UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Drapieżnik

"Literatura fantasy to literatura która w zamierzony sposób robi użytek z tego, co jest uważane za niemożliwe."
Tom Shippley
Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Drapieżnik

Post autor: Krin » 29 marca 2014, 16:18

Witam i ostrzegam - to pierwsze opowiadanie jakie dodaje na forum i pierwsze jakie w życiu udało mi się napisać do końca. To jest w ogóle pierwszy temat (oprócz powitania) jaki tworze na jakimkolwiek forum. Zdaje sobie sprawę, że moje pisanie pozostawia wiele do życzenia, ale przez brak jakiejkolwiek obiektywnej krytyki nie czynię postępu od dłuższego czasu. Mam także problemy z szeroko pojętą interpunkcją. Życzę miłej lektury.





Samen z zamyślenia wyrwał odgłos pękającego szkła. Zaraz potem jedno ze świateł w bibliotece zgasło, a jej biurko pogrążyło się w półmroku. Z cichym westchnieniem oderwała wzrok od lektury. Barwny, zaklęty klejnot oświetlający biurko bibliotekarki właśnie zakończył swój żywot. Starsza kobieta zaczęła gorączkowo przetrząsać swoją małą twierdzę złożoną z książek i solidnego, dębowego drewna w poszukiwaniu następnego. Nie pierwszy raz przyszło jej na myśl, że magowie Avarena powinni bardziej troszczyć się o jakość oświetlenia największej, a zarazem najważniejszej ze swoich bibliotek. A już w szczególności o jej główną nadzorczynię — Samen Heydare. Mimo że od wielu lat dbała o cenne księgozbiory Veverleńskiej Biblioteki, zdawali się nie doceniać jej ciężkiej pracy włożonej w opiekę nad tą najwspanialszą na świecie skarbnicą wiedzy. Szybko znalazła to czego potrzebowała. „W końcu robię to tak często, że już mam pewne doświadczenie”— pomyślała z przekąsem.
Spojrzała z rosnącym gniewem na otwarty rejestr osób zalegających ze zwrotem wypożyczonych książek. Od kilkunastu minut zagłębiała się w dwunastostronicowym spisie pozycji pożyczonych (oczywiście nieoddanych) przez niejakiego Thomasa Veverleyna — zdaje się, że wielkiego mistrza Zakonu Avarena. Fakt wysokiej pozycji wypożyczającego nie umniejszał wcale irytacji kobiety. Jakiekolwiek podziały społeczne były poniżej jej godności.
Z całą pewnością świat usłyszałby jaką opinię ma Samen o najwyższym magu Zakonu, jego wychowaniu i prowadzeniu się jego matki oraz jeszcze paru pokoleń wstecz, gdyby panującej w budynku ciszy nie zakłócił dźwięk uderzającego o ziemię stosu książek. Bardzo dużego stosu książek.
Zamiast planowanej wiązanki przekleństw z ust pani Heydare wydobył się tylko gniewny syk. Wyglądało na to, że kogoś czekają kłopoty. Bibliotekarka zaczęła powoli lustrować wzrokiem hol budynku ponad leżącymi w wielkich stosach przedmiotami na blacie. Zza swej umocnionej pozycji czuła się trochę jak wypatrujący nieprzyjaciela żołnierz i choć nie chciała się do tego przyznać przed samą sobą, to od lat uczucie to dodawało jej pewności siebie. Był już jednak późny wieczór. Po bibliotece kręcili się tylko nieliczni miłośnicy niszczenia sobie wzroku czytaniem w ciemnościach. Głównie błąkali się po części zamkniętej — niedostępnej dla ludzi nieobdarzonych magicznymi zdolnościami. Jej bystre, zielone oczy nikogo nie wypatrzyły.
Podniosła się z krzesła demonstracyjnie powoli, aby dać ostrzegawczy sygnał wszelkim mogącym czaić się pomiędzy regałami książkowym antagonistom. Nie pojawił się jednak nikt, kto pełnym żalu i skruchy głosem zacząłby przepraszać za poczynione szkody, więc Samen powolnym krokiem ruszyła w lewą stronę, skąd — jak jej się zdawało — pochodził dźwięk. Choć była już starszą kobietą, to lekkim jak u zawodowego tancerza krokiem lawirowała pomiędzy stolikami, fotelami i innymi – jej zdaniem niepotrzebnymi — meblami. W tej położonej tuż przy wejściu części nie było takiej świętości jak półki.
Po paru krokach stanęła przed rzędem marmurowych kolumn. Mogła teraz skręcić w prawo — do działu religioznawstwa — lub w lewo, do działu językoznawstwa. Jej umysł przyspieszył. „Jeżeli najpierw pójdę do działu językoznawstwa, a jego tam nie ma to prześlizgnie się za moimi plecami.” — pomyślała, uśmiechając się triumfalnie. Raźnym krokiem wkroczyła do części poświęconej nauce o bogach. Wystarczyło jej jednak kilka sekund, by upewnić się, że jest ona zupełnie opustoszała. Natychmiast, bez zbędnego zastanawiania opuściła ten dział i wkroczyła do części językoznawczej. Jej oczy natychmiast dostrzegły to czego chciały — człowieka.
Pomiędzy wysokimi, uginającymi się pod ciężarem ksiąg regałami stał wyraźnie czymś zaaferowany starszy mężczyzna – mag, sądząc po długiej, białej szacie. Przebiegał szybko wzrokiem po tekście jakiegoś starego, pożółkłego tomiska nie pozwalając sobie przerwać nawet po to, żeby usiąść. Z całą pewnością nie zauważyłby zmierzającej w jego kierunku kobiety, gdyby nie idealna cisza jaka panowała w pomieszczeniu. Gniewne sapanie bibliotekarki zdawało się być ogłuszające. Mężczyzna podskoczył jak oparzony. Nie miał pojęcia czemu ta staruszka zbliża się w jego stronę z chęcią mordu w oczach. Stał w miejscu osłupiały, zupełnie nie wiedząc jak się zachować.
— Ty! — wykrzyknęła, wskazując na niego palcem i nadal zbliżając się w szybkim tempie pomimo długiej sukni. — Co ty robisz z moimi książkami?!
Mag spojrzał na trzymany w dłoniach rękopis jakby widział go po raz pierwszy. Rzadko bywał w tej części Biblioteki Veverleńskiej i nie rozumiał czemu kobieta uważała księgę za swoją własność. Zaczął się powoli cofać, nie wiedząc czego spodziewać się po tej wyraźnie szalonej starszej damie. Samen powiodła wzrokiem po otoczeniu w poszukiwaniu dowodów zbrodni. Nigdzie jednak nie było śladu po książkowej katastrofie.
Stała przez chwilę lekko zbita z tropu. Ten człowiek wyglądał na zupełnie niewinnego. Śladów brak, a trudno sobie wyobrazić – nawet apodyktycznej pani Heydare – żeby ktoś z taką starannością zacierał ślady, bądź co bądź, tak błahej - w opinii wielu - zbrodni. Czyżby jej się wydawało? Postanowiła wrócić do przeglądania rejestru. Tłumaczenie się magowi ze swojego zachowania uznała za zbędne, podobnie jak on odrywanie myśli od lektury na dłużej niż minutę.
Była już prawie znowu w holu, za kolumnami, kiedy w budynku gwałtownie zapanowała ciemność. Westchnęła. Jej poziom irytacji potroił się. Tak, zdecydowanie magowie Avarena powinni bardziej troszczyć się o oświetlenie swojej biblioteki. Nieźle już zdenerwowana Samen wykonała zwrot o dziewięćdziesiąt stopni i wzdłuż ściany podążyła ku drzwiom prowadzącym do tzw. Galerii.
Było to długie pomieszczenie pod schodami prowadzącymi na górę, a znajdującymi się za biurkiem bibliotekarzy. Wystawiano tu przeróżne dzieła sztuki należące do Zakonu. Od kolorowej ceramiki ze wschodniej Rozvery po rytualne ostrza plemion z Gór Antaxy. Często umieszczano tam także szczególnie bogato zdobione księgi, które przyczepiano do pulpitów za pomocą silnych czarów lub łańcuchów, na wypadek kradzieży. Tu też mieściło się główne wejście do niepublicznego, dostępnego tylko dla magów z Zakonu obszaru biblioteki. Naturalnie ludzi tak zacnych jak bibliotekarze zakaz ten nie dotyczył.
W normalnych warunkach uderzyłby ją w oczy blask odbijający się od drogocennych metali i klejnotów, lecz panujący mrok pozwolił jej skupić się na pracy. Przez kilka minut jej ręce na oślep przemierzały ścianę w poszukiwaniu aparatury pozwalającej na sterowanie bibliotecznym oświetleniem. Na próżno. Jej ręce natrafiały jedynie na wybitne dzieła malarskie lub gołą ścianę. Samen nigdy nie bała się ciemności. Nie pierwszy też raz musiała robić coś takiego, ale tym razem trwało to już strasznie długo. Zbyt długo. Przyspieszyła. Nic. Nie ma, nie ma, nie ma... A jest tak strasznie ciemno...
Ogarnął ją nagły, irracjonalny strach. Prymitywna, wręcz zwierzęca obawa przed tym co czai się w ciemnościach. Przychodziła nagle, bez uzasadnienia i nie miała litości. W panice zaczęła obmacywać ścianę w coraz szybszym tempie. Pustka. Goła ściana. I nic, i nic, i nic... Cienie zdawały się czyhać na swoją ofiarę, która nieopatrznie odważyła się na wkroczenie do ich świata. Były jak drapieżniki polujące na człowieka — istotę dnia, kiedy ten pozwoli sobie na oddalenie się od ognia. Szybciej, szybciej, szybciej... Samen w ciemnościach czuła się obca i bezbronna. Wydawało jej się, że ten straszny moment będzie trwać wiecznie.
Na szczęście do jej uszu dobiegł czyjś cichy głos. To mag, którego spotkała zaledwie parę chwil wcześniej. Musiał zostać w bibliotece, nie zwracając uwagi na ciemności, a teraz podśpiewywał sobie coś pod nosem. Ludzki głos ją uspokoił. Oparła czoło o chłodną ścianę. To na chwilę wstrzymało pędzące w głowie absurdalne myśli. Po chwili jednak wsłuchała się w otaczające ją dźwięki i do jej uszu dotarło to, czego nie chciała usłyszeć — oddech czegoś stojącego kilka kroków za jej plecami.
„Nie bądź głupia” — powiedziała do siebie w myślach. — „W bibliotekach nie ma potworów. Pracujesz tu tyle lat, a jeszcze żadnego nie widziałaś.”
Odwróciła się bardzo powoli. Bez wątpienia w połowie długości Galerii, na wysokości wejścia do działów zamkniętych stał człowiek. Ubranie musiał mieć czarne lub w jakimś innym ciemnym kolorze, gdyż prawie zupełnie zlewał się z otoczeniem. Jego twarz była niewidoczna. Stał zupełnie nieruchomo, ale trudno było stwierdzić, czy robi to ze strachu, zaskoczenia, czy może po to by ją przestraszyć. Serce pani Heydare gwałtownie przyspieszyło. Normalnie by tak nie zareagowała, ale w tamtej chwili czuła się dość niepewnie. Po chwili jednak nieznajomy odwrócił się i ze spokojem pomaszerował do drzwi po drugiej stronie, prowadzących do księgozbioru o tematyce historycznej. Jego kroki wydawały się nienaturalnie ciche, jakby kocie. „To dlatego nie słyszałam jak podchodził”— pocieszyła się w myślach.
Starsza kobieta stała przez chwilę, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Była wściekła na to, że dała się wyprowadzić z równowagi przez jakiegoś błąkającego się po bibliotece maga. Wpatrywała się w przeciwległą ścianę, próbując przebić wzrokiem ciemność. Na płaskiej powierzchni wyraźnie widoczny był wypukły kształt. Olśnienie przyszło nagle – machina sterująca magicznym oświetleniem znajdowała się po drugiej stronie. Kobieta podeszła tam złorzecząc i klnąc wściekle. Strach ustąpił miejsce złości. Jeszcze nigdy nie pozwoliła sobie na taką niekompetencję. Pierwszy raz w życiu przyszło jej na myśl, że być może się starzeje.
Naprawienie problemu oświetlenia zajęło tylko kilka minut. Miała dość wrażeń jak na jeden wieczór. Chciała tylko siąść za biurkiem, by kontynuować nudną lekturę, ale przyszło jej na myśl, że to być może właśnie tajemniczy osobnik jest sprawcą książkowego karambolu. Miała ochotę dać za wygraną, pozwolić bibliotecznemu przestępcy ujść bezkarnie, lecz duma oraz wściekłość wywołana przez system oświetlający zwyciężyły.
Samen niczym tornado wpadła do działu historii. Łypiącymi wściekle oczyma powiodła po ogromnej przestrzeni. Ujrzała tylko równo poustawiane regały, uginające się pod ciężarem lat i zgromadzonej wiedzy. Wszystko wskazywało na to, że przeklęty książkowy antagonista uciekł jej po raz kolejny. Wściekłość zmieniła się w furię. Nikt nie ma prawa lekceważyć Samen Heydare na jej własnym terenie. Nie pozwoli na to, choćby miała go ścigać przez resztę nocy. Ba! Przez resztę życia! Poczęła miotać się w tę i z powrotem. Nie wiedziała co ma teraz zrobić. Obowiązkiem bibliotekarza jest przecież dbanie o porządek.
