UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba

Post autor: Siemomysła » 13 lipca 2014, 12:18

Co ja mam Wam powiedzieć? No co? Myślę nad tym od piątku. Po raz kolejny mam problem z faktem, że czytam fragmenty. Ale tu akurat, nawet czytając fragmentami widzę, że zrobiłyście bardzo fajną rzecz. Początkowo jedyna osoba, która wzbudzała emocje, z którą jakoś odruchowo próbowałam się zidentyfikować była Nina. Rufus jak wspominałam nagrabił sobie mówiąc źle o Ninie i potem już ciągnęło się za nim wrażenie niezbyt sympatycznego bubka. Jewia, cóż, Jewia jest zbyt zakręcony, zbyt chaotyczny, zbyt nieprawdopodobny. O! Właśnie! Z tych trzech postaci on mi się wydaje najbardziej "bajkowy"? "stworzony"? Nie żebym nie wierzyła w ideę szalonego naukowca, skupionego na cyferkach, raportach i wykresach, ale jest to dla mnie gatunek dość obcy i pewno stąd trudność w identyfikacji.
Ale wracając: początkowo jest tylko Nina jako czynnik naprawdę "ludzki". Jest kilka wrzutek czegoś jak wstępu, rozkładania obrusa, na którym się wszystko rozegra. A po nich następuje zakończenie przedostatniego fragmentu, w które nie chciałam wierzyć. Bum! Znika Ziemia. Od razu, nie ma walki o Ziemię, walka zaczyna się jej anihilacją. ŁAŁ! Czego chce przeciwnik? Czym jest dla niego ludzkość i nie tylko ludzkość, bo wszyscy z nią sprzymierzeni? Przeszkodą na trasie budowy kosmicznej autostrady? To jest najważniejsze dla mnie pytanie. Czego on chce? Oczywiście Blietzkriegu na przykład, a przywalenie w samo serce, z pewnością może spowodować paraliż kończyn, tak? Ale z drugiej strony może też wywołać ogromną potrzebę dania z siebie wszystkiego - zemsta jest ważnym motorem, myślę, że w skali planetarnej też, bo tą skalę planetarną tworzą jednostki, żołnierze bijący się z tym większą ochotą.
KIM JEST PRZECIWNIK?
I znów wracając (że też ja się nie umiem skupić na temacie! :roll: ) jest Nina i Nina wzbudza emocje i daje emocje. A teraz jest ostatni fragment. Jest Jewia wpadający w skorupę histerii. Chowający się za naukowymi wyjaśnieniami. Za parowaniem, łuną, wulkanami. To miejsce mnie pokonało, poryczałam się. Jest Rufus. Mnóstwo Rufusa, który walczy tak bardzo o wszystko. O twarz, o szacunek, o możliwość dalszego działania, o uczucia rodziców też myślę. O swoich ludzi <3 <3 <3 Jest wspaniały. Widzę go jak stoi podczas tej konferencji, sztywny, z podbródkiem zadartym do niemożliwości, z połamanymi prawie palcami i udaje, że jest jak ambasador grupy G26 lub nadinspektor Oonh - rozwiązuje problem, nie uruchamia szarpiącą żałobę i szukanie winnych. Generalnie przytłaczające uczucie - nie ma Ziemi! Tak, basenu, w którym pływałam jako dzieciak też już nie ma bo zasypali, a z boiska, na którym robili lodowisko każdej zimy, zrobili parking, ale same miejsca są. Mogę pójść i się nostalgicznie uśmiechnąć. Oni już nie. A to tylko miejsca, wspomnienia, a ludzie? Przytłacza ogrom tego, co im walnęłyście na ramiona. Ten ogrom zrzuca na czytelnika Jewia tym swoim naukowym wywodem i Nina. Bo Nina z ich trójki reaguje znów najbardziej "ludzko". Tak ja to widzę. Nina usiłuje walczyć, usiłuje nie myśleć, usiłuje się skupić na swoim zadaniu, na swojej pracy, na swojej części, usiłuje ogarnąć szok Jewii, ale jej się zwyczajnie nie udaje. I tak jest dobrze, bardzo, bardzo dobrze.

Cudowną rzecz myślę zrobił też kontrast między długością wstawek Rufusa a Niny/Jewii. I to, że wstawki Rufusa z czasem stają się krótsze. Ta długość koresponduje z narastaniem emocji jak dla mnie.

I to chyba wszystko. Babolka, o którym wspominałam nie widzę, więc zaprawdę poprawiłaś, Kruff :D

Dziękuję bardzo za lekturę, piszcie dalej. Lubię ryczeć z Waszego powodu.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba

Post autor: pierdoła saska » 17 lipca 2014, 10:31

Pracujemy dalej i dumamy nad tym co ze wskazanymi rzeczami począć, schładzamy mózgi lodami i w ogóle. Liczymy, że podziała długofalowo, a tymczasem...

– Zajebię cię, kurwa! Rozpierdolę! – wrzeszczał Rufus całą siłą potężnych, nawykłych do rzadkiego powietrza płuc. Jego dłonie zaciskały się na barierce tak mocno, że nie tylko pobielały mu knykcie, ale też znikało czucie w palcach, ale Krawędź Gujiča milczała drwiąco, a czarne, patrzące na nędzny, ludzki pomiot oko bestii pozostało niewzruszone. – Zapłacisz mi za to! ZAPŁACISZ, KURWA!
– Wiesz, że nikt cię tam nie słyszy?
Drgnął zaskoczony, a obróciwszy się, zobaczył siedzącego pod ścianą Annicewa, z nieodgadnioną miną wpatrzonego w widok za pancerną szybą i machinalnie obracającego w dłoniach nieodłączny kubek z kawą. Wydawało się, że w tych jego jasnych, niebieskich oczach nie ma niczego ludzkiego.
Wyparcie. Negacja. Tylko dane, tylko cyfry, za którymi nie kryło się nic rzeczywistego – każdy przechodził to po swojemu, Jewia najwyraźniej postanowił nie wierzyć.
Ważne, że nie przeszkadzało mu to pracować nad raportem, a chyba wręcz pomagało, bo miał jeszcze tylko trzy dni.
– Wiem – warknął Rufus.
– A, to dobrze, krzycz sobie dalej, jeśli widzisz w tym jakiś sens. Ja bym tam nie widział, bo po co wydzierać się na coś, co nie odpowie? To tylko dziura we wszechświecie, takie wielkie nic, no, chociaż właściwe nie takie nic, bo jak coś tam po drugiej stronie siedzi, to pewnikiem może to wykorzystać jako soczewkę…
Jewia mówił dalej, ale komisarz go nie słuchał. Parsknął ze złością i odwrócił się z powrotem ku Krawędzi. Niedawno stał tu z Niną – pamiętał odbicia ich twarzy na szkle. Ta, którą widział teraz, różniła się od tamtej – czwarta doba bez snu kładła się cieniem pod oczyma, odbierała kolor cerze i wkradała się w ruchy podstępną powolnością. Ale jeszcze nie, to nie był czas, żeby odstawić wspomagacze i skończyć romans z mademoiselle. Niech ten pierdolony raport poleci wreszcie na Kandię, a potem…
Kto da gwarancję, co będzie potem? Kto mógł zapewnić Rufusa, że nie obudzi się na stacji ogarniętej chaosem, bo ktoś czegoś nie dopilnował, a jego nie było w pobliżu? Robił, co mógł. Kazał nawet zablokować wszystkie kanały komunikacyjne poza restrykcyjnie kodowanymi rządowymi, w obawie, by do kogoś nie przyszły niskopriorytetowe pozdrowienia od bliskich z nieistniejącej już Ziemi. Ale może to też był błąd. Walka z wiatrakami. Przedłużanie agonii i zamiatanie pod dywan.
Tylko jaki miał wybór? Pozwolić wybuchnąć panice, patrzeć na rozpacz zmieniającą się w różne odcienie agresji i mieć nadzieję, że zdąży dobiec do kapsuły ratunkowej, nim ktoś udusi go gołymi rękoma?
– Teraz to sobie możesz w dupę wsadzić pozwolenia – burknął. – Jadłeś coś dzisiaj?
– Hm…
– Czyli nie. Mam batona w kieszeni, chcesz? Drugi dzisiaj i tak mnie przekręci.
– Pierwszy nie zdołał?
Rufus próbował zmierzyć Jewię lodowatym spojrzeniem, ale skończył, nim zaczął. Ostatecznie po prostu sięgnął do kieszeni i rzucił przekąskę profesorowi.
– Nie pozwolę ci zdechnąć, zanim nie skończysz raportu – powiedział.
– Nie skończę raportu, póki nie będę miał wszystkich jego składowych, a nie, nie pisze ich wszystkich sam, bez przesady. Póki Einert nie wyjdzie ze swojej norki, póty niczego ostatecznego nie dostaniesz – odparł naukowiec, obracając w palcach batonik, po czym wzruszył ramionami i ziewnął.
– Profesorze Jewio Siergiejewiczu Annicewie – wycedził Rufus – jaki, kurwa, Einert w jakiej, kurwa, norce?

Drzwi były zamknięte. Nina stała przed nimi zasapana, zaskoczona i zwyczajnie zdurniała.
– Poruczniku, obie wiemy, że nie taka była twoja rola na tej stacji – mówiła tymczasem Terentia d’Accorsi do jej ucha. Nina wiedziała, że powinna się skupić na słowach przewodniczącej, ale zagadka zapieczętowanej śluzy – śluzy, która prowadziła do jednego z wielu nieużywanych sektorów na stacji – okupowała jej myśli w o wiele bardziej bezpośredni sposób. – Bez względu na to, jak mocno sobie tego życzysz, twoja rola w tej ekspedycji to nie ochrona stacji.
Biegała już tędy. Ostatnio ze dwie doby temu. I wtedy sektor na pewno nie był odcięty.
– Poruczniku? Słyszysz mnie?
–Tak jest! Przepraszam, mam tu… Nic ważnego.
– O tym mówię. Szukasz wymówek i dystrakcji. Jesteś na rozgwieździe, żeby przypomnieć sobie wszystko, co mogło się stać za Krawędzią. Jesteś tam jako cywilny specjalista, nie żołnierz.
– Tak jest. Tylko…
– Tak, poruczniku?
– Stacja wymaga ochrony. I to jest fakt. Ludzie są rozkojarzeni, nerwowi, zrozpaczeni po… Ledwo się trzymają. Spokój musi być utrzymany.
– Rozumiem, ale to tylko dowodzi, że musisz się skupić, dziecko. Oni potrzebują twojej ekspertyzy.
– Przyjęłam – stwierdziła Nina ponuro. – Bez odbioru.
Wyjęła komunikator z ucha. Pot zasychał jej na plecach.
–Ekhm – rzuciła przez interkom śluzy. – Jest tam kto?
Coś zatrzeszczało.
–Tak? – Głos był uprzejmy, spokojny i najwidoczniej nieświadomy niedorzeczności całej sytuacji. – Doktor Einert, czym mogę służyć?
Nina zamrugała.
– No… Co pan tam robi, doktorze? W tym skrzydle rozgwiazdy niczego nie ma.
– Ależ skąd. Ja tu jestem.
Nie mogła się kłócić.
– A… Nie powinien być pan gdzie indziej?
– Tu mi wygodnie, dziękuję. Dam znać, gdy będę czegoś potrzebował.
Porucznik westchnęła do siebie, wzruszyła ramionami, wykonała w tył zwrot i pobiegła przed siebie, dokładnie tą samą trasą, którą tu przybyła.

