UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Kolejny zwyczajny wieczór w klubie Jesion i Dąb

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 197
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Kolejny zwyczajny wieczór w klubie Jesion i Dąb

Post autor: Kimchee » 13 lutego 2015, 21:05

Kolejny zwyczajny wieczór w klubie Jesion i Dąb Dziś wieczór odbędzie się specjalny odczyt znanego podróżnika Claude’a Knoylla na temat ekspedycji badawczej do Lemurii. Napis na ogromnym plakacie niemal w całości zasłaniającym wielkie pozłacane drzwi wydrukowano starannym, pochyłym pismem. Już z daleka rzucało się oczy, zapewne po to aby jeszcze bardziej rozjuszyć wszystkich tych, którzy nie mieli wstępu do klubu.
Siedziba Jesiona i Dębu mieściła się w sercu Alfheimu – Lysonesse, perle miast, najbardziej rozwiniętej pod względem techniki i kultury metropolii na świecie (nieważne, co sądzono po drugiej stronie morza), w dzielnicy Uldnese, przy Old Pyre Street, w sąsiedztwie gmachu parlamentu oraz pałacu jaśnie panującej Tytanii. Już sama lokalizacja zobowiązywała do pewnych standardów. Zmieniały się czasy, zmieniały obyczaje, przeobrażeniom ulegała moda, ale Jesion i Dąb nie. Od zawsze był miejscem spotkań niezwykłych dam i dżentelmenów – śmietanki towarzyskiej i żaden motłoch ani Akwitańczycy nie mieli tam wstępu.
Przynajmniej tak twierdzili członkowie zacnej instytucji.
Zmierzchało już, a chmury nad miastem coraz bardziej przypominały wizję z dziecięcego rysunku – jakby ktoś pomalował je na różowo. Na ulicach zabłysły pierwsze gazowe latarnie, kiedy Sir Lance Oakroot, dwunasty hrabia Drakespire i dżentelmen w każdym calu, zaczynając od najnowszego modelu cylindra, a na czubkach butów kończąc, wysiadłszy przed chwilą z paromoblilu, dotarł sprężystym arystokratycznym krokiem do imponującego gmaszyska. Zatrzymał się jednak przed wspomnianym afiszem. Postronny widz mógłby odnieść wrażenie, że arystokrata studiuje plakat i umieszczony na nim rysunek wyobrażający rdzennego mieszkańca lemuryjskiej dżungli. W rzeczywistości sir Lance był zajęty przede wszystkim sobą. Strzepnął niewidziany pyłek z uszytego specjalnie na tę okazję czarnego garnituru, poprawił nabyty przed kilkoma godzinami cylinder, na koniec sprawdził czy nieodłączna szabla z creidnallenowym ostrzem aby dobrze leży, a golemiczna proteza błyszczy dostatecznie, by mógł oglądać w niej swe przystojne arystokratyczne oblicze. Wtedy dopiero poczuł się gotów do spotkania z pozostałymi bywalcami klubu.
– Dobry wieczór, sir – przy wejściu powitał go lokaj, mężczyzna o bladej, krzyczącej uniżonością twarzy, którą hrabia zapomniał natychmiast, kiedy właściciel odwrócił się. – Brandy jak zwykle?
– Tak, Alfredzie – rzucił lekceważąco Oakroot, kiedy służący pomagał mu zdjąć płaszcz. Istotnie dziesięć kroków, jakie dzieliło paromobil od budynku, sprawiły, że zmarzł. – Ostrożnie, to d’Armani.
– Tak, proszę pana. – Lokaj ujął garderobę troskliwiej niż większość matek z Bridgebank niemowlęta. Czy życzy sobie pan coś jeszcze?
– Czy wszyscy są już obecni?
Służący zamyślił się, upodabniając się do posągu.
– Tak, proszę pana, czekamy tylko na sir Fiercebattena.
– Wspaniale. To wszystko, Albercie.
Sir Lance nie miał pojęcia, czy to prawdziwe personalia lokaja i – mówiąc szczerze – wcale go to nie obchodziło. Wychował się w przeświadczeniu, że lokaje zawsze noszą imiona Alfred, Albert albo Artur. Jego głowa była stworzona do celów wyższych niż zapamiętywanie informacji na temat osób kompletnie pozbawionych znaczenia.
