Strona 1 z 1

Złom

: 09 lutego 2019, 17:39
autor: Krin
Niniejsza powieść nie jest jeszcze skończona i jeszcze długo nie będzie, ale skoro innym wolno wrzucać jedną wstawkę rocznie, to prawdopodobnie nie będę jakimś rekordzistą. Długo się zastanawiałam, czy rzucić ten tekst na forumowe wody, obawiając się, że przestanie mi się podobać, jednak zaczęłam się czuć jak w jakimś pisarskim podziemiu, w którym z nikim nie można o własnym tekście porozmawiać.

Serio, będziecie czytać go jako pierwsi. ;)

Akcja toczy się w tym samym uniwersum i częściowo z tymi samymi bohaterami co "Jednostki nie mają znaczenia". (Chcieliście, to macie :P) Jednak proszę się nie przywiązywać szczególnie do fabuły tamtego tekstu, ponieważ sporo zostało zmienione. Czytanie go nie jest obowiązkowe, a jest nawet niewskazane. Nie ma tam żadnych spoilerów, ale, jak już wspomniałam, niektóre fakty się ze sobą nie zgadzają.

Jest to tekst już wielokrotnie redagowany nie jakaś surowizna, więc proszę nie mieć dla niego litości. Najbardziej obawiam się jak zawsze zbyt szybkiego tempa oraz zbytniego przerysowania świata, więc gdybyście komentując zwrócili uwagę na te dwie rzeczy, byłabym bardzo wdzięczna.

Szczególne podziękowania za przypływ natchnienia należą się Xanttisowi.

Miłej lektury.

Prolog
Ciszę wstającego dnia rozdarł huk. Zaraz po nim kolejny. I następny. I jeszcze jeden. Ściany Cesarskiej Akademii Konstruktorów trzęsły się za każdym razem, gdy leżące tuż za jego murami wysypisko rozświetlał blask magii.
– I co pan powie na to, panie Redaien? – Salmus odwrócił się do swojego rozmówcy. – Nadal mi pan nie wierzy?
Stali przy oknie w gabinecie rektora. Rektora oczywiście jeszcze nie było, nie wiedział, że tu wejdą, operacja pozostawała ściśle tajna. Tylko Redaien i stróże nie opuścili Akademii na noc. Tych ostatnich Salmus rozumiał, Redaiena nie.
– W przypadku takiego nagromadzenia niekontrolowanej magii jej gwałtowne wyładowania nie są niczym nadzwyczajnym. – Konstruktor wciąż udawał pobłażliwość wobec oficera, ale palce zaciśnięte na krawędzi rektorskiego fotela zdradzały zdenerwowanie. – Dlatego wchodzenie tam uznaje się za niewskazane.
Zabrzmiało jak usprawiedliwienie. Ktoś nie lubi dowiadywać się ostatni, pomyślał Salmus.
Tymczasem kolejne wyładowania oświetlały okna Akademii różnokolorowym blaskiem. Od czerwieni do błękitu, a nawet czarnym światłem, jakiego Salmus nigdy wcześniej nie widział. Były to jednak eksplozje już albo znacznie mniejsze, albo znacznie bardziej odległe – wysypisko zajmowało w końcu ogromną przestrzeń. Magiczny złom, w większości metal i szkło pokryte lśniącymi inskrypcjami zdążyły utworzyć góry i wąwozy, w których łatwo było zabłądzić.
Co za marnotrawstwo... Niegdyś Salmus, jak wszyscy uważał, że istnienie wysypiska jest konieczne, ale ostatnie wydarzenia zrewidowały jego poglądy.
– Nie magia strzelała do moich ludzi. Większość nekromantów została już pojmana. Niedobitki wciąż się bronią, ale to już kwestia czasu. Są otoczeni.
Nekromantów. Jakże dziwnie to brzmiało w czasach, gdy świat opleciony został siecią torów i telegrafu, a maszyny wypierały robotników z fabryk. Ale Salmus mówił o tym nie bez dumy. Operacja została idealnie zaplanowana. Jeśli ktoś chciałby się wymknąć, musiałby przekopać się pod śmieciami.
– Więc, panie...
Zazwyczaj, gdy Salmus się przedstawiał, ludzie bali się zapomnieć jego nazwiska, ale stłumił w sobie irytację.
– Dwan.
– Więc, panie Dwan – podjął Redaien – chce mi pan powiedzieć, że wysypisko widziane przeze mnie co dzień z okien sal wykładowych zamieszkiwane jest przez nekromancką sektę. I tej sekcie udało się podnieść z martwych od trzystu lat martwego alchemika.
– Panie, Reda...
– Panie Dwan, oczekuje pan ode mnie, że w to uwierzę? Chyba powinienem napisać do brata, że Joran nie czuje się ostatnio za dobrze.
Salmus Dwan nie miał pojęcia, kim jest brat profesora Redaiena, ale skoro ten pozwalał sobie nazywać tevirskiego arcyksięcia po imieniu, oficer nie wątpił, że kimś ważnym. A przynajmniej Redaienowi się tak wydawało.
– Za sprawę Medivariusa jest odpowiedzialna tylko jedna osoba. I owszem – Salmus przerwał konstruktorowi, zanim ten zdążył otworzyć usta – my również mamy wątpliwości, jeśli chodzi o jego faktyczną tożsamość. Jednak technologia, która znalazła się ostatnio w rękach rewolucjonistów nie pozwala nam wątpić, że uzyskali pomoc kogoś, kto przekracza umiejętnościami szanownych akademików.
To się Redaienowi nie spodobało. Może Salmus powinien ująć to w inny sposób, bo teraz na drodze faktom stał nie tylko sceptycyzm, ale również duma, a jednak czuł, że aroganckiemu konstruktorowi należał się taki mały prztyczek w nos.
– I kim jest ta odpowiedzialna osoba?
Salmus uśmiechnął się w duchu. Tylko czekał na to pytanie.
– Hena Urettel. Studentka wydalona z Akademii. Lat około trzydziestu, niezamężna. Drobnomieszczańskiego pochodzenia.
Mina Redaiena sprawiła, że dotychczasowe podejrzenia oficera zmieniły się w pewność. Salmus długimi godzinami przekopywał się przez akta studentów i pracowników Akademii, a jednak pamięć go nie zawiodła. Nazwisko Redaiena pojawiło się w aktach panny Urettel więcej niż raz.
– Zna ją pan?
Konstruktor nie odpowiedział od razu. Zapatrzył się za okno, gdzie milicjanci prowadzili właśnie ostatnią stawiającą opór grupę. Albo ciągnęli. Jedna z kobiet na pewno była martwa – inaczej ludzieSalmusa powinni opatrzyć odsłaniającą wnętrzności ranę na brzuchu. Pozostała trójka mogła być zwyczajnie nieprzytomna, czy to z powodu obrażeń, czy dlatego, że wciąż nieco przesądnimilicjanci postanowili ich ogłuszyć.
– Już się bałem, że zaciągnął pan tam również moje golemy.
Golemy milicyjne budowane pod nadzorem Redaiena były dobre, ale nie aż tak, by deklarował pod ich kierunkiem prawo własności. Między innymi właśnie dlatego, że nie nadawały się na przesiąknięty magią teren wysypiska – prawdopodobnie by eksplodowały.
Ale Salmus nie dał się zwieść i nie pociągnął dyskusji na ten temat.
– Pytałem, czy zna pan Henę Urettel, panie Redaien.
Spodziewał się, że profesor będzie ciągnął głupie podchody, ale ten tylko westchnął z rezygnacją.
– Tak mi się wydawało.

Rozdział pierwszy

PIĘĆ DNI WCZEŚNIEJ

I

Może wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby Hob nie zapił się na śmierć – to był początek. Ta upiorna, duszna noc, gdy męczyły ją koszmary i gdy wiedziała, co się stało, zanim jeszcze Iat przyszedł jej o tym powiedzieć. Wiedziała, gdy tylko usłyszała pukanie do drzwi. Ich spojrzenia spotkały się, ale nie potrafił powiedzieć jej tego prosto w oczy. Patrzył na skryte w ciemności konstrukty, a dłoń pobielała mu od siły, z jaką ściskał klamkę.
Potem spytał, czy wszystko w porządku. Nic nie mogło być w porządku, doskonale o tym wiedział, więc nawet nie odpowiedziała. Wstała i włożyła płaszcz – dalej miała dziurę. Aż do chwili, w której siedziała w Zaułku, trzymając wypełnioną przezroczystym płynem szklankę.
Od tamtej pory rzadko bywała trzeźwa. Dni przeciekały jej przez palce, tonęły w kolejnych kieliszkach, w kolejnych kuflach, szklankach. Gdzieś pomiędzy nimi wypadł pogrzeb, na który nie poszła. Wolała go spędzić w jego domu, w tej dawno oddartej z wszelkiego dobytku ruderze pełnej alkoholowych oparów.
Nic nie robiła. Nic nie myślała. Nared musiał po nią pójść, żeby w ogóle wróciła.
Teraz nawet spała w Zaułku, z głową na brudnym stoliku, ukołysana niemilknącym szmerem rozmów. Czasem ktoś odnosił ją do jej nory w ciemnych tunelach Cytadeli, do tej dziury pośrodku wysypiska, o której udawała, że jest domem. Czasem też Snar, pieprzony Snar, mówił, że nic więcej jej nie sprzeda i wówczas sama się zbierała. Na odchodnym prosił ją, żeby była ostrożna.
Wtedy czuła się najgorzej. Wtedy rozsądek przebijał się przez alkoholowe opary, kazał jej skończyć z piciem, położyć się do łóżka i rankiem rozpocząć w życiu nowy etap. Musiała zalewać go litrami alkoholu, dławić jego nigdy niemilknące usta, zatruwać go dymem dziesiątek wypalanych jeden za drugim papierosów. Mogłaby też iść na otaczające Zaułek hałdy magicznego śmiecia, dać się zabić jego przeklętej mocy, ale najpierw musiałaby się przyznać do wszystkiego przed samą sobą. Podsumować to wszystko i podpisać rachunek własną krwią.
Tak naprawdę nie chodziło o Hoba, nie tylko o niego. Chodziło o zakradające się do głowy cienie, gdy tylko ta odrobinę się przejaśniała. Nie chciała poznawać się z nimi, nie chciała ich badać, nie chciała mieć z nimi najmniejszej styczności, a jednak napierały na nią, zatapiając płuca i klejąc się do wnętrzności niczym lepki syrop. Dusiła się. A alkohol coraz mniej ją przed tym chronił.
Czasem myślała, że może by pójść do Hoba i znów skamleć żałośnie o jego uwagę, a wtedy przypominała sobie, że to właśnie on nie żyje, że to przez niego upija się jak ostatnia szmata. Po Hobie pozostała dziura, rana zamiast mięsem wykrwawiająca się resztkami wzniesionej tamy i teraz ciemna gęsta masa zalewała ją, paraliżując.
A przecież taka była dumna – Hena Urettel, nekromantka i konstruktorka w jednym, czempionka urządzanych w Zaułku turniejów, rozchwytywana przez klientów, zawsze najlepsza, zawsze jeden krok przed pozostałymi.
Kiedyś. Tysiąc lat przed tym wszystkim.
Spojrzenia omijały ją. A przecież goście Zaułka to byli wyłącznie stali bywalcy, jej mentorzy i uczniowie, jej przyjaciele od złych i dobrych dni. Przestała pasować do ostatniego miejsca, na którym jej jeszcze zależało – do parających się magią mętów.
Przychodzili tu obwieszeni zaklęciami jak biżuterią, w większości niewidoczną nawet dla ich własnego oka. W większości ubodzy, w większości fascynaci, w większości wyrzutki. Prawie jak bohema, zakładając, że mogłaby istnieć bohema równie ponura i bezbarwna, pełna zużytych przez życie uczonych. Ich blade twarze śmiechem przykrywały troskę, głód i niewyspanie.
Pasowali do tego miejsca. Zaułek był niczym innym jak jamą wydrążoną w ziemi, w której za meble służyło przeważnie to, co dało się znaleźć wokół, a więc resztki konstruktów i innych maszyn, przeważnie kawałki blachy spojone cudem. Rolę lamp wypełniały zaś stłuczone rdzenie, pozbawione osłon lśniły słabiutkim mdłym blaskiem, który ledwie sobie radził z nigdy niewietrzejącym dymem znad cygar i papierosów.
Dziś było tłoczno, bardzo tłoczno. A nastroje jakieś gorętsze niż zwykle. Essai pochylona nisko nad stołem wzywała otaczający ją tłumek do rewolucji, do obalenia klasy rządzącej i jej monopolu na magię, który wygonił ich w to, niegodne znawców sztuki, miejsce.
– Pomyślcie, ludzie mają już dosyć. W stolicy od tygodnia milicja tłumi strajki, a prasa milczy, bo jej każą milczeć. A Medivarius – starała się nie patrzeć w stronę Heny, ale ich spojrzenia i tak spotkały się na chwilę – nie ma szans, nie z robotnikami przeciwko armii i jej golemom. Ale gdybyśmy wsparli rewolucję jako wspólny front – pięścią uderzyła w otwartą dłoń – byliby zmiażdżeni. Szara strefa jest w Tevirze i Ladannie silniejsza niż konstruktorzy Akademii.
– Liczniejsza – poprawił ją smętnie sączący piwo były dziekan wydziału magii parowej – i co z tego? Jesteśmy do niczego.
– Nie bylibyśmy do niczego, gdyby wam było tak blisko do roboty jak do chlania – zauważyła jakaś kobieta.
– A co nam zostało? – spytał były dziekan.
– To nam zostało – przerwała spór Essai – że powinniśmy się lepiej zorganizować.
– Pff! To my w ogóle jesteśmy jakoś zorganizowani?
Temat jednak bardzo krótko pozostał przy rewolucji jako takiej. Natychmiast rozgorzała kłótnia, która z grup – konstruktorzy czy nekromanci – miałaby być siłą napędową tejże. Rzekoma przewaga jednej sztuki nad drugą była w Zaułku stałym punktem zapalnym i choć dzisiaj przewagę liczebną mieli akurat nekromanci, konstruktorzy krzyczeli znacznie głośniej. Pojawił się nawet argument, że nie przesądy doprowadziły do delegalizacji nekromancji, ale jej przestarzałość będąca przyczyną marnotrawstwa czasu i zasobów.
Nie doszło na szczęście – prawie nigdy nie dochodziło – do bójki. Adepci sztuk magicznych, nawet sfrustrowani i wynędzniali, stosunkowo rzadko dawali komuś po mordzie.
– Jutro turniej, zobaczymy. – Potężny głos Starego Snara przebił się ponad pozostałymi. – Robicie zator.
Turniej? Jutro? Hena przeliczyła dni i nic jej się nie zgadzało. Turniej odbywał się na początku jesieni. Kiedy zmarł Hob?
Dawno, uświadomiła sobie. Wiele tygodni temu.
Jeśli turniej faktycznie rozpoczynał się już jutro, i tłum, i emocje były zrozumiałe. Na tevirskim wysypisku pojawić się miało przynajmniej dwa razy tyle osób co normalnie, a przecież poza Zaułkiem nie było tu nic interesującego. Chyba, że ktoś wolał odwiedzać łóżka mieszkańców Cytadeli. No albo zbierać magiczny złom, ale tego Hena nie zaliczyłaby do rozrywek. Nie kiedy było tak mokro i ślisko jak ostatnio.
Czemu nikt jej nie spytał, czy będzie brała udział w turnieju? Zdążyła zaprojektować konstrukta na ten rok – gdyby się nie zagapiła, dałaby radę. Może nawet wygrałaby jak w zeszłym roku.
Czemu byli dla niej tak okropni? Znała ich przecież niemal wszystkich, przynajmniej z widzenia. W końcu, ile osób może być wtajemniczonych w istnienie takiego lokalu, żeby jednocześnie nie został odkryty? Wiedzieli doskonale, że Hob zastępował jej rodzinę, a patrzyli na nią z taką pogardą, jakby opłakiwała śmierć zaległej w łóżku pluskwy. Pewnie cieszyło ich, że się „nareszcie” zapił. „Stary pijak” powtarzali za jego plecami, by zaraz plotkować o tym, jak przed trzydziestoma laty, jako cesarski żołnierz, krwawo tłumił robotnicze powstanie. Nikt nie pamiętał, że pobór był przymusowy.
– Mendy – mruknęła. Chciała krzyczeć, ale zawiodło ją gardło.
W dodatku przyszedł zaraz Stary Snar i zaczął wmuszać w nią zupę, jakby była dzieckiem. Jeszcze podobno na koszt firmy, dla najlepszej klientki. Ale nagród nie powinno się chyba wręczać na siłę, wygłaszając truizmy. Szczęśliwie także on nie wytrzymywał z nią teraz więcej niż kilka minut.
Ale Snar był akurat uprzejmy dla Hoba do końca jego dni, nawet kiedy czasem odmawiał mu dolewki. Nie to, co inni... Alkohol dodawał jej odwagi i podsycał gniew. Wiedziała, jak się rzuca klątwy i była dostatecznie cierpliwa, ażeby przekląć każdego po kolei. Albo mogłaby rozszarpać wątki, w które spleciony był cud na ich konstruktach – rozpadłyby się zanim by zauważyli. Tylko nie mogła się skupić. Myśli pływały w różne strony, a ona nie mogła ich w żaden sposób uporządkować.
Kiedy jej wzrok padł na zdemontowany nekromantyczny konstrukt, którego części walały się teraz po jednym ze stołów, momentalnie zapomniała, o co i do kogo ma pretensje. Nie chodziło o to, że konstrukt był tak niesamowity. Przeciwnie, grzebiąca przy nim dziewczyna musiała się jeszcze wiele nauczyć.
Połączone z pomocą nekromantycznych wątków szczątki mogłyby uchodzić za rzeźnicze odpadki, pod warunkiem, że należałyby do bardzo ubogiego rzeźnika, który ponad świnie i krowy preferował szczury i żaby. Ich faktyczna właścicielka była Henie obca, pewnie przyjechała na turniej, ale nekromantka-konstruktorka bynajmniej nie wróżyła jej zwycięstwa. Dziewczyna musiała dwa razy nakreślić wątek łączący przednią kończynę z tułowiem, nim ta zaczęła wrastać w odpowiednie miejsce. Na dodatek, choć stworzona z pomocą cudu, nekromantyczna tkanka wydawała się gruba i mocna, w rzeczywistości była tylko wypadkową komórek, jakiej nigdy nie wytworzyłby żywy organizm.
Nic dziwnego. Hena w życiu nie zabrałaby się za naprawę w takich warunkach. Porządny konstrukt wymagał czasu. I precyzji – powolnego składania ze sobą wszystkich elementów, nadzorowania rosnących tkanek centymetr po centymetrze.
W zasadzie im dłużej Hena się przyglądała, tym większą miała pewność, że nekromantyczny konstrukt rozpadnie się przy pierwszym starciu – albo i wcześniej, przy pierwszej lepszej okazji. Dlaczego inni tego nie widzieli? Wystarczyło wczuć się w drgnięcia magii, szarpane i gwałtowne jak oddech zdychającego zwierzęcia.
Może dlatego, że zbyt wielu oceniało nekromantyczne twory tak jak zwykłe konstrukty – kawał solidnej blachy nie rozpadnie się na pół. A przecież obie sztuki w niczym się wzajemnie nie przypominały. Przynajmniej nie powinny, bo tak długo jak nekromanci próbowali upodobnić się do konstruktorów, tak długo musieli ponosić porażki. Hena nie przypominała sobie, by turniej w Zaułku wygrał jakikolwiek nekromanta poza nią, a ona akurat łączyła obydwie dziedziny.
Krążący w żyłach alkohol podpowiedział Henie, że powinna z tą dziewczyną, właścicielką konstrukta, porozmawiać. Musiała tylko wpierw sprostać wyzwaniu przeciśnięcia się przez zatłoczoną izbę, co w jej stanie nie należało do najłatwiejszych. Niestety sprostała.
– Pierwszy raz w Za-uł-ku? – spytała, przysiadając się.
Zagadnięta podniosła głowę. Cholera, brzydka jest, pomyślała Hena i mały włos, a wypaliłaby to głośno. Dziewczyna miała twarz okrągłą jak u świni, a do tego krzywy, nieproporcjonalnie duży nos, popękane usta i paskudną cerę.
– Drugi – odparła. – Rozmawiałyśmy kiedyś.
Przynajmniej nie wydawała się mieć pretensji, że Hena jej nie poznaje. W zeszłym roku, po spektakularnym zwycięstwie, rozmawiała z całą masą różnych ludzi. A większość wydawała się znacznie ciekawsza.
– A nazywasz się?
Znajoma-nieznajoma musiała się właśnie zorientować, jak wiele Hena zdążyła już wypić, bo jej zmarszczone oblicze zdradziło, że chętnie skończyłaby tę rozmowę najszybciej jak to tylko możliwe.
– Erra.
Erra, Erra... Nieważne, to nie była historia miłosna, żeby dochodzić, jak się zaczęła. Może Hena poszłaby do łóżka z kimś tak brzydkim, ale na pewno nie z kimś, kto buduje tak słabe konstrukty.
– Więc, Er-ro – wskazała leżącego bezwładnie konstrukta – to się rozpierdoli.
Cholera, wcale nie to chciała powiedzieć. Chciała być, no przecież, delikatna, tylko słabo jej szło układanie słów. Erra wyglądała teraz jak skarcone szczenię, spuściła głowę, a z oczu chyba poleciały jej łzy – spływały prosto na konstrukta. Henie aż się zrobiło żal i chciała ją nawet pocieszyć, tylko nie bardzo wiedziała, jak to się robi.
– Ej no, chciałam powiedzieć, że...
Chciała jej wytłumaczyć, że przy kreśleniu wątków ważne jest natężenie użytej mocy, że runę teph powinno się zaczynać od najmniejszego, do połowy maksymalnego, a przy kolejnych runach, już tych po stronie tułowia, powinno się zaczynać właśnie od połowy i dalej nie zmniejszać natężenia aż do końca nastroju. W taki sposób, aby serce konstrukta, nastrój eplethu łączący wszystkie pozostałe, miał w sobie maksymalne stężenie cudu. Wtedy konstrukt jest o wiele bardziej stabilny. Nawet jeśli zrobi się to mało dokładnie, bo w niedoświadczonych rękach zazwyczaj wychodzi mało dokładnie.
Tak, to właśnie chciała powiedzieć. Tylko jakoś jej nie szło.
– Heno, daj jej spokój. – Czyjeś męskie dłonie wylądowały na ramionach nekromantki-konstruktorki. – Zignoruj ją, ma trudny czas.
Trudny czas? Bardzo trudny, nie mogła się wysłowić! Chyba, że... Hena znów przypomniała sobie o śmierci Hoba. Musiał jej przypominać? Wszyscy powtarzali, że żałobę trzeba przejść, ale Hena wcale nie miała ochoty niczego przechodzić. Chciała trwać gdzieś obok. Wyjść ze strumienia pędzących za sobą dni i przycupnąć na brzegu.
Nari – bo to był Nari, przecież nie mogłaby go z nikim pomylić – odprowadził ją do jej mieszkania w Cytadeli, sieci jakże nieefektownych korytarzy opatrzonych jakże efektowną nazwą. Kiedy kładł ją do łóżka, pociągnęła go za sobą i przytuliła. Był miękki i pachniał świeżym praniem, zupełnie inaczej niż jej cuchnąca papierosowym dymem pościel.
– Boję się – powiedziała mu.
Naprawdę się bała, nie wiedziała tylko czego. Pod wpływem impulsu spytała, czy ma opium, bo zazwyczaj miał, nawet jeśli akurat obiecywał sobie nie palić więcej. Z jego pomocą odpływało się o wiele dalej niż po alkoholu, a opary nie były wcale gorzkie – dlatego reszta nocy zatonęła wśród dymu.