Franceska naniosła współczynniki korekcyjne do ich modelu po raz piętnasty tego dnia – napisy na ekranie pada jasno dawały to do zrozumienia – i choć szła już w pochodne piątego a może i siódmego rzędu, to wyniki ciągle wyglądały jak wróżenie z fusów. Nie żeby narzekał. To było całkiem ładne wróżenie z fusów, zwłaszcza że nie był pewien czego w zasadzie oczekuje się od tego raportu. „Odpowiedzi”, na które pytania, bo miał wrażenie, że na wszystkie, ale równie dobrze, na ile zrozumiał Hommeltera przed dwoma dniami, na „jakichkolwiek” też by niektórych zadowoliły.
Szurając kapciami po gładkiej podłodze, zmierzał ku kantynie w poszukiwaniu dolewki kawy. Nie było mowy, żeby na nowo spróbował układać ten burdel w składny dokument bez kawy. Zresztą nie miał wątpliwości, że ktoś jeszcze zuploaduje jakąś poprawioną wersję. Zupełnie, jakby nie można raz a dobrze, tylko trzeba było latać jak rozkojarzony kot z pęcherzem. Nie lubił być koordynatorem. Bardzo nie lubił.
Drzwi rozsunęły się przed nim, ukazując kantynę w całej jej mało zachęcającej glorii prostych stołów, krzeseł i idiotoodpornego podstawowego sprzętu. Dla niego liczył się teraz jedynie ekspres do kawy. Swojski, o interfejsie tak wyraźnym, że można go było obsługiwać na głodzie i na półślepo, gdyby zaszła taka potrzeba. Wcisnął tablet pod pachę i przepłukał kubek, wpatrując się w dostępne opcje – nie zmieniły się od ostatniego razu, pamiętał je doskonale – i żarzące się na pomarańczowo cyfry zegara umieszczone pomiędzy nimi. Wiedział, czego chce. Podstawił naczynie, wybrał zwykłą czarną i wsłuchał się w stęki i warkoty maszyny. Oparty o blat jeszcze raz przyjrzał się poprawkom Franceski. To była naprawdę ciekawa teoria z soczewką, a tu zaczynała działać. Model wciąż nie dawał precyzyjnych wyników, ale nikt tego nie oczekiwał, bo w sumie przecież nie wiedzieli dokładnie, gdzie był odbiornik, nim nie znalazł się na Ziemi…
W Ziemi – poprawił się, ale to też brzmiało jakoś tak nie do końca poprawnie.
Ekspres umilkł i Jewia, ze wzrokiem wciąż utkwionym w ekranie, sięgnął po kubek.
Kubki nie bywają płaskie…
– Smacznego – usłyszał i dopiero wtedy podniósł wzrok. Nina Wauneka patrzyła na niego z lekkim zaciekawieniem.
– Dziękuję…? – odpowiedział niepewnie, a z jeszcze większymi wątpliwościami zmierzył spojrzeniem talerz. – Przyszedłem tylko po kawę, ale…
– Tak, wiem. Ostatnio jadł pan trzynaście godzin temu według rejestrów kantyny.
Zamrugał. Z tego, co pamiętał, ostatni posiłek – o ile posiłkiem można nazwać syntetyczną kanapkę – jadł co najmniej osiemnaście godzin i dwadzieścia trzy minuty temu, ale wszystkie systemy na stacji zaczynały się sypać, a znalazłoby się kilka bardziej newralgicznych od podajników żarcia. A przy tym pozostając, spojrzenie Niny przypominało Jewii spojrzenia kilku innych osób, jakie w życiu spotkał i którym nauczył się nie mówić „nie”. Rzeczą względną pozostawało, czy robił to w imię świętego spokoju, czy całości swoje tyłka. Tu i teraz znaczyło tylko tyle, że postanowił zjeść na miejscu, a nie zabierać kolację… obiad? do siebie.
– Dziękuję – powtórzył i podsadził się na blat, a talerz położył sobie na kolanach. –Masz implanty, co nie? Czwartej generacji? Teraz chyba testują już piątą…?
Nie odpowiadała przez dłuższą chwilę, aż Jewii zrobiło się nieswojo. A potem nagle skinęła głową i jakby cała lekko rozluźniła.
– Czwartej.
– Co to było? Interesowałem się tym jedynie pobieżnie, nie moja działka, ale manipulacja energią to wciąż świeża sprawa, a wiadomo, nowalijki…
–W tej kwestii nic się nie zmieniło od pierwszych – stwierdziła porucznik, bezwiednym gestem zabierając z ekspresu wciąż czekający na Jewię kubek. Annicew ze zgrozą obserwował, jak sypie do kawy cztery – drogi Boże – pięć łyżeczek cukru. – To wciąż tylko podstawowa psionika, rzuty energii, dystansowe wyładowania. Nie przybyło nam precyzji, jedynie mocy.
– A szumu wokół tego, czy raczej wokół gdyboliogii o tym, jakie są górne granice generacji, tyle że głowa mała. No i nawet proste rzeczy mogą ułatwiać życie. Energia w energię… Dałoby się przy odrobinie uwagi podgrzać tak wystygłą kawę? – zapytał i wepchnął sobie do ust kolejną łyżkę czegoś, co składało się głownie z kalorii, potem z koloru, a gdzieś na końcu maszerował smak. Stacja się sypała i dystrybutorom także się to udzielało.
I znowu to długie, za długie i zbyt nieruchome spojrzenie.
A potem coś zasyczało.
Kawa wrząca w kubku.

Rufus szedł szybko, skrótem, który opracował, oglądając plany rozgwiazdy – kiedy jeszcze miał na to czas i szukał zajęć dla jego zabicia. Potem jakoś o całym pomyśle zapomniał, ale teraz chciał czym prędzej dotrzeć do gabinetu i sprawdzić, czy ostateczna wersja raportu już czeka, jak zapewniał go Jewia, nawet jeśli Nina ostatecznie nie dopisała się do niego nawet słowem.
Zdążyli. Wyglądało na to, że udało się odroczyć wyrok na Komisję Gujiča, a przez to także na jej członków. Gilotyna zatrzymała się wpół drogi i chyba było warto, nawet jeśli ostatni tydzień zlał się Rufusowi w jedną, bezbarwną plamę, segmentowaną tylko i wyłącznie kolejnymi dawkami i odgłosem kroków przebiegającej przez stację Niny. Walczyła o powrót do kondycji sprzed niewoli i walczyła na tyle regularnie, by jej treningi stały się bardziej pomocne przy próbie zachowania względnego chociaż poczucia czasu niż którykolwiek z dogorywających zegarów.
One i może jeszcze coraz częstsze fałszywe alarmy.
Teraz jednak Rufus spieszył się, by zamknąć tę gonitwę ostatecznie.
I wpakował się na nieaktywną przegrodę.
Najpierw wpakował się w nią czołem i barkiem, bo, zamyślony, nie zwrócił uwagi na fakt, że zbliżaniu się do śluzy nie towarzyszy charakterystyczny szum siłowników. Próbował dłonią – przecież musieli dostarczyć technikom wzór jego linii papilarnych. Nic. Macał ramę w poszukiwaniu czytnika siatkówki. Również nic. Cofnął się i podszedł ponownie, pod nieco innym kątem. I to też niczego nie dało.
– Kurwa – wypluł, stojąc bezradnie przed zamkniętymi na wieczność drzwiami.
Już miał się wycofać i pójść naokoło, kiedy usłyszał ciche pogwizdywanie. Zza zakrętu wyszedł jeden z techników – jeden z tych w podartych, śmierdzących potem koszulkach – obrzucił spojrzeniem śluzę, zerknął na Rufusa, a potem wcisnął niewielki, prymitywny przycisk w ścianie i przegroda się rozwarła.
To ten pobłażliwy uśmiech ściągnął wzrok komisarza na jego twarz dokładnie w momencie, w którym obracała się w kierunku korytarza. Ta lekko posiwiała skroń. Kształt nosa. Podbródek jak u ojca, jego pogardliwe, osadzone głęboko oczy…
– Meindert…?
Nie odezwał się nawet słowem. Po prostu ruszył w swoją stronę.
– Meindert! To ja! Inge!
Inge Mała Pierdoła.
Inge van Niedorobiona.
–Zaczekaj! – Rufus puścił się za nim korytarzem.
Dotarł do zakrętu, potem do następnego i jeszcze jednego, cofnął się, wszedł w inną odnogę, przeszedł dwie śluzy i jeszcze jeden zakręt, parokrotnie uderzył czołem we framugi i wiszące osłony, ale technika nigdzie już nie było.
Zniknął.
Komisarz rozejrzał się dookoła.
I uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, w której części rozgwiazdy się znalazł.
–Jest tu ktoś…?
Było cicho, było ciemno i było pusto.
Rufus poczuł zimny pot i dziwną sensację w żołądku. Uświadomił sobie, że to rodząca się panika.
– Kurwa.
Dopadł do pierwszej śluzy, teraz wiedząc już, że należy szukać prehistorycznego guzika.
Ale guzik nie zadziałał.
Co jest?!
Rufus spróbował raz jeszcze. I jeszcze raz.
I jeszcze jeden.
– Kurwa!
– Czego znowu?! – zza śluzy dobiegło zwierzęcy niemal warkot.
Umysł komisarza zamilkł na chwilę w proteście, a potem zawrócił.
– Einert z Norki?
– Co?
– Jeśli Einert z Norki to, jako Wysoki Komisarz, rozkazuję panu, doktorze, natychmiast otworzyć śluzę i wyjść.
Za przegrodą zapadła długa cisza.
– Słyszy mnie pan?
– Słyszę – znowu warknięcie, jeszcze bardziej agresywne.
– Więc proszę poddać się po dobroci albo wyważę drzwi.
– Powodzenia. Ale ostrzegam, że mam stąd dostęp do większości systemów, w tym oprogramowania kantyny. Jeśli chcecie jeść, spierdalaj pan.

Systemy kanalizacyjne ciągle działały. Najwidoczniej Einert w swoim zaadaptowanym skrzydle rozgwiazdy również potrzebował łazienki, bo wodociągów nie wirusował nawet dla próby. Kantyna zaczynała ostrzeliwać ludzi kawą za każdym razem, gdy ktoś podchodził pod drzwi doktora i próbował namówić na wyjście z nory. Światło siadało, gdy Einert otrzymywał filtrowane przez interkom groźby.
Ale prysznice dalej się trzymały.
Nina zawinęła się w ręcznik i przetarła zaparowaną powierzchnię lustra. Była piąta. Albo siedemnasta. W efekcie licznych awarii każdy zegar na stacji wskazywał inną godzinę.
Coś odbiło się od drzwi łazienki.
–Moment – zawołała, chociaż to nie brzmiało jak pukanie. – Zaraz…
Przerwał jej łoskot.
– Poruczniiikuuu…
– Komisarzu?!
Szybko odblokowała śluzę. Rufus stał w progu z opuszczonymi ramionami, czołem opartym o górną framugę i bezradnym wyrazem twarzy.
–Chyba pomylił pan łazienki –mruknęła Nina, wychylając się z boku i rozglądając po korytarzu. Było pusto, na szczęście. – Męski jest dalej, bliżej magazynów.
–Wiem, ale tam się ktoś powiesił – odparł, marszcząc nos. – Nie, ten, nie chciałem przeszkadzać, tylko czuję się trochę… niekomfortowo.
Zmierzyła go nieufnym spojrzeniem. Coś w tym wszystkim wydawało sie znajome; skaczące tempo mówienia, kompulsywne skurcze mięśni, rozbiegany wzrok.
Trochę za bardzo rozbiegany, ale nie miała teraz czasu się tym przejmować.
– Ćpał pan – syknęła, wciągając nieco zbyt bezwładnego Hommeletera do łazienki i ponownie blokując drzwi. – Proszę usiąść.
Rufus usiadł, ignorując zarówno kałuże na posadzce, jak i plastikowy stołek w rogu kabiny. Cierpliwie wyłuskała z kurczowo zaciśniętej dłoni mydelniczkę. Ściągnęła z ramienia komisarza cytrynowożółty ręcznik i rzuciła go na metalową umywalkę.
No, ujdzie.
– Co to? – spytała, klękając na wprost Rufusa. Implant reagował prawidłowo, ale prawe oko już nie. Pomyślała o zachowaniu komisarza w ciągu ostatnich dni i w końcu skojarzyła fakty. – Pochodne amfetaminy?
– Nic mocnego, tylko mademoiselle – wymamrotał, nie protestując, gdy Nina zadarła mu powiekę zdrowego oka ku górze.
– Na Ziemi to nielegalne, wie pan. Nie, żeby teraz to miało znaczenie…
– Na Kandii też. I na Midgaardzie, tak właściwie…
– Nasze stymulanty są podobne – mruknęła, odsuwając się nieco. Złapała nadgarstek komisarza. Nie miała nadziei na policzenie pulsu, po prostu chciała się przekonać, że ciśnienie go nie zabije, gdy będą sam na sam w łazience. – Podczas jednej misji wszyscy musieliśmy się naszprycować, warunki… Nieważne. Ale kac był okropny. Kiedy uderzy… Współczuję. Jaka dawka?
Rufus wzruszył ramionami. Całkiem nagle zacisnął palce na jej przedramieniu; powstrzymała się przed odruchowym cofnięciem.
– Ładny tatuaż – stwierdził tym głębokim, uprzejmym tonem ludzi, którzy spacerują po zupełnie innym wymiarze rzeczywistości. – Dlaczego tak?
Podążyła za jego spojrzeniem. Ciąg linii i kropek szedł wzdłuż jej ramienia, od nadgarstka aż po pachę.
– Tak na mnie mówili w pięćset piątym – mruknęła. – „Gąsienica”.
– Przez motyle, tak?
– Tak. – Westchnęła. – Chwileczkę, muszę się przebrać.
Hommeleter nawet nie drgnął, gdy rzuciła mu na twarz jego własny ręcznik. Miała nadzieję, że nie zaśnie; budzenie złożonego narkotykowym hajem giganta zdecydowanie nie należało do najłatwiejszych zadań, zwłaszcza jeśli nikt nie miał ich zobaczyć.
Nie zasnął. Mrugał tylko rytmicznie, jakby sam postanowił nadawać Morsem.
– No już, Rufus. Do góry. Siup.
Siupanie poszło w miarę gładko. Jak się okazało, Rufus mógł też samodzielnie chodzić, a nawet otwierać drzwi. Co jakiś czas korygowała jedynie jego trasę, żeby przez przypadek nie wszedł w ścianę, albo przypominała o pochylaniu głowy przy co niższych śluzach. Gdy dotarli do jego kwatery, komisarz na autopilocie opadł na łóżko, gdzie zwinął się w pozycji embrionalnej.
Nina rozważyła parę opcji. I zesztywniała.
– Jak to „powiesił”?

