UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Co zabrały wilki [Tekst listopada 2017]

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 197
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Co zabrały wilki [Tekst listopada 2017]

Post autor: Kimchee » 22 maja 2017, 21:50

Co zabrały wilki








Polowanie na wilki trwało już trzeci dzień, a bestii – co wydawało się wprost niewiarygodne, biorąc pod uwagę zarówno zaangażowanie jak i skuteczność myśliwych – wcale nie ubywało.
Dwunasty rok panowania we Wschodnim Anticium Merowiusza I nie należał do najszczęśliwszych. Wprzód przedłużająca się zima i gorące upalne lato, zniszczyły większość plonów, potem – jakby mało było klęsk – z północy, z terenów graniczących z Puszczą, zaczęły napływać do stolicy niepokojące wieści. Najpierw z gospodarstw znikały kury, potem owce i krowy, a w końcu, o czym szeptano z dreszczem grozy – ludzie. Nigdy nie znaleziono żadnych szczątków, śladów ubrań ani nawet kości.
Oczywiste, że winę za wszystko ponosiły wilki. Niedostatek drobnej zwierzyny leśnej – ich naturalnych ofiar – zmusił bestie do zaatakowania ludzkich siedzib. Rozzuchwaliły się do tego stopnia, że nie przepędzał ich ogień. Czasem po zachodzie słońca widywano je spacerujące dumnie po obrzeżach osad.
Rozprawić się z bestiami powinien lokalny graf, wszystkich więc poruszyła wiadomość, że król... osobiście wybiera się na północ. Dawno nie odwiedzał tamtejszych terenów, tłumaczył doradcom, poza tym jak każdy Hrutyta lubił polować (choć niekoniecznie na wilki).
Zabrał z sobą pierworodnego syna, zaledwie ośmioletniego Teoderyka. Zrodzony ze związku z ukochańszą pośród dwóch żon i nałożnic chłopiec już teraz zapowiadał się, że męską urodą i postawą co najmniej dorówna ojcu. Jasne włosy – oznaka przynależności do królewskiego rodu – spływały na okryte zielonym sagum ramiona gęstą zasłoną mieniącą się złotem, kiedy z wysokości końskiego grzbietu spoglądał jak mężczyźni noszą na barkach, a potem układają w równe rzędy po dziesięć sztuk podobne do psów zwierzęta o zmierzwionych, pokrytych pozlepianą krwią sierścią.
Chłopcu nie pozwolono polować, a jedynie przyglądać się rezultatom. Siedział więc na koniu bezczynnie w otoczeniu kilku przybocznych, gotowych bronić go za cenę życia.
Najbliższym towarzyszem następcy tronu w tej pierwszej „dorosłej” wyprawie, był syn grafa Lotara, Wulfram. Chłopcy znajdowali się mniej więcej w tym samym wieku, ale Wulfram był wyższy, a do tego wyjątkowo poważny wyraz twarzy sprawiał, że wydawał się też starszy. Teodoryk już podczas pierwszego spotkania uznał go za kogoś, czyj szacunek i przyjaźń warto zdobyć, dlatego tym bardziej pragnął wypaść jak przystało na syna króla: mężnie.
Wszelako łowy zupełnie nie przypadły mu do gustu.
W niczym nie przypominało to polowań z sokołami i krogulcami, w których do tej pory uczestniczył. Raczej rzeź.
I las był inny. Bardziej bujny, gęsty, dziki i mroczny niż te, do których przywykł i znał. Drzewa miały grubsze pnie, bujniejsze korony, a ich poskręcane po najdziwniejszymi kątami gałęzi przywodziły na myśl kończyny kaleki. Nawet pohukiwanie sowy – wyjątkowo głębokie i donośne – przyprawiało o gęsią skórkę. Teodoryk czuł się obserwowany. Nie w zwykły sposób, do jakiego zdążył się przyzwyczaić jako syn króla. Trochę się tego bał, ale ponieważ był synem wodza, nie śmiał nikomu zwierzyć się ze swoich obaw. Nawet Wulframowi – zwłaszcza Wulframowi, któremu pragnął zaimponować niemal tak samo gorąco jak rodzicowi.
Łagodna do tej pory klacz zaczęła strzyc uszami i parskać, orała kopytami ziemię, wzbijając w powietrze grudki zaschłego błota. Chłopiec, mimo łagodnego poklepywania w szyję, nie potrafił jej uspokoić. I on czuł, że coś jest nie tak. Niemal w tym samym momencie z gęstwiny drzew wypadł jakiś czarny kształt, podobny z wyglądu do wilka, ale o wiele większy; poruszał się tak szybko, że trudno było cokolwiek dojrzeć, lecz jedno nie ulegało wątpliwości – był ogromny. Syn króla krzyknął, kiedy koń ze strachu najpierw omal nie stanął dęba, a potem popędził przed siebie w szalonym pędzie, a Teodoryk, który choć zrodzony z królewskiej krwi, był tylko chłopcem, nie umiał go okiełznać. Z oddali słyszał tylko nieludzkie wycie, rżenie koni i krzyki strażników przydzielonych mu przez ojca. TO go doganiało. Próbował szarpać wodze, ale osiągnął tylko tyle, że koń tym razem naprawdę stanął dęba, a jego bezbronne ciało zsunęło z grzbietu. Leżąc, czuł jak ziemia drży pod kopytami uciekającego zwierzęcia.
Zdążył jeszcze zadać sobie pytanie – przed czym ucieka koń?
Koń Wulframa także się spłoszył, ale chłopcu udało się go jakoś uspokoić, kiedy minęło bezpośrednie niebezpieczeństwo. Stworzenie – czymkolwiek było (trudno uwierzyć, że zwykłym wilkiem) minęło go bez zainteresowania. To nie na niego polowano.

Potem, gdy zrozpaczony król–ojciec zmarnował cały dzień i noc na bezowocne poszukiwania, znaleziono tylko złotą fibulę, która spinała sagum księcia. Merowiusz nie odnalazł nawet ciała, które mógłby zabrać do stolicy i pochować.


I.

W skryptorium lampki na tłuszcz wydzielały niemal tyle samo cuchnącego dymu co światła. Młody człowiek ubrany w prosty bury habit, z tonsurą na głowie (wciąż jeszcze prowokującą śmiech i nieobyczajne komentarze barbarzyńców) pochylał się na drewnianym pulpitem, zdając się nie pamiętać o świecie.
Nie wykonywał powierzonej mu pracy.

Uścisnęli sobie ręce na znak porozumienia, po czym Rodulf zebrał swoich ludzi i ruszył z nimi na północ.

Kronika – napisana językiem, który u starożytnego obywatela Anticium wywołałby uśmiech politowania (albo, zależnie od usposobienia, łzy rozpaczy wobec degeneracji języka pisanego), gdyż pełna była oczywistych błędów gramatycznych i karkołomnych słów – kończyła się dokładnie w tym miejscu. Po tym, jak Tryngowie wkroczyli między dęby, słuch po nich zaginął. Słowo także. Ktokolwiek zastanawiał się, co potem stało się z walecznym plemieniem, skazany był na domysły. Prawdopodobnie zaszli dalej niż planowali...
Johannes Wenancjusz zawsze dziwił się, że cały naród mógł tak po prostu zniknąć z kart historii, ale nie śmiał już pytać o to ojca Waleriusza. Zwłaszcza teraz. Umierał król, którego kapłan był osobistym duchowym przewodnikiem. To nie było wdzięczne zadanie – raczej próba, bo chociaż Merowiusz I oficjalnie przyjął wiarę w Kamiennego Boga, to szybko okazało się, iż jego decyzja wynikała bardziej z pragmatyzmu niż czystej wiary; w głębi duszy pozostał nieoświeconym barbarzyńcą czczącym święte drzewa i duchy przodków. Ojciec Waleriusz, który przez lata na różne sposoby starał się nawrócić władcę, musiał uznać swoją porażkę. Kończył mu się czas. Tylko cud mógłby zawrócić króla z drogi ku śmierci i zagładzie duszy.
Dlatego kapłan całe dnie chodził albo zamodlony, albo zły, a o istnieniu młodego urzędnika przypominał sobie najczęściej – jak teraz – gdy zauważył jakieś uchybienie i musiał go zrugać.
– Znów zaniedbujesz obowiązki?
Johannes Wenancjusz drgnął. Gdyby miał w ręku pióro z pewnością wypadłoby spomiędzy drżących palców, chlapiąc pieczołowicie zapisaną stronę. Jego twarz, a nawet łysy czubek głowy pokrył rumieniec.
– Proszę o wybaczenie – wymamrotał, uciekając wzrokiem.
Z ledwie dosłyszalnym westchnieniem zawodu, odłożył delikatnie kronikę. Jego spojrzenie – spojrzenie winowajcy – mówiło samo za siebie. Dla ojca Waleriusza Tryngowie byli kolejnymi nieoświeconymi barbarzyńcami i równie dobrze mogli dotrzeć na kraniec świata albo wprost do Otchłani Nicości.
– Gdybyś tyle czasu poświęcał na pracę...
Kapłan nie dokończył. Nie pierwszy wszak raz strofował młodego człowieka w ten sposób.
– Tak, wasza wielebność. – Ręka młodego urzędnika sięgnęła po literaturę bardziej odpowiednią. „Opowieść o niezwykłych zdarzeniach w mieście Oix”. Rozłożył księgę. Praca nie posuwała się szybko, przepisał zaledwie ćwierć materiału. Pergamin był za to bogato zdobiony. Drobne, cienkie litery minuskuły pochylały się w lewo, a tytuł zdobiła plecionka. O zdawało się wężem pożerającym własny ogon (wężem wyjątkowym, bo niebiesko–zielono–żółto–czerwonym).
– Jak się czuje jego wysokość? – zapytał młody człowiek, nie podnosząc głowy znad pulpitu.
Gwoli ścisłości Merowiusz I nie był królem Johannesa, a jedynie królem barbarzyńskiej nacji, która trzymała jego własną w zaciśniętej pięści. Anticium zaś było jednym zwartym państwem, jedynie na mapie. Tak naprawdę składało się z Anticyjczyków i Hrutytyów – pokonanych i zwycięzców, upokorzonych spadkobierców wspaniałej nacji, którzy uważali się za moralnie i cywilizacyjnie lepszych oraz barbarzyńców, którzy byli narodem wojowników, a tym pierwszym odmawiali miana prawdziwych mężczyzn. W takich warunkach nie można było mówić o spokoju. Johannes służył jednak królowi. Ostatni spadkobierca prześwietnego niegdyś rodu Wenancjuszów. Jego przodkowie nosili patrycjuszowskie togi jakby się w nich urodzili, Johannes skończył w habicie z ogoloną głową, co dla barbarzyńców oznaczało, że stracił również prawo do miana mężczyzny, był kimś podobnym do niewolnika. Tak było trzeba.
Historia, o której tyle czytał, co stanowiło bodaj największą słabość młodzieńca, pisała się na jego oczach. Król Wschodniego Anticium nie miał naturalnych synów, bo wszystkich zabrała mu krwawa gorączka. A kobiety, nawet najbardziej mężnej – nie zaakceptowanoby na tronie. Pozostawał tylko jeden wybór – Childeryk, syn brata, najbliższy męski krewny. Ale ten dorastający jako zakładnik na południu mężczyzna nie był królem jakiego chcieli mieć Hrutyci.
– Zawezwał Reginara – posępny głos ojca Waleriusza przerwał pełną napięcia ciszę. – W tajemnicy.
Szare, szczere oczy ukryte pod jasnymi, niemal przezroczystymi rzęsami podniosły się w milczeniu. Johannes zmarszczył brwi; gest ten przeszedł niemal niezauważony, ponieważ były one jeszcze jaśniejsze od piaskowych włosów, a przez to niemal niewidoczne. Zdziwienie ustąpiło miejsca współczuciu. Ostatnie troski wyryły się na obliczu ojca Waleriusza. Surowa, ascetyczna jakby wykuta w marmurze twarz, w której najbardziej rzucał się w oczy orli nos, zdradzający arystokratyczną krew, wychudła i poszarzała, co sprawiało, że duchowny wydawał się jeszcze brzydszy niż przedtem.