Otaczający ją księgozbiór z pewnością mocno by ucierpiał, gdyby w porę nie uświadomiła sobie, że mężczyzna – jak zakładała – mógł zwyczajnie skręcić w lewo i między kolumnami przedostać się do holu Veverleńskiej Biblioteki. Pobiegła łudząc się nadzieją, iż jeszcze nie zdążył dotrzeć do wyjścia.
Zgodnie z przewidywaniami nikogo nie zastała. Choć żadne z okien nie było otwarte, w pomieszczeniu hulał wiatr. Otwarty rejestr zdawał się zachęcająco szeleścić kartkami. Samen przez chwile zdawało się, że ma halucynacje. Książka na szczęście w porę się uspokoiła. Nie chciała przecież sprawiać kłopotów. Takie rzeczy zdarzały się w tym nasiąkniętym od pokoleń magią miejscu, ale ta stara, rozsądna dama wolała sobie wmawiać, że jest inaczej. Dziś jednak w jej sercu pojawiła się wątpliwość. „Czy książka próbowała mnie przekonać do pozostania, aby bronić mnie przed czyhającym niebezpieczeństwem? Jakim znowu niebezpieczeństwem?!”— pomyślała i zaraz zaczęła śmiać się z tych niedorzecznych myśli. Nieco zbyt histerycznie.
Spojrzała w górę na „pomieszczenia skrybów”, gdzie każdy mógł przepisać sobie fragment danej książki, aby nie musieć wynosić cennego dzieła z biblioteki. Mogła to zrobić, ponieważ nad holem znajdowała się antresola. W dwóch pomieszczeniach paliło się światło.
„Mógł przecież mieć ze sobą jakąś książkę i zabrać ją na górę... — Zastanowiła się chwilę. — „Albo skręcił do przylegającego zarówno do działu geograficznego”.
Zadecydowała, iż najpierw uda się do części poświęconej geografii, wejdzie na górę znajdującymi się wewnątrz niej schodami, przeszuka dział poezji, a na koniec zobaczy, kto o tej porze znajduje się jeszcze w pracowniach.
Naturalnie, nie spotkała żadnego na tyle zapalonego geografa, by o tak późnej godzinie przeglądać jeszcze mapy. Ktoś jednak zrobił w tym miejscu straszny bałagan. Ogromny, stary regał w samym środku działu stał zupełnie pusty. Rzeka ksiąg i map bezładnie leżała na podłodze. Nie ulegało wątpliwości, że to stąd dobiegł ją hałas. Stara bibliotekarka miała spore doświadczenie i mogłaby przysiąc, że takiego efektu nie da się osiągnąć w sposób przypadkowy. Przyjrzała się uważniej miejscu katastrofy. Coś jej w tym nie pasowało.
„W sposób nieprzypadkowy również nie da się tego zrobić” — Dotarło do niej.
Przypadkowe zrzucenie wszystkich książek z szerokiego na pięć metrów i wysokiego na trzy regału bez wywracania go nie było możliwe. Jeden człowiek nie miał przecież tyle siły, żeby go wywrócić. Zrzucenie wszystkich tych książek w jednym momencie nie było możliwe, a słyszała przecież tyko jeden odgłos uderzenia.
— Czy ktoś do jasnej cholery ułożył te wszystkie książki po kolei na podłodze po to tylko, żeby mnie wkurzyć?! — krzyknęła rozwścieczona, nie zastanawiając czy ktoś jej słucha.
Musiała dać upust swoim emocjom. Nie dosyć, że wyraźnie miała dziś pecha, to jeszcze ktoś bezczelnie lekceważył jej pracę. Będzie musiała przez kilka godzin układać to z powrotem na miejsce. Popędziła schodami w górę. Już ona pokaże kto tu rządzi. Nie ważne komu. Ważne, że pokaże.
Przez dział poezji właściwie przebiegła. Nie robiła tego od lat, gdyż zdawało się jej, iż opuściły ją dawne siły. Teraz jednak wstąpił w nią nowy żywioł – wściekłość veverleńskiego bibliotekarza. Ten rodzaj furii można było osiągnąć tylko wtedy, gdy przez lata wysłuchiwało się uniżonych próśb najtęższych umysłów Tarunu o łaskawe wypożyczenie szczególnie cennego dzieła i nagle zjawiał się ktoś mający za nic wszelkie formy grzeczności. Z impetem wpadła do pierwszego z oświetlonych pomieszczeń.
Zimne spojrzenie nienaturalnie zielonych oczu prawie odrzuciło ją z powrotem na korytarz. Za biurkiem siedziała jasnowłosa, odziana w długie czarne szaty kobieta-niziołek. Postawę miała władczą i mimo mizernego wzrostu zdawała się patrzeć na Samen z góry. Stara bibliotekarka wiedziała, kim jest. Vinara Elburn – nie tylko całe Veverleyn, ale również całe Anivr znało to nazwisko. Nawet Heydare na swoim własnym terenie bała się z nią zadzierać. Mistrzyni feniksa, anadalin wielkiego mistrza, dyrektorka Veverleńskiej Szkoły Magów – pełniła w Zakonie wiele funkcji, ale słynęła głównie z przesadzonych (podobno) opowieści o swoich szerokich znajomościach, zamiłowaniu do knucia i perwersyjnych rozrywek oraz zainteresowaniu czarną magią. Tego dnia, ujrzawszy co wielowiekowa mistrzyni wybrała jako lekturę, była skłonna uwierzyć we wszystkie te opowieści.
Był to jeden z tomów słynnego dzieła Thairina z Eborune. Na co dzień znajdował się w bezimiennym dziale trzynastym. Nieoficjalnie dział ten nazywany był najczęściej „działem ksiąg kłopotliwych”. By zrozumieć rodzaj ich kłopotliwości wystarczy wiedzieć, że dzieło czarodziej z Elborune trafiło tam ze względu na to, iż w całości wykonano je z ludzkiej skóry. Mistrzyni Elburn wydawała się tym nie przejmować. Bibliotekarka stwierdziła, że nieważne co Vinara wyprawia w jej bibliotece, ale ona musi stąd wyjść. Chciała po prostu odwrócić się na pięcie, ale nie dane jej było tego zrobić.
— Coś się stało? — zapytała z uprzejmym zaciekawieniem mistrzyni całkiem przyjemnym dla ucha głosem.
— Nie ... — Przerwała na chwilę, zastanawiając się czy, powinna wyznać prawdę, ale wspomnienie odzianej w czerń postaci w Galerii skutecznie ją powstrzymało. — Raczej nie.
Spojrzenie magiczki wyraźnie świadczyło, że nie wierzy w jej słowa i zmieszanie bibliotekarki ją bawi. Samen nabrała jeszcze większych podejrzeń.
— Kto jest w pomieszczeniu obok? — spytała mimo starań wciąż jeszcze niepewnym głosem.
— Paru uczniów. – Vinara wzruszyła ramionami. — Zdaje się, że profesor Sammerin kazał im przygotować jakąś wyjątkowo długą pracę.
Bibliotekarka nie miała pojęcia, kim jest ów profesor Sammerin. Nie zamierzała jednak tego po sobie pokazać. Jeśli nawet nie wiedziała wszystkiego o wszystkim, to przynajmniej chciała udawać, że tak jest, więc tylko kiwnęła głową i z ulgą opuściła pomieszczenie. Poczuła jak wraca do niej coś w rodzaju spokoju. Miała już odpowiedź.
Vinara w napadzie złości, których wiele Samen już w swojej karierze widziała, za pomocą magii zrzuciła książki z regału. W bibliotece istniał zakaz posługiwania się magią w obawie przed jakąkolwiek iskrą i zaklęcia alarmowe z pewnością uruchomiłyby się, gdyby nie ogromne doświadczenie magiczki. Kiedy uświadomiła sobie, że nie pozostało to niezauważone, postanowiła ponownie użyć mocy, by je poukładać. Nie poszło jej jednak tak dobrze jak wcześniej. Mimo że znów ominęła czary ochronne, to uszkodziła przy tym system oświetlenia. Dlatego światło zgasło. Udała się do Galerii, żeby uruchomić je ponownie. Bibliotekarka już tam była, więc po chwili namysłu zdecydowała się ją zignorować i zająć czymś innym.
Zbiegła po schodach prowadzących prosto do jej biurka naprzeciw głównego wejścia do budynku. Nie mogła nic poradzić na tę szaloną mistrzynię, ale dumna była z rozwiązania zagadki. Kiedyś bardzo lubiła takie rzeczy. Po wczesnej śmierci męża musiała dać sobie z tym spokój, by więcej pracować i wyżywić rodzinę. Teraz dodało jej to sił.
Miała właśnie ponownie zabrać się za lekturę nudnego rejestru, gdy uświadomiła sobie fakt oczywisty. Vinara jest niziołkiem. Kogokolwiek spotkała w Galerii — niziołkiem na pewno nie był. Ponadto jeżeli miała ze sobą książkę Thairina z Elborune, to nie mogła znaleźć się w dziale geografii, ponieważ szło się do niego przez dział językoznawstwa. Samen widziałaby ją. Mogła wprawdzie iść górą, ale nie miało to dużego sensu, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że Vinara z racji swoich rozmiarów nie mogła nieść księgi przez tak długi czas.
„Mogła wprawdzie...” — w głowie starej kobiety mnożyły się scenariusze, w których magiczka mogła się tam znaleźć, jednak teraz dobrze przypominała sobie, iż widziała, jak Vinara kilka godzin wcześniej weszła z na górę, targając ze sobą wielkie tomisko. Zamieniły nawet kilka słów. Od tego czasu światło nie gasło, a każdy kto tamtędy przechodził rzucał wyraźny cień. Wiecznie obawiająca się szalonych, starych nekromantów pani Heydare po prostu musiałaby ją zauważyć. Nie mówiąc już o tym, że nadal była zbyt niska. To był ktoś inny.
Nie potrafiła sobie jednak wyobrazić, kto ze zignorowanych przez nią osób mógł posiadać takie umiejętności, by ominąć zaklęcia obronne. Bała się nie tylko pożaru. Ten ktoś kogo widziała w galerii, wydawał się jej niebezpieczny.
— „Nie bądź głupia. W bibliotekach nie ma potworów” — powiedziała do siebie już drugi raz tego dnia.
Rozsądny człowiek zignorował by to. Tej nocy jednak Samen przestała być rozsądnym człowiekiem. Tej nocy powróciła jakaś część jej, która umarła dawno temu. Ten wieczór był inny niż wszystkie. Miał w sobie coś dziwnego co ukoiło skrywane w jej głowie dotąd lęki. Nie potrafiłaby wtedy powiedzieć dlaczego akurat ten wieczór, ale w głębi duszy już to wiedziała. Nie tylko dawne siły powróciły.
Pobiegła znów w górę po schodach, jak gdyby była młodsza o trzydzieści lat, wpadła do drugiego z pomieszczeń i napotkała pełne zagubienia twarze czworga uczniów z Vevelreńskiej Szkoły Magów. Dopiero wtedy uświadomiła sobie swój wyczyn. Z wrażenia musiała oprzeć się o framugę drzwi. Dyszała ciężko.
— Co robicie? — spytała szybko, by ukryć zmieszanie.
— Piszemy pracę dla profesora Sammerina – odpowiedział jeden ze zdezorientowanych chłopaków. Zdawał się być najstarszy z grupy.
— Czego uczy ten profesor? — zapytała bibliotekarka, uznając, że przed zwykłym uczniem może zdradzić się z niewiedzą.
— Historii.
Samen rozejrzała się po książkach, które leżały w pomieszczeniu. Nie było żadnej z działu geografii. Już chciała wyjść i iść dalej, ale była akurat w dobrym humorze, więc dodała:
— Wiecie, że w pomieszczeniu obok jest Vinara? – spytała.
Pełne przerażenia twarze powiedziały jej, że nie wiedzieli. Uśmiechnęła się. To był jej pierwszy dobry uczynek od wielu lat.
Postanowiła, że jeszcze raz sprawdzi dział historii, gdzie zniknął tajemniczy osobnik. Wciąż się bała, lecz teraz do działania pchała ją siła wielu lat spędzonych w nudzie. Tym razem, kiedy przechodziła przez dział poezji, zlustrowała go dokładnie. Był pusty i cichy. Nie dała sobie czasu na dalsze zastanawianie. Zbiegła po schodach. Miała już pędzić dalej, lecz zamarła nagle.
Stał tam. Zdawał się czekać. Głowę miał ukrytą pod kapturem. Odziany był w strój z czarnej skóry, który wydał się jej dziwnie znajomy. Jakby widziała go wcześniej na jakiejś ilustracji. A może we śnie? Wyglądał surrealistycznie — jak ktoś kto zjawia się w koszmarach i goni przerażonego człowieka, aż ten w końcu się obudzi. Samen nie obudziła się jednak. Trwała bez ruchu niczym zaklęta, wpatrując się rozszerzonymi ze strachu oczyma w złowrogą postać. Była jak zahipnotyzowana. Tak naprawdę myślała, że nie da rady rozwiązać tej zagadki, ale chyba powinna znać odpowiedź od samego początku. Z dalekiej przeszłości przemawiał do niej znajomy głos. Głos, którego nie posłuchała. Ostrzegał ją, lecz zagrożenie wydawało się zupełnie nierealne. O tym nie mogła pomyśleć słysząc tego wieczoru odgłos upadku. To nie było możliwe aż do tej sekundy. Nikt nie mógł wiedzieć. Nikt nie mógł pamiętać przez tyle lat. Nikt nie mógł tak długo czekać...
Coś zalśniło w mroku. Nieznajomy wykonał szybki ruch. Usłyszała świst. „W bibliotekach nie ma potworów, ale człowiek to również drapieżnik” — pomyślała i poczuła niesamowity ból przeszywający jej klatkę piersiową. Zdążyła zobaczyć tylko czarną rękojeść tkwiącego w jej wnętrznościach noża.



