UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Jestem odpadem atomowym [skończone]

FANFICTION
Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku. ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 29 października 2017, 09:19

OK. Przeczytałam XXIV.
Nie mogę nic napisać, bo tkwię w stuporze. Oraz w ogromnej irytacji, gdyż iż ponieważ nie mogę zabić Judy Mizuhary. Tak więc najpierw czytałam wkurzona na nią i zasmucona mocno losem dzieci Reia. Potem poczułam euforię, lecąc z Reiem na Takao. A potem już stupor.
WTF? Nie. Nie poradzą sobie. Gupia Siem. T_T

No i widzisz, jak Ty piszesz? Widzisz? Dużo emocji w odpowiedzi na to pisanie się we mnie pojawia. Bardzo, bardzo to lubię i doceniam i zazdraszczam (ale nie zawiszczę, co to to nie!).

Miałam tylko jedną wątpliwość - gdy fragment Xue zakończył się słowami "nawet jeśli nie rozumiał jak działa świat". Bo choć to specjalny dzieciak, wychowywany inaczej, to ciągle dzieciak, co zresztą sam podkreślał w tych swoich rozkminach. A to ostatnie zdanie ogromnie trudno mi sobie wyobrazić, jako sformułowane przez dziecko. Twoja narracja, choć trzecioosobowa, jest ekstremalnie blisko bohatera, więc trochę mnie to ugryzło, ale tylko trochę - znów umiem sobie to wytłumaczyć tą nagłą dojrzałością.

Ok. Jednak coś napisałam. Wieczorem dokończę czytanie.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1822
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 29 października 2017, 10:14

Coff, Kanterial, Joo, Siem, bardzo, bardzo Wam dziękuję za odzew, każda z Was czyta inaczej, pokazuje mi inne aspekty i to jest nie do przecenienia. Szalenie mnie cieszy pozytywny odbiór scen akcji i twista z Wolborg, i wątku Roberta. Cieszy mnie odbiór Reia, bo tę scenę pisałam i kasowałam w kółko, nie mogąc się zdecydować, jak bardzo właśnie "przegiąć". Cieszy mnie, że nikt na razie nie odniósł wrażenia, że Kai wyskakuje trochę z pudełka. W ogóle bez bicia przyznaję, że czasem spodziewam się ostrych cięgów i to była taka partia materiału, po której się ich spodziewałam, ale ja mam tę przewagę i jednocześnie słabość, że wiem, co się nie udało, co się nie pojawiło i na co mi nie starczyło sił/umiejętności, więc już milczę i raz jeszcze bardzo, bardzo dziękuję <3

Będę odpowiadać w spoilerach, żeby nie stało się tak, że komuś jeszcze coś zepsuję, bo z czytaniem jesteście chyba na różnych etapach. Jeśli coś przeoczę, to najmocniej przepraszam.

Robert I Połączony
SpoilerShow
Przyznaję, że Josie była pierwszym strzałem, potem długo szła z Robertem łeb w łeb w wyścigu do połączenia, ale potem usiadłam na piwie z Marszą i wypowiedziałam na głos swoje związane z tym wątpliwości, a wypowiedzenie na głos zawsze ustawia rzeczy jednak. No bo nie chciałam w żaden sposób dublować Jindriski i odbierać jej statusu szczególnej postaci jako młodocianej Połączonej blisko pierwszego planu. Stąd ta decyzja.
Scen z kostnicy właśnie dlatego nie ma, że grałyby na emocjach, ale poza tym nie wnosiły niczego, bo wątek zemsty, który ewentualnie mogłabym tam upchać, pojawia się później. Dlatego wybór Josie, bo ona daje tę pozytywną część motywacji.
Ivan II Niegorźny
SpoilerShow
Tak, to jest mój błąd, źle rozwiązałam wątek i właściwie wiedziałam to już w momencie pisania. Rzadko pozwalam sobie na taką pobłażliwość, ale to był szczególny czas, czułam, że sobie z tekstem nie radzę i nie jestem w stanie lepiej poukładać klocków i że trwa to już za długo, jak się z tym rozdziałem męczę. W ogóle chciałam, żeby on zszedł do tej kryjówki i zaczął działać, ale para ze mnie uszła kompletnie. Cieszyłam się na ten rozdział, a potem okazał się jak kula u nogi, więc tym bardziej cieszę się, że czyta się go bezproblemowo poza tą nieszczęsną śmiercią Ivana. W wersji 2.0 będzie lepsza, obiecuję.
Miguel III Szalony
SpoilerShow
Gdzieś tam wiedziałam, że w pewnym sensie będę zabierać postać czytelnikowi. Tu mnie cieszy zwłaszcza, że tak dużo sympatii zbiera Robert, że jest numerem jeden i przenosi ciężar lubienia na wątek europejski, bo to odciąża decyzję, acz miałam nadzieję, że czytelnik będzie mógł bardziej poczuć ten odjazd "na własnej skórze", ale może jeszcze kiedyś, może w 2.0, gdzie w ogóle będę musiała wątek przemyśleć.
A z testem to ja właśnie dlatego zaczęłam się tak chichrać nad wynikami, że miałam to napisane i jeszcze parę szkiców na potem. To totalnie nie był wynik, który mi przychodził do głowy przy rozważaniach na sucho, ale, no, tu miałam ubaw z trafnością. Plus miałam nadzieję, że to splątanie będzie widoczne też wcześniej, ale bardziej w ryzach przytomności, i chyba było, bo pojawiało się w komentarzach, pamiętam.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 31 października 2017, 15:52

Jak już wiesz, przeczytałam do końca. Wiruje mi to wszystko w głowie. Tak bardzo.

Czy ja powinnam wiedzieć, kto zabił Oliviera i rodzinę Roberta? Matko, tak bardzo nie wiem, że aż czuję, że coś mi umknęło, o czymś zapomniałam i tylko myśl o Nano powstrzymuje mnie od czytania całości od nowa.

Jedyny oddech na te wszystkie rozdziały to rozmowa Miguela i Johnny'ego przez radio. Serio. Moment prawdziwego oddechu, ach chłopcy sobie żartują, uf uf, da się żyć. Cała reszta jest ciężka, dużo trudnych dialogów i tak dalej. Ten oddech był mi potrzebny. Zrobiłam sobie chwilę przerwy w tym miejscu.

Podoba mi się Jurij po odejściu Wolborg. Wolborg... Zrobiła rzecz wielką. Dla mnie to jak SI podejmująca ludzką decyzję. Nie wiem, czy tak miało być, ale ja tak to odbieram, że Jurij był dla niej ważniejszy od niej samej. On z kolei - jakże dobrze, że znalazł cel. Ma te dzieciaki. Czuje je. Ogromnie mi się podoba, że przejął dowództwo. Ogromnie mi się podoba jak reaguje na wyznania Miguela, który najwyraźniej przyjął taktykę absolutnej szczerości w związku. Kupuję ;) Próbuję zrozumieć Reia i Mao, ale nie umiem. Nawet jeśli nie podejmują na głos tematu dzieci, to nie myślą o nich? Wiem, że nie mogą wiele zrobić, że zrobili wszystko, co się dało i to, że nie gonią w nieznane w poszukiwaniu jest oczywiste, Europa musi być ich celem, ale choć wspominka, że tak to odbierają? Że tak właśnie myślą, albo że to odsuwają, albo że wybudowali mur? Nie wiem, dla mnie po prostu są zimni w środku. Bo, że kultura jest powściągliwa, że na zewnątrz nie okazują emocji, OK, ale nie mają ich? Przecież inne mają. No w każdym razie ich nie rozumiem w tym temacie, natomiast siła Mao jest wspaniała. Dłonie? Co tam dłonie, mam coś innego! <3

Relacja Brooklyna i Judy świetna. Doskonale umotywowana. Brooklyn może czuć się bezpieczny, ma kogoś, kto ogarnia Bestie na chłodno, jak on. Ona - to oczywiste, że chce go za partnera i będzie o niego dbać. A jednocześnie w jej stosunku nie widać zachowania naukowca wobec myszy doświadczalnej. Wygląda mi to na partnerstwo - przynajmniej w tej chwili.

Wszystkie piski i oklaski i podskoki zbiera jednak wizja Roberta Ajednakwreszciepołączonego Jurgensa <3 Ten wiatr na cmentarzu, płaszcz i drzewa <3 <3 <3. Ta decyzja. Chłód wymieszany z emocjami. OMG. Tak. Tak. Tak. To bardzo dobry moment był. W ogóle - Eva! Motyw dziwny (tak, tak, pamiętam, kim jest Ewa!), naprawdę takie wspomnienie z dupy. I choć na początku miałam WTF to robi tu, to jednak zupełnie mogło tak być, że to mu się pokazało. Natomiast chyba mam problem z tym, że oni tak często się tak luzowali. Bo taki długi tekst za mną, a to wyskoczyło znienacka. Ale to pikuś i nie wydaje mi się, żebyś się musiała tym przejmować.

W całym tym fragmencie od 24 rozdziału jest też coś, co mnie czytelniczo zirytowało - ta długa rozmowa-dyskusja-kłótnia o Takao zakończona szybkim cięciem "a Kenny taki szybki był". Znaczy istniało we mnie napięcie wywołane tą kłótnią. I że jak oni już wreszcie doszli do decyzji, odetchnęłam, że OK, postanowili, dobra i z mety się nastawiłam na czytanie o smoku w wielkim mieście. A tu guzik i moje napięcie w gwizdek i pustka i złość. Trochę to podobne do uczucia w Panu Lodowego Ogrodu, kiedy z trudem zdobyta broń roztrzaskała się na początku starcia.

Właściwie tyle. Dość pospiesznie stukam, zaczęłam rano, ale nie zdążyłam puścić i teraz kończę tuż przed wyjściem na Kick-Offa :D

Pisz!
:nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1822
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 22 grudnia 2017, 21:53

1/2

ROZDZIAŁ XXVIII
I MAY BE SMALL, AND I MIGHT BE A GIRL, BUT I AM EVERY BIT AS MUCH A BEYBLADER AS YOU


Opactwo
Trudno było uwierzyć w ten widok – w spękany beton, gruz i ostre, często osmolone zęby zawalonych do połowy ścian. W tę pustkę i ciszę bez jednej żywej duszy.
Niezależnie od pory dnia po przekroczeniu bram Opactwa dało się zwykle słyszeć odgłosy musztry, rytmicznie wykrzykiwane komendy, odezwy i kroki ciężkich butów. Nawet nocą nie zdarzało się nigdy, by cały kompleks spał, choć wówczas można było wyłowić ciemności odgłosy stokroć bardziej przerażające niż te za dnia.
Ale teraz nie było niczego.
Borys postąpił jeszcze dwa kroki i stanął na środku głównego placu ćwiczeniowego – na skraju krateru jak wklęsła pajęczyna. Wziął się pod boki i przesunął spojrzeniem najpierw po zgliszczach, a potem po ścianach wyglądających, jakby ktoś rozorał je pazurami, i nielicznych ocalałych oknach wyższych pięter, praktycznie wszystkich pozbawionych szyb. Dostrzegał za nimi ruch, ale wiedział, że to jego właśni ludzie szukający tych śladów po ataku, których nie dało się dostrzec gołym okiem – w przeciwieństwie do choćby trzech głów zatkniętych na bramie wjazdowej.
To one sprawiły, że Kuzniecow po raz pierwszy, jeszcze nie wszedłszy dobrze na teren ośrodka, pomyślał nie o obcej inwazji, a o buncie. Mniejsza o Ivana, szefa tego miejsca, ale jaki idiota zabiłby tak bezmyślnie dwóch doktorów odpowiedzialnych za eksperymenty i dysponujących unikatową wiedzą? Nawet Borys miał świadomość, że współczesnych wojen nie prowadzi się tylko pięścią, ale przede wszystkim informacjami. Kiedy informacje te zaczynały dotyczyć Połączonych, stawka wzrastała parokrotnie.
Co innego zemsta. Ta nigdy nie ważyła zysków i strat. Miała stanowić wyłącznie wyrównanie rachunków, a wychowankowie ośrodka z pewnością mieli co wyrównywać z Woroninem i Paninem.
Patrząc na ich okaleczone zwłoki, Borys poczuł, jak coś ciężkiego odrywa mu się od wątroby i znika. W pierwszym momencie nie wiedział, co to, a potem nagle do niego dotarło. Nie było już odwrotu. Doktorzy odpowiadali w końcu nie tylko za eksperymenty, replikacje i produkcję syntetyków, ale także za utrzymywanie ich przy życiu. Nie będzie więcej zabiegów, nie będzie zastrzyków przedłużających agonię i upokarzających przeglądów technicznych. Tylko konsekwentny marsz ku śmierci.
I to myśl o nieuchronności tego, co musi stać się za parę miesięcy, przyniosła tę przedziwną lekkość.
Co wspólnego miał z tym wszystkim Jurij? Odpowiedź na to pytanie wydawała się kluczową, a może też jedyną, którą należało tak naprawdę odszukać.
Wciąż nie znaleziono jego ciała. Ale też Kai nie stwierdziła jednoznacznie jego śmierci. Mówiła jedynie o zniknięciu Wolborg. Może sukinsyn wymyślił jakiś sposób na wyrwanie się z układu. Może po prostu zabrał swój wilczy tyłek poza zasięg radaru. Choć wydawało się wątpliwe, by to, co się z nim stało, i wydarzenia z Opactwa zbiegły się w czasie zupełnie przypadkowo, wcale nie musiało to oznaczać pokonania samego Ivanowa.
Borys postanowił trzymać się tej myśli, póki nie dostanie namacalnych dowodów na to, że Sabaka nie żyje. I nie wiedział, o co chodzi mu bardziej – o to, że był gotów nazwać Jurija swoim przyjacielem i po prostu mu kibicował, a zwłaszcza jeśli chodziło o sprawy związane z beznadziejną pozornie walką z całym systemem stworzonym przez Biovolt, czy o to, że mimo wszystko, mimo że wydawało się to niemożliwe, Ivanow zawsze znajdował jakiś sposób na to, by choć na chwilę zerwać się ze smyczy i zachować dla siebie okruchy swobody. To zawsze było dla Kuzniecowa jak powiew nadziei, której dla siebie samego już nie miał. Pozwalało po prostu zostać przy zdrowych zmysłach i żyć na tyle, na ile pozwalał na to układ oraz bezwzględne posłuszeństwo Falborg nieposiadającej tak rozwiniętej osobowości jak Wolborg.
– Towarzyszu generale!
Odwrócił się, rozpoznając głos Orłowa.
– Towarzyszu generale! – Adiutant wyglądał na przejętego. – Musicie to zobaczyć!
Nie tracąc więcej czasu na czcze dywagacje, ruszył szybko za prowadzącym go żołnierzem.
Wewnątrz budynki wyglądały jeszcze gorzej niż z zewnątrz. Więcej było tu śladów walk, więcej krwi na ścianach i rozniesionych w strzępy sprzętów. Należało ciągle patrzeć pod nogi, bo w każdym miejscu mogła wyrosnąć pod nimi wyrwa albo inna przeszkoda. Dla bezpieczeństwa wyłączono już agregaty – szansa na to, że w kapsułach pozostał ktoś żywy, wydawała się zerowa – ale wiszące z sufitów kable nadal wywoływały odruch schylania się.
Borys szybko zrozumiał, że jest prowadzony do laboratoriów Woronowa. Znał tę drogę równie dobrze, co pozostali trzej Połączeni generałowie, z których został ostatnim.
A zwłaszcza dobrze znał drogę do tej konkretnej kapsuły.
Kiedy wszedł przez próg – drzwi praktycznie nie istniały – zobaczył obraz całkowitego zniszczenia. Podłoga usłana była rozbitym szkłem, ściany i kafle pomazane krwią, ale najdziwniejszy był lód. Wobec braku drzwi i wobec wybitych okien temperatura w budynku utrzymywała się poniżej zera, tak więc nie zdążył stopnieć. Potężne bryły wyrastały spomiędzy potłuczonych pancernych szyb i pogiętych blach, pożerały otaczające kabinę przewody.
Wolborg.
To musiało być dzieło Wolborg.
Zrobili mu coś. Wsadzili Jurija do pierdolonej machiny i coś mu zrobili, a ona go broniła.
Borys poczuł, jak najczystsza wściekłość rozpala mu żyły. Ostatkiem woli powstrzymał się od wypuszczeniem Falborg na łowy i dokończeniem dzieła zniszczenia. Przed oczyma znów stanął mu obraz odrąbanych głów, ale świadomość, że ci, którzy odpowiadają za krzywdy Ivanowa, najprawdopodobniej już nie żyją, wcale nie pomagała.
Kuzniecow drżącą dłonią dotknął lodu przerastającego kapsułę. Westchnął i oparł o niego rozpalone gniewem czoło, chcąc, by chłód wżarł się w skórę, a potem głębiej, przez kość aż do samego mózgu.
Czasem nawet dla niego było za dużo.
– Towarzyszu…
– Wypierdalać! – warknął na Orłowa.
Chciał zostać z tym sam. Z Jurijem, ze śmiercią Opactwa i ze swoją własną.
Na tym poziomie – osobistym – wszystko docierało wolniej, ale ostatecznie Borysa uderzyły w potylicę wspomnienia i ten nagły niepokój związany z faktem, że oto patrzył na gruzy całego swojego dzieciństwa. Całego świata jakoś do czternastego roku życia.
Bardzo chciał, bo byłby to dowód na jakieś resztki wolnej woli w opanowanym przez Bestię umyśle, ale nie potrafił myśleć o tej wyrwie w rosyjskim krajobrazie z ulgą. Bo to już nie była Rosja, jaką znał.
Bo to już nie był świat, jaki znał.


