UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

W zimnej wodzie kąpany

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Krin » 08 lipca 2016, 15:46

Jak widnieje w opisie, to kolejne opowiadanie o Kruczarzu i jak na razie najdłuższe z nich. Nie mogę z ręką na sercu powiedzieć, że nieprzeczytanie poprzednich dwóch nie będzie miało wpływu na odbiór. Szczególnie mocno wiążę się ono z "Krukiem". (Na szczęście "Kruk" jest bardzo krótki ;) )

Opowiadanie podzieliłam na dziewięć części, ale jeśli uznacie, że fragmenty są za krótkie, krzyczcie.
Miłego czytania :)
I Okiennica z trzaskiem uderzyła o ścianę. Do wnętrza wdarło się chłodne morskie powietrze, poruszyło haftowanymi zasłonami i porwało z biurka kilka kartek, które opadły na ziemię z cichym szelestem.
Aled podniósł wzrok znad biurka. Sączące się zza okna światło przypominało o nieuchronnym nadejściu świtu. Brakowało mu czasu. Dwa dni wyznaczone przez zazdrośnie strzegącego tajemnic archiwum Arcymaga powoli dobiegały końca. Ukrył twarz w dłoniach. Latami bał się wrócić na wyspę, a teraz, kiedy czuł, że nie zostało mu już wiele życia, miał odejść z niczym. Tysiące nieskatalogowanych ksiąg i zwojów śmiało się szyderczo z wnętrza ponurych piwnic. Niektóre kusiły go tytułami, by rozpaść się w proch przy najlżejszym dotknięciu.
Schylił się i z westchnieniem podniósł kartki. Rzędy magicznych symboli rozmazywały mu się przed oczyma. Wolał posługiwać się prawdziwymi runami, które wyczuwał instynktownie, ale musiał przyznać, że w takich sytuacjach podobny system jest zbyt powolny. Tylko... Przysunął kartkę bliżej świecy, aż płomienie niemal przypaliły krawędź.
Zamrugał. Wrażenie minęło. Znaki znów były na swoim miejscu.
– To ze zmęczenia – powiedział sobie.
Podszedł do okna i oparł dłonie na marmurowym parapecie. Słońce nie wstało jeszcze, ale część mieszkańców Syvante od dawna była już na nogach. Przyglądał się ich pracy ze zbłąkanym uśmiechem. Lubił to miasto. Przypominało mu młodość, kiedy niemal odurzał się, wdychając tę mieszaninę magii i zapachu morza.
Tak właśnie – powiedział sobie – w Syvante jest miejsce jedynie dla czarodziejów i rybaków, dla tych zgłębiających tajemnice świata i dla tych cuchnących rybami. Chciałbyś pracować przy tych oślizgłych stworach przez całe życie, staruszku? Nie chciałeś, więc teraz skończ, co zacząłeś.
Z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi. Drgnął, ale nie ruszył się z miejsca. Pukanie dochodziło od głównego wejścia. Każdy normalny czarodziej spał o tej godzinie, więc nieznajomy musiał mieć sprawę do służby, choć takie nachalne pukanie od frontu nie należało do uprzejmych. Albo może wszyscy tak właśnie robili? Nie było go od lat i niewielu wiedziało o nagłym powrocie.
Wrócił do biurka, krzywiąc się, kiedy fotel zaskrzypiał nieprzyjemnie pod jego ciężarem. Spojrzał na rozłożoną księgę. Ostatnia linijka. Reszta stracona. Przepisze ostatnią linijkę, a potem uda się na spoczynek, póki jeszcze ma dość przytomności, by trafić do sypialni. O wschodzie słońca zwróci Arcymagowi pozostałe księgi i odejdzie stąd raz na zawsze. Spędzi starość siedząc i zapisując to, co zdążył odkryć.
Nagłe przybycie zdenerwowanego sługi zaskoczyło go. Młodzian o rozbieganym spojrzeniu trząsł się, gdy pod zirytowanym spojrzeniem swego pana tłumaczył, że tajemniczy gość ma sprawę nie do służby, a właśnie do Aleda. Do tego był kupcem i stary czarodziej aż zdumiał się na podobną bezczelność. Jaki kupiec nachodzi ludzi jego profesji o tak nieludzkiej porze? Z pewnością wyjątkowo odważny, a to Aleda zaintrygowało.
Nakazał wpuścić przybysza i czym prędzej pochował papiery po szufladach. Oparł złożone ręce na blacie, przeczesując uprzednio palcami siwiejącą brodę i prostując plecy. To była najdostojniejsza poza, jaką potrafił przyjąć po tylu godzinach wysiłku.
Czekał długo. Gość zamiast się pospieszyć, tłumaczył coś nieszczęsnemu słudze.
Aled przysnął.
Obudził go kruk, który wydając upiorne dźwięki wylądował na biurku. Wyglądał nierealnie. Ogromny, idealnie czarny i z wściekłością patrzący mu w oczy. Aled odruchowo zwrócił wzrok w kierunku otwartego na oścież okna i gdy spojrzał z powrotem na biurko, kruka już nie było.
Przywidzenia – powiedział sobie. – To przez zmęczenie.
Mimo to się wzdrygnął. Kruki były zwiastunem nieszczęść. Przypominały mu znanego niegdyś czarodzieja, który uczynił z nich swoje sługi. Tamten młody człowiek szedł przez życie niczym chmura burzowa, wprowadzając zamęt w ludzkich umysłach. Był też zupełnie niepozorny. Z początku zawsze brano go za głupca i hulakę, ale on zdawał się nie wiedzieć, co to przyjemność inna od kurzu zakazanych ksiąg.
Aled pamiętał uścisk jego lodowatych dłoni na nadgarstkach. Pamiętał jak te dłonie słabną, a usta szepczą obietnicę zemsty. Ta zemsta spełniała się w snach. Umierał, a czarne ptaszyska wydziobywały mu serce i oczy.
Odgonił od siebie te obrazy. Jego gość wchodził właśnie – wysoki, czarnowłosy mężczyzna, może nieco zbyt blady, ale za to elegancki, w ciemnozielonym jedwabiu, z pierścieniami na rękach zdradzającymi bogactwo, ale nie tyloma by podpadało to pod ostentacyjność. Można powiedzieć, że był w sam raz. I uśmiech też miał w sam raz – przyjazny, ale nie ciepły, uśmiech kogoś, kto zna się na rzeczy, ale tylko wówczas, kiedy masz pieniądze. Chytrym go jednak nie można było nazwać. Patrzył za mądrze na chytrość, patrzył ponad wszystkim, ale nie z góry, aż Aled poczuł, że gość miał pełne prawo przybyć o nieludzkiej godzinie i bez zaproszenia.
– Razan Talned – przedstawił się od razu po wejściu i ukłonił, jak to wypadało uczynić kupcowi przed czarodziejem. – Przepraszam za późną porę, ale sprawa nie cierpiała zwłoki.
– Taką mam nadzieję. – Musiał się zmuszać do okazania choć odrobiny należnej irytacji. – Proszę usiąść. – Wskazał na fotel po drugiej stronie biurka, który przesunął spod ściany odruchowym, niemal niedbałym zaklęciem.
– Co Szanownego Pana do mnie sprowadza? – kontynuował, kiedy gość zajął już swoje miejsce.
Kupiec nie odpowiedział od razu. Wydawał się oceniać Aleda spod zmrużonych powiek. Czarodziej wiercił się pod tym spojrzeniem, podczas gdy jedyną oznaką nerwowości Razana było bębnienie palcami w drewniany blat. Brzmiało dziwnie. Trochę jakby uderzał w metal, a nie w drewno.
– Przyszedłem zaproponować umowę.
Nieznajomy już się nie uśmiechał.
– Dlaczego teraz, nad ranem? Nie lepiej było poczekać do świtu?
Melodia wygrywana na blacie urwała się gwałtownie.
– Nie. O świcie będziesz już martwy, przyjacielu.
Wtedy go rozpoznał. Blada twarz, ostre rysy, wąskie usta zawsze wykrzywione w nieokreślonym uśmiechu, włosy czarne jak krucze skrzydła i zielone oczy demona z najgłębszych otchłani piekielnych. Jakby tego było mało, na ramieniu siedział mu kruk.
– Nean – szepnął. – Siło nieczysta!
Uczynił gest odpędzający złe moce, ale mężczyzna tylko się zaśmiał. Był to bardzo przyjemny śmiech, radosny śmiech człowieka niezdolnego do zła i przemocy. Śmiech, który kazał by Aledowi zaufać, gdyby przed laty nie pozbawił tego człowieka życia.
Zawsze przedstawiał się jako Nean z Czarnej Wody, choć nikt zapytany w Czarnej Wodzie o kogoś podobnego nie potwierdziłby, że go zna. Ludzie zwali go Kruczarzem ze względu na nieustanne towarzystwo dwóch czarnych ptaków.
Nean, jakiego Aled pamiętał, był bardzo młody, nieco dziwaczny, ale genialny jednocześnie i potrafiący wzbudzać zaufanie. Zawsze mu zazdrościł. Dlatego uśmiercił młodego czarodzieja, by skraść wyniki jego badań, nim ten zdążył urosnąć w siłę i mu zagrozić. Nie sam oczywiście. By zapewnić sobie zwycięstwo naszli go aż w piątkę.
Ostatnio jednak troje z dawnych spiskowców zginęło śmiercią niezwykle nagłą i tragiczną. Mówiono, że tajemniczy młodzieniec skryty pod czarnym kapturem z pomocą magii oraz pary upiornych, zakrzywionych sztyletów zamordował ich w biały dzień, na oczach ludzi, bez choćby minimum ostrożności, a z wyraźną bezczelnością. Mówiono, że to mściciel z wymiarów piekielnych, ale Aled podejrzewał, że to raczej ktoś z fanatycznego Zboru Oczyszczenia wykorzystał starą plotkę o ich nigdy nieudowodnionej zbrodni, by raz jeszcze przypomnieć wszystkim o zepsuciu syvantyjskich czarodziejów. Dlatego Aled wahał się przed przyjazdem na wyspę, dlatego pracował w domu, a nie w archiwum na oczach ludzi, choć byłoby to szybsze i łatwiejsze. Ciche zabójstwo nie pasowało do wysłannika z wymiarów piekielnych.
Ale demon był prawdziwy, więc zniecierpliwił się i przybył do jego domu. Bez czarnego kaptura i bez zakrzywionych ostrzy, ale z tym nieznośnym uśmiechem tryumfu.
– Odejdź! – wrzasnął. – Do mnie, duchy tego domu! – Rozłożył ramiona. – Schwytajcie i zgniećcie siłę nieczystą!
Podłoga wokół Kruczarza wybrzuszyła się. Spod powierzchni wyprysnęły drewniane macki. Pochwyciły go w objęcia. Owinęły się najpierw wokół nóg i nadgarstków, w pasie uwiązały go do fotela, ciasno oplotły ramiona. Rosły tak długo, aż zamknęły w uścisku także szyję i drewnem zapchały usta. Potem od lat martwe drewno wypuściło pędy, tworząc sieć miejscami przebijającą skórę i łączącą ją z obiciem fotela niczym nić krawiecka.
A ten diabeł nadal się uśmiechał!
– Radziłbym ci najpierw wysłuchać propozycji – powiedział, mimo że z drewnem w ustach nie powinien móc mówić. – Martwi propozycji nie otrzymują.
– Milcz, siło nieczysta!
Aled nakazał mackom, by przebiły serce czarodzieja, lecz te nie słuchały. Miast rozrywać ciało, tworzyły wokół mężczyzny ciasny kokon. Niech go czart! Aled chwycił świecę. Dmuchnął. Płomień nie zgasł – popłynął przez pomieszczenie, polizał biurko i uderzył w czarodzieja. Zapłonęło. Zajaśniało. Swąd wypełnił pomieszczenie. Płomienie zakryły Kruczarza, a potem zgasły nagle. Siedział na przypalonym fotelu, wśród spopielonej roślinności, ale ani trochę niepoparzony. I uśmiechał się jak diabeł.
– Może cię nie pokonam, ale potrafię bronić się znacznie dłużej, niż ty potrafisz atakować – powiedział ze znużeniem. – Zawrzyjmy umowę.
Czyli nie martwy... Wampir! Ożywieniec! Potwór!
– Nie!
Podłoga znów wystrzeliła, łącząc się z nadchodzącym z góry sufitem i zamknęły Kruczarza w ciasnym uścisku, który najwidoczniej wcale mu nie przeszkadzał.
– Skoro nie, to nie. – Wywrócił oczyma.
Za plecami Aleda rozległ się łomot. Wyłamana okiennica przeleciała mu nad ramieniem. Odwrócił się. W słabym blasku wschodzącego słońca ujrzał postać w czerni. Obcy dzierżył dwa zakrzywione ostrza, twarz ukrywał pod kapturem.
Czyli dwie istoty piekielne.
Tym razem drewniane macki zaatakowały nożownika. Nachylił się nad nimi i zawarczał. Cofnęły się spłoszone, a nieznajomy popędził w jego kierunku. Aled chwycił zgasłą świecę. Wosk natychmiast stopniał w jego ręce, tworząc osłonę i unieruchamiając napastnika. Było go coraz więcej i więcej, ale nożownik już znalazł na to sposób. Teraz macki pracowały dla niego, rozrywając zastygającą masę.
Aled pociągnął za szufladę biurka. Z impetem wypadła na podłogę i musiał opaść na kolana, by móc w niej grzebać. Wyrzucił bezcenne notatki, na oślep szukając znajomego kształtu. Był. Niewielki nóż, zaledwie kilka centymetrów ostrza. Kazał mu urosnąć i zmienić się w wielką włócznie, którą bez trudu mógł dosięgnąć przeciwnika. Zniszczył woskową barierę i napiął mięśnie do rzutu.
Kruczarz zerwał się. Aled zobaczył to kątem oka, usłyszał świst powietrza i umknął w ostatniej chwili. Fotel rozpadł się po uderzeniu o ścianę. Jedna z nóg wbiła się w biurko. Wyciągnął ją i na oślep posłał w kierunku nożownika.
W odpowiedzi zakrzywione ostrze rozcięło mu ramię. Zaciskając zęby z bólu, chwycił włócznię. Zaklął. Połamana na kawałki. A on nie miał siły, by ją połączyć. Z nadzieją spojrzał na chmury za oknem, ale pogoda była idealna i nie mógł sięgnąć po błyskawice.
Złapał jedną z notatek. Nie rozumiał w pełni zapisanego na niej zaklęcia, ale wyglądało na ofensywne, więc odczytał je szybko, gubiąc co trzecie słowo.
Biurko zdematerializowało się wśród kolorowych błysków.
Był odsłonięty. Kruczarz wyciągał dłonie do kolejnego czaru.
Aled złożył dłonie w znak odwrócenia i biurko zmaterializowało się z powrotem, tym razem nad głową Neana. Wróg krzyknął z bólu. Coś trzasnęło i stary czarodziej miał nadzieję, że to była kość. Kruczarz nie wstawał.
Stary czarodziej cieszył się tym zwycięstwem całe dziesięć sekund. Potem nóż człowieka w kapturze rozciął mu gardło. Zacharczał, a ostatnią rzeczą, którą zobaczył był Kruczarz powstający z miną tak wściekłą, że w istocie wiele demonów mogłoby mu pozazdrościć.
– Co się tak gapisz? – warknął na Rina. – Znajdź służbę. Upewnij się, że będą milczeć.
Rin nie poruszył się, choć rozsądek podpowiadał mu, że drażnienie Neana w takim stanie to najgłupszy pomysł z możliwych. Miał szczęście, że kaptur ukrywał wahanie widoczne na jego twarzy.
– Głuchy jesteś?
– Tym razem bez widowni?
– Tym razem to my zrobiliśmy z siebie widowisko. Miałeś czekać! Nudziłeś się?
Postanowił zignorować pytanie.
– Mam ich zabić?
– Tak. – Stwierdzenie zdało się bezbarwne.
– Daj im spokój – poprosił.
– Co z ciebie za efekciarski skrytobójca, skoro nie myślisz o niczym innym, jak ochrona niewinnych?
Rin nie odpowiedział. Wyciągnął rękę do wciąż siedzącego na ziemi towarzysza i pomógł mu wstać. Podtrzymał go też, gdy zakręciło mu się w głowie i stracił równowagę. Na szczęście Kruczarz natychmiast odzyskał rezon. Nie patrząc ani na trupa, ani na pozostałość po jego badaniach pomaszerował do wyjścia.
Rin nie zareagował.
– Mógłbyś się choćciaż raz pospieszyć? – spytał Nean, naciągając maskę złośliwej uprzejmości. – Muszę się przebrać z tych kupieckich łachów.
Przebrać w swój stary, dziurawy płaszcz, w którym wyglądam jak żebrak – dokończył Rin w myślach.
– Nie wygląda na kogoś, kto miałby siłę udusić człowieka. Poczekałbyś parę lat i sam by umarł. To było dawno, prawda?
– Co było?
Nean stanął oparty nonszalancko o framugę i udawał, że nie ma pojęcia, o co chodzi, ale Rin widział już takich. Kruczarz mógł pozować na nie wiadomo kogo, lecz w pewnych kwestiach nie różnił się znacząco od pozostałych. Chciał zemsty i choć wyjątkowo widowiskowej, jednak tylko zemsty.
– Mówię po prostu, że planowałeś to wszystko przez lata. Szukałeś odpowiedniego wspólnika, odpowiednich narzędzi. Nie należysz do ludzi w gorącej wodzie kąpanych. Raczej do w zimnej wodzie kąpanych. W przerębli. W nocy. W środku zimy. Przy najgorszej śnieżycy.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Heap
Posty: 27
Rejestracja: 18 października 2015, 15:55

