UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Piąty Żywioł

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 22 października 2014, 19:00

W tym tekście powracam do świata z "Drapieżnika" i mam nadzieję tym razem nie przesadzić, jak poprzednio. W zamierzeniu ma to być długie, ale jeśli stwierdzicie, że nie ma sensu, to nie będę się z tym szarpać. Pozostawię ten świat jako "nieopisywalny" i nigdy więcej nie dotknę go słowem pisanym.
Znajomość "Drapieznika" nie jest wymagana, choć pojawiają się niektóre postacie z niego.
Miłej lektury życzę.
I Ból jest wszędzie. W każdym najmniejszym fragmencie twojego ciała. Krzyczysz. Ten raz ci wolno. Nikt cię nie słyszy. Modlisz się cicho do swojego boga w przerwach pomiędzy szlochami. Rozpaczliwie próbujesz wyrwać się z pęt, gdy kat zbliża się w twoją stronę. Ten raz ci wolno. Nikt cię nie widzi.
Całe życie poświęcone ludziom, którzy cię opuścili. Głupie, nie sądzisz? Codzienna walka o dobro twojego Zakonu – na darmo. Po tym wszystkim dowiadujesz się tylko tego, że ważniejsze jest, kim się urodziłeś. Ale tego łatwo się było domyślić, prawda? Jest coś jeszcze. Zapamiętaj to na zawsze - krzyczący głośno ludzie zawsze są uciszani. Uciszani podarunkami, obietnicami i stanowiskami.
Ty jednak wolisz wykonywać swoją pracę w ciszy.
Nie skarżysz się, nie oskarżasz. Nie czekasz na pochwałę. Nie potrzebujesz pochwały od bezwartościowych głupców. Znasz swoją wartość i wiesz, że ci nieliczni, których cenisz, też ją znają.
Niestety, czasem ci nieliczni nie są akurat pod ręką. Tak było i tym razem, nie mylę się? Skorzystali z tego. Oddali twoje życie w zamian za życie kobiety przez całe życie zajmującej się jedynie przyjemnościami. Dlaczego? To im się bardziej opłacało. Co ludzie pomyśleliby, gdyby oddali im kogoś, kto tak ładnie się wzrusza i zostawili przy sobie bezdusznego służbistę? To polityka, dziecino. Wydaje ci się, że grasz w Grę, ale to ona gra tobą. Grywasz ludźmi jak pionkami, nie wiedząc, że inne, jeszcze bardziej zaślepione pychą pionki grają tobą. Czasem udaje ci się wygrać i zamieniacie się rolami.
Tym razem rolę odwróciły się nie w tę stronę, w którą powinny.
Przegrana – powód twojego pobytu tutaj. Tak właśnie ona wygląda. Leżysz w pętach na zimnej, brudnej posadzce. Możesz liczyć tylko na to, iż mądrzy ludzie przypomną sobie o tym, że przed wyjazdem zostawili w Veverleyn bandę ignorantów.
Ale musisz poczekać na to w towarzystwie kata. Ostrza, baty, rozpalone żelazo. W duszy – palący płomień wstydu i upokorzenia. Kto prócz ciebie mógłby znieść coś takiego? Pewnie nikt. Taki jest już twój los. Możesz błagać o litość, ale śmierć nie jest tym, co zostało ci dane.


Niewielki salon na strychu starego pałacu, centrum Veverleyn. Pośród gęstego kurzu stoją meble będące reliktem minionych wieków. Większość z nich jest zbyt niska, by mógł usiąść na nich jakikolwiek człowiek. Rezydencja należy do starego rodu niziołków.
Dwie osoby toczą zaciętą dyskusję przy ogromnym stole z solidnego, dębowego drewna. Jedna z nich – barczysty mężczyzna o wesołej twarzy i jasnych, błękitnych oczach ma na sobie charakterystyczny, szary strój Maga Smoka – mędrca Zakonu Avarena.
- Nie możesz wszystkich pozabijać, Vinaro – mówi zmęczonym głosem.
Odpowiedzią jest gniewne prychnięcie sięgającej mu do pasa kobiety-niziołka.
- Żebyś się nie zdziwił, co mogę a czego nie – syczy gniewnie kobieta, wpatrując się w niego nienaturalnie zielonymi oczyma i zarzucając dumnie długimi, jasnymi włosami. - Nie takie rzeczy już...
- Nie mów po raz tysięczny, co strasznego możesz im wszystkim zrobić! Potrzebujemy konkretów - przerywa kobiecie mimo strachu. Wpatruje się przy tym w jej sięgający do ziemi, czarny płaszcz – symbol Magów Feniksa, symbol niesamowitych zdolności o jakich opowiadały legendy. Wyszyte na nim zielone wzory przypominające błyskawice zdają się lśnić, choć wydaje się to niemożliwe. Jej oczy również. Zielonkawa poświata bije z jej wnętrza.
- Na twoim miejscu nie wątpiłabym w to. - Jej słowa przywodzą na myśl zadawane nożem ciosy, a jednoczesne mają w sobie coś przyjemnego - coś słodkiego i pełnego ciepła.
Kayrynowi, mimo starań, trzęsą się ręce. Wszyscy przecież słyszeli o Vinarze.
Błękitne oczy wpatrują się w zieloną otchłań. Mężczyzna zastanawia się, co odpowiedzieć.
Ta dwójka nie jest jednak w pomieszczeniu sama.

