UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Jasność twoja wszystko zaćmi

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 179
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Coffee » 06 lipca 2015, 14:13

Dopsz. To też dokładam cegiełkę i wrzucam swoje urban fantasy. Niektórzy tutaj obecni mogą kojarzyć różne motywy z pewnych innych moich tekstów (tekstu. Nie oszukujmy się, to był jeden tekst, dawno temu i nieprawda), bo recyklinguję stare pomysły na setting. Mam nadzieję, że to na nic nie wpłynie, bo bohaterowie są nowi, fabuła oby też.
Tekst jest nieskończony - w sensie na chwilę obecną mam kilka rozdziałów zapasu i dalej tylko plany.
To tyle w ramach wstępu, mam nadzieję, że się spodoba :D


I

Ik heb geen België nodig. Ik heb een vrij en onafhankelijke Vlaanderen nodig. Leve dat vrij en onafhankelijke Vlanderen!
En laat nog me zeggen van de diepste van mijn hart: België barst!


Nie potrzebuję Belgii. Potrzebuję wolnej i niepodległej Flandrii. Niech żyje ta wolna i niepodległa Flandria!
I dodam jeszcze z głębi serca: śmierć Belgii!


Francis van de Eynde, członek ruchu Vlaamse Beweging, podczas obrad belgijskiego parlamentu w 2010 roku
http://www.youtube.com/watch?v=NAWQ1iTgPvQ


Czasoprzestrzeń gęstniała. Powietrze nad jasnozielonymi kwietniowymi polami zawibrowało, zaśpiewało wysoką nutą i zabełtało stężoną magią, sypiąc iskrami na młode pędy chmielu. Zagrzmiało – a cała Brabancja stęknęła i pochyliła się w ukłonie. Ugięły się pnie rosochatych wierzb przy drodze, z trzaskiem złamały się dachy ekologicznych ferm, magazynów i hal produkcyjnych, i tak od ponad dwóch miesięcy opustoszałych. Z rozwibrowanym w tłustym powietrzu jękiem pękły wzdłuż wysokie słupy elektrowni wiatrowych, autostrady w milczeniu pokryły się pajęczą siecią rys. Moc opadła na krainę całym ciężarem, przeciągając swoim masywnym brzuszyskiem po polach, łąkach, stygnących drogach i schludnych, martwych wioskach. Za magią przybyła cisza: gwałtowna, nienaturalna i brutalna, w locie pożerając wszystkie dźwięki, na moment tłumiąc nieposłuszną prowincję w paraliżu.
Wszyscy obserwatorzy – ci bliscy, w Brukseli, Ardenach i Brugii, i ci dalecy, w Londynie, Zurichu i Pekinie – widzieli i czuli, jak moc gotuje się, kipi i w końcu przelewa. Patrzyli na samotnego człowieka stojącego w rozkroku na opustoszałym pasie autostrady A10: na strugi potu spływające po jego skroniach, na żylaste ręce wykręcone w niemożliwych gestach, na skruszony asfalt wokół jego bosych, poznaczonych atramentem stóp. Pioruny waliły w miasto w rytm jego oddechu, ziemia drżała, gdy zaciskał dłonie. Stawiał krok – pękały szyby w wieżowcach dwadzieścia kilometrów dalej. W jego ciemnych oczach odbijała się ostatnia barykada Brukseli: okrągła, opalizująca, właściwie piękna. Widział ją on; widziały ją setki szeroko otwartych oczu dookoła świata.
Padło zaklęcie.
I zaraz potem padła Bruksela.


– I to by było na tyle.
Major Filip Gernaey westchnął i podniósł się z wełnianego koca. W zamyśleniu otrzepał spodnie z ziemi i spojrzał na towarzysza. Ten się nie ruszył, wciąż wpatrzony nieruchomym wzrokiem w daleki horyzont. Grafitowe chmury nad upadłą stolicą wyglądały jak plama tuszu; w mieście musiało się wydawać, że zapadła noc. Major zdawał sobie sprawę, że to długo nie potrwa. Że klątwa niedługo rozwieje się, a wraz z nią znikną ciemne chmury i cała dusząca aura oblężenia. Płuca mieszkańców znów zaczną prawidłowo pracować, a rankiem będzie można wziąć prysznic bez oblekania się lepką warstwą potu na dwie minuty po wyjściu z łazienki.
– Żal mi monsieur.
Major zamruczał coś nieokreślonego. Gdy zamykał oczy, widział tęcze umierającej bariery odbijanej w szybach Angel na Grand Place i kamienne wieże świętego Michała oświetlone upiornie jaskrawym światłem flamandzkich błyskawic. Widział wymiecione do czysta brukowane uliczki i wzmocnione kredowymi urokami smukłe szklane biurowce. Pamiętał panoramę miasta ze szczytu Pałacu Sprawiedliwości.
Wspomnienie – niepewne kroki po zlodowaciałej złotej kopule, wiatr porywający słowa, mróz rozszczepiający skórę na odsłoniętych ramionach – spadło na niego duszącym całunem. Odetchnął głębiej, potrząsnął głową. Zapach śniegu i zawroty głowy wycofały się w końcu, zostawiając go na zboczu pagórka.
Z dachu Pałacu widziałby wszystko. Upadające barykady, cofające się wojska i śmierć nadciągającą po czarnym szlaku gandawskiej autostrady.
– Myślałem, że będzie ci żal Europy – powiedział wbrew sobie z przekąsem, którego nie planował. To nie on, to nerwy; dreszcze biegały mu po plecach w odpowiedzi na znajome, zbyt znajome impulsy, usta miał wyschnięte na wiór. Denerwował się, nie potrafił nad tym zapanować i w efekcie szczekał na ludzi.
– Nie wiesz, co zrobią z Europą.
– Wierzysz w te bajki o zakładnikach?
– Nie gra roli, w co wierzę – odparł jego towarzysz tym samym beznamiętnym, monotonnym głosem. – Europę można zabić, można ją zhołdować, można ją wziąć za zakładnika. Europę można porwać, przekupić albo przemieścić. Europa to był cel. Monsieur był tylko przeszkodą. – Westchnięcie. – Po co wstajesz, Filip? Gdzie niby chcesz pójść?
– Europa nigdy nie była celem – burknął major przez ramię, odchodząc mimo wszystko. – Europa to tylko bonus.
Tyle że niewiele osób to zrozumie. Zdawał sobie z tego sprawę i ta świadomość paliła go od środka w sposób, którego nie zrozumiałby ani człowiek, którego zostawiał za plecami, ani generał, ani nawet Tine. Jakby patriotyzm był sprawą wstydliwą; niczym więcej jak tylko opatentowaną marką odbijaną stemplem na czole szeregowców. Operację “Grijse duivel” wymyślono, zaplanowano i zatwierdzono z uwzględnieniem wszystkich możliwych konsekwencji, w to nie wątpił, ale dla Filipa od początku była przede wszystkim zemstą za lata zniewagi. Wszystko dla Flandrii, niech żyje Flandria; wszystko można rzucić jej pod nogi. Nie ma ceny zbyt wysokiej, konsekwencji zbyt straszliwych.
Ile jeszcze będziemy to znosić? Belgia pęka. Jeśli my nie uderzymy, oni to zrobią.
Jeśli nie chcieli takiego zagrożenia, nie powinni byli tak nas traktować.
Sprawa wrze, Filipie. To już wykroczyło poza dyplomację.

