UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Tytuł PROZY LIPCA
zdobyło ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee.

Serdecznie gratulujemy! :D

Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

Post autor: Siemomysła » 20 września 2014, 16:40

Zgodnie z ostatnią tradycją, komciam dwa kawałki naraz i od razu na wstępie mówię: ten ostatni był za krótki, ot co!
(no i w ogóle zapomniałam, że go nie przeczytałam :bag: przepraszam :bag:)

Będzie spoilerowato i już. W pierwszym fragmencie nie dopatrzyłam się niczego, co by można poprawić, najwyraźniej poprawiłyście wszystko c[_]! W drugim znalazłam jedno zaplątane w środku zdania "Nie" wielką literą, ale dałam znać bezpośrednio do wrzutkodawczyni ;)
Ilinka – choć pod bezpośrednią komendą Hommeletera – miała jednak specjalny status i znalazła się w szalupie jako jedna z pierwszych, gdy tylko potwierdzono, że tym razem alarm nie jest efektem przebicia.

Przyznam, że nie rozumiem tego trochę. Bo jest tak, że naukowcy mają priorytet, dyplomaci są na szarym końcu, ok. Tymczasem - Ilinka ma specjalny status. I to jest ok. Tylko czemu w opozycji do Hommeletera? Znaczy, czemu to, że jest pod jego bezpośrednią komendą ma być na minus dla jej statusu? Sam Hommeleter miał wysoki priorytet, tak? Logiczne, by jego personel też. Chyba, że chodzi o to, że swoich nie wyróżniamy i tak dalej, albo, iż priorytety były ustawiane przez tych, co Rufusa chcieliby się pozbyć, a Ilinka delikatnie rzecz ujmując należy do osób z gatunku coś tu śmierdzi, czy mówiąc dokładniej - podejrzanych o działanie przeciwko, co zresztą potwierdzałby fakt przeprogramowania kapsuły. Ok. Koniec zwiechy, jadę dalej.
Rozejrzał się na tyle, na ile pozwalał na to ból głowy – to, co zastał, wyglądało jak kuriozalne połączenie resztek wydupionej cywilizacji i wioski jakichś dzikich z czasów sprzed kolonizacji.
Wydupionej w jakim sensie? Że wydupiła z tego miejsca w poszukiwaniu lepszego? Czy jakoś inaczej? Tu zwiecha numer dwa, tym razem jakby nie fabularna a czepliwie-techniczna XD
– Bez obaw – odparł Jewia, dokładając do stosu niewielki kawałek skały. – To Winston.
– Kim jest Winston i dlaczego chce mieszkać w ziemiance?
– Winston jest trupem.
<3 Bardzo mi się podoba. W ogóle - czytałam ten kawałek dawno temu i miałam takie spostrzeżenie, które zostało do teraz w formie wspomnienia/wrażenia/powidoku, że po tych nerwowych, pełnych napięcia fragmentach, wyluzowałyście, zwolniłyście, poszłyście w komedię, co daje czytelnikowi oddech. Oddech bardzo potrzebny po takiej dawce trudnej i ciężkiej fabuły. Jednocześnie jak to potraficie od tego śmiechu odbijacie fakty wcale nie wesołe. Ot, Winstonowi się nie udało. I zaraz potem Rufusowy rzyg wspomnieniami. To daje dobry efekt moim zdaniem, przejmujący.
Po tych słowach odwróciła się i odeszła, pozostawiając komisarza w osłupieniu.
Brawo dla Niny, Rufus witaj w świecie bez sztucznej hierarchii.
Zupełnie jak na wakacjach
To dziwne miejsce. To dziwne miejsce, gdy z jednej strony mam pełne zgrozy WTF człowieku WAKACJACH? A z drugiej bulgocze we mnie śmiech. Jewia to potrafi! Tu też chciałam rzec od razu, pamiętając co Prorok mówiła na szałcie po tej wrzutce: czytam drugi raz i nadal nie widzę, by Jewia był inny. W tym fragmencie, narrator jest na ramieniu Rufusa, jak dla mnie, Jewię dostajemy tylko z zewnątrz. Nie wchodzimy do jego głowy, gdzie zapewne jest wiele wiele innych myśli, nie tylko te, które przeszły przez sito i zostały wypuszczone na zewnątrz. Natomiast moment, w którym Jewia dostaje konkretną zahaczkę - pytanie o godzinę, natychmiast objawia się potopem informacji. Ja nie widzę w Jewii niespójności tutaj, acz byłoby fajnie, gdybyście pozyskały komentarze z innych źródeł. Serio myślę, żeby podrzucić Krawędź bratu, lecz raczej jak skończycie...

