UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Metro 2033 - zajawka

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
katedra
Posty: 18
Rejestracja: 03 stycznia 2016, 12:29
Kontaktowanie:

Metro 2033 - zajawka

Post autor: katedra » 03 stycznia 2016, 14:21

Swego czasu nakręcony byłem sromotnie na uniwersum Metro 2033. Co jakiś czas czytam książkę z tego projektu lub odświeżam sobie którąś grę z serii Stalker. Lubię klimaty postapokaliptyczne w ruskiej odsłonie. Ten tekst jest pokłosiem mojego zainteresowania.
Początkowo miał być konkursowy, potem wyszło za dużo znaków i się nie zmieściłem w ramach, więc wrzuciłem go do szuflady.
Pierwsze dwa rozdziały, fragmenty, whatever. Resztę wrzucę jeśli będzie jakiekolwiek zainteresowanie. Oto one:


Część I

Ostatni raz spojrzał tęsknym wzrokiem za szybę klubu "Pod Terkoczącym Geigerem”. Tańcząca na podeście kobieta w lateksowym stroju i masce przeciwgazowej typu MP-5, gięła się niczym bambus wokół rury od rusztowania.
Czas zabrać się za jakieś zlecenie.
Zaskoczył z peronu na torowisko. Przeszedł kilka metrów i po cichu wszedł w niepozorny zaułek obok drzwi do stacji kontrolnej. Do ściany dospawano tam pręty zbrojeniowe na kształt improwizowanej drabinki, która prowadziła ku górze, w ciemność.
Poruszał się powoli w górę, cal po calu, nie dlatego, że drabinka była licha, ale dlatego, że miał na sobie wzmocniony egzoszkielet typu S-2, a to cholerstw lubi dużo ważyć. Krępuje ruchy, ale znakomicie sprawdza się podczas wymiany ognia, walki z mutantami i ma idealny system filtracyjno-regenerujący. Spacery po powierzchni to czysta przyjemność. W dodatku jest w kolorze czarno-czerwonym.
Drabinka skończyła się w pomieszczeniu dla obsługi, gdzieś na powierzchni, w blaszanym kontenerze. Stoyan walnął kopniakiem w liche drzwi i wyszedł na zewnątrz.
Zaciągnął się powietrzem przez maskę filtracyjną i spojrzał na ruiny starego kompleksu fabrycznego.
Pod jego powierzchnią leżała kiedyś stacja rozładunkowa. Teraz znajdował się tam klub nocny, kilkanaście mieszkań i centrum łączności Robotników, którzy również patrolują okoliczne tereny.
Stalker przeskoczył przez zrujnowane ogrodzenie poznaczone licznym śladami kłów, pazurów i ognia. Machnął na pożegnanie wartownikowi, który czujnie obserwując go z wieżyczki wartowniczej, zlustrował jego postać od stóp do głów za pomocą granatnika 6G30.
Ten odmachał w odpowiedzi.
Z zakładów prowadzi jedna jedyna szosa, "uralska dwójka" - tak pieszczotliwie stalkerzy nazywają kilkukilometrowy odcinek wąskiej szosy, łączącej byłą fabrykę przetwórstwa miedzi z niewielką wsią.
Można iść pieszo, ale mutanty i grupy bandyckie niezbyt lubią, gdy ktoś panoszy się po ich terenach. Dlatego najlepszym wyborem będzie... autobus.
Stoyan przeszedł przez jezdnię na drugą stronę, gdzie pod zaimprowizowanym przystankiem autobusowym, a raczej pod stertą blachy giętej, siedziała już grupka samotników. Usiadł na ławce, wziął do ręki gazetę leżącą w pojemniku z napisem "Prasa" i założywszy nogę na nogę, rozpoczął lekturę. Oczywiście od rubryki "kupię, sprzedam, zabiję".
Kilka lat temu paru facetów wpadło na pomysł, aby odtworzyć ducha podróży autobusem. Dorwali na jednej z dróg zepsuty wehikuł, wyremontowali go, wstawili nowy silnik, wyrwali niektóre siedzenia i powstawiali karabiny maszynowe, wstawili szyby pancerne, wzmocnili osie i opony. Koszt inwestycji oscylował w granicach dwóch trupów i kilkuset godzin pracy. Chodzą nawet słuchy, że wlekli arkusz blachy przeciwpancernej bandyckimi terenami przez pięć kilometrów.
Aby w jakimś stopniu zrekompensować trudy przywracania do życia pojazdu, postanowili otworzyć firmę transportową na odcinku Baza wojskowa - Instytut Badawczy i przewozić ludzi oraz ładunki. Ceny był dość wygórowane i niewielu mogło sobie pozwolić na bilet, ale wraz z wprowadzeniem ulg dla byłych wojskowych, emerytów, rencistów, dzieci, wdów, sierot liczba chętnych na przejażdżkę się zwiększyła. Podróżowali wszyscy: samotni stalkerzy, którzy cenili sobie bezpieczną przeprawę przez niegościnne tereny, samotne matki, które nie stać było na zakup karabinu, dzieci, które nigdy nie jechały autobusem czy w końcu wycieczki, organizowane przez szkoły w celu zwiedzania "nadziemnych zabytków oraz ciekawych okazów fauny i flory".

Zza zakrętu na pełnym gazie wyjechał nagle autobus. Złożył gazetę.
"Aż dziw bierze, że tego jeszcze nie rozkradli" - pomyślał stalker, patrząc na plik gazet leżących na ławce.
Drukowaniem oraz kolportowaniem ich zajmowała się mała wioska na zachodzie, która postanowiła nie tylko informować okolicznych mieszkańców o tym, co się dzieje, ale także przekazywać wiedzę na temat "nowego świata". Dużą popularnością cieszyła się rubryka "W świecie roślin i zwierząt", gdzie co tydzień umieszczano nowo nazwane gatunki fauny i flory, ze szczegółowymi opisami.
Tym razem jednak żadne ogłoszenie nie przypadło stalkerowi do gustu.
Pasażerowie załadowali się w milczeniu "na pakę" pojazdu.
Stoyan podszedł do kierowcy, barczystego osiłka w okularach rodem z Top Guna, który na przekór wszystkim nie założył kamizelki kuloodpornej ani żadnego ubrania ochronnego.
-Jeden do Instytutu, ulga wojskowa.
Kierowca z chytrym uśmieszkiem wydał bilet.
-Dziesięć nabojów się należy!
Zapłaciwszy, stalker rozejrzał się po autobusie i wybrał wolne miejsce. Oprócz jego i samotników z przystanka, na którym wsiadał, była tam jeszcze matka karmiąca małe dziecko z butelki, siwobrody staruszek z laską i trzech milczących typów w żołnierskich skafandrach bojowych. Resztę stanowiła obsługa karabinów maszynowych i snajper na stanowisku z tyłu autobusu.
-Wszyscy zajęli miejsca? - i nim ktokolwiek odpowiedział kierowcy, ten ruszył z piskiem opon, zostawiając za sobą chmurę spalin i wesoły krzyk staruszka z laską.


Część II

Autobus nieoczekiwanie zatrzymał się w szczerym polu.
Wśród pasażerów dało się wyczuć napięcie, nerwowo zerkali w stronę okien, a niektórzy przesuwali się bliżej tylnych drzwi.
Automatyczne drzwi do autobusu otworzyły się z sykiem i na schodki wdrapał się olbrzym w czarnej zbroi żywcem wyjęty z opowieści o pięknych księżniczka, złych smokach i odważnych rycerzach. Jego hełm zdobiła biała, trupia czaszka, która zerkała teraz na pasażerów.
-Bileciki do kontroli ! - huknął olbrzym spod hełmu.
W autobusie pękł niewidzialny balon napięcia.
Trzech facetów z tyłu rzuciło się do ucieczki w stronę drzwi, ale kiedy zauważyli, że są zablokowane, natarli na szyberdach. Obsługa karabinów wraz ze snajperem nie reagowała, ale ich miny wskazywały na to, że bawią się świetnie.
Czarny kolos wykazał się nieoczekiwaną po jego rozmiarach zwinnością i wypadł za uciekinierami na zewnątrz. Przyklęknął obok autobusu i oddał kilka strzałów za gapowiczami, którym udało się uciec w przydrożne krzaki. Jednego z nich sięgnęła seria. Gdyby hełm czarnego miał wizjer, zapewne wypełniłby się paskudnym uśmiechem.
Kontroler wstał i ponownie wszedł do autobusu bez słowa.
Dalsza kontrola odbyła się bez niespodzianek. Jedynie staruszek sprzeczał się z kanarem o ważność jego legitymacji robotniczej, ale w końcu złowieszczy "kanar" machnął na niego ręką i pozwolił mu jechać. Dziadek w nagrodę wesoło zaskrzeczał.
Autobus po raz kolejny stanął w szczerym polu, a posępny kanar wysiadł. Wychodząc zamienił kilka słów z kierowcą, który odznaczył coś sobie w zeszyciku.
Stalker odprowadził kontrolera wzrokiem przez szybę. Ten również na niego spojrzał i niezauważalnie skinął głową.

Dalsza część drogi minęła bez większych przygód. Parę razy w polu widzenia karabinów pojawili się bandyci, na co strzelcy zareagowali wspólną kanonadą. Później snajper pochwalił się, że ustrzelił jakiegoś bandytę z RPG na skraju lasu. Można powiedzieć, że pasażerowie mieli szczęście.
Do ostatniego przystanka nikt już nie wytrwał. Stalker samotnie wysiadł na przystanku niedaleko Instytutu. Nawet wesoły staruszek gdzieś zniknął, Stoyan jednak nie przypominał sobie, aby wysiadał na którymś przystanku.
Drzwi zamknęły się za stalkerem z sykiem i autobus ruszył na pełnym gazie zawracając.
Stoyan stał jeszcze chwilę pośrodku pustej drogi i patrzył na oddalający się autobus, po czym ruszył w stronę majaczących w oddali kopuł. Należały one do kilku placówek badawczych, w których kilkunastu naukowców dzień i noc pracowało nad czymkolwiek, co mogłoby "umilić" życie garstki ocalałych. Podobno wynaleźli działko Gaussa, ale stalker nie wierzył w te brednie. Dużo bardziej interesowały go badania z zakresu wykorzystania mutantów i ich narządów.
Szczególnie często zaglądał do profesora Chodka, który od kilku miesięcy próbuje zsyntetyzować wydzielinę gruczołów jadowych jakiegoś brzydkiego mutanta. Wydzielina ta ma to do siebie, że świetnie konserwuje zamki karabinowe, z dodatkiem niektórych substancji jest luminescencyjna, a na dodatek w niewielkich ilościach może służyć za całkiem niezły rozgrzewacz ciała. Takie małe paskudztwo, a cieszy.
Ośrodek otoczony był zwartym, stalowym murem, który został wykonany na zlecenie naukowców po to, aby "dzika zwierzyna nie pałętała się, kiedy uczeni pracują". Ile to razy Stoyan zastanawiał się, jakim kosztem wzniesiono to cholerstwo.
Za murem znajdowało się kilka placówek, potulnie nazywanych "wydziałami", które miały swoje siedziby w olbrzymich schronach zwieńczonymi kopułami. Przed "zmianą klimatu", odbywały się tu jakieś badania z zakresu wykorzystania broni niekonwencjonalnej na krótkich dystansach, ale nikt do końca nie wie, a raczej nie chce powiedzieć, dlaczego było aż tyle placówek i co chroniły olbrzymie schrony.
Nie miało to dla stalkera najmniejszego znaczenia. Nie lubił mieszać się w politykę, sprawy naukowe i w ogóle jakiekolwiek teorie spiskowe. Lubił Chodka, bo potrafił go rozśmieszyć i parę razy uratował mu życie, za co w zamian mógł testować nowe "wynalazki" i miał nielimitowany przydział tygodniowych sucharów. Resztę naukowców traktował z umiarkowanym chłodem.
Wejścia na placówkę chroniła mała wartownia, w której służbę na zmiany prowadziło kilku wojskowych. Znał kilku jeszcze z jednostki, twarde bydlaki. Nosili wielkie, wojskowe kombinezony przeciwradiacyjne, używali najnowocześniejszego sprzętu wojskowego, a niektórzy nawet, sprzętu opracowanego przez naukowców. Dużym szacunkiem cieszyła się samopowtarzalna strzelba, do której używano amunicji typu breneka, wzmocnionej jakimś stopem metalu o nieznanym pochodzeniu. Chodzą słuchy, że przebija nawet 10 centymetrową warstwę betonu z kilku metrów, ale nikt nigdy tego nie potwierdził. Stoyan pytał o to kilka razy Chodka, ten jednak uparcie milczał lub zmieniał temat.
Tym razem wszyscy żołnierze zajęci byli nabijaniem głów mutantów na wielkie pale.
-Proszę, proszę, kto nas odwiedził. Na dodatek w nowym wdzianku! - w powietrzu zagrzmiał bas jednego z żołnierzy.
-Dostałem od Dziadka Mroza. Jak w tym roku nie będziesz świntuszył z mutantami, też takie dostaniesz! - odpowiedział stalker śmiejąc się.
-Jeśli idziesz po robotę nie licz na wiele. Najwyżej będziesz mógł nam pomóc w robieniu szaszłyków - żołnierz podszedł i wyciągnął rękę.
-Dla mnie zawsze znajdzie się robota. – Stoyan odwzajemnił uścisk.
-Ten sam lizus co 10 lat temu, ten sam.
Stalker nie słyszał już, co ma do powiedzenia Victor, po prostu pokazał przez ramię środkowy palec i zachichotał.
"Aż żal, że nie wziąłem tej roboty u naukowców na stałe. Z taką ekipą to nawet do piekła" pomyślał i przekroczył bramę.
Za ogrodzeniem znajdowało się kilka budynków, głównie opuszczone magazyny i blaszane kontenery pełne złomu i gratów.
Na zewnątrz nie było jednak nikogo.
Kompleks ciągnął się całymi kilometrami w podziemiach i łączył poszczególne placówki w jeden, wielki instytut badawczy. Widocznie stwierdzono, że na zewnątrz jest zbyt niebezpiecznie i wszelkie prace, mogą być wykonywane z takim samym efektem pod ziemią.
Stoyan przeszedł pomiędzy porozrzucanymi skrzyniami z zaopatrzeniem, a olbrzymią cysterną, kierując się w stronę wejścia do najmniejszego schronu.
Zapukał trzy razy, tak jak puka listonosz.
Z interkomu przy żelaznych drzwiach dało się słychać trzaski, dźwięki tłuczonego szkła i głośne przekleństwo.
-Czego kuźwa?! - wydarł się Chodek.
-To ja profesorze, ale chyba nie w porę.
-Stoyan? Właśnie ciebie tutaj potrzebowałem.
Nim skończył mówić, drzwi stały już otworem. Stalker ze zdziwieniem spojrzał w ciemność przed nim.
"Niedobrze, gdy robota sama się w ręce pcha" pomyślał i wszedł do śluzy kontrolnej, którą rozbłysła na czerwono. Moment później spadł na niego deszcz zmywający promieniotwórczy pył i drogowy kurz.