Hefei Żelazna obręcz na szyi gniotła barki. Sprawiała, że Claude miał wrażenie, jakby swobodnie mógł już wetknąć palce między własne kręgi. Nie mógł jednak niczego z tym zrobić. Nie mógł jej poprawić, ani podnieść, bo dłonie miał skrępowane za plecami. Wiedział już też z kolei, że potrząsanie głową nie przynosi spodziewanego efektu, a wręcz przeciwnie – tylko pogarsza sprawę, gdy po karku rozchodzi się paskudny ból jak rozgrzane do czerwoności szpile.
Przymknął oczy i starał się uciec myślami jak najdalej od tego miejsca i od obecnej sytuacji. Wyłączyć mózg. Nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się podobnie. Z natury był raczej spokojnym człowiekiem. Zdecydowanie wycofanym, lubiącym podążać za silniejszymi i bardziej przebojowymi od siebie, lubiącym wierzyć, że mają rację, a nawet jeśli nie, ograniczona wiedza na ich temat usprawiedliwia błędy i pomyłki trzymających się w cieniu podwładnych. Nie czuł też potrzeby zbawiania świata, choć czasem z nieznanych sobie przyczyn coś mu w tym temacie odbijało. Ale nie napędzał go gniew. Raczej strach. Albo zniechęcenie. Zwykła potrzeba znalezienia sobie w miarę wygodnego kąta, w którym będzie mógł odpocząć i zrzucić z siebie odpowiedzialność.
Tymczasem tego dnia pod jego skórą i w żyłach pulsował prawdziwy ogień.
Czy to tak czuł się Miguel z Gargoyle’em na tyłach głowy? Jakby bezustannie spalała się tkanka tłuszczowa i mięśnie? Jakby wypełniał go wrzący olej? Nie, chyba nie. Czasem było w nim czuć wrzątek, czasem nawet ten wrzątek wysadzał dekiel, ale Claude był przekonany, że ktoś tak wypełniony wściekłością nie byłby w stanie funkcjonować. Mógłby tylko wrzeszczeć.
Tavarez wiedział, że tym razem nie zrobił niczego źle. Wręcz przeciwnie – włożył w całą tę akcję całego siebie, a nawet więcej. Zdecydowanie więcej na pewno, niż był winien Reiowi. Więcej niż był winien komukolwiek, sam przed laty zdradzony i zostawiony na pastwę losu. Wykazał się dobrym sercem. I co mu z tego przyszło?
Obręcz na szyi, skrępowane ręce i dotyk lufy z tyłu głowy – to ot tak, na wszelki wypadek, gdyby przyszło mu do głowy użyć mocy.
Mógł tylko mieć nadzieję, że trzymający broń azjatycki chuj nie powiąże z nim sporadycznych silniejszych podmuchów wiatru i nie postanowi – ot tak, na wszelki wypadek – nacisnąć spustu.
Z Daichim Sumeragim nie dało się rozmawiać. Zobaczył człowieka, którego wiązał z Amerykanami – zapewne dzięki raportom ludzi Reia – i już miał w głowie gotową całą opowieść. Nie docierało do niego nic. Żadne tłumaczenia. Żadne argumenty. W pewnym momencie Claude był tak wściekły, że gdyby nie to, że sprawa dotyczyła kilkuletnich dzieci i ich bezpieczeństwa – poczuł, że byłby gotów z czystej złośliwości powiesić się na tej cholernej obręczy. Był przekonany, że znalazłby sposób, jak tego dokonać.
Upodlono go po raz kolejny. I po raz kolejny robili to Azjaci. Więcej – po raz kolejny robili to Połączeni. I gdzie tu potwierdzenie tych wszystkich górnolotnych haseł, że jako ofiary systemu i spisku dorosłych powinni trzymać się razem? Bzdury. Wszystko bzdury. Byli taką samą bandą chujów jak wszyscy, a może wręcz jeszcze gorszą, bo świadomie czy nie, ale najwyraźniej dość skutecznie usprawiedliwiającą swoje podłości krzywdami z dzieciństwa.
Claude srał na ich krzywdy. Srał na ich pokręcone mózgi i zranione, zasmarkane serduszka. Srał na to wszystko, bo nie było to warte niczego więcej.
Kłamstwa.
Tylko kłamstwa.
I to niby on był tym złym, tym nielojalnym i zdradliwym? On, który po prostu starał się znaleźć miejsce w pokręconym świecie, który nie miał dość ego i niedojrzałości w sobie, żeby uznawać, że parę dodatkowych zer i jedynek w głowie daje mu prawo do tego, by samotnie i bez konsultacji z nikim, bez odpowiednich kompetencji i doświadczenia decydować o losach wszechświata. On nie wypowiedział nikomu wojny. On nie pchał się na kluczowe stanowiska w organizacjach międzynarodowych. Robił tylko to, do czego został stworzony, i pozwalał, by ktoś inny, ktoś mądrzejszy od niego, kierował jego krokami i rozwijał zamknięty w głowie potencjał Bestii.
Co więcej, pracował dla ludzi, którzy zainteresowali się jego losem. Pomogli mu dojść do zdrowia, zapewnili rehabilitację i pomoc psychologiczną. Nauczyli go tego, czego jeszcze nie wiedział o swojej mocy. Dali mu więcej niż ktokolwiek z tych, dla których wcześniej przelewał pot i łzy. Czy można było mieć o to do niego pretensje?
No, oczywiście, że można. Jeśli mimo upływu lat pozostawało się zadufanym w sobie, bezdennie głupim dzieciakiem.
Nawet teraz, nawet tego, że współpracował, bo stawką było dobro kilkulatków, nikt nie potrafił docenić. Nie – zamiast tego Claude widział w oczach eskortujących go Azjatów tylko pogardę dla tchórza i jeńca, który wybrał poddanie się, zamiast bezsensownej walki do końca.
– To tu – warknął w pewnym momencie i samochód wyhamował.
– Gdzie? – spytał ostro oficer.
– Nie pokażę, kurwa, bo mam związane ręce – syknął Peruwiańczyk i wiedział, że nie oberwał za to tylko dlatego, że przy nieodpowiednim ciosie obręcz mogłaby złamać mu kark. – Czerwona cegła. Nad drzwiami wisi szmata.
Trudno byłoby powiedzieć, że pomogli mu wysiąść z auta. Raczej go z niego wyrzucili. Szczerze wątpił, by stojący już obok Sumeragi nie wiedział, co się dzieje. Wcześniej udowodnił aż nadto dobrze, że mimo utraty wzroku doskonale orientuje się, co jest grane wokół niego. Musiał słyszeć chociażby brzęk łańcucha. Ale nie reagował i Claude nie byłby ani odrobinę zaskoczony, gdyby okazało się, że rozkazy wyszły bezpośrednio od niego.
Chwilę jeszcze Japończyk nasłuchiwał uważnie, jakby chciał się upewnić, że to nie amerykańska pułapka, a potem zwrócił się dokładnie w kierunku dwóch swoich żołnierzy dźwigających Tavareza z piaszczystej drogi.
– Pójdziecie przodem.
Zwisanie z ich ramion, kiedy szli – ciężko i nierówno – było może jeszcze gorsze, niż gdyby wlekli go po ziemi. Nienawidził tego. Nienawidził chwil, w których tak boleśnie przypominał sobie o kalectwie. Dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby po prostu pozwolili mu używać skrzydeł, ale cóż, och, ojej, przecież wtedy mógłby odlecieć. Więc lepiej było poobwieszać go absurdalnymi ciężarami, a potem dźwigać jak cielę na ofiarę.
Weszli do ciemnej, dusznej rudery z wybitymi oknami i odrapanym tynkiem, jak większość murowanych domów w Hefei. Zamieszki i liczne pożary zniszczyły miasto niemal doszczętnie i niemal już wygoniły stąd ludzi.
– Xue! – zawołał Claude od progu. – Xue, możecie wyjść! To przyjaciele waszego ojca!
Bo przecież nie moi, dodał w myślach z goryczą.
Nikt mu jednak nie odpowiedział i Tavarez poczuł, jak przez grubą warstwę gniewu przebija się pojedyncze uderzenie paniki.
– Pochowali się – mruknął do stojącego za nim Daichiego. – Starałem się nauczyć ich ostrożności. Ale są tu.
– Nie ma ich – odparł Sumeragi twardo.
– Są. Przysięgam, że...
– Nie ma ich – powtórzył Japończyk ze złością.
Plecy Claude’a zalała fala zimnego potu. Nie wiedział jednak, czy to bardziej strach o los rodzeństwa, czy o jego własny, jeśli Azjaci stwierdzą, że ich oszukał.
– Ale to nie znaczy, że ich nie było – dodał Daichi i dopiero to pozwoliło Tavarezowi nabrać powietrza w płuca. – Wyczuwam zapach dziecka. Dzieci – poprawił się. – Podejrzewam więc, że w tym szczególe nie kłamiesz.
– Szczególe?! Myślałem, że…
– Nie wiem natomiast, czy masz coś wspólnego z innymi lokatorami tego budynku.
– Co...? – wyrzucił z siebie Tavarez na wydechu.
– To pułapka? Czy tylko zostałem zwabiony w innym celu, MingMing?
Claude nie zdążył się nawet zdziwić, bo w ułamku sekundy jego głowę wypełnił potworny ból, a oczy zalała czerń. Trzymający go żołnierze rozluźnili chwyt i pociągnięty przez ciężar kajdan uderzył z impetem o podłogę – obręcz boleśnie nadwyrężyła kark, ale szczęśliwie go nie złamała. Łańcuch ciężko spłynął po plecach. Tavarez nie miał pojęcia, co się dzieje, ale nauczono go reagować szybko. Od tego właśnie był, żeby reagować szybko. Wciąż na wpół przytomny, wciąż z potwornym hukiem rozbrzmiewającym pod czaszką, obrócił się na bok i dzikim, wściekłym ruchem powietrza posłał jednego z oprawców na ścianę. Chyba ogłuchł, bo nie usłyszał ani wizgu, ani odgłosu uderzenia, ani trzasku pękającego kręgosłupa – wiedział natomiast, że cios był dość silny, żeby zabić. Czuł, że drży ziemia pod fundamentami budynku. Czuł, że zaraz zaczną rozpadać się ściany.
Kolejna fala obezwładniającego hałasu rozsypała mu potylicę na miliard kawałków, a mózg zmieniła w zupę. Wcisnęła twarz w podłogę i poczuł w ustach smak krwi, a w nosie i uszach gęste krople – mógł mieć jedynie nadzieję, że są czerwone, a nie czarne lub szare. Chciał się poruszyć, wyrwać jakoś z dziwnej, drżącej pułapki, w której niespodziewanie się znalazł, ale mięśnie zamieniły się w zupełnie bezwładną galaretę, a kości wydawały składać jedynie z dygotu. Krzyczał. Wiedział o tym, że krzyczy – krew spływała po wargach na podłogę – ale nie słyszał własnego głosu. Miał wrażenie, że coś – jakieś wielkie zimne łapy wyrastające z gruntu – trzyma go i wgniata w polepę, miażdżąc żebra, miednicę i kości policzkowe.
Był ptakiem, który znów dał się strącić z niebios i przygwoździć do ziemi.
Świadomość tego, jak bardzo jest bezbronny wobec dwójki azjatyckich Połączonych wypełniła mu żołądek lodowatym zimnem. Ale zbyt wiele już razy godził się z własną śmiercią, by uwierzyć, że to ta właściwa.
Przecież tu nawet nie chodziło o niego.
Próbując przezwyciężyć dzwonienie i rozdygotane ciało, obrócił się z powrotem na brzuch – już ten ruch spowodował, że omal nie stracił przytomności z bólu. Trzewia szarpnęły się gwałtownie i żółć zapiekła w przełyk, ale Claude nie zdołał zwymiotować. Przełknął, co tylko wzmogło mdłości. Próbował oprzeć się na rękach, choć zdawało się, że ma w nich siłę dwulatka. Zamknął oczy, bo i tak niczego nie widział. Ale tak jak Daichi mógł widzieć przez drżenie gruntu, tak on wyczuwał prądy powietrza – teraz zaburzone przez silne fale dźwiękowe, jakich nie doświadczył jeszcze nigdy w życiu, ale przez to też doskonale obnażające położenie MingMing.
Może to jednak nie w jej kierunku powinien pójść atak. Może to właśnie ona wiedziała, gdzie są dzieciaki. I może okaże się bardziej godna zaufania niż Sumeragi, choćby wydawało się to niemożliwe.
Fale dźwiękowe odbijały się od ścian, interferowały, wprawiały całe powietrze w drżenie, rysowały mapę.
Claude w ostatnim zrywie wykręcił ciało i włożył w cios wszystko, co mu jeszcze zostało.
Decyzję podjął w ostatniej chwili – decyzję niemal do siebie niepodobną, że woli nowe i nieznane od starego upokorzenia.

*

Najpierw był strach. Potworny, obezwładniający strach, który ugiął pod nim kolana, powalił na podłogę i kazał w bezsensownym odruchu objąć głowę rękoma. Daichi nie wiedział, skąd się wziął – nie potrafił określić, co go tak przeraża. Dygotał cały skulony na polepie, bezradny i z gardłem zaklejonym gęstymi łzami najczystszej histerii, aż zaczął się dusić.
Chyba wrzeszczał – tak mu się wydawało – ale nie słyszał swojego głosu. Jedynie jednostajny, wysoki pisk, który roznosił w pył wszystkie jego myśli. Jakby wycinał samą tkankę mózgu, by strach miał więcej miejsca. Jakby skrobał w wewnętrzną stronę czaszki, by wyryć na kości słowa przerażenia. Jakby wciskał to, co zostało, w oka gęstego sita.
Trwało to całe trzy wieczności.
Całe trzy wieczności strachu, jakiego Japończyk nigdy wcześniej nie doświadczył.
Przełamywanie tej nienaturalnej paniki odczuwał fizycznie jak zdejmowanie z siebie olbrzymiego ciężaru. Warstwami. Pojedynczo. I wiedział, że gdyby nie Gaia, nie dałby rady. Tylko dzięki niej i tylko dzięki temu, że wyobraził sobie strach jako olbrzymi głaz, nad którym miał przecież władzę, zdołał oderwać dłonie od głowy i oprzeć je o grunt.
Ale tyle wystarczyło.
Pozwolił, by moc Bestii spłynęła po jego ramionach aż do opuszek palców. Geomancja była jednak powolna, wymagała czasu. Nie zdążył skonstruować ataku.
Zaklął, kiedy wyczuł, że wszystko wokół drży i że to nie on jest tego sprawcą. Fale sejsmiczne zderzały się z innymi, których nie był źródłem. Interferowały, to wzmacniały się, to wygłuszały, wpychały przez uszy do mózgu, zgniatały go, aż wreszcie wydusiły krzyk z płuc i krew. Sumeragi poczuł ciężkie krople spływające z nosa i po bokach szyi. Próbował z tym walczyć, próbował też namierzyć przeciwnika, ale zamknięta przestrzeń działała przeciwko niemu.
A potem nadeszło kolejne uderzenie, jakby całe zgromadzone w ruderze powietrze postanowiło wpakować się Daichiemu do płuc.
Claude.
Zrozumienie napełniło go wściekłością, dało siłę do jednej jeszcze próby odmiany losu.
Polepa pękła wreszcie z potwornym łomotem, zaskrzypiała cała konstrukcja budynku.
A potem wszystko złożyło się jak domek z kart.


Digora
– …nikogo żywego – raportował dalej Borys tonem, który niewiele miał wspólnego z wojskowym profesjonalizmem.
– Wiesz już, kto to zrobił? – Hiwatari musiała włożyć wiele wysiłku w to, by nie warczeć, i jeszcze więcej w to, by nie spopielić komunikatora po prostu bardziej zapalczywą myślą.
Kuzniecow z niewielkiego ekranu skrzywił się i nieruchome blizny zdeformowały jego policzek.
– To mi nie wygląda na atak z zewnątrz, Kai – powiedział. – A przynajmniej nie całkiem. Wszyscy wiedzą, co znajduje się w Opactwie, więc o ile nie byli to jacyś fanatycy, którzy przecież i tak nie mieliby środków, musiałby być to ktoś bardzo głupi. Oni rozkurwili wszystko. Wszystko. Rozumiesz? Właściwie zniszczyli dowody. Sprzęt rozpierdolony na pojedyncze, kurwa, śrubki. Papow, Panin i Woronin nie żyją. Widziałem ich głowy na ogrodzeniu. I sądzę, że widziałem ciała. I to było dokładnie to, co sam bym zrobił, gdybyś mnie nie trzymała na smyczy. Tylko ja bym użył zardzewiałych żyletek, żeby dłużej trwało.
Hiwatari poczuła, jak te słowa rozpalają w niej nowy płomień.
Tak, wiedziała o tym. I wiedziała również, że wtedy jej własna głowa znalazłaby się obok tamtych. O ile Borys zdołałby ją dorwać, co wydawało się mało prawdopodobne, jednak teoretycznie możliwe.
Powoli uczyła się odsuwać od siebie gorycz, jaką wywoływały podobne wnioski – Black ją tego uczyła, zamieniała w popiół i rozsypywała w nicości – ale nie znaczyło to, że nadal w pewien sposób tego nie odczuwała.
– Zatem sugerujesz bunt – podsumował.
– Tak.
– Jurij?
– Nie znalazłem jego ciała – odparł Borys, a uwadze Kai nie umknęło, jak zmieniła się jego twarz. Było to widoczne nawet na małej przestrzeni ekranu, gdy zmarszczył brwi, a jego oczy zwęziły się drapieżnie. – Ale sądzę, że mogli przeprowadzać na nim jakieś niekonsultowane zabiegi. Chyba że…
– Nie – Hiwatari pokręciła głową, gdy tymczasem w jej głowie huczał podsycony płomień gniewu. I to po mimo ulgi, jaką poczuła przy „Nie znalazłem jego ciała”. – Nie wydawałam żadnych pozwoleń. Nikt mnie o żadne pozwolenia nie prosił.
– Więc ktoś tam odpierdolił samowolkę, bo wzięli go do kisielu. I chyba się wkurwił. Ale nie do końca byłem w stanie na razie zrekonstruować, co zaszło. Sprzęt jest w proszku, przewody popalone, a resztę rozpirzył lód. Sam jeszcze nie wierzę w to, co zobaczyłem. Jeśli Wolborg naprawdę zniknęła, zanim to zrobiła, musiała dać niezły pokaz. Tam są lite ściany porozsadzane lodem, Kai. Jeśli kiedykolwiek widziałem w jej wykonaniu coś podobnego, to wtedy, kiedy zamrażała Moskwę, a sam dobrze wiesz, co się tam działo. Najgorsze, że nie mam już kogo przesłuchać.
O tak, Hiwatari nie wątpiła, że Borys dokonałby bardzo dokładnych przesłuchań. Uzyskałby zresztą na to pełne błogosławieństwo.
Jednocześnie, usiłując ostudzić umysł za wszelką cenę, dochodziła do wniosku, że ani Woronin, ani Panin nie należeli do ludzi dobrowolnie wkładających głowę w imadło. Nawet rosnący między nimi konflikt na tle finansowania badań nie pchnąłby żadnego z nich do podjęcia decyzji o rozpoczęciu nieraportowanych eksperymentów, a już na pewno nie na Ivanowie, o którym wszyscy wiedzieli, że jest oczkiem w głowie feldmarszałka.
Więc kto? Papow?
Nawet jeśli, prawdopodobnie miała się już tego nigdy nie dowiedzieć. Podobnie jak niezwykle trudno będzie odtworzyć, co stało za taką decyzją. Co – hipotetycznie – mogło stać.
Choć oczywiście były pewne czynniki, pewne zmienne, które Kai mogła wskazać jako szczególnie podejrzane.
– Mao Kon? – dopytywała dalej. – Lavalier?
– Ich ciał również nie znalazłem.
Kai przymknęła oczy. Dla niej te szczątkowe informacje – nawet jeśli nie było jej na miejscu i nie widziała tego, co Kuzniecow – układały się powoli w pewien prawdopodobny obraz.
– Są ślady ognia?
– Sporo – przyznał Borys.
Powinna była się tego spodziewać. Powinna była to przewidzieć – posłuchać przeczucia, które chwyciło ją za gardło i niemal siłą próbowało zawrócić, gdy wsiadała do samolotu mającego zabrać ją do Nairobi. Powinna była posłuchać tak intuicji, jak i Ivana, wyraźnie sugerującego, że wzajemnego oddziaływania na siebie Jurija i Miguela nie należy lekceważyć nawet wówczas, gdy obaj wydają się rozłożeni na łopatki.
Powinna była nie ulegać miękkiej stronie swojej duszy, tej pragnącej, by Ivanow spojrzał na nią choć odrobinę cieplej, wykorzystać sytuację do cna, nie przejmować się niczym i pozwolić Woroninowi na natychmiastową replikację Gargoyle’a. Było już jednak za późno na żale.
– Jeszcze coś?
– Tak – przyznał Kuzniecow. – Ciągle jeszcze trwa inwentaryzacja, ale gołym okiem widać, że część sprzętu zniknęła. Głównie wozy opancerzone.
– Uciekli – syknęła Hiwatari.
– Mam ich gonić?
Zastanowiła się. Rozważyła układ sił i potencjalne ryzyko.
– Nie – zadecydowała wreszcie. – Nie wiemy, kto przeżył i w jakim są stanie, ale to potencjalnie trzech Połączonych, którzy zdołali zrównać z ziemią Opactwo. Nie chcę w ten sposób ryzykować, nie teraz. Dołączysz do Mhalangu.
– Tak jest – odparł Borys, choć brzmiał na lekko zawiedzionego.
– Moja cierpliwość się skończyła.

Hefei
Z odmętów nieprzytomności wypływał powoli i boleśnie, choć wiedział doskonale, że nie przebywał w ciemnościach długo. Obraz rozdwajał się i potrajał, ostrość odzyskiwał jednak dość szybko Tavarez był w stanie określić, że to przed nim to dwie kobiece nogi w ciemnych, choć ubrudzonych pyłem spodniach. Chciał podnieść wzrok, ale oczy zaprotestowały gwałtownie bólem, który wbił się rozgrzanymi szpikulcami w sam środek mózgu.
Chciał zakląć, ale nie był w stanie nawet dobyć głosu.
– Pani każe przekazać, że nie musisz się jej bać, skrzydlaty – usłyszał słowa wypowiedziane jednak zdecydowanie nie przez kobietę.
Znał ten głos, choć słyszał go bardzo rzadko. Znał ten nieco chropowaty, ale i tak nad wiek dobrze opanowany angielski.
– Xue…? – wychrypiał, próbując wesprzeć się na ręce.
Poczuł na ramieniu małą, dziecięcą dłoń.
– Lepiej nie wstawaj, skrzydlaty.
Opadł więc z powrotem na pachnące kurzem, poruszoną ziemią i krwią klepisko, starając się uwierzyć, że tym razem nikt go nie okłamuje i naprawdę jest już bezpieczny. Kobiece nogi ugięły się i ich właścicielka – zapewne owa „pani” – kucnęła obok Tavareza. Dotknęła jego skroni i z nagłego pieczenia, które objęło pół czaszki, wywnioskował, że jest ona rozcięta.
Naprawdę, więc to był świetny pomysł, żeby pakować w nią brudne paluchy. Claude szarpną się lekko, co omal ponownie nie pozbawiło go przytomności, ale ręka zniknęła.
Kiedy obraz uspokoił się nieco, Tavarez zdołał spojrzeć na twarz kobiety.
Która wcale nie była twarzą. Przynajmniej nie w swojej większej części. I być może lepiej, że Peruwiańczyk leżał powalony na podłodze i otoczony gruzami (chwała Chińczykom, że budowali domy głównie z kartonu), bo dzięki temu nie miał sił ani możliwości, żeby się szarpnąć i okazać, jakie wrażenie zrobiło na nim to, co zobaczył.
Kobieta miała tylko jedno własne oko – ciemne, duże, o azjatyckim wykroju – i tylko trochę własnej skóry. Resztę pokrywała maska bez otworów na usta i drugie oko. Pokrywające ją rysy dobitnie świadczyły o tym, że nosząca ją kobieta nie unika bezpośrednich starć. Skinęła ręką i już przy Tavarezie znalazło się dwoje ludzi. Chwycili go pod ramiona i dźwignęli do pozycji półleżącej, co głowa i piersiowy odcinek kręgosłupa oprotestowały potwornym bólem, od którego szarpnął się agonalnie żołądek. Pył osypał się z czoła na pierś i uda. Claude jednak nie zwymiotował – chociaż tyle upodlenia mu darowano.
Przez chwilę znów widział bardzo słabo, ale kiedy wreszcie wzrok zaczął jako tako współpracować, Peruwiańczyk docenił zmianę pozycji. Przynajmniej jako zwiadowca, bo jako człowiek po prostu wolałby, żeby pewne widoki pozostały poza jego zasięgiem.
Zobaczył resztki ścian pokryte freskami z krwi i innych płynów ustrojowych, zobaczył walające się po podłodze dosłownie rozczłonkowane zwłoki. Nawet niektóre kości były w proszku.
Raz jeszcze przeniósł wzrok na kobietę, nie mając nawet grama wątpliwości, że to ona odpowiada za tę makabrę – bo przecież nie on – a potem na pobladłego Xue. Chłopiec stał prosto i dzielnie, ale wprawne oko zwiadowcy dostrzegło, że mały książę drży i stara się nie mrugać oraz nie rozglądać.
Całkiem rozsądnie. Claude sam też podjąłby taką decyzję, gdyby mógł.
– Daichi? – wychrypiał.
– Nie żyje – odpowiedziała nieznajoma ustami Xue.
– Kim… – Tavarez nawet nie dokończył pytania, bo pojedyncze ciemne oko znów zwróciło się ku niemu i ten wzrok wepchnął mu do gardła wszystkie pozostałe słowa.
– MingMing. Połączona.
Och, w to ostatnie nie wątpił nawet pół sekundy.
Opanowując kolejną falę zawrotów głowy i odruchów wymiotnych, zmusił się do rozejrzenia po pomieszczeniu. Odnalazł wzrokiem coś, co zapewne stanowiło pozostałość po Daichim i wiedział, że widok ten zostanie z nim na długo.
Dwaj mężczyźni, którzy wcześniej pomogli mu usiąść, dźwignęli go znowu, oswobodzili z kajdan i zaczęli wlec ku wyjściu. Nikt niczego nie wyjaśniał, nikt nie o nic nie pytał, nikt też nawet słowem nie skomentował jego kalectwa, co wydawało się co najmniej niecodzienne. Jeśli jednak zdejmowali łańcuchy, mógł być to dobry znak.
Claude, także po to, by nie myśleć o bólu, starał się oszukać w pamięci to imię – MingMing. Wydawało mu się, że nie jest mu całkowicie obce, że już je słyszał i powinien skojarzyć. Może jednak szok, może zmęczenie, a może coś całkiem innego sprawiało, że we wspomnieniach odnajdywał tylko dziurę. Próbował też przypomnieć sobie, czy kojarzy z turniejów jakąś Bestię zdolną do zadawania tego typu obrażeń, ale tu także napotykał na mur.
Zerknął na Xue. Chłopiec odetchnął wyraźnie, od kiedy wyszli z usłanego trupami domu, ale z jego twarzy trudno było wyczytać coś więcej.
Ojciec dobrze go wyszkolił, sarknął w duchu Tavarez.
Niemniej fakt, że on, a zatem pewnie także jego bracia są cali i zdrowi, przynosił niespodziewaną ulgę.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1822
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 22 grudnia 2017, 21:56

