UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Zachęcamy do głosowania na TEKST WRZEŚNIA oraz w INSTANCIE

Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Prowadź nas za krawędź nieba [16+ bo łacina podwórkowa]

Post autor: pierdoła saska » 15 maja 2014, 22:41

M: Nie do końca jestem w stanie ustalić jak się narodził pomysł pomysł poniższego, ale gdzieś na czacie g+. Miało być s-f i miały być kalki, czyli typy postaci, jakie mniej lub bardziej świadomie powielamy w swoim pisaniu. Gdzieś dalej było piwo, był dropbox... było wiele rzeczy, a jest tekst, o!
Wstawiam na początek ja, bo tak... Kazały mi! XD


"Czy ktoś z was wie, wie czym była space opera! Fikcją osadzoną w przyszłości, o wojnach międzygalaktycznych i statkach kosmicznych o rozmiarach całych światów. Dzieli nas tylko sto lat od Drugiej Wojny światowej, tylko sto pięćdziesiąt od chwili, gdy głównym środkiem transportu podczas działań wojennych był koń. I mimo to stajemy w obliczu groźby na miarę space opera. Za następne, powiedzmy, tysiąc lat, będziemy tak bardzo rozproszeni, że nic oprócz eksplozji jądra Galaktyki nie zdoła zabić nas wszystkich. Ale na razie jesteśmy wciąż narażeni na atak." - A.C. Clarke, S. Baxter "Pierworodni"
Prowadź nas za krawędź nieba Nina
Nigdy nie widziała takiego nieba. Nie chodziło o kolor, chodziło o wzór: przypominał jej kamuflaż zebry albo tygrysa. Wydłużone, dziwnie regularny pasy chmur pozostawały nieruchome i wisiały nad przeszklonym tunelem niepokojąco nisko. Przy tak ubogim krajobrazie to one ściągały wzrok i zadzierały głowę do góry.
W końcu Nina musiała chrząknąć, żeby urzędnik spojrzał na nią.
– Ile jeszcze?
– Mówiłem, że to potrwa.
– Nie o to pytałam.
Grymas, który przebiegł tamtemu po twarzy, mówił wszystko, co trzeba było wiedzieć o opinii na jej temat.
– Pani przylot nie był zapowiedziany, automat nie przyjmie przepustki. Musi ją ktoś potwierdzić manualnie.
– To wciąż nie jest odpowiedź.
– Co mogę powiedzieć? – Agresja w głosie urzędnika postawiła wszystkie jej zmysły w stan gotowości. – Też czekam.
Dała spokój. Czytała o tym w dossier. Coś było nie tak z tym księżycem. Samo przebywanie na jego powierzchni doprowadzało ludzi do stanu, którego nie dało się wytłumaczyć efektem kabinowym ani tęsknotą za domem. Dlatego całą stację badawczą, zresztą relatywnie niewielką w stosunku do innych w tym systemie, starannie odizolowano od środowiska. Garstka naukowców pracowała w zamkniętym układzie i codziennie przy porannej kawie gapiła się na te klaustrofobiczne chmury. Szukali przyczyny. Sprawdzali skały, atmosferę, promieniowanie. Szukali powiązań między hipnotycznymi krajobrazami i pracą mózgu.
Na początku dyżury trwały po pół ziemskiego roku. Po jakimś czasie zaczęto je zmniejszać, aż w końcu nikt nie pozostawał tu dłużej niż dwa ziemskie miesiące.
Prawie nikt.
Sama nie zamierzała siedzieć tu dłużej niż parę godzin. Chociaż optymalna projekcja zakładała, że profesor wsiądzie razem z nią na pokład Celaeno, to tak naprawdę nie było to absolutnie konieczne. Jeśli życzył sobie zostać w tym azylu dla obłąkanych, nie miała prawa mu przeszkodzić. Jego ekspertyza była zbyt cenna, żeby uciekać się do przymusów.
– Proszę bardzo. Przepustka zaakceptowana. Nina Wauneka, wolny dostęp do sektorów Echo, Hotel, Juliett, Kilo. Dostęp z przewodnikiem do sektorów Charlie oraz India.
– Wiadomo, kto zaakceptował zgłoszenie?
Urzędnik wzruszył ramionami, ale tym razem Nina nie ustąpiła.
– Doktor Zaman z zespołu profesora Annicewa. Nie, żeby to miało znaczenie – zastrzegł, widząc, że Nina bez słowa odwraca się do wyjścia. – Pewnie po prostu przechodził koło konsoli. Tutaj to tak działa.
Tak to działało, była tego świadoma, chociaż wciąż nie mogła sobie tego przełożyć na praktyczne funkcjonowanie. To nie była jednostka wojskowa. Przy tak szybkiej degeneracji psychicznej próby wprowadzenia militarnej dyscypliny z całą pewnością skończyłyby się krwawo. Naukowcy to osobny gatunek. Potrzebowali wolności i przestrzeni. Potrzebowali swojego placu zabaw, z którego prędzej czy później wybiegali z nowszym typem lasera, zmutowanym wirusem czy ulepszeniem silników FTL.
Nina Wauneka. Nie porucznik Wauneka, nie teraz, nie tutaj. Nie miała pojęcia, czy może coś zdziałać samym tylko nazwiskiem wśród ludzi, którzy tytuły przed imieniem kolekcjonowali jak ona motyle. Jedyne, co mogła rzucić w odpowiedzi, to glejty Komisji, tak świeże, że sama nie miała pewności, czy sieć w ogóle połknie ich kody.
Korytarze stacji były długie, wąskie i bez wyjątku przeszklone. Krajobraz księżyca otaczał Ninę zewsząd, dziwaczne chmury naciskały na jej ciemię i zamykały przestrzeń. Nie wiedziała, ile tak szła, podążając za przekazywanymi na bieżąco wytycznymi z przepustki. Lądowisko od właściwej stacji oczywiście musiało dzielić przepisowe parę mil, ale każda cywilizowana osada instalowała jakieś metody szybkiego transportu.
Rower chociażby, skoro już wewnątrz panowała ziemska grawitacja.
Wieki nie jeździła na rowerze.
– Pani Wauneka, jak mniemam.
– Doktor Zaman?
Z całą pewnością nie był to Annicew, bo chociaż nigdy nie spotkała profesora, to dzięki dossier wiedziała, że ma spodziewać się raczej kurdupla. Tymczasem człowiek, który czekał na nią przy śluzie do sektora Echo, był za wysoki, za postawny i zwyczajnie za stary. Zaklasyfikowałaby go jako nieważnego, gdyby właśnie nie zagradzał jej przejścia dalej.
Był duży, ale nie aż tak duży. Gorzej, że hydrauliczne drzwi za nim pozostawały zamknięte, a dookoła nich było jedynie szkło. Mocne, owszem – Nina zastanawiała się, czy wystarczające mocne, by wytrzymać uderzenie jakimiś dwustu dwudziestoma funtami żywej masy. Nie miała pojęcia, jaka jest atmosfera na zewnątrz.
Nie takich problemów się spodziewała.
– Zgadza się. Nieczęsto miewamy tu gości, pani Wauneka.
– A ja nieczęsto wpraszam się bez zapowiedzi. To pan zaakceptował moją przepustkę.
– Nie miałem wielkiego wyboru. Nie mogę zwyczajnie zamknąć drzwi przed wysłannikiem rządu.
– A jednak te za panem wciąż się nie otwierają.
Zaman teatralnie klepnął się w czoło, po czym równie teatralnym gestem odblokował śluzę. Nie zamierzał jednak odpuścić i od razu ruszył za Niną, gdy ta wkroczyła do hali.
– Nigdy nie słyszałem o Komisji Gujiča. Nigdy nie słyszałem o żadnym Gujiču. A jestem na bieżąco, proszę mi wierzyć.
Nie zdawała sobie sprawy, jaka to będzie ulga, ujrzeć normalny sufit nad głową zamiast tych cholernych chmur. Co prawda pusta sala bardziej przypominała barak albo może magazyn niż normalne tereny mieszkalne, ale to nie był powód do narzekań. Ze ścian wystawały niedokończone porty, nad ich głowami zwisały niedopięte kable, parę świateł mrugało niepewnie.
– Nazwa Komisji nie wyszła od inicjatora. To nawiązanie do Krawędzi Gujiča – wyjaśniła Nina, rozglądając się po pustych ścianach i w myślach oceniając, jak często oglądały kogoś innego niż rotacyjnych naukowców. – Terenu, którym ma zająć się Komisja.
– Przecież to... – Mentalna kartoteka musiała na moment zawieść doktora Zamana, bo zająknął się i zmarszczył brwi. – To nie może być prawda. To bezużyteczne tereny, sama granica galaktyki.
– Tak.
– Ostatnio, gdy jakaś rządowa organizacja potrzebowała stąd naukowej ekspertyzy, a proszę mi wierzyć, to się zdarza częściej niż pani myśli, administracja bawiła się ładnych parę tygodni. Tutejszych tygodni. Nikt nie przyjeżdżał bez zapowiedzi i z całą pewnością nikt nie oczekiwał, że uwierzymy we wszystko bez słowa. Jak dzieci.
– Ja niczego nie oczekuję, doktorze. Ja jedynie pośredniczę. Sama zostałam poproszona o pomoc przez Komisję. Profesor Annicew jest na tej samej liście, co ja, osób, które być może są w stanie pomóc w sprawie. Ja się zgodziłam, a wasza stacja znajdowała się na mojej trasie. Stąd to nagłe najście. Wbrew planom, tak, ale nie ma w tym nic podejrzanego, zapewniam.
– Pani? – Nie patrzyła na Zamana, ale mogła wyczuć pogardę spływającą jej po karku razem z jego spojrzeniem. – Jaką ekspertyzę może pani zapewnić?
– To tajna informacja.
– A mówi pani, że nie ma w tym nic podejrzanego.
– Nie będę karmić pana teorii spiskowych, doktorze Zaman. – Zignorowała gwałtowne, pełne oburzenia sapnięcie. – Którędy do profesora Annicewa?
Spodziewała się, że nie odpowie – sama by nie odpowiedziała – ale nie. Doktor zmrużył oczy i wpatrywał się w nią przez chwilę, aż w końcu skinął głową.
– Proszę iść za pomarańczowym szlakiem. Profesor powinien być w laboratorium. I jeśli pani może... Proszę mu przypomnieć, żeby w końcu coś dzisiaj zjadł.

Rufus
– Kawa.
– C–co?
– Kawa, panie komisarzu. Zamawiał pan kawę.
Rufus oderwał pusty wzrok od ściany i przeniósł go na niewielkiego, eleganckiego człowieczka stojącego obok – ale w rozsądnej i akceptowalnej odległości – oraz próbującego bezskutecznie znaleźć na zawalonym biurku nieco miejsca dla filiżanki.
– Kim jest Juusi? – zapytał go Rufus, marszcząc w zamyśleniu brwi i machinalnie odgarniając część rzeczy z blatu.
– Słucham? – Elegant odstawił spodek. Oburącz, bardzo ostrożnie, ale wyćwiczonym przez lata ruchem.
– Juusi. Juusi Max. Piosenkarz? Aktor? Sportowiec?
– Wybaczy pan, komisarzu, ale…
Rufus machnął ręką w trochę nieprzytomnym geście – aromat kawy powoli ściągał jego myśli bliżej biura i dokumentów, które opatrzył swoim kodem ledwie parę godzin temu. Nie do końca świadomie, po dość długiej bezsenności i kilku zmianach cyklu dobowego, więc nie ogarniał, co właściwie się stało i w co dokładnie go wrobiono. Zamierzał nadrobić to, gdy tylko zmysły wrócą na swoje miejsce. Najpierw Artos, potem pokład Ravanii II, stacja, znów statek i wreszcie Kandia – zawieszone w kosmicznej próżni serce międzyplanetarnej dyplomacji. Organizm buntował się przeciwko takiemu traktowaniu, zamieniając myśli w kolorową rozsypankę.
– Miałem lecieć do domu. Jestem jakby na urlopie.
– Cóż… przykro mi, panie komisarzu.
– Gówno prawda. – Rufus sięgnął po kawę. Przez chwilę całkowicie ignorując towarzystwo, delektował się smakiem i uderzającą do żył kofeiną. – Pewnie piosenkarz – mruknął do siebie. – To nie brzmi jak prawdziwe nazwisko, tylko kretyński pseu… Będę potrzebował tłumacza – niespodziewanie zmienił temat, jakby te parę łyków naprawdę zdołało mocniej zakotwiczyć go w tu i teraz. – Nie mówię dobrze w ‘ahdi. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu nie mogę opanować ultradźwięków.
Tak naprawdę nikt nie mówił dobrze w ‘ahdi, ale samym Ahdiańczykom nigdy to nie przeszkadzało i nie zniżali się nawet do nauki któregokolwiek z pidginów. Z kolei siły międzyplanetarne – słusznie oceniając ich zaawansowanie technologiczne i wartość złóż w rodzimym układzie – przymykały oko na tę drobną impertynencję.
– Oczywiście, panie komisarzu.
– No to świetnie. I dzięki za kawę.
Chyba–kamerdyner ukłonił się jeszcze po kamerdynersku i opuścił gabinet, w którym zaledwie w parę godzin zaimprowizowano biuro równie świeżo mianowanego Wysokiego Komisarza Rufusa Edgara van Hommeletera, nieco wcześniej potwornie niewyspanego przewodniczącego Komisji do Spraw Dyskryminacji Międzygwiezdnej – instytucji tyleż prestiżowej, co bezproduktywnej.
– Jeszcze tego pożałujecie, skurwysyny – syknął przez zęby i wziął kolejny łyk kawy, drugą ręką sięgając po dossier swoich dwóch przyszłych głównych współpracowników: porucznik Niny Wauneki i profesora Jewii Annicewa.
Roześmiał się gorzko – wojskowy, naukowiec i dyplomata. Jaki dureń zakładał, że to ma szansę wypalić w takiej formie? Kto był tak chory na umyśle, żeby nie przewidzieć, do czego to może doprowadzić?
Jeśli Rufus miał jeszcze jakiś cień nadziei, że to nie jest bardzo skomplikowany zamach, stracił go ostatecznie po otwarciu kartotek.
Oto – sam niechciany i kłopotliwy – lądował między innymi niechcianymi i kłopotliwymi. Komisja Gujiča przypominała mityczną puszkę, w której zamyka się wszystkie plagi świata i wystrzeliwuje na kosmiczne zadupie, by coś ją wreszcie pożarło.
Najwyraźniej związanie mu rąk poprzez umieszczenie w KDSDM-ie przestało wystarczać. I tak był za bardzo widoczny. I tak mógł zbyt wiele. I tak – cóż, sam to wiedział, po co miałby się oszukiwać – prędzej czy później znalazłby sposób na zastąpienie starszego brata w rodzinnej hierarchii.
Z ciężkim westchnieniem rozpierając się w fotelu, wywołał hologramy dwóch pozostałych wypierdków galaktyki. Z jednego patrzyła na niego szczurza gęba smarkacza po studiach, a z drugiego sponiewierana i zdecydowanie kobieca.
– Serio? – prychnął z wściekłością.
Nie dość, że się go pozbywano, to jeszcze go ośmieszano.
Może o to chodziło? Żeby całe galaktyki rżały na jego widok. Niedoczekanie. Musiał tylko zebrać odpowiednie dane, dowiedzieć się, na czym dokładnie polegał kontakt, co zaszło i jak przekuć śmieszną, nieznaczącą misję w wydarzenie, o którym będzie się mówiło w każdym pierdolonym serwisie informacyjnym, a z jego uczestników zrobić bohaterów Ligi.
Ojciec jeszcze będzie przeklinał dzień, w którym postanowił wysłać młodszego syna na Krawędź, a Meindert van Hommeleter, Wielki Książę na Ziemi, spędzi cały wieczór na gapieniu się w ścianę i wpierniczaniu czekolady. Nie, żeby miało to Rufusowi w pełni wynagrodzić wszystkie lata upokorzeń i kolejny wyczekany urlop, podczas którego nawet nie postawi nogi w domu, ale zawsze stanowiło jakiś początek.
Zgasił hologramy i przełączył się na kanał prywatny.
– Ale powiedz mi, rybko, kim właściwie jest ten cały Juusi…?


