UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Tytuł Tekstu Września otrzymało "Jak [nie] zostać bohaterem" - GRATULUJEMY! :D

Dzwon

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
kmiriad
Posty: 26
Rejestracja: 26 września 2017, 16:14

Dzwon

Post autor: kmiriad » 05 grudnia 2017, 22:01

Witajcie!

Mam do zaproponowania swój stary, acz dokładnie odkurzony tekst. Liczę na pomocną, niechby nawet ostrą krytykę, gdyby była taka potrzeba - a jednocześnie zachęcam do spokojnego zanurzenia się w przedstawionych realiach.
Wiem, że tekst powinien bronić się sam, ale wiem też, że podejście, w pewnych wypadkach, znacznie stanowi o odbiorze. Krótki wstęp wydaje mi się w tym wypadku po prostu niezbędny.
Tekst nie należy do najlżejszych – ale wcale też nie musi być odebrany jako ciężki. Kwestia, jako się rzekło, podejścia i oczekiwań. Pisząc, mierzyłem w powieść. Nie nowelę, ani inne krótsze formy. Nie wiem, czy zastosowana opisowość (w zasadzie tylko na początku), będąca próbą dołożenia do pieca immersji (ale też nie pozbawiona istotnych treści i ograniczona do minimum, zaręczam) jest jego słabą, czy może wcale mocną stroną. Właśnie tego mam nadzieję się od was dowiedzieć. Od siebie oczywiście zachęcam, aby usiąść do lektury z pełnym zaufaniem do jej obecnej konstrukcji i z tejże wspomnianej opisowości mimo wszystko skorzystać - aczkolwiek otwarty jestem na wszelkie sugestie, jakie się nasuną. Co łaska, proszę, co łaska.
Osobiście sądzę, że przy odpowiednich warunkach, zasobie czasu oraz z nastawieniem na wielowątkową epikę z gatunku high fantasy znajdzie się tu szansa na rozrywkę, i tejże wam życzę.
Jak w tytule – tekst jest częścią większej całości, powieści pt. „dzwon”. Opowiada o incydencie, po którym rusza lawina szczególnych wydarzeń.

Zapraszam.

EDIT: Prolog jest długi i mógłby samą już objętością zniechęcić, zdecydowałem się więc przezornie na wstawianie tekstu na raty.
W razie by spodobał się pierwszy kawałek, zachęcam do czytania reszty. Gdyby nie - uniżenie proszę o choćby słowo na temat przeczytanego. Za rady i wyrzeczone wymagania, którym nie sprostałem w tekście, będę najdźwięczniejszy!

Na czółnie czasu, pod żaglami wieczności
Ląd, jak duch, po świecie się błąka
Bezsenna rozpacz, zjawa nieszczęsna
Głucha – bez echa – przez ciszę zaklęta
Spustoszona
Martwa
Dryfuje daremnie lukami istnienia
Szukając zmiennika, po wtóre umiera
-Dar Tirlliada
Z księgi hymnów, "Widmo Namara"

Zabił Dzwon!

Zaczyna się od błysku. Wszechobejmującą czerń dziurawi ukłucie bieli – odległa, tycia iskra, co aż razi oczy. Rośnie niezwłocznie, pęcznieje; wkrótce oślepia blaskiem. Wyciąga ramiona promieni – na podobieństwo dorodnej gwiazdy.
Widok jest taki, jak gdyby Ciemność, w cichości i skryciu, urodziła żywe Światło. A konała, z niemowlęciem w ramionach. Wciąż bez głosu – lecz już nie potajemnie.
Gwieździste cudo prosto z łona nocy błyska jasno i pysznie, w jedną chwilę ogromnieje stokrotnie! A jednak wraz przystaje w rozwoju. Na powrót chudnie, zapada się w sobie i kurczy z podwójnym pośpiechem. Przygasa tak, że nieomal traci się na zawsze, kończąc jako wątły paproch, jako pyłek jasności zaledwie… Ażeby wtem ognistą wstęgą rozciągnąć się na boki – w formę łuny przedświtu, co z wolna rozcieńcza zupełnie kolory cieni.
Oto zapala się złociście od północy po południe, oddzielając bezchmurne niebo od piaskowego lądu, podczas gdy promienne dziecię nocy (teraz już wyraźny, szeroki dysk w płomieniach) wynurza się majestatycznie zza piaskowego widnokręgu. Olbrzymie i rozedrgane, niczym serce demona, odkrywa zasuszone oblicze pustyni.
Spieczona kraina rozlewa się na cztery strony świata, pozbawiona krańców. Monotonna, jałowa, o bladych guzach wydm. Rozpięty ponad nią błękit z nie mniej chorowitym licem przyjmuje płonącego gościa. Zanosi się na kolejną, piekielnie upalną wieczność.
Iście niezwyciężona cisza ciąży na pustyni. Ta jej nieprzełamana pieczęć – prawieczna, mityczna już głusza, którą niewielu pragnie pamiętać. Wieko trumienne pochowanego świata, jak mówią. A jego siejąca trwogę strażniczka, o tak. Odkąd czas był się przesypał, a Dźwięk i jego Echo dawno, dawno przebrzmiały, niepodzielnie włada i przewodzi tu wszystkim. Niczym.
Pustką.
Skarbnicą promieni.
Śreżogą.
Flautą na ziarnistym oceanie.
Niepoliczone paciorki wydm, sycone żarem świtania, wydają się poruszać, rzekłbyś, pełznąć ospale byle z dala od palącej mocy z niebios. Jako żywe.
Złudzenie…
Sępia para pojawia się na tle błękitu dokładnie znikąd. Wynędzniałe, oszemłane z piór ptaki kołują nad piargami jak gdyby nigdy nic i nie ma nikogo, kto zapytałby, skąd się tam nagle znalazły. Hakowate dzioby otwierają się co chwila, mimo to wychodzące z nich skwirzenia pozostają nieme. Kiedy ptaszyska wpadają na siebie z nagła, szarpią, dziobią wzajem, orzą szponami – nie słyszy się ani wściekłego bicia skrzydeł, ni skrzeczeń w bólu czy furii.
Szkaradni ścierwożercy, ich dramatyczne zmagania, krew rosząca dogorywającą z pragnienia ziemię – wszystko to gotowe być jedynie marą, trzeba wiedzieć. Gorączkowym wyrojeniem samejże umęczonej krainy, ubitej z piasku i ognia, sygnałem a lamentem jej makabrycznej, niezmiennej od wieków bolączki.
Jakkolwiek faktyczna czy ułudna, scena owa fatalną próbuje wydobyć rozpacz. Dramatyczny wysiłek o szansę, o przetrwanie nadchodzących chwil.
Te ostatnie tymczasem niespodziewanie nabierają nader obiecujących kształtów…

Pustynia wita zmianę. Coś ożywa w piaszczystej martwicy, jeszcze daleko, lecz wyczulone powietrze już dygocze – i to tak, jak dziewica pod pieszczotą zalotnika. Ziarnka piasku grzechoczą z podniety. Gdzieś tam, niewidoczna a odległa (jedynie w słonecznych macek zasięgu) skryta za masywami wydm ludzka stopa w męskim bucie zatapia się głęboko w piasku.
Cisza.
Znowu ona. Ta, która posiadła była niewidny ląd, gdy to nikt go już nie chciał. Cisza, w której pobrzmiewają echa kataklizmów.
Sępy jak się pojawiły, tak samo przepadają. Pryskają nawykiem przywidzenia.
A jednak wydrapane niedawno pierze pozostają i opadają na piasek.
Słońce wisi teraz jako odległy, niepoważnie tyci krążek bieli (nie żółta kula w lokach płomieni, którą było zaledwie przed chwilą) zmniejszone też nie wiadomo kiedy, nie wiadomo przez kogo…
Pustynia wzdycha.
Ruch powraca, punktowany syczeniem piasku – o wiele bliżej, zdaje się, że tuż opodal. Obuta noga czyni krok, a w ślad za nią postępuje następna… ciągnąc za sobą kolejną… a za nią jeszcze jedną, i jeszcze… i jeszcze… i jeszcze… i jeszcze… Po czasie dostatecznym, ażeby słońce przebudziło niewidzialne ognie w piaskach pustyni, przewijają się w ten sposób całe tabuny ludzkich stóp, aż wkrótce niepodobna je zliczyć.
W gorącej przestrzeni podzwania oręż oraz elementy bojowego oporządzenia. Podnosi się ludzka mowa, ochrypłym rozkazom dowódców odpowiada gromki chór podkomendnych. W interwałach, pomiędzy echem a echem, ponad rumor żelastw i gardeł, ponad suche szumy lawin piasku, ponad uwolnione nagle lamenty sępów (których to niemniej wciąż nie znaleźć na pustym niebie) przebija się rżenie skatowanych wędrówką koni, a nawet niekończący się świst batogów znad ich grzbiety.
Rozłożyste sztandary jako pierwsze wyglądają zza piaszczystego garbu. Ukazujące się po nich z wolna sylwetki zbrojnych, w kurzu pustyni, matowo i wyblakle łyskają refleksami hełmów, grotów włóczni, tarcz i członowanych pancerzy, krytych pod płaszczami koloru pogodnego nieba. Jako żywo: niczym segmenty mocno już zestarzałych łusek, aliści z cielska wciąż morderczego, jadowego gada.
Na prowadzeniu rzędy pieszych, zjeżonych partyzanami, bujnie jeszcze obwieszonych bronią przeróżnego autoramentu – wedle znamiennej, szczególnej im mody, powziętej z bojowej wszechstronności. Za nimi regimenty łuczników, obciążonych istnymi worami strzał, lecz nawet w zwarciu nie ustępujących pola towarzyszom, kiedy mieczem czy buławą pożytek im czynić przychodziło. Na flankach mieszana kawaleria, zaś nieco z tyłu: po szwadronie Twardych – sławetnych rydwanów, złoto skrzących się w słońcu obramowaniami platform, dzisiaj atoli odmienionych nie do poznania. Lekkie, utwardzone z przodu kabiny o różnorakiej wielkości, zawsze jednak ostrym, klinowym kształcie oraz skrętnej osi, zwykle pchane przez parę lub więcej szkolonych od źrebięcia koni obecnie brną do przodu odwrócone, tradycyjnie ciągnięte. Pełne koła z zakrytymi kosami z mozołem pomagają obracać ich kilkuosobowe załogi.
Ponad głowami wojów siedem błękitnych płócien z motywem jasnego dzwonu o sercu w postaci miecza, jelcem tłukącego o klosz, łopocze na wysokich drzewcach. Symbol świętości danej przez Dzwony.
Kiedy niskie tony rogów zagłuszają szum sunącego po pustyni wojska, tysiące par stóp, setki kopyt i kutych kół wozów bojowych ryją w piachu. Szeroko rozciągająca się w marszu formacja zajmuje łukowaty grzbiet gigantycznej wydmy, kierując czoło ku jej bliźniaczce.
Rogi buczą długo…
Gdy przebrzmiewają, głos, ma się rozumieć, chciwie wykrada władczyni owych ziem – dumna, eteryczna cisza, co moc ma niejednego dzwonu. Odzyskuje każde niezatkane ucho, pokrywa sobą każdy skrawek spieczonej ziemi. Nie odda ich już więcej, to pewne jak śmierć, która tu rezyduje, jak miraż i koszmar, które są wszechobecne.
Widmowy nieboskłon z pogranicza snu? Ów smętny, misterny relikt zapomnianych czasów, kiedy to stanowił miłosierną powałę domu ludzi i ich boga. Oto blednie, mizernieje w oczach. Porusza się, tak, ożywa bezwzględnie, faluje bowiem, zakrzywia miękko niby tafla jeziora, kurczy się nierzeczywiście – wyłącznie po to, ażeby wnet rozciągnąć się dwakroć okazalej, nurkując przy tym, pikując drapieżnie, rzekłby kto: zamierzając wprasować w grunt wojsko na grzbiecie wydmy… na którym jednakowoż nie robi to już wrażenia. Słońce przestaje być niewielką soczewką bieli, a na powrót przeistacza się w monstrualny pęcherz nalany ogniem. To również nie przejmuje sobą nikogo. Nie takimi sztuczkami raczyła żołnierzy pustynia przez ostatnie pociągłe dni. Noce wszak były w nich jeszcze bardziej wyszukane.
Dzień grzeje już z całych mocy, zamieniając każdą chwilę w torturę. Dla żołnierzy, nawet w wyróżniająco oszczędnych rynsztunkach, pod kapturem, pod płaszczem czy pod jaką, gwałtowny cios upału po doświadczeniach diabelnie mroźnej nocy nie wydaje się niedogodnością. Natychmiast przekonuje o byciu pierwszym przeciwnikiem i realnym zagrożeniem.
Kolejne chwile mijają, jednakże nic (prócz pustyni, rzecz jasna, przeciągającej się znać po niemiłym rozbudzeniu) nie ulega zmianie. Katowana spiekotą armia nadludzi czeka przeciwnika, lecz nikt się nie zjawia.

Przed szeregi występuje pierwszy śród wojów. Ujeżdża on czystej bieli, przepotężnie zbudowanego wałacha o włochatych pęcinach. Jest dojrzałym mężczyzną, wbrew nader młodzieńczym rysom. Gęste blond włosy okalają prawdziwie chłopięcą twarz, opadając na szerokie ramiona, a połyskując jak złoto w skale. Dwie pociągnięte wdzięcznym skosem kreski brwi wyglądają na sztuczne, rysowane henną. Podobnie z uczernionym owalem oczu oraz i tak nieprzeciętną linią ust – uwydatnioną czerwonym barwnikiem, obficiej naznaczonym pod dolną wargą. Tymczasem spojrzenie umalowanego jest przenikliwe i śmiałe, wyraźnie świadczy przed tymi, których zwieść mogą młodociane atrybuty złotowłosego. Polerowane srebro, chabrowy stop złota oraz bodaj każdy z rodzaju klejnotów żywej ziemi (nie zaś tej uwiędłej zjawy, na której się teraz smaży) obciążają jego szyję i całe lewe ramię, aż po opierścienione palce; dokładają też wagi do pasa. Ochronę ciała, na murańską modę, stanowią w tym wypadku kusy napierśnik, płytowe nagolenniki i karwasze. Wszystko kryte znanymi układami gwiazd z bezcennego „minerału”, który tli się wewnętrznym ogniem, za co tedy pomylenie go z innym zakrawa o świętokradztwo. To Ram – ukruszona świętość z Białych Wież. Kamień Chmur.
Okrągłą tarczę z tnącymi krawędziami, usadowioną na zadzie konia, zabezpiecza biała niedźwiedzia skóra. Tam też, za lędźwiami konnego, sytuuje się imponująco długa pochwa. Pusta. Wysmukła głownia, mierząca całe sześć łokci, obraca się właśnie w rękach jeźdźca – po czym wbija w piach. W parze z jelcem oraz podkrzyżem miecza, rękojeść tworzy toporny, kanciasty krucyfiks, na którym rozsnuto nic innego, jak trójramienną gwiazdę.
Bez mała nabożny majestat, bijący od osoby młodziana, zakłóca subtelny niepokój, oto wypływający na jego niepokalane oblicze. Kiedy w momencie wschodu słońca nakazał zadąć w rogi, uczuł odświeżoną nadzieję i zapach przeznaczenia. Aliści teraz, tkwiąc bezczynnie w szczytującym już żarze z innego świata, na czele trzytysięcznej potęgi Miri – armii nie tak licznej, co niezrównanej w sile – Tantar napotyka pierwsze doprawdy wątpliwości. Minął wszak drugi upiorny dzień i… jak mu przyobiecano, a co zaprawdę zdawało się jeszcze przed paroma chwilami niemożliwością… trzeci dzień rzeczywiście się ziścił i oto ukazuje. Mimo to nie ukazuje się nieprzyjaciel.
Jeszcze nigdy nie widział Muranu w takim stanie. Pustynne warunki poświata sforsowały nawet nadludzką wytrzymałość Ddongów. Wyszkoleni przez Boga jeszcze zanim się urodzili, zdyscyplinowani piechurzy i konni, którym nie ma równych w szeregach ludzi czy bolunów, choć wciąż wyprostowani i dumni, wiercą się, spływając potem. Twarde rydwany straciły swoje zastosowanie z chwilą wkroczenia na sypkie piaski i teraz są już tylko utrudniającym marsz balastem. Pełnokrwiste bieguny z Uban Ghotol oraz zachodniego Tyrdamu dyszą jak psy, pieniąc się na ciele, już w tej chwili bliskie wycieńczenia. A czeka ich przecież bój. Bój, o którym pamiętać mają narody.
W myślach wciąż wertuje przestrogi delegacji hierarchów z Tyrdamu, którą to zmuszony był wysłuchać w świcie własnych oficerów. Tak pokornie, tak uwłaczająco potulnie milczących w obecności duchowego zwierzchnictwa…
Szaleństwo.
Po dwakroć szaleństwo! Tantarze, z całą rewerencją. Zasadzasz się na bezwzględny i niepoważny doprawdy hazard. Pomnij na to, z kimże pertraktujesz. Przecież to Ahry, na Boga! Przystać na ten roniony układ, to jak ze śpiewem rzucić się w odmęty Furruf!
Nie odgaduję, czego światła twa osoba upatruje w tej od rzeczy wydumanej okoliczności, Wodzu, jednako zanoszę do ciebie echo z katedry Oramunu. Wołam głosem Aglo, życzeniem naszego utraconego Pana: poniechaj!
Ci pochorowani fanatycy z Południa nic aby wyczekują podobnych sposobności. Rażą groźbą i jawną prowokacją, bo nie znaleźć im innej rady. Byleby Muran i Kyrema odsłoniły przed nimi brzuchy. Istotnie dajecie wiarę, bracia, że ten raz rzecz się odmienia? Ta butna, prześmiała doprawdy oferta wprost paruje odorem fortelu, na Dzwony! Jest na równi nawiedzona podle jej wyklętego ze świata przetwórcy, bez wstydu obwołującego się nagle naszym przymierzeńcem, czy nie widzicie?!
Nastały dni, które sny Orboda wyprzedziły były o lata, zgoda temu, to pewne jak słońce o brzasku. Silniej dziś wyostrzać wzrok stróżowi pokoju i miłującemu prawość, aby gęstniejące sieci intryg naokół Dzwonów wypatrzeć. A snutych od pokoleń przez tego samego drapieżnika, co czyha i nie śpi. Przychodzi nam skupić baczenie na knowania przeciw Harmonii tuż za naszymi plecami podnoszone, bracia. Uważniej i sumienniej, niż za dni, które za nami.
Wiecznie rozogniony jest zawistnik z Południa, gorączką zapalon na łup nie do wycenienia, czaić się zdolen z paściami wszędy, powiadam – takoż pomiędzy nami a w tronowych komnatach naszych popleczników, poddanych Bieli jak i my. Sam Tantar był pouczał. Jego słowo.
I miałeś słuszność, Głośny Wodzu! Zawżdyś ją miał, niech mię Haar rozliczy z omyłki. Oby nie opuściła cię teraz ta przytomność i ostrość umysłu, bo prędki będzie upadek nas wszystkich. Tu konieczna jest prudencja. Na szali sukcesu zawisną nie dni chwały Muranu, lecz oto przyszłość i dola całych rozbrojonych Miri, a za tymi – Bożej Obietnicy. Ta wyprawa… owa bitwa, bitwa o wszystko, Tantarze
Na przytomność Boską! To nowy przebiegły podstęp, napędzany tym samym starym spiskiem, znać na mile! Zuchwała, paradna doprawdy prowokacja, naiwnie wymierzona w naszą dumę i popędy wojowniczych serc, powiadam wam! Wodzu, żadnej nie mamy pewności
On nas przeprowadzi – przerwał im. Tonem niewzruszonym, statecznym. W istocie jednak ledwie trzymając w ryzach prawdziwy orkan gniewu. – To w Nim, w Nim i w Jego macosze, Muran pokłada przewagę. Szansę miażdżącą i ostateczną. Pewność, oto tak rozgłośnie przez was wołaną.
Kaleczy mnie w środku i załamuje ducha ta nieugaszona namiętność, z jaką odganiacie sprzed uszu uczciwe me słowa, niby to żądłowy rój. Powtarzam wam… a powtarzam raz ostatni… to On jest naszą rękojmią. Pierwszym powodem ku mej decyzji i wyprawie poza rant ziemi. Namara nie ma przed Nim tajemnic, zasię niczego mu nie odmówi. A kryje w sobie rezerwy sił, którym nie stanie żaden żywy opór. Jeśli to nie my, jeżeli nie Muran i nie Darrad w czas uczyni pożytek z Pustyni… jej oraz tego jej faworyta, tego wyklętego tresera światów
Zawiesił głos umyślnie i w czas. Przeszedł się po sali.
Wszystkie tuzy i kozery kryją się w rękawie Muranu. Albowiem trafiły tam na wiele dni przed waszymi rachunkami a tą próżną naradą. Ahry domagają się okazji do „honorowej potyczki”? Otrzymają ją. O tak, możecie być przekonani, Muran odpowie. Za waszym przyzwoleniem czy bez niego.
Tantarze
Przybywacie w świcie zbrojnych i mówicie z Katedry, o, czcigodni dzwonnicy. – Tantar tylko nieznacznie podniósł głos. Nie więcej, niż potrzebował. – Zakładam, że sama to Katedra, z najwyższym dzwonnikiem pociągającym za język Aglo, preferuje roić sobie pod swym świątobliwym sklepieniem, jakobym z pianą na ustach, ze zgrzytem zębów i obłędem na czole czekał tego dnia, który, jak rzeczecie, został zapowiedziany, znacząc kres białemu mieczu. Zamiaruję ścierać się z nieprzyjacielem bez twarzy wyłącznie przecież w imię „honoru”, na który się powołuje, jednocześnie go przecież nie mając. A śpieszno mi czynić to z zawiązanymi oczyma i po omacku, jak mniemam, opity żądzą, dla której wy, bracia, nie szczędzicie dziś tytułów, którym Meshod i Sahull patronami. – Dzwonnik, który jeszcze przed chwilą zanosił się o „szaleństwie” nie wytrzymał spojrzenia Wodza nawet na krótki moment. Wezwanie imienia przeklętego i uciszonego na wieki boluna Meshoda było ciężkim, karygodnym pogwałceniem edyktu Loraka i świętego Oramunu, jakkolwiek żaden z dzwonników nie ośmielił się naówczas wymierzyć Tantarowi reprymendy. – Bo i bez rekonesansu, i bez zabezpieczeń, i bez poręczeń na zwycięstwo wasz niekorny Żywy i Żyjący pali się pognać co rychlej w sukurs przeznaczeniu, jaki niegdyś, a przy tym jedynie być to może, że prawdziwie wyśnił Muranowi jego największy, najgroźniejszy w dziejach zdradzień.
Skorygujcie, o ile niewłaściwie pomiarkowałem. Macie mnie, lojalna Dzwonom brać, za spełnionego pomyleńca?
Lód w głosie Głośnego Wodza ostudziłby ognie piekielne. Blade, pomięte starością twarze duchownych, choć pogłębiły swoją bladość i namnożyły zmarszczek, nie uroniły śladu przekonania.
Oszemłane głowy pochyliły się czołobitnie i głucho było czas jakiś. Dzwony Daar i Raad odliczały mijające chwile.
Tantarze, dozwól. Niech będzie nam wolno porachować głosy zgromadzonych.
Tantar nie dozwolił.
Rzekłem.
Odpowiemy na rzucone nam wyzwanie. Bo jest ono również szansą. A i taka została Muranowi wyśpiewana. Czy może podobnych temu Ech z waszej Księgi wysłuchiwać dzwonnikom nie przystoi?
Siwi tchórze. Tego Tantar oczywiście nie powiedział.
Muran przywróci światu zatraconą Harmonię, dopełniając danego mu z Wysokości obowiązku, tak jak jest napisane. I stanie się to jeszcze tej jesieni, obiecuję to wam, osłuchani braciszkowie. Muran jest niepokonany!
W głowie Tantara, atakowanej gorącem Pustyni Widmo, dzwonem powtarza się echo tych ostatnich słów, które z tak wypieraną furią, szałem nieomal, wyrzucił z siebie tamtego dnia, raz na zawsze zamykając feralną naradę. Jakby pragnąc go nie tylko umocnić w przekonaniu do swej racji, lecz pogrążyć jeszcze głębiej w swojej mocy, spętać nią, niewoląc na zawsze, samego w ciemnościach tej hazardownej (odważnej, na Dzwony!) decyzji.
A może już to zrobiły? Ich zły czar mami go i zaślepia na kaganek prawdy, co majaczy w pomroce, jaka gęstnieje wokół? To one są jego ostatecznym argumentem nie do przesunięcia. Wierzy w ich rację, zna ciężar w swoim jednogłośnym postanowieniu. Ciężar, który ma obowiązek ponieść, nieważne z jakimi skutkami.
Muran… powołana przez Stwórcę armia Jego wiernych, Jego upodobanych… jest niezwyciężony! I tylko to się liczy. Dlatego uznaje to za najważniejszy (na Boże sny, bezsporny!) powód pielgrzymki na ten wymarły ląd. Oto jego argument. Umyślony w ostatniej chwili pretekst uświęconej wyprawy ku „opuszczonym włościom Najwyższego”, dziś znanym ludziom jako Ziemia Widmo i w najlepszym wypadku heretycki mit, póki co pozwolił ustrzec się wyklęcia – a może, kto wie, może nawet buntu.
Dosyć już biadań starych i tchórzliwych, nigdy więcej odoru ich pełnych portek! Przywrócenie czci oraz imienia Muranu (tak pomniejszonych, zszarganych od wieków) przywrócenie powątpionej mocy, głośnej ongi, niezachwianej – a za tymi: udowodnienie niedocenionej roli Muranu dla oblicza Harmonii, dla świata i Wieczności, dla żywych i dla przodków, jest dla niego jedynym honorem.
Takim jest właśnie Tantar Żywy, trzeci Orbod Echa Północy, zbrojnego ramienia Boga, wybrany i wyniesiony na sztandary, najmłodszy syn Miri, echo Daar'u i Raad'u błogosławionych. Żywy i Żyjący z Wiecznością.
Muran jest święty i takim też jest jego obowiązek.
Muran Nnarum. Muran zwycięża.
Ponadto przywódca Echa Północy wie, że dzieje ludzkości i dźwięków Dobra są zagrożone. A teraz wierzy niezachwianie, że ma się to odmienić. I stare przyrzeczenie Muranu przed samym Oramunem, a przy tym i przed zasłuchanym światem, jakoby wyzwolić miał on Ahry spod jarzma zła, od czarnego nieba i purpurowych plonów pól wyleczyć schorowane człony świata, zostanie dopełnione.
Tui teraz. Na tej ziemi!

