UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Tytuł Tekstu Września otrzymało "Jak [nie] zostać bohaterem" - GRATULUJEMY! :D

Lód z płomieni

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 117
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Ag. » 08 września 2017, 18:14

Mam problem z Septirunem, bo sam pomysł na tę postać jest świetny – siódmy syn siódmego syna szalejący od magii, opętany przez kuzyna, mogący rozmawiać z Żirą, przewidujący przyszłość... dużo ciekawych elementów się w nim skupiło. I wejście też ma dobre, to że usłyszał Żirę i wszedł w środek cudzej rozmowy. Szkoda tylko, że przy bliższym poznaniu jakoś szczególnie się nie wyróżnił. Ot, rzucił paroma wrednymi tekstami, parę razy powiedział coś dziwnego, zachowuje się chaotycznie. Zabrakło w nim siły, przede wszystkim zaś charyzmy. Albo tajemnicy. Nie jestem pewna w co celowałaś, ale Septirum sprawia wrażenie następnego rozmemłanego brata, który coś tam kombinuje, ale niezbyt przekonująco. Plus jest to kolejna scena pielgrzymki do lochów. Jak dla mnie ta postać ma w sobie znacznie więcej potencjału, niż do tej pory pokazała.

Zauważyłam też, że stanowczo nadużywa zwrotu "słodki nekromanto". Rozumiem, że to miało być jego powiedzonko, ale powtarza się tak często i tak blisko siebie, że wygląda w którymś momencie zwyczajnie głupio. Np. tu:
– Muszę już iść, mój słodki nekromanto – stwierdził Septirun. Nieustannie potrząsał głową, jakby chciał dać do zrozumienia, że nie pojmuje zupełnie odkrytego zaniedbania. – Jeszcze się spotkamy, mój słodki nekromanto.
Sam wątek opętania mi się podoba, aczkolwiek boję się, że zaginie wśród bardzo wielu innych pobocznych spraw, z jakimi książęta i księżniczki się do Neana zwracają. Wraca tu znów schemat ktoś przychodzi do Neana-trochę tłumaczy, czego chce-Nean trochę pomaga, a trochę nie-nie wiadomo, co dalej. Pewnie się powtórzę, ale dużo jest w twoim teście takich drobnych smaczków, o których czytam z dużo większą chęcią niż o samym Neanie.

Co do sceny obiadu, to przyznam, że Cerin irytuje mnie już niemożebnie i skoro zaczęły padać królewskie trupy, to mam nadzieję, że zdechnie.

Chyba najbardziej w scenie śmierci podobało mi się to stwierdzenie:
Jeśli płakał, to nie po zmarłym synu, ale po tym, czym nigdy się dla siebie nie stali.
Ładną i głęboką myślą mi się wydaje. Poza tym jednak... mam wrażenie, że nie zdążyłam się przywiązać do żadnej z tych postaci na tyle, by przejąć się ich śmiercią. Samego cesarza też nie lubię na tyle, by mu współczuć. Ot, zginęli, zdarza się, jakoś trzeba popchnąć fabułę do przodu. Nie wiem, czy ta scena miała ze sobą nieść szczególnie ciężki ładunek emocjonalny, ale dla mnie nie niesie. Jeśli miała zagęścić atmosferę, to niewątpliwie zagęściła, bo omal nie zginął cesarz, a to mogło wywołać bardzo wielkie zmiany.

Ogólnie odnoszę wrażenie, że poprzednia wstawka była lepsza, bo wyłamywała się ze schematów, które sama dla siebie przyjęłaś plus była dużo bardziej konkretna i tak dalej.

Inne uwagi:
czuje zapach pieczonego mięsa. Wyjrzał przez okno i faktycznie – jakieś mięso się piekło, ale było to mięso z palonego właśnie ciała.
Ciekawi mnie ta kwestia, bo się nie znam, ale zawsze mi się wydawało, że palony człowiek to raczej śmierdzi paskudnie spalenizną niż przyjemnie pieczystym. Ktoś coś wie w tym temacie?
smak mocniej mu doskwierał,
Nie ma to za dużo sensu, bo prostu smak był wyrazistszy.
Nean stał obok samego siebie
Rozumiem, że to jakaś niefortunna wariacja na temat „wyjścia samemu z siebie”? Ale do kontekstu nie pasuje. Nie jestem pewna, co próbujesz tu opisać.
To nie ma znaczenia, Kruczarzu.
Jak już zapewne wspominałam, nie lubię uciekania od odpowiedzi.
Nean miał ochotę zwyzywać młodzieńca, lecz ostrzegawcze szarpnięcie Żiry kazało mu podejść do sprawy z rozmysłem.
Ach, Żiro <3
rozpoczął nerwowa wędrówkę
ą
Wszystkiego było oczywiście po trochu, a starczyłoby na nakarmienie niedużej wsi.
To po trochu czy tyle, by nakarmić wieś?
zaczynała pilnować Urbinana przed towarzyską kompromitacją.
?
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1833
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kruffachi » 09 września 2017, 11:51

Zacznę od tego, co mi się podobało najbardziej, czyli od tej zabawy chronologią - od tego, że najpierw słychać dzwony, a dopiero potem wyjaśniasz, co się stało, i to nie za pomocą suchej informacji, a rozbudowanej sceny. I nawet - w przeciwieństwie do Ag. - poczułam się nią poruszona. Nie przez Urbiniana, który już po mnie spływa, ani przez żonę, o której nie wiedziałam nic, ale przez Kwartaniana i tę jego dziewczynę. Przez nią, bo udało Ci się na krótkiej przestrzeni nakreślić obraz osoby zwyczajnie dobrej i sympatycznej, z którą mogłabym sympatyzować. Jego, bo był taki infantylny i jednocześnie - mam wrażenie - szczery w swoich dążeniach. Ot, chciał osobistego szczęścia, chociaż mu nie wychodziło, no ale przykład z góry raczej nie szedł. I w sumie wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że tak mu kibicuję, żeby sobie jednak to życie po swojemu ułożył, ogarnął się i znalazł, czego szuka, bo przecież nikomu nie wchodziłby wtedy w drogę. A tu klops. Więc nie to, żebym zalewała się łzami, ale chyba na nic takiego nie liczyłaś, natomiast zagranie zaliczam do udanych, były emocje, był bardzo ładnie odmalowany żal cesarza i był jeszcze wzmacniający wszystko kontrast w postaci pijanego Primona i Cerina, który coraz bardziej jawi się jako szara eminencja tej rodziny i w sumie nie zdziwiłabym się, gdyby ostatecznie okazało się, że to on pociąga za sznurki. Bo ma taką groteskową, przerysowaną maskę, a jednak pojawia się wszędzie, widzi i słyszy wszystko, zawsze jest tam, gdzie coś się dzieje. A jeśli to on stoi za zamachem, hm? Albo Primon i dlatego się schlał, bo nie strzymał presji? Czy byliby tak głupi, żeby kręcić się w pobliżu? Chociaż trucizna każe mi też podejrzewać udział Ariena - świadomy czy nie. Zobaczymy.

Trochę większy mam problem ze sceną z Neanem i Septirunem (i Żirą :3 ). Ofkoz kumam, dlaczego Septurin zachowuje się tak dziwnie - bo jest opętany. Podejrzewałam to wcześniej, choć nie sądziłam, że pojawi się postać już gdzieś tam znana, a na pewno wiedziałam, że ma jakiś związek z kodeksem - swoją drogą, w jakim znaczeniu używasz słowa "kodeks"? Bo ja odruchowo widzę coś takiego: Obrazek
Ale z kontekstu wnoszę, że chodzi Ci o znaczenie spisu, to bardziej prawnicze, nie paleograficzne. Sugerowałabym gdzieś tam doprecyzowanie, jak wyglądał oryginał, bo ja cały czas myślałam o księdze (no bo stylówka fantasy, więc sięgnęłam po znaczenie średniowieczne i w sumie zgodne ze źródłosłowem) i teraz dopiero do mnie dotarło, że nie. I byłam lekko skonfundowana.
Ale wracając do Septurina, kumam, skąd się zachowanie wzięło, nie kupuję go jednak. To kolejna postać wpadająca mi w tym świecie w schemat silna osobowość = wredne odzywki. No, nie tak to działa. Znaczy, owszem, mogę sobie kogoś takiego wyobrazić, choć prawdziwa siła nie wymaga, żeby nią epatować, ale nie wszyscy, a odnoszę wrażenie, że taką obrałaś taktykę, że jeśli ktoś ma mieć przewagę nad rozmówcą, musi zachowywać się paskudnie, a wbrew temu, co tam sobie Nean myśli, Daren ma w tej scenie pewną przewagę. Swoją drogą, trochę mnie razi to realne anglosaskie imię w tym zestawieniu, ale to drobiazg. Jakby się nie nazywał, fajnie byłoby zobaczyć kogoś zwyczajnie dojrzałego w tym świecie. Sama intryga jest mocno zawiła, pełna imion, których już nie pamiętam i nie potrafię przywołać z poprzednich opowiadań, ale może mi się z czasem poukłada. Grunt, że wiem, że Daren chce zemsty i ma ku temu powód. Jednocześnie popieram Ag., że za dużo tego słodkiego nekromanty. To na tyle wyraziste i upokarzające, że serio wystarczyłoby raz, każdy kolejny tylko osłabia efekt.

Co jeszcze... No, mnożą się wątki. Ciągle dokładasz nowe klocki i zastanawiam się, kiedy przestaniesz, a rozpoczniesz grę tym, co już masz, bo masz ogromnie dużo. W fabułach wielowątkowych czasem trzeba coś zamknąć ostatecznie, żeby przygotować miejsce dla czegoś innego. Za duża ilość zabawek na raz jest niebezpieczna i paradoksalnie grozi znużeniem czytelnika, więc doradzałabym ostrożność i powolne zmierzanie do zamknięcia chociaż jednych drzwi.

I cóż, czekam z napięciem na ciąg dalszy ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1833
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kruffachi » 25 września 2017, 09:11

Mam Interniety w ciapągu, to skorzystam. Bo doczytałam SB ;) I myślę, że może moje zdanie w temacie będzie dla Ciebie przydatne. Być może. Mam nadzieję.

No nie, ja też nie uważam, żeby Nean był w jakimkolwiek aspekcie delikatny. Jeśli chciałaś, by taki był, zastanów się, proszę, co miało o tym czytelnikowi powiedzieć - jaki aspekt osobowości, jakie sytuacje (jedna nie wystarczy, zresztą nawet jednej nie potrafię sobie przypomnieć). Bo czerpiąc z faktów, jakie przedstawiłaś, ja widzę osobę, która nie ma problemów z fizyczną i psychiczną przemocą oraz nie odczuwa wyrzutów sumienia po jej zastosowaniu, która nie waha się zabijać i krzywdzić w sposób potencjalnie gorszy od śmierci (serio, to, co zrobił Żirze, jest naprawdę koszmarne i niezmiennie mnie dziwi, że tak łatwo wybaczyła), która, jeśli się boi, to tylko o siebie. Daleko mu do jakiejkolwiek lojalności. Nawet jako opiekun zwierzęcia się nie sprawdził, a to, że został skrzywdzony... cóż, nie trzeba być delikatnym, żeby zostać skrzywdzonym. Oraz bycie skrzywdzonym nie czyni delikatnym, a często wręcz przeciwnie, powoduje wzrost parametrów gruboskórności ;) Tak że, jeśli chcesz, żeby Nean był postrzegany jako osoba delikatna, musisz to pokazać i jakoś unieważnić to, o czym napisałam, acz będzie o to bardzo trudno.

Tyleż ode mnie w temacie *dyg*
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 25 września 2017, 13:15

Może nie do końca trafnie użyłam tego słowa, ot, takie skojarzenie. Akurat pisałam to w kontekście muzyki death metalowej, która Kanterial kojarzyła się z Neanem. Słuchając jej, zobaczyłam wielkiego twardziela, a Nean, jak również pisałam, to takie bardzo wredne chuchro, które bić nikogo nie pobije, bo się nie umie bić. A pić po karczmach i bluzgać też nie będzie, bo wykształcony czarodziej, intelektualista i w ogóle ponad to. Inna jeszcze sprawa to te wszystkie jego "schizy" i lęki, które mam nadzieję, że widać. Kreuję tą postać czasem nie do końca świadomie, ale w moim odczuciu jest on delikatny też np. dlatego, że jak się wie gdzie uderzyć, to szpilę mu wbić potwornie łatwo.


A jeśli chodzi o Żirę... Wielokrotnie dałaś mi do zrozumienia, że średnio kupujesz ten wątek. Ale jednak gdyby nie Nean, nie żyłaby. Demon by ją po prostu pochłonął i koniec historii. Zgadzając się na umowę, ryzykowała, wiedziała przecież, że Kruczarz może ją zdradzić, ale innej opcji nie było. On także nie znał lepszego sposobu na uratowanie jej, a w sumie to Żira sama prosiła go o pomoc. Sprawdziłam przed chwilą i sama się zdziwiłam, że przekonywała Neana tak długo. On tylko wykorzystał sytuację, jak to na czarownika przystało.
Ale to nie koniec. Bo Nean mógłby traktować ją zupełnie inaczej. Po co on z nią w ogóle rozmawia? Mógłby ją ignorować przez cały czas oprócz momentów, gdy wydaje rozkazy i doprowadzić do tego, że Żira by się "rozpłynęła" zostałby tylko pozbawiony osobowości demon, z którym dużo łatwiej by mu się żyło. Bo Żira póki jest sobą to może się z nim przepychać, wyzłośliwiać się, komentować. A Nean nawet jej nie ukaże. (Taka dupa wołowa, a nie czarnoksiężnik. :facepalm: ) Jeszcze się przed nią kaja i ogólnie daje sobie wchodzić na głowę.
Inna sprawa, że w momencie zawarcia układu, oni byli dla siebie kompletnie obcymi ludźmi, z których każde miało własne interesy i nawet by nie wpadli na pomysł porozumienia. Nean przecież Żirą gardził, nieźle po niej pojechał, tak naprawdę za cholerę go nie obchodziło, co się z wiedźmą stanie. A Żira zaraz po staniu się demonem chciała go zabić, a nie zabiła tylko dlatego, że nie mogła. I tylko tak naprawdę litość Neana daje im szansę odkryć, że nie są tak totalnie różnymi ludźmi, jak im się wydawało. Oczywiście Nean wstydzi się swojej litości i frustracja związana z tym wstydem owocuje potem zniszczeniem duszy Idiuna, która jest od Żiry znacznie mniej cenna.

No przynajmniej ja tak to widzę. :bag:
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 29 września 2017, 19:06

Wiem, że długo to trwało, ale oto przed Wami przedostatnia wstawka.
XX Nean unosił się na kruczych skrzydłach.
W dole na podobieństwo kolorowej mozaiki płynęła Latria, a razem z nią rzesze mrówek – pstrokatych, głośnych i brudnych. Nie był to brud znany ludziom północy. Był to brud suchy, pełen piasku i kurzu, pachnący spaloną w słońcu ziemią. Woda z akweduktów próbowała go zmywać, krążąc po mieście niczym krew w ludzkim ciele, z żyły do żyły, z dzbana do dzbana, ale jej trud pozostawał bezowocny.
Czarownik uniósł się wyżej, by nie rozpoznawać sylwetek w dole, podziwiać miasto jako jeden perfekcyjny twór. Uporządkowane mrowisko, gdzie nawet nadzwyczajność jest rutynowa. Kiedy ci zjadacze chleba będą mogli doświadczyć tego samego widoku? Stąd ludzie nie tylko przypominali mrówki – byli nimi.
Nean otworzył oczy.
Metr przed jego twarzą ściany celi trwały w wiecznym półmroku. Czuł kwaśny odór własnego moczu i potu. Czuł szorstkość byle jakiej tkaniny na skórze, a zamiast lekkiego wiatru pomiędzy piórami, ziębiący chłód kamieni. W lewej dłoni ściskał srebrny amulet w kształcie kruka trzymającego klejnot. Prawą zaciskał na latarni.
– Nie leć zbyt wysoko – powiedział do Żiry.
Wiedźma zaśmiała się w prostej, dziecięco szczerej ekscytacji. Nean znów zamknął oczy i po chwili lecieli na skrzydłach Bezmyślności razem.
Poprowadziła kruka nad cesarskimi ogrodami. Najpierw uderzyły w nich soczysta zieleń i ciemny błękit sadzawek, a wśród nich pomarańcz, czerwień i brąz. Dopiero potem zapach kwiatów i owoców, widok dostojnych, przybranych w jedwabie ludzi. Jeden z nich, czarodziej okrągły na podobieństwo kuli, spojrzał ku nim, dłonią próbując uchronić oczy przed słońcem.
– Nie tak nisko! – zaśmiał się Kruczarz. – Zdemaskują nas!
Za wysoko! Za nisko! Marudzisz jak baba!
W jej słowach nie było ani nuty żalu. Tylko zachwyt. Wolność. Zmysły. Szczęście otumaniające mocniej od wina.
– Oddałbym ci kruka zamiast lampy, ale potrzebuję obu – powiedział Nean i nawet się nie przejmował, że zabrzmiało jak przeprosiny.
Niektórych istot nie można trzymać za kratami, by nie zmarniały jak ziarno, które wiatr zawiewa na pustynię. A jednak nie żyje długo ten, kto uwolni z klatki lwa.
– Żiro, dosyć na dziś.
Tylko chwilę.
Zabrała Bezmyślność znad pałacu, przemknęła nad rzędem okazałych domostw, nad trzeszczącymi ruderami slumsów. Na obrzeżach miasta stała niewielka, biała świątynia, wokół której gromadził się tłum. Przewodził mu kapłan w jaskrawej szacie – przemawiał na podwyższeniu, gdy wierni słuchali wpatrzeni weń jak w samego boga.
– Żiro...
Mhm...
Prawa dłoń Neana powoli zsunęła się z latarni. Żira znów zamruczała niezadowolona, ale nie próbowała go zatrzymać. Kruczarz czuł jej zamyślenie. Dobrze, że myślała i choć przez chwilę mogła poczuć namiastkę cielesności. Bał się jej, ale człowiek boi się także lwa, a mimo wszystko nie chce, by zmarniał w niewoli.
– Kiedyś jeszcze ci pozwolę – obiecał czarownik, ale była to bardzo niepewna obietnica. Musiał wysłać Zapomnienie i Bezmyślność na zwiad. Ciekawe czy Septirun wiedział, że zwrot amuletu umożliwi mu powtórne nawiązanie więzi z krukami.
Nasz brat nie żyje. – Te słowa obudziły Neana o poranku, ledwie zasnął zmęczony dyskusją z Żirą. Stało nad nim dwóch chłopców w czerni, o krótko ostrzyżonych włosach. Jeden delikatny, poruszający się niby liść na wietrze, drugi zgarbiony i niechlujny, z masą dziur na drogim ubraniu.
Septirun i Octavius.
Jednak słowa w ustach siódmego z synów cesarza brzmiały za martwo, by czarownik dostatecznie przejął się ich znaczeniem. Jego uwagą zawładnął całkowicie srebrny wisior na szyi Octaviusa – kruk trzymał w szponach migoczący klejnot.
– Oddaj mój amulet –warknął Nean.
Poszło zadziwiająco łatwo. Gdy Septirun ustalił, że srebrny kruk faktycznie jest własnością Neana, kazał bratu oddać zgubę.
Błąd.
Czysta moc w rękach człowieka była niczym, ledwie oceanem w wiaderku. Jak powiedział Armelii, liczyły się znaki, symbole, zaklęcia, pieśni, które raz stworzone przechodziły z pokolenia na pokolenie. Owszem, można było całe życie szukać klucza, ale Kruczarz wolał zaopatrzyć się w wytrych.
Obracał srebrny amulet w palcach, rozpoznając każdą wypukłość i każdą rysę. Wyryte na skrzydle runy układały się w znajome słowo – NEAN. To było ważne. Imiona były ważne. Gdy raz przylgną, trudno się ich pozbyć, nie pozbywając się całej reszty. Dlatego stanowiły dobre narzędzie, doskonały punkt wyjścia. Nean myślał gorączkowo, na drewnianej misce przygrywając sobie w biegu tworzoną melodię. Gdyby tylko udało mu się powiązać moc amuletu z...
Nie. Dopilnują, by tego nie zrobił. Podczas wizyty książąt zjawiła się również niska kobieta o okrągłej twarzy i spojrzeniu surowej matrony, która musiała być tutaj kimś ważnym, skoro odważyła się oskarżyć książąt o lekkomyślność. Przegrała, bo tak rządził się świat, ale niestety przypomniała książętom, że nie powinni wpychać się do celi czarnoksiężnikowi, który w pół godziny wykończył kilkutysięczną armię.
Krew. Nean lubił korzystać z krwi, ale była za oczywista. Może powinien wykorzystać pobyt w więzieniu na zmianę repertuaru, bo umowa także odpadała. Jakie miał inne symbole do wyboru? Ciemność, łańcuch, woda, pocałunek... Nawet jakby pocałował przeklętego cesarza w dupę, i tak by go nie wypuścili.
Baby na wsiach rzucały klątwy z pomocą włosów. Nean posiadał już całkiem pokaźną kolekcję owłosienia rodziny cesarskiej, ale wątpił, by przeklinanie książąt jakoś mu pomogło. Na przykład teraz dowiedział się, że właśnie śmierć Kwartaniana była tym, co miało uniemożliwić jego współpracę z Quintinem.
– Zamknął się w komnacie i nie chce nikogo widywać – poinformował Neana Septirun. – Medyk ostrzegł, że to trochę potrwa.
– A jednak ty z jakiegoś powodu chciałeś widzieć mnie – stwierdził czarnoksiężnik może nie do końca uprzejmie.
Teraz, gdy Nean myślał o tym z perspektywy czasu, dostrzegał, że Septirun był niespokojny, oglądał się nerwowo, kręcił. Może znajdował się pod mniejszym wpływem Darena, może widział coś więcej i zaczynał bać się własnych wizji.
– Jesteś nekromantą.
– Bywam, gdy nie siedzę w więzieniu – przyznał Nean.
Septirun, nie oglądając się, wyciągnął rękę do brata i zaraz w jego dłoni znalazła się biała chusteczka z czerwoną, prawdopodobnie krwawą, plamą na środku. Podał ją czarodziejowi.
– To waszego brata – próbował zgadnąć Nean.
Ale dla Septiruna krew też musiała być bardzo oczywistą opcją.
– Jego narzeczonej, Azary. Od trucizny zginęła ona, Kwartanian i małżonka naszego ojca wraz z nienarodzonym dzieckiem. Ale celem zamachu był bez wątpienia cesarz.
Straszliwy pech. Gdyby Urbinan zginął, w chaosie walki o władzę Kruczarz z pewnością odzyskałby wolność.
– I chcesz, abym z pomocą magii dowiedział się, kto jest trucicielem? – upewnił się Nean, mimo że już znał odpowiedź. Jaki inny cel mógłby mieć książę?
– Mówią, że krew ofiary wzywa swego zabójcę.
Nean zastanowił się. Owszem, wzywała. Nekromanta starannie rozłożył chustkę na podłodze obok latarni z duszą Żiry, tak by krew była dokładnie oświetlona.
– Pomożesz mi – zwrócił się czarownik do wiedźmy.
Sam nie mógłby odczytać wiadomości, nie używając mocy, jednak Żira należała w połowie do świata umarłych i dzięki połączeniu z duszą Neana mogła być pośrednikiem między nim, a zamordowaną.
– Azaro, niech twoja krew wzywa tego, kto ją przelał. Niech ukaże go nam, niech wyrwie go z mroku na światło – rzekł Kruczarz, a później jeszcze dwa razy powtórzył to samo, najpierw w języku demonów, później w mowie Śniących Bóstw.
Cisza.
Nie było to niczym zaskakującym, biorąc pod uwagę fakt, że Nean zmarłej nigdy nawet nie widział. Nie mogąc związać jej z pomocą magii, zdawał się zupełnie na jej dobrą wolę, a duchy młodych, zmarłych tragicznie kobiet z dobrej woli bynajmniej nie słynęły.
Właściwie bez większych problemów mogłaby go teraz opętać. Prawdopodobnie prędzej czy później, jak wszystkie pozostałe dusze, odpędziłoby ją zimno Białej Równiny, ale Nean nie przepadał za byciem opętanym w ogóle, również na krótko.
Dlatego też nie powinien był wzywać Azary wielokrotnie, ale niezadowolone spojrzenie Septiruna kazało mu to zrobić raz jeszcze.
– Azaro, krew żąda krwi. Wskaż ją.
Tak samo jak wcześniej powtórzył formułę jeszcze w dwóch innych językach.
I nic.
A potem coś.
Wpierw uderzył go duszny zapach szafki pełnej lekarstw, pamiętał go z Syvante. Potem był brzdęk szklanych buteleczek. Głos Ariena i jego własny. Okropny śmiech. Wino. Strach. Płacz kobiety. Płacz mężczyzny. Wściekłość. Zaraz znowu wnętrze więziennego szpitala, zawisłe w powietrzu pytanie. Arien. Xarem. Arien. Trucizna. Bandaże. Ręka wybierająca jedno z nich.
Nean już wiedział. Wiedział jeszcze, nim sprawdził.
– Nic z tego nie będzie – skłamał.
Septirun oczywiście domyślił się nieszczerości. Naciskał. Groził. Nean rzucił głupio, że nie może mu nic zrobić, skoro i tak go powieszą. A książę przytaknął.
– Szykuj się na jutrzejszy dzień – pożegnał czarnoksiężnika.
Nean martwił się, lecz na szczęście dopadł go sen – jedyny zamiennik dla ciepła i posiłku. Sam nie obudziłby się pewnie do wieczora, ale obudziła go Żira ciągłym sprawdzaniem, czy nekromanta już się nie obudził i nie może jej wytłumaczyć, do czego służy tajemniczy amulet.
Nie tłumaczył. Po prostu jej pokazał, a potem nie dziwił się reakcji, tej radości pomieszanej z nabożnym lękiem, kiedy do wiedźmy dotarło, że przekracza granice wyznaczone człowiekowi. Nean znał to uczucie. Kiedyś potrafił unosić się tak godzinami i nigdy nie miał ochoty przestać. Wracał umysłem do ciała dopiero, kiedy brakło mu sił albo gdy ciemność okrywała ziemię. Zazwyczaj. Czasem mijało kilka dni, nim tracił przytomność albo zmartwiony kruk sam nie wypchnął go z ciała.
Bezmyślność okazywała się czasem mądrzejsza od niego. Przez ciągłe loty Kruczarz przeziębił się ponad tuzin razy, dwukrotnie został uprowadzony, raz niemal zginął, raz wpadł w łapy inkwizycji, trzykrotnie został okradziony oraz dwa razy niemal wykastrowany, czym groziła mu pewna żwawa starowinka, gdy na miejsce uprawiania czarów wybrał sobie jej pole.
Nean schował amulet pod koszulą, napawając się brakiem lodowatej aury, jaka otaczała niemal wszystko inne. Zamknął oczy, przywołując do siebie umysł zwierzęcia.
W złym momencie.
Na dziedzińcu cesarskiego pałacu, nad którym krążyła Bezmyślność stało ponad dwudziestu czarodziejów, każdy w ręku ściskał końską uzdę, każdy był gotowy do wymarszu. Surowe twarze, jednakowe mundury – wyglądali, jakby szykowali się na wojnę.
Dowodził nimi cały pomarszczony, zgarbiony pod ciężarem wieku czarodziej w mundurze niemal czarnym od popiołu i spalenizny. Pośpieszał wszystkich, wskazując słup dymu na horyzoncie.
Więc czemu, na litość diabelską, czarodzieje patrzyli nie tam, a w górę, ku Bezmyślności?
Szlag.
Nean wycofał się jak wystrzelony z procy, odruchowo zrywając kontakt z ciałem kruka, a zapominając o powrocie do własnego. Nagły skok do niebytu, przestrzeni między materią, oszołomił go. Na zbyt długo. Ledwie skoczył do ciała przechodzącego strażnika, nim się rozpłynął. Klawisz zawył jak dziki. Musieli się przepychać i Nean wiedział, że jest z góry skazany na porażkę. Nie o to szło – szukał Zapomnienia. Znalazł je w tej samej chwili, gdy strażnikowi udało się go wypchnąć i nie czekając, wykonał skok po skoku, by finalnie wrócić do własnego, w pełni ludzkiego ciała.
Powinien po tym umierać przez długie godziny, ale nie miał czasu na cierpienie. Zerwał z szyi amulet i przykrył go kocem. Szlag! Czemu nie miał kaptura? Kaptur nadałby się idealnie.
– Więzi nie widać, nie słychać, nie czuć. Jest zerwana, pęknięta, przerwana. Oddzielony jest sługa od pana – czarownik wyrecytował pierwsze, co mu przyszło do głowy.
Prostackie zaklęcie, ale musiało wystarczyć. Obecność Zapomnienia i Bezmyślności zniknęła z jego umysłu. A gdy ich nie było, gdy Nean nie mógł pokonać ogarniającego go pesymizmu, przypominał sobie słowa Septiruna.
I szykował się na jutrzejszy dzień.
Odjęli nam skrzydła, Kruczarzu.