II
Nared obudził się nagi w cudzym łóżku. Nie była to rzecz, która zdarzyła mu się po raz pierwszy, ale po raz pierwszy nie pamiętał, kto jest tego łóżka właścicielem, a ponadto żywił głębokie przekonanie, że gdyby nie opium i alkohol, nigdy by się w nim nie znalazł. Łóżko było wilgotne od potu, śmierdziało papierosowym dymem, a mieściło się w jakiejś ciemnej i dusznej norze, w której ledwie dało się złapać powietrze. Najchętniej wybiegłby stamtąd, ale był na to zbyt skołowany.
Poczuł, że uderzył o dno, a dno okazało się znajome i wygodne jak fotel, w którym siaduje się codziennie od lat. W zasadzie, gdyby nie widok błękitnego skrawka nieba ponad ścianami urwiska, mógłby na tym dnie zostać.
Cholera.
Gdy myśli nabrały rozbiegu, przypomniał sobie wreszcie gdzie jest. U Heny, która spała teraz zaledwie na wyciągnięcie ręki od niego, spokojna, niespodziewająca się jeszcze okropnego kaca, z jakim przyjdzie jej się mierzyć po przebudzeniu. Nared pomyślał, że powinien zabrać stąd resztki alkoholu, zanim przyjaciółka się obudzi, może nawet zamknąć ją tutaj i oddać klucz Felisie, żeby potrzymała ją tu parę godzin – aż wytrzeźwieje, uspokoi się. Inaczej czekał ją marsz śladem Hoba.
Znali się z Heną od lat i to było w tym najgorsze. Inaczej uznałby po prostu, że każdemu się zdarza i wymazał ten poranek z pamięci. Ale Hena... Poznali się w trakcie studiów na Cesarskiej Akademii Konstruktorów. Jako jedni z nielicznych nie pochodzili z zamożnych, konstruktorskich rodzin – ona studiowała dzięki stypendium wojskowemu dla najzdolniejszych, on wolał się zadłużyć na grube tysiące niż później odbywać służbę. Obydwoje mieli podobne problemy i podobną ambicję – nic dziwnego, że znaleźli wspólny język.
Wciągając spodnie, Nared czuł zażenowanie samym sobą. Nigdy nie przyznałby się Henie, że była jego księżniczką – zwyczajną dla wszystkich, a dla niego najpiękniejszą, najmądrzejszą i najbardziej uroczą istotą pod słońcem. Rozmawiając z nią gubił się we własnych myślach, jak na zakochanego głupca przystało. A ona, jak z kolei przystało na księżniczkę, wydawała się najbardziej niedostępną ze wszystkich kobiet.
Co się z nimi stało od tamtego czasu? Wyobrażał sobie delikatne pocałunki przy świetle księżyca, a skończył z nią w tym chlewie po ordynarnej, pełnej pijaństwa nocy.
Co się stało, Heno?
Usiadł na skraju łóżka, chowając twarz w dłoniach. Pamiętał, że rano musi się pojawić w pracy, w Akademii, ale pod ziemią nie widać było słońca, a on bał się spojrzeć na zegarek. Bo gdyby się okazało, że już pora, musiałby się wyrwać z tego odrętwienia, pogonić natrętne myśli i ruszyć ku zwyczajności, w której nikt nie wiedział, co zaszło tej nocy.
Ostatecznie przekonało go to, że Hena w końcu się obudzi i będzie musiał spojrzeć jej w oczy. Podniósł leżącą na ziemi koszulę. Wieczorem była jeszcze czysta, ale teraz stanowczo nie nadawała się na wizytę w Akademii – zupełnie jak on sam. Musiało cuchnąć od niego alkoholem, a jeszcze miał wrażenie, że poci się jak samowar.
Co mu strzeliło do głowy, że postanowił pić razem z Heną? Nie mógł sobie przypomnieć tamtego momentu. Przecież powinien próbować namówić ją do trzeźwości... Sam też nie zamierzał wczoraj pić. Miał tylko zostawić w Zaułku wiadomość.
Kiedy wyszedł na korytarz, to oczywiście Felisa przyłapała go wychodzącego z mieszkania Heny. Spojrzała na niego znacząco. Nie należała do plotkar, więc pewnie wystarczyło tylko prosić, a jednak Nared nie potrafił się przemóc i otworzyć ust. Nie miał siły nawet myśleć o tym. Zanim zdążył zebrać się w sobie, Felisę zdążył pochłonąć przerywany magicznym światłem półmrok Cytadeli.
Na zewnątrz pogoda była okropna – ciemno jak w nocy, mokro jak po ulewie. Jesień w tym roku postanowiła nie zwlekać z uczynieniem Teviru paskudną błotnistą breją. Jak co roku na czas zawodów wokół Zaułka rozstawiono namioty, jednak aura wybitnie takim rozwiązaniom nie sprzyjała. Część musiała zostać zalana przez noc, bo Nared wszędzie widział suszące się szmaty. Ich właściciele kulili się teraz przy ogniskach, prowadząc dyskusję złożoną głównie z niewyraźnych pomruków.
Przez moment Nared miał ochotę podejść do nich i ogrzać się przy ogniu, ale zrezygnował. Strata czasu. Szybkim krokiem ruszył ku ścieżce prowadzącej do granic wysypiska. Tu, z dala od Zaułka teren nie był już tak przyjazny i swojski. Hałdy konstruktorskich odpadów rozpalały się pod każdym jego krokiem, grożąc wyładowaniem. Wielu już zginęło w ten sposób, co najmniej kilka osób w roku. Nared mijał co jakiś czas osmalone ślady.
No tak, eksplozje przynajmniej zostawiały ślady. Tych, których magia wysypiska wciągnęła pod powierzchnię nigdy nawet nie znajdowano.
Nared wiedział, że śmierć rzadko zdarza się na oznaczonych ścieżkach, zwłaszcza tym w miarę trzeźwym, jednak mur okalający wysypisko przeskakiwał z szybciej bijącym sercem.
Za murem leżało wysypisko zupełnie innego rodzaju – Doły były dzielnicą, w której lądowały niepotrzebne części miasta. Walące się domy czynszowe, cuchnące moczem zaułki, kwartały błotnych kałuż udających ulice. Tu także odbywał się recykling, ale nie magii, tylko ludzi. Robotnicy wyrywali się stąd, zużywali na usługach silniejszych i wracali, aby znów czekać, aż ktoś będzie ich potrzebował, pozwalając im na kolejny krótki żywot między umieraniem. A cały ten spektakl rozgrywał się w powietrzu napływającym znad fabryk, szarym od pyłu i sadzy, przyklejającym się do człowieka prawie tak dobrze jak nędza.
Sam Nared mieszkał kawałek dalej, w Czystce usiłującej zerwać ze złą sławą Dołów i przyrosnąć do znacznie schludniejszego Neehat pełnego rzemieślniczych warsztatów, niewielkich sklepików i ludzi udających, że są skądinąd.
Jego kamienica była w tym wszystkim jak wrzód na z trudem leczonej tkance. Miała swoje lata i wcale się z nimi nie kryła – co i rusz stara rynna, gzyms, dachówka czy inny złom spadały pod nogi lub prosto na głowy przechodniów. Niewiele się też różniła od sąsiadek z Dołów – goła cegła, żadnych ozdób, okna w różnych rozmiarach. Na dodatek Nared miał dla przykładu od frontu dwa okna, podczas gdy jego sąsiad z piętra niżej tylko jedno.
Gdy się tu wprowadzał, bał się, że budynek zostanie wkrótce zburzony, jednak ktokolwiek chciałby o tym wspomnieć, musiałby najpierw przekrzyczeć głośne protesty pani Gerogh, właścicielki domu. A Nared nie poznał jeszcze nikogo, kto potrafiłby przekrzyczeć panią Gerogh. Na pewno nie potrafił tego pan Tarbanden, zarządca dzielnicy i jej daleki kuzyn ze strony matki.
Tego dnia główne wejście stało jak zwykle otwarte. Zamek zaciął się jeszcze zanim Nared zdążył się tu wprowadzić i od tamtego czasu nikt nie postanowił go naprawić. Przynajmniej dzięki temu wiatr wyganiał z wnętrza przynajmniej część stęchlizny – i bez tego drewniane schody wydawały się porastać mchem. Gdy Nared wspinał się po nich, nieustannie atakowały go wyobrażenia przegniłej konstrukcji, która zarywa się, zabierając go ze sobą w dół.
Stuk, stuk, stuk – powtarzało echo i w tym samym rytmie stukał kac w jego głowie.
Zdyszany i spocony stanął pod drzwiami mieszkania. Drżącymi rękami sięgnął do kieszeni po klucze, gorączkowo przypominając sobie wszystkie okazje, w których mógł je zagubić. Znalazł na szczęście, ale zanim zdążył wepchnąć je do zamka, drzwi otworzyły się same.
– Czemu nie pukasz? – spytał Ramel, jego młodszy brat.
Wyglądał, jakby dopiero wstał, a wcześniej spał w ubraniu – zwykle tak robił, gdy Nared go nie pilnował, a pilnował rzadko. Włosy miał w nieładzie, koszulę wygniecioną i do połowy rozpiętą, spodnie... One akurat wyglądały, jakby nurkował w śmietniku, a nie jakby w nich spał, ale dopełniały nędznego obrazu całości. Nared pomyślał z żalem, że obaj byli w tym momencie siebie warci. I dobrze komponowali się z ogólną nędzą kamienicy.
– Myślałem, że wyszedłeś – burknął Nared, ale tak naprawdę nic nie myślał. Po prostu zapominał czasem o bracie, z którym od prawie dwóch lat mieszkał pod jednym dachem.
Przepchnął się między Ramelem a framugą, z ulgą rejestrując, że przynajmniej w mieszkaniu jest czysto. Może i podłogi były dawno niemyte, dywany nietrzepane, a zasłony nieprane, ale mimo wszystko Ramel wykazywał dość nietypową jak na chłopca w jego wieku – jak na chłopca w ogóle – potrzebę sprzątania. Układał rzeczy niemal kompulsywnie i chociaż Nared był nareszcie w stanie znaleźć cokolwiek we własnym mieszkaniu, trochę się niepokoił.
Będą uważać go za zniewieściałego, pomyślał, otwierając szafę w poszukiwaniu czystego ubrania. Tam również panował porządek. Żaden kąt się nie uchował.
– Piłeś – stwierdził Ramel, stając w wejściu do sypialni. Splótł ręce na piersi, zupełnie jak żona robiąca mężowi awanturę.
Wytrącił Nareda z rytmu, nekromanta pogubił się w guzikach właśnie zapinanej koszuli. Aż tak to widać? Trochę nim zarzucało, ale bez przesady. To pewnie zapach. Cholera jasna, nie miał czasu na kąpiel.
– Co masz na czole?
Miał coś na czole? Spojrzał w lustro. Jakieś zadrapanie czy cholera wie co. Jakby przy goleniu naprawdę mocno nie trafił w cel.
– Nie wiem. Nie pamiętam – powiedział z całą szczerością, a i tak czuł się, jakby Ramela okłamywał. Młody świdrował go oczami.
„Piłeś” – wyrzucał mu Ramel, ale była w tym również jakaś ulga. Tylko piłeś – nie wrócisz jak kiedyś, z posiniałym ciałem, z czerwonymi rękawami koszuli i dzikim spojrzeniem.
To było dawno, bardzo dawno – miał ochotę odpowiedzieć Nared, ale wcale nie było tak dawno. Zwyczajnie postarał się, żeby wspomnienie wyblakło. Tak jak wyblaknie wspomnienie Heny, które teraz Ramel zdawał się zdzierać oczami z jego nagiej skóry.
– Jak wyglądam? – spytał Nared, poprawiając rękaw surduta i dopinając pominięty guzik kamizelki.
– Jak ty, tylko udający, że nie jesteś tobą.
Czyli nie za dobrze. Nared skrzywił się. Potłukł lustro w zeszłym tygodniu i nie miał czasu kupić nowego. Pewnie przydałoby się znaleźć grzebień... Jak zawsze czekał na stoliku nocnym, ułożony równolegle do zegara.
– Kiedy wrócisz?
Nared bez trudu wychwycił drugie dno tego pytania – czy w ogóle wrócisz?
– Pewnie wieczorem – odparł wymijająco. Od dłuższego czasu jego dni to była jedna wielka wypadkowa. – Nie idziesz do Zaułka na turniej?
Ramel zdążył już uciec do sąsiedniego pokoju i chyba nie zamierzał odpowiadać. Nared poczuł się źle z ta jego ciszą, więc choć wskazówki zegarka goniły go nieustannie, postanowił zajrzeć jeszcze do brata. Ramel siedział w salonie na co dzień służącym Naredowi za warsztat – wszędzie walały się tu śruby, przekładnie i resztki lśniącego cudu, a pod ścianą czekała na wpół ukończona machina. Teraz doszły do tego jeszcze zwierzęce szczątki na stole, większość na tyle pokiereszowana, że z trudem można było rozpoznać gatunek. Ramel dłubał nożem w jakiejś myszy, rozkrawając ją na coraz mniejsze kawałeczki.
– Starałem się brać jak największe kawałki, ale trudno znaleźć takie, które nadają się do ożywiania – wyjaśnił tonem usprawiedliwienia, gdy zdał sobie sprawę, że Nared obserwuje jego pracę.
Nared wiedział, że nauczenie brata nekromancji to głupi pomysł, zły na wszelkie możliwe sposoby, a jednak chłopak miał ewidentnie talent i nudził się spędzając całe dnie sam w domu.
– Jesteś przygotowany na turniej?
Ramel wzruszył ramionami. Nared nauczył się już, że milczenie zazwyczaj oznacza u brata nerwy, a naciskanie jedynie prowokuje go do ucieczki.
– Idziesz dziś do panny Maren? – spróbował zamiast tego.
Mieszkańcy Teviru nie należeli do pruderyjnych, ale cesarskie prawo owszem. Powszechnie odmawiano nieślubnym dzieciom praw i jak długo Nareda nie było stać na łapówkę, która mogłaby zapewnić bratu dokumenty, tak długo nie mógł wysłać go do szkoły. Nauka u panny Maren pozostawała jak na razie jedynym rozwiązaniem.
– Jest chora. Już drugi tydzień. Mówiłem ci.
No tak, mówił. Nared o wszystkim ostatnio zapominał.
– Ramel ja... Będę dzisiaj. Obiecuję.
Chłopak skinął głową, a jednak wydawał się nieprzekonany. Nared go nie winił – sam by sobie nie uwierzył. A jednak dzisiaj czekał go tylko dzień pracy pod czujnym okiem Redaiena, nic więcej.
Właśnie, Redaien. Nared spojrzał na zegarek – zostało mu pięć minut i ani cienia szansy, że będzie o czasie. Mimo to zbiegł po schodach, niemal unosząc się nad stopniami i mając nadzieję zmieścić się przy najmniej na bezpiecznym marginesie.

