Drodzy Literkowicze!

Informujemy, że przenieśliśmy naszą działalność na kanał na Discordzie.
Zainteresowanych dołączeniem do grupy, utrzymaniem kontaktu i wymienianiem się tekstami prosimy o zgłoszenie na Discordzie do WolfKreuz#8417 lub na adres e-mail:rogodox@gmail.com

Złom

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 496
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie

Re: Złom

Post autor: Krin » 26 kwietnia 2020, 22:56

@ Kim
I to zakończony tym, czego od dawna mi brakowało, czyli milicją na złomowisku.
Ja cały czas nie wiem, czemu ci brakowało tej milicji, skoro już od prologu było wiadomo, że te pięć dni później na wysypisko wejdzie milicja, a Redaien będzie podziwiał z okna malownicze eksplozje. Po to ten prolog powstał, żeby pojawienie się milicji nie było ni z gruszki ni z pietruszki.
to przecież ktoś musi te śmieci tam wyrzucać.
Mam wrażenie, że było o tym, jak Nared wpadł prawie na złomiarzy wtedy, kiedy wracał do domu i milicja czekała pod jego drzwiami. Muszę sprawdzić czy nie wywaliłam tego fragmentu.

@ Kanterial
Otóż nie, nie zorientowałam się, że zajmował się nekromancją
:what: Przecież od pierwszej sceny cały czas jest w kółko o tym, że Koem jest nekromantą-ogrodnikiem i uratował ogród cesarzowej. Gdy zobaczyłam, co napisałaś po raz pierwszy, to mózg mi prawie wybuchł.

Zgodnie z zaleceniami link: https://docs.google.com/document/d/127f ... sp=sharing


Rozdział ósmy

I

Koem łapał Errę tuż nad ziemią, szorując kolanami po trawie – Nared nic nie zrobił, zbyt był zajęty gapieniem się na milicjantów, których otaczający wysypisko kordon stawał się coraz wyraźniejszy. Medycy jeszcze nie uciekli, ale wyglądali, jakby mieli na to ochotę. Szczególnie ten wysoki i chudy – Varlo bodajże. To jego przyjaciel zachować musiał resztki zimnej krwi. Przypadł do Erry i zaczął wydawać polecenia, które Varlo wypełniał całkiem sprawnie, tylko cały czas oglądał się przez ramię.
– Nie powinno nas tu być – wymamrotał. – Słyszysz, Beri?
„Beri” może nawet słyszał, ale był zbyt zajęty. Jego palce bez wahania zagłębiły się w ranie, wkrótce czerwień pokrywała całe dłonie mężczyzny. Koem przyglądał się temu zafascynowany, dopóki nie oprzytomniał, że to nie teatr anatomiczny i nie zwłoki.
– Zostawiłby pan ranną na łaskę losu? – spytał chirurga z niedowierzaniem.
Varlo milczał.
Całe szczęście, milicji nie zainteresowała awantura, która zaszła po drugiej stronie rzeki. Rzecz musiała wydać się milicjantom błaha wobec wypadków na wysypisku – te właśnie budziło się na podobieństwo rozeźlonego olbrzyma, hałdy złomu zawrzały niczym zupa w ogromnym kotle. Koem widział, jak spleciona z cudu macka wciąga grupę zaskoczonych milicjantów pod powierzchnię.
Pomyślał wtedy, że to będzie krwawa bitwa.
I jak na rozkaz okolicą wstrząsnął huk. Poczuł, że odruchowo zasłania uszy dłońmi, że nagle znowu ląduje kolanami na ziemi. Obejrzał się w poszukiwaniu źródła eksplozji, ale powietrze wokół zasnuło się srebrzystym pyłem. Minęły długie minuty pełne wstrząsów, nim dojrzał na horyzoncie słup zielonego ognia. Wiele słupów.
Cholera, mógł tam być.
– Zróbmy coś! – Głos Nareda wydawał się dochodzić zza grubej ściany. – Zabiją ich!
Spojrzał na Koema, spojrzał na Henę. Alchemik potrząsnął głową. Hena chyba nie usłyszała pytania, z szeroko otwartymi ustami wpatrywała się w płomienie.
– Ja nie dam rady – powiedział Koem. – Lepiej, żebyśmy stąd zniknęli.
Podniósł z ziemi swoją torbę – w zasadzie pożyczoną od Seliota, który gdzieś tam właśnie zmagał się z piekłem eksplozji i milicyjnych salw. Nared patrzył na niego z pogardą, ale co mógł zrobić?
– Hen? – ponaglił nekromantkę Abaloth.
Spojrzała na niego, jakby go widziała po raz pierwszy.
– Co chcesz zrobić?
Nared przez chwilę bezgłośnie poruszał ustami.
– Ostrzegę ich!
– Nie wiem, czy mogą być bardziej ostrzeżeni.
– Przecież nie mogę tak stać i patrzeć!
– Będziesz musiał.
Ale Hena nie wydała się przekonująca w swojej twardej postawie. Widoczne w każdym ruchu napięcie zdradzało, że sama ma ochotę rzucić się do bitwy.
– Idziecie? – ponaglił Koem. – Ja mogę iść sam. Z Errą, jeśli w ogóle was to obchodzi.
Najbardziej do odejścia spieszył się Varlo. Jego towarzysz, wciąż zajęty raną, rzucał mu gromkie spojrzenia, ale mężczyzna nawet nie patrzył w jego stronę.
– Mam dosyć, nie jestem chirurgiem wojskowym – oznajmił. – Zabieram się stąd.
Koem nie zdążył zareagować, bo zanim w ogóle przyswoił, co słyszy, Nared dopadł do lekarza, jakby dotąd tylko czekał na impuls. Chwycił go za koszulę.
– Mieliśmy umowę!
– Z Seliotem, nie z wami! Puszczaj, troglodyto!
Varlo może i był wyższy od Nareda o głowę, ale to jeszcze żadna przewaga. Nie, gdy ktoś szarżuje na ciebie z czysto zwierzęcą pewnością, że jeśli dopadnie twojej krtani, twojego serca, twojej krwi, to się nie zawaha, rozszarpie cię prowadzony instynktem. Varlo zarobił w brzuch tak mocno, aż zgiął się w pół. Ale się nie poddał, uniósł ręce w gardzie. Nared zignorował go, a lekarz pozwolił się zignorować – stchórzył w ostatniej chwili. Wystarczył moment, by Nared unieruchomił jego nadgarstki w żelaznym uścisku.
– BROŃ NA ZIEMIĘ!
Okrzyk był jak piorun przecinający bezchmurne niebo. Koem na moment zamarł tak jak stał – w pół ruchu, z wyciągniętą nogą i uniesioną ręką. Dopiero, gdy wezwanie się powtórzyło, znacznie ciszej, znacznie spokojniej, pozwolił sobie się odwrócić. Na tle cmentarnego muru, wśród kłębów rozwiewającego się dymu, ujrzał cztery niebieskie mundury.