XXI Nean bał się świtu. Nie chciał nawet myśleć, jak bardzo jest wyczerpany nerwami, wystarczy, że wpędziły go z powrotem w chorobę. A choroba nie powinna być żywa, nie powinna podkradać się, nie powinna patrzeć na niego dwojgiem upiornych ślepi.
Mershe?
Nie, tym razem to musiała być pozostałość koszmaru. Nean obudził się zlany zimnym i lepkim potem. W głowie wciąż pulsowało poczucie zagrożenia, ciałem wstrząsały dreszcze. Czarownik nie mógł powstrzymać szczękających zębów – uderzały o siebie z dźwiękiem przywodzącym na myśl cmentarzyska szkieletów.
Zdał sobie sprawę, że szlocha. Pragnął jedynie, żeby ta chwila, ta potworna groza lodowatej i oblanej potem nocy wreszcie się skończyła. Dusił się, lecz nie przez ucisk, ale przez nagły strach zagonionego w pułapkę zwierzęcia, strach, który wpychał się do gardła i przygniatał pierś swoim ciężarem.
Masz gorączkę. Przykryj się.
Przykryć się? Czym? Koc zostawiony przez Ariena był równie skuteczny jak cienki papier wobec ulewy.
Nean skulił się w rozpaczliwej próbie zatrzymania ciepła. W ciemności widział jak coś porusza się w celi naprzeciwko, choć leżało tam tylko podobne do kupy szmat, obgryzione przez robaki ciało. Mimo wszystko Nean cały czas miał wrażenie, że widzi jak pierś unosi się i opada nieznacznie, jakby ten obcy człowiek nie miał mu nigdy dać spokoju. Przecież nie było go tu wcześniej, przyszedł tu za nim. Nean wyśmiał go, więc przyszedł się zemścić.
– Jeśli on żyje, chcę być taki sam – powiedział czarownik szeptem, bardzo powoli wynajdując każde słowo. – Chcę żyć wszystkim na złość i zsyłać koszmary.
Co?
– Ten człowiek. – Wskazał palcem. – On się rusza.
Rusza się to, co żyje w środku.
– Może.
Wiedziony impulsem poczołgał się przez celę do latarni. Objął ją, jakby magiczny płomień mógł go ogrzać albo jakby liczył, że obejmie w ten sposób samą Żirę, że poczuje ciepło jej ciała, które zostało daleko na północy, wśród śniegu, zamarznięte na zawsze. A nawet gdyby nie, Nean nie odczuwał ciepła innych ludzi tak samo, jak nie odczuwał ciepła ognia.
Co robisz, Neanie?
Żira niepokoiła się. Bardzo słusznie – była w końcu pod absolutną władzą szaleńca. Ciekawe jak wyglądałaby ich znajomość, gdyby mogli się odnaleźć w innym, lepszym świecie. W innym życiu.
Pewnie by go zabiła, po kobiecie nie spodziewałby się magii. A gdyby się spodziewał, sam zabiłby ją pierwszy.
– Nie chcę zasnąć, a światło pomaga.
Śpij, Neanie. Nie masz sił.
– A jeśli umrę we śnie?
Nie umrzesz.
– Mów do mnie, Żiro.
O czym mam mówić? Bajkę mam ci opowiedzieć?
Pytanie nie było kpiące, może lekko złośliwe, niosło jednak głównie rozpacz. Nean uśmiechnął się, na ile był w stanie przy męczących go dreszczach.
– Opowiedz mi o Garycie – poprosił, zaskakując sam siebie.
Nie ma, o czym opowiadać.
– Mimo wszystko chcę posłuchać.
O czym? O kobiecie zmuszonej oddawać się mężczyźnie? O obrzydliwych wyschniętych łapskach, którymi mnie dotykał? O jego gęstej i cuchnącej ślinie? A może o nocach, które przepłakałam, kuląc się na podłodze i szmatami zasłaniając usta, by go nie obudzić?
– Niczego cię nie nauczył?
Podstaw. Bał się mnie i słusznie. Gdybym potrafiła wtedy tyle co teraz, skończyłby...
Urwała. Dobrą chwilę zajęło mu zauważenie tego.
– Jak?
Źle. Był na szczęście stary, prawie głuchy i niedowidzący. Uczyłam się, szperając w jego rzeczach i obserwując. Tyle mojego triumfu, reszta to same świństwa.
– Przykro mi, Żiro.
Już mówiłeś.
A jednak mógłby mówić bez końca, gdyby słowa nie były takie trudne.
– Jak się uwolniłaś?
Uwolniłam się... Po dwóch latach obudził mnie pewnej nocy, stwierdzając, że wiem już wszystko, czego mógł nauczyć delikatny kobiecy umysł. Sukinsyn wyrzucił mnie z domu bez niczego i znalazł sobie, uważaj, jakiegoś chłopaczka. Nawet dwóch, chudych i drobnych niczym dzieci.
Dobrze, że Żira chciała mówić jak najwięcej, jak najszybciej, jakby rzecz raz wyrzucona z głowy nie mogła już nigdy wrócić. Jej rytm był jednostajny i kojący.
– Obrzydlistwo – stwierdził Nean, a jego wyobraźnia powędrowała stanowczo za daleko, wywołując nieprzyjemny ścisk w gardle.
Naprawdę? Ciebie, sławnego Neana z Czarnej Wody skłonnego do wszelkich okrucieństw, coś wciąż jest w stanie obrzydzić? Nawet nie obrzydzić! Ciebie niepomiernie łatwo zgorszyć, chłopcze. Ciekawe dla...
– Nie nazywaj mnie chłopcem! – wypalił Kruczarz, nim rozsądek zdążył mu podpowiedzieć, że lepiej przyjąć ten atak na zimno. Miał ochotę zawinąć się szczelnie w płaszcz, jakby mógł ukryć się pod nim przed ciekawością, ale po raz kolejny, po raz tysięczny mógł tylko przekląć Ovrinę.
Przepraszam. Wiem. Nie powinnam.
Owszem, wiedziała. Za dużo wiedziała.
Neanowi wydawało się dotąd, że nie ma siły na gniew, że gorączka i chłód odebrały mu wszelki ogień, którym mógłby rozpalić furię. Ale ta kobieta powiedziała, że przypomina jej chłopca. Tym tonem...
– Po prostu się zamknij! – krzyknął czarownik.
– Ty naprawdę jesteś szaleńcem – powiedział głos z ciemności.
Tak, naprawdę jestem szaleńcem, głosie z ciemności.
Nean uniósł głowę – było ich dwóch, jeden czarny niczym dziura wycięta w przestrzeni, drugi jasny i rudy, jakby nietutejszy. Obaj byli uzbrojeni, obaj spięci, ale raczej nie z powodu Kruczarza. Wyglądali, jakby ktoś wysłał ich do niego za karę.
Za oknem świtało. Słowa stawały się prawdą.
– Masz kajdany? – spytał ciemny jasnego, ten sam, który chciał wiedzieć, czy Nean naprawdę jest szalony.
– Mam.
Rudy strażnik brzdęknął trzymanym w dłoni żelastwem, naprawdę solidnym, naprawdę nie do przeoczenia. Drzwi otworzyły się po krótkiej walce z zamkiem i ciemny strażnik bezceremonialnie ściągnął koc z Neana.
– Wstań – rozkazał znudzonym tonem.
Nean posłusznie próbował się podnieść, wczepiając palce w szpary pomiędzy kamieniami, ale i tym razem ciało odmówiło wykonania rozkazu. Ciemny strażnik musiał go podnieść, a jasny skuł dłonie i stopy ciężkim łańcuchem, który niemal obalił wymęczonego czarodzieja z powrotem na ziemię.
– Ej, a to nie jest Kruczarz? – spytał jasny strażnik. – Ma znaki. – Mężczyzna wskazał na lodowy tatuaż czarownika.
Ciemny strażnik wzruszył ramionami.
– Może jest. Złapali go na Morzach – przypomniał sobie, chwyciwszy Neana pod ramię, by czarownik nie upadł i wyciągnął go z celi. Promieniował irytacją, a jego młodszy pomocnik bynajmniej go nie uspokajał.
– To on nie jest niebezpieczny?
Popatrzyli obaj po Kruczarzu, który przygarbiony wymiotował właśnie prosto do celi martwego czarodzieja z naprzeciwka.
– Nie. Raczej nie – zawyrokował starszy klawisz, ale gdy Nean, koncentrując wszystkie siły, jakie mu jeszcze pozostały, niczym szpile wbił w niego spojrzenie zajadle zielonych oczu, wzdrygnął się.
W milczeniu dotarli do głównego korytarza, gdzie takich trójek było więcej – prowadzono głównie młodszych czarodziejów i czarowników, takich, którzy nie przypominali jeszcze sterty brudnych szmat i nie odwykli na tyle od spacerów, by zapomnieć, jak się chodzi.
Wyglądali na ponurych i ta ponurość udzieliła się Kruczarzowi, ale usiłował powstrzymać panikę, która jak szalenie prędka zaraza pochłaniała więźniów. Gdy przy wyjściu z budynku strażnicy odeszli nieco w przód, by komuś się odmeldować, Nean odwrócił się do więźnia z tyłu – siwego czarodzieja w brudnych i porysowanych okularach, za którymi oczy były niemal niewidoczne.
– Gdzie nas zabierają? – spytał go, próbując odepchnąć od siebie wspomnienie słów Septiruna.
– A jak myślisz, Neanie?
Ten wzrok. Czarownik z Mitgald Varen poczuł, jak coś ciężkiego ląduje na dnie jego żołądka.
– Znamy się?
Czarodziej uśmiechnął się smutno, ale nim zdążył odpowiedzieć, towarzyszący mu strażnik syknął, że ma się zamknąć. Po chwili kolumna ruszyła do przodu, przez główne wejście, a Neana oślepiło latryjskie słońce. Jeszcze przed chwilą ciemne niebo budziło się z zadziwiającą szybkością.
A może zwodziło go poczucie czasu?
Cesarskie więzienie stało na wzgórzu niczym twierdza, ale Kruczarz nie mógł się przekonać, czy tak też w istocie wygląda, bo gdy otwierał oczy, ból promieniował aż do mózgu, rozsadzając głowę od środka, a nawet wtedy czarownik widział jedynie biel. Na domiar złego ciemnemu strażnikowi szybko znudziło się wspieranie Neana i pchał go z góry, raz za razem przeklinając, gdy czarownik wpadał na przeszkody lub tracił równowagę.
Aż nagle usłyszeli dźwięk skrzypiących zawiasów, opadła olbrzymia zasuwa wrót i w pochód więźniów uderzyło miasto.
Oczy Neana w końcu zaczęły przyzwyczajać się do światła i widział teraz, że rozwrzeszczany tłum otacza ich ze wszystkich stron, a strażnicy idący na czele ledwie torują sobie drogę. Było gorzej niż w koszmarze, bo koszmar nie napiera na twoje plecy i barki, nie rzuca w ciebie górami mięśni, jakimi byli strażnicy. Nie ogłusza wrzawą ani nie okleja potem lejącym się pod dotknięciem jaśniejącego nad głową słońca.
Tylko gorąco Kruczarzowi nie było, nie mogło być. Nieubłagane zimno wciąż trzymało go w swym uścisku, jednak ciekawski wzrok drapiący po każdej części ciała kazał czarownikowi powstrzymać drżenie, wyprostować się i z zagryzionymi ze złości ustami maszerować po wyboistym bruku, jakby ten, wraz z całą Latrią, musiał podporządkować się jego woli.
Bo musiał. Wszyscy musieli.
A wolą Neana było przeżyć dzisiejszy dzień.
Nie bój się. Wymyślę coś.
Nie zabrzmiało uspokajająco, ale Kruczarz i tak się nie bał. Powoli zstępowało na niego absolutne przekonanie, że cokolwiek szykują, wywinie im się. Zawsze się wywijał. Był w tym najlepszy. Był mistrzem. Był pieprzonym Panem Płomieni.
Bo przecież nie może zginąć tylko dlatego, że ukradł ciało chłopca, które i tak przez jego nieostrożność przysypał śnieg, prawda?
Prawda?
Młodzieniec prowadzony na czele pochodu nie miał tyle pewności. Gdy i do niego dotarła powaga sytuacji, chora fascynacja tłumu i skupienie na twarzach strażników, szarpnął się w uścisku, wyjąc jak potępieniec. To był wysoki głos chłopca, który dopiero wchodził w wiek męskich.
Młody. Jak można tak młodych głupców wysyłać na śmierć?
– Kruczarz! – zawołał ktoś w tłumie, wskazując Neana palcem. Jego towarzysze nie byli przekonani, sprzeczali się.
Dobrze, nikt nie rozpozna, gdy umrze legenda, pomyślał Kruczarz i natychmiast odrzucił tę myśl.
Legendy nie umierają.
Przepychanka ustała gwałtownie, gdy kolumna więźniów wlała się na plac wokół świątyni Wielkiego Iretuna – masywnego gmachu o okrągłym kształcie, który górował niezgrabnie nad dzielnicą nędzy pełną małych, kwadratowych domków z mułowej cegły i odpadków.
Przed świątynią czekał długi rząd kapłanów, lecz Nean zatrzymał wzrok na tym pierwszym, wysuniętym przed innych i nie potrafił go oderwać. Choć oficjalnie funkcję przywódcy sprawować musiał pomarszczony staruszek obok, to Eklin ściągał ku sobie całe uwielbienie i nienawiść tłumu.
Wkrótce Nean wraz z piętnastką innych czarodziejów, czarowników, a nawet wiedźm stał w równie umownym szeregu naprzeciwko. Za kapłanami dostrzegał przyciśniętą do murów świątyni miejską elitę, która umknęła tam niegotowa mieszać się z pospolitą gawiedzią.
Wśród niej czarnoksiężnik odnalazł również twarze cesarskich dzieci – mimo nieobecności Urbinana stawiły się w komplecie, łącznie z Xaremem i tymi braćmi, których Nean nie znał. Dopiero gdy ich dumne twarze wryły mu się do głowy jak ostatni powidok słońca przed domknięciem trumny, zebrał dość odwagi, by spojrzeć ku olbrzymiej zbitce czarodziejów. Cesarscy, północni i wschodni, syvantyjscy i glagorscy – stali ramię w ramię, jakby na moment wygasły wszelkie podziały.
Między nimi a plebsem swoją enklawę mieli czarownicy i wiedźmy – prawdziwie barwna zbieranina, w której Nean – mimo że czarodziej – chciałby zanurzyć się na ten jeden moment jak wśród swoich. Tym bardziej, że znacznie więcej niż wśród czarodziejów było tam ludzi wzburzonych, gotowych niemal do sprzeciwu, o którym wszyscy wiedzieli, że nie będzie miał miejsca.
By zostać czarownikiem trzeba mieć w sobie odrobinę szaleństwa, ale jeśli ktoś miał go w sobie aż tyle, znajdował się raczej wśród współwięźniów Neana.
– Ludu Latrii! – zagrzmiał wzmocniony magią głos Eklina. Rozgorączkowany tłum umilkł. – Niech ogień Wielkiego Iretuna płonie w was! Oto nadszedł triumf światła nad ciemnością, prawa nad nierządem! Minęły czasy, gdy czarnoksięskie nasienie chowało się przed gniewem ludu za murami Czarnej Twierdzy. Dziś…
Nean nie słuchał dalej, bo w tej chwili ktoś podszedł do niego od tyłu, zdzierając mu z pleców szorstką koszulę i odsłaniając wychudłą pierś. Tak samo postąpił zresztą ze wszystkimi prócz wiedźm, jednak Kruczarz mógłby pójść o zakład, że w nikim nie wzbudził równej trwogi jak w nim, w czarowniku o skórze tak bladej, że niemal białej i w ognistym słońcu południa gotowej natychmiast stać się czerwoną, sprowadzając nieziemski ból.
Niestety, jak twierdził w swojej przemowie Eklin, każdy stanąć musiał przed obliczem Wielkiego Iretuna obnażony. Tylko jedna osoba na placu goszczącym w tej chwili tysiące ludzi gotowa była zaprotestować, lecz gdyby Nean nie znał tego głosu niemal tak dobrze jak własnego, nigdy nie wyłowiłby cichego okrzyku pośród wrzawy tłumu.
W pierwszym rzędzie tłumu czarodziejów, tuż za plecami Xarema, stał Arien. Był prawie tak blady jak Kruczarz, miejscami zielony. Musiał podtrzymywać go mężczyzna stojący obok– Desdes z Klanu Gołębia, młodszy od Neana co najmniej dziesięć lat, za czarnoksiężnika bytności w Syvante nieustannie dręczony ze względu na imię i zwyczaj jąkania się. Arien bronił go wówczas, bo zawsze był pierwszy do pomocy słabym i uciśnionym.
Kruczarz znajdował również inne znajome twarze. Czy popadł od gorączki w obłęd, czy naprawdę było ich tak wiele? Narastało w czarodzieju straszne podejrzenie, że zjawili się tam właśnie dla niego, by ujrzeć śmierć człowieka, o którym wiedzieli, że umarł, a następnie powstał z grobu i siał zniszczenie.
Czy ktokolwiek z nich żałował go?
Tylko o czarodzieja ze Srebrnego Potoku Kruczarz nie musiał pytać. Nie mógł tego widzieć, ale wiedział, że Arien ma w oczach łzy. Ileż razy oglądał tę postawę, tę ze wstydem nad własną słabością pochyloną głowę? Niech bogowie, jeśli mają jakąkolwiek litość, wiedzą, że Nean mógłby kochać tego człowieka, jeśli by tylko miał serce.
– Jednak Wielki Iretun jest bogiem miłosiernym! – grzmiał dalej Eklin. – Temu, kto wyzna swe grzechy, i w szczerym żalu odbędzie pokutę, przyzna miejsce wśród nas, swych ziemskich sług albowiem wielkość jego jest niezmierzona, a jego dobro każde zło przekuwa na świętość.
Nean pomyślał o Garycie z Sokolich Skał. Ciekawe czy był tu i słuchał tych bzdur, czy odciął sobie też uszy lub brak stopy uniemożliwił mu przyjście. A może to było lepsze niż śmierć? Ta myśl sączyła się Neanowi do głowy niczym trucizna. Bo jeśli nawet odetną mu wszystkie kończyny, Kruczarz się nie podda. Brodą wykreśli nowe zaklęcia. Skinieniem zawrze nowe umowy. Ukradnie nowe ciało albo odleci na skrzydłach Zapomnienia ku Białej Równinie, gdzie z przeklętego lodu wyrzeźbi sam siebie.
Jednak czy Kruczarz miał dość sprytu i siły, by mierzyć się z Wielkim Iretunem, jednym z najpotężniejszych bogów?
Czy miał tyle odwagi, by zaryzykować?
Czy była w ogóle inna opcja? Choć Nean powtarzał sobie, że nie ma takiej sytuacji, gdy źle jest się upodlić, jeśli się dzięki temu zachowa życie, owładnęła nim duma. Kem nazwała go mężem. Ostatnim i jedynym z rodu Invondine, więc być może nadeszła pora, by nim właśnie się stać. Czy Pan Płomieni może tak mocno się poniżyć?
Może, uznał Nean. Jeśli stał się kawałkiem lodu, może wszystko. Bo nie ma wartości większej niż życie. Nie ma przysiąg, honoru, dumy – jedynie śmierć. Zgodnie ze swoimi przekonaniami ginęli czarodzieje, których Kruczarz pogrzebał pod śniegiem Białej Równiny. On sam miał tylko jedno niezachwiane przekonanie, że chce żyć.
Eklin po kolei wymieniał winy skazańców, zaczynając od Terza z Setnej Wyspy, który dopuszczał się nekromancji na zlecenie arystokratów. Neanowi zrobiło się niedobrze, gdy czarodziej padł na kolana, błagając o możliwość odkupienia. Tłumaczył się biedą, żoną, dziećmi i złą koniunkturą. Kruczarz miał nadzieję, że sam nie będzie musiał wykrzykiwać takich bzdur.
Chciał sprzedać dumę, a jednocześnie zachować twarz.
Głupiec. Jak zwykle głupiec.
Następny był czarodziej, z którym Nean rozmawiał przy wyjściu. Zmarszczony i powykrzywiany wyglądał jak upadły bóg – choć pokonany, za grubymi szkłami okularów chował błyskawice. Oskarżono go o herezję, psucie młodzieży, czarną magię… Jerid Czarny. Kruczarz słyszał o nim, ale dotąd nie spotkał. Wielka szkoda. Zwłaszcza, że Jerid odmówił pokuty i został poprowadzony przed oblicze kata.
Stary czarodziej nie wyglądał na przejętego nawet wówczas, gdy na plac wniesiono zaostrzony pal, a katowski asystent przypędził parę koni. Nie to co Nean, który poczuł, że nogi się pod nim uginają. Do tej pory miał jeszcze nadzieję, że to będzie ogień, tak przecież każe się czarnoksiężników. Ogień mógłby wytrzymać, może nawet przeżyć, ale tego nie zamierzał przeżywać.
Głupiec. Głupiec, głupiec, głupiec! Przecież doskonale wiedzieli, że kto jak kto ale czarownik z Mitgald Varen jest na ogień odporny.
Rozebranego Jerida rozkuto i bez trudu powalono na ziemię. Nogi uwiązano do jarzma, kat popędził konie. Przez chwilę jeszcze nic się nie działo, ale potem, gdy pal zaczął wnikać głębiej w ciało, wrzask starego czarodzieja stał się nieludzki, a on sam nieskończenie żałosny. Mały, wysuszony, nagi staruszek, który kiedyś siał postrach, a dziś jest karykaturą samego siebie.
Nean, zamknął oczy, zastanawiając się, jak poprosi o pokutę. Nic możliwego do przełknięcia nie przychodziło mu do głowy, a kolana miękły przy każdym kolejnym wrzasku. Żałował i cieszył się, że Żira milczy.
Bo przecież mogłaby go pocieszyć, ale w tej sytuacji nie było pocieszenia.
– Gdyby bogowie naprawdę lubili ironię, stałbym się twoim katem, a nie umierał obok – powiedział młodzieniec po lewej stronie Kruczarza, ten sam, którego tak strasznie przeraził pochód na miejsce kaźni. Teraz brzmiał spokojniej, jakby albo pogodził się z losem, albo jak Nean myślał nad prośbą o pokutę.
Czarodziej z Czarnej Wody znał ten głos – słuchał go w koszmarach. Czarne kudły niemal zasłaniały twarz, ale nie było wątpliwości.
– Rin – stwierdził Nean. – Jednak żyjesz.
– Jednak? – Chłopak chciał się oburzyć, ale wyszła mu piskliwa skarga. Cały Rin. Czasem Kruczarz miał wrażenie, że młody czarownik traktuje go jak swoją matkę, której można mieć za złe, że nie opiekuje się synem.
Przynajmniej traktował, dopóki Nean nie próbował go zabić.
– Bałem się... – Czarnoksiężnik urwał, stwierdzając, że to złe słowo. – Obawiałem się, że mogłem cię zanadto uszkodzić.
– Obawiałeś się?
Mogło to wyglądać wcale śmiesznie, gdy starszy czarownik kłócił się z młodszą wersją siebie. Obaj byli chudzi, czarnowłosi i z twarzy jakby stworzeni do krzywych uśmiechów. Mieli też podobny sposób działania, choć Rinowi zazwyczaj wychodził on nieudolnie.
Być może ktokolwiek zauważyłby również tę okoliczność, że Nean jest jasny, a Rin dla kontrastu ciemny, gdyby słońce nie zdążyło zmienić skóry czarodzieja w czerwone morze bólu.
– To... To była skomplikowana sytuacja.
– Owszem! Była! Chciałeś mnie zabić ty, ty... Jebany świrze!
Przekleństwa w ustach Rina brzmiały bardziej nienaturalnie niż ryk lwa w pyszczku małego kotka.
– Gdybym chciał cię zabić, nie byłoby cię tutaj.
Może to była prawda, może kłamstwo. Nean sam już nie rozumiał, co go wtedy opętało, że uciekł, zamiast dokończyć dzieła. Nie byli tacy sami, Kruczarz nie działał tak pochopnie, miał większą wiedzę, był twardszy.
A jednak Rin miał w sobie coś, co go rozbrajało.
– Milczeć! – syknął strażnik nad ramieniem Neana.
Nadszedł czas chłopca.
Eklin podszedł do nich bardzo powoli, majestatycznie, tak jak powinien potrafić jedynie sam cesarz. Był młodszy od niestabilnego Septiruna i wycofanego Octaviusa, a już miał w sobie to wszystko, co wolno nosić w sercu jedynie staremu zwyrodnialcowi. Jaki szał musi ogarnąć młodzież, by w imię idei skazywała ludzi na okrutną śmierć i jeszcze czerpała z tego przyjemność?
Jerid wciąż pojękiwał żałośnie, gdy pal powoli wbijał się w ciało, Passen z Koziego Ogona oraz Sym z Żadnego Gaju razem z nim, a wciąż nienasycony krwią tłum wydawał się zawiedziony za każdym razem, gdy Eklin zezwalał na odbycie pokuty.
– Rin z Białego Paleniska, złodziej, oszust, morderca, czarnoksiężnik – powiedział książę, zatrzymując się przed chłopcem. – Strasznie jest widzieć tak młodego człowieka tak niesłychanie przesiąkniętego złem.
Wzajemnie.
– Pozwólcie mi odbyć pokutę, panie. Jestem sam na ziemi, nie mam niczego. Niech prowadzi mnie Wielki Iretun.
Zabrzmiało szczerze, pięknie przez prostotę, ale Nean znał Rina i wiedział, że jest znacznie lepszym aktorem, niż on sam kiedykolwiek mógłby być. Nim chłopak zaczął mordować i kraść, właśnie zwodzenie ludzi swoim niewinnym zachowaniem pozwalało mu zarobić na chleb.
Ale Eklin nie był tak głupi, jak Nean by chciał. Nazwał Rina oszustem i zapewne nie bez powodu. Twarz zmarszczyła mu się jak belfrowi, który właśnie nakrył najlepszego ucznia na ściąganiu.
– Byłbyś gotów powtórzyć te słowa przed obliczem Wielkiego Iretuna? – spytał książę.
Rin nie wytrzymał. Upadł na kolana, ramiona mu drżały. Nawet gdyby chciał, nie mógłby grać dalej.
– Tak! Ja nie chcę… w ten sposób.
Nikt nie chce umierać w ten sposób, mały Rinie, pomyślał Kruczarz, boleśnie zdając sobie sprawę, że jego szansę na uniknięcie kary są żałośnie niskie, jeśli nawet tak młody chłopak ma problem. Niepotrzebnie śmiał się z Eklina, niepotrzebnie naigrawał się z jego wiary. Miał zaraz zapłacić za to najwyższą cenę.
– Nie chcesz żyć w ten sposób, czy może zwyczajnie nie chcesz umierać? – dopytywał książę.
– Nie chcę… – pisnął Rin. Nic więcej nie mogło przejść mu przez gardło.
A Nean nie mógł dłużej tego słuchać. Zamknął oczy. Wziął głęboki wdech.
– Nie męcz go, Wasza Wysokość – powiedział Kruczarz, najbardziej niewrażliwy i najbardziej bezlitosny czarownik świata. – To chłopiec. Sierota. Wychowany na ulicy. Nie każ mu być świętszym od tych, którzy mieli szansę stać się świętymi.
Prośba wywołała na placu ten rodzaj poruszenia, który zamienia się w ciszę. Ci, którzy byli już znudzeni krwawo-religijnym widowiskiem, ponownie wytężyli uwagę. Sami kapłani wydawali się niepomiernie zdziwieni, z Eklinem na czele. Książę odwrócił wzrok od młodego czarownika i choć był ponad głowę niższy od Neana, spojrzał na czarodzieja z góry, zaplatając dłonie za plecami.
– To twój przyjaciel, Kruczarzu?
Jeśli ktoś miał wątpliwości, kim był czarnoksiężnik, który zginie zaraz na własne życzenie, właśnie je stracił. Nean z Czarnej Wody zginie tak jak żył – bo nie potrafił się powstrzymać.
– Nie do końca – odparł zapytany, doskonale zdając sobie sprawę, że to dość żałosna gra na czas.
– Więc?
– Pokłóciliśmy się dawno temu, przy pracy – musiał przyznać nekromanta zgodnie z prawdą. Nic łagodniejszego, co mogłoby być równie prawdopodobne nie przyszło mu do głowy.
Książę w teatralnej zadumie pokiwał głową.
– Więc czy nie widzisz, jak przeżarta złem jest ta młoda dusza? Inna rzecz, gdy młody chłopak schodzi na złą drogę, a inna rzecz gdy dziecko zostało ukształtowane przez samo zło. Jaki inny młodzieniec ma w sobie tyle bestialstwa, by zamordować na raz dziesięciu ludzi, w tym kobiety?
Eklin, syn Urbinana.
– Mam zły wpływ na młodzież – wypalił Nean.
Książę jedynie lekko uniósł brew.
– Wiem. Kiedyś sądziłem, że nawet kogoś o tak zlodowaciałym sercu jak twoje można nawrócić, ale minęło dużo czasu, myślałem, obserwowałem. Dziś wiem, że dla ciebie, Neanie z Czarnej Wody, nie ma ratunku.
Chuj. Tak wielki chuj jak stąd na Bagniska.
On chciał się upadlać, sprzedawać swoje ideały w zamian za życie, a ten mały gnojek od początku planował dla niego śmierć. Bo co? Bo Nean go obraził? Dobrze, niech tak będzie, ale wcześniej Kruczarz sprowadzi na niego piekło.
Chmury już się zbliżały, zasłaniając oszalałe słońce. Jakby na burze, choć burze w Latrii prawie się nie zdarzały. To była kraina wyschniętego piasku – niegotowa, aby przyjąć gniew Białej Równiny, który właśnie nadchodził.
Podmuch wiatru tchnął Neana szałem. Szał tchnął Neana mocą, jakiej mogła dotknąć tylko nienawiść skazańca.
– Nie będzie dla ciebie bezpiecznej przystani, Eklinie – wyszeptał, aby usłyszeć mógł go tylko książę, ale słowa niosły się w ciszy. – Nie będzie ręki, która cię wspomoże. Nie będzie serca, które cię zrozumie. Twe słowa będą puste, wiara martwa, marzenia suche, miłość niewdzięczna. Nie można powtórnie zabijać tego, co już martwe.
Wiatr umilkł momentalnie. Chmury rozwiały się, z powrotem ukazując słońce, lecz słudzy Wielkiego Iretuna, jak zamarli, tak trwali w bezruchu.
– Rzucił klątwę – z nabożnym lękiem oznajmił ktoś rzecz oczywistą.
Usta Eklina zacisnęły się w wąską szparę, teraz decyzja o wysłaniu Neana na śmierć nie była już tak prosta. Klątwa rzucona na oprawcę zyskiwała moc w chwili wykonania wyroku. Jeśli ta rzucona przez Kruczarza miała zadziałać, książę mógł uniknąć nieszczęścia jedynie wstrzymując egzekucję, lecz tym samym straciłby autorytet wśród współwyznawców. Wystraszony czy nie, musiał wykazać się poświęceniem.
– Proszę rozpocząć egzekucję Neana z Czarnej Wody – zwrócił się Eklin do kata, mimo że kolej Kruczarza jeszcze nie nadeszła.
Rudy klawisz bez słowa chwycił Neana pod ramię, ale ten uświadomił sobie z zaskoczeniem, że nie jest w stanie zrobić kroku w przód. Nie chce. Nie teraz, nie dziś. Nie ma rodziny, celu ani przyjaciół. Nie kocha życia ani siebie. Ma tylko siebie, swoje myśli, z którymi nie chce się rozstawać, nie chce zniknąć. Chce być. Chce przeprosić, naprawić, spróbować jeszcze raz. Uwierzyć, pocałować, przytulić, zapłakać... Pomyśleć jeszcze przez chwilę nad życiem. Tylko jedną chwilę. Minutę. Dwie. Niech dadzą mu jeszcze tylko jedną chwilę, jedną rozmowę, jeden powrót do przeszłości, by wszystko naprawić.
Ciągnęli go, ale Nean zaparł się nogami. Oni do przodu, on do tyłu. Zdrętwiały, niezdolny objąć tego rozumem, rozbieganą myślą, próbując znaleźć drogę ucieczki. Miał jeszcze amulet – dobre, chłodne srebro na skórze pokrytej czerwienią. Mógłby wspiąć się na skrzydła Zapomnienia, odlecieć, uciec... Sięgnął myślami ku niej, lecz wraz z nim sięgnęły dziesiątki innych magów, burząc jego myśl, zabierając drogę ucieczki, wypychając powietrze z płuc, przynosząc zapach piekielnej siarki.
Boję się.
– Żiro...
Czy ona płacze? Czy demony mogą płakać?
Bose stopy Neana szorowały teraz po bruku. Surrealistyczny moment – jeśli nawet istniał we wszechświecie jakiś dźwięk, Kruczarz go nie słyszał. Zapierał się bez słowa protestu, a strażnicy bez słowa nagany pchali go w kierunku oczekującego kata, ku oczekującym koniom i naostrzonemu palowi. Bezdźwięczny spektakl. Nean dostał swoje dwie minuty, ale one nie starczały, by pożegnać się ze sobą. Żaden czas nie mógł wystarczyć.
Kiedyś to musiało się skończyć i skończyło się u katowskich stóp. Kruczarz klęknął, nieskładnie błagając o litość, ale mężczyzna potężny jak dąb, o twarzy skrytej pod czernią z wąskimi otworami na oczy, obalił go niczym chudą gałązkę. Pachniał potem i krwią, jak rzeźnia w słoneczny dzień pozbawiony wiatru.
Nean wrzasnął, gdy spalone plecy uderzyły o piasek. Własny głos docierał do niego jak przez grubą ścianę pierza. Ktoś, kogo nawet nie zdążył dostrzec, zerwał z niego resztkę ubrania. Kat mocnym węzłem umocował nogi czarownika do jarzma, choć ten kopał i się wyrywał. Wiedział, że mnóstwo osób patrzy teraz na niego, że ten cień nad nim to triumfujący Eklin, ale dostrzec mógł tylko zaostrzone drewno.
Konie ruszyły. Nieskończona chwila. Dobrze, że Nean był odwodniony, inaczej świat zapamiętałby kałużę moczu u katowskich stóp. Drewno dotknęło jego skóry i nie poczuł nic oprócz tego, że jest szorstkie. Powoli zaczęło wnikać w jego ciało. Ból jeszcze nie nadszedł. Czemu świat stał się tak okrutnie wolny? Ktoś coś krzyczał i krzyczał, jakby się jąkał. Konie szły tak, jakby miały zdechnąć. Cholera, niech wreszcie owładnie go fala bólu, niech ten strach wreszcie skończy się zastąpiony pewnością.
Czy to on tak wrzeszczy?
Nie, to Żira.
Nie, to Arien.
Nie, to ten szalony świat.
Tak. Teraz zaczynało boleć i już nie szło, nie chciało wejść, bo przecież ciało ludzkie nie jest stworzone do takich rzeczy. Teraz miało się zacząć rozrywanie, teraz się miało zacząć naprawdę, naprawdę źle.
A ktoś wrzeszczał i wrzeszczał. Gdy Nean wreszcie uświadomił sobie, kto i co wrzeszczy, poczuł napływająca do gardła żółć. Bo to znowu była niepewność
– Stać! – ryknął Urind.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 29 września 2017, 19:08