III
Bryła Cesarskiej Akademii Konstruktorów sama przypominała Koemowi konstrukta – wielkiego, ciężkiego i niezgrabnego. Niewyspany i zziębnięty wysiadł z dorożki prosto w kałużę, by stanąć przed potężnym gmachem górującym nad miastem jak forteca i tak samo, jak na jego skromne możliwości, trudnym do zdobycia. Od wejścia dzieliło go kilkadziesiąt stromych stopni, a wspomaga magią winda parowa pozostawała do wyłącznej dyspozycji pracowników i studentów Akademii. On zaś, przynajmniej na razie, nie zaliczał się do żadnej z tych grup.
Ale dzięki wspinaczce miał przynajmniej czemu przypisać swoje miękkie nogi i galopujące serce. Bo tak naprawdę czuł się jak oszust przed latami planowanym skokiem. Jego gra opierała się dotąd na niedomówieniach i robieniu dobrego wrażenia na laikach – a konstruktorzy nie byli laikami. Jedno słowo za dużo, a zaczną być podejrzliwi. Dwa słowa za dużo, a zrozumieją, w jaki sposób doszedł do swoich odkryć.
Koem spojrzał ponuro na dwa stojące przed wejściem golemy – ich zakończone szponami dłonie nie służyły raczej do pomocy w magazynach. Obserwował kiedyś, jak kilka takich rozgoniło robotniczą demonstrację. A w zasadzie jeden. Wystarczyło nabić przypadkowego wywrotowca na jedno z tych ostrzy, a reszta straciła zapał do walki.
Przechodząc między golemami, Koem minął je z największej możliwej odległości.
Wnętrze Akademii miało w sobie coś przytłaczającego. I nie chodziło o nadmierną wystawność. Nie, władze Akademii nie pokusiły się o nic więcej poza spoglądającymi z góry obliczami zasłużonych, a marmury dawno już nie robiły na Koemie wrażenia. Chodziło o ciężar unoszący się w samym powietrzu. Ale też nie ciężar tradycji, jaki czuł w bibliotece Uniwersytetu Alhambrii – ciężar powagi. I dumy z powierzonego zadania. Koem czuł się nim przygnieciony nie mniej niż podczas pierwszej wizyty w cesarskim pałacu.
Stojący za kontuarem portier, nieco już wysuszony wiekiem dżentelmen w okularach, wzrok też miał nie lżejszy od cesarskich ministrów. Na widok Koema odchrząknął głośno.
– Proszę podejść – zakomenderował.
Koem posłusznie wykonał polecenie, myślami wciąż będąc przy miniętych w wejściu monstrach. Kto nimi sterował? Nie widział w pobliżu żadnego konstruktora. Chyba, że portier nie był jedynie zwykłym portierem...
Nie. Te lodowate błękitne oczy mogłyby posyłać ludzi na śmierć, ale przecież żadnemu konstruktorowi nie kazano by wykonywać tak pośledniej pracy. Fantazja go ponosiła.
– Pan wie, że tu nie wolno wchodzić?
Obcym – tego staruszek nie dodał, ale informował o tym każdy napięty mięsień jego twarzy. Oby naprawdę nie był konstruktorem
– Nazywam się Koem Gariet. Byłem umówiony z profesorem Redaienem.
Staruszek rzucił mu pełne niedowierzania spojrzenie znad okularów i Koem poczuł się jak mały chłopiec przysięgający, że to nie on zjadł wszystkie cukierki.
– Kto by pomyślał?
Koem wolał się nie przekonywać, jak to jest z tymi Golemami. Sięgnął do kieszeni po kopertę z pieczęcią arcyksięcia Elika i pokazał ją mężczyźnie. To wywarło niejakie wrażenie. Z pewnością nie dlatego, że rzadko zdarzali się tu protegowani arcyksiążat, a raczej dlatego, że Wielita, którą władał Elik, położona była na drugim końcu cesarstwa.
– Profesor Redaien powinien być w swoim gabinecie, w katedrze magii eksperymentalnej. To trzeci poziom piwnic. Zaprowadzić pana?
– Nie, dziękuję, sam znajdę drogę – odparł Koem zdecydowanie zbyt szybko. – Nie chciałbym pana kłopotać – dodał z przepraszającym uśmiechem.
Zanim jednak Koem ruszył w drogę, portier musiał wpisać jego nazwisko do olbrzymiego rejestru i wyposażyć go w oficjalną zgodę na przebywanie w murach Akademii. Dopiero wtedy mógł ruszyć ku schodom. Co ciekawe, faktycznie mieli tu trzeci poziom piwnic. Koem trochę się obawiał, że to tylko wymysł na potrzeby nieproszonych gości.
Swoją drogą, ciekawe, jak bardzo trzeba kogoś nie lubić, żeby umieścić jego gabinet na trzecim poziomie piwnic. Arcyksiąże Elik zapewniał wprawdzie, że profesor Redaien jest w Tevirze poważanym autorytetem, ale Koem zaczynał mieć co do tego wątpliwości. Zwłaszcza, gdy natknął się na jednego ze współpracowników profesora.
Nie mógł być studentem, bo idąca przed Koemem młoda dama nie odpowiedziałaby na jego powitanie poważnym „Dzień dobry, panie Abaloth”, a na profesora był zdecydowanie za młody. Najchętniej Koem powiedziałby też, że zbyt skacowany, ale światowe obycie zdążyło pozbawić go złudzeń. W zasadzie, gdyby nie eleganckie ubranie, Abaloth wyglądałby jak kloszard. Brudne i potargane włosy, przekrwione oczy, zarośnięte policzki. Może był nie tyle już skacowany, ale jeszcze nie do końca trzeźwy, skoro postanowił w takim stanie przyjść do pracy. Zapukał do drzwi gabinetu Redaiena, a gdy odpowiedziało mu głośne „Wejść!”, uchylił je na oścież i złożył ukłon głęboki jak przed cesarzem.
– Nared Abaloth – usłyszał Koem. Słowa opadały ciężko jak stalowe sztaby, a w ślad za nimi poleciał w adiunkta opasły tomik, przed którym cel ledwie zdążył się uchylić. – Pan jest pijak, łachmaniarz i wałkoń! – W ślad za książką poleciał kubek. Abaloth złapał go tuż nad podłoga. Jak na skacowanego miał naprawdę dobry refleks. – Niech się pan weźmie do pracy i proszę mi się na oczy nie pokazywać!
Koemowi przyszło do głowy, że jeśli to był profesor Redaien, to też umieściłby go na trzecim poziomie piwnic. Adiunkt, ukłoniwszy się raz jeszcze, odmaszerował posłusznie, a raczej odbiegł – odprowadzany przekleństwami, których Koem nie odważyłby się powtórzyć.
Nim zapukał do drzwi, odczekał dłuższą chwilę, mając nadzieję, że gniew Redaiena zdąży nieco ostygnąć.
– Na twoim miejscu bym tu nie wracał, Abaloth!
Koem nie widział innej opcji jak wejść, jednocześnie przygotowując się na unik. Wątpił jednak, czy nawet na trzeźwo da radę dorównać refleksem Abalothowi.
Redaien siedział za biurkiem i kreślił pospieszne notatki. Był mężczyzną w sile wieku. Wysokim i postawnym, w eleganckiej ciemnozielonej kamizelce, o szlachetnych rysach podkreślonych przez starannie wypielęgnowaną brodę. Tak przystojnym, że gdyby Koem był kobietą, specjalnie mdlałby, żeby trafić w jego ramiona.
– Słucham? – rzucił oschle.
– Koem Gariet. Zapowiadałem się.
Tym razem miał wrażenie, że tłumaczy się nie z cukierków, ale z popełnionego w sposób nader brutalny morderstwa. Redaien zlustrował go od stóp do głów.
– Z pana jest młokos – stwierdził.
Na takie dictum Koem nie bardzo umiał odpowiedzieć.
– Ymm?
– Oczekiwałem kogoś starszego, kogoś z doświadczeniem, z wiedzą. Kogoś, kto tych alchemików niemalże pamięta. A pan... – Redaien otrząsnął się z niesmakiem. – Pan się nie nadaje.
Żeby pamiętać czasy funkcjonowania w Tevirze Gildii Alchemików, Koem musiałby mieć na karku przynajmniej trzysta lat. Cóż, arcyksiąże Elik wspominał, że Redaien bywa wymagający, więc może nie powinien się dziwić.
– Och.
– Proszę zamknąć drzwi i siadać.
Profesor machnął niecierpliwie ręką, wskazując mu fotel po drugiej stronie biurka.
Wchodząc do środka, Koem musiał sobie nieustannie przypominać, że miał sprawiać wrażenie pewnego siebie – wszelka odwaga rozbijała się o niewzruszone oblicze Redaiena jak statki na morskich skałach. A i otoczenie nie pomagało. Wnętrze gabinetu profesora przypominało wnętrze konstrukta – żadnego drewna, tylko dziwaczne metalowe ustrojstwa, które zdawały się móc w każdej chwili poruszyć. Wydawało się Koemowi dotąd, że półki nie potrzebują przekładni, podnośników ani dźwigni, ale najwyraźniej te w gabinecie profesora potrzebowały.
– Więc? – spytał Redaien, gdy tylko Koem zajął miejsce. Jego palce niecierpliwie zabębniły o biurko. – Co pan ma?
Koem sięgnął do walizki, by wyciągnąć z niej gruby plik papierów. Wszystko to były zbierane latami alchemiczne schematy i receptury oraz wszelkie, nawet najmniejsze, wzmianki na temat ich używania. Nie wydawało się to może dużym osiągnięciem, ale praca była w istocie tytaniczna. Inkwizycja wykazała się swego czasu nadzwyczajną gorliwością przy wymazywaniu tej sztuki i w porównaniu do niej wciąż zakazana wiedza nekromantów wydawała się wręcz powszechna.
Redaien wyrwał mu pierwszą kartkę z brzegu i szybko przebiegł wzrokiem po tekście. Skrzywił się niezadowolony.
– Proszę pana, ja nie mam pojęcia o symbolach alchemicznych i nie mam też dzisiaj ochoty na długą lekturę. Pisemne spostrzeżenia mógł mi pan wysłać pocztą, teraz niech pan mówi.
Koem bał się, że nie wydobędzie z siebie głosu, więc tylko wyciągnął list od Arcyksięcia Elika.
– Proszę nie zawracać sobie tym głowy. – Redaien nie dał sobie wręczyć listu. – Widziałem się z bratem w zeszłym tygodniu.
W nerwach Koem nie potrafił połączyć tych dwóch faktów i zaraz zdał sobie sprawę, że gapi się na profesora z na wpół otwartymi ustami.
– Arcyksiąże nie przyznał się panu, że jesteśmy spokrewnieni?
Koemowi przeszło przez myśl, że gdyby miał kogoś takiego w rodzinie, też by się do tego nie przyznawał. Arcyksiąże zawsze mówił o Redaienie jako o znajomym, nigdy o krewnym.
– Obawiam się, że nic nie wspominał.
– To mój przyrodni brat ze strony matki. Uważa mnie za kuriozum. Wyobraża sobie pan?
Koem sobie wyobrażał.
– Z wielkim entuzjazmem opowiadał mi – ciągnął dalej profesor – jaki z pana znawca. Ale – Redaien zawiesił głos, patrząc mu prosto w oczy – niech pan nie sądzi, że nie zdaję sobie sprawy, w jaki sposób naprawdę imponuje pan ludziom.
To był cios poniżej pasa. Koem czuł, jak oblewa go zimny pot. Najchętniej uderzyłby tego chama, ale wiedział, że nigdy nie zbierze się na odwagę. Nie należał do tych, którzy potrafią wywrócić stół i odejść, trzasnąwszy drzwiami.
– Swoją drogą, czy to prawda, że zajmuje się pan ogrodnictwem? – spytał Redaien tak, jakby nie zasugerował przed chwilą wszystkich najgorszych rzeczy i jednocześnie tak, jakby chciał wbić w niego kolejną szpilę. Albo nie zdawał sobie sprawy, czym jest uprzejmość, albo był skończonym skurwysynem. Koem nie potrafił rozstrzygnąć.
Samo to, jakoby Gariet zajmował się ogrodnictwem, było w zasadzie prawdą, ale prawdą z rodzaju sporych niedomówień. Po tym jak mistrz wyrzucił go z terminu, faktycznie zatrudnił się jako ogrodnik, lecz od tego czasu jego kariera uległa poważnej ewolucji.
– W pewnym sensie – odpowiedział z automatu, po raz tysięczny na to samo pytanie. Inaczej by nie mógł, wciąż zbyt był ogłuszony obcesowością Redaiena.
– I to pan ocalił ogród cesarzowej?
Właśnie tego rodzaju pytań Koem obawiał się najbardziej. Gdyby miał być z Redaienm zupełnie szczery, musiałby mu przyznać, że jest nie tylko aspirującym alchemikiem, ale również niedoszłym nekromantą. Tak bardzo niedoszłym, że w swojej edukacji zatrzymał się przy roślinach, a że jakoś musiał zarabiać na chleb, postanowił udoskonalać właśnie umiejętność przywracania nieszczęsnych ogrodów do życia.
– Yhm... Tak.
– I rozmawiał pan ze stuletnią wierzbą?
Koem zamrugał.
– Yyy, nie.
– Już miałem nadzieję, że jest pan szalony. Szaleństwo mogłoby przekonać rektora, młodość nie. – Redaien zadumał się na moment, zawieszając wzrok gdzieś ponad jego ramieniem, aż Koem się odwrócił. Nic tam oczywiście nie było. – Proszę mi powiedzieć, jak długo zajmuje się pan alchemią?
– Minął właśnie szósty rok.
Redaien prychnął. Nic dziwnego, sam zajmował się kontsruktami pewnie z połowę życia. Koem był dla niego nowicjuszem w świecie magii.
– I do czego pan doszedł? Do sterty legend? Nawet, gdyby potrafił pan ożywiać dotykiem drzewa uschłe przed stuleciem, nie przywróci nam pan alchemicznych upraw.
Tak się składa, że Koem potrafił wskrzeszać drzewa uschłe przed stuleciem, nawet takie przerobiono na meble, ale nie uznał za stosowne wspominać o tym. Zamiast tego sięgnął z powrotem do walizki, wyciągając zeń fiolkę oznaczoną błękitnym okręgiem. Odkorkował ją i nim Redaien zdążył zaprotestować, wylał zawartość na biurko.
Profesor zamarł z na wpół otwartymi ustami, gdy błękitny, delikatnie lśniący płyn przyjął kształt półkuli. Gdy zaś półkula ugięła się pod dotykiem Koema, by po ustaniu nacisku, natychmiast powrócić do pierwotnego kształtu, Redaien zdawał się nie oddychać.
– To gaemel – wyjaśnił Koem, czując jak spływa nań spokój. – Alechemicy używali go w pierwszych eksperymentach nad konstruktami. Nie potrzebuje żadnych glifów, grafów ani zaklęć, żeby utrzymać moc. Nie jest przy tym oczywiście tak efektywny jak rdzenie, ale stosunkowo prosty w wytwarzaniu i bardziej uniwersalny. Używano go do tworzenia sławnych „eliksirów”.
Koem zawyrokował już wprawdzie, że nie lubi Redaiena, jednak niespodziewanie zrozumiał, jak stanął on na czele katedry magii eksperymentalnej. Mimo całego sceptycyzmu i arogancji, nie próbował negować dowodów, ale wpatrywał się weń jak dziecko w upragnioną zabawkę.
– Widziałem to na rycinach – powiedział nabożnie. – Skąd pan to wziął?
– Jestem ogrodnikiem – odparł Koem nie bez triumfu.
Ich spojrzenia skrzyżowały się nad biurkiem. Koem wytrzymał. Niech się dziad udławi.
– Chyba jestem pod wrażeniem – przyznał Redaien z pewnym, mimo wszystko, ociąganiem. – Wystarczającym, żeby zrobić bratu tę przyjemność i porozmawiać z rektorem Laudoue. – Profesor sięgnął do szuflady po kartkę i pospiesznie zapisał na niej kilka słów. Koem z trudem powstrzymał odruch każący pochylić się w jej stronę. – Ma pan dla mnie coś jeszcze?
– Będę miał – zapewnił Koem.
W zasadzie już miał, ale strach przed tevirską milicją gotową zainteresować się twórcą równie niebezpiecznych narzędzi okazał się silniejszy niż chęć zaimponowania akademikom.
– Oby. – Redaien westchnął. – Praca dla Cesarskiej Akademii Konstruktorów stawia przed nami nieustające wymagania. Przekona się pan o tym. Proszę spojrzeć. – Wskazał na ścianę okrytą przyczepionymi doń zapiskami. – Jeśli milicja chce mieć w miesiąc tuzin golemów opartych na zupełnie nowej technice, której nikt nie zdążył wypróbować, milicja dostanie tuzin golemów. Pomyśleć, że katedra magii eksperymentalnej zajmuje się podobnymi bzdurami... Widzi pan, mamy tu katedrę konstruktorstwa obronnego, ale to ciemięgi. Mieliśmy im tylko pomóc we wprowadzeniu masowej produkcji, a skończyliśmy odpowiedzialni za cały projekt. – Spojrzał na Koema z naglą surowością. – Brakuje ostatnio w Akademii ducha wynalazczości, ale niech się pan wzniesie ponad to, panie Gariet.
Koemowi raz jeszcze przed oczami stanęła krew spływająca po łapach stalowej bestii. Tak więc był on tworem Redaiena – a przynajmniej stworzono go na podstawie projektu Redaiena. Wiedział do czego będzie wykorzystany? Godził się na to? Profesor nie wydawał się ani dumny, ani zawstydzony, gdy o tym opowiadał. A jak on się zachowa, jeśli jego praca zostanie wykorzystana w podobny sposób? Oczami wyobraźni widział już nie golemy rozrywające ludzi na strzępy, ale kwas palący skórę. Alchemiczne bomby roztrzaskujące kamień na tysiące odłamków. Jak by to zniósł?
Nijak, odpowiedział sam sobie. Nie pałał wielką miłością do cesarza ani tym bardziej do milicji, a jednak trzeba brnąć przez życie mimo wszystko.
– Jeśli pan pozwoli, panie Gariet, pożegnam się teraz z panem. Muszę wracać do pracy.
Koem nie chciał z powrotem rozdrażnić Redaiena, skoro ten postanowił na moment przestać być chamem, a mimo to zamarł z ręką na klamce. Istniała kwestia, o którą nie powinien pytać, a jednocześnie zbyt duże istniało prawdopodobieństwo, że Redaien posiada potrzebne mu informacje. Wydawał się też znacznie ponad donosicielstwo.
– Mogę w czymś jeszcze pomóc? – spytał profesor, widząc jego wahanie. W jego słowach wybrzmiewało więcej zniecierpliwienia aniżeli uprzejmości.
Na niedrażnienie profesora było już trochę za późno, więc Koem postanowił iść za ciosem.
– Zna pan nazwisko Heny Urettel?
Redaien wyglądał jak ktoś, kto obudzony w środku nocy odpowiadać musi na pytania o kwestie głęboko filozoficzne.
– Oczywiście – powiedział i wydało się Koemowi, że z trudem wstrzymuje zakłopotanie. A może też złość. – Skoro pan pyta, to pewnie pan wie.
Zabrzmiało jak oskarżenie. Koem oczywiście nic nie wiedział, strzelił na oślep i teraz czuł, jak po plecach spływa mu strużka potu. Tego mu jeszcze tylko brakowało, żeby na sam koniec wyprowadzić Redaiena z równowagi.
– Nie, przepraszam, ja tylko słyszałem, że była absolwentką Akademii. Przepraszam, jeśli pana uraziłem. – Koem ukłonił się. – Nie będę...
Nie dokończył, bo Redaien wszedł mu w słowo:
– Nie uraził mnie pan. Panna Urettel podjęła taką decyzję, jaką podjęła, a ja tę decyzję szanuję. – Profesor nie wydawał się ani trochę przekonany o jego niewinności. – Myli się pan jednak, panna Urettel nie jest absolwentką Akademii, ponieważ musiała porzucić naukę ze względu na wzrok. Pan... Widział się pan z nią ostatnio? Bo to pańska znajoma, prawda?
Koem poczuł się, jakby wszedł do beczki pełnej smoły, a potem okazało się, że to tylko brudna woda.
– Ymm... ja...
– Nie zna jej pan – stwierdził Redaien, chyba zawiedziony. – Niech pan żałuje, wybitna kobieta.
– Ymm, ten wzrok... Czy panna Urettel jest niewidoma?
Nazwisko Heny Urettel krążyło po ciemnych zaułkach Teviru od kilku miesięcy. Przekazywane z ust do ust razem z opowieścią o cudownie zmartwychwstałym Medivariusie. Koem nie wyobrażał sobie, że wskrzeszenia zmarłego przed trzystoma laty alchemika mogłaby dokonac osoba niewidoma.
Jednak Redaien skwitował to pytanie krótkim śmiechem.
– Ależ nie, panna Urettel nie widzi kolorów. Potrafiła odróżniać rdzenie na podstawie dotyku, proszę sobie wyobrazić. Sprawa nigdy nie wyszłaby na jaw, gdyby nie przeklęte ćwiczenia wojskowe. Bo widzi pan, panna Urettel studiowała na Akademii dzięki stypendium wojskowemu dla najzdolniejszych, a była niezdolna do służby. Tak, tak, nasi najzdolniejsi studenci zamiast do laboratoriów wędrują do koszar... – Redaien prychnął. – Sam rektor był przeciwny wydaleniu jej, ale głupie żołnierzyki uparły się, że musi ponieść karę za oszustwo. Wyobraża sobie pan? Tępe oficerki mogą narzucić swoje zdanie rektorowi Cesarskiej Akademii Konstruktorów! To jest skandal! – Profesor uderzył pięścią w stół, aż papiery pospadały. – A tak naprawdę, powiem panu i będę powtarzać wszem i wobec, że maczała w tym palce katedra konstruktorstwa obronnego, bo te małpy nie potrafiły znieść, że upokorzyła je kobieta. Ona jest warta wszystkich tych eunuchów i jeszcze kilku!
Koem słyszał wielokrotnie, że relacje między arcyksięciem Otonem, a arcyksięciem Elikiem układały się nieciekawie, mimo że rezydowali oni na dwóch krańcach kontynentu – teraz już wiedział dlaczego. Ale gdyby sam miał taką pozycję, też pewnie nie uważałby co i do kogo mówi.
– Przykro mi – zapewnił nekromanta, nie wiedząc, co innego mógłby powiedzieć.
– Przykro będzie kiedyś tej hołocie, kiedy wszyscy dowiedzą się, jakie z nich błazny. – Profesor drżał od gniewu. – Hena marnuje się pewnie teraz z mężem-kupcem czy innym durniem. A w zasadzie... – Redaien uznał chyba, że pobłądził w swym gniewnym monologu. – Czemu pan o nią pyta?
– Zdaje się, że mamy wspólnych znajomych.
Redaien na szczęście nie wypytywał, bo Koem nie miał na podorędziu żadnej innej wymówki. Widocznie aż tak nie spieszyło się profesorowi do szukania byłej uczennicy – dlatego też nekromanta nie ryzykował, powtarzając mu zasłyszane w Tevirze plotki. Zwłaszcza, że kogo jak kogo, ale arystokraty raczej nie pocieszyłyby związki Heny z rewolucjonistami.
Koem pożegnał się czym prędzej, zanim do głowy przyszło mu kolejne nieostrożne pytanie i z ulgą wyszedł na niemal pusty korytarz.
Niemal, bo jak sobie uświadomił, tuż za drzwiami stał wciąż z trudem przytomny Nared Abaloth i patrzył na Koema, jak gospodarz na muchę podczas uroczystej kolacji. Słyszał za dużo? Koem nerwowo oblizał wargi. Tacy jak on stanowili idealny materiał na donosicieli.
Skinął mu głową i odszedł, starając się zachować twarz konstruktora w pamięci.