Sadrin nieszczególnie zwracał uwagę na to, co mówili. Właściwie, dotarły do niego tylko rozważania Kayryna na temat tego, ile osób Vinara zabić może, a ile nie. Dużo bardziej interesował go siedzący naprzeciwko Lodej... i jego karty. Nie mógł przecież przegrać po raz trzeci z rzędu.
Kombinował, wychylał się, wykręcał a nawet próbował magii, ale za nic nie mógł ich dojrzeć. Kolega obserwował jego starania znudzonym spojrzeniem. Gdy Sadrin bezczelnie podmieniał swoje karty, myśląc, że nie widzi, również nie reagował. Był świadomy tego, jak bardzo nie lubi przegrywać. Granie z nim w cokolwiek było niekończącym się pasmem ignorowania jego oszustw...
Trzasnęły drzwi.
Obaj natychmiast się obejrzeli. Zostali tylko z Vinarą. Kayryn wyszedł i Sadrin rozpaczliwie próbował sobie teraz przypomnieć, co mówił o swoich zamiarach.
- Widzę, że gdy twój mistrz naraża życie, ty wolisz raczej grać w karty, no... przynajmniej próbować grać w karty... niż poświęcić mu chwilę uwagi – zwróciła się do Lodeja oskarżycielskim, niepozbawionym nuty pogardy tonem.
Nigdy nie została dana mu szansa na odparcie tego ataku. Zanim zdążył choćby wziąć wdech, przyjaciel już odpowiadał za niego.
- Nie prosiłaś nas w ogóle o zdanie! Tylko siedzieliśmy i wsłuchiwaliśmy się w waszą czczą gadaninę.
Twarz mistrzyni w jednej chwili straciła wszelki wyraz.
- Posłuchaj no...
- Vinaro, proszę on jest...
- Nie przerywaj mi! - syknęła. - Pragnę ci przypomnieć, że zgodziłam się na twoją pomoc nie, dlatego że była mi ona potrzebna. Wręcz przeciwnie. Mogłam prosić kogoś bardziej przydatnego, a ciebie odesłać z powrotem do...
- Przepraszam – wbił jej się w słowo. Nie było w nim jednak skruchy. Raczej wyrzut.
Mimo to uspokoiła się nieco. Usiadła ciężko na drewnianym, chybotliwym stołku. Omiotła spojrzeniem stertę papierów na stole – map, skomplikowanych schematów i listów. Zaczęła porządkować je pełnymi spokoju ruchami. Obaj uczniowie czuli jednak, że pod tą maską opanowania wzbiera gniew.
- Czy wy naprawdę myślicie, że to są żarty? - mówiła takim tonem, jakby prowadziła luźną pogawędkę. - Czy mam rozumieć, że traktujecie to jak zabawę? Ile wy macie lat, prawie dwadzieścia, czy prawie pięć?
Tym razem Sadrin naprawdę się zreflektował. Spuścił głowę, wlepiając wzrok w buty i wymamrotał jakieś niewyraźne przeprosiny.
Jeśli je nawet przyjęła, niczym tego nie okazała. Po prostu chwilowo przestała zwracać na nich uwagę.
Niestety, nie powiedziała im, co mają zrobić, więc siedział sztywno, a pytanie uporczywie cisnęło mu się na usta. Próbował skupić swoją uwagę na czymkolwiek, choćby na starym portrecie, z którego wpatrywała się w niego szczerbata pięciolatka, ale bez skutku. Z zazdrością niemal patrzył, jak jego kolega z uwagą wczytuje się w jakiś rzucony na stół świstek papieru.
Trwało to dobre kilka minut, nim usłyszał ciche parsknięcie. Kobieta wpatrywała się w jego napięte mięśnie i zaciśnięte szczęki. Próbował się rozluźnić, ale wcale nie pomogło. Wręcz przeciwnie.
- Chciałbyś może o coś spytać? - Nuta rozbawienia w jej głosie była, zdaniem Sadrina, stanowczo zbyt wyraźna.
- Co ja... My... Teraz...Znaczy dziś jeszcze... - plątał się.
Lodej zlitował się nad nim.
- Co mamy teraz zrobić? – zapytał.
- Wy? Teraz? - Udała zamyślenie. - Właściwie to WY teraz nic nie możecie zrobić. Na pewno nie dla naszej sprawy.
Wpatrzyli się w nią skupieniu, oczekując ciągu dalszego. Ten jednak nie następował. Spoglądała na nich w rozbawieniu swoimi nienaturalnie zielonymi oczami. Gdzieś pod zielonkawą taflą czaiło się wyzwanie.
- Więc? - ponaglił ją Sadrin.
Prychnęła po raz kolejny. Tym razem z oburzenia.
Nie masz innych zajęć oprócz prychania?
- Może powinnam przestać rozmawiać z takim chamem? Zachowuj się. Kiedyś w mojej szkole nie byłoby miejsca dla takich ludzi. - Nadal zdawała się być oazą spokoju... - Nie narzucano mi kiedyś, ilu uczniów w roku mogę wyrzucić, więc jeśli trzeba było...
- Vinaro...
- Możecie iść! - wykrzyknęła gniewnie, podnosząc się gwałtownie.
To nagłe przejście od opanowania do krzyku poderwało ich z miejsc. Z pomieszczenia wybiegli tyłem, kłaniając się po kilka razy. Z całą pewnością głębiej niż dopuszczały to normy, ale nie miała już szans, by ich o tym poinformować. Po zaledwie paru sekundach znaleźli się przy drzwiach wejściowych.
Wiedzieli, że wszyscy zwrócą na nich uwagę, kiedy będą wychodzić. Przebywanie w domu Vinary Elburn to przecież nie byle co, ale nie próbowali się ukrywać.
Pamiętaj – nie ma żadnego powodu, dla którego spotkanie to mogłoby być niewłaściwe. Nic nie mogą ci za to zrobić.
Parę osób wpatrywało się w nich wzrokiem, który wcale nie przywodził na myśl zaciekawienia. Raczej głębokie skupienie. To wywołało w Sadrinie poczucie winy. Powinien przez cały czas pamiętać, że to nie żarty.
Ruszyli szerokimi ulicami miasta. Pogoda dopisywała, więc na eleganckich placach i alejach kłębiły się tłumy przechodniów wszelkich ras, zawodów i narodowości. Wszyscy zupełnie pochłonięci swoimi sprawami lub oddający się słodkiemu lenistwu w ostatnich promieniach letniego jeszcze słońca. Niedługo jesień miała się przecież rozpocząć na dobre, a za czas jakiś przemienić w pozbawioną kolorów, chłodną zimę. Nikt już więcej nie zwracał na nich uwagi. Nikogo tak naprawdę nie obchodziła Vinara i jej skomplikowane plany. Nikt nie martwił się o przyszłość. Mówiono przecież, że to najwspanialsze miejsce do życia, stolica zakonu, stolica nauki i kultury, stolica wszystkiego. Co złego mogłoby się stać?
Sadrin zastanawiał się nad tym z niepokojem. Wiele pomysłów przychodziło mu do głowy, bowiem sama Mistrzyni wcale nie zamierzała uściślać, czym jest zagrożenie. Po prostu mówiła mu, co ma robić, a on słuchał. Miał dług do spłacenia.
Wiedział jednak, że Lodej jest w zupełnie innej sytuacji. Brał udział w tej sprawie razem ze swoim mistrzem. To przecież dość istotne - musiał wiedzieć coś więcej. To na pewno jakaś poważna afera. Nie daj boże polityczna na dodatek. Przecież tyle się mówiło o Vinarze, o licznych stanowiskach, jakie obejmowała... Była dyrektorką Szkoły Magów w Veverleyn i anadalinem samego Wielkiego Mistrza, cokolwiek znaczyła ta tajemnicza nazwa. I była też oczywiście Magiem Feniksa, a to natychmiast po urodzeniu skreśliło ją z listy „normalnych osób”.
Przyszło mu też na myśl, że być może to właśnie Lodej – jako z pewnością najmniej wciągnięty w tę całą Grę, może mu coś powiedzieć. Choćby przez przypadek.
Skoro spróbować, to czemu nie od razu? Zbędne czekanie utrudnia dotarcie do celu.
- Co myślisz o Vinarze? - zrównał się z kolegą, który do tej pory wyprzedzał go nieznacznie.
To pytanie zaskoczyło go. Najwyraźniej został wyrwany z jakiś równie skomplikowanych rozmyślań. Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
- Co masz na myśli? - Najwyraźniej nic nie wymyślił.
Pytanie okazało się trudne do sprecyzowania.
- No... Na przykład to, kim jest. - To był najbezpieczniejszy ogólnik, jaki przyszedł Sadrinowi na mysl.
- Masz na myśli to, że jest szaloną nizołką, która jakimś dziwnym trafem zajmuje się kształceniem młodzieży, a jednocześnie w wolnym czasie spiskuje?
- Jest takie słowo jak niziołka?
- Nie wiem. Czy to ważne?
- Nie, nie. Oczywiście, że nie. Nie w tym rzecz w ogóle. Chodzi mi o samych Magów Feniksa. Oni są jacy są – stwierdził niesamowicie elokwentnie.
- Mówią, że są nieśmiertelni. - Z braku pomysłów Lodej postanowił wymieniać fakty oczywiste, by zyskać na czasie.
- Więc czego Vinara aż tak strasznie się boi, skoro nie może umrzeć?
W sercu chłopaka zaczęła rosnąć obawa, iż każde pytanie będzie coraz trudniejsze. Nie poddawał się jednak. Starszy mag zawsze powinien umieć odpowiadać na pytania młodszego.
- Jest wierną bogu zakonnicą. Martwi się o Zakon – odpowiedział, odzyskując pewność siebie.
To było przecież oczywiste.
Aż do kolejnego pytania.
- To czemu knuje przeciw innym zakonnikom i ciągle łamie zasady?
Chciał odpowiedzieć, że nie wie, ale poczuł się w obowiązku bronić mistrzynię, którą szanował.
- Łamanie zasad nigdy jej się nie zdarza. - Przed oczami w jednej chwili przemknęła mu cała znajomość z nią. - No... Może czasem. Jest anadalinem Wielkiego Mistrza! Niech czyni swą powinność za wszelką cenę!
- Jeśli władza może naginać prawo, to nie ma żadnego prawa. - Zastanowił się chwilę. - A czym dokładnie zajmuje się anadalin Wielkiego Mistrza? Tłumaczyli nam chyba obowiązki każdego członka Rady oprócz tego jednego. Tak mi się wydaję.
Gdyby mógł widzieć w tej chwili minę swojego starszego kolegi, dotarłaby do niego niema wiadomość - „nie interesuj się, bo nie wiem i nie chcę wiedzieć, czym się ta cholerna kobieta zajmuje”.
Z wybawieniem przyszedł mu widok dobrze znanej bryły niewielkiego pałacyku wciśniętego pomiędzy szpital a avareńską świątynie. Z gardła, mimowolnie, wydobyło się mu westchnienie ulgi.
- Jesteśmy już prawie w domu Kayryna! - wykrzyknął nieco zbyt entuzjastycznie. - Obiecałem mu, że zrobię porządek w swoich rzeczach, zanim wróci. Do jutra! - Oddalił się tak szybko, jak tylko mógł, nie biegnąc jednocześnie.
Pozostawił Sadrina sam na sam z jeszcze dziwniejszymi myślami. Starał się zrozumieć przyjaciela i nie mieć mu tego za złe, choć przychodziło mu to z trudem.
Szedł przez miasto wolnym krokiem, gdy przez jego umysł przepływały pełne wątpliwości, burzowe chmury. Nawet niezwykle jasne tego dnia słońce nie mogło się przez nie przebić. Resztki lata były dla tych, którzy potrafili się nim cieszyć. Dla niego bogowie przeznaczyli jedynie chmurną, słotną jesień. Nie tylko wplątał się w sprawę, której nie rozumiał. Okazało się nawet, że należy do Zakonu, którego nie rozumie. Rządziły nim jakieś niepisane, nie do końca jasne prawa. Łudził się, że będzie lepiej, gdy wreszcie ukończy naukę i zostanie pełnoprawnym zakonnikiem, ale nie bardzo w to wierzył.
Nie miał ochoty wracać do domu, do swojej Mistrzyni. Nie miała pojęcia, w co się wpakował, lecz pewnie słyszała już o jego powiązaniach z Vinarą i jej ludźmi. Nie lubił tego pytającego milczenia ani uważnych spojrzeń. Nie pozwalały mu zapomnieć. A przecież nic z tego nie było jego winą.
Skierował się w stronę nadbrzeżnych dzielnic, podążając za zapachem rozkładającej się ryby i gwarem. Nigdy nie nazwałby tej dzielnicy piękna, ale tego dnia nie zamierzał podziwiać widoków.
Pognał go tam pewien nie do końca jasny oraz nieszczególnie rozsądny pomysł. Znał człowieka, którego sprawa Mistrzyni Elburn z pewnością by zainteresowała. Może nawet dałby radę ochronić go przed jej furią. Kto wie?
Kto chciałby się nad tym zastanawiać?
Tak, tak, tak. Powie mu o wszystkim i zrzuci z siebie ciężar odpowiedzialności. Raz na zawsze. Natychmiast? Jaki sens ma ciągłe odkładanie wszystkiego w czasie? Zbędne czekanie utrudnia dotarcie do celu. Jeśli to wszystko ma się źle skończyć, to niech skończy się zaraz. Nie! Nie będzie znów oddawał się wątpliwościom! Nie popełni tego samego błędu! Zbyt dużo zapłacił ostatnim razem. Zbędne czekanie jest zbędnym czekaniem właśnie, a Vinara jest tylko szaloną nizio... kobietą!
Musi go tylko znaleźć.
Myśli skakały mu pod czaszką, wbijając się w mózg siejącym zamęt ostrzem strachu. Nawet nie zauważył, gdy puścił się biegiem. Niedługo wpadł gdzieś pomiędzy ciemne, ciasne zaułki Nabrzeża.
Tylko gdzie to było?
Niewątpliwie kiedyś znał drogę. Musiał teraz sobie tylko przypomnieć. Rozglądał się po krzywo stojących kamienicach. Z pewnością większość mieszkańców dzielnicy znała położenie jego domostwa, ale wszyscy przechodnie spieszyli się dokądś. Nikt nie chciał poświęcić mu choćby krótkiej chwili. Co gorsza, nie pamiętał nawet nazwiska maga. Zdaje się, że zaczynało się na W... Albo na B? Po imieniu niełatwo będzie znaleźć.
Bieganie przy ciągłym lądowaniu w ślepych zaułkach, szybko go zmęczyło. Przystanął, dysząc ciężko, kompletnie podłamany.
Na co mu było to dziwne szaleństwo? Zganił się w myślach. Nie powinien tak łatwo ulegać impulsom. Co z niego w ogóle za konspirant? Chyba nie za dobry.
Gdy tylko przyszło mu to na myśl, usłyszał dobrze znany stukot butów uderzających o bruk – szybki i zdecydowany. Nie. Na pewno nie jest specjalistą od konspiracji. Z naprzeciwka nadchodził nikt inny, jak Vinara Elburn we własnej, niewielkiej osobie.
Z naprzeciwka?
Sadrin w żaden sposób nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć jej nagłego pojawienia się.
Ale nieracjonalnie już potrafił.
Mam to traktować jako groźbę?
Poczuł się jeszcze bardziej zagubiony w tym wszystkim. Słyszał już od wielu kolegów o pojawiającej się znikąd dyrektorce, ale nigdy nie doświadczył tego na własnej skórze. Wyglądało to tak, jakby kobieta dokładnie wiedziała o wszystkim, co robi.
A może nawet o tym, co mówi.
W jakimś celu wynaleziono przecież mentalną komunikację.
Poczuł wzbierającą w sercu panikę. Mistrzyni potrafiła surowo karać. Widział to. Potrafiła zabijać i zabijała. Potrafiła się mścić. On naprawdę chciał sprawdzać, czym się zajmuje?
Nie, nie, nie. Wcale nie chciał. Powinien dawno już wrócić do domu i zjeść obiad ze swoją mistrzynią. Wstydem było przecież zostawiać ją samą, żeby szlajać się po Nabrzeżu. Zupełnie nie do pomyślenia.
Ruszył w drogę powrotną z bijącym w szalonym tempie sercem. Biegł przez ulice, place i podwórka. Lawirował pośród wracającego z pracy tłumu. Potrącał tragarzy, przepraszając, lecz jednocześnie pędząc dalej. Przechodnie oglądali się za nim w zdumieniu. Nie zwracał uwagi na wściekłe okrzyki. Na nic nie zwracał uwagi. Miał dosyć tego wszystkiego. Trzeba było zostać w Anivr! W starej stolicy ludzie już nie bawili się w takie rzeczy! Niech to wszystko diabli porwą! On chce wrócić! Wrócić do swojego nędznego szarego świata, gdzie czekał na niego tylko ból. Znajomy ból. Znajome piekło. Piekło, w którym wszystko było na swoim miejscu. To ono wlało w niego tyle strachu i niepewności, a nie Vinara. Niech robi to dalej, ale według wcześniej ustalonych zasad. I niech przepadnie to wszystko! Niech ci ludzie sobie pójdą! Niech nie patrzą na niego, jak na szaleńca! Czemu zgodził się na zmianę? Czemu jej chciał?
Jeszcze długo po tym, jak myśli te rozwiały się w trudny do zrozumienia szum, biegł w tym szaleńczym tempie. Przystanął dopiero wówczas, kiedy zdał sobie sprawę, że dawno już zgubił gdzieś właściwą drogę. Ciężko dysząc, pomyślał o tym, co przed chwilą zrobił i... roześmiał się.
Naprawdę aż tak się jej boję? Przebiegłem chyba całą Centralną Dzielnicę!
Była to w istocie prawda. Wokół niego wznosił się mur niesamowicie kolorowych kamieniczek całych w kwiatach i pnącym się bluszczu – Elfia Dzielnica, aleja Varii.
Przebiegłem Vinarze pod oknami?
Zadumał się, lecz nie na długo.
Jakiś mag, z grymasem złości malującym się na twarzy, postanowił przysłonić mu widok. Wyraźnie czegoś od niego chciał. Sadrin kojarzył skądś jego chudą, pokrytą wieloma bliznami twarz. Miał straszne uczucie, że powinien pamiętać, kto to taki.
- Sadrin Atlemir? - spytał.
Chłopak nie odpowiedział, nie będąc pewien, czy powinien.
Zaraz potem pojawił się kolejny mężczyzna. Również wyraźnie czegoś od niego oczekujący.
Ściślej rzecz biorąc - natychmiastowego znalezienia się we wnętrzu jednego z okolicznych domów.
Uczeń nie zdążył wypowiedzieć choćby słowa. Bezceremonialnie chwycili go za ramiona i powlekli po nierównym bruku. Nie przewidzieli jednego – nie potrzebował ani sekundy na otrząśniecie się. Szybko pominął punkt pod tytułem „opór” i od razu zajął się gwałtownym sprzeciwem.
Miotał się, szarpał, kopał i krzyczał. Dwojgu napastnikom trudno było nad nim panować. Ani przez moment nie zamierzał upraszczać im życia. O nie, nie, nie, nie! On się nie da tak potraktować! Mocowali się dłuższą chwilę. Im mocniej go trzymali, tym mocniej się wyrywał. Poczuł jak tracą siły, co dodało mu zapału. Z satysfakcją patrzył, jak po każdym jego ciosie krzywią się z bólu. Uderzał z coraz większym gniewem.
Jeszcze trochę...
Uciszyło go dopiero mocne uderzenie w głowę. Nie do końca trafione, lecz wystarczyło na dostatecznie długi czas. W środku nikt już go nie mógł usłyszeć. Jednak, by wepchnąć do wnętrza nawet półprzytomnego Sadrina musieli się sporo namęczyć. Widząc ciemny otwór drzwi, zaparł się odruchowo i wcale nie zamierzał puścić. Pomogło dopiero kolejne uderzenie.
Potem powalili go na kolana. Nawet nie do końca wiedział kiedy. Jego świat zawirował. W jednej chwili Vinara, ulica, domy. W drugiej chwili mężczyźni, korytarz, okno... Jakieś zasłony? Gdzie?
Poczuł, jak ktoś usiłuje wepchnąć mu do ust kawał grubego materiału. Zawył dziko, wyrywając głowę z uścisku i wypluwając szmatę. Chciał odszukać wzrokiem napastników. Nie mógł. Przed oczami miał tylko ciemność. Coś przysłaniało mu widok. Zamarł.
Jesteś magiem. Zaufaj sobie.
Jego umysł powędrował poza ciało. Wpatrzył się w zakurzony salon wokół, odbił od ścian, mebli i... pędzącego wprost na niego przeciwnika...
… W ostatniej chwili Sadrin rzucił się w bok. Bynajmniej nie w pustkę. Coś ciężkiego zwaliło mu się na plecy, przygważdżając go. Miał tylko kilka sekund. Jeden napastnik podnosił się. Drugi już biegł.
Myśl! Myśl! Myśl!
Runa z runą, palec z palcem, znak za znakiem, słowo za słowem...

