UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Jeże Zvajdera [Proza Stycznia 2018]

Post autor: Kanterial » 04 stycznia 2018, 16:44

Wrzucam Nano 2017 spod znaku zapytania, niby cy-punk, niby trochę grozy, niby inne takie takie... daleki jest ten tekst od pierwotnego zamysłu :facepalm: ale powstał, prawdopodobnie uda się skończyć go z sensem i logiką i mega dziękuję za wsparcie w pisaniu forumowcom i nanowcom. Kiedyś dawno w 2014 pisałam cyberpunk pod tytułem "Technologiczna Osobliwość" na bazie którego stworzyłam to nano. Dziękuję za wasze komentarze w tamtym wątku.
Minimalne zmiany wprowadzone po wersji z Google Docs - nie na tyle ważne, by czytać od początku.
Przyjmę krytykę na klatę i powinno być łatwiej z myślą, że to "tylko nano", więc proszę mnie nie oszczędzać tak jak w listopadzie. Chętnie wprowadzę zmiany i poprawki, dowiem się, co jest nieczytelne i co się daje we znaki.



Jazda, jazda, jazda, techno. Hertzschnitt


Z dedykacją dla Voronwë
o tobie, osiołku, nie da się zapomnieć


preprocessor

#include <RAN_1104.h>
— Jak to?
— Po prostu. Ten eksperyment trzeba zamknąć.
— Dlaczego?
— Widzisz, są różne materiały. Mniej lub bardziej cenne, powszechniejsze, rzadsze, tańsze i droższe. Cena się nieodmiennie wiąże z trudnością produkcji, dostępnością i zapotrzebowaniem. Ale nie zawsze da się jednoznacznie wycenić materiał. Spójrz na nasz materiał. Czy jest rzadko spotykany?
— Nie.
— Błąd. Jest. Jest wyjątkowy. Jest jedyny. Mógłbyś znaleźć podobny egzemplarz, ale podobieństwo przy tak skomplikowanej budowie…
— Rozumiem.
— Idąc dalej za moją myślą: czy wytwarzanie naszego materiału jest trudne?
— Nie.
— Osłabiasz mnie. Jest. Jest losowe, mozolne i angażujące. Czasochłonne. Możesz przewidywać wynik pewnych działań, ale bez pewności to całkowicie…
— Rozumiem.
— To dobrze. Ostatnie pytanie brzmi: czy nasz materiał jest drogi? Cenny, potrzebny?
— N…
— …
— …?
— …nie kończ, odpowiem za ciebie: owszem, jest.
— Rozumiem.
— Kłamiesz, Akermann. Zastanawia mnie tylko, czy twoje braki rozbijają się wyłącznie o moralność. Wtedy to… to mogłaby być kwestia jedynie odmiennych niż moje poglądów. Powtarzam: eksperyment trzeba zamknąć.
— Mam idealny materiał dla pana.
— Zmieniasz temat. Nie słuchasz mnie.
— Mam dużo idealnego materiału dla pana.
— Chłopcze…
— Ja jestem idealnym materiałem dla pana.





#define Zvajder

Jeśli było jakieś miejsce, które się Zvajderowi podobało szczególnie, to był to zdecydowanie główny ciąg komunikacyjny największego budynku laboratoryjnego należącego do RANu.
Codziennie o piątej dziesięć Zvajder człapał pod drzwi wejściowe na poziomie zero, stawał za laborantem Piotrem Mińskim i gapił się ciekawsko ponad jego ramieniem, próbując zajrzeć do wnętrza torby. Miński szukał w swojej torbie kluczy i kart dostępu, a Zvajder szukał w jego torbie przedmiotów, które można było zabrać i schować. To były zwykle nieistotne rzeczy - bo Zvajder nie należał do istot złośliwych, a zabawę z Mińskim uważał za obustronną formę rozrywki - takie jak kolorowe koraliki zamknięte w foliowych zgrzewkach, buteleczki z grzechoczącą zawartością i psikające psikacze, które Miński pakował do gardła w trakcie ataków duszności.
Zvajder lubił czuć dumę i radość, gdy laborant znajdował je po wielogodzinnych poszukiwaniach.
Dlatego też wtedy, gdy pewnego chłodnego, mglistego poranka wpakowali się obaj do środka budynku (po tym jak Zvajder przypadkiem przesunął wycieraczkę, na którą właśnie nastąpił Miński), wydawało się, że dzień będzie nader udany. Laborant wyrżnął o kafle, z torby wypadła mu karta dostępu i dwa rodzaje leków na CCHS, a ucieszony Zvajder sięgnął, by je zebrać z podłogi. Jednak los chciał inaczej i zanim długie palce smyrnęły którykolwiek z blistrów, Zvajdera zmiotło skrzydło drzwi obrotowych.
Gdy otrząsał się i formatował kod na nowo, krążąc wraz z drzwiami przez kilka minut, Miński zdążył zniknąć z pola widzenia. Zabrał leki, zabrał kartę, zabrał torbę i siebie i poszedł gdzieś, a Zvajder nie był pewny gdzie, bo wszystkie korytarze RANu wyglądały dokładnie tak samo. Wybrał więc losowe wejście (od drzwi odbijały cztery) i zasmucony poczłapał przed siebie samotnie tak jak wcześniej, nim wypatrzył i polubił laboranta Mińskiego.
Tamtego dnia po raz pierwszy wezwały Zvajdera piwnice.
Wahał się długo, nim opuścił piętro, bo choć strach był mu obcy, wizja nieznanego ogromu sprawiała, że czuł się niepewnie. Całe linie kodu drżały nerwowo, kiedy patrzył w dół klatki schodowej i wychylał głowę przez poręcz. Był jednak wzywany i wiedział, że wzywanie dochodzi z najniższego poziomu budynku.
Nastroszył się więc, postawił uszy, odsłonił zęby w groźnym grymasie i na dwóch nogach zszedł niemal na sam dół laboratoryjnego imperium, a wszystkich mijanych ludzi obserwował z wysoka wściekle i dziko, choć nikt nie zwracał na niego uwagi.
Ostatnie dwa piętra i czterdzieści cztery stopnie okazały się być pogrążone w zupełnych ciemnościach. Zvajder przestał czuć obecność ludzi i coraz bardziej nerwowy schodził krok po kroku, aż zapomniał o wyprostowanej postawie, a odsłonięte zęby i zmarszczony nos zniknęły zastąpione wyrazem niepokoju. Wreszcie postawił wszystkie cztery łapy na poziomie minus dziewiątym.
Wzywanie nie ustawało. Przybrało na sile i Zvajder zrozumiał, że to nie piwnica była źródłem - to źródło znajdowało się w piwnicy. Rozgniewany zakłapał i tupnął, a echo odpowiedziało wyłącznie w wymiarze kodu.
Nie było śladu po jasnych kaflach, czystych sufitach i sztucznej sterylności RANu. Zvajder żałował, że nie uruchamia automatycznego oświetlenia, mijając kolejne kamery i fotokomórki, których leniwe, czerwone mruganie potęgowało poczucie zagrożenia. Sam system korytarzy okazał się na szczęście niemal identyczny co ten znany Zvajderowi z piętra dziesiątego. I tylko zapach, którego Zvajder nie czuł, a sczytywał, różnił się diametralnie. Tylko kolory ścian okazywały się obce. Tylko materiał, z którego zbudowano drzwi i śluzy, ich grubość, toporność i stan zadziwiały Zvajdera.
Po raz pierwszy od początku siebie pomyślał, że jednak może się bać.
Stawił opór wezwaniu i okazało się, że wezwanie nie ma kontroli. To dla Zvajdera było niepojęte. Sam fakt bycia wzywanym przez coś wydawał się równoznaczny z podjętą odgórnie decyzją o konieczności odpowiedzi. Tymczasem gdy Zvajder cofnął się i pokręcił głową ze strachu, nie nadeszły konsekwencje. Cofnął się jeszcze, i jeszcze, i dalej, a wzywanie nie reagowało.
Nie miało władzy i nie gasło ignorowane.
Zvajder rozważał, czy jest zatem zupełnie od wezwania odrębny i czy ma obowiązek iść tam, gdzie boi się iść, tylko dlatego, że coś go wzywa. Rodziło się pytanie, czy wezwanie w ogóle jest skierowane do Zvajdera.
Co, jeśli wezwanie słyszeli wszyscy?
Co, jeśli wszyscy szli właśnie do piwnic?
Co, jeśli nikt nie szedł do piwnic, bo nikt poza Zvajderem nie odpowiedział?
A jeśli Zvajder był naiwny i wpadł w pułapkę?
A jeśli Zvajder był wyjątkowy i potrzebny?
W ciemnościach wypuścił powietrze nosem, wbił wzrok w stalowe drzwi, dwa razy zrezygnował, po czym ruszył pewnym, gniewnym krokiem i przeszedł przez metal, rozwarstwiając kod.
— …owtarzam: eks eks peryment trzb zmknć.
— Mam ide [redefine_me] ide ide ide ide [null; ask_ ERROR scr != 0;] alny materiał dla pana.
— Zmie sz temat. Nie słuchasz m n n-n-n i e-e.
— Mam dużo idealnego materiału dla pana.
— Chłopcze…
Zvajder sformatował się i przeraził, gdy wokół dostrzegł potwornie jasne lampy strzelające zimnym światłem we wszechobecny metal. Nie było okien, nie ruszało się powietrze, ściany pokrywała wyłącznie izolacja, a gołe przewody i nieznośnie jednostajne brzęczenie pracujących, martwych maszyn wprawiały cały kod w paniczne drżenie. Pośrodku pomieszczenia dwójka ludzi w białych kitlach zagłuszała okropne dźwięki niezrozumiałym dialogiem. Za nimi w rzędzie sterczały długie, wpuszczone w panel ścienny płyty. Na tych płytach, płaskich i szerokich, widział Zvajder czarne zacieki i postrzępione płachty. Spod jednej zwisała nieruchoma, ludzka dłoń.
Wszystko w Zvajderze protestowało, gdy stawał na dwóch nogach. Na trzeciej z rzędu metalowej tafli leżał mężczyzna. Jego ręce przypięte były do powierzchni sczerniałymi, zamkniętymi obręczami. Podobne obręcze trzymały w miejscu łydki i pas.
— …mało prawdopodobne, żeby się okazał zdatny do użytku — mówił wyższy człowiek w kitlu, okrwawionym palcem wklepując komendy w dotykowy ekran, do którego wezwał rozmówcę. Płyta, wraz z przypiętym do niej nagim mężczyzną, zawibrowała i upiornie wolno wyrosła nad innymi, pionując się do poziomu wzroku Zvajdera.
Był to poziom dwustu dwudziestu ośmiu centymetrów.
Zvajder chciał podejść bliżej mimo wszystkich złych rzeczy, które leżały na drodze, mimo wiader z ludzkimi wnętrznościami, lepkich plam, prądu skaczącego po powierzchni metalowych poręczy i gęstniejącego zapachu, którego nie mógł dłużej czytać.
— Może to był zły wybór.
— Może nie było lepszego. Przemyślę, co powiedziałeś. Przełącz program, kompilator na autozasilanie. Wychodzimy.
Zvajder ostatecznie zmusił się do ruchu, by zejść ludziom z drogi; czmychnął pod ścianę i skulił się między generatorem a kanciastą bryłą serwera. Zasłonił oczy i czekał przestraszony, bo nie słyszał głosów ani kroków, siedząc zbyt blisko hałasującej maszynerii.
Po minucie uznał, że jest bezpieczny.
Obrócił głowę, podniósł wzrok i skrzyżował go z młodym człowiekiem w obryzganym krwią kitlu.
— Czego tam szukasz, Akermann?
Zvajder widział swój kod odbity w czarnych punktach źrenic.
— Pomysłów, doktorze.
— Śpieszę się…
— Oczywiście. — Akermann sięgnął i poznaczoną żyłami dłoń wsadził Zvajderowi w pierś, by wyłączyć generator. Buczenie ustało. — Idziemy.
Chwilę później zgasły wszystkie światła, trzasnęły dwie pary drzwi i jęknęła przeciągle uruchamiana winda. Zvajder wyjrzał ze swojej kryjówki.
Do mężczyzny, na którym najwyraźniej przeprowadzano jakiś eksperyment, podchodził długo i metodycznie, bojąc się przekroczyć linię niebieskawej łuny bijącej od działających nadal urządzeń. Coś stukało cicho i rytmicznie, monitorując funkcje życiowe, w które Zvajder mocno wątpił. Wiedział, że żywi ludzie oddychają. Ten nie oddychał i wyglądał tak martwo, jak się tylko dało.
Na ekranach jednak pojawiały się coraz to nowe linie kompilowanego kodu.
Minęła pierwsza, druga i trzecia godzina, a poza gasnącym strachem Zvajdera nie zmieniało się w piwnicznym laboratorium nic; ani stan urządzeń, ani prędkość kompilacji, ani martwy mężczyzna i jednostajne, uparte wzywanie.
Zvajder złamał się na tyle, by obejść stalową płytę i gęstą kałużę, która się pod nią tworzyła. Postawił uszy.
Za płytą nie było niczego.

Gładka zimna tafla nie odpowiedziała, gdy Zvajder zbliżył do niej nos. Wychylił się z jednej i z drugiej strony, obszedł upiorny stół z przytwierdzonym do niego człowiekiem, zmartwiony spojrzał na nagie ciało i powoli, niechętnie uniósł korpus, by zbliżyć nos do pozszywanej klatki piersiowej.
Źródło tkwiło w środku. Wzywało rozpaczliwie i równo.
Załamany Zvajder opadł na okrwawioną posadzkę i wtedy trup poruszył palcami.
Wezwanie wezbrało w sekundę. Uderzyło w Zvajdera z mocą łamiącą metaklasy, przygięło mu kark do stygnącej kałuży, złapało za przód czaszki i bezlitośnie szarpnęło w stronę rozwierającej się, martwej dłoni.
W lodowatym uścisku kompilatora zawył ginąc Zvajder z kodu i zatrzeszczały formujące się kości.




main.c

JvH V.2
— Jak cię nie ma w legendzie, to cię nie ma wcale, Jörg.
— Patrz, Jörg. Wesołe miasteczko.
Jörg von Hassel zamknął i otworzył oczy. Światła karuzeli płynęły nad nim upiornie wolne, kreśląc w czerni jaskrawe smugi.
— Zgubiłeś palec, Jörg.
— Jörg, z RANu uciekli kosmici.
— Z ZOO uciekł krokodyl.
— Hubert?
— Zvajder?
— My jesteśmy ludźmi, a Zvajder jest jednym z nas.
— My jesteśmy kosmitami, a jeden z nas jest Zvajderem.
— My jesteśmy nami, a jeden z nas jest kosmitą.
— Tak, Olaf?
— Nie, Hubert.
— Gdzie Zvajder?
Jörg spojrzał w niebo i zimno sięgnęło białek jego oczu. Śnieg topniał na rzęsach i rozmywał widok. Poklatkowo i potwornie ciągnęły się w górze rażące kolory.
— Fan! Tam jest! Ucieka! Tam!
— Człowiek! Jeden żywy, zabić go!
Kolory zwolniły.
— SKJUT FÖR ATT DODA!
Tętno wzrosło.
— Bierz go! Bierz go, bierz go, bierz go!
Jörg poruszył oczami i szerokim łukiem spojrzenia minął rollercoaster. Spłaszczył soczewki. Na długiej ogniskowej rozszerzył przesłony dwukrotnie i namierzył zarys ludzkiej postaci.
— Zaraz zwieje!
— Achtung, achtung, Hubert! Drei! Zwei! Eins! Null, feuer! TORPEDO LOS!
— Że ja niby?
Biegnący człowiek znikał we mgle i wraz z nim rozmywał się sens pogoni.
— A kto inny?
— Hassel.
Był impuls, który z mózgu Jörga spłynął w milisekundę i zerwał do biegu wszystkie spięte mięśnie. Pół oddechu później i dziesięć metrów dalej była już tylko pewność.
— Jörg?
Była myśl, która kazała sięgnąć po pistolet i nie wahać się, celując.
— Jörg!
Był też zawód i gniew, gdy wciśnięty spust szczęknął biernie pod palcem, informując o pustym magazynku, a sylwetka zbiega wsiąkła w ciemność między drzewami.
Hassel przyśpieszył, chowając broń.
— Straszliwa bestia!
Za ogrodzeniem lunaparku rosły brzozy i wisiała gęsta, zimna wilgoć. Za brzozami czekał pusty, czarny od krwi skwer. Za skwerem garaże, a za garażami zrujnowane pozostałości starej strefy i siedlisko zbiegłych RANnych.
Rozmyte prędkością i wypaczone pasją Jörga wszystkie te miejsca zdawały się drżeć jak w psychodelicznym śnie. Ocalały człowiek wiedziony strachem wybrał najprostszą trasę prowadzącą ku obrzeżom miasta; ze skweru wypadł wprost na oszroniony szuter, między ściany dziesiątek rdzewiejących budynków.
Wciąż pozostawał na linii strzału. Z celownikiem na potylicy uciekał środkiem blaszanego korytarza i żył, a Jörg musiał zabić go rękami, czego robić skrycie nienawidził.
Więc biegł. I biegł szybciej. I jeszcze szybciej, a dystans nie malał.
Przez długie lata Jörg gonił wielu ludzi i żaden z nich nie był w stanie uciec, bo właśnie po to i wyłącznie po to był Jörg, żeby ludzie mu nie uciekali.
Ten uciekał.
Hassel wytrzeszczył oczy. Wrył pięty w ziemię i hamując trzymetrowym ślizgiem zdarł ze ścieżki warstwę żwiru. Kamienie bryznęły wysoko i z głośnym brzękiem uderzyły o blachy.
Długo jeszcze niosło się echo, gdy stał wstrząśnięty pomiędzy garażami i nie dowierzał. W końcu stracił cel z oczu. Dopiero wtedy obrócił się wolno i zgodnie z przewidywaniami zobaczył tuż za sobą strapiony pysk Zvajdera.
[Co jest] kłapnął Zvajder, podrywając głowę pytającym ruchem i zerkając znacząco w miejsce, gdzie zniknął goniony przez Jörga człowiek [uciekł mu]
Hassel nie zaprzeczył.
[Jörg oferma] Zvajder cofnął się i opadł miękko na wszystkie cztery kończyny [w Jörga głowie tyle co w magazynku] szarpnął karkiem, denerwując się na pokaz [Zvajder wyśle jeże, jeże sprytne] zakłapał [nie to co Jörg]
Jeże i tak były już wezwane, co dało się wywnioskować po sterczących, obracanych czujnie uszach. Zvajder drgnął i położył je płasko na widok miny kompana. Gniewnie wypuścił powietrze przez nos i oczekiwał reakcji, tuptając w miejscu przednimi łapami.
Jörg nie reagował.
Brakiem ekspresji tłumił rosnące obawy i zwątpienie, którego nie czuł od czasu przebudowy. Tylko lewa ręka trzęsła się lekko, serce biło nierówno, męcząc obwody, a resztki prawego płata czołowego odmawiały współpracy z wszczepem podwzgórza.
Po długim czasie zniecierpliwiony Zvajder przyczłapał i obszedł Jörga parokrotnie, umięśnionym bokiem ocierając się o udo. Hassel poczuł pod palcami ciepło jego wąskiej czaszki. Pozwolił docisnąć czoło do wnętrza okaleczonej dłoni i zamknął w uścisku twarde, mocno zarysowane łuki oczodołów.
— Odwołaj jeże, Zvajder.
[Jörg zły]
— Nie.
[Jörg smutny]
— Nigdy.
[Jörg do piwnicy]
— Może.
[Jörg von Hassel V.3]




DA V.1 /* I sweep across the land in vain
like locust swarming in the breeze
I want for nothing yet I keep
exercising futility */


Ronwe spojrzał w oczy jakiemuś niewyspanemu hakerowi w rozpiętej koszuli i stwierdził, że mógłby udzielić mu co najmniej kilku lekcji dotyczących autoprezentacji. Doprawdy, to, że się jest zmęczonym, nie uprawnia wcale do wyglądania aż tak ponuro i beznadziejnie. Cóż za znudzenie w oczach? Co za mina wyprana z emocji?
Gdzieś z tyłu bezgłośnie uchylono stalowoszare drzwi i Ronwe zobaczył w lustrze cały szereg odbijających się blado jarzeniówek.
— Niejasne, błąd, niejasne — mruczał wysoki jasnowłosy student, jakby nie obudził się jeszcze do końca po którymś z wykładów. Zamilkł, obdarzywszy Ronwego obojętnym spojrzeniem.
To było spojrzenie kodera patrzącego na asembler.
Gdyby nie krew na rękach, której nadal nie zmył, zajęty gapieniem się w lustro i dumaniem, Ronwe zapewne ulotniłby się z toalety. Zmrużył oczy i zanurzył dłonie w wodzie, rozpoczynając pośpieszną walkę z zaschniętą czerwienią. Słyszał przy tym z osobna wiele nakładających się dźwięków; szumy w rurach, wentylację, krople bijące o umywalkę i szwedzkie przekleństwa przy starciu z zaciętym rozporkiem. Jednak cisza, która zapanowała pomiędzy myślami wraz z pojawieniem się nieznajomego, była nie do zniesienia. Narastała przez dobre pół minuty, doprowadzając hakera do kresu wytrzymałości.
— Sami chyba jesteśmy — mruknął więc, z góry zakładając, że zostanie zrozumiany we właściwym kontekście. Za chwilę miał rozpocząć się ostatni już tego dnia wykład, na którym przesiadywało (zwykle śpiąc) maksymalnie siedmiu studentów.
— Wydział zyskuje — odparł tamten spokojnie. W lustrze, na przestrzeni klaustrofobicznych osiemdziesięciu centymetrów między jednym a drugim pisuarem, poruszyło się odbicie jego wąskich pleców.
Ronwe zmył krew do reszty i zakręcił wodę, próbując ograniczyć zginanie palców. Nawet nie sprawdził, czy papierowe ręczniki zostały uzupełnione, bo jak żył nie zdarzyło się coś takiego - pani Aldona, sprzątaczka, która aspirowała w jego oczach do miana nieśmiertelnego eksponatu XX wieku, miała pamięć równie sprawną i pojemną co Xerox Alto, a nikt poza nią nie odpowiadał za stan toalet w weekendy.
Ronwe wiedział, co należało zrobić z niesprawnymi, niepotrzebnymi ludźmi urodzonymi przed rokiem dwutysięcznym i gotów był podzielić się tą wiedzą z dziekanem Sorokinem, a powstrzymywał go niemal wyłącznie fakt, że dziekan Sorokin był nieuprzejmy przyjść na świat w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim.
Przez krótką chwilę haker gapił się na opuchniętą, popękaną skórę wokół knykci i rozważał, czy wypada poczekać na nieznajomego. Głównie dlatego, że wolał nie skazywać się na pokonywanie stu metrów wąskiego korytarza z kimś idącym tuż za sobą.
— Nie śpisz, Volk — rzucił student, wytrącając go z zamyślenia. Podszedł do umywalek, szczerząc się krępująco. — Wiesz, że najwięcej przestępstw popełnianych jest od północy do trzeciej nad ranem?
Ronwe z zażenowaniem potarł łuki brwiowe i zmusił się, by posłać rozmówcy pobłażliwe spojrzenie.
— Znamy się? — spytał.
— Trochę. Niezbyt. Z widzenia.
— A ty to…
— Eskil Ulfsson.
Gdzieś głęboko w umyśle hakera rozżarzyła się nagle czerwona dioda informująca o zagrożeniu.
— Miło mi — skłamał. — Teraz koduj, Eskil: jestem Volkhard, nie Volk.
— Jasne. Koduj: mów mi Snarc.
— Zakodowałem.
— Zapomniałeś rękawiczek czy pobiłeś kogoś? — Tym pytaniem chłopak zupełnie zmroził namiastkę sympatii, którą Ronwe usiłował z siebie wykrzesać, i choć jego odpowiedź była wyłącznie żartem, została wyartykułowana jednoznacznie:
— Jakiegoś faceta z roku. W ubikacji.
Snarc zaniósł się szczerym śmiechem.
Zniszczył tym samym widmo jakiejkolwiek groźby i pozbawił Ronwego złudzeń. Był irytujący, irytująco wesoły i bezpośredni, a urodą i nazwiskiem przywodził na myśl kolejnego zasranego Szweda z granic miasta. Na dodatek cieszył się tak zaraźliwie, że Ronwe po prostu musiał do niego dołączyć. Spojrzał w lustro, odsłonił zęby i obserwował, jak klatka piersiowa mężczyzny w czarnej koszuli porusza się w rytm jego śmiechu.

// Deszcz ogarnął miasto jak co noc. Wydawało się, że kable wchłonęły tyle wody, ile tylko mogły i teraz obciekały wolno jak długie, rozrzucone nad dachami sieci. Na tle gigantycznego, ciemnogranatowego budynku, który ledwo odcinał się od czarnego nieba czymś na kształt łuny, płonęły zimne światła pięter i mieszkań.
Z tyłu rósł las. Mokry, ciemny i hipnotyczny. Las budynków oplecionych schodami ewakuacyjnymi.
— …algorytmu propagacji wstecznej ze względu na wielowarstwowość perceptronów.
Bryła stupiętrowego wieżowca spływała wodą, a półprzezroczysty szklany dach błyszczał rozbijanymi kroplami, rozpraszając jaskrawe światła neonów. Wzrok Ronwego wgryzł się w jeden z ledowych napisów, przenikając przez oszronioną szybę wydziału Informatyki Progresywnej. W jego głowie dręczące pytanie snuło się z uporem nieskończonej pętli.
Czy to możliwe, by go zdemaskowano?
Musiałby się tu znaleźć ktoś, kto by dorównał najlepszemu studentowi w historii wydziału, bo Volkhard Ortwin Ronwe niewątpliwie nadal nim był.
Nikłe szanse - uznał, przebijając nieruchomym spojrzeniem szyld DrinkBaru dla programistów. Co więc tamten student miał na myśli, mówiąc o przestępstwach nocą?
Przypadek?
— Wartość gradientu błędu zerowana…
Nie żeby wykład Ronwego nudził. Po prostu pamiętał go doskonale, a poziom, na jakim teraz pracowali, nijak się miał do już mu znanego, zaawansowanego rozdziału wiedzy o sieciach neuronowych. Dlatego przeszedł w tryb czuwania. Siedział oparty o okno i kompletnie nieobecny, a z każdą kolejną minutą nieogolony policzek ześlizgiwał mu się po szybie o kilka milimetrów.
I tak sobie myślał, obracając utwardzony włóknami kryształowymi pasek srebra w palcach, co mu przyszło z jego wielkich, życiowych planów. Odpowiedź była równie krótka, co dołująca. Choć przecież Ronwe mógł myśleć o czymś innym, bardziej aktualnym - o tym, co przyszło mu z powrotu na studia, które raz już skończył. Z ponownego kupowania Netbrystoli, rdzeni bezbarwnych, nowszych wydań książek i zestawu srebrnych prętów, których nie wiedzieć czemu używano na wydziale IP i SI jako długopisów. Z poznawania i spotykania tych wszystkich pieprzonych Eskilów Ulfssonów, którzy ewidentnie pchali nosy w nieswoje sprawy.
— …dla aproksymatorów nieliniowych istnieje zbiór minimalnych wartości lokalnych, a zerowanie gradientu potwierdza — mówił Sulita, ich najstarszy wykładowca.
Jedyną częścią ciała Ronwego, niezastygłą w bezruchu, były oczy o rażąco pustym spojrzeniu. Spojrzenie to przesunęło się wolno po powierzchni szyby i spoczęło na twarzy doktora.
Niby jak mieli się domyślić, co planował i kim był?
Tacy zacofani, grzęznący w akademickich rozważaniach nieudacznicy bez aspiracji, którzy niczym się nie wyróżniali i pewnie nie dorównywali mu nawet w połowie.
Co oni w ogóle mogli? Słuchać nudnych monologów ciągnących się jak wykresy pogmatwanych funkcji bez najmniejszych szans na zobaczenie czegokolwiek poza kolejnym punktem sztampowego układu współrzędnych.
Uśmiech, który czaił się dotąd wyłącznie w umyśle hakera, powoli wypływał na martwą twarz, nadając jej klasyczny wyraz oscylujący między radością a ekscytacją. Myśli zaczęły wybiegać w przyszłość.
Och tak, było o czym myśleć. Było na co czekać.
Było, zanim się nie obudziło i nie uciekło z laboratorium, ale to przecież nic, nic, chwilowe problemy, błahostki, nieważne potknięcia…
— …ustalając z założenia liczbę iteracji algorytmu…
…cholerna nieuwaga, pierdolony starzejący się doktor Dichtiarow, niechby zdechł, i cały ten jego durny…
— Błąd w obliczeniach! — zameldował ktoś głośno, przerywając monolog doktora Sulity. Wszyscy, z Sulitą włącznie, zareagowali gwałtownie jak wyrwani z transu. Ktoś z tyłu upuścił srebropis, ktoś inny zatrzasnął Netbrystol, parę osób chrząknęło, a całą sekwencję zakończył niesamowicie przykry dźwięk zjeżdżającego po szybie policzka, gdy Ronwe stracił podparcie w łokciu i objechał nim po skraju blatu.
— Gdzie? — spytał wykładowca.
— Szósta linijka, trzeci dział. I widzę alternatywę dla rozwiązania czwartego.
— Chodź — zachęcił Sulita nieco oszołomionym głosem. — Chodź, chodź, zapiszesz.
W umyśle Ronwego zapaliła się znów czerwona lampka informująca uprzejmie, że na studenta trzeba uważać.
Doprawdy, że też chciało mu się myśleć o takiej porze, na dziesięć minut przed zakończeniem zajęć, podczas słuchania o czymś, co już praktycznie skończyli. Dopiero wtedy haker zorientował się, że bohaterem wykładu został ten sam irytujący Szwed, z którym wcześniej rozmawiał w ubikacji.
Eskil Ulfsson, koduj: Snarc.
— A wy co, nie uważacie? — zagadnął doktor, ożywiony pierwszym chyba w historii sygnałem potwierdzającym istnienie słuchających go z uwagą studentów. Na wpół śpiący młodzi ludzie unosili brwi i wytrzeszczali oczy, gdy blondyn z pasją bazgrolił po Netbrystolu i tłumaczył coś zachwyconemu Sulicie.
Było to zaskakujące, może i trochę zabawne, ale przede wszystkim podejrzane i bardzo, ale to bardzo się Ronwemu nie podobało. I tak, w atmosferze niespodziewanego ożywienia, wykład dobiegł końca. Studenci gadali, śmiali się z całym swoim debilizmem i komentowali ten nagły zryw w obronie nauki, Sulita klepał Snarca po ramieniu, pieprząc od rzeczy i zaśmiewając się przy tym, bohater słuchał, przytakując bezrozumnie, a Ronwe przesuwał wściekłym spojrzeniem po całym tym obrazku, nie mogąc wprost znieść pozytywnych emocji, które tak bezpodstawnie i bez jego zgody wypłynęły na powierzchnię tamtego nieszczęsnego, piątkowego wieczoru.





JvH V.2

Siedział zamknięty w windzie i analizował. Na czole stygł mu kolejny zaciek klejącej mazi kapiącej z sufitu. Za cienką warstwą metalu słyszał krążącego Zvajdera, który co pewien czas przystawał i wydawał z siebie urwany, wibrujący niskim niepokojem odgłos.
Jörg wiedział, co to oznacza. Wiedział, że Zvajder boi się strachem innym niż ludzie, a źródło tego strachu tkwiło zamknięte po lewej stronie jego klatki piersiowej, chronione żebrami z włókna węglowego, fałszywe i wielokrotnie rekompilowane.
Ten właśnie strach, zdolny zawładnąć Zvajderem z łatwością miażdżącą struktury sprzecznych danych, był powodem, dla którego kolejna wizyta w piwnicach pozostawała dla Hassela rozwiązaniem wyłącznie teoretycznym, awaryjnym i ostatecznym. Odrzuconym z rozsądku. Gdyby dał się raz jeszcze przebudować i ulepszyć, doktor Dichtiarow zapewne nie oszczędziłby śladowych ilości ludzkiego organizmu, które Jörg nadal posiadał.
Nie było ich wiele. Łącznie około jedenastu kilogramów, na które składała się uszkodzona lewa dłoń, przedramię, ramię, bark, obojczyk i jedna trzecia mostka, lewe płuco, serce, fragmenty szkieletu, narządów wewnętrznych, połowa rdzenia kręgowego, trzydzieści dwa procent mózgu i sto osiemdziesiąt centymetrów kwadratowych skóry, której wciąż Jörgowi nie zdjęto, choć ciążyła pięcioma zbędnymi kilogramami.
Zachowana lewa strona korpusu to był prezent od Dichtiarowa, zachwyconego niegdyś fizycznymi osiągami żywego Jörga von Hassela, bowiem żywy Jörg von Hassel mieścił w płucach ponad siedem litrów powietrza i potrafił podciągać się na lewej ręce przez ponad dziesięć minut bez przerwy. Fakt, że oszczędzając górne fragmenty ciała, Dichtiarow zostawił Jörgowi również serce, był, przynajmniej według Dichtiarowa, zupełnie przypadkowy.
Jörg nie miał problemu, by w to uwierzyć bez zawahania.
Miał za to problem z samym sercem, które na wzór jego kodu formatowało autonomiczny kod Zvajdera, wiążąc ich stale niechcianym połączeniem. Pomijając uczucia, które przestarzały generator Jörga formował niepełne i opóźnione, cała relacja ze Zvajderem była bardziej uciążliwa niż przydatna.
Hassel wystarczał sobie w kwestiach związanych z zabijaniem, a inne kwestie w założeniu nie miały go interesować. Martwy nie oferował bliskości, zrozumienia, pomocy ani sympatii, bo żadna z tych rzeczy nie była mu potrzebna. Zvajder zaś szukał w nim tego, co odebrano i tego, czego nigdy nie było - niepojętym mechanizmem samozakłamania, bez wzajemności otaczał Jörga wiernością, troską i ochroną. I tym żałosnym, bezsensownym czymś, co przy ogromnym wysiłku dało się nazwać niedorobioną formą miłości.
[Jörg nie idzie] kłapnął Zvajder po raz dziesiąty, od kiedy opuścili lunapark. Jörg ustalił tam z Hubertem i Szwedami, że sam sprawdzi i posprząta obydwa budynki, na które wcześniej dostali zlecenia [Jörg dobry w V.2]
Jörg również czuł się dobrze w wersji 2.
Czuł się tak, aż nie spotkał tego kogoś, kto godzinę temu uciekł przed wersją 2, osiągając prędkość osiemdziesięciu trzech kilometrów na godzinę.
To musiał być cyborg. To musiał być nowszy, lepszy cyborg.
Choć Dichtiarow obiecał, że żadnych więcej cyborgów nie będzie.
Jörg złapał się za głowę i zarysował czaszkę palcami prawej dłoni. Z furią strzelał spojrzeniem po ciasnym wnętrzu, dociskał plecy do brudnej, mokrej ściany i szurał podeszwami butów po lepkiej, brunatnej brei. Nad jego skronią panel z wyświetlaczem pięter i okrągłe guziki opatrzone w numery ociekały krwią. Była też ślina i wymioty ze skrzepami, do których przytulił policzek, żeby się uspokoić.
Z windy, w której na przestrzeni dwóch metrów kwadratowych zabił wcześniej szesnaście osób, wszystkie trupy wyciągnął chwilę temu na korytarz. Potrzebował miejsca, by pomyśleć, a tylko małe i ciasne pomieszczenia dawały mu komfort poczucia kontroli. Dlatego do budynku wparował owładnięty pasją.
Zvajder gapił się, milcząc, gdy Jörg rzucał zwłokami, i nie reagował na rozpaczliwe próby zasunięcia drzwi windy niedziałającym guzikiem. Jörg musiał wyrwać je ze ścian i zamknąć od środka na siłę, co zrobił, drąc palcami warstwy metalu.
Od tamtej pory siedział sam. Prawie sam, bo Zvajder patrolował korytarz mimo wyraźnych sygnałów i gróźb. Hassel wściekał się w szale na jego obecność, dziękował windzie za to, że dała się zamknąć i zasłoniła Zvajdera metalem, a w przerwach, gdy odzyskiwał władzę nad głównym procesem, żałował, że Zvajder nie siedzi z nim w środku.
Musiał wrócić do piwnic.
Musiał skontaktować się z Dichtiarowem.
Musiał być w wersji 3, bo nie mógł znieść świadomości, że cokolwiek jest w stanie przeżyć, gdy on próbuje to zabić.
Wyszczerzył zęby, zgiął się i szorując bokiem po ścianie osyfionej ludźmi zmienił pozycję na klęczącą. Wepchnął łokcie między kolana i docisnął czoło do krwawej brei na podłodze.
[Jörg mógł zabić, gdyby chciał]
Może i mógł. Może zabiłby, gdyby którykolwiek z systemów zadziałał automatycznie.
[Jörg zdziwiony, dlatego wszystko] przekonywał Zvajder zawzięcie, tak nerwowy i przejęty, że słychać było, jak potyka się o ciała [Jörg pozwolił uciec] kłapał [Jörg nie do piwnicy]
— Zostaw mnie, Zvajder. Myślę. Muszę być sam.
[Jörg nie sam]
Istotnie, było tu wielu martwych ludzi. W całym bloku dokładnie stu czterdziestu siedmiu z Hasselem włącznie.
Osiemdziesięciu pięciu pozbawił życia osobiście.
— Powiedz Hannie, że niedługo wrócę.
[Jörg zdrajca] Zvajder odbił się od windy z przeraźliwym hukiem, wgniatając metal [Jörg kłamca, teraz Jörg sam, w piwnicy sam!]
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jeże Zvajdera

Post autor: Kruffachi » 10 stycznia 2018, 19:27

Dobra, przecież wiadomo, że nie będę obiektywna podczas komentowania tego tekstu, bo widziałam docsa, bo szalenie temu projektowi kibicuję i w ogóle. Ale postaram się, żeby było coś ponad serduszka i żeby odzew odnosił się do konkretnych wstawek, a nie był wylewem chaotycznych myśli.