XXII Urind wiedział, że to będzie zły dzień, jeszcze nim ten zdążył nadejść, ale naprawdę wszystko zaczęło się sypać, dopiero gdy szpaler skazańców wreszcie pojawił się na placu. Po pierwsze, ujrzał Olchę i najpewniej była to sprawka Ovriny lub ojca, a może obydwu, bo ta głupia dziewucha zrobiłaby każde świństwo, byleby tylko zadowolić tatusia.
A Quintina, cholera jasna, nie było. Nie stawił się zresztą jako jedyny z rodzeństwa i pewnie żałowałby tego do końca życia, jeśliby Urind nie ściągnął go w porę za pośrednictwem Octaviusa. Wykorzystali moment, gdy na placu panowało zamieszanie związane z egzekucją Jerida Czarnego, by niepostrzeżenie przepchnąć brata tunelami pod świątynią i wypchnąć na zewnątrz. Może nie do końca niepostrzeżenie, bo manewr musiało zauważyć co najmniej kilkaset osób, ale grunt, że Eklin nie zwrócił uwagi.
Dobrze, że mały cwany Octavius znał jeszcze takie miejsca, inaczej Urind nie miałby czasu zająć się własnym problemem. A problemem był Kruczarz i teraz Urind mógł się wreszcie na nim skupić.
Przez zamieszanie nie dokończyli rozmowy i prawdopodobnie miało się okazać, że Urinda dorwie na Białej Równinie lodowa kurwica. Cholera, potrzebował czarodzieja z Czarnej Dupy, ale nie miał pojęcia, jak wyciągnąć go wprost z paszczy lwa. Jeszcze gdy wywiązała się idiotyczna dyskusja z Rinem, szósty książę miał w głowie totalną pustkę, a Arien ze Srebrnego Potoku odchodził od zmysłów i ciągnął histeryczny monolog zaledwie metr od niego, wcale nie pomagając. Armelia zaś drżała, niemal niezauważalnie opierając się na ramieniu Urinda.
Czemu ona tu właściwie przyszła? Wiedział oczywiście, że widziała znacznie gorsze rzeczy, ale ta jej niewinna, delikatna twarz...
Tak wiele rzeczy ją dręczyło i musiało jeszcze to?
Złowiła jego spojrzenie. To nie tak – trzęsła się nie ze strachu, ale ze złości. Zaskoczyła go, nie widział jej takiej wcześniej. Z okropnie posępną twarzą, ze zmarszczonymi brwiami, dłońmi zaciśniętymi w pięść.
A potem nagle znowu stała się aniołem w ludzkiej skórze i ruszyła do przodu, nim Urind zdążył pomyśleć.
– Stać! – krzyknęła księżniczka, ale jej słaby głos nie mógł przekrzyczeć ryku podekscytowanego tłumu.
– Stać! – dołączył do niej Urind, nie mając pojęcia, co Armelia zamierza, ale ufając nawet nie w jej rozum, ale w pełne dobra oblicze działające na żądny krwi tłum lepiej niż najsurowszy rozkaz.
Gapiów, szczególnie tych szlachetniejszych, z których szeregów Armelia wybiegła, ogarnęło poruszenie, ale kat spokojnie kontynuował swoją robotę. Księżniczka musiała odepchnąć go od zwierząt, co może nie dało wiele, bo mężczyzna był przynajmniej dwa razy większy od niej, ale przerwało egzekucję. W samą porę – jeszcze chwila, a z czarnoksięskiego tyłka nie zostałoby wiele.
– O co chodzi? – spytał Eklin, zbliżając się do ich dwójki. Silił się na spokój. Gdyby nie zgromadzony tłum, najpewniej zignorowałby wszelki sprzeciw.
– Jak lud Latrii może skazywać na śmierć swojego bohatera? – wykrzyknęła Armelia, zwracając się do tłumu z emfazą godną zrozpaczonej wdowy. – Kto jeśli nie Nean z Czarnej Wody w pojedynkę pokonał armię Ragda, oszczędzając życie tysięcy latryjskich mężczyzn i łez tysięcy latryjskich kobiet, tysięcy dzieci? Kto...
Przemowa trwała dalej, ale Urind nie słuchał. Zbyt dużo wysiłku poświęcał na powstrzymanie się przed przywaleniem Eklinowi w jego głupi ryj. Ważne, że robił dobre wrażenie. Do płaczliwego głosu księżniczki dumny i surowy książę słynący z wojennego zamiłowania był idealnym tłem. Nie mogli też księżniczki zwyczajnie odciągnąć na bok, usprawiedliwiając wybuch kobiecą wrażliwością, bo każdego, kto by się zanadto zbliżył do jego siostry, Urind był gotów rozpłatać na pół.
Chcąc nie chcąc, reszta rodzeństwa musiała zareagować na taki rozwój sytuacji. Pod nieobecność cesarza, to oni stanowili najwyższą instancję, szkoda tylko, że o bardzo różnych opiniach. I priorytetach. Urind nie miał jednak za złe Quintinowi wykorzystania sytuacji, by wyswobodzić Olchę z rąk oprawców. Byleby wrócił, zanim zacznie się prawdziwa walka. Niestety argumenty Urinda zazwyczaj sprowadzały się do tego, że szlag go trafiał i zrzucał przeciwnika ze schodów.
– Nie wierzę, że naprawdę to robicie – zaczęła Ovrina, gdy wszyscy z wyjątkiem Quintina znaleźli się w ciasnym kole.
– Nie wierzę, że naprawdę popierasz wbijanie czarnoksiężników na pal – natychmiast odgryzł się Urind. Starał się być honorowym latryjczykiem, więc nie bił kobiet, ale niech mu Wielki Iretun świadkiem, że niektóre się o to prosiły.
– Nie pozwolę, by Kruczarz odszedł stąd dzisiaj żywy – zadeklarował Eklin. – Nie liczcie na to. Kapłan Wielkiego Iretuna nie...
– Doskonale się składa, bo jeszcze nie jesteś cesarzem, by móc samodzielnie decydować, kogo stracić, a kogo oszczędzić – przerwał Xarem wraz Verichem podtrzymujący niewidzącego Yrvija. Urind przysiągłby, że nie tylko on doznał wzruszenia widząc te trójkę razem. Najmocniej zareagowała oczywiście Armelia, dekoncentrując się, a był to zły czas na dekoncentrację – jedno z nich musiało pilnować, by nie sprzątnęli im Kruczarza sprzed nosa, kiedy drugie będzie się wykłócać.
Urind wolał pilnować.
– A ty, Xaremie, już jesteś cesarzem, by darować tej kreaturze życie? – Eklin wskazał na Kruczarza, który właśnie z pomocą czarodzieja ze Srebrnego Potoku próbował doprowadzić się do porządku. Nie obyło się bez przekleństw, gdy medyk chwytał go za spalone na słońcu ramiona.
– Skoro zastępujemy ojca, to może powinniśmy podjąć decyzję jednomyślnie? – zaproponował Cerin. Albo Ceran.
Uwaga nie spotkała się z entuzjazmem. Urind prychnął, tak absurdalna wydała mu się ta propozycja.
– Prędzej Ovrina zostanie cesarzem, nim dojdziemy do porozumienia – oznajmił szósty z książąt, nie przejmując się, że wzajemne prowokowanie się może prowadzić do zaostrzenia konfliktu. Dobrze. Jeśli to Ovrina pierwsza da komuś w ryj, zanim on to zrobi, będzie miał nad nią swego rodzaju przewagę.
– Więc co? – spytał ktoś, kto stał za plecami Urinda, dysząc mu w kark.
– Zadecydujmy większością głosów – zaproponował Yrvij.
Wśród rodzeństwa zapadło milczenie. Propozycji Yrvija nie wypadało wyśmiewać, poza tym było to całkiem sensowne. Po śmierci Kwartaniana zostało ich tylko czternaścioro, przy czym głosu Decema błąkającego się gdzieś za ich plecami nikt nie zamierzał brać na poważnie – chłopak pewnie jeszcze nie do końca zrozumiał, co się dzieje, bo Armelia zabroniła mu patrzeć na egzekucje. Czyli trzynaście głosów, liczba nieparzysta, nie mogła doprowadzić do remisu, pod warunkiem że Quintin zamierzał zjawić się w porę.
Urind modlił się, by zdążył, bo nie miał pojęcia, jak zagłosują pozostali, a tylko piąty z książąt był w stanie sprawić, że człowiek przynajmniej przez tę konieczną chwilę czuł się jak idiota, który zawierzył kłamstwom.
– Zgoda.
– Zgoda.
– Zgoda.
Najwyraźniej inni też albo nie mieli pojęcia, jaki będzie wynik głosowania, albo mieli zbyt dobre pojęcie.
– Ale nie tutaj – zarządził Cerin. – W świątyni, nie róbmy z siebie widowiska.
Eklin szczęśliwie poszedł im wszystkim na rękę, bo tylko w ten sposób mógł zarządzić kontynuowanie pozostałych egzekucji. O dziwo rola przewodniczącego znów nie przypadła staremu kapłanowi z czoła kolumny, ale młodemu asystentowi Eklina.
Asystent wyglądał na człowieka, któremu właśnie spełniło się największe marzenie.
Jedyne, o co dąsał się piąty z braci, to zamiar przeprowadzenia głosowania akurat w świętym gmachu, ale w końcu sam musiał przyznać, że będzie to najlepszym rozwiązaniem. Inaczej musieliby przepychać się z Kruczarzem przez ciżbę, a duże i puste wnętrze, które można zamknąć bez obaw, że ktoś ukrył się w środku, było idealne dla podobnego zgromadzenia.
Urind, wchodząc, dosłyszał parę smętnych westchnień swoich braci i sióstr, ale jego widok zastany wewnątrz prędzej rozsierdził niż wprawił w melancholię. Kiedyś ponura bryła świątyni kryła w swoim wnętrz skarb w postaci płaskorzeźb, malowanych portali i miękkich poduszek, na których wierni mogli przysiąść w czasie modlitwy. Teraz pozostał jedynie olbrzymi posąg Wielkiego Iretuna, u którego stóp trwał nieubłaganie ołtarz z nieciosanego kamienia, najpewniej pamiętający jeszcze czasy przed wybudowaniem świątyni. Otaczała go okaleczona przestrzeń.
Albowiem obowiązkiem wiernego jest się modlić, a nie podziwiać wyuzdaną sztukę. Urind nic wyuzdanego w niej nie widział, ale Eklin miał dziwne poczucie przyzwoitości.
Za ich trzynastką wprowadzono Kruczarza, który był chyba jeszcze w szoku, bo gdy raz upadł na kamienną posadzkę, nie podniósł się, ale przywarł do niej całą powierzchnią ciała. Znów miał kajdany na rękach i nogach, więc rodzeństwo wspólnie uznało, że obecność strażników w środku będzie zbędna, zwłaszcza, że nie doszli by do porozumienia, czyi strażnicy mają zostać.
– Głosujemy w jakiejś określonej kolejności? – spytał Elkin, gdy drzwi świątyni zamknęły się, oddzielając ich od wrzawy tłumu.
Wszyscy spojrzeli na Primona, który teoretycznie powinien głosować pierwszy, ale był myślami na tyle daleko, że nie dosłyszał pytania.
– Więc ja zagłosuję pierwszy – oznajmił Eklin. – Jak wiecie, jestem za straceniem czarnoksiężnika.
– On ma imię – zauważyła Armelia. – Jestem przeciwko.
– Też jestem przeciwko – zadeklarował Urind. – Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, Eklinie, ale to jest jedyny człowiek, który może nas wesprzeć w wyprawie...
– W krucjacie! – huknął Eklin, jakby zapomniał, że nie jest wśród współwyznawców tylko wśród rodzeństwa, które jego huczenie miało głęboko gdzieś. – Co ty sobie wyobrażasz? Pójdziemy na świętą wojnę prowadzeni przez bluźniercę?
Urind był pewien, że znalazłby na to jakiś logiczny kontrargument, gdyby logicznego myślenia nie przysłaniałaby mu teraz chęć obicia kapłańskiej mordy. Gdzie był Quintin? Przydałby się wreszcie na coś.
– Również jestem za – oświadczyła Ovrina, gdy tylko ucichło echo słów brata. – Nie obchodzi mnie, co Wielki Iretun pomyśli o mojej postawie, ale to coś – nie kryjąc obrzydzenia, wskazała czarownika palcem – jest niebezpieczne nawet w zamknięciu.
Urind zacisnął usta, żeby nie zacząć kłótni. Miał nadzieję, że akurat ona zagłosuje inaczej, nie przejmowała się przecież wcale niedoszłą ucieczką Kruczarza. Szósty książę nie wyobrażał sobie, co było groźne do tego stopnia, by odwieść Ovrinę od planów, jakie wiązała z czarnoksiężnikiem. Nie wiedział wprawdzie, jakie to były plany, ale wiedział, że je wiązała, bo Cerin mu doniósł. Ten laluś pod pozorem rysowania potrafił wleźć absolutnie wszędzie.
– Głosuję przeciwko – odezwał się Xarem.
Urind policzył w głowie. Na razie mieli przewagę trzy do dwóch i najzajadlejszych przeciwników Kruczarza za sobą. Czarownik mógł liczyć przynajmniej na przychylność pozostałych trojaczków, skoro Xarem głosował na jego korzyść.
– Uwiódł cię ten chłopaczkowaty czarodziej? – spytała drwiąco Ovrina. – Słyszałam o nim różne rzeczy...
Co za rzeczy? Kilka elementów w głowie Urinda ułożyło się w naprawdę krzywy sposób.
– Jedyne rzeczy, jakich słuchasz to złe rzeczy – naskoczyła na nią Armelia. – W przeciwieństwie do ciebie Arien zajmuje się w życiu czymś, co pomaga ludziom, zamiast im szkodzić.
– Czego nie można powiedzieć o jego przyjacielu z Czarnej Wody – podsumował Septirun. – Proszę mnie zaliczyć do grona głosujących za egzekucją Kruczarza.
Urind poczuł się, jak w jakimś absurdalnym koszmarze. Kiedy doszło do tak diametralnej zmiany w świecie, że siódmy z braci gotów był posyłać czarnoksiężników na śmierć?
– I ty? – wypalił Xarem, kiedy Urind jeszcze się zastanawiał, czy dać Septirunowi w twarz, czy tylko nim potrząsnąć. – Jeśli ty stałeś się nagle zwolennikiem skazywania czarowników, to ja jestem ambryjską królową.
– Wolno mi głosować, jak zechcę, bez tłumaczenia się wam.
Septirun wzruszył ramionami, krzywiąc się w tym swoim cwaniackim półuśmiechu i Urind poczuł się, jakby brat go uderzył. A niech skurwysynowi ten cały Arien powkłada do dupy, co tylko znajdzie! Głupi dzieciak był obrażony! Bo co? Urind słyszał, że pokłócił się z Kruczarzem, ale obchodziło go to równie mocno, co święta wojna Eklina.
– Obrażaj się, kiedy od twojej decyzji nie zależy moje życie!
Septirun obruszył się jak niezadowolona kotka, ale nie zdążył nic odpowiedzieć, bo Yrvij uniósł w górę kartkę, przez przypadek uderzając nią siódmego księcia w twarz.
– Verich napisał swoją opinię – oświadczył niewidomy brat. – Ktoś przeczyta?
Urind natychmiast przebiegł na drugą stronę tworzonego przez rodzeństwo kręgu i chwycił papier, ale Eklin mu go wyrwał.
– Nie mam do ciebie zaufania, że będziesz faktycznie czytał to, co jest napisane.
Szósty brat zbaraniał.
– Naprawdę będziemy się bawić w takie rzeczy? Wiem, że ty jesteś jeszcze gówniarzem, ale...
– Pozwólcie, że ja przeczytam – przerwała sprzeczkę Armelia. Nikt nie zaprotestował, gdy delikatnie wyjęła papier z rąk Eklina. – Uwaga, czytam. Nie obchodzą mnie wasze śmieszne układy i antagonizmy. Jak każdy kierujący się rozsądkiem człowiek uznaję przeto – Armelia skrzywiła się, wyraźnie nie mając ochoty czytać dalej – że za liczne zbrodnie Neanowi z Czarnej Wody należy się kara śmierci.
Szlag.
– A twoja opinia, Yrviju? – spytał Eklin, szczerząc się, bo wiedział już, jaka będzie odpowiedź.
– Również jestem za egzekucją, ale nie w ten sposób. Nie można go zwyczajnie powiesić zamiast... urządzać widowisko?
– Porozmawiamy o tym później – zapewnił Eklin.
O niczym nie będziemy mieli okazji rozmawiać, cholerny dupku, pomyślał Urind, jednocześnie zdając sobie sprawę, że rachunek wypada coraz mniej korzystnie. Gdzie ten cholerny...
Ogromne drzwi świątyni uchyliły się ledwie zauważalnie i do środka niczym przypadkiem wdmuchnięty pyłek wślizgnął się Quintin. Do tej pory Urind miał nadzieję, że będzie to punkt przełomowy głosowania, ale gdy zobaczył piątego z książąt, zmienił zdanie. Quintin wciąż był cieniem samego siebie, choć reszta rodzeństwa zdążyła się pogodzić ze śmiercią Kwartaniana. Głowa spuszczona, krok niepewny i koślawy, jakby książę nie pamiętał, że idzie albo wcale go to nie obchodziło. Urind nie sądził wcześniej, by Quintin był na tyle przywiązany do swojego bliźniaka.
– Octaviusie? – Eklin albo nie zauważył wejścia piątego z książąt, albo się nim zbytnio nie przejął.
– Jestem przeciwko.
Septirun prychnął.
– Byle czarownik robi na tobie wrażenie?
Octavius obrzucił go zmęczonym i wyraźnie niechętnym do dyskusji spojrzeniem.
– Daruj sobie.
– Czy wolno mi również zagłosować przeciwko wbijaniu na pal, czy też od razu zostanę obrzucony jadem? – spytał Quintin cicho, nieco bez życia, ale mimo wszystko z jeszcze większą nutą agresji niż zazwyczaj. Z nienawiścią, trudno powiedzieć do kogo.
Nikt nie dał się sprowokować albo każdy miał dość przyzwoitości, by darować bratu pogrążonemu w żałobie kłótni. Nawet jeśli się o te kłótnię prosił.
Te dwa głosy sprawiły jednak, że znów doszli do remisu, a zostało jeszcze tylko trzech książąt, w tym Cerin i Ceran, którzy pewnie zagłosują tak samo oraz Primon, któremu cała sytuacja wydawała się zupełnie obojętna, bo też, podobnie jak Yrvija i Vericha, nic nie łączyło go z Kruczarzem. Jak Urind miał ich przekonać do zachowania przy życiu niebezpiecznego czarnoksiężnika? Przecież to prawda, że trzymanie go w więzieniu do końca życia mijało się z celem. Spojrzał z nadzieją na Quintina, ale ten był myślami gdzie indziej i chyba poważnie zastanawiał się nad opuszczeniem rodzeństwa. Nic dziwnego, skoro Olcha prawdopodobnie wciąż nie była bezpieczna.
Ciekawe, co też nagadał kapłanom, że ją wypuścili. A na pewno wypuścili, inaczej książę umarłby już z nieszczęścia. Śmierć Kwartaniana pokazała, że jest na to wszystko zbyt wrażliwy.


