UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Zarzucone [łanszut]

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Zarzucone [łanszut]

Post autor: pierdoła saska » 30 sierpnia 2014, 14:15

Taka próba przetestowania limitu znaków do tekstu konkursowego na jakimś innym tekście, aby wiedzieć na ile można szaleć. :3


Zarzucone Krzyk dochodził do modułu mieszkalnego w postaci głuchego dźwięku, wprawiającego powietrze w delikatne, nieprzyjemne wibracje. Lerato próbowała je ignorować, ale nie było to łatwe. W panującej wokoło ciszy, odbite echem słowa wodziły myśli na pokuszenie. Prowokowały, aby szukać w nich sensu – a przecież to nie była jej sprawa. Wręcz niegrzecznym ze strony Dikeledi było wykrzykiwać swoje poglądy i stawiać ją w niezręcznej sytuacji. Ciekawość naruszała prawo do prywatności i Lerato nie powinna była słuchać, a tymczasem twarde zgłoski nakładały się jedna na drugą i przeciskały pod progiem kwatery. Wpełzały na skórę i pchały się do umysłu.
Jęknęła i ukryła twarz w dłoniach.
Pakt między Dikeledi a Boitumelo był najgorszym, co mogło przytrafić się tej misji. Rozumiała, że są najlepsi w swoim fachu, że potrzebowano ich umiejętności, i pewnikiem dlatego przymknięto oko na nieneutralną relację między nimi, ale naprawdę ktoś powinien był to przewidzieć. Poświęcić cenne kwalifikacje na rzecz kwantyfikatorów statusów interpersonalnych. Fakt, że odnowili pakt na kolejne dwa lata, co razem miało dać im aż siedem lat związku czwartego poziomu, niewiele zmieniał, czego dowodem był huk, który poniósł się korytarzem. Ciężkie kroki zadudniły za drzwiami i Lerato odetchnęła.
To była piąta kłótnia w ostatnim tygodniu liczonym lokalnym cyklem. Na Ziemi minęły niespełna cztery dni.
Potarła dłońmi o uda i wyszła na korytarz, już cichy i spokojny, taki jak być powinien, i ledwie odrywając stopy od podłogi skierowała się ku śluzie. Jej sterylna biel, żrące światło i dojmująca cisza, napełniły Lerato spokojem. Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko, wyzwalając iskrę. Skóra od czubka głowy po podbicie stóp zapiekła ją, jakby palono ją żywym ogniem, a ból w piersi rozkwitł niczym po uderzeniu młotem.
Liczyła od trzech do zera.
W ostatniej sekundzie ból zniknął i pojawiło się znajome uczucie oderwania. Własny dotyk na skórze wydawał się obcy, odległy i przefiltrowany przez grubą pierzynę, a przecież wciąż była naga. W lśniącej powierzchni drzwi widziała swoje odbicie i nic się w nim nie zmieniło. Oto była ona. Lerato Hosz VII – naczelny extrasolarny archeolog tej misji.
Wyszła na zewnątrz, w próżnię, lecz nie ciemność. Na północy szalała burza magnetyczna. Miała wrażenie, że widzi jak strugi energii strzelają w bezkres, wiją się, oplatają i tańczą ze sobą w dławiącej ciszy. Patrzyła na nie z zafascynowaniem i uwagą, niepomna na czas, równinę i stację, póki po jej lewej nie pojawiła się jasna, biała, tarcza gwiazdy i nie zaczęła pożerać ciemności. Wtedy zwróciła się ku niej, rozłożyła szeroko ramiona i zapadła w sobie; w obezwładniającym uczuciu rozkwitania.