*
Hrutyci, jako barbarzyńcy, zawsze znajdowali się blisko natury; czuli się bezpiecznie w lasach, swoje domy budowali z drewna. W kamiennych budowlach, pośród ufortyfikowanych, otoczonych murami i nierzadko na wpół zrujnowanych miast (do tej ruiny sami walnie się przyczynili), zdawali się być nie na miejscu. Merowiusz I jako młody mężczyzna marzył, że umrze na polu walki, z toporem i tarczą w dłoni jak przedtem jego ojciec i dziad; umierał w łożu, okryty puchową kołdrą jak słaby starzec. Walcząc z bólem ciała i daremnie próbując opóźnić ostatnie tchnienie, wybiegał myślą w przyszłość. Co po sobie zostawi? Nie miał synów. Czterech chłopców zabrała mu zaraza, wszystkie cztery martwe ciała tulił w ramionach, płacząc ukradkowo, chociaż to mu nie przystawało. Największy jednak ból przysporzyła mu strata najstarszego – Teodoryka, jego nie mógł nawet pochować, bo chłopca zabrały wilki. Ze wszystkich dzieci, w co trudno uwierzyć, dorosłości doczekała jedynie córka. To wydawało się ponurym żartem bogów, bo wręcz nie mieściło się w głowie, by krucha i szczupła niewiasta okazała się silniejsza.
A jednak tak właśnie było.
Merowiusz rozumiał, że po jego śmierci to właśnie Teodelinda znajdzie się w największym niebezpieczeństwie; jeśli sprawy potoczą się źle, skończy jako mniszka, w najgorszym razie – zginie. Był zdecydowany ocalić jedyne dziecko, jakie bogowie pozwolili mu zatrzymać. A być może z nią uda mu się ocalić swoje dziedzictwo.
Ktoś otworzył drzwi. Do dusznej, ciemnej komnaty wpadło świeże powietrze.
– Wasza wysokość – rozległ się głos ojca Waleriusza, którego w ciągu lat król miał nieraz serdecznie dość, ale teraz witał serdecznie. – Reginar jest tutaj.
Blada, pokryta zmarszczkami i brunatnymi plamami dłoń uniosła się na chwilę nad materacem, ale szybko opadła.
Kapłan wprowadził do pomieszczenia rosłego mężczyznę – istnego olbrzyma. Poprzetykane siwizną włosy miał, jak wszyscy wojownicy, upięte na czubku głowy tak, by spływały niby koński ogon, chroniąc kark. Skromne podróżne ubranie urozmaicała tylko wykonana z niezwykłą starannością złota fibula, która spinała na ramieniu sagum.
Wszystko wskazywało na to, że dopiero co zsiadł z konia.
– Wasza wysokość. – Stary wojownik tylko przyklęknął na jedno kolano; nie było czasu na formalności. Czas naglił.
Od ponad trzech miesięcy, kiedy to Childeryk wrócił z niewoli i Merowiusz, mimo szczerych chęci, nie odnalazł w nim nawet cienia podobieństwa do swojego brata, a jedynie obcego człowieka przesiąkniętego południem, Reginar nieustannie krążył jako posłaniec między stolicą a północą.
– Wulfram przybędzie w ciągu trzech dni – oznajmił. Zawsze wyrażał się oszczędnie, nawet śmiertelny stan władcy nie zmienił jego przyzwyczajeń.
W cichym głosie nie pobrzmiewała, jeśli ją czuł, obawa o życie króla.
Merowiusz wsłuchał się we własne ciało w poszukiwaniu niezbędnej wiedzy. Nie spodobały mu się wnioski. Trzy dni to o wiele za długo. Tyle czasu nie miał. Za trzy dni jego dusza odejdzie do przodków, a Anticum, jeśli w porę nie znajdzie się w silnych rękach, pogrąży się w walce o władzę. Otworzył usta. Popłynęły słowa podobne do bełkotu. Opuchnięty język nie chciał się poruszać.
– Jego wysokość mówi, że ma ostatni rozkaz, dla nas obojga – przetłumaczył stojący przy drzwiach ojciec Waleriusz. Ostatnie słowa wymówił ze zdziwieniem.

*
Jesień – a przed nią wiosna i lato – nie rozpieszczały. Pogoda okazała się kapryśna a zbiory marne. Przesądni (a więc prawie wszyscy, niezależnie od pochodzenia i wiary) upatrywali w tym znaku zbliżającego się nieszczęścia. Trzynaście lat temu było podobnie, a potem wilki porwały królewskiego syna...
Zimna jesień stanowiła wodę na młyn.
W innej komnacie pałacu urządzonej na barbarzyńską modłę, która kazała gromadzić wszystko co błyszczące i miłe dla oka, ale niekoniecznie prawdziwie wartościowe, zastawionej niezliczoną ilością makatek i kobierców, ale mającej w sobie także sporo obcych – wschodnich - ozdób, płonął ogień. Młody mężczyzna próbował ogrzać zmarznięte ciało, ale to nie pomagało, podobnie jak grube futro ściągnięte z zabitego niedźwiedzia. Childeryk, król – przynajmniej tytularny – Zachodniego Anticium odwykł od chłodnych zim i ponurych, mokrych od deszczu jesieni. Tęsknił za słońcem, błękitnym morzem, delikatnymi kobietami i... Tęsknił za wieloma rzeczami.
Childeryk, którego pozbyto się, odesłano jako zakładnika – samego na pastwę obcych obyczajów i pokus, po czym, gdy wrócił odmieniony, wyparto się, chciano zignorować. Childeryk, który powinien zostać królem obu królestw, kiedy tylko jego stryj zamknie oczy, ale coraz więcej wskazywało na to, że nim nie zostanie. Był... sam nie wiedział kim. Na pewno nie czuł się Hrutytą, synem swego ojca ani wojownikiem podobnym do tych, jakich widywał codziennie. Już nie. Czuł to, a nawet gdyby nie – inni dawali mu to odczuć na każdym kroku. Nie był też południowcem. Owszem, przyjął część zamiłowań i obyczajów, które otaczały go przez ponad dziesięć ostatnich lat, ale nigdy – ani razu – nie dano mu do zrozumienia, że tam przynależy. Przyjmowano jego samego, jego maniery i zachowania z półuśmieszkami, czasem nawet w bardziej upokarzający sposób. W Cesarstwie modne były małpki i papugi przywożone z wysp. Można było je nauczyć prostych sztuczek, czasami potrafiły wymówić nawet kilka słów, więc stanowiły niewyczerpane źródło rozrywki. Czymś podobnym był dla tamtych ludzi Childeryk, syn króla. Nie traktowano go poważnie. A on bardzo pragnął, żeby było inaczej.
Nienawidził tego, nienawidził siebie tym bardziej, że doskonale zdawał sobie sprawę, co z nim zrobiono i dlaczego. Rozpaczliwie chciał uwodnić, że nawet w tej postaci jest coś wart. Wart na tyle, by zasiąść na tronie dwóch królestw.
W tym stanie ducha młodego mężczyznę znalazła matka. Radegunda weszła, jak zwykle, cicho, by choć przez chwilę popatrzeć na ukochaną twarz syna, kiedy ten nie musi panować na emocjami. Wciąż dziwiła się jego twarzy. Miała w sercu wyryte rysy dziecka, a wrócił do niej mężczyzna, w którym z trudem rozpoznawała tamtego chłopca o wielkich oczach i kaskadzie złocistych włosów spływających na ramiona. Childeryk – jako syn króla – nadal nosił długie włosy, tego jednego elementu obcej mody nie przyjął, bo to oznaczałoby jego koniec zarówno jako władcy jak i mężczyzny. Poza tym wszystko w nim było inne.
Ale wciąż był jej synem, dla niego była gotowa na wszystko.
– Król posłał po Wulframa – powiedziała cicho, podchodząc niemal bezgłośnie. – Za nim ciągnie ojciec ze swoimi ludźmi.
Tyle warta była cała konspiracja Merowiusza.
Childeryk drgnął, spojrzał na matkę wystraszonym wzrokiem i dopiero po głębszym oddechu jego twarz rozpogodziła się.
Matka była jedyną osobą na świecie, która akceptowała go takiego, jakim był; przed nią nie musiał niczego udawać. Mimo to nadal postępowali między sobą ostrożnie. Dopiero niedawno zaczęli się na nowo poznawać po wymuszonej rozłące, która trwała dłużej niż Childeryk przebywał przedtem w domu. On zmężniał, a Radegunda postarzała się od tego czasu. W jasnych włosach, gdy podeszło się dostatecznie blisko, można było dostrzec wiele pasemek siwizny, ale same pukle – teraz spiętrzone i upięte za pomocą niezliczonej liczby ozdobnych szpilek wciąż pozostawały gęste; skóra na twarzy i szyi nie była już jędrna jak kiedyś. Ale nadal była piękna.
– Przyjedzie tu w ciągu trzech dni – dodała niemal szeptem, chociaż tu nie mógł ich nikt słyszeć.
Na jej twarzy tańczyły cienie. Nadal wydawała się urodziwa, ale w inny sposób. Jak dzikie zwierzęta, które widywał w menażerii basileusa.
Wulfram reprezentował wszystko to, czego Childeryk nie miał. Był mężny, bitny, doskonale jeździł konno; był szanowany nawet przez starszych od niego. Tak mówiono. Książę, który znał rywala tylko poprzez słowa innych już szczerze go nienawidził.
Nienawidził, ponieważ – umiał to przyznać, ale tylko przed sobą, nawet matce by tego nie powiedział, chociaż ona chyba wiedziała – mu zazdrościł.

*
Zapadał zmierzch. W sypialni króla smród kopcących świec mieszał się z zapachem kadzidełek i balsamów (które miały go zamaskować, ale działo się na odwrót) oraz ledwo wyczuwalną jeszcze wonią śmierci.
Merowiusz umierał, tym razem ojciec Waleriusz był tego pewien. Kurczowy uścisk, którym z godnym podziwu uporem trzymał się życia, zaczął się powoli rozluźniać. Nadchodził koniec. Ciało Merowiusza drżało z zimna, mimo że w pomieszczeniu ustawiono dodatkowe kosze z żarem i wszyscy – poza nim – odczuwali nieprzyjemne gorąco; oczy zaszły mleczną mgłą; usta poruszały się, jednakże nie wydobył się z nich żaden rozpoznawalny dla ludzkiego ucha dźwięk.
Ojciec Waleriusz, Radegunda z twarzą wykrzywioną żalem, jej syn i Teodelinda, która klęczała nieruchomo przy łożu, oraz kilkoro służących, wszyscy przyglądali się tej agonii bezradnie. Wszystkie towarzyszki życia i łoża opuściły króla. Ostatniej nałożnicy – w której nawracaniu Waleriusz miał więcej szczęścia niż w przypadku władcy – pozwolił oddalić się do klasztoru, kiedy stało się dlań jasne, że nie spłodzi już syna.
– Czy naprawdę nic nie można zrobić? – zapytała Radegunda, odgarniając jednocześnie z ramienia welon.
Brat zmarłego męża dał jej schronienie, kiedy twarda rada regencyjna Wschodniego Anticium otwarcie dała do zrozumienia, że nie pozwoli by rządziła nimi kobieta.
Waleriusz pokręcił smętnie głową.
– Myślałam, że lekarstwo, które mu podawałeś p o m a g a – powiedziała na tyle głośno, że słowa z pewnością doszły do czujnych uszu służby.
Kapłan nie podchwycił zawartej w pytaniu sugestii.
– Obawiam się, że jedynie odwlekało najgorsze, wasza miłość – przyznał.
Stanowiło to jednocześnie przyznanie się do porażki.
Radegunda zmrużyła uczernione oczy, po czym wycofała się, wracając na miejsce obok syna.
Ciałem króla szarpnął kolejny skurcz.
– Ojcze! – Głowa jasnowłosej księżniczki uniosła się natychmiast, pomiędzy włosami ukazała się szczupła twarz zakończona zdecydowanym podbródkiem, która mogłaby być twarzą urodziwą, gdyby nie wynikająca z wyczerpania i strachu szarość skóry, cienie pod oczami i wyraźne czerwone żyłki na białkach oczu.
Jej oblicze nie wyrażało bolesnego pytania, jak przez ostatnie kilka dni, ale złowrogą pewność, że dziś jeszcze, nim zajdzie słońce, zostanie sierotą.
– Ojcze! – powtórzyła.
Ale król jej nie słyszał.
– Teodoryk – powiedział na tyle głośno, że usłyszeli to wszyscy zebrani.
W godzinie śmierci nie wzywał córki, która pielęgnowała go, zapominając o własnych potrzebach ani czterech synów zabitych przez krwawą gorączkę, ale tego, co zabrały wilki. Król nie pogodził się z tą stratą nigdy.
Childeryk i Radegunda na boku wymieniali porozumiewawcze spojrzenia. Król nie rzekł nic na temat sukcesji.
– Teodoryk! – Tym razem było to wołanie.
I ostatnie słowo króla, które nie doczekało się odpowiedzi.
Ciałem wstrząsnął ostatni dreszcz, potem członki znieruchomiały, pięść zaciśnięta na prześcieradle zmieniła się w kamień. Merowiusz I umarł, nie pozostawiwszy następcy.
Świadkowie jego ostatnich chwil powoli oswajali się w początkiem żałoby. Spodziewali się jej prędzej czy później, ale i tak trudno było im przywyknąć. Trudno było się pogodzić z myślą, że Merowiusza już nie będzie.
– Chodź, dziecko. – Radegunda dźwignęła zapłakaną księżniczkę. – Ja zajmę się wszystkim.
Przy drzwiach, oddała Theodelindę w ręce swoich służebnych.
– Przygotujcie jej wysokości coś na uspokojenie – poleciła władczym głosem. – Ja zajmę się ciałem króla.
Wróciła do łoża martwego władcy, ocierając ukradkową łzę. Po śmierci twarz Merowiusza rozpogodziła się. Znikły oznaki trosk, starości i choroby. Król wyglądał przystojnie i dość młodo. Jakby spał, ale to nie był sen.
Radegunda pochyliła się nad martwym obliczem.
– Odpoczywaj w spokoju, ukochany bracie – powiedziała, bo król pozwalał jej tak się do siebie zwracać, po czym złożyła ostatni pocałunek na stygnącym czole trupa.
Kłamstwo tak gładko przeszło przez jej usta.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 220
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Co zabrały wilki

Post autor: MononokeGirl » 22 maja 2017, 23:25

Po imionach i ogólnym opisie celuję, ze trafiliśmy w okolice Galii? :bag: Przyznam, ze niewiele o niej wiem, po za tym, ze tam kiedyś Chlodwig, majordomusi coś tam rozrabiali, później Karol Wielki to ogarnął i koniec. A! I jeszcze był tam kiedyś Cezar i walczył z Asterixem i Obelixem. I teraz juz naprawdę finito. Zatem szczegóły robią mi małe zamieszanie w głowie. Przede wszystkim nazwa Wschodnie Anticium - ze Rzym-Rzym? Czy bardziej po prostu państwo nim inspirowane? Skłaniam się bardziej ku inspiracji. Ze względu na Anticijczyków i Hrutytów, bo nigdy ani jednej ani drugiej nazwy nie słyszałam, i Kamiennego Boga... Nie wiem, czym jest fibula i sagum :bag:, ale mniej więcej się chyba domyślam (dla osób w ogóle z historią nie związanych krótka podpowiedź by była cenna).

