak. – Jest ze wsi. Z takiej małej wioski, wiesz, jednej z tych, gdzie nie dochodzą drogi, bo to trzy chałupy na krzyż. No i przyjechała się wyrwać do miasta. Teraz pracuje w Kociaku jako kelnerka. Dobrze sobie radzi, jest kurewsko bystra. Ten mózg to ma nawet trochę przerażający. Tylko gnieździ się na jakiejś stancji na Wildzie.
– To akurat kiepsko.
– Wiem. Ale pozwala się odprowadzać. Przynajmniej tyle.
– Przynajmniej – potakuje Elka, opierając się o komin. – Kiedy ją poznam?
– Nie mam pojęcia. – Osłaniam oczy przed silniejszym podmuchem wiatru. Trzeba się będzie powoli zwijać na dół. – Dużo pracuje. I… nie jestem pewien, czy będzie się dobrze czuła w paczce. Jest chyba z nieco innej gliny.
– Będzie się musiała przyzwyczaić.
Uśmiecham się pod nosem.
– Najpierw musi się przyzwyczaić do mnie.

*

– Wybacz spóźnienie – sapię, hamując właściwie tuż przed jej nosem. – Tramwaj mi zwiał.
– W porządku. – Weronika wspina się na palce i całuje mnie w policzek.
Kurwa, goliłem się dzisiaj? Nie jestem pewien, od rana ledwie wyrabiam na zakrętach. Ostatecznie też nie kupiłem tych tulipanów.
Kiedy jej palce splatają się z moimi, to przestaje być ważne.
Park ekshibicjonistów to może nie jest wymarzone miejsce na spacer, bo mały i pełno wiary, ale leży wszędzie blisko i jakoś tak pomiędzy ASP a jej mieszkaniem, więc pozwala na dość szybkie ogarnięcie się i spotkanie. A poza tym o tej godzinie ekshibicjoniści jeszcze śpią w swoich norach.
Czy w czym tam sypiają właściwie ekshibicjoniści.
Bo Weronika ma dzisiaj wolne. Z tego, co zrozumiałem, z dawna oczekiwane.
I postanowiła je spędzić ze mną. No więc latam jak ten głupek od rana, pocę się z nerwów i w ogóle.
Wygląda pięknie – znaczy jeszcze piękniej niż zwykle. Wypoczęta, wyspana, nie pachnie kawą, tylko czymś innym. Czymś ładnym.
Wiosną.
– Mógłbyś zrobić prawo jazdy – zaczepia mnie delikatnym kuksańcem.
– No – potakuję. – Nawet zbieram.
– I jak?
– Niezmiennie nic. Pudełko ma chyba dziurawe dno.
Weronika śmieje się i przytula do mojego boku, więc obejmuję ją ramieniem i całuję w czubek głowy.
– Ale teraz wymienię pudełko na takie bez dziury – obiecuję.
– Krok zdecydowanie w dobrą stronę – dostaję cukierka.
– Zamierzam robić już tylko takie – odpowiadam z uśmiechem. – No, będę się starał w każdym razie.
– Mój dzielny chłopiec zza kwiata.
– Ale wiesz, że ścieżki takich jak ja są krzywe? – puszczam do niej oczko.
– Na szczęście widać cię z daleka – śmieje się Weronika. – Znajdę cię, dokądkolwiek byś nie polazł.
Na razie lezę na ławkę, bo park trochę mały, żeby ciągle łazić w kółko, a na to, żeby zaprosić ją na kawę, chwilowo mnie nie stać. Muszę nawiedzić Marciniakową.
– A więc jesteś malarzem. – Weronika sadowi się na moich kolanach i zarzuca ręce na szyję, zdejmuje jakiś niewidoczny pyłek z mojego ramienia.
– Jeszcze nie. Jeszcze parę lat, nim dostanę papiery. Przy dobrych wiatrach.
– Co to za dziwny świat, na którym trzeba mieć papiery, żeby być malarzem.
– Podobno najlepszy z możliwych. – Patrzę na jej twarz we wczesno majowym słońcu i jestem przekonany, że to prawda.
– Nie mogę się doczekać, aż je zobaczę – mruczy, wtuliwszy się w moje ramię.
– Co?
– Twoje obrazy – no tak, to przecież oczywiste.
– Podobno nic porażającego. Tak twierdzą ci, którzy mi mają wystawić papiery – wzruszam ramionami.
– Sama ocenię. – Bawi się moją dłonią w pieszczocie. – Jakie one są wielkie – komentuje nagle, a potem rozgina kciuk i palec wskazujący, uśmiechając się przy tym w taki sposób, że choć widzę tylko część tego uśmiechu, robi mi się gorąco.
– Po ojcu – wyduszam przez zaciśnięte gardło. – Też trochę malował. No i dziadek podobno. Może od tego takie łapy rosną?
Słyszę cichy śmiech.
– A potem? – pyta po chwili Weronika.
– Co potem? Co rośnie?
– Nie. Co będziesz robił potem. Jak już dostaniesz papiery. Będziesz malarzem? Takim prawdziwym? Z galerii?
Teraz to ja rechoczę, ale jakoś tak dziwnie. Mnie samego zaskakuje, ile w tym goryczy.
– Nic nie wskazuje na to, żebym miał podbić galerie – odpowiadam. – Do tego jest potrzebny pewien… splot okoliczności. Wiesz. Rodzina, znajomości, kasa… – waham się ułamek sekundy – odpowiednia prezencja.
– Prezencję to by się akurat dało łatwo poprawić.
Wybucham już jaśniej, bardziej beztrosko.
– Chyba nie aż tak.
– Oj tam – Weronika odrywa się od mojego ramienia, zwraca twarz ku mojej i patrzy głęboko w oczy. – Coś mi się wydaje, że się nie doceniasz.
To miłe. Owszem, to jest miłe, ale mogę odpowiedzieć tylko uniesieniem kącika ust. Przecież nie wyjaśnię jej, że chodzi o cycki.
– Może.
– A jeśli nie? – Jej smukłe palce zaczynają przeczesywać moje włosy. Mama mówi, że już na nie czas, tak w kwestii prezencji.
– Jeśli nie będę malarzem?
– Tak.
– To… To nie wiem – przyznaję szczerze z kwaśną miną. – Kocham malować i niczego innego nie potrafię.
Pieszczota nie ustaje. Przymykam oczy, kiedy słońce wychyla się zza drzewa i zaczyna świecić nam prosto w twarze.
– Najwyżej – burczę już bardziej do siebie – pójdę do Cegielskiego, jak tradycja rodzinna nakazuje.
– Brzmisz raczej ponuro – zauważa Weronika.
Powinienem z nią o tym rozmawiać? Powinienem się obnażać ze swoją bezradnością, skoro tak mi na niej zależy? A co, jeśli uzna, że wszystko wszystkim, ale niebieski ptak bez perspektyw to jednak nie to, o czym marzy?
– Bo mnie to trochę martwi, nie powiem – próbuję się mimo wszystko uśmiechnąć.
– Sam mówiłeś, że jeszcze trochę czasu – a ona próbuje mnie mimo wszystko pocieszać, skąd wniosek, że nie wyszło najlepiej.
– No, ale potem wyląduję z ręką w nocniku.
– Co?
– Z ręką w nocniku.
Patrzy na mnie bardziej niż mocno zdziwiona.
– To znaczy… że będzie za późno – wyjaśniam nieco zbity z tropu.
– A. Ach. Aha.
Kurwa, nie powinienem się śmiać.
– Nawet nie próbuję myśleć o tym, co sobie wyobraziłaś – rżę jednak.
– Nie próbuj – na szczęście chyba nie jest zła.
Czasem łapię ją na takich śmiesznych sprawach. Albo nie słyszała jakiegoś powiedzonka, albo nie kojarzy nazwy zespołu czy tytułu filmu, albo wręcz wydaje się, jakby nie znała historii ostatnich lat. Wtedy muszę sobie przypominać, że wychowała się w głuszy i tak naprawdę dopiero uczy się świata poza nią. W końcu ani sposób jej wysławiania się, ani sposób bycia na to nie wskazują. Jest tak diabelnie inteligentna i tak szybko się uczy. Wystarczy, że wspomnę o czymś raz – ponownie nigdy nie muszę.
Swoją drogą, to musi być ciekawe, wychować się z dala od wszystkiego i nagle trafić w wir podgniłego, dźwigającego się z klęczek kraju. Odkryć, że zawsze się w nim żyło, tylko w prywatnej baśniowej krainie.
Weronika nie jest naznaczona tym szarym piętnem. Jeśli mogę znaleźć i uczepić się czegokolwiek, co przeczy teorii Smykli, to właśnie ona.
– A kogo byś chciała? – pytam na wpół świadomie.
– Podchwytliwe pytanie.
– Nie, całkiem szczere. Kogo byś chciała?
Weronika milknie na dłuższą chwilę, już nie patrzy mi w oczy.
– Po prostu kogoś, kto ze mną wytrzyma – odpowiada szeptem.
– I tylko tyle?
– Aż tyle, możesz mi wierzyć.
– Próbujesz mnie odstraszyć? – Przytulam ją mocno, rozcieram plecy, bo wydaje mi się, że zaczęła drżeć.
Fakt, trochę wieje.
– Nie, wręcz przeciwnie. Nawet bym się do ciebie nie zbliżała, gdybym nie założyła, że dasz radę – jej słowa brzmią jakoś tak dziwnie poważnie. – Nigdy byś mnie nie poznał.

*

Do mieszkania wracam już po zmierzchu. Całe popołudnie włóczyłem się z Weroniką to tu, to tam, zjedliśmy naleśniki w Kwadracie i czas jakoś tak przyjemnie przepływał obok. Czuję, jak skóra piecze lekko od nadmiaru coraz ostrzejszego słońca.
Sam nie wiem, czy padnę na wersalkę i zasnę jak kamień, czy będę się rzucał aż do rana. Nie mogę się zdecydować.
– Brat?
Wyłania się nagle z cienia klatki schodowej. Ma na sobie czerwony T-shirt i jakieś potworne legginsy w grochy. Wyglądałaby tak śmiesznie, gdyby nie mina i fakt, że kurczowo przyciska do siebie prawą rękę.
– Bździągwa? Jezus Maria, co się stało?
Wzrusza lewym ramieniem.
Mimochodem staje mi przed oczyma sytuacja sprzed roku, kiedy to koczowała na mojej wycieraczce pewnego deszczowego dnia.
– Długo czekasz?
– Przyjechałam po szkole – wskazuje brodą tornister. Mocno brudny z jednej strony.
– Mama?
– Dzwoniłam z budki, że do ciebie jadę i będę nocować. Jutro sobota.
– Zgodziła się.
– Nie.
Kręcę głową trochę z niedowierzaniem, ale jednak bardziej zmartwiony. Podchodzę do drzwi, żeby je otworzyć.
– Właź – rzucam do siostry. – Ale w razie czego, to o niczym nie wiem, jasne?
– No, jasne, że jasne.
Biorę jeszcze jej torbę, bo z tą ręką, to chyba dobrze nie jest – wyraźnie ją boli.
– No ale tym razem, to mi powiesz, co się dzieje – zarządzam, odcinając jej drogę ucieczki. Zresztą nie za bardzo miałaby jak zwiać, bo tramwaje powoli przestają jeździć, a piechotą w chuj daleko.
– Dooobra – burczy młoda pod nosem i sunie wprost na wersalkę. – Masz jakieś prochy? – rzuca w progu.
– Nie – krzywię się. – Nie choruję przecież. Ale się przejdę po sąsiadach.
– Daj spokój. Rozniesie się i dojdzie do ciotki, a od ciotki do matki.
W sumie racja. Śledztwo mielibyśmy jak w banku.
– Jest spuchnięta? – dopytuję dalej, zapalając światło i siadając obok. – Byłaś z tym, nie wiem, u higienistki?
– Nie wiem i nie.
– Pokaż.
Bździągwa syczy, chociaż staram się być możliwie delikatny.
– Kurwa, nie znam się na tym – mamroczę. – A co, jeśli jest na przykład złamana?
– Przecież bym wiedziała.
– No nie jestem pewien. Ja bym cię tam podrzucił na Kasprzaka.
– Weź przestań. Zrobię histerię i będziesz się za mnie wstydził.
Jakby mnie to mogło powstrzymać. Bardziej powstrzymuje mnie fakt, że – jak wspomniałem – tramwaje idą spać, jest w kurwę późno, a na taryfę mnie nie stać.
Zdecydowanie – czas zrobić prawko.
– Jestem głodna – jęczy Bździągwa, wyrywając mnie z chwilowego zawieszenia.
– A to kiepsko – mówię i dźwigam się z wersalki. – Zobaczę, co mam, i zaraz coś upichcę. Wytrzymasz?
– No… Ale nie za długo.
Człapię do lodówki, solidnym szarpnięciem otwieram lekko przymrożone drzwiczki – lód mi wyłazi z zamrażarki.
– No to mam… O kurwa…
– Nooo…?
– Ser. – Sięgam po opakowanie. – A nie, sera nie mam. Musztardę. I… – trochę piwa – I dobre chęci, obawiam się.
– Eee… To co zamierzałeś jeść?
– W sumie… – drapię się po głowie. – W sumie jakoś mi dzisiaj zupełnie umknęło. Jedzenie. Tak ogólnie.
Na dowód moich słów, rozlega się odgłos potężnego burczenia w brzuchu.
– Ja pierdolę…
– Tobie? Nie wierzę.
– No ja w sumie też nie za bardzo. Ale to nie zmienia faktu, że jesteśmy w dupie.
Bździągwa wzdycha rozdzierająco.
– Będę musiała umrzeć z głodu i straszyć cię po nocach, wiesz o tym.
– Ha. Ha. Ha. Z tyłu ci już braknie, siostra. Weź się ogarnij czy coś, a ja załatwię żarcie – rzucam, idąc do telefonu.
– Ej! – Młoda zrywa się z wersalki, syczy, podrażniwszy rękę. – Co robisz?! – czepia się mnie jak zrozpaczony kundel.
– Spokojnie, dzwonię do kumpeli. Jeśli ktoś ma w tym mieście żarcie, to ona.
– A. To OK.
No ale rozbrzmiewa jeden sygnał, drugi, trzeci…
Dziesiąty…
– Kurwa, nie odbiera.
– Nie mów tak brzydko o swojej kumpeli! – oburza się Bździągwa.
– Nie mówię. To „kurwa” to przecież nie o niej.
– No to w ogóle nie mów tak brzydko!
Przewracam oczyma.
– Parę lat i sama zaczniesz – stwierdzam. – No dobra, ale to znaczy, że nadal niczego nie mamy.
– Daj musztardy.
– Co?
– Po prostu daj musztardy.

*

Przez jedną cudowną chwilę dziecięcej naiwności wierzyłem, że Bździągwa ma jakiś pomysł.
Szybko mi przeszło.
– Rozboli cię brzuch.
– Nie rozboli.
I tak oto siedzimy po dwóch stronach obleczonego ceratą stołu, nad nami żarówka, między nami słoik musztardy, a w naszych rękach łyżeczki.
– To jak? – zanurzam swoją w brązowych wydzielinach Pegaza po sarepsku.
– Z czym? – I Bździągwa takoż.
– No, z twoją ręką. Co się stało?
– A, wiesz… – strzela oczyma w bok. – Są tacy jedni. Nie lubię ich, oni nie lubią mnie…
– Coś tam już chyba o tym słyszałem. Uderzyli cię?
– Nieee… Tak się tylko… droczyliśmy.
Marszczę brwi. No wierzę jej jak chuj.
– Mhm. Często się tak droczycie?
– Bywa.
– Mówiłaś komuś o tym? – Łyżeczka dzwoni o denko.
– No co ty. Nie jestem skarżypytą.
Ta, jasne. A tak poza tym, to wszyscy wiedzą, że Maślaki nie zniżają się do proszenia o pomoc i wszystkie problemy rozwiązują same.
Czasem dopiero w trumnie, ale skutecznie przecież, nie?
– Chcesz, żebym z nimi pogadał? – rzucam, wyskrobując resztki gorczycowej breji ze słoika.
– Zrobiłbyś to?
Przenoszę wzrok na Bździągwę i widzę jej wielkie, wypełnione nadzieją oczy. Oż, w mordę, chyba trafiłem szóstkę.
– Żaden problem – wzruszam ramionami.
Nie będę mi szarpać siostry przecież. Jak z nimi pogadam, to jeszcze jej będą nosić tornister w zębach pod samą klasę.

*

Budzimy się oczywiście pieruńsko głodni.
Czy raczej Bździągwa mnie budzi.
– Brat! Wstawaj! Już na pewno otworzyli sklepy!
Co mam zrobić?
W piekarni wyciekają mi z portfela ostatnie złote. Teraz to już naprawdę muszę się nauczyć żreć plankton. No ale co ja to będę tłumaczył dwunastolatce?
Zjada śniadanie ze smakiem i umawiamy się, że na obiad jedziemy do mamy, a potem dam się zaprowadzić do miejsca, gdzie zwykle koczują Buraki z Leszna.
– Bo oni nie są stąd – tłumaczy mi Bździągwa już w tramwaju, kiedy trzęsie nam dupy, że ledwie da się rozmawiać – tylko z Leszna. Jakby byli stąd, to by tak nie podskakiwali, nie?
– Ja wiem? – wzruszam ramionami. – Nie znam się. Ja tam nie muszę podskakiwać.
Ale w sumie racja, bo tubylcy lokalnego jeżyckiego piekiełka mają mentalność wszystkich mend świata – swoich nie ruszają. A Bździągwa, jako dziecko tychże Jeżyc, jest swoja jak ja pierdolę.
Aż dziwne, że dwóch takich obcych się uchowało i jeszcze robią gnój.
Mama czeka na nas z szarymi i kapustą. Jest jak zawsze – Zbyszek spokojny i milczący, ona ukrywająca prawdziwą twarz pod dobrotliwym uśmiechem, Bździągwa rozgadana, a Dory nie ma, bo znowu włóczy się po znajomych.
Zdaje się, że tym razem postanowili założyć kapelę.
Powodzenia. Kolejny niepodważalny paradygmat maślakologii jest taki, że nie mamy za grosz słuchu muzycznego.
Jak raz podśpiewywałem pod prysznicem po imprezie, to Stach myślał, że coś mi się stało i zrobił desperackie włamanie do łazienki.
Po tym epizodzie nasza przyjaźń już nigdy nie była taka sama.
O, i jest też kompot. Ciągle jeszcze ze słoika, ale już niedługo będzie taki prawdziwy, świeży, że zgrabnie zmienię temat.
Równie zgrabnie udałem, że nie słyszę, jak mama beszta młodą za samowolną wyprawę. Ja tam jestem czysty, nie?
No.
Całe szczęście, że nic jej najwyraźniej w tę rękę nie jest.
Trochę sobie gadamy po żarciu, co jakiś czas łypię prewencyjnie na Bździągwę, żeby się nie wygadała niczego o stanie mojej lodówki, a sam gryzę się w język parokrotnie, żeby nie zacząć paplać o Weronice. Po pierwsze, bo to jeszcze nie ten czas, a po drugie, bo jak bym zaczął, to bym chyba nie skończył do jutra.
– Wyprowadzę Rysia na spacer – rzuca młoda, uznając, że dość się już nasłuchała kazań.
Mama zerka na mnie zdziwiona.
– Co ona tak ostatnio do ciebie? – pyta, sam nie wiem, bardziej ze śmiechem czy niepokojem.
Wzruszam ramionami.
– A ja tam wiem…? – odpowiadam. – Może ucieka od Dory i tyle.
Kłamczuch z ciebie, panie Maślak.
Oj tam, już więcej nie będę.

