UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Piąty Żywioł

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 20 lipca 2015, 14:37

Uprzedzam, że ten fragment powstał w szaleńczym napływie weny. Jak wiadomo, pisanie piątą bądź szóstą godzinę z rzędu prowadzi niekiedy do takich niezwykłych rozwiązań fabularnych, że normalnie byśmy nigdy na to nie wpadli. Sęk w tym, że te rozwiązania czasem przerażają nas samych.
Także ten... Miłej lektury życzę!

XX Od nienawiści blisko jest do miłości. Powiedziałbym nawet, że czasem nienawiść to taka przewrotna miłość. Tak jak moja nienawiść do ciebie. Kocham cię w tej nienawiści. Bo gdyby nie ty, to kim bym był? Gdyby nie ta nienawiść, jakie by to wszystko miało znaczenie? Nie... To chyba nie tak. Nie rozumiem. Nie potrafię cię zabić, bo chcę cię nadal nienawidzić. Nienawiść nadaje temu wszystkiemu smaku. Nie! To nadal nie to. Jest w tym wszystkim jakiś cel. Piąty Żywioł to potężna siła. Kto potrafi ją zrozumieć?
Jakże to wszystko nic nie warte! Za każdym razem, kiedy przychodzi niebezpieczeństwo, gdy jego istnienie staje się zagrożone, jakieś bezduszne bóstwo złośliwości i kpiny przyzywa go na powrót do życia. Oddaje go światu całego w bliznach, lecz z grubsza nienaruszonego. Tyle jest żyć wartych ratowania, ale to jego właśnie ratuje z opresji przewrotna opatrzność. Jakby ją to bawiło! Ponoć Piąty Żywioł rządzi pozostałymi. Musi być w nim strasznie dużo nienawiści do niego. Nienawiści, która na dodatek sama jeszcze nienawidzi nienawidzącą nienawiścią. Inaczej nie potrafił tego wytłumaczyć.
Struł się dymem i poparzył, ale nie musiał znosić bólu przez upadek z okna, bo do żadnego upadku nie doszło. Powstrzymał go jakiś starszawy mistrz, którego Sadrin nawet nie pamiętał z imienia, choć z pewnością powinien. Odnowił on przez to wprawdzie jego magiczne urazy, ale one bolały tylko trochę. A powinny te wszystkie kolejne poparzenia boleć potwornie, sądząc po tym jak zachowywali się medycy wokół niego. Może i bolały mocno, ale tak jakoś nie naprawdę. Czuł ból, którego istnienie do niego nie docierało.
Dopiero wówczas zdał sobie sprawę jak bardzo pochłonęły go wizje. Były przy nim w dzień i w nocy, na granicy świadomości, ale zawsze obecne. Wszystko wokół widział przez tę nieracjonalne opary, wszystko mu one przesłaniały. Łagodziły ból. Nie, nie – nie tylko ten fizyczny ból. Ten ból po śmierci Geltana i po... tym, co stało się z Celisem też. A co stało się z Celisem? Odpowiedź przyszła do niego sama, niesiona przez młodą dziewczynę o płomiennorudych włosach, która zjawiła się przy jego łóżku niedługo po przebudzeniu.
- Co tam się stało, Sadrinie? - spytała łagodnym tonem.
Pamiętał, że długo się głowił, jakiej odpowiedzi udzielić na to pytanie. Nawet przez myśl mu nie przeszło, by powiedzieć prawdę.
- Ja... Chyba byłem trochę nieostrożny – odpowiedział. W końcu nie miał pojęcia, co wiedziała. Mogli przecież znaleźć Celisa i wywiedzieć się od niego wszystkiego.
- To ty zaprószyłeś ogień? Był z tobą ktoś jeszcze? Mistrz Teyran prosił mnie, żebym mu przekazała całą twoją relację. Nadal przeszukują zgliszcza.
Nie wiedział, czy to zastawiona pułapka, czy prawdziwa troska. Postanowił udawać skołowanego.
- A znaleźliście kogoś? - zapytał nieprzytomnym głosem.
Uśmiechnęła się do niego serdecznie.
Naiwna.
- Nie, nie znaleźliśmy. To dobrze. Na początku się baliśmy, że Mistrzyni Enya była z tobą i jej szukaliśmy. Niektórzy świadkowie twierdzili, że widzieli tam drugą osobę, a skoro to nie mogła być Enya, to rozumiesz. Nieco się niepokoiliśmy.
Naprawdę go ten jej uśmiech uspokoił. Twarz miała tak śliczną, że mogłaby się podawać za kuzynkę Celisa. Przez chwilę prawie uwierzył, iż nie miał żadnego związku ze strasznymi wydarzeniami sprzed paru godzin.
- Nie, nie. Chyba nikogo ze mną nie było. Trochę przysnąłem chyba. Kiedy się obudziłem, nie byłem w stanie tego ugasić. - Przywołał pełen zakłopotania uśmiech.
Co innego miał jej powiedzieć? Miał jej powiedzieć, by szukała Celisa, żeby odnaleźli go albo półżywego z całą jego zbrodnią w pamięci lub – co o wiele bardziej prawdopodobne - martwego z nożem w piersi i z ranami od magii. Jakby miał się z tego wytłumaczyć? Może nigdy nie pozna ostatecznego losu przyjaciela, ale przynajmniej zachowa swoje nędzne, bezwartościowe życie. Będzie najpodlejszym z ludzi w najpodlejszy sposób trzymającym się marnego żywota. Wszystkie dowody przeciw niemu zostały spalone. I Celis, i księga. Może byli jeszcze Marelin z Lodejem, Eram z Vinarą, ale oni nie mieli tak niedorzecznych pomysłów, by go o to oskarżać. Elf musiał zginąć. Nie było innej możliwości.
Tak się przynajmniej pocieszał, choć po policzkach spływały mu łzy.
- Sadrinie, nie płacz. Każdemu mogło się zdarzyć, a Enya nie jest wcale tak wściekła, jak powinna być. W ogóle nie jest wściekła. Bała się o twoje życie, a nie o swój dobytek. - Ta obca kobieta pogłaskała go czule i choć normalnie by się zirytował, w tej chwili nie miał nic przeciwko. - Jesteś pewnie jeszcze wstrząśnięty po śmierci przyjaciela. Wszystkich przejęła śmierć Geltana, ciebie zapewne szczególnie. Znaliście się blisko. Każdemu w smutku zdarzają się chwile zapomnienia.
Zamilkła, wstając. Przez chwilę przetrząsała zawartość szafki obok łóżka, ale najwyraźniej nie znalazła tego, co chciała, bo zaraz odeszła od niej z pustymi rękoma i usiadła z powrotem. Sadrin spostrzegł, że w tej szafce schowano rzeczy, które miał przy sobie. Szczęśliwie nie zauważył żadnych ksiąg, ale zaniepokoił się mimo to.
- Czego tam szukasz?
- Ach, nic już. Pomyślałam przez chwilę, że nieważne... W ogóle to... - Zawahała się na moment. - Słyszałeś może, że Geltan Zorton to nie było jego prawdziwe nazwisko?
- Jak to?
- To Filias Fandemore, książę Raddiru - tego parę lat temu najechanego królestwa. Teraz kiedy grindyjskie wojska muszą się wycofywać przez opór raddijczyków, byłby jedynym prawowitym spadkobiercą korony. Wyobrażasz sobie? Coś takiego... Smutne. Może przeznaczone mu było coś wielkiego? Ale wbrew temu, co wszyscy na początku pomyśleli, to nie było żadne zabójstwo polityczne. To zrobił albo jakiś bardzo szybki mag, albo bardziej prawdopodobnie grupa magów. Odprawiono jakiś czarny rytuał na trzech przypadkowych osobach. I jedną z nich był akurat jedyny spadkobierca raddijskiej korony. Wyobrażasz sobie? Ja sama pochodzę z Raddiru i mam wrażenie, że los sobie z nas kpi. Jego historia mogłaby się zmienić w legendę, ale tak po prostu jeden człowiek, nie wiedząc co czyni, tę legendę zdusił w zarodku. Dziwne to życie. Ludzie mówią, że to Piąty Żywioł. Podobno tak działa, zupełnie nieoczekiwanie i bez sensu. A ty co myślisz?
Sadrin ledwie nadążył za tym wywodem. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Było mu okrutnie żal Geltana, ale nagle poczuł się oszukany. Nawet nie poznał prawdy o nim. Przez lata znajomości umknęły mu tak ważne rzeczy. Zastanowił się, co jeszcze mu umykało. Na koniec przyznał, że kobieta, albo raczej dziewczyna, bo była niewiele od niego starsza, co zdradzał zielony strój uczniowski, ma rację – ta tragedia była podwójna. On stracił swojego przyjaciela, a świat stracił swoją pełną szczęścia baśń o księciu, który po wielu latach powraca do utraconego królestwa. Wprawdzie Geltan w niczym księcia z bajki nie przypominał ani się na niego nie nadawał, ale czym jest prawda wobec niezwykłej mocy ludzkich marzeń?
- Nie wiem. Chyba masz rację. Dziwne to życie.
Zaśmiała się, a śmiała się pięknie. Sadrin pożałował, że nie poznał jej wcześniej. Może tak radosna istota byłaby w stanie uratować go od tego szaleństwa, nie pozwolić mu zatracić się w smutku i samotności. Wyglądała na kogoś o tak wielkim sercu, że mogłaby do niego przyjąć nawet kogoś takiego jak on.
- Jak ci na imię? - spytał.
- Mi? Och! Nie przedstawiłam się? Myślałam, że pamiętasz mnie ze szkoły. Deira jestem, uczennica Mistrzyni Shavar. Uczę się szósty rok.
Sadrin zdziwił się. Mistrzyni Shavar była od niedawna żoną Wielkiego Mistrza Thomasa. Nie rozumiał, jak mógł przegapić kogoś nie tylko na co dzień obcującego z Vinarą, Mistrzem Thomasem i innymi sławami Veverleyn, ale jeszcze wyróżniającego się takim wyglądem i charakterem.
- Wybacz, nie pamiętam cię w ogóle. W sumie uczę się tu dopiero od roku.
- Och, a ja od paru miesięcy. Wcześniej uczyłam się u Mistrzyni Hagry w Montaro, ale urodziła trojaczki i był trochę problem. A nie przypominasz sobie mnie z tej sprawy z kwiatami Mistrzyni Yaldin? Trochę... Narozrabiałam. - Spłonęła rumieńcem, bo faktycznie nie było się czym chwalić.
Coś podpowiedziało Sadrinowi, że ma przed sobą osobę w głębi duszy zupełnie szaloną. Sądząc z opowieści na temat kwiatów Mistrzyni Yaldin to również wyjątkowo niezdarną. Niepokoiło go, że to ona się nim opiekowała, ale w duchu liczył, że skoro tu jest, to pod opieką jakiegoś mistrza.
Szalona i niezdarna. Powinieneś poprosić ją o rękę, idioto. Pasowalibyście do siebie, jak mało kto.
Podumał jeszcze przez chwilę nad przedstawioną mu historią. Ostatnio wyzbył się wszelkiej naiwności, jaką kiedykolwiek posiadał.
- Naprawdę zmieniałaś mistrzynię przez trojaczki? Dziwne byłoby przenoszenie cię przez to na drugi koniec świata, do Veverleyn.
Trochę przesadził z tym drugim końcem świata, ale nieważne.
- No nie do końca...
No ładnie. Speszyłeś ją, idioto. Zawsze musisz wszystko zepsuć. Żadna inna cię nie zechce.
Znaczy co? Miałem się jej oświadczyć? Jeszcze się okaże, że ją przenieśli tak jak mnie – bo ma na sumieniu coś strasznego.
Może to podobieństwo dusz sprawiłoby, że miałbyś właśnie jakieś szanse?
Nie. Nie jest aż tak wspaniała, by ryzykować obudzenie się pewnego razu z nożem na szyi.
Pff, chciałbyś się budzić obok takich piękności, idioto.
Avarenie najświętszy... Właśnie zabiłem człowieka, a myślę o zalecaniu się do jakiejś szalonej dziewczyny.