– …ale nie sadzę, aby przypisali to twojemu psuciu systemów, więc naprawdę zrób to i wyleź stamtąd wreszcie. Raport już poszedł. Wysmażyliśmy plus minus położenie źródła sygnału z gwiazdką, że to może być tylko przekaźnik, zasymulowaliśmy, że Krawędź może działać jak kolejna soczewka i wzmacniać sygnał gdzieś spoza Galaktyki i że nie da się określić, gdzie dokładnie jest ostateczny odbiornik, pocisk, bo nawet skupiona, wzmocniona wiązka jest dość szeroka i to jak próbować ocenić, czy facet stojący kilometr czy dwa dalej celuje ci pistoletem w nos czy może w ramię. Powodzenia. Co z tym zrobią, to już nie nasza sprawa, możemy wracać do domu, ale że figurujesz na liście personelu pode mną, to jestem zobowiązany odhaczyć cię na niej w polu „odprawę przeprowadzono i pracownika przydzielono na statek wstaw nazwę zmierzający do wstaw nazwę dnia podaj datę”, a póki siedzisz tam, to nie mogę tego zrobić i sam nie mogę stąd wyjechać, wiesz? – westchnął ciężko, bo naprawdę rozgwiazda już mu się przejadła, a te same poszarzałe twarze nie zniechęcały do życia. Pod wieloma względami popierniczona GHbgS–155//7474–4 wydawała się bardziej zachęcająca niż kiedykolwiek wcześniej. Po pierwsze, było tam naturalne światło i normalna doba, jedno dziwne a druga niestandardowa, ale jednak.
Po drugiej stronie hermetycznych drzwi coś huknęło, potoczyło się, brzdęknęło i zajazgotało.
– Dirk…
Niewyraźne mamrotanie zaczęło nabierać znamion słów powszechnie uważanych za nieparlamentarne, ale w ostatnich dniach nie takie rzeczy tu słyszano. Ktoś, Jewia nie znał jego imienia, nawet mówił w kantynie o tym, że będzie gorzej, bo próba wyparcia, potem akceptacja, rezygnacja, wściekłość… wyszedł nim zdążył się zasłuchać; nie miał ochoty wiedzieć o tym wszystkim. W zamian wylądował tu.
– Dirk.
– Jakiego, kurwa, domu!
Te słowa usłyszał aż zanadto wyraźnie, choć wciąż dzieliło ich kilka centymetrów zadziwiająco wytrzymałego materiału.
– Nie ma żadnego domu i żadnych pierdolonych powrotów! Rozpierdoliło wszystko i wszystkich, dociera to do ciebie?! Wiesz ile tam, kurwa, było ludzi?
– Dziesięć miliardów sześćset dziewięćdziesiąt trzy miliony dwadzieścia siedem tysięcy osiemset trzynaście plus minus kilkadziesiąt tysięcy takich „przejazdem” według statystyki sprzed pięciu miesięcy.
Jeśli Einert go usłyszał, to postanowił nie skomentować tej wartości.
– Wiesz, że niektórzy mieli tam rodziny? Przyjaciół? Wszystko, pierdolone wszystko i teraz już tego nie ma i nie będzie żadnego cholernego do wesela się zagoi!
– Wiem – odparł. – Też miałem.
Dopadło go wrażenie déjà vu, a z niego płynęła demotywująca świadomość, że się nie dogadają do świętego nigdy. Takie rozmowy nie kończyły się dobrze w przeszłości i wiedza o tym nie sprawiała magicznie, że Jewia potrafił sobie teraz lepiej z nimi poradzić. Poza tym był zmęczony. Spanie ze świadomością, że w kajucie obok jest ktoś, komu mogą puścić nerwy, jak kilku innym, nie było najłatwiejsze. Fakt, że tak naprawdę ogólnikowość raportu mierziła go i na własną rękę rozważał kolejne ekstrapolacje, nie pomagał.
– To już nie masz, dociera to do ciebie? Nic już nie masz. Nie mamy, możemy równie dobrze kopnąć w kalendarz i-
– Wiem, że nie mam – warknął. – Nie neguję tego. A teraz, Dirk, moglibyśmy wrócić do tematu głównego…
Nie dokończył. Korytarz rozświetlił się na podobieństwo disco-burdelu, a w słowo wszedł mu niski, nieprzyjemny gong alarmu.
ciąg dalszy nastąpi
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Ender
Posty: 6
Rejestracja: 01 sierpnia 2012, 23:39
Lokalizacja: łóżko

Re: Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

Post autor: Ender » 21 lipca 2014, 11:54

Ciężej mi z tym komentarzem chyba niż zwykle (he, he, kiedy ja ostatnio coś skomentowałem), w sumie nie mam wiele do powiedzenia, a przy tym będzie pewnie dość niejasno (tak naprawdę chciałem tylko dać znać, że przeczytałem, ale przecież nie mogę napisać takiego posta, zwłaszcza, że i tak zostanę odpytany :D). Już parę razy do czytania tego podchodziłem, fragmentami, więc niezbyt pamiętam szczegóły (także fabularne) i bardziej się wypowiem raczej o ogólnym wrażeniu. Przykro mi, ale póki co nie jest najlepsze.
Trudno mi się to czyta, po prostu zupełnie nie jestem w stanie się wczuć, nie wiem dokładnie z czego to wynika, ale się nie wciągam. Może trochę dlatego, że narracja jest mocno skoncentrowana wokół trzech postaci, które nie bardzo mnie ruszają, a na razie snują się bez celu i nie robią niczego ciekawego (to się na pewno wkrótce zmieni, ale jak dla mnie, to już za długo nudzą). Annicew wydaje mi się stworzony niekonsekwentnie, nie pasuje mi zupełnie jego zachowanie w ostatniej części do tego, jak go zapamiętałem z pierwszego kawałka (może zbyt się przywiązałem do pewnej wizji tej postaci), jest dla mnie jakiś rozmyty.
Też miałem trochę inne oczekiwania, no ale na to nie macie wpływu, w każdym razie, kiedy usłyszałem, że to space opera ma być, z Waszymi typowymi postaciami, wyobraziłem sobie raczej autoironiczny, lekki utwór, do którego będę się uśmiechać, a tu łup, jest całkiem poważnie (Lelum Polelum mi nie wystarczy, chociaż faktycznie się uśmiechnąłem w tamtym momencie).
Będę oczywiście czytać dalej, bo jestem ciekaw, jaka będzie fabuła, zwłaszcza przy takim zestawie głównych bohaterów, i w ogóle, jak to dalej będzie wyglądać.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

Post autor: Kruffachi » 21 lipca 2014, 14:34

Tak się zdziwiłam, że aż muszę odpisać XD

Po pierwsze, to dzięki, nie spodziewałam się :D Znaczy - wiedziałam, że czytasz, ale całkiem szczerze nie spodziewałam się komentarza. Także ten, banan na ryjku i te sprawy. Kolejny głos, że czyta się ciężko, no ale co się stało, to się odstanie dopiero w redakcji. Cały czas zastanawiam się, z czego to konkretnie wynika i jak to naprawić potem, choć wydawało mi się, że jest już nieco lepiej. Ale, jeśli zrozumiałam dobrze, jest to inny rodzaj "złego czytania" niż np. u Joi, bo Ciebie zwyczajnie znudziło. Jeśli mam trochę racji, to może kwestia rozbicia na trzy równorzędne perspektywy. W sumie to dużo. I dla czytelnika, żeby wybrać cel, i dla piszącego, żeby wykreować dobrze postać. Wszystko jest razy trzy w końcu: ekspozycji, perspektyw i ogarniania relacji. Co wymaga trzy razy więcej czasu antenowego. Może więc tu tkiwł błąd i należało inaczej ustawić sam początek, ale przeważyła chęć wspólnego pisania. Zastanawiają mnie tak osobiście bardzo skrajne opinie na temat Jewii, ale o tym to raczej Marsza i z Marszą, niemniej ciekawi mnie, z czego wynikają i co sprawa, że jest tak różnie odbierany. Też trochę czytelniczo, w końcu jestem w 2/3 czytelnikiem. A nastrój... cóż, kiedy właściwie podczas pierwszego spotkania, na którym gadałyśmy o czymś więcej niż tylko koncepcji, padł pomysł wysadzenia Ziemi na początku, to trochę nam to tekst zdeterminowało. Ale to nie znaczy - mam nadzieję - że będzie przez cały czas sztywno. Raczej poważnie, to fakt. W sumie pamiętam, że Smaug też była zaskoczona, że jest tak serio.

Dzięki raz jeszcze :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

Post autor: pierdoła saska » 22 lipca 2014, 08:12

@____@ <- reakcja na to kto komentował. the wow.


Co do Jewii, to ja sobie z rosnącym zdumieniem obserwuje reakcje na niego, bo on wg mnie jest spójny i w sumie prowadzony po jednej linii, tylko póki co pokazany w kawałkach bez tego co te kawałki spaja. To co spaja będzie, ale później i teraz pary z ust nie puszczę, bo uprzedzę fakty i finalnie nic z całego planu nie wyjdzie. Może się co prawda okazać, że mój plan będzie jedną wielką wtopą, acz się łudzę póki co :P
Też miałem trochę inne oczekiwania, no ale na to nie macie wpływu, w każdym razie, kiedy usłyszałem, że to space opera ma być, z Waszymi typowymi postaciami, wyobraziłem sobie raczej autoironiczny, lekki utwór, do którego będę się uśmiechać, a tu łup, jest całkiem poważnie
W zasadzie ja se wyłamałam z planu, bo zamiast brać postać typową, wzięłam postać ze staaaaaarych tekstów :P ...i ja chyba nie umiałabym tak na niepoważnie. Jakoś takoś, eeee :bag:
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Ender
Posty: 6
Rejestracja: 01 sierpnia 2012, 23:39
Lokalizacja: łóżko

Re: Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

Post autor: Ender » 22 lipca 2014, 23:13

Ojtam niepoważnie od razu! Z dystansem i z jajem, o! :D

Jeśli chodzi o Annicewa, to mogę się mylić, bo czytało mi się dość ciężko od początku i przez to nieuważnie, raczej poczekam dłużej zanim sobie odświeżę początek, więc nie zweryfikuję tego, wybaczcie. :P W scenie z Niną w stołówce wydaje mi się bardzo przyziemny i nie pasuje mi to zupełnie, ale mówię, pewien obraz mam w głowie i w sumie nie wiem, czy źródło tego obrazu w ogóle jest w tekście. xP

Kili:
Czy to kwestia rozbicia na trzy perspektywy? Możliwe. Nie wiem, czy to przez to ciężko mi się czyta, ale jest coś w tym, że wydają mi się trochę te perspektywy zbyt bliskie przestrzennie. Póki co nie widać, by był potrzebny więcej niż jeden główny bohater + dwa rozbudowane miniony. Kiedy zacznie być widać? :P

Muszę jeszcze rzadziej pisać komentarze! Podobają mi się reakcje! xPP

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

Post autor: pierdoła saska » 23 lipca 2014, 07:38

Ender pisze:Ojtam niepoważnie od razu! Z dystansem i z jajem, o! :D

Jeśli chodzi o Annicewa, to mogę się mylić, bo czytało mi się dość ciężko od początku i przez to nieuważnie, raczej poczekam dłużej zanim sobie odświeżę początek, więc nie zweryfikuję tego, wybaczcie. :P W scenie z Niną w stołówce wydaje mi się bardzo przyziemny i nie pasuje mi to zupełnie, ale mówię, pewien obraz mam w głowie i w sumie nie wiem, czy źródło tego obrazu w ogóle jest w tekście. xP
To ten moment, gdy zastanawiam się czy ty kiedykolwiek czytałeś któreś z opowiadań z nim... tych sprzed 7 lat jak nie dalej. Hymmm... xD
Ender pisze:Muszę jeszcze rzadziej pisać komentarze! Podobają mi się reakcje! xPP
to się da rzadziej? ;/





:devil:


I byś się przywitał gdzie trza, wiesz? regulamin nie gryzie... ponoć O.o
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

Post autor: Kruffachi » 23 lipca 2014, 08:52

Kili:
Czy to kwestia rozbicia na trzy perspektywy? Możliwe. Nie wiem, czy to przez to ciężko mi się czyta, ale jest coś w tym, że wydają mi się trochę te perspektywy zbyt bliskie przestrzennie. Póki co nie widać, by był potrzebny więcej niż jeden główny bohater + dwa rozbudowane miniony. Kiedy zacznie być widać? :P
No więc właśnie to miałam mniej więcej na myśli ;) Mam nadzieję, że zacznie być widać już niebawem, niebawem, ale niczego nie obiecuję, bo wiesz, jak jest - głowa to jedno, efekty drugie. Natomiast bardzo szybko pojawią się inne perspektywy, no bo przecież nie zamierzamy wszystkiego opierać na trzech bambulcach ;) Może to przyniesie trochę oddechu podczas czytania i na pewno zwiększy perspektywę. Natomiast uwagę o jednym głównym i dwóch minionach na początku warto zapamiętać do redakcji.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 179
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

Post autor: Coffee » 09 sierpnia 2014, 20:45

No to ten, uwaga, zamieszczam rozdział (bo dziewczynom się nie chce). Polecamy się.