Jewia
Szeroko pojęty color-code stacji wzorowany był na ziemskim standardzie linii. Takich wyznaczających strefy niebezpieczne, zagrożone wybuchem lub też takich, które prowadziły do wyjścia ewakuacyjnego. W budowanej etapami stacji z czasem dodawano kolejne kolory. Żółty, zielony i biały wzbogaciły się o pomarańczowy, różowy, ceglany i kilka innych, mających ułatwić świeżakom dotarcie do celu. Co zauważał każdy nowy gość: nie było niebieskiego. Załoga stacji, zdominowana przez naukowców z planet o bogatych w tlen atmosferach, wzbraniała się wszystkimi odnóżami przed wprowadzeniem gdziekolwiek tego deficytowego na księżycu koloru. Ktoś nawet próbował napisać o tym pracę roboczo zatytułowaną „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, czyli o roli sprzężenia zwrotnego pomiędzy naturalnym i sztucznym zestawem kolorystycznych bodźców wzrokowych w kontekście pamięci i rozstrojenia nerwowego obserwowanego u pracowników stacji księżycowej GHbgS–155//7474–4 w okresie podwyższonej aktywności magnetycznej gwiazdy macierzystej i jednoczesnym przebywaniu planety macierzystej w aphelium.” Niedoszły autor był kolorymetrykiem–psychologiem. Albo psychiatrą… Annicew tego jednego szczegółu nie zapamiętał i nie miał o to do siebie żalu. Psycholodzy i psychiatrzy pojawiali się tu niczym fale przypływu. Zwykle młodzi, ambitni i pełni zapału wkraczali w życie stacji rozbryzgując wokół siebie fontanny idei i przemyśleń, tylko po to, aby odpłynąć z jeszcze większą werwą niż ta towarzysząca im w chwili przylotu. Jedno mieli wspólne – odrabiali zadanie domowe. Być może zamiast wielkiej pracy o kolorach, apheliach i szczytowych okresach aktywności białego karła niechętnie wypromieniowującego z siebie tę ilość światła, która czyniła dzień nieco jaśniejszym od ziemskiego zmierzchu, ktoś gdzieś opublikował poradnik kieszonkowy, czego tu się nie robi na samym wejściu i rozdawano go w czasie lotu. Tego też nie wiedział „na pewno” ani nawet „tak jakby” – dawno tu nie przylatywał. Czego był pewien to tego, że osoba w drzwiach na pewno nie była psychologiem bądź psychiatrą, bo kuła w oczy całkiem przyjemnymi w innych okolicznościach niebieskościami w ubiorze. Nie żeby to mu robiło różnicę. Cały color-code był w końcu stacyjną legendą, a jego annicewskie skojarzenia i gdybologie nie musiały mieć odbicia w rzeczywistości. Niemniej uśmiechnął się do nich i z kubkiem przestygłej kawy przy ustach wpatrywał się dalej w niespodziewanego gościa, który zapewne czegoś chciał. Kobieta sprawiała nawet wrażenie, że w pewnym stopniu spodziewa się, że może wiedzieć czego. Wręcz powinien! i fakt, że tak nie jest stanowi ujmę… prawdopodobnie na honorze, ale jego honor został co najmniej cztery parseki stąd, zatem byłaby to już wyższa metafizyka, a tej się nie tykał.
– Dzień dobry.
Jewia Annicew potoczył spojrzeniem po pomieszczeniu, poświęcając nieco więcej uwagi ekranom i oknu, niż stojącemu na szafce przy drzwiach ekspresowi i brudnym kubkom strzegącym go niczym pionki króla na szachownicy.
– Czy dobry, to rzecz względna. Idziemy na koniunkcję nas, sąsiedniego księżyca na orbicie odległej o mało oszałamiające czterysta tysięcy kilometrów i chwała, że jesteśmy z nim w rezonansie trzy do dziewięciu, więc nie spotykamy się przesadnie często. A jakby naszej dwójki było mało, to jest przecież to bydlę, które wisi nad nami, a którego teraz nie widać, na szczęście jesteśmy w układzie niesynchronicznym, bo gdybyśmy mieli nad sobą non stop tego giganta z jego przeuroczym cyklonem, który krzyczy zjem cię, zjem cię, to by już nawet nie było zabawne. A zje. Na pewno. To już policzono, ale to za jakieś co najmniej kilkadziesiąt milionów lat plus minus milion. Tymczasem za kilka godzin za oknem rozszaleje się nam koniunkcyjna burza. Będzie wiać, trzaskać, świszczeć i strzelać piorunami, a elektrycy będą chodzić od drzwi do drzwi i przypominać, że zabezpieczenia projektowano nie na taką pogodę, więc jakbyśmy się łaskawie odstosunkowali, to ci milsi i nowsi, bądź odpierdolili od stacji roboczych, to ci z dłuższym stażem, i poszli na spacer, to byłoby wspaniale. Jeśli chce pani kawy, to polecam teraz. Jakiś czysty kubek chyba jeszcze znajdę.
I nie było w tym stwierdzeniu nadmiaru optymizmu – zarówno w kwestii kubków, jak i elektryków oraz burzy. Jedynie w kwestii czasu nieco się pomylił, czy raczej nie zauważył, że gdzieś zgubił kilka godzin. Interkom pierwszy raz zajazgotał, gdy ekspres kończył wypluwać z siebie drugą dużą czarną. Huknęło chwilę później i był to huk o tyle imponujący, co pozbawiony wyczucia, bo zagłuszył imię i nazwisko spodziewanego–niespodziewanego gościa. Czego nie pożarł, to przekazanej nieprzyjemnie wprost ni to uwagi, ni to pytania o jedzeniu.
– Zaman – mruknął. – Ze wszystkich właśnie on… a zresztą. Tak, chyba dostałem wiadomość. Nawet na pewno, tylko wydaje mi się, że to nie było nic, co się miało zdarzyć akurat jakoś teraz i nie rozumiem dlaczego w ogóle ja i czemu nie można zdalnie? – westchnął i pociągnął z kubka duży łyk.
Za ścianą bazy huczało. Widoczność spadła do zera za sprawą metanowego deszczu gnanego wichrem spod chmur, które teraz wzięły we władanie całe niebo. W takich chwilach wszystkich ściągało ku oknom. Trudno było nie patrzeć na to szaleństwo, gdy na co dzień krajobraz pozostawał drażniąco statyczny.
– Wiem niewiele więcej niż pan.
W głowie Annicewa rozbłysła na chwilę myśl, że dawno nikt do niego per pan nie mówił, co w sumie nie miało żadnego znaczenia, zwłaszcza że stacja badawcza nie miałam przesadnie wielkiego personelu. Ot dostatecznie duży i często się zmieniający, aby się można było nieco pogubić.
– Komisja Gujiča brzmi dumnie – westchnął. Za ścianami huknęło. Mogły być hermetyczne, ale dźwięk był dźwiękiem. – Krawędź Gujiča, swoją drogą bardzo myląca nazwa, bo kojarzy się z czymś ostrym. Linią, a tymczasem ma z parsek szerokości, a to tak umownie licząc, bo w sumie to jest bardziej tak stąd do tam daleko, ale nie aż tak, o jakoś bliżej – mówiąc to wykonał nieokreślony gest, jakby chciał w przestrzeni narysować to o czym mówił, aby zyskało nieco konkretniejszą formę, ale zygzak nie przypominał niczego, co rysowano na mapach Galaktyki. – Ale to chyba i tak miało być za jakiś tydzień… albo dwa… – Zmarszczył brwi w zamyśleniu i skrzywił się. Dzień nie był równy dniu, czasy lokalny i ziemski rozjeżdżały się i przeliczanie nie zawsze wychodziło jak trzeba. Były też problemy innej natury.
– Statek mający dowieźć mnie na miejsce spotkania miał lecieć kursem w pobliżu tego systemu – odparła zgodnie z planem i z przesłaną przed dwoma dobami ziemskimi wiadomością. – Uznałam, że zboczenie z trasy i zatrzymanie się tu może oszczędzić wszystkim czasu i kłopotu – dodała nie zdradzając, że mina profesora sugeruje aż nadto, że wiadomości prawdopodobnie nie odczytał, a jeśli odczytał to zapomniał. Zamiast tego zwróciła uwagę na inną, zapewne też zapomnianą rzecz. – Najbliższa zmiana personelu wypada za niecały miesiąc, a w międzyczasie niewiele transportów się tu zapuszcza.
– Fakt – mruknął, całym sobą potwierdzając przypuszczenie, że ten drobny fakt w pewnym sensie umknął jego uwadze. – Czyli pani… – Zadarł nieco głowę, aby jednak patrzyć jej w twarz, i uniósł pytająco brew.
– Nina Wauneka – odparła.
– Miło mi, Jewia Annicew... Więc pani wie tyle, że coś tam odkryto, jakiś sygnał i bardzo nie chcą transmitować tego wskroś Galaktyki, dlatego ściągają nas tam, co pewnikiem w diabły kosztuje, ale kto by się tam przejmował, kiedy pieniądze są, a nie trzeba pisać o nie podań.
Potoczył spojrzeniem po zagraconym pomieszczeniu i dopił kawę. Od dłuższego czasu nie ruszał się z tego miejsca, bo nie miał po co – jak głosiła jego wersja, ale było kilka innych, może nawet ciekawszych.
– Jakieś przypuszczenia i teorie? – zapytał z nadzieją w głosie.
– Zgadywanie na tym etapie do niczego nie prowadzi – odpowiedziała spokojnie, choć jak na jego gust za twardo, ale może tak się mówiło tam, skąd pochodziła. Nie wiedział i jakoś odechciało mu się chwilowo pytać. – Sygnał i cokolwiek się z nim wiąże są utajnione i na pewno wiadomo tylko, że istnieją. Inaczej nie zbierałoby ludzi w celu dokonania ekspertyzy.
– Głupsze rzeczy już robiono. Nie dalej jak dwie czy trzy zmiany temu mieliśmy neosocjalistę z zacięciem do śpiewania, któremu udało się przekonać głównych właścicieli tego – znów zamachał dłońmi, uzupełniając dziurę w zdaniu wskazywaniem okolicznych ścian – że kluczem do przedłużenia czasu przebywania tutaj jest socjalizowanie się i wspólny śpiew. Wydano naprawdę sporo pieniędzy na przeorganizowanie części kompleksu na aulę dla chóru i wyznaczono grafik kto i kiedy i z kim śpiewa. Jeśli ma pani wrażliwe uszy, to dobrze, że pani tu wtedy nie było. – Roześmiał się do cokolwiek bolesnego wspomnienia. – Ale może chóralne śpiewy załogi stacji, a Komisja i Krawędź Gujiča, to trochę poważniejsze sprawy – dodał zmierzony chłodnym spojrzeniem, w którym dało się dostrzec tyleż oburzenia jego bagatelizowaniem, co zdegustowania pomysłem śpiewów. A przynajmniej tak mu się wydawało.


ciąg dalszy nastąpi
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba

Post autor: Siemomysła » 16 maja 2014, 11:23

Będzie dużo spoilera ;) Bo tak naprawdę, tak mi się chyba najlepiej komentuje - gdy dyskutuję z tekstem.

NINA
SpoilerShow
Nigdy nie widziała takiego nieba. Nie chodziło o kolor, chodziło o wzór: przypominał jej kamuflaż zebry albo tygrysa. Wydłużone, dziwnie regularny pasy chmur pozostawały nieruchome i wisiały nad przeszklonym tunelem niepokojąco nisko. Przy tak ubogim krajobrazie to one ściągały wzrok i zadzierały głowę do góry.
Bardzo dobre i bardzo charakterystyczne dla Ciebie otwarcie <3
Muszę tylko od razu szczerze rzec, że o ile ściąganie wzroku super, to jakoś mnie dziabnęło zadzieranie głowy do góry - i dlatego, że to się zwykle odbywa do góry i dlatego, że to właściciel głowy ją zadziera, nie chmury, chmury mogą za to jak najbardziej powodować zadzieranie, przymuszać do niego.
– Co mogę powiedzieć? – Agresja w głosie urzędnika postawiła wszystkie jej zmysły w stan gotowości. – Też czekam.
Jestem nieco zła, że ja znam to czym się posługujecie, znam Wasze typy postaci i tak dalej, bo pewno jestem słabo obiektywna, ale bardzo mi się podoba jak tutaj przemycasz informację o tym kim ona jest. Nie każdemu agresja w czyimś głosie włącza natychmiast wszystkie systemy :D
Garstka naukowców pracowała w zamkniętym układzie i codziennie przy porannej kawie gapiła się na te klaustrofobiczne chmury. Szukali przyczyny. Sprawdzali skały, atmosferę, promieniowanie. Szukali powiązań między hipnotycznymi krajobrazami i pracą mózgu.
I starali się nie zwariować, bądź zwyczajnie już byli na tyle ześwirowani, że stanowiło to dla nich swoistą zbroję *___*
Nina Wauneka. Nie porucznik Wauneka, nie teraz, nie tutaj.

Zaskoczył mnie jej stopień, nie wiedzieć czemu spodziewałam się wyższego, ale to jest bardzo pozytywny zaskok! c[_]!
którzy tytuły przed imieniem kolekcjonowali jak ona motyle.

Ale serio? *___* Lubię ją. Mam wizję jak przebija szpileczką zasuszonego motylka i patrzy na niego łagodnie <3
Proszę mu przypomnieć, żeby w końcu coś dzisiaj zjadł.
I piękne, piękne przejście na profesora i od razu kawał informacji na temat jego charakteru!
Fragment krótki, raczej spokojny - tak, zdecydowanie najspokojniejszy ze wszystkich trzech - a jednocześnie wykorzystany od początku do końca. Jest wprowadzenie w problem - pojawia się tajemnicza potrzeba ekspertyzy na wyraźnie zaznaczonym krańcu galaktyki. Pojawia się dwójka bohaterów. Dwójka bo Annicew jest stale w tej scenie obecny. Od razu wiem mniej więcej jakim musi być człowiekiem, skoro zajmuje się takimi sprawami, a ostatnie zdanie - mniut. Widzę też Ninę. Dość usztywnioną, ostrożną, chyba czuje się trochę nie na miejscu i chyba coś jeszcze jest pod zbroją “mam zadanie”. Urwanie też dobre, od razu wiadomo, że teraz kamera przeniesie nas na inny plan.

RUFUS
SpoilerShow
przeniósł go na niewielkiego, eleganckiego człowieczka stojącego obok – ale w rozsądnej i akceptowalnej odległości

O! i od razu widzę: albo człowiek przestrzega do bólu etykiety albo ma problem z ludźmi. Lubię.
– Wybaczy pan, komisarzu, ale…
Jaka funkcja! Mam skojarzenie z Warhammerem 40000 i tak, wiem - nie znasz settingu :D
delektował się smakiem i uderzającą do żył kofeiną.
w żyły? jakoś lepiej śpiewa mi :bag:
Tak naprawdę nikt nie mówił dobrze w ‘ahdi, ale samym Ahdiańczykom nigdy to nie przeszkadzało i nie zniżali się nawet do nauki któregokolwiek z pidginów. Z kolei siły międzyplanetarne – słusznie oceniając ich zaawansowanie technologiczne i wartość złóż w rodzimym układzie – przymykały oko na tę drobną impertynencję.
I tak się robi politykę ;)
świeżo mianowanego Wysokiego Komisarza Rufusa Edgara van Hommeletera, nieco wcześniej potwornie niewyspanego przewodniczącego Komisji do Spraw Dyskryminacji Międzygwiezdnej – instytucji tyleż prestiżowej, co bezproduktywnej.
O rajućku! To też mi się podoba, bo daje wyobrażenie o tym, jaki on musi być sfrustrowany. Pęta się od miejsca do miejsca, organizm jego jest zabijany za pomocą jetlaga na skalę międzyplanetarną, a funkcja którą sprawuje znaczy nic. Ha. To może ta nowa coś da?
Oto – sam niechciany i kłopotliwy – lądował między innymi niechcianymi i kłopotliwymi.

O proszę - i już frustracja zaczyna mieć korzenie.
Ojciec jeszcze będzie przeklinał dzień, w którym postanowił wysłać młodszego syna na Krawędź, a Meindert van Hommeleter, Wielki Książę na Ziemi, spędzi cały wieczór na gapieniu się w ścianę i wpierniczaniu czekolady.
O! I to jest piękna motywacja! Nie dla swej korzyści, a dla cudzej straty <3 Skojarzyło mi się z “Kolejką” XDD Rufus bardzo wyrazisty, tak przy okazji powiem.
– Ale powiedz mi, rybko, kim właściwie jest ten cały Juusi…?
Tak, nie powiem, mnie to pytanie też nurtowało przez cały fragment, choć przy końcu, gdy Rufus zaczął się wylewać charakterologicznie i motywacyjnie to nurtowanie stało się jakby mniej kłujące, przez co myślę, że efekt został osiągnięty. c[_]!
Pierwsze wrażenia w temacie Rufusa: człowiek jest odpychający... Dziwne. Właściwie nie umiem tego nijak umotywować, lecz po prostu czuję w stosunku do niego coś jak ściana. Jednocześnie jest naprawdę bardzo wyrazisty, sprawia wrażenie człowieka zdecydowanego i z bardzo dokładnie poukładanymi priorytetami. Ha! Już wiem! (serio błysk sprzed chwili) Polubiłam Ninę zaraz na początku, a on tam w którymś momencie ocenia ją negatywnie - znaczy oboje swych współpracowników. To dlatego Siem patrzy na niego krzywo! XDDD