- Myślisz, że ten elf, Celis o tym wiedział? - spytała nagle, przerywając trwającą od kilku minut ciszę.
Serce mu przyspieszyło. Rozeźlił się, że poruszyła ten temat, kiedy on próbował wypchnąć go ze świadomości. Powinien zapomnieć o tym wszystkim, wmówić sobie, że zrobił to ktoś inny. Już tego przecież próbował po zabiciu tego chłopca przywleczonego kiedyś w nocy przez Renira. Zabił go, by aż do wizyty w pracowni sztuk ciemnych i rozmowy z Mistrzem Meszarem wmawiać sobie, że było inaczej.
- Mówią, że byli parą. To prawda? Po śmierci Geltana Celis gdzieś nagle zniknął i nikt nie może go znaleźć. Myślisz, że jakbym go spytała, czy byli parą, to by się zawstydził? Niektórzy są potwornie wrażliwi na tym punkcie.
Nie, idioto. Lepiej nie zalecaj się do tak bezpośrednich kobiet. Dobrze ci radzę. Właściwie, dobrze sobie radzę.
- Myślę, że nie byli parą – odpowiedział, nie wierząc, że odpowiada na takie pytania. Choć właściwie... Cholera ich wie. - Mówiłaś, że co się stało z Celisem?
- Zniknął gdzieś. Nikt nie może go znaleźć odkąd powiedziano mu, co się stało. Wszyscy boją się, że jeszcze nie daj Avarenie popełni jakieś straszne głupstwo. Nie wiesz, gdzie może być?
Tak, zrobił coś potwornie głupiego, ale nikt się o tym nie dowie. Nikt nie ma pojęcia, gdzie poszedł. Będą szukać, aż zapomną. Za rok nikt nic nie będzie pamiętał. Tylko ja będę pamiętał. Nie, ja też nie będę pamiętał. Zapomnę. Wszyscy zapomną o Celisie.
Przypomniał sobie pogrzeb Kayryna. On przecież też spłonął i też z winy Sadrina. Tak samo ten mężczyzna wtedy, w elfiej dzielnicy. Zwęglone ciała wyglądają potwornie. Wyobraził sobie Celisa pod taką postacią – jego słodką twarzyczkę, jasne włosy, delikatne dłonie. Nie było ich już. Płomienie je zniszczyły, odebrały go mu. Przeżarły chudą szyję i zwęgliły struny głosowe. Nie odezwie się już, nie odsłoni przed nikim przyszłości.
Zaczął się mimowolnie również zastanawiać, czy on z Geltanem, zgodnie z tym co głosiły przecież tak liczne plotki, byli parą, czy Geltan całował te wiecznie uśmiechnięte, małe usta. Nie były wszak aż tak dziecięce. Celis był elfem, a młode elfy już tak wyglądały, takie już były. Widział go w chwili złości i przerażenia, ale obiecał sobie zostawić w pamięci to dziecięco wyglądające oblicze.
Jeśli tak właśnie było, to trochę mu zazdrościł. Tak nagle pomyślał, choć nie rozumiał dlaczego. Za Celisem tęsknił bardziej, choć sam zadał mu śmierć, a na dodatek wcześniej irytowało go jego zachowanie. A jednak czuł dziwną zazdrość, tym bardziej bez sensu, że nie należał do ludzi „o nietypowych upodobaniach”. Tak chyba myślał, bo chyba tak po prostu mógł teraz myśleć, kiedy go już nie było, kiedy spłonęły usta, których chęć całowania właśnie zadeklarował – pozostały tylko z każdą chwilą blednącym wspomnieniem. Nie rozumiał siebie, ale tak właściwie to nikt go przecież nie rozumiał. Dlaczego on sam miałby być wyjątkiem?
- Nie, nie wiem, gdzie jest. Ostatnio widziałem go pod drzwiami tamtej pracowni, w której... no wiesz.
Przez chwilę smuciła się jeszcze nad losem elfa, ale już zaraz jej myśli pobiegły innym torem.
- Czy dwóch chłopaków może się tak całować jak kobieta z mężczyzną? - spytała ni to siebie, ni to jego.
Kobieto, skąd ja w ogóle znam taką wariatkę jak ty? Nie. Ja cię przecież nie znam. Więc dlaczego ty czytasz w moich myślach?
- A mogą się całować jakoś inaczej?
- Nie o to mi... Sadrinie... Mogę ci zadać bardzo osobiste pytanie?
Przypomniał sobie zupełnie nie w porę o swojej obietnicy, że nie będzie się już więcej bał.
- Możesz.
- Całowałeś się z kimś kiedyś?
Taki idiota? Chyba w myślach.
- Yyy... Tak właściwie to nie. - Cały poczerwieniał i spuścił wzrok. Nie miał pojęcia, czemu właściwie odpowiada na takie pytania.
- Ja też nie. - Pokiwała głową z wielkim smutkiem. - I wiesz co myślę?
- Co?
- Strasznie by było, gdybym teraz wyszła na ulicę i na przykład przez przypadek spadłaby na mnie jakaś luźna cegła, zabijając mnie. Geltan zginął, nie przeżywając tego, co jest właściwe ludziom z jego rodu, nie zostając królem. Nie doświadczył czegoś, czego powinien doświadczyć, czego może chciał doświadczyć. Wyobrażasz sobie, że miałabym umrzeć, nie wiedząc jak to jest kogoś pocałować albo zostać pocałowanym? Zresztą nie chodzi tylko o całowanie. Wyobrażasz sobie umrzeć, nie doświadczywszy tylu ważnych rzeczy? Mieć wielkie plany, które zostałyby zniweczone przez nagłą, bezsensowną śmierć? Podałam przykład z pocałunkiem, ale to mogło być wszystko! - Usiadła w nogach jego łóżka, przyciągając rękami kolana pod brodę. - Mam nadzieję, że jednak byli parą i pocałowali się, bo inaczej coś by go ominęło.
Zastanowił się nad tym, jeszcze raz żywiąc dziwną tęsknotę do Celisa. Te pragnienie przestało mu się w jednej chwili wydawać takie dziwne. Pomyślał, że chyba wcale nie chodziło mu konkretnie o pocałunek, a raczej o utratę jakiejś szansy na zbliżenie się, poznanie go lepiej.
Przestał się nad tym zastanawiać i przeanalizował temat główny wypowiedzi Deiry – utracone szanse. Geltan z Celisem nie skończyli szkoły, nie osiągnęli nic, nic nie przeżyli. Celis był elfem i mógł żyć przez kolejne tysiąc lat, ale żył tylko marne szesnaście. On pewnie też tak skończy – umrze szybko, być może za kilka dni, nic po sobie nie zostawiając. Do historii przejdzie tylko jego nazwisko spisane gdzieś w kronikach szkoły i tyle. Może co najwyżej Vinara i Enya zapamiętają go na jakiś czas, ale potem stanie się tylko jednym z setek tysięcy.
- Sadrinie?
- Tak?
- Mogę cię o coś prosić?
- No możesz.
- Pocałowałbyś mnie?
Zamarł. Tego się nie spodziewał. Początkowo myślał, że to jakiś żart, ale nie wyglądała, jakby żartowała. Patrzyła na niego błagalnie wielkimi zielonymi oczami. Ale nie takimi oczami, jakie miała Vinara – ładnymi, zdolnymi do miłości i pragnącymi jej oczami.
- Dlaczego miałbym cię pocałować? Nie znasz kogoś... bardziej odpowiedniego do tego zadania?
- Nikt mnie nie chce całować. Mówią, że jestem przeklęta, ale ty też wyglądasz na kogoś przeklętego, więc chyba nie masz powodu się bać, prawda? Widać to po tobie. Te wszystkie rany i w ogóle... Powiedziano mi, że wciąż tu trafiasz. To chyba nie może być pech. To musi być przekleństwo. Zresztą ja nie tylko widzę, ale też czuję takie rzeczy. Ktoś już sprawdzał sieć, w którą się zaplątałeś i która prowadzi cię w przyszłość. Zostawił po sobie pełen przerażenia ślad. Nigdy nie czułam tego tak wyraźnie.
A jednak! Pasowalibyście do siebie. Ożeń się z nią, idioto.
Nie czekała wcale na pozwolenie. Przysunęła się bliżej i podała mu rękę, żeby podniósł się do pozycji siedzącej. Ujął ją ostrożnie. Czuł, że chyba nie do końca chce robić, to co robi, ale chora ciekawość zwyciężyła. Stwierdził, że ma rację. Skoro prawdopodobnie w przeciągu kilku tygodni ktoś go dopadnie i w końcu zabije, to co mu właściwie szkodzi?
Wyplątał się z twardej szpitalnej pościeli i pozwolił, by objęła go w ciasnym uścisku. Był gotowy całować się z nieznajomą i bez tego, ale nie miał możliwości zaprotestować. Dla Deiry widocznie nie istniało coś takiego jak zahamowania.
Przez chwilę przyzwyczajał się do nowej, dziwnej sytuacji. Pachniała ziołami, ale nie takimi, jakie znaleźć można w szpitalach. Może to nie były zioła, może to były kwiaty, choć nie potrafił sobie wyobrazić, gdzie mogła zimą znaleźć ich tyle, by aż przejąć ich zapach. Włosy w dotyku miała cudne. Cała była cudowna.
A potem zwyczajnie zbliżyła usta do jego ust i go pocałowała. Ostrożnie, niezgrabnie. Nie żałował już swojej decyzji. Odwzajemnił pocałunek. Równie ostrożnie, jeszcze bardziej niezgrabnie. Na chwilę oderwali od siebie usta, ale tylko na chwilę. Zaraz znowu złożył na jej ustach krótki pocałunek. I jeszcze raz. Przyciągnęła go do siebie na dłużej i to już nie było ani ostrożne, ani nieśmiałe. Gdyby spytać w tamtym momencie Sadrina, co robi ze swoim życiem odpowiedziałby, że nie wie, ale bardzo mu się to podoba.
Nagle poczuł coś dziwnego. Jakaś wizja pchała się do jego umysłu. Wcale nie pochodziła z jego głowy. Miał wrażenie, że to Deira go nią obdarza.

Idą, trzymając się za ręce po zazwyczaj najciemniejszych i najstraszniejszych uliczkach Veverleyn, które teraz zalane zostały przez jakieś nieziemskie światło. Wokół nie ma nikogo. Są tylko oni i ich szczęście. Śmieją się i całują.
W którymś momencie wkraczają w uliczkę zupełnie inną niż pozostałe w tej dzielnicy. Nie ma tam śladów nędzy ani przemocy. Cała jest w kwiatach. Wyrastają ze spróchniałych, nadgryzionych zębem czasu desek. Oplatają latarnie uliczne. Przebijają warstwę śniegu. Oszołamiają niesamowitym zapachem. Tym samym, którym pachnie Deira, ale tysiąc razy mocniejszym. Uwodzi go ten zapach, oddala wszystkie inne wizje, wszystkie mroczne zjawy, jakie go nękają.
Znów ją całuje i już nie wie, czy dzieje się to w szpitalu wśród starych, poplamionych i przesiąkniętych udręką ścian czy w pełnym kwiatów zaułku.
Potem jednak muszą się rozstać. Odprowadza ją do drzwi na samym końcu tej uliczki. Tam jest najwięcej kwiatów. Budynek wygląda jakby był z nich stworzony. Nim Deira znika w ciemnym otworze, prosi:
- Odwiedź mnie kiedyś, Sadrinie.


W tej właśnie krótkiej słodkiej chwili drzwi otworzyły się i do środka, niczym bóstwo przyzwoitości, wkroczyła Enya. Nie miała już na sobie bandaży ani cienkiego szpitalnego ubrania. Wyglądała dumnie i zawzięcie w swej szarej szacie, póki nagle nie dotarło do niej w jakiej sytuacji zastała swego pechowego ucznia. Tego zupełnie się nie spodziewała. Cała zawziętość w jednej chwili ustąpiła, zmieniając się w wyraz zaskoczenia i zmieszania.
Gdy tylko uświadomili sobie jej obecność, odskoczyli od siebie jak oparzeni. Sadrin schował ręce za plecami, jakby miało to dowieść, że wcale przed chwilą nie obejmował nimi dziewczyny. Deira zawstydzona spuściła wzrok, a po chwili nie wytrzymała badawczego spojrzenia i umknęła z pokoju, prawie odpychając mistrzynię od drzwi. Sadrin już otworzył usta, żeby ją powstrzymać, ale nie bardzo wiedział, co powinien krzyknąć. Nim wymyślił, było już za późno.
Enya stała przez chwilę zakłopotana. Wyjrzała za Deirą, ale najwyraźniej jej nie zobaczyła, bo bez słowa zamknęła drzwi. Nie usiadła, lecz nadal przyglądała mu się z zakłopotaną miną.
Opadł na łóżko, skulił się i odwrócił twarzą do ściany.
- Bij, jak musisz – przerwał milczenie, oczekując tyrady na temat podpalania cudzych domów.
- Nie wiedziałam, że jesteście... w tak bliskich stosunkach – wykrztusiła.
Nie wiedział, jak odpowiedzieć, żeby nie zabrzmiało co najmniej dziwnie. W końcu jednak zrezygnował i postanowił mówić prawdę.
- Bo nie jesteśmy.
- Ach.
Zapadła jeszcze bardziej niezręczna cisza.
- To nieważne, Enyo.
- Ach... Dobrze.
Usiadła na skraju łóżka, niemal w tym samym miejscu, które wcześniej zajęła Deira.
- Odwróć się przodem do mnie. Musimy naprawdę poważnie porozmawiać.
Spełnił polecenie z ociąganiem. Bał się, że go teraz zostawi. Nie widział zniszczeń, ale zdawało mu się, iż Deira mówiła, że spłonęła większość budynku. Pożar wybuchł w jego pokoju, więc nie było wątpliwości, kto ponosił za niego winę. Mogła teraz zwyczajnie powiedzieć, że współpraca z nim jest dla niej „zbyt wymagająca” i prosić o możliwość oddania opieki nad Sadrinem komuś innemu. Nikt by jej za to nie winił. On chyba też nie, choć nie zniósłby tego. Nie zawsze się dogadywali, mieli mnóstwo trudności, ale już się przed nią odsłonił, już ją znał. Opowiedział jej część tego, co spotkało go w domu Renira.
Tak - większość chwil, które razem przeżyli, była ciężka i przygnębiająca. Łączyła się przecież nie tylko z ostatnimi wydarzeniami, ale też z jego problemami po przybyciu do Veverleyn, z halucynacjami i leczeniem u Mistrza Norriena, z zaległościami w nauce, z trudnością powrotu do normalnego życia. Ile jeszcze mógł od niej wymagać?
- To był wypadek, Enyo. - Słowa zmieniały się w skomlenie.
- Ja rozumiem... Próbuję zrozumieć. Próbuje sobie wytłumaczyć, że to ten cały szok związany ze śmiercią Geltana, ale z drugiej strony rozmawiałam z członkami Strefy, którzy się tym zajmowali. - Mówiła z coraz większą trudnością. Sadrin miał wrażenie, że zaraz się rozpłacze. Chciał ją przytulić, ale serce zbyt mocno ściskał mu strach przed tym, co mogła mu zaraz powiedzieć.
- Jaki udział ma w tym Strefa? - spytał, by choć na chwilę odciągnąć się od złych myśli. Znów też próbował uciec w mroczne, pełne wizji zakamarki umysłu, które by mu przesłoniły całą straszność teraźniejszości, ale nie znalazł ich. Zamiast nich były tam obrazy pełne kwiatów i ich oszałamiającego zapachu. Tak się ucieszył, że przez chwilę chciał w nie zupełnie odpłynąć, ale głos Enyi przywołał go na powrót do rzeczywistości.
- Doszło tamtego ranka do kilku takich morderstw z użyciem ciemnej magii. Powiedziano mi... Powiedziano mi, Sadrinie... Powiedziano mi, że jesteś głównym podejrzanym o zabicie Geltana. - Teraz już naprawdę płakała.
Całe jego ciało przeszył nieznośny, niemożliwy do ukojenia materialnymi lekarstwami ból. Na nic to wszystko! Na nic! Na nic! Na nic! Tak! Zabił Celisa! Zamordował go bez choćby chwili zastanowienia, zgasił jego młode życie, zadeptał delikatny kwiat. Na nic! Ktoś inny musiał zeznawać przeciw niemu. Strefa będzie go przesłuchiwać, a on wyzna im wszystko – nawet to, o co nie będą prosić. Przeżył już przecież raz takie przesłuchanie. To wtedy wyznał Vinarze, czego dopuścił się w terminie u Renira. Co mu przyjdzie z tego, że to nie on jest winny śmierci Geltana, skoro ma na sumieniu śmierć Kayryna, Celisa, ofiar Renira i tych jeszcze kilku anonimowych magów, których bez żadnych skrupułów pozbawił życia i w domu Enyii i w elfiej dzielnicy? Nawet jeśli sam się nie przyzna, to Meszar wszystko im powie i nie będzie już nawet sensu tego ukrywać.
Starał się, żeby nie mogła nic po nim poznać. Choć nie wyszło mu choćby w jednej trzeciej tak dobrze, jakby chciał, na pewno nie mogła ujrzeć rzeczywistej skali tego, co właśnie przelewało się przez jego duszę. Nie mogła ujrzeć tego strachu, żalu, goryczy i wewnętrznego potępienia.
- Dlaczego ja? - zapytał, usiłując nadal grać tę farsę. Oszałamiający zapach kwiatów ośmielał go.
- Dlaczego ty?! Widziano cię z „Rytuałami” Haxverta. Może dlatego? Zresztą nie tylko dlatego. Zdajesz sobie sprawę, że jesteś jedyną osobą pozbawioną jakiegokolwiek alibi? Gdzie byłeś, kiedy to się stało? - Wbiła w niego wściekłe spojrzenie. - Gdzie jest ta księga?
- Która księga?
- Wiesz która! Ta którą miałeś w pracowni sztuk ciemnych.
- Leżała u mnie na biurku...
- I dlatego spaliłeś mój dom?
- Słucham?!
- Czy to właśnie przy paleniu tej księgi spłonął niemal cały dorobek mojego życia? Moje rzeczy, pamiątki, notatki, dzienniki, zapiski moich badań?
- Nie chciałem jej spalić! Po co miałbym to robić? - Teraz już i on płakał.
- Żarty sobie robisz? Jak to po co? Żeby zniszczyć dowody!
Powiedz jej to, idioto. Powiedz jej prawdę. Ona cię jeszcze może ocalić.
A co ja im powiem o Celisie?! Byłbym niewinny! Tak! Dla nich mógłbym być niewinny we wszystkim prócz zabójstwa Celisa.
Zabiłeś go przecież w obronie własnej, idioto! Inaczej zginąłbyś!
Myślisz, że po tym wszystkim jest jeszcze jakakolwiek nadzieja, że mnie nie powieszą bądź nie spalą? Myślisz, że będę mógł jeszcze zostać magiem po tym wszystkim?
A zamierzasz poddać się, nie próbując?