W falach jaskrawego światła twarz Rufusa przypominała pysk zwierzęcia. Cienie pływały pod jego oczami, garbatym nosem, uwidocznionymi przez wielodniowy haj kośćmi jarzmowymi – wszystko w charakterystycznym rytmie, który Nina odliczała w głowie.
– Dekompresyjny – osądziła w końcu.
– Dawno takiego nie było – odparł beztrosko Hommeleter, rozciągając się na łóżku.
– Czekaj tu – rzuciła bez sensu, zupełnie jakby komisarz mógł gdzieś uciec. Przestawiła komunikator. – Winston, sytuacja?
– Nie wiem, poruczniku – odpowiedział szeregowy. – Pewnie fałszywka.
– Nie chcę żadnego „pewnie” – warknęła Nina. Obejrzała się na Rufusa; wpatrywał się w nią zamglonym wzrokiem rozleniwionego ćpuna. – Chcę oceny sytuacji, szeregowy.
– Nie mogę znaleźć Goldsteina, poruczniku.
Pomyślała o rzekomym wisielcu w łazience.
– Alarm nie milknie – odezwał się za jej plecami Hommeleter, podnosząc na jednym łokciu. – To powinno tak działać?
Nie mogła ryzykować.
– Winston. Znajdź profesora Annicewa i upewnij się, że dotrze do szalupy.
– Ale…
– Zapomnij o Goldsteinie. Masz rozkaz. Bez odbioru. – Odwróciła się do Rufusa, zmusiła go, żeby wstał. – Idziemy. Trzymaj głowę nisko, komisarzu.

Alarm.
Nie pierwszy w ostatnich dniach i siłą przyzwyczajenia niewywołujący takiego wrażenia jak powinien – Jewia z pobieżnego szkolenia zaraz po przylocie pamiętał co najmniej kilkanaście zestawów „gdy usłyszycie taki a taki sygnał to”. Ten obecny ktoś na sali podsumował krótkim „mi smo jebeno” i prowadzący nie zaprotestował. Ot, mówił dalej, co nie miało dla sytuacji Annicewa najmniejszego znaczenia. Jeśli cokolwiek się liczyło, to fakt, że ten sam sygnał rozbrzmiał w korytarzach stacji nieco ponad trzy dni temu bo tak. Bo jakieś przebicie, bo coś – nikt nie potrafił do końca tego wyjaśnić.
– Dirk?
Odpowiedziało mu milczeniu, bo ciszą nie dało się tego nazwać. Może gdyby krzyknął, to by go Einert usłyszał i może do czegoś by doszli, ale nie lubił krzyków i nie lubił krzyczeć, i nie był pewien, czy umie.
Skrzywił się.
Od pulsujących konwulsyjnie czerwonych świateł alarmowych i płynących po listwach w podłodze białych świateł wskazujących kierunek ewakuacji zaczynała go boleć głowa.
– Profesor Annicew!
Zza załomu korytarza wypadł Winston. W dyskotece świateł trudno byłoby komukolwiek rozsądzić, jaki wyraz malował się na jego twarzy. Annicew nawet nie próbował.
– Co pan tu robi! Musimy się ewakuować! – krzyczał wojskowy, pożerając korytarz długimi żołnierskimi krokami. – Natychmiast! To nie jest szkolenie! – Odległość między nimi znikła... – Ani awaria systemu alarmowego! – ...do zera. Dłoń mężczyzny zamknęła się na nadgarstku Annicewa. – W tym module nie ma sprawnych szalup! Musimy dojść do sąsiedniego!
Chciał powiedzieć, że Einert został tam za drzwiami, ale Winston krzyczał i krzyczał, a potem stało się to najmniejszym problemem.
Sąsiedni moduł wrzał. Krzyczeli wszyscy lub co najmniej połowa. Huczały kroki ludzi pędzących przed siebie. Gong alarmu nadal wył, rzeczy spadały na podłogę, toczyły się pod niej, podcinały nogi, ale ogólny kierunek był jasny.

– Sektor Echo odcięty, sektor Fokstrot w fazie izolacji!
Nina zaklęła.
– Co z szalupami?!
– Mogą być przeprogramowane, Einert miał dostęp do wszystkich podsystemów, teraz…
– Ludzie – wybełkotał Rufus za jej plecami. Do Niny dotarło, że opór, który czuła z jego strony, był zamierzony. – Musimy zebrać wszystkich…!
– Nie wszystkich – syknęła, z rozpędu otwierając śluzę psionicznym rzutem. Grodzie zatrzeszczały i zamarły w połowie. – Najpierw ty i Annicew, potem reszta.
Stanął w miejscu – lekko licząc osiemdziesiąt pięć kilo stężałego uporu. Nie zdążyła wyrwać mu ręki, kiedy ją uniósł.
– Odwołać – warknął, całkiem, jak na sytuację, trzeźwo. – Priorytet zyskuje korpus naukowy i obsługa, potem…
– Odwołać! – wrzasnęła. E, myślała, F, idzie szeregowo, jesteśmy w J, Annicew trochę dalej, szalupy… - Przygotować porty!
– Sektor Fokstrot odcięty, Golf izolowane!
Wbiła palce w chude przedramię, pociągnęła za sobą. Białe diody ewakuacyjne migotały bezładnie – dwadzieścia przebiegniętych na jednym oddechu metrów i zgasły całkowicie.
– Potwierdzam, Einert miał dostęp do portów – zabrzmiało jej w uchu. – Szalupy miały zaprogramowany punkt docelowy, ale…
– Kurwa mać, Nina, nie starczy tam miejsca!
– Hotel i India izolowane!
– To były kwatery mieszkalne – dyszał Rufus. – Mogliśmy…
– Zamknij się!
Drzwi otwierały się przed nimi, pleksiglasowe osłony halogenów pękały, gdy mijali je w nierównym biegu. Nie puszczała Rufusa; nie protestował, ale zwalniał, ciążył, plątał krok.
– Annicew był przed nami – rzuciła Nina przez zaciśnięte zęby. Cokolwiek, co chociaż z wierzchu przypominałoby motywację. – Jest bliżej portu.
Śluza do K zamajaczyła przed nimi – otworzyła ją w kolejnym odruchowym pchnięciu, zanim zdołali się do niej zbliżyć. Wbiegli.
– Juliet izolowane.
I wpadli w rozgrzany, spanikowany tłum.
– Winston, raport! – ryknęła, niemal wgniatając komisarza w ścianę w próbie osłonięcia go.
– Mam profesora, jesteśmy przy szalupie, ale ludzie…
– Nie wpuszczaj! Strzelaj, jeśli trzeba!
Pociągnęła Rufusa w gorącą masę ciał, przygięła mu nisko kark, sama wystawiła przed siebie uzbrojoną rękę – nie wystarczyło, więc przeorała pokład psioniką. Ktoś upadł; ktoś inny zawył.
Liczyło się, że żadną z tych osób nie był Rufus.
Strzały.
Zbliżali się.
– Winston, nadchodzimy, wstrzymaj ogień.
– Odmawiam, poruczniku! Bez broni nie utrzymam pozycji!
Chciała odpowiedzieć – nagły ciężar wypchnął jej powietrze z płuc, niemal położył prosto pod nogi spanikowanych ludzi. Zdążyła się odepchnąć, osłonić, i dopiero wtedy dotarło do niej, że to Hommeleter złożył się wpół.
– Nie! – warknęła, ledwo świadoma, że mówi na głos. – Nie teraz, nie ma, kurwa, mowy.
Pochodne amfetaminy, mówił.
Nie było to najlepsze połączenie, ale nie powinno go zabić.
Wyszarpnęła stymulant z własnej wewnętrznej kieszeni, zębami zdjęła osłonę, po czym wbiła igłę prosto w prawy pośladek komisarza. Docisnęła tłok.
– Winston, trzymasz się?!
– Ledwie, poruczniku!
Drgawki wstrząsnęły długim ciałem, mięśnie napięły się jak naciągnięte liny. Pomogła mu wstać i utrzymać równowagę – o resztę musiał troszczyć się sam.
Dziesięć metrów. Mogło się udać.

Winston strzelał. Czymkolwiek to robił, nie hałasowało zbytnio albo ogólna wrzawa po prostu pożerała wszystkie inne odgłosy. Nie był pewien. Nie chciał być, a mimo to patrzył. Próg śluzy szalupy znajdował się jakieś trzydzieści centymetrów nad podłogą i z pewnością nie został stworzony do tego, aby na nim siedzieć, ale jemu to wystarczało. Winston był zbyt zajęty, aby kazać mu spadać do środka – jeszcze kilka chwil temu robił to. Krzycząc.
– Idą – stwierdził Jewia ponad krawędzią kubka z kawą.
Winston albo go cudem usłyszał, albo sam zauważył Ninę i Rufusa i postąpił krok do przodu z jeszcze większym zapałem, ferworem…? – nie był pewien jak interpretować jego zachowanie.
Dirk został w tamtym module. Prawdopodobnie był nawet po części odpowiedzialny za ten chaos. Dlaczego? A cholera go wie.
– Chcę do domu – westchnął i cofnął się w głąb szalupy, aby lada moment nie zostać zgnieciony przez wlatującego głową wprzód Rufusa.
Zaraz za nim do środka wpadła Nina. Krzyczała przez ramię do Winstona. On krzyczał do niej. Hommeleter nieskładnie zbierał się z podłogi. Z zewnątrz dobiegały monotonne, głośne komunikaty komputera o postępującej dekompresji i próbach zatrzymania nieuniknionego.
Jewia idiotów do zespołu nie dobrał.
Przysiadł na pryczy i przytknął kubek do ust, ale nie napił się.
Winston, ciągnięty przez Waunekę, znalazł się nagle na podłodze obok Hommeletera. Klął. Nina krzyczała, a może tylko mówiła głośno. Za głośno i za szybko – w przeciwieństwie do śluzy. Ta zamykała się powoli, ale gdy w końcu zaświeciła się zielona kontrolka, stacja przestała istnieć.
Winston nadal klął. Hommeleter wydawał dziwny świszczący odgłos przy każdym oddechu. Wauneka dopadła pulpitu.
Jewia upił kawy, gdy haki cumownicze puściły z głuchym uderzeniem.
Przed wyjazdem Jovana prosiła go o analizę zestawienia wyników badań personelu. Nie zrobił tego przed opuszczeniem księżyca, licząc na to, że będzie miał czas później.
Oparł głowę o chłodną ścianę.
Pięć kolumn, siedemdziesiąt trzy wiersze nazwisk…
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

Post autor: Siemomysła » 21 sierpnia 2014, 21:13

Bry! Jestem - robię bufora, bo chcę wiedzieć co dalej :u:
Nie napisałam ni słówka o poprzedniej wstawce :bag: Co nie znaczy oczywiście, że nic nie powiedziałam, ale oficjalnych wyrazów szacunku i gratulacji za fragment nie było. To są. Za oba naraz. Uważam, że dobrze przeprowadziłyście zjazd nastroju. Przez zjazd nastroju rozumiem, iż po wielkich emocjach, daniu mnie-czytelnikowi po łbie tęgą pałą, teraz mamy wyciszenie. Nie takie całkowite, bo jak, zostaje w ludziach, bohaterach, załodze stacji, we mnie myśl o tym, że nie ma Ziemi. Różnie sobie na to reagujemy i to widać. Widać coś jak wstrzymany oddech i ja też go mam. Co teraz?
I to mi się podoba. Wstawki z Einertem, akcja Rufusa z przedawkowaniem, wisielec Niny. I Jewia w tym wszystkim. Archiwista. Patrzy z boku, pije kawę, koduje i przetwarza.
W sumie to Wam powiem, że ja bym chciała dłużej być na tej stacji...

