UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

W zimnej wodzie kąpany

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Krin » 23 lipca 2016, 14:31

Bez czarnego kaptura i bez zakrzywionych ostrzy, ale z tym nieznośnym uśmiechem tryumfu.
To było nie na temat Kruczarza, tylko Rina, o którym Aled myślał, że jest Kruczarzem ;)

Cieszę się, że podoba ci się relacja Nean-Żira, bo mnie też się podoba. Oby tak zostało.

Tym razem będą dwa "rozdziały" na raz, bo trzeci jest trochę za krótki.
Miłego czytania! Zwłaszcza tobie, Kruffo ;)
III – Bluźniercy! – rozpaczliwy krzyk kobiety doszedł Ragda, zanim jeszcze koń zdążył wdrapać się na wzgórze. Za nim posypały się przekleństwa, a za przekleństwami śmiechy. Co bardziej przesądni z jego ludzi próbowali zakneblować Opiekunkę, nim ta zacznie rzucać klątwy, ale większość wolała się skupić na odzieraniu jej z ubrań, co było o tyle trudne, że nosiła ich na sobie przynajmniej dziesięć warstw. Podobno każda warstwa miała magiczne właściwości chroniące przed złymi duchami, ale na razie mogły co najwyżej uratować cześć kobiety.
Puścili ją, gdy ujrzeli swojego wodza. Padli na kolana. Tylko kobieta, choć w poszarpanym ubraniu i ze łzami w oczach, patrzyła na niego hardo, nie zamierzając poruszyć się ani o milimetr. Choć dużo starsza od niego, kiedyś musiała być niebrzydka. Być może nadal by była, gdyby nie szpecąca jej twarz plątanina tatuaży – kolejne zabezpieczenie przed ciemnymi mocami. Rozśmieszył go ten widok.
Kto obroni bogów przed Armią Mórz Wschodnich, przed Panem Wszystkich Stepów, władcą Gór Niedźwiedzich i Gór Koźlich, królem Remii?
Jadący u jego boku czarodziej, cesarski wysłannik... jak mu tam właściwie było?... Syriam krzywił się na widok rozszarpanych trupów i zalewającej trawę krwi. Unikał ich wzrokiem, udając zainteresowanie posągiem, którego Opiekunowie bronili z takim poświęceniem. Dlatego właśnie Ragd wierzył, że za parę lat, gdy umocni swoje rządy w Remii, będzie mógł sięgnąć po Andrę i inne cesarskie lenna, a jego synowie może zasiądą kiedyś na Latryjskim tronie. Jak mieszkańcy zachodu mogli sprostać ludziom traw, skoro jeden z ich najpotężniejszych czarodziejów nie mógł znieść widoku trupów?
Ragd zeskoczył z konia, ignorując zgromadzenie. Jego buty w zetknięciu z mokrą od posoki trawą wydawały nieprzyjemny, przyprawiający cudzoziemca o napady mdłości mlask. Opiekunka zawarczała, gdy wódz dotknął wyrzeźbionego w czarnym kamieniu wizerunku Firgha – bóstwa z głową kruka władającego magią, ciemnością i chorobą, sprowadzającego burze i szaleństwo. Niegdyś także oddawał mu cześć, wraz z ojcem składał mu ofiary nawet wówczas, gdy groził im głód, wierząc, że pomoże to odegnać kolejne nieszczęścia. Nie pomagało. Lata zajęło mu zrozumienie nikczemność oszustwa i teraz, gdy władał zjednoczonymi plemionami, postanowił wyzwolić swój lud spod ciężaru zabobonu.
– Przewróćcie pomnik i rozłupcie na kawałki, ale tak żeby dało się rozpoznać – rozkazał. – Potem pokażcie go każdemu, kogo spotkacie. Niechaj wiedzą, że ciemne siły nie mają nad nami władzy. A ją – wskazał na kobietę – weźcie sobie. Tylko pamiętajcie, żeby potem zabić. Nie może uciec i dalej rozpowszechniać swych fałszywych nauk.
Nie podziękowali ani poruszyli się, nie mając śmiałości podnosić głów w jego obecności. Czekali, aż odjedzie.
– Bądź przeklęty – wysyczała Opiekunka. – Nic nie wiesz o naukach Firgha i jego braci.
– Wiem dostatecznie dużo. Jego nauki pozwalają na wykarmienie bandy bełkoczących darmozjadów, w zamian za dobroć strasząc lud katastrofami i wieczną męką. – Podszedł do kapłanki i uderzył ją w twarz tak mocno, aż upadła. – Gdzie są teraz twoi bogowie? Gdzie są twoje moce? Gdzie błyskawice ciskane we wrogów? – Poprawił kopnięciem, a ona skuliła się, zasłaniając głowę rękoma.
Ta złość była tylko na pokaz. Musiał udowodnić tym, którzy mieli jeszcze wątpliwości, że zagrożenie nie istnieje. Wieść o jego znieważeniu Opiekunki powinna roznieść się pośród wojska. Żałował, że nie ma wielu widzów, ale nie z przypadku został Panem Wszystkich Stepów, a przez wykorzystywanie każdej, choćby najmniejszej szansy na wzmocnienie własnej pozycji.
– Nic nie wiesz – powtórzyła głucho. – Przeklinam ciebie i twój ród. Zgubi cię pycha. Zgubi cię rządzą władzy, gdy sięgniesz po to, czego nikt nie jest w stanie spętać. Przeklinam twojego syna i następce. Przeklinam ziemię, po której stąpasz albowiem ziemia ta spłonie w ogniu i zatonie we krwi. Przeklinam miliony z tobą, które nie sprostają jednemu człowiekowi. Przeklinam cię, przeklinam cię, przeklinam cię na zawsze.
Wysłuchał klątwy w milczeniu. Żal mu się zrobiło tej kobiety tak długo powtarzającej kłamstwa, że aż zaczynającej w nie wierzyć. Wyciągnął nóż i jednym szybkim ruchem poderżnął jej gardło. Nie próbowała się zasłonić. Nawet ją to nie zdziwiło. Umarła z kamienną twarzą.
Żaden z żołnierzy nie zaprotestował, choć zaraz Ragda wzięły wątpliwości, czy dobrze uczynił, odbierając im nagrodę. Mogli też wziąć ten gest za objaw gniewu wywołanego klątwą, a tego by nie chciał. Przecież nie bał się klątw.
Przeszedł nad ciałem kobiety, nie rzucając w jej kierunku ani jednego spojrzenia. Wsiadł na konia, obracając się z powrotem w stronę obozowiska.
– Razem z kamieniem weźcie też zwłoki – raz jeszcze przemówił do wojowników. – Pospieszcie się, bo zacznie gnić. Potem ciało porzućcie.
Mimo zniecierpliwienia, odjechał w powolnym tempie. Chciał być już w swojej jurcie, najeść do syta i sprawdzić jak miewają się jego dwie ciężarne żony. Opiekunka doskonale zdawała sobie sprawę z dręczącego go problemu – posiadania ponad trzydziestu córek oraz tylko jednego syna. Całkiem dobrego syna, choć niektórzy zarzucali mu małą sprawność w walce. W ostatnim czasie jednak Ragd osobiście dbał, by chłopak ćwiczył nieustannie i pokazał prześmiewcom, gdzie ich miejsce. Teraz mógł śmiało powiedzieć, że ma syna idealnego. Tylko ten syn musiał przeżyć do czasu jego śmierci. Kto inny obejmie wówczas władzę? Kto przyjmie pokłon od samego cesarza?
Pospieszył konia, mając ku temu idealny pretekst – Syriam nie wytrzymał, pognał naprzód i teraz opróżniał żołądek oparty o samotne drzewo. Była to także idealna okazja, by po raz kolejny zakpić sobie z wysłannika zachodu. Nie obawiał się odwetu ze strony czarodzieja. Nie raz słyszał, jakoby znawcy sztuk magicznych cenili zemstę ponad posłuszeństwo możnym, ale zdążył poznać już Syriama na tyle, by wiedzieć, iż to człowiek działający jedynie na pokaz, a w rzeczywistości strachliwy i niezdolny do samodzielnego działania, mimo posiadania ogromnej mocy.
– Dolega wam coś, przyjacielu? – spytał z troską starannie wyszywaną nićmi pogardy.
Czarodziej nie odpowiedział, choć skończył już wymiotować. Zajęty był pozbywaniem się resztek z długiej siwej brody i jeszcze dłuższej jaskrawoczerwonej szaty. Zaprawdę nieodpowiedni strój wybrał sobie na Wschodnie Morza. Po kilku tygodniach intensywnej podróży wyglądał jak oberwaniec. Czy czarodzieje nie mogli użyć magii, by zadbać o własny ubiór? Zabawne z nich istoty, stwierdził Ragd, puszą się, ale do niczego nie przydadzą.
– U nas, w Syvante takie widoki nie są na porządku dziennym – przyznał wreszcie. – Rozumiem waszą pogardę, panie, do naszej cywilizacji, ale wiedz, że jedyny powód takiego stanu rzeczy, to umiłowanie spokoju i praworządność. Jak długo może istnieć kraj, gdzie zewsząd widoczne są potworności? Kiedyś brutalność musi ustać. Wojny się kończą, na ich miejsce przychodzi porządek. Taka jest kolej rzeczy.
Czarodziej mówił mądrze i ze spokojem. Może Ragd uwierzyłby w jego inteligencję, gdyby było to ich pierwsze spotkanie.
– Taka jest kolej rzeczy, że ludzie zbyt chętnie spędzają czas nad księgami, a zbyt niechętnie dbają o to co ważne, o rodzinę, o honor i cnoty, które czynią nas ludźmi. Być może na to nie wyglądamy, ale my, mieszkańcy Mórz Wschodnich mamy swoje prawo i tradycję, które wprowadzają nasz własny ład, a których wy, zdemoralizowani i zepsuci ludzie zachodu, nie potraficie zrozumieć. Do tego prowadzi tak zwana cywilizacja. Nie miej mnie za dzikusa, który całe życie spędził uganiając się za końmi. Byłem w Syvante, słuchałem wykładów waszych filozofów i uczonych. To na nic, czarodzieju. Człowiek, by żyć powinien rozumieć świat takim, jakim jest, a nie takim jakim zapisano go w liczbach i literach. Musi czuć wiat we włosach, a nie duchotę miasta.
Syriam nie odpowiedział. Swoim zwyczajem ukłonił się i wsiadł z powrotem na konia, z którym też zresztą radził sobie nie najlepiej. Przez parę minut Ragd tkwił w miejscu, udając, że czeka na odpowiedź, by zdenerwować czarodzieja. Odniósł skutek. Cesarski wysłannik wiercił się w siodle i nerwowo rwał z brody wielkie kłaki.
Ragd przypomniał sobie chwilę, w której chciał zamordować przedstawiciela cesarstwa od razu po przybyciu, by pokazać Latryjczykom, gdzie ma ich układy i prośby. To byłaby bardzo zła decyzja. Nie miałby go kto zabawiać swoją głupotą w czasie nudnych okresów między jedną potyczką a drugą.
Dopiero później, gdy wieczorem leżał przykryty skórami w swojej jurcie, przyszła mu do głowy dziwna myśl, że może to nie wiatr wolności hula teraz po Wschodnich Morzach, lecz to lodowaty podmuch z Białej Równiny ściga zbiega przed wiecznym zimnem.