*
Po wyjściu z Akademii, prosto w szare jesienne przedpołudnie, Koem czuł się nieswojo. I nie chodziło ani o niepewną przyszłość, ani o pogodę. Czuł się... śledzony? Obserwowany, w każdym razie. Za mocno przywykł do wschodu Cesarstwa, do sennej Wielity wraz z jej feudalnymi wsiami i miastami mniejszymi niż sama Cesarska Akademia.
Jeśli Odda była głową państwa, Tevir musiał być jej sercem, wiecznie ruchliwym, tętniącym życiem, nieustającym w biegu. Pełnym kominów fabrycznych, banków i kolei. Gdzie wszystko przechodziło z rąk do rąk, a ludzie z miejsca na miejsce. Cała ich rzeka płynęła teraz ulicą, wszyscy obcy i wszyscy tacy sami, wszyscy pod wiecznym ciśnieniem, na skraju wybuchu mającego objawić się rewolucyjnym szałem. Miasto pełne milicjantów, pełne łotrów, pełne zagrożeń.
Koem nie nadawał się na nekromantę, wiedział to od samego początku. Do życia na przekór prawu potrzebne są mocne nerwy i śmiałość w ryzyku. Sama nekromancja nie pomoże. Nie dlatego wprawdzie nekromantów paliło się na stosach, że byli niegroźni – ich siła jednak leżała w cierpliwości. Bo choć potrafili wpływać na żywe ciało tak samo ja na martwe, rzucenie nekromantycznej klątwy nie było kwestią sekund ani nawet minut. To było co najmniej kilka godzin pracy, a niewiele ofiar wykazywało się taką uprzejmością, by czekać tyle w jednym miejscu. Klątwę rzucało się, mając z daną osobą do czynienia po wielokroć, kawałek po kawałku – wzrastała ona w ciele niczym prawdziwa choroba.
Nie żeby Koem potrafił rzucić klątwę. Chyba, że na drzewo.
Z kieszeni płaszcza wyciągnął zegarek. Nie było już wcale wcześnie, ale przy odrobinie szczęścia Naulus spał jeszcze po nocnej zmianie albo zbierał się do śniadania. Nie będzie mu przeszkadzała nieobecność nekromanty, a może i on się załapie na posiłek. Rankiem nie był w stanie nic przełknąć.
Musiał tylko załatwić interesy dość szybko.
Nie zatonął w tłumie. Podszedł do pierwszej wypatrzonej dorożki i wsiadając do środka, rzucił:
– Na Zwycięzców, przy Placu Zbrojnych.
Koem miał nadzieję, że dojazd nie zajmie im dłużej jak kilkanaście minut, ale moment okazał się fatalny. Na Plac Zbrojnych, pod koszary spędzono więźniów. Stąd właśnie mieli ruszyć w stronę dworca, a dalej na zesłanie. Szła ich kolumna na kilkaset osób, więc Koem musiał czekać i denerwował się, nie mogąc odpędzić wspomnień. Nie chciał patrzeć na twarze, bo jeszcze jakąś by rozpoznał. Zesłanie to był wyrok na niepewność, na dobre wiatry bądź sztormy, a on nie miał na niepewność sił.
W końcu, kiedy już wyciągnął z walizki niedoczytaną gazetę, tłum przerzedził się na tyle, by mogli przejechać. Dorożka stanęła pod żółtą kamienicą i zapłaciwszy, Koem wysiadł. Wnętrze budynku mogłoby dorównać wielu mieszczańskim pałacykom, gdyby tylko ktoś odważył się dodać tu dla ozdoby coś poza freskami i płaskorzeźbą, których nie dało się wynieść. Koem wdrapał się na trzecie piętro i zapukał do drzwi z nazwiskiem „Orton”.
Otworzył mu służący. Młody i ładny chłopak, ledwie piętnastoletni.
– Nie znam pana – stwierdził, nim Koem zdążył się przedstawić. – I nie był pan z pewnością umówiony.
Zatrzasnąłby mu drzwi przed nosem, gdyby nekromanta go nie powstrzymał. Chłopak w tak krótkich słowach zdążył skłamać dwa razy. Nie tylko widział go po wielokroć, ale też musiał wiedzieć, że byli z Ortonem umówieni.
– Co to ma znaczyć? – spytał.
Serce mu przyspieszyło. Najciemniej jest pod latarnią, jak mówią, tak więc tutaj właśnie, przy budzącym grozę Placu Zbrojnych pan Orton zajmował się sprzedażą nielegalnego cudu skradzionego cesarskim Wyzwalaczom. Koem wydał już u niego pokaźne sumy, więc jeśli Orton nie chciał go widzieć, nie zwiastowało to niczego dobrego.
– Proszę odejść, bo wezwę milicję – usłyszał w odpowiedzi.
Nie to nie, stwierdził Koem, nie da przecież rady zmusić Ortona do interesów, a do konfrontacji z milicją wcale się nie palił. Nie był co prawda włóczęgą, ale z milicjantami nigdy nie wiadomo, czy nie postanowią z nudów przeczołgać człowieka po areszcie.
Jak się jednak okazało, milicja paliła się do konfrontacji z nim. Dwóch funkcjonariuszy zastąpiło mu drogę ledwie uszedł sto metrów.
– Koem Gariet? – spytał jeden z nich.
Koem bardzo nie lubił, gdy jakiś milicjant znał jego nazwisko i jeszcze miał pod ręką stosowny rysopis.

Re: Złom

: 24 lutego 2019, 20:01
autor: Kruffachi
Zacznę od tego, co mi się podobało najbardziej, czyli od świata. Masz duży talent do sprzedawania światów, one mi się zwyczajnie podobają, nawet jeśli nie zawsze kupuję ich mechanizmy. Po prostu bardzo fajnie dobierasz klimatyczne elementy, fajnie je łączysz i masz wyczucie, jeśli chodzi o dobieranie nazw. To wszystko działa, gra ze sobą i nawet jeśli nie każdy element rozumiem (ale też nie należę do czytelników, którzy muszą rozumieć wszystko), to ja tę wizję kupuję, ona jest w mojej głowie spójna klimatycznie i po prostu mam dużą przyjemność z obcowania z efektami. Więc podoba mi się i opis wysypiska, i atmosfera wrzenia w mieście i - najbardziej - konstrukty i Twoja interpretacja nekromancji. Nawet gdyby mnie nic innego nie miało za serce chwycić (choć chwyciło, spokojna głowa ;) ), to sam ten świat by mi prawdopodobnie wystarczył, żeby kontynuować lekturę. Chodziłoby mi zarówno o zanurzenie się w nim, jak i poznawanie kolejnych elementów, które się na niego składają. Z tych ostatnich na razie najmniej podoba mi się sama Akademia Konstruktorów, bo wydaje się taka najbardziej klasyczna i nie mogę się odpędzić od skojarzeń z Pratchettowską Akademią Magii, a to nie jest mój ulubiony wątek Świata Dysku.

Jeśli chodzi natomiast o bohaterów, to bywało już różnie, ale chyba najłatwiej mi będzie pojechać chronologicznie - tak jak przedstawiasz kolejne perspektywy.

Prolog uważam za średnio udany. Najśmieszniejsze jest to, że czytając Ciebie, miałam parę razy wrażenie, że oglądam błędy, które sama popełniam, tylko w innym wykonaniu, i konstrukcja prologu do nich właśnie należy. To się często tylko piszącemu wydaje, że jeśli postaci będą rozmawiały półsłówkami o rzeczach, których czytelnik nie rozumie, a do tego padnie parę enigmatycznych wzmianek i wspomnienie o jakichś wielkich sprawach, to to będzie intrygujące. No mnie raczej irytuje - chociaż sama się często na takich zabiegach łapię. Niewiele to wnosi do mojego oglądu na świat, a kto w tym prologu rozmawiał, zaraz nie będę w ogóle pamiętała. Swoją drogą początkowo nie byłam w stanie mówiących od siebie odróżnić, bo raz byli określani imionami, a raz funkcjami i które imię łączy się z którą funkcją musiałam sobie wykoncypować stopniowo. To też nie poprawiło moich odczuć. To, co jest w tym fragmencie natomiast udane, to wspomnienie Heny, do której po chwili kamera przeskakuje. Wszystkie naddatki i sugestie - moim zdaniem - do wywalenia. Zostawiłabym tylko Henę i informację o zamieszkach. No i bardziej chwytliwe opisy postaci, żebym je jakoś na później zapamiętała i w odpowiedniej chwili mogła odruchowo sięgnąć pamięcią do tej właśnie sceny.

Chociaż uważam sposób wprowadzenia Heny za udany, to sam fragment z nią jest zdecydowanie najgorszą częścią tego rozdziału. Męczyłam się. Ona mnie po prostu jeszcze nie obchodzi (tym bardziej, że poszłam za Twoją prośbą i odcięłam się od wspomnień z Jednostek), więc nie widzę powodu, dla którego miałyby mnie jakoś ruszać jej długie i monotonne przemyślenia, ten cały opis jej doli, w którym informacje i motywy powtarzają się dość często. No nie poczułam klimatu, nie czuję bohaterki, wolałabym ją widzieć tylko w scenie w karczmie i tylko przez działanie i sposób rozmawiania z Errą - i do tego mieć doczepione komentarze o tym, dlaczego tak się zachowuje i co się stało z Hobbem. Bez kilogramów użalania się nad sobą. I to znów błąd, który popełniłam sama, bo to samo zrobiłam z wprowadzeniem Jurija w nowej wersji Pazurów XD I czekają mnie mocne zmiany. Gdyby nie to, że fragmenty następują po sobie chronologicznie i nie da się zamotać kolejnością, zdecydowanie bym Ci doradzała przerzucenie perspektywy Heny na inne miejsce, nie pierwsze w rozdziale. Wobec tego jednak, że niewiele da się tu zrobić, zdecydowanie doradzam odchudzenie tego kawałka o użalanie się nad sobą i powtarzanie mantr oraz przeniesienie, ile się da, do kolejnych kawałków z Heną.

Bracia wypadają już znacznie lepiej. Chyba właśnie też przez to, że jest ich dwóch, że ich ze sobą zestawiasz i to daje sporo dynamiki, bo ładnie obu obrazuje, nawet jeśli mamy perspektywę tylko jednej strony. Nawet jeśli nie jestem przekonana do Nareda-kochanka mimo woli, to Nared-brat i Nared-przegryw kupuje mnie już po całości i sądzę, że jest to postać, którą szybko polubię. Swoją drogą, jak teraz o tym myślę, to trochę dziwnie wyszedł ten brak interakcji z Heną po pobudce Nareda. Tzn. ja kumam oczywiście, jak do tego doszło, ale nie mogę się pozbyć wrażenia (może błędnego), że to nawet nie tyle Nared uciekał przed konfrontacją, co Ty. Miałam taki niedosyt, bo jakby fragment z Heną i Naredem wyobrazić sobie jako zbiory, to ich część wspólna jest maleńka i jakby pretekstowa, a nie fabularna.

Ostatni kawałek (ostatnią perspektywę właściwie, bo kawałki dwa) uważam za najbardziej udany, bo choć otarłaś się w nim o groteskę i przerysowanie, to też dodałaś pewną lekkość, której brakowało wcześniej. Po tych wszystkich smętach zdecydowanie trzeba było humoru i chwała Ci za Koema. Trochę mniej za Redaiena, bo wyszedł właśnie karykaturalnie, ale sam Koem to jest postać, w którą ja wierzę, która mnie kupiła i z którą od razu zaczęłam sympatyzować. Motyw z ogrodnictwem i ożywianiem drzew jest świetny, jego lekka sardoniczność w narracji jest świetna, ta mieszanka zagubienia z pewnością, o czym mówi, też mi się bardzo podoba. Z rozdziału pierwszego moja ulubiona postać :D

No, to oczekuję ciągu dalszego :D

Re: Złom

: 26 lutego 2019, 21:04
autor: Kimchee
Na początek mały offtop:
SpoilerShow
[…]ale skoro innym wolno wrzucać jedną wstawkę rocznie, to prawdopodobnie nie będę jakimś rekordzistą.

