TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Taitai

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 205
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Taitai

Post autor: Kimchee » 12 kwietnia 2019, 21:55

SpoilerShow
Tekst, jak podkreślałam, pisany dla funu, ale to nie znaczy, że nie można nad nim popracować. Ostrzegam tylko, że to romans, roman i jeszcze raz romans, więc trzeba się przygotować na duża dawkę emowania i sparklenia.


Taitai
Część I


Rozdział I
Przybycie Swatki

Do obchodów sześćdziesiątych urodzin babci pozostał dokładnie jeden dzień. Xiurong zamierzała wykorzystać ten czas, żeby zjeść po kryjomu jak najwięcej słodyczy. Wiedziała, że jutro – kiedy będzie ją obserwować kilkadziesiąt par oczu – nie będzie mogła skosztować tyle, na ile ma ochotę. Młoda dziewczyna na wydaniu, która objada się przy ludziach, mogłaby zostać uznana za łakomą i samolubną. Aż strach pomyśleć, co powiedziałaby na to pierwsza matka. Wprawdzie Shijun Chen nigdy nie zwróciła publicznie uwagi nikomu z członków swojej rodziny, ale nie powstrzymało jej to przez karceniem ich wzrokiem.
Wtedy nawet czwarta kuzynka traciła apetyt.
Dlatego Xiurong miała zamiar zażyć nieco przyjemności, zanim będzie musiała oglądać, jak przeznaczone na ucztę pyszności, zjada ktoś inny.
– Zostaniesz tu i zaalarmujesz mnie bez zwracania na siebie uwagi, gdyby ktoś się zjawił – poleciała swojej służącej.
Urodzona w roku owcy Dongmei nie miała natury awanturnicy. Zareagowała dokładnie tak jak zwykle, kiedy jej pani wpadała na kolejny szalony pomysł.
– A co będzie, jeśli furen nas przyłapie? – Na znak przerażenia zakryła sobie dłonią usta i dalej mówiła już nie do końca zrozumiale. – Jeszcze zamknie xiaojie w pokoju i nie pozwoli ci uczestniczyć w urodzinach.
Wtedy Xiurong nie mogłaby spotkać Yaozu, a to faktycznie byłaby większa tragedia niż odmówienie sobie kilku ciastek ryżowych. Dziewczyna przez chwilę intensywnie zastanawiała się nad obiema alternatywami.
– To się na pewno nie stanie – Zdecydowała wreszcie. – Bo pierwsza matka na pewno nas nie złapie.
Nadzieja przez chwilę obecna na ładnej, dziecinnej twarzy służącej zamieniła się w strach.
– Tylko się pośpiesz, xiaojie – szepnęła, chociaż były zupełnie same.
Właściwie Xiurong wcale nie musiała fatygować się osobiście. Mogłaby posłać do kuchni Dongmei i po prostu czekać, ale zdobywanie ciastek było niemal tak samo przyjemne jak ich jedzenie. A dreszcz emocji, jaki przy tym czuła, urozmaicał codzienną rutynę życia w rezydencji.

Kiedyś, dawno temu, posiadłości Ao’Dai miewały tylko jeden dziedziniec, na którym znajdowały się wszystkie budynki, ale potem zdobywcy zaczęli przejmować coraz więcej z mentalności ludzi Hu wraz z odzwierciedlającą ją architekturą. Rezydencja Shijun miała zatem kilka dziedzińców, a kobiety mieszkały w głębi domu, chociaż nie były skazane na swoje podwórce jak ich odpowiedniczki z podbitego narodu.
Xiurong miała wprawę w skradaniu się i szybkim pokonywaniu przestrzeni między pawilonami. Zostawiła Dongmei przy bramie, sama pobiegła do kuchni, trzymając w dłoniach materiał obfitej spódnicy. Zanim weszła do budynku, dwa razy sprawdziła, czy pierwszej żony ani żadnej z ciotek nie ma w pobliżu. W kuchni zastała tylko kilka pracujących tam dziewcząt. Jedna właśnie wyjmowała z pieca ryżowe ciasteczka. Wszystkie nosiły długie do ud błękitne kaftany zapinane na lewej stronie i różowe spódnice; do tego splatały włosy w dwa koki jak Dongmei. Na widok drugiej panienki zaczęły się kłaniać. Pochodziły z rodów Hu, były rumianymi stworzeniami o pulchnych policzkach. Panienka Shijun podejrzewała, że praca w kuchni musi być czasem nieprzyjemna, ale te dziewczyny wyglądały na zadowolone. Na szczęście nie było tu kucharza, który miał długi język i cokolwiek robił, próbował przypodobać się pierwszej żonie pana domu.
– Czego sobie życzysz xiaojie? – zapytała jedna ze służących.
Druga panienka była ulubienicą służby. Nie zamęczała nikogo tysiącami niedorzecznych poleceń jak piąta kuzynka ani nie krzyczała jak druga, dlatego zawsze mogła liczyć na to, że kuchenne dziewczęta zostawią dla niej któryś ze smakołyków.
Już teraz czuła się przyjemnie odurzona zapachem ryżowych ciastek.
Ryż uprawiano tylko na krańcach dwóch południowych prowincji cesarstwa, pozostałe tereny były zbyt chłodne i suche. Nawadniana wysiłkami geomantów żółta lessowa ziemia nie chciała rodzić niż innego niż pszenica i proso. Każde ciastko mogło kosztować nawet miesiąc pracy biednego chłopa Hu, ale to czyniło je jeszcze smaczniejszymi.
Chwilę później druga panienka schodziła po kuchennych schodach z policzkami wypchanymi smakołykami. W ręku niosła jeszcze jedno ciastko – dla Dongmei.
Służąca warowała na posterunku. Przejścia na głównym dziedzińcu i w ogrodzie nie były zamknięte. Poszczególne człony domostwa oddzielały od siebie otwarte bramy, dla ochrony przed demonami wycięte w kształt koła. Stanowiły przez to dokonały punkt obserwacyjny. Xiurong od razu zauważyła, że Dongmei jest czymś bardzo poruszona. Bardzo mało prawdopodobne by przyczyną stanu dziewczyny okazał się jakiś duch.
To mogła być tylko jedna osoba – pierwsza matka.
Xiurong znieruchomiała na wyłożonej kamiennymi chodnikami ścieżce, wpół drogi z kuchni do przejścia łączącego dziedzińce. Groziło jej przyłapanie na gorącym uczynku. Dowód winy miała w ustach – drugi w dłoni. Próbowała pozbyć się przynajmniej tego pierwszego, ale równie dobrze mogłaby próbować połknąć kamień.
– Xiaojie! – Na domiar złego służąca zaczęła wołać do niej, energicznie wymachując przy tym rękami. – Xiaojie!
Nie mogłaby bardziej zwracać na siebie uwagi nawet gdyby chciała.
Xiurong praktycznie już mogła pożegnać się z myślą o uczestnictwie w jutrzejszym przyjęciu, a tym samym ze spotkaniem z Yaozu. A skoro tak…
Szybko połknęła ciastko, po czym wepchnęła do ust drugie (Dongmei i tak dostanie się za nie upilnowanie panienki, zjedzenia ciastka dla gości to doprawdy byłoby zbyt wiele), chociaż zakazana przyjemność całkiem straciła swoją słodycz. Skoro Xiurong i tak miała zostać ukarania, to niech chociaż będzie za co.
– Xiaojie, nie uwierzysz! – służąca bynajmniej nie umilkła, kiedy panienka nareszcie znalazła się przy niej.
Xiurong wciąż jeszcze przeżuwała słodycz, jednocześnie rozglądając się uważnie. Mała służąca wzięła jaj milczenie za zachętę.
– Przed chwilą widziałam panią Moluhzen – powiedziała, wyraźnie oczekując pochwały.
Panienka przełknęła ostatni kęs ryżowego ciastka. Pociągnęła Dongmei na trawnik, gdzie piętrzył się labirynt kamieni i krzew. Tam mniej ryzykowały, że zobaczy je ktoś, kto akurat będzie przechodził sąsiednim dziedzińcem.
– Jesteś pewna? – Xiurong oblizała wargi; gdy minęło niebezpieczeństwo zaczęła żałować, że spałaszowała wszystko tak szybko. Następnym razem ukryję coś w rękawie sukni, pomyślała.
– Widziałam ją na własne oczy! – uniosła się Dongmei. – Szła z jedną ze służących taitai. Przysięgam na moich przodków!
Była to najmocniejsza z przysiąg i Xiurong nie zamierzała kwestionować prawdomówności swojej służącej.
Panią Moluzhen, swatkę, znała każda dziewczyna, nawet jeśli nie dorosła jeszcze do małżeństwa. A ona jakimś sposobem wiedziała o nich wszystko. Chociaż wielkie rody coraz częściej same uzgadniały między sobą sprawy małżeństw, ze względu na tradycję wciąż oficjalnie korzystano z usług swatek. Pani Moluhzen wydawała się nie przeszkadzać marginalna rola, tak długo jak w każdej rezydencji otrzymywała darmowy posiłek i mogła wypowiedzieć kilka cennych maksym na temat urody i zachowania należnego kobiecie. Pod tym względem zachowywała się, jakby skojarzenia pary młodych ludzi nadal było w całości wyłącznie jej zasługą. Szczyciła się tym, że na jej usługi mogą pozwolić sobie tylko najbardziej zamożne rodziny. Podróżowała po mieście czerwonym powozem zaprzężonym w dwa silne muły, które mogły udźwignąć jej ciężar. Z powodu gościnności mocno roztyła się w ostatnich latach, mimo że wysoki jak na kobietę wzrost nieco tuszował prawdziwe rozmiary konsekwencji jej obżarstwa.
Tak, pani Moluhzen nie dało się nikim pomylić.
Xiurong przez chwilę rozważała możliwie następstwa jej wizyty, a Dongmei swoim zwyczajem paplała w najlepsze.
– Xiaojie, myślisz, że taitai wezwała swatkę dla pierwszej panienki?
Potem zaczęła wymyślać najróżniejszych kandydatów. Nie omieszkała na umieścić na tej liście także kilku książąt. Xiurong słuchała tej przemowy tylko jednym uchem. Myślała o najważniejszym – mianowicie, co wizyta swatki oznacza dla niej. Nie wypadało jej wyjść za mąż póki nie zrobiła tego starsza siostra, a teraz być może…
Taitai zawsze trzymała swoje plany w najgłębszej tajemnicy, inni – zwłaszcza matka Xiurong, dowiadywali się o nich z opóźnieniem. Dziewczyna najchętniej poszłaby i podsłuchała, o czym rozmawia ze swatką pierwsza matka. Ale żadnej młodej panienki z domu Shijun nigdy nie przyłapano na podsłuchiwaniu, a ona nie zamierzała być pierwszą. Wizyty w kuchni i podjadanie ciastek w czasie, kiedy powinna haftować albo poświęcać się innym odpowiedniejszym zajęciom to co innego. Pierwsza matka miała wszędzie swoje oczy i uszy w postaci służących, a Xiurong wolała się nie dowiadywać czy ma więcej sprytu i szczęścia od nich wszystkich razem wziętych. W dodatku, gdyby taitai skarciła ją w obecności pani Moluhzen, to byłaby już prawdziwa katastrofa – rzecz, która nie mogłaby pozostać tajemniczą wewnętrznych dziedzińców.
– Wracamy – zdecydowała Xiurong. Dongmei nawet nie popróbowała ukrywać radości z tej decyzji.
Zanim ktokolwiek je spostrzegł, były już z powrotem na swoim dziedzińcu.
Druga panienka ostrożnie wślizgnęła się do komnaty matki.
Shijun Jiayi siedziała na platformie pośrodku komnaty i krzywiła twarz do lustra z wypolerowanego brązu. Przed nią, na niskim prostokątnym stoliku, leżały kosmetyki i błyskotki do upinania włosów. Mimo później pory druga dama domu Shijun wciąż nie była w pełni gotowa.
Ledwo zwróciła uwagę na córkę, kiedy ta usiadła naprzeciw. Xiurong zaczęła bawić się szpilkami i grzebieniami. Kiedy była jeszcze mała, niezmiernie fascynowało ją wszystko, co ładne i błyszczące. Uwielbiała, gdy matka pozwalała jej dotykać swojej biżuterii. Zawsze robiła to z zastrzeżeniem, że precjoza taitai są ładniejsze i bardziej kosztowne niż to, co ona musi nosić.
– Muqin, Pierwsza Matka wezwała do siebie swatkę – Xiurong nie mogła się doczekać, by podzielić się dobrą wiadomością. – Dongmei ją dziś widziała.
Stojąca za swoją panienką służąca energicznie potakiwała.
Druga Dama westchnęła boleściwie.
– A skąd mam to wiedzieć, Ting’er? – Spojrzała na córkę z urazą. Tingting było dziecięcym imieniem Xiurong. Teraz tylko trzy osoby zwracały się do niej w ten sposób.
– Jestem w tym domu tylko drugą żoną i nikt nigdy mi niczego nie mówi. – Zawodziła dalej druga dama. We wszystkim umiała odnaleźć analogię do własnej nieszczęśliwej sytuacji.
– Popatrz – Odłożyła lustro na stolik. – Kolejna zmarszczka.
Xiurong udawała, że dokładne przegląda się jasnej cerze kobiety. Kochała swoją matkę, ale nie była w tym uczuciu całkowicie bezkrytyczna. Wśród młodych dziewcząt funkcjonowała taka klątwa: „Obyś została drugą żoną”. Rozmawiając z Jiayi, można było odnieść wrażenie, że to faktycznie najgorsza rzecz, jaka może spotkać kobietę. Tymczasem w całym cesarstwie musiało być z dziesięć tysięcy kobiet, które chętnie zostałby chociażby konkubinami kogoś takiego jak Shijun Tongfei. Trzeba jednak oddać matce sprawiedliwość; przy ludziach zachowywała się zawsze jak na damę domu Shijun przystało. Dopiero na własnym dziedzińcu zmieniała się w nieszczęsne stworzenie, z którym córka nieraz musiała postępować jak z dzieckiem.
– Kiedy byłam młoda i piękna, byłam ulubienicą twojego ojca – Matka uśmiechała się nie do córki, a do własnych wspomnień. – Ale w tym domu moje pączki szybko straciły świeżość i jak każdy mężczyzna się mną znudził.
To nie była prawda, przynajmniej nie cała. Xiurong podejrzewała, że niebagatelną rolę odgrywał tu charakter matki. Kolejny dowód stanowiła młodsza siostra Xiurong, zaledwie dziesięcioletnia Xiuling. Ale matka w to wierzyła… Gdy wpadała w szczególnie płaczliwy stan, córka zawsze była gotowa jej wysłuchać – ze współczuciem, ale też cichą ulgą. Ona nigdy nie podzieli jej losu. Wyjdzie za mąż za Yaozu i zostanie taitai – pierwszą żoną najstarszego syna w pokoleniu.
Wtedy będzie jej brakować matki, a nawet jej narzekań.
– Muqin – zniżyła głos do szeptu – wczoraj widziałam, że pierwsza matka ma w tym miejscu o trzy więcej niż ty zmarszczki.
Czekała, aż matka przyswoi sobie pocieszającą nowinę. Wzięła do ręki szpilkę z ozdobą w kształcie motyla i zaczęła obracać w dłoniach. Czekała.
Matka znów chwyciła lustro, tylko po to, żeby jeszcze raz przyjrzeć się swojej twarzy i uszczypnąć się w policzek. Zaróżowiona skóra nadawała jej młodzieńczego wyglądu.
Xiurong zauważyła zmianę nastroju, więc odważyła się spytać:
– Mulin, myślisz, że jiejie wkrótce wyjdzie za mąż?
– A skąd ja mam to wiedzieć?! – obruszyła się Druga Dama.
Przynajmniej tym razem nie płakała.
Pierwsze wyraźne wspomnienie Xiurong z dzieciństwa wiązało się właśnie z Jiayi. Przybiegła do matki, chcąc pokazać jej brzoskwinię, która dojrzała tego dnia, a zastała ją zalaną łzami. Ponieważ kobieta w żaden sposób nie reagowała na piękny i soczysty owoc, Xiurong odważyła się zapytać, dlaczego płacze. „Bo jestem tylko drugą żoną”, usłyszała w odpowiedzi. Potem matka wzięła dziewczynkę na kolana, co się Xiurong już bardzo podobało (jako dziecko bardzo pragnęła uwagi matki i była gotowa skorzystać z każdej okazji, gdy ta była jej ofiarowana). Potem Jiayi długo tuliła córkę i kazała Xiurong przysięgać, że zrobi wszystko, by uniknąć jej losu. Xiurong przysięgłaby zresztą cokolwiek, byleby matka znów się do niej uśmiechnęła.
Panienka wiedziała, że więcej już się nie dowie. Pozostawało jej jedynie czekać, aż rodzina pana młodego przyśle zaręczynowe prezenty albo liczyć na plotki służby.
Przynajmniej oblicze Jiayi trochę się rozpogodziło.
– Naprawdę trzy zmarszczki? – zapytała z większym niż przed chwilą optymizmem w głosie.
– Niedługo to już będą cztery, furen – wtrąciła jak zawsze nieoceniona Dongmei.
Służąca zasłużyła na przynajmniej jedno ciastko, szkoda że panienka w przypływie bohaterstwa zjadła wszystkie sama.
Xiurong usiadła obok matki. Spinkę, którą przestała się bawić chwilę temu, wspięła w niedokończony kok, wieńcząc dzieł.
– Powinnaś częściej się tak czesać – powiedziała.
Włosy były jednym z niewielu elementów dawnej legendarnej urody, którą druga dama codziennie opłakiwała, jaki został jej do dziś. Wciąż miała gęstą, kaskadę czarnych fal, podczas gdy taitai coraz częściej wspomagała się sztucznymi.
Xiurong pocałowała matkę w policzek, faktycznie mniej jędrny niż kiedy dotykały go dziecięce usta. Ale na ten temat milczała.
– Jakie to szczęście, że nie skończysz tak jak ja – usłyszała.