- Enyo...
Nie zareagowała. Siedziała odwrócona do niego bokiem. Nie mógł nawet widzieć jej twarzy.
- Enyo, ja muszę ci coś wyznać. - Podniósł się do pozycji siedzącej, chwycił jej dłonie i zamknął je w swoich. Chciała się wyrwać, ale nie pozwolił jej na to.
- Co takiego? Zabiłeś go? Naprawdę to zrobiłeś?
- Nie, Enyo – mówił szeptem. - To, co chcę powiedzieć, jest strasznie skomplikowane i nie mam pojęcia, od czego zacząć. Powinienem był ci to wszystko opowiedzieć już bardzo dawno temu, ale nie miałem odwagi, wciąż bałem się coraz bardziej, a wszystko coraz mocniej się plątało.
- Najlepiej zacznij od tego, jak ta księga znalazła się w twoich rękach, jaki masz związek ze śmiercią Geltana i przede wszystkim, czemu mój dom spłonął!
W jej głosie wciąż brzmiał gniew, lecz w oczach widział iskierkę nadziei. Wyglądała na gotową, by chwycić się czegokolwiek, co mogłoby usprawiedliwić Sadrina przed nią samą. Chciała rozgrzeszenia dla niego. Nie mógł tego zepsuć.
- Księgę miałem od Vinary – zaczął, by od razu choć trochę ją uspokoić.
Odniosło skutek, lecz jednocześnie od razu mu przerwała.
- Czemu Vinara ci ją dała?
- Nie wiem. Nie rozumiem tego. Miałem ją zanieść do Mistrza Erama i dlatego miałem ją w pracowni sztuk ciemnych wtedy. Widział ją, ale nie chciał zabrać, więc została u mnie. Nie! Nie przerywaj mi! Pewnie już po mnie idą. - Obejrzał się nerwowo na drzwi, jakby podejrzewał, że skradają się do nich po cichu. - Chciałem ją po prostu odnieść do domu, ale wtedy Lodej zaczął się interesować. Zabrał mi ją. Potem widział ją jeszcze Celis, Geltan i Marelin. Nie pytaj czemu. To długa historia i nieważna. Kiedy się dowiedziałem, co zaszło i zobaczyłem te wszystkie znaki na ziemi, wiedziałem, że będę pierwszym podejrzanym, choć wciąż nie rozumiem, czemu ktoś zrobił mi coś takiego.
- Wiedziałeś, co jest w tej księdze i tak po prostu przeszedłeś nad tym do porządku dziennego?
- Tak! Nie patrz tak na mnie! Ja widziałem już takie rzeczy... Wtedy, u Renira... Nie powiedziałem ci całej prawdy o tamtym, ale wysłuchaj mnie teraz! Kiedy się dowiedziałem, faktycznie zamierzałem iść i zniszczyć księgę. Wcale nie chciałem jej spalić. To nie ja zaprószyłem ogień. To... - Nie miał pojęcia, jak ubrać w słowa tę część opowieści. Serce chciało wyznać całą winę, lecz rozum je powstrzymywał.
Nie zdążył zebrać myśli. Stracił swoją szansę. Drzwi otworzyły się i do środka wszedł Mistrz Eram.
- Muszę z tobą porozmawiać, Enyo – rzekł, mierząc jednocześnie Sadrina uważnym, pełnym obaw spojrzeniem. Być może już wiedział. - Najszybciej jak to możliwe. Chodź proszę. - Nie wyglądał na skłonnego dać jej choćby chwilę czasu.
Wstała, oglądając się na niego raz jeszcze. To było spojrzenie pełne nadziei, której Sadrin już nie podzielał, ale uśmiechnął się, by dodać jej otuchy, by w jakikolwiek sposób spróbować naprawić wszystkie wyrządzone jej krzywdy.
A niedługo później naprawdę po niego przyszli.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Siemomysła » 01 sierpnia 2015, 23:08

Na wezwanie - przeczytałam. Uwag wiele nie będzie ;)
Struł się dymem i poparzył, ale nie musiał znosić bólu przez upadek z okna, bo do żadnego upadku nie doszło.
Spowodowanego upadkiem? na pewno jakoś inaczej niż "przez".
Odpowiedź przyszła do niego sama, niesiona przez młodą dziewczynę o płomiennorudych włosach, która zjawiła się przy jego łóżku niedługo po przebudzeniu.
Znam ją już? Czy nie znam? Bo wygląda na to, że powinnam ją znać, bo Sadrin ją zna i w ogóle - takie tajemnicze to wprowadzenie.
Może nigdy nie pozna ostatecznego losu przyjaciela, ale przynajmniej zachowa swoje nędzne, bezwartościowe życie. Będzie najpodlejszym z ludzi w najpodlejszy sposób trzymającym się marnego żywota. Wszystkie dowody przeciw niemu zostały spalone. I Celis, i księga. Może byli jeszcze Marelin z Lodejem, Eram z Vinarą, ale oni nie mieli tak niedorzecznych pomysłów, by go o to oskarżać. Elf musiał zginąć. Nie było innej możliwości.
Brrr... :CC Jakoś mi z jego powodu smutno - znaczy z powodu Sadrina.
- Ta obca kobieta pogłaskała go czule i choć normalnie by się zirytował, w tej chwili nie miał nic przeciwko. -
A jednak obca. OK, ciekawe kto to.
Wprawdzie Geltan w niczym księcia z bajki nie przypominał ani się na niego nie nadawał, ale czym jest prawda wobec niezwykłej mocy ludzkich marzeń?
A to ładne.
Szalona i niezdarna. Powinieneś poprosić ją o rękę, idioto. Pasowalibyście do siebie, jak mało kto.
XDDDD
A z drugiej strony - czyżby to było wprowadzenie wątku romansowego? Czy pułapka?

Nie rozumiał się, ale tak właściwie to nikt go przecież nie rozumiał. Dlaczego on sam miałby być wyjątkiem?
Chyba lepiej by było "siebie". A tak w ogóle - to zdanie bardzo dużo mówi o tym, co on o sobie myśli, jak siebie postrzega. Fajne.
- Całowałeś się z kimś kiedyś?
Kierunek tej rozmowy mnie niepokoi ;)
Celis był elfem i mógł żyć przez kolejne tysiąc lat, ale żył tylko marne szesnaście. On pewnie też tak skończy – umrze szybko, być może za kilka dni, nic po sobie nie zostawiając. Do historii przejdzie tylko jego nazwisko spisane gdzieś w kronikach szkoły i tyle. Może co najwyżej Vinara i Enya zapamiętają go na jakiś czas, ale potem stanie się tylko jednym z setek tysięcy.
Poważne rozważania.
Ale nie takimi oczami, jakie miała Vinara – ładnymi, zdolnymi do miłości i pragnącymi jej oczami.
Oczy zdolne do miłości, to brzmi dziwnie. Masz tendencję do uczłowieczania oczu :D
Nagle poczuł coś dziwnego. Jakaś wizja pchała się do jego umysłu. Wcale nie pochodziła z jego głowy. Miał wrażenie, że to Deira go nią obdarza.
Fajne, ciekawe.

OK. Mam mieszane uczucia. Jakby zapanował nagły chaos w tekście. I w samym Sadrinie. To znaczy - gubię się w Sadrinowym podejściu do zabicia Celisa. Już nie wiem, jak on sam to postrzega: jako obronę własną przed atakiem, czy jednak jako usunięcie świadka? Jeśli sam ma wątpliwości, jeśli się oskarża to może lepiej byłoby to wyraźniej przedstawić? Pojawienie się dziewczyny zdaje mi się bardzo podejrzane. To takie nagłe miejsce na zupełnie nową postać, która od razu pakuje się z kopytami w wydarzenia. Podoba mi się natomiast to wepchnięcie Sadrinowi do głowy wizji. Wreszcie jest to dobra wizja. Jakby ona była jakimś przeciwnym biegunem ta Deira. Czekam co dalej!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 03 sierpnia 2015, 13:01

Długo czekałam na tę scenę. Mam wreszcie wrażenie, że gdzieś tam w oddali zaczynam widzieć koniec. :3

XXI - Nienawiść, nienawiść... Czy ty wiesz, dlaczego ja cię nienawidzę?! Wiesz? Wiesz, dlaczego robię to wszystko?! Bo ty mnie nienawidzisz! Nienawidzisz nas wszystkich – wszystkich słabych ludzi. Tylko dlatego, że ty jesteś silna. Czujesz pogardę. My nie chcemy być pogardzani! Nie chcemy byś akurat ty nami pogardzała! Chcemy być tacy jak ty, ale ty nas odrzucasz! Bo jesteśmy słabi, głupi i naiwni. Tylko dlatego. A przecież z tobą moglibyśmy być czymś więcej. Gdybyś nas wciąż nie niszczyła, bylibyśmy czymś więcej.
Głupia kobieto, my chcieliśmy cię podziwiać, a ty nami wzgardziłaś, upokorzyłaś nas. Chcieliśmy stać u twojego boku, chcieliśmy cię wychwalać, chcieliśmy iść na śmierć z twoim imieniem na ustach. Wszystko byśmy dla ciebie zrobili, byle byś na nas spojrzała, bylebyś nas pochwaliła, jak wtedy gdy byliśmy młodzi i mieliśmy prawo do błędów. A wiesz czego chcemy teraz? Czego chce ta głupia, bezwartościowa masa? Chcemy byś poczuła się tak jak my kiedyś – nic nie warta, porzucona. Twoja pycha wreszcie doprowadziła cię do zguby. Mogłaś uczynić nas idealnymi dobrym słowem, lecz wzgardą uczyniłaś nas bezlitosnymi. Teraz to ty przegrasz zabita przez nienawiść.
Cieszę się, a jednocześnie smucę. Nadal jestem tobą oczarowany. Nadal jest w tobie mnóstwo dumy. Skąd ona się bierze, skąd bierze się ta twoja niezniszczalność? Być może śmierć nie jest tym, co zostało ci przeznaczone, ale nie chodzi o śmierć. Ty lśnisz, ty wciąż masz siłę, by się opierać. Jak zmienia się bezwartościowy kamień, którym jesteśmy w taki klejnot?
Pewnie powiedziałabyś, że szlifuje się go w bólu. Nieprawda. Ty nie czujesz bólu. Nie naprawdę. Nie teraz. Ból fizyczny to ułuda, ale wkrótce dotknie cię prawdziwy ból. Zostałaś wydana na pastwę losu tym, których okpiłaś. Nadszedł anioł zemsty. Nikt cię już nie chce. Twój czar prysł. Byłaś pięknym klejnotem, lecz teraz stworzono doskonalsze szlify, lśniące jeszcze piękniej. Jesteś bezwartościowa. Czas się ciebie pozbyć.