Szybkie zaklęcie utworzyło strumień energii, odpychając ciężar i jednocześnie zrywając zasłonę.
Niestety popełnił błąd.
Tak - duży stres to też błąd.
Moc drżąca do tej pory niespokojnie w ciele, znalazła ujście. Potem już trudno było ją powstrzymać, a zaklęcie nie potrzebowało tyle magii. Nadmiar energii rozniósł się po całym pomieszczeniu. Powietrze było wręcz gęste od nadmiaru mocy.
Błysnęła iskra.
Iskra wystarczyła.
Padł na kolana. Skumulowana energia buchnęła jasnym płomieniem tuż nad jego głową. Powietrze zmieniło się w morze białych płomieni. Czuł bijące od nich gorąco. Nie mógł wytrzymać. Było jak oddech demona cieni. Płomienie zaczęły brać w posiadanie również jego ubranie. Gasił je rozpaczliwie.
W uszy raniło go czyjeś wycie. Ktoś płonął.
Wszystko płonęło.
Nienaturalny ogień żywił się rzeczywistością. Biały, gorzki dym wypełniał Sadrinowi gardło i płuca. Chłopak schylał się coraz niżej, jednocześnie wzrokiem próbując odnaleźć wyjście. Daremnie. Obłok przysłaniał wszystko. Wokół latały płonące szczątki mebli. Gdzieś czaił się wróg.
Podjął rozpaczliwą próbę wydostania się z pułapki na oślep. Czołgał się, raz po raz wpadając na przeszkody. Próbował dłońmi badać drogę, lecz parzyły go płomienie, które trawić zaczęły również deski podłogi. Wiedział, że za czas jakiś pożałuje tej próby. Nie poddawał się jednak. Nie wszystko jeszcze stracone!
Ktoś chwycił go w pasie.
W jednej chwili płomienie zgasły. Rozwiały się bez żadnego ostrzeżenia. Jak w jednej chwili były, tak w drugiej pozostał po nich tylko surrealistyczny widok. Żadnego mebla nie dało się rozpoznać. Ba! W ogóle nie dało się rozpoznać, że znajdują się w pomieszczeniu. Całe wnętrze było czarne. Tylko czasem mógł wyłowić wzrokiem kawałki czegoś, co wydawało się być drewnem.
Spróbował wyrwać się z uścisku.
Cichy szept nakazał mu:
- Daj spokój. Nie chcesz chyba, żeby komukolwiek stała się krzywda, prawda? Wszyscy już wiedzą, co się dzieje. Nie chcesz chyba, żeby zaczęli za...
W sercu młodego maga zapłonął płomień gniewu.
A właśnie, że chcę...
Powietrze przeszyło kolejne zaklęcie. Tym razem udane. Wysłało nieznajomego na przeciwległą ścianę. Sadrin wstał chwiejnie, pewny sukcesu. Mag jednak zerwał się natychmiast, od razu składając zaklęcie do kontrataku. Chłopak ledwie zdążył wznieść barierę.
I to był kolejny błąd.
Poczuł jak w jednej chwili ulatuje z niego prawie cala energia. Przed oczami stanęła mu zwykła, szkolna sala o białych ścianach. Siedział w drugiej ławce. Donośny głos nauczyciela przerwał ciszę:

„Barierę uznaje się za najsłabszy środek obrony przed atakiem. Wymaga dużej ilości mocy, więc nie powinna być stosowana przeciw skoncentrowanym zaklęciom.”