II
Milicjanci nie wydawali się szczególnie przejęci całą sytuacją i Nared w zasadzie im się nie dziwił. Nie wyglądała ich siódemka zbyt imponująco, na pewno nie jak wyszkolona komórka rewolucjonistów ani jak bandyci. Raczej jak niedobitki po nocnej libacji, która przypadkiem przerodziła się w strzelaninę. Nawet Koem – jego ubranie po kilku dniach w Zaułku zdążyło stracić swoją elegancję.
A oni to w końcu milicja. Tutaj w Tevirze każdy z nich był jak cesarz, jak pan każdego kawałka ziemi, po której stąpa.
– Broń na ziemię, a ręce wysoko, tak żebym je widział – powiedział milicjant idący na czele tonem sugerującym, że wystarczy tylko współpracować, a wszystko będzie dobrze.
Może normalnie byłoby dobrze. Nared został już kiedyś aresztowany za wymachiwanie bronią, dawno temu w ladańskim porcie. Pili w tawernie do późna i gdy wyszli w ciepłą lipcową noc, Naredowi zachciało się walczyć o sprawiedliwość dla damy, która gubiąc sandały, nadbiegła portowym nabrzeżem. Za nią nadbiegło dwóch nieco tylko mniej wstawionych od Nareda marynarzy.
Jednego postrzelił w pierś, ale nigdy nie dowiedział się, jak poważne były obrażenia, bo zaraz po tym zjawił się patrol milicji. Milicja w porcie, też coś... Skuli go i zamknęli w areszcie. Broń skonfiskowali, a przy okazji zniknęły też gdzieś jego pieniądze, buty i srebrny pierścionek, który dała mu jego ówczesna wielbicielka. Całe szczęście pił z nim tamtej nocy Matias, syn hrabiego Gambraid. Pieniądze przeszły z rąk do rąk i było po sprawie.
Wątpił, że jeśli teraz milicjanci zorientują się, kim jest, to pójdzie równie gładko. Poza tym nie miał już bogatych znajomych. Może jego ojciec by zapłacił, a może uznałby, że kilka lat zsyłki na niejednego syna marnotrawnego podziałało cuda. Sam Nared nie sądził, by na zsyłce się skończyło, ale przecież stary Abaloth nie śledził jego ostatnich poczynań.
Milicjantów było tylko czworo i bardzo dobrze, nie tak łatwo jest aresztować siódemkę w cztery osoby. Gorzej, że tamci mieli cztery sztuki broni, a oni tylko trzy. Przynajmniej nie należeli do tych uzbrojonych po zęby zabijaków, którzy właśnie szturmowali Zaułek. Ot, zwykły patrol zwabiony eksplozjami, który zapomniał, po co właściwie się zjawił, gdy prosto w jego łapy wpadł tak prosty łup.
To będzie najgłupsza śmierć na świecie, pomyślał Nared.
– Jeśli nie złożycie broni, moi ludzie będą musieli zacząć strzelać – wytłumaczył spokojnie milicjant takim niemalże tonem, jakby mówił do dzieci.
Jak na milicjanta był już zresztą w dość poważnym wieku. Towarzyszy miał znacznie młodszych, w mundurach tak schludnych jakby prali je i prasowali pod okiem sierżanta. Ten starszy chyba chciał im pokazać „jak łatwo takie sprawy załatwia milicjant z krwi i kości”. Dwóch dało się wciągnąć w to przedstawienie, ale najmłodszy blondyn ulepiony był z innej gliny – Nared czuł spojrzenie jego lisich oczu na swoich plecach. Najgorzej to mieć wroga za plecami, ale nie chciał się odwracać, bo wciąż trzymał Varlo w uścisku, tego by tylko jeszcze brakowało, żeby medyk narobił im problemów.
Może powinien zacząć strzelać? Pierwszy padłby dowódca, a młodsi potrzebowaliby czasu na reakcję... Ale blondynek pewnie tylko czekał na jego ruch.
– Sądzę, że zaszło nieporozumienie – odezwał się Gariet. Nared musiał mu przyznać, że potrafi zapanować nad głosem. – Nie chcemy sprawiać kłopotu.
Gariet jeszcze kilka dni temu wyglądał na dżentelmena, ale teraz sprawiał wrażenie co najwyżej dżentelmena w poważnych kłopotach. Nie wyglądał jak ktoś, kogo opłaca się wypuścić. Owszem, miał pewnie pieniądze, miał choćby ten swój złoty zegarek, ale te i tak milicjanci zabraliby przy aresztowaniu.
– Więc trzeba było nie strzelać.
Nared bardziej poczuł niż usłyszał, jak medyk, teraz odwrócony do niego plecami, bierze wdech, żeby coś powiedzieć. Konstruktor wyciągnął broń z kieszeni i sycząc przyłożył mu lufę do kręgosłupa. Blondynek chyba się nie zorientował. Oby.
– Myślę, że możemy się dogadać – ciągnął dalej Koem. Uśmiechał się przy tym z wprawą kogoś, kto przeżył coś podobnego wiele razy. – Mój przyjaciel, arcyksiążę Elik...
Ale tak jak Nared się spodziewał, Gariet nie wypadł wiarygodnie. Wzrok dowódcy, który teatralnym znudzeniem demonstrował wszystkim, ile to on już razy wcześniej widział takie przedstawienie, przesunął się po pozostałych i spoczął na Henie. Jego czoło zmarszczyło się ledwie zauważalnie.
– Czy mógłbym panią prosić...
Milicja musiała mieć jej fotografię z Akademii. A jeśli nawet nie, to portret od rodziny – byli już u państwa Urettel, przewrócili dom do góry nogami, nie dając się przekonać, że od lat córka nie przekazała im choćby jednego listu. Jeśli traktowali sprawę poważnie, mogli wskazać funkcjonariuszom, żeby zwracali na Henę szczególną uwagę.