Było ich dwóch – obydwoje w ciemnozielonych mundurach Strefy i z dokładnie zasłoniętymi twarzami. Nie przedstawili się, nie pokazali żadnych rozkazów na temat jego aresztowania, nawet nie powiedzieli, że został aresztowany. Po prostu przyszli, a on musiał iść z nimi. Ich postawa nie pozostawiała złudzeń. Wprawdzie nie byli ani trochę brutalni czy choćby agresywni, ale Sadrin czuł, że w każdej chwili mogą zacząć.
Poprowadzili go korytarzami szpitala. Wielki Szpital Veverleński – jak wszystko w Veverleyn był nie tylko wielki, ale też podobno największy na świecie, choć jednocześnie wciąż zbyt mały, by być idealny. Rozrastać się na zewnątrz nie mógł, więc jego przestrzeń była wykorzystywana z taką intensywnością, że w normalnej sytuacji musiałby się przepychać pomiędzy pacjentami i ludźmi oczekującymi na przyjęcie przez medyka. Ta sytuacja nie była jednak normalna. Tłum gdzieś zniknął. Sadrin nie wiedział czy to taka pora, chroniona przed tłumem część budynku, czy jakieś nagłe zarządzenie tych lubiących pracować w tajemnicy ludzi.
Jeszcze bardziej zaczął się niepokoić, gdy zaprowadzili go przed pustą, niegdyś białą ścianę i na ścianie tej zabłysły przez moment rzędy złotych symboli po czym... otworzyła się. Popchnęli go w stronę ciemnego otworu, a przejście natychmiast zniknęło. Znalazł się w korytarzu wyjątkowo wąskim, lecz wciąż zbyt szerokim, by potrafił sobie racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego nikt nie zwrócił na niego uwagi i nie podążył tą ciemną, tchnącą zimnem podziemi ścieżką.
Magia przestrzeni, idioto. Trudne, ale mieli na zrobienie tego kilkaset albo nawet kilka tysięcy lat i największe umysły, jakie wydała ta ziemia. Mogli zrobić takie przejścia prowadzące nawet przez wiele kilometrów, przez całe Veverleyn albo nawet dalej.
Może dlatego mówią o nich, że pojawiają się znikąd?
To niegłupie.

Jeden z mężczyzn – bo po głosach sądząc, na pewno byli to mężczyźni – położył mu rękę na ramieniu i począł prowadzić przez ciemność. Drugi jednak zatrzymał się.
- Każda osoba postronna przechodząca tędy powinna mieć zasłonięte oczy – upomniał towarzysza.
- To bez znaczenia. - Sadrin poczuł, jak jego przewodnik wzrusza ramionami.
Dlaczego to jest bez znaczenia?
To mi się wcale nie podoba, idioto.

Powoli zaczęło do niego docierać, że nie wszystkie z jego początkowych założeń są trafne. Mężczyźni zapewne nie powiedzieli nic o aresztowaniu, bo go wcale nie aresztowali, lecz pod groźbą użycia siły uprowadzili. Zapewne ludzie, którzy mieli to zrobić, dopiero się zjawią. Ci tutaj usiłują zapobiec jego ujęcia. Tak... Zdaję się, że znów został wciągnięty w walkę pomiędzy jedną częścią Strefy a drugą, jak podczas ich ataku na dom Enyi. Zapewne głowiłby się, która jej część próbuje utrudnić postawienie go przed sądem, gdyby wiedział, jakie ma do wyboru.
Niebawem stwierdził, iż faktycznie – cokolwiek miał wówczas na myśli tamten mag – nie miało znaczenia, czy będzie miał zasłonięte oczy. Prowadzili go w absolutnej ciemności przez plątaninie korytarzy. Czasem w górę po schodach, czasem po drabinie w dół. Czasem szedł po kamiennych korytarzach, czasem po drewnianych pomostach zawieszonych w miejscach, których nawet nie potrafił określić. Raz wydało mu się, że przechodzą tuż za cienką ścianą jakieś gospody. Ilość zakrętów była w tym wszystkim wprost niesamowita. Nawet gdyby bardzo się starał, nie potrafiłby spamiętać drogi.
Drogi do... Veverleńskiej Szkoły Magów. Nagle wypadli wprost na opustoszały korytarz z rzędami drzwi po obu stronach – prawdopodobnie najwyższe piętro. Sadrin odwrócił się, by zobaczyć, gdzie przez cały czas istniało tajemne wejście, ale jego wzrok natrafił tylko na idealnie gładką ścianę. Widząc to, jego przewodnik zdenerwował się i wepchnął go do drzwi naprzeciwko – do pracowni sztuk wróżbiarskich pełnej niepokojącego zapachu halucynogennych ziół.
Tyłem do wejścia, oparta o marmurowy parapet stała Vinara. Wcale nie spoglądała na widok za oknem, bowiem wszystkie zasłony były zaciągnięte. Nie zareagowała jednak również na jego przybycie. Stała nieruchomo - sztywna, wyprostowana. Roztaczała wokół niemal królewską aurę. Tak, mogłaby być królową Veverleyn albo w przyszłości zastąpić Wielkiego Mistrza Thomasa. To by do niej pasowało.
- Siadaj – mężczyzna wskazał na miejsce przy jednej z ławek. Sam przysunął sobie drewniane krzesło z ławki obok i zasiadł naprzeciwko. Jego towarzysz stanął przy drzwiach. Vinara nadal trwała nieruchomo.
Przed oczami Sadrina wisiał zegar.
- Czy wiesz, dlaczego tu jesteś? - spytał mężczyzna.
- Nie zabiłem Geltana. Nie wrobicie mnie w to.
- Wiemy, że nie zabiłeś Geltana, a w co cię wrobimy dopiero się okaże. Ktoś musi za to odpowiedzieć, nim ktoś inny zacznie pytać, a faktyczny sprawca jest poza naszym zasięgiem.
- Więc twierdzicie, że to nie wy?
- Dlaczego mielibyśmy zabijać kogoś tak potencjalnie przydatnego jak sam Filias Fandemore? Był naszym wspólnikiem, jednym z nas. Dobrze nam się razem pracowało. Zdecydowanie lepiej niż z tobą. Gdybyś nie był taki lekkomyślny, udałoby nam się uniknąć wszelkich oskarżeń, a może nawet dalibyśmy radę powstrzymać zabójców. - Oparł się wygodnie na oparciu, jakby prowadził przyjacielską pogawędkę. - Teraz jednak podejrzewają ciebie. Przyjdą, przesłuchają cię i podobnie jak my stwierdzą, że to nie twoja robota, ale na tym się nie skończy. Będą pytać o mnie, o Vinarę, o Celisa i o każdego, kto im tylko przyjdzie do głowy. Co twoim zdaniem się wtedy stanie? Jak mamy zapobiec wydania im informacji, jakie posiadasz?
Chciał od razu zapewniać o swojej lojalności, lecz najpierw odetchnął głęboko.
Wyjdziesz z tego, idioto. Tylko się postaraj. Przez cały czas bądź spokojny.
- Nic im nie powiem. - Głos, ku jego uldze, brzmiał pewnie.
- Doprawdy? Dasz mi to na piśmie? Strefa przesłuchiwała już wielu ludzi. Wielkich i możnych tego świata, bohaterów, przestępców, fanatyków, żołnierzy, szpiegów, nekromantów. Żadnemu z nich nie udało się zabrać swych tajemnic do grobu, a tobie ma się udać, tak? A ja mam za to ręczyć? Mam ryzykować, że wydasz nas wszystkich, bo obiecasz mi, że tego nie zrobisz?
- Mogę wyjechać! - krzyknął rozpaczliwie. Cała pewność zniknęła.
- Dokąd?
- Dokądkolwiek!
- I myślisz, że tam Strefa cię nie znajdzie? Nie ma na świecie takiego miejsca. Posądzono cię o zabójstwo jednego z nas, a tego Strefa darować nie może, bo takie są jej zasady.
- Przecież wy jesteście Strefą!
- Jesteśmy tylko paroma jej członkami popieranymi przez swego dowódcę, którego nie każdy lubi i szanuje. Nie patrz tak dziwnie. Jesteś faktycznie tak głupi, jak mi mówiono, skoro nie zauważyłeś, że doszło u nas do pewnego rozłamu. Nawet gdyby było inaczej, to przecież nie moglibyśmy się zbłaźnić niemożnością odnalezienia takiego pajaca jak ty. Nawet nie chcielibyśmy robić tego dla ciebie.
Zapadła cisza. Mężczyzna siedział nieruchomo oparty o krzesło, drugi strażnik nie ruszał się spod drzwi, Vinara bez ruchu trwała przy zasłoniętym oknie. Czuł się jak w otoczeniu trzech posągów o kamiennych twarzach i kamiennych sercach.
- Więc co mi proponujecie? - musiał wreszcie spytać.
Wtedy zrozumiał. Zrozumiał wraz z szyderczym uderzeniem szkła o drewno – mężczyzna postawił przed nim maleńką buteleczkę wypełnioną przezroczystym płynem. Znał ją. Właściwie została przez niego skradziona Mistrzyni Adrienie w przypływie nagłej rozpaczy. Zawsze mówił sobie, że jeśli będzie już bardzo źle i stwierdzi, że dłużej nie da rady funkcjonować pod kuratelą Renira, wypije zawartość. Myśl o niej niejednokrotnie. To przez nią zrywał się z łóżka w środku nocy, lecz za każdym razem odpychał zdradzieckie myśli aż do momentu, gdy Strefa aresztowała go, konfiskując ją przy przeszukaniu. W całym zamieszaniu niemal zapomniał o truciźnie.
Były stąd dwie drogi - jedna nieprzyjemna i niemożliwa, a druga potworna i wyjątkowo prawdopodobna.
- Co to ma znaczyć?
- To ma znaczyć, że czas twojej przydatności dawno minął i albo rozstaniesz się z tym światem w pokoju, albo w wielkim bólu. Potrafimy odtworzyć to, przez co przejść musiał twój drogi przyjaciel, choć nie lubimy brudzić sobie rąk.
Oni ci proponują, żebyś nas zabił, idioto. A jak nie, to sami to zrobią... Boję się. Zrób coś!
Ja?