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Heap » 15 lipca 2016, 15:25

A więc przeczytałem. I ze smutkiem stwierdzam na początku, że kilka ci się błędów wkradło. Jestem leniem, jestem zły i jestem gnuśny, więc odsyłam cię tutaj, przekopiuj sobie tekst i sprawdź https://languagetool.org/pl/.
Skoro jestem leniem, chciałem czytać nie tyle płynnie, co szybko i napisać komcia na odwal, ale raz sumienie mi nie pozwoliło, dwa coś zaczęło chrzęścić mi między trybami w łepetynie. Jakoś nie mogłem rozgryźć ostatniego dialogu w tekście i ułożyć sobie chronologii zdarzeń. Jednak przeczytałem drugi raz i wszystko było ok. Może jednak warto było coś takiego wyrwać ze swoich odczuć i wstukać tutaj.
Trochę mi brakowało klimatu na początku, ale później już było o wiele lepiej, chociaż wciąż... mam jakiś jego niedosyt. Nie twierdzę, że go nie ma, ino moja główka daje mi jakieś niepokojące sygnały. Skąd, czemu, jak - pojęcia nie mam :@ .
W scenie walki podobały mi się te macki i ten zabójca. ale później jakby wszystko stępiało, jakby ten zabójca był za mało... zabójczy? Przeczytałem tekst drugi raz - brak takiego odczucia. No cmon, co jest xD
Może brakuje jakiegoś rozwinięcia, może tekst jest po prostu za krótki o kilkanaście linijek - pojęcia nie mam. Przynajmniej fajnie sobie zabiłem czas, bo od linijki do linijki przechodziłem trochę tracąc kontrolę nad czasem. Jestem dziwny, paradoksalny do kwadratu.
Heap jest tylko jeden.

Awatar użytkownika
DeathAwaits
Posty: 9
Rejestracja: 04 lipca 2016, 09:19

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: DeathAwaits » 15 lipca 2016, 16:29

Dobra na własne ryzyko przeczytałam bez znajomości poprzednich tekstów o Kruczarzu i w sumie, niewiele do mnie dotarło :pas: Z drugiej strony takie wrażenia osoby nieogarniającej tematu też mogą być cenne, bo skupią się na czymś zupełnie innym, więc się nimi podzielę :lalala:

Nie chce mi się wypisywać błędów - zresztą nie było ich zbyt dużo -, zwrócę tylko uwagę na to, co mi się rzuciło w oczy: w pewnym momencie napisałaś "Szanowny Panie" (właśnie tak, z dużych liter, jak do adresata listu), co biorąc pod uwagę, że jest to tekst prozatorski, ściślej opowiadanie, powinno wyglądać "szanowny panie". Ale to drobiazg.