Generalnie ten fragment jest dobry, jest taki rozciągnięty, wchodzi w Rufusa mocno, wyciąga z niego lęki, pokazuje go w rodzinie, tak jak on się widzi, daje wyobrażenie o jego potrzebach (Nina, jako twarda, silna kobieta - oparcie, którą się wzywa z otchłani <3) a jednocześnie pozwala jednak czytelnikowi odetchnąć, rozluźnić się, roześmiać szczerze.

Kolejny - ostatnia wrzutka - w sumie pod względem humoru jest podobny, tu szoł kradnie Jewia. Od pierwszego "cytatu" z niedawnych przecież wypowiedzi Rufusa, który najwyraźniej poukładał już sobie stosunek do pani porucznik, poprzez to urocze nieułatwianie:
Dojście do tego, co konkretnie, nie było specjalnie trudnym zadaniem. Takie A dodać B dodać C i wyciągnij część całkowitą.
– Że?
Ale nie oznaczało to, że Jewia nie dopyta.
aż do wniosku w temacie być posłusznym Ninie, czy niekoniecznie:
Wielkie oszczędzanie zwieńczone śmiercią głodową miało coś nie tak w punkcie “logiczność dokonanego wyboru”.

Bardzo mi się podoba, że po scenach akcji, bohaterach w działaniu, teraz widzę ich w takiej spokojnej relacji. Ugruntowuję sobie ich charakterologicznie, emocjonalnie. Potrzebowałam tego jako czytelnik, bo do tej pory wszytko działo się bardzo szybko i po prostu się działo. Teraz był czas na zbliżenie się do bohaterów.
I jeśli o zbliżaniu się: Nina! Gdzie jest Nina! Chcę Niny!

Oraz: urwać w takim momencie? Ach! Za to właśnie nie cierpiałam seriali, w których odcinki się ze sobą wiązały! Bo czy to niebezpieczeństwo? Czy Nina wraca, a jej cień z jakiegoś powodu wygląda groźnie i nienaturalnie? Czekam!

No i jeszcze faworyt:
– Zamknij oczy.
– Nie no, lubię cię, ale nie aż tak…
– Dostaniesz ciasteczko.
Absurdalność tego dialogu w zestawieniu z pełnionymi funkcjami jak i wyglądem obu panów <3 Z jednej strony aż tu nie pasuje. Z drugiej - jest tak samo nienormalne jak ich sytuacja.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 179
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