Ale umiał przecież korzystać z innych rodzajów energii! Yyy... W teorii... Gorączkowo przypominał sobie całą listę. Energie pamiętał. Zaklęć nie pamiętał. Przecież to w ogóle nikomu nie było potrzebne!
Ujrzał zmierzającą ku sobie falę płomieni.

„W razie ataku mag użyć może: rozbicia, odwrócenia, wybicia...”

Wpatrzył się w lecącą wprost na niego kulę ognia. Czas zwolnił, lecz wydany na Sadrina ponury wyrok z każdą sekundą był bliższy wykonania.

„... przebicia, odbicia, kontrzaklęcia...”

A czego może użyć w przypadku lecącej na niego kuli ognia? Na zajęciach kuli ognia używało się przecież na co dzień. A powstrzymywało się je czym? Yyy... Barierą? A jak się nie miało mocy? Yyy... To się nie powstrzymywało! W czym problem?!

„...zaprzeczenia oraz przeciwieństwa.”

Przeciwieństwa!

Jego mózg ocknął się nagle. Z rąk chłopaka trysnęła ogromna fontanna wody. Znów przesadził. Na szczęście woda nie mogła się zapalić. Zamiast tego stworzyła wokół niego ogromną kałużę.
I nie tylko wokół niego.
Mokre było całe pomieszczenie. Popiół utworzył teraz nieprzyjemnie mlaszczącą przy każdym ruchu masę.
Ujrzał powoli kształtującą się w rękach przeciwnika błyskawicę.
Co jest przeciwieństwem błyskawicy?
Nie. Na pewno nie woda. Wręcz przeciwnie.

Spojrzał na kałużę wokół siebie. Spojrzał na mokre ubranie.
Ups...
Złożył palce w zaklęcie tworzące barierę. Potrzebna mu była naprawdę duża osłona, naprawdę bardzo szybko.
I to był ostatni wniosek, jaki wyciągnął tego dnia. Reszta zlała się w zbitkę nie do końca zrozumiałych obrazów.
Cdn.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Kruffachi » 26 października 2014, 03:11

Obiecałam kilka uwag technicznych, ale nie będę robić łapanki, po prostu wypiszę parę wskazówek.

Po pierwsze, ortografia. Już jakiś czas temu zauważyłam, że masz dość spory problem z głoskami nosowymi. Podczas przeglądania tekstu, zwróć szczególną uwagę na wszelkie e, a, ę, ą, en, am. Czasem pomyłka w tym względzie zabawnie zmienia treść zdania, czasem po prostu kłuje w oko. Ale problem jest bardzo konkretny, innych błędów ortograficznych wiele nie popełniasz, więc może warto w ogóle przyjrzeć się zagadnieniu i poszukać ćwiczeń utrwalających pisownię nosówek?

Po drugie, interpunkcja. Będę sprzedawać zasady stopniowo do zapamiętania i wdrożenia ;) Na początek może dwie:
- wołacze (także mianownik w funkcji wołacza) oddzielamy od reszty zdania przecinkami. Jeśli towarzyszą temu wołaczowi jakieś określenia, to tworzą one z nim całość do oddzielenia. Np.:

Proszę, Vinaro, usiądź tutaj.

Proszę, moja droga Vinaro, usiądź tutaj.


- wiadomo powszechnie, że przed "że" stawia się przecinek, ALE jeśli mamy do czynienia ze złożeniami, przecinek stawiamy tylko przed całym wyrażeniem. Np.: zwłaszcza że, chyba że, itp.

Komć właściwy będzie raczej skromny, bo na razie niewiele mogę powiedzieć, a trochę boję się przedwczesnych sądów. Te ostatnie wybacz i potraktuj po prostu jako wrażenia na bieżąco. Stylowo jest ładnie, coraz ładniej z tekstu na tekst - wyrabiasz się, zdania płyną coraz naturalniej i swobodniej, a jednocześnie zaczynam mieć wrażenie, że stają się rozpoznawalne i unikatowe dla Ciebie. Śledzę ten rozwój z dużym zainteresowaniem i bardzo mu kibicuję. Ciebie się po prostu dobrze czyta. Już teraz, a wierzę, że będzie jeszcze lepiej :D

Trudno mi na razie cokolwiek powiedzieć o fabule, bo owszem, działo się sporo, ale dla mnie, dla czytelnika, który słabo kojarzy bohaterów (a na pewno stokroć słabiej niż Ty) i ma mikre pojęcie o świecie, to były trochę fruwające w próżni epizody. Mam nadzieję, że wraz z kolejnymi wstawkami będę potrafiła je lepiej osadzić w kontekście, ogarnąć motywację bohaterów oraz umotywowanie konkretnych wydarzeń. Na razie muszę wierzyć na słowo i to, owszem, jest nieco męczące, ale też czytywałam teksty, w których ostatecznie stawało się atutem - także daję znać o odczuciach, ale nie ważę się na ocenę.

Podobnie z trybem narracji na początku. Na razie nie wydaje się umotywowany niczym poza kaprysem autorki, ale to też może się zmienić, więc po prostu poczekam z wyrażeniem ostatecznego zdania.

To, co mogę z całą pewnością stwierdzić, to fakt, że zwyczajnie nie miałam czasu poznać i polubić bohaterów, a tych, których znam, dobrze sobie przypomnieć. Zginęli w akcji i w natłoku ekspozycji, rozpłynęli się w dialogu, który sami prowadzą. Trochę szkoda, bo ja jednak czytam bohaterami.

Pozostaje czekać na ciąg dalszy :)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Lakkba

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Lakkba » 26 października 2014, 13:16

Mam nadzieję, że nikt się nie obrazi, jeśli zacznę od bety tekstu (nie wiem, jak się tu przyjęło, ale ja tak lubię – w każdym razie jeśli to faux pas, to proszę mi powiedzieć i grzecznie wrócę do szeregu...). :D
Nikt cie nie słyszy.
Cię.
Nikt cie nie widzi.
Jak wyżej.
To polityka dziecino
Przecinek przed "dziecino", bo wołacz.
Niewielki salon na strychu starego pałacu, centrum Veverleyn.
To kojarzy mi się trochę z takimi wstawkami z filmów, kiedy akcja przenosi się do innego miejsca: "Nowy Jork, godzina 23:00". Wydaje mi się, że tę informację można było w tekście przemycić w nieco płynniejszy sposób.
Nie możesz wszystkich pozabijać Vinaro
Przecinek przed "Vinaro", bo wołacz.
wpatrując się w niego na niego nienaturalnie zielonymi oczyma
Jedno albo drugie.
Potrzebujemy konkretów. - Przerywa jej stanowczo mimo strachu.
"Przerywać" odnośnie do wypowiedzi jest nadal czynnością mówioną, więc wydaje mi się (choć mogę się mylić), że w tym miejscu mimo wszystko nie powinno być kropki, a czynność mogłaby spokojnie zostać oznaczona małą literką.
Obaj natychmiast obejrzeli się.
"Się" nie powinno znajdować się na końcu zdania (ma to związek z akcentowaniem - "się" z natury się nie akcentuje).
niż zwrócić na niego uwagę – zwróciła się do Lodeja
Powtórzenie.
- Posłuchaj no... - Jej słów można by używać zamiast lodu.
Ta metafora wydaje mi się trochę niezręczna. W moim odczuciu brzmi dość sztucznie. Oczywiście to nie błąd, tylko taka uwaga "któregoś z czytelników".
- Vinaro proszę on jest...
Przecinek po "Vinaro", bo wołacz.
Pragnę ci przypomnieć, że nie zgodziłam się na twoją pomoc, dlatego, że była mi ona potrzebna.
Po pierwsze: "dlatego że" zalicza się do grupy wyjątków typu: "mimo że, chyba że" itp., więc przecinek stawiamy przed całością, nie zaś w obu miejscach.
Po drugie: nie zgodziła się na pomoc, dlatego że była jej potrzebna? Chyba właśnie nie była.
- Czy wy naprawdę myślicie, że to są żarty? - Mówiła takim tonem
Małą literą, bo czynność mówiona.
Ile wy macie lat prawie dwadzieścia, czy prawie pięć?
Przecinek przed "prawie dwadzieścia".
Jeśli je nawet przyjęła,
Ależ to ciężko i nieskładnie brzmi, proponuję zmianę na: "Nawet jeśli je przyjęła...", bo teraz szyk kuleje.
My..
Wielokropek ma trzy kropki, nie dwie, nie cztery.
Właściwie to wy teraz nic nie możecie zrobić.
Raczej niepotrzebny zaimek.