Moim zdaniem takie wstawki są zbędne. O ile wiem, regulamin nie precyzuje tej kwestii, więc każdy może wrzucić fragment, kiedy chce się nim podzielić. Po prostu nie lubię czytać takich wtrętów na początku posta


A co do samego tekstu, to muszę przyznać, że mi się bardzo podobał. Ogólnie rzecz biorąc, a także pod względem tego, jak to zostało napisane, był to chyba najlepszy twój tekst, jaki dotychczas czytałam. Możliwie też, że to z powodu braku bohaterów, którzy by mnie denerwowali – nikt mnie szczególnie nie zdenerwował, nawet jeśli nie wszyscy zaskarbili sobie sympatię. Narzekań też parę będzie, ale w ogólnym rozrachunku nie przyćmiły plusów.

Największe brawa należą się za stworzony świat. Nawet jeśli jeszcze nie do końca wiem, czy wszystko jest tam logiczne, jest to na pewno rzeczywistość, która intryguje i którą chce się czytać. Miała być to – zdaje się – rzeczywistość opresyjna (albo coś koło tego). Mnie to się skojarzyło w kilku momentach z reżimem wojskowym, ale zobaczymy co będzie dalej. W każdym razie najbardziej mi zapadły w pamięć dwie rzeczy – to, że brat Nareda nie może się uczyć i moment, kiedy Koem spotyka zesłańców (chociaż ten fragment akurat bym wydłużyła lekko). I podobały mi się one bardziej niż wspominanie o pacyfikacjach i dyskusji o rewolucji w Zaułku.
System magii jest oczywiście integralną częścią świata i także jest ciekawy – ja generalnie jestem w tym temacie noga więc tym bardziej doceniam.

Biorąc pod uwagę powyższe – bohaterem z którym wiążę największe nadzieje jest brat Nareda. Jego wątek wydaje się być jednym z tych pobocznych, ale to nic. Bardzo ładnie tam na boku zwraca uwagę. Potem jest to wątek „uniwersytecki” i alchemicy. Na samym końcu to wątek Heny.
Sama Hena wydaje się nieco przystępniejsza niż w „Jednostkach”, ale jakiejś wielkiej sympatii nie wzbudza. Chyba powinnam ej współczuć, bo tym długim fragmencie w pierwszym rozdziale, ale jakoś tego nie czuję. Na razie ją toleruję. Problem z Heną jest też tego typu… no, nie oszukujmy się wątek kogoś kto ma traumę i popada w używki nie jest najoryginalniejszym wątkiem w historii. Gdzieś już każdy czytał (albo widział w filmie czy serialu) o postaci, która generalnie to jest geniuszem, ale jest od czegoś uzależniona. Nie mówię, że brak oryginalności to wielka wada. Chcę tylko powiedzieć, że w takim wypadku trzeba się bardzo postarać dodać postaci coś co albo ją wyróżni albo sprawi, że ją czytelnik polubi. Taka postać jest trudna do napisania.
Ciekawi mnie dlaczego w tym długim fragmencie otwierającym pierwszy rozdział imię Heny pojawia się tak późno. Pytanie – czy wolałaś zamiast imienia użyć dużej ilości zaimków, czy zaskoczyć. Tylko że to nie jest żadne zaskoczenie dla czytelnika. Nawet dla tego, który nie czytał „Jednostek”, bo chwilkę w przedtem jest o niej mowa w prologu. Zaskoczenie byłoby, gdyby tam potem wystąpiła inna postać, ale nie – jest Hena.
Generalnie dobrze czytało mi się te akapity opowiadające o jej cierpieniu (każdy z osobna) – są dobrze napisane, ale już wzięte razem jako całość mogą sprawiać wrażenie przesytu, szczególnie jeśli trafi na nie czytelnik z małą tolerancją na wiwisekcję emocjonalną postaci. Pytanie – czy czytelnik musi koniecznie wiedzieć to wszystko o Henie już teraz – bo tam jest też sporo faktów (dodatkowo potem w rozmowie wyjaśniasz, czemu bidulę wyrzucili z akademii, więc po pierwszym rozdziale czytelnik wie o Henie wszystko, a przynajmniej może tak domniemywać i nie jest ona już dla niego żadną tajemnicą, więc może już ją lubić albo nie). Czy nie lepiej byłoby pociąć trochę materiał i odsłaniać historię Heny stopniowo? Osobiście jestem zwolenniczką powolnego odkrywania przeszłości bohaterów zamiast długich notek biograficznych zaraz jak tylko się pojawią. Koem jest opisany mniej – możemy się domyślać, że ktoś z jego bliskich został zesłany, a może to tylko mylny trop – i jest o niebo ciekawszą postacią.

Podobnie jak Kruffa mam skojarzenia z Pratchettem. Nie chodzi nawet o nazwy wydziałów, ani nawet o rozmowę Koema z Redaienem (chociaż Ridcully gdzieś mi tu się dobijał do czaszki), a głównie o to, ze mają pod bokiem magiczne wysypisko i… no mają je. To dokładnie ten poziom ignorancji, którym by się wykazali magowie NU, gdyby im tylko dać szansę. Tylko, że oni mieli bibliotekę. A mnie nie przychodzi do głowy inny powód lokalizacji poza tym, ze chyba było najbliżej. I co jakiś czas znikają ludzie, a nikt nie zwraca na to uwagi, aż do momentu, kiedy zaczyna się prawdziwe zamieszanie.
Mam też trochę ambiwalentny stosunek do Zaułka – raz piszesz, że generalnie to wszyscy chcą, żeby to miejsce pozostało nie odkryte, ale co roku urządzają sobie tam zawody, stawiają namioty i nawet rozpalili ogniska – wszystko to przypomina trochę rodzinny piknik i raczej kojarzy się z rzeczami, które zwracają uwagę. Generalnie mam nadzieję, ze to trochę ściema i ktoś ich jednak cały czas inwigiluje.

Re: Złom

: 28 lutego 2019, 16:39
autor: Xanttis
Bardzo się cieszę, że tamta burza mózgów była tak inspirująca :la: :la: :la: :3 . A teraz do rzeczy.
Od razu zaznaczę, że większość uwag, które mam też ja - za to lepiej sformułowanych - podały już Kruffa i Kim :) . Mam też kilka swoich przemyśleń, które dosyć krótko i zwięźle tu przedłożę.

No więc tak. Również podoba mi się świat. Jest ciekawy, fajny, przywodzi mi na myśl trochę renesans, Da Vinci, zegary, mechanizmy, nie wiem do końca czemu, ale jest ogólnie taki jakiś na swój sposób pozytywny. Nie mogłem ciągle wywalić z moich wizualizacji przy czytaniu promieni Słońca, nawet na korytarzach na trzecim poziomie pod ziemią XD. Ogólnie to miałem takie "wow!" jak połączyłem wątki i zrozumiałem kim są nekromanci w tym wydaniu :D. Bo oczywiście dla mnie archetypem nekromanty będzie Xardas z serii Gothic ^^" stąd też moje zadziwienie, ale również pozytywne, brzmi to inaczej i jestem ciekaw jak ich przedstawisz dalej :).
Mimo wszystko nie łapię tego motywu z wysypiskiem, turniejem i ogólnie z tymi "ruchami w mieście", ale daję kredyt zaufania, że to wszystko się rozwinie i sensownie poukłada w toku tego tekstu ;).

Omówienie bohaterów połączę z ilością tekstu. Jak zobaczyłem ile towaru tu wrzuciłaś, gdzie po wrzuceniu do worda okazał się 18-stronicowym odcinkiem, to mówiąc szczerze musiałem zbierać szczenę z podłogi. Większość wrzutek jakie czytałem jest nawet o połowę krótsza. Oczywiście to nie jest żaden zarzut do ciebie XD (raczej tłumaczenie się i przyznanie się, że poświęcenie czasu na przeczytanie takiej ilości tekstu zajmuje mi dużo czasu). Domyślam się, że będę nawet odosobniony, bo dla innych to optymalna a może i nawet za krótka wstawka XD. Tak czy inaczej - ja osobiście nie obraziłbym się jakby wrzutki były odrobinę krótsze XD bo czytałem to na raty 4 razy.
I wcale nie dzieliłem tekstu na mniej więcej równe części. Tu właśnie przechodzę do bohaterów.

Prolog z tego co już się nauczyłem i z obserwacji także innych często jest o rzeczach, które często nie mają sensu przez kolejne 100 stron. Wprowadzają nazwy i rzeczy, które i tak się nam nie przydadzą przez większość tekstu i które jako czytelnik mnie nie obchodzą na tym etapie dając złudne wrażenie tajemniczości. I trochę chyba było też tak tutaj.
Hena. No Henę czytałem z przerwami 3 razy docierają za ostatnim razem do opuszczenia mieszkania Heny przez Nareda. Za 4-tym razem łyknąłem już resztę. Opasłość opisów, rozkmin i innych takich mnie po prostu położyła i przytłoczyła. Myślałem, że nie dam rady. I tak skipowałem niektóre zdania, bo to było bez sensu dla mnie, wybacz :facepalm: . Nie kupuję jej, bo przez ten gąszcz tekstu się zwyczajnie zgubiłem. Zmarnowany potencjał w moim odczuciu. Mam nadzieję, że dalej będzie znacznie lepiej, bo i tak wolę ją bardziej niż kolejnego bohatera jakim jest... .

Nared. Podobnie jak Kim widzę potencjał raczej w jego bracie. Co do samego Nareda - już go nie lubię. Myślę, że scena jak stoi pod gabinetem Redaiena kiedy wychodzi z niego Koem będzie bardzo ważna. Co więcej, odnoszę wrażenie, że... albo dobra, zachowam to dla siebie :D później Ci powiem, czy zgadłem czy też nie ;).
Dodatkowo powiem też, że osobiście nie lubię jak się tak narrator pastwi nad bohaterem (scena w jego mieszkaniu), ale cóż, to w końcu Twój tekst i Twoje zasady :D.

No i Koem, który zgarnia ode mnie najwięcej plusów. Na chwilę obecną część z nim w roli głównej była nie tylko najciekawsza, ale także najbardziej mi się spodobała, tak sam bohater jak i sceny, w których się znalazł. Scena w gabinecie, zwłaszcza gdy wyciągnął tamtą dziwną substancję kupiły mnie jak Koem Redaiena XD. Czemu Koem a nie Nared? Sam nie wiem. Może dlatego, że Koem był lepiej przedstawiony. Nared przez całą swoją część, a także później w części Koema został przedstawiony negatywnie. I może ma to sens w tym wszystkim :). Dlatego czekam na dalszy rozwój wydarzeń, bo jestem zaintrygowany. :c[]: :c[]: :c[]: :c[]: :c[]:

Re: Złom

: 09 maja 2019, 17:54
autor: Krin
Wrzucam jeszcze raz po awarii, żeby było jako ja.

Kiedy ostrzegałam, że wstawki będą pojawiać się rzadko, nie przypuszczałam, że aż tak rzadko. Po drodze wypadło mi pisanie tekstu na konkurs, który nie bardzo szedł, stąd to opóźnienie. W dodatku trzeci rozdział jest teraz rozkopany jak Polska przed Euro, a przede mną kolejny tekst na konkurs, więc... Postaram się, ale też nie chcę się zmuszać.
Prolog uważam za średnio udany. Najśmieszniejsze jest to, że czytając Ciebie, miałam parę razy wrażenie, że oglądam błędy, które sama popełniam, tylko w innym wykonaniu, i konstrukcja prologu do nich właśnie należy. To się często tylko piszącemu wydaje, że jeśli postaci będą rozmawiały półsłówkami o rzeczach, których czytelnik nie rozumie, a do tego padnie parę enigmatycznych wzmianek i wspomnienie o jakichś wielkich sprawach, to to będzie intrygujące.
Kruffo, mówiąc szczerze, nadal nie mam pojęcia, skąd wziął się ten zarzut, bo w tym prologu są raptem cztery nazwiska: Redaien, Salmus Dwan, Hena Urettel no i Joran, o którym jest tylko ta informacja, że to imię tevirskiego arcyksięcia, któremu Salmus Dwan służy i cała jego w tym rola. Rozmawiają zaś o nekromantach na wysypisku i wskrzeszaniu Medivariusie. Nie wiem, czego by tam jeszcze można szukać.
Ciekawi mnie dlaczego w tym długim fragmencie otwierającym pierwszy rozdział imię Heny pojawia się tak późno.
Kim, myślę, że to kwestia wielokrotnej redakcji po prostu ;) Jak się zaczyna, to się pamięta, żeby dać imię... Poprawię to.

Rozdział drugi
I
Pół roku to bardzo dużo czasu na budowę konstrukta. Dla przykładu Wezawius, nekromanta z maleńkiego Bato konstruujący pożerające odpady dziwactwa, tworzył dla swoich klientów jednego tygodniowo. Zużywały się co prawda w ledwie dwa miesiące, ale biznes musiał być opłacalny, skoro kręcił się już od tylu lat.
Tymczasem, choć pół roku stanowczo powinno wystarczyć, Errze zostało już tylko pół godziny do pojedynku i wciąż nie czuła się gotowa. Mogła obwiniać fakt, że konstrukty to nie jej specjalność, ale była przecież cholernym nekromantą nie od dzisiaj, wszyscy nekromanci to potrafili. Dlaczego tylko ona nie potrafiła?
Konstrukt wprawdzie już się nie rozpadał, przepowiednia durnej pijaczki nie miała szans się ziścić, a jednak ruchy wciąż miał powolne i niezdarne, jak ktoś, kto dostał obuchem w głowę i jeszcze się nie pozbierał. Z ust Erry wylewał się nieustanny potok przekleństw. Powinna teraz przeprowadzać ostatnie kontrole, a nie użerać się z podstawowymi elementami.
Starała się przy tym nie myśleć o idącym marnie interesie. Od przyjazdu do Zaułka każdą chwilę poświęcała usuwaniu pojawiających się awarii, więc musiała zostawić towar Fradzie, a Frada nadawała się do biznesu jak zając do kurnika. A Errze przydałoby się też załapać parę nowych kontaktów... Lista rzeczy, które powinna robić „zamiast” rosła w jej głowie do monstrualnych rozmiarów. Prawie miała nadzieję, że szybko przegra i będzie miała to z głowy. Tylko prawie, bo przecież nie mogła przegrać.
Nikt więcej nie będzie jej wyśmiewał. Nikt.
Pierwsze spotkanie Erry z Heną, ledwie rok temu, wyglądało zupełnie inaczej. Nekromantka-konstruktorka robiła wrażenie swoją pewności siebie i opanowaniem. Jeszcze większe robił jej atakujący szybciej niż mrugnięcie oka konstrukt – tak jakby był żywą istotą, a nie stertą martwego mięsa i stali. Hena musiała kilkukrotnie udowadniać, że to naprawdę nie jest tresowany wąż ani nic podobnego.
Ale być może Erra nie nabrałaby do niej aż takiego szacunku, gdyby nie ich rozmowa. Naturalnie to nie ona ją zaczęła, nie miała dość odwagi, to Hena podeszła do niej, gdy Erra zajęta była grzebaniem w zaułkowym złomie.
– Nie szukaj tutaj – powiedziała. – Co dzień przechodzi tędy kilkudziesięciu konstruktorów. A złomiarze nie zapuszczają się tutaj, odkąd Snar pamięta.
Erra wyjaśniła, że nie jest konstruktorką, że grzebie z ciekawości. Że w zasadzie w ogóle nie zajmuje się konstruktami, lepiej jej idzie w innych dziedzinach nekromancji. I tak, wie, że one się nie liczą, że z tego nie można żyć.
Hena się z nią nie zgodziła. Zaczęła opowiadać o Norze Palmind – zmarłej nekromantce, z której duchem udało jej się nawiązać kontakt. O Lewelecie, dziadku Starego Snara, który potrafił sprawić, że zatrzymane serce potrafiło po krótkiej chwili wrócić do biegu. Wreszcie o swoim marzeniu, o płonącej w jej głowie obsesji, że przywróci ludziom martwe kończyny i organy, aby Tevir nie oglądał więcej produkowanych w fabrykach kalek.
Może w ogóle nie będzie więcej oglądać śmierci. Może ludzie przywleką ciała ze stali i cudu. Bo Hena, jak zauważyła Erra, nienawidziła wizji śmierci.
– Robiąc to, co wszyscy, możesz tylko żyć jak wszyscy – powiedziała nekromantka-konstruktorka, zaciągając się głęboko papierosem. – Są gorsze życia, ale dobrze jest myśleć o tych lepszych.
Erra chciała ją wtedy prosić o przyjęcie do terminu. Nie spała całą noc, myśląc, co jej powie, ale rano dowiedziała się, że o to miejsce ubiega się już inna dziewczyna, znacznie młodsza, w dodatku sąsiadka Heny, która jeszcze nie rozpoczęła nauki. A Erra miała już jednego mistrza, rzadko kto lubił takich uczniów, więcej wymagali. Zwłaszcza, gdy z poprzedniego terminu wynieśli tak wiele błędów jak ona.
Dobrze, że wtedy stchórzyła, bogowie musieli ją mieć w opiece. I niech Hena wsadzi sobie swoje rady tam, gdzie słońce nie zagląda – Erra chciałaby chociaż dorównywać przeciętności.
Od przyjazdu do Teviru jeszcze nie widziała Heny trzeźwej. W dodatku alkohol czynił ją nieobliczalną. Stary Snar co i rusz dostawał prośby, by zwyczajnie wyrzucać ją z lokalu, ale Erra podejrzewała, że zwyczajnie się boi. Odkąd groziła Essai rewolwerem, wszyscy się bali. Próbowano co prawda odebrać pijaczce broń, ale dobrze ją ukrywała. Nawet Nared, jej przyjaciel, nie wiedział gdzie.
Oby się sama zastrzeliła, życzyła jej Erra, a własny brak empatii napawał ją dumą.
Nikt więcej nie będzie jej wyśmiewał.
Wspominając, Erra stała się nieostrożna. Ręka zadrżała jej w nieodpowiednim momencie i kończyna, której sprawność od pół godziny próbowała poprawić, teraz odpadła zupełnie. Rozeźlona gwałtownym ruchem przyciągnęła konstrukt do siebie i wówczas na stole znalazł się kolejny fragment.
Próbowała kląć, ale mimo lat spędzonych w dokach Ladanny wciąż nie znała dość przekleństw.
Pojedynek zaczynał się za kilka minut.
Ledwie zdążyła wszystko poskładać, a Rait, drugi syn Starego Snara, już wołał ją, by zajęła miejsce po swojej stronie stołu. Jej przeciwniczka, Berda, jak większość kobiet w Zaułku, również była nekromantką. Poza tym Erra nie wiedziała o niej nic więcej, no chyba że tyle, ile było widać – Berda była tak niska, że w zasadzie można by ją nazwać karlicą, a jednak Erra nigdy nie pomyliłaby jej z dzieckiem. Dziecięce sylwetki nie są tak zbite i żylaste.
Konstrukt Berdy przypominał kraba – i w sporej części był krabem – ale znacznie większych rozmiarów. Tak jakby ktoś pokroił go, a potem złożył z powrotem, sztucznie przy tym wydłużając. Erra zakwalifikowała go do „typu niskiego”, unikającego swoją konstrukcją ryzyka utraty równowagi, z dobrze zabezpieczonym grzbietem.
Jej własny projekt opierał się na tej samej bezpiecznej zasadzie, ale stanowił twór znacznie mniej jednorodny, w największej części bazował na szczątkach psa, ale również kota.
Martwe psy nie stanowiły rzadkości ani w Ladannie, ani w Tevirze, mogła korzystać do woli zarówno ze zwłok jak i żywych egzemplarzy. Gdzie można w okolicy znaleźć kraba, nie miała pojęcia.
Na przyszły rok poszukam żółwia, stwierdziła.
Rait uderzył pustym kuflem w stół i to był znak, że pojedynek rozpoczął się.
Konstrukty ruszyły. A przynajmniej jeden z nich ruszył, bo konstrukt Erry był zbyt ślamazarny, ażeby określić to w ten sposób. To część, którą ćwiczyła najmniej, a jakże ważna – kontrola. Byłoby cudownie, gdyby konstrukty mogły podejmować decyzję samodzielnie, ale tymczasem to ludzie musieli zmusić je do działania. Erra wysiała całą wolę, aby zmusić do posłuszeństwa połączone z jej własnymi wątki i nastroje. Z marnym skutkiem. Pierwszego ciosu zdołała uniknąć tylko dlatego, że wzrok przeciwniczki zdradził jej kierunek.
A przynajmniej tak myślała, dopóki zaraz nie okazało się to oczywistą zmyłką.
Cios nie był za szybki i uniknęłaby go, gdyby nie pogubiła się w wątkach. Jak one w ogóle szły Przez moment miała to okropne wrażenia, jakie miewa gdy człowiek, gdy usiłuje coś złapać, ale nie może znaleźć właściwej kończyny. Ostatecznie konstrukt zamiast się cofnąć poszedł do przodu, a to poskutkowało oczywiście katastrofalną klęską. Głowa odpadła mu od uderzenia.
– Stop! – krzyknął Rait i pojedynek był skończony.
Pieniądze krążyły z rąk do rąk, a Erra pomyślała tylko, że mogło być gorzej. Głowa odpadła w miejscu połączenia, co dało się łatwo naprawić, a przecież nie zdziwiłaby się, gdyby złowrogi krab zwyczajnie przeciął ją na pół.
– Bez obaw – powiedziała jej Berda, podchodząc do Erry z życzliwym uśmiechem. – Jeszcze nam pokażesz.
Mrugnęła, jakby właśnie zawiązały jakąś konspirację i odeszła. Errze wcale nie zrobiło się od tego lepiej.

