UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Ostatni rejs "Biegacza"

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Ostatni rejs "Biegacza"

Post autor: Siemomysła » 10 lutego 2015, 21:05

SŁOWEM WSTĘPU: Nie wymyśliłam tego świata. Wymyśliłam jedynie przygodę w świecie gry fabularnej - Wolsung Magia Wieku Pary. Każdy komu brak będzie jakiegoś backgroundu może sobie bez problemu wyguglać i czegoś się dowiedzieć. Jakiś czas temu ogłosili konkurs na opko do Antologii. Moje odpadło w pierwszym etapie, więc czuję się w prawie siać nim w Internetach. W sumie ciekawe na ile jest zrozumiałe jeśli się nie zna świata.
Ach - w tę grę nigdy nie grałam, wszystkie informacje zdobyłam już pisząc.

OSTATNI REJS „BIEGACZA” 1.

– Panno ven Tierne, to jedyne wyjście w tej sytuacji!
Pełen pretensji, surowy głos huczał dookoła, a Marissa uparcie starała się zidentyfikować osobę, do której należał.
– Jedyne, rozumie pani?
Tym razem usłyszała wyraźną przyganę, lecz – co dziwne – nadal nie umiała określić nawet tego, skąd dobiegają słowa. Jakby otaczające ją gęste powietrze rzucało niewypowiedzianymi oskarżeniami, ubranymi w naglący, oficjalny ton. Jedyne, czego była pewna, to, że taka rozmowa już kiedyś się odbyła. Już kiedyś ktoś mówił do niej w ten sposób. Niby cicho, lecz ostro. Twarde słowa niczym kamienie trafiały w cel, wywołując ból żołądka.
– Skoro już postanowiła pani narazić nazwisko dziada na taki szwank, pakując się w idiotyczną sytuację, to niech pani teraz stawi czoła konsekwencjom!
Dziadek…
Ktoś miękko dotknął jej włosów i wezbrała w niej tkliwość.
– Opowiesz mi bajkę, dziadku? O Garwitnirowych przodkach! I o Pierwszym Śmiałku! I jeszcze o tym, jak on był mały, Garwitnir, nie Śmiałek, jak się ścigał z większymi smokami i…
Starzec pochylał się nad nią, wokół jego postaci płonęło słońce, olbrzymie sumy rozchlapywały wodę, która opadała jej na twarz drobniutkim deszczem.
– Dziadku…? – wymamrotała.
– Słyszy mnie pani?
Głos był inny, a przecież podobny do tego, który dopiero co słyszała. Zachrypnięty, słaby, choć równie stanowczy. Dobiegał z boku, nie otaczał jej ze wszystkich stron, nie lepił się do ciała, nie wciskał do mózgu. Chlupot wody w parkowych stawach zmienił się w rytmiczny szum. Kolejne fale dźwięków, na zmianę bliższe i dalsze, docierały do jej uszu.
– Jak morze… – szepnęła, a dłoń, której ciężar czuła na włosach, przesunęła się na jej ramię i energicznie nim potrząsnęła.
– Panno ven Tierne, proszę otworzyć oczy!
Wykonała polecenie, z wysiłkiem rozklejając powieki.
Porucznik Adam Hemming patrzył na nią z niepokojem, a zielony mundur na jego piersi uniósł się, gdy troll odetchnął z ulgą. Marissa chciała się uśmiechnąć, lecz zamiast tego z powrotem przymknęła oczy, broniąc się przed jaskrawym blaskiem zachodzącego słońca.
– Ufam, iż pani znów nie zemdlała, a jedynie ucieka przed światłem – odezwał się porucznik. – Chcę przetrzeć pani skroń, a mam tylko morską wodę, będzie piekło, panno ven Tierne.
Nie czekając na zgodę, przyłożył zwilżony materiał do czoła elfki, co początkowo przyjęła z ulgą, lecz gdy szmatka przesunęła się odrobinę bardziej w lewo, zaskoczona bólem, odepchnęła jego rękę, otworzywszy szeroko oczy.
– Panno ven Tierne, wiem, że to niezbyt przyjemne, lecz trzeba sprawdzić, co się kryje pod tą skorupą.
Wzdrygnęła się na te słowa i sięgnęła do lewej skroni; faktycznie, to, co była w stanie wyczuć, mogło wzbudzać jak najgorsze obawy, ale chyba nie u doświadczonego żołnierza, jakim był wciąż pochylony w dość niewygodny sposób troll.
– Rany głowy zwykle mocno krwawią – wyjaśnił, rozwiewając jej wątpliwości co do swych kompetencji. – Więc pewnie to nic wielkiego, ale trzeba się upewnić – przerwał, chwytając ją za ramię i uniemożliwiając zmianę pozycji. – Zanim pani wstanie – dodał stanowczo.

