UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Zachęcamy do głosowania na TEKST WRZEŚNIA oraz w INSTANCIE

Jednostki nie mają znaczenia

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Jednostki nie mają znaczenia

Post autor: Krin » 06 stycznia 2018, 16:50

Krótkie opowiadanie pisane na konkurs. Boję się trochę waszej oceny, ale wrzucam w imię postępu. Bo trzeba iść do przodu, nikt jeszcze nie został dobrym pisarzem od spoczywania na laurach, nie?
Tevir słynął z magii. Nocą widać było jak miasto skrzy się od niej, jak Cesarska Akademia Konstruktorów błyszczy na wzgórzu niczym fałszywe słońce. Tam właśnie biło źródło szaleństwa, tam pielgrzymowano, zapominając o prawdziwych świątyniach i to w tamtą stronę mieszkańcy małych, robotniczych domków spoglądali z nadzieją, że przyniesiony przez magię dobrobyt wyprze kiedyś cuchnące dymy fabryk.
Tymczasem w cieniu olbrzymiego budynku, po jego wyklętej południowej stronie, za rozpadającym się murem, który właśnie przeskakiwał Hob, rozsypywał się powoli świat omijany w marzeniach. Zakaz wstępu? Oczywiście, że był, ale równie martwy jak tony zaklętego śmiecia, które chronił od ponad czterystu lat istnienia Akademii. Nieregulowane resztki magii stworzyły zabójczy labirynt dziwów i gwałtownych wyładowań, zatem w przeciwieństwie do strajkujących robotników mogły pilnować się same.
Hob się nie obawiał. Kiedyś – owszem. Ale obecnie miał za sobą lata praktyki i bezpieczną drogę w pamięci. Zdarzało się co prawda, że jakiś wcale niemłody czarodziej padał ofiarą zmutowanych zaklęć, ale tak samo zdarzało się, że piorun uderzał w dom, spopielając bogu ducha winnych lokatorów. Wystarczyło zachować ostrożność. Nie myśleć o dyrdymałach, nie wchodzić do jam, nie dotykać tego, co się świeci, nie odzywać się do upiorów, nie włazić na luźne skarpy, a przede wszystkim nie chodzić na skróty, bo większość tragedii w tym miejscu wywoływał pośpiech.
Zaułek, prawdopodobnie jedyna na świecie speluna zapełniana przez nekromantów i konstruktorów, leżał niestety w samym centrum tego śmietniska, kryjąc przed postronnymi odgłosy zarówno suto zakrapianych biesiad, jak i niepraworządnych eksperymentów. Był w rzeczywistości wydrążoną w stercie śmieci grotą, ale nekromanci lubili nazywać go Zaułkiem, najlepiej Ciemnym Zaułkiem – wówczas wydawali się sobie bardziej straszni.
Hob wślizgnął się w cuchnący papierosowym dymem otwór i głęboko pochylony pokonał te parę metrów, jakie dzieliły go od jamy właściwej. Zaraz po przekroczeniu progu przyplątał się do niego błękitny ognik, oświetlając ponure o tak wczesnej porze wnętrze. Przy skleconych z fragmentów starych golemów stołach siedziało zaledwie dwóch nekromantów i były dziekan wydziału magii parowej, który jak większość konstruktorów tutaj został relegowany z uczelni przez brak poszanowania dla etyki. Stary Snar, właściciel przybytku, gryzmolił coś zawzięcie na kartkach niewielkiego tomiku niepomny na rzeczywistość.
– Widziałeś Henę? – rzucił Hob, od niechcenia opierając się o przeżarty kwasem i wygryziony przez zaklęte owady blat. – Robotę mam dla niej.
Stary Snar miał w zwyczaju reagować powoli i przez chwilę mogło się wydawać, że nie dosłyszał pytania, bo w milczeniu dalej kreślił nekromantyczne znaki. Plotkowano, że prowadził przybytek tylko po to, by mieć z czego utrzymać się podczas spisywania dla synów całej swojej wiedzy. W końcu jednak podniósł głowę, przekrzywiając ją, by wskazać sączącą piwo w najdalszym kącie ciemną sylwetkę, której Hob do tej pory nie zauważył.
– Będzie coś? – zachrypiał gospodarz. Od magicznego wypadku jego głos nie działał prawidłowo.
– Piwo – rzucił Hob bardziej z szacunku dla gospodarza, któremu nie wypadało bez zapłaty zajmować przybytku, niż z rzeczywistej potrzeby napicia się.
Kufel, jak wszystko w Zaułku, był czysty, choć porządnie sfatygowany. Hob, omijając ustawione ciasno krzesła, przedarł się na sam koniec sali i z głośnym brzękiem ustawił go na stole obok Heny. Konstruktorka-nekromantka, która dawno zdążyła już wychylić własny napitek i teraz tyko siedziała, wgapiając się w pokryty zapiskami zwitek papieru, uniosła na Hoba nieprzytomny wzrok.
– Hę? – spytała, zdejmując z oczu gogle pozwalające jej czytać w absolutnej ciemności. – Ty o tej porze tutaj?
– Robotę mam dla ciebie – odparł Hob. Usiadł i wyrwał jej kartkę z rąk, chcąc dowiedzieć się, nad czym pracowała. Kościane golemy jak zwykle. – Napij się, ja muszę zaraz wracać, to nie będę chlał.
Napiła się posłusznie. Szybko i łapczywie, jakby od dawna siedziała w spelunie o suchym pysku. Pewnie ostatnio jej się nie przelewało – tym lepiej, że Hob przekaże ofertę.
– Jaką robotę? – spytała, wyegzekwowawszy zwrot kartki, którą następnie schowała do wypchanej torby. – Dużą jakąś? Wiesz, że siedzę nad czymś innym.
– Marzenia marzeniami, ale z czegoś trzeba żyć, Hen. – Hob wyjął z kieszeni ołówek i notatnik, by zapisać potrzebne dane. – Zlecenie jest na protezy, a odkąd Fefnir siedzi, zostałaś ty. Możesz dyktować ceny.
Hena odchyliła się, opierając plecy o ścianę z kamiennego kodeksu nieistniejącej od dziesięcioleci Gildii Alchemików.
– Co z Akademią?
– Pacjentami są robotnicy, prowodyrzy zeszłorocznych zamieszek skazani wyrokiem na ucięcie kończyn. Za wszystko płaci Komitet Rewolucyjny, ale interes bezpieczny, bo przyjdą do Cytadeli, do Felisy. Już z nią rozmawiałem i się zgodziła.
Cytadela była drugim ważnym punktem na mapie magicznego wysypiska. Ta plątanina podziemnych korytarzy zamieszkiwana przez najbardziej zdesperowanych czarodziejów nie miała żadnych walorów obronnych, ale jej mieszkańcy lubili myśleć, że są niezwyciężeni.
– I innych chętnych nie ma? – dopytywała się Hena, jakby przyjęcie cudzych pieniędzy to była jakaś wielka łaska z jej strony. Hob poczuł irytację.
– Potrzebny jest nekromanta-konstruktor, bo nikt nie ma materiałów, żeby to porządnie zrobić bez nekromancji. Pytałem Arnę i jej chłopaków, szczerze mi to przyznali. – Hob potrząsnął głową. – No chyba że znaleźć kogoś, kto gwizdnąłby mocne rdzenie Akademii, ale wątpię, żebym miał znaleźć kogoś na taką robotę.
Hena jednym haustem wypiła resztę trunku. Z kieszeni kurtki wyciągnęła papierosy, ale nie mogła znaleźć zapalniczki, więc Hob pożyczył jej własną
Kobieta zaciągnęła się głęboko i zaraz ich stolik zakryła chmura dymu.
– Przecież wiesz, że u mnie jest problem z ludźmi – powiedziała na pozór spokojnie, ale przygryziona zaraz potem dolna warga zdradzała, że nie jest to dla niej przyjemne wyznanie. – A tutaj jak coś schrzanię, to mnie ktoś zaraz sprzątnie.
– Z jakimi znowu ludźmi? – Hob uderzył pięścią w stół, aż były dziekan wydziału magii parowej spiorunował go wzrokiem. – Ze wszystkimi?
– Z żywymi – odparła niewzruszona Hena. – Oni są zbyt kolorowi i instalacja protez jest zbyt kolorowa. W dodatku trzeba być szybkim.
Na Hoba spłynęło zrozumienie. Przed laty Hena została zmuszona do przerwania studiów, gdy wyszło na jaw, że nie potrafi odróżniać kolorów, a testy zdała dzięki oszustwu. Mimo przeszkód, radziła sobie aż dwa lata i być może nie byłoby potrzeby usunięcia jej z uczelni, gdyby nie fakt, że studiowała dzięki stypendium dla najzdolniejszych, a w tej sytuacji nagle przestano ją do nich zaliczać.
– Felisa będzie ci asystować.
– Jest pół ślepa!
– Tylko prawie głucha.
Hena parsknęła.
– Tym bardziej nie będzie odpowiadać na pytania – powiedziała, prostując się i podnosząc torbę z ziemi. – Zresztą powiedziałam, że nie mam czasu.
– Hen…
– Co ci zależy? Znajomi twoi?
– Na tobie mi zależy.
Litości, bogowie. Jak kobieta mogła się tak zaniedbać, a potem jeszcze specjalnie krzywić, żeby wyglądać gorzej? Stanowczo zbyt wiele czasu spędziła między Zaułkiem a Cytadelą.
Hob puścił uwagę mimo uszu. Znał ojca Heny i przysiągł mu, że będzie miał oko na dziewczynę, niezależnie od tego, jak mocno spróbuje go ona zniechęcić.
– O co właściwie chodzi z tymi golemami, Hen? Te, które masz, ci nie wystarczają? Naliczyłem ich chyba… – próbował rachować w pamięci – …ze siedem?
Wbrew powszechnemu mniemaniu niewielu nekromantów posiadało ich aż tyle. Po pierwsze, nie mieli ich gdzie trzymać, jeśli osiedli w mieście i musieli strzec się przed wykryciem. Po drugie, zgromadzenie takiej ilości szkieletów w nienaruszonym stanie i utrzymanie ich w nim kosztowało sporo wysiłku.
– Hob… – Nerwowo spojrzała w kierunku drzwi, jakby myślała o ucieczce. – One są bezmyślne. Co to są za nieumarli słudzy, którzy nie potrafiliby się nawet podetrzeć, gdyby musieli się podcierać? To są właśnie golemy. Maszyny, a nie nieumarli.
Czarodziej dał znak Staremu Snarowi, że jednak poprosi jeszcze dwa piwa.
– Martwi też chcą żyć, ale kiedy próbuję przenieś ich do ciała, robią się tacy… nieludzcy. Jakby to nagłe astralne wprasowanie jakoś ich wypaczało.
Snar postawił przed nimi dwa kufle, mrucząc pod nosem nieprzychylne uwagi na temat zmiany przepisów i wzrostu czarnorynkowej ceny zwłok.
Hena delektowała się podłym trunkiem, ale Hob tylko wgapiał się w dno. Myślał intensywnie, a jego palce bezwiednie uderzały o stół, wybijając bezładną melodię.
– Bo wiesz, Hen, dusze są tylko odbiciem tego, co za życia. Za życia mamy ciało z tymi jego wszystkimi dziwnymi narządami. Myślę, że taka jest różnica.
– Nikt nie produkuje sztucznych narządów. – Zasępiła się. – Jak mieliby je potem wszczepić do ciała? Metal w środku… – Potrząsnęła głową.
– To im przeszczep duszę, bogatą osobowość i talent oratorski – sarknął Hob.
– I jeszcze smutne wspomnienia z dzieciństwa! – Hena parsknęła i dopiła piwo. – Tak sobie myślę Hob…
Uciekła wzrokiem, próbując ukryć zmieszanie.
– Ta?
– Ile za tych twoich bez kończyn?
Uśmiechnął się. Jednak miała trochę rozumu.
– Dwa tysiące za każdego. W złotych tevirskich.
Nekromantka pokiwała głową, ale nie wydała się zadowolona.
– Powiedz, że trzy tysiące za każdego i jestem do ich dyspozycji.

