UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Zachęcamy do głosowania na TEKST WRZEŚNIA oraz w INSTANCIE

Podróżny [16+]

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Podróżny [16+]

Post autor: RebelMac » 24 stycznia 2017, 14:04

Pierwszy rozdział powieści. Uwaga! - zawiera wulgaryzmy. Do słów "na pohybel" to swoista "pulpa fantasy" pisana w śpiewnym rytmie, który mógłby nucić trubadur. Później pojawia się inwersja i "cliffhanger" na końcu. Wtrącenia w nawiasach klamrowych to dopiski postaci pojawiających się w drugim rozdziale. Neologizmy są wtedy gdy czarownica używa swych mocy.


Drogi G.
Umowę spisaliśmy na dwieście złotych talarów i ani grosza więcej. Przeto wpłaty rychłej w tej kwocie dokonałem na indeks Twój, co procenta przynosi i całości pomnaża. Cierpliwie czekam, aż druh mój w mizerię popadnie. Żeby biedy zaznał i hańby, nocnych mar duszących, sam jak palec się ostał. Na koniec śmiercią bolesną, w męczarniach okrutnych sczezł. Że wynająłem Ciebie? Niech wie. Prezent w liście poprzednim wspomniany, życie me osłodzi. Ucho się nada, nosem też nie wzgardzę.
Oddany A.

Zabrzeże - 4-ego Zmroźnego



● Rozdział 1


{groszowej powieści o dziejach wojny, całości część, na prawdzie oparta}

Podróżny pluł krwią.

Zastali ją nagą, w łóżku leżącą, nuciła piosenkę brzuch gładząc.
– Nie chcę! - wrzasnęła, krzyk ścierką zdławili i bili aż strasznie się zlękła. O życie się bała, nie swoje lecz inne, o losy Robdanu nie tylko. Torturowali, pytając o wszystko i ciągle głową przeczyła. Zemdlała nad ranem, straciła Wigor, straciła wszelką nadzieję.
I tak przywiązaną, huk wielki obudził, drzwi silny wyważył wybawca. Ból w ciele swym czuła, a stopy krwawiły, kleiły się do podłogi. A w usta, knebel się wpijał.
Z dziąsła ząb wypadł, przegrzyła językiem, siekacz barwy perłowej. Szmata kuchenna spłonęła cała, pokój okopcił się dymem.
- Zabij skurwieli!
Chciała i pomóc, sznur trzymał mocno, złamała oparcie z drewna. Kciukiem zdrętwiałym dotknęła supła, zszedł z palca paznokieć różowy. Zabrzestrzył na więzach, a bąble pękały, na wargach czerwonych od szminki.
- Zabij!
Cios pałką na ramię mu zmierzał. Podróżny sparował, orężem zakręcił, ciął z góry, z szybkością szermierza. Zasłony nie było, uderzył on w szyję, głowa odcięta odpadła. Wiedźma się śmiała, śmiała się głośno, śmiała się przeraźliwie. Drugiego z jej katów, w brzuch pchnięciem spróbował, przebił i kurtkę, i płuco. Guzy z metalu, wnet krew ozdobiła, tworząc kwiecistą plamę. Martwe już ciała, kopnął pod ścianę, w walce mu przeszkadzały. Ostatni z bandytów, wykonał swój wypad, ostrza się zwarły ze szczękiem. Pałasz oprycha, niechybnie CzarnikPrzedmiot o mocy czarownej, gwizdał przy każdym zamachu.
Golizną swoją, czar pozwyzszając, z krzesła zerwała się wolna. Obite kolana do piersi przylgnęły, plecy wygięła w pałąk. Otarły się kości, kręgosłup był sztywny, trzypło w uszach zbirowi! Chwyciła stołek, poleciał do przodu, roztrzaskał czaszkę oprawcy. Podróżny doskoczył i grdykę mu przebił, przekręcił, posoka chlusnęła. Oddechy ciężkie, rzężenie zgłuszyło, świsnęła broń po raz ostatni.
Pięści ściskając na łożu usiadła, pościel z kocem zrzucając. Trzech serc bicie czuła, dwa będzie miłować, a jedno straci na lata. Zlizała krew z kolan, już zęby urosły, to leczką goiły się rany. Kochanek się zbliżył, miecz schował do pochwy, płaszcz z lewej ręki odwinął. I podał:
- Okryj się tym, kochana, wiesz że to jak znak.
- Wiem. Miłości. Nie powiedziałam im nic – dar zarzuciła, ramiona skrywając i ciesząc się bardzo mocno. Wigor!
Nastała ta chwila, przywarli do siebie, całując się długo, namiętnie. Czołem oboje przywarli do siebie, razem się uśmiechając.
- Na pohybel
- Na pohybel – wysyczała Marzanna.

{z pamiętnika Gerdy Wuht}

Świtało nad oberżą. Niestety, drzemał przy konturze gospodarz, luby mój, rwetesu na piętrze nic, a nic, nie słysząc. Klepał się po wydatnym brzuchu, czesał rzedniejące włosy. Spał, a sen marą był dla niego i dla mnie. „Początkiem wszystko układać się może. Ale później już grosza górę trza usypać i sprzątać samemu. Co świt, co noc, co południe, namów na dziecko i żeniaczkę z uszu wytrząsać. Świeczki gra niewarta, ogarka jeno.”
W dół schodów szły postaci z opowieści jedynie mi znane. Odmienione zgoła.
Podróżny i Marzanna.
{Zmreziła – wymazałem wcześniejsze banialuki najważniejsze wpisując - dop. Hugo Korona} Wilhelma, dostał skórki gęsiej.
- Gerda! - krzyknął zrywając się z raptem, a mnie polecenie wydając – Piecyk rozpalaj! Grzej czajniki i garnki! Rzuć tę szmatę, biegiem! Balia z wodą gorącą, mydło i ręcznik!
Pomogłam i w tym, służącą będąc. Ale do obiadu tylko.
Wyliczankę zaczął oberżysta, co przysięgę małżeńską złoży, a mnie szczęśliwą za rok uczyni.
- Wykidajło? Leśny? Najemny?
- Nie sądze lecz odgadnąć nie sposób - odrzekł baby kompan czarownej.
- Przyjechali wczoraj z wieczora, komnatę im dałem, nie szczędziłem jadła. A taką zapłatę za wdzięczność moją wystawili. Nie dosypałem trutki do piwa. Stary się robię – wylewał żale Wuht, co rodziny tej nazwą imię me ozdobi.
- Udało się ledwo – Podróżny kciukiem poddasze wskazując, wcześniej by pomocy szukać, obudzić karczmarza miał zamiar – w progu cię wołałem.
- Przeprosiny Nolan, sen głęboki morzył. Jak nie urok to sraczka – były to skruchy słowa i obawy pewnie.
Bo swym palcem w mężczyzny pierś godząc, wiedźmy czary jakoweś rzucają. Rzecz to oczywista. Po raz kolejny urok zapewne czyniąc, biegunkę na męża przyszłego sprowadzić jędza chciała. I wycedziła zaraz:
– Nic im nie rzekłam – Uśmiechnęła smutno, płaszcz przydeptany brudząc, a do mego królestwa {Może i królową jest pani, a widelec z łyżką, to paź i księżniczka, kuchnię kuchnią zwać jednak trzeba – dop. Karol Praska} podchodząc. Rękę na zgodę narzucić mi chciała, pragnienia bezwstydnie głosząca:
- Gerdzie pomogę, ty zajazd zamknij. Kąpieli zażyję w głównej sali, przestronna jest. Tego potrzebuję.
Na taborecie usiadł i rękawiczki zdjął w końcu. Podróżnym zwany.
- Sprzątaniem bałaganu zajmę się ja – zwrócił się Wilhelm do niego, a że na krwi widok cierpnę, rada byłam. Jednakże niewiedzą mą było, że tu idzie o rzecz inną. Rzecz, co białej głowie stracha napędzić może i w nocy się przyśnić. Nie było to zwykłe pokoju sprzątanie. Przywykłam i dawno do tego - sam konia oporządzę. Odpoczywaj.
- Dasz sobie radę? Jeden z nich to osiłek, bydlę duże, wywijał Czarnikiem - dywagacje te jeno na potrzeby wiedzy o broni przez alchemię wykutej się zdały.
- Szablę zabieram. Nad kominkiem powieszę. Ciała spalę i popiół rozdepczę – o milczeniu na sprawy takie jam pouczona, a zajmujące głowę czarownicy interesem moim nie były - zajmij się Marzanną, frasunku u niej dużo. Ty jej potrzebą jesteś.
- Przebrać się muszę i pomóc. Przepchniemy balię do izby – wiedźmy kochanek uczynnością się szczycił - trudne czasy nastały, podziękowania za wszystko.