***
– Tu nie ma nic! Plaża jest kompletnie pusta! – perorował kapitan Brunnel, zerkając na ocalonych członków swej załogi, jakby szukał u nich pomocy w realizacji szalonego, zdaniem niektórych, planu. – A od zesłania minęło przecież kilkanaście lat!
– Nie pójdę tam z moim dziećmi, rozumie pan? Nie stracę ani jednego więcej!
Marissa obrzuciła szybkim spojrzeniem zaczerwienioną twarz pani Oteas. Świeża rozpacz mieszała się na niej z dziwnie niepasującym do sytuacji oburzeniem. Ciało najmłodszego z potomków gubernatora najnowszego z Dekańskich miast spoczywało za wydmą, wkopane w piasek tak głęboko, jak tylko się dało bez użycia podstawowych narzędzi. Obok niego ostatni odpoczynek znaleźli czterej marynarze z „Biegacza” i królewski kurier. Pozostałych członków załogi ocean zatrzymał dla siebie.
– Gdybyśmy chociaż mieli jednego golema – odezwał się nawigator, a w jego głosie dało się wychwycić słabo tajoną rezygnację.
Wzrok Marissy spoczął na humanoidalnych kształtach omywanych falami wieczornego przyboju. Wyglądały niczym groteskowe dzieła sztuki, niektóre z zadartymi nienaturalnie kończynami, inne leżące płasko, jakby zapatrzone w rozświetlające się pojedynczymi gwiazdami szare niebo.
Zbadali je, gdy tylko oddzielili żywych od martwych i opatrzyli niewielkie na szczęście rany. Na tyle niewielkie, że elfka mogła nadal udawać, że jej talent nie istnieje. Dotknęła głowy zabandażowanej troskliwie przez porucznika podartym na pasy rękawem jego własnej koszuli. To było dziwne: zupełnie jak gdyby morze, wyrzucając ich na opustoszałą plażę, łaskawie traktowało tych, którzy wcześniej dali radę przetrwać jego gniew. Spośród golemów wspomagających zredukowaną do minimum załogę kurierskiego parowca na taką łaskę nie zasłużył jak widać żaden.
– Ale nie mamy! – warknął Brunnel. – Widziałeś shemy, co do jednego zniszczone, nie ma sposobu, by je naprawić i nie ma sposobu, by ktoś nas tu znalazł, zanim zdechniemy z głodu!
– Kapitanie! – głos porucznika był pełen oburzenia. – Prosiłbym, aby powściągnął pan swój język ze względu na damy!
– Ech! – burknął kapitan. – Mówię po prostu jak jest, nie ma co owijać w bawełnę, ładne słówka nijak nie zmienią naszej sytuacji.
– Owszem, sytuacja jest trudna, lecz nie uważam, by musiało to rzutować na obyczaje.
Pani Oteas podziękowała, kapitan wzruszył ostentacyjnie ramionami i zamilkł najpewniej urażony, marynarze poczęli szeptać między sobą coś o Wielkiej Wojnie, a Marissa skupiła wzrok na ciemnej bryle zarytego w dno kilka mil od brzegu „Biegacza”. Pochylona sylwetka parowca wciąż odcinała się od ciemniejącego gwałtownie otoczenia. Wyglądał jak porzucona zabawka, a przecież ledwie wczoraj, a może przedwczoraj – któż wie, jak długo błąkali się miotani burzą, skoro nie tylko golemy ale i wszystkie chronometry przestały działać – stała na górnym pokładzie rufowym i usiłowała dojrzeć na horyzoncie ląd, który, choć kompletnie nieznany, miał się stać jej domem na resztę życia.
– Jestem głodny, mamo!
Nabrzmiały od pretensji głosik Harry’ego Oteasa wyrwał Marissę z zamyślenia. Spojrzała na niego, a potem na zastygłą twarz porucznika Hemminga – chłopiec krótkim stwierdzeniem uruchomił ciąg myśli. Pojęła, że ma prawo do zdania, jeśli chodzi o jej własne przetrwanie. Umrzeć w katastrofie morskiej to jedno, umrzeć z głodu na piaszczystej plaży tylko dlatego, że przesąd nie pozwala pójść w głąb lądu…
– Ja – zaczęła niepewnie, lecz nim zdołała wyartykułować choćby słowo więcej, przerwał jej stanowczy głos porucznika:
– Jutro popłynę do „Biegacza”, zrobiłbym to jeszcze dziś, ale rozsądek nakazuje, by poczekać na świt. Z pewnością znajdzie się tam coś do jedzenia, chłopcze. – Troll uśmiechnął się do dziecka, a ono dało się nabrać na pozorną beztroskę i, szczerze uradowane, odpowiedziało tym samym.
– Popłynę z panem – powiedział krępy marynarz, gładząc brodę. – Zobaczymy, jak się ma krystalograf.
– Doskonale, panie Planck.
Hemming ukłonił się krasnoludowi, a Marissa uświadomiła sobie, że oto po raz pierwszy miała okazję słyszeć dobiegający zza imponującego zarostu głos: szef maszyn rzadko w ogóle pokazywał się na pokładzie kuriera. Elfka dopiero teraz zamknęła wciąż otwarte po nieudanej próbie zabrania głosu usta. Powoli przesunęła wzrokiem po towarzyszach. Pani Oteas z wtulonym pod pachę Harrym i nastoletnią córką trzymającą się sztywno tuż za plecami matki. Kapitan Brunnel pochylony niczym jego statek. Nawigator wpatrzony w niebo rojące się od nieznanych Marissie gwiazdozbiorów, nieruchomy krasnolud i trzech marynarzy z zaciśniętymi pięściami, siedzących na uboczu w zwartej grupie.
I ja – pomyślała, czując, iż spóźniona fala strachu podchodzi jej do gardła.
– Powinniśmy się przespać – odezwał się Hemming w chwili, gdy na niego spojrzała.
I on – odetchnęła z niejasną ulgą, jakby sama obecność porucznika mogła cokolwiek zmienić w ich opłakanej sytuacji.