Noc przywitała Tevir ulewą.
Hena, klnąc i szczękając zębami, wspinała się po stercie magicznego śmiecia, a złom nie raz umykał jej spod nóg, zostawiając stopy w pustce i zmuszając ręce do oparcia się o niebezpieczny nasyp. Mogła poparzyć ją magia ze świeżych odpadów. Mogła wbić sobie w rękę kawał metalu. Wreszcie mógł ją zauważyć jakiś służbista i odkryć istnienie Cytadeli.
Jednak zyski były warte ryzyka. Sześć tysięcy złotych tevirskich pozwoli jej na skromne życie przez kilka miesięcy, a stary złom spod Zaułka na ogół do niczego się nie nadawał – Akademia pozwalała sobie wprawdzie wyrzucać całkiem zdatne elementy, lecz dzika magia z czasem zmieniała je w prawdziwie niebezpieczny szmelc.
Dziś Hena zajęła się przede wszystkim grzebaniem w poszukiwaniu resztek rdzeni, głównej siły napędowej konstruktorskich maszyn. Szkoda tylko, że zazwyczaj odróżniano je od reszty dzięki jaskrawym barwom, które dla Heny pozostawały w sferze abstrakcji.
– Hen! – z transu, w jaki często popadała podczas nocnych poszukiwań, wyrwał ją cichy okrzyk towarzyszki. – Znalazłam coś dziwnego.
Nekromantce nie bardzo chciało się przerywać pracę, ale pomyślała, że Mindzie, sierocie mieszkającej z bratem w jednej z najgorszych komór Cytadeli, też należy się coś od życia. Dziewczyna przecież nawet ją lubiła. Hena zeszła więc, a raczej ześlizgnęła się, regulując jednocześnie moc nałożonych gogli, bo księżyc nie oświetlał drogi prowadzącej między dwiema stertami.
– Co jest? – spytała, będąc już na dole.
– Popatrz.
Minda otworzyła płócienny worek i wysypała z niego kilka dziwacznych mechanizmów o krawędziach tak miękkich, że Hena od razu pomyślała o rzeźbie. Jednak, gdy dotknęła ich powierzchni, okazały się wykonane z gładkiego metalu.
I miały bardzo znajomy nekromantce kształt.
– Stalowe serca – powiedziała Minda. – Srebrne, jeśli chcesz wiedzieć.
Hena wcale wiedzieć nie chciała. Po pierwsze, nic jej to nie mówiło. Po drugie, irytowało ją, że towarzyszka ciągle pamięta o ułomności.
– Zabierzemy je – stwierdziła szybko, chcąc uniknąć nielubianego tematu. – Albo ja je zabiorę, ty zajmij się rdzeniami, bo mi dzisiaj nie idzie.
Minda była dość uprzejma, by nie wypominać przyjaciółce, że w zasadzie to nie idzie jej nigdy.
– Czemu ich nie przetopili? To dużo metalu.
– Artyści tak mają. – Hena wzruszyła ramionami. – Pośpiesz się.
Minda pośpieszyła się, ale mimo jej wysiłków, praca zajęła im ponad trzy godziny, podczas których zdążyły umazać się błotem i pociąć ręce, aż krew spływała z nich smugami. Potem trzeba było jeszcze nieść ciężkie pakunki kilka kilometrów pośród labiryntu skrzącego się od magii. Czasem dochodziło do spięć między energią miejscową, a energią rdzeni, ale wszystkie pożary udało się Henie szybko ugasić.
Gdy dotarły do Cytadeli, świt już powoli wstawał, zaganiając większość jej mieszkańców z powrotem ku ciasnym i dusznym podziemiom. Dwa golemy z żelaza i kości czuwały nad paleniskiem u szczytu, gotowe aby w ułamku sekund spełnić życzenie swojej pani. Choć osiągnięcie dostatecznie wysokich temperatur kosztowało sporo wysiłku, a nierzadko również stopionych części, golemy nigdy się nie skarżyły.
Konstrukty, w których zaszczepione były ludzkie dusze, nie wymagały mozolnego nakręcania ani ciągłego nadzoru. Pomimo szczątkowej inteligencji, pozostawały jednak równie zimne i nieludzkie jak ich marne pierwowzory z Akademii. Martwi, którzy jeszcze przed połączeniem pełni byli entuzjazmu, z chwilą ponownego przyjścia na świat tracili zapał. Najtęższe umysły wydawały się po nim płaskie i bezmyślne.
Jakby nieustannie czegoś im brakowało.
Hena stworzyła specjalnie połączenie żelaza i kości, licząc, że to dawne ciała są brakującym elementem układanki, ale osiągnęła niewiele, może trochę lepszą koordynację ruchową.
Wzdychając, nekromantka przyklękła nad stertą rdzeni do przetopienia. Minda wzięła się już do roboty, rozłupując młotkiem zabezpieczające szkło i wrzucając do pieca tylko elementy wewnętrznej warstwy. Henie szło o wiele wolniej, bo zamiast segregować rdzenie według kolorów, musiała polegać na niewyraźnych falach.
– Pieskie życie – bąknęła pod nosem.
A zimny deszcz, który dał im spokój na ledwie godzinę, znów zaczął siąpić, odbierając konstruktorkom nadzieję, że ogień paleniska wystarczy do wysuszenia się. Hena musiała zdjąć zaparowane gogle. Przeklęła nieszczelny złom.
Może mogłaby zostawić to Mindzie? Obejrzała się przez ramię na pracującą dziewczynę – radziła sobie lepiej od niej, a i tak miała mieć swój udział w zyskach. W tym czasie Hena zajmie się projektem, weźmie miary, wszystko klientom wytłumaczy.
I nie będzie musiała przy tym moknąć
– Wrócę później – rzuciła, podjąwszy decyzję. – Muszę się skonsultować z tymi ciemniakami.
Słowo „ciemniak” oznaczało w zaułkowej gwarze kogoś z zewnątrz, kto nic nie rozumie i głowę ma pełną stereotypów.
Hena miała ochotę biec, ale zwalczyła pokusę, która na iskrzącym się od magii, niestabilnym gruncie pokonała już wielu. Powoli zeszła do Zaułka, gdzie nabierał właśnie na sile odwieczny spór – konstruktorzy czy nekromanci? Obie grupy skupiły się po dwóch stronach starego stołu do egzorcyzmów, na którym do walki stanęły dwa niewielkie twory.
Zakłady podbijano z każdą chwilą i mimo że szło o pieniądze, nekromanci pozostawali wierni nekromantom a konstruktorzy konstruktorom. Wyłamał się jedynie były dziekan wydziału magii parowej, który wrzeszcząc równie pijanemu Hobowi do ucha, przepowiadał upadek własnej dziedziny.
Jurva i Alisso mocno wyróżniali się w tłumie. Stali na uboczu, w robotniczych ubraniach, z kikutami zamiast rąk. Starcie oglądali z podziwem, ale bez gwałtownych emocji, które pozostałych gości prowadziły do okrzyków i awantur. Gdy ujrzeli dającą im znaki Henę, nie wahali się długo, by dołączyć do niej przy najdalszym stoliku, gdzie pojedynek był niemal niewidoczny.
– Co jest? – spytał Jurva. Był wielkim mężczyzną o twarzy jak po spotkaniu z prasą mechaniczną. A kiedy siadał, to tak jakby spadała lawina.
Hena wyjęła notatnik, miarkę i ołówek, który sprawnie naostrzyła nożem.
– Muszę was zmierzyć i nakreślić wstępny projekt dla protez. Można je skonstruować na różne sposoby w zależności od potrzeb.
Nawet nie zauważyła, kiedy dała się ponieść i zalała ich technicznym bełkotem, z którego rozumieli pewnie co drugie słowo. Ukłuły ją nieco przy tym wyrzuty sumienia, bo marnowała czas, a Minda mokła na deszczu przy niebezpiecznej robocie.
– Ty się naprawdę na tym znasz – powiedział Alisso, jakby do tej pory w to nie wierzył. Był niemal równie potężny jak Jurva, ale wciąż nieco dziecinny z twarzy.
Hena uniosła brew.
– Myślałeś, że robię to na wyczucie?
– Jestem ostrożny, nim zaufam czarownikowi.
– Bądź też ostrożny w słowach. – Nekromantka wycelowała w bojownika ołówkiem. – Nie przepadam za zabobonnym plebsem.
Alisso może chciałby się obrazić, ale zbytnio pochłaniała go obserwacja Heny. Nie robiła nic niezwykłego. Po prostu zmierzyła to, co zostało z ich rąk, by móc dobrać odpowiednie proporcje. Chłopakowi wydawało się chyba, że zapisany ciąg cyfr to jakieś czary.
– Zakładam, że nie możecie skoczyć po piwo. – Hena krytycznie spojrzała na kikuty. – Felisa musi was karmić?
Po ich minach nekromantka zrozumiała, że to nie było za miłe. A niech ich, mężczyźni to są obrażalscy.
– Ktoś taki jak ty mógłby zdziałać wiele dobrego, gdyby był choć trochę życzliwy ludziom – stwierdził Alisso. – I działał po właściwej stronie.
Taka odpowiedź się Henie nie spodobała. Bardziej nie podobała się jej już chyba tylko część golema, która przeleciała nad jej głową, zagłębiając się w ścianie.
– Gdybym była nieżyczliwa ludziom, sprzedałabym was milicji, zanim byście zdążyli doliczyć do pięciu. Chcesz mnie zwerbować? Też uważam cel Komitetu za wzniosły, ale nie zamierzam rzucać się na barykady.
Alisso prychnął. Niezgrabnie oparł się przy tym kikutami o stół i widać było, że dręczy go niemożność gestykulowania.
– Dobrze wiesz, że nikt nie kazałby ci się rzucać na barykady. Nikt nawet nie kazałby ci mieć styczności z bojownikami. Są tysiące ludzi, którzy potrzebują pomocy. Tysiące ludzi, którzy mogliby pomóc, gdyby Akademia nie zamykała przed nimi swoich murów.
– Komitet równie dobrze mógłby płacić za twoje usługi jak teraz – wtrącił Jurva. Siedział beztrosko odchylony do tyłu, jakby przyszedł się tu zabawić. – Zmieniłabyś miejsce zamieszkania, odłożyła na bok inne źródła dochodów. Ryzyko pozostaje, ale…
Nie dokończył, bo przerwało mu gniewne sapnięcie towarzysza. Alisso poczerwieniał i teraz już nie zwracał uwagi, czy jego próba gestykulacji ma sens.
– Naprawdę? Potraficie myśleć tylko w ten sposób? Niektórzy każdego dnia ogrzewają swoje pałace większą ilością magii, niż ty pewnie zużyłaś do budowy golemów – rewolucjonista zwrócił się do Heny. – Nikt nie musiałby mieszkać na wysypisku, gdyby pohamowali swoją zachłanność.
Nieco nekromantkę zaskoczył, bo nie sądziła, że jakikolwiek robotnik wolałby swoją walącą się klitkę zamiast magii mogącej go ogrzać i oświetlić drogę. Ale pewnie żaden z nich nie patrzył na to w ten sposób. Wysypisko rozumieli jako wysypisko.
– Nieważne, jak wielu ludzi będzie mieszkać w pałacach i jak wielu będzie głodować na ulicach, ja zawsze będę mieszkać na śmieciach – zadeklarowała Hena.
Deszcz, którego bębnienie słyszeli do tej pory zmienił się w mżawkę, a przez malutki świetlik w suficie wpadł nieśmiało pierwszy promyk słońca. Konstruktorzy właśnie zbierali pieniądze po wygranym pojedynku, nekromanci pili, a Stary Snar oderwał się od zapisków, by z pomocą trójki synów pozbierać paru zbyt pijanych gości.
Alisso zaś czekał.
– Teraz pewnie wytłumaczysz mi, dlaczego zamierzasz resztę życia spędzić na wysypisku.
Jurva wstał i odszedł, uznając zapewne, że nic po nim w tej dyskusji. Niedobrze. Mieli przecież sprawy do załatwienia.
– Jestem nekromantą, Alisso. – Hena wyrwała z notatnika kartkę, by w międzyczasie naszkicować im chociaż możliwe rozwiązania. – Żadne społeczeństwo nie zaakceptuje bezczeszczenia zwłok, przyzywania nieumartych i kontaktów z duchami. Bezprawie mi pomaga.
Zamilkła. Jak narysować mechaniczny staw opleciony ożywioną z pomocy nekromancji tkanką tak, by było to zrozumiałe dla kogoś poza nią? Podarła rysunek i zaczęła jeszcze raz.
– Ale… – chciał wykorzystać przerwę Alisso.
– Ktoś mógłby powiedzieć, że w uczciwym społeczeństwie nie musiałabym podejmować się nieuczciwej pracy. No i co? Mam wykształcenie, mogę w każdej chwili znaleźć uczciwą pracę. Ale ja to kocham, Alisso, i nie obchodzą mnie wasze zabobony, że trup to nie tylko kupa mięsa. Zaprzedałam duszę magii. Dużo taniej niż bym mogła, bo mi zależało.
Hena spojrzała krytycznie na ukończony rysunek. Może potrzebny jest kolor? Tak pewnie stwierdziłaby Minda. Nekromantka-konstruktorka wyjęła z torby zestaw trzech farb – żółtą, czerwoną i niebieską, a przynajmniej takie nazwy miała wypisane przez przyjaciółkę na pokrywkach.
– Ale… – Alisso próbował raz jeszcze.
– Wiem, wiem. Przypomnisz mi teraz, że jestem konstruktorką, że w nowym ładzie mogłabym skończyć Akademię. Bzdura! Wyrzucono mnie przez mój chory wzrok. Wiesz jakie jest prawdopodobieństwo, że wywołam katastrofę?
– Myślę…
– Ogromne! Nieważne, kto mianuje urzędników i władze uczelni. Każdy wyrzuciłby mnie na śmietnik! I miałby, cholera, świętą rację!
Ze złości uderzyła w stół i natychmiast pożałowała tego, gdy ból w dloni niemal przygiął ją do podłogi.
– Myślę, że nie cały świat kręci się wokół ciebie! – wypalił wreszcie rewolucjonista.
Trochę przesadził z tym wrzaskiem. Patrzyli na nich niemal wszyscy goście Zaułka, włączając w to Essai, która właśnie demonstrowała, jak należało zbudować nieumartego, żeby wygrać.
– I mam się przejmować każdym głodnym dzieckiem? – Głos Heny powoli przechodził w warkot. Ciężki i chrapliwy jak u potworów wypełzających z ciemności. – Ty naprawdę chciałbyś mnie widzieć rzucającą się na barykady.
– Nie.
Alisso wstał. Okrążył stolik, a jego uwagę przykuł kodeks nieistniejącej już Gildii Alchemików. Bezgłośnie poruszył ustami, co zdradziło Henie, że umie czytać, choć nie za dobrze.
– Gildia Alchemików miała służyć ludziom. Była dziełem Medivariusa, przywódcy Wolnych Ludzi – powiedział. – I upadła, bo nie było nikogo, kto chciałby iść jego śladem.
Hena skończyła rysunek, ale nie miała pojęcia, czy cokolwiek na nim widać. Miała za to ochotę, by ukryć twarz dłoniach i się nad sobą poużalać.
– Przepraszam – dodał Alisso, gdy Hena była już pewna, że sobie pójdzie. Był uparty, ale niczego innego nekromantka nie spodziewała się po człowieku, który zasłużył na karę ucięcia kończyn. – Ujmę to inaczej. Nie każdy tutaj jest nekromantą. Nie każdy musi nim być. Hob też nie miał innego wyjścia?
Hena parsknęła.
– Spójrz tylko na niego. To stary pijak.
Hob leżał z twarzą na starym stole do egzorcyzmów, w ręku ściskając jeszcze w połowie pełny kufel.
– I tak było zawsze?
Seria dawno zapomnianych obrazów boleśnie uderzyła Henę. Hob-żołnierz powracający z wojny, witający jej rodziców jak dawno zaginionych krewnych. Hob-weteran opłakujący przyjaciół, którzy zginęli w imię martwych sloganów i nic nie znaczących herbów. Dopiero potem Hob-pijak, dla którego jedyną rozrywką w życiu była zabawa trupami.
– Nie. To po tym, jak wcielili go przymusem.
– A Minda? Ona też musi tutaj być?
Hena spojrzała ku drzwiom, znowu czując napływające wyrzuty sumienia. Nekromantkę ucieszyło, kiedy po śmierci rodziców i zwolnieniu z fabryki Minda zdecydowała się wreszcie dołączyć do brata. Tutaj przynajmniej dało się żyć.
Ale czy to nie było jedynie mniejsze zło?
– Nie, niczego nie musi. Może gnić w twoim plugawym mieście i obrywać na każdej twojej głupiej demonstracji. – Hena potrząsnęła głową. Powinna rysować kolejny schemat, ale wzburzenie nie pozwoliłoby jej się skupić. – Moja rodzina pochodzi z Oderato. Wyjechali, gdy okazało się, że nikt nie potrafi ogarnąć burdelu, który nazywacie rewolucją.
Alisso spojrzał tęsknie w kierunku Starego Snara. Właśnie rozlewał piwo dla grupy nekromantów, która na przekór otaczającemu pijaństwu toczyła kulturalną dyskusję o sztuce funeralnej.
– Nie mieli przywódców, nie mieli planu. Jednak to oni pokazali nam, że możemy walczyć i zwyciężać.
– Powiedz to ludziom, którzy w tamtych dniach stracili rodziny i dorobek życia.
Alisso usiadł obok niej; tak, że jego twarz znajdowała się kilkanaście centymetrów od twarzy Heny. Pewnie, gdyby miał dłonie, położyłby je na ramionach nekromantki.
– Jednostki nie mają znaczenia – powiedział twardo. Tak twardo, że mogłaby uwierzyć, gdyby nie cała sytuacja, w jakiej się tu znalazł, i cały trud, jaki właśnie wkładała w niego jako jednostkę.
Roześmiała się okropnie, smutno i beznadziejnie jak wariat na zawsze przykuty do szpitalnego łóżka. Za brudną szybką świetlika wschodziło słońce, oddając światu barwy skradzione przez noc, ale Hena nie mogła sobie nawet wyobrazić, jak piękny jest dzień i jak piękna jest tęcza wschodząca nad wysypiskiem po deszczu.
– Więc powiedz temu swojemu Komitetowi – mówiła między jednym chichotem a drugim – że skoro jednostki nie mają znaczenia, właśnie wyrzuca pieniądze w błoto.
Odwróciła się do niego bokiem, wracając do szkicu.
– Jednostki nie mają znaczenia, ale ich zdolności wspomagające rewolucję już jak najbardziej. – Alisso wstał. Wzrokiem przyszpilał nekromantkę do podłogi. – Umiem porwać robotników swoim głosem. Gdy zostałem skazany, wielu uznało to za mój upadek. A teraz… – urwał, wpatrując się w okaleczone ramię. – Komitet chce zrobić ze mnie symbol. Chce wykpić rząd i jego monopol na magię. Ja jako jednostka…
– …nie masz znaczenia – dokończyła nekromantka. – Masz za to w sobie szaleństwo, skoro się na to zgadzasz.
Alisso wzruszył ramionami.
– Ktoś chyba musi – powiedział, z powrotem siadając i próbując pozostałościami rąk przyciągnąć kolana do siebie. – A ja akurat mogę i nie mam niczego ani nikogo, kogo mógłbym stracić.
Hena wrzuciła szkicownik do torby i wstała. To trwało stanowczo za długo – jeśli Minda przez nieuwagę wylała gorącą masę albo popełniła jakikolwiek inny błąd, nikt w Zaułku nie miał szans zauważyć. A przecież dziewczyna mogła zginąć od poparzeń i to by była wina Heny.
– Ale możesz stracić siebie – szepnęła, odchodząc.
– A po co komu ja?
Na to już nie znalazła odpowiedzi. Wyszła i oślepiona słońcem z trudem wypatrzyła
Mindę nachylającą się przy piecu. Dziewczyna dobrze sobie poradziła, tylko jedna forma nie wytrzymała nadmiernego żaru i pękła, pozwalając wydostać się gorącej masie. Pozostało czekać na burzę i mieć nadzieję, że przyniesie ze sobą dość mocy.
Ale w tym wszystkim Hena zdążyła zapomnieć o worze pełnym stalowych serc, które Minda wyciągnęła teraz spod sterty przyniesionego złomu.
– Co mam z nimi zrobić? – spytała.
– Przetopimy je.
Nekromantka zobaczyła zawód na twarzy pomocnicy.
– Nie chcesz spróbować ich…
– Mindo…
Dziewczyna spłonęła rumieńcem i wzbiła wzrok we własne stopy.
– Wiesz, Mindo, dlaczego ktoś wyrzucił takie dzieła sztuki? – Hena zaczekała, by dać przyjaciółce szansę na odpowiedź, ale nie otrzymała jej. – Bo nie działały.