Wnętrza klubu Jesion i Dąb urządzono tak, by odpowiadały potrzebom i gustom gości. Na członków czekały więc wygodne fotele i miękkie dywany w stonowanych kolorach. Gazowe lampy zapewniały przytulne oświetlenie, a słynna na całe Lyonesse piwniczka – najlepsze trunki. Sir Lance zatrzymał się w drzwiach sali, czując jak wszystkie spojrzenia skupiają się właśnie na nim. Podobno punktualność jest cnotą, ale tylko ci, co potrafią się spóźniać, wzbudzają sensację. Oakroot wyssał tę umiejętność z mlekiem matki.
Toczona do tej pory rozmowa, która nie interesowała mężczyzny w najmniejszym stopniu, dotyczyła bowiem zaplanowanego na ten wieczór wykładu, umilkła. Mary Fearless, wciąż ordynarnie smagła, co zdaniem sir Lance’a powinno wykluczyć ją z grona członków, przestała tłumaczyć coś Lady Petronelli Ellendeanne ubranej tego dnia w suknię w kolorze jadowitej zieleni, która przyciągała męskie spojrzenia, jednak nie tak bardzo jak nieprzyzwoicie wyeksponowany biust. Nawet Zachary Fiercebatten III przestał paplać do swoich bassetów, które przysypiały po obu stronach wysokiego fotela zajmowanego przez grubasa.
– Moje panie. – Ukłonił się sir Lance. – Panowie…
Mary Fearless odpowiedziała cierpkim uśmiechem. Lady Petronella zignorowała przybysza, a Fiercebatten III sięgnął w kierunku srebrnej tacy po kolejną grzankę, jednak nie mógł sobie przypomnieć, na którego z pupili przyszła teraz kolej konsumpcji. Po namyśle sam zatopił w niej zęby.
– Sir Lance – rozpromienił się, plując okruchami, kiedy arystokrata zajął miejsce pomiędzy nim, a Lady Petronellą. – Kopę lat. Nie widziałem cię od wyprawy do… – Machnął ręką. – Nieważne. W przyszłym tygodniu urządzam przyjęcie z okazji ekspedycji do Sunniru. Wpadniesz?
Wnuk prezesa klubu ciągle urządzał przyjęcia z okazji wyjazdów i powrotów z wypraw; miały opinie gorszących – o każdym można było przeczytać następnego ranka w Alfheim Daily i zwykle trwały dłużej niż same wyprawy.
– Sprawdzę grafik i dam ci znać. – Na posągowej twarzy hrabiego nie drgnął ani jeden mięsień zdradzający niechęć.
Zabrał z tacy brandy.
Oakroot zwrócił swe szlachetne oblicze w stronę lady Ellendeanne, która skubała koronkowe obszycie parasolki.
– Piękny wieczór, prawda? – Do wypowiedzi dołożył swój najbardziej uwodzicielski uśmiech. Wiedział, że jest przystojny. Ta wiedza nie miała nic wspólnego z zarozumiałością. Kiedy ma się tylu znakomitych przodków z odpowiednim zestawem genów nie można nic poradzić na męski podbródek, szlachetny nos, klasyczne rysy i ten błysk w oku, który doprowadzał przedstawicielki płci pięknej do szybszego bicia serc.
Odpowiedź ciemnowłosej milady mogłaby sprowokować parę dociekliwych pytań na temat posiadania przez nią tegoż organu.
– Istotnie – stwierdziła, wygładzając niewidoczne zgniecenie sukni. – Jeszcze przed chwilą taki był.
Wycelowała ostry czubek parasolki wprost w stronę rozmówcy, dość jednoznacznie dając do zrozumienia, gdzie znajdzie się za chwilę, jeśli sir Lance nie przestanie zawracać jej pięknej głowy.
Była piękna – nieskazitelna cera, burza kasztanowych loków, idealnie proporcjonalna twarz i zielone oczy urzekały, tak bardzo, że hrabia był w stanie wybaczyć jej domieszkę kariolskiej krwi i ekscentryczne zachowanie związane z uczeniem kobiet z Bridgebank samoobrony.
– Nie wiedziałam, że interesuje pana Lemuria, milordzie? – zapytała, a sir Lance był zbyt zapatrzony w siebie, by wyczuć ostrą jak niewinna szpileczka nutkę ironii.
– Jestem dociekliwym człowiekiem – odparł enigmatycznie z jednym ze swoich szczególnych uśmiechów.