JEWIA
SpoilerShow
Załoga stacji, zdominowana przez naukowców z planet o bogatych w tlen atmosferach, wzbraniała się wszystkimi odnóżami przed wprowadzeniem gdziekolwiek tego deficytowego na księżycu koloru.
To jest świetne! Ten brak niebieskiego, z taką motywacją.
czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, czyli o roli sprzężenia zwrotnego pomiędzy naturalnym i sztucznym zestawem kolorystycznych bodźców wzrokowych w kontekście pamięci i rozstrojenia nerwowego obserwowanego u pracowników stacji księżycowej GHbgS–155//7474–4 w okresie podwyższonej aktywności magnetycznej gwiazdy macierzystej i jednoczesnym przebywaniu planety macierzystej w aphelium.
Dałabym wielką literę na początek - bo to w końcu tytuł pracy, nawet jeśli roboczy i półserio, a może nawet dałabym dwukropek przed tymże tytułem. A sam tytuł: położył mnie w kwiku - c[_]!
białego karła niechętnie wypromieniowującego z siebie tę ilość światła, która czyniła dzień nieco jaśniejszym od ziemskiego zmierzchu
A to takie jakieś lirycznie smutne o.O Poczułam to w sumie za drugim razem, że aż mi się chłodniej zrobiło na myśl o życiu w takim miejscu. Zmierzch to jest czas, gdy gubią się kolory. Blekną, szarzeją, ujednolicają się. Wali mnie to w serducho.
Czego był pewien to tego, że osoba w drzwiach na pewno nie była psychologiem bądź psychiatrą, bo kuła w oczy całkiem przyjemnymi w innych okolicznościach niebieskościami w ubiorze.
I o matko! Tak bardzo Marsza - nie masz szans się wyprzeć autorstwa. Tyle, tyle słów, tyle myśli po to, by powiedzieć, że Nina ubrała się nieodpowiednio i może to na przykład jest powód niechęci do niej, którą dało się zobaczyć u gościa na lądowisku i u Zamana <3
Jewia Annicew potoczył spojrzeniem po pomieszczeniu, poświęcając nieco więcej uwagi ekranom i oknu, niż stojącemu na szafce przy drzwiach ekspresowi i brudnym kubkom strzegącym go niczym pionki króla na szachownicy.
W tym zdaniu coś mi się gubi - był, czy nie był zainteresowany zrobieniem jej kawy?
– Czy dobry, to rzecz względna. Idziemy na koniunkcję nas, sąsiedniego księżyca na orbicie odległej o mało oszałamiające czterysta tysięcy kilometrów i chwała, że jesteśmy z nim w rezonansie trzy do dziewięciu, więc nie spotykamy się przesadnie często. A jakby naszej dwójki było mało, to jest przecież to bydlę, które wisi nad nami, a którego teraz nie widać, na szczęście jesteśmy w układzie niesynchronicznym, bo gdybyśmy mieli nad sobą non stop tego giganta z jego przeuroczym cyklonem, który krzyczy zjem cię, zjem cię, to by już nawet nie było zabawne. A zje. Na pewno. To już policzono, ale to za jakieś co najmniej kilkadziesiąt milionów lat plus minus milion. Tymczasem za kilka godzin za oknem rozszaleje się nam koniunkcyjna burza. Będzie wiać, trzaskać, świszczeć i strzelać piorunami, a elektrycy będą chodzić od drzwi do drzwi i przypominać, że zabezpieczenia projektowano nie na taką pogodę, więc jakbyśmy się łaskawie odstosunkowali, to ci milsi i nowsi, bądź odpierdolili od stacji roboczych, to ci z dłuższym stażem, i poszli na spacer, to byłoby wspaniale. Jeśli chce pani kawy, to polecam teraz. Jakiś czysty kubek chyba jeszcze znajdę.
OMG Tak to jest ten moment naukowego bełkotu, który mnie tradycyjnie zwiesza. Jewia czy myśli, czy mówi jest mocno nieskładny, rozwlekły, a jednocześnie te zdania są szybkie o.O, generalnie widać w nich, że jego mózg pracuje na wyższych obrotach niż standardowego osobnika.
W głowie Annicewa rozbłysła na chwilę myśl, że dawno nikt do niego per pan nie mówił, co w sumie nie miało żadnego znaczenia, zwłaszcza że stacja badawcza nie miałam przesadnie wielkiego personelu. Ot dostatecznie duży i często się zmieniający, aby się można było nieco pogubić.
No to jak pogubić, to słuszniej by było mówić pan, nie? Znaczy w takim sensie, że bezpieczniej, bo się nie pomylisz, jak jesteś pogubiony. Chyba, że mówili do niego per profesorze, a nie imieniem, czy nazwiskiem? Tak sobie się zastanawiam, uważnie czytając - taki popis uważnego czytania XD
Linią, a tymczasem ma z parsek szerokości, a to tak umownie licząc, bo w sumie to jest bardziej tak stąd do tam daleko, ale nie aż tak, o jakoś bliżej
Cokolwiek chciał przez to powiedzieć XDDD
Dzień nie był równy dniu
dniowi?
Uznałam, że zboczenie z trasy i zatrzymanie się tu może oszczędzić wszystkim czasu i kłopotu – dodała nie zdradzając
przecinek :D ←- zaciesza, bo pamięta
Sygnał i cokolwiek się z nim wiąże są utajnione i na pewno wiadomo tylko, że istnieją.
O! sygnał, więc chodzi o jakiś sygnał! Przemycone dość od niechcenia. Dobrze.
Inaczej nie zbierałoby ludzi w celu dokonania ekspertyzy.
zbieranoby (razem czy osobno, oto jest pytanie :bag: ) lub zbierałoby się
Ale może chóralne śpiewy załogi stacji, a Komisja i Krawędź Gujiča, to trochę poważniejsze sprawy – dodał zmierzony chłodnym spojrzeniem
Ha! Pięknie, Nino! Sprowadziłaś go na ziemię! Wreszcie! XD
Ostatni fragment zdecydowanie najmocniej skondensowany jeśli chodzi o stylizację konkretnego autora, najłatwiejszy do rozszyfrowania dla czytelnika, który Marszę zna. Pomijając nawet oczywiste podpowiedzi jak: “pewnikiem” oraz “gdybologia” XD
Natomiast co mi się rzuciło w oczy przy jego okazji, to to, że tylko w nim było skakanie perspektywy z bohatera na bohatera. I że Nina w wersji Marszy różni się od Niny w wersji Thorina. Dobrze rozumiem, że to sam początek współpracy i dopiero musicie się nauczyć swych postaci nawzajem, ale jednak zwłaszcza w momencie, gdy postaci wchodzi się do głowy, to czuć, że są różni autorzy. Może lepiej trzymać się jednej perspektywy? Zewnętrze postaci łatwiej ogarnąć na początek.
A teraz podkreślę w powyższej wypowiedzi powtórzenia słówka “postać” :roll:

Podsumowując:
tekst jest znacznie poważniejszy niż nie-wiadomo-czemu oczekiwałam. Dobrze wyszło wprowadzenie postaci, które od razu jest ekspozycją. Tu zabieg początku z różnych punktów dużo dał myślę. Za wiele w podsumowaniu nie powiem, natomiast czekam na ciąg dalszy i trzymam kciuki za współpracę!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba

Post autor: Kruffachi » 21 maja 2014, 18:53

Lecim dalej...

Obudziła się mokra od potu, z mięśniami bolącymi od niezapamiętanych skurczów. Przez chwilę wydawało jej się, że jest w domu, potem – że to obóz szkoleniowy, pierwszy, drugi, aż w końcu zidentyfikowała charakterystyczne buczenie silnika w tle i puściła twardą ramę koi. Czerwone pręgi na wnętrzu dłoni zniknęły po paru minutach.
Wzięła prysznic. Próbowała rozciągnąć się przy porannej rozgrzewce, a potem przebiegła prawie cały dystans, który miał jej pomóc wrócić do starej kondycji. Zjadła witaminową papkę, która dzisiaj smakowała jak ragout z dziczyzny i zdołała ją utrzymać w żołądku.
Nawet jeżeli profesor Annicew miał jakieś problemy adaptacyjne, to albo starannie je ukrywał, albo optymistycznie ignorował. Na ile Nina mogła się zorientować, rozmawiał już z każdym członkiem załogi, a wszystkich pozostawiał w stanie lekkiego stuporu. Obserwowała go z grzecznego dystansu, ale tak naprawdę nie spodziewała się, że cokolwiek mu tutaj zagrozi.
Na pewno nic, czego sam by nie spowodował.
– Nie było problemów?
– Żadnych. Profesor jest chyba szczerze zainteresowany.
– Czymś w szczególności?
– Nie, tak... Wszystkim.
Spojrzenie hologramowej kobiety nie ustępowało. Nina czuła, że powinna coś jeszcze dodać, może rozwinąć temat albo porównać rzeczywistego Annicewa z suchymi informacjami z dossier, ale nie potrafiła. Wszystko, co wiedziała, wydawało jej się nieważne: profesorska gadatliwość, niekończące się dygresje i dość tajemnicze, chyba przypadkowe zderzenia ze ścianą, których była parokrotnie świadkiem. Wolała wykładać przewodniczącej d’Accorsi fakty, a tych zwyczajnie miała za mało. Milczała więc, stopniowo opuszczając wzrok coraz niżej, aż w końcu to jej rozmówczyni przerwała ciszę.
– Jak się czujesz, dziecko? – Hologramowe spojrzenie zlustrowało splecione palce jej dłoni, opuszczone ramiona i zaciśnięte usta. – Widzę, że to nie jest dla ciebie łatwe.
Żadnych przypuszczeń, żadnego zgadywania, jedynie wnioski.
– Twój kapitan ciągle odgraża się, że złoży oficjalną skargę, ale jeszcze tego nie zrobił.
– To był mój wybór – mruknęła Nina. – Kapitan nie może nic z tym zrobić. Zgodziłam się.
– I jestem za to niewymownie wdzięczna, poruczniku. Obie wiemy, jak wysoka jest stawka.
Tylko że nie, nie wiedziały, na tym polegał przecież cały problem. Na tym, że Nina, zamiast odpowiedzi, przywiozła niewiadome. Próbowała napisać jakiś spójny raport, ale nie była w stanie. Nie potrafiła powiedzieć nic sensownego na temat czegokolwiek, co stało się między ostatnim salutem w pięćset piątym batalionie, a badaniem na pokładzie Canberry. Pustka. Otchłań.
Żadnych przypuszczeń ani zgadywania.
I ta otchłań była całkiem podobna do tej, jaką teraz widziała w holograficznym odbiciu przewodniczącej Terentii d’Accorsi, byłej admirał VI Floty Karyńskiej. Na żywo oczy kobiety wcale tak nie wyglądały, wręcz przeciwnie – zazwyczaj obserwowały rozmówcę z życzliwością i niezaprzeczalną uwagą, ale im bliżej znajdowali się Krawędzi, tym gorsza była komunikacja. Teraz z hologramu uciekały wszystkie szczegóły: stalowy odcień krótko ściętych włosów, oparzelina na szyi, którą d’Accorsi nosiła jak odznakę honoru, a momentami rozciągały się nawet ostre rysy twarzy. I tylko głos, chrapliwy od wydawania rozkazów przez pół wieku, pozostawał ten sam.
– Udało mi się coś tutaj ruszyć – powiedział sypiący się hologram. – Oczywiście nikt nie widzi zagrożenia, dopóki nie trafi ich w dupę, więc Kandia nie chce oddelegować nikogo sensownego na Krawędź. Wydaje im się, że to niski priorytet. Mylą się.
– Tak jest.
– Na szczęście są tu i ówdzie poblokowane talenty, a ja wiem, w kogo inwestować. – Nina założyła, że Terentia się uśmiechnęła. Był to jeden ze sposobów zinterpretowania sposobu, w jaki rozjechał się obraz. – Stanęło na Rufusie van Hommeleter. Jak na dyplomatę bywa wyjątkowo nieprzyjemny, ale ma motywację.
– To nie będzie problem.
– Dla ciebie nie, ale profesor... Hommeleter to ryzyko, być może, ale wolę kogoś takiego niż pierdołę, która się załamie pod naporem.
– Ma wrogów?
– Nikogo tak zdesperowanego, żebyś musiała się tym martwić, gdy już traficie na Krawędź.
– Tak jest.
– Ale słusznie, wyślę ci parę informacji. Miej na niego oko. Na ludzi przy nim zwłaszcza. A na profesora drugie.
– Tak jest.
Jakość obrazu poprawiła się całkiem nagle, jakby Celaeno złapał w końcu czysty sygnał. Widziała teraz nie tylko całą sylwetkę wyprostowanej d’Accorsi, ale też jej otoczenie, które łapała kamera. Przewodnicząca stała na balkonie, który musiał być częścią jej obecnego biura na Kandii. Niebo na wielkim, zainstalowanym w tle ekranie siniało zgodnie z synchronizacją Ziemi. Nawet przebywając na poniekąd obcej, klaustrofobicznej stacji, przewodnicząca nie zapominała o domu.
– Mam nadzieję, że znajdziecie jakieś odpowiedzi, dziecko.
– Ja również.
– Tak. – Spojrzenie Terentii skupiło się na twarzy Niny. – Podejrzewam, że tak.
Skinęła głową i rozłączyła się.
Celaeno sunęło w równym tempie ku Krawędzi Gujiča.

*

– Rufus?
– Ta…? Słucham cię.
– No właśnie chyba mnie nie słuchasz.
Potarł opuchnięte powieki, które coraz większym wysiłkiem woli utrzymywał w górze. Zwłaszcza lewa sprawiała problemy, choć z uszkodzonego kanalika łzowego przynajmniej nic nie ciekło. Z założenia po to, by nie szkodzić implantowi.
– Marzę o deszczu – mruknął.
– Co?
– Marzę o deszczu. Żeby stać na prawdziwym, nietoksycznym deszczu…
– Rufus, bredzisz – odparł twardo głos ze słuchawki. – Brałeś coś. Stymulanty?
– Nawet nie zaczynaj. – Parsknął, dopił czwartą kawę. Filiżanka wyglądała w jego dłoni jak naparstek. – Słuchaj, jak to się stało, że nasza córka chodzi z jakimś pojebanym muzykiem?
– Co?
– Rozmawiałem z Gertie. O Juusim.
– Aha. A, nie, nie ma się czym przejmować. – Słyszał tylko jej ton, ale był przekonany, że gdzieś tam, daleko, machnęła lekceważąco ręką. – Chłopak jest trochę zmanierowany, ale widywałam gorszych.
– Ona ma dopiero trzynaście lat.
– Czyli to normalne, że interesuje się chłopakami, prawda?
Zasępił się jeszcze bardziej, przygryzł wargę.
– Powinienem być w domu.
– Nie przejmuj się tym – odparła Lise. – Pierwszy raz to się zdarza?
– No właśnie nie.
– Floris świetnie sobie radzi, a dzieciaki go uwielbiają.
Rufus parsknął z jawną niechęcią.
– Generalnie nie pomagasz.
– Co?
– Przypominając mi, że jakiś obcy facet wychowuje moje dzieci i sugerując, że w sumie mają w dupie, czy się pojawię, czy nie, bo jest taki fajny, generalnie nie pomagasz.
– Trzymaj swoje frustracje na smyczy!
Rozłączył się, wyszarpnął słuchawkę – miał tego dość.
I naprawdę marzył o deszczu. O Midgardzie. O domu. O ganku. I kawie podawanej w czymś, co wystarczało na więcej niż trzy łyki. Tylko tyle – Lise naprawdę nie musiała niszczyć tego marzenia, tego wewnętrznego azylu twardą rzeczywistością, w której nawet tam nie było dla niego miejsca.
Przed użalaniem się nad sobą uratowało go szczęśliwie ostrzegawcze piknięcie otwieranych drzwi do biura.
– Panie komisarzu? Posiłek.
Tę część stacji obsługiwali głównie ludzie, więc trochę zaskoczył go charakterystyczny pogłos syntezatora mowy i zarośnięta twarz samicy savau. Ukrywanie zaskoczenia, które według wielu nadgorliwych ignorantów znajdowało się ledwie krok od rasizmu, miał jednak opanowane do perfekcji.
Z entuzjazmem względem jedzenia bywało już gorzej, choć niekoniecznie dało się to wyczytać z samej szczupłej i jakby wydłużonej sylwetki komisarza.
– Doskonale. – Rufus wstał z fotela i przechwycił żałośnie niewielkie pudełko. Otworzył je niemal natychmiast, by zlustrować jego zawartość, po czym przeniósł wzrok na zarośniętą niewiastę, pamiętając, by nie patrzeć na jej ramiona: część ciała dla savau znacznie bardziej erotyczną niż ludzkie piersi, których zresztą, jako że nie były ssakami, nie posiadały. – Ale gdzie jest batonik? W zestawie powinien być czekoladowy batonik.
– Zgadza się – przyznała kobieta. – Dostarczono nam jednakże informacje, z których wynikało, że…
– Nawet nie chcę tego słuchać! Jestem dorosłym człowiekiem i sam będę decydował, co mi wolno!
No tak, wiedział, że przesadził. Był zmęczony – tak zmęczony, że powoli puszczały nawet wytworzone przez lata dyplomatycznej praktyki zawory. To się zdarzało coraz częściej. Przylatywał gdzieś, wszyscy oczekiwali tego szorstkiego może, ale opanowanego Hommeletera, o którym słyszeli, a on szczerzył im się w gęby, jednocześnie tańcząc na linie. I potem wystarczyło cokolwiek – ot, brak pierdolonej czekolady – i ciśnienie rozsadzało wszelkie zabezpieczenia.
Ale cóż miał zrobić? Przyznać się do porażki przed członkiem obsługi stacji? Niedoczekanie.
– Oczywiście, panie komisarzu. – Kobieta skinęła pokornie głową. – Miałam też przypomnieć o porannym zebraniu.
Stymulanty. O tak, stymulanty. Małe, zielone pastylki pozwalające przetrwać kolejne zmiany cyklu dobowego i grawitacji, która, nawet jeśli nie istniała – jak twierdzili jajogłowi – okazywała się czasem cholernie upierdliwa. Powinny być w prawej kieszeni. Jedna z pewnością nie zaszkodzi. Dwie pewnie też nie.
Alternatywę stanowiło kilka godzin przewracania się z boku na bok w daremnej próbie zaśnięcia i potem konfrontacja ze współpracownikami przekonanymi, że to był odpoczynek i szef jest już w świetnej formie. Albo niebieskie pastylki. Z tym że po niebieskie pastylki Rufus nie sięgał – za bardzo kusiło go, żeby zamiast dwóch, łyknąć całą garść i spać przez tydzień.
– Porannym…?
– Według czasu stacyjnego mamy ósmą czterdzieści trzy doby ziemskiej.
Opadł z powrotem na fotel i dobrał się do kanapek.
– Dziękuję – mruknął, zanim wziął pierwszy kęs, bo nie wypadało przecież mówić z pełnymi ustami.
Sekretarka wymaszerowała sztywno z gabinetu i komisarz wziął się wreszcie za śniadanie. Porcja czegoś, co miało imitować prawdziwe, planetarne jedzenie, rosnące w słońcu rośliny i nieklonowane mięso, niewiele mogła zmienić. Na pewno nie zastępowała snu i nie usuwała uciążliwego bólu mięśni i stawów, związanego z niewykalibrowaną odpowiednio względem potrzeb Rufusa siłą przyciągania wszędzie, poza jego tymczasowym biurem i prywatną kwaterą. Ale sam fakt jedzenia śniadania pozwalał jako tako zakotwiczyć się w rzeczywistości i rozpocząć próbę przestawienia wewnętrznego zegara.
Prócz czekolady brakowało też mięsa, co komisarz zauważył natychmiast.
– Chuje – burknął.
Najwyraźniej wiedzieli o nim sporo. Wciąż nie miał pojęcia, kto dostarczył owym wciąż niezidentyfikowanym Im informacje, ale musiał kompletować teczkę od jakiegoś czasu, bo przecież nikt nie wnikałby aż tak w życie przewodniczącego śmiesznej instytucji dla politycznych emerytów.
Zaraz, zaraz, pomyślał, przyłapawszy się na tym, że jego dłoń sięgnęła już do kieszeni. A jeśli wiedzą o stymulantach?
Wystarczyłby przecież podsłuch prywatnych rozmów, bo Lise nigdy nie dbała o dyskrecję – sama stroniła od polityki, siedziała wygodnie na Midgardzie, więc uważała, że to zwalnia ją z wszelkich obowiązków. A zdarzało mu się przecież czasem, kiedy był bardzo zmęczony, jak dziś…
Po cholerę bredził jej o tym deszczu?!
Po cholerę mówił jej cokolwiek? W ogóle z nią rozmawiał?
Zmroziło go na samą myśl, do czego można się było dogrzebać i jakie wnioski wyciągnąć. Nie tylko z tych niepotrzebnych dyskusji, często prowadzonych na granicy przytomności, ale w ogóle. Jeśli rzeczywiście było tak, że wrobili go w to ojciec z bratem… Nie, lepiej było sobie nie wyobrażać. To prowadziło tylko do paranoi, a paranoja do strachu. Strach z kolei usadziłby go tam, gdzie go widziano.
Jeśli wiedzą o stymulantach, nie powinien ich łykać. Jeśli wiedzą o czekoladzie, nie powinien się o nią dopraszać. To – zwłaszcza to drugie – były pierdoły, tak, ale pierdoły zawsze prowadziły do grubszych spraw.
Potarł powieki i ruszył ku wyjściu, walczyć ze standardowym przyciąganiem na korytarzu.