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 433
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: Metro 2033 - zajawka

Post autor: R. Bates » 03 stycznia 2016, 18:04

Napisane całkiem nieźle. Klimat pasuje do uniwersum, choć ja nie jestem jakimś wielkim fanem Metro, przeczytałem tylko 2033 i nic więcej. Ale ogólnie lubię postapo we wszelkich odmianach i wizjach. Może więcej napiszę jak wstawisz całość, bo póki co bardzo mało tekstu, więc co tu więcej pisać?
Pozdrawiam.
Veni, Vidi, Komci

Awatar użytkownika
katedra
Posty: 18
Rejestracja: 03 stycznia 2016, 12:29
Kontaktowanie:

Re: Metro 2033 - zajawka

Post autor: katedra » 03 stycznia 2016, 19:20

Część III

-Przestań na litość boską!
Stalker przestał stukać w ogromną kapsułę, w której w nieznanej substancji unosił się humanoidalny stwór z mackami i za każdym razem, gdy stukał w szybę, ten odpowiadał tym samym.
-Czyli podsumujmy: mam iść z nieznaną mi grupą żołnierzy do kompleksu laboratoryjnego, aby zrobić rekonesans i sprawdzić, czy wszystko gra? Dlaczego po prostu nie zajmiecie tego obszaru? Wiesz ile miałbyś tam miejsca do pakowania mutantów w formalinę? – Stoyan rozwalił się na krześle naprzeciwko profesora.
-Myślisz, że nie próbowaliśmy? Tam jest coś nie tak, dlatego wysyłamy tam zwiad co kilka tygodni. Kierownictwo chce mieć pewność, że żadni bandyci czy wywrotowcy nie przejmą kompleksu i nie znajdą rozwiązania, jak dostać się do środka. Moim przełożonym marzy się mieć laboratorium na własność. Chcą wgryźć się w temat, ale za bardzo nie wiedzą jak. Zwiadowcy zawsze wracają z niczym. Pusto. Wszystko zamknięte na głucho. Tylko kilka głównych korytarzy i pomieszczeń jest dostępnych, wszystkie zagracone po sufit. Jedyne interesujące miejsce z naukowego punktu widzenia to reaktor fuzyjny, jednak uległ on awarii. Naprawimy go, gdy uda nam się dostać do pokoi kontrolnych. Na razie nasi wchodzą i wychodzą. Czasem odstrzelą parę mutantów przed wejściem i to wszystko
-Więc w czym problem?
-Tak dzieje się wtedy, gdy jakaś większa grupa pojawi się w laboratorium. Samotni stalkerzy, którzy udają się tam na łowy, nie wracają albo wracają...inni.
-Sprecyzuj "inni".
-Wracają bez broni i wyposażenia, bełkoczą i w ciągu następnych kilku dni, umierają.
-Pole psioniczne?
-Być może, albo rodzaj jakiegoś grzyba. Tylko dlaczego nie działa on na zwiad, który wysyłamy?
-Może to jakiś sprytny mutant, który woli nie atakować większych grup ludzi, tylko woli zaczaić się po cichu na pojedynczych "podróżnych"?
-I wypuszcza ich? To nie trzyma się kupy… - profesor nalał sobie kawy do kubka i usiadł naprzeciwko stalkera.
-A próbowaliście wysłać tam ludzi, aby przenocowali kilka dni, zrobili jakieś pomiary, spróbowali dostać się gdzieś w głąb kompleksu?
-A jak myślisz? Dwudziestu ludzi siedziało tam przez tydzień, mieli ze sobą precyzyjną aparaturę do pomiaru. I wiesz co? Wielkie gówno. Nic. Zero radiacji. Zero pól psionicznych. Zero mutantów. Jak w pieprzonej kostnicy. Cicho i pusto.
-To może jakiś mały garnizon niedaleko kompleksu, żeby ludzie nie musieli tyle łazić.
-Odpada. Dostarczenie zapasów, ogrzewania, prądu i wszelkich potrzebnych rzeczy nie kalkuluje się w dłuższym okresie czasu. Wszelkie drogi odcięte z powodu poziomu radiacji, której w samym laboratorium nie ma. Przejdą tylko nieliczne, niewielkie grupy zwiadowcze, ciężki sprzęt tam nie wjedzie, nie wwieziemy tam zapasów ani nie wylądujemy śmigłowcami.
-A drzwi, o których mówiłeś? Próbował je ktoś otworzyć, dostać się dalej? Przecież to ledwie kilka kilometrów od Instytutu. Ktoś z was jajogłowych powinien znać kody do zamków albo przynajmniej znać budynki.
-Zamknięte na głucho. Żaden Wydział o laboratorium nic nie wiedział, było tajne. Dopiero kilka miesięcy temu je odkryto, mimo iż znajdowało się pod naszym nosem. Przykrywką były magazyny na powierzchni. W Instytucie nie ma żadnego pracownika stamtąd, wszyscy jakby zapadli się pod ziemię. Nawet kierownictwo nie wie, czym się tam zajmowano. Nasi próbowali łamać szyfry zamków w drzwiach i nic, nie da się otworzyć. Szukali szybów wentylacyjnych, wind, schodów, czegokolwiek. Nic.
-Więc, co my mamy tam do roboty?
-Potrzebuję tam ciebie, bo jedynie tobie ufam… - profesor zrobił dramatyczną pauzę.
-No, wykrztuś do z siebie.
Profesor westchnął, odłożył kubek na blat biurka i podszedł do rzędu szafek. Otworzył największą z nich i wytaszczył z niej olbrzymią skrzynię.
-Otwórz
Stoyan otworzył wielką skrzynię. Na jej dnie leżało futurystyczne działko, które przypominało mu broń z gry Unreal Tournament. Podniósł je. Okazało się zadziwiająco lekkie. Wycelował w kubek profesora.
-Ostrożnie z tym!
-Co to jest?
-Railgun. Broń kinetyczna nowego typu. Stworzono ją z myślą o przedzieraniu się przez hordy mutantów. Jej działanie polega na... a zresztą, nie musisz tego wiedzieć. Powierzam ją tobie i tylko tobie, mimo iż ludzie pracujący dla nas są lojalni to jednak nie ufam im zbytnio. Jeśli wiesz, o co mi chodzi.
Profesor wyciągnął ze skrzyni kwadratową baterię.
-Tak wyglądają magazynki. Wkładasz je tutaj. Te dwa pręty muszą się nagrzać, aby wysłać wiązkę kinetyczną, a te baterie dostarczają tę właśnie moc. Masz ograniczony zapas, bo karabin jest w fazie beta testów, dlatego oszczędzaj amunicję i staraj się go używać tylko w ostateczności. Z ludzi i mutantów robi mokrą plamę, a z drzwi i ścian - gruz.
-Wiedziałem profesorku, że trzymacie tu jakieś cholerstwo, po prostu wiedziałem!
-Poćwicz na strzelnicy, za kilka godzin odprawa, wtedy dowiesz się więcej szczegółów. A tak swoją drogą, ładny egzoszkielet.


Sześć klonów stało w równym szeregu.
Stalker czuł się niepewnie, wszystko przez przyciemniane wizjery w kombinezonach żołnierzy, które przyprawiały go o ciarki, ale również wkurzały. Ale wiedział, że go słuchają.
"Siedmiu wspaniałych, cholera" - pomyślał.
-Cel misji znacie, wielu z was już tam było. Rutynowa akcja, wchodzimy, jebudu i sru, wychodzimy. Przedstawiono mi mapę obszaru, na którym będziemy prowadzić działanie. Czy poza rurą odpływową można tam jakość dojść?
-Jest jeszcze przejście przez starą stacje kolejowo-rozładunkową, ale to odkryty teren, za dużo latającego ścierwa - odpowiedział głuchym głosem jeden z klonów.
-OK. Czyli zostaje nam jedna droga. Kolejno odlicz. Do każdego z was będę się zwracał po numerze, bez zbędnego spoufalania się i problemów natury personalnej. Sprawdźcie broń!
Klony zaczęły przeglądać swoje nowiuteńkie AKSU z celownikami optycznymi. Kilku z nich miało także specjalne wyposażenie, w jego skład wchodziła broń taka jak: miotacz ognia o zwiększonym zasięgu, ulepszony karabin snajperski SWD na amunicję przeciwpancerną, lekki jak piórko, granatnik RPG oraz prototyp TASERa, który miotał nie elektrodami, a ładunkami obezwładniającymi w postaci pocisków na dystansie do 100 metrów.
Podczas gdy klony sprawdzały wyposażenie, stalker obejrzał raz jeszcze swoją nową broń.
"Sam Q nas uzbroił"
Uśmiechnął się i kontynuował odprawę.
-Do kanału będziemy poruszać się tyralierą. Odstępy co 15 metrów. Meldować o wszystkim przez radio. Ruszamy.