C.D.N.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1833
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Dzwon

Post autor: Kruffachi » 08 grudnia 2017, 17:28

Hej. Przyznaję, że miałam pewien problem z określeniem, czego oczekujesz po komentarzu, przeczytawszy ten wstęp. Bo z jednej strony przyjmiesz nawet najostrzejszą krytykę, a z drugiej nie zamierzasz niczego zmieniać i tekst jest taki, jakim chciałbyś go widzieć. Tak sobie myślę, czy tego typu sformułowania nie będą jednak nieco zniechęcać ludzi do komentowania i nie będą powodowały wrażenia, że wysiłek, jaki włożą w napisanie opinii o Twojej pracy, pójdzie po prostu na marne. Sygnalizuję. Bo mnie to jednak na moment zatrzymało i nadal nie do końca wiem, co myśleć. To, co wymyśliłam, to to, że przedstawię Ci jakieś bardzo ogólne odczucia, choć były miejsca, które podobały mi się mniej i którym przydałaby się jeszcze jedna korekta (swoją drogą, nie jestem pewna, co rozumiesz pod pojęciem "korekta").

Przechodząc jednak do sedna sprawy, jestem całkiem zadowolona. Umówmy się szczerze, że high fantasy, na jaką można natknąć się w Internecie, jakością nie poraża, a i rynek wydawniczy szczególnie w tym temacie nie rozpieszcza, zwłaszcza że większość utworów to utwory tłumaczone i zwykle tłumaczone w sposób pozostawiający wiele do życzenia. Próżno więc szukać tego, co się w taką literaturą mi przynajmniej kojarzy, a zatem dopieszczonego języka. Przyjemnie było więc poczytać kogoś, kto wyraźnie się w tym temacie postarał i włożył sporo wysiłku w szukanie tak odpowiedniego słownictwa, jak i formy graficznej (podobały mi się te kursywne dialogi rozpoczynane od wielokropków). Może parę miejsc rozwiązałabym inaczej (tu nie chodzi mi o błędy, o których wspomniałam wcześniej, ale np. użycie słowa "psiakrew"), ale mam świadomość, że to moje "widzimisie" i jedynie mogłabym sugerować, niemniej ogólnie uznaję stylizację za bardzo udaną. Nie jest to pewnie tekst, w którym delektowałabym się każdym zdaniem, były momenty nieco nużące i skłaniające do tego, żeby jednak przeskoczyć parę linijek po skosie, przyznaję, ale ogólnie masz rację i lektura może sprawiać pewną przyjemność.

Oczywiście zdecydowanie za wcześnie, żebym napisała Ci coś w stylu "to dobry tekst", bo wszak nie znam jeszcze nawet całego prologu, nie jestem pewna, do czego zmierzasz, i czy na przykład planujesz utrzymać ten wysoki ton, czy też szukać drogi pośredniej - jak większość autorów "wysokiej" fantasy. Więc żadnych sądów. Ale podoba mi się dobrze odmalowany klimat podobny klimatowi sagi, podobają mi się opisy i to nawet mimo faktu, że rozpoczynasz od obowiązkowej chyba w każdym fantasy pustyni. Ciekawią mnie dzwonnicy, zwłaszcza że tytuł sugeruje ich kluczowe znaczenie dla całości. Podoba mi się sylwetka (na razie) głównego bohatera, sposób jego wykreowania. Po prostu interesująco to wygląda i poziom naprawdę prezentujesz na razie obiecujący.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
kmiriad
Posty: 26
Rejestracja: 26 września 2017, 16:14

Re: Dzwon

Post autor: kmiriad » 08 grudnia 2017, 18:31

Dziękuję za wypowiedź!
Absolutnie przyjmę każdą uwagę i nie jest bynajmniej tak, że z niej nie skorzystam. Raczej wręcz przeciwnie - bo od siebie po prostu już więcej w toto nie włożę.
W kwestii tego wstępu: istotnym jest tu "zasłanianie się poniewczasie". Chciałem podkreślić, iż jest to w moich oczach wersja finalna, wszystko tu jest poparte wielokrotnym przemyśleniem i nic nie znajduje się tu przypadkiem. A dopuściłem się takiego akcentu w zasadzie niejako przykładem innych :) I tylko tyle. Nie raz i nie dwa natrafiałem na wzmianki odautorskie wprost przeciwne, czyli że tekst jest stary, próbny, beta, dla fun'u, itp. Nie mam nic przeciwko temu, że ktoś zamieszcza tekst świeży i jeszcze niezupełnie pewny - bardzo też dobrze, że to zaznaczył :) Pomyślałem tylko, że i ja zaznaczę, jak jest w wypadku prologu "dzwonu".
Dzięki za sygnał! Już to stamtąd zabieram, skoro taki jest odbiór.

Skoro ktoś już liznął, umieszczę zaraz dalszą część prologu.
Zachęcam resztę! Niech ten pierwszy wyimek posłuży za wprowadzenie. Gdyby się nie spodobało i nie chciało się czytać reszty, bardzo proszę o jakieś słowo krytyki chociażby na temat przeczytanego kawałka :) Sam nieraz kończyłem czytanie w połowie i cały napisany komentarz się tracił, bo to w sumie niegrzeczne nie doczytać (akurat ja nie mam nic przeciwko, zaznaczam; nie wchodzi, to nie, nie ma co się katować - wołam jednak: co łaska! :P ).

Awatar użytkownika
kmiriad
Posty: 26
Rejestracja: 26 września 2017, 16:14

Re: Dzwon

Post autor: kmiriad » 08 grudnia 2017, 20:42

C.D.


Kolejnych dwóch konnych wysforowuje się na czoło, zrównując z Tantarem. Rozdziani już z żelastwa, opatuleni po uszy płaszczami, frasobliwie obserwują swojego mocarza w kompletnym oporządzeniu i jak zwykle krzykliwych ozdobach. Obaj rozpoznają głębokie cienie zmartwienia drążące mu lica, lecz cóż mogą czynić? Nie są zwolennikami tej ekspedycji, a cięgi upału i im dają się we znaki. Te dwa trwające eony dni i jeszcze dłuższe noce żeglugi poprzez morze piasku. Upiorny rejs po spopielonych ochłapach tego, co zostawił po sobie pradawny a piękny drzewiej świat. Uszczupliły nie tylko zasoby zaopatrzenia Muranu, ale też tęgo nadwerężyły jego ducha.
O, tak. Armia wybrana jeszcze nigdy w historii nie stała tak osłabiona.
Horyzont jest pusty, ani śladu nieprzyjaciela czy wysłanej pierwszego dnia forpoczty… która, wątpliwości nie ma, samotnie i bez przewodnictwa już nigdy nie odnajdzie się w tym nierealnym wymiarze. Wreszcie staje się jasnym i nie ma powodu dłużej zaprzeczać. Nie dojdzie do umówionego starcia. Wróg ich podpuścił.
A nasłani przez Loraka seniorzy Oramunu, ci „siwi tchórze” właśnie, którym to nieledwie upuścił krwi tamtego dnia na naradzie, prawili mądrze co się zowie.
Czas otrząsnąć się z tej gorączkowej mrzonki, zanim będzie za późno.
O ile już nie jest.
– Rozkazuj, Wodzu. Ludzie się niecierpliwią – zwraca się do Tantara jeden z dowódców, tęsknie rozglądając po kolumnach armii, którą z trudem teraz rozpoznaje. Nie doczekuje się jednak odpowiedzi. – Mój Wodzu?
Tantar odwraca twarz w stronę oddziałów, zwężając powieki. Zupełnie jakby w zadumie, bądź zatroskaniu, lecz to (murańczycy są przekonani, nie uwierzą w pomyłkę) mogą być tylko promienie słońca.
Nie wie, co postanowić. Czuje się rozdarty na połowy i to bliskie słabości doznanie, zasilane trwającą już wieki niepewnością, wywołuje jego własną pogardę. Jednym uchem słyszy, tak, znosi nareszcie pokalane tchórzostwem i zgubną ostrożnością głosy opozycji; przyjmuje, że wróg wcale nie stawi się na umówionym miejscu starcia, z premedytacją wywożąc Muran na te martwe manowce. Drugie ucho wszak… Niech to Haar, gdyby tak i wyłącznie tak miało być! Gdyby to rzeczywiście miało być takie oczywiste i do przewidzenia… na Dzwony!… Tantar wiedziałby o tym pierwszy. Jest tego bardziej niż pewien. Musi.
I oto koło złudzeń zamyka się ze zgrzytem więziennych rygli.
Omotany fanatyczną pewnością, że nie przybył tu na próżno, a prawość i zapisana w gwiazdach gloria od początku zajmuje miejsce u jego boku, Głośny Wódz z wolna zamyka się na to, co przeszywa uszy wszystkich, co woła wołaniem piasku, drży w powietrzu, co formuje się przecież na jego nieodjętych oczach. O nie, nie zgadza się na to słońce i wcale się go nie lęka, bezdźwięczna zaś pustka, jaka się tu panoszy, nie znajduje miejsca w jego uszach, za to wciąż osładzają je przeczyste głosy Sióstr Daar i Raad – zupełnie, jakby Dzwony żyły w nim prawdziwie, w ślad za nim (a może po prostu w nim) docierały aż tu, do poświata. Tak, tak właśnie jest, Tantar nie ma wątpliwości. Jest dźwiękiem, przeczystym echem samych Białych Sióstr!
Nie pozwoli na powrót na Mire z pustymi worami na trofea i nawet nie chce o tym słyszeć. Nie tak ma się to odbyć. Nie to zapewnia mu jego „sekretna przewaga”, jaką pozyskał. Do jakiej zagnała go konieczność. I czas. I odgórna wola, na Dzwony!
Tymczasem wyłącznie ta pozbawiona dumy oraz słysząca więcej, lecz jakże niema cząstka Tantara, której to istnienia (co dopieroż słuszności) zapamiętale zaprzecza… Dopiero ona, ukryta gdzieś płytko pod jego skórą, teraz zaś natrętnie a szyderczo pukająca w skroń… Ona jedna wie. Wie, co się święci. Albowiem, jako jedyna, nie odrzuca jakże oczywistej przecież prawdy.
Powrót nie jest dłużej wyborem.
Tantar, najzwyczajniej w świecie, został zdradzony.
A w głębi duszy doskonale to pojmuje. Wespół z całym Muranem, idącym za Wodzem krok w krok – choćby w szeroki przełyk zguby.
Echo Północy, Muran. Został sam. Uwięziony na obcym, zagładzonym przed wiekami świecie, który snadź energią żywych się syci. A teraz ma apetyt na Ddongów.
Dosyć! Bzdury, brednie, milczeć! – grozi rozterkom w głowie. Dzwon decyzji zabił już dawno. A ja się postaram, żeby jego gong jeszcze tego dnia nadciągnął ku nam echem!