IV Człowieka tego wypatrzono wśród traw ostatniego dnia lata i był to najchłodniejszy początek jesieni, jaki pamiętali mieszkańcy Remskiego pogranicza. Spadł śnieg. Siły natury zdały się zapomnieć o przerwie pomiędzy czasem upałów, a czasem mrozów. Wielu oskarżało o ten stan rzeczy właśnie przybysza w czerni, na którego ramionach siedziały kruki – zwiastun nieszczęścia. Tłumaczono sobie, że twarz miał tak bladą, ponieważ słońce bało się rozświetlić jego oblicze i dlatego ogrzewało ziemię z taką niepewnością.
Przybysz od razu zaanonsował się wszem i wobec jako czarownik, lecz mimo to – czart jeden wie jakim cudem – bez trudu wkroczył do obozu pełnego bezlitosnych i nienawidzących magii wojowników, a zaraz potem, niemal z marszu stał już przed obliczem Pana Wszystkich Stepów, władcy Gór Niedźwiedzich i Gór Koźlich, samozwańczego króla Remii.
Przyjęto go w olbrzymiej jurcie władcy nie lubiącego brukać się obcością pałaców zachodnich możnych i każącego zdobić miejsce udzielania audiencji trofeami z najznakomitszych łowów, rzadziej ozdobami stworzonymi przez własne małżonki, którym nie potrafił odmówić podobnego zaszczytu. Towarzyszył mu czarodziej Syriam – nie jako przedstawiciel dworu cesarskiego, a jako znawca sztuk magicznych chroniący Ragda przed podstępnym obcym wpływem mogącym przynieść kres wielkiej przyjaźni Mórz Wschodnich z Cesarstwem Latryjskim.
Przybysz nie ukłonił się, nie padł na kolana. Stał z podniesioną głową, odważnie spoglądając w oczy wielkiego wodza. Ragd chciał rozkazać strażnikom, by pojmali go i wbili na pal dla przykładu, ale gdy otworzył usta, nie mógł wydobyć głosu. Przybysz wykorzystał ten fakt do jeszcze jednej bezczelności i przemówił jako pierwszy.
– Pozdrawiam cię, Ragdzie, synu Hargda, władco Mórz Wschodnich. Pozdrawiam cię Syriamie ze Złotej Osnowy. Wołają na mnie Kruczarz, ale me miano to Nean z Czarnej Wody – czarownik. Muszę przeprosić za tak nagłe przybycie, lecz przychodzę w sprawie nie cierpiącej zwłoki.
– W jakiej sprawie? – wykrztusił z siebie Ragd.
– Wiatry od Białej Równiny bywają coraz zimniejsze – oświadczył przybysz pełnym powagi tonem.
Ragd zadrżał. Przypomniał sobie wieczór, gdy ta sama myśl przyszła mu do głowy.
– Znałem kiedyś Neana z Czarnej Wody, którego zwano Kruczarzem – odezwał się Syriam. – Ów zdolny młodzieniec zmarł przed laty, nad czym szczerze ubolewam, bo znałem go dobrze. Czemu wy, nieujarzmiona i niedoedukowana – te słowo starannie podkreślił – brać czarowników nie macie nigdy szacunku dla zmarłych i bezczelnie przywłaszczacie sobie ich miana?
Kruczarz nie zmieszał się. Przywołał czarujący uśmiech kupca przyłapanego na fakcie, że jego rzekomo najlepszy towar jest w istocie kupą gówna i skłonił z właściwą takim ludziom sztucznością.
– Śpieszę z wyjaśnieniami, Najjaśniejszy Panie, albowiem zaszła tu pewna pomyłka. Owszem, nie jestem tym samym Neanem z Czarnej Wody, jakiego znaliście, ale takie miano nadano mi w tych stronach przez łudzące podobieństwo do zmarłego.
A przy słowach tych zadrżały mu białe wargi i Syriam bez problemu odczytać mógł kłamstwo, tak jak i bez problemu odczytać mógł prawdę. Oto stał przed nim ten sam człowiek, który zginął przed laty na skutek uknutego przez niego i jego towarzyszy spisku. Ta sama twarz, te same oczy. Ta sama kpina. To odkrytym sekretom tego człowieka zawdzięczał swoją potęgę, stanowisko i prestiż. Teraz jako upiór wysłany przez jakowąś siłę piekielną przybył niechybnie po to, aby zbrodnia ujrzała światło dzienne.
Wyjadę stąd natychmiast, kiedy tylko Ragd pozwoli mi odejść – obiecał sobie. – Potem może mnie ścigać do samej Latrii, a tam kapłani cesarscy już się go pozbędą. Potrzebne są tylko pieniądze na łapówki za milczenie.
– Nie obchodzi mnie twoje miano! – zagrzmiał Ragd, odzyskawszy rezon, gdy tylko czarownik z groźnego nieznajomego przeistoczył się w jego oczach w wędrownego cwaniaka. – Obchodzi mnie z czym przychodzisz.
– Z pomocą.
– Z pomocą? – Prychnął. – Słyszałem już kiedyś te słowa, tylko od kobiety. Wiedźmy, ale wiedźmą wcale nie była. Nie tylko. Powiedzcie o mnie, co chcecie, ale mógłbym przysiąc, że ta kobieta była czarownikiem... albo czarownicą, czy jak to tam można zwać, bo nie parała się magią ziół jak wiedźma, ale jednym ruchem dłoni spopieliła kilkunastu moich wojowników.
Kruczarz uniósł brwi. Syriam tylko pokręcił głową w niedowierzaniu nad naiwnością tak pyszniącego się swym rozsądkiem wodza.
– A czy nie ma już Opiekunów od wieków przemierzających te ziemie i strzegących pradawnej wiedzy? Ich moc jest mocą mszczących się bogów, niewprawne oko z łatwością można w ten sposób wprowadzić w błąd.
Twarz Ragda przeszył gniewny grymas. Cóż to za człowiek śmiał przybywać tu i rozsiewać głupie przesądy?
– Nie wierzę w bajania o bóstwach, więc jeśli nie chcecie nadużywać mojej cierpliwości i podzielić losu tych oszustów, lepiej nie powołujcie się na podobne wymysły. Poza tym trzeba wam wiedzieć, że kobieta ta nie miała w sobie nic z pobożności ani stateczności Opiekunek. Nigdy nie głosiła nauk i była obca na tej ziemi. Mówiła, że pochodzi z cesarstwa. Ale mniejsza z tym. Zjawiła się nagle i twierdziła, że przychodzi z pomocą...
– Jak miała na imię ta kobieta? – przerwał mu Kruczarz.
Ragd znów chciał unieść się gniewem i kazać swoim ludziom wybatożyć bezczelnego czarownika i znów wzięła go jakowaś niemożność.
– Żira ze Zboru Lasów – wyszeptał z wahaniem i troską, której nawet przez tyle lat nie potrafił się pozbyć. – Tak się przedstawiała.
Piekielny mściciel zdumiał się na dźwięk tego imienia, ale tylko na krótką chwilkę, która umknęłaby każdemu, kto nigdy nie widział u Neana zaskoczenia. Syriam widział – wtedy, kiedy przybyli go zabić i kiedy im się to udało, Kruczarz był nadzwyczaj zaskoczony.
– W każdym razie przybyła do mnie taka przed dwoma albo trzema laty, gdy walczyliśmy z sojuszem Haligdów i Naimów. Powiedziała tak jak wy, że przychodzi z pomocą. Zawarliśmy umowę. Obiecała mi zwycięstwo bez utraty ani jednego żołnierza, a ja w zamian miałem oddać jej to, czego tylko sobie zażyczy. Owszem, podarowała mi zwycięstwo bez utraty ani jednego żołnierza, bo jedną czwartą z nich wraz z końmi przemieniła w upiory, które do dziś milczące i otępiałe błąkają się po Morzach Wschodnich. Na dodatek w zamian zażądała, bym oddał jej swoich pięć najstarszych córek i nawet nie chcesz sobie wyobrażać, czarowniku, co z nimi zrobiła.
Ragda przeszył dreszcz. Pamiętał krew, krew, krew, wszędzie krew, krew jego córek, krew jego i jego przodków, w czarach i flakonikach pośród innych upiornych przedmiotów.
– Wyobrażam sobie – odparł Nean.
– Czy wy też zamierzacie związać się ze mną podobną umową? Sądzicie, że raz jeszcze nabiorę się na te same oszustwo?
– Podobną nie, ale na pewno umową. Mogę wam jednak obiecać, że nie zażądam niczego, co skrzywdziłoby was albo waszą rodzinę. Wystarczy, że każecie mi to obiecać przy zawieraniu paktu krwi.
– I obiecasz?
– Tak.
– Więc po co ci ta umowa? Nie wystarczy zwyczajna obietnica zapłaty?
– Nie. Pakty krwi niosą za sobą wielką moc. Są bowiem sojuszem opartym na wielkim zaufaniu. Zapytajcie pana ze Złotej Osnowy.
Obaj skierowali ku czarodziejowi wyczekujące spojrzenia, aż się skulił. Nienawidził magii krwi, która wedle prawa cesarskiego i większości innych krajów była nielegalna, co nie znaczy, że niestosowana. Najbardziej niepokoił go fakt, że Ragd zamierza zawrzeć ów umowę z wrogim mu przybyszem z zaświatów. Czy magia krwi niosła za sobą wystarczającą moc, by Nean mógł zażądać jego duszy? Gdyby ktoś spytał go o to przy jakiejkolwiek innej okazji, odpowiedziałby przecząco. Ale nie przy tej.
– Słowa waszego gościa z Czarnej Wody są prawdą, Najjaśniejszy Panie. – Głos załamał mu się w połowie. Drżał.
– Więc w czym właściwie chcecie mi pomóc? – spytał Pan Wszystkich Stepów, odprężając się i opierając wygodnie na siedzeniu, które jako jedyne przypominało o cywilizacji przez masę poduszek stanowiących błogosławieństwo dla wiecznie obolałych pleców Ragda. – Tylko do tego jeszcze nie doszliśmy, a może się okazać, że wcale nie potrzebuję pomocy tak pilnie, jak sobie szanowny czarownik wyobraża.
– Czy mylę się twierdząc, że od lat oczekujecie narodzin drugiego syna?
Oblicze Ragda spochmurniało.
– Nie mylicie się, ale niedługo przyjdzie na świat kolejna dwójka moich dzieci. Ile mam już córek? Wierzysz, Kruczarzu, że siły natury są aż tak złośliwe, bym znowu nie otrzymał syna? Jakie są na to szanse?
– Bardzo duże. Ze wszystkich wróżb, jakie poczyniłem po przyjeździe na twe ziemie, wynika, że oto doczekasz się kolejnych dwóch córek. Istnieją jednak czary mogące sprawić, byś z całą pewnością otrzymał także upragnionego syna.
– Ale każde życie ma swoją cenę, prawda? Inne życie?
– Prawda.
– Miałbym położyć swoją krew na szali? A może tego syna, którego już mam, co? Znam te sztuczki.
– Krew jego matki.
– Umrze?
– Tak.
W zapadłej ciszy dało się dosłyszeć odległe nawoływania. W obozie panowało jakieś poruszenie, ale wyraźnie nieszkodliwe, bo nikt nie nadbiegał, by poinformować o nim Ragda. Na zewnątrz wychodziło słońce, a życie biegło odwieczną wojenną ścieżkę, lecz w namiocie panowała zimna grudniowa noc. Wdzierał się chłód. Dłonie i twarz drętwiały.
Kruczarz i Ragd mierzyli się wzrokiem niczym wąż ze swą ofiarą.
– Mam poświęcić na to życie swojej żony?
– Nowe życie zawsze wymaga, by kogoś poświęcić. Bardziej lub mniej. W taki albo w inny sposób. Coś musi umrzeć, by coś innego mogło się narodzić.
– Ale syn ten będzie normalny? Taki jak wszystkie inne dzieci?
Decyzja zapadła już w sercu Ragda i musiał się tylko upewnić. Nie ważne czy jego żony powiją synów czy córki – im więcej ich, tym większa szansa, że któryś odziedziczy tytuł i armię. Oto kolejna życiowa okazja. Nie mógł marnować jej przez sentymenty. Jakie znaczenie miało jedno życie wobec setek zabitych w wojnie, którą zamierzał rozpętać? Nowy ład wymagał poświęceń.
– Najzwyklejszy. Taki jak wszyscy synowie, taki jak ty. Nie pozostanie na nim żadne magiczne piętno. Po fakcie nikt nawet nie zdoła rozpoznać udziału magii.
Coś bębniło wewnątrz namiotu. Ragdowi wydawało się początkowo, że to deszcz, ale były to uderzenia palcami o metal. Kruczarz wygrywał przedziwną melodię na trzymanym w dłoniach naczyniu. Mimo wydawanego dźwięku naczynie wyglądało na drewniane.
– A co ty z tego będziesz miał, czarowniku?
– Jak mówiłem, pakt krwi to sojusz opary na zaufaniu. Gdybym zdradził ci moje zamiary, moc naszego paktu osłabłaby.
– Brzmi jak oszustwo.
– Sprzymierzasz się, panie, z diabelskimi mocami. W ustach diabła wszystko brzmi jak oszustwo, lecz czasem nawet i diabeł mówi prawdę.
Ragd raz jeszcze obejrzał się na cesarskiego czarodzieja, żałując, że nie był dla niego bardziej uprzejmy. Być może wówczas udzieliłby mu dokładniejszych wyjaśnień. Nie tylko przez atak można się mścić – przyszło mu na myśl.
– Zgoda.
Czarownik sięgnął między poły swej obszernej szaty i wydobył stamtąd niewielki sztylet o ostrzu czarnym niby otchłań i rękojeści białej niby twarz umarłego, rzeźbionej na dodatek w ludzką czaszkę. Na ten widok serce Ragda przez chwilę zabiło mocniej, ale tylko przez zaskoczenie, bo podobne ostrza przywozili czasem kupcy z północy, znalazłszy je ponoć wśród starych ruin, których pełno było w tamtych stronach.
– Nie macie tu żadnego stołu? – spytał Kruczarz, szukając miejsca, gdzie mógłby postawić swoje naczynie, już nie drewniane, nawet nie metalowe, ale szklane. Nie, nawet nie szklane – wyrzeźbione w lodzie.
Ragd spojrzał ku dotąd skulonemu w kacie pachołkowi.
– Ty, będziesz to trzymał.
Czarownik bez oporów podał chłopakowi naczynie.
– Nie trzęś się tak, bo jak wylejesz, będziemy mieli olbrzymi problem – poradził tylko. Pachołek nawet nie miał odwagi na niego spojrzeć.
– Mam to zrobić sam, czy ty to zrobisz? – spytał Ragd.
– Jak wolicie, Najjaśniejszy Panie.
Przełknął ślinę. Nie potrafił powstrzymać paniki przed widokiem czarnego jak węgiel ostrza, a przecież otrzymał w swoim życiu niezliczoną ilość ran, przy których nacięcie skóry sztyletem było zaledwie błahostką.
– Zrób to – polecił, nie patrząc czarownikowi w oczy.
Kruczarz podwinął rękawy i oczom Ragda ukazały się przedramiona jeszcze bielsze od twarzy, na dodatek poznaczone jakimś przedziwnym wzorem. Wziąłby go za tatuaż, ale przypominał lód zamrożony pod skórą. Wrażenie pogłębiały zimne, kościste palce, którymi ujął jego ręce. Zupełnie jakby Ragd trzymany był przez lodowego upiora. Nigdy w nie nie wierzył, ale słyszał, że wszystkie są blade i zielonookie. Mają też białe włosy, ale przecież w tym jednym pogłoski mogły się mylić. Czy Kruczarz nie wspominał o wietrze znad Białej Równiny? Czy te zimne wiatry nie wzywały go z powrotem?
Poczuł ukłucie bólu. Parę czerwonych kropel opadło na dno kufla. Dźwięk był dziwnie głośny i metaliczny. Do wnętrza namiotu wdarł się kolejny chłodny powiew.
– Wiesz jak złożyć przysięgę?
– Wiem. – Ledwie udało mu się zapanować nad głosem. – Ja, Ragd, Pan Wszystkich Stepów pragnę złączyć się wraz z Kru... Neanem z Czarnej Wody paktem krwi, który przyrzeka mi, że z pomocą swoich zaklęć przyczyni się do przyjścia na świat mego drugiego syna w zamian za dowolną nagrodę, o jaką poprosi, pod warunkiem, że nie uczyni w ten sposób krzywdy mnie ani mym bliskim.
– Dobrze, zabierz rękę – poprosił czarownik. – A ty nie uciekaj – zwrócił się do pachołka wyglądającego, jakby miał zemdleć.
Kruczarz wyciągnął rękę nad naczynie i naciął również własną skórę. Krew, która pociekła mu po dłoni była niemal czarna. Być może tylko przez kontrast z niezwykle bladą skórą, lecz i tak robiła upiorne wrażenie. Uderzenia kropli o dno naczynia było jak huk gromu. Ragd zdawał sobie sprawę, że to tylko ułuda jego umysłu, ale kulił się za każdym razem.
Syriam dawno już ukrywał się w kącie, szlochając i szepcząc coś o łapówkach. Nie lepiej było ze strażą Pana Wszystkich Stepów. Na szczęście czarownik w porę odebrał naczynie z krwią od pachołka, bo chwilę później padł on nieprzytomny na ziemię.
Kruczarz powtórzył przysięgę, ze zmianami stosownymi do roli, jaką miał odegrać. Gdy skończył, naczynie dotąd przypominające wyrzeźbiony w lodzie kubek zmieniło się w szkarłatny klejnot, który natychmiast wylądował w jednej z licznych kieszeni przedziwnego stroju przybysza.
– A twoja obietnica, czarowniku, nie pomniejszy mocy teko układu? Wszak jest to sojusz oparty na zaufaniu – spytał wódz, widząc, że Kruczarz zamierza opuścić jurtę, nie rzuciwszy ani słowa pożegnania, czy choćby wyjaśnienia tego, co teraz powinno nastąpić.
Czarownik zatrzymał się, przykrywając czernią plamę światła wpadającego przez wejście.
– Nie – odparł, wciąż stojąc plecami do władcy. – Jest jeszcze dostatecznie dużo powodów, byś żywił do mnie nieufność. Poza tym moja krew nadaje paktowi dodatkową moc.
Ragd nie mógł wówczas widzieć jego twarzy, ale ci, którzy ją widzieli, jeszcze długo po upadku Armii Mórz Wschodnich opowiadali, iż wychodził stamtąd z uśmiechem kupca robiącego właśnie interes życia. Przy każdym powtórzeniu opowieści, zazwyczaj w cieple płonącego pod niebem ogniska lub we wnętrzu karczmy i przy pomocy grzanego wina, odzywały się głosy, że tak właśnie było – oto tajemniczy przybysz zwęszył okazję do kolejnego oszustwa. Tylko nieliczni, ci mniej pijani, pukali się w głowę, rozumiejąc związek tej umowy z dalszymi wypadkami.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1830
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Kruffachi » 25 lipca 2016, 18:45

Po tym, co pisałaś, wnioskuję, że trochę cię zaskoczę stwierdzeniem, że te dwie wstawki wydają mi się lepsze od pierwszej i drugiej. Znów jest bardziej "Kruczarzowo", znowu sobie dajesz więcej oddechu i luzu, a pierwsze poważniejsze zarzuty zaczynają się w momencie, w którym - w czwartej wstawce - znów wchodzi na scenę Nean. Aż się zaczęłam zastanawiać, czy problemem cyklu o Kruczarzu nie jest... sam Kruczarz. Czy Ty się, dziewczyno, za bardzo z nim nie spinasz. Czy Ci na nim - jako na postaci - nie za bardzo zależy. Żeby za wszelką cenę utrzymać wokół niego mroczną i tajemniczą atmosferę, żeby go czymś "nie popsuć".