Kolejny tydzień spędzili przy projektach, nie mogąc ustalić, czy protezy mają być bardziej nekromantyczne czy bardziej konstruktorskie. Te pierwsze, stworzone z ożywionej tkanki, wyglądały bardziej ludzko i potrzebowały mniej dodatkowej energii, ale pozostawały też po ludzku słabe i łatwe do zniszczenia. Konstruktorskie, wykonane z metalu, były zaś bardziej awaryjne i nijak nie dałoby się ich przegapić, zwłaszcza w słońcu.
Jurva, który, jak się okazało, był dawniej najemnikiem na usługach samego cesarza, a Komitetowi służył głównie zbrojnym ramieniem, upierał się przy konstrukcji w całości metalowej i długo nie chciał słuchać wyjaśnień Heny, że nikt poza Akademią mu takich nie stworzy, bo też nikt nie posiada dość precyzyjnych narzędzi, by połączyć je z żywą tkanką. Z kolei Alisso nie chciał się przekonać do widocznych fragmentów metalu w skórze.
Gdy wreszcie udało im się wypracować kompromis, w pierwszej kolejności Hena wzięła się za protezę Jurvy, którą najpierw należało wykonać w całości, dopiero później połączyć z kikutem. Po dwóch tygodniach pracy przerywanej jedynie koszmarami pełnymi konstrukcyjnych schematów miał już prawą rękę, po trzech obie. Po czterech – gdy Hena bardzo ostrożnie zaczynała pracę z Alissem, którego proteza bardziej przypominała zszytego z tkanek nieumarłego podpartego jedynie na metalowym stelażu – Jurva opuścił wysypisko, twierdząc, że poradzi sobie z dalszą nauką poruszania się i Hena nigdy więcej go nie widziała.
Dopiero z Alissem miała czekać ją prawdziwa przeprawa.
Tej samej nocy, której Jurva, nie zważając na ostrzeżenia, opuścił ciemne korytarze Cytadeli, Henę obudziły krzyki. Felisa – drobna, siwa staruszka – stała w drzwiach, a przestrzeń wokół niej rozświetlał maleńki ognik, zdradzając, że kobieta ma na sobie jedynie cienką koszulę nocną. I tak dobrze, bo Hena była kompletnie naga. Gdyby nie Alisso, pewnie nawet nie zadawałaby sobie trudu, by wygrzebywać spod skotłowanego barłogu brudny szlafrok, który w dusznych i wilgotnych podziemiach Cytadeli nieprzyjemnie kleił się do ciała.
– Przyprowadź go – poprosiła nekromantka-konstruktorka najstarszą mieszkankę wysypiska, zrzucając z łóżka ubrania, których wieczorem nie chciało jej się odkładać. Wylądowały na głowie skulonego w kącie golema, bo jedyna szafa w maleńkiej sypialni zapchana była książkami i notatkami.
Gdy rozpalony Alisso zjawił się u jej drzwi w samych portkach, z twarzą tak pobladłą, że niewiele różnił się od trupa, Hena natychmiast ułożyła go na własnym łóżku. Taki obrazek widziała niestety wiele razy. Skóra ponad prawym łokciem, gdzie kilka dni temu upchnęła nekromantyczną konstrukcję, pulsowała teraz lśniącymi żyłkami, a maleńkie druty zawinięte wokół sterczącej upiornie z ramienia kości przygasły niepokojąco. Bez dwóch zdań – jak wielu mężczyzn, Alisso słabo tolerował nekromancję. Istniało zagrożenie, że nowa ręka po prostu odpadnie, doprowadzając do krwotoku.
Hena westchnęła, z rozpędem siadając na stołku, który skrzypnął nieprzyjemnie, przez moment sprawiając wrażenie gotowego rozpaść się pod ciężarem nekromantki. Nieszczególnie poruszona tym Hena sięgnęła pod biurko, wyciągając pełen oleistego płynu słoik z napisem „OGÓRKI” i strzykawkę, którą powinna była wymienić dawno temu. Zaczęła ostrożnie odmierzać dawkę.
– Będziemy musieli nieco zmodyfikować plany – poinformowała. Odpowiedział jej kolejny, przepojony bólem jęk.
Żeby wstrzyknąć środek, musiała częściowo usiąść na rewolucjoniście, bo ten wierzgał jak wariat, majacząc coś o eksperymentowaniu na ludziach. Nieco go uspokoiło, że nie umarł natychmiast po zastrzyku, więc Hena mogła wreszcie zepchnąć go pod samą ścianę i w miarę spokojnie się położyć. W nieszczęsnym szlafroku, ale zawsze.
– Będziesz ze mną spać? – spytał wstrząśnięty Alisso po dobrym kwadransie takiego leżenia.
– Ja śpię z każdym – odpowiedziała Hena, mgliście przypominając sobie poranek, gdy po suto zakrapianej biesiadzie obudziła się w jednym łóżku z bratem Mindy, byłym dziekanem wydziału magii parowej i synem Starego Snara jednocześnie. Było to o tyle kłopotliwe, że wydawało jej się, że jest w ciąży. Znowu. – Nie wygłupiaj się.
A tak, i w zeszłym tygodniu obudziła się z Mindą w objęciach. Nie pamiętała, co zaszło, ale dziewczyna miała ledwie piętnaście lat, co samo w sobie było niepokojące.
I cholera… W tym łóżku pili też z Jurvą jakiś podły bimber.
Alisso przez kolejną godzinę pojękiwał jeszcze cicho, raz za razem budząc Henę, gdy tylko udało jej się odpłynąć. W końcu nie wytrzymała i, na ślepo sięgając do szafki nocnej, wyciągnęła ostatniego, kryzysowego papierosa. Gryzący dym przy tak małej ilości powietrza powinien ją udusić, ale jej płuca znosiły w Cytadeli już znacznie gorsze rzeczy.
– Podzielisz się? – spytał cicho rewolucjonista.
Podała mu papierosa bez słowa. Rozkaszlał się wyraźnie nieprzyzwyczajony.
– Nadal czegoś nie rozumiem. – Alissowi wyraźnie zebrało się na gadanie, więc Hena mruknęła zachęcająco. – Bo mówisz, że oddałaś duszę magii. I mieszkasz w tym okropnym miejscu. Nawet na biurku trzymasz ludzkie kości, pół twojego mieszkanka zajmują golemy. Ale… Po co właściwie to wszystko? Jaka w tym idea?
– Martwi też chcą żyć – odpowiedziała Hena, odbierając mu swojego papierosa. Mężczyzna leżał twarzą do ściany, a jej było już naprawdę gorąco, więc uwolniła się ze szlafroka i z powrotem rzuciła go pod łóżko.
– Co?
– A widzisz tę głowę nad nami?
Alisso cały się wzdrygnął i wyciągnął szyję, by dojrzeć, o czym mówi Hena. Nie kłamała. Nad łóżkiem wisiała prawdziwa ludzka głowa, tak dobrze zakonserwowana, że wciąż miała skórę i włosy. Oczodoły wypełniono martwymi rdzeniami.
– Po co ci to? – zdenerwował się rewolucjonista. Skulił się jakby ze strachu, że trupia głowa go jakimś sposobem dosięgnie.
– To głowa Medivariusa Czarnego, którego tak lubisz. Trzymam w niej jego duszę. Jeśli uda mi się kiedyś stworzyć golema mogącego przyjąć ją bez uszkodzeń, dam mu nowe ciało. To martwy, ale nadal świetny człowiek. Dużo mnie nauczył.
Obrzydzenie odparowało z Alissa w jednej chwili. Gdyby nie ostrzegawcze syknięcie Heny, zdjąłby nieszczęsną głowę ze ściany.
– Z nim Oderato nigdy by się nie powtórzyło.
– O tak – zgodziła się Hena, mając w głowie udzielane jej przez czarodzieja lekcje. – Szkoda, że tak wiele poświęcenia kosztować mnie będzie przywrócenie go do życia. I pewnie nie tylko mnie.
Nekromantka zgasiła papierosa o ramę łóżka i rzuciła go gdzieś na ziemię. Pomyślała, że posprząta jutro – albo w ogóle. I tak przecież całe dnie siedziała po ciemku, nie widząc syfu wokół.
– Jednostki nie mają znaczenia, Heno.
– Może – odparła, obejmując go pod wpływem impulsu. – Może nie mają.