Boitumelo przyglądał się Lerato przez luksferę na deku drugim. W miękkiej ciemności laboratorium uważnie studiował wiotkie ciało próżniaczki. Szczupłe nogi rozstawiła w niewielkim rozkroku, choć na planecie nie było wiatru ani wstrząsów, które mogłyby pozbawić ją równowagi w czasie porannego rytuału. Wyginała plecy do tyłu i łuk ponad jej pośladkami wydawał się niewygodny – odruchowo przeciągnął się, patrząc na niego – zupełnie jakby miała się zaraz przewrócić. Ale najdziwniejsza była skóra, z każdą chwilą coraz bardziej zmieniająca barwę z mlecznobiałej na zielonkawą. Wewnętrzna fabryka tlenu próżniaczki pracowała pełną parą, gdy on zły jak osa jadł pozbawiony smaku batonik energetyczny, mający sprawić, że z zapałem rzuci się w wir pracy badawczej na najbliższe trzy i pół godziny, nim znajdą się w oknie transmisyjnym.
– Nie gap się.
– Nie mam nic lepszego do roboty, to się gapię – odparł nie przestając patrzeć na Lerato i fioletową równinę. – Odwracam uwagę od tego gówna – dodał i zamachał opakowaniem z batonem. – Mogłem urodzić się próżniakiem i zamiast jeść to świństwo, stawałbym co rano w słoneczku i po sprawie.
– Ona też je. W słońcu regeneruje tylko niektóre organy.
– Ale mniej je. Wystarczyłoby mi. Co mamy dziś na tapecie? Poza tym, że będziesz mnie wykorzystywać jak jucznego woła. Silnego, ale skretyniałego do najpierwotniejszych podprocedur nukleoidowych.
Dikeledi przewróciła oczami i nie skomentowała jego słów. Poranna awantura pozwoliła jej rozładować napięcie szarpiące nerwy i teraz była już spokojna i nieskora do kłótni. Nawet było jej nieco wstyd za własny wybuch, z drugiej jednak strony nie zamierzała próżniaczki przepraszać. Na zadupiu cywilizacji dobre maniery warte były tyle co nic.
Poza tym nie lubiła Lerato i nigdy się z tym nie kryła. Dołączenie próżniaczki do misji podsumowała głośnym, długim westchnięciem, które zebranym w sali odpraw solarnej stacji naukowej w drugim jowiańskim punkcie Lagrangea na długo zapadło w pamięć. Dikeledi nie zwykła nie mówić, co jej chodzi po głowie. Pozornie konfliktowa cecha w warunkach polowych potrafiła działać cuda, oczyszczać atmosferę i ułatwiać przełamanie lodów, ale już wtedy wiedziano, że tym razem tak nie będzie.
– Nasza rusałka naznosiła jakiegoś śmiecia do zbadania. Stoi to na wózku w śluzie cargo i od tego zaczniemy. Zrobiła już preselekcję i zostawiła nam nawet instrukcje jakie badania mamy przeprowadzić. Wszystko na ścierce w równych i beznamiętnych literach. Dziękuję pewnie też tak usłyszymy.
– Zapewne – zgodził się. – Ale może nam je wymiga.
– Mogłaby się odezwać – mruknęła. – Ich migany jest skomplikowany, ma dialekty i podznaczenia w dodatku mają chyba jakieś dodatkowe mięśnie w dłoniach, aby wykonywać niektóre znaki, a mimo tego czasami my próbujemy uszanować ich język i im migamy. Ona mogłaby się czasami odezwać. Może. Czytałam jej teczkę. Struny głosowe posiada, fakt że mało używane, ale właśnie dlatego się zakwalifikowała. Przeszła testy oralne.
Boitumelo nie przerywał jej monologu, gdy szli do śluzy. Zastanawiał się jakby to było móc wyjść na zewnątrz i przejść się bez niewygodnego skafandra, dotknąć ruin widocznych w oddali, przespacerować się zapominanymi ulicami tak, jakby było się u siebie. Zakuty w ciśnieniowy baniak, poruszający się szybko głównie dzięki pneumatycznemu wspomaganiu, czuł się intruzem. Po kilku wyjściach na początku, teraz, jeśli mógł, pozostawał w środku.
– Zazdrościsz jej.
Dikeledi spojrzała na niego z wyrzutem. W półmroku sekcji cargo białka jej oczu zdawały się błyszczeć, emanować światłem, a zielone tęczówki spoglądały z zastraszającą bystrością. Czuł się tak, jakby patrzyła na niego istota wyższa, która z sobie tylko znanych powodów postanowiła zamanifestować swoje istnienie jedynie oczami zawieszonymi w mroku. Ciemny uniform, ciemna skóra – one zlewały się z tłem i nie istniały.
– Przepraszam… Nie ch–
Panele na ścianach rozbłysnęły kolorkodem, a z głośników rzucił się na nich spanikowany głos Kgosiego.
– To znowu się dzieje!!! – krzyczał, wpadając w zupełnie niemęskie tony i w każdej innej sytuacji Boitumelo i Dikeledi skomentowaliby to, ale nie tym razem.

– Miałem ją na radarze. Serio. Wiecie jak jest z próżniakami. Nie fatygują się powiedzieć, że u nich OK. – Machnął dłonią na monitory zakrywające większość ścian w Kontroli. – Tylko tyle mam i chwała, że nosi bransoletkę przynajmniej na zewnątrz, bo tak miałbym tylko obraz bez funkcji organiz–
– Kgosi…
– Ale to tam było, popatrzcie! – Przełączył obrazy. Poznikały wykresy i równina zawładnęła ekranem. – To z czubka. Z tej kamery, co pozwalałaby zaglądać w okna tym z miasta, gdyby tam byli. Patrzcie.
Sylwetka Lerato odcinała się od fioletowej równiny niczym przecinek na kartce papieru. Biała smużka prąca przed siebie równym tempem. Ślady jej kroków miały pozostać tu na kolejne wieki, bo planeta nie posiadała ni krzty atmosfery. Nie istniały tu wiatry, ulewne deszcze i burze, które mogłyby je zatrzeć.
Boitumelo przełknął ślinę. Oczy zaczynały go piec od niemrugania, ale bał się choćby na chwilę przymknąć powieki, bo wówczas mógłby przegapić moment, gdy próżnia zwinęła się, skłębiła i naparła na równinę, przesłoniła widok tumanem drobnego pyłu pokrywającego wszystko wokoło. Ruiny miasta rozmyły się i zniknęły, a niebo spadło na ziemię. Słońce spłynęło łzą, wykrzywiło się niczym w krzywym zwierciadle i sięgnęło pod horyzont. Przygasło i zdawało się, że widać mgławicę po drugiej stronie układu – niebo wokół zdeformowanej gwiazdy krwawiło czerwienią zjonizowanego wodoru, która sprawiała, że ledwie zjedzony baton podchodził Boitumelo do gardła. A pośród tego Lerato stała nieruchoma, jak figura wykuta w kamieniu. Jej sylwetka pozostała jedyną wciąż wyraźnie widoczną rzeczą – łuki bioder, wyciągnięte ku górze dłonie, owal łysej czaszki, odbijający światło odległej gwiazdy. Wyglądała nierealnie. Zupełnie jakby w ogóle jej tam nie było i ktoś dowcipny wkleił ją na gotowe nagranie, żeby wywrzeć wrażenie.
Świadomość, że była tam naprawdę przerażała.
– Jak długo?
Słowa Dikeledi były zaledwie szeptem.
– Pięć minut i trzydzieści siedem sekund nim wszystko wróciło do normy.
Gwałtownie oderwała wzrok od obrazu i wiedzieli dlaczego.
Nigdy nie zdarzyło się, aby Diabeł był widoczny tak długo.
– Przypadek – mruknęła przez zaciśnięte zęby.
Ale gdy siedem godzin później siedziała sama w pojedynczej kwaterze, bo innych tu nie przewidziano, nie mogła się oprzeć wrażeniu, że we wszechświecie takie przypadki się nie zdarzają.