Więc tak, gdzieś tam mgliście pamiętam, że na samym początku lektura była dla mnie trudna zwłaszcza w dwóch miejscach, pod względem konstrukcyjnym w sumie bardzo podobnych - to jest zatrzymało mnie na samym początku przy pierwszym dialogu i na dialogu w lunaparku. Oba mają tę samą cechę, że jest tam dużo wypowiedzi bez didaskaliów, a nawet gdyby były didaskalia, to i tak niczego by mi nie mówiły, więc lepiej, że ich nie ma. To nie są zarzuty, bo bardzo szybko doceniłam te zagrania i za pierwszym razem wróciłam do tych dialogów, kiedy już zwyczajnie czułam, że zakumam więcej. Ale trochę tu zagrała kwestia zaufania do Ciebie jako twórcy, wiedziałam, że to ma jakiś cel i że zaraz go odkryję. Natomiast wyobrażam sobie, że dla czytelnika niezaznajomionego lub po prostu nielubiącego nie wiedzieć to będzie znacznie trudniejsze. Piszę o tym tylko w ramach wrażenia, bo w sumie bym nie chciała, żebyś coś z tą uwagą robiła :bag: Zresztą pewnie wiesz, jakie jest ryzyko takiego posunięcia. Zwłaszcza ten drugi dialog jest ryzykowny, bo czytelnik już, już ma nadzieję, że coś ogarnia, a tu nagle znów jest brany na karuzelę w lunaparku. Co nie zmienia faktu, że to jeden z moich ulubionych fragmentów. Poczułam się jak wzięta w kolejkę, zamknięta w diabelskim kole i pewnie sceneria podsunęła to skojarzenie. Ta rozsypanka, taka jakby niewinna gra słowna dzieci na podwórku, była szalona, czuję, że często będę do niej wracać na różnych etapach, odnajdując w niej kolejne znaczenia. Mam to mocne przeświadczenie, że chociaż tak dziwny, to jeden z najważniejszych fragmentów całości. Ale nie jest łatwy.

Jak wiele pierwszy dialog mówi o Didim też oczywiście ogarnęłam po czasie i wróciwszy do tego fragmentu podczas ponownej lektury. Może dzięki temu uderzyło mocniej, może dzięki temu bardziej i głębiej zastanawiam się, kim był.

Jeżu (!), jak ja kocham wejście Zvajdera. A ta kwestia leków nie daje mi spokoju, mam już ze trzy kolejne wersje :facepalm: Ciągle o tym myślę. Ale poza tym jest w tej scenie łagodny humor, który bardzo cenię i lubię. Jest Zvajder w całej swojej wspaniałości i jest przygotowanie na ból rozkmin Jorga o wersji 3. To moja scena nr 2 w tym fragmencie, ta ostatnia i pierwsze wejście Zvajda. I kocham opis Jorga, tę doskonale wykorzystaną precyzję, zwykle przecież tak niewskazaną przy opisach postaci, a tu niosącą tak wiele i samą w sobie bardzo meta.

Wiem, mało, ale nie chcę przypadkiem sieknąć spoilem :bag: Bo już bym chciała o tylu sprawach... Będę się regularnie odzywać i dokładać komentarze. Ja tu po prostu wszystko lubię. Ofkoz nie kumam odwołań do programowania, ale to mi musisz wybaczyć, a zaznaczę tylko, że chociaż nie wiem co, to jednak czuję, że coś jest na rzeczy.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jeże Zvajdera

Post autor: Kanterial » 10 stycznia 2018, 21:33

Wrzucam szybko, bo fatalnie dzieli mi się ten tekst. Wiem, że wrzuciłam niejasny wycinek na niecałe 5k, ale każdy inny podział podrozdziałów byłby złym posunięciem.
Widzę też przez to wyraźnie, że poszalałam z nieczytelnością początku. Wiem o tym. Dziękuję, że zwróciłaś uwagę, Kili (btw - scenę w lunaparku napisałam oryginalnie jako pierwszą tego nano), i mimo że jest w tym sporo racji, ja sama nie wiedziałabym jak to zmienić. Może po prostu jeszcze nie wpadłam na optymalne rozwiązanie, a może ten tekst będzie wymagał zaufania czytelniczego i tyle.
Cieszą mnie wszystkie pochwały i jaram się jak pochodnia, twoje domysły pełzną w słusznych kierunkach i boję się, że dopełzną szybciej niż sama je zechcę wyjawić.
Tymczasem dodaję kolejną partię na pięć kafelków - i to jest tak naprawdę minimalna porcja, która chyba powinna otwierać tekst dla czytającego po raz pierwszy. Wrzuciłabym więcej, ale tak niefortunnie trafiam w limit, że kolejny podrozdział musiałby być podzielony w połowie, bo akurat jest długi. Mam nadzieję że to będzie wyglądać lepiej z czasem.
Nie czekam też na komentarze, bo rozesłałam tekst wszystkim i wiem, że skazuję niektórych na czytanie/odzew nie po raz pierwszy.

Programowanie i inne podteksty postanowiłam wyjaśnić obszernie pod koniec.
Choć wcale nie są niezbędne do zrozumienia fabuły.


DA V.1

/* Success is ashes on my tongue
remain unhappy though I'm loved
I know I'm foolish and I'm young
but can't you see it's not enough? */


— Pamiętaj, z kim rozmawiasz — poradził. — Nie jestem kolejnym z waszych hakerów.
— Upewniam się tylko. — Człowiek reprezentujący zarząd RANu uniósł dłonie, a sztywny materiał jego płaszcza ułożył się w zgięciach łokci, tworząc rowki. Ronwe patrzył, jak cieknie z nich woda, słuchając dźwięku bijących we wszystko kropel.
To, że mókł doszczętnie każdej nocy, było równie normalne jak to, że oddychał, chodził i zarabiał pieniądze. Nawet nie pomyślał o kupieniu modnego w ostatnich czasach poncza z ogromnym kapturem, choć projekt całkiem mu się podobał.
— Poprzedniego na wydziale skasowali po trzech latach. Nie powtórz błędów. Unikaj Sorokina — usłyszał jeszcze, zanim informator zniknął w miejskiej łunie unoszącej się nad ulicami.
— Nie mam zamiaru.
Deszcz wezbrał i Ronwe krzywiąc się przeniósł wzrok na wysokie budynki.
Planował złożyć wizytę temu, kto jako ostatni dostał propozycję szpiegowania dla RANu. Planował to niemal od miesiąca, z dnia na dzień odsuwając decyzję, bo tyle zdarzyło się w międzyczasie, że ledwo nadążał z porządkowaniem i tuszowaniem własnych spraw. Haker Jakub Worski, mimo łączącej ich niegdyś przyjaźni, zszedł na dalszy plan. Dziś dopiero Ronwe przypomniał sobie o nim, wysłuchując uwag informatora.
Rzeczywiście - Polak dał się skasować po trzech latach skutecznej inwigilacji wydziału i była to jedna z najbardziej szokujących wieści, jakie Ronwemu kiedykolwiek przekazano.
Tak późno. Tak blisko sukcesu. Tak blisko Sorokina.
Biedny, głupi, skasowany Worski.
Ronwe ruszył w stronę opuszczonego zaułku, minął cyberpark i po dwóch zamyślonych kilometrach w ciemnościach dotarł do więzienia. Deszcz w tym czasie zdążył przejść do trzeciej fazy, co bardzo hakera cieszyło. Popołudniami robiło się mgliście i wilgotno, nijaka mżawka ogarniała miasto, późnym wieczorem zmieniała się w zacinający pod ostrym skosem deszcz, któremu towarzyszył wiatr i mroźne podmuchy znad miejskich rdzeni, a noc, na którą Ronwe czekał, była najprzyjemniejsza - trzecią fazą zawsze niemal okazywała się po prostu ulewa, bezwietrzna i bezbarwna, strumienie wody uderzające o ziemię jak ustawione rzędami wielokilometrowe zasłony. Ronwe widział w nich odbicie swojej rzeczywistości, ciągnące się pasma znaków i cyfr, wizualną siatkę odczytywanych programów.
Przy pierwszej bramie pogadał z interaktywną tablicą, której przedstawiał się trzykrotnie, a która ostatecznie i tak wyświetliła jego dane z błędem automatycznej, szwedzkiej pisowni. Po pięciu minutach oczekiwania, ze świstkiem poświadczającym cel wizyty i nadającym priorytet, Ronwe dostał się do drugiej bramy.
— Czego — przywitał go strażnik. — Cywil? Cywile wchodzą od frontu…
Zmierzył Ronwego pełnym litości spojrzeniem, od ciemnych, wiązanych butów i szytych na miarę spodni, przez mokrą, przylegającą do ciała czarną koszulę z postawionym kołnierzem, aż wreszcie zatrzymał wzrok na młodej twarzy.
— Kumpla przyszedłem odwiedzić — oznajmił Ronwe szczerze, ignorując przykre uczucie, gdy woda zaczęła ciec mu przez czoło. — A tak naprawdę, to macie problem — dodał po chwili, sięgając do torby. Strażnik wychylił się podejrzliwie i skrzywił ze strachem na widok błyszczącego srebrem identyfikatora informatyków RANu — z systemem…
— Już, już. Rozumiem.
Zmęczony mężczyzna z wprawą klął po polsku i węgiersku, puszczając Ronwego przodem i pokonując wraz z nim kolejne schody i zakręty. Pół godziny i trzy rozmowy później haker dotarł do obskurnego korytarza na najwyższym piętrze wiekowego budynku. Po drodze zmarnował cenny czas na szukanie i liczenie kamer, choć nie musiał ukrywać twarzy. Przyzwyczajenia odbierały mu nadal większość obiecanej swobody. Miał nadzieję, że kiedyś zaczną ustępować.
Z trudem odnalazł celę Worskiego; kod podano mu (w formie papierowej kartki!) tuż po odbytej na parterze kontroli, w trakcie której udawał, że ma poczucie humoru i nie jest uzbrojony.
Długo po prostu patrzył na zarys ludzkiej sylwetki w zimnym świetle, które sączyło się do celi przez okratowany, metrowy prześwit. Czuł się dziwnie, jednocześnie przygnębiony i pełen satysfakcji.
— Przyjacielu — Worski wyprostował nogi — spodziewałem się, że przyjdziesz wcześniej.
— Wiersz napisałem dla ciebie — odparł Ronwe, instynktownie broniąc się przed zarzutem braku współczucia czy wręcz obojętności. Walczył właśnie z atakującymi umysł wspomnieniami, niewyraźnymi, niezwiązanymi ze sobą i zupełnie przypadkowymi; w jednym z nich ponad sześć lat temu widział twarz Worskiego po raz pierwszy.
— Na cholerę mi twój wiersz — wycedził więzień. — Nie masz mi czegoś do powiedzenia? Nie masz planu?
— Chyba nie.
— RAN wiele by zrobił dla ciebie i wiesz o tym dobrze. Chyba nie zostawisz mnie teraz tak po prostu? I czemu nie odpowiadałeś na wiadomości? Pisałem codziennie przez…
— Nie wiem.
Worski obrócił się nagle. Z jasnych oczu biło niedowierzanie. Dłonie drżały zastygłe w pół ruchu, jakby zamierzał wstać.
— To żart? — zapytał szeptem. — Nie masz nic z RANu? Nie czytałeś?
— Ja…
— Nie prosiłeś? Nie próbowałeś? Nie chcesz mi pomóc? Przyszedłeś bez powodu?
Ronwe gapił na przerażoną twarz i gdy zrozumiał, co znaczą te pytania, zrobiło mu się niedobrze.
— Tak — palnął głupio. — Po prostu przyszedłem.
Worski nie należał do ludzi używających przekleństw. Milczał więc tylko, zacisnąwszy palce na jednym ze stalowych prętów przy łóżku, a całe jego szczupłe ciało trzęsło się niekontrolowanie. Dyszał poniżającym lękiem i wytrzeszczał oczy, patrząc na buty Ronwego. Sam Ronwe zaś czuł się tak paskudnie, jakby co sekundę docierało do niego kolejne obraźliwe określenie i zarzut.
Może zasługiwał na takie traktowanie? Żal, jaki mógł mieć i zapewne miał przyjaciel, był niestety moralnie uzasadniony i chyba to wstrząsnęło Ronwym najbardziej, sprawiając, że zapomniał na chwilę o swoich wielkich, życiowych planach. Bezwiednie zacisnął dłonie. Przeszło mu przez myśl, że wiersz, który istotnie napisał jakiś czas temu, należy spalić jak najszybciej.
Co to w ogóle był za wiersz? Raczej pełny, bezczelny wyraz jego pogardy dla drugiego człowieka.
— To nie ty. Nie znam cię. Będziesz tak patrzył jak się topię w tym gównie — zgadł Worski bez pudła. — Wyjdź.
— To jestem ja, Worski.
— Wynoś się! — zawył Polak strasznie. — Won!
Haker bez zastanowienia posłuchał go i chwilę później był już w głównym holu.
— Nienawidzę cię, Dietrich, nienawidzę, nienawidzę! — Niosło się echem po rurach i kondygnacjach. — NIENAWIDZĘ!
Ucichło dopiero na poziomie pierwszego piętra. Ronwe poprawił kołnierz i zerknął w szybę mijanej gabloty, by się upewnić, że nie wygląda na przejętego. Martwa twarz i tym razem nie zawiodła go, idealnie i niezmiennie obojętna.
Zbiegł po schodach na parter, wyrównał oddech i ruszył w stronę wyjścia spokojnym krokiem. Myśl o niechybnym samobójstwie przyjaciela zagłuszył w głowie ważnymi planami, zrywając identyfikator RANu z koszuli na piersi.
— Ten Worski — rzucił, gdy mijał strażników — uważajcie na niego.

//
Nie tak wyobrażał sobie ostatni piątek października. Nie to miał zaplanowane i nie tego chciał. Nie tego oczekiwał po sobie, po Worskim, po ludziach z RANu i studentach z wydziału IP.
Nic nie szło zgodnie z planem i kolejne założenia Ronwego pękały w zderzeniu z rzeczywistością, pozbawiając go oparcia i pewności siebie. W czym tkwił problem? Czemu wszystko stawiało opór, jakby świat nagle uznał, że przestanie z Ronwym współpracować?
Haker siedział na ławce pośrodku tonącego w ulewie cyberparku i próbował myśleć, ale myśli rozjeżdżały się złośliwie, uciekały logice i skupiały co chwilę na przypadkowych szczegółach, takich jak uszkodzona latarnia w chodniku, nasiąkła wodą warstwa liści pod ławką, czy wzbierająca tuż obok brudna rzeka opadowa, która uwolniła się ze źle rozplanowanej kanalizacji.
Ronwe czuł, że źródło problemów tkwi w nim samym i nie umiał się z tym pogodzić. Kiedyś wiedział dobrze, czego chce i do czego dąży. Miał cel, wytyczoną drogę, niewiele dylematów i ani jednego powodu, by się przy czymkolwiek wahać.
Jednak wtedy nie był jeszcze V. O. Ronwym. Miał własną twarz, własną tożsamość i własne myśli w głowie. Własne kłamstwa w zanadrzu, oszukane, trwające latami relacje, wykorzystywanych i zmanipulowanych ludzi. Ludzi takich jak Jakub Worski, któremu poświęcił niewyobrażalną ilość starań, próbując zainicjować opłacalną znajomość.
Było łatwiej, gdy cały mechanizm pokrętnych działań, jaki stanowiło życie Ronwego, toczył się jeszcze z rozpędu, którego nabrał na początku studiów. Zdecydowanie. Wtedy znaleźli się ludzie i wyklarowały kolejne punkty do zdobycia, etapy, przez które musiał przejść. I chociaż zawsze było coś więcej, coś ponad, co Ronwym sterowało, to nie dawało się we znaki aż tak odczuwalnie. Nikt nie wiedział. Nikt nie podejrzewał.
Potem życie legło w gruzach i zaczęło się na nowo, a przygotowany grunt i pozbierane doświadczenia sprzedał Ronwe w całości po to, by być jeszcze bliżej celu. Przejrzał RAN, przejrzał Dichtiarowa, poznał to, czego chciał od zawsze i sądził, że jako twórca dokona niemożliwego. Wystarczył rok, by imperium zbudowane na uczelni runęło doszczętnie. Kontakty, znajomości, dostęp do lewych danych, doniesienia o władzach, uległy samorząd, obserwowany Sorokin - to wszystko spłonęło jak polane benzyną fundamenty z drewna. I okazało się znów, że nic związanego z ludźmi nie jest trwałe. Jak sami ludzie.
Ronwe chciał być ponad tym.
Miał być ponad tym.
Już był ponad tym.
I nawet ten pokrętny zbieg okoliczności - fakt, że wysłano go na studia, które skończył z wyróżnieniem, i kazano prześwietlić wydział, który prześwietlił wcześniej na własną rękę - nawet to nie mogło stanąć mu na drodze.
Zacisnął zęby z taką siłą, że ból rozszedł się po żuchwie.
Raz jeszcze gotowy był wykorzystać do własnych celów wszystko i wszystkich, których los wskaże, oszukać władze uczelni, oszukać RAN, oszukać samego Dichtiarowa i Sorokina, by w końcu wygrać i postawić na swoim.
A gdy postawię na swoim — uznał, dygocząc z gniewu i frustracji na mokrej ławce w centrum parku — pożałują wszyscy.




Dimitriy Sorokin
— Szpieg RANu? U nas? — Rektor roześmiał się głośno, machając ręką w geście skrajnego rozbawienia. — Panie Sorokin, proszę wybaczyć bezpośredniość… Pan oszalałeś? Cóż za pomysły? Niebezpieczeństwo, dobre sobie!
— Przypominam, że wydział zajmuje się teoretyczną tylko formą badań nad sztuczną inteligencją — odparł uczony zdawkowo — i chyba przestanie być potrzebny, gdy się okaże, że została już wynaleziona.
— Ja nie o tym, nie o tym! Pan się przejmujesz szpiegiem z RANu — powtórzył siwy mężczyzna, a Sorokin zmrużył oczy, obserwując go uważnie — jak u nas wszyscy są szpiegami, bo RAN bierze pracowników tylko od nas — dokończył rektor z trudem.
— Do tej pory nie byli w stanie dostać się do kluczowych danych, bo osobiście je zataiłem. Nie tylko na kierunku SI i IP. — Rosjanin urwał i przez chwilę grzebał w teczce. — Jednak dotarło do mnie, że ktoś niedawno przeszukał nasz system.
— Co? — Zaskoczenie uniosło głos rektora o pół tonu. — Co takiego? Nie, niemożliwością jest!
— Obawiam się, że to nieprawda. Sytuacja wymagała wystawienia hakerowi przeciwnika na poziomie — ciągnął Sorokin spokojnie — co też zrobiłem. Bez pańskiej zgody. Proszę wybaczyć.
— Ależ nie, mój drogi, gdzież bym śmiał mieć… Dobrze zrobiłeś, niech to…
Niedługo później Sorokin uśmiechnął się do jasnowłosego studenta, który czekał w jego gabinecie. Nielegalne wpisanie go na listę wydziału Informatyki Progresywnej stwarzało tylko pozory zagrożenia, jednak obaj zgodnie stwierdzili, że uczony powinien jakoś się przed rektorem usprawiedliwić.
— Widzisz, Ulfsson? Mogę tu robić, co zechcę. Jedna historia bez dowodów i faktów, jedna fantazja i rektor jest nasz — powitał młodego.
— Jestem bezpieczny?
— Oczywiście. — Rosjanin usiadł naprzeciw studenta i splótł palce, w zamyśleniu pochylając się do przodu. Nogawki eleganckich spodni podjechały w górę, odsłaniając skarpety z nadrukowanym wzorem galaktyk. — Choć powiem ci, chłopcze, że chyba naprawdę sprawdzę dziś, czy nikt nie przetrząsnął systemu. Jak miał Worski w zamiarze. — Urwał. — Może za wcześnie się dałem wciągnąć w te szpiegowskie gierki — mruknął po chwili.
Eskil zamrugał i powoli uniósł dłoń, przesuwając wzrokiem po knykciach.
— Może — przyznał uprzejmie.




Hubert Puszek
To się, w ogólności, zaczęło wszystko raczej chujowo.
Wszystko, to znaczy to, co teraz robili.
Hubert nigdy nie marzył o świecie owładniętym technologią, nigdy nie lubił tych wszystkich maszyn i urządzeń, programów, systemów, instalacji, ani żadnego kurestwa, które się mniej lub bardziej pośrednio wiązało informatyką i elektroniką.
Już w dzieciństwie zazdrościł starszym pokoleniom, które bawiły się i wychowywały w otoczeniu przyrody. Które biegały z patykami i kamieniami, a nie dotykowymi urządzeniami z nawigacją i replikami broni laserowej.
Oczywiście swoją replikę broni laserowej (RozwalaczTysiąc) kochał bardziej niż siebie, kolegów, rodziców, psa, księdza i panią wf-istkę razem wziętych, ale to było jedno tylko odchylenie i niewiele znaczyło wobec całej reszty, bo Hubert od maleńkości zaczął walkę z systemem. Był buntownikiem praktycznie od urodzenia.
I nawet wtedy, gdy nikt dosłownie nie spędzał już czasu na zewnątrz, a większość kumpli umawiała się na wirtualne rozgrywki najnowszych gier komputerowych (e-sport szybko wyparł u młodzieży większość potrzeb psycho-ruchowych), Hubert nie dawał za wygraną.
Siedział na dworze. Robił broń z gałęzi. Gasił w telefonie moduł wifi, kiedy kończył przeglądać ulubione zakładki w przeglądarce.
A dopóki miał papierkowe pieniądze, to za gry płacił w sklepie właśnie nimi, nie kartą płatniczą. Taki był.
Potem świat zmienił się do tego stopnia, że przekroczył granice, których ludzkość przekraczać nie powinna. I zaczęła się walka ze skutkami rozwoju. To może nie było nic wielkiego - permanentna inwigilacja i tak stała się codziennością, rośliny i tak przestano uprawiać na otwartych, prywatnych przestrzeniach, a różnorodność gatunkowa zwierząt zawęziła się do absolutnego minimum.
Kiedyś Europa była niezindustrializowana i między miastami rozciągała się niezamieszkana przestrzeń. Dosłownie w przeciągu piętnastu lat, gdy Hubert dorastał, miasta rozrosły się na tyle, by stworzyć jedno gigantyczne wielo-miasto pokrywające cały kontynent. Europa, Ameryka i Azja wyglądały przez to praktycznie tak samo.
Nadal oczywiście były miejsca, gdzie nie mieszkali ludzie, ale nawet one należały w pewnym sensie do miast. Nie były do końca dzikie. Były, najczęściej, pokryte betonem, przygotowane do użytku, podłączone do sieci elektrycznej i użytkowane w niechlubnych celach. Nazywano je przedstrefami, bo otaczały pojedyncze segmenty wielo-miasta jak puste krawędzie czekające na swoją kolej do zagospodarowania.
Najgorsze zło, syf, rynsztok i bezprawie z miast zbierało się właśnie tam.
I dlatego, według Huberta, przedstrefy miały pozostać takie na zawsze. Europejskie wielo-miasto żyło życiem tysięcy pomniejszych miast, a każde z nich otaczały autonomiczne przedstrefy. Jak ziemie niczyje oddzielające okopy w czasach pierwszej wojny światowej.
Hubert mieszkał w drugim pod względem wielkości mieście na terenie Europy. Obejmowało ono blisko trzy czwarte niegdysiejszej Polski, połowę Niemiec, Czechy, część Słowacji i Węgier, a także skrawek Austrii. Nosiło wiele nazw, bo zawierało wiele nacji, a jego przedstrefy (w teorii niezamieszkane) zajmowały łącznie niemal osiemdziesiąt tysięcy kilometrów kwadratowych. Ich południowy wycinek należący do okręgu B-23 był miejscem, gdzie Hubert spędzał od lat większość czasu za dnia i w nocy. Zadawał się niemal wyłącznie z ludźmi, którzy jak on mieszkali przy samej granicy miasta, tuż obok umownej linii wyznaczającej początki przedstrefy B-23.
Był kiedyś w B-22, widział węgierskie B-24 i wiedział, podobnie jak wiedzieli inni, że żyje w najgorszym z możliwych miejsc.
Kiedyś, zanim jeszcze związał swoje życie i pracę z przedstrefą, próbował przede wszystkim trzymać się od niej z daleka. Razem z siostrą Hanną nie mieli szans na przeprowadzenie się bliżej miejskiego centrum B-23, więc wraz z całą resztą mieszkańców granicy czuli głównie strach. B-23 był jednym z najbardziej znanych okręgów; w centrum znajdował się cały niemalże RAN. Największe filie, laboratoria i budynki sterczały dumnie nad poziomem miasta.
I dla wszystkich myślących trzeźwo ludzi - a za takiego właśnie uważał siebie Hubert Puszek - jasne było, że RAN sprząta po sobie w przedstrefach, blisko których się znajduje. Przedstrefy B-22, B-23 i B-24 były przez to owiane grozą i tajemnicą. Podobnie zresztą jak sam RAN.
Hubert wiedział, że za informacje o RANie płaci się wysoką cenę. Wiedział też, że związek z RANem gwarantuje przez to wysoką pozycję społeczną. I dlatego, blisko cztery lata temu, gdy po raz pierwszy Szwedzi z sąsiedztwa zdradzili mu, czym zajmuje się większość młodych mężczyzn na granicy przedstrefy B-23, nie zdziwił się.
— Jesteście tu z Hanią już kawał czasu — usłyszał wtedy — i można wam zaufać. Przed czym uciekaliście?
Hubert opowiedział o okolicznościach, które zmusiły jego i Hannę do zamieszkania na granicy, nie wdając się w szczegóły dotyczące śmierci rodziców i reszty rodziny. Szwedzi wydawali się przekonani i nie zadawali zbędnych pytań. Najpewniej dlatego, że większość ludzi, którzy przed czymś uciekali, wybierała właśnie granice przedstref, by tam zacząć życie od zera.
— Może chciałbyś zapomnieć o uciekaniu? — pytali później. — Może chciałbyś czuć się bezpiecznie?
Chciał. Chciał być częścią czegokolwiek i w czymkolwiek brać udział, bo czuł instynktownie, że tylko tak może zadbać o siebie i siostrę. Wejście w zamkniętą grupę ludzi związanych tajemnicą i bezgranicznym zaufaniem brzmiało jak najlepsza z możliwych opcji, by wreszcie wziąć sprawy w swoje ręce. A przecież Hubert obiecał ojcu, że zapewni Hannie opiekę choćby za cenę własnego życia.
I tak, w skrócie, zaczęła się jego przygoda z ohydną, okropną, okrwawioną przedstrefą B-23, na terenie której RAN urządził swoje największe wysypisko żyjących odpadów.
Przez pierwsze pół roku było fatalnie. Hubert rzygał po każdym ze zleceń, nie brał udziału w spotkaniach i unikał dowódców własnej grupy uderzeniowej. Przeszedł wiele, by zmienić ten stan rzeczy. Czasem nawet zastanawiał się, czy nie przeszedł po wielokroć samego siebie i czy za którymś razem (przełomowym razem) nie dał się zastrzelić wraz z tymi wszystkimi niewinnymi ludźmi, na których polował. Potem przyzwyczaił się, tak jak przyzwyczajali się inni młodzi Polacy i Szwedzi, a z czasem zaczął nawet lubić wszystkich pojebów i morderców, z którymi dzielił czas. Zabijania nie polubił jednak nigdy. Nawet po tym, gdy na wzór innych zaczął je traktować jak rozrywkę. Jak powód do nieśmiesznych żartów.
Dał radę, złamał się, oddał, poświęcił i znieczulił, by Hanna mogła żyć w spokoju, bezpieczeństwie i względnym dostatku. Dotrzymał słowa. Może nawet bywał szczęśliwy. Czasami.
A potem pojawiło się całe to spierdolenie, przekleństwo i nieszczęście ludzkie zwane Jörgiem von Hasselem.
Hubert pamiętał.
Jakieś trzy lata temu, noc jak każda inna, ten sam lunapark jako miejsce zbiórki, te same twarze oświetlone kolorami, te same głupie żarty i docinki. Poszli na lekkim gazie i wymordowali ludzi na placu za skwerem, a potem czekali, pijąc, aż dojedzie jeszcze jeden, ostatni transport „materiału ludzkiego V” z RANu.
Transport dojechał i okazało się, że materiał ludzki jest martwy.
Te zwłoki wysypali RANowcy z ciężarówki w trakcje jazdy, zostawiając za pojazdem aleję nagich trupów. Hubert się uśmiał do łez, a Szwedzi zaczęli drzeć pyski po szwedzku. Jak zawsze, gdy robiło się niebezpiecznie i gdy instynkt odgradzał ich od popadnięcia w obłęd na widok wyjątkowo nierealnych i makabrycznych obrazów fundowanych przez RAN.
Trochę powrzeszczeli, wkurwiając kierowców, i trochę oberwali za niesubordynację, a potem zostali z rozkazem „dobicia na pewno”. Uznali jednak, że nie będą strzelać do trupów, bo to jeszcze gorsze niż strzelanie do żywych. RANowcy odjechali, a Hubert i reszta ekipy gapili się po sobie.
No bo jak to tak - rozwalać martwych z broni palnej? Jeśli strzelać, to w jakimś celu, choćby w celu zabicia.
Rozeszli się i sprawdzali kolejno, czy zwłoki są tylko zwłokami. Były. Nie oddychały, nie miały tętna i w większości okazywały się lodowate, jakby je długo trzymano w chłodni. Olaf rzucił pomysłem, by je ułożyć w rzędzie pod ścianą, żeby nie było, że nie zostały sprawdzone.
Tak też zrobili. Dwadzieścia martwych osób zaciągnęli pod długi garaż. Hubert wybrał się po trupa, który leżał najdalej, i targał go jeszcze po mokrym betonie, gdy Szwedzi skończyli swoją robotę.
To uczucie - uczucie, że martwy człowiek trzymany za przedramię zaciska palce wokół przedramienia Huberta - skrzywiło psychikę skuteczniej niż rok zabijania. Trwało dziesięć sekund. Puszek czuł, jak mu przeorało mózg w dwie strony, gdy bezwiednie poruszał nogami i szedł, gapiąc się na Szwedów. Do śmierci miał czuć ten uścisk na swojej skórze i wiedział, że coś mu pękło w duchu i umyśle, by zrobić na niego wystarczająco dużo miejsca.
Obrócił się, spojrzał trupowi w oczy i ruchem instynktu, tym samym, którym ludzie na starych filmach rozbrajali ładunki wybuchowe, oderwał kolejno cztery zimne palce od swojej ręki. Wysunął ją, ocierając wnętrze dłoni o zgięty kciuk.
W tle Olaf krzyczał, że „Miało być pod ścianą, a nie na środku drogi!”, a reszta Szwedów rechotała i wyzywała Huberta od leniwych Polaków. Puszek zrobił trzy dokładnie wymierzone kroki w tył, obrócił korpus w stronę ewentualnej ucieczki i ostrożnie zbliżał się do kompanów, nie spuszczając wzroku z żywego-martwego mężczyzny. Dookoła plac oświetlony reflektorami rozmywał się jak zblurowany cyfrowo obraz ze spowolnionej gry komputerowej.
Hubert uniósł dłoń z wyprostowanym małym palcem i Szwedzi zamilkli na widok sygnału.
— To żyje — powiedział metr od nich — dajcie mi broń.
Na te słowa trup zerwał się z ziemi i zanim ktokolwiek zdążył wymierzyć w niego karabin, dotarł do ogrodzenia trzysta metrów dalej. Przez siatkę przebił się bez zatrzymania.
Hubert postał z chłopakami na skraju placu, pomilczał, posłuchał spłyconych oddechów, po czym przyłączył się do zgodnego rozwalania wszystkich pozostałych ciał leżących pod garażem, aż zmieniły się w stuprocentowo martwą miazgę.
Żywego trupa szukali przez następne dwa tygodnie i były to, przynajmniej w pamięci Huberta, najgorsze dwa tygodnie ich wspólnej pracy. Wszyscy się bali i nikt o tym nie mówił, o trupie zaczęły krążyć niemal legendy (w pewnym momencie biegał z prędkością światła, a zamiast oczu miał śmiercionośne lasery) i ciężko było zachować skupienie, gdy ludzie wciąż pytali o szczegóły jego wyglądu. Hubert mówił, że koncentrował się bardziej na swoim życiu i nietraceniu świadomości, niż aparycji trupa, ale Szwedów średnio to obchodziło, bo urażeni ogólnym opisem „duży, silny, jasne włosy” sugerowali, że Hubert sugeruje, że trup też jest Szwedem.
Było gorzej, bo trup okazał się Niemcem. Okazał się też narzeczonym Hanny i tak po prostu, w pewne chłodne, wiosenne popołudnie, wpadł do Huberta, żeby się przedstawić.
Puszek akurat odsypiał kolejną noc spędzoną w całości na szukaniu go za granicą przedstrefy. Zapomniał o umówionym z Hanią spotkaniu, choć sam nalegał, by wreszcie przestała się kryć z tym tajemniczym wybrankiem, o którym gadała od miesięcy.
Był dwunasty maja, niedziela, godzina siedemnasta albo osiemnasta. Hubert spadł z kanapy obudzony dźwiękiem dzwonka, wściekł się, ubrał spodnie i agresywnie otworzył drzwi do mieszkania, a za drzwiami stała jego siostra z trupem. Trup wyciągnął rękę i Hubert zemdlał na widok jego palców.
Trzy lata później nadal miewał dreszcze, gdy patrzył na dłonie Hassela dłużej niż przez kilka sekund. Nocami śnił koszmary o zabitych ludziach, którzy tuż po zastrzeleniu łapali go za prawe przedramię i mówili, jak się nazywają. Chciał wielokrotnie oskarżyć Niemca o trwały uszczerbek na zdrowiu psychicznym, ale powstrzymywał się z wielu powodów. Oficjalnie pozostawał największym twardzielem szwedzko-polskiego osiedla.
Poza tym Jörg okazał się jak na zwłoki wybitnie pożyteczny. Za „puszczenie w niepamięć” swojego niejasnego pochodzenia i okoliczności towarzyszących pierwszemu spotkaniu, obiecał pomagać Hubertowi i Szwedom we wszystkich kolejnych zleceniach. Dodał, że będzie „wydajny” i odciąży ich w znacznym stopniu. Wszystko to brzmiało źle i odrzucało Huberta w dawno zapomniany, ludzki sposób, choć wcześniej Puszek bał się, że stracił do reszty całą swoją moralność. Jörg zdecydowanie obudził pewne wartości na nowo, przerażając Huberta na najgłębszych poziomach świadomego człowieczeństwa.
Jakimś cudem, prawdopodobnie wyłącznie ze strachu, Szwedzi zgodzili się, by cyborg (Hassel określił się tak, dając Hubertowi do zrozumienia, że nie chce być nazywany trupem) do nich dołączył. I, co złościło Puszka niezmiernie, wystarczyło kilka miesięcy, by pokochali Jörga jak nowego brata w swojej posranej, osiedlowej sekcie morderców.
Zachowywali się, jakby był człowiekiem. Jakby od zawsze mieszkał tu, na granicy B-23. Jakby w ogóle czuł i rozumiał to, co sami czuli i rozumieli.
Hubertowi wystarczył pierwszy raz. Nawet nie pierwsza noc, spędzona z Jörgiem w przedstrefie, a pierwsze dziesięć minut po przekroczeniu granicy. Trup widział w ciemnościach, skanował budynki przez ściany i namierzał żywe obiekty na zasięgu co najmniej pięciuset metrów. Rozrzut broni palnej niwelował biorąc poprawkę na długo przed strzałem, a strzelał celnie nawet przy pełnej prędkości, która przekraczała według Huberta pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Gdy biegł, jego dłoń jak ze stabilizatorem płynęła przez powietrze na stałej wysokości, upiornie nieruchoma, choć sam pochylał się i skręcał. Dziesięciopiętrowe bloki czyścił samotnie w niecałe pięć minut, przy czym dwie odliczał na przejazd windą.
Lubił windy.
Z obliczeń Huberta wynikało, że na jedno mieszkanie Jörg poświęca około siedmiu sekund. Szwedzi zwykle stali na dole, jarali zadowoleni i pod drzwiami dobijali tych, którzy próbowali uciec zaalarmowani dźwiękami strzałów.
To było złe.
Nie żeby Hubert sam uważał się za dobrego, bo wiedział, kim jest i na co zasługuje. Jednak Jörg to było co innego. Nie miało prawa zabijać ludzi, bo samo przestało być człowiekiem. Było zbezczeszczonymi zwłokami z procesorem zamiast mózgu i licznikiem danych zastępującym sumienie. Złą, pozbawioną uczuć maszyną.
Z tą maszyną Hubert miał spędzać cały czas w przedstrefie i większość czasu na terenie miasta. Z tą maszyną zamieszkała w jednym domu jego siostra. Ona, powód, dla którego zaprzedał duszę i zabił część siebie.
Jörg von Hassel, trup z RANu, wyzwolił w Hubercie Puszku tak niewyobrażalne pokłady żalu i nienawiści, że nie dało się ubrać ich w słowa, okazać, zużyć ani zignorować. I któregoś dnia, niecały rok po poznaniu i wpuszczeniu trupa do swojego życia, Hubert poprosił o osobny blok do wymordowania. Szwedzi zgodzili się najpierw na samotne akcje, by Puszkowi okazać nieco należytego szacunku, a potem zmontowali mu własną grupę uderzeniową, odrębną od tej, w której był Jörg.
Potem była cała ta historia ze Zvajderem, której Hubert nie chciał wspominać, i tajemnicze kilkudniowe zniknięcie Jörga, po którym wszystko (z Jörgiem włącznie) stało się jeszcze straszniejsze i jeszcze mniej ludzkie. Rok, może półtora roku temu.
Więc tak - zaczęło się raczej chujowo. To wszystko, co teraz robili.
I było gorzej.
I miało być gorzej.
Coraz gorzej, jeszcze gorzej.
Hubert czuł to całym sobą, wracając z przedstrefy w ostatni piątek października. Jörg po raz pierwszy od dawna wziął go na stronę, gdy rozmawiali w lunaparku. Poprosił o odesłanie Szwedów, dobrowolnie deklarując, że sam zajmie się sprzątaniem i bilansem.
Hubert był tak zaskoczony, że wyraził zgodę bez zastanowienia. Zignorował przy tym podskakującego Zvajdera, który kręcił łbem i daleko za plecami Jörga próbował zwrócić na siebie uwagę.
Intuicja to była wybitnie babska rzecz i Puszek krył się z tym, że ją posiada.
O niczym więc nie powiedział nikomu i cały niepokój stłumił w sobie jak zawsze, a po przekroczeniu granicy uśmiechnął się do braci morderców i życzył im spokojnych snów.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 220
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Jeże Zvajdera

Post autor: MononokeGirl » 16 stycznia 2018, 02:24

Grudzień był słaby, jakby mi mózg wyżęło i kompletnie nie potrafiłam się zmusić do pisania czegokolwiek sensownego. Nawet w Docsie nie dałam rady, chociaż to mój sposób (zawsze kopiuje sobie teksty do Worda i robię komcie w dymkach). Niestety to jest wybitnie nie mój klimat. Historię o cyborgach głównie oglądam, a nie czytam. Potrafię sobie przypomnieć zaledwie dwie książki, przez które przebrnęłam. Dlatego nie mam wyćwiczonej wyobraźni w tej dziedzinie i trudno mi załapać coś, co w tekście w innej tematyce przyszłoby mi łatwiej. W dodatku - jak zauważyła Kruff - są na samym początku dwa miejsca, które mogą być dla niektórych trudne. Jestem w tym odsetku :bag: Później nabieram rozpędu i to co mnie hamowało tylko napędza moją ciekawość. Trochę to utrudniało czytanie i musiałam sobie tekst odleżeć, aby parę rzeczy przemyśleć i wracać do nich, aby lepiej je zrozumieć, ale nie powiem, aby było to złe.