Pierwsza scena jest dość urywana i miałam mały kłopot wczucia się w polowanie. Z opisu państwa i wprowadzeniw w wydarzenia bardzo ogólnikowego przeszliśmy do konkretnego miejsca i czasu i odbyło się to dość chropowato. Na pewno trochę zachamowało mnie takie długie zdanie, gdzie jest zbyt wiele informacji na raz:
Jasne włosy – oznaka przynależności do królewskiego rodu – spływały na okryte zielonym sagum ramiona gęstą zasłoną mieniącą się złotem, kiedy z wysokości końskiego grzbietu spoglądał jak mężczyźni noszą na barkach, a potem układają w równe rzędy po dziesięć sztuk podobne do psów zwierzęta o zmierzwionych, pokrytych pozlepianą krwią sierścią.
Wiedziałam wcześniej, ze tekst będzie o wilkołakach i w opisie ataku na Teoderyka jest to tez pokazane na tyle obrazowo, ze moznaby się tego domyślić. Zwrócił tez moją uwagę Wulfram - a raczej jego imię - który wyszedł z ataku bez draśnięcia, a jedynie z lekko spłoszonym koniem. Teoderyk chyba nie został zabity, a porwany? I Wulfram miał z tym coś wspólnego? Ze względu na dalszy rozwój fabuły - polityka! lubię! :u: - ciekawi mnie, co się w końcu okaze. Czy tez pojawi się znowu Teoderyk? Czy moze jednak śmierć Teoderyka została ukartowana, aby Wulfram mógł poślubić Teodelindę? x| Ciekawe, ciekawe :D

Polubiłam Johannesa i bardzo ciekawią mnie jego powody, czemu to przwdział mnisią togę skoro jest tak źle widziane przez Hrutytów.
Surowa, ascetyczna jakby wykuta w marmurze twarz, w której najbardziej rzucał się w oczy orli nos, zdradzający arystokratyczną krew, wychudła i poszarzała, co sprawiało, że duchowny wydawał się jeszcze brzydszy niż przedtem.
kolejny mega długi opis, od którego trochę dostałam oczopląsu...

Współczuję Chidelrykowi, bo rozumiem jak się czuł. Wystarczył mi rok na obczyźnie, aby zrozumieć jakie to nieprzyjemne być nie-jednym-z-nich. Obcym. Niedopasowanym. Wiąze mnie z nim nić sympatii, chociaz nie został pokazany na takiego sympatycznego, czy coś. Chyba przez tą typowo samczą "nienawiść" do nieznanego rywala. Radegunda... Juz w stawce z synem wiedziałam, ze otruje króla i natychmiast dostałam potwierdzenie.

Na razie poza Johannesem wszystkie inne postacie są dla mnie nadal figurkami. Nie wiem, jaki jest dorosły Wulfram? Jestem ciekawa, czy Chidelryk nie skończy jako kukiełka w rękach matki? Jej tresowana małpka? I jaką rolę odegrają wilkołaki, a takze czemu porwały Teoderyka? I czy Teodelinda będzie miała jakąś rolę poza byciem dobrą partią? Szachownica została rozstawiona, nie znam jeszcze prawdopodobnie wszystkich graczy, ale wiem o co toczy się gra. Pisaj dalej, bo ciekawą fabułę tu pleciesz :glask:

Zarys kulturowo-krajoznawczy bardzo mi się podobał, bo ogólnie ja jestem międzyświatowym turystą i mam nadzieję, ze dostanę więcej :D Lubię historię, lubię legendy. I prawdopodobnie dlatego tak mi przypadł do gustu Johannes. Czuję, ze mamy coś wspólnego ^^

Małe takie tam, co znalazłam:
SpoilerShow
Bardziej bujny, gęsty, dziki i mroczny niż te, do których przywykł i znał. Drzewa miały grubsze pnie, bujniejsze korony, a ich poskręcane po najdziwniejszymi kątami gałęzi przywodziły na myśl kończyny kaleki.
jedna literówka, jedno powt. i mam wrazenie, ze bujniejszy, gęstszy, dzikszy i mroczniejszy brzmiałoby dla mnie naturalniej od bardziej bujnego itd.
Theudbertczuł się obserwowany. Nie w zwykły sposób, do jakiego zdążył się przyzwyczaić jako syn króla.
nie Teoderyk?
Próbował szarpać wodze, ale osiągnął tylko tyle, że koń tym razem naprawdę stanął dęba, a jego
bezbronne ciało zsunęło z grzbietu.
uciekł mi tu podmiot, mimo ze niby wiadomo o kogo chodzi
Młody człowiek ubrany w prosty [przecinek] bury habit, z tonsurą na głowie (wciąż jeszcze prowokującą śmiech i nieobyczajne komentarze barbarzyńców) pochylał się na drewnianym pulpitem, zdając się nie pamiętać o
świecie.
nie jestem mistrzem przecinków, ale tu jeden wiem, ze powinien być
Jego twarz, a nawet łysy czubek głowy pokrył rumieniec.
xD
Jego przodkowie nosili patrycjuszowskie togi jakby się w nich urodzili, Johannes skończył w habicie z ogoloną głową, co barbarzyńców oznaczało, że stracił również prawo go miana mężczyzny, [zamiast przecinka dałabym myślnik] był kimś podobnym do niewolnika.
chyba poprawiałaś to zdanie, bo trochę się rozjechało :)
Szare, szczere oczy ukrytypod jasnymi, niemal przezroczystymi rzęsami podniosły się w milczeniu.
lit.
Młody mężczyzna próbował ograćzmarznięte ciało, ale to nie pomagało, podobnie jak grube futro ścągnięte z zabitego niedźwiedzia.
oczy uciekły zaszły mleczną mgłą
?
Brat zmarłego męża dąłjej schronienie, kiedy twarda rada regencyjna Wschodniego Anticium otwarcie dała do zrozumienia, że nie pozwoli by rządziła nimi kobieta.
Król nie pogodził się z tą stratanigdy.
W Cesarstwie modne były małpki i papugi przywożone z wsyp.
Childeryk i Radegondana boku wymieniali porozumiewawcze spojrzenia.
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 197
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Co zabrały wilki

Post autor: Kimchee » 23 maja 2017, 21:20

Stokrotne dzięki za komentarz. To był chyba najszybszy odzew w moim życiu :D

Zgadłaś - miejsce akcji i po części problematykę wzorowałam na Galii Merowingów - wiadomo, że tam różne spiski/zbrodnie/mordy miały miejsce - starałamsię wczuć w polityczny klimat epoki XD. Radegunda pewnie nie jest nawet w połowie tak okrutna jak była Fredegunda.

Tekst jest z gatunku tych dłuższych, więc pewnie będzie się rozwija powoli, a bohaterowie - mam nadzieję - razem z akcją. Pewnie zauważyłaś już, że mam słabość do długich zdań :bag:
Childeryk - to pisałam w zeszłym roku, kiedy zaczynałam pracę na tekstem - miał być bohaterem szekspirowskim, ale coś nie wyszło. Może teraz uda mi się go nieco poprawić. W każdym razie będę się starała, żeby nie był tak do końca czarnym charakterem. A tego, czy zostanie marionetką matki i co się stało z synem króla - na razie nie będę wyjaśniać ;)

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Co zabrały wilki

Post autor: Krin » 24 maja 2017, 17:45

Nawet Wulframowi – zwłaszcza Wulframowi, któremu pragnął zaimponować niemal tak samo gorąco jak rodzicowi.
Zrymowało Ci się tutaj.
A kobiety, nawet najbardziej mężnej – nie zaakceptowałoby na tronie.
Johannes zmarszczył brwi; gest ten przeszedł niemal niezauważony, ponieważ było one jeszcze jaśniejsze od piaskowych włosów, a przez to niemal niewidoczne.
jeśli prawy potoczą się źle, skończy jako mniszka, w najgorszym razie – zginie
Do dusznej, ciemniej komnaty wpadło świeże powietrze.
Młody mężczyzna próbował ogrzać zmarznięte ciało, ale to nie pomagało,
Znowu rym.
gdyby nie wynikająca z wyczerpania i staruchu szarość skóry,
Mnie też, podobnie jak Mono, problem sprawiły potwornie długie, wielokrotnie złożone zdania, przy których czasem się gubiłam. Tak samo z przesytem informacji, z tym że ja mam za sobą lekturę "Życia codziennego w Galii Merowingów", więc był to dla mnie bardziej znajomy klimat.

Szczególne wątpliwości mam do fragmentu pierwszego, do sceny polowania, która wydaje się z dwóch wspomnianych wyżej przyczyn nieco drętwa. Na twoim miejscu wydłużyłabym ją, żeby jakoś rozrzedzić natłok informacji, może też przybliżyłabym czytelnikowi osobę Teodoryka, bo trudno mi będzie wyczekiwać jego powrotu (którego się spodziewam), kiedy nie wzbudził mojej sympatii. Niby przedstawiasz jego charakter przez wzmianki o tym, jak powinien a jak nie powinien zachowywać się syn króla, ale wypada to nieco bezdusznie, bo przynajmniej ja bardziej się skupiłam w tym fragmencie na kulturze barbarzyńców. Zamiast niego opisałaś Wulframa (cały czas czytam wolfram :facepalm: ), który zrobił na mnie negatywne wrażenie wyniosłego. Nie wiem, czy miał, ale takie zrobił.

No i chwila pojawienia się wilkołaka jest dość toporna, nie rezygnujesz z długich zdań i wtrącasz zbyt dużo niepotrzebnych słów jak na mój gust.

Nie wiem, co powiedzieć o pozostałych scenach. Do nich też mam te same zastrzeżenia, ale mniejsze. Gdybym miała kibicować komuś w zdobyciu tronu, byłaby to oczywiście córka zmarłego króla, której imię to dla mnie za wiele. :bag: Trudne te imiona.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 197
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Co zabrały wilki

Post autor: Kimchee » 24 maja 2017, 21:56

Hej, Krin!

Dzięki za komentarz, przykro mi, że po raz kolejny nie jesteś usatysfakcjonowana.