Pochylali się nad stołem. Gładka powierzchnia wyświetlała mapę okolicy – lądowisko z bazą, odległe o kilometr miasto, stanowiące nieregularnego kleksa o najdłuższej przekątnej przeszło sześciokilometrowej długości i kanion za ich plecami – powidok burzliwej, geologicznej przeszłości planety, która tak fascynowała Boitumelo. Na to żrąca zielenią nakładały się szlaki wędrówek ich samych i automatów, a czerwone punkty znaczyły miejsca, gdzie zaobserwowano Diabły.
Nazwę zawdzięczały Kgosiemu, choć ze swym etymologicznym źródłem z ziemskich pustyń nie miały wiele wspólnego. Dikeledi utrzymywała, że są zaburzeniem magnetycznym, skutkiem ubocznym potężnych burz niemal nieustannie trzaskających nad biegunami – dlaczego, tego jeszcze powiedzieć nie umiała. To nawet nie do końca była jej działka, ale lata spędzone z Boitumelo nauczyły ją tego i owego, a własna medyczna kariera uzupełniała luki w teoriach.
Zaburzenia pola magnetycznego nie raz sprawiały, że niektóre miejsca uznawano za nawiedzone przez duchy. Słyszano tam głosy, widziano nieistniejące cienie, a wszystko było produkcją zaburzonej pracy mózgu. Tu po prostu było to bardziej zaawansowane – powtarzała, ale od dnia, gdy pierwszy raz udało się zarejestrować Diabła w pamięci komputerów, robiła to z coraz mniejszym przekonaniem w głosie. Coraz bardziej dla zasady i utrzymania morale.
Lerato w ogóle nie wyrażała swojej opinii. Z typowo próżniaczą niechęcią do wyrażania czegokolwiek na głos, unikała nasiadówek w mesie a na odprawach twardo przestrzegała planu spotkania, nie pozwalając, aby uciekło ono w sferę gdybologi i była to kolejna rzecz, która Dikeledi irytowała.
– Napisała w raporcie, że nic niezwykłego nie zaszło – powtórzył Kgosi cicho. – Że nagranie, to błąd sprzętu. Że skoro pole magnetyczne może nam mieszać w mózgach, to w kamerze też…
– Ona nie ma innego mózgu niż my – stwierdziła. – Próżniacy nie są inną rasą, nawet jeśli oni nas, a my ich uważamy za kosmitów. Jakieś dwieście lat temu w ogóle nie istnieli. Są eksperymentem genetycznym ery kolonizacji Układu Słonecznego. Bardzo udanym eksperymentem, ale podstawę mają taką samą co my. Alteracje wprowadzano do wielu układów, trzeba było zmienić wiele parametrów skóry i stworzono wewnętrzny izolator, by zwalczyć skutki braku zewnętrznego ciśnienia, ale mózg jako taki w dużej mierze pozostał niezmieniony. Działa tak jak działał, więc ona jest tak samo podatna na zwidy jak my.
Patrzyli na nią wciąż pochyleni i wyraźnie niepewni jak odpowiedzieć, bo w sumie w słowach Dikeledi zawierało się coś więcej, niż medyczny autorytet. Oskarżała Lerato o kłamstwo w oficjalnym dokumencie.
– Skupmy się na tym, co mamy – Boitumelo pierwszy zebrał się na odwagę. – Faktycznie istnieje korelacja między Diabłami, a siłą burz magnetycznych, a także aktywnością białego karła. Wpływ drugiego składnika układu podwójnego jest znikomy, ale teraz jest on bardzo daleko od nas i po przeciwnej stronie karła, więc to nie dziwi. Skansat wykonał pomiary anomalii magnetycznych z orbity. – Przełączył obraz i na mapie wykwitły jasne fontanny bieli. – Jądro planety jest dość zimne i jego aktywność nie tłumaczy biegunowych fenomenów. Nadal uważam, że trzeba by się tam wybrać…
Dikeledi zgromiła go wzrokiem. O to pokłócili się przed kilkoma dniami. On znów upierał się, by podjąć wyprawę na biegun. Dojechać łazikiem najdalej jak się da nim systemy zaczną padać jeden po drugim, a resztę drogi pokonać pieszo i sprawdzić czy zjawisko jest naturalne, czy może pierwotni mieszkańcy planety pozostawili coś poza ruinami miasta. Nie było mowy, aby przystała na takie szaleństwo bez względu na to czy łączył ich pakt, czy nie.
O dziwo, była to chyba jedyna sprawa, w której zgadzały się z Lerato.
Wróciła spojrzeniem do mapy i zmrużyła oczy. Diabły wcale nie występowały dokładnie tam, gdzie pole magnetyczne skręcało się i zwijało, ale też nigdy nie widzieli ich przesadnie daleko od któregokolwiek z węzłów.
Trudno było nie myśleć o korelacji.