{z pamięci spisane – Wilhelm Wuht}

Przyjaciel mój rękawiczkę gubiąc, miejsce przy ladzie opuścił. Klamry z cholew odpinając, buty zzuł, rozwinął onuce. Kaftan na ławę rzucił, pasa popuszczając. Przez próg przestępując z gospody wyszedł, ulgi i wytchnienia zaznać. Cmoknął w stronę swojej klaczy czarnej, co później napoić i nakarmić ją miałem. Dał koniowi z kieszeni cukru, kostkę sam jedną zjadając. Kałużę zmarzniętą ominął i do studni podszedł. Jak mawiał po latach w uchu ból wciąż słyszał huk, świst i gwizd. Żurawia skrzypiącego użył, wody do wiadra nabierając. Mimo śniegu na stopach, chłodu nie czuł pewnie, gorącą głową zwany. I Podróżnym, rzecz jasna. Przemył twarz i kark, fryzurę zmierzwił. Na ziemi usiadł. Rozglądał po placu mnie zupełnie nie widząc. A karczma stała, nim szlag ją trafił, przy zagajniku samym, Białej Polany blisko. Na płocie siedział kogut i nie padało, nie mżyło nawet. Mróz za to mnie ziębił i szumiał Las, choć wiatru nie było. {Bardzo ważną wskazówkę daliście, panie W. - dop. - Hugo Korona}
Nadjeżdżał wóz kołysząc się na boki, parskała kobyła z bujną grzywą. Słychać było klekotanie i stukot. Za woźnicą zwisały sznurki, dyndały dzwonki.
Drabinę spod pachy wyjąłem, o krawędź dachu opierając. Wspiąłem się, w ręku trzymając złożony w kostkę materiał. Suknem czarnym szyld przykryłem co na łańcuchach zwisał, a na płachcie przeze mnie rozwieszonej, litery wyblakłą czerwienią oznajmiały: „Zajazd zamknięty”.
Koła bryczki stanęły. Przyjezdny, którego zamiary niedawno dopiero poznałem, bat odłożył. Zeskoczył z kozła. Był niskiego dość wzrostu, z brodą i przy tuszy, a ubrany w brązową jopulęRodzaj ubrania. Spojrzał w górę na mnie wołając:
- Otto jestem! Sklepikarz.
- Dzisiaj nie wpuszczamy. Nie rozstawiaj kramu, nikogo nie gościmy – coby na pysk nie spaść, ostrożność przy schodzeniu na szczeblach powziąłem – w stajni też miejsca nie ma.
- Cóż, dalej wędrować mi przyszło. Nie gościcie może trzech mężczyzn? Langoci to, i podróżują wspólnie.
- Nie – warknąłem prawie, ma krew gotować się chciała – taka dola, ale nie.
- Zatem komu w drogę, temu czas – zdradził tajemnicę przybysz, odkrycie niedawno jej przyszło – jeno jeszcze jedna rzecz. I głów nie zawracam.
Na tył furmanki zaszedł i skoble odpiął. Opadła klapa. Lekkie schodki z ArundyRodzaj drzewa bambusowego z Sedżii w kącie znalazł i z uśmiechem na twarzy na błocie postawił. Wgramolił się na górę i na palcach stojąc, żeby belki dosięgnąć, zdjął z haczyka przedmiot na sznurku wiszący. Straganowi przyjrzałem się z bliska.
Był to sklep sprzedaży obwoźnej, zwykły dębowy stół. Przybite dwa słupy drewniane, do zwykłej, szerokiej deski. Na blacie leżały klekotki i bicze. Pod nim pojemniki z farbą, szpule i nici. Oko przyciągały kamienie półszlachetne i błyskotki zwykłe, zestaw srebrnych sztućców. Luneta ze złota. {Złota Luneta – dop. Bargasz Kraweczek} W kącie leżały zwinięte bele tkanin i słoiki z farbą. Czuć było perfumy.
Otto wisiorek ciągle trzymając, do studni podszedł. Zagaił gdy Podróżny wstawał.
- Łapienny to drugie miano, zapamiętaj. To dla ciebie – handlarza tego, dane mi poznać jeszcze będzie.
- Horst, mojego pamiętać nie musisz. Czarnik?
- Nie, hojnością nie grzeszę. Czarny opal – roześmiał się kłamiąc jak najęty, słuszność co do jednej tylko sprawy mając - noszony przy sercu tobie jeno pomoże.
„Zwykły kamień” - zapewne myślał Nolan na prezent patrząc - „Szlif cudny, nic ponad. Fałszywy, nie wart niczego”. W kieszeń kamień włożył.
- A jak przenosisz ten cały raban? Jak w festyn i targ się rozstawiasz? - spytałem odpowiedzi ciekaw.
- Z wozu sprzedaję. Grosiwo rzucają, ja towar odrzucam.
- Sprytnie. Bylebyś nie roztrząsał nas z góry – żartem odburknąłem.
Na kozioł wróciwszy strzelił z bicza, wodzy nie posiadając. {Piszcie cobyśmy wiedzieli na przyszłość jak konia prowadził – dop. Sekretarz Karolina Horzenna} Ruszyły obręcze koła, śniegiem oblepione.
- Żegnajcie! – rzucił przez ramię.
- Wojna wiosną być może! PowózPrzymusowy odbiór wozu na rzecz wojska cię czeka! - krzyknąłem za nim.
- Zaśpiewam wam na odchodne! Jeszcze raz bywajcie!
Rozległy się słowa piosenki, na weselach po stokroć śpiewanej:

Bladolica panno, czarnooka pani
Tyś mym całym światem, żoną moją będziesz,
Głowę mi zaprzątasz, zmysły moje mamisz
Po dni wszelkich koniec, serce me zagrzejesz!

Podróżny pluł krwią.


W głównej sali czuć było zapachy obiadu szykowanego. W balejiInaczej balia wypełnionej ledwie w jednej trzeciej kąpała się czarownica. Nie czekała, ta sprośna jednak niewiasta, na kolejne dolewki, bom widział jak Nolan łapczywie i z atencją krągłości Marzanny oglądał. Czynił tak ponoć zawsze gdy tylko wierzchnie odzienie zdjęła. Lubieżny widocznie był. Jak i ja. Myła się szarym mydłem wiedźma, a robiła to bardzo powoli. Cieczy gorącej ni kropla nie spadła, podłogi izby nie mocząc.
- Plecy mi umyj Horst! – nakazała tonem szorstkim.
Zdejmując koszulę świeżą, Podróżny podszedł i chwycił włosy jej czarne, do góry podwinął i w dłoni ścisnął. Powąchał kosmyk przeciągle, chuć swoją mi znów okazując. Miękką sedżanśką firbonąRyba oceaniczna używana jak pomoc w kąpieli szyję babie swej wymasował, łopatki delikatnie wypieścił. Powoli ramiona spłukał.
- Kręgosłup masz ciekawy. Jak kostny grzbiet jaszczurki – pierwszy raz zjawisko to widząc, w bujaku siadłem.
- Tak wszystkie mamy – odrzekła, wywód poniższy czyniąc – To czyni nas mocnymi. Czarownymi. Rzucać czary, klątwy i uroki możemy. Spoiwo to ciała i czucia. Opisem naszych uczynków jest, przed złem powstrzymuje. Zadawanym przez nas i nam zadanym. Im pośladków i lędźwi bliżej, wpływ większy na przeznaczone mamy. Ludziom jest dane by kochali i płodzili. Dzięki temu prym w świecie wiedziemy. I my czarownice i wy wszyscy ludzie. To rzecz przewidziana i wywróżona, tą drogą zmierzamy. Im bliżej do pleców i ramion, tym bliżej do głowy i mózgu. Tam wprzód wolna wola, kształt myśli i losu, odpowiedź na niego. Stąd nauka, zdolności zielne i alchemia.
- Tajemnic czy aby nie zdradzasz? - pojęcie spraw tych dawno porzuciłem, tylko w mojej niewiedzy się utwierdzając – Wnioski jedyne z gadaniny twojej, że rusałki, chowańce i dyebleRosochate diabły. Obecne w kulturze i wierzeniach Langocji, potomków nigdy nie mają. Bez dzieci własnych żyć muszą.
- Zdradziłam już dawno. Z Podróżnym się zadając.
Lulkę zapaliłem.
Umyte włosy Marzanny ułożyły się falą na ramionach, {zabrzerwiły – Nie piszcie jak Wasza żona, tylko zacznijcie się sprawami czarownymi interesować – dop. Hugo Korona} na odcień rudego. Ciało wypiękniało. Zniknęły oparzenia i strupy. Sutki stwardniały, blizny i ślady {zgleiły - wyleczyć to świnie można z obżarstwa panie W.. Nie piszcie też więcej o cielesnych afektach, te nas nie interesują – dop. Hugo Korona} Horst skręta wziął ode mnie i na fotel wrócił.
- Podaj mi ręcznik! – rozkazała znowu.
Papieros wylądował w kubku z kawą. Miękki materiał przykrył nagie ciało, dumna to i wyniosła kobieta. {Wigor! - dop. Hugo Korona}
- Brachu, jak baby te durne pokonać? - spytałem z ciekawością.
- W pole trza wyprowadzić i spalić. Ze wstydu rzecz jasna. Pokonać słowem. Na zakusy odpornym być, przynajmniej po części. Alchemia pomaga.
Głową kiwając, i z westchnieniem głośnym, odrzekłem – Głodni pewnie jesteście. Idę Gerdę pospieszyć.
Wstałem z fotela bujanego, drzwi do kuchni za sobą zamykając. Na klucz. Marzanna i Podróżny z miłością swą sami zostali. Na ławie pojawiły się spodnie.


Siedliśmy w czwórkę przy stole. Spojrzałem przez okno, na dym z ciał palonych, który biały był, woni nie dało się poczuć. Moją to sprawą bo bez szkoły choć jestem, w sposobach alchemii uczony. Żona ma przyszła, przystawki podała, to jest małże, i z cytryny sok. Morza te dary, niesmaczne były - „Langoci nie wiedzą co jedzą”Powiedzenie w Robdanie dosyć powszechne. Służącą jeszcze przez godzinę tylko, pierwsza skorupę lizała, rękawem usta wycierając. Wstąpiły z widoku tego siły nieczyste we mnie, a ochota okrutna mnie wzięła: „Przespać z tą cudną dziewką w końcu mi przyjdzie, wnet mikstur zażyję, płodności i wigoru. Dziecko zrobię. Ślub wezmę. Dziwkom z Zabrzeża już płacić nie będę, nauczę wszystkiego. Laboratoria słomą wyścielę, krzyki wytłumi. Przyrządy odkurzę. Na Święto Płomienia Ludę zaprosimy, byle afektu więcej nie poczuć.” Już postanowione. {Wżdy wielkie pierdoły piszecie i o łóżkowych sprawunkach znowu, panie W. Tego spisywać nie trzeba – dop. Karol Praska}
- Gerda! Upraszam gulaszu i zupy. Rzęsy podmaluj, kredki do ust użyj. Od Marzanny suknię i kolię wziąć możesz. Słuchaj i nie pytaj o nic – polecenia wartko wydałem.
Wybranka moja, wielce się zdumiała, nerwy skrywając uśmiechem. Zalotnie w oczy me wodziła swymi, jak lazur głęboki pięknymi.