Chłód kamiennej posadzki po morderczym słońcu okazał się dla Neana wybawieniem. Przywarł do niej całą piersią, a ból spalonej skóry ustępował – nie w pełni, ale lepsze to niż nic. I ta cisza, i ta pewność, że nikt już na niego nie patrzy, bo od krwiożerczego tłumu oddzielały go ściany świątyni – to było cudowne. I choć losy Neana wciąż ważyły się w głowach cesarskiej gówniarzerii, zyskał przynajmniej parę chwil spokoju.
Jesteś... cały?
Żira miała pewnie na myśli stan raczej tych dolnych partii jego ciała. Kruczarz oświadczył Arienowi, że gdzie jak gdzie, ale tam nie da się zbadać. Może innym razem, jeśli Nean kiedykolwiek będzie tak pijany, by zapomnieć o upokorzeniu. Cały problem tkwił w tym, że Nean ani nie upijał się częściej niż raz na dziesięć lat, ani prawdopodobnie nie miał mieć okazji do picia w ogóle.
– Mhm – odpowiedział Żirze najciszej jak potrafił, choć najpewniej i tak zirytował tym paru książąt.
Obrócił się na plecy, jęcząc, gdy przeszył go ból. Zobaczył sufit – pomalowany był w czerwone gwiazdy. A może to były płatki śniegu? Taki miały kształt, Nean znał się na płatkach śniegu, jak na wszystkim, kurwa, co zimne. Zamknął oczy, bo jeśli miały to być ostatnie chwile w jego życiu, nie chciał w nich śniegu.
Wsłuchiwał się w dyskusję książąt, która tylko z rzadka wypadała na jego korzyść. Przeklinał się za głupotę, za to, że zraził do siebie tylu ludzi, a błogosławił Ariena, że czarodziej był idealistą i wzbudzał sympatię w każdym skłonnym do wysłuchania. Może w innym, lepszym świecie mogliby być przyjaciółmi jeszcze raz i nie skończyłoby się to w tak beznadziejny sposób.
Gdy akurat dwie cesarskie córki sprzeczały się między sobą, Nean poczuł, że ktoś nad nim stoi. Otworzył oczy. Był to jakiś cesarski potomek, którego dotychczas nie widział. Na domiar złego potomek ten dłubał sobie w nosie, choć czarownik przysiągłby, że dawno przekroczył wiek, gdy takie rzeczy uchodzą.
A potem Nean przyjrzał się raz jeszcze i zrozumiał, że ma nad sobą Decema, chłopca-widmo, o którym słyszał już lata temu, gdy Arien opowiadał, jak to cesarz po całym świecie szuka pomocy dla upośledzonego syna. Z pewnością rzadko wystawiano księcia na widok publiczny, ale Kruczarz nie zdziwił się jego obecnością wśród zgromadzenia fanatyków, skoro nawet w więzieniu słyszał plotkę, jakoby dziesiąty z cesarskich synów miał kozie rogi i ogon lwa.
Decem patrzył się na Neana bez żadnych zahamowań, aż czarodziej wzdrygnął się mimowolnie. Ze wszystkich miernot na ziemi ludzie nie potrafiący władać umysłem wydawali mu się największymi miernotami. Ślepota i niemota w porównaniu do tego były niczym. Gdyby Neana oślepić i wyciąć mu język, nadal potrafiłby spalić nieduże miasto.
– Dasz? – spytał Decem, wskazując na szyję Kruczarza, na której wciąż zawieszony był amulet o kształcie kruka ściskającego w szponie lśniący klejnot.
Przyciąga go.
– Co?
Amulet. Działa.
– On działa tylko na...
Tylko na zwierzęta – chciał powiedzieć, ale to nie była prawda. Po prostu na słabsze umysły, choć Nean nigdy wcześniej nie używał go na ludziach. A teraz mógłby. Obejrzał się nerwowo w kierunku wciąż dyskutującego rodzeństwa. Nikt nie patrzył, czym się zajmuje chłopiec, nawet Armelia.
Czarownik ostrożnie wyciągnął rękę w kierunku chłopca, gestem próbując nakłonić go do podejścia bliżej. Jednocześnie wymacał zapisane na amulecie imię Nean, szepcząc odpowiednie zaklęcie.
– Nie bój się – powiedział do chłopca, gdy ten przykucnął obok. Delikatnie zamknął jego ręce w swoich, zaciśniętych na amulecie. Potem po raz ostatni obejrzał się w kierunku skoncentrowanej na rozmowie Armelii, żałując, że nie spotkali się w innym, lepszym świecie.
Piękna i dobra.
A on musi złamać jej serce.
Wniknięcie do umysłu chłopca niczym nie przypominało kontaktu z krukami. Delikatne wślizgnięcie zastąpił wstrząs porównywalny z uderzeniem o mur i Nean ujrzał rzecz niepodobną do niczego znajomego. Bo umysł Decema nie był wcale prosty, przeciwnie, był poplątany jak żaden inny. Jak budowla zaprojektowana przez niewidomego architekta. Nic się nie zgadzało – zamiast prymitywnych instynktów, labirynt z masą ślepych zaułków. Z samymi ślepymi zaułkami. W dodatku pełen wyrw i urwisk pozbawionych mostów.
Kruczarz poczuł ukłucie niepokoju. Gdzie ma odcisnąć swoje piętno, skoro nie może niczego znaleźć? A nawet jeśli znajdzie, skąd ma mieć pewność, że zadziała właściwie, skoro tu nic nie działało? Mógłby przekształcić umysł Decema w przystępniejszą dla siebie formę – wyrzucić wszystkie zniszczone elementy, które i tak są nieużywane. Chłopiec powinien to przeżyć w miarę bezproblemowo. Przynajmniej stara suka wykładowcy Neana przeżywała takie rzeczy bezproblemowo.
Nie licząc ostatniego razu. Wtedy zdechła.
Jednak gdy już odnalazł właściwy fragment, nie miał wątpliwości, że to ten. Był jedynym miejscem, gdzie wielki kołtun myśli, instynktów, podświadomości i bogowie wiedzą czego jeszcze ustępował miejsca uporządkowanej strukturze. Nean nie wszedł tam, lecz wpełznął, chudszy i bardziej śliski od węża,trafiając w punkt niemal idealny. Zaczął formować piętno.
I wtedy to poczuł.
Ból.
Ten niemożliwy do pojęcia mętlik, bezład i umysłowy bałagan tonął w bólu. W strachu. Decem się bał. Na poziomie, który pewnie nawet do niego nie docierał, ale bał się. Gdy Kruczarz dotknął go magią, okazał się rozpaczliwie miękki. Uwięziony we własnej ułomności, jak w trumnie przysypanej grubą warstwą ziemi.
Ból.
Nean znał podobne uczucie i beznadziejnie zazdrościł chłopcu, że nie mógł być świadkiem własnego upadku. Sam, gdy umysł zaczął go zdradzać, zorientował się zbyt późno, zbyt długo ufał, że to właśnie rozsądek przyniesie triumf nad słabym ciałem i omylnymi zmysłami. Z dnia na dzień popełniał coraz więcej błędów i coraz mniej z własnych czynów rozumiał. Czyjaś wola wkradała się do jego woli. Chciał krzyczeć, ale nie mógł – dusił się pod obcym jarzmem.
Pamiętał osamotnienie, gdy zaczął sam siebie zdradzać – nieporównywalne z niczym innym. Przez chwilę Nean miał ochotę wycofać się z umysłu chłopca, tak bardzo to było potworne.
Przed samym sobą nic cię nie uratuje. Przed samym sobą nie uciekniesz. Nikt nie zrozumie za ciebie twoich myśli i nikt, tak naprawdę nikt, się o ciebie nie zatroszczy, bo nikt tak naprawdę nie potrafi, choćby chciał.
Ból.
Nean czuł go jak własny, gdy zrozumiał, że głębiej niż ludzkie oko mogło dosięgnąć, głębiej niż ucho ludzkie mogło dosłyszeć, Decem bał się samego siebie.
Bo bezrozumni w głębi serca marzą o rozumie.
Strach śni o odwadze.
Nean czuł się podle. Kto mu w ogóle pozwolił mieszać w umyśle Decema? Arien miał rację – był złym, tak złym, że to aż obrzydliwe, człowiekiem. Chciał coś zrobić, zadośćuczynić za swoją śmiałość. Pomyślał, że mógłby przynajmniej spróbować rozplątać ten kołtun. Umysł był wprawdzie rzeczą świętą i nienaruszalną, ale Kruczarz naruszył już w życiu większe świętości.
Sięgnął po najbliższą nić, próbując połączyć ją na nowo, ale umysł chłopca opierał się przed ingerencją obcej siły. Obecność Neana odczuwał jako atak. Dlatego czarownik mu wytłumaczył. Gdy chory kładzie się na szpitalnym łóżku, zawiera umowę opartą tylko i wyłącznie na zaufaniu, ale nie ma innego wyboru.
Nić odżyła, przybierając prawidłową formę, a Nean przez chwilę poczuł przypływ dumy, nim nie uświadomił sobie, jak wielkim niczym jest jego działanie wobec skali problemu. Dlatego chwycił kolejną, gotowy powtarzać czynność choćby przez nieskończoność, ale tym razem nie miał pojęcia, co zrobić, nić do niczego nie pasowała. Nean pomyślał, że może nigdy nie miała do czegokolwiek pasować. Może ten jeden raz natura zapomniała o logice.
Ta chwila była jak dzień, w którym Kruczarz, wśród wojennej zawieruchy, wymknął się spod straży i po raz pierwszy opuścił mury świątyni bez opieki. Świat wyglądał tak znajomo, że głupio mu było przyznać się przed samym sobą do kompletnej niewiedzy na jego temat. I umysł Decema też był tak znajomy i tak obcy jednocześnie.
Wzór masz w sobie.
Słowa Żiry niosły w sobie nutę nabożnego lęku, choć chyba nie była pewna, czy Nean w istocie ma.
Bo czy oboje z Decemem naprawdę mogli być takimi samymi ludźmi?
Nie wycofując się z umysłu księcia, Nean sięgnął jednocześnie w głąb własnej głowy, po raz pierwszy od wielu lat. Z początku nic nie rozpoznał. Plątanina była jeszcze większa, choć mniej poplątana i pozbawiona większych ran. Trochę skręcona niezdrowo.
Pojęcia nie miał, co czemu służy i dopadła go rezygnacja. Naprawdę był takim marzycielem jak Arien? Naprawdę wierzył, że magia potrafi naprawić coś tak nieubłaganego? Przyjaciel byłby dumny, gdyby go teraz zobaczył... Tylko umysłu nie dało się tak naprawdę zobaczyć. Kłębki, które widział Nean to jedynie wizualizacja dla jego nie dość doskonałego postrzegania. Uproszczenie, czyli kłamstwo.
Kazał mu zniknąć.
Tylko czuł. Sny obok kończyn, bicie serca obok wspomnień – to samo dwa razy. Z chaosu zaczął wyłaniać się porządek. Decem, a raczej jego podświadomość, zaczęła przyłączać się do pracy, podpowiadając, gdy Kruczarz miał wątpliwości, podejmując własne, nieco niezdarne próby.
Chaos marzył o porządku.
Nean nie miał pojęcia, ile to potrwało, nim uznał, że zaczyna rozpoznawać w tym szaleństwie jakikolwiek kształt. Długo, choć to był dopiero początek drogi i z rytmu wytrącały go wątpliwości, czy to cokolwiek da, czy może jakakolwiek szansa zniknęła dawno temu.
Zapomniał przy tym, gdzie jest, zapomniał o jedenastu książętach i dwóch księżniczkach, o świątyni, a przede wszystkim zapomniał o wyroku, który na niego czekał. Ostrzegawczy okrzyk Żiry doszedł go zbyt późno.
Uderzenie gwałtownie wyrwało go z umysłu Decema, grzmotnął głową o ziemię. Przed oczami na chwilę zrobiło mu się ciemno, a gdy odzyskał przytomność ktoś dociskał go nogą do ziemi, wrzeszcząc.


– Kto następny? – ponaglił Eklin, gdy Urind świadomie milczał, wiedząc jak nacisk działa na bliźnięta. – Cerinie? Ceranie?
Cerin, choć o dziwno nic akurat nie rysował, wydawał się mało skory do dyskusji, Ceran również, ale to on zabrał głos jako pierwszy.
– Nadal uważam to wszystko za cyrk – zaczął, a Urind po chwilowym przebłysku nadziei uświadomił sobie, ze to może oznaczać wszystko – ale egzekucja Kruczarza wydaje mi się rozsądniejsza od podejmowania ryzyka. Skoro jedyna kopia Kodeksu przepadła – przy tych słowach spojrzał gniewnie na Eklina – czarownik jest nam niepotrzebny.
Uczucie nadchodzącej porażki spłynęło na Urinda jak zimny prysznic. Istniały bardzo małe szanse, że najpierw Cerin zagłosuje przeciwko bliźniakowi, a potem bez żadnego powodu po ich stronie stanie również Primon.
– A ja jestem przeciw – oświadczył Cerin wbrew niewesołym przewidywaniom brata.
– Ta? – zainteresował się bliźniak. – Od kiedy to?
– Od dzisiaj.
– Bo?
– Bo tak.
– Bierzecie rozwód, chłopcy? – spytała Ovrina.
– Wy wszyscy macie z nim jakieś układy! – wypalił Eklin.
– Nikt nie ma żadnych układów. – Armelia oparła dłonie na ramionach, co przydawało jej podobieństwa do surowej matki strofującej niesforne dzieci. – I ustaliliśmy, że nikt z niczego nie musi się tłumaczyć.
Zapadła cisza. Paru książąt, szczególnie Septirun, sprawiało wrażenie, jakby chciało uciec ze zgromadzenia, a powstrzymywała ich tylko myśl, że samotne wyjście przed końcem ustaleń może zostać źle odebrane przez tłum na placu.
– Więc jest równo? – upewnił się Urind.
– Tak – wysyczał Eklin pełnym nienawiści głosem. Wyglądał jak osoba, która już wie, że przegra, choć Urind nie miał pojęcia, czemu był tego taki pewien. Coś przegapił? Coś co przemawiało na jego korzyść?
Primon po bardzo długiej chwili zareagował na zogniskowane w nim spojrzenia. Powoli podniósł głowę, z miną, jakby zaskoczyła go własna obecność w tym miejscu.
– Jestem przeciwko – wymruczał od niechcenia.
W tej chwili wydarzyło się parę rzeczy naraz. Najpierw Urind usłyszał prychnięcie Ovriny i niemiłą wiązankę z jej ust, potem wdech gotowego zagrozić im ekskomuniką Eklina, natychmiast po tym zaskoczony okrzyk Armeli. Spojrzał za nią, inni także, i wówczas zagrzmiało w cichym wnętrzu powszechne oburzenie z każdą sekundą ustępujące gniewowi.
Kruczarz, ten sam Kruczarz, którego ledwie przed chwilą ułaskawili od paskudnego losu śmiał tknąć Decema i jak nic praktykował na nim teraz swoje mroczne sztuczki. Urind nie miał pojęcia, co można komuś zrobić, dotykając skroni, ale pewnie wszystko. Wysforował się przed braci, ze wściekłym rykiem odpychając czarownika od księcia. Z całej siły grzmotnął jego głową o podłogę, nie przejmując się efektem. Niech ma skurwysyn za swoje! Już oszołomionego czarownika przygwoździł kolanem do podłogi, krzyżując ręce na poparzonych plecach. Kruczarz nawet nie próbował się podnieść.
– Tak właśnie kończy się uleganie czarnoksiężnikom – podsumował sentencjonalnym tonem Septirun, najwyraźniej niezrażony niebezpieczeństwem, które być może minęło jego brata o włos.
– Ja... – zaczął czarownik niepewnie.
– Co, szujo?! – warknął na niego Urind, żałując, że Kruczarz już leży, bo z chęcią powalił by go jeszcze raz, tym razem tak mocno, że by trzasnęło.
– Ja chyba wiem, jak pomóc waszemu bratu.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 117
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Ag. » 03 października 2017, 15:06

Podchodziłam trochę z obawą do tej wstawki, ale niepotrzebnie, bo to moja ulubiona wstawka od dłuższego czasu i tym razem odpuszczam sobie marudzenie na rzecz pochwał, zresztą wielokrotnie już marudziłam na temat wszystkiego, co mnie tu boli.

Po pierwsze, scena prowadzenia na stracenie. Jest naprawdę dobrze napisana, klimatyczna, utrzymywała mnie w napięciu. Namalowałaś słowami parę ładnych obrazków tu i tam, które w sumie budują przejmującą scenę. Nean jest i spanikowany, i jeszcze szuka ucieczki, i powoli zaczyna się poddawać... targają nim sprzeczne uczucia, ale nie spodziewałabym się niczego innego w takiej chwili. Dobrze przedstawiłaś tę mieszaninę.

Po drugie, idea przedstawienia umysłu literalnie jako splątanego kłębka. Jak mi się wielce ten pomysł podoba! I to że Nean dosłownie próbuje go rozplątać i poukładać nici. Ale poza sferą plastyczną tego opisu doceniam też, że Nean ostatecznie zostanie (albo ma szansę zostać) uratowany od śmierci nie przez głosowanie, intrygi, sztuczki, ale przez coś zupełnie niespodziewanego, czyli zaoferowanie choremu pomocy. To takie nie w stylu Kruczarza, bo przecież do umysły Decema wszedł po to, by go wykorzystać. A zamiast tego zaczął pomagać. Niespodzianka. Nietypowe jak na niego zachowanie, ale moim zdaniem to dobrze, nastąpiła w naszym bohaterze w końcu jakaś przemiana. Może i dalej jest bucowaty i zbyt dumny, ale stał się też bardziej miękki. Jest to więc nie tylko rozwój jego charakteru, ale też wyrwanie się z fabularnego schematu. O dalszym losie Neana mógł zadecydować Eklin, Urind, Ovrina... ale zrobi to ten książę, którego najmniej należało się spodziewać. Albo mógł w jakiś sposób odzyskać swoją moc, spalić wszystkich. Naprawdę różnych rzeczy się spodziewałam w końcówce, a ty zaserwowałaś mi coś zupełnie innego, zaskoczyłaś mnie. Cieszy mnie to wielce, bo mam wrażenie, że jakiekolwiek inne rozwiązanie tej sceny nie niosłoby tak silnego ładunku emocjonalnego i nie podtrzymywałoby w takiej ciekawości przed ciągiem dalszym.

A propos stawania się miękkim, to ja właśnie nic nie mam przeciwko jego relacji z Żirą. Uważam, że po prostu nastąpiła między nimi ewolucja uczuć, a to zawsze ciekawsze, gdy nic się nie zmienia. I dla mnie ich zachowania mają też sens. Owszem, Nean skazał Żirę na bardzo okrutną formę więzienia, ale ostatecznie mogłaby nie żyć, więc zawsze jest to jakieś przedłużenie egzystencji. A Nean, początkowo traktujący ją tylko jak narzędzie, złamany przez lochy, zaczyna dostrzegać w niej towarzyszkę, szukać jej pocieszenia, pomocy, może nawet zaaprobowania. Oboje są uwięzieni, pozbawieni kontroli i skazani na siebie i w tej niejednoznacznej i trudnej sytuacji muszą trzymać się razem, żeby zachować resztki zdrowia psychicznego (z czym jak wiadomo nie najlepiej u obojga). Z punktu widzenia właśnie psychologicznego mocno trafia do mnie ta relacja, dobrze ją pokazałaś, dużo jest w niej półcieni, zachowań i słów nieoczywistych.

To co, pora na wielki finał. Co to będzie, co to będzie!
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 14 października 2017, 15:15

To już koniec. Bitwa wygrana. Kto miał zginąć, ten zginął, kto miał przeżyć, przeżył - w tym ja. I wy, jak mam nadzieję, bo bez was chyba nigdy nie miałabym dość siły, żeby skończyć, a zwłaszcza bez Kanterial, która zadeklarowała się jako psychofanka Neana i innych śmieszków, którzy rzucali suchary o nim. Także dziękuję śmieszkom, czytelnikom i komentatorom, choć czasem miałam doła po ich wypowiedziach. Tak już jednak musi być.

Mam nadzieję, że zakończenie waz usatysfakcjonuje. Że nie zapomniałam o żadnym wątku, że wszystko będzie zrozumiałe i logiczne na tyle byście ani nie przewracali oczami nad naiwnością ani nie skończyli czytania z wielkim WTF na twarzy. Mam też nadzieję, że przyjdzie mi jeszcze do Kruczarza wrócić, a nie umrę ze wstydu po komentarzach podsumowujących.