Uwaga "na gorąco": w tekście powinna zostać zawarta m.in. jedność czasu, kiedy u Ciebie na początku jest czas teraźniejszy ("stoją meble", "jest zbyt niska"), kiedy później radośnie wszystko jest pisane w czasie przeszłym.
Z pomieszczenia wycofali się tyłem
Tak samo jak spada się w dół, zabija się na śmierć itp.
Pleonazm, bardzo brzydki. Albo się wycofali, albo wyszli tyłem.

Czy kursywą są napisane czyjeś myśli? Bo wcześniej wydawało mi się, że tak, ale teraz ("Pamiętaj – nie ma żadnego powodu, dla którego spotkanie to mogłoby być niewłaściwe. Nic nie mogą ci za to zrobić.") nie jestem pewna. Jeśli tak, to czyje?
Przecież tyle się mówiło o Vinarze, o licznych stanowiskach jakie obejmowała...
Przecinek przed "jakie".
w tą całą Grę
Tę grę. Końcówkę warunkuje rzeczownik, nie przymiotnik.
- Masz na myśli to, że jest szaloną nizołkom
Aaa! Niziołką! -om jest dla liczby mnogiej w celowniku.

Rozmowa Sadrina z Lodejem jest nudna jak flaki z olejem. Nie potrafię tego nazwać, może chodzi o to, że brzmi sztucznie i na siłę. Dwóch niemal dorosłych bohaterów nie potrafi wprost ze sobą rozmawiać, brnąc w jakieś dziecinne, nieumiejętne dygresje i okrążając wciąż temat.
Poza tym w samej rozmowie idzie się całkowicie pogubić. W połowie, jeśli nie w jednej czwartej, nie wiedziałam, co i kto mówi. Nie potrafiłam rozróżnić bohaterów ani po idiolekcie, ani z pomocą narratora (bo prawie jej nie było). Poza tym żaden z tych dwóch bohaterów nie wyklarował się na tyle, bym w ogóle potrafiła spamiętać, który mógłby poruszać jaką sprawę w rozmowie.
- Łamanie zasad nigdy jej się nie zdarza. - Przed oczami w jednej chwili przemknęła mu cała znajomość z nią. - No... Może czasem. Jest anadalinem Wielkiego Mistrza!
A co ma piernik do wiatraka w porównaniu z zakonem? Jeszcze przed chwilą, nieco wyżej, zostało napisane, że w zasadzie "nie wiadomo", co to określenie znaczy.
- Jesteśmy już prawie w domu Kayryna! - Wykrzyknął
Małe "W", bo ty czynność mówiona.
Obiecałem mu, że zrobię porządek w swoich rzeczach zanim wróci.
Przecinek przed "zanim wróci". Masz trzy orzeczenia: obiecałem, zrobię, wróci. Wszystkie powinny być oddzielone przecinkiem.
Starał się on zrozumieć przyjaciela i nie mieć mu tego za złe, choć przychodziło mu to z trudem.
Niepotrzebny zaimek.
Szedł przez miasto wolnym krokiem, gdy przez jego umysł przechodziły
Powtórzenie.
Dla niego bogowie przeznaczyli tylko chmurną, słotną jesień. Nie tylko wplątał się w sprawę, której nie rozumiał.
Powtórzenie.
Rządziły nim jakieś niepisane, nie do końca jasne prawa. Łudził się, że będzie lepiej, gdy wreszcie ukończy naukę i zostanie pełnoprawnym zakonnikiem, ale nie bardzo w to wierzył.
Nie miał ochoty wracać do domu, do swojej Mistrzyni. Nie miała pojęcia, w co się wpakował, lecz pewnie słyszała już o jego nie do końca jasnych powiązaniach z Vinarą i jej ludźmi.
Powtórzenie.
Skierował się w stronę nadbrzeżnych dzielnic, podążając za zapachem rozkładającej się ryby i gwarem. Nigdy nie nazwałby tej dzielnicy, ale tego dnia nie zamierzał podziwiać widoków.
??? Ale, że co? Jak nie nazwałby? Skąd to się tam w ogóle wzięło?
sprawa Mistrzyni Elburn z pewnością, by zainteresowała.
Niepotrzebny przecinek.
Może nawet dałby rade
Radę.
Nie będzie znów oddawał się wątpliwością!
Wątpliwościom. Celownik liczby mnogiej zawsze z końcówką -om.
nizio...kobietą!
Spacja po wielokropku.
Myśli skakały mu pod czaszką, wbijając się w mózg siejącym zamęt ostrzem strachu.
To bardzo kiepska metafora. Wyobrażasz sobie skaczące pod czaszką myśli? Tak się nawet nie mówi.
Niewątpliwie, kiedyś znał drogę.
Bez przecinka.
wszyscy przechodnie spieszyli się dokądś. Nikt nie chciał poświęcić mu choćby krótkiej chwili.
A podszedł chociaż do kogoś i zapytał, czy stał jak ten słup soli?
Nie powinien był, tak łatwo ulegać impulsom.
Bez przecinka. I to "był" też jest niepotrzebne. Po prostu nie powinien ulegać impulsom. I już byłoby okej.
Co z niego w ogóle za konspirant? Chyba nie za dobry.
Jeśli stawiasz pytanie retoryczne – nie musisz na nie odpowiadać. Czytelnik jest na tyle inteligentny, że zrobi to sam.
Sadrin w żaden sposób nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć jej nagłego pojawienie się.
Nagłego pojawienia się.
On naprawdę chciał sprawdzać, czym się zajmuję?
Zajmuje.
Mocowali się dłuższą chwile
Chwilę.
Chłopak schylał się coraz niżej ku ziemi
A można schylać się coraz wyżej?
Wpatrzył się w lecącą wprost na niego kule ognia.
Kulę ognia.

No i podobno Sadrin nie miał już energii? To jak mógł wyczarować strumień wody? Chyba że jest jakiś aspekt magii, którego nie dane było mi zrozumieć... Ale to wymagałoby dookreślenia.

Właściwie im dalej, tym gorzej. Tekst sam w sobie nie jest zły, ale chyba za dużo w nim strumienia świadomości i skrótów, które są jasne tylko dla Ciebie. Zupełnie jakbyś chciała szybko, szybko, natychmiast przejść do jakiejś następnej sceny, po macoszemu traktując to, że musisz opisać coś jeszcze.
Poza tym Sadrin strasznie emuje. W ogóle zachowuje się jak takie zagubione w mgle dziecko, zaczynając się rozklejać nad własnym życiem "bo tak".
Co do samego tekstu: trudno powiedzieć cokolwiek po samym początku, ale po skończeniu tekstu mam uczucie: "co ja właśnie przeczytałam?", bo nie potrafię powiedzieć, do czego to jest wstęp. Zarzucasz czytelnika tyloma informacjami, w ogóle ich później nie rozwijając i nie klarując, że ciężko się w tym połapać. Mamy wzmiankę o jakimś zakonie, o groźnej niziołce, o dramatycznej przeszłości, zaraz bohater bawi się w szpiegostwo - w sumie nie wiadomo, po co to robi - za chwilę mamy porwanie i nic, zupełnie nic nie jest pociągnięte dalej, ani jakoś sensownie wytłumaczone. A szkoda, bo czytałoby się pewnie przyjemniej. Tym niemniej nie jest źle, tekst wymaga po prostu dopracowania.
Zgrzyta mi też trochę narracja. Jak na narratora wszechwiedzącego jest chyba zbyt potoczna. Nie bardzo umiałam odnaleźć się w wstawkach pokroju "Yyyy...", bo one pasują raczej do myśli bohatera. Nie jako przerywnik dla narracji trzecioosobowej, która przecież jest wszechwiedząca, więc z definicji nie ma się nad czym zastanawiać. Wiem, że miał być to taki środek stylistyczny, ale chyba stał się lekką przesadą.

Musisz jeszcze popracować, mimo wszystko tekst czytało się całkiem przyjemnie, tylko akcja mogłaby trochę się poukładać i minimalnie zwolnić. :)

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 26 października 2014, 14:54

Dziękuję wam obu.
Dziękuję ci Kruff za lekcję interpunkcji :bag:. Lakkbie (mam nadzieję, że bez błędu) dziękuję podwójnie, bo dały mi te uwagi dużo do myślenia. Kruff się cieszy, dlatego że wie jak było kiedyś...
Błędy zostaną niedługo poprawione. (Jak będę miała wolną dłuższą chwilę.) Moja linia obrony jest taka, że ja po prostu, gdy sprawdzam nie widzę, że zrobiłam błąd. Wiele tych opisanych przez ciebie rzeczy jest dla mnie oczywistych, ale czasem mi się mózg wyłącza. Mogę tu sobie pozwolić na małą dyskusję? Myślę, że tak.
wpatrując się w niego na niego nienaturalnie zielonymi oczyma
Jedno albo drugie.
Eee... Tak się kończy zmienianie szyku zdania (i takich tam różnych) podczas poprawy. :bag:
Uwaga "na gorąco": w tekście powinna zostać zawarta m.in. jedność czasu, kiedy u Ciebie na początku jest czas teraźniejszy ("stoją meble", "jest zbyt niska"), kiedy później radośnie wszystko jest pisane w czasie przeszłym.

nie wiem czemu zaczęłam tak pisać. Chyba się po prostu rozpędziłam po tym początku. Mimo mego głębokiego ubolewania zmiana mi szła dość opornie, więc tak zostało. Biedni są ludzie, którzy musieli czytać na krzykpudle moje żale.
Czy kursywą są napisane czyjeś myśli? Bo wcześniej wydawało mi się, że tak, ale teraz ("Pamiętaj – nie ma żadnego powodu, dla którego spotkanie to mogłoby być niewłaściwe. Nic nie mogą ci za to zrobić.") nie jestem pewna. Jeśli tak, to czyje?