Ha, wiedziałam, że więcej literówek musiało się tam pochować. Poprawię jutro, bo dziś już mi się oczki zamykają.
Mnie też, podobnie jak Mono, problem sprawiły potwornie długie, wielokrotnie złożone zdania, przy których czasem się gubiłam.
Tak, wiem, że mam słabość do takich zdań :bag: Będę je pewnie pisać, aż mi zaczną wychodzić XD
Szczególne wątpliwości mam do fragmentu pierwszego, do sceny polowania, która wydaje się z dwóch wspomnianych wyżej przyczyn nieco drętwa. Na twoim miejscu wydłużyłabym ją, żeby jakoś rozrzedzić natłok informacji, może też przybliżyłabym czytelnikowi osobę Teodoryka, bo trudno mi będzie wyczekiwać jego powrotu (którego się spodziewam), kiedy nie wzbudził mojej sympatii. Niby przedstawiasz jego charakter przez wzmianki o tym, jak powinien a jak nie powinien zachowywać się syn króla, ale wypada to nieco bezdusznie, bo przynajmniej ja bardziej się skupiłam w tym fragmencie na kulturze barbarzyńców.
Też mam co do niego wątpliwości, ale chwilowo nie mam pomysłu, co z nią zrobić - pewnie będzie musiała poczekać kolejny rok. Pewnie informacje były konieczne do przekazania i wolałam to zrobić to tak niż za pomocą dialogu (czego bardzo nie lubię, bo dla mnie wypada jeszcze toporniej). Teodoryk natomiast został przedstawiony w takim stopniu, jak uznałam, że wystarczy. Prolog - bo to w sumie jest prolog - powinien być wg mnie dość zwięzły. Gdybym jeszcze do sytuacji politycznej dodała życiorys chłopca... wydaje mi się, że to byłoby już zbyt wiele.
Wulfram na pewno będzie w jakimś stopniu wyniosły. Czytając rozmaite rzeczy, wbiłam sobie do głowy jakieś wyobrażenie o dumie i postawie barbarzyńców - podoba mi się to i zamierzam się tego trzymać ;)
No i chwila pojawienia się wilkołaka jest dość toporna, nie rezygnujesz z długich zdań i wtrącasz zbyt dużo niepotrzebnych słów jak na mój gust.
No, to na pewno przemyślę podczas następnego przerabiania początku.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Co zabrały wilki

Post autor: Kanterial » 31 maja 2017, 15:04

a ich poskręcane po najdziwniejszymi kątami gałęzi przywodziły na myśl kończyny kaleki.
gałęzie
pochylał się na drewnianym pulpitem, zdając się nie pamiętać o świecie.
nad
W godzinie śmierci nie wzywał córki, która pielęgnowała go, zapominając o własnych potrzebach ani czterech synów zabitych przez krwawą gorączkę, ale tego, co zabrały wilki.
Bo bardzo mocnym skróceniu tego zdania, dostajemy info, że król "Wzywał tego, co zabrały wilki". Mnie się to rzuciło w oczy, bo powinno być "Wzywał tego, którego zabrały wilki". Wtedy jednak nie pokrywałoby się z tytułem (nie wiem, czy mocno ci na tym zależało w tym zdaniu). W każdym razie - "co" jest takie... no, potoczne, a "którego" jest poprawne i pasuje do reszty tekstu, bo tekst piszesz ułożonym, spokojnym i poważnym językiem.

Co mi się zdaje i co podejrzewam:
Wulfram może mieć coś wspólnego z wilkołakami, nawet jeśli nie do końca świadomie. Wilkołaki zaś mogą mieć coś wspólnego z plemieniem Tryngów (tak to się odmienia?), o którym czytał Johannes. Nie zdziwiłabym się, gdyby to właśnie oni "zmienili się" kiedyś w wilkołaki i kto wie, może nawiedzają te tereny... No, ale to już takie moje gdybania. Myślę też, że matka Childeryka to taka zmyła, bo raczej nie życzyła królowi śmierci, może tylko miała mu za złe to, jak potraktował jej syna. Teodoryk na pewno jeszcze wróci jako postać (nie wierzę, że zginął, to musi być jakaś głębsza sprawa, królewski syn nie jest porywany bez przyczyny) i czekam na tę chwilę.

Tak ogólnie, to jestem na tak. Czyta się ten tekst powoli, ale nie jest to winą języka. Język ma w sobie coś czarującego i uspokajającego, przynajmniej w moim odczuciu. Problemem jest za to interpunkcja - czasem trochę się gubi i utrudnia rozumienie zdań, miesza, plącze podmioty. Nie wypiszę konkretnych zdań, ale chyba trochę mnie niszczyły przecinki przed "jakby/jak" czy coś takiego. Takie najczęstsze potknięcia. U ciebie jednak bardzo mocno je widać, bo (jak pisałam) język jest ułożony i poważny, zdania rozbudowane... no i jeden przecinek w złym miejscu potrafi zrobić czytelnikowi niezły miszmasz w głowie. Więc tak technicznie, to nie czepiam się niczego poza przecinkami, ale może ktoś, kto się lepiej zna, będzie w stanie wskazać ci konkretne błędy.

Nie znam jeszcze bohaterów za bardzo, więc nie mogę opisać swoich emocji, ale tak delikatnie (bardzo) zarysuję, co czuję: sympatia do Childeryka, ogromna ciekawość i spore fory dla Wulframa, ciepłe odczucia względem Johanessa. Chyba wszystko. Negatywne emocje się nie pojawiły mimo końcówki dość niejednoznacznej.

Podoba mi się zwięzłość, z którą opisałaś sytuację polityczną i mniej więcej dałaś mi taki rzut, szybkie spojrzenie na świat i realia. Zrobiłaś to trochę mimochodem, opisując reakcje ludzi i ich obawy, trochę akapitami o barbarzyńcach, trochę samą fabułą (jednak coś tam wnioskuję po zachowaniach, decyzjach i dialogach). Ja bardzo nie lubię, nienawidzę wręcz rozpisywania się takiego "suchego" o tym co, gdzie, jak, kiedy, z kim i po co. Dlatego cieszę się, że tu tego nie było i nie opisałaś mi z góry na dół historii tych terenów, konfliktów i działań wojennych. Jest tyle, ile trzeba. A ja widzę to całkiem nieźle.

//bardzo mocno kojarzy mi się z Gilneasem całość, ale pewnie nie grałaś w WoW'a? :bag:

Tyle ode mnie, czekam co będzie dalej
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 197
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Co zabrały wilki

Post autor: Kimchee » 31 maja 2017, 20:54

Mówiłam już, że uwielbiam Twoje teorie? ;)

Za błędy przepraszam. Chyba zainwestuję w Słownik Języka Polskiego i wykuję rozdział o interpunkcji czy coś, bo już nie wiem, co mogłabym zrobić :bag: Może jak się wstrzelę w rytm pisania pójdzie lepiej. Póki co tylko dopiski robię.

Widzę, że Johannes niespodziewanie wyrósł na faworyta (a taki się niepozorny wydawał XD). To chyba znaczy, że nie powinnam go zabijać zbyt szybko :P Ale nie spodziewałam się, że ktokolwiek polubi biednego Childeryka - jemu na pewno byłoby bardzo miło z tego powodu ^^
Teraz będę mieć tremę przed poprawianiem opisu Wulframa XD. dobrze, że pojawi się w trzecim rozdziale, będę miała czas, żeby go przemyśleć.

Nie wiem, czy będziesz zaskoczona dalszym przebiegiem akcji - w końcu jesteś Człowiekiem Teorią - ale przynajmniej postaram się napisać wszystko w miarę atrakcyjnie i wprowadzić jeszcze kilku - mam nadzieję - ciekawych bohaterów.

Dzięki za komcia!

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 197
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Co zabrały wilki

Post autor: Kimchee » 08 czerwca 2017, 22:09

II.

Śmierć Merowiusza I obwieściły wszystkie dzwony coraz liczniejszych w stolicy świątyń Kamiennego Boga.
Słysząc pierwsze dźwięki żałobnej pieśni, Johannes Wenancjusz przerwał czytanie wpół słowa, po czym odłożył książkę drżącą ręką. Był poruszony, a tego się nie spodziewał. Nie miłował króla, nie był doń szczerze przywiązany, a mimo to w trzewiach kołatało się coś – jakby smutek, żal.
Zrozumienie przyszło dopiero po chwili, gdy wpatrywał się w drżący od jego własnego przyśpieszonego oddechu płomień świecy. To nie straty króla żałował ani nawet (wstyd przyznać) losu swoich rodaków, którzy jak zwykle ucierpią najbardziej, kiedy możni Hrutyci zaczną wadzić się między sobą. Ojciec Waleriusz! To o starego kapłana, który był mu niczym ojciec, się martwił.
W tej właśnie chwili obiekt przemyśleń młodzieńca zjawił się w jego małej ciemnej izdebce (Johannes wiecznie oszczędzał świece) jakby wezwany ciepłymi myślami młodego człowieka. Był blady, znużony, bardziej przeźroczysty. Niby zbłąkany duch nawiedzający śmiertelników.
– Ojcze, może usiądziesz... – odezwał się Johannes, przestraszony nie na żarty.
Stary kapłan zbył jego propozycję machnięciem pomarszczonej dłoni. Następnym gestem przywołał go do siebie.
Johannes usłuchał natychmiast.
– Nie mam na to czasu – usłyszał cichy, znużony głos – I ty także.
Johannes już wiedział, że to, co usłyszy za chwilę, nie tylko mu się nie spodoba, ale też okaże się niebezpieczne.
Wszelako nawet nie przyszło mu do głowy odmówić.
– Co mam zrobić? – zapytał bez entuzjazmu.
Ojciec Waleriusz odetchnął z wyraźną boleścią.
– Przede wszystkim musisz zaraz opuścić pałac – powiedział, nachyliwszy się tak, że jego ciepły oddech, muskał ucho młodego człowieka.
Znaczenie słów z wolna docierało do świadomości Johannesa. Misja – niewątpliwie zlecono mu misję. J e m u, a przecież nie był człowiekiem czynu, tylko człowiekiem słowa! Dla pierwszego lepszego Hrutyty, z powodu krótkich włosów, nie był nawet mężczyzną. Pomyślał o rozpoczętej pracy nad przepisywaniem „Cudownych wydarzeń w mieście Oix”. Zaniedbywał swoje obowiązki, a być może nie będzie w stanie dokończyć... Zrobiło mu się tak bardzo żal.
– Potem znajdziesz Wulframa i...
Ostatnie słowa wyszeptał Waleriusz wprost do ucha ucznia. Oczy Johannesa rozszerzały się z każdym słowem.
Bardziej i bardziej.
– ... oddasz mu to.
Młody człowiek wyciągnął po pergamin drżącą dłoń. Głos ojca Waleriusza mieszał się z echem żałobnych dzwonów; jedno i drugie przygrywało jego własnemu sercu trzęsącemu się ze strachu.
– To ostatnia wola króla.

*
Childeryk przemierzał szybkim krokiem przestrzeń rozświetlonej blaskiem ognia komnaty.
– Teraz możesz być królem – rzekła mu przed chwilą matka.
Jednakże miało to swoją cenę.
Mężczyzna nie był pewien, czy jest w stanie zapłacić.
Radegunda, stojąc z boku (tak by mogła w każdej chwili poprzeć swoje racje stosownymi argumentami) przyglądała się, jak jej ukochany syn przełamuje ostatnie opory. Ona już zdecydowała. Dawno temu. Powiedziała mu to. Przysięgła, że zrobi wszystko, poświęci, ile będzie trzeba, by Childeryk otrzymał to, co należy mu się z urodzenia. U Hrutytów królewską krew dziedziczyło się po ojcu, więc nikt nie miał większego prawa do korony. Na pewno nie Wulfram. Poza tym Radegunda uważała, że należy jej się zadośćuczynienie za wieloletnią rozłąkę z synem. I zemsta. Nie tylko Merowiusz wycierpiał wiele tracąc dzieci, dlatego nie współczuła mu. Wręcz przeciwnie – nienawidziła.
Tron – czy nie tego Childeryk chciał? Czy nie tak wycenił swoją krzywdę i wewnętrzne rozdarcie? Nie był niewiniątkiem. Na południu nieraz doświadczył sytuacji, kiedy przyjaciele i bracia spiskowali przeciw sobie, a kobiety były gotowe podać truciznę mężczyznom, z którymi poprzedniej nocy dzieliły łoże. Ludzie osiągali cele, nie przejmując się zbytnio, jakich narzędzi trzeba zużyć. Sam kilka razy był takim narzędziem. W pierwszej kolejności dla basileusa. Złoto, poparcie, ręka ślicznej porfirogenetki, która chyba nawet nie umiała dobrze wymówić jego imienia, w zamian za pokój, szerzenie jedynej i prawdziwej wiary. Nikt nie wypowiedział głośno słów podległość ani służalczość, a przecież chodziło właśnie o to. Wiele lat temu Childeryk postanowił, że gdy wróci do domu, będzie inaczej...
Tymczasem okazało się, że na przeszkodzie jego planom stoi jedna dziewka. Prawda, że nie zwykła dziewka, bo córką króla. Niemniej nadal niewiasta.
– Sądziłem raczej, że wyślemy ją do klasztoru – ośmielił się powiedzieć.
To skrupuły przez niego przemawiały.
Umilkł. Przez moment sądził, że matka się od niego odsunie. Nie zrobiła tego. Odpowiedziała na jego nieśmiałą decyzję wyrozumiałym uśmiechem.
– Tak długo jak żyje Teodelinda, twój tron nie jest bezpieczny. Każdy pretendent wyciągnie ją z klasztoru choćby w habicie i poślubi, mając za nic nakazy wiary...
To był głos rozsądku. Mimo to Childeryk nie potrafił zdobyć się na zamordowanie kuzynki.
Radegunda ujęła jego dłonie – delikatne, bo nienawykłe do trzymania miecza, w swoje.
– Ja to zrobię – rzekła cicho. – To nie splami twoich rąk.
Wydawała się szczęśliwa, mogąc wyręczyć swoje jedyne dziecko nawet w zbrodnii.
Dreszcz, który wstrząsnął ciałem przyszłego króla nie miał nic wspólnego z zimnem. W końcu uległ, a nawet sprawiło mu to znaczną ulgę. Skinął głową, na znak, że nie chce słyszeć na ten temat nic więcej. Były jednak inne tematy.
– Ojciec Waleriusz – powiedział ze stanowczością, która zaskoczyła nie tylko matkę. – Jego nie chcę go koło siebie.
Tym razem doczekał się uśmiechu aprobaty.