Post autor: Coffee » 24 września 2014, 12:15

No, to jedziemy dalej :D

– Niech pani uważa na próg.
To nie była tylko standardowa przestroga wypowiadana przez członków obsługi stacji za każdym razem, kiedy ktoś tędy przechodził – Ilinka wyraźnie czuła, jak osłabione są jej mięśnie po długim locie w zamknięciu w maleńkiej puszki kapsuły ratunkowej. W dodatku kolana i łydki zaczęły nieznośnie drżeć. Z ulgą przyjęła więc ramię oficera ochrony i pozwoliła mu poprowadzić się przez śluzę.
Pachniał przyjemnie, jak mokre drewno – większość samców Savau tak pachniała.
Trzej wymizerowani naukowcy, również wspierani przez techników, człapali nieco za nimi, zmęczeni, skołowani i otoczeni uzbrojoną po zęby eskortą, ale z oczyma rozpalonymi budzącą się świadomością, że to już koniec i oto zostali ocaleni. Milczeli i trudno było ocenić, czy z wyczerpania, czy ze zbyt silnych, niemogących znaleźć ujścia emocji.
Doki, a wraz z nimi cały koszmar rozgwiazdy i niepewnego lotu, zostawały z tyłu, za potężną grodzią.
Znajome głosy, znajome zapachy i widoki – Ilinka również odetchnęła głęboko. Oto była u siebie. Na Kandii. W pulsującym sercu całej Ligi, gdzie mieszkała i pracowała od niemal dziesięciu lat, gdzie znała każdy kąt pokładów mieszkalnych i biurowych, może z wyłączeniem tych objętych specjalną ochroną i przeznaczonych dla najwyższych urzędników.
– Wasz sygnał SOS dotarł do nas przed pięcioma dniami – tłumaczył prowadzący ją samiec Savau w zielonym mundurze obsługi stacji. Zielony był kolorem Ligi, a zatem także kolorem Kandii. – Powiadomiono już władze, w tym Konsystorz Międzyplanetarny i CEO.
Nowkovič skinęła głową. Nie chciała teraz o tym myśleć – marzyła tylko o gorącej kąpieli, normalnym jedzeniu i miękkim łóżku, na którym mogłaby się zwinąć w kłębek i wyrzucić z siebie nadmiar tłumionych emocji, płacząc jednocześnie ze strachu, żalu i szczęścia.
– Spodziewam się, że nadal tu przebywają – powiedziała jednak, mrużąc oczy w jasno oświetlonym korytarzu. Odwykła od takich, tak samo jak od myśli, że nie musi bez przerwy patrzeć sobie pod nogi, by nie nadepnąć na uszkodzony panel lub walającą się po posadzce część. Wciąż przedzierali się przez stosunkowo ciasną, robotniczą części stacji, a ona już czuła, że wróciła z piekła.
Bała się, że klaustrofobiczne pomieszczenia rozgwiazdy będą nawiedzać ją w snach jeszcze długo – jak w kapsule, gdy za każdym razem po zamknięciu powiek musiała uciekać przez ten potworny labirynt z oddechem szalonego Dirka Einerta na karku. Z niskiego stropu i ścian patrzyły na nią twarze tych, którzy nie mieli tyle szczęścia i nie posiadali platynowego kodu ewakuacji.
Nie powinna czuć się z tego powodu winna, bo przecież nie ona dokonała wyboru, ale jednak świadomość, że o jej priorytecie decydowało odchylenie standardowe, z każdym dniem zdawała się ciążyć bardziej.
– Uprzedzam, że mam rozkaz wysłać raport o państwa przybyciu wprost do biura CEO – z zamyślenia wyrwał ją syntezowany głos Savau, za co była mu ogromnie wdzięczna.
– Oczywiście. Gdy tylko zostanie mi udostępniony terminal, przekażę kody osobiste do identyfikacji – zgodziła się.
– Cieszę się. Proszę za mną. – Oficer wskazał jedną z bocznych śluz o szerokości głównej śluzy na rozgwieździe.
Za nią znajdowało się coś, co Nowkovič szybko oceniła jako pomieszczenie socjalne dla techników obsługujących dok i pewnie ochrony tego sektora. Było tu skromnie, ale funkcjonalnie, jasno i czysto.
– Proszę wybaczyć warunki – tłumaczył się wyraźnie zmieszany Savau. – Na wyższe poziomy i do kwater mieszkalnych zostaną państwo poprowadzeni po potwierdzeniu kodów.