Większość twarzy za okrągłym stołem była kompletnie nieważna. Rufus kojarzył je doskonale, jeśli nie z wizyt na Kandii, to ze względu na mniej bezpośrednie kanały, ale dobre trzy czwarte na starcie określił jako należące do nieistotnych figurantów. Zresztą zdradzały ich napuszone miny, mające zapewne maskować konsternację i ignorancję, a także to, że zostali wyproszeni po jakimś kwadransie bardzo ogólnej paplaniny. Wreszcie zostali tylko przewodnicząca d’Accorsi z charakterystyczną oparzeliną na długiej szyi, Albrecht Seer, delegat z Ziemi – znak, że ojciec i jego Wielki Książę wciąż mają czarną owcę na oku, ale już jakby mniej – i O’nh, Adhańczyk, o którym Rufus potrafił powiedzieć głównie to, że został tu, by nikt nie mógł nikomu zarzucić, że ludzie knują coś we własnym gronie.
Po prawej miał Ilinkę Novković, tłumaczkę ‘adhi, a także, co wiedział z przejrzanych pobieżnie danych, członka załogi wylatującej na Krawędź, dyplomowanego lingwistę. To zawsze były kobiety – może także nie operowały ultradźwiękami, ale łatwiej było im imitować przynajmniej niektóre głoski i nie dostawały przy okazji kretyńskich ksywek.
– Nie widzę w składzie żadnej zgłoszonej przeze mnie kandydatury – warknął Rufus, nie siląc się już na uśmiechy, skoro dyplomatyczna wata sobie poszła.
– Bo żadne z zaproponowanych przez pana nazwisk nie spełniało kryteriów, jakie wyznacza specyfika misji – odparł Seer.
– Do cholery! To w końcu moja komisja, czy nie?!
– Pana, porucznik Wauneki i profesora Annicewa – uściślił delegat lodowato. – Przy czym pozwolę sobie zaznaczyć, że to pani porucznik jest chwilowo osobą najbardziej kompetentną.
– Nie dostałem nawet jej raportów z kontaktu.
– Nikt nie dostał – do rozmowy wtrąciła się przewodnicząca d’Accorsi, a jej pełen żelaznego spokoju głos natychmiast ostudził emocje. – Na tym polega jeden z głównych problemów, panie komisarzu. Ten kontakt jest zupełnie inny niż cokolwiek, z czym mieliśmy do tej pory do czynienia. Nawet osoba, która brała w tym bezpośredni udział, nie potrafi przekuć tego na żadne znane nam kategorie. Proszę to przemyśleć.
– Proszę mi wierzyć, że myślę nad tym, odkąd się dowiedziałem – zapewnił Rufus, bardzo starannie usuwając z tonu wszelkie ślady po obrażonym chłopcu. – Niemniej nie rozumiem, dlaczego utrudnia mi się pracę nawet na poziomie biurokratycznym, skoro ludzie, których zaproponowałem…
– Jak powiedziałem: nie spełniali specyficznych kryteriów – powtórzył Seer, nie kryjąc osobistej niechęci. Ale to dobrze, niech będzie. – Statek wylatuje o osiemnastej czasu stacyjnego, więc radziłbym skupić się na konkretach i przygotowaniach do wylotu.
Czyli mogłem im po prostu ufać, dopowiedział sobie Rufus, zachowując jednak wnioski dla siebie. Może gdyby nie było tu Adhańczyka i tłumaczki, z którą miał w końcu lecieć w nieznane, zaryzykowałby szarżę i grę w otwarte karty, wprasował Seera w ścianę, a potem napawał się tym widokiem.
I gdyby nie przewodnicząca, była admirał, której niechętny, ale szczery szacunek okazywał nawet Ruud Stephan van Hommeleter, głowa potężnego rodu i Związku Trzech Gwiazd, w którego skład wchodziły opanowane przez ludzi układy – Słoneczny, Utgard i Nintu.
Zresztą to ona odezwała się pierwsza.
– Rozumiem, że to mało komfortowa sytuacja – przyznała. – Gdyby istniała taka możliwość, proszę mi wierzyć, że optowałabym nad położeniem większego nacisku na dotarcie składu, ale obawiam się, że nie mamy już chwili do stracenia.
– To prowizorka – podsumował Rufus. – Nie wiem, z kim lecę, nie wiem, po co lecę, nie wiem, co zastanę.
– Prowizorka bywa wieczna, panie komisarzu.
Takie słowa musiały ściągnąć jego wzrok na jej twarz. Nie był pewien, czy dostrzegł uśmiech.

Nie zdziwił się też szczególnie, gdy po wszystkim to właśnie ona podeszła do niego, kiedy po raz kolejny brnął przez halle i korytarze.
– Panie van Hommeleter.
– Przewodnicząca d’Accorsi – odpowiedział jej uprzejmym ukłonem i spojrzeniem, w którym, jak podejrzewał, znalazło się dość sporo zaciekawienia.
Dołączyła do niego i wskazała, by szli dalej. W ten sposób, ulokowawszy się u jego boku, niwelowała przykry problem różnicy wzrostu. Była wysoką kobietą, ale niewielu ludzi dorównywało pod tym względem Midgardczykom, a patrzenie na kogoś takiego z góry pozostawałoby cokolwiek niezręczne, jeśli nie przez szacunek do sprawowanej przez nią funkcji, to po prostu przez szacunek do człowieka.
– Nie mieliśmy wcześniej okazji rozmawiać osobiście – zaczęła, a do niego dotarło nagle, że wbrew wszystkim od paru godzin nie nazwała go „komisarzem”.
– Trudno się dziwić – odparł z uśmiechem, starannie ukrywając całą gorycz, jaką mógłby w tym zdaniu zawrzeć.
– Jak pan się zapewne domyśla, zależy mi na poruszeniu kwestii Krawędzi. Raz jeszcze. – Żołnierska natura Terentii, nakazująca mówić wprost i zmierzać do celu, wydała się nagle Rufusowi błogosławieństwem. – Rozumiem pana skonfundowanie, ale proszę nie lekceważyć tej sprawy.
– Nie ja ją lekceważę – odparł, wciąż jakimś cudem zachowując neutralność na twarzy i w głosie. – Ludzie, których umieściłem na liście, to najlepsi z najlepszych, z jakimi dotychczas pracowałem.
– Wierzę. – Przewodnicząca skinęła głową. – Wierzę też, że nie skupi się pan na tym, co stracił, a na tym, co może zyskać.
– Co ma pani na myśli?
– Porucznik Waunekę. Są rzeczy tak niepojęte, że prawdopodobnie nie byłoby ich nawet w raportach pani porucznik, o ile te w ogóle by powstały. Znam ją osobiście od wielu lat i nie ukrywam, że rozmawiałyśmy na temat kontaktu, więc… jeśli mogę coś sugerować, to właśnie rozmowę z nią, gdy tylko ta będzie możliwa bez przekaźników. To wygląda jak jedna wielka improwizacja, wiem, ale nie do końca nią jest i przynajmniej część członków Komisji nie jest przypadkowa.
– Profesor Annicew? – Rufus nie zamierzał przepuścić okazji.
– Profesor Annicew jest dla mnie niemal tak wielką niewiadomą, jak dla pana. Ale oboje wiemy, że zdobył spore doświadczenie w pracy w ciężkich warunkach. Jeśli ktoś wie, czym jest psychiczna presja i drobiazgowa praca pod tą presją, to właśnie on. Widzę w tym logikę.
Hommeleter zacisnął wargi, na ułamek sekundy tracąc kontrolę nad twarzą. Aż korciło, żeby zadać jeszcze jedno, oczywiste pytanie.
Ale nie chciał znać odpowiedzi. I nie chciał, by Ternetia d’Accorsi wiedziała, że jej nie zna.
– Praca z naukowcami bywa trudna – postanowił ostatecznie pociągnąć wątek szczurowatego blondyna, który z pewnością nie wyglądał na profesora.
– Co ma pan na myśli?
– Priorytety. W mojej pracy niezbędne było korzystanie z pomocy etnologów, językoznawców, czasem biologów. To, co dla mnie stanowiło bombę do rozbrojenia, dla nich było fascynującą zagadką, jeśli rozumie pani, do czego zmierzam.
Po jej uśmiechu – tym razem miał już pewność, że się uśmiechnęła – poznał, że tak, zrozumiała.
– Wiedziałam, że to będzie dobry wybór – powiedziała.
Tym razem nie zdołał zachować ani kamiennej twarzy, ani równego kroku. Stanął jak wryty. Przewodnicząca również się zatrzymała i spojrzała prosto w jego twarz, choć wymagało to od niej mało godnego zadarcia głowy.
– Proszę się położyć, panie Hommeleter – powiedziała. – Do wylotu zostało kilka godzin. I proszę ograniczyć środki pobudzające. Są szkodliwe dla zdrowia, a pan jest wciąż młodym człowiekiem z karierą przed sobą.

Kiedy wrócił do biura, na panelu, na którym wciąż migał komunikat o zerwanym połączeniu, pojawiło się jeszcze jedno słowo.
Przepraszam.

*

Na granicy Krawędzi, w rzekomo bezpiecznej odległości, czekała na Celaeno rozgwiazda. Swego czasu produkowana niemal seryjnie modułowa stacja tymczasowa przystosowana do montażu na orbicie lub powierzchni planet o relatywnie niskiej masie. Ponieważ montaż mógł się odbywać zdalnie, a w sprzyjających warunkach być wręcz z góry zaprogramowanym procesem, w którym odległy operator musiał tylko raz na jakiś czas zatwierdzić wynik tej czy innej próby, rozgwiazdy uwielbiało wojsko i pionierzy. Wiele pierwszych siedlisk było rozgwiazdami, póki ich nie obudowano, nie upiększono i nie nadano im ich własnego charakteru zależnego od potrzeb. Żaden z tych trzech etapów nie przydarzył się nigdy placówce zawieszonej w próżni nieopodal Krawędzi Gujiča. Przy podejściu z luków Celaeno widać było tylko nerwowo migające światła wyznaczające krańce pięciu ramion stacji. Wydawało się, że tak jest zdecydowanie lepiej, niż gdyby cokolwiek mogło ją oświetlić i pokazać w pełnej krasie. Przestarzała konstrukcja nie była miła oku, a to tylko otwierało listę jej wad, którą przewodnicząca d’Accorsi znała aż za dobrze, ale nawet w bardziej sprzyjających okolicznościach i z nadmiarem czasu pod ręką nie wymieniłaby ich Hommeleterowi. Wystarczyło, że znała je porucznik Wauneka.
Space, the final frontier
– M-mówił pan coś? – Kałuszyn stanął, jakby go nagle wmurowało w podłogę, i rozejrzał się po tonącym w półmroku korytarzu zewnętrznym. Na czas podejścia wygaszono znamienitą większość oświetlenia, pozostawiając tylko małe niebieskie diody wytyczające krawędzie ścieżek. Kto mógł, ten nie ruszał się ze swojego miejsca, bo nigdy nie było wiadomo, czy coś przypadkiem nie zostało na środku podłogi i nie dybie na pędzącego w pośpiechu technika. Kałuszynowi w tym locie już kilka razy taki numer wycięto i teraz niezgorzej wybałuszał oczy, aby nie potknąć się po raz kolejny ku uciesze nowych kolegów z załogi. Że ktoś go będzie zagadywał, tego się nie spodziewał. Wgapił się w ciemność aż zabolały go gałki oczne, zamrugał i zwątpił, gdy ciemność uparcie milczała.
A potem coś siorbnęło. Przeciągły i ciamkliwy dźwięk nijak nie pasował do statku kosmicznego. jakim była Celaeno. Przywodził raczej skojarzenia z czymś biologicznym. W myślach Kałuszyna pojawiły się wizerunki meduz widziane jeszcze w szkole. Skulił się w sobie i naiwnie wmawiał, że to przez zwiększony ciąg silników hamujących.
– Bredziłem – odparła w końcu ciemność i siorbnęła ponownie. – Mówią, że to tu to pustka, ale pustka znajduje się tam dalej.
– A… ja muszę…
Wymamrotał niewyraźnie, co też takiego musi, ale Annicew nie słuchał go. Jeśli technik uznałby, że jest absolutnie koniecznym dla niego wykonanie salta na środku korytarza, to nijak by to Annicewa nie obeszło. Jego myśli zajmowała pustka kosmosu, jeszcze większa pustka Krawędzi Gujiča i nazwisko Einert. Wiedział, że je zna, kojarzył skąd – kilka mało ważnych publikacji, jednak to były literki i brakowało twarzy, ale niestety im bardziej starał sobie przypomnieć, tym więcej śmieci wyławiał. Na nic teraz niepotrzebne fakty jak długość krawędzi – trzy siedemdziesiąt dwa pięćdziesiąt jeden parseka w najbliższym przekroju, do pięć przecinek dwa trzy osiem trzy pięć cztery w najszerszym, gęstość tejże poniżej wszechświatowej średniej dziesięciu do minus dwudziestej dziewiątej grama na centymetr sześcienny czy fakt, niegdyś mocno naświetlony mu przez Hofflera, że pita przez niego kawa nie widziała kawy na oczy i jest w stu procentach syntetyczna i ma smakować jak jeden z bardziej lubianych przez dawno nieżyjącego kogoś tam gatunków – sam gatunek też już nie istniał. W długich opowieściach Hoffera, którymi raczył go, bo Annicew czasami słuchał, czego nie można było powiedzieć o niektórych zaaferowanych naukowcach, pragnących czym prędzej przeprowadzić swoje badania i zwiać. Tylko na co były astrofizykowi prywatne wykłady z biochemii, tego Annicew nie wiedział. Wiedział, że nie może sobie przez nie przypomnieć tego, czego akurat potrzebuje. Nawet jeśli nie jest to informacja, od której zależy wiele.
Pociągnął głęboki łyk kawopodobnej substancji i ziewnął.
Czerwona lampka za oknem przestała się przemieszczać.
Byli na miejscu. Światła rozbłysły zdecydowanie za szybko, zniknęło dodatkowe ciążenie i wszystko wokół ożyło. Personel wyległ na korytarze kontynuować codzienną pracę, część ekip zaczęła przerzucać zaopatrzenie z Celaeno na stację, inni odliczali czas do odlotu. Nie mieli czasu do stracenia. Statek klasy Celaeno był wszak potrzebny w wielu miejscach. Nie mogło być mowy, aby pozostał tu na dłużej i w ogóle powinni byli się cieszyć, że coś tu na nich czeka poza ciasnym obserwatorium przystosowanym do ugoszczenia czteroosobowej ekipy naprawczej pod warunkiem, że składała się ona z raczej miernej postury techników, którym nie przeszkadza tyrpanie się łokciami w czasie snu – Kandia skąpiła nie tylko ludzi, ale też sprzętu. A skoro Kandia nie kwapiła się wspierać misji, to nikt inny tym bardziej.
Annicew wpasował się w kąt przy oknie i uznał, że jak go będą potrzebowali, to go znajdą. Einert miał pierwszeństwo.
I takoż Einert był tym, który go z tej wnęki wyciągnął.
– Witam na ED-49/b, zadupiu naszej Galaktyki. Niestety stacja nie ma bardziej romantycznej nazwy – zatrajkotał wesoło Einert, spoglądając z góry na Annicewa i nic sobie nie robiąc z tego, że przemykający koło nich ludzie raz po raz go potrącali. Geny nie zaprojektowały go do mijania się w nieprzesadnie szerokich korytarzach. Pozostając przeciętnego wzrostu, był szeroki w ramionach za dwóch i można było przypuszczać, że gdy wiek bardziej niż średni zajrzy mu w oczy, to Einert stanie się sześcianem na długim patyku nóg. – Teraz zrobiło się trochę ciasno, jak się do nas Celaeno przyssała, ale generalnie to mamy tu szkieletową załogę do obsługi, która, delikatnie mówiąc, trzyma się razem i patrzy z ukosa. Jeszcze kilka osób ma dolec… tu w prawo, mieszkalne są w niebieskim ramieniu, w osi są wszelkie wspólne. Jeszcze kilka osób ma dolecieć na dniach, ale to jak Celaeno odleci, bo mamy tu tylko jedno adaptacyjne przyłącze, do którego większe jednostki mogą documować.
Annicew mimowolnie skrzywił się na widok dużych liter wymalowanych na niebiesko na drzwiach, które z pewnością w warunkach awaryjnych mogły zapewnić hermetyczność po którejś ze stron.
– To stary design, więc całe sterowanie jest dotykowe i na panelach – tłumaczył dalej Einert, stojąc w drzwiach do niewielkiej kajuty. – Można się przyzwyczaić. Głównie doskwiera nuda. Wiesz, o co tu dokładnie chodzi?
– O sygnał – odparł Annicew. – Z lub zza krawędzi, to się okaże.
– Ale sam sygnał, to by komputery mogły przecież zanalizować i po co tu wszystkich ściągać?
– Jeśli jest zza i nie jest naturalny, to będzie to pierwsze od jakiś stu czterdziestu lat spotkanie z kimś nowym i, zważywszy na skok technologiczny, strach pomyśleć jacy zapaleńcy mogliby chcieć wylecieć przed szereg – mówił, powtarzając zdania tkwiące w śmietniku myśli, a zasłyszane sam nie wiedział od kogo, bo przecież ludzie w bazie zmieniali się za często i wszyscy kiedyś chcieli się wygadać. – A jeśli sygnał jest z Krawędzi, która jest bardziej pusta niż pusta, to rodzi się pytanie, co tam takiego jest i może nie należy słać takiej zgaduj zgaduli wskroś Galaktyki – odpowiedział, parafrazując coś, co powiedziała mu Wauneka po raz kolejny przed kilkoma dniami. – Na wczesnym etapie po odkryciu Krwędzi powstało ponad sto teorii na ten temat. Od takich postulujących, że Krawędź szczelnie wypełnia egzotyczna materia, której nie wykrywamy… Nadal. Po te o poligonie jakiejś jeszcze nam nieznanej rasy, która tu wszystko wymiotła-
– Czytałem! – Einert odkleił się od ściany i wszedł o krok w głąb kajuty. – Postulowano też zdeformowaną czarną dziurę klasy jota, która mogłaby otwierać tunel do podwszechświata! To by było coś! Pewnikiem będziemy musieli poczekać na resztę, nim się czegoś więcej dowiemy, co nie?
Annicew przyglądał się Einertowi w milczeniu. Zatrważające nieco ponad dwa metry od drzwi do ściany pozwalały mu nie zadzierać głowy i objąć spojrzeniem całą sylwetkę kogoś, kto był de facto członkiem jego własnego zespołu. Co prawda nie kompletował go sam, ale wówczas obył się bez zdjęć, a twarze nie trzymały się jego pamięci. Niestety.
– Coś się stało?
– Czy myśmy się kiedyś nie spotkali? – zapytał w końcu wciąż nie mogąc dopasować do anonimowej twarzy nazwiska, choć zachowanie mężczyzny sugerowało, ze powinien.
Einert skrzywił się w nieudolnej próbie ratowania uśmiechu.