*


Rodziny Shijun i Muyu od wieków łączyły bliskie więzy. Ich przodkowie wspólnie z innymi wojownikami Ao’Dai podbijali resztki Smoczego Cesarstwa. Można by stwierdzić, że między tymi rodami panuje przyjaźń, ale – jak to zwykle bywa w podobnych przypadkach – była to przyjaźń zawierająca element rywalizacji. O względy cesarzy, o prestiż, o to kto wyda więcej geomantów i zdolnych żołnierzy, wreszcie – która rodzina może pochwalić się większą i bardziej okazałą siedzibą. Chwilowo górą w tej rywalizacji byli Muyu.
Sześćdziesiąte urodziny uchodziły za jedne z najważniejszych wydarzeń w życiu człowieka. Stanowiły okazję do spotkań z rodziną i przyjaciółmi, ale również zaprezentowania bogactwa. Sala recepcyjna w rezydencji Shijun była jedną z najokazalszych wśród arystokracji, ustępując swoim rozmiarem i splendorem tylko pałacom członków cesarskiego rodu. Wolna przestrzeń wypełniała luki pomiędzy sześcioma podwójnymi rzędami kolumn podtrzymujących dach. Wszystkie pomalowano na czerwono i zielono, w dodatku ozdobiono motywami mającymi przynosić pomyślność, a także odpędzać złe duchy. Tego dnia pomieszczenie przystrojono świeżymi kwiatami, a świece w przypominających rozłożyste drzewa i krzewy świecznikach stwarzały miłą atmosferę.
A wszystko z powodu niskiej, pulchnej kobiety o twarzy tak starej, że zaczynała przypominać twarz dziecka, która siedziała po prawicy pana domu. Shijun Mingzhu mimo swej płci była dziś najważniejszą osobą.
Początek obchodów zwiastował jednak co innego. Na boku pan Muyu zebrał niemal tyle samo życzeń i gratulacji co seniorka rodu Shijun. Xiurong widziała, że ojciec i matki nie patrzą dobrze na to, ale oficjalnie nie stracili twarzy i przyłączyli się do pozostałych pochlebców. Oczywiście, wszyscy woleliby, żeby to ktoś z domu Shijun pojmał księcia Mo’Dai i tym samym znacznie zwiększył szanse cesarstwa na ujarzmienie najnowszej fali barbarzyńców z północy. Ale ta zasługa przypadła drugiemu młodemu paniczowi domu Muyu i nic nie dało się na to poradzić, a gospodarze mogli jedynie starać się by atrakcje wieczoru przyćmiły splendor, jaki padł na rodzinę przyjaciół.
Pan Muyu, trzeba mu to przyznać, nie starał się wykorzystać chwilowej popularności bardziej niż mu wypadało i na każdym kroku przypominał, kto jest prawdziwym bohaterem tego wieczoru. Był wysokim, postawnym mężczyzną, który Xiurong wydawał się bardziej surowy i okazalszy niż jej własny ojciec. Zgadywała, że to po nim Yaozu odziedziczył swoją dostojność.
Xiurong posadzono w otoczeniu sióstr i kuzynek, w rzędzie za ciotkami. Ze swojego miejsca widziała Yaozu (przez większość czasu częściowo zasłoniętego przez przystrojone fioletowy brokat ramię trzeciej ciotki, która wciąż się wierciła), i to na nim skupiała się przez większość czasu.
Tego dnia wydawał się poważniejszy niż zwykle. Kiedy Xiurong udawało się już pochwycić wzrok ukochanego, nie umiał długo go na niej skupić i szybko odwracał twarz, jakby nie cieszył się z dzisiejszego spotkania równie co dziewczyna. Od dziecka cechowała go niezwykła powaga i dostojność, które łatwo było pomylić z wyniosłością. Bycie najstarszym synem w pokoleniu oznaczało nie tylko przywileje, lecz przede wszystkim obowiązki. Oczekiwania innych oraz powinności względem przodków mogły człowieka zdruzgotać. Nie każdy umiał wytrzymać presję. Xiurong wszelako nie przeszkadzało, że Yaozu zachowuje się równie poważnie jak jej ojciec. Zawsze umiała go rozśmieszyć i sprawić, by chociaż część tej powagi zmieniła się w beztroskę.
Druga panienka pragnęła znaleźć się bliżej mężczyzny i wyczekiwała tej chwili, by móc podzielić się z nim wiadomością o wizycie swatki, na razie jednak musiała przetrwać niekończący się korowód z podarkami dla jubilatki. Zazwyczaj lubiła widok prezentów, nawet gdy obdarowywano nimi kogoś innego. Właśnie wnoszono długi zwój czerwonego jedwabiu wyszyty symbolami pięciu żywiołów i znaków szczęśliwości. Xiulan poświęciła na jego wykonanie ostatnich kilka miesięcy Efekt finalny naprawdę robił wrażenie, co widzieli wszyscy poza chyba autorką, która siedziała obok Xiurong ze skromnie opuszczoną głową. Druga panienka nigdy nie rywalizowała ze starszą siostrą. Rywalizacja zakładałaby, że ma przynajmniej teoretyczne szanse na zwycięztwo. Xiulan celowała we wszystkich typowo kobiecych pracach, które Xiurong albo nudziły albo nie były jej mocną stroną.
– Prawdziwe dzieło sztuki – odezwała się dama, w której Xiurong dotychczas nie słuchająca rozmów, rozpoznała madame Muyu, matkę Yaozu. – Furen, mając taki prezent, naprawdę będziesz żyć dziesięć tysięcy lat.
Pomarszczona twarz babki rozpłynęła się w szczerym uśmiechu.
Komentarz pobudził kolejne, wszystkie w podobnym tonie i coraz śmielsze. Po każdym Xiulan zdawała się zapadać w sobie coraz bardziej.
Były siostrami, dzieliły połowę krwi, mimo to Xiurong nie czuła się szczególnie mocno związana ze swoją jiejie. W dzieciństwie częściej bawiła się z kuzynkami i to im powierzała swoje pierwsze dziewczęce tajemnice. Xiulan jako najstarsza córka domu od dziecka miała więcej obowiązków niż inne młode panienki. Była z natury cicha i uległa, w dodatku bez szemrania wykonywała wszystkie obowiązki. Pierwsza matka miała zamiar dobrze wydać za mąż swoją jedyną prawdziwą córkę i Xiurong nawet na przyjęciu urodzinowym nie przestawała dociekać, z kim postanowiono zaręczyć Xiulan. Siostry nawet nie pytała, to pewne, że cicha i uległa jiejie nic jej nie powie. Kuzynki, z którymi druga panienka gruntownie przedyskutowała sprawę, miały swoje pomysły. Każda twardo broniła swojego. W tej sytuacji dojście do porozumienia, a tym bardziej wybór jednego pewnego i akceptowanego przez wszystkie panienki kandydata był niemożliwy.
– Mężczyzna, który poślubi twoją córkę Shijun furen będzie miał szczęście – Pierwsza Dama Muyu uśmiechała się do znajomej przez szerokość sali.
Xiurong liczyła, że dowie się na ten temat coś więcej. Nawet zaciekawiona czwarta kuzynka przerwała na moment jedzenie. Nie tylko one wydawały się łaknąc informacji o ożenku pierwszej panienki, jedynie Yaozu milczał, dziwnie zamyślony. Temat urwał się jednak samoistnie, kiedy madame Muyu zdecydowała się wznieść toast na cześć Xiulan.
Wobec Xiurong kobieta była zawsze powściągliwa i surowa – nie niechętna. A dziewczyna nie przejmowała się tym tak bardzo jak nieraz robiły inne dziewczęta. Rozumiała, że to naturalna rzecz w przypadku teściowych. Jednak teraz nagły entuzjazm kobiety wobec jiejie Xiurong nieco zdumiał dziewczynę.
Yaozu popatrzył w stronę, gdzie siedziała Xiurong, ale ta miała wrażenie, że to nie na nią spogląda. Ujęła pałeczki i włożyła do ust trochę makaronu długowieczności – zrobionego specjalnie na cześć babki. Chociaż myślami błądziła zupełnie gdzie indziej, nie zapomniała o naukach pierwszej matki i wkładała do ust tylko małe porcje, a potem długo je żuła. Już poleciła Dongmei, żeby po przyjęciu przyniosła coś się da z tego, co zostanie do jej pokoju. W przeciwieństwie do niej czwarta kuzynka bezwstydnie opychała się ucztą bez umiarkowania. Jej stolik był już zupełnie pusty, a w miseczkach i na półmiskach nie pozostał nawet ślad pysznej uczty. Pierwsza matka od lat walczyła z nadwagą dziewczyny i strofowała drugą ciotkę, ale łakomstwo jak dotąd wygrywało. Nie pomogły nawet groźby. Czwarta kuzynka zaczęła jeść jeszcze więcej, gdy taitai zagroziła, że jeśli nikt nie będzie chciał jej poślubić, sprzeda dziewczynę za żonę rzeźnikowi. Xiurong współczuła oczywiście kuzynce, ale po cichu także się niej śmiała. Gdyby czwarta kuzynka myślała czasem o czymś prócz tego, co zje na kolejny posiłek, domyśliłaby się, że Pierwsza Dama nigdy nie poniży Domu Shijun koligaceniem się z przedstawicielem nieczystego zawodu.
Kiedy oficjalna część bankietu nareszcie dobiegła końca i wszyscy zgromadzeni mogli wstać od stołu, Xiurong – chociaż wyrywała się do Yaozu – podbiegła do babki.
– Nainai, jeszcze mój prezent! – Ujęła staruszkę pod ramię, a ta z uśmiechem pozwoliła prowadzić się do wyjścia.
Xiurong szczerze kochała babkę, która była wesołą i wyrozumiałą kobietą. Aż trudno było uwierzyć, że sama były kiedyś żoną najstarszego syna i taitai, która musiała zarządzać rodziną i służbą, bo w niczym nie przypominała Pierwszej Damy – kobiety dumnej i surowej.
Gdy znalazły się na zewnątrz, powitała ich szarość zmierzchu. O tej porze roku ciemności zapadały dość szybko, ale w tym wypadku okazało się to atutem.
Druga panienka przywołała do siebie Dongmei.
– Każ im zaczynać – szepnęła.
Służąca ukłoniła się bardziej z szacunku dla starszej damy.
– Tak, xiaojie.
Pobiegła przed siebie.
– Co wymyśliłaś, Ting’er? – chciała wiedzieć staruszka.
Dziewczyna szukała w tłumie gości Yaozu, ale nigdzie go nie widziała. Na babkę spojrzała dopiero, kiedy ta szturchnęła ją lekko łokciem.
– Jeśli ci powiem, to przestanie być niespodzianka!
Wokół przerzuconego nad sztucznym jeziorem mostka zebrał się już spory tłum, niemniej każdy rozstępował się na drodze starej kobiety prowadzonej przez wnuczkę. Wodą już płynęły migocące lampiony w kształcie kwiatów piwonii.
Xiurong uznała, że efekt przeszedł jej oczekiwania, a sądząc po reakcjach gości, nie myliła się.
– Ting’er, to twoje dzieło? – W zachwyconych oczach babki odbijały się rozedrgane płomienie lampek.
Xiurong wiedziała, że nie jest w stanie przyćmić żadnego z dzieł starszej siostry, dlatego postanowiła podarować babce coś innego. Z pomocą Dongmei stworzyła lampiony, które teraz okupowały niemal całą przestrzeń jeziora. Sama natura dopomogła przedstawieniu. Wiał lekki, ożywczy wiatr, który sam niósł lampiony, także pomoc geomantów okazała się zbędna. Zaskoczone nefrytowe karpie, którymi Syn Nieba obdarował rodzinę kilka pokoleń wstecz, umykały przez niespodziewanymi przeszkodami, a ich ciemne zwinne kształty były doskonale widoczne pod powierzchnią rozświetlonej lampionami wody.
Nawet poważna pierwsza dama Muyu patrzyła przychylnie na ten spektakl.
– Podoba ci się, Nainai?
Starsza kobieta przytuliła wnuczkę, a gdy się odsunęła po jej twarzy przemknął cień smutku, którego źródła Xiurong nie potrafiła odgadnąć.
– To najpiękniejszy prezent, jaki dostałam, Ting’er – szepnęła, już uśmiechnięta. – Ale nie mów o tym nikomu…