Jako, że nie ogarniam za bardzo całej otoczki, pozwolę sobie zrekonstruować swoje myśli, które pojawiały się podczas czytania. Na początku próbowałam ustalić, o co właściwie chodzi i doszłam do takiego wniosku, korzystając z poszlak rozrzuconych po tekście: był sobie Kruczarz. Kruczarz był potężny, więc jego moc wzbudzała zazdrość. Paru zazdrosnych magów go zabiło, żeby zabrać (?) mu moc. Kruczarz jednak przeżył, albo i nie, w każdym razie powrócił z zaplanowaną zemstą. Zemsta miała być epicka, z wybuchami, demonami, itd., ale zabrakło mu na to funduszy, więc pozostała zemsta z gościem przebranym za demona. Amen. Czy ten tok myślenia jest poprawny? Nie wiem, ale chętnie się dowiem :3
Tak to jest, że fabuła nie za bardzo mnie porwała, więc próbowałam skupić się na klimacie, ale z klimatem też trochę słabo... To znaczy - klimat był, ale nie taki, który ja lubię (to nie zarzut!, po prostu wydaje mi się, że nie jestem docelowym czytelnikiem). Tutaj był klimat typowy dla pokoju starego człowieka, z zapachem - no wiecie - mydła i formaliny, i książek. Co w sumie pasuje do starego czarodzieja. Myślałam też, że to (ten tekst) będzie coś długiego i powolnego i trochę bardziej zaskakującego niż było. Hm, to nie tak, że nie było zaskakująco, było - ale za bardzo, końcówka, kiedy ujawnił się ten przebieraniec była taka mocno komiczna, co zupełnie wytrąciło mnie z klimatu zarysowanego na początku i sprawiło, że historia wydała mi się nieprawdopodobna. Nie wiem, czy mówię składnie. Jeszcze raz: tekst wygląda dla mnie, jakby był podzielony na dwie części - pierwsza jest dość poważna, druga komiczna. Przy czym komizm eksplodował całkiem niezapowiedzianie, no i... podkopał moją wiarę w przedstawioną opowieść. Prędzej kupiłabym to, gdyby już wcześniej - na początku - jakiś komizm był sugerowany.
Teraz jeszcze trochę wad:
- gdzieś uderzyło mnie porównanie - cytuje z pamięci - "zieleń oczu godna piekielnego demona". Nie kumam. Czy demony w Twoim świecie charakteryzują się zielonymi tęczówkami, czy miało to być po prostu liryczne? Jeśli to drugie, to :pas: Nie rozumiem, dlaczego zieleń ma być taka demoniczna.
- nie wiem, czy to było zamierzone (jeśli było, to nie będzie wada), ale czarodziej krzyczący "precz, siło nieczysta", jak egzorcysta w podrzędnym horrorze, totalnie mnie rozwalał. Brakowało mi jeszcze jakiegoś krzywego ryja mówiącego "spieprzaj, klecho". No ogólnie, skoro to czarodziej, skoro wiedzę tajemną ma, itd., w dodatku jest stary i ogarnia świat i czary (nawet nie czuję, kiedy rymuję), to chyba nie powinien krzyczeć do potencjalnego demona "precz, siło nieczysta", tylko zabrać się za jakiś magic stuff. W sensie, chodzi mi o to, że jednak pojawianie się "sił nieczystych" jest dla takiego czarodzieja czymś bardziej codziennym, niż dla "klechy" z horrorów. Przy okazji manifestacja macków z podłogi (Cthulhu? XD) też tak trochę śmierdzi siłami nieczystymi, więc nie wiem, czemu się tak na nie uparł. Ale ok, przełknęłabym to, gdyby nie ten utarty zwrot właśnie, w sensie "aaaa, siła nieczysta".

Z plusów:
- czytałam już jakiś Twój tekst ("Nekromantę"?) i w porównaniu z tamtym ten podoba mi się dużo bardziej, przede wszystkim warsztatowo: ładne sceny dynamiczne, nic się nie tnie, walka opisana dobrze, szybko przez nią przeleciałam. Podobały mi się też opisy - zwłaszcza wyglądu Kruczarza -, wszystko, co niezbędne, żeby go sobie wyobrazić, ale nie było przesady, zostawiłaś mi wolność i nie zmusiłaś do wyobrażania niepotrzebnych szczegółów. Przy okazji bardzo mi się podobał opis wrażeń czarodzieja, że Kruczarz był taki "bez przesady", że mądry, ale nie chytry, że dumny, ale nie przesadnie. Bardzo fajne wrażenie i oddziałujące na wyobraźnie, dzięki temu Kruczarz był żywy.
- podobała mi się postać Kruczarza. Mam słabość do czarnowłosych młodzieńców, a ten jeszcze w zieleni, na bogato i taki z klasą :heart: Widząc, że potrafisz tak ciekawie opisać postać, smutno mi, że czarodzieja potraktowałaś dość sztampowo. Ach, gdyby był równie ciekawy/fajny jak Kruczarz, to dopiero byłby pojedynek!

PS. Ostatnie zdanie, niejako pointa opowiadania, brzmiało tak bardzo Sapkowsko ;)

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Krin » 15 lipca 2016, 17:21

Ależ to jeszcze nie jest koniec opowiadania. O.o Napisałam na początku, że to dopiero pierwsza z dziewięciu części.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
DeathAwaits
Posty: 9
Rejestracja: 04 lipca 2016, 09:19

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: DeathAwaits » 15 lipca 2016, 20:22

Umknęło mi to :pas: W takim razie bardzo się cieszę, bo to oznacza, ze część moich zarzutów (jak podział tekstu na dwie nierówne czesci) jest nieważna :] chętnie poznam bliżej Kruczarza.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Krin » 16 lipca 2016, 20:02