Mogli nawet z tego powodu przypuścić szturm na wysypisko. Mogli wierzyć, że znajdą tu Medivariusa.
– … żeby pani...
Mógł ich zastrzelić, no przecież miał broń i mógł. Miał również przewagę zaskoczenia, musiałby tylko wykazać się szybkością. No musiałby też trafić. Ale to przecież niewielka odległość. Poza tym Hena i Koem też mieli broń. Oczywiście na ogień milicjanci prędzej czy później odpowiedzą ogniem – aż tak szybki Nared nie jest. Ktoś z nich zostanie ranny. Ktoś może zginie. Ale głupota przecież nie jest za darmo, za drugą szansę trzeba zapłacić.
Wystarczy tylko raz, dwa, trzy i cztery. Jeden po drugim. Tylko raz, dwa, trzy i cztery.
– … na chwilę...
Nie wytrzymał. Strzelił.
Raz.
Dowódca zgiął się w pół, przyciskając ręce do klatki piersiowej. Reszta zamarła na potwornie długie pół sekundy potrzebne im, aby zorientować się, skąd padł strzał. Ten czas Nared wykorzystał, żeby się obrócić, zasłonić ciałem trzymanego w uścisku medyka.
Dwa.
Kolejny milicjant, ten blondynek, dostał w brzuch. Dwa razy. Na wszelki wypadek dwa razy, bo po pierwszym razie jeszcze krzyczał.
Trzy?
Trzeciego nie dopadł. Trzymany przez Nareda medyk zawył, gdy jego ciało pochłonęło kulę przeznaczoną dla nekromanty. Upadł, pociągając go za sobą. Kolejna kula przeleciała tuż obok, a dopiero potem Nared poczuł wilgoć trawy.
Zanim się pozbierał, było już po wszystkim.
Trzeci milicjant dostał kamieniem przez łeb od Ramela – celnie, nadzwyczaj celnie – a potem jeszcze z rewolweru w plecy od Heny. Czwartemu Koem przestrzelił udo. Obaj jeszcze żyli – w przeciwieństwie do tych, których dosięgły strzały Nareda. I w przeciwieństwie do medyka. Jego przyjaciel próbował go ratować, ale że mężczyzna miał dziurę w twarzy, Nared nie wróżył mu dużych szans na powodzenie.
A jednak mieli szczęście. Nared wytarł ze swojej twarzy kawałek mózgu Varlo, ale mimo wszystko mieli cholerne szczęście. Znów. Zaczynał się obawiać, że zdążył już wyczerpać cały zapas, jaki przypisano mu na to życie. Czuł jak trzęsą się pod nim kolana.
– Trzeba ich dobić – powiedział. Ktoś to musiał powiedzieć.
Wszyscy patrzyli na niego z oczekiwaniem. Koem patrzył na niego, Hena patrzyła na niego i Ramel też patrzył na niego. Poczuł nagły przypływ gniewu. No tak, to przecież on zabił przed chwilą dwoje ludzi, co mu za różnica. To on był przecież znowu jebanym mordercą.
Znowu.
Raz, dwa...
Nared podszedł do rannych milicjantów. Spojrzał w oczy temu z przestrzelonym udem, ten był przytomny.
I trzy. I cztery.
Został jeszcze tylko jeden problem. Pozostały przy życiu medyk wciąż klęczał na ziemi, próbując załatać jakoś krwawą miazgę na twarzy przyjaciela. Czasem z pewnym zdziwieniem oglądał swoje dłonie pokryte strzępkami mózgu i czaszki, więc coś chyba zaczynało do niego docierać.
Ale Nared nie miał na to czasu.
– Zajmij się dziewczyną – rozkazał.
Medyk spojrzał na niego zupełnie nieprzytomnie.
– Zrobiłem już wszystko, co mogłem zrobić. Muszę... – Chyba zdał sobie sprawę, że nic już nie musi, puścił na wpół oderwany przez kulę nos Varlo. Dalej mówił bardzo cicho. – Jej stan nie jest bardzo poważny. Wprawdzie pocisk mógł uszkodzić nerw i nie wiem, czy jej ręka...
Nared nie słuchał dalej. Odkrył nagle, że nie może się skupić. Świat tańczył wokół niego, jakby był pijany. Nekromanta-konstruktor zatoczył się, ale nie upadł. Przymknął na chwilę oczy. Musiał się skoncentrować. Musiał dokończyć jeszcze jedną sprawę.
Wykorzystał fakt, że medyk znów pochyla się nad Errą i pokazał Koemowi najpierw na broń, potem na roztrzęsionego mężczyznę.
Gariet skinął głową. Twardy był – pod warunkiem, że mógł się wysługiwać cudzymi rękoma. Nared szykował się już do strzału, gdy usłyszał za plecami cichy okrzyk.
– Nared!
To była Hena. Zatrzymał się i to wystarczyło, żeby medyk zorientował się, co zamierza. Całe szczęście wycelowana w niego broń skutecznie wybiła mu z głowy ucieczkę.
– Nikomu. Nic. Nie. Powiem – obiecał, każde słowo poprzedzając głębokim oddechem.
– A jak zaczną zaczną o niego pytać? – spytał Henę Koem, wskazując głową zwłoki Varlo.
Pokręciła głową. I jeszcze Ramel patrzył na niego tak, jakby to jego Nared zamierzał zamordować.
– Nic nie powiem!
Hena ciągle miała w ręku broń. Oboje z Koemem odwrócili się do niej jednocześnie, jakby oboje jednocześnie uświadomili sobie ten fakt. Mogli się tu nawzajem powystrzelać. To znaczy ona mogła zastrzelić Nareda, bo on jej by chyba nie miał siły. Po co by przechodził przez to wszystko, skoro miałby ją sam na koniec zastrzelić?
Ostatecznie medyka związali i zostawili na cmentarzu. Ile czasu mogło minąć, nim ktoś go znalazł? Na tyle dużo, by zmarł z wychłodzenia w tę paskudną jesienną pogodę? Na tyle dużo, by dostał zapalenia płuc i umarł później, wyjawiwszy, bądź nie, ich sekret? A może na tyle mało, żeby wyszedł z tego bez szwanku? No pomijając wspomnienie wielkiej dziury w twarzy przyjaciela.[align]