*


Pływające lampiony nie były główną atrakcją wieczoru. Panu Shijun ostatecznie udało się przyćmić sukcesy rywali pokazem ogni.
Większość geomantów dysponujących mocą ujarzmiania śmiercionośnego żywiołu trafiała do armii. Tylko tym posiadającym wyjątkowy talent plastyczny i wyobraźnię pozwalano kształcić się jedynie w kierunku sztuk wizualnych. Jedno i drugie czyniło usługi zaklinaczy ognia bardzo kosztownymi. Z takim wydatkiem musiał się liczyć nawet pan Shijun. Efekt wart był jednak swojej ceny pod każdym możliwym względem.
Z rozstawionych na dziedzińcu mis z ogniem płomienie rozwijały się w smoki, feniksy i tygrysy swobodnie szybujące po niebie. Niekiedy szybowały aż do gwiazd, a za chwilę ostro pikowały w dół, wprost na zdumionych widzów, prowokując pełne strachu piski dziewcząt i oklaski chwilę po nich. Wszystko przy akompaniamencie bębnów i piszczałek typowych dla nomadycznej kultury Ao’Dai. Nie licząc okazyjnych westchnień pełnych zachwytów i oklasków, goście przyglądali się spektaklowi w zupełnym milczeniu. Nawet powściągliwa Xiulan, która zazwyczaj ukrywała swoje uczucia, patrzyła na podniebny taniec ognia z niemym zachwytem na twarzy i roziskrzonymi oczami.
Xiurong myślała o pokazie od wielu tygodni, ale teraz nie potrafiła się na nim skupić. Myślała tylko o tym jak znaleźć się blisko Yaozu. W ogólnym zamieszaniu uwolnienie się od towarzystwa matek, ciotek i kuzynek okazało się łatwiejsze niż wyniesienie z kuchni ciastka. Kiedy czwarta kuzynka zajęta była pożeraniem kolejnego smakołyku, który ukryła w rękawie jeszcze w sali recepcyjnej, druga panienka po cichu się wycofywała.
Odszukała w tłumie Yaozu i stanęła za nim. Przez chwilę przyglądała się szczupłej i wysokiej sylwetce mężczyzny, zanim wspięła się na palce by dłońmi zasłonić jego oczy. Mimo że przedtem wydawał się całkowicie zaabsorbowany pokazem, dziewczyna natychmiast poczuła, że się odwraca.
– Ting’er – powitał ją z udawaną przyganą, a markowana surowość szybko przerodziła się szczery uśmiech. Nie wydawał się jednak zaskoczony.
Pierwszy raz Xiurong zaskoczyła Yaozu w ten sposób, gdy sama nie miała jeszcze dziesięciu lat, zaś on dopiero niedawno przekroczył tę barierę. Pewnego dnia, kiedy wraz z matkami i rodzeństwem odwiedzała świątynię, zwróciła uwagę na wysokiego poważnego chłopca. Wtedy była bardziej beztroska i postanowiła zrobić coś, co wstrząśnie tym idealnie ułożonym obcym młody paniczem. Xiulan, z którą podzieliła się pomysłem o mało nie umarła ze strachu, lecz jej nie wydawała. Pod tym względem zawsze można było polegać na starszej siostrze.
Xiurong zrealizowała wtedy swój zamiar, ale nieco przeliczyła się co do efektu. Spodziewała się, że obcy chłopiec wpadnie w szał, a może nawet zacznie płakać, tymczasem po chwili dezorientacji roześmiał się życzliwie. W domu dziewczynka bawiła się z braćmi i kuzynami, ale ogólnie rzecz biorąc, uważała wszystkich chłopców za niewiarygodnie irytujących, ale ten miał najmilszy uśmiech na świecie. Po latach nic się pod tym względem nie zmieniło.
I może dlatego, że znała Yaozu tak dobrze, od razu zorientowała się, że coś go trapi.
W przerwie między dwoma uderzeniami serca przez głowę Xiurong przegalopowało tysiące złych myśli: od przypuszczenia, że Yaozu jest na niezły za nietaktowne zachowanie, po podejrzenie choroby ukochanego.
– Gege, gniewasz się za mnie? – zapytała zaniepokojona.
Yaozu rozejrzał się, czy nikt na nich nie patrzy (wszyscy zajęci byli podziwianiem pokazu), po czym złapał Xiurong za rękę i odciągnął od reszty. Znaleźli na skraju dziedzińca, niemal zupełnie sami. Nie było w tym niczego niestosownego – kobietom Ao’Dai pozwalano swobodnie rozmawiać z mężczyznami, niemniej takie szeptanie po kątach mogło obudzić czyjeś domyły.
Yaozu zajrzał głęboko w oczy dziewczyny. Uśmiechał się na swój powściągliwy, ale bardzo miły sposób.
– Ting’er, jak mógłbym się na ciebie gniewać? – Życzliwie słowa sprawiły, że Xiurong częściowo zapomniała o swoim strachu. Ostatecznie pierwszy młody panicz domu Muyu miał na głowie tak wiele spraw. Na pewno chodziło o którąś z nich.
Rozległ się huk i dziewczyna przywarła do swojego towarzysza. Zespół odgrywał teraz sceny zdobywania reszek Smoczego Cesarstwa przez wojowników Ao’Dai. Po niebie, przy wtórze głośnych petard, galopowali północni jeźdźcy na ognistych rumakach. Wśród wszystkich scen, jakie mieli w swoim repertuarze zaklinacze ognia, to właśnie bitewne cieszyły się największą estymą. Xiurong przeczekała ostatnią część pokazu przytulona do boku Yaozu, chociaż po tym pierwszym wystrzale, który ją zaskoczył, wcale się nie bała. Jej towarzyszowi także nie było to niemiłe.
Kiedy wrzawa opadła na chwilę i na moment otoczyła ich cisza, Xiurong zaczęła nerwowo przestępować z nogi na nogę. Wiedziała, że pokaz zaraz się skończy, a wraz z nim ukradziona chwila sam na sam. Panicz Muyu także był świadom bliskości rozstania.
– Dawno nas nie odwiedziłeś – jej stwierdzenie zabrzmiało jak wyrzut. Cóż, było wyrzutem. Xiurong tęskniła i miała nadzieję, że jest tego świadom.
Słowa Yaozu zagłuszyły bębny, ale wyczytała z jego warg, że był zajęty. Często bywał zajęty. Z biegiem lat coraz bardziej, dlatego z utęsknieniem wyczekiwała chwili, gdy zamieszkają w jednym domu jako mąż i żona.
Przez chwilę milczał
– Wiesz, kto nas wczoraj u nas był? – zapytała zaczepnie.
Nie wiedział.
– Pani Moluzhen.
W napięciu przyglądała się twarzy Yaozu, mając nadzieję, że w ten zrozumie prawdziwe znaczenie tej informacji. I chyba faktycznie coś do niego dotarło. Zmieszał się jeszcze bardziej. Mężczyźni bywali czasem tacy dziwni.
– Xiulan ma niedługo wyjść za mąż – ciągnęła dalej niezrażona Xiurong, czuła się szczęśliwa i chciała podzielić się tą radością z najbliższą osobą.
Yaozu jednak milczał.
– Nie jesteś przypadkiem chory? – zaniepokoiła się znowu.
– Nie, wszystko ze mną w porządku. – Mężczyzna uśmiechnął się z wysiłkiem.
– Czy to nie wspaniałe, że jiejie wreszcie wyjdzie za mąż? – rozmarzyła się Xiurong. Nie śmiała jednak powiedzieć na głos wszystkiego, co miała w sercu. Nie rozmawiali przecież jeszcze oficjalnie o małżeństwie.
Ostatni wystrzał petardy oznajmił zakończenie pokazu. Z głową tuż przy bijącym sercu ukochanego, druga panienka Domu Shijun nie słyszała jak Yaozu cicho powiedział:
– Tak, wspaniale.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1873
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Taitai

Post autor: Kruffachi » 10 maja 2019, 21:15

Jak wiesz, przeczytałam już jakiś czas temu, tylko nie mogłam się zebrać do pisania komcia. Po raz kolejny muszę Ci podziękować za zabranie w całkiem egzotyczne rejony, bo lubię te Twoje historyczne inspiracje, często dotykające tematów, po które sama jakoś nigdy nie sięgałam. Tu co prawda kanwa podobna do tej z "Ognistego konia" (tak, jak wiem, inne dynastie i tak dalej, ale ja jestem laikiem, nie rozróżniam), ale jednak inna perspektywa i znów parę ciekawych, egzotycznych motywów. Podoba mi się w tych Twoich inspiracjach zwłaszcza to, że Twoje postaci autentycznie żyją w swoich światach. Wiesz, że nie oceniają ich z naszej kulturowej perspektywy, nie ferują współczesnych, europejskich wyroków. Nie mam wrażenia, że czytam reportaż z odległego czasu i miejsca - a to jest bardzo częste i jeszcze zwykle połączone z zupełnie bezsensowną i europocentryczną krytyką. To zapewne efekt Twojego autentycznego zainteresowania i chęci odtworzenia konkretnej mentalności, a nie tylko szukania ciekawych kostiumów dla kolejnej kopii tego samego w gruncie rzeczy pseudo-europejskiego uniwersum. To jest wielka, wielka wartość Twojego pisania i na pewno pewien oryginalny walor, któremu warto poświęcać wysiłek. Ja tam kibicuję.

To, z czym zwykle mam problem - ale o tym wiesz - to z kolei prawidła powieści historycznych i sag, które hołubisz. Ale to jeż jest Twój sznyt i wcale nie namawiam do rozstawania się z tym. Byłoby to niesprawiedliwe. Niemniej jako Twój czytelnik wyrażam opinię, a jest ona taka, że i w "Taitai" przeszkadza mi nieco to, że postaci są w dużej mierze dość łatwymi do zdefiniowania i rozpoznania figurami, że im trochę brakuje kolorytu i psychologicznej głębi. Nie będę się nad tym rozwodzić, po prostu daję sygnał, że ten cień w moim odbiorze nadal jest i że pewnie będzie miał jakiś tam wpływ na moje czytanie. Pewnie taki, że trudno mi będzie mocno się związać z bohaterami.

Cała ta wstawka pokazuje pewną Twoją szczególną siłę, a jest nią zdolność do budowania fabuł od rzeczy małych - ot, kradzież ciasteczek, pokazy lampionów, było nie było po prostu urodzinowa biba. Nie ma tu (na razie przynajmniej) walki o władzę czy świat, a mimo to za pomocą takich skromnych narzędzi jesteś w stanie już bardzo dużo powiedzieć i pokazać główne cechy bohaterów - nawet jeśli są to cechy, które odbieram jako dość typowe dla funkcji, jakie postaci pełnią na planszy. Trochę tego zazdroszczę, bo ja tam od razu potrzebuję wielkiej dramy XD A tymczasem to jest dobre wprowadzenie do świata i do historii. I wiem, że wielu czytelników za czymś takim właśnie tęskni, bo są zmęczeni ciągłym dokręcaniem śruby. No, zobaczymy, dokąd to jeszcze doprowadzi.