Najlichsze nawet drgnienie na twarzy Ilinki nie odzwierciedliło burzy niepokojów i skojarzeń, jaka przetoczyła się przez jej głowę. Patrzyła na oficera wydającego krótkie rozkazy podkomendnym, obserwowała uważnie, jak zrywają się oni wypełnić polecenia, starała się przyporządkować zasłyszane kody do procedur. Sam Savau nie wydawał się wrogo nastawiony lub przesadnie czujny, ale najwyraźniej protokół wymuszał zachowanie najwyższego stopnia ostrożności i traktowanie przybyszów jak potencjalnego zagrożenia.
Kandię zawsze otaczał kordon wzmożonej ochrony – w końcu niejednokrotnie przebywało tu do kilkudziesięciu wysoko postawionych urzędników rządów cywilnych, a czasem także najwyższych dowódców wojskowych – ale nigdy nie dało się odczuć paranoi. Owszem, w Lidze dochodziło tu i ówdzie do lokalnych konfliktów, do zamachów, embarg i zwyczajnych kłótni, ale nikomu znaczącemu tak naprawdę nie opłacało się naruszać równowagi głównych struktur politycznych, tak silnie splecionych przecież z czynnikami gospodarczymi.
Aż znikąd, zza Krawędzi, z nieznanej części kosmosu przybyło zagrożenie, które najwyraźniej nie respektowało żadnych zasad, a ponieważ na Kandii nie wiedziano, czego się spodziewać, postanowiono spodziewać się wszystkiego. Nawet ciosu ze strony być może jedynych ocalałych z katastrofy, roztrzęsionych, osłabionych i zdezorientowanych.
– Poruczniku? – odezwała się Ilinka, kiedy uznała, że opanowała myślową burzę, a trzej naukowcy zajęli się kawą i raczej nie będą śledzić tej rozmowy.
– Tak, pani Nowkovič?
– Wiadomo coś o pozostałych kapsułach?
Savau nie wzdychali – zamiast tego otrząsali się trochę jak mokre psy.
Psy. Ziemskie stworzenia.
– Proszę usiąść, pani Nowkovič.
– Aż tak źle? – spytała cicho Ilinka, posłusznie zajmując jedną z wysłużonych sof. Moment, w którym miała pochyloną głowę, wykorzystała na ukradkowe skrzywienie warg. Oficer zobaczył już jednak tylko gładką maskę opanowania – tę samą, którą oglądali trzej naukowcy po tym, jak Nowkovič przeprogramowała kapsułę i przez pozostałe dni podróży.
– Mamy doniesienia o kolizjach i dekompresjach, los czterech kapsuł jest nieznany – odparł Savau rzeczowym, urzędniczym tonem, jaki pewnie słyszało się tu ostatnio bardzo często. – Domyślny punkt docelowy również nie pozostawia wiele nadziei.
– To znaczy? – Ilinka oparła dłonie o kolana, by nie zdradzić napięcia niepotrzebnym gestem.
– Nie jestem specjalistą – odparł porucznik – ale zdaje się, że Weles w układzie Lelum-Polelum to nie jest szczególnie przyjazne środowisko. Planeta przeżywalna, owszem, w końcu nie ustawiono by parametrów zbyt wrogiej, ale nie bez przyczyny nadal niezamieszkana.
– Jaka to przyczyna?
– Agresywna fauna i flora. Na tyle agresywna, by zakładanie tam stacji badawczych nie było opłacalne. Z tego, co wiem, nie ma tam żadnych przyczółków, o bardziej skomplikowanych strukturach nie wspominając.
Ilinka znów się zamyśliła, choć dla postronnego obserwatora musiało wyglądać to jak skromne spuszczenie wzroku.
– Rozgwiazda ED-49/b nigdy nie miała być wykorzystywana w ten sposób – dodał oficer, jakby było to jeszcze konieczne. – Nie przez cywili.
– Wiem, poruczniku – uspokoiła go, zmuszając się nawet do lekkiego, uprzejmego uśmiechu. – Nie czuję też goryczy. Rozumiem, z czego wynikała decyzja o podjęciu ryzyka.
To, że nadal uważała misję za zwyczajnie źle przygotowaną, nie miało teraz specjalnego znaczenia i z pewnością nie zamierzała dzielić się wnioskami z pierwszym lepszym oficerem, nawet jeśli sympatycznym. Nie wiedziała jeszcze, czy w ogóle z kimkolwiek się nimi podzieli.
– Terminal gotów do przyjęcia kodów – poinformował jeden z pracowników technicznych.