Reszta w formie cytatów i moich dyskusji - wymieszane, zaplątane, ale za to w kolejności czytania:
SpoilerShow
– Teraz to sobie możesz w dupę wsadzić pozwolenia – burknął.
Z serii "a ostatnie słowo należy do" XD choć mam wrażenie, że Jewia się nie stara, by należało do niego a Rufus i tak walczy :P Lubię.
– Nie skończę raportu, póki nie będę miał wszystkich jego składowych, a nie, nie pisze ich wszystkich sam, bez przesady.
Literówka.
Nina stała przed nimi zasapana, zaskoczona i zwyczajnie zdurniała.
Ogłupiała? Nie wiem czemu, ale "zdurniała" nie pasuje mi w tym akurat użyciu, tak po prostu z racji zapewne nieoswojenia ze słowem w takich okolicznościach. Tylko taki znak.
– O tym mówię. Szukasz wymówek i dystrakcji. Jesteś na rozgwieździe, żeby przypomnieć sobie wszystko, co mogło się stać za Krawędzią. Jesteś tam jako cywilny specjalista, nie żołnierz.
Ważny moment, nakierowuje uwagę czytelnika na Ninę - przypomina o tym, że była w niewoli. Zaznaczam, bo mi się ten wtręt informacyjny w pewnym sensie podoba bardzo.
„Odpowiedzi”, na które pytania, bo miał wrażenie, że na wszystkie, ale równie dobrze, na ile zrozumiał Hommeltera przed dwoma dniami, na „jakichkolwiek” też by niektórych zadowoliły.
literówka // może jednak na "jakiekolwiek"? Bo tu chyba co prawda "jakichkolwiek" ma się łączyć z "odpowiedzi", tak mi przynajmniej sugeruje cudzysłów, ale w całości zdania jest jakoś tak źle? Zgrzyta? Coś z czymś się nie chce dopasować, jak dla mnie.
Nie lubił być koordynatorem. Bardzo nie lubił.
Kolejna Jewiowa cecha charakteru - jasne, że nie czuje się w roli szefa dobrze, bo on nie czuje się z ludźmi w ogóle dobrze - tak go widzę.
bo w sumie przecież nie wiedzieli dokładnie, gdzie był odbiornik, nim nie znalazł się na Ziemi…
W Ziemi – poprawił się, ale to też brzmiało jakoś tak nie do końca poprawnie.
Tu taki pedant z niego wychodzi. Już wcześniej mi się rzuciło w oczy, jak on każdą rzecz wkłada w jej tylko przeznaczoną szufladkę. Ma tych szufladek pierdyliard w swojej głowie. Takie wielkie archiwum - jest niesamowity.
– Dziękuję – powtórzył i podsadził się na blat, a talerz położył sobie na kolanach. –Masz implanty, co nie? Czwartej generacji? Teraz chyba testują już piątą…?
Zaznaczam, albowiem naprawdę nie wiem, jak można samego siebie podsadzić, podsadzanie kojarzy mi się z pomocnikiem // spacja
–W tej kwestii nic się nie zmieniło od pierwszych – stwierdziła porucznik, bezwiednym gestem zabierając z ekspresu wciąż czekający na Jewię kubek.
spacja
– A szumu wokół tego, czy raczej wokół gdyboliogii o tym, jakie są górne granice generacji, tyle że głowa mała. No i nawet proste rzeczy mogą ułatwiać życie. Energia w energię… Dałoby się przy odrobinie uwagi podgrzać tak wystygłą kawę? – zapytał i wepchnął sobie do ust kolejną łyżkę czegoś, co składało się głownie z kalorii, potem z koloru, a gdzieś na końcu maszerował smak.
Literówki
A potem coś zasyczało.
Kawa wrząca w kubku.
Świetne, ludzkie bardzo, ciut popisu, ciut rozluźnienia, ciut jak westchnienie: "a masz pokażę ci, niech będzie" <3
–Zaczekaj! – Rufus puścił się za nim korytarzem.
Dotarł do zakrętu, potem do następnego i jeszcze jednego, cofnął się, wszedł w inną odnogę, przeszedł dwie śluzy i jeszcze jeden zakręt, parokrotnie uderzył czołem we framugi i wiszące osłony, ale technika nigdzie już nie było.
Zniknął.
Komisarz rozejrzał się dookoła.
I uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, w której części rozgwiazdy się znalazł.
–Jest tu ktoś…?
spacje // a cały kawałek z bratem - jaki mniut *___* Bo jak, co? Haluny? Przecie nie brat? Brat? I w ogóle ten numer z guzikiem <3 to jest właśnie to o czym gadałyśmy już kiedyś: słucha się Was, gdy Wam się rodzi jakiś pomysł i człowiek ustawia się na pozycji - to jest śmieszne, czyta się Was i wcale takie nie jest! Całościowo ten tekst wciąż wydaje mi się duszny, gęsty, ciężki, taki jak życie na stacji w kosmosach pod ciężarem pustki, dobre! Naprawdę czuję klimat SF, takiego SF jakie kojarzę z lektur licealnych i studenckich (nie nie podam nazwiska żadnego :bag: bo nie pamiętam, zostało mi tylko ogólne wrażenie). Fragment z otwarciem drzwi, ja przyznam szczerze, że przy tym co się wokół dzieje, ile jest ważnych faktów przedstawionych, on byłby ostatnim motywem, na który zwróciłabym uwagę i nie ma opcji, żeby mnie to rozbawiło.
. Najwidoczniej Einert w swoim zaadaptowanym skrzydle rozgwiazdy również potrzebował łazienki, bo wodociągów nie wirusował nawet dla próby.
Einert... *___* Cóż za postać! Gość, którego widzę jako poczciwego miśka zalicza wybuch mózgu. A ja nawet czytając drugi raz - wciąż muszę sobie na siłę uświadamiać, że z nim coś się zrobiło bardzo nie tak i że on zepsuł stację. Bo ja jakoś tak się po nim tego w ogóle nie spodziewałam :bag:
–Moment – zawołała, chociaż to nie brzmiało jak pukanie. – Zaraz…
spacja
–Chyba pomylił pan łazienki –mruknęła Nina, wychylając się z boku i rozglądając po korytarzu. Było pusto, na szczęście. – Męski jest dalej, bliżej magazynów.
–Wiem, ale tam się ktoś powiesił – odparł, marszcząc nos.
spacje
Nina rozważyła parę opcji. I zesztywniała.
– Jak to „powiesił”?
Kolejny bardzo dobry moment, ta chwila gdy Nina kończy wykonywać zadanie numer jeden i jakby wraca przejrzeć wytyczne z początku misji <3
Co z tym zrobią, to już nie nasza sprawa, możemy wracać do domu, ale że figurujesz na liście personelu pode mną, to jestem zobowiązany odhaczyć cię na niej w polu „odprawę przeprowadzono i pracownika przydzielono na statek wstaw nazwę zmierzający do wstaw nazwę dnia podaj datę”, a póki siedzisz tam, to nie mogę tego zrobić i sam nie mogę stąd wyjechać, wiesz? – westchnął ciężko, bo naprawdę rozgwiazda już mu się przejadła, a te same poszarzałe twarze nie zniechęcały do życia.
A nie miało być czasem zachęcały? Albo bez tego "nie" wcześniej?
Pod wieloma względami popierniczona GHbgS–155//7474–4 wydawała się bardziej zachęcająca niż kiedykolwiek wcześniej.

Po skopiowaniu do worda mi się zrobiły myślniczki dłuższe w oznaczeniu planety, taki sygnał.
Po pierwsze, było tam naturalne światło i normalna doba, jedno dziwne a druga niestandardowa, ale jednak.
Tak, punkt widzenia zmienia się wraz z punktem siedzenia, ładny przykład :D
Korytarz rozświetlił się na podobieństwo disco-burdelu, a w słowo wszedł mu niski, nieprzyjemny gong alarmu.
Hym... W sumie może nieco w tym wszystkim winy Jewii pomyślałam w tym momencie... Jakby go nieco zdenerwował (w pliku na marginesie mam inne mniej polityczne słowo ;) )
Nie pierwszy w ostatnich dniach i siłą przyzwyczajenia niewywołujący takiego wrażenia jak powinien – Jewia z pobieżnego szkolenia zaraz po przylocie pamiętał co najmniej kilkanaście zestawów „gdy usłyszycie taki a taki sygnał to”. Ten obecny ktoś na sali podsumował krótkim „mi smo jebeno” i prowadzący nie zaprotestował. Ot, mówił dalej, co nie miało dla sytuacji Annicewa najmniejszego znaczenia. Jeśli cokolwiek się liczyło, to fakt, że ten sam sygnał rozbrzmiał w korytarzach stacji nieco ponad trzy dni temu bo tak.
W sensie na sali podczas tamtego szkolenia, tak? tu miałam mały problem żeby załapać, że ta myśl Jewii odnosi się do przeszłości i zgłupiałam gdzie on stoi na sali, czy pod drzwiami norki Einerta - zgłupiałam za pierwszym razem jak czytałam i teraz znów się tu zatrzymałam, więc sygnalizuję, bo za pierwszym razem czytałam z przerwą między fragmentami i myślałam, że mi coś uciekło z pamięci przez odstęp między wstawkami, ale teraz też tak miałam, choć czytałam ciurkiem. I teraz ogarniam, ale sygnał rzucam.
Odpowiedziało mu milczeniu, bo ciszą nie dało się tego nazwać.
Literówka, a całe zdanie znów myśl: ależ precyzyjny, w takim momencie początku totalnego chaosu!
Może gdyby krzyknął, to by go Einert usłyszał i może do czegoś by doszli, ale nie lubił krzyków i nie lubił krzyczeć, i nie był pewien, czy umie.
Rany... jaki egoista o.O To było pierwsze wrażenie i zostało do teraz. Bo przeca mówimy tu o krzyku dla ratowania życia innego człowieka/innych ludzi. I wiem, że może egoista nie jest najlepszym słowem, ale było pierwsze. Potem pojawiły się jakieś a aspołeczności, o braku więzi i braku potrzeby więzi, o niezrozumieniu. Jewia jest inny... dziwny... co z nim? Czekam.
– Mogą być przeprogramowane, Einert miał dostęp do wszystkich podsystemów, teraz…
Serio do mnie to nie może dotrzeć, taki misiek no, taki że nie, nie on, nigdy bym go palcem nie pokazała! *trwa w zadziwieniu*
A i przy okazji: ta jej rozmowa na dwa fronty - ten kawałek jest trudny, czytelnik musi się skupiać by ogarnąć, kto co i co słyszy tylko Nina, a kiedy wtrąca się Rufus; zresztą to jak mówiła już w ogóle jest trudny tekst, mnie się to bardzo podoba, nie jest to coś, do przeczytania na jednym oddechu, służy innego rodzaju przyjemności powiem Wam.
– Odwołać! – wrzasnęła. E, myślała, F, idzie szeregowo, jesteśmy w J, Annicew trochę dalej, szalupy… - Przygotować porty!
Ostatni myślnik po przekopiowaniu pozostaje taki króciutki.
Wbiła palce w chude przedramię, pociągnęła za sobą.
Kogo? Samo przedramię? Zamierzone, czy coś uciekło?
Dirk został w tamtym module. Prawdopodobnie był nawet po części odpowiedzialny za ten chaos. Dlaczego? A cholera go wie.
Ach jak cudnie totalnie nierozumiejący mechanizmów co ludźmi rządzą *___* On jest dziwny...
Jewia upił kawy, gdy haki cumownicze puściły z głuchym uderzeniem.
Przed wyjazdem Jovana prosiła go o analizę zestawienia wyników badań personelu. Nie zrobił tego przed opuszczeniem księżyca, licząc na to, że będzie miał czas później.
Oparł głowę o chłodną ścianę.
Pięć kolumn, siedemdziesiąt trzy wiersze nazwisk…
I znów taki chłodny spokój, tylko ta głowa oparta o ścianę, nie wiem co o nim myśleć, jak bardzo on jest oderwany od reszty świata... Naprawdę jest mi trudno tego gościa opisać, zrozumieć, mam uczucie jakby go zszywała z łatek i wcale nie twierdzę, że łatki źle razem wyglądają, zaznaczam od razu! Chodzi mi bardziej o to, że dostaję go w kawałkach. Jakoś inaczej niż Ninę, czy Rufusa.

