UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Kwiaty dla pani Slepcovej

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Bofur
Fraa
Posty: 35
Rejestracja: 03 stycznia 2014, 17:42
Kontaktowanie:

Kwiaty dla pani Slepcovej

Post autor: Bofur » 23 września 2015, 18:21

Opowiadanie osadzone w świecie Wolsunga, weszło do finału konkursu literackiego zorganizowanego przez wydawnictwo Van Der Book.
Wolsunga wymyślili: Artur "Garnek" Ganszyniec oraz Maciej Sabat.
Twórcą oryginalnego pomysłu, świata, marki i logo Wolsung jest Artur Ganszyniec.

Materiały dodatkowe ;) : http://wolsung.wikia.com/wiki/Troll


Kwiaty dla pani Slepcovej
Nazywam się Lothar Seidel i niczego w życiu nie żałuję.
Zresztą – przecież tego ode mnie się oczekiwało, prawda? Kiedy zastrzeliłem muzykanta na balu u lady ven Nissen, widziałem ulgę na twarzach gości. Wreszcie parszywy troll zrobił, co do niego należy: wpadł w furię i dał pretekst, by się go pozbyć z towarzystwa. A może nawet z tego padołu? Cóż, to ostatnie akurat się nie udało.
Nazywam się Lothar Seidel. Nie jestem szalony.