*

Bździągwa cały czas ściska moją dłoń i w końcu zauważam, że dość intensywnie się poci. Jasne, jest ciepło, ale chyba nie o to biega.
No dobra, pogadam z gnojkami i wszystko wróci do normy.
– Jest ich dwóch – opowiada młoda, ciągnąc mnie w okolice swojej szkoły.
– I tak od roku dajesz się im ganiać?
– Skojarzyłeś.
– Głupi nie jestem – wzruszam ramionami.
– Ale masz sklerozę.
– Też mi pojechałaś. Zmieniasz temat.
To, że Bździągwa zadrżała, zauważam tylko dlatego, że ściska mi palce.
I dlatego, że przysuwa się nieco bliżej.
– Myślałam, że jakoś to będzie... – przyznaje cicho.
– Mhm.
W sumie klasyka.
– Coś ci powiem. Oni się nigdy nie nudzą ofiarą.
– Nie jestem żadną ofiarą! – Omal się nie wyrywa, ale ją przytrzymuję.
– Racja – mówię. – Teraz już nie.
Idziemy dalej. Bździągwa jeszcze chwilę nieco obrażona, w końcu się uspokaja. No, uspokaja. Nie ma już buzi wykrzywionej fochem w każdym razie i nie próbuje się wyrywać. Może dotarł do niej mój nieporadny komplement.
– W tej bramie zawsze stoją – wskazuje w końcu brodą jedno z odrapanych wejść na podwórze.
– No, to już długo nie postoją.
Wchodzimy. Ja pierdolę, ale wali moczem i mocno zdechłym kotem.
– Po co ty tu zachodzisz? – pytam siostrę, patrząc na nią podejrzliwie.
Nie odpowiada.
Rozglądam się po podwórzu, ale żadnych szczunów nie widzę.
Za to zza śmietnika wyłania się dwóch karków z lśniącymi od potu łysinami.
– Młoda...?
– No...
– Jezusie z Maryją...
– Wiesz, z nimi jak z psami, nie pokazuj, że się boisz.
– Kurwa mać, zamknij się!
Wycofałbym się, nie chcę umierać młodo, a już na pewno nie w moczu i kocich ścierwach, ale karki nas zauważyły. Tępe oczka zarejestrowały parę idiotów, nozdrza wyniuchały świeże i koncertowo głupie mięsko.
– Nastrasz ich… – prosi Bździągwa cicho.
A właśnie miałem powiedzieć, że spierdalamy.
– Tej, słyszałem, że zaczepiacie moją siostrę – kładę się na torach z poduszką i drinkiem, obwiązuję kolorową taśmą i wywieszam transparent „PRZEJEDŹ MNIE”.
– O kurwa, pierdoła poleciała naskarżyć! – rechocze jeden z nich. – Przylazła z jakimś lumpem!
Lumpem?
Zaraz, lumpem?!
Spokojnie, bez nerw, bo ci oczko pójdzie.
– Po prostu odpierdolcie się od niej – cedzę.
Karki mają na oko jakieś dwadzieścia lat bez groszy, ot, zwykły element napływowy bez kwalifikacji.
– Nie wkurwiaj mnie! – Nawet nie zauważyłem, kiedy jeden z nich znalazł się tuż przy mnie. Jebie mu z paszczy kanalizą. Spod pachy zdechłym szczurem. – Czechu!
Coś łapie mnie za rękę i przez chwilę myślę, że to Bździągwa, ale nie. Ramię wykręca się boleśnie, a ja ląduję nosem centralnie w futrze tego zdechłego szczura.
Nawet nie zauważyłem, kiedy drugi z nich znalazł się tuż za mną.
Prawdziwe bójki są tak żałośnie krótkie w porównaniu do filmowych.
Przestraszony pisk Bździągwy nadchodzi o ułamek sekundy wcześniej niż ból.
Ja pierdolę. Ja, kurwa, pierdolę…
Kolana uginają się pode mną automatycznie i nagle tak wiele rzeczy zaczyna dziać się w jednej chwili.
– Zostawcie go, głąby!
Jest rechot, jest kolejna fala bólu, puszczam pawia wprost na dresy dresa, to mu się nie podoba, słyszę zapowiedź rychłej śmierci, ale potem następuje zwierzęcy kwik.
Z trudem ogniskuję wzrok.
I widzę, jak moja dwunastoletnia siostra z furią okłada karka po jajach.
– Powiedziałam: zostawcie! Zos…! Taw…! Cie!!!
Ja pierdolę.
Gdzie jest drugi?
Tutaj.
Zachodzi ją od tyłu.
Ale ja zachodzę jego. Czy dopełzam raczej.
I pakuję bark w nerkę, a kiedy wygina się z bólu, próbuję zwyczajnie przygnieść do chodnika swoim lichym ciężarem.
– Czechu, tak? – syczę, póki jeszcze mogę, bo warga puchnie błyskawicznie. – Posłuchaj mnie, Czechu…
…czuję się dziwnie. Czuję, jak każdą komórkę mojego ciała wypełnia wkurw, nienawiść i pogarda. Gdzieś na tle Bździągwa całkiem słusznie drze się na całe płuca, chcąc sprowadzić pomoc. Ale to odgłos z innego świata.
W tym jesteśmy tylko my dwaj.
I mój gniew.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Krin » 02 maja 2015, 12:51

Przeczytałam bardzo dawno, więc mam nadzieję, że nic nie pomieszałam.

Mam uwagę dotyczącą Bździągwy. Piszesz gdzieś na początku, że dziewczyna ma lat jedenaście, lecz ja nie wiedząc tego, dałabym jej z osiem i choć jest to różnica zaledwie trzech lat to w tym wieku dość istotna. Co innego wszak różnica między np. czterolatkiem i siedmiolatkiem niż pomiędzy dwudziestolatkami. W sumie to nawet te osiem lat mogłoby być w niektórych momentach nieco naciągane. Nie bardzo też rozumiem skąd miałaby mieć zatargi z dwoma dorosłymi facetami i czego oni by mogli chcieć od takiej małolaty. Naturalnie, wykluczając, że to dwaj pedofile. Przez cały czas spodziewałam się raczej, iż będą to rówieśnicy Bździągwy. Trochę się moim zdaniem ten wątek kupy nie trzyma. Bździągwa wychodzi postacią komiczną, ale wydaje mi się jakby nieco zacofana. Oczywiście, zawsze się tacy zdarzają, ale otrzymujemy tu pewną niespójność, bo czasem zachowuje się normalnie.
Nie wiem. Może też moja niepewność wynikać z faktu, że zdarza mi się mylić dwudziestolatków z czterdziestolatkami, ponieważ w ogóle nie potrafię rozpoznać niczyjego wieku, ale na twoim miejscu przemyślałabym to jeszcze.

Wiadomo już raczej do czego zmierza ta cała historia z Weroniką, a przynajmniej wiadomo (tak myślę, że wiadomo) skąd się ta cała jej niesamowitość wzięła. Zakończyłaś w takim momencie, iż mam przeczucie, że zaraz się tam ona pojawi albo pojawi się ktoś inny. Choćby policja. Tak jakoś czuję.

Pisz, pisz bo tęsknić zaczynam. :glask:
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Kruffachi » 05 maja 2015, 20:30

Och, dziękuję :heart:

Z tą Bździągwą to tak - ja nie za bardzo umiem w dzieci, więc mogę się mylić, ale tak mi się wydaje, że ośmiolatka byłaby z kolei za mała na takie akcje jak np. przemierzanie połowy miasta w pojedynkę, kłamanie i właściwie to prowadzenie swego rodzaju intrygi ;) Nie jest rozsądna i rozważna - to fakt. Nie jest też szczególnie dojrzała, ale to także najmłodsze dziecko z czwórki i to urodzone po dość długiej przerwie od ostatniego dziecka, więc trochę sobie założyłam, że pewnie rozpieszczone. Jeśli natomiast chodzi o wątek zaczepiania i znęcania się - to Jeżyce ;) Czyli mechanizm "złych dzielnic" - masz pecha i jesteś łatwą ofiarą (a Bździągwa jest, bo nie walczy), można się nad tobą znęcać dla samego faktu znęcania. Bo to nic nie kosztuje. Ot, zaczepianie, bo ktoś silniejszy zagraża tobie i musisz wyładować frustrację. Myślę, że wystarczyłoby raz niefortunnie odpyskować, żeby wpakować się w podobną historię. Ale to oczywiście kwestie do przedyskutowania, ja tak to sobie poukładałam, zresztą nieco dodatkowych faktów poniżej ^^
I jestem ciekawa, czy z Werą trafiłaś, chociaż też nie ma co ukrywać, że koncept jakiś wielce oryginalny ;) Jakby nie o oryginalność mi chodziło.
Raz jeszcze śliczne *dyg* :D


V
Pod niebem pełnym cudów
nieruchomieję z nudów
właśnie pod takim niebem
wciąż nie wiem czego nie wiem

(…)

bo w niebie z którego dotąd
nie wrócił nikt bo po co
wieczna sączy się struga
przyjemnej wiary w cuda


Raz Dwa Trzy Pod niebem pełnym cudów
Raport nr 14:
Zdarzenie z 12.05.1996 r. godz. 17.13 uznane za incydentalne. Obiekt pod stałą obserwacją. Status: nieaktywny.


*

Z następnych trzech dni pamiętam głównie rzyganie.
No, i że sikanie boli.
Ale chyba jednak bardziej rzyganie.
– Lekarz powiedział, że masz coś z mózgiem, ale będziesz żył – oświadczyła Bździągwa z całą powagą, kiedy się tylko ocknąłem.
– Bzdura – parsknął Zbyszek zza jej pleców. – Nie można mieć czegoś z mózgiem, jak się go nie ma.
Nawet nie miałem sił polemizować.
Dostałem wypis ze szpitala po dobie obserwacji i wchłonięciu jakiejś podejrzanej kroplówki, ale nie dostałem wypisu z domu. Kiedy wybełkotałem tylko, że chciałbym do siebie, mama dostała najprawdziwszej histerii.
Mama. Histerii.
No to dałem się zawieźć do sanatorium, zawinąć w koc i nakarmić rosołem, który zresztą niemal natychmiast zwróciłem w stanie tylko lekko używanym. Chociaż wolałbym może jeszcze gorszą pod tym względem fasolkę z puszki, a w zamian ciszę nory na Kopernika, bo tu się spokojnie umierać nie da.
W końcu od tego uciekałem – od wkurwiającego, nieustannego ruchu i hałasu. A teraz to ja bym chciał po prostu spać i korzystać z faktu, że dostałem zwolnienie aż na dwa tygodnie, chociaż czytanie też boli i, kurwa, tak trochę bezproduktywnie leżę.
W ogóle – wszystko boli.
Myślenie nawet.
– Synku, trzeba ci czegoś?
Odpowiadanie też.
– Nie.
– Dzwonił Staszek, jak spałeś, masz pozdrowienia.
– No.
Mam ochotę udusić Bździągwę gołymi rękoma. Wytargać za uszy. Uwiesić na gumie z gaci. Na samych gaciach. I żeby tak dyndała nad miastem jak ten orła cień.
Oczywiście mnie unika. Powiedziała, że będę żył i przekazanie tej cudnej, acz zaskakującej wieści uznała za załatwienie sprawy.
I oczywiście była awantura, jak się wydało, o co chodzi. Młoda ma szlaban na wszystko, chyba nawet na oddychanie. Ha, a oni przecież nie wiedzą nawet, że sprawa jest grubsza i ciągnie się od roku.
No, już się nie ciągnie, bo podobno temu całemu Cześkowi jakaś żyłka poszła i od tamtego czasu opowiada pierdoły o złych mocach.
Ja tam nie wiem, słabo cokolwiek pamiętam. Ale w sumie adrenalina robi z człowiekiem różne rzeczy. Może z moich patykowatych łap zrobiła na ten przykład użytek.
Po kolejnej drzemce budzę się z fioletowym papierkiem Goplany wystającym spod dłoni. Palce trochę już grzęzną w nieco roztopionej zawartości.
Kurwa, na samą myśl o czekoladzie robi mi się słabo.
Nadludzkim wysiłkiem odkładam słodycz na szafkę nocną Zbyszka – prowadzę okupację jego łóżka, bo to jedyne, w jakim się mieszczę. Chwilę rozważam wstanie i pójście do kibla, ale ostatecznie uznaję, że potrzeba nie jest jeszcze aż tak nagląca, żebym nie wytrzymał kolejnej sesji z drzemką.

*

Tak zatem kolejną sesję kończy gromkie larum na stepie.
– Kurwa, kurwa mać! – klnę, odbijając się od ścian, futryny, krzesła, szafki, kolejnej futryny.
Wspominałem już, że sikanie boli.
No to przedsikanie też.
Zaciskam zęby, robię, co trzeba, a kiedy myję ręce, odruchowo zerkam w lustro na kalafiora, w którego zmienił się mój ryj. Wiem, że to nieprawda, w końcu nie jest sklepany po raz pierwszy, ale w tym momencie wygląda, jakby już nigdy nie miał wrócić do normy.
– Ja pierdolę, siostra…
Co ona sobie myślała? Że co ja jestem? Że co oni są, żeby się przestraszyć kilku patyków połączonych ścięgnami?
Dobra, dosyć użalania się nad sobą.
Człapię do kuchni, bo pić. Mama wstawiła już w okno upstrzoną ptaptami moskitierę. Martwe ciałka zwisają smętnie na połamanych skrzydełkach i jakoś tak się w nie gapię, że Zbyszek zupełnie mnie zaskakuje.
– O, brat, wylazłeś z wyra.
– No.
– Nareszcie, bo myślałem, że przyrośniesz.
Obrzucam go urażonym spojrzeniem. Ale w sumie ma rację, przecież już nie umieram, ile mogę gnić pod kocem.
– Kto wpadł na pomysł z czekoladą? – pytam jakby od niechcenia, sprawdzając, czy jest coś zimnego do picia. Nie ma.
– Młoda, a kto – wzrusza ramionami Zbyszek i też zaczyna gapić się na cmentarzysko much.
– Chce mnie przekupić?
– Raczej przeprosić. Przestraszyła się.
– I słusznie – burczę. Rozwinąłbym wypowiedź nawet, gdyby nie napierdalająca szczęka.
– Co ci w ogóle odwaliło, żeby tam iść? – pyta Zbyszek, a w jego głosie jest tyle samo mrocznej fascynacji, co pobłażania.
– Wiesz, nie uprzedziła mnie, że chodzi o dwie sztuki dobrze przerośniętej karkówki – prycham i natychmiast zaczynam żałować zbyt dużej liczby słów.
– Z innymi by sobie poradziła.
Nie odpowiadam. Możliwe.
– Nie próbuj nawet sugerować, że jestem winien – warczę.
– Nie próbuję. – Zbyszek ostatecznie przypuszcza szturm na lodówkę. Naprawdę muszą mi to robić? – Ale odpuść jej trochę, co?
Klapię na krześle i podpieram zdrowy policzek na ręce.
– Dlaczego nie poszła z tym do ciebie? – pytam, zdjęty jakimś nagłym, nieokreślonym niepokojem.
– Jesteś starszy.
– I jednak jakieś dziesięć centymetrów mniejszy i jakoś gorzej zbudowany.
– Jesteś jej ulubionym bratem.
– I dlatego próbowała mnie zabić?
– Sorry, jesteś z nas najstarszy.
– No i co, kurwa, z tego! – wybucham.
A zaraz potem czuję się jak skończony chuj.
Milczę, gapiąc się bezradnie w kant stołu.
Zbyszek wzdycha ciężko i siada naprzeciwko mnie.
– Rychu, serio, żebym ja ci to musiał tłumaczyć…
Chwilę patrzymy sobie mniej więcej w okolice oczu.
– Co? – nie rozumiem.
Zanoszę się gwałtownym kaszlem, od którego znowu zaczyna mnie wszystko boleć.
– Odpuść jej – powtarza Zbyszek, jakby chciał mnie dobić. – Było nie było, nie dostaje dużo tego kieszonkowego. Na czekoladę musiała się spiąć.