C. D. N.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba

Post autor: Joa » 24 maja 2014, 15:54

Ekhe, ekhe, jestem.
Po przeczytaniu pierwszego fragmentu z trzy razy, po kilku albo kilkunastu dniach w końcu stwierdziłam, że dam radę coś napisać.
Czytam fantastykę, lubię, ale tylko wtedy, kiedy nie muszę komentować, bo mam wielki ból. Zupełnie nie wiem, co mogę zawrzeć w komentarzu. Nie odnajduję się w tym gatunku, nie wywołuje we mnie emocji.
I tak było i tutaj, niestety. Marszo, Kili - ufam Wam jako autorkom i pod względem technicznym nie ma się do czego przyczepić. Jest dobrze. Ciebie, Thorin (nie wiem, czy zaglądasz tutaj) nie znam, więc nie jestem w stanie powiedzieć nic o Twoim pisaniu.
Jest poprawnie, zresztą wiecie, znam Was już trochę, zdążyłam dużo Waszych tekstów przeczytać i wiem, że na próżno szukać błędów.
Tylko po prostu nie umiem poczuć nic do bohaterów. Nawet nie czuję względem nich nic negatywnego, raczej mam do nich neutralny stosunek. Mało o nich wiem, ale to też nie jest powód braku jakichkolwiek uczuć. Najbardziej chciałabym pewnie więcej wiedzieć o Jewii, wydaje mi się najlepszym bohaterem do tego, by go polubić.
Poza tym historia mnie nie porwała. Jeszcze nic się co prawda nie dzieje, ale jest męcząco. Czyta się ciężko, naprawdę. I mówię Wam to, bo chcę być szczera. Nie wiem, dlaczego tak ciężko się czyta. Może to jeden z tych tekstów, które trzeba czytać dopiero, gdy będzie kilkanaście fragmentów? Mam nadzieję, że tak i że wtedy jakoś bardziej do mnie ten tekst przemówi.
Jak na razie nie do końca czuję się usatysfakcjonowana.
Ale czekam, aż coś się zacznie dziać.
I będę wpadać.
Pozdro, piszcie!
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba

Post autor: Kruffachi » 25 maja 2014, 20:02

Wielkie, wielkie dzięki za ten komentarz! :D Tak, widzimy ten problem, przedyskutowałyśmy go, debatowałyśmy parę dni i mamy nadzieję, że już w następnej wstawce będzie nieco inaczej. A potem coraz bardziej będzie przypominało to jednolity tekst, coraz mniej trzy teksty w warkoczu. Nie ukrywam, że to trudne - trzy perspektywy to trzy razy więcej ekspozycji i trzy razy mniej budowania emocji (przynajmniej na razie, docieramy się ;> ) - do tego dochodzi gąszcz informacji i może być trudno, bardzo trudno i chropowato. Tym cenniejsze są krytyczne opinie, tak potwierdzające nasze przypuszczenia, jak i pokazujące nowe problemy.

Dzięki za czytanie i za zaufanie :heart:
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba

Post autor: Siemomysła » 25 maja 2014, 22:03

Tym razem będzie krótko. Przeczytałam i mogę powiedzieć tyle, że im dalej czytałam, tym wolniej czytałam, więcej skupienia potrzebowałam. Biorę pod uwagę fakt, iż jestem nieco zmęczona i oczy mnie pieką, ale bardzo chciałam być na bieżąco. W sumie odsłona ta przyniosła z mojego punktu widzenia jedną bardzo istotną informację - mianowicie, że naprawdę nikt nie wie o co tam chodzi za tą krawędzią, bo Nina albo nie pamięta niczego z pierwszego kontaktu, albo faktycznie był on tak nieogarnialny dla ludzkich wyobrażeń, że... Że o tak, ciekawam bardzo coście wymyśliły. No i trauma Niny - pani porucznik odsłania się nieco czytelnikowi. Ponadto poznaję nieco lepiej Rufusa. Oto człowiek z obsesją, człowiek na krawędzi wytrzymałości wysyłany na inną krawędź. Człowiek na dzień dobry zgnębiony zarówno przez brak możliwości podejmowania decyzji, jak i przez "wspierającą" żonę. Swoją drogą: ma pretensje o to, że go nie ma, jakby sam nie chciał się włóczyć ;) Pracoholizm z niego bije w gejzerach pomiędzy gejzerami frustracji. Bardzo, bardzo jestem ciekawa jego konfrontacji z Jewią. Który swoją drogą rozbił bank ostatnim wejściem pod hasłem: "czy my się znamy".

To był generalnie dość trudny nabity kawałek. Tak go odczuwam, jako mocno skondensowany, trudny do przyswojenia. Taki wstęp, przez który trzeba przebrnąć na początek każdej książki SF - jak dla mnie. Ten moment, gdy nie ogarniam nazw, gdy nie jestem przyzwyczajona do nazwisk, a na dodatek średnio łapię terminy. W sumie było trochę tak, że stopień trudności rósł jak dla mnie z każdym kolejnym fragmentem, by u Jewii osiągnąć apogeum. I tak wynika to z tego o czym już rozmawiałyśmy, mam sygnały od Was, że ogarniacie i tak dalej, Marsza mówi o tym, że u niej mamy do czynienia ze ścianą tekstu i tak nie da się ukryć, że to ma wpływ na odbiór.

Z tym, że ja nie postrzegam tego jako problemu nie do przeskoczenia dla czytelnika, który czyta całość, a nie kolejne wrzutki. Po prostu książki z gatunku, za który się wzięłyście mają to do siebie - w mojej opinii, że na początek czytelnik musi się oswoić z nieznanym.

A skończywszy czytać zostałam z uśmieszkiem na okoliczność Jewii.

Tym razem bez spoilera. Nie rzuciło mi się nic w oczy na tyle, by wyłapywać babole, ale naprawdę jestem zmęczona :bag:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba

Post autor: pierdoła saska » 18 czerwca 2014, 17:36

Kujamy za komentarze, bierzemy sobie uwagi do serca i kminimy co tu dalej, żeby było dobrze skoro rzekło się A i teraz trzeba przejść do B. :heart:

Fakt, że ta misja będzie zupełnie inna od wszystkiego, co znał, uświadomił sobie po raz kolejny, gdy dwa tygodnie temu opuszczał statek w pełnym galowym mundurze, z zieloną szarfą ambasadora Ligi, znienawidzonymi epoletami podporucznika i zapiętą pod samą szyję Ilinką Novković u boku, a powitało go kilku techników w przepoconych podkoszulkach.
Rufus nie był przyzwyczajony do takich stacji – nawykł do luksusu, do kajut wielkości kilku standardowych, szerokich korytarzy i wewnętrznych ogrodów, utrzymywanych za pomocą skomplikowanych systemów nawadniających i naświetlających. Miał tego świadomość, ale świadomość ta pomagała mu tylko marginalnie, pozwalając co najwyżej ugryźć się w język, kiedy po raz kolejny trafiał głową w niskie progi, próbował zmieścić się w swojej koi albo cudem unikał zaplątania nóg w leżące sobie tak po prostu kable. Poza tym źle spał – nikt tu nie zadbał o dźwiękoszczelność ścian i bez przerwy skądś dochodziło jakieś buczenie, skrobanie albo stukot. Niemniej – spał, nawet jeśli śnił koszmary. To stanowiło już jakiś postęp, a od przylotu po wspomagacze sięgnął tylko dwa razy – po tym, jak cała rozgwiazda rozbłyskiwała ostrzegawczymi światłami i odzywały się wszystkie alarmy. Technicy twierdzili, że to nie jest normalne, ale układy są sprawne na tyle, na ile to możliwe w równie przestarzałej konstrukcji, i zdecydowanie nie powinny włączać się same. Nie wykrywano jednak żadnego zagrożenia.
Hommeleter wracał więc – jak inni – do swojej kajuty, ale ani za pierwszym, ani za drugim razem nie udało mu się ponownie zasnąć. Wstrząsany dreszczami i zlany zimnym potem, rezygnował ostatecznie z wiercenia się w za ciasnej i za krótkiej koi na rzecz prysznica, kawy i, cóż, stymulantów właśnie.
Może czułby się lepiej, gdyby wiedział, co tu robi. Słowa przewodniczącej d’Accorsi dały mu cień nadziei, że jest w tym faktycznie jakiś sens, że może odpowiedzi czekają już na Krawędzi, ale po przylocie czuł się jeszcze bardziej skonsternowany niż na Kandii. Bardziej nawet niż w chwili otrzymania wezwania. Słyszał o tym miejscu – każdy przecież kiedyś słyszał – ale znajdowało się ono zupełnie na granicy jego świadomości, tak jak mapy gwiezdne umieszczały je na granicy tego, co znane Lidze. Teraz, stojąc oko w oko z przerażającą, nienaturalną pustką, musiał włożyć zaskakująco wiele wysiłku, by nie dać się przytłoczyć, nie pozwolić nikomu domyślić się, że nie ma bladego pojęcia, czego się od niego oczekuje – prócz zejścia pozostałym Hommeleterom z oczu, rzecz jasna – i przejąć stery.
To ona – potworna, pierwotna pustka – zdawała się rozdawać karty. Rufus nie mógł oprzeć się wrażeniu, że nawet przekopanie się przez terabajty niezrozumiałych danych, zdobycie i umocnienie autorytetu wśród załogantów i wszystkie przepustki oraz upoważnienia wszechświata nie będą znaczyły nic, jeśli Krawędź… zadecyduje…? inaczej i postanowi go zmiażdżyć.
Przez pierwsze dni nawet nie zbliżał się do bulajów wychodzących na granicę znanego i pojętego. Tylko udawał, że czyta wyciągi naukowych raportów, kurczowo trzymając się dogmatów, w które wierzył przez całe życie. Potem zaczął wypatrywać jej niemal obsesyjnie, jakby chciał rzucić nicości wyzwanie.
Stawał naprzeciw bestii do ujarzmienia i bestia ta odpowiadała mu spojrzeniem iluzorycznie czarnego oka mierzonego w parsekach. Potem wracała w snach. W chwilach zamyślenia. Wypełniała każdą sekundę, w której nie było działania.
W której – przechodził go dreszcz, gdy uświadamiał to sobie po raz kolejny – była właśnie pustka.
W dodatku jego najbliżsi współpracownicy… Nawet nie wiedział, co o nich myśleć.
Profesor Annicew już przy pierwszym wspólnym posiłku uraczył go wykładem w jakiś przedziwny sposób wiążącym kwestię nienaturalnej pustki Krawędzi Gujiča i skomplikowanych procesów fizycznych, pozwalających zamknąć maksimum wartości odżywczych w papkach, którymi mieli się żywić przez najbliższe tygodnie. Rufus nie tylko niewiele z tego zrozumiał, ale też popadał w coraz głębszą konsternację, kiedy wyczulone na ruchy specyficznych mięśni twarzy implanty lewego oka wysyłały do mózgu całkowicie sprzeczne informacje. W efekcie Hommeleter nie mógł się zdecydować, czy ma do czynienia z autentycznym, trzepniętym chodzącym mózgiem, czy człowiekiem chowającym się za potokiem dość przypadkowych słów. Często w towarzystwie Jewii pojawiał się zresztą drugi z naukowców – taki z absurdalnie szerokimi barami. Zdawał się przez profesora… cokolwiek sterroryzowany.
Rufusa niepomiernie drażnił fakt, że to właśnie ten konus z prawdopodobną schizofazją ma w tej chwili najwięcej do powiedzenia. Wciąż bowiem nie rozszyfrowano tajemniczego sygnału – bezpośredniej przyczyny, dla której uwierzono wreszcie w niejasne opowieści porucznik Wauneki o kontakcie z obcą rasą i powołano Komisję Gujiča. Hipotezę zakładającą nieznany pulsar albo rozbłyski gamma wykluczono już dawno, zanim przysłano tu kogokolwiek. Podobnie jak wszystkie inne, według których zjawisko miało naturalne źródło. W kontekście pozostałych niejasnych zdarzeń, prowadziło to do bardzo niepożądanych przez Ligę wniosków – kandydatów na entuzjastów pierwszego od stu czterdziestu lat spotkania, w dodatku z kimś zza Krawędzi, Rufus mógłby policzyć na placach jednej dłoni.
Jemu samemu pozostawało czekanie i wypełnianie czasu błahymi sprawami, przyglądanie się personelowi, przeorganizowywanie improwizowanych struktur biurokratycznych na własną modłę, zwiedzanie pierwszej rozgwiazdy, jaką widział przed rozbudową, zbieranie plotek, sprawianie wrażenia bardziej kompetentnego niż się czuł i obsesyjne, pochłaniające nieraz kilka relatywnych godzin patrzenie w pustkę.
Natomiast fakty pozostawały takie, że przez wszystkie dotychczasowe dni pobytu na stacji, nie dowiedział się o profesorze niczego osobistego.
Z porucznik Wauneką było zupełnie inaczej. O służbie nie pisnęła z własnej woli ani słowa, za to wspominała – choć też nie od razu – o tym, że kolekcjonuje motyle. Z dossier wynikało, że pochodzi z Ziemi, z tej prawdziwej kolebki, pierwszej planety. Rufusowi zawsze wydawało się, że w Ziemianach jest coś specjalnego, jakaś niezbywalna patyna, poczucie zakorzenienia i przywiązania do domu, których często brakowało kolonistom z Utgardu, Nintu oraz podwójnego układu Lelum-Polelum i których tak naprawdę chyba zazdrościł. Gdy sam myślał o Midgardzie, nie czuł dumy. Sentyment – tak. Żal za utraconym poczuciem zakotwiczenia i bezpieczeństwa – też. Kiedy jednak wzięło się te wrażenia pod lupę, szybko okazywało się, że nie ma w nich wiele patriotyzmu. Tego, co – jak mu się wydawało – wyczuwał w postawie przewodniczącej d’Accorsi i teraz porucznik.
To go trochę onieśmielało. Zawsze go trochę onieśmielało. Nie na tyle jednak, by zapomniał o radzie Terentii.
Jej słowa po raz kolejny zadźwięczały mu w głowie z pełną mocą, gdy – z pewnym zdziwieniem – zastał Ninę Waunekę w tym samym miejscu, w którym sam zwykł wypatrywać kosmicznej otchłani, ze wzrokiem równie pustym i odbijającym pustkę, utkwionym nieruchomo w widoku z bulaja. Wielokrotnie powtarzane fakty – zaginięcie, tajemniczy kontakt, brak raportów – spłynęły mu w jednej chwili wzdłuż kręgosłupa dziwnym niepokojem.
Stłumił drżenie.
– Pani porucznik – odezwał się, chcąc wyrwać ją z zamyślenia, zanim podejdzie bliżej.
Poczuł jej spojrzenie po kolei na dłoniach, twarzy i żołądku, gdzie, jak uświadomił sobie poniewczasie, znajdował się jego środek ciężkości. To była szybka, intuicyjna reakcja, ale i tak poczuł się nieswojo.
– Panie przewodniczący.
– Widzę, że podziwia pani widok.
Stanął obok niej. Tylko tyle oddzielało ich od próżni – pięć metrów zbrojonego szkła, pole grawitacyjne i dwa ledwo widoczne odbicia, które w tej chwili przysłaniały czerń na zewnątrz.
– Tak.
To z pewnością nie była wymarzona odpowiedź. Nina nie ułatwiała sprawy. Nie pomagała jej małomówność, nie pomagała skrytość i wojskowa powściągliwość. Znacznie więcej niż słowa mówiły za to jej brązowe dłonie zaciśnięte dyskretnie na barierce.
Nim zorientował się, co robi, Rufus zaplótł swoje własne za plecami w geście, który – kiedy widział go u ojca lub brata – uważał za impertynencki.
– Przewodnicząca d’Accorsi… – zaczął i zmierzył szybko jej twarz. Implant złapał drgnienie mięśnia żuchwy. – Przewodnicząca d’Accorsi sugerowała, że jest pani szczególnie cenna dla tego projektu. Oczywiście dostarczono mi podstawowe informacje – dodał szybko, zauważając nieznaczny i niemożliwy do zinterpretowania ruch jasnych, obciętych krótko paznokci.
– To samo mówiła o panu.
– Jak mam to rozumieć?
Odbicia na szkle tkwiły niemal nieruchomo. Za własną twarzą Rufus dostrzegał odległą gwiazdę. Za twarzą Niny – ciemność.
– Pozytywnie. Rozmawiał już pan z profesorem?
Nie zdołał powstrzymać chrząknięcia, maskującego rozpaczliwie atak nieco histerycznego chichotu. Wydawał się kompletnie nie na miejscu – tu, pod okiem bestii – ale wspomnienia z ostatnich kilkunastu dni wywoływały tylko dwie automatyczne reakcje, z czego drugą stanowiła głęboka irytacja.
– Tak – odparł Rufus, czując, że kąciki ust mimowolnie pozostają w górze. – Nawet wielokrotnie. Zapewne dowiedziałbym się wielu interesujących rzeczy, gdybym cokolwiek zrozumiał.
Nadal wpatrywał się w niewyraźne kształty na szkle, ale postanowił uznać, że to ciche prychnięcie było echem śmiechu. Nina nie wyglądała, jakby przez ostatnie dni – tygodnie? lata? – często się śmiała.
– Dostałem nawet kiedyś taką sprawę, skojarzyło mi się – ciągnął zachęcony. – Zupełny precedens. Skarżyliśmy Adhańczyka o zagadania kontrahenta na śmierć. Wie pani, u nich to całkiem możliwe – zaśmiał się znowu. – Całe szczęście, że profesor mimo wszystko porusza się na niższych rejestrach. Skoda tylko, że nadal nie wiemy, co właściwie nas tu ściągnęło, prawda?
– Profesor zapewne robi, co w jego mocy, żeby odczytać sygnał – stwierdziła porucznik z żelazną pewnością człowieka, który przywykł do świata, w którym wydawanie i słuchanie rozkazów, zaufanie działającemu systemowi, stanowiło podstawę przetrwania.
To właśnie w tym miejscu – Rufus nie mógł pozbyć się tego wrażenia – byli od siebie najdalej.
– Zapewne – mruknął bez przekonania, dręczony niechcianą, paranoiczną wizją, zakładającą, że Annicew opieszałością przedłuża okres, gdy cieszy się przewagą nad pozostałymi członkami Komisji. – A jak pani myśli? Co to jest? Bo jeśli ktokolwiek może snuć domysły, to chyba tylko pani.
Rysy stwardniały jej widocznie, pobielały knykcie zaciśniętych na barierce dłoni.
– Domysły to nie moja domena.
– Nie chciałem…
– Tak czy inaczej, nie to miałam na myśli.
– Słucham?
– Pytałam, czy rozmawiał pan z profesorem… Tak, jak rozmawia pan teraz ze mną.
Tym razem nie patrzyła na jego dłonie, nie uważała na gesty ani postawę – spojrzała wprost na niego. Mimo różnicy wzrostu i mimo przerażającego czerwienią implantu.
To zdejmowało osłony.
– Mam bardzo ograniczony czas – burknął może nie do końca zgodnie z prawdą. – Jestem przekonany, że na rozmowę z profesorem przyjdzie odpowiedni moment – słyszał, jak jego ton staje się oficjalny, jak znikają z niego najmniejsze nawet naleciałości rodzimego dialektu. – Także, pani porucznik, proszę mi wybaczyć również teraz, ale…
– Oczywiście.
Profesor Annicew.
Tak, profesor Annicew stanowił teraz jakieś wyjście.