Nie wiem natomiast, co jeszcze mogłabym Ci poradzić w kwestii poprawiania tekstu. Wiem, że je drukujesz, wiem, że czytasz od końca i podejrzewam, że bardzo, bardzo dużo potknięć na różnych etapach wyłapujesz. Nie myśl, że nie doceniam wysiłku, jaki w to wkładasz, bo go doceniam i widzę. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal błędów jest bardzo dużo i są różnej natury - od literówek, przez przecinki, aż po ewidentne pozostałości po przerabianiu zdań. Tylko że już nie mam za bardzo pomysłu. Próbowałaś zmieniać czcionkę? Nośnik? Czasem przerzucenie z Worda na Docsy czyni cuda. Albo przeskoczenie z TR na Calibri. Wszelkie sztuczki, które sprawią, że tekst zacznie wyglądać "obco".

Słowem podsumowania - to była odprężająca lektura. Nie zaangażowała jakoś bardzo ani mojego intelektu, ani moich emocji, ale sprawiła mi przyjemność i odprężyła. Myślę, że w przypadku tekstu pisanego głównie dla własnej przyjemności i z potrzeby serca to optymalny wynik. Z chęcią będę śledzić kolejne wstawki, tylko nie zostawiaj mnie w zawieszeniu tak jak z "Rokiem Ognistego Konia" ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 205
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Taitai

