UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Zachęcamy do głosowania na TEKST WRZEŚNIA oraz w INSTANCIE

Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: nuklearna_wiosna » 11 grudnia 2016, 02:40

Nie wiem, czy jest sens zabierać się w ogóle za wstęp. Większość tu obecnych wie, co to jest. Nie wie zapewne, po co to tu jest, ale tego to i ja za bardzo nie wiem. Jest po prostu.
Bo chyba nie chcę odpuszczać tego tekstu, bo może dzięki Waszemu świeżemu spojrzeniu nabiorę nowej perspektywy i znowu mi się zachce.
Nie obiecuję, że wrzucę całość, ale też nie zarzekam się, że tego nie zrobię - jeśli chodzi o ten tekst, wszystko pozostaje kwestią otwartą ;)
A zatem oto przed Wami



SPIRTUS MOVENS



* * *

08:24:37<alex> Będę tam, gdzie się umawialiśmy.
08:24:39<r.r> przez caly czas?
08:24:43<alex> Ile będzie trzeba.
08:24:45<r.r> co sie tam wlasciwie dzieje?
08:29:11<r.r> ??
08:32:53<r.r> alex odezwij sie!!!!
***Użytkownik alex opuścił pokój***

* * *


I

- Dlaczego go zabiłeś?
Młody mężczyzna - pomocnik techniczny, z tego, co zdołałem zapamiętać - wpatruje się we mnie z mieszaniną ciekawości i przestrachu. Mimo niedostatecznego oświetlenia, jestem w stanie bez trudu dostrzec i zinterpretować wyraz jego twarzy. W blasku dwóch świec i nielegalnego palnika gazowego widzę wlepione we mnie brązowe oczy i głupawo rozchylone usta.
Dzieciakowi zachciało się spotkania z ciekawym człowiekiem, no patrzcie go!
- Nie zabiłem – odpowiadam niewinnie, wiedząc doskonale, że nie ma na myśli tego tam, stygnącego w sąsiedniej sali. – Wczoraj przecież byłem z wami, sam widziałeś. Potem moja nieoceniona kuratorka, jak zwykle nie spuszczała ze mnie oka. Chyba nie zamierzasz kwestionować jej kompetencji?
Chłopak zerka odruchowo na siedzącą w pobliżu Nadiyyę, potem macha niecierpliwie ręką.
- Nie tego! – szepcze gorączkowo, najwyraźniej dając się nabrać. – Tego, za którego cię… no wiesz…
- Wsadzili – podpowiadam uprzejmie.
Młody kiwa skwapliwie głową, zadowolony, że nie on musiał to powiedzieć.
- No, to dlaczego?
- Bo mnie wkurwił.
- Bo cię…
- Bo mnie wkurwił – powtarzam spokojnie.
Mam ochotę dodać, że między innymi właśnie dlatego odradzam wkurwianie mnie, ale się powstrzymuję. Moja kuratorka mogłaby to opacznie zinterpretować. A właściwie nie tyle opacznie, co w jedyny sposób, w jaki jest zdolna interpretować cokolwiek. W jej ocenie nawet kolor moich majtek może stanowić niepodważalny dowód tego, jak bardzo jestem zwyrodniały.
Od początku sprzeciwiała się włączeniu mnie do programu resocjalizacyjnego i wszędzie, gdzie się dało, wystawiała mi jak najgorszą opinię. Wcale nie dlatego, że jest ze mną aż tak źle. Stawiałbym raczej na bardziej egoistyczne pobudki, takie, jak niechęć do pracy w terenie dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, przez dwa miesiące.
W więzieniu spotykaliśmy się jedynie od czasu do czasu, by – jak to nazywała – omówić moje postępy. Nie muszę dodawać, że spotkania te były tyleż denerwujące, co bezowocne. Kilka razy towarzyszyła mi też podczas wizyt w tym, czy innym ośrodku terapeutycznym, ale życie ze mną przez dwa miesiące, bez możliwości odwrócenia uwagi choćby na chwilę, to już coś bardziej absorbującego. Nie dziwię jej się, że nie ma na to ochoty. Ja też nie mam, ale fakt, że ona męczy się co najmniej tak samo, jak ja, podnosi mnie na duchu.
Cieszy mnie oczywiście, że mogłem opuścić więzienie chociaż na jakiś czas, jednak już pozostałe założenia nieszczęsnego programu resocjalizacyjnego nie wywołują u mnie szczególnej euforii. Pomijając nieustającą obecność kuratorki, kolejnym minusem mojej sytuacji jest praca. Praca ma być kluczem do przywrócenia mnie społeczeństwu. Kto w ogóle wymyślił taki idiotyzm?
Zajęcie, które mi wyznaczono, wymagało dołączenia do ekipy fachowców zajmujących się usuwaniem wadliwych duchów napędowych. Pojęcia nie mam, na co mogę się tu przydać. Kiedy szedłem do pierdla, metoda pozyskiwania energii dzięki wykorzystaniu duchów, była jeszcze w powijakach. Obecnie sprawdza się świetnie, zwłaszcza tutaj, w Południowej Afryce, kolebce nowoczesnych rozwiązań energetycznych. Tyle że biorąc pod uwagę wszystko, co usłyszałem pierwszego dnia, czyli wczoraj, zawód duchoinżyniera nie prezentował się szczególnie ciekawie. Aczkolwiek przyznam, że obecna sytuacja…
Obecna sytuacja nawet mnie intryguje.
- A gdybym ja cię wkurwił? – pyta nagle chłopak, wyrywając mnie z zamyślenia.
Niemal zupełnie zapomniałem o jego obecności. Przyglądam mu się niechętnie. Cienie tańczą na jego nieładnej, nalanej twarzy, kręcone, niesforne kosmyki opadają na czoło. Ile on może mieć lat? Dwadzieścia? Najwyżej dwadzieścia trzy.
- Cały czas mnie wkurwiasz – mówię zgodnie z prawdą.
Wzdryga się zauważalnie.
- Ale tak bardziej – precyzuje kulawo. – Tak, żebyś mógł mnie… no wiesz…
- Zabić.
Młody ma najwyraźniej problem z poruszaniem ciężkich tematów. Właściwie to cały wygląda jak jeden wielki zlepek problemów. Przemyka z kąta w kąt, z miną, jakby przepraszał, że żyje, a patrząc na to, jak jest tępy i bezużyteczny, bardzo możliwe, że ma za co przepraszać. Ciekawi mnie, w czym to niby pomaga ów „pomocnik techniczny”, bo z tego, co widzę, mimo kryzysowej sytuacji tylko snuje się bez celu, ewentualnie zawraca mi dupę. Chociaż jego obie współpracownice postępują podobnie, możliwe więc, że to element jakiejś procedury. Wiedziałbym to, gdyby ktokolwiek zadał sobie trud, by wdrożyć mnie do nowych obowiązków. Ale nikt sobie nie zadał.
Orientuję się, że dzieciak, którego nazwiska za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, wciąż wpatruje się we mnie i najwyraźniej oczekuje z niecierpliwością odpowiedzi na swoje durne pytanie.
- W każdej chwili mógłbym – warczę. – Ale okoliczności są raczej niesprzyjające, nie sadzisz? Za to byłoby miło na przykład, gdybyś zrobił mi przyjemność i sam poszedł się zabić, bo pożytku z ciebie nie ma żadnego. Jak ci się podoba moja propozycja?
Próbuję dojrzeć jego dłonie. Nie potrafię rozmawiać z człowiekiem, nie wiedząc, jakie ma dłonie. Ale nic z tego, wciąż są schowane w rękawach obszernej bluzy. O tyle to dziwne, że pomocnik techniczny powinien chyba swobodnie posługiwać się dłońmi. Nie wydaje się, by chował je specjalnie, nie obciąga nerwowo rękawów. Po prostu łazi tak w tym rozciągniętym worze, jak ostatnia ofiara losu. Czuje do niego coraz większą niechęć.
- A jakbym powiedział, że nie bardzo? – odpowiada niestety, choć miałem nadzieję, że udało mi się go obrazić, albo co najmniej zdeprymować. Najwyraźniej jest jednak na to za głupi.
-Tobym się popłakał!
- Wystarczy tej dyskusji, panie Clay! – odzywa się nagle moja kuratorka.
Przez cały czas siedziała tuż obok, ale zdawała się zupełnie nie zwracać na nas uwagi. Nie dałem się nabrać oczywiście. Momentem, w którym ona przestanie zwracać na mnie uwagę, będzie najwyżej moment jej śmierci. A i to nie takie pewne. I tak dziwne, że czekała z reakcją aż do tej pory.
Młody usiłuje protestować, ale przerywam mu.
- Słyszałeś – mówię z udawaną powagą. – Nadiyya „Znam Taekwondo i Mam Paralizator” Jamalazdah mówi, że wystarczy, to wystarczy.
Nadiyya jak zwykle nie reaguje. Nie może zareagować. Nie pozwala jej na to szereg przepisów, które jest w stanie recytować nawet przez sen. Ja sam kojarzę i skwapliwie wykorzystuję głównie jeden, zabraniający kuratorowi okazywania negatywnych emocji w kontaktach z osobą, dla której został ustanowiony. Może jedynie odeprzeć bezpośredni atak i to „bez zbędnej brutalności”, albo wezwać policję. Wezwanie policji, by uskarżać się na złośliwe docinki, postawiłoby w złym świetle raczej ją, niż mnie, więc rozsądnie tego nie robi.
Tak sobie myślę, że kuratorzy muszą być bardzo sfrustrowanymi ludźmi. Ta konkluzja nieodmiennie poprawia mi humor.
Nie dane mi jednak tym razem nacieszyć się tą chwilą złośliwej satysfakcji, bowiem do sali wpada Zola D’Oliviera.
Zola D’Oliviera prawdopodobnie nie zna innego sposobu dostawania się do pomieszczeń. Nie ma zwyczaju wchodzić normalnie, a wyobrażenie jej sobie, jak na przykład wślizguje się, lub przemyka chyłkiem, wymaga naprawdę wygimnastykowanego umysłu. Nie, Zola D’Oliviera wpada. Wpada i drze ryja. Dokładnie tak, jak teraz.
- Ej, towarzystwo, co się tu dzieje? – jej donośny głos rozbrzmiewa echem w słabo oświetlonym pomieszczeniu laboratoryjnym. – Pogwarzyć sobie wesoło przyszliście? Zbierać tyłki i do roboty! Jasna cholera, to nie jest piknik!
Z tego, co zdołałem zaobserwować, dla tej kobiety nawet piknik, to nie byłby piknik. Nawet usadzona na kocu pośród malowniczej polany, z butelką piwa i koszem ciastek, znalazłaby zaraz dziesiątki powodów do niepokoju i zmieniła beztroski wypoczynek w imponujący pokaz paniki i histerii.
- No, tych dwoje to jeszcze rozumiem – nakręca się tymczasem, wskazując bezczelnie na mnie i Nadiyyę. – Ale po tobie, Aarde, bym się tego nie spodziewała, naprawdę! Podnieś, mój drogi, łaskawie dupę, udaj się do samochodu i zapierdalaj po policję, jeśli cię mogę, kurwa, uprzejmie poprosić. Nasze telefony padły kilka minut po przejechaniu bramy. Nie wiem jeszcze, co się dzieje, ale wszystkie urządzenia na terenie laboratorium są zagrożone. Tak tylko przypominam, gdyby wam w razie z głowy wyleciało. Wolałabym się nie przekonać, ile to… to coś potrzebuje na zainfekowanie samochodu... Aarde, ruchy, kurwa!
- Czy ty czasem nie przesadzasz? – pytam z nutą dezaprobaty w głosie, patrząc, jak rozlazły Aarde, czy jak mu tam, człapie do wyjścia z zamiarem wykonania polecenia. Zdecydowanie „ruchami” bym tego nie nazwał.
Zola wytrzeszcza na mnie i tak już ogromne oczy.
- Ja przesadzam?! – wrzeszczy, jakbym stał co najmniej po drugiej stronie ruchliwej autostrady. A ja nie lubię jak się na mnie wrzeszczy.
- Tak, przesadzasz – mówię, tym razem ostrzej. – To tylko awaria.
- Clay, w sąsiedniej sali leżą zwłoki!
Momentalnie się uspokajam. Przecież ta, poczciwa w gruncie rzeczy, kobieta ma wszelkie prawo panikować w takiej sytuacji. Każdy na jej miejscu by spanikował. Każdy, kto nie widział i nie doświadczył w życiu tego, co ja. Pewne przejścia zmieniają człowieka i zmuszają do zmiany spojrzenia na świat i na zjawiska, które społeczeństwo przywykło uważać za straszne, czy szokujące. Jak rekordowo duża awaria w ważnym ośrodku badawczym, czy zwłoki niewiadomego pochodzenia, znalezione w tymże ośrodku, przez jednego z pracowników.
- Zwłoki to nie nasz problem – mówię, choć w uszach rozhisteryzowanej kobiety zapewne nie brzmi to pocieszająco. – Arno wróci z policją…
- Aarde – poprawia mnie odruchowo.
- Aarde. Aarde wróci z policją, oni się zajmą zwłokami, a wy róbcie swoje.
Patrzy na mnie, jakby nie zrozumiała ani jednego słowa z tego, co przed chwilą powiedziałem. Już druga osoba tego dnia bezmyślnie wywala na mnie gały. Wolę się nie zastanawiać, jak powinienem to interpretować.
- „Swoje”? – powtarza głucho. – Jakie znowu „swoje”?
Odkąd poznałem moją nową ekipę, to właśnie Zola wydała mi się z nich wszystkich najbardziej kompetentna i wierzę nadal, że w tym względzie się nie pomyliłem. Co nie zmienia faktu, że zdecydowanie brak jej psychicznej odporności.
Prawdopodobnie jest w wieku zbliżonym do mojego, może trochę młodsza, niewątpliwie jednak sporo starsza od dwojga pozostałych. Najpewniej przekroczyła trzydziestkę, wiec powinna chyba zachowywać się nieco bardziej dojrzale.
Na co dzień jest niezwykle barwną postacią, mimo swojej skłonności do przesady, czy też może właśnie dzięki niej. Czarne włosy nosi splecione w misterne, cienkie warkoczyki, a choć filigranową nazwać jej nie sposób, mankamenty sylwetki umiejętnie maskuje wymyślnie udrapowanymi, wzorzystymi tkaninami w intensywnych kolorach. Wszystko to w połączeniu z jej ekstrawertycznym sposobem bycia sprawia, że nie sposób przejść koło niej obojętnie. Tym bardziej przykro patrzeć, jak paraliżujący strach zmienia tę pozornie silną, ekstrawagancką kobietę w bezwolna kukłę, przestającą reagować na otoczenie.
- Róbcie swoje – powtarzam cierpliwie. – Przecież to taka sama awaria, jak wszystkie, z którymi do tej pory sobie radziliście, tylko bardziej rozległa, więc róbcie to, co zwykle, póki nie opanujecie sytuacji. Ja mam ci mówić, jak masz wykonywać swoją pracę?
Uderza dłonią w biurko, za którym siedzę. Dłonie ma akurat bardzo ładne – mocne, ale zadbane. To między innymi sprawia, że mimo wszystko czuję do niej cień sympatii.
- Człowieku, czy ty masz w ogóle pojęcie, z czym tu mamy do czynienia?!
Chyba nie oczekuje odpowiedzi, bo wzdycha tylko z rezygnacją, osuwa się na stojący w kącie taboret i popada w niezwykłą dla niej zadumę, natychmiast tracąc zainteresowanie mną i moją rzekomą ignorancją.
Cień sympatii, cieniem sympatii, ale w takich chwilach przypominam sobie, dlaczego nie lubię ludzi. Są tak przekonani o własnej nieomylności, że nie sposób namówić ich do przyjęcia innej perspektywy, choćby tkwili w głębokim błędzie. Przecież tej kobiecie nawet nie przyjdzie do głowy, że mogę zdawać sobie sprawę z sytuacji nie tylko lepiej, niż jej się wydaje, ale też lepiej od niej samej. Prawdopodobnie zresztą dokładnie tak jest, ale nie podejmuję się przekonywania jej o tym. Szkoda czasu.
Spoglądam na stojącą bliżej mnie świecę, która dopala się leniwie. Patrzę na nią przez dłuższą chwile, aż wreszcie gaśnie zupełnie. Druga za moment pójdzie w jej ślady, a mały, skonstruowany domowymi sposobami palnik gazowy zdechł już wcześniej, tyle, że wtedy nie zwróciłem uwagi.
Teraz, gdy pomieszczenie laboratoryjne oświetla tylko jeden chwiejny płomień, naprawdę można poczuć się nieswojo. Zola milczy, zaczynam się więc obawiać, że utrata świecy na nowo pchnęła ją w wywołane strachem otępienie. Próbuję dojrzeć jej twarz i oddycham z ulgą, bo natrafiam na jej spojrzenie – nie puste i wyprane z resztek zrozumienia, ale po prostu łagodnie zamyślone. Wygląda na to, że chyba nawet nie zwróciła uwagi, na zapadające wokół nas ciemności.
- Czy tutaj jest w ogóle jakiś personel? – mówię, a mój głos z niewyjaśnionych przyczyn brzmi jakby odrobinę inaczej, niż chwilę temu. – Ktoś, kto mógłby uzupełnić zapasy światła?
Do tej pory widziałem tylko jedną pracownicę ośrodka, tę, która nas tu przyprowadziła. Pokrótce wyjaśniła sytuację, zostawiła świece i palnik, po czym oddaliła się, by umożliwić nam swobodne zrobienie rozpoznania. Do tej pory nie wróciła. Nie przyszła ani ona, ani nikt inny.
Nie otrzymuję odpowiedzi na pytanie. Na Nadiyyę i tak nie mam co liczyć. Była tu ze mną przez cały czas i na temat personelu wie dokładnie tyle, co ja, czyli niewiele. Teraz nie odzywa się i nie udaje nawet, że chce mi pomóc. Zola jednak przeprowadzała całe to rozpoznanie, powinna chyba coś wiedzieć. Ale nawet, jeśli wie, również milczy. Obie siedzą nieruchomo, każda pogrążona we własnych myślach, a ciemność zamazuje ich rysy. Można odnieść wrażenie, że nagle zastygły, niczym rażone zaklęciem. Chcę powtórzyć pytanie, jednak odczuwam irracjonalny opór przed naruszeniem tej delikatnej powłoki niesamowitości, która bez ostrzeżenia pojawiła się w tak niesprzyjającym miejscu i czasie.
Nagle czuję przeraźliwy chłód. W tym samym momencie robi mi się ciemno przed oczami. Potrzebuj chwili, by zorientować się, że to podmuch lodowatego wiatru zgasił ostatnią świecę. Zastanawiam się, skąd wiatr w pomieszczeniu bez okien, jednak nie dane mi nad tym dłużej pomyśleć.
Wysoki, nieludzki wrzask bez żadnego ostrzeżenia rozdziera idealną ciszę. Chwilę później do upiornego głosu dołączają dwa inne.