II
Nared miewał niekiedy wrażenie, że jest dwiema różnymi osobami. Rankiem wychodził z domu w eleganckiej kamizelce pod nieco spranym surdutem, na jego szyi prezentował się starannie zawiązany krawat. Redaiena witał nierzadko kłaniając się w pas, doktorów Talmana i Farouetta uprzejmym „dzień dobry”.
Ranek zaczynał od notatek, szkiców i modeli, a popołudniu asystował profesorowi przy wcielaniu pomysłów w życie. Asystował to znaczy brał się do roboty, kiedy Redaien medytował nad każdym najmniejszym elementem. Naprawdę. Nared składał te konstrukty prawie nie patrząc – i też działało. Nie odmawiał Redaienowi wiedzy, ale brakowało mu czasem... pragmatyzmu.
Gdy konstrukt – albo, znacznie częściej, jego niewielki fragment – był już złożony, pozostawały im mozolne testy. Wszystko musiało działać w sam raz. Lepiej męczyć się nad jednym nie dość dobrym elementem, mawiał Redaien, niż nad złą całością.
Profesor dostałby w Zaułku apopleksji, stwierdził Nared, patrząc na tego samego konstrukta, którego zeszłej nocy wyśmiała Hena – próby naprawienia całości nie mogły się powieść, skoro każdy szczegół był zwyczajnie niestaranny. Na dodatek jego właścicielka – Eza? Era? – wyglądała, jakby miała wybuchnąć, co z całą pewnością nie sprzyjało precyzji.
Zaułek był wobec Akademii tym, czym jest zasnute dymem i przykryte trupami pole bitwy wobec szkół oficerskich. Czy z klasą czy bez – ważne, że przeżyłeś.
Ten inny świat wymagał innych ludzi. Nared przed pójściem do Zaułka przebierał się zawsze, porzucał krawat i kamizelkę, surdut zastępował burą kurtką. Zmieniał też postawę, zmieniał wyraz twarzy. Nawet myśli zmieniał. Nie było już zachowań nieeleganckich i niewłaściwych interesów. Potrafił spreparować konstrukt w taki sposób, by następnego dnia zabił w eksplozji trzy osoby – tysiąc złotych koron tevirskich za sztukę, wybuchy nie są tanie.
Ale też nie mają nazwisk ani twarzy.
Ostatnio Nared przyjmował tylko mniejsze zlecenia, konstrukty z odzysku dla tych, którzy nie byli bajecznie bogaci. Jako że spłaty długu w Akademii pochłaniały całą jego pensję – nie, nie wiemy, za co będzie pan żył, panie Abaloth, to był pana wybór – ledwo wiązał koniec z końcem. Na nic większego nie miał czasu i sam nie wiedział czemu, u Redaiena nie było przecież wcale więcej pracy. Czas przeciekał mu między palcami.
Może porozmawiam dzisiaj z Iastą, pomyślał Nared, rozglądając się po zatłoczonym wnętrzu. Byli tu dzisiaj chyba wszyscy klienci Snara. Raz do roku trzeba się w końcu upewnić, że wszyscy żyją i pozostają na wolności.
Pomachał bratu, który szykował się właśnie do pierwszego w życiu starcia. Tak, jego przeciwniczka to była ta sama nieszczęsna dziewczyna, której Hena przepowiedziała porażkę – młoda, jasnowłosa, o paskudnej cerze. Erra? Chyba tak, chyba Erra. Wyglądała na gotową rozszarpać chłopaka na strzępy, ale Ramel zachowywał niezmącony spokój. Był jak skała obmywana przez rozszalałe morze – śmiechy, przepychanki, kłótnie.
Nared uśmiechnął się, ale ten uśmiech szybko zszedł mu z twarzy.
Hena. Hena też tam była. Na pewno nie do końca trzeźwa, ale dostatecznie świadoma, by w skupieniu obserwować właśnie rozgrywając się starcie. Może powinien czuć ulgę, że przynajmniej to jedno nie zgasło w niej zupełnie, ale zamiast tego ukłuł go niepokój. To była Hena i nie-Hena zarazem. Jakby nie mogła zniknąć w całości.
Wróciło do niego wspomnienie Hoba. Tak wyraźne, jakby był tuż obok, jakby opierał się o kontuar i ignorując Snara wołał jego żonę Gredę, żeby ją spytać, czy potrzebuje czegoś z biblioteki albo czy kupić jej gazetę. Ten właśnie Snar rok temu pękał z dumy i mocno już podchmielony – bo taki sukces trzeba przecież opić – opowiadał każdej napotkanej osobie, że to on wychował Henę na królową Zaułka. I nikt wyjątkowo nie kazał mu się zamknąć.
Tak... Królowa Zaułka.
Lecz dzisiejszej nocy jej tron był pusty, a spuchniętą od picia twarz chowała w cieniu. Nared chciałby się zakochać jeszcze raz, zakochany był w stanie znieść naprawdę dużo. A tymczasem czuł się, jakby stracił kogoś bliskiego. Hena umarła i zastąpił ją upiór.
Na jego widok skrzywiła się paskudnie. Wspomnienie poranka powróciło.
Nie myśl o tym, rozkazał sobie. Na migi pokazał jej, żeby spotkali się na zewnątrz.
Noc była chłodna i wilgotna. Mżyło. Udeptany złom stał się teraz zdradziecko śliski, więc Nared wolał przysiąść na lśniącym od nagromadzonej mocy kamieniu. Otaczały go namioty, ale nie przejmował się ewentualnym towarzystwem – wątpił, aby ktokolwiek wybrał tego wieczora zimny namiot zamiast rozgrzanego do czerwoności Zaułka.
Hena wynurzyła się ze speluny nieco chwiejnym krokiem, ale nie wyglądało to tragicznie, więc Nared w spokoju czekał, jak sama do niego dotrze. Zwłaszcza, że nie patrzyła na niego przychylnym wzrokiem.
– Czego chcesz? – burknęła, opadając obok. – Jeśli liczysz na powtórkę z wczoraj, to zapomnij.
Naprawdę liczył, że postanowi to przemilczeć?
– Hen... – Próbował patrzeć jej w oczy, ale okazało się to za trudne. – Nie wiem, co we mnie wstąpiło.
Roześmiała się. Oto cała Hena, cała jej pruderyjność, taktowność i dobre maniery.
– A ja chyba wiem, jak to się nazywa.
Chciałby powiedzieć, że nie tylko on jest winien tej sytuacji, ale tak właśnie się czuł. Trzeba być idiotą, żeby rozpijać alkoholiczkę, z którą zawsze kończy się tak samo i mieć nadzieję, że skończy się inaczej. Naprawdę nie pamiętał tamtej chwili ani co nim kierowało. Może tego właśnie chciał? Jeśli tak, to tamten Nared musiał nienawidzić dzisiejszego Nareda.
– Przepraszam.
– Będziesz mnie przepraszał jak damę? – Prychnęła. – Brzydzisz się mną, więc to może ja powinnam przepraszać.
Brzydził się? Nie wiedział, co odpowiedzieć. Ten brud, alkohol, obcy mężczyźni – to było straszne, ale przecież... Przecież to nie tak.
Z kieszeni wyciągnęła manierkę. Jakby chciała go dobić. To mogła być woda, oczywiście, że mogła być woda, każdy czasem odczuwa pragnienie, ale jeśli to była woda, to Nared był cesarskim gwardzistą. Niewiele myśląc, wyrwał jej ją z rąk.
– Co jest?
Próbowała walczyć, ale pijana kobieta, nawet tak wojownicza jak Hena, ma niewielkie szanse w starciu z trzeźwym mężczyzną.
– Wypijesz, jak porozmawiamy – warknął. – Powinnaś wyjechać. Musisz wyjechać.
Jej brwi uniosły się w karykaturalnym zdumieniu.
– W zeszłym tygodniu ktoś wypytywał mnie, a dzisiaj Redaiena. Koem Gariet. Rozpytałem o niego. Człowiek arcyksięcia Elika, dużo pieniędzy z nieznanego źródła i dużo znajomości wśród arystokratów. W Tevirze zatrzymał się u oficera milicji, niejakiego Naulusa Fullhenta.
Hena przeciągnęła się leniwie, a Nared zaczął się zastanawiać, po co tu w ogóle przyszedł. Żeby przekonać ją do ostrożności, najpierw musiałby ją przekonać, żeby przestała pić. Łatwiej byłoby przekonać cesarza do zalegalizowania nekromancji.
– No i?
Nigdy by nie uderzył Heny, ale to szczerzące się, zapijaczone oblicze to nie była Hena, więc miał ochotę trzasnąć ją w tę durną mordę.
– Hen, ta sprawa z Medivariusem... To się zaczyna robić głośne. Powinnaś przystopować z pi...
– O! – weszła mu w słowo. – Więc do tego cała ta dyskusja zmierza!
Wydaje ci się, Heno. Martwię się o ciebie... Czy mogę ci jakkolwiek pomóc?
– Chcę...
– Nie obchodzi mnie, czego chcesz! Wyobrażasz sobie, że co? Że raz się ze mną przespałeś i teraz jestem twoją kobietą, i będziesz mi mówił, co mam robić? Lepiej sam się zastosuj do własnych rad! Spójrz na siebie, Nari, pijaku zapchlony!
Wyrwała mu manierkę z rąk i pociągnęła solidny łyk. Wstała, chwiejąc się. Zaczęła iść z powrotem do Zaułka, ale już znacznie mniej pewnie niż przed chwilą.
– Będę robić to, co ja chcę! – krzyknęła na odchodnym.
Nared uważał się za twardą osobę. Ostatecznie wiele w życiu przeszedł i wiele razy musiał ryzykować, by w ogóle wyjść na prostą. Jednak tego wieczoru poczuł na policzkach łzy. Nienawidził jej. Czasem zwyczajnie jej nienawidził.

III
Ilość surowców marnowanych przez Cesarską Akademię Konstruktorów nieodmiennie przeczyła zdrowemu rozsądkowi. Wokół Erry rozciągało się morze resztek, w oddali ledwie dostrzegała bryłę uczelni. Kiedyś gardziła akademikami, bo potrafili żyć z takim bałaganem pod oknami, z lubością wsłuchiwała się w powtarzane na salonach żarty. Odkąd jednak zmuszona była samodzielnie zarabiać na życie i liczyć w tym celu każdy skrawek cudu, i każdy skrawek metalu, krew w niej wrzała na widok marnotrawstwa. Zwłaszcza, że po dłuższym pobycie na wysypisku nawet dobry surowiec stawał się bezużyteczny.
Oczywiście niemal każdy uczony w sztuce, każdy konstruktor i nekromanta, potrafił stworzyć własny cud, ale stworzenie go w ilości wystarczającej do budowy jednego konstrukta zajmowało wiele tygodni. Dlatego akademicy i licencjonowani kontruktorzy skupowali cud od Wyzwalaczy – ludzi z talentem do wydobywania z siebie magicznej energii i trenowanych tylko w tym celu.
Wyzwalacze zamieszkiwali odcięte od świata getta, więc nikt tak naprawdę nie wiedział, jak wygląda ich życie, ale Erra mogłaby się założyć, że nie tak dobrze jak żywoty ich rozrzutnych klientów. Z drugiej strony pewnie też nie tak źle jak życie żebraków na Dołach – dlatego wciąż istnieli ludzie zgłaszający się tam dobrowolnie.
A przecież cud to nie wszystko. Były jeszcze rdzenie. Wytwarzane w pilnie strzeżonych piecach premagicznych miały na czarnym rynku ogromną wartość. Zbudować taki premagiczny piec potrafili tylko najlepsi konstruktorzy, ale pozwolić sobie na niego nie mogli nawet najbogatsi z nich. Na budowę kilku pozwalał sobie tylko cesarz.
Stąd tak wielkie znaczenie w szarej strefie miało tevirskie wysypisko. Konstruktorzy z różnych powodów odcięci od oficjalnych źródeł mieli tylko dwie możliwości – zmienić zawód albo dokonać niemożliwego i opracować łatwą oraz przede wszystkim tanią metodę ponownego wykorzystywania raz zużytych rdzeni. Nie były one nawet w połowie tak dobre jak te wykorzystywane przez Akademię, ale przynajmniej w ogóle były.
Erra przykucnęła, podnosząc z ziemi najmniej uszkodzony rdzeń, jaki znalazła. Niewielkie różnice w odcieniach błękitu, tak ważne dla konstruktorów, nic jej nie mówiły. Co innego stworzona z cudu skorupa z wrośniętymi w nią wątkami i nastrojami. Znacząco różniły się od nekromantycznych, ale nie aż tak, by nie mogła powiedzieć, że wątki, te drobniejsze, odpowiadały za przenoszenie energii w głąb konstrukta. Swoją drogą, ciekawe czy jego reszta leżała gdzieś w okolicy. Ciekawe czy złożenie go poszłoby jej równie źle jak łączenie własnego golema...
Wspomnienie porażki uderzyło w nią, wyciskając z oczu kilka łez. Cisnęła rdzeń w błoto. Nie, nie zostanie nekromantką-konstruktorką, nie będzie naśladować Heny. Tak nisko jeszcze nie upadła.
Poza tym konstruktorzy nie przyjmowali uczniów. Tevirska Akademia Konstruktorów i niewielka szkoła nadworna miały monopol na ich kształcenie. Do Zaułka trafiali zazwyczaj albo gdy skomplikowana sieć układów zamykała im drogę do kariery, albo gdy potrzebowali pieniędzy. Bardzo dużych i bardzo nielegalnych pieniędzy.
Ale nawet wtedy mają łatwe życie, stwierdziła Erra. Ich usługi są nie tylko lepiej płatne, ale też zwyczajnie lepsze, bardziej uniwersalne i bardziej eleganckie. Pomimo cen chętnych nie brakuje. A już na pewno nikt nie obawia się u nich braku wykształcenia.
To zaś, czego starszy nekromanta nie przekazał swoim uczniom, przepadało. A przecież w przekazywaniu wiedzy nie miał na ogół żadnego interesu, chyba że synowi lub córce. Interes miał głównie w znalezieniu kogoś, kto za niego wykonywać będzie najbardziej uciążliwą pracę.
Tak właśnie wyglądała nauka Erry.
Inaczej może nie zrobiłaby z siebie pośmiewiska.
Zaraz po przegranej z Berdą czekało ją starcie z Ugrichem, niewiele starszym od niej konstruktorem o czarującym uśmiechu i wyglądzie półboga. Nie przegrała od razu, bo pomimo wielu zalet Ugrich miał ten problem, że urodził się człowiekiem całkowicie głuchym i jego przyjaciółka – siostra? żona? – musiała go pospieszyć, że pojedynek już się zaczął.
Potem wszystko poszło jak zwykle.
Ostatnie starcie nie mogło już nic zmienić, Erra mogła jedynie próbować wyjść z twarzą po serii upokorzeń. Tym bardziej, że jej przeciwnik wydawał się zupełnie niegroźny. Ramel musiał być najmłodszym zawodnikiem, nie dałaby mu nawet czternastu lat. Na dodatku chudy, blady i milczący wydawał się stworzony do zasiedlenia jakiejś głębokiej piwnicy, gdzie mógłby w spokoju oddawać się agonii.
Dam radę, pomyślała, i oczywiście się myliła.
Nie był wielkim nekromantą, ale w przeciwieństwie do niej był przynajmniej poprawny. Dał jej chwilę na próby pokonania go wysiloną szarżą, po czym zaatakował ją szybko, celnie i skutecznie. Jak dorosły powstrzymujący rozszalałe dziecko.
Po porażce musiała wyglądać naprawdę źle, skoro nawet ten młokos próbował ją pocieszyć. Z trudem powstrzymała się, żeby nie uszkodzić mu tej dziecięcej buźki i najszybciej, jak mogła, uciekła w noc, gdzie nikt nie mógł zobaczyć, jak cała się trzęsie.
Naucz się przegrywać, Erro, mówili jej. Ale jak długo można przegrywać?
Wypatrzyła skupisko nieco jaśniejszego światła, skąpaną w błękitnym blasku kotlinę i przysiadła tam, plecami do drogi, by nikt nie widział jej twarzy. Miała nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy jej szukać.
– Chciałabyś, żeby ktokolwiek cię szukał, durna babo – wymruczała pod nosem.
Nawet Riny już przy niej nie było, tej nic nie wiedzącej o świecie wieśniaczki z wiecznie przyklejonym do twarzy uśmiechem. Zniknęła kilka dni po wypadku w fabryce, po utracie dłoni. Nic nie zabrała, więc pewnie po prostu ze sobą skończyła, a jej bezimienne ciało bezimienny dozorca zabrał do bezimiennego grobu.
Nekromantka podniosła z ziemi bryłkę cudu. Był już tak zużyty, że rozpadał jej się w palcach. Zaczęła kruszyć go bezmyślnie na coraz to mniejsze kawałeczki i nawet nie zauważyła, kiedy barwy wokół niej zaczęły się zmieniać. Nie były to duże zmiany, ktoś niezaznajomiony z konstruktorską sztuką pewnie nawet nie zwróciłby na nie uwagi, ale Erra powinna. Przede wszystkim dlatego, że wysypisko nie było bezpiecznym miejscem.
Nim wreszcie zrozumiała, co się dzieje, cud zwartą siecią oplatał jej nogi.
Nie zdążyła nawet krzyknąć. Warstwa złomu pod nią osunęła się, wciągając ją niczym ruchome piaski. Próbowała rozgarnąć je rękoma, ale była za głęboko, spływały na nią z góry nieskończoną rzeką. Ostre krawędzie przecinały jej skórę, rdzenie parzyły. Nogi miała na powierzchni, ale wciąż splątane, ściśnięte kokonem magii tak mocno, że nie mogła nimi poruszać. Wystarczyłoby jedno spojrzenie, krótka chwila, by je rozwiązać, ale pod powierzchnią była ślepa. Próbowała podważać sidła przypadkowymi wątkami, ale nie miała dość mocy na takie próby. Musiała wyjrzeć, więc wciąż młóciła rękoma i przestawała tylko wówczas, gdy ból stawał się nie do zniesienia.
Jeszcze miała nadzieję, że wysypisko jedynie się z nią droczy, że pomęczy ją chwilę i wypuści, gdy przylegać zaczęły do niej kolejne warstwy metalu, zaczęły łączyć się ze sobą twardym spoiwem cudu. Zamykały ją w stalowej trumnie. Ściskały pierś, uniemożliwiając złapanie powietrza.
Przestała się szarpać, przestała myśleć, wszystkie siły poświęciłam próbom nabrania oddechu. Nawet nie przyszło jej do głowy, że umrze. Śmierć jest na drugim miejscu wobec wypalającego płuca ognia.
Skończyło się tak nagle, jak się zaczęło.
Jeden z nastroi pękł gwałtownie, a za nim reszta. Chaotyczne węzły zużyły się w krótkim błysku. Erra poczuła, jak ktoś wyciąga ją za nogi. Nie było to za przyjemne i jej tajemniczy wybawca w ramach podziękowania otrzymał solidnego kopniaka. Nie żeby specjalnie – to był odruch.
Gdy wściekła i pokaleczona wynurzyła się na powierzchnię, jej oczom ukazał się Ramel. Jakby nie dość było Errze upokorzeń. Dzieciak musiał ją ratować jak jakąś nieporadną idiotkę, a potem, wciąż oszołomioną, odprowadzić na bezpieczną odległość, z powrotem na wydeptaną ścieżkę. Chciał odeskortować ją do Zaułka, ale odmówiła.
– Dziękuję – powiedziała cicho, bojąc się, że jeśli otworzy usta choćby odrobinę szerzej, łzy polecą strumieniami. Ze złości.
Usiadła na ziemi, przyciągnęła kolana do brody. Wśród tysięcy lśniących w ciemności rdzeni można by wrażenie, że spotkali się wśród gwiazd.
Bo w tym mieście nawet złom pomylić można z nieboskłonem, pomyślała, a potem zaniosła się histerycznym śmiechem. Śmiech szybko zmienił się w szloch, a szloch w płacz.
– Wszystko w porządku? – spytał Ramel. Wciąż jej pilnował i nienawidziła go za to. Za to, że patrzył na nią, kiedy była w takim stanie.
– Nie starcza ci, że wygrałeś? – spytała go między jednym spazmem a drugim. – Idź stąd.
Zrobił krok w stronę Zaułka, jakby faktycznie miał zamiar odejść, ale zaraz się rozmyślił.
– Czasem trzeba przegrać, żeby kiedy indziej wygrać – powiedział.
Poczuła, jak tlący się w niej żar wybucha płomieniem.
Chwyciła pierwszy rdzeń, jaki miała pod ręką i cisnęła nim w chłopaka. Nie trafiła, więc cisnęła następnym. Znowu pudło. I tak jeszcze dwa razy. Nawet nie była blisko.
– Niektórzy przegrywają całe swoje pieprzone życie! Nie możesz sobie iść?!
Uzyskała efekt całkowicie odwrotny do zamierzonego. Ramel, niewzruszony jak skała, wcisnął ręce do kieszeni i przysiadł naprzeciwko niej.
– Spotkałem tutaj kiedyś Fionę. Była pijana i kazała mi sobie iść. Następnego dnia znaleziono ją martwą. – Przerwał. – Tak uznaliśmy, że to była ona, bo ciała nie dało się rozpoznać – dodał znacznie ciszej.
– Ja jestem trzeźwa!
– Ale i tak prawie dałaś się zabić.
Miał rację. Erra tylko ukryła twarz w dłoniach. Trwali tak bez słowa przez pewien czas, ale nekromantka z trudem znosiła milczenie. Bo przecież musiał myśleć teraz o niej same okropne rzeczy.
Dlatego zaczęła mówić.