*

Z następnej drzemki obudziłem się nagle, zlany potem. Sam nie wiem – coś mi się śniło, czy po prostu dostałem gorączki.
Omal się nie zerwałem i jej nie obudziłem.
Nie wiem, kiedy przyszła. Śpi zwinięta w kłębek, z głową na mojej ręce. Ledwie się mieścimy na wąskiej Zbyszkowej leżance. Z ust pociekła jej stróżka śliny.
Fuj.
Wygląda raczej na okrytą kocem, niż na to, że owinęła się w niego sama.
Staram się nie poruszać. A nawet za głośno nie oddychać – nie chcę jej obudzić. A to nie jest łatwe, bo nagle czuję, że jest mi w tym opiekuńczym kokonie zdecydowanie zbyt ciepło i duszno. Chcę się podrapać, odkryć, wyrwać.
Uciec.
Nie chcę z nią rozmawiać.
Nie mam bladego pojęcia, co mógłbym jej powiedzieć. Może powinniśmy to przeczekać, a może wcale nie. Może powinienem ją opierdzielić od góry do dołu, uderzyć wprost w miękkie, stwierdzić, że sorry, że tak się stało i nikt z nas nie ma wpływu na to, że jest półsierotą.
A może teoria Zbyszka jest gówno warta.
To byłoby najprostsze rozwiązanie, a te, choć najlepsze, rzadko są prawdziwe – tego się już nauczyłem tu i ówdzie, głównie na własnej dupie.
Tylko że Bździągwa i tak się budzi.
– Kocham cię, brat – mruczy na wpół sennie. – Ale bijesz to się jak ostatnia oferma.
– Zamknij się.
– I tak wiem, że ty mnie też.

*

Po trzech dniach gnicia w wyrze stwierdziłem, że nie wytrzymam już ani godziny. Jedyne ustępstwo, na jakie poszedłem, to takie, że dupę podwiózł mi wujek Kazek, łysiejący mąż ciotki Myni w łysiejącym brązowym sweterku i ze zdecydowanie niełysiejącymi wąsami na nalanej twarzy taksówkarza.
W Polonezie śmierdzi waniliowym odświeżaczem i przez dłuższą chwilę myślałem, że znowu się spawię. Bohatersko udało mi się jednak związać przełyk w supeł i tak go teraz trzymam.
Wujek ma oczywiście sporo do powiedzenia na temat całej sprawy, chociaż słyszał tylko jakieś strzępki plotek i coś średnio je posklejał w całość.
– Co masz taką minę, jak kot srający na puszczy – rzuca chyba z naganą. – Tak to z wami jest! zająłbyś się czymś porządnym, to byś się nie włóczył po nocach.
W tej wersji – zdaje się – w ogóle nie ma Bździągwy.
W sumie nie znam wersji oficjalnej. Jeśli jest jakaś. Czuję się, jakby mi te ostatnie trzy dni chirurgicznie usunięto i trochę potrwa, zanim dojdę z tym do ładu.
Nie lubię świadomości, że coś mnie ominęło i przez to nie łapię tego, co dzieje się obecnie. Nie kumam nowych żartów, znaczących spojrzeń nad moją głową, tej całej sieci drobnych i wcale niechcianych, ale niezbędnych kłamstewek, w której – jak każda rodzina – żyjemy.
Może faktycznie ta wersja była najprostsza – oto wyszedłem do papierosy czy cokolwiek i dałem się sklepać. Finito. Żadnych komplikacji. Żadnych wątków pobocznych, a jedyną konsekwencją pozostaje twarzowy fiolet, z którym muszę jeszcze trochę wytrzymać.
No i ból dupy.
Więc milczę.
Całą drogę milczę i dopiero zabierając tyłek ze śmierdzącego Poloneza, rzucam wujkowi, że dziękuję. Nie to, że się obraziłem, bo w sumie wciśnięto mu kit. Ot, mam swoje problemy, a poza tym ryj mnie boli przecież.
– No, nie ma za co, młody – odpowiada wujek już znacznie przyjaźniejszym tonem. – Zdrowiej. I ustatkuj się czy coś.
Ustatkuj się… Gdyby to było takie proste.
KURWA!
WERONIKA!

*

Myślałem, że wspinaczka na piąte piętro mnie zabije, a potem nie mogłem trafić kluczem do dziurki i już byłem przekonany, że popełniłem poważny strategiczny błąd, ale kiedy wreszcie pokonałem przeszkody i udało mi się dotrzeć na moją wersalkę z odłupanym bokiem i pękniętą sprężyną, poczułem tak niewysłowioną ulgę, że teraz półleżę, mruczę do siebie jak wariat i głaszczę zielone obicie.
Jezu, jak dobrze, że jestem tu sam.
Chwilę później dzwoni telefon, ale to tylko mama sprawdza, czy dotarłem bezpiecznie. Rozmowa jest krótka i treściwa, bo porozumiewam się monosylabami. Bo szczęka i bo brak sił. Zresztą widzieliśmy się jakąś godzinę temu.
Wracam na kanapę i wreszcie mam czas oraz na tyle sprawną głowę, żeby poczytać. Dziś już niczego z tym wszystkim nie zrobię. Nie zejdę stąd, a o wejściu tym bardziej nie ma mowy. Aż tak głupi nie jestem, żeby tego nie przewidzieć. Więc kwestia Weroniki i tego, że nie odzywam się od kilku dni, musi poczekać.
Odruchowo zerkam przez drzwi na korytarz i niknący w cieniu telefon. Może dzwoniła? Cóż, nie oddzwonię, bo nie podciągnęli jej kabla. Jeśli rozmawiamy na odległość, to zawsze zaczyna ona z budki.
Zerkam na sztalugę.
No, to byłby niezły pomysł na odciągnięcie myśli od tej kwestii i niepozwolenie im na rozhulanie się.
Jakoś tak mi dziwnie, kiedy biorę pędzel do ręki. Uświadamiam sobie nagle, jak dawno go nie trzymałem. Jednak średnio mi idzie skupianie się na dwóch rzeczach naraz – tak długo, jak pierwsze piorunujące wrażenie, jakie zrobiła na mnie Weronika, wypełniało mi przestrzeń pomiędzy uszami, tak długo nie było tam miejsca na nic innego.
Teraz, nieśmiało, z kątów wychylają się inne rzeczy. Co wcale nie znaczy, że jestem jakoś mniej trafiony.
Obawiam się, że tym razem to proces nieodwracalny i niech sobie gada co chce, o tym, że trudno z nią wytrzymać. Gówno wie.

*

Do Kociaka zawijam następnego dnia nieco niepewnie i to z dwóch powodów. Po pierwsze, bo przecież nagle i na ładnych parę dni zniknąłem Weronice, a po drugie, bo niezawodne w filmach ciemne okulary jednak nie są takie niezawodne. No i co, przecież nie wmówię jej, że mi słońce daje po gałach w knajpie. Coś wspominała o tym, że lubi niegrzecznych chłopców, ale nie jestem tak całkiem pewien, czy na miano niegrzecznego zasługuje ktoś, kto po prostu pozwolił sobie spuścić wpierdol.
Jakoś łamaga, ofiara, frajer pasują bardziej.
Nie wiem, czy jest obrażona, czy się mnie nie spodziewa, ale siedzę już tak dość długo, a ona nie podchodzi.
Nie widzę jej stąd. Pierdolone badyle. Próbuję się zza nich wychylać, ale szyję mam nagle za krótką. Albo po prostu mniej ruchomą. Kark mi zesztywniał od tego gnicia w wyrze.
W ogóle jej nie widzę, co sobie nagle uświadamiam. Nie chodzi po sali. Nie obsługuje nikogo.
– Kurwa mać…
No, przynajmniej odpada opcja, że po prostu się obraziła.
– Coś podać?
Podnoszę wzrok na kelnerkę, ale głos nie ten, twarz nie ta, nie te oczy i nie ma warkocza, a tylko ścięte do ramion włosy.
– Co? – pytam jak głupek.
– Pytałam, czy coś podać – kelnerka zauważyła już, co mam na twarzy, i jej ton natychmiast staje się chłodniejszy.
Jeśli ją zapytam o Weronikę, pomyśli, że ze mnie jakiś zbir albo inny zboczeniec.
Wszyscy święci srają na mnie.
– Kawy – mruczę więc, chcąc zyskać trochę czasu.
Może się jeszcze pojawi. A jak nie? Nie znam jej dokładnego adresu, ale pamiętam, która to brama. Przynajmniej pokręcę się po okolicy, może będę miał szczęście.
Kawa się pojawia.
– Przepraszam… Pracuje tu taka dziewczyna. Weronika – jednak próbuję. – Czy może…
– Nie będę z panem na ten temat rozmawiać.
No to szkoda. Ale nie drążę. Jej mina jest dość łatwa do odczytania – spierdalaj, bo wezwę policję.
Kawa się sączy.
Kawa się sączy bardziej.
Coraz wyraźniej czuję, że to nie są delicje na mój obecny stan, ale cóż miałem zrobić? a tak, mogłem prosić o herbatę. Jestem geniuszem zła.
Teraz już za późno na sprytne plany. Najwyżej schowam się w jakichś krzaczkach i dopełnię nędznego obrazu jakże artystycznej śmierci w rynsztoku.
Amanci z książek spotykają jakieś takie bardziej romantyczne przeciwności losu na drodze, odnoszę niejasne wrażenie.
Chociaż – co ja tam wiem. Ani zbroi, ani białego konia, ani nawet lansiarskiej korony.
Weroniki nadal nie ma. Wzięła wolne? No bo chyba tu jeszcze pracuje? To raczej niemożliwe, żeby przez kilka dni świat zdołał zmienić się aż tak.
A jeśli…?
Kurwa, nienawidzę tego. Naprawdę szczerzę nienawidzę wracania do urwanych historii.
Ostatecznie pół kawy wylewam pod badyle. Przychodzi mi nagle do głowy, że może nie tylko ja i dlatego są takie uschnięte – jak każdy nałogowiec. Nie, żeby coś, ale za dobra to ona nie jest jak na taką kawiarnianą.
Wstaję nieco chwiejnie, przypominam sobie, że nie mam czym zapłacić, dostaję zawału, przypominam sobie o małej zapomodze od mamy na poczet obitego ryja, już nie dostaję zawału, płacę i wychodzę.
I idę w stronę Wildy pod tę odrapaną bramę.
Coś ostatnio nie lubię odrapanych bram. Trudno. Gorzej i tak nie będzie, no, chyba że dam sobie coś złamać.
Ale grzeje, ja pierdolę… Żar leje się z nieba i ze mnie. Jak nic, nawet jeśli znajdę Weronikę, będę spocony jak świnia i i tak ode mnie ucieknie. Taki interes. Jak nie urok, to sraczka.
Tramwaje dudnią mi w głowie, samochody wylewają się uszami, a uliczny kurz włazi w dziąsła. Mam to takie śmieszne wrażenie, że nie ja idę do przodu, tylko chodnik przesuwa się pod moimi stopami jak taśma produkcyjna. I niby mijam kolejne budynki, a jakbym się w ogóle nie przemieszczał.
Potworne uczucie.
Boziu, ja jednak chcę do domu.
A jak mnie jeszcze ktoś zauważy, że sobie tak spaceruję na dwutygodniowym zwolnieniu, będzie gnój.
Najwyżej.
Ja pierdylam…
Ocieram dłonią pot z czoła, ostrożnie wkładam palec pod okulary. Wkurwiają mnie niemiłosiernie. Tak jak zarost, którego na razie nie golę, bo boli. Dawno się z nikim nie klepałem, to już zapomniałem, z czym to się je. Zresztą myślę, że ten raz i tak wylądowałby w ścisłej trójce finalistów.
Pierwsze miejsce nieodmiennie zajmuje jednak opowieść o tym, jak zginąłem podczas stanu wojennego. To było tylko przypadkowe draśnięcie, ale blizna została, a wtedy naprawdę tkwiłem w świętym przekonaniu, że wyciekło ze mnie już pięć wiader krwi i zaraz umrę, a nawet już umarłem, bo huk chyba innego wystrzału kompletnie mnie ogłuszył i leżałem na ulicy jak wyrzucona na brzeg ryba.
Pomógł mi jakiś facet, którego nigdy więcej nie widziałem na oczy.
Tak oto kiedyś będę tym fajnym dziadkiem, który bierze wnuki na kolana i opowiada o tym, jak był na wojnie i zaliczył prawdziwą kulkę.
Jestem przekonany, że do tego czasu demencja zatrze szczegóły i z przypadkowej, dziecięcej ofiary bez zasług, stanę się we własnej głowie bohaterem.
Każdy musi być z czegoś dumny na starość.
Warta pośmierduje radośnie po lewej. Potem jej smród zostaje za mną.
I już jestem na Wildzie, mijam kino, zagłębiam się w przaśną brzydotę braku kasy na remonty kamienic.
Jezu, jak mi duszno. Zaraz padnę ryjem na chodnik. Zdepczą mnie.
Pod znajomą bramę docieram ledwie przytomny. Nigdy wcześniej ta droga nie wydawała mi się taka długa, nigdy nie prowadziła pod stromą górę kamienistym szlakiem, zawsze jakoś zleci jak z bicza strzelił, a teraz bolą mnie kolana jak po całym dniu w górach. Wtaczam się na podwórze jak ostatni menel.
Siadam w cieniu na szczątkach jakiegoś murka czy czegoś takiego. Może to nawet kibel, nie wiem.
– Kurwa, ratunku… – szepcę, pochylając i ściskając głowę, w której tańcuje strażacka remiza.
Odpowiada mi jedynie miauknięcie bardzo wkurzonego i bardzo spasionego kota. Czeka, aż zdechnę i wtedy mnie też pożre, tak jak wszystkie swoje właścicielki.
– Spierdalaj, pchlarzu.
Kotów nienawidzę prawie tak mocno jak koni.
Chyba że u Chińczyka na talerzu. Otworzyli ostatnio jednego takiego na mieście. Dobry. Znaczy – dobre żarcie robi. Samego Chińczyka nie próbowałem.
Jeszcze.
Taki Chińczyk to pewnie za smaczny nie jest. I pewnie nie za bardzo pożywny.
Kurwa, bredzę.
Ocieram pot raz jeszcze i stwierdzam, że chyba znowu mam gorączkę. Trzeba było sobie odpuścić jeszcze jeden dzień i nie ruszać dupy z nory.
Ale jak bym nie ruszył, to nie miałbym dokąd wracać. Tak ogólnie. W sensie życia. No. Czy coś.
Jezu…
Tęsknię za nią.
– Ryszard?!
O, jednak mam szczęście.
O.
– Hej – próbuję się uśmiechnąć.
– Co tu ro… Na Łabędzia, co ci się stało?! – Jej dłoń chce sięgnąć mojej twarzy, ale zatrzymuje się na pół centymetra od celu i cofa.
– Ym… Ja…
– Jesteś blady i…
– Trochę zarośnięty, wiem.
– Nie sądzę, żeby to był największy problem.
Weronika prostuje się i rozgląda nerwowo.
– Siedź tu i nigdzie się nie ruszaj. Nie wychodź na słońce, zaraz wracam – rzuca, po czym obraca się szybko i znika w klatce schodowej.
Obraz trochę mi się zamazuje, ale dostrzegam jej niebieską, letnią sukienkę w coś i sporą teczkę pod pachą. No i warkocz.
Czekam całe wieki. Gdzieś na pewno zdążyły wyginąć dinozaury. Całe rodziny dinozaurów – mamy dinozaury, taty dinozaury, dzieci dinozaury…
Nie zauważam nawet, kiedy Weronika wraca, bo mój mózg ewakuuje się z tego porąbanego świata, ale nagle przed moim nosem pojawia się szklanka, zdaje się, że ramię podpiera mi plecy.
– Wypij.
Nie protestuję.
Kwaśne jak skurwysyn.
– Co to? – pytam po pierwszym łyku.
– Takie tam ziółka, receptura… babci. Wypij do dna, pomogą ci stanąć na nogi.
Ostatni łyk.
– Dzięki.
Weronika wyjmuje szklankę z mojej drżącej łapy i siada obok. To jednak murek, nie kibel.
– Co ci się stało? – pyta jakoś tak płasko.
Wzruszam ramionami.
– Taki tam… wypadek.
– Wypadek – prycha z niewiarą. – Bardzo boli?
– Nie – zaprzeczam. – Już nie, tylko mi się w głowie zaczęło kręcić.
– Co ci strzeliło do głowy, żeby w takim stanie w ogóle wychodzić z domu? – tym razem głos Weroniki brzmi jakoś twardo, chyba jest trochę zła. – Zwariowałeś?
Zaciskam usta, nie odpowiadam.
– Ryszard…
– Nie cieszysz się, że mnie widzisz?
– W takim stanie? I nie rób takiej obrażonej miny.
Prycham, Weronika bierze głęboki oddech. Dotyka mojej dłoni ostrożnie, jakby bała się, że też jest uszkodzona.
Szczęśliwie nie.
– Martwiłam się, kiedy przestałeś przychodzić – przyznaje. – Potem bardziej, kiedy nie odbierałeś. Ale naprawdę mocno martwię się teraz. Mam nadzieję, że nic złego z tego nie wyniknie.
– Chciałem cię zobaczyć jak najszybciej – w ostatniej chwili powstrzymuję wzruszenie ramion, od którego mogłaby mi odpaść głowa.
– Zaprosiłabym cię – mówi jeszcze Weronika cichym, matowym głosem – ale spodziewam się właścicielki i musiałabym cię schować w szafie. To mogłoby ci nie pomóc. Mam lepszy pomysł.
– No? – Splatam palce z jej palcami.
– Jest taki jeden sąsiad i chyba jest u siebie, bo słyszałam jakiś ruch w mieszkaniu. Poproszę go, żeby cię podwiózł. Raczej mi nie odmówi.
– Hm…
– Odnoszę wrażenie, że trochę mnie lubi, wiesz.
– HM.
– Oj, nie bądź zazdrosny, zupełnie nie masz o co. – Weronika dotyka mojej twarzy i lekko całuje w nierozbitą część ust. Odskakuje nagle jak oparzona. – Piłeś kawę?!
Próbuję na nią spojrzeć, ale oślepia mnie słońce.
– No.
– Idiota! Dziecinny, skończony idiota! – Mimo to widzę, że Weronika zaciska pięści, a ręce trzyma opuszczone wzdłuż ciała. I to ona kojarzy mi się teraz z obrażoną dziewczynką.
– Nie krzycz. Po prostu szukałem cię w Kociaku.
– No to mam wolne – syczy. – Idę po Małeckiego, bo zaraz cię uduszę gołymi rękoma, pacanie.
Odchodzi szybkim, nerwowym krokiem, nim zdążę wydusić z siebie chociaż słowo protestu. Już mi lepiej, naprawdę poradziłbym sobie w tramwaju, a nie mam ochoty wozić się z jakimś kolesiem, który kręci się obok Weroniki i jeszcze na nią ślini.
Kurwa mać, przecież ja mu będę wisiał przysługę, chujowi zasranemu.
Wychodzą z klatki. Ona i on – przystojniaczek. Co z tego, że sięga mi pewnie do obojczyka, niższy od Wery nie jest, a przy tym dobrze ubrany i z ogólną aparycją porządnego faceta.
Zabiłbym.
Zabijałbym długo i powoli.
Obdzierał ze skóry pasek po pasku, piłował zęby, a do dupy nalał Kreta.
– Ryszard, to jest Tadeusz, mój sąsiad, o którym ci opowiadałam.
Następuje uścisk dłoni o stopniu czułości papieru ściernego.
– Hm… Bardzo mi…
– Tak. Mi też – cedzę, co w połączeniu z obitą mordą daje efekt w postaci nader niespokojnego drgnienia.
Ale co mi tam. Przytrzymuję dłoń pierdolonego cwaniaczka i zaglądam w oczy, żeby popatrzeć, jak wije się w środku.
– Hm… – No, może i jest ładniusi, ale też elokwentny jak ja pierdolę. – Pani Weronika mówiła, że…
– Mhm. Zapewne.
– Ryszard! – syczy ona bezgłośnie zza ramienia prawie włoskiego i prawie martwego amanta. Przewraca oczyma.
No dobra, mogę to zrobić dla niej. Tylko i wyłącznie dla niej.
– Oczywiście będę ogromnie wdzięczny. – Wymuszam uśmiech, ale po kolejnym napięciu mięśni wnioskuję, że to akurat był błąd.
Człowiek się stara, a tu dupa.
– Wybacz, Tadeuszu, Ryszard bardzo źle się czuje – Weronika próbuje ratować sytuację, wychodząc zza pleców swojego sąsiada. – Jest trochę marudny.
Czy ona jest sadystką, że chce nas zamknąć w jednym aucie?
No ale dobra, po prostu potakuję.
Na razie.
– Tak… Tak, widzę – Tadeusz nieomal kaszle. – Pan pójdzie za mną.
Autko też ma dobre. Za dobre.
Zwłaszcza że ja nie mam żadnego.
Na razie.
– I nie pokazuj mi się na oczy, póki nie wydobrzejesz – dodaje jeszcze Weronika, ale tak, bym słyszał to tylko ja.