Odruchowo zwrócił spojrzenie w kierunku Vinary. Rozpaczliwie liczył na to, że uda mu się wyperswadować jej ten pomysł, lecz ona wciąż stała tyłem bez najmniejszego ruchu. Najwyraźniej nie obchodziła ją właśnie rozgrywająca się za jej plecami tragedia.
- Nikt wam w to nie uwierzy.
Wiedział, że nie powinien panikować, ale wiedzieć jest potwornie łatwo. Zapach kwiatów nie pomagał. Pachniały jak kwiaty posadzone na grobach.
- Dlaczego?
Mężczyzna całą swoją postawą przekazywał Sadrinowi, że znajduje się on na z góry przegranej pozycji. Chłopak miał milion argumentów. Kłębiły się bezładnie w jego umyśle i żadnego nie potrafił ubrać w słowa.
- Nie zabiłem Geltana. Nie mam powodu, żeby... Nikt wam w to nie uwierzy.
- Ale nikt jeszcze nie wie, że to nie ty zabiłeś Geltana. Sądzę, że nikt też nie będzie szczególnie zainteresowany sprawdzaniem tego. Wszystko zda się oczywiste. Veverleyn niedługo będzie ekscytować się historią o niezrównoważonym psychicznie, od miesięcy dziwnie zachowującym się zbrodniarzu, który w obawie przed karą bądź przerażony swym czynem postanawia popełnić samobójstwo. Zdolniejsi plotkarze będą mogli z tym wszystkim połączyć jeszcze parę faktów. Kto wie? Może przejdziesz do legendy tej szkoły. - Uśmiechnął się szyderczo.
Ale Sadrinowi nagle przeszła ochota na przechodzenie do legendy w tak młodym wieku. Nic jeszcze w życiu nie zrobił, a przecież tak wiele było do zrobienia. Nie potrafił sobie akurat przypomnieć co takiego, ale coś przecież musiało być! Przecież jeszcze kilka godzin temu, gdy ściskał dłonie Enyi, płonęła jeszcze rozpaczliwa nadzieja. Coraz mniej pozostawało dróg ucieczki, ale wciąż jakieś pozostawały.
A teraz nagle nie było żadnej. Przed nim mag ze Strefy, przy drzwiach mag ze Strefy, przy oknie Vinara. Nie wyobrażał sobie, że mógłby uciec przed tą trójką. W ogóle nie wyobrażał sobie żadnego wyjścia z tej sytuacji. Ani nie mógł zrobić tego, o co go proszono, ani nie mógł odmówić. Mógł tylko błagać, jednocześnie grając na zwłokę. Łudził się, że przybędzie ratunek, choć nie bardzo wyobrażał sobie, jak miałby wyglądać.
- Vinaro... Proszę...
W jednej chwili zniknęły z jego głowy wszelkie kalkulacje. Znów zalał się łzami niczym dziecko. Nie potrzebował żadnego udawania. W jego umyśle pozostało już tylko jedno pragnienie – głośniejsze i bardziej żałosne od innych.
Ja chcę żyć.
- Nie - powiedziała głosem równie pozbawionym wyrazu, jak jej nieruchoma sylwetka. - Dajcie mu chwilę czasu – dodała po krótkiej ciszy, jednocześnie delikatnie potakując, co było jej pierwszym ruchem, odkąd znalazł się w pomieszczeniu.
Czasu na co? Na życie? Za późno!
- Niech będzie. Ale tylko chwilę.
Mężczyzna zamilkł. Wiercił się zniecierpliwiony. Wskazówki zegara przesuwały się przed oczami Sadrina. Sekundy. Minuty. Ale nie godziny. Ale nie lata. O czym można myśleć w ostatnich chwilach życia? O czym powinno się myśleć? Czy powinien raz jeszcze zobaczyć przed oczami całe swoje życie? Nie widział nic takiego. Próbował usilnie przywołać do siebie jakieś miłe wspomnienie, ale nie potrafił. Tak jakby świat nigdy nie przeznaczył dla niego choćby jednej miłej chwili. Z jakim wspomnieniem w umyśle człowiek gotów jest umrzeć? Pomyślał o Deirze, ale szybko odrzucił te myśl. To wcale nie była szczęśliwa chwila. To była chwila w pewien sposób fałszywa, tchnąca bliskością, która nie istniała.
Czy to może się tak skończyć, Sadrinie? To się przecież nie może skończyć teraz! Nie teraz...
Wskazówki przesuwały się po tarczy zegara. Oddech stawał się ciężki i niespokojny.
Więc może ludzie? Spojrzał na twarze wszystkich ważnych osób swojego życia. Na twarz matki wątpiącej czy kiedykolwiek wyrośnie na zdrowego człowieka, na wykrzywioną bólem choroby twarz ojca, na pełną szyderstwa twarz Renira, na wykutą z zimnego marmuru twarz Vinary, na zalaną łzami twarz Enyi, na zwęglone szczątki Kayryna, na zakrwawioną twarz Geltana, na wściekłą twarz Celisa. Na żadnego z nich nie chciał patrzeć. Te twarze wiedziały kim jest i wątpiły w niego, więc spojrzał na tłum zgromadzonych przy modlitwie zakonników. Wszystkie twarze jednakowe, a zarazem inne. W jednych oczach dobro, a w innych fałsz i okrucieństwo. Kto rozpozna jedno od drugiego?
Kto rozpozna, którzy z nich go zdradzili?
Tak, poczuł się zdradzony. Nie tak to wszystko miało wyglądać. Chciał zostać zakonnikiem, magiem lepszym od wszystkich innych, jakich kiedykolwiek wyuczyła Vinara.
A ona stała do niego teraz odwrócona plecami i nic ją on wcale nie obchodził. Chciał, żeby się odwróciła. To jej twarz chciał zobaczyć. Chciał zobaczyć... Litość? Cokolwiek! Chciał zobaczyć, że choć trochę się nim przejęła. Chciał zobaczyć, że jego życie nie jest bez znaczenia. Bo przecież nie jest tylko kolejnym z setek uczniów, których posyła na śmierć, prawda? Był tchórzem, był słaby, ale nie był nikim. A może nawet był niczym! Na początku było Nic, aż Nic zrozumiało, że jest niczym i stało się Stwórcą! - jak rzecze Księga Stworzenia.
Sadrin nie był kimś, o kim jej wolno zapomnieć.
Mistrz Sadrin był magiem młodym, lecz zdążył poznać tajemnice mocy. Nigdy nie był jednak magiem światła, więc według obyczaju ciało jego na wieki pozostanie w domu jego, na śmiertelnej ziemi i nigdy prochy jego nie zostaną zniszczone przez żadną siłę wyższą by na zawsze być świadectwem jego i w radości i w smutku. Był magiem ciemności, która na zawsze pozostanie między nami, bowiem jest rzeczą ziemską – niedoskonałą acz potężną. Niech więc zostanie pomiędzy wodą, ogniem, powietrzem i błyskawicą. Niech Piąty Żywioł będzie jego opiekunem, dokądkolwiek miałby go poprowadzić. Niech pozostanie w ziemi pośród żywych. Niech nie zostawia nas. Niech pamięta, że żadne światło nie przegoni ciemności, bowiem to ciemność daje życie i ciemność je odbiera.
Tak, ponoć nekromanci ścigają swoich wrogów nawet po śmierci. Nie ważne, że nazwiesz ich mistrzami sztuk ciemnych lub niewinnymi ofiarami starszego mistrza. Maga, który posłużył się kiedykolwiek krwią niewinną, ciemność zawsze odnajdzie.
Choć z drugiej strony... Może tak tylko mówią? Może to tylko legenda przekazywana w całym Tarunie z jednego pokolenia magów na następne, bezwzględnie na szkołę, wiarę czy rodzaj stosowanej magii ku pokrzepieniu tych, którzy nigdy nie mieli czasu na oddawanie czci bogom i nie są pewni, czy którykolwiek z nich przyjmie ich dusze do swego królestwa.
Czy Avaren przyjąłby Sadrina? Prawie nie czcił go przecież. Nie przestrzegał jego praw. Nie zasłużył się dla jego Zakonu. Wątpił w pomoc, jakiej miał on udzielać swoim sługom. Nawet mu złorzeczył.
Zasłużyłeś sobie na karę, idioto. Tak jak jest w baśniach i legendach.
Czyli jak?
No, zbrodniarza zawsze prędzej czy później w jakiś sposób dosięga kara. Zabiłeś Celisa. Nikt się o tym nie dowiedział, więc czeka na ciebie sprawiedliwość boska, a nie ludzka. Synem Avarena jest Tymin – opiekun sprawiedliwości. Czego się spodziewałeś?
Nie pieprz. Od kiedy to Vinara stoi po stronie dobra? Od kiedy działa zgodnie z boską wolą? Skąd w ogóle nagłe przekonanie, że istnieje tu jakikolwiek podział na dobrych i złych?

- Już czas, Sadrinie.
Sięgnął po maleńką buteleczkę. Z ociąganiem. Z namysłem. Z głosem krzyczącym w głowie „stop!”. Zważył ją w palcach. To na pewno była ona. Znał ten ciężar i tę rysę na dnie.
Dłużej już nie potrafił wytrzymać tego wszystkiego. Odkręcił ją szybko i przytknął do ust. Nie miała zapachu.
Skoro tak już musi być, to niech będzie. Żegnaj, Sadrinie.
Żegnaj, idioto.

Wypił.
- Zostawcie mnie samą – rozkazała Vinara.
Mężczyźni wyszli posłusznie. Zdaję się, że się odwróciła, ale już tego nie widział.
Trucizna pozostawiała na języku nieprzyjemny smak.
Była gorzka.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Kruffachi » 03 sierpnia 2015, 16:32

Tylko do poprzedniej wstawki, tej nie nadrobiłam.

Tak się trochę miotam z tym komentarzem.

OK, w wypadku powieści w odcinkach jakoś to zagrało i może widzę uzasadnienie, ale na pewno będę namawiać, żeby to przemyśleć, kiedy postanowisz ruszyć z tym tekstem dalej i zredagować go w zwartą powieść. O co mi chodzi? O podmianę. Dopiero co pozbyłaś się Geltana i sugerujesz, że pozbyłaś się Celisa (to, czy naprawdę nie żyje, czy jednak ocalał, ma dla samej techniki mniejsze znaczenie), a już od razu, w następnej wstawce wprowadzasz nową postać. Tak jakby miała ona stanowić substytut, wypełnić dziurę. Zwłaszcza sugerują to liczne porównania do Celisa, które wewnątrz tekstu mają oczywiście inną funkcję, bo odczytuję je jako sygnał tego, jak bardzo to Sadrina gryzie, ale z perspektywy warsztatu i konstrukcji to taki plaster właśnie - jakby ważne było, żeby bilans zysków i strat się zgadzał. No i jakieś takie nagłe jej wejście, jakby w Twoim umyśle też pojawiła się nagle. Nie hintowałaś jej chyba wcześniej, a jeśli, to nie na tyle, żebym ją w jakikolwiek sposób z tymi hintami powiązała. I to niby uzasadnione, bo wszak piszesz z perspektywy Sadrina, a on sam przyznaje, że to dziwne, że nigdy wcześniej jej nie zauważył, ale jednak wobec powyższego - tego wszystkiego o zatykaniu dziury - brzmi to troszkę jak autorska wymówka włożona w usta bohatera.

Sama bohaterka... Nie polubiłam jej, ale też nie mam obowiązku lubić każdego i Ty nie masz obowiązku pisać tak, żeby każdy każdego lubił. Natomiast zaciekawiła mnie sugestia, że w jakiś sposób miesza Sadrinowi w myślach. Wiele opcji się pojawiło. Może jest kimś więcej? Może ma jakiś związek z jego wizjami? Ciekawe by to było, ale czekam też na inne odpowiedzi. No i mam nadzieję, że te myśli o małżeństwie to też jej sprawka, bo jakoś mi do Sadrina to nie pasuje ;)

No nic, siadam i czytam dalej ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 04 sierpnia 2015, 11:17

Kruff,
bardzo zaskoczył mnie twój komentarz. Nie będę ukrywać, że Deira powstała w chwili nagłego oświecenia, ale to co stało się z Geltanem i Celisem było zaplanowane od początku. Mało! Śmierć Geltana miała być początkowo jednym z pierwszych wydarzeń i niejako rozpoczynać akcję, choć na szczęście w miarę rozwijania się pomysłu wyszło inaczej, bo bym z niewiadomych mnie samej przyczyn, za sprawą jakiejś nadnaturalnej siły niemal powtórzyła schemat z "Drapieżnika".
Z drugiej strony fakt, że jedni bohaterowie znikają, a pojawiają się inni, jest dla mnie w pewien sposób naturalny, bo przecież historia ciągle biegnie dalej, wciągając w całą aferę kolejne osoby. Nieco dziwne byłoby obracanie się wciąż w tym samym otoczeniu. Tak mi się wydaje.
OK, w wypadku powieści w odcinkach jakoś to zagrało i może widzę uzasadnienie, ale na pewno będę namawiać, żeby to przemyśleć, kiedy postanowisz ruszyć z tym tekstem dalej i zredagować go w zwartą powieść.

W ogóle mnóstwo rzeczy muszę pozmieniać. W kwestii bohaterów szczególnie. Mam wrażenie, że niektóre z nich zepchnęłam na margines, a niektóre są zupełnie zbędne. Inną ważną kwestią jest lepsze ukazanie świata... Boi się tylko, że przy tym wszystkim kolejna wersja wyjdzie mi jeszcze dłuższa, co jest absolutnie niepożądane. Zwłaszcza, że większość fragmentów będę musiała pewnie pisać od nowa, z kawałkami tego, co jest aktualnie. Dlaczego to mówię? Bo mnie zaniepokoiłaś. Deira miał być wszak oświeceniem, a nie mnie pogrążać. Gdybyś w przyszłości nadal czuła, że coś jest z nią nie tak, wspomnij o tym. ;)

Dzięki wam obu za odzew, bo wszystkie komentarze są na wagę złota. Cieszę się, że nie umarłyście po tym fragmencie, bo cały czas niepokoiłam się, że pobiłam rekord stężenia grafomani w grafomani.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Kruffachi » 04 sierpnia 2015, 11:43

Alez mi w tym komentarzu chodziło tylko i wyłącznie o tempo podmiany ;) Gdyby Deira pojawiła się tuż przed zniknięciem chłopaków, byłoby naturalniej. To samo, gdybyś dała jakąś wstawkę przerwy między ich zniknięciem a jej pojawieniem. Tak za bardzo widać bebechy tekstu.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Siemomysła » 05 sierpnia 2015, 16:08

Zakochałam się w poniższym zdaniu:
- Wiemy, że nie zabiłeś Geltana, a w co cię wrobimy dopiero się okaże.
- Nic im nie powiem. - Głos, ku jego uldze, brzmiał pewnie.
- Doprawdy? Dasz mi to na piśmie?
A tu się uśmiałam z przeuroczej naiwności tego dialogu. Sadrin po prostu gorzej niż dziecko. Znaczy żeby nie było - ja rozumiem desperackie próby ratowania tyłka, ale to jest dokładnie takie jak gość za chwilę mówi i ubawiło mnie to zestawienie: Sadrin, który ledwie się nieco ogarnął i niejeden możniejszy, silniejszy, lepiej przygotowany do odpierania przesłuchań, niż on. Ale to dobrze, że chłopak wierzy w siebie.
- To ma znaczyć, że czas twojej przydatności dawno minął i albo rozstaniesz się z tym światem w pokoju, albo w wielkim bólu. Potrafimy odtworzyć to, przez co przejść musiał twój drogi przyjaciel, choć nie lubimy brudzić sobie rąk.
Oni ci proponują, żebyś nas zabił, idioto. A jak nie, to sami to zrobią... Boję się. Zrób coś!
Ja?
*____*
Pierwsze zdanie - bo tak cudownie prosto z mostu.
Ale dopiero część kursywą... <3

Z jakim wspomnieniem w umyśle człowiek gotów jest umrzeć? Pomyślał o Deirze, ale szybko odrzucił te myśl. To wcale nie była szczęśliwa chwila. To była chwila w pewien sposób fałszywa, tchnąca bliskością, która nie istniała.
Fajne! Bardzo uczciwe i fajne.


OŁKEJ. To jest niezłe. Całkiem ciekawa kulminacja i jestem ciekawa w co teraz pójdziesz, bo przecież wiem, że to nie koniec. Nie zaznaczałam tym razem literówek i innych takich - gdzieś na pewno masz "nie ważne" a powinno być razem. W ogóle coraz mnie tych literówkowych spraw u Ciebie. Podoba mi się bardzo stosunek Sadrina do wspomnienia z Deirą.

PISZ.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 08 sierpnia 2015, 01:02

Brak mi sił, by cokolwiek tu napisać z wyjątkiem życzeń, abyście nie umarli przy lekturze.