– Tantarze! – unosi się na koniu drugi z jeźdźców u jego boku. Tego szczecinę na twarzy, wyjątkowo pośród Abemonadów, przyprósza siwizna. – Tantarze, spójrz!
I Tantar Żywy spogląda.
Niefizyczny, według przeważających wierzeń jedynie ocierający się o rzeczywistość zaświat, gdzie od początku nowej Harmonii tułają się dusze niegodnych po śmierci (niesławny ląd widmo, na którym się znajdowali) musi rozmazuje mu widok, gdyż w pierwszej chwili jego nadludzka percepcja nie odnotowuje niczego, prócz tańczących w upale krągłości pustyni; hipnotycznie harcującego piasku na przeciwległym wzgórzu. Dopiero po boleśnie wielu chwilach, stopniowo, kształt po kształcie, oczom Tantara wyjawia się wreszcie ów niepasujący do otoczenia obiekt. Niewiele wyraźniejszy jeszcze od mirażu, lecz oto szybko nabierający ostrości.
Czas nareszcie rusza do przodu.
Ddongów zdejmuje nieme skupienie. Cherlawy wiatr uparcie zawodzi między szeregami, w najlepsze odprawia swoje duszne musztry. Na odległym barchanie na wprost pojedyncza okapturzona postać nie przestaje kroczyć powoli w stronę zbrojnych. Taszczy coś za sobą, wlokąc po ziemi. Porzuca to rychło, po czym nadal, bez pośpiechu, trawestuje piaskowy wierch, ostając dopiero na samym jego szczycie. Odtąd już tylko sterczy. Patrzy? Czeka.
W przestworzach odnajduje się zaginiony sępi duet, który byłże musi cały czas w pobliżu, bo wyrasta tam ni stąd, ni zowąd – jak wcześniej. Ptaki nie walczą już między sobą. Szybują spokojnie nad głową przybyłego, świadome, iż srogi dotąd los oto zaszczyca ich uśmiechem.
Tantar Żywy potrzebuje kolejnej nieskończoności, aby zareagować. Wyrywa z piasku Furruf, miecz jak wielgachny krzyż o śmiertelnym przedłużeniu, i żga piętami konia, samojeden ruszając w stronę sylwetki w kapturze, która, prócz własnego cienia, nie ma po swojej stronie nikogo.
Dowódcy wraz podrywają się za swoim wodzem.
Muran patrzy w ciszy. I czeka.
Po długim broczeniu wierzchowca w piaskach wydm Tantar okrywa cieniem przybyłego. Z chorą bez mała ciekawością, ale też nie bez wzgardy mierzy go wzrokiem, od czarnych wysokich butów oklejonych nie tylko piachem, ale i rdzawym błotem, jak się zdaje, po cienki szpakowaty płaszcz, co w całości zakrywa resztę męskiej postury. Wstrzymuje się od słów, tymczasem piechur wcale nie korzysta z danego mu przez ciekawość przywileju. Milczy. Skierowany w dół fizys skrywa mu rąbek szerokiego kaptura. Widoczne są jeno czubek nosa i gładki męski podbródek.
Tantar Żywy z rozmachem zatapia Furruf w wydmie – nic nowego, dyktat zwyczaju. Miecz wojownika Harmonii nie zna ciepła pochwy, poucza od lat nowy, wojowniczy Orbod. Nim jednak postanawia opuścić siodło, coś go przed tym powstrzymuje.
Czy to On? – pyta się w myślach, niezupełnie rozpoznając, skąd dochodzi go tak niedorzeczne podejrzenie. A jednak całym sobą odbiera wyjątkową, niechybnie drapieżną aurę przybysza, głęboką jak odmęty morza Sahull i tak samo też cmentarną, i oto już wie, jaką pragnąłby uzyskać odpowiedź. A także, co to oznacza.
Boczący się nerwowo rumak na razie delikatnie, a nawet bezwiednie zostaje przywołany do porządku.
Ludzie, którzy mieli okazję stanąć przed obliczem Tantara o przydomku Żywy zeznają, że jego mowa rzuca czary. Każde jego słowo paraliżuje posłuszeństwem, a nawet pewnego pokroju lękiem. Nie jest to jednak wyłącznie zasługa hartowanych instrumentów głosu Tantara, armijnego sługi Boga w Jego dolnym królestwie, pana i głównodowodzącego największej siły Miri, ani nawet tego, co akurat nimi przekazuje. To twarz Żywego, jego jaśniejące własnym blaskiem i jakże niewieścim pięknem lica, a także zapalczywy, stały wyraz pozaziemskiej tajemnicy w szeroko rozwartych oczach – wpatrzonych zawsze wprost w swoją „ofiarę” i jak gdyby pozbawionych potrzeby mrugania – są źródłem tego, jak odbierają go inni. Jak podbija ich suwerenną wolę niczym bezbronny skrawek ziemi, zniewalając w pełni w małym, ciasnym i dusznym przekonaniu, iż słowo owego męża pochodzić musi od samego Kreatora.
Teraz, podnosząc pytanie ku nieznajomemu w kapturze, oblicze Żywego jestże bardziej hipnotyczne (jak zwykli określać) niż kiedykolwiek w jego długim komenderowaniu.
– Kto jesteś? I co cię sprowadza?
Obcy nie odpowiada i też najwyraźniej nie zamierza. Stojąc spokojnie bez najdrobniejszego nawet poruszenia, jest w nim (w zagadce, która wciąż go osnuwa) coś więcej, niźli pozór zbłąkanego wędrowca w ubłoconym obuwiu. Coś niczym samotna, czarna chmura w słoneczny poranek. Szary płaszcz z wytartego materiału łopocze i robi to coraz mocniej, mimo że powietrze wydaje się bezsprzecznie nieruchome. Zwieszona głowa może wyrażać ciężkość i strudzenie… ale też obojętność. Kontempt.
Z trudem odpychając od siebie wzburzenie, Tantar powtarza zadane pytanie. Wolno a donośnie, jakby przemawiał do pogrążonego w drzemaniu.
– Kto jesteś i jaki obłęd zapędził cię w to osierocone przez Boga miejsce? Niewielu jest śród żywych, których noga postała na piaskach tego świata pogrzebanej chwały. Powiedz, jakim sposobem tobie się to udało? – Wypowiadając następne zdanie, Tantar czuje szybsze bicie serca. – Zali tyś jest Nedaln Ib Amaso, Chodzącym Po Śmierci?
Nic. Obcy wydaje się nieobecny duchem.
– Odpowiadaj! – huczy Tantar, rosnąc w siodle. – Język ci zdążyło wypalić, oberwańcze? Czy piach ci uszy zatkał? Gdzie twoja armia? Mów, przybyłeś walczyć czy jedynie patrzeć na walkę? A może liczysz pobić nas w pojedynkę?
Żadnej reakcji.
Zaraz. Chwila… Tantar dostrzega poruszenie. Dreszcz, który na moment obejmuje całą szczupłą sylwetkę zakapturzonego, od stóp ku górze. Był tak przelotny (a jednocześnie przecież powolny, płynny… nieprawda?) że wódz Muranu nie jest pewien. Szata obcego, wciąż grająca na nieobecnym wietrze, tylko utrudnia rozeznanie.
Jakkolwiek „dreszcz” ów był w istocie miękki, nie szarpany, podejrzanie przywodzący skojarzenie flagi na wietrze, bądź zmącone kamykiem lustro wody – tak przecież tutaj, na tym widmowym ochłapie lądu, gdzie nie ma mowy o wodzie ani nawet porządnym porywie powietrza, poruszenie piechura może nasuwać tylko jedno przytomne przyrównanie…
Miraż – oglądany przez zasłonę powietrza, gorącego jak z pieca.
Tantar pomruguje, wstrząsa głową. Spogląda czujnie po swoich przybocznych.
Czy to możliwe? Czyżby ten człowiek był dziełem imaginacji Tantara, kolejną zwodniczą fatamorganą? Wszak reszta armii widzi go razem z nim. Widzi, prawda? Czy ta szara istota może być sztuczką pustyni, gorączkowym, jakże silnym majakiem do kolekcji poprzednich? A może Tantar wreszcie postradał rozum, może całe wojsko Ddongów powariowało? Trzy dni i noce w tym niemożliwym wymiarze łupiącej w uszach ciszy, omamów, widziadeł i duchów, czymkolwiek ta wielka mogiła teraz była, potrafiły pogrążyć w człowieku żagiew obłędu, smażąc po równi ciało i umysł, istotnie. Ale oni nie są ludźmi. To Abemonady, Ddongi Miri. Na poły ludzie, na poły dźwięki, spłodzeni w łonie ziemi, której Dzwony życia i miłości udzieliły były swej energii.
Drażniąca cisza przedłuża się. Zawisłe słowa nagrzewają się w powietrzu i powoli kipią w uszach. Biały rumak Tantara pobudza się nieznośnie. Od dłuższego czasu drobi nerwowo w miejscu, teraz aż ponosi właściciela w bok, podrzucając łbem i rżąc.
Tantar ujarzmia zwierzę żelazną ręką. Czara cierpliwości Wiecznego Wodza oto się przelewa. Chwyta za furruf – broń, której imię na zawsze przecięło zachód – i grozi:
– Ostrzegam cię – a natychmiast dostrzega uniesienie głowy. Poruszenie bardzo dosadne tym razem.
A zatem słuch posiada, stwierdza Tantar.
Niemniej jednak typ spod kaptura nie przerywa milczenia. Wódz pochyla się w siodle. Nie dopatruje się szczegółów twarzy przybysza, zauważa za to wystające spod kaptura końcówki siwych włosów.
I oto ten wykonuje kolejny, tym razem absolutnie nietajony ruch. Tantar zbiega wzrokiem niżej. Spod prawej poły płaszcza obcego wygląda długie poszarzałe żelazo. Oko Ddonga wyławia z ciemności pod szatą pieszego pozostałą część osobliwej broni. Okazuje się nią w rzeczy samej samotna, wyniszczona klinga – ogołocona z rękojeści, ze śladem nierównego złamania. Przystraja ją krew, a jakże. Obnażony sztych unosi się nieznacznie wyłącznie po to, ażeby opaść o cal dalej, na powrót oprzeć o ziemię.
Zaprawdę nieczęsty to widok. Mąż kaleczący się brzeszczotem, który zastępuje mu właściwy oręż. Festony krwi z rozoranej dłoni są obfite i żywe, zasilane nowymi wylewami. W zbrojnej ręce daje się dostrzec dreszcze, wszelako poranione palce nie zwalniają uścisku.
Ruch wydaje się mechaniczny, ale Tantar nie ma złudzeń.
– Żałosny głupcze. Jam Tantar, Orbod Muranu. Żywy Teraz i Żyjący z Wiecznością. Pan tych i nadchodzących pokoleń Echa Darradu. Opiekun przenajświętszych dźwięków Miri, dziedzic Boskiego wyrobu Furruf, miecza z Erenu! Przybyłem tu na ustaloną bitew z…
– Wiem, kim jesteś i po coś tu przybył – Siwowłosy unosi twarz, ukazując tym samym znaczną jej część. Tantar niestety nadal nie może spotkać się z jego oczyma, osłoniętymi cieniem kaptura. Nie zaspokaja ciekawości. Nie zaspokajają się też najczarniejsze z jego domysłów.
Głos obcego, swobodny, wyważony, jest odrobinę ochrypły, lecz bynajmniej nie wydaje się należeć do starca… ani też głupca, jeśli o to idzie. Oblicze pod kapturem pokazuje się młode, choć wyraźnie śladowo poparzone. Para krótkich warg ma papierową, bezkrwistą barwę.
– Nie wiem, kto zacz ten, którego nazywasz Nedaln Ib Amaso – ciągnie Siwiec. – Nie prowadzę za sobą armii…
– Coś ty w tym przytachał, do czarta? Padło jakieś! Ależ cuchnie. – Jeden z dowódców wtrąca się tak niespodzianie (a tak niefrasobliwie przy tym), że Tantar z niejakim zrywem ciała przypomina sobie o panującym upale i ogólnej jasności – a przecież pulsujący mrok pod kapturem przybysza, co zdążył pochłonąć zmysły Wodza, nijak im nie dorównuje.
Zainteresowany worami przytarganymi przez samotnika, spieszony już murańczyk poszturchuje je stopą. Są wcale spore, oba pomieściłyby wiktu dla małego oddziału; wypełnione w dodatku po szwy. Zalegają jakieś tuzin kroków za przybyszem, porzucone na końcu dwóch pasów głęboko zarysowanych na piasku, ciągnących się, co istotne, jeszcze jakieś kilka kół na wschód. Tam ślad się urywa. Co zasię najbardziej wydaje się murańczykowi podejrzanym – oba zaplamione są szkarłatem.
Zakapturzony piechur, choć wydaje się być spokojny bardziej niż otaczający go krajobraz, w rzeczywistości zgniewał się, że mu przerwano. Podobnie zresztą nie pociesza to Tantara. Po chwili szorstki głos odpowiada rzeczowo:
– Pałętało się po pustyni.
Wojownik reaguje pytającym spojrzeniem na towarzysza obok, wciąż usadowionego w siodle, a potem na równie zdezorientowanego Tantara. Zaglądając do jednego z majdanów, aż odskakuje w zaskoczeniu. Potrzebuje rzucić okiem jeszcze raz, jakby nie wierząc w to, co ujrzał.
Twarz momentalnie mu tężeje.
Obnażając smukły pałasz o zakrzywionym końcu, murańczyk wyzywa przez zaciśnięte zęby:
– Łotrze. Pożałujesz!
– Co zobaczyłeś? – pyta Tantar.
– Co tam jest?! – dołącza się drugi dowódca, już uzbrojony.
Promienie słońca tańczą na nowych uczestnikach zajścia – stalowych jęzorach, co biją refleksami po oczach – a robią to tak, jakby nie miały po temu okazji od wieków.
– Ściął naszych zwiadowców. Całą czwórkę. Podzielisz ich los! – Woj otacza już wór z upiornymi trofeami głów, ażeby zaciekłym krokiem podążyć ku jego właścicielowi, podczas gdy ten, nie racząc zagrożenia najmniejszym choćby baczeniem, dokańcza przerwane wcześniej wyznanie. Przemawiając nieśpiesznie, niezmienionym ani o jotę, lodowatym tonem, z każdej części swego jestestwa emanuje ponurą, nienawistną determinacją.
– Nie prowadzę za sobą armii – chrypi. – I nie potrzebuję jej, by zmieść Muran ze zwłok tej ziemi.
Zdziera z czoła kaptur, ukazując całą twarz. Promienie słońca padają na potoki sklejonych potem włosów jasnopopielatej barwy. I nareszcie – na zieloną parę oczu, zimnych jak pustynne noce.
– I zrobię to. Ciebie zaś, Żywy Tantarze, uchwalę dziś Martwym, i pozwolę, byś…
Tantar usłyszał dość. Wyszarpuje broń z piasku zręcznie i błyskawicznie; żaden syn ludzkiej linii nie znalazłby w sobie wystarczającej zwinności, aby ubiec Abemonada w zadaniu pierwszego ciosu.
Koniowi Żywego udaje się zaledwo spiąć mięśnie karku i tylko co oderwać przednie kopyta od piasku, kiedy zamaszysty, nieuchwytny dla oka ruch połamaną klingą urąbuje zwierzęciu pysk – tak łatwo, niby skracając gałązkę brzozy – przecinając tym samym ogłowie. Stając dęba, śnieżny ogier zwala z siebie pozbawionego wodzy jeźdźca; przewraca się, przewala przez grzbiet, po czym natychmiast podrywa na kopyta. Zieje strumieniem posoki, toteż z ogromnymi oczami rozpoczyna szalony pokaz miotania się i wściekłego boksowania powietrza; targając na boki łbem, kreśli tyłem ślepe koła i zygzaki, groteskowym zwyczajem kota, któremu wpasowano na głowę ciasny worek.
Muran stoi nieruchomo, tak jak stał. Zupełnie, jakby wydarzenie nikogo nie przejęło. Zupełnie, jakby niczego nie widzieli…
Tantar ląduje na karku, przetacza się na pierś. Furruf przepadł podczas ratowania się przed upadkiem – może gdy Tantar chwytał się bezużytecznych wówczas lejc? Oszalały ogier zbyt bardzo się oddala, by dopuścić go do tarczy, którą to Tantar włada przecież równie śmiertelnie. Gorączkowo przeczesując wzrokiem piasek w ślad za mieczem (dostrzega go; czeka nań zbyt daleko – tuż pod nogami przeciwnika) wyszarpuje dagę u cholewy buta, a ciężki puginał z pochwy przy pasie i już prostuje się z przyklęku…
Zakapturzony wtenczas obrzuca zachodzącego go z tyła świszczącym sieknięciem, samym już końcem miecza, dokładnie po linii oczu. Żołnierz aż się odwija. Buty wwiercają się w piach, a wrzask, rozdzierający, makabryczny, nigdy się nie podnosi. Siwowłosy niweczy bowiem i ten zamiar – głębokim pchnięciem przebija mu krtań, osadzając wirującego murańczyka w miejscu, w czas okradając z głosu, jak najpodlejszy złodziej. Gdy zaś szarpnięciem uwalnia sztych i śmiertelnie porażony pada już ku niemu niczym ścięte drzewo, siwy usuwa mu się z drogi, a popycha wprost na powstającego Tantara.
Ciężar współtowarzysza broni sprowadza Żywego z powrotem na kolano. Starając się go odepchnąć, Tantar zawodzi – żołnierz rozpaczliwie uczepia się jego kosztowności na szyi i ani myśli puścić; oślepiony i szpetnie ranny wygląda, jak gdyby płakał krwią, a jego dziurawa szyja kopiuje wyglądem zalewane krwią wargi, rozwarte w niemym wrzasku na upust bólu.
Orbod Muranu chwyta konającego druha za knykcie, wykręca je i szarpie z całych sił precz, podrywając się równocześnie na nogi. Urwane naszyjniki pozostają w zaciśniętych palcach nieszczęśnika. Nim jednak wódz jego w niezliczonych kampaniach wystrzeliwuje przed siebie, by stanąć do walki, aby mścić się, zabić, zasypać zamachowca nadludzkim natarciem, zatrzymuje go trysk parzących ziarenek (Tantar ledwie rejestruje kształt buta zza chmury piasku, a potem…) uderzenie w przegub pozbawia go puginału. Kolejne sypnięcie piaskiem sprawia, że Tantar nie widzi już zupełnie nic; osłania oczy ramieniem, a następujące po tym ciosy (to kolano, a potem but mordercy) miażdżą mu i nadstawiony łokieć, i schowany w jego zgięciu nos. Na koniec obrywa się dłoniom, jako ostatnim starającym się chronić twarz, z których to ostatecznie wymyka się także i sztylet – zostawiający krwawy odcisk rękojeści na pogruchotanych kościach twarzy Wodza.
Z ostatnim kopnięciem obcy posuwa się już prędkim marszem ku drugiemu z dowódców. Po drodze przechadza się po postradanych broniach Tantara, wdeptując je głębiej w piasek, jemu samemu ofiarując z kolei pełną prywatność i cały boży czas na krwawienie.
Jeździec Muranu sam dopada do Siwego, zamierzając się żelazem, gdy jego cel znika raptem, nurkuje, a rumak zostaje ścięty z przednich nóg. Nim Ddong uderza o piach, spotyka się w locie z tnącym ostrzem bez rękojeści – ponownie zbyt szybkim, nawet dla ddongowego miecza, który wszak już to stawiał zasłonę.
Mokre syknięcie metalu uzupełnia chlapnięta na piasek posoka, a potem dwukrotne klapnięcie o grunt przepołowionego ciała. Górna część jeszcze kilka sekund przeraźliwie osłania się rękoma, potoczona pod powoli dobiegający końca, opętańczy taniec śnieżnego ogiera bez pyska – upiorny balet bieli i broczącej czerwieni, przerażający i piękny.
Wałach pierwszego z dowódców już od chwili uśmiercenia swego pana idzie opętańczym galopem po kurzącej się pustyni, przerażony do trzewi. Jedynie jego bardziej pechowy pobratymiec z ukróconymi nogami kwiczy głośniej i upiorniej.
Nieświadomi niczego, co się wydarzyło, bierni murańczycy patrzą przed siebie coraz mniej cierpliwi. Dla nich ich Wódz wciąż tkwi władczo na wierchu konia, z bronią zatkniętą w piachu, jakieś dwieście kroków przed nimi, na przeciwległym wzgórzu piasku; jego przyboczni wciąż krążą opodal. Pot spływa z czół żołnierzy, dobierając się do oczu, a wielka, nadęta ogniem bestia na niebie, będąca sprawcą ich cierpień, nastrosza coraz to większe płomienie.
Dla Muranu nie ma i nie dzieje się nic poza tym.
Oczy Tantara wydają mu się naszpikowane ościeniami. Nos, czoło, cała czaszka zgoła, a także zmiażdżone dłonie promieniują tępym bólem. Orientuje się o nieobecności wroga zdecydowanie za późno. Nagłym przewrotem przez lewy bok stara się ugrać choćby odrobinę czasu, po czym pośpiesza do szukania broni, po omacku, niby ślepiec, macający nagrzany ruszt.
A natrafia nań! Cudem niechybnie, z pewnością z woli Jedynego! Staje się tak prawie natychmiast. Wielgachny, skrzący się promień ze stali.
Wierny Furruf. Relikwia a regalia każdego następnego Orboda.
Porywa w uścisk potężną rękojeść, którą tak dobrze znają jego ręce, za którą tak często chwytały, by kreślić śmierć… Znikąd jakby, a potężnie aż do przerażenia, otrzymuje ponowne uderzenie w twarz, z jeszcze większym impetem wgniatające go w piach. Tantar dosłownie wypluwa oddech. Siła ciosu jest niemożliwa, nieludzka, zwyczajnie nie do pogodzenia. Mimo to nawet ona nie wystarcza, ażeby stanąć zwycięsko nad Ddongiem. Urodzonym, aby zwyciężać.
Ściska Furruf i sieje nim wściekle, gramoląc się na nogi. Odpowiadają mu jeno świsty powietrza, jeden, drugi, trzeci… Rozbrzmiewa wtem dźwięczny blok, drga stal oraz dzierżące tę stal ramię; huczy, niczym z raptownie otwartego pieca, tratowane niemożliwym pędem powietrze, a potem kolejna fala bólu przebija się do szczęki Tantara, zwalając go z nóg. Znowuż bucha ddongowa krew. Znowuż Furruf nieposłusznie opuszcza swego pana. Szybuje wysoko, po czym nurkuje w piasku opodal.
Jęk Tantara (ułamane, krótkie A-a) potrząsa Muranem niczym gong rozkołysanego Raglana. A jednak armia nie pojmuje dlaczego. Nadal nie dzieje się nic znaczącego – skąd zatem to skrzywdzone echo, budzące się właściwie tuż przy uchu każdego z żołnierzy? Większość zrzuca to na karb tegoż piaskowego świata, co jest w niekończącej się agonii i co dał się im już we znaki mirażami. Kadra Muranu dyskutuje właśnie z niedawno przybyłym samotnikiem; formacji pozostaje się temu tylko cierpliwie przyglądać.
Widoczna przez falujące powietrze czwórka nie porusza się długo.
Wreszcie jeden z oficerów opuszcza siodło i okrąża okapturzonego. Podchodzi do porzuconych saków. Każdy jego ruch jest powolny, jak gdyby brnął w smole.
Oficer szturcha bagaże obcasem…
Tantar podnosi się co prędzej na czworaka i człapie po Furruf, a kopny piasek do przesady spowalnia jego ruchy. Zaległe pod powiekami ziarenka wrą i toczą łzy. Cała nieogarniona, głośna potęga Ddonga, wynaturzona krzepkość, kamienna i bezgraniczna, wartki, niepojętej doskonałości manewr i precyzja, rozpęd dźwięku, zasięg oraz impet gongu – triumf Pierwszego Ucha nad słabiznami ciała… wszystko się rozmywa, niknie, okazuje się jakby nigdy nie istnieć. Tantar jest synem ziemi, jestże jej zbrojnym wysłańcem, ciągnącym się uderzeniem dzwonu, świętym, doskonale wytłoczonym przez Darrad dźwiękiem, wie, że jest dźwiękiem, wszystko nim jest – tego się nauczył. To wie! Odkąd tylko przyjął powietrze Mirahru do swoich płuc.
Wie i pamięta więcej. Treść trzech prawd najwyższych, której nigdy wcześniej nie był zmuszony sobie przypominać. Echo jest wszystkim, echo jest wszystkim!… dźwięk zagłusza dźwięk… cisza to ostateczne brzmienie… Moc płynąca z onej trójcy zapiekle mamrotanych teraz arkanów, która jest mocą i niedosiężnym ludziom arsenałem wszystkich murańczyków, tym, czego to zwykły lud Ajag po prostu nie przyswoi, nigdy nie pojmie, nie poskromi, nie nagnie do swej woli, nie tak, jak rodzeni synowie ziemi, jak całe Abem Nnad… dziś ta przewaga staje się niedostępna nawet dla niego. Krnąbrnie umyka przed Tantarem, a kiedy stara się ją dosięgnąć i ujarzmić, przyśpiesza kroku. Odwraca się od niego. Zdradza go!
Ta kraina… Na Boga, to ta znicestwiona kraina! – syczy w myślach. To ta martwa ziemia i jej ponura uzurpatorka, nieżywa cisza. To on. Ooon! Ten przeklęty król-banita. Od samego początku…
Na Dzwony!
Kiedy tylko rękojeść Furruf powraca do rąk Tantara, działa bez zwłoki. Choć słyszy, jak siwowłosy zachodzi go z lewej, sięga go żelazem w zasadzie całkiem na oślep. Celnie.
Odpowiedź owego demona w ludzkiej przyodziewie jest niedorzeczna. Nie uchodzi ostrzu, nie paruje go też, nie prowadzi go nawet uprzednio ślizgiem po własnym brzeszczocie. Bez ceregieli przyjmuje Furruf na otwartą dłoń, niewiele ponad mocą klingi, a niby imadło osadza oręż w miejscu. Potem wystarcza już tylko szarpnięcie w przód – i ostra krawędź z rozmachem składa Tantarowi pocałunek.
Ddong wiotczeje. Twarz dmucha krwią z głębokiego żlebu skroś niej. Z lewego oka zostaje biało-czerwony strzęp, na piasku rozsypuje się garstka siekaczy.
Zmiękczona dłoń wypuszcza rękojeść, spływa z niej jak woda. Zwycięzca odrzuca miecz precz, za plecy klęczącego. Wbija własną ułomną broń w jego lewe udo, a odpowiada mu (spóźniony – po wyraźnym wybudzeniu się Tantara z mgły półomdlenia) długi, bardzo długi a mocarny w sile skowyt, wycie. Nim Siwy w ogóle sposobi się do wyjęcia sztychu, Tantar Żywy samodzielnie pozbywa się go z ciała, wytrąca na bok, a niezwłocznie rzuca się na nogi nieprzyjaciela… które wprawdzie w czas mu umykają.
Leży na brzuchu i dyszy ciężko, coraz słabszy. Jednym okiem odprowadza przemieszczające się stopy nieznajomego – razem z ciągnącą się za nimi końcówką szarawego jęzora ze stali. Ścieka właśnie błyszczącą krwią Żywego, która niczym nie różni się od tej wyżej, tej u nasady klingi, świeżo zasilanej. W rzeczy samej obie czerwone strugi na lśniącym metalu wydają się zbiegać ku sobie, łączyć i pokrywać, wiązać w jakimś diabelnym, makabrycznym erotyzmie.
W jedno uderzenie dzwonu tysiące majaków i pokrętnych dumań tłoczy się pod wiecznie młodzieńczym sklepieniem przywódcy Muranu, szemra chórem przedśmiertnego bełkotu.
…Murańczycy widzą teraz wszystko. Najpierw ogier Tantara, potem dwóch dowódców, jeden po drugim. Wyrżnięci jak owce. Całość w krócej, niż oddech. Niczym walka nastawionych przeciw sobie Ddongów w najwyższym skupieniu Wewnętrznego Ucha.
A teraz on, ich Orbod. Rażony w lica własnym orężem, bezbronnie wyciągnięty na piasku. Jednak wciąż żyw.
Bojowe szyki obiega nerwowy szmer. Podrywają się masy, dzwonią zbroje, syczy kilka setek mieczy. Na razie tylko kilka setek. Żołnierze spoglądają po sobie, patrzą na dowódców, dziko palą się ich oczy; gniew krzyżuje się z szokiem i wahaniem…
Zabawne. Tantar święcie jest przekonany, jakoby od dawna przecież spogląda na całe wydarzenie gdzieś z boku, jakby wcale go nie dotyczy. Jakoby stoi tam, w bezpiecznej odległości, razem ze swoimi ludźmi na odległej podłużnej wydmie, niby widmowej arce donikąd, i przygląda się sobie samemu oraz temu, co postanawia raptem uczynić.
Dźwiga się na kolana, krzywiąc z boleści. Zadziera przyciężką głowę o szkaradnej ranie w poprzek oblicza. I oto wymierza wrogowi odważne spojrzenie osamotnionego oka.
Po kilku ociężałych sekundach demonstruje puste dłonie.
…Jeszcze żaden żołnierz nie gna na ratunek, a w dalszym ciągu potrafi tylko zwlekać – rwać się, lecz wyglądać rozkazu; dusić oburącz rękojeść miecza, majdan łuku, drzewce włóczni, a jednak stać karnie. Zaraz oto setnicy wyrywającej się w odwet jazdy zmuszeni są podnieść krzyk. Pozostać na miejscach! Czekać! Trzymać pozycje! Świadomość, że nikt nie zdoła już dopomóc Tantarowi, za to mógłby odebrać mu resztki szans, o jakie oto decyduje się zawalczyć, powoli i opornie, lecz w końcu dociera, studzi rozbudzone zapędy ku wsparciu. Ku zwyczajnej pomście i jatce. Tych, spośród wojów, pomimo zakazów pchających się do walki, siłą powstrzymują towarzysze obok. Wśród szarpanin i pomstowania, nie pozwala się wyłamać nikomu…
To nie Muran już. Nie ten Muran.
Siwowłosy posyła spojrzenie w kierunku kotłującego się wojska, teraz całego w migotliwych refleksach. Grobowy spokój po niedawnym, wątpliwym wysiłku zmagań z trójką oficerki Muranu znowu go nawiedza. Patrzy na zbrojny tłum długą chwilę.
To nie Muran. To już nie ta armia. To rój głuchych.
W końcu powraca wzrokiem na twarz rywala. Przechylając głowę, wydaje się spoglądać na Furruf, znajdujący się kilka kroków za jego klęczącym właścicielem, a potem ponownie zagląda w oko Ddonga, które ze wszech miar stara się płonąć żywym wyzwaniem.
Dłuższe sekundy tej wymiany spojrzeń są atoli dla głównego komenderującego Muranu niby bezsenne noce pod strażą dwóch przytłaczających zielenią księżyców… w których świetle nie ma litości czy choćby wzywanego teraz honoru. Nie ma nic.
Jedynie śmierć.
I Tantar ją widzi. Jest to jego śmierć.
To ta kraina, powtarza w myślach, tym razem zupełnie spokojnie; bezsilnie i umęczenie. To ta jej cisza i przybrany syn, zdrajca swego rodzaju. Ach. Taak. Prawda. Sprawdziło się. Potwierdziło. Zdrajcy już na zawsze pozostaną zdrajcami. Przeklęci raz – niechaj po wieki przeklinani będą.
Tak. Teraz dosłyszy. Echo nie roznosi się po pustyni. Jest niczym.
Dźwięk zawsze odszuka inny dźwięk, który go zagłuszy.
A cisza?
To cisza jest tu wszystkim – nie echo. Cisza drwi sobie z echa.
…Zastępy Muranu milkną. Równocześnie, niczym na klaśnięcie. Czyżby żołnierze także pojmują? Część zamiera, ukłuta co prawda nową nadzieją. Kształt ostatniej szansy Wodza majaczy na granicy ciszy, która już się gotuje na przyjęcie brzdęku krzyżowanej stali, o tak. Część zaś… już zakrywa uszy. Kolorowe chorągwie trzepoczą ponad hełmami – wyszyty dzwon oto bije bezdźwięcznie.
Obcy po raz kolejny zerka ponad Tantarem w poszukiwaniu miecza Furruf. Twarz jego nie zdradza ani rozważania, ani surowości. Maluje się na niej drewniana obojętność. Ta pustynia bywa bardziej żywa od tej twarzy.
Siwy spuszcza wzrok.
Leniwym szarpnięciem prawej nogi strzepuje piach z buta.
Zaciska mocniej pięść lewej ręki, w której to tkwi połamany miecz, wywołując tym samym nowe strugi krwi z palców i dolnych wzgórków dłoni.
Jakiś czas obserwuje tego efekt z posępnym zadumaniem.
Sęp. Odzywa się niecierpliwie sęp (niejeden gubi za nim teraz oczy, murańczycy mrużą powieki, mierząc w absolutnie puste niebo) i jakby na komendę niewidocznego ptaka pustyni przybysz w szarym płaszczu nareszcie postępuje z miejsca.
Stawiając pierwszy krok ku klęczącej sylwetce z rozłożonymi rękoma, miast ją ominąć i podążyć po Furruf, być może aby zaofiarować przeciwnikowi tę jedną, ostatnią szansę… zderza się z nią, nadziewając na połamane ostrze. Tak silnie, aż podrywa Tantara z ziemi.
Muran zamiera.
Wiatr między wojami bezczelnie wtóruje krwawej scenie. Materiał chorągwi strzela głośno – dzwon ponownie bije.
Potem cisza jest już zupełna. Teraz jest już spokojna i odprężona, tak.
Najpuściejsze w świecie Nic.
Krzyk Tantara nie podnosi się nawet na mgnienie i nikt go nie słyszy. Jest gdyby struna, co pęka, nim ją nawet naciągnięto.
Kiedy zostaje posadzony z powrotem na kolana, nieprzyjaciel puszcza swój szkielet niegdysiejszego miecza. Mijając Żywego, chwyta zań z drugiej strony – za wystający z pleców sztych. Jako że nie posiada jelca ni rękojeści, gładko wyszarpuje żelazo, w całości już czerwone, ze cmoknięciem uchodzące z ciała.
Słońce roznieca nowe ognie w piasku. Dosłyszalnie syczy i grzechocze pod tysiącami stóp żółty legion ziaren, z których każdy jałowy, nieżywy i suchy.
Tantar siedzi między własnymi piętami i krztusi przybojem lepkiej wilgoci, co napływa z głębin przełyku i słyszy, jak taki sam legion rozgrzanych drobin pije głośno, chłepcze zbierającą się pod nim krew. Rana tuż pod mostkiem wydaje się nie należeć do niego; myśli wiodą go gdzieś w okolice nic nieznaczących wspomnień; stare, pożółkłe dzieje, nie miał wtedy nawet miecza, nie miał choćby myśli o mieczu. Pustynia znika mu z oczu. Widok z jedynego oka zakrapia oprysk czarnej farby agonii, zalecającej się łakomie do czerwieni krwi, którą Tantar dopiero teraz dostrzega wszędzie, wszędzie; otacza go krwawe bagnisko. Jego ludzie, ich wierzchowce, jego nadal krwawiący ogier.
Siwowłosy morderca wraca przed spojrzenie klęczącego. Podsuwa rękojeść Furruf pod jego złamany na miazgę nos. Iście, niczym kawał mięsa pod pysk schorzałego kundla. Cóż ma nastąpić teraz?
Otóż jest tylko mdlejące spojrzenie, płytki wdech, prawie że westchnienie… bulgotliwy wydech, charczenie… oraz potrzeba całego tuzina sekund, ażeby w końcu, z ociąganiem, spróbować sięgnąć dłonią zemsty.
Tantar nie wie nawet, czy w ogóle dotyka Furruf. Nawet nie czuje. Nawet go to nie obchodzi. Teraz już leży z policzkiem w piasku – nie człowiek, a już nawet nie Ddong. Tantar Umierający, odległy, kończący się. Niech mu cisza głośną będzie! Błądzi jeszcze jakiś czas, szuka dźwięcznej powierzchni, szans na wyniesienie sił. Daremno. Z każdym oddechem okradany ze zmysłów, oczy, pech chciał, zwrócone ma w stronę wojska, któremu był głową.
Wstrząśnięta armia nie oddycha. Niedawne chwile, w których wciąż nie docierało do żadnego z nich, do czegóż właściwie doszło, poniekąd się powtarzają. Szok po niespodziewanej masakrze i jej nikczemnym postludium jest porażający.
Miecz, jeszcze za dawnej, upadłej Bożej chwały chrzczony furruf i grzech, z sykiem pogrąża się w piasek tuż przed nosem swojego leżącego na brzuchu właściciela, swego pana. Posiada znamiennie niezdecydowany polor – z jednego kąta to brzydko szarym się jawi, niby wosk to, może kość prędzej; raz za to błękitnie łyska, jakoby woda to, odbite w jeziorze niebiosa; innym razem znowuż złoci się, gdyby to słoneczny promień. Jest też niezliczona ilość czarnych glifów, inskrypcji w prastarym alfabecie, na całej objętości ostrza, które oto poczynają poruszać się z nagła, pomału i zalotnie, niby kopulujące węże. Tantar rozumie, co to znaczy.
Z lichą resztką myślunku, ostatkiem woli, acz wytrzeszczonym okiem łypie na swojego oprawcę. Ten przyklęka i pochyla się, zamierzając chyba przemówić. Niechże… niechże to się już skończy, modli się Tantar. Modli o ciszę, a to nie ją ma usłyszeć; jeszcze nie.
Armia, bezczynna a wrząca z uniesienia, bierze głębokie oddechy. Nie ma rady na to, co zaszło. Ich przywódca umiera… i nikt nie jest w mocy tego odczynić. Wzięty podstępem, pokonany przez bezimiennego przeciwnika. Żołnierze Muranu nigdy nie spodziewali się zobaczyć Wodza w takiego rodzaju biedzie. Tantarowi Żywemu nie pasuje śmierć. Nie jemu. Patrzą oto, jak szarowłosy zabójca klęka przed Tantarem, zniża się głęboko, a gdy po chwili się unosi, żaden z murańczyków nie rozpoznaje słów, jakie coraz głośniej dobywają się z gardła ich wodza.
Siwy zwraca spojrzenie w kierunku wpatrującego się weń wojska. Spojrzenie, które rzuca wyzwanie.
Patrzcie.
Zgarnia z piasku włosy szamoczącego się niemrawo Tantara, pociągając do góry. W ruch ponownie idzie połamany miecz. Tym razem kroi.
Ręce Tantara starają się go jeszcze ratować, ale nie są wystarczająco silne. Przeraźliwy, świdrujący krzyk, tak zduszony przez odległość, a i zapewne możliwości tego świata, że ledwie słyszalny (przeto zaś jedynie bardziej upiorny – niedorzeczny szept wrzasku) rozdziera dusze wojownikom Muranu. Żal i szaleńcza w swej nawale nienawiść narasta w nich z każdy ruchem ręki siwego zabójcy, wybuchając w paskudnych i doskonałych postaciach. Larwy wściekłych pomst, wylęgłe z napuszczonych gniewem serc żołnierzy, wiją się i rwą do wyjścia na wolność. Nie będą czekać dłużej.
Kat ich wodza kopie jego nie do końca odkrojoną głowę, a kiedy ta stacza się po zboczu wydmy, nadal daje się słyszeć przeraźliwe zawodzenie jej właściciela.
Echo?
Możliwe.
Szarowłosy w szarym płaszczu długo patrzy w dół, za krzykiem swej ofiary. Długo.
Kiedy ponownie wgląda na armię na odległej wydmie, jest to niejako znakiem, że czeka.
Jeden z murańczyków, ubiegając wszystkich, biegiem występuje przed szeregi, zdejmując z pleców krótki kompozyt. Strzałę wypuszcza z niemożliwą dla człowieka siłą, wcale właściwie nie celując. Promienista śmierć w drgawkach pruje powietrze, esowatym, wężowym torem, a jednak wprost między oczy zamachowca – spacerowym krokiem uchodzącym jej z drogi. Pocisk z furkotem chowa się w piasku razem z ogromniastą brzechwą.
Murańczyk odrzuca łuk. Dobywa miecza i, z gromkim okrzykiem, puszcza się biegiem przez wydmę. A w ślad za nim – cały Muran. Nadeszła jego godzina.
Szarżujące z furią wojsko spływa z barchanu niczym górska lawina, z pełnym impetem, jakby na równe siły. Z początku woje szczodrze miotają w przebiegłego zabójcę z łuków – tak przystając, jak i w pełnym biegu – lecz nieregularne salwy nie robią na nim wrażenia. Stoi gdyby posąg, uchylając się nie więcej niż potrzebuje, wysiłkiem doprawdy żadnym; najcelniejsze z pocisków bezbłędnie strąca klingą.
Podczas gdy za jego plecami, hen, na horyzoncie, wicher napędza już smoliste chmury. Poruszają się błyskawicznie, nierealnie; wiją i gromadzą w jedną; niosąc grzmoty i mroźne poświsty, w mgnieniu oka nadlatują nad samotne siwe ciemię – niby mistyczni sprzymierzeńcy. Rosnąca w ogrom ciemność brutalnie napastuje jasność, tak przecież niedawno wykwitłą, opanowując zgoła cały firmament. Na grunt ścieląc gęsty cień. Pustynia w kilka chwil odmienia się nie do poznania.
Kiedy Muran sunie w zażartej bitewnej wrzawie, ziemia kołysze się i trzęsie znienacka, podnosząc istny samum. Pod stopami lewej flanki zębiska skał strzelają spod piasku, nie licząc się z czasem. Rozdzierają ziemię i z miejsca pną wzwyż, ospale a zawrotnie prędko jednocześnie. Rosnąc żołnierzom ponad głowy, powoli przyjmują rozmiary gór. A zabierając trzecią część wojska na swe zaostrzone grzbiety, zrzucają co do jednego, podobnie jak rozwichrzony mustang zrzuca śmiałków próbujących go ujeździć. Niewielu po upadku staje już na nogi.
Podobnie też z prawej strony ziemia rozcina się na drodze rosnących wzdłuż skał i otwiera, tworząc rozległą, niezapomnianą przepaść. Tony zapadającego się weń piasku pociągają za sobą bez mała połowę zbożnego Muranu.
Wiatr rozwiewa jego szare włosy i tak samo szary płaszcz. Trzy zmasakrowane ciała wkoło wciąż plamią piasek nowymi siłami posoki. Dwa wory (w tym jeden pełen ludzkich głów, zwiadowców Muranu) leżą między nimi niby to głazy nagrobne. Biały wierzchowiec Wodza wciąż co chwila wyrzuca kopytami, ale już skonał. Jego gniady kompan przestaje kwiczeć i leży teraz na boku jak i on – tego natomiast oddech jeszcze nie opuszcza i dla niego prawdziwy koszmar ma się dopiero rozpocząć.
Są już blisko (wykruszeni do kilku setek, lecz wciąż zaślepieni, szaleni) gdy z głębi mrocznego nieba bez uprzedzenia strzela lazurowy bicz. Ognisty żywioł smaga pustynię z ogłuszającym trzaskiem, pękają niebiosa… Piorun utrafia w coś. Brzdęka metalicznie, nawet dwakroć głośniej, niż samo burzowe zjawisko, a znajduje się jakby zaledwo o krok od siwego mordercy – odpowiadając za jego nerwowe mrugnięcie, a nawet pomarszczenie policzka, zaś niewiele ponadto. Poza tymi drgnieniami nie objawia się w przybyszu najmniejsza oznaka lęku, czy tym bardziej zaskoczenia. Za to po chwili, gdy błyskawica pomyka z powrotem, chowając się w chmurach – wówczas siwowłosy kłoni nisko głowę a zamyka powieki. Wypuszcza powietrze z pojemnej piersi, a wygląda na to, że spływa zeń wielka ciężkość.
Przygotowuje się. Powoli cofa lewą nogę, miecz wędruje do prawej ręki. Być może lewica zdążyła już zaboleć, świeżo poraniona? Stoi niedorzecznie spokojnie na tle czarnego całunu chmur, czekając starcia z nieodmiennie opuszczoną głową. Czarna krew kapie mu w najlepsze z obu dłoni, w miarowym, cichym rytmie.
Kap
Kap
Kap
Dopiero gdy fala przeciwników wpada w zasięg trzech tuzinów kroków przed nim, nieznacznie unosi brodę – tak, że widzi ich pędzące stopy.
Kap
Kap
Czoło natarcia murańczyków otrzymuje tylko jedno skośne chlaśnięcie, zmiatające całe dwa rzędy, niby rażeni zostali siłą tajfunu.
Kap
Niczym wraży przypływ morskiej toni, setki rozpędzonych wojów zalewa samotną postać. Napierają hurmem, w pióropuszach piasku i misterium zdziczałej burzy, fala za falą. Jego szary ułomek klingi kładzie ich niczym pokos zboża. Siwowłosy piechur samotnie odpiera nacierające siły, w czas gdy głosom piorunów i lamentowaniom wichru poczynają wtórować pewne monotonne, coraz to bliższe dźwięki…
Ding, dong, ding, dong
…Niosą się potężne bicia dzwonów.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1833
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Dzwon