2/2


Gdzieś na Bałtyku
Uczucie było absolutnie wkurwiające i okropne. Wszystkie zmysły Jurija szalały, nie wiedział już, gdzie jest północ, a gdzie południe, a czasem nawet, gdzie góra, a gdzie dół. Ponadto był dowódcą, głową stada i autorytetem, a wilki nieczęsto widuje się zielone na twarzy i przewieszone przez burtę.
Ale też – należało przyznać to uczciwie – nieczęsto widuje się je na morzu.
Marne pocieszenie, ale jednak pocieszenie leżało w tym, że Ivanow nie był w swoich cierpieniach sam. Właściwie tylko uprowadzeni z portu marynarze radzili sobie znakomicie, a potem skala zaczynała się jakoś w okolicach „błagam, nie” i biegła tylko w dół.
Szczęśliwi ci, którzy nie musieli wychodzić na pokład i większość czasu pomiędzy wachtami po prostu przesypiali. Sabace zmrużenie oka przychodziło cholernie trudno.
Paradoksalnie niewyspanie i wywrócony na lewą stronę żołądek nie sprzyjały popadnięciu w błogie otępienie, a wręcz przeciwnie. Jurij nadal nie czuł się do końca pewien w układzie. Nie poznał wszystkich wyprowadzonych z Opactwa chłopców, nie miał stuprocentowej gwarancji, że dobrze wybrał spośród nich swoje najbliższe grono. Oczywiście nie ufał też porwanym marynarzom, a na to wszystko nakładał się fakt, że Rei – jakkolwiek również niezbyt rześki – znosił wariacje błędnika trzy razy lepiej. Owszem, to nie były już czasy, w których Ivanow spodziewałby się po nim noża w plecach, ani też czasy, w których Kon uciekałby się do takich środków. Ale też nie ulegało już wątpliwości, że Chińczyk miał w zapasie znacznie groźniejsze, a jednocześnie subtelniejsze zagrania. Był bardziej politykiem niż wojownikiem, a politykom Jurij nigdy nie ufał i ufać nie zamierzał.
Ot, dla zasady.
Tymczasem jedyny człowiek, którego lojalności Jurij mógł być całkowicie pewien, zdecydowanie wylądował poza gronem osób, na które mógł on liczyć. Och, nie wątpił ani przez moment, że Miguel by próbował go wesprzeć, ale to właśnie stanowiło główny powód, dla którego należało trzymać go możliwie z daleka i nie wprowadzać we własne rozterki. Nie z tym zaburzonym odbiorem rzeczywistości i nie z wykurwiście wręcz wysokim prawdopodobieństwem wybuchu chęci udowodnienia wszystkim dookoła, że nie jest takim wariatem, jak go malują, że sobie z tym radzi i można traktować go normalnie. Póki siedział na marginesie, mógł być przybity, ale też zachowywał pewną świadomość faktów i przyczyn takiego stanu rzeczy. Dawanie mu impulsu do rewizji tego podejścia z pewnością nie byłoby dobrym pomysłem.
Wszystko się pierdoliło. Naprawdę wszystko i Jurij był niemal pewien, że to wniosek płynący nie tylko z faktu, że miał wrażenie, jakby dawno wyrzygał własne nerki. Bardzo starał się skupiać na konkretach - nie na ocenie, co poszło dobrze, a co się koncertowo zjebało, ale właśnie na konkretach, na teraźniejszości i na aktualnych możliwościach. Ale to było trudne.
Zwłaszcza bez tego wkurwiającego głosu rozsądku w jego głowie. Bez niekiedy celnych, a innym razem po prostu pozwalających się porządnie wściec i wypalić komentarzy lodowej Bestii.
Jurij przyłapywał się czasem na tym, że odtwarza w pamięci jej monologi, ale jednocześnie pod jego żołądkiem rosła zimna kula przeświadczenia, że ten głos z jego głowy coraz mniej przypomina faktyczny głos Wolborg. Rosjanin był obdarzony dobrym słuchem wzmocnionym dodatkowo wszczepami. Rzeczy dla innych zupełnie nieistotne dla niego stanowiły podstawę. Więc nie tylko melodia, nie tylko wysokość „mniej więcej”, a dokładne częstotliwości. Szczegóły intonacji i rozkładania akcentów. Półśrodki nie miały racji bytu.
Półśrodki tylko denerwowały.
I wzbudzały w Ivanowie uczucie, z którym nie spodziewał się mieć problemów już nigdy.
Myślał, że Opactwo wyleczyło do z lęku. Nie ze strachu rozumianego jako narzędzie do racjonalnej oceny sytuacji i czasem zaworu pozwalającego na adrenalinowy szał, ale właśnie z toczącego jak robak, permanentnego lęku wynikającego nawet nie z sytuacji, choćby ta wydawała się nie wiadomo jak przesrana, a z czegoś, co tkwiło jeszcze głębiej. W samym Juriju.
Z osamotnienia.
To było dziwne i niepokojące odkrycie - że nigdy tak naprawdę nie był sam i że nie potrafi być sam. Jeszcze do niedawna wydawało mu się, że ta bezustanna obecność Wolborg jest powodem jego frustracji, tej przeżerającej jak kwas złości, której nie potrafił się pozbyć. I może faktycznie nim była, ale jednocześnie pozostała po Wilczycy niemożliwa do wypełnienia pustka.
Jurij wiedział, z czym mu się to wrażenie kojarzy i wiedza ta tylko potęgowała lęk - było jak na odwyku. Było jak wtedy, siedemnaście lat temu, gdy został zamknięty z bandą żałosnych ludzkich szmat i po pierwsze musiał uświadomić sobie, że jest jak one, a nie tego chce. Nie potrafił odtworzyć tamtego czasu w szczegółach, nie wiedział już, co robił dzień po dniu i godzina po godzinie, ale jakieś bardzo ogólne obrazy zostały w jego głowie na zawsze. I zostały wrażenia. Upodlenie, ciało zlane potem, bezsenne noce, podczas których zagryzał poduszkę, by nie zacząć krzyczeć i nie wzbudzić podejrzeń w tych, nad którymi chciał panować siłą swojej woli.
Wolborg była jak alkohol. Jak nałóg. I Ivanow czasem naprawdę tracił pewność, czy zdoła wygrać drugą tego typu walkę w ciągu swojego życia. Zwłaszcza że tamtej tak naprawdę nigdy nie zakończył i choć z trudem przyznawał się do tego nawet przed samym sobą, bywały dni, w których myślał o tym, żeby zacząć pędzić bimber albo spoglądał łakomie w stronę apteczki. Musiał zachowywać czujność bez przerwy. Jak miał w takim razie dzielić uwagę na dwa fronty i jednocześnie pilnować, żeby Wolborg nie stała się jego obsesją i nie pociągnęła go na dno?
- Towarzyszu generale! - usłyszał znów ten wciąż jeszcze za wysoki na mężczyznę, wciąż o dwa tony za głośny i podszyty drażniącym ucho entuzjazmem rekruta głos jednego z chłopców. - Melduję, że zmiana wachty odbyła się terminowo i bez przeszkód! Wrogich działań nie zaobserwowano!
Jurij skinął głową. Wania - tak go nazywał także w myślach, nigdy nie inaczej, żeby przypadkiem nie skojarzyć go z Papowem i nie zacząć w głupi sposób podejrzewać - stał przed nim wyprężony jak wzorowy żołnierz, którym tak naprawdę nigdy miał nie być. Nie, nie do końca, choć w dużym uproszeniu mówiło się, że Opactwo to ośrodek wojskowy, a jego wychowankowie byli w stu niemal procentach wcielani do armii. Ale nie chodziło o to, by produkować karnych szeregowych, tylko dzikie bestie. Potwory bez sumienia i bez zahamowani. I Ivanow wiedział, że gdzieś na dnie tych szarych, wpatrzonych w niego oczu czają się zalążki tego przerwanego na szczęście ich obojga procesu. Wiedział, że już zawsze będzie musiał na to uważać.
- Jesteście wolni - odparł.
Chłopak zasalutował i odszedł, by zniknąć pod pokładem. Jurij chwilę jeszcze patrzył za nim zwężonymi oczyma. Taka szczera, szeroka twarz jak z plakatu propagandowego. Słowiańskie cienkie włosy w nieokreślonym kolorze i te szare oczy. Mógłby spędzać młodość na jakimś blokowisku i chlać wódę. A za tą maską zwyczajności śmiertelnie groźna replika Strom Pegasus, Bestii może nie tak potężnej jak Bai Hu, ale wystarczająco skutecznej, by pozbawić przeciwnika życia w przeciągu parunastu sekund, wcześniej uniemożliwiając mu reakcję.



Ettaler Forst
Biorąc pod uwagę rozmiary maszyny, kokpit okazał się zaskakująco mały i ciasny, ale podobno właśnie dzięki temu na tyle bezpieczny, na ile było to możliwe. Jak kokon otaczały go systemy amortyzujące i izolujące. Wiadomo było, że Hiwatari dysponuje sporym oddziałem elektromantów pod wodzą Rethy Mhalangu, więc zwłaszcza to drugie grało kluczową rolę. Prócz tego Johnny wiedział, że pancerz mechanicznej wersji Salamaylona jest ognioodporny, ale to wynikało już w dużej mierze z faktu zabezpieczenia go przed samym sobą – przed ogromnymi temperaturami, jakie miały się wytwarzać w dyszach, i miotaczami płomieni.
Te były wciąż nieaktywne, miała napędzać je dopiero moc podłączonej do mechanizmów Bestii. McGregor uruchamiał więc systemy, jak leci, a jedyną odpowiedź stanowiły reakcje czujników na i tak niewidocznym dla niego monitorze. Nie przeszkadzało mu to jednak wyobrażać sobie, jak spala na popiół jedną konkretną osobę.
Ilja Balkow czy też Dietrich Jürgens skwierczał, atakowany kolejnymi falami gorąca. Spalony czy nie, błagał o litość, ale Johnny nie zdejmował dłoni w dźwigni. Nie mrugał, nie chcąc stracić ani sekundy przedstawienia.
Wraz z ze skurwielem płonęły wszystkie jego zbrodnie. Czerniało i zwijało się pod wypływem żaru wspomnienie rozwalonej głowy Oliviera i chaosu na ulicach Moskwy, pustego spojrzenia Roberta i Josie w szpitalnym łóżku – przytomnej już od parunastu dni, ale wciąż mozolnie wychodzącej z szoku.
Przegapili go przed laty. Nie zdołali dosięgnąć, tak zresztą, jak i Kaia, pozwolili mu żyć, ukrywać się i teraz musieli płacić za to cenę. I teraz jego śmierć była może ważniejsza niż śmierć Hiwatariego.
Jednocześnie fakt, że Balkow żyje, był jak ostatni element układanki. Wiele spraw wreszcie się wyjaśniło.
Co prawda Kai okazał się znacznie lepszym przywódcą i politykiem, niż ktokolwiek z tych, którzy do poznali, kiedykolwiek by przypuszczał, ale jednak kiedy przejmował władzę najpierw w Moskwie, a potem w całej Rosji, był wciąż bardzo młodym człowiekiem. Sieć kontaktów odziedziczona po dziadku nie tłumaczyła wszystkiego, zwłaszcza że przecież kontaktów nie dziedziczyło się w tak prosty sposób jak chociażby nieruchomości czy rachunków bankowych. Należało udowodnić swoją wartość w nowym środowisku, a i tak liczyć się z tym, że części ludzi nic nie przekona i z dawnych sojuszników mogą przerodzić się nawet we wrogów. A jednak droga Hiwatariego na Kreml wydawała się zaskakująco wręcz prosta.
Teraz wiadomo już było, kto ją prostował. Kto okazał się graczem dość dojrzałym, żeby najzwyczajniej w świecie być w stanie zrobić to, co nie wychodziło tylu innym – oprzeć się pokusie i pozostać całkowicie w cieniu przez lata. Nie odbierać na bieżąco nagrody za ciężką pracę i cierpliwie czekać na jej efekty.
Trudno było stwierdzić jednoznacznie, czy fakt, że Balkow wreszcie się ujawnił i to w tak makabryczny sposób, świadczy o tym, że wreszcie i on pękł, czy o tym, że uznał sprawę za wygraną, ale niezależnie od faktów Johnny i tak zamierzał starannie go zwęglić.
– Teraz dysza B-3 – poleciła Emily przez słuchawkę i McGregor z przyjemnością spełnił jej polecenie. – Połowa mocy i zwiększaj… Kurwa!
Mechem szarpnęło nawet mimo podłączenia Bestii i Johnny wiedział już, o co chodzi. Wypuścił powietrze powoli i wizja smażonego Balkowa rozpłynęła się w powietrzu.
– C-1? – zgadł.
– Nadal – przyznała niechętnie Emily. – Wyłaź. Dokręcimy to jeszcze raz.
Była zdeterminowana. I coraz bardziej wściekła na siebie, że mimo świetnego zespołu i wiedzy, jaką sama dysponowała, jej mechy nie są niezawodne. Oczywiście dawno już zapomniała w tym wszystkim, że projekt jest zupełnie nowatorski, przełomowy i w pojęciu większości ludzi nadal niemożliwy, a w związku z tym nawet geniusz ma pełne prawo do pomyłek. Nie zamierzała szukać w tym usprawiedliwień i Johnny, jako osoba, której życie miało zależeć od możliwości sprzętu, powinien się tym cieszyć, ale jako partner nie był zadowolony z oznak przepracowania i wzmożonego stresu.
Dobrze chociaż, że inne sprawy się jakoś układają, myślał, przeciskając się przez właz.
Co prawda ostatnie raporty Miguela były bardzo lakoniczne, ale Johnny z powodzeniem mógł złożyć to na karb choroby morskiej. Nie miał też aż tak złych przeczuć w kwestii spotkania Roberta z Reiem i Jurijem, jak chociażby Emily właśnie. Znał Jürgensa. Był gotów mu w tej kwestii zaufać i uwierzyć, że nie popełni po raz kolejny tych samych błędów.
– A myślałam, że już będę mogła podłączyć Bestię – warknęła York na wpół do siebie, a na wpół do niego.
– Podłącz – odparł.
– Nie, to wymaga poprawek.
– Poprawiać można w nieskończoność. Podłącz Bestię.
Emily spojrzała na Johnny’ego, jakby oszalał.
– A co, jeśli cię zawiedzie w krytycznym momencie? – spytała i chyba nie oczekiwała odpowiedzi.
– To zawiedzie. – McGregor wzruszył ramionami. – Zresztą nie podłączasz po prostu jakiegoś tam akumulatora, tylko Bestię. Nie jestem specem od tych spraw, ale przecież oboje widzieliśmy, co robią z ludźmi. Więc może warto trochę zaufać temu, co zrobi z maszyną?
Emily zacisnęła usta i nie sprawiała wrażenia przekonanej, choć przecież na tym właśnie zasadzał się cały jej pomysł i tylko dzięki temu był możliwy. Teraz jednak sprawiała wrażenie, jakby zwątpiła w podstawowe założenia własnego projektu.
– Boję się, Johnny – szepnęła, niespodziewanie spuszczając wzrok.
Tak, miał tego świadomość. Z tego też pewnie faktu wynikało, że po tym, jak wobec połączenia się Roberta wstrzymano prace nad mechanicznym Gryffolyonem, znacznie przyspieszyła budowa mechanicznej wersji Trygatora. York pewnie nie robiła tego świadomie. Zawsze uważała się za profesjonalistkę i tak chciała postępować, więc nie dopuszczała do siebie myśli, że względy osobiste mogłyby mieć faktyczny wpływ na jej projekty.
A jednak. Znów to robiła. Znów podświadomie ustawiała rzeczy tak, by w razie czego znaleźć się na pierwszej linii ostrzału, chociaż nie miała ku temu żadnych predyspozycji.
A wszystko ze strachu o to, co było dla niej najcenniejsze, i o tych, którzy byli dla niej najcenniejsi.
– Wiem – odparł Johnny i zamknął ją w mocnym uścisku, korzystając z faktu, że są w hangarze sami. – Boisz się, bo masz mózg, który rozumie i przewiduje trzy razy więcej niż mój. Ale wiesz, jak jest. Wiesz, że część z tego to po prostu czarne scenariusze, na które chcesz być przygotowana psychicznie. Nie znamy się od wczoraj.
Nie odpowiedziała, a tylko przylgnęła mocniej.
– Kocham cię – szepnęła w końcu.
Dawno tego od niej nie słyszał. Dawno sam tego nie mówił.
– Ja ciebie też. Podłącz Bestie. Zamknijmy program. Chcę cię jeszcze wziąć do Szkocji, zanim się zacznie.

Gdzieś na Bałtyku
Jindřiška nie chciała patrzeć na ręce Mao. Robiła wszystko, by na nie nie patrzeć, ale gdy tylko na moment traciła czujność, jej wzrok znów kierował się ku kikutom.
Czeszka widziała już dość, by pojąć, że dla kobiety okaleczenie nie stanowi problemu. Czy może raczej stanowi, ale nie jest źródłem nieustannego cierpienia, a raczej codziennej walki o samodzielność i zaakceptowanie nowego stanu rzeczy w pełni. Chinka była osobą o silnej, nieugiętej osobowości nastawionej na działanie i przyszłość, a nie duszenie się w sosie własnego nieszczęścia, ale – chciała tego czy nie – dla dziewczyny stanowiła nie tylko wzór i chyba powoli autorytet, ale także przypomnienie o tym, co może spotkać ją samą.
Mao straciła dłonie, bo była Połączoną. Straciła dłonie, bo zadarła z innymi Połączonymi. Straciła dłonie, bo trwała wojna między siłami, na których czele stali Połączeni.
Wszystko zaczynało się od nich i kończyło się na nich, a Jindřiška pozostawała w tym gronie najmłodszą i najmniej doświadczoną, wystawioną na atak z każdej strony i zmuszoną do ufania silniejszym od siebie. Nie to, żeby uważała ich za niegodnych zaufania. Rei miał w sobie bowiem coś, co po prostu do niego przekonywało i bez wątpienia potrafił zadbać o słabszych od siebie, Miguel bywał sympatyczny, o ile akurat nie odjeżdżał, czuło się od niego dobrą wolę, a Jurij przypominał psa stróżującego gotowego rzucić się do gardła każdemu, tylko nie swoim.
A teraz do tego grona doszła właśnie Mao. Wyważona, pewna siebie, ze spokojem patrząca w przyszłość. Pod pewnymi względami przypominała w tym swojego męża, ale nie wydawała się tak zdystansowana względem własnych emocji i zdecydowanie więcej się śmiała.
Początkowo wydawało się Jindřišce, że kogoś takiego właśnie potrzebowała, że będzie mogła się na kobiecie wesprzeć i podzielić wszystkimi lękami, ale szybko okazało się, że cały ten uparty optymizm to także problem. Czeszka czuła się nim niekiedy przytłoczona. Jakby Mao samym swoim zachowaniem mówiła jej, że nie ma prawa się bać i martwić.
A przecież to nie była prawda.
Kiedy wszystko się zaczęło, Radevič miała ledwie osiem lat – zdecydowanie zbyt mało, żeby rozumieć konsekwencje tak swoich decyzji, jak i działań otaczających ją dorosłych. A już na pewno nigdy nie podejrzewałaby, że może zgubić ją występ w szkolnym przedstawieniu.
To po nim do rodziców podszedł Bernard Pulnik i powiedział, że zwrócił uwagę na jej pokaz gimnastyczny. To było znane nazwisko w Pradze, były trener, nauczyciel mistrzów, organizator konkursu dla młodych talentów. Na widowni znalazł się trochę przypadkiem, zaproszony jako były absolwent szkoły. Właściwie wpadł i wypadł, z pewnością bardziej zainteresowany poważniejszymi spotkaniami. Jindřiška nie okazała się aż tak utalentowana, by chciał wziąć ją bezpośrednio pod swoje skrzydła, ale obiecał, że poleci odpowiednich ludzi.
Powinien był o tym zapomnieć. Zignorować. Zapisać numer do pani Radevič, a potem wyrzucić go wraz z pudełkiem po płatkach śniadaniowych. Ale jednak po pewnym czasie ktoś się odezwał i powołał na niego. Nikogo nie zaniepokoił rosyjski akcent, bo przecież tamtejsza szkoła gimnastyczna uchodziła za jedną z najlepszych.
Już na jednym z pierwszych treningów Jindřiška usłyszała, że jest za stara na prawdziwe rozciąganie i jeśli naprawdę chce coś znaczyć w tym świecie, musi się przygotować na serię pewnych zabiegów poprawiających elastyczność ciała. Pamiętała, choć jak przez mgłę, że jej rodzice wypytywali o bezpieczeństwo i legalność takich ingerencji, ale zostali uspokojeni, choć dziewczyna nie pamiętała do końca, w jaki sposób. I tak nie miało to znaczenia.
Zarówno treningi, jak i zabiegi okazały się bolesne i obciążające. Ale nie narzekała, bo wszyscy dookoła powtarzali jej, że to konieczne i że wkrótce doceni korzyści, jakie z nich płyną. Zresztą po pierwszej serii badań i zastrzyków dano jej spokój na ponad dwa lata, podczas których jedynie tradycyjnie trenowała i brała udział w zawodach.
I odnosiła sukcesy.
Nie mogła powiedzieć, by dla nich żyła albo by przekonała się, że gimnastyka artystyczna to jej prawdziwa pasja, ale cieszyła ją duma na twarzach rodziców, cieszyły ją nagrody. Myślała, że może to wystarczy. Przecież i tak miała więcej niż większość dzieci w jej wieku. Nawet na jej potknięcia w szkole patrzono nieco pobłażliwie, bo przecież miała prawo czuć się zmęczona po zawodach albo nie zdążyć nauczyć się na sprawdzian.
Niedługo po jej dwunastych urodzinach wróciły badania i zastrzyki, a potem rodzice podpisali zgodę na zabieg i kilkudniowy pobyt w szpitalu. To był może pierwszy moment, w którym Jindřiška naprawdę się przestraszyła. Że tak już będzie zawsze. Że będzie zamykana w szpitalach i nikt nie zapyta jej nawet o zdanie.
Nie wiedziała jeszcze wówczas, że powinna bać się znacznie gorszych rzeczy.
Kiedy wróciła z zabiegu mającego rzekomo uodpornić ją na coraz częstsze kontuzje, czuła się bardzo źle. Miała objawy poważnej grypy jelitowej, ale lekarze uspokajali, że to najpewniej reakcja na wstrzyknięte duże dawki kolagenu.
Ani słowem nie wspomnieli o Pierce’u, a tymczasem Bestia zaczynała powoli przebudowywać jej ciało. Na tyle subtelnie i ostrożnie, by dopiero od Amerykanów Jindřiška dowiedziała się, że jest Połączoną.
Choć nie dowiedziała się do końca, co to znaczy – tę część prawdy uświadomiła jej dopiero wyprawa do Moskwy i wszystko, co nastąpiło później.
Jeszcze trzy miesiące żyła w nieświadomości, aż pewnego dnia, tego samego, którego wymiotująca dwie doby suczka Spiky przestała chodzić, cały jej świat został ponownie wywrócony do góry nogami, bo pojawili się właśnie Amerykanie. Przyszli po nią do domu. Mieli broń i odznaki służb specjalnych, mówili dużo o bezpieczeństwie międzynarodowym i wyższym dobru. Taty nie było w domu, mama płakała i prosiła o to, by zostawili je obie w spokoju, ale w pewnym momencie panowie przestali być mili.
Jindřiška niewiele pamiętała z podróży. Martwiła się o mamę, o tatę i o psa, który – o czym jeszcze wówczas nie wiedziała – padł najpewniej jej pierwszą ofiarą, bo Pierce zaczął tłoczyć do jej żył toksynę. Niewiele pamiętała też z kolejnych dni. Nie miała żadnego wpływu na to, co się z nią dzieje, choć powoli rozjaśniająca się sytuacja pozwalała odzyskać spokój chociaż na tym poziomie, który umożliwiał wykonywanie podstawowych czynności życiowych.
Czeszka nie słyszała wcześniej wiele o wydarzeniach z Moskwy z dwa tysiące piętnastego. Była to przeszłość nadal zbyt świeża, żeby uczono o tym w szkole, a jednocześnie zbyt dawna, żeby dotykać jej osobiście. Tragedia funkcjonowała czasem jako hasło. Jak wybuch w Czarnobylu albo zamach w Monachium. I czasem mówiło się, że to podwaliny rosyjsko–chińskiej wojny. I tyle. Dopiero Amerykanie opowiedzieli jej, co wówczas zaszło i co ona – urodzona przecież trzy lata później – ma z tym wspólnego. A dokładniej wytłumaczyli jej to jedna Amerykanka i jeden Peruwiańczyk.
Profesor Judy Jones mówiła o faktach. O datach, o liczbach, o Połączonych jako zjawisku wciąż wymagającym dogłębnych badań. Opowiadała o Bestiach jak o zagadce, której rozwiązanie ma nadzieję znaleźć. Nieszczególnie dbała przy tym o to, czy trzynastoletnia dziewczynka jest w stanie ją zrozumieć, oraz o to, czy nie pogłębia to tylko jej przerażenia.
Pan Tavarez traktował ją zupełnie inaczej, ostrożniej, ale też bez specjalnego ciepła. Był pierwszym Połączonym, jakiego spotkała, i jednocześnie pierwszym, u którego zobaczyła kalectwo. Nie potrafiła sobie teraz przypomnieć, czy i wówczas zadała sobie pytanie, co czeka ją samą, czy skojarzyła te fakty i czy jej oszołomiony mózg był w ogóle zdolny do wyprowadzania wniosków.
O Moskwie mówił niechętnie, choć nie ukrywał, że był uczestnikiem tamtych wydarzeń. To od Jones Jindřiška dowiedziała się, że właśnie wówczas stracił władzę w nogach. To od Jones też usłyszała opowieść o tym, jak rozpoczęła się jego współpraca z Amerykanami. Nie chciała tego słyszeć. Nie chciała wiedzieć, że można zostać tak po prostu zostawionym na pastwę losu przez ludzi, z którymi tyle się przeszło.
Nie chciała tak nagle i gwałtownie dorastać.