***

Kiedy patrzę na jej twarz, dzieje się ze mną coś dziwnego. Akulina nie jest jak kobiety, które znałem do tej pory. I nie chodzi o to, że jest niska jak na orczycę. Oni tu wszyscy tacy są: raczej krępi, z płaskimi twarzami i skośnymi oczami. Może to życie w tundrze tak ich ukształtowało. W każdym razie nie wydaje się, by byli nieszczęśliwi. Mieszkają w tych swoich koślawych chatach, odprawiają modły, garbują skóry… Tak po prostu, jakby inne życie nie istniało.
Ale Akuliny Slepcovej to wszystko nie interesuje. W tej chwili jej myśli krążą wokół Boryi. Męża.
Tak naprawdę nie wiem do końca, czy dobrze pojąłem, o co w tym wszystkim chodzi. Niestety, nie mam czasu, żeby to analizować.
– Rozumiesz? – pyta mnie ze łzami w wąskich szparkach oczu.
Niepewnie przytakuję, grzejąc dłonie na kubku parującego naparu z roślin, których nie znam.
– Nie dali mu wyboru – kontynuuje, a knykcie bieleją, kiedy zaciska pięści na kolanach. Gruba, podbita futrem kurtka sprawia, że Akulina wygląda jak miękka, pocieszna kulka. Tylko jej spojrzenie psuje to wrażenie: nie widziałem nigdy takiej rozpaczy i determinacji. A przecież widziałem wiele. – Po prostu schwytali go w kilku, urządzili zasadzkę… jak na… jak na jakiegoś zwierza. To był Borya, do diabła! A nie wściekły niedźwiedź! Tak nie wolno!
Uspokajam ją przez chwilę. Staram się przemawiać łagodnie, ale czuję, że głos mi drży od wstrzymywanej złości. Wiem, że mógłbym w każdej chwili rozszarpać te gnomy gołymi rękami. Sam nie mam pewności: to przejaw słusznego gniewu czy po prostu znów wzbiera we mnie irracjonalna agresja, która stała się powodem mojego wygnania? Nie wiem i mam to gdzieś. Zachęcam Akulinę, żeby kontynuowała.
– No więc… zabrali go. Nie wiem, czy był wtedy… czy był… – zawiesza na chwilę głos. W tej kurtce słabo to widać, ale dałbym głowę, że ramiona drżą w spazmach powstrzymywanego szlochu. – Czy był nieprzytomny, czy już martwy. Mam nadzieję, że martwy. – Jej głos staje się matowy, a spojrzenie ciemnieje. Już nie muszę jej uspokajać ani pocieszać. Jest teraz ponad to. – Zdążyłam już go opłakać i pochować w myślach. A jednak los chciał inaczej. Cóż… zawsze wiedzieliśmy, że tam w tundrze coś się czai. Nie, nie dzikie zwierzęta. Coś z Olegradu. Nie wiem. – Nerwowe wzruszenie ramion. Myślę, że wie więcej, niż chce powiedzieć. Ale nie dopytuję. – Nie wiem, co tam robią. Czasem dolatuje do nas cuchnący dym, ale przecież to za mało, żeby cokolwiek stwierdzić z całą pewnością. Chociaż my znamy ten zapach. Ale to za mało…
Wykorzystując tę chwilę milczenia, sączę gorący napar. Miłe ciepło rozchodzi się po wnętrzu. Przez krótką chwilę wycie wiatru nie wydaje mi się aż tak posępne. Wszystko jawi się w jaśniejszych barwach, jeśli wypędzić lodowaty chłód z własnych trzewi. Zaraz jednak uświadamiam sobie, co Akulina przed chwilą powiedziała.
W całej Ostrii – bah, w całej Wanadii! – wiadomo, że w Morgowii parają się nekromancją. Wiadomo też, że poza oficjalną działalnością Kostiej prowadzi swoje drobne interesy na boku. Daję głowę, że dym, o którym wspomniała orczyca, jest tego świadectwem. W połączeniu z Boryą… z tym, czym się stał Borya, wszystko zaczyna mi się układać.
– Próbowałam kontaktować się z przodkami. Próbowałam leczniczych ziół ¬ podejmuje Akulina. – Bez skutku. Czy się boję? – Dziwny, jakby martwy uśmiech przebiega po jej twarzy. – Nie. Związałam go mocno. Nie ucieknie z szopy, zapewniam. Żyjemy tu głównie z łowiectwa, wiemy nieco o krępowaniu dzikich zwierząt. Wierzę, że przywrócę mu duszę. Muszę tylko znaleźć sposób.
Rzuca mi wyczekujące spojrzenie. Pod jego naciskiem muszę coś powiedzieć.
– Pomogę ci – wypalam. Szybciej, niż zdążyłem ugryźć się w język. No bo przecież jak ja miałbym pomóc w takiej sytuacji?
– Wiedziałam! – woła Akulina, składając ręce w dziękczynnym geście. – Wiedziałam, że nie trafiłeś tutaj bez powodu! Jesteś naszym dobrym duchem, Lotharze. Wiem, że dasz sobie radę. Wszystko zaplanowałam!
– Zaplanowałaś…?
– Pójdziesz tam.
– Co takiego?!
Podrywam się z ławki, na której siedziałem. Na plecach nieomal czuję lodowate spojrzenie związanego w szopie nekrogolema.
– „Tam”?
– Do samej fabryki. – Akulina gorliwie kiwa głową.
Czy ona do reszty oszalała?! Wysyła mnie do gniazda plugawych praktyk, nadzorowanych przez tę chudą carską wywłokę… !
– Przecież to pewna śmierć. Gorzej: to proszenie się o to samo. – Machnięciem ręki wskazuję za siebie, tam, gdzie, jeśli dobrze pamiętam, leży Borya. Czy raczej odrażające monstrum, które z niego zostało.
– Wiem, to duża prośba. – Entuzjazm orczycy nieco przygasa. – Ale zrozum: moi ziomkowie nic o całej sprawie nie wiedzą. Przecież zatłukliby biedaka od razu… Nie chcę dla niego takiego losu. Sama jestem za słaba, pewnie nawet nie trafiłabym do fabryki. Ale ty… Ty to co innego. Jesteś silny. Jesteś odważny.
– Nie znasz mnie – protestuję, choć jej słowa miło połechtały moje ego.
– Jesteś trollem. Z Ostrii. A wylądowałeś tutaj. To daleko od domu. No i… – zacina się nieco, ale ja już i tak wiem, co chce powiedzieć.
– Nie robię się coraz młodszy – dopowiadam za nią. Zerka na mnie z wdzięcznością. – I nie mam nic do stracenia. Tak. Masz rację.
– Wiem, że proszę cię o wiele…
– Nie, wcale nie. – Uśmiecham się, na powrót siadając na ławce. Pamiętam czas, kiedy ten uśmiech na salonach czynił cuda. Ale to było dawno. Teraz jestem cieniem tamtego trolla. A kiedyś stanę się własną karykaturą. Nie chcę tego. – Masz rację. Moja śmierć to żadna cena. Więcej: przecież ja rzeczywiście po to tutaj przyszedłem. – Kładę rękę na jej ramieniu. Moje myśli wskoczyły już na odpowiedni tor. Wiem, co muszę zrobić. Jak muszę umrzeć. – Pójdę tam. Zapytam gnomy czy inne demony, które tam siedzą, czy można go ocalić. Jeśli można, wrócę i powiem ci, jak. Jeśli nie, utopię ich we krwi.

***

Śnieg zacina chyba dosłownie ze wszystkich stron. Na zasnutym chmurami niebie nie widać gwiazd, ale wydaje mi się, że idę zgodnie z planem, na zachód. Wiatr już dawno przestał szumieć – mam wrażenie, że teraz huczy, wyje i zawodzi między pojedynczymi głazami i poskręcanymi kępami zarośli. Zaspy wokół mnie wędrują wraz ze mną. Suną jak wielkie, przyczajone zwierzęta, jakby czekały na sprzyjający moment do ataku. Karłowate drzewka trzepocą suchymi gałęziami.
Po raz enty przywołuję w pamięci tamtą rozmowę. Ale to na nic. Nie czuję już tamtego gniewu, po prostu brnę przez śnieg i myślę, jak bardzo to głupie. Jeśli zginę, nikt się o tym nie dowie. Co więcej, pewnie zostanę jakimś wskrzeszonym maszkaronem. To był naprawdę mój wybór? To jest moja godna, chwalebna śmierć?
Głupie babsko. To wszystko jej wina. Zmanipulowała mnie.
Zaciskam pięści, aż paznokcie kaleczą wnętrza dłoni. Już wkrótce mam być chodzącym trupem. Ja! Który bywałem na najbardziej wpływowych salonach Lyonesse, który eksplorowałem północne krańce Hrimthorstu! Który poderżnąłem gardło minotaurowi na piasku koriolskiej areny!
Teraz będę martwą kukłą.