Post autor: Kruffachi » 06 stycznia 2018, 15:14

Przyznaję, że po poprzedniej wstawce miałam nieco większe oczekiwania. Nie to, że spadasz z poziomem jeśli chodzi o język czy epicką stylizację, ale wydaje mi się, że trochę tu gorzej wychodzi panowanie nad materiałem. Wlekło mi się to niemiłosiernie, zwody i uniki na mnie nie działały, Tantar umierał i umierał, a ja już czekałam tylko na to, aż wyzionie ducha, bo ileż można czytać opisów omdleń i krwawień, nawet jeśli większość z nich jest w tej stylistyce udana. Tu jest taka drobna różnica miedzy stylizowaniem się na epopeję a epigońskim pisaniem epopei, że takie dzieła czyta się już głównie ze względów historycznych i historycznoliterackich, rzadko dla przyjemności, tam się to rozbiera na części i dokonuje analiz kulturowych i porównawczych niejako "z obowiązku", docieka, dlaczego trzy razy opis tego, a cztery razy czego innego, dlaczego sosna i te sprawy. Kiedy sięgam natomiast po pozycję z półki czy z forum, to jednak oczekuję rozrywki, nawet jeśli miałaby być to rozrywka mocno angażująca, a nie siedzenia z podręcznikami, zwłaszcza że tu podręczników nie znajdę. Znaczy, nie zrozum mnie źle, nie jest tak, że namawiam Cię do rezygnowania z charakteru tego tekstu, wręcz przeciwnie, bo nie sądzę, żeby ta forma znalazła wielu amatorów, ale jednak jest inna i pewnie na papierze łatwiej byłoby wskoczyć w jej rytm, ale jednak dziś pisze się inaczej i czyta się inaczej i choć nie wszyscy muszą, a nawet nie powinni robić tego w ten sam sposób, to jednak branie pod uwagę sposobu lektury gdzieś na trzecim planie jest wskazane. To tak jak ze stylizacją językową - nikt nie pisze pełną staropolszczyzną, nawet Sienkiewicz lata temu tego nie robił. Tylko udajemy, zachowując ten poziom, który ma szansę zachować zrozumiałość i przestępność, i na poziomie językowej stylizacji też to właśnie robisz przecież. Tylko w konstrukcji Ci się - moim zdaniem - za bardzo rozbuchało. Sugerowałabym mocne cięcia i przemyślenie sprawy potencjalnego odbiorcy - co tak naprawdę ma go w tej opowieści zainteresować?

A skoro o języku mowa, takie maleńkie zgrzyty. Znów pojawiło się to "psiakrew", które mi nijak nie pasuje do tej stylizacji, ale sądzę, że żadne przekleństwo by mi nie pasowało, poza takimi właśnie wydumanymi. Drugim słowem, które mnie zatrzymało, był "kopniak", też wydało mi się ciut za bardzo potoczne, za świeże. No i jeszcze rzecz, z którą walczę napalmem zawsze - "ów" się odmienia. Ów, owego, owemu i tak dalej.

Będę śledzić dalej, ciągle niejedno sobie obiecuję i ciekawi mnie, jak rozgrywasz ten tekst na większej przestrzeni, bo w końcu to nadal tylko początek. Jestem też niemal pewna, że to jeden z tych utworów, w które należy wejść całym sobą, żeby je docenić, a to nadal przede mną.

Trzymam kciuki.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
kmiriad
Posty: 26
Rejestracja: 26 września 2017, 16:14

Re: Dzwon

Post autor: kmiriad » 07 stycznia 2018, 14:01

Pisząc lata temu ten prolog zauważyłem, że ja nie nadaję się na pisarza wybitnie. Mnie ciągnie do obrazu, ruchomego najchętniej, do animacji może, ale tu z kolei też jestem bezradny, bo nie mam talentu i umu, filmu przecież nie nakręcę, grafikiem nie jestem i nie będę.
Myślę, że to widać. Gdy dostaję opinię "pozytywną" (rzadko, przywykłem do tego, że nie da się przez prolog przebrnąć) do zalet należy co najwyżej słowo o tym, że obrazy stają przed oczyma. Sądzę osobiście, że literacko ta scena (bo głównie mowa o prologu, dalej język się zmienia dość mocno, stąd te kopniaki i psiekrwie; poza tym psiakrew pochodziło od samego Tantara, ale przyznałem ci rację i usunąłem je) ta scena jest najcięższa i najbardziej wymagająca; najbardziej ryzykowne wyjście, na jakie mogłem się zdobyć. Bo właśnie na to liczę - wydarzenia, ba, kadry wręcz, mają się dziać w głowie odbiorcy, wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach. To praktycznie nieodzowny warunek, inaczej Dzwon może być w najlepszym wypadku znośny. Ale kto teraz "żyje" powieścią? Tym bardziej amatorską.
Jasne, każdy to samo pewnie powie o swojej powieści, ja to rozumiem; każdy (no dobra, większość, i to zwykle tyczy się jednak młodszego pokolenia) "widzi" opisywane sensacje i rozumie, co ma zmieniać i co poruszać ma każdy wyraz. Ja jadę bezczelnie po pełnej bandzie i wiem to. Tego się nie czyta lekko, na tablecie w drodze na siłkę i z okienkiem messengera w rogu. Absolutnie nic nie mam do dzieł prostych i lekkich, uwielbiam je, jestem fanem Conana - z kolei istnym wyznawcą Diuny.
Więc masz rację, to jedna z tych historii, która rozdrabnia się na miriadę detali, z których najmniej 9/10 jest istotnych, choć z początku się takimi nie wydadzą. Autor z kolei liczy na to, że czytelnik dostanie przeżycia, nie tylko intrygę.
A przecież nic tu nie jest pewne a ja zębów na pisaniu nie zjadłem, mogę być totalnym nudziarzem z nudną historią, kto to wie :) Zaręczam, że to dopiero początek.

Planuję poprzedzić ten prolog czymś ze środka, nawet już wiem czym, ale idzie mi jak krew z nosa. Być może będę nawet przeplatał co cięższe rozdziały (a takim jest jeszcze rozdział drugi, potem leci z górki) znacznie lżejszymi kęsami, oczywiście posuwającymi fabułę do przodu.

Zdecydowanie poczynię cięcia, już to zrobiłem, zarwałem sporą część nocki, ale teraz zarwę dzień :) i wstawię nową wersję.
Na pewno opublikuję jeszcze przynajmniej rodział pierwszy i drugi. Może nawet jeszcze dziś.

Wielkie dzięki za koment! Dodatkowo za zaufanie, bo sądzę, że taki rodzaj tekstu wymaga go i w zasadzie jest na jego łasce. Jestem marnym amatorzyną, ale obiecuję chociaż jedno - kwestie fabularne są tu pieczołowicie przemyślane i sądzę, że Dzwon ma czym rozrywać, nie czytałaś na darmo. Inna rzecz, że jest to raczej posępna wizja, więc pod tym względem nie będzie ani trochę lżej.

"ów demona" dostrzegłem i poprawiłem :) dzięki

Awatar użytkownika
kmiriad
Posty: 26
Rejestracja: 26 września 2017, 16:14

Re: Dzwon

Post autor: kmiriad » 08 stycznia 2018, 20:21

No to uwaga, bo się zaczyna. Tu się wszystko okaże :) Czy da się to czytać, czy jednak nie. Rozdział pierwszy, zaraz po prologu, był dla mnie najcięższy (najwięcej przeszedł modyfikacji) i mam jego najwięcej wersji. Ta bynajmniej nie jest najlżejsza, niestety, ale jest po prostu taka, jaką osobiście bym chciał przedstawić.
Mam nadzieję, że się spodoba ;o :bag:

PS. można spokojnie czytać bez zapoznania się z prologiem i dać jakąś opinię. jak się przekonacie, rozdział jest dość specyficzny. i krótki!!!!! ;)

Rozdział I
Melodia nad Melodiami


Cztery Dzwony, święte i Boskie, na czterech wieżach z kamienia chmur. Po czterech stronach Dźwięku i dwóch stronach Echa.
-Dar Tirlliada
Z księgi Harmonii, fragment „Melodii nad melodiami”

Zabił dzwon!

Dzwony. Wcielone w spiż budulce wszechrzeczy. Cztery prądy istnienia, prosto z próżnych dali Somsogu. Tu, na ziemi – instrumenty, muzycy i dyrygenci Rytmu. Rytmu życia. Rytmu Ahtanaram.
Rytmu człowieka.
To One napełniają kielich ziemi swoją głośną misją. Ich to niezłomny trud budzi powietrze do pląsów, zajedno błogich, co zanoszących boleść. Niepowstrzymana aria jednostajnych gongów, płynąc i w najdalsze zakątki świata, przecieka do żywych serc – rozdając dźwięki narodzin, miłości, śmierci i nienawiści. Na cztery strony wymiarów ziemi. Na cztery zakręty człowieczej drogi.
Ding, dong, ding, dong, ding, dong!
Gromkie razy Dzwonów nie ustają żadną porą dnia i nocy, od wschodu do zachodu człowieka. Na czas doczesny i wiekuisty wygrywać mają mu bowiem rytm życia. Dzwony biją i bić nie poniechają, aż do końca. Dopóki nie przybliży się Dzieło i nie upomni się poń Zniszczenie. Póki życie się nie przeleje, a śmierć – weń nie utonie.
Dopóki godzina ostatnia, dopóty człowiek będzie człowiekiem, Dzwon pozostanie Dzwonem, a dźwięk – dźwiękiem.
Tako mieszkańcy ziemi, nowej ziemi, pod nowym niebem, słońcem i gwiazdami, otrzymali od swojego umorzonego Boga zbawienny dar. Aby już nigdy więcej nie zaznali wątpliwości.

Cztery Dzwony, święte i Boskie, na czterech wieżach z kamienia chmur. Po czterech stronach dźwięku i dwóch stronach Echa. Świetliste Siostry, Daar i Raad. A dwaj Ślepi Bracia, Haar i Raah.

Daar, Dzwon życia. Dzwoni, a człowiek się rodzi.
Raad, Dzwon miłości. Dzwoni, a człowiek kocha.
Haar, Dzwon śmierci. Dzwoni, a człowiek umiera.
Raah, Dzwon nienawiści. Dzwoni, a człowiek nienawidzi.