– Wysłano nas tu, abyśmy zbadali ruiny i spróbowali odkryć, co się stało z ich budowniczymi, jak byli zaawansowani i czy może jeszcze są gdzieś we wszechświecie. Czy tu była ich ojczyzna, czy może jedynie kolonia? A stoimy w miejscu. Oglądamy skorupy z miasta i szukamy na mapach śladów innych siedlisk, ale nic ponadto. Owszem, znaleźliśmy nieco nieznanych nam stopów, poznaliśmy wzory, ale nawet nie wiemy czy to garnki, czy fragmenty broni masowego rażenia. Siedząc tu do niczego nie dojedziemy.
Słuchała go w milczeniu. Za luksferą nadchodziła noc i temperatura gwałtownie spadała, jeszcze jeden powód by nie oddalać się od bazy. Różnica między dniem a nocą była kolosalna – dokładnie taka, jakiej należało się spodziewać po pozbawionym atmosfery świecie.
– Ona zataja informacje – szepnęła.
– Lerato?
Skinęła głową. Splecione w sieć gęstych, cienkich warkoczyków włosy zsunęły się po jej policzkach niczym opadająca kurtyna.
– Jej raporty to tylko suche fakty. Obiekt ten i ten tu i tu. Nie interpretuje, nie wysnuwa teorii, a musi je mieć.
– Dikeledi…
Brzmiał na zatroskanego. Cały on – chciała się roześmiać. Gdyby nie opuścił Ziemi, to zapewne miesiącami chodziłby po górach i opukiwał kamienie, zupełnie niepomny na istnienie innych ludzi. A gdyby jakiegoś spotkał, choćby w najzakapiorniejszym z miejsc, to powitałby go jak rodzonego brata.
– Wiesz, że to nasza planeta. Ludzi, nie próżniaków. Nasza misja i próżniaczkę dołączono późno. Oczywiście, że wiesz. Byłeś tam wtedy. Nie zastanowiło cię, czemu nagle się zainteresowali?
W ciemności rozświetlanej jedynie przez opalizujące cyfry na zegarze przy łóżku nie mogła dostrzec jego twarzy, ale umiała ją sobie wyobrazić.
Popadasz w paranoję. Jesteś zmęczona.
O to też zdążyli się kilka razy pokłócić.
– Kgosi by się ze mną zgodził. Ago również.
– Ale po co miałaby to robić? Może po prostu jest z tych, co zbierają materiały na miejscu, a w drodze do domu zaczynają teoretyzować? Tak raz a dobrze.
Prychnęła.
Noc spędziła oglądając zdjęcia miasta. Szerokie ulice, budynki strzelające w niebo, iglice, place, pomniki – szukała analogii i skojarzeń – wszystkie zachowane w niespodziewanie dobrym stanie, jakby pozostawione zaledwie kilka dni temu i czekające na powrót mieszkańców. Widziała fontanny, nieproporcjonalne ławki, ale niczego co ktoś mógłby nosić przy sobie. Nawet w raportach Lerato nic takiego się nie pojawiało. Ot jakby wszyscy spakowali bagaże i odlecieli, by już nigdy nie wrócić. Ostatni gasi światło. Uśmiechnęła się smutno do tej myśli. Nie żeby to miejsce było piękne i mogło być żal, że ktoś je porzucił, choć Boitumelo twierdził, że kiedyś wszystko wyglądało inaczej. Że niegdyś kanionem płynęła rzeka, a jeśli tak, to musiała kiedyś istnieć atmosfera. Może także lokalna flora i fauna, a pojedyncze miasto było bazą wypadową albo kolonią? A może po prostu kurortem turystycznym, a oni naiwnie dopatrywali się w nim czegoś więcej?
Odetchnęła.
Stąpając na palcach przeszła do sąsiedniej kwatery. Zamek w drzwiach zareagował na jej DNA, bo łączący ją i Boitumelo pakt, dawał Dikeledi prawo nachodzić go nawet w środku nocy. Mimo tego zawahała się stojąc w progu. Zamarła w niezdecydowaniu nim jego ciche pochrapywanie nie przyciągnęło jej ku łóżku i nie zwabiło pod cienką kołdrę.
Może miał rację, chcąc wybrać się na biegun. Przecież nie musieli zbliżać się za bardzo. Ot może rozstawić czujniki i czym prędzej wycofać. Była pewna, że mogłaby opracować plan takiego wypadu tak, aby zapewnić im podstawowe bezpieczeństwo, nawet jeśli nie zmniejszyłoby to jej obaw.
Starzejesz się – pomyślała. – Przywiązałaś się do drugiego człowieka, jako konkretnej osoby, a nie po prostu innej istoty twojego gatunku, straciłaś neutralność i teraz się boisz. Strach jest taki prymitywny…
Uśmiechnęła się do pleców Boitumelo i spróbowała sięgnąć w głąb siebie, znaleźć tam niegdysiejszą Dikeledi. Nie tylko konkretną i genialną, ale i odważną. Dikeledi zdobywczynię – chciała śnić o niej do rana.