Wymarzona kąpiel nie doszła do skutku – Ilinka musiała zadowolić się szybkim prysznicem. O łóżku też nikt niczego nie wspominał, a jadła w pośpiechu, bo ledwie potwierdzono jej tożsamość, nadeszła informacja, że ma stawić się osobiście w biurach Związku Trzech Gwiazd.
CEO, mimo swoich siedemdziesięciu paru lat, trzymał się doskonale. Ilinka dawałaby mu przynajmniej dziesięć mniej, choć trudno było ocenić, ile w tym jest zasługi medycyny, a ile strzeżonych zazdrośnie genów. Hommeleterowie, podobnie zresztą jak przedstawiciele innych wielkich rodów kolonizacyjnych, nie dopuszczali do swej puli byle kogo. Ich żony i matki nazywano czasem pogardliwie „klaczami rozpłodowymi”, ale nigdy nie na tyle głośno, by określenie to doszło do nieodpowiednich uszu.
Do uszu Ilinki dotarło tylko dlatego, że nie miała w zwyczaju opowiadać o swojej pracy i niewielu kojarzyło ją z wielkimi tego świata.
– Pani Nowkovič, proszę usiąść. – Pomarszczona już, ale starannie wypielęgnowana dłoń wskazała jej miejsce w fotelu pod oknem.
Sam Ruud van Hommeleter usiadł po drugiej stronie kawowego stolika. Patrząc na niego, na doskonale skrojony stalowoszary garnitur, fryzurę z włosami wygolonymi nad prawym uchem, spinki do mankietów w najlepszym guście i całą postawę, łatwo było przeoczyć kilka podstawowych faktów, w tym sugestię głębokich cieni pod brązowymi oczyma, których chmurne spojrzenie Ilinka znała skądinąd.
Teraz głównie z jednej ze ścian labiryntu z koszmaru.
– To dla mnie zaszczyt…
– Niech sobie pani daruje. Jesteśmy za zamkniętymi drzwiami, kamery są wyłączone. To prywatna rozmowa.
Nowkovič ściągnęła brwi na ułamek sekundy. Opanowała twarz szybko, ale…
– Coś panią niepokoi?
…nie dość szybko.
– Nie – zapewniła. – Ja po prostu… Proszę mi wybaczyć, jeszcze parę godzin temu dryfowałam przez kosmos w kapsule ratunkowej. Nie nawykłam do takich rzeczy, nie przeszłam nigdy szkolenia wojskowego.
Czuła na sobie uważny, badawczy wzrok.
– Poradziła sobie pani doskonale.
– Po prostu musiałam coś zrobić.
– Przeprogramowanie kapsuły tej klasy graniczy z cudem.
Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Owszem, mogła użyć wielu trudnych, branżowych słów, które wywołałyby na twarzy Hommeletera głęboką konsternację, ale nie tego chciała. Udowodniła już, ile jest warta – fakty powinny świadczyć za nią i nie widziała powodu, dla którego miałaby wykorzystywać swoją przewagę w wąskiej dziedzinie do udawania, że jest lepsza od kogokolwiek, a zwłaszcza od CEO.
Poza tym coraz wyraźniej czuła, że jest zwyczajnie i po ludzku zmęczona, a bała się powiedzieć zbyt wiele.
– Język programowania, choćby najbardziej skomplikowany, to też język – ograniczyła się do bardzo ogólnej konstatacji.
– Skoro pani tak twierdzi.
– Słyszałam, że nie ma wielkich nadziei… – pchnęła temat w nieco inną stronę.
Ruud spiął się wyraźnie, pochylił, zacisnął palce jak szpony na poręczach fotela i kiedy głębokie cienie padły na jego ptasią twarz, przez chwilę faktycznie wyglądał jak trzmielojad gotów do ataku. To było tylko mgnienie oka, ledwie uchwytne wrażenie, ale w żołądku Ilinki osiadło zimnym, ciężkim szlamem na długo.
CEO opanował się, odetchnął, rozluźnił chwyt.
– Robimy, co w naszej mocy – odparł sucho, a do Nowkovič dotarło, z jaką presją musiał się zmagać. Fakt, że stracił przez tę sytuację najprawdopodobniej obu synów, zapewne nie zwalniał go z obowiązku tłumaczenia się przed przerażonymi, zdezorientowanymi, a pewnie także wściekłymi poddanymi. – Pech chce, że nie ma już za bardzo kogo postawić w stan oskarżenia – sarknął. – O kapitanie stacji i jego bezpośrednich podkomendnych wiemy na pewno, że nie żyją.