Sprawa się zamknęła – wszystko się skończyło. Teoretycznie w momencie, w którym klątwa strzaskała ostatnią ochronną bańkę Brukseli. W praktyce Flandria zwyciężyła, gdy Ambiorix wszedł do gry. Może poradziliby sobie bez niego, może nie, major nie zamierzał tego roztrząsać. Jego udział przesądził sprawę. Filipa nie było, gdy Ambiorix podjął decyzję.
Decyzję. Może raczej – gdy naszedł go kaprys. Zjawił się u wrót zamkniętej Brukseli bosy i w ortalionowych gaciach, gdy ludzie d’Ejeara zabezpieczali południe przed Walończykami. Za wcześnie, zbyt nagle, bez konsultacji – po prostu stanął na polu bitwy i otworzył im drogę. Cud, że generał zdążył zabrać ludzi, zanim batawskie klątwy przeorały Brabancję jak pług.
Hurra, niech żyje Flandria.
Tylko co teraz.
– Jesteś, Gernaey. Jak samopoczucie?
Stali tam, cała zgraja, wszyscy wyprężeni jak struny w gitarze. Krzykliwa, dziwaczna zbieranina, co najmniej nieodpowiednia dla czegoś, co w teorii było przecież wojskowym posterunkiem, nawet jeżeli przerobionym z tandetnego białego namiotu z PCV. Bardziej to wszystko przypominało nieudany bankiet, na który nikt nie zdefiniował dress-code’u. Pułkownik w niedopiętym mundurze stał obok Sekretarz w biurowej garsonce. Gdzieś tam majaczyły sędziowska toga, wyjściowa suknia i spodnie do jogi. Każdy wpatrywał się w niego z mniej lub bardziej udawaną troską.
Ledwie opuścił za sobą ciężką plastikową płachtę wejściową, poczuł, jak duszne jest powietrze wewnątrz posterunku. Wypisane ciemnym markerem glify szły równymi rzędami między wiązaniami, krzyżowały się na trzepoczących od wiatru ścianach, wykręcały spirale na pochyłym suficie. Miał wrażenie, że wchodzi do basenu.
– Mogło być gorzej. Są już wieści?
– Miasto jest przejęte, nie ma walk. Szukają monsieur.
– Decyzja już jest?
Pułkownik rzucił mu spojrzenie, w którym politowanie mieszało się ze współczuciem. Nie odpowiedział.
Usiadł ciężko na wskazanym krześle, nawet mimo że wszyscy inni stali. Sekretarz podsunęła mu coś do podpisania – podpisał bez czytania. Nie był w stanie stwierdzić nawet, skąd przyszła. Wszystkie wyglądały tak samo: ubrane jak dyplomatki, z włosami zaplecionymi w niemożliwie ciasne sploty.
Do czasu, oczywiście.
Była jeszcze wiedźma. To była ta w wyjściowej czerwonej sukni, która nijak nie pasowała do poszarzałej cery i twarzy, która nie potrafiła ukryć wątpliwości. Stała trochę z boku, pochylona jak uczennica pod tablicą, i nerwowo bawiła się klipsowym zapięciem torebki. Filip nie znał jej imienia i właściwie cieszył się, że nikt jej mu nie przedstawił. Wyglądało na to, że nie miałaby mu nic dobrego do powiedzenia, a major nie mógł sobie teraz pozwolić na wątpliwości.
Nikt już nic nie mówił. Cisza skraplała się w pocie na czole Filipa i wsiąkała w niedbale rozpięty majorski mundur. Rozpędzony po płaskich polach wiatr walił w ściany niewzruszonego namiotu i to było właściwie jedyne świadectwo upływającego czasu. Gernaey czuł nerwowe spojrzenia przeskakujące nad jego głową, kątem oka dostrzegał drżenie zaciśniętych dłoni i nerwowe ruchy stóp.
Czekali.
Starał się nie mrugać. Nie patrzeć na boki. Chciał się wyłączyć, więc odpychał skojarzenia, nie dawał wciągnąć się w nurt trapiących myśli i starych dylematów. Po to został z tyłu. Odrzucił zaproszenie – pierwsze, drugie – raz w życiu postawił na swoim i nie pozwolił, by rzucono go w świetło reflektorów. Miał wkraczać do miasta z pierwszymi zwycięskimi oddziałami, miał szukać monsieur, miał w końcu przynieść ze sobą deklarację poddania miasta.
I w końcu czekał z dala od wszystkich operacji na posterunku o zerowym strategicznym znaczeniu.
– Coś jest nie tak – skomentował ktoś nad jego głową. – To trwa za długo.
Klikanie rozpinanej eleganckiej torebki. Łoskot wiatru próbującego zdmuchnąć posterunek jak wilk atakujący dom trzech świnek.
– Najwidoczniej się nie poddał.
– Dlaczego nie? Przegrali. Ucieczka to tylko strata honoru.
– On nie ma honoru.
Dopiero ogólne poruszenie uświadomiło Filipowi, że to były jego słowa. Spodziewał się pytań – odpowiedziała mu pełna wyczekiwania cisza. Zwilżył spierzchnięte usta i po chwili wahania mówił dalej.
– Żadne z nich nie ma. Nie myślą w tych kategoriach. On i... wszyscy inni... Dla nich to kalkulacje, to przewidywania, to ekonomia i, i, i procentowe bezrobocie w sektorach zatrudnienia... Monsieur nie ma godności. Krainy jej nie mają. Miasta jej nie mają. To balast. W najlepszym wypadku iluzja, którą utrzyma tak długo, jak będzie mu to potrzebne.
Mówił, bo musiał. Bo alternatywą było wpatrywanie się w Brukselę pod ciężkimi powiekami albo nasłuchiwanie powyładowaniowej wichury.
– To samo z wszystkim innym. Nic, co nie jest... konstruktywne, co nie ma bezpośredniego przełożenia na rozwój, ginie. A więc zazdrość. Więc gniew. Więc...
– Cisza! – Gest pułkownika nie był potrzebny, Filip zamknął się od razu, ledwie kątem oka zarejestrował poruszenie. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że to nie jego słowa wywołały reakcję – że musiało stać się coś innego.
Że przyszła wiadomość.
– Pozycje zajęte.
Wciąż nasłuchując, pułkownik skinął na Sekretarz.
– Miasto zabezpieczone. Monsieur znaleziony. Defraye wymusił kapit...
Wiedział, co nastąpi, jeszcze zanim wzrok pułkownika na niego padł. Wiedział, gdy zbierał się z wełnianego koca i gdy obserwował marsz Ambioriksa ku Brukseli. To nie złe wspomnienia prześladowały go, gdy pozwalał swoim myślom błądzić: to przeczucia i instynkty mówiły mu, co go czeka.
– Potrzebują cię tam, Gernaey.
– Pułkowniku.
– W parku Cinquantenaire. Nie trać czasu.


Nigdy jeszcze nie widział parku pogrążonego w całkowitym bezruchu. Żadnych turystów, żadnych rozleniwionych studentów, żadnych zakochanych par korzystających z pierwszych oddechów wiosny. Gdzieś w mieście wyła syrena: przeciągły, falujący wizg ścigał go przez całe miasto i przetaczał się po ponad trzydziestu hektarach płaskiej powierzchni parku. Zmierzch zdążył już zapaść. Filipowi przyszło na myśl, że to byłoby trudne – strasznie trudne – znaleźć tu monsieur i jego świtę, nie biegać bez celu po udeptanych ścieżkach i nie gubić się między bukowymi alejami.
Mieli do wyboru całe miasto, a spotkali się właśnie tutaj: w dostojnym cieniu jasnoszarych murów postawionych jeszcze przez króla-budowniczego. To nie miało sensu, to otwarte pole – wszystko się mogło zdarzyć. Za łatwo stąd uciec. Za łatwo przeprowadzić atak.
Za łatwo ich znalazł.
Przeczucie ciągnęło go do przodu jak psa na smyczy. Monsieur go oczekiwał i to oczekiwanie prowadziło Filipa po świeżych, jeszcze nie strzyżonych trawnikach, przez zakola parkowych dróżek, prosto pod masyw triumfalnego łuku, gdzie w kręgu światła czekała Bruksela. Filip poczuł swąd siarki jeszcze zanim dostrzegł szczegóły.
Monsieur siedział nieruchomo na czymś, co z odległości wydawało się prostym trójnogim turystycznym stołkiem. Wokół niego stał mur halogenowych lamp, fotograficznych blend i pozawieszanych na stojakach dyfuzorów, które wciąż toczyły batalię z upartą wichurą. W powodzi białego światła monsieur był jedynym rzeczywistym elementem; Filip tylko marginalnie zdawał sobie sprawę z obecności innych ludzi. Snuli się za reflektorami jak cieniste upiory i żaden do niego nie podszedł, zupełnie jakby otaczało go ochronne pole. Im bliżej był, tym mocniej czuł odginający rzeczywistość ciężar klątwy. Ktokolwiek stawiał blokadę, znał się na rzeczy.
Widział każdy szczegół na jego twarzy, bo światło nie zostawiało żadnego cienia ani żadnej niewiadomej. Zmarszczkę między brwiami, drżące mięśnie żuchwy i skołtunione, zarzucone na bok stalowoszare włosy. Wodniste oczy Brukseli wpatrywaly się w przestrzeń i Filip był pewien, absolutnie pewien, że monsieur go widzi. Mimo muru światła i ochronnego kręgu zaklęć.
Że siedzi w pozie znudzonego dandysa – ostatnia kpina z najeźdźców – i czeka.
Zawsze wiedział, co miało się zdarzyć.
– Podejdź bliżej, Gernaey – powiedział, gdy Filip z wahaniem zatrzymał się parę metrów przed zewnętrzną linią kręgu. – Ja przecież nie podejdę do ciebie.
Poruszenie wśród czających się za światłem ludzi. Chciał na nich spojrzeć, upewnić się, odebrać może jakiś rozkaz, ale nie mógł oderwać wzroku od bladej twarzy monsieur. Musiał sobie przypomnieć, że to gniewne zaciskanie szczęk i ściągnięte brwi to tylko iluzja. Próbował wyobrazić sobie Brukselę jako dwunastolatkę z osiemnastowiecznego Wersalu, tak jak robił to kiedyś za każdym razem, gdy potrzebował zdystansować się od spraw dworu. Manifestaje to tylko maski. Ich maski.
Tyle że wtedy to działało. Teraz rozpisana siarką na gruncie klątwa za mocno kotwiczyła go w rzeczywistości.
Podszedł bliżej.
– Co ty tam robisz?
– Sir?
– To tak bardzo do ciebie nie pasuje, Filipie. – Głos monsieur był monotonny i zmęczony, ale jaki wpływ miało na to oblężenie, a na ile zagłuszała go klątwa, Filip nie mógł stwierdzić. – Te walki. Ta brutalność. Potrzebowałem ciebie i twoich umiejętności, a ty chowałeś się po drugiej stronie. Nie przesadzę, jeśli stwierdzę teraz, że ukryłeś się w mroku i ciemnościach. Ledwo widzę twoją twarz. Podejdź bliżej.
Podszedł tak blisko, jak pozwalały mu na to ażurowe wzory rozsypanej siarki.
– To... nie ten rodzaj światła, monsieur.
– Tu nie ma światła.
Monsieur wyprostował nogi, oparł ręce na kolanach i pochylił się jak zaaferowany krupier. Potargane, lekko falujące włosy opadły mu na twarz i to z jakichś nieracjonalnych, ciężkich do zdefiniowania przyczyn zaniepokoiło Filipa. Chyba wolał widzieć tę twarz. Monitorowanie przepływających po niej emocji weszło mu w krew i potrafił na nie adekwatnie reagować.
– Jest już po zmierzchu, Filipie, nastała ciemna noc. Ty ją sprowadziłeś, ty i twoi nowi przyjaciele. Zabrakło ci cierpliwości, a ja cię tak bardzo przeceniłem. Gdzie byłeś podczas negocjacji? Gdzie byłeś, kiedy ginęły kolejny kanały komunikacyjne z miastem? Mogliśmy się wtedy wszyscy ratować, mogliśmy wypracować coś wspólnie, mogliśmy jeszcze wyjść z tego cało. A teraz jest noc i nie ma światła, które nas stąd wyprowadzi.
– Twoje “razem”, twoje “wspólnie” nigdy nie dotyczyło nas, monsieur. Nie mogłeś pomijać nas w nieskończoność.
– Nie widzisz większego obrazu, Gernaey. Nie sięgasz horyzontu, nigdy nie sięgałeś, i zawsze myślałem, że wystarczy ci rozsądku, by w tej kwestii zaufać innym.
– Ufam. Tyle że nie tobie.
– Zatem zaufaj wiedźmom. Ach, widzę, że trafiłem. – Głowa monsieur uniosła się nieznacznie, spod stalowoszarej grzywy błysnęło rozgniewane, jasnookie spojrzenie. Ta wściekłość jest iluzją. – One wiedzą, co zrobiliście i widzą konsekwencje. Patrz na nie i myśl, i módl się, żeby ten jeden raz, ten jeden, jedyny raz się pomyliły w ocenie. Może te nerwowe wymioty i mdlenia to tylko kobieca reakcja na wojnę, którą wywołaliście. Może. A może nie.
Skoczył, zanim jeszcze do Filipa dotarły jego ostatnie słowa. Wędkarski stołek poleciał do tyłu, moc zrykoszetowała po barierze. Filip nie zdążył zareagować – nikt by nie zdążył – gdy monsieur zaplótł ramiona na jego karku i całym ciężarem ciała pociągnął go do przodu, w dół – prosto w ból i płomienie wysypanej na trawie klątwy.
To nie powinno być możliwe.
On nigdy, oni nigdy, nie mogą przecież...