Motyw opuszczania stacji - zostawiania za sobą ludzi. Bąkałam o tym na boku, ale zapiszę dla potomności - wysadziłyście Ziemię, katastrofa, szok, niedowierzanie, walnęłyście mnie. Teraz ginie stacja, maleństwo, ile - kilkadziesiąt osób? Końcówka - podsumowanie Jewii skojarzyło mi się z końcówką podsumowaniem również Jewii po wysadzeniu Ziemi. I miałam troszkę początkową reakcję dość niechętną, bo zapachniało powtórzeniem motywu, tyle, że słabo by to wyszło, bo co tu porównywać, bum-Ziemia, bum-rozgwiazda. Potem pomyślałam, że to by zagrało, zagrało ładnie myślę i ciekawie, gdybym mogła poznać kogoś na stacji lepiej, kogoś, kto został (bo Einert tu się nie wpasowuje, on robi co innego), kto nie dał rady, bo choć ogarniam, że kapsuł ratunkowych na pewno jest więcej, to wiem też o odcięciu sektorów mieszkalnych, więc na pewno nie wszystkim się udało. Można by było pójść tropem położenia tragedii jednostki obok tragedii świata, gdybyście chciały. Ja bym chciała to przeczytać... i ja nawet wiem z czego to wynika - z tego, co rzuciłam na początku, że ja bym chętnie na tej stacji pobyła dłużej po prostu.

Podsumowując, wciąga i chcę wiedzieć co dalej. Czekam na wrzutkę!

PS. Jeszcze cuś - zapomniałam dać znać, że w trakcie gdy Nina i Rufus biegli do kapsuły, mimo iż wiem, że biegli między ludźmi, to dla mnie biegli w pustce, wyobraźnia nie pokazała mi chaosu ewakuacji, a chyba był, nie? Tak było za każdym razem, gdy czytałam, acz przyznam od razu przyznam, iż za pierwszym razem - wiadomo wakacje, nastrój mniej skupiony, za drugim to było dziś, tuż przed wyjściem z pracy, Monsz machał ręką, że już już, więc może to stąd, ale tak czy siak znak daję.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1824
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

Post autor: Kruffachi » 22 sierpnia 2014, 11:33

Ogromne, ogromne dzięki :D
Przede wszystkim - mea culpa, widzę, że bardziej muszę się przyłożyć do łapania literówek, bo sporo się ich ostatnio prześlizgnęło... A też prawda taka, że poprawiałam w niejakim pośpiechu. Więc tu się kajam i w ogóle.

O stacji rozmawiałam z Marszą jeszcze przed Twoim komentarzem (z Thorin nie było okazji, bo zdążyła wyjechać) i doszłyśmy do podobnych wniosków - że w czasie redakcji warto pomyśleć o tym, żeby pobyć tam dłużej. Także cieszę się, że nasze wnioski zgadzają się z Twoimi odczuciami, bo oznacza chyba, że idą w dobrym kierunku :D

O kwestii tej dysproporcji między stacją i Zmienią już rozmawiałyśmy tuż po tym, jak czytałaś po raz pierwszy, ale tak, widzę, skąd wynikał taki pierwotny odbiór naszych zamiarów. Nie do końca widzę jeszcze wyjście.

Raz jeszcze dziękuję i obiecany po komciu ciąg dalszy:


– Pani Novkowič?
– Proszę dać mi jeszcze chwilę.
– Pani Novkowič, obawiam się, że to może być niebezpieczne i…
– Niech pan zajmie miejsce.
Ilinka ze spokojem wystukała ostatnią część sekwencji – smukła, jasna dłoń wybierała kolejne cyfry i symbole z żelazną pewnością – raz jeszcze sprawdziła współrzędne i odsunęła się od panelu.
– Co pani…
– Przeprogramowałam kapsułę – wyjaśniła rzeczowo, odruchowo splatając ręce na podołku w skromnym geście. – Powinniśmy teraz bezpiecznie dotrzeć wprost na Kandię, sygnał do przekaźników ratunkowych już został wysłany.
– Czy to znaczy…
Obróciła się. Tuż nad swoim ramieniem dostrzegła pucułowatą nieco, wyraźnie przerażoną twarz któregoś z członków korpusu naukowego. Nie znała go – wszyscy, których znała, najprawdopodobniej już nie żyli.
Korpus dyplomatyczny posiadał dość niski priorytet ewakuacji. Może gdyby składał się z większej liczby arystokratów pierwszego sortu i nieludzi, ale w tym gronie niemal wszyscy w przedbiegach przegrywali z naukowcami. Pewnie nawet nie powiadomiono ich o powadze sytuacji, żeby nie zagęścili tłumów w pobliżu szalup. Całkiem możliwe, że Novkowič sama zdecydowałaby się na tak drastyczny krok, gdyby nie miała wyboru, a niespełniająca żadnych norm bezpieczeństwa rozgwiazda najwyraźniej go nie dawała.
Ilinka – choć pod bezpośrednią komendą Hommeletera – miała jednak specjalny status i znalazła się w szalupie jako jedna z pierwszych, gdy tylko potwierdzono, że tym razem alarm nie jest efektem przebicia.
– Sytuacja została w pełni opanowana – oświadczyła. – Proszę zająć miejsca i spróbować się zrelaksować, panowie.

Pierwsze, co poczuł, wypływając ze słodkich odmętów nieświadomości, to potworny ból dupy. Drugie – smród gnijącego mięsa.
Na wszelki wypadek spróbował powąchać się pod pachą.
Co było złym pomysłem, bo wtedy odezwał się żołądek.
– Oż…
Gwałtownie otworzył oczy i przetoczył się w bok, wychylając się za krawędź pryczy ułamek sekundy przed tym, jak fala torsji wyrzuciła z niego nędznego pawia.
– …pierdolę… – jęknął i rozkaszlał się spazmatycznie.
Zaciskając palce na ramie leżanki, uświadamiał sobie stopniowo, że umiera na wszystkie możliwe sposoby – rwało go w mięśniach, kościach, szarpało trzewiami, szczęka sprawiała wrażenie wykutej z kamienia, a w głowie pulsował potworny hałas.
Rufus zamknął próbujące wypłynąć z czaszki oczy – lewe zdawało się nie przejmować faktem, że jest biomechaniczne – i z pełnym żałości westchnieniem opadł na plecy. Chciał z powrotem zasnąć, odpłynąć, cokolwiek, byleby pozbyć się wrażenia, że jest skondensowanym cierpieniem całego wszechświata.
Łupanie nie ustawało.
Nie wiedział, gdzie jest, nie wiedział, co się stało i jak się tu znalazł, co prowadziło wprost do tego, by potrzeba rekonesansu wygrała i z dupą, i z żołądkiem, i z całą obolałą resztą.
Podniósł się powoli, siedział dłuższą chwilę, kiedy jego mózg przetwarzał współrzędne nowej pozycji, a potem spuścił nogi z pryczy, bardzo starając się nie wdepnąć w kałużę własnych wymiocin. Miał bose stopy, co zauważył nie bez ulgi, ale nie potrafił sobie przypomnieć, czy sam o to zadbał, czy ktoś się nad nim zlitował.
Nie, zdecydowanie nie było jak zawsze. Było sto razy gorzej, nieporównywalnie gorzej niż po najgorszym zjeździe jaki zaliczył w najgorszym okresie swoich eksperymentów w poszukiwaniu odpowiedniego dla siebie stymulantu.
Kroki stawiał z gracją dwulatka, a odruchowe pomacanie się po twarzy pozwoliło stwierdzić, że szczęka jednak nie jest z kamienia, za to zdążyła nieźle obrosnąć. Musiało minąć kilka dni, odkąd ostatnio był przytomny wystarczająco, by chwycić golarkę.
Rozejrzał się na tyle, na ile pozwalał na to ból głowy – to, co zastał, wyglądało jak kuriozalne połączenie resztek wydupionej cywilizacji i wioski jakichś dzikich z czasów sprzed kolonizacji. Zdecydowanie przerastało obecne możliwości percepcyjne komisarza, więc postanowił to zignorować, porzucić dumanie i przejść do improwizowanego działania.
Wychylił się zza winkla.
Znał ich. Znał te twarze, tego blond kurdupla i tę…
– Hmmm… – Uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem.
Nina. Nina i Jewia – odszukał w rozjebanym mózgu odpowiednie imiona.
Układali kamienie.
– Upadłem naprawdę nisko – mruknął, stwierdzając, że jego głos brzmi jakby zamiast krtani miał narzędzie wymyślnych tortur, i klapiąc na wybujałą trawę lewym pośladkiem, bo prawy nie pozwalał o sobie zapomnieć – ale w chacie z kamienia nie będę mieszkał.
– Bez obaw – odparł Jewia, dokładając do stosu niewielki kawałek skały. – To Winston.
– Kim jest Winston i dlaczego chce mieszkać w ziemiance?
– Winston jest trupem.
Rufus zamrugał.
Właściwie nie mógł mieć pewności, że tylko on ćpał. Po raz kolejny sięgnął po taktykę chwilowego wyparcia.
– Zrzygałem się – poinformował.
– To bardzo źle, bo nie mamy niczego do jedzenia – odparła Nina.
Komisarz zmarszczył brwi – coś było w tym wszystkim bardzo nie tak. Niby pewne elementy się zgadzały, ale otoczenie… Otoczenie i kolejne komunikaty zaczynały niepokoić. Gdzieś w tych rozmazanych majakach tkwiło coś, co należało koniecznie i szybko sobie przypomnieć. Coś, co…
– Ja pierdolę, to szalupa!
Nikt nie skomentował tego odkrycia.
– Co jest?! Ja… O, KURWA! – Rufus złapał się za skronie, przeniósł ciężar ciała na kolana i poczuł, jak wstrząsa nim dreszcz. – My… Oni…
Fala przerwała tamę. Wspomnienia i wnioski – chciane czy nie – przewalały się przez obolałą głowę, pod powiekami przewijały się migawki z ostatnich dni, koszmarnej ewakuacji i urwanych, niejasnych wrażeń z samej kapsuły.
– Winston…
Pociągnęły za sobą kolejno przerażenie, przygnębienie i wreszcie wściekłość, kiedy Rufus odtworzył ostatnie chwile na stacji.
– Nina! – warknął ze złością, dźwigając się ciężko. – Nina, nie wiem, co sobie wyobrażałaś, ale…
– Nie teraz – przerwała mu, odkładając ostatni kamień i otrzepując ręce. – Idę polować.
Po tych słowach odwróciła się i odeszła, pozostawiając komisarza w osłupieniu.