*
Księżniczka spała na zbyt dużym dla jednej osoby łożu, w komnacie o wystroju przesadzonym jak wszędzie w pałacu, chociaż może nie tak bardzo. Podobnie do innych krajanek kochała się w klejnotach i ładnych lśniących rzeczach. Wszelako wykształcenie oraz nakazy wiary sączone do ucha ustami ojca Waleriusza złagodziły nieco barbarzyński gust. Tkaninom uprzędzonym głównie przez samą dziewczynę i jej zmarłą matkę nie można było odmówić pewnego wyczucia. Miały w sobie jakąś stonowaną powagę.
Teodelinda leżała z twarzą wtuloną w poduszkę; jej twarz i niemal całą sylwetkę zasłaniały rozsypane dookoła włosy. Ostatnie promienie słońca wydobywały z ich barwy nie obserwowane na co dzień miedziane refleksy.
Dziewczyna spała i miała spać jeszcze długo – do końca życia. Uspokajający napar przygotowany przez troskliwą Radegundę był tak naprawdę napojem nasennym.
Radegunda przez chwilę stała oparta o drzwi. Nawet w tej chwili dochodziły do głosu skrupuły delikatnej kobiety – matki. W pewien sposób była nią także dla tej dziewczyny. Żałowała, że prawa obu nacji zakazują małżeństw między bliskimi kuzynami. Gdyby było inaczej z radością powitałaby Teodelindę jako swoją synowicę, a małżeństwo tylko ugruntowałoby prawo Childeryka do tronu.
Kobiety zawsze padają ofiarami walki o władzę. Taką ofiarą była tez Radegunda, której odebrano syna, a potem wygnano z własnego kraju, bo ośmieliła się chcieć rządzić w jego imieniu. Wówczas Merowiusz zawiódł ją po raz drugi, bo przyznał rację grafom. Ale to się skończyło, nie będzie już więcej robiła tego, co jej się każe. Zapłaciła już swoją cenę.
Teraz była kolej Teodelindy.
Skórzane buciki tłumiły wolne, wyważone kroki kobiety, kiedy skradała się, by spełnić swoją powinność (tak to pojmowała). Zaciśnięta pięć już dzierżyła broń – sztylet, pamiątka po matce Teodelindy.
Delikatnie – jakby miała zamiar zbudzić śpiącą dziewczynę – odwróciła księżniczkę, po to by zatopić broń w jej sercu.
Nie robiła tego jednak. Sztylet wypadł ze zmartwiałych nagle palców, spomiędzy warg – całkiem wbrew jej woli – wyrwało się ciężkie westchnienie. Strachu, zawodu, złości. Na ulgę nie starczyło już chyba miejsca.
Dziewczyną śpiącą w łożu nie była Teodelinda. Służąca, myśl utorowała sobie w końcu drogę w matki pretendenta do tronu. Podobna do swej pani, głównie za sprawą zachwycających włosów, lecz nie na tyle, by człowiek choć raz widzący księżniczkę dał się nabrać. Tylko służąca mogła swobodnie wchodzić i wychodzić z komnaty pani, a j e j własne służebne pewnie nawet nie zwróciły na nią uwagi. Głupie dziewuchy!
Nie było czasu na złość, należało przekuć tę porażkę w zwycięstwo, a potem będzie czas na szukanie winnych.
Radegunda uniosła broń i... nic się nie stało.
Zawahała się.
To był – miał być – jej pierwszy mord. Nie liczyła tak tego, co stało się z Merowiuszem. On już znajdował się w objęciach śmierci, kiedy mu podała truciznę. Mimo swej nienawiści, można powiedzieć, skróciła jego męki.
Poza tym tamto to była jej wróżda – nakaz serca, a t o – czysty pragmatyzm, sprawa rozumu. Radegunda nie wzdrygała się przed zabiciem kogoś, gdy stanowiło to środek do celu. Tym, czego nie lubiła, było niepotrzebne przelewanie krwi.
Służąca, wciąż leżąca nieruchomo, była jeszcze bardziej niewinna od swej pani.
Ale stanęła na drodze Radegundzie, dlatego musiała umrzeć.
Umierała nieświadoma, dlaczego ją to spotkało, nie mając pojęcia jaką walkę stoczyła ze sobą Radegunda nim opuściła uzbrojoną w ostrze dłoń.

*
Ojciec Waleriusz modlił się przy martwym ciele króla pełen pokory. Zdawał sobie sprawę, że zawiódł. Jako osobisty kapłan monarchy powinien być bardziej stanowczy, nieugięty, tymczasem od lat przymykał oczy na pewne drobne przewinienia, licząc, że swoją dobrą wolą przeciągnie Merowiusza na właściwą stronę. Pomylił się.
Zapadał zmrok. Ciało stygło, kamieniało podobnie jak kolana starego kapłana. Chłód posadzki przenikał skórę, zagnieżdżał się w kościach, ale ojciec Waleriusz nie poruszył się.
Duch króla odszedł już stąd – może do przodków, w których ciągle wierzyli barbarzyńcy, może – jeśli stał się cud – do sfer niebieskich, ale nie o to się teraz modlił, a o bezpieczeństwo Johannesa i księżniczki.
Za Teodelindę przede wszystkim.
Hrutyckim mężom wystarczało, by ich kobiety umiały prząść i jeździć konno. Wszelako Merowiusz po stracie synów nakazał wykształcić jedyne ocalałe dziecko. Theodelinda umiała więc czytać i pisać, kalecząc klasyczny język w stopniu odrobinę tylko większym niż jej nauczyciele. Znała dobrze historię, pobieżnie klasyczne teksty i poezję. Tylko jakoś nigdy Waleriusz nie poznał jej zdania na żaden temat. Powtarzała opinie, przytaczała cudze słowa, ale własne zachowywała dla siebie. Stary kapłan – pewnie dlatego, że przez większość życia nie stykał się z młodymi dziewczętami – nie umiał przeniknąć jej myśli. A próbował, próbował coraz bardziej odkąd zaczął nabierać pewności, że ta niepozorna dziewuszka będzie w przyszłości żoną i matką królów. Co do Wulframa nie miał większych złudzeń, że w głębi serca jest czymś innym niż zatwardziałym poganinem. Jednak mądra żona, mogła wywrzeć na męża dobry wpływ. Gdyby była szczerze wierząca, wyszłoby to tylko na dobre.
Ale być może to były tylko płonne nadzieje starego człowieka. Może i w tym aspekcie zawiódł.
Poruszył się, coś strzyknęło w kościach. O tej porze roku zawsze męczył go reumatyzm.
Zorientował się nagle, że nie jest sam. Do komnaty weszła Radegunda, wciąż w tej samej sukni, nie przywdziała jeszcze żałobnego stroju – dziwne, zwykle dbała o takie niuanse. Jej strój zdziwił starego kapłana, natomiast wyraz twarzy przeraził. Wargi miała drżące. W oczach – coś dziwnego.
– Zdarzyło się wielkie nieszczęście – powiedziała enigmatycznie. – Księżniczka...
Umilkłszy, nabrała tchu, by pokazać, że robi to z wielkim trudem, przyłożyła zaciśniętą pięść do piersi.
– ... przeszyła się z rozpaczy sztyletem ojca. Niestety, moje służące nie zdołały jej powstrzymać.
Po nietkniętych latami policzkach spłynęła pojedyncza łza.
Waleriusz rozdziawił usta, które jednak pozostały nieme.
Odważyła się. Teraz wszystko stracone. A on nie wierzył, kiedy Merowiusz kazał w tajemnicy wywieść córkę ze stolicy. Myślał wtedy, że śmierć pomieszała królowi rozum. Głupi! Te i setki innych złowróżbnych myśli zalewały słabnący umysł kapłana. Zdruzgotany ojciec Waleriusz próbował powstać, ale słabe ciało odmówiło posłuszeństwa. Pierwsza próba spełzła na niczym, bo ciężar lat z potworem przygniótł go do posadzki; dopiero druga, przy której musiał przytrzymywać się królewskiego łoża, pozwoliła mu stanąć oko w oko z Radegundą.
Przez chwilkę mierzyli się spojrzeniami. Zwątpienie i wiara walczyły o lepsze w sercu i umyśle starego człowieka. To niemożliwie, by księżniczka naprawdę leżała martwa w swojej komnacie, przekonywał się, przecież Reginar... Waleriusz tak bardzo chciał w to wierzyć.
Prawie wypowiedział swoje myśli na głos!
Przełknął ślinę, z trudem wydobył z gardła jakieś słowa.
– To straszne. Pójdę...
Kobieta wstrzymała go, zanim zdołał uczynić choćby krok.
– Nie ma potrzeby – przywołała na wargi blady uśmiech; drobna, lecz zaskakująco silna dłoń, zacisnęła się na jego pomarszczonej ręce – służebne już obmywają i przystrajają jej ciało. Mężczyzna nie powinien jej teraz oglądać. Pomódlmy się tutaj.
Miała całkowitą rację, mimo to umysł kapłana opanowała nagła chęć sprzeciwu. Nie zdążył go wyrazić. Radegunda legła na posadzce (zupełnie nie przejmując się swą strojną suknią), z przejęciem kreśląc w powietrzu święte znaki, mające dopomóc duchom zmarłych. Waleriusz podążył za jej przykładem.
Zyskał pewność, że Teodelinda jest cała i zdrowa, z dala od ambitnej wdowy po stryju, która nie cofnęła się przed morderstwem (współczuł biednej służącej, która musiała zginąć w zastępstwie swej pani – i jej osobę dołączył do swoich modlitw, biorąc tę śmierć na swoje sumienie: kolejny kamień, który obciążał jego duszę). Modlił się, nie mniej żarliwie niż jego towarzyszka, by księżniczka dotarła cała i zdrowa w ramiona przyszłego męża, a Johannes, o którego los nie mniej się troskał, przekazał obojgu ostatnią wolę króla. On sam już nic nie mógł zrobić. Tylko milczeć i wzywać Kamiennego Boga.

*
Childeryk uważnie obserwował twarz matki, gdy po raz pierwszy zostali sami po tym jak z zimną krwią popełniła mord.
I faktycznie dostrzegł coś. Nie, jak się spodziewał, żal czy skruchę, a raczej namiastkę niepewności. Czyżby strach? Na Kamiennego Boga, od kiedy w dzieciństwie siłą wywieźli go jako zakładnika na południe, ani razu nie widział matki wystraszonej. Dla niego była kobietą ze stali, niepodobną do żadnej innej. To odkrycie poruszyło go bardziej niż świadomość, że Teodelinda, z którą dzielili wspólną krew, zginęła z tej samej ręki, która tak czule pieściła jego samego.
– Czy już po wszystkim? – zapytał drżącym z emocji głosem, mając nadzieję, że oszczędzone mu zostaną szczegóły. Ten... mord niespodziewanie wciąż ciążył mu na sercu. Prosił tylko o jedno krótkie potwierdzenie.
Twarz Radegundy zasnuła się cieniem, który na moment obnażył bezlitośnie wszystkie przeżyte lata. Pociągnęła syna w kierunku okna, byle dalej od drzwi. Nie wiadomo dlaczego – oprócz jedynaka mógł ją słyszeć tylko księżyc.
Jej niepokój udzielił się także Childerykowi. W tej chwili rozumieli się bez słów. Mężczyzna wiedział doskonale, że coś poszło nie tak, jeszcze zanim usłyszał podobny do zgrzytu stali cichy szept.
– Uciekła.
Ciężar napierający na sumienie Childeryka zelżał nieco, lecz zaraz zastąpił go inny – strach.
– Jak to?
Dlaczego w zamku nadal jest tak spokojnie, chciał zapytać, całkiem już zdezorientowany. Matka nie zabiła Teodelindy, dlaczego więc była w takim stanie?
I dowiedział się.
– Przeklęty Reginar musiał ją wywieźć z miasta – każde słowo aż kipiało od tajonej wściekłości. – Uprowadził ją spod naszego nosa. Na miejscu księżniczki w jej pokoju znalazłam służącą przebraną w jej suknię. Moje służebne, głupie dziewuchy, były tak zajęte plotkowaniem, że nawet nie zauważyły podmiany. Musiał w tym maczać palce Waleriusz!
Matka wlepiła weń wzrok. Wydawała się bardziej wściekła, że coś poszło nie po jej myśli, niż skruszona. Jednak – jak mógłby ją za cokolwiek winić.
– Musimy ją znaleźć jak najszybciej – zdecydował niedoszły król.
Powinien wydać polecenia swoim ludziom. Tylko... nie miał ich. Zazdrościł Teodelindzie Reginara, a nawet kapłana o nieładnej, surowej twarzy, który najczęściej budził w nim irytację. Oni byli lojalni. A kto był lojalny wobec Childeryka? Wszystkim – pozyskiwaniem sojuszników, nawet siepaczy – zajmowała się matka, Robiła to na długo zanim wrócił z niewoli. Od lat wraz ze wzmacniającymi ziołami podawała królowi środki wywołujące niepłodność, żeby jej syn nie miał więcej rywali. Childeryk nie odważył się spytać, czy jego czterej kuzyni zakończyli żywot w naturalny sposób.
Kiedy on rozpamiętywał, matka planowała kolejne posunięcia.
– Najpierw ogłosimy tragiczne samobójstwo księżniczki.
Nie od razu zrozumiał jej intencje.
– Ale kłamstwo wyjdzie na jaw.
– Posłuchaj – powiedziała – pochowamy służącą jako księżniczkę zgodnie z obrządkiem nowej wiary. Nikt jej nie rozpozna. Tymczasem wyślę Grimalda na poszukiwania. Prawdziwa Teodelinda spocznie gdzieś w lesie, w bezimiennym grobie, a tymczasem t y zostaniesz królem.
– A Wulfram...
Radegunda ścisnęła rękę syna. Długie, wypielęgnowane paznokcie wbijały mu się w skórę. Po raz pierwszy Childeryk zastanawiał się, czy nawet ona jest rozczarowana jego postawą.
– Mam już dość słuchania o Wulframie, oby przepadł! – z tonu jej głosu Childeryk wywnioskował, że matka rozważa ten pomysł całkiem poważnie. Ile jeszcze ludzi gotowa była zgładzić? – Ostatni raz widział narzeczoną, kiedy miała może z dziesięć lat, od tego czasu nie miał ani czasu ani ochoty przyjeżdżać jej oglądać, więc sam jest sobie winien.