Przypominam, że to nadal nie koniec ;)
II – A mogę zrobić tak? – Nim Rin uzyskał przyzwolenie, z fal wyłoniła się wodna sylwetka. Szumiąc i chlupocząc, niezgrabnie wypełzła na nabrzeże kilkadziesiąt metrów dalej, strasząc przy okazji paru zagranicznych marynarzy. Miejscowi albo się zaśmiali, albo zirytowani szukali wzrokiem sprawcy. Rin czym prędzej skrył się w zaułku. Podobne wybryki były w Syvante na porządku dziennym, ale wolał nie kusić losu.
Kruczarz przyglądał mu się, siedząc na ziemi z plecami opartymi o ścianę starego magazynu i nic sobie nie robiąc z brudu ani zimna. Nie patrzył z naganą, co najwyżej z politowaniem.
– Następnym razem, kiedy będziesz coś robił, zrób coś ładnego – poprosił.
Rin potraktował to jako wyzwanie. Z wody wyskoczyła piękna i – o czym warto wspomnieć – zupełnie naga sylwetka kobiety. Przebiegła drogę dzielącą ją od zaułka, gubiąc przy tym parę wodorostów i usiadła obok Kruczarza, ochoczo demonstrując swoje wdzięki. Niestety szybko zaczęła się rozpływać i po chwili na bruku pozostała tylko kałuża słonej wody.
Twarz nawet mu nie drgnęła.
– Znośnie. Niestety widać, że brak ci życiowego doświadczenia.
Rin oblał się rumieńcem. Na dźwięk śmiechu Neana natychmiast nasunął kaptur i z impetem usiadł obok czarodzieja.
– Uważaj!
Kruczarz w ostatniej chwili usunął mu z drogi niewielką latarnię, z którą od kilku tygodni niemal się nie rozstawał. Była dziwna. Hipnotyzowała obserwatora nieprzyjemnym fioletowym blaskiem i Rin początkowo dowiedział się o niej tyle tylko, że jest niebezpieczna. Kilka dni temu w odpowiedzi na natarczywe pytania, czarodziej mruknął coś tylko o zamieszkującej lampę duszy.
– Przepraszam – bąknął chłopak, podciągając nogi pod brodę.
– Mnie nie przepraszaj. Siadanie na latarniach nie należy do przyjemnych, a siadanie na latarni zamieszkanej przez demona może być tylko gorsze.
A więc demon? Dlaczego wcale go nie dziwiło, że ten człowiek posiada latarnię z podręcznym demonem w środku?
Poznali się kilka miesięcy wcześniej, a układ między nimi był bardzo prosty. Jego pomoc w morderstwach w zamian za wiedzę Kruczarza. Nie całą oczywiście. Żaden czarodziej nie dzielił się nią chętnie, a już zwłaszcza nie z czarownikami. Czarownicy to był gatunek gorszy, banda samouków nie uznawana przez autorytety i nie mającą dostępu do żadnych, prócz empirycznych, źródeł poznania magii.
Kruczarz nieco go zadziwił pod tym względem. Przy zawieraniu umowy Rin spodziewał się, że będzie mógł co najwyżej podpatrzyć od Neana parę sztuczek, ale ten zadał sobie nawet tyle trudu, by nauczyć go czytać, umożliwiając samodzielne poszukiwania wiedzy w przyszłości. Może dlatego, że sam od lat tytułował się czarownikiem? Starego czarodzieja dopadło sumienie?
Starszego czarodzieja... Powoli, z pewnym zaskoczeniem zaczynał sobie uświadamiać, że Kruczarz nie był wcale tak stary, za jakiego próbował uchodzić, a nawet był znacznie młodszy niż to podpowiadał zdrowy rozsądek. Przy pierwszym spotkaniu w półmroku dusznej gospody uznał go za co najmniej sześćdziesięcioletniego dziada, ale teraz widział bez cienia wątpliwości, że nie mógł mieć lat więcej niż trzydzieści.
– Wieje wiatr od Białej Równiny – odezwał się nagle. Wciąż ściskał w rękach latarnię i wyglądał, jakby wysnuł ten wniosek spoglądając w fioletowe światło.
– Aż tutaj? – Rin zmarszczył brwi. – W jakim sensie? Jakby się nad tym zastanowić, każdy wiatr z północy, wieje od Białej Równiny.
Biała Równina zaczynała się setki kilometrów od Syvante i według legend nie miała końca. Żadne żywe stworzenie nie potrafiło przetrwać wśród wiecznych śniegów i choć niektórzy uważali, że widzieli ciała przybyłych stamtąd ludzi, w wielu wypadkach po prostu nikt nie potrafił rozpoznać śmiałków z dalekich stron.
Większość uczonych zgadzała się, że za morzami na południu, wschodzie i zachodzie także rozpościerała swe ramiona, a świat ludzi powstał, gdy bogini Halae chuchnęła na jej skrawek swym gorącym oddechem, sprawiając, że śniegi stopniały.
Rin nie miał pojęcia, czy oddech bogini Halae był wystarczająco ciepły, by ogrzewać ziemię przez tyle lat, ale resztę uważał za w miarę rozsądną. To logiczne, że Biała Równina nie ma końca, bo co miałoby znajdować się za nią? Inni uważali wprawdzie, że Biała Równina rośnie z każdym dniem, co brzmiało niepokojąco, ale nie mógł sprawdzić żadnej z teorii, więc postanowił się nie przejmować.
– Ten wiatr jest inny. Nie byłeś tam nigdy, prawda?
To było głupie pytanie. Nigdy nie znajdował się dalej od domu niż obecnie, a pochodził z południa, z Cesarstwa Latryjskiego.
Zaprzeczył.
– Ja... Właściwie mieszkam niedaleko. Jeśli się skupisz, wyczujesz magię w tym wietrze.
Magia w wietrze? Co za pomysł? Jak można wyczuć magię w wietrze?
Ostatnie pytanie wypowiedział na głos. Kruczarz uśmiechnął się.
– Nosem. Wierz mi albo nie, ale każde źródło magii ma swój charakterystyczny zapach. Nie wyczytałem tego nigdy w żadnej mądrej księdze ani nie zebrałem na to dowodów, ale zaufaj mi. Wiem, co mówię.
Rin nie wiedział jeszcze, czy zaufa, ale postanowił zapamiętać. Miał ochotę wykorzystać sposobność i dalej wypytywać towarzysza, ale wtem w zaułku rozległ się odgłos kroków. Wstali obydwaj. Latarnia Kruczarza znów gdzieś zniknęła.
Przybysz uniósł dłoń w geście powitania. Młody czarownik bez trudu rozpoznał brodatego grubasa w pstrokatej kamizelce, z którym Nean spotkał się przed paroma dniami w jednej z okolicznych tawern. Kazał mu wówczas odejść, wiec chłopak spędził godzinę na stołku w kącie zewsząd otoczony przez pijanych marynarzy i nieznośny hałas, który mimo największych starań uniemożliwił mu podsłuchiwanie.
– Pogratulować muszę wyczynu Jaśnie Panom! – zawołał przybysz.
– Daruj sobie. – Kruczarz nie odwzajemnił powitania. – Mów, co z ostatnim.
Z ostatnim? Rin poczuł zawód. Ostatni. Po ostatnim będą musieli się rozstać. Wróci do codzienności. Bez sprytu i umiejętności czarodzieja zapewne znów ledwie będzie wiązać koniec z końcem.
Jego towarzyszem znowu będzie cisza.
– I tu właśnie jest problem, mości czarodzieju, bo Syriam miesiąc temu wyruszył na Wschodnie Morza z misją od samego cesarza i nie zanosi się, żeby miał prędko wrócić. Jakaś dyplomacyja mówią.
Kruczarz zamarł. Rin aż gwizdnął. Wschodnie Morza wbrew swojej nazwie były olbrzymim stepem zamieszkanym przez koczownicze, półdzikie plemiona i przestępców uciekających przed wymiarem sprawiedliwości. Znalezienie tam kogokolwiek graniczyło z cudem.
– Jak z dyplomacją na Wschodnie Morza?! Do kogo? Do trawy?
Na mężczyźnie złość Kruczarza nie robiła dużego wrażenia. Wolał badać wzrokiem Rina wciąż ubranego w charakterystyczny strój piekielnego mściciela, niż skoncentrować się na rozmowie.
To był błąd.
Kruczarz gwałtownie wyciągnął rękę i jego rozmówca uderzył w ścianę magazynu. Gdy zdał sobie sprawę, że wisi w powietrzu, zamrugał oszołomiony i próbował oderwać się od ściany, ale czarodziej nie pozwolił mu na to. Podszedł powoli do mężczyzny, przywoławszy na twarz najgorszy grymas gniewu, na jaki potrafił się zdobyć i choć Rin wiedział, że to tylko gra, musiał przyznać, że gra wyjątkowo dobra.
Czy na pewno tylko gra?
Starał się o tym nie myśleć. Sugestia, że przez cały czas znajduje się na łasce psychopaty była niepokojąca.
Kiedy czarodziej uznał, że zbliżył się wystarczająco blisko, pozwolił mężczyźnie opaść na ziemię – tak, by wylądował na kolanach u jego stóp. Wyszeptał parę słów, które wydały się Rinowi kolejnym zaklęciem, ale grubas najwyraźniej je zrozumiał, bo w odpowiedzi energicznie pokiwał głową.
– Do kogo pojechał? – spytał Kruczarz. Znów uśmiechał się niczym kupiec oczekujący udanej transakcji.
– Do Ragda. To jakiś dzikus. Zebrał bandy i ogłosił się Panem Wszystkich Stepów, a teraz najechał na Remię – wyrzucał słowa jednym tchem. – Cesarz jak to cesarz, łatwo Remii z łap nie wypuści. Dlatego chce się układać.
Kruczarz powoli skinął głową. Gest najwyraźniej uspokoił informatora. Próbował nawet wstać, ale został natychmiast powalony z powrotem. Czarodziej odwrócił się od niego, zaplatając ręce za plecami i odszedł kawałek w stronę Rina.
– A powiesz mi, przyjacielu, czemu to cesarz wybrał sobie na ambasadora taką mendę jak Syriam?
Mężczyzna zawahał się.
– To nie przyjaciel jego cesarskiej mości?
Kłamstwo było wprawdzie niesłyszalne w słowach, ale bardzo widoczne na przerażonej twarzy.
– Jeśli myślisz, że gdy stoję tyłem, to cię nie widzę, powinieneś zmienić sposób myślenia. A twoja sugestia jest bardziej szkodliwa niż sądzisz. Wolałbym nie organizować zamachu na cesarza.
Czarodziej znów uniósł rękę. Między palcami błysnęły iskry, a nieszczęsny mężczyzna jął błagać o wybaczenie i przysięgać, że odtąd będzie mówił tylko i wyłącznie prawdę. Ale Kruczarz nie słuchał błagań. Rin musiał odwrócić głowę, kiedy jego magia powoli wypalała półokrąg na policzku informatora. Nie słyszał wrzasków, choć widział, że mężczyzna wije się z bólu – Kruczarz zakneblował mu usta z pomocą magii.
Rin próbował udawać, że odwrócił się, by obserwować, czy nikt nie nadchodzi ktoś postronny, ale gdy doszedł go swąd spalonej skóry, głośno zwymiotował na bruk, przyciągając na moment pełne politowania spojrzenie towarzysza.
– Teraz mów, co wiesz.
Rin nie zrozumiał piskliwej odpowiedzi, ale najwyraźniej Kruczarzowi wystarczyła, bo pozwolił łkającemu mężczyźnie osunąć się na ziemię i ruszył wąską uliczką, dając chłopakowi znak, by podążył za nim. Wyszli na nabrzeże. Grupa marynarzy, która obserwowała wcześniej wyczyny Rina rozeszła się. Tylko pojedyncze ciemne sylwetki wyłaniały się od czasu do czasu spomiędzy niskich, byle jak skleconych budynków. Do uszu Rina nie dochodziło nic poza szumem fal.
– Nie roztkliwiaj się nad tamtą szują – mówił czarodziej. – Sprzedałby własną matkę i nas też sprzeda. Dobrze, że masz na sobie kaptur. – Obejrzał się na niego przez ramię. – Szkoda tylko, że nieco brudny.
Rin natychmiast wytarł plamę po wymiocinach.
– Dokąd idziemy? – spytał, by ukryć zakłopotanie.
– Wracamy do gospody i idziemy spać, jak na praworządnych obywateli Syvante przystało.
– A jutro? Jedziemy na Wschodnie Morza?
– Ja jadę na Wschodnie Morza. Obawiam się, że tutaj będziemy musieli się rozstać. Nie zamierzam przez pół świata ciągnąć za sobą niedokształconego czarownika, który nie potrafi nawet utrzymać się w siodle.
Istotnie, podczas podróży u boku Kruczarza wielokrotnie dał pokaz wyjątkowo nieumiejętnego jeździectwa, ale uwaga i tak go ubodła. Dla kogoś takiego jak Nean był tylko niepotrzebnym balastem. Po tylu latach nauki wciąż pozostawał bez perspektyw.
– I co ja mam ze sobą zrobić twoim zdaniem? – Wiedział, że to bardzo głupie pytanie, wiedział jak bardzo odsłania się ze swoim przywiązaniem do starszego czarodzieja, ale też zdawał sobie sprawę, że Kruczarz musiał być go świadomy i nie pozostało wiele godności do uratowania.
– Czy ja jestem twoją matką, żeby mówić ci jak masz żyć? Co robiłeś wcześniej? Możemy razem popłynąć do Białej Piany, bo faktycznie żadnemu czarownikowi nie wróżyłbym dobrego losu w Syvante.
W milczeniu zanurzyli się w ciepłą i jasną przestrzeń gospody. Kruczarz ten jeden raz postanowił nie oszczędzać pieniędzy, więc przybytek był nawet przyzwoity, co w syvantyjskim porcie oznaczało mniej więcej tyle, że łóżka nie trzęsły się od nadmiaru karaluchów, a w nocy nie groziło gościom zamarznięcie ani powódź spowodowana nieszczelnością dachu, tudzież wypadającą z okna okiennicą. Prawdopodobnie nie groził im również napad, ale Rin przewracał się nerwowo z boku na bok, po tym jak w nocy obudził go hałas i spostrzegł, że Kruczarz zniknął, zostawiając swoje rzeczy porozrzucane po całym pomieszczeniu.
Miał nigdy nie dowiedzieć się, że Nean spędził tamtą noc przy stole w głównej, opustoszałej teraz izbie, wpatrując się na przemian to w okno, to w stojącą przed nim latarnię lśniącą fioletowym blaskiem. Miał ją od niedawna. Wewnątrz więził wiedźmę imieniem Żira, która z jego pomocą uniknęła śmierci i przejęła moc demona. W zamian uprzykrzała mu życie, jak tylko mogła, a mogła tylko poprzez słowa i tylko wtedy, gdy chciał jej słuchać.
Nigdy nie zastanowiła się nad tym, że najwyraźniej Kruczarz chce jej słuchać wyjątkowo często. Także tamtej ponurej nocy.
Narkotyzujesz się powietrzem? – spytała głosem słyszalnym tylko w jego głowie, kiedy po raz kolejny zaciągnął się głęboko zapachem znad Białej Równiny.
Okno wychodziło na północ, ale mógł zobaczyć przez nie tylko ciemny bezkres oceanu, jakże różny od bezkresu Białej Równiny. Masy wody, w przeciwieństwie do mas śniegów, wydawały się czymś naturalnym. Biała Równia była intruzem, który wydarł ziemie ludziom. Sprowadzała szaleństwo. Ukrywała moce, którym żaden czarodziej nie był w stanie sprostać.
I tylko on znał jej tajemnicę.
Przejrzał setki ksiąg, wypytywał każdego uczonego, który tylko wydał mu się choćby odrobinę mądrzejszy od innych, ale nikt nie posiadł tej samej przerażającej, a jednocześnie wprowadzającej w euforię, świadomości.
W zimnej wodzie kąpany – Rin nie mógł znaleźć lepszego określenia. Gdy piętnaście lat temu, a więc wówczas kiedy chłopakowi daleko było jeszcze do pewnego stąpania, a co dopiero widowiskowych skoków przez okno, Nean powziął decyzję. Teraz została mu do załatwienia ostatnia sprawa i tylko pech chciał, że aż na Wschodnich Morzach.
Wytrzymam, nawet bez trudu – powiedział sobie. – W końcu jestem w zimnej wodzie kąpany.
– Piętnaście lat... – wyszeptał. – Połowa życia.
Co było piętnaście lat temu? – spytała Żira. – Matka porzuciła cię na Białej Równinie? Spadłeś ze schodów i przywaliłeś głową tak mocno, że ekscytuje cię kupa śniegu?
– Przestań. To nie jest zabawne.
Przechodzący obok kupiec podskoczył, dopiero teraz zauważając Kruczarza maskowanego czernią szaty. Stanął, wytrzeszczając oczy. Miętosił koszulę niby uczniak i nie bardzo wiedział, jak wybrnąć z sytuacji, bo wyszedł za potrzebą i zew natury nie pozwalał mu ustać spokojnie.
Nie próbuję być zabawna – odparowała. – Próbuję zrozumieć twoje motywy, skoro już mam być twoim bezmózgim narzędziem. Nie idź tylko proszę na Białą Równinę i nie zamarznij, bo ja nie chcę tam tkwić po wieczność.
– Czujesz się bezmózgim narzędziem?
Kupiec na to pytanie zupełnie zidiociał. Nakreślił w powietrzu znak odpędzający złe moce na wypadek, gdyby nieznajomy był opętany.
– Nie, Panie.
Dopiero wówczas Kruczarz zwrócił na niego uwagę.
– Nie stój tak, tylko leć, bo nie lubię w smrodzie siedzieć – rzucił.
Kupiec odszedł czym prędzej, parę razy oglądając się przez ramię i nieomal spadając przez to ze schodów.
Nean usłyszał śmiech Żiry.
Powinniśmy rozmawiać częściej – powiedziała. – Ciekawe co Rin by sobie o tobie pomyślał. Masz słabość do tego chłopaka, wiesz?
– Nie zmieniaj tematu.
Musisz się go pozbyć. Po to wstałeś, prawda? Bo przecież nie po to, by spoglądać w okno i wspominać dawne czasy. Mały Rin musi oddać życie na ołtarzu wielkich celów wielkiego czarodzieja Neana z Czarnej Wody. Jak ja, jak wszyscy.
– Nie porównuj się do Rina. Jesteś zepsuta do szpiku... latarni.
Mów tak sobie. Poczujesz się lepiej.
– A ty czujesz się lepiej, gdy ze mnie szydzisz?
Tak, dużo lepiej, bo jeśli chcesz wiedzieć, to owszem – czuję się bezmózgim narzędziem w rękach szaleńca i mam bardzo niepewne widoki na przyszłość. Wiesz, co się dzieje z ludźmi, którzy siedzą zaklęci latami w klejnotach? Wiesz?
– Minęło pół roku.
Nie mów mi, ile minęło. Powiedz mi, ile jeszcze minie. Wiesz, co się z nimi dzieje, czy nie wiesz?
Wiedział. Nazwać ów stan obłędem byłoby niedopowiedzeniem. Człowiek nie tracił rozumu, bo już go po prostu nie było. Rozmywał się w niebycie. Czasem, gdy próbowano zamknąć duszę w klejnocie myśląc, że jest pusty, okazywało się inaczej – klejnot mógł być zamieszkany przez duszę tak zdegenerowaną, że wyczuwalną dopiero wtedy, gdy znienacka łączyła się z nową duszą. To oczywiście było dla niej katastrofą i jeśli nawet czarnoksiężnik – bo nikt parający się brudną magią dusz nie mógł być zwany inaczej – postanowił puścić ją wolno, pozostawała kaleka.
Nean doskonale rozumiał nieustanne dążenie do kłótni przez Żirę. Próbowała poprzez silne emocje zachować własną osobowość. W przeciwieństwie do niej zdawał sobie sprawę, że na dłuższą metę efekt może być jeszcze gorszy i obiecywał sobie nigdy jej nie wypuszczać. Dusza zastygła w nienawiści wydawałaby się absolutnie spokojna, by potem bez ostrzeżenia napaść go i zgładzić.
Idź zabić chłoptasia i jedźmy, zanim grubas postanowi donieść Arcymagowi – odezwała się po chwili milczenia.
– Od kiedy tak zależy ci na moim bezpieczeństwie?
Odkąd zostałeś jedynym mężczyzną w moim życiu. Nie chcę resztki rozsądku zmarnować na podglądanie jakiegoś szlachcica w sypialni albo coś gorszego.
Zaśmiał się i przesłał jej całusa dłonią. W ostatniej chwili, bo nieszczęsny kupiec wracał właśnie i tego by już chyba nie udźwignął. Tylko obrzucił Kruczarza niepewnym spojrzeniem i zniknął za najbliższymi drzwiami.
Kruczarz wstał, gasząc latarnię i z pomocą magii zmniejszając ją z powrotem do rozmiaru monety. Podszedł pod drzwi pokoiku dzielonego z Rinem, nie zważając na skrzypienie desek. Już nie miało znaczenia. Wejdzie do środka, zabije Rina, a potem wyjdzie jak gdyby nigdy nic i odjedzie w siną dal. Nikt nie da rady go zatrzymać. Zburzy spokój gospodarza, może jego histeryczna małżonka omdleje mu w ramionach i uderzy się o coś nieszczęsna, ale po kilku tygodniach nikt już nie będzie pamiętał.
Wziął głęboki oddech i wszedł do środka. Tak jak przypuszczał, Rin spał spokojnie z twarzą zwróconą w jego stronę. Idealna pozycja. Nie będzie się musiał szarpać. Po prostu podetnie mu gardło – ofiara pocharczy przez chwilę, on popatrzy przez chwilę, a potem weźmie swoje rzeczy i pójdzie. Nic wielkiego.
Zaraz jednak zdecydował inaczej.
Nie potrafił tak po prostu podciąć chłopakowi gardła w czasie snu i odejść. Nie. Rin był dla niego kimś w rodzaju ucznia, mimo że od początku wiedział, iż nie będzie miał okazji spożytkować swojej wiedzy. To wymagało czegoś bardziej uroczystego. Ta dziwna potrzeba pojawiła się w umyśle Neana nie po raz pierwszy, bo też nie po raz pierwszy przyszło mu mordować swoich towarzyszów.
Nie potrafił wytłumaczyć tego chorego zwyczaju, ale dla przyjaciół wolał wybierać powolną śmierć. Lubił oglądać jak umierają, lubił kiedy wiedzieli, kto ich zabija. To było dla niego jak śmierć i pogrzeb jednocześnie. Zimnym, nieruchomym spojrzeniem żegnał błaganie i strach w ich oczach. To była ostatnia spowiedź i to spowiedź wzajemna. Czuł się rozgrzeszony.
A może ty wcale nie lubisz znęcać się nad nimi? – usłyszał w głowie szept Żiry. – A może ty lubisz znęcać się nad sobą?
– Zamilcz choć na moment.
Czym powinien tego dokonać? Spojrzał na nóż w swojej dłoni – piękne ostrze o czarnej klindze i białej rękojeści. Mógłby go nim pchnąć – w serce, w płuca, wszędzie. Mógł zatkać mu usta przedramieniem i szamotać się z nim w uścisku, dopóki nie osłabnie. Ostatni uścisk przed rozstaniem.
Mógł też chwycić starą, pamiętającą setki brudnych i zmęczonych głów poduszkę, by go udusić. Mógł to zrobić gołymi rękoma – tak, wspaniałe rozwiązanie.
Czuł emocje Żiry płynące z latarni. Także odczuwała rosnącą ekscytację.
Uduś go – podpowiedziała mu.
Odłożył nóż i uklęknął na posłaniu obok Rina. Jeszcze chwilę spoglądał na ufnie śpiącego chłopca. Z niemal matczyną delikatnością odgarnął ciemne włosy spływające po szyi. Rin musiał wyczuć ten dotyk, bo poruszył się i zaczął rozbudzać powoli, ale Kruczarz nie dał mu dość czasu.
Blade palce zacisnęły się na szyi. Chłopak momentalnie strząsnął z siebie resztki snu. Złapał za ręce Neana, wbijając w nie paznokcie i drapiąc do krwi. Patrzył z przerażeniem w zimne oczy Kruczarza. Szarpał się. Nawet przez chwilę uciekł. Na nic. Próbował wyczołgać się z łóżka, ale ręce dwakroć starszego i silniejszego mężczyzny uchwyciły go znowu, zanim zdążył nacieszyć się oddechem. Kruczarz oparł na nim cały ciężar ciała. Niemal usiadł na chłopaku, wbijając mu kolano w brzuch. Z takiej pozycji już nie mógł uciec. Zwijał się. Błagał go wzrokiem, lecz czarodziej patrzył tylko, nie zwalniając uścisku, z zachwytem i bólem jednocześnie.
Rin przestał się szarpać. Stracił przytomność, choć żył jeszcze.
I wtedy Nean to zobaczył, w tych jasnych oczach – odpowiedź zawsze odległa, a tak bliska. Prawda. Pojął nagle, że zna to spojrzenie, ten wyraz twarzy, ten spokojny oddech pośród nocnej ciszy.
Zna! Przez cały czas znał!
Na wszystkich bogów na niebie, na ziemi, pod ziemią, w piekłach i wszędzie, gdzie tylko bóg skłonny słyszeć wycie ludzkiej duszy!
Puścił gardło nieszczęśnika i po raz pierwszy od piętnastu lat, niepomny całkowicie co czyni, zmówił modlitwę do bogów swych ojców i dziadów. Spakował się drżącymi rękoma i wypadł z gospody, zostawiając za sobą przeklęte spojrzenie i przeklętą twarz. Chciał wymazać obraz z pamięci. Chwycił się za skronie, ale zapomniał wszelkich zaklęć. Pędził przez noc jak szaleniec, a gdy nadszedł świt, był już poza Syvante, w znacznie mniejszym porcie i to stamtąd wyruszył na kontynent.
Rin nie podążył za nim. Nean nie był nawet pewien, czy jest w pełni zdrów, a bał się posłać na zwiad jednego ze swoich kruków. Bezmyślność i Zapomnienie – nie przypadkiem tak brzmiały ich imiona.
Nie myśleć więcej. Nie pamiętać więcej.
Tego tylko chciał, a Żira w jego umyśle nie śmiała się wcale.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Kanterial » 21 lipca 2016, 02:35