– Sześć. E. Q. U. Jot. Tyle treści, że kot więcej by napłakał, a jednak to tam wtedy, w Arecibo w dwudziestym wieku, to było coś, a nie to, co mamy tutaj. Sygnał przez wielkie es i tyle po nim oczekują, że powiedzieć im, że to jakiś nadpobudliwy kwazar, to jak zabrać dziecku zabawkę. I tak, wiem, że to nie jest nadpobudliwy kwazar, galaktyka aktywna, pulsar ani inna dumnie brzmiąca, ale całkiem naturalna rzecz. To nie są głupi ludzie i mają niegłupie komputery; wiem. Naturalne źródła wyeliminowali. Pozostają jeszcze naturalnie ekscentryczne i to by miało sens, bo kto nadawałby poza jeden cztery i jeden sześć giga? Sygnał odebrany przez Arecibo mieścił się na krańcu przedziału. Tysiąc czterysta dwadzieścia. Tu mamy tysiąc sześćset sześćdziesiąt dziewięć, trzy megaherce za daleko optymistycznie licząc. Swoją drogą sześćset sześćdziesiąt sześć? Ktoś ma poczucie humoru. Zna pan te wierzenia z Ziemi, że to liczba Szatana? Nie. Pechowe trzynastki też nie? Chociaż tyle. Trzynastek tu brak.
– Ale sygnał jest i to od jakiegoś czasu – Einert odezwał się głośno, po raz kolejny wstrzeliwując się w dłuższą kropkę; jedną z tych wyznaczanych łykami zimnej kawy. W przeciągu ostatnich trzech dni zyskał niezwykłą wprawę w wyłapywaniu tych momentów, gdy profesorowi należy przerwać monolog i przypomnieć o głównym temacie. Przesądy mogły być fascynujące, ale mogły poczekać na swoje pięć minut gdzieś daleko od Krawędzi.
– Tak. To i fakt, że znamy mniej więcej rozmiar stożka jego zasięgu, wiec wiem, z jak daleka pochodzi. Plus minus. Biologowie i chemicy nie cierpią astronomicznego plus minus. Skracanie pięć przez trzy wybitnie im nie pasuje. Dokładność do pół miliarda lat ich wkurza. Pożyje pan jeszcze dziesięć lat plus minus osiem. – Annicew zaśmiał się rechotliwie z początku, a potem dźwięk wydobywający się z jego gardła przeszedł w zawodzenie i skończył jako żałosne westchnięcie. – To jak z tym sygnałem. Tak, pamiętam! Sygnał. Jest sztuczny z marginesem błędu pięćdziesięciu procent, co daje nam taką podstawę do wyciągania wniosków, że-
Nie dokończył. Drzwi – bezsensownie niskie i jeszcze bardziej bezsensownie szerokie – rozsunęły się, sycząc złowrogo. Rufus musiał się mocno schylić, aby nie zahaczyć głową o futrynę, co wywołało współczujący uśmiech na twarzy Einerta. Fakt, że sam miał już nabitego solidnego guza nie był bez znaczenia. Annicew w drzwiach się mieścił, co z kolei niczego nie wnosiło do zaistniałej sytuacji, podobnie jak żadnej zmiany nie wprowadzał pozorny nieład w pokoju, tajemnicza mozaika kolorowych karteczek przyklejonych do ściany czy plątanina równań, w których więcej było liter niż cyfr. Na najbardziej zapracowany wyglądał ekran końcówki systemu. Litery najróżniejszych alfabetów, cyfry i operatory pojawiały się na nim i znikały, przeobrażały, zmieniały kolory i, zwalniając z rzadka, a i wtedy na krótko, sprawiały, że wzrok sam ku nim opadał. Oto bowiem komputer symulował, analizował i podawał rzekomo twarde wyniki, fundamenty ostatecznej odpowiedzi. Wszystko inne wyglądało jak najzwyklejszy bałagan po przejściu huraganu i tylko podsycało ogień pod paranoiczną wizją Rufusa.
– Profesorze.
Annicew mruknął na znak, że usłyszał i prawdopodobnie dotrze do niego reszta wypowiedzi, choć stojący z boku Einert wcale nie był tego taki pewien.
– Czy coś już wiemy?
To było bardzo ogólne pytanie. Bardzo bezpieczne, przez co dające nadzieję, że cokolwiek Rufus usłyszy w odpowiedzi, zaspokoi to choć na jakiś czas jego poczucie tracenia cennego czasu.
– Jak dla mnie, to równie dobrze mogą być życzenia świąteczne dla Adhańczyków. jak i sygnał sterujący pociskami podprzestrzennymi relacji Wielki Obłok Magellana M32 via Galaktyka.
– To nie jest czas na żarty.
– A ja nie śmiem żartować – i zabrzmiałoby to lepiej, gdyby Annicew się nie roześmiał. Nie z wizji życzeń dla Adhańczyków, które postawiły w stan gotowości przynajmniej kilka osób w Galaktyce, ale dlatego, że Hommeleter wyglądał na nieco oburzonego, jakby naprawdę wierzył, że w dwa dni można wyciągnąć z kapelusza odpowiedź. – Tak, sygnał raczej jest sztuczny, bo cechuje go regularność, a natura w relatywnie niewielu przypadkach unika chaosu. Znaczy jest regularna w wielu, ale stopień skomplikowania sygnału versus regularność versus siła versus kilka innych parametrów, które radiostronomowie lubią wyróżniać z sobie znanych powodów, bo ja radiostronomem nie jestem, ale przez 7474 przewinęło się kilku całkiem niezłych i każdy w końcu czuł potrzebę wygadania się, a ja miałem pecha być obok. Zresztą nie tylko radioastronomowie na to cierpieli. Ponoć byłem astrofizykiem, ale po tych latach tam, to jestem profesorem od chuj-wie-czego, więc mogę udawać radiastronoma, tylko że ichnie techniczne terminy i tak pewnie nic panu nie powiedzą, więc po co w ogóle. Z konkretów, bo wszystkim chodzi o konkrety, to potwierdzono to, co już niejako było wiadome. Odległość od źródła sześć parseków mniej więcej, czyli już zza Krawędzi. Brak przesunięcia dopplerowskiego, które sugerowałoby, że źródło porusza się w naszą stronę. Że się oddala również. Ono tam jest. Jak długo? – Jewia wzruszył ramionami. – To już pytanie do tych, co monitorują okolicę, nie do mnie, kolegi czy kogokolwiek, kogo w to wmieszałem na jego wątpliwe szczęście.
– Ja pana pytam o konkrety.
Annicew zauważył, że Hommeleter cedzi słowa przez zęby, wręcz przeciska je tamtędy, a zgryz miał godny fotografowania. Łypał przy tym okiem, a może i oczami, ale to jedno wciąż jeszcze odbijające się niezasymilowaną czerwienią łypało jakby bardziej. Brakowało tylko, aby zaczęło się świecić i tu Annicewowi skojarzył się kawałek jednego filmu, ale nie przytoczył go. Wątpił, aby Hommeleter go znał, a tym bardziej pamiętał. Poza tym film nie miał niczego do rzeczy. Jewia podsadził się i usiadł na blacie stołu, poczym zmierzył Hommeletera od stop po czubek znajdującej się niewiele poniżej sufitu głowy. Gdyby tłumiona wściekłość miała wybuchnąć i stać się przemocą fizyczną, to istniało duże prawdopodobieństwo, że owa odległość zostałaby zredukowana do zera. Czy to dla głowy, czy dla iście – nieważne; bolałoby. Cień troski o innych wyniesiony ze studiów i pracy na uczelni optował za tym, aby wycofać się na z góry upatrzone pozycje, położyć uszy po sobie i dać się wulkanowi wygasić. Zawodowa ciekawość chciała zobaczyć Io w wersji ludzkiej.
– A ja konkrety podaję – stwierdził Jewia świadom, że zaraz zejdzie na belferską nutę i może to nie być najlepszym z jego pomysłów, ale też nie miał innego. – Mogę podać przybliżoną odległość, mogę dać dziewięćdziesiąt sześć i trzydzieści sześć setnych procenta pewności, że mówimy o sygnale sztucznym, ale żeby odpowiedzieć, co to za informacja, jeśli w ogóle jakaś, to musiałbym wiedzieć, kto jest po drugiej stronie – mówił, zadzierając głowę. – Nie jest to nic z tego, co uważamy za język wszechświata. Tłumaczę: informacje podstawowe i uniwersalne. Stałe fizyczne, struktury pierwiastków, stałe matematyczne. Pi, stałą Hubbla, e, i, hel, lit, pewne stałe z oddziaływań podstawowych, degrany et cetera. Ale co zamiast tego? Nie jestem językoznawcą, ale mamy tu jednego i to mogę przekazać pomiary, proszę bardzo, ot, ktoś to musi zatwierdzić. – Wzruszył ramionami na ostatniej kropce .
Nie sięgał nogami do podłogi, więc tylko skrzyżował je w kostkach, aby nie majtały mu się przy każdym ruchu i patrzył. Harczewski kiedyś powiedział, że potrafi zagadać ludzi na śmierć. Śmiał się także z tego, że uniwersytet zatrudniający Annicewa jest równie szczęśliwy z jego przywiązania do odległej placówki na nieznośnym księżycu, co Annicew z tego, że mu pozwalają tam siedzieć i zajmować się swoimi sprawami. Jedną i drugą rzecz ponoć coś łączyło, ale tego profesor nigdy nie zgłębił.
– To trzeba było powiedzieć, że istnieje taka potrzeba.
Na końcu wyrzuconego przez Hommeletera zdania nie było wykrzyknika, ale Einert i tak wzdrygnął się, a Annicew poczuł nieprzyjemny dreszcz przechodzący po plecach.
– W zasadzie teraz dopiero przyszło mi to do głowy – przyznał.