Nie.
– Bo?
Trzy gesty wykonane przez Lerato miały wiele znaczeń, a najgrzeczniejsze z nich przekładało się na „to nie wasza sprawa”. Dikeledi uderzyła dłońmi o stół.
- A nie twoją są badania geologiczne – fuknęła.
Próżniaczka zmarszczyła czoło. Na co dzień niemal pozbawione pigmentu usta stały się zupełnie nieodróżnialne od białej skóry twarzy. Wśród nich wyglądała jak intruz nawet tu, w przyjaznej przestrzeni bazy. Jej odmienność widoczna była na każdym kroku.
Mignęła bez gracji za to szybko i ostro.
– Oczywiście, że to może być maszyna, może być układ bezpieczeństwa i jeśli tak będzie, to na pewno się o tym dowiesz. Przecież dzielimy się swoimi obserwacjami, bo to nasze wspólne badania – wycedziła.
Boitumelo stał za jej plecami i wiedziała, że patrzy na nią. Czuła jego strach.
Lerato milczała z dłońmi uniesionymi na wysokość piersi, palcami nieskładającymi się w żaden znak. Wydawało się, że drży, a jej skórę pokryła gęsia skórka, choć to ostatnie było biologicznie niemożliwe. Dikeledi wiedziała o tym, a jednak odczuwała satysfakcję. Chciał prychnąć, wyśmiać strach próżniaczki, która pierwszy raz w czasie trzech miesięcy, jakie minęły od lądowania, napotkała opór.
Nie będziemy się z tobą obchodzić jak z gnijącym jajem – warczała w myślach Dikeledi. – Nie jesteście od nas lepsi i nie jesteśmy wam niczego winni. Żyjecie w próżni, na starych stacjach, ale już budujecie nowe, tańsze od naszych, bo tak wiele warunków jesteście w stanie znieść! Uważacie się za lepszych, a ciągle chcecie byśmy się wstydzili. Czymkolwiek wam ubliżymy, cokolwiek nam nie odpowiada w tym jak nas traktujecie, to chcecie byśmy pochylali głowy, bo to my, tlenowcy z planet o gęstych atmosferach, was stworzyliśmy i cierp ciało jak żeś chciało. A gówno!
Lerato znów zamigała.
– Ty też jesteś tu gościem. Wszyscy jesteśmy tu obcy.
Próżniaczka prychnęła i zamigała – to nasza spuścizna. Jej twarz zastygła w hardym grymasie. Uniesiony podbródek, zmrużone oczy, zaciśnięte usta.
Nie pozwolę wam jej skalać.
– Doprawdy, ciekawe j-
– Jesteś od nich! – Boitumelo wszedł jej w słowo. Krzyczał niemalże i Dikeledi spojrzała na niego przez ramię zdumiona i wystraszona. Kgosi cofnął się aż pod ścianę i z otwartymi ustami wsłuchiwał w wypowiadane pospiesznie słowa. – Od Dzieci Wszechświata, od tych szaleńców, co utrzymują, że dwieście lat temu, to nie ludzie zapoczątkowali badania genetyczne, a Opiekunowie. Pierw przybyli w zamierzchłej przeszłości i pchnęli ewolucję, by powstał homo sapiens, niedoskonały produkt przejściowy, a potem pod postacią zespołu badawczego doktora Emonin wykonali drugi etap planu i stworzyli istoty doskonałe w miejsce tych felernych, tymczasowych! I uważacie, że to ich planeta!
Lerato drżała. Jej gesty stały się nieprecyzyjne, ale dla zgromadzonych w sali odpraw ich znaczenie pozostawało jasne. Nie pozwoli im, nigdy przenigdy nie dopuści, aby wybrali się tak daleko, bo i tak już źle się stało, że na początku kilkakrotnie wybrali się do miasta, które nie należało do nich.
– Do was też.
Próżniaczka prychnęła.
– Nie pozwolę – wycedziła nieprzyjemnym, charczącym głosem i były to pierwsze słowa, jakie wypowiedziała od tygodni.

Nawet wiele godzin później, w swojej kwaterze, Dikeledi słyszała je odbijające się w jej pamięci. Wyprawę wstrzymano. Bez akceptacji trasy przez naczelną archeolożkę tak naprawdę byli w stanie nic zrobić, bo wszak mogliby niechcący zniszczyć coś wielkiej wagi. Autorytet Boitumelo był tu na nic i przepisy wiązały im ręce – bez Lerato, to on by decydował. Z nią…
Przesłoniła ramieniem oczy i wsłuchała się w ciszę, tak umiłowaną przez próżniaków i znienawidzoną przez nią. Chciała zasnąć i znów śnić, ale nie mogła. Irracjonalny strach pełzał jej po plecach i wydobywał z pamięci obrazy minionego dnia. Wystraszoną twarz Kgosiego, strach i wściekłość emanujące z sylwetki Lerato, przerażenie i zafascynowanie mieszające się w głosie Boitumelo.
Mieszały się ze sobą i plątały ze wspomnieniami. Z twarzą ich córki z pierwszego paktu, tego rocznego ledwie, dyktowanego poprawką demograficzną. Z jej mieszkaniem na Ziemi, z głosem matki i zapachem sawanny po deszczu.
Usiadła na łóżku i wpatrzyła się w opalizujące cyfry zegara. Musiała się przejść. Wychodzić to nieznośne uczucie zasysającej pustki, które rozgościło się w podbrzuszu.

Potem nazwała to kobiecą intuicją.