Myśli Sadrina są w ten sposób napisane. Tutaj przypomniał sobie o tym, o czym miał pamiętać, bo tak mu Vinara powiedziała. Może by to jeszcze w cudzysłów wziąć dla jasności, że to przypomnienie jej słów?
- Masz na myśli to, że jest szaloną nizołkom
Aaa! Niziołką! -om jest dla liczby mnogiej w celowniku.
Czyli postulujesz, że jest takie słowo? :D A nawet wiesz jak je się odmienia! Godzinami się nad tym zastanawiałam. :)
Dwóch niemal dorosłych bohaterów nie potrafi wprost ze sobą rozmawiać, brnąc w jakieś dziecinne, nieumiejętne dygresje i okrążając wciąż temat.
O to w pewnym sensie chodziło. Boja się też o tym rozmawiać trochę.
Poza tym w samej rozmowie idzie się całkowicie pogubić. W połowie, jeśli nie w jednej czwartej, nie wiedziałam, co i kto mówi. Nie potrafiłam rozróżnić bohaterów ani po idiolekcie, ani z pomocą narratora (bo prawie jej nie było). Poza tym żaden z tych dwóch bohaterów nie wyklarował się na tyle, bym w ogóle potrafiła spamiętać, który mógłby poruszać jaką sprawę w rozmowie.
Tego się obawiałam. z drugiej strony nie chciałam co chwila tłumaczyć, który z nich się odzywa, ponieważ nienawidzę czytać takich dialogów. Wydawało mi się jednak, że będzie to jasne - Sadrin jest tym, który drąży cały temat, a Lodej z trudem znajduje odpowiedzi. Przy czym okazuje się, że tak naprawdę to sam, nie wie, co myśleć na ten temat.
A co ma piernik do wiatraka w porównaniu z zakonem? Jeszcze przed chwilą, nieco wyżej, zostało napisane, że w zasadzie "nie wiadomo", co to określenie znaczy.

To było napisane poniżej. O.o A ma z Zakonem taki związek, że chyba chodzi o Wielkiego Mistrza Zakonu. Tak samo jak Zakon Krzyżacki miał Wielkiego Mistrza, miał go również Zakon Avarena.
wszyscy przechodnie spieszyli się dokądś. Nikt nie chciał poświęcić mu choćby krótkiej chwili.
A podszedł chociaż do kogoś i zapytał, czy stał jak ten słup soli?
No może faktycznie... Należałoby to uściślić. :D
No i podobno Sadrin nie miał już energii? To jak mógł wyczarować strumień wody? Chyba że jest jakiś aspekt magii, którego nie dane było mi zrozumieć... Ale to wymagałoby dookreślenia.
Istotnie - istnieje takowy. Każdy rodzaj mocy wymagał innej energii. Coś z tym zrobię.
Tekst sam w sobie nie jest zły, ale chyba za dużo w nim strumienia świadomości i skrótów, które są jasne tylko dla Ciebie.
jak wspomniałam na wstępie - pisałam już inne opowiadanie z tego świata i wtedy wyszło zupełnie na odwrót. Wolę potrzymać jeszcze czytelnika w niepewności, niż niczym Tolkien wyskoczyć od razu z całą historią świata. Mam nadzieję, że uda mi się to zrobić w sposób nieodpychający czytelnika.
Zupełnie jakbyś chciała szybko, szybko, natychmiast przejść do jakiejś następnej sceny, po macoszemu traktując to, że musisz opisać coś jeszcze.

Przykro mi, że tak uważasz. Starałam się, by tekst nie sprawiał takiego wrażenia. Mogę liczyć tylko na to, iż ciąg dalszy nie sprawi takiego wrażenia.

Teraz mam dylemat:
Czy pisać dalej już teraz i liczyć, że jakiś wskrzeszony kawą nanowiec będzie chciał to czytać, czy poczekać do końca listopada, licząc na to, że nie zapomnicie o tym tekście?
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Gorgiasz » 26 października 2014, 14:59

A ja zrobię małą łapankę, choć zapewne temu i owemu uda się uciec.
Ten raz ci wolno.
Tym razem ci wolno.
Nikt cie nie słyszy.
Nikt cie nie widzi.
„cię”
Rozpaczliwie próbujesz wyrwać się z pęt, gdy kat zbliża się w twoją stronę.
Powtórzone „się”.
Zapamiętaj to na zawsze - krzyczący głośno ludzie zawsze są uciszani. Uciszani podarunkami, obietnicami i stanowiskami.
Niekoniecznie, czasem nożem.
Nie czekasz na pochwałę. Nie potrzebujesz pochwały od bezwartościowych głupców.