Samże „kreator”, jak rozpoznano z tablic na dzwonnicach, podarował ludziom Dzwony. Jedyny Prawdziwy Bóg Awhe, jako wyjaśnia Oramun. Ustanawiając je sędziami i stróżami istnienia na Mirahr, domenie śmiertelnych, sam zasię odesłany
uśmiercon, lecz nie zwyciężon
zmuszony opuścić umiłowane potomstwo, aż do swego ponownego przybycia
niesion ku nam tratwą chwały po przesłodkich wodach przywróconej Harmonii
Awhe Bóg pozostawił po sobie ten ostatni, ten niezbity ślad swej świętej myśli – odciśnięty na ziemi w postaci czterech budowli, w które to wcielił był moce doskonałej kreacji.
Ostatni znak o sobie, o prawdzie.
Aby ludzie nie zapomnieli. Aby pamiętali.
On to był zapowiedział ustami proroków, że Dzwony i ich dźwięki przyczynią się ludziom, jego krwi, do ocalenia przed śmiercią prawdziwą. A u zmierzchu ich służby w okowach czasu – do połączenia z Nim w komnatach Somsogu, co dryfują na oceanie Dunów, pierwiastków wszechrzeczy.
On wyznaczył i powołał człowieka, by żył, umierał, delektował się smakiem miłości, krztusił piołunem nienawiści. On, Bóg, wytyczył był ścieżki ludzkiego przeznaczenia. To On, Awhe Bóg, naświetlił je głośnymi gongami. Tako poucza święty Oramun.
Aliści człowiek nie zrozumiał swojego stworzyciela.
I świat został podzielony.

U progu nowej przyszłości, jaka „błogosławienie” zstąpiła na ulękniony rodzaj ludzki (w chwale okrzyczanego „zwycięstwa” Boga Awhe), Pierwsi zasiali tytaniczne góry, ochrzczone rychło mianem Goba (tama), nadając im rolę rozbicia dźwięku, świętego dźwięku, który to jednym głosem z czterech wieżyc się rozlegał – na dwa, przeciwne sobie Echa. Wielki Ląd, Mirahr, jako go ochrzcił jego nowy mieszkaniec, człowiek, rozgraniczony został na północne Mire, Ziemie Pojednane – z dzwonami Daar, na ziemiach Mir Fariah, oraz Raad, na ziemiach Mir Goria, stojących bok w bok pod wiecznie promienionym niebem. Z drugiej zaś – na południowe Ahry, Ziemie Wygnane. Z dzwonami Haar i Raah, barwiących życie wokół siebie czernią i szkarłatem.
Goba, drapiące niebo pasmo górskie, postała niby mur. Dzieląc „zwaśnione rodzeństwo”, jaśniejącą Północ i zagniewane Południe.

Patrzcie! Oto Siostry Bieli naprzeciw ich Ślepym Braciom! Oto wielka i mityczna Harmonia, uładzona przez głupotę człowieka!
Albowiem biel i światło postać prawdziwej czystości powlekają, która nie zna niezgody – ślepą zaś jest, jak wiadomo, miłość braci.

Podobnież ślepą może być już jedynie ludzka chciwość.
Wypadkami z dni poprzednich rozproszone po nieznanym, hałaśliwym świecie, kruche a sieroce dziecko odesłanego do Somsogu Awhe, co obcym było na Mirahr i nieznane były mu bezdroża tegoż świata bolunów, jej rodowitych włodarzy, w palącym porywie serca lgnęło było tam, gdzie dwie wspaniałości strzelały w niebo bielą swych sylwetek – wysoko, dostojnie, niedostępnie. Zwycięsko. Już to w kaprawych, dzikich oczach tych, co najodleglej poprzedzają obecne osiągi cywilizacji, spoglądającej wszakoż wstecz z samych już wyżyn oświecenia i kultury, Dzwony stanowiły niebiański iście łup. Nieziemska w rzeczy samej obietnica, chwała, splendor i ukryte skarbnice żywota przemawiały przez niemożliwe wieże. Przez nieuciszone Dzwony u ich szczytów, co niezawodnie sprowadzać musiały ludzki byt do nieukróconych wygód i przychylności losu. Byt prawdziwie zbawiony z potrzeby innej, nade łaskawość tej głośnej, rozkołysanej pary.
Ten, kto podbił dzwonnice – filary nieba czy Boskie latarnie, raz to wymiona Ajag i gniazda legnarów, raz pnie obłoków luboż berła Najwyższego – kto spał u ich mżących się, bezcennych stóp, podejrzewano na długo przed rozkwitem Oramunu… zyskiwał wszystko. Wyzwolenie od wstrętów doczesności, od padolnych zgnębień i strudzeń. Nawet piętna śmiertelności.
Na opływających w dostatki Mirach, ziem na północ od Goby, zawiązki pierwszych długowiecznych rodów, jak też ulotnych, podrzędnych szczepów i plemion, tak prymitywne kultury, jak i powoli dowierające, pamiętne dziś nacje – wszystkie bez wyjątku szukały sobie miejsca co bliżej Jasnych Dzwonów, Daar i Raad. Olśnione ogromem pary wieżyc, zachłyśnięte cudownością kamienia, z którego postawiono je na ziemi (a który to kamień promiennym nie tyle za dnia pozostaje, lecz nocą zwłaszcza, o świątobliwą przeto prosząc się atencję), wszelkie ludy Miri zagorzale oddawały im cześć. Przy wtórze słodkich, proszonych dźwięków Daaru i Raadu (niosących wszakoż stwórcze wibrowania życia, oraz miłość, na której owo życie puszcza pędy) zachłanny śmiertelnik wykłócał się o pierwsze miejsca w kolejce do ich darów. Głodny względów a przywilejów – wkrótce już wyłączności.
Na przestworze wieków, w ogniu wojen o dzwonnice, drogą krwawych a bratobójczych przepychanek oto wprowadził był się wreszcie i osiadł człowiek na dziedzinach Boskiej fortuny, darowanej przecież wprost od Stworzyciela, upatrując weń zdroju sytości. Odurzony szczęsnym, przebiegle przedłużanym żywotem, co wkroczył z wolna na granicę długowiecznego, ujść odtąd liczył przed ciemnymi dźwiękami (jak przypisuje się miano gongom z Czarnych Dzwonów) i kryć się przed nimi na wszelkie trudził sposoby. Obwieszony biżuterią matowej pychy i imitacyjnej ambicji, wystawami majętności, luksusów i cudów kulturowego prospektu; zbytkiem, urodzajem, zakrzykiem mody, zaiskrzeniem wykwintu. A niezawodnie siłami wojsk. I kluczami władzy nad mniejszymi od siebie.
Albowiem, niestety, w prawdę się wcieliło – oto rozdęta niegodziwość dojrzała na ziemiach Mir, gdzie białe dzwonnice czczono jako wcielone bożyszcze. Dobro tymczasem, to szczere i czyste (to samo, które tak pieczołowicie usiłowano zatrzymać na Mirach jedynie na wąski pożytek, nie dzieląc się z gorszymi) stało się znikomym w żywocie śmiertelników, zepsute a strwonione. Zawłaszczone gwałtem i podbojem, okupione człowieczeństwem rychło pojęło, że jest wykorzystywane. A ponad wszystko – niezrozumiałe.
Minęły wieki, a upadły dynastie. Kyremanin utrzymał tron między wieżami i wieżową koronę, przywdział też w końcu biel i oddał ucho Oramunowi.
Tymczasem przepych rzek, strumieni i jezior wyparował niemal do szczętu. Bezmiar lasów i puszcz przemienił się w długie po horyzont karczowiska, przeganiając ostatnią zwierzynę, a prowokując do służby mordercze bunty Gróźb, wytworów obrażonej Natury. Urodzajna gleba uległa nieprzejednanej suszy, jaka atakowała coraz silniej z roku na rok, zaś bruk miejskich gościńców ostatecznie przydusił do niej resztki zieleni. Mire więdły w oczach i jedynie podziemne źródła ratowały odtąd przed wrogością pustyń, w które to owe krainy się oblekały, jakby na przekór dziełom człowieka. Dziełom, które samże przystrajał chętnie w szumne tytuła postępu.
Dzwony tymczasem wypełniały swoje rzemiosło. Biły dalej.
A wszak wyłącznie na tym zależało ludziom.

Brzegi Ahrów w tym czasie mogły już tylko przelać się od pieśni Ciemnych Braci, ścielących cienie swych podniebnych dzwonnic tak na ziemię, jak i na gwiazdy – wedle wisielczego poematu. Dla ludów Północy południowe krainy na wieki przesłoniła zupiorniała tajemnica Harrahu, zjednoczonych wpływów Braci, pod którą nikt nie zaglądał bez trwogi.
Wieszcze objawienia, rzadkie wyroki epok i cezur, wróżby i przestrogi, epatujące przeraźliwością detali na temat kształtu cienia na południe od Goby, aż wreszcie cała obfitość legend i wydumanych wierzeń gminu – wszystkie zgodnie przekonywały o niszczycielskich mocach czarnych dźwięków Południa. Zeznania dziejopisów i uczonych, jak też głośne w swej grozie mity i wyobrażenia mieszały się z kazaniami misyjnie przemierzających ziemię „oświeconych” i wszelkich natchnionych z wysokości; albo kapłanów z ramienia rozmaitych kultów, albo fałszywych mędrców bez wyznania na równi – jednomyślnie prawiących o domniemanym wyroku niekończącego się koszmaru, wymierzonego w dusze na Ahrach zasiedlone.
Ahry, Ziemie Południowe, oraz ich czarnowieżowa groźba, na stałe trafiły do popisów każdego szanującego się poety, gawędziarza, wagabundy czy trupy scenicznej, mniej lub bardziej sławetnych. Już to zwykłych kłamców bez wstydu, tych tawernianych ciem o przepitych głosach, samych w sobie grozą ziejących, już to pogłowia samozwańczych odkrywców i domniemanych obieżyświatów, błędnych kondotierów albo „poławiaczy przygód”, co nigdzie nie byli, a pojęcia rzetelności jeszcze odkryć czy wyłowić z flaszy nie zdołali.
Czarne Dzwony z ich melodią chlebem były codziennym i duchowieństwu Oramunu, o najsurowszym dla świata pouczeniu, któremu brzmiały, brzmią i brzmieć zawsze będą do wtóru całe chórki obłąkańczych zagorzalców, w jakich to pobożność się z nagła odzywa (zaś których z dnia na dzień na Mirach licznieje). I krzyżuje się ta pasja po dziś dzień, przenika, wiąże się ze sobą a spaja, zarażając rozlicznej maści szarlatanów, urodzonych piewców trwogi i nieporządku, samych w sobie plewami będących, jakich to zawsze znaleźć i w najudatniejszym plonie. I z wieloma, wieloma innymi zrządzeniami nieładu się to bełta nieukrócenie, pogłos temu dając, bez cienia szansy na zamknięcie onej listy.
Za to ponad wszystko, boć w dwójnasób donośniej, niźli powyższe społem, niesie się po Mirach zwyczajne bajdurzenie i gminna blaga, wysysana co dzień z palców prostych a przesądnych. Toteż wszystkich razem. Dodatkowy, piąty dzwon.
Groza natomiast zostaje zachowana. I rozdawana.
Spowite chłodem nocnych cieni i oparami z wysokich stosów, wymieniają między sobą w lękliwym podnieceniu, z brutalną siłą ugniatane gongami Haaru i Raahu, szerzą szeptem po Mirach, Ahry stały się domeną najmroczniejszych życzeń tego świata. Noc miała nie zgasnąć tam, gdzie grali Bracia. Słońce zaś nie zmącić miało jej mocy złej nigdy i nie ogrzać nikogo nadzieją ni radostką.
Ahry zamieszkiwali wszakże i ludzie. Nie wszystkim, jasna rzecz, dane było dostąpić miejsca na Mirach po powstaniu Tamy, boć świat jest przecie taki drobny. Targanym dziełami rozpuszczonej nienawiści, ramię w ramię z palączką śmierci, mieszkańcom Ahrów niechybnie przychodziło sycić się rzeczywistością wykrzywianą spazmami strachu, okrucieństwa i niosącej kres nędzy. Płodami anarchii i pierwotnego chaosu. Nie mających końca walkach, często o życie, tak – częściej o szybką śmierć. W bezsile potrząsanego złem otoczenia, w okowach upodlonej codzienności, kutych bowiem w czarnej kuźni świata, panuje przekonanie od wód Sahullu, aż po cienie Furruf, trwać mieli wszyscy ci, którzy „od Daaru i Raadu się odgrodzili”. I ten, co opór stawił czarnej wróżbie losu. I inny, zaciągnięty pod czarne sztandary.
Harnarum, zbrojna siła Ahrów sprzed Czasów Harmonii, ślepe oczy i głuche uszy Braci, pogromione czy nie, wciąż silne posiadało echo, co przyznawał nawet sam rozgłośny Muran, którego wszak marsze i święta powinność wciąż nie znajdowały końca.
Drapieżne bestie, jakie niechybnie rodziła zatruta harrahem ziemia? Podają: po wsze dni nękać będą ludzkość, sięgając po fanfarę dwóch Czarnych Dzwonów na strzelistych piedestałach. W wyobrażeniu Północy Ahry i biorące je w posiadanie gongi każdą datę lepić zamierzały z nienawiści i jej brata, śmierci. Czynić miały ludzki żywot pucharem rozpaczy i porażki, triumfem wszystkiego, co złe i wyniszczające. Zaprowadzając rządy toporów i pochodni, co zakwitały w świetle jednego zgoła prawa.
A musiało to być prawo zemsty. Nie inaczej.
Tak. Tak głosili Pierwsi i tako czyni się za nimi po dziś dzień. Tak z przesądną sensacją wieści się w krainach, gdzie życie i miłość dzwonem się rozlega.

Ucieczka od usłuchania harrahu najzupełniej nie istniała. Droga na Mire stała przed Ahroganami szczelnie zawarta. Od dawien dawna naczelne wspólnoty z ziem pojednanych pilnie strzegły swych ziem przed „klątwą”, chorobą Ahrów, jak to zgodnie określono. Nie wpuszczając nikogo na swe czyste i „zdrowe” włości, Miryjczycy zabijali każdego, kto próbował na nie wtargnąć – same jeszcze zarodki Goby w powodziach krwi swych gorszych bliźnich kąpiąc przez długie, niespokojne stulecia.
Pierwotnie, zanim jeszcze cywilizowany świat przyjął był duchowy patronat Oramunu, a ołtarze oddał był Jedynemu Bogu – kiedy to góry Goba rosły jeszcze młode i niedostatnie, to kraj Kyrema Detinu pilnował ich granic przed „najeźdźcami” z Ahrów. Naród dumny do zuchwałości, a o niezaspokojonym apetycie; potężny i imperialny, lecz równo z tym bogobojny, wierze swej oddany. Obejmując władztwo i służbę nad Wieżami, a proklamując się wybraną przez Kreatora i Harmonię, wkrótce też kanonizowana z mocy Tyrdamu, Kyrema wyznaczyła samą siebie praworządcą porządku, jaki wzniesiono po północnej stronie Goby. Budując miasto Młody Kroy, setki mil od swych warownych posterunków pod Gobą, grodzisko wysokimi murami obejmujące wieżyce Dzwonów Daar i Raad, ogłosiła swoją misję ochrony i pieczy nad nimi, obwołując się opiekunem Rytmu.
Dawno, zbyt dawno temu, po pamiętnych Czasach Ciszy, kiedy atoli Dzwony po raz pierwszy i jedyny otarły się były o niepojętą ludziom szkodę – kiedy to bowiem pieśń ich urwana, niby mieczem z niebios cięta, zdawała się bezpowrotna – Tyrdam i Kyrema, po zwycięskiej przeprawie Człowieka z Bolunem, wspólnie tchnęły życie w potężnego latającego stwora, Bestora. Miałże on wypełniać służbę bezsennego strażnika jasnych dzwonnic, niepokonanej przeszkody dla niegodnych, którzy sposobili się je podbić. Tych zaś, naturalnie, poznać po stronie Goby, którą przywykli oglądać.
Białe Dzwony odwdzięczyły się, wydając na świat własny, bliźniaczy mu twór. Warra, Strażniczka ludzi i partnerka Bestora, kość z jego kości, ciało z jego ciała, osiadła ze swym lubym na Echolii, najwyższym szczycie Goby. Rzadkie i szczególne daty, w których czytają zarówno mędrni, jak też prosty lud, ukazują światu ową parę skrzydlatych opiekunów krążącą wysoko na niebie wokół gigantycznych, drapiących chmury wież z Daarem i Raadem.

Tako kształtował się nowy świat, Mirahr (wielki ląd), przywłaszczona przez ludzi ziemia bolunów, jej potomnych i prawowitych domowników. Stary świat, rodzime miejsce człowieka, przeminął pod gradem gór, zawołanym z Somsogu, wobec czego nowe pokolenia dziś dzień nie znają już dawnych wartości. Ubezcieleśniona ziemia ich przodków pozostawiła po sobie jedynie swój szarawy półcień, swe wyniszczone widmo. W niejednym do dziś zakątku Miri zawierza się pogańskim przesądom, jakoby sam zgnębiony duch starego świata (Namara, zjawę oraz widmo oznaczająca, do której żadna droga nie prowadzi i dla której nie ma miejsca wśród rzeczy widzialnych) wciąż nawiedza młodą ziemię, odbywając błędną pielgrzymkę poprzez jej luki.
Od wschodu świat zalewa zaklęte w szał Sahull (szaleństwo – w powoli mrącym języku starej ziemi), morze wód, strzeżone wyłącznie przez swe nieposkromione odmęty. Zachód natomiast przecina niezgłębiona, bezkresna przepaść, okrzyknięta Furruf.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Dzwon

Post autor: Siemomysła » 12 stycznia 2018, 09:28

Przeczytałam. Najpierw prolog cały na raz, a potem - ledwie przed chwilą - pierwszy rozdział.
Bez ściemy - było ciężko. Zwłaszcza z rozdziałem. W prologu coś się działo. Było w nim napięcie, rozmyte dopiero okropecznie długą sceną śmierci dowódcy o imieniu, którego nie pamiętam (ale tak to już jest z imionami w high fantasy). Chłop naprawdę za długo umierał ;) W efekcie przestałam nawet widzieć tę scenę, o ile na początku było plastycznie - świetny opis pustyni moim zdaniem, sępów i omamów wywołanych gorącem - o tyle potem po prostu mózg mi się wyłączył. W sumie najbardziej pamiętam tego nieszczęsnego konia z uciętym pyskiem i asasyna z mieczem bez rękojeści szczerze i dogłębnie nie cierpię (tak, mam pierdzielca na punkcie zwierzaków).
Natomiast rozdział. Cóż. Nie ma opcji, żebym coś z niego zapamiętała. A jednocześnie mam pretensje do siebie, że nie czytałam uważniej i że nie mam siły wracać. I świadomość, że być może będę miała odruch sięgania tam, czytając dalej, żeby coś ogarnąć. Mam wrażenie, że to on pasowałby na prolog bardziej i to prolog, po którym czytelnik taki jak ja przesuwa wzrokiem po przekątnej ze świadomością, że trzeba przez to przebrnąć, żeby się dobrać do opowieści. Wydaje mi się, że to, co tu zrobiłeś pozostaje jak najbardziej zgodne z kanonem tego typu opowieści, a jednocześnie jest to coś, co rzadko ma znaczenie dla czytelnika. Znaczy jest jeszcze tak, że mnie mogłoby to zachwycić, gdyby było napisane szczególnie pięknym stylem, gdyby zatrzymywały mnie nieprzeciętnie udane zdania. Bo ja lubię czytać dla samego obcowania ze słowem, ale tu nie miałam tego momentu zachwytu nad formą.


Natomiast jeśli o esencji tekstu. Podoba mi się koncept świata opartego na biciu dzwonów, lubię sam dźwięk pojęć darrad i harrah. Lubię pomysł na imiona rodzeństwa, których pary tworzą pojęcie zła i dobra, idea tego, że na tym opiera się świat - na miłości i nienawiści - tak, to jest prawda, wszystko z tego wypływa, ludzkie namiętności, pragnienia, dążenia i cele są na tym oparte, choć nazywamy to różnie, szukając czegoś więcej. Zastanawia mnie, że role światłości dałeś siostrom, a więc kobietom, a ślepców uczyniłeś z braci, a więc mężczyzn. Czy to świadomy wybór?

Jestem ciekawa tej opowieści. Ciekawa tego, jak stworzony przez Ciebie świat wpleciesz w historię, czy ja go zobaczę inaczej niż w formie biblijnego genesis z pospiesznie nakreśloną mapką sytuacyjną.

:nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1833
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Dzwon

Post autor: Kruffachi » 22 stycznia 2018, 12:40

Zatem skończył się prolog, miało być mięsko, a ja jednak przez cały czas lektury pierwszego rozdziału zastanawiałam się, kiedy wreszcie skończysz ten wstęp, kiedy wylądujemy, przestaniemy oglądać okolicę z lotu ptaka i pokażesz mi jakiś skrawek świata dokładniej lub pozwolisz kogoś poznać. Tak naprawdę ścieżka, jaką wybrałeś, jest jednocześnie najłatwiejsza i najbardziej grząska. Najłatwiejsza, bo to ekspozycja wprost - nieważne już, jakim językiem podana. Ot, referujesz świat i właściwie tyle, to po postu ładnie napisany podręcznik do nieistniejącej rzeczywistości. Nie trzeba się gimnastykować, bo można informacje przekazywać wprost, literalnie, w dowolnej niemalże kolejności. I najbardziej grząską, bo szybko osiąga się etap, w którym to czytelnika po postu przestaje obchodzić. Nie wiem, jaki jest odsetek ludzi czytających tylko i wyłącznie dla opisów świata, ale zgaduję, że mniejszy, niż wskazywałyby na to deklaracje. Tak naprawdę znaczna większość potrzebuje czegoś, na czym może się skupić, i nie lotu ptaka, a spojrzenia od wewnątrz - oczyma jakiejś postaci lub ich grupy. Czegoś, od czego można zacząć wyprawę w nieznane, takiego punktu zaczepienia, odnośnika pozwalającego porządkować dane. Bo widzisz, chociaż podałeś wszystko wprost, to ja po przebrnięciu przez tę ekspozycję pamiętam tylko tyle, że cztery dzwony, że dwa kobiece, dwa męskie, że życie, miłość, śmierć i nienawiść. I tyle. O losach położonych między nimi krain nie jestem już w stanie powiedzieć niczego, a czytałam uważnie i powoli. Tylko że w głowie zostało mi tylko to, co mogłam sobie jakoś wizualizować i do czegoś odnieść - do czegoś, co znam, do czterech stron świata chociażby i prostych opozycji życie-śmierć, miłość-nienawiść, mężczyzna-kobieta. I jeśli teraz akcja będzie wymagała do zrozumienia orientowania się w politycznych zawiłościach i historii, to po postu z miejsca polegnę. Jeśli nie będzie wymagała, to pytanie, po co w ogóle po niełatwym już prologu takie ekspozycyjne nagromadzenie? Klimat klimatem, ale na samym klimacie długo się czytelniczego zainteresowania i zaufania utrzymać nie da.

Nie bez przyczyny tyle epickich opowieści zaczyna się w jakiejś wiosze gdzie przypadkowy chłopek roztropek zostaje nagle trafiony piorunem losu i jest zmuszony do konfrontacji z szerokim światem. Właśnie o to chodzi - o możliwość pokazania świata przy okazji. I niekoniecznie namawiam do pójścia z tym schematem, bo też nie wiem, co planujesz, i pewnie już to niemożliwe, ale też nie jest specjalnie oryginalne i fascynujące. Natomiast chodzi o sam mechanizm pokazywania świata przy okazji właśnie. I etapami, a nie w gorzkiej i wielkiej pigule, którą trzeba przełknąć i o której szybko się jednak zapomina. Więcej trudno jest mi napisać, bo nie wiem, jak wygląda rozdział drugi, ale, no, na ten moment wygląda to na tekst, który wymaga porządnych cięć i rozstania się z najbardziej nawet ulubionymi opisami - jako że zdarzyło mi się tłuc cykl fantasy kilkanaście lat, doskonale znam ten proces, wiem, co w nim boli i jakie czyhają na człowieka pułapki, kiedy jemu już wszystko wydaje się z jednej strony oczywiste, a z drugiej zakłada, że jeśli oczywiste nie jest, to przecież żaden problem wyłuskać informacje z tekstu, skoro są podane wprost. To totalnie nie tak działa i sama musiałam ze trzy razy usłyszeć "ale ja nie wiem, o co chodzi", zanim się opamiętałam.