* * *
Wezwanie przyszło nad ranem. Akurat udało mi się zasnąć po dniu pełnym wrażeń – moim pierwszym dniu w „prawdziwym świecie”, a już musiałem się zrywać i pędzić do pracy, choć o tym, że może mnie czekać taka atrakcja, nikt jakoś nie raczył wcześniej wspomnieć.
Teoretycznie miałem stawić się w biurze o siódmej rano, przywieziony, rzecz jasna, przez Nadiyyę. To ona właśnie odebrała mnie sprzed więziennej bramy i zapakowała do brązowej toyoty aigo. Do tej pory nie widziałem jej prywatnego samochodu, ale natychmiast bezbłędnie odgadłem, że właśnie mam pierwszą okazję. Ten nudny, ponury kolor jest odkąd pamiętam znakiem rozpoznawczym mojej kuratorki.
- Najpierw do pracy - powiedziała sucho, gdy tylko zapiąłem pasy. – Muszę przedstawić cię ekipie.
Z więzienia do siedziby moich nowych „pracodawców” był kawał drogi. Z początku wyglądałem przez okno, spodziewając się sam właściwie nie wiem, czego, ale na pewno nie tego, co przesuwało się leniwie za szybą.
Nie znam Johannesburga. Po raz pierwszy przyjechałem tu więziennym transportem i od razu umieszczono mnie w zakładzie. Jestem Irlandczykiem i do tej pory słowo „Afryka”, budziło u mnie skojarzenia z dzikością i egzotyką. W niskich, podmiejskich domkach i spalonych słońcem poboczach nie widziałem jednak niczego egzotycznego, podobnie, jak w klockowatych budynkach na obrzeżach centrum.
To właśnie jeden z nich okazał się naszym miejscem docelowym. Toporny, zbudowany z czerwonej cegły, niemal cały zajęty był przez zakład, wykonujący nadruki na koszulkach. Z początku myślałem, że Nadiyyi coś się pomyliło. We wcześniejszych ustaleniach nie było mowy o żadnym babraniu się w szmatach!
Na całe szczęście nie zdążyłem się odezwać i zrobić z siebie kretyna, bo w porę dostrzegłem niewielką tabliczkę na czymś, co przy odrobinie dobrych chęci można było nazwać bramą.
Brama owa nie okazała się przystosowana do tego, by na podwórze dostawać się pojazdem mechanicznym. Po pierwsze, była zbyt wąska. Po drugie, nawet zakładając, że jakiś niewielki samochód mógłby się tam zmieścić, i tak najpierw musiałby wjechać, a to skutecznie uniemożliwiała solidna krata, w której otwierały się jedynie małe drzwiczki. Możliwe, że istniała metoda podnoszenia tej zapory, z oczywistych przyczyn wywołującej u mnie niezbyt pozytywne skojarzenia, ale nawet, jeśli tak było – my jej nie znaliśmy. Nadiya zaparkowała na chodniku i bez słowa wysiadła. Podążyłem za nią, nie mając innego wyjścia, choć już wiedziałem, że nie jest to najlepszy pomysł.
Mizerna tabliczka faktycznie okazała się szyldem Pogotowia Duchoinżynieryjnego. Przez niezbyt zachęcająco wyglądającą bramę weszliśmy na jeszcze mniej zachęcające podwórze. Wszędzie walały się jakieś śmieci – prawdopodobnie syf z fabryki nadruków. Część popakowano przynajmniej w wielkie, foliowe worki, sporo jednak leżało luzem. Na szczęście nie wydzielały żadnej odrażającej woni, nie było bowiem wśród nich odpadów organicznych, na które jestem wyczulony najbardziej, zatem istniała spora szansa, że nie dostanę ataku. Chyba, żeby dalej było gorzej…
Nie było. Choć nie zaryzykowałbym też stwierdzenia, że było lepiej. Wąskie schody na klatce, tak zdeptane, że aż śliskie, drewniana poręcz, której ani myślałem dotykać, oraz ponure, betonowe ściany, sprawiały przygnębiające wrażenie, ale do przygnębiających wrażeń jestem akurat przyzwyczajony.
Samo biuro okazało się maleńką klitką, wynajętą tu prawdopodobnie po znajomości, albo z wielkiej łaski. Albo po znajomości z wielkiej łaski. Choć pomieszczenie było mniejsze i nieco oddalone od hal, w których wrzała praca nad nadrukami, pierwotnie musiało być częścią zakładu. Zastanowiłem się, cóż za ofiary losu muszą pracować w takim miejscu. Za chwilę miałem się przekonać.
Prezentacja przebiegła szybko i sprawnie. Rozmawiałem wyłącznie z Zolą. Aarde w tym czasie siedział przy komputerze, wstał na chwilę, by się przywitać, po czym wrócił na swoje miejsce i tylko popatrywał na mnie z ciekawością. Najwyraźniej został poinformowany, o mrocznych kartach mojej biografii. Prócz tych dwojga w biurze była jeszcze jedna dziewczyna, ta jednak skinęła mi tylko głową i wyszła, być może również w obawie przed niezrównoważonym skazańcem.
Zola wskazała mi wysiedzianą, obitą ciemnozielonym zamszem sofę, tak małą, że dwie siedzące na niej osoby już czułyby się niezręcznie. Sama rozparła się w fotelu za biurkiem. Nadiyya stała przy drzwiach, niczym profesjonalny ochroniarz, sprawiając iście komiczne wrażenie.
- Na początek proponuję, żebyśmy mówili sobie po imieniu – powiedziała Zola. – Myślę, że tak będzie wygodniej, skoro mamy razem pracować.
Zastanawiałem się, czy dotyczyć ma to tylko nas dwojga, czy pozostałych również. Nadiyyę wykluczyłem, ponieważ propozycja wyraźnie została skierowana wyłącznie do mnie. Mimo wszystko nie dociekałem. Ostatecznie i tak zawsze zwracam się do ludzi, jak mi się podoba.
Skinąłem głową bezmyślnie.
- Doskonale – podsumowała. – Powiedz mi, czy masz jakiekolwiek pojecie o tym, czym zajmuje się duchoinżynier?
- Nie przyszedłem tu na egzamin.
- To nie egzamin. Najwyżej niezapowiedziana kartkówka. – Uśmiechnęła się. – Muszę wiedzieć, co powinnam wyjaśnić, a co mogę sobie darować.
Z całą pewnością możesz sobie darować ten protekcjonalny ton, pomyślałem, ale postanowiłem odpuścić. Nie chciałem psuć atmosfery na samym początku. Ostatecznie w programie resocjalizacyjnym chodziło właśnie o to, bym podczas jego trwania udowodnił, że nie jestem rozszalałym psychopatą. Wypadało chociaż spróbować.
Zola tymczasem przyglądała mi się bez słowa z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Wiem, że duchy napędowe to nowy sposób pozyskiwania energii – powiedziałem neutralnym tonem. – Ta technologia była już znana, gdy szedłem do więzienia, ale jeszcze nie używano jej powszechnie. Później zaczęło się to zmieniać, w więzieniu w tej chwili również wszystkie urządzenia napędza się duchami. Nigdy nikt mi nie wyjaśnił, jak to działa, ale wiem, że dzięki temu maszyny pracują bez baterii, bez użycia prądu, czy gazu. W więzieniu istnieje coś takiego, jak telewizja i gazety. Nie jestem aż tak zacofany.
- Nie wątpię. – W zamyśleniu potarła podbródek. – Czyli wszystko, co najważniejsze, wiesz. Świetnie. Nasza praca polega na tym, by zastępować zmęczone duchy nowymi, albo szturchać je, żeby przestały się obijać, jeśli jeszcze mają siłę pracować.
Miałem widocznie bardzo sceptyczną minę, bo Zola aż parsknęła śmiechem. Nie było to szczególnie miłe, ale też chyba nie zamierzała mnie urazić. Wyglądała na prostą kobietę i miała bardzo bezpośredni sposób bycia. Musiałem zacząć się przyzwyczajać do takich reakcji.
- Z duchami jest tak – wyjaśniła, – że kiedyś się wyczerpują. Wolniej, niż baterie, ale jednak mogą zacząć szwankować. Nazywamy to zmęczeniem, chociaż Eshka pewnie wspomniałaby coś o powolnym konaniu w męczarniach…
- Eshka, to ta dziewczyna, która wyszła, ledwo mnie zobaczyła? – zainteresowałem się niewinnie.
- Tak. – Zola najwyraźniej nie załapała aluzji. – Empatka.
- Prawdziwa? – zapytałem, nie przejmując się zupełnie, że mogło to bezczelnie zabrzmieć.
- Najprawdziwsza, jaką, kurwa, spotkałam! – W głosie Zoli niechęć mieszała się z podziwem.
Słyszałem sporo o empatach. Kiedyś interesowałem się sposobem postrzegania przez nich świata. Jeszcze na wolności spotkałem kilku, ale albo bardzo słabych, albo fałszywych. W wiezieniu paru podawało się za empatów, próbując wymusić na strażnikach i terapeutach specjalne traktowanie, ale ci łgali z całą pewnością.
Empaci są ludźmi mającymi problem ze zdystansowaniem się od emocji. Swoich i cudzych. Wewnętrznie przeżywają każdą sytuację, z którą się zetkną i o której usłyszą, a nawet te, które sobie tyko wyobrażą, choćby ich one zupełnie nie dotyczyły. Słyszałem, że są świetnymi obserwatorami. Mówi się o nich, że potrafią zajrzeć głąb ludzkiej duszy, co brzmi jak dla mnie nieco zbyt patetycznie, ale ponoć zawiera w sobie ziarno prawdy. Wspominano mi o terapeutach zatrudniających empatów, by ci zinterpretowali emocje, które pacjent przeżywa naprawdę. Do tej pory trzeba było ludziom wierzyć na słowo. Jeśli umiejętnie symulowali, mogli oszukać lekarza Obecność empatów znacznie utrudnia podobne manewry. Prócz doradztwa w poradniach psychiatrycznych, empaci bywają też konsultantami policyjnymi. Sprawdzają się także w innych zawodach. Zdarzają się wśród nich genialni handlowcy, z tych, o których mówi się, że i piasek na pustyni by sprzedali. Odnajdują się w reklamie, bo idealnie wyczuwają potrzeby konsumentów. Wielu jednak gardzi pięciem się po szczeblach kariery. Ci zostają na przykład ulicznymi wróżbitami. Nie potrafią naprawdę przewidywać przyszłości, ale powszechnie wiadomo przecież, że wróżbita, paradoksalnie, największe wrażenie robi, mówiąc o przeszłości i teraźniejszości. Tym bardziej wierzy się we wróżbę, im celniejsza jest diagnoza bieżącego problemu. A takiej dobry empatia potrafi dokonać jedynie patrząc człowiekowi w oczy.
Ci bardziej wrażliwi kończą jako artyści.
Ci najwrażliwsi – jako szaleńcy.
To właśnie mroczna strona tego zjawiska. Wszystkie zawody, o których mowa, mogą być z powodzeniem wykonywane przez empatów, ale tylko tych słabych, albo średniego stopnia. Ci najsilniej odczuwający, nie są w stanie nie tylko wykonywać żadnego zawodu, ale też normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Nie odróżniają rzeczywistości od własnych urojeń, są mistrzami nadinterpretacji, a ich zdolność zawężona jest wyłącznie do odczuwania bólu i cierpienia, myślenia o bólu i cierpieniu, oraz wyobrażania sobie bólu i cierpienia. Neutralne słowa wzbudzają u nich wstrząsające skojarzenia, przez co nie można porozmawiać z nimi zwyczajnie nawet o pogodzie.
Patrząc teraz na minę Zoli, z jakiegoś powodu nie mogłem się pozbyć wrażenia, że wiem, jakim stopniem empatii charakteryzuje się Eshka…
- Dlaczego pracujecie z empatką? – zapytałem. – I to najwyższego stopnia?
Chyba zdziwiła się, że odgadłem, ale nic nie powiedziała, a ja mówiłem dalej.
- Empaci najwyższego stopnia zwykle nie mogą znaleźć zatrudnienia. Podobno niełatwo się z nimi dogadać.
- Owszem, raczej niełatwo – potwierdziła beznamiętnie.
- I to jeszcze pogotowie duchoinżynieryjne? Po co duchoinżynierom empatka?
- Przydaje się – odparła wymijająco. – Diagnozuje.
- Diagnozuje co?
- Problem. – Westchnęła. – Duchy są jak programy komputerowe, tylko że bez komputerów. Istnieją dla jednego celu. Po to, by obsługiwać konkretne urządzenie. Ale czasem urządzenie nawala. To znaczy, że jest problem z duchem. Naszym celem jest zdiagnozować problem, wpisać kody naprawcze i wysłać raport do Światowego Centrum Zarządzania Energią Duchów Napędowych. Problemy są różne i różne są metody diagnozowania ich. My mamy Eshkę.
- Zaraz, chcesz powiedzieć, że jej poziom empatii pozwala na kontakt z duchami?
- Może nie na kontakt, ale na wyczucie, co może być z nimi nie tak. Jak dotąd radzi sobie doskonale, choć może to niezbyt naukowa metoda.
- Mało powiedziane – mruknąłem, wyobrażając sobie, że miałbym mój komputer, samochód, czy inny ważny i potrzebny sprzęt powierzyć wariatce, która przez całe życie zajmuje się rzewnym płakaniem bez powodu.
- Naszą pracę trudno opisać tak na sucho – podsumowała Zola, chyba niezbyt przejęta moim zniesmaczeniem. – Pojedziesz z nami do jakiegoś wezwania, wszystko sobie zobaczysz. Zaczynamy dzisiaj?
Ostatnie pytanie nie było skierowane do mnie. I dobrze, bo moja odpowiedź mogłaby nie być zbyt uprzejma.
- Jutro – powiedziała krótko Nadiyya. – Teraz musimy się udać do domu. Jedziemy prosto z więzienia, powinniśmy się chociaż rozpakować.
Musimy. Jesteśmy. Powinniśmy.
My.
Do domu.
Nie wyobrażałem sobie życia z tą kobietą pod jednym dachem. Nie wyobrażałem sobie życia z kimkolwiek! W więzieniu przez kilkanaście dni spałem w kilkuosobowej celi. Omal mnie to nie zabiło. Jednak jakkolwiek nie cierpiałem mojej kuratorki, mogłem z nią pracować, bo była czysta i zadbana. Sypialiśmy już w jednym pokoju, podczas wyjazdów do tych idiotycznych ośrodków terapeutycznych i nic mnie wtedy nie zaalarmowało, jednak spędzenie razem dwóch miesięcy mogło zweryfikować moje zdanie na temat poziomu jej higieny osobistej.
- Gdzie mieszkacie? – zainteresowała się Zola, bez oporów pogodziwszy się z tym, że dziś jeszcze nie rzucę się ochoczo do wykonywania zawodowych obowiązków.
- Koch Street dwadzieścia siedem – odpowiedziała Nadiyya, a z jej twarzy nie dało się wyczytać, czy ma choć blade pojęcie o tym, jaki lokal znajduje się pod tym adresem.
Zola pojęcie najwyraźniej miała, bowiem bez uprzedzenia ryknęła śmiechem. Rechotała tak długo, aż w kącikach jej oczu pojawiły się łzy, a swoją wesołość podkreślała jeszcze za pomocą rytmicznego plaskania dłońmi o uda. Tak, zdecydowanie, ta kobieta nie miała raczej problemu z uzewnętrznianiem emocji.
- Resocjalizacja w Hillbrow! – stęknęła w końcu, gdy już była w stanie normalnie artykułować. – Gratuluję pomysłu, naprawdę. Kto na to wpadł, do jasnej cholery?
Miałem przez chwilę nadzieję, że może Nadiyya i że może zrobi się jej głupio, ale niestety się przeliczyłem.
- Też bym chciała wiedzieć. – Skrzywiła się.
W więzieniu słyszałem, że Hillbrow to okolica ciesząca się nie najlepszą sławą, łagodnie mówiąc, ale nie miałem pojęcia, że to tam właśnie będę mieszkał.
- No nic, moi drodzy, tak, czy inaczej, powodzenia! – Zola, nadal rozbawiona, wstała zza biurka, by się pożegnać.

Hillbrow okazało się dzielnicą wyjątkowo brzydką i nieprzyjazną. Powodzenie zdecydowanie mogło się przydać, choć czegoś znacznie więcej, niż powodzenia, byłoby trzeba, bym faktycznie był w stanie się tutaj zadomowić.
Sama podróż przez miasto przebiegła całkiem przyjemnie. Klimatyzowane wnętrze samochodu pozwalało zapomnieć o panującym na zewnątrz upale, a widok za oknem był coraz mniej odrażający. Na horyzoncie majaczyły już wieżowce centrum, co pozwalało wierzyć, że nie cały Johannesburg jest tak paskudny, jak odwiedzona przez nas przed chwilą dzielnica niskich, odrapanych budynków i szyldów z łuszczącymi się napisami. Już zaczynałem mieć nadzieję, że może jednak nie będzie tak źle.
Uspokojony przymknąłem oczy i resztę podróży spędziłem na błogiej drzemce. Może po siedmiu latach więzienia powinienem odczuwać większy zachwyt widokiem miejskiej przestrzeni, jednak w tej chwili równie mocno odczuwałem zmęczenie i to ono ostatecznie wygrało.
Gdy zasypiałem, przejeżdżaliśmy akurat przez most, mając dobry widok na panoramę miasta. Zwykłego, wielkiego miasta, jak każde inne miasto, które dane mi było oglądać, gdy jeszcze mogłem oglądać cokolwiek, poza wąskimi korytarzami, kratą, murami i drutem kolczastym.
No i gdzie ta dzika Afryka? Pomyślałem, z jednej strony nieco rozczarowany, z drugiej jednak zadowolony, że to, co miało być obce i potencjalnie niebezpieczne – zwłaszcza dla kogoś takiego, jak ja – okazało się jednak wystarczająco znajome, bym mógł mieć nadzieję, że jakoś sobie poradzę.
Gdzie ta dzika Afryka…?
Dzika Afryka była bliżej, niż myślałem. Choć objawiła mi się w formie zgoła innej, niż oczekiwana. Zaatakowała z zaskoczenia, gdy tylko szarpnięcie samochodu wywołane hamowaniem, wytrąciło mnie ze snu. Zanim jeszcze zdążyłem rozkleić powieki, usłyszałem, że ktoś łomocze w szybę samochodu, jakby się paliło. Przyjemny chłód z klimatyzatora był jednak jedynym, co czułem, zatem nie paliło się. Przynajmniej na pewno nie w środku. Usłyszałem przytłumiony głos, a potem Nadiyya odsunęła szybę. Dziwaczna, niezrozumiała paplanina, wypełniła ciche i spokojne dotąd wnętrze pojazdu. Otworzyłem oczy.
Chudy, czarny dzieciak zaglądał do samochodu, pochylając się tak głęboko, jakby zamierzał wejść przez okno. Nadiyya aż odruchowo odchyliła się w kierunku siedzenia pasażera. Ja nie mogę jeździć z przodu, zatem z tylnej kanapy widziałem wyraźnie całą scenę. Widziałem też profil mojej kuratorki i jej wyraz twarzy, znamionujący skrajne obrzydzenie. Pomyślałem sobie, że mimo wszystko coś nas chyba jednak łączy. Choć prawdę mówiąc chyba każdy zareagowałby podobnie. Dzieciak był brudny i cuchnął zastarzałym potem. Na twarzy miał zaskorupiałe błoto, a jego oddechem prawdopodobnie można by truć szkodniki.
I mówił. Przez cały czas paplał z ożywieniem coś, z czego nie mogłem zrozumieć ani słowa. Nadiyya też najwyraźniej nie.
- Nie mówię w afrikaans – powiedziała wolno i wyraźnie, gdy gnojek przerwał na chwilę, by nabrać powietrza. – Mówię tylko po angielsku.
Był to skrót myślowy na użytek dzieciaka, bo z tego, co wiedziałem, Nadiyya mówiła jeszcze w trzech innych językach. Aczkolwiek trudno było przypuszczać, by mały, afrykański ulicznik znał afgański, hiszpański i fiński.
Dzieciak zastygł z otwartymi ustami i zamrugał. Chyba zrozumiał część tego, co powiedziała i usiłował właśnie przetworzyć uzyskaną informację. Wyglądał groteskowo.
- A! Angielski tylko! – powiedział łamaną angielszczyzną. – Nie problem! Angielski zna!
- O co chodzi? – dopytywała Nadiyya. – Coś się stało? Potrzebujesz czegoś?
- Nie potrzebuje! Ty potrzebuje! Samochód pilnować! Ty iść robić rzeczy. Ja pilnować!
- Nie trzeba, dziękuję. – Powiedziała Nadiyya, jakby uprzejmością można było to cokolwiek załatwić.
- Tanio, siostro!
- Ja tu mieszkam – wyjaśniła spokojnie. – Samochód będzie stał do rana.
- Będzie pieniądz, będzie do rana! Ja za pieniądz nie spać! Pilnować!
Osobiście dałbym mu prawdopodobnie wszystko, co mam, żeby tylko odszedł i przestał zionąć na mnie tym swoim cuchnącym oddechem, ale Nadiyya była ostatecznie kuratorem sądowym i to w dodatku w towarzystwie podopiecznego. Musiała dać dobry przykład. Miałem przeczucie, że to się nie skończy dobrze.
- To niemożliwe. – wyjaśniła cierpliwie, próbując wysiąść, co konsekwentnie uniemożliwiał jej uwieszony na drzwiach dzieciak. – Będę tu mieszkała przez dwa miesiące. Nie mam tyle pieniędzy.
- Będzie pieniądz, będzie dwa miesiące nie spać. Pilnować!
Nie potrafiłem zgadnąć, czy naprawdę nie rozumiał, czy udawał. Nie miałem do tej pory do czynienia z tego typu ludźmi i to jeszcze w zupełnie obcym miejscu. Możliwe, że nie rozumiał, bo na wzmiankę o dwóch miesiącach cały się aż rozpromienił. Odkleił się od drzwi, stanął kawałek dalej i, podniecony, podskakiwał w miejscu. Nadiyya wysiadła, a ja razem z nią. Zapomniałem już, jak straszliwie gorąco jest na zewnątrz. Przypomniałem sobie wraz z pierwszą falą potu. Koszulka przykleiła mi się do ciała błyskawicznie, a Nadiyya wciąż sterczała, jak głupia, najwyraźniej szykując się do umoralniającej przemowy.
- Chodźmy – powiedziałem, zanim zdążyła się rozkręcić.
- Idź – podchwycił dzieciak. – Daj i idź!
Zauważyłem, że siedzący przed wejściem do obskurnego bloku mężczyźni przyglądają się nam podejrzliwie. Już siedząc w samochodzie wdziałem, że zerkają, teraz jednak wyraźnie nadstawiali uszu. Jeden nawet wstał i podszedł nieco bliżej, żeby lepiej słyszeć.
Nadiyya spokojnie zamknęła samochód.
- To, co robisz, jest niezgodne z prawem – powiedziała ostrzej, niż do tej pory.
Gówniarz tylko uśmiechnął się w odpowiedzi, a ciekawski facet podszedł jeszcze bliżej.
- Chodźmy – powtórzyłem, naprawdę nie mając ochoty na konfrontację.
Choć z drugiej strony, jeśli nie damy pieniędzy małemu, konfrontacja i tak była nieunikniona. Nie wiedzieć skąd nabrałem pewności, że ten, który zainteresował się nami najbardziej, jest jego bratem.
- Pracuję w sądzie – wyznała Nadiyya, co po pierwsze, nie było do końca prawdą, po drugie, w tej dzielnicy nie mogło być niczym innym, jak mało wymyślną formą samobójstwa. – Zgłoszę to na policję!
To dzieciak zrozumiał natychmiast. Splunął z pogardą i odsunął się. Wyrzucił z siebie kilka niezrozumiałych słów, prawdopodobnie miejscowych przekleństw, popatrzył spode łba i pobiegł w stronę siedzących przed blokiem mężczyzn. Widziałem, że szepcze im coś gorączkowo.
- Życie ci niemiłe? – warknąłem.
- Uleganie szantażowi do niczego nie prowadzi, panie Clay.
- Za to narażanie się oprychom, i owszem. W najlepszym przypadku do trwałego kalectwa!
Nie odpowiedziała i pewnie ruszyła w stronę klatki. Jeśli miałem jeszcze resztkę nadziei, że mieszkamy gdzie indziej i nie będziemy zmuszeni przechodzić obok wciąż łypiących na nas wrogo facetów, resztkę tę właśnie trafił szlag.
Wbrew moim obawom, nie odważyli się nas zaatakować. Ale też nie wyglądali na żadnych wielkich gangsterów. Ot, zwykłe, osiedlowe łobuzy. Inna sprawa, że mogli mieć kolegów, którym policja nie straszna.
Jeden zawołał coś za nami w afrikaans, reszta wybuchnęła śmiechem.
- Jeszcze zobaczymy! – doleciało nas na koniec.
I obawiałem się, że owszem, zobaczymy.
Torsje złapały mnie tuż po przekroczeniu progu mieszkania. Niczego nie dotykałem, ale panujący na dworze skwar, moja przepocona koszulka, zaduch mieszkania, smród ciał mężczyzn, obok których dopiero przechodziliśmy i obskurna, zaszczana klatka schodowa, gdzie widok zużytego tampona na półpiętrze, czy podartych majtek na poręczy, przestawał dziwić już po kilkudziesięciu stopniach, zrobiły swoje. W dodatku winda nie działała, więc zanim dowlekliśmy się na dziewiąte piętro, napatrzyłem się aż nadto.
Gdy wreszcie wyszedłem z łazienki, Nadiyya kończyła już wypakowywanie swoich rzeczy. Spojrzała na mnie przelotnie, z obojętną miną.
- Tak, już dobrze, miło, że spytałaś.
Nadiyya niemal od początku ignorowała moje problemy. Władze więzienia zdołałem przekonać, że nie symuluję, ale jej nie przekonam chyba nigdy w życiu.
- Jestem kuratorem, nie pielęgniarką, panie Clay – powiedziała lodowato. – O ile wiem, jest pan dorosłym człowiekiem i zakładam, że potrafi pan zwymiotować samodzielnie. Tak, czy inaczej, świetnie, że nic panu nie jest. Proszę teraz odpocząć.
Wciąż było mi piekielnie gorąco. Wyjąłem z torby butelkę wody i poszedłem do kuchni poszukać szklanki. Byłem zbyt wyczerpany, by choćby rozejrzeć się po mieszkaniu. Odnotowałem jedynie, że jest ciasne i obrzydliwe. Naprawdę wolałem się nie przyglądać kamieniowi w zlewie i pleśni na ścianie. Dwie modlitwy nad sedesem pod rząd, to nawet dla mnie zbyt wiele.
Znalazłem szklankę, opłukałem porządnie, i – napełniwszy ją wodą – dokończyłem ten szybki obchód. Aneks kuchenny znajdował się obok czegoś, co prawdopodobnie miało być salonem i tajemnicą prawdopodobnie pozostanie, dlaczego do tego salonu wchodziło się przez sypialnię. Kretyńsko stojąca na środku kanapa, tak wypłowiała, że jej koloru nie byłem w stanie określić, pamiętający zapewne lepsze czasy telewizor, toporny stół pod ścianą i trzy koślawe krzesła, stanowiły jedyne wyposażenie tego pokoju.
W sypialni nie było lepiej. Dwa materace na gołej podłodze, dwie skrzynie w charakterze szaf, niski stolik i poduszki w burych poszewkach, służące za siedziska.
I za wynajem tej meliny miałem płacić z tego, co zarobię u duchoinżynierów?!
- Tak wygląda prawdziwe życie, panie Clay – powiedziała mi Nadiyya, gdy wcześniej próbowałem oprotestować sam pomysł, nie wiedząc jeszcze nawet, o jak plugawej norze mówimy. – Możliwe, że niebawem pan do niego wróci, więc warto sobie przypomnieć, jak to jest, prawda?
Od pięciu lat nie słyszałem już w głowie głosów, które dawno temu doprowadziły mnie do obłędu i sprawiły, że agresja wymknęła mi się spod kontroli. W takich chwilach czułem jednak, że tę kobietę byłbym w stanie zamordować nawet bez ich pomocy.
Nie zwracając uwagi na wciąż krzątającą się kuratorkę, wypiłem wodę i opłukałem szklankę. Dotykanie poczerniałego kurka, w celu odkręcenia wody zdecydowanie zbyt wiele mnie kosztowało. Nie byłem dziś w nastroju na robienie gruntownych porządków, jednak alternatywą było siedzenie w tej plugawej jamie, snucie się bez celu i słuchanie wykładów Nadiyyi o „prawdziwym życiu” w oczekiwaniu na kolejny atak torsji.
Ostatecznie wybrałem rozwiązanie pośrednie. Wydobyłem ze skrzyni pościel – właściciel naszego uroczego gniazdka utrzymywał, że jest czysta, a moje powonienie potwierdziło, choć nuta stęchlizny w tym zapachu psuła dobre wrażenie. Tyle że tu wszystko śmierdziało stęchlizną.
Otworzyłem okno na całą szerokość. Fala gorąca wdarła się do mieszkania. Musiałem zacząć chyba przyzwyczajać się do faktu, że słowo „wietrzyć”, traci tutaj swój sens. To już w więzieniu była lepsza klimatyzacja. Poważnie. Odgłosy miasta tylko mnie rozdrażniły, wiec zamknąłem z powrotem okno. I poszedłem pod prysznic.
Starałem się nie rozglądać dookoła, nie rejestrować szczegółów, ignorować zapachy. Zastanawiałem się, jak długo tak wytrzymam. Może wolność nie jest dla mnie? Wtedy jednak przypomniałem sobie, że przez pierwsze dni w więzieniu wymiotowałem średnio siedem razy na dobę. W końcu uwierzyli, że nie udaję i zapewnili mi lepsze warunki. Ale za to zaczęły się te kretyńskie sesje terapeutyczne. Od nich też chciało mi się rzygać, choć już bardziej metaforycznie.
Wyszedłem spod prysznica, przebrany w piżamę i jak worek kartofli zwaliłem się na materac. Nie wiedzieć kiedy, parny dzień zmienił się w parny wieczór i pora była idealna na sen. Byłem pewny, że odpłynę natychmiast, jednak jakoś nie mogłem. Słuchałem, jak Nadiyya chodzi po mieszkaniu, choć próbowała zachowywać się cicho. Przez chwilę bawiłem się w interpretowanie dźwięków – szum czajnika, stawianie na stole szklanki, klapnięcie – chyba usiadła na poduszce. Szelest kartek, możliwe, że jakaś książka. Albo może moje akta. Starałem się ignorować smród stęchlizny i nie myśleć za wiele, ale głupkowata zabawa zaraz mi się znudziła, a umiarkowane rozbawienie ustąpiło miejsca ponurej refleksji. Wieczór zmienił się w noc, a ja wciąż nie mogłem zasnąć, mimo, że byłem tak przeraźliwie zmęczony. Bezsenność, brud, smród, dookoła jakieś typy spod ciemnej gwiazdy. Tak, według mojej nieocenionej kuratorki, wygląda „prawdziwe życie”. Do tego permanentna inwigilacja i nudna robota…
Że najwyraźniej wcale nie taka nudna, okazało się już o wpół do czwartej nad ranem, kiedy to telefon Nadiyyi, rozwył się w ciemności kretyńską melodyjką, akurat, gdy wreszcie powoli zacząłem się osuwać w lepki sen. Obudziło mnie to oczywiście, ale udawałem, że twardo śpię, by podsłuchać, o czym rozmawia moja kuratorka. Spodziewałem się, że otrzymuje jakieś nowe dyspozycje, ale niczego nie udało mi się wywnioskować. Przez większość czasu milczała, niekiedy wydawała nieartykułowany pomruk. Na koniec pożegnała się, rozłączyła i powiedziała głośno.
- Czas wstawać, panie Clay! Praca wzywa!
Tego akurat się zupełnie nie spodziewałem.
- Że co? – jęknąłem. – Która jest godzina?
- Wpół do czwartej. Proszę się pospieszyć, to nagły wypadek!
Wstała z materaca i zapaliła światło. Dyndająca pod sufitem żarówka bez żadnej osłony, bzyczała przez dłuższą chwilę, jakby obsługujący ją duch zastanawiał się, czy w ogóle kazać jej się zaświecić. Ostatecznie zrobił nam tę uprzejmość i moim oczom ukazała się nasza żałosna sypialnia. Dopiero teraz widziałem dokładnie, jaka jest paskudna. Wcześniej byłem zbyt zmęczony, by dostrzec bezmiar tej brzydoty, ale teraz przytłoczył mnie on definitywnie. Cela więzienna nie była tak przygnębiająca!
Zauważyłem, że Nadiyya przesunęła swój materac pod drzwi prowadzące na korytarz. Miała lekki sen i wiedziała, że obudzi się, kiedy będę próbował wyjść. Dobrze, że jeszcze nie zastawiła na mnie pułapki.
Teraz wstała i zaczęła krzątać się po pokoju. Miała na sobie elegancką piżamę, którą przy nieco gorszym oświetleniu można by wziąć nawet za kostium wizytowy. Zawsze ubierała się gustownie, między innymi dlatego jeszcze jej nie zamordowałem. No i oczywiście dlatego, że nie jestem wcale rozszalałym psychopatą. Tyle, że cała jej garderoba, wszystkie ubrania i dodatki, są wyłącznie w odcieniach brązu. Choćby nie wiadomo, jak szykownie się wystroiła, na sam jej widok można umrzeć z nudów.
Trudno mi ocenić ją, jako atrakcyjną, lub nie. Jest młoda, młodsza ode mnie. Dobiega trzydziestki. Zupełnie nie jest w moim typie, w tych swoich mdłych brązach. Sama natura zresztą również pokolorowała ją na brązowo, dając jej skórę barwy kawy z mlekiem, włosy w odcieniu mlecznej czekolady i ciemne oczy. Owalna twarz, długi nos i zupełnie nijaka sylwetka wzmacniają jeszcze wrażenie ogólnego rozmemłania.
Zdaję sobie sprawę, że jestem skazańcem, seksualnym abstynentem od ponad siedmiu lat. W pełni do mnie dociera, że przez dwa miesiące będę sypiał w jednym pokoju z młodą kobietą, ale na samą myśl, że miałbym uprawiać z nią seks, robi mi się niedobrze. Jak na myśl o pleśni na ścianach, o lepiącej się od brudu poręczy na klatce schodowej. I to nie tylko dlatego, że Nadiyya mi się nie podoba. I nawet nie dlatego, że jej nienawidzę.
- Panie Clay, proszę naszykować się do wyjścia – powiedziała, przekładając coś w swojej torebce. – Mamy być najprędzej, jak to tylko będzie możliwe. To pilne wezwanie.
- Czyżbym przeoczył przeniesienie do straży pożarnej?
Zwlokłem się z materaca i ziewając poszedłem do łazienki. I tym razem brzydota wnętrza poraziła mnie znacznie bardziej, niż kiedy byłem tu tuż po przyjeździe. Kabina prysznicowa odstraszała na kilometr, ale przecież już w niej byłem, już brałem prysznic i jeszcze żyję! Zmusiłem się, by tam wejść i odkręciłem kurek. Duchy rur, również były chyba na wykończeniu, bowiem wody się nie doczekałem, za to coś zarzęziło tak, że prędzej mogłem się spodziewać plwociny starego gruźlika.
Ta myśl w połączeniu z moim niewyspaniem i świeżym spojrzeniem na wszechobecną brzydotę wystarczyła. Wypadłem spod prysznica, z trudem powstrzymując odruchy wymiotne. Na szczęście toaleta znajdowała się w tym samym pomieszczeniu, zatem nie musiałem w biegu zakładać portek od piżamy i miotać się jak debil po chałupie.
Gdy już było po wszystkim, zmusiłem się do powrotu pod prysznic. Starałem się, jak mogłem, nie myśleć tym razem o niczym obrzydliwym. Tłumaczyłem sobie, że za chwilę czysta, chłodna woda orzeźwi mnie i rozbudzi, jakby co najmniej atak torsji przed chwilą nie rozbudził mnie wystarczająco skutecznie. W rurach znów zarzęziło ale tym razem przyszło mi tylko do głowy, że chyba sam będę musiał skorzystać z pomocy duchoinżynierów, bo w tym domu wszystkie sprzęty już ledwo działają. I pewnie sam będę musiał ich usługi opłacić, bo „tak wygląda prawdziwe życie, panie Clay!”
Poczekałem cierpliwie i faktycznie, wreszcie z prysznica popłynęła woda. Stanąłem wprost pod strumieniem i stałem tak bez ruchu dłuższą chwilę. Zastanawiałem się, co to mogło być za wezwanie, że aż trzeba się zrywać nad ranem. Czyżby awaria w jakiejś ważnej instytucji?
- Panie Clay, proszę się pospieszyć! – Nadiyya uderzała pięścią w drzwi i wołała na tyle głośno, na ile przyzwoitość pozwalała jej o czwartej rano. – Mówiłam, że to ważna sprawa!
Higiena, to też ważna sprawa, pomyślałem i zignorowałem ją zupełnie, powracając do rozważań o przyczynach nagłego wezwania.
- Panie Clay, Czy wszystko w porządku?!
Nie, nic nie jest w porządku, jakaś pipa wydziera mi się pod drzwiami i nie daje się spokojnie umyć.
Nadal konsekwentnie udawałem, że nie słyszę, jednak w końcu sięgnąłem po mydło. Zwykłe mydło w kostce. Znów skrzywiłem się z obrzydzeniem. Czy ludzie naprawdę nie słyszeli o higienicznych dozownikach?! Nawet w więzieniu taki miałem! Woda nadal leciała, by zagłuszyć gadanie Nadiyyi, a ja przesunąłem się w kąt kabiny i namydliłem dokładnie całe ciało.
- Panie Clay, proszę natychmiast się, odezwać, inaczej wchodzę!
No jeszcze, kurwa, czego!
Wściekły zakręciłem wodę, mimo, że od stóp do głów byłem pokryty pianą.
- Chwila! – wrzasnąłem, w przeciwieństwie do Nadiyyi nic sobie nie robiąc z nieludzkiej pory. – Już nawet prysznica nie mogę jak człowiek wziąć?!
- Bardzo proszę, szybciej. Czekają na nas.