III
Piwnica pachniała stęchlizną i naftą. W nos gryzły Henę drobinki kurzu, w uda drapały ją drzazgi ze skrzyni, na której siedziała. Skrzynia musiała przypłynąć z daleka, na boku wydrapany miała ciąg cudzoziemskich liter. Cholera wie, co tu robiła – ona i wszystkie pozostałe, tak samo puste, tak samo nadgryzione zębem czasu i pokryte pajęczyną.
Hena czuła się w tym miejscu surrealistycznie. Tępo obserwowała, jak Nared i Koem próbują przecisnąć się razem z Errą do jednego z bocznych pomieszczeń. Takich bardziej składzików. Były takie cztery i wszystkie łącznie nie dorównywały wielkością temu, w którym siedziała. Nie dorównywały wielkością dżungli – bo te skrzynie nie były tutaj jedynym dziwacznym elementem, była jeszcze dżungla. I alchemiczna aparatura.
Hena przymknęła oczy, próbując zebrać myśli. Zdała sobie sprawę, że boli ją głowa. Że to to ją tak drażni.
Znała tę dziwaczną roślinę porastającą zbudowane z cegieł poletka. To była gauria, z niej robiło się gaemel. Musiała ją rysować dla Medivariusa – długa łodyga, rozłożyste liście... I biel. Ten kolor nawet Hena potrafiła rozpoznać. I nawet ona wiedziała, że to nie jest kolor dla liści.
Może głowa nie bolałaby jej tak bardzo, gdyby nie Lindat ze swoją wiejską gwarą. Elora Lindat była tej piwnicy właścicielką. I mieszczącego się nad nią hotelu robotniczego dla panien też. O ile Hena dobrze rozumiała ideę podobnych przybytków, to Lindat nie powinna wynajmować piwnicy Koemowi. Ale może schludnego Koema nie tykały się nawet brudne myśli... czy jakoś tak.
– Znowu krew – usłyszała głos Nareda. Wbrew zapewnieniom medyka rana się rozłaziła. Koem wciąż dokładał nowych opatrunków i choć starał się sprawiać przy tym wrażenie kogoś, kto wie, co robi, Hena wątpiła, żeby faktycznie wiedział. Ale przynajmniej coś robił, bo Nared i Ramel głównie wrzeszczeli na siebie wzajemnie.
Ciekawe, co Nared sobie teraz myślał. Co sobie myśli człowiek, który właśnie kogoś zabił? Pewnie nic nie myślał, zajmował się Errą... Milicjantów nie było Henie szczególnie żal. Milicjanci to milicjanci, powinni liczyć się z tym, że każdy przyzwoity człowiek w Tevirze ma ochotę sprzedać im kulę. Ale zabójstwo lekarza to co innego – bo jednego zabił na pewno, przecież nie zasłonił się nim przez przypadek. Drugiego chciał zabić. Wątpiła, by dał radę zrozumieć jej sprzeciw, skoro nawet nie potrafiła wyrazić tego słowami, pewnie znowu będzie uważał, że się na niego uwzięła.
– Daj mi to!
– Możesz się...
– Kurwa!
– …nie pchać na mnie?
Powinna pomóc, wypadałoby pomóc, skoro wszyscy pozostali się męczyli. Tylko jak? Odnosiła wrażenie, że Erra ma opiekunów aż nadto, jeszcze tylko tego brakowało, żeby Hena się tam przepychała razem z nimi.
Więc nie myślała o Errze, myślała o Adonnie. Tak się nazywała ta konstruktorka, której głowę Nared roztrzaskał o ścianę Cytadeli. Adonna Kla... Nie, Hena nie pamiętała nazwiska. Nared był tamtego wieczoru u niej, ale musiał na chwilę wyjść, rozmówić się, jak to ujął. Długo nie wracał, ale przecież miał prawo. Hena zajęła się pracą i zapomniała o nim aż do chwili, gdy Felisa zapukała do drzwi.
W korytarzu zdążył się zebrać spory tłum. Seliot trzymał Nareda w żelaznym uścisku. Snar i Essai próbowali wydusić z konstruktora, co się stało. Ochard snuł szeptem swoje dziwaczne teorie. Sanada próbowała go uciszyć. Granavind niewzruszony krwawą scenerią kończył jeść kolację. Lancart głośno domagał się linczu...
Hena się Lancartowi nie dziwiła. Adonna była mała i drobna, zawsze radosna i skora do żartobliwych zaczepek. A teraz leżała w tej makabrycznej scenerii, nie dość, że z jej głowy uchodziła kałuża krwi, to jeszcze ręce wygięte miała pod nienaturalnym kątem, ciało posiniaczone, szyję znaczyły ślady po paznokciach. Wyglądało to na robotę szaleńca.
Nared nic im nie wyjaśnił. Kiedy wyrwał się Seliotowi, nikt inny nie miał dość odwagi, żeby go łapać. Musiał wrócić do domu, bo niecałą godzinę później Hena zastała pod swoimi drzwiami spanikowanego Ramela. Nie dała rady powstrzymać go przed oglądaniem zwłok, które wciąż leżały w korytarzu – czasem miała wrażenie, że chłopak karmi się okropnościami tego świata.
O co chodziło, dowiedzieli się dopiero kilka dni później. Przyszli do jego mieszkania – ona, Hob, Essai i synowie Snara, ale nie za dużo udało im się z niego wyciągnąć. Tyle tylko, że Adonna go szantażowała. Nie było to trudne, biorąc pod uwagę, że razem studiowali na Akademii, a Zaułek wcale nie sprzyjał anonimowości. Wystarczyło jedynie się odważyć i Adonna odważyła się, obierając przy okazji bardzo niewłaściwy cel.