– Nina…
– Niech spierdala! – warknął Rufus, zamaszystym gestem ścierając z posadzki resztki własnych soków żołądkowych. – Pani komandos Promieniująca Zajebistość, kurwa mać! Wiesz, ilu ludzi przez nią zginęło?! – Odwrócił się do Jewii z wyrazem czystej, skondensowanej wściekłości na twarzy.
– Ja tam się czuję całkiem żywy – odparł profesor obojętnie.
– A ja o nic, kurwa, nie prosiłem! – Mokra szmata chlasnęła o brzeg wiadra. – Byłem za nich odpowiedzialny! Parę godzin, zabrakło mi paru godzin, jednej dawki! - Komisarz wstał: złość najwyraźniej działała znieczulająco, bo poruszał się odrobinę mniej paralitycznie. Przynajmniej na razie. – Gdzie mam to wylać? I gdzie my w ogóle jesteśmy?
– Gdzie chcesz i na planecie – odpowiedział Jewia, wzruszając ramionami. Brakowało tylko, aby powiódł dłonią po widnokręgu, ale to w ciasnym wnętrzu szalupy było bez sensu. – Jakiej? A cholera to wie, bo kontaktu z wielkim światem mamy tyle, ile stąd do horyzontu.
Rufus prychnął i zamaszystym gestem chciał zgarnąć wiadro, ale skończyło się na bolesnym stęknięciu i kolejnych przekleństwach, a potem wleczeniu naczynia niemalże po posadzce. Na chwilę zniknął Jewii z oczu, a kiedy wrócił, półprzytomnie podreptał w kierunku swojej pryczy.
– No dobra – mruknął, siadając w pozycji męskiej obronnej. – To co teraz?
– Czekamy. A mówią, że nie ma głupich pytań…
Minę Rufusa dało się opisać trzema słowami. Obietnica. Krwawego. Mordu. Przez chwilę wydawało się, że wstanie, chwyci Jewię za kołnierz i zawiesi na którymś z okolicznych, absurdalnie wysokich drzew. Ale nie. Chciał oprzeć plecy o ścianę, rzucił się więc do tyłu, ale wtedy rozbrzmiały kolejno głośny brzdęk i syk.
– Ja pierdolę! – wrzasnął, rozcierając tył głowy i wrogo zerkając na ramę górnej pryczy, z którą bliższą znajomość zawarła jego potylica. – Tu się nawet nie można ruszyć! Co to jest!
– Kapsuła ratunkowa – odparł Jewia. – A raczej to, co z niej zostało. Retoryczność twoich pytań zaczyna mnie zadziwiać.
Rufus nie skomentował. Wciąż pocierając głowę, zwinął się w kłębek na swojej leżance.
– Tak się nie da – westchnął. – Ile tu jesteśmy? Rozumiem, że to zadupie, ale jak to w ogóle wygląda? I ostrzegam, że jeszcze jedna durna odpowiedź i wstanę.
– I wyrżniesz dla odmiany w sufit? Nie odpowiadaj. Jakąś dobę tutejszego czasu. Jeśli nie posiadasz własnego zegarka, to dokładniej nie określimy, bo tutaj – Jewia powiódł wzrokiem po szalupie – wszystko spaliło się na skwarki przy przejściu przez atmosferę lub w momencie uderzenia. Kiedy dokładnie, to akurat nas ni ziębi, ni grzeje, więc… Ale ponoć szczęśliwi czasu nie liczą, a tu przynajmniej mamy święty spokój i nikt nie trajkocze nad uchem – to mówiąc, przeciągnął się aż strzeliło mu w kościach. – Zupełnie jak na wakacjach.
– Wakacje… – mruknął Rufus, wpatrując się pustym wzrokiem w przeciwległą ścianę. – Kiedy ja ostatnio… A nie, właściwie teraz. Wiesz, że jestem na urlopie? Tak teoretycznie. Chociaż nie – zamyślił się – chyba właśnie mi się skończył. Powinienem być w siedzibie KDSDM-u. Kurwa! – Zerwał się, ale w ostatniej chwili zdołał ocalić głowę przed kolejnym bolesnym zderzeniem. – Powinienem być po drugiej stronie galaktyki!
– Cóż, raczej nikt się tu do ciebie nie dodzwoni z opierniczem, że cię tam nie ma…
– Nie rozumiesz. To ja jestem tym facetem, który dzwoni z opierniczem.
– …więc możesz odłożyć przejmowanie się na później, bo teraz nic ci z tego nie przyjdzie. Chyba że masz zamiar być jak ci studenci, którzy, ledwo oddawszy kartkę, zaczynają zastanawiać się co i jak napisali. Nie żeby mleko się już rozlało i zastanawianie się nad tym było tylko stratą czasu i energii. Choć w sumie to teraz, to nieco inna sytuacja, ale i tak jest to stratą czasu i energii. Ja nie miałem urlopu od dwóch lat… Jakoś tyle nie opuszczałem GHbgS–155//7474–4, ale to z wyboru. Nie spieszyło mi się wracać do domu, a wtedy pewnikiem wypadałoby tam zawitać. – Jewia zamyślił się na chwilę.
Na zewnątrz wzmagał się późnopopołudniowy wiatr i nawet przez przymkniętą śluzę było go słychać, a wilgotnawe, przesycone obcymi zapachami powietrze dzielnie walczyło z zastygłym w szalupie smrodem; bo inaczej trudno było to nazwać.
– Teraz to – dodał i wyszedł.
Rufus nie zamierzał iść za nim – a niech lezie w zapadający zmrok i wybujałą roślinność, niech go coś zeżre, proszę bardzo. Kolejna ofiara w tę czy we w tę. Co znaczyłby jeden pierdolony, pokręcony, kurduplowaty profesorek wobec całej planety i stacji?
Komisarz opadł z westchnieniem na plecy, ale rozprostować nóg już nie zdołał – było gorzej nawet niż w tej klitce na rozgwieździe. Ostatecznie, czując, że wykończone hajem i sprzątaniem rzygów mięśnie są zbyt słabe nawet na to, by utrzymać kolana w zgięciu, spuścił stopy na posadzkę, przekręcając nieco biodra. Znał wygodniejsze pozycje, owszem.
– Nie wierzę… – Przetarł twarz dłońmi.
Poczuł, że znów jest wilgotna, choć mył się, zanim zaczął po sobie sprzątać – nie było mowy, żeby podjął jakikolwiek wysiłek, bez zwiedzenia tego, co zostało z części sanitarnej. Ubranie i tak miał przepocone, twarz zarośniętą, a kwaśnego posmaku z ust nie spodziewał się pozbyć już nigdy, ale ta namiastka cywilizacji na chwilę podniosła go na duchu.
Na chwilę.
Teraz kac znowu uderzał, chyba gorączką, na pewno drżeniem rąk. Rufus zacisnął powieki, nie chcąc dać się z powrotem wciągnąć w potworny wir, z którego ledwie zdołał się wydostać. Póki po prostu bolało, póty mógł to znosić – w końcu sam sobie zafundował taki los i kiedy decydował się na ciąg, wiedział, czym ryzykuje. Majaków, irracjonalnych lęków, zwidów wymieszanych ze strzępkami wspomnień najzwyczajniej się bał. Odbierały mu kontrolę nad sobą.
Wciąż nie miał stuprocentowej pewności, które z obrazów wypalonych pod powiekami to faktyczne sceny z rozgwiazdy, a które są jedynie dziełem narkotycznie skrzywionej wyobraźni. Nie chciał wierzyć we wszystkie. W te oszalałe tłumy przy szalupach, w odcięte bezpowrotnie sektory z cywilami, nawet w rannego Winstona, wykrwawiającego się obok niego na podłodze kapsuły, nim Nina zdołała prowizorycznie go opatrzyć. Tylko że szczegóły otoczenia grały przeciwko niemu. Choćby brunatne plamy na sąsiedniej pryczy, tworzące makabryczny wzór z odcisków dłoni i smug. Dawały rzeczywisty kontekst zapamiętanym z przebłysków świadomości charkotom i jękom bólu. Albo ten uporczywy smród gnijącego mięsa… Ciągiem skojarzeń i urwanych obrazów prowadziły wstecz, w przeszłość, na stację, a potem…
Nie wszystkich. Najpierw ty i Annicew, potem reszta.
– Nina, dlaczego…?
A potem ku Ziemi.
Ku Ziemi, której już nie było.
Ku całej planecie, znikającej w mgnieniu oka.
Drgawki wstrząsnęły już nie tylko ramionami Rufusa, ale całym ciałem.
– Jewia? – odezwał się słabo, ale nikt mu nie odpowiedział.
Kim trzeba być, żeby zrobić coś takiego? Żeby to planować, a potem ten potworny plan wcielić w życie? Komisarz w prokuratorskiej praktyce widział różne rzeczy – trupy z różnych stron galaktyki, materiały z masowych mordów na tle rasowym, typy podłe i złe do szpiku kości.
I to wszystko wydawało się teraz co najwyżej śmieszne.
Nawet to, co stało się ze stacją, z uwięzionymi cywilami, wydawało się śmieszne.
Najpierw ty i Annicew, potem reszta.
Bo to, co naprawdę ważne, naprawdę wielkie, już i tak zostało przegrane. Cóż znaczy jedna stacja.
Motyle.
Dlaczego w jego głowie pojawiły się motyle?
Drżał coraz mocniej, czuł strużki potu ściekające po twarzy – teraz miał już pewność, że to rosnąca w zastraszającym tempie gorączka.
– Jewia…? Kurwa mać…
Oddychał ciężko, a w klatce piersiowej znów odezwał się kłujący ból. Czasem przychodził podczas ciągu, ale mijał i raczej nie wracał na kacu. Aż do teraz.
Rufus zamknął oczy.
Studia w Blauwe, w H’il, Grotebergu, Szkoła oficerska w Pereceel, stypendia Związku Prawników Międzyplanetarnych, Stowarzyszenia Kolonistów i Gubernatora Midgaardu. Potem praca w międzyplanetarnych sądach, udział w kilku prestiżowych sprawach, setki kursów, certyfikaty biegłej znajomości czterech oficjalnych języków Ligi i sześciu pidginów, pięć najważniejszych kodeksów karnych przywoływanych ot tak, praktycznie na wyrywki, wypruwanie sobie żył w KDSDM-ie i innych komitetach, prestiżowe wolontariaty. Właściwie brak życia prywatnego poza okazyjnymi rozmowami z żoną i dziećmi, a to i tak głównie przez komunikatory. Czasem udało się zobaczyć z matką.
Rufus wiedział, że jest bystry. Wiedział też jednak, że nie jest wybitny. Znalazł się w czołówce, bo chciał się w niej znaleźć i ciężko na to pracował, nie dlatego, że cokolwiek przychodziło mu łatwo. Gdyby tak było, nie brałby stymulantów. Może nie zrobiłby też wielu innych rzeczy, w tym nie kazałby sobie usunąć oka i wstawić w jego miejsce prototypowego implantu, by stać się lepszym, skuteczniejszym.
I to wszystko miało zaprowadzić go tutaj? Na dziką, najwyraźniej niezamieszkaną planetę na zadupiu galaktyki? Do ciasnej puszki, w której dusił się w smrodzie, nie mając już sił, by wyjść na zewnątrz? W której krztusił się własnymi rzygami i wyrzutami sumienia?
Mógł stąd już nigdy nie wrócić i ta myśl go przerażała, ale, z drugiej strony, wizja powrotu, spojrzenia im wszystkim w oczy, przyznania do porażki…
Zacisnął wargi. Nie – cokolwiek by się nie stało, nie zamierzał tchórzyć.
Nie pisał się na to. Nie tak to miało wyglądać. Wiedział, jak obsługiwać broń, ale dotąd nikogo tak naprawdę nie zabił, nawet pośrednio, bo stanowiące jeden wielki konsensus prawo międzyplanetarne wykluczało karę śmierci.
– Ludzie… tylu ludzi… – mamrotał niewyraźnie. – Tylu…
Tylu ludzi, a wszyscy pod jego opieką. Niektóre twarze pamiętał całkiem wyraźnie i teraz migały mu pod powiekami dziwnie wyblakłe, martwe, patrzące z wyrzutem. Był za nich odpowiedzialny.
ty i Annicew
Za Ziemian także. Po to go wysłano na rozgwiazdę. Po to, żeby zapobiegł tragedii. Może ojciec i starszy brat próbowali się go pozbyć. Może. Ale przecież nie tylko oni decydowali. Inni… ten wypełniony żelazną pewnością wzrok Terentii d’Accorsi… inni, dla których był Rufusem Edgarem van Hommeleterem, nie Inge, fatalnym błędem przy łączeniu gamet, niedoszłą harfistką, upierdliwym dynastycznym problemem i dzieckiem z piętnem reklamacji wadliwego produktu, ci inni…
– …mylili się…
Mylili się, bo nie był żadnym Rufusem. Był właśnie Inge.
Małym, żałosnym i zmęczonym człowiekiem w wielkiej bańce z ambicji i niespełnionych nadziei.
Czując znów wzbierające torsje, zdołał ostatkiem sił przekręcić się na bok. Nie zwymiotował, ale dreszcze przewalały się po plecach potężną falą, a żołądkiem wciąż szarpało.
– Nina… Nina, gdzie jesteś…?
Wyciągnął przed siebie rękę, chcąc ją złapać, wychylił się.
Poczuł, że spada, ale nie wiedział skąd. Uderzył w coś twardego, chyba posadzkę.
Nina.
Ona była silna. Nie wahała się, nie zastanawiała. Ona wiedziała, dokąd iść. Wiedziała, kim oni są, widziała twarz bestii zza Krawędzi, a nie tylko jej puste, czarne oko. Mogła mu pomóc. Razem… Razem daliby radę. Daliby…
Dlaczego zostawiła go samego w tym ciemnym korytarzu? Dokąd odeszła? Przecież sama mówiła, że muszą uciekać…
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