Sir Lance nie miał nic przeciwko słuchaniu o barbarzyńskiej dżungli, palącym słońcu pustyni, krwiożerczych potworach i tubylcach, którzy na widok każdego białego człowieka wyciągali z chaty wielki kocioł i zaczynali kroić warzywa, pod warunkiem, że oglądał to wszystko na dagerotypach, sącząc brandy i paląc cygaro, a nie przez ramię podczas ucieczki. Był odważny, ale w sposób bardziej cywilizowany.
Dalszą konwersację przerwały przekleństwa wypowiadane zachrypniętym, opryskliwym głosem.
– Szybciej, chłopcze. W twoim wieku maszerowałem szybciej w pełnej zbroi i z bronią, a ty tylko pchasz wózek starca. – W ten sposób na salony wkroczył sir Zachary Fiercebatten, prezes klubu.
Popychany przez tego samego bezimiennego lokaja (sir Zachary nazywał chłopcem każdego, kto nie skończył jeszcze sześćdziesięciu lat) mechaniczny fotel przemieszczał się powoli. Mechanizm wyraźnie nie radził sobie z puchowym dywanem.
– Fanaberie – mruczał starszy pan, a jego twarz przypominająca pomarszczoną rodzynkę marszczyła się jeszcze bardziej. – W młodości sypiałem na gołej ziemi, a teraz wszędzie muszą być te brzydactwa.
W młodości musiał być też przystojny, ale od tego czasu minęło jakieś siedemdziesiąt lat, jednak prezes zachował władczą postawę, głos i, niestety, charakter. Czerwony mundur, przystrojony licznymi orderami, tylko podkreślał wrodzony autorytet. Za młodu wsławił się, walcząc z nieumarłymi. Nadal przeważnie jakby nie pamiętał, że wojna dawno się skończyła i otaczają go żywi ludzie.
– Na twoim miejscu uważałbym na to ostrze, chłopcze – nazrzędził, zbliżając się do fotela sir Lance’a – jeszcze zrobisz sobie krzywdę.
„W klubie nie odcina się docinkom prezesa klubu”, tak brzmiała pierwsza i chyba najważniejsza niepisana zasada Jesiona i Dębu. Starszy pan obrażał wszystko i wszystkich i chyba tylko w tym celu przychodził na spotkania. Bo raczej nie dla oferowanej przez nie rozrywki. Rozrywki dostarczało mu jedynie uczestnictwo w pogrzebach przeciwników politycznych, chociaż bawił się lepiej w czasach, kiedy pozwalano mu jeszcze wygłaszać mowy podczas pochówków.
– Dziadziu – Zachary Fiercebatten III uśmiechnął się przyjaźnie się na widok przodka. – jak tam twoje plecy? Nadal bolą?
Bassety, które według powszechnie panującej opinii miały więcej rozumu niż ich pan, powitały seniora rodu warczeniem.
– Ludziom mojego pokroju nie przeszkadza byle ból pleców – skrzywił się prezes.
Nigdy nie powiedział tego na głos, ale sir Zachary musiał myśleć, że jego prawdziwego wnuka podmieniono na… na to coś, co zapadało się w wysokim fotelu z oparciem, mlaskało głośniej niż hałasuje pociąg i głaskało się po wydatnym brzuchu ledwie opiętym przez piaskowy strój myśliwski.
Lady Ellendeanne wywróciła oczami, kładąc kres jałowej wymianie zdań.
– Pora zacząć odczyt – stwierdziła, wstając z gracją.
Harde spojrzenie kobiety spotkało się z lodowatym wzrokiem prezesa (stojąca lady Petronella wyglądała naprawdę groźnie); to było jak zderzenie dwóch gór lodowych. Sir Zachary po minucie czy dwóch rzekł pojednawczo:
– Masz rację, dziewczyno, przyprowadź tego twojego gościa, bo widocznie boi się wyjść sam.
Sir Zachary może nie lubił nikogo i niczego, ale wobec tej kobiety zachowywał zawsze oziębły szacunek. Podobno przypominała mu miłość z czasów młodości, której nie poślubił ze względu na różnicę klas.
Arystokratka wyszła, szeleszcząc taftą sukni, odprowadzana przez pełne uwielbienia spojrzenie Oakroota. Sir Lance lubił władcze kobiety.
Prezes wziął do ręki kieliszek brandy, wypił spory łyk i niemal natychmiast wypluł z powrotem, przy okazji parskając na kilku gości.