Powtórzona „pochwała”.
Codzienna walka o dobro twojego Zakonu – na darmo.
Skoro „Zakonu” piszesz dużą literą, to – wcześniej – „boga” też by wypadało.
Po tym wszystkim dowiadujesz się tylko tego, że ważniejsze jest to, kim się urodziłeś.
„to” do usunięcia
Po tym wszystkim dowiadujesz się tylko tego, że ważniejsze jest to, kim się urodziłeś. Ale tego łatwo się było domyślić, prawda?
Trzy razy „się”
Oddali twoje życie w zamian za życie kobiety przez całe życie zajmującej się jedynie przyjemnościami.
Przecinek po „kobiety”.
Niestety, czasem ci nieliczni nie są akurat pod ręką. Tak było i tym razem, nie mylę się? Skorzystali z tego. Oddali twoje życie w zamian za życie kobiety przez całe życie zajmującej się jedynie przyjemnościami. Dlaczego? To im się bardziej opłacało. Co ludzie pomyśleliby, gdyby oddali im kogoś, kto tak ładnie się wzrusza i zostawili przy sobie bezdusznego służbistę? To polityka dziecino. Wydaje ci się, że grasz w Grę, ale to ona gra tobą. Grywasz ludźmi jak pionkami, nie wiedząc, że inne, jeszcze bardziej zaślepione pychą pionki grają tobą. Czasem udaje ci się wygrać i zamieniacie się rolami.
Tym razem rolę odwróciły się nie w tę stronę, w którą powinny.
Pięć razy „się”
Możesz błagać o litość, ale śmierć nie jest tym, co zostało ci dane.
Mam wrażenie, ze chodzi raczej o czas przyszły - „co nie zostanie ci dane.”
Pośród gęstego kurzu stoją meble będące reliktem minionych wieków.
Przecinek po „meble”.
Jedna z nich – barczysty mężczyzna o wesołej twarzy i jasnych, błękitnych oczach ma na sobie charakterystyczny, szary strój Maga Smoka – mędrca Zakonu Avarena.
Przecinek po „oczach”.
Odpowiada mu gniewne prychnięcie sięgającej mu do pasa kobiety-niziołka.
Powtórzone „mu”
Może tak: „Odpowiedzią jest gniewne prychnięcie sięgającej mu do pasa kobiety-niziołka.”
- Żebyś się nie zdziwił, co mogę a czego nie
Przecinek przed „a”.
syczy gniewnie kobieta, wpatrując się w niego na niego nienaturalnie zielonymi oczyma i zarzucając dumnie długimi, jasnymi włosami.
„na niego” - do usunięcia.
Przerywa jej stanowczo mimo strachu. Wpatruje się przy tym w jej sięgający do ziemi, czarny płaszcz
Powtórzone „jej”.
Kayrynowi, mimo starań, trzęsą się ręce. Wszyscy przecież słyszeli o Vinarze.
Błękitne oczy wpatrują się w zieloną otchłań. Mężczyzna zastanawia się, co odpowiedzieć.
Trzy razy „się”.
Kombinował, wychylał się, wykręcał a nawet próbował magii, ale za nic nie mógł ich dojrzeć.
Przecinek przed „a”.
że nie zgodziłam się na twoją pomoc, dlatego
Niepotrzebny przecinek.
Mimo to uspokoiła się nieco. Usiadła ciężko na drewnianym, chybotliwym stołku. Omiotła spojrzeniem stertę papierów na stole – map, skomplikowanych schematów i listów. Zaczęła porządkować je pełnymi spokoju ruchami.
uspokoiła – usiadła – omiotła – zaczęła
ła – ła – ła – ła
Nie brzmi to najlepiej.
Jeśli je nawet przyjęła, niczym tego nie okazała. Po prostu chwilowo przestała zwracać na nich uwagę.
Niestety, nie powiedziała im,
Jak wyżej.
Niestety, nie powiedziała im, co mają zrobić, więc siedział sztywno, a pytanie uporczywie cisnęło mu się na usta. Próbował skupić swoją uwagę na czymkolwiek, choćby na starym portrecie, z którego wpatrywała się w niego szczerbata pięciolatka, ale bez skutku. Z zazdrością niemal patrzył, jak jego kolega z uwagą wczytuje się w jakiś rzucony na stół świstek papieru.
Trwało to dobre kilka minut, nim usłyszał ciche parsknięcie. Kobieta wpatrywała się w jego napięte mięśnie i zaciśnięte szczęki. Próbował się rozluźnić, ale wcale nie pomogło.
Pięć razy „się”.
Ruszyli szerokimi ulicami miasta. Pogoda dopisywała, więc na eleganckich placach i alejach kłębiły się tłumy przechodniów wszelkich ras, zawodów i narodowości. Wszyscy zupełnie pochłonięci swoimi sprawami lub oddający się słodkiemu lenistwu w ostatnich promieniach letniego jeszcze słońca. Niedługo jesień miała się przecież rozpocząć na dobre, a za czas jakiś przemienić w pozbawioną kolorów, chłodną zimę. Nikt już więcej nie zwracał na nich uwagi. Nikogo tak naprawdę nie obchodziła Vinara i jej skomplikowane plany. Nikt nie martwił się o przyszłość. Mówiono przecież, że to najwspanialsze miejsce do życia, stolica zakonu, stolica nauki i kultury, stolica wszystkiego. Co złego mogłoby się stać?
Pięć razy „się”.
Z pomieszczenia wycofali się tyłem, kłaniając się po kilka razy.
Dwa razy „się” w jednym zdaniu.
To na pewno jakaś grubsza afera.
Nieliterackie sformułowanie.
- Co myślisz o Vinarze? - zrównał się z kolegą, który do tej pory wyprzedzał go nieznacznie.
To pytanie zaskoczyło go. Najwyraźniej został wyrwany z jakiś równie skomplikowanych rozmyślań. Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
- Co masz na myśli? - Najwyraźniej nic nie wymyślił.
Pytanie okazało się trudne do sprecyzowania.
- No... Na przykład to, kim jest. - To był najbezpieczniejszy ogólnik, jaki przyszedł Sadrinowi na mysl.
- Masz na myśli to, że jest szaloną nizołkom, która jakimś dziwnym trafem zajmuje się kształceniem młodzieży, a jednocześnie w wolnym czasie spiskuje?
Derywaty myśli powtórzone sześć razy.
„myśl”; „niziołkom”
„nie interesuj się, bo nie wiem i nie chce wiedzieć, czym się ta cholerna kobieta zajmuje”.
„chcę”
Zastanowił się chwilę. - a czym dokładnie zajmuje się anadalin Wielkiego Mistrza?
Kropka i małe „a”.
Z wybawieniem przyszedł mu widok dobrze znanej bryły niewielkiego pałacyku wciśniętego pomiędzy szpital a avareńską świątynie.
Przecinki po „pałacyku” i „szpital”.
Oddalił się tak szybko, jak tylko mógł, nie biegnąc jednocześnie.
Niefortunne sformułowanie.
Nawet niezwykle jasne tego dnia słońce nie mogło się przez nie przebić. Resztki lata były dla tych, którzy potrafili się nim cieszyć. Dla niego bogowie przeznaczyli tylko chmurną, słotną jesień. Nie tylko wplątał się w sprawę, której nie rozumiał. Okazało się nawet, że należy do Zakonu, którego nie rozumie. Rządziły nim jakieś niepisane, nie do końca jasne prawa. Łudził się, że będzie lepiej, gdy wreszcie ukończy naukę i zostanie pełnoprawnym zakonnikiem, ale nie bardzo w to wierzył.
Pięć razy „się”.
Skierował się w stronę nadbrzeżnych dzielnic, podążając za zapachem rozkładającej się ryby i gwarem. Nigdy nie nazwałby tej dzielnicy, ale tego dnia nie zamierzał podziwiać widoków.
Takie zestawienie rozkładającej się ryby i gwaru nie jest dobre. Lepiej zamienić kolejność.
Powtórzona dzielnica.
I co ma nazywanie dzielnicy do podziwiania widoków?
Pognał go tam pewien nie do końca jasny oraz nieszczególnie rozsądny pomysł. Znał człowieka, którego sprawa Mistrzyni Elburn z pewnością, by zainteresowała.
Lepiej „Skierował” zamiast „Pognał”. I przecinek po „z pewnością” - niepotrzebny.
Może nawet dałby rade ochronić go przed jej furią.
„radę”
Nie będzie znów oddawał się wątpliwością!
„wątpliwościom”
Nawet nie zauważył, gdy puścił się biegiem.
Nawet nie zauważył, gdy zaczął biec.
Przystanął, dysząc ciężko kompletnie już podłamany.
Przystanął, dysząc ciężko, kompletnie podłamany.
Co z niego w ogóle za konspirant?
„konspirator”
Gdy tylko przyszło mu to na myśl, usłyszał dobrze znany mu stukot butów uderzających o bruk – szybki i zdecydowany.
Powtórzone „mu”. Z drugiego należałoby zrezygnować.
Na coś wynaleziono przecież mentalną komunikację.
„Na coś” – nie jest tutaj dobrym określeniem. Można je usunąć albo przeredagować to zdanie.
Mistrzyni potrafiła surowo karać. Widział to. Potrafiła zabijać i zabijała. Potrafiła się mścić. On naprawdę chciał sprawdzać, czym się zajmuję?
Skoro chodziło o Mistrzynię, to ona.
Nie przewidzieli jednego – nie potrzebował ani sekundy na otrząśniecie się. Szybko pominął punkt pod tytułem „opór” i od razu zajął się gwałtownym sprzeciwem.
Miotał się, szarpał, kopał i krzyczał.
„się” w każdym kolejnym zdaniu.
Mocowali się dłuższą chwile.
„chwilę”
Płomienie zaczęły brać w posiadanie również jego ubrania.
Ubranie jest raczej jedno.
Wokół latały płonące szczątki mebli.
Ale dlaczego latały i od razu szczątki?
Podjął rozpaczliwą próbę wydostania się z pułapki na oślep. Czołgał się, co i rusz wpadając na przeszkody.
Powtórzone „się”.
„co i rusz” nie jest dobrym określeniem. Zamiast tego mogłoby być „bezustannie”, „raz po raz”.
Jak w jednej chwili były, tak w drugiej pozostał po nich tylko surrealistyczny widok. Żadnego mebla nie dało się rozpoznać. Ba! W ogóle nie dało się rozpoznać, że znajdują się w pomieszczeniu. Całe wnętrze było czarne.
Surrealistyczny widok po zanikłych płomieniach? No to są widoczne, czy nie? Na dokładkę w czarnym wnętrzu?
Wpatrzył się w zakurzony salon wokół,
Wpatrzył się w lecącą wprost na niego kule ognia.
„Wpatrzył się” nie jest poprawną formą.
Na zajęciach kuli ognia używało się przecież na co dzień.
Przecinek po „zajęciach”.
Popiół utworzył teraz nieprzyjemnie mlaszcząca przy każdym ruchu masę.
„mlaszczącą”
Popiół utworzył teraz nieprzyjemnie mlaszcząca przy każdym ruchu masę.
Ujrzał powoli kształtującą się w rękach przeciwnika błyskawicę.
„mlaszczącą – kształtującą” - niepotrzebny rym.

Nie będę odnosił się do treści, gdyż nie lubię fantasy i co za tym idzie nie znam się na tym gatunku i nie mam skali odniesienia. Natomiast jeśli chodzi o formę i styl, to jest nieźle. Dobrze się czyta. Brakuje mi trochę szerszych opisów tła i środowiska w którym toczy się akcja. Błędów i potknięć, aczkolwiek jest sporo - to nie są one poważnej natury i z czasem na pewno znikną. Z przecinkami, to prawie każdy ma problemy. Większym kłopotem są powtórzenia, zwłaszcza „siękoza”; ona często wymyka się spod kontroli. Ale można ją spotkać także w tłumaczeniach renomowanych pisarzy, dokonanych przez profesjonalistów. Polecałbym takie ćwiczenie: kiedy czytając książkę, zauważysz stronę, na której rzuci Ci się w oczy pozorny lub rzeczywisty nadmiar „się”, spróbuj napisać ją tak, aby nie nie było ani jednego. To bywa trudne, ale wykonalne. Wiem, bo przerabiałem i jest bardzo pomocne. A kiedy sprawdzasz napisany przez siebie tekst, to zrób dodatkowe czytanie, w trakcie którego będziesz zwraca uwagę tylko i wyłącznie na „się”; dotyczy to zresztą wyłapywania każdego rodzaju błędów, bo podczas „ogólnego” sprawdzania umyka ich o wiele więcej.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1819
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Kruffachi » 26 października 2014, 15:01

Zdecydowanie wrzuć teraz - zawsze znajdzie się chwila na lekturę, prędzej czy później. A przy takim natłoku zdarzeń do grudnia zapomnę, co się w ogóle działo ;) Poza tym przecież nie wszyscy piszą NaNo.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 26 października 2014, 15:14

Sęk w tym, że najpierw muszę to napisać, a jak skończę już będzie listopad.

Owszem - nie wszyscy piszą NaNo, ale baaardzo wiele osób piszę.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Lakkba

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Lakkba » 26 października 2014, 15:31

A ja przyszłam polemizować z innym komentarzem. ;>
Bo nie do końca się zgadzam, otóż:

@Gorgiasz
Skoro „Zakonu” piszesz dużą literą, to – wcześniej – „boga” też by wypadało.
Bzdura. Nie musi mówić przecież o Bogu katolików. Może myśleć o bogu słońca, bogu nocy, itp., dużą literą należy to odznaczyć, gdy myśli się o konkretnym Bogu, dla którego słowo "BÓG" będzie nazwą własną samą w sobie.
Oddali twoje życie w zamian za życie kobiety przez całe życie zajmującej się jedynie przyjemnościami.
Przecinek po „kobiety”.
A skądże. W takim wypadku przecinek może być co najwyżej opcjonalny.
Mam wrażenie, ze chodzi raczej o czas przyszły - „co nie zostanie ci dane.”
Nah. Przez sformułowanie "co zostało ci dane" można rozumieć coś, co już zostało dla bohatera zaplanowane i nie ma na to wpływu.
Pośród gęstego kurzu stoją meble będące reliktem minionych wieków.
Przecinek po „meble”.
I znowu nie. Przecinki w przypadku imiesłowów przymiotnikowych czynnych nie są koniecznością. W pewnych wypadkach mogą być jedynie opcją. Dopiero przy imiesłowach przysłówkowych przecinek jest regułą.
Z wybawieniem przyszedł mu widok dobrze znanej bryły niewielkiego pałacyku wciśniętego pomiędzy szpital a avareńską świątynie.
Przecinki po „pałacyku” i „szpital”.
Nieprawda. "Wciśniętego pomiędzy szpital" nie jest wtrąceniem, bo wtedy zdanie brzmiałoby: "Z wybawieniem przyszedł mu widok dobrze znanej bryły niewielkiego placyku a avareńską świątynie" - urwało od sensu, prawda?
Poza tym przed "a" nie zawsze jest przecinek. W zwrotach: "między młotem a kowadłem" się go po prostu nie stawia. Tutaj sytuacja jest przecież analogiczna, bo mamy "pomiędzy szpital a świątynię".
„konspirator”
"Konspirant" jest jak najbardziej poprawne.
Na zajęciach kuli ognia używało się przecież na co dzień.
Przecinek po „zajęciach”.
Co? Skąd pomysł, że będzie tam przecinek? Odwróć proszę zdanie: "Kuli ognia używało się przecież na co dzień na zajęciach" - i co, w tym wypadku też będzie przecinek przed "na zajęciach"?