Upadał, jakby morze wciągało go w głębiny – magia chciała go odrzucić, ciało próbowało się cofać, ale monsieur był silniejszy od tego wszystkiego. Krew trysnęła z nozdrzy Filipa jaskrawą falą, przez mglistą zasłonę agresywnej klątwy widział podłużne pęknięcia na skórze własnych ramion. I zanim upadł prosto w trujące obłoki wzbitej w powietrze siarki, usłyszał wściekły, syczący szept, słowa przeciskane do jego głowy mimo barier, klątwy i przegranej wojny.
Usłyszał i zapamiętał.
A potem nadeszła noc.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Kruffachi » 10 lipca 2015, 11:03

Krótko będzie, bo i czytałam przecież, i coś tam na ten temat nawet skrobnęłam, a nie chcę też wybiegać myślą za daleko w przyszłość ;) Ale chcę napisać, że nadal pod wielkim wrażeniem jestem. I samego konceptu - odgrzewany z wcześniejszych prób czy nie, dobre koncepty się nie starzeją - i wykonania. Rzadko Cię czytam w trzecioosobówce i skądinąd wiem, że nie jest to dla Ciebie naturalna i łatwa materia, ale ŁOMATKO, JAK TY UMIESZ W SŁOWA! A słowa robią Ci klimat i bohaterów. Jak przez mgłę pamiętam, że pisałam o świetnym wykorzystaniu atrybutów też. I w ogóle. I ja wiem, że obowiązki i tak dalej, ale czekam, aż dobijesz do miejsca, w którym skończyłam czytać, a potem pociągniesz dalej <3 No.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Siemomysła » 10 lipca 2015, 20:33

To ja na początek jedna zauważona literówka:
– Jest już po zmierzchu, Filipie, nastała ciemna noc. Ty ją sprowadziłeś, ty i twoi nowi przyjaciele. Zabrakło ci cierpliwości, a ja cię tak bardzo przeceniłem. Gdzie byłeś podczas negocjacji? Gdzie byłeś, kiedy ginęły kolejny kanały komunikacyjne z miastem?

A teraz porcja ciepłych słów ;)

Zacznę od tego, że ogromnie mi się podoba Twój styl. Jest żywy. Zdania, ich rytm, długość - wszystko w tym tekście żyje, nie jest monotonne, nie jest sztywne. Za to jest barwne, plastyczne, bardzo łatwo jest z ułamkowych opisów podanych jakby wewnątrz sceny akcji stworzyć sobie w głowie obraz otoczenia.
Bawisz się w udany sposób powtórzeniami, ot taki przykład:
To nie miało sensu, to otwarte pole – wszystko się mogło zdarzyć. Za łatwo stąd uciec. Za łatwo przeprowadzić atak.
Za łatwo ich znalazł.
Zaraz na samym początku - opis ataku - czytam to trzeci, bądź czwarty raz i mam tego samego dreszcza, co za pierwszym. Po prostu, czytając, czuję jakby magia przechodziła przeze mnie, obok mnie, czuję jej nabrzmiałą moc. Wciągasz mnie w tekst.
No i bohaterowie - są wyraziści. Ci na pierwszym planie, czyli Filip i Monsieur bardzo. Są nakreśleni takimi mocnymi kreskami, prostymi ruchami i są na nich plamy koloru.
Świetnie sprzedajesz świat - lubię być wrzucana w środek akcji. Tu nie ma jakiegoś wstępu, wyjaśnień, tylko po prostu rzeczy się dzieją. I dopiero potem jest moment wytchnienia - panowie podnoszą się z koca, a czytelnik dostaje parę słów wyjaśnienia. Nie za dużo. Tak, że chce więcej. A potem chce jeszcze więcej, bo kończysz wrzutkę w takim momencie, że ja zostałam z sercem w gardle.
Lubię to.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: nuklearna_wiosna » 17 lipca 2015, 06:19

Na początek spojrzałam na długość wstawki i pomyślałam sobie: "O, sporo, poczekam aż będę miała dłuższą chwilę, żeby spokojnie zasiąść i w ogóle." Potem jakoś tak tej chwili nie było i oto w końcu, kierowana impulsem, otworzyłam, coby sobie lekturą umilić spożywanie zupki chińskiej, a tu tekst skończył się szybciej niż zupka, a ja do tej pory zapytuję sama siebie, gdzie ja tam widziałam dużo, skoro jest mało. Zdecydowanie za mało.
Dlatego też trudno mi cokolwiek powiedzieć.

Pierwotny pomysł znam (nie wiem, czy o tym wiesz, ale znam ;)) i bardzo mi się podobał. Ciekawi mnie, co z niego wyciśniesz w drugiej odsłonie.
Ten fragment rozdarł gwałtownie mą czytelniczą duszę na dwa skrajnie różne wrażenia, pomiędzy którymi zieje przepaść. Po pierwsze - zachwycił mnie klimat. Nie tylko widzę całą scenerię (z jakiegoś powodu rysującą mi się w odcieniach granatu i szarości), ale czuję wręcz tę duszną atmosferę tuż po rzuceniu zaklęcia, wrażenie nierealności, towarzyszące spacerowi po opustoszałym parku i nie mam wątpliwości, że wydarzyło się coś ważnego, ale... no właśnie. Co właściwie?
Tak, jak napisała wcześniej Siem, wrzuciłaś czytelników w środek akcji, co samo w sobie jest fajnym zabiegiem, ale w tym wypadku nie mam żadnego punktu zaczepienia, żadnego powodu, żeby się tą akcją przejąć. W rejonie Europy, który jest mi znany dość pobieżnie, a już na pewno nie jest mi w żaden sposób bliski, jacyś ludzie, o których nic w sumie nie wiem, robią ważne rzeczy. I żeby czytać dalej, muszę uwierzyć na słowo, że te rzeczy faktycznie są ważne i że warto się zainteresować, co z nich wyniknie. Nie potrafię dać się wciągnąć. Stoję z boku, patrzę z powątpiewaniem i zastanawiam się, czy warto uwierzyć, czy jednak nie.
I takim oto sposobem jedna część mej duszy czytelniczej chce więcej BO TEN KLIMAT!, a druga część nie jest jeszcze pewna, czy w ogóle ją ta historia interesuje.