Hefei
Xue milczał bardzo długo. Siedział lekko zgarbiony nad miską ryżu z wołowiną i niemrawo grzebał w niej pałeczkami, jakby nigdy już nie miał się wziąć do jedzenia. Claude nie popędzał go, choć sam przed sobą nie ukrywał, że raczej ze względu na to, że szczerze nie ma ochoty na rozmowy ze straumatyzowanymi siedmiolatkami niż z powodu wrodzonej wyrozumiałości i talentu wychowawczego.
– Myślałem, że nas zostawiłeś, skrzydlaty – przyznał w końcu książę bardzo cicho.
No tak, to było całkiem przewidywalne i chyba nawet przeszło Tavarezowi parę razy przez głowę. Siedział naprzeciw dziecka, więc nie zamierzał wdawać się w szczegóły swojej motywacji i tłumaczyć różnicy między byciem chujem a byciem skurwysynem, albo opowiadać o tym, jak bardzo ich własny tatuś zapracował na to, by, tak, Claude miał pełne prawo zostawić jego dzieci na pastwę losu, a nawet temu losowi dopomóc, ale elementarna ludzka przyzwoitość zabraniała mu kopania szczeniąt. Ograniczył się zatem do wzruszenia ramion.
– Jak znalazłeś tę kobietę? – zapytał zamiast tego.
– MingMing? Sama nas znalazła, kiedy cię nie było. Zna mojego ojca.
Wszyscy znają twojego ojca i większość z nich chętnie ukręciłaby mu łeb, chciał dodać Tavarez, ale się powstrzymał.
Było nie było, Połączona otoczyła dzieciaki opieką. Leżały teraz w większości opatulone w ciepłe śpiwory, najedzone i spokojne, w warunkach dziesięć razy lepszych, niż Claude byłby w stanie im zapewnić przy największym wysiłku.
To, co mogło jednak niepokoić, to wszechobecne emblematy północnokoreańskich sił zbrojnych.
Nie znaczyło to jednak, że są w jakikolwiek sposób zaskakujące. Tavarez doskonale wiedział, że zarówno Tajwan, jak i Korea Północna postanowiły wykorzystać sytuację i naruszyły granice Chin, o których coraz śmielej i częściej mówiono już po prostu jako o „byłych Chinach”. Materia do obróbki była łatwa, jako że lokalne społeczności niby próbowały występować z autonomią, ale rewolucja kulturalna sprzed lat dość skutecznie porozrywała klanowe więzi. Więc kiedy na dany teren przychodził ktoś silniejszy, jego mieszkańcy zwykle nie mieli szczególnych oporów przed poddaniem się nowej władzy, zwłaszcza że większość z nich nie rozróżniłaby ludzi cesarza od Tajwańczyków czy Koreańczyków – na odległych od Pekinu ziemiach wszyscy wydawali się równie egzotyczni, a czasem nawet etnicznie bliżsi niż ludzie władcy.
I może też z pewnych względów siły tajwańskie byłyby gorszą wieścią niż armia komunistycznego reżimu. Claude nie mógł się zdecydować. Na pewno nie był specjalistą od dalekowschodniej polityki i nigdy nie zamierzał nim zostać.
Nie wątpił jednak ani przez chwilę, że pod „sama nas znalazła” kryje się coś więcej. Claude miał tego wszystkiego serdecznie dość. Nie na tym polegała jego misja i nie tego od niego oczekiwano. Miał się po prostu rozejrzeć w terenie, potwierdzić doniesienia i wrócić bezpiecznie do Ameryki, zanim zacznie się na dobre program SO-VA. W tym był dobry. Do tego go stworzono i za to mu teraz płacono. Nie za lawirowanie między dalekowschodnimi władcami i wojskowymi, z których każdy zdawał się mieć tylko bardziej nasrane w głowie.
Już było mu niedobrze na samą myśl o tym, czego może od niego oczekiwać koreańska Połączona. Odstawiania do końca życia szopek na cześć wielkiego wodza?
Oby tylko.
Sprawy z pewnością nie ułatwiał fakt, że Claude nie mógł się z nią porozumieć bezpośrednio. Nigdy nie zdejmowała maski, nie słyszał, by do kogokolwiek się odzywała. Podlegli jej ludzie sprawiali wrażenie, jakby porozumiewała się z nimi telepatycznie – podobnie jak z Xue, gdy stawał się jej głosem w rozmowach z Tavarezem – choć podejrzewał on, że sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana. Jak to w przypadku Połączonych, w końcu sam coś o tym wiedział.
Peruwiańczyk nie widział też, by kobieta jadła, co pchnęło go ku niewesołej myśli, że nie on i nie Daichi byli najokrutniej okaleczonymi dziećmi Bestii. Zdusił w sobie jednak wszelkie odruchy współczucia, bo jeszcze nigdy go one do niczego dobrego nie zaprowadziły. Dostał już wystarczająco dużo lekcji dbania o własny tyłek.
– Opowiedziałem jej o wszystkim – mamrotał dalej Xue po tym, jak wreszcie, oczywiście straszliwie przy tym ciamkając, przeżuł kawałek wołowiny. – O tym, jak zaatakowali Pekin i jak ojciec przekazał nas pod twoją opiekę, skrzydlaty.
Claude już parokrotnie obiecywał sobie, że uświadomi wreszcie chłopca w kwestii tego, jak bardzo nie znosi tego przezwiska, ale potem uświadamiał sobie, że zarówno jego imię, jak i nazwisko, są prawdopodobnie dla małego Chińczyka niewymawialne, więc wzdychał ciężko i rezygnował.
Jak teraz.
– I co ona na to?
Xue spojrzał na niego niepewnie znad miski.
– No?
– Powiedziała, że nigdy nie poznała cię osobiście, ale to dobrze, że nie jesteś aż takim… skurwielem, jak mówili.
Tavarez prychnął gorzko. No tak, czego mógł się spodziewać. Pewne rzeczy najwyraźniej nie zmieniały się nigdy. W tym to, że jednych się darzyło instynktowną sympatią, a innych nie. I jeśli Claude podjął ze wszech miar racjonalną decyzję, zamiast solidarnie skoczyć na główkę z powszechnie uwielbianym Miguelem, to już był chujem i zdrajcą. Już zasługiwał na pogardę nawet tych, których cała sprawa gówno obchodziła i którzy nigdy nie zadali sobie trudu, żeby się jej przyjrzeć, bo też po co mieliby to robić.
– Cieszę się, że do ludzi to dociera – burknął, dopiero ułamek sekundy później uświadamiając sobie, że po dziecku już zwłaszcza nie powinien spodziewać się zrozumienia, więc pewnie też nie powinien okazywać frustracji.
Rozprostował nieco skostniałe skrzydła i odchylił głowę z głęboki westchnieniem. Mógł się przynajmniej cieszyć tym, że chwilowo nic go nie krępuje i nikt nie próbuje go torturować. Co więcej, wyglądało na to, że misja ratowania dzieci Reia jest ukończona.
I pojawiało się tylko pytanie, czy Claude zdoła się z tego wyplątać.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 29 grudnia 2017, 13:17

można było wyłowić w ciemności odgłosy stokroć bardziej przerażające
niż ktokolwiek z tych, którzy do poznali, kiedykolwiek by przypuszczał,
Nie wiem do końca, z czego to wynika, ale podejrzewam że to przerwa dobrze mi zrobiła. Dzięki niej poczułam się wygłodniała i mogłam w krótkiej, wolnej chwili odpalić Odpad jak wyczekaną porcję lektury zaznaczonej zakładką.

Miewałam różne okresy podczas czytania XD na pewno już pisałam ci, że miałam (chyba tak jak ty z CA) raczej ciężkie początki oparte o poczucie obowiązku i takie po prostu czytanie jak na forum uprawiam - zwykle z racji, że mam potrzebę skomentować, a nie dlatego, że mam kaprys poczytać i podniecam się tym cały dzień. No więc ciężki początek i (uwierz) katorżnicza praca dla mnie, by przebrnąć przez realia i zasady uniwersum. Długo nie ogarniałam ani stron konfliktu ani głównych złych postaci

:heart2: :bluestar: :bluestar: :bluestar: ~!!~@!~DIEEEEEEEEEETRIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIICH~~!21`AAAAAAAAAAAAAAAAA!!12`1 :bluestar: :bluestar: :bluestar: :heart2:

no i cóż, Robert miał być Połączonym od początku, poza tym władać ogniem, i jeszcze kilka innych spraw, które mocno ograniczały moją przyjemność w trakcie czytania tekstu... No ale zrobiłam sobie podręczną encyklopedię i kompendium z RIPa, którego przemieliłam na 5 plików z dopiskami i wtedy jakoś poszło. Teraz nawet Joa, kiedy czegoś nie rozumie, pyta mnie. Prosi o wyjaśnienie. Kanterial, o co chodzi z Opactwem. A ja jej tłumaczę. To znaczy tak było kiedy zaczynała czytać Odpad, w sumie już dawno XD

Ogarniam więc i to jest tak dobre, tak fajne uczucie że czytanie stało się zajarką. Jak pisałam, dobrze zrobiła mi przerwa. Trzeba zatęsknić, by docenić. Jest przełomowy moment i gratuluję tej przerwy wymierzonej akurat w rozwałkę opactwa, bo możliwe że gdybym od razu przeszła dalej, nie doceniłabym wielu szczegółów. Teraz Odpad jest jak wielotomowa lektura która po prostu mnie cieszy i ufam ci w pełni, bo właśnie po tej wstawce ostatecznie uznałam, że znasz i rozumiesz większość (jeśli nie wszystkie) postacie którymi tu operujesz. Zazdroszczę rozszczepu jaźni na tyle kawałków bo są skrajnie różne (to też ważne dla mnie z racji początkowych obaw o duże podobieństwo reakcji/języka/myślenia u kilku bohaterów) i teraz rozumiem, że żeby faktycznie oddzielić od siebie całą tę bandę, trzeba było poznać historię każdego z nich i z każdym z nich spędzić czas, nawet jeśli przy kolejnej scenie z mniej lubianą postacią marzyłam już tylko o kolejnych akapitach z Europy a dokładniej to z Niemiec

:yellowstar: :yellowstar: :yellowstar: :c[]: !!!@#ROOOOOOOOOOOBEEEEEEEEEEEERTT!!~~!1`12AAAAAAAAAAAA!!!!`12 :c[]: :yellowstar: :yellowstar: :yellowstar:

No więc podsumowując: wzruszyłam się tak trochę wszystkim. Choć nigdy nie lubiłam Jurija, urzekł mnie pierwszy akapit na morzu i aż przez moment byłam zła na siebie że dałam się rozśmieszyć tym tekstem o wilku przewieszonym przez barierkę i zielonym na twarzy. Tak, tak było, bo wśród niewielu rzeczy, które gorzej w Odpadzie trawię, jest humor z dopiskiem "Sabaka" i sytuacyjny przy jego scenach z Miguelem. A tu po prostu jakby ktoś mnie klepnął w plecy, takie "dawno się nie widzieliśmy". I zadziałały na mnie zarówno wspomnienia odwyku jak i myśli o osamotnieniu. Najbardziej cenię to zdanie, gdzie wychodzi, że Jurij chciał panować nad ludźmi dzięki sile swojej woli i dlatego tak naprawdę panował nad samym sobą. To wielki motyw i rozbraja mnie.
Wzruszyłam się oczywiście Johnnym i Emily i już to też był sygnał, że omg chyba za bardzo się dałam złapać za serce. Ich rozmowa przy mechu była po prostu dobra i ich relacja widoczna. Prośba o uruchomienie Bestii naturalna w ustach Johnnego, a umotywowanie obaw i działań Emily przekonujące. Dziękuję.
Claude - trudno to ubrać w słowa, ale jego wywód o zranionych serduszkach i jego (jako jedno z niewielu) zupełnie prawdziwie ludzkie i nie-połączone patrzenie na świat to coś, za co chyba jestem wdzięczna najbardziej. Czekałam na to. Czekałam na kogoś, kto nie będzie bohaterem, wielkim graczem ani idealistą. Claude jest mną i myślę że większością ludzkości, jest prawdziwy i nie wstydzi się tego, a gorycz w jego ocenie podzielam całkowicie. I cieszę się, że ktoś to w tym tekście powiedział, że ktoś dosrał choć trochę wszystkim bohaterom bawiącym się w wielką politykę i wielkie konflikty. Jasne, nic nie jest proste - ale ta postać daje dystans i (tu mały wtręt ode mnie) wzbudza szacunek dla autora, uspokajając czytelnika. To, że umiesz spojrzeć z dystansem na własne miśki mimo zajaru i to że CLaude wypada w tej roli równie świetnie co miśki w rozwałce, totalnie miażdży mi mózg.
Chyba czekałam na tę scenę skrycie od początku Odpadu.

No i wszystko, nie mam już pomysłu jak nawiązać do każdej z postaci, po prostu każda nagle wydała się przemyślana i mająca swoje racje, swój cel, osobowość. Nawet Daichi urzekł, choć śmierć nie zabolała. Borys też jest daleko ode mnie, ale sama historia, którą zamknie, ginąc, zdecydowanie jes warta uwagi i czekam na nią prawie tak jak na Europę w akcji.
Bardzo udana wrzutka. Btw - opisy dźwięku jako broni udały się, choć miałam obawy. Bez zbędnych słów chwalę cię za niego i powtórzenia w odbiorze wrażeń na linii Claude-Daichi wyglądały dobrze. Użyte podwójnie interferencje i inne takie - zwraca to wizualnie uwagę ale świetnie pokazuje, że różni ludzie podobnie odbierają strukturę ataku

Muszę jednak zaznaczyć, że pierwsza myśl to atakowani pozbawieni bębenków (wiesz, jak łatwo je pęknąć T~T) i chyba będziesz musiała jakoś sprytnie wytłumaczyć fakt, że Claude nadal jest w stanie słyszeć dobrze

Pięć gwiazdek na cztery.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Jestem odpadem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Krin » 06 stycznia 2018, 14:33

Jak wspominałam, dostaniesz trochę po dupie i, jak również wspominałam, dobrze się czyta, choć ciągle coś zgrzyta. I czasem wywracam oczami, ale tekst idzie lekko. Mam też przy tej powieści problem jak przy wielu innych - na początku jest zajar, ale im mocniej się nad wszystkim zastanawiam, tym mniej mi się podoba. W sensie część rzeczy zaczęła mi się nie podobać dopiero po przeczytaniu, bo w trakcie się nad nimi nie zastanawiałam.

1. Robert I Połączony Jurgens

Dramatyczna decyzja. Zwolnione tempo i trzymająca w napięciu muzyka w tle. To było tak dramatyczne, że aż niedramatyczne. Tak epickie, że aż nieepickie. Straszna tragedia, upity Robert, nieprzytomny Robert i już znowu Robert w stanie używalności. Miałam też trochę ochotę powiedzieć "Robert, ogarnij się". No jakoś tak dostał ode mnie -100 punktów. Chyba najgorsza w tym jest nagłość jego decyzji. Chłopina nawet nie wiedział, co robi bestia, z którą się połączył, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie.

Taki nierobertowy był ten Robert.

2.Josie i spółka

Mam wrażenie, że cała postać Josie i cała rodzina Roberta, która była wątkiem wręcz trzeciorzędnym powstały tylko po to, by doprowadzić do wyżej wspomnianej dramatycznej decyzji. Ja nawet nie jestem teraz pewna czy Robert miał dwójkę czy trójkę dzieci i jakiej płci były te pozostałe.

Mogłabym też założyć się, że teraz Robert odeśle Josie gdzieś w bezpieczne miejsce i tyle o niej usłyszymy. Ewentualnie zostanie uprowadzona i będą Roberta szantażować. Cóż, Josie, to taka dyżurna dama w opałach.

3.Pusta plansza

Mówiąc szczerze, nie czekam jakoś szczególnie na kolejną wstawkę, bo nie bardzo jest na co czekać. Plansza jest niemal pusta. Opactwo zniszczone, czyli Rosja leży, dobro zwyciężyło, Amerykanie coś knują, ale jeszcze nie wiadomo co. Jurij, Miguel i Rei płyną przez Bałtyk, a zagrozić im może co najwyżej choroba morska i schizy Miguela. Może czekam trochę na spotkanie tych dwóch drużyn, ale też nie wydaje mi się, aby miało dojść do czegoś wielkiego. Emilly wygarnie Miguelowi, Jurij obrazi się na wszystkich, Robert będzie bardzo poważnie milczał. I pewnie Jurij będzie chciał wpierdolić Robertowi, kiedy się dowie, że tamten jest Połączonym.

4.Płeć Kai

Czy ci Rosjanie to na co dzień się dowiadują, że ich dowódca, którego znali całe życie jest innej płci niż sądzili? Czekałam na ten moment, a był tak zwyczajny, jakby nic się nie stało. I też trochę nieepicki w swej epickości.

5.Śmierć Oliviera

Bijcie, ale nic z tej śmierci nie rozumiem. Kto, jak, dlaczego... Kiedy tylko pojawia się ten wątek, mój wzrok dokonuje odwrotu taktycznego. I też jakoś wydaje mi się, że nie wykorzystałaś potencjału tego wątku - jakby Oliver był niepotrzebnym pionkiem na szachownicy. Nie kupuje mnie w ogóle to utyskiwanie, że stracili takiego świetnego człowieka, bo jakoś w ogóle tej jego świetności nie zauważyłam. Nie zauważyłam też wielkiej przyjaźni tej czwórki. Może dlatego, że Oliviera w ogóle z R.I.P-a nie pamiętam, nie miał w nim żadnej szczególnej roli.

6.Związek Emilly-Johnny-Miguel

Już chyba to pisałam, ale powtórzę jeszcze raz - nie mam pojęcia, co te postaci łączy. Poza przypadkiem. Kojarzą mi się z taką kabaretową parą, które nigdy mnie nie śmieszyły, bo zastanawiałam się tylko "czemu ludzie tkwią w związku z osobami, z którymi absolutnie nic ich nie łączy?" i jedyna odpowiedź, jaką odnajduję do dziś to "bo z kimś się związać trzeba".

7. Claude

Tavarez jest bardzo fajną postacią w swojej normalności i pewnie gdybym miała odnaleźć w Odpadzie siebie, to właśnie w jego postaci. Nie zmienia to jednak faktu, że wątek ten jest szalenie nudny. Może dlatego, że nie lubię dzieci Reia, które są chyba bardziej bezbarwne od rodziny Jurgensa. Serio. Czy one mają jakieś imiona, jakieś cechy, jakiś wygląd? Nie lubię chyba całego wątku chińskiego. (A najbardziej to Reia.)

Poza tym irytują mnie monologi wewnętrzne Claude'a. Są ckliwe i przydługie. Mam ochotę przewracać przy nich oczami.

8.Wolborg

Ale jedna rzecz na pewno ci się udała - udało Ci się sprawić, że mam ochotę Cię zabić. NIE MOŻNA TAK PO PROSTU POZBAWIĆ JURIJA MOCY, zła kobieto. Nie można mu zabrać Wolborg. Nie po tym, jak przeczytałam speciala z duetem Żira-Wolborg. Trafiłaś mnie w czuły punkt i teraz wykrwawiam się boleścią. W ogóle moim czułym punktem jest pozbawianie bohaterów epickich mocy. *chlip* Zwłaszcza, że nie do końca rozumiem, dlaczego Wolborg to zrobiła i jak to miało Jurija chronić.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem troskliwym misiem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 12 stycznia 2018, 14:10

Przeczytane! Ten rozdział to taki ostry hamulec, nawet jeśli pojawia się MingMing i robi dziki rozpierdziel. Najmocniej obeszła mnie historia JIndriszki i oczywiście pieseła, bo wiadomo T_T Uświadamiam sobie, że wciąż nie ogarniam Reia i Mao. Jednak. Mam takie uczucie, jakby oni nie mieli nic wspólnego z dzieciakami i odwrotnie.
Fajny jest Johny rozsmarowujący Balkowa w myślach. Proste rozumowanie, dobre rozwiązanie. O.
No i nadal kupuję gorycz Tavareza i jakoś mam nadzieję, że się wyplącze, jeśli chce.
Krótko, wiem, ale cieszy mnie bycie na bieżąco :D
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1822
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem troskliwym misiem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 14 stycznia 2018, 23:07

1/2

Wszystkim Wam pięknie dziękuję za każde słowo odzewu <3 Nie ukrywam, że trwa to już długo, z każdym rozdziałem pisze mi się coraz ciężej i trudniej, więc to jest jak dolewanie benzyny do baku i tylko dzięki temu, że ma dla kogo, to autko dalej jedzie. Oczywiście wstyd mi, że nie spełniam Waszych oczekiwań i nadziei, sporo myślę nad tym, z czego to wynika i czy jeszcze mam szansę pewne aspekty naprawić, czy już nie za bardzo. Niemniej do końca nie zostało wiele, pewnie parę rozdziałów, więc przepraszam z góry, jeśli nie naprawę tego, na co liczycie. W każdym razie ten rozdział też nie jest szczególnie dynamiczny i też zawiera raczej to, o czym chciałam napisać, niż to, co może lepsze byłoby pod względem fabuły i konstrukcji. To zawsze był taki tekst, od pierwszego zdania, i to się już niestety nie zmieni.
Raz jeszcze dziękuję <3