*

Drzwiczki zamykają się i pan Tadeusz ma minę, jakby trafił do dziewiątego kręgu piekieł.
I bardzo dobrze.
Ostrzegawcze spojrzenie, jakie posłała mi przy pożegnaniu Weronika, działa jeszcze przez jakieś dwie przecznice.
– Jest pan bardzo uczynny – zauważam, obserwując gogusia we wstecznym lusterku. Bo usiadłem z tyłu, nie będę się z chujem ustawiał na jednej linii. Wolę dyszeć mu w kark. Tak mnie lepiej zapamięta.
– Żaden problem – odpowiada drewnianym głosem. Och, jak mu się pocą łapy na kierownicy.
– Rzadko spotyka się takich uczynnych i bezinteresownych ludzi – kontynuuję odrywanie nóżek na wpół zdechłej musze.
Łapy zaciskają się jeszcze mocniej, coś zmienia na śliczniusiej gębie. I już nie jest taka śliczniusia, bo tu się coś pomarszczyło, tam wydęło, a tam jeszcze pokrzywiło.
– Wie pan, że nie robię tego dla pana.
Oho, czyli gramy w otwarte karty. I świetnie. Podoba mi się ten kierunek, nie powiem.
– Owszem, wiem. – Dla lepszego efektu zdejmuję okulary. Z satysfakcją obserwuję kropelkę potu spływającą po opalonym karku przede mną. – O tym zamierzam porozmawiać. Daje pan sobie sprawę, że Weronika tak jakby nie jest wolna.
– Zdaje pan sobie sprawę, że tak jakby nic nie jest powiedziane ostatecznie? – odpala Tadeusz.
– Mógłby się pan zdziwić.
– I vice versa.
– Wcisnąłbym ci tę słodką buzię do dupy.
– Ale to nadal ja prowadzę, dupku.
Punkt dla niego.
– Tkniesz ją i niczego już nie poprowadzisz.
– To groźba karalna.
– To groźba realna.
– Nie bądź śmieszny. – Spojrzenie ciemnych oczu na moment błyska w lusterku i mierzy moje odbicie z dezaprobatą.
Kurwa, znowu punkt dla niego.

*

Siedzę u siebie.
Siedzę wkurwiony. Mam ochotę niszczyć, palić i mordować.
„Nie pokazuj mi się, póki nie wydobrzejesz.”
A w tym czasie co? Pan pierdolony Tadeusz będzie cię woził swoją odpicowaną Vectrą po mieście? Będzie cię prowadził pod rękę w swoich modnych ciuchach? Jak jest taki wymuskany, to co robi w kamienicy na Wildzie? Niech spierdala na obrzeża nowobogackich chujów.
Palant. Idiota.
Tylko mocny w gębie.
Urżnąłbym się. Ale to taki głupi i żałosny pomysł. Kawę ledwie przeżyłem, piwo by mnie pewnie zabiło. No i to już w ogóle byłby popis zaradności i zwarcia.
Telefon dzwoni.
Nie odbieram. Nie mam ochoty z nikim gadać, bo o czym? Gdybym próbował odpowiedzieć na standardowe „Co tam?”, zabrzmiałbym jak niebezpieczny wariat. A za monolog, który by po mnie i tak spływał, mógłbym teraz zabić.
Zrywam się nagle i chwytam pędzel.
Nim orientuję się, co robię, po prostu chwytam pędzel i pudełko z farbami, ogarniam paletę.
Jak wspomniałem, w ręce szczęśliwie nic mi nie jest. Kiedy wykręcili mi ramię, obawiałem się, że coś poszło w barku, ale najwidoczniej nie. Żadnych ograniczeń ruchowych, żadnego osłabienia i sprzęt leży w nich jak zawsze.
No to maluję. Co mi się tam zachce – to nie żadne zaliczenie, nie pracownia, tylko zwyczajny kaprys. Bo lubię. Bo mogę. Bo mnie to odpręża.
Bo tej jednej rzeczy nikt nigdy mi nie zabierze.
Rzygam na płótno całą frustracją ostatnich dni, całym odkładającym się w tkance tłuszczowej wkurwem. Pociągnięcia są ostre, gwałtowne, a to, co się z nich wyłania – brutalne. Błękit obok pomarańczu, fiolet obok żółci.
Rozcieram plamy brzegiem dłoni, nanoszę kolejne warstwy, aż pojawia się wyraźna faktura.
Trwa to długo.
Bardzo długo.
Aż nie wyrzucę z siebie wszystkiego i nie poczuję ogarniającego mnie nagle zmęczenia. A potem spokoju. I wreszcie senności.
Zwijam się na wersalce, zarzucam sobie kapę na plecy, za poduszkę starczy ręka. Wszystko odpływa, traci kolory i przestaje być ważne.

*

Aż wreszcie nadszedł dzień, w którym spojrzałem w lustro, stwierdziłem, że już prawie niczego nie widać i jestem dość ogarnięty.
Więc poleciałem do Wery jak mucha do miodu, bo tyle mam w sobie pierdolonej godności.
Wreszcie dała się zaprosić.
Nałaziłem się. Naczekałem. Grzecznie zacisnąłem zęby i wyleczyłem wszystkie siniaki, usychając z tęsknoty i wkurwiając się z zazdrości. Powtarzałem sobie tylko, że jeśli teraz zacznę podskakiwać, to wszystko będzie stracone, więc nawciskać jeszcze Panu Tadeuszowi mogę, ale tylko w swojej głowie.
W efekcie zapaćkałem trzy płótna. Jedno nawet trochę udane, pójdzie do portfolio.
Ale wygląda na to, że siedzenie w norze i trzymanie języka za zębami się opłaciło.
Weronika wyraźnie ucieszyła się na mój widok, może nawet poczuła ulgę, że prawie dwutygodniowa rozłąka się kończy. Serio, byłoby łatwiej, gdyby jej podłączyli ten durny telefon.
Teraz czeka na mnie w pokoju, siedzi na kanapie i rozgląda się dookoła tymi swoimi wielkimi oczyma, co zauważam, wychylając się na pół sekundy z kuchni. Boziu, dobrze, że mogę się tu schować – nie widzi, jak mi się trzęsą łapy, kiedy zalewam jej herbatę.
Bym się, kurwa, poparzył.
Nagle moja mała nora zaczęła mi przeszkadzać. Wprowadziłem królewnę ze snów do swojego imperium trzech kartonów.
Powiedziałem jej to, bo jak zwykle przy niej kompletnie nie panuję nad ozorem, bo po co mi to, przecież pokazuję się zawsze tylko z najlepszej strony, a ona uśmiechnęła się jakoś tak smutno.
I teraz siedzi tam, na wersalce, z której odłupałem jeden bok, bo nogi mi się nie mieściły, pod brudną ścianą, za plecami ma dziurę w zasłonie, po prawej moją improwizowaną pracownię, która anektuje prawie całe światło, a dookoła siebie niezbite dowody chałupniczych napraw.
Co mi strzeliło do głowy, żeby jej to pokazywać?
Przed innymi się nie wstydziłem i jeśli kogoś tu nie wpuszczałem, to głównie dlatego, że to moja nora i ja decyduję, kto przekroczy próg. Ale Weronika jest przecież tak bardzo inna. Tak bardzo lepsza.
– Słodzisz? – pytam, znów wychylając się z kuchni.
– Co? – patrzy na mnie jakby zdziwiona. Wyrwałem ją z zamyślenia.
– Herbatę. Słodzisz herbatę?
Chwila ciszy.
– Nie. Chyba… Chyba nie.
Ja tam słodzę. Cytryny nie proponuję, bo Bździągwy nie okłamałem i naprawdę nie inwestuję w takie luksusy. Biorę szklanki i idę do niej.
– Nawet nie pytam, jak ci się podoba – mówię z krzywym uśmiechem.
– Daj spokój. Nie wychowałam się w zamku.
Siadam obok, podaję jej herbatę. Bierze łyka i marszczy się z konsternacją.
Ta, jasne. Nie w zamku. Ale czaj z taniej sypanej indyjki wyraźnie drażni jej podniebienie. Robi mi się dziwnie smutno i coraz bardziej wstyd za swoją połataną egzystencję.
– A tak poza tym – mówi chyba bardziej po to, by zamaskować grymas sprzed chwili – mogę podziwiać zagospodarowanie przestrzeni.
– Że co? Że imponują ci półki z kartonów?
– Hej, wszystko w porządku? – Weronika dotyka mojego ramienia.
Czas zmienić temat.
– Rozmawiałaś o tym telefonie? – pytam więc.
Jej ręka cofa się, czoło marszczy na ułamek sekundy.
– Tak.
– I?
– Na razie nic z tego.
– Szkoda – krzywię się, obracając w dłoniach swoją szklankę.
– Trochę, ostatnio faktycznie by się przydał. – Twarz Weroniki znowu się zmienia, ton łagodnieje. – Tęskniłam, wiesz?
– Ja też. Jak cholera.
– To chyba dobry znak?
Śmieję się.
– Ja już nie potrzebuję więcej znaków – mówię, a ona spuszcza wzrok i lekko się rumieni.
Przesadziłem?
– To co, pokażesz mi je? – tym razem to ona wycofuje się z tematu.
– Co?
– Twoje obrazy. Chciałam je zobaczyć.
– Jeśli nadal chcesz? – wzruszam ramionami i odkładam szklankę na stolik, czy raczej wielofunkcyjną nocną szafkę.
– Chcę. To nie był tani tekst na podryw.
Wstaję i podchodzę do miejsca, w którym – między ścianą a sztalugą – upycham kolejne płótna. Wyciągam dwa takie lepsze i mniej więcej normalne.
– A to? – Ale jej wzrok wędruje ku ostatniemu malunkowi. Temu z wkurwa.
– To… To jest nieważne.
Weronika kuca przed płótnem, marszczy czoło w skupieniu. Jedną ręką ostrożnie bada fakturę pociągnięć.
– Niepokojące – stwierdza, nie odrywając wzroku on fantasmagorycznego krajobrazu wrzeszczącego fioletami i dopełniającą je żółcią. – Dziwne…
– No… – nie wiem, co powiedzieć. – To jest takie, wiesz… Jakby… Może coś z tamtych ci się bardziej spodoba.
– To mi się podoba – ucina moje rozpaczliwe tłumaczenia.
– Serio?
– Tak. Tamte są takie ugładzone. Już takie widziałam. A to… ma pazur. Jest bardziej twoje jakby.
– Nie wiem, jak to odebrać – przyznaję.
Weronika podnosi się z kucek, ale nadal patrzy na obraz.
– Jako komplement – stwierdza. – Przynajmniej, jeśli o mnie chodzi.
Odwraca się, patrzy na mnie i lekko uśmiecha.
Uśmiech poszerza się na moment, a potem niknie. Weronika wraca na kanapę, ale swojej herbaty z szafki nie zabiera. Mam jakby ostateczny dowód, że jej nie smakuje.
No cóż, zapamiętam i więcej nie będę proponował.
– Lubisz to w ogóle? – pytam, siadając obok niej. – To znaczy malarstwo?
– Sama nie wiem. Chyba tak. To… – wzrok Weroniki na chwilę traci ostrość. – Wiesz, to trochę… cóż, nie do końca to, z czym się wychowałam, jeszcze nie jestem pewna, co myśleć o takim podejściu, ale chyba lubię.
– No tak – uśmiecham się. – Do lubienia nie trzeba się zastanawiać. Dlatego lubienie jest takie fajne. Zresztą jak się człowiek za dużo zastanawia, to zwykle przestaje lubić.
Słyszę cichy chichot.
– Ale masz filozoficzny nastrój.
– Bzdury gadam?
Kładzie dłoń na mojej, ale tak trochę niepewnie, jakby onieśmielało ją już nie neutralne otoczenie.
– Mów.
– Teraz to już mi głupio – przyznaję.
Mam ochotę się do niej przysunąć. Jeszcze się powstrzymuję.
– Mów – powtarza.
– Ale o czym?
– Na przykład o tym – Weronika wskazuje na obraz.
– Nie potrafię. Mogę o tamtych.
– O tamtych nie chcę, chcę o tym.
Spuszczam na moment wzrok i oblizuję wargę chyba nieco nerwowo.
– Naprawdę nie potrafię – odpowiadam. – To tak jest. Dlatego ich nie maluję zwykle, chociaż we mnie siedzą, i nie pokazuję. Ludzie zawsze pytają i zawsze są rozczarowani odpowiedzią. A wykładowcy to już zwłaszcza. Nie podoba im się, kiedy mówię, że to rozpracowywanie siebie i tylko siebie. Smykla, taki stary bimbrownik, twierdzi, że to wszystko kompleksy. Że to przez komunę, rozumiesz. Że nam to zrobiła, że teraz wszystko musi być takie… no… Że jesteśmy zniewoleni Rosją, tylko inaczej. Cały czas musimy negować, nawet w sztuce. Rozliczać się. Odwoływać. Łatać dziury. A jak ktoś, tak jak ja, po prostu rzyga na płótno tym, co go dusi, nie może niczego znaczyć, bo nie jest komentatorem. A jednocześnie za duże tematy, a jak się tak rzyga, to chcąc czy nie dotyka się tych dużych tematów, lęków, jakichś granic, są naiwne i niepotrzebne, jeśli nie są wbudowane w konkretne ramy. W jakieś tu i teraz, kontekst polityczny. No i Smykla mówi, że to i tak wszystko bez znaczenia, bo obecnie w sztuce liczy się nie autor i nawet nie dzieło, tylko odbiorca. I to nie taki, któremu się coś podoba i dlatego to kupuje, bo taki odbiorca był zawsze. Jakoś tam te gusta musiały się kształtować, nie? Za jedno płacono, za inne nie. Ale ten nasz zakompleksiony odbiorca cieszy się z samego faktu, że może, że go stać i że w związku z tym jest lepszy, więc nawet go nie obchodzi, kogo i co kupuje, i… Jezu, nudzę cię.
– Nie – odpiera, ale jednak nieco oszołomiona.
– Ale – próbuję obrócić to w żart – mam plan „B”. No i jak już o Smykli mowa, to może masz ochotę? – Sięgam za wersalkę po butelkę bimbru. – Z samego serca dziczy. Miodności.
Weronika patrzy na mnie z powątpiewaniem.
– Sama nie wiem…
– Nie będę zmuszał – zastrzegam na wypadek, gdyby miała po prostu złe doświadczenia z wujkami A Ze Mną Się Nie Napijesz.
– W sumie… spróbuję, co mi szkodzi.
Nic ci nie szkodzi.
Uśmiecham się z zadowoleniem i idę po literatki, bo te – w przeciwieństwie do cytryny i wielu innych artykułów – akurat posiadam, choć ze spadku.
– Wiem, że cię nudzę – podśmiechuję się, rozlewając wódę. – Zawsze możemy zmienić temat. Jak mówię o malowaniu, to albo się peszę, albo wpadam w nieskładny słowotok. Wiem o tym. To co? Muzyka? W muzykę jestem akurat cienki, nie będę paplał. Twoje zdrowie! – wznoszę pierwszy toast.
Bimber jest najprzedniejszy z przednich i ostro trzepie gardło, więc nie dziwi mnie, że Weronika zanosi się kaszlem. Chyba się w ogóle nie spodziewała takiej mocy.
Patrzę na nią pytająco z butelką nad jej literatką. Po chwili wahania macha ręką przyzwalająco, więc polewam drugą kolejkę.
– Mam trochę winyli – kontynuuję przerwany wątek. – W sumie głównie Republika, jakiś Led Zeppelin, ale żaden ze mnie meloman. Zdaje się, że kompletnie nie mam słuchu. Teksty. O, lubię niektóre teksty. No i ogólny nastrój, jak mi odpowiada, bo aż tak głuchy nie jestem. A ty? Co lubisz?
– Ja… wiesz… Hm… Chyba nic konkretnie.
Weronika unika mojego wzroku, a potem sięga po swoją literatkę.
– Tym razem twoje zdrowie! – wychyla.
Chyba mogę się już trochę przysunąć? Ba! Przytula się do nie, więc obejmuję ją ramieniem.
Boże, jak ona pięknie pachnie.
Kręci mi się w głowie. To zdecydowanie jeszcze nie bimber.
– Mówiłeś coś o planie „B” – przypomina Weronika. Ledwie słyszę słowa, patrząc na jej wspaniałe włosy. Znowu je rozpuściła i nie wiem, czy zrobiła to specjalnie, ale jeśli tak, to mnie rozpracowała doszczętnie i jestem zgubiony.
– No. Jak się trochę postaram, zrobię z siebie bohatera stanu wojennego i pojadę na tym wózku – odpowiadam.
– Nie rozumiem…
– Bo mam… no, taką bliznę, o tu – unoszę nieco sweter. Zimno, to założyłem, chociaż ograniczam i wyrzuciłem wszystkie podarte. – To było tylko draśnięcie, ale…
– Bolało?
Jej palce na mojej skórze.
Na mojej nagiej skórze.
– Na ile pamiętam, to tak, dosyć.
Patrzę na nią, napotykam jej wzrok.
– Przykro mi.
Kurwa, ratunku, jestem stracony…
– Weronika, czy…
Palce przesuwają się powoli w dół, więc nie pytam już, pochylam się, by poczuć jej usta. Gładkość szyi. Miękkość włosów.
– Ja… – chce coś powiedzieć, ale nie słucham, zaczynam całować, najpierw delikatnie, ze czcią nieomal, a ona odpowiada, zachęcając, bym robił to śmielej.
Wsuwa drugą rękę pod sweter.
Jej zapach odbiera mi rozum.
Kiedy rozpinam jej bluzkę i dobieram się do stanika, kładzie swoje dłonie na moich i prowadzi je, pokazując, co lubi. Bez oporów, bez kompleksów.
Zresztą jak można by mieć kompleksy, będąc na jej miejscu?
– Jezu, Weronika…
– Ciii…
Są wspaniałe. Ich ciężar, jedwabista skóra wokół sutków, wreszcie one same, reagujące na dotyk.
Jej dłoń odrywa się od moich, kiedy uznaje, że wiem już, o co jej chodzi. Zaciska się na udzie, kciuk trze o wewnętrzną część. Nigdy nie dowie się, ile wysiłku włożyłem w to, żeby nie złapać jej mocniej, niż by tego teraz chciała. A potem położyć się na niej i całować wszędzie. Zerwać z niej bieliznę. Mieć nagą i drżącą.
Sam drżę.
Płonę.
Jezu, cały płonę.
Jeśli się wycofa, jeśli to tylko ostra gra… chyba oszaleję. Będę musiał wejść do lodówki.
Ale Weronika szarpie za pasek, nagle przyspieszając, rozpina spodnie. Wiem już, że nie, nie bawi się mną.
I to jedyne, co wiem.
– Spokojnie – śmieje się, a jej głos jest niski, rozwibrowany. – Widzę, że cierpliwość nie jest twoją mocną stroną, co? – komentuje, wsuwając dłoń.
Ja… Nie wiem. Ja…
– Zaufaj mi.
– Ufam… – szepcę przez zaciśnięte, suche gardło.