– To znaczy…
– To znaczy, że wysłaliśmy już ekipy techniczne na ED-49/b . Mają się rozejrzeć i sprowadzić tyle ciał i fragmentów ciał, ile będą w stanie odnaleźć. To i tak komfortowa sytuacja w porównaniu do tego, co spotkało nas wcześniej.
Ilinka zacisnęła usta i spuściła wzrok.
– Zresztą nie zaprosiłem tu pani bez powodu.
Podniosła niebieskie oczy na surową twarz Hommeletera.
– Słucham.
– Problemem są nie tylko ofiary. Problemem jest także brak danych.
– Raport został przesłany na Kandię – przypomniała Ilinka. Tego akurat była stuprocentowo pewna, bo nie tylko kontrolowała tłumaczenie dokumentu na oficjalne języki Ligi, ale też asystowała przy jego udostępnianiu.
– Raport zawierał ogólniki – odparł Ruud chłodno, z wyraźną niechęcią. – To, czego nie zawierał, to na przykład komentarza porucznik Wauneki i wszystkich danych, na podstawie których zespół Annicewa wyciągnął wnioski. Tego ostatniego zresztą nikt się po nim nie spodziewał, także dlatego, że nikt nie spodziewał się, że dane mogą zostać utracone.
– Słucham…? – Nowkovič stłumiła dreszcz.
– Pamięć komputerów stacyjnych została wyczyszczona. Ciekaw jestem, jak do tego doszło.
Ilinka otworzyła usta, uświadomiła sobie, co zrobiła, więc zacisnęła je z powrotem, czując, jak mrowieją wargi.
– Widzę, że jest pani zdumiona.
– Ja… Ja… nie wiem… – ze zgrozą odkryła, że nie jest w stanie złożyć sensownego zdania.
Tego było za wiele. Jeden cios, który przeważył szalę i maska jej opanowania pękła. Miała ochotę skulić się i rozpłakać – tu, na oczach CEO, w jego gabinecie. Przyłożyła dłoń do ust, ale spostrzegła, że ta zaczęła drżeć, więc opuściła ją z powrotem.
– Tak, naprawdę jest pani zdumiona. – Van Hommeleter przyglądał się jej z przytłaczającą uwagą. Zmarszczył brwi, jakby nad czymś myślał. – Podać pani wody? – zaproponował w końcu.
Ilinka – wpół świadomie – skinęła głową.
Po chwili ściskała już w dłoniach kryształową, rżniętą szklankę i uspokajała się, biorąc małe, starannie wymierzone łyki. Oddychała równo, stopniowo oddalając od siebie histeryczne odruchy. Czuła, że znów staje się sobą, choć kruchą, wciąż spacerującą wzdłuż krawędzi.
Naprawdę potrzebowała odpoczynku.
– Jest pewność, że danych nie da się odzyskać? – spytała wciąż lekko drżącym głosem, ale przynajmniej zdolna do ułożenia całej logicznej frazy.
– Niestety.
– Zatem jedyne, co mamy, to raport?
– Na to wygląda. Sama więc pani widzi, że…
– Tak, tak, rozumiem – potwierdziła nieco nerwowo. Bo istotnie, zrozumiała, co tu robi, sam na sam z CEO, bez oka kamer. Została najpierw poddana testowi, a teraz, już sprawdzoną, wciągano ją w kolejny krąg piekła. – Zrobię, co w mojej mocy, ale jestem tylko językoznawcą i tłumaczem przysięgłym.
– Oraz geniuszem z kodem platynowym – przypomniał bezlitośnie Hommeleter.
– Proszę sobie zbyt wiele po tym nie obiecywać.
CEO wstał. Był wysoki nawet jak na Midgaardczyka, imponujący i przytłaczający. Ilinka nigdy wcześniej nie spotkała człowieka, który samym spojrzeniem mógł sprawić, by wstrzymała oddech, co właśnie uczyniła.
– Jeśli nie będę sobie po pani wiele obiecywał – rzekł Ruud – może powinienem zarządzić wysadzenie reszty planet, nim zrobi to ktoś inny.
Nowkovič wzięła kolejny łyk wody, by pozbyć się nagłej suchości w gardle.
– Zrobię, co w mojej mocy – wyszeptała.
– Zatem witam w nowej Komisji Gujiča, pani doktor.