Post autor: Kimchee » 04 sierpnia 2019, 20:59

ROZDZIAŁ II
Narzeczona



Na kolejne spotkanie z ukochanym Xiurong czekała prawie trzy tygodnie. Nie licząc krótkiego listu, który mężczyzna przysłał kilka dni po obchodach urodzin babci, nie miała też od niego żadnych wiadomości. Druga panienka Shijun nigdy nie odznaczała się przesadną dozą cierpliwości i coraz gorzej znosiła sytuację. Tym bardziej, że atmosfera w domu także stawała się coraz bardziej napięta.
Nadal nie padły żadne deklaracje na temat ślubu Xiulan, chociaż z każdym dniem coraz bardziej jasne stawało się, iż szeptane w zakamarkach dziedzińców plotki nie są tylko wymysłami znudzonych kobiet. Xiurong była niemal skłonna uwierzyć kuzynkom, że jiejie wejdzie wkrótce do rodziny cesarskiej. Taitai lubiła ukrywać swoje plany i zaskakiwać wiadomościami w stosownym czasie, to nadawało jej pozycji jeszcze większego znaczenia. Oczywiście, najbardziej niezadowolona z tego stanu rzeczy była Jiayi, a największą ofiarą – Xiurong, która musiała wysłuchiwać żali matki.
Poza tym dni upływały bardzo powoli: na karmieniu karpi, zabawach z kuzynkami, wyprawach do kuchni i rozmowach z Dongmei. Stagnację przerwała dopiero decyzja o wizycie w świątyni.
A potem każda chwila do zaplanowanego na koniec tygodnia wyjazdu dłużyła się po trzykroć bardziej niż bezczynny czas wcześniej. Najgorsze katusze Xiurong przeżyła w powozie. Świątynia Wiecznego Spokoju leżała na południe od stolicy. Odległość nie była uciążliwa, jednak na tyle istotna, by w trakcie pielgrzym mógł doświadczyć czegoś w rodzaju duchowej podróży.
Orszak Shijun posuwał się wąską drogą, która miała tyle zakrętów, że przypominała pełzającego węża. To bardzo wydłużało podróż, lecz jednocześnie czyniło ją bezpieczniejszą. Wszystkie drogi w cesarstwie wyglądały właśnie w ten sposób. Ich budowniczowie liczyli, że takim sprytnym wybiegiem zdołają utrzymać z dala od ludzkich skupisk demony, które potrafiły poruszać się tylko w linii prostej. Niestety potężne lisy i stare duchy potrafiły czepiać się niczego nieświadomych jeźdźców albo zwierząt i za ich pośrednictwem przemieszczać się, przy okazji wysysając z ofiar energię qi. Nawet grupa złożona w dużej części z geomantów strażników musiała mieć się przed nimi na baczności.
Xiurong nie zauważyła jednak żadnego demona, a szkoda, bo ten byłby jednak jakimś urozmaiceniem, tymczasem przed oczami drugiej panienki Shijun przesuwały się bez końca pola uprawne, leżące w sąsiedztwie Smoczej Rzeki, której nie sposób było zgubić. Jedynym urozmaiceniem od czasu do czasu okazywali się wieśniacy. Mimo to Xiurong niezmordowanie wyglądała przez małe okienko, chcąc ocenić, jak daleko jeszcze do celu podróży. Położenie klasztoru wskazywała imponująca, wysoka na jedenaście pięter, pagoda, którą w pogodny dzień można było ujrzeć spod bramy Ho’jangu. Z boku każdego kwadratu zwieszały się dzwonki. Kiedy poruszał nimi wiatr, ich muzyka była słyszalna nawet z kilku li. Xiurong nie chciała zamykać okna. Czekała na znajomą muzykę, która poinformuje ją, że klasztor znajduje się niedaleko.
Była niespokojna. Cała ta wyprawa mogła okazać się stratą czasu, jeśli na miejscu nie spotkają rodziny Muyu. Yaozu nie przysłał żadnej wiadomości. Za pozytywnym obrotem spraw przemawiała jednak tradycja. Rodziny zwykle umawiały się na wspólne wyjazdy. Wieczny Spokój był popularnym przybytkiem, zawsze można było liczyć, że spotka się tam kogoś z elity, łącznie z najbliższym kręgiem cesarza, może nawet samych członków rodu Helai. Wielu jeździło do klasztorów tylko po to, żeby załatwić osobiste sprawy i nie miało to nic wspólnego z prawdziwą pobożnością.
Matka nie stanowiła dla dziewczyny wielkiego pocieszenia. Od rana była w złym humorze. Taitai postanowiła zabrać do swojego powozu trzecią ciotkę, która była jej naturalną kuzynką, przez co zawsze cieszyła się specjalnymi względami. Jiayi uważała, że miejsce należało się jej i że spotkała ją zniewaga, ale nie mogła mówić o tym głośno, bo trzecim pasażerem była piąta kuzynka, która nigdy nie mogła utrzymać języka za zębami i uwielbiała opowiadać taitai o wszystkim, co widziała i słyszała.
Tak więc Jiayi mogła dać upust swojej rozpaczy tylko poprzez westchnienia i ukradkowe udręczone spojrzenia posyłane córce.
– Ting’er, zamknij okno. Przeziębisz się – mówiła co jakiś czas.
Wtedy Xiurong grzecznie zamykała okno i opuszczała czerwoną zasłonę, a kiedy matka znów pogrążała się w kontemplacji swojej tragedii, na powrót je otwierała.
Xiurong dziwiła się matce. Jiayi zawsze denerwowała się w obecności pierwszej żony, nawet kiedy przebywały sam na sam. Wspólne wyprawy zawsze poważnie wyczerpywały jej siły i wszystkie musiała potem odchorować. Ale z własnej woli nigdy by z nich nie zrezygnowała.
Wreszcie na horyzoncie pojawiła się strzelista pagoda wraz z wierzą, na czubku której umieszczono lśniącą misę do zbierania porannej rosy. Wkrótce orszak wjechał w bambusowy las otaczjący świątynny kompleks. Gdy przez wciąż otwarte mimo protestów Jiayi okno zaczęła sączyć się delikatna muzyka dzwonków, Xiurong nie mogła usiedzieć na miejscu.
Ledwo pojazd zatrzymał się za bramą, Xiurong niemal z niego wyskoczyła. W ostatniej chwili ujęła wyciągniętą dłoń służącego. Spojrzeniem szukała Yaozu albo przynajmniej kogoś z jego rodziny, co dałoby jej przynajmniej nadzieję, że go tu spotka. Pierwsza matka wciąż jeszcze nie wysiadła ze swojego wehikułu, nie mogła jej więc zobaczyć i okazać swojej dezaprobaty. Xiurong miała tylko chwilę na rozejrzenie się. Mimo wczesnej pory na w klasztorze zebrało się już kilka grup pielgrzymów. Pierwszy dziedziniec klasztoru przypominał bardziej teren zajazdu niż święty przybytek. Dopiero za kolejną bramą mieściły się gościnne pawilony, a dalej rozległe ogrody i budynki ze świętymi posągami oraz dormitoria mnichów.
Bystre oko dziewczyny natychmiast wyłowiło w tłumie szczupłą i wysoką jak na kobietę sylwetkę tatai Muyu, a wtedy serce Xiurong omal nie eksplodowało z tłumionego szczęścia. Skoro była tu jego matka, to musiał być i Yaozu. I faktycznie pierwszy panicz stał nieopodal z grupką mężczyzn, których panienka Shijun częściowo rozpoznała jako przedstawicieli domu Muyu, innych znała z widzenia, ale znalazło się także kilku dla niej obcych. Byli zajęci rozmową, na ile Xiurong miała okazję się przekonać – bardzo angażującą. Jeden z mężczyzn, z wyglądu żołnierz służący na murze, gestykulował coś żywo. Yaozu wydawał się bardzo zainteresowany jego przemową. Nie był świadom pojawienia się Xiurong. Druga panienka Shijun wierzyła w przeznaczenie. Ona i Yaozu byli dla siebie stworzeni, ich ręce wiązała niewidzialna czerwona nić. To, że teraz nie wyczuwał jej obecności, musiało znaczyć, że był zajęty czymś ważnym.
W jasnej wygodnej szacie z szerokimi rękawami wyraźnie wyróżniał się w grupie. Kiedyś wszyscy Ao’Dai nosili wąskie, podkreślające szczupłą sylwetkę szaty zapinane na lewą stronę, z rękawami nie krępującymi ruchów, do tego spodnie zwężane od kolan w dół. Z biegiem czasu moda w stolicy ewoluowała w kierunku wygodnej, mimo że niepraktycznej modzie Hu. Także kobiety nosiły teraz krótsze górne części garderoby, zdobione fartuszkami, które obszywały wstążkami, powiewającymi przy każdym ruchu niczym skrzydła. Tylko mieszkańcy północy i prowincji nadal ubierali się w tradycyjne stroje. Xiurong próbowała sobie wyobrazić Yaozu w tradycyjnym stroju.
Tymczasem madame Muyu zdążyła zauważyć nowoprzybyłych i zmierzała właśnie wraz ze swoją świtą, by ich powitać.
– Mam nadzieję, że znajduję cię w dobrym zdrowiu, Shijun furen – powiedziała, prostując się po ukłonie.
Tuż za pierwszą matką stała Jiayi, niezbyt zadowolona, że jak zwykle znajduje się na drugim planie.
– Mam nadzieję, że mieliście bezpieczną podróż. – Madame Muyu mówiła do pierwszej matki, ale wzrokiem cały czas mierzyła młode dziewczęta stojące za nią. – Martwiliśmy się, czy dotrzecie bezpiecznie. W okolicy widziano demona. Mój drugi syn pojechał właśnie, żeby go wytropić.
Wszyscy wyglądali na bardzo przejętych.
– Ach, więc już wrócił z północy? – zapytała matka, z udawanym zainteresowaniem. Niespodziewany splendor, jaki spadł na Muyu, wciąż nie był do końca na rękę Shijun. Na murze służyło przecież wielu przedstawicieli ich rodziny, mimo to żadnemu nie udało się wziąć do niewoli księcia Mo’Dai.
– Tak, to prawdziwe szczęście dla nas matek, mieć go przez jakiś czas przy sobie.
Muyu Zhilan miała tylko jednego naturalnego syna – Yaozu. Mężczyzna, o którym mówiła, musiał być potomkiem drugiej żony głowy rodziny. To, że klan rozsławił syn innej, a nie jej własny, musiało nie do końca być na rękę taitai, niemniej splendor opływał teraz cały ród, i to liczyło się najbardziej.
Teraz Zhilan otwarcie zwróciła się do dziewcząt.
– Xiulan, miło cię znowu widzieć – powiedziała śpiewnym głosem. – Wyglądasz dziś wyjątkowo pięknie.
Obie pierwsze żony wymieniły uśmiechy.
Xiurong nie zaszczycono ani jednym słowem. Chociaż madame Muyu nigdy nie szafowała komplementami, zawsze miała do swojej przyszłej synowej jakieś słowo, choćby była to dobra rada. Dziewczyna po raz pierwszy została niezauważona. Gorzej, pierwszy raz poczuła się jak tak jak musiała czuć się każdego dnia matka.
Yaozu nareszcie je spostrzegł i podszedł, żeby także się przywitać. Xiurong z trudem powstrzymywała się przed jawnym gapieniem się na niego. Uznała, że schudł.
– Nie ma się czego obawiać – zapewnił pierwszy panicz Muyu. – Mój drugi brat na pewno znajdzie i rozprawi się z demonem.
Mówił bez najmniejszego cienia zazdrości. Na ile znała Yaozu, Xiurong wiedziała, że nie jest to tylko poza.
– Muqin – zwrócił się z czułością do matki. – Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałbym dołączyć do poszukiwaczy.
W jego głosie pobrzmiewała gorąca prośba.
Ale madame Muyu miała coś przeciwko.
– Synu, miałam cię właśnie prosić, żebyś dotrzymał towarzystwa Lan’er.
Pierwsza panienka Shijun nawet się nie poruszyła, słysząc poufałe zdrobnienie swojego imienia.
– Tak, Muqin – Yaozu odpowiedział bez wahania.
Nie mógł być zadowolony, jednak bez sprzeciwu spełnił polecenie matki, a nawet uśmiechnął się do Xiulan, która odpowiedziała nieśmiało tym samym.
Taitai Muyu odwróciła się do pierwszej matki.
– Chodźmy najpierw pokłonić się i złożyć ofiary, a potem porozmawiamy w spokoju, gdy mężczyźni będą polować. – Uśmiechała się znacząco.
Xiurong ruszyła w towarzystwie Yaozu i Xiulan. Był zdziwiona, ale też zadowolona, że będzie mogła dłużej przebywać w towarzystwie ukochanego, chociaż narzucona obecność starszej siostry nieco psuła miłą perspektywę.
Świątynie Oświecenia nie robiły obecnie takiego wrażenia jak dawniej. O ich przepychu dziewczyna czytała jedynie w dawnych tekstach. Religia nigdy w pełni nie poniosła się po ciosie, jaki otrzymała kilka wieków temu, kiedy zburzono większość klasztorów, przetopiono złote posągi, a wielu mnichów stracono. Oficjalny zakaz wyznawania kultu zniesiono po kilku latach. Kolejni cesarze Ao’Dai nie pozwolili jednak, by mnisi zyskali sobie taki wpływ jak mieli wcześniej.
Trzy posągi w pawilonie nadal były ze złota. Miały jednak tylko wielkość niewiele przekraczającą gabaryty przeciętnego człowieka. Oświecony patrzył na wiernych oczami poprzedniego cesarza. Jego uczniowie – Smoczy Cesarz oraz jego pierwsza żona także mieli rysy przybyszów z północy, chociaż Xiurong nie potrafiłaby przypisać ich konkretnie do żadnej ze znanych twarzy członków rodziny cesarskiej.
Xiurong nie mogła skupić się na pokłonach i modlitwie. Mechanicznie i bez udziału świadomości wykonywała czołobitne pokłony. Zamiast prosić Oświeconego o łaskę i zdrowie dla wszystkich członków rodu, a także rychłe małżeństwo, rozmyślała nad powodami zachowania taitai Muyu. Jedyne wnioski, do jakich doszła opierały się na przeświadczeniu, że matka Yaozu wie już o małżeństwie Xiulan i zawczasu stara się wkupić w łaski dziewczyny, bo ta wejdzie wkrótce do jeszcze potężniejszej rodziny.
Może więc rację miały kuzynki, że jiejie wyjdzie za mąż za księcia.
Jedyne, co tak naprawdę czuła, to słodki i drażniący zapach kadzideł. Był jeszcze oczywiście Yaozu, którego obecności cały czas była świadoma, mimo że między nią a nim stanęła przeszkoda w osobie Xiulan.
W końcu starsza siostra położyła jej rękę na ramieniu, dając do zrozumienia, że już skończyły i zaraz będą wychodzić. Inaczej Xiurong mogłaby bić pokłony do zapadnięcia zmroku.
W drodze do pawilonu dla pielgrzymów Xiulan nadal odgradzała siostrę od ukochanego. Zapewne dla żadnego z nich sytuacja nie była do końca komfortowa, Yaozu jednakże starał się poprowadzić normalną rozmowę. Normalna rozmowa w przypadku kontaktów z Xiulan sprowadzała się do pytań o podróż i pogodę. Do samej Xiurong pierwszy panicz Muyu zwracał się dość rzadko, także pomiędzy trójką często zapadała cisza, ponieważ Xiulan ograniczała się jedynie do prostych odpowiedzi. Wyłudzenie z niej zdania dłuższego niż cztery słowa okazało się przekraczać możliwości Yaozu.
Tymczasem Xiurong irytowała się coraz bardziej. Jedyne słowa, jakie zamieniła z mężczyzną, dotyczyły demona, którzy rzekomo kręcił się w pobliżu klasztoru, a to z kolei nie był temat szczególnie cieszący pierwszego panicza Muyu. Przypominał mu, że wolałby być na zewnątrz z mężczyznami niż bawić damy rozmawiali o pogodzie – nawet jeśli jedną z tych dam kochał.
Dongmei zniknęła, żeby dopilnować przeniesienia bagaży. Obie rodziny miały spędzić w klasztorze noc, ale panienka Shijun zaczynała wątpić, czy znajdzie choćby chwilkę, żeby móc porozmawiać z Yaozu sam na sam. Odetchnęła z ulgą, kiedy spacer dobiegł końca. Miała nadzieję, że zdoła wymknąć się z Yaozu, kiedy matki będą zajęte rozmową.
Pawilony dla pielgrzymów urządzano skromnie, ale wygodnie. Na świty dam Shijun i Muyu czekała największa sala, a posiłek, na widok którego oczy czwartej kuzynki zaświeciły jak gwiazdy odbijające się w stawie, już czekał.
Yaozu nie mógł zasiąść przy jednym stole z damami, ale wybrał miejsce na tyle blisko, żeby móc swobodnie z nimi rozmawiać – z Xiurong i Xiulan, które spoczęły obok siebie. Wraz z pojawieniem się w pomieszczeniu kobiet w barwnych sukniach w pomieszczeniu zrobiło się bardziej kolorowo, jako że cały wystrój stanowiły platformy i stoliki z ciemnego drewna, a poduszki do siedzenia miały zdecydowanie zbyt jednostajne kolory brązu i zgaszonych zieleni. Pierwsza matka jak zwykle wybrała odcienie dojrzałej brzoskwini, które podkreślały wciąż świeżą i promienną cerę. Madame Muyu wolała zdecydowane ciemne kolory amarantów i fioletów. Xiurong musiała przyznać ze smutkiem, że jej własna matka mogłaby wybrać barwy nieco bardziej stonowane. Wyglądała wciąż młodo – tylko trzecia ciotka miała cerę świeższą w tym pokoleniu, ale nie aż tak by nosić barwy odpowiadające pannom, a w najlepszym razie. Xiulan, podobnie jak kilka kuzynek ubrała się w szatę w odcieniach różu, w której wyglądała słodko i niewinnie. Błękitna spódnica Xiurong i modry kaftan wyglądały przy niej nudno.
Dziewczyna nie jadła (podobnie jak jej jiejie), tylko przysłuchiwała się rozmowie starszych kobiet. Na poufną konwersację z Yaozu i tak nie miała co liczyć. Pozostawała nadzieja, że dowie się czegoś nowego o maleństwie siostry.
Przez cały posiłek obie pierwsze żony odnosiły się do siebie z niezwykłą sympatią. Jako tej drugiej – matce Xiurong także od czasu do czasu dostawał się jakiś komplement. Najczęściej jednak chwalono Xiulan, a Xiurong odnosiła wrażenie, że jej siostra wolałaby zniknąć. Yaozu zmarkotniał, mimo pozorów pogody. On też wolałby być gdzie indziej – ścigać demona. Widząc jego minę, Xiurong miała ochotę prosić madame Muyu by mu na to zezwoliła.
Druga i trzecia kuzynka bez przerwy szeptały między sobą i co jakiś czas chichotały, zakrywając usta. Milkły jednak, gdy pierwsza matka zwracała w ich stronę wzrok. W przeciwieństwie do nich Xiurong nie prowadziła żadnej konwersacji ze swoją jiejie. W dzieciństwie uważała, że Xiulan chyba wcale jej nie lubi, dopiero kiedy obie dorosły zdała sobie sprawę, że powściągliwość dziewczyny nie ma nic wspólnego z wywyższaniem się. Wtedy nauczyła się doceniać cichą nie nachalną obecność Xiulan. Niemal wszyscy przynajmniej podejrzewali, że zaręczyny pierwszej panienki domu Shijun zostaną wkrótce ogłoszone. Dziewczyna musiała przeżywać ciężkie chwile, kiedy oczy wszystkich kierowały się właśnie na nią. Xiulan tego nie lubiła, Xiurong znała ją na tyle dobrze, by wiedzieć chociaż to. Mimo to żałowała trochę, że nie są jako siostry na tyle sobie bliskie, żeby ta powierzyła jej imię narzeczonego.
Tymczasem matki przeszły od ogólnych komplementów na tematy bardziej praktyczne. Xiurong nadstawiła ucha.
– W końcu niedługo nasze rody się połączą. – Pierwsza matka umoczyła usta w czarce z herbatą.
Madame Muyu uśmiechała się. Xiurong szybko zlustrowała pozostałych biesiadników – podobnie jak ona zdawali się słyszeć te rewelacje po raz pierwszy.
Czyżby więc Xiulan wychodziła za drugiego syna domu… Nic dziwnego, że Xiulan nie chciała nawet o tym wspominać. Być może nie była to dostatecznie dobra partia dla najstarszej córki pana Shijun, z drugiej strony mężczyznę obwołano niedawno bohaterem.
Xiurong nie mogła doczekać się, aż obie kobiety powiedzą coś jeszcze, ale one przez chwilę kluczyły wokół tematu – zdaniem dziewczyniny specjalnie.
– Mój najstarszy syn także nie może wprost doczekać się tego dnia – powiedziała w końcu taitai Muyu. – Dorósł już wystarczająco do małżeństwa.
Xiurong znieruchomiała z czarką herbaty wpół drogi do ust. Yaozu się żeni. Nikt jej nie powiedział, że planowane jest podwójne wesele.
Była na tyle naiwna, by wyrazić swoje obawy na głos:
– Ależ, matko. Myślałam, że to jiejie wychodzi za mąż, a nie ja…
Cisza uświadomiła Xiurong, że powiedziała coś bardzo niestosownego. Owszem, odezwała się nie pytana w obecności starszych, ale nie chodziło o coś więcej.
– Ależ, głuptasie, oczywiście, że to Xiulan wychodzi za mąż – zaśmiała się pierwsza matka.
Oczami dawała córce drugiej żony do zrozumienia, że zrobiła z siebie pośmiewisko i powinna natychmiast zamilknąć.
Zewnętrzna beztroska i ukryta nagana spowodowały, że dziewczyna poczuła się jeszcze bardziej śmiesznie. Taitai mówiła takim głosem, jakby ta wiadomość była wszystkim znana i Xiurong powinna o wszystkim wiedzieć. A może tak było, może wszyscy wiedzieli i śmiali się z niej po kryjomu.
Xiurong też już wiedziała. Xiulan wychodziła za mąż.
Za Yaozu.
– A wróżbita twierdzi, że będą z moim pierwszym synem wspaniałą parą – dodała taitai Muyu.
Xiurong spojrzała na ukochanego. Unikał jej wzroku, potem na Xiulan, która patrzyła na nią przepraszająco. Xiurong poczuła, że czarka z herbatą wymyka się z jej rąk razem z zawartością. Chciała zacisnąć palce, ale nie mogła, własne ciało przestało jej słuchać. Zmoczyła suknię, tym samym dopełniając swojej hańby, lecz kiedy gorąca ciecz przesiąkała przez kolejne warstwy materiału aż do bielizny, najpierw tylko rozgrzewając, a w końcu parząc, paradoksalnie poczuła nieco ulgę.
– Och, meimei, to moja wina, wybacz mi niezdarność! – Xiurong nie od razu zrozumiała, że siostra kłamie, żeby ona nie musiała tracić twarzy.
Ale nie chciała jej poświęcenia.
Xiurong wstała. Wszyscy na nią patrzyli. Nie miała jednak odwagi sprawdzić, czy jest wśród nich Yaozu.
– Wybaczcie mi moją niezdarność – Pochyliła ciało w ukłonie, dziwiąc się samej sobie, że potrafi zachować taki spokój, w dodatku zaczynała odczuwać ból po oparzeniu, a mokra i gorąca tkanina lepiła się do ciała.
– Pójdę doprowadzić się do porządku.
Dziewczyna wycofywała się powoli, chociaż miała ochotę biec. Żadna z matek ani madame Muyu nie skomentowały jej zachowania, ale to co myślały miały wypisane na twarzach. Współczuła jej jedynie matka, chociaż jak to bywało przy poprzednich okazjach, pewnie w pierwszej kolejności myślała o sobie.
Dopiero na dworze Xiurong nieco się opanowała. Nadal miała ochotę uciec i już do końca życia nie oglądać żadnego z członków swojej rodziny, ale na razie zatrzymała się, żeby pomyśleć. Jeszcze nigdy nie czuła się tak zagubiona i niepewna. Zawsze – cokolwiek się nie działo – mogła liczyć na Yaozu, on był jej ostoją. Teraz za wszelką cenę chciała od niego uciec.
W chwili, gdy miała odejść, ktoś złapał ją za ramię.
To był Yaozu. Oczywiście.
– Ting’er… – nie powiedział nic więcej.
A Xiurong nie zapytała, jak udało mu się uzyskać pozwolenie na opuszczenie pawilonu. Przez chwilę miała nadzieję, że wszystko co przed chwilą usłyszała, to żart, a on ją o tym upewni.
Ale potem Yaozu się odezwał.
– Naprawdę tak mi przykro.
Wyglądał przy tym tak nieszczęśliwie, jakby to on był tutaj największą ofiarą – ośmieszoną i porzuconą. W Xiurong zaczął budzić się gniew i postanowiła rozniecić go za wszelką cenę.
Wyszarpnęła rękę z uścisku mężczyzny.
– Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć? – Xiurong dumnie podniosła głowę. Ciężko było to zrobić po tym, co się przed chwilą stało. – Kiedy po moją jiejie przyślą ślubny palankin?
Na samo wspomnienie o ślubie Yaozu skurczył się w sobie jeszcze bardziej.
– Przebacz mi. – Wydawało się, że każde słowo przychodzi mu z wielkim trudem. – Bardzo chciałem ci powiedzieć, ale nie wiedziałem jak. Nie chciałem cię zranić.
Xiurong wskazała dłonią na pawilon, który oboje dopiero co opuścili. Z trudem powstrzymywała się od drżenia.
– I sądziłeś, że jeśli dowiem się w ten sposób, to będę mniej skrzywdzona?
Nie wspomniała o upokorzeniu, które właściwie zgotowała sobie sama. To chwilowo zeszło na drugi plan, chociaż oczywiście i z tym będzie sobie trzeba poradzić.
– Powiesz mi chociaż, dlaczego okazałam się niegodna wejść do waszej rodziny?
– Ting’er…
Ale ona bezlitośnie pytała dalej.
– Jestem nie dość ładna? Za mało mądra, a może nie zachowuje się jak przystało na przyszłą taitai domu Muyu? – Przynajmniej to ostatnie było bardzo prawdopodobne. Dziewczyna nie musiała długo przeszukiwać pamięć, by przypomnieć sobie sytuacje, kiedy zachowała się nie tak ja trzeba. Nic dziwnego, że madame Muyu postanowiła ożenić najstarszego syna z cichą i idealnie wychowaną Xiulan, kiedy tylko pojawiła się taka alternatywa.
Po każdym pytaniu panicz Muyu tylko mocniej zaciskał usta – teraz zupełnie bezkrwiste. Takim jeszcze nigdy go nie widziała. Zawsze odważnie stawiał czoła problemom i zrobił to, co należało. A teraz był w stanie tylko zaciskać i rozluźniać pięści.
Ale, ale przecież on przecież robi to co należy, uświadomiła sobie Xiurong. Robi, co najlepsze dla rodziny. Ale to w niczym nie umniejszało jej bólu. Po raz pierwszy zapragnęła, żeby jej ukochany nie był aż tak obowiązkowym synem.
– To dlatego, że jestem tylko córką drugiej żony, prawda?
Zaniosła się ochrypłym śmiechem. Po wszystkich tych latach, gdy współczuła matce, irytowała się jej zachowaniem, a nawet po cichu się z niej śmiała, okazało się, że Jiayi miała rację.
– Posłuchaj…
Yaozu chciał się zbliżyć, ale Xiurong uniosła ręce w obronnym geście. Odsunęła się.
– Powinieneś wracać – powiedziała, ostatkiem sił zachowując spokój, ale Yaozu na pewno wychwycił nienaturalnie wysoki ton głosu i drżenie podbródka. – Twoja narzeczona na pewno zdążyła się już zaniepokoić.
– Posłuchaj…
– Nie chcę już cię słuchać ani na ciebie patrzeć!
Yaozu chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie pozwoliła mu nawet na jedno słowo. Chciałaby móc odejść w spokoju i z godnością, ale jej oddalenie się można było raczej nazwać ucieczką.