Sześć tysięcy złotych tevirskich połyskiwało przyjemnie na biurku Heny. Odmierzała je skrupulatnie. Tysiąc dla Mindy, pięćset dla Felisy, dwieście dla Hoba. Dla niej cztery tysiące trzysta. Ładna suma – razem będzie miała ponad pięć tysięcy złotych tevirskich oszczędności. Przydałoby się wreszcie zmontować sejf. Nie wiedziała tylko, gdzie go ustawi.
Może w ogóle przydałoby się powiększyć to lokum? Zwłaszcza, że miała już plan dla ósmego golema. I duszę – przeliczając pieniądze, słuchała jednocześnie wykładu Amady Amalotiew, od dwudziestu lat martwej profesor magii eksperymentalnej. Dotąd Hena nawet nie słyszała o tej dziedzinie i jawiła jej się teraz jako drzwi do zupełnie nieznanego świata. Paradoksalnie taki właśnie cel miała magia eksperymentalna – badała zjawiska, których nie zbadał jeszcze nikt.
Zasłuchana nekromantka-konstruktorka nie zauważyła nawet, gdy Hob, nie przejmując się prywatnością przyjaciółki, wślizgnął się do jej brudnej nory.
– Z Alissem jest coś nie tak – powiedział bez wstępów.
Hena drgnęła. To, co tak pieczołowicie liczyła przez ostatnie kilka minut, nagle wyparowało jej z głowy. Musiała przesunąć wszystko z powrotem na lewą stronę i zacząć od początku.
– Jeśli interesuje kogoś moje zdanie – odparła spokojnie – z nim od początku było coś nie tak.
Hob podszedł do biurka i brutalnym ruchem odwrócił kobietę twarzą do siebie. Gdy próbowała dalej liczyć monety, w złości zrzucił je na podłogę – rozsypały się po ciemnych kątach.
– Ludzie mówią, że on jest zmartwychwstałym Medivariusem.
Hena wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć, że ludzie mówią różne rzeczy, z których nie wszystkimi należy się przejmować.
– Co ty zrobiłaś, Hen?
– Coś, za co Komitet powinien mi był zapłacić podwójnie.
Puścił ją. Natychmiast obudziła najbliższego golema, by pomógł jej zbierać porozrzucane monety. Sama musiała wpierw znaleźć gogle, które pewnie znowu zawieruszyły się gdzieś pod stertą papierów. Poza tym nie bardzo jej się chciało nawiązywać bliższy kontakt z wszechobecnym brudem.
– Ale Alisso… Hob przysiadł ciężko na łóżku, w którym znów spała Minda. – Ale jego już nie ma. – Pokręcił głową, jakby nie dowierzając, że nie patrzy na nikogo innego, tylko na małą Henę, którą znał, odkąd się urodziła. – Jak ty mogłaś?
Milczała. Raz jeszcze przeliczywszy pieniądze, wróciła do łóżka, upewniają się, że młoda śpi. Sama też chętnie zasnęłaby z powrotem – niepotrzebnie obudziła ją delegacja z Komitetu. Dopiero, gdy zrozumiała, że stary pijak nie pójdzie sobie bez wyjaśnień, odpowiedziała:
– Jednostki nie mają znaczenia, Hob.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 197
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Jednostki nie mają znaczenia