Jestem wzrokowcem. Potrzebuję opisów. W momencie kiedy mam tekst z samym dialogiem - jestem całkowicie ślepa. Pierwsza wstawka bardzo nadwyrężyła mi mózg ze względu na brak informacji, które są dla mnie niezbędne. Potrzebuję obrazów tak bardzo, że sama sobie coś dopowiadam. W pierwszej scenie miałam dziwne skojarzenie tej rozmowy z Pinkym i Mózgiem, ale uznałam to za bardzo WTF, więc zwyczajnie dopisałam sobie sama obraz dwóch facetów w kitlach, filmowanych od barków w dół ^^" Potem Akermann skojarzył mi się z Haku z Naruto (A. "materiałem" dla Dichtiarowa, Haku narzędziem dla Zabuzy ^^" ) i z moim starym opowiadaniem, więc wyszedł z tego aryjski Haku-psychopata xD

Druga scena coś już zaczęła mi mówić, ale też cały czas zastanawiałam się jak wygląda Zvajder i czym jest? ???? Dla swoich potrzeb nazwałam go sobie "cyber-duchem". Gdyby nie rysunki/rozmowy na forum to nie potrafiłabym go sobie nijak wyobrazić. Domyślałam się, że jakiś nieludź i bardziej w stronę ssaka, ale ssaków jest masa. Grymasy, jakie robi kierują bardziej myśli w stronę bardziej typowych - koto-piesów. Tylko stanie na dwóch nogach mogłoby sugerować małpoluda. Ale jest to "cyber-duch", więc może być to cokolwiek.
"Po raz pierwszy od początku siebie pomyślał, że jednak może się bać." jest tam dużo zdań, które mi się podobają, ale jakoś to szczególnie


Ogólnie ta scena była bardzo plastyczna. Nie widziałam tylko Zvajdera, ale to dlatego, że jest niewidzialny/niematerialny ???? Ciarki mnie przeszły, gdy Akermann patrzył na Zvajda i kiedy trup Jorga nagle wyciągnął rękę i go chwycił.

Początek trzeciej sceny to jednocześnie moja ulubiona scena, a także najtrudniejsza dla mnie do przetrawienia. Uczucie jak na karuzeli i to w dodatku po pijaku (albo nawet na czymś mocniejszym, ale w tej dziedzinie to akurat doświadczeń brak, więc trudno powiedzieć) xD Zupełnie nie wiem co się dziej i kto/co tam biega. Zwłaszcza, że czasami piszesz Jorg, czasami Hassel i dopiero na końcu łączysz to w jedno. Dopiero wtedy też pojawia się Zvajd, co pozwala połączyć scenę 2 z 3 w jakis sposób.
[Jörg oferma] Zvajder cofnął się i opadł miękko na wszystkie cztery kończyny [w Jörga głowie tyle co w magazynku] szarpnął karkiem, denerwując się na pokaz [Zvajder wyśle jeże, jeże sprytne] zakłapał [nie to co Jörg] rozbroiło mnie xD
"To było spojrzenie kodera patrzącego na asembler.na co? przypisy proszę xD
Nawet nie sprawdził, czy papierowe ręczniki zostały uzupełnione, bo jak żył nie zdarzyło się coś takiego - pani Aldona, sprzątaczka, która aspirowała w jego oczach do miana nieśmiertelnego eksponatu XX wieku, miała pamięć równie sprawną i pojemną co Xerox Alto, a nikt poza nią nie odpowiadał za stan toalet w weekendy.
Ronwe wiedział, co należało zrobić z niesprawnymi, niepotrzebnymi ludźmi urodzonymi przed rokiem dwutysięcznym i gotów był podzielić się tą wiedzą z dziekanem Sorokinem, a powstrzymywał go niemal wyłącznie fakt, że dziekan Sorokin był nieuprzejmy przyjść na świat w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim.
xDDDDDDDDD
Scena w windzie jest kolejną, którą kocham. Chociaz taką jakąś pokręconą miłością xD
Hassel wystarczał sobie w kwestiach związanych z zabijaniem, a inne kwestie w założeniu nie miały go interesować. Martwy nie oferował bliskości, zrozumienia, pomocy ani sympatii, bo żadna z tych rzeczy nie była mu potrzebna. Zvajder zaś szukał w nim tego, co odebrano i tego, czego nigdy nie było - niepojętym mechanizmem samozakłamania, bez wzajemności otaczał Jörga wiernością, troską i ochroną. I tym żałosnym, bezsensownym czymś, co przy ogromnym wysiłku dało się nazwać niedorobioną formą miłości.Ten akapit jest naprawdę super.
To zachowanie Jorga, jego rozmowa ze Zvajderem - qrcze, to trzepie po żołądku, po płucach i chyba nawet serce mi oberwało ^^" Jest zabójca, cyborg, ale w swoim zachowaniu jest taki ludzki i jakby bezbronny, że mu mega współczuję i nie potrafię nienawidzić za to, co zrobił. Przeżywa porażkę i boi się, co cholernie wiąże mnie z nim emocjonalnie.

Próby pocieszenia przez Zvajdera mnie rozbrajają i rozczulają
SpoilerShow
[Jörg mógł zabić, gdyby chciał]
świetnie ci idzie Zvajd :glask: :facepalm:
Tak samo jak jego późniejszy wybuch dziecinnej złości.

Druga wstawka:
— Przyjacielu — Worski wyprostował nogi — spodziewałem się, że przyjdziesz wcześniej.

— Wiersz napisałem dla ciebie — odparł Ronwe
tu tak trochę padłam xD
Ronwe wydaje się być typem bohatera, którego lubię, a którego nie chciałabym nigdy spotkać. Łatwo utożsamiam się z egoistami i narcyzami ciekawe czemu, hmmmm xD A to jak nie pozwala sobie czuć czegokolwiek i jak się (prawie) wstydzi za siebie - rozbroiło mnie, mimo że to raczej typ, którego się nie lubi, bo to palant.
Ronwe poprawił kołnierz i zerknął w szybę mijanej gabloty, by się upewnić, że nie wygląda na przejętego. Martwa twarz i tym razem nie zawiodła go, idealnie i niezmiennie obojętna.[...]Ronwe chciał być ponad tym. Miał być ponad tym. Już był ponad tym.[...]A gdy postawię na swoim — uznał, dygocząc z gniewu i frustracji na mokrej ławce w centrum parku — pożałują wszyscy. Bo czy to nie jest urocze? xD
Wchodzi Puszek (Borze Zielony, to nazwisko :heart2: :heart2: :heart2:) i od razu się z nim zgadzam xD Hubert nigdy nie marzył o świecie owładniętym technologią, nigdy nie lubił tych wszystkich maszyn i urządzeń, programów, systemów, instalacji, ani żadnego kurestwa, które się mniej lub bardziej pośrednio wiązało informatyką i elektroniką.

Już w dzieciństwie zazdrościł starszym pokoleniom, które bawiły się i wychowywały w otoczeniu przyrody. Które biegały z patykami i kamieniami, a nie dotykowymi urządzeniami z nawigacją i replikami broni laserowej.
A im dalej tym bardziej. Qrcze, nie powiem, żeby mi się twoja wizja przyszłości podobała... Brrr...
A potem pojawiło się całe to spierdolenie, przekleństwo i nieszczęście ludzkie zwane Jörgiem von Hasselem. xDDD
To uczucie - uczucie, że martwy człowiek trzymany za przedramię zaciska palce wokół przedramienia Huberta - skrzywiło psychikę skuteczniej niż rok zabijania. Trwało dziesięć sekund. Puszek czuł, jak mu przeorało mózg w dwie strony, gdy bezwiednie poruszał nogami i szedł, gapiąc się na Szwedów. Do śmierci miał czuć ten uścisk na swojej skórze i wiedział, że coś mu pękło w duchu i umyśle, by zrobić na niego wystarczająco dużo miejsca. Nie dziwię się Puszkowi - i też ta wizja przeorała mózg na wylot *.*
Hubert postał z chłopakami na skraju placu, pomilczał, posłuchał spłyconych oddechów, po czym przyłączył się do zgodnego rozwalania wszystkich pozostałych ciał leżących pod garażem, aż zmieniły się w stuprocentowo martwą miazgę.
Abstrakcja tej sceny sprawiła, że parsknęłam niewesołym śmiechem. A kolejne akapity opisu znajomości Puszka z Jorgiem są jeszcze bardziej nierealne, abstrakcyjne - są straszne, bo życie Huberta jak sam to opisuje " jest raczej chujowe", ale czuję jego dystans i nie dobija mnie to, co dla mnie jest dużym plusem. Jest mi smutno, ale to jeo pierwsze wejście i dostaję wszystko podane jak raport trochę. Podoba mi się jak to wpływa na moje postrzeganie i Puszka, i Jorga. Info o Jorgu (5 min - 2 min na przejazd windą!) są pokazane szczegółowo i zajebiście pasują w kontekście hubertowej nienawiści i specjalizacji. Nie ma się tego uczucia, że autor na siłę wciska info, a pokazane jest płynnie. Pasuje tam. Zresztą w całym tekście często łapałam się na myśl, że podajesz coś z dokładnym wymiarem (np wzrost Zvajda, czas), ale to robi ten tekst i pasuje. Jest takie techniczne. Pasuje do historii o informatykach :D

Z rozpędu chyba powtórzyłam to co napisała Kruff xD Ale trudno.

Ogólnie mimo że to wybitnie nie moja tematyka (w dodatku ponury świat, a ja raczej lubię happy endy, a na to się nie zanosi), a mimo to po raz kolejny sposób w jaki piszesz sprawia, że mam ochotę doczytać do końca. I nie robię tego na siłę, bo tekst się zwyczajnie broni. Ciekawi, zdobywa sympatię, sprawia, że znajduję osoby, którym kibicuję, aby na przekór wszystkiemu im się powiodło (albo przynajmniej, żeby nie umarli zbyt szybko :P)

Także teges. Dobre to jest.

*ukłon*

I tyle.
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jeże Zvajdera

Post autor: Siemomysła » 17 stycznia 2018, 08:23

Joł. Spróbuję. Ale to takie trudne. Bo przecież jestem gdzieś tam dalej, bo w pamięci mgliście snują się wspomnienia wrażeń z najdawniejszego czytania i jakieś tam oczekiwania, przeczucia cokolwiek. Ale i tak spróbuję.

Najpierw zerknęłam co tam na kindlu. I wyobraź sobie pierwsze zaznaczenie mam dopiero tu:
Studenci gadali, śmiali się z całym swoim debilizmem i komentowali ten nagły zryw w obronie nauki, Sulita klepał Snarca po ramieniu, pieprząc od rzeczy i zaśmiewając się przy tym, bohater słuchał, przytakując bezrozumnie, a Ronwe przesuwał wściekłym spojrzeniem po całym tym obrazku, nie mogąc wprost znieść pozytywnych emocji, które tak bezpodstawnie i bez jego zgody wypłynęły na powierzchnię tamtego nieszczęsnego, piątkowego wieczoru.
Napisałam sobie tam: "trudno go nie kochać, ciska się jak mały kotek, groźny taki, ale nie, jeszcze nie". Nie wiem, skąd to wrażenie. Ale napisane, więc poczute, więc masz. A "bezpodstawnie i bez jego zgody" jest genialne i może to właśnie to. Bo w tym czuć taki żal totalnie bezsilny. To brzmi jak zapowiedź wielu złych rzeczy, bo on się przecież odgryzie. Nie pozwoli, by tak bez jego zgody.

Potem to:
Nie było ich wiele. Łącznie około jedenastu kilogramów, na które składała się uszkodzona lewa dłoń, przedramię, ramię, bark, obojczyk i jedna trzecia mostka, lewe płuco, serce, fragmenty szkieletu, narządów wewnętrznych, połowa rdzenia kręgowego, trzydzieści dwa procent mózgu i sto osiemdziesiąt centymetrów kwadratowych skóry, której wciąż Jörgowi nie zdjęto, choć ciążyła pięcioma zbędnymi kilogramami.
"wooooooooow czuję te obliczenia". Zapewne miałam na myśli to, że włoski się jeżą na karku od tego przeliczenia centymetrów kwadratowych na kilogramy. Zbędne kilogramy. Jörg od razu tu wchodzi na pozycję postaci tragicznej tego dramatu. I zaraz potem wchodzi Zvajder:
Hassel wystarczał sobie w kwestiach związanych z zabijaniem, a inne kwestie w założeniu nie miały go interesować. Martwy nie oferował bliskości, zrozumienia, pomocy ani sympatii, bo żadna z tych rzeczy nie była mu potrzebna. Zvajder zaś szukał w nim tego, co odebrano i tego, czego nigdy nie było - niepojętym mechanizmem samozakłamania, bez wzajemności otaczał Jörga wiernością, troską i ochroną. I tym żałosnym, bezsensownym czymś, co przy ogromnym wysiłku dało się nazwać niedorobioną formą miłości.
"<3 czułość we mnie" napisała Siem na marginesie. Wzruszyłam się tak na miękko. Relacja, która jest obciążająca, więcej szkody niż pożytku, ale jednak trwa. Być może dlatego, że nie ma jej jak zerwać. Ale może nie.

Potem jest długa przerwa, a potem:
I nawet ten pokrętny zbieg okoliczności - fakt, że wysłano go na studia, które skończył z wyróżnieniem, i kazano prześwietlić wydział, który prześwietlił wcześniej na własną rękę - nawet to nie mogło stanąć mu na drodze.
Tu zanotowałam coś, co ciężko mi odczytać... bo wyraźnie mi się palce plątały na dotykowej klawiaturze, ale końcówka brzmi:
SpoilerShow
powolne znaki DA jak Dietrich Ackerman?
Tak, Siem taka genialna, taka bystra, że aż odkryła oczywistość :bag:
A gdy postawię na swoim — uznał, dygocząc z gniewu i frustracji na mokrej ławce w centrum parku — pożałują wszyscy.
"czuję sympatię" <--- tak, napisałam to. Chyba zasadniczo dlatego, że te jego groźby naprawdę brzmią, jak ciskanie się chłopczyka. Ta sympatia, to jest takie Siemowe niedowiarstwo, choć gdzieś pod skórą czuję, że trzeba się bać, bo to po prostu stwierdzenie faktu, pewnik. Pożałują wszyscy i nie wiem, czy ja mam siłę sprawdzić jak bardzo pożałują.
— Do tej pory nie byli w stanie dostać się do kluczowych danych, bo osobiście je zataiłem. Nie tylko na kierunku SI i IP. — Rosjanin urwał i przez chwilę grzebał w teczce. — Jednak dotarło do mnie, że ktoś niedawno przeszukał nasz system.
— Co? — Zaskoczenie uniosło głos rektora o pół tonu. — Co takiego? Nie, niemożliwością jest!
Tu mam uśmieszek, o taki o: :) zdaje się dlatego, że Jodą zajechało :D
Oczywiście swoją replikę broni laserowej (RozwalaczTysiąc) kochał bardziej niż siebie, kolegów, rodziców, psa, księdza i panią wf-istkę razem wziętych,
"tyle w nim miłości!" XDDDDDDDDDDDDDDDDD pani wf-istka robi to zdanie.
Potem przyzwyczaił się, tak jak przyzwyczajali się inni młodzi Polacy i Szwedzi, a z czasem zaczął nawet lubić wszystkich pojebów i morderców, z którymi dzielił czas. Zabijania nie polubił jednak nigdy. Nawet po tym, gdy na wzór innych zaczął je traktować jak rozrywkę. Jak powód do nieśmiesznych żartów.
Dał radę, złamał się, oddał, poświęcił i znieczulił, by Hanna mogła żyć w spokoju, bezpieczeństwie i względnym dostatku. Dotrzymał słowa. Może nawet bywał szczęśliwy. Czasami.
"jest w tym moc" - znaczy jest coś mocnego w tym jego obrazie, że nie polubił nigdy. Jak sobie radzi z tym? Jak opakowuje zabijanie dla siebie, że potrafi funkcjonować? W co je przebiera? A może ma po prostu mroczek/białą plamę, która mu to przysłania w świadomości? Powód takich a nie innych wyborów też jest dobry, nadaje odpowiedniej goryczy temu wszystkiemu, choć przecież nie wymyślasz nic oryginalnego. Ale to nie zarzut, czy coś. Mam wrażenie, już z późniejszego czytania, że
SpoilerShow
Zło Puszka od zła Ronwego różni się tym, że zło Puszka ma w sobie pierwiastek człowieczeństwa, a zło Ronwego nie i nawet nie wiem, czy można go w tym momencie określić jako zło, w sensie Puszek mógłby sam siebie zdefiniować jako złego, a Ronwe chyba nie

I dalej:
Do śmierci miał czuć ten uścisk na swojej skórze i wiedział, że coś mu pękło w duchu i umyśle, by zrobić na niego wystarczająco dużo miejsca.
"och" Patrzę teraz na ten fragment i dalej mam "och".
Na te słowa trup zerwał się z ziemi i zanim ktokolwiek zdążył wymierzyć w niego karabin, dotarł do ogrodzenia trzysta metrów dalej. Przez siatkę przebił się bez zatrzymania.
"uf uf"
Było gorzej, bo trup okazał się Niemcem. Okazał się też narzeczonym Hanny i tak po prostu, w pewne chłodne, wiosenne popołudnie, wpadł do Huberta, żeby się przedstawić.
"aaaaaaaa..."

Ten fragment pierwszego spotkania Huberta z Jörgiem jest bardzo dobry. Jest mrocznie, strasznie, moment z zaciskającą się dłonią chwyta za gardło, a potem ni z tego ni z owego - wrzucasz info z narzeczonym Hanny. Przyznam, że tu zaliczyłam drobną zwiechę, że wcześniej się nie poznali, złagodzoną, owszem, za pomocą wspomnienia o kryciu się z tajemniczym wybrankiem, ale jednak zaliczyłam.

Potem:
Nie żeby Hubert sam uważał się za dobrego, bo wiedział, kim jest i na co zasługuje. Jednak Jörg to było co innego. Nie miało prawa zabijać ludzi, bo samo przestało być człowiekiem.
"jakoś go ogarniam pokrętnie" - tak to spojrzenie na sprawę wydaje się mieć sens

A w tym miejscu:
Potem była cała ta historia ze Zvajderem, której Hubert nie chciał wspominać, i tajemnicze kilkudniowe zniknięcie Jörga, po którym wszystko (z Jörgiem włącznie) stało się jeszcze straszniejsze i jeszcze mniej ludzkie. Rok, może półtora roku temu.
Siem postanowiła zapytać: "po kij mordują tych ludzi?" Jak również przyszło jej do głowy, że jak oni ich tak cały czas sprzątają, to skąd oni się biorą? Zabicie jest szybsze niż poczęcie nowego. Nie żeby to stanowiło dla mnie jakiś problem. Po prostu taka obserwacja.

Końcówkę wrzutki też sobie zaznaczyłam, podoba mi się.
Intuicja to była wybitnie babska rzecz i Puszek krył się z tym, że ją posiada.
O niczym więc nie powiedział nikomu i cały niepokój stłumił w sobie jak zawsze, a po przekroczeniu granicy uśmiechnął się do braci morderców i życzył im spokojnych snów.
Mam do niej podczepioną uwagę/pytanie "jak on się tam dostał z powrotem, że stał się 2.0? RAN przecież go wyrzucił?"
SpoilerShow
Ale oczywiście obie wiemy, że odpowiedziałaś na to pytanie wyczerpująco w dalszej części tekstu, więc wrzucam tylko po to, byś wiedziała, jak myśli czytelnik-Siem


Z wniosków ogólniejszych: czytanie Ciebie to specyficzny rodzaj przyjemności. Robi mi dobrze forma. Lubię te zabawy formatowaniem. Lubię Twój język. Lubię fakt, że przedstawiasz bohaterów z różnych kątów (to uwaga z przyszłości, bo tu jeszcze tego tak nie widać, ale potem widać to bardzo i to jest świetne). Tekst jest dla mnie trudny, owszem. Nie jestem w stanie łykać dużo na raz. Ale to jest bardzo dobra trudność. To jak z trudnością Dukaja - jego też nie czytam na jeden oddech. Cieszę się bardzo, że piszesz, bo robisz to świetnie.

Właściwie sprzedałam Ci głównie czytelniczy spontan, ale mam wrażenie, że to taki tekst, o którym więcej można mówić dopiero, jak się zobaczy słowo "koniec".

Więc :nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jeże Zvajdera

Post autor: Kanterial » 17 stycznia 2018, 10:29

Ojejej :bag: taki zajar, taka wdzięczność. Muszę przyznać, że wiem o trudnościach, jakie ten tekst sprawia (myślałam o nich, pisząc) choć tak naprawdę moje patrzenie nie jest ani trochę obiektywne. Uznałam, że skorzystam z atmosfery Nano i zacznę pisać z buta, ostry wjazd w fabułę, żadnego wprowadzania. Oczywiście ogromnie tu podziałały wszystkie rozmowy na sb, forum nano, ogólnie te miejsca, gdzie już "zapowiedziałam" o co będzie chodzić i zdradziłam imiona, szczegóły, inne takie. Wygląd Zvajdera. To się bardzo mocno odbiło na pisaniu.
Więc tak - domyślam się, że jest pod górkę. Dziękuję za wyraźne sygnały odnośnie tego gdzie i z jakich powodów.
Mogę powiedzieć tylko, że z tych wszystkich rzeczy jedna jest tylko umyślnie - właśnie nieopisany materialny Zvajder. To, że zdradziłam jego wygląd w rozmowach, zaburzyło mi mocno plany na tekst, ale już po kilku tysiącach słów uznałam, że nie - nie opiszę go. Nie przed kluczową dla niego sceną. Nie wiem, jak to będzie odbierane przez czytelników niewtajemniczonych, ale mam nadzieję, że nie odstraszy. Chciałabym, żeby Zvajder w każdej głowie wyglądał inaczej i żeby niezmiennie intrygował i żeby ta niewiedza była uciążliwa w cennym literacko sensie. Ale możliwe, że po prostu dodam ten opis i zrezygnuję z podchodów.
Bo oczywiście planuję tekst mocno poprawić, gdy już go skończę i gdy wszystkie wasze uwagi pozbieram, gdzie czego brakuje, co jest niejasne.
Tymczasem ogromnie dziękuję za szansę od was (Siem, Mono - wiem, że no, ten temat to nie wasza działka :bag: ) i muszę powiedzieć, że pozytywne emocje do miotającego się Ronwego cholernie mnie zaskoczyły. Bardzo. Ale to dobrze.
Bardzo też jestem zaskoczona odbiorem innych szczegółów i to, na co zwracacie uwagę (na jak różne rzeczy ją zwracacie, co widać już w 3 komentarzach) napędza mnie niesamowicie.
Obiecuję wszystko uwzględnić w przyszłych zmianach.

I wrzucam kolejne 5 kafelków, bo z następnym podrozdziałem już się nie mieszczą :facepalm:



Piotr Miński

Gdzieś, w wyjątkowo ciemnym i opuszczonym oddziale głównego budynku RANu, płonęły jeszcze zimne światła. Szerokim, oszklonym korytarzem biegł człowiek w szarym kitlu, z parą gogli podciągniętych wysoko na czoło; laborant Miński, lat dwadzieścia osiem, na co dzień programista progresywny, kawaler o wyglądzie narwanego chłopaka z liceum, wśród pracowników RANu znany pod pseudonimem „Eliza”. Wpadł do jedynego oświetlonego pomieszczenia na dwudziestym pierwszym piętrze i od razu namierzył wzrokiem dwóch mężczyzn.
— …był Dichtiarow tak zmęczony, żeby się sam na urlop wysłać. Do reszty mu odbiło przez sukcesy Sorokina, widziałeś, co się dzieje na IP. Pół uczelni wywalili przez ten projekt. A co zrobili z Worskim? Hakerzy mają przesrane, Maksiu. Wydział wie, RAN pilnuje, jak któremuś się noga powinie… Mógłbyś mi przesłać tamto — mówił wyższy monotonnie, szperając w szafce z katalogami.
Miński rzucił się na niego, objął ramieniem i zdążył tylko odsłonić wszystkie zęby w uśmiechu, na wydechu dodając „cześć”. Łokieć trafił go w twarz, w linię szczęki, a potem jeszcze raz, mocniej (spanikowany Nikin przyłożył mu w zęby, cóż za instynkt!), kość o kość, aż Mińskiemu łzy stanęły w oczach i zasłonił się przed kolejnym ciosem, krzycząc:
— To ja! Spokojnie! Maks, ratuj!
Za plecami usłyszał szuranie krzesła obrotowego, chrząknięcie, potwornie ironiczne „lecę!” z ust Azarowa i zaraz trafił go w kark jakiś kanciasty, twardy przedmiot. Coś małego, czarnego. Z diodą.
— Słuchaj, Maksym — zaczął Miński groźnie, gdy zorientował się, czym oberwał. Stracił przez to koncentrację i Nikin prawie znokautował go łokciem. — No już! Już! — zapewnił, odsuwając się na bezpieczną odległość. — Po co ta agresja…
Nikin milczał przez chwilę, patrząc na niego bokiem. Poprawił wyciągnięty sweter, wygładził rękawy i wrócił do szukania dysków w szafce, tyle że robił to z większą zawziętością i zaciskał usta, jakby sam się na siebie rozzłościł. Czoło miał przy tym zmarszczone starannie - cztery idealnie poziome linie gniewu pojawiły się na nim, by odstraszyć Polaka.
Bezskutecznie, bo Miński był nieodstraszalny.
Dobrali się, Rodion Nikin z Maksymem Azarowem, obaj zakochani w językach niskiego poziomu i obaj wierni Prawdziwej Wielkiej Rosji. Generalizując, jeden gorszy od drugiego. Zawsze opuszczali siedzibę RANu jako ostatni i głównie dlatego Miński znał ich najpierw z widzenia, później z gadania, jeszcze później z picia wspólnego.
— Nie strasz ludzi, Elizo — poradził Maks z życzliwością robota. — Wiesz, niektórzy nie lubią, jak się tak z biegu okazuje uczucia.
— Uczucia — powtórzył Miński pobłażliwie, zdejmując gogle. Brązowe włosy ani drgnęły, a należało dodać, że sterczały z przodu pionowo jak druty. Idealnie utrwalona chemicznymi oparami informacja „WYBUCHŁO. NIE ODSUNĄŁEM SIĘ”. — Jakie tam uczucia? Do Nikina? Litości! — Laborant zrzucił kitel, przeciągnął się, po czym z zapałem oznajmił: — Fajnie tu macie. No. A jeśli chodzi o RAN…
— Nikt ci niczego nie powie — przypomniał Maks. Zerknął znacząco w stronę zgarbionego Nikina, zanim na powrót zagrzebał się w swoich programach. Kwadratowe szkła odbijały ekran i przesuwające się po nim ciągi znaków.
— Chłopaki — fuknął laborant Eliza-Miński. — No ejże. Nikin? Wiem, że mnie lubisz. Ja swój jestem! Zdradźcie coś, trzy lata pracuję i nic, nic, nic tylko nowe paskudztwa badamy — obrócił się szybko, sprawdzając, czy nikogo nie ma na zupełnie pustym, ciemnym korytarzu — i tylko ludzie znikają. Maks.
— Nie.
— Słyszałeś? Mówię, że ludzie znikają.
— Słyszałem. I ty znikniesz — dodał informatyk jednostajnie znudzonym głosem, na co Miński wyraźnie spochmurniał. — Laborant Eliza 404.
— Żartujesz.
— Żartuję — mruknął Azarow bez intonacji i nie sposób było domyślić się, czy potwierdza, czy się raczej uprzejmie dziwi. Fakt, że wyglądem przypominał nowe, mniej sympatyczne wcielenie Stalina bez wąsów i mimiki, niewiele w tej kwestii pomagał.
Cały półokrągły, zagracony gabinet informatyków pachniał tym jednym jedynym zapachem, który przez trzydzieści niemal lat życia Mińskiego nie zmienił się ani o krztę - to był zapach gabinetu dentystycznego. Od zawsze budził złe skojarzenia i od zawsze miał go Miński za coś niewytłumaczalnie nieprzyjemnego, nieprzyjaznego ludziom. W pewnym sensie pachniał tak cały budynek laboratoryjny RANu, choć wydawać się mogło, że chemiczna sterylność nie sięgnie najwyższych pięter i sekcji informatycznej. Sięgała. Sięgała i zyskiwała na intensywności, wsiąkając w wykładziny i papier. U Mińskiego, na dole, były tylko białe kafle, szkło i zimny metal.
Rosjanie oczywiście twierdzili, że to Miński cuchnie dentystą. Cały RAN oskarżał się wzajemnie o ten uciążliwy zapach i nikt do końca nie rozumiał jego fenomenu. Może z wyjątkiem sprzątaczek, które oficjalnie nie były upoważnione do udzielania informacji o używanych środkach czystości.
— No to powiedz mi ty, Nikin — poprosił Miński. Zręcznie wyminął stosy dokumentów, stare komputery i wszystkie inne przeszkody, którymi Rosjanie zawalili przód pomieszczenia. Po drodze wyjął koszulę ze spodni i poluzował krawat, by wreszcie, z ulgą wypisaną na chudej twarzy, oprzeć tyłek o biurko Rodiona. Po namyśle podciągnął się i usiadł. — O tym naszym RANie, o SI, o projektach i hakerach mi powiedz. No, powiedz — męczył, kolanem szturchając Rosjanina w biceps. — Oni nam sami nic nie zdradzą, nasze laboratoria to jak oddzielna rzeczywistość. A wy pewnie coś tam wiecie, w końcu robicie na wysokich piętrach, nie? No? To jak będzie? Товарищ Nikin coś wie? — Zeskoczył i już dwie sekundy później obejmował Rodiona ramieniem, próbując mu zajrzeć w ekran i notatnik. — Mów, mój ty Paixie wśród Windowsów!
— Paix, dobry system. Lubię — zamruczał Maksym, poprawiając szkła na wydatnym nosie. Nikin westchnął i potarł siny policzek, unosząc brwi, a potem spojrzał prosto w twarz Mińskiego niebezpiecznie już zbliżoną do swojej własnej.
— Elizo, RAN widzi. RAN słyszy — rzekł lakonicznie.
— Ale ja muszę wiedzieć, Nikin, co to właściwie jest? Co my robimy? Co ja badam, kogo szpiegują szpiedzy, co Maksym ma w tym swoim programie i czego ty szukasz w szafkach, co ten RAN w ogóle planuje? Kto to jest RAN?
— Laboranci — wyjaśnił Maksym gdzieś w tle.
— Co laboranci?
— Dość — warknął Nikin, zrzucając z siebie natręta. — Cholera jasna, Miński, łeb ci wsadzę do jakiegoś pudła po PC’cie i przysięgam, zamknę i podłączę do prądu — zagroził smutno, bezsilnie, tym swoim łagodnym głosem zmęczonego wykładowcy. — Ile można? Wiesz, że nie możesz wiedzieć wszystkiego.
— Laboranci zawsze węszą. — Maksym odepchnął się od biurka i wraz z krzesłem obrotowym przejechał kilka metrów, by zgasić światło. Skręcił moc i zimne lampy w panelach przygasły posłusznie z łagodnym opóźnieniem. — Ale słyszałeś Elizę. Znikają. Dobra wiadomość.
— Zamknij ryj, Maks — poradził Miński ponuro.
— Nasz ulubiony DrinkBar już czynny. — Azarow zerknął na ogromny zegar z jasnopomarańczowym wyświetlaczem, pod którym ktoś (Miński nadal nie był pewny, kto) wydrapał w ścianie odwrócony kod aproksymacji Czebyszewa. — Idziemy?
— Idziemy! No, Elizo. Dajże spokój, na co się dąsasz?
Miński wyprostował się wolno i z rezygnacją przecisnął między zbędnym oprzyrządowaniem, by z wykładziny pod drzwiami podnieść swój szary kitel.
— Na nic. Męczy mnie to, ta konspiracja cholerna. Oddychać nie mogę — mruknął, spuszczając z radosnego tonu. — Dziś Maks stawia pierwszą kolejkę. Chodźmy.
Opuszczenie gigantycznego budynku zajęło im ponad dwadzieścia minut (Nikin uparł się, by sprawdzić wszystko ponownie i zerknąć do głównego systemu) podczas których Miński czuł, jak z niego paruje dobry nastrój, ustępując miejsca samej, żałosnej dość, potrzebie urżnięcia się na dobre z racji tego, że oto kończy się piątek. Oczy bolały go, jakby cały tydzień spędził bez snu w pokoju pełnym jarzeniówek.
— Maksiu — zaczął z wolna, chcąc spytać o coś ważnego, ale zapomniał, jak się używa słów. Tuż za głową informatyka dostrzegł znajome drganie powietrza, które od razu przerodziło się w barwną falę i uformowało żwawo, sprężyście, w cienką miniaturową zorzę. Niby to fioletowe, niby niebieskie, ale w miarę, jak się przesuwało jakieś dwa metry nad ziemią, zmieniało odcień. Co za kolor? Co przypominał? Za każdym razem Miński zadawał sobie to pytanie, ale od blisko miesiąca nie wpadł na sensowną odpowiedź.
— …gadania z tobą — dokończył Maksym ze złością. Coś zatrzeszczało i rzędami, rytmicznie, zgasło kolejno dwieście świateł na całej długości korytarza. Wtedy laborant doznał olśnienia.
— Kacze pióra — wymruczał, patrząc w mrok ponad głową Rosjanina. Tak, przypomniał sobie. Kacze pióra mieniły się w słońcu jednocześnie fioletem, granatem, butelkową zielenią i czernią. Ile lat już nie widział…
— Co tam mamroczesz?
— Widziałeś ty kaczkę? — spytał Miński bez namysłu.
— Co?
— Kaczka. Ptak. Skrzydła i dziób. I chyba tak huczało, ja wiem, nie, to było takie — Miński spojrzał za okno, w ciemność i las neonów — kwakanie — skończył niepewnie.
Szczere zdziwienie wypłynęło na twarz Maksyma, ale nie zdążył odpowiedzieć, bo Nikin właśnie zawołał ich z końca korytarza, grożąc, że zaraz zamknie samych w środku. Zjechali szóstą windą, wyszli na zewnątrz i narzucili czarne poncza, nie odzywając się do siebie.
Deszcz padał nieprzerwanie od wielu godzin. Z nieba lało się, jakby ktoś opróżniał chmury wiadrami. Tak — myślał Miński, wlokąc się za Nikinem — jeszcze, jeszcze więcej, ja już leżę w błocie, a ty nie, ty mnie będziesz dalej oblewać z góry, żeby wszystko na dobre utopić w tej swojej błotnistej brei, i tylko woda, błoto, woda i błoto i jeszcze więcej wody, choć raz byś nie zsyłał potopu przed weekendem…
— …się dobrze czujesz? Halo?! — dokończył Nikin prawie krzycząc. Od dłuższego czasu szedł obrócony w stronę Mińskiego i mrużył oczy, jedną ręką odchylając obszerny kaptur. W świetle latarni jego trzydziestoletnia twarz wyglądała starzej niż zwykle, choć może była to wina ciągłego ostatnio siedzenia przed ekranem i promieniującymi taflami programowania.
— Co?! — zawołał laborant z opóźnieniem.
— Nie znosi cię aby po skosie?!
— Nie słyszę!
— Обдолбаный!
Maksym zaśmiał się bezgłośnie, obserwując nieudolne próby komunikacji zagłuszane ulewą.
Szeroką aleję Faradaya, otoczoną ścianami najwyższych biurowców w B-23, przebyli prawie biegiem, ślizgając się i klnąc. Neony i cyfrowe billboardy strzelały w nich reklamami, wołając o uwagę i pieniądze. Raziły zewsząd, promieniowały nad głowami, spływały w dół po budynkach i odbijały się w spienionych kałużach. Przebijały na wylot zadymione centrum i gęstą biel chemicznej mgły wiszącej metr nad asfaltem.
Jak zawsze Miński zatrzymał się pod pierwszą z kamienic obudowanych szkłem i jak zawsze Rosjanie musieli go stamtąd odciągać, choć dziewczyna, którą poznał lata temu, dawno już przestała wynajmować mieszkanie na czwartym piętrze. Napruty Nikin twierdził czasem złośliwie, że uciekła przed Mińskim, a Miński złościł się niewspółmiernie i milczał później godzinami, bo wiedział, że to prawda. W ten feralny piątek znów dał się złapać pod boki i szurając obcasami po bruku przejechał parę metrów, zanim ostentacyjnie wyrwał się informatykom.
— Wiem, dobra?! — wściekł się przy tym.
— Dobra, Piotruś.
— Babę byś sobie znalazł, a nie. O tamtej wciąż myślisz.
— Wąsy byś sobie zapuścił, Джугашвили! Dobra?!
— Dobra, Piotruś.
Do baru weszli z tak przemoczonymi spodniami i butami, że na wykładzinie zostawiali po sobie mokre plamy.
— Mówiłem wcześniej — wysapał Rodion, gdy już zasunęły się za nimi drzwi — że niezbyt dobrze dziś z tobą, Elizo.
— Prawda — podchwycił Maksym. — I patrz go, znów nie słucha. Miński, co z tobą, żyjesz? Na co tak patrzysz?
— Na tego człowieka po lewej. W rogu — skłamał laborant, bo stwierdził nagle, że ze zmęczenia znów zaczyna mieć zwidy. Powietrze drgało, pod sufitem płynęły barwne zorze, a wszystkie dźwięki z głosami Rosjan włącznie zdawały się być dalekie i przytłumione. Miński odchrząknął i powiesił płaszcz na haku, unikając spojrzenia Maksyma.
— Na człowieka, mówisz, patrzyłeś. Wysoki jakiś. Na oko trzy metry — ocenił Rosjanin rozbawiony. Dopiero później obejrzał się przez ramię. Miński zdążył jeszcze zerknąć ponownie w górę, ale kolorowe widmo, ku jego zaskoczeniu, zniknęło.
— Ach, ten — rzekł Nikin, również obracając się, by lepiej dojrzeć twarz mężczyzny stojącego przy ladzie. — Znacie go? Od nas chyba.
Nieznajomy opierał się bokiem o blat i rozmawiał z kimś nieobecnym w DrinkBarze, przykładając dwa palce do skroni i lewego ucha. Miński początkowo sądził, że gada do siebie, ale przypomniały mu się mikronadajniki rozdawane pracownikom innych sekcji w RANu. Z niechęcią zmierzył szczupłą sylwetkę w czarnym ubraniu.
— Może — wzruszył ramionami. — Ja nie kojarzę ludzi od nas. Zresztą wszyscy tam tacy tajni, pieprzę informatyków…
— Ty chyba programistą jesteś z wykształcenia — zauważył Maksym, nadal patrząc za plecy. Wtedy obserwowany przez niego człowiek wyprostował się, szybko odsunął dłoń od skroni, jakby zrywał jakąś nitkę, i z całą, straszną według Mińskiego, świadomością, że się o nim rozmawia, spojrzał prosto na Maksyma.
— Furiat — syknął Azarow, obracając się błyskawicznie.
— Było nie patrzeć! — Nikin złapał ich za ubrania (Maksa za rękaw, a Mińskiego za kołnierz) i pociągnął za sobą w głąb lokalu. — Niech to, Furiat tutaj — mamrotał pod nosem. — Może nie podejdzie?
— Chciałbym.
— Czy on miał na sobie koszulę? — wypalił Miński z opóźnieniem.
— Czy to jest istotne, Elizo?
— Koszulę, Maks. KOSZULĘ. NA GUZIKI.
— Nie żartuj… Nie, na pewno nie!
— Głośniej mówcie, kretyni.
Nerwowo zasiedli przy wolnym stoliku. Miński z niepokojem złożył swoje krótkie, stałe zamówienie, bazgrząc zawzięcie po e-papierze, po czym pomachał w stronę znajomego barmana. Tymczasem osoba, której obawiali się Rosjanie, wyszła z cienia. Mężczyzna szedł szybko, lawirując między krzesłami i zbliżając się do pracowników RANu. W ostatniej chwili skręcił jednak w stronę wyjścia. Nie dało się w ledowym, zimnym świetle stwierdzić, czy kiedy znikał za rogiem, jego mina wyrażała złość, czy raczej złośliwą satysfakcję. Dało się za to zobaczyć rząd guzików na całej długości torsu w czarnej koszuli.
Druzgocące.
Miński poczuł, że przechodzi go paskudny, lodowaty dreszcz. Odepchnął od siebie durną, niemożliwą myśl o tożsamości obcego i z rozrzewnieniem potarł skronie. Szelest zasuwanych, automatycznych drzwi dotarł do ich stolika i wszyscy trzej rozluźnili się z ulgą; Rodion i Maks nawet jednocześnie wypuścili powietrze, co trochę Mińskiego rozbawiło.
— Odważni — zażartował z wysiłkiem. — Z Rosji.
— Jedno złe słowo o Wielkiej Prawdziwej Matce Ojczyźnie — zaczął Maksym natychmiast, poważniejąc, aż surowa twarz za kanciastymi szkłami nabrała groźnego wyglądu, a czarne oczy błysnęły — i pożałujesz!
Wielka Prawdziwa Rosja to była ta mała, odcięta od wielo-miast i zupełnie niewspółpracująca ze zjednoczonym kontynentem część byłej Rosji, gdzie żyło (w porywach) trzy miliony Prawdziwych Rosjan.
— No już, już — zgasił Miński ugodowo. — Co za facet? — Kiwnął głową w stronę niedawno zamkniętych drzwi.
— Pracuje w RANie trzy lata — odparł Nikin rzeczowo, niczego w ten sposób nie zdradzając, tak że Eliza-Miński parsknął zirytowany, przesuwając wzrokiem po oszklonych ścianach DrinkBaru. — Haker.
Na zewnątrz panował chaos, ciął deszcz i kłębiła się uparcie ciężka mgła znad rdzeni. We mgle znikali przechodnie, z mgły wyłaniały się maszyny jeżdżące i latające, a nad nimi wisiała cholerna, drgająca, wielokolorowa…
— Czekaj, czekaj. I on też z wydziału IP? Od nas z uczelni? — Miński usłyszał swój głos jak zza szyby. Durna myśl powróciła.
— Oni wszyscy od was. I wszyscy potem w systemach siedzą, chyba że się na laborki zgodzą — mruknął Maksym.
— A z Furiatem od razu wiedzieliśmy, jak będzie, tylko się w RANie pojawił i było jasne, po co go wzięli, dlaczego. Taki typ. Nasza sekcja to co innego, informatyka to co innego — dodał Nikin. — RAN czegoś szuka na wydziale Informatyki Progresywnej, ale tam siedzi nasz stary towarzysz Sorokin. Sorokina żaden haker nie przeskoczy, Elizo. Worski chciał, coś tam zaczął z tą sztuczną inteligencją, idiota, twierdził, że już po fakcie, że Sorokin dawno to opatentował. I co się stało z Worskim?
Dostali swoje zamówienia i wszyscy trzej siedzieli, nie pijąc. Miński słuchał zmęczonego głosu kolegi snującego teorie na temat Jakuba Worskiego i nowych technologii grożących technologiczną osobliwością. Męczył się przy tym, nie mogąc przestać myśleć o czarnej koszuli i guzikach.
— Maksiu, Rodik — powiedział wolno, gdy Nikin dał mu dojść do głosu — a czy to nie był ten od Paixa? Ten, co nam system postawił na wejściu?
— Worski?
— Nie, Furiat.
— Ten sam — zgodził się wyższy informatyk, a Maks żywo pokiwał głową. — To jednak znasz go, mówiłem. Wy się tam wszyscy na wydziale znacie, pewnie studiowaliście razem.
— No to trzeba było tak od razu! W RANie od groma pięter, nasze laboratoria na samym dole, ja się praktycznie z nikim nie widzę. Ani z waszą, ani z ich sekcją. Co mi tam do informatyków, programistów, systemowych. Hakerów naszych. Ja wiem tylko, że trzy lata temu kogoś zatrudnili. Wtedy co mnie, tylko do czego innego.
— I dobrze — ziewnął Nikin.
— Ale wiecie co — podjął Miński szybko, opierając łokcie o przezroczysty blat i zerkając za siebie — jeśli to jest ten, o którym myślę, to raczej nie pasuje. Znacie Dianę?
— Dianę z zarządu? — ożywił się Rodion. — Kto by nie znał!
— Ona mi opowiadała, że z niego chłop jak marzenie po prostu, do rany przyłóż, a jaki miły, jaki dobry, uczynny. — Laborant Miński urwał i z klasą wlał w siebie całą zawartość kieliszka. — Oaza spokoju, właśnie, oaza spokoju. I, mówi mi, słuchaj Elizo, przy nim aż się człowiek odpręża, relaksuje. W jego gabinecie cisza, porządek, tylko miłe spojrzenie rzuci znad ekranu, pochwali, o kawę poprosi. Więc jak, pytam was — czknął — przepraszam, jak wy go mogliście ochrzcić Furiatem?
Rosjanie poszli za jego przykładem i unieśli piwa. Pili długo i wolno, wytrwale, jak na stałych klientów przystało. Zachlaje bezdenne — pomyślał Miński z uczuciem, obserwując ich krtanie. Wreszcie Nikin odłożył kufel i podjął temat:
— Widzisz, ja go też za dobrze nie znam. Trzy, cztery razy spotkałem. Z Maksem, pamiętasz Maksiu? No. I jedno ci powiem, pozory mylą. Też się nabrałem, ale pozory mylą. Ty nie patrz, jak on wygląda i nie słuchaj, co Diana mówi. I zabij mnie, ale ten człowiek jak nikt do swojego przezwiska pasuje. No, może ty jeszcze, ty jesteś jak Eliza…
— Nienawidzę, jak do tego wracacie — przypomniał Miński — więc daruj, dobra?
— Dobra.
— Nikin ma rację. A my z Nikinem dobrze ludzi znamy, ciebie ochrzciliśmy Elizą bez pudła, a jego Furiatem, też bez pudła. Tyle że on nie wie.
— To jak się naprawdę nazywa? — drążył Miński coraz bardziej zapętlony w swoich domysłach i przeczuciach. — I jeszcze raz, co w RANie robi? Haker? Na Sorokina posłany?
— Ronwe, spec od Paixa, na Sorokina posłany – wyrecytował Maks.
— Cholera — laborant oklapł — więc jednak nie znam go.
— Aj tam — jęknął Nikin ze złością. — Pijmy! Nie mówmy o nim, bo mi się przypomina. A ty weź leki, Piotrek, żebyś się znowu nie dusił przy ludziach.
Więc przestali mówić, a Miński posłusznie sięgnął do torby, by z niej wygrzebać swoje tabletki. I pili. Pili na umór, budząc niezmiennie respekt barmana.
Gdzieś po czwartej, może piątej kolejce Maks zdjął okulary i jak zawsze załamał się, mówiąc, że nienawidzi swojej pracy. Ten sam scenariusz od ponad roku, tydzień w tydzień; Nikin poklepał go po głowie, Eliza-Miński objął, zaczęli coś mówić, kłamać zawzięcie, wzajemnie się przeganiając w swych wspaniałych wizjach, by jakoś Maksyma pocieszyć.
— I mówię ci Maksiu, to już będzie szczyt wszystkiego, bo skąd deszcz, jak atmosfery nie będzie? W takiej wielkiej strefie jak bańka mydlana, zamknięci, bezpieczni — truł Nikin z przekonaniem, rozkładając przed kolegą długie ramiona, by zobrazować, o jak ogromnej bańce mówi — kupisz sobie nowszy procesor i w spokoju popracujesz nad kolejnym odkryciem, za odkrycie nagroda, za nagrodę nowszy procesor, tak do końca…
— Przy komputerze do usranej śmierci — podchwycił Miński, bo mu po alkoholu puściły hamulce. — Cała Wielka Prawdziwa Rosja będzie z ciebie dumna! Ani kroku w tył!
Było coraz ciemniej i coraz później, a życie dopiero się zaczynało, kwitło w centrum. Miasto pulsowało wokół DrinkBaru, gdzieś tam zachodziły dalekie łuny przedstref, błyszczały kłamliwe hasła i migały czerwone światła sygnalizacji.
Coś poruszyło się po drugiej stronie ulicy, zwracając uwagę Mińskiego. Mgła zawirowała z gracją i nagle, ku rosnącym obawom laboranta, z ludzkich oddechów utworzyła się nić. Początkowo krótka i cienka, zaczęła falować i drżeć, aż wyrwała się z mgły jak coś żywego i samodzielnego. Podpłynęła wyżej, tam zatańczyła jakoś niesamowicie - i oto nad liniami wysokiego napięcia mieniła się już kilkumetrowa, barwna zorza.