Osadzenie akcji w stosunkowo słabo znanym i nie eksploatowanym w fantastyce rejonie geopolitycznym to ciekawy pomysł i zdecydowanie coś nowego. Jednocześnie nie mam wrażenia sztuczności - widać, że wiesz, o czym piszesz i swobodnie poruszasz się w tej rzeczywistości. Z drugiej strony podnosisz tu kwestie, które komuś do tej pory niezainteresowanemu tematem są obce, albo, w najlepszym wypadku, obojętne. To spore wyzwanie - na samym wstępie przekonać przeciętnego czytelnika do przejęcia się sytuacją polityczną Flandrii. Bo to od niej właśnie wychodzisz i to w nią trzeba się na początek wczuć, żeby zrozumieć bohatera. Ja ot tak, z marszu, się w nią nie wczuję, niestety, mimo najlepszych chęci. Wolałabym chyba najpierw móc skoncentrować się na czymś, co będzie mi bliższe, co jest w tym wszystkim uniwersalne. Na przykład na uczuciach bohatera. Bo Filip prowadzący rozmowy i snujący rozważania na temat strategii, bitwy, konsekwencji i tak dalej, podczas gdy ja nie jestem w stanie emocjonować się konfliktem, jest dla mnie obcy i odległy. Ale już choćby te nieliczne wzmianki o patriotyzmie czy zemście sprawiły, że stał się trochę mniej "jakimś osobnikiem z daleka, który o coś tam walczy", a trochę bardziej po prostu człowiekiem, który myśli i czuje w znanych mi kategoriach.
Podsumowując, tekst w obecnej formie każe przejąć się sytuacją, żeby zrozumieć bohatera. Ja w tym wypadku potrzebowałabym najpierw zrozumieć bohatera, żeby za jego pośrednictwem przejąć się sytuacją.

Na pewno będę czytać dalej, głównie dlatego, że wiem, na czym polega pomysł i chcę zobaczyć, jak go wykorzystasz. Czekam na rozbudowanie świata, na fantastyczne postacie i na tę aurę niesamowitości, której przedsmak dostałam w tej wstawce. Pewnie fabuła też mnie w końcu wciągnie i losy Belgii, Flandrii i reszty Europy przestaną mi być obojętne, ale muszę uczciwie powiedzieć, że nie jestem pewna, czy kontynuowałabym lekturę, nie znając koncepcji i nie wiedząc, czego mniej więcej się spodziewać. Możliwe, że po samym tym fragmencie bym się zniechęciła. Możliwe, że nie. Ale możliwe, że tak.
Może gdyby wstawka była dłuższa, moje wrażenia byłyby bardziej pozytywne - zdążyłabym się trochę zagłębić w opowieść, lepiej poznać bohaterów, odsłoniłoby się przede mną więcej świata, jeszcze trochę bardziej zauroczyłby klimat... Ale nic straconego. Zrobię następne podejście przy kolejnej wstawce. Ostatecznie jeszcze wszystko przede mną ;)
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 179
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Coffee » 19 lipca 2015, 19:35

Wiosno :heart: Komcia widziałam wcześniej, tylko nie miałam jak odpisać, bo między mną a kompem ciągle się pałętali jacyś ludzie i wiesz, jak to bywa.

Przede wszystkim dziękuję Ci bardzo za przeczytanie (i to takie szybkie, haaa, hahahaha, a masz, zupko, dobra, już się opanowuję). Tak, wiem, że koncept Ci jest znany, ale jako że ta informacja przeszła przez Endera, to żyłam też zawsze w głębokim przekonaniu, że tymże konceptem głęboko gardziłaś :3 Proponuję następnym razem omijać proxy jednak, dużo mi to stresu zaoszczędzi.

Tak, zwróciłaś tu uwagę na problem, którego jestem świadoma. Wiem, że takie zaczęcie od akcji ma swoje ukryte koszty w ekspozycji, a ja tak generalnie miewam problemy z ekspozycją. Może zresztą dlatego tak bardzo liczę na efekt willing suspension of disbelief w praktycznie wszystkich swoich długich tekstach...
Tu dochodzą na dodatek dwa poziomy ekspozycji: po pierwsze problemy z rzeczywistości, czyli to, co się tam faktycznie dzieje, po drugie to, jaką ja do tego dorobiłam fantastyczną teorię. W następnym rozdziale będę próbowała rzucić na to światło (i, na ile się da, tak, żeby to nie brzmiało jak wykład). Liczę na to, że dasz mi znać, czy się udało ;)

I jeszcze raz: kujam <3
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Krin » 20 lipca 2015, 11:31

Ja pomysłu nie znam w ogóle. Być może jest to nawet pierwszy twój tekst, który czytam, bo jakoś sobie nie przypominam innych. Czułam się nieco zagubiona. Najbardziej w momencie, w którym pułkownik prosi Gernaeya, by z nim poszedł oraz w scenie ostatniej. Mam problem ze zrozumieniem na jakich zasadach oni się tam spotkali, nie potrafię rozdzielić zdarzeń na te prawdopodobne i nieprawdopodobne. Czy wiedźmy i im podobne to normalny element tego świata, czy zupełnie nowy i niespodziewany? Mam nadzieję, że dalszy ciąg pozwoli mi zrozumieć, w czym rzecz.

Prócz tego czytało się świetnie. Nie będę już powtarzać tych wszystkich zachwytów. Po prostu wiedz, żem zachwycona. :D Jedną tylko najważniejszą, moim zdaniem, rzecz powiem, że udało ci się przekonać mnie, że ty wiesz, o czym piszesz. Niby to fantastyczne, ale w pewien sposób osadzone w rzeczywistości. Przez różne wzmianki geograficzno-widokowe sprawiasz wrażenie, jakbyś tam była i może nawet widziała to wszystko. Niby normalne, ale jednak czasem mam wrażenie, że tego brakuje.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 179
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Coffee » 04 sierpnia 2015, 22:48

Jest i ekspozycja ;) PRzynajmniej trochę. No, tak, mi się wydaje. Jeżu, nie umiem tego ocenić.

II

Rodzina to nie przyjaciele, nie możesz jej sobie wybrać.