Dał mi do myślenia w tej kwestii początek czwartej części, w której po raz kolejny na przestrzeni cyklu stosujesz dokładnie ten sam chwyt, który widziałam już w obu poprzednich tekstach cyklu, a nawet w tym, to znaczy najpierw zapowiadasz pojawienie się Kruczarza niejako z dystansu, przez plotki i legendy, by wprowadzić go na tak przygotowany już grunt. To nie jest zły zabieg, ale na tym etapie znajomości z bohaterem i po czterokrotnym (!) powtórzeniu, zwyczajnie stracił moc. Wręcz przeciwnie, zaraz zacznie wywoływać kręcenie nosem. Może trzecie opowiadanie to już odpowiedni czas, żeby nieco przełamać postać? Powiedzieć o niej coś więcej (i nie mam na myśli faktów z życiorysu)? po prostu pozwolić czytelnikowi się do niej zbliżyć, nawet jeśli miałoby to skutkować odczarowaniem owej mroczności?

Podoba mi się za to portret ludzi traw i ten konflikt z osiadłym życiem wielkiego imperium. To w historii niejednokrotnie był czynnik mocno napędowy (skojarzenia z Atyllą nie są przypadkowe, prawda? ;) ), więc węszę świat na krawędzi zmiany. W ogóle odmalowywanie egzotyki ładnie Ci wychodzi. Podoba mi się sposób, w jaki to robisz, informacje rzucając mimochodem, tak, że czytelnik przyswaja je całkowicie naturalnie i swobodnie, a jednocześnie - ja przynajmniej - jest zaciekawiony nowym aspektem. Światotwórstwo na pięć.

Jedyne, co mnie tu ubodło w oczy, to anachroniczność rozważań o cywilizacji i jej naturze - to są późne pojęcia, późne tematy. Raczej nie na jurtę i wodza koczowników. Raczej nie na imperium na quasi-średniowiecznym poziomie rozwoju nawet. Motyw fajny, ale niech pozostanie między słowami i widoczny w akcji.

Znów pojawia się upokarzanie bohatera, tym razem nie po to tylko, żeby pokazać jego niższy status (choć to też), ale również dlatego, że jest "tym złym". Tak więc nasz czarodziej nie potrafi jeździć konno (znów ten motyw), jest kompletnie nieprzygotowany do warunków, w konsekwencji wygląda jak łach i jeszcze wymiotuje na scenie...

A. Z takich luźnych skojarzeń, te dwa kruki mnie ciągle do Odyna ciągną ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 197
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Kimchee » 25 lipca 2016, 20:34

Krin, czy Ty coś zmieniałaś od czasu mojego komcia, czy mogę potem go wkleić do tematu?

Kruffachi pisze:Aż się zaczęłam zastanawiać, czy problemem cyklu o Kruczarzu nie jest... sam Kruczarz. Czy Ty się, dziewczyno, za bardzo z nim nie spinasz. Czy Ci na nim - jako na postaci - nie za bardzo zależy. Żeby za wszelką cenę utrzymać wokół niego mroczną i tajemniczą atmosferę, żeby go czymś "nie popsuć".
Kruffa może mieć bardzo rację ;) Pamiętam, że miałam kiedyś taki etap, że bardzo chciałam, żeby wszyscy lubili akurat tego bohatera, którego ja lubię najbardziej i... no, nie kończyło się dobrze. Teraz się kieruję trzema zasadami bohater ma być jakiś, ma wzbudzać emocje i ma być wiarygodny. I od razu wszyscy są bardziej zadowoleni ja, czytelnicy, i bohaterowie, którzy nie są katowanie przez narratora. A swoich ulubieńców mam nadal, tylko nie "sprzedaję" ich na siłę czytelnikowi.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Krin » 26 lipca 2016, 12:57

Kruff
Aż się zaczęłam zastanawiać, czy problemem cyklu o Kruczarzu nie jest... sam Kruczarz. Czy Ty się, dziewczyno, za bardzo z nim nie spinasz. Czy Ci na nim - jako na postaci - nie za bardzo zależy. Żeby za wszelką cenę utrzymać wokół niego mroczną i tajemniczą atmosferę, żeby go czymś "nie popsuć".
Czy ja wiem, czy ja się spinam? Może mnie za bardzo ponosi mój Wewnętrzny Nekromancki Rechot. W ogóle to miałam nadzieję, że akurat w tym opowiadaniu pokażę Kruczarza także z nieco bardziej ludzkiej strony, bo w końcu w poprzednich opowiadaniach perspektywa Kruczarza praktycznie się nie pojawia, chyba tylko raz w "Zapłacie", kiedy wychodzi z wieży Tagridura. Ale cóż... Następnym razem pochylę się zwłaszcza nad przedstawieniem postaci Kruczarza, choć wiem już od dawna, jaka będzie fabuła następnego opowiadania i może to nie być takie proste. Ale dla ciebie wszystko ;)
Dał mi do myślenia w tej kwestii początek czwartej części, w której po raz kolejny na przestrzeni cyklu stosujesz dokładnie ten sam chwyt, który widziałam już w obu poprzednich tekstach cyklu, a nawet w tym, to znaczy najpierw zapowiadasz pojawienie się Kruczarza niejako z dystansu, przez plotki i legendy, by wprowadzić go na tak przygotowany już grunt.

Mówiąc szczerze, chciałam zaznaczyć odrębność scen dziejących się w Syvante od tych dziejących się na Wschodnich Morzach i właśnie przywołać skojarzenie z początkiem "Zapłaty" czyli "Człowieka tego powleczono do Lamre pierwszego dnia zimy.". Tylko nie pomyślałam, że do tej samej kategorii scen zaliczysz rozważania Aleda. :(
Jedyne, co mnie tu ubodło w oczy, to anachroniczność rozważań o cywilizacji i jej naturze - to są późne pojęcia, późne tematy. Raczej nie na jurtę i wodza koczowników. Raczej nie na imperium na quasi-średniowiecznym poziomie rozwoju nawet. Motyw fajny, ale niech pozostanie między słowami i widoczny w akcji.

Dlaczego nie? Pomijając fakt, że nie lubię ścisłego stylizowania na daną epokę, to Ragd miał być takim właśnie "królem-filozofem", który pobierał nauki na zachodzie, a potem je odrzucił.
Znów pojawia się upokarzanie bohatera, tym razem nie po to tylko, żeby pokazać jego niższy status (choć to też), ale również dlatego, że jest "tym złym". Tak więc nasz czarodziej nie potrafi jeździć konno (znów ten motyw), jest kompletnie nieprzygotowany do warunków, w konsekwencji wygląda jak łach i jeszcze wymiotuje na scenie...
Tu też będę się bronić. Nie chodzi o to, że Syriam jest tym złym. Chodzi o to, że przez zamach na Kruczarza zdobył moc i sławę, na którą w pewnym sensie nie zasługiwał. Miało to być także podkreślenie różnicy między wschodem a zachodem.
A. Z takich luźnych skojarzeń, te dwa kruki mnie ciągle do Odyna ciągną ;)
Kruki Odyna to Hugin (Myśl) i Munin (Pamięć), a kruki Kruczarza to Bezmyślność i Zapomnienie. Przypadek? Nie sądzę ;)

Kass
Krin, czy Ty coś zmieniałaś od czasu mojego komcia, czy mogę potem go wkleić do tematu?
Chciałam, ale ostatecznie poprawiłam tylko wskazane błędy, bo nie bardzo wiedziałam, jak zmienić to, o czym mówiłaś. :(

W ogóle to chętnie bym posłuchała, co myślisz o tym, o czym pisze Kruff? Też uważasz przedstawienie Kruczarza za aż tak wywracające gały? XD
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 197
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Kimchee » 26 lipca 2016, 22:17

Cóż, myślę, że mam większą tolerancję na różne przepakowania i wywracanie gałów niż Kruff, poza tym mam nad nią przewagę, że czytałam całość opowiadania. Nadal uważam, że w kontekście całości Kruczarz wypadł najlepiej z dotychczasowych wstawek.dlaczego tak myślę, też ci napisałam.


Kruczarz faktycznie jest postacią problematyczną i pewnie byłby dla każdego piszącego. Nie pomaga też to, że wszystkie dotychczasowe opowiadania o nim mają mniej więcej ten sam schemat (tak wiem, że to niby planowane, ale przy którymś z rzędu tekście to po prostu nudzi). Zjawia się Kruczarz, Kruczarz przechytrza wszystkich, Kruczarz na końcu jest górą. Momentami inni bohaterowie wypadają przy Kruczarzu jak trochę niedorozwinięci. Bardzo podkreślasz tę jego wszechmoc, ale ja jako czytelnik momentami odnoszę wrażenie, że potęga i wielkość Kruczarza wynikają raczej z tego, że inni zostali opisani jako ci gorsi. To ten rodzaj przepakowania, który działa na niekorzyść postaci. W dodatku magia w Twoim świecie jest opisana tak, że praktycznie nie ma granic, więc i Kruczarz nie ma granic.

Myślę, że poza własną perspektywą narracji dobrym posunięciem byłoby wprowadzenia jakichś ograniczeń albo dla samej magii, albo tylko dla Kruczarza; danie Kruczarzowi jakiejś słabości, albo lepiej - niejakich, kurka, trafi w końcu na godnego przeciwnika, takiego, na którego ta jego magia w głosie nie będzie działała, bo na razie ci jego przeciwnicy są tacy trochę kreskówkowi. Chciałabym przeczytać choć jeden tekst, gdzie Kruczarz nie jest na końcu górą.

Szukam właśnie w głowie przykładów z literatury. Jak jakiś sobie przypomnę, dam znać.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Krin » 28 lipca 2016, 13:03

Kass, nie podjęłam tematu, ponieważ myślę, że trudno byłoby go podjąć bez omawiania także tych fragmentów, których jeszcze nie wrzuciłam. Następnym razem będę wrzucać większe partie, bo widzę, że nie bardzo wam przypadła do gustu moja metoda, a ja nie zamierzam nadwyrężać waszej - i tak już pewnie mocno nadwyrężonej - cierpliwości.