DA V.1

/* I'm not satisfied
It's all or nothing
There's no peace of mind
for me
And even though I try
My greedy heart is hungry
I'm not satisfied
You see */



Z rosnącym niepokojem i złością mijał kolejnych ludzi, zbliżając się do budynku RANu. Nie zdążył nawet wyschnąć w DrinkBarze. Nie zdążył odpocząć i napić się, bo przeczucia męczyły go i absorbowały zupełnie, nawet gdy postanowił stanowczo, że wszystkie problemy rozwiąże następnego dnia. Coś na kształt nieuzasadnionego gniewu zawładnęło jego umysłem, gdy opuścił więzienie, i z godziny na godzinę wzbierało pod skórą. Było jak bomba z opóźnionym zapłonem.
Ronwe znał ten stan dobrze. Zbyt dobrze.
Jakaś głęboka, uśpiona wiedza, może zwykły lęk, a może połączone nieświadomie fakty pchały go w stronę działania. Rozpaczliwa próba odcięcia się od nich poskutkowała jedynie frustracją, gdy czekał bezczynnie w DrinkBarze. Wszedł z potrzebą upicia się, stanął przy ladzie i zastygł, analizując wnętrze własnej głowy.
Świat oczywiście nadal z nim nie współpracował, dając to jasno do zrozumienia; dosłownie dziesięć minut później do baru wtoczyło się trzech RANowców w piorunującym polsko-rosyjskim składzie. Pech chciał, że Ronwe znał ich wszystkich.
Znał Nikina - informatyka współpracującego niegdyś z Sorokinem i utrudniającego RANowi infiltrację wydziału IP. Znał Azarowa - cholernego agenta Prawdziwego Rosyjskiego Wywiadu, który każdą próbę uzyskania danych z głównego serwera zgłaszał nie tylko zarządowi RANu, ale i własnym przełożonym. Znał wreszcie Piotra Mińskiego - pijaka i niepoprawnego romantyka chorego na CCHS, z którym przez trzy lata studiów wspólnie projektował niezależne struktury baz danych i zaawansowany układ sterowania (pisany po części w archaicznym języku C, do którego obaj mieli słabość).
Miński to była klątwa. Prawdziwa, Polska klątwa. Ronwe poznał go na pierwszym roku (gdy okazało się, że Worski nie ma z kim pić, „Bo ty, Dietrich, nic o piciu nie wiesz, bo ci do Słowian daleko, bo my, rozumiesz, alkohol mamy od wieków we krwi!” i tylko Piotr „Piotruś! Mordo ty moja, chodź tutaj, na cholerę znowu się dusisz?!” okazał się godny, by z nim spożywać alkohol w chorych ilościach).
Podsumowując, zarówno Rosjanie jak i Miński stanowili ogromne zagrożenie, bo ci pierwsi byli na Ronwego jako hakera cięci z zasady, a ten drugi mógł go zwyczajnie rozpoznać, łącząc rozsypane fakty.
Weszli i gapili się na Ronwego, jakby o tym nie wiedział. Więcej, gadali o nim głośno, jakby nie słyszał. Ewakuował się więc, walcząc z potrzebą znokautowania Mińskiego za komentarze na temat swojej koszuli i guzików.
A teraz biegł do RANu. Do RANu, bo tylko RAN był miejscem, które mogło przynieść mu względny spokój umysłu. Jeśli nie było tam Azarowa i Nikina, nie mogło być też nikogo innego.
Dobrze.
Dobrze, bo Ronwe nie potrzebował świadków.
Przedarł się przez najbardziej ruchliwą część zamieszkałego B-23 i dotarł do przemysłowej strefy głównych laboratoriów. Nieuleczalnym zwyczajem zadzierał głowę, by się upewnić, że w żadnym z okien nie ma już światła, a ludzi spychał z drogi bez skrupułów i zastanowienia. Do drzwi na poziomie zero dostał się po ominięciu trzech bramek zabezpieczających i przeskoczeniu jedynej części ogrodzenia, która nie była pod napięciem. Dichtiarow gadał czasem, że i tam każe puścić prąd, by kiedyś Ronwego usmażyć za bezczelność, ale od lat stawało wyłącznie na groźbach i pouczeniach.
Cała w ogóle współpraca z Dichtiarowem rozbijała się o ciągłe groźby i pouczenia, bo doktora niezmiernie irytowało bardzo wiele rzeczy. Irytował go przede wszystkim sam Ronwe i jego rzekome niedostosowanie społeczne, po przebudowie pieszczotliwie nazywane „dysfunkcją”. Nikt jednak poza Ronwym nie nadawał się do współpracy przy eksperymentach na materiale V i doktor prawdopodobnie w głębi duszy wiedział, że czynnikiem, który o tym decydował, była ta właśnie społeczna dysfunkcja, na którą od trzech lat nieustannie narzekał. Poza tym Ronwe wniósł do RANu wiele własnych innowacyjnych rozwiązań i projektów, bez których żaden z eksperymentów Dichtiarowa nie miał prawa się powieść.
Więc trwali tak, połączeni niezdrowym układem i wzajemną niechęcią; osławiony podstarzały naukowiec (cierpiący na przedawnienie wiedzy o technologii) i bezwzględnie ambitny młody geniusz (cierpiący na brak własnego laboratorium za dwadzieścia miliardów).
Nie żeby Ronwe Dichtiarowa jakoś wybitnie nienawidził - tak naprawdę sam doktor niewiele go obchodził. Był tylko środkiem umożliwiającym osiągnięcie celu, a środki takie traktował Ronwe z należytym szacunkiem.
Starł wodę z twarzy, strzepał nadmiar z rąk i zdyszany zaczął wklepywać kod w panel systemu zabezpieczeń. Zirytowany odsłonił zęby, gdy po złamaniu pierwszej osłony natrafił na dodatkowe utrudnienia sygnowane nazwiskiem Nikina.
Cholerni Rosjanie wiedzieli zbyt dużo. Nawet jeśli ich gra nie tyczyła się planów Ronwego, mogła je z łatwością pokrzyżować. Odwieczna rywalizacja Dichtiarowa i Sorokina już nastręczała mu niemało trudności, a dodatkowe pionki na planszy mogły tę sytuację wyłącznie pogorszyć. Łamiąc kody Nikina, Ronwe postanowił powiedzieć o tym doktorowi i poprosić o przyzwolenie na podjęcie stosownych kroków. Wszystkich rosyjskich informatyków w sekcji należało jak najszybciej usunąć, jeśli Dichtiarow naprawdę chciał wykraść z wydziału tajemnice Sorokina i odebrać mu szanse na kolejny prestiżowy tytuł.
Włamał się w końcu, rozsunął drzwi po okazaniu karty dostępu i już minutę później wznowił wszystkie zdjęte wcześniej osłony, by w razie kłopotów zyskać nieco czasu. Głębokim wdechem wypełnił płuca i spojrzał w głąb technologicznego imperium.
Był środek nocy. Była zupełna ciemność na zerowym piętrze RANu, były wiązki laserowe na całej długości głównego korytarza i było w końcu, po całym długim dniu, poczucie, że wszystko jest tak, jak być powinno.
Wielki, zły, opuszczony RAN z całą swoją ekscytującą zawartością i niezliczonymi tajemnicami należał teraz wyłącznie do Ronwego.
To odurzało. Parło do głowy z siłą narkotyku i wzbierało euforią tak dziką i niepowstrzymaną, że Ronwe cudem hamował jej efekty. Chciał krzyczeć i musiał wgryźć się w dłoń, by tego nie robić, a z podniecenia i tak odtańczył jakąś chorą parodię jednoosobowej dyskoteki na neospeedzie i tak się przy tym odkleił od rzeczywistości, że otrzeźwiło go dopiero zderzenie ze skrzydłem drzwi obrotowych.
— Wahhh, GEH’ SCHEIßEN! — zawył, a drzwi jak na zawołanie uruchomiły dzienny program. Ronwe prawie wgniótł szkło, walcząc ze wzmacnianą szybą, zanim dał się popchnąć o bezsensowne trzysta sześćdziesiąt stopni i wypadł z powrotem na swój korytarz.
Poprawił kołnierz, złorzecząc projektantom budynku, i ruszył gniewnie ku wąskiej klatce schodowej prowadzącej do piwnic. Tam nie było już miejsca na głupie podniecenie i nie liczyło się nic poza pewnością. Stopień za stopniem parowała więc z Ronwego mieszanka zbędnych emocji, a jej miejsce zajmowała konieczna, zimna bezwzględność. Szedł, aktywując światła fotokomórek. W myślach szykował rozmowę z doktorem i planował kolejne etapy eksperymentu.
Wreszcie stanął gotowy na poziomie minus dziewiątym i uśmiechnął się delikatnie na widok stalowych drzwi.

//
— Nie — słyszał. — Nie, nie, nie, nie, NIE! NEIN!
Swoje ręce widział wyraźnie i chciał ich użyć, chciał się złapać za głowę, ale palce nie słuchały i dalej obracały strony notatnika. Białe i roztrzęsione szarpały krawędzie kartek, drąc je od czasu do czasu, a notatnik nie kończył się, zapisany w całości gęstym językiem Dichtiarowa, zachlapany kawą i opalcowany krwią.
Ten skurwysyn pisał rzeczy, o których Ronwemu nie mówił.
Pisał o pierwszych ofiarach projektu. Pisał o trupach. O kolejnych nieudanych próbach i pierwszych sukcesach, o wszystkich swoich obiektach z osobna, bo przecież ludzie to nie materiał, w każdym razie nie tylko materiał, więc każdy z nich zasługiwał na osobny rozdział w pierdolonej kronice piwnicznego laboratorium.
To by Ronwego nie wepchnęło w stan bliski szaleństwu, gdyby nie fakt, że najobszerniejsze rozdziały dotyczyły dwóch konkretnych i kluczowych osób - w tym jednej rzekomo martwej i drugiej rzekomo zbiegłej z RANu w połowie zeszłego miesiąca.
Obie te osoby widywały się z Dichtiarowem i bywały w piwnicach, a kolejne daty i kolejne wpisy w rubrykach idealnie korelowały z nieobecnościami Ronwego.
Czuł, że niedługo krew mu pójdzie nosem z furii. Prawie słyszał, jak się gotuje pod ciśnieniem i rozrywa kolejne naczynka. Gdyby tym razem miała mieć temperaturę stu stopni, nie byłby zdziwiony.
W ostatniej chwili zatrzasnął zeszyt i obrócił głowę.
Przez kolejne minuty krążył po piwnicy jak wściekłe zwierzę. Analizował i pytał, miotał się bezsilnie i próbował uspokoić, a krew ciekła mu z nosa i kapała na podłogę.
Błyszcząca stalowa płyta, do której jeszcze dwa miesiące temu przypięty był Rudolf Akermann, wciąż wzywała Ronwego nieznośnie. Więc patrzył na nią i widział metal, widział puste miejsce po cennym cyborgu, którego sam stworzył i zaprogramował, na którym wypróbował wszystkie nowe rozwiązania i którego oddał pod opiekę doktorowi.
Cyborgi Dichtiarowa były nieudane, z założenia wadliwe. Oparte na zbyt starej i zbyt powszechnej technologii. Ronwe dwa lata nalegał, by doktor pozwolił mu przedstawić własny projekt przebudowy ludzkiego organizmu. Zapewnił wszystko - odpowiedni materiał, gotowe programy i własne doświadczenie. I gdy wreszcie Dichtiarow zgodził się udostępnić mu jedną z płyt, a potem zobaczył pierwszą wersję Akermanna, nastąpił przełom.
Przez jakiś czas nawet się dogadywali. To znaczy Ronwe z Dichtiarowem, nie Dichtiarow z cyborgiem, bo cyborga nie wolno było aktywować bez stuprocentowej gwarancji posłuszeństwa.
Z wielu zresztą względów to do Ronwego należała decyzja. To on był twórcą, a więc i właścicielem. Czterdzieści dni temu kończył symulować ostatnie ścieżki programu i szykował się do oficjalnego uruchomienia procesora Rudolfa Akermanna.
A kiedy przyszedł gotowy, okazało się, że Akermanna już nie ma.
Uciekł — mówił Dichtiarow — aktywował się sam. Bywało i tak. Pamiętasz, zdarzały się przypadki. Niczego nie mogłem zrobić. Wysłałem ludzi, znajdziemy go. Przykro mi, wiem, że to był dla ciebie ważny niegdyś człowiek.
To wcale nie był ważny człowiek, to był cholernie cenny materiał o pełnej niemal zgodności biologicznej. Ronwe miał go w głębokim poważaniu aż do dnia przebudowy. Nie mógł uwierzyć w ucieczkę Rudolfa i ciężko przeszedł to koszmarnie tragiczne wydarzenie, choć doktor zapewniał go, że odzyska przynajmniej zwłoki, jeśli cyborga trzeba będzie dezaktywować. I teraz, po miesiącu pełnym myśli o straconych szansach i popełnionych błędach, okazało się, że Dichtiarow wcale Rudolfa nie zgubił.
Może zepsuł i przeprogramował z zazdrości, choć to by było do niego niepodobne.
Najwyraźniej miał z Akermannem jakiś związek lub umowę, skoro cyborg (Ronwemu nie mieściło się to w głowie) przychodził do jego laboratorium regularnie. To nie miało sensu, nie miało uzasadnienia.
Akermanna nikt nie szukał. Akermann nie uciekł i nie wydostał się magicznym sposobem z piwnic. To Dichtiarow przejął go, używał w jakimś celu, a może zdurniał na starość i postanowił uwolnić, by Rudolf mógł sobie tak po prostu żyć wśród normalnych, żywych ludzi w B-23.
I pomyśleć, że Ronwe natknął się na te informacje wyłącznie dlatego, że zaniepokojony przeczuciami zechciał się w piątkowy wieczór pofatygować do RANu, by tam spędzić długie godziny na przeglądaniu kodu kompilacji. Usiadł za biurkiem Dichtiarowa, z gwinta opróżnił jego karafkę i już miał uruchamiać urządzenia, gdy zobaczył ten przeklęty, archaiczny notes zszyty zszywkami.
I tak nie wyczytał wszystkiego. Nie znał starej cyrylicy i ciasnego, pochyłego pisma. Wystarczyły słowa-klucze, daty, dane osobowe i niektóre uwagi pisane na marginesach europejskim angielskim.
Wśród tych uwag znalazło się wiele przydatnych informacji takich jak numer sekcji laboratoryjnej i lista pracowników rozpoczynająca się od nazwiska Mińskiego. Dopiero potem Ronwe dotarł do rubryk Rudolfa Akermanna i tego starocia, Jörga von Hassela, jednego z pierwszych cyborgów, jakie Dichtiarow z marnym skutkiem próbował powołać do życia.
To, że Hassel w ogóle funkcjonował, było jakimś makabrycznym żartem.
Ronwe pamiętał go dobrze - uścisnął mu dłoń pierwszego dnia pracy w RANie, a tydzień później zabił i pokroił skalpelem na metalowej płycie, zaliczając rozmowę kwalifikacyjną u doktora Dichtiarowa.
W opuszczonym, niedoświetlonym laboratorium zabrzęczał nagle stary generator, z sykiem uwolnił się jakiś ładunek i iskry przeskoczyły po metalowych rurach pod sufitem. Ronwe spojrzał za siebie. Zwarcie uruchomiło zepsuty kompilator, który przez moment tylko krztusił się błękitem wyświetlacza, zanim zgasł, uwalniając dym przepalonych obwodów. Haker przesunął wzrokiem po siwej chmurze, a w jego głowie zapłonął skojarzeniem błękitny neon szyldu DrinkBaru dla programistów.
To był impuls.
Porwał notes i ścierając krew z twarzy ruszył ku windzie, by ze swojego gabinetu na dwudziestym trzecim piętrze wynieść pistolet z tłumikiem.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jeże Zvajdera

Post autor: Kruffachi » 18 stycznia 2018, 11:50

Spóźniłam się z garścią ogólnych ogólności pod ostatnią wstawką, ale wracam na posterunek!

Po pierwsze to Hubercik, o czym trułam już wiele razy, ale nigdy za dużo, bo za dobrze wiem, że o pochwałach za szybko się zapomina. No więc uwielbiam go jako postać do tego stopnia, że uwielbiam też jako osobowość, choć jednocześnie mnie odstręcza i pokazuje cały wachlarz cech, za które powinnam go nienawidzić. No, umówmy się, że jest trochę zakutym łbem. Trochę takim starszym bratem, co zawsze wie lepiej, a jego siostra powinna grzecznie siedzieć w domku i zaplatać warkoczyki, a potem uroczo ćwierkać na widok prezentów. Na pewno nie myśleć samodzielnie i na pewno nie mieć prawa do swojego zdania. To też trochę taki typ, że jak już coś wymyśli, to się będzie tego trzymał, choćby mu wszyscy dookoła trąbili, że jest inaczej (choć tu mam pewne małe nadzieje, że może klapki z oczu spadną). I to wszystko jest tak cholernie dobrze umotywowane w jego historii i położeniu. On po prostu nie ma prawa być inny. Inny - lepszy - nie byłby wstanie tak dobrze zracjonalizować sobie tego, co robi. No, nie funkcjonowałby po prostu. I to też Ci mówiłam, ale powtórzę, że szalenie zazdroszczę tej zdolności do łamania postaci w taki sposób. Wiem, że ja bym się w pewnym momencie cofnęła. Wiem, bo się cofałam, bo nigdy nie udało mi się przekroczyć pewnej granicy i może nie uda mi się nigdy. Pamiętasz, jak Ci kiedyś pisałam, że Ocean to jakby postać pisana dla mnie. No więc Hubercik też, ale w zupełnie inny sposób. Po prostu patrzę i podziwiam, czerpiąc przyjemność z podglądania niedoścignionego wzoru i jednocześnie umysłu pisarskiego, który operuje na zupełnie innym poziomie.

Plus ja totalnie kocham to jego origin story z Jorgiem. Ten opis zaciskającej się dłoni. To mnie absolutnie przejmowało dreszczem i było makabryczne, tak, ale makabryczne w jakiś taki potwornie malowniczy sposób. Zresztą cały ten tekst taki jest. Dla mnie (chyba też wspominałam) on cały czas się chwieje na krawędziach - miedzy odrazą i współczuciem, między makabrą i pewnym pięknem, między tym, co straszne, a tym, co śmieszne. Według mnie - po prostu przebłysk geniuszu. Uwielbiam być targana właśnie w taki sposób, gdy napięcie objawia się nie tylko w fabule i nie tylko w relacjach między postaciami, ale także na poziomie takich wewnętrznych konstrukcyjno-estetycznych napięć.

I Didi. Ja, w przeciwieństwie do Siem, co nikogo nie zdziwi ( XD ), ani przez moment nie miałam w stosunku do niego grama pozytywnych uczuć. Od początku wydawał mi się jakiś taki oślizgły, ale dobra, to może śmieszne, natomiast nie wykluczam w tym pewnego udziału guzików ^^ Ale nie, sądzę, że nie ponoszą całej winy. Nie jest też do końca prawdą, że odpowiada za to wypełniający go gniew, bo Hubercika też wypełnia gniew (nawet jeśli jest pochodną strachu), a jednak w jakiś sposób jako postaci jestem w stanie mu zaufać. Didiemu nie, bo rzecz rozbija się o źródło tego gniewu i motywację. Co oczywiście w żadnej mierze nie oznacza, że mnie kawałki z nim nie elektryzują. Wręcz przeciwnie - stają mi wszystkie włosy na karku. Ja się go po prostu boję. Boję się go, bo nie jestem w stanie przewidzieć, bo wiem, że jest zdolny absolutnie do wszystkiego i że się nie zawaha. Tu też ogromny szacun za stworzenie takiej postaci, choć masz już w nich niejaką wprawę, na jakimś poziomie odczuwam odległe echo Aurica. To znaczy ogromny szacun za to, że potrafisz mnie przekonać, że jako osoba pisząca też nie będziesz miała skrupułów, że pozwolisz Didiemu działać zgodnie z jego charakterem.

Poniewczasie uświadomiłam sobie, że w poprzednim komentarzu nie popiszczałam nad Eskilem, to popiszczę teraz *nieartykułowane dźwięki myszy na tęczy w proszku*

Ach, i jeszcze żeby tak konkretnie do wstawki, pamiętam, że ta partia materiału była dla mnie ciut trudniejsza, bo oto skończyło się rumakowanie, skończyła się jazda na kredycie zaufania i chłonięcie scen z zastrzeżeniem, że przecież wcale nie muszę ich rozumieć, bo wszystko się dopiero ułoży. Pamiętam - i teraz też mam to wrażenie - że taką sceną przełomową był dla mnie Didi przeglądający notatki Dichtiarowa. To była dla mnie taka oś, wokół której zaczęłam owijać kolejne wątki, taki punkt odniesienia i zarzewie intrygi. Bardzo ważna scena, umiejscowiona w bardzo dobrym miejscu - tak, że z jednej strony byłam już wciągnięta w klimat świata i potrafiłam mniej więcej ocenić grozę płynącą chociażby z faktu, że gdzieś lata Rudolf i cyborgi są na planszy trzy (nie pamiętam, czy przed sceną z niewiernym Tomaszem wspominałaś o Didim, ale dla mnie było to od początku oczywiste przez nagłówki zawierające numer wersji), a z drugiej, nie zdążyłam się jeszcze zmęczyć niewiedzą.

Tak że no, fankuję mocno.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jeże Zvajdera

Post autor: Kanterial » 23 stycznia 2018, 15:31

Bardzo, bardzo dziękuję za ten komentarz, Kruffachi. To jedno z najważniejszych miejsc w fabule i potrzebowałam potwierdzenia, że nie pojawiło się zbyt późno (to z dziennikiem). Bardzo mnie to ucieszyło.
No i ogólnie wiadomo, cały ten komentarz mnie ucieszył :bag:
co do Dayyaha - nie miałam tego poczucia i nie brzmiało mi echo (może powinno?), aż do poważniejszych scen, gdzie faktycznie Ronwe aspiruje do miana takiej złej postaci w sensie zła z wyboru i zła dla przyjemności. Mam nadzieję, że Auric nie jest jakoś mocno wyczuwalny, bo fakt, to na nim się uczyłam pisać i no... oby to nie było jakoś mega widoczne

Zostało mi jeszcze ze 20k do napisania i mam wielką nadzieję skończyć. A potem będę z dumą poprawiać wszystko, co mi tu wyłapiecie i co będzie wymagało doszlifowania albo uzupełnienia.