Stephen King


Walczyły.
To stara historia; opowieść, która dawno stałaby się legendą, gdyby tylko zdechła dwieście lat temu, tak jak powinna była, tak jak państwo przykazało, tak jak miał zarządzić nowy, wspaniały ład.
To historia o nienawiści.
Wszystko to – ta pogarda, ta wściekłość, wszystkie drobne urazy i wielkie przewinienia – miały być wyplenione raz na zawsze, wszystkie naraz. Wyrwane razem z korzeniami i spalone. W miejsce dzikości miała wejść cywilizacja. W miejsce wojen – dyplomacja. Europa, piękna, szarooka Europa, wędrowała przez wszystkie swoje ziemie, a za nią topniał śnieg, kwitły kwiaty, ciężarne kobiety zaczynały rodzić, magia roziskrzała błękitne niebo. Europa wędrowała, niosąc spokój, szła niestrudzenie przed siebie. Na stopach miała czerwone andaluzyjskie błoto, pod paznokciami ukraiński czarnoziem. Była w Wiedniu, Akwizgranie i Berlinie. W Paryżu i Jałcie.
Nic to nie dało.
To stara historia; opowieść, która powtarza się nieustannie, wszędzie. Historia o skłóconych sąsiadach, o rozdzielonym rodzeństwie. Każdy wasal Europy ma taką historię do opowiedzenia. Bośnia i Serbia. Hiszpania i Katalonia. Polska i Litwa. Anglia i Irlandia. Sycylia, Padania, Korsyka, Szkocja, Naddniestrze, Śląsk.
I Flandria.
Nienawiść przetrwała traktaty, rozejmy, kongresy. Przetrwała nową władzę. Nie dała się ucywilizować.
– To w ogóle jest możliwe? To, co zrobił monsieur?
– Nie powinno.
– Tak też myślałem.
Szli po obu stronach martwych torów kolejowych, z krokiem starannie odmierzanym przez butwiejące podkłady. Zaczynało świtać.
– To znaczy, nie przypominam sobie ani razu, żeby któreś z nich w ogóle dotknęło człowieka. Raz widziałam ochroniarza osłaniającego Herrin Dresden, ale ochroniarz przecież nie jest człowiekiem. Poza tym nigdy nic. Żadnego kontaktu. A coś takiego... On przecież złamał barierę, zgadza się? Prawdziwą, wykreśloną w ziemi, z krwią, ze śliną?
– Tak wszyscy mówią. Gernaey podszedł na sam skraj pieczęci, a monsieur Bruxelles się na niego rzucił.
– To nie powinno być możliwe z tak wielu względów.
Wszystkie szczegóły otoczenia gubiły się w półmroku, obiekty zlewały w jednolite plamy. Bezlistne jeszcze chaszcze po obu stronach torów sprawiały wrażenie muru, wytyczone przed nimi droga – ciemnego tunelu. Ostrożnie stawiali stopy. Ich głosy były jedynym dźwiękiem niosącym się przez chłodne nocne powietrze.
– Czy dlatego tu jesteśmy, Marcelle?
– My... Nie, panie Caviezel.
– Nie? Byłem pewien, że...
Żadnych ptaków, myślała Marcelle, próbując dotrzymać kroku towarzyszącemu jej mężczyźnie, który oczywiście nie miał problemów z nocną wizją. Żadnych świergoczących skowronków ani cykad. Przede wszystkim – żadnych ludzi. Ile to jeszcze miało potrwać? Jak długo utrzymają blokadę? Bruksela musi kiedyś wrócić do życia, im szybciej, tym lepiej, a każda godzina zwłoki prowadziła miasto coraz bliżej zapaści. Na co czekali?
Może zwyczajnie nie potrafili?
Cała ta rewolucja stanowiła dzieło amatorów – może nawet tego nie potrafili?
Może nie mieli planów na później?
Kurz po bitwie opadł, a oni nie wiedzieli, co dalej?
– Marcelle?
– Jesteśmy tu – powiedziała Marcelle, mrugając zawzięcie, by odgonić spod powiek ciężki sen – ponieważ to nie jest tylko kolejna sąsiedzka wojenka, monsieur.
– Ależ ja to wiem, drogie dziecko. Ale dlaczego tu? Nie powinnaś być w sztabie, z tymi wszystkimi głośnymi ludźmi? Jesteś jedynie obserwatorem. Czego szukasz tutaj?
Flandria. Flandria i Walonia, obie krainy jak wściekłe suki, które ktoś spętał razem jednym łańcuchem. To była, owszem, stara historia, ale tu, na tej ciemnej ziemi, stanowiła centrum życia wszystkich mieszkańców. Marcelle widziała już walczące miasta, na Boga, sama była przecież kartą przetargową w niewygasającym szwajcarskim konflikcie, ale jednak większość potrafiła trzymać swoje brudy pod przykrywką. To były lokalne wojny gangów, odwieczne przeciąganie liny między dwoma rywalami, którzy znali się jak łyse konie. Niemal wszędzie – tylko nie w Belgii. To, co działo się tutaj, było nie tylko destrukcyjne i głupie; zwycięstwo Flamandów z zeszłej nocy całkowicie zmieniło wygląd planszy. Całkiem nagle Bruksela, która od wieków powoli przechylała szalę na korzyść Walonii, zmieniła stronę.
Bruksela.
Bruksela, która była czymś o wiele, wiele większym niż jedynie trofeum w prowincjonalnej wojnie.
– Szukam punktu zapalnego – powiedziała na głos, gdy dotarło do niej, jak długo już milczy. Chłód wiosennego świtu wywoływał na jej ramionach gęsią skórkę. – To od Gernaey wszystko się zaczęło.
Pan Caviezel miał rację; nie powinno jej to obchodzić. Rozsądnie byłoby trzymać się swojego stanowiska i tylko wysyłać raporty. To była dziwna, płaska ziemia. Nic Marcelle do tutejszych konfliktów, była tylko małym pionkiem, nic przecież nie mogła zrobić.
Nie rozumiała ani walońskiej pogardy, ani flamandzkiej satysfakcji, która rozbrzmiewała w rykach triumfu po zawaleniu brukselskiej bariery. Nie rozumiała durnej, małej, prowincjonalnej nienawiści.
Ale potrafiła zrozumieć – lepiej niż ktokolwiek, kogo tu spotkała – co Flandria mogła tym wszystkim wywołać.
– Ach, chyba musimy przejść tam. – W głosie pana Caviezela pojawiła się energia, której Marcelle się nie spodziewała o tej porze nocy. Sama już dawno straciła impet i dryfowała na oparach adrenaliny z poprzedniego wieczora. Zmęczenie wygładzało wszystkie emocje. – Pozwolisz...
Półprzytomnie chwyciła wyciągniętą dłoń i pozwoliła się przeprowadzić. Uczucie zawsze było takie samo: jakby nagle straciła na wadze albo może jakby nagle grawitacji przestało zależeć. Na ile mogła to ocenić w dławiącej szarudze, wyszli już z krzaków i dotarli do samej stacji. Gdy naprawdę wysiliła oczy, ciemna plama budynku przed nimi nabierała kształtów. Mogła wskazać krawędzie dachu, ziejące czernią bramy i nawet skłębioną sieć starych trakcji nad ich głowami. Nie miała pojęcia, skąd pan Caviezel wie, dokąd powinni się udać, ale nauczyła się ufać jego instynktom. Prowadził ją bezpiecznie między porzuconymi, śmierdzącymi rdzą wagonami i ostrzegał przed każdą niedostrzeżoną w czas szykaną. Wokół było martwo. Stacja była martwa. Martwy był świt. I martwy był pan Caviezel, chociaż dobrze to ukrywał.
– Tu nikogo nie ma – wyszeptała, nie mogąc już utrzymać wątpliwości na wodzy.
Była tak nieprzygotowana.
– Nie, to tylko maska.
– Maska?
– Przygotuj się.
Przygotowała się, ale feeria światła, głosów i ruchu i tak zdołała uderzyć ją w twarz. Wystarczyło, że przeszli przez betonowy, pełny zacieków próg opuszczonej stacji, a kamuflaż zniknął. Marcelle zachłysnęła się powietrzem – ciężkim, lepkim i cuchnącym żelazem – po czym spróbowała wyrównać oddech. Jej płuca protestowały, ale zmusiła je do posłuchu. To tylko głupi odruch.
I jak wszystko, co odruchowe – mogła to kontrolować.
– Gdzie on jest? – wydusiła z siebie, świadoma pochwały, która stała za milczeniem pana Caviezela. – Gernaey?
– Nie wiem. Nigdy go przecież nie spotkałem.
Stali więc, niezdecydowani, pośrodku chaosu, w jaki tymczasowo zmieniła się stacja kolejowa. Nie było tu wielu ludzi – chociaż i tak więcej niż Marcelle się spodziewała – a niemal każdy gnał przed siebie w zaaferowaniu. Przesadzali ostudzone tory długimi skokami, sznur ludzi wpływał i wypływał z nieruchomych wagonów. Ci, którzy donikąd nie zmierzali, siedzieli oparci plecami o aluminiowe barierki i patrzyli przed siebie pustym wzrokiem ludzi zbyt zmęczonych, żeby szukać zajęcia. To ich twarze przyciągnęły wzrok Marcelle: blade, sprane. Szare w nierównym, improwizowanym oświetleniu stacji, przypominały ołówkowe szkice na kalce technicznej. Patrzyła w ich zajęcze oczy i w głębi duszy zazdrościła im bezruchu. Nie rozmawiali. Nie prezentowali sobą żadnej określonej grupy, żadnej kategorii – jak statyści z wysokobudżetowego filmu. Pacjenci w szpitalu onkologicznym. Albo żołnierze w okopach.
– Tam są chorzy – powiedział pan Caviezel, delikatnie obracając Marcelle w miejscu. – Tyle wiem na pewno.
Podążyła za swoim przewodnikiem. Nie zeskoczyli na torowisko jak wszyscy inni, tylko pokornie przeszli przez halę. Kolorowe szyldy znanych marek wisiały wszędzie wokół, teraz równie bez znaczenia jak bełkot przewijający się na elektronicznej tablicy odjazdów. Szeregi losowych znaków przesuwały się bez końca do przodu.
Tak jak i oni.
– Nie powinni nas sprawdzić? Po tym szale dokumentów w Leuven...
– Nie pytaj mnie.
– Ta bariera, ten... kamuflaż... Nie blokował wejścia, prawda?
– Na ile mogę ocenić, nie.
– Więc ktoś powinien pilnować przepływu ludzi, na litość boską. A tu nic. Dwoje obcych wchodzi i... Czy myślę źle? Czy w tym rozumowaniu jest jakiś błąd, którego nie dostrzegam?... Dokąd teraz?
– Nie gwarantuję, że Gernaey będzie w środku, ale jeśli leży z innymi rannymi, to szanse rosną.
Stanęli obok pomalowanego na biało wagonu i po raz pierwszy tego dnia pan Caviezel się zawahał. Rzucił Marcelle przepraszające spojrzenie – z jego wydłużonej twarzy zniknął wyraz absolutnego spokoju – i gestem wskazał otwarte drzwi pociągu.
– Nie wejdę tam, to mogłoby zanadto naruszyć konwencje. Poczekam.
Wiedziała, że w razie potrzeby pan Caviezel zignoruje konwenanse i ruszy jej na pomoc. Oczywiście Marcelle nie przewidywała żadnych komplikacji, wszak zdrowy rozsądek podpowiadał, że tutaj jest bezpieczna – ale coś innego kazało jej chodzić jak najciszej i pilnować pleców. To było irracjonalne, tak, może zwyczajnie głupie, z całą pewnością nieprofesjonalne, ale jednak nie czuła się tu dobrze. Może to brak snu. Może coś innego.
Wagon był otwarty, bez przedziałów, standardowe dwa plus dwa. Spodziewała się zapachu środków dezynfekcyjnych i jakichś improwizowanych zasłon – jej mózg nie kwestionował już racjonalności umieszczenia chorych wewnątrz pociągu, jedynie próbował dostosować do tego konceptu rzeczywistość – ale zamiast tego dostała półmrok i parę nierozróżnialnych szeptów. Szła wąskim korytarzem między pluszowymi fotelami, próbując dojrzeć szczegóły w mroku. Dostrzegała.
Pojedyncze twarze i absolutnie nic, co przypominałoby sprzęt medyczny.
Przeszła do kolejnego wagonu, czując zimne spirale niepokoju rozwijające się gdzieś w żołądku. Mogła minąć Gernaey’a i nawet tego nie zauważyć. Niegotowa. Niczego nie wiedziała. Na nic się nie przygotowała.
Co za farsa.
Mówili, że monsieur Bruxelles zaatakował Gernaeya. Mówili, że dzieliła ich bariera, która nic nie dała. Mówili, że gdyby nie Gernaey, Bruksela nigdy by nie upadła.
Nie była pewna, ile wagonów przeszła, zanim znalazła osławionego majora. I tak, mogła go minąć i nawet tego nie zauważyć – był w końcu jedynie kolejnym nieruchomym ciałem rozłożonym w nieprawdopodobnym otoczeniu kolejowego wagonu – gdyby nie kobieta. To tak naprawdę ona i jej jasne włosy przykuły wzrok i uwagę Marcelle, a za nimi podążyła myśl, że to pierwsza przytomna osoba, którą widzi w pociągu. I spośród wszystkich, którzy ucierpieli podczas ataku na Brukselę, może jedynie Gernaey zasługiwał na kogoś, kto siedziałby przy jego łóżku i cierpliwie czekał na nagłe przebudzenie.
– Szukam Filipa Gernaey – powiedziała Marcelle, podchodząc bliżej. W półmroku nie dostrzegała szczegółów twarzy leżącego mężczyzny, widziała natomiast jego towarzyszkę i jawną nieufność, która wyostrzyła jej rysy.
– Kim jesteś?
– Marcelle Hagemann. Odpowiadam na wezwanie pomocy.
– Ja...
– Przyjechałam do Brukseli jako szwajcarski obserwator.
– W delegacji?! Prosiłam o medyków! Filip potrzebuje pomocy profesjonalistów, uzdrowicieli, wiedźm! I dostaję ciebie?!
Marcelle półświadomie spodziewała się podobnej reakcji, chociaż może nie aż tak płomiennej.
Oblizała usta.
– Nikt inny nie przyjdzie.
– Ale jak ty możesz mu pomóc?!
– Jeszcze nie wiem, ale przeszłam szkolenie. Jestem wszystkim, co masz.
Zmusiła blondynkę, żeby odeszła na bok – to nie było trudne, bo Marcelle górowała nad nią o dobre dwadzieścia centymetrów – i po raz pierwszy przyjrzała się bliżej leżącemu mężczyźnie. Ktokolwiek go układał na wąskich, obitych wytartym pluszem siedzeniach, chyba nigdy nie widział na oczy szpitala i nie miał pojęcia, z czym wiąże się opieka nad chorym. Ubrania Gernaeya – niekompletny mundur – śmierdziały potem, bladą twarz pokrywała tłusta warstwa brudu.
Kogoś takiego należało położyć albo na intensywnej terapii, albo wewnątrz kręgu, a Marcelle brakowało wiedzy, żeby zadecydować, co byłoby lepsze.
– Dlaczego nikt inny nie przyjdzie?
– Ty mi powiedz – odpowiedziała Marcelle, kucając i odgarniając ciemnobrązowe, kręcone włosy z twarzy Filipa. – Boją się? Nikt tak naprawdę nie wie, co się stało.
– Banda tchórzy.
To warknięcie, głuche i pełne szczerej pasji, sprawiło, że Marcelle w końcu odwróciła głowę.
– Słucham?
– Filip jest pieprzonym wojennym bohaterem, a oni go traktują jak niewypał! Szlag by ich wszystkich trafił! Wiedźmy są neutralne, tak?! Czemu żadna nie przyszła?! Gdzie są specjaliści z Brugii, gdzie ludzie pułkownika?! Gdzie, do jasnej cholery, jakaś obstawa?! Jestem tu tylko ja! I nikt mi niczego nie mówi!
– A ty jesteś...?
Tamta sapnęła przez nos, przymknęła oczy, jakby odzyskiwała nad sobą kontrolę.
– Christine Gearney.
Cholera.
– To mój kuzyn – dodała Christine pośpiesznie, widząc wahanie na twarzy Marcelle i niewątpliwie łapiąc jej zamyślone spojrzenie, które kursowało od drogiego pierścienia na drobnej dłoni do nieprzytomnego mężczyzny na pociągowych fotelach.
– Rozumiem.
– Nawet mój narzeczony nie odpowiedział na wiadomości! Co tam się dzieje?! Na co oni czekają?! Przychodzisz ze sztabu, Marcelle Hagemann? Spotkałaś Guillaume Veigy? Nie da się go ominąć, bo gdy mówi...
Marcelle dźwignęła się na nogi. Słowa Christine, jej obecność, jej wyraźne zdenerwowanie i oszołomienie – wszystko to przeważyło szalę.
– Panie Caviezel, potrzebuję pana. Proszę wejść.
– Co...
Zgęstniałe powietrze wepchnęło słowa Christine z powrotem do jej gardła. Światła zamigotały, półmrok pogrubił wszystkie cienie; te zatańczyły, rozlały szerokie plamy po podłodze, ścianach i szeregach foteli. Ciemność wypłaszczyła przestrzeń, zawirowała i wypluła z siebie wydłużoną, karykaturalnie chudą sylwetkę człowieka. I w tym krótkim momencie, mgnieniu oka, zanim cofnęły się cienie, blade oblicze pana Caviezela wcale nie wyglądało jak twarz.
Marcelle zamrugała i czym prędzej wyrzuciła ten obraz z pamięci.
– Musimy stąd iść.
– Rozumiem.
Pan Caviezel podniósł nieprzytomnego Filipa, jakby ten był zaledwie dzieckiem. Christine próbowała chyba zaprotestować, ale Marcelle nie dała jej dojść do słowa.
– To w tej chwili jedyne wyjście – zastrzegła. – Jak myślisz, skoro na twoją prośbę o pomoc nie stawili się jego przyjaciele, to kto będzie szybszy? Kto odpowie?
– Ja nie mogę... Nie mogę tak po prostu...
– Twój wybór, ale Filip nie może tu zostać.
Ruszyła bez pytania, a za nią pan Caviezel, manewrując ostrożnie w wąskim przejściu z bezwładnym mężczyzną na ramieniu.
Musiała się skupić, musiała przypomnieć sobie, jak to wszystko działa; niektórych mięśni nie ćwiczyła już zbyt długo. Szła przed siebie równym, energicznym krokiem; po paru próbach znalazła odpowiedni ton – jeden krok na jeden rząd pociągowych foteli. Wsłuchała się w ten takt, miarowy, szybki, odmierzany jej własnym oddechem stukot twardych podeszew na plastikowej podłodze. Szukała symetrii – i znalazła ją, liczyła okna, martwe lampy po obu jej stronach. Rozciągnęła szeroko ramiona – szukała równowagi i ją również znalazła.
Balans po obu stronach.
Wagon za wagonem, śmierdzące ropą przejście między jednym a drugim składem.
Ucichły w końcu kroki pana Caviezela, ucichł chrapliwy oddech Filipa Gernaey’a; zrównały się z nią, z jej krokiem i jej oddechem. Wsiąknęły w jej tło. Dokądkolwiek zmierzała, oni mieli pójść.
Zmierzała do przodu. Wagon za wagonem, przejście za przejściem. Przeszli pasażerskie otwarte przedziały, przeszli szereg wagonów restauracyjnych, przeszli w końcu ziejące pustką wnętrza towarowych składów. Latarniane światła migały za pleksiglasowymi oknami, powietrze świszczało w niedomkniętych oknach, chociaż pociąg – pociągi – tkwiły nieruchomo, ciche, ciemne, otwarte.
Szli długo, cały czas przed siebie.
Przejście za przejściem, dopóki takt się nie zmienił.
– Tutaj – rzuciła w końcu Marcelle, a jej głos nie zabrzmiał tak, jak się spodziewała; brakowało jej tchu, nie mogła tak od razu zmusić płuc do pracy poza rytmem. – Chyba wystarczy.
Wyszli z wagonu – drzwi były drewniane, chyba dziewiętnastowieczne, starannie odrestaurowane – prosto na zalany porannym słońcem betonowy peron. Nieliczni ludzie spojrzeli na nich z ciekawością, ale pan Caviezel potrząsnął głową i stracili zainteresowanie.
Dopiero wtedy Marcelle odważyła się obrócić i bez zaskoczenia ujrzała okrągłą, zdumioną twarz Christine Gernaey.
Uśmiechnęła się kwaśno. W zasadzie do siebie.
– Witamy na pokładzie.