Uwaga, uwaga Kruczarz i jego przebajerzona magia w akcji!
V Stał w cieniu samotnego drzewa, niemal nierozpoznawalny bez obszernej szaty – w białej koszuli, ciemnych spodniach i skórzanych butach do połowy łydki. Na pierwszy rzut oka można by go uznać za jeszcze jednego z jeźdźców Ragda, ale z bliska daleko mu było do żołnierzy w futrzanych kamizelkach, a bliżej do skromnego syvantyjskiego mieszczanina w letni dzień.
Nawet twarz Neana przywodziła na myśl oblicze zamyślonego młodziana, który zatrzymawszy się na rogu ulicy wyczekiwał spotkania z przyjacielem. W ręku trzymał latarnię – zapaloną i choć jasną, nie przebijającą ciemności wokół, o fioletowym blasku drażniącym wzrok.
Pędzący po stepie Syriam nie miał szans, by go zauważyć. Zamiast po cichu uciec z obozu, gnał, poganiając konia okrzykami, z rozwianym włosem i długą szatą łopoczącą na wietrze. Ledwie utrzymywał się na grzbiecie wystraszonego zwierzęcia.
Dobrze, że służby i trębaczy ze sobą nie wziął – kpiła Żira. – Mogę?
– Czekaj – szepnął, odruchowo spoglądając ku zdezorientowanym latryjczykom. Jak mieli poradzić sobie bez czarodzieja na obcej ziemi w otoczeniu wrogo nastawionej armii? Biegali od namiotu do namiotu, wypytując się wzajemnie, gdzie Syriam mógł wyjechać o tej porze.
– Wróci – uspokajał najstarszy ze sług czarodzieja, którego Nean pamiętał jeszcze z czasów studenckich. W świetle nielicznych pochodni rozpoznawał zaplecioną w warkocze brodę.
Oj tak, wróci – Żira nadal nie potrafiła powstrzymać śmiechu. – Mogę?
– Chwila. Za blisko jest.
Syriam zwolnił, zdążywszy oddalić się na tyle, by nie można go było wypatrzyć z obozu Pana Wszystkich Stepów. Nean mógł go oglądać jeszcze przez chwilę. Potem zniknął za wzniesieniem – tym samym, na którym zaledwie przed paroma dniami ludzie oddawali cześć bóstwu z głową kruka. Po to miał jednak Bezmyślność i Zapomnienie, by nie musieć gonić za czarodziejem. Z góry widok na uciekającego mężczyznę był całkiem malowniczy. Najbardziej wówczas, gdy mężczyzna spadł wreszcie z konia i niemrawo podnosił się z ziemi.
– Teraz możesz – mruknął Kruczarz.
Wrzask ambasadora musiano słyszeć w odległości wielu kilometrów. Rozbłysła czerwona łuna. Syriam wykrzyczał zaklęcie. Nean nie mógł go usłyszeć, ale czuł jak jego moc zderza się z mocą Żiry. Od ich ostatniego spotkania czarodziej nie tylko nadrobił zaległości, ale też bardziej przykładał się do czarów – mimo przerażenia i pośpiechu, każde słowo wypowiadał wyraźnie, a każdy gest wykonywał niemal wzorowo. Gdyby jeszcze nie sprawiał wrażenia, jakby moc miała mu się zaraz wyrwać spod kontroli, Nean byłby pod wrażeniem.
Ludzie Ragda także obserwowali pojedynek. Jeśli Pan Wszystkich Stepów zamierzał ukrywać, że ma po swojej stronie znawców magii, to właśnie się zdradził – kilkanaście umysłów przebiegło ku polu bitwy w odległości zaledwie paru metrów od Kruczarza. Nie włączyli się do walki. Część obserwowała, część szukała intruza.
Neana znaleźli natychmiast i natychmiast przekonali się, że to nie on jest tajemniczym agresorem. Ale Żira? Usta wykrzywił Kruczarzowi kpiący uśmiech. Szukaj demona w kłębku mocy...
Syriam odpierał ataki wiedźmy, od czasu do czasu odpowiadając własnymi, rzucanymi na oślep. Nie miał pojęcia, kim jest przeciwnik, a tym bardziej jak go dosięgnąć. Mimo to żadne z nich nie osiągało przewagi na dłużej niż kilka sekund. Żira potrafiłaby trwać w tej równowadze jeszcze z tydzień, ale Syriam zbliżał się nieubłaganie do granicy wytrzymałości.
Niestety Nean nie mógł mu na to pozwolić.
– Zaraz zrozumieją. Przywiąż go i kończmy – powiedział.
A mogę...
– Nie.
Nacisnął na jej duszę tak mocno, aż zawyła. Czerwona łuna zniknęła. Ataki ustały. Syriam dopadł konia, wskoczył mu na grzbiet i pognał jak szalony, czym tylko ubawił ich oboje. Nie mógł odjechać daleko. Za nie więcej niż kilometr zaklęcie Żiry miało mimo woli poprowadzić go z powrotem.
Syriam potrzebny mu był na miejscu. Kogo innego miał poświęcić? Zapewne Żirę, w końcu w każdej chwili miał ją pod ręką.
Ale Żira przyda się do znacznie większych przedsięwzięć – powtarzał sobie. – Jest zbyt cenna, by marnować ją na błahostki.
Czarownicy Ragda chwilę jeszcze stali w wejściach do jurt, swobodnie krążąc umysłami wokół obozowiska i wypatrując ewentualnego zagrożenia. Żeby jednak dojrzeć wpływ Żiry musieliby odnaleźć Syriama, ale najpewniej uznali czarodzieja za poległego, toteż nie męczyli się niepotrzebnie – odeszli, aby donieść o zdarzeniu władcy. Jeśli mieli dość rozwagi – w co Nean nie wątpił – część z nich została na straży, ale czarodziej z Czarnej Wody nie zaplanował na tę noc więcej występków, toteż nie miał powodów do przejmowania się.
Nie oznacza to, że nie zaplanował nic niemoralnego. Kiedy Ragd, otrząsnął się po zawarciu paktu, przywołał czarownika z powrotem i umówili spotkanie o północy, by od razu wcielić plan w życie. Do tego czasu miał odpocząć w jurcie pozostałej po przyjacielu wodza powieszonym za zdradę i „degenerację charakteru na wzór zachodni”.
Po drodze witały go spojrzenia spode łba i pomruki w melodyjnym, nieco śmiesznym języku, który rozumiał tylko połowicznie. Nie odebrały mu dobrego humoru. Gdy dotarł na miejsce, przez chwilę napawał się podmuchem zimnego powietrza znad Białej Równiny i wszedł do ciemnego wnętrza, by natychmiast paść na posłanie pełne nielegalnych w tak bliskim otoczeniu Pana Wszystkich Stepów poduszek. Ułożył się wygodnie i oto był Nean – propagator degeneracji z zachodu, tajny agent cuchnących luksusem miast.
– Z zachodu czy z północy? – spytał siebie na głos.
Pochodzisz z północy? – Usłyszał w głowie pytanie Żiry.
– Bogowie... Podsłuchujesz mnie?
Sądziłam, że z samym sobą rozmawiają tylko szaleńcy, więc pytanie powinno być skierowane do mnie. Zresztą... Co innego miałabym robić? Masz pojęcie, jakie nudne jest mieszkanie w latarni? Ktoś ci powinien kiedyś zrobić coś podobnego.
– W wolnym czasie wymyśl własny system filozoficzny, który pomoże ci zrozumieć korzyści płynące z tego stanu rzeczy. Albo własną religię, jak na porządnego demona przystało.
I kto mi będzie oddawał cześć? Ty?
– Jeśli wymyślisz sobie jakieś przyjemne obrzędy i ładnie poprosisz...
Demony nie proszą.
– Jeszcze zobaczymy.
Milczała przez dłuższą chwilę i już myślał, że to koniec rozmowy. Niemal zasnął.
– Od dawna rozmawiasz ze sobą? – spytała, przywołując go z powrotem na jawę. – Ciągle to słyszę. Mogłeś nie pozbywać się Rina. Jeśli nie masz z kim rozmawiać, rozmawiaj ze mną.
Uznał przypominanie jej, że sama podżegała go do zabicia chłopaka za bezcelowe. Miał ochotę odpędzić jej umysł za pomocą kolejnego uderzenia woli, ale zrezygnował, nie chcąc szarpać się z nią akurat wtedy, kiedy była mu bezwzględnie potrzebna.
– Żiro... – Zmrużył oczy, na próżno próbując przypomnieć sobie twarz kobiety. Nieswojo się czuł, rozmawiając z niematerialną istotą w sytuacji tak codziennej i nijak nie związanej z rzucaniem zaklęć. – Muszę odpocząć. Uwierz, że jak mnie wykończysz, raczej nie znajdzie się drugi taki cierpliwy czarodziej jak ja.
Odpoczniesz później. Czy boisz się złych snów i poczucia winy? Dlaczego nie powiedziałeś mu, że nikt nie musi umierać? Nie spodziewałam się tego po kimś tak uczciwym.
Nean i uczciwość... Przez moment był pewny, że żartuje i roześmiał się, ale zaraz dotarła do niego powaga Żiry. Oto jak bardzo miała wypaczoną moralność ta kobieta, że kogoś kto oszukał ją i uwięził, mimo wszystko uznawała za osobę wielce uczciwą. Z kimże on związał swój los? Powinien częściej pamiętać, jaka jest wypaczona, a nie prowadzić z nią przyjacielskie pogawędki. Czyżby dawał się zwodzić demonowi? On? Zazgrzytał zębami na te myśl.
– A chciałabyś tu czekać dziewięć miesięcy?
Ale czy to do końca zgodne z umową? Takie uchybienia mogą...
– Tylko troszeczkę. Powiedziałem przecież, w jaki sposób zamierzam to zrobić, zanim jeszcze zawarliśmy umowę. Od tego zacząłem i on przyjął taki właśnie sposób działania. Zresztą... – Odchrząknął. – Kto mnie próbuje pouczać? Słyszałaś, co mówił o tobie?
Słyszałam. Wyolbrzymia strasznie. Tak na ludzi działają złamane serca.
– Uwiodłaś go? – Próbował sobie wyobrazić tę wiedźmę próbującą choć przez chwilę zachowywać się uprzejmie. Uwodzenie w jej wykonaniu? Przed oczami miał ją tylko jako brudną i zmarzniętą przybłędę przywiązaną do ołtarza na cmentarzu albo jako oblepioną krwią wiedźmę mordującą wieśniaków z Szarej Skały. – To musiało być coś nieprawdopodobnego.
Ja?! Ja jego miałam uwieść? Ja bym go nawet kijem nie tknęła! Własną żonę, choć taki ponoć we wszystkich zakochany, w kilka minut zdecydował poświęcić dla tak zwanej sprawy wyższej. Z takim kobieta nigdy nie wie, kiedy oczekiwać ciosu w plecy.
– Przecież nikt ci nie kazał za niego wychodzić.
A to dla takiego ważne myślisz? On nawet własne córki kochał bardziej niźli tylko miłością ojcowską.
– Uważaj, bo zaraz uwierzę, że akurat ciebie to gorszy. W Syvante rozmawialiśmy...
– Czarowniku, jesteście tam? – odezwał się głos z zewnątrz.
– Jesteśmy. – Nean podniósł się do pozycji siedzącej. Nie rozpoznawał głosu pytającego.
Dłoń w ciemnej rękawicy odchyliła zasłaniający wejście kawałek wojłoku, wpuszczając do środka blask ognisk. To pozwoliło mu dojrzeć młodzieńca nie wyróżniającego się niczym pośród mieszkańców równin z wyjątkiem znacznie porządniej skrojonego ubrania. Nean miewał problemy w odróżnianiu od siebie ludzi wschodu, lecz tym razem był pewien, że musi mieć do czynienia z krewnym Ragda.
– Rozmawiacie po ciemku? – Młodzieniec rozglądał się w poszukiwaniu rozmówcy czarownika. – Kto jest z wami?
– Nikt. Czego sobie życzycie, panie?
– Wiecie kim jestem?
– Domyślam się, że mam do czynienia z synem i następcą Pana Wszystkich Stepów Idiunem. Czuję się zaszczycony.
Nie był jednak na tyle zaszczycony, by chciało mu się wstawać i bić pokłony. Idiun nie zwrócił na to uwagi. Przebijając wzrokiem ciemność, próbował przyjrzeć się nielicznym bagażom. Nie było w nich nic szczególnego, przynajmniej nie z wierzchu, a przyszłemu wodzowi nie wypadało grzebać w worach przywiezionych przez przybłędę z zachodu. Przynajmniej nie wtedy, kiedy patrzył.
– Szukacie czegoś, panie? – spytał. Znajomość z przyszłym władcą Mórz Wschodnich mogła przynieść pewne korzyści, ale miał przecież odpocząć, a nie poddawać się rewizji.
– Nie macie tu światła?
Po chwili wahania czarodziej wydobył latarnię z duszą Żiry spoczywającą dotąd pod porzuconym na ziemi płaszczem. Młodzieniec wyglądał na zafascynowanego niezwykłym światłem, co nieco zaskoczyło Kruczarza. On sam dostawał raczej dreszczy na ten widok.
– Kiedy byłem chłopcem, a mój ojciec dopiero szykował się do podbojów, marzyłem, że kiedyś pozwoli mi studiować w Syvante. Ale słyszałem, że czarownicy kształcą się poza uznanymi uczelniami. Gdzie pobieraliście nauki?
– Przybyliście bym opowiedział wam o życiu czarownika?
– Tak. Odpowiesz?
Chyba masz nowego kandydata do terminu – powiedziała Żira, nie kryjąc rozbawienia. – A tak poważnie mówiąc, nie myślałeś nigdy, że w podróży, którą zamierzasz odbyć przydałby się jakiś towarzysz? Taki zapalony młodzieniec byłby idealny – silny i ślepo oddany człowiekowi, który spełnił jego największe marzenie.
Żałował, że nie może jej odpowiedzieć w obecności Idiuna. Nie podobała mu się ta rozmowa. Czarownicy nie opowiadają ani o swojej profesji ani o wykształceniu. Strach i niepewność to jedne z ich narzędzi.
– Uczyła mnie matka.
– Czarownice nie istnieją. Oczywiście, prócz tej, która przemieniła naszych żołnierzy w upiory. – Wywrócił oczami. – Wątpię w te historię. Siła nieczysta albo zamaskowany czarodziej. Albo czarownik.
– Moja matka była podobnego zdania, lecz nie należała do ludzi szczególnie konsekwentnych.
– Kpisz ze mnie?
– Skądże. Jedynie zaciemniam obraz sytuacji. My, czarownicy nie opowiadamy o swojej nauce. Niewiele tracisz. To opowieść o żmudnych poszukiwaniach znacznie częściej zakończonych całkowitą klęską niż choćby drobnym sukcesem. Dlatego większość z nas jest raczej odpowiednikiem wioskowych wiedźm, a nie prawdziwymi znawcami sztuki.
– Nie miewacie mistrzów?
– Miewamy. Często wielu. Ich także nie wymieniamy, bo nie chcemy nawet o nich pamiętać. Rzadko nauczają za darmo, a ceny mają bardziej wygórowane niż te w pieniądzach. Dlatego choć istnieje masa wyjątkowo słabych czarowników, istnieje też kilku potężniejszych od mistrzów z Syvante. Oni po prostu wiedzą, czym jest prawdziwe poświęcenie dla magii.
Młodzieniec wreszcie przestał krążyć wokół dobytku Neana. Usiadł naprzeciwko niego, podpierając głowę ręką. Nie patrzył na czarownika. Wzrok miał wbity w przestrzeń.
– To przechwałki?
– Nie, autoreklama albo groźba, jeśli wolisz. A teraz pozwól, że położę się i odpocznę, bo jak zapewne wiesz, jestem umówiony z twoim ojcem. Źle by się stało, gdybym był zmęczony podczas rzucania zaklęć i nie dajcie bogowie popełnił błąd.
Idiun niewiele sobie robił z lekceważenia pobrzmiewającego w głosie czarownika. Wywrócił oczami i wstał z głośnym westchnięciem.
– Skoro tak chcecie, życzę wam dobrej nocy, Kruczarzu. – Odwrócił się w jego stronę, już stojąc w wejściu. – I przyjemnych czarów.
Butny szczeniak – oburzyła się Żira, ale Nean nie miał siły na kolejną dyskusję. Wepchnął latarnię pod płaszcz, uprzednio nakazawszy jej pilnować go przed intruzami i zasnął. Zostało mu niewiele czasu.