Po prawdzie i dania podać wnet zdołano, lecz pewnie na opak rozumując, pokój wiedźmy ma śliczna odwiedzić poszła. Stygły więc. Wieki całe te przebieranki trwały, na przyszłe męki czekania przygotować zapewne mnie chciała.
I cud piękny na schodach ujrzałem, skrzący brokat i szpilki bez nosa. Już oberży pani, po dywanie szła, szyję diamentem ozdobiwszy. Na sukni nie znałem się wcale, jeno w nogi patrzyłem, rozcięcie do ud podziwiając.
- Nie wzięłam najładniejszej – zdumiała mnie wielce, zagadka zadana, kobieta kobiecie wilczycą.
Wrócono do obiadu, otwartą już mową zaczynać mogliśmy:
- Torturą Marzannę męczyli, chcąc zapewne wydusić wiele. O co pytali? - zacząłem.
- O dzieje zamierzchłe, Przedmiotu szukają. Uwięzić na drodze lub tutaj mogli. W Zabrzeżu za tłoczno.
- Co dziwne, bo Czarnik w polu by działał. Sprawdziłam go, przyzywa ptaki przy gwiździe. Sroki, sikorki i gile. Głównie jednak sroki. Przeszkadzają w walce, mi w gusłach – opisała broń piekielnica, co Horsta omamić zdołała.
- Chuj z mieczem. Trzeci gwizdnięty a gwiżdże do tego. Nazwę go „Gwizdnik”. Działamy nadal? - dopytałem w powagę przechodząc.
- Jak najbardziej, miej oczy otwarte przyjacielu - Podróżny radę dobrą mi dał i ręce pełne roboty.
Oczytanej Gerdzie zapewne myśli kradła strzyga urokliwa, zapewne takie to pochwały w myślach mojej żonie przyszłej czyniła: {drynżowała? - dop. - Karol Praska} „Spryt jej wielki i uroda to natury rzecz. W sieci nowa jest, stosunki zacieśnić musi, kobieta, kobietę zrozumie. W łóżku wygodę poczyni.” {Konfabuły wasze to rzecz jedna, drugie to lubieżność okrutna. Mówię wam panie W., syfu tylko dostaniecie od tego łba zbereźności pełnego – dop. Karol Praska} Gościniec przed byłą służącą podwoje otwierał.
- Jak śniegi stopnieją Langoci ruszyć ku nam mogą, pamiętajcie o Mortuas.Czarowna sztuka opierająca się na śmierci duszy używana tylko przez Langotów Wiedźmy wtedy sprowadzić trzeba – najważniejsze Nolan wspomniał, i przestrzegł o sprawach z przeszłości niechlubnej.
- Nic z tego – cienkusza upiła Marzanna.
- I tak wszystkim czarownicom życia odbiorę. Przysięga, rzecz święta, Wilhelm. Palenia druida oszczędzę – przyrzeczenie opisując, do mnie Horst się zwrócił.
Zawiniątkiem w końcu poszczyciła się niewdzięcznica, zawiniątkiem skrywanym prze ze mnie:
- Mam tylko to. Inicjał G. złotą nicią wyszyty. Ale znajdę mordercę, mam łupiny słonecznika. {Wyterpi – zmazać znowu muszę, uczcie się alchemii lepiej, panie W. - dop. – Hugo Korona}. Odwiedzimy Kosodrzewa.
- To jutro. Słuchasz, Gerda? - rady Podróżny dawał, pytając czy uwagę przykłada – Jesteś młoda, wszystko notuj w pamięci. Rozwijaj myśl, przydasz się Wilhelmowi.
Kiwnięciem go zbyła, okruchy krakersa z dekoltu zbierając.
- Ile trzeba powiedz. Nie więcej. Czekajcie na Ludę. Ubrania i naszyjnik oddaję. Szpilki mi zwróci, cenne są dla mnie bardzo – i z tym napomnieniem, oddała czarownica w prezencie parę jedną, druga parę zatrzymując. Zagadka poprzednia swej mocy nie miała, a nowa została zadana.
Rozmowę tę kończąc z ławy wstała, znużenie okazując. Po prawdzie to i mnie do spania brało, bo zmierzch już nastał, krótki był dzień. Z miesiącem odwrotnie zaś, miesiąc to w roku najdłuższy był i sensu nadawał długości owej, dłużąc się ponad miarę. Rok już, jak zawsze, dni miał tyle co trzeba, ale w rok ten, miesiąc Zmroźny nazwie swej wyjątkowo przychylny był, mróz siarczysty bowiem krew całą schładzał i kości zmrażał. Mówiąc krótko, zimno było jak cholera, gdy zimno jest, to pić trzeba, więc półki z trunkiem do wyboru wskazałem. I gospodarność Gerdy poznając, piwo w kuflu już piłem, a wkoło rozległy się dźwięki, odezwał przecudny głos:

Biała szadź w Sołtyńcu rzednie,
Czarna postać ścina mrok,
Zamek ucztą żyje wiecznie!
Rytgraf stracił wzrok!

Straże piją słodką wodę,
Czarna postać jest jak duch,
Góry wiecznie będą grobem!
Rytgraf stracił słuch!

Wiedźmy z puszczy mają oko,
Czarna postać wszystkich bije,
Straże leżą błogo!
Rytgraf już nie żyje!

Od pola, od placu, łomot donośny się poniósł.
- Drzwi zamknięte do jutra! Szyld przeczytaj! - zbyć chciałem przybysza.
Wejście otworzyło się. Stanęła w nich postać.
Do szynkwasu pobiegłem noża szukając.
Gerda przewróciła śpiewnik, upuściła lutnię.
Podróżny oręża dobył.
Marzanna Przedmiot zauważyła.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Podróżny [16+]

Post autor: Siemomysła » 26 stycznia 2017, 13:28

Podoba mi się, z chęcią ogromną będę czytać dalej.

Dla mnie wygrywasz oryginalną formą. Owszem, nie czyta się łatwo, mózg nie jest przyzwyczajony do takich rytmów, po pewnym czasie miałam wrażenie, że mnie ukołysałeś - bujałam się i słuchałam historii. A jednocześnie od czasu do czasu wyrywasz z tego rytmu dopiskami czytających - i to jest świetny myk podwójnie. Raz, bo takie jednostajny rytm mógłby na dłuższą metę jednak drażnić. Dwa, bo to kolejny punkt w zagadce tematycznej "o co tu właściwie chodzi".
Przyjęłam też, że te miejsca:
Pałasz oprycha, niechybnie CzarnikPrzedmiot o mocy czarownej, gwizdał przy każdym zamachu.
to też nie odautorskie przypisy, a redaktorskie/narratorskie niejako i ten koncept też lubię - widzę ten tekst automatycznie jako spisany na papierze, albo i na maszynie z ręcznymi notatkami, wiekowy być może, a może będący elementem w sprawie albo pomocą w rozwiązaniu zagadki/znalezieniu czegoś, w jakiś badaniach - po latach i no - lubię po prostu. Wiem, że się powtarzam, ale najwyraźniej kupiłeś mnie oryginalnością.

Może jakaś zasługa w tym, że forma nieco złagodziła mi treść? Znaczy - ja mam zwykle ogromny problem z czytaniem scen przemocy, tortury, paznokcie, zęby, lepka krew i tak dalej. Mam problem z drobiazgowymi, żywymi opisami takich spraw. Nie że rzucam książką, ale źle się czuję. U Ciebie zagrało ułożenie tego w taką właśnie pieśń-niepieśń. Było szczegółowo, było żywo, ale forma nieco odwracała uwagę. Wiem, co tam się stało, ale mogę o tym zapomnieć szybciutko, jak szybciutko Marzanna się leczy i zmywa to wszystko w balii.

Kupuję też to, jak przemyciłeś mi informacje o relacjach bohaterów - patrzenie na Marzannę i Horsta oczami Wilhelma bardzo mi się podoba.

Sama historia też zaciekawia, zawieszenie na końcu rozdziału jest dobre, początek - ten tekst listu-zlecenia to dobry, intrygujący początek. Ale przyznam, że mnie jednak głównie trzyma forma i to jak rzucasz zahaczki z punktu widzenia przyszłości - choćby Otto, wiadomo, że zagra rolę, wiadomo, że coś się podzieje z karczmą, ale co? Lubię to. Jestem z tych, których fascynuje droga do celu bardziej niż sam cel.

Dodam też, że nie mogę się nie zastanawiać, jak to się stało, że Wilhelm niczego nie słyszał. Ale - mogę też ułożyć sobie sama wyjaśnienia, więc to nie zarzut.

Będę czytać. Z całą pewnością!
Pisz! :nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Podróżny [16+]

Post autor: RebelMac » 27 stycznia 2017, 09:58

Siemomysła pisze: Przyjęłam też, że te miejsca:
Pałasz oprycha, niechybnie CzarnikPrzedmiot o mocy czarownej, gwizdał przy każdym zamachu.

to też nie odautorskie przypisy, a redaktorskie/narratorskie niejako i ten koncept też lubię - widzę ten tekst automatycznie jako spisany na papierze, albo i na maszynie z ręcznymi notatkami, wiekowy być może, a może będący elementem w sprawie albo pomocą w rozwiązaniu zagadki/znalezieniu czegoś, w jakiś badaniach - po latach i no - lubię po prostu. Wiem, że się powtarzam, ale najwyraźniej kupiłeś mnie oryginalnością.
Tutaj właściwie powinno być Czarnik1

1 - Przedmiot o mocy czarownej

Tak mam to zapisane u siebie na kompie. Tu przyjąłem na forum, że taka forma będzie czytelniejsza.
Siemomysła pisze: Dodam też, że nie mogę się nie zastanawiać, jak to się stało, że Wilhelm niczego nie słyszał. Ale - mogę też ułożyć sobie sama wyjaśnienia, więc to nie zarzut.
Bardzo głęboki sen. I do tego mara! Wilhelm nie obudził się na krzyki Nolana, dopiero jak Marzanna go zmreziła. ;)
Siemomysła pisze: zawieszenie na końcu rozdziału jest dobre
Od siebie dodam, że niczym w serialu "Czarne Chmury", każdy rozdział kończy się "cliffhangerem".

Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Podróżny [16+]

Post autor: RebelMac » 27 stycznia 2017, 16:52

Drugi rozdział powieści. UWAGA - zawiera wulgaryzmy. Tym razem całość to "fantasy rap" nie licząc "sztuki" i annałów. Oczywiście "cliffhanger" na końcu.

W tekście pojawia się też język langocki - brzmi "z francuska" i taki zamiar. Nowej gramatyki w nim nie ma, to swoiste tłumaczenie 1:1, spokojnie mógłby być napisany po robdansku (czyt. polsku), lecz wychodzę z założenia że Langoci nie gęsi i swój język mają. :) "G" czyta się jak "ż" lub "dż" chyba że jest apostrof na końcu wyrazu (vide gala'). Nazwy własne takie jak Gremdge to już "dż". "Grengye" na ten przykład wymawiamy "grendżje". :)


A.
Czyn w życie wprowadzony, plan się dopełnia. Dodatkiem stu talarów wspomóc mnie musisz, porozumienie przeczytaj raz jeszcze. W dniach najbliższych, przyjaciel Twój zajęcie straci. Żonę w sercu na zawsze, dzieci ostatni raz widzieć będzie. Tylko wybierz, na Święty Płomień, tak cenny dla Ciebie ciała kawałek. Ucho czy nos?
G.