- Dlaczego pan nie odpowiadał, kiedy wołałam? – zapytała Nadiyya już na klatce schodowej.
Wcześniej nie miała czasu raczyć mnie swą kuratorską mądrością, bo sama musiała doprowadzić się do stanu używalności, ale wiedziałem, że mi nie odpuści.
- Nie słyszałem – odpowiedziałem niewinnie. – Woda leciała.
- I owszem, leciała – zgodziła się z niespotykanym u niej przekąsem. – Słyszał pan kiedyś o oszczędzaniu wody?
- Na higienie nie oszczędzam.
- Bardzo egoistyczna postawa. – Skrzywiła się z dezaprobatą. – Przez pańską rozrzutność, prawdopodobnie zabraknie dzisiaj wody dla innych mieszkańców.
- Tak wygląda prawdziwe życie, panno Jamalazdah – powiedziałem, jednak nie doczekałem się reakcji.
Zastanawiałem się, czy ona faktycznie nie odpowiada tylko dlatego, że zabraniają jej przepisy, czy też jest zupełnie pozbawiona zdolności rozumienia sarkazmu i ironii.
To pytanie jednak zupełnie wyleciało mi z głowy, gdy tylko wyszliśmy z klatki na ciemną jeszcze ulicę i zbliżyliśmy się do brązowej toyoty.
- Kurwa mać! – warknąłem. – Mówiłem, żebyś, nie zaczynała! Zachciało ci się bohaterkę rżnąć!
Nadiyya nie skomentowała mojego wybuchu. Przyglądała się w skupieniu pociętym oponom.
- Obawiałam się, że będzie gorzej – mruknęła.
- Gorzej? Może być jeszcze gorzej? – Powoli robiłem się poważnie wkurwiony: najpierw nieoczekiwana pobudka, atak mdłości pod prysznicem, zrzędząca od czwartej rano Nadiyya, a teraz jeszcze to! – Masz w planach zapierdalanie z buta do tego całego biura? W Johannesburgu, dla twojej wiadomości, nie istnieje komunikacja miejska.
- Mieszkam tu od szesnastu lat, ale dziękuję za przypomnienie.
Ja sam wiedziałem o tym z czytanych w więzieniu gazet i teraz upiorna pamięć, jak na zawołanie, podsunęła mi tę informację.
- Taksówki jednak są – powiedziała spokojnie Nadiyya i wyjęła telefon.
Być może i były, tylko cholera jedna raczyła wiedzieć, gdzie. Dodzwonienie się do firmy taksówkarskiej zajęło nam ponad czterdzieści minut, a oczekiwanie na pojazd – niemal równą godzinę. Droga była koszmarna, bowiem ludzie zdążyli już powstawać do pracy, powsiadać do samochodów i zakorkować drogi. Słońce świeciło w najlepsze, znów lejąc z nieba nieznośny żar, gdy wykończeni, spoceni i wkurwieni dotarliśmy końcu do biura. Przez cały czas oczekiwania na taksówkę i przez całą niefortunną podróż, Nadiyya wisiała na telefonie, tłumacząc wzburzonej Zoli, że niestety nie posiedliśmy jeszcze umiejętności teleportacji.
W pospiechu wygramoliliśmy się z taksówki. Ekipa duchoinżynierów, w humorach niemal równie kiepskich, jak nasze, czekała przed biurem. Nie zaprosili nas do środka, nie dostaliśmy nic do picia, co zabolało mnie tym bardziej, że zapomniałem mojej butelki z wodą.
- Pierwszy dzień – burczała Zola pod nosem. – Pięknie. Po prostu pięknie. Ja jestem bardzo ciekawa, jak to dalej będzie!
Chciałem coś powiedzieć, ale dałem sobie spokój. Kłócenie się z rozjuszoną herod-babą dziwnie mnie dziś nie kusiło. Poza tym widziałem, że nie tylko nasze spóźnienie miało wpływ na ich nastrój. Było coś jeszcze.
- Wsiadamy – warknęła Zola, otwierając drzwi zdezelowanej skody. – Ja prowadzę, Eshka koło mnie. Tak, tak, chodź tu, głupia! Ty nie myśl, że zz ciebie teraz oko spuszczę! – Złapała dziewczynę za chude ramię i niemal przemocą wepchnęła na siedzenie pasażera. – Reszta do tyłu! – zakomenderowała na koniec.
I już toczyliśmy się, bo jazdą bym tego nie nazwał, po zakorkowanych ulicach tętniącego życiem miasta, a ja ponownie, zamiast podziwiać widoki, zasnąłem, ukołysany jednostajnym bujaniem i monotonnym szumem napędzanego przez ducha silnika.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: nuklearna_wiosna » 11 grudnia 2016, 05:07

- … go obudzić. Skoro ma z nami pracować, musimy mu powiedzieć…
- Nie śpię – wychrypiałem, rozpoznawszy głos Zoli, który wyrwał mnie z drzemki. – Co musicie mi powiedzieć?
- Do jakiego wezwania jedziemy – powiedziała kwaśno.
Nie miałem pewności, ale zdawało mi się, że Eshka na przednim siedzeniu cicho płacze. Chwilę później moje podejrzenie się potwierdziło, bowiem zaczęła chlipać znacznie głośniej.
- Co jej jest? – zapytałem, gdy w końcu rozszlochała się tak, że nie sposób było nie zwracać uwagi.
- Nic jej nie jest. Dostaliśmy wezwanie z laboratorium badawczego.
- I dlatego tak ryczy?
- Nie. Doszło tam do poważnej awarii. Bardzo poważnej.
Nadal nie widziałem powodu, by aż tak rozpaczać, ale wreszcie dotarło do mnie, że Zola nie wyjaśnia mi wcale zachowania Eshki, po prostu opowiada o zadaniu, które za chwilę miało nas czekać.
- Poważnej? Czyli co? – zapytałem, choć tak naprawdę niezbyt mnie to ciekawiło.
- Wszystkie duchy padły. Wszystkie – powiedziała takim tonem, jakby sama nie mogła w to uwierzyć. – Od największych, odpowiedzialnych chociażby za oświetlenie w całym kompleksie, aż po duchy z latarek i zegarów. Nie działa nic.
- No to grubo – powiedziałem, nawet lekko zaintrygowany. – Jak to się stało?
- A kto to może wiedzieć? Przyjedziemy, to sprawdzimy. Ale to będzie ciężka robota.
Możliwe, że Eshka była tego samego zdania, bo ten właśnie moment wybrała sobie, by wrzasnąć rozdzierająco i zacząć się szamotać, jak w jakimś ataku. Dobrze, że miała zapięte pasy, inaczej różnie mogłoby się to skończyć.
Zola zupełnie nie zwracała na nią uwagi, Nadiyya wyglądała jedynie na lekko zdziwioną, tylko Aarde burczał coś pod nosem i – sądząc z tonu pomruków – nie było to pochlebne.
- Niech ją ktoś uspokoi! - wybuchnął w końcu.
- Sama się uspokoi – fuknęła Zola. – Nie jestem jej niańką.
- O co jej chodzi? – Spróbowałem jeszcze raz.
- O nic prawdopodobne! – Zola była już najwyraźniej u kresu cierpliwości. – Nie wiadomo, o co jej chodzi! Eshka! Przestań wyć! Jedziemy do roboty, skup się, dziewczyno!
Eshka podjęła chyba próbę spełnienia polecenia, bo doszły mnie odgłosy powstrzymywanego szlochu, które ostatecznie przeszły w czkawkę, przerywaną jedynie przez okazjonalne siorbanie nosem.
- Ona tak zawsze? – zainteresowałem się.
- Zazwyczaj – odpowiedziała Zola, już w miarę spokojnie. – Jeszcze nigdy nie spotkałam się z taką sytuacją.
- Wiesz, ja też nie, ale jeśli ktoś często płacze…
- Nie, ja nie o tym! Z taką sytuacją to ja się spotykam codziennie! Mówię o awarii. Zdarza się, że są problemy z jednym duchem, ale tam były ich setki, może tysiące! I wszystkie w tej samej chwili całkowicie i kategorycznie odmówiły współpracy. Bez żadnego ostrzeżenia, bez żadnych wcześniejszych usterek. To wygląda, jakby… jakby się zmówiły! Ale to przecież niemożliwe! Duchy nie mogą się miedzy sobą komunikować. Mogą jedynie wykonywać czynność, która została im przypisana.
- Czyli co? Bunt?
- Nie, nie rozumiesz. One nie mogą się zbuntować! Tak, jak dawniej prąd, czy gaz nie mogły się zbuntować same z siebie. Nazywamy je duchami, bo tak się przyjęło, ale to tak naprawdę nie są żadne świadome byty. To tylko energia. Energia nie może nagle strzelić focha. Kiedyś, żeby prąd wysiadł, instalacja musiała doznać jakiegoś mechanicznego uszkodzenia. Owszem, zdarzały się awarie na ogromną skalę, bo wiele obiektów było połączonych ze sobą. Duchy żadnych wzajemnych powiązań nie mają. Jeśli szwankuje jeden, nie wpływa to na inne.
- Więc co się stało?
- Zobaczymy.
Zatrzymaliśmy się przed wielką, zakratowaną bramą. Tak, znowu kraty! Johannesburg nie jest miejscem przyjaznym osobom, które dopiero opuściły więzienie. Kraty, grube mury i wszechobecny drut kolczasty. Nie powiem, by mi to poprawiało nastrój.
Przez dłuższą chwile czekaliśmy, aż brama się otworzy, ale przypomnieliśmy sobie, że nic tutaj nie działa. Jeśli jest zatrzaśnięta na głucho, to chyba będziemy musieli przez nią przeskoczyć, zostawiając tutaj auto na pastwę złodziei. W dodatku w polu widzenia przez cały ten czas nie pokazał się żaden człowiek. Czyżby nikt tu na nas nie czekał?
Ostatecznie Zola postanowiła rozwiązać wreszcie kwestie bramy.
- Idę sprawdzić – zakomunikowała. – Jak zamknięta, to skaczemy. Trzeba zobaczyć, co się tam dzieje. Może komuś, odpukać, stało się coś złego. Aarde, chodź, pomożesz. To draństwo może być ciężkie.
Rozlazły pomocnik niechętnie opuścił pojazd i podreptał za nią.
Brama okazała się otwarta, choć z tego, co widziałem – dość ciężka. Gdy Zola i Aarde skończyli się z nią siłować i wrócili do samochodu, byli oboje całkowicie zlani potem. Mogłem się tylko cieszyć, że żadne z nich nie siedzi obok mnie.
Ruszyliśmy betonowym podjazdem w stronę parkingu. Stały na nim tylko dwa samochody. Dalej rozciągał się kompleks białych, niskich, ale nowocześnie wyglądających budynków, których widok dziwnie mnie uspokajał.
Wygramoliliśmy się z auta i już zamierzaliśmy ruszać w poszukiwani czegoś w rodzaju głównego wejścia, gdy nagle jedne drzwi otworzyły się i jakaś postać ruszyła ku nam szybkim krokiem.
Z bliższej odległości postać okazała się kobietą – wysoką, nieco kanciastą blondynką w średnim wieku i o skandynawskim typie urody. Ubrana była w rozpięty fartuch laboratoryjny, spod którego widać było błękitną koszulę i dżinsy.
- Witam państwa! – powiedziała mocnym, dźwięcznym głosem i niezwłocznie zabrała się do ściskania nam rąk. – Jestem profesor Eva Heller, kierownik laboratorium. Państwo to oczywiście ekipa duchoinżynieryjna, prawda?
Uzyskawszy potwierdzenie, kontynuowała powitanie. Miała mocny, zdecydowany uścisk, mimo, że jej dłonie były drobne i suche. Sprawiała wrażenie osoby pewnej siebie, ale zmarszczki wokół oczu i ust były zdecydowanie zbyt głębokie, by uznać to za naturalne, nawet w jej wieku.
Martwiła się.
Pomyślałem, że to chyba nic dziwnego, skoro w jednej chwili stanęło jej całe laboratorium. Nie znałem się na tym, ale domyślałem się, że mogli w ten sposób utracić jakieś ważne wyniki badań. Może nawet lata pracy! Jeśli faktycznie możliwe są takie awarie, żadne dane nie są bezpieczne! Coś takiego może sparaliżować życie w całym mieście!
Tym razem trafiło na jakieś laboratorium na zadupiu i choć dla pracowników jest to zapewne tragedia, w mieście życie toczy się dalej, a co, jakby padły duchy w jakiejś instytucji użyteczności publicznej? W banku?
Johannesburg był jednym z kilku miast na świecie, w którym jako źródło energii wykorzystywano wyłącznie duchy. Gdzie indziej wdrażano powoli to rozwiązanie, łącząc z dotychczasowymi, tutaj jednak wszystko już było od nich uzależnione.
- Proszę za mną. – Eva Heller przerwała moje rozważania i poprowadziła nas do budynku, z którego chwilę wcześniej sama wyszła. – Nie chciałabym być nieuprzejma na samym początku współpracy, ale długo kazaliście państwo na siebie czekać!
- Problemy z transportem – mruknęła niechętnie Zola.
- Ano, zdarza się w tym cudownym mieście. – Eva Heller nadal nie wyglądała na zachwyconą, ale chyba, dla dobra współpracy, postanowiła wybaczyć nam karygodne spóźnienie. – Jak zdążyliście się państwo zorientować, mamy tu sytuację krytyczną. Jesteśmy całkowicie odcięci od świata. Nie działa żadne urządzenie na terenie laboratorium. Dobrze chociaż, że zostały nam jedne drzwi. – Machnęła ręką w stronę wejścia, do którego zmierzaliśmy. – Jedyne ręczne. Reszta jest obsługiwana przez duchy. Aktualnie są zatrzaśnięte na głucho. Ten budynek, do którego teraz idziemy, jest połączony korytarzami z kilkoma innymi, ale posiadamy również budynki wolno stojące, do których obecnie nie ma żadnego dostępu.
- Faktycznie, poważna sprawa - powiedział zdumiony Aarde. – W jaki sposób właściwie udało nam się otrzymać wezwanie, skoro telefony nie działają?
- Współpracownik próbował skontaktować się ze mną z zewnątrz i nie mógł. Zrozumiał, że mam problem i zadzwonił po państwa. Potem przyjechał tu do mnie taksówką i zakomunikował, że już państwo jedziecie. Przy okazji zobaczył, jak poważnie wygląda sprawa. A potem znalazłam go martwego.
W pierwszej chwili nikt z nas nie zareagował. Potrzeba było czasu, by przetrawić tę informację, zwłaszcza, że podana została wraz z potokiem innych słów. Wyglądało to, jakby profesor Heller nie wiedziała, jak nam zakomunikować taką rewelację, więc po prostu wplotła ją w dowolną wypowiedź.
Albo do Eshki pierwszej dotarło znaczenie usłyszanych słów, albo po prostu akurat w tej chwili uznała za stosowne ponownie wybuchnąć płaczem.
Eva Heller aż tak silnej reakcji z pewnością się nie spodziewała.
- Bardzo przepraszam! – krzyknęła, wstrząśnięta chyba jeszcze bardziej, niż my informacją o trupie. – Ja absolutnie nie miałam zamiaru pani w ten sposób...! Ja chciałam ostrzec… Myślałam, że tak będzie lepiej!
- Nie złego jej pani nie zrobiła. To waria… eee… empatka – powiedział Aarde i byłem pewien, że pomyłka wcale pomyłką nie była.
- Och… - Profesor Heller wydawała się nieco zbita z tropu. Ludzie zwykle nie wiedzą, jak zachować się w obecności empatów, zwłaszcza tych ekstremalnych. – Prawdę mówiąc… nie spodziewałam się…
- Czy to jest jakiś problem? – spytała rzeczowo Zola.
- Nie, żaden problem – zapewniła Eva Heller, już opanowana. – Po prostu nie spotkałam nigdy empaty, a trudno mi nie reagować, gdy ktoś płacze.
- Ale czyli że jak to martwego? - wrócił do tematu zszokowany Aarde, choć możliwe, że po prostu dopiero teraz załapał.
- Definitywnie – odpowiedziała chłodno pani profesor. – Proszę mi wierzyć, potrafię poznać. Pewną wskazówką mógł być na przykład rozpryśnięty na podłodze mózg.
Spodziewałem się kolejnego lamentu ze strony Eshki, ale rozpryśnięty mózg jakoś nie zrobił na niej większego wrażenia.
- Aż tak? – zaniepokoiła się Nadiyya.
Odezwała się po raz pierwszy, odkąd ruszyliśmy w drogę z ekipą. Domyślałem się, co jej zaświtało w głowie. Jest kuratorem sądowym. Myśli o zbrodni pojawiają się u niej niejako naturalnie. Tak, jak u mnie.
- Aż tak, niestety.
- Czy to mógł być wypadek?
- Nie wyobrażam sobie tego – powiedziała Eva Heller. – Nie. To wygląda, jakby ktoś uderzył go w głowę czymś ciężkim, a potem walił nią jeszcze o podłogę.
- Po co ktoś miałby robić coś takiego? – wykrztusiła przerażona Zola. – I kto?
- Sama bardzo bym chciała wiedzieć.
Eva Heller otworzyła jedyne działające drzwi i wszyscy znaleźliśmy się w laboratorium. Natychmiast otuliła nas ciemność.
- Tutaj nie ma okien? – zapytał Aarde z cieniem lęku w głosie.
Na zewnątrz panował pogodny dzień, tu jednak był już inny świat – ciemne, sterylne wnętrza, niepokojący zapach chemikaliów i środków do czyszczenia, tylko jedno wyjście z całego ogromnego kompleksu i leżące gdzieś tutaj ciało człowieka, zamordowanego w wyjątkowo brutalny sposób – aż nadto, by takiego mięczaka, jak Aarde, wytrącić z równowagi.
W kilku pomieszczeniach są – odpowiedziała pani profesor. – Ale w większości nie.
- A gdzie jest ten… ten trup?
- Aarde, zachowuj się! – ofuknęła go Zola. – Bardzo mi przykro, pani Heller, że straciła pani współpracownika i przepraszam za tego bałwana.
- Nie szkodzi. – Eva Heller była najwyraźniej osobą bardzo tolerancyjną, mimo, że wydawała się raczej sztywna. – Ciało jest tam, gdzie je znalazłam. Nie dotykałam go. Na to bym się nie zdobyła. Jeszcze nie.
- Idziemy tam? – dopytywał Aarde, gdy szliśmy ciemnym korytarzem.
Nasza przewodniczka oświetlała nam drogę wytrzaśniętą skądś nagle świecą. Musiała przygotować się na tę sytuacje i mieć ją przez cały czas w kieszeni fartucha.
- Faraji Aarde! Czy ty się żadnego boga nie boisz? Czy dla ciebie już żadnych świętości nie ma? – zdenerwowała się Zola. – A po co ty byś chciał tam iść? Tam się lepiej nie kręcić do przyjazdu policji. A właśnie – zorientowała się. – Co z policją? Przecież telefony nie działają.
- Nie działają – przyznała profesor Heller. – Nie mogłam wezwać policji.
- I co z mordercą?
- Trudno powiedzieć. Systemy alarmowe, monitoring i wszelkie zabezpieczenia padły tak, jak wszystko. Na teren mógł wejść każdy. I może tu nadal być.
Profesor Heller zdecydowanie nie znała sposobów, na zapobieganie panice.
- Proszę – powiedziała, uchylając drzwi jednego z laboratoryjnych pomieszczeń bez okien. – Tutaj się urządziłam po awarii. Są świece i jakiś stary palnik z lewego źródła.
Nie zdążyłem się zastanowić, dlaczego nie wybrała jakiegoś jaśniejszego miejsca, bo w tej samej chwili Zola wydała entuzjastyczny okrzyk.
- Przecież my możemy zadzwonić – powiedziała, sięgając do kieszeni i, zgodnie z moimi przewidywaniami, mina jej zrzedła, gdy spojrzała na wyświetlacz telefonu. – Nie mam ducha. Nie rozumiem… Sprawdźcie swoje.
Wszyscy, prócz mnie, sięgnęli po telefony. Żaden nie działał.
- To się może przenosić na wszystkie urządzenia w kompleksie – spanikował Aarde. Możliwe, że miał jakieś wszczepki i obawiał się, że zostaną zainfekowane.
Zaczynało mnie to wszystko coraz bardziej intrygować. Usiadłem bez pozwolenia na krześle za biurkiem, Nadiyya przycupnęła na jednym ze stołków.
- Możemy się trochę rozejrzeć? – zapytała Zola.
- Tak, proszę – zgodziła się doktor Heller. – Tylko jeśli zechcą państwo prowadzić rozpoznanie w tamtym pokoju – wskazała na drzwi sąsiedniego pomieszczenia – to proszę uważać. Tam leżą zwłoki.
W tym momencie nabrałem pewności, że coś z tą kobietą jest nie tak. Mając do wyboru kilkadziesiąt pomieszczeń, na swój azyl wybrała ciemną klitkę w sąsiedztwie stygnącego trupa.
Nikt nic nie powiedział, ale wszyscy mieli raczej niewyraźne miny.
- Dobrze, idziemy – zarządziła Zola. – Eshka, rusz się, będziesz mi potrzebna. Aarde, też chodź na chwilę, sprawdzimy coś szybko i zaraz weźmiesz samochód, o ile jeszcze nie jest zainfekowany, i pojedziesz po policję. Clay, idziesz?
- Nie, raczej nie - powiedziałem, bo ostatnie, na co miałem ochotę, to snucie się teraz ciemnymi korytarzami i łapanie duchów, czy co tam oni zamierzali robić.
- Jak chcesz. – Zola wzruszyła ramionami. – Ale zdajesz sobie sprawę, że kiedyś będziesz musiał zacząć pracować?
- Kiedyś zapewne – odpowiedziałem złośliwie, zerkając na Nadiyyę. – Na tym polega prawdziwe życie.
Wszyscy wyszli, Eva Heller również gdzieś się ulotniła, a ja zostałem sam na sam z moją kuratorką i siedziałem tak, bezmyślnie gapiąc się w przestrzeń, dopóki nie przyszedł Aarde i nie zapytał, dlaczego go zabiłem.