Post autor: Kimchee » 11 stycznia 2018, 20:57

Bardzo udane opowiadanie moim zdaniem. Czyta się bardzo przyjemnie. Chociaż do genialności mu brakuje. Głownie dlatego, że wszystkie sprawy, które tam poruszasz miałyby szansę zabłysnąć w pełnym słowa tego znaczeniu w tekście dłuższym. A że tekst ma swoje ograniczenia to pozostało po nim uczucie fajnej fajności ;) Zrobiłaś wszystko, albo prawie wszystko, co można przy takich gabarytach odnośnie świata, magii i bohaterów, z przewagą tych pierwszych dwóch rzeczy.
Przyłożyłaś się i do świata, i do magii (jedno i drugie ciekawe, aż chciałoby się o tym czytać więcej), było dość sporo wyjaśniana historii i samego działania systemu w porównaniu do całej objętości tekstu, ale nie mam zamiaru się tego czepiać, bo wiem, że to tekst na konkurs.

Dobrze napisane, chociaż nie jest to ten stopień genialności jak fragmenty z Białą Równiną w Kruczarzu.

Fabuła to z zasadzie takie rozważana o rewolucjach w kostiumie (bardzo udanym kostiumie), bo czemu nie. Gra to. Bohaterowie są nieco na dalszym planie – bardziej ich odbieram jako nośniki konkretnych idei (Hena rzecz jasna zarysowana najlepiej, reszta, która widzimy jej oczami jest ok – każdy jest jakiś i nawet przy tak małym miejscu ma zarysowany charakter, ale jakoś nie do nich nie przywiązałam) niż samodzielne postacie, ale też nikt mnie nie zdenerwował. Wszyscy odegrali, że tak powiem, swoje role, po czym nastąpiło zakończenie, które – mówię szczerze – mnie zaskoczyło i podniosło jeszcze ocenę w moich oczach. W tej ostatniej scenie Alissa to się prawie wzruszyłam.

Jest też krinowy humor, którego ja akurat nie jestem, niestety, fanką.
Był w rzeczywistości wydrążoną w stercie śmieci grotą, ale nekromanci lubili nazywać go Zaułkiem, najlepiej Ciemnym Zaułkiem – wówczas wydawali się sobie bardziej straszni.
Znów zgrzyt w niezłym klimacie, który zrobiłaś pisząc o labiryncie śmieci (niczym Dickens normalnie XD)
– Felisa będzie ci asystować.
– Jest pół ślepa!
– Tylko prawie głucha.
Hena parsknęła.
Ja nie parsknęłam.
Jak kobieta mogła się tak zaniedbać, a potem jeszcze specjalnie krzywić, żeby wyglądać gorzej?
No, Lady Gaga tak robi (żarcik na marginesie) XD
Na Hoba spłynęło zrozumienie. Przed laty Hena została zmuszona do przerwania studiów, gdy wyszło na jaw, że nie potrafi odróżniać kolorów, a testy zdała dzięki oszustwu. Mimo przeszkód, radziła sobie aż dwa lata i być może nie byłoby potrzeby usunięcia jej z uczelni, gdyby nie fakt, że studiowała dzięki stypendium dla najzdolniejszych, a w tej sytuacji nagle przestano ją do nich zaliczać.
Tu akurat fajny motyw.
Martwi też chcą żyć, ale kiedy próbuję przenieś ich do ciała, robią się tacy… nieludzcy. Jakby to nagłe astralne wprasowanie jakoś ich wypaczało.
Ze złości uderzyła w stół i natychmiast pożałowała tego, gdy ból w dloni niemal przygiął ją do podłogi.
[...] kobieta ma na sobie jedynie cienką koszulę nocną.
Kolejna uwaga na marginesie – po stokroć dzięki, że to koszula, a nie koszulka, na hasło koszulka nocna nóż mi się w kieszeni otwiera.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Jednostki nie mają znaczenia

Post autor: pierdoła saska » 17 stycznia 2018, 10:12

Okey. To opowiadanie cierpi według mnie na nadmiar świata, coś co niestety znam aż za dobrze z autopsji. Jest tu dużo wielkich rzeczy budujących świat i nie wątpię, że one spinają się w spójną całość, ale nie dla mnie. W sensie ty je zapewne ułożyłaś spójnie, ale ograniczenie objętościowe pozwoliło tylko na pokazanie fragmentów układanki.
Z wizualno-geograficzno-mechanicznego punktu widzenia strasznie mnie kupił początek tekstu. Idea wysypiska, to jak je opisałaś, zachowanie Hoba - to był cholernie udany początek tekstu. Brawo. Serio, w małej objśtości sprzedałaś nim podstawę świata (jest w nim magia, są badania, eksperymenty i z nich są odpadki, i jest ich tyle, że to miasto obok miasta), zachowanie Hoba dało mi informację o klimacie, nadało temu kolorów. W te obrazki z początku jeszcze ładnie wpisuje mi się późniejszy urywek z walką/turniejem w cytadeli. W skali "mikro" ten świat sprawił, że chciałam wiedzieć więcej.
Sęk w tym, że fabuła, choć rozgrywała się w świecie mikro, to dotyczyła spraw świata makro (nie wiem czy to co pisze jest zrozumiałe... jakby co pytaj) i tu zaczynałam się gubić. Bo teraz tak, wiem że trwa jakaś rewolucja (bo chłopaki zostali skazani, bo komitet), ktoś się z kimś ściera, biedni vs... bogaci, ci co mają dużo magii, skąd ta magia, czym jest ta magia, nie bardzo już wiem. Chodzi o zachłanność tych drugich na magię... na wszystko, dunno, nie wiem tego, dopowiadam sobie, łatam, ale czuję się z tym jako czytelnik bardzo nie pewnie, zwłaszcza, że chciałabym lepiej czaić tę większą perspektywę, bo ona jednak gra rolę w fabule, a nie stanowi tylko tła dla mniejszej historii. Bo pod koniec wychodzi, że było jeszcze jakieś powstanie/rewolucja.pucz/cokolwiek i ktoś z nim związany jest w sumie esencjonalny dla finału obecnej historii i gdzieś coś mogę próbować się domyślić jaki typ postaci on reprezentuje, ale... no właśnie, domyślać.
Jest też to o akademii, o tym, że Henę wyrzucono, bo a) nie rozróżniała kolorów b) oszukiwała - tego w sumie też nie wiem na pewno. Jest powiedziane, że radziła sobie oszukując, ale nie wiem na czym to oszukiwanie polegało i czy ono było tylko dodatkiem do powodów wyrzucenia jej, czy nie. Chyba nie, zważywszy na stosunek Heny do jej własnej niepełnosprawności, ale wtedy słowo oszukiwać zakłóca obraz. Z drugiej strony jeśli oszukiwanie stanowiło mniejszą winę, to czy fakt, że tak znakomicie sobie radziła nie powinno stanowić atutu-zagwozdki dla ludzi z akademii? Czy są tak zatwardziali w swoim podejściu, że mieli to gdzieś? Tyle pytań - można by pewnie o tych wydarzeniach całe opowiadanie napisać...~tak tylko mówię. Zresztą o Henie będę pisała za chwilę. Teraz jednak nadal chce skupić się na świecie. Jest więc akademia, są konstruktorzy od pary i nekromanci - podoba mi się, że zawierasz w tekście dwa różne podejścia do jednego problemu, a potem jeszcze mieszasz je ze sobą w Henie - dobra rzecz, naprawdę. Akademia, przekłada się na magię, magia na system i tu znowu mam pod nogami nieco cienkiego lodu, bo rdzenie tu, rdzenie tam, chciałabym choć trochę lepiej wiedzieć rdzenie czego to są - chyba że mi to umknęło w czytaniu. Generalnie lubię jak teks ma takie swoje przedmioty, których znaczenie nie jest dla mnie oczywiste na początku (życie w niezrozumieniu przez jakiś czas jest dla mnie OK, pewnie dlatego tak lubię "Perfekcyjną niedoskonałość"), ale jednak fajnie jeśli gdzieś z czasem mam szansę zrozumieć co i jak. Tu jej nie miałam. Są rdzenie, są serca, jest przetapianie tych drugich... jedyne co o nich wiem, to że mają kolory i są potrzebne. Więcej bym chciała.
Podsumowując jakoś tę rozkminę o świecie, to gdybyś kiedyś zamierzała do niego wracać: zrób to. On ma potencjał, wg mnie.