●Rozdział 2



{annały Przedstawicielstwa}

Gdybym na chmurze usiadła, w dół spojrzała, a czystą kartę papieru biorąc,wielkie koło w odcieniu brązu wymalowała, to na pergaminie mapa murów co miasto okalają się pojawi, a do puzderek i puderniczek figury podobne, czarną kredką w środku wyrysowała, budynki z tej wysokości widziane uwiecznię. I tak dostojny władco, wyobraźnią na rysunek winieneś po prośbie mojej spojrzeć. A ludzie stąd wygląd małych robaków mają, i dla jaskółki co wiosnę ma przynieść i po niebie fruwa, pożywieniem podobne, więc różowymi plamkami rysunek upstrzyłam. Rysikiem dalej już czarnym kreśląc, kolistych dziewięć placów, wielkością jednakowych, wpasowałam bardzo równo, po trzy w trzech rzędach, po trzy w kolumnach trzech, szczęśliwe to liczby w Langocji. Liniami dwiema następnie każdy z nich złączyłam, ulice to główne, niby trzciny przekrój, zakrętów żadnych nie mające, a inne, wąskie już, pojedynczą kreską pisane i krzyżujące, sieć o okach nierównych nam na planie tworzą. I dalej, na kartce tuszem barwy tej samej końce ich w poprzek pociągnąć trzeba mi było, aby bramy, co nimi wjazd i wyjazd jest, na obrzeżach rynków i murów zewnętrznych zaznaczyć. Przed wojskiem wrogim fosa głęboka chroni, co jak obwarzanek pędzlem z farbą niebieską otoczyć malowidło nie omieszkałam.
Dzielnic żadnych nie ma, co rzemiosło mieszczańskie ze szlachtą nobliwą oddzielają, ale i biedy również ni żebractwa dostrzec nie podobna. Straż miejska z gońców złożona jest, i pomysłem tym pocztę również tworzy, to kropki są czerwone. Pamiętać trzeba, że chłopu zakazane jest by miasto zwiedzał, dostojności jego nie brudził, z gębą rozdziawioną nie chodził. Park niby jeden jest tylko, z drzewami smukłymi, jednak niczym mech co kamień obrasta, zielenią wypełnia wszelkie miejsca w stolicy, a kolorem wiadomym rysunku kartę. Rezydencje, domy i kamienice, na parterach miejsca pod sklepy, kawiarnie i szynki mają, te paletą farbników całą oznaczyłam, opis do wglądu na marginesie umieszczając. Ścieki odprowadza do rzeki środkiem płynącej i błękitem jasnym na karcie maźniętej, kartę pod światło wziąć raczcie, na drugiej stronie rury odpływu zobaczyć zaznaczone możecie.
I już rysunek skończywszy, jakbym z nieba w sam środek rynku skoczyła, trzy ważne budowle zobaczę. Na wprost patrząc Pałac Królewski ujrzę, a ręce podnosząc obie, sylwetka moja niby krzyż utworzy, prawica akademię co oficerów przyszłych szkoli wskazywać będzie, lewa zaś dłoń, Katedrę Nadziei, nieukończoną wprawdzie jeszcze i w budowie, z rusztowaniem stojącą, jednak już strzeliście wzniosłą. I dalej, jakby budynki te niczym wierzchołki liną napiętą połączyć, równy trójkąt stworzę, w okrąg placu głównego wpisany. Figura taka, jeno z lwem wymalowanym, znak Kościoła przypomina, co za króla Lagrange'a nową religią został i nadzieję na potęgę wielką państwa przywraca. Wojskowa Akademia Królewska zaś egzaminy zimowe właśnie toczy, żołnierzy przyszłych szkoli, co w armii dowodzić będą, a pałac jak pałac, domem dla króla jest, a dla dworu do popisu polem.
I tak stolica Langocji, Gremdge, w której nasze Przedstawicielstwo stoi, a nazwa szlachetność oznacza, dziw przynosi architekturą swoją.


{Sekretarz Karolina Horzenna}


{groszowej powieści wojennej, całości część, na prawdzie oparta}

Przebierał się strojnie, ubranie poprawiał, Karolem z imienia zwany. SkrytychInaczej szpiedzy Robdanu przywództwem się szczycił, Praski godnością się mienił. Żabot założył w turkusu kolorze, czarne galoty pasując. A dla ozdoby jedwab dołożył, uszyte zeń rękawiczki. Do lustra zaś mrugnął, odbicia swojego, kobietom podobać się zdawał. Charyzmę miał wielką i posłuch ogromny, posiadał u wszystkich szacunek.
Gabinet opuścił, kluczem go zamknął, nie spiesząc się zszedł po schodach. Mijając recepcję, ze strażą przywitał, wartą z Gwardii złożoną. I wszedł do jadalni, głośno tam było, w porze tej wieczorowej. Większość obsady Przedstawicielstwa, właśnie kończyła kolację. Podszedł do krzesła gdzie zawsze siadał, przywitał z pracownikami.
Przyjaciół para, czekała na niego, zaczął spożywać wieczerzę. Nic nie mówili, jedli w milczeniu, czekali na panią sekretarz. A minęła chwila, zjawiła się ona, to Karolina Horzenna. Piękna kobieta, w pracy pisarzem, w Gardzie szkolona od dziecka. Kark może złamać, oko wyłupić, kości przetrącić potrafi.
Siedzieli już w czterech, rozmowę zaczęli, odezwał się najpierw alchemik.
- Strażnik złożony, pieczęć ma moją. Urządzenia sprawdzone, zadziałają – nazywał się Bargasz, herbu Kraweczek, Mistrz Mikstur tytuł był jego. Z łysiną na głowie, stary już wiekiem, zawsze dwornie ubrany.
- Wilhelm chustkę ma i Marzannie przekaże. Tym tropem do zabójcy hetmana dojść możemy. Złapiemy psa i ugotujemy we własnej krwi – pomysł przedstawił, Hugo Korona, doradca do spraw czarownych. W mieczu wprawiony, o ufnej twarzy i włosach w kolorze czarnym.
- Wypytamy i o niego. Teatr wystawiają, karoca będzie lada chwila. Jedziemy w czwórkę, tyle dostaliśmy biletów, będzie cały dwór langocki. Sprawę dekretu przekazać trzeba, ostrożnością dużą wykazać – Praski to słowa, wielce roztropne, rozmowy miał zamiar prowadzić - ruszajmy.



Powóz wystawny po nich przyjechał, stangret im drzwi otworzył. A Karolina, Karol i Hugo, z Bargaszem w karecie usiedli. Jechali w ciszy, każdy rozmyślał, księżyc oświetlał im drogę.
Nie przeczuwali planów Langotów, w nocy się wiele wydarzy.
I tak zajechali pod dworek łowiecki, Pałacem Myśliwskim zwany. Lokaj w liberii i futrze z niedźwiedzia, drzwi do powozu otworzył. Chwytając za rękę, pomagał wysiąść, pierwszej pani sekretarz. Drugi wyskoczył alchemik Kraweczek a za nim Korona i Praska.
- Ve ftaymyon du gala'. Plassou, dretege du hacWitamy na przedstawieniu. Proszę, wejdźmy do środka. – W pas się kłaniając, służący przywitał skrytych z Przedstawicielstwa.
Podziękowali i przeszli przez bramę, żywopłot okalał posiadłość. Sprawdziwszy bilety straż ich wpuściła, grano już takty walca. Szatniarz zabierał wierzchnie ubrania, odkryto stroje galowe. Czapkę zostawił sobie alchemik, szczęście mu przynosiła. W świetle świeczników i kandelabrów przeszli do dużej bawialni. Skinieniem głowy witali się z każdym, odwzajemniając uśmiechy.
A w sali władca, imieniem Lagrange, dworem się swoim otaczał. Wybornie bawiąc, wódkę zlizywał, z piersi młodej kurewki. Była nią Luda, „krwawą” przezwana, dawała wszystkim w okresie. Co król nie wiedział, Robdanką była, działała skrycie w stolicy. Stała też Iwa, nadworna wróżka, z tytułem Gwiazdowidzącej. Błazen Królewski bawił się czapką, nie wesół, zupełnie poważny. Panowie i damy zajęci sobą, ściskali się, całowali. Zabawa trwała, muzyka grała, czuć było zapach potu. I dym z papierosów, cygar brązowych, dym z lulek, tutek i skrętów.
Uchwałę Praska taktownie przedstawił, zdziwiony odpowiedzią.
- Wiele nas łączy, dzieląc równocześnie, Wangocja tylko przykładem. Zakaz wwozu tytoniu naszego przez granice nowy podział stworzy. Wiem ja o postanowieniu tym od dawna. Zabawcie się teraz, sztukę obejrzyjcie, rozmowy w przerwie ciągnąc dalej będziemy – rozmowę szybko zakończył król, Langotów wszystkich władyka.
Karol do tańca sekretarz zaprosił, w miłości żyli od dawna. Bo przeznaczony Prasce z Horzenną był związek do późnej starości. Małżeństwo stworzą bardzo udane choć dzieci nie będą mieć wcale.
Pod ścianą stanęli, Bargasz i Hugo, obok zdobionej spluwaczki. Obserwowali, komentowali, jedząc krewetki z talerzy.
Podeszła do nich Iva Giselle co z gwiazd przepowiada przyszłość. O ślicznej twarzy i pięknych dłoniach to jednak z ciałem przy tuszy. W lewej ręce trzymała nahajkę, w prawej kieliszek z winem.
- U presse! Galoun'!Za pokój! Zdrowie! - toast ten wzniosła, łyczek upiła, kompletnie już była pijana. Szpicrutą dotknęła policzka Kraweczka, przyznała swą niechęć do mężczyzn - Nay fanhagye qi lemme budra en lomme.Nie wyobrażam sobie co kobiety widzą w mężczyznach
- Coś, czego ty nigdy nie widziałaś i nie zobaczysz. Prawdziwa magia skrywa się nam między nogami – ciężką flegmą splunął alchemik, spluwaczka była już pełna.
Gwiazdowidząca zwęziła oczy, czyżby ją obrażono?
- Lestye gala'.Miłego przedstawienia - skończyła szybko, tę krótką rozmowę, z powrotem wróciła do króla.
Błazen Królewski obchodząc salę, dzwonkiem głośno wydzwaniał.
- Jacqes ou oublities! Gala'!Panowie i panie! Przedstawienie!
Lagrange z małżonką opuścił pokój, za nimi szedł dwór i strażnicy.
- Krzyczał panowie pierwsze, nie panie. To właśnie świadczy o tym narodzie – skrzywił się Hugo niemiłosiernie, za ramię Bargasza chwytając.
- Gala'! Gala'!