*


Yaozu nie pozwalał, by sterowały nim emocje. Nawet Xiurong, która znała go chyba najlepiej (a już na pewno nie własna matka) nigdy nie widziały, żeby dawał upust wewnętrznym konfliktom.
Ale rozmowa z Ting’er i rozpacz w jej oczach sprawiły, że coś się w nim załamało. Uświadomił to sobie, gdy fontanna, którą mijał, idąc dziedzińcem, po prostu wybuchła. W pobliżu nie było nikogo innego, wiec to on musiał odpowiadać za zakłócenie żywiołów. Potem próbował sobie poradzić z wewnętrznym zamętem, waląc pięścią w pień pierwszego drzewa, które napotkał na swojej drodze. Po kilku minutach osiągnął jedynie tyle, że okrutnie poranił knykcie, a korę poznaczył gdzieniegdzie krwawymi plamami. Obmył rękę w sztucznym stawie z mocnym postanowieniem, że do końca wizyty będzie chował dłoń w rękawie szaty. Ale wewnętrzny ból wcale nie zelżał.
Nigdy jeszcze nie znajdował się w takiej sytuacji. Dotychczas interesy rodziny i jego pragnienia były z sobą tak dalece powiązane, że nie umiał ich od siebie oddzielić. Pierwszy raz spod tego, co życzyli sobie przodkowie, zaczęły wyglądać jego własne marzenia. Zgodził się poślubić Xiulan jako Muyu – pierwszy syn pierwszego syna, najstarszy w pokoleniu, Xiurong kochał po prostu jako Yaozu.
Z początku i on czuł się niejako oszukany. Podobnie jak dziewczyna spędził wiele lat w przeświadczeniu, że połączy ich małżeństwo. Wszelako, gdy rodzice przedstawili mu swoją decyzję, nawet przez myśl nie przyszło mu, żeby odmówić. Raz zapytał, czy to absolutnie konieczne, a nawet posunął się do prośby. Padnięcie na kolana i błaganie to maksimum tego co mógł zrobić.
Potem przeżywał jeszcze bardziej gorzkie chwile Za każdym razem, gdy spotykał ukochaną i widział radość w jej oczach z powodu zbliżającego się ślubu starszej siostry, nie mógł – po prostu nie mógł – powiedzieć jej prawdy.
Miał jeszcze nadzieję, że wróżbita, którym matka przekazała osiem znaków jego i Xiulan, orzeknie, że to związek zły i niepożądany. Niestety, okazało się, że jako para odpowiadają sobie zupełnie. Nie mógł nic zrobić, postanowił więc czekać na rozwój wydarzeń. Teraz widział, że powinien porozmawiać z Xiurong wcześniej. I o to przede wszystkim miał do siebie pretensje. Był tchórzem.
Xiurong zapewne teraz wypłakiwała się na ramieniu służącej i był ostatnią osobą, którą chciała widzieć. Także Yaozu nie mógł pozostać sam tak długo jakby chciał. Miał obowiązki wobec matki i… narzeczonej.
Doprowadził się do porządku, przywdział maskę obojętności i ruszył na spotkanie kobiet, które jego przedłużająca się nieobecność musiała zaalarmować.
Jednak tam nie dotarł. Na dziedzińcu przed pawilonem napotkał płaczące i wystraszone stworzenie, w którym po kilku chwilach oględzin rozpoznał służacą Xiulan Dongmei.
Dziewczyna rozjaśniła się na widok panicza Muyu, choć nadal pociągała nosem, kiedy szła szybko w jego kierunku.
– Pierwszy paniczu! – załkała, próbując jednocześnie skłonić się i wytrzeć kapiący nos. – Czy widziałeś moją xiaojie?
W Yaozu obudziły się najgorsze przeczucia.
– Pewnie jest w waszym pawilonie?
– Przed chwilą tam byłam!
– Szukałaś w ogrodzie?
Xiurong zawsze ubiła przebywać na świeżym powietrzu, szczególnie kiedy była smutna albo taitai Shijun za coś ją ukarała. Często bawili się w ten sposób i mężczyzna najczęściej miewał problemy ze znalezieniem ukochanej. Czasem wychodziła dopiero wtedy, gdy zaczynał wątpić, że ją znajdzie.
Yaozu zadał jednak pytanie bez przekonania.
W odpowiedzi Dongmei rozszlochała się jeszcze bardziej.
– Już tam szukałam, pierwszy paniczu! Wszystkie szukałyśmy! Nie ma jej, na pewno porwał ją demon!
Po tym ostatnim zalała się łzami i Yaozu nie mógł wyciągnąć od niej więcej.
– Nie płacz – przemówił łagodnie. – Demon na pewno nie dostał się na teren klasztoru. Twoja panienka jest bezpieczna.
O ile Xiurong sama z własnej woli nie wyszła za bramę, pomyślał panicz Muyu. Zastanowił się, czy była aż tak zrozpaczona, by kompletnie zapomnieć o groźbie.
Yaozu dowiedział się nadto, że poszukiwaczy było więcej, a co za tym idzie nie mogli się mylić. Xiurong miała wprawdzie od czasu do czasu upartą skłonność do chowania się, ale nigdy nie posunęłaby się tak daleko.
– Uspokój się – powiedział do służącej, ale tak naprawdę to siebie próbował uspokoić – Twoja pani na pewno się znajdzie.
To wszystko jego wina. Gdyby poszedł za Xiurong, zamiast szanować jej prywatność...
Yaozu ruszył ku głównemu dziedzińcowi. Tam spotkał taitai Shijun, Jiayi furen, i inne damy, a także własną matkę.
Madame Shijun próbowała uspokoić zebrane kobiety.
– Z pewnością gdzieś się schowała – mówiła zdecydowanym tonem, w którym pobrzmiewała złość. – To do niej podobne. Nie ma najmniejszych powodów do paniki. Wróci, kiedy zgłodnieje.
Jej pewność wydawała się niezachwiana, a sama kobieta była bardziej zirytowana niż zaniepokojona.
Wokół kobiet zebrali się mnisi. Wszyscy mieli ogolone głowy i takie same pomarańczowe szaty, a na szyjach różańce z dużymi drewnianymi paciorkami, przez co wydawali się do siebie podobni. Starali się podzielać optymizm kobiety. Ale nawet taki milczący tłum popracia nie wpłynął na ogólny wyraz niepokoju grupy.
Yaozu wiedział, że powód do paniki istnieje jak najbardziej, a Dongmei słysząc nieczułe słowa taitai, wybuchnęła na nowo.
– Wcale nie! – łkała. – Moja xiaojie jest tam całkiem sama. – Wskazała na bramę, która prowadziła na zewnątrz. – I teraz zje ją jakiś demon.
Madame Shijun szykowała się, żeby zbesztać służącą, ale obok Dongmei stanęła matka Xiurong.
– A więc to tak, nikt nie przejmuje się moją biedną córką, bo jest tylko dzieckiem drugiej żony?!
Kiedy Jiayi furen zaczynała przemowę w ten sposób to nigdy nie kończyło się dobrze. Tym razem jednak – zdaniem Yaozu – zniosła sytuację nadzwyczaj mężnie. Nie płakała, choć wydawała się niebezpiecznie ku temu bliska. Panicz Muyu poczuł się niemal ugodzony jej spojrzeniem.
Taitai Shijun postanowiła najwyraźniej nie reagować na zaczepny ton swojej siostry-żony.
– Muqin – odezwał się Yaozu i wszyscy momentalnie spojrzeli na niego, a on wiedział, że większość widzi w nim winowajcę. – Wezmę konia i pojadę jej szukać.
Nie można powiedzieć, że matce spodobał się ten pomysł. Wszelako Yaozu tym razem był zdecydowany postawić na swoim za wszelką cenę. Przodkowie mogli nie chcieć, żeby poślubił Xiurong, ale z pewnością nie byli tacy okrutni, by pozwolić jej umrzeć.
Dongmei podbiegła i chwyciła go za ramię.
– Niech panicz sprowadzi moją xiaojie. Błagam!
Delikatnie uwolnił się z uścisku dziewczyny. Dongmei nie mogła wiedzieć wszystkiego, w przeciwnym razie nie odnosiłaby się do niego z taką ufnością.
– Sprowadzę ją – obiecał. – Bądź spokojna.
Jeśli Xiurong wyruszyła zaraz po ich kłótni (jak podejrzewał), to miała kilka godzin przewagi. Mogła pójść dowolnym kierunku i natknąć się na któregoś z mężczyzn polujących na demona, a nawet na samo monstrum. Tej drugiej możliwości Yaozu wolał sobie nawet nie wyobrażać. Modlił się o to, by znaleźć ją szybko.
Pierwszą osobą, na którą natknął się po opuszczeniu terenu klasztoru był jego młodszy brat.
– Pierwszy bracie? – Yaoting popatrzył na Yaozu z niekłamanym zdziwieniem. – Co robisz?
– Udało wam się znaleźć demona?! – zapytał Yaozu z nadzieją.
Yaoting potrząsnął głową, wokół której zatańczyły wszystkie warkoczyki, w które związał włosy zgodnie ze starym stepowym zwyczajem.
– Wracam na chwilę, żeby zmienić konia – wyjaśnił. Faktycznie, ten na którym siedział wyglądał na zdrożonego.
– Nie spotkałeś żadnej kobiety? – Yaozu zrzucił maskę spokoju.
– Kobiety? – Zdumiony młodszy brat przekrzywił głowę. – Niech przodkowie mają w opiece każdą kobietę, która znajdzie się tam sama.
Yaozu nie był blisko z młodszym bratem, ale znał go na tyle, by wiedzieć, że nie miewa skłonności do przesady.
Yaozu niechętnie poinformował brata o zniknięciu Xiurong. Miał nadzieję, że Yaoting nie zapyta o szczegóły. Nigdy nie było miedzy nimi konfliktów, ale brakowało także zażyłości, jak to często bywa wśród synów zrodzonych przez różne matki.
Yaoting wyrzucił z siebie szorstkie słowa, w których starszy mężczyzna rozpoznał przekleństwo w jednym ze stepowych języków. Przodkowie wiedzą, od którego z barbarzyńskich rodów Yaoting się go nauczył.
Ale nie zapytał o nic więcej.
– Pojadę na wschód, ty na zachód – zdecydował. Tej sytuacji starszeństwo się nie liczyło.
Drugi panicz zapomniał najwyraźniej, że miał zmienić konia. A Yaozu stał i słuchał poleceń młodszego brata.