Laboratorium X-21 (bo taką oficjalną nazwę otrzymało), znajdowało się kilka kilometrów na północ od Instytutu. Droga do niego prowadziła przez stary kanał odpływowy, który ciągnął się na długości kilometra, potem przez lasy, jary i parowy.
Laboratorium było tajne, dlatego leżało na odludnym terenie, zapewne dlatego nie uległo zniszczeniu podczas Dnia Sądu. Jednak jakieś 10 kilometrów od laboratorium, zabłąkana głowica spadła w sam środek lasu. Napromieniowane zostały tereny wokół laboratorium, przez co droga do niego była niesamowicie utrudniona. Sam kompleks laboratoryjny ostał się przed falą uderzeniową, która jedynie zniszczyła niektóre mury zewnętrzne i wywołała awarię reaktora fuzyjnego, który zasilał całe laboratorium. Aby móc spowodować jego rozruch potrzeba by było konwojować dużą część personelu Instytutu do Laboratorium, jednak to nie należało do misji grupy.
-Jakieś paskudztwo na drzewach na godzinie 3.
Stalker spojrzał w tamtą stronę. Z powykrzywianego drzewa zwisały długie pasma białych nici, które poruszały się z powiewami wiatru.
-Nie dotykać, wygląda podejrzanie.
Po chwili jednak, znaleźli się w labiryncie białego paskudztwa, które oblepiało dosłownie każde drzewo jakie napotkali.
-Obejdziemy to gówno z lewej, za mną.
Wybrał drogę biegnącą strumieniem, który wyschnął wiele lat temu. Teraz jego dno było kamieniste i pozbawione roślinności.
Po kilkuset metrach doszli do betonowej rury o średnicy 3 metrów, wkopanej w nasyp.
-Dobra. Włączamy latarki i gęsiego za mną, odstępy 5 metrów.
W milczeniu klony skinęły głowami i włączyły latarki czołowe. Stoyan przytulił mocniej railguna i ruszył pierwszy.

Droga mijała powoli. Dno rury było gdzieniegdzie usłane kępami suchej trawy, która znalazła miejsce do przedarcia się przez beton. Głuchy dźwięk podkutych butów unosił się w eterycznej ciszy.
Stalker w końcu zobaczył światełko w tunelu.
"Wreszcie"
Gdy wyszli z tunelu zaczęło padać.
-Po cholerę kanał odpływowy na takim zadupiu - zapytała dwójka przez radio.
-Przed Katastrofą nad kanałem znajdowała się droga do laboratorium. Woda zbierała się w tej dolinie i podmywała drogę. Dlatego wybudowali ten kanał- odpowiedziała trójka.
-Więc dlaczego nie pójdziemy drogą?
-Promieniowanie.
Po tej krótkiej wymianie zdań, atmosfera jakby się rozluźniła. Klony okazały się bardzo rozmowne. Stoyan im nie przeszkadzał, drogę jakoś trzeba umilić i może dowie się jakichś szczegółów od "klonów", które już tutaj były w formie zwiadu.
-W sumie określenie "droga" to za mocne słowo. To po prostu teren pozbawiony przeszkód topograficznych. Oczywiście uzyskano go sztucznie, wycinając i rozwalając co popadnie. Nadal da się tamtędy przejść, ale promieniowanie jest wysokie - odezwała się szóstka.
-Swoją drogą to dziwne, że radiacja rozłożyła się tu pasami. Raz dozymetr terkocze jak szalony, a raz całkowicie milczy.
-Dowódco, mam pytanie.
-Słucham was...
-Piątka.
-Dawajcie.
-Czy ten cudaczny karabin przerwie ten impas w Laboratorium?
-To railgun, broń kinetyczna. Nie pytajcie mnie o jej działanie. Po prostu, za jej pomocą mamy dostać się w głąb laboratorium.
-W jaki sposób?
-Mam tym rozwalić drzwi, a jeśli się nie powiedzie, ścianę. Profesor wspominał, że wcześniej był plany wysadzania, ale groziło to zawaleniem kompleksu. To działko zostało ulepszone w taki sposób, że strumień kinetyczny działa na określonym obszarze. Innymi słowy mówiąc: nie naruszy struktury całego budynku, tylko zniszczy to, o co nam chodzi. W tym wypadku drzwi. W jakim stanie w ogóle jest laboratorium?
-Do dupy, ale stabilnie. Dostęp jest do kilku pomieszczeń: głównego korytarza, kilku pomieszczeń sanitarnych, kibli, pomieszczenia obsługi. Wszystko zagracone sprzętem i ludzkimi szczątkami. Na powierzchni także skromnie. Dwa zepsute wozy pancerne, kilka spalonych ciężarówek, puste magazyny i mała spalarnia.
-Mutant na 9! - nagły krzyk przerwał rozmowę.
Między drzewami przemknął cień, który głośno parskał i prychał.
Huknął jeden z AKSU.
Cisza.
W powietrzu dało się słyszeć jedynie odgłos kropel bębniących o karłowate i pozbawione liści drzewa.
-Idziemy, zanim pojawi się ich więcej.
Oddział zwiadowczy przyspieszył.
Po godzinie kluczenia w napięciu po upiornym lesie w końcu wyszli na drogę, która miała znośny poziom radiacji. Jakieś pół kilometra dalej majaczyły kontury ogrodzenia magazynów.
W miarę jak się zbliżali, stalker dostrzegał coraz więcej szczegółów. Dachy magazynów, zniszczone betonowe ogrodzenie, wyłamaną bramę oraz kilka mutantów, błąkających się bez celu przed bramą.
Z wyglądu przypominały ludzi, z nienaturalnie rozrośniętymi kończynami górnymi, które były tak ciężkie i wielkie, że ciągnęły je za sobą po ziemi. Mutanty plątały się niczym lunatycy, co jakiś czas wydając głośne wołania, które przypominały Chewi'ego z sagi Gwiezdnych Wojen.
-Nie strzelać bez rozkazu!
Wysunął się na czoło oddziału i pierwszy nawiązał kontakt z mutantami. Te jakby go nie widziały, chodziły bez celu, szurając olbrzymimi kończynami.
-Są raczej niegroźne, jakby były w jakimś letargu albo śnie. O ile dobrze pamiętam, zejście do laboratorium jest w jednym z magazynów. Trójka zna lepiej teren, niech prowadzi.
Wywołany żołnierz czujnie przeszedł obok stworów, mierząc do każdego z karabinku. Następnie skierował się w stronę olbrzymiego hangaru, który służył niegdyś za magazyn żywnościowo-sanitarny.
Deszcz przybierał na sile. Gdzieś daleko na horyzoncie pojawiły się pierwsze błyski.
Zwiadowcy kluczyli po placu przed magazynem wokół porozrzucanego sprzętu.
Dwa wielkie transportery leżały przewrócone na bok, jakby jakiś dzieciak bawił się nimi uderzając o siebie. Tylne drzwi jednego z nich były wyrwane, a na pancerzu widać były ślady olbrzymich pazurów.
Nagle Stoyan dostrzegł światło. Ciepłe, wręcz melancholijne rozlewało się złotą łuną przed wrotami hangaru. Pochodziło ono z koksownika, w którym wesoło płonęła jakaś substancja.
-Po każdym zwiadzie zostawiamy zapalone koksowniki, przede wszystkim żeby odstraszały potwory i stwarzały pozory, że baza nie jest wyludniona. Naukowcy dali nam jakąś substancję, która ma długi okres spalania, a przy tym, daje cały czas tyle samo ciepła i światła - wyjaśnił jeden ze zwiadowców.
"Odrobina przytulności jeszcze nikomu nie zaszkodziła" - pomyślał stalker i wystawiając ręce w stronę koksownika.
Grupa weszła do hangaru.
W tym momencie rozległ się złowieszczy huk gromu.
Oddział przyspieszył odruchowo kroku.
Wewnątrz panował półmrok, jedynie nikłe światło dzienne wpadało przez dziury w dachu i otwarte wrota. W głębi hangaru znajdowały się pomieszczeni dla obsługi pojazdów i kanały samochodowe.
Klon numer 3 zszedł do jednego z kanałów. Jego towarzysze jeden po drugim zaczęli zapalać czołowe latarki.
-To jedyne ocalałe wejście do laboratorium, można powiedzieć, awaryjne. Główne znajdowało się kiedyś za hangarem, ale zaspawano je na amen chyba wieki temu - wyjaśnił przewodnik
-A co ze stworami za nami, powinniśmy się ich obawiać? Długo trwa ten ich sen? - zapytał stalker
-Przychodzą tu za każdym razem, gdy wykonujemy zwiad. Na początku strzelaliśmy do nich, ale one nawet nie próbowały uciekać. W końcu daliśmy sobie spokój. Coś je tu przyciąga, może jakieś pole psioniczne.
"Nawet nieźle poszło, jak na tak ekstremalny rekonesans" - stalker przypomniał sobie ostrzeżenia profesora.
Kanał stawał się coraz bardziej stromy i z każdym krokiem, jakby cudownie się wydłużał.
Klon przewodnik zatrzymał się. Stoyan popatrzył mu przez ramię. Przed nimi znajdowały się metalowe drzwi, obok nich nerwowo migało żółte światło ostrzegawcze.
-No i jesteśmy – wyszeptał.
Głos żołnierza odbił się echem od ścian i został prędko zagłuszony przez ulewę panującą na zewnątrz oraz wzmagające się kapanie wody z dziur sufitowych.
Stoyan obejrzał się na resztę oddziału. W odpowiedzi zobaczył pięć latarek czołowych, które rzucały światło na wypełnione ciemnością wizjery klonów. Dopiero teraz uświadomił sobie, że nie widział żadnego z żołnierzy bez kombinezonu. Przełknął ślinę.
-Wchodzimy.

Awatar użytkownika
katedra
Posty: 18
Rejestracja: 03 stycznia 2016, 12:29
Kontaktowanie:

Re: Metro 2033 - zajawka

Post autor: katedra » 03 stycznia 2016, 19:21

Część IV

Znaleźli się w kwadratowym pomieszczeniu przypominającym śluzę.
Ze ścian farba odchodziła płatami, z sufitu wesoło zerkały plamy szarej pleśni.
-Tamtędy, sir! - jeden z klonów wskazał karabinem wyjście.
Wyszli gęsiego i stanęli w szerokim na kilka metrów korytarzu. Wyłożony był zielono-szarymi płytkami. Skojarzyło się to Stoyanowi z psychiatrykiem.
Korytarz prowadził prosto jak w mordę strzelił przez około 100 metrów. Co kilkanaście metrów oświetlany był żółtymi światłami alarmowymi, które bezszelestnie kręciły się w plastikowych obudowach.
-Co my tu mamy? - zapytał stalker i zaczął rozglądać się po korytarzu.
Wszędzie walały się resztki nieznanego szmelcu, szmat i kabli.
- Pierwsze dwa pomieszczenia po prawej to toalety dla pracowników. Trzy następne są nieznanego przeznaczenia, pełno w nich pustych probówek, przegniłych dokumentów, rozwalonych szafek. Cztery po prawej - tak samo. Przed nami przejście w głąb kompleksu, za nami - nieznane drzwi, prawdopodobnie prowadzące do wyjścia z kompleksu - zameldował jeden z klonów
- OK. Pro forma sprawdzimy wszystko jeszcze raz. Jedynka i dwója - kibel, trójka, czwórka i piątka - prawa strona, szóstka i ja idziemy na lewo. Meldować o wszystkim co zobaczycie usłyszycie albo wyczujecie.
- Tak jest! - oddział krzyknął chórem i rozbiegł się.
Stalker cały czas miał dziwne wrażenie, że wizyta w laboratorium nie będzie jedną z najprzyjemniejszych. Niejasne poczucie bycia obserwowanym. Przeczucie. Jak odłamek szkła, który wbił się pod czaszkę i za cholerę nie chce wyjść. Wewnętrzny głosik podpowiadał mu, że coś jest nie tak w tym laboratorium. Może to przez te wszystkie horrory, których się kiedyś naoglądał. Grave Encounters, Frankenstein's Army, 8 pasażer “Nostromo”, Coś i wiele innych. Oczami wyobraźni widział stwory wychodzące z brzuchów swoich towarzyszy, małe dziewczynki w szpitalnych koszulach biegające korytarzami laboratorium czy w końcu żywe trupy z przyczepionymi do kończyn piłami łańcuchowymi, które jako spuścizna nazistów kontynuują dzieło swoich stwórców.
Stoyan pokręcił przecząco głową.
"Jezu, cóż za bzdury człowiekowi kotłują się w głowie jak szlaja się po takich kazamatach".
Wszedł z klonem numer 6 do pierwszego pomieszczenia. Brud, smród i zgnilizna. Innymi słowy mówiąc - pusto.
„Idziemy dalej”.
Kolejne to dokładna replika poprzedniego: kilka wywróconych szafek, stos szkła, przegniłych papierów, które po dotknięciu rozpadają się w drobny mak i ogólne poczucie pustki, beznadziei i bezsensowności misji.
Ostatnie pomieszczenie.
„Może tym razem. Chociaż jakiś mutant do wypróbowania nowej broni. Albo nie! Nie ma co kusić losu. Ustrojstwo wychowane w warunkach laboratoryjnych i to po tylu latach od Armageddonu może być cholernie niebezpieczne”.
Przełknął nerwowo ślinę i nieco zbyt brawurowo, wparował do pokoju.
Pusto.
Szmelc, brud, pleśń i niezdrowe poczucie, że ktoś tu sobie robi jaja z ich misji.
Reszta wojaków również zameldowała brak jakiejkolwiek aktywności. Co prawda jeden z nich zauważył, że kibel w toalecie damskiej ewidentnie jest zapchany, na co inni zareagowali dyskretnym śmiechem. Obyło się jednak bez większych fajerwerków.
- No dobra, panowie. Tak jak myślałem, nic tu po nas. Czas zrobić mały remont – dowódca grupy wskazał głową masywne drzwi na końcu korytarza.
Cały oddział podszedł do nich powoli.
Ostatnie ze świateł alarmowych dramatycznie skrzypiało w swojej plastikowej obudowie obok wrót. Wielkich, grubych na co najmniej metr, z elektronicznym zamkiem kodowym.
- Rozumiem, że otwieramy?
Klony zgodnie pokiwały głowami.
- Tylko was sprawdzałem. Dobra. Odsunąć się!
Stoyan wymierzył w zamek ze swojej broni. Nacisnął przycisk ładujący broń i czekał aż elektrody nagrzeją się.
Gotowość do użycia broń oznajmiła delikatnym drżeniem i buczeniem.
Strzał.
Wiązka energii uderzyła z impetem w zamek.
Nic.
Drugi raz.
Wgniecenie.
Trzeci.
Zamek pękł, a w drzwiach ział otwór wielkości głowy dorosłego mężczyzny.
Drzwi zaskrzypiały i delikatnie się uchyliły.
"A gdzie te błękitne rozbłyski, eksplozje i wielkie płomienie?" stalker zerknął na broń, wzruszył ramionami i zawiesił ją na plecach.
- Sezamie, otwórz się ! - zażartował i pchnął olbrzymie drzwi, które z cichutkim szmerem otworzyły się na oścież.