A, i mapa. Serio, przydałaby się mapka ;) Więc jeśli taką dysponujesz, gorąco zachęcam do wrzucenia jej chociaż w formie mocno schematycznej. Pewnie nie pozwoli mi utrwalić sobie informacji z pierwszego rozdziału, ale sądzę, że pomoże potem.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
kmiriad
Posty: 26
Rejestracja: 26 września 2017, 16:14

Re: Dzwon

Post autor: kmiriad » 22 stycznia 2018, 16:46

Oczywiście, że to tylko wstęp, a reszta tekstu to już właśnie ukazywanie świata wraz z tokiem historii, której ktoś tam przewodzi, dla której jest podmiotem. Dalej wszystko już ujrzymy niejako "z bliska" i z perspektywy bohaterów i powziętych przez nich kroków (tak w ogóle, to chyba nie da się inaczej, co?). Postaci jest tu mnóstwo, intryg tak samo, a tło, ten świat właśnie z jego historią, acz głównie z jego zasadami, podyktowanymi obecnością Dzwonów, to tylko tło. No, bardzo istotne tło, fakt, najistotniejsze jednak było dla mnie już teraz przekazać czytelnikowi, że istnieje coś takiego, jak Boskie dzwony, i w zasadzie niewiele ponadto. Byłoby to jednak gołym, gdybym tak po prostu opowiedział o dzwonach z całkowitym pominięciem ludzkiego podejścia do nich, no i na taki mi się w efekcie wpadło pomysł, taka z tego wyrosła forma, a ja jej zawierzyłem. Nie wiem (nie wiedziałem) może całkiem chybiony a do tego nieudany - a może nie aż taki zaraz rujnujący, co? Mam na to w każdym razie jeszcze parę konceptów, choć szczerze ten mi się podobaŁŁŁ najbardziej.
Na pewno będzie duuuużo cięć :) Wiele rzeczy jest tu, jak widzę, zbędnych i nie tylko nikogo nie obchodzą, ale po prostu jakoś gubią, obciążają też. Nie napiszę przecież wprost "spokojnie, czytelniku, niczego tu nie musisz pamiętać, po prostu kojarz na bierząco, zrozum ile zdołasz, a po ukończeniu rozdziału bez lęku sobie zapomnij. i tak ja ci przypomnę o każdej z tych rzeczy, jeśli będzie to potrzebne".

Gdyby zatem nie te dwie opinie, być może długo jeszcze bym nie ruszył z miejsca, a już na pewno nie dokonałbym tak radykalnych zmian, jakie już dokonałem. Moja wdzięczność nie mogła być więc większa. STOKROTNE DZIĘKI!

Nie bardzo tylko wiem, o co chodzi z tym konaniem Tantara. Tak dokładnie. Że długo umiera, jest zbyt żywotny, czy że za długo się nad tym rozwodzę? Nie wiem, czy dobrze ten zaruzt rozumiem, gdyby ktoś mi tu pomógł (im bardziej konkretnie tym lepiej, śmiało) byłoby super.


Kontynuacja poniżej.

Rozdział II
Echo na pustyni

Już rozlano
Boski trunek
Beczce życia
Odpadł korek
Trochę mięty,
Szczypta goryczy,
Dwie uncje strachu

Pierwszy łyk
Z grubą pianą
Pusty żołąd
Na głowie stanął
Orzeźwienie,
Smak…
Pragnienie!
Boski trunek znów rozlano

Oto toast!
Wszyscy wstali
Za tych wszystkich
Co zalani! -Iardos: Rzecz Dwunastu
„Uczta Uczt”
Zabił Dzwon!

Jakże wyraźnie pamiętam ją tamtego dnia. Trwała nieodmiennie samotna, sieroca. Pozostawiona na pastwę pustki i ciszy. Starczo pobrużdżona, dawno bezpłodna, jakże żałośnie prezentowała się w swej jadowitej gorączce. Och, powiadam wam: jak przystało na krainę umarłych podług pogańskich wierzeń, nie oferowała nic, poza śmiercią.
Ogłuszona za pradziejów, do ostatniej kropli wysuszona ze wszelkiego brzmienia – ziemia umarła, zagładzona, przeżyta. Widmowa, tak jej mówili. Ja jeden dosłyszałem jej męki, trwającą wieczność szkodę nigdy niewysłowioną. Rozpoznałem wstrzymywany trwożnie oddech – duszny, zetlały, a owszem, ale czy powinno to kogoś dziwić? A w tym oddechu, tym zamarłym, zatkanym, rozpoznałem strach, nie inaczej – przed zaczerpnięciem kolejnego.
Ja jeden wiedziałem, co chronił po matczynemu, co w lęku przed utratą chował na swym dnie ten starty w pył, przeżyty dawno świat. Bo czy kto inny w ogóle o to pytał? Dlatego to ja musiałem być tym, który mu pomoże. Tak samo zresztą, jak on pomógł mnie. To ja zrobiłem, co trzeba.
Dodałem mu odwagi.
Ja.
Jakże mógłbym podejrzewać, że wkrótce tak podle mnie zdradzi?

Pustynia gorzała w upale poranka, z biegiem idących w milenia lat zamieniając się powoli w lustrzane odbicie pomarańczowego słońca, właśnie opuszczającego zenit. Rozpalone piaski, gdyby się wsłuchać, wydawały się jęczeć i zawodzić z nieugaszonego pragnienia, żalić a pochlipywać na pamięć swej nieszczęsnej doli. Upiorne były to brzmienia, zamknięte w gorącej jak w kotle przestrzeni, zaledwie pochwytne, rozmyte niby echo ze snu. Czy to zaiste żółte wydmy we własnej osobie, maltretowane słońcem? Tu budził się cichy lament konających, co lawiną ziarenek był chyba w istocie; tam znowuż długie westchnienie pełne udręki pastwiło się nad okolicą – czy nie, czy to jeno wiatr, równie ożywczy, co oddech kostuchy? Opodal rozlegał się zgoła inny cierpiętniczy jęk, pokutny, niewieści, szczytujący szlochem, co zaraz okazywał się być jedynie sępim zawołaniem. W dali głuchło pobrzmiewało jego echo… mniej już podobne do ptasiego głosu, bardziej znowuż do biadań potępionych.
Czy wszystko to zatem kniazienia samej pustyni, obdarzonej mową wyłącznie po to, by łkać? Może prędzej skarga zadręczonych dusz, co całymi rzeszami przecież kończyły się tu w męczarniach upału, oto powtarzała się zaświatowym pogłosem? Trudno poznać, a słońce i pustynia nie chciały odpowiadać.
Nad kipiącym gruntem, wysoko na szarym tle tego wyniszczonego świata dwa dorodne sępy szybowały leniwie po kolistych torach. Ich tycie cienie przemykały po jedynym śladzie roślinności w promieniu mil – zaledwie kilka suchorostów u zgromadzenia spękanych kamieni, towarzyszących czarnemu niby z sadzy, lichemu drzewu o dziko rozrośniętych konarach bez liści ni owoców. Przykra, nędzna enklawa życia, zupełnie nie pasująca do otaczającego ją imperium piachu i szkła. Skazana na fiasko gromada buntowników piaskowego porządku.
Brak kropli wilgoci, czy solidnego podmuchu wiatru. Jedynie marazm.
Cisza. Nie licząc nierzeczywistych ech w rozgrzanym piasku oraz pokrzykiwania sępów.

Nowość wprosiła się niezapowiedzianie, prawie niegrzecznie. Ruch. Piasek zapląsał, zapadł się w jednym miejscu, na samym szczycie wydmy, powodując wgłębienie. Nieopodal zjawisko powieliło się; powoli, stopniowo dwa małe leje połączyły się w jeden większy.
Tonące w dole ziarenka syczały głosem miotu grzechotników. Ziarnka przepadały w leju coraz głębiej, a ten potężniał, wydma spuszczała za nim kolejne lawiny, dół zaś rósł, pogłębiał się, poszerzał. Sępy w górze odezwały się chórem, bijąc skrzydłami. Wyglądały na rozochocone, podniecone do imentu!
Do czasu, aż dół się poddał.
Gardziel na dnie ziemi najadła się chyba, salwowanie się piasku ustało. Zagłębienie wyrównały pozostałe ziarenka – dobrze zorganizowane mrówki łatające wyrwę w swym siedlisku – tak że czubek wydmy wygładził się i spłaszczył; takim już pozostał, być może na zawsze. Na wieki?
Ruch na powierzchni pustyni stał się historią.
Sępie dzioby zatkały się jak na znak. Ptaki uspokoiły lot.
Pierwszy duszny powiew, co spóźnił się zaledwie o niefart, westchnął z zachodu, zagwizdał przesmętnie, po czym jak gdyby ugryzł się w język i oddreptał na palcach. Umierające drzewo zatrzeszczało próchnem i zgubiło gałązkę – czteropalczaste, kościste ramię z najczarniejszego drewna.
Zdało się, że cisza pogłębia się jeszcze bardziej.
A pustynia bierze głęboki wdech.

Wystrzelił po pas z powierzchni piaszczystego morza, bijąc ramionami niczym tonący, chlapiąc drobinami piasku (trącona gałązka wystrzeliła w pustkowie – czteropalczaste, kościste ramię z najczarniejszego drewna; zdaje się, że już nie wylądowała). Łykając łapczywie pierwszy dziewiczy wdech, wydał z siebie długi wrzask, budząc niewyraźne, dawno już daremne a zapomniane w tej wyludnionej krainie zjawisko.
Tnące uszy echo, choć bez racji bytu, wtórowało człowiekowi jeszcze długi czas po tym, gdy głos mu się załamał, a powietrze do dna napełniło nieużytki płuc.
Echo brało pierwszy wdech
Tlen palił, jak gdyby krajał wnętrzności.
Ehhhhhhhhhhhhh
Zakańczając krzyk, zakaszlał chrapliwie. Szarpnęło nim do przodu, na przedramiona. Nitki śliny ciekły mu z warg, gdy cierpiąc nieopisane katusze drapał piasek i zamykał go w pięściach. Mimo wysiłków dusił się, a wraz z paniką oraz już podchodzącym go wyczerpaniem cień zaległ mu na oczach wypryskami plam.
Wszystkie niewidzialne więzy, które zdążyły go opleść (a które mackami były tego świata, co głodnym był niemożliwie, nie żywiąc się wszak już od mileniów) zacisnęły się na nim z siłą, której nic nie było w stanie się postawić. Natężył pierś, plecy wyginając w tył, a posztywniał tak na całym ciele. Z odrzuconymi rękoma o wykręconych skurczem palcach pokazał niebu wszystkie zęby. Ich tarcie słyszeć musiało doprawdy samo słońce, umykające z tronu nieba, w dal zachodu rozpędzone.
Drżąc straszliwie z wysiłku, wyciągał ramię ku tej złotej królowej nieba jak po ratunek, jak po jej klejnot i bezcenność, otwartą dłonią, rozczapierzonymi palce.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co stało za tym ten gestem. Pochwycił dłonią nic więcej, tylko garść powietrza, a jakże, a zmiękł natychmiast, omdlał na piach. Aż pacnęło.
Wywrócił ślepiami. Lica, krzywione powoli skurczem, kolor (blady róż) zachowały już tylko na wargach. Podniósł się nareszcie, po czym, wciąż na bezdechu, najzamaszyściej jak zdołał uderzył się w nieruchomą pierś, ponownie mnie zaskakując.
Rozkaszlał się, dwakroć ochryple, oczy najchętniej wybiegłyby mu z czaszki, lecz niewiele poza tym. Powietrze wciąż natrafiało na opór na drodze do płuc, zasię szczątkowa już przytomność, jako ten piasek w obu garściach, przesypywała się człowiekowi przez palce.
Z żylastą szyją, siniejącym licem i wielkimi oczyma wahał się tak na wszystkie strony, unieruchomiony po pas w ziemi. Zaczepiany niewiatrem suchy kłos człowieczy. A ten nieistniejący wiatr pustyni nosił imię bólu.
Wiatr pustyni nosi imię bólu
Zapamiętał to już.
Imię bólu. Ból
Saal
…Z niezamykanych szczęk nie wychodził już krzyk – zaledwo szmer; zalążek burz, o czym nie mógł jeszcze wiedzieć, a co ja przewidziałem na długo przed jego przybyciem. Ptaki, furkoczące skrzydłami nad ludzką głową, krzyczały jak oszalałe, nie potrafiąc nad sobą zapanować. Pochorowały się z podniecenia!
I gdy okrążały go już wewnętrzne cienie (o groźnych, drapieżnych kształtach… podkradały się… były blisko) i gdy gardło ścisnęło się do boleści (mętniejące oczy nabiegły łzami i prawdziwa powódź wezbrała w tym człowieku jak spękana glina, stanęła na krawędzi powiek) gdy oto droga do płuc odkorkowała się nareszcie, bez wyraźnej przyczyny. I nawet ja, po raz trzeci już, nie byłem na to gotowy.
Kolejny suchy wdech przyszedł z równą męką, co pierwszy – napiął mięśnie i przewrócił trzewiami.
Przyginał się we wszystkie strony, zarzucając długimi atramentowymi włosy, zanosząc się przejmującym wyciem. Kurczył do ciała drżące ręce, szponiasto odginając palce; wytrzeszczał ku niebu oczy, drętwiał, a potem opadał wiotko na piasek. Na przemian cierpiał tak i odpoczywał. W cichym spokoju, jaki go odwiedził, opadł na policzek, ze świstem wypuszczając powietrze. Dopiero teraz wycisnął pędy łez.
Obserwowałem, jak piach przyjmuje je i spija chciwie. Obłędnie.
Czekałem na makabryczny finał tej sceny. Na gwizd pary, uchodzącej z pierwszych ran ciała. Lecz człowiek nie popękał, nie zapłonął w spojrzeniach słońca, jego krew nie zabulgotała wrzeniem, skóra nawet nie zmieniła koloru.
Kiedy chwytał trzeci wdech, przechylił się na lewo a mimowolnie wygramolił nogi z wydmy. Jak gdyby to ziemia sama postanowiła wyprzeć go ze swego łona.
Leżał na boku zupełnie bezwładny, skamląc słabowicie – gorący piasek dotkliwie parzył mu skórę. Zadygotał, odzyskując przy tym jakoby siły w członkach, skulił się bowiem, twarz nakrywając dłońmi, chowając przed słońcem. Policzki swe odciążył od palących je puklów własnych włosów, nagrzanych niczym osmolona wiązka prętów. Już teraz walczył, już umiał się bronić.
Już był stracony. Niebu i pustyni oddany na żer, pomyślałem. I sam jakoś w to nie wierzyłem.
Przez chwilę jego sylwetka łamała się sztywno; nogi na przemian prostowały się i zbliżały do tułowia. Minęły wieki, zanim znieruchomiał, zwinięty w kłąb, niczym kocię.
Zapadając w zamroczenie i bezwład, nadchodzące godziny spędzić miał na marzeniach o tym, że już się nie obudzi. * * * Otwartym oczom pokazała się krucza zasłona włosów, za nią zaś – jakiś kształt w ruchu. Rosnący, coraz bliższy. Człowiek odpoczywał jeszcze pewien czas. Jego własny oddech przeraził go; dokładnie tak, jak przerażać powinien wyłącznie owego brak. Słyszał pracujący dzwon w piersi, a nawet szum rzek w korytach żył – tak bardzo było cicho i tak bardzo pusto.
Nie dość cicho i nie dość pusto, pomyślał gorzko. A ja wraz z nim.
Ktokolwiek oto się doń zbliżał, zdało mu się niezrozumiale, że się znają. Och, tak bardzo, bardzo dobrze się znają, niechybnie.
Zauważyłem, że odgarnia włosy na bok z wysiłkiem, jaki tylko najstarszym przychodzi, gdy należy przelokować zbolałe ciało. Nisko wiszące słońce nie miało za grosz litości, rażąc oczy.
Nieprzyjemnie blisko, na wysięg ramienia, sękaty łeb na sierpowatej szyi pochylił się i wyciągnął ku ludzkiej istocie, łypiąc przekrwionym ślepiem. Mężczyzna wzdrygnął się tak silnie, że o mało nie zasłabł od tego manewru.
Odsuwając się rakiem na miękkich kończynach, karkiem wpadł na kolejnego sępa, który natychmiast wzbił się w górę z jazgotem skargi. Pierwszy okaz (tenże „znajomy”, a jakże) spłoszony, acz o wiele bardziej ciekawski, dopiero po jakimś czasie poszedł za przykładem pobratymca. Jego przebrzydły skrzek był jednak po brzegi zabarwiony wrogością, nie trwogą.
Coś w piersi galopowało jak przepłoszone. Obserwując rejteradę ptaszysk uspokajał oddech i czekał odejścia dreszczy. Wyjątkowo długo zdołał tkwić tak w siadzie, podparty rękoma, zanim odczuł nareszcie kaleczącą temperaturę piasku.
Ponowny podryw, tym razem do pionu, tym razem zachwiał człekiem i zatoczył, szarym już na obliczu. Budulec nóg wydał się mu nie mniej sypki, co żółty piach, który mościł się pod nimi w niezmierzonym przesycie. W samą porę, zanim runąłby z powrotem, prosto na pierś, rozkraczył się dramatycznie, rozpiętością ramion ułapił chwiejną równowagę. Nieprędko zdołał się znowu wyprostować, a potem jeszcze długie chwile z najwyższym wysiłkiem przyzwyczajał się do tej niełatwej, narzuconej przez odruch pozycji.
Pamiętam, jak obiegł otoczenie wzrokiem, wciąż dygocząc. Jakby atakowało go srogie zimno, choć mogło być tylko zupełnie odwrotnie. Jakiś czas nie ruszał się z miejsca i rozglądał tak, czczy w środku.
Ogromne słońce patrzyło mu wyniośle w twarz.
Zbadał horyzont od lewa do prawa. Odwrócił się – pustka. Otaczał go bezmierny ocean piasku. Bez żadnej wyspy ni przylądka.
Dopiero teraz zainteresował się stojącym opodal drzewem bez liści, które nie dawało żadnego cienia. Było zaledwie jego wielkości. Spieczone na czarno. Zmrużył oczy a targnęło nim westchnienie – jakby ze współczucia. Ostrożnie wyciągnął ku drzewu rękę, a kiedy tylko musnął palcami węgielny pień, ten rozsypał się na kawałki. Bez jednego dźwięku, w ciągu paru chwil. Obróciły się one w dodatku w tak drobnisty popiół, iż nawet tamtejsze anemiczne powietrze wystarczyło, ażeby uprowadzić drzewo na zawsze. Cały jego uwolniony pień, wszystkie porzucone gałęzie. Cóż, z wyjątkiem tej jednej jedynej sztuki, która zbiegła znacznie wcześniej, przypomniałem sobie.
Przypadkowy pogromca rośliny, przejmując jej terytorium… lecz także obowiązek trwania oraz związane z tym katusze… znać zadziwił się głęboko. Może nawet zadumał, stojąc już kompletnie samotnie, nie dzieląc się pustynią z nikim? Z nikim. Tak samo, jak niegdyś to wyzwolone teraz drzewo.
Z odrętwienia wyrwały go coraz zajadlejsze wołania sępów wprost nad głową.
Nie zapomnę, jak sięgnął wzrokiem raz jeszcze ku niezmierzonemu widnokręgowi.
Wewnętrzny głos podpowiadał mu tylko jedno. * * *Próbując zemknąć niemiłosiernemu słońcu, skierował się naiwnie na wschód. Chyba nie dostrzegł tego wcześniej, bo nawet teraz z niejakim oporem rozpoznawał i poddawał przemyśleniom – wybrał mianowicie drogę, którą biegły już czyjeś ślady. W pustynnym bezwietrzu były nietknięte, niełatwo było rozeznać się w ich świeżości. Człowiek odnotował, iż sam zostawia identyczne.
Bosy marsz po rozpalonym piasku, w nagości, spragnionemu i nędznemu w siły przynosił wyłącznie ciężkość, odbierał zaś – wszystko. Po kęsie, kawałek po kawałku. Z każdym krokiem potężniało uczucie piekielnych tortur zadawanych nogom od stóp po łydki – gorąco pustynnych wydm niezawodnie zdzierało z nich skórę. A do tej jednej męki dołączyć miało jeszcze całe stado innych, doprawdy stado
Stado
i człowiek miał tego ukrytą świadomość. Podróżował czas niedługi, tymczasem słoneczny dysk sunął ku zachodowi tak pośpiesznie, że aż nierzeczywiście. Nie zaprzestał wszelako składać prażących pocałunków i każda chwila dłużej pod tą suchą czułością groziła utratą ducha.
Schodząc nieporadnie z kolejnego stromego barchanu, stracił nieszczęśliwie pion, wykładając się na piasku. Potoczył się, zanim osunął w dół sierpowatego wzniesienia, biedniejszy o przytomność.

To rozłożysty cień przemykający po powiekach przywrócił go do żywych, momentalnie zmusił do powstania. Połowę pleców oraz prawy policzek miał spieczone do czerwoności, lecz nie przejął się tym, ani trudząc o strzepanie piekących ziarenek. Spojrzał za to w górę, na grupę towarzyszących mu sępów. Ich liczba zdążyła się już podwoić. Zataczały pierścienie dokładnie nad jego głową, a spokój i powolność nadawały im grobowego dostojeństwa
Nie było im spieszno. Czekały cierpliwie. Ich hipnotyzujący lot zapowiadał niechybną żałobę – a krwawy bankiet jednocześnie.