…dziesięć…
Śluzy otwierające się przed nią usłużnie. Szerokie, puste korytarze. Echo jej biegu bębniące wzdłuż ścian. Obsada rozgwiazdy była minimalna; nikogo nie musiała wymijać, nikogo przepraszać. Szansa przypadkowego spotkania kogokolwiek równała się niemal zeru, zwłaszcza w nieużywanych sektorach.
…dziewięć…
A mimo wszystko Rufus postanowił się na nią natknąć. Akurat, gdy nigdzie nie uciekała.
…osiem…
Mięśnie zaczynały swój protest, zwłaszcza w lukach przejściowych, gdzie od dawna zaniedbywano konserwację LSS. Biegła mimo to. Stacja dawała przestrzeń i warunki do ćwiczeń, których nie oferowała ani Caleano, ani – tym bardziej – szpital na archipelagach Mullitu, z którego wyciągnęła ją d’Accorsi. Ćwiczyła tam, owszem. Tyle tylko, by przyzwyczaić ciało do nieznacznie lżejszej od ziemskiej grawitacji. To był jeden z przywilejów pochodzenia z Ziemi: znakomita większość statków, stacji i boi miała w standardzie stare, dobre 9,8G. Włączając w to rozgwiazdę, Caleano i wszystkie te statki, po których rozbijali się całą rodziną, zanim Nina zaciągnęła się do marynarki.
…siedem…
Pot płynął jej po plecach i wsiąkał w termiczne osłony.
– …tak naprawdę więcej. Sama nie wiem, co powinnam… Och!
Rozległo się szuranie gwałtownie odstawianych krzeseł, gdy dwójka młodych żołnierzy zrywała się do salutu. Nina zamrugała w ostrym świetle rozgrzanej kantyny, do której w ogóle nie zmierzała. Musiała gdzieś źle skręcić.
– Spocznij – rzuciła machinalnie do speszonych szeregowych, zapewne stacjonujących na rozgwieździe za narażenie się jednemu czy drugiemu sierżantowi. Zagryzła wargę i spojrzała na trzecią obecną, której wypowiedź chyba przerwała swoim wtargnięciem. – Przepraszam, myślałam, że… Jeszcze nie znam dokładnie stacji.
Na blacie stały trzy kubki, tacki z odgrzanymi liofilami i otwarte próżniowe opakowanie jakichś słodyczy. Poczuła się jak intruz.
– Ależ nie szkodzi – powiedziała w końcu kobieta, bo obaj szeregowi zerkali niepewnie to po sobie, to na nią. – Ilinka Novković, tłumaczka.
– Porucznik Nina Wauneka.
Widziała ją już wcześniej, chociaż wszystko w wyglądzie Ilinki Novković starało się nie rzucać w oczy. Miała miłą, owalną twarz jak model standard z pierwszego lepszego genetycznego katalogu, a włosy zaczesywała do tyłu w niemal antycznym stylu: żadnych upięć, żadnych asymetrii, żadnej, jak pomyślała Nina, praktyczności.
Próbowała przypomnieć sobie nazwiska szeregowych – pamiętała, powinna pamiętać, w końcu dokładnie sprawdziła, ilu i jakich ludzi ma do dyspozycji w razie jakiegokolwiek zagrożenia – ale i to wspomnienie zżarła biała plama. To się zdarzało. Twarze, nazwiska, drobne zdarzenia. Coraz rzadziej, bo lekarze na mullituskich archipelagach byli profesjonalistami, ale jednak wciąż odnajdywała we własnym umyśle zamknięte pokoje.
Nigdy nic ważnego. Tylko szczegóły.
Powinnam biegać. Zostało mi tylko sześć rund.
Całe szczęście, że masz wszczepy z Karyńskiej, mówili jej nad brzegami lazurowego morza. To wspomaganie, na jakie mało kto może liczyć. Wszystko wróci do normy. Prędzej czy później wszystko będzie tak, jak dawniej.
Czujniki zapiszczały krótko, sygnalizatory nad śluzą rozświetliły się ostrzegawczą czerwienią.
– To już piąty dzisiaj – zauważyła Ilinka. – O co chodzi?
Nina wzruszyła ramionami.
– Nie wiem. Może jakaś radiacja. Do tej pory nie przeskoczyliśmy pierwszego stopnia.
– Stopnia?
– Tu obowiązują cztery. Pierwszy oznacza, że jakieś odczyty odchodzą od normy. Drugi to gotowość bojowa. Trzeci to bezpośrednia, natychmiastowa mobilizacja. – Mina katalogowej Ilinki wciąż emanowała niepewnością. – Czwarty to ewakuacja. Profesor powiedział, że anomalie nie powinny tu nikogo zaskakiwać. Więc nie ma powodów do zmartwień.
Pot wysychał jej na plecach.
– Porucznik ma rację – wtrącił się jeden z żołnierzy. Goldstein, przypomniała sobie. A drugi to Winston. Jak stare pistolety. – Poprzednia warta przykręciła alarmy, tak często się aktywizują. Może… Może ciasteczko, poruczniku?
Obaj grzebali widelcami w szybko schnących posiłkach. Rozpaprana breja zastygała na plastikowych krawędziach foremki i w kącikach ust obu szeregowych. Zapach… Smród odgrzewanego, syntetycznego białka wkręcał się w zatoki Niny, przysłaniając woń mocnej herbaty i delikatnych perfum Ilinki.
– Powinnam biegać.
Pisk czujników zagłuszył możliwą odpowiedź, fale czerwieni zalały stropioną twarz Novković. Nina chciała podnieść głos, przekrzyczeć rozochocone alarmy; w tym samym momencie jarzeniówka pod sufitem zamigotała, prysnęła pękiem agonalnych iskier i zgasła.
Powinnam była biegać, a nie stać i gapić się w kosmos.
– Goldstein, Winston, na stanowiska.
– Tak jest!
– Jest pani pewna? – zaprotestowała nieśmiało Ilinka. W szkarłacie jej twarz już nie wyglądała tak modelowo. – To tylko światło. Jeszcze nie zjedli…
– Proszę iść do swojej kwatery. Teraz.
Nie odprowadzała tłumaczki, nie naprawiała światła: ruszyła przez ciemności do serca stacji, biegnąc wzdłuż obcych ścieżek wyznaczanych przez podłogowe diody. Jedna ze śluz zacięła się w pół ruchu; poszerzyła przejście kopniakiem i biegła dalej w rytm pulsującego czerwonego światła.
Zza pisku nie słyszała własnego oddechu. Nie słyszała syku odsuwających się drzwi laboratorium ani słów, które wyrzucał z siebie Rufus w stronę spiętego profesora. Tutaj również zawiodły górne światła, a zapasowe rzucały zaledwie mdły poblask na twarze obu mężczyzn.
Drzwi zamknęły się za nią automatycznie i zostali sami, w trójkę.
– Co się dzieje?!
– Nie wiemy! – warknął Rufus. – Niczego, najwidoczniej, nie wiemy!
– Tłumaczyłem – odezwał się Annicew zirytowanym, lekko protekcjonalnym tonem znad błyskającej światłami konsoli jednego z komputerów. – Nie jestem magikiem, panie przewodniczący, żeby wyciągać wyniki z niczego, ani oszustem, żeby bazować na własnych przypuszczeniach! Dane nie są wystarczające!
– Coś nam smaży stację teraz! W tej chwili! Miałeś znaleźć rozwiązanie!
– Zacząłem pracę dwa tygodnie temu. A nawet w najlepszych warunkach, a te, że nadmienię, takie nie są...
– Nikt z nas nie wiedział... Nikt z nas nie miał czasu...
– To tylko pierwszy stopień zagrożenia – wtrąciła się Nina. – Stacji nic nie będzie.
– Właśnie, dziękuję, poruczniku. Cokolwiek się dzieje, nie dzieje się nam…
Annicew urwał, jakby ktoś go nagle uderzył. W sinym poblasku rezerwowych świateł Nina widziała, jak gwałtownie blednie mu twarz – jak kurczy się w sobie i osuwa po skórzanym oparciu wciąż jeszcze błyszczącego nowością fotela. Rufus milczał zaskoczony. Nina czuła dreszcz przebiegający jej po plecach.
– Nie… Kurwa… Nie…
Wstał jak lunatyk, ruszył na wskroś laboratorium sztywnym, mechanicznym krokiem. Jedyny ruchomy punkt w całym pomieszczeniu – Nina miała wrażenie, że nogi zrosły jej się z podłogą. Że stacja nagle traci grawitację.
Właściwie nie słyszała alarmu swojego komunikatora. Nie widziała jaskrawych powiadomień wyskakujących na ekranie za Rufusem. Jedyne, co do niej docierało, to płynny potok słowiańskich przekleństw.
– Miałem rację. To był sygnał namierzający. To teraz wyglądało inaczej… To była aktywacja.
Komunikatory wyły.
– Całość, wszystkie te sygnały… Nigdy nie mieliśmy czasu, nigdy tak naprawdę… To wszystko to był atak wymierzony w jeden punkt.
Może tego też nie będzie pamiętać. Może to będzie nieważne.
– W Ziemię.
ciąg dalszy nastąpi
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba

Post autor: Joa » 25 czerwca 2014, 13:30

Ciężko mi się zabrać za komentarz dla Was w tym wątku, bo jest ciężko... Ciężko, bo wiem, że powinien być choć w połowie tak genialny jak komentarze od Was, a niewiele mi po lekturze przychodzi na myśl.
Bo ja nie komentuję sf, bo ja nie mam nic do powiedzenia. Nie powiem Wam, czy to, o czym piszecie trzyma się kupy, mogę Wam napisać tylko o moich odczuciach, prawda, czyli niedużo pomóc, bo to nie jest mój gatunek. O ile czytać mogę, to komentować nie. Także przepraszam, będę chyba przepraszać przy każdej wstawce, że wszystko w tych komentarzach jest tak subiektywne.
Trzymacie poziom, to pewne. Ja Wam ufam, że Wy nie napiszecie byle co. Jestem tego pewna. Może nie trafić w mój gust, jasne, ale nie mogę Wam nie dać piąteczki za trzymanie wciąż tak samo wysokiego poziomu.
Do momentu, gdy zaczęło się coś dziać pod koniec, ja z trudem czytałam dialogi, przyznaję. Bo mam ból. Ten rodzaj bólu, gdy człowiek rozumie 50% z tego, o czym jest mowa i ma ból ego, że tego nie wie. I że być może jest za późno, bo co tak samemu to ogarniać. Taki ból, bo trzeba się przyznać w komentarzu, co prawda można byłoby zataić, napisać, tak, oczywiście, ogarniam wszystko dziewczęta. Ten naukowy bełkot wcale nie jest mi obcy. No ale nie mogę Wam tak napisać. Więc z tego naukowego dialogu, który się tam pojawia, rozumiem część i mam ból. Więc biegnę dalej z czytaniem, nie omijam tego bełkotu, po prostu zapominam, o czym rozmawiali. I tak dochodzę do końca, pamiętam niewiele i jest akcja, i w końcu coś się dzieje.
Ale mam ból wciąż.
Nie odróżniam Jewii od Rufusa, zapomniałam który jest który. Ja wiem, ja wrócę do początku, ogarnę. Kiedyś przeczytam od początku, jak już się fabuła rozwinie. Grunt, że Ninę kojarzę :facepalm: I odróżniam od reszty.
Ale czytam, bo mam ból ego, bo lubię Was czytać, mimo że jest mi ciężko.
Ciekawa jestem, co będzie dalej, jak to rozwiniecie, co z to Ziemio, co z nimi. Co ten statek, co on.
I naprawdę nie przejmujcie się tym, że ja nie ogarniam, że ja mam trochę problem. TO mój problem, nie Wasz. Gdyby to nie było forum, gdzie trzeba się dzielić opinią, pisać komentarz, nie byłoby problemu. Więc wiecie... Nie przejmujcie się kimś, kto bierze się za coś, czego do końca nie rozumie. :D
Weny, dziewczyny!
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba

Post autor: Kruffachi » 25 czerwca 2014, 13:39

Oho, tym, że nie odróżniasz chłopaków dałaś mi teraz sporo do myślenia... Bo zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest trochę tak, że ilość informacji, którą my posiadamy o swoich postaciach na wzajem nie zaciemnia obrazu tego, co jest w tekście. Przy czym nie chodzi mi o kolejne wielkie akapity ekspozycji, a o takie podstawowe informacje pozwalające na identyfikację bohatera - znaki szczególne powiedzmy. Nina ma go z urzędu, bo jest kobietą. A Jewia i Rufus... Trzeba by się przyjrzeć, co się pojawiło w tekście.

Dzięki :D Wiesz, komentarze od osób spoza kręgu wielbicieli gatunku są bardzo cenne, bo nie patrzysz przez pewne filtry, tylko wprost na to, co serwujemy :D

I tak, teraz powinno być dynamiczniej...
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba

Post autor: Siemomysła » 30 czerwca 2014, 17:39

Dzień dobry.
Po przerwie technicznej usiłuję powrócić do komentarzy :bag: Czuję, że nędza to będzie.

Na początek:
kolonistom z Utgardu, Nintu oraz podwójnego układu Lelum-Polelum
No i przekichałyście - teraz widzę wszystko w kresce pana Christy...
XDDDDD

Króciutki spoiler techniczny:
SpoilerShow
Skarżyliśmy Adhańczyka o zagadania kontrahenta na śmierć. Wie pani, u nich to całkiem możliwe – zaśmiał się znowu. – Całe szczęście, że profesor mimo wszystko porusza się na niższych rejestrach. Skoda tylko, że nadal nie wiemy, co właściwie nas tu ściągnęło, prawda?
– Jak dla mnie, to równie dobrze mogą być życzenia świąteczne dla Adhańczyków.(a ta kropka tu po co?) jak i sygnał sterujący pociskami podprzestrzennymi relacji Wielki Obłok Magellana M32 via Galaktyka.
Ponoć byłem astrofizykiem, ale po tych latach tam, to jestem profesorem od chuj-wie-czego, więc mogę udawać radiastronoma,
tylko że ichnie techniczne terminy i tak pewnie nic panu nie powiedzą, więc po co w ogóle.

Natomiast co by Wam tu rzec ogólniej? Hym. Zupełnie się nie spodziewałam tego, co się pojawiło na końcu. Naprawdę. Jakoś tak wszystko do tej pory było drobiazgowo rozciągnięte i nagłe przyspieszenie tempa mnie chyba wykopyrtnęło. Bo to jest przyspieszenie, to jest zwrot i tak dalej. Bo przecież oni są strasznie daleko, nie? Na krańcu znanego świata, nie? Znaczy, nie że to coś złego fabularnie, czy nie pasującego, że nagle mowa o kolebce ludzkości, zagrożonej, nie, nie. Bynajmniej. Po prostu zaskok. W ogóle - to, że wróg wie w co uderzyć. Bo uderzenie w Ziemię, to wygląda na staranny wybór. Oto wróg, który dobrze odrobił lekcje, nie?
A z tym zaskokiem to mam jeszcze takie mam skojarzenie, bardzo pasujące jak myślę, jakbym leciała sobie takim statkiem kosmicznym w czarnej pustce kosmosu, i coś weń trafiło i osłony przejęły impet, ale uderzenie jest uderzenie i teraz wszyscy się muszą zbierać z podłogi. A ja najbardziej.

Trochę się nie dziwię, że Joi pomylili się chłopcy - ten ostatni kawałek, ostatnia wrzutka nieco ich wymieszała. Znaczy ja wiem, który jest który, ale ja ich znam jakoś tak jakby skądinąd ;) W ich rozmowie - jakoś tak byli mało wyraziści chyba.

Właściwie to chyba nie wiem, co jeszcze mogłabym powiedzieć. Może potrzebuję większej porcji, by się ogarnąć. Jakbym nieco wyszła z wprawy, niby tylko dwa tygodnie, a ja już nie wiem, jak zdanie sklecić :bag:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba

Post autor: Kruffachi » 30 czerwca 2014, 20:49

Kujam bardzo <3
No i przekichałyście - teraz widzę wszystko w kresce pana Christy...
XDDDDD
Obawiam się, że to był mój pomysł :bag: No ale tam będzie wspomniana kiedyś przy kawie planeta
SpoilerShow
Weles XDDDD
Więc cóż XD

Bardzo mnie cieszy ten odbiór końcówki. Właśnie o to chodziło. Dokładnie o to. Oho, czyli koniecznie trzeba postarać się o jakąś scenę mocno kontrastującą chłopaków. Na pewno nie w następnej wstawce, nie wiem czy w kolejnej, bo ważne też, żeby miała sens dla opowieści, prawda? Ale zapamiętane, odnotowane, refleksje przekazane dziewczynom.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Prowadź nas za krawędź nieba

Post autor: Kruffachi » 11 lipca 2014, 20:58

Tradycyjne bardzo dziękujemy za wskazówki, tradycyjnie bierzemy je sobie do serca i lecim dalej ;)

– To nie jest czas na tego typu dywagacje! – uciął Rufus, nim Johannes, jego sekretarz, zdążył rozpędzić się w ponurym monologu. – Połączenie z Kandią! Za pięć minut, rozumiemy się?
– Tak, panie komisarzu – odparł machinalnie blondyn.
– Ilinka!
– Jestem gotowa.
– Charles!
– Jest oficjalne potwierdzenie.
– Boże… I?
– I nic, panie komisarzu. Z Ziemi nie zostało zupełnie nic, poza kawałkami skał.
– Kurwa. Jak połączenie z Kandią?
– Czekamy na autoryzację kodów.
Rufus przetarł dłonią wilgotną skroń, wziął kilka głębokich, drżących oddechów i odegnał myślową pustkę, wspinającą się podstępnie po kręgosłupie.
Implant niemalże szalał, wyłapując i katalogując kolejne oznaki strachu, nozdrza bez trudu rozpoznawały charakterystyczny odór ostrego, stresowego potu, włoski na ramionach i karku stawały dęba. Wszystko chwiało się nad przepaścią – jedno słowo, jeden nieopatrzny gest któregokolwiek z członków załogi mógł uruchomić domino paniki. Hommeleter wiedział o tym doskonale i niemal całą swoją uwagę poświęcił niedopuszczeniu do tej sytuacji. Część ludzi biegała, wypełniając polecenia, które obiektywnie nie miały najmniejszego sensu, ale to się w tamtym momencie nie liczyło – ważne, że mieli zajęcie, że czuli się potrzebni i że nie zaczynali rozmyślać nad rozmiarem tragedii, jaka właśnie rozegrała się na ich oczach. Istotne, że cała rozgwiazda znalazła się w ruchu i z tego uczynił swoje narzędzie. Nina miała zabezpieczyć drugą flankę.
Jedynie Annicewowi, zdaje się, nie pomogło nawet solidne trzepnięcie w ucho. Zareagował jakimś nieartykułowanym pytaniem, odburknął, że musi się skupić, a potem wrócił do dziwnego otępienia, w jakie popadł, gdy tylko dotarło do niego, że się nie myli.
Rufus uznał, że nie będzie tracił na profesora czasu. Potem po prostu zażąda raportu i wyjaśnień. Na razie priorytet miało przekonanie wszystkich, że sytuacja jest trudna, ale pod kontrolą, a plączący się pod nogami i paplający bez sensu profesor mógłby zniweczyć wysiłki.
– Komisarzu? Kody potwierdzone, otwieram połączenie.
Szybkim gestem przetarł twarz raz jeszcze, tym razem dyskretnie podaną przez Ilinkę chustką. Wiedząc, że może drżeć, zaplótł dłonie za plecami.
– Inge.
Głos, który popłynął z głośnika, omal nie ściął go z nóg, a zasłyszane imię napięło wszystkie mięśnie grzbietu. Rufus ciężko przełknął ślinę, czując jednocześnie, jak coś wewnątrz niego zapada się w czarną otchłań.
– Ojcze.