VI Obudził go lodowaty podmuch. Wdarł się do wnętrza jurty, mimo że wejście było zasłonięte. A może to sen? Nean próbował przebić wzrokiem ciemność, ale nie dostrzegł nic nadzwyczajnego. Rozróżniał tylko kontury porzuconego w bezładzie dobytku.
Zrzucił z siebie skóry. Odczuwał niepokój i cały był zlany potem, lecz nie potrafił uchwycić resztek paskudnego snu majaczącego na krawędzi umysłu. Zawsze tak miał. Niegdyś pewien onejromanta powiedział, że wyczuwa w nim znaczny potencjał i zaproponował mu miejsce wśród swoich uczniów, ale niestety, choć Nean miewał prorocze sny nadzwyczaj często, zabrakło mu talentu do zapamiętywania ich.
Wstałeś wreszcie – stwierdziła Żira z wyrzutem w głosie. – Szkoda, że nic nie mówisz przez sen. Daren zawsze coś gadał i przynajmniej mogłam się pośmiać. Ty tylko nogami majtasz jak głupi.
O właśnie, jakby tego było mało podczas snu Nean milczał jak grób, co ostatecznie przekreśliło jego karierę onejromanty.
– Zamknij się.
– Nic nie mówię. Czekam, bo mam cię zaprowadzić.
Podskoczył. W wejściu stał Indiun z pochodnią w ręce. Nean był zły na siebie, że wcześniej nie zauważył małolata. Szczęśliwie, w przeciwieństwie do ojca, nie miał on skłonności do obrażania się, bo wolał nie tłumaczyć, że rozmawiał z uwięzioną w latarni duszą.
Dekoncentrujesz się, panie wielki czarodzieju – wyśmiała go Żira. – Lodowaty podmuch zamraża ci umysł?
Sądził, że gdyby Żira znała prawdę, nie śmiałaby się. Biała Równina potrafiła sprowadzić na człowieka szaleństwo. Nie wiedział wprawdzie, czy również z tak wielkiej odległości, ale niedawno przecież oboje znaleźli się w tamtych stronach. Jeśli faktycznie dosięgła go wówczas klątwa, mógł już myśleć o podróży do Śniących Bóstw.
– Poczekaj przed wejściem. Muszę się przygotować.
Widział rozczarowanie na twarzy Idiuna i nie istniała rzecz, która mogłaby mu sprawić większą przyjemność.
Młodzieniec wyszedł posłusznie, a Nean sięgnął po płócienne zawiniątko, z którego wyciągnął miecz o czarnej pochwie i z kunsztem wykonanych złotych zdobieniach. W jelcu tkwił krwistoczerwony rubin ściskany w paszczy przez wizerunek smoka. Choć broń była ostra i dobrze wyważona, przez liczne ozdobne elementy nie należała do niewygodniejszych w walce. Nie mówiąc już o tym, że kosztowała majątek. Nie kupił jej oczywiście – pożyczył od pewnego martwego czarodzieja. Bezzwrotnie.
A jakieś amulety ochronne? – upomniała go Żira.
– Dla mnie czy dla dziecka?
– Mówiliście coś panie? – Idiun wepchnął głowę do środka.
– Siedzisz i podglądasz mnie przez szczelinę? I przeszkadzasz? Chcesz, żeby komuś stała się krzywda? Na przykład synowi Pana Wszystkich Stepów?
Głowa Idiuna bez słowa opuściła jurtę.
Upierdliwy typ – powiedziała Żira. – Mam na myśli was oboje. Głupio by było, gdyby dziecko zmarło zaraz po urodzeniu, a już kompletnie bez sensu, żebyś ty miał tam zginąć. Nie mów mi tylko, że nie masz amuletów.
– Czyli mam wziąć amulet prewencyjny dla dziecka i amulet dla ochronny przed magią dla siebie? Nie za duża ostrożność?
Nie marudź.
– Matkujesz mi?
Tak. Jak wspomniałeś, nie mam innego czarodzieja pod ręką. Nie zamierzam się zadawać ani z dzikusami Ragda, ani tym bardziej z Syriamem.
Udając zrezygnowanie wziął się do poszukiwań niepozornego drewnianego pudełka zabezpieczonego z pomocą zaklęć. W głębi serca uznał rację Żiry, ale nie upadł jeszcze tak nisko, by przyznawać to na głos.
Po dłuższej chwili spędzonej na przypominaniu sobie odpowiedniego czaru oraz paru bezowocnych próbach, wieko uchyliło się, ukazując wnętrze – siedemnaście amuletów, wszystkie umieszczone w oddzielnych przegródkach. Przegródek było łącznie dwadzieścia – dwie pozostawił puste, a ostatnią zajmowały trzy pierścienie i jedna bransoleta. Stworzone zostały na drobną kobiecą rękę, więc nie mógł ich nosić, ale zachował je na pamiątkę.
Dla dziecka wybrał amulet o wyglądzie węża owiniętego białymi kwiatami, który podarował mu kiedyś czarodziej marzący o uzdrawianiu całej ludzkości za pomocą magii. Dla siebie wziął amulet w kształcie kruka – symbol boga Frigha podarowany mu w podzięce za pomoc jednej z Opiekunek.
A co robi ten drugi kruk, ten trzymający klejnot pełen dusz? – Nie zdążył zamknąć pudełka, nim znowu odezwała się Żira. – Wygląda na potężny.
– I jest potężny, więc nie zamierzam marnować jego mocy na byle władcę połaci suchej trawy i końskiego gówna.
Nic nie mówię. A może jakieś zioła? Kadzidło?
– Nie mam. Nie odzywaj się, bo zaraz znowu przyjdzie tu ten wścibski chłopak i nie będę ci mógł odpowiedzieć.
Zdziwiło go, gdy Żira posłuchała. Miał nadzieję, że nie postanowiła się obrazić i na przykład przestać ostrzegać go przed zagrożeniami. Była w końcu nie tylko demonem, ale jeszcze wredną babą.
Zawiesił na szyi amulet z krukiem, a amulet z wężem ukrył głęboko w kieszeni szaty.
– Ej! Przyszły władco trawy, będziecie tam mieli jakąś wodę? – zawołał.
– Każę przynieść. Chodźmy już. – Chłopak zaprosił go do wspólnej wędrówki gestem tak dworskim, że Nean zaczął wątpić czy zepsuty zachód nie zdemoralizował również syna wielkiego wodza.
– Będziesz się przyglądał?
– Mam zamiar.
– Nie boisz się?
– To tylko czarna magia. Mamy tu szamanów, wiesz? Używają nieco innych czarów niż wy, ludzie zachodu, ale magia to magia. Nieważne czy syvantyjska, tutejsza, czarna czy biała. Magia zawsze jest tak samo groźna, a ja zawsze potrafiłem sobie z nią radzić.
– Nie byłbym tego taki pewien.
– Wątpicie w moje umiejętności, czarowniku?
– Wątpię, by każda magia była równie niebezpieczna. Osobiście dzielę ją na tą, która może zaszkodzić i na tą, która może zabić.
– A magia lecznicza? Też zabija?
– Ona najprędzej, jeśli tylko potrafisz jej użyć w odpowiedni sposób. Albo gdy używanie jej idzie ci wyjątkowo źle.
Rozmowa urwała się wraz z przybyciem na miejsce. Wzgórze, na którym niegdyś znajdowała się kaplica Frigha zostało teraz obsadzone przez czarowników Ragda. On sam siedział na postumencie zajmowanym wcześniej przez posąg człowieka z głową kruka. Jego żona kuliła się obok. Wyglądała na zmarzniętą, a nie przestraszoną, więc najpewniej nie wiedziała jeszcze o przeznaczonym jej losie.
– Czy ci wszyscy obserwatorzy są tu bezwzględnie potrzebni?
Spojrzał po surowych twarzach ludzi traw. Nie wyglądali na szczęśliwych z faktu, że ich władca korzysta z pomocy obcego, nie wiadomo skąd przybyłego czarownika.
– A jest jakiś powód, dla którego mieliby nas opuścić? – Ragd przyjrzał mu się podejrzliwie. – Nie spodziewacie się chyba, że pozostawię siebie i swojego syna bez ochrony przed magią?
– Rozumiem, że macie na myśli konkretnie moją magię.
– Wspaniale jest spotkać w tych czasach inteligentnego i domyślnego człowieka. Nie gniewajcie się. Pewność, że wszyscy próbują mnie zabić to takie zboczenie zawodowe.
– A słyszeliście kiedyś o tajemnicy zawodowej? To jest z kolei zboczenie zawodowe czarowników.
– Ja płacę, ja wymagam.
– Oczywiście. – Gdyby nie wiązały ich wspólne interesy, Nean chętnie rzuciłby na Ragda klątwę wprost proporcjonalną do jego śmiałości. To co powiedział Idiunowi na temat własnej edukacji odpowiadało po części prawdzie. Szkoda, że nie powtórzył mu również najważniejszej z otrzymanych lekcji – nie próbuj rządzić tym, czego nikt nie jest w stanie spętać. Może powtórzyłby ojcu.
– Mógłbym prosić o powstanie? Ten kamień będzie idealny. I wy też się odsuńcie, a nie się plączecie pod nogami. – Ostatnie słowa skierował do szamanów stojących tak blisko, że dwoje z nich niemal dyszało mu na kark.
Nakreślił krąg wokół postumentu. Kazał stanąć na nim żonie Ragda – prześlicznemu ciemnowłosemu i ciemnookiemu stworzeniu, najpewniej najmłodszemu nabytkowi władcy. Na ledwie zauważalną chwilę chwyciła go za rękę. Ich spojrzenia spotkały się. W oczach miała strach i prośbę – albo wiedziała już co ją czeka, albo przeczuwała, że nie może to być nic dobrego.
Proszę. – Czy mu się wydawało, czy jej usta naprawdę złożyły się bezgłośnie w te właśnie słowo?
Nakazał Ragdowi zająć miejsce naprzeciwko żony i chwycić ją za ręce. Czterech szamanów trzymających pochodnie ustawił w kwadrat, a od właśnie przybyłej służącej odebrał przyobiecane przez Idiuna wiadro wody. Na szczęście razem z nim przyniosła też niewielki kubek.
Był gotowy. W normalnej sytuacji zorganizowałby to lepiej, ale i tak czuł dumę ze swych umiejętności organizacyjnych. Nie każdy czarownik dałby radę dowiedzieć się o problemie, zawrzeć umowę i przygotować rytuał w ciągu jednego dnia.
Gdyby nie ja, ty także byś nie dał – nie omieszkała zauważyć Żira.
Ciekawe czyj spryt pozwolił na to, by najpierw uczynić z ciebie demona, a później związać twoją magię – miał ochotę odparować, ale nie był pewien, czy potrafi to zrobić na tyle cicho, by nikt go nie usłyszał.
Odłożył latarnię na kamień i nabrał do kubka wody. Drugą ręką wykopał garść ziemi.
– Jak ci na imię? – spytał kobietę.
– Jera – odpowiedziała, nie patrząc w jego stronę. Musiała uznać, że wykute z lodu serce Kruczarza nie ma w sobie ani iskry współczucia, więc teraz błagalne spojrzenie koncentrowała na swym mężu.
– Ragdzie i Jero, mężu i żono. – Rzucił pomiędzy nich garść ziemi, by następnie wylać na nią kubek wody. – Mężczyzno i kobieto, którzy z ziemi i wody powstaliście, aby z krwi i kości dać potomstwo, tylko wasza więź na wieki wieków dać wam może spadkobiercę o czystym sercu i niezachwianej odwadze. Bądźcie jak glina, z której artysta stwarza dzieło doskonałe.
Słowa, które wypowiedział były w rzeczywistości starożytnym rytuałem zawarcia małżeństwa ludów północy, ale potrzebował czegoś, co definitywnie złączy tę parę jako przyszłego ojca i matkę, a nie miał pojęcia, jak wygląda ceremonia ślubna na Morzach Wschodnich. Wolał nie ryzykować.
Wyjął sztylet o czarnym ostrzu i białej rękojeści, by raz jeszcze upuścić krwi Ragda. Nie spotkał się ze sprzeciwem, więc minęła tylko chwila, nim wódz mógł opuścić rytualny krąg.
Krwi było bardzo niewiele, ale wystarczyło, aby z jej pomocą nakreślić na czole Jery symbol płodności.
– Z krwi ojca i z kości matki, z ojcowskiej odwagi i matczynego poświęcenia wzywam cię Fijernatesie, czyli człowieku zrodzony z płomienia, który spopiela trawy, synu Mórz Wschodnich.
Poczuł napływającą moc Żiry. Jera zaczęła krzyczeć. Ragd cofnął się. Szamani trzymający pochodnie chcieli wziąć z niego przykład, ale Kruczarz zatrzymał ich pełnym wściekłości spojrzeniem. Z przerażeniem patrzyli, jak kobieta chudła w nienaturalnym tempie z kończynami wygiętymi pod nienaturalnym kątem. Jej brzuch rósł – syn Ragda czerpał od swojej matki wszystko co najlepsze.
– Życie za życie – szepnął Kruczarz i rozpoczął pieśń w języku tego samego ludu, którego rytuałem złączył ze sobą małżeństwo.
Nie urwała się ona nawet wówczas, gdy Jera padła bez siły na ziemię, a on wyciągnął miecz z czarno-złotej pochwy i przeciął nim brzuch kobiety. Moc Żiry pokierowała nim tak, by nie uszkodził przy tym dziecka i mógł wyciągnąć je z prawie martwej kobiety. Poczuł ukłucie niepewności, czy na pewno dostanie to, czego oczekiwał, ale potomek Ragda faktycznie okazał się synem. Położył na jego piersi amulet w kształcie węża.
Nie musiał prosić o pomoc. Od razu podbiegła do niego służąca, która zajęła się dzieckiem i już niedługo w ciemnościach nocy można był usłyszeć jego pierwszy krzyk.
– Nie wynoś go jeszcze z kręgu – poprosił kobietę.
Stanął nad umierającą Jerą, patrząc w pełne żalu oczy. Lodu w jego sercu nie dotknął ani jeden płomyk poczucia winy. Uniósł miecz.
– Życie za życie – powtórzył, wbijając ostrze w serce. Poczuł jak magia pozostała w powietrzu gromadzi się w ciele chłopca, by dać dodatkowe siły niepewnemu jeszcze życiu.
– To koniec? – spytał Ragd.
– Tak. To koniec – odpowiedział Nean i poczuł jak ogarnia go zmęczenie. Padł na kolana, nie mogąc złapać tchu.
– Wiecie, co robić – rzucił wódz do swoich szamanów.
Nawet gdyby czarownik zdążył się poruszyć, i tak nie dałby rady zaklęciu rzuconemu jednocześnie przez piętnastu mężczyzn. Poczuł nagły ból, a potem jego głowa dotknęła mokrej od krwi trawy.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Kanterial » 29 lipca 2016, 02:11

Przed chwilą poszedł mail do ciebie, Krin, z moją wersją pliku. Nie ma tam jakiejś epickiej ilości uwag, sygnalizuję błędy i miejsca z gubionym podmiotem, ogólne komentarze do zdań, coś tam coś tam. Byłabym szczęśliwa, gdybyś choć kilka z tych poprawek uwzględniła, bo inaczej sporo czasu zmarnowałam XD a ostatnio mam go niewiele (wolnego). Czytałam całość trzy razy.
Bardzo skracając myśli z ostatniego tygodnia - podobało mi się, dobry tekst, ale mam sporo uwag. Uwagi spowodowane wyłącznie twoim (trochę wyczuwalnym) brakiem doświadczenia. O tym będzie ten komentarz XD i apeluję, żebyś nie śmiała w żadnym razie czuć się źle po jego przeczytaniu. Czepię się o wszystko, bo to ci dobrze zrobi na przyszłość (mam nadzieję). Ale pozytywnie też będzie XD jakby co.

Komentarz do całości, proszę nie rozwijać spoilerów przed przeczytaniem Kruczarza do końca!

No więc przede wszystkim...
SpoilerShow
Przychodzi Nean do lekarza, a lekarz siedzi w latarni.
- Panie daj pan coś na sumienie i osłonowe żebym pozostał ironiczny.
A Żira na to:
- Restonum i termogeneza.
Jeśli chodzi o całość, to mam wrażenie, że nieco wymyka się początkowa koncepcja. Trudno stwierdzić o czym właściwie opowiada ten fragment dziejów Kruczarza, czy to zamknięta historia, jakiś epizod. Dla mnie to jak takie "utwierdzanie się" w twoim uniwersum. Dla czytelników i dla ciebie samej.
No bo - tak fabularnie - zdawało mi się na początku, że punktem zaczepnym historii będzie pragnienie zemsty, że kolejne ofiary Neana będą spajać akcję. Tymczasem od kiedy on opuszcza karczmę i zostawia Rina za sobą, koncepcja ulega jakby zmianie - przestaje chodzić tylko o odegranie się na wrogach, wchodzi kwestia Białej Równiny, rozważań, Nean nie tyle pędzi na zbity pysk, żeby zarżnąć kolejnego wroga, co żyje sobie, ok, jakiś cel jest, ale Kruczarz tak bardziej definiuje siebie. Jest coś bardziej więcej, coś głębiej - jest ta wielka tajemnica jego pochodzenia, związku z Białą Równiną, tego, co odkrył (bo odkrył coś przecież, czego nikt inny nie dał rady). I to się staje ważniejsze niż zemsta.
SpoilerShow
Widzę rozmycie "zemsty" Neana w chwili, gdy on paktuje z Ragdem. Dla mnie było jasne, że chciał Nean dorwać po prostu Syriama, że po to przybył, że układ z Władcą Stepów to takie trochę "bawienie się" (przecież Kruczarz to lubi) w magię i pakty krwi, zanim dokona się spektakularne morderstwo Syriama. Ale nie. Nie wiemy w sumie, czego Nean tak naprawdę chciał i jaki miał cel, ale wydaje mi się, że nie przyszedł ot tak sobie zabić Syriama.
Chciał tych synów? Chciał czegoś jeszcze? A może zabrał ich, bo taki miał kaprys? To kara za niedotrzymaną obietnicę?
On miał więcej w głowie. Zaskakujący jest moment masakry na ziemiach Ragda, prawie tak zaskakujący jak to, że Syriam wcale nie zostaje ostatecznie zabity. Że sprowadza te wojska.... mmm, no niby fabularnie siedzi to wszystko, ale jednak mam niedosyt. Niedosyt motywacji Neana. Co on - chciał tak zniszczyć te plemiona? Planował zrobienie masakry, dopuszczenie, żeby Syriam doniósł? A może jednak chciał w zamian za syna (przyszłego Wladcę Trawy) wytargować czarodzieja od Ragda i go sobie pomęczyć? To niejasne. I boli mnie o tyle, że przecież momentami narracja jest w osobie Neana właśnie. Powinniśmy wiedzieć dobrze, czego on chce, czego się spodziewa, co bierze pod uwagę. Tymczasem nawet dla czytelnika Kruczarz pozostaje niewyjaśniony.
Do narracji wrócę jeszcze później.
Kolejna rzecz, która mnie uderzyła w trakcie czytania, to była właśnie ta powtarzalność, utwierdzanie nas w uniwersum. Przecież czytałam dopiero drugi tekst twojego autorstwa (z "tej serii") a już tyle motywów i zdarzeń i szczegółów siedzi mi w głowie jako KLASYKI TWOJEGO ŚWIATA - ogarniam mechanikę społeczną, sytuację czarodziei i czarowników (mniej więcej), bez przerwy pamiętam o tym wybijaniu rytmu z metalicznym pogłosem, choć stuka się w drewno, kruki - symbol nieszczęścia, Biała Równina... Masz takie stałe punkty, które zawsze zaznaczasz, to jest poniekąd dobrze, ale trzeba uważać, żeby nie przesadzić. Serio, jakbym jeszcze raz przeczytała o tym że palce Neana robią metaliczne stuk stuk w drewnianą miskę (halo! dźwięk się nie zgadza!) to bym już poczuła irytację. Niemniej ukłony w twoją stronę, bo kreślisz coś wyjątkowego i masz kilka fajnych pomysłów wpisujących się w pamięć. Doceniam.
Jest taka chwila, gdy w tekście zachodzi efekt dejavu. To jest przy scenie pierwszej z Ragdem i Syriamem. Ragd jest władczy, charyzmatyczny, ironiczny i pewny siebie, Syriam to taka pierdoła, słaby, niezdecydowany. Ragd morduje i Ragd robi wrażenie, Syriam rzyga bo nie wytrzymuje i Syriam słabo jeździ na koniu.
Czy wcześniej nie przeczytałam takiego samego duetu w wykonaniu Rin x Nean?
Takie odczucie (naszło mnie, gdy Syriam czyścił brodę z rzygowin) i takie tylko wskazanie na przypadkową zbieżność. A może nie przypadkową? W każdym razie nie wygląda na celową i mnie trochę razi, tak delikatnie.