– Ty to nazywasz alkoholem, chłopcze? – zaskrzeczał do nieruchomego lokaja. – Przynieś mi prawdziwe brandy!
– Tak jest, sir. – Bezimienny człowiek wyglądał tak, jakby obelgi starszego pana nie wywarły na nim najmniejszego wrażenia. Niewiele takich osób żyło jeszcze w Lyonesse.
Claude Knoyll był tak znany, że widzieli go po raz pierwszy. Był też wysokim smukłym dżentelmenem o ogromnych migdałowych oczach, jakich z pewnością zazdrościło mu wiele dam, wąskim nosie, kształtnym podbródku, gładkiej twarzy i gęstych białych lokach, które opadały na ramiona, zasłaniając spiczaste uszy. Claude Knoyll był Elfem, co wprawiło większość zebranych w niemałą konsternację. Zaskoczona była nawet lady Ellendeanne, która zaprosiła gwiazdę wieczoru, bo – jak wyznała – zrobiła to listownie, jako że podróżnik znajdował się ostatnio za granicą.
W czasie kiedy dama w kilku słowach przedstawiła gościa i temat odczytu, zwinni lokaje ustawiali maszynę do odtwarzania dagerotypów. Niewielkie pudełko, oświetlane wewnątrz gazową lampką – opatentowane przez Klub Wynalazców – zabłysło jasnym słupem światła, zwielokrotnionym przez powiększającą soczewkę.
Jak tylko umilkły oszczędne oklaski, przygasły lampy, podróżnik pozostawiony sam sobie rozpoczął monolog.
Plama jasności rzucana przez projektor na rozwieszone na ścianie płótno ukazała pierwszy dagerotyp – dżunglę, w której nie było jednak nic ciekawego. Na szczęście pan Knoyll nie należał do tych podróżników, którzy pchają się dosłownie w każdy kadr.
– Przed nami typowy krajobraz lemuryjskiej dżungli – wygłosiwszy oczywiste stwierdzenie, Knoyll wymienił z nazwy wszystkie gatunki roślin uwiecznionych przez dagerotypistę.
Sir Lace ziewnął, czekając na komentarz prezesa, który z pewnością podgrzałby nieco atmosferę, ale starszy pan milczał.
Zawsze miał problem z Elfami. Zawsze wyglądały młodo, nawet z siwymi włosami, w efekcie nikt nie wiedział, ile naprawdę mają lat. Nawet ktoś tak złośliwy jak sir Fiercebatten czułby się dziwnie nazywając chłopcem kogoś dwa razy starszego od siebie.
Nawet towarzystwo Mary Fearless wydawało się ciekawsze.
Kobieta wciąż próbowała doprowadzić do porządku spódnicę, która ucierpiała po fontannie brandy, którą wypuścił z ust prezes. Przykrótka garderoba podniosła się o kilka cali ukazując grube kobiece kolana. Zawzięta mina panny Fearless sugerowała, że po raz drugi w życiu szykuje się do wyzwania kogoś na pojedynek. [/p]
– Nie gap się – mruknęła, nie odrywając spojrzenia od plam na swoim ubraniu.
Sir Lance pozwolił sobie na jawne oburzenie. Był dżentelmenem. Dżentelmen nie gapi się. Dżentelmen spogląda!
Tymczasem zwinny lokaj zdążył zmienić dagerotyp. Na ekranie ukazał się ciemnoskóry tubylec odziany w spódnicę z trawy. Resztę stroju dopełniały kolczyki w nosie, uszach i brwiach. Zaskakująco niski mężczyzna dzierżył w dłoni dzidę dwa razy wyższą od siebie.
Widok lemuryjskiego wojownika ożywił nieco prezesa.
– To ma kogokolwiek przestraszyć? Spróbowałbyś sfotografować się kiedyś z nieumarłym?!
Większość ludzi, którzy kiedykolwiek zetknęli się z prezesem Fircebattenem prędzej czy później nawiedzała kusząca wizja prezesowego wózka spadającego z łoskotem ze szczytu wysokich schodów. Naturalnie razem z właścicielem. Elfi podróżnik jedyne uniósł brwi i zaczął opowiadać o zwyczajach rdzennej ludności Lemurii.
Sir Lance, nie mając nadziei na jakąkolwiek rozmowę – lady Petronella nabożnie słuchała wykładu, z Zacharym III w ogóle nie warto było dyskutować, a reszta członków klubu miała tyle oleju w głowie by tego wieczoru postawić na inne rozrywki – postanowił zapalić drugie cygaro.