Hena za Adonną nie przepadała, ale z żadnych racjonalnych pobudek – Adonna miała po prostu znacznie mniej talentu, a jednak wciąż na Akademii studiowała, bo była córką jednego z profesorów. Krótko mówiąc, nekromantka-konstruktorka chętnie zobaczyłaby jej porażkę, ale jeszcze nie życzyła jej śmierci.
Ciekawe, co Nared czuł, gdy wszyscy wokół niego mówili o zaginięciu dziewczyny. Ciekawe, czy planował ją zabić już wtedy, gdy wychodził z mieszkania Heny.
Wspominając to, zawsze czuła się nieswojo. Jej przyjaciel zabił kogoś, wszyscy w Zaułku o tym wiedzieli, a jednak nie poniósł żadnych konsekwencji. Seliot i Lancart uważali go za zwyrodnialca, pozostali po prostu zapomnieli. No bo skoro miała śmiałość wystąpić przeciwko zasadom Zaułka, to dostała za swoje. Henie tylko czasem, gdy zostawali sam na sam, przychodziła do głowy myśl, że ją też mógłby zabić. Raz już to zrobił, więc dlaczego nie jeszcze raz?
Teraz więcej niż raz.
Lindat zaczęła coś do niej mówić, ale Hena za cholerę nie rozumiała. Udała zainteresowanie roboczym blatem Koema. Był wielki, zajmował całą jedną ścianę, pewnie prawie tyle, ile całe jej mieszkanie w Cytadeli. Stał teraz w większości pusty – jedyna znajdująca się na wierzchu aparatura leżała na podłodze – ale pod blatem kryły się dziesiątki szuflad, wszystkie starannie opisane.
Hena wybrała jedną na chybił trafił. Kolby i statywy. W kolejnej – suszony mogłog. Mogłog, podobnie jak gauria, rósł z dala od światła słonecznego, więc też musiał gdzieś tu być. Faktycznie, teraz zauważyła jego pędy owijające się wokół łodyg gaurii – niskie, nieśmiało ukryte wgłębi. Sięgnęła ręką, żeby dotknąć śmiesznie małych liści i natychmiast ją cofnęła.
Czerwony mogłog parzył.
Gorzej niż pokrzywa, znacznie gorzej. Na jej dłoni pojawiły się bąble, które nie tylko piekły, ale dodatkowo pulsowały bólem.
– Kurwa!
– Przepłucz to wodą – poradził jej Koem. Nawet nie zauważyła, kiedy ją podszedł. Całą koszulę miał w ciemnych plamach, pewnie krwi. Hena dobrze wiedziała, jakie to brudzące. – Potem zawiń bandażem i więcej niczego nie dotykaj.
Hena nie wiedziała, gdzie ma szukać wody i bandaży, Koem musiał jej pomóc. Po namyśle dodał do listy jeszcze mydło i gdy Hena nie była w stanie wytrzymać pieczenia, sam wyszorował jej dłoń, trzymając ją w uścisku niczym imadło.
Zauważyła przy tym, że dłonie Koema są idealnie zadbane. Zrobiło jej się głupio na myśl o własnych. To śmieszne. Nie pamiętała, kiedy ostatnim razem wstydziła się przed kimś własnego wyglądu.
– Erra zajęła łóżko, ale Lindat obiecała mi dwa materace – poinformował alchemik, kiedy skończyli. – Jeden weźmiesz ty, a ja z Naredem i Ramelem drugi. Mam nadzieję, że nie zgniją w tej wilgoci.
Hena pomyślała, że to bez sensu, że powinni podzielić się na pary, ale zaraz dotarło do niej, że przecież musiałaby spać z którymś z nich. Nared odpadał, a Koem z pewnością nie miał ochoty, by wchodzić z nim w dyskusję o przyzwoitości. Ramel zaś... cóż, nie był już taki mały. Tego tematu też na wszelki wypadek wolała nie zaczynać.
– Co z nią? – spytała, starannie nadając głosowi jak najbardziej neutralny ton.
Chodziło oczywiście o Errę. Hena pewnie nie powinna pytać o zdrowie kogoś, kogo sama postrzeliła, ale pewnie też nie powinna mieszkać z kimś takim pod jednym dachem. Koem najwyraźniej podzielał tę opinię, bo długo tylko patrzył na nią, nic nie mówiąc.
– Mam nadzieję, że ta sprawa jest już zakończona.
Hena wzruszyła ramionami.
– Nie wiem, co powie Erra, gdy....
– Heno, ja pytam ciebie – przerwał jej stanowczo – nie Errę.
Co on sobie myślał? Że Hena pójdzie do niej i udusi ją poduszką? Śmierć Erry była teraz ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała. Skoro chwilowo byli na siebie z Naredem i Ramelem skazani, wolała, aby koegzystencja ta przebiegła jak najbardziej pokojowo.
– Jasne. Tylko niech się nie rzuca.
– Heno – naciskał Koem.
Uniosła ręce w geście poddania.
– Dobrze, nie będę do niej strzelać, nawet jeśli będzie nieznośna. Chyba, że w obronie własnej.
Koem nie wyglądał na usatysfakcjonowanego, ale nie skomentował.
– Możesz zająć jedno z pomieszczeń., ale ostrzegam, że nigdy ich nie sprzątałem. – Podszedł do pierwszych drzwi od prawej, ostatnich jeśli liczyć od wejścia, dając do zrozumienia, że to jest już zajęte. – I wyśpij się, Heno, to może zmądrzejesz.
Wybrała trzecie pomieszczenie od wejścia, zakurzony składzik pełen starych skrzyń, na których dnie znalazła tylko zardzewiałe żelastwo i szmaty. Kichała od unoszącego się wszędzie kurzu, ale odpowiadała jej ta klaustrofobiczna atmosfera – tak klaustrofobiczna, że musiała kilka tych skrzyń wystawić, żeby zmieścić dostarczony jej przez Lindat materac. Potem zastawiła go tak, żeby od wejścia pozostał niewidoczny.
Położyła się i zaraz pomyślała, że musi koniecznie zapalić, ale nawet na to nie miała już siły. Zapadła w niespokojny, pełen koszmarów sen.