XXII Więc to dziś. To koniec. Kayryn miał rację – nie da się przekonać cię do czegokolwiek. Niczym cię nie można przekupić ani ubłagać. Ten błąd popełnił również Morgen, popełni go Deliar. Przecież nawet sam Kayryn zapomniał w końcu jaka jesteś jadowita! Szkoda, że nie dopadłaś go przed naszym spotkaniem. Chciałbym to zobaczyć... Ten żałosny, nie tylko pozbawiony lojalności, ale także mózgu łajdak powinien zdechnąć. Wiedziałaś, że on cały czas pogrywał z nami wszystkimi? Zorientowałaś się od razu, a on szybko to wykorzystał. Byliśmy przekonani, że próbuje cię dla nas szpiegować i śmialiśmy się z jego nieudacznictwa, ale on robił coś zupełnie innego. Wiedziałaś o tym, prawda? To nas oszukał, choć to ty miałaś być oszukana. Oszukiwał absolutnie wszystkich, zręcznie manewrował między najpotężniejszymi ludźmi w całym Veverleyn. Szczęście głupca. Nie da się przewidzieć działań kogoś, kto działa na ślepo pchany próżnością i chęcią zysku. Namieszał, ale damy mu nauczkę. Jak nie my, to inni. Kayryn wreszcie przegrał.
I ty też przegrywasz, Vinaro.
Dobranoc. Śpij dobrze, bo to będzie długi sen.
Dzień przed spotkaniem Vinary i Sadrina w pracowni sztuk wróżbiarskich Nie! Ona nie przegrywa, a już na pewno nie z Neldanem i nie z Kayrynem. Rany jeszcze się goją, ale znów wygrała. Nie pokona jej też Folian ze swoimi idiotycznymi gierkami. Nie daruje mu tego, choćby miała go ścigać do samego piekła. Nikt nie wejdzie do JEJ szkoły i nie zabije żadnego z JEJ uczniów. Biada tym, którzy się ośmielą. Sprawi, że ich świat spłonie, a ziemię posypie solą. Tym razem nikt jej nie powstrzyma. Nie da się jeszcze raz uwięzić i wydać na śmierć. Nie da się zniszczyć! A Thomas niech siedzi i się trzęsie przed zemstą Rady. Doświadczała jej raz za razem, a on zawsze opuszczał ją w najbardziej krytycznym momencie. Zawsze wychodził bez szwanku, a na nią kierowała się cała złość. Być może słusznie. Być może Wielki Mistrz powinien pozostać w umysłach ludzkich istotą bez skazy, by Zakon mógł trwać wśród sączącego się z ust radnych jadu. Ale dlaczego akurat jej kosztem? Tej która pierwsza gotowa była biec każdemu na ratunek?
Neldan miał rację. Miesiącami siedział z nią w ciemnej celi i próbował przekonywać do czegoś, co wiedziała już od dawna. Zdradzili ją. No... Może akurat Thomas jej nie zdradził, choć czasem straszny z niego chuj. To w końcu on przybył jej na pomoc i porozstawiał całą odpowiedzialną za to bandę po kątach. Albo raczej po stosach.
Zresztą nieważne. Ważniejsze jest, że ktoś znów, niecałe kilka godzin po śmierci Geltana odważył się podnieść rękę na JEJ szkołę.
Siedziała we własnym salonie pełnym maleńkich, stworzonych specjalnie na jej rozmiar mebli. Z półek spoglądała na nią kolekcja wyrzeźbionych z kamienia czaszek – przeróżnych, we wszystkich kolorach, od czerni po biel. Na pólkach piętrzyły się opasłe tomy, głównie słowniki i rozprawy naukowe na tematy czaroznawstwa, którymi ostatnio nie miała ani czasu ani serca się zajmować. Wszystko zblakło. Ściany nie były już tak zielone jak niegdyś. Nie przywodziły już na myśl łąki, lecz zgniliznę. Rzeźbione meble też straciły swój urok, stały się kiczem, niepotrzebnym zbytkiem. Siedząc wśród nich czuła się nie na miejscu. Miała ochotę wrócić do swojej ciemnej klitki w podziemiach Strefy, ale nie mogła. Zbyt wielu tam było ludzi i ciekawskich spojrzeń, które nie powinny oglądać jej w takim stanie.
Przyczyną był list, który ściskała w dłoniach, cudem powstrzymując się od podarcia go na strzępy. Mówił o kolejnym z uczniów, którego przysięgała chronić, ale zawiodła. Głupia! Głupia! Głupia! Jak mogłaś sobie tak odpuścić, idiotko? Brakuje ci sił?
Nawet przez chwilę nie próbowali ukrywać, czemu do niej piszą. Chcieli śmierci Sadrina. Ot tak, na wszelki wypadek. Nie ma problemu, prawda? To tylko jeden z setek twoich uczniów, prawda? Jakże była głupia i zaślepiona! Jak mogła sobie na to pozwolić? Sadrin to już nie był uczeń z Anivr, odkąd przyjęła go do własnej szkoły. Ta odpowiedzialność należała teraz do niej. Kto i kiedy w ogóle pozwolił jej tak beztrosko rozporządzać ludzkim życiem? Kiedy przekroczyła tę nieprzekraczalną granicę? Od kiedy jej serce tak mocno przeżarte zostało przez pychę?
Odetchnęła parę razy, nalała sobie więcej wina. Mogła karać zbrodniarzy i pozbywać się zaślepionych głupców. Na to Avaren z pewnością zezwalał swoim sługom, a to jemu przysięgała wierność, to jemu przysięgała już nigdy więcej nie iść niewłaściwą ścieżką. Jak mogła nie zauważyć momentu, gdy sama stała się zbrodniarzem i zaślepionym głupcem?
Kayryn zasłużył sobie na śmierć po tysiąckroć. Vinara była w końcu salijką, a salijczycy nie darują krzywd zadanych własnym rodzinom, choćby sprawca kajał się przez tysiąc er i tysiąc lat. Czemu jednak wciągnęła w to chłopca, który znalazł się zwyczajnie w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie? Dlaczego nie zauważyła mocy cały czas będącej na wyciągnięcie ręki? Bolało ją to. Tak Avaren karze tych, którzy zboczyli z właściwej drogi – nagłym oświeceniem. Neldan miał rację, że przegrała. Skoro nie potrafiła obronić Sadrina, to faktycznie do niczego się nie nadawała.
A przecież on ją obronił, nie bacząc na wszystko, co mu zrobiła ani na płynące z tego zagrożenia. Po prostu to zrobił, bez zastanowienia. Zawstydził ją, czyniąc coś, co ona niegdyś sama zwykła czynić. Zwykła być dla swych uczniów matką - nie teściową. Powinna go obronić, ale teraz już nie potrafiła.
W trakcie tych długich, spędzonych w samotności godzin doszła tylko do tego, że zamieniła wino na wódkę, choć wcale jej to nie pomagało. Była już zbyt odporna, zbyt przyzwyczajona. Pozostało jej zwalczać wszystkie trudności na trzeźwo, co okazało się o wiele trudniejsze niż to zapamiętała z lat, kiedy Thomas z Olirem, przerażeni tym co z sobą robi, zmuszali ją do abstynencji. Być może faktycznie mieli wtedy rację, ale wówczas nie czuła się też tak okropnie.
A potem, kiedy już zrezygnowała z terapii alkoholem, zjawił się Avalon. Zapukał tak ostrożnie, jakby stał przed bramami samego piekła. Mimo że wcale nie odpowiedziała, był na tyle odważny, by już po chwili przed zmęczonymi oczami zamajaczył jego fioletowy płaszcz młodszego maga feniksa wraz z tym okropnym oznaczeniem obwieszczającym światu, iż postanowił wybrać ścieżkę mistrzów sztuk jasnych. Pff... Zdrajca!
Niespodziewanie coś ją tknęło i zmieniła wyraz potępienia na uśmiech. Przecież mogłaby mu choć przez chwilę pokazać, że lubi go nawet pomimo wprost tryskającej z niego radości i optymizmu, prawda? Przynajmniej dopóki nie przekazał jej informacji o pożarze w domu Enyi, zaginięciu Celisa i nieoficjalnych wynikach śledztwa w sprawie śmierci Geltana. I dzięki temu już wiedziała. Już los skurwysyna, który doprowadzić miał właśnie do zabójstwa drugiego z jej uczniów był przesądzony. Musiała tylko obwieścić swoją wolę mordu światu, bez wciągania w to dziesiątek osób, które w ostatnich tygodniach całkowicie straciły jej zaufanie, co zajęło ją aż do północy.
Po długiej bieganinie i prędkim układaniu planów wróciła do domu, padła na pierwszej lepszej wolnej przestrzeni, a potem w jakiś sposób znalazła się w łóżku. Fakt, że nie sama mógł być całkiem niezłą wskazówką. Pewnie zrobiłby jej sporą awanturę za to wszystko, gdyby nie wyglądała jak ktoś, kto zaraz pozbędzie się własnych wnętrzności. To nawet nie wyglądało na zwykłego kaca. Nie, kac to nie jest coś, co może powstrzymać Vinarę Elburn!
Zdaję się, że przegapił moment, kiedy zemdlała, bo inaczej na pewno nie pozwoliłby jej wyjść z domu. I tak robił jej mnóstwo wyrzutów. Akurat wtedy, gdy musiała iść! Nie mogła przecież czekać aż dorwą Sadrina ludzie Riny Ovenveld, którzy najpierw wszystkiego się od niego dowiedzą, a dopiero potem go zabiją. Musiała też pokazać się publicznie, by odwrócić od siebie możliwie jak najwięcej podejrzeń.
Nie potrafiła mu tego powiedzieć. Zawsze starała się być szczera, ale teraz dopadł ją wstyd... i wstręt do tego wszystkiego. Mogła zwyczajnie rzucić „Muszę iść szybko zabić Sadrina”, a on zwyczajnie puściłby ją i zaczął zadawać pytania dopiero wówczas, gdy zagrożenie minęło. A tak musiała się bawić w jakieś argumenty.
W końcu jak zwykle postawiła na swoim, choć i tak spóźniła się na poranne zgromadzenie. Przynajmniej nikt już nie pierdolił bez sensu o tej przeklętej mazi. Wszyscy zapomnieli o tym z chwilą śmierci Geltana. Nie zdziwiły ją wcale dziesiątki pytań na ten temat. Kto to zrobił? Jak to się stało? Dlaczego? Czy już coś wiadomo? Chyba za bardzo ich przyzwyczaiła do udzielania odpowiedzi nawet na te pytania, na które nikt odpowiedzieć nie potrafił. Wprawdzie nie pomylili się wcale, że wiedziała już wszystko, ale nie mogła im przecież o tym opowiedzieć. Musiała wymigiwać się słowami „Ustalenie czegokolwiek wymaga czasu. Proszę o cierpliwość”, spoglądając jednocześnie kątem oka w twarz mordercy. Stał pośród tłumu nauczycieli i uczniów, a z jego twarzy można było czytać jak z otwartej księgi, jeśli tylko ktoś znał właściwy język. Tym samym ucieszyła się, że paskudny los nie spotka nikogo mądrego ani przydatnego. Na co komu morderca ze zbrodnią wypisaną na twarzy?
Wprawdzie zaraz zganiła się, że powinna pomyśleć o zmniejszeniu liczby tychże niepozornych morderców, bo w jej kompani nie brakowało nieprzewidywalnych psychopatów, ale co pomyślane wbrew zamysłom, to pomyślane z serca.
Niestety zaraz po zgromadzeniu, kiedy niemal wszyscy zdążyli już rozejść się do sal, nadbiegła, rozbryzgując topniejący śnieg, rozwścieczona Yaldin. Vinara dowiedziała się od niej głównie tego, że wygląda jak gówno, a nawet świeże gówno. I jeszcze że w takim stanie ma tu nie przychodzić. Pff... Na szczęście tą szkołą na razie rządziła jeszcze Vinara Elburn i kazała jej doszukiwać się problemów gdzieś indziej. Przy czym użyła nie do końca takich słów.
A potem i tak, pomimo wszystkich poczynionych przygotowań, ktoś musiał coś spierdolić. Sadrin się nie pojawiał. Nie mogli go znaleźć. Jak można mieć problemy ze znalezieniem kogoś, kto nawet nie może zbyt daleko uciekać? Zdenerwowała się. Musiała przecież iść i poprowadzić lekcję, co doprowadziło do tego, że to Strefa musiała czekać. Zapewne błąkali się z nim po korytarzach pod miastem, kiedy ona ledwie żywa próbowała tłumaczyć uczniom zasady tworzenia zaklęć podwójnych. Słabo jej szło, mimo że powtarzała tę samą kwestię kilka razy do roku od ponad dwustu a może nawet trzystu lat. Napotykała tylko pełne niezrozumienia spojrzenia. W końcu zrobiło jej się już tak niedobrze, że zwyczajnie przeprosiła i wyszła.
Trudno. Wzbudzić to może później różne podejrzenia, a nawet oskarżenia, ale i tak nikt nie ma dowodów. A nawet jeśli ma, to postara się, żeby je stracił, najlepiej łącznie z życiem. Ostatecznie, co mogą jej właściwie zrobić? Najprawdopodobniej tylko pokrzyczeć. Zabić na pewno nie. Musieliby w tym celu skorzystać z pomocy, któregoś z jej „braci w mocy”, a nie wierzyła, że to choć odrobinę prawdopodobne.
Weszła na samą górę, po stokroć przeklinając tego, kto uczynił je tak stromymi i nieprzystępnymi dla niziołków. Nawet się nie zastanawiając, odnalazła wejście do pracowni sztuk wróżbiarskich. Drzwi zostały otwarte już wcześniej. Upewniła się zawczasu, że ktoś będzie w stanie to potwierdzić. Gdyby Sadrina znaleziono w sali, która od rana pozostawała zamknięta, pojawiłoby się oczywiste pytanie, skąd posiadał klucz. Mogła wprawdzie opowiedzieć im jakąś dziwaczną historię, ale wolała raczej dmuchać na zimne.
Powietrze w pomieszczeniu cuchnęło od dymu. Jej nos z łatwością rozpoznał zapach co najmniej dziesięciu różnych roślin, w większości lekko halucynogennych, choć również niekiedy zsyłających wizję – z rzadka tylko użyteczne. Wyczuła również zapach ludzi. Potrafiła ich nawet rozpoznać i powiedzieć, jak dawno temu opuścili to miejsce. Wszak żadna rozumna rasa nie ma tak wyczulonego nosa jak niziołkowie. Tyle tylko mają za te wszystkie bóle związane ze schodami...
Pierwszą rzeczą, jaką uczyniła po przyjściu było szczelne zaciągnięcie zasłon – przy jej mizernym wzroście czynność tak trudna, że prawie niemożliwa bez komicznego podskakiwania.
Na początku wcale nie chciała spędzić tych chwil odwrócona plecami do chłopaka, oparta o marmurowy parapet. Do tej pory zawsze spogląda w twarz podjętym decyzjom. Nawet jeśli nie były do końca jej. Wtedy jednak powróciło do niej uczucie z dnia poprzedniego, o wiele silniejsze niż wcześniej. Łatwo było wydawać wyroki i łatwo myśleć o śmierci, kiedy była daleko, kiedy nie stała obok i nie patrzyła pełnymi nadziei, a później oskarżenia oczami. Miała ochotę odwrócić się i powiedzieć „Dość!”. Mogłaby przecież, prawda? Ale jakim kosztem? Siebie, Thomasa i wszystkich swoich ludzi, wszystkich przyjaciół. Istniały inne drogi, ale tych dwóch idiotów za nią nie chciało tego słuchać, jakby już jej nie ufali.
Za to ona musiała słuchać ich żałosnego pierdolenia, zwyczajnego cyrku. Tylko wmawianie ofierze, że nie ma innej drogi ani nadziei pozwalało na rozwiązanie sytuacji bez agresji, ale czy musieli to robić w tak idiotyczny sposób? Poradziłaby sobie dziesięć tysięcy razy lepiej od nich. Dobrze, że Sadrin miał tak słabą wolę, bo inaczej by tego nie zniosła. Gdyby miał się szarpać, krzyczeć i wszystko... Nie, na pewno nie zniosłaby czegoś takiego.
Zresztą i tak zrobił coś strasznego.
- Vinaro... proszę.
Prawie się ugięła, prawie usmażyła tych dwóch chamów błyskawicą, ale w porę się powstrzymała i zdobyła na twardą odmowę. Najlepiej by było, gdyby odwróciła się i pokazała to całą swoją postawą, lecz w tym momencie zaczęły lecieć jej łzy, co nie rokowało zbyt dobrze. Jak mogłaby w ogóle spojrzeć komukolwiek ze Strefy w oczy, gdyby na jaw wyszło takie wzruszenie?
Sekundy niewyobrażalnie powoli przemieniały się w minuty, aż w końcu stało się. Nawet z tej odległości słychać było przełknięcie. Stało się kurwa nieodwracalnie, skurwysyny! A teraz wara z jej szkoły!
- Zostawcie mnie samą – rozkazała natychmiast. Nie mogła czekać aż zupełnie się rozsypie.
Wyszli posłusznie. Wtedy mogła wreszcie się odwrócić, by zobaczyć przeklęty owoc własnej głupoty. Siedział bezwładnie odchylony na krześle. Żył jeszcze i miał żyć przez co najmniej kilkanaście minut, ale wątpiła, by był przytomny. To nie była ta sama trucizna, którą dla siebie przygotował. Ta zabijała bezboleśnie, początkowo pozbawiając ofiarę czucia. Czas działania bywał długi, ale jej się już wcale nie spieszyło. Wręcz przeciwnie. Mogłaby patrzeć godzinami na jego słabnący oddech, na jego blednąca twarz. Mogłaby za każdym razem modlić się, że to jeszcze nie ta chwila. Nie chciała go zostawiać. Nie zasłużył na śmierć, a już na pewno nie na umieranie w samotności. Nawet jeśli nie mógł wiedzieć, że wciąż czuwa.
Teraz naprawdę chciała to wszystko cofnąć, zaplanować jeszcze raz, bez czynienia komukolwiek krzywdy. Chciała cofnąć czas do chwili aresztowania Sadrina w pracowni Renira. Ale co ona ma teraz zrobić? Od czego ma zacząć naprawienie tego, co zepsuła?
Przestań się mazgaić! Strefa nie ma prawa tobą pomiatać. TO TY JESTEŚ STREFĄ.
Niech cholera weźmie ten zasrany świat wraz z wszystkimi jego problemami! Od kiedy to Vinara Elburn musi słuchać rozkazów?
Spojrzała na zamarłą w smutku twarz Sadrina.
Tak, wiedziała już, co musi zrobić.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Kruffachi » 08 sierpnia 2015, 20:54