W chwili kiedy miał zawołać lokaja, jakaś ręka spoczęła na jego ramieniu.
Hrabia obejrzał się, szeroko rozwierając z zaskoczenia oczy. Przed nim stał lokaj. Oakroot był już skłonny zacząć podejrzewać przedstawicieli tej profesji o czytanie w myślach, kiedy niepozorny człowieczek powiedział:
– Przepraszam, że przeszkadzam, ale nie bardzo wiem, co zrobić. Przyszedł pan Claude Knoyll.
Sir Lance spojrzał z powrotem na scenę, gdzie człowiek, który rzekomo właśnie przyszedł rozwodził się szeroko o architekturze tubylczych plemion. Na ścianie wyświetlała się lemuryjska chata pokryta gałęziami.
– Przecież jest tutaj – hrabia zmarszczył brwi.
Oakroot rzadko nie wiedział, co rozbić. Teraz nie wiedział.
– Ale tamten pan przedstawił dokument, poza tym mówi, że zaszła pomyła, a nawet – lokaj ściszył głos – doszło do przestępstwa.
– To idź po niego, na co czekasz – zagrzmiał władczym tonem arystokrata. – Nie możemy pozwolić, aby na terenie klubu doszło do przestępstwa.
Lokaj poszedł, a sir Lance starannie poprawił fryzurę, kołnierz i ułożenie broni. Zapowiadało się na kolejną wizytę policji i dziennikarzy, a nie chciałby następnego dnia przeczytać w prasie, że podczas łapania przestępcy był niechlujnie ubrany.
– Co się dzieje? – Mary Fearless, najwyraźniej zmęczona bezowocnymi próbami ratowania swej garderoby, wykazała zainteresowanie, przysuwając się bliżej.
Ciemny kosmyk włosów łaskotał Oakroota w twarz.
– To, moja droga, że zapowiada się sensacja.
Ciemne oczy kobiety rozbłysły, a dłoń powędrowała ku przypiętemu w talii pistoletowi.
– Sensacja, powiada pan? – Uśmiechnęła się jak kot na widok śmietanki.
Ta dziewczyna nie przepuściła żadnej okazji, żeby sobie postrzelać.
Rzekomy Knoyll mówił coś jeszcze, kiedy przerwał mu gniewny głos dochodzący od strony drzwi.
– Stop! Żądam zakończenia tej farsy. Ten… Elf to oszust, który podszywa się pode mnie!
Prawdziwy podróżnik okazał się niskim, dość przysadzistym mężczyzną. Bardziej w typie Fiercebattena III (nawet stroje nosili podobne) niż awanturnika, o którego przygodach czytywały z wypiekami na twarzach młode panny. Miał pyzatą twarz i duże okrągłe okulary, które nieustannie zsuwały się na brzeg nosa.
– I ukradł moje dagerotypy. – Pulchny, podobny do grubej kiełbaski palec wskazał oskarżycielsko wyświetlacz dagerotypów.
Lady Ellendeanne wstała, osobiście czując się odpowiedzialna za cały bałagan.
– Na pewno można to wyjaśnić – zaczęła pojednawczo.
Prawdziwy Claude Knoyll, całkiem na przekór sympatycznemu wyglądowi, okazał się uparty jak osioł.
– O tak, proszę pani. Wyjaśni to Alfen Yard. Już ich zawiadomiłem. Ten jegomość był członkiem mojej ekspedycji. Zostawił mnie na pewną śmierć i gdyby nie zaprzyjaźnione plemię tubylców, które poiło mnie kozim mlekiem, osiągnąłby swój cel i unicestwił mnie!
Wspomniany jegomość, usłyszawszy magiczne słowo Alfen Yard zaczął wycofywać się dyskretnie. Uciekłby gdyby nie zrzędliwy prezes.
– Zamiast strzępić języki, patrzcie na tego szczura. Ucieka!
Wszyscy jak na komendę spojrzeli na podwyższenia, z którego czmychał Elf.
– Pańskie niedoczekanie! – syknęła Lady Pertronella.
Przemawiała przez nią kobieca furia. Wycelowała parasolkę w stronę przestępcy, nacisnęła ukryty guzik i w stronę mównicy poleciały szybko strzałki z eliksirem usypiającym.
Za późno. Elf wykonał nieokreślony gest ręką; coś jakby półprzezroczysta bańka otoczyło go szczelnie ze wszystkich stron. Magiczna osłona. Teraz to mogli sobie strzelać do woli.