Po chmurach nie zostało już ani śladu. Niebo nad Brukselą było jasne i czyste. Słońce odbijało się w oknach Angel na Grand Place, szybach smukłych szklanych biurowców i na złotej kopule Pałacu Sprawiedliwości. Wiatr łopotał brezentowymi ścianami straganów na Place de Jeu de balle, stroszył pokrywające się pękami drzewa w Parc de Bruxelles. Pachniało wiosną, a w stolicy wciąż nie było nikogo, kto mógłby to docenić.
– Nie możemy dłużej czekać.
Guillaume Veigy niemal cisnął segregatorem o ścianę.
– No tak! Nie możemy! Jak mogłem, cholera, nie zauważyć? W takim razie przepraszam, oczywiście to wszystko rozwiązuje, możemy zaczynać.
To były mocne słowa, wypowiedziane silnym, donośnym głosem, który niósł się pustymi korytarzami Królewskiego Muzeum i wprawiał szklane gabloty w nieuchwytne drżenie. Guillaume nie krzyczał; właściwie nigdy nie było takiej potrzeby. Posiadał głos, który przebijał się przez szumiący plotkami amfiteatr na trzy tysiące osób i bicie dzwonów aarleńskiego kościoła Sint-Maarten. Z natury nie tyle mówił, co przemawiał.
Przy czymś takim na drugi plan schodziła cała reszta jego osoby: prostokątne okulary, zaczesane na gładko rudobrązowe włosy i chuda sylwetka ukryta pod profesjonalnie dobraną marynarką.
– Guillaume, nie sugeruję przecież...
– Więc co sugerujesz?
Przycisnął palce do nasady nosa, ale jedyne, co osiągnął, to przekrzywienie okularów. Musiał się pilnować. Też nie spał. Nikt tu nie spał, cholera, od dobrego tygodnia.
– Co mam twoim zdaniem zrobić? Pułkownik umywa ręce.
– Antwerpia?
– Myślisz, że tak bym się miotał, gdybyśmy mogli się skontaktować z Antwerpią? Nie, wszelka komunikacja jest odcięta, dopóki monsieur milczy. A przecież nie opuścimy teraz zajętej twierdzy.
– Goniec?
– Gdyby to było takie proste...
W głowie mu szumiało. Rozmówca Guillaume milczał; może w końcu nie miał już nic do powiedzenia. Veigy nie pamiętał już, kiedy znajdowali się dalej niż pięćdziesiąt metrów od siebie. Cały ten cholerny atak przetrwali razem, aż do ostatnich chwil, aż do ostatniej szarży, którą faktycznie obserwowali z dwóch różnych punktów.
– To co zostaje? Negocjacje z monsieur?
Guillaume Veigy jęknął. Nie pozwoliłby sobie na to przy każdym.
– Możemy do niego wołać, ile wlezie, ale nikt teraz nie przekroczy kręgu, nie po tym, co zrobił Filipowi. A monsieur jest Brukselą, bez niego wszystkie te cholerne rozmowy... negocjacje... to tylko życzenia pisane palcem na wodzie. Im dłużej odmawia współpracy, tym mniej mamy czasu. Więc nie, nie możemy dłużej czekać.
Musiała ruszyć komunikacja. Wszystko, absolutnie wszystko w tej chwili wisiało na włosku. Jeśli ktoś nie zacznie wszystkiego koordynować... I to szybko...
– Nie mów mi, że tego nie przewidzieliśmy. Było oczywiste, że nie pójdzie z nami na współpracę.
– Nie wiesz?
– Ja przecież nic nie wiem, nie wolno mi. Zapomniałeś?
– Gdzie właściwie...
– Z Filipem, gdy Ambiorix atakował miasto. Ostatni raz widziałem go, zanim monsieur wezwał go do Jubelpark. – Spojrzenie mężczyzny, który rozmawiał z Guillaume’m, uciekło gdzieś w bok. Twarz, zazwyczaj po prostu zmęczona, ściągnęła się w wątpliwościach. – Filip bardzo to wszystko przeżywał.
Zapadła cisza. Guillaume zapatrzył się w wiszącego na przeciwległej ścianie Magritte’a. Jego towarzysz – za okno.
Poczucie winy gęstniały między nimi jak mgła.
– Przewidzieliśmy, że monsieur będzie stawiał opór – powiedział w końcu Guillaume, żeby jakoś przejść w końcu do rzeczy. Mówiąc, myślał. – Że będzie walczył do samego końca. Że nie pozwoli Flandrii tak po prostu zwyciężyć. Bruksela w rękach Ambiorixa to wolna, niepodległa Flandria, a zatem rozłam Belgii. Proste.
– Wiedzieliście? Więc dlaczego ciągle tu kwitniemy?
– Bo Filip miał być przytomny, do cholery! – Oddech, oddech, kontrola. – Pracował tu tyle lat! Służył Bruxelles jak pies!
– Ty to mówisz. Ty.
Guillaume obrócił się gwałtownie.
– Filip, przytomny, sprawny, zdrowy Filip, przeszedłby przez ostatnie zabezpieczenia miasta bez żadnego problemu. Poznawał miejscowe rytuały przez ostatnie dziesięć lat, a czego by nie wiedział, załatwiłoby to całe jego wróżbiarstwo. Dlatego, założę się, monsieur go wyłączył.
Nie patrzył rozmówcy w twarz. Patrzył w Magritte’a.
– Myślałem – odpowiedział cicho przyjaciel Guillaume’a – że zrobił to, bo Filip go zranił.
– Nie bądź śmieszny.
– Zdradził go...
– Oni nie mają uczuć – warknął Veigy. – Nie przywiązują się. Nie lubił Filipa.
Zacisnął pięści i raz jeszcze spojrzał na błękitne niebo za oknem.
– Właściwie – dodał – nikt nie lubi Filipa.