*


Xiurong naprawdę zamierzała wrócić do pawilonu i płakać tak długo, aż zabraknie jej łez. Potem jednak przypomniała sobie, że dzieli sypialnię z siostrą i kuzynkami. Poszła zatem w zupełnie innym kierunku, by po chwili znaleźć się poza obrębem klasztoru (to nie jej wina, brama sama wyrosła na drodze dziewczyny). Po dość długim spacerze dziewczyna usiadła pod jednym z bambusów. Objąwszy kolana ramionami, mogła w końcu dać upust nagromadzonemu cierpieniu.
Ocknęła się jakiś czas później, zdezorientowana i bynajmniej nie pokrzepiona. Żal powrócił natychmiast. Mimo to Xiurong wstała i rozejrzała się wokół. Poza wysokimi, smukłymi bambusami właściwie niewiele było widać. Cała przestrzeń dookoła wydawała się zielona – w tym dziwnym odcieniu, który nie przypominał ani koloru młodej trawy ani szmaragdów. Dookoła widziała tylko strzeliste rosliny, a ponad nimi górne piętra pagody. Mogła się tylko domyślać, ile czasu minęło do jej „ucieczki”. Zaczęła analizować swoje położenie i rezultat nie okazał się pokrzepiający. Postąpiła lekkomyślnie, ale nawet nie to było najgorsze…
O grasującym w pobliżu świątyni demonie przypomniała sobie dopiero, gdy go zobaczyła.
Sunął nad ziemią, niemal jej nie dotykając. Xiurong dla pewności przyczaiła się za bambusem, choć nie groziło jej niebezpieczeństwo.
Śmiercionośny demon okazał się głodnym duchem.
Tak kończyli ludzie, którzy za życia doznawali zbyt wielkich, nie dających się zaspokoić pragnień. Po śmierci ich dusze nie mogły odejść do świata podziemnego ani się odrodzić. Błąkały się więc po świecie, wciąż odczuwając głód oraz pragnienie, które mogły zaspokoić tylko raz w roku – podczas święta duchów albo liczyć na ofiarność napotkanych ludzi. W dzieciństwie Xiurong i jej braci straszono, że jeśli nie będą grzeczni, to porwą je i zjedzą głodne duchy. Te zjawy dokuczały śmiertelnikom, chociaż nie były tak śmiertelnie niebezpieczne jak inne demony.
Dziewczyna nie umiała dopatrzyć się w tym żałosnym stworzeniu niczego przerażającego. Musiał być bardzo stary albo nawet po śmierci los obszedł się z nim wyjątkowo źle. Był niemal zupełnie przezroczysty – zza utkanego z widmowej materii wyzierały bambusy, nadając całej postaci ducha jeszcze bardziej niezdrowy zielonkawy kolor. Nienaturalne wydęta materia sukni skrywała wielki brzuch, dźwigany przez patykowate krzywe nogi. Rysy twarzy ginęły w fałdach tłuszczu. Otwór będący kiedyś ustami był tak mały, że można było przecisnąć przez niego nic większego od ziarnka ryżu. To właśnie niemożność najedzenia się do syta powodowała największe cierpienia głodnych duchów.
Im dłużej Xiurong obserwowała osobliwe zjawisko (to był pierwszy głodny duch jakiego widziała z bliska), tym bardziej mu współczuła.
Mimo zmian, jakie zaszły w nim po śmierci, nadal dało się dostrzec, że za życia był kobietą.
Xiurong poruszyła się, i to okazało się błędem. Nadepnęła bowiem na suchą gałązkę, a trzask, jaki się przy tym rozległ, zwrócił uwagę zjawy. Istota wydała z siebie nieokreślony dźwięk – coś pomiędzy krzykiem, a jękiem. I wyrzuciła przed siebie ręce. Xiurong najpierw cofnęła się delikatnie. Nie była tak naprawdę całkiem bezpieczna, znajdowała się linii prostej od demona, gdyby chciał mógłby łatwo do niej dopłynąć. W gniewie nawet głodne duchy bywały nieobliczalne.Teraz Xiurong zaczęła się bać.
Panienka Shijun cofnęła się jeszcze gwałtowniej, gdy stwór nagle wystrzeli jak strzała i pomknął wprost w jej kierunku. Ona też pobiegła, nie oglądając się za siebie. Błagalne dźwięki, które słyszała, starczyły, by przypomnieć, że głodny duch podąża za nią.
Xiurong pamiętała, że prawie wszystkie demony poruczają się w tylko w linii prostej. Zakręty stanowią do nich barierę nie do pokonania i często potrafią unieruchomić je nawet na kilkanaście lat. Przy pierwszej okazji skręciła w prawo, potem na lewo i jeszcze raz na prawo.
Zatrzymała się dopiero, gdy zabrakło jej tchu, a nogi zmieniły się w ołów.
Była sama, ale musiała też przyznać, że straciła orientację. Pagoda na tle nieba była mniejsza i jakby bardziej oddalona.
Dongmei na pewno zaalarmowała już kogo tylko się dało i teraz rozpoczną się poszukiwania. Może weźmie w nich udział Yaozu. Ciekawe czy czuje się winny. Panienka Shijun miała nadzieję, że tak.
Niestety, na samą myśl o nim sama przypomniała sobie o własnym cierpieniu.
To było jeszcze gorsze niż uczucie chłodu, głód i zagubienie.
Na to Xiurong nie mogła nic poradzić, ale mogła przynajmniej postarać się zaradzić pozostałym problemom. W tym celu musiała najpierw wrócić do klasztoru.
Tymczasem szarość wieczoru zasłoniła nawet pagodę.
Wszystkie bambusy były do siebie łudząco podobne. Xiurong przedzierała się między nimi coraz bardziej zdezorientowana i pełna rozpaczy. Coraz częściej patrzyła w górę i coraz mniej widziała.
A powinna patrzeć przed siebie. Szukając drogi powrotnej, znalazła coś innego. Z początku sądziła, że tylko wyobraził sobie, iż słyszy płacz, a tak naprawdę to wiatr płata jej figle. Szybko jednak pozbyła się złudzeń. To był płacz, płacz dziecka, a przynajmniej płacz czegoś, co bezbłędnie umiało naśladować ludzkie niemowlę. Niektóre demony umiały naśladować dziecięcy szloch. Xiurong słyszała o nieszczęśnikach, którzy zwabieni w ten sposób kończyli marnie – zjedzeni albo rozszarpani. Dziewczyna przystanęła. Od samego wyobrażania sobie, co może kryć się w ciemniejącym lesie, uginały się pod nią kolana.
Była jednak zbyt blisko.
Dojrzała GO między bambusami.
Miał ludzka ludzką głowę i owłosione ciało kozła. Na widok dziewczyny natychmiast przestał zawodzić, a w otwartych ustach, za którymi ziała czarna otchłań, wynurzyły się ostre jak u tygrysa zęby. Demon zasyczał, a wtedy na po obu stronach jego ramion otworzyły się dodatkowe oczy – potworne ślepia z czarnymi pionowymi źrenicami. Teraz w sumie cztery lustrowały dziewczynę z łakomą pożądliwością. A z czarnych ust wynurzył się jaszczurzy język, który teraz pieszczotliwie przesuwał się po zębach.
Xiurong zdążyła przekląć swoja naiwność.
Jednak uciec już nie zdołała.
Gwałtowny podmuch powietrza wyrzucił ja w górę, w chwili gdy miała się odwrócić. Stopy dziewczyny oderwały się od ziemi, cała wzniosła się w powietrze, jakby ważyła tyle co piórko. Nigdy jeszcze nie czuła się tak bezwładnie i lekko. Wznosiła się wyżej i wyżej, nie śmiejąc się poruszyć, bo gdzieś bo jakaś cząstka świadomości w jej sparaliżowanym ciele, widziała jak skończy się ten lot.
Śmiercią.
Nawet jeśli ciało Xiurong nie roztrzaska się o twarde łodygi bambusów, to dziewczyna i tak upadnie na ziemię i straci przytomność W najlepszym razie będzie na tyle poobijana, żeby nie móc zbyt szybko się ruszyć.
Zamknęła oczy, czekając na cios.
Ten faktycznie nastąpił nie był jednak tak nieprzyjemny jak się spodziewała. Zderzyła się z czymś zdecydowanie zbyt miękkim, by mogło być twardą ziemią. Potem, kręcąc się wokół własnej osi, miękko opadła w dół, choć powinna boleśnie runąć. Tymczasem stała na własnych nogach, choć nieco słabych (kręciło jej się w głowie). Coś jednak podtrzymywało ją i chroniło przed upadkiem. Xiurong odważyła się otworzyć oczy. Na swoim biodrze zobaczyła zaciśnięta męską dłoń i dalej ramię, które obejmowało ją w pasie. W tym momencie straciła resztki nadziei na to, że Yaozu przyszedł jej z pomocą. Pierwszy panicz Muyu miał ręce o długich smukłych palcach i delikatnej skórze, mimo że od najmłodszych lat władał bronią. Jej wybawca miał zdecydowanie więcej odcisków od miecza, w kilku miejscach blizny, a nawet jeden ślad po ugryzieniu. Xiurong zaryzykowała spojrzenie w górę, chociaż wciąż kręciło jej się w głowie próbowała skupić wzrok. Mężczyzna wydał jej się znajomy, chociaż nie mogła sobie przypomnieć, gdzie go spotkała. Z całą pewnością przybywał z północy. Miał taki sam strój i włosy zaplecione w warkoczyki jak mężczyźni, których rano widziała w świątyni.
Zanim zdążyła przyjrzeć mu się bliżej, odepchnął ją gwałtownie. Xiurong poleciała wprost na bambusy i upadłaby, gdyby w ostatniej chwili nie uczepiła się jednego z nich. Gdy rozejrzała się, mężczyzny już nie było w miejscu, w którym przed chwilą stał. Bambusy za nimi zostały złamane wiatrem, jakby były jedynie wątłymi gałązkami. Dziewczyna podzielała ich los, gdyby stała w tamtym miejscu.
Geomanta stał kilka kroków dalej i właśnie nasadzał strzałę na cięciwę łuku. Xiurong wstrzymała oddech, kiedy rozpędzona broń zmieniła się w locie w błyskawicę ognia.
Demon jednakże tylko potrząsnął głową, a potężny podmuch wiatru pomknął wprost w atakującego, rozpraszając całą energię qi. Xiurong wciąż stała na nogach tylko dlatego że mocno trzymała się łodygi bambusa. Geomanta także wciąż stał, ale cała trawa wokół niego była uschnięta, a ziemia czarna i martwa. Mężczyzna wyssał z niej całą energię, broniąc się przed atakiem.
Potwór tymczasem szykował się do następnego. Xiurong zamknęła oczy, przygotowując się na kolejną nawałnicę. Z całej siły zacisnęła pięści, ale palce były już całe zmartwiałe i obolałe.
Kiedy nadszedł wiatr, z całej siły przywarła do bambusa. Bolały ją już nie tylko palce, ale całe ramiona. Zmusiła się do rozwarcia powiek, dopiero gdy usłyszała obok siebie hałas. Bała się, że to kozi demon, ale to był geomanta, który nie przetrzymał kolejnego ataku.
Żył jednak i szybko stanął z powrotem na nogach, chociaż grymas na jego twarzy zdradzał, że upadek nie pozostał bez konsekwencji.
Xiurong usłyszała, jak mówi coś cicho, ale te słowa nie były przeznaczone do niej. Nie znała języka przodków – umiała wypowiedzieć w nim zaledwie kilkanaście słów, ale żadne z nich nie było przekleństwami, a chyba właśnie to miał na myśli mężczyzna.
Odwrócił się do niej.
– Spróbuję go jeszcze przez jakiś czas zatrzymać, a ty uciekaj! Jeśli pobiegniesz cały czas na zachód dotrzesz do klasztoru! Nie oglądaj się za siebie!
Xiurong wpatrywała się w niego oczami okrągłymi ze zdumienia. Dopiero teraz zaczynała pojmować w jak beznadziejnej sytuacji się znalazła. Ten demon mógł mieć nawet kilkaset lat. Porywanie się na niego w pojedynkę było samobójstwem nawet dla bardzo potężnego geomanty.
To właśnie chciał zrobić nieznajomy, żeby dać jej chwilę na ucieczkę.
Przez swoją lekkomyślność i głupotę Shijun Xiurong właśnie zabiła dwie osoby, i to w momencie, w którym zrozumiała jak bardzo chce żyć, mimo że ukochany mężczyzna zawiódł ją i porzucił. Przyrzekła sobie, że jeśli wyjdzie cało z tego starcia, już zawsze będzie zachowywać się rozsądne i logicznie.
Aczkolwiek szanse na spełnienie tego przyrzeczenia były marne.
Dziewczyna stała jak sparaliżowana i nie mogła się ruszyć. Dłonie nadal zaciskała kurczowo na łodydze bambusa. Z wysiłkiem rozprostowała palce – bolałby teraz jeszcze bardziej.
Kiedy znów spojrzała na demona, który wyglądał tak, jakby nie odniósł najmniejszej krzywdy, dostrzegła na martwej ziemi coś błyszczącego – nóż. Nie była to w żadnym razie broń śmiertelna. Miał jednak dość szerokie ostrze, tak dobrze wypolerowane, że lśniło jak tafla lustra.
Demony ponoć nie znosiły swojego odbicia w lustrze. Co bardziej przesądni sypiali, mając pod poduszką wypolerowane kawałki brązu, na wypadek gdyby nawiedzały ich nocą zmory albo duchy. Xiurong nigdy nie miała okazji sprawdzić tego w praktyce. Jednak nóż leżał tak blisko niej…
– Teraz! – ryknął geomanta. – Ruszaj!
Dziewczyna faktycznie pobiegła.
Jednak nie w kierunku, który jej wcześniej wskazano. Pobiegła w kierunku demona, schyliła się i chwyciła nóż (chociaż jej palce nie chciały się zacisnąć), zanim demon zdążył się zorientować, co zamierza. Kozia bestia miała widoczne problemy ze zdecydowaniem, na kim ma się skupić, kiedy jego przyszłe ofiary tak wyraźnie zaczęły się od siebie oddalać. Żadne z dwóch par oczu nie było pewne, w która stronę spoglądać.
Xiurong zaczęła machać rękami.
– Hej! Tutaj!
To mogła być najgłupsza i zarazem ostatnia rzecz, jaką zrobiła w życiu. Jeśli się pomyliła już była martwa. Jeśli nie – być może była jeszcze szansa.
Xiurong mocno zacisnęła dłoń na rękojeści. W lśniącej klindze noża widziała własne nieco zniekształcone odbicie. Demon wystrzelił wprost w jej stronę. Dziewczyna zasłoniła się nożem jak tarczą. W całym swoim życiu nie bała się tak bardzo jak teraz, a jeszcze zaledwie kilka dni temu wymykała się do kuchni po ciasteczka. Wtedy sądziła, że strach, który odczuwa na myśl o przyłapaniu, jest emocjonujący i ciekawy. Jakże była dziecinna.
W każdej chwili spodziewała się ciosu, ale ten nie następował. Demon zatrzymał się tuż przed nią, zastygł wpatrując się we własne oblicze. Pachniałmdląco krwią. A więc Xiurong nie myliła się. Nie miała jednak ochoty obwieszczać swojego tryumfu. Wciąż jeszcze obawiała się zbyt mocno, by choćby się poruszyć. Róg koziego demona znajdował się od niej zaledwie o grubość palca. W każdej chwili potwór mógł ją zabić.
Dlatego dziewczyna nawet nie oddychała. Sparaliżowana, obserwowała, jak w bok demona wbija się płonąca strzała, a tuż za nią druga. Ta trafił go w oko na lewym ramieniu. W tej chwili magia, którą miała nad potworem lustro, została złamana. Demon zaczął miotać się z dzikim rykiem. Kolejne strzały nadlatywały bezlitośnie, raniąc go. Xiurong uskoczyła w tył, ale potknęła się na stercie połamanych bambusów i przewróciła.
Słyszała tylko nieludzki ryk i świst kolejnych strzał. Modliła się do przodków, żeby demon nie zaczął szarżować w jej kierunku.
Przez zasłonę potarganych włosów dostrzegła, że jest już martwy. Geomanta najpierw powalił go strzałami – ranny demon nie był w stanie rozproszyć takiej ilości energii, jaka została przeciw niemu użyta.
Geomanta dokańczał dzieło.
Xiurong żyła, w dodatku opłaciła swoją głupotę jedynie siniakami i lekkim bólem kostki. Teraz, kiedy mogła już oddychać, korzystała z tego pełną piersią, odkrywając przy tym, że choć przy każdym ruchu odczuwa ból, to jest w stanie go przetrzymać. Była poobijana, ale nic sobie nie złamała.
Chciała przyjrzeć się martwej bestii, ale kiedy nastąpiła na lewą nogę jej ciało przeszyła taka strzała bólu, że aż pisnęła. Mężczyzna natychmiast przerwał makabryczne zajęcie. Znalazł się przy niej.
– Coś się stało?! – Pierwszy raz usłyszała w jego głosie panikę. – Jesteś ranna, guniang?
– To tylko noga – Gdy opierała ciężar ciała na prawej stopie, mogła mówić, a nie tylko chcieć zwijać się z bólu.
Geomanta widocznie się uspokoił.
– To pewnie zwichnięta kostka – powiedział ze współczuciem. – Zaczekaj.
Xiurong nie mogła samodzielnie zrobić kroku, więc stanął za jej plecami. Poczuła lekkie uderzenie między łopatkami, a potem mrowienie, które zaczęło się tuż pod karkiem, a potem przyjemni ogarnęło całe ciało, aż do stóp. Zrozumiała, że mężczyzna właśnie przekazuje jej swoją energię. Na oczach Xiurong jeden z bambusów, który przetrwał starcie właśnie umierał – liście zmieniały się w proch. Kiedy geomanta skończył, noga bolała lekko – ból był zaledwie cieniem tamtego bólu.
Wybawca Xiurong znów stał naprzeciw.
– Nie wyleczyłem cię całkowicie – powiedział – ale powinnaś moc dzisiaj dojść do łóżka o własnych siłach.
Uśmiechnął się i spojrzał na swoje ręce – na których widniały plamy krwi demona.
– Teraz już nikomu nie zagrozi. Bez rogu nie będzie w stanie się odrodzić.
Xiurong patrzyła na to trochę wstrząśnięta. Uświadomiła sobie, że rozmawia z kimś, komu zadawanie śmierci nie jest obce. Z pewnością nieraz nurzał ręce we krwi. Nie tylko demoniej, ale i ludzkiej… Ale ten mężczyzna właśnie uratował jej życie, więc zanim pozwoliła, by uczucie zaniepokojenia odbiło się na jej twarzy, Xiurong złożyła przed sobą obolałe dłonie i próbowała wykonać ukłon podziękowania. Uświadomiła sobie przy tym, jak żałośnie musi wyglądać. Była pobojana i posiniaczona. Pobrudzila suknię i prawie na pewno miała w niej teraz pełno dziur.
– Stokrotne dzięki za uratowanie życia. – Starała się unikać wzroku mężczyzny, wiedząc jaka musi mu się teraz wydawać.
On jednak uśmiechał się przyjaźnie.
– Właściwie powinienem, podziękować za to samo. – Skrzyżował ręce na piersi i złożył jej hołd na stary stepowy sposób. W stolicy Ao’Dai dawno zrezygnowali z twego pozdrowienia, przyjmując w zamian etykietę Hu.
Xiurong poczuła się nagle bardzo wyróżniona.
– Byłabym wdzięczna za zdradzenie mi, komu zawdzięczam ocalenie.
Dotknęła włosów, natrafiła na kołtun, w który zaplątały się kawałki martwego bambusa.
– Nie pamiętasz mnie, guniang, prawda? – W uśmiechu odsłonił wszystkie białe zęby. – No tak, zawsze zwracałaś uwagę tylko na mojego pierwszego brata.
To miał być żart i tak zabrzmiał, Xiurong jednak na samą wzmiankę o Yaozu, gwałtownie posmutniała. Walka o życie sprawiła, że na chwilkę zapomniała o ślubie ukochanego i Xiulan.
W dodatku została ocalona przez Yaotinga. Jej wybawca od początku musiał wiedzieć, jak się tu znalazła i dlaczego. Gdyby wstyd mógł zabijać, panienka Shijun byłaby równie martwa jak demon, którego zabił geomanta.
Na szczęście mężczyzna oszczędził jej dodatkowego upokorzenia.
Xiurong byłą wdzięczna, że Yaoting nie wspomina o jej bezgranicznie głupiej ucieczce, jednak cisza po jakimś czasie zrobiła się równie niezręczna. Dziewczyna wciąż trzymała w ręku nóż, oddała go mężczyźnie.
– Słyszałam, że wróciłeś. Na długo? – Tak naprawdę nawet nie była ciekawa odpowiedzi, ale inne pytanie nie przychodziło jej do głowy.
Miał rację. Zawsze, gdy spotykali się w dzieciństwie, myślała o nim jako o młodszym bracie Yaozu. Nawet teraz, gdy poznała jego prawdziwą tożsamość, trudno było jej wyjrzeć za powiązania rodzinne i myśleć tylko jako o swoim wybawcy.
– Tym razem pewnie na dłużej – odpowiedział, w przeciwieństwie do Xiurong nie wydawał się ani trochę skrępowany. – Z pewnością będziemy mieli jeszcze okazję się spotkać… w innych okolicznościach.
Dziewczyna skinęła głową, ale gdyby to zależało do niej, już nigdy wolałaby nie widzieć nikogo z rodziny Muyu.
– Wracajmy już, od tego gonienia po lesie za demonami zrobiłem się strasznie głodny.
Zagwizdał dwa razy. Po chwili spomiędzy bambusów, które ocalały, wybiegł nieduży czarny koń.
– Pozwól – usłyszała.
Yaoting wyciągnął ku Xiurong dłoń.
Dziewczyna zmieszała się. Nigdy nie jechała na koniu z kimś innym niż bracia i kuzynowie albo Yaozu. Wahała się przez chwilę.
W tym właśnie momencie znalazł ich pierwszy panicz Muyu.
Natychmiast zeskoczył z konia i bez słowa podbiegł do Xiurong. Chwycił ją za rękę i zaczął oglądać ze wszystkich stron.
– Nic ci nie jest?! – Xiurong jeszcze nigdy nie widziała pierwszego panicza Muyu tak przerażonego. – Niech będzie dzięki przodkom!
Panna Shijun rozejrzała się wokół i zobaczyła scenę, którą ukazać się oczom Yaozu. Wokół ziało cmentarzysko martwych bambusów – część całkowicie pozbawiona energii zmieniła się w proch. Do tego martwy demon bez głowy.
Pierwszy panicz Muyu przypomniał sobie, że nie są tu sami.
– Dziękuję, bracie.
Yaoting ukłonił się lekko.
– Jakoś sobie poradziliśmy.
Cały czas patrzył na Xiurong.
– Byłaś bardzo odważna, guniang – powiedział. – Znam wielu mężczyzn, którzy mieliby w tej sytuacji mniej odwagi.
Yaozu nic z tego nie rozumiał, poza tym wyraźnie się spieszył.
Delikatnie pociągnął Xiurong w kierunku swojego konia, a ona drugi raz tego dnia wyrwała dłoń z jego uścisku.
– Czuję się dobrze – odpowiedziała chłodno. Najchętniej zapadłaby się pod ziemię.
– Wszyscy się o ciebie martwią. Dongmei wypłakuje oczy z rozpaczy. Chodź, na pewno jesteś zmęczona.
Zachowywał się tak naturalnie, jakby się wcale nie pokłócili. Zdziwił się wyraźnie, gdy dziewczyna nie ruszyła się z miejsca. Xiurong znajdowała się w niemałym kłopocie. Co prawda Yaoting zaproponował, że weźmie ją na swojego konia, ale wtedy byli sami. Nie ponowił obietnicy w obecności starszego brata i nie miała pewności, czy nie odmówi jej teraz.
Ale musiała zaryzykować. Wolno ruszyła w kierunku Yaotinga. Gdy minęło niebezpieczeństwo, siły także zaczęły ją opuszczać.
Wydawało jej się, że zrozumiał. A przynajmniej bez słowa (przede wszystkim jednak bez sprzeciwu) pomógł jej wsiąść na konia, po czym sam wskoczył za nią jednym płynnym ruchem. Xiurong odczuła ulgę, kiedy w końcu ruszyli w kierunku klasztoru.
Jednak nie mogła całkowicie się uspokoić. Za sprawą jadącego z tyłu Yaozu, którego wzrok nieustannie na sobie czuła.