Nie rozległ się żaden alarm, nie zapaliła się ani jedna sygnalizacyjna dioda w sektorze mieszkalnym, tylko wskaźniki w Kontroli powoli opadały. Potrzebowała dłuższej chwili, by zrozumieć na co patrzy i co z tego wynika, a potem zaskoczyły odruchy. Lata treningów, przygotowań i to wszystko, co czyniło z niej najlepszą kandydatkę na tę misję. Jednocześnie odcinała sekcje, wysyłała automaty naprawcze i poszukiwała Lerato. Z paskudnym uśmiechem rozciągającym usta zmierzała po nitce do kłębka.
Splunęła, gdy znalazła.
– Przegrałaś.
Na ekranie widziała Lerato obracającą się jak fryga na dźwięk jej głosu z interkomu.
– To się okaże – odparła próżniaczka cicho i nienawistnie.
– Nie pozabijasz nas. Przejrzałam cię – nie chciała się śmiać, ale cień chichotu wkradł się w jej słowa. Ciśnienie za przegrodami powoli rosło. Moduł mieszkalny był bezpieczny i przez myśl przeszło jej, że chłopaki nigdy o niczym się nie dowiedzą. Choćby zabiła próżniaczkę, to zdołałaby to wyjaśnić nieszczęśliwym wypadkiem, bo brak byłoby świadków.
– To nie jest świat dla was – twarde, charczące zgłoski rozbrzmiewały w ciszy. – Wam pisana jest wasza planeta i jej się trzymajcie, nie jesteście dziećmi wszechświata, a ślepym zaułkiem. By tacy ignoranci przemierzali Puste Pola, to zbrodnia!
Bo przecież taki był plan Lerato. Zdehermetyzować bazę, udusić ich, wezwać pomoc i czekać na wcześniejszy transport powrotny.
– Mała, naiwna dziewuszko… – westchnęła rozbawiona Dikeledi. – Improwizacja nie jest waszą mocną stroną, bo tak wiele rzeczy może pójść w próżni nie tak, co nie? Nawet P&I bazy znasz po wierzchu. Nie miałaś nas zabijać, a dyskretnie hamować – stwierdzała fakty oczywiste i patrzyła jak zmienia się twarz Lerato. Jak poniżenie i wściekłość walczą na niej o palmę pierwszeństwa. Jak głęboko zakorzeniony wstyd wypełza na policzki, bo krzyknęła. Póżniacze faux pas najwyższej próby.
Zamigała. Wściekłymi gestami powiedziała, co myśli o słabych, uzależnionych od tlenu ludziach.
– Tlen, tlenem, a woda wodą. Tej wciąż potrzebujecie – odparła, a błysk w oku Lerato przeraził ją, bo może lada moment miał dokonać się przełom, tylko że im, zwykłym ludziom, od lat nie wolno było badać organizmów próżniaków. Och.
Sięgnęła ku przełącznikom.
Odporni na brak ciśnienia. Odporni na brak tlenu. Zdolni przetwarzać energię słońca na własną, wciąż pozostawali wrażliwi na temperaturę. Mniej niż ludzie, ale. Tam na zewnątrz było zimno jak szlag, ale odczuwalna temperatura w dzień nie była przesadnie niska, bo brak było wilgoci. Może minus dwadzieścia stopni. Sprzęt w zaplombowanej na co dzień rezerwowej nastawni mógł znieść o wiele mniej.
Gdzieś daleko zabuczały potężne urządzenia grzewczo-chłodnicze.
– Nic nie wiecie! Jesteście dziećmi zaledwie. Widzicie ruiny tam, gdzie stoją miasta przygotowane dla nas!
Dikeledi nie mogła oderwać wzroku od ekranu. Od wiotkiej sylwetki Lerato przybranej tylko w dopasowany, próżniaczy, uniform, od jej gestów – słów bardziej obraźliwych niż te wypowiadane głośno.
Boże, to ty tu jesteś dzieckiem – przeszło jej przez myśl i znów wspomniała córkę. - Naiwnym, małym dzieckiem śniącym sen o potędze, która nie będzie ci dana. Śpij…

Ilu?
Pytanie pojawiło się, gdy już zasypiała. Nieprzytomna Lerato, ofiara awarii układu AC, przebywała w kapsule regeneracyjnej i tam miała pozostać do końca misji, ale Dikeledi bała się mimo tego.
To dopiero początek – wykrzyczała Lerato, nim jej organizm zaczął wyłączać niepotrzebne organy w obliczu zimna.
Ukryta w ciemności kwatery Dikeledi nie śmiała zaprzeczyć.
koniec
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 179
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Zarzucone

Post autor: Coffee » 01 września 2014, 14:46

Co jest fajne w tym tekście - co jest w fajne ogółem w Twoim tekstach - to pomysł na setting. To jakoś mnie nigdy nie zawodzi, te kosmiczne wizje. Masz rozmach, masz wiedzę, żeby te wizje poprzeć, masz w końcu odpowiedni styl, żeby je zakotwiczyć w mózgu czytelnika. Tutaj już sam początek to oferuje: kontrast między swojską, ludzką kłótnią, mieszkaniem, a całkowicie obcym wyjściem w próżnię. Zaczynasz od czegoś zwyczajnego i przez Lerato, niby mimochodem, rozwijasz to w sytuację niecodzienną, sytuację, która właściwie staje się bazą pod cały tekst.
Tu jest mój pierwszy problem: Lerato na początku jest zwyczajną postacią. Znaczy, ma jakąś tam perspektywę, emocje, całkiem zrozumiały odruch ucieczki od niezręcznej sytuacji. Jakoś mi to nie gra z drugą połową tekstu, kiedy to jest tą obcą, niezrozumiałą, bo opisywaną głównie z perspektywy Dikeledi. Zupełnie jakby plan Ci się zmienił w trakcie pisania; nie mogę się pozbyć wrażenia, że Lerato miała być kimś innym.
Nie rozumiem też hejta Dikeledi. A może inaczej - rozumiem, ale nie czuję. Wydaje mi się sztuczny, ta emocja w ogóle mnie nie porywa. Argumenty na jej niechęć idą z zewnątrz - przez świat i misję, nic osobistego. Jakoś... nie wiem, nie kupuję tej nieosobistej niechęci.
Generalnie, tekst jest dobrze napisany, jak zawsze, ma dobrą podstawę świata, jak zawsze, ale brakuje mi w nim mięsa. To bardziej miniatura niż opowiadanie, mimo że ma fabułę - właśnie przez to, że ze wszystkich elementów pomysł na świat wybija się na pierwszy plan i całkowicie dominuje resztę. Za parę miesięcy będę pamiętała wychodzenie w próżnię, będę pamiętała obrazy ruin i spacer bez atmosfery, ale nie puentę tego kawałka. Na pewno nie postacie.
Aaa, i samo słowo "próżniaczka" wybijało mnie z rytmu. Jakoś w ogóle mi nie brzmi.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Zarzucone

Post autor: Siemomysła » 02 września 2014, 08:55

Bry!