IV
Erra spała. Po prostu spała. Każdy byłby wyczerpany po takiej ilości bólu i utraconej krwi, ale Nared nie mógł się powstrzymać od obserwowania jej podnoszącej się i opadającej piersi, przerwy wciąż wydawały mu się za długie. Niepokoił się. Brat będzie go obwiniać, jeśli dziewczynie coś się stanie.
Sam Ramel też chciał czuwać przy Errze, ale zmęczenie wzięło górę. Zwinął się w kącie sypialni na starym, chyboczącym się fotelu i zasnął. Nared trochę mu zazdrościł – on by tak nie potrafił, nawet gdyby chciał. Był zmęczony, cholernie zmęczony, ale w głowie wciąż miał mętlik. Nie wiedział, czy ma być zły na Henę czy może na samą Errę, skoro ona to wszystko wymyśliła. Może na obie, choć gdyby nie ich szaleństwo, pewnie siedziałby teraz w więzieniu. A może powinien się cieszyć, że nie doszło do większej tragedii.
Kto jak kto, ale on akurat nie powinien mieć do nikogo pretensji za strzelanie do ludzi.
Był mordercą. Za drugim razem to się nie wydawało już takie porażające – można się więc przyzwyczaić. Obyło się też bez makabry i histerii. Po prostu raz, dwa, trzy, cztery. I podrygujące ciała. Dlaczego przyszło mu do głowy, żeby zastrzelić jeszcze tamtego lekarza? Wydawało mu się to wówczas nieuchronne.
I czemu on musiał być za wszystko odpowiedzialny? Czemu nie Koem, czemu to na niego nie patrzono jak na plugawca? A skurczybyk nawet nie drgnął, nawet się nie skrzywił – ani wtedy, ani teraz.
Bo to Nared jest jebanym mordercą, oczywiście. Wszyscy znają Nareda Abalotha. Zapijaczonego. Wybuchowego. Zdemoralizowanego.
Mordercę.
Wzdrygnął się na wspomnienie Adonny.
A Koem? Taki elegancki, taki taktowny, taki pomysłowy... A teraz dochodziła do tego ta sekretna pracownia alchemiczna. Musiał tu spędzać sporo czasu, skoro urządził sypialnię. Gdyby Nared miał ją oceniać według standardów Cytadeli powiedziałby, że całkiem przyjemna. Gołe ściany przysłonięto tkaniną i kilkoma cudacznymi obrazami, wybrykami jakiegoś chorego artysty, który w dodatku chyba zapomniał okularów, skoro same w sobie kuriozalne sceny namalował za pomocą niekształtnych plam... Mebli było całkiem sporo jak na tak małą powierzchnię. W rogu stał zajęty teraz przez Ramela fotel, biurko zawalone książkami, niewielki stoliczek, no i oczywiście łóżko, w przeciwieństwie do reszty zupełnie porządne.
Nared musiał jednak na chwilę przysnąć, skoro nie zauważył, kiedy zjawił się Koem. Klęczał przed biurkiem i majstrował przy zamku szyfrowym – Nared rozpoznawał serię cichych kliknięć. Alchemik miał pod biurkiem sejf. Schował tam plik banknotów i skórzany woreczek, w którym przechowywał swoje alchemiczne wynalazki.
– Skoro kwas alchemiczny wszystko przepala – zaczął Nared bez namysłu – to z czego są te fiolki?
– Przeszkadzasz – zganił go Gariet, wskazując przy tym na Errę.
Ramel otworzył oczy i zaczął niemrawo wiercić się w fotelu, Erra jednak wciąż wyglądała tak, że Nareda brały wątpliwości, czy na pewno jeszcze żyje. Ale nie zamierzał się kłócić. Przez chwilę namyślał się tylko, czy kwestia jest warta podjęcia wysiłku i wyszedł za Koemem.
Dopiero teraz zwrócił uwagę, że ten zdążył się przebrać. Włożył świeżą, białą niczym śnieg koszulę, szarą kamizelkę i starannie ułożony fular. Nared mógłby tak iść po odbiór dyplomu.
– Fiolki pokryte są wewnątrz cienką warstwą cudu – wyjaśnił alchemik, wciągając na siebie pasującą do kompletu marynarkę.
– Będziesz wychodził?
Koem zmarszczył brwi.
– Nie. Padam z nóg. Myślałem, czy się nie położyć.
I to jest twoja koszula nocna?
– Mamy dwa materace. Powiedziałem Henie, żeby wzięła jeden, a my, jak się obawiam, jesteśmy skazani na drugi. Jest duży, ale nie mam pewności, czy wystarczająco.
– Myślę, że Hena nie miałaby nic przeciwko twojemu towarzystwu.
Twarz Garieta stężała. Nared wiedział, że powinien przeprosić, ale był zmęczony, zabił dzisiaj czworo ludzi, a jego życie legło w gruzach już drugi raz w tym tygodniu. Najchętniej upiłby się i dał komuś po mordzie.
– Słucham?
– Już to chyba przerabialiście.
– Przerabiało to już wielu mężczyzn, jak sądzę.
Nared aż sapnął. I chyba tylko to zaskoczenie uratowało Garieta od jego pięści. Alchemik ze spokojem obserwował jak twarz Nareda napływa czerwienią, a palce zaciskają się do granic bólu.
– Ale ja nie byłem jednym z nich – dokończył. – Wyładuj swoje miłosne frustracje na kimś innym.
Miłosne frustracji? To był kolejny cios, tym razem prosto w żołądek. Skoro nawet Koem to widział, to kto jeszcze? Może wszyscy, a on sobie wmawiał, że wcale nie? Gorączkowo usiłował sobie przypomnieć jakiekolwiek aluzje. Jak mógł się tak odsłonić? Odwrócił się na pięcie odprowadzany cichym śmiechem.