Krin, zgodnie z zapowiedzią: jestem. Komentarz będzie rozwlekły i nie do końca na temat samego tekstu stricte, ale domyślam się, że obszerność cię nie odstraszy. Dlatego najpierw trochę wyjaśnień (masz szczęście, że jest już późno i nie mam siły na swój żałosny humor ani denne porównania), później komentarz właściwy.

Wadzi mi, jak mówiłam, sytuacja w której gotowy tekst rzucasz częściami. Przede wszystkim dlatego, że zawęża mi pole manewru, tobie zresztą też. Komentarz w moim wykonaniu byłby cenny, gdybyś go mogła przełożyć na lepsze napisanie kolejnego kawałka, a teraz - co tu dużo mówić - będę się w całym wątku, przez dziewięć (?) wstawek powtarzać. To bez sensu, żebym ci wskazywała błędy takie jak konstrukcje niektórych zdań, bo przecież masz już wszystko napisane w ten sposób, gotowy tekst. To, co ja zobaczyłam i wyłapałam w pierwszych dwóch fragmentach, najprawdopodobniej występuje do samego końca. Szczegóły, drobiazgi, rady, których bym udzieliła teraz są nieprzydatne. Nie wiem, czy dobrze mnie rozumiesz. Szanuję koncepcję takiego pisania we własnym zakresie (choć sama lubię wrzucać niegotowy tekst partiami, bo spostrzeżenia i uwagi innych często zmieniają mój własny zamysł i inspirują) ale myślę, że ona nie jest jeszcze dla ciebie dobra. Że powinnaś korzystać z dobrodziejstwa forum i publikować to, co masz od razu, na bieżąco, zamiast kończyć opowiadanie na własną rękę. To pozwala zapanować nad tekstem, uniknąć powtarzania błędów, to pozwala zobaczyć reakcje czytelników i skupić się na nich. To najlepsze, co możesz dostać. Plus, jak mówiłam, kiedy inni ci "towarzyszą" w pisaniu, twoja koncepcja trochę (no minimalnie) nagina się do ich oczekiwań. I to nie jest złe, przeciwnie. Naprawdę polecam. Ludzie czasem wyłapują niuanse, które zupełnie przypadkiem, wykorzystane przez ciebie, stają się największym atutem tekstu. Myślę, że byś nie żałowała. To tyle z pierniczenia o niczym, wybacz, lubię się czasem rozpisać.
Z powodów wymienionych wyżej nie wypisałam błędów. Nie zrobiłam spoilera i nie zrobię, aż wrzucisz wszystko. Wtedy z chęcią, ba, koniecznie. Może jednak wyślij mi ten plik, kiedy skończę czytać. Więc, wracając do tematu, w tym komentarzu nie będę wskazywać konkretnych zdań, ale wymienię ci to, co kuleje. Normalnie bym tego nie zrobiła tak młodemu autorowi chyba :facepalm: bo jednak krytykę ciężko się znosi, ale ty jesteś dojrzała (racja?) i przyjmiesz moje uwagi na luzie, z dystansem. Pewnie za rok wydadzą się śmieszne i tobie i mnie. Dlatego się nie przejmuj, a ja tu z szacunku do ciebie i szczerości wymieniam:
- tendencję do pisania zdań z bezosobową formą czasownika (kiedy akcja przyśpiesza) i nie do końca poprawne użycie imiesłowu przysłówkowego
- gubienie podmiotu, często wymyka ci się klarowność akcji przez to, nie jest jasne, kto mówi, kto wykonuje czynność, trzeba tego szukać "na logikę" w zdaniu (a żaden czytelnik nie lubi tego ułamka sekundy, gdy jest niepewny)
- ogólne braki w warsztacie, takie delikatne "jeszcze trochę, jeszcze trochę, Krin" (myślę głównie o scenach akcji, walki, ruchu)
To wszystko może strasznie wygląda, ale jest błahe i normalne. Jak pisałam - strzelam, że za rok się pośmiejemy obydwie z tych uwag, zwłaszcza odnośnie "niedoświadczenia" które nazwałam "brakami warsztatu" żeby brzmieć mądrze i epicko.