ROZDZIAŁ XXIX
IF I DON’T RESPOND TO YOUR INSULT IT MEANS WHAT I WANTED TO SAY WAS TOO MEAN AND I DECIDED TO LET YOU LIVE



Ratyzbona
Decyzja o ślubie z pewnością nie należała do najbardziej racjonalnych w życiu Hiromi, choć podjęcie jej zajęło sporo czasu, papierosów i nieprzespanych nocy. Nie – w gruncie rzeczy była ona w stu procentach podyktowana emocjami. A konkretniej przerażeniem i uporczywą myślą, że każdy dzień może okazać się ostatnim, choć teoretycznie największe zagrożenie, jak się wówczas wydawało, już minęło. Więc nie, w sumie nie stało za tym nic pozytywnego i Tachibana niejednokrotnie żałowała tego faktu. Nie miała wątpliwości, że taki stan rzeczy miał wpływ na dalsze losy całej ich rodziny i czasem rozważała stracone scenariusze, w których pozwala rzeczom po prostu dojrzeć.
Przed wydarzeniami z Moskwy dwa tysiące piętnastego zarówno Hiromi, jak i Mystel mieli do swojego związku podejście czysto rozrywkowe. Owszem, szybko nawiązała się między nimi nić głębszego porozumienia, ale jakoś nigdy nie było mowy o wspólnej przyszłości czy – tym bardziej – budowaniu razem czegoś „na zawsze”. Temat zwyczajnie się nie pojawiał, miało tylko pozostać fajnie.
A potem Tachibana zajrzała w oczy śmierci, została zdradzona przez dawnych mentorów oraz przyjaciół i wreszcie dostała wiadomość, że jej chłopak, z którym miała się po prostu dobrze bawić i dawać upust codziennemu napięciu pracy w Biovolcie, trafił do szpitala z odstrzeloną ręką.
Zresztą Mystel też nie był już tym samym człowiekiem, co wcześniej. W przeciwieństwie do niemal wszystkich innych jakimś niewytłumaczalnym cudem zachował lwią część pogody ducha, ale częściej mówił serio i nie sprawiał już wrażenia, jakby interesowało go wszystko poza sednem sprawy. Nagle też stracił ludzi, za których plecami mógłby działać po swojemu, zabrakło zasad, jakie mógłby naginać, a sam w sobie nie okazał się człowiekiem szczególnie decyzyjnym i zdolnym o efektywnej organizacji własnego czasu.
Prawdę powiedziawszy, Hiromi nie miała pewności, czy gdyby nie tamta decyzja o ślubie, byliby nadal razem. Szybko bowiem okazało się, że ciepłe kapcie i szlafroki zwyczajnie nie są dla nich. Potrzebowali czasu, by dojść do siebie i wylizać rany, ale gdy rany zaczęły się goić, Hiromi zrozumiała, że nie będzie w stanie siedzieć w miejscu, a na pewno nie z człowiekiem, który potrzebował nie tylko żony, ale też szefa i komendanta, z którego poleceń mógłby po swojemu kpić. Może taka już była, może to tylko był taki niezaleczony zespół stresu pourazowego.
Nim jednak na serio zdążyła rozważyć zdjęcie obrączki, zaszła w ciążę. I wtedy dopiero dotarło do niej, jak bardzo nie jest w stanie wyobrazić się sobie w roli matki.
Kiedy przed laty opuszczała ledwie odrosłego od ziemi Rina, wydawało się jej, że kwestia niezamkniętych spraw z Biovoltem gra kluczową rolę. Nawet z perspektywy czasu zresztą była gotowa ustawić ten aspekt na szczycie piramidy priorytetów. Nie mogła jednak i w sumie nie chciała ukrywać przed sobą, że od początku tkwił w tym także element ucieczki. Może gdyby była wzorową Japonką, na jaką zawsze chcieli wychować ją rodzice – może wtedy łatwiej byłoby jej uznać, że oto czas się skończył, że czy tego chce, czy nie, powinna poświęcić się rodzinie, wychowaniu syna i wspieraniu męża. Przecież męski potomek był największą dumą i chlubą dla kobiety – to powinno jej wystarczyć.
Ale nie wystarczyło.
Jak okropnie by to nie brzmiało, Hiromi odniosła wrażenie, że Rina zaczęła kochać naprawdę dopiero pół roku po tym, jak opuściła dom. Dopiero kiedy widziała go w wersji 2D, zamkniętego w prostokącie ekranu, zaczęła doceniać, jak często się śmieje i jak ładne ma oczy. Dopiero wówczas naprawdę zaczęły cieszyć ją jego małe sukcesy i wypowiedziane po raz pierwszy słowa.
Nigdy nie powiedziała mu, że tęskni, ale wreszcie z pełnym przekonaniem mogła powiedzieć, że kocha.
A teraz znowu był obok, z całą swoją ruchliwością, z całym zainteresowaniem i osobą, która nie gasła po tym, jak zgasło połączenie. Z miękkim ciałem pięcioletniego dziecka, a nie gładką, twardą taflą ekranu.
Tachibana nie do końca potrafiła sobie z tym poradzić. Rin nie należał do dzieci bardzo zajmujących i inwazyjnych. Był dość głośny, roześmiany, ale potrafił zająć się sam sobą, lubił zajęcia manualne i miał jak na swój wiek dość długi czas skupienia, kiedy to po prostu kolorował, układał coś, budował i tylko czasem komentował do siebie – wcale nie po japońsku, co dotarło do Hiromi w zimnym, nagłym dreszczu.
Nie była w stanie zrozumieć własnego syna.
Nie byłaby też w stanie zrozumieć Mystela, gdyby postanowił rozmawiać z nim w rodzinnym dialekcie, choć na razie jej tego oszczędził. Nie wątpiła jednak, że w swoim gronie ojciec i syn mówią ze sobą po kirgisku, bo dlaczego miałoby być inaczej? Dopiero teraz dotarło do niej, że to tłumaczy, dlaczego Rinowi czasem tak bardzo brakuje słownictwa w dyskusjach z nią.
Jakby wszystkiego było mało, to dodatkowo ustawiało ją poza marginesem rodziny.
Ale pomimo faktu, że Rin zdecydowanie należał do dzieci bezproblemowych i grzecznych, co pewne bardziej zawdzięczał dość surowej babci niż ojcu, Hiromi bez przerwy przyłapywała się na tym, że odrywa wzrok od materiałów i kieruje go na syna. Nie potrafiła się przy nim skupić. To po prostu był obcy dla niej zestaw dźwięków i nie potrafiła traktować go jak szumu tła. Niczyja wina, a jednak zdenerwowanie i irytacja rosły podstępnie tuż pod linią kręgosłupa.
Niemniej tak, to po prostu było jedyne rozsądne wyjście – zrzucenie teraz opieki nad dzieckiem na Mystela byłoby czystą głupotą. Bez przerwy przebywał w terenie, zwykle w centrum wydarzeń i wystawiony na zagrożenia, w dużej mierze wypełniający zadania spoczywające wcześniej na Johnnym McGregorze. Hiromi nie mogła powiedzieć, że jej się to podoba. Owszem, rozumiała, rozumiała naprawdę wiele rzeczy, ale nie chciałaby znów oglądać męża w szpitalu. Poza tym, jak dobrze by sobie z tym nie radził, nic nie mogło zmienić faktu, że został okaleczony. Obiecano mu co prawda nową, lepszą protezę, wzięto pomiary i złożono szczegółowe zamówienie, ale sprzęt wciąż był w drodze, a on musiał radzić sobie z tym, z czym przyjechał – starociem ledwie umożliwiającym trzymanie sztućców.
Nie mogła jednak zabronić mu się narażać – jakby jej to nie uwierało. Nie po latach, które sama spędziła z aparatem i ołówkiem na froncie i nie wobec faktu, że cały ten koszmar mógł się wreszcie skończyć. Mystel zasłużył na to, by uczestniczyć w tym na swoich zasadach, a obiektywnie rzecz biorąc, wcale nie był dotkliwiej okaleczony niż przynajmniej niektórzy inni gracze na planszy.
Rozległo się taktowne pukanie i zza drzwi wychynęła głowa Roberta. W chłodnym, wczesnowiosennym słońcu błysnęło pasemko siwizny.
– Jadę po córkę – oświadczył.
Hiromi skinęła głową. Dla niej był to sygnał, że należy zacząć przygotowywać się do potencjalnie trudnego popołudnia. Westchnęła i przymknęła oczy, a potem po prostu zapisała kolejne zdanie przemówienia z okazji ustąpienia z funkcji sekretarza generalnego ONZ.


Gdzieś na Bałtyku – Tęsknisz za nią?
– Hm? – zdziwiony Jurij podniósł wzrok znad elementów rozkręconego karabinu.
Miguel siedział na podłodze naprzeciwko, nieruchomo z podciągniętymi kolanami, czyli w pozycji, w jakiej spędzał ostatnio większość czasu. Zdarzało się nawet, że tak zasypiał. Krył się po kątach niemal przed wszystkimi, a zwłaszcza przed chłopcami z Opactwa, co początkowo wydawało się Jurijowi szczególnie dziwne, bo po pokazie umiejętności Bestii, większość z nich podchodziła do niego co najmniej z ostrożną rezerwą. A poza tym wiedzieli, że Lavalier to zaufany człowiek Sabaki i za jego niepokojenie grozi szybki wylot za burtę.
Potem dopiero dotarło do Ivanowa, że to nie jest ucieczka przed ewentualną krzywdą, a tylko próba ukrycia pogarszającego się stanu. Argentyńczyk nie brał udziału w wachtach, choć to akurat ze względu na ogólne osłabienie, niemal się nie odzywał, jakby w obawie, że znów poplączą mu się rzeczywistości, w których równocześnie żyje, schodził wszystkim z drogi, a komunikaty radiowe ograniczył tylko do suchych liczb. I zachowanie to jakoś szybko wrosło w codzienną rutynę na pokładzie. Nikomu nie przeszkadzało w gruncie rzeczy w wypełnianiu obowiązków, więc było trochę jak cichy szum tła. Zbyt łatwy do przeoczenia.
Ale jednak nie dla wszystkich, bo Jurij wiedział, co kryje się za tym wycofaniem. Kiedy już to pojął, zaczął się obawiać. Pamiętał upadek z czwartego piętra i pamiętał rozbitą głowę. I nie chciał oglądać tego więcej. Więc kiedy napięta sytuacja pozwalała mu na chwilę oddechu, starał się kontrolować sprawy i trzymać w pobliżu. Miguel po jakimś czasie zaczął przyjmować to ze swego rodzaju rezygnacją, choć pewnie wolałby zostawać ze swoim szaleństwem zupełnie sam. Nie odzywał się jednak. W ogóle od tamtej rozmowy, gdy niespodziewanie wzięło go na zwierzenia, unikał w sytuacjach sam na sam choćby kontaktu wzrokowego z Ivanowem.
I nagle to – proste pytanie wyrzucone jak zwykle bez kontekstu i niemalże w przestrzeń.
– Wolborg. Czy tęsknisz za Wolborg.
– Nie zaczynaj tego tematu – warknął Jurij czysto automatycznie.
A potem dopiero zorientował się, co zrobił.
Miguel tylko zacisnął usta. Zdawało się, że jego wzrok zaraz zacznie wypalać dziury w podłodze. Jeszcze do niedawna Sabaka nie miałby pojęcia, skąd ta reakcja, albo wziąłby ją za pospolitego foszka. Teraz jednak już wiedział i to nakładało na niego odpowiedzialność.
– Po prostu… – odchrząknął, po niewczasie uświadamiając sobie, że trze szmatką o metal trzy razy szybciej niż wcześniej. – Po prostu nie chcę o tym mówić, jasne?
Miał świadomość, że jego głos i tak brzmi jak wyrywanie kręgosłupa na żywca, ale się starał.
Nie dostał odpowiedzi i zaklął w duchu. Tak oto mogło się okazać, że przez głupie odruchy stracił szansę na przełamanie milczenia.
– Miguel.
– Hm.
– Nie bierz tego do siebie.
Spojrzenie, jakie Jurij sprowokował, było zbyt krótkie, żeby dało się z niego cokolwiek wyczytać. O ile w ogóle cokolwiek dałoby się wyczytać ze spojrzenia szaleńca i o ile w ogóle jakiekolwiek wyciągnięte na tej podstawie wnioski należało traktować jeszcze poważnie.
– Serio, nie bierz. Po prostu nie chcę o tym rozmawiać, jasne? Z nikim. Ale gdybym z kimś chciał… – Ivanow przełknął ślinę i poczuł się, jakby przełykał kwas. – Gdybym z kimś chciał, to z tobą.
Spiął się cały, słysząc wyraźnie, że te słowa brzmią jak fałsz. Jak oczywiste kłamstwo, którym wcale nie były. Po prostu wysiłek ich wypowiedzenia okazał się za duży.
Jurij zaklął w myślach. Czuł się jak przy otwieraniu wyjętej wprost z wirówki butelki z colą.
– Myślałem o tym, co mówiłeś. – Odchrząknął ponownie. Wszystko w nim protestowało przeciwko kontynuowaniu rozmowy, skoro już odpowiedział i inicjatywa znalazła się po jego stronie, ale szczątki intuicji podszeptywały, że nie powinien zostawiać Lavaliera w tym punkcie, bo za wiele umożliwia mu to interpretacji. – Wtedy. O tym, że cię odrzucam.
– Miałeś zapomnieć – wyburczał Argentyńczyk cicho, na granicy, która sprawiała, że jego głos nieomal stapiał się z odległym szumem maszynerii. – Ja tak naprawdę wiem, że to nie tak, że to są różne uwarunkowania, tylko… czasem jakbym tego nie wiedział. Ale tak naprawdę wyobrażanie sobie, że dla mnie zmienisz nagle coś, co jest w tobie po prostu ukształtowane, to spora próżność i egoizm. Mam tego świadomość… czasem. Jestem teraz kłębkiem… różnych rzeczy. Nie panuję nad tym, przepraszam.
Ivanow odetchnął głęboko, potarł nos palcami.
Nie był odporny na przeprosiny. Nie lubił ich, bo niczego nie załatwiały, może tylko zdejmowały nieco poczucia winy z drugiej strony.
Nie lubił ich, a jednak zwykle oczekiwał.
– To dla mnie trudna rozmowa – przyznał. – W ogóle rozmowy z tobą są trudne.
– Wiem.
– Ale między nami, a między nami dwoma zwłaszcza, nie powinno być teraz nieporozumień. Musimy pilnować swojego autorytetu. – To oczywiście nie była cała prawda, ale jedyna jej część, jaka przeszłaby Jurijowi przez gardło.
Gdzieś pod nimi buczała cicho maszyneria, dało się słyszeć jęki ciężkich elementów konstrukcyjnych, szum fal. To wszystko było obce, nie ułatwiało skupienia. Nie ułatwiało odnalezienia odpowiednich słów.
– Obwiniałem cię za to wszystko – podjął znów Jurij z trudem, powoli, wciąż jeszcze zastanawiając się nad każdym nieomal zdaniem i nad tym, co sprawia, że w ogóle jest w stanie je wypowiadać. – Za to, że musiałem wrócić do Opactwa i za to, że mnie wzięli do laboratorium, i za odejście Wolborg.
– Tak właśnie…
– Nie przerywaj mi. Wiesz dlaczego? Bo kiedy umierałeś, dotarło do mnie, że nie potrafię na to pozwolić. Do tego stopnia, że wezwałem Kaia. Jestem żołnierzem, Miguel. Wychowano mnie ze śmiercią przy boku. Tak, żebym był w stanie poświęcić każdego. Naprawdę każdego. Nie powinienem się oglądać na rannych i chorych, tylko prowadzić ocalałych do celu.
– Wiem. To zrobiłeś potem z rannymi w Opactwie.
– Tak. I to powinienem zrobić z tobą. Wkurwiałem się na Reia, że mi o tym przypomina. Żeby było to między nami jasne, są ludzie, z którymi przeszedłem znacznie więcej. Borys. Siergiej. Nawet Ivan i Kai. Więcej im zawdzięczam, bo Opactwo po prostu tak działało. Pewnie nie raz uratowali mi życie, więc nawet w tej kategorii nie wygrywasz. Ale jednak każdego z nich potrafiłbym posłać na śmierć, a ciebie nie. Jesteś po prostu inny, młody, z innego świata. Nie należysz do tego układu. Nie chowano cię, żebyś został mięsem armatnim. Może masz rację, że skończyłbyś w piwnicach. Myślę nawet, że na pewno. I wiem też, że widzisz w tym dowód na swoje niedorobienie, a to znaczy, że gówno rozumiesz. Na powierzchni nie zostawali silniejsi, tylko ci, którzy dali się złamać. Wszyscy jesteśmy połamani. To nie eksperymenty odebrały nam… wszystko, co odebrały. One tylko dokończyły sprawę. To Opactwo jako system nam to zrobiło.
Miguel milczał. Jurij potrafił już jednak rozpoznać ten konkretny sposób milczenia, który nie był wymierzony w rozmówcę, a jedynie oznaczał, że w głowie Lavaliera dzieje się za dużo, żeby był w stanie jeszcze odpowiedzieć.
– Wiele lat dbałem o to, żeby to się nie stało – mówił więc dalej. – Pilnowałem, żeby nikt spoza Opactwa się do mnie nie zbliżył. Nie rozumiem waszego świata i tak naprawdę wcale mnie nie obchodzi. Sram na to, nie dostosuję się i nie zmienię. Ale byłeś uparty. I nosisz na wierzchu to wszystko, co my mieliśmy za słabość. Mówisz… czasem takie rzeczy. Pokazujesz, że ci zależy. Zgubiłem się w tym. Straciłem kontrolę. I nagle okazało się, że jesteś w stadzie.
– Chciałem w nim być. Chciałem twojej akceptacji.
– Teraz już to wiem.
– Nie miałem pojęcia, że mogę cię tym jakoś… skrzywdzić. Byłem głupi, ale wydawało mi się, że nic i nikt nie może cię skrzywdzić – głos Miguela drżał i łamał się. – Może dopiero po wyjściu z więzienia do mnie dotarło. Kiedy mi powiedzieli, co się z tobą dzieje.
– Sam też tak uważałem – przyznał Jurij. – I nadal wolałbym w to wierzyć.

Ratyzbona Josie wiedziała, że ojciec chce dobrze. Może nigdy wcześniej nie czuła tego lepiej i może nigdy wcześniej nie potrafiła tego tak docenić. Proces był długi i bolesny, obejmował wiele nieudanych spotkań, wiele oskarżeń, wstawiania za drzwi i łez, ale wreszcie ktoś jakby ją przeprogramował, jakby zmienił ustawienia i miała wrażenie, że teraz zupełnie inaczej odbiera jego mimikę i drobne gesty, a w zachowaniu dostrzega pewne nieoczywiste jeszcze do niedawna wzory. Może to przez fakt, że został ostatnim człowiekiem, do jakiego mogła się odwołać, ale miała to przedziwne wrażenie oddalenia, jakby teraz dopiero dotarło do niej, że wszystkie te role, w których go widziała, wszystkie te znienawidzone przez nią tytuły i stanowiska, które zabierały czas przeznaczony dla niej, składają się na jednego człowieka, wcale nie silniejszego niż ona sama. Łączył je w sobie, dzielił się na nie, a jego doba też miała tylko dwadzieścia cztery godziny.
Ale jednak nigdy nie zapomniał o jej urodzinach i zawsze potrafił dobrać prezent odpowiedni do jej aktualnych zainteresowań, nawet jeśli nie wszystkie z nich pochwalał. I nigdy nie brakło go w domu na święta i inne ważne okazje. Dawnej Josie widziała w tym przejaw hipokryzji, ale teraz była niemal pewna, że to także robiła, by usprawiedliwiać swoją złość i nieustający żal, że to tylko tyle.
Ojciec ostrożnie zapytał ją, czy chce wrócić do Ratyzbony, czy może woli pojechać do dziadków. Wybrała to pierwsze. Marzyła o tym, żeby znaleźć się już w domu. W swoim domu. W swoim pokoju, w swoim łóżku, choćby miały ją tam dręczyć duchy matki i brata. Czuła się gotowa stawić im czoła. Zawalczyć o swoją własną przestrzeń.
Długo opracowywała strategię. Nie o wszystkich swoich pomysłach opowiadała terapeutce, bo ta miała w zwyczaju proponować własne rozwiązania i dzielić włos na czworo, w każdej niemal myśli Josie doszukując się dowodów na to, że nie przepracowała jeszcze traumy i nie myśli do końca jasno. Ona jednak wiedziała swoje. Widziała, jak zmienia się jej nastawienie i jak powoli wyłaniają się z mgły nowe ścieżki, którymi nie tyle nawet mogła, co chciała podążyć.
Zamierzała zacząć od prostych gestów. Od własnoręcznego remontu w pokoju. Od pozrywania plakatów ze ścian i pomalowania ich na inny kolor. Od przekazania ojcu całej korespondencji z Papowem, a potem starannego usunięcia jej z pamięci komputera. Może kiedyś przyjdzie czas na zdjęcia mamy i brata na biurku, ale jeszcze nie teraz.
Josie wiedziała, że jej ojciec chce dobrze i ona też chciała dobrze, upierając się przy powrocie do Ratyzbony, ale nie potrzebowała wiele czasu, by zwątpić w tę decyzję. Bo to już nie był jej dom. I nie chodziło nawet o brak członków rodziny, bo i tak w wielkiej rezydencji widywała ich czasem raz na dwa dni. Chodziło o to, kto tu teraz mieszkał.
Posiadłość nigdy wcześniej nie śmierdziała papierosami. Ani ojciec, ani matka nie palili, nie pozwalali na to też nikomu z personelu – chyba że w parku. Prośba o powstrzymanie się przed paleniem w budynku dotyczyła także większości gości. Mury były do tego stopnia wolne od nikotyny, że kiedy Josie wróciła ze swojej pierwszej prawdziwej imprezy, na której spróbowała papierosa, czuła się, jakby wyszła z zakładu obróbki tytoniu. Prawdopodobnie miała szczęście, że ojca wówczas nie było i odbierał ją Gustav, który polecił natychmiast oddać ubrania do pralni, umyć się, a potem zaparzył jej kawy – mocnej, czarnej i również pierwszej w życiu. Na zawsze już zapamiętała jej smak i zastanawiała się potem wielokrotnie, czy stary kamerdyner w jakiś przewrotny sposób, jednocześnie ratując jej dupę, nie postanowił jej ukarać.
Siedząc wówczas w kuchni i sącząc z niechęcią czarny i gęsty jak smoła napój, obiecała mu, że nigdy więcej. Przyrzeczenie złamała jakieś trzy miesiące później, ale pamiętała już, by nie liczyć na to, że ktoś nie zauważy zapachu.
Teraz papierosowym dymem zdawało się przesiąknięte dosłownie wszystko. Zwykle też cichy salon, rozbrzmiewający głosami głównie wtedy, gdy matka podejmowała członków swojej fundacji albo ojciec jakichś ważnych gości, wypełniały hałasy i drażniący dźwięk obcych języków. Kobieta i jej dziecko. Hiromi Tachibana – tak przedstawił ją ojciec. Josie wiedziała, że zajmuje się ona teraz jego wizerunkiem i musi być w centrum wydarzeń, ale nie oznaczało to, że się jej to podoba.
Próbowała więc szukać znajomych twarzy, zwłaszcza twarzy Gustava, choć ta – jeszcze bardziej pomarszczona i zmęczona niż sprzed wypadku – prowokowała zimne, śliskie węże w żołądku. I myśli o śmierci. Ale Josie nie zamierzała od nich uciekać. Zamierzała się z nimi oswoić. Z tym, że ludzie przemijają, że są, a potem nagle ich nie ma.