***

Przynajmniej pogoda trochę się poprawiła. Bogowie wreszcie sypnęli gwiazdami na firmament. Postanawiam zrobić postój. To nie jest dobre miejsce: odsłonięte ze wszystkich stron, widoczne z daleka. Ale lepszego nie znajdę. To tundra. Tu nie ma dobrych miejsc.
Wydrapuję dołek w zamarzniętej ziemi i rzucam weń trochę suchych gałęzi. Będzie się paliło krótko, ale lepsze to niż nic. Grzeję się przez jakiś czas przy ogniu, a potem zawijam jak najszczelniej w otrzymane od Akuliny skóry.
Nie mogę spać. Dusi mnie jakiś niepokój, którego źródła nie umiem znaleźć. Te cholerne zaspy przepływają mi przed nosem i już nawet nie próbują się czaić. Siadam i zabieram się za czyszczenie garłacza. W zimnym metalu odbija się światło księżyca.
Lepiej bym zrobił, gdybym po prostu strzelił sobie w łeb. W mojej rodzinie wszyscy tak robili. Nie potrzebuję całej tej misji.
Bezwiednie ładuję broń, ważę ją w rękach.
To dobra giwera. Położyłbym nią pokaźne stado gnomów czy czegokolwiek innego.

Słyszę za plecami trzask gałęzi. Zaciskam dłoń na kolbie i naprężam mięśnie. Jeszcze przez chwilę próbuję udawać, że wciąż przecieram broń natłuszczoną szmatką. Niech tamten drugi nie wie, że go usłyszałem. Ale już mi drętwieją palce, nie ma sensu dłużej zwlekać. Sztywną ręką odkładam na bok ściereczkę i jakby od niechcenia opieram dłoń na rękojeści leżącego przy mnie rapiera.
Odskakuję i niemal jednocześnie wykonuję wypad ku napastnikowi. W księżycowej poświacie migają mi jego wytrzeszczone ślepia. Nie tracę czasu – dwie finty później nacieram na serio i wkrótce nieznajomy ma mój rapier na gardle. Nawet nie muszę robić hałasu garłaczem. Teraz dopiero mogę się przyjrzeć, z kim w ogóle mam do czynienia.
– Nie zabijajcie, panie! – woła intruz.
– Kim jesteś i czego tu chcesz?! – pytam, nie opuszczając broni.
– William Poulsen, panie… Nie zabijajcie…!
Poulsen… coś mi mówi to nazwisko. Przyglądam się nieznajomemu.
To gnom. Wyjątkowo wynędzniały, z włosami w nieładzie i w brudnym kombinezonie roboczym. Zapadnięte policzki i podkrążone oczy postarzają go o kilkanaście lat. Ma przy pasku kilka sakiewek i niewielki pistolet, którego nawet nie zdążył wyciągnąć, a cóż dopiero naładować.
– Odepnij pas i rzuć do mnie – Rozkazuję. Gnom bez protestów wykonuje polecenie. Wreszcie mogę opuścić rapier. Wskazuję intruzowi miejsce bliżej ognia, a sam siadam nieopodal. Odkładam garłacz i wolną ręką przeszukuję dobytek nieoczekiwanego gościa.
Głównie ma narzędzia, jakieś zawory, śruby, trochę drutu. Naboje do pistoletu. Ale ostatnia sakwa okazuje się nadzwyczaj ciekawa: znajduję podłużne pudełko z pokrętłem i dwoma przyciskami. Na pokrętle widnieje narysowana błyskawica. Z jednej ścianki pudełka sterczą dwa metalowe kolce.
– Co to jest? – pytam gnoma, ten jednak milczy. Kieruję znalezisko w jego stronę i instynktownie krecę pokrętłem zgodnie z ruchem wskazówek zegara, aż natrafiam na opór. – Co to jest? – ponawiam pytanie.
Dalej milczy, ale w rozedrganym świetle ogniska widzę, że blednie ze strachu. Czyli jestem na dobrej drodze.
– Jeśli mi nie powiesz, sam to sprawdzę – tłumaczę cierpliwie.
– Nie zabijaj! – krzyczy w końcu Poulsen, kuląc się na lodowatej ziemi. – Wszystko powiem!
– Doskonale. Zaczynaj więc. – Przestaję celować dziwnym urządzeniem w gnoma, ale nie wypuszczam go z dłoni. Widzę, że gnom jest dużo bardziej skory do współpracy, kiedy widzi ten przedmiot w moim posiadaniu. – Jesteś z fabryki, prawda?
– Skąd… skąd wiecie o fabryce, panie? – Oczy intruza robią się całkiem okrągłe ze zdziwienia.
– Nie pytaj. Odpowiadaj – ucinam.
– Tak. Jestem z… warsztatu. Nazywamy to warsztatem.
– Co tam robicie?
– Nie wolno mi…
– Co robicie?! – wołam, powoli tracąc cierpliwość do grzecznego przesłuchania. Działa. Gnom kuli się w sobie i pospiesznie odpowiada:
– Nekrogolemy dla jego eminencji Kostieja Niesmiertelnego!
– Po co mu one?
– Nie pytamy… Naprawdę! Nic nie wiem!
– To i tak nieważne. Skąd macie materiał?
– Z Olegradu. Przysyłają nam część skazańców przeznaczonych do nekromancji. Nieoficjalnie. Nawet car o tym nie wie.
– Chyba nie tylko stamtąd, prawda?
– Przysięgam, że…
– Nie łżyj, kurduplu!
– Czasami potrzebujemy jakiejś dodatkowej części! Nie chcemy tego robić!
– Skąd je pozyskujecie?!
– Z okolicznych wiosek! Ale tylko czasami, przysięgam!
Gnom wygląda, jakby zaraz miał dostać spazmów. Uśmiecham się do własnych myśli.
– Chyba ktoś wam się ostatnio zgubił – zauważam, a uśmiech nie schodzi z mojej twarzy.
– Dlatego tu jestem – odpowiada Poulsen, wbijając wzrok w ziemię. – Miałem go znaleźć i unieszkodliwić. Był wadliwy. Niegotowy.
– Otóż to. Ale ty pomożesz mi go naprawić.
– Nie zniszczyliście go, panie? – dziwi się gnom.
– Nie. Jak bardzo był niegotowy?
– Co macie na myśli…?
– Dokładnie to, co mówię. Jak bardzo był niegotowy? A konkretniej: czy da się go przywrócić do stanu wyjściowego?
– Słucham? – Znów ten zaskoczony wytrzeszcz. Kąciki ust Poulsena drgają w powstrzymywanym chichocie. Boi się, ale moje pytanie ewidentnie go rozbawiło. Marzę, że ukręcę mu kiedyś ten włochaty łeb.
– Odpowiadaj! – krzyczę chrapliwie.
– Nie da się, panie. Zmiany są nieodwracalne. Jest martwy jak Popiel.
– Łżesz – oznajmiam twardo.
– Nie, naprawdę! Zapytajcie, panie, kogo chcecie!
– Pytam ciebie.
– Mówię prawdę!
Poulsen próbuje się niepostrzeżenie wycofać w mrok, ale jestem szybszy. Przypadam do niego, wykręcam mu ręce i związuję. Nie wypuszczę gnoja, dopóki nie powie prawdy. Żeby go zmotywować do współpracy, wymierzam kilka ciosów w te kościste policzki.
Nie lubię walki wręcz. Bolą mnie od tego knykcie.