* * *
Wszystkie trzy kobiety przestają wreszcie krzyczeć.
Pierwszy wrzask z całą pewnością wydała z siebie Eshka, która sama jedna została gdzieś w głębi budynku. Zoli i Nadiyy panika udzieliła się chyba pod wpływem atmosfery. W tej chwili, już spokojne, siedzą cicho, jakby bały się poruszyć.
- Trzeba sprawdzić – mówi Zola drżącym głosem. – Clay, ruszysz się?
- Po co? - pytam niechętnie. – Sama mówiłaś, żeby się nią nie przejmować.
- Po to, że tu pracujesz i to nie ma nic wspólnego z przejmowaniem.
Wstaje i po omacku kieruje się w stronę drzwi.
- Idziesz? – pyta Nadiyya.
Odzywa się tylko dlatego, że jest ciemno. Jestem pewien, że gdybym mógł ją widzieć, po prostu potraktowałaby mnie tym swoim pytającym spojrzeniem. Tak, czy inaczej jej ton zawiera w sobie słabo zawoalowaną groźbę. Tak, oczywiście, mam wolną wolę i moją kuratorkę bardzo interesuje, jak z niej korzystam. Z najwyższą rozkoszą wyolbrzymi w raporcie każde moje aspołeczne zachowanie.
- Ależ idę. - Mój głos ocieka jadem, czego Nadiya nie omieszka odnotować w dokumentach. Cóż, trudno. – Nie mógłbym tego przegapić. Ruszajmy ku nowej, wielkiej przygodzie!


* * *

Nadiyya Jamalazdah
Dokumentacja dotycząca podopiecznego
Zestawienie od dnia 23.04.2005 roku


I WYCIĄG Z AKT SĄDOWYCH


1. Dane osobowe

Imię i nazwisko: Rayton Clay
Wiek: 27 lat
Narodowość: irlandzka

(…)


2. Zarzut: pobicie ze skutkiem śmiertelnym

3. Wyrok

Dnia 06.03.2005 roku skazany prawomocnym wyrokiem przez Sąd Okręgowy w Dublinie na karę dziesięciu lat pozbawienia wolności. Skierowany do jednostki pod specjalnym nadzorem, znajdującej się w Johannesburgu na terenie Republiki Południowej Afryki.


4. Zeznanie podpisane przez oskarżonego dnia 27.01.2005 roku, podczas wstępnego przesłuchania (transkrypcja na podstawie nagrania audio)

Nie zrozumiecie, jak to jest. Ci ludzie. W ogóle ludzie, a tamten szczególnie. Ludzie są obrzydliwi. Brudni. Denerwujący. Wiecie, jak to boli? Ich powiedzonka, z których nie zdają sobie sprawy, sposób, w jaki wymawiają słowa, drobne, gesty… To wszystko jest nie do zniesienia. Są jak zwierzęta. Bezmyślni. Czy oni siebie nie widzą? Nie słyszą? Nie dociera do nich, jak bardzo są denerwujący?! Dotykają rzeczy i chcą, żebym ja ich później dotykał, próbują dotykać mnie… Zna pan coś obrzydliwszego od ludzkiego dotyku? Może tylko ludzkie wydzieliny. Stwardniały naskórek, wżarty brud…

I dlatego pan zabił tamtego człowieka? Za stwardniały naskórek?

Nie wiem. Nie wiem! Ja… chyba nie chciałem zabić! To był jakiś pijak. Nie wiem, czego chciał. Na mojej własnej klatce schodowej. Szczał tam. Pewny jestem, że tam szczał! Jak wyszedłem z mieszkania, śmierdziało moczem! A to był jego mocz! A on do mnie podszedł i złapał mnie za rękaw kurtki. Tymi łapami, którymi przed sekundą miętosił swojego pindola! Szczając na mojej klatce!

Proszę się uspokoić!

Jestem bardzo spokojny. Bardzo spokojny, ale wtedy… Wtedy nie wytrzymałem. Nawet nie wiem, co do mnie mówił. Oddychał. Ciepły, lepki, brudny, cuchnący oddech! Chciałem go odepchnąć, pomyślałem, że jak uderzę, to coś pomoże. Biłem, żeby go oczyścić. Albo siebie. Albo nas obu.

Czy leczy się pan psychiatrycznie?

Dopiero od niedawna. Adwokat mi poradził.

Utrzymuje pan, że to głosy w głowie każą panu zachowywać się agresywnie w stosunku do ludzi…

Sam słyszysz, kurwa, głosy, człowieku! To nie są głosy. To raczej… sugestia, jakaś taka… kumulacja. Coś we mnie wrzeszczy: „Za dużo już! Za dużo!” Czuję się wtedy, jakbym umierał. Odżywam dopiero, kiedy wyładuję agresje. Wcześniej, jak to się zbiera, widzę świat jak za mgłą. Gdy jest tego już bardzo, bardzo dużo, nie widzę nic, słyszę jak przez watę, uderzam na oślep, tylko ten straszny ryk w głowie…! I smród. Wszędzie smród…

(…)



II WYCIĄG Z DOKUMENTACJI MEDYCZNEJ

1. Informacja o posiadanych implantach:

• Ulepszenia wzroku i słuchu – implanty wyprodukowane przez BioTech Inc.
• Implant witaminowy wyprodukowany przez NeuroHealth Inc.
• Implant “NeuroTłumacz” wyprodukowany przez Around the World Translator Inc.
• Implant “Noktowizor” wyprodukowany przez Cell Inc.

Wszystkie implanty pochodzą z legalnego źródła, pacjent posiada pełną dokumentację.

Wszystkie implanty wykryte u pacjenta działają zasilane energią duchów napędowych.

Zaleca się usunięcie wszystkich implantów.


2. Raport ze wstępnego badania, wykonanego przez biegłego psychiatrę sądowego w dniu 06.02.2005 roku.

Pacjent wykazuje silne zaburzenia nerwicowe, obsesję, polegającą na uporczywym powracaniu myśli o wszechobecnym brudzie i zanieczyszczeniach.
Szczególne obrzydzenie odczuwa względem innych osób. Nie jest w stanie znieść dotyku drugiego człowieka, nawet przez ubranie. Odmawia przyjmowania pokarmów, które nie zostały przez niego samodzielnie przygotowane z wybranych osobiście składników. Jest skłonny spożywać niektóre fabrycznie pakowane produkty, jednak nie wszystkie.
Kontakt z obiektem, wywołującym uczucie obrzydzenia, lub choćby myśl o takim obiekcie, powoduje silną reakcję fizjologiczną – uczucie mdłości, prowadzące do ataków torsji. Występują one od jednego do nawet kilkunastu razy dziennie.
Pacjent przez większość czasu znajduje się w stanie silnego napięcia, wywołanego permanentnym lękiem przed kontaktem z obiektem, wywołującym uczucie obrzydzenia.
Długie przebywanie w stanie napięcia powoduje ostatecznie wybuch w postaci niekontrolowanego napadu agresji, podczas którego pacjent dąży do uszkodzenia, lub zniszczenia obiektu wywołującego obrzydzenie.
Po wstępnym badaniu przyjmuje się, że pacjent, dokonując czynu zabronionego w postaci pobicia ze skutkiem śmiertelnym, miał nieznacznie ograniczoną poczytalność, jednak zaleca się dalsze badania na okoliczność podejrzenia schizofrenii.


3. Wynik badania z dnia z dnia 14.02.2005 roku na okoliczność podejrzenia schizofrenii.

(…) nie stwierdza się u pacjenta objawów charakterystycznych dla schizofrenii (…)


4. Niezależna opinia Sądowego Ośrodka Diagnostycznego w Johannesburgu, sporządzona dnia 22.02.2005 roku, po serii badań, wykonanych przez przybyły do Dublina zespół specjalistów z w. wym. Ośrodka

Pomimo wykazywania pewnych objawów psychozy (omamy rzekome), po dokładnym badaniu nie stwierdzono u pacjenta tego rodzaju zaburzeń. Stwierdzono natomiast zaburzenia nerwicowe, głównie fobie, takie, jak lęk przed zanieczyszczeniem i związana z tym odmiana fobii społecznej, polegająca na odczuwaniu lęku przed fizycznym kontaktem.
Reakcją przystosowawczą pacjenta na stan podwyższonego napięcia jest próba stabilizacji zachowania, która jednak nie eliminuje problemu, przeciwnie, prowadzi do dalszej frustracji, ta natomiast do reakcji obronnej, jaką w przypadku pacjenta, jest agresja.
W chwili popełnienia zarzucanego czynu, pacjent miał poczytalność ograniczoną w stopniu lekkim.
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że podjęcie systematycznego leczenia przyniesie znaczną poprawę stanu zdrowia pacjenta.


5. Badanie kontrolne z dnia 23.04.2012

(…) stwierdza się szybkie postępy i znaczną poprawę (…)

III WYCIĄG Z KOMPLETU DOKUMENTÓW POTRZEBNYCH DO ZAKWALIFIKOWANIA SIĘ DO PROGRAMU RESOCJALIZACYJNEGO


1. Wniosek z dnia 05.05.2012 roku o zakwalifikowanie do Programu Resocjalizacyjnego.


(…)

CZĘŚĆ C

OPINIA KURATORA


(…) Oświadczam, że wyżej wymieniony przeszedł pozytywnie wszystkie testy, kwalifikujące do Programu.
Załączam dokumentację medyczną, świadczącą o jego szybkich postępach i zapewniam, że w mojej ocenie jest on gotów na czasowy powrót do społeczeństwa, oczywiście pod ścisłą kontrolą.
Jako jego kurator od siedmiu lat, będę ubiegać się o pozwolenie na zostanie jego opiekunem, na czas trwania Programu.
Pragnę na koniec wspomnieć, że sukces tego przedsięwzięcia, będzie oczywiście sukcesem wymiaru sprawiedliwości, ale także osobistym sukcesem moim i mojego podopiecznego. W przypadku zrealizowania wszystkich założeń Programu Resocjalizacyjnego, zamierzam pomóc mojemu podopiecznemu ubiegać się o przedterminowe zwolnienie z więzienia (…)

Z wyrazami szacunku

Nadiyya Jamalazdah

(…)


2. Decyzja z dnia 15.05.2012 roku w sprawie zezwolenia na udział w Programie Resocjalizacyjnym

(…) kwalifikuje osadzonego Raytona Claya do Programu Resocjalizacyjnego (…)

3. Decyzja z dnia 27.05.2012 roku w sprawie wniosku specjalnego, złożonego w dniu 19.05.2012 roku przez p. Nadiyyę Jamalazdah o rezygnację z drugiego opiekuna na czas realizowania przez jej podopiecznego, p. Raytona Claya, Programu Resocjalizacyjnego

(…) postanawia uwzględnić wniosek, biorąc pod uwagę szczególny rodzaj zaburzeń podopiecznego i silną więź łączącą go z kuratorem. Permanentna obecność drugiego opiekuna – osoby dla podopiecznego obcej – mogłaby wręcz uniemożliwić prawidłową realizację programu (…)
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: Kruffachi » 13 grudnia 2016, 16:41

No więc, teges, wiesz już, że łyknęłam wczoraj w pociągu i "łyknęłam" to jest bardzo dobre słowo. Pozostaje żałować, że tak długo zwlekałaś z pokazaniem tego tekstu, no ale cóż, czasem najwyraźniej trzeba, w sumie kumam powody, choć jako pisarskiemu ekshibicjoniście nie jest w tej materii łatwo.

W każdym razie - wchodziło bardzo łatwo i nie to, żebym nie widziała jakichś pojedynczych zgrzytnięć, miejsc, gdzie tekst jakby gubił rytm, ale nie było to nic, co odebrałoby mi przyjemność czytania, zresztą dotyczyło nie całych scen, a jakichś pojedynczych akapitów. Nie ma zatem nawet sensu ich wskazywać, bo wielce prawdopodobne, że inny czytelnik nie zwróci na nie uwagi albo wskaże inne.

Szalenie przekonująco odmalowujesz Claya. Jest bez wątpienia antypatyczny, nie darzę go ani czytelniczym zaufaniem, ani zrozumieniem, ale osiągasz przedziwny efekt, gdy jednocześnie potrafię dość dobrze się w niego wczuć i przez to staje się bliski. Sądzę nawet, że prędzej czy później przyłapię się na tym, że mu kibicuję. Przyczyn takiego stanu rzeczy upatruję w dwóch czynnikach.
Po pierwsze, oczywiście narracja pierwszoosobowa w dobrym, zindywidualizowanym i podszytym odpowiednią dawką efemerycznych emocji wydaniu. Czytam, słucham monologu Claya w swojej głowie i w niego wierzę (no, w postać, nie, że jak w człowieka :P Podejrzewam, że w tym aspekcie by mnie srogo zawiódł). Nie mam żadnych trudności z założeniem, że ktoś taki może sobie istnieć i może tak myśleć. Oraz - co ważne - że może się tak wysławiać.
Druga kwestia, która "zrobiła" Ci Claya, to sytuacja, w jaką go pakujesz. Zupełnie dla niego niekomfortowa, wywołująca szereg rozmaitych reakcji i zmuszając do niemal bezustannego odnoszenia się do wybitnie niesprzyjającego otoczenia. Odmalowujesz to tak sugestywnie, że choć wiem, że obraz jest wyolbrzymiony (a może po części przez to) ja też zaczynam się brzydzić. Łomatko, czułam oddech tego chłopca. I widziałam ten tampon i gacie na poręczy, a wreszcie także ślinę wypływającą z prysznica zamiast wody. Jednocześnie jednak przez fakt, że gdzieś tam ciągle miałam świadomość, że pokazujesz mi skrzywiony obraz, wszystko to wydawało się nieco groteskowe i przez to mnie nie przytłoczyło. Nie odebrało przyjemności czytania, że tak to ujmę, trochę niefortunnie. I ja mu - Clayowi - w pewnym momencie zaczęłam współczuć, zwłaszcza kiedy pojawiły się inne dane dotyczące jego zachowania. Wrzucenie akt - świetne zagranie, choć nie jestem pewna, czy bym ich trochę nie rozbiła, żeby nie było tego wrażenia skupienia w jednym miejscu. Ale z drugiej strony, już się trochę bawisz chronologią, więc może to wyjście jest lepsze i pozwala uniknąć nadmiernego chaosu. W każdym razie, kiedy je zobaczyłam wyróżnione graficznie, wydawało mi się, że jest ich strasznie dużo i będę przez ten fragment brnąć, a potem okazało się, że połknęłam bezproblemowo. Więc nie upieram się przy tym pomyśle, raczej rozważam na głos - nie wiem, co sama bym zrobiła.

Narracja wpływa Ci też oczywiście na sposób prezentacji pozostałych postaci i - w moim odczuciu - przynajmniej w sytuacji startowej wpływa osobiście. No bo, jasne, tracą, są sprowadzane do kilku najczęściej irytujących Claya cech, ale też już od pierwszego rozdziału pojawia się ich dość sporo, a dzięki takiemu sposobowi opisu doskonale pamiętam każdą. Także na ten moment jest pod tym względem prosto i czytelnie. Zresztą nie chodzi tylko o to, że mi się nie zlewają, ale również o fakt, że są w mojej głowie bardzo wyraziste - tak psychicznie, jak i fizycznie, nawet jeśli nie wszystkich szczegóły wyglądu potrafię odtworzyć.

Oczywiście grzechem byłoby nie wspomnieć też o samym pomyśle na świat. O nim jeszcze nie wiadomo aż tak wiele, ale szalenie mnie ciekawi i jaram się myślą o tym, co możesz z tego wyciągnąć, bo że nie chodzi tylko i wyłącznie o takie tam sobie ducho-bateryjki już dałaś znać, opisując chociażby empatów. Ciekawa jestem, jak ten cały świat funkcjonuje i jak to wszystko będzie na siebie wpływać. No i też, oczywiście, co się wydarzyło w tym laboratorium? Niucham hardą intrygę, bo w intrygi to Ty umiesz przednio.

Jeżu, no, podobało mię się :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: Kanterial » 14 grudnia 2016, 16:48

Nie należę do jednej z obecnych, która wie, co to za tekst - co to za tekst? Kiedy pisany? Stary? Nowy? Jakiś projekt związany z Nano? :bag:

Z całą pewnością ciekawie czyta się tę historię głównie ze względu na głównego bohatera - sposób jego postrzegania, to jakie ma problemy i zaburzenia, wreszcie wyraźna inklinacja do mieszania wszystkich z błotem i oceniania powierzchownie - to wszystko sprawia, że ja-czytelnik, nawet, jeśli fabuła nie od razu chwyta mnie za serce,jestem w stanie czytać dalej i poznawać tekst (właśnie po to, by z czystej ciekawości ogarnąć myślenie Claya). To dobry zabieg i udany, masz tak interesującą postać, że możesz na niej polegać. Jasne, facet jest odrzucający i wręcz irytuje przesadnością w dosrywaniu ludziom, ale zostało to wytłumaczone + masz z tym na pewno jakiś pomysł, zostanie wykorzystane. No i czyni z niego mordercę. Ogólnie powiem tak - chwilowo, po tej dawce tekstu, interesuje mnie mocniej proces, leczenie i choroba Claya oraz to, jak jego psychika będzie się rozwijać, niż sprawa laboratorium i duchów, ba inżynierii z nimi związanej. Podejrzewam, że to się szybko zmieni, bo źródełko takiej "chamskości" z którego Clay czerpie "fajność literacką" może okazać się płytkie i za którymś razem zejdzie na dalszy plan. Przyzwyczaimy się do docinek, obrażania i barwnych porównań (obrazowe, doceniam!), a zaczniemy skupiać na historii.
Oczywiście mówię tu bardzo subiektywnie, sygnalizuję, jak odbieram tekst.