Musisz mi wysłać ten tekst, ja inaczej nie dam rady ci wyłuszczyć, co mam na myśli i wskazać, o jakich potknięciach mówię. Cholera, dziesiąty chyba raz stwierdzam, że nie powinnam ci pisać takiego komentarza, tylko pogłaskać i poczekać aż sama zniwelujesz swoje błędy (klasyczne! wszyscy takie mieliśmy!) bo tak też zrobiono ze mną na forum... No ale
SpoilerShow
jesteś już duża? :facepalm:
to się nie będę obchodzić jak z jajkiem. Uwierz, to z szacunku do ciebie. Bo masz tak cholerny potencjał i nie chce mi się czekać, Krin, aż się powoli rozwiniesz, nie, czas na jebnięcie, od razu ci powiem co jest niehalo, szok i niedowierzanie, i będziesz świetna
ale na serio - doceń. Naprawdę gdybyś nie była tak dobrym materiałem na pisarza, to bym ci odpuściła tę analizę techniczną i uwagi. Tak mnie wychowano.

Czas na przyjemniejszą część komentarza. Najpierw może lekkie zaskoczenie z mojej strony, jeszcze niezbyt przyjemne - "Kruk" jest napisany lepiej. Tak po prostu, technicznie lepiej. Ot, szybkie info, moja pierwsza myśl w trakcie czytania.
Pomimo tego, że jeszcze nie jest to "dopieszczone" pisarstwo, zadziwiasz mnie. Są takie przebłyski czegoś świetnego, Krin, wręcz (głupio sie przyznać) momentami nie wierzę, że to pisała siedemnastolatka. Jasne, że nie przez cały tekst (tego ci życzę w przyszłości) ale naprawdę często.
Ogarniasz tak wiele, rozumiesz tak wiele, tyle widzisz.Takie myśli ubierasz w słowa, że umiesz nimi ruszyć moje literackie potrzeby, wywołujesz ten pozytywny podziw. Kiwam głową z uznaniem, unoszę brwi. Serio, zaskoczyłaś mnie. Wiele razy, różnymi rzeczami. Niebanalnością, pomysłem, głębią, konstrukcją postaci czy uzasadnieniem moralnym pewnych decyzji. Pokazaniem ludzkiej psychiki. Wielkie wow i wielki szacun. Zebrałam ci to w spoiler, bo z pamięci byłoby ubożej (spoiler jest pełny udanych zdań, trafnych przemyśleń, zaje... eghe, fajnej kreacji postaci Kruczarza):
SpoilerShow
Tak właśnie – powiedział sobie – w Syvante jest miejsce jedynie dla czarodziejów i rybaków, dla tych zgłębiających tajemnice świata i dla tych cuchnących rybami.

Patrzył za mądrze na chytrość, patrzył ponad wszystkim, ale nie z góry, aż Aled poczuł, że gość miał pełne prawo przybyć o nieludzkiej godzinie i bez zaproszenia.

Podszedł powoli do mężczyzny, przywoławszy na twarz najgorszy grymas gniewu, na jaki potrafił się zdobyć i choć Rin wiedział, że to tylko gra, musiał przyznać, że gra wyjątkowo dobra.

Rin próbował udawać, że odwrócił się, by obserwować, czy nikt nie nadchodzi ktoś postronny

– I co ja mam ze sobą zrobić twoim zdaniem? – Wiedział, że to bardzo głupie pytanie, wiedział jak bardzo odsłania się ze swoim przywiązaniem do starszego czarodzieja, ale też zdawał sobie sprawę, że Kruczarz musiał być go świadomy i nie pozostało wiele godności do uratowania.

Mały Rin musi oddać życie na ołtarzu wielkich celów wielkiego czarodzieja Neana z Czarnej Wody.

Nean doskonale rozumiał nieustanne dążenie do kłótni przez Żirę. Próbowała poprzez silne emocje zachować własną osobowość.

To wymagało czegoś bardziej uroczystego. Ta dziwna potrzeba pojawiła się w umyśle Neana nie po raz pierwszy, bo też nie po raz pierwszy przyszło mu mordować swoich towarzyszy.
Nie potrafił wytłumaczyć tego chorego zwyczaju, ale dla przyjaciół wolał wybierać powolną śmierć. Lubił oglądać jak umierają, lubił kiedy wiedzieli, kto ich zabija. To było dla niego jak śmierć i pogrzeb jednocześnie. Zimnym, nieruchomym spojrzeniem żegnał błaganie i strach w ich oczach. To była ostatnia spowiedź i to spowiedź wzajemna. Czuł się rozgrzeszony.
A może ty wcale nie lubisz znęcać się nad nimi? – usłyszał w głowie szept Żiry. – A może ty lubisz znęcać się nad sobą?
Naprawdę, dziewczyno, czytałam wiele tekstów fantasy, wydanych na papierze, wrzuconych tu na forum. Jestem w nich tak zanurzona, że mnie razi każda kolejna "klasyczność" każde podobieństwo, sztampowe postacie, wałkowane sceny, patetyczność. Model bohatera, model złoczyńcy. Nawet model kogoś pomiędzy, kogoś rozdartego między dobrem a złem. To wszystko było, to wszystko jest wtórne. To wszystko mnie mierzi i odrzuca, zniesmacza.
Zniesmaczam się wyjątkowo często przy fantastyce. I mimo że Kruczarz ma w sobie tę piękną, powielaną typowość - charyzmę, zimno, potworność, okrucieństwo - ma też wady. Jest tak dobrze oddany, tak przemyślany, Krin, taki po prostu... Ludzki. Dobrze go zbudowałaś od szkieletu samego, uzasadniłaś, wyważyłaś między omylnością i człowieczeństwem a potęgą i doświadczeniem. Sama się sobie dziwię, że tak go lubię. A lubię. To jest naprawdę świetnie skrojona postać. Podobnie jak RIn (i nawet ta irytująca Żira).
Informacje dozujesz w przyjemnym tempie, nie gubię się, jestem pozytywne zaskoczona twoim wyczyciem literackim - nie męczą mnie sceny, a to się zwykle dzieje a) w fantasy b) u młodych pisarzy, gdy czytam. Więc naprawdę nieźle jest. Przed tobą trochę pracy ale JEST NAD CZYM PRACOWAĆ zapewniam, skoro już teraz jesteś w stanie mnie ruszyć. Przyznaję, że system magii ciekawi mnie mniej niż historia samego Kruczarza oraz, oczywiście, wielka tajemnica Białej Równiny i pytanie co (kogo) takiego zobaczył Nean w oczach towarzysza. Btw, Nean to dobre imię.

Wiesz, pisałaś na SB że siedzisz w fantastyce i nie potrafisz obyczaju, prawdziwości. Że piszesz dziecinnie. Może to zuchwałe z mojej strony, ale wróżę ci dość szybkie przejście na obyczajówkę i psychologię. Albo przynajmniej postawienie na nią w twoim fantasy. Widać, dziecko, że cię tam ciągnie. Do wnętrza ludzkiej głowy, a nie na Białą Równinę. Pisz o tym Kruczarzu, pisz swoją fantastykę - i tak ćwiczysz bardziej psychologię niż opisy magii i zaklęć. Takie moje zdanie. I weź choć raz zacznij jęczeć na SB że piszesz słabo, to ci walnę gonga

Pozwól, że do fabuły odniosę się po większej ilości tekstu. Ciekawi mnie, chwilowo tyle.
SpoilerShow
Jeśli chodzi o interpunkcję - jest taki sexshop i on się nazywa Różowy Słoń, ale to nieprawda, bo wszyscy wiedzą że to jest Różowa Krowa, bez skojarzeń proszę, w każdym razie można tam nabyć dmuchane zabawki (nie znam się nigdy nie byłem w takim miejscu więc nie wiem czemu akurat dmuchane) w kształcie Zoltana z "Mostów", plus można na wejściu zarobić bana od sprzedawcy - także myślę, że przecinki nie są twoim największym problemem.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Krin » 21 lipca 2016, 12:12

Zacznę od tego - i chyba już któryś raz z kolei zaczynam od tego - że naprawdę nie wiem, skąd w was się ostatnio wzięło tyle optymizmu w temacie mojego pisania i chyba, chyba ten... zacznę się rumienić. :pas: Zacznę się tez bać, że część dalsza nie sprosta oczekiwaniom itd.