– Możemy porozmawiać?
Była noc, a pan Caviezel wyruszył na miasto. Szukał pieczęci, przejść, kręgów i śladów po urokach. Czegokolwiek, co mogłoby ich połączyć z resztą świata, gdyby tego potrzebowali, czy też czegokolwiek, co mogłoby im zagrozić, gdyby zamierzali pozostać ukryci. Marcelle nie zamierzała pozostawiać żadnych luk, nawet mimo faktu, że się jej śpieszyło. Że była nieprzygotowana i cała ta akcja mogła się jeszcze okazać wielką pomyłką.
Marcelle uśmiechnęła się. To był wypracowany, dyplomatyczny uśmiech. Sygnalizował nie wesołość, ale uprzejmość. Potrafiłaby go wywołać na torturach.
– Oczywiście.
Filip wciąż nie odzyskał przytomności. Mimo całej uwagi, którą poświęcała mu Christine, ponoć kuzynka. Mimo cichych szeptów i nerwowych próśb, których Marcelle miała nie słyszeć. Tyle że dwa pokoje z widokiem na granatowe wody zatoki były ciasne i duszne, a prowizoryczne zabezpieczenia tłumiły wszystkie dźwięki, zapachy i sny, zostawiając za sobą tylko to, co sami przynieśli.
Choćby Marcelle zatkała sobie uszy, wiedziałaby, gdzie jest dwójka Gernaey’ów.
– Nawet nie wiem, od czego zacząć – mruknęła Christine.
– Od priorytetów. Tym, jak rozumiem, jest dla ciebie Filip.
Marcelle podeszła do okna i po chwili mocowania ze starą zapadką otworzyła je na oścież. Chłodna bryza poruszyła nieco unieruchomione powietrze, ale to wciąż nie było orzeźwienie, którego obie potrzebowały.
Christine przygryzła wargę. W przytłumionym świetle nocnych lampek i pośrednim blasku ulicznych latarni wyglądała jeszcze mniej poważnie niż rano, gdy Marcelle znalazła ją warującą przy nieprzytomnym Filipie. Miała urodę wiecznego dziecka i walczyła z nią na wszelkie możliwe sposoby. Robiła wszystko, żeby wyglądać na większą, starszą, poważniejszą – jasne, delikatne włosy czesała w profesjonalny kok, oczy malowała na ciemno. Mówiła trochę za głośno, gestykulowała trochę zbyt gwałtownie. Nie pomagało. W najlepszym wypadku wyglądała jak nastolatka oszukująca obsługę klubu.
– Filip jest bardzo ważny, tak, ale...
– Teraz jest jeszcze ważniejszy. Kiedy...
– Jesteś wiedźmą?
Marcelle zamrugała z zaskoczeniem.
– Widzisz gdzieś amulety? Czy ktokolwiek mnie tytułował?
No doprawdy.
– W takim razie jak to zrobiłaś? To z pociągiem?
– Do waszego królestwa przyjechałam z misją dyplomatyczną w obliczu wojny. Oczywiście, że na wszelki wypadek miałam przygotowane awaryjne drogi ewakuacyjne. Gwarantuję ci, każdy obserwator miał. Jestem ze Szwajcarii. Tam... znamy tunele.
Dziecięca twarz ścięła się w wyrazie złości.
– Plan ewakuacji? Tutaj? Dokładnie w przeciwnym kierunku od twojego kraju? Niezabezpieczony koniec, żadnego kontaktu na miejscu? Błagam.
– Jeden z planów. Chyba nie myślisz, że przyniosłabym tykającą bombę na berneński dwór?
Jednocześnie spojrzały na zwiniętego w kłębek Filipa.
– Twój kraj jest neutralny, zawsze był – wyszeptała Christine ze zmartwieniem na gładkiej buzi. Emocje wybuchały na jej twarzy i zaraz zmieniały się w coś innego; nie było w niej żadnej stabilności, żadnej pewności. – Co twoim panom zależy na Flandrii?
Na małej, lokalnej wojence gangów, od której równie dobrze mógł zapłonąć świat.
– Flandria została za nami, Christine – powiedziała Marcelle, siląc się na spokojny ton. – Twój kuzyn już tam nie jest potrzebny, a w tej chwili to przede wszystkim chory człowiek, na którego ktoś niedługo będzie polował.
– A ty możesz mu pomóc?
– Tego nie wiem. Ale będę próbować.
– A pan Caviezel?
– Pan Caviezel będzie pomagał mi.
– Wiesz, o co mi chodzi.
– Nie, muszę przyznać, że nie wiem.
– Jest wampirem. Wysokiej rangi. Kappa? Lambda?
Światło którejś z ulicznych latarni zamrugało, skutecznie maskując wahanie Marcelle.
– Ksi – przyznała, czując się, jakby zdradzała tajemnicę spowiedzi. – Będzie nas chronił. Potrafi rzeczy, w które wciąż nie mogę uwierzyć. Wiem, że to trudne, ale jest godny zaufania.
Coś odbijało się w tych okrągłych, dziecięcych oczach, coś więcej niż tylko podejrzliwość, twarz Marcelle i blask nocnej lampki. Szwajcarka liczyła oddechy – swoje i Filipa – dopóki zapach morza nie zawirował jej w głowie. Llandudno krzyczało do nich nocnymi śpiewami w pubach, odległym szumem fal i rozmowami spacerujących turystów. I wszystkie te dźwięki, mimo że przytłumione prowizoryczną barierą, dobiegały jej wyraźniej niż następne słowa Christine.
– Więc niech go obudzi.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Gorgiasz » 05 sierpnia 2015, 12:01

Przeczytałem obie części. Wyrazy uznania. Jeden z ciekawszych tekstów, jakie udało mi się spotkać na forach. Technicznie – można powiedzieć perfekcyjny. Niestandardowy pomysł, oprawiony w nastrojową, złotą ramę.