Dziękuje za uwagę...Albo raczej odwagę...
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
gaiaphage

Re: Drapieżnik

Post autor: gaiaphage » 07 maja 2014, 02:01

W spoilerze wypisałem pomniejsze błędy. Jeśli w przytoczonym fragmencie zaznaczyłem "(,)" i nic nie napisałem, to znaczy, że brakuje przecinka.
► Pokaż Spoiler


1. Jak widzisz, trochę ich znalazłem. Przyznaję, że starałem się być dość skrupulatny i normalny czytelnik pewnie by tylu ich nie wyłapał, ale jednak one są, a to niedobrze. Duża część tych błędów to brakujące przecinki - nad tym zdecydowanie musisz popracować. Sprawdź sobie też zasady zapisu dialogów.

2. W oczy rzuca się od razu i pozytywne jest to, że Twój tekst jest ładnie zapisany, są akapity, entery, czasem wchodzi się w jakieś opowiadanie i widać po prostu zbitkę tekstu bez ładu i składu na cały ekran. W ten sposób od razu zyskujesz w oczach osoby, która ocenia Twoje dzieło.

3. Nie licząc tamtych błędów, warsztat masz przyzwoity (a jeśli to rzeczywiście Twoje pierwsze opowiadanie, to jest naprawdę bardzo dobrze). Myślę, że masz dość duży zasób słownictwa, zdania budujesz nawet ładne. Aczkolwiek Twój styl jest baśniowy, "ciepły", tymczasem chyba zależało Ci bardziej na wykreowaniu atmosfery grozy, mroku, zagrożenia. To akurat Ci się nie udało.

4. Niestety, marną stroną tego opowiadania jest to, co jest najważniejsze - czyli fabuła. Popatrz, jak to wygląda:
1) Mamy nieco walniętą (o tym za chwilę) bibliotekarkę.
2) Bibliotekarka słyszy huk, więc idzie sprawdzić, co się stało (co jest dość normalne).
3) Idzie jednak zupełnie nie tam, gdzie powinna (co już jest dziwne).
4) Nie znajduje nic godnego uwagi, więc wraca.
5) Napotyka na jakąś kobietę, okazuje się ona być kimś ważnym. Bibliotekarka przypomina sobie, kim ona jest, wydaje się zszokowana jej obecnością. Nie pamięta, że kilka godzin temu się z nią witała (sic!).
6) Bibliotekarka nagle sobie o tym przypomina(*), idzie sprawdzić swoje podejrzenia i... bum. Zostaje zamordowana. Nie wiadomo przez kogo ani dlaczego. Tak po prostu. Ginie, bo autorka tak sobie wymyśliła.

Widzisz, że to nie wygląda zbyt mądrze?

(*) Pomysł, że Vinara jest niziołkiem, a bibliotekarka widziała kogoś wysokiego nie jest zły. Niestety, ginie w tonie absurdu, gdy nagle bohaterka przypomina sobie, że widziała mistrzynię kilka godzin temu. Poza tym, mogłaś we fragmencie rozgrywającym się w galerii dać do zrozumienia, że postać była wysoka i spostrzegawczy czytelnik w odpowiednim momencie zauważyłby: "Aha! Tamten człowiek w galerii był wysoki, a mistrzyni jest niziołkiem! Coś tu nie gra!".

5. Zachowanie pani Heydare jest - przepraszam, że to powiem - absurdalne i zwyczajnie głupie. Rozumiem, że może być przywiązana do książek, ale w momencie, gdy deklaruje, że jest gotowa ścigać kogoś przez całe życie, bo zakłócił spokój w jej bibliotece, to czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy na pewno wszystko jest w porządku z jej zdrowiem psychicznym. W dodatku w chwili strachu zapomina, gdzie jest włącznik światła. Naprawdę, rozumiem, że była przerażona (choć wcale nie było ku temu przekonywujących powodów), ale to nie jest wytłumaczenie - trudno mi uwierzyć, że można zapomnieć, gdzie znajduje się włącznik światła po używaniu go przez wiele lat. Ja, gdybym był przestraszony, raczej nie pobiegłbym do okna (które w moim pokoju jest naprzeciwko kontaktu).
Te głupoty w jej zachowaniu sprawiają, że trudno mi uznać ją za dobrze stworzonego bohatera. Jednak na różnych forach literackich widziałem bardziej skopane postacie. Nawet starałaś się, żeby była "jakaś".

To nie jest najlepsze opowiadanie, jakie czytałem, ale nie jest też najgorsze. Powiedziałbym, że jest po prostu średnie. Warsztat masz już nie najgorszy i jeśli popracujesz nad poprawnością języka, a do tego będziesz miała ciekawy pomysł na historię (bo tej przedstawionej w opowiadaniu nie kupuję), to może coś wyjść z Twojej pisaniny (a jeśli naprawdę jesteś bardzo młoda i jeśli to naprawdę Twoje pierwsze opowiadanie, to mogę powiedzieć, że jest naprawdę dobrze).

Czekam na mojego Nobla. :D

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Krin » 07 maja 2014, 10:18

Dziękuję ci gaiaphage za komentarz. Czekałam na niego tak długo, że aż zwątpiłam w sens rejestracji na tej stronie i postanowiłam, że nie będę wstawiać nieco już poprawionej wersji. (Natychmiast to naprawie!) Pragnę tymczasem sprostować kilka rzeczy:

(Wybacz ale nie chce mi się robić cytowania... No tak serio to nie ogarniam tego forum i nie umiem.)
"3) Idzie jednak zupełnie nie tam, gdzie powinna (co już jest dziwne)." - Idzie dokładnie tam gdzie powinna. Nie rozumiem tej uwagi.

"5) Napotyka na jakąś kobietę, okazuje się ona być kimś ważnym. Bibliotekarka przypomina sobie, kim ona jest, wydaje się zszokowana jej obecnością. Nie pamięta, że kilka godzin temu się z nią witała (sic!)." - Samen nie była zszokowana jej obecnością, ponieważ często była w bibliotece, ale niepokoiła ją książka, którą czytała oraz fakt, że została z nią sam na sam w nocy.

"6) Bibliotekarka nagle sobie o tym przypomina(*), idzie sprawdzić swoje podejrzenia i... bum. Zostaje zamordowana. Nie wiadomo przez kogo ani dlaczego. Tak po prostu. Ginie, bo autorka tak sobie wymyśliła." - Bibliotekarka przypomina sobie to zupełnie nagle, ponieważ mnóstwo ludzi kręciło się w tym czasie po bibliotece i to, że widziała Vinarę zupełnie wypadło jej z głowy. Co do części drugiej tego podpunktu to zgadzam się. Dziwnie to wyszło. Wszyscy
znajomi, którzy to czytali stwierdzili, że powinnam dopisać dalszą część by wyjaśnić dlaczego została zamordowana. (Kto wie może to zrobię.) Końcówka jest delikatnie zmieniona (wydłużona) w drugiej wersji, ale trudno mi powiedzieć
czy poprawiona.