W sali teatru usiedli goście, usiedli i gospodarze. Para królewska, później widzowie, na końcu skryci z Robdanu.
Kolumny z marmuru, z podobiznami, słynnych langockich aktorów, stały przy scenie, między krzesłami, podtrzymywały strop. Okien nie było, lecz było jasno, ze świateł żyrandoli.
Wyszedł na środek aktor zza kulis, członek Trupy Królewskiej:
- Jacqes ou oublities! J'ev sataragye' ftaymion cen Lagrange, can Monique ou gye druga' az galla' „Mortuas Rytgraf”. Grengye, lav vendor sataragya' Gremme Karol Praska, galla' montag. Ftaymyon du gala'!Panowie i panie! Mam zaszczyt zaprosić króla Lagrange'a, królową Monique i ich gości na spektakl „Śmierć Rytgrafa”. Ze względu, że naszą obecność zaszczycił Przedstawiciel Karol Praska, będzie ono wystawione w oryginale. Zapraszam na przedstawienie!
Zgaszono świece, pokój pociemniał, rozległy się zewsząd brawa.
Inscenizacja była oszczędna, biały parawan i lampa. A nad nim kukiełki, orszaku i świty, konne szmatki rycerzy.
Zaczął Chór:

Już zmierzcha na polami Robdanu
Granica tak wąska, przełęcz już blisko
O rycerze, o damy w orszaku
Czy na wesele czy na zgubę do zamku zmierzacie?

Panno Gizeldo, księżniczko o jasnym licu
Niech twarz owa smutku nie gości
Uczta przed tobą!
Baron Rytgraf mężem twym będzie!

Jednak miłość innego jej przeznaczona
Zdrada, krew i czarostwo
Już ptaki śpiewają, już dziki ryją
Las oznajmia – Gizelda afekcji żadnej do Rytgrafa nie czuje!

Uczucie zrodzone do rycerza kiełkuje
Niczym maki na łące polnej
I jak kwiaty czerwone, lica się rumienią
Lilian do karocy podjeżdża!


Lalka rycerza o żółtej zbroi zrównała się szybko z powozem. Zadudnił aktora głos:

Księżno Gizeldo, protektorko Wangocji
Miast i wsi z trudem Ojczyźnie odzyskanych
Rządzisz tam sprawiedliwie i rozumnie
Langocji odebranym co je bezprawnie łupili!

Przydajesz blasku temu urzędowi
Urodą, wdziękiem i powagą
Twoim rycerzem chcę zostać
I po ślubie do straży twojej wstąpić

Bronić cię będę przed zwierzem na polowaniu
Złym słowem na naradzie
Złym okiem czarownic
I złym podszeptom dworu

Jam twój woj obrońca
Żonkilowy Rycerz z otwartą przyłbicą
I na znak mojego postanowienia
Kwiat żółty oddaje w Wangocji wyrosły

Mąż twój przyszły Rytgraf
Moim seniorem jest i dowódcą
Żal i smutek me myśli całunem przykrywa
Kir to jest mój żałobny!

Ach, ileż bym dał księżniczko Gizeldo
By ten płaszcz
W małżeńską szarfę się przemienił
Szarfę co Rytgrafowi nie mnie przeznaczona!


Głos pełen smutku wypełnił salę, wdzięczny, dziewczęcy głos:

Nie wypowiadaj takich przysiąg pochopnie
Smutek nasz razem dzielić po wieki nam przyjdzie
Z innym dzielić łoże będę, rządy i posiłki
Z innym wieść życie mi przyjdzie

Widok twój codzienny i uśmiech skrywany
Bólem i męką życie me przyprawi
Lecz niczym w gorzkiej potrawie
Miłość twa strawę tę osłodzi

Przyjmuję twoje śluby Żonkilowy Rycerzu
Kwiat ten nosić przy sercu będę
Suknię na ślubie nim ozdobię
Zapach jego me myśli ku tobie skieruje

Bywaj teraz, do świty z powrotem dołącz
Niech nie domyśla się nikt
Czym nasza rozmowa była
Dla nas wspólną uciechą, dla innych pogawędką


I rozległ się głos obozowej ciury, to aktor z tyłu sali siedzący:

Na popas! Na popas!
Noc blisko, konie zmęczone
W południe jutro do zamku dotrzemy
Ogniska zapalać, namioty rozstawiać!


Wniesiono „płomień”, z tektury zrobiony, wniesiono drewniane bale. Zmieniono parawan na kolorowy, z Robdanu herbem wyszytym. A lampę zaś przeniesiono by cienie na płótnie zobaczyć.
- Powinien być jeszcze herb Wangocji – zauważyła pani sekretarz i zdanie swe wyraziła – ale chyba im to przez gardło nie przejdzie. Typowe.
Sylwetkę kobiecą dało się widzieć, lusterko co w ręku trzyma. Dołączył kształt drugi, rycerza znanego, to Lilian zaczyna rozmowę:

O Giseldo, urocza pani
Żonkilowy Rycerz Lilian progi przestępuje
Smakołyków, zamorskich owoców
Ślicznej białogłowie nie trzeba?

Sen mnie nie morzy, ani drzemka krótka
Myśli me zaprzątuje twa nóżka
Twe usta, oczy i kosmyki włosów
Na twe rozkazy jestem!


Gizelda pytaniem odpowiedziała:

O Lilianie, uroczy panie
Księżniczka Gizelda zapytuje
Pocałunków i pieszczot namiętnych
Pięknemu rycerzowi nie trzeba?


A Lilian rzekł:

Nie przystoi rycerzowi by innemu oddaną
Kobietę pieścił, choć sercu bliska
By całował jej usta
Łoże dzielił, o innemu przeznaczone!


Wyszli oboje zza parawanu, wyszeptała Gizelda:

Rada na moje zaślubiny być może
Pomysł mam na noc poślubną
Pierwsza chcę z tobą łoże dzielić
I dziewictwo me stracić

Przyjdź o północy do komnaty mojej
Co na mękę z Rytgrafem przygotowano
A męka ta w uciechę się zmieni
Ani Rytgraf ani człek żaden, przeszkadzać nam nie będzie!


Wyszeptał i rycerz:

Nie, nie, po trzykroć nie
Nie godzi się panno moja
By prawy rycerz seniora swego zdradził
I hańbą się okrył na wieki

Opuszczę cię teraz bo senność mnie naszła
Niechybnie nieprawe myśli by wyrzucić
I rankiem po śnie błogim
Kochać cię! Ale w myślach jeno...


Zgasła latarnia, krzyknęła księżniczka:

Lilianie! Patrz mój miły!
Na skraju puszczy płaszcz powiewa!
Niczym duch czy zjawa
Ta postać czarna co na uboczu stoi!


Lilian puścił dłoń Gizeldy i odrzekł:

Nie widzę ni ducha czy zjawy
Jeno liście podmuchem targane
Przywidzenie niechybne
Co nocą na zmęczonych nachodzi

Zaraz spać nam trzeba
Namiot twój ma miękkie posłanie
Na twardym spać jednak dzisiaj będę
Snem lekkim i czujnym jak na żołnierza przystało

Śpij dobrze i odpoczywaj
Dzień wielki jutro
Ślub twój z Rytgrafem na wieki!
Bywaj Gizeldo!


W ciemnościach, na scenie, kroki słychać było. I okrzyk:

Żegnaj Lilianie!

Świece zapalono, „ognisko” zabrano, wniesiono naczynia i stoły. Krzesła i ławy postawiono w środku, a z boku schodki z podestem. Wyrecytował Chór:

Już południe w zamku barona
Orszak książęcy do bram zawitał
Wielka uczta wieczorem się szykuje
Zaślubiny Rytgrafa i Gizeldy!

Wniesiono już stoły i krzesła
Lampiony wiszą pod stropem
Najlepsze odzienie podaje mu służba
Rytgraf szykuje się dla Gizeldy!

Wniesiono już picie i jadło
Kokardy wiszą przy ścianach
Najlepsze odzienie podaje jej służba
Gizelda szykuje się dla Liliana!

Wniesiono już pochodnie i lampy
Kwiaty rozsypano na podłodze
Najlepsze odzienie podaje mu służba
Lilian szykuje się dla Rytgrafa!


O nastał ten dzień!
O wybiła ta godzina!
Rytgraf zgodnie z wolą bierze małżonkę!
Gizelda wbrew swej woli wychodzi za mąż!


Pojawił się Lilian, razem z Gizeldą, a z nimi reszta aktorów. Rytgraf z księżniczką, stanęli na schodach, kapłan udzielał im ślubu:

Z woli Ognia i Płomienia
Z woli niebios i chmur
Z woli rosy i morskich fal
Z woli mojej zaślubiam Gizeldę i Rytgrafa!

Z woli praw natury
Z woli wielkiego cudu
Z woli darów ziemi
Oddaje Gizeldzie Rytgrafa i Rytgrafa Gizeldzie!

Niech rządzą roztropnie
Niech ich plony będą obfite
Niech ich wojowie dzielni
Niech obdarzą nas potomstwem!


Dłonie przepasał im lnianą szarfą, małżonka wypowiedziała słowa:

Jam już Twoja Pani
I Ty Mój Pan
Twoją żoną będę
Nim świat obróci się w popiół


Odpowiedział Rytgraf:

Jam już Twój Pan
I Ty Moja Pani
Twoim mężem będę
Nim świat obróci się w pył


Zawołał tłum:

Wiwat młoda para!
Wiwat księżna i baron!
Wiwat Gizelda i Rytgraf
Wiwat! Wiwat! Wiwat!


- Zawsze Rytgrafa gra jakiś gruby, brodaty typ. A Liliana młody przystojniak. Mogłoby być chociaż raz na odwrót. A Gizelda wygląda jakby nie miała jeszcze pierwszej miesiączki – skomentowała, z przekąsem Horzenna, zwracając się do Karola.

Usiedli aktorzy, wpierw młoda para i rozpoczęła się uczta.

- A gdzie jedzenie na stołach? Będą jeść powietrze? I gdzie te kokardy i lampiony? Rozumiem oszczędną wystawę tej sztuki ale bez przesady... - stwierdziła sekretarz, a Praska się w końcu uśmiechnął.

Kontynuował Chór:

I ucztowano świętując ślub
Wszyscy pili i jedli
Wszyscy bawili się przednio
Poza Gizeldą i Lilianem

I kiedy trunek zmącił głowy
I dodał wigoru
Dawny rywal Rytgrafa
Graf Dormund podniósł się z miejsca


Wstał aktor, pijanego udał i palcem wskazał barona:

Niech mnie gromy strzelą!
Niech mnie konie stratują!
Niech mnie Mortuas pochłonie!
Za stary jesteś dla Gizeldy!