***

Rozbryzgi krwi na śniegu układają się w kwieciste wzory. Przypominają mi o obietnicy złożonej Akulinie.
Akulina… pamiętam to imię, ale nie pamiętam osoby. Pamiętam, że chciała, bym utopił degeneratów z fabryki we krwi. Miała czerwone oczy, kiedy to mówiła. A może to odbijał się blask ogniska? Wszystko jedno. Pamiętam, co obiecałem. I dotrzymam słowa.
– Powiesz wreszcie prawdę? – warczę na gnoma. Jego pokiereszowana, zapuchnięta twarz jest na swój sposób zabawna. Mam wrażenie, że gdybym nakłuł go szpilką, pękłby z hukiem. Poulsen jednak nie podziela mojej opinii. Zwija się i niemrawo kiwa głową. Nadstawiam uszu.
– F farsztacie… pofiecą… mają receptury…
No proszę. Jestem jednak dumny z gnojka. Wreszcie poszedł po rozum do głowy. Od początku czułem, że te jego przysięgi to puste słowa.
Kierujemy się więc do warsztatu. Teraz jest łatwiej, bo mam przewodnika. Trochę co prawda utyka, przez co nie idzie się zbyt szybko, ale to nie szkodzi. Sam też wolę się nie forsować. Powinienem być w pełni sił, kiedy wejdę do cholernej fabryki.