Strzałki lady Petronelli odbiły się od magicznej powierzchni, smętnie opadając na dywan. Mieli szczęście, że nie poleciały gdzie indziej. Kule z pistoletu panny Fearless bezradnie odbiły się od bańki, ale to wcale nie zmniejszyło ich impetu. Kilka ugrzęzło w ścianie, jedna zniszczyła portret obecnego prezesa, przebijając płótno akurat tam, gdzie namalowano czoło czcigodnego sir Zachary’ego. Ostatnia tak zmieniła kierunek lotu, że trafiła w łańcuch przytrzymujący kryształowy żyrandol, który spadł prosto na głowę Zacharego III, usiłującego nieporadnie naładować swój sztucer. Biedak padł nieprzytomny i nawet dwa wierne, wilgotne języki bassetów nie zdołały go ocucić.
Oakroot stał bezradnie na środku z ostrzem gotowym do ataku, ale jak miał walczyć honorowo z kimś, kto stosuje tak niecne sztuczki.
Oszust powoli wycofywał się do wyjścia.
– Niedorajdy – brzmiał prezes. – Nieumarli rozszarpaliby was na strzępy.
Starszy pan strofował zamiast dopingować i wyśmiewał zamiast dawać dobre rady, ale mina świadczyła, że bawił się świetnie.
Sygnał alarmowy obwieszczający przybycie Alfen Yardu nadal, jak na złość, nie rozbrzmiewał. Panie wycofały się za oparcia foteli i stamtąd kontynuowały ostrzał.
Oakroot trafił za mebel razem z Lady Pertonellą, skąd oceniał strategicznie sytuację.
Elf był już prawie przy wyjściu, kiedy runął jak długu na ziemię, a czar bańki prysł. Za nieprzytomnym oszustem ukazał się nienaturalnie spokojny lokaj. W ręku trzymał żelazny pogrzebacz.
Na moment zapadła niezręczna cisza. Przerwał ją dopiero chrapliwy śmiech prezesa.
– Myślałem, że punkt piąty regulaminu klubu zabrania wnoszenia na teren żelaznych przedmiotów. – Sir Lance próbował w miarę jak najbardziej dostojnie wyłonić się zza fotela. Wciąż trzymał w ręku szpadę i dopiero teraz schował ją do pochwy.
– Tak, sir – odparł mężczyzna wciąż z tym samym spokojem – ale uznałem, że w tej sytuacji pierwszeństwo ma punkt 3: „W sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, obowiązują zasady specjalne”.
– To wspaniałe, Filibercie – Lady Petronella także opuściła schronienie.
Oakroot żałował, że to małe tece-à-tête nie trwało dłużej i nie odbyło się w innych okolicznościach.
Nie był specjalnie zaskoczony, że kobieta zna imię lokaja (nawiasem mówiąc, całkiem nielokajskie imię). Kto wie, z kim jeszcze bratała się podczas wizyt w dzielnicach biedoty.
Kiedy przybył wielki i wspaniały Alfen Yard, prawdziwy Claude Knollys pozbierał już zrabowane dagerotypy, tuląc po ojcowskiemu do piersi. Wysiłki bassetów także przyniosły skutek, bo ich właściciel zaczął odzyskiwać przytomność (wcześniej któryś z lokajów troskliwie zdjął z niego żyrandol).
Funkcjonariusze nie byli zdziwieni tym, co zastali. Pojawiali się w klubie przynajmniej raz na miesiąc, i to nie z powodu trunków czy towarzystwa. Poprzewracane meble, zniszczone obrazy, zemdlony złoczyńca na podłodze, zrzędzący prezes – kolejny zwyczajny wieczór w klubie Jesion i Dąb.
Spisywanie zeznań trwało jeszcze kilka godzin, gdyż okazało się, że każdy zapamiętał szczegóły wydarzenia inaczej. Pod koniec można było oglądać rzadki widok: prezes klubu, despotyczny Zachary Fiercebatten, drzemał w swoim mechanicznym fotelu jak dziecko, okryty kocem w kratę, co było zasługą kolejnego zapobiegliwego lokaja. W notesie funkcjonariusza, który miał nieszczęście przesłuchiwać starszego pana, znalazło się takie oto stwierdzenie: „No tak, była strzelanina, ale nie w takich uczestniczyłem. Ogólnie rzecz biorąc, nie bawiłem się tak świetnie od czasu pogrzebu tego gamonia hrabiego Pilbeama.”
KONIEC