To teraz Hena. Jak już napisałam, podoba mi się miejsce Heny pomiędzy "technologiami", podoba mi się jej historia, to o podjęciu nauki, staraniu się, o byciu jedną z najlepszym i potem o "upadku". Problem pojawia się, gdy próbuję sobie zestawić jakoś to jak ją odbieram. Bo przy czytaniu ona mi się po prostu toczyła i główną jej cechą, jaką odbierałam, było skupienie na sobie i swoich badaniach.eksperymentach/jak-zwał-tak-zwał. Dopiero gdzieś w połowie/za połową wychodzi, że tam było coś jeszcze, jakieś jeszcze historyczne wydarzenie i ugh, dunno.
W tym skupieniu na sobie są jeszcze te momenty, gdy następuje jakby próba ocieplenia wizerunku...? Dunno czy w tak krótkim tekście potrzebna. Chyba wolałabym jakby Henę równo prowadzić jako zgorzkniałą, niechętną wszystkim (a nie tylko wybrańcom, ale o tym w deserze). Wtedy może ten pokazany nieco poza kadrem moment podjęcia przez nią decyzji; wzięcia sobie do serca stwierdzenia, że skoro jednostki się nie liczą, a to proszę bardzo - macie, miałby w sobie więcej mięsa. Bo sama decyzja, samo to co zrobiła - podoba mi się droga, którą wybrałaś fabularnie, żeby skończyć z przytupem. Dobre to było.


Podsumowując, to powtórzę to co napisałam na początku: tu jest bardzo duży świat i cały ten świat jest ważny dla fabuły, a jednocześnie sam tekst jest bardzo krótki. To odbija się w ilości skrótów i rzeczy niejasnych. Powstaje przez to z jednej strony uczucie niedosytu, z drugiej niezrozumienia - które przeważa, to już zależy od sceny. Mimo tego wszystko sprawia spójne wrażenie, nawet jeśli wiem za mało, żeby móc sama komuś stworzony przez ciebie świat opowiedzieć. Dlatego, wg mnie, warto go sobie zostawić, pisz w nim, pokaż go więcej, wracaj do niego niekoniecznie z ta postacią, może z inną, ot zostaw sobie to universum do dalszych zabaw.
Idea fabuły - OK, dobra, acz traci na tym pocięciu.

No i na deser jest jeszcze to. Ja nie wiem czy to miało być zabawne, może miało wnieść coś do charakterystyki postaci, pokazać, że nie jest pluszowym misiem, jeszcze mocniej pchnąć ją w skalę szarości i kazać czytelnikowi zastanowić się czy chce jej kibicować, czy nie. Nie wiem. Zielonego pojęcia nie mam, bo to nie tak, że od początku Hena przejawia jakąś niechęć do mężczyzn albo ludzi w ogóle. Ta "myśl" narratorska pojawia się znikąd, to jak ją zapisano sprawia, że brzmi jak próba heheszka, a mnie po jej przeczytaniu zagotowało, bo nie, to nie jest zabawne.
– Zakładam, że nie możecie skoczyć po piwo. – Hena krytycznie spojrzała na kikuty. – Felisa musi was karmić?
Po ich minach nekromantka zrozumiała, że to nie było za miłe. A niech ich, mężczyźni to są obrażalscy.​
Ta, bardzo obrażalskie i jak w ogóle kogoś, kto relatywnie niedawno stracił ręce, mogą nie bawić żarty z tego, że nie jest w stanie sam się sobą zająć. Znaczy jak rozumiem, zdaniem bohaterki kobiety uznałby to za prześmieszne, bo adresuje ona swoją myśl do mężczyzn w ogóle, a nie po prostu do tych ludzi, z którymi aktualnie ma do czynienia, ani nie do ludzi w ogóle - co byłoby ciekawe, bo pokazywałoby ją jako osobę ogólnie nieczułą na problemy innych i w sumie pasowałoby do obrazka i może nawet o to ci chodziło, ale tu wchodzę na pole gdybologii i może dorabiam teorię (imho fajną, acz tylko imho). Nie wiem tego na pewno, to jedyna tak ostra wypowiedź z jej strony, dlatego wybija się, razi mnie jak szlag. Piszę ten komentarz jakieś dwadzieścia cztery godziny po przeczytaniu tego kawałka, a nadal mam ochotę walić łbem w ścianę na myśl o nim. I ja naprawdę wiem, że nie muszę lubić bohaterki, ale moim skromnym zdaniem taka wypowiedź powinna mieć lepszy fundament, a nie pojawiać się znikąd (tu trochę wraca kwestia tego ocieplania wizerunku, tego, że wykazuję jakąś troskę).
Dlatego bardzo chciałabym się dowiedzieć co chciałaś osiągnąć pisząc ten kawałek?
Jak chciałaś, aby czytelnik na to patrzył i co to miało powiedzieć, w twoim planie, o bohaterce.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
kmiriad
Posty: 26
Rejestracja: 26 września 2017, 16:14

Re: Jednostki nie mają znaczenia

Post autor: kmiriad » 18 stycznia 2018, 12:03

Nieregulowane resztki magii stworzyły zabójczy labirynt dziwów i gwałtownych wyładowań, zatem w przeciwieństwie do strajkujących robotników mogły pilnować się same.
Tu się trochę gubię. Mogły pilnować się same... resztki magii? Tony śmiecia? A może to jedno i to samo? Nie jestem pewien, toteż daję sygnał.
nie odzywać się do upiorów
A to ciekawe, o czymś takim bym tu poczytał. Jakoś takie fajne mi się wydało i przyciągnęło.
Był w rzeczywistości wydrążoną w stercie śmieci grotą
O kurczę, a to oryginalnie. Nie wiem, czy poprawnie to sobie wyobrażam, ale śmiałe wyjście. W ogóle jeszcze nie wiem, jak na to wszystko patrzeć. Śmietnisko powtarza się tu minumum trzykrotnie; to na pewno nie przypadek. Od magii się skrzy, jest miasto, ale jest też "budynek", bodaj Akademia... to wszystko ciut konfudujące, jeszcze (w tym momencie) nie wiem jak do tego podchodzić. Albo mam przed sobą bardzo ciekawy i oryginalny świat, albo biorę sobie niektóre wyrazy nazbyt dosłownie.
Hob wślizgnął się w cuchnący papierosowym dymem otwór i głęboko pochylony pokonał te parę metrów, jakie dzieliły go od jamy właściwej.
O, jednak faktycznie, grota co się zowie :)
Przy skleconych z fragmentów starych golemów stołach
"Przy stołach, skleconych..." Lepiej się czyta, imo. W obecnym szyku trochę umyka ten osobliwy fakt o golemach, bo najpierw trzeba przebrnąć przez osobliwość, a potem dochodzimy do sensownej, logicznej dla nas informacji. Milej się przyswaja takie rzeczy w odwrotnym szyku. Najpierw porządek, coś, co znamy (stoły w knajpie) a potem uwaga o tym niespodzianym, czyli z czego ten porządek de facto jest. Zresztą ogólnie poznanie wygląda tak, że najpierw rejestrujemy zmysłami ogół, zarys, a potem szczegóły, wiadomo.
I nie zrozum mnie źle, można różnie (można wszystko :) ) zwłaszcza gdyby była mowa o klasycznej budowie tych stołów. Ale w wypadku, gdy mamy zostać totalnie zaskoczeni (stoły z golemów?? bardzo fajne :) ale i niespodziewane, zgoda?) chyba lepiej nam najpierw rzecz "zobaczyć" a potem dopiero dowiedzieć się o niej czegoś dodatkowego.
W ogóle (wybacz, że męczę ten wątek) fajny myk, a już na pewno wiele mówiący o realiach. Ja bym go rozwinął, takie coś dodaje też światu autentyczności. Króciutko, ale no zaakcentował, że może ach, no tak, jakież to podłe, nekromancja/konstruk...cja(?) wpiernicza się doprawdy we wszystko, aż po wystrój wnętrz; siedzimy na golemie, pijemy z golemów, niedługo będziemy nimi sobie rzycie podcierać. Hob nie czytał prof. Recyclinga ani jego rozprawy na temat surowców wtórnych, ale...
Nieważne :P Po prostu podobają mi się te stoły. A nie zdziwię się, jeśli coś tu w utajeniu znaczą i może zagrają ważniejszą rolę. Może karczmarz to cichy mistrz nekromancji :P
Litości, bogowie. Jak kobieta mogła się tak zaniedbać, a potem jeszcze specjalnie krzywić, żeby wyglądać gorzej? Stanowczo zbyt wiele czasu spędziła między Zaułkiem a Cytadelą.
Rozumiem, że narrator tak nieco subtelnie wystawia nam, że w tym momencie się kobieta (na ten tekst Hoba) skrzywiła. Tak? Bo jeśli tak, to okej.
Problem jednak leży w następnym zdaniu:
Hob puścił uwagę mimo uszu. Znał ojca Heny i przysiągł mu, że będzie miał oko na dziewczynę, niezależnie od tego, jak mocno spróbuje go ona zniechęcić.
Którą uwagę? Tę "znajomi twoi"? Nie puscił jej przecież mimo uszu, od razu zreplikował. Moim zdaniem tak się wyrazić zatem (mimo uszu) nie da. A jeśli nie o tę uwagę chodzi, to ja już innej nie widzę.