***
Zbudził ją szelest przesypującego się piasku. Porucznik właśnie się podnosił, więc ona też natychmiast stanęła na nogach, a ciężka kurta munduru zsunęła się do jej stóp. Spojrzała na nią zaskoczona.
– Zdawało mi się, iż może być pani chłodno, panno ven Tierne – mruknął Hemming, nie chcąc najwyraźniej budzić pozostałych.
– To bardzo miłe z pana strony, poruczniku – odparła, pochylając się, by podnieść okrycie, co w tej samej chwili uczynił troll.
Spojrzeli na siebie zgięci wpół, z wyciągniętymi identycznie rękami.
– Niepotrzebnie pani wstaje, panno ven Tierne. – Porucznik pierwszy się ocknął i to on podniósł kurtkę. – Do świtu jeszcze daleko.
– A jednak pan wstał! – zaprotestowała, pocierając o siebie palcami, na których wciąż czuła fakturę materiału.
– Owszem – odpowiedział – chciałem zbudzić pana Plancka i ruszyć do wraku już teraz.
– Ależ w takim wypadku nie moglibyśmy wam pomóc, gdyby coś poszło nie tak!
– Panno ven Tierne… – zaczął porucznik i po chwili wahania, nie kończąc, poszedł w kierunku pagórka, który tworzył śpiący krasnolud.
Jego milczenie było dla niej niczym płachta na taurridzie. Towarzyszący jej od momentu odzyskania przytomności strach zmienił się we wściekłość. Może inni, a zwłaszcza ona, nie mogli zbyt wiele, ale nie powinni być odsuwani w ten sposób, niczym dzieci. Zaciskając dłonie w pięści, ruszyła za trollem.
– Zbytek łaski, panie poruczniku! – warknęła, zrównując się z Hemmingiem. – Naprawdę nie musi pan mi oszczędzać zamartwiania się o was, potrafię sobie radzić ze strachem!
– Miałem raczej na myśli to, że będziemy musieli zdjąć ubrania, panno ven Tierne, damie nie przystoi oglądać nagiego dżentelmena, a choć pani pracowała w szpitalu, to jednak panna Aghness jest jeszcze bardzo młoda – wyjaśnił, nie zatrzymując się.
Marissa stanęła jak skamieniała.
Panno ven Tierne.
– Pan mówił do mnie, używając mego nazwiska – rzekła słabo. – Wczoraj, na plaży… – zająknęła się. – Pan wie, kim jestem?
Porucznik zatrzymał się i powoli odwrócił. Ponad ramieniem elfki zlustrował obozowisko, po czym zapytał:
– Naprawdę ma to dla pani aż takie znaczenie? Teraz? Tu? Gdy wylądowaliśmy wedle wszelkiego prawdopodobieństwa na brzegu Purgatorii, gdzie nigdy i w żaden sposób nie powinniśmy nawet móc się znaleźć?
Elfka pochyliła głowę pod jego uważnym, surowym spojrzeniem. Czy miało? Przecież umrze tu, czy to w ciągu kilku następnych dni z pragnienia i głodu, czy nieco później, od choroby, ran, dzikich zwierząt, czy… innych istot. Zadrżała na myśl o tych ostatnich. Zbrodniarze wojenni z Wotanii. Wyrzuceni poza nawias cywilizowanego świata, uwięzieni magicznym paroksyzmem. Nieumarli. Czy zatem fakt, iż porucznik Adam Hemming z Dwudziestego Drugiego Regimentu Piechoty Alfheimu najwyraźniej wiedział, że posądzono ją o nielegalne próby nekromancji, miał jakiekolwiek znaczenie?
– Moim rozkazem było towarzyszyć pani na Dekan i pilnować, by nie próbowała pani wrócić – wyjaśnił, gdy wciąż milczała, nie podnosząc głowy.
– Żebym już nijak nie zaszkodziła dziadkowi – szepnęła.
Cóż za pech dla polityka wnuczka mieszaniec i do tego z wotańskim nazwiskiem po ojcu, szalonym mordercy – pomyślała gorzko.
Od oceanu powiał wiatr, dzień niepoprzedzony nawet krótkim świtem wybuchł w jednej chwili feerią światła. Marissa oddychała z trudem, wzburzona, pełna sprzecznych uczuć, przy których – o dziwo – prozaiczny głód nagle przestał się liczyć.
– To nie jest tak, jak pani myśli, ale to naprawdę już nie ma znaczenia, panno ven Tierne.
– Nie ma? – weszła mu w słowo. – Na pewno? A może dlatego pan nie chce iść w głąb lądu, bo mi pan nie ufa! – Z uniesioną głową i wysuniętym wojowniczo podbródkiem wyrzucała z siebie słowa, sama nie rozumiejąc, dlaczego go oskarża. – Skoro, jak mówią, sprzyjam Dzieciom Nieumarłej Rzeszy to Purgatoria pełna zbrodniarzy wojennych powinna być dla mnie wymarzonym miejscem, co?
Hemming lekko się cofnął i zmrużył oczy: wyraźnie się nad czymś zastanawiał.
– Więc dobrze – powiedział w końcu. – Skoro musi to pani usłyszeć, powiem. Pani nie sprzyja Nieumarłej Rzeszy i nie ma niczego wspólnego z nekromancją. Jedynym pani związkiem z magią jest talent do uzdrawiania. Nie jest także prawdą to, czym pani najbardziej się zadręcza. Przecież pani doskonale wie, czym jest klątwa trolli, a czym to, co dotyka alvarów, jak pani ojciec. – Uniesiona ręka porucznika, jasno dała elfce do zrozumienia, że nie powinna przerywać. – Johan ven Tierne, po którym pani odziedziczyła nie tylko włosy, ale i upór, był dżentelmenem, nie mordercą. To był wypadek, nic więcej.
– Znał go pan? – Odważyła się zapytać, podczas gdy jej palce bezwiednie wplątały się w rude, jak u porucznika, loki.
– Nie. – Hemming pokręcił głową, uśmiechając się lekko. Marissa stropiła się; był zbyt młody, by znać jej ojca. – Wiem to wszystko, tak samo dobrze jak pani, bo moje rozkazy pochodzą od pani dziadka, panno Marisso. – Głos porucznika stał się miękki. – Lord Pointer-Brake lęka się o panią. Pozwolił na pani wyjazd tylko dlatego, by jego przeciwnicy nie posunęli się do czegoś gorszego niż oczernianie pani. – Troll zamilkł, po czym dodał jeszcze, jakby chcąc odwrócić jej uwagę od tego, co przed chwilą usłyszała: – A poza tym nie mamy pewności, że to Purgatoria.
– Sam pan przed chwilą powiedział… – zaczęła.
– Powiedziałem – przerwał jej – owszem, wiele na to wskazuje, gwiazdozbiory nad nami, o których mówił pan Hawkes, fakt, że z jakiegoś powodu przestało działać wszystko, co działa dzięki technomagii, te wyspy, które ma pani za plecami – wyliczał spokojnie. – Ale z drugiej strony, jakim cudem przedarliśmy się przez barierę? Przecież to nie powinno być możliwe, prawda?
Oszołomiona jego wywodem przytaknęła bezradnie.
– Czyli pewności nie mamy – podsumował. – Dobrze, a teraz niech mnie już pani dłużej nie zatrzymuje, panno ven Tierne, będziemy mieli jeszcze wiele okazji do rozmowy. – Ukłonił się i pośpiesznie odszedł.


2.