*


Po dotarciu na miejsce panienka Shijun musiała stawić czoło sytuacji pod wieloma względami gorszej niż spotkanie twarzą w twarz z demonem. Oczywiście, fakt, że wróciła żywa, przyniósł wszystkim ulgę, ale nie mogła nie widzieć ukradkowych pełnych wyrzutów spojrzeń. Wszyscy wiedzieli, dlaczego wyszła poza teren klasztoru i nawet jeśli otwarcie jej nie potępiali, uważali takie zachowanie za niestosowne. Xiurong udowodniła, że jest impulsywna i lekkomyślna. Zepsuła sobie opinię, jakkolwiek tylko w kręgach dwóch rodzin (na razie), tyle wystarczyło. W dodatku jej skandaliczne zachowanie mogło rzutować na reputację Xiulan, co wydawała się mieć jej szczególnie za złe pierwsza matka.
Jeśli Xiurong mała jeszcze jakieś nadzieje na to, że rodzina Muyu zmieni zdanie i zamiast jiejie Yaozu pojmie za żonę ją, to właściwie mogła już je porzucić. Na razie nie umiała jednak myśleć o tym z należytą powagą. Była zbyt oszołomiona i otępiała. O wszystkim, co dziś się stało, myślała jak o czymś, co przydarzyło się komuś innemu.
Była wdzięczna, że pozostawiono ją samej sobie. Leżała w łóżku z żołądkiem pełnym ciepłej zupy, a jedynymi osobami w pomieszczeniu były Dongmei i jej matka. Ta druga cały czas powtarzała, że to wszystko nie miałoby miejsca, gdyby ona – Jiayi – była pierwszą a nie drugą żoną.
Dongmei starała się rozweselić swoją panią jak tylko mogła.
– Xiaojie, zgadnij, kto o ciebie pytał? – zapytała, wróciwszy z dworu.
Xiurong znała odpowiedź i odwróciła głowę w kierunku gołej ściany. Dongmei chciała dobrze, to nie jej wina, że każde wspomnienie o Yaozu wywoływało bolesne ukłucia żalu, niezależnie od tego jak zmęczona i nieobecna była Xiurong.
Matka zaśmiała się gorzko.
– Teraz o ciebie pyta, ha? Byłaś dla niego dostatecznie dobra, kiedy ród Muyu nic nie znaczył, ale teraz zamienili cię na Xiulan.
Xiurong chciała zaprotestować, powiedzieć, że to wcale nie tak i że Yaozu cierpi niemal tak samo jak ona, przecież to widziała. Jednak milczała z zaciśniętą boleśnie szczęką.
Kuzynki na razie trzymały się z daleka. Xiurong wiedziała, że taki stan nie potrwa wiecznie i że trzeba będzie zmierzyć się też z ich spojrzeniami, a może i pretensjami (wszak wszystkie nadal były pannami). Czwarta kuzynka jednak przyszła.
Xiurong była zaskoczona jej widokiem, zwłaszcza że dziewczyna przez dłuższy czas tylko przyglądała się jej bez słowa. W końcu sięgnęła do rękawa. Zdumiona Xiurong zobaczyła w blasku świec, że kuzynka trzyma w dłoni ryżowe ciastko. Pewnie ukryła je jeszcze w domu i przywiozła tutaj.
Wciąż milcząc, kuzynka wyciągnęła ku panience Shijun dłonie.
Xiurong wzięła z jej ręki ciastko drżąca dłonią. Wiedziała, ile ten gest kosztował kuzynkę.
– Dzię...dziękuję – wymamrotała.
Była teraz bliżej rozpłakania się niż podczas całego tego dnia.
Zawstydzona czwarta kuzynka umknęła bez słowa.
Xiurong wciąż trzymała ciastko, ale nie zdobyła się na to by je zjeść.
Dongmei nadal chciała coś powiedzieć i cieszyła się, że w końcu ma okazję.
– Nie, furen, nie o to chodzi. Był tu panicz Muyu.
– Tak już mówiłaś – westchnęła Jiayi. – Mogłaś go odesłać do jego narzeczonej.
Służąca potrząsnęła głową z wyraźnym sprzeciwem. Jej zachowanie zwróciło nawet uwagę Xiurong, która przestała oglądać ciastko i zaczęła słuchać. Dlaczego to niby takie ważne, że Yaozu przyszedł dopytać się o jej samopoczucie. Czy poza tym miał do powiedzenia coś jeszcze, na przykład to, że postanowił walczyć o ich miłość?
– No, mówże wreszcie! – Jiayi machnęła ręką.
Zamiast powiedzieć Dongmnei pokazała coś, co musiała mieć w dłoni od początku.
– Drugi panicz Muyu dał mi to dla ciebie, xiaojie – cieszyła się co najmniej tak jakby Xiurong dostała wisior z nefrytów.
Panienka Shijun rozpoznała nóż, który ocalił życie jej i Yaotinga w bambusowym lesie.
– To ładnie z jego strony. – Matka spojrzała na podarek i skrzywiła twarz, nawet nie próbowała ukrywać, że jest rozczarowana taką formą prezentu. – Ale naprawdę, mógł dać ci coś innego. Widać, że długo przebywał z dala od cywilizowanego świata.

ODPOWIEDZ