Myślę, że na takie "obojętne" lekko podejście do wydarzeń w laboratorium, wpłynęły u mnie dwie rzeczy - pierwsza to ta opisana wyżej. Facet skupił na sobie show i tyle, jarało mnie czytanie akt. A że gdzieś tam siadł system? Że duchy? Eee, dobra, się zobaczy. //typowa Kanterial//. Druga rzecz, która mogła wpłynąć na tę sytuację, to zupełna nierealność wydarzeń. Tak, dla mnie to jest nierealne. Jasne - piszesz tu coś, co mi wygląda na SC-Fic klasyczne, więc aż tak nie trzeba się przejmować realiami, jednakże... Hm, wypunktuję:
- wielka awaria w laboratorium, poważna sprawa (poważne laboratorium?) i tylko jeden pracownik i jedna pani w kilu są widoczni dookoła tych wydarzeń. Przy czym pracownik umiera.
- Eva Heller, mimo że ma możliwość wyjścia z budynku (wyszła naprzeciw ekipie od inżynierii) postanawia siedzieć w środku, po tym, jak jakiś człowiek zostaje ewidentnie zamordowany. Morderca jest nie wiadomo gdzie. Zamiast wybiec na zewnątrz i jak większość społeczeństwa choćby pieszo dotrzeć do źródeł pomocy, Eva uznaje, że nie, bo ni ma zasięgu, no to hop, po policję nie zadzwonię. Będę siedzieć w środku. (No ale to widzi też Clay, ona sobie zajęła miejscówkę obok trupa - dziwna kobieta).
- Ekipa od inżynierii (nie od trupów!) wchodzi i dostaje info o trupie. Ok, Clay jest posrany. Ok, empatka jest w osobnym świecie. Ale pani kurator, Zola i pomocnik techniczny też nie wypadają zbyt "normalnie". One dwie praktycznie nie reagują, tamten się zastanawia, czy może zobaczyć trupa. A potem jeszcze wyrusza sobie wyprawa na zwiedzenie budynku. Nikt nie stwierdza "to może ja pobiegnę PO POMOC, skoro nie mogę po nią zadzwonić"

Te fakty wprawiają mnie w tak autentyczne osłupienie, że nie pozwalają się skupić na fabule. Więcej czasu poświęcam na roztrząsanie kondycji psychicznej bohaterów. Tu też istnieje możliwość, że źle do tego podchodzę, a powinnam z większym luzem i dystansem. Kto wie, jak wygląda ten świat, na ile powszechna jest śmierć i jak się zachowują zwykli obywatele? No ale jednak. Jednak mnie to razi.

Ogromnym plusem twojego pisania jest brzmienie i operowanie obrazem. Czasem gubisz rytm i nie mogę się rozpędzić, ale czasem jest płynnie i te chwile są warte czytania, bardzo za nie dziękuję. Wyobraźnia pracuje, gdy się ciebie czyta. Widzę też lepszy warsztat niż w pracach, które do tej pory komentowałam twojego autorstwa, stąd moje pytanie - z kiedy ten tekst?

Jestem zaintrygowana Clayem i tym, jak poradzisz sobie z zawikłaną fabułą, czekam na ciąg dalszy i zaznaczam, że tekst jest naprawdę dobry - dlatego pozwoliłam sobie na garść uwag. I dobrze, że wrzuciłaś.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: nuklearna_wiosna » 14 grudnia 2016, 19:05

A jednak uchowały się jednostki, które nie wiedzą, czym ten tekst właściwie jest. To dobra wiadomość - znaczy, że nie zajojczyłam jeszcze całego świata moimi cierpieniami.
Jest to NaNo zaczęte w 2013 roku i kontynuowane do teraz, chociaż w zasadzie głównie to nie kontynuowane, bo natworzyłam tyle wątków i postaci, że jak tak siadłam i popatrzyłam, to popadłam w rozpacz, że sobie z tym wszystkim nie poradzę.
Teraz nagle stwierdziłam, że właściwie to niby czemu nie, i postanowiłam ten twór kostropaty odgrzebać. Uznałam też, że lepiej go sobie odświeżę i wsiąknę z powrotem w klimat, jak od początku przeczytam, przy okazji zrobię jakąś tam bardzo wstępną redakcję i wrzucę, żeby móc o nim rozmawiać i na bieżąco się orientować, kiedy zbliża się ten moment, w którym zaczynam się gubić. Może dzięki temu w porę zareaguję i się nie zaplączę.

Dziękuję za szybką i merytoryczną reakcję :heart: Cieszę się, że Claya da się czytać, mimo jego antypatycznej natury. Trochę się o niego bałam, prawdę mówiąc. Nie oznacza to wcale, że przy kolejnym rozdziale będę miała mniejszy stres, ponieważ w kolejnym rozdziale go nie będzie, będą inni, inna sytuacja w ogóle, czyli tak naprawdę jakbym zaczynała od początku. Dopiero po trzech rozdziałach zarysuję wreszcie wszystkie wątki.
Mam nadzieję, że z czasem uda mi się wyjaśnić część wątpliwości, dotyczących ogólnego posrania bohaterów i ich nielogicznych zachowań, bo niektóre mają, a przynajmniej miały mieć uzasadnienie fabularne. Inne nie mają i tymi zajmę się swoją drogą.

Drugi rozdział niebawem, już redaguję :)
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: Siemomysła » 16 grudnia 2016, 12:20

Wiosno!
Przeczytałam, przeczytałam!
I chcę dalej i fascynuje mnie Clay, kupiłaś mnie zaraz pierwszą sceną - to jest dobre otwarcie. BARDZO. Podoba mi się ten rozjazd z rzeczywistością, ogromnie mnie jara fakt, że nie wypuszczasz się w przyszłość, tylko siedzisz w alternatywnie naszego świata. Rozczuliła mnie Nadiyya - ten rozdźwięk między tym, jak postrzega ja Clay, a tym, co widzę po przeczytaniu akt <3
Miałam małą zwiechę na tym, że on właściwie był tam tylko chwilę jednego dnia i potem na szybko wezwany drugiego dnia opowiada już o Zoli jakby znał ją długo - wiesz to, że wpadała w drzwi, a nie dla niej było przemykanie itd (nie wiem, czy dobrze zapamiętałam, ale wiesz o co mi cho) - wydaje mi się, że widział ją odrobinę za krótko, z drugiej strony - kto go tam wie, jak obserwuje? W ogóle jego fobia też przykuwa do niego uwagę.
Co najmniej dziwna mi się wydaje ta profesor. W ogóle oni tak dziwnie podchodzą do sprawy śmierci. Przejmuje się empatka, ale ona jest przez innych traktowana jak wariatka, że niby przesadza. Dla mnie reszta przesadza w drugą stronę xD
Nadiyya jest niezłą twardzielką - jej podejście do mieszkańców dzielnicy, do sprawy pociętych opon i tak dalej - jestem jej ciekawa. Wszystkich jestem. Co kombinujesz jestem.

mam pozaznaczane na kundlu literówki, gdybyś była zainteresowana. Bo z pracy na szybko daję znak, bo porządny komentarz to mi się nie uda przed poniedziałkiem, a nie chciałabym, żebyś tak długo musiała czekać :)

PISZ!
WRZUCAJ!

:nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: nuklearna_wiosna » 27 grudnia 2016, 04:14