V
Co teraz?
Pytanie powracało do niego raz za razem, niczym melodia, której nie da się wyrzucić z pamięci. Wciąż się nie położył, mimo że zegar pokazywał nadejście wieczoru. Nie zabrał się też do pracy, nie potrafił pracować w cudzej obecności. Po prostu nie miał okazji się przyzwyczaić – zarówno nekromancja jak i alchemia to były dotąd jego sekrety.
Siedział więc w ciemności przy roboczym blacie, raz po raz wystukując palcami bezładną melodię. Mógłby zapalić lampę, ale nie chciało mu się wstawać.
Co teraz?
Przyjął pod swój dach dwójkę poszukiwanych konstruktorów, a to raczej słaby argument w dyskusji z milicją. Nie musiał, ale przyjął – czuł się zobowiązany wobec ludzi, którzy wcześniej sami udzielili mu schronienia.
Co teraz?
W Zaułku paradoksalnie czuł się bezpieczniej niż tutaj. Za dużo o Lindat wiedział, żeby miała go wydać, ale przecież nie była tu sama. Poza tym nie ufał w rozsądek swoich gości. Nared wyraźnie dążył do konfliktu, Erra będzie przeżywać porażkę, a Hena najchętniej znalazłaby się w jakimś barze. Może powinien zdusić wyrzuty sumienia i dostarczyć jej dość alkoholu, by zachowała spokój?
Co teraz?
Prędzej czy później będzie ich musiał wyrzucić, a nie był wcale dobry w stawianiu na swoim. Siłą tego nie zrobi. Chyba, że zaprzągłby do tego opryszków Lindat.
Usiłując odegnać natrętne myśli, zajrzał do Erry. Ramel wciąż przy niej czuwał, Koem słyszał nawet jak rozmawiali, więc musiała się obudzić przynajmniej na chwilę. Ale to nic jeszcze nie znaczyło – jak sądził. Nie studiował nauk medycznych, ale dość się nasłuchał o bakteriach i zakażeniach. Oglądał też całą plejadę kalekich i zdeformowanych pacjentów doktora Rilou – co jeśli Erra straci władzę w ręce? Ciało ludzkie jest z pewnością znacznie bardziej kruche, niż się dziewczynie wydawało.
Gdy wszedł do sypialni, Ramel nie drzemał akurat. Koem powiedział mu wcześniej, że może iść odpocząć, ale on i tak opiekował się nekromantką z całą młodzieńczą żarliwością.
– Nie zimno ci? – spytał chłopaka. Sam zazwyczaj chodził po pracowni porządnie opatulony, a kurtka Ramela wydawała się raczej cienka. W dodatku dziurawa. – Jadłeś coś od rana?
Na żadne z tych pytań nie doczekał się odpowiedzi.
– Jak to możliwe, że Hena trafiła? Nigdy nie ćwiczy strzelania, nie widziałem. No i nie była trzeźwa.
Koem usiadł.
– Chichot losu? Tak czasem bywa.
Siedzieli tak przez chwilę w milczeniu. Ramel wyglądał strasznie poważnie, ale nie jak ktoś, kogo sytuacja przerasta – Koemowi przyszło do głowy, że pewnie wiele widział w swoim młodym życiu. W końcu chłopak oderwał wzrok od Erry i spojrzał mu prosto w oczy.
– Wiesz, jesteś zupełnie inny niż Nared – powiedział. – Spokojny. Opanowany. Nie upijasz się i nie wybuchasz. Chciałbym mieć takiego brata.
To... to niezupełnie był właściwy opis.
– Twój brat ma w sobie znacznie więcej odwagi – zaprotestował Koem.
– Nie, odważny jest ten, kto wie, na co się porywa. On jest jak pies oszczekujący każdego, kto tylko się nawinie.
Koem poczuł się nieswojo. Uznał, że lepiej będzie, jeśli sobie pójdzie, bez względu na to, co Ramel sobie o nim pomyśli. Nie nadawał się na wzór dla młodego mężczyzny. Zupełnie nie. Nie chciał być wzorem. Za progiem spojrzał na swoje eleganckie ubranie, na srebrne spinki do mankietów – to był prezent, jak niemal wszystko. Koem rzadko pracował na zarobek, za to bardzo łatwo można go było kupić.
"Gdy na ramionach zamiast kruków zaczęły przysiadać mu foki, nazwano go Foczarzem. Jego moc stała się wówczas straszliwa i tylko dzielni przedstawiciele wiary katolickiej zapobiegli jego inwazji na Karpacz i zachodnie Niemcy."
- Kanterialus, "Żywot Kruczarza"