Strumień wił się między karłowatymi krzewami, momentami zanikał, chował się pod ziemię, by po chwili wysączyć się na powierzchnię, tworząc mikrojezioro i znów powędrować dalej w stronę ciemniejącego na horyzoncie lasu.
Trzymali się jego biegu, idąc gęsiego już szóstą, a może siódmą godzinę. Towarzyszyły im chmary hałaśliwych ptaków, a spod nóg uciekały zwierzęta o dziwacznej budowie, najwyraźniej nieprzyzwyczajone do obecności człowieka. Marissa pociła się obficie, mimo rozpiętej głęboko bluzki. Nie chciała pozbywać się jakiejkolwiek części odzieży, pomna na nocny chłód. Wyrzuciła jedynie gorset i zdecydowanym szarpnięciem skróciła spódnicę. Ociężale przestawiała obolałe nogi, a wędrówkę dodatkowo utrudniały buty pozbawione obcasów, gdyż po tym, jak w plątaninie korzeni straciła lewy, ułamanie prawego wydawało się jedynym logicznym wyjściem.
– Nie dotrzemy przed zmrokiem do tego lasu – powiedziała w kierunku szerokich pleców porucznika.
– Dotrzemy zatem do niego jutro – odpowiedział, odwracając się na moment i patrząc na nią krytycznie.
– Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało – wytłumaczyła pośpiesznie, bojąc się, iż uzna ją za defetystkę. – Pan wydaje się być taki pewny siebie! – kontynuowała, prąc naprzód z wysiłkiem i nie zniechęcając się faktem, iż porucznik nie obejrzał się więcej. – Ja po prostu nie mogę przestać się zastanawiać, w jaki sposób chce pan ściąć te drzewa, przetransportować je, połączyć. – Zdawała sobie sprawę, iż jej monolog nie ma większego sensu, a wypływa jedynie z potrzeby zagłuszenia zmęczenia. – A jeśli nawet się to uda. Jakoś. Wymyśli pan coś, albo ta pańska szabla faktycznie wystarczy… – z satysfakcją zauważyła, iż porucznik nie zdołał w tym momencie opanować gestu i położył dłoń na rękojeści jakimś cudem ocalonej broni – To czyż ta sama siła, która tak brutalnie odepchnęła was od „Biegacza”, nie zrobi tego samego z tratwą? – dokończyła i zamilkła, czekając na reakcję.
Hemming posłał jej chmurne spojrzenie, obróciwszy się przez ramię, po czym przeniósł wzrok na sznurek rozbitków i powiedział donośnym nawykłym do wydawania rozkazów głosem:
– Nieco przed nami dostrzegam niewielkie obniżenie terenu, powinno dać nam osłonę przed wiatrem, tam zatem rozbijemy obóz.
Marissa musiała przyznać, iż pewności w jego głosie nie ubyło nawet o gram.
– To już ostatni wysiłek na dziś, panno Aghness – dodał troll, zwracając się do łapiącej krótkie oddechy młodziutkiej Oteasówny. – Proszę, aby się pani na niego zdobyła.
Dziewczyna skinęła głową bez słowa. Jej czerwona z wysiłku twarz lśniła od potu, a dłoń, którą próbowała otrzeć czoło, drżała wyraźnie. Elfka współczuła zarówno jej, jak i starszej pani Oteas. Obydwie damy, skrępowane przez konwenanse, nie pozwoliły sobie na najmniejsze rozluźnienie stroju. Na nią patrzyły ze zgrozą, choć w oczach Aghness błyszczała także zwyczajna zazdrość.
Pochód ruszył i Marissa podjęła przestawianie nóg.
– Panno ven Tierne – odezwał się porucznik po chwili, zaskakując ją cichym głosem; najwyraźniej nie chciał, by to co mówi doszło do uszu pozostałych rozbitków. – Ja niczego nie wiem. Ja tylko mogę próbować. Skoro nie udało się wpław, być może tratwa obsadzona nie jednym, ale kilkoma silnymi dżentelmenami zdoła pokonać prąd. To na razie najlepszy pomysł, skoro wciąż możemy mieć nadzieję, iż krystalograf na parowcu działa. Jeśli to się nie uda, bądź jeśli nie zadziała, pozostanie nam palić ogniska na brzegu i się modlić, co będę czynił dopóki nie nadejdzie czas na śmierć.
Serce elfki przyśpieszyło. Głuche uderzenia rezonowały w uszach, przysłaniając nawet niecichnący gwar przyrody. Hemming nie powiedział niczego więcej, a ona nie znajdowała słów, aby mu odpowiedzieć. Własne wątpliwości nagle wzbudziły w niej obrzydzenie, a myśl o napadach złości, nieudolnie maskujących strach, wywołała palący rumieniec wstydu.
Tyle, że łowione ryby jemy na surowo, bo nie mamy czym rozpalić ognia, pomyślała chwilę później.
Nie odezwała się jednak. Pojęła bowiem, że złamanie wiary trolla będzie dla nich oznaczać klęskę. Szła zatem wpatrzona w rozdarcie materiału na ramieniu porucznika, coraz częściej się potykając, walcząc ze zmęczeniem i ze łzami idiotycznie wzbierającymi w oczach.
Tymczasem teren faktycznie zaczął się obniżać, najpierw łagodnie, a potem zadziwiająco stromo. Porucznik zwolnił, ostrożnie stawiając stopy, a Marissa ze zdumieniem uświadomiła sobie, że to, co w drgającym z gorąca powietrzu brali za oddalone krzewy, w rzeczywistości jest czubkami drzew rosnących w głębokiej rozpadlinie. Schodzenie stało się uciążliwe i Marissa już otwierała usta, by zapytać, czy ma sens zapuszczanie się tak głęboko w nieznany mrok, gdy porucznik zniknął, a pół uderzenia serca później poczuła, że jej stopy tracą oparcie. Pytanie zmieniło się w nieartykułowany wrzask. A potem uderzenie w plecy odebrało jej oddech i elfka na moment straciła przytomność. Gdy się ocknęła wokół niej panowała ciemność, którą starała się odpędzić, mrugając rozpaczliwie – bez skutku.
– Przepraszam! – zaczęła idiotycznie, jednocześnie gramoląc się na kolana. – Panie poruczniku! Kapitanie! Pani Oteas! – Dłonie zapadały się w miękkie ciastowate podłoże, a głos z każdą chwilą stawał się wyższy. – Jest tu kto?
Odpowiedziała jej głucha cisza. Spanikowana, usiłowała wstać, lecz zaraz, przerażona wyczuwalną przestrzenią, skuliła się z powrotem.
– Panie poruczniku! – wydusiła rozpaczliwie. – Panie Planck…
Nagle pomieszczenie zaczęło się rozjaśniać nienaturalnym blaskiem emanującym z podłoża i wcale nie tak odległych ścian. Wraz ze światłem wokół elfki pojawiły się dźwięki. Przyciskając dłonie do serca, jakby chciała je uspokoić, rozejrzała się dookoła. Reszta rozbitków, podobnie jak ona, nieporadnie gramoliła się na nogi, a mały Harry popłakiwał w ramionach krasnoluda, który niósł go całą drogę i najwyraźniej nie wypuścił także w trakcie upadku.
– Porucznik! – krzyknęła z nową porcją lęku w głosie; Hemminga bowiem między nimi nie było.
– Tam! – Palec Aghness Oteas był wycelowany w coś za plecami elfki; dziewczyna sprawiała wrażenie skamieniałej z przerażenia.
Marissa powoli się obróciła, a widok, jaki ujrzała, wstrząsnął nią do głębi i, choć zdawało się to niemożliwe, jeszcze mocniej ją wystraszył. Oto porucznik Adam Hemming stał sztywno wygięty w łuk z rozrzuconymi na boki rękoma. Palce lewej zaciśnięte były kurczowo na jakimś przedmiocie, którego nie rozpoznawała, prawej zaś rozczapierzone do granic możliwości. Troll szczerzył zęby, spieniona ślina ciekła mu po podbródku. Wywrócone białka drgały spazmatycznie. Wyglądał jakby poraził go piorun i elfka umiała myśleć tylko o cierpieniu widocznym na jego wykrzywionym obliczu.
– On wpadł w szał! – wrzasnęła pani Oteas, jakby zapominając o wieku porucznika. – Pozbija nas wszystkich, panowie, zróbcie coś!
Marissa w jednej chwili stanęła na nogach. Rzuciła się przed siebie, stając między Hemmingiem a resztą ocalonych. Niezdecydowani marynarze zatrzymali się wpół kroku przed jej uniesioną dłonią.
– Nie dotykajcie go! Nie ważcie się! – niemalże wysyczała, nie panując nad sobą.
– On coś mówi – odezwała się ponownie Aghness, której twarz wciąż nie odzyskała właściwych barw.
Elfka obejrzała się przez ramię. Zmieniony, mechaniczny głos porucznika z trudem wydobywał się przez wciąż zaciśnięte zęby, gałki oczne zamarły w bezruchu, a ślinienie ustąpiło.
– Nie odejdą stąd, nie zdołają, będą spać, ukryte, bezpieczne, nie ma ratunku, nie ma życia, nie ma wolności, bezpieczne, schowane, żywe, martwe, bezczas, bezmiar, wieczność, zawsze, władcy nieba, władcy świata, ostatni ze swego gatunku, nie umrą, nie żyją…
Ostatnie słowo wydłużyło ciężkie westchnienie; przez ciało porucznika przeszedł dreszcz, a potem troll, bezwładnie niczym podcięte drzewo, zwalił się na podłogę jaskini. Marissa natychmiast znalazła się przy nim. Przesuwała rozgrzanymi dłońmi po twarzy Hemminga, ocierając ślinę i pot. Szeptała wprost do ucha nieskładne prośby o otwarcie oczu, szukając obrażeń, którym mogłaby zaradzić. Panika utknęła jej gdzieś na wysokości mostka, powodując fizyczny ból, w skroniach huczały młoty.
– Już w porządku, panno ven Tierne – usłyszała w końcu. – Nic mi nie jest.