II


Wczesnym wieczorem klub wciąż jeszcze świeci pustkami. Nawet najwięksi amatorzy kobiecych wdzięków muszą najpierw ochłonąć, by potem znów chcieć się rozgrzać, tym razem w sposób znacznie bardziej przyjemny, niż topiąc się i rozpływając w bezlitosnym skwarze. Czekają na zapadnięcie zmroku, mają nadzieje, że noc orzeźwi ich i wzmoże potrzebę mocnych wrażeń, przytępioną ostatnio przez ciągłe upały.
Nyarai siedzi na stołku przy barze, sączy kolorowego drinka i obserwuje konkurencję. Lubi tu przychodzić, ale pracować nie mogłaby za nic w świecie. Co to za przyjemność tańczyć dla każdego, kto się nawinie?
Ten budynek to moloch. Wielka, rozrywkowa termitiera. Ludzie przychodzą tu coś zjeść, pograć na automatach, albo w bilard, czasem poćwiczyć na siłowni. Włóczą się pomiędzy piętrami i niejeden przypadkiem zajdzie się do klubu nocnego, zwłaszcza gdy ten – wbrew nazwie – otwarty jest nie tylko w nocy. A Nyarai nie lubi przypadkowej klienteli. Miejsce, w którym sama pracuje, jest klubem ekskluzywnym, do którego wpuszcza się wyłącznie przyjaciół przyjaciół. Nie zmienia to faktu, że po prostu lubi czasem przyjść do takiego lokalu, jak ten i poczuć atmosferę prawdziwego życia – chaotycznego, głośnego i wkurwiającego.
Dzisiejszy wieczór spełnia wszystkie te warunki, choć nawet jeszcze nie zaczęli się schodzić goście. Słodki afropop dudni znacznie głośniej, niż należałoby to uznać za rozsądne przy niemal zupełnie pustej sali. Na wielkim ekranie wyświetlany jest teledysk. Nyarai nie przygląda się zbyt dokładnie, poza tym nie bardzo się na tym zna, ale odnosi wrażenie, że jest koszmarnie zrealizowany. Uśmiechnięta od ucha do ucha gwiazdka pręży się i wygina ze znacznie większym entuzjazmem niż dwie dziewczyny niemrawo rozgrzewające się właśnie na klubowej scenie. Barman snuje się tu i tam w asyście znudzonych kelnerek, od czasu do czasu pociąga z flaszki i ani myśli się w tym celu choćby pofatygować się na zaplecze.
Nyarai nie zwraca na nich wszystkich większej uwagi. Od dłuższej chwili przypatruje się dziewczynie, siedzącej samotnie przy stoliku. Chociaż należałoby raczej powiedzieć: dziewczynce. Może mieć koło piętnastu lat i – o ile da się ocenić z tej odległości i przy tym oświetleniu – jest bardzo ładna. Czy też byłaby, gdyby była trzeźwa.
Nyarai odwraca wzrok i próbuje usilnie złowić spojrzenie którejś z dwóch tancerek. Mogłaby zwrócić się do barmana lub którejś kelnerki, ale uznaje, że z tancerką lepiej się dogada. Liczy na powinowactwo dusz.
Ostatecznie jej starania nie idą na marne. Młodsza z dziewczyn, dość mocno zbudowana, z krótkimi, czerwonymi włosami, odwzajemnia wreszcie spojrzenie. Nyarai puszcza do niej oko, ta odpowiada uśmiechem i zwinnie zeskakuje ze sceny.
- Cześć, kochanie – mówi, podchodząc, jakby znały się od wieków. – Mogę ci w czymś pomóc?
Nyarai lubi taki bezpośredni sposób bycia i natychmiast czuje do dziewczyny sympatię. Nigdy nie miała problemów z obdarzaniem innych sympatią, za to już niejednokrotnie miała problemy z tymi, których nią obdarzyła. Niczego jej to nie nauczyło, ale przynajmniej zawsze było ciekawie.
- Cześć – odpowiada i uśmiecha się szeroko. – Właściwie, to chyba tak…
- Dzisiaj mam występ – mówi tamta, jakby lekko zasmucona. – Ale może chcesz odwiedzić Ladies Club? Moje koleżanki nie pozwolą ci się nudzić.
Nyarai czuje, dokąd zmierza ta rozmowa i chce natychmiast wyjaśnić pomyłkę na tyle uprzejmie, by nie urazić młodej kobiety.
- Nie dokładnie taką pomoc miałam na myśli – mówi przepraszająco. – Po prostu mam pytanie.
Dziewczyna nagle staje się czujna. W takich miejscach, jak to, pytania nie są mile widziane.
- Jakie pytanie?
- Ta małolata – Nyarai wskazuje samotną, pijaną pannę. – Kto to taki?
Tancerka wygląda, jakby walczyła ze sobą. Najwyraźniej jej także nie podoba się, że dziewczyna tutaj jest i to w tym stanie, ale zdaje sobie sprawę, że nie powinna spoufalać się z obcymi.
- Prawdę mówiąc, nie bardzo wiem – odpowiada w końcu. – Chcesz wyjść na fajkę?
- Spoko, czemu nie.
Wspólna fajka łączy ludzi, przy wspólne fajce można swobodnie pogadać.
Wychodzą tylnym wyjściem na schody pożarowe. Czerwonowłosa częstuje papierosem. Przez chwilę palą w milczeniu, nasłuchując odgłosów, dobiegających z wnętrza budynku. Nyarai nie naciska, choć domyśla się, że dziewczyna nie przyprowadziła jej tu bez powodu.
- Nie możemy jej stąd wywalić – odzywa się w końcu tancerka. – Tej młodej. Nawet, jakbyśmy chcieli. A ja bym chciała. To nie jest miejsce dla dzieci.
Nyarai zgadza się w zupełności.
- Dlaczego nie możecie? – pyta.
- Jest z opiekunem.
- Jakoś nie zauważyłam.
- Zmył się gdzieś. Powiedział, że niedługo wróci. – Dziewczyna rzuca do połowy wypalonego papierosa na schody, przydeptuje szpilką i natychmiast sięga po następnego. – To jakiś mega ważny dupek, o ile się orientuję, a orientować się muszę. W tej branży bez tego ani rusz.
Nyarai znów zmuszona jest zgodzić się w myśli. Zawsze warto wiedzieć, kto wśród klientów jest kim. Pozwala to zaoszczędzić sporo czasu i zachodu.
Nie wie w zasadzie, dlaczego nie chce przyznać się tej dziewczynie, że również pracuje jako tancerka erotyczna. Może boi się, że tamta uzna ją za rywalkę? Albo poczuje się upokorzona tym, że musi tańczyć, podczas gdy Nyarai siedzi rozparta wygodnie i ocenia, sama wolna dziś od zawodowych obowiązków? Rzecz jasna nie może wiedzieć, że Nyarai nie jest w stanie zniesmaczyć nawet coś tak złego, jak puszczany przed chwilą w klubie teledysk gwiazdki afropopu.
- Producent muzyczny! – rzuca tancerka takim tonem, jakby to było przekleństwo. – Ten dupek – wyjaśnia, widząc zdziwione spojrzenie Nyarai.- Twierdzi, że jest producentem muzycznym. Ale dam sobie uciąć dwa palce, że oprócz pijackich ryków, które tu co wieczór uskutecznia, w życiu nie wyprodukował żadnej muzyki! Sprowadza sobie tylko coraz to młodsze panienki i obiecuje, że zrobi z nich gwiazdy, skurwiel jeden! Nie narzekam na swoją pracę, ale jak pomyślę, że dla takiej świni cyckami trzęsę…
- Jak chcesz, to usiądę dzisiaj przed nim,= i będę mu zasłaniać.
Śmieją się obie.
- Tak w ogóle, jestem Bibi – mówi tancerka. Nie ma sensu dociekać, czy to jej prawdziwe imię.
- Nyarai.
- Powiem ci, Nyarai, że też mi się nie podoba sprawa z tą dziewczyna. Ale dupek mianował się naszym nieoficjalnym sponsorem i pod stołem pakuje w ten klub mnóstwo hajsu.
Chyba orientuje się, że za dużo powiedziała, bo milknie speszona.
- Wszędzie zdarzają się takie rzeczy – pociesza ją niepewnie Nyaraj.
- Póki nikomu nie dzieje się krzywda, to okej, biznes jest biznes – zgadza się Bibi. – Ale on opłaca sobie u nas możliwość kopulowania z naćpanymi nastolatkami!
Nyarai nie wie, co na to odpowiedzieć. Sama codziennie jest świadkiem załatwiania nielegalnych interesów i obracania całymi stertami brudnej forsy, ale pieniądze to przecież tylko papier, niech je sobie przekazują, niech z nimi robią, co chcą. Ci, którzy w przestępczych kręgach naprawdę coś znaczą, a tylko tacy odwiedzają klub, w którym tańczy, tak naprawdę okradają już tylko siebie nawzajem i innych sobie podobnych bufonów śpiących na kasie. Ich losem Nyarai nie przejmuje się zanadto. Ale tutaj cierpi niewinny człowiek, w dodatku mała dziewczynka.
- Muszę iść – mówi Bibi, przerywając te niewesołe rozważania. – Na pewno nie chcesz pójść do dziewczyn?
- Nie, dzięki, zostanę przy barze.
- Mnie pasuje – uśmiecha się tancerka. – Robimy dzisiaj zajebiste show! Lesbijskie sado-maso pełną gębą! Popatrzysz?
- Z przyjemnością. – Nyarai spogląda na zegarek. – Prawdę mówiąc czekam na kogoś. Pewnie już jest.
Ruszają z powrotem do sali. W czasie, gdy rozmawiały, zeszło się trochę gości. Muzyka łomocze tak przeraźliwie, że nie sposób rozpoznać melodii, a barman jest już zalany w trupa. Jego obowiązki przejęły dwie kelnerki, które dwoją się i troją, choć przecież noc jeszcze młoda.
Nyarai rozgląda się, jednak nigdzie nie widzi znajomej twarzy.
- Dziwne – mruczy pod nosem, ale Bibi albo słyszy, mimo panującego zgiełku, albo domyśla się, o co chodzi..
- Spóźnia się?! – pyta, próbując przekrzyczeć cały ten zgiełk.
- I to karygodnie!
- Ale zostaniesz? – Bibi sprawia wrażenie, jakby faktycznie jej zależało.
- Jasne, a co mam innego do roboty? – Wyjmuje z kieszeni telefon. - Tylko muszę zadzwonić.
Nie mając pewności, czy w ogóle cokolwiek uda się jej usłyszeć, wybiera numer. Podczas gdy usiłuje wykonać połączenie, Bibi wciąż stoi obok. Chyba nie za bardzo spieszy się na scenę, na której druga z tancerek pręży się nadal, już w pełnym kostiumie rasowej dominy i z imponującym pejczem w ręce.
- Nie odbiera?! – krzyczy Bibi, gdy Nyarai niezadowolona chowa komórkę.
- Gorzej, ma zupełnie wyczerpanego ducha! Tylko tego brakowało! A przecież jeszcze wczoraj było okej! To jest jednak prawda, że szewc bez butów chodzi! Trudno, posiedzę i poczekam jeszcze trochę – dodaje, na co Bibi rozpromienia się momentalnie. – Jestem cholernie ciekawa tego waszego występu.
Czerwonowłosa tancerka dołącza wreszcie do partnerki i zaczynają show. Nyarai, zgodnie z obietnicą, obserwuje, by nie zrobić przykrości nowej koleżance, jednak stara się jednocześnie zerkać na wciąż siedzącą samotnie dziewczynę. Reszta gości najwyraźniej wie, kim ona jest. Nikt nie zajmuje miejsca w pobliżu, by nie narażać się dupkowi. Jeśli ktoś jest niewtajemniczony, któraś z kelnerek zjawia się jak spod ziemi i dyskretnie go wtajemnicza.
Nyarai czeka i obserwuje, nie mając pojęcia, co zrobi, gdy wreszcie pojawi się ten gnój. Kopnięcie go w jaja może nie wypalić. Doświadczenie nauczyło ją, że gnoje tego pokroju, na ogół wloką za sobą po kilku ochroniarzy. Poważnie zaczyna zastanawiać się, czy nie wyprowadzić stąd dziewczyny, zanim jej „opiekun” wróci, ale nie wątpi, że dupek ma tu dobrze opłaconych szpiegów, którzy poinformują go, natychmiast, jeśli ktoś tylko spróbuje podkraść mu cenną zdobycz. Jedyne, co pozostaje, to spróbować z nim porozmawiać, ale doprawdy, nawet naiwność Nyarai ma swoje granice!
Dziewczynie kończą się pomysły. Patrzenie na niemal nieprzytomną nastolatkę sprawia jej ból. Już kilka razy była u kelnerek prosić, by dobrze się nią opiekowały i doglądały, czy jej stan się nie pogarsza. Sama na razie woli się nie zbliżać. Nigdy nie wiadomo, kto i czego może nagadać temu dupkowi.
Kiedy już wydaje się, że przyjdzie jej tak siedzieć do skończenia świata, martwić się o swoją randkę, obserwować dziewczynę i czekać na mitycznego dupka z mglistym zamiarem podjęcia jakichkolwiek działań, gdy ten się tylko pojawi, dupek w istocie pojawia się.
Nyarai z początku nie zwraca na niego uwagi. Mężczyzna nie wyróżnia się z tłumu. Jest czarnoskóry, raczej przeciętnej budowy i młodszy niż można się było spodziewać. Ubrany jest w niebieską sztruksową marynarkę, zupełnie zwyczajną koszulę i czarne spodnie, jakby odrobinę za duże. Trudno dopatrzyć się w nim bogatego typa spod ciemnej gwiazdy, wyrywającego laski na „producenta muzycznego”. Trudno wyobrazić sobie laskę, która dałaby się takiemu wyrwać.
Jednak po chwili Nyarai już nie ma wątpliwości. Niepozorny mężczyzna podchodzi do samotnej dziewczyny, siada obok i obejmuje ją ramieniem. Z pewnością żaden z gości by się na to nie odważył. Młoda nie wygląda jednak na zachwyconą. Próbuje wyplątać się z uścisku. Mężczyzna coś do niej mówi, ale ona ostentacyjnie zatyka uszy.
W końcu facet wstaje i przechodzi do natarcia. Widocznie nie jest przyzwyczajony, by dziewczyny mu odmawiały. Ta, nawet pijana, czy naćpana, zachowała jeszcze resztki rozsądku. Mężczyzna łapie ją za ramię, ale ona się wyrywa. Puszcza zaskoczony. Pewnie nie spodziewał się takiej energii u nawalonej po uszy nastolatki. W końcu chwyta ją z przodu za bluzkę i zdecydowanym szarpnięciem próbuje podnieść z kanapy.
Tego już zdecydowanie za wiele! Nyarai zrywa się z miejsca i, niepomna na konsekwencje, rusza w stronę pary. Przepycha się między spoconymi ludźmi, śmierdzącymi mieszanką potu i perfum rozmaitej jakości. Na chwilę oślepia ją światło jednego z zawieszonych nad sceną potężnych reflektorów. Świta jej w głowie myśl o towarzyszącej zapewne gangsterowi dyskretnej ochronie, jednak szybko gaśnie, zastąpiona gwałtowną żądzą mordu. Jeśli ten fiut faktycznie ma jakichś ochroniarzy, lepiej dla nich, jeśli się nie będą wtrącać!
Wreszcie udaje jej się dopchać do agresywnego mężczyzny. Bez ostrzeżenia szarpie go od tyłu za marynarkę.
- Ty kutafonie! – wrzeszczy tak rozdzierająco, że bez trudu udaje się jej przekrzyczeć łomot muzyki. – Ty śmieciu zasrany!
Mężczyzna odwraca się i patrzy na nią kompletnie zaskoczony. Stoi jak wryty i nie reaguje, nawet gdy Nyarai zaczyna okładać go pięściami.
Teraz już wszyscy w sali się na nich gapią. DJ nawet ściszył muzykę, żeby lepiej było słychać awanturę, a ochrona klubu najwyraźniej nie kwapi się z interwencją.
- Ty jebany złamasie! – Nyarai kontynuuje swój popis, nie zwracając uwagi na publiczność. – Nie wiesz, chuju krzywy, że jak kobieta mówi „nie”, to znaczy, kurwa, „nie”?!
Facet, słysząc te słowa, jakby budzi się z transu, akurat w porę, by uchylić się i uniknąć wydrapania oczu.
- Wiesz, gdzie ja mam jej „nie”? – syczy z tłumioną wściekłością. – Wiesz, co mnie to obchodzi? Całe życie miała swoje „nie” i zobacz, jak skończyła!
Nyarai rozumie z tego tyle, że dupek nie zamierza odpuścić. Wymierza mu z zaskoczenia siarczysty policzek.
- Kurwa! – wrzeszczy zaatakowany, zataczając się na stół, ale nie wygląda, jakby miał zamiar oddać cios. Być może bije tylko te kobiety, które uważa za swoją własność.
- Kurwa to cię rodziła, gnoju zaropiały! Znalazł, się, pan i władca, kurwa, producent! Niech cię chuj strzeli, chory kurwiszonie! – Przypuszcza kolejny atak, ale on jest już opanowany.
Chwyta jej nadgarstki, chcąc poczekać, aż się uspokoi, jednak nie zanosi się, by miało to nastąpić kiedykolwiek. Rozwścieczona kobieta wciąż wyrzuca z siebie potoki przekleństw, desperacko próbuje się uwolnić, on jednak trzyma mocno. Sama małolata siedzi na sofie i zdaje się nie mieć bladego pojęcia, co się dookoła niej dzieje i jakie zamieszanie powstało pośrednio także za jej przyczyną.
- Uspokój się wreszcie, kobieto! – podnosi głos dupek.
Co prawda z bliska też nie wygląda na dupka. Raczej na ulicznika, który jakimś cudem dorwał skądś ubranie trochę przyzwoitsze od swoich codziennych łachmanów i postanowił zakosztować lepszego życia. Dziwaczny styl, ale któż zrozumie bałwanów, pozujących na ekscentrycznych artystów.
- Nie mów… do mnie… „kobieto”! – sapie Nyarai, żałując w tej chwili szczerze, że spojrzeniem nie można zabijać.
- Puszczę cię teraz – odzywa się wolno mężczyzna, ignorując poprzednią wypowiedź - a ty, z łaski swojej, pójdziesz do diabła i pozwolisz mi wreszcie zabrać siostrę do domu.
- Chyba Cię, kurwa, pojebało, ty… co? Czyją siostrę?
- Moją. Rodzoną.
- Sio… siostrę?
- Sio… siostrę! – przedrzeźnia ją. – Ta mała, naćpana ofiara losu, to moja siostra.
Wciąż trzymając jej nadgarstki, prowadzi Nyarai do sofy i sadza obok nastolatki. Kobieta idzie bez oporów Wygląda, jakby nagle uszło z niej całe powietrze. Rzekomy dupek puszcza ją ostrożnie, w każdej chwili spodziewając się wznowienia ataku, ale najwyraźniej wściekłość Nyarai minęła.
- A wy, ludzie, na co się tak gapicie? Nic się nie dzieje! – woła nagle ktoś z zupełnie innej części sali. Głowy odwracają się w tamtą stronę. Ze sceny macha zniecierpliwiona Bibi. – O ile się orientuję, to my tu jesteśmy atrakcją wieczoru! DJ, muzyka, jeśli mogę prosić!
Salę ponownie wypełnia dudniący dźwięk, a ludzie zaczynają powoli wracać do przerwanych czynności, zajmować się swoimi sprawami, ewentualnie zerkać na kontynuujące przedstawienie tancerki.
Mężczyzna, który chwilę wcześniej przedstawił się jako brat odurzonej dziewczyny, znów zaczyna ją namawiać na wyjście z lokalu. Nie wiedzieć kiedy zrobiła się noc. Kelnerki są już tak wykończone, że przestały zwracać uwagę na nastolatkę. Podczas awantury, niektóre z nich sprawiały wrażenie, jakby chciały interweniować, ale chyba za bardzo się bały. Teraz najwyraźniej zupełnie odpuściły. W każdym razie nikt nie przychodzi i nie każe spierdalać ani rzekomemu bratu nastolatki, ani Nyiarai, która wciąż siedzi tak, jak została usadzona. Nie przeszkadza jej, że rodzeństwo ją ignoruje, ale jednocześnie czuje się trochę głupio. Chciałaby coś powiedzieć, przeprosić. Szturcha chłopaka, a ten odwraca się zdziwiony. Pewnie myślał, że już dawno sobie poszła.
- Czyli ty nie jesteś tym… - odzywa się Nyarai niepewnie.
- Czy ty naprawdę masz coś z głową? Oczywiście, że nie jestem „tym”. Przecież ci mówię. Jestem starszym bratem obecnej tu młodej damy i zamierzam zabrać ją stąd, zanim przyjdzie „ten”. Skurwiały dupek za chwilę tu będzie, powinniśmy iść, ale…
- Za późno.
Nyarai odwraca się i wreszcie po raz pierwszy widzi prawdziwego skurwiałego dupka w całej okazałości, choć „okazałość” to chyba w tym wypadku nie najlepsze słowo. Mężczyzna jest raczej niski, chudy i szczurowaty. Wygląda na Latynosa i, zdaniem Nyarai, bardziej przypomina ekwadorskiego ulicznego sprzedawcę smażonych bananów, niż wielkiego gangstera, choć nie jest pewna, czy banany w ogóle można smażyć. W każdym razie, gdyby było można, ten tutaj powinien to robić z całą pewnością. Na twarzy ma wypisane, że jego życiowym powołaniem jest smażenie bananów.
- A, to ty! – W Nyarai wstępują nowe siły. Zrywa się z sofy błyskawicznie.
Bananiarz unosi brwi wystudiowanym ruchem.
- Nie przypominam sobie, byśmy wcześniej mieli przyjemność…
- Przyjemność? Z tobą? Chyba sobie jaja robisz!
Wpatruje się w nią lekko rozbawiony, ale i zaintrygowany. Nie przywykł, być w ten sposób traktowany, zwłaszcza przez młode kobiety.
- Mogę ci dostarczyć bardzo… namacalnych… dowodów na to, jaką można mieć ze mną przyjemność! – Uśmiecha się obleśnie pod tym swoim wyleniałym wąsem.
- Spierdalaj, zboczony wieprzu!
Oczy Latynosa ciemnieją, a krew odpływ z twarzy. Zaciekawienie momentalnie przeradza się we wściekłość.
- Myślę – cedzi przez zęby – że komuś tutaj bardzo przydałaby się lekcja dobrych manier. I tak się składa, że znam pewnego pana, który takich lekcji udziela.
Napastnik podchodzi od tyłu i obezwładnia Nyarai, nim jeszcze zdążą wybrzmieć ostatnie słowa Bananiarza. Może i Latynos nie wygląda na gangstera, ale ochronę ma na tyle profesjonalną, że z całą pewnością nim jest.
Nyarai nie może się nawet odwrócić, by spojrzeć na trzymającego ją mężczyznę, ale wcale nie musi go oglądać, by czuć, jaki jest silny. Gdyby ścisnął ją mocniej, pogruchotałby jej kości i nie wydał przy tym choćby najmniejszego stęknięcia świadczącego o wysiłku.
Część gości widzi już, co się dzieje. Bezskutecznie starając się nie wyglądać na wystraszonych, ruszają powoli w stronę wyjścia.
Tancerki chyba kończą występ, poruszają się niemrawo, ale nikomu to nie przeszkadza, bo też i nikt już na nie nie patrzy. Muzyka jakby cichnie odrobinę, ale nie tak ostentacyjnie, jak wcześniej, kiedy było wiadomo, że DJ wyłączył ją specjalnie, żeby lepiej słychać było awanturę, ku uciesze gawiedzi.
Do Bananiarza zbliża się wreszcie szef ochrony klubu, na co Nyarai oddycha z ulgą. Przedwczesną, niestety.
- Bardzo proszę nie nabrudzić – mówi tylko cicho ten, który miał przecież zostać jej wybawcą.
„Producent” śmieje się, słabo udając jowialność.
- Racja – mówi. – Racja. Już chyba wystraszyliśmy wam trochę gości. Ale cóż poradzić, dzisiejsza młodzież taka niewychowana… Ale jeśli nie potrafią się zachować, niech się lepiej nie pokazują w porządnych lokalach. Zaraz zmienimy miejscówkę. Emmanuelu, poprowadź, proszę, panią. Ja zajmę się księżniczką.
Facet trzymający Nyarai nie obezwładnia jej już od tyłu. Teraz chwyta ją w talii w parodii namiętnego uścisku, a palce drugiej ręki zakleszcza na jej przedramieniu z taką siłą, jakby nie zamierzał puścić już nigdy w życiu.
Emmanuel, głupie imię dla ochroniarza, myśli Nyarai. Chwilę później dziwi się, co też za idiotyczne rzeczy przychodzą jej do głowy w tej, bądź co bądź, śmiertelnie niebezpiecznej sytuacji. Jakby bycie zabitą przez faceta o głupim imieniu różniło się czymkolwiek od bycia zabitą przez faceta o nie głupim.
Dochodzi do wniosku, że to musi być reakcja obronna mózgu.
Sam Bananiarz podchodzi do sofy i bierze za rękę dziewczynę. Ta tym razem wstaje bez oporów. Chyba zaczyna trzeźwieć, ale to nie sprawia, że przestaje wpatrywać się w Latynosa z uwielbieniem. Przeciwnie, natychmiast uwiesza się na jego ramieniu i z błogim uśmiechem daje się poprowadzić do wyjścia. Po drodze Bananiarz zatrzymuje się jeszcze, odwraca, obrzucając spojrzeniem chłopaka.
- Kolega również pójdzie z nami, prawda? - mówi i uśmiecha się okrutnie.
Nyarai rozumie, co dzieje się teraz w głowie brata naćpanej nastolatki. W tej chwili widzi jego myśli tak dokładnie, jakby były jej własnymi. Chłopak wie, że w razie walki nie ma szans, że rozsądniej byłoby teraz odejść i spróbować szczęścia kiedy indziej, w bardziej sprzyjających warunkach, jednak groźba w głosie Latynosa nie pozostawia mu wyboru. Ten typ nie miałby najmniejszych oporów przed skrzywdzeniem jego siostry.
Ostatecznie wychodzą wszyscy razem. Nyarai zastanawia się, dokąd ich zaprowadzą. Spodziewa się, że taki boss, jak ten tutaj, ma zapewne gdzieś w pobliżu zaparkowaną limuzynę. Jeśli wywiozą ich samochodem, Nyarai na pewno nie będzie w stanie ustalić, gdzie się znajduje. Orientacja w terenie nigdy nie była jej mocną stroną. Chwilę później myśli, że przecież to i tak nieważne. Przestępcy nie po to wywożą ludzi w ustronne miejsca, by ich potem ot tak puszczać wolno. Gdziekolwiek teraz pojedzie, zapewne umrze tam, w dodatku strasznie głupio i zupełnie przypadkowo.
No, może nie tak zupełnie. Trzeba było trzymać gębę na kłódkę.
- Ej! – mówi głośno, wbrew dokonanemu przed sekundą całkiem rozsądnemu spostrzeżeniu. – Zaszła jakaś pomyłka! Ja z tym nie mam nic wspólnego!
Nie za bardzo umie wyjaśnić, z czym właściwie, ale z jakiegoś powodu ma wrażenie, że wdepnęła w grubszą aferę. A chciała tylko spędzić miły wieczór…
W tym momencie uderza ją myśl, która, gdyby nie specjalne okoliczności, zapewne zaprzątałaby ją przez cały wieczór. Usiłuje nie myśleć w tej chwili o osobie, z którą miała dziś mieć spotkanie, a która do tej pory nie dała znaku życia. Zastanawianie się nad tym i tak w tej chwili nic nie da. Należy raczej rozpatrzeć kwestię ratowania własnego tyłka, bo jeśli szybko czegoś nie zrobi, nie zastanowi się już nigdy ani nad niedoszłą randką, ani nad niczym innym.
- Słuchajcie – mówi dalej, mimo że nikt nie zwraca na nią uwagi. – To jest jakiś głupi zbieg okoliczności! Ja przyszłam tu tylko spędzić wieczór! Nie znam ani tej dziewczyny, ani tego tutaj. Jest późno, jestem zmęczona i zła, nie udała mi się randka…
Nadal nikt nie reaguje. Emmanuel o żelaznym uścisku wyciąga ją z klubu. Nigdzie nie widać limuzyny, tylko jakiś gruchot stoi przy krawężniku. Limuzyna nie jest jednak potrzebna, bowiem droga trwa niecałe trzydzieści sekund.
Nyarai czuje lekkie przygnębienie na myśl, że miejscem jej ostatecznego spoczynku będzie sterta śmieci na podwórzu klubu. W środku brudzić nie można. Na zewnątrz najwyraźniej już tak.
- Co się dzieje? - dopytuje tymczasem nastolatka. Głos ma wysoki, dziecinny i nieco pretensjonalny. – Myślałam, że idziemy do innego lokalu! Co tu będziemy robić?
- Musimy porozmawiać – odpowiada Bananiarz wolno i wyraźnie, jakby mówił do niedorozwiniętej. Choć biorąc pod uwagę stan małolaty, nie jest to tak do końca nieuzasadnione. – Twój brat usiłuje przeszkodzić ci w karierze. Chciałem go prosić, żeby tego nie robił.
- Nie słuchaj go! – krzyczy chłopak. Nikt go nie ucisza. – Nie zrobisz żadnej kariery! On tylko cię wykorzysta, pociągnie na dno i zostawi jak śmiecia! Wracaj ze mną do domu!
- Wyluzuj – mówi na to dziewczyna i ziewa rozdzierająco. – Mauriciooo, jestem śpiąca!
- Jeszcze chwilę – odpowiada Bananiarz-Mauricio. – Matt zaraz będzie. Masz – podaje jej wytrzaśnięta skądś butelkę bez etykiety. – Napij się. Będzie ci lepiej.
Dziewczyna przyjmuje napój i, tuląc flaszkę do piersi, idzie usiąść na gołej ziemi pod ścianą budynku.
- Co ty jej dałeś? – pyta oburzona Nyarai.
- Nic, czego sam bym nie wypił. – Znów patrzy na dziewczynę z zaciekawieniem. – A ty co? Jeszcze jesteś w nastroju do pyskowania?
- Zawsze jestem w nastroju do pyskowania – burczy wbrew rozsądkowi, za to całkowicie zgodzie z prawdą. – Gardzę takimi ludźmi, jak ty i to, że twój goryl właśnie usiłuje złamać mi rękę, nie ma na to najmniejszego wpływu!
- Ta wariatka jest z tobą? – Mauricio kieruje pytanie do wciąż wzburzonego młodzieńca.
Ten chyba nie słucha. Zerka na siostrę, jakby zastanawiał się, czy da radę wyrwać jej z ręki butelkę z podejrzaną substancją.
- Co? – pyta w końcu wrogo.
- Ta dziewczyna. – Latynos wskazuje Nyarai ruchem głowy. – Przyszliście tu razem?
- A w życiu! Przyplątała się. – Na całe szczęście nie uznał za stosowne opowiedzieć, w jakich okolicznościach. – Nie interesuje mnie wciąganie w to innych. Możesz ją spokojnie puścić. Mówi prawdę, nie ma z tym nic wspólnego. Zostaw ją, a mi po prostu daj zabrać siostrę do domu.
Mauricio podchodzi do niego wolno.
- Nie odpuszczasz, co, brudasie? – mówi. – Nie masz się po co wysilać. Gdyby jeszcze chciała iść, to rozumiem, ale ja jej na siłę nie trzymam. Nasza mała księżniczka zostaje ze mną. Prawda, Abri? – Dwa ostatnie zdania wykrzykuje głośniej, by siedząca pod murem dziewczyna mogła go usłyszeć. Mimo upojenia i zmęczenia faktycznie słyszy i chyba nawet rozumie.
- I będę gwiazdą? – pyta przeciągle.
- Największego formatu! - wykrzykuje Latynos.
O, takim właśnie tonem powinien nawoływać klientów, by kupowali od niego banany, dochodzi do wniosku Nyarai, mimo że wciąż tkwi w uścisku ochroniarza i mogłoby się zdawać, że ma w tej chwili parę ważniejszych rzeczy do przemyślenia.
- Gwiazdą! – powtarza brat dziewczyny z bezbrzeżnym obrzydzeniem.
Mauricio robi krok do przodu, próbując zmusić chłopaka do cofnięcia się, jednak nic z tego nie wychodzi. Niemal wpada na niego, zatrzymuje się w ostatniej chwili. Stoją teraz tak blisko siebie, że prawie stykają się nosami.
- Próbujesz utrudnić mi życie – mówi Latynos bezbarwnym tonem. – Zdajesz sobie sprawę, że to niebezpieczne hobby?
- Po co ci ona? Znajdziesz na jej miejsce pięć innych, po które nikt się nie zgłosi!
- Może mnie to bawi? Może im bardziej ty jesteś zdesperowany, tym ja mam większą satysfakcję? Zabrać prosto z ulicy wygłodzoną sierotę, obiecać złote góry i cieszyć się świadomością, że zrobi wszystko… absolutnie wszystko… co zechcę…
Chłopak wreszcie nie wytrzymuje. Uderza Latynosa pięścią w twarz z całej siły. Nyarai jest zdania, że powinien to zrobić już wcześnie. Ostatecznie na przypuszczeniu, że właśnie tak skończy się ta konfrontacja, opiera się cały jej plan.
Aż dziwne, że Mauricio się tego nie spodziewa. Cios musi być silny, bo niemal powala go na ziemię. I w końcu dzieje się to, na co dziewczyna liczyła od początku – Emmanuel puszcza ją i rusza na pomoc szefowi.