Piękny wstęp – to bardzo ważne, ustawia czytelnika na odpowiedniej pozycji – z przeciąganym po polach brzuszyskiem i uderzeniem innej, zapomnianej dziś rzeczywistości, zwanej czasem magiczną, na dumne centrum europejskiej cywilizacji (złośliwi, a może realiści, napisaliby quasi cywilizacji). Wizja człowieka stojącego na autostradzie i rzucającego zaklęcia, pomimo swojej pozornej absurdalności, pokazana została w pełni przekonująco. Zderzenie dwóch światów, z których jeden jest przez nasze racjonalne i volens nolens tendencyjne wychowanie (czyli: zaprogramowanie) uznany za nierealny.

Trochę brakuje wyjaśnienia i doprecyzowania who is who, ale rozumiem, że to dopiero początek i zostanie to zapewne powiedziane w dalszej części. I może rozszerzyłbym trochę opisy scenerii (szczególnie w drugiej części), w której rozgrywa się bieżąca akcja, zwłaszcza, że te, które są, są bardzo dobre i właśnie głównie one budują specyficzny nastrój. Przychodzą też na myśl opisy (bardzo zdawkowe, nieprzesadzone) walk i sytuacji, losu mieszkańców miasta – może kilka zdań na ten temat; ich brak trochę zawęża o ogranicza przedstawiany obraz.
I.
– Europa nigdy nie była celem – burknął major przez ramię, odchodząc mimo wszystko. – Europa to tylko bonus.
Wartościowe i zmuszające do myślenia spostrzeżenie.
Gdy zamykał oczy, widział tęcze umierającej bariery odbijanej w szybach Angel na Grand Place i kamienne wieże świętego Michała oświetlone upiornie jaskrawym światłem flamandzkich błyskawic.
Przecinek po „Michała” by się przydał.
Pułkownik w niedopiętym mundurze stał obok Sekretarz w biurowej garsonce.
Coś niedobrze z tym zdaniem (może Sekretarza?). Przecinek po „mundurze”? Chyba, że chodzi o "panią Sekretarz", ale to trzeba się domyślać i kombinować.
Usiadł ciężko na wskazanym krześle, nawet mimo że wszyscy inni stali.
Może lepiej: Usiadł ciężko na wskazanym krześle, mimo tego, że wszyscy inni stali.
Lub: Usiadł ciężko na wskazanym krześle, nie zważając, że wszyscy inni stali.
Monsieur siedział nieruchomo na czymś, co z odległości wydawało się prostym trójnogim turystycznym stołkiem.
Przecinek po „prostym”.
Może te nerwowe wymioty i mdlenia to tylko kobieca reakcja na wojnę, którą wywołaliście
Lepiej: omdlenia. I przecinek.

II.
Nic Marcelle do tutejszych konfliktów, była tylko małym pionkiem, nic przecież nie mogła zrobić.

Powtórzone „nic”. Niby jest to uzasadnione, ale ująłbym to jakoś inaczej.
Szła wąskim korytarzem między pluszowymi fotelami, próbując dojrzeć szczegóły w mroku. Dostrzegała.
Pojedyncze twarze i absolutnie nic, co przypominałoby sprzęt medyczny.
„Dostrzegała” lepiej by było połączyć z następnym zdaniem.
które kursowało od drogiego pierścienia na drobnej dłoni do nieprzytomnego mężczyzny na pociągowych fotelach.

Przymiotnika „pociągowe” do sprzętów znajdujących się w wagonie, bądź elementów jego wyposażenia, raczej się nie używa; może kolejowych? Albo w ogóle je usunąć.
Szła przed siebie równym, energicznym krokiem; po paru próbach znalazła odpowiedni ton – jeden krok na jeden rząd pociągowych foteli.
Jak wyżej. Napisałbym: ...- jeden krok na jeden rząd foteli. Wiadomo jakich.
Wsłuchała się w ten takt, miarowy, szybki, odmierzany jej własnym oddechem stukot twardych podeszew na plastikowej podłodze.
„jej” niepotrzebne; zwłaszcza, że powtórzy się za chwilę.
– Tutaj – rzuciła w końcu Marcelle, a jej głos nie zabrzmiał tak, jak się spodziewała; brakowało jej tchu, nie mogła tak od razu zmusić płuc do pracy poza rytmem.
Powtórzone „jej”. Pierwsze można usunąć.
Po chmurach nie zostało już ani śladu.
Lepiej zabrzmi bez „już”.
– Pan Caviezel będzie pomagał mi.
Napisałbym: – Pan Caviezel będzie mnie pomagał.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Kruffachi » 13 sierpnia 2015, 18:01

Krótko będzie, bo głównie o zmianach. Acz dołóż sobie do tego standardową porcję pisków na okoliczność pana Caviezela ;)

Ekspozycja. Tak, tej geopolitycznej ekspozycji właśnie było trzeba i podoba mi się, jak to ugryzłaś - nie przez opisywanie sytuacji Flandrii, a przez analogię do bardziej znanych przypadków. Tak jest zwięźle i na temat, bez wdawania się w szczegóły, ale z odpowiednią dawką skojarzeń, by zrozumieć i może zechcieć poszukać informacji na własną rękę.

Marcelle też mi się teraz bardziej podoba. Lepiej ogarniam, co ona tam właściwie robi i do czego dąży. Ja ją w ogóle bardzo lubię, nie pamiętam, czy o tym pisałam. Trochę mam przed oczyma powidoki ciągu dalszego, ale trochę nie, bo ona po prostu ma fajne wejście. Jawi się jako bardzo ludzka, ale też dość ogarniająca i zaangażowana, a ja lubię zaangażowane postaci.

Trochę Ci te zmiany narobiły powtórzeń, w chwili wolnej przejrzyj pod tym kątem.

I to właściwie tyle, czekam na jeszcze, czekam na dalsze zmiany, a potem to, czego jeszcze nie wiem :3
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Siemomysła » 14 sierpnia 2015, 07:34

Przeczytałam i doceniam bardzo ekspozycję - właściwie mogłabym powtórzyć słowa Kruff. Dobry oddech po akcji i moment dla czytelnika, by zrozumiał, co się właściwie dzieje, a analogie są po temu świetne. W ogóle mam wrażenie, że te zmiany spowodowały, że tekst zwolnił i choć ja nic nie mam przeciwko pędowi, to jednak wyszło mu to naprawdę na dobre. Jakby teraz można było się dłużej delektować.

Nie będzie wiele więcej słów - ja po prostu bardzo lubię ten tekst, uważam, że jest świetny - fabularnie, językowo, wszelako. Ciekawość co dalej brzęczy we mnie nieustająco.
Wokół było martwo. Stacja była martwa. Martwy był świt. I martwy był pan Caviezel, chociaż dobrze to ukrywał.
<3 <3 <3 <3 <3
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Krin » 28 sierpnia 2015, 11:53

Po przeczytaniu tej wstawki mam mniej więcej takie same wrażenia jak po poprzedniej. Jest to historia opowiedziana naprawdę pięknym językiem, tylko nie bardzo rozumiem jej sens. Muszę się naprawdę mocno skupiać nad tym tekstem, i gdyby nie fakt, że jest napisany tak dobrze, nieźle bym się namęczyła. Na dodatek postacie nie bardzo przypadły mi do gustu. Zapewne dlatego, że nie mam pojęcia, o co im wszystkim chodzi. Jedynie Guillaume mi się spodobał.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 117
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Jasność twoja wszystko zaćmi

Post autor: Ag. » 10 września 2015, 10:42

Wow, jestem pod wielkim wrażeniem, zwłaszcza umiejętności językowych. Świetnie panujesz nad słowem, masz plastyczne opisy, zwłaszcza sposób, w jaki opisujesz magię szalenie mi się podoba. Także akcję rozwijasz spokojnie, więc jest czas, żeby przedstawić świat i bohaterów. Ponieważ nie czytałam tego starszego tekstu, na ten patrzę świeżym okiem i muszę powiedzieć, bo bardzo ciekawym pomysłem było umieszczenie akcji w Belgii plus to połączenie magii z istniejącymi realnie krajami (nie czytuję normalnie takich rzeczy, więc dla mnie to coś nowego ;) ). Chętnie przeczytam więcej.

Znalazłam jeszcze jedną małą literówkę, w pierwszym fragmencie masz "tęcze" zamiast "tęczę".
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

ODPOWIEDZ