Gdzieś na Bałtyku
Do Reia dotarło wreszcie, że ten dźwięk jak ze starego radioodbiornika to Miguel. Siedzący na podłodze, w kącie, zwinięty w kłębek i przygryzający knykcie zwiniętej w pięść dłoni, co stanowiło coraz częstszy widok.
Kon odchrząknął cicho, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Podczas wietrznych, śnieżnych nocy na rosyjskich bezdrożach to działało – Lavalier orientował się, że nie jest sam, i stopniowo ogarniał, zawstydzony, że ktoś zaszedł go w chwili słabości. Ale tym razem jedynie obrzucił Chińczyka szybkim spojrzeniem, po czym zacisnął powieki. Kołysanie stało się na chwilę bardziej intensywne, jęk głośniejszy.
– Za bardzo buja? – spytał Rei głupio, jakby naprawdę łudził się, że to choroba morska i Miguel po prostu dołączy zaraz do stałego komitetu rzygania za burtę.
Nie dostał odpowiedzi.
– Miałeś iść spać – przypomniał więc.
– Nie mogę – wychrypiał Lavalier z trudem. – Moja koja jest zajęta.
– Co? – Kon uniósł brwi w zdziwieniu.
– On tam leży.
– Jaki on?
– Żora Morozow.
Rei zmarszczył czoło, bo ani imię, ani nazwisko niczego mu nie mówiły. Był niemal pewien, że żaden z załogantów nie miał podobnych personaliów, choć zapamiętywanie słowiańskich imion nie wychodziło mu najlepiej.
– Kto? – zapytał więc znów ostrożnie.
– Żora Morozow, lat szesnaście, ojciec Andriej, matka Swietłana. Wiejska rodzina, biedna. W Moskwie szukali pracy po tym, jak padło im stado krów, z którego żyli. Sprzedali go. Myśleli, że ratują siebie i jego. Ale sprzedali go i został wytresowany, a teraz tam leży, gapi się i opowiada o sobie – głos Miguela znów przeszedł w jęk. – Leży i się nie rusza, tylko oczy mu chodzą. Śledzi mnie wzrokiem, musiałem wyjść.
– Nie możesz mu powiedzieć, żeby sobie poszedł?
– Nie.
Kon doznał nagłego olśnienia. Przecież rozmawiali o Rosjaninie.
– Jest pijany? – zgadł.
– Jest martwy, Rei – wyszeptał Argentyńczyk i obejrzał się nerwowo, jakby ze strachem, że ten cały Morozow go usłyszy. – Jest kompletnie martwy. Donikąd nie pójdzie.
O tym, jak mocno zaciska szczęki, Chińczyk uświadomił sobie dopiero, kiedy poczuł ból biegnący po bokach szyi w dół.
– Miguel – zaczął spokojnie – dobrze wiesz, że jego tam…
– NIE! – wrzasnął Argentyńczyk, zwijając się ciaśniej i zakrywając głowę rękoma. – Nie weźmiesz mnie tam! Nie oddasz mu!
Kon cofnął wyciągniętą rękę, zrobił krok do tyłu. Powoli docierało do niego, że jakiekolwiek logiczne argumenty nie wchodzą tu w grę, a bez logiki stawał się praktycznie bezbronny. Może powinien wezwać Jurija. Jurij radził sobie z tym lepiej, nawet jeśli często oznaczało to po prostu bycie brutalnym i spacer na krawędzi. Ale działało. Lavalier mu ufał, na pewno ufał bardziej niż Reiowi i prawdopodobnie bardziej niż komukolwiek na świecie, bez względu na to, czy sam Ivanow na to zasługiwał. Czasem wystarczyła sama obecność Rosjanina, żeby w jego oczach pojawiło się więcej przytomności.
Tylko że Jurija wywiało gdzieś na pokład i zanim Kon by go znalazł, mogłoby dojść do czegoś złego. Nie wyobrażał sobie podjąć teraz ryzyka. Ktoś mógłby tu zejść. Któryś z dzikich chłopaków Jurija, Jindřiška lub – co paradoksalnie byłoby najgorszą opcją – Mao. To ona zdawała sobie najgorzej radzić z sytuacją zamknięcia na ograniczonej przestrzeni z wariatem, którego nikt nie zamierzał wiązać ani odizolowywać. Spinała się wyraźnie za każdym razem, gdy Lavalier znajdował się w pobliżu lub po prostu, kiedy nikt nie potrafił powiedzieć jej, gdzie przebywa.
– Nie dostanie mnie – zajęczał zza osłony z ramion i kołnierza kurtki – nie umrę… nie umrę… nie…
– Nie umrzesz – zapewnił Rei odruchowo. – Hej, Miguel. – Pochylił się ponownie, widząc pewną szansę w nowym wątku. – Przecież już jesteś bezpieczny, nic ci tu nie grozi.
Ręce rozsunęły się nieco i błysnęło między nimi niebieskie, zaczerwienione oko.
– Więc co on tu robi…? – spytał Argentyńczyk ochrypłym, drżącym głosem. – Po co tu przyszedł? Jak przyszedł? A jeśli jest ich więcej? – pytał coraz szybciej, coraz bardziej nerwowo. – Jeśli mnie otoczą…? Dokąd mam uciec, Rei? Wyskoczyć za burtę? Mógłbym, ale wtedy dostaną to, czego chcą. Dorwą mnie. Zabiorą… tam i ukarzą. Już zawsze będą… Zawsze… Myślałeś kiedyś, Rei, co to znaczy „zawsze”?
Chińczyk przygryzł wargę. Czuł się, jakby brnął po omacku przez labirynt pełen kolców i ostrych krawędzi.
– Wtedy wołaj o pomoc. Przyjdę – obiecał. – Obaj przyjdziemy. Ja i Jurij. Jasne?
– Niczego im nie zrobicie… – usłyszał szept, ale reszta odpowiedzi utonęła w kołnierzu.
– Coś wymyślimy, obiecuję.
Miguel prychnął.
– Przecież nawet ich nie widzicie – wyburczał. – Myślicie, że jestem wariatem. Że mam zwidy, przecież wiem. Patrzycie na mnie jak na wariata.
Zimny dreszcz przebiegł Konowi po plecach, kiedy uświadomił sobie, jak wygląda sytuacja. Bywało różnie. Czasem źle, czasem bardzo źle, jak wówczas, gdy wraz z Jurijem wciągali ogarniętego gorączkowymi majakami, wrzeszczącego i szarpiącego się Argentyńczyka do chaty w jednej z wiosek. Ale zawsze, nawet w tych skrajnych momentach, wydawało się, że ma on świadomość swojej niepoczytalności. Przecież na tym w dużej mierze opierało się całe jego dotychczasowe zachowanie. Cały kruchy układ pozwalający mu ufać przynajmniej w ograniczonym zakresie.
Jeśli zaczął wierzyć we własne urojenia, sytuacja stawała się nie tylko poważniejsza, ale też wymagała podjęcia kroków, które nikomu się nie spodobają.
Nikomu, poza Mao.
Ale może też miała trochę racji, twierdząc, że ani wdzięczność, ani sympatia do drugiego człowieka nie usprawiedliwiają sytuacji, w której pozwala mu się na wszystko i daje pełną swobodę, chociaż wiadomo, że stwarza zagrożenie.
Ona patrzyła na te sprawy pod zupełnie innym kontem. Miała zupełnie inne priorytety. Nie podróżowała z nimi z Pekinu, nie było jej w Moskwie. Kiedy wyjeżdżała z Chin, kraj był już w stanie wojny od lat, ale nic nie wskazywało na to, by miał ją przegrać. Nic nie wskazywało na to, by jej dom miał zostać zrównany z ziemią, mąż pozbawiony władzy, a dzieci skazane na tułaczkę z obcym sobie człowiekiem.
I to to właśnie ją zajmowało. Miała plany sięgające znacznie dalej niż tylko w miarę pokojowego spotkania z Robertem i przynajmniej przed mężem już tego nie ukrywała, choć wcześniej dała mu szansę na przejęcie inicjatywy w kwestii odzyskania rodziny.
A potem zaczęli się kłócić.
– Posłuchaj mnie…
– To ty mnie posłuchaj – zawarczał Miguel nagle agresywnie, nagle odejmując ręce od twarzy. Rei zobaczył zamiast niej maskę wściekłości i lodowate spojrzenie. Zarost i krwawe ślady na spierzchniętych wargach z pewnością nie pomagały sytuacji. – Wiem, że chcecie się mnie pobyć. Dogadaliście się za moimi plecami, a teraz chcecie oddać im albo pozwolić im, żeby mnie wyrzuciły za burtę. Już próbowały. I wtedy żaden z was nie przyszedł. Patrzyliście z daleka, jak się próbuję ratować. Z nimi też macie jakiś pakt?
Reia też zaczynało to przerażać. Nie przerażały go rany i kalectwo – oglądał ich w życiu aż nadto – w końcu przestała przerażać go nawet głęboka niepełnosprawność Laia. Ale brak kontroli nad własnym umysłem, niemożność oddzielenia kłamstw od prawdy, to wydawało się niewyobrażalnym koszmarem.
– Skąd ci to przyszło do głowy? – spytał.
Miguel już otworzył usta, już zmarszczył brwi i wydawało się, że wypluje z siebie kolejną gniewną odpowiedź, kiedy nagle jakby zapadł się w sobie i strzelił przerażonym spojrzeniem po ścianach.
– Nie wiem… – wyszeptał. – Nie wiem, Rei, ja…
Znów schował głowę w ramiona. Zacisnął palce, jakby chciał wpić je we włosy, ale te wciąż były za krótkie, żeby dało się to zrobić. Jego ciało zgięło się mocniej, zakolebało wprzód i w tył.
– Już dobrze – powiedział Kon najspokojniej, jak potrafił. – To po prostu nie jest prawda. Nikt nie chce twojej krzywdy, słyszysz? Jeszcze trochę wytrzymaj, będzie lepiej. – Zaryzykował i położył dłoń na ramieniu Argentyńczyka. Ten nie strząsnął jej, nie zaprotestował i nie rzucił się Chińczykowi do gardła, ale Rei poczuł bijące od jego szyi i twarzy potworne gorąco. Nie był w stanie określić, czy to podwyższona chorobowo temperatura, czy jednak Bestia.
Akurat czym są halucynacje wywoływane przez Bestie, wiedział doskonale.
Czy to było możliwe? Czy Gargoyle w jakikolwiek sposób działał na tym poziomie podobnie do Bai Hu? Czy wizje duchów i pośmiertnych męczarni miały jakikolwiek sens?
Oby nie.
Ramiona Miguela zaczęły unosić się gwałtowniej, gdy nabierał powietrza głęboko w płuca i wypuszczał je powoli. Uspokajał się. Może odzyskiwał nad sobą minimum kontroli, może znów docierało do niego, w jakim znajduje się stanie.
Co jednak nie unieważniało wcale faktu, że na długą chwilę kompletnie stracił tego świadomość. I że mogło się to powtórzyć. Dosłownie w każdej chwili.
Rei rozważył szybko opcje i z pewną goryczą stwierdził, że Mao z nich odpada. Tu potrzebne były skrupuły, a ona by ich nie miała. Niemal zabawne było, że Jurij wydawał się tu lepszym pod tym względem wyborem.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1822
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem troskliwym misiem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 14 stycznia 2018, 23:09

2/2


Ratyzbona
Stała obok ojca, trzymając go za rękę, i wcale nie czuła się z tego powodu jak mała dziewczynka. Wręcz przeciwnie – czuła, że on potrzebuje tego uścisku równie mocno, co ona, a może nawet bardziej, bo kiedy jej żałowano i kiedy ją otaczano opieką, on nadal walczył w pierwszej linii i musiał radzić sobie sam.
A Josie była z tej samej krwi. Patrząc w lustro, dostrzegała te same oczy i te same proste, ciemne brwi. Te same niewzruszone rysy.
Może dlatego przez lata tak trudno było im się dogadać, ale teraz mieli już tylko siebie.
Nagie gałęzie drzew uginały się nad grobowcem Jürgensów, podeszwy butów grzęzły w błocie. Jakaś samotna, zgarbiona postać toczyła się powoli dwie alejki dalej, a za plecami sekretarza generalnego i jego córki stała cicha ochrona pod wodzą już nie wujka Johnny'ego, a człowieka, którego Josie nie znała – męża palącej jak smok Japonki. Z rękawa kurtki wystawała jego metalowa ręka.
– Mogłem powiedzieć ci wcześniej – odezwał się ojciec cichym, matowym głosem, który słyszała po raz pierwszy dopiero niedawno.
– Mogłeś – przyznała i nawet zacisnęła szczęki.
To nie tak, że wyparował z niej cały gniew. To nie tak, że o wszystkim zapomniała z dnia na dzień. Ale teraz wiedziała już, że są ludzie, dla których powinna zachować ogień i że mimo wszystkich popełnionych błędów, stojący obok niej mężczyzna do nich nie należy.
– Przepraszam cię, Józefino.
Nie odpowiedziała. Nie była w stanie zrobić tego, nie zdradzając, że coś chwyciło ją za gardło, a gdyby to zdradziła, ojciec z pewnością by ją przytulił. Wtedy rozpłakałaby się, a nie chciała płakać. Nie po to przeżyła, żeby teraz siedzieć i płakać.
Ta myśl była najdziwniejsza. Ktoś chciał ją zabić. Miała już nie żyć. Fakt, że stała teraz nad grobem matki i brata, stanowił wynik błędu. Wyobrażała to sobie – alternatywną wersję wydarzeń, w której wcale jej nie ma – i za każdym razem miała wrażenie, że spada. To byłoby takie logiczne. Takie… niezaskakujące. Zastanawiała się, co byłoby wtedy z ojcem. Czy podjąłby takie same decyzje, czy działałby równie sprawnie, czy może jednak ta pomyłka, to był ten szczegół, który utrzymał go na nogach.
Jeszcze gorsza była myśl o tym, kto usiłował ją zabić. Jej własny dziadek. Może nigdy go nie poznała, może nawet nie chciałaby poznać, skoro faktycznie okazało się, że to ten rosyjski zbrodniarz, ale jednak Josie wychowano w przekonaniu, że członkowie rodziny mogą się nawet nienawidzić, ale w pewnych sytuacjach zawsze staną po swojej stronie i tak naprawdę wcale nie zamierzają się krzywdzić. Nie rozumiała, jak można było zabić niewinne osoby tylko po to, by złamać jednego człowieka, a zwłaszcza nie rozumiała, jak można w tym celu poświęcić krewnych. Dzieci.
Omal nie dała się oszukać. Nie, to nie prawda. Dała się oszukać. Weszła w to kłamstwo jak po sznurku i świadomość tego także rozpalała ją gniewem, choć był to inny gniew niż ten, do którego się przyzwyczaiła. Rodził się w głębi. Nisko, pod żołądkiem. Czuła, że jest zdolna utrzymać go tam bardzo, bardzo długo, aż nie nadejdzie odpowiedni dzień.
Ścisnęła mocniej dłoń ojca.
– Chodźmy już – powiedziała. – Jest zimno.
Było, ale oboje doskonale wiedzieli, że to tylko pretekst. Oboje mieli wprawę w znajdowaniu pretekstów i kluczeniu wokół własnych uczuć. Rozumieli to. Nawet gdyby to miał być jedyny powód, dla którego by się potrzebowali, w zupełności już wystarczyło.
Ojciec skinął krótko głową i dotknął jej łopatki, jak dotykałby dorosłej kobiety, drugą ręką wskazując, by weszła w alejkę pierwsza. Nie powiedział ani słowa i wydawało się prawdopodobne, że przeprosiny nadwyrężyły jego kontrolę nad sobą.
Był Połączonym.
Teraz, gdy stało się to faktem, wydawało się też dziwnie trudne do przyjęcia. I chyba zupełnie nie takie, jak sobie Josie wyobrażała, choć z perspektywy czasu wiedziała, że wszystkie jej wyobrażenia na ten temat były zwyczajnie głupie.
Pozornie nie zmieniło się nic. Nie zmieniło się nic do tego stopnia, że kiedy ojciec jej o tym powiedział, była skłonna założyć, że to jakiś test, jakaś próba albo gra, której zasad nikt jej nie wytłumaczył. Nie zdążyła się nawet zdziwić, bo pierwszy był gniew o to, że robi się z niej idiotkę – w ogóle gniew należał chyba do jej podstawowych reakcji i może nie powinna mu ufać, a tylko nauczyć się wykorzystywać. W każdym razie ojciec wyglądał tak samo, mówił może nieco ciszej, ale wszyscy mówili ciszej w szpitalnej sali, poruszał się tak samo i patrzył tak samo, choć oczy miał niekiedy obwiedzione czerwonymi śladami. Czasem tylko kaszlał, ale Josie myślała, że po prostu się przeziębił – w końcu nadal trwał sezon chorobowy, a on zwykle zaliczał dwa do trzech spadków formy przed wiosną. Minęło dużo czasu, nim zaczęła zauważać, jak dziwnie zachowują się lekkie przedmioty, kiedy on jest w pobliżu, oraz że czasem ma wrażenie, jakby nawet w zamkniętych pomieszczeniach poruszało się powietrze.
To było dziwnie niespektakularne. Nie kojarzyło się z tym, co oglądała w sieci na archiwalnych zdjęciach i w reportażach z frontu. Gorzko – choć tylko w duchu – śmiała się z własnej naiwności i z przekonania, że rozwiązanie wszystkich problemów to jeden człowiek, który trzyma w ukryciu tajną superbroń. Tu też dała się oszukać Ivanowi Papowowi. Zagrał nią, jak chciał, i przerażała ją myśl, co chciał z jej pomocą osiągnąć – co być może osiągnął. Nadal nie zdobyła się, by o to spytać.
Otworzyły się przed nią drzwi czarnej limuzyny i usiadła na kanapie. Samochodowe ogrzewanie otuliło jej twarz i lekko zaswędziały wyziębione policzki. Mijał pierwszy tydzień marca, ale mróz wciąż czasem ścinał powietrze.
Nawet on jednak nie był w stanie ostudzić rosnącego pod żołądkiem, konsekwentnego gniewu.


Gdzieś na Bałtyku – Musimy coś z nim zrobić.
Jurij poczuł, jak całe jego ciało napina się w zupełnie niezależnym od jego woli odruchu, wykręca i wystrzeliwuje jak pocisk, a wygięte na kształt pazurów palce już gnają ku szyi ofiary – jakby nadal mogły przynieść lodowate zimno i zabić napastnika jednym ciosem, zamrażając mu krew w tętnicach i mózg.
Krzyknął krótko, kiedy po jego kręgosłupie i żebrach przebiegł elektryczny impuls. Kolana po prostu się pod nim ugięły i uderzył nimi w podłogę.
– Przepraszam. wystraszyłeś mnie – wyjaśnił Rei.
– Wyobraź sobie, że ty mnie też – warknął Jurij, rozmasowując sobie nagle zesztywniały kark.
Wstał z trudem, ale z wyciągniętej w geście pomocy dłoni Chińczyka nie skorzystał, co ten skwitował ciężkim westchnieniem, ale też spojrzeniem wyrażającym absolutnie i pokorne pogodzenie się z takim stanem rzeczywistości.
– Nie to było moim zamiarem. Myślałem, że zauważyłeś, że tu jestem – odparł.
Jurij zaklął w myślach. No tak. Mogli wiedzieć. Wszyscy mogli, kurwa, wiedzieć, ale to przecież nie znaczyło, że tak z dnia na dzień zmienią przyzwyczajenia. Przyzwyczaili się z kolei do tego, że Ivanowi słyszy, jak oddychają kilkadziesiąt metrów od niego, czuje, co jedli dwa tygodnie temu, i jest w stanie co do dziesiątej stopnia określić temperaturę ciała.
Bez Wolborg, bez tego wszystkiego, co mu dawała, czuł się jak kaleka, jakby cały czas trzymał głowę w garnku. Zdążył zapomnieć, jak wygląda świat bez jej dodatkowych zmysłów, bez jej orientacji w terenie i refleksu – dano mu na to całe osiemnaście lat. I owszem, nadal miał przewagę nad większością ludzi, bo przecież wszczepy, które mu zamontowano, nie wiązały się bezpośrednio Bestią, a jedynie ułatwiały jej adaptację. Działały nadal i działały mniej więcej poprawnie – tylko że to nagle stało się za mało i Jurij, zagubiony wśród przytłumionych bodźców, w praktyce był teraz łatwiejszym celem niż niejeden po prostu dobrze wyszkolony żołnierz.
– A co było twoim zamiarem?
– Rozmowa. Musimy poczynić pewne ustalenia i jednak zrobić to tylko we dwóch. Pozwolisz? – Rei wskazał właz prowadzący do mesy.
Jurij zmierzył go wzrokiem podejrzliwie zmrużonych oczu. Nie do końca podobało mu się to, co usłyszał. Ale może prawda, że powinien po prostu usłyszeć więcej. Z Konem czasem tak było. Niby mówił w sposób stosunkowo prosty i uporządkowany, ale jednak miał swoje cele i rzadko zaczynał od sedna, woląc najpierw przygotować sobie grunt. Ivanow mógł nie być dobry w te polityczne gierki, ale nie oznaczało to, że nie potrafił ich intuicyjnie wyczuć.
I że nie potrafił się przed nimi bronić, choć raczej po swojemu – pięścią, a nie słowem.
Przytaknął więc niechętnie i ostatecznie dał się poprowadzić w bardziej ustronne miejsce.
Szczęśliwie morze było tego dnia spokojne. W ogóle ostatnio było spokojne i sporą część odpowiedzialności za to ponosili ci chłopcy, którym zamontowano w głowach kopie Seaborg i Falborg. Po paru dniach bardziej czy mniej udanych eksperymentów nauczyli się wreszcie współpracować w kwestii wykorzystania mocy swoich syntetyków i kontrolować zachowanie fal. Miało to zapewne swoje złe strony. Jurij nie wątpił na przykład w to, że gdyby ktoś wiedział, czego szukać, wytropiłby ich po samych anomaliach pogodowych. Ale to umożliwiały też fałszywe komunikaty radiowe, które wysyłali, by uniknąć zderzenia z inną jednostką. Korzyści natomiast wydawały się nie do przecenienia.
Po pierwsze i – mimo wszystko – najważniejsze, nie bujało już tak, więc Jurij mógł zająć się czymś więcej niż tylko rzyganiem za burtę. Myśleniem chociażby. Ogarnianiem rzeczywistości. Optymalizacją wacht i planowaniem kolejnych kroków. Albo taką rozmową z Reiem. Po drugie, poruszali się znacznie szybciej, od kiedy nie spowalniały ich przeciwne wiatry i nawałnice. Po trzecie wreszcie, chłopcy z Opactwa dostali zadanie i to ważne zdanie. Takie, które wymagało od nich maksimum skupienia i wykorzystania pełnego spektrum swoich możliwości – tak fizycznych, jak i psychicznych. Po swojej zmianie w głowie mieli już tylko sen, a cała akcja zmuszała ich dodatkowo do współpracy i zmiany pewnych wyniesionych z ośrodka przyzwyczajeń, jak choćby ciągłej podejrzliwości wobec współtowarzyszy. A samemu Jurijowi ułatwiała obserwację i weryfikację pierwszych intuicyjnych wyborów. Kilku chłopców, których wcześniej nie zauważył, zwróciło jego uwagę i regularnie zdobywało kolejne punkty uznania, dwóch Sabaka zdecydował się odsunąć jednak na dalszy tor.
Wiedział już natomiast, że ze wszystkimi będzie dużo pracy.
Jeśli łudził się, że nie będą stanowili dla niego wyzwania, to teraz mógł się już tylko z siebie gorzko śmiać. To nie było jego pokolenie – pokolenie Opactwa z czasów Ilji Balkowa. Teraz jak na dłoni Jurij widział dopiero, jak bardzo i głęboko działania Ivana zmieniły to miejsce.
Nie pozostawało mu jednak nic innego, jak tylko próbować się w tym odnaleźć – tak dla nich, jak i dla siebie samego.
Usiadł na stołku, szczęśliwy, że może to już zrobić – dawniej była to jedna z najgorszych możliwych pozycji, niemal zawsze kończąca się awaryjnym sprintem do miejsca, które można było uszlachetnić swoimi sokami żołądkowymi.
– Jak powiedziałem na wstępie – zaczął Rei, zająwszy miejsce po drugiej stronie małego jak schowek na szczotki pomieszczenia – sądzę, że musimy z nim coś zrobić.
– Z nim? – Jurij uniósł brew.
– Z Miguelem. Wiem – Chińczyk uniósł dłoń, widząc, że Ivanow już otwiera usta, by mu przerwać. – Daj mi do kończyć. Wiem, jakie jest twoje stanowisko i naprawdę je rozumiem, a nawet w pewien sposób popieram. Sporo mu zawdzięczamy i nie ulega wątpliwości, że gdyby nie on i nie ryzyko, jakie podjął, żadnego z nas by tu nie było. Sam z siebie mogę solennie obiecać, że następnym razem trzy razy się zastanowię, zanim zakwestionuję jego działania i intencje. Co by się nie działo, należy mu się nasz szacunek. I nasza opieka, Jurij. I o tym właśnie chcę mówić.
Rosjanin zmarszczył brwi. Wcale nie był tego taki pewien. Czy może inaczej – nie wątpił, że Reiowi zależy na dobru Miguela, ale wątpił, by pojmowali to dobro chociażby w zbliżony sposób.
Aż za dobrze pamiętał tamten dzień, gdy Kon zasugerował, że lepiej dla Lavaliera będzie, jeśli umrze w spokoju.
– Cokolwiek by o tej sprawie nie sądzić, nie ulega wątpliwości, że nie jest w pełni władz umysłowych – mówił dalej Rei.
– Jego też nie trzeba o tym przekonywać – zauważył Jurij.
Kon skrzywił się nieznacznie.
– Mam wrażenie, że z tym akurat jest ostatnio dużo gorzej. Ale niezależnie od wszystkiego, w końcu dopłyniemy do celu. Tam znów będzie przy głosie, bo to w końcu on jest naszym kontaktem z Europą. Obaj powinniśmy się przygotować na to, że zamiast ułatwić sprawę, nieświadomie ją skomplikuje. Nie wyraża się jasno.
Rozmawiał z Mao, dotarło do Jurija nagle. No tak, byli małżeństwem. Małżeństwa chyba tak działają, że się w nich czasem rozmawia i pewnie błędem było zakładanie, że nawet tak racjonalny człowiek, jakim był bez wątpienia Rei, oprze się tym wszystkim pokręconym mechanizmom między ludźmi, jeśli w sprawę zamieszana była jego własna żona i matka dzieci.
Zwłaszcza, kiedy miała o te dzieci wyraźny żal, a upust dawała mu otaczając zupełnie niepotrzebnym wachlarzem ochronnym obcą sobie dziewczynkę. Jakby nie rozumiała, że ta sama dziewczynka spędziła wiele dni na rosyjskich pustkowiach, w mrozie i pod opieką ludzi, z których jednego Mao uważała teraz za śmiertelne zagrożenie dla niej. Jednego, którego młoda lubiła, z którym lepiła bałwany i robiła orły na śniegu. Jednego, którego omal nie zabiła, więc doprawdy – kto tu dla kogo był śmiertelnym zagrożeniem?
Jurij niejednokrotnie dusił już w sobie prostą chęć, żeby urwać babie łeb i wyrzucić za burtę.
– Próbuję się postawić na miejscu Roberta Jürgensa. – Rei splótł ręce i oparł na nich brodę. – Będzie podejrzliwy – ciągnął cichszym głosem, jakby musiał się bardzo skupiać. – Nie znam go dobrze, tyle co z czasów turniejów, a wtedy wszyscy byliśmy przecież gówniarzami, ale on zawsze patrzył na wszystko nieco z góry. Jak ci ludzie, którzy sądzą, że są o krok przed resztą i trzymają wszystko w garści, ale w związku z tym są też za wszystko odpowiedzialni.
– Coś o tym wiesz, prawda? – parsknął Jurij bez grama wesołości.
– Powiedzmy – przyznał Chińczyk trzy razy bardziej serio, niż zrobiłaby to większość ludzi na jego miejscu. – Wiesz, kiedy Miguel przyleciał do Pekinu, coś było z nim nie tak, chociaż nie od razu byłem w stanie określić co, ale jednak zachowywał się w granicach normy. Łykał jakieś tabletki, po nich było czasem trochę gorzej, ale mijało. Natomiast teraz… cóż. Nie wiem, co bym sobie pomyślał, gdybym to zobaczył i nie wiedział, jak było. I, do czego zmierzam, nie mamy pewności, jaką wersję przedstawi Miguel.
Jurij milczał dłuższą chwilę, po prostu patrząc na Chińczyka.
– Chcesz go wypierdolić poza nawias – podsumował wreszcie.
– Jurij…
Rei nie dokończył, bo spojrzenie Jurija i gest uniesionej dłoni aż zbyt jasno dawały do zrozumienia, że nie życzy sobie, żeby mu przerywano. Wbił dziki wzrok w Chińczyka, w tę twarz przypominającą w mdłym, żółtym świetle woskową maskę.
– Chcesz go wypierdolić poza nawias – powtórzył Ivanow wściekle – bo ona ci kazała.
– Ona? – zdziwił się Kon.
– Twoja żona.
Rei nie okazał zdziwienia, ale też nie potwierdził. Wręcz przeciwnie – po kilku oleistych sekundach zawieszenia przecząco pokręcił głową.
– Nie posłuchałbym jej – odparł. – Nie w takiej sprawie. Owszem, Mao ma tendencje do tego, żeby uznawać, że w każdym temacie może się wypowiadać.
– Ma tendencję do wsadzania nosa w cudze gówno – warknął Rosjanin. – Nazywaj rzeczy po imieniu.
– A ty uważaj na słowa, kiedy o niej mówisz.
Dobrą chwilę trwali pochyleni nad metalowym blatem i patrzyli sobie w oczy jak zwierzęta, aż w końcu statkiem zabujało mocniej i obaj przegrali.
– Nie pomożesz mu, upierając się, że nic mu nie jest – podjął znów Rei, kiedy fala nieco się uspokoiła.
– Nie upieram się.
– Ale tak go traktujesz. A jeśli przez przypadek rozwali to wszystko? A potem zorientuje się, że to zrobił? Przecież znasz go lepiej niż ja, Jurij.
Tak, to była prawda. Ivanow znał go lepiej, co było o tyle przerażające, że nadal niewiele potrafił o tym człowieku powiedzieć.
Wariat. Desperat. Wrażliwiec i uczciwy kawał mięsa ze skłonnością do zabawy zapałkami.
I zdecydowanie zbyt ważny element w życiu. Na tyle ważny, by Jurij – niespodziewanie także dla samego siebie – zaczął się wahać.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jestem troskliwym misiem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 15 stycznia 2018, 08:25