Nie wrzucam tekstów od razu na forum, ponieważ mam z tym bardzo złe doświadczenia i czuję, ze to nie dla mnie. Zazwyczaj kiedy piszę, mniej więcej znam zakończenie, choć nie znam szczegółów. Często nagle przychodzi mi do głowy, że może się do niego przysłużyć występujący wcześniej szczegół, tylko trzeba go trochę zmodyfikować. Gdybym pisała tekst w kawałkach, najpewniej stwierdziłabym, że miałam swoją szansę i muszę się trzymać tego, co było. O zaprzeczaniu samej sobie już nawet nie wspomnę...
Jest też mnóstwo błędów, które popełniam w pierwszej wersji tekstu, a które mogłabym poprawić bez udziału osób trzecich. A gdy takowe pojawią się już na forum niepotrzebnie przyciągają uwagę większości komentujących, przez co rzeczy znacznie dla mnie istotniejsze, których nie jestem w stanie sama zauważyć/ocenić zostają zlekceważone.
Normalnie bym tego nie zrobiła tak młodemu autorowi chyba :facepalm: bo jednak krytykę ciężko się znosi, ale ty jesteś dojrzała (racja?) i przyjmiesz moje uwagi na luzie, z dystansem. Pewnie za rok wydadzą się śmieszne i tobie i mnie. Dlatego się nie przejmuj, a ja tu z szacunku do ciebie i szczerości wymieniam:
Spokojnie, lubię, kiedy ktoś mi wytyka błędy, bo wtedy wiem, nad czym pracować, zamiast poruszać się we mgle.
- tendencję do pisania zdań z bezosobową formą czasownika (kiedy akcja przyśpiesza) i nie do końca poprawne użycie imiesłowu przysłówkowego

Mogłabyś pokazać jakiś przykład? Bo z podmiotami to ja wiem, że mam problem i też to dostrzegam, choć niekoniecznie potrafię zaradzić.
- ogólne braki w warsztacie, takie delikatne "jeszcze trochę, jeszcze trochę, Krin" (myślę głównie o scenach akcji, walki, ruchu)
To znaczy?
Bo masz tak cholerny potencjał i nie chce mi się czekać, Krin, aż się powoli rozwiniesz
Mi też nie?
Może to zuchwałe z mojej strony, ale wróżę ci dość szybkie przejście na obyczajówkę i psychologię. Albo przynajmniej postawienie na nią w twoim fantasy. Widać, dziecko, że cię tam ciągnie. Do wnętrza ludzkiej głowy, a nie na Białą Równinę.
Strasznie dużo mi dałaś do myślenia tymi słowami. Bo ktoś mi już mówił i to nie raz, że mnie ciągnie do wnętrza ludzkiej głowy, choć dotyczyło to nie pisania, a codziennego życia. Rodzinna legenda głosi, że w wieku, kiedy dzieci zadają seriami dziesiątki pytań (Krin wie, że to jej do tej pory zostało) siostra Krinów wypytywała o przyrodę, brat o technikę, a Kriny właśnie o ludzi i dlaczego zachowują się tak właśnie, jak się zachowują i co mają na myśli.

A jednak mylisz się i masz rację jednocześnie. Bo powiedzieć, że mnie nie ciągnie na Białą Równinę, to jak powiedzieć, że nie lubię nekromantów. Obyczajówka, po pierwsze, wydaje mi się strasznie przeintelektualizowana, a interpretacja jej przez ekspertów sztuczna i fałszywa. Niby można nie słuchać ekspertów, ale gdy człowiek przez przypadek na nich trafi, to już po nim. (A może to taki mój strach po lekturach szkolnych? Nie, bardziej chyba po filmach oglądanych na lekcji i interpretowanych wspólnymi siłami przez klasę. Klasa nie składa się z ekspertów, ale chciałaby. I eksperci mają ten sam problem - też chcieli by być mądrzy.) Tak samo jak nie wierzę ekspertom, nie wierzę psychologom - przynajmniej tym, którzy docierają do mnie przez media - bo ich opinie wydają mi się podobne do opinii ekspertów od literatury, jakby człowiek był bohaterem literackim i to takim stworzonym pod udowodnienie tezy maturalnej. (W głębi serca wierzę, że istnieją gdzieś mądrzy psycholodzy.) Rany boskie, co ja piszę... Rozpisałam się nad czymś, na czym wcale się nie znam i to zupełnie niepotrzebnie.

Co chciałam uchwycić przez ten bełkot? Nie czuję potrzeby edukować ludzi, jak mają żyć ani tym bardziej informować ich, jak żyją inni ani cokolwiek ta obyczajówka i psychologia jeszcze robią. Za każdym razem, gdy moja polonistka katuje mnie jakimś oglądanym na lekcji dramatem psychologicznym (np. "Placem zbawiciela", nie próbujcie oglądać tego w domu), mówię, że mam wystarczająco dużo życia w życiu, by nie musieć jeszcze katować się oglądaniem takich rzeczy. Ale fantastyka to inna sprawa, nikt z nas nie ma na co dzień Białej Równiny ani demonów na swoje usługi ani młodego ucznia, którego mógłby zamordować w imię czegoś tam. Lubię fantasy za to, że może połączyć w sobie wszystkie pozostałe gatunki. Czyli mogę sobie zajrzeć do głowy człowieka, który wie coś i doświadczył czegoś, co nam się nawet nie śniło, a mimo to jest człowiekiem ze swoim człowieczeństwem i doświadcza też zupełnie normalnych ludzkich rzeczy. No, przynajmniej chciałabym pisać na tyle dobrze, by kiedyś to ujmować.
I weź choć raz zacznij jęczeć na SB że piszesz słabo, to ci walnę gonga
Pewnie masz rację i powinnam przestać wściekać się za wieczne "Świetnie piszesz... jak na swój wiek", bo już bym chciała pisać jak ci starzy wyjadacze, a tak się nie da.

Dzięki za komentarz i dobre słowo :heart:
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Kanterial » 21 lipca 2016, 12:39

Mogłabyś pokazać jakiś przykład? Bo z podmiotami to ja wiem, że mam problem i też to dostrzegam, choć niekoniecznie potrafię zaradzić.
SpoilerShow
"Podszedł do okna, opierając dłonie na marmurowym parapecie."

"Wrócił do biurka, krzywiąc się, kiedy fotel zaskrzypiał nieprzyjemnie pod jego ciężarem."


twoja postać jednocześnie wraca oraz siada, jednocześnie podchodzi do okna i opiera dłonie na parapecie, choć powinna najpierw podejść, a potem je oprzeć. To są niuanse

To znaczy?
Że dynamika zaburza ci logikę - w skrócie. Scena walki nad biurkiem leci jako przykład. Skupiasz się na opisie ruchu, na szczegółach, na fizyce. Obraz całościowy na tym cierpi. Są w pomieszczeniu trzy osoby - to dużo - każda z nich robi coś jednocześnie, opis powinien odnosić się "ogólnie" to całej akcji, kamera powinna się oddalić, żeby widz ogarniał wzrokiem wszystko, cały pokój, trójkę walczących. Ty robisz serię zbliżeń jak kamerzysta w TVP 2 na relacji z nocy sylwestrowej. Kwestia obycia z tematem i napisania jeszcze dwudziestu albo pięćdziesięciu takich sytuacji. Zdania są długie, obrazowe i skupione na konkretnym bohaterze/przedmiocie, tymczasem powinny obejmować więcej - naraz kilka wydarzeń. Albo być krótsze i bardziej ogólnikowe. Ciężko mi to opisać, dlatego powtarzam, wyślij całość, odeślę ci plik z dopiskami, albo poczekaj do końca wątku, to nad tym usiądę.

Cieszę się, że pozytywne emocje masz po tym komentarzu
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Kruffachi » 23 lipca 2016, 13:07

Obie wstawki za mną. To – niestety – nie będzie szczególnie pozytywny komentarz, więc jeśli trzeba, zaopatrz się w jakąś czekoladę może…? Źle mi z tym, ale po prostu czasem trzeba :/
Nierozważnie wypowiadać się o całym tekście, kiedy znam niespełna jedną czwartą, ale na ten moment to zdecydowanie najsłabsza odsłona Krucarzowego cyklu i jeden z Twoich mniej udanych tekstów w ogóle. Popełniasz tu błędy, których dotąd unikałaś, i wchodzisz na mielizny, które były Ci raczej obce. Zastanawiam się, z czego to wynika i mam kilka teorii, ale wszystkie to tylko takie gdybanie. Nie chodzi mi tylko o styl – w „Kruku” mnie dosłownie urzekł, zresztą pisałam Ci o tym, tu mam do czynienia z tekstem, który sprawia wrażenie, jakby był pisany na szybko. Jakbyś już chciała przejść do kolejnego fragmentu, nie oglądając się na tworzywo i sposób, w jaki z niego korzystasz. Są więc i głupie, naprawdę głupie błędy (moje ulubione to: „Wolał badać wzrokiem Rinawcią ubranego w charakterystyczny strój piekielnego mściciela”), są brzydkie i toporne zdania. Nie trafiłam tu na takie momenty jak tamten pamiętny opis świątyni czy Pustyni, albo przemarszu armii umarłych z „Zapłaty”, kiedy mogłam pokiwać głową z uznaniem nad tym, jak pracujesz słowem. Może to kwestia braku redakcji po ochłonięciu, może właśnie pośpiech.

Ale nie tylko styl budzi moje zastrzeżenia. Postaram się w miarę jasno i czytelnie przejść przez to punkt po punkcie. W tej formie, bo wiem, że lubisz dopytywać o różne rzeczy, a ja nie zawsze potem potrafię zrozumieć, o co właściwie pytasz ;) Może tak pójdzie nam efektywniej.

1. Ekspozycja wprowadzająca Krucarza (no przecież to cykl o nim, natychmiast wiadomo, o kogo chodzi).

Najpierw pokazujesz czarodzieja z rybackiej wioski, który sobie siedzi i ni stąd ni zowąd zaczyna rozmyślać o Krucarzu, o tym, jaki to nie był i o tym, jak to nie obiecał zemsty. Potem nagle pojawia się tajemniczy ktoś, ale dla czytelnika od początku jest jasne, kto to. Byłoby jasne nawet, gdyby nie cała ta część ekspozycyjna, bo wszak – jak wspomniałam – to cykl o nim. A mimo to rozwodzisz się przez parę zdań, każesz wraz z Aledem zastanawiać się, któż to. I jest to dość irytujące. Skłaniające do skakania wzrokiem po tekście, no bo co mnie obchodzi, jeśli znam odpowiedź? Więc wychodzi sztucznie, a w dodatku Aled robi wrażenie durnia, nawet jeśli nim nie jest. Po prostu komuś, kto zna rozwiązanie zagadki, trudno przyjąć jego perspektywę, zwłaszcza że znamy się dopiero od paru akapitów, prawda? Wychodzi też sztucznie, bo doprawdy trudno uwierzyć w taki zbieg okoliczności – Aled myśli sobie o Krucarzu i – pac! – Krucarz zjawia się u bram. Domyślam się, że kruk miał być tu taką proustowską magdalenką, czynnikiem, który wywołuje te wspomnienia, ale rozmiar ekspozycji wszystko zepsuł. Może gdyby to była taka przelotna myśl właśnie, a nie wykład na temat mhroczności i niezwykłości Krucarza, to bym to łatwiej przełknęła.

2. Ekspozycja dalej – tym razem pod kątem Neana.

Dużo, duuużo o Neanie, zwłaszcza w pierwszej wstawce. To nie działa na jego korzyść. Jaki to on och i ach, jaki niepozorny, a jaka kosa. Tymczasem czytelnik już go zna z poprzednich opowiadań. I może to go jeszcze ratuje, bo gdyby to był pierwszy tekst, w którym spotykam Krucarza, po takim opisie zostałby natychmiast i nieodwracalnie spalony. Naprawdę, takim postaciom znacznie lepiej robi, kiedy czytelnik ma szansę poznać go po tym, co robi i jak się zachowuje, nie po tym, co powie o nim narrator, zwłaszcza gdy ten się powtarza i usiłuje maskować sympatię do bohatera przez hiperbole.