Wstawka sponsorowana przez Didiego.
SpoilerShow
Obrazek

Hanna Puszek
Za oknami kołysały się na wietrze siatki splecione z cienkiego, srebrnego drutu i ciemnoniebieskich lampek. Każda lampka miała dokładnie dwa centymetry długości i pół szerokości, każda była okręcona srebrną spiralką i połączona z innymi, a wszystkie Hubert nawlekł i przyspawał ręcznie, próbując odtworzyć świąteczną ozdobę, wiszącą dwadzieścia lat wcześniej na frontowej ścianie ich rodzinnego domu.
W pierwsze Boże Narodzenie spędzane z Jörgiem Hanna dostała ten zaskakujący prezent od brata i zgodziła się oszołomiona, by zawisł na jej nowym domu przy granicy B-23. To było tak dawno. Niedługo po tym, jak Jörg wrócił z RANu w połowie mechaniczny i po kilku trudnych miesiącach dał radę przekonać Huberta i Szwedów, że nie stanowi zagrożenia.
Hanna dobrze pamiętała swój szok na widok niebieskich lampek i czasem nadal nie potrafiła pojąć, jak Hubert mógł zrobić coś tak misternego, czasochłonnego i estetycznego. Nie był taki, a może po prostu nie bywał taki przy niej. W każdym razie zmartwiła się w głębi serca i pod pozorami podziwu ukrywała niepokój, dziękując mu za gest. W wyraźnym wspomnieniu stała z bratem przed swoim domem, trzymała kurczowo za rękaw jego czarnej kurtki i w milczeniu zadawała pytania, a Hubert w milczeniu nie odpowiadał. Potem rzucił, że chciałby spędzić święta sam (po raz pierwszy od śmierci rodziców), a Hanna zrozumiała, że nie chce ich spędzać z Jörgiem.
Te lampki to była w całości raczej ponura historia.
Jörg od samego początku prosił, by je zdjąć znad okien. Wieczorami, gdy golił się i formatował pamięć, przeszkadzały mu wszystkie ruchome szczegóły i odbicia metalu w szybach. Mówił, że nawet zgaszone niebieskie światła kojarzą mu się z RANem. Kilka dni z rzędu wstawał w środku nocy i wychodził półnagi przed dom, by się upewnić, że to jedynie ozdoby. Wreszcie Puszek poszła za nim i marznąc, otulona szlafrokiem, wytłumaczyła pokrętnie, dlaczego nie chce ściągać prezentu. Wspomniała o pracy Huberta i powodach, dla których wciąż był tak związany z ich wspólną przeszłością i dzieciństwem w Polsce. Dodała też, że sama lubi widok niebieskich świateł za szybami, bo rzeczywiście przypominają jej dawne święta Bożego Narodzenia. No i że to kawał pięknej roboty, której nigdy by się po swoim bracie nie spodziewała.
Następnego dnia Jörg odciął jedną z niebieskich lampek, oczyścił dokładnie spiralkę z drutu i jakimś (znanym tylko sobie) sposobem przymocował ją do półki w salonie tak, że świeciła po przekręceniu. Wymienił też osłony przewodów elektrycznych na zewnątrz i przeprogramował generator, by dało się nim sterować bez wychodzenia z domu.
Dwa dni później zaczął się golić i formatować przy zgaszonym świetle w zamkniętej łazience, a tydzień później po raz pierwszy zdemolował salon.
To był czas, gdy Hanna jeszcze nie rozumiała, co tak naprawdę może dziać się w jego głowie. Doceniała wysiłki - bo te durne światełka i próba oswojenia się z nimi to był dla Jörga niewyobrażalny wysiłek - ale robiła to na swój ludzki, uczuciowy sposób i w ten sam sposób reagowała na konsekwencje.
To się wydawało takie błahe i głupie, takie dziecinne. To, że Hubert siedział obrażony w swoim mieszkaniu, to, że Hanna nie zdjęła lampek, by mu nie sprawić przykrości, i to, że Jörg zerwał się z łóżka o trzeciej nad ranem, gotowy niszczyć sprzęty i wybijać dziury w ścianach.
Więc próbowała interweniować, mimo że Hassel od samego początku tłumaczył, jak ma się zachowywać w razie jego problemów z procesorem i głównym programem. Opisał dokładnie szczegóły, które różniły świadomą aktywność od tej awaryjnej, związanej z przeciążeniem emocjonalnym czy snem. Zrobił to i uważał, że Hanna zrozumiała, a ona w chwili próby zawiodła go i okazała się tylko spanikowanym, bezmyślnym człowiekiem.
Zerwała się z łóżka i zobaczyła swojego narzeczonego w szale niszczącego meble, a nie maszynę w ludzkim ciele, próbującą usunąć źródła błędów i zakłóceń. Dlatego krzyczała i prosiła. Podeszła za blisko. Próbowała nawet złapać Jörga za ramię, co z perspektywy czasu wydawało się najbardziej bezmyślną rzeczą, jaką w życiu zrobiła.
Takich sytuacji było wiele, choć (co bardzo Hannę cieszyło) nie za wszystkie płaciła połamanymi żebrami. Powoli uczyła się Jörga i miała wrażenie, że on sam też się uczy. Wyraźnie rozgraniczał swoją normalną aktywność od tej, nad którą nie miał pełnej kontroli i widać było, że próbuje znaleźć trwałe rozwiązania zwiększające bezpieczeństwo osób trzecich. Nie lubił żadnego z trybów awaryjnych. Zwłaszcza tego, który mu zainstalowano dla wypoczynku i regeneracji. Hubert oczywiście mówił, że nawet w pełni świadomy cyborg jest niebezpieczny dla żywych (lubił zaznaczać, że nie uważa Jörga za żywego), a fakt, że Hassel poza terenem przedstrefy był najspokojniejszym i najbardziej wyprutym z agresji człowiekiem w B-23, komentował słowami „nie i chuj”.
Jeszcze dwa lata temu Hanna łudziła się, że jej brat znajdzie jakąkolwiek wspólną płaszczyznę kontaktu z Jörgiem, ale to była naiwność granicząca z głupotą.
Sam Jörg pozwalał się obrażać i poniżać nawet we własnym domu, gdy Hubert przychodził. To było i pozostawało nadal zupełnie niepojęte, zwłaszcza że okrucieństwo i złośliwość Huberta przekraczały czasami wszelkie normy. Hanna nie miała już sił, by go raz za razem upominać. Zwykle siedzieli więc w kuchni - ona z bratem - a Jörg usuwał się karnie i zamykał w swoim pokoju albo sypialni. Hubert wołał go często i kazał robić kawę, a potem na głos rozważał, jak to jest nie mieć duszy, sumienia i własnej wątroby.
Wątroba to był, oczywiście, najważniejszy według Huberta organ w męskim organizmie.
To było okropne i tak naprawdę nigdy nie przestało być, ale Hanna i tak uważała, że życie powoli staje się coraz lepsze. Pierwszy rok bolał i na szczęście był już tylko wspomnieniem, drugi upłynął zdecydowanie prostszy, głównie przez pojawienie się Zvajdera, a trzeci minął spokojnie i bez większych problemów, choć w Jörgu było jeszcze mniej Jörga i Hanna niemal zapomniała, jak brzmi jego głos.
Może tak było w gruncie rzeczy lepiej?
Hassel nazwał to „wersją dwa”. Siebie. Jakby się pogodził z faktem, że rzeczywiście nie jest człowiekiem. Nie zdradził zbyt wielu szczegółów, mówił niechętnie i lakonicznie. Hanna usłyszała o jakimś Dichtiarowie, jakichś ulepszeniach, jakichś niezrozumiałych powodach, które Jörga pchnęły w stronę tej decyzji i właściwie nie miała niczego do gadania. Została w domu ze Zvajderem i razem z nim czekała, aż nowy Jörg wróci.
Wrócił i Hanna długo wahała się, czy w ogóle jest jeszcze Jörgiem von Hasselem. Był, bo nadal tańczył przy swoim ulubionym utworze. Poza tym jednym szczegółem Hanna nie znalazła jednak niczego. Cyborg dbał o nią, zarabiał pieniądze, wyręczał w wielu pracach domowych i komplementował, ale robił to inaczej niż kiedyś. I spał sam. W zamkniętym pokoju.
Hanna weszła tam raz, wcięta i rozebrana. Nigdy więcej nie zamierzała próbować. Zamierzała zapomnieć, co się wtedy stało, ale lewa dłoń Jörga była jak memento. Możliwe, że nieprzypadkowo.
Puszek przyzwyczaiła się więc. Nadal przecież go kochała. Chciała wierzyć, że gdzieś tam był, w środku, w bijącym sercu, które pozostało nietknięte.
Może gdyby jednak…
Coś zaskrobało i zaszeleściło za drzwiami, a Hanna drgnęła wyrwana z zamyślenia.
Nie lubiła tak gapić się w okno i siedzieć bezczynnie, wspominając, bo to zwykle do niczego konstruktywnego nie prowadziło. Było skutecznym sposobem na ucieczkę od rzeczywistości i późniejsze zamartwianie się wszystkim. Zła na siebie potarła twarz, by się do końca rozbudzić, wygładziła stary sweter Jörga, który jej sięgał do połowy ud, przeczesała włosy palcami i równie nieogarnięta co przed minutą poszła, by uchylić drzwi.
Za drzwiami nie było nikogo.
Hanna rozejrzała się i posłała przeciągłe spojrzenie krzakom, w których lubił siedzieć Zvajder. Z rozmysłem zamknęła drzwi i przekręciła zamek w dwie strony, by móc je szybko otworzyć. Przez chwilę czaiła się z dłonią na klamce.
Znów usłyszała skrobanie i tym razem było to skrobanie wyraźnie niezadowolone. Otworzyła drzwi na oścież, a za drzwiami nie było nikogo.
— To nie jest śmieszne, Zvajder — oznajmiła karcąco. Wyszła przed dom w skarpetkach. Chciała oprzeć dłonie o boki (to zwykle działało na Zvajdera lepiej niż pouczenia, bo mowę ciała uważał za ważniejszą), więc podciągnęła lewy rękaw, a potem prawy i jeszcze raz lewy, i stanęła tak, ostentacyjnie obrażona, po czym uznała, że zacznie jeszcze ruszać prawą stopą, żeby okazać zniecierpliwienie.
Właśnie wtedy coś jej wlazło na lewą stopę i chrumknęło.
Hanna zrobiła sobie wstyd na pół osiedla, łącząc przerażony okrzyk z wybitnie żałosnym upadkiem tuż przed progiem, a gdy zastygła, uspokajając oddech, jeż przeszedł jej po nodze i podreptał do kuchni.
Z opóźnieniem spojrzała za nim, wytrzeszczając oczy. Akurat ofukiwał kapcie Jörga, które mu zagrodziły drogę. Przy każdym fuknięciu cofał się o kilka centymetrów niesiony siłą odrzutu. Hanna sięgnęła bezmyślnie i podniosła kapeć, a jeż zamarł zdezorientowany i po sekundzie uznał, że pójdzie gdzie indziej. Niezadowolone sapanie oddaliło się i ucichło w salonie.
Niedoszła pani von Hassel oparła dłoń o czoło.
Jeże to była największa zagadka granicy B-23. Od blisko dwóch lat pojawiały się wszędzie, w przedziwnych okolicznościach, a Hubert twierdził wręcz, że go prześladują. Na początku Hanna wyśmiała go, ale kilka dni później zobaczyła szóstkę jeży siedzących pod jego blokiem w rzędzie i pomyślała, że może obydwoje zaczęli dostawać korby.
Jeże tuptały po szwedzkim osiedlu, patrzyły zza krzaków i wystawiały ryjki ze studzienek kanalizacyjnych. Patrolowały teren. Jeden spał nawet na parapecie za oknem kuchennym, zanim Jörg nie wypowiedział mu wojny.
To było dziwne.
Ciemny kształt zamajaczył daleko na rogu osiedla i Hanna podniosła się szybko. Zmrużyła oczy.
Zvajder idący ulicą na dwóch nogach, na dodatek ze spuszczoną głową i bez Jörga, to był widok co najmniej niecodzienny. Może nawet - do Hanny dotarło to z lekkim opóźnieniem - nieco straszny. Sam Zvajder to była istota nieco straszna, ale jednocześnie bliższa zwierzęciu niż człowiekowi, co pozwalało ten strach racjonalnie sklasyfikować. Teraz jednak, ubrany w bluzę i spodnie, wlokący się w zamyśleniu i (Hanna mogłaby przysiąc) trzymający łapy w kieszeniach, Zvajder wymykał się wszelkim kategoriom postrzegania i rozumienia. Słowa i myśli przestawały wystarczać, a to, co Hanna czuła, wahało się między współczuciem, lękiem i zupełnie instynktowną paniką.
Niepojętym sposobem coś, co Zvajder miał w sobie z człowieka, wzbudzało jednocześnie największe zaufanie i pozostawało najbardziej przerażające. Hanna chciała się odezwać i w tym celu nabrała nawet powietrza, a potem zacisnęła palce na drzwiach i straciła oddech, walcząc z potrzebą zamknięcia się w domu od środka. Zacisnęła wargi.
Zvajder doczłapał do krawędzi posesji, poszurał palczastą stopą po drobnych kamieniach, którymi wysypane były kwadraty wokół domu, po czym zerknął w górę i szybko spuścił wzrok. W świetle latarni wyglądał jak wielki czarny potwór rodem z koszmarów, dla niepoznaki ubrany w rzeczy Hassela.
— Gdzie Jörg? Coś się stało? — Hannie wreszcie udało się odezwać. Wdarła palce w materiał swetra i patrzyła zmartwiona, jak Zvajder wywraca jasnymi oczami. Futro miał nastroszone i wilgotne, tak że sklejało się w kolce i sterczało wokół uszu. Po dokładniejszym przyjrzeniu się Hanna stwierdziła, że ubranie również jest przemoczone. W końcu Zvajder wzruszył potężnymi ramionami i pokręcił głową.
— Wyglądasz, jakby coś się stało — spróbowała ponownie, bo współczucie zaczynało dominować nad strachem. Całe strapione dwa metry mięśni przed jej domem wzbudzały coraz większy żal i chyba nawet o tym wiedziały. — Co z Jörgiem? Proszę, wejdź. Wyschniesz i dam ci koc. Dobrze?
Zvajder zastrzygł uszami i skupił się na chodniku, nadal unikając kontaktu wzrokowego. Próbował też założyć kaptur, ale nastroszone futro bardzo mu to utrudniało.
— Jörg dalej nie skończył?
Po kilku sekundach ciszy Zvajder wypuścił powietrze przez nos i cała jego postawa, spięta, zawstydzona i pokorna, zmieniła się diametralnie. Rozluźnił mięśnie, wolno wyprostował kark do pełnego pionu i ze swojej piorunującej wysokości spojrzał na Hannę zmęczonym wzrokiem.
Poczuła się nieswojo. Poczuła się źle na myśl, że inteligencja i samoświadomość Zvajdera mogą być wielokrotnie wyższe niż sądziła.
— Przepraszam — powiedziała więc, choć nie do końca wiedziała, za co przeprasza. Odchrząknęła i dla skupienia nerwowo założyła włosy za ucho. — Przepraszam, Zvajder, nie lubię, kiedy Jörg wraca późno. Dlatego tak drążę. Cieszę się, że ty wróciłeś. Czekałam na was obydwu. Wejdź.
Zvajder ruszył się posłusznie i dotarł do schodów, a po krótkiej wymianie spojrzeń (której Hanna nie zdołała uniknąć) opadł na przednie łapy i tak właśnie minął ją, powolny, dając do zrozumienia, że widział wcześniejsze obawy.
— Jesteś taki wysoki. — Postanowiła wytłumaczyć, wiedziona niewytłumaczalną chęcią zmniejszenia dystansu. — Ciężko się przyzwyczaić. Zwykle chodziłeś tak.
Zamknęła drzwi i przez chwilę stała w bezruchu, a potem przywołała na twarz pogodny wyraz i najswobodniej jak umiała przeszła do kuchni. Zdecydowanie musiała zająć czymś ręce.
Stalowe oczy z dwukolorowymi obwódkami i pionowymi źrenicami śledziły ją, gdy przemierzała korytarz.
— Wiesz — mówiła już dwie minuty później, bardzo zaabsorbowana szukaniem w szafkach przypraw, które wyciągnęła wcześniej — zrobiło się tak późno. Zamyśliłam się, nie czułam, jak czas leci. Mam nadzieję, że zaraz wrócą z przedstrefy, bo Hubert… mój brat — dodała, zerkając za plecy. Zvajder oszczędnie pokiwał głową, leżąc w tym samym kącie co zawsze — on się potrafi tam tak zasiedzieć. To znaczy wiesz, tam się nie da zasiedzieć, to jest… chyba okropne miejsce. Tak sobie wyobrażam. No, ale Hubert jest czasem zbyt zacięty, zwłaszcza, jak mu się coś nie uda. Nie umie odpuścić. Nieraz tam zostawał sam, chociaż wszyscy kończyli pracę. Tak też było, kiedy szukał Jörga.
Urwała i chwilę zajmowała się krojeniem słonego ciasta. Z wysiłkiem zbierała myśli.
— Pewnie nie pamiętasz. To było zanim do nas przyszedłeś.
Głośny dźwięk uderzających o siebie zębów to był sygnał, że Zvajder się z czymś nie zgadza. Hanna spojrzała na niego zdezorientowana.
Wywrócił oczami, wydał jakiś stonowany, zbliżony do psiego odgłos i z dumą potrząsnął głową.
— Pamiętasz? — upewniła się.
Zvajder potwierdził.
— Ale jak, skąd? Byłeś tam, w przedstrefie? Byłeś tam przed Jörgiem?
Jakimś cudem Zvajder dał do zrozumienia, że to długa historia, ale właściwie tak.
— Nie… nie do pomyślenia. Chociaż sama nie wiem. A właśnie, miałam zapytać, nie chcesz tego zdjąć? Czemu jesteś mokry? Nie mów, że znów tam padało. Nie wyglądasz, jakby padało. Wyglądasz, jakbyś się zmoczył w rzece.
Zvajder sapnął, jakby się nieco dziwił domyślnością rozmówczyni, ale wstał z podłogi i zdjął bluzę. Spodni nie zdjął, bo kategorycznie nie. Uniósł przemoczony materiał pytającym gestem, na co Hanna poradziła, by go wrzucił do kosza na pranie.
Kiedy wyszedł, pochyliła się nad deską do krojenia.
Niemożliwe — myślała, siekając coraz szybciej i szybciej. — My rozmawiamy.
To było bardzo dziwne, bardzo podejrzane, bardzo nagłe i całkiem inne od dotychczasowych doświadczeń. Zupełnie jakby Zvajder postanowił, że od dziś zacznie być prawie-człowiekiem, a nie dużym, narwanym psem Jörga. Jakby pozwolił Hannie zobaczyć więcej. Sam też przekazywał więcej. Przekazywał treść głębszą, niż to było możliwe za pomocą gestów i mimiki, a Hanna rozumiała ją bez wysiłku i analizy.
Dziwne. Podejrzane.
Hanna prawie obcięła sobie palec, myśląc, bo nóż w jej dłoni nabrał prędkości zbliżonej do ponaddźwiękowej. Z ciasta zrobiła okruchy, a zwolniła dopiero, gdy Zvajder wrócił, żeby nie wyjść na idiotkę. Przesypała miał do miski i sięgnęła po warzywa.
— Więc mówisz, że zmokłeś tak w rzece — podjęła.
Zvajder ziewnął twierdząco. Potem szybko zakłapał, żeby uściślić, że pływał, a nie mókł tak po prostu. Hanna spojrzała, żeby zobaczyć, jak pływał (zademonstrował na podłodze) i powiedziała, że to bardzo dobry styl pływania.
Zvajder to wiedział i nie omieszkał się zgodzić. Sapnął.
— Wiem, że nie tylko to.
Niskie, wibrujące dźwięki wypełniły całą kuchnię.
— To też wiem. Jörg mówił, że jesteś silny. Wyglądasz.
Szarpnięcie długim pyskiem było pytająco uprzejme, ale jednak podszyte urazą.
— Nie, to znaczy… Nie boję się czegoś konkretnie, doceniam, że tu jesteś, tylko — Hanna zawahała się, gdy Zvajder zmrużył głęboko osadzone oczy pod groźnymi, wydatnymi łukami brwi — chyba boję się o Jörga. Nie wiem, gdzie jest i kiedy wróci.
Futro zjeżyło się nawet tam, gdzie było wyjątkowo krótkie, czyli na korpusie, a cała reszta została imponująco nastroszona przy widocznym spięciu mięśni. Zvajder uniósł się i futro łagodnie wróciło do zwykłego położenia. Opowiadał, wydając niskie dźwięki i gestykulując, dlaczego Jörg zawsze jest z nim bezpieczny i z jakiego powodu Hanna nie powinna się martwić. Przechylał głowę i cały wąski, silny pysk nabierał wtedy poważnego wyrazu, bo Jörg wróci, wróci niedługo, a teraz Hanna nie jest sama i również jest bezpieczna. Chodził na dwóch nogach, od czasu do czasu rozkładał ręce i cała jego potężna klatka piersiowa poruszała się wraz ze zmianami intonacji, a to dlatego, że on, Zvajder, dał Jörgowi słowo, bo Jörg mu ufa, więc Hanna też może, a wtedy wszystko skończy się dobrze. Na koniec cała długa, porażająca sylwetka przypadła do paneli, niski, lekki tył zastygł gotowy, a szeroka, nabita góra zaprezentowała się w całej okazałości, gdy Zvajder uniósł mocną szyję jak koń wyścigowy z kronik telewizyjnych, żeby Hanna wiedziała, że w nocy może spać spokojnie.
— Dzie-dziękuję — wykrztusiła i upuściła nóż.
Zvajder odsłonił zęby, że nie ma za co.
Wypuścił powietrze nosem, trochę zmalał i zadowolony poszedł szukać jeża.




Piotr Miński

— Maaaaks — zaintonował z czołem opartym o szybę — Maaaaaks…
— Говори говори — powiedziały zwłoki Azarowa — я слушаю…
— Maks… czy ona do mnie wróci?
— Nigdy z tobą nie była, Piotruś.
— A więc nie wróci. — Miński wpadł w rozpacz i aż odkleił się od przeszklonej ściany DrinkBaru. — Straciłem wszystko.
— Wszystko stracone — potwierdził Maksym. — Stracono kontakt z Nikinem. Kontakt z Nikinem zerwany.
Nikin sprawiał wrażenie, jakby miał zerwane coś więcej poza kontaktem.
Od dobrych dziesięciu minut czekali, by po niego przyjechał szwagier Pietro. Miński zdążył ubrać się i rozebrać parokrotnie, bo nie był pewny, czy jest mu bardziej zimno czy gorąco, a Maks rozwiązał kilkanaście problemów swojej pracy programistycznej i pod koniec stwierdził, że tak naprawdę to nie chciał być programistą, tylko sternikiem.
Bar pustoszał z wolna i dało się wyczuć, że obsługa chętnie wróciłaby do domów, dlatego Miński miał skrytą nadzieję, że szwagier Pietro nie utknie po drodze w żadnym nocnym korku, próbując pokonać największe pętle w B-23. W pewnym momencie zaczęto przygaszać i wyłączać większość elektroniki, aż rozedrgane linie światłowodów pod sufitem zmieniły się w ledwo widoczne czerwone pasma, a muzyka w niewyraźny pogłos basu.
— Jest! — oznajmił Maks z ulgą, gdy już Miński gotowy był dać się wyrzucić niespokojnemu barmanowi. — Pietro!
Pietro wparował do baru zdyszany, w skórzanej kurtce na lewą stronę i z fryzurą zbliżoną do artystycznej wersji „eksplozji” versus „tajfunu”, która jawiła się na głowie Piotra Mińskiego.
— Rodik, zbieraj się! — zawołał. — Wracamy do domu!
Rodion Nikin jak na sygnał podniósł się z fotela i zaprogramowanym ruchem, jakby był zupełnie trzeźwy, sięgnął po torbę i kurtkę. Potem ruszył w stronę szwagra krokiem odstawno-dostawnym i bez pożegnania opuścił lokal, trafiając w drzwi mimo zamkniętych oczu.
— Patrz go — nie dowierzał Azarow, niecelnie wskazując palcem — skurczybyk na autopilocie. Pietro, pan masz w rodzinie człowieka niezłomnej woli rosyjskiej!
Szwagier Pietro zakaszlał oszczędnie i ze wstydem przyznał, że chyba tak. Potem życzył Mińskiemu i Azarowowi miłej nocy i pośpiesznie wypadł na zewnątrz, by powstrzymać Nikina przed wpadnięciem pod M-busa.
— Oj, Maksiu — mruknął Miński, po czym zapiął kurtkę po raz enty. — Zbierajmy się.
Zebrali się więc i stosownym tempem ruszyli ku osiedlom mieszkalnym dla pracowników i rezydentów głównego oddziału RANu. Najprawdopodobniej była już sobota; Miński nie zdołał sprawdzić godziny na swoim zegarku i uznał, że to właściwie zupełnie nieistotne. Z Maksem rozstał się trzy skrzyżowania za centrum, starym zwyczajem życząc mu zmiany pracy. Życzenia zwrotne przyjął z ponurym uśmiechem i długo patrzył jeszcze, jak Maksym oddala się i maleje, krzywym krokiem pokonując chodnik dla pieszych nad jezdnią.
Tak, tak — myślał — zmieni się, Maksiu. Zmieni się pracę, zmieni się życie, zmieni się wszystko na lepsze i nigdy już nie będziemy narzekać; są poza RANem perspektywy dla nas.
Spojrzał w niebo, zamknął oczy i stał, oddychając wolno, a chłodna podeszczowa wilgoć znad rdzeni B-26 osiadała mu na twarzy warstwami ulgi i dobrego, zakłamanego szczęścia.
W gruncie rzeczy było dobrze.
Było dobrze, bo mogło być gorzej.
Miał tyle powodów, by się czuć szczęśliwym, spokojnym człowiekiem, że grzechem było tego nie doceniać. Uśmiechnął się nawet, formując tę myśl, i podziękował życiu za Maksa, za Nikina, za ludzi z laboratorium, swoją współlokatorkę i nieliczną rodzinę na granicach B-11. Podziękował nawet za pracę w RANie. I za to, że nauczył się wreszcie brać leki w odpowiednich dawkach, a od blisko trzech lat nie gubił nowokupionych opakowań sterydów.
Szczęśliwy rozejrzał się dookoła; przesunął spojrzeniem po smukłych, RANowych wieżowcach, witrynach parków usługowych i pustych, mokrych czteropasmówkach. Popatrzył w okna Instytutu Chemicznego i urzędu RAN-CCO. Przyjrzał się płytom chodnika, okrągłym światłom puszczonym przez krawężnik, czarnym butom, czarnym wąskim spodniom i czarnej koszuli z guzikami, po czym uznał, że czas wracać do domu i obrócił się na pięcie.
Szedł całe pięć sekund, a Furiat szedł za nim i synchronizował tempo kroków.
Sprint to nie było odpowiednie słowo. Nie oddawało nawet części tego, co Miński osiągnął, zapieprzając środkiem chodnika w obawie o własne życie. Był pewny, że wszedł w nadświetlną, a to, że złamał przy okazji zasadę zachowania energii, przekroczył prędkość c i zaprzeczył szczególnej teorii względności, wydawało się nie tylko uzasadnione, ale i logiczne. Uciekał, aż łzy mu stanęły w oczach przez opór powietrza.
Po dziesięciu metrach Furiat złapał go za kurtkę.
Mińskim zarzuciło i tylko fakt, że zahaczył bokiem o latarnię, pozwolił mu ustać na nogach. Przerażony nabrał powietrza, trzymając się słupa, i już miał zacząć krzyczeć, gdy zimna dłoń zamknęła mu usta.
— Nie! — wycedził Furiat. Zacisnął chwyt i prawie zmiażdżył Mińskiemu szczęki, odbierając szansę wezwania pomocy. — Ani myśl! Nie drzyj się! Spokój!
Laborant wpadł w szał i zaczął szarpać się dziko, próbując oswobodzić. Miał przewagę wzrostu, ale napastnik najwyraźniej wiedział, co robi; w taki sposób przyparł Mińskiego do latarni, że ten nie mógł ruszyć odciągniętymi w tył rękami. Czuł bark Furiata, dociskający go do metalu. Ściśnięte płuca domagały się tlenu.
— …!
— Powiedziałem: spokój! Puszczę cię!
Po kilku jeszcze sekundach walki Miński odpuścił i tylko dyszał płytko przez nos, wsłuchany w swoje nienaturalnie szybkie tętno. Adrenalina i alkohol mieszały się w szumie podniesionego ciśnienia.
— Już? Mogę? Jak się wydrzesz, Miński — zagroził znajomy głos tuż obok jego ucha — to nie będziemy rozmawiać. Współpracuj.
Bezmyślnie pokiwał głową, bo wiedział tylko, że zaraz straci przytomność.
Chwilę później zachłysnął się pełnym wdechem i osunął kilkanaście centymetrów po słupie, gdy Furiat puścił go, pozbawiając równowagi. Stał blisko; załzawiony, zgięty wpół laborant widział jego mokre buty, tylko śródstopiem oparte o bruk, by mógł szybko zerwać się do biegu.
Resztki rozsądku, które majaczyły w głowie Mińskiego mimo dwunastu wypitych kolejek, kategorycznie odmówiły prób ucieczki i podnoszenia głosu. Spojrzał w górę, zaciskając palce na udach.
— Nie chciałem cię straszyć — wytłumaczył wtedy psychopata w koszuli na guziki, a ruch jego ust, zaciśnięte zęby i napięte skronie zupełnie rozmyły się przy konkretnym szczególe, który uwagę Mińskiego przykuł w stu niemal procentach. — Odpowiesz na kilka pytań i…
Miński wytrzeszczył oczy, studiując kształt czaszki i wypukłe krawędzie.
— …grzecznie oddasz mi trochę dokumentów z RANu, a…
Wytrzeszczył oczy jeszcze bardziej i coś zaiskrzyło mu na stykach.
Tak! Znał go! Znał!
Dietrich! Dietrich Akermann!
— …żebyś się przy… — Haker urwał i ciemne brwi drgnęły, spięte czujnością, a mięśnie za nimi uniosły uszy w zauważalny sposób. — Czego się, kurwa, cie…
— DIDI — wypalił Miński w fajerwerku chwilowej euforii. — MAM TWOJE RZECZY W POKOJU!
Akermann cofnął się ze zgrozą. Odskoczył, gdy Miński poderwał się z radości. Zbulwersowany odsłonił górne zęby.
— Nie mogłeś! — wycedził, blednąc pod zimnym światłem.
— Gdzieś ty był? Dietrich! Słyszałeś o Worskim?! Jak ci w og… — Laborant czknął i nagle coś do niego dotarło. — Jak ty, co ty robisz w ogóle — wyszeptał z rosnącym gniewem. — Twoja twarz, ty… ty zabić mnie chciałeś?! Ty mi grozisz?! Mi?!
— Nie zaczynaj — poradził haker wściekle. Zerknął za plecy, na pustą ulicę i ciemne okna Instytutu. RANowy kampus był zupełnie opustoszały. — Zamknij się i posłuchaj.
— Ty szujo po anszlusie, nie pyskuj do starszego! — wybuchnął Miński, tak zszokowany niedawnym odkryciem, rozsierdzony zachowaniem Akermanna i podkręcony urazą, że przestał panować nad alkoholową agresją. Chciał obrazić sukinsyna jak najdotkliwiej i zaraz po tym zdzielić po gębie. Już nawet zbierał się do wiązanki i ciosu, gdy usłyszał:
— Lubię cię, Miński. Zawsze cię lubiłem. A teraz wpuść mnie do domu.
Z oburzenia obluzował mu się pasek w torbie.
Był oburzony tak bardzo, że oburzyły się nawet te obydwa promile alkoholu, których miał ponad trzy we krwi.
— To jest… najgorszy podryw, jaki słyszałem! Nie! Чтобы остаться не пидором! Zdrajco!
Wziął zamach w obronie honoru i przegiął się przed Akermannem z gracją sprężyny zwojowej. Płaski cios w czoło wbił go w chodnik chwilę po tym, jak osiągnął amplitudę.
— Wpuść mnie — wycedził Akermann. Z nadludzką prędkością sięgnął po broń, przed brodą chwycił za tylną część zamka i przeładował, prostując rękę. — Bo ci rozwalę łeb!
— Maks! MAKS, POMOCY! PEDALSTWO! AUSTRIA! WARSZAWO, WALCZ!
— Zamknij pysk, Piotrek!
— SAM SOBIE ZAMKNIJ! — zawył, teraz już pewny, że broń to atrapa.
— DOŚĆ!
Przygasły światła, zadrgało powietrze i czas zwolnił.
Miński zesztywniał na widok furii.
Pierwszy raz widział furię w ludzkiej formie.
Jej aura zaginała ramy rzeczywistości, blurowała niebieskie światła i rozmywała osiedle z tyłu. Jej wzrok wypalał duszę i żarzył się ogniem. Nad linią włosów parowało gorąco, żyłami na skroniach płynęła lawa. Nozdrza drżały.
— Jest tak, Miński — wysyczała z ostrym akcentem Dietricha, a na przegrodzie pod czubkiem jej nosa zaczęła formować się pierwsza kropla krwi. — Zabiję cię, jak mi nie podasz informacji. Sam je wyciągnę z twojej teczki. Twoim kluczem otworzę twoje mieszkanie i wyniosę to, czego szukam. Świadków zlikwiduję. Więc zastanów się.
Piotr Miński zastanowił się przy dźwięku odbezpieczanego spustu.
— Pomóż mi — usłyszał z lufą nad czołem. — Wpuść mnie. Współpracuj. Po dobroci.
Laborant poczuł kolejno wszystko - strach, rezygnację, zgodę, sprzeciw, żal i poniżenie.
— Myślałem, że to przyjaźń — nie wytrzymał.
— Pomyślisz w mieszkaniu.




Dimitriy Sorokin

— Snarc — rzekł uroczyście. — To nie jest kwestia urazów osobistych. To nie jest nawet kwestia rywalizacji. Mnie nie obchodzi, co Vanya tym razem wymyślił, ja w głębi serca dobrze mu życzę. Niech się szczęśliwie zestarzeje i szczęśliwy umrze. — Zamyślił się, po czym sprostował: — No, ale im szybciej, tym lepiej.
— Z pana jest dusza człowiek — wzruszył się Eskil Ulfsson, odrywając senny wzrok od notatek. — Serce rośnie. A ten Vanya to jest…?
Sorokin zawahał się, sięgając po filiżankę, i zgiął rozedrgane palce w powietrzu nad stolikiem. Cofnął dłoń i opadł na oparcie skórzanego fotela. Niezadowolony potarł zmarszczone czoło.
Początkowo chciał powiedzieć, że z Ivanem zna się praktycznie od kołyski i że razem zaczęli pracę nad wieloma wyjątkowymi projektami. Potem jednak uznał, że „były współpracownik” brzmi lepiej i oszczędniej, „zdrajca i oszust” tak samo, a „największy wróg” tym bardziej. Rozważając wachlarz możliwości przypomniał sobie wszystko to, czym mu Ivan konsekwentnie niszczył życie i karierę, a z każdą kolejną myślą uświadamiał sobie, jak go szczerze i żarliwie nienawidzi.
— Starym dziadem, pierdzielem durnym jest — zdenerwował się, machnąwszy gniewnie ręką — łajza, gałgan cholerny, jak on ten stopień naukowy dostał, to się w głowie nie mieści! Taki sam dureń jak on go mianował! Zapamiętaj, Snarc, że każdy kretyn może być doktorem, a każdy doktor kretynem!
Szwed zamrugał i otrzeźwiał nieco, próbując nadążyć za tokiem rozumowym dziekana.
— No, i tego — dokończył akurat Sorokin. — No.
— To znaczy, że pan dalej ma na myśli Dichtiarowa?
— No a kogo, Ulfsson? Skąd ty się urwałeś? Mówię, że chodzi o Ivana. Ty lepiej sprawdzaj te prace, tym się zajmij wpierw, zamiast mi głowę zawracać. Co ciebie Dichtiarow obchodzi? I ty się do RANu wybierasz po studiach?
Snarc speszył się nieco i pokręcił głową, a kolejna partia jasnych włosów wysypała mu się z prowizorycznego kucyka i opadła na czoło, zasłaniając widok.
Ile razy u Sorokina przesiadywał do późna po piątkowych zajęciach, tyle razy zapominał uczesać się porządnie. Wchodził do gabinetu i gdy tylko zdejmował czapkę, tworzyła mu się wokół głowy naelektryzowana, platynowa aureola. Zwykle prosił dziekana o spinacze, a od kiedy spinaczy zabrakło, zaczął na zmianę używać tasiemki do dokumentów jako opaski i związywać włosy na czubku głowy nitkami wyprutymi ze swetra.
Czy ty byś nie mógł się ostrzyc na przykład? — zapytał Sorokin niedługo po tym, jak Snarca uznał za dobrego kandydata na obrońcę wydziału i zaprosił na pierwszych kilkanaście kaw i lampek wina w Centrum Naukowym Wydziału IP B-23. — Czy to by ci życia nie ułatwiło?
Eskil Ulfsson wytłumaczył, że prawdziwi Szwedzi noszą włosy długie co najmniej do ramion. Dodał też, że planuje zapuścić brodę i związywać ją co najmniej w trzech miejscach. Po głębokim namyśle postanowił wprowadzić dziekana Sorokina w tajniki bycia wikingiem drugiej połowy XXI wieku i do tej pory dziekan Sorokin zastanawiał się, czy ta rozmowa nie pociągnęła za sobą nieodwracalnych, destrukcyjnych zmian w korze mózgowej.
— Wracaj do papierów — poradził, studząc gniewne uniesienie. Snarc posłusznie pochylił głowę i wbił wzrok w schematy projektów. Jego wąska sylwetka obniżyła się w krześle, a barki wysunęły, gdy opierał łokcie o blat. Wyciągnięty sweter wydał się przez to jeszcze większy i jeszcze bardziej obwisły.
W tle deszcz bił o pochyłe szyby i płaczliwym filtrem rozmywał dalekie światła hałaśliwego, tonącego centrum, dopełniając obrazu ludzkiego nieszczęścia w świecie technologii.
Ten żałosny widok - w całości, wraz z mrokiem gabinetu rozpraszanym jedynie lampką ledową obok twarzy Eskila - nieco doktora Sorokina poruszył. Nie zawsze w końcu gościło się w służbowym pokoju niedożywionego geniusza na pierwszym roku magisterki, który z własnej, nieprzymuszonej woli poprawiał prace co ambitniejszych studentów swojego rocznika.
Dimitriy Sorokin zmarszczył brwi zaniepokojony wnętrzem własnej głowy. Sięgnął po lufkę z dogasającym czystym tytoniem i zmartwił się jeszcze bardziej, bo przegapił ostatni moment na w miarę bezpieczne zaciągnięcie. Zrezygnował więc i patrzył tylko na pionowy słup dymu, który spokojnie piął się ku sufitowi. Pod sufitem wisiała gęsta, biała chmura o lekkim zapachu koniaku i cynamonu - bowiem dziekan kupował tylko jeden rodzaj aromatyzowanego, preparowanego tytoniu bez substancji rakotwórczych.
Wahał się długo, bo niemal pół godziny. Zamyślony bębnił palcami o stolik, obracał na wpół opróżnioną filiżankę i bił się z myślami, próbując nie patrzeć w stronę Eskila. Ale Eskil przyciągał jego wzrok jak wielki, wychudzony magnes z za dużym, nadprutym swetrem i wyjątkowo przetartymi spodniami (które również wisiały na nim jak na strachach na wróble ze starych fotografii). I wszystko, począwszy od długich dłoni obracających srebropis, a skończywszy na podrygujących pod biurkiem stopach, robiło się w oczach dziekana coraz bardziej nieznośne. Coraz bardziej przykre, ubogie, poczciwe i niepoprawnie altruistyczne.
Coraz bardziej takie, jakie nie było już prawie nic w samym dziekanie Sorokinie.
— Snarc? — rzucił w ciszy. Jeszcze godzinę temu ciszę rozpraszał Rimski-Korsakow, nagrany na archaicznym nośniku CD i puszczony przez doktora na uspokojenie nerwów, ale po błędzie odtwarzacza zamilkł na dobre. — Wiesz, że jest już sobota?
— Wiem, panie dziekanie.
— Ile prac sprawdziłeś?
— Jedenaście.
— Na?
— Trzynaście i pół.
Sorokin przytaknął bezmyślnie, a chwilę po tym przeanalizował usłyszaną informację i uniósł brwi. Wstał z fotela, zahaczył kciuki o pasek i wyprostował się w zadumie. Za oknami przemknął cień lądującej maszyny przewozowej, zasłaniając mu widok na miasto.
— Pół, mówisz — wymruczał.
— Ten Ronwe — pośpieszył wyjaśnić Szwed, jednocześnie poprawiając się w krześle z ożywieniem — on projekt napisał w jednym programie. Zostawiłem na koniec. Z ciekawości. Zakładka jakaś dziwna tylko, ale…
— Snarc, chciałbym ci zadać pytanie — przerwał Sorokin z wyczuciem. Wyczucie podpowiadało mu, że jeszcze chwila i Eskila pochłonęłaby jakaś rozbudowana teoria połączona z intuicją wikingów. — Czy ty mieszkasz w naszym akademiku?
Ulfsson spojrzał znad prac. Pierwszy raz dziekan widział w jego spojrzeniu coś, co mogło być bliskie niechęci; dolne powieki uniosły się, zwężając oczy. Chłodna podejrzliwość wbiła się w Sorokina milcząco i ostrzegawczo. I całkiem długo nie mrugała.
— Nie — powiedział Snarc, używając minimalnej liczby mięśni twarzy.
Dziekan skinął głową. Zdjął ze stołu filiżankę i pokrowiec na okulary, zebrał notatki i spokojnie przeszedł przez gabinet, po drodze poprawiając książki na półkach.
— Czy mieszkasz blisko centrum? — kontynuował bez najmniejszej zmiany w barwie głosu.
— Nie.
— A czy w ogóle w B-23?
Przez cały czas, gdy Sorokin z wystudiowaną obojętnością sprzątał pomieszczenie i zamykał dostęp do urządzeń ze zdalnego panelu wydziału, Eskil Ulfsson milczał. Przestał kręcić srebropisem i oddychał jednostajnie, prawie nie poruszając ramionami. Kalkulował, nie kryjąc się przy tym z konsternacją. Dziekan wiedział, że w jego głowie ważą się najpewniej losy przyszłej kariery.
Ludzie z pewnych kręgów nie byli w centrum mile widziani. Nie zarabiali stosownych pieniędzy i nie studiowali na prestiżowych uczelniach. Wykluczenie - to było w B-23 słowo piętnujące przedstrefy i ich granice.
— Daleko — rzekł Snarc wreszcie. Wrócił do wertowania prac. — Ale nadal w B-23.
Ta odpowiedź Sorokinowi wystarczyła.
— Ludzie mówią, że jedzenie kolacji po północy jest niezdrowe — zaczął swobodnie. Zakodował dostęp do systemu i sprężystym krokiem obszedł biurko, by Snarcowi zamknąć przed nosem skrypt i ramkę Netbrystolu. Student odchylił się z zaskoczeniem. Osłupiały gapił się na dziekana, gdy ten pakował rzeczy i szukał tytoniu po kieszeniach wszystkich trzech marynarek wiszących w szafie.
— A nie jest? — wystękał. — Pan kolację je tak późno?
— Widzisz, Snarc, ja się odżywiam nader zdrowo — ciągnął Sorokin z coraz szerszym uśmiechem pod siwymi wąsami — więc taka kolacja nie wchodzi w grę. Za to śniadanie! Śniadanie tak. Każdy szanujący się człowiek, któremu głowa robi w nocy, wie, że najrozsądniej jest pracować do rana i wtedy, powiedzmy — zerknął na wyświetlacz zegarka — za jakieś cztery godziny, wtedy wypadałoby coś zjeść.
— Wcześniej nie — upewnił się student.
— Wcześniej tylko kawa. I tytoń. I, ewentualnie, lampka wina lub koniaku. Co myślisz o tym, Snarc?
Szwed pokręcił głową. Odkaszlnął i rozbawiony odsłonił zęby, patrząc na doktora z niedowierzaniem.
— Myślę, że z pana dziekana jest człowiek niezwykle zaradny — odparł — i kopalnia dobrych rad z doświadczenia.
— A ja myślę, że te trzynaście prac można ocenić w moim apartamencie — oznajmił Sorokin, po czym ubrał długi, biały płaszcz i sięgnął po laskę. — Chyba że wolisz zostać tu sam. Albo wrócić do domu, żeby dłużej na te schematy nie patrzeć. Nawiasem mówiąc, straciłbyś szansę na wygodniejsze krzesło, parę kapci i darmowe śniadanie z dziekanem — zaznaczył już obrócony tyłem.
— Nie, ja… Nie, co pan, będę się źle czuł, będzie mi głupio — zająknął się Snarc, pośpiechem kalecząc europejski język. — Pan jest miły do przesady.
— Nie zaprosiłem nikogo od dobrych trzech lat, Ulfsson. Gdy zapraszam, to znaczy, że chcę ugościć. A nie, że jestem miły — naświetlił Sorokin. Obrócił się przez ramię i posłał młodemu wymowne spojrzenie. — Nie wmówisz mi, że cię nie przekonuje słowo „śniadanie”.
— Przekonuje mnie słowo „darmowe” — wyznał Snarc. — Pan jest najlepszym, co mnie w życiu spotkało, panie dziekanie Sorokin.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jeże Zvajdera

Post autor: Kruffachi » 24 stycznia 2018, 09:22

OK, kwestię Aurica wyjaśniłam, sumienie już czyste XD

Cieszę się szalenie, że są też takie perspektywy jak ta Hanny czy Snarca. Są bardzo, bardzo potrzebne, a jak bardzo i że akurat konkretnie w tym miejscu dotarło do mnie dopiero teraz. Chwilę wcześniej zrzuciłaś fabularną bombę, po drodze są pełne napięcia sceny z Ronwem i Mińskim, a Hanka i Snarc przynoszą czytelnikowi nieco ukojenia. To moje ulubione postaci w pewnej kategorii (zaraz okaże się, że w "pewnej kategorii" wszystkie są ulubione, nie zdziwiłabym się), ale OK, już się przyznałam jakiś czas temu na SB, że podczas czytania szukam dobrych rzeczy i dobrych bohaterów. Nie, że bez ciemnych stron, ale jednak z jasnej strony mocy i przy całym pełnoprawnym wachlarzu cech wyposażonych też w taką pewną łagodność. Lubię trzymać ich stronę, nawet jeśli mnie z czasem zawodzą (nie jako postaci, a osobowości, wiem, że to często podkreślam, ale chcę, żeby było zawsze jasne). Poza tym to są perspektywy szalenie udane i raz jeszcze pragnę zapewnić, że Twoje obawy co do Hanki były - moim skromnym zdaniem - zupełnie nieuzasadnione. Szalenie ją polubiłam już od pierwszych akapitów i szalenie mnie poruszyła jej sytuacja, ale też taka nadrzędna, a ukryta cecha (tera lecą interpretacje, zapiąć pasy), jaką jest ten sam ośli upór, jaki widać u jej brata, ale jednak objawiający się inaczej. Mam takie wrażenie, że Hanka o pewnych rzeczach doskonale wie i je rozumie, ale postanowiła za wszelką cenę nie przyjmować ich do wiadomości. Bo to, że w pewien sposób wierzy w ludzkość Jorga jest z jednej strony urzekające i świadczy o jej przywiązaniu fakt, że nie może się zgodzić na to, że pewne rzeczy minęły, a z drugiej widać chociażby na przykładzie lampek, jaką robi tym krzywdę i jemu (bo on też się stara, bo zmusza oprogramowanie do nauki, bo z nim igra i nienawidzi stanów, które odbierają mu kontrolę nad sobą, a przecież to teraz jego część, bo wreszcie zostaje okaleczony) i jej samej, jak choćby wówczas, gdy wchodzi mu do pokoju. Zazdroszczę Ci Hanki, zazdroszczę jej rozpięcia między Jorgiem i Hubertem i tego, jak wpisałaś w to jej osobowość. Zazdroszczę Ci tego, jak naturalnie przychodzi Ci opisywanie jej mocnych stron, tej otwartości na największą nawet dziwność (w postaci Zvajda i jego jeży w tym konkretnym momencie) i umiejętność ich adaptacji. Chciałabym, żeby takich postaci było więcej. I racja, historia z lampkami jest szalenie smutna. Ale jak wiele mówi na różnych poziomach, jaki to doby punkt wyjścia.