Nekrogolemy. Nie mogę przestać o tym myśleć. Martwe plugastwo pośrodku mroźnej dziczy. I te wszystkie plemiona, które tu żyją, wychowują dzieci, handlują z tak zwanymi cywilizowanymi ludami. Przecież ci biedni orkowie nie zasłużyli sobie na taki los.
Pomszczę ich – za wszystkie czasy. Za wszystkie ofiary, porwane z domów, by stać się nieumarłymi stworami na służbie parszywego Kostieja.
W przypływie gniewu szarpię linę, na której uwiązałem mojego przewodnika. Gnom zatacza się, ale nie przewraca. Szarpię mocniej i przyciągam Poulsena do siebie. Jego spuchnięta facjata już nie jest zabawna. Jest odrażająca. On cały jest odrażający. Patrzę na niego i widzę, co on robił. Co robili jego ziomkowie w przeklętej fabryce. Patrzę na niego, a w jego oczach odbijają się setki, tysiące nagich czaszek podłączonych do aparatury. Skóra z tych czaszek została gdzieś zutylizowana, by nie zostawić śladów. Nie mogę już znieść tego widoku. Taki mały frajer… kto by pomyślał, że w tak słabowitym ciele mieści się dusza potwora? Ile morderstw popełniły te jego skarlałe rączyny? Zwinnymi palcami rozrywał trzewia. Nieomal czuję na języku żelazisty smak krwi, tryskającej z krzyczących ofiar.
– Bestio. Parszywa bestio – szepczę Poulsenowi do ucha. Gnom sprawia wrażenie, jakby nie wiedział, o co mi chodzi. Załgany potwór.
Ciskam nim o ziemię i staję na jego kolanie. Jeniec próbuje się szarpać, ale jest zbyt wątły. Czuję pod butem chrupnięcie kości. Po tundrze niesie się rozpaczliwy krzyk.
Tak, krzycz sobie, krzycz. Nikt ci tu nie pomoże. Tak jak ty nigdy nikomu nie pomogłeś. O, tamci na pewno też krzyczeli, kiedy przeprowadzaliście na nich plugawe eksperymenty.
– Nie bętę mógł cię zaprofacić! – woła Poulsen, wijąc się na ziemi. Wczepia palce w zmrożoną murawę, chowa twarz w śniegu. Unika mojego spojrzenia.
– Nie jesteś mi już potrzebny – charczę mu wprost do ucha, pochylając się nad okrwawionym ciałem.
– Niczego nie znajdziesz… – Gnom ledwie otwiera usta, ale słyszę, co tam szepcze. Nieważne. Chce mnie zmylić kolejnymi łgarstwami. Dość tego. Poradzę sobie sam. Zawsze radziłem sobie sam.
Cofam się i wyjmuje garłacz. Twardy szczęk odbezpieczanego zamka niesie się dziwacznym echem przez nagle znieruchomiałą tundrę. Przyjemny dreszcz przebiega mi po ręce. Naciskam spust. Następuje huk, owiewa mnie zapach prochu, a śrut przerabia pierś gnoma w krwawą miazgę. Gdzieś w oddali z trzepotem skrzydeł podrywa się ptak. Ładuję i strzelam ponownie. Czerwone kwiaty wykwitają na śniegu. Głęboko wdycham przesycone siarką powietrze.
Czuję, że żyję.