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Kolejny zwyczajny wieczór w klubie Jesion i Dąb

Post autor: Gorgiasz » 13 lutego 2015, 22:04

Bardzo dobrze napisany tekst, ale... nie bardzo rozumiem, co na końcu robi słowo KONIEC. Fabuła rozkręca się w najlepsze, a tu... ciach i po sprawie. Tak nie można! Obrazek
Czekamy co dalej.
wysiadłszy przed chwilą z paromoblilu, dotarł sprężystym arystokratycznym krokiem do imponującego gmaszyska.
Przecinek po „sprężystym”.
Postronny widz mógłby odnieść wrażenie, że arystokrata studiuje plakat i umieszczony na nim rysunek wyobrażający rdzennego mieszkańca lemuryjskiej dżungli.
Przecinek po „rysunek” by się przydał.
Służący zamyślił się, upodabniając się do posągu.
Dwa razy „się”.
Sir Lance nie miał pojęcia, czy prawdziwe personalia lokaja i – mówiąc szczerze – wcale go to nie obchodziło.
W tym zdaniu czegoś brakuje.
miały opinie gorszących – o każdym można było przeczytać następnego ranka, a Alfheim Daily, i zwykle trwały dłużej niż same wyprawy.
Nie bardzo rozumiem czym jest i jaką rolę pełni „a Alfheim Daily”.
Kiedy ma się tylu znakomitych przodków z odpowiednim zestawem genów nie można nic poradzić na męski podbródek
Przydałby się przecinek po „genów”.
Zawsze wyglądały młodo, nawet z siwymi włosami, w efekcie nikt nie wiedział, ile naprawdę mają lat. Nawet ktoś tak złośliwy jak sir Fiercebatten czułby się dziwnie nazywając chłopcem kogoś dwa razy starszego od siebie.
Nawet towarzystwo Mary Fearless wydawało się ciekawsze.
Zgromadzenie „nawet”.
Kto wie, z kim jeszcze bratała się podczas wizyty dzielnicach biedoty.
Brakuje „w”.

***
Lady Petronella zignorowała przybysza, a Fiercebatten III sięgnął w kierunku srebrnej tacy po kolejną grzankę, jednak nie mógł sobie przypomnieć, na którego z pupili przyszła teraz kolej konsumpcji. Po namyśle sam zatopił w niej zęby.
Sir Lance nie miał nic przeciwko słuchaniu o barbarzyńskiej dżungli, palącym słońcu pustyni, krwiożerczych potworach i tubylcach, którzy na widok każdego białego człowieka wyciągali z chaty wielki kocioł i zaczynali kroić warzywa, pod warunkiem, że oglądał to wszystko na dagerotypach, sącząc brandy i paląc cygaro, a nie przez ramię podczas ucieczki. Był odważny, ale w sposób bardziej cywilizowany.
Bassety, które według powszechnie panującej opinii miały więcej rozumu niż ich pan, powitały seniora rodu warczeniem.
Świetne momenty.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Kolejny zwyczajny wieczór w klubie Jesion i Dąb

Post autor: Krin » 18 lutego 2015, 17:30

Gdybym miała powiedzieć, dlaczego to opowiadanie się nie zakwalifikowało, powiedziałabym że:

1) Więcej tu opisu niż akcji. Rozwijasz to potwornie wolno i zagłębiasz się w szczegóły, jakby nie wiem, ile to miało trwać. Szczególnie opisy wyglądu postaci mnie tu dręczyły, bo i tak i tak ich nie zapamiętałam. Nie wiem, czego wymagali sędziowie, ale myślę, że też mogli mieć tu pewien przesyt.

2) Słyszałam coś o tym, że to miała być taka antologia składająca się z wprowadzeń do gry. Powiedziałabym, że patrząc pod tym kontem to nie zostawiasz nas w zbyt dobrym miejscu, bo nie wiem, co by można zrobić z tą historią, żeby zamieniła się w grę. Nie znam klimatu Wolsunga, ale taka mało przygodowa zbieranina ludzi. No chyba, żeby zacząć od kogoś przez nich wynajętego. Nie wiem. Nie znam się.

3) Opowiadanie jest całkiem dobre, ale nie wybitne. W głównej mierze, dlatego że to wstęp. Tylko wstęp a ja na wstępach zazwyczaj nudzę się, jak nie wiem co.

Z innych uwag - Zupełnie się pogubiłam, który z bohaterów to Lance, a który to Zachary III. Ich funkcje też mi się pomieszały.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 197
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Kolejny zwyczajny wieczór w klubie Jesion i Dąb

Post autor: Kimchee » 19 lutego 2015, 19:30

Dzięki za komcia, Gorgiaszu, poprawiłam błędy, które się przekradły :bag: Dalej niestety nie będzie, bo ograniczenia wynikające z regulaminu.