– …więc po prostu daj mi znać, jeśli czegokolwiek potrzebujesz.
Pauza w połączeniu była nieco zbyt długa, by Terentia uwierzyła w moc swoich słów. Była kiepskim terapeutą, jeszcze gorszą przyjaciółką. Brakowało jej czasu, empatii i cierpliwości, by wysłuchiwać cudzych żalów, a odruchową reakcją na zwierzenia zazwyczaj stanowiło suche „weź się w garść”.
Nauczyła się opanowywać odruchy już lata temu, ale niektórych braków zwyczajnie nie da się nadrobić.
– Dziękuję, Terentio – padła w końcu odpowiedź. D’Accorsi łudziła się, że wypowiedziana nieco mniej posępnym tonem. – Widzimy się niedługo.
– Zgadza się.
Pierwsze piknięcie zasygnalizowało zerwanie połączenia, drugie – przywrócenie firewalla i ochrony komunikacji. Dopiero wtedy przewodnicząca pozwoliła sobie na, kolejno, westchnięcie, zgarbienie i wsparcie czoła o spleciona dłonie.
Przeczuwała, że Krawędź jest ważna. Że coś się tam stanie. Dlatego właśnie zrobiła wszystko, co w jej mocy – a w mocy przewodniczącej Wojskowej Rady Nadzorczej było naprawdę dużo – by wysłać tam ludzi, którzy, jak sądziła, będą w stanie zdiagnozować zagrożenie i zapobiec katastrofie.
Terentia wbijała wzrok w blat własnego biurka, ale jedyne, co widziała, to raporty pięćset piątego i przerażona twarz kapitana Levine, jakby spotkali się tego ranka tu na Kandii, a nie ponad solarny rok temu. To tamta akcja – akcja, w której stracili porucznik Waunekę – była dostatecznym sygnałem, że na Gujiča należy mieć oko.
Kiedyś potraktowałaby to poważnie. Kiedyś nie przeciągałaby przygotowań tak długo. Kiedyś zareagowałaby na czas i nie dopuściła do katastrofy, w wyniku której zaginęli Nina, drugi syn Geertje, o podobno najbłyskotliwszym ludzkim fizyku nie wspominając.
Mówiąc krótko, trójka ludzi, w których pokładała tyle nadziei.
– Terentio, zostało ci pół godziny do spotkania z radnym Muamba – wysyntetyzował asystent.
To było tylko oprogramowanie, owszem, ale i tak czasem miała ochotę połamać mu palce.
Nie tak wyobrażała sobie swoją emeryturę. Celowała raczej w posiadłość na brzegu oceanu, najlepiej na którejś kurortowej planecie, może Mullitu, ale gdy przyszło co do czego, odkryła, że zwyczajnie nie potrafi odejść. Nie chodziło o armię, nie tak naprawdę; nie o dowództwo, które tak dobrze jej leżało. Z całą pewnością nie chodziło o politykę i pokerowe gierki, do których zmuszała się z najwyższą niechęcią.
Kupiła nawet odpowiedni teren. Na Mullitu, znaczy się. Nigdy nie postawiła na nim stopy, bo cały czas odkładała wizytę na później.
Lata zajęło jej wspięcie się w górę wojskowej hierarchii, a działo się to jeszcze w czasach, kiedy armii nie przeżerały wszystkie choroby, z którymi walczyła teraz. Była aktywnym uczestnikiem wszystkich trzech Wojen Sleipnirskich. Jej oddział przeważył szale w bitwie przy Kamaelu. Lobbowała, uformowała i w końcu zatwierdziła wprowadzenie technologii psionicznych do armii. Z bliska obserwowała historię.
I w końcu odkryła, że nie może tak po prostu przestać. Musiała zostać w centrum akcji, przy źródle wiadomości, z ręką może nie na, ale blisko pulsu. Na Kandii.
Objęcie przewodnictwa nad Wojskową Radą Nadzorczą dla kogoś z jej plecami i doświadczeniem było banalne. Dopiero potem zaczęły się wyzwania.
– Coś nowego w kwestii planu B? – zapytała głośno, wciąż nie podnosząc głowy.
Nina, Rufus van Hommeleter i profesor Annicew byli, owszem, najlepszą propozycją, ale nie jedyną.
– Sprawdzam. Żadnych aktualizacji. Propozycje jeden, cztery, pięć: KIA. Propozycje dwa, trzy: MIA, żadnej zmiany od: trzynastu godzin czterdziestu sześciu minut.
Tyle że Ziemia wybuchła i wszystko, co Terentia mogła teraz zrobić, to napisać swoim alternatywom jakieś zgrabne epitafia.
Nie myślała o Ziemi. Starała się nie myśleć, bo samo skojarzenie zaciskało jej zęby i gotowało krew. Gdy się dowiedziała, zdemolowała biuro, a potem siedziała otępiała przy pękniętym biurku i dochodziła do siebie, ignorując wrzaski komunikatorów.
Furia do niczego nie prowadziła.
Więc Terentia starała się nie myśleć o Ziemi. Nie wspominać, nie żałować i nie współczuć.
Zagrożenie było realne. To nie była starcza demencja ani wynikła z PTSD paranoja: coś ich atakowało. Z siłą, precyzją i skutecznością, której Terentia d’Accorsi, była generał VI Armii Karyńskiej, nigdy w życiu jeszcze nie widziała. Sądząc po mocy, którą zaprezentowano, przeciwnik mógł zdmuchnąć ziemskie Słońce albo rozwalić Kandię: obie operacje przyniosłyby więcej wymiernych korzyści. Zamiast tego zniszczył Ziemię; teren pozbawiony strategicznej poza symboliczną wartości.
Obraz, który malowała ta sytuacja, mroził jej krew w żyłach.
I cokolwiek przychodziło, nadciągało zza Krawędzi.
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