Co do uwagi na temat wysokości postaci to przyznam się, że pozwoliłam sobie na powtórzenie tego co zrobiły setki przede mną - umieszczenie innych ras. W tym niziołków. Nie chodziło mi o to, że Vinara jest karłem czy kimś w tym stylu. Dlatego właśnie napisałam, że widziała człowieka. Niziołek jest z założenia niższy od większości ludzi. Samen jednak sugeruje się czarną szatą, a reszta zupełnie jej umyka.

5. Gdy tworzyłam panią Heydare miałam w głowie czasem spotykany stereotyp starej bibliotekarki, której wszystko nieustająco przeszkadza. Na dodatek uważa się za kogoś bardzo ważnego, co wielokrotnie jest wspominane. Jedyną osobą jaka wzbudza u niej niepokój jest Vinara. Jeśli chodzi o włącznik to uważam, że miała prawo się pomylić, ponieważ Galeria jest pomieszczeniem symetrycznym, posiadającym aż sześć różnych wejść. (Wiem, że wspominałam tylko o trzech.) Samen wchodziła tam za każdym razem z innej strony i mogła się pogubić. Zwłaszcza po ciemku.

Za wypisanie błędów jestem bardzo wdzięczna. Po ich przeczytaniu poczułam się aż głupio, bo mam wrażenie, że znam wszystkie zasady, a i tak ich nie stosuje.

Jeśli chodzi o mój wiek to właśnie kończę trzecią klasę gimnazjum. To może nie jestem AŻ TAK młoda, ale stara się nie czuje.

Przepraszam jeśli wyszło trochę chaotycznie. Jak zobaczyłam, że ktoś coś napisał to aż się trząść zaczęłam ze zdenerwowania. Nagroda Nobla już załatwiona :D . Właśnie udało ci się mnie powstrzymać przed popełnieniem serii morderstw ze szczególnym okrucieństwem. :D
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1820
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Kruffachi » 07 maja 2014, 11:29

No więc tak: na początek należą Ci się przeprosiny za czekanie :bag: Ale serio, zupełnie przegapiłam Twój tekst... Musiał pojawić się albo w czasie, w którym nie komentowałam w ogóle, bo zlecenia, albo w czasie, kiedy zagrzebałam się w "Atrydach", których próbuję nadgonić i łykam po kilka postów - wtedy zwykle nie rozglądam się za niczym nowym, wiadomo. Ale skoro temat został wyciągnięty i wreszcie go zauważyłam, napiszę, co myślę.

Po pierwsze i pewnie najważniejsze - podoba mi się nietypowy temat :) Niby w światach, w których pojawiają się magowie, prędzej czy później pojawiają się też magiczne biblioteki, ale rzadko mamy okazję oglądać świat z ich okien - raczej stanowią element tła, narzędzie dla wprowadzenia deus ex machina albo coś w tę mańkę. U Ciebie biblioteka to centrum i temat, a w dodatku dostałam bohaterkę, która mnie kupiła i którą polubiłam :D Nie za głębię psychologiczną, rzecz jasna, bo wpisuje się w pewien stereotyp, ale wpisuje się całkiem sympatycznie i wyraziście.

To, co mi się nie podobało, to sama fabuła, czy też... cóż, "fabuła", niestety. Budujesz napięcie i wychodzi Ci to całkiem nieźle, dokładasz kolejne klocki, z tym że klocki te donikąd nie prowadzą, w nic się nie składają, a zakończenie... Mówiąc oględnie, rozczarowało mnie - nomen omen - potwornie :C Nie będę narzekać na to, że nic się właściwie nie wyjaśnia, bo czasem lepiej, kiedy można ruszyć szarymi, no ale... ale... Jaki był właściwie tego sens? Ilustracja do starej, znanej tezy, że człowiek też potwór? Mało :/

Z drobnych czepów - na pewno zapis myśli. No nie, nie bardzo. Nawet jeśli uprzesz się na zapisywanie myśli od półpauz jak dialogów (czemu jestem bardzo przeciwna), to wtedy rezygnujesz z łapek - nigdy niczego nie wyróżnia się podwójnie. Gdzieś widziałam skrót - skróty w tekstach literackich zawsze się rozwija. Nie podobało mi się też parę nienaturalnych synonimów (głównie "antagonistę" mam na myśli).

Wybacz, że łapanki nie robię - jak już wspomniałam Kass, siedzę w korektach po uszy, a jakoś średnio uśmiecha mi się poświęcanie czasu wolnego na to, czym zarabiam na chleb >.> Więc podeszłam do tego tak, by czerpać radość z lektury - nie miej mi tego za złe ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Drapieżnik

Post autor: Kanterial » 07 maja 2014, 13:11

Krin
poważnie, nie wiem, dlaczego nie skomentowałam. Wierz lub nie. Kiedy czytam ten wstęp:
"To jest w ogóle pierwszy temat (oprócz powitania) jaki tworze na jakimkolwiek forum. Zdaje sobie sprawę, że moje pisanie pozostawia wiele do życzenia, ale przez brak jakiejkolwiek obiektywnej krytyki nie czynię postępu od dłuższego czasu. Mam także problemy z szeroko pojętą interpunkcją."
to wydaje mi się, że powinnam dorwać się do tekstu już w marcu. Albo postanowiłam i zapomniałam, albo (mniej możliwa opcja) nie ogarnęłam, że wrzuciłaś, bo koniec marca to już był czas, kiedy rozważałam jakąś przerwę dłuższą w wizytach na forum. Ważne, że nadal jesteś. Ach, i mam nadzieję, że błędy wypisane wyżej zdążyłaś już poprawić, bo możliwe, że je powtórzę bezsensownie (nie lubię czytać spoilerów u innych komentujących). Do dzieła więc.
SpoilerShow
Szybko znalazła to{,} czego potrzebowała.

więc Samen powolnym krokiem ruszyła w lewą stronę
to drobnostka, ale polecam "wolnym" krokiem, z racji tego że dwie linijki wyżej masz już wyraz "powoli" i nadal brzmi on w głowie czytelnika

„Jeżeli najpierw pójdę do działu językoznawstwa, a jego tam nie ma{,} to prześlizgnie się za moimi plecami.”

Jej oczy natychmiast dostrzegły to{,} czego co chciały — człowieka.

stał wyraźnie czymś zaaferowany starszy mężczyzna – mag, sądząc po długiej, białej szacie. Przebiegał szybko wzrokiem po tekście jakiegoś starego, pożółkłego tomiska{,} nie pozwalając sobie przerwać nawet po to, żeby usiąść.

Rzadko bywał w tej części Biblioteki Veverleńskiej i nie rozumiał{,} czemu kobieta uważała księgę za swoją własność. Zaczął się powoli cofać, nie wiedząc{,} czego spodziewać się po tej wyraźnie szalonej starszej damie. Samen powiodła wzrokiem po otoczeniu{,} w poszukiwaniu dowodów zbrodni.

Tłumaczenie się magowi ze swojego zachowania uznała za zbędne, podobnie jak on odrywanie myśli od lektury na dłużej niż minutę.
ajj. Proponuję "tłumaczenia maga uznała za zbędne". Po pierwsze poprawna forma odmiany, po drugie unikasz wplatania niepotrzebnej, oczywistej dla czytelnika informacji, z czego taki mag miałby się przed Samen tłumaczyć.

W normalnych warunkach uderzyłby w oczy blask odbijający się od drogocennych metali i klejnotów, lecz panujący mrok pozwolił jej skupić się na pracy. Przez kilka minut jej ręce na oślep przemierzały ścianę{,} w poszukiwaniu aparatury pozwalającej na sterowanie bibliotecznym oświetleniem. Na próżno. Jej ręce natrafiały

Prymitywna, wręcz zwierzęca obawa przed tym{,} co czai się w ciemnościach. Przychodziła nagle, bez uzasadnienia{,} i nie miała litości.

Bez wątpienia w połowie długości Galerii, na wysokości wejścia do działów zamkniętych{,} stał człowiek. Ubranie musiał mieć czarne lub w jakimś innym ciemnym kolorze, gdyż prawie zupełnie zlewał się z otoczeniem. Jego twarz była niewidoczna. Stał zupełnie nieruchomo, ale trudno było stwierdzić, czy robi to ze strachu, zaskoczenia, czy może po to{,} by ją przestraszyć.

Pierwszy raz w życiu przyszło jej na myśl, że być może się starzeje.
Naprawienie problemu oświetlenia zajęło tylko kilka minut. Miała dość wrażeń jak na jeden wieczór. Chciała tylko siąść za biurkiem, by kontynuować nudną lekturę, ale przyszło jej na myśl, że to być może właśnie tajemniczy osobnik jest sprawcą książkowego karambolu. Miała ochotę dać za wygraną, pozwolić bibliotecznemu przestępcy ujść bezkarnie, lecz duma oraz wściekłość{,} wywołana przez system oświetlający{,} zwyciężyły.


Poczęła miotać się w tę i z powrotem. Nie wiedziała{,} co ma teraz zrobić.

Strach ustąpił miejsce miejsca złości.

takie rzeczy zdarzały się w tym nasiąkniętym od pokoleń magią miejscu, ale ta stara, rozsądna dama wolała sobie wmawiać, że jest inaczej.
rozsądna? ONA?!

Spojrzała w górę na „pomieszczenia skrybów”, gdzie każdy mógł przepisać sobie fragment danej książki, aby nie musieć wynosić cennego dzieła z biblioteki. Mogła to zrobić, ponieważ nad holem znajdowała się antresola. W dwóch pomieszczeniach paliło się światło.
Mógł przecież mieć ze sobą jakąś książkę i zabrać ją na górę... — Zastanowiła się chwilę. — „Albo skręcił do przylegającego zarówno do działu geograficznego”.

do czego skręcił? do przylegającego zarówno gdzieś czego?

„W sposób nieprzypadkowy również nie da się tego zrobić” — Dotarło do niej.
zapis dialogów

Nie ważneNieważne komu.
Mmm, ciężka sprawa.
Ciężka, bo mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony widzę, że to nie jest typowy tekst początkującego - Ty już potrafisz ubrać w słowa prawie wszystko, co chodzi Ci po głowie (takie przynajmniej sprawiasz wrażenie) i zdania, które czytałam, brzmiały dobrze, ładnie, przyjemnie wręcz momentami. I właśnie każde z osobnych zdań, wręcz akapitów, są do ocenienia pozytywnie. Tylko w co one się składają, co niosą ze sobą - tu się sypie sprawa.