*

Nasze ciała stygną powoli na rozpadającej się wersalce. Bezwstydnie nagie, nieokryte. W słabym już, ale jednak dziennym świetle.
Jesteśmy młodzi, jesteśmy piękni. Jesteśmy spełnieni – kto nam zabroni?
– Kiedyś na ciebie zejdę – mówię wreszcie z pełnym przekonaniem, chociaż trochę niewyraźnie.
Weronika uśmiecha się, wtulona w mój bok, jej wspaniałe włosy wiją się na ramieniu, mojej piersi i jeszcze spływają ku podłodze. Oszalałem na ich punkcie do reszty.
– Też nie narzekam – odpowiada.
– Następnym razem będę… bardziej cierpliwy. Obiecuję.
Czuję delikatny pocałunek w szyję.
– Nie wiedziałam, że aż tak mnie chcesz – przyznaje Wera cicho.
– Nie? No to już wiesz.
– Mhm. – Obraca się, opiera na ręce i patrzy na mnie z góry. Zagląda głęboko w oczy. – Byłeś bardzo, bardzo dzielny.
Też się uśmiecham.
– I bardzo, bardzo szczęśliwy – mówię, odgarniając jej włosy za ucho. Nie chcą się tam zmieścić, więc opadają, łaskocząc mnie w pierś.
I to jest kurewsko podniecające.
Ale Wera wstaje, siada tyłem do mnie i pochyla się, żeby sięgnąć po ubranie.
– Późno się zrobiło – wzdycha z niezadowoleniem.
– Poczekaj, ogarnę się i cię odprowadzę.
Zerka na mnie przez ramię.
– Nie protestuj. Miałem być znajomym od odprowadzania, nie pamiętasz?
Mierzy mnie wzrokiem – od czubka głowy aż po miejsca strategiczne.
– No, teraz jesteś znajomym od wielu innych rzeczy – odpowiada i mruga zalotnie.
– Co nie znaczy, że powinnaś włóczyć się sama po podejrzanej okolicy – upieram się przy swoim i jestem całkiem poważny. – Nie odmawiaj mi, bo po pierwszym seksie będziemy musieli od razu zaliczyć pierwszą kłótnię, a wolałbym z tym zaczekać.
Wera kręci głową z niedowierzaniem.
Ale nie protestuje.
– No to się spiesz – rzuca, zapinając stanik.

c.d.n.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Kruffachi » 16 maja 2015, 16:27

VI
Mieszkam w wysokiej wieży, ona mnie obroni
Nie walczę już z nikim, nie walczę już o nic
Palą się na stosie moje ideały
Jutro będę duży, dzisiaj jestem mały

Stawiam świat na głowie do góry nogami
Na odwrót i wspak bawię się słowami
Na białym czarnym kreślę jakieś plamy
Jutro będę duży, dzisiaj jestem mały


Sztywny Pal Azji Wieża radości, Wieża samotności

Witek nie jest szczególnie imprezowym typem – zdecydowanie najmniej imprezowym z całej naszej czwórki. Ale od kwietnia dzieli pokój ze Stachem, a to jakby przesądziło sprawę. Kiedy okazało się, że jednak ocali dupę i nie wyleją go na zbity pysk, Stach uznał, że trzeba to oblać w większym gronie.
On nigdy nie przepuści okazji.
Cóż, warunki lokalowe mają ku temu całkiem niezłe, bo ich pokój to część poznańskiego mieszkania ojca Witka, w którym i tak nie bywa, bo jest pilotem. Czasem nocuje na kanapie w salonie, ale jednak częściej w Chinach.
Miejscówka full wypas, nawet jeśli nieszczególnie duża, a nawet dość klaustrofobiczna, bo ktokolwiek wpadł na pomysł, żeby na tym metrażu upchać dwa pokoje, był co najmniej szalony. Jest nawet telewizor. No i pełen barek. Z lodówką trochę gorzej, ale to maja ogarnąć laski, więc pewnie będzie, co jeść.
Weronika znów rozpuściła włosy. Mam ochotę wcale nie barć jej do Witka, tylko zamknąć u siebie i nie wypuszczać aż do rana. Ubrała się jak to ona – ładnie, ale raczej skromnie, a to mnie chyba rajcuje jeszcze bardziej. Szczęki im opadną.
Oby tylko jej też nie opadła, kiedy do niej dotrze, w jakie towarzystwo wdepnęła.
Drzwi się otwierają.
– Ryyychuuu! – Stach, już trochę podpity, klepie mnie z impetem po plecach. No, nie ma to jak dobre wejście. – A piękna pani…?
– Łapy precz od pięknej pani. Weronika – przedstawiam ją, modląc się, żeby idiota czegoś nie palnął. – Moja dziewczyna.
– Ach, to ty, niebiańska istoto! Stach. Miło mi – wyciąga rękę, susząc zęby. – Mam nadzieję, że nie jesteś aż tak cudowna, jak twierdzi ten stary ruchacz – Stach, zamknij, kurwa, ryło! – bo nam się mieszkanie sfajczy. Wchodźcie! – Wskazuje korytarz zamaszystym gestem, jakby to on był gospodarzem wieczoru.
No, w sumie?
Wchodzimy do robiącego za mikroskopijny salon pokoju przejściowego. Wszyscy już są, na ile się orientuję. Dziwne towarzystwo dziwnych prawie artystów.
Witek siedzi na kanapie z butelką piwa w ręce, a wokół niego wianuszek rozchichotanych adoratorek. To on jest tym przystojnym w naszej paczce. Ciemnowłosy, ciemnooki, trochę śniady i zawsze w aurze rychłego końca świata – taki dekadent pełną gębą, a ostatnio nawet całkiem dosłownie, bo chleje więcej niż kiedykolwiek i niż pozostali razem wzięci. Ale że ciągle jeszcze trzyma się granicy menelstwa, podnosi mu to tylko statystyki.
Nawet Elka twierdzi, że gdyby już okrutny los zmusił ją do bycia z którym z nas, to tylko z Witkiem, o ile obiecałby, że powstrzyma się przed deklamowaniem mrocznych wersów w łóżku.
Siedzi zresztą obok niego i coś mu z zapałem tłumaczy, odganiając się od jego adoratorek jak od much. Dopiero gromki anons Staszka sprawia, że nas zauważają.
Wypada nawet sympatycznie. Weronika sprawia wrażenie nieco onieśmielonej, ale dość szybko odzyskuje rezon. Elka patrzy na nią z aprobatą, Witek z podziwem. Krąg zainteresowanych nowinką powoli się rozrasta na dalsze znajomości i wkrótce jest mniej więcej po wszystkim. Pierwsze koty za płoty. Poradzi sobie i z drugimi kotami.
Wiem, że sobie poradzi. Jest świetna i inteligentna.
Rozglądam się dyskretnie, żeby sprawdzić, czy nie ma Anki, ale wygląda na to, że nie i mogę być spokojny. Wolałbym, żeby nikt celowo nie psuł Werze wieczoru.
Dostajemy po piwie, próbuję ulokować nas możliwie blisko żarcia. Dziewczyny się spisały i w głowie układam miski w kolejności, w której je opróżnię.
Nie, nie, zaraz.
Zerkam na Weronikę.
Kurwa, chyba powinienem się zachowywać.
Zaciskam nieposłuszną dłoń między kolanami. Już zmierzała po przekąskę. Już chciała mnie – menda – skompromitować, jakby Staszkowego powitania było mało.
Chociaż w sumie nie wiem, czy da się bardziej, bo przez te tygodnie znajomości zdążyłem już nieraz pokazać Weronice, na co mnie stać. Skompromitować się bardziej, oznaczałoby zamienić się w czarną dziurę wstydu.
Ostatecznie udaje mi się wygrać wewnętrzną walkę. Mogę jeszcze chwilę poudawać, że ludzie obchodzą mnie bardziej niż kanapki.
Odbiję sobie. Jak nikt nie będzie widział, Weronika też.
Tymczasem zagłębiam się w uczoną dyskusję o nowej budce z żarciem na Półwiejskiej. Tak złośliwie. Bo mało jestem głodny. Bo mało mi pachnie.
Jezu, kiełba.
Zaciskam między kolanami drugą dłoń.
– Co tak siedzisz, jak jakaś pensjonarka? – śmieje się ze mnie Jarek, całkiem sympatyczny pacan z rzeźbiarstwa, po czym opiera o stół przede mną.
– A nie wolno? – odpowiadam standardową odzywką na wszelkie możliwe okazje.
Rozmowa już ma potoczyć się dalej w stronę pierdolenia o niczym, kiedy przerywa nam krzyk.
Podrywam się z kanapy, w pierwszej chwili kompletnie nie wiedząc dlaczego. Zrozumienie przychodzi ułamek sekundy później – wraz z salwą gromkiego śmiechu.
Szukam jej wzrokiem.
Stoi pod ścianą, opiera o nią, rozpaczliwie, kurczowo próbuje zacisnąć palce na gładkiej powierzchni pokrytej obskurną tapetą. Przedzieram się do niej przez rżący szyderczo i nagle dziwnie gęsty tłum, brnę przez parszywy kisiel, a jednocześnie rozglądam, próbując odtworzyć przebieg zdarzeń.
Kiedy wreszcie do niej dopadam, wielkie szare oczy nadal pozostają nieruchomo utkwione w ekranie ledwie włączonego telewizora, wciąż w hipnotycznej pętli przerażenia. Chwytam ją za ramiona, lekko potrząsam – gapie chwilowo przestają istnieć.
– Weronika. Weronika, spójrz na mnie.
Przenosi wzrok na moją twarz powoli. Wygląda, jakby budziła się z letargu.
– Już dobrze – mówię najspokojniejszym tonem, na jaki mnie stać. – Wszystko OK, chodź do mnie.
Chcę ją przyciągnąć do siebie, ale się opiera. Kręci głową, usta ma zaciśnięte, ale w oczach nie wrogość, nie złość, tylko prośbę o zrozumienie.
Więc staram się zrozumieć i robię pół kroku w tył.
Wera staje prosto. Rozluźnia swoje ciało z wyraźnym udziałem woli. Mięsień po mięśniu.
Do mnie z kolei zaczyna docierać, co dzieje się za moimi plecami. Słyszę szepty, śmiech, wymieniane nieraz całkiem jawnie uwagi o jej zdrowiu psychicznym.
– ZAMKNĄĆ RYJE!
Odwracam się gwałtownie i nagle uświadamiam sobie, że wokół mnie wyrosła pusta przestrzeń. Mam u stóp krąg spalonej ziemi.
I niech ktoś spróbuje na nią wejść.

*

Jak mocno zaciskałem pięści, uświadamiam sobie dopiero na korytarzu, odprowadzony przez Staszka i Elkę, bo Witek już chleje i chyba nawet nie zakumał, że coś się wydarzyło.
– Wrócisz? – pyta ten pierwszy dziwnym tonem, jakby trochę ze wstydem, trochę ze strachem, trochę z sugestią, że lepiej nie, a trochę z nadzieją, że jednak tak.
– Nie, nie sądzę – odpowiadam mechanicznie, z pewnym zdziwieniem oglądając odciśnięte we wnętrzu dłoni czerwone ślady po paznokciach.
– OK, rozumiem.
– Trzymajcie się – dorzuca Elka, posyłając Werze uśmiech z rodzaju tych, które mają dodać otuchy, ale w danym momencie zawsze tylko pogarszają sprawę.
– Będziemy. No to pa.
– Pa.
Wychodzimy na korytarz, pokonujemy jedno piętro i dopiero tu, kiedy ma już absolutną pewność, że nikt jej nie zobaczy, Weronika pozwala się objąć. Drży.
Jezu.
Jezus Maria.
Niczego nie mówię, po prostu przyciągam ją do siebie i nie puszczam. To na pewno nie jest dobry moment na zadawanie pytań. Dziwny, rwany oddech może sugerować, że powstrzymuje łzy.
Zamówiona w międzyczasie taksówka czeka pod blokiem, wsiadamy, mówię tylko to, co konieczne, a potem całą drogę już tylko milczymy. Facet próbuje oczywiście zagadywać, ale chyba tylko z zawodowego przyzwyczajenia, bo poddaje się dość szybko.
Nie było dyskusji – jedziemy do mnie. Cokolwiek się właściwie stało, stało się mocno i poważnie. Zresztą Wera nie protestowała. Chyba pierwszy raz widziałem ją tak pozbawioną inicjatywy, nawet jeśli stan zawieszenia trwał nie dłużej niż dziesięć, piętnaście minut.
Wolałbym, żeby to się nie powtarzało. Nawet jeśli – jak do tej pory – mam wychodzić przy niej na durnia. Jej strach to może jedna z najbardziej przerażających rzeczy, jakie oglądałem. Świat na moment stanął na głowie i nie wiedziałem, czego się chwycić.
Do mieszkania wchodzimy nadal milcząc, ale napięcie powoli opada. Zostaje tylko ten dziwny chłód.
– Przepraszam. To prymitywne świnie – rzucam trochę bez kontroli, stawiając czajnik na gazie.
– W porządku. Nie przepraszaj.
W sumie wiem, że to nie ja powinienem, ale ktoś chyba powinien, a na nikogo innego nie zamierzam liczyć.
Znów milczymy, czekając, aż woda się zgrzeje.
Na gwizdek wstaję zalać herbatę. Nie indyjkę, mam jakąś owocową. Może będzie w porządku.
Odebrawszy kubek, Weronika uśmiecha się do mnie niespodziewanie. Nawet jeśli grymas nie obejmuje oczu, jest mi lepiej.
– Zrobiłeś na nich wrażenie – stwierdza.
– Co? Ja?
Odtwarzam w głowie przebieg zdarzeń.
– A, w tym sensie. – Siadam obok niej ze swoim kubkiem. Pachnie… no, ogólnie czerwonymi herbatami. Tym na „h”. – Wiesz, to żaden wyczyn, nawrzeszczeć na ludzi. Przy moim wzroście to zwykle robi wrażenie – wzruszam ramionami.
Weronika podciąga nogi i mości się z głową wspartą o mój bok.
– Mogłeś udawać, że nie masz z tym wszystkim niczego wspólnego – mówi.
– Z tobą? W życiu! Jezu, Wera!
Milczy, ale nie wyczuwam nagłego napięcia ciała, żadnego dodatkowego ruchu, więc chyba wszystko w porządku.
– Mam ci się do czegoś przyznać? – pytam.
– No?
– Ale uwaga, bo idzie ciężkie wyznanie.
– Dajesz. – Weronika bierze łyk. No, ta herbata wyraźnie pasuje jej bardziej.
– Cenię cię za tak wiele rzeczy, że, ten… musiałbym chyba napisać książkę, żeby wszystko zawrzeć – zaczynam, czując się coraz bardziej głupio. Coś mi pełznie po karku. – I byłem święcie przekonany, że jak cię zobaczą i z tobą pogadają, to będą potem zbierać szczęki z podłogi.
– No to cię zawiodłam.
– Nie. Oni mnie zawiedli. Kiedyś gadałem o tym z Elką, pamiętasz, tą rudą.
– Pamiętam, całkiem sympatyczna dziewczyna.
– No – przytakuję. – Przyjaciółka. Pytała, kiedy cię pozna, a ja odparłem, że nie wiem, bo chyba nie poczujesz się z nami najlepiej. Myślałem, że będziemy cię zniesmaczyć, wiesz. Że będziesz zażenowana i znudzona. Nigdy bym jednak nie podejrzewał, że sam będę… chyba zażenowany bardziej. Wkurwiony. Bo jestem na nich naprawdę wkurwiony.
Weronika wzdycha, czuję, jak jej ciało unosi się lekko, a potem opada.
– Z ich perspektywy to musiało być dziwne.
– Z ich perspektywy to była tania rozrywka za darmo. No, wydaje im się, że za darmo.
– Co masz na myśli? – Weronika podnosi się i patrzy na mnie lekko zaniepokojona.
– To, że jeśli mam wybierać, to jest dla mnie jasne, co wolę – odpowiadam i pochylam się, żeby pocałować ją w nos. – I że mi za to zapłacą.
Uśmiecha się.
Tym razem śmieją się także oczy.