3. Ciągle te kaptury…

Taki techniczny szczegół, ale mnie uderzył. Nie dość, że Krucarz chodzi w kapturze, to teraz jeszcze Rin… OK, ten drugi jest zabójcą, niech mu będzie, że Assassin’s Creed. Ale w wypadku Krucarza od początku mnie to zastanawia i nie znajduję innego wytłumaczenia, jak tylko mhroczny image. I tak wszyscy o nim mówią, i tak każdy słyszał, i tak nie pojawia się nigdzie bez kaptura, a byle chłystek czy nawet potężny mag mu nie podskoczy, więc o co chodzi z tym ukrywaniem twarzy? Po co? Tylko się głowa przegrzewa i łysina wyciera.

4. Opis walki.

Wiedzę, że nie tylko ja zwróciłam na to wagę, podpisuję się pod słowami Kan i nie będę powtarzać tego, co już napisała. Dodam tylko od siebie, że problemem jest również to, że mam w nosie, co się stanie z Aledem, bo ani go nie znam, ani nie zdążyłam polubić. Zresztą, halo, po raz kolejny – to opowiadanie o Krucarzu, więc na 90% wiadomo, kto zginie, a kto będzie górą. W związku z tym tej walce w ogóle dobrze zrobiłoby skrócenie do minimum.

5. Słowa klucze.

Ironia, sarkazm, złośliwa uprzejmość, politowanie… bleh… Dlaczego są to określenia nieodłącznie towarzyszące tego typu bohaterom? Zwłaszcza kiedy chce się pokazać, jacy to oni ponad, zimni i nieczuli?

6. Znów powtarzanie informacji.

Jeśli to cykl, powtarzanie pewnych informacji naprawdę nie jest potrzebne, ot, tylko sygnał, skojarzenie. Tym razem mam na myśli latarnię z Żirą. Wystarczyłoby jedno zdanie przypomnienia i to wszystko, bo znów kusiło, żeby skosić tekst.

7. Podkreślanie „fajności” jednego bohatera kosztem drugiego.

Brak równości między bohaterami jest wręcz przerysowany i Rin występuje tylko w roli podrzędnej. Nawet jeździć konno nie umie… W świecie tego typu. Odniosłam wręcz wrażenie, że nic mu nie wychodzi, że jest totalnym fajtłapą, który uczepił się peleryny Krucarza, a przecież chyba nie do końca tak powinno być? Aż się w pewnym momencie zapytałam, co oni jeszcze ze sobą robią? No, niby tam jakiś układ między nimi, ale czy Krucarz nie poradziłby sobie sam? A czy Rin jest na tyle zdeterminowany, żeby znosić ciągłe poniżanie, diss i groźby? Przecież to piętnastolatek! Myśli hormonami! Ilu lepiej traktowanych zwiewa z domu? Między nimi nie ma chemii, wręcz przeciwnie. Odpychają się od siebie, jakby się sobą wzajemnie brzydzili. Nie zarejestrowałam nawet cienia pozytywnych emocji.

8. Przeskoki perspektywy nawet na przestrzeni akapit-akapit-akapit po bloku tekstu z jednym punktem widzenia.

Nie dość, że wytrącają z rytmu czytania, to jeszcze obnażają miejsca, w których poszłaś po linii najmniejszego oporu. Pokazujesz wyraźnie, gdzie mus pokazania czegoś przeważył nad prawami tekstu.

9. Relacja Rin-Krucarz.

Znów. Ale tym razem w kontekście końcówki drugiej wstawki, gdzie sugerujesz, że łączy ich coś więcej niż tylko interes. I znów będę kręcić nosem. Po pierwsze, na razie (może tu się mylę, wszak nie znam ciągu dalszego. Mam nadzieję, że się mylę) to wygląda na kolejny cudowny zbieg okoliczności, a to przecież tak łatwe rozwiązanie. Jednak milczę, może jeszcze zostanę wyprowadzona z błędu. Niemniej jeszcze chwilę wcześniej pojawia się coś, co wywołuje drugi mój zarzut. Piszesz, że Nean jakimś tam jednak sentymentem Rina darzy i że Żira to widzi. Więzi między nimi się jednak nie czuje, jest podana na tacy, tylko na papierze, nagle i mam w nią uwierzyć ot tak. No nie uwierzę. Takie trudne relacje buduje się na przestrzeni wielu słów, niuansami i jednak raz na jakiś czas pokazując pozytywne odruchy, a tu, o czym wspomniałam wcześniej, tego szczędzisz, skupiając się tylko na docinkach, więc kiedy nagle pojawia się informacja sprzeczna z tym, co czytelnik obserwuje, to ani nie uwierzy, ani nie wiadomo, skąd Żira wytrzasnęła takie wnioski.

Ach, i nie wiem, czy „bezmózgie narzędzie” to właśnie to określenie. Nie chodziło o „bezwolne” raczej?

Podsumowując – na ten moment wygląda to tak, jakbyś się pospieszyła. I to na wielu różnych poziomach. Jakbyś nie dała sobie czasu na porządne, spokojne pisanie, a potem ochłonięcie, przyjrzenie się wstawkom i zredagowanie ich przed wrzuceniem. Jakby Cię nadmiernie wciągnęła własna historia i za bardzo chciałabyś, żeby wciągnęła też innych.

Czekam na kolejne wstawki z nadzieją, że zmienię zdanie.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Krin » 23 lipca 2016, 13:41

Ech, cóż mogę powiedzieć? No smutno mi, ale nie za komcia, tylko dlatego, że tak mi wyszło. Bo domysł, że wrzuciłam to na szybko i bez zastanowienia jest bardzo nietrafiony. Był przeze mnie wręcz katowany. Nie wiem, może aż za bardzo? Może za dużo pousuwałam i dlatego wyszły mi takie toporne zdania? Opisy, które piszę zazwyczaj wydają mi się zbyt kiczowate i w sumie jestem zdziwiona, bo fragmenty, które na początku mówisz, że były dobre, też mi się takie kiczowate właśnie wydawały. Przynajmniej mogę sobie tak teraz mówić, że to niby przez nadmierną staranność, ale cóż... Pozostaje mi jedynie posypać głowę popiołem.

1. Mówiąc szczerze moim celem było nie tyle przedstawienie Kruczarza, ale jego przeszłości i tego, że miał zginąć, a jednak nie zginął i tego, że nikt nie wie, skąd się ten Kruczarz właściwie wziął itd.

2. Opisywałam Neana głównie z perspektywy Aleda i Rina, czyli moim zdaniem musiał być złym, strasznym kozakiem.

3. Kruczarz miał kaptur w tych fragmentach? O.o Na pewno miał przy płaszczu, ale żeby go zakładał. Przyznam szczerze, że nie pamiętam. Pomijając to, raczej nie chciałby być rozpoznany w mieście, w którym wszyscy uważają, że zginął.

5. Podobnie jak w punkcie drugim. Dla Aleda miał być w końcu przybyłym z otchłani demonem.

7. Biedny Rin, że tak go odebrałaś. (Sadrinie, czy to ty? O.o)

8. Można jakiś przykład?

I jeszcze dwa pytania:

1) Czy relacje Żira-Nean widzisz równie źle, jak relacje Rin-Nean?

2) Czy jest cokolwiek, co w tym tekście oceniasz na plus? (Jeśli nie, możesz zachować milczenie.)
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: W zimnej wodzie kąpany

Post autor: Kruffachi » 23 lipca 2016, 14:14

Może trzeba było jeszcze jednego etapu katowania? Ludzie mają skrajnie różne systemy, ale u siebie na przykład zauważyłam coś takiego, że przychodzi moment totalnego zamordowania tekstu i dopiero muszę po tym nabrać oddechu, podejść jeszcze raz i dodać ciała na kości. Wydaje mi się, że tutaj problemem jest kilka nie najlepszych decyzji w rozłożeniu akcentów. Jak dla mnie na przykład, całą pierwszą wstawkę można by zamknąć w kilku dosłownie akapitach. Czasem przydaje się spojrzenie oczyma potencjalnego czytelnika i zadanie sobie pytania: co będzie go interesowało, a co nie i interesuje tylko mnie-autora?

1. Ale obudowałaś to watą z niepotrzebnie powtarzanych informacji i się rozmyło. Znaczy - wyłapałam to, ale nie na tym się skupiłam podczas czytania.

2. i 5. OK, rozumiem, ale tego jest po prostu za dużo. Wystarczy parę słów, nie trzeba za każdym razem się na ten temat rozpisywać. Byłoby to widać po samym zachowaniu postaci.

3. No właśnie do mieściny wjeżdża bez kaptura, więc argument zostaje obalony ;) Natomiast kaptur jest, owszem, wspomniany jako znak charakterystyczny:
Bez czarnego kaptura i bez zakrzywionych ostrzy, ale z tym nieznośnym uśmiechem tryumfu.
8.
W milczeniu zanurzyli się w ciepłą i jasną przestrzeń gospody. Kruczarz ten jeden raz postanowił nie oszczędzać pieniędzy, więc przybytek był nawet przyzwoity, co w syvantyjskim porcie oznaczało mniej więcej tyle, że łóżka nie trzęsły się od nadmiaru karaluchów, a w nocy nie groziło im zamarznięcie ani powódź spowodowana nieszczelnością dachu, tudzież wypadającą z okna okiennicą. Prawdopodobnie nie groził im również napad, ale Rin przewracał się nerwowo z boku na bok, po tym jak w nocy obudził go hałas i spostrzegł, że Kruczarz zniknął, zostawiając swoje rzeczy porozrzucane po całym pomieszczeniu.
Miał nigdy nie dowiedzieć się, że Nean spędził tamtą noc przy stole w głównej, opustoszałej teraz izbie, wpatrując się na przemian to w okno, to w stojącą przed nim latarnię lśniącą fioletowym blaskiem. Miał ją od niedawna. Wewnątrz więził wiedźmę imieniem Żira, która z jego pomocą uniknęła śmierci i przejęła moc demona. W zamian uprzykrzała mu życie, jak tylko mogła, a mogła tylko poprzez słowa i tylko wtedy, gdy chciał jej słuchać.
Nigdy nie zastanowiła się nad tym, że najwyraźniej Kruczarz chce jej słuchać wyjątkowo często. Także tamtej ponurej nocy.

Narkotyzujesz się powietrzem? – spytała głosem słyszalnym tylko w jego głowie, kiedy po raz kolejny zaciągnął się głęboko zapachem znad Białej Równiny.
Okno wychodziło na północ, ale mógł zobaczyć przez nie tylko ciemny bezkres oceanu, jakże różny od bezkresu Białej Równiny. Masy wody, w przeciwieństwie do mas śniegów, wydawały się czymś naturalnym. Biała Równia była intruzem, który wydarł ziemie ludziom. Sprowadzała szaleństwo. Ukrywała moce, którym żaden czarodziej nie był w stanie sprostać.
I tylko on znał jej tajemnicę.
Perspektywa Rina, perspektywa auktorialna, perspektywa Neana.

Jeśli chodzi o pytania:

1. Na ten moment ta relacja wypada znacznie lepiej. Wydaje mi się bardziej naturalna, może nawet jest tam cień wykoślawionej sympatii, jakiegoś porozumienia.

2. Żirę właśnie. Tak naprawdę ona skupiła moją uwagę i to o niej chciałam czytać. Rina też zaczynam instynktownie lubić, może dlatego tak mnie boli, że dostaje po tyłku od imperatywu ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