Jako beta-czytacz z wyrobionym poglądem, pozwoliłam sobie na zerknięcie w komcia powyższego i dzięki temu wiem od czego zacząć pisanie swego :D

Otóż u mnie to, iż Lerato na początku zdawała się być człowiekiem zagrało bardzo na plus. Zarzucę auto-cytatem z piątku:
świetny motyw z pokazaniem najpierw "obcej". To, że nie wiadomo, że jest obca <3 To, że pierwsze wrażenie na temat ludzi jest takie, że są "niesympatyczni"
.
Pierwsze zetknięcie z rzeczywistością, którą przedstawiasz jest przez nią. Naturalnie uznaję ją za człowieka, bo jest dość ludzka wewnątrz (a jaka ma być, skoro mózgi próżniaków są takie same jak ludzi, skoro to ludzie ich "wyhodowali", gra mi to). Ponieważ uznaję ją za człowieka, przyjmuję wszystko co mówi za ludzką normę świata przyszłości i zmiany społeczne/rozwój taki a nie inny stosunków społecznych, w których publiczne małżeńskie wymiany poglądów to niemal wykroczenie, są łatwe do przełknięcia. A potem okazuje się, że ona człowiekiem nie jest i że ludzie przyszłości, nie różnią się od ludzi dnia dzisiejszego. Martwią się o siebie, przykrywają strach złością, a kłótnie i tak wycisza nocna potrzeba bycia blisko drugiego człowieka. Bardzo mi się podobała ta scena wepchnięcia się Dikeledi na wąską, jak zakładam, koję.

Podoba mi się też to, że ja-czytelnik zostaję z niewiedzą, nieco podobną do tej, z którą zostaje Dikeledi. Bo ja nie wiem, kto mówi "prawdę". Daję ją w cudzysłów, bo i ludzie i obca mają swoją prawdę tutaj. Lerato członek czegoś jak sekta, wierzy w głębszy sens własnego istnienia. Ludzie wierzą w to, że to oni są władcami kosmosów. Ludzie lubią w to wierzyć.

Całość układem, konstrukcją przypomina mi faworka. Faworek też jest skręcony, a ja miałam wrażenie, że to odwrócenie perspektyw, przejście z jednej - Lerato - którą ja-czytelnik-człowiek odebrałam potem jako fałszywą, do drugiej - Dikeledi jest odwróceniem, które mi się po prostu podobało.

Natomiast co do wrogości Dikeledi, z którą ona wchodzi na "pokład". Nie mam z nią żadnego problemu. Może być instynktowna, mogą się znać dłużej, nie muszę wszystkiego wiedzieć, by wierzyć w to, że ktoś kogoś nie lubi. Nie potrzebuję jej emocjonalnego podobudowania w tym momencie. Wydaje mi się wręcz, że w tym momencie, w którym rozgrywa się opisywana sytuacja nie ma już miejsca na takie emocje. Bo to jest coś ugruntowanego wcześniej, po prostu jest, nie rodzi się tu i teraz. Dikeledi już ją ma. Jest to okrzepła niechęć. Tak ją postrzegam. Natomiast nieco zdziwiła mnie nagła reakcja Boitumelo, który tak jakby w jednej chwili doznaje oświecenia. Choć z drugiej strony... Lerato go fascynowała, może to swoisty rodzaj wstydu pcha do teraz do gwałtowniejszych reakcji?

I jeszcze takie słowo na koniec - czytając to opowiadanie poczułam się dużo dużo młodsza ;) Tak bardzo wpisuje się w klimat dawnych opowiadań SF, tych z pierwszego mojego kontaktu z tym gatunkiem. Mamy tu wszystko czego potrzeba - obcy, inna forma komunikacji, badania na opuszczonej planecie, wspomnienie o Ziemi zwykłej takie z sawanną, wrzutkę o zmianach jakie nastąpiły - poprawka demograficzna <3 - skafandry, pradawnych... Lubię, bardzo lubię.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Zarzucone

Post autor: Krin » 05 września 2014, 17:51

Nie wiem od czego zacząć, więc zacznę od początku.

Pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy to lekka niespójność w zachowaniu Lerato. Początkowo reaguje na towarzyszy zupełnie normalnie. W jej myślach nie ma nic nadzwyczajnego. Później jednak dowiadujemy się, że pogardza ludźmi, przeszkadzają jej, są jej przeciwnikami. Gdyby to czytać od końca, to mocno rzucałoby się w oczy. Uważam, że stosunek jednych bohaterów do drugich nie powinien się gwałtownie zmieniać bez wyraźnego powodu.

Drugą rzeczą (no dobra to wcześniej, ale później o tym pomyślałam :P) jest nazwa "próżniak". Początkowo pomyślałam, że to jakieś pogardliwe określenie wymyślone przez ludzi. Dopiero potem dotarło do mnie, że wzięła się raczej od słowa "próżnia". Do tego wszystkiego przychodzi mi jeszcze jedno wytłumaczenie - oni nie muszą jeść (a spać muszą?), więc próżnują. :D Jak widzisz, nie jest to jednoznaczne.

Trzecia rzecz, o której wspomnę po prostu mi się podobała. Mam na myśli związek Dikeledi i Boitumelo. Niby cały czas się kłócą i w ogóle, a jednak są do siebie bardzo przywiązani. To jakby dodało mi smaku do tego wszystkiego.

Rzeczą, która mnie uderzyła niestety negatywnie były dialogi. Miałam wrażenie, że postacie tłumaczą sobie rzeczy, które powinny być dla nich oczywiste, lub tak mocno rozwijają swoje myśli, że robi się to nienaturalne. Lepiej by to chyba było umieścić gdzieś poza dialogami.