Po pierwsze, tekst jest monotonny. Jest jak (nie piszę tego w celu zgnojenia Cię, broń boże) powtarzające się uderzanie w mały, stworzony przez Ciebie schemacik tego, o czym postanowiłaś pisać. Są momenty grozy (choć tylko pierwszy działa) i uspokojenia. Jest tak: bohaterka, przemyślenia bohaterki, skok napięcia, podejrzenia, zderzenie z czymś niespodziewanym, pauza. Od początku. Dokładnie tak samo, Ty identycznie poprowadziłaś linię akcji w tym tekście za każdym razem, raz wzrosło napięcie - spotkała maga, znowu - spotkała kogoś zakapturzonego, jeszcze - spotkała kobietę-niziołka. Nawet jej myśli się powtarzały. Jej reakcje. Najpierw sprawdzę ten, później tamten dział. Tu nie ma potworów. Narracja też nie działa na plus, tu nie ma ciągu przyczynowo skutkowego. Pewnie mój komentarz robi się pogmatwany, więc pozwolę sobie na takie obrazowe coś:
Jak działa interakcja z czytelnikiem
1. Przedstawiasz bohatera, czytelnik przyjmuje do wiadomości
2. Coś się zmienia/dzieje, czytelnik jest zaciekawiony
3. Zbliżenie z bohaterem, czytelnik czuje więź przez opisane emocje i rozmyślania niepewnego bohatera
4. Punkt kulminacyjny, czytelnik dostaje porcję czegoś, co musi mu wynagrodzić oczekiwanie i nie zniechęca do dalszego czytania
//powiedzmy, że tu dotarłaś bez przeszkód//
5. Akcja toczy się dalej, czytelnik oczekuje, że bohater, podobnie jak on sam, będzie ustosunkowywał swoje zachowanie do wcześniejszych zajść
6. Akcja toczy się dalej, czytelnik czeka na coś nowego, coś więcej niż to, co już dostał
//myślę, że punkt 5. to odpowiedź na pytanie - co jest nie tak z Twoim tekstem. Samen jest nie tak. Ona odpycha, ona działa irracjonalnie, głupio, irytująco (to nie jest postać wzbudzająca pozytywne odczucia, mnie osobiście ona sfrustrowała i tylko politowanie czułam). Czytamy, że jest rozsądna i doświadczona, a tymczasem prezentuje sobą coś tak dalece... nie wiem, dziecinnego, upartego, zarozumiałego i zrzędliwego, że trudno ten kontrast z narracją znieść. I co jest najważniejsze, ona nie spełnia wymogów punktu 5., bo ona się nie uczy na własnych błędach. Czytelnik woła w myślach - babo, przed chwilą było tak samo, a ona i tak miota się, i tak pozwala sobie na kolejną porcję myśli, złości, planów na złapanie złoczyńcy (my to wszystko już wiemy) i tak samo kończy się to fiaskiem, ona z zaskoczeniem odkrywa, że to znów fałszywy trop.

Czytając i wypisując błędy, musiałam przewijać stronę na zmianę w górę i w dół. I zauważyłam przy tym coś alarmującego - miałam gigantyczny problem w odnalezieniu właściwego akapitu. Kończyłam jeden, przewijałam stronę, wracałam... i jezu, co teraz? Wszystkie trzy akapity, które miałam przed oczami, pasowały mi jako "kontynuacja". Tekst się po prostu ciągnie. Bez zmian. I ja widzę, że Ty umiesz PISAĆ, ale coraz mocniej udowadniasz mi, że nie wiesz do końca O CZYM I PO CO. Warsztat git. Tylko temat! Pomysł! Poczułam, że zmęczysz mnie i będziesz tak targać przy tej cholernej Samen aż do końca. I tak było. Aż się rozzłościłam, bo ani trochę mnie nie zaskoczyła akcja z uczniami i mistrzynią, ja to przewidziałam - że to nie oni będą winni, znów porażka.

A zakończenie? Ono mogłoby ratować tekst, gdyby nie fakt, że było nieuzasadnione. To, że ona kiedyś została ostrzeżona i przez cały czas podskórnie czuła, że potwory, drapieżcy grasują (ten strach, o którym nie dajesz zapomnieć) - to jest wszystko za mało. Nie usprawiedliwia Ciebie - Autorki - na tyle, byś mogła pozwolić sobie na bezkarne kończenie tekstu w ten sposób. Czytelnik jest zawiedziony, ja jestem, rozczarowana tym, że to nie jest intryga, która wywołuje u mnie "och, wow! nie wpadłam na to, teraz wszystko ma sens!", tylko taka raczej "och, no nie, to jest bez sensu, tego się nie da podeprzeć argumentami żadnymi, chyba się doczepię, że nie miała dobrego pomysłu i poszła na łatwiznę".

Komentarz długi i bełkotliwy, przepraszam. Nie rozpisywałabym się, gdybym nie czuła potrzeby, jakby mi się wyłącznie nie podobało i chciałabym "zjechać" autora, to zmieściłabym się w jednym akapicie. Po prostu mi żal, czuję potencjał, mi się podobają Twoje zdania i to, jak używasz słów. Naprawdę. I widzę, że już jakiś czas piszesz. Mam nadzieję, że zostaniesz na forum i za kilka miesięcy wrzucisz coś, co będę mogła pochwalić i nazwać progresem.
Bardzo bym chciała. Bo jest nad czym pracować, ale jest i z czym.

Gorąco zachęcam do dalszego pisania, widzę potencjał, liczę na Ciebie.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1820
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Kruffachi » 07 maja 2014, 13:19

Tekst-widmo XD

AAA! Ten, bo mię się przypomniało:
- bardzo się cieszę, że u osoby początkującej widzę półpauzy i że są one tak dobrze wykorzystywane :D Świetny początek, wróżący interpunkcyjne cuda w przyszłości,
- szczerze rozbawił mnie dział ksiąg kłopotliwych - nie jakiś tam ubermroczny, tylko nazwany właśnie tak,
- zdarzały się miejsca, w których brakowało oddechu od zdań pojedynczych - ot, jedna dłuższa konstrukcja dla odpoczynku.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Krin » 07 maja 2014, 14:28

Widzę, że fabuła wszystkich mocno rozczarowała. Widzę również, że wielu uważa, że nie pisze jak osoba zupełnie początkująca. Na obie rzeczy jest jedno wyjaśnienie. O napisaniu czegoś marzyłam już w wieku ośmiu lat. Zawsze zaczynałam i nigdy nie kończyłam. Zazwyczaj po dwóch stronach stwierdzałam, że zarówno pomysł jak i wykonanie są beznadziejne. Trochę tych prób było. Ponadto nadal przecież chodzę do szkoły i co tydzień w weekend pisze wypracowanie (zazwyczaj jest to niestety rozprawka :() . Powyższe fakty sprawiły, że postanowiłam wreszcie napisać coś w całości. Choćby coś bardzo krótkiego, ale napisać. Jako, że intrygi wymyślać uwielbiam, ale nie bardzo umiem to wyszło, jak wyszło. Znałam powód zamordowania Samen, ale stwierdziłam, że się nim nie podzielę, bo nawet nie wiedziałam, czy to dobre zakończenie. Ponadto ta historia jest dużo dłuższa i jako osoba całkowicie pozbawiona cierpliwości do czegokolwiek bałam się podjąć to zadanie. Nie wiem teraz, czy podjąć to wyzwanie, czy lepiej dać sobie spokój i myśleć nad czymś lepszym.

Co do uwag Kanterial - mimo, że nie wiem, czy to był dobry pomysł umieszczanie czegoś takiego w opowiadaniu, to chce zauważyć, że uczenie się bohatera na własnych błędach nie jest oczywiste. Zwłaszcza takiego bohatera jak Samen. Ona jest wściekła i zarozumiała. W tamtej chili nie myśli racjonalnie tylko własnie się miota. Za pierwszym razem wychodzi cało, później też, więc myśli, że dalej wszystko ujdzie jej na sucho, ale tak się nie dzieje. Nie zrobiłam tego jednak specjalnie i wiem, że średnio wyszło. Następnym razem będę na to uważać.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Siemomysła » 07 maja 2014, 19:33

:)

Dzień dobry!

To jeszcze ja.
I też totalnie zawstydzona... Bo ja też zaczęłam kiedyś czytać - zapewne w pracy - i nie skończyłam, bo zapewne wspomniana praca mnie oderwała. A że ostatnio mam gigantyczne problemy w ogarnięciu się, to zapomniałam :bag:

Przeczytałam tekst, pozaglądałam w komentarze i Twoje odpowiedzi. I mam taki wniosek: wrzuć całość, jaką napisałaś - z tym zakończeniem jakie wymyśliłaś. Albo napisz je, jeśli istnieje głównie w Twej głowie. Bo widzisz teraz jest bardzo fajny, ciekawy pomysł - biblioteka, dział ksiąg kłopotliwych <3, struktury magów i uczelni, bohaterka zdecydowanie niesztampowa, bo raz, że starsza wiekiem, dwa na dzień dobry obdarzona wadami. A obok tego pomysłu jest to, o czym pisali moi poprzednicy - czyli problem z fabułą, sporo chaosu i miotania się i totalny brak zakończenia.

Ja tak odbieram ten tekst - jakby się nie skończył, gdyż jako czytelnik nie dostaję żadnych wskazówek, żadnych przesłanek, z których mogłabym sobie konfabulować kto i dlaczego ją zabił. Wiem, że go znała i to dawno temu i to rozbudza mą ciekawość, a jednocześnie z głośnym sykiem rozczarowania wypuszcza ze mnie nagromadzone podczas czytania zaciekawienie. Czasem jest tak, że autor nie daje wyjaśnienia, bo liczy na domyślność czytelnika, a nawet jej pożąda, czasem dla autora co innego niż wyjaśnienie jest ważniejsze, coś innego stanowi oś opowiadania. Tylko, że w Twoim tekście nie potrafię znaleźć tego czegoś innego. Bohaterka gdzieś tam podkreśla, że kiedyś lubiła rozwiązywać zagadki, ba, dość nagle i w ostatniej jakby chwili, czytelnik dowiaduje się, że miała męża, którego wcześnie straciła. To pobudza zainteresowanie i daje wrażenie, że opowiadanie będzie trwało i ma drugie dno, że to ganianie po bibliotece to tylko zasłona dymna dla historii właściwej i wtedy Ty-autor kończysz opowiadać.

I we mnie-czytelniku rodzą się pomysły... A może to mąż, który wcale nie jest martwy ją zabił? ;)

Jeszcze raz: nie wahaj się wrzucić większej porcji! Ludzie przecież dodają teksty pisane na bieżąco fragmentami i to jest fajne!

Ja w każdym razie czekam!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Krin » 24 maja 2014, 13:50

Uff... Właśnie urodziłam kolejnego potworka. Przyznaje, że jest to trochę próba ratowania poprzedniego opowiadania i to taka średnio udana, ale potraktujcie to jako mój trening doprowadzania opowiadań do końca. Musze poćwiczyć pisanie zakończeń, bo jeszcze nigdy tego nie robiłam :D. Ciągle czuje, że coś zgrzyta, ale nie mogę zrozumieć co, więc proszę o pomocne komentarze. Chyba też trochę przynudziłam i nie wiem co wyciąć. Ratujcie!

(Mam nadzieję, że nie ominęłam żadnego wcięcia przed akapitem. Jak coś to krzyczcie.)