Nyarai wie doskonale, że nie ma na co czekać. Biegiem rusza w kierunku bramy, ale zatrzymuje ją rozpaczliwy krzyk.
- Zabierz ją!
Odwraca się. Chłopak jest już obezwładniony. Ochroniarz trzyma go, a Mauricio przygląda się unieruchomionemu przeciwnikowi, jakby zastanawiając się, gdzie uderzyć najpierw.
- Abri! Szybko! Zabierz…
Cios w końcu pada. Z całej siły walnięty w brzuch chłopak wypuszcza powietrze.
- Kluczyki… - chrypi.
Ani Mauricio, ani Emmanuel nie zwracają uwagi na Nyarai. Wygląda na to, że postanowili odpuścić jej bezczelne odzywki i założyli, że skoro nie ma z tym wszystkim nic wspólnego, przy pierwszej nadarzającej się okazji ucieknie spłoszona. Żaden ani przez chwilę nie wierzy, że zdecyduje się zabrać ze sobą nastolatkę.
Ale ona wie już, o czym mówi chłopak. Widzi te kluczyki, rzucone na piasek, tak niedaleko miejsca, w którym sama stoi. Na podwórzu jest ciemno. Mrok rozprasza wyłącznie światło jednej, małej latarni. I one leżą właśnie w kręgu tego światła. Chłopak musiał celowo cisnąć je tam, podczas szarpaniny. Cóż, ona ma swój plan, on ma swój. Ostatecznie, dlaczego by nie połączyć sił? No bo jak daleko można uciec pieszo, myśli Nyarai. Samochód, za zabranie dziewczyny…
Decyduje się błyskawicznie. Podnosi kluczyki, zanim dwaj bandyci w ogóle mają szansę zrozumieć, co się dzieje.
- Abri, chodź stąd! – Bez ceregieli łapie dziewczynę za ramię i podnosi gwałtownym szarpnięciem. Ta wypuszcza do połowy opróżnioną butelkę i choć próbuje się po nią schylić, Nyarai uniemożliwia jej to. Rusza biegiem i pędzi, ile sił w nogach. Abri bezwolnie podąża za nią.
Mauricio i Emmanuel stoją osłupiali, nie mając pojęcia, co robić. Nadprogramowa obecność Nyarai zdecydowanie nie jest im na rękę. Ochroniarz nie ma pojęcia, czy powinien nadal pilnować chłopaka, czy też może rzucić się w pogoń, natomiast sam szef jest, na szczęście, na tyle nieużyty, że nie zamierza najwyraźniej robić ani jednego, ani drugiego. Ta chwila daje Nyarai sporą przewagę, zwłaszczazwłaszcza że Abri nie ma siły się opierać.
- Przed wejściem! – krzyczy jeszcze jej brat, a krzyk ten zaraz przechodzi w skowyt bólu. Nyarai ma wyrzuty sumienia, że zostawia go tutaj, na pastwę dwóch oprychów, a może i trzeciego, który – jak wywnioskowała z wcześniejszych słów Latynosa — ma niebawem dojechać. Myśli, że powinna sama odwrócić uwagę oprawców i dać rodzeństwu czas na ucieczkę, ale jakkolwiek nie byłoby to szlachetne, zdecydowanie by się nie odważyła. Jeszcze jej życie miłe.
Przed wejściem? A tak, przecież przed wejściem jest zaparkowany ten stary gruchot! Samochody innych gości – to znaczy tych, którzy nie przestraszyli się i zostali jeszcze w środku – stoją na parkingu.
Nyarai wypada na ulicę. Kątem oka dostrzega jeszcze jakieś zamieszanie na podwórzu. Czyżby jednak chłopak podjął próbę uwolnienia się? Druga możliwość jest o wiele bardziej makabryczna, więc dziewczyna świadomie jej nie precyzuje.
- Co się dzieje? Gdzie idziemy? – Abri zaczyna powoli tracić siły, mimomimo że biegły zaledwie kawałek. Głos ma głuchy, a spojrzenie puste i całkowicie wyprane z jakiegokolwiek zrozumienia.
- Musimy uciekać – mówi Nyarai i ciągnie ją jeszcze energiczniej. – Szybko!
- Dokąd?
- Jak najdalej.
W końcu dopadają samochodu. Nyarai ma nadzieję, że dobrze zrozumiała chłopaka i to faktycznie jest ten wóz. Trzęsą jej się ręce, gdy próbuje otworzyć drzwi, a dźwięk szybkich kroków za plecami sprawia, że z przerażenia upuszcza kluczyki.
- Co ty wyprawiasz?! – słyszy znajomy już głos. – Pospiesz się, kurwa, no szybciej, otwieraj!
Chłopak, którego dopiero co zostawiła na pewną śmierć, teraz podbiega do nich, lekko utykając na prawą nogę i trzymając się za brzuch.
- Ty prowadzisz — stęka. – Ja mogę… nie dać rady.
Wpycha siostrę na tylne siedzenie, sam wczołguje się za nią i tam zastyga, jęcząc cicho. Nyarai siada z przodu.
- Na co ty, kurwa, czekasz? Oni tu za chwilę będą! – ponagla ją chłopak.
- Gzie jeziemyyyy? – pyta Abri. Język jej się plącze, najwyraźniej specyfik od Bananiarza zaczyna działać. – Gdzie jes Maurisjooo?
Nyarai nie zamierza odpowiadać. Skupia się całkowicie na uruchomieniu samochodu. Ledwie potrafi prowadzić własny pojazd, a co dopiero cudzy!
Wkłada kluczyki do stacyjki, wyświetla się ekran z opcjami uruchomienia ducha. Drżącymi palcami wpisuje potrzebne sekwencje i wysyła do przetworzenia. Chwilę później słyszy wreszcie szum silnika, wciska gaz – odrobinę za mocno – i z piskiem opon rusza w noc.
- Gdzie mam jechać? – pyta łamiącym się głosem, nie próbując nawet powstrzymać łez ulgi.
- Jedź na północ – odpowiada chłopak z wysiłkiem. – Na razie prosto, potem cię poprowadzę.
- Dobrze się czujesz?
- Bywało lepiej. Ale gorzej już też. Dziękuję.
- Hm?
- Że ją zabrałaś.
Nyarai nie wie, co na to powiedzieć, więc nie mówi nic. Wzrusza ramionami.
- Jak się uwolniłeś? – pyta po chwili.
- Nie uwierzysz, jak ci powiem. Sam bym nie uwierzył.
- Spodziewasz się, że po tym, co się dzisiaj stało, jeszcze cokolwiek mogłoby mnie zdziwić?
- Jakaś dziewczyna pojawiła się nie wiadomo skąd, podkradła się do nas od tyłu i wyrżnęła goryla w łeb nogą od barowego stołka.
- Słucham?
- Mówiłem. – Nyarai poznaje po głosie, że chłopak chyba się uśmiecha. – Taka noga od barowego stołka to nie byle co, więc padł tam, gdzie stał. Zanim ten cały Mauricio otrząsnął się z szoku ani mnie, ani dziewczyny już nie było.
- Jak wyglądała? – pyta Nyaray, mimomimo że chyba zna odpowiedź.
- Ciemno było. Ale na pewno miała włosy w jakimś intensywnym kolorze. Czerwone? Możliwe, że już ją widziałem. Mam wrażenie, że mignęła mi na scenie.
- Taak, mogło tak być. – Nyarai obawia się, że Bibi właśnie narobiła sobie kłopotów, ale jednocześnie jest zadowolona, że tak to się skończyło.
Bibi sobie poradzi. Jest silna. A przynajmniej Nyarai chce w to wierzyć.
- Gzie jeziemyyy? – pyta znowu Abri. – Co z Maurisjoo? So mu zrobiliście?
- My jemu! – prycha Nyarai. – Dobre sobie! Gdzie teraz?
- W prawo – odpowiada chłopak, poprawnie zgadując, że pytanie było skierowane do niego, nie do jego zamroczonej siostry.
O czwartej nad ranem miasto sprawia dziwne wrażenie. Nyarai niejednokrotnie widziała już oczywiście Jozi o czwartej nad ranem, ale teraz jest jakby inaczej. Wszystko wydaje się ostrzejsze, mimomimo że patrzy przez łzy. Wyraźniej, niż zwykle dostrzega też ciemną stronę miasta. Pewnie dlatego, że jeszcze chwilę temu oglądała ją z bliska, a teraz po raz pierwszy przemierza okolicę, jako niedoszła ofiara mafijnego bossa, czy kimkolwiek jest skurwiały Mauricio w podziemnej hierarchii, o której Nyarai nie ma przecież zielonego pojęcia.
Mężczyźni, których spotyka w pracy, są z całą pewnością przestępcami, jednak zupełnie innego rodzaju. Mają kontakt z najważniejszymi ludźmi w państwie, zajmują się przekrętami na skalę tak wielką, że trudno właściwie nazywać je przekrętami, czy nawet interesami. To już raczej polityka. Z całą pewnością nie są zainteresowani ściganiem po ulicach Johannesburga pyskatych dziewczyn, młodych uliczników i napranych nastolatek. Mauricio i jego poplecznicy prawdopodobnie są bardzo zainteresowani. Nyarai nie sądzi, by dzisiejsza ucieczka miała przejść bez echa.
Nie może patrzeć na ciemne zaułki bez myśli o tym, że być może w którymś z nich ktoś znajdzie rano zmasakrowane zwłoki. Nie może patrzeć na kręcące się jeszcze tu i ówdzie prostytutki, bez świadomości całego ogromu stojących za nimi podziemnych organizacji przestępczych. Nawet na widok zwykłych przechodniów wzdryga się odruchowo. Zapewne to jacyś imprezowicze, wracający z klubów, czy spieszący na after party, jednak jej jawią się jako typy spod ciemnej gwiazdy. Same światła miasta są kolorowe, jak zwykle, jednak ich blask wydaje się jakiś niezdrowo blady, upiorny, podkreślający tylko brzydotę ulic Hillbrow.
Nyarai wzdycha głęboko. Tak bardzo chce uważać świat za dobre i przyjazne miejsce, a tak wiele rzeczy jej w tym przeszkadza.
W końcu opuszczają dzielnicę i jadą dalej w nieznanym Nyarai celu. Jest zbyt zmęczona, by o cokolwiek pytać. Chłopak z tylnego siedzenia udziela jej instrukcji względem dalszej drogi. Dziewczyna z niepokojem zauważa, że jego głos jest coraz słabszy.
- Dobrze się czujesz?
- Dopiero pytałaś. Jedź. Jeszcze trochę. – Mówi z wysiłkiem i chrapliwie oddycha.
Droga robi się węższa, okolica zaczyna przypominać przedmieścia, choć przecież nadal są w centrum. Stojące tu i ówdzie domy jednorodzinne, odgrodzone są wysokimi murami. Drzew i krzewów nikt nie przycina, rosną splątane przy drodze. Okolica sprawia wrażenie mało uczęszczanej. Można by się gdzieś tu od biedy zaszyć, tylko trzeba by mieć kryjówkę.
- Za krzakami będziemy kucać? – pyta Nyarai, czując, że powoli wraca jej energia, mimo że dochodzi już piąta rano, a niebo jaśnieje z minuty na minutę.
- Mm? – Chłopak nie tyle jej nie rozumie, ile po prostu przysnął, a jej głos obudził go.
- Pytam, po co tu przyjechaliśmy. Jeśli zamierzają nas szukać, musimy gdzieś przeczekać. Co? Będziemy budować szałas w zaroślach pod czyimś ogrodzeniem?
- To zawsze jakaś opcja. – Jej towarzysz nie wydaje się rozbawiony, ale rozdrażniony też nie. – Skręć tutaj. Dobrze. Ten dom tam, przy skrzyżowaniu, widzisz? To tu. Wiedź na podwórze, ustaw samochód tak, żeby go nie było widać z drogi.
Ta wypowiedź wyczerpuje go. Nyarai stara się na razie skupić na parkowaniu. O chłopaka będzie martwić się później.
Dom wygląda na nie tyle na opuszczony, ile na porzucony. Jakby ktoś rozpoczął budowę i nagle się rozmyślił. W oknach nie ma szyb. W niektóre wstawiono dyktę, inne stanowią po prostu otwory wybite w ścianach. Sam budynek jest szary i ponury, dość duży, masywny. Nyarai nie czuje się dobrze w tej okolicy. Zarośnięte podwórze i cicha, tajemnicza rudera niepokoją ją. W dodatku nie jest pewna, czy aby nie dokonują właśnie włamania na teren prywatny.
- No to dowiem się w końcu, gdzie jestem? – pyta, wysiadając z samochodu, ale się nie dowiaduje.
Chłopak wysiada także, a raczej wypełza, nie zwracając najmniejszej uwagi na jej pytanie. Nie zadaje sobie nawet trudu, by udać się w krzaki. Wymiotuje na czworakach tuż przy samochodzie. Odgłosy wskazują na to, że nie bardzo ma co zwracać. Chyba tego dnia nie jadł za wiele. Męczy się tak dłuższą chwile, a Nyarai stoi, nie bardzo wiedząc, co ma robić. Ostatecznie w samym rzyganiu nie bardzo może mu pomóc. Pozostaje czekać, aż skończy.
I faktycznie, kończy wreszcie, a dziewczyna pomaga mu wstać. Robi to w ramach miłego gestu, ale okazuje się, że podtrzymanie chłopaka naprawdę okazuje się potrzebne. Sam miałby spore trudności z dojściem do domu, choć przecież do drzwi jest zaledwie kilka kroków, te w dodatku okazują się otwarte. Nyarai wprowadza chłopaka do ciemnego korytarza. Nie dostaje żadnych instrukcji, więc wnioskuje, że może iść, gdzie chce, a chwilę później orientuje się, że to i tak nie robi żadnej różnicy, gdyż wszystkie pokoje są puste. Razem wchodzą do jednego z nich Nyarai sadza swojego towarzysza pod ścianą i szybko wraca, by zabrać z samochodu Abri. Nie po to w końcu uwalniali ją z takim poświęceniem, żeby teraz nie dopilnować i znów pozwolić, by ją porwano.
- C-co się dzieje? Gdzie ja jestem? Ty to kto? – Dziewczyna wyrzuca z siebie pytania jedno za drugim, a jej wzrok wraża jedynie bezbrzeżne zdumienie. – Czekałam w klubie na Mauricio, a potem… potem…
Naprawdę próbuje sobie przypomnieć, jednak nic z tego nie wychodzi.
- Chodź, wysiadaj. – Nyarai wyciąga rękę, ale Abri to ignoruje. Nie ma też najwyraźniej zamiaru ruszać się z tylnego siedzenia, dopóki jej ciekawość nie zostanie zaspokojona. Tyle że dyskutowanie z nią tutaj nie jest najlepszym pomysłem.
- Co się stało? – dopytuje.
- Powiem ci wszystko – obiecuje Nyarai, rozglądając się nerwowo dookoła. – Ale na razie musimy stąd iść. Twój brat na ciebie czeka.
- Yaseen?
- Możliwe. – Nyarai orientuje się, że nie ma pojęcia, jak właściwie na imię temu chłopakowi.
- A co…
- Abri, chodź wreszcie! – Nyarai podnosi głos nie z powodu irytacji, ale paniki.
Na dworze jest już jasno. Ciemność przestała skrywać uciekinierówi dawać poczucie bezpieczeństwa – złudne, co prawda, ale zawsze. Teraz kłócące się na podwórzu dziewczyny są łatwe do wypatrzenia.
Abri w końcu wysiada. Osłania oczy przed dziennym światłem.
- O! – mówi, rozglądając się dookoła. – Co my tu robimy? I kim ty jesteś?
Nie czeka na odpowiedź. Jej twarz momentalnie blednie, a ona sama ma chyba zawroty głowy. Kurczowo zaciska palce na otwartych wciąż drzwiach samochodu, pochyla się i wymiotuje niemal w tym samym miejscu, gdzie chwilę wcześniej zwymiotował jej brat.
- Kurwa – mamrocze i ociera usta wierzchem dłoni.
Zerka niepewnie na Nyarai. Chyba nie jest jeszcze aż tak zdegenerowana, skoro przejmuje się jej reakcją na brzydkie słowo. Nyarai jednak w ciągu ostatnich godzin przeszła tyle, że w tej sytuacji ani jej w głowie oburzanie się na wulgaryzm z ust nastolatki. Chociaż w innej sytuacji też pewnie nie byłoby jej w głowie.
- Wejdź do środka – mówi.
- To powiesz mi, kim jesteś?
- Powiem, to żadna tajemnica, ale rusz się wreszcie. Spotkałyśmy się w klubie – wyjaśnia, gdy Abri w końcu kieruje się w stronę domu. – Twój brat zabrał cię stamtąd, a ja, no… hm… uczestniczyłam w tym.
Jest jej głupio i nie chce wdawać się w szczegóły. Woli, by Yaseen, czy jak mu tam, sam porozmawiał z siostrą.
- W klubie – powtarza dziewczyna. – Tak, byłam w jakimś klubie. Z Mauricio. Jego też spotkaliście? Gdzie on teraz jest?
- Mam nadzieję, że daleko – burczy Nyarai, nie mogąc się powstrzymać.
Abri albo nie słyszy, albo też nie jest w stanie tego właściwie zinterpretować. Wygląda naprawdę źle, co absolutnie nie dziwi, biorąc pod uwagę stan, w jakim znajdowała się jeszcze niedawno.
Nyarai znajduje pusty pokój, w którym wcześniej zostawiła Yaseena. Chłopak nadal tam jest. Siedzi oparty o ścianę, tak, jak go zostawiła, i usilnie próbuje wyglądać lepiej, niż się czuje.
Abri patrzy na niego niechętnie.
- Coś ty znowu narobił? – pyta. – Dlaczego mnie tu przywiozłeś?
- Nie mogłaś tam zostać.
- Ależ mogłam! – nastolatka podnosi głos.
Nyarai nie chce się wtrącać. Wychodzi na korytarz, ale i tak słyszy wszystko znacznie lepiej, niżby sobie tego życzyła.
- Nie, nie mogłaś! – Yaseen chyba nie ma siły krzyczeć, ale ton jego głosu wskazuje, że bardzo by chciał. – To pieprzony alfons! Jeszcze chwila i kazałby ci zarabiać na ulicy!
- Gówno wiesz! Miałam nagrywać solową płytę!
- Czy on w ogóle ma jakieś studio? Widziałaś u niego coś takiego? Nie, po co w ogóle pytam, ty oglądałaś tylko jego łóżko!
Rozlega się głośne plaśnięcie, oznajmiające jednoznacznie, że wzburzony brat właśnie dostał w twarz.
- Nie twoja sprawa!
- Jesteś moją siostrą, więc to moja sprawa!
Nyarai ma dosyć. Rozumie, że rodzeństwo musi sobie wiele rzeczy wyjaśnić, ale ostatecznie ona też chciałaby omówić to i owo. Niechętnie wraca do pokoju.
- Skończyliście? – pyta.
Abri i Yaseen patrzą na siebie wrogo.
- A jak myślisz? – burczy chłopak. – Nie, nie skończyliśmy. Do mojej siostry nic nie dociera.
- To do ciebie nie dociera, że niszczysz mi życie!
- O jakim ty życiu mówisz, dziewczyno? To ma być życie?
- Moglibyście na chwilę przestać? – przerywa Nyarai. – Nie chcę się wtrącać i nie będę, ale chciałabym wiedzieć, gdzie jestem i jak mam stąd wrócić do domu!
- Najlepiej wcale – mówi Yaseen.
Abri siada pod ścianą, daleko od brata. Nyarai dochodzi do wniosku, że nastolatka nie będzie zbyt pomocna, zwraca się więc wyłącznie do chłopaka.
- Jak to: „wcale”? - pyta.
- Jeśli masz taką możliwość, byłoby dobrze, gdybyś teraz, chociaż na jakiś czas, zmieniła otoczenie.
- Przecież nie mogę nie wrócić – tłumaczy cierpliwie. – Mam dom, pracę, przyjaciół…
- Wrogów też.
- Nie mam żadnych wrogów.
- Teraz już masz. On nie odpuści tak łatwo.
- Przecież nic nie zrobiłam. – protestuje Nyarai.
- O czym wy mówicie? – wtrąca się Abri w tej samej chwili.
- Jak to: nie zrobiłaś? – Yaseen ignoruje siostrę. – Pomogłaś mi ją zabrać. Wyszarpnęliśmy mu dziewczynę prawie z łóżka!
- Znajdzie sobie drugą. Sam mówiłeś…
- Ty jesteś taka głupia, czy udajesz?
- Co to ma znaczyć?! – wrzeszczy Abri, trochę oburzona, a trochę przestraszona, ale znów nikt jej nie odpowiada.
Nyarai nie uważa się za osobę odpowiednią do przybliżenia dziewczynie okoliczności zabrania jej z klubu. Zresztą teraz ma inne zmartwienia.
- Muszę się przespać, chociaż trochę – mówi. Mogę tutaj, na podłodze. Ale potem biorę taksówkę i jadę do domu.
Chłopak wzrusza ramionami.
- Jak chcesz. Zresztą chyba masz rację. Jakbyś z dnia na dzień uciekła, zaraz ktoś zacząłby cię szukać, jeszcze by nam ściągnęli na głowę jakieś niepowołane osoby. I bez tego mamy dosyć problemów.
- Problemów? Jakoś nie byłam problemem, kiedy ci pomagałam!
- O co ci chodzi? – niecierpliwi się Yaseen. – Nie chciałem, żebyś wracała, było źle. Zmieniłem zdanie, a tobie dalej coś nie pasuje. Jak ty masz na imię w ogóle?
Wypowiada wszystko jednym ciągiem, toteż Nyarai potrzebuje dłuższej chwili, by zorientować się, że ostatnia część słowotoku jest pytaniem.
Przedstawia się niechętnie.
- Ja jestem Yaseen – mówi chłopak.
- Wiem. Twoja siostra mi powiedziała.
Chłopak rzuca Abri urażone spojrzenie, jakby co najmniej zdradziła wielką tajemnicę, jednak ona nawet tego nie zauważa. Siedzi z pochyloną głową i zdecydowanie nie wygląda najlepiej.
- Nic jej nie będzie. – Yaseen zauważa niepokój na twarzy Nyarai. – Dojdzie do siebie. A ty… ty się zdrzemnij i wracaj, skoro musisz. Ale uważaj. Nie leź w oczy podejrzanym typom, nie wychylaj się, może spróbuj zmienić wygląd, o ile to możliwe. Styl ubierania, fryzurę…
- Nie przesadzasz trochę? – mówi Nyarai z powątpiewaniem.
- Nie wiem, może. Ale lepiej przesadzić z ostrożnością, niż głupio wpaść.
- Skoro tak mówisz. – Nyarai jest już bardzo zmęczona. Obiecałaby nawet, że ogoli się na łyso, byle tylko pozwolono jej iść spać. – Zresztą moja fryzura i tak już pewnie zmieniła się sama.
Dotyka głowy i zgodnie z przypuszczeniem czuje, że misternie ułożone włosy nie są już misternie ułożone. Drogie specyfiki przestały działać i gładkie, szykowne uczesanie zmieniło się z powrotem w jej naturalne, imponujące afro, które tak usilnie przez większość czasu stara się ukrywać.
- I dobrze – mówi Yaseen. – Tak jest lepiej.
Nyarai patrzy na niego jak na wariata.
- Chce mi się spać – mówi i rozgląda się wymownie po pustym pokoju.
Owszem, zadeklarowała, że może spać na podłodze, co nie znaczy, że pogardziłaby kocem, albo czymkolwiek o podobnym zastosowaniu. Yaseen chyba wyczytuje z jej zachowania, co powinien, bowiem podnosi się z wysiłkiem.
- Trzeba zorganizować jakieś posłania – stęka.
- Dobrze się czujesz?
- Jak zapytasz jeszcze raz, to za siebie nie ręczę.
- Dobra – decyduje Nyarai. – Siadaj, nie ruszaj się. Powiedz mi, co jest gdzie i jak mam te posłania… yy… zorganizować.
Naprawdę jest z nim kiepsko, bo nie protestuje. Osuwa się po ścianie i ponownie siada na podłodze.
- W szopie – mówi. – Na podwórzu. Tam są jakieś poduszki i coś do przykrycia.
- Co to w ogóle za miejsce? – Nyarai ma wreszcie okazję zapytać. Wciąż obawia się, że są tu nielegalnie.
- Nasz dom – odpowiada Yaseen. - Mój i Abri. Niedoszły. Rodzice zaczęli go budować i zginęli. A on został taki, jak widzisz. Niedokończony.
Nyarai czuje pewną ulgę, zaraz jednak nachodzą ją kolejne wątpliwości.
- Pozwalają wam tu mieszkać? – pyta.
- Oczywiście, że nie. Dom jest w tej chwili wystawiony na sprzedaż razem z działką.
Aha, myśli Nyarai, czyli jednak włamanie. Jeszcze jeden powód, żeby się stąd szybko wynosić.
- I nikt was nie wygania?
- Nie. W okolicy nas znają, nikt nie doniesie. Zresztą nie mieszkamy tu na stałe. Przyjeżdżamy tylko czasem. Nie robimy nic złego. Nawet bałaganu, jak widzisz. Mam tu kumpli. Na co dzień pilnują, żeby nikt tego nie zdemolował. Jak ktoś już kupi ten dom, to się wyniesiemy.
Trudno powiedzieć, by to ją uspokoiło, ale ma za sobą naprawdę ciężką noc. Nie czuje się w tej chwili na siłach wracać do domu. Legalnie, czy nie, musi iść spać.
- Idę po te koce – mówi zrezygnowana. – Nie, poważnie, nie ruszaj się, przecież znajdę – dodaje, widząc, że Yaseen znów próbuje wstać. – Ja się na tym nie znam, ale możesz mieć połamane żebra, zmiażdżone organy wewnętrzne…
Chłopak wymownie puka się w czoło.
- Nic mi nie jest. Jestem trochę potłuczony. Rozchodzę to.
Nyarai nigdy nie opiekowała się nikim chorym, ale sama kilka razy chorowała i pamięta, jak to było, gdy ludzie wmawiali jej, że wiedzą lepiej, jak ona się czuje, co jest, a czego nie jest w stanie robić. Dopiero teraz, gdy znalazła się po drugiej stronie, dochodzi do wniosku, że zdecydowanie za mocno się wtedy irytowała.
- Później sobie rozchodzisz – mówi zdecydowanie. - Jak już nie będę musiała na to patrzeć. Ta szopa jest otwarta?
Yaseen wyjaśnia jej działanie prowizorycznego zamknięcia. Dziewczyna zaopatrzona w tę wiedzę wychodzi.
Na dworze jest już niemożliwie gorąco i w zasadzie można by darować sobie koc, ale Nyarai nie umie spać bez przykrycia. Szopa jest prawie pusta, więc dziewczyna natychmiast znajduje to, czego szuka. Szybko zgarnia kilka poduszek, jakąś narzutę i coś, co wygląda jak prześcieradło. Zanosi wszystko do pokoju, w którym czeka Yaseen i przygotowuje niezbyt zachęcająco wyglądające barłogi. Abri drzemie, wciąż oparta o ścianę.
- I to zawsze tak? – pyta Nyarai. – Zawsze jak tu jesteście, przynosicie to i odnosicie?
Yaseen kiwa głową i wczołguje się pod koc.
- Tak. Czasem korzystają z tego moi kumple, jak potrzebują się gdzieś zamelinować, ale tylko pod warunkiem, że nie zrobią bajzlu. Abri! Ej, Abri, rusz się!
Pewnie wstałby i przetransportował siostrę na posłanie, ale nie ma siły. Dziewczyna śpi mocno, nie słyszy go, zatem to Nyarai budzi ją i układa do snu.
Sama też chce już wreszcie odpocząć. Rozgląda się za swoim kocem.
- Kurwa – mruczy pod nosem.
- Mm? – mamrocze Yaseen, powoli osuwając się w objęcia Morfeusza.
- Nie mam się czym przykryć. Wzięłam za mało koców.
- Na pewno coś jeszcze jest w szopie. – Yaseen ziewa. – Przynieś sobie.
Nyarai korzysta z jego złotej porady i faktycznie znajduje jeszcze jakieś przykrycie i nawet dwie postrzępione poduszki. Miota się, próbując zgarnąć wszystko naraz, aż nagle jej wzrok pada na trzy grube zeszyty, zajmujące jedną z półek własnej roboty. Nie zwróciła na nie uwagi wcześniej, ale teraznie może się powstrzymać, by do nich nie zajrzeć. No bo skąd zeszyty w szopie? Szopa to raczej nie miejsce na takie rzeczy, nawetnawet jeśli to pamiątki z dawnych lat, choć ani Abri, ani Yaseen nie wyglądają na ludzi, darzących szczególnym sentymentem stare szkolne bruliony.
Doskonale zdając sobie sprawę, że zachowuje się karygodnie, Nyarai ściąga z półki pierwszy zeszyt w twardej oprawie i dziwi się jeszcze bardziej, widząc, że wszystkie strony poobklejane są wycinkami z gazet.
Ktoś tu ma widocznie jakieś ciekawe hobby…
Okazuje się, że owszem, ma. Nyarai przegląda kilka pierwszych stron i odrzuca zeszyt ze wstrętem.
Każdy wklejony artykuł, każda najmniejsza wzmianka dotyczy brutalnych morderstw, popełnionych w mieście w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Niekiedy o jednej zbrodni mówi nawet kilkanaście obszernych tekstów, inne są ledwie wspomniane, w zależności od tego, jak głośna była swego czasu sprawa. Odręcznie na marginesach zapisano mnóstwo adresów stron internetowych, na których zapewne znajdują się dalsze tego typu informacje.
Co to niby ma znaczyć?
Dziewczyna orientuje się, że serce wali jej jak oszalałe.
Komu i dlaczego przyszło do głowy kolekcjonować coś takiego? I jak ona niby ma tu teraz usnąć, skoro istnieje duże prawdopodobieństwo, że to sprawka tego szurniętego rodzeństwa, ewentualnie ich — zapewne równie szurniętych – znajomych.
Oddycha głęboko i uspokaja się. Przecież ostatecznie wycięcie artykułu z gazety nie świadczy jeszcze o psychopatycznych skłonnościach. Zwłaszcza że nie wiadomo, kto i po co je powycinał. Może miał logiczny powód…
Jaki, do cholery, można mieć logiczny powód, by kolekcjonować doniesienia o okrutnych zabójstwach?!
Nyarai dochodzi do wniosku, że sterczenie tu i zastanawianie się nad tym w niczym jej nie pomoże. Łapie byle jak swój koc, całkowicie zapominając o poduszkach i biegnie do domu. Co ma być, to będzie.
Po powrocie do pokoju rzuca koc na podłogę, a sama siada pod ścianą i przygląda się domniemanym zwyrodnialcom. Oboje chyba już śpią i w tej chwili raczej nie stanowią zagrożenia. Zakładając, że stanowią je kiedykolwiek, bo przecież wydają się zupełnie niegroźni. Zagubiona, naiwna i spragniona lepszego życia nastolatka i jej rozsądny starszy brat, próbujący ze wszystkich sił nie stoczyć się, mimo trudnej sytuacji, i chronić siostrę przed skutkami jej własnej głupoty. Nawet jeśli faktycznie któreś z nich interesuje się mroczną stroną miasta, nie musi to przecież oznaczać niczego złego.
- Jeszcze nie śpisz?
Nyarai wzdryga się gwałtownie.
- Yaseen. Ty też nie śpisz – mówi głupio.
- Nie mogę zasnąć.
- Dobrze się czu… - urywa, przypominając sobie wcześniejszą groźbę, która nagle nabiera w jej oczach realnych kształtów.
Chłopak parska śmiechem.
- Promiennie – mówi. – Po prostu napięcie ze mnie schodzi. Jak zejdzie całkiem, to oklapnę. A co z tobą?
- Martwię się – mówi zgodnie z prawdą. Nie wspomina oczywiście o znalezionych wycinkach, ale faktem jest, że nie tylko tym się martwi. Jest coś jeszcze, to, co od początku wieczora spycha uparcie na skraj świadomości.
Yaseen unosi się na łokciu. O nic nie pyta, ale widać, że słucha i czeka na rozwinięcie wypowiedzi.
- Dzisiaj w tym klubie byłam z kimś umówiona – mówi w końcu Nyarai. Musi się zwierzyć. Nawet jeśli adresatem tych zwierzeń, z braku innych opcji, miałby być potencjalny psychopata. – Ta osoba nie przyszła.
- To się zdarza.
Potencjalny psychopata, który nie potrafi pocieszać zrozpaczonych kobiet.
- Nie to się nie zdarza! Nie jej!
Nyarai wyjmuje telefon i wykręca numer. Po raz kolejny słyszy irytujący komunikat i ze złością wciska aparat do kieszeni. Yaseen spogląda na nią z umiarkowanym zaciekawieniem.
- Wyczerpał jej się duch – wyjaśnia niechętnie dziewczyna. – Jeszcze nie załadowała nowego. Coś musiało się stać.
- Wcale nie musiało.
- Dzięki za głos rozsądku. Weź się…
- No co? Chciałem pomóc.
- Szczerze wątpię!
Za chwile jednak Nyarai reflektuje się. I to wcale nie dlatego, że jej przypadkowy towarzysz może być chorym zwyrodnialcem. Raczej dlatego, że może nim nie być. Jest sierotą, ma na głowie niepełnoletnią siostrę ćpunkę i w dodatku naraził się groźnym przestępcom. Doprawdy, ma w życiu ważniejsze zmartwienia niż jej nieudana randka.
- Przepraszam – mówi dziewczyna. – Nie to miałam… - urywa, widząc, że gada na próżno.
Yaseen śpi.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 134
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: nuklearna_wiosna » 27 grudnia 2016, 04:42