***
– Widziałem, jak spadały bezwładnie do oceanu – mówił cicho porucznik, bawiąc się niepozorną wysuszoną kością.
Siedzieli skupieni wokół niego pod jedną ze ścian, która emanowała nie tylko światłem, ale i przyjemnym ciepłem.
– Wielkie i majestatyczne – kontynuował, zaciskając dłoń na znalezisku, co za każdym razem przyprawiało Marissę o mocniejsze uderzenie serca w obawie przed kolejnym atakiem. – Spadały i kamieniały unosząc się przez chwilę na powierzchni, by potem opaść na dno. I wciąż startowały następne, usypując stosy, które w końcu zaczęły się wynurzać na powierzchnię.
– Uparte bestie – pokręcił głową Brunnel. – Powinny znacznie szybciej pojąć, że to doprowadzi do zagłady.
– Przecież ona nastąpiłaby i tak – szepnęła Aghness, a elfka rzuciła jej uważne spojrzenie. Młodziutka dama była wyraźnie przejęta losem stworzeń, o których opowiadał Hemming. – Jak niby dałyby radę tu przetrwać w takiej ilości?
– Wylęgarnia smoków! – zagrzmiał krasnolud. – To aż nieprawdopodobne. Może to tylko niewczesny żart?
– Żart? Widział pan, co się działo z porucznikiem!
– To kwestia poczucia humoru – odparł Planck, lecz widząc karcący wzrok Marissy, szybko dodał: – Wybaczy panienka, moje też nie jest najwyższych lotów.
– Ale żeby nagle nie mogły stąd odlecieć? – rozważał kapitan. – I żeby było ich aż tyle? Przecież wysp wokół Purgatorii jest mnóstwo!
– Jest tylko jeden sposób, by sprawdzić, czy to prawda – odezwał się milczący od dłuższej chwili Hemming. – Znajdziemy te jaja, jeśli faktycznie są tu gdzieś ukryte! – Dłoń porucznika zacisnęła się z siłą, od której zbielały knykcie. – A potem zbudujemy tratwę, uruchomimy krystalograf i wrócimy do Alfheimu z naszym znaleziskiem.
Dziesięć par oczu wpatrywało się w niego niczym w niebezpiecznego szaleńca. Nawet Harry zdawał się rozumieć, iż porucznik snuje w tej chwili wizje znacznie przekraczające ich możliwości. A jednak nikt nie zaoponował. Aura pewności otaczająca młodego trolla rozciągnęła się na całą grupę. Marissa przymknęła powieki.
Smoki. Jak w bajkach dziadka. Z żywego ciała, nie stali.
Kolejno wywoływała w myślach twarze rozbitków.
– Uda się – powiedziała, nie otwierając oczu.
KONIEC
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Ostatni rejs "Biegacza"

Post autor: Gorgiasz » 10 lutego 2015, 21:56

Melduję, że zaliczyłem, choć wymagało to ode mnie dużego samozaparcia, bo jak czytam o trollach czy elfach, to chwytam za rewolwer. Ale skoro mimo wszystko dotarłem do końca, to musi być niezłe, aczkolwiek fantasy to nie moja bajka.