***

Widzę fabrykę. Szereg potężnych bunkrów, otoczony wysokim murem. Przechadzają się po nim wartownicy. Całość bardziej przypomina więzienie niż zakład produkcyjny. Ale to wszystko nieważne. Dostanę się tam i wypruję z nich wszystkich flaki.
Jutro.
Dziś jeszcze spróbuję wypocząć. Obejdę się bez ogniska. Mróz przestał mi przeszkadzać. Siedzę pod karłowatą brzozą i wpatruję się w odrażającą bryłę fabryki.
Nagle kątem oka dostrzegam za plecami ruch. Przylgnąwszy plecami do drzewka, po omacku szukam broni. Rapier jest odrobinę za daleko. Dlaczego jest tak daleko?! Odsunęli go ode mnie…! Czyli musi ich być tu więcej. Jeden odwraca uwagę, drugi rozbraja. Mam garłacz, ale nienaładowany. Macam wokół siebie.
Jest! Jest kamień. Akurat mieści się w dłoni. Dość ciężki, na razie musi wystarczyć. Zaciskam palce na jego zimnej, porowatej powierzchni i uspokajam oddech. I wnet biorę zamach, odwracam się i ciskam. Nim jeszcze słyszę głuche pacnięcie, rzucam się po rapier. Teraz możemy porozmawiać jak równy z równym!
Rozglądam się wokół siebie. Jedną trafiłem, przestała pełznąć, rozprysła się. Wiatr unosi drobiny śniegu. Ale miałem rację: jest ich tu więcej. Osaczają mnie ze wszystkich stron, suną zygzakami. Siekę je kolejno, cios za ciosem, aż pot spływa mi na oczy i widok staje się rozmyty. To ma być ich metoda? Chcą mnie zmęczyć i później dopaść?! Niedoczekanie! Odskakuję, żeby zwiększyć dystans. Wyciągam garłacz i ładuję. Już po chwili wśród niosących się potężnym echem eksplozji chmury śrutu wrzynają się w ich zwiewne, białe korpusy. W powietrze unoszą się białe obłoki. Woda pryska mi na twarz.
Ten taniec trwa jakiś czas. Tylko ja i oni, a wokół nas lodowata cisza. Tylko od czasu do czasu gałęzie brzozy trzeszczą na wietrze.
Dyszę ciężko, ale żyję. Macam się po tułowiu, ale chyba nie jestem nigdzie ranny. Nie dopadli mnie. Wyszczerzam kły w uśmiechu. Wlewam weń całą satysfakcję, jaką w tej chwili czuję. Po kilku mrugnięciach odzyskuję ostrość widzenia.
– Wasz plan się nie udał – warczę bardziej do siebie niż do nich.
Najwyraźniej jednak moja potyczka została dostrzeżona z murów fabryki. W moją stronę sunie snop światła z ich reflektora. Obserwuję, jak przemyka od kępy zarośli do głazu, od głazu do drzewka. Zaraz podejdzie do mnie. Muszę coś robić.
Szybko przeładowuję garłacz. Namierzam jasną plamę na śniegu. Jest szybka, ale nie dość szybka. Strzelam. Jestem pewien, że trafiłem, ale na świetle nie robi to wrażenia. Przesuwa się i już po chwili nie ma na nim śladu po moim ataku. Zmrużywszy oczy, przesuwam wzrokiem od plamy w dal. Teraz już wszystko rozumiem – nie da się jej uśmiercić, atakując tę ruchliwą wypustkę. Trzeba trafić w źródło. W potężną aparaturę na szczycie muru, pilnowaną przez dwóch strażników. Muszę ich zasiec, później będzie już łatwo.
Ignorując oślepiający blask, który teraz skierował się wprost na mnie, szybkim ruchem zrzucam krępujący ruchy płaszcz, podnoszę rapier i rzucam się w stronę fabryki. Światło drga na mojej pokrytej twardymi naroślami skórze. Odbija się od wyszczerzonych zębów. Kontratakuję własnym światłem – ogniem, który gotuje moją krew i wypala gałki oczne. Płonę i mknę wprost na fabrykę jak rozpędzona kometa. W biegu ładuję garłacz, tak że kiedy docieram do murów, jestem już gotów.
Widzę, że celują do mnie z góry. Niedoczekanie! Nie wiedzą jeszcze, co znaczy stanąć twarzą w twarz z Lotharem Seidelem!
Mur jest pełen nierówności, zniszczony przez wilgoć i nieustanne smaganie wiatru. Zatknąwszy garłacz za pasek, biorę rapier w zęby i zaczynam wspinać się po murze. Jestem dla nich za szybki. Widzę, że jednemu ze strażników trzęsie się ręka. Ma pistolet, ale nie potrafi go użyć. Amator. A ten drugi, zamiast mu pomóc, zaczyna krzyczeć coś w stronę zabudowań.
Tymczasem jestem już na górze. Pierwszym ciosem, wymierzonym pięścią, wytrącam frajerowi pistolet. Potem już tylko kwestią chwili jest, kiedy nadziewam go na ostrze rapiera. Muszę zaprzeć się nogą, żeby wyciągnąć z jego trzewi broń. Bezwładne ciało z głuchym hukiem spada na ziemię. Wkrótce to samo dzieje się z drugim strażnikiem.
Bestia jest już tylko moja. Pakuję solidną dawkę ołowiu w jej szklane, świecące ślipie. Nagła ciemność na chwilę wytrąca mnie z równowagi, ale przecież nie potrzebuję tego mizernego blasku. Jestem kometą.
Zsuwam się po wewnętrznej stronie muru, zostawiając na nim nierówne ślady szponów. Teraz wszyscy są moi.
Siekę na oślep, rozdaję kolejne ciosy, a świat znów się rozmazuje. Czerwona mgła zasnuwa mi oczy, ledwo czuję, że chyba ktoś do mnie strzelił. Do mnie! Do mnie, który zmiażdżyłem gardło Lewiatana u wybrzeży Purgatorii! Który zawróciłem do grobów setki Dzieci Nieumarłej Rzeszy!
Krew spływa mi po rękach i policzkach. Jakieś mało istotne skaleczenia lekko pieką, ale nie zwracam na to uwagi. Wyszarpuję garłacz zza paska i strzelam w największy ścisk. Widzę, jak z kilku twarzy tryska posoka. Nie mam czasu na nowo ładować broni, więc używam jej teraz jako maczugi. Z chrupotem pękają czaszki, krzyki wznoszą się pod niebo i gaszą księżyc.

Zapada zupełna ciemność i już tylko ten krzyk, zachrypnięty, straszliwy krzyk rozdziera przestrzeń i wzbija się ponad tundrę. Wkrótce zaczynam poznawać ten głos. Towarzyszył mi przez całe życie. To ja krzyczę.
Nie czuję w dłoniach oręża. Każdy haust powietrza kosztuje mnie ogrom bólu. Gorąca krew wypływa się z mojej własnej piersi. W końcu już nie mogę oddychać ani krzyczeć. Charczę jeszcze tylko i czuję, jak ktoś mnie chwyta za nogi. Wkrótce grunt zaczyna mi się przesuwać pod plecami.