Podjął marsz zbolały i dwakroć wycieńczony, potykając się o własne nogi. A po prawdzie kroczył odtąd szybciej, niż był dotąd w mocy. Nie czuł wcale oparzeń stóp, ud, czy prawego boku tułowia, albo i tej połowy twarzy, na której wylądował; zaś skrajne wyczerpanie, choć nie ustępowało, zarazem powoli zachodziło za złowieszcze kontury innego, bardziej tajemniczego doznania… nieznanego dotąd.
Trucht przychodził już ze względną sprawnością i całkiem naturalnie. Bieg nie był z rodzaju najszybszych, aczkolwiek zadowalał koordynacją. Człek gonił przed siebie ze spuszczonym wzrokiem, dłonią zaciskał pękającą na ramieniu skórę i oto poddawał się obcemu stanowi, jaki go osaczał. Nieposkromione walenie serca z bólem tłukło pierś, z kolei palący płuca oddech dudnił wyobcowanie w uszach, spychając zmysły na skraj panicznej czeluści. Nogi przebierały z własnego wyboru, z własną pasją i oddaniem, na swoją jedynie odpowiedzialność; za to cały szkielet od stóp ku głowie przewlekła skroś gruba, lodowata dratwa.
Groza.
Strach zajrzał w oczy i zaniósł się szyderczym śmiechem, tocząc niedorzeczny pogłos po sypkich piargach wokoło. Człowiek przyśpieszył, wciskając głowę głębiej pomiędzy ramiona, jak gdyby jako żywo go usłyszał. Na krwawiącym zachodzie pojawiło się kilka zawiesistych, ciemniejszych obłoków, istnych zwiastunów nieszczęścia. Olbrzymie słońce zwolniło, teraz ospale zderzając się z horyzontem, i zbliżyła się nieżyczliwa pomroka.
Uciekając tak przed własnym szaleństwem, podniósł spojrzenie pozornie przypadkiem.
Czarnowłosy mąż, jakim go wydma poczęła, bez śladu odzienia, wysuszony jak pieprz, w brokacie bladych ziarenek pustyni, czerstwy niczym jego matka, zasapany, bliski wypalenia – zatrzymywał się dobre kilkanaście kroków, nogi słuchały go z opóźnieniem. To, co stanęło mu na drodze, nie poprawiało nastroju.
Oto wielki obszar spaczonej suszą ziemi przystrajało setki ludzkich zwłok oraz końskich trucheł, wypatroszonych już znacznie przez padlinożerców i moce słońca. Ułożone pokotem, w większości wprost spiętrzone jeden na drugim, szczelnie zakryły dolinę, jaka tworzyła się pomiędzy dwiema wydmami, obracając ją w krwawe bagnisko. Gromady czarnego ptactwa i chmary much żerowały w najlepsze na wywleczonych trzewiach. Nikły wiatr poruszał wielkie, utkwione w hałdzie trupów chorągwie z motywem miecza wewnątrz dzwonowego klosza, szytych na błękitnym polu. Cienie chmur przewijały się po zgaszonych twarzach wojów wspólnych barw i pewnych drewnianych elementach z grubymi kołami.
Ślad kroczącej przed człowiekiem istoty, którym to bezwiednie postępował, niknął w pobojowisku.

Oddech unormował względnie prędko. Nawet czucie powróciło – w nieznośnych oparzelinach zwłaszcza.
Kiedy podjął ostrożny krok przed siebie, nie spuszczał oczu z poległych, po których to zmuszony był rychło stąpać, gdyż nie było innej możliwości. Ptaki umykały przed nim niechętnie, odprowadzało go krakanie i bicie skrzydeł. Odejdź, dało się słyszeć w ich głosach. Nasze! Nasze! Odejdź! Wirujące nad zwłokami muchy zaczepiały go i odlatywały. Witaj, mówiły jakby. Częstuj się.
Stadko czworonogich istot, całkiem niedawno zwabione , w całym tym zaaferowaniu człowieka zupełnie ustrzegło się jego uwagi. Spłoszyły się i zbiegły zrazu cichcem. Jednakże dopędziła i zawróciła je dociekliwość – wcale podobna tej u żywego przybysza – toteż jęły go odtąd z ubocza obserwować.
Czyżby na twarzy młodzieńca zawitał smutek? Czyżby rozumiał? Czym były te nieruchome postacie, te ciała.
Wydawało mi się, że marszczy czoło, że chmurnieje i zamyka się w sobie, duma. Ach, pomyślałem, cóż takiego mogą widzieć teraz te żywo rozbiegane, wielkie strachem oczy w tych z kolei już dawno pustych i nieustraszonych?
Świadome były ich niepełności. Świadom był mąż ich braków, pojmował dziwną nieobecność, powód zesztywnienia w poranionych członkach. Rozumiał to zapatrzenie w jeden punkt na niebie, w rewersy powiek, we wnętrze czaszek. Nie dziwił się krwawym, mięsistym norom, okradzionym z oczu przez ptasie buzie.
Czy rozumiał jednak, czym było najważniejsze, co ubyło tym osobnikom? Gdy ponownie będą chodzić, oddychać, wyć i cierpieć – jak wówczas spojrzą na niego te oczy, gdy już oderwą się od grozy mroczniejącego nieba? Czym zapłaczą te puste miejsca po nich? A miał przy tym z pewnością przekonanie, że są, a przynajmniej byli niegdyś, tacy jak on. Już oto godził się z faktem, że czekało go dokładnie to samo. Kiedyś. Gdzieś. Niecierpliwił się kres wędrówki i tortur. Czekał jak sęp. Może jak gnilna mucha? I właśnie tak, tak właśnie, się pokazywał.
Przypatrując się z uwagą każdemu z osobna, każdej z wysuszonych męskich twarzy, wciąż przechylał głowę zwyczajem ciekawskiej psiny, głowiącej się, na próżno, nad monologiem pana. Co i z jakich powodów mogło się tu rozegrać, nie było nawet częścią jego rozmyślań. Przysiadł nad jednym z ciał i zadziwił się nad nim z bliska.
W pewnej chwili coś szczególnie podrażniło jego czujność.
Zerwał się popędliwie, wyciągając ręce, ucapił rzecz nachalnie, po czym ustnikiem przytknął, gdzie należy, przechylając do góry. Skwaśniały doszczętnie smak rozcieńczonego wina osobliwie ukoił gardło.
Natychmiast się zakrztusił, na jakiś czas owładnął nim kaszel. Opróżnił bukłak błyskawicznie, gdyż niewiele się w nim uchowało. Ożywiony, rozejrzał się bystro za kolejnym. Nie musiał szukać daleko. Zoczył dwie obiecująco wydęte skóry, doczłapał do nich i zabrał się za picie. Zmuszony zwrócić prawie wszystko, co w siebie wlał, kolejnym workiem, tym razem z czystą wodą, uśmierzył następujące po tym palenie w gardle.
Płyny były rozgrzane i stare, a pragnienie potworne, piekielne. Zaradzenie temu ostatniemu okazało się w pewnym sensie jeszcze piekielniejsze.
Odebrał odzienie jednemu z poległych, z przewagą kierowany przykładem, aniżeli potrzebą. Wybrany nieszczęśnik miał odrąbaną głowę, strój, wyjątkowo, nie był w całkowitych strzępach. Czarnowłosy wpasował się zatem w wełniane spodnie zaciskane pasem oraz jedwabną koszulę spodnią z bogatymi wykończeniami (rozdartą z tyłu; czyste, skośne cięcie) szykowna, poznaczona ornamentami kamizelka z bielonej skóry, krwią wprost zalana, aczkolwiek względnie cała, została nałożona jako następna. Całość okrył pociągły niebieski płaszcz. Przy zdejmowaniu go z martwego, przełożył się wewnętrzną, szaroburą stroną na zewnątrz, wytracając cały sznyt. Zdobne wyłogi oraz wyszyty na tyle i froncie herb poległego żołnierza stały się ukryte. Mężczyzny bynajmniej to nie obeszło.
Ubiór zwieńczył szeroki kaptur, uzupełniający kompozycję płaszcza, wnikając pod wysoko postawiony kołnierz.
Podobnie jak nieboszczyk, syn wydmy nie skorzystał z rękawów, jeno z dwu troków pod szyją. Płytowe elementy zbroi ograbionego trupa odrzucał na bok całkiem odruchowo.
Przytomnie przywłaszczył sobie wikt, silnie wyczulony na jego obecność; wody i polowych racji żywności wydawało się być w bród. Prędko przekonał się niestety, jak mało nadaje się już do zjedzenia. Pakunki placków zbożowych, wędzonek, pęki warzyw, pieczywo, suszone owoce – niewiele z tego oparło się pustyni.
Skupił tyle zjadliwości z tak wielu położonych wokoło juków, na ile sobie pozwolił, po czym zaimprowizował banalny tobół, nadający się wygodnie przewiesić przez ramię. Nie kosztował niczego na miejscu, niezupełnie odczuwał takiej potrzeby po wymiotowaniu, a i sceneria jakoś apetyt odpędzała. Przygotował do drogi cztery bukłaki z wodą, mimo że wiedział, iż nie starczą na długo. Niedawne doświadczenia potwornego gorąca (które wszakże ustąpiło, zastępowane z wolna chłodem) nie pozwoliły zaciekawić się żadną futrzaną skórą czy pledem.
Bardzo delikatnie owijał onucami spękane stopy, lecz i tak miał potem niejakie trudności z naciągnięciem na nie śmigłych, choć twardo podbitych butów.
Pewien dziwny obiekt już od jakiegoś czasu zachęcająco mżył się wprost u jego stóp. Podniósł go, zbadał wzrokiem, a nawet obwąchał wnikliwie. Była to niewielka sztabka metalu o prostokątnych ściankach… z pewnym misternym rytem. Nie domyślał się nijak przeznaczenia przedmiotu, a jednak bez namysłu wsunął go w zanadrze płaszcza.
Stał chwilę, zwlekając. Nie ten bosy tułacz, co jeszcze przed chwilami. Wzrokiem zwężonych oczu przesuwał po pokrytym trupami lądzie, nie przekonany, czego właściwie się podjąć.
Być może z tej to właśnie winy długiej niepewności otoczenie postanowiło zadecydować za niego.
Kątem oka wychwycił poruszenie, lecz nie były to ptaki. Piątka czworonogich zwierząt podkradała się ku niemu z odległości już zaledwie tuzina susów. Były raczej niewielkie i wprost wychudłe, mimo to sprawiały wrażenie urodzonych drapieżców. Tęgie szyje i duże, wprost wielgachne stosunkowo łby o krótkich pyskach z wielozębnymi szczękami (przy jednocześnie wysmukłym tyle o parze szczurzych ogonów) zapewniały o krwawym przeznaczeniu. Chaotycznej długości sierść zwierząt znakomicie zlewała się z nocnym piaskiem, który przyjął teraz popielatą barwę. Zbliżały się jeszcze opieszale, nieśmiało, acz nieubłaganie, slalomem pomiędzy zabitymi.
Człowiekowi wydawało się, że oto wylęgły znikąd! Może z samej ziemi, z piasku? Jak on?
Odruchowo spiął się w sobie, ciało nalało się wewnętrznym ciepłem. Nie uszedł im daleko, przesadził załom jednego usypiska trupów, wychodząc na długi wąwóz z dwu kolejnych, słysząc tuż za sobą, jak wilki rozbiegają się w piskliwym popłochu. Człowiek natychmiast przekonał się, cóż je przepędziło.
Skamieniał, skoro w odległości z górą trzydziestu kroków postać wielkiej szaroskórej bestii przesłoniła mu naraz wszystko inne. Przeżuwając coś w potężnym, powalanym krwią pysku, oto spoczywała na czterech kończynach jak drzewne pnie, spozierając spode łba, zadzierając go z wolna – w wymownej oznace zwrócenia nań uwagi.
Nie czyniąca dotąd wiele hałasu, zajęta ucztowaniem, miała prawo wydać się po prostu kolejnym stogiem trupów. Szara i o pancernej skórze, istny wiekowy głaz, stoczony na ziemię prosto z wierzchołków wskrzeszonych do życia rozwścieczonych gór, żądnych ludzkiej zguby, co objawiało się w coraz cięższym sapaniu istoty. W następnych skojarzeniach niepomiernie przywodziła ona na myśl nosorożca, acz z wynaturzenie garbatym, strzelistym wręcz grzbietem. Róg na nosie (jeśli nie liczyć wysypki tycich wypustek na skroniach) zastępowały dwie pary przerośniętych ciosów, wyglądających spod fałdów warg; prawie jak u guźca, podwojonych jednak, a dalece ogromniejszych – przy czym rozmiary głowy oraz długiego pyska bestii, zwłaszcza w zestawieniu z resztą cielska, były znacznie okazalsze.
Z kilku miejsc, z przednich kończyn istoty, z jej szyi… a także jednego z tych ogromnych ciosów, jak się pokazało… zwisały kute łańcuchy, niby osobliwa biżuteria.
Oczu człowiek nie zdołał się doszukać.
Strach, paniczny, kosmaty, otarł się szorstko o jego kark, a dzwon w jego piersi rozkołysał się niebezpiecznie, rąbiąc o żebra. Nie zorientował się nawet, zwyczajnie przegapił był fakt, że zaczął się instynktownie cofać. Z każdym atoli stąpnięciem chłód jakiejś niematerialnej ściany za jego plecami ział ku niemu groźbą paniki. Znajdował się już o krok od niej.
Na ten zaś widok ruchu śmiertelnika podobny nosorożcowi stwór spiął mocarne mięśnie, zdzielony batem ujeżdżającej go dzikiej agresji. Buchnęło parą z wielkich nozdrzy, pochylił się niżej potężny łeb, rozsierdzony głaz przygotował się do szarży.
Mężczyzna stężał. Pojął, co nastąpi i już mdlał gdzieś w sobie, gdzieś głęboko, odlegle w sobie już dołączał do poległych.
Zimne powietrze owiało jego rozgrzane ciało. Czuł przysiadające na nim muchy… Witaj, mówiły mu ponownie. Ach, witaj, witaj.
Bestia, dobywając z gardła przeciągły, otyły ryk złości, puściła się wściekle ku spętanej przerażeniem ofierze. Czas stracił poprzednią wartkość i zwolnił wyraźnie, celebrując każdy ruch olbrzymiego zwierzęcia. Startując, monstrum przebiegło parę kroków wyłącznie na tylnych nogach; kiedy przednie z powrotem dotknęły gruntu, biły spod nich rozbryzgi piachu. Zza ich zasłony ogromne masy cielska falowały w rytmie niezgrabnego cwału, ciężkie kroki wydawały wyrównany, donośny tętent, łupiący miarowo w uszach a upodabniający się do… czyżby bicia dzwonów?
Człowiek z wrośniętymi w piasek stopami rozejrzał się panicznie dookoła (dwa ruchy głową, lewo, prawo… na więcej zwyczajnie nie było czasu). Czymkolwiek była rzecz w jego pobliżu, po którą sięgnął gwałtem – gdy tylko wycelował ją przed siebie, w zawrotnie się zbliżający, żywy, rogaty głaz o czwórce ogromnych ciosów w pysku… uratowała mu ona życie.
Pamiętam tylko, że błysnęło. Niczym piorunem, oślepiająco.
A potem buchnęła czerwień.
Bestia zawyła strasznym głosem, padając z impetem na piasek; sunąc po nim jeszcze długie sekundy, zgarniała po drodze pobliskie ciała. Ciemnowłosy rozkraczał się już na pociągłym szarym pysku, uchwycony jednego z kłów bestii, w prawicy wciąż trzymał coś, co drugim końcem tkwiło teraz w jej pancernym czerepie.
Ludożerny głaz ugrzązł w wałach trupów, kończąc swój długi, lamentujący pomruk. Przechylił się na lewy bok, czym to rozgniótł truchła jak czereśnie.
Powoli wyzionął życie.
Wielkie zielone oczy ludzkie karmiły się bezruchem bestii. Mimo wszystko spodziewały się chyba, że ta jeszcze powstanie.
Nie powstała.
Potężne strugi krwi wyciekały z dziurawego czoła potwornej istoty, a zapowiadało się, że już nigdy nie przestaną.

Niechętnie docierało do niego to, czego dokonał. Puścił przedmiot, którym sprawił podobną głazu wściekłość, a wyjawiło mu się głębokie rozcięcie na dłoni.
Brzeszczot połamanego miecza, któremu brakło rękojeści. Narzędzie, które uratowało mu życie. Zostawiło po sobie głęboki do mięsa żleb, jednakże w chwili, gdy człowiek zdecydował się je użyć, nie miało to znaczenia. Ze spóźnieniem wracało czucie, niejako władza w członkach. Przytłoczone przerażeniem zmysły powoli dochodziły do sprawności, a umysł rozjaśnił się i pozwolił rozpoznać, albowiem jeszcze przed chwilami niezaprzeczalnie wzięło nad nim panowanie coś zgoła obcego, czerpiącego z ukrytych, ponurych instynktów człowieka, o które wcześniej nie miał powodu siebie podejrzewać.
Wiatr poniósł ku zwycięscy salwy podziwu. Niebo nachmurzyło się jeszcze bardziej – jakby niezadowolone z porażki bestii.
Mąż otrząsnął się, ponownie obejrzał krwawy bałagan. Jako że zrobiło się jeszcze ciemniej, usiany śmiercią piasek nabrał miejscami zupełnie czarnej barwy. Kałuże krwi przyjęły pozór cienistych dziur bez dna – alboż zaiste tymi się w istocie stały. Czworonogie drapieżniki nie odeszły daleko. Świeciły oczami zza usypisk poległych. Widziały zajście, spotulniały niepomiernie.
Była jednakże pewna sztuka… Dobrze widoczna na tle gasnącego nieba, dreptała w miejscu na szczycie wypiętrzenia trupów. Człowiek uczuł jej drapieżniczy fetor. Wyglądała na głodną do szaleństwa, popiskująca z cienka. Czy mało miała wkoło pożywki?
Piski wprost raniły uszy, jednak to ich nagłe przelokowanie – kiedy to mężczyzna usłyszał je wkrótce gdzieś daleko, daleko z prawej strony, a potem (jeszcze dalej) nawet za plecami – okazało się prawdziwie niepokojące.
Po raz ostatni rzucił okiem na cielsko, które dopełniło przepych pobojowiska. A także na dziwny przedmiot tkwiący w jego nadal ociekającym posoką łbie. Wyszarpnął go zdecydowanie. Tym razem wyraźnie odczuł, jak zimne, wcale nie nagrzane ostrze znaczy mu rany na dłoni i palcach. Było mu jednak potrzebne. Potrafiło zabić. Przemógł się, by znieść ból. Być może ból był konieczny?
Uniósłszy brzeszczot sztorcem, przeglądnął się weń jak w zaśniedziałym lustrze. Uwagę zwracały intensywnie zielone oczy pod ostrymi nawisami niemal nagich łuków brwiowych, czerwony od poparzeń policzek oraz wyblakłe, spękane wargi. Zaraz obok czarnej, pokrętnej pręgi biegnącej przez całą długość klingi, jego czujność zaprzątnęły coraz śmielsze ruchy towarzyszących mu stworzeń, odbitych w stali. Stosy usieczonych z chwili na chwilę odkrywały kolejne ukryte za nimi sylwetki o żółtych kłach, przecieranych czerwonymi jęzory. Tylko kwestia czasu dzieliła tę szajkę od nowego przypływu odwagi.
Mężczyzna nie zorientował się nawet, jak powoli tonie po kostki w formującej się już sadzawce karmazynowego płynu z czoła powalonej bestii.
Wznowił marsz, wspinając się na kolejną wydmę.
Mnogość psich cieni podążyła śpiesznie za nim.
* * *
Ziemię wyraźnie oświetlał niepełny, mały księżyc i suto rozgwieżdżone niebo. Otoczenie nie zmieniało się ani o jotę – człowiek za plecami i przed sobą miał pustynię. Szedł na tyle długo, iż srogo opadł z sił, a wiedział przy tym niezawodnie, że w dalszym ciągu nie jest sam. Gromada
Stado
czworonogów kroczyła jego śladem. Czasami zmienny wiatr przynosił mu ich odpychającą woń – mimo że sam nie gorzej trącił trupem. Nasrożone i głodne, chciwe, lecz nadal niepewne, psy pustyni trzymały dystans. Musiały wciąż obawiać się broni w prawicy człowieka. Rozcinając dłoń, brzeszczot zostawiał za to ślady kapiącej krwi, znacząc ścieżkę jego wędrówki.
Jedna plama czerwieni była większa od pozostałych. Widocznie tu osobnik przystanął, ażeby odetchnąć. Wyjątkowo wynędzniały czworonóg pochylił łeb i naiwnie polizał nasiąknięty krwią piasek.
Był zmęczony i obłędnie głodny. Nie miał siły biec, a ledwie znajdował ją na dalszy marsz. Cięższe z kroku na krok obuwie nie pomagało, choć było lepsze od płomieni w ziemi, czy ewentualnego zimna, jakie czuło się, że oto szuka sobie miejsca na posrebrzonych księżycowo wydmach. Człowiek pożałował, że zignorował dodatkowe okrycia, kiedy miał okazję je sobie przywłaszczyć. Pustynia jęła ukazywać swoją dwojaką naturę – śmiertelnie gorąca za dnia, za to lodowata nocą.
Okutał się szczelniej płaszczem. Pęd powietrza nasilał się z każdym kolejnym podmuchem, żądląc coraz przenikliwiej. Czesząc pustynię, wzniecał małe piaskowe fale, toteż ludzka sylwetka, idąca pod ich prąd niczym wolno płynąca łajba, tworzyła widoczny kilwater na morzu piasku.