Lilian się zerwał, do grafa doskoczył i krzyknął w wielkim zapale:

Nie trudź się regencie!
Nie trudź się mój seniorze!
Ja twój wasal powinności dopełnię!
W pojedynku zabiję zuchwalca!


Wyjął miecz z pochwy, na środku stanął, czekał na Grafa Dormunda. Ten dobył oręż i zaatakował, padł szybko, zagrał zmarłego.

Przemówił Rytgraf:

Dzielny mój Lilianie!
Od tej pory na mą i Gizeldy ochronę cię biorę
Do straży wcielam
Rycerzu co czci naszej bronisz!


Odezwał się Lilian:

Śluby tobie czynię panie
I tobie panno Gizeldo
Strzegł was będę nim świat się w popiół obróci
Jako Żonkilowy Rycerz!


Zakrzyknął Chór:

I tak śluby poczyniła para
I tak śluby poczynił Lilian
Ale Gizelda na uboczu staje
Na drzwi do komnaty wskazuje!


Stanęła Gizelda razem z Lilianem, przy schodach i na uboczu:

Radość tej chwili przyćmiewa gorycz ślubu mego
Mąż mój dokonał tego co skrycie nie chciałam
To mnie zaślubiony prawdziwie jesteś
Plan mój wypełnię prędko!


Zapytał Żonkilowy Rycerz:

Jakiż to plan skrywasz
O piękna Gizeldo?
By nie obrócił się przeciwko tobie
Byś hańbą się nie okryła

Odpowiedziała mu prędko:

Kwiat twój na sukni cały czas noszę
W moździerz wsadzę i sproszkuję
Do wody wsypię
Przybądź o północy do komnaty

Ale co to?
Ten sam płaszcz widzę
Co na skraju lasu powiewał
Zjawa lub duch nas znowu nawiedza!


Lilian rozejrzał się dookoła:

To napitek mąci ci umysł
Żadnego Zwidu nie widzę
Wrażeń w głowie twojej w nadmiarze
Przywidzenie zwykłe to jeno!

Plan twój śmiały i skryty
Lecz ja teraz poczyniłem śluby
Strzec was muszę
Przed tym właśnie czego sam ustrzec się nie mogę!


Księżniczka chwyciła Liliana za ramię i pocałowała:

Pieszczoty i pocałunki twoje są teraz
Kiedy spać wszyscy będą
O północy przyjdź mój kochany
Żonkilowy Rycerzu!

Zgaszono światła, nastała ciemność, gong zabił dwanaście razy. Gdy znów było widno wniesiono dwa krzesła, prócz nich scena była pusta. Nadzy aktorzy grający kochanków, zjawili się, na nich zasiedli.
- To ma być niby łóżko? - to Karolina spytała kwaśno i głośno by wszyscy słyszeli.
- Ale przynajmniej są nadzy – skwitował Bargasz, odpowiadając, a Praska się znowu zaśmiał – Masz tą swoją oszczędną wystawę.
Kolejny aktor wyszedł na środek, i zwrócił do czterech skrytych:
- Panie Karolu Praska. Ponieważ zaszczycił pan nas swoją obecnością, w imieniu nadwornej Trupy Królewskiej prosimy byś zagrał hrabiego Rytgrafa.
Rozległy się brawa, langocki król, klaskał najgłośniej na sali.
- Idź, nie możesz odmówić. Pamiętaj, że też spałeś nago – przypomniała ze śmiechem, już z dobrym humorem, Horzenna Karolina.
- No i masz swojego przystojnego Rytgrafa – Korona zaś dodał, też rozbawiony i klepnął w plecy Karola.
Rozebrał się całkiem i wszedł na scenę robdanski Przedstawiciel. I spytał:
- Rytgraf zawsze spał z bronią. Czy można wasza wysokość?
Lagrange się żachnął, uśmiechnął krzywo i rzucił mu swoją szpadę. Praska ją chwycił i usłyszał słowa, monarcha dodał od siebie:
- I tak rozbroiłeś najważniejszą osobę w państwie, mości Przedstawicielu.
Z pamięci wyrecytował Praska:

Czemuż to Gizeldo zamykasz podwoje?
Mąż Twój powinność swą wypełni
Kruchego wiana pozbędzie
Noc cała przed nami!


Podszedł do pary, zagrał zdziwienie i krzyknął celując orężem:

Żonkilowy Rycerzu!
Nie stróżem a zdrajcą jesteś!
Zabiję cię kochanku niewiernej
Żony co jej cześć skradłeś!


Trzech gołych aktorów, wybiegło na scenę i razem zakrzyknęli:

Stój Rytgrafie, panie nasz!
Nie okryj się piętnem mordu
Z urwiska zrzucimy Liliana
Razem z żoną twoją co innemu wiano oddała!


Pod ramię chwycili, parę kochanków, zniknęli za kulisami. A Praska wiedział co zaraz nastąpi, zabójca go zamorduje. Upuścił szpadę, zakrył twarz dłońmi i wypowiedział te słowa:

Cóż to się dzieję z mym ciałem?
Nie widzę!
Nie słyszę!
Niechybnie trucizna me żyły toczy!


Błysnęło ostrze.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Podróżny [16+]

Post autor: Kruffachi » 08 lutego 2017, 15:49

Jestem po pierwszym rozdziale, ale wiem, że dziś nie dam rady doczytać drugiego, więc zgłaszam się z komentarzem.

Ciężko było. Inwersja to jedno, ale masz potężny problem z interpunkcją i to do tego stopnia, że niejednokrotnie zmienia ona w ogóle sens zdań. Przy zawiłym stylu sprawiało to, że niektóre miejsca musiałam czytać po kilka razy, co w sposób oczywisty odbierało mi przyjemność lektury. Lubię się przedzierać przez tekst, ale nie wówczas, gdy muszę to robić ze względu na błędy.

Nie jest równo. Początek był dla mnie koszmarem, a co się właściwie wydarzyło, wywnioskowałam stopniowo bardziej z późniejszych fragmentów. Wydaje mi się, że to zderzenie inwersji i archaizacji z próbą dynamizowania sceny akcji. Coś - moim zdaniem - nie zagrało, coś się nie udało i tekst jest nieczytelny. Wiadomo, że coś się dzieje, docierają do mnie jakieś pojedyncze obrazy, ale nie jestem w stanie odtworzyć przebiegu zdarzeń, o zaangażowaniu się w nie nie wspominając. Potem było już lepiej. Ten styl znacznie przyjemniej współgra z takim spokojniejszym snuciem opowieści i choć czuję, że to czy tamto mi umknęło, to też zakładam, że jest to efekt zamierzony. W końcu dostaję relacje świadków, jakieś urywki i pewnie z biegiem czasu będę sobie obraz uzupełniać. To ciekawy zabieg.

Podobały mi się też te dopiski, taka forma paradokumentu, ale jednak poprowadzonego tak, żeby układał się w opowieść i narrację. Nie jestem jednak pewna, jak długo bym taką lekturę zniosła, bo po tym jednym rozdziale czuję się zwyczajnie zmęczona. To, co by mnie cieszyło w opowiadaniu, w perspektywie powieści napawa pewnym niepokojem. No ale widzę, że drugi rozdział jest już inny. Trochę mi odparuje między uszami i doczytam ;) Tylko raz jeszcze apeluję, żeby rozprawić się z przecinkami, bo przy eksperymentach ze stylem mają tym większe znaczenie.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Podróżny [16+]

Post autor: RebelMac » 09 lutego 2017, 14:49

Kruffachi pisze:Tylko raz jeszcze apeluję, żeby rozprawić się z przecinkami, bo przy eksperymentach ze stylem mają tym większe znaczenie.
Jeśli chodzi o przecinki w inwersji (z pamiętnika, z pamięci), to zapewne masz rację, znasz się na tym. Czyli interpunkcja do poprawy, skoro "do tego stopnia, że niejednokrotnie zmienia ona w ogóle sens zdań."

Bronił będę początku do - Na pohybel i rozdziału drugiego czyli "groszowej powieści". Zauważ, że prawie każde zdanie ma dwa przecinki, dzieli się na trzy części i jest to cel zamierzony. Chciałem by czytano to w pewnym śpiewnym rytmie. A wyszło jak wyszło. :)

Pozdrawiam serdecznie.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Podróżny [16+]

Post autor: Siemomysła » 09 lutego 2017, 18:21

Hum. Hum. Jeśli cliffhanger na końcu drugiego rozdziału ma mnie pozostawić w niepokoju na okoliczność tego, czy Karol Praska za chwilę nie zginie z ręki jakiegoś lewego aktora, to działa tylko na zasadzie urwania akcji. Bo przecież wcześniej napisałeś, że pisane im było dożyć razem starości. No chyba, że to w tej chwili są już starzy, co przyszło mi do głowy w tej chwili, bo nie przypominam sobie być podał ich wiek. No dobra, może się trochę niepokoję ;)

Koncept wpisania w akcję przedstawienia mi się podoba. Dodaje tła, uwiarygadnia Twą powieść i świat przedstawiony jako większą spójną całość, a ma też powód fabularny - nie jest jedynie pustym dodatkiem i to jest bardzo dobre.

Natomiast muszę rzec, że tym razem z formą śpiewnej "powieści groszowej" nie było już tak różowo. Piszesz w odpowiedzi na komentarz Kruffachi:
Zauważ, że prawie każde zdanie ma dwa przecinki, dzieli się na trzy części i jest to cel zamierzony.


A ja mogę zabrać głos w dyskusji i powiedzieć tak: Zauważam, ale jednak te przecinki nie mają sensu z punktu widzenia tego, co chcesz przekazać w zdaniu. Ty przecinki potraktowałeś jako jakieś takie sztuczne układacze rytmu. Zamiast przecinków mogłeś wstawiać na przykład taką sobie kreskę: | Albo dawać enter i nowy akapit - jak w strofie faktycznie. Przecinek w języku ma inną funkcję. I tym samym, żeby zrozumieć sens zdania ja muszę Twoje przecinki - brutalnie mówiąc - olewać. Nie wszystkie. Niektóre są na miejscu z punktu widzenia języka, ale sporo niestety nie. Przyznam szczerze, że w pierwszym kawałku nie rzucało mi się to tak mocno w oczy i nie stopowało mnie w czytaniu. Mam mniejszą wrażliwość niż Kruffachi. Ale już w drugim rozdziale było gorzej. Również rytm się gubił, czasem zdania nagle dostawały sporo dodatkowych sylab, albo wręcz przeciwnie ni z tego ni z owego się skracały, kiedy już do konkretnego faktycznie śpiewnego rytmu zdołałam się przyzwyczaić.
Uważam, że bardzo warto to wyszlifować.