Powrót do tematu narracji - nie wiem, czym się kierujesz, kreując perspektywę. To jeden z największych problemów w tym tekście. Byłabym skłonna stwierdzić, że boisz się "wchodzić w skórę" zbyt wielu bohaterów, że czujesz się bezpiecznie bo ogarniasz, powiedzmy, trzech. Gdybyś prowadziła perspektywę punktem widzenia Neana, Żiry i Ragda, to dało by się tak dojechać do samego końca. I wiedziałabym, że ok, te postacie masz na tyle obcykane, że na luzie je prowadzisz, wiesz, jak myślą, umiesz wiarygodnie poradzić czytelnika przez tekst, nasączając słowa emocjami konkretnej postaci.
Ale ty nie masz problemu z rozumieniem swoich postaci, Krin. Ty masz wręcz potrzebę "wtrącenia" od każdego z nich swoich trzech groszy. Bardzo mnie to przez cały czas denerwowało w trakcie czytania. Jeśli patrzysz na realia oczami Neana, to niech tak pozostanie przez cały fragment! Jeśli przechodzisz na punkt widzenia Rina, trzymaj się tego. Skończ jakąś scenę, oddziel wyraźnie i wtedy zmień postać, "którą opowiadasz wydarzenia". Myślę, że to właśnie stąd bierze się twój zagubiony podmiot między innymi.
Jak czytelnik ma się wczuć, jak ma wiedzieć, kto tak naprawdę robi i czuje co, kiedy mieszasz perspektywy mordującego mężczyzny i mordowanego chłopca, a połowa zdań z czasownikami nie zawiera w sobie żadnego wskazania na podmiot, poza domyślnym? Jest naprawdę ciężko. Gdybyś, daję przykład, konsekwentnie trzymała się wersji "teraz patrzę oczami Neana" od chwili gdy Kruczarz i Rin lądują w karczmie, nie miałabym problemów z dopasowaniem czynności i odczuć do bohatera. Wszystkie praktycznie męskie końcówki "robił/walczył/dusił/myślał/czuł/był pewny" miałabym domyślnie nakierowane na Neana. Bo to on jest moim narratorem. W zdaniach mówiących o czynnościach Rina, pojawiałyby się wtedy wyrazy "Rin/chłopak/młodzieniec" i tak dalej. Wszystko byłoby jasne.
Przez cały tekst skaczesz bohaterom z głowy do głowy, to zupełnie rozprasza czytającego i wprowadza (wbrew logice) zamęt. Myślę, że to kwestia wyuczenia nawyku. Jeśli piszesz Rinem, a chcesz powiedzieć, że Nean właśnie poczuł wyrzuty sumienia, to piszesz "Rin pomyślał, że ta mina (na wiecznie bladej twarzy przystojnego bohatera jarającego Kanterial) wyraża chyba trochę skruchy. Może Nean czuł się winny?" Nie chcę pisać powieści za ciebie. Chciałabym być dobrze zrozumiana.
Denerwujące są "wstawki" opisujące odczucia Syriama, który tak naprawdę nie obchodzi czytelnika, denerwujące są wstawki oczami Idiuna, którego ani trochę nie znamy. Czytelnik jest bezradny. Wydaje mi się, Krin, że chcesz nadać Neanowi realność. Że wszyscy muszą co chwilę robić za "odnośniki" uczuć, żebyś mogła z czystym sumieniem "ocenić", opisać i nazwać emocje, które budzi Nean. Tak. Lepiej jest napisać myślami kogoś postronnego, że Kruczarz prezentuje się w dany sposób. To wydaje się budować obiektywność. Ale uważam, szczerze, że z tym przesadziłaś. Że od tego masz tez dialogi, CZYNY i słowa samego Neana, opisy subiektywne. Czytelnika nie trzeba prowadzić cały czas za rękę i dawać na tacy wszystkiego. Gdybyś mi nie powiedziała czterema różnymi postaciami, że Nean jest bezwzględny i budzi niepokój, to tez bym to wiedziała. Wyłapałabym to w ludzkich reakcjach, w słowach pełnych strachu, w pewności siebie głównego bohatera. I czułabym się lepiej z tym, niż tak jak teraz - gdy w sumie sama niczego się o Kruczarzu nie domyśliłam, bo nie musiałam.
Dodatkowa bolączką narracyjną jest złączenie jaźni Neana z Żirą. Pomijam fakt, że średnio mi pasuje graficzny zapis ich rozmów (może Żira powinna dostać kursywę?). Raz Nean odpowiada jej w myślach, raz na głos, trochę mnie to gubi, plus tak naprawdę Nean nie rozumie Żiry a Żira Neana, co gigantycznie potęguje nieogar, kiedy mi przemieszasz ich perspektywy. Serio.
SpoilerShow
Btw - Idiun wypada najgorzej, nie tylko w narracji (sztywna) ale też pod względem realności. Jego rozmowy z Kruczarzem są zupełnie pozbawione elementu naturalności. On mówi jakby cytował encyklopedię. Dialog z Neanem przed ostatnią sceną, wtedy, gdy jechali do Kruczej Przystani, to totalna porażka. Chłopak powinien srać ogniem, bać się, płakać po ojcu, panikować albo stawiać się, tymczasem (może to charakter i wychowanie...) siedzi sobie i gada z Neanem, budując zdania rodem z wikipedii. Kruczarz zadaje proste pytanie, a Idiun odpowiada mu akapitem tekstu pełnym informacji fabularnych. Bardzo źle to wygląda. Chłopak totalnie nie ma charakteru - nawet ostatnia chwila, ta powalona sytuacja, gdy Nean mu mówi "chodź, utopię cię". A on podchodzi. Niby ma jakąś rozterkę ale jednak podchodzi jak bezwolny koń z klapkami na oczach. Dziwne, nierealne, nie kupuję tego.
Twoje postacie, wszystkie, co do jednej, łączy pewna wspólna cecha. One są wszystkie "uszczypliwe". No, może Idiun sie z tej strony nie pokazał. Ale serio, te docinki, te tekściki, takie na dojechanie, niby tylko dialog, ale każda postać miała swoje pięć minut. Złośliwość lekka, ironia, sarkazm. Prześmiewczość. Najwięcej ma jej Nean, później Żira, ale inni też. Ragd, Rin, nawet Syriam. I to niedobrze. Niedobrze, bo to jst jedna i ta sama "ironia". Ona się nie różni u nikogo. Tam cię widać, Krin, to jesteś ty. To jest twoje poczucie humoru, błyskotliwość, cięte uwagi, bang, docinek. Wlałaś się każdej postaci w usta.

I to chyba wszystko, poza technicznymi błędami, czego mogę cię czepić. No, może jeszcze dodam od siebie, że cholernie mi sceny na stepach przypominają Gre o Tron. Akcja w ogóle z Władcą Stepów (Khal), plemionami czczącymi konie, synem-następcą, poglądami życiowymi Ragda (czuć wiatr we włosach). Zakazana magia krwi i umowa, pakt, życie za życie (ten motyw pada między Daenerys a tą wiedźmą, która zabija Khala za życie dziecka), śpiewanie pieśni... Nawet pytanie "czy dziecko będzie normalne?" zdaje się to potwierdzać. Serio, wszystko dosłownie. Wszystko mi tam pachnie akcją pod tytułem "DOTHRAKOWIE".

Bardzo, ale to bardzo podoba mi się postać Neana. Jest przesadzona, jasne. Jest budowana trochę nieumiejętnie (kryjesz się jak się da, ale i tak czuć, że jego epickość przyćmiewa innych, że nie jarają cię inne postacie). Mimo to facet jest świetny i choć klasyczny, to po prostu przyciąga do siebie.
SpoilerShow
Uwielbiam scenę końcową, szczerze i z serca, lubię dojście Neana do wniosku, że widzi w oczach tych ludzi siebie. To jest mocne. I widziałam oczami wyobraźni jak on ciska tym kamieniem, jak się obraca i wychodzi, jak mówi, że od niektórych kąpieli zamarza serce. Umiesz to czego nie umieją początkujący. Coś o wiele ważniejszego niż dobrze ułożony podmiot czy technicznie ladny tekst. Umiesz budować nieprzesadzoną dramatyczność. Chylę czoła przed tym, serio. Nie zniesmaczyłaś mnie ani razu, masz takie wyczucie, takie "coś" co umie ruszyć czytelnika bez zbędnych dziesięciu zdań. Wiesz, jak łączyć słowa, żeby aż się zaciskały wokół mózgu i tworzyły efekt ciążenia. Ten fragment to już w ogóle najwyższa forma mistrzostwa w emocjonowaniu tekstu:
– Chodź tutaj – powtórzył czarodziej.
Chłopak posłusznie, choć z wahaniem wypełnił polecenie. Wiedział, że sprzeciw wywoła bolesny nacisk woli czarownika.
– Jest lodowata – powiedział. Zanurzył tylko stopy, a już nie był pewien, czy da radę iść dalej. Równie dobrze mógłby kąpać się zimą w przerębli. W nocy. Przy najgorszej śnieżycy.
Wiesz, jak ostatnie trzy zdania miażdżą system?
Zrobiłaś to zajebiście.
Tak poza tym, że się czepiłam wszystkiego, to jestem pod ogromnym wrażeniem. Że zaplanowałaś tekst, że go napisałaś na takim poziomie, że zbudowałaś tak fajną postać (fak, tak się podniecam tym jego "cierpieniem" podczas zabijania innych, że to aż chore, ale ta motywacja! jak go wytłumaczyłaś na końcu idealnie! na to czekałam, pojęłam, czego pragnie Nean, co go męczy i pożera od środka, serio, kocham cię za to) jak Kruczarz. Że było mnóstwo miejsc gdzie się uśmiałam, teksty mistrzowskie (Żira i Nean), kilka komicznych akcji i naprawdę nienarzucające się sceny. Nieczęsto mam tak, że "widzę" co czytam. Nawet jak czytam coś dobrego, mogę się wzruszać, mogę przeżywać, ale żeby do mnie dotarł fizycznie opis na tyle, by mi wyświetlić obraz - no to jest święto lasu. I kocham to. I boli mnie, że tak rzadko to czuję.
SpoilerShow
Ty mi to dałaś, to były przebłyski - kiedy Ragd wyszedł i spacerował między swoimi ludźmi, a oni darli się, jedli i lali po ryjach. Czułam zapach i widziałam jak on chodzi po suchej trawie. Kiedy Nean topi tego dzieciaka. Widzę jak stoi w wodzie po pas, widzę brutalność tej sceny, krew, widzę później ten roztrzaskany kamień. Widzę też rybaków, podpatrujących Rina i jego wyczyny magiczne. Serio, stokrotne dzięki za to.
To chyba działa tak, że słowa autora muszą wpisać się w nasz kanon słów, jakby to nasz mózg napisał zdanie, a nie taka Krin - człowiek sukces lat siedemnaście, pozdrawiam, jęczę na SB że słabo piszę, choć wszyscy wiedzą, że tak naprawdę to nie.

Nie mam nic do dodania. Dzięki za napisanie.
Sory za suchar z Neanem, musiałam.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 197
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Kimchee » 29 lipca 2016, 10:43

Dobra, zazwyczaj nie komentuję innych komentarzy, ale...
I to chyba wszystko, poza technicznymi błędami, czego mogę cię czepić. No, może jeszcze dodam od siebie, że cholernie mi sceny na stepach przypominają Gre o Tron. Akcja w ogóle z Władcą Stepów (Khal), plemionami czczącymi konie, synem-następcą, poglądami życiowymi Ragda (czuć wiatr we włosach). Zakazana magia krwi i umowa, pakt, życie za życie (ten motyw pada między Daenerys a tą wiedźmą, która zabija Khala za życie dziecka), śpiewanie pieśni... Nawet pytanie "czy dziecko będzie normalne?" zdaje się to potwierdzać. Serio, wszystko dosłownie. Wszystko mi tam pachnie akcją pod tytułem "DOTHRAKOWIE".
Nie lubię martinozowania :P To strasznie krzywdzące dla twórcy, szczególnie jeśli mu te nawiązania wyszły przypadkiem. Martin naprawdę nie wynalazł ludzi stepu, przed nim inni też o tym pisali - on też się przecież wzorował, ale tak jak ze wszystkim - wziął otoczkę, resztę sobie jakoś tam domyślił, ale to nie oznacza, że ma monopol na pisanie o tym ;). Motyw Dothraków jest nawet fajny, ale sama w sobie nie jest oryginalny. Wiem, że Krin się wzorowała na Mongołach, bo sama jej skanowałam rozdziały z książki). Koniec końców jednak zabrakło jej trochę specyfiki i wyszło na zasadzie "Mały Jaś wyobraża sobie". Dothraków bym jednak bardziej widziała jako Hunów jednak.

Przpraszam, jak widzę frazę "to przypomina Grę o tron", to mi się włącza czerwona lampka.