Post autor: Siemomysła » 01 października 2014, 14:20

Nadrabiam, nadrabiam! :D I właściwie zasadniczo lecę spilerem :D
SpoilerShow
Ilinka wyraźnie czuła, jak osłabione są jej mięśnie po długim locie w zamknięciu w maleńkiej puszki kapsuły ratunkowej.
Chyba niepotrzebne to “w”, albo w ogóle całe zdanie do przeróbki.
– Powiadomiono już władze, w tym Konsystorz Międzyplanetarny i CEO.
Ok, idę do gugla…
Nie powinna czuć się z tego powodu winna, bo przecież nie ona dokonała wyboru, ale jednak świadomość, że o jej priorytecie decydowało odchylenie standardowe, z każdym dniem zdawała się ciążyć bardziej.
? Ciekawość… wciąż nie ogarniam, a to na pewno nie koniec tematu.
Patrzyła na oficera wydającego krótkie rozkazy podkomendnym, obserwowała uważnie, jak zrywają się oni wypełnić polecenia, starała się przyporządkować zasłyszane kody do procedur.
Niepotrzebne?
Savau nie wzdychali – zamiast tego otrząsali się trochę jak mokre psy.
Psy. Ziemskie stworzenia.
– Proszę usiąść, pani Nowkovič.
No dobra, wrócilimy do ciężaru poprzednich wstawek, nie ma już odwracania uwagi humorem; jest mi smutno.
– Aż tak źle? – spytała cicho Ilinka, posłusznie zajmując jedną z wysłużonych sof. Moment, w którym miała pochyloną głowę, wykorzystała na ukradkowe skrzywienie warg.
To jakoś nie wiem czemu do końca mi nie leży, naprawdę nie wiem czemu - jakoś planowanie skrzywienia warg chyba wydaje mi się dziwne, gdyby to wykorzystała na opanowanie skrzywienia, na rozluźnienie ok, ale że na samo skrzywienie? Takie skrzywienie zdaje mi się być odruchowe, nie do zaplanowania, zaplanować można ćwiczenia mięśni twarzy przed śpiewem, czy przemową, nie wiem, jakoś nie pasuje
– Nie jestem specjalistą – odparł porucznik – ale zdaje się, że Weles w układzie Lelum-Polelum to nie jest szczególnie przyjazne środowisko.
Ok. Chwila przerwy na hermetyczny chichot.
PS. Ale to nie zmienia niczego w tym co pisałam wcześniej o nastroju.
Planeta przeżywalna, owszem, w końcu nie ustawiono by parametrów zbyt wrogiej, ale nie bez przyczyny nadal niezamieszkana.
Razem? Nie jestem pewna :bag:
– Niech sobie pani daruje. Jesteśmy za zamkniętymi drzwiami, kamery są wyłączone. To prywatna rozmowa.
Jaha! Prywatna! Nie dajesz jej odpocząć ty łobuzie, żeby może co chlapnęła, cokolwiek mogłaby chlapnąć, akurat z takimi jak ty, to moim skromnym zdaniem pojęcie "prywatna" nie istnieje, o!
– Przeprogramowanie kapsuły tej klasy graniczy z cudem.
Pełna tajemnic Ilinka… hym…
– Pech chce, że nie ma już za bardzo kogo postawić w stan oskarżenia – sarknął. – O kapitanie stacji i jego bezpośrednich podkomendnych wiemy na pewno, że nie żyją.
Nie od dziś wiadomo, że nienawidzę polityki. Teraz nienawidzę jej bardziej :bag:
To, czego nie zawierał, to na przykład komentarza porucznik Wauneki i wszystkich danych, na podstawie których zespół Annicewa wyciągnął wnioski. Tego ostatniego zresztą nikt się po nim nie spodziewał,
Po nim - po Jewii, czy po nim - po zespole, o którym mowa w poprzednim zdaniu? Bo jeśli o zespole, to mi się wydaje, że "po nich".
– Podać pani wody? – zaproponował w końcu.
Z jakich to rozmyślań głębokich wypłynęło to ludzkie zapytanie? (ok, nie lubię go, ale to chyba nic dziwnego, jeśli się jest mną? Znów czuję się w obowiązku sięgnąć po torbę…)
– Oraz geniuszem z kodem platynowym – przypomniał bezlitośnie Hommeleter.
OMG no tak - odchylenie statystyczne w tę stronę... mniut <3
– Zrobię, co w mojej mocy – wyszeptała.
Biedna
, jakby spotkali się tego ranka tu na Kandii, a nie ponad solarny rok temu.
Tu nie wiem, czy nie coś z kolejnością, bo nie jestem pewna jak rozumieć to zdanie.
Kupiła nawet odpowiedni teren. Na Mullitu, znaczy się.
Nie pasuje mi do reszty stylem, takie "znaczy się" - to takie jakieś familaryzowanie się w pewnym sensie, takie zejście o dwa poziomy w dół z powagą z jaką prowadzicie tekst - do przemyślenia (dla mnie zasadniczo) bo nie wiem, jak sformułować to o co mi chodzi ;)

Dobra końcówka - to pierwsze wrażenie. Ciekawy koncept z odejściem od trójki głównych, nad którymi właśnie roztacza się jakieś zagrożenie. Wy tymczasem przerzucacie czytelnika na drugą stronę świata - nie, że wiem, gdzie co leży, ale na drugą stronę pod względem ciężaru i znaczenia dla tekstu. Bardzo ładny, umiejętnie zastosowany manewr, uważam.
Ilinka geniuszem - cieszy mnie to. Siem widziała złe rzeczy - gupia Siem. A tu mamy konkurencję dla Jewii i to ładnie gra. Druga trójca: Ilinka - Ruud - była pani generał. Podoba mi się. Chę wiedzieć co dalej. Proste.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

ODPOWIEDZ