Co mnie zdziwiło to to, że golemy utożsamia się tu ze szkieletami (oraz że utrzymanie ich w nienaruszonym stanie kosztowało sporo wysiłku??) i odtąd ta rewelacja jakoś mnie swędziała.
A tu:
nieumarli słudzy, którzy nie potrafiliby się nawet podetrzeć, gdyby musieli się podcierać? To są właśnie golemy. Maszyny, a nie nieumarli.
o, nawet takie jawna sprzeczność, z samych ust bohaterki. Nie wiem, jak to rozumieć. Przeoczenie? Niemożliwe. Ewidentnie golem i szkielet to u ciebie to samo. Z drugiej strony - no trudno o jaskrawsze zaprzeczenie temu, niż to tutaj powyżej.
???
Hena, klnąc i szczękając zębami, wspinała się po stercie magicznego śmiecia, a złom
O, w końcu jakieś dane na temat śmiecia. Wcześniej bynajmniej nie mogłem się tego domyślić, dość abstrakcyjne dla mnie były te śmieci magii. Nie wiedziałem, co sobie wyobrażać, mimo wszystko. Widziałem a to po prostu śmieci, a to różdżki i księgi.
Nikt nie musiałby mieszkać na wysypisku, gdyby pohamowali swoją zachłanność.
O, w końcu słowo wyjaśnienia :)
Żadne społeczeństwo nie zaakceptuje bezczeszczenia zwłok
Ano właśnie. A propos. Od początku charakter tekstu i to nagromadzenie nekromantów (i przy okazji to ich przemieszanie z konstruktorami; bo ja to mam w zasadzie za przemieszanie, skoro mamy tutaj golemy z kości) spłyca pojęcie nekromancji. Mam wrażenie, jakbym czytał o nekromanckim hogwarcie (no ciągle mam tę Akademię w głowie i choć w kółko są tu śmieci, jest jama, jest cytadela której od tej jamy niezupełnie odróżniam, migocząca magia...) i cała powaga, cała zgroza nekromancji, tajemnica, odczuwalna podła potęga - wyparowuje. Hena to ot jakaś tam daltonistka (to magia jej nie pomoże z tym btw?) zwykła dziewczyna, prostaczka w zasadzie, i nie wiem, czy to tak specjalnie (domyślam się, że tak) i w takim razie po co komu nekromancja, jak każdy tam jest nekromantą? Po troszę, akurat z tą konkretną sztuką, jest tak, że jak wszyscy są/mogą być super, to nikt nie jest. Nekromanta to właśnie taki ktoś super, ino ku ciemnej stronie mocu :) Zawsze w moim mniemaniu macza on paluchy w trupach z winy połączenia odpowiedniej dozy dewiacji w tym osobniku, fascynacji nieznanym, zakazanym, oraz chęci pokonania śmierci, no może jeszcze czynienia zła, wendetty, nie wiem, przywrócenia kogoś do życia? pokonania śmierci jako takiem? Tu stawia się mnie przed czymś zupełnie temu dalekim (tak to widzę przynajmniej). Przed wizją poprawy bytu prostych, takich na poziomie nieco ponad stan chłopstwa (takie mam odczucia no) czyli w sumie takie utrzymanie się przy życiu, wiązania końca z końcem, z kolei zero jest tu odczucia jakiejś wyższej, zachłannej a chorej idei, mrzonki o nieśmiertelności i o przekroczeniu nieprzekraczalnego. Nie, tutaj, póki co, widzi mi się, że nekromancja to sposób na chleb. Z drugiej strony nijak nie wyobrażam sobie, gdzie tu ten chleb. Nie licząc jednego przykładu, o którym właśnie wydaje się być póki co ta opowieść.
Piszę to w miejscu tego cytatu powyżej :) Dzielę się odczuciami. I no w tym miejscu tak to wygląda.
Jak dotąd też tekst warsztatowo jest okej, poprawny, nawet parę urywków mi się szczególnie podobało, jak choćby fałszywe słońce na początku. Czyta się więc dobrze i wiarygodnie, ale trochę dziurawe są moje wizje tego wszystkiego i pomijając moje uwagi o nekromancji powyżej, na razie jest nuda, nic się fajnego nie dzieje. Osobiście bym wysilił się o jakąś rozrywkę dla czytelnika już w tym miejscu. Może jakiś komizm? Coś się tam w tle robi, jakiś porachunek nekromantów i konstruktorów, pojedynek czy coś - no to o, tu by coś można :)
No ale dobra, czytam dalej!
Poza tym masz tu literówkę, nieumartych. Czy to nie literówka?
Wciąż: po co ona wzywa tych nieumarłych?? To mi kompletnie nie pasuje do takiej zwykłej dziewuchy, ot, jestem nekromantką, piję piwo w szynku... ale żyć trzeba, no to zrobię protezy robotnikom. Kurczę no. Nekromanta to taki szalony geniusz, który w dodatku swe eksperymenty gdzieś tam jednak tai. A tu odważnie odchodzisz od tego i nie wiem, czy to nie wypada aby śmiesznie.
ukryć twarz dłoniach i się nad sobą poużalać.
połknięte "W".
No nekromantka pełną gębą.
Spójrz tylko na niego. To stary pijak.
Nagle uświadomiłem sobie, że nawet nie wiem, jak ten Hob wygląda. Ile ma lat. I w jakich czasach, w jakiej epoce umiejscowiona jest akcja. Robotnicy są kulturalni i językowo bardziej niż współcześni. Nie wiem też, co tu w zasadzie jest władzą, kto obciął im te kończyny. I ta niewiedza nie działa tu dodatnio na odbiór tekstu.
No i jak czytam, że Hob leżał na stole do egzorcyzmów... potem przywołuję w pamięci te kilka szczegółów, które wydały mi się co najmniej dziwne (np te stoły z golemów, nie gadanie z upiorami...) to w sumie już sam nie wiem, czy to jest komedia? Czy rzecz na poważnie? Nie kpię, po prostu gubię się.
Dziewczyna spłonęła rumieńcem i wzbiła wzrok we własne stopy.
Literówka. Wbiła.

Po co tym Alisso ta ręka? Przecież on porywa tłum, Jurvę to jeszcze zrozumiem (choć nie rozumiem tych podziałów tutaj tak chyba do końca; to są chłopi, tak? robotnicy... fantasy... nie wiem, tak zgaduję w sumie; co to znaczy, w sumie należałoby spytać, no ale dobra. czy ci chłopi nie patrzą krzywo na nekromancję? jak to przecież wyraziła Hena; tam przy okazji szkicowania, że nikt jej nie zaakceptuje z jej pasją i miłością do necro). No i ta scena z Alisso przychodzącym do niej. Ta Felisa. Tak jak Hena ma burdel w swoim mieszkaniu(?) tak podobnie sprawa się ma z opisem. Gdzieś tu golem śpi (!) tu jakieś ubrania, tam krzesło kwili, obszerny opis. A ja dalej nie wiem, o co chodzi w tym świecie. Przynajmniej mało wiem.
A tak, i w zeszłym tygodniu obudziła się z Mindą w objęciach. Nie pamiętała, co zaszło, ale dziewczyna miała ledwie piętnaście lat, co samo w sobie było niepokojące.
?
Co ja czytam?
Ale… Po co właściwie to wszystko? Jaka w tym idea?
No raju, wreszcie ktoś zadaje moje pytania!
– Martwi też chcą żyć
Aha...

Ok, mój kochany laptop zrobił sobie wolne i reszta komentarza sobie uleciała.
Ja nie wiem w sumie, co ja przeczytałem. Duży (choć jest tylko Tevir i Akademia, ale "duży", bo chyba całkiem odrealniony, odległy od naszego, więc cały zmieniony, jak tuszę), bardzo oryginalny świat faktycznie działa tu na niekorzyść; po prostu cierpi z racji objętości tekstu. I dla mnie to wszystko nie ma sensu. Muszę się tylu rzeczy domyślać, a wszystkie naprawdę dziwne; tym trudniej mi jest iść równo z duchem tekstu - jest on, zdaje mi się, oparty na konceptach, które ja nie ogarniam, za głupi może jestem, całkiem serio mówię; to jest tak oryginalne i inne z tym wszystkim, co znam i jednak wiem o nekromancji np, że nie scala mi się to. Cała sytuacja z nekromantami i tymi drugimi, spłycenie nekromancji, pobudki nekromantów i konstruktorów (dla mnie wciąż średnio jasne) o co chodzi z tymi rebeliami, przeciw komu (ogół ogółem, ale ja mimo wszystko czuję się wpakowany w historię na wskroś dziurawą, nic tu się kupy nie trzyma) czym jest ten Komitet? Nie wiem, skonstuowane jest to jak dla mnie za mętnie, niewiele rozumiem, a domyślać się nie lubię, zwłaszcza, że to wszystko odbiega od przyjętych kanonów (chociażby sprawa nekromancji).
No i ta końcówka. Nazwałbym ją nader otwartą do interpretacji.
Nie chcę napisać zbyt dużo, bo może ja rzeczywiście nie mam dość wyobraźni i intelektu, a z tym i podstaw oceny. A byłaby niska, bo ja w każdym razie nie rozumiem tej historii i świat jest, eufemistycznie mówiąc, nazbyt odważny. Chyba po prostu nie moja bajka. Zaczynało się spoko, za dużo jednak dziur i niewiadomych po drodze, a za mało (żadnej w sumie chyba) atrakcji.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jednostki nie mają znaczenia

Post autor: Kruffachi » 19 stycznia 2018, 15:49

Trochę nie wiem, co miałabym dodać po tym, co napisałam, kiedy betowałam. Zmiany, jakie wprowadziłaś, nie są na tyle znaczące, żeby jakoś ważyć na moim odbiorze tekstu, więc będzie krótko i będą ogólniki.

Nie należę do czytelników, którym przeszkadza przerost świata nad treścią. Mnie interesuje jedynie, czy na przestrzeni opowiadania dostaję zwartą historyjkę, która się kupy trzyma, a Jednostki ten warunek spełniają. Więc popieram głosy, że to ciekawy świat, który warto eksploatować, gdybyś miała ochotę, ale już nie te narzekające, że rzeczywistość jest zbyt rozbudowana i nie ma podanego przypisu do każdej rzeczy. Mi osobiście wręcz łatwiej zawiesić niewiarę, kiedy tych przypisów nie ma, bo często bywa tak, że autorzy, chcąc wyjaśnić absolutnie wszystko, plączą się w zeznaniach i wpadają na mielizny. Ja jestem raczej łasa na klimat świata, a ten odmalowujesz.

Trudno mi powiedzieć, co z tym wizerunkiem nekromantów, bo dla mnie to opowiadanie od początku bardziej niż nekromanckie było po prostu steampunkowe i to steampunkowe w starym dobrym znaczeniu, czyli nie tylko kostiumu dla często niewyszukanych opowiastek, ale też tematyki społeczno-rewolucyjnej. Pamiętam, że Ci zarzucałam, że trochę tu za mocno pobrzmiewa wiedza późniejszych epok na temat rewolucji, ale albo to nieco wygładziłaś, albo coś sprawiło, że wówczas zakuło mnie to bardziej niż podczas ponownej lektury, bo ponowna lektura tego wrażenia obcych ciał w tkance świata nie dała. A to zawsze fajnie, kiedy opowiadanie, przy rozrywkowej warstwie, próbuje też zadawać pytania - niekoniecznie na nie odpowiadać.