***

Miarowe kapanie wyrywa mnie z odrętwienia. Zastanawiam się przez chwilę, czy otwierać oczy, ale wolę nie ryzykować. Nie chcę nawet myśleć o tym, co mógłbym zobaczyć. Zimny, gładki metal oplata moje nogi i nadgarstki. W kilku miejscach czuję na ciele lodowaty chłód, jakby ktoś dźgał mnie szeregiem sopli. Mimo zamkniętych powiek wiem, że ktoś nade mną stoi. Odzywają się głosy – jeden nawet przyjemny, melodyjny, ale drugi zgrzytliwy, wrzyna mi się prosto do mózgu.
– Nie wygląda na tutejszego. Skąd go macie?
– Sam przyszedł.
Chwila pełnej powątpiewania ciszy.
– Sam?
– Jest stary. Nie próbuj zrozumieć.
– A co z Poulsenem?
– Miazga.
– Pozostałe straty?
– Nadal liczymy. Trochę trwało, nim udało się go odstrzelić.
– Uciekinier?
– Nie znaleźliśmy.
Teraz sobie przypominam. Akulina i jej mąż. Nekrogolemy. Błagalne spojrzenie i godna śmierć.
– Więc czemu tu jeszcze stoisz?
Dźwięk oddalających się kroków.
– A co do ciebie – mówi melodyjny, a ja wiem, że się uśmiecha – jeszcze będziemy z ciebie dumni.

Akulino Slepcova, zrobiłem, co do mnie należało.
Pamiętaj mnie.
Obrazek

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Kwiaty dla pani Slepcovej

Post autor: Krin » 24 września 2015, 20:29

NEKROMANCI! :heart:

Jedyny minus, że nekromanci po złej stronie, ale jakie to ma znaczenie wobec faktu, że NEKROMANCI? I do tego jeszcze całkiem mrocznie. I zimno. I las. I wzruszenie na koniec. Brr... Ale to taki dreszcz na pół grozy, na pół zachwytu. Czy czytałam wcześniej jakiś twój tekst? Nie pamiętam. Wiem tylko, że ten mnie zachwycił nie tylko fabułą (w której są przecież NEKROMANCI, więc nie możliwe, żeby miało być inaczej), ale też sposobem opisu. Opisujesz wiele rzeczy, ale w sposób interesujący, budujący klimat. Ja widziałam te miejsca tak dobrze, że lepiej nie można było. No może z wyjątkiem fabryki, ale to bohater chyba też nie wiele widział.
Smuci mnie tylko fakt, że nie bardzo pojęłam, w jaki sposób troll wypełnił obietnicę. Albo to przegapiłam, albo tego nie zrobił, a to by się przecież kłóciło z tym, co przekazujesz na samo koniec. Z tego, co zrozumiałam, tylko pozabijał parę gnomów, uszkodził fabrykę, ale to przecież zaraz zostanie odbudowane.
Zakończenie mnie ukuło w sercu, co świadczy tutaj na twoją korzyść, bo w tak krótkim opowiadaniu zdążyłaś wzbudzić we mnie ogromna sympatię do głównego bohatera, choć przyznam szczerze, że imienia nie pamiętam. ;) Ja ostatnio w ogóle mam słabość do takich wątków, więc mam wrażenie, jakbym wpadła w literacką pułapkę zastawioną specjalnie na mnie.

Ojej, przez ciebie aż mam ochotę na pisanie czegoś smutnego i mrocznego o nekromantach, a mam pisać wesołą scenę. Nie mogę oczyścić umysłu z tej atmosfery. Czuję się opętana. Oby więcej takich tekstów, oby dłuższych. :D
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Martys
Posty: 61
Rejestracja: 22 lipca 2015, 12:02
Kontaktowanie:

Re: Kwiaty dla pani Slepcovej

Post autor: Martys » 25 września 2015, 15:22

Heh, temat absolutnie nie mój (trolle i orkowie w grach są ok, ale w literaturze już nie trawię), ale jak na chwilę przymknę oko...

Fajnie się czytało. Opis akcji na koniec super - wartki, trochę chaotyczny, ale przez to dobrze oddający walkę. Tekst krótki, ale udało Ci się zawrzeć choć część charakteru postaci. Podoba mi się też opis tundry - krótki i na temat, a pozostawiający wrażenie.

W kilku miejscach znalazłam literówki lub brak słowa, ale nie chce mi się na tym skupiać, bo oczy bolą od komputera. Ktoś może zrobi to za mnie ;)

Żałuję tylko, że nie mogę docenić tego opowiadania w szerszym kontekście, czyli całego świata Wolsunga. Niestety jak wspomniałam, nie mój klimat, czyli muszę się zadowolić takimi wrażeniami, jakie mam, ale i tak są pozytywne ;)
"He never sleeps, the judge. He is dancing, dancing. He says that he will never die."
Cormac McCarthy, Blood Meridian, or the Evening Redness in the West
"What on earth is less reprehensible than the life of the Levovs?"
Philip Roth, American pastoral

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Kwiaty dla pani Slepcovej

Post autor: Kruffachi » 06 lipca 2016, 15:22

Pierwsza sprawa w sumie techniczna - tak się zastanawiam, czy nie zgodziłabyś się na przeniesienie opowiadania do działu fanfikowego, bo wszak jest to jednak fanfik, w dodatku wiszą tam inne opowiadania wolsungowe.