Bród, smród i ciemności – tak właśnie Eram opisałby swoje miejsce pracy. Ciasny, duszny korytarz prowadzący do pracowni sztuk ciemnych, choć zdawał się nie do zniesienia, był tylko przedsmakiem tego, co czaiło się wewnątrz. Meszar Auovon - arcymistrz tej niecieszącej się w Veverleyn uznaniem profesji , od wielu lat starał się o utrzymanie tego stanu rzeczy. Nekromanci, czarnoksiężnicy oraz cała reszta korzystających z tej pracowni magów zwyczajnie nie lubiła gości. Eram też nie lubił. Uważał jednak, że nawet chichoczący w ciemnościach, szalony nekromanta powinien utrzymywać porządek w swoim miejscu pracy. To była jedna z wielu rzeczy jakimi odróżniał się od swoich współpracowników. Lubił ich, ale nie do końca rozumiał. Lubił też swoją pracę, ale miał wrażenie, że zbyt często łączyła się z utrwalaniem pewnego stereotypu...
Powoli, z pewnym niepokojem, otworzył ciężkie, drewniane drzwi. Meszar stał zupełnie nieruchomo za swoim starym, zdewastowanym biurkiem. Zdawał się spokojny, lecz Eram wiedział, że jest zupełnie zaskoczony jego nagłym wtargnięciem. Można było wiele powiedzieć o tym czarnoskórym mężczyźnie. Był starszy od najstarszego z miast Zakonu, nienawidził słońca, miał niewielu znajomych i zdawał się wyprany z wszelkich emocji, ale przede wszystkim – nigdy nie wychodził z pracy. Doskonale wiedział, że jego młodszy kolega nie zjawiał się w pracowni o tak późnej porze. O nic jednak nie pytał. Obserwował tylko wyraźnie czymś zdenerwowanego współpracownika, a ten cieszył się z takiego obrotu sprawy.
Nie chciał o tym rozmawiać. W końcu przyszedł tu, żeby przestać myśleć o swoich problemach i zrobić coś pożytecznego. Co pożytecznego robią tacy jak on w czasie wolnym od zwykłych zajęć? Na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć. Nie był ani czarnoksiężnikiem ani nekromantą. Owszem, kiedyś zajmował się tym razem z Meszarem, ale ostatnio dał sobie spokój. Babranie się w cudzych wnętrznościach go nie pociągało. Wolał swego rodzaju intelektualną robotę, więc na co dzień zajmował się pomaganiem straży miejskiej w zwalczaniu wszelkiego rodzaju niedozwolonych praktyk z użyciem sztuk ciemnych, zwanych przez bojaźliwych „czarną magią”. Wolno było używać tego rodzaju mocy na terenie państwa zakonnego, ale nie każdemu i nie w każdym celu. Mimo że oglądanie miejsc wykonania wszelakich krwawych rytuałów był dużo bardziej makabryczne niż praktyka u starego nekromanty, Eram wcale tego nie odczuwał. Być może dlatego, że sam dokonał w przeszłości paru podobnych rzeczy.
Od tygodni jednak nic się nie działo. Po niedawnych wyjątkowo licznych egzekucjach tego rodzaju przestępców, wszystko wskazywało na to, iż ludzie zrozumieli, że Veverleyn to nie miejsce, w którym takie rzeczy uchodzą na sucho. Cieszył się, ponieważ była to w dużej mierze jego zasługa i odczuwał dumę z tego powodu, ale jednocześnie czuł się już niepotrzebny. Był jak rzucone w kąt narzędzia, które niecierpliwie czekają aż znowu będą mogły się do czegoś przydać, ale wiedzą, że w ich domu rzadko coś wymaga naprawy.
Na dodatek jego życie osobiste także pozostawiało wiele do życzenia. Niedawno zawarte, długo oczekiwane małżeństwo powoli zaczynało się rozpadać. Najgorsze było to, że zarówno on jak i jego żona niewiele mogli zrobić w tej sytuacji. Istnieli po prostu ludzie, którzy uważali, że rodziny Wilne'ów oraz Bergerów zwyczajnie nie mogą się połączyć. Co z tego, że wojna w dalekim Kalimaszu już dawno się zakończyła, a cała reszta jego znienawidzonej przez wszystkich – łącznie z nim – rodziny, leżała pod gruzami Kalisty? Dla jego teściów wydanie córki za człowieka o tym znienawidzonym nazwisku, było najgorszym rodzajem hańby. Lubili mu o tym przypominać. Ani on ani Doria nie angażowali się w tę wojnę, odkąd wstąpili do Zakonu Avarena, lecz mimo to musieli płacić cenę dawnego krwawego konfliktu. To przypominało mu jakąś niezbyt mądrą sztukę tetralną, którą widział dawno temu. Zdaje się, że skończyła się tragicznie.
A teraz siedział w tej cholernej, cuchnącej pracowni, żeby uciec od napięcia panującego w domu. Wstydził się tego sam przed sobą. Uciekanie przed problemami, nie było w jego stylu. Niestety nie mógł wyrzucić teściów, bo w czasie starć stracili cały swój dobytek i nie byli w stanie dać sobie rady w obcym, zupełnie odmiennym kulturowo mieście. Musiał to jakoś przetrwać. Nie wiedział jednak jak długo...
- Coś się stało? - spytał z rzadko spotykanym u siebie niepokojem Meszar.
Eram uświadomił sobie, że od dłuższego czasu uderza głową o drzwiczki niewielkiej szafki zawieszonej u wejścia do magazynu. Opamiętał się natychmiast. Nie potrafił sobie przypomnieć czego tam szukał i nie czuł też potrzeby przypominania sobie. Czasem, kiedy zdenerwowany krążył w tę i z powrotem, zupełnie niespodziewanie robił dziwne rzeczy. Opadł ciężko na krzesło, próbując zaprzestać nerwowego chodu. Nie lubił, gdy ktoś oglądał go w takim stanie. Nawet Meszar. Tego wieczoru – ku uldze byłego ucznia - wyjątkowo powstrzymywał się od złośliwych uwag. Najwyraźniej bardzo przejął się tym nagłym wtargnięciem.
- Nic się nie dzieje. - Eram nie w porę zdał sobie sprawę, że powinien coś odpowiedzieć. Zresztą i tak nie miało to znaczenia. Doskonale było widać, iż coś jest nie w porządku.
Stary nekromanta tylko mruknął coś w odpowiedzi, a młodszy z magów poczuł się zawiedziony. Liczył na jakąś ironiczną uwagę. Sprzeczka pozwoliłaby się mu czymś zająć. Mógł teraz tylko siedzieć i rozmyślać nad swoim nieszczęściem. Czas dłużył się niemiłosiernie. Wskazówki wiszącego na ścianie zegara poruszały się irytująco wolno. Wszystko było takie monotonne. Meszar skrupulatnie nanoszący coś na zwój pergaminu, bulgotanie w słoikach o podejrzanym składzie chemicznym, odgłosy rozmowy z góry – z budynku wróżbiarstwa i jasnowidzenia, tykanie zegara. Ziewnął mimowolnie. Wszystko wskazywało na to, że zaraz zaśnie. Rozejrzał się za jakimś wygodniejszym miejscem do drzemki. Stojący pod ścianą, za biurkiem arcymistrza nieco sfatygowany fotel wydawał się idealny. Chciał już oddać się w objęcia snu, kiedy prowadzące na zewnątrz drzwi skrzypnęły nagle, a naprzeciw niego stanęła znajoma postać.
Przez chwilę zdawało mu się, że już śni. Zamrugał. To nie był sen. Naprawdę tam stała.
- Doria? - zapytał zupełnie bez sensu. Trudno jest pomylić własną żonę z kimkolwiek innym. Zwłaszcza taką żonę jak Doria.
Nie odpowiedziała. Usiadła tylko na zajmowanym przed chwilą przez niego krześle z nieprzeniknioną miną. No, przynajmniej starała się, by była nieprzenikniona. W rzeczywistości wyrażała zniesmaczenie otaczającym ją brudem i strach przed uduszeniem się siarkowymi oparami. Siedzieli tak przez parę chwil, nic nie mówiąc. Początkowo bał się, że stało się coś złego, ale doszedł do wniosku, iż w takim wypadku już by mu powiedziała. W takich chwilach była bardzo konkretna. Teraz tylko rozglądała się wokół, a mina coraz bardziej jej rzedła. On też się rozejrzał. Rzeczywiście, stan pracowni był jeszcze gorszy niż zwykle. Meszar, czując się nieco niezręcznie, zniknął w pomieszczeniu obok. Naturalnie wielu już narzekało na nieporządek w pracowni, ale ten nieczuły nekromanta obawiał się tyko żony Erama. Była twardą, gwałtowną i wyjątkowo silną kobietą. Parę razy pokazała mu już, co potrafi w chwili złości. Nie chciał przekonywać się raz jeszcze.
Eram zerwał się gwałtownie. Niezależnie od powodu jej przyjścia, lepiej było, żeby tam nie siedziała. Musieli już ratować paru ludzi, którzy nie wytrzymali panującego wewnątrz gorąca i duchoty. Nie wspominając o przyjemnościach takich jak opary siarki.
Podał jej rękę, a ona bez słowa podążyła razem z nim. Przeszli przez wąski korytarz; wspięli się stromymi schodami na parter budynku wróżbiarstwa i jasnowidztwa; pokonali długi, wykonany z szarego kamienia hol budynku i przez skromne, drewniane drzwi wyszli w chłód wieczornego powietrza. Oboje odetchnęli z ulgą. Stali przez chwilę przed wejściem, rozkoszując się możliwością swobodnego oddechu.
Później szli przez pogrążone w ciszy miasto. Rozmawiali. Nie była to dyskusja na temat ich związku ani jakichkolwiek ważnych spraw. Rozmawiali, bo dawno tego nie robili, a teraz atmosfera była sprzyjająca. Doria opowiadała mu o tym czym zajmują się aktualnie w pracowniach alchemicznych, o zaproszeniu na zbliżający się ślub Wielkiego Mistrza, o tym co robiła siódemka jej rodzeństwa, z którego czworo - podobnie jak teściowie - mieszkało razem z nimi, szalonych pomysłach dawnej mistrzyni – Vinary, polityce Zakonu Avarena wobec Saończyków oraz o wszystkim innym o czym się tylko dało. On albo słuchał jej w milczeniu, albo opowiadał równie błache rzeczy.
Żaden z nielicznych o tej porze przechodniów nie zwrócił na nich szczególnej uwagi. Jeśli ktoś wychodził z domu o tak późnej godzinie to znaczyło, iż ma ku temu dobry powód. Wiedzieli, że jest nekromantą. Rozpoznali to po długiej, czarnej wstędze ze złoty symbolem tej profesji, przyszytej do jego szarego stroju maga. Choć kiedyś nie mógł w to uwierzyć, to o tej godzinie nie zadawało się pytań ludziom jego profesji. Cieszył się, pomimo swej niechęci do stereotypów, bo naprawdę czasem miałby trudności z udzieleniem odpowiedzi.
Veverleyn – największe i najbogatsze miasto Tarunu, stolica Anivr - było imponujące. Wysokie, budowane z kolorowego kamienia budynki; szyby w oknach; czyste ulice i place; szeroka, brukowana droga o równej nawierzchni; gdzieniegdzie roślinność posadzona przez tęskniące za rodzinnym lasem elfy. Całość oświetlona kolorowymi, magicznymi światłami. Nad tym wszystkim górowały jeszcze prawdziwe perły architektury: Świątynia Avarena, Pałace Wielkiego Mistrza, Biblioteka Veverleńska, Czarna Wieża... Eram zanim tu przyjechał, nie wierzył, że coś takiego może istnieć poza światem baśni. Kalista, w której się urodził była zwyczajnym, brudnym, pełnym nędzy miastem, jakich wiele było w całym Tarunie. Nic nie mogło się równać z miastami budowanymi przez Zakon. A w dzień był przecież jeszcze ten kolorowy tłum istot wszystkich ras, zawodów i kultur. Na ulicach stały stragany zapełnione towarami z najdalszych zakątków świata – tkaninami, klejnotami, owocami, przyprawami i wszystkim co tylko można było kupić gdziekolwiek na świecie. W powietrzu roztaczał się niesamowity aromat. Rozmowy we wszystkich znanych językach łączyły się w jeden ogłuszający gwar. A wśród tego wszystkiego krążyli oni – słudzy boga mądrości i wiedzy w białych, lśniących ubraniach; potężni Magowie Smoka obdarowani wieczną młodością za swoją niezwykłą wiedzę i zasługi w szarych strojach oraz cieszący się niezwykłymi mocami i nieśmiertelnością Magowie Feniksa w czarnych strojach.
Westchnął, wracając do rzeczywistości. Tak to właśnie wyglądało, kiedy tu przyjechał. Im dłużej tu mieszkał, tym więcej swych ciemnych stron odkrywało przed nim to miasto. Niektóre dzielnice były zaniedbane; ludzie o poznaczonych szaleństwem umysłach spełniali tu swoje mroczne, związane z magią zachcianki; między rasami oraz różnymi kulturami nierzadko dochodziło do przemocy; kupcy zdzierali z ludzi ostatnie pieniądze; lud choć potrafił czytać i pisać, nadal był podatny na plotki i przesądy; część bezklasowego społeczeństwa okazała się uprzywilejowana; magowie bywali głupi; Magowie Smoka na skutek chorób, walk i wypadków rzadko dożywali setki, a na zachodzie wiele było grobowców wypełnionych ciałami Magów Feniksa, którzy zginęli bóg wie tylko w jaki sposób, bo Wielki Mistrz Zakonu Thomas, będący jednocześnie ich przywódcą, nie chce o tym rozmawiać. Wprawdzie to miasto nadal było lepsze niż wszystkie inne, ale na pewno nie było idealne.