Miłej lektury życzę.
XXIII Płomień świecy zamigotał niepewnie w półmroku nadchodzącej nocy. Nean ostrożnie ustawił ją na stole, uważając, by nie podpalić rozłożonego na nim pergaminu. Zapatrzył się w powoli topniejący wosk, zapominając o pracy i odległym jeszcze świcie, który jednak z każdą chwilą przybliżał jej koniec – nie przystawało uprawiać czarnej magii w jasnym świetle poranka.
Drewniane krzesło skrzypnęło, gdy czarownik przysunął się bliżej biurka, by móc chudymi palcami musnąć płonący knot. Zapiekło i był to jedyny dostępny Neanowi ekwiwalent ciepła. Zastanowił się. A gdyby tak... Włożył rękę prosto do ognia, a ta zajęła się na moment jasnym płomieniem, lecz zgasła po kilku sekundach.
Czarodziej westchnął i z powrotem pochylił się nad kopią Kodeksu. Była niemal idealna, na pewno dwa razy lepsza niż ta pokazana mu wcześniej przez Septiruna. Staranna, wykonana na pergaminie, nie pomijająca ilustracji. Kruczarz otrzymał go zaraz pierwszej nocy po niedoszłej egzekucji, po przybyciu do podmiejskiej rezydencji Cerina. To tam, kiedy już nabierze sił, miał wykazać, że faktycznie potrafi pomóc dziesiątemu z książąt.
Tamten wieczór był równie spokojny jak dziś. Wyczerpany Nean kulił się na łóżku, próbując ogarnąć zmęczonym umysłem konsekwencje minionego dnia. Martwił się, że jest tutaj, a nie na przykład w pałacu, pod strażą Urbinana, który mógłby uczynić jego ocalenie bez wątpliwości legalnym. Podrywał się na każdy szmer mogący być zwiastunem nadchodzących żołnierzy, ale nie usłyszał, gdy domorosły artysta wślizgnął się do komnaty ciszej, niżby potrafił skrytobójca.
Cerin zaskoczył Neana nagłym dotykiem zimnej dłoni na ramieniu. Przysiadł obok. Na kolanach ułożył zwój różowego, jedwabnego szala i to z niego wydobył właśnie bezcenny manuskrypt.
– Jak to? – spytał Kruczarz. Sam nie wiedział, co chce w ten sposób wyrazić. W głowie kłębiły mu się pytania, w tle majaczyła ponura przepowiednia Septiruna.
Cerin wzruszył oplecionymi w pstrokate wzory ramionami.
– Wiesz, kto stworzył pierwszą kopię Kodeksu? Ceran. – Książę wzgardliwie wydął usta. – Jak można powierzyć tak istotne zadanie podobnemu beztalenciu?
Szalony malarz nie miał w sobie nic ze zwyczajowej beztroski, gdy dawał Neanowi do zrozumienia, że za niedyskrecję grozi mu los gorszy od złego. Nekromancie nie trzeba było tego dwa razy powtarzać – pracował tylko nocą, za dnia musząc znosić ciągła obserwację. Arien, Urind, Xarem i Amrelia zjawiali się niemal codziennie, by nadzorować przedziwną kurację Decema. Zazwyczaj z bratem, czasem bez, gdy nie wszystko szło jak trzeba. Bywało, że Urind co drugi dzień wygrażał czarnoksiężnikowi śmiercią.
Sam Cerin, jeśli w ogóle się zjawiał, to tylko na moment, na jedno przelotne spojrzenie zza progu. Jedyne materialne przypomnienie o zobowiązaniu stanowił jedwabny szal niedbale porzucony na stoliku przy drzwiach i zapach olejku różanego, którym był skropiony. A mimo to Nean miał wrażenie, że każdy jego ruch poddawany jest nieustannej ocenie.
Czarnoksiężnik czuł się gnieciony między tymi dwoma zadaniami. Był rozbitkiem na samym środku oceanu podejrzeń i choć nie miał czego się chwycić, wszyscy czekali, aż zacznie rozbijać statki, grabiąc wiezione przezeń skarby.
Pierwszy nie wytrzymał Arien. Coś pękło w nim tego samego cichego wieczoru, gdy Nean badał reakcję własnej skóry na płomienie. Bez pukania wpadł do przydzielonej czarnoksiężnikowi komnaty, nie za wiele przejmując się strażą. Mag ze Srebrnego Potoku wydawał się czasem darzony przez nich większą estymą niż sami książęta.
– Dlaczego mi to robisz? – wyrzucił z siebie od progu, nie zdążywszy nawet zamknąć drzwi.
Nean spokojnym, wyćwiczonym przez lata gestem odłożył zapiski do szuflady, jakby były one nic nie wartymi bazgrołami. Arien miał prawo do gniewu – to on nadzorował dość niekonwencjonalny eksperyment Kruczarza i to on ręczył głową za dawnego przyjaciela. A przecież nawet Żira wydawała się nieprzekonana. Choć Nean uspokajał ją przez długie godziny, w głębi serca próbował jednak uspokoić sam siebie. Bo jak ktoś, kto całe życie funkcjonował na poziomie dziecka, może stać się nagle prawie dorosłym mężczyzną? Bez efektów los obu czarodziejów wisiał na włosku.
– Czy ty mnie słuchasz, czy się, kurwa, delektujesz?
Po części oba. Nean mógł wreszcie zasiąść na wygodnym krześle, w czystym i porządnym ubraniu, które nie przydawało mu wyglądu wieśniaka. Delektował się tą chwilą dającą złudny pozór, że panuje nad sytuacją.
– Co ci robię? – spytał nekromanta spokojnie, wiedząc, że choćby minimalnie agresywniejszy ton może doprowadzić czarodzieja do furii.
– Narażasz mnie! – wrzasnął Arien rozsierdzony mimo wszystko. – Układasz swoje głupie plany i nawet nie myślisz, kogo one skrzywdzą! Ty mnie, skurwysynie, zabić chcesz!
On chyba przecenia twoją bezduszność... Prawda?
Nean uśmiechnął się, słysząc niepewność w głosie wiedźmy i to był oczywiście błąd. Jeszcze chwila, a Arien z pewnością by go uderzył.
– Byliśmy przyjaciółmi – przypomniał nekromanta. Słowa te otulone w myśli warstwą wspomnień wypowiedziane na głos wydawały się nagie i pozbawione znaczenia.
– Byliśmy. – Arien uderzył pięścią w stół. Robił tak bardzo często i Nean wiedział, że to u niego gest bezsilności. – Znam cię za dobrze, by ci ufać. Gdybym cię tak dobrze nie znał, nadal bylibyśmy przyjaciółmi.
Zabolało. Nie mogło być prawdą, ale zabolało.
– Nie dlatego nie jesteśmy już przyjaciółmi, bo nadwyrężyłem twoje zaufanie – wycedził Nean. – Nie dlatego, że nagle zniknąłem. Nie byliśmy nimi już wtedy. Przez twoje... twoje wino.
Czarownik pożałował swoich słów, nim skończył mówić. To był cios poniżej pasa. Gorzej. To było jak stratowanie przez szarżujących ludzi wschodu. Jak nóż w plecy. Jak pogrążające zeznanie przed sądem.
Prawdziwa tkwiąca między nimi zadra była bowiem najnormalniejszym z początku wieczorem przy winie, we dwóch, na podłodze maleńkiego mieszkania, które wynajmowali wspólnie za skromne, jeszcze studenckie oszczędności, bo obaj po zakończeniu nauki nie palili się do pracy dla możnowładców i innych zajęć mogących zapewnić czarodziejom bez koneksji godziwe pieniądze.
A poszło nawet nie o to, że Arien ośmielony winem próbował Neana pocałować, bo to nekromanta mógłby jeszcze przeżyć, skoro nie raz i nie dwa widywał podobne ekscesy w zamkniętej, złożonej z samych kobiet świątynnej społeczności. Problem tkwił w tym, że mu się udało, kiedy Nean leżał już na podłodze, tak ściśnięty przez przyjaciela, że nie mógł go odepchnąć.
Prawie nie pamiętał dotyku ust na swoich ustach. Pamiętał ciężar, pamiętał zamierające w przestrachu mięśnie, pamiętał, że nie mógł wydać z siebie głosu. Brakowało mu powietrza. Nie potrafił powstrzymać przyjaciela, nawet gdy ten, wytrzeźwiawszy, na moment się od niego oderwał. Krtań i język miał jak sparaliżowane, usta zalewał gorzki smak żółci. Przez tamtą jedną straszną chwilę znowu był za murami świątyni, gdzie nachodzono go w nocy i nie mógł się odzywać, jeśli nie chciał dostać pasem.
Spłoń – myślał wtedy Nean, choć zdradziecka cząstka umysłu cieszyła się na myśl, że nie dla wszystkich jest jeszcze tak odrażający, by bali się go dotykać. Nie jest jeszcze dość napiętnowany wiecznym zimnem, by zabijać wszelkie ciepło.
– Chcesz mnie ukarać? – spytał Arien nagle tak żałosny, że Nean mógłby mu przebaczyć, gdyby tak mocno nie pamiętał. – Po to to wszystko?
Czarownik milczał, bojąc się tego, co mógłby powiedzieć. Stał już w zasadzie na krawędzi i trzymał się jedynie grubej sieci spraw przemilczanych, która gotowa była pęknąć pod nieostrożnym słowem.
I zrobiła to.
– Kochałem cię – powiedział czarodziej, nie patrząc na Neana, ale czyniąc to wyznanie do miętoszonego w palcach różowego szala, który podniósł ze stolika. – Ale ciebie się chyba nie da kochać.
Miłość robi z ludźmi szalone rzeczy.
– Nie da – zgodził się czarownik, ale te słowa wypowiadał za niego ktoś inny. Ktoś bardzo daleko stąd.
– A wydajesz się taki... – Arien potrząsnął głową, nie mogąc znaleźć słowa. Szal miał już owinięty wokół dłoni. – Że mogłem się napawać każdym twoim słowem, kiedy mówiłeś i nie spać długie noce, myśląc, jakie sekrety skrywasz. A dotknąć cię było, jak uczynić te sekrety znanymi, dotknąć nieskończoności i jeszcze umrzeć na koniec.
Nean nie chciał tego słuchać, bo kiedy słuchał, znowu leżał na tamtej podłodze, a kiedy leżał tam, znowu był bezbronny.
– I chcesz mnie za to ukarać?
Arien znów uderzył pięścią w stół, ale to mu nie wystarczyło. Nie wiedzieć kiedy znalazł się nad Neanem, za ramiona wyciągając go spod warstwy koców. Potrząsnął nim gwałtownie. Krzesło wywróciło się z głuchym łoskotem, a czarownik odskoczył do tyłu.
– Arien – imię zamurowało napastnika jak zaklęcie.
– Tak?
– Nie dotykaj mnie.
Po twarzy Ariena popłynęła łza. I Nean też czuł gorycz za te słowa, wiedząc jak tamten je rozumie, słysząc obrzydzenie we własnych słowach. Ale nie mógł mu wytłumaczyć. Nie dziś. Nigdy.
Ciche pukanie do drzwi przerwało gęstą od złości ciszę. Żaden z czarodziejów nie odpowiedział, ale nie przeszkodziło to pukającemu wejść do środka – w drzwiach stał Primon. Jego twarz zdradzała niepokój.
– Słyszałem uderzenie – próbował wytłumaczyć nagłe wtargnięcie.
Więc Arien nie przyszedł sam. To wyjaśniało, dlaczego strażnicy wpuścili czarodzieja ze Srebrnego Potoku w środku nocy.
– To nic – odpowiedzieli równocześnie Arien i Nean.
Wartownik dyszący księciu w kark wymruczał coś niezrozumiałego, prawdopodobnie parafrazę „a nie mówiłem?”. Mimo to Primon wślizgnął się do środka, ostrożnie zamykając drzwi za sobą. Przysunął się do Ariena, delikatnie kładąc mu dłoń na ramieniu.
Czarodziej rzucił mu tylko krótkie spojrzenie, nie mogąc oderwać wzroku od Neana. Coś ciężkiego zawisło w powietrzu i Kruczarz wiedział, że była to zazdrość pomieszana z tęsknotą. Rozumiał już ku czemu nieustannie podążają myśli Primona i jaki ciężar przytłacza go nieustannie. Jak książę mógł nie nienawidzić tego włóczęgi, który za darmo dostawał to, co on sam musiał okupować strachem i rezygnacją z walki o koronę? Jak mógł sprawić, aby czarnoksiężnik żył, skoro najlepiej byłoby dla niego, aby Nean zginął?
Ich spojrzenia spotkały się w jasnym punkcie ponad płomieniem świecy. Primon nienawidził, ale bardziej kochał. Tylko tak mógł zatrzymać serce, które nie należało do niego.
– Oparzenia się goją? – Arien przerwał milczenie.
– Goją się.
Czarodziej ze Srebrnego Potoku zrobił krok w kierunku Neana, zapewne chcąc swoim zwyczajem bezceremonialnie zerwać z niego koszulę i samemu obejrzeć owe gojenie, ale stanął, wahając się, co czyniło zaległy w pomieszczeniu konflikt jedynie bardziej namacalnym.
– Więc dobranoc, Panie Czarny.
– Dobranoc, Ari.
Nean został sam. Wyciągnął z szuflady Kodeks i własne zapiski pełne znaków, schematów i rysunków, które wydobywał z pamięci niczym górnik gotowy przerzucić kilka ton ziemi, by dotrzeć do drogocennego kruszcu. Tej nocy patrzył, ale ani nic nie widział, ani nic nie potrafił zrozumieć.
XXIV – Niczego nie obiecywałem – obruszył się Urbinan, gestem próbując odpędzić się od niemal wiszącej mu na ramieniu córki.
Gdyby nie Armelia, cesarz dawno by już opuścił komnaty Decema, jednak księżniczka własnym ciałem zagradzała mu drogę. Czwórka strażników, która od zamachu nieustannie towarzyszyła swemu władcy, patrzyła na tę przepychankę zupełnie bezradna.
– Tak odwdzięczasz się za uzdrowienie syna? – spytała Armelia. – Wtrąceniem do lochu?
Xarem opadł ciężko na oparcie fotela. Był wdzięczny Kruczarzowi, ale sam zaczynał wątpić, czy dostatecznie wdzięczny, by wysłuchiwać tej bezowocnej dyskusji za każdym razem, gdy przychodził sprawdzić stan Decema.
A przychodził niemal codziennie. Na wiele godzin.
Szczęście w nieszczęściu, dziesiąty z braci był zazwyczaj zbyt wyczerpany, by zwracać na nich uwagę. Zwłaszcza, że jego komnaty, do tej pory unikane przez wszystkich, stawały się ostatnio coraz głośniejsze i zdecydowanie za ciasne. Doszło już nawet do tego, że Urind wyrzucał stąd nie tylko ciekawskich dworzan, ale również własnych braci.
– Uzdrowienie to za dużo powiedziane. – Cesarz dał sobie spokój z próbami ominięcia córki i splótł ręce na piersi. – Nie wypuszczę groźnego przestępcy i nie będę czekać, kto ucierpi następnym razem.
Oczywiście, cesarz miał rację – to nie było uzdrowienie. Sam Kruczarz przyznał, że na uzdrowienie jest wiele lat za późno. A jednak czymś to bez wątpienia było. Czymś dobrym. Czymś, co sprawiało, że Decem się zmieniał. Może nie z dnia na dzień, ale z tygodnia na tydzień brat wydawał się Xaremowi coraz... przytomniejszy?
– Przestępcę? Jakie przestępstwo popełnił? – żachnęła się Armelia. Skrzywiła usta w grymasie, który mężczyźni spoza rodziny mogliby uznać za słodki, ale Xaremowi nieodparcie kojarzył się z dniami, gdy nie wytrzymywała presji i traciła nad sobą kontrolę. – Wygrał tę wojnę za ciebie.
– Po pierwsze, ucieczka z synem Ragda – zaczął wyliczać cesarz. – Po drugie...
– On nie był jego...
– Nie przerywaj mi. Po drugie, wojna nie polega na tym, by wyrżnąć wroga w pień, młoda damo. Ludzie, których bezmyślnie zamordował mogliby służyć cesarstwu. Dziś Wschodnie Morza są wyludnione, co nikomu nie przyniosło korzyści. Kruczarz to szaleniec, zabija bezmyślnie.
– Mści się. Słusznie.
Xarem nie po raz pierwszy bacznie obserwował siostrę, by osądzić, czy naprawdę wierzy w to, co mówi, czy może przyświeca jej inny, ukryty cel. Miał nadzieję, że to drugie. Źle by się stało, gdyby Armelia ślepo zawierzyła temu człowiekowi, nawet Arien to przyznał.
– Mści się bezmyślnie. Jeślibym nawet uwierzył w bajki, których ci naopowiadał, nie puszczę wolno czarnoksiężnika zaślepionego prywatną zemstą.
Urbinan najwyraźniej uznał, że rozmowa zakończy się nieprędko, bo zrezygnowany opadł na fotel obok Xarema. Nic sobie przy tym nie robił z ostentacyjnej niechęci, jaką darzył go jedenasty syn, odkąd cesarz rozkazał przeszukać w poszukiwaniu trucizn i receptur na nie także pracownię czarodzieja ze Srebrnego Potoku.
Na szczęście nie wiedział, że książę ma również własną. Mógłby znaleźć za dużo.
– Jesteś arcykapłanem Wielkiego Iretuna. Możesz go zobowiązać przed obliczem bogów – upierała się księżniczka, choć zagryziona zaraz potem warga zdradzała, że to raczej próba chwycenia się brzytwy, a nie przemyślana propozycja.
– Iretuna mało obchodzą zbrodniarze pozbawieni skruchy, a najmniej darowanie im popełnionych czynów.
Jak na komendę otworzyły się drzwi, a w progu stanęła odziana w czerwoną kapłańską szatę postać.
– Wielki Iretun nie wiążę się z czarnoksiężnikami – obwieścił Eklin. Mówił spokojnie, jakby prostował dla porządku, gdy jednocześnie umysł zaprzątały mu zupełnie inne sprawy. – Gotowe jest wszystko z wyjątkiem Urinda. Czy mam go zabrać w koszuli nocnej, jeśli nie przestanie się dąsać?
Urbinan schował twarz w dłoniach. Na ledwie chwilę, nim przypomniał sobie, że gest bezsilności nie przystoi cesarzowi, kiedy słucha o własnym synu.
– Armelio... – zaczął z rezygnacją.
Oczywiście. Ojciec poprosi, Armelia pójdzie, a Urind da się ułaskawić ze względu na siostrę. Dlatego, między innymi, Xarem uciekł – miał dość rozwiązywania cudzych konfliktów, pławienia się we wciąż otaczających go negatywnych emocjach. Teraz było mu wstyd, że stchórzył i zostawił wszystkie problemy na głowie siostry. Kiedyś mogli przynajmniej wzajemnie się wspierać.
– Nie pójdę do Urinda, bo już u niego byłam – przerwała ojcu księżniczka. – On nie pozwoli wysłać się na śmierć i ja też na to nie pozwolę.
Xarem miał ochotę wstać i zwyczajnie przejąć kontrolę na tą farsą. Robił tak w szpitalach, gdy inni miotali się, nie wiedząc, od czego zacząć. Mówiono, że jest metodyczny do przesady i nigdy nie daje się zaskoczyć. Tam jednak ratował życie. Bunt życia niszczył.
– Musimy dać ludowi przywódców – powiedział Eklin, podając ojcu jakiś zwitek papieru. – Inaczej znajdzie ich wśród podżegaczy.
Xarem zamarł na moment. Czy mu się wydawało, czy naprawdę przebijała z tych słów rozsądek, a Eklin wie, że głównym celem cesarza i dworu jest pozbycie się z miasta wywrotowego elementu? Prawdopodobne. Prawdopodobne też, że jego pokrętny umysł zdołał pogodzić owy cel ze szlachetną misją.
– Gdy władcy Latrii uchylają się od bożych nakazów – kontynuował Eklin – ich grzechy nieść musi całe cesarstwo. – Wycelował w siostrę palcem. – Twoje również, Armelio.
– Nie mam sobie nic do zarzucenia.
Zawsze był sprzeciw. Armelia oświadczała, że nie zrobi tego czy tamtego, a ojciec roztaczał przed nią apokaliptyczną wizję konsekwencji tak długo, aż się nie uginała. Łatwo w niej było wzbudzić poczucie odpowiedzialności.
Tym razem jednak Xarem musiał to przerwać. Inaczej by nie wytrzymał.
– Powinniśmy puścić Kruczarza wolno – powiedział jedenasty książę najgłośniej i najdobitniej, jak tylko potrafił.
Cała trójka drgnęła. Zdążyli już zapomnieć o skulonym na fotelu księciu-medyku albo uznali go za element wystroju – jeśli w ogóle pamiętali, że wrócił. Obcość we własnym domu dotykała zresztą Xarema na każdym kroku i już myślał nad pretekstem dla ponownego wyjazdu.
Po co w ogóle wrócił?
Z miłości, oczywiście. Z miłości do własnych oprawców, kajdan i kamiennych murów. Miłość robiła z ludźmi szalone rzeczy.
– Nie chcę o tym więcej słyszeć! – warknął cesarz, przerywając Xaremowi, który już brał wdech, żeby wyłożyć swoje racje. – To przez waszą durnotę zniknęła Olcha! Jak znajdę tę karczemną dziewkę, wymyślę coś gorszego od pala!
– Mówisz o narzeczonej swojego syna – przypomniała sucho Armelia, zaplatając ręce, co momentalnie zmieniło ją z młodej dziewczyny w surową matronę.
Urbinan niemal się zatoczył.
– Narzeczonej?! – wybuchnął. – Nie pozwolę synowi dać się zaślepić jakiejś dziwce!
– Ta dziwka, jak ją nazwałeś, jest matką twojego wnuka – powiedział Xarem, nim zdążył się zastanowić.
Czas zatrzymał się na moment. Armelia zamarła z na wpół otwartymi ustami, Eklin zapomniał oddychać, Urbinan zastygł w niesamowicie niewygodnej, siedząco-stojącej pozie, jakby ruch mógł naruszyć już i tak nadwyrężoną równowagę wszechświata.
Nic dziwnego – bo to nie była prawda. A przynajmniej Xarem nie miał żadnych dowodów z wyjątkiem domysłów. Gdy tylko bowiem jedenasty książę przeprowadził się na powrót do pałacu, Quintin zaczął nachodzić go wieczorami, za każdym razem zbliżając się do coraz bardziej... podejrzanej tematyki. Medycznej tematyki.
Gdy Olcha wylądowała w lochu, Xarem nie dostrzegł żadnych oznak brzemienności, ale prawdopodobnie było za wcześnie na jakiekolwiek sygnały poza tymi, których tematu książę nie mógł poruszyć, nie zdradzając jednocześnie własnych podejrzeń. Niepewność przyprawiła go o kilka bezsennych nocy, kiedy próbował zapewnić jej w miarę bezpieczne warunki.
– Czy oni oboje muszą... – zaczął Urbinan ledwie oprzytomniawszy. Dopiero potem przypomniał sobie, że bliźniak Quintina nie będzie miał więcej okazji płodzenia nieślubnych dzieci.
Niezręczna cisza pogłębiała się z każdą chwilą. Od czasu do czasu przerywało ją tylko chrapanie Decema, który zdążył zasnąć na dywanie z głową opartą o fotel.
– Idę... – Urbinan nie dokończył, ale gdyby jedenasty książę miał oceniać po gestykulacji, powiedziałby, że idzie udusić syna.
Być może życie Quintina zawisłoby na włosku, gdyby cesarz, odwracając się gwałtownie, nie wpadł na dziwaczną konstrukcję z patyków, do której wznoszenia parę miesięcy temu namówił Decema Octavius. Nim Urbinan pojął, co zaszło i dlaczego patyki przyklejają mu się do butów, Armelia zdążyła się otrząsnąć.
– Nie idź – poprosiła księżniczka słodkim głosem, jakby wcale nie spędzili ostatniej godziny na kłótni. – Nie w głowie mu teraz Olcha.
Poskutkowało.
– Uriet! – zawołał Urbinan do służącego. Jeśli nawet zauważył, że wezwany cały czas czeka cierpliwie niemal za jego plecami, nie dał tego po sobie poznać. – Powiedz księciu Quintinowi, że o zmierzchu chcę go widzieć w swoich komnatach. – Schylił się i odkleiwszy patyk, rzucił go w kąt. – Chodź, Eklinie, bóg czeka.
Dziewiąty brat pożegnał ich z miną prymusa, który właśnie doniósł nauczycielowi na nielubianego kolegę.
– Bóg czeka – przedrzeźniał cesarza Xarem, gdy miał pewność, że nikt prócz Armelii nie może usłyszeć. – Od kiedy ojca obchodzi, czego chce bóg?
Księżniczka zignorowała brata. Odeszła ze zgarbionymi plecami i spuszczoną głową. Za kilka kroków, gdy znajdzie się w zasięgu wzroku innych, miała wrócić do normalnej postawy, ale to będą tylko pozory.
Xarem powinien ją stąd zabrać, ale wiedział, że nie zgodzi się odejść. Wszyscy byli do tego zbyt przywiązani: rodzina, rodzina, rodzina... Ale oni nie nadawali się na rodzinę! Czuł, jakby powoli, acz nieubłaganie zbliżali się do krawędzi, za którą żadna przyszłość nie wydaje się rozsądnym wyborem. Śmierć Kwartaniana mogła świadczyć, że już ją przekroczyli, lecz próżność nie pozwala im przyznać się do porażki.
– Ciekawe, od kiedy nasz niezłomny w dążeniu do wyższego dobra braciszek trzyma stronę takich ścierw jak Kruczarz – odezwała się Ovrina zza pleców Xarema. – Przysięgam, że jeśli ten degenerat wyjdzie z więzienia, uduszę go własnymi rękoma.
Nie zaskoczyła go. Xarem wiedział, że czai się za progiem komnaty już od dłuższego czasu. Czekała aż pozostali wyjdą, a więc chciała rozmawiać na osobności. Niech ją... Książę poczuł uderzenie gorąca, gdy zalała go fala nienawiści.
– Degenerat... – syknął. – I kto to mówi?
– Ktoś, komu zależy przede wszystkim na dobru Latrii. Na co te sentymenty? Kruczarz pomógł Decemowi, więcej nie będzie potrzebny.
Xarem odwrócił się. Tak jak przypuszczał, Ovrina zdjęła żałobną czerń jako pierwsza. Nie wróciła jednak w pełni do dawnych przyzwyczajeń – porzuciła męski strój na rzecz sięgającej do ziemi tuniki z rozcięciem na przodzie i koka splecionego z warkoczy, co nadawało jej wygląd jednej z uzbrojonych wdów, które po śmierci mężów walczących w armii Ragda same zaczęły nękać granicę cesarstwa najazdami.
I zachowywała się inaczej. Jakby ktoś jej powiedział, że czas wreszcie dorosnąć. Nie warczała na ministrów, nie terroryzowała służących ani cesarskiej gwardii. Powoli zaczęła zbierać wokół siebie grono sympatyków.
Czyli budowała własną pozycję. Xarem bał się tak mocno, aż zasychało mu w ustach, a na języku pojawiał się gorzki smak żółci.
Bo dlaczego teraz?
– Nigdy nie kochałaś żadnego z nas, prawda? Nie obchodzimy cię.
Ovrina zaśmiała się, patrząc na niego jak mądry dorosły może patrzeć na głupie dziecko, które dopiero uczy się wyciągać wnioski i jeszcze nie zawsze mu wychodzi.
– Czy kobieta kocha tylko wówczas, gdy cała siebie oddaje mężczyźnie? Mam uśmiechać się i głaskać was po główkach jak Armel?
Byli za głośno i Decem raz po raz gwałtownie przewracał się we śnie. Dlatego Xarem zaproponował, by wyszli na balkon. Rozciągał się stamtąd widok na cesarskie ogrody, na rzędy równo przystrzyżonych krzewów i starannie zadbane grządki. Wilgotne powietrze popołudnia nasiąknięte było zapachem roślin – z rzadka tylko owiewał ich łagodny podmuch od morza, przynosząc ulgę od skwaru.
Ale Xarem zamiast podziwiać otaczającą sielankę wypatrywał ponurej bryły cesarskiego więzienia.
– Tęsknisz za swoimi zbrodniarzami? – spytała Ovrina kpiąco, gdy zauważyła, na co patrzy.
Xarem nigdy nie przyznał, że do więzienia przyciągnął go wcale nie Arien ze swoją tęsknotą za Kruczarzem ani nawet tęsknota za Armelią. Nigdy nikomu nie mówił o swojej wierze, że nawet skazańcom nie należy się długa i bolesna agonia, jakiej doświadczali.
Jednak Ovrina wiedziała. Zawsze wiedziała, gdzie uderzyć.
– Tęsknisz za swoimi truciznami? – spytał w zamian.
Znowu się roześmiała, lecz Xaremowi nie było do śmiechu. Dyszał, czując w trzewiach rozpaloną furię.
– Otrułaś Kwartaniana – wysyczał, sam nie wierząc, że słowa przeszły mu przez gardło tak lekko. – Moimi lekami. Wiem, ile czego mam.
Bacznie obserwował jej reakcję. Zrobiła krok w tył, jej brwi poszybowały gwałtownie w górę, usta wykrzywiły się w trudnym do zinterpretowania grymasie.
– Myślisz, że nie mam własnych trucicieli? – Prychnęła. – Po co miałabym zabijać Kwartaniana?
– Nie Kwartaniana. Ojca. – Xarem oskarżycielsko wycelował w nią palcem, zmuszając do zrobienia jeszcze jednego kroku w tył, w stronę barierki. – Tylko jego nagła śmierć pozwoliłaby ci na przejęcie władzy. Czy ty nie masz żadnej wartości, ty...
– Kocham ojca – obruszyła się Ovrina. – Czego nie można powiedzieć o tobie.
Xarem popchnął ją – teraz siedziała na krawędzi. Zacisnęła dłoń na rękojeści miecza, lecz obydwoje wiedzieli, że nie da rady wyciągnąć go w tak wąskiej przestrzeni, jeśli książę postanowi zaatakować.
– Zamknij się – warknął. – Miałaś truciznę, miałaś dostęp do wina, miałaś motyw. Nie wierzę w ani jedno słowo z twoich kłamliwych ust.
– Każdy z nas miałby motyw!
Opanowanie Ovriny zaczęło się ulatniać. Na próżno próbowała poluźnić uścisk Xarema na ramionach.
Bała się.
– Nie jakiś tam Kruczarz sieje w naszej rodzinie ferment. Nie on jest zagrożeniem. Ty nim jesteś! Ty atakujesz jako pierwsza!
Chciał ją zabić. Zniszczyć. Zgnieść. Byle wreszcie zamilkła na wieki! Uderzył ją w twarz, potem w brzuch, potem znowu w głowę, aż polała się krew. Była wyćwiczona, jednak Xarem nadal miał nad nią przewagę masy i wysokości, dodatkowo wzmocnioną przez przyjętą pozycję.
– Xaremie...
Wrzasnęła.
Mało.
Uderzył raz jeszcze, i jeszcze raz, i jeszcze! Krzyczała, żeby dał jej spokój. Mało, mało, mało!
Uniósł Ovrinę za ramiona, kopnięciem strącając jej nogi na drugą stronę. Broniła się, szarpała, próbowała wyrwać i wzywała pomoc, ale pałac wydał się nagle kompletnie wymarły. W końcu Xaremowi się udało – zniknęła mu sprzed oczu, a po chwili rozległ się okropny chrzęst łamanych kości, za nim długie wycie.
Wycofał się do środka, by nie zauważyli go dopiero teraz nadbiegający dworzanie i służba. Serce łomotało mu w piersi. Przecież na pewno ktoś widział, na pewno ktoś słyszał! Wiedzieli, że został z Decemem. Gdy tylko opuści komnatę, rzecz stanie się jasna dla czekających na zewnątrz gwardzistów.
Wybiegł na korytarz.
– Natychmiast za mną! – ryknął do czuwających pod drzwiami strażników i już po chwili odgrywał na chłepczącej krew ziemi zrozpaczonego brata, świadka straszliwego wypadku, a nikt nie śmiał mu nie wierzyć. Był przecież najszlachetniejszym z Latryjskich książąt.
I tylko, gdy było już po wszystkim, gdy został sam we własnych komnatach, ponownie zdjął go strach. Miał tajemnicę na wieczność. Jak długo trwa wieczność?
– Tak trzeba – powtarzał sobie, przewracając się w łóżku. – Czasem tak trzeba.
XXV Mijał właśnie tydzień, odkąd Nean widział Decema po raz ostatni oraz trzy dni odkąd z bólem w sercu oddał Cerinowi tłumaczenie Kodeksu. Zostawił sobie oczywiście własną kopię, ale wątpił, by pozwolono mu ją zatrzymać.
Teraz został bez zajęcia. Póki starczyło mu papieru i inkaustu, zajmował się spisywaniem wykładu Żiry na temat latryjskich bożków, ziół leczących dolegliwości żołądkowe i miejscowych rytuałów odprawianych przy narodzinach, ale tego również musiał w końcu zaprzestać. Dlatego z początku przyjął wizytę dwóch służących jako miłą odmianę. Dopiero później zaczął się niepokoić.