Mrok zgęstniał, zupełnie znienacka, księżyc się rozmazał i przepadł, zaś wszystkie tak liczne gwiazdy – kolejno wygasły jak zdmuchiwane świeczki.
Stopniowo zwalniał, gdy świat stawał w nieprzeniknionych ciemnościach. Dochodził go jedynie szum rozpoczynającej się zawieruchy oraz łopot targanego nią płaszcza. Wydało mu się też nieodparcie, że słyszy coś jeszcze.
Śmiech.
Śmiech pustyni, od razu uznał, i mylił się w tym tylko co do jednego – rozpoznając go jako oddzielne brzmienie. Pustynia być może rzeczywiście się śmiała (szyderczo, zuchwale, a jakże) wszelako nie był to prawdziwy chichot, z prawdziwego dobywany gardła; człowiek pomylił zjawisko z nierównymi porywami wichru, co nabierał rozmachu i już teraz niepokoił. Ale czyż wicher ten nie był częścią tej krainy? Nie mógł być zatem jej głosem co się zowie?
W końcu zatrzymał się całkowicie, pogubiony w zamiarach. Jakiś czas rozglądał się beznadziejnie wkoło.
Ciemność.
Pustynia nadal chichotała.
Kompletnie nic nie widział, a teraz na dodatek utracił orientację kierunków. Odzyskał ją częściowo dopiero, gdy usłyszał znajome mu już piłujące zewy znajomego mu już stada. One także brzmiały jak prześmiewki.
Na ślepo prowadził krok po piaskowej grani, na zmianę pokonywał kolejne wzniesienia, po czym schodził w doliny. Idąc tak pod napór wiatru, w nieprzebitym mroku nie mógł nie przegapić obecności pierwszych skalnych form, wychylających się z wydm – była przed nim już jedynie aksamitna czerń nocy, nic poza tym. Wyczuwał je jednakże, jakaś kamienna obecność, nieżywy wzrok, odprowadzający go nieufnie. Skostniała gościnność krainy bogatej wyłącznie w pogardę dla życia, w nieznacznym jeno stopniu łagodzona poczuciem ponurej ciekawości.
Wiatr opadł raptownie i bez zapowiedzi, a mężczyzna uczuł jeszcze cięższy dotyk znużenia. Przymykał powieki, idąc odtąd niczym lunatyk, z wyciągniętą przed siebie dłonią lewicy, lecz nie napotkał już wydm. Mimo że wlekł nogi po płaskim terenie, tym częściej się potykał i zataczał, sporadycznie przewracając. Słyszał wtedy zawsze, jak z tobołu ubywa mu prowiantu. Po każdym półomdlałym przechyle, bagaż robił się coraz lżejszy, bukłaków doliczył się w pewnym momencie o jeden za mało, jednakże szedł bez przystanków. Nie zapominał – nie był sam. Przysypiał w marszu i leciał z nóg, a pustynia tylko czekała na jego słabość. Z jakiegoś powodu instynktownie wiedział, że takiego właśnie sygnału jej potrzeba, ażeby skończyć z nim w jedną chwilę – choćby przy pomocy tych piskliwych wyjców, depczących mu po piętach.
Wkroczył wkrótce na o wiele twardsze podłoże; stopy przestały tonąć w grząskiej drobnicy, a zapoznały się z kurzącą skorupą, która szurała głośno pod nogami, lecz jakże ułatwiała krok. Nadal było ciemno jak w koszmarze, ale mężczyzna potrafił wyczuć, że pustynia się zmienia. Bardziej nawet, niźli śmiałby o to prosić.
Napotykał kępy wysuszonej trawy, a nawet łamliwe krzaki; coraz więcej skałek i rumowisk przepływało obok niego, tchnąc zimnem, tą samą dziewiczą ciekawością, jedynie przypadkiem bodaj (czyżby?) nie stając mu na drodze. Nie mógł widzieć i wrzecionowatych kaktusów, niektórych nawet jego wielkości; były tam jednak, mijał ich całkiem sporo.
Nie koniec na tym zmian. Śmiech pustyni przepadł.
Czy to dobry znak?
Kiedy tak wlókł się bez przystanków, coraz uboższy w przytomność, nie zorientował się nawet, jak zaskakująco szybko wkroczył na bujnie trawiaste połacie. Niewątpliwie to wyczerpanie go tak uśpiło i dopiero, kiedy teren stromo schodził w dół, podparłszy się rękoma dotknął trawy, miękkiej i wilgotnej, czemu z trudem dawał wiarę. Rozmaite, licznie rosnące kwiaty polne były już zupełnie nie do uwierzenia.
Serce zatrzepotało w klatce żeber. Oczyma rozbudzonej wyobraźni człowiek powoływał do życia roziskrzone zielenią otoczenie. Namalowały się przed nim bujne pola i łąki, pełne zdrowego kolorytu, wszystkich dobrodziejstw natury, łącznie z rozbieganą zwierzyną. Potrafił wyobrazić sobie czar i ciepło tych zjawisk; ich dobro – tak, dobro. Doszły go utęsknione szumy, szelesty i wonie, których mu dotąd skąpiono, oddech świeżej, nietkniętej roślinności pod opieką Wiosny czarował i nęcił, i oto miał ją w głowie tułacz pustyni jak rzeczywistą. Piękną, bo tak upragnioną. Źródlaną nadzieją, obietnicą. Ratunkiem.
Jednakże w dalszym ciągu osaczał go mrok bez krańców i mroźne poświsty. Posępna obawa przed złudzeniem a fałszem przesłanek czyhała gdzieś na skraju tego wszystkiego jako okrutny sen.
Nawet przez chwilę nie zaskoczył się swoją nagle wzbogaconą wiedzą. Ledwie wszak opuścił był ciepło pustynnej wydmy, pozbawion jakiegokolwiek zapatrzenia na choćby najpospolitsze aspekty żywota oraz sekreta świata; zdany wyłączne na instynkt, ślepy traf i powolne poznanie. Teraz? Potrafił odróżnić, nazwać a wyszczególnić detale otoczenia… specyfikę roślin i niuanse spodziewanego krajobrazu… imaginowanych gatunków, pochowanych gdzieś na czas tej upiornej, nieprzeniknionej ćmy. Wertował w głowie i bez trudu rozpoznawał pory roku. Ze znajomością przyjmował zapachy, przyrównywał do siebie nowe zjawiska. Arcynaturalne i wierne portrety nieznanego dotąd, zmienionego terenu pojawiały się w wyobraźni samoistnie, wraz z wizytą zieleni i ożywionej natury, smakowanymi wszystkimi zmysłami, prócz wzroku. Identyfikował je, przypisywał im odpowiednie przymioty, rychło też skojarzenia, i pewien był swej nieomylnej słuszności.
Wiedza wynurzała się na powierzchnię świadomości, rzekłbyś, przypływami wspomnień. Niczym wynik wcześniejszych doświadczeń – przedziwnie oddalonych jednak od tożsamości syna wydmy, obcych mu bezwzględnie, cudzych jakoby. Tak je widział, czując wobec nich bezbronność, niemoc i poddanie. Pojawiały się w nim, w jego środku, w głowie, choć doprawdy nie tylko, jakkolwiek to tłumaczyć; pojawiały się głęboko już zakorzenione, jakby dawno już przyswojone i poukładane.
Choć nie prosił o żadną, na żadną nie miał wpływu. Widać miały własną wolę, a może i swoje tylko zamiary. Widać nie było nad czym dumać.

Zaczęło się przejaśniać. Równie zagadkowo i bez zapowiedzi, doprawdy. Księżyc ponownie się pokazał, jak gdyby rysował go na niebie jakiś wielki, Boski pędzel, i przyniósł ze sobą znaczne światło. Tym razem był o wiele większy, przeolbrzymi (jakby mąż zbliżył się przez ten czas do jego królestwa) choć wciąż brakowało mu połowy. Oto oblał ziemię błękitnym deseniem, ukazując jej coraz wyraźniejsze oblicze.
Człowiek, schodząc właśnie z kolejnego wzniesienia, zerknął pod nogi…
Pustynny koszmar powrócił jak wyrok. Wysokie cholewy czarnowłosego zatonęły niespodzianie w piasku. Wszystko, co niedawno napotkał – trawa, zapach kwiecia, dowody tętniącej życiem natury, egzotyki, kojącej trudy wędrówki… wszystko okazało się oszustwem, okrutnym figlem nielitosnej krainy, tym niespełnionym, gorączkowym marzeniem, ziszczonym jedynie w przemęczonej głowie biedaka bez szans na chwilę oddechu. Karą, której zupełnie tenże biedak nie pojmował.
Chichot pustyni powrócił – jawny, jazgotliwy wybuch radości, pakujący się do uszu. Piskliwe szakale skolenia niezwłocznie dołączyły się z oddali.
Gdyby miał siłę, zaprawdę gorzko by zapłakał.
Niemoc i zrezygnowanie ugodziły samotnika prosto w połamanego ducha. Oklapnięty, z ciężką głową i zobojętnieniem dokończył drogę w dół wydmy. Ręce postradały bagaże, zaimprowizowany sak wypluł cały już uzbierany wikt, plasnęły na ziemi dwa bukłaki; krwiopijcza klinga, wleczona sztychem po piasku, wpiła się weń, a potem przewróciła.
Człowiek wylądował ciężko na kolanach… Stęknął. Wiatr świsnął prześmiewczo i wydawało się, iż to właśnie ta jego licha ingerencja ostatecznie obaliła męża na policzek.
Wyciągnięty na piasku prawie natychmiast pogrążył się w letargu. Dwa bukłaki obok pluły jakiś czas płynem. Po trzecim ślad zaginął. Długie, zakrwawione ostrze miecza pozbawionego uchwytu leżało przy nodze pana, tak bardzo mu podobne – broń równie poraniona, co jej zdobywca.
Słyszałem wyraźnie, jak oddycha, wolno, miarowo. Słyszałem, jak pustynia połyka własny chichot, poważniejąc.
Usłyszałem dziewczęce, rozżalone łkanie gdzieś z głębin ciemności. Starała się wołać, ale płacz był w tej chwili silniejszy. Zdało mi się, że podnoszą się i rżenia koni oraz wzbierająca galopada i po raz pierwszy uznałem, że nie wiem absolutnie nic o tym, co się święci.
Słyszałem, jak przyłożone do ziemi serce śpiącego śmiertelnika odzywa się wibrowaniem we wszystkich śpiących wokoło wydmach. Wszystkich, co do jednej. Przysięgam.
I wówczas wielki półksiężyc jął ukazywać swoją drugą połowę. Okoliczne ciemności zaczęły się przerzedzać, tak że wkrótce padnięta postać wyczerpanego człowieka zrobiła się widoczna jak na dłoni. Jakieś tuzin stworzeń o burej sierści a względnie rosłych pyskach stanęło na szczycie piaszczystego wybrzuszenia, przebijając wzrokiem półmrok.

Do uszu śpiącego docierały osobliwe odgłosy. Nie ostało się w nim jednak ni źdźbło przejęcia czy zainteresowania. Wszystko jedno, że było mu wszystko jedno. Od samego początku nie dostawał szans na odpoczynek. Sama ta bijąca wrogością, srożąca się naokoło kraina piaskowej wybujałości była mu przeciwnikiem we własnej osobie, zadawała cięgi i wyciskała ostatki energii. Igrała z nim, nękała go i śmiała się prosto w ucho (w oboje uszu naraz!) śmiała i, na Boga, nie było już co do tego wątpliwości.
Sprawdzała go.
Eh, wiedziałem, wiedziałem doskonale, czego szukała. Byłem pewien. I nie myliłem się.
Jemu samemu los musiał wydać się po prostu nieuczciwym. Czy mogłem mu się dziwić?
Odgłosy nasiliły się tak bardzo, że otworzyły mu oczy. Mimo woli dosłownie zerwał się ze snu, skoczył na nogi. W ostatniej chwili, a kończąc upadkiem na plecy, uchylił się tym sposobem przed napadem z frontu.
Co, u diabła!
Drzewo. Prosty, brunatny pień rozgałęziający się skromnie, w kilka prędkich mrugnięć. Ależ tak, wyrósł oto tuż przed człowiekiem i to na jego przebudzonych oczach! Pustynia była dobrze oświetlona, po przyswojeniu wzroku czarnowłosy mógł podziwiać cały „gaj” dokładnie na wprost siebie. A przynajmniej jeden drewniany element owego gaju starał się go przekonać, że dopiero co wyrósł mu przed nosem. Niewiele myśląc, pognał w gąszcz pni i konarów, zgarniając po drodze swoje fanty, odwracając się na wyczuwane towarzystwo.
Niczego jednak nie zobaczył.

Kluczyły w miejscu, wąchając suchy piasek, szukając choćby kropli krwi. Uświadomiwszy sobie, że zgubiły dwunożną istotę, zaczęły piszczeć i wyć. Rzucały na boki łbami, sapały, jeżyły sierść wzdłuż grzbietów. Wywiązały się psie niezgody, rozstrzygnięte w krótkich kąsaninach. Jedno ze zwierząt usiadło po prostu, oblizując pysk, jakby obchodząc się smakiem.

Mijał biegiem wysokie, uderzająco proste drzewa i zdumiewał ich obecnością. Były bezlistne, ale zdrowe – w niczym nie przypominały okazu napotkanego przy narodzinach. Różnie stojące, pochylone w bodaj każdym z możliwych kierunków, toteż oparte o siebie lub krzyżujące się wzajem, najpierw rosły pojedynczo, dalej zaś coraz gęściej. Prawdziwy, suchy na wiór las.
Zachodził w głowę, dlaczego nie zauważył go wcześniej, skoro księżyc już mocno oświetlał był pustynię. Najgorliwiej przeczył temu, czemu sam przecież świadkował, przekonany, że drzewa nie mogą, nie rosną tak szybko. Nic tego tak nie robi. Z jakiegoś powodu całkiem zapomniał, ileż to dokładnie dni i nocy miał za sobą.
A jednak, musiał stwierdzić, przecież jeszcze przed chwilą ich tu nie było!
Łamiąc z trzaskiem łyse gałązki, ledwie mieścił tors między pniami. Ktoś, kto przyczynił się do ich postawienia… czy podejrzewał o to czyjąś mądrość i moc, czy jedynie nieosobowy traf bez intencji… najwidoczniej nie znał się na tworzeniu lasów, myląc ową sztukę ze stawianiem ostrokołu. Las był niewiarygodnie, niepraktycznie wręcz ścisły, za to nieduży. Na drugim jego końcu mężczyzna postawił stopę na pisakowej pochyłości.
Panowały tu znaczne ciemności, wielki księżyc skrył się za szczytami wysokich drzew – z tej perspektywy zdawały się sięgać pod gwiazdy. Za wierzchołkiem pokonanego barchanu pokazał się człowiekowi garb kolejnego, a dalej dowód kolejnego i jeszcze jednego… W najbliższej dolince pomiędzy wzniesieniami czekały za to rzadko rozsiane głazy, częściowo potopione w piasku. Przysiadł śród nich, opierając o jeden, w końcu (nareszcie!) łapiąc spokój i oddech.
Wielka szara masa dosadnie kojarzyła się z ubitą bestią, a jednak wybrał sobie miejsce właśnie przy niej i było mu tam dobrze. Siedząc, coś go jednak uwierało. Wyłuskał z kieszeni płaszcza dziwny metalowy klocek, znaleziony jeszcze na krwawym pobojowisku, i zamknął go w dłoni. Rozglądał się stale naokół w obawie, że nie jest sam, że nie może być sam. Mimo iż nie było śladu śledzących go zwierząt, postanowił nie porzucać czujności.
Miecz!
Szarpnął się. Ten długi kawał metalu, który posiadł jego prawicę (nie odwrotnie) ranił ją i nie odzwyczajał od bólu; krzepił w rzeczy samej – a zarazem nie pozwalał na to krwi, ten ułamany brzeszczot, miecz, co zdecydowanie pamiętał lepsze czasy! Miecz! Miecz, do diaska!
Mężczyzna zacisnął rozciętą dłoń, pustą dłoń, zerwał się na nogi, o mało nie pognał z powrotem w gęstwinę.
Zostawił miecz po drugiej stronie lasu. Tak. Musiało tak być. Źle, bardzo źle. Do diabła… Do diabła!
Usiadł.
Jakby się przewracał – aż łupnęło.
Kilka westchnień później był już… w zasadzie spokojny. Zguba jedynego oręża mogła niebawem okazać się jego ostatnią pomyłką, ale to wyłącznie marność, furda. Przestał się tym przejmować; tak bardzo naturalnie. Był bezpieczny. Siedział w zapadłości dolinki, otoczony ścianami piasku, zgromadzeniem głazów i falistą linią styku ziemi z niebem, zupełnie odkryty na ataki, zupełnie bezbronny. Był bezpieczny. Dokładnie tak, jak niedawnym czasem, gdy drzemał płytko, przytulony policzkiem do piasku. Pomyślał sobie nawet, że być może nadal tam leży? Bezpieczny. Mięso kęsami odchodzi od jego kości. Krwawe psie mordy przepychają się, by dostać do parujących wątpii; jedna z nich zadziera się wysoko i wyje w księżyc.
Tymczasem on, to, co z niego zostało, przeniósł się na dno doliny. W dół śmierci i kamienne milczenie. Niezagrożony w swym zobojętnieniu, skapitulowany. Tak jak zechciał. Gotowy na wieki odpoczynku.
Jednakże wcale nie był w zaświatach, wcale nie tracił połaci żywej tkanki.
I wcale nie był bezpieczny.
Za to gdyby nawet śnił, oto właśnie rozpoczynał sen we śnie. Wystarczyło, że raz jeden zlekceważył ciężar powiek. Klasnęły cicho – a sen wprosił się sam.
Przysnął jednak tylko na chwilę. Na tę krótką chwilę zapomniał o wszystkim. Zamykając w dłoni błyszczącą sztabkę, jakiś czas nieruchomiał tak z opadającą głową, uwikłany w nieprawdziwe problemy, w nierealne zagrożenia. Gromady realnych trosk rozbiegły się po kątach nieważkości; sen odesłał precz strach i jeszcze gorsze od niego zrezygnowanie, tożsame wszak ze zgodą na własny kres. Przywrócił zapas sił, odrodził prochy wypalonego uporu i ulepił z nich nowy kształt.
Ta nieznaczna minuta odpoczynku okazała się dla mężczyzny zbawienna. Należała mu się.
Przebudziło go nieustanne drżenie ciała. Choć tropiące go stworzenia wciąż mogły go dopaść, miał teraz na głowie wcale nie mniejsze zmartwienie – było piekielnie zimno. Owinął się połami płaszcza. Z ust wymknął się kłąb zamarzającego powietrza.
Ziąb był tu, po drugiej stronie lasu, przenikliwy jak sopel. Do konceptu zaświatów pasował jak ulał. Mężczyzna wspomniał naraz pozostawione skóry wśród bagaży poległych i przeklął własną nierozwagę. Wiedział, jak by je teraz spożytkował. Musiał się jakoś ogrzać bez nich; i do tego wcale trafnie odgadywał, jakże się za to zabrać. W głowie stawała mu instynktowna myśl o ogniu, mimo tego nawet, że wszak w życiu się z nim nie zetknął.
Od dłuższego czasu zapatrzone w jeden punkt oczy dopiero teraz poznały, co widzą. Czarna, wybitnie kontrastująca z piaskiem gałązka, o cal od czubka jego lewego buta, przypominała postarzałą, wymizerniałą ludzką rękę. Nie pamiętał wcześniej jej obecności.
Wkrótce… coś sobie uprzytomnił.
Zerknął na zaciśniętą dłoń, w której to pocił osobliwy, połyskujący przedmiot.

Po pewnym czasie miał już satysfakcjonującą ilość gałęzi. Ułożył wszystko w stos tuż przy kamieniu, sadowiąc się naprzeciwko. Przy okazji zbiorów na opał odkrył, jakże licho osadzone w piasku były niektóre z tych drzew-pali tego lasu-palisady. Jedno z mniejszych obalił z niemal przypadkową łatwością (było praktycznie pozbawione korzeni) toteż również przytachał je pod kamień. Teraz z kieszeni wydobył metalowy klocek z wygrawerowanym, misternym wzorem, przywodzącym na myśl lisi ogon (płomień… a jakże). Otworzył go.
Wyłonił się mały czarny kamyk. Człowiek zwlekał chwilę, lecz się nie zastanawiał; wiedział doskonale, co robić. Potarł kamień kciukiem, nie będąc wcale zaskoczonym, gdy z wnętrza nienazwanego przedmiotu wybiło małe, lśniące, rozkołysane ciepło.
W drugiej ręce gotowił już ów czteropalczasty patyk. Kościste ramię z najczarniejszego drewna.

Kiedy ognisko zaczynało przygasać, obracał i przemieszczał bierwiono. Zdążyło już mocno się wypalić, w przeciwieństwie do nocy, trwającej już okrągłą wieczność. Nie zapowiadało się, aby miała przejść podczas następnej.
Przepełniało go kruche uczucie bezpieczeństwa. Było mu w pewien sposób błogo, brakowało jednak jedzenia. Po skromnym posileniu się pozostałością owoców, cieszył się jeszcze zapasem placków pszennych i zwitkami suszonych pasków mięsa, twardych jak podeszwy. A wiedział doskonale, że musi oszczędzać, choć jego żołądek dawno temu znowu był opustoszał.
Żałował, że tak słabo się zaopatrzył. Jeszcze bardziej bolał nad tym, że stracił po drodze większość z tego, co w ogóle zabrał. Niemała część zalegała musi dokładnie w miejscu, gdzie upadł bez sił – po drugiej stronie lasu. Wraz z mieczem. Sądził naówczas, rozłożony tam ze złamanym duchem, że już się nie podniesie. Tymczasem uparte, pierwotne życzenie przetrwania wydawało się mieć taki pomysł w pogardzie. Zaprawdę było nieznośne.
W kieszeniach płaszcza doszukał się rękawic. Cienkich, z miękko wyprawionej skóry, wzorzyście obszytych. Jakie by nie były – zastąpiły cięty brzeszczot z doprawdy największą dla dłoni przyjemnością.
Czerwony ogień hipnotyzował…
…Trawione nim drewno czerniało, rozpadało się w pęknięciach, z pęknięć kicały głośno skry. Piasek pod spodem nagrzewał się i grzechotał. Ciemność zza płomieni, za którą skryło się z kolei pustkowie, tańcowała erotycznie, oddychała drżąco, ale miarowo. Tak długi czas znieczulona na pożądliwy wzrok człowieka, wreszcie otworzyła dzikie, palące się oczy i odpowiedziała mu, wejrzała na niego. Ciemność. W pełnej krasie, w swej antyrozkosznej postaci. Otchłań i Nieskończoność. Przeraźliwość i Och. Całe eony mroków, które tak długo, tak starannie koncypowały ogień, a potem pożar życia. Jakże niezwykle jakże niezwykła piękność się w nich zmieściła. Jakaż siła! Brutalny prąd praczasów. Zniszczenie i śmierć, jednym strumieniem płynące ku cyklonowi, który był początkiem burz, co wypłakały Świt. Pustkę. A potem Noc. I czerwony stos.
Na którym dygotał Człowiek. Dochodząc do obecnego hartu.
To piękno było mordercze i stwórcze, nieokiełznane i potulne. Było jak lico najczarniejszego z jezior, tylko nieznacznie zmącone, falowaniem swym zaś jedynie bardziej klarowne. W szklistym odbiciu czarne włosy, poparzony policzek, spierzchłe suche wargi; strach i pożądanie bez nazwy. Głos. Znikąd. Opowiadał o dziejach, które pamiętał tylko ten mrok i tylko ta nicość naokoło. Przechowywały one tych niepoznanych przez żywych tajemnic skarbnice tak długo, nie mając wszak między kogo je obdzielić, do kogo przekierować. Głosy, skowyty, mamrotania, chorowite, skrzywdzone iście skamlenia. Nocy, mroku, próżni, snów, piasku, powietrza. Przyszły i długo nie milkły. Głosy kamieni. Drzew. Północy i południa w parze. Wschodu i zachodu w zjednoczeniu. Ludzkiej skóry ubranej w dreszcze. Wyschniętych ust. Łez.
Krwi.
Chór zjawisk, które społem sprawiały tę oniryczną chwilę. Które podpełzły do ogniska świadczyć o tym, co dawno, dawno już za węgłem pamięci. Co od dawna nie dla oczu. Były nachalne i były bezlitosne. Uszy człowieka zapoznały się z grzechami świata i ogłuchły.
Wystarczy!
Głosy urwały się, gromada rozpierzchła się płocho. Oczy Otchłani, jako jedynej w pobliżu cichej i spokojnej, zamrugały. Sztylety rzęs opadły i podniosły się. Świat, ten czy inny, odsłonił się przed człowiekiem i przedstawił mu z imienia, tym razem pokornie, czule, niemal intymnie. Piękna, ach, przepiękna a smutna nieskończenie kobieta o oczach otchłani odbiła w nich siedzącego na piasku mężczyznę, zakutanego w płaszcz, opartego o głaz. I tak samo, jak ten głaz – skamieniałego w śnie, który miał być jego własną, jego czujnooką otchłanią.
Opadły ludzie powieki, a potem głowa; twarz zalały czarne włosy.
Ogień trawił bierwiono długie, spokojne godziny.
Noc (otchłań… przepiękna, przesmutna kobieta) nie spuszczała śniącego z oczu. Aż wreszcie sama zamknęła własne.
I prysła.


C.D.N.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1833
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Dzwon

Post autor: Kruffachi » 21 lutego 2018, 20:45

Krótko, bo musiałabym się powtarzać, a moje odczucia właściwie się nie zmieniły. Nadal nie mam pojęcia, dlaczego opisywane tak rozwlekle sceny i losy człowieka (?), o którym niczego nie wiem, miałyby mnie poruszać. To już za długo trwa, żeby język i obrazowość zdołały mnie przy tekście zatrzymać, więc po prostu jest coraz stromiej pod górę i naprawdę się już męczę. Dlatego tak długo trwało, nim się odezwałam. Podchodziłam parokrotnie, przerywałam, a potem nie byłam w stanie znaleźć miejsca, w którym skończyłam, bo wszystko wydawało mi się takie samo - i to wrażenie monotonii jest właściwie dominujące.

Natomiast zdecydowanie plus za sposób narracji - jest ciekawym chwytem użycie takiego biernego obserwatora, który jednak mówi o sobie "ja" i ewidentnie jest elementem świata przedstawionego.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