Gdy przechodzili obok gmachu Biblioteki Veverleńskiej poczuł nagłe ukłucie niepokoju. Było bardzo krótkie, ale instynkt rzadko go mylił. Przystanęli. Doria też musiała to poczuć. Całe dzieciństwo spędzili na wojnie, a później wiele lat zajęła im nauka magii. Czuli, gdy niebezpieczeństwo czaiło się w pobliżu. Rozejrzał się powoli. Nikogo... Tylko jakiś starszy mag wychodził z budynku biblioteki. Eram uśmiechnął się, widząc co robi. Szedł, czytając i jakimś cudem nie przewrócił się jeszcze. „Zajmująca lektura” - pomyślał i zaśmiał się. Doria spiorunowała go swoimi szaro-błękitnymi niczym niebo przed burzą oczami. Wiedział, że nie powinien, ale na ulicach Veverleyn na ogół czuł się zupełnie bezpiecznie. Uczucie niepokoju po chwili odeszło pomiędzy wspomnienia. Odwrócili się i wznowili spacer, oddalając się od tej ogromnej, pełnej wdzięku budowli.
- Przepraszam! - Mag czytający książkę nagle zmaterializował się za ich plecami. - Widzieli państwo mojego syna? Był tu przed chwilą ze mną, a teraz nagle nie ma! Wydawało mi się, że wychodził razem ze mną z biblioteki. Nie wiem, w którą stronę poszedł.
- Niee – wyjąkała Doria całkowicie zaskoczona pytaniem. - Nikogo idącego razem z panem nie widzieliśmy. Prawda Eram?
- Yyy...Tak.
Mag pokiwał głową, jakby odpowiedź w ogóle go nie zaskoczyła.
- Ten mój syn to w ogóle jakiś dziwny jest. - Stary mag ani myślał, żeby tak po prostu zakończyć rozmowę. - Ciągle gdzieś znika! Ciągle pracuje! Żony też nadal nie znalazł, a chłop ze czterdziestoletni! Pan to potrzyma to pan coś zobaczy! - Podał Eramowi książkę i zaczął wygrzebywać z kieszeni jakiś zwitek pożółkłego papieru. - Mam tu coś takiego, że się panu to w głowie nie zmieści...
- Panie Karmay! - Usłyszeli żeński głos.
Jakaś kobieta biegła w ich kierunku. Jej długie, jasne włosy powiewały na wietrze w nieładzie, a ubranie podejrzanie przypominało koszulę nocną. Szybko dopadła ich rozmówcę, złapała za ramiona i zaczęła odciągać z dala od nich.
- Panie Karmay! Niech pan idzie do domu! Ja zaraz znajdę Edela! - wykrzyknęła jednym tchem, starając się jednocześnie skierować go we właściwą stronę.
- Alee on...
- Niech pan idzie! Ja go znajdę! - nie dała mu dokończyć.
Mag poszedł posłusznie, nie oglądając się nawet za siebie, najwyraźniej przyzwyczajony do podobnych poleceń. Eram i Doria patrzyli na tę scenę w osłupieniu. Pierwsza mowę odzyskała kobieta.
- Przepraszam, ale co pani robi?
- Ja przepraszam państwa bardzo. Opiekuję się nim. On jest chory – tłumaczyła się szybko nieznajoma.
- Na co jeśli można spytać? - wykrztusił w końcu mężczyzna. - Ten człowiek był tylko z synem w bibliotece i nic mu nie było...
- Ten jego syn to nie żyje od dwudziestu lat.
Zapadła nieprzyjemna cisza. Oboje szykowali się już do przeprosin, ale zauważyła to i powstrzymała ich gestem ręki.
- Rozumie pan jak to jest. Ja sąsiadką jego jestem. Jeszcze przed moim urodzeniem rozum zaczął mu szwankować. Jak syn umarł to było jeszcze gorzej, więc się razem z matką moją zaopiekowałyśmy sąsiadem. - Pokiwała głową w zamyśleniu. - Ano idę już. Miłego wieczoru życzę! - Odeszła w tę samą stronę, co staruszek.
Stali przez chwilę pogrążeni w zadumie, patrząc jak odchodzi. Doria objęła męża. Jej długie, brązowe włosy spłynęły mu po piersi. Nie była szczególnie wrażliwa, ale zaczęło jej się robić trochę chłodno. Było mu niewygodnie, ale ani myślał zmieniać pozycji. Spojrzał w dół, na trzymaną w ręku książkę i od razu puknął się w czoło. „Cholera! Trzeba było mu to oddać!” - pomyślał gorączkowo, próbując wypatrzeć w oddali sylwetkę kobiety. Niestety była już daleko. Będzie musiał iść do biblioteki, by wytłumaczyć sprawę. Trochę bał się starej Heydare...
- Zapiski mistrza Kervena Saivare – przeczytała na głos Doria.
Książkę najwyraźniej była kopią czyjegoś dziennika. Nazwisko coś mu mówiło, ale nie potrafił sobie przypomnieć, o co może chodzić. Chyba słyszał je kiedyś w szkole. Przekartkował. Autor pamiętnika bez wątpienia był jednym z twórców. Wszędzie wyrysowane były projekty nieco dziwnych, lecz prostych w konstrukcji magicznych przyrządów. Żona zaglądała mu przez ramię.
- Widziałam kiedyś te rysunki – powiedziała. - Gertien mi je pokazywał. Większość jest bez sensu, bo potrzebuje zbyt dużo mocy. Ciekawe po co mu była... - Zamilkła na chwilę. - Chyba lepiej nie pytać.
Pokiwał głową, nie zwracając uwagi na to co powiedziała. Włożył księgę pod prawe ramię; drugą ręke podał małżonce i spokojnie udali się w kierunku biblioteki. Północ dawno już minęła. Powoli zbliżał się świt. Niektóre ptaki zaczynały już nawet swoją codzienną pieśń. Wiał lekki wiatr. Zapowiadał się piękny dzień. Eram żałował, że jego pałac nie ma ogrodu. Miło by było usiąść z żoną wśród szumiących drzew i rozkoszować się ciepłem letniego dnia. Nawet z teściami. Niestety będzie musiał się zadowolić paprotką, którą ktoś kiedyś wspaniałomyślnie posadził w pracowni sztuk ciemnych oraz mdłym blaskiem magicznych lamp...
Ciszę rozdarł wrzask.
Oboje zamarli. Spięli się do biegu, a zaraz potem znów zamarli. Żadne z nich nie potrafiło powiedzieć, czy krzyk to potwierdzenie ich wcześniejszego niepokoju, czy zwykły, niegroźny wypadek. Doria jak zawsze zdecydowała się jako pierwsza i biegiem ruszyła do źródła dźwięku. Nie mając wyboru, Eram ruszył za nią. Wrzask bez wątpienia doszedł z jednej z kamienic otaczających budynek biblioteki.
Gdy znaleźli się bliżej okazało się, że przeczucie ich nie myliło. Wyraźnie słyszeli odgłosy przewracanych mebli, brzęk tłuczonych przedmiotów i krzyki ludzi. Gdzieś w okolicy trwała duża awantura. Zaciekawieni ludzie wychodzili z domów, żeby zobaczyć, co się dzieje. Nikt nie próbował uspokoić walczących. Kiedy znaleźli się dostatecznie blisko, zrozumieli dlaczego.
Walka toczyła się z pomocą magii. Strumienie mocy uderzały w ulice i ściany domostw, niszcząc wszystko na swojej drodze. Eram wyczuwał, że rzucającym zaklęcia jest jeden z magów Zakonu. Wyraźnie nie mógł trafić w cel. Drewniane dachy okolicznej zabudowy zaczęły płonąć, a ogień szybko się rozprzestrzeniał. Wraz z żoną spojrzeli po sobie. W tej sytuacji powinni wkroczyć magowie. Byli jedynymi w pobliżu.
Odrzucił gdzieś trzymaną w ręku książkę i kilkoma szybkimi zaklęciami zgasił najbliższe domostwa. Za wolno. Ognia było coraz więcej. Zbyt szybko przenosił się dalej. Przywołał do siebie wszelką pobliską wodę, lecz ta skończyła się natychmiast. Podeszli bliżej, żeby nie musieć bez potrzeby marnować mocy. Zaczynało robić się gorąco. Mimo że nie było jeszcze bardzo groźnie, ludzie na wszelki wypadek zaczęli panikować. Ciągle ktoś na niego wpadał lub przychodził zapytać, co ma robić. Maga denerwowało to, ale nie reagował.
Przez kilkanaście kolejnych minut samotnie starali się opanować szalejący żywioł. Dopiero wtedy zjawili się inni zakonnicy. Eram miał ochotę powiedzieć im, co myśli na ten temat, lecz zamiast tego w ciszy kontynuował swoją pracę. W dużej grupie wszystko poszło gładko. Nie minęło parę chwil, a po pożarze pozostało tylko parę zwęglonych dachów, podniecony tłum i paru młodych magów, którzy nie wiedzieli jak mają się zachować.
Usiadł na ziemi, by trochę odpocząć. Używanie magii bywało wyczerpujące. Nie dosyć, że trzeba było zużyć zapasy mocy, to człowiek musiał się jeszcze namachać, nakrzyczeć, zdenerwować na włażących pod nogi, panikujących uczniaków... Był jeszcze zmęczony całą tą sytuacją w domu, zatruty siarczanym oparami Meszara... Poczuł jak ogarnia go frustracja. Spodziewał się, że jego życie nie zawsze będzie pełne emocji czy też spektakularnych sukcesów, ale to co działo się ostatnio było przesadą...
Nagle uświadomił sobie brak małżonki. Jeszcze przed chwilą razem z nim gasiła płomienie, a teraz nagle zniknęła. Rozejrzał się. Większość gapiów już się rozeszła. Przyszło za to wiele osób z dalszych okolic, które zaniepokoił dym i bijąca od ognia łuna. Straż miejska starała się uspokoić spanikowanych oraz utemperować tych, którzy przejawiali nadmierną ciekawość. Właściciele spalonych dachów stali przed domami, załamując ręce, oceniając straty i po cichu licząc na duże odszkodowanie od sprawcy. Zwyczajny krajobraz po dużym, lecz nie niosącym ze sobą wielu szkód pożarze...
Wypatrzył ją w samą porę. Właśnie miała zamiar wejść do ruin pozostałych po kamienicy, w której toczono walkę. W ogóle nie wyglądała na zmęczoną. Nie zatrzymała się, mimo że pobiegł za nią, próbując zatrzymać przed wkroczeniem do rozpadającej się budowli. Zwinnie niczym kotka weszła po znajdujących się tam schodach. Podłoga nawet nie skrzypnęła. Doria była w końcu Bergerem z krwi i kości...
Eram chwilę zastanawiał się, czy iść za nią. Pewnie dalej trzymałby się z boku, jak to miał w zwyczaju, gdyby w porę nie uświadomił sobie, czemu kobieta tak bardzo chce tam wejść. Ktoś walczył w tym budynku. Jakiś mag. Walka ustała, ale nikt nie opuścił budynku. Mag ma kłopoty. Ci, którzy przybyli tu jako pierwsi dawno się rozeszli, a straż miejska zapewne nie słyszała ani nie czuła rzucanych zaklęć, lecz została zwabiona pożarem.
Wdrapał się na górę równie zwinnie, jak jego żona. Przez chwilę błądził po omacku, potykając się o różne przedmioty. Cała podłoga zajęta była przez powyrzucane z szuflad i szaf książki, bibeloty, ubrania... Kimkolwiek była osoba, która tu wtargnęła, szukała czegoś. „Co jest na tyle cenne, by ryzykować spotkanie z magiem i jego mocą?” - zastanowił się.
Westchnął. W ciemnościach nie znajdzie, ani żony, ani rannych, ani ciał. Nie chciał oświetlać sobie drogi za pomocą magii, ponieważ wiedział, że zgromadzony na zewnątrz tłum czekał tylko na możliwość opowiedzenia wszystkim znajomym historii, o nekromancie błąkającym się w poszukiwaniu ciał po zniszczonej kamienicy. (Nazwa „mistrz sztuk ciemnych” to naturalnie wymysł krwiożerczych czarnoksiężników pragnących uśpić czujność ciężko pracujących mieszczan.) Każdy głupi wiedział przecież, że takim typom nie wolno ufać.
Jego droga małżonka podjęła tę decyzję za niego, oślepiając go nagle białym światłem. Musiał zamknąć oczy. Jeszcze przez kilka minut jego wzrok nie funkcjonował normalnie. Doria czekała cierpliwie. Po jej minie rozpoznał, że walka nie zakończyła się dobrze. Gestem wskazała, żeby poszedł za nią.
Pomieszczenie, w którym się znaleźli musiało być kiedyś przytulnym salonem. Podobnie jak na schodach, tu także wszystko zostało wyrzucone na podłogę. Z tego co kiedyś było stołem, pozostały tylko drzazgi, a w powietrzu unosiło się pierze z porozrywanych poduszek foteli. Wszystko było w pierzu. Leżące przed nim ciało również było w pierzu. Na dodatek zmieszało się ono z krwią, tworząc obrzydliwą masę. Eram cieszył się z tego stanu rzeczy. To co mógł dojrzeć pod nim wskazywało na to, że mężczyzna zginął na skutek poważnych, magicznych obrażeń. To nie mógł być miły widok.
Doria wskazała mu, żeby szedł dalej do pomieszczenia obok. Tam leżały kolejne trzy ciała. W tym jedno należące do maga. Mówiąc ściślej – kobiety z Zakonu Avarena. Początkowo przeraził się, ponieważ twarz wydała mu się dziwnie znajoma, jednak po uważnym przyjrzeniu się stwierdził, że to tylko złudzenie. Szary strój wskazywał na przynależność do Magów Smoka, co nieco go zasmuciło. W końcu on i jego żona również nosili ten zaszczytny tytuł.
Pozostałe dwa ciała należały do mężczyzn ubranych w jednakowe, czarne, nieco dziwne stroje. Wyglądali w nich trochę jakby byli z teatru lub jednej z tych śmiesznych, pseudo-mrocznych sekt, jakie można było zobaczyć w położonych bliżej portu dzielnicach.
- Nic im już raczej nie pomoże – zauważył. - Wracajmy lepiej nim dom się zawali albo coś podobnego.
Przytaknęła. Zeszli ostrożnie po schodach, uważając, by nie zatrzeć śladów pozostawionych przez walczących i przede wszystkim nie zostawić własnych. Gdy wychodzili na zewnątrz, spojrzał tylko na zawieszoną na drzwiach tabliczkę z nazwiskiem.
- Heydare – przeczytał na głos.