Krin,
SpoilerShow
mam nadzieję, że zwrócisz uwagę na to, co Ci też Kanterial pokazała. Następnym razem, jak Kruczarz będzie czarował ludzi głosem, powinnaś się bardziej popracować nad efektem, bo czytelnik tej magii nie zauważa.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Krin » 29 lipca 2016, 15:14

Dla Kanterial
SpoilerShow
Jeśli chodzi o całość, to mam wrażenie, że nieco wymyka się początkowa koncepcja. Trudno stwierdzić o czym właściwie opowiada ten fragment dziejów Kruczarza, czy to zamknięta historia, jakiś epizod. Dla mnie to jak takie "utwierdzanie się" w twoim uniwersum. Dla czytelników i dla ciebie samej.
Dla mnie dwie pierwsze części związane są głównie z ostatnią. Rin i Idiun zajmują w pewnym sensie tę samą nisze ekologiczną, tylko inaczej kończą. Za pierwszym razem odkrycie Neana przeraża, ale potem podejmuje decyzję, że nie będzie się go bać.
On miał więcej w głowie. Zaskakujący jest moment masakry na ziemiach Ragda, prawie tak zaskakujący jak to, że Syriam wcale nie zostaje ostatecznie zabity. Że sprowadza te wojska.... mmm, no niby fabularnie siedzi to wszystko, ale jednak mam niedosyt. Niedosyt motywacji Neana. Co on - chciał tak zniszczyć te plemiona? Planował zrobienie masakry, dopuszczenie, żeby Syriam doniósł? A może jednak chciał w zamian za syna (przyszłego Wladcę Trawy) wytargować czarodzieja od Ragda i go sobie pomęczyć? To niejasne.
Wyszło, jak wyszło, ale zamysł był taki, że Kruczarz miał plan, którego nie zrealizował, bo został zdradzony przez Ragda. Potem się mścił. To była nawet część tej przepowiedni kapłanki, o ile dobrze pamiętam (mogę coś pokręcić, bo dziubał w niej trochę) - Ragd chciał mieć władzę nad kimś, nad kim nie mógł jej mieć i dlatego został ukarany, jego armia nie dała rady pokonać jednego człowieka. Wszystko, czego pragnął, przepadło.
A Syriam zginął przecież. Nean spalił jego ciało, tak jak on miał ponoć spalić ciało Neana.
Przecież czytałam dopiero drugi tekst twojego autorstwa (z "tej serii") a już tyle motywów i zdarzeń i szczegółów siedzi mi w głowie jako KLASYKI TWOJEGO ŚWIATA
Nie czytałaś "Zapłaty"? :( Szkoda, bo występują niektóre analogiczne sceny i to dopiero są klasyki XD Tylko też chodziło mi o to, żeby podobne sceny rozegrać w trochę inny sposób.
Raz Nean odpowiada jej w myślach, raz na głos, trochę mnie to gubi,
To jest niemożliwe. Nean ani razu nie odpowiada Żirze w myślach, bo nie może. Tylko myśli, że chciałby jej odpowiedzieć.
Dialog z Neanem przed ostatnią sceną, wtedy, gdy jechali do Kruczej Przystani, to totalna porażka.
Wiem, wiem i tak go poprawiałam długo i starałam się, ale wyszło jak wyszło.
nawet ostatnia chwila, ta powalona sytuacja, gdy Nean mu mówi "chodź, utopię cię". A on podchodzi.
Nie wiem, jak to zabrzmiało, ale miało zabrzmieć, jak kolejna złośliwość Kruczarza, by potem się okazało, ze wcale złośliwością nie jest.
Dzięki za miłe słowa :pas:

A Kass dziękuję za obronę. Ja nawet nie pomyślałam o tym podobieństwie, choć nie wykluczam, że uaktywniła się moja podświadomość. Pamiętam, że pomysł przyszedł do mnie podczas nauki historii, wcale nawet nie o mongołach, wydaje mi się, że o słowianach i pierwszych piastach. (A może o upadku cesarstwa zachodniorzymskiego?) Może stąd te problemy z dziedziczeniem.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1830
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Kruffachi » 02 sierpnia 2016, 11:31

To nie będzie komentarz życia. Nie dlatego, że nie chcę, po prostu kiepsko się czuję i jeszcze gorzej myślę. Ale doszłam do wniosku, że w sumie chciałabym coś napisać, zanim totalnie wywietrzeje mi wszystko z głowy, zwłaszcza że już od czterech dni próbuję.

Główny problem polega na tym, że nie mam wiele do dodania po poprzednich odezwach i pewnie nie będę miała tak długo, aż nie zobaczę całości. I z jednej strony nie chciałabym paplać bez sensu, a z drugiej, wiem, jak ważne jest zostawianie śladu i stały odzew.

No, kończysz cliffhangerem, ale poprzednie opowiadania podpowiadają mi raczej, że Kruczarz wyjdzie z tej sytuacji bez szwanku i jeszcze zagra wszystkim na nosie. Że niby nie przewidział, ale jednak przewidział albo jest taki sprytny i przecież ma zabezpieczenie w postaci Żiry. To mi nieco obniża poziom napięcia, jakkolwiek czekam na następną wstawkę ciekawa zwyczajnie, jak to rozegrasz tym razem. Raczej na chłodno.

Nie spodziewałam się, że poród rozegrasz w taki sposób i tak szybko. Myślałam raczej, że rytuał rytuałem, ale ciążę trzeba donosić naturalnie i te sprawy. Tak sobie wyobrażałam, że to może być ciekawy wątek i ciekawa postać matki, która wie, że niebawem umrze, a troska, jaką jest otaczana, nie ma już niczego wspólnego z nią. No ale nie ja piszę ten cykl, tak sobie tylko gdybałam ;)

W tej wstawce mi się może po raz pierwszy trochę Neana żal zrobiło, kiedy gadał z Żirą, bo sobie pomyślałam, że musi być cholernie samotny. Niby taka dola mrocznych mścicieli, ale jednak samotność to samotność - zawsze uwiera i zawsze mnie będzie łapać.

Czekam na ciąg dalszy ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Krin » 05 sierpnia 2016, 14:15

To już przedostatnia wstawka. (Podkreślam, bo wiem, że brzmi trochę jak zakończenie.) Wstawiłabym ostatnią razem z tym, ale Kanterial sprawiła, że jeszcze nad nią myślę. Nie wiem, czy wymyślę coś mądrego, ale postaram się.
VII Żołnierze Ragda wykazali nadzwyczajną gorliwość i Nean obudził się z paskudnym bólem ramion wykręconych przy krępowaniu. Same więzy również były zbyt ciasne. Czuł jak drętwieją mu ręce.
Zaklął w duchu. Zrobili to celowo – trudno mu będzie rzucać zaklęcia bez użycia rąk, a latarnia z duszą Żiry zniknęła. Wciąż czuł wprawdzie ciężar amuletu Righa, ale choć mógł go on ochronić przed odpryskami ciemnej magii, niewiele zdziałałby w obliczu bezpośredniego ataku.
Jednak to brak kruków obudził w nim prawdziwą panikę. Bezmyślność i Zapomnienie towarzyszyły mu odkąd pamiętał, stając się czymś w rodzaju kolejnego zmysłu. Próbował zachować spokój, zebrać myśli i jak najszybciej opracować plan wydostania się z kłopotów, lecz ugaszenie pożaru roznieconego strachem nie należało do łatwych.
Był ślepy.
Nie w dosłownym znaczeniu – widział klepisko i światło prześwitujące przez dziury w materiale, lecz wszelka magia pozostawała poza jego zasięgiem. Przez chwilę łudził się, że to tylko wrażenie wywołane wysiłkiem, ale rzeczywistość pozostawała nieubłagana. Nie był nawet jak szmata wyciśnięta z wody – był jak papier nigdy nie dotknięty przez wilgoć.
Ślepy, bezbronny i pozbawiony sojuszników. Na usta spłynęła mu wcale nie elegancka wiązanka, przerywana wypluwaniem piasku. Paliło go gardło, a nie mógł nawet otrzeć spękanych warg.
Na dodatek nogi także miał skrępowane i choć nie z taką siłą jak ręce, zdążyły porządnie zdrętwieć. Poświęcił kilka chwil na przywrócenie krążenia. Mimo bólu dał radę poruszać nimi stosunkowo normalnie. W każdym razie wystarczyło, by podnieść się do pozycji siedzącej i oprzeć plecy na pustej skrzyni. Wtedy raz jeszcze spróbował poruszyć rękoma. Równie dobrze mógł urodzić się bez nich.
Ile czasu minęło? – zastanawiał się gorączkowo, zdając sobie sprawę, że jeśli w krótkim czasie nie doprowadzi kończyn do użytku, potem może już nie mieć okazji.
– Jesteś prawdziwym Neanem z Czarnej Wody?
Pytanie zadał Syriam. Musiał stać za jego plecami i Kruczarz teraz dopiero dostrzegł cień czarodzieja, ale nie dał po sobie poznać, jak mocno go zaskoczył.
– A czy twoim zdaniem jestem prawdziwym Neanem z Czarnej Wody?
Cesarski wysłannik znalazł się w zasięgu jego wzroku, by móc dokładnie obejrzeć twarz rzekomego nieboszczyka.
– Musisz nim być. Albo jego bratem bliźniakiem o takich samych zainteresowaniach, ale wątpię w to. Jesteś prawdziwym Neanem z Czarnej Wody.
– W istocie, jestem tym samym Neanem z Czarnej Wody, którego zamordowaliście w Syvante.
– Jak przeżyłeś?
Kruczarz zaśmiał się.
– Skąd pewność, że przeżyłem? Aled mnie udusił, ty spaliłeś ciało. Jak mogłem przeżyć? Byłem potężnym magiem, ale nikt nie osiągnął takiej biegłości w sztuce, by stworzyć iluzję własnego zgonu, na którą nabrałby się nawet rektor syvantyjskiego uniwersytetu. Skąd więc pomysł, że przeżyłem? To absurd.
Odwaga, którą zaledwie przed godziną wlał Syriamowi do serca Ragd, oznajmiając, że przeklęty czarownik jest zupełnie bezbronny, ulotniła się. Wszystko wskazywało, jakoby Kruczarz wstał z grobu dla zemsty i czarodziej wątpił, by więzy mogły powstrzymać go przed jej wypełnieniem.
Na razie jednak demon tylko siedział i uśmiechał się. Dobry znak. W końcu nawet demony bywają przekupne.
– Więc jak wróciłeś z zaświatów?
– Podejrzewasz, że ta wiedza będzie ci niebawem potrzebna?
– Jeśli ktoś, kogo ciało spaliłem, ożywa, chyba nie ma nic dziwnego w tym, że sprawa mnie interesuje.
Nie wypadło przekonująco.
– Śmierć chodzi własnymi drogami. Ja chodzę innymi. Mijamy się.
– Pytam poważnie.
– Bawisz mnie. Nie mam ochoty na powagę. Powiedz mi przynajmniej, co takiego Ragd znowu wymyślił.
– Tu, na Wschodnich Morzach szamani praktykują rytuały pozwalające skraść moc innym czarodziejom. Nie mogą oczywiście przyjąć jej we własnym ciele, więc zaklinają ją w drewnie lub kamieniu, by móc korzystać z niej, gdy przebywają w pobliżu.
Kiedy zdał sobie sprawę, że Nean nie zamierza w żaden sposób skomentować odpowiedzi, dodał:
– To możliwe w przypadku takich jak ty?
– Masz na myśli tych nie do końca żywych?
Potwierdził skinieniem.
– Przekonamy się. Czy mogę cię o coś prosić, Syriamie?
Serce czarodzieja zabiło mocniej. Czy wypełniając prośbę Neana, mógł wkraść się w jego łaski?
– Oczywiście.
– Podejdź tu i sięgnij proszę do mojej trzeciej kieszeni od góry po prawej stronie. Znajdziesz tam czerwony klejnot. Ten sam, który stworzyłem podczas zawierania umowy z Ragdem.
Syriam bez zwłoki wypełnił polecenie. Klejnot okazał się wyjątkowo gorący. Wewnątrz tańczyły płomienie w kolorze szkarłatu, co wskazywało na dużą aktywność mocy zaklętej wewnątrz.
– Co mam z nim zrobić?
– Zanieś go Ragdowi i przekaż wiadomość ode mnie. Postaraj się zapamiętać dokładnie, bo to ważne. Gotowy?
– Tak.
– Kto własną krwią poznaczył blef i w fałszu krew z krwią zmieszał, ten w krwi swą krwią za krew zapłaci. To pierwsza część wiadomości. Potem przypomnij jeszcze, że pakt krwi to umowa oparta na zaufaniu.

Gdy Syriam opuścił więźnia, miał spory dylemat. Domyślał się, że łamaniec językowy był w istocie klątwą, której moc miał nadać kamień stworzony podczas zawierania umowy. Nie bez racji – Ragd nie dotrzymał słowa. Tylko czy lepiej było dla Syriama pozbyć się Pana Wszystkich Stepów czy Neana z Czarnej Wody? Czy w ogóle mógł się pozbyć Neana z Czarnej wody?
Im dłużej o tym myślał, tym bardziej był przekonany, że owszem – mógł. Nie miał już przed oczami bladej jak u trupa twarzy ani oczu, które zdają się mówić o sprawach niedostępnych dla śmiertelników. Teraz Kruczarz był dla niego zwyczajnym czarownikiem, który co prawda wrócił z zaświatów, ale nie miał z diabelnymi sprawami już nic więcej do czynienia. Inaczej nie siedziałby związany w cuchnącej kozami jurcie.
A może mógłby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu? Nean zapewne poczuje, gdy klejnot znajdzie się w rękach Ragda, ale nie mógł usłyszeć, czy Syriam wypowie słowa klątwy. Najpewniej uzna, że zaklęcie nie zadziałało, a cesarski wysłannik znajdzie się jednocześnie w łasce obu mężczyzn.
Nie mając pewności, czy za kilka godzin nie ujrzy spraw w zupełnie innym porządku, postanowił bezzwłocznie wprowadzić plan w życie. Los mu sprzyjał – ten jeden raz Ragd przyjął go bez upokarzającej zwłoki.
Pan Wszystkich Stepów trzymał na rękach swego nowo narodzonego syna. Towarzyszył mu Idiun, również w pogodnym nastroju, lecz mimo to lekko nerwowy.
– Przypatrz się uważnie, Syriamie. Będziesz mógł opowiadać swemu cesarzowi o synach Mórz Wschodnich, którzy podepczą jego sztandary, spalą jego miasta, zmiotą armię i zajmą tron.
Syriam ukłonił się, postanawiając nie komentować faktu, że zaledwie przed paroma dniami Ragd zarzekał się, jakoby cesarstwo było jego największym przyjacielem.
Sam cesarz na takie oświadczenie zareagowałby najpewniej pełnym politowania spojrzeniem. Syriam znał go dostatecznie długo, by wiedzieć, że niewiele sobie robił z oświadczeń głupców.
– Nie przychodzę w sprawach cesarskich. Rozmawiałem z Kruczarzem.
Czy mu się wydawało, czy na dźwięk imienia czarownika przyszły zdobywca cesarskiego tronu zaczął płakać? Ragd oddał dziecko służącej.
– Obudził się? Ciekawostka. Hirdid powiedział, że nie ma szans by oprzytomniał do wieczora. Mało! Gotów był postawić na to głowę. Chyba podyskutuję z nim raz jeszcze o tej gotowości.
– Wątpię, by był w stanie rzucać teraz jakiekolwiek zaklęcia, jeśli tego się obawiacie, panie. Prosił jednak, bym wam to podarował. – Wyciągnął z kieszeni czerwony kamień i położył go na otwartej dłoni, by Ragd mógł mu się przyjrzeć. – Miałem wam go dać, powtarzając przy tym wiadomość. Obawiam się jednak, że to słowa klątwy, która gotowa zadziałać dzięki mocy kamienia. Zakładam, że nie zamierzacie jej usłyszeć.
Ragd machnął ręką.
– Nie, nie zamierzamy. Wyrzuć tę błyskotkę w krzaki.
– To nierozsądny sposób postępowania.
– Więc jaki jest rozsądny sposób postępowania?
– Lepiej zachować kamień. Mieszanka krwi i magii bywa niebezpieczna, szczególnie dla właściciela tejże krwi. A już najgorzej, gdy ciąży nad nim gniew twórcy. Ktoś mógłby wykorzystać klejnot przeciwko wam.
Pan Wszystkich Stepów przyjął podarunek. Przez chwilę obracał go w palcach, oglądając szalejące wewnątrz płomienie, po czym przekazał kamień zachwyconemu Idiunowi.
– Dziękuję za przyjacielską radę, ale oddalcie się już. Chcę spędzić ten dzień z synami. Przyjdźcie jutro o wschodzie słońca. Chętnie przedyskutuję cesarską propozycję wspólnego najazdu na Andrę.
Syriam uniósł brwi. Skąd w Ragdzie tak nagła zmiana nastawienia? Zdał sobie wreszcie sprawę, że jego siły są niewystarczające i do zdobywania miast potrzebuje machin oblężniczych cesarstwa? Czy może planował jakąś spektakularną zdradę?
– Oczywiście. Przybędę, gdy tylko nadejdzie świt.
Lecz dla niektórych świt miał nie nadejść.