*

Budzimy się grubo po świcie, leniwie i powoli, w totalnie rozbebeszonej pościeli.
– …eezuuu…!
– Heee…?
– Noga mi wlazła w poszwę.
– To wyjmij.
– Nic, tylko włóż-wyjmij-włóż-wyjmij. Zero romantyzmu.
– Odezwał się – dostaję poduszką w twarz. – Jak to było? Stary ruchacz?
– O, nie! Za to robisz śniadanie.
– I tak bym zrobiła. Mam dość jajecznicy
Fajnie było.
Jak zwykle zresztą.
Uzupełniamy się. Wera uczy mnie cierpliwości i kładzie nacisk na technikę, ja wkładam – he, he, udało mi się – w to spontaniczność i frajdę. I trochę luzu, bo dla niej to zawsze w jakiś sposób zadanie do wykonania i spina się, jeśli coś zaczyna nie wychodzić.
Oj tam. To wyjdzie następnym razem.
Wera owija się w koc i dociera do lodówki. Słyszę skrzypnięcie drzwiczek.
– Cholera…
– Co tam?
– I tak będzie jajecznica. Jak ty to robisz, że nigdy niczego nie masz?
– To nie ja – bronię się. – To ta lodówka. – Wstaję, przeciągam się trochę, bo leżenie we dwoje na wersalce aż takie wygodne nie jest, i zaczynam powolny kurs ku łazience. – Kupię coś po drodze – rzucam, mijając kuchnię, z której dochodzi już zapach podsmażanej cebuli.
– Wychodzisz? – Wera, ciągle w kocu, zerka na mnie przez ramię.
– No, na dłuższą chwilę. Mam do załatwienia sprawę z Marciniakową. Obiecałem dostawę. Ale upoluję jakiegoś dzika na obiad.
Słyszę cichy śmiech.

*

– Rysiu, mój chłopcze, co to ma być?
Pani Marciniakowa patrzy na mnie z mieszanką niedowierzania i chyba lekkiej irytacji, ale jestem pewien tego, co robię, więc nie daję się zbić z tropu.
– Trzy rumaki galopujące brzegiem morza na tle z zachodzącego słońca i ten, no, statek – wyjaśniam spokojnie.
– Jezusie Nazareński…
Pani Marciniakowa, u której sprzedaję te swoje akwarele, nie jest osobą ani głupią, ani pozbawioną gustu i między nami od początku istnieje pełne porozumienie w kwestii kiczu, na jakim oboje zarabiamy. Tym razem jednak najwyraźniej dotarłem do granic jej tolerancji.
Całkiem świadomie zresztą. To, co jej przyniosłem, jest naprawdę paskudne. Okropne kolory, pogwałcona perspektywa i logika, oczywiste błędy kompozycyjne.
I konie. Nienawidzę koni.
Ale konie się sprzedają.
– Nikt tego nie weźmie, miej litość.
– Weźmie – zapewniam. – Trzeba to tylko odpowiednio pokierować, a weźmie i będzie jeszcze zadowolony.
Marciniakowi nie jest przekonana.
– Nie zapłacę ci za to z góry – zastrzega.
Wzruszam ramionami.
– W porządku. Ale w takim razie chcę dodatek za akcję promocyjną. Tylko dzisiaj się trochę spieszę, więc celuję w trzech pierwszych klientów i spadam. Najwyżej wrócę jutro.

*

– Wyglądasz na przybitego – stwierdza Weronika już na wstępie, tuż po entuzjastycznym przywitaniu.
– Bo chyba jestem przybity – przyznaję, wzruszając ramionami i odkładając na stół siatkę z zakupami. Dzika w niej nie ma, ale jego udomowiony kuzyn, i owszem.
– A co się stało?
– E, eksperyment mi się udał.
Unosi brwi, oczywiście nie rozumiejąc.
– Chciałem udowodnić sam sobie, że nie da się sprzedać wszystkiego.
– I?
– I sprzedałem. Sprzedałem chyba najgorsze gówno, jakie potrafię sobie wyobrazić, a za całkiem niezłą cenę. I mnie to dobija, bo znaczy, że pewien człowiek miał rację.
– Jaki człowiek?
– Taki, który twierdził, że w tym wszystkim chodzi tylko o wytwarzanie iluzji bycia w innym świecie. Smykla, wspominałem ci kiedyś.
Weronika najwyraźniej nadal nie wie, do czego zmierzam, a mi tak trudno o tym mówić.
– Rozumiesz – próbuję nadal, opadając na krzesło. – Że nie liczy się faktyczna wartość obrazu, talent artysty, przekaz, warsztat i oryginalność, tylko poczucie kupującego, że oto jest lepszy, bo inwestuje w sztukę. Kiedyś ci już o tym marudziłem.
– Tak, chyba tak. I co? – Weronika bierze się do rozpakowywania torby.
– No i postanowiłem sprawdzić, czy takiemu Kowalskiemu z ulicy naprawdę da się wcisnąć wszystko. I wygląda na to, że wcisnąłem.
Dłuższą chwilę zajmujemy się swoimi sprawami w milczeniu. Wera rozparcelowuje żarcie, ja dłubię w ceracie.
– Co to było? – pyta wreszcie.
– Potworne brzydactwo – odpowiadam. – Kicz i tandeta w najgorszym wydaniu, jakie sobie byłem w stanie wyobrazić. Wiesz, takie gówno, że człowiek patrzy i nie wierzy, a wszystko wyglądało na malowane zupełnie serio. Trzy konie nad brzegiem morza, zachód słońca… Połączenie rysunków z podstawówki z koszmarną pocztówką.
– I jak? Ktoś tak po prostu podszedł i to wziął? – słyszę wyraźnie niedowierzanie.
– No nie, nie całkiem. Pogadałem z nim trochę.
– Co powiedziałeś?
– Coś takiego mniej więcej, że każdy człowiek by tu zobaczył tylko trzy konie, ale on, znaczy ten Kowalski, z pewnością dostrzegł już, że to metafora czasu, że trzy konie to przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, a tu morze, zachód i zwalona kłoda. Takie głębokie symbole. – Wzdycham ciężko. – I facet nagle się rozkręcił, zaczął mi to interpretować jak na rozprawce, że kłoda, tak, tak, taka zwalona, bo przemijanie, a statek odpływa, a potem wziął się i kupił. Za okrągłe pięć stów. Ja pierdolę… – zwieszam głowę i ukrywam twarz w dłoniach. – Pięć stów.
– No, to stać cię na prawko. – Stwierdzenie Weroniki jest jak prawy sierpowy, ale w sumie trudno odmówić jej racji. – Ryszard?
– No?
– A może to jest to?
– Co? – spoglądam na Werę bez zrozumienia.
– To, czym powinieneś się zajmować.
Unoszę brwi.
– Sprzedawaniem bohomazów?
– No, niekoniecznie bohomazów. Po prostu obrazów – teraz to Weronika wzrusza ramionami. – Spójrz na to w ten sposób: gdyby nie twój komentarz, facet pewnie by nawet na te konie nie spojrzał, prawda? Może trochę źle rozumiesz tę sytuację.
– Fakt niepodważalny jest taki, że się sprzedało.
– Tego nie neguję.
– I że było potwornym gównem.
– Tego też nie. Chociaż… tu się w sumie można kłócić. W oczach faceka, który to kupował, pewnie nie.
– Smykla twierdzi, że to bez znaczenia.
– Ciągle ten Smykla – Wera przewraca oczyma, a potem siada naprzeciwko mnie. Chwyta moje dłonie i spogląda prosto w oczy, jak to tylko ona potrafi. – Przestań o nim myśleć i skup się na faktach. Na sobie tak konkretniej w tym momencie. Sprzedałeś to, chociaż było okropne. Zdołałeś przekonać kogoś, kto przyszedł po jakieś kwiatki, że chce wydać nieplanowanych pięć stów. Nieważne na co. Jesteś w tym dobry i już.
– Incydent.
– Jesteś niemożliwy. Ale jak potrzebujesz potwierdzenia, to proszę bardzo. Nikt ci nie broni spróbować jeszcze raz. Byleby to nie trwało za długo.
– To tak nie działa – krzywię się.
– Jak znowu nie działa.
– Nie znam się na tym. Nie mam kontaktów.
– To je zdobędziesz. Stawiam, że w dwa, trzy miesiące. Tylko musisz ruszyć tyłek.
Patrzę na nią w lekkim szoku.
– Ty mówisz tak zupełnie serio?
– Jak najbardziej – Wera przytakuje i minę faktycznie ma dość poważną, a nawet w jakiś sposób zaciętą.
– Nigdy o tym nie myślałem – przyznaję.
– Ale pomyślisz?
– Pomyślę. Ale tak między nami, to kiepsko mi idzie z wcielaniem w życie cudzych pomysłów.
– Ten nie jest cudzy. Jest mój.
Zaczynam się śmiać.
– No dobra, wygrałaś. Przemyślę to.

*

I przemyślałem, ale częściowo na głos. To znaczy – najpierw po cichu i podjąłem decyzję, a teraz jeszcze na głos.
– Tej, dobre! – komentuje Stachu z entuzjazmem. – I to ta twoja dzikuska wymyśliła?
Morduję go wzrokiem.
– OK, sorry – unosi dłonie, bo wieści o tym, jak wyglądało moje poimprezowe spotkanie z tymi, którzy śmiali się najgłośniej, też się już pewnie rozniosły. Nie, nie było ofiar, nikomu nic się nie stało. Chyba. Ale omijają mnie teraz szerokim łukiem. – Serio, brzmi sensownie. Masz gadane. I ludzie zwykle ci wierzą, że wiesz, o czym mówisz.
– Ta?
– Nie zauważyłeś? Nadasz się.
– To się akurat dopiero okaże – nieco studzę jego zapał, chociaż ja sam jestem coraz bardziej zapalony do koncepcji.
– Oby szybko, bo jak się uda, to stawiasz bibę – uśmiecha się Elka.
– Załatwione.
– Ale co? Tak rzucasz malowanie? – Witek, jak zwykle w swojej ponurej chmurze artystycznej dekadencji, może nieco zaprawionej kacem, patrzy na mnie z powątpiewaniem. Jemu jednemu się nie udzieliło.
– No nie – odpowiadam. – Myślę, że nie, ale z malowania to ja faktycznie nie wyżyję. Mogę sobie malować ot tak, hobbystycznie.
– Trochę szkoda.
– Ja wiem…?
– Szkoda – powtarza Witek z uporem.
– Wiesz dobrze, że mam mocno pod górę – odpieram, bo nagle, nie wiadomo właściwie dlaczego, poczułem się zaatakowany.
– To był kiedyś dla ciebie problem? Ale rób, co chcesz – gradowa chmura posępności gęstnieje tak, że staje się niemal zauważalna gołym okiem.
– Jezu, Wit, wyluzuj – Staszek przewraca oczyma. – Znalazł się. Nie tykam komercji kijem przez szmatę – zaczyna przedrzeźniać ton Witka, nawet nieźle mu wychodzi.
– Ty to już w ogóle jesteś sprzedawczyk – śmieje się głośno Elka.
Bo tak, Stach podzielił się w końcu z nami swoim genialnym pomysłem na przyszłość. Będzie fotografem. I będzie fotografował akty. Bo, jak stwierdził, goły cyc zawsze się sprzeda, a on przy okazji będzie miał korzyści niematerialne.
Zbok.
Ale sprytny.
– I ty, Brutusie?!
– E, nie – Ela kręci rudą głową. – Ja tam się nie zamierzam umartwiać i zadowalać się jedną zgniłą pyrą na tydzień. Jak mam ochotę artystycznie pocierpieć, to nie piję piwa w pierwszy dzień okresu – to mówiąc, wznosi swoją butelkę w toaście.
A chętnie się z nią napiję.
– Znaczy, że ty też masz już jakiś pomysł? – podchwytuję.
– No. Zdaje się, że dostałam angaż w pisemku dla dzieci. Takie tam rebusy, ale od czegoś trzeba zacząć, nie?
– Jezu, gratulacje!
– Nasza dziewczynka!
– Zdrowie!
Trwa to dobrą chwilę i widać, jak twarz Elki promienieje zadowoleniem. Przetrzymała informację i widzi, że się opłaciło.
Niech jej się wiedzie.
Niech jej jednej wiedzie się jak najlepiej.
Wszystkim nam, chociaż zupełnie nagle, kiedy stukam się z nimi swoją butelką, przechodzi mnie dreszcz niepokoju.
Coś się kończy.

*

– Musimy podejść do tego strategicznie.
Weronika od dłuższego czasu stoi przed oknem ze splecionymi rękoma i wpatruje się nie tyle w widok za szybą, co we wzór firanki, którą jakiś czas temu machinalnie rozcierała w palcach.
– Co masz na myśli? – dopytuję, wracając z kuchni z kartonem soku i szklankami.
– Plan działania. Od czego zacząć, co trzeba zmienić. No – odwraca się i mierzy mnie wzrokiem – na pewno twój wizerunek.
– Mhm. Powiedzmy, że z tym się liczę – wzruszam ramionami i odkładam fanty na nocną szafkę. – Problem w tym, że to, jak wyglądam, nie jest do końca zamierzone. Wiesz, swetry po ojcu, te sprawy. Nie wytrzasnę nagle kasy na garderobę.
– Ja wytrzasnę – stwierdza Wera z kamienną pewnością.
– Oszalałaś? – krzywię się. – Mam się u ciebie zadłużać? Nigdy w życiu.
– Sądzę, że to opłacalna inwestycja – odpiera z powagą, która nieco zbija mnie z tropu.
Kręcę jednak głową.
– Nie pójdę na to.
– Więc załatwimy to inaczej.
– Jak? – zaczynam być podejrzliwy.
– Kupię od ciebie tamten obraz. Ten, którego nie chciałeś mi pokazać.
Na moment mnie zamurowuje.
– Co…?
– Podobał mi się, przecież wiesz. Coś w tym dziwnego, że chcę go mieć?
– Nie jest ci potrzebny.
– A skąd możesz wiedzieć, co jest mi potrzebne? Wyceń go.
Krzywię się nadal. Nie jestem przekonany.
– Ryszard?
Nie odpowiadam, więc Weronika wzdycha ciężko.
– Możesz na chwilę wsadzić głupią dumę w kieszeń? – irytuje się. – Wyciągnij głowę z tyłka i rozejrzyj się. Wyceń go, tylko uczciwie. Jeśli to będzie dla mnie za dużo, to się o tym dowiesz i wymyślę inne rozwiązanie. Czysty interes. Jak między artystą i klientem.
Przyglądam się jej uważnie, ale na twarzy znajduję tylko to – czytelny komunikat. Konkrety. Żadnych meandrów.
– Stoi – godzę się.
– No to świetnie – cudowne usta rozciągają się w uśmiechu. – Ale to nie wszystko.
– Nie – przyznaję, rozlewając sok. – Rozeznanie w terenie biorę oczywiście całkowicie na siebie. Pokręcę się po wernisażach i galeriach, popatrzę, jak te mendy to właściwie robią.
– Tylko nie sugeruj się za bardzo – upomina Weronika, biorąc swoją szklankę i klapiąc na wersalce. – Jeśli chcesz być najlepszy, musisz być inny. Wejść w lukę.
Rozbawiła mnie. Pewnie głównie dlatego, że ta jej wiara w moją przyszłość nieco mnie krępuje.
– Na razie muszę być jakiś, potem dopiero mogę być najlepszy – puszczam do niej oczko. – Daj mi trochę czasu.
– Hm… – marszczy brwi, ale już półserio. – Niech ci będzie.