IV
Nared nie chciał wychowywać brata.
Mógł kiedyś skorzystać z wojskowego stypendium jak Hena, ale nie zamierzał spędzić dziesięciu lat w armii. Zaciągając długi na opłacenie nauki w Akademii, liczył się z tym, że nieprędko będzie mógł się ożenić, że nie założy rodziny. Że nie będzie mógł wziąć na siebie odpowiedzialności. Dlatego, gdy Ramel po raz pierwszy poprosił go o schronienie, Nared kazał mu wracać do matki. A jeśli pan Abaloth nie zamierzał poniechać awantur o bękarta żony, to do ojca. Ten mógłby mieć choć odrobinę przyzwoitości.
Nared uważał się za człowieka pozbawionego sentymentów, a jednak gdy brat tydzień później skończył bez dachu nad głową, musiał się przyznać sam przed sobą do miękkiego serca. I choć na ogół wściekał się, że opieka nad bratem pochłania resztki jego oszczędności, dziś potrafił zapomnieć o tych wyrzeczeniach. Dziś Ramel wygrywał po raz pierwszy, a paskudną gorycz rozmowy z Heną zastępowała duma.
Bo pozostali Abalothowie nie mieli racji. Poddawali się cudzym opiniom, zamiast dojrzeć wartość tam, gdzie ona naprawdę była.
Niestety nie mógł dziś świętować. Obiecał Redaienowi, że jutro zjawi się w pracy wcześniej – to był jedyny sposób, by profesor darował mu dzisiejszą niedyspozycję. Pozycja Nareda wisiała na włosku tak cienkim, że powinien już dawno odsypiać w domu. Wprawdzie nie sądził, by Redaien uważał go za tak bezużytecznego jak miał w zwyczaju głośno twierdzić, ale pewnie wolałby kogoś, komu niemożliwy do przeoczenia kac nie zdarzał się średnio raz na trzy dni.
Zastanawiając się nad tym, Nared przestraszył się, że może jest alkoholikiem, ale zaraz stwierdził, że alkoholiczką to przecież jest Hena. On jeszcze sobie radził.
Wyszedł w ciemność upstrzoną kolorowymi punktami, w głowie miał mętlik. Coś było stanowczo nie tak z jego życiem. Nawet nie zauważył, kiedy przestał planować dalej niż tydzień do przodu, kiedy przestał myśleć, że te jego nielegalne interesy w Zaułku to tylko na chwilę. Że praca u Redaiena to tylko krok na drodze do celu. Profesor traktował go jak byle kogo. Może słusznie, ale kiedyś Nared był jednym z najbardziej obiecujących konstruktorów.
Tylko jak mógł odbudować swoją pozycję?
Potknął się o porzuconą na ścieżce butelkę. To oczywiste, nie powinien pić, nie tak często. Kiedyś przecież spędzał czas na inne sposoby. Do teatru nawet chodził – z Heną. Ale przede wszystkim po pracy zajmował się konstruktorstwem i nekromancją. W pracy oczywiście też, ale w inny sposób, bardziej praktyczny. W domu to były fantazje, wyliczenia, snucie teorii. Lubili z Heną rozwiązywać wyimaginowane problemy, stawiali sobie wzajemnie wyzwania.
Z Heną...
Nared tak się zamyślił, że nieomal wpadł na złomiarzy Akademii. Dwaj przygarbieni mężczyźni człapali ścieżką, ciągnąc za sobą po brzegi wyładowany magicznym złomem wózek. Nie wysyłano nikogo, kogo byłoby potem szkoda, więc nie byli tak naprawdę żadnym zagrożeniem, ale Nared nie miał dzisiaj siły, żeby się z nimi użerać.
Po wyjściu na ulicę jego ostrożność bynajmniej nie wzrosła. Nie szedł, a toczył się. Podziwiał błoto pod stopami, marząc o łóżku. Może się nawet nie będzie rozbierał. Tylko wypije herbatę, jeśli została jeszcze woda w kuchni. Na rozgrzanie w tą chłodną noc.
Nie rozglądał się i dwójka milicjantów przed kamienicą zaskoczyła go. Stali w tak głębokim cieniu, że pewnie nawet, gdyby ich widział, nie rozpoznałby mundurów.
– Nazwisko – warknął starszy z nich, ze starannie wypielęgnowanym wąsem.
W głowie Nareda wybuchło tysiąc myśli. Miał sporo na sumieniu, ale jego sąsiedzi również – mogło chodzić o kogokolwiek. A fałszywego nazwiska nie poda, bo milicja musiała mieć spis lokatorów. Uciekać też nie będzie, bo od razu zaczną go ścigać, a przecież może chodzić o jakąś bzdurę.
– Nazwisko – powtórzył milicjant. – Własnego nazwiska pan nie pamięta?
– Abaloth.
Milicjanci spojrzeli po sobie. Szlag.
– Pójdzie pan z nami. – Odwrócił się do swojego towarzysza. – Młody, zgarnij go.
Zabrzęczały kajdany, a Naredowi natychmiast przeszło zmęczenie. Odskoczył, jakby był nie skacowanym nekromantą, ale szkolonym zabijaką.
– Z jakiej racji?! – krzyknął, ale gdy zobaczył wyraz twarzy milicjanta, resztka nadziei natychmiast zgasła.
– Z jakiej racji? Z jakiej racji? – przedrzeźniał go milicjant. – Już ty dobrze wiesz, z jakiej racji, synku.
Wąsacz gwizdnął i na górze dało się słyszeć jakieś poruszenie. Kilka par butów zabębniło na schodach. Czyli było ich więcej. Czyli byli w jego mieszkaniu. Kurwa. Wszystko zostawił prawie na wierzchu. Bo przecież go nie znajdą.
– Macie go? – ozwało się wołanie z góry.
Nekromanta nie słuchał odpowiedzi, cofnął się, skulił. Młody wyszczerzył się na ten widok i oczywiście podszedł, otwierał już usta, żeby coś powiedzieć, gdy pięść Nareda trafiła go w szczękę. Milicjant pochylił się, łapiąc za twarz, więc Abaloth, korzystając z okazji, poprawił kolanem. I uznał, że tyle ma do powiedzenia. Rzucił się do ucieczki.
Ale starszy był już za jego plecami. Grunt usunął się Naredowi spod nóg. Rękoma zamortyzował upadek i gotowy był się zerwać, gdy poczuł na karku lufę pistoletu.
Kurwa, aresztowali go jak pierwszą lepszą płotkę.
– Nie zmuszaj mnie, żebym cię zastrzelił, synku.
Nared słyszał jak Młody wciąż jęczy po otrzymanym ciosie, jak drepcze po całym podwórku, szukając miejsca, by usiąść.
– Nie kwicz – warknął na niego starszy. – Czego was tam teraz uczą? Jakby miał nóż, to już byłbyś martwy.
Tym na górze się nie spieszyło, ale dla Nareda i tak nie miało to znaczenia. Leżał z twarzą w błocie pokrywającym żwirową alejkę i nic nie mógł poradzić, chyba że... Chyba, że zaryzykuje. Jeśli milicjant go zastrzeli, jego przełożonym z pewnością się to nie spodoba. Czy w ogóle patrzy w jego stronę, czy bardziej interesuje go młody towarzysz? Może nawet nie zdąży nacisnąć spustu.
Raz, dwa, trzy...
Nie poruszył się. W głowie miał obraz własnego mózgu cieknącego po bruku.
Raz, dwa, trzy... Nari. Co ci szkodzi? Przynajmniej szybko się skończy.
Raz...
Hena nazwałaby go idiotą.
– Gdzie masz te kajdany? Tak to twoim zdaniem powinno wyglądać? Że możesz nimi rzucać, gdzie popadnie?
Na domiar złego ktoś jeszcze zbliżał się od frontu. Nared słyszał kroki, bardzo ciche. To nie mógł być milicjant, przynajmniej nie w mundurze, bo w ciężkich butach nie można stawiać tak lekkich kroków.
– A pan co...
Brzęk.
Nared poczuł, jak opada na niego ludzki ciężar. Natychmiast wyczołgał się spod niego i sięgnął w poszukiwaniu broni. Nie ma, nie ma, nie ma... Gdzie on ją schował? Potoczyła się? Upadł na nią? Przecież jej chyba nie schował.
Gdy usłyszał, jak drugi z milicjantów pada, uznał, że trwa to stanowczo za długo. Niech szlag trafi pieprzony pistolet. Podniósł głowę, by zobaczyć mężczyznę z łopatą w rękach. Sam wydawał się być zaskoczony osiągniętym efektem – młody milicjant leżał bez ruchu na ziemi, i chyba bez tchu. Ale Nared nie mógł wiedzieć tego na pewno, w cieniu nie widział twarzy swojego wybawcy.
– Tornhein? – odezwał się głos z góry. – Jesteś tam jeszcze?
Kroki na schodach. Już prawie na samym dole. Nared uznał, że nie ma zamiaru czekać ani chwili dłużej. Ruszyli jak na sygnał. Zaraz potem pierwszy milicjant wychylił się z przejścia. Nekromanta ledwie przeskoczył płot i upadł na czworaka, gdy nad jego głową przeleciała kula.
– W lewo i na Doły – wydyszał mu do ucha jego nowy sojusznik.
Nared znał ten głos. Słyszał go wcześniej jedynie przez krótką chwilę, ale i tak potrafił go rozpoznać.
Koem Gariet.
Co za absurd.
Rzucili się do ucieczki w ciemną tevirską noc. Nared wyrwał się naprzód – nikt mu nie wmówi, że Gariet zna Doły lepiej od niego. I milicjanci też nie mogli znać ich lepiej od niego, wystarczy wciągnąć ich w boczne uliczki. Oczywiście, wciąż był zmęczony – ale jego nogi biegły same. Nie mógł tylko zwalniać, musiał gnać przed siebie siłą rozpędu, inaczej więcej już nie zerwałby się do biegu.
Ale istniały pewne granice. Nie pomyślał, co kiedy zaczną biec pod górę. Słabł, cholera, ile człowiek może przebiec? Gariet już chyba gubił płuca. To się musiało szybko skończyć.
Rzucił się w prawo, bokiem odbił się od płotu i zaraz wpadł w ulicę po lewej. A potem runął w ciemny otwór za rozwaloną bramą. W locie spróbował łapać się drabiny, ręce uderzały o szczeble i tylko połowicznie udało mu się zamortyzować upadek. Przewrócił się, przekoziołkował po ziemi. Tylko brak powietrza w płucach powstrzymał go od krzyku. Za pierwszym razem w ogóle nie udało mu się podnieść, sam nie mógł uwierzyć, jak bardzo brak mu siły.
Koem nie chciał powtórzyć jego błędu, zaczął schodzić. Zdecydowanie za wolno. Nared chwycił go za nogi i pociągnął w dół. Tym razem potoczyli się po ziemi razem. Nared znalazł w sobie jeszcze tylko dość siły, by przewrócić drabinę, prosto zresztą na Garieta, który stęknął głośno zamiast trzymać język za zębami. Mógłby się przynajmniej postarać nie dyszeć. Nared się starał, bo pustka starego kanału działała jak amfiteatr.
Psy – pomyślał Nared, słysząc podniesione głosy miotających się na górze milicjantów – jak dobrze, że nie mieli ze sobą psów. Był cholernym szczęściarzem.
Najtrudniejszym zadaniem okazało się zduszenie instynktu, który kazał uciekać, gdy milicjanci przechodzili tuż nad ich głowami – gdyby zaczęli biec w głąb kanału, natychmiast zdradziłoby ich echo kroków. Poza tym Nared nie miał siły biec. Ledwie starczyło mu jej na przytrzymywanie gotowego zerwać się Garieta. Musiał się na nim niemal rozpłaszczyć. Odezwać się nie miał odwagi.
– Widziałem ich – zapewniał jeden z milicjantów.
– Trzeba było ich widzieć na Leuvera.
– Jeśli ta ruina...
– Zamknąć mordy! Pilnujcie okien, my z Tanhaumem idziemy na górę.
– …to ja się nazywam Medivarius.
Żaden z milicjantów na szczęście nie zatrzymał się na otworem, a prawdopodobnie nawet nie podejrzewał jego istnienia. Nared modlił się, by któregoś z nich nie olśniło – to był najstarszy kanał ściekowy na Dołach, walka o jego budowę obrosła w wiele legend. Odkąd się zawalił, okoliczni mieszkańcy nie mieli żadnego, ale Naredowi nie było żal. Dzięki temu kanał był przynajmniej suchy. Prawie. Dno pokrywała warstwa spływającego z ulicy błota, liści oraz zwyczajnych śmieci, bo przecież raz wrzucone do ciemnego otworu, jak wiadomo, znikały.
Z braku światła Nared kierował się głównie dotykiem starego muru i gdy jego dłoń raz za razem trafiała na coś miękkiego, wyobrażał sobie, że to mech.
– A jak tu wej... – zaczął Gariet szeptem, ale Nared natychmiast zatkał mu usta dłonią i trzymał tak długo, aż cholernik sobie odpuścił.
Jak tu wejdą, to zagonią nas w ślepy zaułek, odpowiedział mu w myślach. I co ja mogę na to poradzić?
Po nieskończenie długim skradaniu się przez absolutną ciemność ręka Nareda wreszcie natrafiła na pustkę. Na wydrążony do opuszczonego domu tunel, który Hob pokazał mu kilka lat temu. Idąc dalej prosto, można było dotrzeć jedynie do zawału.
Nared wczołgał się do tunelu na kolanach. Nie zdziwił go widok malutkich, drewnianych drzwiczek. Tłukł w nie z całej siły, a i tak minęła długa chwila, zanim doczekał się reakcji:
– Kto tam? – odezwał się mężczyzna o bardzo niskim głosie i wyraźnie obcym akcencie.
– Shaleso Volmandortia – odpowiedział Nared. Takie było hasło. Na ile się orientował, nazwisko znaczyło coś obraźliwego.
Drzwiczki otworzyły się. Spojrzała na niego ciemna twarz niemal w całości przysłonięta równie ciemną brodą.
– Nie znam cię.
Nared postarał się nie skrzywić. Od mężczyzny cuchnęło jak od kogoś, kto nawet nie pamiętał, czym jest kąpiel.
– Gadałem z Valato, ale chcę tylko przejść. Milicja znowu się przypierdala.
Starał się stwarzać pozory, jakby chodziło o krzywe spojrzenie, złe słowo czy inną drobnostkę, za którą milicjanci wsadzali czasem miejscowych biedaków, gdy nie mieli się czym zająć. Żaden z nich nie wyglądał co prawda na biedaka, ale wiadomo jaka jest milicja, z nią przecież żaden nie wygra...
To jednak nie wystarczyło. W otworze zaraz pokazał się drugi mężczyzna, odrobinę jaśniejszy, łysy i rudobrody. Zmierzył Nareda od stóp do głów.
– Komitety?
Zaprzeczył.
– Konstruktory? Od Reblii?
Reblia zajmował się skupowaniem cudu skradzionego niejako przy okazji innych włamów. Nared
Nared z trudem przypomniał sobie, gdzie mogli widzieć ich razem.
– Tak, byłem gdy sal Tariano się umawiał.
– Ra, ra! – Oblicze rudobrodego rozjaśniło się. – Włazi.
Weszli do zatęchłej piwnicy pełnej śmieci i unoszących się oparów alkoholu. W środku było jeszcze czterech innych mężczyzn. Trzech grało w karty, bez koszul zasłaniających siatkę tatuaży, z papierosami w ustach. Czwarty leżał w brudnym barłogu zawinięty niczym mumia. Na ich widok odwrócił się do ściany, mrucząc coś w swoim języku.
– Chcecie?
Nared nie do końca rozumiał, co rudobrody ma na myśli, więc na wszelki wypadek odpowiedział, że nie chcą.
– Już nas nie ma – zapewnił.
Gdy wyszli na zewnątrz, po schodach w jeszcze gorszym stanie niż te w kamienicy Nareda, Gariet miał minę, jak pensjonarka po wyjściu z pełnego zapijaczonych mord pubu.
– Co to za jedni? – spytał.
– Następnym razem, jak ci pokazuję, że masz być cicho, to uprzejmie zamknij mordę albo idź się przywitać z panami milicjantami – warknął na niego Nared zamiast odpowiedzi.
Gariet raz jeszcze niepewnie obejrzał się za siebie.
– A oni nie pójdą na milicję?
Nared nieomal zadławił się śmiechem, próbując to sobie wyobrazić. Szybko jednak ucichł. Zgubili milicjantów zaledwie kilka ulic dalej i choć wciąż stali na opuszczonym podwórku, cholera wie, kto mógł go usłyszeć.
– Maradońscy i Waloccy imigranci – wyjaśnił. – Pozbywają się palących problemów, żeby mieć na chlanie.
– Palących problemów?
Nared westchnął.
– Ludzi. Ale żadni z nich mistrzowie zbrodni, zwykłe zakapiory, które zaryją ci kosą pod żebro dla dwóch koron. Gdyby kropnęli kogokolwiek nietutejszego, milicja dawno by się do nich dobrała. Ale oni mają w dupie ludzi stąd.
Mówił to nie bez złości. Koem był najwyraźniej jednym z tych właśnie elegantów, którzy nie wiedzieli, jak wygląda prawdziwe tevirskie życie. Może nawet jednym z tych odpowiedzialnych za pchanie cesarskich wojsk przez cały świat i podporządkowywanie krajów podobnych do Maradonu i Walocii. Prychnął, przypominając sobie słowa zasłyszane niedawno od Rezmana, ich akademickiego filantropa łożącego na cywilizowanie dzieci z zamorskich, barbarzyńskich krajów:
– Powiedzmy sobie szczerze, ludzie w innych krajach są po prostu biedni.
Zupełnie jakby w Cesarstwie byli bogaci.
– Znasz Henę Urettel, prawda? – spytał go znienacka Gariet. Jakby to była w tej chwili najważniejsza rzecz na świecie.
– Nie tutaj, idioto.
Może i elegant uratował mu życie, ale Nared nie zamierzał dawać jego głupocie taryfy ulgowej. Było to tym prostsze, że Gariet zamiast się postawić, przyjmował warczenie z pokorą.
Konstruktor, rozglądając się ostrożnie, wyszedł na ulicę i dał mu znak, żeby podążył za nim.
– Idź tak spokojnie, jak gdybyś wracał z teatru.
Ale Koem miał widocznie słabe nerwy, bo nie mógł się powstrzymać od nerwowego zerkania za siebie. Nared musiał trącić go łokciem, żeby wreszcie przestał.
– Dokąd idziemy?
Nared przez moment obracał w głowie mapę miasta.
– Tam, gdzie najmniej się nas spodziewają.
Po kilku minutach znaleźli się z powrotem w Czystce, a zaraz potem w Neehat. Tam jeszcze bardziej zwolnili kroku i starali się iść swobodnie środkiem chodnika. W świetle latarni nie widać było brudu, który wynieśli ze sobą z kanałów. Nie dostatecznie, by ktokolwiek zwrócił na nich uwagę.
Nared skręcił w jedną z bocznych uliczek, z rodzaju tych, gdzie za dnia wszystkie gospodynie pracują razem do wtóru wesołej dyskusji, a w oknach stawia się kwiaty bez obawy o kradzież. Stanęli pod jednopiętrowym budyneczkiem w kolorze świeżej cytryny, który wydawał się siłą wepchnięty pomiędzy szkołę dla panien a zakład krawiecki.
Szyld głosił: DOM LALEK.
Nared otworzył drzwi kluczem i weszli do środka.
Dom Lalek był dziełem pewnej ekscentrycznej wdowy, która, gdy miała dość sił, przychodziła tu, by otwierać go dla zwiedzających, jednak od dłuższego czasu chorowała i nikt tutaj nie bywał.
Wdowa była starą znajomą jego matki i kiedyś, jeszcze za czasów studenckich, prosiła go o naprawienie kilku co ciekawszych lalek wspomaganych cudem. Że nie należała do najostrożniejszych, dała Naredowi klucz, którego kopia od lat dawała mu okazję do zaszycia się, gdy chciał... pobyć sam na sam z myślami.
Sam, jeśli nie liczyć lalek, które z każdej strony wbijały w niego swój upiorny, pusty wzrok. Twórcy tych monstrów musieli mieć nader konserwatywne poglądy na temat tego, jak lalka powinna wyglądać – ich sukienki składały się głównie z koronek, koralików i wstążeczek, a włosy, na ogół jasne loczki, przypominały aktorskie peruki. Najgorsza stała za kontuarem. Wzrostem przewyższała Nareda, ale proporcje miała dziecięce, co w połączeniu z grymasem – w zamierzeniu chyba uśmiechem – sprawiało iście upiorne wrażenie.
Koem musiał mieć podobne przemyślenia, bo obszedł olbrzymkę szeroki łukiem i usiadł pod ścianą w taki sposób, by mieć ją stale na oku. Starał się przy tym nie dotykać żadnej z lalek, jakby bał się, że któraś z nich poruszy się pod dotykiem.
– To dobre miejsce? – spytał.
Istniało w ich sytuacji jakiekolwiek dobre miejsce?
– A masz lepszy pomysł? – odburknął mu Nared.
– Może.
Nared nie okazał się jednak dostatecznie godny, aby uchylić mu rąbka tajemnicy. I dobrze, nie potrzebował tego.
Konstruktor zamknął drzwi od środka i bez słowa, nie zdradziwszy się wcześniej żadnym ruchem, skoczył w stronę Garieta, chwycił go za poły surduta, podniósł i rzucił na ścianę, przyciskając całym ciężarem ciała.
– Coś ty za jeden? Mam uwierzyć, że przypadkiem przechodziłeś? I postanowiłeś...
– Nie ma potrzeby...
Koem próbował delikatnie wyswobodzić się z jego uścisku, ale Nared nie lubił pierdolenia, więc uderzył jego głową o ścianę z taką mocą, że tamten przez chwilę nie mógł skupić wzroku.
– Jedno ciało więcej nie zrobi milicjantom różnicy.
Nared nie blefował. Mało prawdopodobne, żeby szukali go za morderstwo, ale to nie znaczy, że nie potrafiłby załatwić sprawy. Zdążył wyciągnąć ukryty za kontuarem nóż, a Koem nie wyglądał, jakby nosił przy sobie broń, zresztą inaczej pewnie już by jej użył.
Ale zostawi tutaj ciało, żeby znalazła je pani Fertil? Biedaczce chyba nie wytrzyma serce... Oby przynajmniej jego głowa pozostała na miejscu. Rozważał opcje, a tymczasem Koem zaczął wyglądać, jakby się dusił. Nared na wszelki wypadek zmniejszył nacisk, ale to nie była kwestia fizyczna. Wyglądało na to, że Gariet jest odważny, dopóki może atakować z zaskoczenia i od tyłu.
– Podsłuchałem na posterunku – wykrztusił wreszcie, brzmiał jakby coś zaległo mu w gardle.
– Świetnie! Ja też siedzę co dzień na posterunku, żeby podsłuchiwać! W takiej komitywie żyję z władzą!
Koem popatrzył na niego, jakby to Nared, nie on, powiedział przed chwilą coś głupiego.
– Aresztowali mnie.
– No widzę właśnie.
– Uciekłem. Gdy usłyszałem, gdzie i po co idą, pomyślałem, że...
– … że doprowadzę cię do Heny?
– Że możemy pomóc sobie nawzajem.
Ta historia, oględnie mówiąc, nie trzymała się kupy. Przede wszystkim Nared nie pamiętał, kiedy ostatnio słyszał o ucieczce z łap milicji, a Gariet wydawał się słabym kandydatem do tego wiekopomnego wyczynu.
Wyraził tę wątpliwość głośno.
– Nie przeszukali mnie dokładnie, zabrali tylko rewolwer.
Nared starannie ukrył zdziwienie – czyli jednak nosił broń. Taki elegant, kto by pomyślał. Ale jeśli naprawdę miał coś na sumieniu, to może nie powinien się dziwić. Bo właściwie czemu ktokolwiek miałby Garieta aresztować?
– I akurat miałeś w kieszeni podręczny łom, którym wybiłeś sobie drogę na wolność?
– Nie, kwas alchemiczny.
– Słucham?
Brwi Nareda poszybowały w górę. Redaien mówił coś jakichś zadziwiających substancjach Garieta, ale Nareda za bardzo męczył wtedy kac, żeby się przysłuchiwać.
– Alchemicy używali go do drążenia w kamieniu, ale wyżera także metal.
– Wiem czym jest kwas alchemiczny – warknął konstruktor. – Pytam się, skąd go niby miałeś?
– Mam. W kieszeni.
Koem nie czekał na przyzwolenie. Nim Nared zdążył zareagować, wyciągnął buteleczkę przezroczystego płynu. Jedna kropla wystarczyła, żeby wypalić w podłodze sporych rozmiarów dziurę. Tuż przy bucie Nareda.
Nekromanta-konstruktor uznał, że lepiej będzie się odsunąć i że to najwyższa pora, by jednak wyciągnąć nóż. Dobrze, że nie zrobił tego wcześniej. Jeśli coś potrafiło z taką łatwością przepalić drewno, to pewnie przedziurawiłoby i jego.
Jeszcze mniej pewnie poczuł się, gdy Koem zaczął wyciągać inne buteleczki, w różnych kolorach i rozmiarach.
– Ile tego tam masz?
– Nie wszystko to kwas – zaczął tłumaczyć pospiesznie Gariet – mam też...
– Dawaj to! – Nared, wymachując nożem, wyrwał butelki z rąk nieopierającego się Koema, starając się nie myśleć, co będzie, jeśli któraś się przy tym potłucze. – I rozbieraj się!
– Yyy?
Nared nie krzyczał „rozbieraj się” do obcego człowieka po raz pierwszy w życiu, ale za sprawą dziwnej miny Koema po raz pierwszy zabrzmiało to aż tak głupio.
– Żebym wiedział, że nic nie schowałeś – wyjaśnił.
Koem dla odmiany sam wciskał się teraz w ścianę – jak cnotliwa panna w obliczu brutala.
– Niby gdzie?
W dupie. Nared westchnął głęboko.
– Skąd mam mieć pewność, że to nie oni cię wysłali?
– Kpisz sobie? Strzelali do mnie!
Fakt. Mogliby celować obok, ale Nared miał wątpliwości, czy ktokolwiek odważyłby się na taki manewr. Patrzył Garietowi prosto w oczy. I strach, i zmieszanie wydawały się w nim zupełnie szczere.
Puścił go. Chociaż nic mu się w tej historii nie podobało, Gariet był przynajmniej ugodowy.
– Skąd pomysł, że wiem, jak znaleźć Henę?
– Był donos.
No jasne.
– Chodzi o Medivariusa – dodał Gariet.
Kwas alchemiczny. Medivarius. Hena. To miało jakiś sens. Całej prawdy pewnie nie pozna, bo wcześniej go powieszą. Skoro wiedzą już tak dużo, będą mieli motywację, by znaleźć go i skazać.
Jedno wielkie gówno.
Na dodatek był bezdomny. I bezrobotny. I nie miał ze sobą pieniędzy. Nie zabrał z domu szkiców ani notatek. Ani bezużytecznego już dyplomu Akademii.
Przynajmniej nie skończy w więzieniu za długi. Skończy w Zaułku, w Cytadeli – albo gorzej. Słowo „ZAWSZE” majaczyło mu pod powiekami. Nie mieszkania na wysypisku chciał od życia. Nie tego chciał dla Ramela.
Właśnie, Ramel.
O tej godzinie powinien już wracać do domu.
Nared zaklął raz jeszcze. Zrzucił najbliższą lalkę z jej koronkowego posłania, odsunął miniaturowe łóżko i nożem podważył znajdującą się pod nim luźną deskę. W schowku czekał rewolwer, garść nabojów, dokumenty niejakiego Lan Varade oraz trzysta złotych koron tevirskich w gotówce. Na samym dnie leżał jeszcze kawałek ręcznika upstrzonego czerwonymi plamami, ale nim Nared nie zawracał sobie głowy.
– Mam nadzieję, że zostało ci dzisiaj trochę siły – rzucił do Garieta. Sam miał wrażenie, że na nogach trzyma go już tylko i wyłącznie strach.