O Eskila trochę się boję w kontakcie jego z Sorokinem, trochę się boję, że zostanie wciągnięty głębiej w bagno, ale na tym konkretnym etapie fabularnym totalnie rozumiem, co Cię jara w tej relacji. Chociaż obaj przecież nie wiedzą o sobie najważniejszych w sumie rzeczy i trudno mi sobie wyobrazić, żeby to miało przetrwać. Ale może stanowić z pewnością nakręcanie emocjonalnej bomby. Lubię. Lubię bardzo.

I wreszcie środkowa część wstawki, czyli Didi i Piotruś. To mnie elektryzuje za każdym razem. Już za pierwszym wyraźnie czułam, że to początek jakiejś straszliwej spirali i tu ani na moment nie będzie dobrze aż do paskudnego finału. W ogóle wątek Ronwego to jest takie ciągłe czytanie w napięciu, ze spiętymi plecami i karkiem dla mnie. O części powodów pisałam Ci w poprzednim komentarzu, o tym, że się go boję i że ani przez moment nie wątpię w to, że w kluczowym momencie nie zadrży Ci ręka nad klawiaturą. To sprawia, że boję się o postaci, które pojawiają się wokół niego, a głównie o Piotrusia i o niego też bałam się wcześniej (teraz dopiero zauważyłam info, że przestał gubić sterydy, brawo ja), a zwłaszcza bałam się do momentu, w którym nie uświadomił sobie, że Ronwe to już nie tamten Didi. Czy może - potem też się bałam (i boję) bardzo, ale trochę czego innego. Nie tego, że Miński sprowokuje nieświadomie Akremanna, a tego, że zrobi to świadomie. Jeśli jestem intersubiektywnie komunikowalna. To jest taka postać, która wzbudza we mnie współczucie, może trochę żałości i instynkty opiekuńcze, a jednocześnie bardzo bym się nie chciała znaleźć miedzy nim a Ronwem. Tak, to zdecydowanie najbardziej elektryzujący duet, stawiający włoski na karku i włączający ciągły alert.

Choć na poziomie takich czytelniczych, czysto ludzkich sympatii bardziej chyba niepokoiło mnie to info o Jorgu. Bo on mnie rusza na poziomie głębszych emocji póki co.

No.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jeże Zvajdera

Post autor: Kanterial » 31 stycznia 2018, 22:53

T~T naprawdę, naprawdę czytam tak raz na dwa dni te komcie. Dziękuję.
Zvajder

Sny Hanny były pełne złego. Jej oddech Zvajderowi odbierał spokój, burzył linie kodu i zakłócał najbardziej nawet logiczne przebiegi myśli. Myśli te w większości dotyczyły Jörga, więc i tak nie należały do przyjemnych.
Zvajder późno zrozumiał fenomen prawdziwego ludzkiego snu - bo Jörg, którego czytał od początku materialnego istnienia, nie posiadał takich funkcji, a jedynie ich namiastkę. Pierwsza styczność z ludzkim snem nastąpiła w ciemnej, opuszczonej przedstrefie B-23, gdzie Zvajder przez kilka dni poszukiwał Hassela po tym, jak jego ciało zostało wywiezione z RANu. Sam Zvajder RAN opuścił chwilę później, dekodując większość drzwi i przejść, co niemal zupełnie odebrało mu siły.
W przedstrefie pełno było trupów, pełno śmierci i nieszczęścia zalanego betonem. Zvajder dotarł tam i gdy przekroczył granicę B-23, przestał czuć więź, która wcześniej prowadziła go śladem Jörga. Teraz wiedział już, że było to spowodowane parokrotnym ponownym uruchomieniem systemu, gdy Jörg ukrywał się w opuszczonym budynku i próbował wczytać brakujące dane.
Więź wraz z wezwaniem wróciła po czterech samotnych nocach, które Zvajder spędził na osiedlu blokowym dla zbędnych ludzi z laboratoriów. Nie było ich wielu. Tę część przedstrefy zdążyli wcześniej wymordować Szwedzi z Puszkiem, a pracownicy RANu sprzątali zwykle ze sporym opóźnieniem.
Ocalali ludzie z przedstref pokazali Zvajderowi, czym jest śnienie. Przytulony do ściany budynku wyczuwał zmiany w ich świadomości i widział nieprawdziwe obrazy, kreowane przez zgaszone, czuwające w ciemnościach mózgi. Zrozumiał wtedy, że ludzie to przerażające, niepojęte stworzenia. Nie tylko nie wiedzieli, co mają w głowach, odcięci od kontroli nad pracą podświadomego systemu. Zmieniali się. Byli jak połączone, zmieszane jaźnie bez osobowości.
Zvajder zaczął bać się, że ludzkie mózgi to tak naprawdę nie część ludzi. Pomyślał, że ludzie jak Jörg stanowić mogą jedynie obudowę - pudełka dla dziwacznych, strasznych bytów, które kreowały rzeczywistość na niewyobrażalnym poziomie, używając jedynie elektrycznych impulsów.
Mózgi mogły zawładnąć ludźmi. Zvajder sądził, że przejęły cały gatunek. Były zadowolone, pochowane w ludzkich czaszkach i zdradliwe. Za dnia udawały, że są częścią organizmów, a w nocy odcinały nosicieli od panelu sterującego i przejmowały autonomicznie kontrolę nad wszystkimi procesami. Dla zmylenia wizualizowały historie, które miały ludzi zająć na tyle, by nie ingerowali. Te historie to były sny. Lustrzane, nieprawdziwe i przerażające. Potwornie realne mimo zupełnego bezsensu.
Złe jak same mózgi.
Zvajder bał się słuchać ich pracy i tak naprawdę już pierwszej nocy próbował zignorować dziewięć nadawanych z piwnic sygnałów. Drugą noc spędził przy innym cuchnącym śmiercią bloku i tam odbierał już tylko cztery sygnały, co pozwoliło mu nieco wypocząć. Trzecią noc przeczekał schowany w rzece, pod wodą - tam mózgi nie sięgały swoimi elektrycznymi przebiegami, których używały do wzajemnej komunikacji. Czwartej nocy Zvajder znalazł na skraju przedstrefy samotną kobietę, która chciała spać w pobliżu wież przesyłowych, prawdopodobnie dlatego, że marzła nieosłonięta od wiatru. Kobieta przypominała Jörga; jej serce biło od czterdziestu dziewięciu do pięćdziesięciu dwóch razy na minutę, a sieć żył zagęszczała się podobnymi splotami po lewej stronie ciała.
Zvajder głównie dlatego postanowił pomóc jej, choć nie do końca wiedział, jak walczyć z ludzkim mózgiem.
Z odległości dwudziestu metrów zregenerował wszystkie tkanki i odnowił komórki, oczyścił sieć przesyłów i przyspieszył impulsy funkcji biologicznych. Mózg w kobiecie wyraźnie się z tego powodu zdziwił (co Zvajder przyjął z ogromną dumą) i był tak zajęty ogarnianiem nowej sytuacji, że nawet nie próbował walczyć. Poddał się, to dla Zvajdera było oczywiste. Nigdy nie spotkał przeciwnika na poziomie i nie wiedział jak zareagować na tak sprytny atak, jakim według Zvajdera było zregenerowanie człowieka do optymalnego poziomu fizycznego i chemicznego.
Kobieta nie spała ani minuty. Mózg stracił jedyną broń w postaci zmęczenia.
Zvajder miał nadzieję, że przekaże innym mózgom, żeby uważały, bo już nie są bezkarne. Chciał nawet wypowiedzieć wojnę mózgom jako gatunkowi, ale rankiem piątego dnia poczuł wezwanie Jörga i natychmiast zrezygnował ze wszystkiego, co nie było z nim związane.
Teraz leżał w salonie dobrego Puszka i przez drzwi sypialni słuchał niespokojnego oddechu połączonego z dziwacznymi wizjami, gdy mózg bawił się kosztem ludzkich zmysłów. Gdyby chodziło o złego Puszka, czyli starszego Puszka, czyli brata Hanny, czyli Huberta, Zvajder zapewne nie przejąłby się ani trochę. Puszki były skrajnie od siebie różne. Hannę dało się zaakceptować nawet przy minimalnym kontakcie, który Zvajder świadomie ograniczał przez bardzo długi czas. Hanna była dobra - dobra dla Jörga - i teraz Zvajder wiedział, że to jest szczera część jej natury. Odsłonił więcej kodu, by móc się komunikować, a ona odpowiedziała bardzo przyjaźnie i tak, jak uważała, że według ludzi jest miło.
Zvajder wiedział, co i jak z ludźmi, bo na granicy przedstrefy żył już prawie dwa lata.
W sprawie złego Puszka miał swoje własne zdanie, odmienne nieco od zdania Jörga (bo Jörg czasem się mylił, ale Zvajder mu tego nie mówił). Hubert Puszek był złym człowiekiem. Był specjalnie zły i to była szczera część jego natury. Traktował Jörga tak, jak ludzie traktowali innych ludzi, żeby ich zasmucić i poniżyć, a to Zvajdera odrobinę złościło.
Niewiele rzeczy było w stanie go rozzłościć. Tak naprawdę, to tylko Jörg był. Bo Puszki i inni ludzie prawie się nie liczyli, mózgi były dziwne i pofałdowane, a jeże od zawsze zachowywały się porządnie i współpracowały, więc nie było powodu, by Zvajder czuł przy nich gniew.
Jeden z jeży właśnie wyjadał suszone owoce z szafki kuchennej i Zvajder pozwalał mu na to, choć owoce należały do Jörga i Hanny.
Owoce były dobre. Jeże też były.
Sny Hanny nie.
Zvajder podniósł się z wolna i podszedł do drzwi. Przytulił ucho do drewna i słuchał, rozważając. Nie chciał ingerować, bo Jörg mógłby nie być zadowolony po powrocie. Mógłby przeskanować procesy Hanny i wyłapać zmiany wprowadzone przez Zvajdera.
Gdy Jörg był niezadowolony, świat zatrzymywał się i zmieniał w najgorsze miejsce, jakie Zvajder był w stanie sobie wyobrazić. Najkoszmarniejsze ludzkie sny, nawet pseudo-sen Jörga wpisany w program, nie mogły równać się wtedy z rzeczywistością.
Zvajder wolał o tym nie myśleć. Wolał nie wspominać.
Po cichu liczył, że jeśli Jörg naprawdę uzna, że czas przejść na V.3, jego udawane śnienie zniknie. Zawsze wyglądało tak samo. Zawsze zaczynało się od zimna i wilgoci, od dna wielkiej, mętnej wody. Rosły tam oślizgłe, cieniolubne rośliny pnące się ku powierzchni. Ruszały się wolno i okropnie wraz z podwodnymi prądami. Odsłaniały widok na ciasną, pokrytą ciemnozielonym glonem rurę, która bez końca ciągnęła się po zamulonym dnie; tą rurą przez resztę snu Jörg przeciskał się dalej i dalej, choć była coraz węższa. Nad Jörgiem były kilometry wody w pionie, a wokół niego nie było niczego poza brudnym, gęstym od glonów wnętrzem koszmarnego tunelu. Czołgał się i najpierw zaczynało brakować mu powietrza, a później czuł, że ciśnienie nad nim miażdży wszystko z siłą kilkunastu atmosfer. Że tylko cienka warstwa metalu, o którą trze łokciami, dzieli go od wody. I brnął dalej, aż zupełnie już nie mógł ruszać się i oddychać, a ręce przylegały mu ściśle do boków. Wtedy myślał: czas zawrócić.
Zvajder nienawidził tej myśli.
Nienawidził bezsilnych dwóch sekund przerażenia i rozpaczy, które budziły Jörga po równo sześciu godzinach programu regeneracyjnego. Nienawidził każdej kolejnej nocy i patrzenia na bezmyślne, powtarzane od lat samobójstwo.
Jedna tylko rzecz budziła ludzi skuteczniej i Zvajder wiedział, że jest to uczucie bezwładu podczas spadania.
Czytał sen Hanny i coraz mocniej czuł, że powinien zareagować. We śnie Jörg-nie-Jörg stał na wysokim moście i patrzył z góry na tonącego Huberta Puszka. Hanna stała obok i też patrzyła. Hubert wołał, że się topi i prosił, żeby mu pomogła.
Z jakiegoś powodu nie pomagała. Cały prawie sen był o tym, że chciała, ale nie mogła się ruszyć. Zvajder tego nie rozumiał. Męczył się tym, że Hanna się męczy.
Oparł nos o drzwi i wypuścił powietrze w tak gniewny sposób, że jeż obok zwinął się w kulkę i wytoczył z szafki. Wtedy właśnie do Zvajdera dotarł sygnał od innych jeży, jeży z osiedla. Ostrzegały, że zły Puszek idzie ósmą przecznicą i najprawdopodobniej zamierza złożyć Hannie wizytę. To Zvajdera zaniepokoiło. Ludzie nie składali sobie wizyt o czwartej nad ranem, bo tak nie wypadało robić bez naprawdę ważnych powodów.
Kilkanaście sekund później Zvajder był już pod frontowymi drzwiami i szykował się na spotkanie z Hubertem. Jeże ostrzegły go słusznie - zaczynał wyłapywać negatywne emocje, które na tyle mocno przebijały się przez spokojne warstwy śpiącego osiedla, że oznaczać mogły jedynie kłopoty. Hubert musiał być wściekły, a to znaczyło, że Zvajder też powinien być. Żeby mu pokazać, że w domu Jörga są inni - silniejsi, równie gniewni i niebezpieczni.
Jörga nie było, ale Zvajder był. Był teraz panem domu numer trzysta czternaście i zamierzał bronić Hanny Puszek przed wszystkimi. Nawet przed innymi Puszkami.
Nastroszył się, spiął mięśnie i odsłonił zęby w sugestywnym grymasie. Przednie łapy rozstawił odpowiednio szeroko, a po namyśle oderwał je od podłogi, by unieść się wyżej. I czekał. Metr za drzwiami czaił się, dysząc udawaną złością, bo wiedział, że Hubert ma klucz i sam otworzy zamek.
Na dwie sekundy przed ruchem klamki do Zvajdera dołączył groźny, bojowy jeż pachnący suszoną morelą.
— Kurwa! — przywitał się Hubert, tracąc równowagę po instynktownym odskoku.
— ! — prychnął jeż.
Zvajder chciał kazać Hubertowi się uspokoić, ale przypomniał sobie, że postanowił, że nie będzie z nim rozmawiał, więc tylko zasyczał i odsłonił jeszcze więcej zębów, sugerując ostrożność.
— Po co mnie straszysz?! — zirytował się Puszek, przekraczając barierę cichego szeptu.
Zvajder zakłapał i wzruszył ramionami, jakby zaszło nieporozumienie.
— Jakbyś nie wiedział, że to ja idę.
Udał, że nie wiedział.
— Muszę pogadać z Jörgiem. Wrócił?
Na te słowa Zvajder zmieszał się tak bardzo, że zapomniał być groźny i pacnął o ziemię przednimi łapami, a pech chciał, że pod lewą łapą miał jeża.
— Jasne, że nie wrócił — ocenił Hubert, patrząc z góry, jak Zvajder skręca się w niemym bólu. — Wysłał cię tu. Oczywiście…
Zamknął drzwi i minął Zvajdera, uchylając się przed szczękami. Uniknął w ten sposób podarcia kolejnej pary spodni. W kuchni nie udawał nawet, że przejmuje się obrońcami domu (swoją drogą jeż okazał się bardzo nieprzydatny) i po nalaniu sobie szklanki wody zaczął rozglądać się za czymś, otwierając kolejno wszystkie szuflady. Zvajder zirytował się i utykając zaszedł go od tyłu. Zerknął pod ramieniem, wychylił się nad głową, próbował nawet wsadzić pysk między nogi Huberta, żeby się zorientować, o co chodzi, ale Puszek strzelił mu z palców po wrażliwym nosie i spacyfikował w ten sposób na dobre dwie minuty.
— Haniu! — zawołał, przechodząc nad piszczącymi zwłokami. Całe szczęście nie zahaczył przy tym butem o postawione uszy cierpiącego Zvajdera. — Słońce, wstań!
Hanna wytoczyła się z sypialni po równo trzydziestu sekundach uzupełnianych pukaniem (zniecierpliwiony zły Puszek bębnił o drewno zgiętymi palcami). Poprawiła szlafrok. Zaskoczona i zaspana spojrzała na brata, zerknęła w stronę zmieszanego Zvajdera i odchyliła się nieco od pionu, by w salonie namierzyć rozpłaszczonego, fukającego jeża.
— Co się dzieje? — rzuciła z wymuszoną pretensją, którą maskowała strach. Jak zawsze założyła włosy za ucho i jak zawsze włosy nie chciały jej słuchać.
Zvajder przez moment zastanawiał się, dlaczego Hubert Puszek nie wygląda ani trochę jak Hanna Puszek, ale nie dokończył szybkiego porównania, bo po obliczeniu stosunków masy, wzrostu i składu tkanek w organizmie doszedł do wystarczająco zatrważających wniosków. Po części też zniechęciło go spojrzenie Huberta, bo ten (w niepojęty dla Zvajdera sposób) zawsze wyczuwał, gdy był skanowany w celu zebrania danych.
— Nie gap się — polecił, celując w Zvajdera palcem. Zvajder dla samego siebie policzył wtedy, o ile jest od Huberta szerszy w strategicznych miejscach, po czym obrócił się obrażony.
— Hubi, ten klucz nie jest po to, żebyś…
— Chodzi o Jörga — uciął Hubert. — To ważne. Mam złe przeczucia.
— Złe przeczucia. — Hanna uniosła brwi w bardzo sugestywnym i nieszczerym zaskoczeniu, a Zvajder zrozumiał, że jest przerażona.
[Jörg myśli] wtrącił więc, by zapanować nad sytuacją.
Puszki spojrzały na niego identycznie zdruzgotane.
Może jednak miały te same geny.
[Jörg myśli, dlatego jest sam] uściślił speszony. Nie był pewny, co zmusiło go do złamania tak wielu zabezpieczeń komunikacyjnych na poziomie dekodera, ale podejrzewał, że była to uciążliwa, nieznośna niewiedza na temat planów i bezpieczeństwa Jörga. [Obiecał, że wróci niedługo]
— Czujesz to? — spytał Hubert półgłosem. Jego dłoń na oślep szukała dłoni siostry, bo nadal gapił się na Zvajdera, a Zvajder coraz mniej chętnie znosił jego złe, zielone spojrzenie filtrowane nienawiścią. — Zrobił ci tak też?
— Nie mów, jakby go nie było, Hubi — wycedziła Hanna, prawie nie poruszając wargami.
— On… on nam…
— Proszę, uspokój się. Błagam.
— On nam miesza w mózgach…
[To mózgi mieszają w ludziach] sprostował Zvajder urażony, uderzając się w pierś.
Wtedy Hubert cofnął się i wpadł w regał z dyskami. Po raz pierwszy Zvajder zobaczył go w takim stanie. W zielonych oczach przestał widzieć cokolwiek poza filtrem.
— Pozwoliłem… pozwoliłem na to, zgodziłem się na to, to wszystko — Puszek mówił coraz mniej składnie, tracąc oddech — wszystko moja wina, pozwoliłem… programują nam głowy, programują nas… cyborgi…
— Hubert!
— TEN KOSMITA JEST Z RANU!
Zvajder poczuł żal, obserwując wyćwiczony ruch mięśni, gdy ręka Huberta sięgała po broń.
Skrzywdzony i zawiedziony zdekodował pistolet w cztery tysięczne sekundy. Metal zdematerializował się do poziomu siatki danych, a linie kodu zsunęły po długich, mocnych palcach Puszka, nim ten zdążył wycelować w czoło Zvajdera i nacisnąć spust.
Zapadła bardzo krótka i bardzo bezmyślna ze strony ludzi cisza.
Zvajder podrapał się po nosie, z przyzwyczajenia sygnalizując, że jest niezdecydowany. Zerknął na ściętą lękiem twarz Hanny. Zmarszczył brwi i spojrzał na wyostrzone agresją, wyprute zmęczeniem rysy jej brata.
To były złe rysy. Złe oczy, zła natura i cały zły Puszek w swoim złym ciele z mięśniami bez tłuszczu i myślami bez serca.
Zvajder przysiadł niżej w chwilowym zawieszeniu. Wahał się mocno, ale uznał, że ze względu na Jörga nie skrzywdzi nigdy Huberta. Hubert i tak wydawał się skrzywdzony faktem, że nie zdołał Zvajdera zastrzelić.
[Zvajder idzie szukać Jörga] zdecydował. Ruszył się, siejąc dwuosobowy popłoch, usunął naboje z trójwymiarowego kodu broni leżącej na podłodze, po czym skompilował ją na nowo i podsunął Hubertowi pod stopy. W milczeniu poszedł po jeża. Przeniósł go bliżej Hanny (jeż nadal był oszołomiony po wcześniejszym wypadku), postawił i przysunął, żeby wiedziała, że jeż.
[Pilnuje] wyjaśnił oszczędnie, szturchając kolce palcem. [Teraz Puszki bez Zvajdera, Puszki z mózgami swoimi sam na sam]
Wycofał się, nie patrząc ludziom w oczy.
Bez zastanawiania sformatował twardą pamięć, by z niej wyrzucić ból i odrzucenie, a dom numer trzysta czternaście, zgodnie z założeniami, opuścił myśląc wyłącznie o Hasselu.




JvH V.2
„Wyobraź sobie miejsce, gdzie słońce zawsze wisi nisko; w tym ciepłym kraju domy są małe i kwadratowe, z brył stawiane coraz wyżej miasta. Ich okna wgłębione w ściany, tarasy jasne i niezadaszone. Wokół rosną rośliny, suche i spalone gorącem. Parapety i donice w bieli, pomalowane emalią. Odbija się słońce i blask nie jest zimny. Nie jest niebieski. Nie jest z metalu. Jest ciepły, jest rażąco żółty i tak pali wzrok, że pod powiekami zostaje na długo. Żadnego metalu. Ciepły kraj bez metalu. Tylko biel, kamień, farba i plastik. Żadnego metalu.”
Jörg starannie oddzielił głos Hanny od szumu reszty procesów i z pełnym skupieniem przeniósł go do nieulotnych zasobów pamięci na odczyt. Zamknął oczy i oparty o barierę na moście odtworzył wspomnienie parokrotnie.
Mętna woda płynęła pod nim upiornie wolno, szerokim korytem kreśląc smugę czerni.
„Nie wahaj się nigdy. Nie wstrzymuj przed niczym. Nie żałuj i nie roztrząsaj. Nic, co było, nie jest ważne. Nic, co mija, nie jest ważne. Bądź ważny. Piętro dwudzieste trzecie, pokój czterysta dwa.”
Jörg starannie wykroił głos Akermanna z kodu procesów w pamięci i usunął trwale, bit po bicie czyszcząc ślady ścieżek.
Spojrzał w niebo i wilgoć sięgnęła białek jego oczu. Mgła osiadała na rzęsach i rozmywała widok. Stale i potwornie szumiał w dole prąd rzeki.
Jörg nie lubił formatować pamięci w rozpraszających warunkach, ale nawet tu, na terenie przedstrefy, wolał zrobić to z pełnym dostępem do danych, krok po kroku. Wolał stracić czas jak co noc i świadomie uporządkować zasoby, nad którymi panował, choć wiedział, że zaprogramowany tryb zrobiłby to szybciej i trwalej. Jörg obawiał się skutków autoformatowania. Obawiał się mimo aktualizacji Dichtiarowa i jego zapewnień o zupełnych zmianach natury procesów.
Pierwsze oprogramowanie wpisał w Hassela głównie Akermann; Dichtiarow zrobił resztę, połączył elektronikę z ciałem i sprawdził zgodność, ale tylko część kodu napisał osobiście. Jörg rozpoznawał fragmenty jego pracy i wciąż potrafił określić, które linie znaków pochodzą od niego, a które od Akermanna (różnił je diametralnie stopień zwięzłości i zachłanność algorytmów). Aktualizacje wprowadzone rok temu miały pomóc Jörgowi zapomnieć. Miały dać mu pełną kontrolę nad autoprocesami i odciąć od niechęci do własnego systemu.
Niechęć nie minęła i Jörg dalej czuł się skażony Akermannem, jego kodem, jego wizją, jego patrzeniem na spójność i lokalną optymalizację. Dichtiarow powiedział, że nie napisze niczego lepszego, a jego wersja oprogramowania wyłącznie Jörga obciąży. Spowolni, obniży i zdeaktualizuje.
Jörg poprosił więc, by Dichtiarow sformatował go zupełnie - wyczyścił i po swojemu przepisał to, co wprowadzone zostało przez Austriaka przed pierwszą kompilacją. Doktor odmówił.
Nie jesteś jak książka, Georgiy — powiedział. — Nie mogę ciebie całego zapisać, nie mogę skopiować tego, czym jesteś. Nie można twojego kodu nanieść nigdzie, ani nigdzie pomieścić; nic, żaden nośnik i żaden komputer, nie przejmie twoich danych. Po kompilacji jesteś więcej niż znakami. To, co przed kompilacją było wzorem na ciebie, nie jest powtarzalne i ustalone. Skompilowane ponownie nie da wyniku, który będzie tobą. A gdy nie będziesz sobą, tylko inną wersją siebie, pomyśl: co, jeśli ta wersja również nie będzie ufać kodom? Moim kodom, nowym kodom? Co, jeśli ta wersja przyjdzie po latach i powie „Niech mnie zaprogramuje Akermann od zera”? Akermann to wybryk natury ludzkiej, przekleństwo i cud zarazem. Możesz go nienawidzić, ale optymalne podstruktury konektomu to jego specjalność. I ty, Georgiy, jesteś optymalny. Twój na wpół zachłanny kod to najlepsze, co Akermann stworzył. Przy całym absurdzie powinieneś być mu wdzięczny.
Jörg był wdzięczny. Kiedy zabijał.
Zabijanie było optymalne.
Zabijania nie było jednak wcale w planach i nie od tego był Jörg sprzed trzech lat. Jörg V.1 zaczął zabijać wyłącznie ze względu na tych, którzy otaczali Hannę i przy granicy B-23 pracowali w ten sposób dla RANu.
Hanna nie ufała pierwszej wersji Hassela i nie chciała uciec z nim do strefy A-10, którą uznał za najbezpieczniejszą i najbardziej oddaloną od RANu. To oznaczało, że Jörg musiał na zaufanie zapracować. Musiał zostać z Hanną w B-23, bo siebie bez Hanny (głównie za sprawą zachłannych algorytmów Akermanna) nie przewidywał. Nie był w stanie.
Bycie z nią oznaczało bycie z jej bratem, jej znajomymi, jej sąsiadami i całym jej szwedzkim osiedlem. Hassel musiał wkupić się w łaski, wyjaśnić sprawę i zaoferować wszystkim coś niepodważalnie cennego.
Zaoferował siebie, bo doskonale wiedział, co dzieje się na terenie przedstref. Wiedział to na długo przed przebudową. W RANie pracował pięć lat z nawiązką, a jego wydział i sekcja od początku zajmowały się polityką spraw materiału ludzkiego. Całe piętro, zamknięte piętro, było przeznaczone do rozporządzania, zatajania i planowania. Jörg pamiętał dobrze, kiedy zaczęto budować pseudo-osiedla w przedstrefach i przenosić tam zużyty materiał z laboratoriów (sam rozpisał roczne wydatki w tym zakresie). Teraz nie wiedział nawet, czy sekcja i wydział nadal funkcjonują, bo…
„Hassel, Sigel, piętro czternaste, sala osiemdziesiąt osiem, segregacja, dokumentacja, wnoszę projekt numer tysiąc dziewięćset dziewiętnaście.”
Przeniósł swój głos do archiwum, przerywając analizę.
Nie wiedział, czy sekcja i wydział nadal funkcjonują, bo najbardziej zaufani specjaliści RANu, którzy tam pracowali, zostali przez Dichtiarowa przeznaczeni do eksperymentu V.
Ilu ich było?
Na czternastym piętrze około stu.
Ilu zużyto?
Nieznane.
Jörg w każdym razie musiał zacząć czyścić przedstrefy wraz z ludźmi, którzy mieli związek z Hanną. Wytrzymał niecałe dwa lata, wyniszczając system, zanim zdecydował się złożyć wizytę Dichtiarowowi. To było ryzykowne posunięcie zważywszy na fakt, że doktor miał Jörga za martwego i nieaktywowanego po przebudowie.
Dichtiarow okazał się jednak wyłącznie uszczęśliwiony i dumny, przyjął Jörga z otwartymi ramionami i całkiem chętnie ulepszył do wersji dwa. Z fascynacją i szacunkiem słuchał o czyszczeniu przedstrefy. Za wprowadzenie V.2 poprosił wyłącznie o pozbycie się kilku Węgrów z B-24, a to, według Jörga, była bardzo niska cena.
Wersja dwa obejmowała usunięcie zbędnych trybów, zoptymalizowanie konkretnych procesów i okrojenie funkcjonalności. Zabijanie stanowiło priorytet i Hassel chciał, by przestało być uciążliwe. Poprosił też doktora o dodanie kilku pakietów językowych (pierwotnie posiadał europejski angielski, rosyjski i niemiecki), w tym polskiego, bo uznał, że woli wiedzieć, co Hubert mówi szeptem do Hanny. Nie przewidział, że zacznie rozumieć około siedemdziesięciu procent więcej obraźliwych uwag i zawołań, które Puszek regularnie serwował mu w przedstrefie.
Podsumowując jednak wszystkie wady i zalety, wersja dwa była słusznym wyborem.
Jörg czuł się dobrze w wersji dwa.
Czuł, że dobrze zabija i zabijał zgodnie ze swoim przeznaczeniem użytkowym. Szwedzi go lubili, Hubert tolerował, a Hanna potrzebowała.
I nagle wszystko legło w gruzach, przestało być optymalne. Jörg nie sądził, że niemożność zabicia kogokolwiek aż tak rozreguluje całą sieć jego głównych procesów. Nie spodziewał się jej. Nie spodziewał się innych cyborgów. Nie spodziewał się konkurencji.
Myślał więc długo, zamknięty w windzie i samotny. Potem myślał, segregując i robiąc porządek. Przenosił, układał, zmieniał i poprawiał. Martwi ludzie uspokajali go - byli dowodem sprawności i wydajności, z którą zabijał. Czuł ulgę, dotykając ciał i więcej niż kiedykolwiek poświęcił czasu na to, by każde zwłoki rozebrać, zeskanować i zapisać w bilansie. Wyskalował podział płciowy ofiar, wartości metryczne i domniemane pochodzenie. Zestawił przekrój pigmentacji skóry, włosów i tęczówek. Sprawdził stan uzębienia, określając przedział wiekowy. Kilka kobiet uznał za podobne do Hanny i spędził przy nich więcej czasu, ćwicząc ruch i dotyk.
Z drugiego budynku wypłoszyły go jeże.
Teraz jeże siedziały z nim na moście strzeżonym przez Węgierską Straż Rzeczną przy granicy B-23 i B-24. Jörg zdążył sformatować się i od kilku minut rozważał w skupieniu, czy powinien przejść w wersję trzy. Czy da radę poprosić o to Dichtiarowa. Czy w ogóle da radę rozmawiać z Dichtiarowem świadomy, że Dichtiarow go okłamał.
Kto inny mógł stworzyć nowego cyborga?
Hassel uniósł lewą dłoń i dokładnie obejrzał nasadę obciętego palca, ignorując szum przepływu danych na temat Akermanna.