Za drzwiami były schody. I to nie wielkie betonowe czy metalowe kolosy wyczyszczone do hermetycznego połysku, po prostu zwyczajne schody zrobione z betonowej wylewki. Nawet balustrada śmierdziała socjalizmem i była wykonana drzewa najgorszej klasy
- Nie tego się spodziewałem, no, ale podobno laboratorium jest stare! - zażartował po raz kolejny Stoyan, bo wyczuł niewielkie napięcie w grupie.
Nikt mu nie odpowiedział.
Zaczęli powoli schodzić.
Włączyli czołówki.
Schodzili coraz niżej i niżej, stopień po stopniu, cal po calu. Latarki czołowe co jakiś czas oświetlały porowate ściany i przegniłe barierki.
Minęli już chyba z cztery piętra.
Wewnętrzny głosik w głowie stalkera krzyczał żeby zawracali. Pokiwał ze zmęczeniem głową.
"Spokojnie, człowieku. Na dole pewnie jest dokładnie to samo, co na górze. Pięć minut i nas nie ma".
- Wszystko w porządku, dowódco? - maska jednego z klonów przygasiła czołówkę i odwróciła się w stronę dowódcy
Spojrzał w swoje odbicie w czarnym wizjerze klona.
- Tak. Przyśpieszmy panowie, nie mamy całego dnia na zwiedzanie tej ruiny
W końcu zeszli na sam dół. Siedem pięter. Nieźle.
Przed nimi takie same drzwi. Tak samo wielkie, zimne i nieprzyjazne. Jednak tym razem uchylone.
Oddział jak jeden mąż czujnie zajął pozycje przed drzwiami.
Dowódca oddziału zdjął z pleców railguna i wycelował w drzwi.
Delikatnie uchylił je. Te z okropnym skrzypnięciem rozchyliły się na niemal całą szerokość i z łoskotem wypadły z zawiasów. Huk był nie do opisania.
- To tyle jeśli chodzi o subtelność - rzucił stalker i wkroczył bezpardonowo do środka razem z drużyną klonów.
Ich oczom ukazał się dokładnie taki sam korytarz, a raczej tunel jak kilka pięter wyżej, z tym, że biegł w stronę przeciwną. Tym razem jednak tunel był niebagatelnie dłuższy, a po obu stronach było chyba ze sto pomieszczeń. Jedne były otwarte, inne pozamykane na głucho, jeszcze inne zamurowane lub zaspawane na amen. Wszystko oświetlone przyjemnym, jasnym światłem pochodzącym z lamp zabezpieczonych przez stalowe, kratowane obudowy.
Wszyscy popatrzyli po sobie.
- Jakieś szczegóły dotyczące zasilania? - zapytał stalker.
- W tej części jeszcze nie byliśmy. Prawdopodobnie zasilane są przez to samo źródło energii co światła alarmowe. Może jakiś generator w podziemiach napędzany wodą albo coś innego - odpowiedział jeden z klonów.
- No dobra, spróbujemy się tego dowiedzieć. Czeka nas trochę roboty. Robimy to samo, co na górze. Przeczesujemy po kolei każde z pomieszczeń. Jedynka, dwójka, trójka, czwórka - lewo. Piątka, szóstka i ja - na prawo. Bądźcie czujni!
Po tych słowach wszyscy zabrali się za rekonesans.
Pierwsze pomieszczenie.
Wielkie, dwuskrzydłowe drzwi leżące na podłodze ogromnego pomieszczenia. Garnki, stoły, wielka lada, jeszcze większy piec. Kuchnia i stołówka.
Trójka zwiadowców przeczesała mrok latarkami. Wszędzie połamane i poprzesuwane stoły. Automaty do coli i orzeszków wywrócone i rozszabrowane.
Stoyan machnął na dwójkę towarzyszy i wskazał im drzwi do kuchni.
Wszedł pierwszy. W środku brud, zaraza i mnóstwo pleśni. Wywrócone zamrażarki, lodówki i sprzęt kuchenny. Większość rzeczy „przystrojona” zielonym porostem.
Na jednym z palników wielkiej kuchenki dostrzegł garnek. Nie jakiś zardzewiały i zniszczony, ale nowiutki i wypucowany.
Zaglądnął do wnętrza.
W środku zobaczył parującą papkę, przypominająca gulasz. Na dodatek jeszcze bulgoczącą.
- Co do licha...
Krzyk!
Trójka zwiadowców odwraca się i biegnie z powrotem do głównego korytarza. Z drugiej strony wypada jeszcze dwóch zwiadowców.
- Tutaj, z tej strony! - usłyszeli krzyk z lewej.
Wbiegli natychmiast do wskazanego pokoju. Znajdowały się tam łaźnie.
Białe kafelki wypucowane na blask, niezwykła nowość wśród wszędobylskiego brudu i zgnilizny. Wzdłuż ścian rzędy pryszniców.
Dwójka klonów kucała obok dziury w ścianie między prysznicami.
- Dowódco ! Melduję, że w tej dziurze widziałem...coś! - zawołał jeden z klonów, prawdopodobnie jedynka.
- Co konkretniej, żołnierzu i na co ten cholerny harmider?
- To było dziwne. Ręce i twarz. Ktoś, coś, nie mam pojęcia. Mignęły mi, gdy spojrzałem w dziurę, tam, po drugiej stronie - jedynka wskazała na dziurę wielkości około metra.
Dowódca klonów schylił się i spojrzał. Latarka czołowa nie oświetliła niczego, jej promienie ginęły gdzieś w mroku.
- To mogłoby się zgadzać. Laboratorium może być zamieszkane. W kuchni znalazłem świeże jedzenie gotujące się na kuchence, a tutaj wygląda na to, że łaźnia jest używana. Na dodatek te światła w korytarzu…
- Ludzie? Przecież w promieniu dziesięciu kilometrów nie ma śladu żywej duszy, oprócz żołnierzy i naukowców - stwierdził jakiś żołnierz.
- Może to ktoś z rodzin naukowców. Przed Zagładą niedaleko stąd były bloki mieszkalne. Mogli się tu schronić naukowcy ze swoimi rodzinami. Tylko, że po prostu weszli z innej strony - odpowiedział mu inny.
Jeden z klonów odkręcił kran.
Coś głośno zabulgotało i zasyczało i po kilku sekundach zaczęła lecieć czysta woda. Wszyscy wymownie spojrzeli na siebie.
-W każdym razie musimy być nadal czujni. Nie wiemy jakie mają zamiary. Wszakże jesteśmy tu tylko gośćmi, jakkolwiek to brzmi. Przeczesujemy dalej! - zakomenderował Stoyan i wyszli wszyscy na korytarz.
Gdy znaleźli się z powrotem, jeden z żołnierzy coś pokazał.
Z końca korytarza, lekko, niczym strzępek papieru na wietrze, leciał jakiś owad. Ni to ćma, ni to motyl. Szaro-granatowe stworzonko przy każdym ruchu skrzydeł rozpylało za sobą chmurę niebieskiego proszku.
- Uwaga! Nie zbliżajcie się do tego ustrojstwa, to może być trucizna! - krzyknął dowódca i wszyscy schowali się z powrotem do łaźni.
Owad przeleciał spokojnie przez korytarz i zniknął za drzwiami, które prowadziły do wyjścia na klatkę schodową.
- Może ludzie hodują tutaj te owady albo po prostu znalazły tu odpowiednie miejsce do przetrwania - zastanawiał się jeden z klonów.
Wewnętrzny głosik ucichł. Urzeczony pięknym stworzeniem umilkł, zupełnie jak Stoyan.
-No dobra - powiedział stalker. - Na podziwianie motylków przyjdzie jeszcze czas. Ruszamy dalej!
Kontynuowali żmudne sprawdzanie kolejnych sal. Tym razem odbyło się bez większych incydentów.
Mijali kolejno składziki, magazyny, pokoje obsługi.
Dowódca klonów wyszedł na korytarz, miał zabrać się za przeszukanie następnego pomieszczenia, gdy nagle w jego uszach coś strzeliło. Potem nastąpiła kakofonia trzasków i szumów.
- Słyszycie to? - zapytał klony.
- Co konkretnie dowódco? O co chodzi?
- Cholera! Nie słyszycie tych trzasków? Coś jak radiostacja albo jakiś nadajnik!
Klony spojrzały po sobie bezradnie. Trzaski i szumy nie cichły, ale wzmagały się. Stalker aż chwycił się za głowę i upadł na kolana.
- Wszystko w porządku dowódco? - jeden z klonów przyklęknął obok niego i chwycił go za ramię.
Nagle dźwięki ucichły. Podniósł się z kolan i spojrzał po oddziale.
- Mam co do tego bardzo złe przeczucia...
Bum!
Jedno po drugim światła w korytarzu zaczęły gasnąć.
Bum, bum !
Ciemność pożerała korytarz i z szybkością biegnącego człowieka zbliżała się do grupy nieproszonych gości.
Cały korytarz pogrążył się po chwili w ciemności.
Oddział zwiadowców, który zawczasu włączył latarki czołowe, przyglądał się teraz dowódcy i lustrował koniec korytarza, tam, gdzie nie sięgało światło latarek.
- Spadamy stąd ! - huknął Stoyan.
Rzucili się wszyscy w stronę wyjścia.
Co jakiś czas jeden z klonów przyklękał i lustrował korytarz, osłaniając przy tym odwrót towarzyszy.
Wtem światło w korytarzu zmieniło kolor na zgniło zielony.
Oddział zamarł.
- Nie zatrzymywać się, do cholery ! –poganiał dowódca.
Głosik w jego głowie krzyczał ze zdwojoną siłą.
"Co się do cholery dzieje?" Co to za pieprzone przedstawienie?"
Korytarz z każdym krokiem cudownie się wydłużał, drogi przybywało, a w głowie kotłowało się miliard myśli.
„A co jeśli tym korytarzem potoczy się zaraz olbrzymi głaz? Albo jak pojawi się tu setka uzbrojonych i niebezpiecznych bandytów? Albo wredne mutanty? Trzeba to przeczekać, nie można walczyć w takich warunkach!”
- Tam, po prawej! - krzyknął dowódca.
Wbiegli wszyscy do pokoju, który kiedyś musiał służyć za jakąś pracowniczą kanciapę. W kącie stało kilka przegniłych wersalek, a miejsce na środku jasno dawało do zrozumienia, że to tam toczyła się walka na karty.
- Meldować się, wszyscy!
- Jedynka zgłasza się!
- Tu dwójka, wszystko w porządku.
- Czwórka, jestem cały...
- Stop! Gdzie jest trójka?!
Klony zaczęły rozglądać się niczym zagubione dzieci.
- Był tuż za nami, zamykał kolumnę.
- Psia mać! - stalker wypadł na korytarz - Trójka, co się stało...
Na środku korytarza stał wózek inwalidzki.
Stoyan, gdyby mógł, to przetarłby oczy ze zdumienia. Tuż za jego plecami pojawiły się inne klony.
- Dowódco? – pytanie zawisło złowieszczo w powietrzu
Wszyscy stali jak wryci i patrzyli na wózek, który tak po prostu stał na środku przeklętego korytarza.
Trzaska tłuczonego szkła.
Z jednego z pomieszczeń wypadła postać w białej koszuli szpitalnej i zniknęła w drzwiach naprzeciwko.
- Nie może być... - stalkerowi przed oczami stanęła scena z jednego z horrorów, które oglądał.
- Nie może być! - powtórzył i krok po kroku zaczął wycofywać się w stronę klatki schodowej.
Klony w popłochu zaczęły robić to samo.
Już nie posuwali się stopniowo, ale biegli. Szaleńczo. Na złamanie karku. Jeden obok drugiego. Potykali się. Grupa doświadczonych żołnierzy spieprzała, gdzie pieprz rośnie.
"Amatorzy. Jesteśmy pieprzonymi amatorami, co my kurwa robimy? Zostawiamy swoich?!" zbeształ się w myślach i zatrzymał się.
- Co my do cholery robimy?! Wracamy, trójka gdzieś tam jest. Jak te skurwysyny go dorwały, nogi z dupy powyrywamy! Zaraz dowiemy się, kto robi sobie z nas jajca!
Klony jak jeden mąż odwróciły się i natarły.
- Urrraaaaa ! - krzyknął Stoyan. Klony mu zawtórowały.
"Jak pod Stalingradem" aż zaśmiał się z tej komicznej sceny.
Wściekłe słowa i przekleństwa dodały im animuszu.
Wpadli do pomieszczenia, gdzie zniknęła kreatura w bieli.
- To na pewno tutaj? - zapytał jeden z klonów rozglądając się po pustym składziku rupieci.
- Szukamy dalej, tych sal jest od groma. Mogliśmy się pomylić. Dwójkami, dwójkami szukamy !
I po raz kolejny zaczęli przeczesywać pokoje.
Nim Stoyan wpadł do jednego z pomieszczeń, z głośnym przekleństwem na ustach, usłyszał krzyk. I jeszcze jeden!
Wypadł na korytarz i skierował się w stronę, z której dochodziły wołania.
W Sali, której jedyną ozdobą była olbrzymia kupa złomu przypominająca pierwsze komputery, wisiał jeden z klonów. Tuż pod sufitem. Zaplątany w zwisające ze stropu łańcuchy. Był nieprzytomny, prawdopodobnie martwy, a na pewno ranny, gdyż z jego skafandra spadały na ziemię krople krwi.
"Xenomorph, Nostromo, ja pierdole..." - stalker rozdziawił usta pod swoją maską filtracyjną.
- To trójka? - zapytał.
- Nie. trójki nie znaleźliśmy jeszcze. To prawdopodobnie piątka.
- Nie, jestem tutaj!
- Co to za komedia, do kurwy nędzy? Kto tam do cholery wisi? Jak to się stało?! Mówić zaraz, kurwa!
- To dwójka dowódco. Miałem razem z nim sprawdzić to miejsce, ale usłyszałem coś na końcu korytarza...A kiedy wszedłem… on już tam wisiał!
- Co usłyszałeś? Ileś stał na tym korytarzu?!
- Wydawało mi się, że pozytywkę. Taką dziecięcą. Parę sekund. Stwierdziłem, że się przesłyszałem i wszedłem za nim.
Dowódca złapał klona za ramiona i wyrznął nim z całej siły w ścianę. Przyciskał go do niej i gotował się ze wściekłości.
- Chcecie mi powiedzieć, żołnierzu, że usłyszeliście dziecięcą muzyczkę, a waszego kolegę w tym czasie ktoś zatłukł i przywiązał do tych łańcuchów?!
- Przysięgam, nie wiem co się stało !
- Ściągnijcie go - rzucił gniewnie stalker nie przestając przyciskać klona do ściany.
- Jest za wysoko, dowódco. Nie damy rady.
- To szukajcie drabiny, jełopy! Wejdźcie jeden na drugiego, improwizujcie !
Stoyan puścił klona i spojrzał raz jeszcze na dwójkę, który wisiał kilka metrów nad ziemią.
"Nawet jak zrobią pieprzoną piramidę gimnastyczną to go nie ściągną."