I znów czekam na więcej, ciekawam powiązań między wątkami bardzo.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Podróżny [16+]

Post autor: Kruffachi » 09 lutego 2017, 19:10

O, toto, co napisała Siem :) Zauważyłam tę zasadę, w pierwszej chwili pomyślałam, że to stylizacja na nieunormowaną interpunkcję, ale szybko doszłam do wniosku, że nie. Potem zauważyłam, że traktujesz przecinki intonacyjnie, ale polska interpunkcja jest interpunkcją po części konwencjonalną i jej stosowanie wpływa na znaczenie zdań, nie ich melodię. Melodię można uzyskać w inny sposób, choćby zestrojami akcentowymi, co z premedytacją lub intuicyjnie robisz. Jeśli chcesz to jeszcze zaznaczać graficznie - choć moim zdaniem nie jest to potrzebne, bo słychać podczas czytania - to nie w sposób, który zaciemnia znaczenie.

Zresztą - żeby móc skończyć marudzenie i przejść do fajniejszych rzeczy - to zaciemnienie zdarza Ci się nie tylko na poziomie interpunkcyjnym. Inwersja inwersją, ale czasem Cię zdradza. Jak tu np.:
Żabot założył w turkusu kolorze, czarne galoty pasując.
gdzie masz błędne użycie imiesłowu przysłówkowego ówczesnego, który wyraża - jak nazwa wskazuje - czynność wykonywaną równocześnie (do wyrażonej orzeczeniem). Więc "pasując" w tym kontekście oznacza, że podmiot domyślny spasował czarne galoty, co oczywiście nie ma sensu ;)

Inne miejsce:
O ślicznej twarzy i pięknych dłoniach to jednak z ciałem przy tuszy.
Pierwsza sprawa jest taka, że konstrukcja zdania (przed "to" powinien być przecinek akurat ;) ) wymusza na jego początku okolicznik przyzwolenia (mimo że, choć, chociaż itp.). Każda inna konstrukcja będzie niepoprawna. I owszem, wiem, czym są elipsy, ale elipsy też wymagają uzasadnienia innego niż tylko rytm. Druga sprawa to redundancja, bo przy tuszy jest nie ciało, a kobieta.

I taki trzeci przykład:
Bronić cię będę przed zwierzem na polowaniu
(...)
I złym podszeptom dworu
Tu nie zagrała fleksja, bo bronić się będę przed kim? przed czym? - przed złymi podszeptami dworu/ złym podszeptem dworu. Acz sądzę, że tu Cię po prostu zmyliły dwa wersy, które w cytacie wycięłam i nie zwróciłeś uwagi ;)

Więcej potknięć nie wypisuję, bo jedynie chcę zaznaczyć, że się zdarzają i że przy tak trudnej formie są szczególnie uciążliwe, ale też potrafię sobie wyobrazić, że i dla Ciebie trudniejsze do dostrzeżenia.

Niemniej nadal doceniam. Tu już nie miałam większych wątpliwości co do tego, co opisujesz, płynęło mi się przez tekst znacznie łatwiej, więc i formą mogłam się bardziej nacieszyć :D Pociąga mnie eklektyzm tego świata. Z początku sądziłam, że to będzie quasi-średniowieczna stylizacja, teraz pojawił się teatr, bilety (!), coś, co zaczęło mi się kojarzyć z barokiem - przepych, rozpasanie, w tym seksualne - może z renesansem - brutalne gry polityczne. Jestem tego świata ciekawa jeszcze bardziej niż byłam, a już wcześniej, o czym zapomniałam wspomnieć, złapałam się na przynętę w postaci opisu wiedźmy i jej wyjaśnień. Kiedy zobaczyłam też podział na strofy, przeraziłam się, że umrę z nudów, bo zwykle przy takich fragmentach trochę umieram, ale nie, nimi także zdołałeś mnie wciągnąć. Ładnie to wyszło. Naprawdę jestem ciekawa, co kombinujesz ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Podróżny [16+]

Post autor: RebelMac » 10 lutego 2017, 10:22

@Siemomysła, Kruffachi

Z cliffhangerem zgoda. Trza będzie chyba wywalić te zdania o późnej starości.

Co do przecinków - olaboga! - będzie RebelMac jakoś poprawiał. Tylko żeby nie stracić rytmu. Bo już napisałem z tymi przecinkami dalszą część - "groszowa powieść" pojawia się znowu od rozdziału 5 do właściwie z przerwami 11-ego. To nie jest tak, że nie znam interpunkcji (powiedzmy jakoś sobie radzę :) ) ale tu przecież profesjonaliści z Kruffachi na czele. :)

What now?

Wrzucę później trzeci rozdział, a jak przyjdzie na piąty - to może jakieś rady się znajdą. Na co bardzo liczę! :)

Serdecznie pozdrawiam.

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Podróżny [16+]

Post autor: RebelMac » 12 lutego 2017, 12:43

Trzeci rozdział powieści. Tym razem całość o Langotach.

Co do języka langockiego przekopiuję notkę z rozdziału drugiego, czyli:

W tekście pojawia się też język langocki - brzmi "z francuska" i taki zamiar. Nowej gramatyki w nim nie ma, to swoiste tłumaczenie 1:1, spokojnie mógłby być napisany po robdansku (czyt. polsku), lecz wychodzę z założenia że Langoci nie gęsi i swój język mają. :) "G" czyta się jak "ż" lub "dż" chyba że jest apostrof na końcu wyrazu (vide gala'). Nazwy własne takie jak Gremdge to już "dż". "Grengye" na ten przykład wymawiamy "grendżje".

Zdaję sobie sprawę, że trudno będzie czytać ten rozdział (zostanę zjedzony bądź wypluty i przeżuty przez drogich użytkowników forum ;) ) ze względu na dwie rzeczy.

Primo - wspomniany język langocki.
Secundo - treść.

Ale, ale - do odważnych świat należy. Więc, miłego czytania. Oby! :)

O.
Spotkałem Babę z Chłopem. Nie wygrałem tego co chciałem mieć, przegrałem to co chciałeś otrzymać. Straciłem wiele czasu.
G.



●Rozdział 3

{wyciąg z ekstraktu tkanki mózgowej Chowańca Królewskiego pozyskany chirurgicznie i alchemicznie}

Siedzę na parapecie pierwszego piętra schroniska „Wykol” na szczycie Pralinki i patrzę przez okno do środka. To drewniany budynek o szpiczastym dachu. Notuję w pamięci. Nieopodal jest stajnia i stodoła, kuchcik i dojarka oddają się cielesnym uciechom w wychodku. Na środku odśnieżonego placu stoi wóz, przykryty wykrawanym na płaszcze suknem. Równo ułożone kamienie przy kołach przytrzymują rogi czarnej tkaniny. Notuję w pamięci.

Mam możliwość Śnienia, umysłem umiem czytać sny.

W pokoju stanicy trzech Langotów – agentów Szpicy, o twarzach trudnych do zapamiętania, obmyśla otwarcie dalsze działania.
- Fit se guye' pohhan, gretegge in guol', prenyegatoun se gorm'ou. In'cole frouss Grot ou lec lenye, Staccot uvre col. Rezma dehtye LomCzujka jest już w środku, czeka w kuchni, brama jest otwarta. Terenowy zabiera Przedmiot i schodzi na dół, a Sprzątacz czeka na dachu. Bierzemy(pijemy) Płyn. {dobrze, że tego nie tłumaczycie, rozmowy chciałem mieć w oryginale – dop. Karol Praska} – przedstawia zadanie Los. Przypominam sobie. Płyn to substancja alchemiczna, pozwala na krótki kontakt w myślach, przekazanie krótkich wyrazów. Ma skutek uboczny, po pewnym czasie można popaść w Śnienie. Na to jest Odtrutka.
- Vu simua Qest. Staccot gretegge du feyon gis', fur tressemont, vu lenge e'prenyegatoun. Vit fur nay passa, vi morete ou ja'morete Mortuas adrangg. Eglegeye ve tuon – untre ve vinque bunt livoun u Langosse'?Odtrutkę macie. Sprzątacz czeka do zmiany warty, jeśli wszystko będzie w porządku,wychodzicie przez główną bramę. Jeśli coś pójdzie nie tak, zabija was i popełnia samobójstwo wykonując Mortuas. Jak zawsze pytam – czy jesteście gotowi oddać duszę za Langocję?
- JeTak – odpowiada Terenowy.
- Je – powtarza Sprzątacz.
- U Langosse'!Za Langocję!
- U Langosse'!
- U Langosse'!

Połowa Szpicy wyrusza do posiadłości Rytgrafa.

Zmierzają do zamku, granicznej strażnicy. Przypominam sobie. Zwany był „Czarna Granią” już za czasów budowy, nawiedzają go Zwidy.

Skryci cicho przechodzą przez bramę. Sprzątacz idzie na dach, Terenowy wypija Płyn i myśli:
- „In'cole.”Terenowy.
- „Qippe”Los - słyszy głos dowódcy - „Olluon.”Parter
- „Ja'gett'”Sprawdzam - odpowiada wyjmując z torby Czarnik. Zamyka powieki i wiąże chustę na głowie. Miażdży w ręku Wiedźmie Oko, wciera w opaskę.

Przemierza korytarze budowli, omija straże wypatrując Zwidu. Staje chwilę przy każdych drzwiach i czeka. Duch się nie ukazuje.
- „Montuas.”Koniec
- „Congror'”Piętro - zarządza Los - „Lit.”Lewo
Terenowy dokładnie obchodzi skrzydło zamku, aż do ostatniego pokoju i zawraca.
- „Montuas” - krótko wyjaśnia.
- „Rentuamont”Środek - kolejne polecenie.

Agent dociera do Marmurowej Sali, widzi wchodzący do niej Zwid Rytgrafa.
- „Ja'frou”Mam - przekazuje wymijając strażnika.
-„T'gretegge.”Wchodzisz

Otwiera wytrychem drzwi i przestępuje przez próg. Widmowy pan zamku je eteryczne potrawy przy ogromnym stole. Langota siada naprzeciwko i pyta:
- Onfye asipir lel-cuccoun? E Ja'uvra i cuccu jaqu baryon”.Smakuje duchowe jedzonko? No to zaczekam aż zjesz panie baronie. W myślach dodaje - „Ja'uvre.”Czekam

Rytgraf kończy posiłek, podchodzi do pułki z książkami i naciska obwolutę – atrapę. Ściana odsuwa się, widać tajny pokój.
- „Ja'frou. Ja'gretegge.”Mam. Wchodzę
- „Ja'uvre.”