*

To wszystko to dość poważna decyzja. I niespodziewana.
Więc tak, potrzebowałem potwierdzenia. Raz jeszcze polazłem do Marciniakowej w celu nie tyle odebrania kasy za dostawę, co zaproponowania, że pomogę w sprzedaży. Po akcji z bohomazem nie miała oporów.
Cały weekend siedziałem tam i wciskałem ludziom własne gówno. Mam odruchy wymiotne. Tym razem przynajmniej nie był to eksperyment socjologiczny, więc nie przeginałem w kwestii kiczu, ale i tak poszły na sprzedaż tanie dziwki. Pewniaki. W końcu by zeszły, jak to jeziorka, ptaszki i pieski, ale ja postarałem się, żeby zeszły szybciej i za wyższą cenę.
Marciniakowa jest zachwycona.
Ja trochę przerażony.
Jezu, naprawdę mi to wychodzi.
W wolne wieczory, zamiast na imprezy, łażę na wernisaże. Rozglądam się. Słucham i zapamiętuję. Próbuję to rozgryźć, zajadając gówniane kanapeczki i popijając je zaskakująco niedobrym winem.
Marszandzi to przedziwna kasta w noszonych niedbale włoskich garniakach. Na ręce Rolex, w ręce kieliszek cienkusza z osiedlowego sklepiku, pod ręką setka anegdot. Do twarzy przyczepiony niezmywalny uśmieszek, czasem lekki zarost, żeby było bardziej swojsko, oczy rozpalone chciwością, uważne, szukające okazji.
Chłopak w rozwichrzonej czuprynie, spranej koszulce i przetartych jeansach okazją nie jest, więc mogę przemykać między nimi niezauważony. I po prostu patrzeć.
Po prostu zastanawiać się, czego im brakuje.
Jeszcze nie jestem pewien. Natomiast chyba potrafię nakreślić pewien model – zespół uniwersalnych cech. No, czyli mam na czym pracować.
Oczywiście wiem już, że taktyka przekonywania klienta wprost, że jest lepszy od innych, bo inwestuje w sztukę, a zatem powinien inwestować w sztukę, to szybko wyczerpujące się źródełko. Ot, jeśli przekonasz wszystkich na danym obszarze, że są lepsi od pozostałych, wkrada się w to pewien błąd logiczny – prędzej czy później coś zaskakuje i obraca się przeciwko kłamcy. Czyli mnie.
Zatem – to nie może być takie proste.
I jest jeszcze kwestia, której wcześniej nie brałem pod uwagę. Otóż inwestycja w sztukę jest dla wielu nabywców właśnie inwestycją. Zabezpieczeniem na przyszłość. Zapewnieniem sobie źródła dochodu pasywnego, kiedy wartość dzieła zacznie wzrastać.
Więc nie chodzi tylko o to, żeby obraz sprzedać. Chodzi także o to, by klient miał podstawy przypuszczać, że wyłożenie niemałej sumy w teraźniejszości przełoży się na większą w przyszłości. A zatem działania długofalowe. I nacisk nie na pojedyncze artefakty, a na ludzi.
To ludzie – malarze – są prawdziwym towarem.
Wnioski spisuję w niebieskim zeszycie w kratkę i trzymam na stoliku przy wersalce.
Wera czasem go przegląda. Potem dyskutujemy do późna przy jabolu, bo bimber mi się skończył. To już właściwie spółka.
Nawet jeśli jej zapał do całego projektu nieco mnie dziwi, a może też krępuje, czuję, że złapałem wiatr w żagle i tak szybko nie wyhamuję.
Chociaż zakupy, na których wydajemy to, co, hm, „zarobiłem” na swoim wkurwień, są – rzecz jasna – okropne.
To, czego z kolei Weronika nie uwzględniła w światłym planie, to moje wymiary. Zawsze był z tym problem, odkąd w wieku piętnastu lat wybiłem, i między innymi stąd ojcowizna swetrowa. Takie normalne, ze sklepu czy szmateksu, mają rękawy kończące mi się grubo przed nadgarstkiem. Spodnie – ta sama historia, a Wera by chciała, żeby elegancko opadały na buty.
Niedoczekanie. Nie w tym życiu.
– Jezus Maria… – jęczę, widząc ją, jak nadchodzi z kolejnym naręczem ciuchów.
Pocieszam się, że musimy skończyć do szesnastej. Bo potem fryzjer i żegnaj, czupryno.
Umarł Masło, niech żyje Ryszard.
Kurwa mać.
– Dziewczyno, miej litość…
– Ostatnia partia – obiecuje Weronika. – No już, marsz do przymierzalni!
No to zbieram te swoje szkity i znikam za zasłonką z ciężkim westchnieniem.
– Powinienem dostać naklejkę dzielnego pacjenta – mruczę.
– Dostaniesz więcej.
Szybko zaciągam zasłonkę.
Jezu, naprawdę jestem aż tak prosty w obsłudze?

*

Po jakimś tygodniu patrzę w lustro i się nie poznaję.
– Postarzałem się – komentuję głośno swoje odbicie.
– Wcale nie – odpiera Weronika, stając tuż za mną i obejmując mnie w pasie. – Wyprzystojniałeś.
– Podobam ci się taki? – Unoszę brew.
– A nie udowodniłam tego?
– No dobra – kapituluję. – Udowodniłaś.
Weronika przytula się do moich pleców.
– Ryszard? – mruczy mi w kręgosłup.
– No?
– Spójrz w lustro jeszcze raz. Widzisz nas? Oboje?
– No?
– Zapamiętaj nas takimi. Na zawsze.
Nie wiem, o co jej chodzi, ale zrobiło się nagle trochę dziwnie, więc obracam się i zamykam ją w ramionach.
– Jezu, ty drżysz?
– Zrobiło mi się jakoś chłodno… – Weronika przywiera do mnie mocno.
Trwa to zaledwie krótką chwilę. Ledwie zdążę się zorientować, a ona jest już w drodze do kuchni.
– Jest jeszcze jedna rzecz – mówi już kompletnie innym, znów rzeczowym tonem.
– Jaka?
– Twoje nazwisko.

*

– Witam pana, panie… Meyer.
No tak, sam nie mogę się przyzwyczaić. To trochę jak… ja wiem? Przeszczep.
Ale argumenty Wery uznałem ostatecznie za całkiem rozsądne. Z Maślakiem w herbie byłoby trudniej niż z łatwym do wymówienia, brzmiącym z niemiecka, a mimo to dość pospolitym nowym, nowobogackim nazwiskiem. Nawet jeśli mnie to trochę gryzie w dupę, może się opłacić.
Chociaż oczywiście nie omieszkałem się z nią o to pokłócić i nie odzywaliśmy się do siebie przez bite śmiertelnie poważne dziesięć minut grozy.
A potem wybuchliśmy śmiechem.
Zażartowałem, że szkoda Maślaka, bo bym se – jak już założę galerię – jebnął logo z grzybkiem atomowym, ale chyba nie zrozumiała, o co mi chodzi.
Tymczasem jednak – wypełniony obawami po same uszy – przekraczam próg gabinetu profesora Wesołowskiego.
To jeden z nich. Z tych, którzy wydali na mnie wyrok.
A teraz nagle zapragnął się ze mną zobaczyć.
– Dzień dobry.
– Proszę usiąść – Wesołowski wskazuje krzesło. Niczego z tej zasuszonej gęby nie da się wyczytać, kurwa mać. – Jakiś pan spięty.
No ja pierdolę…
Uśmiecham się, ale nie jestem pewien, w jaki sposób.
– Jestem po prostu trochę zaskoczony – odpowiadam.
Wreszcie jakaś reakcja. Dziwny skurcz na starczej twarzy.
– Coś niecoś słyszałem o pańskiej pracy teoretycznej – mówi. – Zdaje się, że ktoś by chciał, żebym został pańskim recenzentem. Wiadomo coś panu na ten temat?
Kurwa, nie jest dobrze.
– Nie, panie profesorze – odpowiadam, ściskając dłonie między kolanami i czując, jak stają się mokre od potu.
– Jeszcze inna plotka głosi, że pańska praca ma szansę być pracą wybitną.
Duszno mi.
– Tak…?
– Nie czerpiemy plotek z tych samych źródeł?
Ja. Pierdolę. Nie wiem, co jest grane, ale wypisuję się z imprezy.
Teraz.
– Pan profesor wybaczy, ale…
– Chłopcze, przejdę do rzeczy, boś blady – Wesołowski nie pozwala mi dokończyć. – Jest miejsce do wzięcia. Nie chciałbyś się postarać i zostać naszym doktorantem?
Lecę w dół.
Wszystko leci – żołądek, wątroba, jelita, jaja.
– Jezu…
– Mhm, rozumiem. Przemyśl to w spokoju. To, że uważam, że nie masz artystycznego ducha, nie oznacza, że nie widzę twojego potencjału… Meyer. Jesteś bystry. Zainteresowany. Niebawem jeszcze możesz znać się na rzeczy.
Do końca rozmowy już tylko kiwam głową, tkwiąc w szoku po same uszy.
Z gabinetu wychodzę na miękkich nogach.
– Masło, co z tobą? – zagaduje mnie ktoś, chyba Krysia.
– Muszę się napić… – chrypię jedynie.


c. d. n.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Kruffachi » 17 maja 2015, 17:41

VII

Kwitnę w kawiarni samotny jak jamnik
patrzę na przejście dla pieszych
a po ulicach idą aż słychać
ludzie bo muszą w coś wierzyć
biegną z mozołem nogi pod stołem
na stole leży talerzyk
ktoś nie przystanął nic się nie stało
talerzyk leżał i leży

w kawiarni za szybą puchnę jak ryba
albo jak anioł w pacierzu
bawię się nożem jest coraz gorzej
lub jeszcze bardziej pod wieczór
mógłbym się upić ale mam w dupie
fakt że kelner coś przeżył
wuj w Sandomierzu wyleczył nieżyt
talerzyk leżał i leży

Raz Dwa Trzy Talerzyk

Piętnasty maja dziewięćdziesiątego szóstego roku na zawsze zostanie dla mnie dniem, w którym świat ostatecznie udowodnił, że jest skończonym chujem.
Patrzę na tę datę utrwaloną na białej owalnej tabliczce i chyba oczy mi się szklą.
Świeci słońce.
Dlaczego świeci słońce?
Kto pozwolił, żeby dzisiaj świeciło słońce?!
Stoimy na uboczu, żeby nie przeszkadzać rodzinie. Trzech idiotów, udających przed sobą, że całkiem nieźle się trzymają.
Pierwszy złamał się Witek. Odszedł od nas, ale nie wyszedł z cmentarza. Stoi dwie alejki dalej, tuż pod centralnym krzyżem, obrócony do wszystkich plecami. Trzyma ręce w kieszeniach i patrzy w niebo.
– Po prostu nie mogłem słuchać tych pierdół – tłumaczy jednak, kiedy znowu schodzimy się przy pomniku powstańców wielkopolskich.
A ledwie mijamy czarną, złowieszczą bramę Górczyna, sięga po papierosa.
Ręce mu trochę chodzą.
– Stachu? – częstuje. – Rych?
– Dzięki – odmawiam. – Rzuciłem.
To nie pora na błahe tematy i żarty, ale kątem oka rejestruję zdziwione spojrzenie.
Stoimy pod płotem spowici podwójną chmurą tytoniowego dymu. Milczymy.
Czuję się jak kretyn, jakby mnie ktoś rozszarpał na kawałki i posklejał zupełnie byle jak.
– To co teraz? – pyta wreszcie Stach i zaciąga się głęboko.
– Nie wiem – burczy Witek. – Napiłbym się.
– W sumie… Może to nie jest taki zły pomysł. Rychu?
Waham się jakiś ułamek sekundy.
– Nie. Ja… Ja się chyba czymś strułem.
Wiedzą, że to kłamstwo, tak jak wiedzieliśmy, że kłamstwem jest wytłumaczenie Witka. Ale to niepisana, samcza umowa, więc tylko kiwają głowami.
– No dobra, to się lecz i do zobaczenia jutro na zajęciach.
Jutro?
Będzie jakieś jutro?

*

Oczywiście nie znamy szczegółów, w końcu jesteśmy tylko kumplami. Ale podobno najzwyczajniej w świecie weszła pod tramwaj. Zamyśliła się, nie zauważyła, może spieszyła się dokądś i liczyła na to, że zdąży.
Taka prozaiczna śmierć.
Naprawdę, mogła się bardziej postarać. I trochę poczekać.
Na nas na przykład.
Od dobrych trzech godzin po prostu siedzę na kanapie i zajmuję się czuciem podle. Próbuję nie myśleć. Bo jak myślę, to ją słyszę. Widzę. A potem mimochodem zaczynam sobie wyobrażać, jak musiała wyglądać, taka pocięta na szynach, zmiażdżona przez rozpędzony wagon.
I próbuję nie mrugać.
Ale nie da się nie mrugać.
Zrezygnowałem z używania chusteczek i siedzę z rolką papieru toaletowego.
– Widzisz? – Napuchnięta twarz wykrzywia mi się w gorzkim uśmiechu. – Tyle ci mogę pomóc. Smarkać w srajtaśmę.
Roześmiałaby się, gdyby tu była. Gdyby zdążyła się nieco nawalić, poklepałaby mnie też po ramieniu, może wykręciła niekontrolowanego pirueta i odpaliła jakąś ciętą ripostą.
Miała być żoną dentysty i szczęśliwą matką trójki dzieci, nie mięsem poszatkowanym w kurzu ulicy.
– Kurwa, naprawdę nie mogłaś się zatrzymać?
I co teraz?
Stach zadał bardzo trafne pytanie: co teraz? Z nami? Ze wszystkim?
Wcale nie chcę iść jutro na zajęcia. Nie chcę oglądać twarzy, wśród których jej nie będzie. Gdyby ktoś mi pozwolił, wymieniłbym je wszystkie za Elkę. Może nawet Staszka z Witkiem bym wymienił. Po co mi Staszek z Witkiem, jeśli nie ma Elki?
Na pewno wymieniłbym na nią nowego siebie i pierdolone miejsce na doktoranckich. Nie może być po prostu jak dawniej?
Czuję się tak strasznie pusty i zmęczony.
Znowu olewam dzwoniący telefon. Przecież to i tak nie ktoś, kto powie, że wiadomość sprzed dwóch dni była tylko okrutną pomyłką i jutro wszystko wróci do normy, więc po co mam odbierać?
– Odpierdolcie się wszyscy! – warczę w kierunku aparatu, a po którymś sygnale nie wytrzymuję, wstaję i wyszarpuję kabel z gniazdka.
Chcę być sam.
Naprawdę sam.
Ale z głowy nie umiem ich wyrzucić. Tam nie ma żadnego kabelka, który mógłbym wyszarpnąć.

*

Nie wiem dokładnie, kiedy zasnąłem. Wygląda zresztą na to, że po prostu zsunąłem się po oparciu wersalki i jakiś czas zwisałem tak, półleżąc.
Obudziło mnie dobijanie się do drzwi – ktoś na przemian dzwoni i wali pięścią.
Przecieram oczy i podnoszę tyłek. Ruszam się jak paralita, bo cały ścierpłem.
Jest już trochę ciemno, taki półmrok, pewnie po dwudziestej pierwszej, więc po drodze zapalam światło.
Kurwa, ale mi zimno.
– Juuuż! – wołam, rozcierając ramiona.
Ogarniam zasuwkę i zamek. Zza drzwi dochodzą jakieś niespokojne szmery.
Naciskam klamkę.
– Myślałam, że coś ci się stało! – Szare oczy są jeszcze większe niż zwykle, przerażone. – Nie odzywasz się! Nie odbierasz! Nie było cię dzisiaj na uczelni!
Wpuszczam ją do środka. Przekracza próg natychmiast, cała rozdygotana.
– Wera…
– Prosiłam!
– Weronika – poprawiam się. – Mówiłem ci przecież, że dzisiaj idę na pogrzeb.
– Wczoraj! Wczoraj szedłeś na pogrzeb!
– Co? – przez dłuższą chwilę nie dociera do mnie, o czym ona mówi.
– Wczoraj szedłeś na pogrzeb! I od wczoraj nie ma z tobą żadnego kontaktu!
Robię wielkie oczy. Nie, to niemożliwe.
Przecież tylko się zdrzemnąłem.
– Piłeś?
– Nie – zapewniam. – Po prostu… byłem zmęczony. Zasnąłem.
– I przez sen odłączyłeś telefon?! – Weronika już niemal krzyczy, a w jej głosie pobrzmiewa jakaś desperacka nuta.
– Chciałem być sam.
O jedno zdanie za daleko. Widzę to w jej oczach. W żarze skuwanym przez lód w ułamku sekundy.
– Ach.
– To znaczy… To nie tak – próbuję się ratować. – Ja po prostu… To miało trwać najwyżej kilka godzin, OK? Nie masz czasem tak, że czujesz, że lepiej będzie najpierw się ogarnąć?
Chyba mi się udało ją trochę udobruchać. Odrywa oskarżycielski wzrok od mojej twarzy i wbija go w ścianę.
– Przepraszam – wydusza z siebie z wyraźnym wysiłkiem. Tak, ona też nie lubi się wycofywać, na tym polu dogadujemy się aż za dobrze i wszystko jest w porządku, póki wektory idą w tę samą stronę. Wtedy jesteśmy razem nie do zatrzymania, jak przy tej całej zabawie w marszanda. Gorzej, jeśli któreś z nas musi zrobić krok w tył. – Przepraszam, przecież wiem, że to przeżywasz.
– Naprawdę nie chciałem cię niepokoić – zapewniam. – Nie miałem pojęcia, że minęło tyle czasu. Widzisz? – wskazuję na siebie nieporadnie. – Cały czas jestem po wczorajszemu.
Patrzy na mnie, na wymiętą koszulę i spodnie od garnituru, ale już z łagodnością, jaką w ogóle rzadko widzę w tych diabelnie bystrych oczach wnikliwego i bezlitosnego obserwatora.
– To idź się ogarnąć, a ja… Hm, może chociaż jakąś kolację zrobię. Musisz być głodny.
Uśmiecham się. Chyba trochę blado, ale się uśmiecham.
I tak, chyba jestem głodny. Sam nie wiem.
– Może nawet mam coś więcej niż jajka.
Już mam zamknąć za sobą drzwi, kiedy przystaję nagle, zdjęty dziwnym, lodowatym strachem.
– Ryszard?
Obracam się ku niej. Patrzę i dobrą chwilę nie mogę wykrztusić słowa. Coś mnie dławi. Jakiś strach.
O przyszłość.
O nią może.
O każdego tak naprawdę.
O mamę, Zbyszka, Dorę, Bździągwę, Stacha, Witka…
– Weronika… zostaniesz na noc? – pytam bez przemyślenia tej kwestii.
Podchodzi i łapie mnie za rękę wciąż spoczywającą w niezdecydowaniu na klamce.
– Zostanę. Bądź spokojny. – Jej palce zaciskają się lekko na moich. – Zbladłeś. Może najpierw chcesz zjeść?
Kręcę głową.
Boże, jestem przerażony. Posyłam Werze jeszcze jeden uśmiech i zamykam się wreszcie, żeby nie widziała, jak zaczynam dygotać. Patrzę na swoją twarz w lustrze i jej nie poznaję. Nie poznaję swoich dłoni. Nóg, które zupełnie nie chcą wyplątać się z nogawek.
A potem nagle czuję, że po policzkach spływają mi łzy.
Zaciskam zęby na przedramieniu, żeby nie zacząć szlochać, odkręcam wodę najmocniej, jak się da. Niech szumi. Niech hałasuje.
Jest mi zimno, brzuch mnie boli. Mam dreszcze. Mroczki przed oczyma.
Kurwa, co jest?
Siadam na klapie od kibla, woda leci, nic się nie dzieje – czas stanął.
Już wiem – to wszystko nie dzieje się naprawdę. Tylko zachlałem i wyszedłem na słońce. A teraz mam kaca łączonego z udarem. Zwidy. Delirium.
Nigdy nie było białej tabliczki na prostym krzyżu i papierosa w dygoczących dłoniach Witka.
Nigdy.
Do moich nozdrzy dolatuje zapach podsmażanej kiełbasy. Stopniowo dołączają inne. Nie wiem, czy w moim żołądku zmieści się coś jeszcze, bo cały wypełniony jest szlamem. W ogóle – cały jestem wypełniony szlamem.
Wsadzam głowę pod wodę. Jeśli to udar, zaraz się przekonam.
Ale się nie przekonuję.
Nic się, kurwa, nie zmienia.
Obrazy nie odchodzą. Ciało nie słucha.
Zaciskam oczy, żeby wydusić z nich resztę łez. Ile można?