Awatar użytkownika
Bofur
Fraa
Posty: 35
Rejestracja: 03 stycznia 2014, 17:42
Kontaktowanie:

Re: Ostatni rejs "Biegacza"

Post autor: Bofur » 11 lutego 2015, 08:17

Jestem w takiej sytuacji jak Ty – uniwersum znam, ale tylko z czytania podręczników i inszych pomocy. Toteż nie powiem Ci, jak tekst wygląda z innych perspektyw, no ale i tak wlepię swoje kilka groszy :D

Po pierwsze: podoba mi się tytuł :D
– Skoro już postanowiła pani narazić nazwisko dziada na taki szwank, pakując się w idiotyczną sytuację, to niech pani teraz stawi czoła konsekwencjom!
Dziadek…
Ktoś miękko dotknął jej włosów i wezbrała w niej tkliwość.
– Opowiesz mi bajkę, dziadku? O Garwitnirowych przodkach! I o Pierwszym Śmiałku! I jeszcze o tym, jak on był mały, Garwitnir, nie Śmiałek, jak się ścigał z większymi smokami i…
Starzec pochylał się nad nią, wokół jego postaci płonęło słońce, olbrzymie sumy rozchlapywały wodę, która opadała jej na twarz drobniutkim deszczem.
– Dziadku…? – wymamrotała.
– Słyszy mnie pani?
Głos był inny, a przecież podobny do tego, który dopiero co słyszała.
Cała ta scena mi się podoba. Ryzykowałaś, że będzie nieczytelnie i zgubisz czytelnika na samym początku, ale wyszłaś z tego obronną ręką, a jednocześnie całe to zatopienie się we wspomnieniach nie wyszło jakoś nachalnie czy sztucznie. :)
Porucznik Adam Hemming patrzył na nią z niepokojem, a zielony mundur na jego piersi uniósł się, gdy troll odetchnął z ulgą.
Yay, jest męska klata! :D
Marissa chciała się uśmiechnąć, lecz zamiast tego z powrotem przymknęła oczy, broniąc się przed jaskrawym blaskiem zachodzącego słońca bijącym od napiętych muskułów porucznika.
Naprawiłam Ci :D
(przepraszam, to silniejsze ode mnie ;) Ale to tylko dlatego, że znam ten tekst, więc pozwalam sobie na więcej :) )
Ciało najmłodszego z potomków gubernatora najnowszego z Dekańskich miast spoczywało za wydmą, wkopane w piasek tak głęboko, jak tylko się dało bez użycia podstawowych narzędzi.
Nie gra mi początek tego zdania. Po pierwsze, masz nakładającą się na siebie konstrukcję „najcośtam z czegoś” (najmłodszy z potomków i najnowszy z miast), po drugie w ogóle to parada dopełniaczy. ^^
Wzrok Marissy spoczął na humanoidalnych kształtach omywanych falami wieczornego przyboju. Wyglądały niczym groteskowe dzieła sztuki, niektóre z zadartymi nienaturalnie kończynami, inne leżące płasko, jakby zapatrzone w rozświetlające się pojedynczymi gwiazdami szare niebo.
Za to tutaj masz strasznie fajny opis dla odmiany :) W ogóle opisy i tworzenie klimatu na – bądź co bądź – niewielkiej przestrzeni kilkustronicowego opka świetnie Ci wychodzi.
I on – odetchnęła z niejasną ulgą, jakby sama obecność porucznika mogła cokolwiek zmienić w ich opłakanej sytuacji.
No cóż – przynajmniej umierając będzie na co popatrzeć, nie? :D
– Pan mówił do mnie, używając mego nazwiska – rzekła słabo. – Wczoraj, na plaży… – zająknęła się. – Pan wie, kim jestem?
Jak teraz o tym myślę, to on się do niej zwrócił po nazwisku już tyle razy, że chyba już wszyscy powinni wiedzieć, kim ona jest. :wtf:
Zadrżała na myśl o tych ostatnich. Zbrodniarze wojenni z Wotanii. Wyrzuceni poza nawias cywilizowanego świata, uwięzieni magicznym paroksyzmem. Nieumarli.
Uwielbiam ten fragment. <3
Ociężale przestawiała obolałe nogi, a wędrówkę dodatkowo utrudniały buty pozbawione obcasów, gdyż po tym, jak w plątaninie korzeni straciła lewy, ułamanie prawego wydawało się jedynym logicznym wyjściem.
Obrazek

If ju noł łot aj min :D
Zdawała sobie sprawę, iż jej monolog nie ma większego sensu, a wypływa jedynie z potrzeby zagłuszenia zmęczenia.
Choć jak się zastanowić, to przecież nadając podczas marszu zmęczy się jeszcze bardziej i szybciej…
Oto porucznik Adam Hemming stał sztywno wygięty w łuk z rozrzuconymi na boki rękoma. Palce lewej zaciśnięte były kurczowo na jakimś przedmiocie, którego nie rozpoznawała, prawej zaś rozczapierzone do granic możliwości. Troll szczerzył zęby, spieniona ślina ciekła mu po podbródku. Wywrócone białka drgały spazmatycznie. Wyglądał jakby poraził go piorun i elfka umiała myśleć tylko o cierpieniu widocznym na jego wykrzywionym obliczu.
– On wpadł w szał! – wrzasnęła pani Oteas, jakby zapominając o wieku porucznika. – Pozbija nas wszystkich, panowie, zróbcie coś!
Trolle. Są. Fajne. *__________*
– Wielkie i majestatyczne – kontynuował, zaciskając dłoń na znalezisku, co za każdym razem przyprawiało Marissę o mocniejsze uderzenie serca w obawie przed kolejnym atakiem. – Spadały i kamieniały unosząc się przez chwilę na powierzchni, by potem opaść na dno. I wciąż startowały następne, usypując stosy, które w końcu zaczęły się wynurzać na powierzchnię.
Widzę to <3
– Wylęgarnia smoków! – zagrzmiał krasnolud. – To aż nieprawdopodobne. Może to tylko niewczesny żart?
– Żart? Widział pan, co się działo z porucznikiem!
– To kwestia poczucia humoru – odparł Planck, lecz widząc karcący wzrok Marissy, szybko dodał: – Wybaczy panienka, moje też nie jest najwyższych lotów.
Krasnoludy <3 xDDDD Spłakałaś mnie xD