Piotr Miński
Z trudem zachowywał spokój, gdy szli do sekcji G ulokowanej na skraju kampusu. Próbował nie zerkać za siebie i nie sprawdzać, czy Akermann jest blisko. Źle jednak znosił spojrzenie na swoich plecach, niedobrze mu było od chwili, gdy uznał Glocka za prawdziwego, a stres i strach sprawiały, że czuł się coraz trzeźwiej.
Trzeźwienia wybitnie wręcz nie miał w planach.
— Nie garb się, Piotrek. Prosto idź.
Wyprostował się jak struna i zacisnął zęby.
— O, teraz lepiej.
Gniew, o ile to było możliwe, jeszcze mocniej spiął Mińskiemu mięśnie, usztywniając ruchy.
— Nie złość się. Jesteś pijany.
Złościł się, bo właśnie przestawał być pijany, a na swoje upicie pracował przez kilka godzin, wydając ciężko zarobione pieniądze. Na dodatek został napadnięty.
Napad z bronią w ręce na środku RANowego kampusu.
Nic takiego.
— Nie chciałem ci grozić. Nie groziłbym, gdybyś był trzeźwy.
Oczywiście.
To miała być tylko miła pogawędka po latach. Prośba o przysługę.
Z modelem G31-Bundersheer w zanadrzu.
— Wiesz, że alkohol to największa trucizna.
Mądrości zachodu.
— Widzę, że nadal nie kupiłeś grzebienia.
Uwagi o wyglądzie.
— Powinieneś.
Zasady od linijki.
— To ważne.
Koszule.
Guziki.
— Ważysz mniej. Biegasz wolniej. Pijesz.
Prowokacje. Zaczepki.
— CCHS wyklucza alkohol. Przekręcisz się.
Twierdzenia z kosmosu.
— Kusisz los.
Krew z nosa.
— Piotrze.
Nagłe zmiany nastroju.
— Piotrze.
Dietrich Akermann.
— Piotrek?
Miński obrócił się i na granicy wybuchu wbił wzrok w obcą twarz.
— Co — wypluł.
— Przepraszam.
Tej sytuacji nie dało się skomplikować jeszcze bardziej (tak się przynajmniej Mińskiemu zdawało) ale Akermann najwyraźniej szukał na to sposobu. Durna, odcięta od kontekstu cisza zawisła w przestrzeni i przeczyściła laborantowi mózg, tak że gdy próbował zareagować, struny głosowe odmówiły współpracy.
Stał z głupią miną i gapił się na Dietricha, torba zjeżdżała mu z ramienia, a kampus czekał wokoło i obserwował wszystko rzędami obojętnych, niebieskich świateł.
— I co, normalnie ma teraz być? — spytał Miński w końcu, nie dowierzając. — Ty, twoja maska, ja, mieszkanie, rozmowa? Chcesz udawać, że na kawę z izotonikiem przyszedłeś?
Akermann starł krew z nosa i dość bezradnie poruszył rękami, zanim zatknął kciuki za pasek. Na ścianie dwunastopiętrowca, przy którym stał, rozciągnięty cień odchylił się jego starym zwyczajem, ważąc słowa.
— Tak — potwierdził. — Dałoby się?
— Nie, kurwa, nie dałoby się!
Twarz Dietricha ani drgnęła i tylko oczy poruszyły się, gdy przesuwał wzrokiem po otoczeniu. To w Mińskim wywołało nagłe i niejasne poczucie bycia śledzonym, jakby sam fakt, że Akermann nie rozejrzał się normalnie, świadczyć miał o tym, że ktoś ich obserwuje i ogranicza.
— Zgodziłem się — przypomniał więc, dbając o dobór słów. — Pójdziemy do mnie, dostaniesz, co zechcesz, a potem znikniesz. Nie rób mi wody z mózgu. Jeśli łaska. To znaczy: nie gadaj, jakby było normalnie — uściślił, cofając się ostrożnie i mierząc nieruchomą sylwetkę czujnym spojrzeniem (uchwyt Glocka nadal wystawał z rozpiętej kabury i gotowy do wyciągnięcia czekał nad biodrem Akermanna). — Możemy się tak umówić?
— Możemy.
— Świetnie.
Ruszyli znowu i znowu Miński czuł się fatalnie z tym, że idą w kilkumetrowym odstępie. Miał jednak świadomość własnych priorytetów - bezpieczeństwa i spokoju. Jedno wiedział dobrze od lat, od samego początku swojej pracy z RANie: nie chciał problemów. Chciał pracować, zarabiać, jeść i spać. Nie bać się i nie martwić. Zapieprzanie w laboratorium to nie był szczyt jego marzeń i kiedyś miał co prawda większe aspiracje, ale czas zweryfikował rzeczy osiągalne i nieosiągalne, prawdopodobne i nieprawdopodobne, a Miński szybko się z nimi pogodził.
B-23 nie było strefą bezpieczną, utopijną i sielską. B-23 było polem walki, poligonem i gigantycznym socjalno-industrialnym eksperymentem. RAN nie był zaś otwarty dla wszystkich i skoro już udało się Mińskiemu dostać pracę (nieźle płatną pracę z niezłym zameldowaniem w pakiecie), to nie planował wychylać się bez potrzeby.
I teraz wychylanie się nie miało sensu. Akermann nie był chłopakiem, którego Miński pamiętał ze studiów. Wspominanie wydarzeń sprzed lat mogło tylko zaszkodzić i tak już napiętej sytuacji. W przypływie stresu i trzeźwości, które spłynęły na Mińskiego jeszcze zanim wstał z chodnika, wszystko to wydało się jasne i klarowne.
Nie było starego Akermanna, programisty z wydziału IP. Był nowy Akermann, uzbrojony haker RANu - dziwny, straszny, z inną twarzą i mocno zaburzoną psychiką. Miński powtórzył to sobie parokrotnie, odcinając się od uczuć i sprzeciwu. Jego umysł pracował w prostym, okrojonym trybie, gdzie brakowało miejsca na szok, żal, sentymenty i ciągi przyczynowo skutkowe. Liczyło się działanie. Szybka lista do zrealizowania przy Dietrichu.
Wpuścić do domu, dać dokumenty, odpowiedzieć na pytania, zapomnieć.
I koniec. Koniec.
Żadnych więcej spotkań. Żadnych długoterminowych konsekwencji. Żadnego strachu i niebezpieczeństwa.
Gdzieś za żelazną ścianą przekłamanej logiki Piotr Miński doskonale wiedział o bezsensowności swoich nadziei, bo czuł, że samo spotkanie z Akermannem, niezależnie od przebiegu, skończy się dla niego źle. Takie sytuacje, takie prośby i oczekiwania, nie były czymś, nad czym dało się przejść do porządku dziennego.
Chodziło o sprawy ważne. Sprawy, najpewniej, życia i śmierci, wielkich pieniędzy lub wielkich afer.
Miński nie wdepnął w gówno. Został wepchnięty do szamba. I ta różnica - znacząca różnica - miała zniszczyć całe jego życie.
Był spalony.
— Ale dysponujesz kawą z izotonikiem? — usłyszał i nagle coś zapiekło go w nosie, a oczy niespodziewanie zaszły łzami. Zamrugał, patrząc w górę, przyśpieszył kroku i już kilkanaście sekund później klepał kod dostępu przy tablicy wejściowej budynku G2. Rzędy okien imponujących bloków mieszkalnych sięgały tak wysoko, że zdawały się zaginać ku niebu i patrzeć na niego z góry.
Gdzieś niedaleko przetoczyło się dudnienie otwieranych śluz lotniska przemysłowego, które za kampusem RANu zaczynało pracę o nieludzkich godzinach. Miński wyobraził sobie, że jednym z bezzałogowców wystrzelonych w niebo ucieka właśnie ku granicom B-23. Jak wszyscy ci, których szukał RAN. Jak przestępcy. Jak ludzie bez wykształcenia.
Zatwierdził wprowadzony kod, poprawił kurtkę, zaciągnął pasek torby i z szeroko otwartymi oczami czekał na weryfikację. Oparł się o przeszklenie cyfrowego wyświetlacza na ogrodzeniu.
Cichy szum kabli puszczonych pod ziemią i dostarczających energię do głównej sieci kampusu odrobinę pomagał mu w zachowaniu spokoju. Był znajomy; brzęczący warkot pod stopami powodujący nieprawdziwe odczucie wibrowania podłoża, zakłóceń wyświetlaczy i drżenia świateł na skraju parku.
Nagły dźwięk błędnej weryfikacji wypłynął z tablicy wraz z komunikatem syntezatora. Nigdy wcześniej „BŁĄD” i „SPRÓBUJ PONOWNIE” nie sparaliżowały Mińskiego w tak potworny sposób. Zastygł i przestał oddychać, patrząc na dłonie Akermanna. Myśli o przedstrefie zniknęły bez najmniejszego śladu.
Trzy sekundy ciszy.
Trzy sekundy pełne hałasu mżawki, warczenia kabli i ogłuszających uderzeń serca.
— Pomyliłeś się — zauważył Dietrich, splatając ręce za lędźwiami. Wzdłuż chodnika przeszedł jak skupiony wykładowca, obserwując czubki swoich butów.
— T… tak. Tak — wymamrotał Miński speszony jego zniecierpliwieniem.
— Spróbuj ponownie.
— Tak.
— Powodzenia.
— Już.
— Możesz kliknąć „Piotr Miński” zamiast „Ognian Kosmicheskiy”.
Laborant pochylił się nad tablicą i z czołem przy wyświetlaczu znalazł na liście swoje nazwisko. Przeczytał parokrotnie, zanim wycelował. Wolnym, niepewnym ruchem zaznaczył rubrykę w tabeli, jednocześnie czując, że gaśnie mu mózg.
Na karku czuł oddech, a na plecach palce Akermanna.
— O, teraz ci się udało — skomentował haker życzliwie.
— Dziękuję, Didi.
— Nie ma za co. Wpisać za ciebie cyferki?
Mińskiemu zadrżała warga, gdy powstrzymywał w głowie eksplozję histerii, rozpaczy i przerażenia.
— Wpisz za mnie cyferki — poprosił bezgłośnie.
— Już wpisuję. — Akermann przysunął się i nad ramieniem laboranta wyciągnął oplecioną żyłami rękę. Sięgnął ku ciekłokrystalicznej tafli. Wypukłe, ciemnoniebieskie Yaz na jego wąskiej dłoni poruszało się pod skórą, gdy unosił palce.
— Tak? — upomniał się miło po dłuższej chwili.
Mińskiemu włosy dęba stanęły na karku i przestał się gapić na okropne, gęste ścieżki odtlenionej krwi.
— Trzy — wydusił nerwowo.
— Trzy.
— Czternaście…
— Czternaście.
— Pięć, tysiąc, czterdzieści dwa…
— Mhm.
— Siedemset trzydzieści sześć, zero, zero, dwadzieścia dwa…
— Mhm.
— Tysiąc, tysiąc trzy.
— Doprawdy, dobry ciąg. Nieintuicyjny. — Mięśnie płynęły pod knykciami, naciągając ścięgna przy zatwierdzaniu kodu, gdy Akermann mamrotał pochwały. — Bardzo dobry.
Komunikat o uzyskanym dostępie rozbłysł zielenią.
Miński z ulgą wcisnął się w bramę jeszcze zanim automatyczny system rozsunął ją na dobre. W pośpiechu dopadł do wejścia i już za drugim razem trafił kartą dostępu w pionowy czytnik. Zamek ustąpił i w obszernym przejściu przed klatką schodową rozżarzyły się światła łagodnych lamp z filtrami.
Miński pchnął lekkie drzwi z informacją o czasie, który zajęło mu obsługiwanie tablicy (to nie był najlepszy czas, jaki przez lata udało mu się osiągnąć) i przeszedł przez oszklony, jasny korytarz. Dopiero na którymś z matowionych, metalowych stopni uświadomił sobie, że nie słyszy kroków. Zerknął za plecy.
W dole klatki schodowej Akermann nadal czytał obszerny komunikat o domniemanej niesprawności intelektualnej ukośnik nietrzeźwości pracownika Piotra Mińskiego (ID 398927752), któremu dostanie się do budynku zajęło ponad trzysta sekund (akceptowalna granica po godzinie 00:00 - sto osiemdziesiąt sekund), co zarząd RANu przyjmuje z niepokojem i analizuje w trosce o bezpieczeństwo, zalecając (pod karą grzywny i usunięcia z sekcji LAB-13-111) poprawę wyniku (łączny wynik uśredniony - siedemdziesiąt dwie sekundy, czas analizy - trzy lata, dwa miesiące, szesnaście dni).
— Nie zwracaj uwagi — poprosił Miński półgłosem, opierając się o poręcz i próbując zachować minimum godności. — Chodź.
— Pracujesz w RANie o jeden dzień dłużej — odparł Akermann z podziwem. Jego szczupła sylwetka odcinała się od ciepłego, jasnego wnętrza czernią mokrych, dopasowanych ubrań. Błękitne filtry lamp potęgowały cały efekt, wpędzając Mińskiego w niekontrolowane poczucie odrealnienia. Przemknęło mu przez głowę, że każdy normalny człowiek zamarzłby z zimna, w październiku chodząc po B-23 w samej tylko koszuli, na dodatek tak cienkiej i przemoczonej, że zdradzającej na ciele Akermanna wszystkie szczegóły anatomiczne.
— Nieważne, chodź — ponaglił.
— Winda?
— Winda skanuje ciężar, a kamer ze schodów nie sprawdzają. Schodami lepiej.
— Niech będzie. — Akermann wbiegł po stopniach sprężyście i zrównał się z Mińskim, zanim znów zabrał głos. Ewidentnie próbował zachować spokojny, uprzejmy ton. — Posłuchaj, mam pytanie. To ważne.
— Tak? — mruknął laborant niepewnie. — Pytaj.
— Po czym mnie rozpoznałeś?
Miński zaniemówił na krótką chwilę. Przystanął, skrzyżował wzrok z Akermannem i odchrząknął, gorączkowo szukając wystarczająco dobrego kłamstwa. Poddał się jednak i uznał, że granie głupka wystarczy. Przesunął wzrokiem po parze najbardziej charakterystycznych, ostro zakończonych i odstających uszu, jakie w życiu widział, zagryzł wargi, po czym z pełnym skupieniem wymówił:
— Nie jestem pewny, Dietrich. Chyba… Może chodzi o koszulę.
— Doprawdy.
— Tak.
— Dobrze. — Haker pchnął go lekko, zachęcając do dalszej drogi. W milczeniu pokonali kilka pięter, zanim znów zadał pytanie: — Czy ktoś jest w mieszkaniu?
— Raczej tak.
— Kto?
— Współlokatorka, nikt ważny, i tak pewnie śpi, nie ma o czym mówić, nie będzie z nią problemów…
— Imię i nazwisko, sekcja w RANie.
— Didi, naprawdę — stęknął Miński, po dotarciu na swoje piętro znów walcząc z czytnikiem i kartą magnetyczną. Wreszcie ustawił ją pod dobrym kątem i przeciągnął pionowo przez zamek, aktywując mechanizm.
— Imię, nazwisko, sekcja. — Akermann zamknął mu drogę ramieniem i w ostatniej chwili powstrzymał przed przekroczeniem progu. — Jeśli chcesz, żeby dalej spała.
Ostatnim, na co Miński miał ochotę, było kłócenie się na klatce i wymienianie danych osobowych.
— Ona nie ma z tym nic wspólnego — zaoponował, dopiero teraz uświadamiając sobie, że naraził postronną osobę na agresję ze strony hakera. Postanowił chronić Ronit na ile to w ogóle było możliwe. Zacisnął palce na pasku torby. — Nie budź jej. Nie mieszaj w to.
— Chyba nie rozumiesz…
— …chyba wchodź i załatw to ze mną, a nie…
— Cześć — padło dobitnie z wnętrza mieszkania. — Słyszę was.
— …może wiedzieć, że tu byłem, jeśli jest z innej sekcji niż twoja, dotarło?
— O tym nie było mowy, więc nie, kurwa, nie dotarło, nie zgadzam się na…
— Powiedziałam: cześć — wtrąciła Ronit głośno, zapalając światło w kuchni. Akermann urwał i zerknął na nią przelotnie, po czym znów nabrał powietrza, celując w Mińskiego palcem.
— Nie masz pojęcia, co…
— Spiłeś się, Piotruś? — Ronit po raz trzeci przerwała ich rozmowę i tym razem laborant był już pewny, że nie zdoła uchronić jej przed gniewem nieproszonego gościa. Akermann jakby na potwierdzenie zmrużył oczy i pełne chłodnego osądu spojrzenie wbił w przykrótką piżamkę w nosorożce, którą Ronit, na złość Mińskiemu, zakładała co każdy niemal piątek.
Nie wyglądała nawet na poruszoną. Wsparła dłonie na talii i wyzywająco uniosła brwi.
— Fajne guziki — rzuciła popisowo chamskim tonem, w pakiecie dorzucając pogardliwe taksowanie i minę zimnej suki, którą ostatnio ćwiczyła przed lustrem.
Miński pomyślał, że bardzo chciałby zemdleć. Zamiast tego wytrzeszczył oczy i zza ramienia Dietricha wysłał serię rozpaczliwych sygnałów pod tytułem „Błagam, nie!”. Próbował też wskazać na kaburę przy prawym biodrze hakera, ale Akermann wyprzedził go i sam sięgnął do uchwytu.
Miński już się godził ze śmiercią.
Już prawie rzucał się, by osłonić Ronit przed strzałem.
Ale Dietrich, wbrew wszelkim sygnałom i obawom, nie wyciągnął swojego Glocka, a tylko zapiął go, zabezpieczając na powrót. I tak oto laborant stał dalej jak ostatni cep, czając się przed progiem własnego mieszkania.
Sama Ronit zachowała zimną krew; tylko pół niedokończonego kroku w tył zdradziło jej pierwotną reakcję.
— Fajna kuchnia — ocenił Akermann. Na jego żuchwie, tuż pod uchem, uwidoczniły się trzy poziome wybrzuszenia mięśni. To był alarm. Alarm dla Mińskiego, który zrozumiał, że wybuch nie nastąpił cudem. — Wróć do niej.
Ronit wolno wycofała się z korytarza, patrząc to na hakera, to na bezradnego współlokatora.
— Nie próbuj kontaktu na żadnej z sieci — ciągnął Akermann, śledząc jej ruchy. — Będę wiedział. Jeśli wyślesz sygnał, choćby i przez GSM, zastrzelę was. Patrz w ziemię, ręce przy tułowiu. Dobrze. A ty — zwrócił się do Mińskiego, gdy tylko wesołe, obcisłe nosorożce zniknęły za rogiem — daj mi jej dokument z RANu. Dzienne ID wystarczy.
Weszli do mieszkania i automatyczny zamek natychmiast zatrzasnął ich w środku. Laborant rozejrzał się gorączkowo, ignorując fakt, że ciało postanowiło zafundować mu niekontrolowane drgawki zwiastujące atak duszności. Zdjął kurtkę, powoli ściągnął buty i z rosnącą paniką ocenił swoje szanse w starciu z Dietrichem.
Wypracował sztuczną trzeźwość, ale czy to wystarczyło?
Co miał pod ręką?
Czy w domu była broń?
Noże?
Wszystko co czuł, cały gniew, rozpaczliwy sprzeciw i żal, mieszały się teraz, uniemożliwiając oddychanie.
To nie mogło dziać się naprawdę. Nie chciał w to wierzyć.
Wiedział, że Ronit pracuje w odrębnej sekcji i nie mógł pozwolić, by Akermann skrzywdził ją w jakikolwiek sposób. Była niewinna. Niewinna, młoda, przypadkiem obecna i nijak niezwiązana ze sprawą. Miński nie rozumiał, jakie zagrożenie miałaby stanowić.
— Patrz na nią — rozkleił się szeptem, chwytając Austriaka za nogawkę. — Przecież…
Dietrich skinął głową i porozumiewawczo wyprostował kciuk, drugą ręką kreśląc w powietrzu pionową falkę.
— Widziałem — zapewnił, jakby wszystko rozumiał.
— Kurwa — wycedził Miński i zacisnął powieki, krzywiąc się okropnie.
— Mówiłam, że was słyszę. — Głos Ronit nie brzmiał już wyzywająco, ale nawet to nie spiłowało jego bezczelności. — Sama dam ci swoje ID. Piotrek nie wie, gdzie trzymam torebki. Przejdę do pokoju.
Cisza zawisła w wąskim korytarzu.
Haker milczał przez bite sześć sekund, oddychając bezgłośnie, i Miński wyczuł jego wściekłość na długo zanim ją potwierdziły pierwsze krople krwi bijące o czubki eleganckich butów.
— Nigdzie nie przejdziesz, kurwo — usłyszał w końcu. — Zostaniesz w kuchni. Poczekasz na mnie. Nie przewidziałem cię w mieszkaniu, a chciałbym załatwić sprawy pokojowo. Wystarczy, że będziesz mnie słuchać.
Ronit ostrożniej nabrała powietrza.
— Dobrze — zgodziła się. Oczami wyobraźni Miński widział jej twarz, zaciśnięte usta i pięści. — Będę słuchać.
— Więc słuchaj: twój identyfikator poczeka. Znajdę sam, jeśli Piotr nie da rady. Ty wyciągnij taśmę i nastaw wodę. Napiję się kawy. Z izotonikiem.
— Ja… Jaką taśmę?
— Taśmę do obwodów. Piotr na pewno ma. Do płytek cyfrowych. Trzyma w lodówce.
— Tak — potwierdził Miński natychmiast, próbując nie roztrząsać, skąd Dietrich wie o wszystkim. — Jest po lewej. Za próbkami.
Coś zadzwoniło ze szklanym pogłosem i Ronit zaklęła, najprawdopodobniej ratując półroczną pracę laboranta, przelaną do wąskich, ponumerowanych fiolek, przed rozbiciem. Akermann wychylił się mocno, kiedy kucnęła i oparła dłoń na kaflach.
— Dobrze ci idzie — rzucił. — Masz? Idealnie. Połóż na blacie. Teraz stań pod ścianą. Powiedziałem: pod ścianą. Nie, tyłem do mnie. Ręce za plecy. Zuch dziewczyna — zakpił martwo. — A, moment, jeszcze woda na kawę. Tak, nastaw. Teraz pod ścianę. Podoba mi się twoja piżama.
— Skończ — wycedził Miński i prawie natychmiast został popchnięty w stronę kuchni. Z trudem utrzymał równowagę. Niecałą minutę później stał już obok Ronit i z policzkiem dociśniętym do ściany czekał, aż Akermann unieruchomi mu nadgarstki.
— Porozmawiamy we trójkę — słyszał, czując jak skóra naciąga mu się boleśnie pod więzami z taśmy przewodzącej. — Muszę mieć was na oku. Względy bezpieczeństwa. No i te twoje…
Ronit syknęła wściekle, budząc w Mińskim bezkresny wstyd i zażenowanie.
— …doprawdy, nie mogę się napatrzeć. Chwilowo ważne jest, żebyście byli obok siebie. Zaraz pójdziemy do Piotra i załatwimy sprawy tak szybko, jak to możliwe. Proste zasady, nic skomplikowanego. — Akermann mówił jednostajnie, a Miński patrzył swojej współlokatorce w oczy i próbował przepraszać bez słów.
W nowoczesnej, stalowo-szklanej kuchni stali ramię w ramię zastraszeni i poniżeni, a wszystko to było winą laboranta.
Gdyby tylko mógł cofnąć czas. Gdyby nie czekał do późna. Gdyby nie pił z Rosjanami. Gdyby wrócił choć raz tak, jak go prosiła, wcześniej, trzeźwy…
— …nie musisz się bać, twoje dane sprawdzę tylko z przezorności. Z Mińskim pogadam dłużej, bo to do niego przyszedłem. Teraz żałuję, rzecz jasna, gdybym wiedział, no, ale cóż, życie to pasmo niespodzianek, naprawdę, naprawdę bardzo mnie ta piżama…
— Didi — Miński sam siebie zaskoczył, przerywając monolog — jesteś tam?
Uścisk na nadgarstkach zelżał minimalnie, gdy Akermann myślał.
— Napijecie się kawy — rzucił bez kontekstu. — Napijcie się ze mną. Tak, zrobię wam. Wszyscy mamy ochotę na kawę z izotonikiem. Ty zwłaszcza, Piotrek. Pominąłeś dwie dawki leków. Mówiłem, że się przekręcisz. Kawa i leki dobrze ci zrobią. Najważniejsze — urwał znacząco i zastygł w trakcie wygładzania koszuli — najważniejsze, żeby się nie denerwować. Nie. Denerwować. Rozumiecie, co do was mówię? Wiecie, co mam na myśli?
— Tak — potwierdził Miński ostrożnie. Delikatnym, ledwie wyczuwalnym ruchem nastąpił Ronit na palce.
— Tak? Wiecie, kto nie może się denerwować? Kto się szybko denerwuje?
Tym razem potwierdzili oboje.
— Świetnie. Świetnie. Jestem skłonny zdjąć tę taśmę, jeśli nie będę zdenerwowany. A teraz kawa.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1831
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jeże Zvajdera

Post autor: Kruffachi » 01 lutego 2018, 16:40

Primo - ROZKMINA. O. MÓZGACH. Nie wiem, jaką miałaś fazę, co piłaś, co brałaś i ile przedtem nie spałaś, ale to było tak absurdalnie piękne, że - jak Ci pewnie wspomniałam - czytałam na głos wspóle. Wizja mózgów jako obcej wrogiej cywilizacji rozwala. Ale jednocześnie to coś więcej niż tylko schizowy kawałek, bo bardzo dużo mówi o samym Zvajderze, o kategoriach, jakimi myśli. Długo rozkminiałam, co z tą kobietą, którą "zoptymalizował", co on jej właściwie zrobił, czy nie skrzywdził, chcąc pomóc, i czy może kiedyś się ona jeszcze przewinie, żebym poznała odpowiedzi. Wcale by nie musiała, ale jednak się nad tym zastanawiałam i teraz też się zastanawiam. Uwielbiam też to, jak Zvajder mówi o Puszkach, jak ich dzieli na Dobrego i Złego Puszka, jaka bije z tego prostolinijność, jak szuka on jednoznacznych kategorii i stara się odsiewać szumy - jakby szukał zer i jedynek w świecie, który szalenie trudno za ich pomocą opisać. To była też scena, po której moja sympatia do Hanki podbiła bardzo mocno, bo nieco pogłębiasz jeszcze jej portret. I ja po prostu lubię o niej czytać, ale o tym pisałam już ostatnio.

Scena formatowania Jorga jest poruszająca. Mocno działa na mnie to, jak ten niby już nie człowiek, niby rozważający wersję 3, bo będzie po prostu bardziej optymalna, ciągle o siebie walczy, jak całkiem po ludzku boi się stracić kontrolę i oddać automatyce - jak człowiek czasem boi się własnych instynktów i zaprogramowanych (hehe) schematów myślowych. To nie jest postać, którą przy pierwszych wzmiankach o nim i pierwszych sztambuchach typowałam na taką, która będzie mnie ruszać (choć może powinnam, bo trochę Cię już czytam i wiem, co potrafisz. Ale jednak człowiek zawsze wychodzi od pewnych schematów, jakby się nie starał), więc jestem nim podwójnie urzeczona, bo cały jego wątek wystartował praktycznie z zerowego poziomu oczekiwań i poszybował bardzo wysoko, a Ty wciąż jeszcze podbijasz stawkę.

I wreszcie Didi i Miński. Zabiło mnie to, jak wielką RAN ma tam kontrolę. Ta uwaga o windzie mierzącej ciężar, ta scena z wbijaniem kodu. I Ronit. Przyznam Ci się, że Ronit od samego początku targała mną po skali odczuć niesamowicie. To tego typu postać kobieca, która wywołuje u mnie wewnętrzne spięcie - taka rozemocjonowana, rozerotyzowana, bardzo wyrazista, ale w taki, hm, bujny sposób - nie wiem, czy jestem czytelna. I za każdym razem, kiedy to rozhisteryzowanie i to rozerotyzowanie stawało się bardziej widoczne, ja się z tekstu wycofywałam. A jednocześnie Ronit od początku przyciągała mnie swoją dzielnością. Tym, że niby zasmarkana, ale walczy do końca. I bałam się o nią, i ciągle miałam złe przeczucia, ale jednocześnie mocno kibicowałam, żeby jej się chociaż trochę udało i żeby nie dała się złamać. To było szalenie ciekawe doświadczenie, budzące we mnie wiele, wiele emocji. I dobrze, że jest taka. Dobrze, że taka - właściwie czysta energia życiowa - zderza się z martwym cyborgiem. Elementy humoru były w tych scenach porażające, ale porażające w tak dobry, tak podbijający stawkę sposób, jaki uwielbiam. To są po prostu ostre sceny. Nie mocne, to słowo mi nie pasuje, ale właśnie ostre, cały czas na krawędzi. Było niesamowicie, a jednocześnie bardzo czekałam, aż napięcie już opadnie i wątek Ronit się rozwiąże.

Chylę czoła, miszczu.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jeże Zvajdera

Post autor: Kanterial » 17 lutego 2018, 16:08

:heart:
Dimitriy Sorokin
— Mitya, tobie się nie wiesza ta ósemka?
— Vanya, ja mam siódemkę.
— No jak. Nie żartuj. Darmowy upgrade, zalecana aktualizacja…
— Vanya, patrz mi na usta: nie będzie nigdy lepszego Windowsa niż Windows 7.
— Ty chyba zdurniałeś. Nawet ten jest lepszy. Tylko się wiesza.
— A siódemka się wiesza? Nie wiesza. A mam Professional? Albo Ultimate? Nie. Mam cholerne Home Premium. I tak lepiej działa niż to twoje ósme gówno.
— Co z ciebie za analog, Mitya, jak wyszedł Windows Vista, to mówiłeś, że XP był najlepszy i lepszego nie będzie.
— Byłem młody i głupi.
— Będziesz stary i głupi.
— Niech cię, jeszcze zobaczymy, jeszcze tu wrócisz po latach i na kolanach poprosisz o nośnik z instalką, tylko poczekaj, poczekaj, aż wam zaczną wciskać kolejne, aż wam dziesiątkę wepchną przez gardła, a ja będę trwał z siódemką i choćby mi wspierać przestali wszystko co można, nie poddam się! Precz z tym! Nie będę aktualizował! Nigdy!
— Kiedyś wypuszczą Battlestrike’a na nowym silniku i go zburstują tak, że „Rajd na Berlin: Cień Stalingradu” będzie jak w realu śmigał, a ty wtedy przyjdziesz do mnie ze swoim starym Windowsem 7 i powiesz „Miałeś rację, Ivan, daj mi pograć na Win 10!”, a ja ci powiem „TAKIEGO WAŁA, SOROKIN!”

— Nie! — Dziekan krzyknął przerażony i zerwał się z fotela, a spopielone nitki zmarnowanego tytoniu osypały mu się wolno na wyjściowe spodnie w prążki. Z ulgą dotknął czoła, gdy zrozumiał, że musiał przysnąć, a koszmarny młody Dichtiarow był w jego głowie wyłącznie iluzją. Opadł na siedzenie.
Zaraz potem przypomniał sobie, że w salonie nie jest sam, a noc przy pracach studentów (co samo w sobie zakrawało na szaleństwo) spędza tylko i wyłącznie ze względu na Eskila Ulfssona. Odkaszlnął nieco zawstydzony faktem, że po tylu deklaracjach zdołał zasnąć w trakcie czytania kolejnego eseju kodowania.
— Wszystko w porządku, panie dziekanie? — spytał nieśmiało zmartwiony Szwed.
Sorokin zerknął na niego i pokiwał głową, dłoń unosząc niedbałym gestem roztargnienia.
— Tak — mruknął. — Musiałem być jednak zmęczony. Wybacz, Snarc.
— To ja przepraszam, powinienem był wrócić do domu.
— Skończyłeś sprawdzać? — Sorokin zmienił temat i rozprostował palce, wyłamując stawy z głośnym trzaskiem. Poprawił wymiętą marynarkę i wstał, by z barku po drugiej stronie pokoju wyjąć karafkę z koniakiem. — Ach, cholera, widzę, że się obudziłem rychło w czas — dodał, mijając zegar i powłóczystym spojrzeniem sczytując godzinę. — No ładnie. Szósta rano, przyszły magister bez śniadania, wychodzę na niesłownego, starego pryka…
— Panie Sorokin. — Eskil wymierzył dozę uprzejmej, pełnej szacunku nagany w tak umiejętny sposób, że mimo wszystkich wcześniejszych popisów dobrego wychowania zdołał doktora ponownie zaskoczyć.
Sorokin uśmiechnął się do siebie, korzystając z dzielącej ich odległości.
Przekręcił złoty kluczyk w rzeźbionym, zabytkowym meblu, rozsunął cienkie szkło i ulubioną butelkę wyciągnął z ostrożną czułością, jednocześnie rozglądając się za koniakówką.
Świtało i zimna szarość czekała za oknem, aż dziekan pozwolił jej wlać się do środka przez uchylone z rolety. Stylizowany na bogate wnętrza lat dwudziestych salon wypełnił się jasnym chłodem znad rdzeni B-23. To jedno Sorokin lubił w przeklętym, przeludnionym mieście - chłód. Poranki zawsze wprawiały go w dobry nastrój i często stał przed największym z okien swojego apartamentu, by w spokoju cieszyć się namiastką dawnych dni. Tylko nad ranem w B-23 nie błyszczały neony, nie rzygały nieznośnie dymiące maszyny i nie brzęczał jeszcze paskudny zgiełk ulic centrum.
Dziekan nabrał pełne płuca powietrza, uniósł szkło i zakręcił rdzawym trunkiem, patrząc daleko poza granice miasta. Za kosmiczną bryłą wydziału Informatyki Progresywnej, gdzie zostawił całą swoją duszę i serce, rozciągały się osiedla mieszkalne, kampusy RANowców i przemysłowe strefy połączone z najnowszym w Europie, niemal w pełni zautomatyzowanym lotniskiem. Widok nie zachwycał, może nawet odrzucał w pewien dziwny, niewytłumaczalny sposób, ale Sorokin czuł, że jego umysł wbrew logice wygładza się i oczyszcza odprężony.
Przeczesał siwą brodę palcami i upił łyk koniaku, w odbiciu wnętrza na szybie odnajdując sylwetkę Eskila.
— A więc? — podjął głośniej i spokojniej. — Sprawdziłeś? Ja zastrzeżeń do twoich ocen nie mam, zgadzałem się ze wszystkim… aż zasnąłem z tego względu, twoja wina, znaczy, że zasnąłem, Ulfsson.
Student zaśmiał się i jego głos wypełnił salon. Jak zawsze sprawił też, że Sorokina naszła nagła, krótka potrzeba nieokreślonego działania. Coś silnego, dobrego i ponadczasowego. Coś jak nadzieja albo chęć do życia.
— Sprawdziłem wszystko, panie dziekanie. I pozwoliłem sobie pożyczyć pański skrypt z gabloty — Eskil wskazał konkretny mebel obok regałów, gdy Sorokin obejrzał się na niego z pytającym wyrazem twarzy — tak tylko, żeby się upewnić. Widzi pan, te prace są raczej przeciętne i nie natknąłem się na nic, co by mnie mocno zdziwiło, aż nie zacząłem czytać tego. — Uniósł plik Netbrystolu scalony pod okładką. — To jest pół pracy, o której panu mówiłem. Jeszcze na wydziale.
— No spójrz — mruknął Sorokin. Zakołysał alkoholem, na powrót obracając się ku oknu. Na niebie akurat wykwitła poranna siatka filtrująca smog, między budynkami tworząc pajęczynę drżących cząstek. — I co tam znalazłeś z rzeczy ciekawych?
— Cóż, ja…
— Czegoś nie rozumiesz? Coś widzisz po raz pierwszy? Mów bez wstydu — zachęcił. — Ja od ciebie nie wymagam wszechwiedzy informatycznej, Ulfsson, ty i tak mnie zaskakujesz raz po raz poziomem.
— Ja z tego nie rozumiem ani słowa, panie dziekanie — oznajmił Snarc niechętnie. — Ja wręcz nie widzę tu słów.
Sorokin zamrugał, przechylił się w zamyśleniu i już sekundę później pokonywał salon, w pędzie zwiewając ze stolika rozsypany, cenny tytoń. Obszedł stanowisko, które Ulfssonowi udostępnił po powrocie, pochylił się nad wysokim, czarnym fotelem obrotowym i oparł dłoń na chudym ramieniu, drugą wyciągając po dokument.
Snarc rozłożył pracę na szkle blatu i w milczeniu przytknął palec do kształtu na jedynej stronie, która czekała pod okładką.
— Czy pan też…
— Weź palec.
— Przepraszam. Czy pan tu widzi to, co ja widzę?
— Jasna cholera — oznajmił Sorokin.
Milczeli obaj, patrząc przenikliwie.
— Może to taki zapis, ja nie wiem, może to inny język, może…
— Elitarna uczelnia. Prekursorzy informatyki w Europie. Najwyższe odznaczenia międzykontynentalne, renoma warta miliardy, prestiż szansy na tytuł magistra, a on… — Dziekan zapowietrzył się, aż mu z gniewu i niedowierzania wróciło nadciśnienie. — On mi w projekcie węża na kartce rysuje?! CZY TO JEST WĄŻ Z KODU, ULFSSON?!
Student uniósł ramiona, kryjąc się przed gniewem Sorokina. Długie palce wbił w materiał spodni i kurczowo zacisnął, powstrzymując drżenie.
— CO TO MA BYĆ, ŻART Z PYTHONA?! TO NIE JEST PYTHON! TO NAWET NIE JEST C!
— Wydaje mi się — zaczął Eskil cicho — że to genialna transkrypcja, dzięki której…
— TO JEST CHOLERNY WĄŻ, DO CHOLERY! ZNAJDŹ MI GO, ZNAJDŹ TEGO ZBÓJA W SYSTEMIE!




Zvajder

Daleko za ostatnią z jasnych ulic Zvajder obrócił się i spojrzał na łunę osiedla. Nakazał jeżom czujność, ale po raz pierwszy od dawna nie czuł, by to wystarczyło. Rozważał zmartwiony, czy odpowiedzialność za bezpieczeństwo Hanny nie powinna spoczywać wyłącznie na nim. Czy w ogóle powinien czuć się odpowiedzialny.
Pamiętał prośbę Jörga, a w prośbie tej nie było o bezpieczeństwie i pilnowaniu ani słowa. Jörg kazał przekazać, że wróci niedługo. To była jego wiadomość dla Hanny Puszek. To była cała wiadomość.
Zvajder przekazał wiadomość.
Niczego więcej Jörg nie oczekiwał.
Niczego więcej.
Chciał tylko zostać sam.
Zvajder szarpnął głową i usiadł na skraju chodnika. Wbił wzrok w spękany asfalt i próbował przestać myśleć tak, jakby nic poza Jörgiem się nie liczyło. Próbował też przestać być sobą i zacząć być czymś innym, bo to na jedno wychodziło, ale nie dał rady i szybko poddał się rezygnacji.
Wezwanie serca Hassela stanowiło sens i cel, od kiedy postanowił odpowiedzieć. Mętne wspomnienie życia sprzed wezwania było równie odległe co RAN, jego kody i zimne, czyste światła. Zvajder nie żył w RANie długo, tak przynajmniej podejrzewał, choć każdy z siedmiu dni, które pamiętał, wydawał się pełen przyzwyczajenia i rutyny. Pięć dni spędzonych przy boku laboranta Mińskiego zwłaszcza.
Później stały się piwnice.
Co było wcześniej?
Zvajder przeskanował ogrodzenie i rzekę za ogrodzeniem, czyli ostatnie zabezpieczenia dzielące miasto od przedstrefy. Nie wyłapał niczego niepokojącego, tym bardziej niczego żywego, i uspokojony powrócił do rozmyślań.
Wcześniej była ciemność. Wcześniej było oczekiwanie. Wcześniej była dobra, pusta, komfortowa w pełni nicość. Zvajder nie umiał pojąć jej tak, jak pojmował wtedy. Teraz był materialny. Materialny Zvajder bez niematerialnej wiedzy z przeszłości.
Za niebyciem tęsknił po raz pierwszy.
Tęsknił na szczęście krótko i szybko - tylko tyle, ile wahał się, czy jest potrzebny.
Wahanie było złe, więc wahanie usunął w całości wraz z nadrzędnym procesem.
Namierzył Jörga dwa kilometry dalej, w okolicach węgierskiej jednostki strażniczej, otrzepał się, podniósł i zadowolony ruszył ku oszronionemu przejściu granicznemu.
Gdy mijał lunapark, zobaczył pierwszego martwego jeża.