Ze względu na coś, o czym wspomniani mężczyźni wytrwale milczeli, czarodziej miał zostać wykąpany, ostrzyżony i ogolony. Później otrzymał koszulę, spodnie, buty i – co zdziwiło go niepomiernie – kurtkę. Miał nadzieję, że był to pomysł Ariena, a nikt inny nie zauważył, jak nieustannie drży z zimna.
Na tym się jednak nie skończyło. Młody czarodziej zajęty dotychczas strzeżeniem wejścia do komnaty przyniósł pakunek, na którego widok nekromanta nie mógł powstrzymać głośnego westchnięcia.
Sztylet o czarnym ostrzu i białej rękojeści. Drewniany kubek. Notatnik oprawiony w wytartą skórę. Miecz, w którego jelcu tkwił rubin ściskany w paszczy przez wizerunek smoka. Drewniana skrzynka zabezpieczona zaklęciami. Złoty pierścień w grawerem w języku płomieni. Wygnieciona i niekompletna talia kart. Srebrna łyżka z herbem hrabiego Lamre.
Wszystkie te rzeczy i jeszcze dziesiątki innych. Jego rzeczy. Próbował ustalić, czy są tu wszystkie, ale zawodziła go pamięć. Zabrakło na pewno jego pieniędzy i woreczka z solą. Nie widział też wyciągu z belladony, ale tę stratę mógł akurat przeboleć. Gorzej, że „Opracowanie zaklęć rytualnych” Miradosa – jedyna książka na tyle godna uwagi, by ryzykować wożenie jej ze sobą – cała była przemoknięta i ubrudzona błotem.
Szczęście na moment odebrało Neanowi czujność. Poczuł, że uśmiecha się, grzebiąc w stercie dawno niewidzianych drobiazgów. Dopiero, gdy młody czarodziej poinformował go nieco bez przekonania, że Nean Amareth Invondine z Mitgald Varen ma stawić się przed obliczem Urbinana IV, jego euforia przygasła zastąpiona lawiną domysłów.
Pomyślał przy tym, że będzie musiał znów rozstać się ze świeżo odzyskanym dobytkiem, ale tak się nie stało. Przeciwnie. Wyprowadzono go na latryjski skwar, podarowano konia i juki, w których mógł upchnąć swoje rzeczy, włączając w to niezauważoną przez nikogo kopię Kodeksu. Towarzyszyła mu przy tym czwórka latryjskich czarodziejów stanowiących wyraźne przypomnienie, że Nean nie jest mimo wszystko wolnym człowiekiem.
Nie wolno mu było wsiadać na konia ani choćby minimalnie zboczyć z wyznaczanej przez eskortę trasy. Świadomość pozostawania pod nieustanną obserwacją mężczyzn gotowych zmienić go w miazgę przy najdrobniejszym potknięciu jeżyła Kruczarzowi włosy na karku, ale nie dał tego po sobie poznać. Szedł, jakby był na leniwym poobiednim spacerze.
Miasto wydawało się skrajnie inne niż wówczas, gdy miał przed sobą niemal pewną śmierć. Mógł napawać się siłą przepływającej wąskimi ulicami rzeki ludzkiej, zamiast obawiać się jej wzburzenia. Mógł podziwiać atakujące wzrok jaskrawe kolory; wsłuchiwać się w rytm miasta, w piskliwe okrzyki przekupek i dudniące odgłos tysięcy kroków. Wiedział jednak, że jeśli cesarz pozwoli mu odejść wolno, nigdy, ale to przenigdy, nie wróci do Latrii.
Był to zbyt długi przystanek na jego drodze.
Choć jakaś część nekromanty chciałaby zostać – odszukać Ariena i latryjski uniwersytet, zbadać zakurzone regały bibliotek, zanurzyć się w gorącym piasku Czarnego Połogu. A gdyby i to mu się znudziło, zniknąłby w ciemnych uliczkach doków i w ślepych zaułkach, by odszukać ludzi, których tajemnica na zawsze odcięła od spojrzeń postronnych.
Szkoda, że teraz pałac cesarski zostawiali za plecami, a coraz bardziej zbliżali się do okrągłej, wzniesionej z marmuru budowli, której złoty dach mienił się w promieniach porannego słońca. Otaczała ją czerń pogrążonego w żałobie tłumu przetykana jedynie czerwienią kapłańskich szat.
Świątynia. Dlaczego cesarz wyznaczył mu audiencję w świątyni?
Czuję...
Żira nie uściśliła, co takiego czuje, ale Neanowi udzielił się jej niepokój. Niepewnie wkroczył do wnętrza, zostawiając eskortę przed wejściem. W świetle wpadającym do wnętrza przez otwór w szczycie kopuły mógł zobaczyć cztery brązowe sylwetki podtrzymujące sufit oraz złocony ołtarz. Przed nim, zwrócony tyłem do wejścia, stał cesarz. On również odziany był w czerń nierozpraszaną przez choćby najmniejszą ozdobę.
– Wyjść – rozkazał. – Wszyscy z wyjątkiem czarnoksiężnika.
Wkrótce zostali tylko we dwoje – Kruczarz przeciwko cesarzowi, cesarz przeciwko Kruczarzowi.
Nean powoli zbliżył się do ustawionego w centrum świątyni katafalku. Słyszał już o śmierci Ovriny, ale zobaczyć jej znienawidzoną twarz, teraz okrutnie zniekształconą, było czymś zupełnie innym, niż tylko słyszeć. Nie była już cesarska, nie była głupia ani okrutna – była zwyczajnie martwa.
Poczuł ulgę i nic więcej. Ani grama nienawiści, ani grama szczęścia – spotkała ją zbyt skromna, zbyt krótka śmierć. Ovrinę, najstarszą i nieudaną córkę Urbinana IV miał przykryć wkrótce ciężki i bezbarwny kurz historii.
– Witaj w domu Wielkiego Iretuna, Neanie Amarethcie Eld'garem Invondine vall Mershe Yara z pokolenia Merfaine – rzekł cesarz, odwróciwszy się wreszcie.
Nean mógł teraz zobaczyć oblicze poznaczone znacznie większą ilością zmarszczek, niż zapamiętał. Mógł dojrzeć cienie pod zmęczonymi oczami. Urbinan podszedł do ciała zmarłej córki i delikatnie pogładził jej zdeformowaną twarz.
– Bogowie dali mi piętnastkę dzieci, trójkę z nich okaleczyli, dwójkę zabrali na zawsze. Ty zaś wróciłeś mi syna, o którym myślałem, że go straciłem. Dawniej nie wiedziałem, czy słuszne jest zachowanie cię przy życiu, dowiodłeś jednak swojej wartości.
Nean nie odzywał się, chłonąc zalewającą wnętrze aurę. Poczuł przyjemny dreszcz – ogień płonący pod skórą. Moc napływała do niego z siłą wodospadu. Moc! To, co jeszcze przed chwilą było dla Kruczarza jałową pustynią, teraz stało się rwącym strumieniem magii.
Mógłby...
Czarownika nagle przytłoczyło coś większego od mocy, coś potężnego jak rozwścieczony ocean, wiecznego jak lodowce Białej Równiny i nieustraszonego jak lawina. Zaklęcia cesarskich czarodziejów były wobec tego pyłem, a sam Kruczarz zaledwie większym kamykiem, którym można się co najwyżej skaleczyć.
– Co widzisz, Neanie? – spytał cesarz. Jeśli widział, jak czarownik nagle traci dech i pochyla się ku ziemi, nie dał tego po sobie poznać.
– Ciało, Wasza Wysokość.
– Tak, ciało mojej córki. Wiesz, Neanie, że kiedyś uskarżałem się na zbyt wielu potomków? Każdy z nich skrycie pragnął tronu, a Ovrina najbardziej. – Cesarz potrząsnął głową, jakby nie mógł uwierzyć, do czego doprowadziło życie. – Wszyscy wydawali mi się bezużyteczni i pytałem boga, czemu zesłał na mnie podobne nieszczęście. Odpowiedział ci kiedyś bóg, Neanie?
Lodowaty wiatr pełen magii zdawał się wpływać przez otwór w dachu i dosięgać Kruczarza swymi szponami.
– Kiedyś – odpowiedział cicho czarownik.
– Mnie odpowiedział czynem – ciągnął cesarz. – Gdy zabrał mi jednego syna, pomyślałem, że tak już musi być, że rodziny chłopów i mieszczan tracą połowę potomstwa, nim te doczeka dorosłości. Potem w jakimś niedorzecznym wypadku zginęła również Ovrina, a mnie ogarnął strach. Może bogowie odbiorą mi również pozostałe dzieci, mordując wszystkie po kolei, jak ja wymordowałem swoich braci, bratanków i kuzynów. Myślisz, że bogowie mogą mścić się w taki sposób, Neanie?
Kruczarz pomyślał, że korona cesarska skrywa pod sobą szaleńca. Bo kto to był ten człowiek o dzikim spojrzeniu? Z całą pewnością nie ten sam Urbinan, który przy ich pierwszym spotkaniu naśmiewał się z żarliwości Eklina.
– Sądzę, że zdarza się to niezwykle rzadko, Wasza Wysokość.
Urbinan uśmiechnął się poważnie, przykrywając zniekształconą twarz córki białym całunem.
– Racja. To nie bogowie zabrali mi dzieci. Oni jedynie plączą ludzkie losy tak, by nagiąć świat do swojej woli. Za każdym mordem stoi zabójca w osobie człowieka. Słyszałem plotki krążące po mieście. – Dłonie skubiące delikatną tkaninę całuna zdradzały niepokój Urbinana. – Mówią, że to Ovrina była trucicielką, a moi synowie wymierzyli jej sprawiedliwość. Nie wierzę w to, bo są moimi dziećmi i nie wolno mi wierzyć.
Nean czuł się nieswojo. Nie lubił zwierzeń, a zwierzeń Latryjskich cesarzy nie lubił w szczególności.
– Zapomniałem o tym, więc, gdy byłem w złości, bogowie zdradziecko zapletli moje słowa i teraz posyłam nie jednego, a dwóch synów w wieczne śniegi Białej Równiny.
Czarownik zaczynał rozumieć. O jego serce walczyły naprzemiennie strach i ekscytacja. Między nie zaczynał powoli wdzierać się spokój – zostało postanowione.
– Decyzję można odwrócić, Wasza Wysokość – powiedział Nean, by nie wyrzucać sobie tego, gdy będzie umierał, tonąc po pas we śniegu. Ile razy Urbinan musiał wysłuchiwać podobnych sugestii?
Urbinan oderwał wreszcie wzrok od córki, ale nie skupił go na Neanie. Spojrzał w kierunku złotego ołtarza,.
– Przysięgałem Wielkiemu Iretunowi, a bogom przysięga się na zawsze, Kruczarzu. Są oni jednak miłosierni i wyciągają do nas pomocne dłonie. – Cesarz na ledwie chwilę odwrócił się, patrząc Neanowi w oczy. – Ty w to nie wierzysz. Wiesz, w co ja nie wierzyłem?
Nean nie czuł się zobowiązany do przyznawania, że nie wie, a nawet jakby się domyślał, i tak by milczał, bo zbyt przytłaczała go atmosfera tego miejsca i zbyt mocno przeszywał go strach przed nieznaną siłą zamieszkującą świątynię.
– W ciebie. – Cesarz wbił palec wskazujący w pierś Kruczarza, zmuszając czarownika do kroku w tył. – W to, że płomień musi pozostać wolnym, inaczej spopiela własne więzienie. Byłeś dobrem, a ja niemal uczyniłem cię złem. Radziłeś Urindowi, by przeżył, ja zaś wolałem, abyś milczał. Ocaliłeś Decema przed życiem w pomyleniu, a ja w zamian chciałem ci życie odebrać. Zasłużyłeś na wolność, kiedy ja zasłużyłem na zemstę.
Nean wciąż milczał, mając wrażenie, że jakiekolwiek słowo wypowie, zachwieje ono cesarskim przekonaniem.
– Dlatego daję ci jeszcze jedną szansę.
Czarownikowi nie umknęło, że cesarz zaprzecza sam sobie, twierdząc jednocześnie, że Nean powinien odejść wolno, ale Urbinan może dać mu drugą szansę, by mógł odejść wolno.
Nie dziwiło go to jednak. Nikt trzymający w rękach tak potężną broń jak Kruczarz – a przynajmniej jego legenda – nie zrezygnowałby z niej ze względu na urojoną sprawiedliwość.
Chce byś czuł wdzięczność.
Wdzięczność? Powinien czuć gniew, ale jego też nie czuł. Już nie liczyły się emocje, nie po tym wszystkim. Teraz ważne były zyski i straty.
– Dlatego proponuję ci umowę – rzekł cesarz z mocą. Na wykrzywioną w wyrazie zaskoczenia twarz Neana zareagował jedynie uniesieniem brwi. – Nie będziesz przysięgać mi, bo nie jestem w stanie zmusić cię, abyś jakiejkolwiek przysięgi dotrzymał. Będziesz przysięgał naszemu Panu, Wielkiemu Iretunowi.
Nean ledwie zwalczył pokusę, by oprzeć się o katafalk. Stał sztywno wyprostowany, a jego twarz ani drgnęła, gdy głowę zalała gonitwa myśli. Przysięgać. Bogu. Złamie dane słowo, a czeka go śmierć bez szansy na ucieczkę – bóg nie potrzebuje nikogo ścigać. Powala, nie pytając o dzień i godzinę. To jego moc trzymała Neana w szponach, odkąd opadły okowy nałożone przez czarodziejów Urbinana.
– Co mam przysiąc? – spytał czarownik wyblakłym głosem.
– Że moi synowie powrócą ze swej krucjaty żywi. Jeśli wypełnisz powierzoną misję, możesz odejść wolno. Jeśli nie...
Cesarz nie dokończył. Nie musiał. Patrzył na Neana wyczekująco, uświadamiając mu, że nie będzie miał czasu na przemyślenie oferty. Teraz albo nigdy, krucjata miała pewnie wyruszyć lada dzień. Dotychczas nekromanta sądził nawet, że już wyruszyła, ale śmierć Ovriny musiała opóźnić wymarsz. Pewnie rozpocznie się dzisiaj, skoro cesarska gwardia wyposażyła go w konia.
– Zgoda – powiedział Nean, ale mówił to w innym świecie, który nie mógł zaistnieć, kiedy ludzie pozostawali rozsądni.
Kruczarz w służbie boga i cesarza... Niech ich wszystkich szlag trafi.
– Więc powiedz kapłanom, że już czas – rzekł cesarz, a gdy Nean nie zrozumiał, głową wskazał w kierunku wejścia.
Czarownik ostrożnie pchnął olbrzymie drzwi, które uchyliły się z niemiłym skrzypnięciem. Czekało tam już dwoje starych kapłanów, jeden ledwo odginający się od ziemi. Nean niczego nie musiał mówić, bo ledwie uchylił wrota, oni już pakowali się do środka, czym prędzej zmierzając w stronę ołtarza.
Surowe spojrzenie dowódcy cesarskiej gwardii, który na zewnątrz oczekiwał swego pana dała Neanowi do zrozumienia, że powinien przestać gapić się na pochód kapłanów i biedoty wyposażonej w zaimprowizowaną broń. Powinien zamknąć drzwi i podążyć ku temu, co nieuniknione. Pocieszał się w myślach, że przynajmniej nie musi składać tej przysięgi Eklinowi.
Wolnym krokiem podszedł do ołtarza. Stał on u stóp jednej z figur podtrzymujących sklepienie, ubranej w kapłańską szatę i pełnej godności, której brakowało pozostałym dwóm gotującym się do boju.
Iretun-Sędzia, jak chcą wyznawcy – podpowiedziała Żira. – Iretun-Kat, jak chcą pozostali.
– Klęknij – rozkazał młodszy z kapłanów.
Nean klęknął posłusznie, a kapłani bez krzty delikatności unieśli jego ręce w górę, odsłaniając przedramiona pokryte tatuażem przypominającym lód zamarznięty pod skórą. Pokraczne czarnoksięskie symbole sprawiły, że na moment się zawahali, jednak po naradzie, której Kruczarz w nerwach nie zrozumiał, przytknęli jego dłonie do ołtarza.
– Przysięgnij, Neanie z Mitgald Varen, że bracia Eklin i Urind, książęta Latrii z najświętszej krwi cesarskiej z twoją pomocą powrócą żywi ze swej świętej misji – rozkazał Urbinan głosem, który nie należał już do ojca w żałobie, ale do najwyższego kapłana Wielkiego Iretuna.
– Przysięgam.
– Przysięgnij bronić ich nawet za cenę własnego życia.
Neanowi zrobiło się niedobrze.
– Przysięgam.
– Przysięgnij razem z nimi podjąć się krucjaty przeciwko złu Białej Równiny i ku chwale Wielkiego Iretuna.
– Przysięgam.
– Przysięgnij, że nigdy i pod żadnym pozorem nie przelejesz krwi cesarskiej ani nie uczynisz krzywdy niczemu, co z niej wyrosło.
– Przysięgam.
– Więc zwracam ci wolność, Neanie z Mitgald Varen.
Nean zdążył jeszcze pomyśleć, że brzmi to jak ponury dowcip, nim zalała go fala bólu. Drzwi do świątyni rozwarły się gwałtownie i wnętrze zalał lodowaty podmuch, niemal porywając całun przykrywający zmarłą. Siła wiecznego zimna usiłowała oderwać Neana od ołtarza, lecz czarownik trzymał się go rozpaczliwie, czując jak skóra na przedramionach niemal płonie, gdy moc Wielkiego Iretuna ściera się w niej z siłami Białej Równiny.
Demoniczne moce Żiry dołączyły do tego magicznego wiru. Nie mogąc jednak sprzymierzyć się z żadną ze stron, oplotły Neana ochronnym kokonem.
Wiatr ustał równie nagle, jak nadszedł.
Nean opadł na kolana, podpierając się lewą ręką. Prawą podsunął pod same oczy i syknął z niezadowolenia – na dłoni widniał teraz symbol Wielkiego Iretuna końcami stykający się z lodowym tatuażem. Miał barwę głębokiej zieleni, lecz w miejscu zetknięcia przechodził w pulsującą złotym światłem plamę.
Bolało.
Nerwowy szept rozlał się po świątyni, za nim huk zamykanych drzwi. Znowu szept, zgrzyt i huk raz jeszcze – to Urbinan opuszczał wnętrze świątyni, nie zawracając sobie głowy pożegnaniem. W jego miejsce wlała się rzeka kapłanów, którzy otoczyli ciało księżniczki kręgiem. Rozpoczęli modły, nie zwróciwszy na czarnoksiężnika uwagi. Nean nie znał się na latryjskich obrządkach, ale musiał to być jakiś ceremoniał czuwania, który wcześniej Urbinan bezpardonowo przerwał.
Czarownik nie wstawał, nie mając pojęcia, gdzie właściwie miałby pójść. Nie dostał żadnej wskazówki, jak odszukać książąt, mógł się jedynie domyślać, że rozpoczną wyprawę na czele pochodu. A jeśli nie? Cóż, prędzej czy później ktoś każe mu się stąd wynosić i wtedy będzie myślał.
Impas trwał już jakiś czas, gdy usłyszał za sobą lekkie kroki i szelest jedwabiu.
– Neanie? Co robisz?
Armelia. Czarownik poczuł w gardle dziwny ścisk. Stała pod nogami posągu ściskającego włócznię. Nie po raz pierwszy zauważył, że przebrana w czerń ozdobioną jedynie srebrną broszą wyglądała jeszcze piękniej niż zazwyczaj. Tak sobie pomyślał, że ze smutkiem jej do twarzy. Zła myśl, ale nie potrafił jej powstrzymać.
Nean wrócił do rzeczywistości, ganiąc się w duchu za podobne przemyślenia. Jeśli zamierzała żegnać się siostrą, był to ten właśnie moment, w którym powinien sobie pójść. Nie ruszył w stronę głównego wejścia, lecz skręcił w kierunku wąskiego, półokrągłego korytarza za ołtarzem, mając nadzieję, że świątynia posiada więcej niż jedno wyjście.
Przystanął na moment, gdy na marmurowej podłodze przy ołtarzu ujrzał szkicującego Cerina. Chłopak nie mógł się przemknąć, a jednak to zrobił i ani chybi uwieczniał teraz wizerunek ciała własnej siostry. Ciekawe.
Armelia dogoniła Neana w wąskiej, ledwie oświetlonej przestrzeni korytarzyka. Zastąpiła mu drogę, a on przystanął, nie chcąc i trochę bojąc się przepychać obok latryjskiej księżniczki.
– Armelio... – szepnął wbrew sobie. Dobrze, że tutaj, w półcieniu i za zasłoną muru nikt nie mógł zobaczyć, jak rozmawiają.
– Nean... – Uśmiechnęła się blado. – Miałam nadzieję, że jeszcze tu będziesz.
– I do mnie przyszłaś.
Żira wydała dziwny, niepodobny do niczego gwizd, o którym Nean potrafił powiedzieć tyle tylko, że wyraża całkowitą dezaprobatę.
– Chciałam ci podziękować.
– Już podziękowałaś – zauważył.
Za zbędne uznał dodawanie, że więcej niż raz. Okazja do tego nadarzała się w końcu niemal codziennie, ponieważ Armelia każdorazowo odprowadzała brata do Kruczarza. A widywali się nie tylko wówczas – czasem zjawiała się wieczorami, nierzadko wyrywając czarownika ze snu, aby w nieskończoność rozprawiać nad zachowaniem Decema. Gdy chłopak miał gorsze dni, odchodziła od zmysłów, jakby to był ten ostatni kamyk potrzebny, aby jej barki ugięły się pod ciężarem nerwów.
Nean był jednak cierpliwy. To w końcu nadzwyczajna empatia księżniczki uratowała mu życie.
– Chciałam się z pożegnać? – Armelia trochę spytała, trochę stwierdziła. – I mam coś dla ciebie.
Nean myślał dotychczas, że czarne zawiniątko w jej rękach to po prostu zdjęta przez nią, bądź jeszcze niewłożona, część żałobnej garderoby. Przyjął je ostrożnie, nie mając pojęcia, czym mógłby został obdarowany. Rozwinął materiał, lecz w środku nic nie znalazł. Dopiero po chwili konsternacji zdał sobie sprawę, co trzyma.
Płaszcz.
Czarny płaszcz. Obszerny i ciepły – taki, w którym można ruszyć ku Białej Równinie.
Kruczarz uśmiechnął się szeroko, aż zaprotestowały nieprzyzwyczajone do takich ekscesów mięśnie. Nawet nie zauważył, kiedy zaczął się śmiać.
Rozwinął płaszcz do końca i narzucił na siebie – przez głowę, bo jak poprzedni nie był rozpinany z przodu. Właściwie to chyba uszyto go na wzór i brakowało jedynie nieskończonej ilości przykrytych łatami rozdarć, a sam materiał był znacznie grubszy i przyjemniejszy w dotyku. Miał również kieszenie po wewnętrznej stronie – coś było w jednej z nich.
Nean wydobył parę czarnych, skórzanych rękawic.
Tak. Teraz był przygotowany.
– Słyszałam, że na śniegu łatwo odmrozić sobie palce – powiedziała księżniczka usprawiedliwiającym tonem, najwyraźniej źle zinterpretowawszy jego minę.
Nean założył rękawice. Pasowały prawie idealnie, były tylko trochę za luźne na jego wciąż wychudłe dłonie. Piękna robota.
– Dziękuję. – Czarownik zamilkł, gorączkowo zastanawiając się, czy powinien powiedzieć coś jeszcze. – Czy mogłabyś... Ja nie chciałbym... Chciałbym porozmawiać z...
– Arien wyjechał – powiedziała Armelia, jakby czytając w jego myślach. – Wczoraj.
Nagłe emocje nie pozwoliły Neanowi zastanowić się nad tym, co zamierza powiedzieć.
– Żeby nie musieć się ze mną żegnać?
Armelia skarciła go wzrokiem, jakby był kolejnym niesfornym bratem, którego należy przywrócić do porządku, nim ktoś niepożądany usłyszy, jakie plecie głupstwa.
– Mam coś przekazać?
– Mhm.
Układał to w głowie mnóstwo czasu, ale teraz, gdy okazało się, że księżniczka ma być pośredniczką między nimi, nie znajdował dobrych słów.
– Przekaż, że mu wybaczam. I że przepraszam. I...
Nean zawahał się.
– I?
– I chyba nic więcej... Armelio?
– Pytaj, jeśli chcesz. Słucham cię.
Znów miał problem, aby ubrać myśli w słowa. Jak można tak wielkie rzeczy sprowadzać do tak prostych pojęć?
– Chciałem spytać... Co się stało z Rinem? Chłopcem, który miał być sądzony przede mną?
Nieco ją to zaskoczyło. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się usilnie. Pewnie nie ona jedna zapomniała o małym Rinie. Był jak pyłek rzucony przed huragan.
– Nie wiem, musiałabym spytać. A co?
– Nic – odpowiedział Nean zdecydowanie za szybko. – Dziękuję.
Kierując się niepodobnym do niego impulsem, ujął jej dłonie w swoje. Chciał podziękować raz jeszcze, lecz zamarł, czując ciepło. Tym razem na pewno mu się nie wydawało. To było takie zwyczajne ludzkie ciepło, które odebrano mu razem z całą resztą. Słabe, pewnie niezauważalne dla tych, którzy odczuwają normalnie, ale dla Neana równie zaskakujące jak cesarskie ułaskawienie.
W pewnym sensie to również było ułaskawienie. Chwilowe, ale jakże piękne.
Skonsternowany chciał ją puścić, ale pozwoliła na to tylko połowicznie. Jej prawa dłoń tak delikatnie sięgnęła ku twarzy Neana, że początkowo wziął to za mimowolny odruch, jednak z każdą chwilą jej swoboda rosła, zagarniając nie tylko policzek, ale również usta.
Uświadomił sobie, że nie oddycha. Armelia nie dała mu dojść do siebie, przyciągając jego twarz do swojej tak mocno, że niemal stykali się czołami. Wiedział, na co czeka, lecz sam również czekał niezdolny do ruchu i podjęcia decyzji. Widział oczami wyobraźni, jak ich usta stykają się, lecz dalej nie widział już nic, dalej było stanowczo za blisko, za mocno i za śmiało. Dalej był wzniesiony z lodu mur i czuł, że nie potrafi, a nawet nie chce go przeskoczyć.
Była piękna. Ale czym jest piękno wobec strachu? Wobec goryczy i żalu, lawiny kłamstw, tysięcy kilometrów skutych lodem? Mogła być mądra, ale nic nie wiedziała. Mogła rozumieć, ale nie czuła. Mógł ją obejmować, jak teraz, spiętą i chuchającą mu w twarz gorącym oddechem, ale nie mógł jej znać. Nie naprawdę. Należeli do dwóch obcych światów przecinających się podczas pełni księżyca, gdy z obcych wymiarów wypełza zło.
On był potworem, ona ofiarą.
Zniecierpliwiona jako pierwsza musnęła ustami jego usta, nie wiedząc widocznie co dalej, co zrobić z tą ścianą lodu, która ani nie mogła przeć naprzód, ani nie mogła się wycofać.
– Armelio!
Ten pełen oburzenia okrzyk był wszystkim, czego potrzebowali – gwałtownie odsunął ich od siebie. Armelia spąsowiała, wzrok błądził jej we wszystkie strony. Nean z zaskoczeniem odkrył, że nie czuje przestrachu. Już nie, bo w pierwszej sekundzie gotów był rzucić się do haniebnej ucieczki, ale teraz widział, że ze wszystkich książąt skłonnych bronić cnoty ukochanej siostry trafił na najmniej groźnego – Quintina.
– Kiedy mój ojciec dowie się, że jej dotknąłeś, że na nią w ogóle spojrzałeś...
Uciszył go policzek wymierzony przez księżniczkę.
– Nie mów mi z kim...!
Nie dokończyła. Przecisnęła się obok brata, odpychając go na ścianę i wybiegła, unosząc w rękach poły sukni. Quintin oglądał się za nią ze zdumieniem – prawą ręką ściskał uderzone miejsce, lewą podpierał się, by nie upaść po jej nagłym manewrze. Nean poczuł zaś, że musi ją dogonić, inaczej nigdy więcej nie dane mu będzie poczuć jedynego ciepła w zupełnie zimnym świecie.
Ale zbyt długo czekał, zastanawiając się, jak ma później przeżyć całe miesiące w towarzystwie porywczego Urinda.
– Mój ojciec dowie się...
– ...czemu duchy wołają twoje imię? – wciął się księciu Kruczarz. – Tego ma się dowiedzieć?
Czarodziej powoli zbliżył się do młodzieńca, zmuszając go, aby wcisnął się w kąt. Quintin miał bladą twarz upiora, przekrwione oczy podbite cieniem i niespokojny wzrok szaleńca. A Nean wiedział, że przyczyną tego nie jest po prostu śmierć ukochanego brata.
Duchy pogrzebanych pod świątynią wyły jak oszalałe.
– Nie wchodź do środka, nie masz wstępu do świętych miejsc.
– Słucham?
– A ja nie miałem nigdy wiele czasu, prawda?
Teraz Kruczarz stał prawie tak blisko Quintina, jak wcześniej stała obok niego Armelia. Jednak ta cisza zaległa między nimi dwoma była zimna i sucha jak sama śmierć.
– Na co? – szepnął książę. Głos miał piskliwy.
– Na wykonanie zadania. Ludzie cesarza przeszukali połowę miasta, pozamykali szpiegów i najemników, przesłuchali wszystkich aptekarzy, czarowników i wiedźmy, a kucharzy poddali torturom. Jedynie Xarem wiedział, skąd wzięła się trucizna, ale on oskarżał Ovrinę.
Kruczarz nie dodał, że to z jego ręki zginęła, Xarem uczynił mu w końcu przysługę. O jednym tylko zapomniał – o Decemie, którego znacznie mniej niż kiedyś pogubione myśli zdradziły czarownikowi prawdę.
– Oszczerstwa – wydusił Quintin. Twarz mu poszarzała. – Co to w ogóle ma do rzeczy?
– Ktoś inny policzył dni cesarza. Ktoś, kto zjawił się w szpitalnym więzieniu jeszcze wcześniej, by zdobyć truciznę bez świadków i wspólników. Nigdy nie kradł, nigdy nie zabijał, nikt o nim nie pomyślał, choć był miał wiedzę w wielu dziedzinach, również w trucicielstwie. I tylko nie miał szczęścia tamtej nocy.
– To...
– Gdzie jest twój brat, Quintinie? – syknął Kruczarz. – Czy nie woła cię spod ziemi wraz z innymi umarłymi? – Czarodziej potrząsnął głową, jak lekarz potrząsać może głową nad pacjentem, który jeszcze oddycha i jeszcze mówi, ale już jest martwy. – Dlaczego?
– Skąd wiesz? – wyszeptał książę. Źrenice miał wielkości monety.
– Dlaczego, Quintinie?
– Miłość robi z ludźmi szalone rzeczy. Skąd wiesz?
Nean nie potrafił się nie zgodzić. Dlatego kochał przecież swoją matkę, niezależnie od tego, ile razy budziła go w środku nocy, ile razy skrzywdziła go razem z innymi.
– Olcha, prawda? – zgadywał czarownik. – Wiedźma ze Zboru Lasu. Chciałeś to przeprowadzić z namysłem, ale gdy trafiła do celi, zacząłeś się spieszyć.
– SKĄD WIESZ?! – ryknął Quintin.
Mógł mu powiedzieć o krwi, którą przyniósł Septirun, o przepowiedni, którą go uraczył, skłaniając do przeczącej logice decyzji o milczeniu. Mógł napsuć krwi dzieciakowi, który chciał wysłać go na śmierć i myśl o tym była niezwykle przyjemna.
– Wiem wiele rzeczy ale... – Nean urwał, zastanawiając się, czy powinien kontynuować. – Ale większości po prostu się domyślam.
Kruczarz odszedł, ignorując dalsze pytania. Naciągnął kaptur, chroniąc bladą twarz przed słońcem, uniesieniem ręki przywołał do siebie dwa kruki. I tylko przez chwilę, przy wyjściu ze świątyni poczuł na sobie czyiś wzrok i wydawało mu się, że widzi przemykający cień, ale jeśli koleje losu miały być odwrócone, czas na ich odwrócenie minął.
Wszyscy widzieli jak pierwszego dnia wiosny Kruczarz odchodzi na północ wraz z rozhisteryzowanym tłumem. Nikt jednak nie mógł widzieć żalu, jaki pojawił się tydzień później na jego twarzy, gdy krucjatę obiegła wieść o samobójczej śmierci Quintina.
Książę miał się powiesić na jedwabnym szalu pachnącym różanym olejkiem, co, jak ktoś zauważył, stanowiło dość niezwyczajne okoliczności, z zaskakująco silnymi emocjami przyjmowane w rodzinie cesarskiej. Nie na tyle jednak, by wysłuchać kapłana-egzorcysty opowiadającego o opętaniu.