VIII Ragd krążył po niemal pustym wnętrzu jurty. Jego wzrok raz za razem przykuwały zdobiące materiał sceny bitew. Niektórzy zarzucali mu, że to nieco zachodnie, ale jednocześnie walka była żywiołem ludzi traw. Oglądał własne triumfy, czując w głębi ducha, że Fijernates będzie podobniejszy do niego niż Idiun – mężny, odważny, a nie tak zepsuty rozmyślaniem i dziwacznymi zachciankami jak jego starszy brat. Fijernates... Dziwaczne imię – zrodzony z płomienia, który spala trawy. Ragd był tym właśnie płomieniem, który niszczył, by ukształtować na swój własny sposób.
Usiadł na stołku, sięgając po raport jednego z dowódców. Po powrocie z krajów zachodu mimo zniesmaczenia, postanowił nauczyć pobratymców umiejętności pisania i czytania. Nie wszystkim szło łatwo, a on nie miał siły, by doszukiwać się sensu w bazgrołach. Cisnął kartkę z powrotem na stół. Upadła tuż obok klejnotu Kruczarza. Bez zastanowienia wziął go do ręki.
Wewnętrzne płomienie fascynowały. Przypominały krew i najpewniej tym właśnie były. Żaden z szamanów nie potrafił stworzyć czegoś równie widowiskowego. Czemu Morza Wschodnie nie miały własnej uczelni przekazującej magiczną wiedzę? Dotarło do niego, że tym razem, zamiast skorzystać, odrzucił szansę podsuniętą przez los. Mógł uczynić Kruczarza swoim doradcą i stworzyć potęgę, o jakiej nigdy wcześniej nawet nie marzył.
– Trochę za późno – mruknął.
Ogień we wnętrzu klejnotu płonął coraz jaśniej. Wkrótce namiot wypełnił czerwony blask. Hipnotyzował Ragda. Nawet wówczas, kiedy wiedział, że powinien wyjść i wziąć udział w kaźni Kruczarza, nie potrafił oderwać wzroku.
Wysilił wolę. Nie mógł nawet mrugnąć i zamiast płomieni przed oczami miał kolorowe plamy. Nie mógł nawet ruszyć stopą, by ułożyć ją w wygodniejszej pozycji. Płomienie wzywały go. Wiedział już, że to co wziął za krew, było w istocie gniewem.
Wyprostował się, a ruchy miał sztywne i niezgrabne. Nie – to nie były jego ruchy. To szatańska siła owładnęła nim i kazała opuścić bezpieczne wnętrze jurty, a potem zbyć zaskoczonych wartowników niewyraźnym warknięciem.
Wędrował pomiędzy hałaśliwą ludzką masą. Wieczorne powietrze pachniało dymem ognisk, wokół których gromadzili się żołnierze. Jedli, wrzeszczeli i dawali sobie po pyskach, gdy tylko nadarzyła się okazja. Jeśli ktoś nawet go zauważył, mrugał zaskoczony i nie odzywał się, nie mogąc uwierzyć w niecodzienny widok. Ragd nie miał w zwyczaju samotnie przechadzać się pomiędzy prostymi żołnierzami.
Tajemnicza siła popchnęła go do namiotu Telena – najwyższego rangą dowódcy, za wyjątkiem samego Pana Wszystkich Stepów. Straż zdziwiła się, ale nie rzekła ani słowa.
– Co się stało? – Wnętrze wypełniały opary alkoholu zmieszane z perfumami. Telen siedział z jedną ze swych żon na kolanach i drugą, najwyraźniej cudzoziemką, grającą na lirze. W dłoni trzymał kielich wina. Gdy ujrzał Ragda w wejściu, próbował ukryć ślady hołdowania zepsutym zachodnim wzorcom. Przegonił żony, a drogie wino sprowadzone z najdalszego południa cesarstwa próbował przesunąć poza zasięg wzroku wodza.
Pan Wszystkich Stepów nie mógł skomentować. Siła nie pozwoliła mu się choćby zatrzymać – tak, jak zrobiłby to normalny człowiek, wchodząc do nieznanego pomieszczenia. Wyciągnął nóż. Telen zrobił krok w tył, lecz nie ośmielił się sięgnąć po broń przeciwko swemu wodzu. Zginął, próbując z przedziurawionego gardła wydobyć prośbę o litość.
Ragd stanął z martwym Telenem u stóp. Z blizny pozostałej po ostrzu Kruczarza raz jeszcze poleciała krew. Wyciągnął rękę i kilka jej kropel dotknęło ciała nieboszczyka. Szkarłatne płomienie, teraz bardziej przypominające macki spowiły ciało oficera. W oczach zapłonął czerwony blask. Podniósł się, choć już nie oddychał i chwycił za oparty o krzesło miecz. Wyszedł na zewnątrz. Ragd stał tyłem, ale doskonale słyszał krzyki mordowanych strażników. Mógł sobie wyobrazić, że z kolejnymi zabitymi zrobił to samo co on z nim. Stąd ta wrzawa. Armia Mórz Wschodnich miała wkrótce zmienić się w armię trupów.
Jego samego siła popchnęła z powrotem do własnej jurty. Szedł bardzo powoli. Ktoś zadbał o to, by mógł podziwiać szalejącą wokół bitwę. Widział jak armia żywych trupów zbliża się w nieładzie ku zdyscyplinowanym szeregom pozostałych żołnierzy i jak ładowane dziesiątkami we wroga strzały nie czynią mu krzywdy. Mężni wojownicy Mórz Wschodnich wpadali w popłoch. Wskakiwali na konie, tratując towarzyszy. Żołnierze odskakiwali, albo wpadając na pozostałych, albo lądując w ogniskach. Uschnięta na letnim słońcu trawa zajmowała się ogniem.
Nikt nie wpadał na Ragda. Morze ludzi rozstępowało się przed nim. Nikt go o nic nie pytał. Nikt go nie zauważał. Nawet szamani, których magia nie mogła dotknąć armii trupów, aż któryś nie odkrył, że to klątwa i zaczęli zdejmować ją z każdego z osobna – znacznie wolniej, niż powstawali nowi ożywieńcy. Gdy jeden z czarowników w zamieszaniu odłączył się od grupy, z nieba spadł na niego czarny ptak i wydziobał mu oczy.
We wnętrzu pierwszą ujrzał krew. Sekundę później zrozumiał, że to pozostałość jego gwardii. Na stołku siedział Idiun, trzymając na kolanach młodszego brata.
– Ojcze... – Głos uwiązł mu w gardle.
Najpierw Ragd dojrzał blade palce zaciskające się na ramionach syna, a dopiero potem owinięta w czerń sylwetkę za jego plecami. Spod płaszcza wystawał Kruczarzowi lśniący własnym światłem amulet w kształcie kruka.
– Jak? – spytał, gdy poczuł, że moc uwalnia jego usta.
– Pakt krwi to umowa opierająca się na zaufaniu. Poprosiłeś mnie bym dołożył do klejnotu również własną krew, a krew i czarnoksiężnik to jedność. Klejnot był częścią mnie, więc mogłem dotknąć cię za jego pośrednictwem. Za moc podziękuj Opiekunce, którą zamordowałeś. – Dotknął amuletu Frigha na szyi. – Klątw nie należy lekceważyć.
– Odejdź. Zostaw moich ludzi. Nie pozostawiaj najwaleczniejszych synów traw na śmierć.
– Odejść? Oczywiście, że odejdę, ale najpierw odbiorę zapłatę. Klątwa zaś słabnie z każdym kolejnym nieumarłym. Nie wiem tylko, czy słyszałeś dźwięk rogu. Cesarstwo Latryjskie to z kolei państwo, którego nie należy lekceważyć. Podziękuj Syriamowi, gdy już spotkacie się w piekle.
Ragd poczuł pustkę. Zniknęło wszystko. Jego armia, marzenia, ambicje, plany... Miał przejść do historii jako człowiek, który zmarnował całe pokolenie synów traw.
– Nikt nie powstrzyma wiatru znad Białej Równiny – powiedział Kruczarz, jakby czytał w jego myślach. – Każdy kto jej dotknie, zostawia za sobą tylko lód i śmierć.
– Czego chcesz ode mnie? Jakiej zapłaty, demonie?
– Skoro już złamałeś naszą umowę, chętnie skorzystam. Żądam duszy twojej i wszystkich córek twoich z kości twojej oraz władzy nad synami twymi z krwi twojej, która ze mną przez ciebie złączona.
– Cóż to znaczy?
– To już koniec.

A gdy słowa przebrzmiały, Ragd – pierwszy i ostatni Pan Wszystkich Stepów, padł bez życia, a wraz z nim wszystkie jego córki, gdziekolwiek się znajdowały. Zaś dwóch synów Ragda czarownik poprowadził za sobą, z daleka od pola bitwy, na wzgórze, gdzie niegdyś wznosiła się świątynia boga Righa. Tam czekało na niego dwoje czarną magią owładniętych szamanów ze spętanym czarodziejem Syriamem. Kruczarz wyciągnął miecz o rękojeści w kształcie smoka i ostrzu doskonalszym od tych tworzonych przez sztukmistrzów z Glagor, by złożyć czarodzieja w ofierze bogu o kruczej głowie i spalić jego ciało tak, jak niegdyś jego ciało zostało spalone.
Po tym obrządku nie odszedł, lecz przypatrywał się z uśmiechem, jak cesarskie wojsko uderza na ogarnięty chaosem obóz i bez wysiłku przebija się zarówno przez żywych jak i martwych. Z chwilą kiedy wśród atakujących pojawiać się zaczęli pierwsi czarodzieje, podniósł z ziemi latarnię i kierując się jej blaskiem odjechał na północ. Wiózł ze sobą Idiuna i Fijernatesa z pomocą magii podporządkowanych jego woli.
Gnali pod osłoną nocy, póki z nastaniem słońca nie stanęli przed ruinami wieży – zwanej Kruczą Przystanią – o przeznaczeniu zapomnianym wraz z budowniczymi. Przypadkowy jeździec, który widział ich tamtego dnia, poniósł wieść aż do Latrii i potem opowiadano różne brednie na temat tego pobytu, ale prawdą jest, że miejsce nie było całkowicie przypadkowe.
Jeszcze nie dla wszystkich bowiem historia dobiegła końca.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1830
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Kruffachi » 05 sierpnia 2016, 21:09

Najpierw pójdą głasie, bo wreszcie mogę ocenić mniej więcej budowę całego opowiadania, a jest ona spójna i logiczna, napięcie rośnie czytelnie do punktu kulminacyjnego i mamy też wyraźny finał w postaci rozwalcowania obozu - teraz tylko czekać na zejście napięcia i zakończenie. Strzelam, że nawiążesz w nim do Rina i połączysz wszystkie wątki, w tym także dasz pogląd na to, dlaczego taki nacisk kładziesz na symbol i wizerunek kruka - wszak są ważnie i dwa kruki Neana, i posąg bóstwa, skoro pojawił się dwukrotnie. W każdym razie towarzyszyło mi wrażenie, że wiesz, dokąd zmierzasz i nie rzucasz scen po sobie ot tak, bo się zwidziały. Inna sprawa, że - tak jak przewidziałam - Kruczarz znów jest górą i znów okazuje się jedyną ogarniętą jednostką w oceanie nieogaru.

W nawiązaniu do tej ostatniej kwestii - najbardziej uderzył mnie niespójny portret Ragda. To raz oświecony przywódca dzikusów, raz skończony głupiec. Raz pokazujesz go jako człowieka gwałtownego, ale nieprzeciętnego, dyskutującego o cywilizacji i zdolnego do refleksji oraz całkiem przemyślanych zachowań, a za chwilę podkłada się jak naiwne dziecko. Syriam zresztą też nie błyszczy intelektem i tak jak w wypadku pierwszego zastanawiam się, jakim cudem zbudował imperium, tak w wypadku drugiego głowię się nad tym, jak to jest, że zaszedł tak wysoko i jeszcze żyje.
A może mógłby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu? Nean zapewne poczuje, gdy klejnot znajdzie się w rękach Ragda, ale nie mógł usłyszeć, czy Syriam wypowie słowa klątwy. Najpewniej uzna, że zaklęcie nie zadziałało, a cesarski wysłannik znajdzie się jednocześnie w łasce obu mężczyzn.
To bardzo naiwne założenie, sama przyznasz, i po raz kolejny ujawnia tendencję do tego, by inne postaci ośmieszały się/popełniały błędy, by tym lepiej wypadał na ich tle Kruczarz lub by umożliwić mu działanie.

Fajne to, jak oni wszyscy udają przed wszystkimi. Znaczy ludzie traw. Jak ich ciągnie do zachodu, jak by chcieli nieco wygody i w sumie to dlaczego nie umościć tyłka na miękkiej poduszce, ale jednak oficjalnie wszyscy się tym zachodem brzydzą, bo przecież trzeba chronić ducha przed zepsuciem - to Ci wyszło :D

Wstawka też wyraźnie lepiej dopracowana stylistycznie, tekst znowu płynie. Dwa małe potknięcia:

1. Kiedy Kruczarz odkrywa brak magii, porównanie do papieru nietrafione – pulpa, z której powstaje, jest mokra, a sam papier niszczeje przy kontakcie z wodą.

„Odwaga, którą zaledwie przed godziną wlał Syriamowi do serca Ragd, oznajmiając, że przeklęty czarownik jest zupełnie bezbronny, ulotniła się.” – tu pojawiła się nagła i, moim zdaniem, kompletnie nie wnosząca niczego do sprawy zmiana perspektywy. Perspektywa Syriama tak naprawdę czytelnikowi zwisa, bo trudno czuć do niego choćby cień sympatii.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