Przeczytałam ostatnią wstawkę w drodze do pracy, to będzie o obu :D Podoba mi się, podoba mi się poczucie, że całość zmierza do wielkiego finału. Dużo mam pytań i wątpliwości, postaram się je jakoś spisać, może w punktach będzie najłatwiej.

1. Zastanawiam się, dlaczego Vinara dopiero teraz pękła i postanowiła de facto wziąć sprawy w swoje ręce. W ogóle trochę mnie zdziwiło, że sama też okazała się posłuszna komuś, czy może raczej bierna, bo widziałam ją dotąd jako osobę przejmującą inicjatywę przy każdej okazji, w każdej sferze (he, he) i nieprzepuszczającej absolutnie nikomu. Ale, z drugiej strony, dotąd pokazywana była oczyma Sadrina, a w porównaniu do niego jest nieokiełznanym żywiołem. Mógł więc ją przecenić. Mi w każdym razie podoba się ta Vinara nieco zmęczona, nieco już zdyszana, zapędzona w kozi róg i po raz ostatni, desperacko wyciągająca pazury. To ją uczłowiecza i nadaje jej głębi. Tu zwłaszcza cenna wzmianka o podmienieniu trucizny na zabijającą w łagodniejszy sposób. Zastanawiam się jedynie, dlaczego właśnie teraz, co prowadzi do drugiego pytania.

2. Dlaczego Sadrin jest dla Vinary aż tak kluczowy, że wypicie przez niego trucizny przywiodło ją do ostatecznych decyzji, które - najwyraźniej - z jakiegoś powodu odwlekała? Ale przyznam, że od początku trochę nie kumam relacji między nimi. Obraz, jaki wynika z tekstu, nie nakłada mi się na informacje w ekspozycji. Niby wiadomo, że Sadrin jest z jakiegoś powodu wyjątkowy, że jest stworzony do czarnej magii, ma wizje i w ogóle jest dość zdolny. Ale cała ta jego, jak sama to nazywasz, "pierdołowatość" sprawia, że trochę się to rozmywa i ja wcale nie czuję tej jego wyjątkowości. Myślałam długo nad tym, o co może chodzić, bo niby są i te momenty, kiedy używa potężnej magii, i są komentarze... I nie wiem, może to tylko wrażenie, kwestia drobiazgów i budowanej wokół Sadrina atmosfery. Może kwestia proporcji między tym, co mu wychodzi, a tym, co mu nie wychodzi. No bo, na dobrą sprawę, czy opłaca się inwestować w kogoś, kto potyka się o własne nogi? Co więcej, ta wstawka i kilka innych epizodów wskazują na emocjonalny stosunek Vinary do Sadrina. Trudno mi określić, czy to sympatia, czy tylko litość, ale na pewno nie wyłącznie kalkulacja w jakimś szerszym planie. I tu też trochę się dziwię, bo nie wiem, jak ktoś taki jak Sadrin zdołał poruszyć trudne do ruszenia serce Vinary. A może to nie kwestia jego, tylko jej? Może to wszystko to zmęczenie i poczucie ostateczności?

3. Na pewno rzucasz wstępem sporo światła na samo zachowanie Vinary względem uczniów. Zastanawia mnie dlaczego, skąd się ono wzięło. No bo ktoś tak zdolny i inteligentny chyba się po prostu nie wyżywał, bo musiałby zdawać sobie sprawę z konsekwencji. Ciekawa też jestem, kim właściwie są jej uczniowie i czy mają jakiś cel poza zemstą.

4. I wreszcie - czyżbyś zamierzała zrobić z Sadrina ożywieńca? :D To byłby bardzo ciekawy zwrot akcji :3

Czekam :3
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Siemomysła » 09 sierpnia 2015, 14:33

O Sadrinie Zmartywchwstałym pomyślałam już po przeczytaniu poprzedniej wstawki i teraz się w przekonaniu o ożywieniu go utwierdzam. Wprowadziłaś sporo nowego tym wewnętrznym monologiem Vinary - w sensie nowych zagadek i wątpliwości. Nowe nazwiska, tajemniczy ktoś, kto doprowadził Vinarę do łóżka i tak dalej.
Przyznam szczerze, że to była trudna wstawka dla mnie do przeczytania. Może to upał, ale może też fakt, iż była zbitym blokiem tekstu i tak naprawdę prowadziła do tej samej kulminacji, którą dostałam już w poprzednim kawałku tylko z innego punktu widzenia. To oczywiście ważne z punktu widzenia historii - ta perspektywa Vinary - i w żadnym razie nie neguję jej pojawienia się, ale jednak znużył mnie ten fragment, a wymagał skupienia także z powodu tych nowych elementów właśnie. I tak sobie myślę, czy sposobem na to, by czytelnik nie czuł się przytłoczony i utrzymał stały poziom zainteresowania nie byłoby połączenie dwóch ostatnich rozdziałów? Wymieszanie perspektyw. W końcu w czasie, gdy coś działo się u Vinary coś innego działo się u Sadrina i wydarzenia można zaprezentować w kolejności ich dziania się - w czasie rzeczywistym, nie w wyraźnie zaznaczonej retrospekcji, która i tak jest trudna do ogarnięcia. Wtedy scena picia trucizny mogłaby być jedna - nie dublowałabyś tego, co za pierwszym razem ma moc, a za drugim jest już rozrzedzone przez to, że powtórzone.

Pisz!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 19 sierpnia 2015, 18:35