*
Gdyby ojciec Waleriusz miał wyrokować na temat istnienia i łaski Kamiennego Boga na przykładzie właśnie ostatnich wydarzeń, mógłby dojść do wniosku, że bóstwo nie istnieje, a w najlepszym przypadku całkowicie opuściło swego nieudolnego sługę.
Przyszli po niego, kiedy modlił się w świątyni przez posągiem (dokąd udał się prosto po modlitwie z Radegundą). Która mogła być godzina, tego nie wiedział. Podczas modlitwy jego myśli ulatywały daleko i tracił poczucie czasu; zwłaszcza dziś, Tyle osób zajmowało jego myśli: żywych i umarłych. Prosił o siłę, by mógł wytrwać w milczeniu, kiedy zapytają o go miejsce pobytu Teodeliny. Nie wątpił, że zapytają. To była tylko kwestia czasu.
Na szczęście dla jego starych kości, nie musiał czekać długo.
Na ich czele ciężkimi krokami maszerował Grimald, potężny mężczyzna o surowym wyglądzie. Ojciec Waleriusz podziewał się, że Radegunda przyśle właśnie jego.
Grimald był dla Radegundy prawie niemal tym czym Reginar dla zmarłego króla. Prawie, bo Merowiusz nigdy nie wpuścił zaufanego do swojego łoża.
Grimald z wyglądu pasował do powszechnego mniemania o barbarzyńcach bardziej niż większość jego ziomków, którzy z latami nabrali nieco ogłady. Jego manier Waleriusz nie znał, bo spotykali się przelotnie, a hrutycki olbrzym najczęściej stał wtedy z boku i milczał. Jednakże milczenie może być bardziej wymowne niż gadulstwo. Z twarzy Grimalda wyzierało zaś jakieś pierwotne okrucieństwo; chociaż trzymane na wodzy, to jednak obecne.
Tylko przez szacunek dla świętego miejsca intruzi nie mieli przy sobie broni, zresztą – jaką krzywdę mógł im wyrządzić słaby starzec, który potrzebował pomocy by wstać z zimnej posadzki?
Mimo to Radegunda się go bała.
Właśnie to udowodniła.
– Już idę. – Waleriusz zignorował wyciągniętą w jego kierunku dłoń – ogromną i stwardniałą od trzymania topora, dłoń, która zadała wiele śmierci. Wstał bez niczyjej pomocy.
Trochę to trwało. Waleriusz poniósł wysiłek, ale ocalił resztki dumy. Na razie.

*
Świece – było ich chyba ze sto – oświetlały martwą twarz króla. Ciało zmarłego umyto już i przystrojono w proste, ale odświętne szaty z nie farbowanego płótna ozdobionego jedynie dyskretnymi haftami. Ojciec Waleriusz nie wątpił, że Radegunda zrobiła to własnoręcznie.
Śmierć zmieniała powoli rysy Merowiusza.
Ale nawet ona nie byłaby w stanie uczynić takiego spustoszenia w krótkim czasie.
Oblicze króla zsiniało. Spomiędzy nabrzmiałych warg wymykał się koniuszek fioletowego języka. Policzki popuchły, zmieniając oczy w cienkie szparki. Piękna jeszcze niedawno twarz zaczęła przypominać gębę potwora.
Króla otruto! I zrobiono to pod samym nosem Waleriusza.
To odkrycie niemal zwaliło kapłana z nóg. Przez cały czas, kiedy on próbował podtrzymać Merowiusza przy życiu, później zaś ochronić jego córkę, Radegunda – niczym pajęczyca – snuła własną sieć. Na tyle delikatną i misterną, że kapłan dopiero teraz zorientował się, iż tkwi w samym jej środku. Był muchą. Przez całą chorobę króla – niemal do ostatniej chwili szukał skrupulatnie śladów trucizny i nie znalazł ani śladu. Uważał się za sprytnego, ale stojąca przed nim kobieta, ukryta pod pozorami żałoby, okazała się po stokroć sprytniejsza. Podała truciznę umierającemu tylko po to, by mój oskarżyć go o mord.
Radegunda powitała więźnia (skonsternowany Waleriusz zrozumiał, że tym właśnie jest) bolesnym grymasem twarzy. Znalazła się nawet ukradkowa łza w kąciku oka – delikatna sugestia, że takich łez, szczerych i pełnych rozpaczy, było o wiele więcej.
Nie czekała sama.
Stare, ale wciąż sprawne (w przeciwieństwie do członków), oczy Waleriusza dostrzegły ściśniętych wokół łoża hrutyckich panów. Audomar, Chrodegang i Odulf znajdowali się na dworze od kilku dni, każdy pod pretekstem załatwienia jakiejś błahej sprawy. Aż do teraz Waleriusz nie widział w tym nic dziwnego, lecz nagle jego umysł zaczął dostrzegać niewidoczne dotąd powiązania. Ich obecność nie była przypadkowa. Byli j e j ludźmi.
Przybył także sam najwyższy kapłan Kamiennego Boga, Teodozjusz Jeszcze bardziej schorowany od Waleriusza opuszczał swoją siedzibę tylko w sprawach najwyższej wagi. Przybył tutaj, chociaż musiał siedzieć na stołku, co wyraźnie mu się nie podobało. Na głęboki ukłon kapłana odpowiedział jedynie zdawkowym skinięciem, lecz stare, zasnute mleczną mgłą oczy patrzyły na niego uważnie. I oceniająco. Zestarzał się, jednak spojrzenie i ułożenie ust przechowały resztki dumy po dawnych dniach.
Z głębi komnaty wyłoniła się wysoka sylwetka Childeryka. Bratanek króla i główny pretendent do ubrany w prostą tunikę uszytą na barbarzyńską modłę, szerokie spodnie i owijacze niczym nie różnił się od tysięcy swoich rówieśników wychowanych w wierze i tradycjach dziadów.
– Wasza wysokość – przywitał go duchowny.
Młody mężczyzna odpowiedział zimnym spojrzeniem. Waleriusz nie umiał dotrzeć do tego chłopca (jego kolejna porażka), a wydawało mu się, że powinno być inaczej, skoro syn Radegundy praktycznie wychował się na prawowiernym i bardziej cywilizowanym dworze basileusa. Przez chwilę Waleriusz ośmielił się marzyć, że ten młodzieniec będzie królem, jakiego w jego mniemaniu potrzeba – kimś godzącym anticyjskość i barbarzyństwo. Z jakiegoś powodu jednak Childeryk traktował go jak śmiertelnego wroga. Potem kapłan zrozumiał, że takiego mężczyzny Hrutyci nie zaakceptują na tronie. Prawdę mówiąc, im bardziej poznawał Childeryka, tym bardziej był skłonny przyznać im rację.
Sądził, że bratanek Merowiusza przybył w charakterze świadka, ale to właśnie on do niego przemówił.
Głosem, który – według Waleriusza - mógłby należeć do kogoś innego.
– Ojcze Waleriuszu, oskarżam cię o zamordowanie mego stryja, Merowiusza I.
Koniec. Nie powiedział nic więcej, a samo oskarżenie wydawało się zimne i pozbawione zaangażowania. Childeryk nie podniósł nawet głosu. Kapłan był tak zajęty analizowaniem tych oraz innych niuansów, że dopiero pod koniec dotarło do niego w pełni, co oznacza to oskarżenie.
Zabić króla? On?
Nogi odmówiły posłuszeństwa. Waleriusz zachwiał się i runąłby, gdyby nie podtrzymał go – o zgrozo – Grimald.
– Wasza wysokość! Przysięgam na Kamiennego Boga, że nigdy nie uczyniłbym tego!
Gdyby był młodszy, zapewne padłby przed Childerykiem na kolana, ale jego ciało było na to za stare. Obrona, poza tym, nie miała sensu. Wszelako prosta i uczciwa natura kapłana domagała się sprawiedliwości. Dawno temu, przed ścięciem włosów i przywdzianiem habitu, wyrzekł się wyniosłej dumy mężczyzny, nie ścierpiałby wszakże, by pamiętano go jako zdrajcę i zabójcę króla, którego lubił i szanował po swojemu, na ile był w stanie.
Musiał przynajmniej spróbować.
Wysocy Hrutyci otaczający karykaturalne zwłoki króla nie wyrzekli słowa – to milczenie i kamienne wyrazy twarzy powiedziały Waleriuszowi więcej niż wielogodzinna dysputa. Ojciec Teodozjusz kręcił się na swoim stołku, nie dowierzając.
– Waleriuszu, jakże to? – wychrypiał, nie panując nad drżeniem ręki ściskającej kurczowo drewnianą laskę, bez której nigdzie się nie ruszał.
Zatem przynajmniej on nie brał udziału w spisku.
Waleriusz napotkał spojrzenie Radegundy. Nie znalazł w nim – wbrew mniemaniu – tyle nienawiści, ile się spodziewał.
Królobójczymi (nie wątpił, że w tak poważnej sprawie nie wyręczała się nikim, sztylet w sercu fałszywej księżniczki też na pewno zatopiła własnoręcznie) przemówiła opanowanym głosem.
– Giselo?
Spomiędzy stłoczonych pod ścianą służebnych Królowej wyłoniła się szczupła, wysoka dziewczyna.
Rudowłosą służkę widywał Waleriusz nieraz, często w sytuacjach, w których uczciwa dziewczyna nie powinna się znaleźć. Wielokrotnie był świadkiem, jak zuchwale patrzyła na mężczyzn – rzucała im wyzwanie. Tymczasem miał przed sobą uosobienie niewieściej niewinności. Dziewczyna wbijała wzrok we własne drobne stopy. Cóż za zmiana.
– Tak, pani? – jej głos był ledwo słyszalny nawet dla Waleriusza, który stał tuż obok a słuch miał nadal godny pozazdroszczenia.
– Opowiedz to, co powiedziałaś wczoraj mnie – poleciła Radegunda. Twarz miała przy tym tak ściśniętą żalem jakby właśnie wydała najboleśniejszy rozkaz w życiu.
– Wczoraj słyszałam niechcący...
– Co, dziewczyno? – Teodozjusz wykrzywił pooraną zmarszczkami twarz. – Mówże głośniej!
Gisela rzuciła Waleriuszowi przestraszone spojrzenie, potem znów powróciła do studiowania własnych bucików i posadzki.
Drżała jakby przerażało ją już sama świadomość, że ściągnęła na siebie uwagę tylu potężnych osób. A patrzyli na nią wszyscy. Najbardziej uważnie chyba Childeryk. Był niewątpliwie pod wrażeniem: urody albo zdolności, może jednego i drugiego.
– Poszłam do ojca Waleriusza prosić o zioła na ból brzucha. Nie chciałam podsłuchiwać, ale oni mnie nie widzieli, a ja nie umiałam odejść, kiedy usłyszałam...
Jej wzrok mógłby przebić podłogę.
– Co usłyszałaś? – zapytała delikatnie Radegunda.
Zapewne ćwiczyły tę chwilę wiele razy, mimo to wypadła naturalnie.
– Słyszałam jak ojciec Waleriusz mówi do młodego mnicha, że ma się przygotować, bo kiedy tylko król umrze, zasiądzie na tronie.
Cios spadł. Dziwne, bo Waleriusz niczego nie poczuł. Przeciwnie, ogarnęło go niemal całkowite otępienie.
– Wiesz, kim był ten młody mnich? – Childeryk podszedł do dziewczyny, jego wzrok stał się zuchwalszy.
Świadoma tego jeszcze bardziej struchlała.
– To młody człowiek, który zawsze trzyma się blisko ojca Waleriusza – powiedziała bez cienia zawahania. – Wielokrotnie widziałam ich razem. Nazywa się Johannes Wenancjusz.
Johannes Wenancjusz królem? Gdyby był tu teraz roześmiałby się na swój serdeczny, zawstydzony sposób. Albo zemdlał ze strachu. Dobrze, że go nie było. Pewnie Waleriusz już go więcej nie zobaczy...
Powrócił do rzeczywistości, by zorientować się, że Childeryk taksuje go spojrzeniem.
– Co powiesz na te oskarżenie, ojcze?
Co mógł powiedzieć?
– To kłamstwo, wasza wysokość – odezwał się najspokojniej jak umiał, chociaż kręciło mu się w głowie: ze złości, strachu i uświadomienia sobie ogromu własnej głupoty. – Byłem wierny królowi, nigdy nie zrobiłbym niczego, by go skrzywdzić.
Syn Radegundy przeniósł – jak zauważył Waleriusz z przyjemnością – spojrzenie na Giselę.
– Jesteś pewna, że to ojca Waleriusza widziałaś? Wiesz, jaka kara grozi za fałszywe oskarżenie?
Szlochając, rzuciła mu się do stóp.
– Przysięgam na Kamiennego Boga, że mówię prawdę – łkała, obejmując łydki mężczyzny.
Mało kto jest w stanie zignorować potok łez ładnej, młodej dziewczyny. Na pewno nie Childeryk. Skinął na matkę.
– No już, wstań – powiedziała kamiennym głosem królowa. – Nikt cię o nic nie oskarża.
Kiedy pozostałe służebne pomogły dziewczynie wstać, Radegunda zwróciła się ku Waleriuszowi. Próżno było szukać na jej twarzy oznak tryumfu.
– Ojcze Waleriuszu, jesteś oskarżony o zamordowanie króla. Zostaniesz teraz odprowadzony do celi i potem przesłuchany. Zostaniesz pod strażą, dopóki nie oczyścisz się z zarzutów. A jeśli okażą się prawdziwe – będziesz przesłuchiwany, póki nie wydasz swoich wspólników.
Skinęła na Grimalda.
– Aresztujcie też Johannesa Wenancjusza.
Waleriusz poszedł potulnie. Był spokojny – po tym wszystkim, czego doświadczył przed chwilą, nagle spłynął nań spokój. Czysty i krystaliczny jak górski potok. Znał jego źródło.
Brał się ze świadomości, że Grimald nie znajdzie Johannesa.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Co zabrały wilki