No i jeszcze Hena. Tu jestem wdzięczna kimiradowi, bo użył słowa, którego mi brakowało - "prostaczka". Tak, właśnie to, Hena to POTWORNA prostaczka, osoba odstręczająca, obmierzła, pretensjonalna w swojej pogardzie i po prostu zła. Nie znoszę jej. Nie wiem, czy tych elementów, które tworzą jej paskudny obraz nie jest za dużo - to pijaństwo, chamskość, wyuzdanie, brak szacunku do siebie i innych - i czy to częściowo nie ogranicza przyjemności z czytania tekstu. Tu bym może na przyszłość doradzała pewien umiar.

A tak ogólnie to wiesz, że uważam to opowiadanie za udane, że mi się tu wiele rzeczy podoba, że łykam ten klimat i wzruszałam się historią Alissa. No :D Twórz dalej :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jednostki nie mają znaczenia

Post autor: Siemomysła » 25 stycznia 2018, 09:09

Bry!

Ja krótko. Przeczytałam sobie w poniedziałek do porannej kawy i uznaję lekturę za bardzo przyjemną. Troszkę pospieszne było zakończenie, może gdybyś je rozciągnęła, twist miałby większą moc. Wiem, że tekst na konkurs, ale już nie, prawda? Więc moim zdaniem warto go dopracować, nieco rozciągnąć końcową część i walczyć o publikację, choćby w Esensji, Silmarisie czy Smokopolitanie.

A o samym tekście - bohaterkę masz moim zdaniem oryginalną, nie starałaś się robić z niej sympatycznej osoby ani na siłę dokładać jej ideologii, a jednak w coś wierzy, czemuś jest wierna i to jest fajne. Jej sposób bycia, przypadkowy seks, alkohol i tak dalej budują mi w głowie wizję kogoś, kto poświęcając się grzebaniu w śmierci, jednocześnie histerycznie czepia się życia. Tak postrzegam parcie na fizyczne zbliżenia. Jak dowód na to, że żyje, bo seks jest powiązany z dawaniem życia. Upór Alissa, jego wiara w rewolucję z kolei są bardzo fajne. To ładne zderzenie. I tak naprawdę ona robi to, czego on od niej chciał - zostaje w ukryciu i pomaga rewolucji, a on poświęcając siebie (świadomie, czy nie, nie wnikam) też daje świadectwo szczerości swojej walki. Niech im to wszystkim wyjdzie na dobre. Całej tej rewolucji i przemianom.

Świat, w który mnie rzuciłaś bardzo mi się podoba. I miasto w mieście i magia śmierci vs technologia. I to, że jedna i druga ma wady i zalety. Scena walki golemów bardzo dobra, bo jest takim dyskretnym tłem.

Ogólnie, Krinu, bardzo dobra rzecz i fajnie napisana.

Tylko pliiiis... wytnij jojca na mężczyzn, o którym pisała Marsza. Niech ona narzeka na "ludzi" ogólnie, nie na mężczyzn. Mam wrażenie, że to Ci się tak napisało przypadkiem.

:nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 117
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Jednostki nie mają znaczenia

Post autor: Ag. » 12 sierpnia 2018, 20:58

Baaardzo dobrze mi się ten tekst czytało <3 Kupił mnie już pierwszy akapit, świetny jest ten pomysł z magicznym wysypiskiem, dużo radości mi te opisy dają, choć miejscami rzeczywiście mogłoby być lepiej dopracowane, bo momentami się gubię kto, co, gdzie i jak. Minimalnie trzeba to uporządkować. Tak samo kupił mnie świat przedstawiony, ta kolorowa magia wszędzie, ci nekromanci, golemy. Szalenie mi się to wszystko podoba, ma klimat, gęstą i ponurą atmosferę rozkładającego się świata.

Fakt, że rewolucja jest gdzieś tam w tle mi nie przeszkadza, bo osobiście raczej lubię takie zabiegi, gdy maluczcy są przedstawieni właśnie na tle tych wielkich i ważnych wydarzeń, to dla mnie takie spojrzenie na detal, malutki wycinek. Nie mam wrażenia, żeby czegoś tu bardzo brakowało pod tym względem, bo właśnie patrzymy na świat z punktu widzenia jednostek, więc oni mogą wszystkiego nie wiedzieć/mieć swoje własne oceny/czegoś nie rozumieć/nie mówić wszystkiego.

Co do Heny... wolę ją z początku niż z końca, może dlatego, że jej motyw nie jest wystarczająco wyraźne wyjaśniony. No bo to, że "umarli też chcą żyć" zrozumiałam jako jakąś jej prywatną obsesję, za którą podąża mimo daltonizmu (w ogóle kolejny wybitny pomysł, jak mi się ta kaleka nekromantka, która wbrew przeciwnościom będzie robić to, na czym jej zależy, podoba). Potem jednak okazuje się, że robiła to, bo chciała używić tego przywódcę rewolucji czy kim ważnym on tam był. Jeszcze mówi, że dużo się od niego nauczyła. A to wszystko pojawia się tak znikąd i nie ma wystarczającej mocy przekonywania. Nie wiem, czemu ona to robi, czemu jej na tym zależy. Czyli jednak wierzy w tę rewolucję? Czyli jednak chce pomóc? To czemu jest tak negatywnie nastawiona do walczących? Zabrakło mi tu czegoś ekstra. Poza tym nie wiem, czy Alliso miał tu ją do czegoś przekonać? Bo wynika, że ona w sumie od dawna jest przekonana, tylko walczy w tej rewolucji na swój własny sposób... To jak dla mnie najmniej dopracowana część tekstu, ale myślę, że spokojnie dałoby ją radę poprawić, po prostu trochę więcej motywacji dodać.

Natomiast fragmenty o życiu erotycznych Heny jak dla mnie do wyrzucenia. Niczego nie wnoszą, pojawiają się też wszystkie naraz w dosyć dziwnym miejscu tekstu, spowalniając niepotrzebnie narrację. Są takie skrótowe i jakby doklejone na siłę, jeśli już chcesz coś takiego dodać, to lepiej trochę to rozrzucić po tekście, żeby było bardziej naturalnie.

Trochę łapanki. Mało, bo się wciągnęłam:
rozsypywał się powoli świat omijany w marzeniach
Przyznam, że nie rozumiem tego fragmentu.
Hob puścił uwagę mimo uszu.
Jaką uwagę, skoro ostatnia wypowiedziana kwestia należy do niego, nie jego rozmówiczyni?
Martwi też chcą żyć, ale kiedy próbuję przenieś ich do ciała, robią się tacy
Przenieść. W ogóle stwierdzienie „martwi też chcą żyć” mnie rozwala XD
włączając w to Essai, która właśnie demonstrowała, jak należało zbudować nieumartego, żeby wygrać.
Wprowadzasz nową postać w trochę dziwnym miejscu i nie wiem, po co.
– Ale Alisso… Hob przysiadł ciężko na łóżku, w którym znów spała Minda. – Ale jego już nie ma. –
– Ale Alisso… - Hob przysiadł. Poza tym ogólnie mocno nienaturalnie to zdanie brzmi, niepotrzebnie się to "ale" powtarza dwa razy, brakuje mu mocy, które powinno mieć.

Ogólnie jednak świetnie mi się czytało, świetny świat, dużo fajnych motywów, chętnie coś więcej w tych klimatach od ciebie poczytam. :) Plus są urwane ręce, a te protezy trochę z metalu, trochę z tkanki doczepiane na magię to taki nekromancki cyberpunk, normalnie prawie jak cyborgi, także miód na moje serce ;)
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Jednostki nie mają znaczenia

Post autor: Krin » 13 sierpnia 2018, 18:52

Hurra! Ktoś to czyta i jeszcze mu się podoba! :jupi:

Ale jest kilka rzeczy.
za którą podąża mimo daltonizmu
Hena nie cierpi na daltonizm. Nie myli barw, ale w ogóle ich nie widzi, nie rozpoznaje żadnego koloru. To schorzenie nazywa się monochromatyzmem bodajże.
Potem jednak okazuje się, że robiła to, bo chciała używić tego przywódcę rewolucji czy kim ważnym on tam był.
Mówiąc szczerze, to nie o to chodziło. Robiła to, bo miała taką obsesję i owszem chciała w przyszłości dać ciało Medivariusowi, ponieważ go lubiła i uważała za wielkiego człowieka. Ale Alisso przekonał ją, że powinna coś zrobić teraz-zaraz, żeby pomóc rewolucji, więc zrobiła, co mogła, poświęcając jego. Mam nadzieję, że tylko ty tego nie zrozumiałaś. :(
Natomiast fragmenty o życiu erotycznych Heny jak dla mnie do wyrzucenia. Niczego nie wnoszą,
Umieściłam je, żeby nakreślić obraz Heny jako osoby, którą totalnie nic nie obchodzi, która nie szanuje siebie i ma w życiu totalnym bajzel. Bo mam takie wrażenie, że kobiety się bardzo mocno ocenia pod tym względem i zwykle nawet jak są pokazane w książkach i filmach jako pijące, ćpające i żyjące w totalnym nieporządku, to mimo wszystko pozostają niedostępne. Hena zaś nie miała być hollywoodzką "twardą babką", tylko kimś kto idzie na dno.

Dzięki ci Ag, za przeczytanie i odzew. Dzięki też całej reszcie, miałam wam odpowiedzieć miesiące temu, ale tak się z tym guzdrałam, że w końcu stwierdziłam, że już i tak pewnie zapomnieliście o temacie. :bag:

A jeśli ktoś jeszcze nie słyszał, to właśnie piszę powieść, w której Hena jest jedną z głównych bohaterek. Kiedy pierwsza z was napisała, żebym napisała coś jeszcze w tym świecie, pomyślałam, że nie mam pojęcia, jak to zrobić, ale zaczęłam myśleć i mnie olśniło. (Wstydźcie się :P)
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 117
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Jednostki nie mają znaczenia

Post autor: Ag. » 13 sierpnia 2018, 22:07

Sorry z tym daltonizmem, tam skrótowo mi się rzuciło.

No właśnie z tym przekonywaniem przez Alisso mam ten problem, że ono słabo wypadło i nie zrozumiałam, dlaczego Hena to zrobiła.

A na więcej w tym świecie przedstawionym też czekam ^^
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

ODPOWIEDZ