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 218
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Złom

Post autor: Kimchee » 27 kwietnia 2020, 21:09

Krin pisze:
26 kwietnia 2020, 22:56
@ Kim
I to zakończony tym, czego od dawna mi brakowało, czyli milicją na złomowisku.
Ja cały czas nie wiem, czemu ci brakowało tej milicji, skoro już od prologu było wiadomo, że te pięć dni później na wysypisko wejdzie milicja, a Redaien będzie podziwiał z okna malownicze eksplozje. Po to ten prolog powstał, żeby pojawienie się milicji nie było ni z gruszki ni z pietruszki.
Chodziło mi to, czemu tam milicja nie wkroczyła wcześniej. Ale teraz jest, więc niniejszym przestaję się czepiać :D

Tym razem będzie fajnie, będą głaski, bo przeczytałam szybko i sprawnie. Podobało mi się.

1.Jak zwykle trochę kręcę nosem na Twoje sceny akcji, tak tu wszystko szło sprawnie i dobrze się czytało. W ogóle dobrze się czytało, chociaż raz na jakiś czas wytrącało mnie z rytmu dziwne zdanie z dziwną składnią typu:
Elora Lindat była tej piwnicy właścicielką.
Takich zdań jest więcej. Sądzę, że sama je wyłapiesz, kiedy poczytasz ten tekst po czasie i pewnie teraz są skutkiem wielokrotnego poprawiania ;)

2. Trochę było powtórzeń okołomilicjanotwych jak dla mnie.

3.
Milicjantów było tylko czworo
Czterech, jeśli nie było z nimi kobiety, bo chyba nie było?

4. W końcu Nared pokazał się jakiejś strony. Miałam takie trochę obawy, że w kluczowym momencie stanie przed Heną w roli żywej tarczy, ale nie - nawet o ludziach Zaułka pomyślał, chociaż pewnie nie na wiele by im się przydał <3 I ma jednak jakąś przeszłość, która nie orbituje wokół Heny.

5.Mimo wszystko trochę rozmył mi się ten obraz Nareda z pierwszej sceny - gdzie ma bodaj kaca i coś z opium. Im dalej, tym bardziej się raczej przeistoczył w postać, która nie tyle idzie w używki, to w takie katowanie się analizowaniem i przezywaniem sytuacji.

6. Skoro wychodzi na to, że każdy z bohaterów ma zaskakującą przeszłość, to aż boję się, co może ukrywać Koem, bo nadal nie wiemy o nim wszystkiego.

7. Trochę mi tylko zgrzytała Hena na skrzyni. Taka wydelikacona się wydawała. Jak myślę o jakieś niedelikatnej postaci, to na pewno Hena się nadaje, ale może jak jest trzeźwa, to nie jest jej wszystko jedno, gdzie śpi albo siedzi itd. Ale miałam wizję, jakby siedziała tam w szortach albo nie miała gaci pod spodniami XD (to żart jakby co).

8. Rozczulił mnie Ramel, który powiedział, że chce mieć takiego brata jak Koem. To jeszcze bardziej mnie martwi - że Koem ma jakiś sekret, który wszystkimi wstrząśnie.

9. W kontekście punktu 8. żal mi Nareda trochę. niby popełnił wiele błędów jako starszy wychowujący młodszego brat, ale też nie miał wzorców z własnej rodziny chyba? I ja nie jestem taka pewna, że ojciec nie wie, co się z nim teraz dzieje.

ODPOWIEDZ