XXIII Ściany Veverleńskiej Szkoły Magów pochylały się w stronę Lodeja. Dusiły. Przygniatały swoją ostatecznością. Przechodziły w labirynt codzienności. Nie miał ochoty dłużej na nie patrzeć. Bo ile jeszcze lat, dni, przepojonych samotnością godzin przyjdzie mu spędzić w tych murach? Sens nagle zniknął. Ci wszyscy ludzi dookoła byli inni, niczego nieświadomi. Nie mógł już z nimi rozmawiać jak równy z równym. Nie należał już do ich świata. Być może nigdzie już nie należał.
A jednak nie żałował tego, co zrobił. Geltan zasługiwał na śmierć, więc go nią obdarował, pomimo rad Foliana. Czemu miałby mu wybaczyć albo zważać na ryzyko? Każdy, kto przyczynił się do śmierci Kayryna, powinien zginąć. Każdy zdrajca Zakonu powinien zapłacić za swoje grzechy. Kiedy opisano mu człowieka, który tamtego dnia towarzyszył Vinarze, od razu pomyślał o Geltanie. Kogo innego miałaby wziąć ze sobą? Dziecinnego Celisa? Sadrina, którym tak gardziła? Tylko taki wybór mógł wchodzić w grę.
Więc po prostu to zrobił.
Być może choć trochę by się obawiał, gdyby wróg sam nie podsunął mu rozwiązania problemu ewentualnego śledztwa. Błogosławił głupotę Sadrina. Wystarczyłaby na odciągnięcie uwagi, nim trop zdąży się rozpłynąć, ale Sadrin uczynił coś jeszcze lepszego – sam usunął swoją irytującą osobę z tego świata. W Veverleyn nie mówiło się o niczym innym. Zza ścian i straganów, z ust do ust przekazywano tylko wieści o tragicznych wydarzeniach. Zakon otrząsał się z szoku. Dyskutowano. Rzucano oskarżeniami. Snuto teorie.
Lodej osobiście uważał, że Sadrin powinien był zniknąć dawno temu – tak samo dawno jak zniknął jego szacunek do niego. Tak, Mistrz Folian opowiedział mu wszystko o nim, zdemaskował go.
Więc po prostu to zrobił.
Magia sama unieruchomiła zaskoczonego chłopaka. Krew sama trysnęła z ran. Ręce bezwiednie nakreśliły potrzebne symbole. Język bez pomocy złożył wszystkie potrzebne zeznania. Był wolny. Mord został pomszczony mordem. Nie musiał się tym dłużej martwić.
Tylko wszystko tak jakoś nie miało sensu. Zdjęto mu z oczu zasłonę, nie pozostawiono złudzeń co do świata, w którym żyje. Każdy szept zmieniał się w intrygę, a każdy cień w przyczajony strach. Co dalej? Czym można wypełnić tę potworną pustkę?
Zmagał się setkami myśli, gdy korytarzem nadbiegł ten idiota - Marelin. Niewiele ich teraz łączyło. Niemal wszyscy wspólni przyjaciele – o ile można powiedzieć, że Marelin miał przyjaciół – nie żyli, toteż nie czuł się w obowiązku dłuższego podtrzymywania tej irytującej znajomości. Jedynym, co powstrzymało Lodeja przed ucieczką, był wyraz trwogi na twarzy chłopaka. Wiedział, że jedynym tematem na jego ustach będzie śmierć przyjaciół, a powstrzymując go – właściwie, próbując powstrzymać – jedynie ściągnie na siebie niepotrzebną uwagę. Może nawet zarzucą mu absolutną nieczułość i poproszą o „krótką rozmowę”.
- Słyszałeś, co mówią? - zaczął Marelin, gdy tylko dopadł go zdyszany na końcu korytarza. Razem wyszli na szkolny dziedziniec przysypany poprzedniej nocy przez kolejny napad zimy.
- Jeśli masz na myśli samobójstwo Sadrina, to informuję, że naprawdę trudno było o tym nie słyszeć.
Wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś innego, ale najwyraźniej ten temat też mu się spodobał.
- Myślisz, że on naprawdę zamordował Geltana? - pytanie zabrzmiało płaczliwie niczym błaganie o litość.
- Myślę, że nie wiem, co myśleć – zlitował się, choć wolałby rozsiewać podejrzenia.
Marelin został parę kroków z tyłu, nie mogąc sobie poradzić na śliskim zejściu z Ravelu. Pod świeżym śniegiem co krok czaił się lód. Niestety Lodej doświadczył tego wkrótce równie dotkliwie i znów się zrównali.
- Chciałem ci powiedzieć, że mówią, że Celis zniknął, bo też popełnił samobójstwo. Podobno wczoraj wyłowiono przy Moście Drugiego Słońca elfie ciało.
No, faktycznie – mówią.
Zaśmiał się z młodego maga, który najwyraźniej jeszcze nie odkrył, jak rodzą się plotki. Kiedy tenże spojrzał na niego z mieszaniną zaskoczenia i lęku, musiał szybko tłumaczyć mu swoje rozbawienie, nim ciekawski umysł wytworzył kolejną pogłoskę.
- Myślę, że jest wyjątkowo nieprawdopodobne, by Celis popełnił samobójstwo. Jest wrażliwy, ale bez przesady. Nie musisz się martwić. - Uśmiechnął się pocieszająco.
Choć miło by było, gdyby ten zdrajca też gdzieś przepadł.
- Nie martwi cię to wszystko? Nie zaskakuje? - W głosie Marelina brzmiał wyrzut.
- Martwi, ale staram się, by nie pochłonęło to całego mojego życia.
Nie dosyć, że idiota to jeszcze chorobliwie wścibski.
- Dziwny jesteś.
- Dziękuję bardzo.
Wkrótce dotarli do miasta, a Marelin najwyraźniej wcale nie wyglądał jakby miał zamiar po prostu wrócić do domu. Właściwie... Kto był mistrzem Marelina?
- Podobno nie tylko Sadrin ostatnio się... zabił. Wczoraj jakąś dziewczynę uratowano cudem.
- I co z tego? Zresztą jak ją uratowali, to chyba się nie zabiła.
- No nie, ale to może mieć jakiś związek z tym wszystkim. - Podumał przez moment nad tym dziwnym zjawiskiem żywego samobójcy, które najwyraźniej z trudem przechodziło przez jego tępy móżdżek. - I jest jeszcze Enya. Podobno dziwna się jakaś zrobiła.
- Każdy by się dziwny zrobił na jej miejscu. – Skwitował fakt wzruszeniem ramion, choć w rzeczywistości była jedyną osobą wśród poszkodowanych, która budziła jego współczucie. - W ogóle to dokąd zamierzasz za mną iść? Nie będę brał za ciebie odpowiedzialności, jak się będziesz błąkał w taką pogodę.
Ale najwyraźniej chłód i ciemności nie robiły na chłopaku wrażenia. W końcu nie dało się o nich plotkować.
- Mogę iść z tobą?
- Po co?
Pomysł napawał Lodeja przerażeniem.
- Nie chcę być sam. Teraz wszystkich zabijają. - Rozejrzał się wokół, jakby oczekiwał co najmniej zakradającej się Strefy.
- Kto cię zabije? Duch Sadrina?
- Przestań! Jesteś...
- Dobrze! Możesz iść. Ale nie męcz mnie śmiercią, szaleństwem i spiskami.
- Dobrze.
Ta obietnica okazała się dla Marelina nadzwyczaj trudna do dotrzymania, bo w ostatecznym rozrachunku sprowadzała się po prostu do milczenia. Próbował przez chwilę rozmawiać o pogodzie, ale ów pogoda wręcz ich oblepiała, więc musiał wreszcie przyznać, że naprawdę nie ma o czym dyskutować.
Dom Mistrza Oryena stał daleko od centrum. Młody mag nie miał szans na zamieszkanie w centrum Veverleyn, pośród starych Mistrzów. Mógł sobie za to pozwolić na coś znacznie nowocześniejszego. Nieduży budynek stał w miejscu tak odległym, że brukowana uliczka zmieniała się tutaj w drogę gruntową, a z dachu spokojnie dojrzeć można było las, ale za to posiadał szerokie okna zamiast wąskich szpar przepuszczających tylko niezbędną ilość światła, a nawet otoczony był maleńkim ogródkiem. Atmosfera zdawała się nie pasować do ogromnego miasta.
Mimo to Lodej nie lubił tu przychodzić. Wolał całymi dniami włóczyć się w niepogodę, niż spotkać Mistrza Oryena. Był on w końcu człowiekiem z drugiej strony barykady – wiernym sługą Wielkiego Mistrza, niegdyś absolutnie posłusznym Vinarze uczniem veverleńskiej szkoły. To zapewne ona poprosiła, żeby objął nad Lodejem opiekę, chcąc odciągnąć go od przyjaciół Kayryna. Nie doczekanie! Niemal nie widywali się z Oryenem, ale za to całymi godzinami potrafił przesiadywać w domu Foliana. To on wspierał go i pomagał po śmierci prawdziwego mistrza, podczas gdy Oryen wciąż tylko powtarzał, że Lodej powinien odpocząć i przemyśleć wszystkie sprawy, zamiast uciekać gdzieś na całe dnie i się zamęczać. Wypytywał go, co robi. Głupiec! Pewnie by mu nawet nie uwierzył, gdyby faktycznie uzyskał odpowiedź.
Na szczęście Oryena akurat nie było, najprawdopodobniej nadal starał się uzyskać zgodę na swój głupi eksperyment, na który i tak nikt mu nie pozwoli. Lodej nie miał pojęcia o jaki eksperyment chodzi, ale z uwagi na swojego pomysłodawce musiał być głupi. Zresztą kogo to obchodzi! Ważne, że mógł bez skrępowania poprowadzić niechcianego gościa wprost do salonu i tam usadzić go mniej więcej w ten sposób, by ze swej chorobliwej ciekawości nie mógł niczego zniszczyć, co już nie raz mu się zdarzało. Dopiero później przyszło mu na myśl, że tak właściwie to by się ucieszył, gdyby majątek Oryena doznał jakiegokolwiek uszczerbu. Nawet gdyby to do niego miano z tego powodu pretensje.
Marelin siedział wyjątkowo spokojnie. Nie patrzył wcale na otoczenie. Wydawał się absolutnie skupiony a zarazem zniecierpliwiony. Jakby na coś czekał.
- Coś nie tak? - spytał Lodej.
- Dawno się tutaj przeprowadziłeś?
- Od razu kiedy tylko Oryen został moim mistrzem. Nie chciano mnie „pozostawiać samego”.
- Jesteś zły?
- Nie. Na co?
- Na Wielkiego Mistrza i na Oyrena. Nie chciałeś wcale zostać jego uczniem. Wszyscy to widzieli.
Jeśli nawet ty to zobaczyłeś, to naprawdę wszyscy widzieli.
- Nie, nie jestem na nich zły – mówił, stojąc tyłem i przestawiając nerwowo parę bibelotów na półce. Nie chciał, żeby Marelin widział odmalowujące się na jego twarzy emocje. - Jestem zły na wszystko, co się stało. Nie da się ukryć, że wolałbym w ogóle nie zmieniać mistrza.
Jako że ciągłe przekładanie rzeczy, które nawet do niego nie należały musiało wyglądać nienaturalnie, przerzucił się na porządkowanie stolika zarzuconego przez zapiski z poprzedniego dnia, kiedy Oryen próbował tłumaczyć mu nowo powstałą teorię sferycznej struktury sił nadprzyrodzonych. Zaczął przeglądać je próbując przypomnieć sobie cokolwiek, ledwie słuchając trajkotania Marelina za plecami. Dopiero nagłe milczenie zwróciło na chwilę jego uwagę.
- O co chodzi? - Rzucił mu przez ramię krótkie spojrzenie.
- Myślę, że ty wcale nie rozumiesz, co robisz.
- Co? - Poczuł się zdezorientowany. - Tej teorii nie rozumiem? Chyba nikt jej nie rozumie poza samym twórcą.
- Wiesz, że nie o tym mówię.
To o czym?
Skupił się, próbując przypomnieć sobie ostatnie słowa Marelina przed niespodziewaną przerwą. Na pewno nie było w nich nic niezwykłego. Wydawało mu się, że znów dotyczyły Enyi.
- A robię w tej chwili coś innego?
- Zaraz będziesz robił. - Marelin uśmiechnął się w zupełnie nietypowy dla siebie sposób. Twarz przestała zdradzać radosną bezmyślność. Głos wydał się dużo dojrzalszy. Niby miał przed sobą tę samą osobę, ale odczuł niezauważalną i jednocześnie niemożliwą do przeoczenia zmianę. Miał wrażenie, jakby nagle miał przed sobą – czy raczej za sobą – Kogoś innego.
- O co chodzi?
- Chodziłem za Sadrinem krok w krok, dzień za dniem. Obserwowałem go całymi godzinami, nawet w nocy. Zawsze wiedziałem, gdzie jest. Nic z jego życia, nawet najbardziej intymny szczegół nie mógł umknąć mojej uwadze. Na pewno w żaden sposób nie mogło umknąć mi morderstwo. Leżał wtedy nieprzytomny w gabinecie Vinary. Jak to wytłumaczysz? Nie sądzisz, że w takim razie winny musiał być ktoś inny, kto ma doświadczenie z księgą, ktoś kto równie dobrze zna język sidharów, bo jego były mistrz trzymał bezprawnie dwadzieścia tomów zapisków na ten temat?
Chciał odpowiedzieć, ale nie potrafił. Początkowo nie zdawał sobie sprawy z prawdziwej natury problemu. Myślał, że to tylko objaw strachu, który zaraz minie. Dopiero później dotarło do niego, że z wszystkich stron oplata go magia. Nie mógł nawet odpowiedzieć na nią własnymi mocami. Nie pojmował tego. Nie pojmował tej nagłej zmiany i podstępu. Marelin najzwyczajniej w świecie wyprowadził go z równowagi i unieruchomił, kiedy zajęty był myślami o wymknięciu się przed karą. Skąd ta nagła siła? Czyżby współpracował z kimś potężniejszym? Przecież wcale nie ma zdolności aktorskich. Nigdy nie widział, żeby udało mu się chociaż kogokolwiek okłamać.
- Za Geltana i Sadrina, Lodeju – szepnął chłopak, robiąc poza zasięgiem wzroku coś, co wydawało się znacznie bardziej niepokojące niż wizja procesu.
No chyba, że on przez cały czas grał. Bez najmniejszej przerwy. Cały czas nosił maskę, a oni wszyscy się nabrali.

To był zdecydowanie jeden z najgorszych dni w karierze Mistrza Lamira – jednego z nielicznych magów Veverleyn, którzy podjęli się codziennej obrony miasta przed wszelkimi niepożądanymi działaniami jego mieszkańców. Cały ten tydzień był zły. Najpierw te trzy dziwne zabójstwa. W życiu nie widział nic gorszego niż tamte ciała. Niekiedy mieli naprawdę spore wątpliwości, co do ich właściwej identyfikacji.
Potem był ten nieszczęsny samobójca – Sadrin Atlemir. Ponoć zabił się w obawie przed karą, ponieważ podejrzewano go o bycie sprawcą co najmniej jednego z tamtych trzech morderstw, ale później, po długich przesłuchaniach świadków wyszło na jaw, że bezpodstawnie, więc sprawa była nie tylko dziwna, ale i smutna. Skoro wiedział, że jest niewinny, czego się obawiał? Co takiego może skłonić człowieka do własnoręcznego odebrania sobie życia? Najgorsza była ta jego blada, nieruchoma twarz i ten wyraz niesamowitego smutku. Śnił mu się ten chłopak już od trzech dni. Zupełnie jakby chciał go prosić o rozwiązanie smutnej zagadki.
A potem ktoś chciał skakać z dachu.
A teraz jeszcze to.
Początkowo nie powiedzieli mu, co się stało. Wszystkim najwidoczniej zabrakło słów, żeby to opisać. Na miejscu zastał rozhisteryzowanego ucznia Veverleńskiej Szkoły Magów, o którym pamiętał, że nazywa się Marelin i jest bardzo wrażliwą osobą. W ciągu zaledwie kilkudziesięciu sekund zdążył wmówić sobie, że wcale nie będzie aż tak źle i okazało się to dużym błędem.
Być może wytrzymałby, gdyby to były po prostu kolejne, pozostawione w straszliwym stanie zwłoki, ale na to nie tylko nie dało się patrzeć. Tego nie dało się pojąć! Bez wątpienia miało to coś wspólnego z serią morderstw, ale jedynie mnożyło pytania, jednocześnie odsłaniając zarys czegoś, o czym nie wiadomo jeszcze nic poza tym, że okaże się straszne.
Zastał bowiem prawie dokładnie to, co w przypadku poprzednich trzech zabitych, ale... zupełnie na odwrót. Wszelkie znaki zapisane w jednym z ciemnych języków zastąpiono ich zaprzeczeniami z języków jasnych i zapisano krwią, niczym w jakimś upiornym żarcie.
Tak, kpina. Albo oskarżenie. Ktoś oskarżał kogoś o coś – to byłoby widoczne nawet bez tego ogromnego znaku diyo od wieków przyjętego jako symbol zemsty. Kpina z cudzej sprawiedliwości - mniej więcej tak zinterpretował to przesłanie na początku, ale zaraz doszedł do wniosku, że nic w tej pokręconej sprawie nie ma sensu, a Marelin pewnie nie mógł mu powiedzieć nic więcej. Pożałował i jego i nieboszczyka.
Współczuł również Oryenowi, choć niektórzy zdążyli już zacząć go obwiniać o zaniedbanie lub nawet oskarżać o morderstwo bądź współudział. Nikt prócz Lamira nie pocieszał siedzącego na progu swego domostwa młodego mistrza, który zupełnie złamany próbował zrozumieć, czego tak naprawdę są świadkami.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Kruffachi » 22 sierpnia 2015, 13:23

Przeczytałam wczoraj :)

Bardzo gęsto, bardzo ponuro się robi. Wspominałam już, że wcześniej nic nie zapowiadało takiego zjazdu nastroju, więc ciekawa jestem nadal, do czego zmierzasz. Czemu służą te wszystkie trupy i piętrzące się zagadki. Jednocześnie nie mogę nie zauważyć, że kreowanie tej ponurej atmosfery bardzo Ci wychodzi. Jest przygnębiająco. Całkiem mi się podoba zagranie z tym, że prawdziwym mordercą Geltana
SpoilerShow
okazuje się Lodej, a motywem nie były ani sprawy polityki, ani Sfery, tylko zemsta za śmierć Kayryna. Niesłuszna zresztą, bo przecież Vinarze towarzyszył wówczas Sadrin, to tylko pogłębia tragizm sytuacji.
Trudno mi w tym momencie dopisać coś jeszcze, po prostu czekam na większy kąsek :)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