Post autor: Kanterial » 05 lipca 2017, 09:38

SpoilerShow
– Ojciec Waleriusz – powiedział ze stanowczością, która zaskoczyła nie tylko matkę. – Jego nie chcę go koło siebie.

Ale to się skończyło, nie będzie już więcej robiła tego, co jej się każe. Zapłaciła już swoją cenę.
dwa razy powtórzone "już" nie potęguje wrażenia, jakie by się tu przydało, bo choć jest uzasadnione, brzmi, sama nie wiem, chropowato, trochę mnie stopuje, a czytam stałym tempem. To jednak tylko sugestia z mojej strony. Coś mi tu nie brzmi, daję znać

Teraz była kolej Teodelindy.
Tu też daję znać. Wiem, że tak się nie robi, by coś sugerować autorowi, ale to "była" jest tak... :bag: omg, jak to powiedzieć? Ten tekst jest w naprawdę wyważonym języku pisany, w takim języku dumnym, kronikowym, dlatego "była" aż się prosi o zmienienie na "nadeszła" bo teraz brzmi tak potocznie, bardzo potocznie :bag:

Skórzane buciki tłumiły wolne, wyważone kroki kobiety, kiedy skradała się, by spełnić swoją powinność (tak to pojmowała).Zaciśnięta pięć już dzierżyła broń – sztylet, pamiątka po matce Teodelindy.
zapewniam, że dla czytelnika jest to oczywiste! zwłaszcza po tych akapitach, gdzie rozjaśniasz sposób myślenia postaci, wymieniasz, co robiła dla syna. Już ją trochę znamy, już ją rozumiemy, ten nawias wydaje się być naprawdę zbędny, znaczy ja miałam takie "no serio? przecież to oczywiste!"

Wszystkim – pozyskiwaniem sojuszników, nawet siepaczy – zajmowała się matka, <-kropka? Robiła to na długo zanim wrócił z niewoli.

myśli ulatywały daleko i tracił poczucie czasu; zwłaszcza dziś, <- kropka? albo mała litera tutaj? -> Tyle osób zajmowało jego myśli:

Ojciec Waleriusz podziewał się, że Radegunda przyśle właśnie jego.
spodziewał

Podała truciznę umierającemu tylko po to, by mój oskarżyć go o mord.

Przybył także sam najwyższy kapłan Kamiennego Boga, Teodozjusz kropka Jeszcze bardziej

– Co powiesz na te oskarżenie, ojcze?
te oskarżenia lub to oskarżenie

Syn Radegundy przeniósł – jak zauważył Waleriusz z przyjemnością – spojrzenie na Giselę
są dwie interpretacje - pierwsza nasuwa się przez zapis: Waleriusz z przyjemnością zauważa, że Childeryk patrzy na Giselę. Druga (jak sądzę prawidłowa): Waleriusz zauważa, że Childeryk z przjemnością patrzy a Giselę.
A zatem brakuje przecinka, albo w ogóle jakoś to można przebudować, bo jednak opcja numer 1 średnio gra z fabułą XDDD
No dobra.

Ja pierniczę, nie spodziewałam się, że aż tak polubię ten tekst. Serio. Mam nadzieję, że go skończysz, mówię to zupełnie szczerze, i że będziesz wrzucać w jako-takim tempie, choćbym miała być jedynym czytelnikiem. Ostatnio nie miałam czasu na komentowanie (jak widać) ale teraz mam i bardzo bym chciała, żeby następne części pojawiały się często :bag: zwłaszcza gdy wreszcie spamiętałam wszystkie imiona i wkręciłam się w historię. Czekam!

Totalnie mnie rozbroiły dwa momenty. Pierwszy to właściwie cała scena z Waleriuszem, gdy przychodzą po niego ludzie Radegundy. Jest tam taka... nie wiem, wcześniej aż tak tego nie czułam, ale ta krótka scena mnie rozwaliła klimatem, ty, jak kreśli charakter kapłana, jaka jest pełna godności. Jest naprawdę świetna.
Gdyby ojciec Waleriusz miał wyrokować na temat istnienia i łaski Kamiennego Boga na przykładzie właśnie ostatnich wydarzeń, mógłby dojść do wniosku, że bóstwo nie istnieje, a w najlepszym przypadku całkowicie opuściło swego nieudolnego sługę.
Przyszli po niego, kiedy modlił się w świątyni przez posągiem (dokąd udał się prosto po modlitwie z Radegundą).
mogłabym się nad tym kawałkiem rozpływać pół godziny. Jest po prostu piękny. I po nim kocham ten tekst

(...)
Mimo to Radegunda się go bała.
Właśnie to udowodniła.
tak!
TAK!

No i chyba nie będzie zaskoczeniem, gdy wymienię swój drugi ulubiony moment XDDD:
Johannes Wenancjusz królem? Gdyby był tu teraz roześmiałby się na swój serdeczny, zawstydzony sposób. Albo zemdlał ze strachu
Jprdl, uwielbiam gościa XDD no nie mogę, ryj mi się tak cieszy, jak to czytam, serio XD jest idealny, jestem jego fanką numer jeden, choć tak mało o nim było. Ale miażdży mnie pomysł na postać, to, że on jest z tych "podbitych" na dodatek z jakiegoś znamienitego niegdyś rodu (jak rozumiem?) z długą tradycją, a teraz sam, zamiast kontynuować to, co robili przodkowie, przywdział habit, nosi krótkie włosy, służy, bo tak trzeba. I jeszcze, wiadomo, będą nim gardzić przez to w wielu aspektach barbarzyńcy. No i lubi historię... I ta więź z ojcem Waleriuszem... I TE JASNE WŁOSY I BRWI! (i zawstydzony śmiech omg omg omg) Dobra, bo zaraz nastąpi samozapłon :facepalm: uwielbiam Johannesa. Totalnie. Czekam na sceny z nim.
Dobra. Komentarz właściwy. Skoro już się zdradziłam z uczuciami do Wenancjusza :facepalm:
Przyznaję, łudziłam się, że Radegunda jednak nie otruła króla. Po pierwsze dlatego, że padło tam coś o "otrzymaniu schronienia u brata zmarłego męża", no i odniosłam wrażenie, że jednak troska o Merowiusza była szczera (mimo złości przy odmowie tronu Childerkowi!). A tu proszę, Mononoke trafiła w punkt. Tylko ja byłam taka naiwna. Radegunda to niezła aktorka, ach! bo też to, że "płakała" za pierwszym razem na mnie podziałało. Potem konsekwentnie pojawiały się sceny, gdzie Radegunda roni łzę, samotną łzę, no i już wiedziałam, że umie to robić na zawołanie. Fajny motyw. I doceniam właśnie konsekwencję w nim. Także tak, poczułam się lekko "zawiedziona" postawą Radegundy, bo "zaskoczenie" to złe słowo. Nie zaskoczyła mnie. Czułam, że to ona może być jadowitym wężem, ale jednak dawałam jej szansę. I tak naprawdę w miarę czytania, w miarę oswajania się z postacią nie traciłam (o dziwo!) złudzeń. Bo jest coś w Radegudzie tak pokrętnie, tak niejednoznacznie szlachetnego. To coś, co wykrzywione zbrodniami i brakiem skrupułów okazuje się być jakby poczuciem obowiązku/miłością do syna. Bo jednak(!) ona to robi dla niego. Czyż nie? Nie widzę w niej egoizmu, choć może powinnam. Dlatego też nie umiem jej nienawidzić. Choć jest bezwzględna i zagraża bohaterom, którym kibicuję. Taaak...

Ojciec Waleriusz - wspaniała postać, która zaczyna działać na emocje. Przyjemnie się czyta o szczerym, wiernym, starszym człowieku, który tak zupełnie poświęcił się jakimś ideom - czy to służbie królowi, czy wierze. On jest wzorem, takim naprawdę przykładem głębi postawy. A jednocześnie daje się złapać w sidła, omotać... Może dlatego, że ludzka poczciwość nakazuje widzieć w ludzkich działaniach dobro? Cóż, Radegunda oszukała naszą dwójkę, Waleriuszu.

Co jeszcze? Wstawka skupia się na matce Childeryka i ogólnym zarysie intrygi (co mnie bardzo cieszy!) więc średnio tu widać samego Childeryka, średnio ogarniam Teodelinę, średnio czuję postać Wulframa (którego, szczerze mówiąc, chyba trochę się boję). Z drugiej strony o każdej z tych postaci "coś" dostaję, jakieś fajne, ciekawe, chwytliwe info. I koduję powoli. Koduję postać Childeryka - to, że Waleriusz wiązał z nim nadzieje. To, że miało zakończyć się knucie i nieszczerość, ale się nie kończy i oto Childeryk znów wchodzi w rolę, która chyba nie do końca jest rolą właściwą. Waham się nad tym - na ile on sam faktycznie pragnie tego tronu? A na ile chce już spokoju, akceptacji, podziwu ze strony matki? Jak musi się czuć, uczestnicząc w tym przedstawieniu, taki bezwolny, taki skazany zupełnie? No i współwinny śmierci tylu osób? Chłopak jest dla mnie zagadką.
Córka króla na razie widzi mi się jako intrygująca. Wykształcona, jak wspomina Waleriusz, ułożona, choć trochę skryta. Właściwie nie wiem - czy ona serio kryje się ze swoimi podglądami, ostrożna i inteligentna, czy może nie ma własnych poglądów jednak, może jest słaba z charakteru? A co, jeśli wcale jej się nie ułoży z Wulframem i nie zdoła go "naprostować", jeśli już zakładamy, że Wulfram to 100% barbarzyńca i poganin?
No i nieobecny Wulfram. Cholera, czekam z niecierpliwością. Jego charakter jara mnie zwłaszcza w starciu z Johannesem, którego (tak?) spotka i nie mogę przestać sobie wyobrażać tego, jaki jest.

Trochę ucichły poszlaki, które studiował Johannes, ale ja pamiętam. O Wilkołakach, o Teoderyku, o wszystkim. I chyba tyle ode mnie. Świetnie mi się czyta, odpręża mnie ten tekst, nie że "odmóżdża", ale ten język, ta konstrukcja, brak "potoczności" i spokojne tempo to to, czego szukam. Naprawdę.
Pięknie mi się w to wsiąka.