- Cholera, nie możemy go tutaj tak zostawić - dowódca rozejrzał się dookoła. Poszukajcie drabiny. Albo nie! Wszyscy poszukamy! Nie rozdzielać się. Idziemy WSZYSCY!
Wyszli powoli z miejsca zbrodni.
Na korytarzu nie było już śladu po wózku.
Za to na granicy mroku i dostrzegalności leżał dziecięcy tornister.
- Sir!
- Nie patrzeć na te bzdury, zachować czujność !
Stalker szedł na szpicy. Kopniakiem wyważył przegniłe drewniane drzwi do czegoś, co przypominało pracowniczą kanciapę.
Przekroczył próg, obejrzał się na resztę oddziału i machnął przed siebie ręką.
- Może tutaj coś znaj...
I nagle znalazł się w ciemnym pokoju.
U jego stóp leżały róże. Setki, nie, tysiące róż.
Obejrzał się.
Nikt za nim nie stał.
Oddział klonów rozpłynął się w powietrzu.
Wyjrzał na korytarz. Cały w mroku. Wszystkie światła zgasły, nawet czołówka nie mogła przebić się przez szczelną barierę ciemności.
"Jeśli ktoś nas wkręca, to robi to naprawdę dobrze"
Wtem usłyszał muzykę.
Przed nim, wśród róż, siedział na krześle jakiś facet, odwrócony plecami. Ubrany był w smoking i grał na skrzypcach "Dla Elizy" Beethovena.
- Hej ty! Kim jesteś i co tutaj robisz?
Stalker podszedł do skrzypka i szarpnął nim odwracając go.
Muzyka raptownie się urwała, ciało muzyka rozsypało się w pył, skrzypce i smyczek upadły, a głowa potoczyła się wśród róż. Z ziemi spoglądała idealnie zakonserwowana ludzka czaszka.
„Dość tego pieprzonego przedstawienia, spadam stąd!”
Rzucił się jak wściekły w stronę korytarza i… wrócił do swoich kompanów.
- Dowódco? Na pewno chcesz wejść do tego pomieszczenia? – zapytał jeden z klonów obserwując wyłamane drzwi i swojego dowódcę.
- Co?! – dowódca spojrzał zakłopotany na drużynę, która bacznie go obserwowała
„Nie może być! Dość tej farsy! Ci idioci mnie wkręcają! Ja ich nauczę!”
- Ściągać te skafandry! Po kolei, każdy ma pokazać mi twarz, natychmiast, kurwa! – zakrzyknął i demonstracyjnie ściągnął i odrzucił maskę ze swojego egzoszkieletu.
- Ale dowódco, w powietrzu mogą znajdować się jakieś…
- Nie dyskutujcie, żołnierzu! Wykonać rozkaz!
Zdziwione klony zabrały się do ściągania swoich skafandrów.
- Cholera, nie mogę tego rozpiąć – jeden z żołnierzy szarpał się ze swoim strojem, na próżno próbując odczepić maskę.
- Cholera, ja też nie! – krzyknął następny.
- Jak tu cholernie gorąco… - wyspał kolejny.
Klony sapały, zipały i szarpały się ze swoimi strojami. Wyglądało to tak, jakby byli zarażeni jakąś straszliwą chorobą, która toczy ich ciała od środka. Za nic w świecie nie mogli się ochłodzić, za żadne skarby świata nie mogli ściągnąć strojów.
Krzyczeli.
Nieludzko wyli.
Tłukli rękami o ciało.
A stalker stał i patrzył przestraszony.
Poczuł falę ciepła, która ogarnia jego ciało i umysł. Wewnętrzny głosik krzyknął.
„Uciekaj! Uciekaj stąd!”
Stoyan rzucił się po raz kolejny do ucieczki. Mijając jednego z klonów zobaczył w jego wizjerze setki konstelacji, mgławic, białych karłów i czerwonych olbrzymów. Jakby cała galaktyka skupiła się w wizjerze klona i nadawała transmisję.
To samo stało się z resztą jego towarzyszy. Przyciemniane szkło chroniące ich twarze, rozbłysło i ukazało fantastyczne obrazy. U jednego płonęło ognisko, inny wyświetlał serial „Alf”, a jeszcze inny „szumiał” czarno białym ekranem i wielkim napisem „brak sygnału”.
Biegł i mijał ich po kolei. Czuł się jak w salonie RTV, ale uczuciu temu nie towarzyszył sielski nastrój zakupów.
Oglądając się przez ramię zobaczył jak jeden z opętanych unosi miotacz płomieni i z krzykiem celuje w resztę oddziału.
Nie usłyszał jednak krzyku płonących ludzi. Wpadł na betonową ścianę.
Upadł z łoskotem. Z rozbitego nosa pociekła krew. Spojrzał w górę.
„Ściana musiała zostać wzniesiona niedawno, beton jest świeży. Ale kiedy do cholery to wybudowali?”
Zaczął obmacywać ścianę. Nagle za plecami usłyszał dziecięcy głosik.
- Czego tu szukasz, złamasie?
Gdy się odwrócił, słodka dziewczyna w niebieskiej sukience wychylając się z jednego z pomieszczeń, pokazywała mu środkowy palec i uśmiechała się.
„Ty mała, pieprzona…”
Rzucił się za nią, zdejmując równocześnie railguna z pleców i tamując krew lejącą się z nosa.
- Ja ci dam, smarkulo. Zajebię! Przerobię na kotlety!
Wpadł za małą do pokoju i jego oczom ukazała się chłodnia. Najprawdziwsza w świecie chłodnia, wypełniona po brzegi śniegiem i lodem.
Krew na nosie zamieniła się w gęstą zawiesinę, a po chwili całkiem zamarzła.
Stalker zadrżał z zimna.
W rogu stała lada, przy której mężczyzna w stroju rzeźnika rąbał coś zaciekle siekierą. Zanim cokolwiek powiedział, minął go jeden z klonów i rzucił do rzeźnika:
- Trzydzieści deko tego specjału bym prosił!
Nim Stoyan go złapał, ten podszedł do lady i zaczął czekać aż rzeźnik zrealizuje zamówienie. Rzeźnik odwrócił się i radośnie odpowiedział:
- Proszę bardzo, świeżutkie, najlepsze, specjalność zakładu !
- Chodek? – krzyknął stalker.
- Czekaj pan w kolejce – rzucił rozeźlony naukowiec w stroju niczym na Halloween i wrócił do obsługiwania klienta.
„Skąd on się tu wziął, do cholery? Też uczestniczy w tym przedstawieniu?”
- To jakiś test? Doktorku, o co tutaj właściwie chodzi? Co tu robisz?!
Chodek nie odpowiedział, pokazał za to klientowi wielki płat żabiego skrzeku, a następnie odrąbał od niego porcję.
- Proszę bardzo! – krzyknął doktorek-rzeźnik
I razem z klonem ryknęli śmiechem.
Śmiali się złowieszczo, niczym szaleńcy albo czarne charaktery z jakiegoś filmu. Stalker zaczął wycofywać się z rzeźni. Kroczek po kroczku, żeby nie zwrócić uwagi tych szajbusów.
„Ale to Chodek ! A jeśli potrzebuje pomocy?”
„Uciekaj!” wewnętrzny głosik odezwał się po raz kolejny.
Uciekał.
Biegł znowu korytarzem do miejsca, gdzie zostawił oddział.
Z mroku zaczęły wyłaniać się postacie.
Okazało się, że wszyscy są cali i zdrowi. Siedzieli na ziemi albo stali wyczekująco. Brakowało tylko kolejnego żołnierza.
- Melduję, że wszystko w porządku! – zasalutował jeden z klonów i w tym samym momencie jego głowa eksplodowała wewnątrz maski.
Krwawa miazga wypełniła wizjer, ciało osunęło się na podłogę.
- Czwórka potrzebował się rozerwać, he he – rzucił jeden z klonów, na co cała banda parsknęła śmiechem.
Śmiali się, a ich głowy po kolei wybuchały. Bezwładne ciała po kolei padały na podłogę.
Uciekał. Znowu biegł, nie zważając na nic.
„Nie zatrzymywać się, za cholerę, kurwa! Ucieknę stąd, dobiegnę do wyjścia, choćbym miał się zesrać”.
Strach był silniejszy niż poczucie wspólnoty z klonami czy odpowiedzialność za nich. Liczył się jedynie instynkt przetrwania. Uciec, wydostać się, zameldować o tym kurestwie i zbombardować laboratorium. Wypalić do gołej ziemi, zniszczyć tę pracownię diabła.
Mijał kolejne sale, przez uchylone lub całkiem otwarte drzwi widział obrazy nie z tej ziemi.
Pokój dziecięcy z dziećmi bijącymi się poduszkami.
Salę kinową, na której samotny człowiek wpatrywał się w biały ekran.
Wnętrze namiotu, w którym leżą dwie nagie studentki. Na ten widok o mało się nie potknął i nie wywrócił.
„A może trzeba było tam wejść” stalkera nie opuszczał dobry humor.
„Kurwa, o czym ja myślę! Przecież zaraz mój mózg może eksplodować”
Spojrzał przed siebie.
Światła w korytarzu zmieniały barwę. Różowi towarzyszył zapach zroszonych rosą kwiatów, rozrzuconych w szemrzącym strumyku. Gdy kolor zmienił się na niebieski, do nosa Stoyana doszedł zapach soli morskiej, a w uszach zahuczało morze.
Spojrzał pod nogi. Zamiast wyłożonej kafelkami podłogi miał pod stopami piasek. Cały krajobraz również się zmienił. Przemierzał teraz pustynię. Żar lał się z bezchmurnego nieba, a wargi spierzchły i zaczęły pękać. Jak okiem sięgnąć wydmy, piach i więcej piachu.
Kilka sekund później przemierzał już lodowe pustkowie, ciągnąc za sobą wielkie sanie, na których siedział nieruchomo jeden z klonów.
Podróżował.
W czasie i przestrzeni.
Miejsca, zapachy i dźwięki zmieniały się niczym w kalejdoskopie. Pogoda również. Deszcz, śnieg, piekące słońce, mgła. Cały ten bajzel przypominał miksturę wiedźmy, która z przekory i w szaleństwie, wrzuciła do jednego garnka wszystko, co jej przyszło do głowy. A teraz miesza, miesza i miesza, głupia suka.
Śnieg i lód zmienił swoją konsystencję i nagle znalazł się na autostradzie. Mijały go mknące samochody, niektóre z nich trąbiły. Spojrzał na swój strój. Przebrany był za dziwkę. Czarne, podziurawione rajtuzy, różowa mini, stanik i narzucona na niego „skóra”.
„Teraz czuję się autentycznie wyruchany” i nim ta myśl zabrzmiała stalkerowi w głowie, leciał już nad rozświetlonym miastem.
Była noc.
Nogi same go niosły, nie czuł żadnego zmęczenia, a ciało wykonywało ruchy automatycznie. Pod nim – rozświetlone miasto widziane w szczelinach między kolejnymi budynkami, po których skakał. Nad nim – gwieździsta noc. Obok niego – mały chłopiec, w obcisłym kostiumie z peleryną.
- Gdzie pójdziemy tej nocy na patrol, Batmanie?
Przy kolejnym skoku obraz nagle się urwał. Wylądował miękko na trawie. Aby zamortyzować upadek, zrobił salto.
„A gdzie moja peleryna i batmobil?” pomyślał i roześmiał się głośno.
Stalker stał na środku zielonego trawnika i śmiał się, dopóki łzy nie poleciały mu z oczu.
A gdy tak się śmiał, nie zauważył w jakim tym razem miejscu się znalazł. Nie usłyszał nawet piosenki, która „leciała” z włączonego radia. To był O-Zone i ich hit – Dragostea Din Tei.
Oto stał na środku ogrodu za jakimś domkiem jednorodzinnym. Słońce świeciło wesoło, jego twarz owiewała delikatna bryza.
Łzy naszły mu do oczu po raz kolejny, tym razem ze szczęścia, że znalazł się w tym miejscu. Nie obchodziło go skąd dobiegała muzyka i jak się tu znalazł, był szczęśliwy.
Otworzył oczy, aby zaczerpnąć tego świeżego powietrza i rozejrzeć się.
W ogrodzie odbywał się grill.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że urządziły go stwory, które spotkał razem z oddziałem przed wejście do kompleksu. Wielkie, humanoidalne potwory z wielkimi łapskami balowały w najlepsze. Ich małe główki, nieproporcjonalnie mniejsze niż reszta ciała, zwróciły się w jego stronę.
Muzyka raptownie się urwała.
Odbita przez jednego ze stworów piłka plażowa nie została złapana i odbiła się z cichym pacnięciem od ziemi. Stwór uderzający piniatę zamarł, podniósł opaskę, którą miał zasłonięte oczy i spoglądał spod niej na przybysza. Drinki zamarły w połowie drogi do toastu i brzdęknięcia o siebie.
Stoyan spojrzał na stwory.
Jego uwagę przykuł grill. Nie spodziewał się karkówki, skrzydełek czy steków, ale ten widok przyprawił go o mdłości i zawroty głowy.
Na ruszcie leżały kawałki kończyn ludzkich. Niektóre z nich opakowane były w charakterystyczne skrawki materiały ze skafandrów.
Znał te skafandry. To byli jego ludzie!
Wezbrał w nim niepohamowany gniew. Wszelkie emocje ustąpiły niepohamowanej chęci zabijania. Stalker nie chciał już uciekać. Chciał zabijać, chciał poczuć krew tych paskud na swojej twarzy.
Sięgnął po railguna, którego miał nadzieję mieć jeszcze na plecach i bez wycelowania chciał posłać wiązkę energii w pysk pierwszego potwora. Zamiast morderczej wiązki energii kinetycznej, w stronę stwora poleciał strumień wody.
W rękach Stoyana znajdował się pistolet na wodę.
Stwory ryknęły śmiechem. Jedne łapały się za coś, co mogło przypominać brzuchy, inne opierały się na czymś, co mogło być kiedyś kolanami. Jeszcze inne spierały się na powykrzywianych nienaturalnie ramionach towarzyszy. Ich nieludzki warkot i kasłanie przypominające śmiech, niosły się po całej okolicy.
„Ja wam, kurwa, dam! Zajebię, zatłukę!”
Wściekły stalker sięgnął instynktownie do pasa, do którego zwykle nosił przytroczoną broń. Cudownym trafem jego dłonie trafiły na dwa wielkie, lśniące i gotowe na mord Desert Eagle. Znał ich potworny kaliber oraz odrzut, który przypominał kopniaka od konia.
Wyciągnął je niczym rewolwerowiec.
W ty samym momencie zabrzmiała muzyka. Nie wiedział, czy to któryś ze stworów włączył ponownie radio, czy jego umysł płatał figle i „zapuścił” mu akurat taką piosenkę. W głowie brzmiały jedynie słowa:

„Hey Hey You You
I don't like your girlfriend”

Popowo-punkowy przebój Avril Lavigne huczał mu w uszach.
Stalker głośno się zaśmiał i z zaciśniętymi zębami zaczął egzekucję. Jego ruchy były powolne, ale dokładne, jakby ktoś włączył bulle time z Matrixa albo Max Payne’a.
Wystrzelił.
Widział blask płomienia z lufy, trajektorię sunących pocisków, ruchy przerażonych stworów.
I rozpoczął krwawą łaźnię.

„No way No way
I think you need a new one”

Celował w głowy stworów. Po każdym wystrzale zostawała z nich jedynie mokra plamy.
Stwory nie walczyły.
W popłochu wpadały na siebie, przewracały się.
Kolejny wystrzał.
Stwór z dziurą wielkością pięści zwalił się na grilla rozsypując ohydne wiktuały i gorący żar na trawnik.
Inny potknął się o rozpałkę do grilla, która rozlała się na żar. Buchnął ogień. Stwór leżący na grillu zaczął płonąć i żałośnie wyć.
Stalker kontynuował swój krwawy balet.

“Hey Hey You You
I could be your girlfriend”

Piosenka była jak zapalnik, agresja raz za razem eksplodowała w nim, gdy słyszał kolejne słowa refrenu piosenki.
Kolejny wystrzał.
Kule przebiły basen na stelażu, który stał w rogu ogrodu. Woda zaczęła tryskać niczym z fontanny. Płonący stwór rzucił się pod kaskadę wody. Jego również dosięgły kule.
I jeszcze jeden wystrzał.
Piniata poszła w strzępy i zamiast słodyczy wysypały się z niej setki ludzkich palców.
Stoyan nieludzko krzyknął.
Magicznym sposobem amunicja w jego broni nie kończyła się, nie musiał przeładowywać, po prostu strzelał, jak do kaczek w popularnej grze na konsolę, albo do zapałek w lunaparku.
Kolejny stwór otrzymał pamiątkę od firmy Smith & Wesson i zwalił się z łoskotem na kosz piknikowy, wylewając przy tym herbatę i niszcząc ułożone w stosiku babeczki.

„Hey Hey You You
I know that you like me
No way No way
No, it's not a secret”

Kolejne pociski trafiły w wielki tort ustawiony na ławce ogrodowej. Śmignęły dalej, pokryte śmietana i lukrem i wbiły się w ciało kolejnej bestii.
Żądza mordu nie ustawała.
Stalker odrzucił pistolety i sięgnął raz jeszcze do pasa. Tym razem odnalazł tam dwa Ingramy. Uśmiechnął się złowieszczo i ryknął na cały głos. Symfonia wściekłości i pocisków zabrzmiała po raz kolejny. Tym razem popłoch był jeszcze większy.