Błagam, nie poprawiajcie ze złego na gorsze. :(
Takie coś wyrządza autorom wielką krzywdę, bo często ktoś, kto nie ma za bardzo rozeznania w temacie poprawności (mimo że bardzo się stara), bierze kogoś, kto go poprawia za pewnik, nie biorąc nawet pod uwagę tego, że ta osoba może się mylić. Najlepiej podczas poprawiania kogoś od razu podać odpowiednią regułkę (to tak, jakby podpierać swoją argumentację, prawda?), zamiast uczyć kogoś swoich błędów, bo komuś się wydaje, że tak ma być.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Gorgiasz » 26 października 2014, 17:03

Bzdura.
Uprzejmie proszę, o nieokreślanie moich uwag obraźliwym słowem, do czego w żaden sposób nie jesteś upoważniona. A ciąg dalszy tej wypowiedzi świadczy jedynie o tym, że nie nie rozumiesz o czym piszę i brak Ci kompetencji w poruszanym temacie. Za to takie podejście, świadczy dobitnie o Twojej kulturze. Do dalszych uwag nie będę się ustosunkowywał, bo nie jest to temat omawiający mój post.
Błagam, nie poprawiajcie ze złego na gorsze.
To Twoja, bardzo nieuprzejma i niczym nieuzasadniona opinia, i tak jak uprzednio, nic Cię nie upoważnia do jej formułowania.
Takie coś wyrządza autorom wielką krzywdę, bo często ktoś, kto nie ma za bardzo rozeznania w temacie poprawności (mimo że bardzo się stara), bierze kogoś, kto go poprawia za pewnik, nie biorąc nawet pod uwagę tego, że ta osoba może się mylić. Najlepiej podczas poprawiania kogoś od razu podać odpowiednią regułkę (to tak, jakby podpierać swoją argumentację, prawda?), zamiast uczyć kogoś swoich błędów, bo komuś się wydaje, że tak ma być.
Elementarna logika nakazuje, abyś zechciała w pierwszym rzędzie zastosować powyższe do siebie.
To jest forum i nie należy się wywyższać, twierdząc, że ma się jedynie słuszną rację.

Awatar użytkownika
Lakkba

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Lakkba » 26 października 2014, 17:29

Uprzejmie proszę, o nieokreślanie moich uwag obraźliwym słowem, do czego w żaden sposób nie jesteś upoważniona.
Słowo "bzdura" nie jest słowem obraźliwym, chyba że ostatnio coś się zmieniło. Bzdura oznacza, nie mniej, nie więcej, coś co nie ma sensu, nie jest zgodne z prawdą. Proszę, nie dopisuj sobie dodatkowych interpretacji i nie szukaj złośliwości w moim poście.
A ciąg dalszy tej wypowiedzi świadczy jedynie o tym, że nie nie rozumiesz o czym piszę i brak Ci kompetencji w poruszanym temacie.
Niby w jakiej kwestii nie rozumiem, o czym piszesz? Poprawiasz często źle napisane zdania na coś, co wydaje Ci się poprawne, choć wcale takie nie jest. Ja staram się swoje uwagi dot. tekstu argumentować, podając zasadę lub tłumacząc to "na chłopski rozum" i, w przeciwieństwie do Ciebie, nie robię tego w tak okropnie autorytarny sposób, za co autorka tekstu mogłaby poczuć urazę.
I proszę, powiedz mi, gdzie brak mi kompetencji, bo zwyczajowo: jeśli nie mam na jakiś temat pojęcia, to po prostu się nie wypowiadam. Bo jak na razie wychodzi na to, że poczułeś się wielce urażony faktem, że to ja podważyłam Twoje, jak to nazwałeś, "kompetencje".
Za to takie podejście, świadczy dobitnie o Twojej kulturze.
Co świadczy o mojej kulturze? To, że odważyłam się mieć inne zdanie od Ciebie i śmiałam Cię poprawić? Wybacz, dla mnie to niedorzeczność.
To Twoja, bardzo nieuprzejma i niczym nieuzasadniona opinia, i tak jak uprzednio, nic Cię nie upoważnia do jej formułowania.
Nie wiem, co jest nieuprzejmego w wytykaniu oczywistych błędów komuś, kto sam decyduje się kogoś poprawiać. A opinia nieuzasadniona? Wydawało mi się, że podałam za każdym razem coś na poparcie swojej tezy i przecież "nie czepiałabym się", gdybyś słusznie stosował w tych miejscach "poprawki".
Elementarna logika nakazuje, abyś zechciała w pierwszym rzędzie zastosować powyższe do siebie.
Nigdy nie poprawiam czegoś, co do czego nie jestem pewna, ewentualnie zdarza mi się wspomnieć, że coś może być niepoprawne, ale nie mam stuprocentowej pewności. Z kolei tam, gdzie moja wiedza jest dostateczna, tam staram się dobrze ją wykorzystać, popierając swoje poprawki odpowiednimi regułami. A ponadto nigdy nie biorę swojego zdania za pewnik (bo jestem tylko człowiekiem i również się mylę) oraz chętnie się uczę w wypadku braków.
To jest forum i nie należy się wywyższać, twierdząc, że ma się jedynie słuszną rację.
Tak, to jest forum i wyraziłam swoje zdanie, zwracając uwagę na problem, jakim jest poprawianie ze złego na gorsze lub z poprawnego zdania na złe. W tych czasach każdy Polak w Internecie jest ekspertem w każdej możliwej dziedzinie, bo "jemu się wydaje" i na zasadzie "moja racja jest najmojsza". Szkoda że poprzeć odpowiednimi argumentami często, jak i w tym wypadku, nie ma komu. I nie twierdzę, że moja racja jest "jedyną słuszną" (a może powiesz mi, gdzie tak napisałam, bo możliwe, że zawodzi mnie pamięć?). Poprawiłam Twoje oczywiste błędy, nie mniej, nie więcej i nie mam pojęcia, co w tym takiego złego. To, że zdyskredytowałam Cię w oczach innych użytkowników? Przykro mi, jeśli tak wyszło, zrobiłam to z myślą o autorce tekstu i chęci pomocy jej w rozwoju, nie z kolei uwstecznieniu się, dlatego nie mam zamiaru za to przepraszać.
W tej chwili wydaje mi się, że to Ty usilnie starasz się pokazać mi "gdzie jest moje miejsce", bo ośmieliłam się z Tobą nie zgodzić i podważyć Twój "autorytet" - o ile można go rozpatrywać w byciu anonimową osobą na forum i ilości "ciastek" przyznanych od innych użytkowników.

"Dyskusję" kończę, bo nie mam zamiaru pozwalać Ci na to, byś wciskał mi w usta słowa, których nie powiedziałam, ani dopowiadać niestworzonych historii lub insynuować bzdur dotyczących "mojej kultury". Skoro masz problem z przyjęciem krytyki, to nie mnie to roztrząsać.

Adminów mogę jedynie przeprosić za offtop, a Autorkę tekstu za to, że taka "scena" rozgrywała się pod jej tworem i zapewnić, że nie mam zamiaru tego ciągnąć. Chciałam dobrze, bo przecież o rozwój warsztatu tu chodzi. Przykro mi tylko, że moja przygoda z tym forum zaczyna się zderzeniem z tak twardą ścianą i nieprzychylnością skierowaną w moją stronę.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Gorgiasz » 26 października 2014, 18:22

Stwierdzę tylko, że dawno nie spotkałem się z taką arogancją, bezczelnością i wypisywaniem nieuzasadnionych i niczym niesprowokowanych kłamstw pod czyimś adresem.

Przepraszam Autora tematu oraz Administrację z ten off-top, a wszystkich Użytkowników za zaistniałą sytuację; jednak stoję na stanowisku, że pewnych postaw nie można pomijać milczeniem.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Piąty Żywioł

Post autor: Krin » 26 października 2014, 18:45

Jeśli ktoś jeszcze raz napisze coś na temat tych przecinków to go własnoręcznie uduszę. Czy naprawdę kwestia stawiania przecinków jest tak ważna, by się o nią zabijać? Przykro mi, że teraz dwoje użytkowników, którzy chcieli pomóc innym teraz się na siebie obraziło. A znając życie to najgorzej skończy się to dla mnie, bo teraz nikt już nie będzie chciał gadać na ten temat.
Nie obchodzi mnie wcale kto zaczął ani kto miał rację. To nieistotne. Pozostaje mi jedynie nadzieja, że kłótnia ta zostanie szybko zapomniana i nie będę musiała żyć na polu minowym.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

ODPOWIEDZ