O! Odcinek do kawy! :D
Faktycznie dość statyczny, jakby chłopcy z Opactwa wyciszyli nie tylko fale ;)
Obrazek Józefiny i Roberta przy grobowcu rodzinnym jest ładny.
Ojciec skinął krótko głową i dotknął jej łopatki, jak dotykałby dorosłej kobiety, drugą ręką wskazując, by weszła w alejkę pierwsza.
To zdanie jest takie łagodne i pokazuje całą zmianę jaka zaszła w ich relacjach. Lubię.
Obrazek Miguela jest dość straszny.W sumie myślałam, że Rei będzie chciał go zwyczajnie związać i zamknąć, jakoś w ogóle nie brałam pod uwagę, że on jeszcze jest osobą, która może być brana pod uwagę, jako decyzyjna (brawo Siem, jakie zajefajne zdanie :roll:). Ja go już chyba odstawiłam poza nawias. Czekam tylko, żeby zajął się nim specjalista.
Mao mówi o dzieciach. W sumie poza kadrem, ale mówi. To dobrze. Dobrze, że ma plan.
Ogólnie przyznam, że czekam na jakąś akcję. Na COŚ. Mam wrażenie, że już dość oddechu ;)
SpoilerShow
Ona patrzyła na te sprawy pod zupełnie innym kontem.

– Przepraszam. wystraszyłeś mnie – wyjaśnił Rei.

Przyzwyczaili się z kolei do tego, że Ivanowi słyszy, jak oddychają kilkadziesiąt metrów od niego, czuje, co jedli dwa tygodnie temu, i jest w stanie co do dziesiątej stopnia określić temperaturę ciała.

– Z Miguelem. Wiem – Chińczyk uniósł dłoń, widząc, że Ivanow już otwiera usta, by mu przerwać. – Daj mi do kończyć.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1822
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jestem troskliwym misiem atomowym [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 17 stycznia 2018, 10:41

1/2

Dziękuję pięknie :bag: Po Waszych uwagach wywaliłam ponad 10k dłużyzn, ale wiem, że nadal to kompletnie nie to, na co liczycie w finale, tym rozdziałem rujnuję kolejną porcję oczekiwań i dlatego aż mi wstyd dalej wrzucać. Fakt, że zostały łącznie cztery rozdziały do końca nie daje mi już wielkiego pola manewru, a niektóre sceny rozrzedzające jednak muszę zostawić, jeśli cokolwiek w kolejnej części ma działać na poziomie emocji. Ale teges, tę końcówkę pod względem czysto fabularnym da się streścić pewnie w trzech, czterech zdaniach, więc jeśli czujecie się znużone, po prostu mogę to zrobić, bo nie chcę, żeby ktokolwiek męczył się nad tekstem pisanym dla radości.

ROZDZIAŁ XXX
LOVE IS LIKE AN ONION. THE MORE YOU PEEL AWAY ITS LAYERS, THE MORE IT STINKS



Foula
– Emi?
– Nic mi nie jest – burknęła.
– Cała się trzęsiesz.
Obrzuciła Johnny’ego wkurzonym spojrzeniem. Tak, była zła. Zła, że wtargnął w jej myśli, że przerwał wątek i pół sekundy później nie pamiętała już, dokąd zmierzała.
Siedziała skulona na tyłach transportera, milcząca i najdalej od wszystkich jak się dało. Czy na małej przestrzeni można jaśniej dać do zrozumienia, że nie ma się ochoty na niczyje towarzystwo?
– A co mam robić? – fuknęła. – Jest zimno.
Johnny przewrócił oczyma. I miał rację. Do cholery, wiedziała, że on ma rację, bo przecież oboje zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że wcale nie chodzi o temperaturę, a o tłumione emocje.
Dlaczego go oszukiwała? – nie potrafiła odpowiedzieć. Dlaczego w ogóle czuła potrzebę, żeby się chować? Po tylu wspólnych latach. Po tylu wspólnych przejściach. Po tym, jak tyle razy oglądał ją nagą, całkowicie bezbronną i oddaną, nadal potrafiła otoczyć się kolczastym drutem w kluczowym dla obojga momencie.
I oczywiście miała o to do siebie żal. O ileż łatwiej byłoby, gdyby po prostu usiadła obok niego i pozwoliła mu się przytulić. Jej by to przyniosło ulgę i jemu także. Dałoby namiastkę działania, chociaż okruchy wrażenia, że panuje się nad sytuacją i podejmuje dobre decyzje.
Tak, wszystkie te niewiadome wyprowadzały ją z równowagi. Wciąż nie było pewności, dlaczego to Rei podjął kontakt. Wciąż nie było pewności, jak liczna jest grupa i czy – choć wydawało się to absurdem – cała akcja nie stanowi po prostu wymyślnej i nieekonomicznej pułapki. Ale Emily musiałaby być bardzo naiwna i popisać się głęboką nieznajomością samej siebie, by zrzucić na to całą winę za swoje zachowanie.
To było skomplikowane. I z jakiegoś powodu wcale nie chciała przeżywać tego wraz z Johnnym – tego strachu, tych wątpliwości, tego oczekiwania na odpowiedzi, jakiekolwiek by nie były. Bo z nim było skomplikowane jeszcze bardziej.
Furgonetka stanęła gwałtownie, aż Emily przeszorowała tyłkiem po ławce i krzyknęła krótko. Johnny musiał przygrzać w coś głową, bo kiedy podniosła wzrok, zobaczyła, że rozmasowuje sobie czoło. Szczęśliwie nie dostrzegła krwi. Ot, najpewniej nabił sobie guza.
– Co, do kurwy nędzy?! – warknął zły McGregor w stronę kokpitu.
York nie usłyszała odpowiedzi. Jej uwagę odwróciły otwierające się drzwi paki.
– Pani profesor. – Laurente, jeden z członków obstawy, wyciągał do niej rękę. – Chyba będzie pani musiała wysiąść.
– No chyba cię posrało! – oburzył się.
– Johnny, proszę cię. – Emily obrzuciła go zniecierpliwionym spojrzeniem. Tak, wiedziała, że chodzi o jej bezpieczeństwo, ale miała trzydzieści sześć lat i wydawało się jej, że wie, kiedy należy zaryzykować.
– Raczej nie ma przeciwwskazań, żeby poszedł z panią – odparł Laurente.
York westchnęła ciężko, ale straciła okazję, by pozbyć się Szkota, i musiała sobie z tym jakoś poradzić.
– Co jest? – Bez wahania chwyciła dłoń żołnierza i pozwoliła sobie pomóc.
– Mówi, że z nikim innym nie będzie rozmawiał.
– Kon? – Emily zmarszczyła brwi, zeskoczywszy na rozmokły grunt pokryty śliską, zmaltretowaną deszczami i wojskowym sprzętem trawą.
– Tak, nadal negocjujemy z nim.
Podążyła za mężczyzną, w duchu przeklinając, że jest od niej dwa razy wyższy i ze trzy razy szerszy, bo zasłaniał jej cały widok. W końcu jednak i jej oczom ukazał się zasnuty mgłą brzeg i majacząca w szarości bryła statku.
No tak, nadal nie zeszli na ląd. To oczywiście miało ogromnie dużo sensu - póki pozostawali na pokładzie, mieli do dyspozycji działka okrętowe i resztę arsenału. Lepiej czy gorzej, ale mogliby się bronić, jeśli zaszłaby taka potrzeba.
– Pani profesor, proszę tutaj – Laurente wskazał wnętrze innego wozu z naczepą wyposażoną w stację radiotelegraficzną.
Emily wcisnęła się do ciasnego, zagraconego wnętrza i zajęła metalowy stołek. Nienawidziła ich. Nie współgrały dobrze z tyłkami, na których próżno byłoby szukać zbędnego tłuszczu. Zdjęła czapkę i natychmiast poczuła, jak robi się jej o przynajmniej pięć stopni za zimno – wcale jej to nie dziwiło, bo widziała wydobywające się z jej ust kłęby pary.
Marzec, wiosna, dobre sobie.
Jeden z mężczyzn, których widziała pierwszy raz na oczy, podał jej słuchawki z mikrofonem.
– Rei? – rzuciła, w bezsensownym odruchu przyciskając je oburącz do głowy. – Rei, słyszysz mnie?
– Tak, to ja. Emily?
– Jestem – potwierdziła i zaraz odchrząknęła, bo głos z jakiegoś powodu uciekł jej ku górze.
Coś zatrzeszczało w słuchawkach, skrzywiła się i już miała je zedrzeć, kiedy nagle zapadła cisza.
– Straciłem łączność – poinformował mężczyzna, który przekazał słuchawki, nim zdążyła zapytać, co się stało. – Zaraz to naprawię, niech mi pani da chwi…
Końcówka zdania zawisła w powietrzu, gdy gęstą mgłę przeszył odgłos wystrzału z broni palnej.
A potem jeszcze kilka.
– Kurwa! – ryknął Johnny stojący u wejścia do naczepy i Emily już miała wypaść z wozu, by do niego dołączyć, gdy w słuchawkach znowu zatrzeszczało.
– Jesteś tam?
– Rei?! – wrzasnęła bez kontroli. – Rei, do cholery!
– Spokojnie. Po prostu odciąłem podsłuch i nagrywanie. Teraz możemy rozmawiać prywatnie.
– Strzały…
– Nie przejmuj się, nic wielkiego się nie stało. Mieliśmy mały bunt na pokładzie, ale sytuacja już jest opanowana.
Emily przymknęła oczy i oparła czoło na ręce. Teraz drżała już cała. Dłoń powoli zjeżdżała jej po nausznikach i dopiero kiedy dotykała ich już samymi opuszkami, uświadomiła sobie, że cała spłynęła nerwowym potem. A potem w przebłysku dotarło do niej, że czas wcale nie stanął w miejscu, więc nerwowymi gestami dała znać, że łączność wróciła, ma Kona na linii, a na odgłosy strzelaniny nie należy reagować.
Przynajmniej jeszcze nie.
– Zjedziecie na ląd? – spytała głosem, który aż nadto zdradzał jej zdenerwowanie.
– Jesteście uzbrojeni – zauważył Rei.
– Wy również.
– My będziemy uzbrojeni nawet wówczas, kiedy odłożymy broń. Ale za wszelką cenę nie chciałbym dopuścić do rozlewu krwi. Przecież nie jesteśmy wrogami.
Nie, nie byli. Nigdy tak naprawdę nie byli. Nigdy tak naprawdę i z własnej woli imiennie nie występowali przeciwko sobie. Więc dlaczego tak trudno było wyjść z tej sytuacji?
I dlaczego w naczepie było tak duszno?
– Miguel wskazał ciebie jako osobę najbardziej godną zaufania – odezwał się znów Rei – więc dla dobra sprawy uznam, że jeśli ty powiesz, że nic nam nie grozi, wezmę to jako gwarancję. Ale ostrzegam, że jeden fałszywy krok, jedna zbłąkana kula i żaden z nas nie będzie miał litości.
– Zrozumiałam – wychrypiała Emily.
– Robert jest na wyspie?
– Jest – przyznała – ale z dala od brzegu. Przez względy bezpieczeństwa.
– To zrozumiałe – zgodził się Kon. – I oznacza, że będziemy mogli szybko przystąpić do negocjacji. To dobrze, prawdopodobnie nie ma wiele czasu. Piętnaście metrów, Emily. W odległości piętnastu metrów od linii brzegowej nie ma być nikogo, kiedy zaczniemy spuszczać szalupy. Jesteś w stanie to załatwić?
– Jestem.
– Jeśli macie snajperów, odwołajcie ich. Nie chcesz, żeby doszło do tragedii, jeśli się pomylą, a pewne rzeczy mogą nie wyglądać w pierwszej chwili tak, jak powinny. Rozumiemy się?
– Rozumiemy. Ale jeśli możesz, chcę wiedzieć, co masz na myśli.
– Miguela.
Emily zaklęła w myślach.
– Wiem, że coś was łączy, więc bardzo mi przykro, że to mówię, ale nie jest poczytalny – ciągnął tymczasem Rei. – W tej chwili wydaje się, że nie jest najgorzej i kontaktuje, ale nikt, w tym on sam, nie może odpowiadać za jego zachowanie. Jest kuloodporny, ale jednak nie sądzę, żeby straszenie go miało poprawić sytuację. To Połączony. Nie wpadnie po prostu w panikę. I nie chciałbym też, żeby ktoś oberwał rykoszetem.
No tak, nie mogło mu się poprawić. Nie miało prawa mu się poprawić.
– Załatwię to wszystko. Coś jeszcze?
– Tak. Potrzebujemy gwarancji nietykalności także później, pomocy medycznej i kilkudziesięciu miejsc noclegowych w odosobnionym miejscu, ale sądzę, że o tym będę rozmawiał już z Robertem. Włączam stoper. Od teraz za dokładnie sześćdziesiąt minut spuścimy szalupy.

*

– Rozmowy w Nairobi nam przerwano – mówił dalej Robert spokojnym, równym tonem, patrząc na mały, podróżny ekran znad złożonych w piramidkę dłoni. – Myślę, że masz dość sprawny wywiad, żeby wiedzieć już, że wbrew plotkom nie miałem z tym niczego wspólnego. Ale stało się. Nie doszliśmy do konkluzji. Tymczasem dojście do konkluzji może być naszą ostatnią szansą.
Kai milczał bardzo długo. Kamerka nie pokazywała jego twarzy, co budziło niepokój Jürgensa od samego początku rozmowy, ale po jakimś czasie doszedł do wniosku, że sposób wysławiania się, intonowania i ogólnego zachowania osoby po drugiej stronie są na tyle charakterystyczne, że – doprawdy – Rosjanie musieliby naprawdę długo szukać, żeby znaleźć kogoś, kto byłby w stanie w tak doskonały sposób naśladować manieryzmy Hiwatariego. Obniżył więc poziom niepokoju o jakieś piętnaście procent, choć oczywiście nadal pozostawało znalezienie odpowiedzi na kluczowe prawdopodobnie pytanie o to, dlaczego feldmarszałek ukrywa swoje oblicze. Czyżby faktycznie został otruty? Gnębiła go jakaś inna dolegliwość? Coś wydarzyło się po drodze i w Europie nadal o tym nie wiedziano? To ostatnie nie stanowiłoby w końcu absolutnie żadnego zaskoczenia.
– Czy ty ze mnie kpisz, Jürgens? – padło w końcu, kiedy Niemiec zaczął się już zastanawiać, czy Kai z niego nie zakpił i nie zostawił samego na konferencji.
– Nie rozumiem – przyznał całkiem szczerze i odruchowo.
– Naprawdę uważasz, że to da się rozwiązać rozmową? I to rozmową akurat między nami dwoma?
– Było nie było, stoimy na czele dwóch stron konfliktu – zauważył Robert rzeczowym tonem, ale odpowiedział mu wybuch ponurego, zimnego śmiechu.
– Ja – odparł Kai. – Ja stoję na czele. A ty? Łudzisz się naprawdę, że ONZ ma w tym układzie jeszcze cokolwiek do powiedzenia? Miałeś swoją szansę, Jürgens, nie przeczę – Hiwatari brzmiał tylko pozornie lodowato, bo pod powierzchnią wrzały emocje, zamieniając jego głos nieomal w syk. – Mogłeś wykorzystać swoją polityczną pozycję i przyznaję bez bicia, że przez pewien czas obawiałem się, że naprawdę to zrobisz. Ale nie. Przeceniłem cię i teraz jesteś już nikim. Wasza część świata jest tak samo podzielona jak zawsze, nadal nie potraficie współpracować i medialne sztuczki Hiromi tego nie zmienią. Możesz pozować do zdjęć, ile chcesz, możesz udzielać setek wywiadów, ale to nie znaczy, że kiedy przyjdzie co do czego, ktokolwiek chwyci za broń, bo ty mu tak każesz. Nie masz środków, Robert, i nie, nie jesteś żadną stroną. Wiem, co widziałem w Nairobi. Potrafię rozpoznać propagandowe przedstawienia, wierz mi.
Niemiec zacisnął usta, a potem przypomniał sobie, że obraz wygaszony jest tylko z jednej strony i nie bez przyczyny szybko charakteryzowano ścianę rozwalonej chaty za nim na jakiś gabinet, a kamerkę starannie ustawiano, więc zmusił mięśnie twarzy, by powróciły do neutralnego położenia.
Nie wiedział w stu procentach, czy Kai ma rację – i to było w tym wszystkim najgorsze. Oczywiście miał przewagę, o której nikt w Rosji nie wiedział – i to w dwójnasób. Miał laboratorium Emily i efekty jej prac w postaci olbrzymich, śmiercionośnych nawet dla Połączonych maszyn, miał też Bestię w swojej własnej głowie. Ale problem polegał na tym, że żaden z jego politycznych sprzymierzeńców też o tym nie wiedział. Wszystko nadal było kruche jak pajęcza sieć, choć z pewnością bardziej zaawansowane, niż Hiwatari mógł podejrzewać w swoich najgorszych koszmarach. Nie oznaczało to jednak, że kiedy Rosja naprawdę ruszy do boju, powiązania te nie pękną i polityczni przywódcy Europy, części państw Ameryk, Tajwanu, Korei Południowej i osieroconej przez Chiny Afryki po prostu nie wezmą nóg za pas lub nie stwierdzą, że jednak bardziej opłaca im się sojusz z silniejszym z konkurentów.
Problem ONZ – a przez to samego Jürgensa – polegał na tym, że nie miało ciała. Nie było też organizacją militarną, a wręcz przeciwnie. Musiało polegać na innych, a sytuację komplikował fakt, że z grona potencjalnych sojuszników z miejsca można było skreślić dysponujące realną siłą wojskową i infrastrukturą NATO.
Ale też w negocjacjach, jakie prowadził Robert, wcale nie chodziło o zebranie armii. Na to było o kilkadziesiąt lat za późno. Chodziło jedynie o opóźnienie ewentualnych działań ze strony Rosji i przez to danie czasu wąskiej grupie ludzi na załatwienie problemu jednym celnym uderzeniem – na wykorzystanie Połączonych do tego, do czego zostali na swoje nieszczęście stworzeni. Jako bardzo małej, ale bardzo skutecznej jednostki do zadań specjalnych.
Możliwe jednak, że jeśli wzięło się wszystko to pod uwagę, Kai miał absolutną rację – Robert nie był dla niego równorzędnym partnerem w negocjacjach.
Ale jednak kilkanaście kilometrów stąd, na brzegu wyspy, ważyły się właśnie losy ich obu i o tym Hiwatari zapewne także nie wiedział.
– Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że w twoim wywodzie pobrzmiewają pewne osobiste tony – uderzył Jürgens trochę na ślepo.
Odgłos wypuszczanego nagle powietrza, a potem długa cisza powiedziały mu, że trafił w sam środek tarczy. A zatem miał jeszcze szansę, żeby obrócić wszystko na swoją modłę. To wymagało jednak jeszcze jednego ślepego strzału – znacznie bardziej ryzykownego.
– Pozdrów mojego ojca przy najbliższej okazji.
Cisza przedłużyła się jeszcze o kilka ciężkich, oleistych sekund.
– Jesteś bezczelny, Jürgens – sapnął w końcu Hiwatari.
Wskazówka staromodnego ściennego zegara za plecami sekretarza generalnego tyknęła jeszcze sześć razy, nim padły kolejne słowa.
– Bezczelny był Dietrich Jürgens czy też Ilja Balkow, kiedy kazał strzelić w tył głowy mojemu najlepszemu przyjacielowi w jego własnym mieszkaniu, a potem przebić opony samochodu, którym jechała moja najbliższa rodzina.
– Bardzo mi przykro, Robert, to były niepotrzebne śmierci, ale…
– Ale chcesz powiedzieć, że nie masz z nimi niczego wspólnego, tak? Że to nie jest tak, że po prostu boisz się spojrzeć mi w oczy?
Niemiec nie miał pewności, jak zinterpretować dochodzące z drugiego końca łącza dźwięki – jakiś dziwny trzask i szmer – więc po prostu czekał z kamienną twarzą, patrząc prosto i nieustępliwie w wyczerniony ekran. Już niemal był wstanie nałożyć na niego projekcję wspomnienia androgynicznej twarzy Hiwatariego, tych jego wąskich, złych oczu, ust nieznających uśmiechu i zmierzwionych, sztywnych włosów.
– Za kogo ty mnie masz, Jürgens?
– Za człowieka, który nigdy nie miał skrupułów i który nigdy nie bronił się przed współpracą z ludźmi, którzy nie mają skrupułów. Znamy się nie od wczoraj, Kai, obaj znamy swoje kartoteki na wylot. – Niemiec wziął głębszy oddech, słysząc, że i jego głos zaczyna się wymykać spod kontroli. Pozwolił, by Gryffolyon wyrównał ciśnienie i zadbał o odpowiednią dawkę tlenu. Uczył się powoli ufać Bestii w tym względzie i nie walczyć z nią o każdy oddech. To pomagało. – Kiedy ostatnio słyszałem o Balkowie – drugi raz nie przeszłoby mu przez gardło wyrażenie „mój ojciec” – byliście w znakomitej komitywie i wspierał cię we wszystkich działaniach w Moskwie. Przyznaję, że długo mnie dziwiło, jakim cudem wspinałeś się po szczeblach kariery politycznej aż tak łatwo, bo owszem, miałeś ku temu środki, ale obaj wiemy doskonale, jak brutalne jest polityczne życie i że pewne rzeczy po prostu muszą trwać. Ty w dodatku byłeś młodszy ode mnie. Teraz to dla mnie oczywiste, że miałeś pomoc. Oczywiste jest też dla mnie, od kogo tę pomoc uzyskałeś, i mogę sobie jedynie wyrzucać, że nie szukałem Balkowa bardziej zawzięcie, kiedy zniknął z radaru. Z jakiegoś powodu założyłem, że najpewniej nie żyje. W końcu jest już w wieku, w którym mężczyznom zdarzają się rozmaite zdrowotne przykrości.
– Co to ma do rzeczy? Do czego właściwie zmierzasz? – nie wytrzymał Hiwatari.
– Wiesz, jak zareagował świat na wieść o tym, że Balkow i ja jesteśmy spokrewnieni? Musisz wiedzieć. Nie wierzę, że nie śledziłeś tego wątku.
– Nie masz żadnych dowodów.
– Nie mam. Ale świat nie potrzebuje dowodów, tylko sensacyjnych opowieści opartych na zgrabnych przesłankach. Tego właśnie nauczyła mnie Hiromi Tachibana.
– To są groźby? – syknął Hiwatari. – Jeśli tak, ostrzegam, nie prowokuj mnie. Jedno moje słowo i na zachód rusza inwazja, przed którą nie zdołacie się ochronić, wiesz o tym.
– I co ci z niej przyjdzie, Kai? Tak między nami. Co ci właściwie z niej przyjdzie? – Robert odchylił się nieco w fotelu, prostując kręgosłup jeszcze o dwa stopnie. – Podbijesz Europę. Może mnie zabijesz, może zabijesz innych. Już nie wiem, na czyich głowach ci zależy. A potem?
– To będzie początek.
– To będzie koniec, Kai. Wtedy już nikt nie powstrzyma Ameryki, bo sam dasz im argumenty do rąk. Nie wiem, czy cię zmiotą, bo nie znam do końca twoich możliwości, ale wiem już, obaj wiemy, że zdołali zarówno tobie, jak i Chinom Reia zadać bardzo poważne ciosy. Zastanów się, czy chcesz z nimi zadzierać i czy chcesz pakować się w taką wojnę, zwłaszcza teraz, kiedy mają po swojej stronie Brooklyna.
Wspomnienie tego ostatniego musiało uderzyć Hiwatariego pod żebro i Robert doskonale o tym wiedział Wyobrażał sobie jedynie, w jaką wściekłość musiał wpaść feldmarszałek, kiedy okazało się, że jego tajna broń, jego podręczny sejf z Bestiami po prostu wykazał się wolną wolą i zniknął. Sam nie chciałby się znaleźć w podobnej sytuacji. Może nie myślał tak o żadnym Połączonym, bo żadnego takiego w otoczeniu nie miał, ale gdyby Judy Jones zdołała jakimś cudem przekonać do współpracy Emily, byłby to cios nieomal śmiertelny. Choć zapewne sama York – Niemiec zaobserwował to już dawno – nie miała nawet w połowie pojęcia, jak jest w tym wszystkim ważna i jak niezastąpiona jest jej wiedza.
– Nie jestem aż tak łatwy w manipulacji, jak ci się wydaje, Robert – dobiegło z głośnika. – I obaj doskonale wiemy, że stoisz mi na drodze. Ale może masz rację. Może powinniśmy się spotkać.
– Więc jednak chcesz negocjować?
– Nie. Chcę cię usunąć z ograniczeniem cywilnych ofiar. To znaczy, zrobię to i tak, ale powiedzmy, że jestem gotów na ten jeden ukłon w twoją stronę i daję ci wybór w kwestii osób towarzyszących. A Ameryką się nie martw. To będzie już mój problem.