„Hey Hey You You
I want to be your girlfriend”

Ingramy rozpoczęły swoją partię.
Stwór z czapką kucharza, który stał wcześniej przy grillu, teraz próbował uciekać przez płot. Seria szybko strąciła go z płotu i zostawiła na czapce krwawe ślady.
Wody w basenie prawie już nie było.
Stalker stał teraz w kałuży wody, krwi i sosu barbecue. Mutanty ślizgały się w mokrej papce. Kilka serii szybko pomogło złapać im właściwy rytm.
Kule niszczyły kolejno: kolorowe drinki z palemkami, kosiarkę spalinową, hamak.
Żaden stwór się nie ostał.
Mutant na 9, w domku na drzewie !
Seria.
Potwór wypadł martwy przez podłogę domku.
Następny na 12!
Seria.
Bestia schowana w kupie liści przestała istnieć.
I jeszcze jeden, na 6!
Seria.
Dach altanki nie wytrzymał i zwalił się na ohydę chowającą się pod nim.
Stoyan obracał się wokół własnej osi i strzelał wściekle. Jego uwagę przyciągnął ruch na drzewie, na którym wisiała wcześniej piniata.
Zrobił krok w tamtą stronę i potknął się.
Wypuścił Ingramy i przygotował się na spotkanie z miękką trawą. Jakież było jego zdziwienie, kiedy natrafił na płytę gipsową, którą przebił.
Z hukiem wpadł przez sufit do jakiegoś pokoju. Światło słoneczne, którego tak dawno nie widział zgasło.
To była więzienna cela.
Podniósł się z ziemi.
Spojrzał w górę szukając wzrokiem wyrwy w suficie. Nie znalazł niczego.
Było ciemno, wilgotno i ponuro, a przez myśli przelewał się potok wyimaginowanych krzyków i dzwonienia łańcuchami. Płonęły pochodnie. W celi ich nie było, płonęły tuż za kratami.
„Pewnie żeby żadnemu więźniowi do głowy nie przyszło się bawić ogniem”
Całą ścianę zdobiły wydrapane symbole. Większość z nich stanowiły kreski, które symbolizowały dni spędzone w celi. Oprócz tego pojawiło się tam kilka napisów w stylu: GOCHA I MAREK = TRU LOVE, Nieszczęścia chodzą parami, 2033 – najzajebistszy rocznik na Ziemi.
Stalker stanął przy olbrzymich kratach i szarpnął nimi. Trzymały mocno, bardzo mocno.
Rozglądnął się jeszcze raz po celi i dopiero teraz dostrzegł jakąś postać leżącą na pryczy. Odwrócona była do niego plecami i przykryta jakąś szmatą. Gdy Stoyan wstrzymał oddech dosłyszał pojedyncze słowa, ledwo słyszalny szept. Wsłuchał się w potok słów.
- Alona ta suka zasługiwała na śmierć, ale ja nie zasługiwałem na to wszystko! Nie tak się to miało, kurwa, skończyć. Żadnej policji, żadnej kary, tylko oślepiający błysk! Koniec świata przyszedł zbyt wcześniej! Wszyscy zginęli! Dunia nie żyje, Sonia, moja ukochana Sonia też! Świat oszalał, świat jest popierdolony. Kara za taką zbrodnie nie istnieje!
Stalker nic nie rozumiał z tego bełkotu, ale nie chciał ruszać nieznajomego, który widocznie nie zdawał sobie sprawy z obecności nowego gościa w celi. Nie zdawał sobie sprawy z obecności czegokolwiek.
Stoyan oparł się o ścianę i osunął na ziemię, gdzie leżało nieco siana i rozrzuconej pszenicy.
„Przynajmniej nie odmrożę sobie nerek” zaśmiał się do siebie.
I zaczął rozmyślać.
„A jeśli to jakiś eksperyment? Jeśli Chodek wciągnął mnie w jakąś rozgrywkę między wojskiem a naukowcami? Wszystko jest podstawione, klony są podstawione, broń, którą mi dał to jakiś niegroźny miotacz, klony to pieprzeni statyści, a ja jestem cholernym szczurem laboratoryjnym, który biega po labiryncie w poszukiwaniu sera. Ale co testują? Broń psioniczną? Chemiczną? Biologiczną? Jak mi to podali? A może to ten motyl, gdy przelatywał rozpylił…”
Fala myśli została powstrzymana przez zgrzyt zasuwy, gdzieś w ciemnościach.
Tam, gdzie powinien być korytarz, który prowadzi w stronę celi pojawiły się postacie. Po chwili słychać było również głosy.
- Powinniśmy się byli domyślić, że ktoś będzie chciał w końcu tu przyjść.
- Przecież kierownik mówił, że jesteśmy bezpieczni, że mamy papiery, kwity na wszystko!
- Kierownik jest głupi, nic nie załatwił! Sami musimy sobie radzić z problemami.
W strefę światła pochodni wmaszerowało dwóch łysych typów. Oboje mieli na sobie coś w rodzaju kombinezonów, które stalker już widywał u wojskowych. Nie mieli oni na głowie jednak niczego, żadnego hełmu, maski czy kaptura. Czaszki, które były wygolone na łyso, zdobiła siatka tatuaży wyglądem przypominających wielką pajęczynę. Na ramionach mieli dziwne, pajęcze emblematy.
Zbliżyli się do kratownicy i otworzyli ją, tak po prostu, jakby cały czas była otwarta i każdy mógł sobie wejść lub wyjść.
- Idziemy, sukinkocie! – rzucił jeden z łysych.
- Kim jesteście? – zapytał stalker i w odpowiedzi dostał strzał w pysk.
Chciał się z nimi szarpać, w końcu miał na sobie egzoszkielet, w którym był niczym Batman podczas starcia z Supermanem. Jednak tym razem siła stalkera i zalety kombinezonu nic nie dały.
Łysi złapali go w żelaznym uścisku i zaczęli wlec korytarzem. Nie mógł się ruszać. Czuł się jakby dwóch łysych karków wywlekało go z dyskoteki, tylko dlatego, że wypił za dużo i klepnął w tyłek kelnerkę.
- No, to żeś zmalował gówno, przyjacielu – rzekł od niechcenia jeden z karków.
Stalker ledwo słyszał jego głos, nadal dzwoniło mu w uszach od ciosu.
- Za takie coś to tylko szafot, gnoju! – rzucił pogardliwie drugi.
Wlekli go ciemnym korytarzem. Bez jakiegokolwiek światła, bez jakichkolwiek wyjaśnień. I mówili coś o szubienicy, skurwysyny.
„Jak oni odnajdują drogę w tych ciemnościach?” stalker stwierdził, że to najgłupsze pytanie jakie mógł wymyślić na tę okoliczność.
Nagle usłyszał brzęk, jakby ktoś rzucił im coś pod nogi.
- Co do… - i zanim jeden z łysych dokończył, cały świat eksplodował.
Flash bang uderzył we wszystkie zmysły Stoyana z taką siłą, że aż go zemdliło.
Łysi wypuścili go i uderzył z łoskotem o ziemię.
Nic nie widział, nic nie słyszał. Był jak dziecko w mgle, które w uszach ma zatyczki i nie słyszy jak matka woła go błagalnie.
Stracił przytomność.
Ocknęły do dopiero słowa. Znajome słowa, charakterystycznie przytłumione przez maskę.
- Dowódco?! Wszystko gra? Hej! Chyba odzyskuje przytomność.
Nad stalkerem stała szóstka klonów. Byli w jakimś pochyłym pomieszczeni, którego jedna strona ginęła w czarnej jak smoła wodzie wyciekającej z olbrzymiej rury. Stali na suchej platformie przy konsoli z masą przycisków.
- Cholera, ale dowódca nas wystraszył! Już myśleliśmy, że was zabili.
- Co? Co się stało? – wybełkotał stalker
- Chyba nic nie pamięta.
- Ok, dowódco. W skrócie to wyglądało tak. Po tym jak ten motyl przeleciał korytarzem, prowadziliśmy zwiad dalej. No i dowódca w jednym z tych pomieszczeń wyrżnął głową w jakiś złom, który wystawał z sufitu. Stracił pan przytomność na chwilę, ale była to chwila dość niefortunna. Z końca korytarza nagle usłyszeliśmy strzały i ludzkie głosy. Laboratorium okazało się zamieszkałe. Wycofaliśmy się pod ostrzałem prawie do samych schodów. Nie chcieliśmy walić w nich z granatników, bo baliśmy się, że sufit się zawali. Odpowiedzieliśmy ogniem i położyliśmy kilku, ale tych sukinsynów cały czas przybywało. Wtedy znaleźliśmy połączenie między kilkoma pomieszczeniami. Kilku naszych się tam prześlizgnęło i zaatakowaliśmy ich od tyłu. Jednak podczas tej akcji na tyłach wroga, zaginął pan. Trójka i Czwórka mieli z panem zostać, ale mówili o jakimś ruchu na korytarzu. Okazało się potem,, że jakiś chuj prześlizgnął się jakoś do pomieszczenia. I gdy pan leżał nieprzytomny, zwinął pana. Błądziliśmy godzinami po tych korytarzach. Przeczesaliśmy kilometry tuneli i korytarzy. Znaleźliśmy więcej śladów zamieszkania: ubrania, sprzęt, nawet broń! W końcu udało nam się znaleźć oddział więzienny.
- A co z resztą mieszkańców? Spotkaliście ich?
- No i tu właśnie jest problem, dowódco. Możesz pan wstać?
- Tak.
- Proszę za mną – klon bezceremonialnie wyszedł z pomieszczenia zalanego wodą.
Stalker poczłapał za nim. Ból głowy ustępował, wzrok mu się wyostrzał i wreszcie wracał do normy.
Po wyjściu okazało się, że są w olbrzymiej, przestronnej i wysokiej na kilkanaście metrów sali. Wszędzie można było dostrzec namioty, blaszaki i prowizoryczne mieszkanka, wzniesione z byle czego. Karoserie autobusów, które zamienione były w kuchnie, sterty laboratoryjnych śmieci, które służyły za miejsce zabaw dzieci. Sznury na pranie wisiały wesoło między znakami drogowymi wbitymi w ziemię, płonęły szafki i dokumenty, wypełniając salę delikatnym blaskiem i ciepłem. Gdzieś w górze szumiał system wentylacyjny.
- Gdzie ci mieszkańcy? – zapytał stalker.
Jeden z klonów wskazał mu olbrzymi kanał, który dzielił salę. Docelowo był przykryty deskami i arkuszami blachy żeby ktoś do niego nie wpadł, jednak teraz wszystko było odkryte. Stoyan nachylił się nad krawędzią i spojrzał w dół. To co zobaczył zmroziło mu krew w żyłach.
W wielkim kanale leżał stos ludzkich ciał.
Jedne były nadpalone, inne podziurawione kulami, jeszcze inne pokiereszowane odłamkami granatów. Wiele z nich pozbawionych było kończyn, nawet głów. Ten bestialski widok był gorszy niż koszmar, który przeżył w korytarzach laboratorium. Był straszniejszy, bo nie zgotował go jego umysł, ale ludzie, jego żołnierze. A może już nie jego?
Odwrócił się zaciskając pięści, już miał rzucić jakieś przekleństwo i zdzielić pierwszego lepszego klona po twarzy, gdy nagle but jednego z jego eks zwiadowców z prędkością światła uderzył go w brzuch.
Spadł na stos trupów.
Nawet nie próbował walczyć, wspinać się. Kanał był za wysoki, nie dało się w żaden sposób z niego wygramolić.
Kilka metrów nad jego głową, nad krawędzią ukazała się głowa jednego z klonów.
- Tak to już bywa, dowódco. Wojna, homo homini lupus.
- To ludobójstwo, wy skurwysyny… - i zanim stalker dokończył , spadł na niego czarny strumień.
Ropa.
Jej smród rozszedł się po kanale błyskawicznie, blokując nawet trupi odór ciał.
I wtedy to znowu się stało.
Ropa zamieniła się w coś innego. Z początku Stoyan myślał, że to zupa, ale po chwili stwierdził, że stoi w kałuży… rzygowin.
- Trzymajcie ją mocniej, na litość boską!
Dwóch mężczyzn wykonało polecenie księdza i zacisnęli jeszcze mocniej sznury na ciele dziewczynki, która wyła nieludzkim głosem.
- Na co czekasz, podaj mi krzyż!
Stalker oniemiały podziwiał scenę wyciągniętą rodem z Egzorcysty.
Stał w małym pokoiku na poddaszu jakiegoś domostwa, za oknem księżycowa jasna noc.
Dziewczynka przekręciła głowę w jego stronę i zaczęła szeptać coś, co przypominało łacinę. Dwójka mężczyzn zacieśniła jeszcze mocniej więzy, ale dziewczynka nic sobie z tego nie robiła. W obrzydliwym grymasie rzucało coraz to gorsze przekleństwa w stronę księdza i stalkera.
A on stał w kałuży rzygów, które przed chwilą zwróciła na niego dziewczynka.
Ksiądz podbiegł do szafki nocnej i uniósł krzyż:
- W imię Jezusa, syna Boga i jego Matki Najświętszej Marii Panny, wzywam cię demonie do opuszczenia tego ciała! Jam jest grzesznik pełen win, o Panie, lecz natchnij mnie swą zbawienną mocą, abym mógł zwalczać grzech i zło w osobie tej dziewczynki. Zmiłuj się nad nami!
Coś huknęło, pieprznęło, swąd spalenizny rozszedł się po pokoju, a wraz z nim chmura siarki.
Cały pokój w dymie.
Antrakt.
Gdy dym zaczął się rozwiewać, do uszu stalkera zaczęły dochodzić niepokojące dźwięki.
Krzyki, żołnierski żargon, wybuchy, serie z karabinów i syk wystrzeliwanych rakiet.
Tym razem trafił w sam środek pola bitwy.
Pustynny krajobraz przypominał jakąś pipidówę na bliskim wschodzie albo Domy z wypalanej w słońcu cegły, płaskie dachy, kozy na ulicach, piach, piach i więcej piachu. To mógł być Afgan, Pakistan albo Irak.
Bitewny zgiełk.
Dookoła biegali żołnierze, nie rozpoznawał jednak ani ich mundurów, ani naszywek. Komendy wywoływane były w języku angielskim. Kolejny pocisk minął jego głowę o centymetry.
W wojaczce akurat był dobry.
Rzucił się na ziemię i podczołgał się do wozu z sianem, za którym siedziało już dwóch żołnierzy. Zapytał łamanym angielskim:
- Co się dzieje?!
- Wojna, umknęło ci coś? – rzucił jeden z nich i posłał na ślepo serię w okna jakiegoś domostwa, z którego trwał ostrzał.
- Ale kto z kim?
- My – dobrzy, oni – źli.
„Jakiej ja odpowiedzi się spodziewałem”
I wtedy nadeszło olśnienie.
„Skoro to kolejny omam, fatamorgana i zwid to równie dobrze mogę zakończyć to tu i teraz”.
I wstał.
Dwójka żołnierzy krzyczała coś do niego, ciągnęła go za nogawki od spodni i szarpała nim.
Z tyłu zza budynku dowódca krzyczał:
-Żołnierzu, co wy wyprawiacie?!
Stoyan jednak ich nie słyszał, nie słyszał niczego. Rozłożył ręce w geście kapitulacji i wyszedł na środek ulicy.
„No, dalej. Niech granat wpadnie mi pod nogi i zamieni się w króliczka. Albo niech jakiś facet z turbanem na głowie podaruje mi wycieczkę do Dubaju”.
Pierwszy pocisk trafił go w ucho. Piekący ból, jak na prawdziwej wojnie.
„Ja pierdolę!” stalker prawie zemdlał z bólu.
Kolejny pocisk w udo, drugi w brzuch. I jeszcze jeden w kolano.
Zwalił się na ziemię i po prostu zaczął krwawić. Darł się w niebogłosy i przeklinał na czym świat stoi.
„Skoro to tak cholernie boli, dlaczego to wszystko to jedna, wielka farsa?! Czy ktoś mnie słyszy, kurwa? Czy ktoś mnie słyszy?!”
Dwójka żołnierzy zawlekła go z powrotem za wóz z sianem, podbiegł do nich również medyk.
- Co ci odbiło, człowieku, kurwa! – rzucił jeden tamując jego krwotok z brzucha
- Może przedawkował, mieliśmy wziąć tylko tyle żeby poruszało, a nie sponiewierało – rzucił drugi tamując kolejny krwotok
- Może rzeczywiście za dużo wziął – włączył się w rozmowę medyk. -Powyżej 100 mg uczucie odwagi i skok adrenaliny może powodować coś w rodzaju bohaterstwa.
I wtedy go zobaczył.
Ledwo dostrzegalny punkt na horyzoncie. Spadł z nieba z niesamowitą prędkością, prawie nikt go nie zauważył. Jedynie dowódca złapał się za głowę i zaczął wykrzykiwać rozkazy.
Po chwili oślepiający błysk.
Teraz już wszyscy patrzyli w tamtą stronę.
Strzały ustały.
Medyk aż rozdziawił gębę z przerażenia.
Do uszu wszystkich powoli docierał wzmagający się huk, jakby huragan zbliżał się do nich.
Stalker podniósł się na łokciach.
„Czy tak to wszystko wyglądało? Czy tak się to wszystko zaczęło? Początek końca”
Zamknął oczy i nie czuł już nic.
Obudził się z powrotem w laboratorium.
Był sam.
Stał na środku korytarza.
Na twarzy dobrze znajoma maska, za pasem na plecach ciężar railguna i jego charakterystyczny kształt wżynający się w plecy. Przed nim - drzwi na końcu oświetlonego korytarza.
„Niech skonam jeśli za tymi drzwiami nie poznam tajemnicy tego ustrojstwa. Tak przecież jest w filmach, a ta wyprawa od początku tak wygląda. Jak film”
Szarpnął za uchwyt drzwi. Otworzyły się z lekkim oporem.
Poczuł uderzenie wilgoci i gorąca.
Wszedł.