Krin, myślę, że masz rację. Prawda jest taka, że nie umiem pisać krótkich opowiadań. Jak mam napisać coś krótkiego, to piszę scenki (obrazki z życia towarzystwa, które zaniża IQ świata, jak to kiedyś ładnie określiła Marsza), więc napisałam taki obrazek, przy okazji sięgając po lubiany przeze mnie motyw idealnego lokaja. Nic mi nie wiadomo, żeby to miały być wprowadzenia do gry - raczej opowieści dziejące się w świecie wolsunga. Lubię opisy i rozległe opisy to coś co uważam za główny walor literatury XIX wieku, a taka mi właśnie pasuje do steampunku. Kocham Thackeray'a, Austen i Gaskell (okazyjnie Dickensa i Fieldinga, choć on tworzył wcześniej) - myślę, że mogłam nasiąknąć pewną manierą statyczności. Lubię angielski humor, ale być może tu mi nie wyszło.
Nic więcej na swoje usprawiedliwienie nie mam. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest mój najlepszy tekst, ale mam pewną satysfakcję, że nawet coś napisanego naprędce zakwalifikowało się do II etapu.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Kolejny zwyczajny wieczór w klubie Jesion i Dąb

Post autor: Siemomysła » 20 lutego 2015, 07:03

@ Krin
Zwróć uwagę, że opowiadanie Kassandry wyszło z pierwszego etapu - organizatorom chodziło o to, by jak najwięcej faktów, opisów, klimatu, realiów dotyczących świata Wolsunga sprzedać ludziom, którzy świata nie znają, bo to mają być potencjalni odbiorcy. Kass idealnie wstrzeliła się w temat, bo opisała najbardziej znany klub w Lyonesse i życie zblazowanej arystokracji, a także wykorzystała motyw podróżnika - popularnej profesji w grze. Nadesłanych opowiadań było po prostu bardzo dużo i tyle. Myślę, że żeby się wypowiadać dlaczego się ktoś dostał, a dlaczego nie, trzeba przynajmniej znać regulamin wydarzenia, liznąć realiów świata, w jakich miały być opowiadania, no i najlepiej poczekać aż do momentu ukazania się Antologii i poczytania sobie opowiadań zakwalifikowanych.
Krin pisze: Słyszałam coś o tym, że to miała być taka antologia składająca się z wprowadzeń do gry.
Pewne wzięło Ci się to stąd, że ja mówiłam na SB, że ja tak swoje napisałam, jakby to było wprowadzenie do rozgrywki, nigdzie w regulaminie konkursu o tym nie było, a moje opowiadanie nie wyszło z pierwszego etapu, więc myślę, że zdecydowanie autorom konkursu nie o to chodziło ;)

@Kass
Weszłam sobie, to powinnam coś napisać o opowiadaniu, nie? XD
Mocno Kassandryczne, jak mocno Kassandryczny jest klimat Lyonesse. Motyw z karmieniem ulubieńców grzanką jest przecudny. Wiesz, że mi się podobało, bo już to mówiłam bokiem, gdy teksty latały między znajomymi konkursowiczami. Szkoda, że trudno ciągnąć dalej tekst, który w pewnym sensie w jakimś stopniu nie jest Twój. Mam na myśli to, że fajnie by było poczytać co dalej - jak mówi Gorgiasz. Mojego też mi szkoda :bag:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Kolejny zwyczajny wieczór w klubie Jesion i Dąb

Post autor: pierdoła saska » 09 marca 2015, 08:00

Ten świat jest tak bardzo pod ciebie @__@ To czuło się w ogóle rozkminiając o co loto, a w tym tekście widac to jak na dłoni. Bardzo sympatyczne opowiadanko wyszło. Z całym tym klimatem, egzaltowaniem charakterystycznym dla klasy społecznej zasiedlającej klub Jesion i Dąb, z lekkim przesmianiem jej i zarazem zatchnięciem *-* Czytałam to sobie po raz drugi z uśmiechem na twarzy. :) Rozbawił mnie też pomysł. Takie trochę z igły widły i w ogóle i to było fajne. Jaka klasa, takie problemy i skandale. :)
Nieodmiennie zachwyca mnie jak wplatasz koszmarną ilość detali czy to dotyczacych otoczenia, czy bohaterów w taki sposób, że współgra ona z reszta tekstu i nie spowalnia go. Ot tak sobie skaczesz i viola, działa. Lubię takie rzeczy.
A co do
Szkoda, że trudno ciągnąć dalej tekst, który w pewnym sensie w jakimś stopniu nie jest Twój. Mam na myśli to, że fajnie by było poczytać co dalej - jak mówi Gorgiasz. Mojego też mi szkoda
e tam, na tym polega magia fanfików. Jedyny ból, że fic pozostaje ficem, więc nigdzie dalej, jak na fora itd., się z nim nie pójdzie.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

ODPOWIEDZ