Post autor: pierdoła saska » 18 września 2014, 00:30

Po chorobo-urlopo-wakacjo przerwie lecimy dalej :3

– Słabo, że to się tak zaczęło. Kilka tygodni znajomości i już widziała mnie zaćpanego w trzy dupy i zarzyganego po łokcie. – Nastąpiła pełna zadumy pauza. – Jest taka piękna.
– Jeszcze kilka godzin temu miała, cytuję, spierdalać.
Rufus wzruszył ramionami.
– Widziałem ją… w dość skąpym wydaniu – wyznał, nie patrząc na profesora, a przed siebie. – Ma świetne ramiona. Umięśnione. I nogi. Kurwa, takie długie nogi… – Rozmarzył się i odruchowo poprawił koc termiczny, którym był owinięty.
Jego ubranie wisiało na jednej z prycz – spodnie niegdyś w kant, koszula, bielizna, wszystko proste, ale w najlepszym gatunku. Jakkolwiek teraz w opłakanym stanie, tworzyło dość malowniczy kontrast dla Jewiowego wyciągniętego niebieskiego swetra, czegoś, co przypominało kitel i włochatych, miękkich papci.
Kiedy tylko Rufus pozbierał się z podłogi, wstąpiła w niego nowa energia i stwierdził, że zrobi przepierkę. To było w sumie fascynujące, z jakim uporem stwarzał sobie namiastki cywilizacji z niczego. Początkowo chciał wykorzystać tutejszy silny wiatr i rozwiesić pranie nie na poręczy górnej leżanki, a pobliskim drzewie, ale plany pokrzyżowała mu gwałtowna ulewa, która zerwała się właściwie w mgnieniu oka i ograniczyła widoczność prawie do zera.
Co nie przeszkadzało panom wgapiać się w ścianę wody.
– Nie zazdroszczę jej teraz – stwierdził Jewia – i nie sądzę, by długość nóg była szczególnie przydatna podczas chowania się przed deszczem, no, chyba że mówimy o uciekaniu pod jakiś dach, ale dachów to ja bym się tutaj nie spodziewał.
– Chciałbym ją zobaczyć w czymś bardziej kobiecym – perorował dalej Rufus, niezrażony brakiem zrozumienia w kwestii zachwytu anatomią pani porucznik. – Niekoniecznie w zwiewnej kiecce, nie ten typ, ale coś bardziej niż mundur, wiesz… – zerknął na Jewię. Westchnął. – Nie wiesz.
Tym razem to profesor wzruszył ramionami.
– Zresztą tych od zwiewnych sukienek mam po dziurki w nosie. Potem dowiadujesz się, że lobbystka albo inna menda. Od dawna trzymam się od nich z daleka. Nina jest inna. Mogę jej nie rozumieć, mogę się rozbijać o ten jej dystans, o priorytety, ale jest… prawdziwa. To mi się w niej kurewsko podoba.
Deszcz wybijał monotonny rytm na blasze.
– Miałeś kiedyś dziewczynę? – spytał niespodziewanie Hommeleter.
Odpowiedziało mu jeszcze jedno wzruszenie ramion.
– Chyba rozumiem. Nie, żebym był szczególnie zaskoczony, niczego – Rufus zmierzył profesora wzrokiem – nie ujmując. Po prostu odnoszę wrażenie, że...
Cała, cokolwiek niepiękna po ostatnich przejściach, twarz Rufusa całkiem nieźle dawała do zrozumienia, co też takiego kryje się za wymownym zawieszeniem głosu. Jewia znał to z autopsji. Ba!, nawet z własnego wykonania. Wtedy na wprost niego znajdował się zwykle mało ogarniający życie i świat, a przede wszystkim swego promotora doktorant. Jak to Petr Zemann określał, była to mina: nie powiem ci, że jesteś kretynem, ale tylko dlatego, że ktoś mógłby mnie usłyszeć i robić za świadka w sprawie o zniesławienie. Niektórzy nazywali to dobrym wychowaniem, ale za zamkniętymi drzwiami definicje się zmieniały. Zatem tak. Rufus sugerował mu może nie skretytnienie, ale coś podobnego kalibru. Dojście do tego, co konkretnie, nie było specjalnie trudnym zadaniem. Takie A dodać B dodać C i wyciągnij część całkowitą.
– Że?
Ale nie oznaczało to, że Jewia nie dopyta.
– Mam znajomych, jeśli o to chodzi – dodał. – Gdybym był pustelnikiem, to znalazłbym sobie bardziej odludne miejsce niż tamten księżyc, gdzie ograniczona ilość osób żyje na ograniczonej przestrzeni. To już na ośmiomiliardowej planecie łatwiej o samotność niż tam – westchnął. – Na takim wygwizdowie nie da się schować, zaszyć w dziupli i udawać, że cię nie ma, więc wszyscy dobrze wiedzą, gdzie wysyłać korespondencję. Chyba że nie wiedzą, gdzie się w ogóle wyjechało, ale po roku czy trzech każdy jest w stanie dojść do tej informacji, więc to trochę o kant dupy rozbił. Naprawdę.
– Hm – podsumował Rufus niskim pomrukiem.
Na zewnątrz wiatr cisnął wściekle deszczem o szalupę. Wielkie krople zabębniły złowieszczo o metal bardziej stworzony do kosmicznej próżni niż moknięcia. Huk w środku był imponujący i zdawało się, że narasta, jakby ulewa wciąż nie rozszalała się na dobre. Łąka za otwartą śluzą rozmiękała, pokrywała się bajoro–kałużami i fakt, że się rozbili, a nie wylądowali, zaczynał Jewię cieszyć. Wbili się konkretnie w grunt i można było mieć nadzieję, że szalupa nie zacznie uczyć się pływać. Byle tylko woda nie podeszła pod krawędź śluzy, bo ta ze szczelnością nie miała już wiele wspólnego. Chyba głównie nazwę.
Wyjrzał przed nią i z pewną ulgą powitał przeszło naście centymetrów od krawędzi do gruntu. Wody na gruncie. Kałuży…?
– Woda.
– C-co?
– Woda. Deszcz. Zastanawiam się, czy wleje nam się do środka. Nie wiemy nawet, na jakiej szerokości planety jesteśmy, i czy takie deszcze to tu tak codziennie na przykład, czy może zaczyna nam się lokalna pora monsunowa i będzie padało przez tydzień, a to wokoło zmieni się w jezioro. Jestem fizykiem, nie klimatologiem czy coś. – Wzruszył ramionami. – Choć może taka specjalizacja byłaby też fajna, ale jakoś nie przyszła mi nigdy wcześniej do głowy, a teraz to by mi się chyba nie chciało wracać na studia i robić kolejnej.
Rufus zamrugał bardzo powoli.
– Ile można się uczyć…
Na myśl o akademickiej ławie, terminach, dogadywaniu się o te terminy, użeraniu z profesorskim widzimisię, a przede wszystkim w wysłuchiwaniu setki razy, że czy aby nie pomylił miejsca, bo tu jest uczelnia wyższa nie liceum, gimnazujum, właściwe podkreśl, czy inny lokalny ekwiwalent tegoż, zrobiło się Jewii niedobrze. Cała wypita kawa podeszła mu do gardła i zapragnął móc wcisnąć ją z powrotem do żołądka z pomocą czegoś o zdecydowanie większej gęstości. Tylko to wymagało ruszenia się z wygrzanego miejsca na podłodze przy śluzie i nie był pewien, czy mu się chce. To raz. Dwa, czy ma siłę.
Pełen reprymendy głos Jovanny i sekundujący mu drugi, bliżej nieokreślony, czynił mu w myślach wyrzuty.
Roześmiał się.
Rufus zamrugał raz jeszcze.
– Jesteś najbardziej pojebanym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałem – oświadczył.
– To miał być komplement czy krytyka, bo serio nie wiem i nie wiem, jak odpowiedzieć?
– To była uwaga zupełnie neutralna. Stwierdzam fakt. Ale w sumie sympatyczny z ciebie popapraniec.
– Dziękuję?
Odpowiedź na drugi problem była twierdząca. Miał, choć zawroty głowy, były wliczone w cenę. Pozostawała sprawa trzecia. Nina jasno stwierdziła, że mają nie tykać racji żywnościowych, póki nie okaże się, że planeta nie ma do zaoferowania niczego jadalnego. Co właśnie sprawdzała. Od wielu godzin. Nafaszerowane kaloriami batoniki zaś znajdowały się w schowku. Popakowane w szczelne folie, opisane, zakodowane kolorowo i z instrukcją, ile kiedy jeść i na ile to wtedy wystarczy. Coś, czego Nina zamierzała pilnować, i, co powiedziała dwa razy, coś, co powinno było pozostać tajemnicą, bo Rufus, wyrzygawszy wszystko, co miał w żołądku, mógłby zjeść zapasy zbyt szybko.
Cóż, na pewno w starciu ich dwóch Jewia jako obrońca tychże zapasów miał szanse zerowe. Optymistycznie licząc. Z drugiej strony, Niny nie było już długo. Wielkie oszczędzanie zwieńczone śmiercią głodową miało coś nie tak w punkcie “logiczność dokonanego wyboru”.
– Zamknij oczy.
– Nie no, lubię cię, ale nie aż tak…
– Dostaniesz ciasteczko.
Rufus przekrzywił głowę jak zainteresowane czymś zwierzę. Godność osobista toczyła na jego twarzy zacięty bój z opróżnionym do granic możliwości żołądkiem.
– Kpisz sobie ze mnie – prychnął, wyraźnie urażony.
– Ponoć moje poczucie humoru pozostawia wiele do życzenia… nie moja opinia, a znajomych, więc możesz założyć, że nie kpię – odpowiedział Jewia, wstając bardzo powoli.
– Nina mówiła, że niczego nie ma – zauważył komisarz, marszcząc brwi podejrzliwie. – Coś mi tu śmierdzi i nie wiem, które z was bardziej.
Jewia zmierzył Rufusa spojrzeniem, po czym przeniósł je na rozwieszoną na pryczy koszulę, która nie w pełni zdołała zbiec przed resztkami jedzenia uciekającymi z żołądka komisarza kilka, kilkanaście, a także kilkadziesiąt godzin temu. Przeprana czy nie, stanowiła pewien dowód, który mydło w ustępie niekoniecznie zdołało w pełni zniszczyć.
– Nie myśl.
Komisarz nie wyglądał na przekonanego – więcej, wyraz jego twarzy zbliżał się do rejestrów podejrzliwości, które Jewia mógł pamiętać z pierwszych dni na rozgwieździe. Chciał coś powiedzieć, ale głos postanowił zabrać jego żołądek i kapsułą wstrząsnęło potężne burczenie.
– Kurwa. Dobra. Zamykam. Ale liczę do pięciu. I nawet nie próbuj jakichś numerów.
Jewia westchnął ciężko bardziej na okoliczność tego śmiesznego uczucia, gdy mózg zdaje się pływać po łagodnie zafalowanym morzu i nie przekłada się to jeszcze na sensacje żołądkowe niż przez uwagę Rufusa.
– Raz.
Ta sprawiła jedynie, że poczuł się o jakieś dziesięć lat młodszy – znów był na studiach.
– Dwa.
Wydobycie po jednym batoniku na głowę nie stanowiło problemu – nie wymagało zbytniego schylania się, przynajmniej w jego przypadku, bo taki Rufus musiałby się zapewne zgiąć wpół, co w obecnej sytuacji byłoby zapewne niewskazane.
– Cztery.
– Łap – powiedział Annicew w chwili, gdy srebrzyste opakowanie trzy na dziesięć opuściło już jego dłoń i po pięknej paraboli zmierzało w stronę okutanego kocem rekonwalescenta.
Komisarz niemal jednocześnie odwrócił się, podniósł powieki i złapał batonik – zdawało się, że coś błysnęło w jego lewym oku.
– Dzięki – burknął, zabierając się do odpakowywania.
– To za tego batona… w kieszeni – mruknął w odpowiedzi Jewia i wrócił na swoje miejsce na podłodze przy śluzie.
Rufus przyglądał mu się dłuższą chwilę w milczeniu i marszczył czoło, jakby o czymś myślał, a potem na półautomacie wpakował przekąskę do ust.
– Mmm, czekolada – skonstatował. – Ale jeśli myślisz – dodał, kiedy nieco przeżuł gryz – że teraz za każdym razem będę robił sztuczki za nagrodę, to się grubo mylisz.
– Wystarczy, że będziesz próbował przejść przez drzwi bez automatyki. Tak, nie sposób było o tym nie usłyszeć – zarechotał Annicew pomiędzy kęsami i bez oglądania się na komisarza. – Sztuczki mnie nie interesują. Nie jestem koneserem jedzenia, ale to jest obrzydliwe.
Rufus nie wyglądał, jakby podzielał to zdanie. Przeżuwał kolejne porcje batona powoli i z czymś, co Jewia skłonny był nazwać czcią, podczas gdy on sam starał się połykać je na tyle szybko, by kawałki nie zdążyły dotknąć języka. Zdecydowanie przyszło mu ugrzęznąć na tym zadupiu cywilizacji z osobami o zgoła podejrzanych upodobaniach smakowych. W dodatku na kark komisarza już zaczęła wypełzać znajoma wysypka. Jewia przewrócił oczami i wbił wzrok w ulewę.
Szarości zaprawione zieleniami przelewały się tam, jaśniały, ciemniały, układały się we wzory, te z kolei w następne i tak bez ustanku. Nie było na czym skupić wzroku, bo nawet nagrobek Winstona niespecjalnie odcinał się od tła. Trzeba było się przyjrzeć, aby wyłowić ten nieimponujący kopiec usypany przez niego i Ninę (“Martwię się o nią” – burknął Rufus). Grób w zasadzie był wyższy niż głębszy, bo kopanie im nie szło. Ziemia była twarda, a saperka stworzona do wykopywania korzonków, a nie dołów pogrzebowych.
Przetarł oczy.
Że wstrzymał oddech, tego nie zauważył, dopóki nie zaczęło brakować mu powietrza.
Wtedy odetchnął cicho i powoli.
Grób był wyższy niż głębszy, ale nie TAK wysoki, jak cień przesuwający się niespiesznie w ścianie wody.
No i grób by się raczej nie ruszał, ale to naszło go później.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

ODPOWIEDZ