Ani mi się ważcie wychodzić bez komentarza :D .
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Joa » 24 maja 2014, 17:30

SpoilerShow
Powoli,z pewnym
w tą wojnę
Gdy rzeczownik kończy się na "ę" wstawiamy przed nim "tę", jeśli z kolei kończy się na "ą", dajemy "tą".
Uciekanie przed problemami, nie był w jego stylu
Naturalnie Wielu już narzekało
Szybko dopadła ich rozmówce
- Ja przepraszam państwo bardzo.
- Na co, jeśli można spytać? - wykrztusił w końcu z siebie mężczyzna.
To "z siebie" nie jest potrzebne. Wiadomo, że nie wykrztusił z kogoś :D
Odeszła w tą samą stronę,
Włożył księgę pod prawe ramię, a pod lewę wziął żonę.
Wiesz sama, jak brzmi to zdanie. Dwuznacznie. :D
niszcząc wszystko na swojej.
Czegoś brakuje.
Nie minęło parę chwil, a po
Eram chwilę zastanawiał się, czy iść za nią.
gdyby w porę nie uświadomił sobie, czemu kobieta tak bardzo chce tam wejść.
zwinnie, jak jego żona.
znajdzie ani żony, ani rannych, ani ciał.
tą decyzję za niego
w którym się znaleźli, musiało być kiedyś przytulnym salonem.
To, co mógł dojrzeć pod nim, wskazywało na to, że mężczyzna zginął na sutek spalenia...
uważając ,by nie
Trochę tych błędów jest, ale i tak nie jest najgorzej. Ale odniosę się do poprzedniego fragmentu: poprawiaj to, co inni Ci wskazali, czytelnika męczą i stopują błędy. Naprawdę rzadko bywa, by czytającego nie irytowały. Także jeśli jesteś w stanie, poprawiaj, bo to oznaka szacunku do czytelnika i jego czasu (bo co, gdy któryś nie zauważy, że spoilerami już rzucono z błędami i sam zacznie wypisywać?).
Co do samego tekstu. Nie było tak źle. Naprawdę. Umiesz pisać, co mnie ogromnie cieszy, masz naprawdę dużą wyobraźnię i jak na tak młodą osobę i autorkę, to jest naprawdę dobrze Ci idzie. Podoba mi się, że nie idziesz ścieżką innych młodych osób, że na bohaterów wybierasz różne osoby, a nie bliskie wiekiem autorowi. To jest fajne!
Na pewno musisz jeszcze dużo popracować, nad tym między innymi, żeby tekst nie był monotonny. Monotonia zabija czytelnika. I nie chodzi o to, żebyś pisała jedynie dynamiczne sceny, ale żebyś je przeplatała, bawiła się tym. Drugi fragment jest o wiele lepszy od pierwszego, ale wciąż nie jest idealny. Zbyt dużo informacji w scenach, gdy powinno być wysokie napięcie, gdy musisz wzbudzać w czytelniku emocje. Wtedy najlepiej działa dynamika (krótkie zdania, mniej informacji).
Podoba mi się, że widać, że jesteś świadoma tego, co piszesz. Używasz zdań, których nie używa autor w Twoim wieku. Widać też duże pokłady wyobraźni. Masz dużo pomysłów, to się czuje.
Więc nie jest źle. Może fabuła jak na razie nie jest niesamowita, popełniasz błędy, jest trochę monotonnie, ale im będziesz starsza, tym lepiej będzie Ci szło. Jestem pewna, że za jakiś czas będziesz naprawdę dobrze pisać. Musisz po prostu dużo czytać: książek, tekstów na forum (nie bój się też wskazywać błędów, tak się człowiek uczy, dostrzega się więcej w tekstach innych ludzi niż w swoich własny); przeczytać też poradnik dotyczący interpunkcji. I obserwować. Obserwacja jest ważna.
Pisz, już nie mogę się doczekać, by zobaczyć Twój progres!
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Krin » 24 maja 2014, 18:40

Uff... Bałam się, że będę musiała czekać tyle samo, co za pierwszym razem. Spieszę Joa (jak to się odmienia?) z wyjaśnieniami. O ile pamiętam -pamieć mam całkiem dobrą - poprawiłam wykazane mi błędy.(Mogę sprawdzić jeszcze raz.) Jeśli chodzi o te ortograficzne, bo jeśli chodzi o hmm... "fabularne" to trudno byłoby ją tak teraz zupełnie przebudować.
Co do błędów to wypisałaś zdania, w których były, ale nie napisałaś jakie. Większość wypatrzyłam ale nie wszystkie :(. Niektóre wynikają niestety z mojej nieszczęsnej klawiatury.
No i mnie jedna kwestia jeszcze zastanawia. Zaznaczyłaś mi to też jako błąd, ale słyszałam, że przed spójnikiem "ani" nie pisze się przecinka. Moja polonistka tak twierdzi. Nawet jakaś wyliczanka jest (czy jak to zwać): "Przecinka nie stawiaj gdy - ani, bądź, oraz, lub, albo, ni." (Wiem, że przed chwilą to zrobiłam :devil: )
No i nadal nie wiem niestety, które sceny były zbyt mało dynamiczne :(.

Dziękuje, że uważasz, że jest lepiej. :tanczy:
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Drapieżnik

Post autor: Joa » 24 maja 2014, 18:48

Zostało Ci jeszcze kilka do poprawienia w pierwszym fragmencie, myślałam, że zostały CI wskazane - mój błąd. W większości zdań brakowało przecinka - wstawiłam go i pogrubiłam. W jednym przecinek był niepotrzebny, w innych zgubiłaś ogonek lub wstawiłaś niepotrzebnie. W innych przecinek dokleił się do początku wyrazu.
http://www.prosteprzecinki.pl/przecinek-przed-ani Tu masz wyjaśnioną sprawę z "ani". Gdy jest pojedyncze - rzeczywiście nie wstawia się przecinka. Jeśli już występuje ich po sobie więcej, przecinek powinien się znaleźć. Dlatego nie lubię polonistek :D
Za mało dynamiczne sceny - według mnie te w bibliotece, gdy powinnaś wzbudzić napięcie, gdy wychodzi zza regału albo w drugim fragmencie, gdy są jakieś czynności związane z walką, biegiem, uciekaniem - tego typu. Wtedy najbardziej pasują zdania krótkie, najlepsze są czasowniki.

Trzymaj się tam!
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

ODPOWIEDZ