*

Kolację zjadamy w zupełnym milczeniu. Tylko „proszę”, „dziękuję”, „nie ma za co”. Potem – również w milczeniu – siadamy obok siebie na wersalce i gapimy się w ścianę.
Zegar tyka.
Minuty mijają.
Godziny mijają.
Jakoś w międzyczasie przymykam oczy, ale nie śpię. Nie mógłbym spać. Jest mi tylko tak ogólnie ciężko. Czas jest zrobiony z ołowiu.
Boję się zapytać i ją, powtórzyć wiercące mi dziurę w potylicy słowa Stacha, a jednak na wpół świadomie to właśnie robię.
– Co teraz? Weronika, co teraz będzie?
Słyszę szelest i cichy jęk sprężyn.
Kiedy podnoszę powieki, widzę, że Wera wstała ze swojego miejsca i teraz stoi przede mną. Pochyla się, dotyka twarzy i całuje. Głęboko, bez ceregieli.
– Teraz – mówi, odrywając się na moment od moich ust – musisz po prostu wziąć się w garść.
Pozwalam jej zamknąć swoją głowę w ramionach. Pozwalam jej gładzić głosy. Uspokajać się.
Tkwię w tym uścisku nieruchomo, nie reagując w żaden sposób. Nie mrugam nawet, czuję jak oczy wysychają powoli i zaczynają boleć.
– Musisz się obudzić, Ryszard. To wszystko.

*

To ona pierwsza – właśnie tamtej nocy – powiedziała, że mnie kocha.
To znaczy… tak właściwie myślała, że śpię, bo faktycznie, prawie spałem. Dryfowałem w przestrzeni pomiędzy, totalnie wyczerpany tym wszystkim, samym sobą, niezdolny już do żadnego ruchu czy składnej myśli i nawet z tego faktu zadowolony.
Zanim jednak odpłynąłem do końca, poczułem jej delikatny dotyk na policzku. Lekkie muśnięcie właściwie.
– Kocham cię, mój potworze – wyszeptała, a potem poprawiła koc na moim ramieniu i przytuliła się ostrożnie.
Już następnego dnia sprzedałem rower i zacząłem szukać kupca na gramofon, żeby zdobyć kasę na pierścionek. Jestem pewien. Nie istnieje żadna moja przyszłość bez niej, wszystko inne szlag jasny trafił, więc po co to przedłużać?
Jedyne, co może pójść nie tak, to to, że odmówi. Nie wiem, co zrobię, jeśli odmówi.
Kurwa, zastrzelę się chyba i zadyndam żałośnie.
Nie, coś pokręciłem.
Chuj.
Nie ma. Nie odmówi.
Ej, przecież to byłoby głupie, gdyby odmówiła.
Teraz po prostu musisz się wziąć w garść, Rychu – powtarzam sobie jej słowa.
Malując jak wściekły kolejne akwarele z kotkami na sprzedaż u Marciniakowej, układam w głowie scenariusze oświadczyn. To też dobry sposób, żeby nie myśleć o Eli. Ale nic mi się, kurwa, nie podoba. Albo jakoś łzawo, albo znowu w drugą stronę – jakby chodziło nie o spędzenie ze sobą życia, tylko flaczki w przydrożnym barze. Moja kreatywność najwyraźniej zachlała i leży gdzieś w jakimś rowie.
Kotek z kłębkiem wełny.
Kotek w kwiatach.
Kotek w oknie.
Dwa kotki.
Trzy kotki.
Cztery…
Nie, to bez sensu. Drę papier i zaczynam jeszcze raz.
Dwa kotki na schodach.
Kotek z miską mleka.
Jezu, nigdy nie miałem takiego tempa.
Przerywa mi dopiero potężne burczenie w brzuchu i uświadamiam sobie, że jestem bez obiadu. No nic, otworzyli tu niedawno taką osiedlową budkę z żarciem, wyskoczę na szybko czy coś, bo lodówki jak zwykle nie ogarnąłem.
Już mam wyjść, kiedy dzwoni telefon.
– Rysiu, chłopcze. – To ciotka Mynia. – Znalazłam ci kupca na tego grata.

*

Pogrzeb był w czwartek, piątek przespałem, więc miałem jeszcze sobotę i niedzielę, żeby dojść do siebie.
Wyszło tak średnio. Nie mam już ataków paniki, nie śpię po kilkanaście godzin, ale nastrój opadł na mniej więcej stały poziom i boli mnie brzuch. Ale na wykład – jedyny poniedziałkowy – jednak poszedłem. Eli nie pomoże, jeśli ktoś uzna, że woda sodowa uderzyła mi do głowy i dlatego olewam uczelnię. Poza tym, gdybym sobie odpuścił to, równie dobrze mógłbym odpuścić wszystko inne. Czuję, że jestem o krok od jakiejś ciemnej, lepkiej bezczynności.
Muszę sobie nadać nowy pęd.
Jest dziwnie.
Cały czas czuję zimno w potylicy i mam wrażenie, że nic nie dzieje się naprawdę. Nie rozmawiam ani z Witkiem, ani ze Staszkiem, próbuję ich nie zauważać i chyba jestem chujowym kumplem. W ogóle nie rozmawiam. I nikt ze mną nie rozmawia, nikt nawet się nie zbliża, więc wyobrażam sobie, co muszę mieć na twarzy. To się czasem zdarza. Przygnębienie i chęć mordu dzieli w moim mózgu bardzo płynna granica i to pewnie widać.
Kiedy mijam gablotkę, a w niej zdjęcie z czarną wstążką, mam ochotę zwyczajnie przywalić w nią pięścią. Stłuc szybę, a potem podrzeć papier.
Nie robię tego tylko ze względu na lewą rękę, którą zaciskam na nadgarstku prawej.
Kiedy opuszczam budynek ASP, czuję tylko ulgę, że to już za mną. Wyszedłem, nie robiąc krzywdy ani sobie, ani nikomu innemu.
Wracam piechotą. Nie mogłem się zmusić, żeby wsiąść do tramwaju. Bo to tramwaj. I bo są tam ludzie, a mnie nadal wypełnia gniew i ledwie jestem w stanie nad nim zapanować.
Wracam i natychmiast biorę się za malowanie kotków, ale wychodzą krzywe. Potworne.
Przerażające.
To bez sensu. Nie dziś.
Więc próbuję w zamian skombinować obiad, ale tłukę dwa talerze i rozsypuję sól na pół kuchni.
Trudno. Zjem w budce.
– Nie, mamo – rzucam jeszcze w międzyczasie przez telefon. – Nie przyjadę w tym tygodniu. Mam dużo nauki.

*

Opyliłem i sam gramofon, i jeszcze kolekcję winyli do niego. Nie starczyło na brylanty, ale jakiś turkus się znalazł. Całkiem ładny. Mnie tam się przynajmniej podoba, na ile się znam, bo akurat w jubilerstwie za bardzo nigdy nie siedziałem.
W każdym razie, co wiem na pewno, to to, że nie jest tandetny, a znam Weronikę wystarczająco, by wiedzieć, że ten akurat fakt doceni.
Oby jeszcze doceniła starania przyklejonego do pierścionka faceta.
Nadal nie mam pomysłu.
Mam za to potworny ból brzucha – budka to chyba nie był najlepszy pomysł. Męczy mnie od wczoraj i chyba jest coraz gorzej. Nie poszedłem na zajęcia, bo akurat moment wyjścia przesiedziałem na kiblu. Trochę szkoda, bo wiem już przecież, że jestem pod specjalnym nadzorem.
A bym chciał. Zależy mi. To się bardzo, bardzo dobrze składa. Chociaż, tak po prawdzie, jestem trochę zaskoczony, że akurat ja i akurat z takim tematem pracy teoretycznej, bo promotor początkowo był sceptyczny, a potem chronicznie niezadowolony. Wykręcałem się ze wszystkich prób zmiany kierunku, w jakim idę, bo to właśnie był ten mój wymarzony. Właśnie złudzenia optyczne.
Musiałem oczywiście to zawęzić i padło na złudzenie Rubina.
He, he, zabawne jest to, że mam do zrobienia też oczywiście część praktyczną, a w tym temacie nawet nie kiwnąłem palcem. Jasne, były jakieś pomysły, ale dwa, trzy miesiące temu, a potem wydarzyło się zbyt wiele ważnych rzeczy, żebym to wszystko pomieścił w głowie i wyfrunęło.
No i teraz to już na pewno się za to nie wezmę.
Rozciągam się na wersalce i czekam na śmierć.
Zamiast śmierci jest pukanie do drzwi.
– Jezuuu…
Może sobie pójdzie. A kysz. Won. Idź, przepadnij, maro nieczysta.
Puka dalej, a kiedy dalej nie ruszam dupy, odzywa się szczęk kluczy.
O, kurwa! Ciotka Mynia!
Będzie zjeba, będzie zjeba, będzie zjeba tysiąclecia.
Ciotka wkracza jak zawsze, w aurze władczej piąchy i mylących puchatością kapci.
– Rysiu? Nicponiu, jesteś!
– Jestem, ciociu… – jęczę ze swojego stanowiska. Wcale nie miało tak zabrzmieć, branie ciotki na litość i tak nie miałoby najmniejszego sensu.
– Chory?
– Nie.
– To co tak leży?
Przymykam oczy.
– Strułem się – mówię cicho, wiedząc, co teraz nastąpi.
– Bo żresz to gówno.
– Ciooociuuu…
– Nie jęcz jak jętka. Sam sobie jesteś winien.
Nie widzę tego, bo oczy uparcie trzymam zamknięte, ale po odgłosach, które do mnie docierają, wnioskuję, że ciocia olała już zwłoki na wersalce i wzięła się do tradycyjnej obdukcji.
– Naprawiłeś ten kran?! – dobiega z kuchni.
– Naprawiłem – burczę.
– Co?!
– NAPRAWIŁEM!
Czy ona ma litość usuniętą chirurgicznie?
– Nie drzyj się na mnie, szczylu!
Pakuję sobie poduszkę na głowę.
To już ten moment – myślę sobie. Weronika pojawiła się w ostatniej chwili, żeby skończyć z półśrodkami i wreszcie stanąć na własnych nogach i na w pełni własnym terenie. Jeśli nasze marzenia i plany się ziszczą, to nawet będzie za co.
– Pieniądze masz? – wraz z tym pytaniem ciotka znów pojawia się w pokoju.
– Mam. Są w kuchni pod cukierniczką w kopercie – odpowiadam.
Nie siląc się na delikatność, ciotka Mynia przesuwa moje bezwładne szkity i siada w nogach wersalki.
– Posłuchaj mnie, młody – mówi z pełną powagą. – Facet to nie może być pierdoła. Facet musi sobie umieć chociaż jajecznicę zrobić.
– Umiem jajecznicę akurat bardzo dobrze. Ze wszystkiego.
– A zraza?
Podnoszę powiekę.
– Naprawdę musimy teraz mówić o jedzeniu? – pytam.
– Zraza umiesz? – Z nią się nie da. W ogóle. Ani o centymetr.
– Nie.
– To się naumiesz. Tyłek do góry, są zakupy do zrobienia, bo jak zwykle nic nie masz. Ja ci podyktuję.
– Ciociu, kiedy ja naprawdę źle się czuję…
– Poruszasz się trochę, to zło z ciebie wyjdzie. No dalej.
Próbuję usiąść, ale kończy się zastygnięciem w jakiejś żałosnej nienazwanej pozycji.
– Zbladłeś – ocenia ciotka rzeczowo i przykłada rękę do mojego spoconego czoła. – Co oni ci, szczura dali?
– Teraz to ja mam nadzieję, że to był szczur – szepcę, trzymając się za brzuch.
– Hm… No dobrze, to ty może jednak zostań tutaj, napij się wody, a ja zrobię te zakupy. Masz miętę?
– Nie.
– To jeszcze kupię ci miętę. Miętę też zawsze w domu powinieneś mieć. Ty się musisz, dziecko, nauczyć dbać o siebie, bo niby sam mieszkasz, a jak z przedszkolakiem…
Znoszę krytykę dzielnie i w pełnym cierpienia milczeniu. Głównie dlatego, że nie mam sił inaczej.
– Ja nie wiem, co ta Baśka taka miękka dla was – ciągnie ciotka już na korytarzu. – Kocha was za bardzo, ot co.

*

– Twarde ci wyjdą – strofuje mnie ciotka, kiedy już sterczymy razem nad patelnią.
Mięta faktycznie pomogła i – po krótkiej drzemce – stoję o własnych siłach, a nawet jestem w stanie znieść zapach pieczonego mięsa.
– To co mam robić?
– Podlej, przykryj i daj im czas. Ale pilnuj.
A nawet chyba nabieram ochoty na swoje dzieło.
– Wołowina tak ma, trzeba znać moment – tłumaczy dalej ciotka, zaglądając mi przez ramię. – Robisz bardzo krótko albo bardzo długo. Nauczysz się.
– Mhm. No, ciotka, nie ma to jak zacząć kurs matmy od fraktali – śmieję się.
– Ty mi tu nie filozofuj. Filozofowaniem nikt się jeszcze nie najadł.
Co racja, to racja.
– Sosu spróbuj.
– Ciocia…
– Jak sam nie spróbujesz, to nie będziesz wiedział.
No bo z tą chęcią na zraza, to tak bardziej teoretycznie jednak. Ale zanurzam łyżkę w sosie.
– Mało słony – oceniam niemal natychmiast.
– Solić będziesz później, bo ci podeszwy wyjdą. Tak poza tym.
– Tak poza tym, to bladego pojęcia nie mam…
– Daj to. – Ciotka z rezygnacją wyrywa mi łyżkę z dłoni. Próbuje. – Majranki – zapada wyrok.
– Nie mam majeranku.
Czuję na sobie wzrok pełen politowania. A potem słyszę westchnienie, któremu wtórują wszystkie siły piekielne.
– A masz w ogóle jakieś przyprawy?
– Tak. W szufladzie – odpowiadam automatycznie, zanim zdążę sobie uświadomić, jak zły to pomysł. – Jezu…
Za późno.
Zgrzyt napuchniętej sklejki.
– Chłopcze, co to jest?
Przełykam ciężko ślinę, patrząc na małe pudełko w wielkiej dłoni ciotki Myni.
– Odpowiadaj, jak pytam!
– Bo ja…
– Matka wie?
Aż robię krok do tyłu, tak na mnie patrzy. A nie jest łatwo mnie do tego skłonić.
– Nie, nie wie. Ciocia nie mówi, proszę.
Zegar tyka głośno.
– Kiedy zamierzasz jej powiedzieć?
– Jak będzie tak na sto procent. Znaczy… kiedy ona się zgodzi.
Brwi ciotki Myni marszczą się ni to podejrzliwie, ni to z zaciekawieniem.
– W samą porę przylazłam z tymi zrazami – wyrokuje. – Jak długo ją znasz?
– Wystarczająco – odpowiadam, wzruszając ramionami.
– Nie bądź bezczelny!
– Kiedy to moja sprawa – w to, żeby nie zacząć warczeć, wkładam naprawdę sporo wysiłku.
Smród spalenizny rozchodzi się po kuchni w ostatnim momencie, żeby uratować nas przed zimną wojną.
No, przynajmniej na chwilę.
– Gotować umie? Skarpety ci zaceruje? Dzieci będzie chciała mieć? Pracuje? Uczy się?
– Ciotka, na litość Boską! – tym razem się już wściekam, chociaż naprawdę próbuję nie. – To są moje i jej sprawy!
– Nasze! Jesteś Maślak!
– Otóż już nie!
– Nie pyskuj mi, smarkaczu!
– To niech się ciotka łaskawie nie wtrąca!
Zaraz naprawdę wybuchnę i będzie źle.
– Żeby potem nie było!
– Nie będzie!

*

Kurwa, wściekłem się.
Ale tak na amen. Tak, że ja pierdolę. Cały chodzę.
Musiałem wyjść. Zostawiłem ciotkę z jej kurwa-mać-zrazami i wyszedłem. A teraz właściwie biegnę. W kieszeni mam pierścionek.
Trudno. Nie będzie kolacji przy świecach, nie będzie romantycznej scenerii, nawet nie będzie kwiatów, bo nie wziąłem portfela.
Docieram pod bramę, dzwonię domofonem.
– Halo?
– Weronika? Zostań moją żoną.
Następują najdłuższe trzy sekundy milczenia w moim życiu.
– Ryszard… może wejdziesz?


c. d. n.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Smutna opowieść [bluzgi i inne treści, strzelam, że +16]

Post autor: Krin » 23 maja 2015, 15:41

Komentarz będzie do dwóch ostatnich wstawek, bo ta jeszcze poprzednia nieco już mi się zatarła w pamięci i nie chcę nic pokręcić.

Idea zmiany wizerunku i zajęcia Ryśka mnie nie zaskoczyła, bo przecież pamiętam początek, ale zarówno właśnie w tym początku jak i teraz czuję to Weroniki pewną niechęć. Ona go zmienia jakby na siłę, choć on wcale nie chce się zmieniać. Potem jest nieszczęśliwy z tego powodu. W ogóle cały czas udaje on przed nią kogoś innego. Takie to fałszywe strasznie i smutne. Zdaje się, że bidny Rysiek trafił pod pantofel.

Strasznie mi się za to podoba opisanie Ryśka w nieszczęściu. Zarówno wtedy, kiedy leczy rany po potyczce jak i po pogrzebie Elki. Szczególnie to drugie mnie przejęło. Takie to było wszystko nagłe i przejmujące. Zastanawia mnie czy to taki tylko poboczny wątek mający być jedynie impulsem do tych nagłych działań Ryśka czy kroi się coś większego.

Czekam z niecierpliwością, bo wiesz... KOŃCZENIE W TAKICH MOMENTACH BOLI!
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

ODPOWIEDZ