DA V.1

/* I've seen much more than most could hope
Accomplished dreams and traveled roads
Through all my lovers I have grown
Just not enough to make a home */

Pokój Mińskiego był zaskakująco duży, zaskakująco logicznie rozplanowany i umeblowany, a także zaskakująco i niemożliwie wręcz czysty, co Ronwego wprawiło w niemałe zdumienie. Na początku rozglądał się, podziwiając kolekcję odtwarzaczy, głośników, wzmacniaczy i słuchawek, ale dość szybko uznał, że rozsądniej będzie skupić uwagę na własnej broni i potencjalnych kłopotach. Usiadł tyłem do okna, by nie rozpraszały go neony nad kampusem, zakładnikom kazał usiąść na podłodze, zaznaczając w ten sposób swoją przewagę, kawę wypił szybko, a izotonikiem (ku zgrozie nieprzyzwyczajonej Ronit) przeczyścił nos, żeby uniknąć skrzepów w płucach.
Minęło może półtorej godziny, od kiedy wręczył Mińskiemu notes. Spojrzał w nieszczere, zmęczone oczy i zawahał się.
Co za bezsensowne łgarstwo.
— Niczego nie zrozumiałeś? — powtórzył, obserwując sterczące we wszystkich kierunkach, jasnobrązowe zaprzeczenie grawitacji nad czołem laboranta.
— Nie.
— Po tylu stronach? I naprawdę zapomniałeś, jak się czyta po rosyjsku? — drążył.
— Naprawdę.
— Niebywałe — mruknął i spuścił wzrok, tłumiąc agresję. — Jesteś pewny? — spytał ponownie po chwili namysłu. Polak bez entuzjazmu pokiwał głową, oddając mu notes Dichtiarowa.
Ronwe obrócił przedmiot w dłoniach. Zamknął oczy. Milczał, próbując odzyskać spokój, a przed nim, na umytych i wypastowanych panelach, siedzieli laborant Piotr Miński aka Fatalny Kłamca i jego współlokatorka Ronit Farkas aka Potrzebuję Chłopaka. Obydwoje zajmowali się głównie rozcieraniem nadgarstków po tym, jak zostali uwolnieni (nie okazali wdzięczności) i wysyłaniem wrogich sygnałów pod postacią słowiańskich przekleństw. Oboje też próbowali porozumieć się niemo i tajnie, w przerwach między strzelaniem wzrokiem po oknach planując epicką ucieczkę.
Ronwe wiedział o tym i po cichu podziwiał polsko-węgierskiego ducha walki, jednocześnie frustrując się faktem, że będzie musiał zabić dwie osoby w miejscu tak publicznym i chronionym przez RAN.
Dobrze, że skręcił tłumik przed wyjściem.
Szkoda, że kawa się skończyła.
— To komplikuje sprawę — rzekł cicho, choć bardziej do siebie niż do Mińskiego. — To oznacza kłopoty. Nie to chciałem usłyszeć.
— Wiesz, Didi…
— Ronwe — zaznaczył haker, odrywając palce od skroni. Od dłuższego czasu siedział na skraju łóżka Mińskiego i uciskał nerwy twarzowe. — To ważne, Miński. To jest ważne. Nazywam się Volkhard Ronwe.
— Nie, nazywasz się Dietrich Akermann — zaprzeczył laborant. Ronit spięła się przy nim i złączyła nogi, przerywając planowanie kolejnej wersji wydarzeń. Ronwe był niemal pewny, że po nieudanej próbie odwrócenia jego uwagi częściowym striptizem dziewczyna zechce odegrać atak histerii. Najwyraźniej nie była zupełnie głupia i wyczuwała, że temat jest drażliwy.
Ronwemu nie uśmiechało się wchodzenie z Mińskim w jakąkolwiek dyskusję. Wolał ustalić kilka rzeczy jasno i stanowczo, co powtórzył wielokrotnie. Polak nie dawał jednak za wygraną i od początku uparcie nazywał go starym imieniem, próbując chyba wzbudzić współczucie. Liczył na wspomnienia, słabości i skryte sentymenty Ronwego.
Zaciskał w ten sposób pętlę na swojej szyi, bo Ronwe rzeczywiście takowe miał, a każdy kolejny dowód powiązań z przeszłością wprawiał go w stan coraz bliższy atakowi furii.
Na dodatek doskonale wiedział, że obydwaj znają teraz treść notatek Dichtiarowa.
— Dobrze — Miński uniósł ręce w geście niewinności. Czerwony krzyżyk na jego piersi rozprostował się wraz z materiałem przetartej bluzy (Ronwe z litości pozwolił mu przebrać się w cokolwiek, żeby nie musiał siedzieć w uniformie laboranta RANu) — nie drążę. Niech będzie, że Ronwe. Posłuchaj, ja nie będę mógł ci pomóc, jeśli nie powiesz, o co w ogóle chodzi.
Haker uniósł brwi i rozbawiony oparł się o poduszki, patrząc na niego z góry.
— Z ciebie jest altruista, Piotrek — ocenił kpiąco. — Taki życzliwy zakładnik. Nie znający cyrylicy.
— Nie robię tego z sympatii, tylko po to, żebyś wyszedł.
— Jasne. Wiem.
— Więc powiedz, co to znaczy, że Dichtiarow testuje coś twojego. Co ja i moja praca na dolnych piętrach mamy z tym do rzeczy, jak mogę ci pomóc i czego w końcu potrzebujesz.
Ronit odchrząknęła, zwracając na siebie uwagę, i Ronwe po raz tysięczny zerknął na grube hipopotamy brykające po jej piersiach. Spróbował uchwycić w pamięci dwa ulubione (były zniekształcone przez sterczące sutki).
— A, aha, no i jeszcze co Ronit ma wspólnego ze sprawą — szybko zreflektował się Miński. Współlokatorka podziękowała mu ukradkowo i hipopotamy podskoczyły.
— Tak — orzekł Ronwe. — Tak.
— Tak? — dopytał laborant.
— Tak? — zdziwiła się Ronit.
Tak? Tak? — powtórzyły hipopotamy.
— Mhm, tak — podjął Ronwe, po czym wstał z łóżka i odetchnął, zbierając myśli. Przesunął palcami po kaburze, wygładził koszulę, przeszedł trasę od okna do szafy i ostatecznie wyrzucił z głowy wszystkie rozpraszające informacje. Wiedział, że umysł bawi się z nim, maskując panikę nietrafionym i mnogim zainteresowaniem. — Otóż, Piotrze, jeśli ci powiem, w czym rzecz, będę musiał wciągnąć cię w bardzo — urwał, szukając słowa — bardzo zawiłą spiralę zależności. To by można określić słowem „współpraca”.
— Współodpowiedzialność — wymówił Miński jadowicie. — Dla uściślenia.
— Dokładnie — przyznał Ronwe bez wchodzenia w szczegóły, choć Polak doskonale zdawał sobie sprawę ze wszystkich jego win i tylko podpuszczał, zmuszając do przyznania się przy Ronit.
Haker w ciszy minął zakładników (dbając o to, by broń mieć z drugiej strony), zakręcił przed interaktywnym wyświetlaczem i splótł dłonie, z przyzwyczajenia zakładając je za plecami.
— Tak to wygląda — podjął. — Nazwijmy to opcją numer jeden. Opcja numer dwa zakłada, że nie powiem przy Ronit, o co w tym wszystkim chodzi, a więc, zważywszy na to, co wyczytałeś w dzienniku i czego nie rozumiesz…
— Nie będę ci więcej potrzebny? — spytał Miński natychmiast. — Zważywszy na to, co wyczytałem i czego nie rozumiem? — Obracał głowę, by nadążyć za spacerującym hakerem i raz po raz uspokajał oddech, rozluźniając mięśnie nad mostkiem. Wcześniejszy atak duszności opanował cudem i to wyłącznie dzięki Ronwemu, który mu wepchnął spray do nosa i na siłę zaaplikował sterydy.
— Nie będziesz mógł mi pomóc. To różnica.
— Czyli?
— Czyli albo w to wchodzisz, albo nie pomagasz. A jeśli nie pomagasz, to tak, nie jesteś potrzebny. A kiedy nie jesteś potrzebny…
— Wtedy ty wychodzisz z mojego mieszkania.
Ronwe zatrzymał się i odkaszlnął, maskując sztuczny śmiech. Bardzo chciał nawiązać z Mińskim nić porozumienia, by nie musieć tak krążyć pomiędzy oczywistościami. Nie potrafił jednak wyważyć słów między groźbą a sugestią, a Polak ewidentnie nie akceptował lub nie chciał akceptować tego, co wynikało ze spokojnych, przyjaznych rozmów.
Haker ponownie rozważył zastrzelenie go i skrzywił się, gdy zamiast krwawego rozbryzgu ujrzał w myślach swój pierwszy program napisany w asemblerze.
To był program do zegarka Mińskiego, który miał mu przypominać o tabletkach i nieustannie mierzyć poziom ciśnienia parcjalnego tlenu we krwi.
— Chciałem powiedzieć, że moje plany… Że nie spodziewałem się tego, Piotrek, a teraz jestem w sytuacji bez wyjścia, bo wiesz o czymś, o czym wiedzieć nie powinieneś. Więc albo wejdziesz w to ze mną, albo…
— Będziesz musiał mi zaufać.
Nie, wpakować kulkę w czoło — pomyślał Ronwe nostalgicznie.
— Tak — rzucił.
— Niezbyt realne. — Miński uśmiechnął się delikatnie, nie otwierając oczu. Na piersi trzymał rozedrganą, spiętą dłoń. Ronit patrzyła na niego jak matka i kurczowo ściskała fragment kraciastych bokserek. — Co, Didi?
— Nie — przyznał haker chłodno. — Niezbyt, Piotrek.
— Bo zabiłeś człowieka i z ciała zrobiłeś komputer — ciągnął Miński spokojnie, wciąż uśmiechnięty mimo niedotlenienia i bólu płuc. — A Dichtiarow go zabrał.
— Mniej więcej — wycedził Ronwe z wysiłkiem.
— I złościsz się, bo zaprogramowałeś go lepiej niż zaprogramowano poprzednie osiemdziesiąt dwie osoby, które, nawiasem mówiąc, nie żyją. Z jednym wyjątkiem.
— Jak. Gdyby. — Potwierdził haker przez zęby, częściowo zagłuszony reakcją Ronit (stłumiony pisk i zasłonięcie hipopotamów). — Ciszej, dziwko.
— Zaprogramowałeś lepiej, to znaczy bardziej śmiercionośnie, czyli jako żywą broń na ludzi.
— Boże, nie — zaszlochała Ronit.
— Schnauze — jęknął haker.
— Przy okazji wypróbowałeś ukrywaną przed Dichtiarowem metodę odnawiania komórek, która oznacza, że ta broń jest prawie nieśmiertelna. A na dodatek ten cyborg, kurwa, przepraszam, ta broń, TO JEST TWÓJ JEBANY BRAT!
— Były brat, pół-ruski chuju — warknął Ronwe, wyprowadzony z równowagi przymierzając się do znokautowania Ronit butem (jej los został właśnie przesądzony przez głupotę Mińskiego). Przeniósł ciężar ciała na lewą nogę.
— Nie! — wybuchnął laborant. Z podłogi zerwał się ruchem szybszym, niż Ronwe był w stanie przewidzieć. Całe szczęście zachwiał się i spartaczył atak. Dosięgnął hakera i zamiast trafić go w krocze, co ewidentnie planował, zaczepił palcami o przód koszuli. Z trzaskiem zerwał połowę guzików, zanim zaczęli się szarpać. Ronwe minął Glocka o milimetr, złapany za biceps i zmylony własnym rozpiętym ubraniem. Nasadę dłoni wbił Mińskiemu w krtań, zatrzymał cios kolanem i stracił stabilność prawie znokautowany pięścią. Polak zdziczał jak zawsze przed bezdechem, pozbawiony wszelkich granic i hamulców. O jego sztucznej sile Ronwe przed laty przekonał się parokrotnie. Cudem uniknął wgniecenia w taflę i lewego sierpowego, a gdy tylko Miński odsłonił się wystarczająco, zmniejszył dystans do zera. Zwarli się, bo planowaną dźwignię, którą Ronwe technicznie wyćwiczył do perfekcji, Polak zablokował całą fizyczną siłą.
I wtedy coś szarpnęło Ronwym. Poluzował mu się pasek. Sekundę później Ronit celowała w niego Glockiem.
Wbił wzrok w lufę.
Miński puścił go, odskoczył i upadł, prawie mdlejąc z hipoksemii.
— Strz… — wydusił. — St…
Haker wolno uniósł ręce. Ocenił sytuację i myśląc gorączkowo przeniósł spojrzenie na dziewczynę. Z okna padał na nią cień RANowego szyldu, po nagich łydkach tańczyły pasy światła. Trzęsła się cała i pod lampami pokoju Mińskiego jej skóra raziła bielą.
— Nie strzelaj — poprosił, robiąc krok w przód. — Będziesz żałować.
— Strz… — próbował Miński, dusząc się na podłodze.
— Zamknijcie się obaj! Stój! Ani kroku! — Stres wyostrzył głos do tego stopnia, że Ronit brzmiała jak zgrzytliwy sygnał alarmu wewnętrznego. Naelektryzowane włosy sterczały wokół jej głowy. — Teraz ty słuchaj mnie! Poczekasz, aż on wstanie, dasz się złapać i wezwiemy służby RANu!
Ronwe skrzywił się, decydując na ostateczność.
Innego wyjścia i tak nie było.
Mógł zrozumieć wcześniej.
— W takim razie strzel — zachęcił. — Strzelaj. Wolę, żebyś strzeliła.
Mógł przewidzieć, że Miński nie pójdzie na współpracę z samym tylko nożem na gardle. Trzeba było porwać go od razu. Zamknąć w piwnicy i tam rozmawiać. Nie starać się chronić Farkas przed informacjami, które skazywały ją na śmierć.
Zbyt wiele dobrej woli i litości. Zbyt ludzkie podejście. Znów.
Za każdym razem.
— Zrób to. Strzel, bo cię zabiję — powiedział zgodnie z prawdą.
Idiotka wytrzeszczyła oczy i opuściła Glocka o kilka centymetrów. Haker ruszył bez oporów i wtedy nacisnęła spust.
Opróżniła magazynek, jakby raz nie wystarczył. Strzelała łącznie przez cztery sekundy. Błyskało, Miński zwinął się ze strachu, ze sprzętu grającego poszły iskry i cały pokój zmienił się w pełną rozbryzgów i zwarć rzeźnię staromodnej elektroniki. Postrzelony Ronwe głośno uderzył plecami o szafę.
Tłumik zadziałał znakomicie.
— Ja pierdolę, kurwa mać — klął Miński po polsku, krztusząc się dymem — jebane, pieprzone, kurwa, chuj…
Celownik prawdopodobnie też zadziałał znakomicie, choć jego akurat panna Farkas zechciała nie użyć. Otępiały z bólu haker obrócił się, by na meblościance za sobą ujrzeć mozaikę wgłębień po kulach. Trzęsąc się rozpiął ostatnie dwa guziki koszuli i przy dźwiękach histerii, w którą wpadła Ronit, obejrzał przedziurawioną klatę piersiową.
— Toś strzeliła — szepnął, choć nikt go nie słuchał. — Na przyszłość celuj w głowę.
Ronit upuściła pistolet i ugięły się pod nią kolana. Jak zwierzę skuliła się cała, zwinęła obok Mińskiego i rozpaczliwymi ruchami zaczęła go obłapiać, byle przytulić się do czegokolwiek bezpiecznego. Polak złapał ją za kark i docisnął do siebie, wciąż jednak patrząc tylko na Ronwego. W głębokim szoku obserwował inspekcję, bowiem haker nadal próbował ocenić, jak bardzo go uszkodzono.
Gdy wsadził palec w dziurę pod żebrem, Miński nabrał powietrza.
— Cyborg — zrozumiał w końcu. — Boże. Ty nie żyjesz, Akermann.
— Cyborg — zgodził się Ronwe. Z bólu prawie stracił świadomość, a odpowiednie hormony dopiero teraz odcinały go od konkretnych połączeń nerwowych. Spowolnionym ruchem wskazał szwy na mostku. — Cyborg. Jeden z trzech. Wiesz już, po co przyszedłem?
— Zniszczyć mi życie — orzekł Miński i objął mocniej wyjącą Ronit.
Ronwe wywrócił oczami, nie panując nad reakcją organizmu. Przez moment nie widział niczego, walczył z zaciskiem mięśni i tylko czuł bezradnie, jak krew spływa mu z nosa do krtani.
Zachwiał się, odzyskując kontrolę. Kaszlał w zupełnej ciszy.
— Mój… były brat chodzi po B-23 — wydyszał z trudem. — I tylko ja mogę go dezaktywować. Dichtiarow… Dichtiarow uruchomił kompilację beze mnie. Nie wie o połowie programów. Nie zna kodów. Jeśli nie przetłumaczysz mi, co napisał, które z moich substancji dał wam do przebadania i co planuje zrobić z najnowszą bronią w Europie… którą ma za zwykły eksperyment naukowy… to wszystko skończy się bardzo, bardzo źle. Nie wyobrażasz sobie… jak źle. I nie będzie już chodzić tylko o mnie i ciebie.
— O mnie nie szło ani chwilę.
— Wzywa cię… wyższa siła, Piotrze. Siła w mojej osobie. Jestem twórcą. Odpowiedz na wezwanie.
— Jesteś złem, ty chory kutasie — wyszeptał Miński. W jego głosie nie było wahania i Ronwe wiedział, że laborant wciąż jest w szoku. — Ronit znika. Ucieka na granicę. Ani ty, ani RAN nie będziecie jej szukać.
— Ronit wie za dużo.
— To mój warunek.
Haker kalkulował, przeprogramowując funkcje, a dziewczyna wyła w tle bezgłośnie i irytująco. To, że dostała swoją szansę i zmarnowała ją na własne życzenie, nikogo najwyraźniej nie obchodziło.
Ronwe nie był nieśmiertelny. Uczciwie uprzedził o układzie „ty albo ja”. Wystarczyło umiejętnie zużyć pociski. Pięć niecelnych strzałów przy celu oddalonym o dwa metry to nie był wynik, który zapewniał bezpieczeństwo.
— Nie chciałeś dokumentów, odpowiedzi i informacji. Chciałeś mnie. Kłamałeś od początku — wymienił Miński.
— Kłamałem, żeby nie strzelać.
— Ronit ma żyć. To cena ostateczna.
Romantyczne, pomyślał haker ułamkiem świadomości. Ostatecznie romantyczne, Miński.
— Zgoda — skłamał.
— Zgoda — usłyszał.

//
Świt zastał go tnącego kable i czyszczącego pokój Ronit z wszelkich źródeł pozwalających na kontakt z siecią. Po zeskanowaniu poprzednich pomieszczeń Ronwe wiedział już, że ani Miński, ani Farkas nie myśleli najwyraźniej o rzeczach takich jak zapasowe linie kontaktu i awaryjne nadajniki niskich częstotliwości.
Nie spodziewali się włamań, napadów i kradzieży. Nawet prywatne urządzenia mieli niezaktualizowane, okrojone z dodatkowych zabezpieczeń. Oboje też zdawali się nie korzystać z programu ochrony pracowników prowadzonego przez RAN.
Może nie chcieli tej permanentnej inwigilacji. Może czuli się źle, śledzeni przez satelity i monitoring wszędzie, nie tylko w swoich laboratoriach.
Może to miało sens.
Zabawne, że RAN udostępnił im jedyną możliwą opcję wezwania pomocy i postawienia się Ronwemu. I że obydwoje mieli swoje nadajniki tak blisko, pochowane w szufladach.
Otóż to — pomyślał haker w chwili zadumy — zły, wścibski RAN mógł uratować wam życia. Nie doceniacie RANu.
Sam oczywiście rozmontował swój nadajnik dwie godziny po przydzieleniu go całej sekcji hakerów na dwudziestym trzecim piętrze. Część, dla zabawy, podrzucił tej żałosnej dziewczynie z zarządu, która nie wiedzieć czemu zawsze chętnie sprzątała mu gabinet i parzyła kawę. Miał nadzieję, że jeśli ktokolwiek (a zwłaszcza służby specjalne) zainteresuje się kiedyś miejscem jego pobytu, najpierw wyważy drzwi mieszkania Diany Werich.
Za ścianą brzmiał głos Piotra Mińskiego i Ronwe oddychał spokojnie, słuchając znajomych tonów. Zostawił laboranta z jego hipopotamami, bo uznał, że to odpowiedni gest łaski na rozpoczęcie owocnej współpracy. Przyniósł nawet wódkę z lodówki, by Miński mógł się po raz ostatni napruć w towarzystwie dziewczyny. Dał im pół godziny, mówiąc, że zajmie się zabezpieczaniem mieszkania.
Co też zrobił, przy okazji zgrywając dane ze wszystkich urządzeń i czyszcząc osobisty komputer Ronit.
Spakował jej rzeczy do największej z toreb (wcześniej zastrzegł, że sam zdecyduje, co chemiczka może wynieść ze swojego pokoju przed rozpoczęciem nowego życia gdzieś na granicy miasta), wrzucając losowe ubrania i to, co uznał za najciekawsze. W chwili zamyślenia zaopatrzył ją nawet w trzy pary bielizny i dwa ładne staniki, choć zabić planował w przeciągu kilku godzin. Zabić musiał, bo sam żył, a żywy nie mógł zaakceptować niezlikwidowanych świadków.
Teraz stał nieruchomo, wyglądając przez okno.
Wszystko zostało sprawdzone. Wszystko zostało zamknięte. Na wypadek, gdyby ktoś dostał się do mieszkania, szukając Farkas albo Mińskiego. Ten ktoś miał natknąć się tylko na stertę niepotrzebnych przedmiotów. Żadnych informacji w formie cyfrowej. Ronwe wyczyścił nawet programy sprzętów kuchennych, przywracając dane fabryczne.
Głos Mińskiego przeszedł w histeryczne rozbawienie i urwał się szybko, a haker bezwiednie napiął mięśnie twarzy, przywołując częściowy uśmiech. Przeniósł wzrok daleko za centrum B-23 i najwyższe mieszkalne wieżowce z przeszklonymi apartamentami. Za budynkiem wydziału Informatyki Progresywnej, gdzie dawno zostawił poprzednie życie, majaczyły cienie rdzeni i błyszczały w rannym słońcu gładkie widma sieci przesyłowych. Między dachami sączyły się drżenia cząstek systemu odfiltrowywania smogu.
Już czas — pomyślał Ronwe. — Już czas, Piotrze. Dość pożegnań.
Pół godziny wystarczy, by w dwie osoby opróżnić półlitrową butelkę. Wystarczyłoby nawet na szybki numerek przed śmiercią Ronit. W końcu musiała, w przeciwieństwie do Mińskiego, domyślać się własnego losu.
Haker potarł brwi i ruszył ku drzwiom, z niejakim żalem gotowy opuścić estetycznie urządzony i prawie w całości skąpany w czerwieni pokój Ronit. Zatrzymał się jednak z dłonią nad klamką i spojrzał w dół, na swoją nagą, przestrzeloną pierś.
Wolno przeniósł wzrok ku wnętrzu szafy.
Ubrania Mińskiego były zdecydowanie za luźne, by je pożyczać nawet w tak niecodziennej sytuacji.
Po kilku minutach przerzucania najróżniejszych bluz, bluzek, swetrów i sukienek, Ronwe wygrzebał z szafy całkiem nowy, zametkowany jeszcze, czarny T-shirt z flamingiem.
Ronit musiała być fetyszystką. Połowę jej ciuchów pokrywały przeróżnie wyszyte i nadrukowane wymarłe zwierzęta. Ronwe daleki był od wgłębiania się w temat i uznał, że to jedyna słuszna postawa, zwłaszcza że ten konkretny T-shirt był praktycznie idealny.
Idealnie przylegający i cienki. Idealnie pozbawiony dekoltu. Trochę co prawda za wąski w rękawach, ale za to bardzo rozciągliwy. Haker z ulgą wygładził flaminga na mostku i pełen powagi przejrzał się w lustrze.
— Idziemy — oznajmił głośno chwilę później, bez pukania otwierając drzwi do sąsiedniego pokoju. Miński i Farkas obrócili się równocześnie, oświetleni promieniami świtu i dzierżący puste szklanki. — Czas na nikogo nie czeka.




Hubert Puszek

— Czego tam szukasz — irytował się, co chwilę podciągając rękaw i sprawdzając godzinę. Hanna gorączkowo przetrząsała kolejne szafki i szuflady, z hałasem tłukąc się po kuchni, a pieprzony jeż pełzał za nią i plątał się pod nogami, pochrumkując.
Hubert chciał wcześniej wyrzucić go przez okno, ale nie zdążył, bo zanim wymyślił sposób na złapanie kolczastej kuli i ubrał kuchenną rękawicę, Hanna wyszła z łazienki.
Puszek nie do końca rozumiał fenomen długości czasu spędzanego przez kobiety w łazienkach. Raz siedziały tam godzinami (gdy inni chcieli skorzystać), a raz wychodziły po dziesięciu sekundach (gdy inni uznawali, że do zlewu też można sikać, albo, dajmy na to, próbowali pozbyć się zaprogramowanego jeża).
— Kiedy mówiłem, że musimy się śpieszyć, to miałem na myśli, że MUSIMY SIĘ ŚPIESZYĆ, SŁOŃCE.
Hałas ucichł.
— My musimy? — Hanna wychyliła się i przez korytarz posłała bratu spojrzenie ich zabitej matki wyprowadzonej z równowagi. — To ty się śpiesz, Hubert. To ty pokpiłeś sprawę. Ty obraziłeś Zvajdera i ty się go boisz, i nie mów mi, że się mylę, bo twój strach znam lepiej niż własny.
Puszek zmrużył oczy. Chciał skłamać, ale zrezygnował w porę i tylko poruszył ustami, marszcząc nos w szczątkowym gniewie. Szarpnięciem obrócił głowę.
— Nie mogę uwierzyć, że chciałeś to zrobić — usłyszał jeszcze. Sposób, w jaki głos Hanny rozchodził się po domu, pozwalał sądzić, że znów stała tyłem i najprawdopodobniej już pochylała się nad którąś z szafek. — Nie mogę. Wyobrażasz sobie, że do niego strzelasz? Widzisz w ogóle coś takiego w myślach? On nie jest jakimś… zwykłym… To nie jest tresowana małpa, rozumiesz? To nie jest zwierzę bez uczuć, a ty, ty z tą swoją bronią, ty chciałeś jak do psa…
Puszek uniósł brwi i spojrzał w lustro wiszące w przedpokoju. Po własnym ubraniu przesunął wzrokiem z niechęcią, a nad kołnierz nie dotarł w ogóle, bo odwagę do patrzenia sobie w oczy stracił pół roku wcześniej.
— Jak do człowieka, wiesz o tym dobrze — zaoponował bez mocy — na twoje…
— Nie słyszę, podejdź, jeśli chcesz mówić — rozkazała sfrustrowana. — Widzisz, że coś robię, tak? Co zacząłeś? Co z człowiekiem?
Hubert wywrócił oczami i zastygł, obserwując sufit. Wysłuchał kilku jeszcze uwag, zignorował uparcie wałkowane pytanie (Hanna nienawidziła urywania rozmów w chwili, gdy prosiła o powtórzenie) i został nazwany bezwzględnym chamem, gdy siostra straciła resztki opanowania. Gadała monologiem bez celu i ujadała wściekłością, wyolbrzymiając wszystko w emocjach, a była w tym tak podobna do matki, że Hubert pozwolił jej pluć jadem do woli.
Oddychał bezgłośnie zwyczajem wyniesionym z przedstrefy, skupiał fałszywą uwagę na wystroju wnętrz i liczył rysy w podłodze, a wspomnienia jak zawsze zalewały mu mózg, żywe i pełne przywołując obraz Polski.
Minęło może pięć minut. A potem kolejne pięć, już w ciszy.
— Znalazłam — oznajmiła Hanna nagle i dopiero wtedy Hubert oderwał wzrok od ściany.
— Co znalazłaś, Słońce — zapytał bez serca do słuchania.
Hanna pojawiła się za kuchennym rogiem i poczekała na jeża, zanim zgasiła światło. Do brata podeszła nieśpiesznie, poprawiając włosy i naciągając sweter; w zacienionym korytarzu nie było widać, jaką ma minę. Gdy zaczęła ubierać buty i nieco zbyt agresywnymi ruchami zapinać ich zamki, Hubert zrozumiał, że oto nadszedł czas milczenia.
Natężenie biernej agresji kazało mu podejrzewać, że milczenie potrwa co najmniej godzinę. Włożył ręce w kieszenie i wypuścił powietrze nosem.
— Wiesz, że to nie jest z wyboru — rzucił. — Wiesz, że dla ciebie się staram.
Hanna nałożyła kaptur i gestem nakazała otworzenie drzwi. Jej wybitnie skomponowany strój, w skład którego wchodziły włochate skarpetki wystające zza półbutów, grube rajstopy, za duży sweter trupa i wyjściowy krótki płaszcz, wbił Huberta w chwilowe zdumienie. Puszek odchrząknął i cofnął się, by puścić siostrę przodem.
— Ty zostajesz tutaj. — Hanna zwróciła się do jeża, jakby to było zupełnie normalne i jakby jeż w ogóle był w stanie ją zrozumieć. Obrażona minęła Huberta, nie czekając wyszła na zewnątrz i zbiegła po schodach przed domem. Jej kroki niosły się z echem po szarym, śpiącym osiedlu.
Puszek przywołał na twarz obojętną maskę pewności, wygrzebując klucz z kieszeni kurtki.
— Głupi jeż — syknął, patrząc w małe czarne oczka, zanim zamknął frontowe drzwi.
Granica B-23 ziała zimnem i na głównej ulicy wyraźnie dało się odczuć jej martwy, biały oddech. Wszystkie rośliny pokrywała szadź. Kwadratowe boki domów lśniły zamarzniętą wilgocią. Na szybach nieszczelnych, starych okien kwitły języki szronu. Puszek szedł z rękami przy ciele i uniesioną linią ramion, spięty w obronie przed mrozem. Pod butami czuł zdradliwy, śliski lód. Do domu Olafa i Gerdy dotarł z Hanną w aurze wzajemnej niechęci, a przez całą drogę myślał tylko i wyłącznie o tym, jak i za co mógłby ją jeszcze spróbować przeprosić. Kolejne latarnie mijał co dziesięć metrów z kolejnymi pomysłami i żaden z nich nie okazał się na tyle dobry, by przerwać zaciętą ciszę.
Głos Gerdy zapraszającej ich do środka dobiegł z oszronionej blaszki głośnika i ostatecznie zakończył czas na prywatne rozmowy.
Hubert miał wyrzuty sumienia. Miewał je często, nawiedzając Ulfssonów o przeróżnych porach dnia i nocy, choć Olaf nigdy nie zarzucił mu nietaktu i nie dał do zrozumienia, że nie życzy sobie tego typu wizyt. Prawdą też było, że Puszek nie składał nieuzasadnionych wizyt nikomu, a zwłaszcza byłemu dowódcy swojej grupy uderzeniowej. Gdy przychodził, sprawy były poważne.
Jak teraz.
— Wybacz, Gerdo — powiedział, jeszcze zanim drzwi otworzyły się na dobre i ukazały zdeformowaną bliznami twarz. Hanna dołączyła do brata zmartwionym pomrukiem, jakby nie umiała znaleźć wystarczająco grzecznych słów dla własnego wstydu. — To nie może czekać. Porwę Olafa dosłownie na chwilę.
— Nie — ucięła Gerda krótko. — Nie porwiesz. Nie śpimy. Wejść.
Hubert oparł dłoń na plecach Hanny, żeby nie przyszło jej do głowy wzbranianie się przed decyzją starszej kobiety. Weszli do środka i od razu otoczył ich zapach środków antykorozyjnych do broni palnej. Puszek przypomniał sobie o nieczyszczonej lufie własnego karabinu i w myślach sklął się za brak systematyczności.
— Buty zostawić przy progu — rozkazała Gerda. — Obudź się, Puszek. Z siostrą na górę. Salon, już.
— Polacy w moim domu! Złe wieści na sam początek dnia! — Rozbrzmiało akurat z półpiętra. Hubert wspiął się po schodach i posłusznie skierował kroki w stronę głównego pomieszczenia. Hannę miał ochotę złapać za ramię i upomnieć, by się nie wlokła za nim oderwana od rzeczywistości i psująca karne wrażenie. Zrezygnował jednak, nie chcąc pogarszać sytuacji.
Za drewnianym stołem czekał już na nich Olaf, jak zwykle ubrany w czarny strój ze szwedzkiego poligonu i z włosami spiętymi wysoko bez zaplatania. Zastany w domu śmiał się czasami, że ryzykuje, bo Valhalla wzywa nagle, a wojownik powinien zawsze wyglądać na gotowego.
Hubert musiał przyznać, że z dwojga złego woli obserwować Szwedów za granicą przedstrefy, gdzie wszyscy przychodzili w spiętych, ciasno zaplecionych kucach i brodach; widok dorosłych mężczyzn czeszących się i chodzących po domu z rozpuszczonymi włosami przyprawiał go wciąż o wewnętrzny sprzeciw. Sam nie zgodził się dołączyć do osiedlowego klubu wikingów i tak naprawdę dopiero wtedy zyskał motywację, by golić twarz co dwa dni, a włosy przycinać co miesiąc.
Jörg von Hassel, ze swoimi blond kudłami sięgającymi pasa i rosnącymi w zastraszającym tempie, wzbudzał w nim tym większą niechęć.
— Wiesz, że nie wpadam na kawę — powitał Olafa. Szwed uśmiechnął się szeroko i dwumetrowa sylwetka nabrała nagle właściwej czujności.
— Wiem — potwierdził, opierając łokieć o sąsiednie krzesło. — Usiądźcie. Nils, ubierz się i chodź tutaj! — zawołał.
Puszek w tym czasie szarpnął delikatnie skrawek swetra siostry, bo ta rozglądała się po szwedzkim domu ze zgrozą większą niż zwykle. U Olafa była może cztery razy, jednak wciąż czuła się źle i Hubert wiedział, że ten stan rzeczy prawdopodobnie nigdy nie ulegnie zmianie. Surowe wnętrza, białe ściany, minimalna ilość mebli i wszechobecna broń budziły w Hannie odruch ucieczki. Nawet teraz Puszek mógł wskazać konkretne przedmioty, które wytrąciły ją z chwiejnej równowagi. Zmuszona do ruchu usiadła przy stole, uprzednio pochylając głowę w powitaniu (Olaf odpowiedział najszerszą wersją swojego serdecznego wyszczerzu, który zamiast ulgi wzbudzał w ludziach popłoch), po czym wyciągnęła trzymane w rękawie niewielkie pudełko i całą uwagę skupiła na tekturze, z której było wykonane.
Hubert poczekał na Nilsa i po uściśnięciu mu dłoni zasiadł również przy wysokim stole.
— Pijecie herbatę z cukrem — oznajmiła Gerda w drodze do kuchni, a jej mąż i najstarszy syn równocześnie odpowiedzieli „Tak”.
Hubert potarł krawędź żuchwy, rezygnując ze swojego „Nie”.
— Mogę? — spytał, świdrowany przez dwie pary identycznie morskich oczu. Nils wyglądał jak nieco mniejsza w obwodzie wersja swojego ojca. — Eskil nie schodzi?
— Nie, nie schodzi — odparł Olaf i minimalne drgnięcie jego mięśni mimicznych przekonało Huberta, by tematu wyrodnego syna więcej nie poruszać. — Hania nie wychodzi?
— Nie, nie wychodzi — potwierdził Puszek, o milimetr zawyżając linię odsłanianych podczas mówienia górnych zębów. Zapadła krótka, rzeczowa cisza, w trakcie której Szwedzi wymienili strapione spojrzenia.
— A więc Jörg — zrozumiał Olaf Ulfsson, po raz pierwszy od dawna marszcząc brwi w wyrazie szczerego niepokoju.
— Fon Wafel zechciał posprzątać za nas — podjął Hubert, wbijając wzrok w paznokcie prawej dłoni. — Za moją i twoją grupę. To wiesz.
— Wiem.
— Został tam sam. W domyśle na godzinę, maksymalnie dwie, znając jego tempo. To też wiesz.
— Wiem.
— Zasady są, a według zasad nie wolno zostawiać ludzi pojedynczo w przedstrefie. To ślubowałem. Tylko dowódcy mają prawo zostać.
— Owszem — przyznał Olaf wolno. Obaj wiedzieli, że Hubert wielokrotnie złamał zakaz, spędzając w przedstrefie samotne noce. Nils zdążył pochylić się obok i pełne skupienia spojrzenie wbijał teraz w dłonie Puszka, jakby stamtąd mógł dowiedzieć się więcej niż z twarzy.
Prawdopodobnie tak było, bowiem Hubert nigdy nie nauczył się rozmawiać przy kontakcie wzrokowym, a gestami i ruchem palców usprawniał własne pogmatwane myśli. Od dawna też nie spał tyle, ile spać powinien, i nawet Szwedzi zaczęli zwracać uwagę na jego nienormalnie zmętniałe spojrzenie.
— A jednak pozwoliłeś Jörgowi zostać — zauważył Nils z uprzejmym żądaniem wyjaśnień.
— Nie uważam Wafla za jednego z naszych ludzi — wymówił Hubert, starannie akcentując znamienne słowo. — Poza tym zawsze jest przy nim Zvajder.
— Prawda.
— Więc tak, pozwoliłem. Zgodziłem się, to była świadoma decyzja. Ale Jörg nie wrócił ani po dwóch, ani po czterech, ani pięciu godzinach. A Zvajdera, jak zdążyłem ustalić, dość szybko odesłał do pilnowania mojej siostry.
— Zvajder sam się odesłał. Żebym mogła spać spokojnie — wtrąciła Hanna i nie zwróciła tym uwagi żadnego z Ulfssonów.
— Coś jeszcze? — zachęcił Olaf. — To nic nie znaczy, masz świadomość.
— Jesteś uprzedzony, wszyscy to wiedzą. Jörg mógł znaleźć stary materiał. Może uznał, że przeskanuje cały nasz teren?
— Nie kazałem mu tego robić, Nils, a to znaczy, że nie miał prawa tego robić — wycedził Puszek przez zęby. Pod stołem drżały mu mięśnie w nogach, a wciąż hamowana złość zaczynała palić kręgosłup. Skrzywił się, walcząc z bezwiednym grymasem. — Od kiedy wróciłem do domu i spisałem raport, na alarmowych niskich częstotliwościach nadano cztery komunikaty. Dwa o morderstwach przy granicy B-24, jeden o zdjętych jednostkach Węgierskiej Straży Rzecznej, i ostatni, o awariach systemów bezpieczeństwa na naszym przejściu granicznym. Wszystkie sprzed pięciu godzin.
Gdy skończył mówić, Hanna znieruchomiała. Pudełko wypadło jej z rąk i uderzyło o stół, gubiąc pokrywkę. Zawartość ze stukotem potoczyła się po drewnie.
Hubert wolno cofnął dłoń.
Wystarczyła sekunda, by zrobiło mu się słabo i zimno w sposób niemożliwy do pomylenia.
— Czy to są jego kości? — zapytał bez namysłu. — Czy to jest jego palec?
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

ODPOWIEDZ