Re: Złom

: 26 maja 2019, 13:09
autor: Kimchee
Przeczytałam i o tym, że mi się podobało niech świadczy chociażby fakt, że nie mam tym razem żadnych uwag na marginesie kartek, tylko zwyczajnie czytałam kolejne strony z przyjemnością.

Bo i napisane jest to sprawnie i świat jest ciekawy. Im więcej czytam o systemie magii, tym bardziej mi się on podoba.
Trochę gorzej z fabułą i postaciami. Za to pierwsze winię prolog. Niezależnie od tego, jakie twoje motywacje były, prolog określa clue fabuły (tak wiem, że niejednokrotnie pisałaś, że chcesz robić nekromancką rewolucję, ale to jednak odbiera nieco frajdy z czytania). Nie skreślam jednak prologu. Wiadomo, może się zdarzyć coś takiego, co zmieni mój punkt widzenia na ten pierwszy fragment, a może nawet całkowicie mnie zaskoczy. Moim zdaniem tka powinna być właśnie funkcja w ten sposób wyglądających prologów. Z ostatecznym wyrokiem zaczekam.

Skoro więc główny wątek fabuły niezbyt mnie kręci, z tym większym przywiązaniem śledzę te małe historie poszczególnych postaci, a one rozwijają się coraz bardziej. Na samym czele stawki nadal pozostaje Ramel. Przy tej okazji muszę wspomnieć, że przeżyłam duże zaskoczenie w związane z jego osobą. Byłam pewna, że on jest bękartem ojca – coc miało wiele sensu. Ale nie, jest nieślubnym synem matki, co mi się wydaje dziwne. Raz, że dzieci urodzine w małżeństwie to się raczej domniemywa, że są dziećmi mężów, dwa facet i tak miał dość wstydu, że mu zonka doprawiła rogi, po co miałby jeszcze wystawiać się na pośmiewisko wobec świata. Ta taka moralność rodem z XIX wieku moim zdaniem zakłada, żeby wstydliwe sekrety trzymać za zamkniętymi drzwiami własnego domu i ewentualnie znęcać się nad dzieciakiem i matką znęcać w domu albo gdzieś wysłać. Ale ostatecznie to Twój świat i może istnieją jakieś inne czynniki, o których jeszcze tu nie wspominałaś. Generalnie jedyne co jestem na te chwilę mogę wymyśleć to to, że facet chciał za wszelką cenę odebrać dzieciakowi możliwość pobierania nauki.

Koem nada jest tajemniczy i ta tajemniczość dobrze mu robi, a jak już działa to raczej ma moją aprobatę (dobrze, że mu się te buteleczki nie stłukły podczas ucieczki i nie zrobiły zamieszania). Nawet biedna Erra, której dostał się dość dołujący zestaw cech autobiograficznych, wypada dość naturalnie. Najgorzej wyszli znów Henna i Nared, przy czym Nareda ratuje wątek brata. Henna to na razie cały zestaw klisz i ani jednej cechy osobniczej, która by mnie do niej przekonała. Jest żałosna i wulgarna, ale w ten sposób, który nie wzbudza mojej sympatii. Na plus nie działa także fakt podkreślania je talentu. Nie lubię jak mi się wmawia, że postać jest jakaś, podczas gdy postać za Chiny nie chce tej opinii potwierdzić. Hena jak na razie znajduje się pod parasolem ochronnym związanym ze specyficzną sytuacją i nałogiem, ale mam nadzieję, że to się jednak za jakiś czas skończy.