KONIEC :3
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1833
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kruffachi » 27 października 2017, 17:04

Wiesz, dlaczego jeszcze ten tekst jest cenny? Bo różnica między ostatnimi wstawkami a wcześniejszymi jest olbrzymia. Rozwinęłaś się na jego przestrzeni, zmusiłaś się do nowych pytań i szukania nowych rozwiązań, do pokonywania nowych trudności i teraz - już teraz - widać, że sporo Ci to dało. To jest wartość nie do przecenienia i właśnie to, za co tak lubię długie teksty. Po opkach nie widać, jak autor się zmienia, choć też pewnie z tego względu są dla niego mniej frustrujące. Bo nie musi sam po sobie sprzątać. Ale przecież to sprzątanie właśnie wymaga określenia, co poszło nie tak, wyraźnie i konkretnie. A zawsze coś pójdzie nie tak. Piszę głównie długie teksty powyżej 50k, więc mogę z całą odpowiedzialnością napisać, że ZAWSZE.

Ale robisz to i sprzątasz kuchnię po ferworze walki z wystawnym obiadem. Może nie wszystko mnie w stu procentach przekonuje (już nie będę pisać o Żirze, Ag. wyraziła swoje zdanie, może w swoim jestem po prostu odosobniona), ale wiele spraw zagrało i myślę, że wybrane przez Ciebie rozwiązania bardzo ułatwią redakcję tej minipowieści po jej ukończeniu.

W ogóle chcę też na wstępie zaznaczyć, że widzę i doceniam motyw przewodni, nie ten pierwszy narzucający się - metaforykę lodu i ognia - a ten drugi, czyli chęć ukazania miłości w różnych odcieniach. To naprawdę fajne, że robisz takie rzeczy i chcesz pisać nie tylko o wydarzeniach i bohaterach, ale też na jakiś temat. Tak powstają te najlepsze teksty - że są o czymś. Że gdzieś tam na jakimś głębokim i ukrytym poziomie stykają się z dobrą publicystyką. Zatem kierunek słuszny i jak najbardziej godzien pochwały. Trzymam kciuki za rozwój w tym kierunku.

Podoba mi się również to, jak wiele takich rozsianych elementów wykorzystałaś w zaskakujący sposób. Czasem los Neanowi nieco za bardzo sprzyjał, ale np. zagranie Decemem jest świetne, choć sam Decem pozostaje (trochę niestety, ale to mój osobisty konik) do końca raczej rekwizytem niż postacią. Niemniej podobało mi się mniej więcej to, co Ag. w tych fragmentach. I lubię tę ironię.

W ogóle wracając jeszcze do Żiry, abstrahując od początków znajomości i tego, do czego mam zastrzeżenia, rozwój ich relacji wychodzi bardzo dobrze, choć może chciałabym więcej aktywności emocjonalnej i więcej dobrych intencji ze strony Neana, no ale może i na to przyjdzie czas, może do tego musi jeszcze dojrzeć. Niemniej ich dialogi to jedne z lepszych części całości, lubiłam je, lubiłam te opowieści i to, co pozostawało między słowami. Dużo tam namalowałaś półtonami i to jest kapitalne :D

Są jednak takie rzeczy, z którymi musiałaś się uporać na większej przestrzeni i których biegu nie dało się zmienić na przestrzeni kilku akapitów. No i z takimi, które wymagały szerokiego planowania oraz systematycznego kontrolowania wątków. I nie wszystko się udało moim zdaniem. Ale też patrzę na swoje wątpliwości i dostrzegam w tym pewien schemat, przez który większość twórców, jakich znam, od tego etapu pisarskiego rozwoju, musiała po prostu przejść. Czasem trzeba coś napisać, by po kilku miesiącach albo i latach dojść do wniosku, że na pierwszy rzut oka w porządku, ale jednak nie tędy droga. Będę je sobie wypisywać w punktach. Wspomnę też o wątkach, które wydają mi się niezakończone lub których zakończeń zwyczajnie nie rozumiem, bo może coś mi się zgubiło, a może coś jest w poprzednich opowiadaniach i tego nie rozumiem. Co do ilości tych "wiszących końcówek", skłania mnie ona do myśli, jakiego typu tekst właściwie napisałaś. Bo "Lód z płomieni" nie ma ani długości, ani struktury opowiadania. Nie ma de facto motywu przewodniego, zaczynasz bardzo wiele historii na przestrzeni tego tekstu, a kończysz wyłącznie tę związaną z samym Neanem. Podczas gdy z perspektywy całości wątek Neana jest spoiwem, ale nie wydaje się najważniejszy wcale. Odniosłam wrażenie, że rewolucja w Latrii, ten zamach stanu - to jest filar, na którym tak naprawdę opiera się większość ciężaru, choć poświęcasz mu niewiele miejsca. Takie ustawienie kamery na bohatera, który ostatecznie nie bierze za dużego udziału w najdonioślejszych wydarzeniach, może być jednak ciekawym zabiegiem. Tylko nie wiem, czy Nean, jako nak**wiacz się do tego nadaje, bo jednak stworzony jest do wywracania planszy. Nie wiem.

Ale wracając do wątku opowiadania/nie-opowiadania, bo znowu wleciałam w dygresję, z perspektywy widzę ten tekst bardziej jako wstęp do cyklu opowiadań o Kruczarzu 2.0, takim bardziej odsłoniętym, z otwartą przed czytelnikiem głową i zarysowaną przeszłością, a także po pewnej przemianie i zderzeniu z sytuacją graniczną. No i ja tak to widzę. Za dużo bramek zostało otwartych po tym, jak padło ostatnie zdanie, by móc uznać "Lód z płomieni" za twór osobny i skończony. Jest jak pierwszy tom cyklu, jak taka "Krew elfów" po "Ostatnim życzeniu" i "Mieczu przeznaczenia", a jak przypomnę sobie, że wszystko zaczęło się od polemiki z Sapkiem, to nawet robi się zabawnie :D Nie piszę, że to źle, może tak właśnie miało być, po prostu daję znać o swoim wrażeniu. Ale gdybyś teraz zakończyła cykl, to zostałabym z dużym niedosytem.

O, nie wiem też, co się ostatecznie stało z Olchą. Tam trochę panuje chaos w tej scenie ze skazańcami, a potem już się Olcha nie pojawia. Nie wiem też, do czego tak naprawdę dążyła, czy miała w tej polityce jakiś udział, czy nie. Nie pada z jej perspektywy jedna myśl o Qintinie, poza wykrzyczanym zdaniem o sypianiu, więc nie potrafię też określić szczerości jej uczuć.

A tak bardziej szczegółowo:

Śmierć bohaterów

Śmierć Kwintyliana była dobra w moim odczuciu, pisałam Ci o tym. Stanowiła dobry, wyraźny punkt zwrotny, napędzała akcję, zmuszała bohaterów do tego, żeby ustosunkowali się do nowej sytuacji. Tego zabrakło wszystkim pozostałym śmierciom upchanym zresztą na dość małej przestrzeni. Jeszcze śmierć Ovriny miała jakiś potencjał i niby odbiła się na myśleniu Urbiniana, ale odbiła się w sposób bardzo wygodny dla Neana i fabuły, więc de facto Ovrina posłużyła Ci jako klucz umożliwiający takie a nie inne zakończenie. Ponad to była postacią powszechnie nielubianą, więc jej śmierć nie miała szans wywołać efektu emocjonalnego. Plus była naprawdę mocno przewidywalna, ale to zdradził drobiazg i przypuszczam, że nie zdradził w sposób zamierzony. Jeśli nagle, dosłownie w jednym zdaniu wyprowadzasz dwie postaci na balkon, to czytelnik wie już, że balkon będzie z jakiegoś powodu ważny. A balkony zwykle pojawiają się w kontekście zrzucania z nich kogoś. Więc pojawił się ten zdawkowy opis i już wiedziałam, w związku z czym napięcie całej sceny siadło. Przyznaję się bez bicia, że zanim przeczytałam dialog, zjechałam wzrokiem niżej, żeby przekonać się, czy trafiłam. No i - jak wiesz najlepiej - trafiłam.

Z zabijaniem postaci to jest tak, że przynoszą emocjonalny efekt w dwóch wypadkach: kiedy czytelnik jest z nimi mocno związany emocjonalnie i - druga opcja - kiedy giną niejako u szczytu swoich możliwości, zdecydowanie zanim wyczerpią fabularny potencjał. Oczywiście nikt nie zabrania łączyć obu tych opcji. Ale zabijanie postaci w gruncie rzeczy pobocznych pod sam koniec tekstu i już po tym, jak wypełniły całą swoją fabularną rolę, mija się z celem. Z tego względu najbardziej uwiera mnie śmierć Quintina. Ani nie byłam z nim dość związana, żeby mnie to poruszyło, ani nie wpłynęło to już na zamkniętą fabułę, ani nawet na jego indywidualny wątek. Jedyny cel konstrukcyjny, jaki widzę, to pokazanie, że Kruczarz poczuł żal i wspomnienie o opętaniu, ale nie sądzę, żeby do tego potrzebne było narzędzie takiego kalibru jak uśmiercenie. Dałoby się podobny efekt uzyskać ze spokojem niższym kosztem.

Miłość ci wszystko wybaczy

Ogólnie niezbyt lubię wyjaśniania rzeczy hasłem "bo miłość", jako że sama należę do romantycznych inaczej. To może mieć pewien wpływ na mój odbiór tych wątków, jasne, ale też sądzę, że pozwala mi przyjrzeć się im pod kątem konstrukcyjnym właśnie. Całkowicie pomijam swój odbiór wątku Żiry, bo tu najwyraźniej odstaję - nikt mnie nie poparł, za to Ag. wyraziła zdanie odmienne. Mam prawo do takiej interpretacji postaci i sytuacji i będę się ich trzymać, ale obiecuję więcej nie truć tyłka ;)

Natomiast pojawia się kwestia Ariena, znów Quintina i Armelii. Armelia jest tu taką bardzo typową postacią kobiecą w otoczeniu głównego bohatera. Zwróć uwagę na fakt, że to ona i tylko ona jest stroną aktywną w tej relacji. To ona przychodzi, ona pomaga, ona staje za Kruczarzem, ona dba o jego samopoczucie i ona się nim interesuje. Poza tym wiemy o niej, ze jest piękna i tak dobra, że interesuje się poświęcaniem dla innych, ale w całej tej czeredzie rodzeństwa, gdzie każdy niemal ma jakąś smykałkę i hobby, ona jedna nie.

A w zamian za tę swoją atencję względem Neana nie dostaje praktycznie niczego, no bo umówmy się, że akcja z Decemem następuje już po tym, jak najmocniej się za nim wstawiła - to raz - nie jest aktem bezinteresownej dobroci Neana i trzeba by być bardzo naiwnym, żeby w to uwierzyć - to dwa. Więc ja doskonale kumam, dlaczego mógł zakochać się Nean, ale trochę brakuje mi informacji, co mogło spodobać się Armelii w brudnym, chorym, cuchnącym więźniu, który jest dla niej niemiły, straszy ją i zachowuje się arogancko. Bo to trochę tak wygląda, jakby ona zakochała się przez myśli, których przecież znać nie może - czy dokładniej, jakby miała wiedzę nie postaci, a autorki.

Nawet w tej końcowej scenie pocałunku to ona jest aktywna XD Znaczy - dlaczego Neana zmroziło i nie był zdolny do przejęcia inicjatywy, to jest klarowne i jasne jak słońce. Ale tak sobie myślę, że ta scena miałaby znacznie większą moc i potężniejszy ładunek emocjonalny, gdyby do pocałunku w ogóle nie doszło. Czasem to, czego nie ma, uwiera czytelnika bardziej, tak jak najbardziej straszą nieopisane potwory.

No i Arien jeszcze. On się tu zaczyna trochę jawić jak taki histeryczny odrzucony kochanek z telenoweli, wiesz? ;) Ten tomik wierszy z różą i ten pocałunek po pijaku, potem te wybuchy i sceny. Nie wiem, to buduje moją niechęć do niego, wznosi między nami mur, a miałam nadzieję, że zrobisz z niego pozytywne odbicie Neana i dasz im skomplikowaną, niejednoznaczną relację. Troszkę szkoda, że poszłaś w jednak dość oczywiste rozwiązania i spłyciłaś postać Ariena.


Wolność, równość braterstwo i inne sprawy rewolucji

Przyznaję, że po drugim czytaniu nadal nie ogarniam motywacji Quintina. Sądzę, że problem tkwi w tym, że mało pokazałaś samej Latrii jako machiny społeczno-politycznej. To znaczy ja nie do końca wiem, jak to państwo funkcjonuje (znaczy tak, były rozmowy na ten temat, ale raczej abstrakcyjne, nie odnosiły się do wydarzeń i opisów), nie wiem, jakie ma bolączki i w związku z tym nie wiem też, co tak naprawdę Quintin chciał naprawiać. Raczej nie chodziło mu po głowie dobro ludu, bo temu przeczyłby sposób, w jaki go portretujesz, i w scenie, którą wjeżdża do historii, czyli w ruinach Czarnego Połogu. Tam dość ordynarnie wyraża się jednak o niewolnikach. No więc nie kwestie społeczne. Więc co? Względy osobiste? To wydaje się za słabe na postać, którą przedstawiasz jako aspirującego intelektualistę. Po prostu chęć zmiany systemu politycznego? Na to mogłaby wskazywać jego rozmowa z Kruczarzem i wypytywanie o alternatywne rozwiązania, ale przecież systemu nie zmienia się dla samej zmiany systemu. Coś musi za tym stać, a ja nie widzę co.