Powiem tak: nie mam pojęcia, jak to się stało, że nie ma Cię w drugiej turze Wolsungów. Bo to opowiadanie jest zwyczajnie fajne. Czyta się szybko i gładko, są wyraziste postacie i fabuła, którą śledzi się w napięciu. W dodatku wydawałoby się, że dla Wolsungów jest w sam raz – wszak po takim wstępie po prostu dajesz graczom ich karty postaci i jazda, można grać. Więc no – nie rozumiem. Nie wiem, może problemem organizatorów była jednak wyraźna „kobiecość” tego opka :) Widać tę perspektywę elfki – to jej wpatrywanie się w tors, plecy, ramię porucznika. Może zabrakło równowagi?

Jeśli mam w ogóle wysuwać jakieś zastrzeżenia, to chyba trochę żałuję, że ostatecznie elfka okazuje się niewinna. Gdyby faktycznie była niespełnioną nekromantką, być może dałoby jej to większy pazur. No – ale to ja. Nie od dziś wiadomo, że mam słabość do nekromantów. xD
Obrazek

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 152
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Ostatni rejs "Biegacza"

Post autor: Prophet » 12 lutego 2015, 21:41

Bogowie... i co ja mam tutaj napisać? ^^"
Czyta się dobrze, płynnie, za to kończy boleśnie... JA. CHCĘ. WINCYJ.
Nie znam wolsungowego świata, ale wydaje mi się, że wcale mi to nie jest do szczęścia potrzebne. To, co w tekście umieściłaś, jest dla mnie wystarczające.
Postaci... lubić. po pierwsze za to, że nie zrobiłaś "wielkiego halo" z ras, że są tak ładnie przedstawione, że ładnie zarysowane, że... ach XD Choć zgrzyta mi trochę to ciągłe powtarzanie, że główna postać jest elfką - nie wiem dlaczego, po prostu mnie to trochę razi.
Jeszcze narracja! Ale tu nie mam do czego się przyczepić, a wiadomo, że bez tego nie mam co napisać, więc piszę, że nie napiszę, o! Zresztą lubię Siemową narrację, ładna jest :P
JA. CHCĘ. WINCYJ. :heart:
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Ostatni rejs "Biegacza"

Post autor: Krin » 12 lutego 2015, 22:03

Nie od dziś wiadomo, że mam słabość do nekromantów. xD
:tul: Człowieku/Krasnoludzie, nie wiem kim jesteś, ale już cię lubię. :D

Siem,
podzielam wprawdzie bofurowe zainteresowanie ludźmi zainteresowanymi siłami zainteresowanymi zainteresowaniem innych ludzi ciemnością, ale ja się pogubiłam. Naprawdę trudno mi było ogarnąć, kto jest kim i w ogóle nie wczułam się w klimat. Wszystko wydało mi się takie jakieś bez sosu. Np. w ogóle nie zorientowałam się, że jest noc albo ten marynarz oglądał gwiazdy w dzień. Nie było dla mnie tych wszystkich elementów, które moim zdaniem towarzyszyłyby wylądowaniu na jakiejś ludnej lub bezludnej wyspie. To była plaża. Tak mi się wydaje, że to była plaża, bo długo mi zajęło zorientowanie się, gdzie oni są. Na początku umysł podpowiedział mi, że są w namiocie i szykuje się jakaś bitwa. Naprawdę. Brakowało mi morza i piasku. Moim zdaniem wyszli sobie z tego statku, jak z balu i podreptali spokojnie do jakiejś groty, do której wpadli chyba przez jakieś ruchome piaski. Nie ogarniam kto, jak i gdzie.
A Marissa wiele by zyskała w moich oczach będąc nekromantom, a nie jakąś tam uzdrowicielką czy czymś. :P

Pewnie to kwestia gustu, bo większości się podoba, ale mi tak średnio.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Ostatni rejs "Biegacza"

Post autor: Siemomysła » 12 lutego 2015, 22:24

Ha!

Krin kochana, pierwsza mi to mówisz z tym zagubieniem na początku i jak na to patrzę to może to i owszem jest niejasne jakoś? A mam nawet dwie wersje pierwszego kawałka - z kursywą tam gdzie słowa pojawiają się tylko w głowie Marissy i bez. Bo wydaje mi się, że te jej majaki mogły Cię wybić z otoczenia właściwego.

Dziękuję za zdanie bardzo <3

W ogóle Wam wszystkim dziękuję.

Zehel, Ulv też mnie namawia na ciąg dalszy - bo póki co to tylko wprowadzenie do przygody, a przygodę powinni teraz napisać gracze, ale może i faktycznie ja to zrobię? Tylko tak jakoś dziwnie mi pisać coś dalej do zupełnie nie mojego świata. Rozmyślam jak to przerobić, żeby nie było już Wolsungiem :bag:

Bofur <3 Uwielbiam Twoje poprawki moich zupełnie niemedialnych tekstów <3

Gorgiaszu, to naprawdę miłe, że mimo zupełnie nie Twoich klimatów jednak doceniłeś tekst <3

No i jeszcze - ja chciałam bardzo, bardzo podziękować Kruff za to, że przysiadła i pomogła mi bardzo profesjonalną redakcją <3
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Ostatni rejs "Biegacza"

Post autor: pierdoła saska » 03 marca 2015, 10:41

Bardzo mi sie to podobało już za pierwszym razem, za drugim niemniej. Zarówno po prostu w kwestii płynności czytania - bo bardzo łatwo tekst wchodził mi do głowy, przez fabułę - która mnie wciągnęła. Szybko zaczęło mnie ciekawić co z tymi ludźmi będzie i zależało mi, aby poznac odpowiedź, przez to jak poradziłaś sobie z limitem. Jestem pod wrażeniem jak ładnie zawarłas w bardzo ograniczonej ilości znaków i kawałki świata, i jego ibyczaje i samych bohaterów. W tej kwesti baaaardzo podobał mi się kawałek, gdy Marissa wewnętrznie oburzała sie o bycie odsuwaną, a wyszło, że chodzi o roznegiżowanie panów jedynie. Było to urocze i pięknie oddające jakiś aspekt obyczajów, a zarazem mówiące coś o bohaterach w scenie. <3 Taka wielofunkcyjność scen, awww. No i smoki. *-* Chciałaoby się wiedzieć, co wydarzyło się później, oj chciało.