W olbrzymim pomieszczeniu stał wielki generator fuzyjny.
Wysoki na kilkanaście metrów walec, z platformami, na każdej kondygnacji. Całe pomieszczenie obudowane było w konsole za grubym szkłem, pewnie pancernym. Ogromne ściany zdobiły pojemniki z nieznanymi cieczami oraz kapsuły, w których unosił się ni to płyn, ni to gaz, który pulsował jasnym, błękitnym światłem oraz ciepłem.
Wszystko pokrywała lepka substancja, która miejscami tworzyła fantastyczne wzory i wypukłości. I w tych wypukłościach znajdowały się setki poczwarek. Posklejane jedna do drugiej, obślizgłe, fantasmagoryczne twory, które pulsowały, oddychały. W powietrzu dało się słyszeć jakby wzdychanie życia, które rodziło się w kokonach.
„Motyle” stalker przypomniał sobie motyla, który przeleciał korytarzem.
Wszystkie kokony należały do motyli. Niektóre z nich były pootwierane, a dostojne owady, które z nich powychodziły, czekały na resztę towarzyszy.
Stoyan tknięty dziwnym przeczuciem zaczął wspinać się na schody, w górę reaktora.
Mijał kolejne platformy, na nich również roiło się od kokonów. Zwisały z barierek, pokrywały konsole, wajchy, pokrętła i sam reaktor.
Wyszedł w końcu na szczyt reaktora. Znajdowała się tam ostatnia platforma, a na niej konsola, której punktem centralnym była olbrzymia, czerwona wajcha. Widniał nad nią napis: „Rozruch”.
„Przecież to banalne” pomyślał i szarpnął za wajchę.
Fala buczenia rozlała się po pomieszczeniu.
Reaktor zaczął drżeć, uśpiona energia budziła się w nim. Całe pomieszczenie zaczęło jarzyć się odcieniami niebieskiego. Fala ciepła ogarnęła każdy kąt, każdy kokon, każdą część ciała stalkera. Czuł jakby jakaś nieprawdopodobna siła została zbudzona do życia.
Cały pokój eksplodował. Niczym w filmach, strumień błękitnej energii rozszedł się po całym pomieszczeniu. Kokony dotknięte magiczną energią zaczęły się powoli otwierać, a motyle, które już wcześniej wyszły - ożywiły się.
Stoyan spojrzał w górę, nad reaktor. W suficie widniał olbrzymi tunel, przypominający silos rakietowy. Prowadził on gdzieś na powierzchnię, gdyż stalker czuł wyraźny przeciąg. Gdzieś wysoko nad nim widział błękitne niebo. Błękitne!
Wszystkie motyle były wolne. Poruszały teraz czułkami, zaczepiały swoich sąsiadów i porozumiewały się w owadzim narzeczu.
Stał i patrzył na nie urzeczony. Wszelkie koszmary i wizje rodem ze snu szaleńca odeszły w niepamięć. Nie wiedział czy to kolejna halucynacja, czy rzeczywistość. Już o to nie dbał! Stał na platformie i podziwiał te drobne, delikatne stworzenia, które dopiero teraz miały poznać ten niespokojny i zły świat.
Jednomyślne stado wzbiło się w górę, fala szaro-niebieskich istotek otoczyła stalkera szczelnym kordonem.
Nie bał się, nie myślał, co będzie dalej. Stał i rozkoszował się ich widokiem, dotykiem ich delikatnych skrzydełek, zapachem pyłku, który opadał z każdym trzepotem ich skrzydeł. Już nie wiedział czy to motyle, czy też proszek, który rozpylały, krąży wokół niego.
I wtedy stado wzbiło się ku oknu na świat, w górę tunelu, ku niebu, ku światu.
Owadzia fala ogarnęła platformę, na której stał Stoyan.
Stalker niespodziewanie przypomniał sobie plakat do filmu Tron, na którym Clu wznosi bijące energią ręce i kieruje strumień energii ku górze.
I stał tak, z podniesionymi rękoma, niczym postać z plakatu. Nie uciekał z tego miejsca, już nie musiał, nie potrzebował, nie chciał.
Nowe, piękne życie, które się narodziło w tym laboratorium, opuszczało je teraz, aby zasiedlić tę niegościnną planetę. On - człowiek, nie był już jej potrzebny, był gatunkiem na wymarciu, był archaiczny, relikt przeszłości, antyk, zabytek. A może śmieć, który poddany został procesowi recyklingu przez mutanty – nowych panów tego świata. Nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Po prostu stał w fali odlatujących motyli i wyciągał ręce w górę, ku niebu, ku niespełnionym marzeniom, ku życiu.





EPILOG

Obudziło go szturchnięcie w łokieć.
- Zamykamy już, wstawaj. Przespałeś całe przedstawienie. Tutaj masz broń.
Barman położył Glocka na stół, wziął puste flaszki po wódce i wrócił do zamiatania podłogi przy barze.
Podest był już pusty, jedynie rura z rusztowania została.
Stoyan przetarł twarz dłonią.
-Cholera przysnęło mi się…- rozejrzał się po pustym lokalu i ziewnął.
„To był tylko sen, jeden, wielki i parszywie głupi sen”.
Wstał i chwiejnym krokiem podszedł do drzwi.
-Zapraszam na przedstawienie jutro. Przyjechać ma chluba zachodniej stacji – zespół Pandemonium i DJ Armageddon – zawołał za nim barman.
-Na pewno wpadnę! – powiedział nieprzytomnie i wyszedł z lokalu.
Spojrzał po swoim kombinezonie i strzepnął z niego jakiś niebieski pyłek, który osiadł na ramionach.
„Przydałoby się wyprać w końcu ten egzoszkielet” zaniósł się głupawym śmiechem.
Do jego uszu doszła muzyka.
Zerknął w głąb tunelu. Odbywało się tam jakieś dziwne przedstawienie. Podszedł bliżej, aby się temu przyjrzeć.
Na rozłożonych kartonach tańczyły dziwolągi z jego snu. Cztery kreatury kręciły bączki na głowach, skakały na rękach i robiły salta. Obok nich stało radio, z którego sączyło się Fight the Power zespołu Public Enemy.
Stalker rozejrzał się w poszukiwaniu gapiów jednak żadnego nie dostrzegł. Uśmiechnął się obrzydliwie, sięgnął po Glocka i wycelował.
-Koniec przedstawienia, parszywe bestie! – krzyknął wściekle i zrobił się purpurowy na twarzy.
Zanim żyły wyszły mu na szyi, krew zamieniła się w płynny ogień, a czas niebezpiecznie zwolnił, w jego głowie zabrzmiał jedyny i prawdziwy hymn mordu.

„Hey Hey You You
I don't like your girlfriend
No way No way
I think you need a new one”

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 433
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: Metro 2033 - zajawka

Post autor: R. Bates » 05 stycznia 2016, 09:59

Przeczytałem na razie trzecią część. Podoba mi się. Lubię, jak fabuła jest dobrze, spokojnie prowadzona, a tobie udaje się trzymać fajne tempo, w napięciu i zaciekawieniu. Jak dla mnie mogłoby być trochę więcej opisów, ale bez nich też jest ok.
Zastanawiam się, ile lat ma główny bohater, bo narrator czasem wkleja mu w myśli lub słowa odwołania do gier, do filmów jak "Siedmiu Wspaniałych" albo "Bond" - czy on miał okazję to oglądać i grać przed apokalipsą?
Zauważyłem, że gdy zaczynają się opisy miejsc (np. w drodze do laboratorium na odludziu) – trochę słabiej idzie ci układanie zdań. Tutaj imho małe pole do pracy.
W najbliższym czasie przeczytam resztę.
Pozdrawiam.
Veni, Vidi, Komci

Awatar użytkownika
katedra
Posty: 18
Rejestracja: 03 stycznia 2016, 12:29
Kontaktowanie:

Re: Metro 2033 - zajawka

Post autor: katedra » 05 stycznia 2016, 11:08

Nie jest ważne, ile lat ma bohater, ale mniej więcej jest po 30. Dlatego widział wszystkie te filmy i grał we wszystkie te gry, które się pojawiają w tekście.

Również pozdrawiam

ODPOWIEDZ