*

Siedział skulony z kubkiem dawno już wystygłej herbaty w dłoniach i nasłuchiwał w napięciu głosu Reia. Siedział teoretycznie sam, ale tak naprawdę otoczony kręgiem duchów, które postanowiły już nie odstępować go na krok. Może lepiej – tak łatwiej było przyzwyczaić się do ich obecności, a co za tym idzie, łatwiej było też je ignorować. Przynajmniej wtedy, kiedy ktoś mógł na niego patrzeć lub podsłuchać, jak gada z cieniami. Powoli też oswajał się z ich wyglądem, makabrycznymi obrażeniami i wciąż wlekącymi się za nimi przewodami wyrwanymi z kapsuł – niektóre wydawały im ze skroni i potylicy, inne z nadgarstków i nóg. Jeden wciąż miał na oczach klipsy uniemożliwiające zamykanie powiek i Miguela czasem naprawdę korciło, żeby je po prostu zdjąć. Ale ponieważ były to duchy, pozostawało mu odwracać wzrok.
– Wyjdź wreszcie.
Odróżnianie ich od rzeczywistości było stosunkowo łatwe, kiedy już nalazł sposób. Zrozumiał, że to niemożliwe, żeby widział tak wyraźnie cokolwiek realnego, więc jeśli był w stanie dostrzec szczegóły czyjejś twarzy, oznaczało to, że twarz ta nie istnieje. Przydawało się to zwłaszcza wówczas, gdy przychodziły do niego osoby, które znał i które nierzadko spotykał potem na pokładzie czy w mesie.
– Wyjdź wreszcie, czeka na ciebie.
Poza tym tylko duchy odbijały w ten sposób myśli z jego własnej głowy. Krytykowały to, czego nigdy nie powiedział na głos, kłóciły się z nim albo, jak teraz, przejmowały rolę głosu rozsądku.
– Wiem – odwarknął, chociaż na ogół starał się nie podejmować z nimi dyskusji.
Wiedział, że czeka na niego. Najpewniej Emily, bo z nią miał rozmawiać Rei i teraz ustalali szczegóły z Jurijem. Zresztą on sam też czekał. Od dawna myślał o tym spotkaniu. Lubił je sobie wyobrażać w innych, lepszych okolicznościach, aż wreszcie York – ta, z którą już się wielokrotnie przywitał – też zaczęła pojawiać się jako duch. Nie podnosił wzroku i nie rozglądał się, ale podejrzewał, że może być teraz w tłumie namawiającym go do wyjścia z ukrycia. O ile prewencyjnie nie obraziła się za zdradę ze swoją prawdziwą wersją. Przecież miała swoje humory i czasem tak trudno było interpretować jej zachowania i słowa.
Tak czy inaczej, naprawdę, bardzo chciał wyjść. Chciał ją znowu zobaczyć, uściskać, powiedzieć o tym wszystkim, co uświadomił sobie w czasie rozłąki, podziękować za pomoc i przeprosić, że to wszystko wygląda tak a nie inaczej.
Był tylko jeden problem – nie chciał, żeby ona zobaczyła jego. Długo udawało mu się żyć w nieświadomości, ale w końcu podrapał się po brodzie i pomyślał, że na spotkanie z Emily wolałby się jednak ogolić, bo jakoś mu się nie składało to w jedno – York i zarost. Zarost miał zostać za kratami, w izolatce w Andach, był znakiem rezygnacji i bezsilności. Poddania się losowi, swobodnego dryfu w nurcie czasu. A Emily zasługiwała na zdecydowanie więcej niż ochłap ludzkiego mięsa bez grama własnej inicjatywy i w kajdanach.
Zapomniał, dlaczego tego nie robi. Przypomniał sobie, kiedy wreszcie dopełzł do umywalki i zobaczył w niewielkim, pokrytym czarnymi skazami lustrze swoją twarz. Wrażenie było dużo gorsze niż to, jakie pamiętał z chwili, kiedy ujrzał się po wyjściu z więzienia. Wtedy się po prostu nie poznał. Tym razem poznał się doskonale. Znacznie bardziej i głębiej niż kiedykolwiek w życiu. Tak, to właśnie był on. To było to dzikie, rozgorączkowane spojrzenie szaleńca, czarne cienie i zapadnięte policzki nędzarza. Właśnie te spierzchnięte do ran usta.
Ręce mu drżały, kiedy obcinał brodę nożyczkami i kiedy sięgał po mydło, żeby rozprowadzić je po zaroście. Łudził się jeszcze, że ogolony przynajmniej będzie wyglądał na czystszego i bardziej ogarniętego. Że to może zarost pogarsza sprawę i uwypukla obłęd w oczach, ale to, co zobaczył, gdy skończył, zabrało wszelką nadzieję. Zdecydowanie widział oblicze człowieka, którego można było się wystraszyć. Do którego się strzela prewencyjnie, jeśli nie ma drogi ucieczki.
Jak miał się jej taki pokazać?
Nie, nie bał się odrzucenia. W końcu ostatnią rzeczą, jaką można by o Emily powiedzieć, to to, że jest pusta i przestanie interesować się człowiekiem tylko dlatego, że nie jest już taki ładny. Nie o to chodziło, a o jego własny wstyd. O niemożliwe do przełamania poczucie, że teraz już w ogóle nie jest jej wart. O zwyczajną męską próżność, która nie chciała przyznać się do porażki.
– Wyjdź – nie ustępowały jednak duchy, a ich szept przynosił kobiecy głos, który należał do jej zjawy. Nawet przefiltrowany przez niedokładne wspomnienia wzbudzał dreszcze i ściskał żołądek, jakby szeptała mu wprost do ucha.
Kocham cię.
Ona potrafiła to powiedzieć. Czasem musiała czymś obudować, zbagatelizować, złagodzić, ale potrafiła to powiedzieć. Dbała o niego, martwiła się, nawet jeżeli czasem go to wkurwiało, bo nie potrafił odnaleźć się na granicy między potrzebą bycia dla kogoś ważnym a poczuciem ograniczenia wolności.
Jego miłość – jeśli to była miłość, ale jeśli nie, nie doświadczył nigdy niczego, co bardziej by ją przypominało – objawiała się tym, że bał się zejść na ląd i jej pokazać.
Ale jeśli Miguel naprawdę czymś gardził bardziej niż tym oślizgłym, utopionym w poczuciu winy szaleństwem, które wypełniało go zamiast normalnego ciała, to tchórzostwem. Oderwał więc zgrabiałe palce od skroni, oparł ciężar na ręce i zaczął się podnosić, mimo wrażenia, że każda kość trzeszczy w nim protestująco.
Był przekonany, że duchy go podtrzymały – inaczej nie dałby rady wstać.
– O, tu jesteś – usłyszał głos Reia. – Właśnie cię szukałem. Wszyscy gotowi?
Pomruk, jaki przetoczył się po zebranych, wyrażał aprobatę.
Nie było już wśród nich rosyjskich marynarzy, bo tych Jurij kazał zastrzelić, a ciała wyrzucić za burtę. Nie tłumaczył swojej decyzji.
Powietrze było tego dnia zimne i wilgotne, a mgła tak gęsta, że Miguel pewnie nawet w okularach – och, ten niemal zapomniany luksus – słabo widziałby własną wyciągniętą dłoń.
– Ostrożnie, stopień.
Wstyd było się przyznać, ale naprawdę potrzebował, żeby ktoś mu o tym powiedział. Oczy bolały go nawet od tej odrobiny światła, jaka przeciskała się przez zasnute ciężkimi chmurami niebo, więc przymykał je, kiedy tylko mógł. W efekcie wszystko rozmazywało się jeszcze bardziej niż zwykle, rozpływało w łzach od podrażnienia i traciło kolory.
Jakby wizja zejścia na ląd nie była już dość przerażająca sama w sobie.
Miguel zdążył się już przyzwyczaić do ciasnych przestrzeni i kołysania. nawet do faktu, że ze wszystkich stron ograniczało go morze – to w pewnym sensie przypominało celę i miał za sobą szesnaście lat treningu w oszukiwaniu umysłu, żeby nie dać się przytłoczeniu i przynajmniej przez większość czasu kontrolować przechodzące w agresję uderzenia paniki. Znalazł swoje ulubione kąty, w których mógł czuć się bezpiecznie, wiedział, gdzie się zaszyć, żeby nikt go nie niepokoił, znał rutynę, miał głęboko wpojone te punkty dnia, których wypełnianie wymagało sumienności, jeśli chciał zachować resztki pozorów.
To było jak przedzieranie się przez ciemny, duszny korytarz i wrażenie to z czymś mocno się Lavalierowi kojarzyło, ale nie potrafił odszukać w pamięci odpowiedniego wspomnienia.
Z wdzięcznością przyjął ramię Reia, gdy pakowali się do ciasnej szalupy. Głupio byłoby jednak teraz – po tym wszystkim – spierdolić się prosto do morza i utopić.
– Jest groźba – usłyszał jakoś ponad swoją pochyloną, niemal wciśniętą między kolana głową – że jednak nie czeka nas pokojowe powitanie. To znaczy, gdyby Robert chciał się nas pozbyć, pewnie po prostu zatopiłby okręt, ale nie mogę wykluczać różnych opcji.
Nawet nie miał już siły prychnąć gorzko w odpowiedzi, jeśli chodziło o ten temat
– Gdyby coś się działo, po prostu trzymaj się z tyłu, jasne?
– Pewnie, gdyby coś się działo, nie ogarnę, gdzie jest przód, a gdzie tył – odparł.
– Zimno ci?
Drżał? Cóż, to możliwe.
– Nie wiem.
– Już prawie jesteśmy na brzegu.
Całe szczęście, bo jeszcze ze dwa słowa świadczące o trosce i czara goryczy by się przelała. Miguel nie czuł, że jest mu potrzebna troska. Właściwie nie był przyzwyczajony do troski i nadal nie potrafił jej przyjmować, bo zawsze sprawiała, że zaczynał widzieć siebie w pozycji słabszego i kuli u nogi. Nie, potrzebował raczej spokoju i odpoczynku, a potem możliwości wzięcia spraw w swoje ręce.

Dalian, Chiny
Było w tym coś mocno nie tak, żeby w rozmowie między dorosłymi i to o takich sprawach za tłumacza służył dzieciak. Pech Xue polegał jednak na tym, że MingMing potrafiła porozumieć się wprost z jego umysłem na podobnej zasadzie, na jakiej porozumiewała się z częścią swoich ludzi, a różniło go od nich to, że jemu akurat Claude mógł zaufać, a bezpośrednie komunikowanie się z nim uniemożliwiała z kolei jego Bestia. Chłopiec był zbyt młody, by rozumieć wielką politykę, zbyt zagubiony, by próbować sztuczek. Jeśli Tavarez nie mógł nawet pokładać nadziei w jego osobistej sympatii, to przynajmniej sporo jej dawał brak doświadczenia.
Mały Chińczyk siedział więc między nimi sztywno wyprostowany i z twarzą, którą usiłował – wzorem ojca – pozostawić kompletnie bez wyrazu, zapewne po to, żeby ukryć własny strach. Claude miał dla niego o tyle złe wieści, że on akurat strach wyczuwał w innych doskonale.
– Nie chcę niczego od was, nie pracuję ani dla Chin, ani dla Tajwanu – mówił. Podejrzewał, że jest to już wiadome, ale chciał, by wybrzmiało raz jeszcze. – Z Reiem Konem łączy mnie głównie przypadek. Zostałem złapany na terenie cesarstwa jakiś czas przed atakami i przewieziony do Pekinu pewnie parę dni wcześniej.
– Złapany jako szpieg – zauważyła Koreanka ustami Xue i w spojrzeniu chłopca Tavarez zobaczył cień niepokoju.
Siedzieli po dwóch stronach stołu, a młody u trzeciego boku między nimi. Początkowo próbował patrzeć tylko przed siebie – na ścianę, ale z czasem wzrok zaczął uciekać mu to w jedną, to w drugą stronę i Claude nie potrafił nie zastanawiać się, co kobieta jest w stanie wyczytać ze wzroku chłopca.
On widział w nich coraz więcej pytań, które nigdy nie powinny pojawić się w umyśle dziecka.
– Owszem, nie ukrywałem tego od początku – przyznał, mając nadzieję, że to nie sprawi, że z kątów wyskoczą koreańscy żołnierze i znów wyląduje w kajdanach. MingMing obiecała mu co prawda rozmowę na równych warunkach, ale nauczył się już nie ufać Azjatom w tej kwestii. – Ale moim jedynym zadaniem był rekonesans na terenie Chin. Miałem ustalić położenie głównych baz wojskowych i arsenałów oraz w miarę możliwości upewnić się, że Chiny nie przygotowują ataku nuklearnego na Rosję. Nawet plany dotyczące operacji SO-VA nie były mi znane w szczegółach, bo de facto nie pracuję ani dla NATO, ani dla amerykańskiego rządu wprost. Można powiedzieć, że w pewien sposób jestem przez nich wynajmowany do zadań specjalnych.
– Więc dla kogo pracujesz?
– Raczej z kim. Z Judy Jones, dawniej Mizuharą.
Fakt, że połowę twarzy MingMing zakrywała maska, a za głos służył jej Xue, na pewno nie ułatwiał konwersacji. Milczała dość długo po tym, jak padło nazwisko amerykańskiej profesor, ale Claude nie miał szans stwierdzić, skąd się to milczenie wzięło i czy już powinien zacząć się bać, bo jedno ciemne oko nie mówiło wiele.
– Nie mam pojęcia, jak wiele o niej wiesz – podjął więc Tavarez – ale nie jest wrogiem Azji. Tak naprawdę nie jest niczyim wrogiem, co najwyżej tych, którzy utrudniają jej badania. Nie ma celów politycznych, a jedynie naukowe i jeśli mam być szczery, nie znam nikogo innego, kto dorównywałby jej wiedzą i czystym podejściem wyrażonym wprost. Ja wiem, że jestem dla niej szczurem laboratoryjnym, ona wie, czego oczekuję w zamian za to, że będę pozwalał na oglądanie się pod mikroskopem. I nikt nigdy wcześniej mi tak nie pomógł, jak ona.
– Więc dlaczego praca dla wywiadu?
– Bo skądś trzeba brać środki na badania. Musiała przekonać ludzi z pieniędzmi, że jej program jest do czegoś przydatny, a ja zostałem stworzony do zwiadu, więc w zamian za środki, jakie przeznaczyli chociażby na moje leczenie po wydarzeniach w Moskwie, zażądali drobnej przysługi. Jestem kaleką, MingMing. Wiesz, co to znaczy. Więc ludzie, którzy mogą mi pomóc, są na wagę złota.
Znów milczała dłuższą chwilę. Założyła nogę na nogę i pochyliła się nad stołem. Jedyne widoczne oko zmrużyło się w skupieniu.
– To brzmi zbyt prosto – padło w końcu.
– Dlaczego?
– Pracowałam z Biovoltem, pracowałam z Balkowem, znam go osobiście. I trudno mi uwierzyć, że ludzie zamieszani w te sprawy mogliby stawiać sprawy jasno.
Tavarez skrzywił się, słysząc tę nazwę i nazwisko.
– Nie mieliśmy okazji poznać się wcześniej – odparł – ale i mnie Biovolt nie jest do końca obcy, choć miałem z nim styczność pośrednio, przez jedną z filii. Wiem, o czym mówisz. Niespecjalnie mnie też ta nieufność dziwi, ale ja jedynie przedstawiam fakty. Jeśli chodzi o politykę, nie mam żadnej motywacji. Jestem Peruwiańczykiem, a Peru znajduje się kompletnie na marginesie międzynarodowych zmagań w tej części świata. Nie ma żadnego powodu, dla którego mogłoby mi zależeć na przewadze którejkolwiek ze stron, a zwłaszcza w Azji. Cała moja rola polega na tym, że jestem najemnikiem, a w zamian ktoś dba o moje zdrowie, zapewnia rehabilitację i poszerza wiedzę o tym, co mam w głowie. Oczywiście można tego nie pochwalać, ale jest przynajmniej uczciwe.
MingMing znów milczała, ale było to milczenie innej natury i nieco dłuższe. Może rozważała opcje. A może w jej głowie właśnie rodziła się podejrzliwość.
– Zresztą – Claude postanowił kuć żelazo, póki gorące – proponuję jedynie rozstać się w pokoju. Tak naprawdę was obchodzą Chiny, a ja mam ochotę tylko jak najszybciej stąd spierdolić. Nie zrobiłem tego jeszcze tylko dlatego, że dzieciaki, a potem dałem się złapać Daichiemu. Jeśli będą bezpieczne, nic mnie już więcej nie obchodzi. A opowiadanie o nich komukolwiek też nie leży w moim interesie. Po co? Wiadomo w ogóle, co z ich ojcem? Przeżył?
– Nie ma żadnych informacji – powiedziała Koreanka ustami Xue i Tavarez zauważył, jak chłopiec zwija dłonie w pięści. – Ale sądzę, że gdyby miał je ktokolwiek, już dawno by dotarły także do mnie.
– Rozumiem. Czyli raczej nie ma szans na to, żeby szybko wysłać młodych poleconym prosto do tatusia.
– Raczej nie.
Claude podrapał się po brodzie, odwrócił wzrok i chwilę gapił w kąt, układając myśli i kolejne zdania.
– Nie, żebym coś sugerował – podjął znów, kiedy zyskał pewność, że mniej więcej wie, dokąd zmierzać – ale jeśli uruchomiłbym swoje amerykańskie kontakty, żeby go odnalazły, dałbym im jednocześnie sporo powodów do podejrzeń i przyjrzenia się temu wątkowi. A dzieciaki to dzieciaki. – Wzruszył ramionami. – Niby nikomu nie zawadzają, niby niegroźne, ale nie byłbym zdziwiony, gdyby ktoś wpadł na pomysł wykorzystania ich w roli argumentu. Rei nie ma już władzy politycznej, ale to nadal potężny Połączony, i jeśli żyje, na miejscu jego wrogów zrobiłbym wszystko, żeby się zabezpieczyć.
Czarna brew zmarszczyła się, a potem uniosła w czymś, co marginalnie przypominało rozbawienie.
– Co? – burknął Claude.
– Tobie naprawdę zależy. To niemal niewyobrażalne.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