Chyba że opcja spiskowa nr 1, czyli Olcha, ale kiedy wchodzisz do jej głowy, przedstawiasz ją jako osobę niewinną. Albo opcja spiskowa nr 2, czyli opętanie przez Darena, na co niby mogłaby wskazywać końcówka, czy raczej ostatnie zdanie, ale zaraz, skoro u Septurina wszyscy wyczuwali, że coś jest nie tak, dlaczego nie mieliby wyczuć, że coś jest nie tak z Quinem? To znaczy może wyczuli, bo to się już dzieje za kulisami i czytelnik nie wie. Tylko po co Daren miałby to robić?

O, on mnie zresztą interesuje jako osobny wątek. Nie wiem, czy chce tylko zemsty, czy np. także przejęcia władzy. To drugie chyba byłoby ciekawsze. Taka Latria rządzona przez opętanych władców.

Cierpienia Neana

Tu zupełnie abstrahuję od swojego odbioru postaci i skupiam się tylko na warstwie konstrukcyjnej, bo to mi się rzuciło w oczy podczas drugiego czytania ciągiem. Otóż każdy fragment, w którym pojawia się Nean, a zwłaszcza Nean w celi, rozpoczynasz najpierw od nawoływania (swoją drogą to kolejny wątek zaczęty, ale nie pociągnięty dalej, choć może to faktycznie Biała Równina i może faktycznie jakiś spisek sił nadprzyrodzonych sprawił, że Kruczarz bierze udział w krucjacie, ale jeśli tak, nie pogardziłabym zdaniem czy dwoma komentarza w samym opowiadaniu), no więc każdy fragment rozpoczyna się kilkoma akapitami opisu stanu Neana i tego, jak mu jest źle. Myślę, że głównie to spowodowało uczucie znużenia tym wątkiem i rozwleczenia.

Z takimi skrajnymi sytuacjami jest ten problem, że kusi ich opisywanie, a tymczasem robią tym większe wrażenie, im o nich mniej i krócej. Czasem też warto przerzucić ciężar na osoby trzecie i powstrzymać się przed opisem bezpośrednim, by przywalić prawym sierpowym w odpowiednim momencie. Tu wystarczyłyby niekiedy gołe dialogi z Żirą i efekt byłby mocarny, bo w nich widać stan Neana i ja na przykład odczuwałam go w tych fragmentach znacznie dosadniej niż przy opisach wprost.

Pielgrzymki po raz ostatni - podsumowanie

Zachodziłam w głowę, po co Ci to będzie - ta seria dialogów z ludźmi schodzącymi do lochów - bo parokrotnie podkreślałaś, że po prostu jest Ci potrzebne, żeby spotkali Neana osobiście. I chyba odpowiedź daje scena sądu. To znaczy daje i nie daje jednocześnie, bo wydaje się, że część decyzji nie jest tam podejmowana przez wzgląd na to, jak wyglądała sama interakcja z Kruczarzem, a u niektórych sąd jest tak oczywisty, że żadnego dodatkowego utwierdzenia nie trzeba było. Z perspektywy sądzę, że wiele dałoby się załatwić bez rozbudowanych dialogów osłabiających realizm. Takiego Eklina np., dla którego Nean to i tak grzesznik oraz abominacja. Albo taką Ovrinę, dla której on po prostu powinien się jawić jako zagrożenie dla państwa. Z nich wszystkich tak naprawdę potrzebne były tylko interakcje z Urindem i one też - pamiętam - budziły najmniej zastrzeżeń czytelników. Ale po co np. Cerin i Ceran? Wydaje mi się, że w tym aspekcie możesz ze spokojną głową zastosować ostre cięcia. Wyjdzie to na dobre wielu aspektom tekstu.

Co do samej sceny sądu mam wątpliwości spore. Nie wygląda mi na realistyczną, nie siedzi mi w systemie politycznym - przynajmniej żadnym, jaki sobie potrafię w głowie przywołać, bo o tym w Latrii nie wiem za wiele. Nie pasuje mi do końca, że książęta odwalają takie jarmarczne przedstawienie przed plebsem. Że w ogóle są tam obecni. No ale pominąwszy to wszystko, zostaje jeszcze kwestia tego, co dzieje się z napięciem. Nadmuchujesz spory balon, a potem, zamiast go przekłuć z głośnym hukiem, powolutku spuszczasz powietrze. Niby głosowanie też może być źródłem napięcia, ale jednak znacznie mniejszym niż prowadzenie na szafot, więc umieszczenie tego po sobie obniża stawkę i poczytuję to jako sporą niezręczność konstrukcyjną.

Jeszcze mam trochę wątpliwości co do wątku kodeksu, bo on też się właściwie nie skończył. Trochę nie jestem pewna, co Nean z nim robił, skoro wcześniej było tyle mowy o tym, że ważne są ilustracje, a ich nie ma. Kodeks wydaje się jako rekwizyt ważny, bo mówi o opętaniach, bo są opętani na scenie (acz nie wiem, ilu), a tak to się jakoś rozmyło.

Podczas poprawiania długich tekstów lubię je czasem czytać i rozważać nie w całości, a pojedynczymi wątkami albo postaciami i sprawdzać, jak to się układa samo w sobie poza kontekstem. Wydaje mi się, że "Lodowi..." mogłoby to pomóc - taka właśnie próba patrzenia na tę samą historię z perspektyw różnych, niekoniecznie głównych, wątków i postaci. Wtedy łatwiej ocenić, co się domyka, a co nie, łatwiej też wgryźć się w charaktery postaci i ich motywacje. Bo oni tutaj jeszcze cały czas reagują bardzo szkicowo, co daje właśnie to wrażenie histeryczności. Jakby ich zachowanie nie wynikało z ich zachowania - to znaczy nie stanowiło logicznych, rozwijających się ciągów - a stanowiło tylko doraźne reakcje na zmieniającą się sytuację. Sama się czasem na tym łapię, zwłaszcza gdy piszę szybko i dużo albo chcę mieć już jakąś scenę za sobą. Dlatego właśnie znalazłam sobie taki sposób i polecam. Czasem okazuje się, że trzeba przebudować 3/4 sceny, ale warto.

Słowem podsumowania - z całej mocy gratuluję ukończenia tak długiego i złożonego tekstu. Ze wszech miar było warto! :yaaay:
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Krin » 27 października 2017, 19:51

Kurde, załamałam się, bo widzę, że zakończenie było zupełnie nieczytelne. :bag: Wpełznę do rowu i umrę. Serio. Dobrze, że tekst skończony dawno i mam dzisiaj akurat dobry humor, bo chyba bym wpadła w totalny dołek. A tak pozostanie mi tylko żal do śmierci.
SpoilerShow
Wyjaśnienie faila:

Na końcu, kiedy Nean wychodzi ze świątyni, ma wrażenie, że jest obserwowany, bo jest obserwowany przez Cerina, o którym była mowa, że siedział i rysował zwłoki swojej siostry. Czyli jak zawsze wepchnął się gdzieś pod pozorem rysowania i dlatego słyszy rozmowę Neana i Quintina. Wie, że to Quintin jest winny śmierci Kwartaniana.

Jest też potem mowa, że Quintin użył jedwabnego szala - tego, który widział Septirun w swojej wizji, tego który Cerin miał podczas rozmowy z Neanem w swoim pałacu i bodajże jeszcze przy jakiejś okazji, czyli nikt z rodzeństwa nie miał wątpliwości, że samobójstwo nie było samobójstwem a Cerin wcale nie zamierzał się z tym kryć. Przeciwnie, to była jego deklaracja.

A i ktoś wskazywał, że doszło do tego pod wpływem opętania... W czyich rękach został Kodeks mówiący o opętaniach? W rękach Cerina. O tym też zdaje się mówił pośrednio Septirun - że Kodeks, szal, jego bracia i bodajże Nean nie mogą się razem spotkać. I że Nean będzie tym, który zabije Quintina - zabije, bo powie o tym głośno. Kruczarz chciał uniknąć śmierci Quintina, nie mówiąc Septirunowi, że to on jest zabójcą (co powiedziała mu krew), bo była to najbardziej prawdopodobna przyszłość, czyli ta, w której według przepowiedni Nean ginie. Na koniec jednak stwierdza, że choć częściowo odwrócił koleje losu, to nie dość, by odwrócić również los Quintina, którego i tak "zabił" swoimi słowami.

#najgorszeintrygiever :facepalm:
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Lód z płomieni

Post autor: Kanterial » 04 stycznia 2018, 00:36

Nie napiszę tak obszernej oceny jaką ci sprezentowała Kili (w ogóle to aż zazdroszczę takiego komentarza, mam nadzieję, że często do niego wracasz) i to nie tylko dlatego, że bym nie umiała, ale chyba bardziej z powodu swoich poplątanych myśli i tego, że czytałam tekst w całości - dwa razy - co mnie uwolniło od analizowania kolejnych partii i zupełnie zmieniło obraz.

Więc tak, tekst przewałkowany w dwie strony, wydrukowany, przeczytany ponownie i przed dwoma tygodniami, a wcześniej czytany na bieżąco, gdy wrzucałaś. Mogę być przez to nieobiektywna, bo jednak "widzieć" coś często czytelnik zaczyna właśnie przy drugim czytaniu i ja tak mam nawet z ulubionymi książkami - czytam je dziesiąty raz i widzę coraz więcej. Coraz lepiej rozumiem, na coraz więcej rzeczy zwracam uwagę. Będę więc mówić ogólnie o odczuciach wszystkich jakie mi przeszły przez głowę i to już po tym, jak doskonale wiedziałam czego się spodziewać, znałam zakończenie i miałam swoje upatrzone sympatie i hejty :D

Już napisałam na SB - tekst to krok naprzód. Duży krok. Nie mam zamiaru kłócić się z tobą i przekonywać cię, po prostu wiem swoje, bo czy się znam czy nie znam, ufam własnej ocenie po tylu latach czytania i komentowania i oglądania progresu.

Nean w Lodzie z Płomieni to postać totalnie rozszczepiona. Nie wiem czy specjalnie skorelowałaś to z taką mnogością jego imion, która się tu pojawia, ale efekt robi dobrze. Btw - imiona, to, że są ważne i ich wyjaśnienie bardzo, bardzo mnie urzekły. Urzekła mnie też twoja zdolność używania powtórzeń. Mimo takiej najprostszej formy - całych powtórzonych wprost sformułowań - czy to przy miłości, która robi z ludźmi szalone rzeczy, czy właśnie przy imionach, które są ważne, czy nawet przy Neanie z Czarnej Dupy. To po prostu wychodzi ci dobrze. Czujesz gdzie i kiedy, nie razisz po oczach (ja sama często tak robię i jestem przez to wyczulona na powtórzenia motywów u innych) i naprawdę doceniam wyczucia z którym porozmieszczałaś swoje zdania-klucze w całości tekstu. One kreślą to, co chciałaś uzyskać, przypominają, co jest ważne i tak pięknie odrywają historię rodzinnego konfliktu od obyczaju w stronę fantasy, takiego fantasy jakie ja uważam za najlepsze. Lubię gdy w tle ciągle przebrzmiewa podniosła nuta, bo fantasy dla mnie musi być tak z wyczuciem epickie. I twoje motywy zrobiły to dla mnie.
Zrobiła to też dla mnie postać Kruczarza i opisy sił przyrody, a już zwłaszcza wszystko to, co wiązało się z Białą Równiną. Scena, gdzie Kruczarz przysięga i dwie różne moce ścierają się w walce o niego, a później (och!) ten nowy tatuaż na przedramieniu - tak, ja lubię takie rzeczy. Lubię się podniecać scenami które chciałabym widzieć w filmie.
Kilka takich zafundowałaś mi tutaj i wiesz, co było najlepsze? To, że nie musiałam się bać.
Epickie sceny przerażają mnie zawsze. Moje czytelnicze wnętrze, bo bardzo, bardzo nie lubię widzieć tego, jak i po co są zbudowane. Nie lubię też widzieć autora w takich scenach. Czuć, co i jak, po co, jakim sposobem. Nie lubię zachłystywania się własnymi bohaterami i to jest naprawdę cienka granica - wsadzić postać w epicką scenę, włożyć jej w usta poważne słowa i jednocześnie nie przesadzić takim wielkim wykrzyknikiem w tle "OMG OMG PATRZCIE NA MOJEGO BOHATERA, JEST SUPEROWY, CO NIE?". Od zawsze boję się tego efektu u siebie i modlę się, by nikt tak nie czuł, bo sama niestety czuję u innych często.
Tu było naprawdę wiele scen pięknych, gdzie nie czułam. I za to dziękuję.
Były takie, gdzie trochę czułam, ale to też, uważam, wina tego jak szybko przeskakiwałaś między brudnym więźniem a dumnym Kruczarzem.

Cała ta część jest dla mnie jak materiał na serial. Chciałabym móc ją kiedyś obejrzeć zekranizowaną :D naprawdę. Ale prawie tak ją widziałam, czytając po raz trzeci od początku.

Myślę, że takim naprawdę najpoważniejszym problemem, który zauważyłam i musiałam przemyśleć, jest to, jak operujesz światłem i czasem. W przenośni oczywiście :facepalm: . Mam na myśli to, gdzie i na jak długo kierujesz reflektor. Zrozumiałam jakiś czas temu, że nawet gdy scena czy akapit wydają się być gorsze od innych z jakiegoś konkretnego powodu, to się zawsze (99%) łączy z moim odczuciem przeciągnięcia lub niedopowiedzenia. Czyli wprost: czasem czułam, że na rzeczy nieistotne poświęcasz zbyt wiele słów i miejsca. Czasem czułam, że rzeczy ważne skracasz do absolutnego minimum. Jakby brakowało całych akapitów opisów i wytłumaczeń, tła. To jest mój największy zarzut do Lodu z Płomieni.

Ważne chwile to takie, gdzie nie byłam czegoś pewna albo coś stało się zbyt nagle. Nagła klątwa rzucona przez Neana na Eklina. Tak szybko! Bez wprowadzenia! Hop i nagle natura pomogła! I koniec. Scena śmierci Ovriny - jakże szokująca, a tak oszczędnie opisałaś po niej czyny Xarema. On trzy zdania po zabiciu siostry już jest sam i roztrząsa wieczność z tajemnicą. Zbyt szybko. Gdzieś tam to przejście od egzekucji do narady rodzeństwa. Też. I chyba sama największa intryga, to całe zaplątanie, które wytłumaczyłaś w spoilerze... ono najbardziej tu ucierpiało. Pojawia się późno - bo gęstnieje dopiero w chwili rozmowy Neana z siódmym synem, zwiastującej przyszłość. Dopiero tam czytelnik zaczyna trochę jako taki czaić, ale całość... te poszlaki, hinty, to, co powinno od samego początku jakoś naprowadzać na rozwiązanie, to jakoś się rozmywa. Nigdy nie doszłabym sama do rozwiązania fabularnego i jestem pewna, że to przez proporcje scen. Choćby jedwabny szal - tak rzadko wspominany, tak niewidoczny. Trucizna. Po prostu wszystko nagle zaczęło przyśpieszać i nie do końca wiem gdzie, ale czuję, że akapity fabularnie mniej potrzebne (takie luźne, bez konsekwencji dla intrygi, rozmowy z Żirą czasem, kłótnie rodzeństwa, kilka spotkań Neana z książętami) zajęło to cenne miejsce które mogłaś poświęcić na dodatkowe wskazówki i nakierowywanie czytelnika.
Najgorsze jest to, że twoje rozwiązanie fabularne jest - nie mam oporów by to powiedzieć - ZAJEBISTE.
Byłoby, gdybym miała szansę na nie wpaść. I raz jeszcze powtarzam, że nigdy bym nie wykminiła. Zwłaszcza tego, co stanowi najlepszą część całości - tego, że Quintin został zabity, a nie zabił się sam.
Dla mnie było tak oczywiste, że popełnił samobójstwo, tak prawdopodobne, że po prostu to przyjęłam. I dlatego nie zrozumiałam zdania o opętaniu. Nijak. I to mnie gryzło i dopiero gdy przeczytałam ten spoiler który tu umieściłaś, wszystko stało się świetnie zaplanowaną mega rozkminioną fabułą. Myślę, że po prostu przeceniłaś czytelnika.
Sama tak dobrze wiedziałaś, o co chodzi, że nie dałaś wystarczającego tła tym, którzy nie mieli pojęcia czego szukać. Taki klasyczny w sumie motyw osoby tworzącej zagadkę - gdy się ją tworzy to jest zawsze banalna, co nie?

W żadnym razie Nean nie jest tu emowaty i nie wiem, jak mogłaś na to wpaść. Jego osobowość rozszczepiasz bardzo wielokierunkowo i muszę przyznać, że z tym niekiedy miałam problem. Z tym, co tak naprawdę pozostało całkowicie niedopowiedziane - co Nean tak naprawdę czuje w związku ze wszystkimi pseudo-miłosnymi, a raczej cielesnymi przejściami, które mu zafundowano. Piszesz nie wprost. Pamiętam, że ten zarzut już padł w moim komentarzu wcześniejszym. Z jednej strony dosadność opisów, z drugiej ostrożność i rzut kamery w inne miejsce, bo temat ciężki/wstydliwy/generujący u czytelników sprzeczne odczucia/może nawet związany z tym jak autor będzie postrzegany, bo czasem tak działa mechanizm obronny przy pisaniu. Nie napiszesz czegoś, żeby nie było, że w ogóle myślisz o takich rzeczach.
Znam dobrze, nie wiem, czy tak masz. Powstrzymuję się przed różnymi scenami i opisami bo w trakcie pisania już dręczy mnie obaw,a co ktoś o mnie pomyśli czytając. Totalnie durna blokada, z którą trzeba walczyć.
Więc chyba najmniej zrozumianą i uzasadnioną dla mnie częścią odkrytej osobowości i przeszłości Kruczarza były te właśnie ciężkie sceny. Gwałt, wykorzystanie, akcja z przyjacielem, nabijanie na pal.
Zwłaszcza. Nabijanie. Na. Pal.
Przeorało mi mózg, choć nic się nie stało, i z jednej strony jest ta wdzięczność za brak opisu, a z drugiej oburzenie, bo jednak temat dość szybko się zamyka, zero dolegliwości, dosadność żadna, od, było i nie ma, upokorzenie, wspomnienia, fizyczne odczucia ni istnieją.

Świetnie poradziłaś sobie moim zdaniem z wątkiem emocjonalnym pod sam koniec. Pisałam ci wcześniej, że bohaterowie których stworzyłaś dzielą wszyscy pewną składową charakteru, która ich łączy. Coś nie do końca dorosłego, co generuje te wszystkie kłótnie, sceny, chamskie odzywki, psie ujadanie, jak to nazwał Eklin.
W ogóle - Eklin, k**wa jak ja go kocham i nienawidzę jednocześnie, uwielbiam takich bohaterów...
No więc to było ale pod koniec przestało mnie razić, zniknęło, zaczęłam te postacie rozumieć. Cesarz mnie ujął, Xarem mnie ujął, właściwie to... Cerin/jego brat też. A nie spodziewałam się. Miałam nie czuć sympatii do nich, bo z początku tylko mnie irytowali. Z czasem to naprawdę przerodziło się w zainteresowanie i lubienie. I chyba...
Poza Eklinem wymieniam: Quintin (serio. na prezydenta. Marsza miała racje.), Cerin (!), Xarem (! ! za akcję z Ovriną, za charakter, za dostojność)... No. Naprawdę. I wzruszyłam się, przysięgam, wzruszyłam się Rinem.
Jak dobrze pamiętam go z wcześniejszego tekstu, jak ta scena duszenia we mnie nadal jest i jak wtedy głęboko nie mogłam się z nią pogodzić. Jak znienawidziłam Neana za nią i jednocześnie pokochałam mocniej. Stworzyłaś naprawdę mocne uniwersum, zazdroszczę ci ogarniania nazw, miejsc, historii, polityki... tego wszystkiego co mnie samą przerasta. Nawet uniwersytety. Wytłumaczenia mechanizmów świata, chylę czoła. Zazdroszczę zawsze, gdy ktoś tworzy coś tak pełnego, gdy postaci mijają się, spotykają po czasie, znają, wspominają o sobie, wszystkie wątki łączą się jakoś mimo osobnych części/tomów które czytam. Naprawdę mnie to urzeka. Więc, no, za Rina 1000 punktów.

Naprawdę mogłabym wymieniać bez końca: że jaram się Białą Równiną i tym pięknie użytym motywem lodu z płomieni, tymi wszystkimi rzeczami i rytuałami, które wymyśliłaś, które się pojawiły w twojej głowie a ja mogłam je dzięki temu zobaczyć. Jestem fanką Neana mimo wszystko - mimo każdej potencjalnej wtopy w tym, jak go od początku piszesz i prowadzisz. Jestem skłonna wybaczyć wszystko bo po prostu kupiłaś mnie już pierwszym spotkaniem z Neanem.
Oczywiście boję się, że kiedyś to się zemści. Przeje, skończy, zacznie razić. Że któreś kolejne opko to już będzie o jedno za dużo, ale nie chcę o tym myśleć i nie myślę. Lód z Płomieni był potrzebny, bo jest inny niż poprzednie odsłony Neana i naprawdę - nawet w rozpiętości tego tekstu widać, że poszłaś naprzód.

Tu też pojawia się najważniejsza rzecz, którą od początku komentarza chciałam ci powiedzieć. Wiesz, co błyszczy w tym tekście? To nie jest Nean. Mimo całej fabuły skaczącej wokół niego i mimo wszystkich zarzutów których wysłuchałaś, że do Neana wybierają się wszyscy po kolei i to on stanowi oś zdarzeń. To nie on jest tutaj najmocniejszy. Najmocniejsza jest relacja i historia cesarskiej rodziny. To, ile w niej miłości, nienawiści, zakłamania, żalu, goryczy i prawdziwości. Jasne - można się czepiać, że ktoś spłycony, ktoś sprowadzony do roli oprawcy (Ovrina), ktoś mnie potrzebny a ktoś jeszcze trochę pominięty (pierwszy syn) - ale tak naprawdę jak zrobić to inaczej, gdy postaci jest AŻ TYLE? Ja wzruszyłam się na spokojnie uczuciami i emocjami i miłością i to nie Nean zrobił, a książęta i cesarz. Jestem absolutnie fanką decyzji Xarema (większe dobro) i całego wątku Quintina.

Myślę, że wyczucie przychodzi z czasem. To wyczucie, które pozwoli ci wymierzyć ilość niezbędnych informacji i nadać scenom długość odpowiednią do ich znaczenia. Tymczasem naprawdę - tekst mimo swoich wad które zostały wyłuszczone wcześniej przeze mnie i innych, jest dobry. Jest świeży i coś zmienia. Dla mnie to progres.
Nie chciałam powtarzać swoich słów z wcześniejszych komentarzy, ale nie cofam ich. Tam dokładnie jest wyjaśnione to, do czego miałam uwagi, to co jakoś rozpracowałam, szukając powodów albo próbując pomóc.

Przeręble, ów, te, zjedzone ogonki, niepasujące kolokwializmy i czasem rażący humorek - to wszystko są szczegóły. Również już opisane i wymienione.

tymczasem ode mnie zdanie które prawdopodobnie jest moim ulubionym z całości choć nie wiem czemu, chyba przez konstrukcję i tę podniosłość którą kocham:
Nean obudził się po koszmarze, w którym miał żonę i córkę ze świadomością, że oto
nadszedł pierwszy dzień zimy.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 117
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Lód z płomieni

Post autor: Ag. » 23 stycznia 2018, 20:40

Przepraszam, że mi to tyle przeczytałam, ale w końcu przeczytałam. Czytając ten fragment czułam przede wszystkim nostalgię, bo przypomniało mi się, jak czytałam kolejne wrzutki na bieżąco i jak wielką sprawiało mi to radość. Dlatego też teraz mi trochę smutno, że się na to zakończenie spóźniłam i że (na razie?) to tyle i więcej nie będzie. Zdążyłam się wciągnąć i polubić tę historię oraz postaci.

Czuję też niedosyt, bo jak zauważyli komentatorzy wyżej, wiele wątków zdaje się jednak niedomkniętych, jak choćby ten z kodeksem, Olchą... niby jakieś domknięcie jest zasugerowane, ale jednak zabrakło mi czegoś więcej. Przez inne rzeczy zaś prześlizgujesz się zbyt szybko, jak śmierć Ovriny. Ale też należy wziąć pod uwagę, że ja jestem człowiekiem-wodolejem, więc usatysfakcjonowana byłabym dopiero, gdybyś napisała trzy tomową sagę rozbudowującą najdrobniejsze szczegóły życia każdego z bohaterów. ;)

Opisane przez ciebie w komentarzu zakończenie ma sens – te wskazówki rzeczywiście są w tekście. Najbardziej zastanowił mnie szal, ale przyznam, że przez tak długą przerwę w czytaniu zdążyłam zapomnieć, czym ten szal był, o co chodziło z opętaniami... składam więc niezrozumienie zakończenia na karby dziur w pamięci. A także wydało mi się dosyć jasne, że Quintin rzeczywiście mógł popełnić samobójstwo, dręczony czy to wyrzutami sumienia, czy to wołaniem brata z zaświatów. Nie wiem, może trzeba by to troszeczkę uwypuklić? A może wcale nie. Niech jednak czytelnik chwilę pomyśli, co się wydarzyło. Bo sam ten pomysł, by nie pisać wprost, a zostawić wskazówki, bardzo mi się podoba.

Zaskoczyli mnie natomiast Arien i Armelia. Przyznam, że trochę mnie dziwi, jak tak wiele osób odczuwa potrzebę fizycznego narzucenia się Kruczarzowi... Wydaje mi się to wszystko trochę przesadzone, trochę zbyt wiele jest tej seksualnej przemocy z każdej strony. No bo czemu oni, zwłaszcza Armelia, zachowują się od razu tak agresywnie, czemu nie ma w tym żadnej czułości?

I Żiry zabrakło mi w tej końcówce. Mam wrażenie, że gdzieś na początku mogłam jej nie lubić, ale teraz lubię ją bardzo.

I lubię ten tekst. Chętnie jeszcze kiedyś powrócę do tego świata, jeśli nabierzesz chęci na napisanie ciągu dalszego.
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

ODPOWIEDZ