Faworki:

"Obok niego ostatni odpoczynek znaleźli czterej marynarze z „Biegacza” i królewski kurier. Pozostałych członków załogi ocean zatrzymał dla siebie."
podobają mi się bardzo te dwa zdania

"– Kapitanie! – głos porucznika był pełen oburzenia. – Prosiłbym, aby powściągnął pan swój język ze względu na damy!"
<3
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
underzagt
Posty: 16
Rejestracja: 16 kwietnia 2016, 11:53

Re: Ostatni rejs "Biegacza"

Post autor: underzagt » 16 lipca 2016, 22:44

Chcę nie wiem... dalszego ciągu ? popłakać nad powieścią że nie zawsze dobro wyra ? Uśmiechać się , gdy pan bohater przewróci się na schodach i upadnie na tyłek ? Zdrajcy ? Nie wiem... Ta powieść jest jak narkotyk. Im głebiej tym chcesz więcej, więcej....Pisz bo jak nie , to przyjdę do Ciebie w nocy z łukiem i nie odejdziesz od kompa póki nie napiszesz dalszego ciągu :D :u: !!!!

Off Topic
A jednak dobrze byłoby, gdyby komentarze w jakikolwiek sposób odnosiły się do tekstu, pod którym wiszą.

Pozdrawiam
Admin

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Ostatni rejs "Biegacza"

Post autor: Kanterial » 19 lipca 2016, 18:29

No, to nieogarnięty komentarz.

Jeśli chodzi o sam Wolsung, to nie grałam (w temacie planszowo RPGowym zatrzymałam się na talismanie i descencie XD) ale mniej więcej ogarniam temat, znajomi w klimacie, obracam się wśród nerdów :facepalm:
Steampunk średnio mnie jara, podobnie jak elfy i trolle, więc tekst potraktowałam raczej jako kolejną próbkę twoich umiejętności i, powiedzmy, zaznajomienie się głębiej z twoim stylem narracji. Jestem dziś zmordowana i średnio myślę, ale tekst czytałam już dwa dni temu (?) i chyba w końcu lepiej się wypowiedzieć, zamiast rozmyślać.

Będzie oschle co do fabuły, bo nie uznałam jej za priorytet. Jasne, że troll mnie ujął, no kocham go, przecież to jest klasyczny męski charakter (niepotrzebnie mnie naprowadziłaś na Ucellego :facepalm: bo mam go rpzed oczami) w tak przyjemny sposób zyskujący sympatię, że nie da się czytać obojętnie. Uważam, że - nietypowo jak na ciebie - wyszły w tym opu dość sztywne dialogi. To pewnie po części wina uniwersum i postaci, coś tam ogarniam, wiem, że to taka w sumie "elita" i tak dalej, wypowiedzi faktycznie na to wskazują... Ale jednak mało są plastyczne, właśnie, powiedziałabym - jak do RPGa. Jakbyś była mistrzem gry i prowadziła narracyjnie rozgrywkę, jest w tym sztywność pewna, przyjęta w historiach "mówionych". To jest moje skojarzenie przy czytaniu. Jakbyś stworzyła historię do OPOWIADANIA a nie do czytania, ona ma brzmieć, jest głosem, jest narratorem. Gdyby to było puszczane na głośnikach przy rozgrywce, to byłoby idealne. Nie wiem, czy w ogóle piszę sensownie, bo naprawdę średnio idzie mi myślenie.

Pomimo nietypowości widzę cię we wszystkich zdaniach, tekst jest pełny Siemowatości. Nie umiałabym tego ująć, co sprawia, że rozpoznaję twoje teksty, ale no... To jest chyba poziom wrażliwości bohatera, takie smyranie go od środka po głowie. Bohater mówi, a ty, autor, dopowiadasz tak plastycznie całą resztę - jakbyś pokazywała od podszewki mieszaninę emocji i procesów myślowych, które w ogóle skłaniają postać do wypowiedzi. I właśnie tym jarałam się podczas czytania. Nie fabułą, bo, przyznam, że średnio wpisała się w moje literackie smaki :bag: i chyba nawet nie do końca zrozumiałam zamysł. Dla mnie najmocniej grała tu relacja Hemming - van Tierne. Takie delikatne napięcie, rosnąca ciekawość z mojej strony. Fakt, że troll wie trochę za dużo, żeby elfka mogła czuć się bezpiecznie (a może raczej dobrze/swobodnie). Jego charyzma (fak, kocham go trochę). I ten akapit:
"Nie odezwała się jednak. Pojęła bowiem, że złamanie wiary trolla będzie dla nich oznaczać klęskę. Szła zatem wpatrzona w rozdarcie materiału na ramieniu porucznika, coraz częściej się potykając, walcząc ze zmęczeniem i ze łzami idiotycznie wzbierającymi w oczach."
był mistrzowski. Mój ulubiony, nie wiem, czemu akurat ten. Ruszył mnie jakoś.
Raz jeszcze sory za poziom tego komentarza, wstyd mi za niego.

Podsumowując - czytałam sobie spokojnie, jakby to były twoje luźne notatki. Nie wgłębiłam się w historię, a tylko w twoje pisanie. Grzech, egoizm z mojej strony, ale wiedziałam, że jeśli spróbuję wgryźć się w warstwę fabularną, źle na tym wyjdę. Jesteś niesamowicie charakterystyczna, Siem, i nawet czytając o czymś, co mnie nie jara, lubię po prostu "mówić" w głowie twoje zdania. To opko jest mówione, koniec kropka.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

ODPOWIEDZ