Czekam
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 117
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Co zabrały wilki

Post autor: Ag. » 09 lipca 2017, 12:41

Skoro inni wybierają swoje ulubione postaci, to ja też. A jest nią Radegunda. Lubię takie gotowe na wszystko, zdesperowane, mordercze kobiety. Lubię postaci przebiegłych matek, gotowych knuć i zabijać dla swego dziecka. Lubię zemstę wymierzaną przez nie latami, powolną, zaplanowaną i wyjątkowo okrutną, wymagającą od niej opanowania i doskonałych umiejętności aktorskich. Radegunda jest tu przecież postacią negatywną, a mimo to najbardziej mnie fascynuje i nie potrafię jej nie kibicować, bo w jej źle jest coś przewrotnie pięknego, jakby matczyna miłość mogła być usprawiedliwieniem zbrodni. Radegunda oferuje mi ten idealny miks dobrych i złych cech, powodujący moralnego kaca.

Co zaś do reszty tekstu, to niewątpliwie z czasem się on rozkręca, gdyż początkowo czytało mi się go troszeczkę ciężko, zwłaszcza że wprowadzasz wiele postaci w trochę chaotyczny sposób. Potrzebowałam czasu, by ogarnąć kto jest kim, z kim spokrewniony i co robi. Na przykład nie jest dla mnie jasne, czemu i czyim zakładnikiem był Childeryk. Owszem, bardzo ładny jest jego fragment o niepasowaniu, ale chciałabym, żebyś choć trochę tłumaczyła wszystkie te elementy polityczno-historyczne, bo ich nie rozumiem. Ale gdy już to załapałam, zaczęło mi się czytać znacznie płynniej, intryga mnie wciągnęła.

Poniżej łapanka i parę luźnych uwag. Nie wypisywałam wszystkich literówek, ale tekst jest nimi przepełniony. Ktoś to musi bardzo szczegółowo przejrzeć na jakimś etapie.
Zrodzony ze związku z ukochańszą pośród dwóch żon i nałożnic chłopiec już teraz zapowiadał się, że męską urodą i postawą co najmniej dorówna ojcu.
"Najukochańszą" brzmiałoby naturalniej. "Zapowiadał się, że dorówna" też brzmi dziwnie.
Jasne włosy – oznaka przynależności do królewskiego rodu – spływały na okryte zielonym sagum ramiona gęstą zasłoną mieniącą się złotem, kiedy z wysokości końskiego grzbietu spoglądał jak mężczyźni noszą na barkach, a potem układają w równe rzędy po dziesięć sztuk podobne do psów zwierzęta o zmierzwionych, pokrytych pozlepianą krwią sierścią.
Najdłuższy opis włosów ever :D Ale prawdziwym problemem tego zdania wcale nie jest jego długość, tylko to, o czym ono właściwie jest. A jest o wszystkim na raz. Próbujesz tu podać za dużo informacji na raz. Trzeba to rozbić, uspokoić, znaleźć miejsce na opis wyglądu chłopca, a potem na to, co robi. Bo teraz tworzy się dziwna zależność między kolorem włosów a oglądaniem cudzej pracy. I jeszcze ta zmierzwiona sierść. Czy każdy z tych elementów – młodzieniec, pracujący mężczyźni, zakrwawione truchło – nie zasłużyły na własną chwilę?
Chłopcy znajdowali się mniej więcej w tym samym wieku
Można się znajdować w tym samym pomieszczeniu (czyli fizycznej lokacji), ale nie w wieku, który jest abstrakcyjny. Po prostu byli w tym samym wieku.
Bardziej bujny, gęsty, dziki i mroczny niż te
Bardziej bujny, gęstrzy, dzikszy i mroczniejszy.
poskręcane po najdziwniejszymi kątami gałęzi
pod, gałęzie
Chłopiec, mimo łagodnego poklepywania w szyję, nie potrafił jej uspokoić.
To tak brzmi, jakby to chłopca ktoś poklepywał po szyi.
To nie na niego polowano.
Chyba polowało?
O zdawało się wężem pożerającym własny ogon (wężem wyjątkowym, bo niebiesko–zielono–żółto–czerwonym).
Nie jestem przekonana, czemu go to dziwi. Powinien często się spotykać z takimi zdobieniami i je wykonywać.
niezliczonej liczby
Trochę niezgrabnie to brzmi.
tej właśnie chwili obiekt przemyśleń młodzieńca zjawił się w jego małej ciemnej izdebce (Johannes wiecznie oszczędzał świece)
Osobiście wyznaję zasadę, by jednak w tekście unikać nawiasów, zwłaszcza gdy zawartą w nich treść można albo sprawnie wpleść w zdanie właściwe, albo w ogóle pominąć. Po prostu nie wiem, czemu ten nawias służy, sprawia wrażenie takiego nieporadnego, jakbyś nie wiedziała, jak tę informację podać.
jakich narzędzi trzeba zużyć.
Po prostu użyć.
Sam kilka razy był takim narzędziem. W pierwszej kolejności dla basileusa. Złoto, poparcie, ręka ślicznej porfirogenetki, która chyba nawet nie umiała dobrze wymówić jego imienia, w zamian za pokój, szerzenie jedynej i prawdziwej wiary. Nikt nie wypowiedział głośno słów podległość ani służalczość, a przecież chodziło właśnie o to. Wiele lat temu Childeryk postanowił, że gdy wróci do domu, będzie inaczej...
Przyznam, że po prostu nie wiem, o co chodzi w tym fragmencie. Co on zrobił i komu? To miał być przykład, że był czyimś narzędziem, ale nie bardzo rozumiem, w jaki sposób.
Dziewczyna spała i miała spać jeszcze długo – do końca życia. Uspokajający napar przygotowany przez troskliwą Radegundę był tak naprawdę napojem nasennym.
Yyy, ale napój nasenny pomaga tylko zasnąć i się nie budzić w nocy, a nie powoduje śmierci, jak sugeruje pierwsze zdanie.
Nawet w tej chwili dochodziły do głosu skrupuły delikatnej kobiety – matki.
Jakoś nie zauważyłam, żeby była delikatna.
Służąca, myśl utorowała sobie w końcu drogę w matki pretendenta do tronu.
Coś się w tym zdaniu pokićkało.
Po nietkniętych latami policzkach spłynęła pojedyncza łza.
Raz, że nie wynika jasno, przez co nietkniętych policzkach, a dwa, że ckliwe strasznie.
Zyskał pewność, że Teodelinda jest cała i zdrowa, z dala od ambitnej wdowy po stryju, która nie cofnęła się przed morderstwem (współczuł biednej służącej, która musiała zginąć w zastępstwie swej pani – i jej osobę dołączył do swoich modlitw, biorąc tę śmierć na swoje sumienie: kolejny kamień, który obciążał jego duszę).
Po raz kolejny, nawias jest tu nie potrzebny. Może to być po prostu część jego rozważań. Po drugie, mówi o tym wszystkim tak, jakby był na 100 procent pewien, co się wydarzyło, a w sumie to mógł się tylko domyślać przebiegu wydarzeń. Po prostu mam wrażenie, że powinno to być z mniejszą pewnością sformułowane.
Policzki popuchły,
spuchły
stare, zasnute mleczną mgłą oczy patrzyły na niego uważnie. I oceniająco. Zestarzał się, jednak spojrzenie i ułożenie ust przechowały resztki dumy po dawnych dniach.
To w końcu jego oczy zachowały bystrość i dumę czy były zasnute mgłą, a więc na pół ślepe?


Tyle z mojej strony, czekam na ciąg dalszy, choć domyślam się, że dla mojej ulubionej postaci nie będzie dobry. -_-
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 197
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Co zabrały wilki

Post autor: Kimchee » 10 lipca 2017, 13:42

DZIEWCZYNY, stokrotne dzięki!
Za wszystkie uwagi (pochylę się nad nimi, kiedy już napiszę kolejny nieszczęsny rozdział ;) i za miłe słowa.

@ Kadźterial
Przyznaję, łudziłam się, że Radegunda jednak nie otruła króla.

A ja przyznam, że w pierwszej wersji – rok temu – tego nie było. Dopiero tak przy okazji brania się za redakcję, stwierdziłam, że pogmatwam wszystko jeszcze bardziej. Pojawiła się nowa wizja i jakoś mi to do niej pasowało.

Widzę, że opłaca się moja ulubiona strategia tworzenia wielu postaci i wielu punktów widzenia. Jest szansa, że każdy czytelnik (poza pewnie Krin :lol:) kogoś polubi.
Childeryk jak był dla mnie problemem tak jest nada, ale mam nadzieję, że tym razem zdołam go trochę lepiej poprowadzić.

@ Ag.
Skoro inni wybierają swoje ulubione postaci, to ja też. A jest nią Radegunda. 

O, a to się nie spodziewałam, że ją ktoś polubi.
Poniżej łapanka i parę luźnych uwag. Nie wypisywałam wszystkich literówek, ale tekst jest nimi przepełniony. Ktoś to musi bardzo szczegółowo przejrzeć na jakimś etapie.

Idę się utopić w oczku wodnym, bo tym razem naprawdę myślałam, że się przyłożyłam do wyłapywania literówek. Wstyd mi bez dwóch zdań :bag:


I tak, masz rację, że chciałam w małym kawałku tekstu upchnąć wiele informacji (żeby czytelnik się nie zgubił w świecie). To są pierwsze partie, które pisałam rok temu, i które teraz poprawiałam. Z początku zawsze mi idzie topornie. Mam nadzieję, że dalej będzie już lepiej (nieszczęsny opis miasta w IIIR)

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Co zabrały wilki

Post autor: Siemomysła » 12 lipca 2017, 07:37

Hej, hej.

Najpierw szybciutko, co mi zgrzytnęło, żeby nie zapomnieć. Dwie rzeczy:

Childeryk mówiący, że
od kiedy w dzieciństwie siłą wywieźli go jako zakładnika na południe, ani razu nie widział matki wystraszonej.
OD momentu, kiedy go zabierali na zakładnika nie widział swojej matki przestraszonej, że była dla niego zawsze uosobieniem siły - w sumie to chyba niedawno wrócił, nie? przecież matka mówi, że znacznie dłużej po nim tęskniła, niż była matką. Kiedy i w jakiej sytuacji po wywiezieniu go widział matkę silną? Nawet jeśli teraz była silna, to dla niego to raczej kontrast do tej przestraszonej, która została mu w pamięci. Tak mi się wydaje - gdybyś napisała, że poza tym jednym momentem, gdy go zabierali, była zawsze uosobieniem siły, byłoby z mojego punktu widzenia OK i by mnie ten fragment nie zatrzymał.

Waleriusz, który się domyśla, że króla otruto, żeby można było jego (Waleriusza) o to oskarżyć,
Podała truciznę umierającemu tylko po to, by mój oskarżyć go o mord.
a następnie gdy pada oskarżenie - myśli:
Zabić króla? On?
co mi sugeruje, że jednak ten pomysł go zaskakuje.

A teraz już inne sprawy :)
Dawno Cię nie czytałam! Miło było sobie przypomnieć ten Twój drobiazgowy styl, bijące z tekstu przygotowanie teoretyczne i tak dalej. Zaczynasz od dużych rzeczy, zawiązanie akcji z pierdyknięciem, jak na powieść historyczną przystało. Przyznam, że bałam się o Teodelindę - że jednak ją też Runegunda usunie z drogi, a fabuła będzie się kręcić wokół Childeryka i Wulframa w dzikich lasach :D Nie wiem czemu. No i w ogóle - ciekawam powrotu Teoderyka, bo przecież wróci - nie pokazałabyś go tak na chwilę bez głębszego celu, prawda?
Ciekawa jest postać Childeryka - człowieka odciętego od korzeni, któremu nie dano ich nigdzie zapuścić, który musi sam sobie coś udowodnić (tak go odbieram) i przez to daje się kierować matce i jej słabym moralnie postępkom. Jest coś mrożącego w tym swoistym spokoju ich obydwojga - trzeba zabić, bo to przeszkoda, bo tak już jest, to się właśnie przydarza kobietom. Childeryk niby myśli, że szkoda kuzynki, ale nie myśli o niej w kategoriach człowieka, który mógłby żyć, spełniać swoje marzenia, może po prostu być szczęśliwy założywszy rodzinę - to tylko pionek, klocek, który przeszkadza, więc go trzeba podnieść i wyrzucić.
Ciekawa jestem jak Johannes poradzi sobie w lesie, ciekawa jestem jaki jest Wulfram tak naprawdę - bo mamy teraz obrazek dzielnego mężczyzny, uosobienia męskości tamtych czasów - tak go widzą inni, a ja czekam na to, co pokaże mi Kass, gdy się do niego zbliżymy.

O literówkach i innych takich nie mówię. Znamy się nie od dziś - łapanki się pojawiły, nie wiem, ile z tego poprawiałaś, ale wciąż tam różne kwiatki świecą typu "wywieść" zamiast "wywieźć". Tylko, że myślę sobie, że na to jeszcze przyjdzie czas i jeśli będziesz potrzebowała człowieka od zaznaczenia tego wszystkiego w pliku - służę ;)

Będę czytać na bieżąco.
Pisz!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

ODPOWIEDZ