„Ja'uvre” powtarza Los. „Satton ja'juta?”Dlaczego powtórzyłem? - zastanawia się. „Su nave”.Coś jest nie tak Rozlega się pukanie do drzwi, skryty Szpicy wstaje od stołu i chowa plany zamku do szafy. Jest w samych spodniach, gasi latarnię. „Gu le-drangye kuk.Przecież ktoś zapukał Kuk?” Wychodzi z pokoju, na zewnątrz nikogo nie ma. Rozgląda się po korytarzu i wraca z powrotem do środka.

Obudził się.

„Ja'lunna!”Zasnąłem! krzyczy w myślach. „Buo retrevu de Ja'Lunne?”Ale normalnie czy Śnię?. Rozlega się pukanie do drzwi, skryty Szpicy wstaje od stołu i chowa plany zamku do szafy. Jest w samych spodniach, gasi latarnię. „Gu le-drangye kuk. Kuk?” Wychodzi z pokoju, na zewnątrz nikogo nie ma. Rozgląda się po korytarzu i wraca z powrotem do środka.

Obudził się.

„Ja'Lunne!” „Ze ufuayon. Le-drangye vi etege Lom a cu-cuccon!Va dujyo rembe"Śnię! Za wcześnie. Ktoś dolał nam Płynu na kolacji! Powinni się odezwać. Fit? In'cole?” Nie ma odpowiedzi. „Lom Ja'dehtye. Buo dermon a trvarse? Dus-Ja? Buo in Lunne o ufuayon? Annax derge Qest? Finnye Ja'Lunne! Uftoug?”Płyn wypiłem. Ale teraz czy na kolacji? Dwukrotnie? Ale czy we Śnie czy wcześniej? Gdzie jest Odtrutka? Ale przecież już Śnię! Zadziała?. Długo patrzy na stół.

Odtrutki nie ma.

Los Śnił.


Czujka wypija Płyn i myśli - „In'cole?”
- „Ja'kuk”Pukam - słyszy odpowiedź.
- „Sit? Duss ze ufuayon. Lu Ja'dehtye Lom. Ou jemma kuk? Ja'ney'ataraje.”Już? Jest za wcześnie. Dopiero wypiłem Płyn. I czemu puka? Nie rozumiem. Ostrożnie otwiera drzwi.
- Ja'frou Grot, ve uvre a Staccot du feyon gis'.”Mam Przedmiot, czekamy na Sprzątacza do zmiany warty – oznajmia w progu Terenowy.
- Le-drangye kuk.Ktoś puka – odpowiada agent. „Kuk? Satt'on?”Puka? Czemu? Szarpie za klamkę.
- „Ve opravu”.Zmywamy się(znikamy). „Het boulon”Pełen sukces. – dodaje w progu uradowany Sprzątacz.
- „Sit? Ze ufuayon. Lu Ja'dehtye Lom. Ou jemma kuk? Jae nay'ataraje.”Już? Za wcześnie. Dopiero wypiłem Płyn. I czemu puka? Nie rozumiem.

Obudził się.


„Ja'lunna! Buo retrevu lunn e Ja'Lunne? Ey Ja'dehtye Lom.Zasnąłem! Ale normalnym snem czy Śnię? Dopiero wypiłem Płyn. „Es retrevu lunn? In'cole?Czyli normalny sen? Terenowy? Cisza.”Quippe”?Los? Cisza. „Dis a't J'ney'dehtye. Bou Ja'dehtye. In lunn? In Lunn? Ja'Lunne?Czyli jeszcze nie wypiłem. Ale przecież wypiłem We śnie? Czy Śnie? Śnię?
„Fit”Czujka - słyszy głos -”Nay frou.”Nie ma
„Vi regre”Przerywamy - rozkazuje Los.
Czujka słyszy ponowny stukot. „Kuk? Satton?”Pukanie? Czemu? W drzwiach czeka Terenowy.
„Nay Grot frou. Kuk”.Przedmiotu nie ma. Puka.
„Le-drangye kuk?”Ktoś puka? - pyta Czujka. „Kuk? Satton?”Puka? Czemu? Wchodzi Sprzątacz.
„Ja'stacco. Het satissma.Sprzątam. Pełna porażka
„Sit? Ze ufuayon. Lu Ja'dehtye Lom. Ou jemma kuk? Ja'nay'ataraje.”Już? Za wcześnie. Dopiero wypiłem Płyn. I czemu puka. Nie rozumiem.

Obudził się.


„Ja'Lunne!”Śnię! Słyszy pukanie. „Le-drengye kuk? Satton?”Ktoś puka? Czemu? Do kuchni wchodzi Sprzątacz i Terenowy.
- Ve'LunneŚnimy
- Ve'Lunne
- Ve'Lunne? - pyta Czujka – ses ney Te'jettu Lom, Staccot. Te nay eteprya. Etepreyu Lunn. Te ney jettu, „Te nay staccou”Przecież nie piłeś Płynu, Sprzątacz. Ty nie możesz. Mógłbyś wtedy Śnić. Nie możesz, nie „posprzątał” byś..
- Eteg ve in cu-cuccon. Dus'se remme i mort. Gya nay ve Lunne ou „Ja'stacco Ja'durma in. U Langosse'!Dolano nam na kolacji. Jedyne wyjście to umrzeć. Jeśli nie Śnimy to po prostu „posprzątam”. Do tego mnie szkolili. Za Langocję! – wyjmuje sztylet i podrzyna Terenowemu gardło. – Satte Tye”.Teraz ty
- „U Langosse... – charczy z przebitym płucem skryty.

Obudził się.

„Toussu tute Ja'Lunne. Drangye me Lom a portie. I nay va'dussu ime lunn sepirite. Va gromme' alautmont, Lunnisa. Staccot dussu i dus, ses a a'cole naye froa Lom. Gratta Ja'Lunnisa ou alautmone a drex? Ou oi' nay compreyoun, Ja'dussu, Ja'mort? Ja'fenne.”A więc nadal Śnię. Dolano mi Płynu na zamku. To nie byli oni, a tylko mara senna. Muszą tu przyjść fizycznie, Lunatykując, Sprzątacz będzie robił to po raz pierwszy, przecież na akcji nigdy nie bierze Płynu. A może samemu Lunatykować i iść na dach? I czy to nie oznacza, że i tak trzeba będzie umrzeć? Zostaję.

Czujka Śnił.


Sprzątacz siedzi ze skrzyżowanym nogami na dachu głównego budynku pałacowego. Czeka na zmianę warty, ma zejść do kuchni i przekonać się czy Terenowy pozyskał Przedmiot. Zauważa wchodzących strażników na blanki. „Sit vindjye? Ja'dusse hun tet louryetes. Ze ufuayon! Su neve.”Już północ? Jestem tu zaledwie kilka minut. Za wcześnie! Coś jest nie tak.


„Staccot?”Sprzątacz? - słyszy w myślach głos Czujki.
„Lom”Płyn - odpowiada – Jae ney jettu”Ja nie piłem
„Eteg”Dolano - wyjaśnia skryty - „Te'stacco.”„Sprzątaj”

Obudził się.

„Fi Ja'Lunne! Hoq i dussu Fit, hoq Tye Ja'Lunne? Montye lecce lenje guol', yd a Lunnise. In cole dus.”Jednak Śnię! Tylko czy to był Czujka, czy tylko go Wyśniłem? Trzeba iść do kuchni, czas na Lunatykę. Pierwszy raz w terenie.

Sprzątacz Śnił.


Terenowy wchodzi do skrytego przejścia. Zwid Rytgrafa przyrządza widmowe mikstury alchemiczne, agent podchodzi do mosiężnej skrzyni.

Zdejmuje opaskę i otwiera kufer.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Podróżny [16+]

Post autor: Kruffachi » 03 maja 2017, 12:32

Nie zrozumiałam niczego. Starałam się, ale nie zrozumiałam, a szkoda, bo ten świat masz szalenie ciekawy, nietuzinkowy, wiele w nim barwnych elementów. Nie zwalam wszystkiego na wstawki po langocku, bo zaraz dajesz tłumaczenia - choć w takim natężeniu to graficznie rozbija tekst, zmusza oko do dziwnych ruchów, a za okiem idzie mózg i to na pewno sprawy nie ułatwia. Ja po prostu nie za bardzo odróżniam od siebie postaci. Nie wiem, kto się właśnie wypowiada, szybko zaczęłam się w tym gubić. Raz na jakiś czas rzucasz hasłem - pseudonimem, nawet nie imieniem, ale ja nie za bardzo potrafię to przypiąć, bo nie mam zbyt wielu innych danych poza tym, że to Langoci i szpiegują, gdzie nikt ich nie chce. Po jakimś jednak czasie nie wiedziałam już, to jest w środku, kto na zewnątrz, chociaż przecież to napisałeś. Nie wiem też ostatecznie, co z tym Śnieniem, choć może tak miało być.

A początek był bardzo obrazowy. No i tak, widzę usprawiedliwienie dla takiej formy, ale może to po prostu potrwało za długo w zbyt zbitym bloku? Bo podejrzewam, jak fajne musiało być wymyślanie języka i pisanie w nim kwestii, ta zabawa zapisem, notatką z głowy chowańca, ale ja jako czytelnik zdążyłam się mocno zmęczyć i przepalić. Więc może chwile oddechu z myślą o tej drugiej stronie? Jakieś komentarze nie zbiorczo pod całością, ale w trakcie, żeby w ogóle było wiadomo, jak to wszystko osadzić?
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Podróżny [16+]

Post autor: RebelMac » 03 maja 2017, 13:01

@Kruffachi

Dzięki za bardzo cenny komentarz. Rzeczywiście skomplikowany rozdział, myślę też że langocki utrudnia odbiór, to w sumie prosta historia. Trzech Langotów, członków Szpicy Śni - są to Los (dowódca), Czujka i Sprzątacz. Dolano im Płynu na kolacji, w małej dawce daje moce telepatyczne, w dużej powoduje Śnienie. Odtrutki powinny być, a ich nie ma, Chowaniec Królewski siedząc na parapecie "widzi" i "czuje" Sny skrytych. Reszta to opis tych wspomnianych Snów, nie wiemy jeszcze czy Śni Terenowy. A Sprzątacz przechodzi w Lunatykę, w tym ich szkolili.

Pozdrawiam. :)

PS W kolejnych rozdziałach mniej langockiego.

ODPOWIEDZ