Druga sprawa niemerytoryczna jest taka, że chyba jednak "Dziennik doktora Augusty", który wszedł do Antologii, podoba mi się bardziej. Tam jest napięcie, niepewność, jakaś tajemnica, tu właściwie wszystko toczy się od punktu A do punktu B i jest opisem od początku do końca klarownej sytuacji. To bardziej wykorzystanie elementu świata przedstawionego i jego atrakcyjna skądinąd prezentacja niż opowieść jako taka. Tamten tekst cenię bardzo wysoko, co do tego nadal mam mieszane uczucia. Podoba mi się bardzo początek i rozmowa z panią Slepcovą, jej opis, klimat tej wolsungowej Syberii. Sama tułaczka przez śnieg także, ale potem pojawia się akcja, a przez to, że wiem, dokąd zmierza, nie wzbudza już we mnie takich emocji. Brakuje też w niej tego klimatu pierwszej części. Więc najogólniej - zabrakło mi elementu zaskoczenia jakoś na wysokości trzech czwartych, który by to pociągnął. Mogła być nim np. (tak rzucam) pani Slepcova, w ogóle przyciągająca sporo uwagi i budząca moją ogromną sympatię :D Mam także wątpliwości co do użycia czasu teraźniejszego. Widzę, o, jakże dobrze widzę jego zastosowanie konstrukcyjne, ale jednak wydaje mi się, że prowadzona w nim narracja jest ciut zbyt transparentna miejscami. Także, słowem podsumowania, tekst dobry, ale nierówny, acz, jak widać, mam odwrotne wrażenia niż choćby Martys, więc prawdopodobnie to znów kwestia gustu.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
kmiriad
Posty: 26
Rejestracja: 26 września 2017, 16:14

Re: Kwiaty dla pani Slepcovej

Post autor: kmiriad » 28 września 2017, 19:39

Kątem oka za plecami??
Takie tylko pytanie: czy Troll coś jadł?
Nie rozumiem tej komety, on serio się zapala? Dziwne. Nie dlatego, że to nienormalne, w końcu to jakieś tam twoje autorskie fantasy, a ja tego Lothara nie znam, ale było to takie znikąd i w zasadzie nie wiem po co. Co to daje, co zmienia? Nic o tym nie wiem, nie dowiedziałem się, i stąd mam to za wadę tekstu (niekoniecznie samą zmianę w kometę, cokowliek to znaczy, ale właśnie niejaka dziurawość tego konceptu). Dziwna była też ta walka przy fabryce, gdy pojawiły się jakieś "one". Kto to był?? Powiem ci z perspektywy czytelnika - czyta się, jakby bohater zwariował i strzelał w urojone widma.
Do czasu, gdy Lothar zabił gnoma (tak średnio to przyjąłem, dziwię się Lotharowi, nie było w tym wiele sensu, tym bardziej że strzelił. po co? miał rapier. ale przyjmijmy, że po prostu trudno Lothara zrozumieć i jest dziwny, nawet imo niemądry) było dotąd całkiem okej fabularnie, narzekałbym na niezrozumiały charakter bohatera, łatwo dał się namówić na misję samobójczą i w zasadzie bez sensu, ale i tak (nawet gdy się o tym zorientował) nie przyszedł po rozum do głowy. Trudno sympatyzować z kimś tak niemądrym. Dobrze, był uparty i odważny, powiedzmy, niech będzie :) No ale tak jak mówię - było w miarę, miło się czytało. Potem już niestety zaczęło się psuć.
Reflektor był bestią? Dobrze, że Lothar (kozak jakich mało, widzę) trafia na takich amatorów. Popełnia głupie błędy, w ogóle jakby się nie stara przeżyć, no chory jakiś, ale na szczęście nawet uzbrojeni przeciwnicy równie dobrze mogliby spać - takie z nich nic. Okej, taki wybór autora, ale musisz wiedzieć, że czyta się to komicznie trochę i rozrywka z tego praktycznie żadna.
"Gorąca krew wypływa się z mojej własnej piersi. " zbędne się
Podsumowując: cieszyłem się z początku. Dosłownie. Jak niczego niecierpię wystawiać negatywnych ocen, ani tym bardziej czytać na siłę. Wiem, że to po prostu samobój, przynosi niesławę, niechęć forumowiczów i baj baj publikacjo. Tymczasem twój tekst wyglądał na taki, który przypadnie mi do gustu. Bardzo szybko dałem tekstowi plus. Było tak jednak tylko do połowy, potem zrobiło się bardzo słabo; zrobiło się trudno, cóż, tak poprowadziłeś wydarzenia, nie kryję, że sam nie wiem, jak bym to wszystko rozwinął i uwieńczył, żeby wyszło ciekawie i w dobrym guście, a do tego nie naciąganie. Mogę uznać, że cały ten Lothar w całym tym uniwersum to jakiś półbóg, ale i tak za dużo w nim sprzeczności, a końcowe sceny walki były bardzo dziurawe i nie przekonujące. Bardzo przyjemnie jednak piszesz, poprawnie, prostym językiem, zwykle też celnym. Oprócz warsztatu jednak zaserwowana historia wydaje mi się po prostu nieudana. Nie ma też puenty, sensu na koniec, ot porażka Lothara (no raczej) the end.

ODPOWIEDZ