* * *


Sunday Times 10.03.2009 ___________________________________________________________________________________________________


ZBIOROWE SAMOBÓJSTWO W SIEROCIŃCU

W nocy z 8 na 9 marca jedenaścioro wychowanków sierocińca Cotlands w wieku od 11 do 16 lat popełniło zbiorowe samobójstwo, zażywając silne tabletki nasenne i uspokajające, wykradzione z gabinetu lekarskiego. Powód tej makabrycznej decyzji pozostaje nieznany.
Pracująca w sierocińcu pielęgniarka jest w szoku, podobnie, jak pozostali pracownicy, oraz wychowankowie.
„Leki były trzymane pod kluczem, dobrze strzeżone” – mówi. „Te dzieci musiały doskonale wiedzieć, do czego je wykorzystać. Musiały być bardzo zdeterminowane, by to zrobić. Musiały to planować od dawna. Jakimś sposobem podkradały te tabletki przez długi czas!”
Jak to się stało, że nikt się nie zorientował?
Cotlands to miejsce, w którym schronienie znajdują sieroty chore na AIDS i zarażone wirusem HIV. Mają tu dobrą opiekę. Gabinet lekarski czynny przez cała dobę, dwa razy w tygodniu spotkania z psychologiem. Wychowawcy stosują indywidualne podejście do każdego z dzieci, a w całej placówce panuje miła atmosfera.
„Pracowałam tu w przekonaniu, że stawiamy na zaufanie” – mówi jedna z wychowawczyń, która po makabrycznym incydencie zrezygnowała z pracy, a teraz pragnie pozostać anonimowa. „Nie mam pojęcia, dlaczego te dzieci nie zgłosiły się z problemem do kogoś dorosłego. Co takiego musiało się stać, że tak młodzi ludzie targnęli się na własne życie?!”
Cała jedenastka znała się wzajemnie, jednak nikt nie zaobserwował, by łączyły ich szczególne więzy przyjaźni. Dzieci miały swoje kręgi koleżeńskie i jeśli spotykały się wszystkie razem, musiały robić to w tajemnicy. Żadne z nich nie wspominało o tego rodzaju planach, nikt nie zauważył też najmniejszej nawet zmiany w ich zachowaniu. Wszystko, co robiły, robiły z jakąś upiorną precyzją. Dopilnowały wszystkiego.
Choć przeszukano dokładnie ich pokoje i wszystkie miejsca, które mogły posłużyć za skrytkę, nie znaleziono żadnego listu pożegnalnego, żadnej wiadomości, ani słowa wyjaśnienia.
„To był mój najlepszy kumpel” – mówi jeden z wychowanków o najstarszym z tragicznie zmarłych. „Jeśli miał jakiś problem, dlaczego nic nie powiedział? Przecież poradzilibyśmy sobie z tym. On wolał się zabić z obcymi ludźmi, niż zwierzyć się przyjacielowi!”
Zapytany o powód, dla którego jego koledzy mogli to zrobić, odpowiada: „Nie wiem. Naprawdę. Nie wiem. Przecież nic się nie działo. Nic. Wszystko było w porządku”.
Pytamy dyrektora placówki o zdanie w tej kwestii.
„Bardzo staramy się, by nasi wychowankowie czuli się tu jak najlepiej. To dzieci podwójnie doświadczone przez los – opuszczone przez rodziców, ponadto dotknięte straszliwą chorobą. Wszyscy pracownicy, pomocnicy, sponsorzy i wolontariusze włożyli wiele serca, by wszystko tutaj było w najlepszym porządku. Zdaję sobie sprawę, jak w tej chwili brzmią moje słowa. Ta tragedia nie stawia nas w dobrym świetle, jednak chowanie głowy w piasek nic nie da. Wszczęto już śledztwo, a ja jestem świadomy tego, że opinia publiczna śledzi wszelkie doniesienia. Ludzie mają prawo wiedzieć. Jednak jestem przekonany, że w tych murach nie miał miejsca żaden z ohydnych procederów, o których mówi się nieoficjalnie, a żaden z naszych pracowników nie dopuścił się zaniedbania. Nawet psycholog nie jest jasnowidzem i jeśli w głowach dzieci zaległy się wizje, którymi nie chciały się dzielić, nie było możliwości, byśmy się o tym dowiedzieli. Żyjemy w trudnych czasach, w kulturze przemocy, gdzie śmierci nie traktuje się poważnie.”
Ta obszerna wypowiedź stanowi dość mętne tłumaczenie w świetle zjawiska tak tajemniczego. Pozostali pracownicy jednak także są zdania, że to nie sytuacja w placówce pchnęła dzieci do tego kroku.
„Przemoc? Tu nigdy nie było żadnej przemocy” – mówi jeden z wychowawców. „Stosujemy najnowocześniejsze metody, wychowujemy te dzieci w duchu tolerancji i szacunku dla drugiego człowieka. A molestowanie? To jeszcze poważniejsze oskarżenia. Spodziewam się, że dyrektor chętnie spotka się w sądzie z każdym, kto wygłasza podobne oszczerstwa!”
Wychowankowie również zaprzeczają, jakoby w placówce działo się coś niepokojącego.
Zbiorowe samobójstwo jedenaściorga dzieci stanowi jednak świeżą rysę na tym sielankowym obrazku, jaki przedstawiają wszyscy dookoła. Tak doskonale zaplanowane i zorganizowane, niepokoi i zmusza do zadawania trudnych pytań.
„A może oni po prostu mieli dosyć?” – mówi jeden ze starszych wychowanków. – „Może ich to po prostu przerosło? Słyszałem, że w niektórych miejscach na świecie to popularne. W Azji. W Japonii jest mnóstwo samobójstw. Jak jest ciężko, to puff! – tak po prostu. A tu jest ciężko. Nie, nic złego się nie dzieje. Nie biją, nie robią żadnych… rzeczy. Ale przecież to wszystko… choroba, samotność… Kolorowe ściany i uśmiechnięta pani psycholog dwa razy w tygodniu to nie wszystko. AIDS od tego nie zniknie, rodzice nie wrócą. Wychowawcy patrzą tylko na siebie. Nie biją, nie krzywdzą, więc wszystko jest dobrze. Mamy co jeść, gdzie spać, mamy lekarza i komputery. Czyli okej. Nic nie jest okej!”
Tajemniczym zdarzeniem zajmuje się policja, jednak śledztwo utknęło w martwym punkcie.
„Nie ma żadnych dowodów na to, że miały w tym udział osoby trzecie. Przejrzeliśmy również komputery tych dzieci, nie ma powodów sądzić, że wykazywały wcześniej jakiekolwiek niepokojące zainteresowania” – mówi komisarz Karen Tschabala z posterunku policji w dzielnicy Alberton.
Pojawiają się jednak także teorie spiskowe.
„Niemożliwe, żeby to sami zaplanowali i wykonali!” – mówi koleżanka jednego z samobójców. „To ktoś, kto miał dostęp do tych środków wykradł je i im podał. Inaczej dlaczego do ostatniej chwili zachowywaliby się normalnie? Nawet ci najmłodsi? Oni te tabletki zjedli nieświadomie! Ktoś ich zabił, ale… nie wiem, dlaczego…”
Dowodów wciąż brak, jednak śledztwo dopiero się rozpoczęło. Oczekujemy na kolejne doniesienia w tej makabrycznej i tajemniczej sprawie. O wszystkich nowych ustaleniach będziemy informować na bieżąco.





City Press 14.06.2011 ___________________________________________________________________________________________________


Seryjny zabójca bezdomnych?
Ciało kolejnego już bezdomnego odnaleziono wczoraj w dzielnicy Hillbrow. To czwarty mężczyzna znaleziony w okolicy, zamordowany w tak okrutny sposób. Podobnie, jak trzem poprzednim – podcięto mu gardło. Niewątpliwie mamy do czynienia ze zbrodnią, w dodatku popełnioną prawdopodobnie przez tę samą osobę, która dokonała trzech pierwszych zabójstw. Chyba, że morderca już doczekał się naśladowców, choć jest to mało prawdopodobne.
Ofiary do tej pory nie zidentyfikowano – nie posiadał przy sobie żadnego dowodu tożsamości. Policja jest w trakcie przesłuchiwania bezdomnych z noclegowni, w której zwykł bywać zamordowany.
Udało nam się porozmawiać z kilkoma osobami, przebywającymi obecnie w tej noclegowni. „Ludzie się boją” – mówi jedna z nich. „Nie wiadomo, jak tu na ulicę wyjść. No i dlaczego ten ktoś to robi? Przecież my nikomu nie przeszkadzamy, nie robimy niczego złego. Kto miałby mieć do nas żal? I o co?”
Dobre pytanie, zważywszy, że ustalenie motywu tych czterech tajemniczych zbrodni okazało się niemożliwe. Z pewnością nie dokonano ich w celach rabunkowych, nic nie wskazuje także na osobiste porachunki. Tożsamość trzech zamordowanych wcześniej mężczyzn udało się ustalić. Wszyscy oni żyli spokojnie, nie wdawali się w konflikty, a ludzie, którzy ich znali twierdzą, że nie mieli żadnych wrogów.
Kim jest zbrodniarz z ulic Hillbrow? Jaki ma motyw, by zabijać?
Śledczy próbują odpowiedzieć na te pytania, w nadziei, że uda się wreszcie ująć sprawcę i zapobiec kolejnym tragediom.




Daily Maverick 11.02.2012 ___________________________________________________________________________________________________

Wzrost liczby zaginięć – wielka tajemnica, czy wielka paranoja?

W ostatnich miesiącach odnotowano większą, niż zwykle liczbę zaginięć. Policja przez ostatnie pół roku przyjęła już więcej zgłoszeń, niż w ciągu całego roku poprzedniego. Niektórzy dopatrują się w tym czegoś więcej, niż tylko ponurej statystyki.

„To niemożliwe, żeby aż tylu ludzi wychodziło z domu i znikało ot tak. W wielu przypadkach nie znajdujemy zupełnie żadnych śladów, żadnych tropów. Zaczynamy skłaniać się ku podejrzeniu, że może chodzić o handel żywym towarem, o bardzo dobrze zorganizowaną szajkę, jakiej jeszcze w tym mieście nie było” – mówi rzecznik prasowy Głównej Komendy Policji w Johannesburgu.
Handel żywym towarem zawsze był problemem w Republice Południowej Afryki, jednak jeśli podejrzenie się potwierdzi, będzie to oznaczało, że proceder osiągnął niespotykaną dotychczas skalę. Jest to jednak jedno z rozsądniejszych wytłumaczeń. Ludzie, których bliscy i przyjaciele zaginęli w ostatnich miesiącach, upatrują przyczyny nawet w działalności sił nieczystych.

Obecna sytuacja prowokuje także do ataków na tle rasowym i religijnym. W zeszłym tygodniu zatrzymano kilkanaście osób, próbujących włamać się do siedziby animistów w Killarney.
„Porywają ludzi i składają w ofierze! Ot co!” – mówi o zaatakowanych jeden z ujętych wówczas mężczyzn.
Osoby, które dopuściły się tego czynu, to zwykli ludzie, zdesperowani bezsilnością policji i zmęczeni oczekiwaniem na jakiekolwiek wiadomości o zaginionych bliskich. „W obliczu tragedii, takie poszukiwanie winnego jest rzeczą naturalną” – mówi Mark Johnson, biegły psycholog sądowy. "Nie można zapominać o tym, co przeżywają ci ludzie. Jednak jeśli podobne ataki staną się normą, w mieście może dojść do poważnych zamieszek”.
„Jak mogę w ogóle skomentować takie zachowanie?” – zastanawia się jedna z członkiń Kościoła Animistów, będąca w siedzibie wówczas, gdy dokonano napadu. „Atakuje się nas, ale także inne ugrupowania religijne, bo przecież religii łatwo przypisać fanatyzm, a stąd do składania ofiar z ludzi już niedaleko. Atakuje się imigrantów, bo obcy. Imigranci w odwecie atakują miejscowych. To prawda, że ludzie znikają, ale to po części sprawka gangów, po części zwykle wypadki. Żadne ugrupowanie religijne nie ma z tym nic wspólnego. Zapewne nie zrobili tego też imigranci, tylko dlatego, że są imigrantami. To wypaczony sposób myślenia. W takich przypadkach należy szukać najprostszych rozwiązań”.

Ten nagły wzrost liczby zaginięć intryguje i niepokoi. Czy kryje się za tym jakaś tajemnica? Czy „opowieści z dreszczykiem” mają w sobie ziarno prawdy, czy też to wszystko to jedynie wytwór ludzkiej wyobraźni, zniknięcia nie są ani bardziej, ani mniej zagadkowe, niż zwykle, a ich liczba jest jedynie zbiegiem okoliczności
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: Kruffachi » 27 grudnia 2016, 10:32

Druga wersja komcia :bag:

No to zacznę od tej paraleli między pierwszym i drugim rozdziałem - pierwszy kończył się aktami, drugi wycinkami z gazet. Nie wiem, czy z takiej budowy zamierzasz uczynić regułę, czy to tylko tak na początek. No bo uważam, że to fajny myk ekspozycyjny i rzucający przynętę na czytelnika, ale jednak dość charakterystyczny i nie jestem pewna, czy powtarzany regularnie zwyczajnie nie zacznie drażnić.

No ale to taka uwaga na marginesie - teraz ponownie zdało egzamin, chcę wiedzieć o co chodzi, skłoniłaś mnie do snucia wydumanych teorii i w ogóle ;)

Nocne kluby, prostytutki, alfonsi to tak bardzo nie mój temat, że bardziej się nie da XD Więc kiedy się zorientowałam, w jakim kręgu będzie toczył się ten rozdział, odrobinę się zjeżyłam i wycofałam. No ale wiosna to wiosna, piszesz tak, że łykam nawet znienawidzony temat. Choć nieco się przyczepię postaci siostry, bo ona taka potwornie klasyczna i przez to płaska jest. Dobrze, że pozostali nadrabiają ;) No bo niby też klasyczne postaci, ale jakoś mi bliższe - miałam wrażenie, że posiadają własną psychikę i wolę, a Abri to taka kukła, McGuffin w sumie.

Jeju, wiem, że krótko, ale ten falstart mnie wytrącił z równowagi :bag: Poprawię się przy trzecim :bag:
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: Siemomysła » 27 grudnia 2016, 14:12

SpoilerShow
Dopiero teraz, gdy znalazła się po drugiej stronie, dochodzi do wniosku, że zdecydowanie za mocno się wtedy irytowała.
- Później sobie rozchodzisz – mówi zdecydowanie. - Jak już nie będę musiała na to patrzeć. Ta szopa jest otwarta?
Absolutnie ulubione zdanie <3

Z wrażeń bardziej ogólnych - to mam takie, że strasznie szybko nastąpił dzień.
Ogólnie Nyarai wygląda na dość charakterną. Da się lubić :D

Mózg Siem stara się połączyć energię duchów z zaginięciami. Mózg Siem wyobraża sobie również duet Claya z Nyarai. Wciągasz, Wiosno. Tak to już z Tobą jest.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: Kanterial » 31 grudnia 2016, 12:14

I ja tym razem krótko: mam bardzo zbliżone odczucia do tych, które mną targały po przeczytaniu pierwszej wstawki. Mimo akcji, która właściwie jest wartka i ma potencjalnie wiele odnóg, ciekawych historii zawartych, wątków "do wyłapania", czuję podczas czytania taki jakiś niedosyt i niepewność. Tekst twój jest zawieszony w ciemnościach - nie widzę niczego poza bohaterami, scenografia w mojej wyobraźni jest uboga. Jak rekwizyty w teatrze, pojawia się to i owo, klub, ulica, szopa i niedokończony dom, jednak nie robi wrażenia przestrzeni, przemyślanej i realnej. O podobieństwie wrażeń mówię dlatego, że znów - niestety - miałam takie poczucie, że to wszystko jakieś nieuzasadnione, pozbawione logiki, niby wynika jedno z drugiego, ale reakcje ludzi, ich słowa, zachowanie... Nie przekonuje mnie. Jest tak, jakbym czytała o aktorach, którzy mają scenariusz. Wiedzą, co ma być, więc to będzie, po prostu. Nie wierzę w autentyczność.
Myślę, że tu jest to spotęgowane czasem teraźniejszym (bez bicia przyznaję, że nienawidzę, chyba, że w pierwszoosobówce). W pierwszej osobie uzupełniany jest ten "brak emocji" czasu teraźniejszego jakimś chociaż wrażeniem "łączności z bohaterem". Tu, będąc jak gdyby za plecami Nyarai, nie miałam nic. I nie chwytało mnie nic. Nie czułam ani więzi z nią, ani z innymi, nie kibicowałam, nie grały mi uczucia. Nie współczułam dziewczynce i nie złościłam się wraz z Nyarai (a przecież jej wściekłość była ogromna i wyrażona ogromem przekleństw).

Myślę, że zestawienie tego wszystkiego: szybkiej akcji opartej na dialogach, czasu teraźniejszego, oszczędnego operowania "wnętrzem głowy" głównej bohaterki + równie oszczędnego opisywania, tłumaczenia i wyjaśniania - myślę, że to wszystko okazało się zgubne dla tej partii. Że ona broniłaby się, gdyby choć jedna z tych rzeczy uległa zmianie. Dla mnie zbyt wiele, żeby wsiąknąć w tekst.

I ciekawostka - mimo, że nie ma tu Claya, jego złośliwość, łatwość oceny, porównywanie ludzi w obraźliwy sposób do wszystkiego, co popadnie - to się tu znalazło. Widać, że to ty operujesz z łatwością takimi zagraniami. I choć wiem oczywiście, że w głowie Claya jesteś wyłącznie ty, uważam, że to nie powinno być obecne i widoczne w całym tekście. Wypowiedzi bohaterów (podobną uwagę poczyniłam Kili niedawno) są do siebie podobne wydźwiękiem, agresją, humorem, uszczypliwością. Dialogi zlewają się.

Znów rozpisałam się negatywnie, a nie tego chciałam, właściwie piszę tyle dlatego, że zwykle mi głupio oskarżać autora i próbuję jakoś wytłumaczyć i podeprzeć argumentami to swoje marudzenie. Wcale nie uważam wstawki za niewypał. Moje pozytywne reakcje z pierwszego komentarza nie uległy zmianie ani trochę. Jest, na pewno, pomysł, tu nie mam wątpliwości. Jest ciekawie, jest intryga, jest tak, że czytam dalej i dalej i nie odrywam się, żeby sobie zrobić herbatę w przerwie, co mam w zwyczaju. Tu wszystko siedzi. Jestem poruszona w sposób emm... zabrzmi to głupio (?) intelektualny, nie emocjonalny. Podoba mi się jak piszesz, podoba mi się zamysł, który zupełnie niejasny pozostaje od samego początku i nie pozwala mi przewidzieć twojego następnego ruchu. To lubię. I chwalę cię za ten tekst - ot, uważam, że przegrałaś walkę z pierwszym fragmentem tej wstawki. Nie wyobrażam sobie, żeby dało się ją wygrać z takim doborem czasu, postaci i akcji. Tyle z mojej strony.

Ach, jeszcze - ja zabieg naprzemienności akcji z wycinkami informacji uważam za niezły, jeszcze mnie nie męczy, nie irytuje. Jest zupełnie na miejscu. I znów zostaję po czytaniu taka głodna wyjaśnień. Daję okejkę.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 481
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Spiritus movens [być może kontynuowane ;)]

Post autor: Krin » 31 grudnia 2016, 23:22

Pomijając nieustającą obecność kuratorki, kolejnym minusem mojej sytuacji jest praca.
Słyszałam, może niesłusznie, że więźniowie raczej lubią pracę, bo w więzieniu bywa dosyć nudno.
Mówi się o nich, że potrafią zajrzeć głąb ludzkiej duszy,
Zgłaszam pożartą literkę.

Przeczytałam pierwszy rozdział i powiem... wow. Najbardziej wow jest Clay. Po pierwsze, nie przypomina mi absolutnie żadnego innego bohatera. Po drugie, też jestem brzydliwym człowiekiem i choć nawet nie w jednej tysięcznej tak strasznie brzydliwym, to jednak strasznie przemawia do mnie jego obraz świata.
Strasznie mnie też zaintrygowałaś tym wyciągiem z akt, przede wszystkim postawą kuratorki. Teraz nie wiem, czy ona naprawdę tak go lubi, czy próbuje go zabić. Stawiam na to drugie. Tylko dlaczego? A może to jakiś chory spisek? Bo dałaś do zrozumienia, że Clay jest wyjątkowy nie tylko z powodu zaburzeń, ma jakąś "mroczną przeszłość", a przynajmniej wie więcej niż powinien.

Świat i jego przedstawienie też są dobre. Rzucasz nam, czytelnikom, małe kawałeczki. Zastanawia mnie, dlaczego wybrałaś akurat RPA i jak wykorzystasz to, co nam pokazałaś. Jakie znaczenie okaże się mieć empatka, duchy czy implanty? Czy przez zainfekowanie implantów można np. przejąć nad kimś kontrolę? Czym są duchy? Dlaczego kiedyś nie było empatów a teraz są? Czemu Ershka powiedziała, że duchy umierają w męczarniach? Kim są ci ludzie z czatu na samym początku? Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi... Trzymam za ciebie kciuki, wiosno, bo wyczuwam rozległą intrygę.

Mam nadzieję, że nie powtarzam już zadanego pytania, ale ile tego już właściwie masz? Czy piszesz na bieżąco na podstawie tego, co pisałaś wcześniej?

Właśnie! Przez chaotyczność mojej wypowiedzi niemal zapomniałabym spytać, czy opis mieszkania to skutek traumy, jaką zafundowały ci nasze wspaniałe łódzkie kamienice?

To teraz kolejna wstawka...
Barman snuje się tu i tam w asyście znudzonych kelnerek, od czasu do czasu pociąga z flaszki i ani myśli się w tym celu choćby pofatygować się na zaplecze.
Wspólna fajka łączy ludzi, przy wspólne fajce można swobodnie pogadać.
Kolejna pożarta literka, mój głodomorku.

Czytam, czytam i zastanawiam się, kim jest Nyarai, skoro tak się pali do ratowania świata z małymi dziewczynkami w szczególności. I z kim się umówiła? Czyżby Zolia?
DJ nawet ściszył muzykę, żeby lepiej było słychać awanturę,
Rozwaliło mnie XD

Wow, jestem w momencie, jak wsiedli do samochodu i normalnie straciłam poczucie czasu na całą tę scenę. Tę poprzednią. I teraz się obudziłam nagle. Nie, żeby to było nudniejsze ;)
Oddycha głęboko i uspokaja się. Przecież ostatecznie wycięcie artykułu z gazety nie świadczy jeszcze o psychopatycznych skłonnościach. Zwłaszcza że nie wiadomo, kto i po co je powycinał. Może miał logiczny powód…
Nie zdziwiłabym się, wiosno, gdybyś też taki miała. XD Hmm... Może i ja sobie założę? Ciekawe hobby...

O ty, zła wiosno. Teraz się będę zastanawiać, co wspólnego mają ze wszystkim te artykuły. A może to duchy mordują ludzi? Albo szalona kuratorka! Tak, ja bym ją wskazała jako główną podejrzaną o wszystko. XD

Wiesz, co ci powiem jeszcze, wiosno? Ten tekst jest brudny. Niedosłownie, ale gdybym miała jednym słowem określić klimat tego tekstu, powiedziałabym "brud". Nie tylko dosłowny, także metaforyczny brud i nie zgodzę się z Kanterial, choć mignął mi tylko kawałek jej komentarza, że wszystko jest sztuczne. Może dziwna jest Nyarai ze swoim pragnieniem ratowania świata i jeśli faktycznie jest tylko tym, za kogo się podaje, trudno uwierzyć w jej rzucanie się na pomoc. Choć też prawda, że ludzie czasem głupio nie mogą się powstrzymać, bo tak naprawdę wszyscy jesteśmy wychowani na ideale rycerza ruszającego na pomoc damie w opałach/przypadkowemu znajomemu/staruszce z warzywniaka/kanarkowi sąsiadki. A gada zupełnie, jakbym wiosnę słyszała. XD

Wracając do klimatu, ja cię lubię wiosno właśnie za ten brud i psychopatię. Jakbym potrafiła stworzyć taki brud i psychopatię, to bym się niczym innym nie zajmowała.
Tylko może te artykuły z gazet momentami nie przypominają artykułów z gazet. Nie żebym się znała szczególnie na gazetowych doniesieniach o mordach, ale posiedziałabym nad tym.

PISZ, bo twoi fani czekają ;)

*BRZDĘK*
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

ODPOWIEDZ