Zwróciłam też uwagę, że w swej twórczości czasem budujesz bardzo długie zdania. Czasem jest dla mnie nieprzyjemne czytanie takiego zdania "na jednym wdechu". Strasznie to wybija z rytmu.

A w ogóle to tak polubiłam duet głównych bohaterów, że pomyślałam aż - "szkoda, że tak krótko". Niepokojąca końcówka to wzmocniła. :D
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Zarzucone

Post autor: pierdoła saska » 15 września 2014, 10:40

No to ten tego, kujam za uwagę i czas :heart: i pozwolę sobie to i owo odpisać.

Thorin pisze:Tu jest mój pierwszy problem: Lerato na początku jest zwyczajną postacią. Znaczy, ma jakąś tam perspektywę, emocje, całkiem zrozumiały odruch ucieczki od niezręcznej sytuacji. Jakoś mi to nie gra z drugą połową tekstu, kiedy to jest tą obcą, niezrozumiałą, bo opisywaną głównie z perspektywy Dikeledi. Zupełnie jakby plan Ci się zmienił w trakcie pisania; nie mogę się pozbyć wrażenia, że Lerato miała być kimś innym.
Myślałam, myślałam, myślałam i jedyne co wydumałam odnośnie mojego nastawienia do tej postaci chwili A - zaczęcia tekstu - i B - jego skończenia - to ze nic się nie zmieniło. Chciałam zagrać nią na dwóch nutach. Tej o tym, że to jest przyszłość i i czytelnik może przypuszczać, że ludzkość zmieniła się, wyewoluowała, przerosła samych siebie i oto jest Lerato, taka lepsza my; tymczasem – a gówno. Druga nuta, to taka stara dobra egzotyka i zafascynowanie nią.

Generalnie za cel wyznaczyłam sobie napisanie tego w stylu starego sf, obłożyłam się kniżkami wydanymi w roku mojego urodzenia, a napisanymi 10, 30 50 lat cześniej (Cornbluth, Weinbaum).
Thorin pisze:Nie rozumiem też hejta Dikeledi. A może inaczej - rozumiem, ale nie czuję. Wydaje mi się sztuczny, ta emocja w ogóle mnie nie porywa. Argumenty na jej niechęć idą z zewnątrz - przez świat i misję, nic osobistego. Jakoś... nie wiem, nie kupuję tej nieosobistej niechęci.
Hymmm. Tu też myślałam. Coś tam osobistego było, małego paskudnie babskiego na początku, ale... Zgadzam się, że nie za bardzo są tu przyczyny, a finał, i raczej jest to faktycznie taka niechęć jak do innego narodu czasami - takie "bo tak, bo jakaś dawna historia i tyle" - i nie, nie jest to całkowicie przypadkowe zagranie tutaj, takie było założenie, choć gdybym zdecydowała się wyjść poza narzucony limit znaków, to wejście ciut głębiej w stosunki między paniami byłoby w istocie na miejscu. Jeśli kiedyś postanowię to zrobić, to... :)
Siemomysła pisze:I jeszcze takie słowo na koniec - czytając to opowiadanie poczułam się dużo dużo młodsza ;) Tak bardzo wpisuje się w klimat dawnych opowiadań SF, tych z pierwszego mojego kontaktu z tym gatunkiem. Mamy tu wszystko czego potrzeba - obcy, inna forma komunikacji, badania na opuszczonej planecie, wspomnienie o Ziemi zwykłej takie z sawanną, wrzutkę o zmianach jakie nastąpiły - poprawka demograficzna <3 - skafandry, pradawnych... Lubię, bardzo lubię.
:heart: i to mnie cieszy, bo ja to SF poznałam później. Chyba pierwsze SFy, czytane przeze mnie, to były jakieś historie ze świata Gwiezdnych Wojen dorwane w osiedlowej bibliotece xD
Krin pisze:Drugą rzeczą (no dobra to wcześniej, ale później o tym pomyślałam :P) jest nazwa "próżniak". Początkowo pomyślałam, że to jakieś pogardliwe określenie wymyślone przez ludzi. Dopiero potem dotarło do mnie, że wzięła się raczej od słowa "próżnia". Do tego wszystkiego przychodzi mi jeszcze jedno wytłumaczenie - oni nie muszą jeść (a spać muszą?), więc próżnują. :D Jak widzisz, nie jest to jednoznaczne.
I super, że jest niejednoznaczne :) Bardzo mi się podoba, ze zostaje to tak odebrane. :tul:

Krin pisze:Rzeczą, która mnie uderzyła niestety negatywnie były dialogi. Miałam wrażenie, że postacie tłumaczą sobie rzeczy, które powinny być dla nich oczywiste, lub tak mocno rozwijają swoje myśli, że robi się to nienaturalne. Lepiej by to chyba było umieścić gdzieś poza dialogami.

Zwróciłam też uwagę, że w swej twórczości czasem budujesz bardzo długie zdania. Czasem jest dla mnie nieprzyjemne czytanie takiego zdania "na jednym wdechu". Strasznie to wybija z rytmu.
Przykłady jakieś bym poprosiła? Zwłaszcza na to drugie, bo czytałam tekst na głos i przy uwzględnieniu średników, myślników itd. nie miałam z oddechem problemu ^^" więc trochę żem jest zagubiona. Bo co do pierwszego, to mam pewne przypuszczenia, o które momenty chodzi, acz ruszać ich nie zamierzam, bo to co i ile mówią bohaterowie nieco należny do nich. Niektórzy są z tych niepewnych typów, co sobie muszą głośno powiedzieć, by uwierzyć, albo to pleciugi xD
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

ODPOWIEDZ