– Proszę do mnie mówić, profesorze.
Spojrzenie Annicewa mijało twarz Niny, zawracało jak bumerang do ekranów, odczytów i konsoli.
– Nie mam informacji, a skoro nie mam, to nie przeprowadzę odpowiednich badań, a bez badań nie będę mógł powiedzieć niczego nowego. A tak długo, jak Hommeleter lub ty zadajecie mi zbędne pytania, to ja na nie odpowiadam, więc nie zbieram informacji, więc nie przeprowadzam badań, więc mówię w kółko to samo jak jakaś pierdolona zacięta maszynka.
– To zrozumiałam. Czy coś bezpośrednio zagraża stacji? Rozgwieździe? Nam?
Odpowiedź profesora, zapewne jedno z rutynowych wytłumaczeń, które serwował wcześniej Rufusowi, zawróciła w miejscu. Zamiast tego z uwagą spojrzał na porucznik: wyprostowaną na baczność, z rękoma złożonymi za plecami, z twarzą stężałą w starannie bezosobowym wyrazie.
– Nie – stwierdził w końcu z dziwną dla siebie precyzją. – Nie wiem nawet, czy nas tutaj widzą. Ale tego jestem pewien: nie byliśmy w centrum wydarzeń. Jesteśmy tak daleko od centrum, jak to tylko możliwe.
– Czyli będzie więcej ataków? Kolejne planety?
– Nie to powiedziałem, ale... Zaraz. Pani nie jest z Ziemi?

Ruud Sephan van Hommeleter, niepodzielny władca opanowanych przez ludzi układów, nie był sam. Obok niego stała przewodnicząca d’Accorsi, adhański nadinspektor ‘Oonh i księżna Passaia Sinah – ambasador planetarnego związku G26. Kamera łapała także kilku innych wysoko postawionych dygnitarzy, ale jej czułość nie pozwalała na ich jednoznaczną identyfikację.
– Przewodnicząca, księżno, nadinspektorze…
Trwający dobre parę sekund szum kurtuazyjnych powitań pozwolił zebrać myśli po niespodziewanym ciosie i przyjrzeć się hologramowym obliczom. Obraz nie był stabilny – jakby nie wystarczyło odległości, technicy wciąż jeszcze walczyli z zasilaniem i aparatura ciągnęła energię z zapasowego generatora. Nawet jednak rozedrgany obłok pozwalał dostrzec różnicę między d’Accorsi i starszym Hommeleterem a pozostałymi zebranymi. Między ludźmi – Ziemianką i zwierzchnikiem Ziemi – a tymi, dla których utrata planety stanowiła w tym momencie głównie bezprecedensowy, niewyobrażalny problem polityczny.
Rufus zacisnął szczękę, próbując wytrzymać wzrok ojca.
Przecież była nadzieja, prawda? Meindert mógł akurat przebywać gdzieś na dyplomatycznej misji. Albo bawić się na egzotycznym urlopie. Mógł być w tylu miejscach we wszechświecie – wszędzie, tylko nie w swoim domu albo przestylizowanym, paskudnym biurze.

– To w tej chwili nie ma większego znaczenia.
Na bocznym ekranie pędziły informacje, kolejne komunikaty, cyfry i komendy następujących procedur. Semmler, myślała Nina. Tenebre, de Croi. Singh. Wszyscy stacjonowali na Ziemi. Grupa najbardziej wpływowych generałów II Armii Sol, wszyscy przecież gościli się w Reach Institute w Connecticut.
Zaledwie dziewięćdziesiąt kilometrów od New Haven i Uniwersytetu w Yale.
Zamrugała i uświadomiła sobie, że siedzi. Zimne skurcze szarpały jej żołądkiem, w głowie sunął jednostajny szum.
– To w sumie ciekawe, czym walnęli w nią, bo walnęli. Planety tak z zasady nie wybuchają same. To nie gwiazdy, a te jak już wybuchają, to robią to z takim przytupem, że stąd byśmy zobaczyli wybuchające Słońce. A tak, to jedna planetka mniej…

– Inge, co to do jasnej cholery było! – Głos ojca, jak zwykle, gdy próbował tłumić wściekłość, stawał się głośniejszy z każdym wypluwanym słowem, by na końcu dosłownie wydusić przeciwnikowi powietrze z płuc. Tym razem jednak tkwiło w nim coś więcej. Ledwie słyszalne drżenie.
To jakby zamykało kwestię nadziei.
– Sygnał aktywujący broń nieznanego typu – odparł Rufus rzeczowym tonem, a każde jego słowo odbijało się echem melodyjnych adhańskich zaśpiewów wychodzących z ust Ilinki Novković. – To, co śledziliśmy wcześniej, stanowiło namierzanie celu.
– Dlaczego nie zostaliśmy ostrzeżeni! Po to was wysłaliśmy i po to pakujemy w tę misję absurdalne środki, żeby uniknąć podobnych tragedii! To jest niewyobrażalne, Inge! I powstrzymam się przed nazwaniem tego po imieniu tylko ze względu na obecność kobiet!
– Ojcze, zwyczajnie nie mieliśmy czasu! Wiemy o tym od paru godzin! – Nie chciał tego robić, naprawdę nie chciał podnosić głosu, nie na swojego rodzica, nie w obecności wszystkich tych dygnitarzy. Ale pozwolenie na zepchnięcie się do obrony mogło doprowadzić do czegoś znacznie gorszego niż pogrzebanie żywcem całej załogi. – To nie my się spóźniliśmy!
Bezpośredni atak w Kandię musiał wywołać poruszenie i przez dobrą chwilę Rufus dosłownie czuł, jak grunt ucieka mu spod nóg. Odetchnął nieco, spojrzawszy na twarz Terentii d’Accorsi.
– Zapewniono mnie, że profesor Annicew to specjalista najwyższej klasy – szarżował dalej Ruud, nawet nie zamierzając dopuszczać pozostałych do głosu.
Jest specjalistą najwyższej klasy.
– Więc dlaczego zawiódł! Mam uznać wersję o braku kompetencji czy sabotażu?!
– Nie zawiódł, zrobił, co było w jego mocy. – Komisarz z niejakim zdziwieniem stwierdził, że naprawdę wierzy w to, co mówi. Jego własne, niedawne myśli, włożone po prostu w inne usta, wydały się nagle czystym absurdem. – Nie. Mieliśmy. Czasu. Jesteśmy tu, przypominam, dwa tygodnie, a wcześniej nie dano nam możliwości dogłębnego zapoznania się ze sprawą.
– Więc jak, twoim zdaniem, mam to wytłumaczyć swoim ludziom?!
– Może czas przyznać się do błędu, ojcze.
Cisza, jaka zapadła, dosłownie zmroziła powietrze. Nawet Ilinka urwała tłumaczenie wpół słowa i zerknęła niepewnie na przewodniczącego, jakby chciała uzyskać pozwolenie na dokończenie zdania.
Nie zauważył jej jednak. Przez chwilę zostali tylko we dwóch – ojciec, który stracił syna, i syn, który stracił brata. W ogniu niewypowiedzianych żalów i oskarżeń wypalały się resztki współczucia.
– Profesor Annicew i porucznik Wauneka to moi ludzie – warknął wreszcie Rufus. – I ja nie mam ŻADNYCH zastrzeżeń do ich pracy. Mam natomiast zastrzeżenia dotyczące przygotowania misji. I podejrzenie, że Ziemia nie jest ostatnim celem, jaki zostanie namierzony. Czy to zamyka kwestię zrzucania odpowiedzialności?
– Komisarzu, ta pretensja w pana głosie jest niepotrzebna – wtrąciła się wreszcie przewodnicząca d’Accorsi.
– Zostałem do niej zmuszony.
– Nie przeze mnie, więc proszę uznać, że teraz rozmawia pan ze mną i trzema władcami Ligii. – Ruud próbował oczywiście zaprotestować, ale coś, czego rozmyty obraz nie pozwalał dostrzec, powstrzymało go przed wpadnięciem w słowo przewodniczącej. – Jaki jest najkrótszy realny termin przygotowania raportu?
Rufus zacisnął zęby. Prawda była taka, że nie miał pojęcia. Nie wiedział czy i kiedy Jewia ocknie się z letargu, jak pójdzie mu potem praca, co z zasilaniem i sprzętem, co z kondycją psychiczną zwłaszcza tych członków załogi, którzy pochodzili z Ziemi i w ułamku sekundy stracili wszystko.
– Tydzień – zaryzykował. – Tydzień i udostępnimy pełen raport wraz z prognozą.
– Doskonale.
– Ale to oznacza, że będę musiał narzucić swoim ludziom mordercze tempo. A to oznacza, że sporo od nich wymagam. Nie mogę wymagać, jeśli nie będą mieli warunków do pracy.
– Komisarzu? – delikatny, bardzo cichy głos Passai miał też dziwną właściwość wbijania się szpilami pod łopatki. – Mógłby pan wyrazić się jaśniej?
Rufus skinął głową.
– Jeśli wokół naszej misji powstanie jakikolwiek negatywny szum, jeśli usłyszę cokolwiek o kontroli albo obcięciu dotacji, automatycznie nie gwarantuję, że na Kandię dotrze cokolwiek.

– …acz to parę rzeczy skomplikuje. Mieli mi przysłać do GHbgS-155//7474-4 wyniki analizy pomiarów z V1623, bardzo ciekawa zmienna swoją drogą, a tak, to, o ile nie lata, to już gdzieś po próżni kosmicznej, to żegnaj fruziu…
Yale University, z ich przodującą ksenobiologią, przeszklonymi gablotami muzeum, zapełnionymi salami wykładowymi i melodyjnym głosem profesor Claire Wauneki odbijającym się od wysokich ścian.
Nina przełknęła ślinę. Czuła żółć i gorycz jak sekundy przed wymiotami.
– Nie ma szans, żeby to była podpucha.
– …które naprawdę mogłem wykorzystać… Co? O, nie, najmniejszych szans, ale do ludzi to jeszcze będzie docierać.
– To nie było pytanie, profesorze.
Annicew jakby jej nie słyszał. Może faktycznie tak było: Nina nie potrafiła ocenić, jak głośno mówi. Czy w ogóle jej słowa przebijają się przez wiadomości komunikatorów i powódź alarmów.
– Może i nie było, ale jest faktem. Kola uwielbiał z nas robić króliki doświadczalne. Wiesz jak to jest mieć trzy ćwiczebne alarmy dekompresyjne w ciągu doby? Uważał, że to, jak wykształceni ludzie miotają się jak kot z pęcherzem, jest dowodem, że pierwotne instynkty nie wymarły. A te to wiać lub nie wierzyć. Co, swoją drogą, tu i teraz oznacza, że niebawem będziemy mieć na stacji płacz i zgrzytanie zębów oraz takich, co spróbują wydrapywać rzęsami śluzy, bo a nuż zobaczyliby coś wtedy lepiej.

– To szantaż? – zaświergotał nadinspektor ‘Oonh.
– Układ. Obie strony mają coś do zaoferowania.
– To cyniczne podejście – zauważył Adhańczyk ustami Ilinki. Nie musiała tłumaczyć w tę stronę, ale Hommeleter uświadomił sobie, że nigdy jej o tym nie powiedział. – Biorąc pod uwagę, że w grę wchodzą miliardy istnień.
Rufus poczuł, że po plecach spływa mu potężna struga potu i mundur zaczyna przyklejać się do skóry.
– Zrzucanie odpowiedzialności na ledwie powołaną i niedofinansowaną komisję również nie należy do najczystszych zagrań – stwierdził.
– W takim razie tydzień – podsumowała d’Accorsi. – Za tydzień wrócimy do tej rozmowy.
– Tak jest.
Połączenie zaczęło się rozpraszać i po chwili po holograficznym obrazie nie zostało nic. Rufus stał jeszcze chwilę, wyprostowany, wpatrzony przed siebie, jakby ktoś po tamtej stronie mógł go jeszcze widzieć, a potem opadł ciężko na fotel ze świadomością, że nie wstanie przez dobre kilka minut, bo kolana nagle zamieniły się w kłęby waty.
– Inge…? – spytał ktoś cicho za jego plecami.
– Nawet nie pytaj – mruknął, a jego dłoń już sięgała do kieszeni i po ukryte w niej pastylki. To nie był czas na emocjonalne wyczerpanie i sen. Nie będzie go przez najbliższe siedem dni. – Poinformujcie Annicewa, że ma zbierać dupę.

- Czyli… - Nina musiała przerwać, wziąć głębszy wdech, żeby jakoś utrzymać ton. Jewia jej w tym pomagał; rzeczowe, zdystansowane podejście profesora ją samą przywoływało do porządku. Przypominało, że są sprawy ważne i ważniejsze. – Jedyne zagrożenie dla stacji w tej chwili to… panika. Wewnętrzne napięcia.
Nieuzbrojeni cywile i uzbrojeni gówniarze. Nic, czego nie byłaby w stanie ogarnąć. Zmusiła się, żeby twarz matki przed oczami zmieniła się w rysy szeregowego Goldsteina.
- Tak, tego się nie da uniknąć. Kiedy tylko do ludzi dotrze, jak umierali tam, na Ziemi… Wyobraź sobie, że nawet może zarejestrowali, że coś na nich leci. W końcu są ASSED i KEJT od śledzenia kosmicznego żużlu w Układzie Słonecznym i dbania, aby w nic on nie uderzył, więc to coś… pocisk? Może też namierzyły. Ale na podprzestrzennej, to może zdążylibyśmy o tym usłyszeć. Nadaliby coś w naszą stronę. Może bluzgi?. Sygnał podprzestrzenny jest szybki i by dotarł, ale żadnej wiadomości nie było, więc…? Może i namierzyły, może nawet kogoś zaalarmowano, a może nie…

Dłoń zawisła nad ikoną połączenia, ale potem nagle zacisnęła się w pięść i wycofała – nie było na niej już ani kropli potu, nie drżała, zbawienny stymulant rozchodził się w jej nabrzmiałych żyłach, zabierając resztki obaw i wahania. Rufus wstał, raz jeszcze sprawdził, czy drzwi są zamknięte, a wszelkie programy archiwizujące nieaktywne. Za drugim podejściem przemógł chęć wyjrzenia na korytarz i upewnienia się, że nikt nie stoi na progu i otworzył kontakt.
– Mamo?
– Inge… – Nigdy nie prowadził prywatnych rozmów na kanałach umożliwiających hologramowanie, a nawet gdyby, niski poziom energii w sektorach nadal na to nie pozwalał. Wystarczył jednak sam głos Geertje van Hommeleter, by wiedział wszystko. – Nie powinieneś… Wybacz, ja teraz… Nie wiem, czy… – Głos kobiety załamał się ponownie. Rufus wiedział, że gdyby dał jej chwilę, zdołałaby się pozbierać i dokończyć, ale przecież nie po to otwierał połączenie.
– Nikt się nie dowie.
– Wiem, kochanie, ale…
– Układ działa w obie strony.
Zapadła cisza. Komisarz opuścił głowę, splótł dłonie, kuląc ramiona i zacisnął zęby – w sumie fakt, że nie wywołał hologramu, działał bardziej na jego korzyść.
Czekał. Wiedział, że zdołał przekonać matkę.
I tak – po chwili – dobiegł go cichy szloch z drugiego końca galaktyki.

– To jak w tych wszystkich filmach katastroficznych, tylko gorzej, dużo gorzej, bo tam nie było żadnego bohatera, który by ich uratował, żadnego szczęśliwego zbiegu okoliczności, a nawet jeśli – zwyczajnie by im nie wystarczyło czasu. Widzieli pewnie łunę na niebie, pewnie ogień, temperatura skacze, to są globalne zmiany, proste zasady. Wybuch pewnie już nikogo nie zastał, wykończyły ich wulkany, pierścień ognia zapłonął, pewnie od razu pieprznęły wszystkie elektrownie. Jeśli kogoś nie rozerwały zmiany ciśnienia, to załatwiło go odparowanie wody. Wysuszyło wszystko, oceany, lasy, ludzi pewnie też.
Szkliste spojrzenie Niny zatrzymało się na szczurzej twarzy Jewii.
– I dopiero potem był wybuch sam w sobie.
Nie chciała tego robić, nie zamierzała tego robić, miała przecież ludzi do rozdzielenia, spokój do zaprowadzenia – byle nie płakać – gwałtowny skurcz zgiął ją w pół. Zdążyła jeszcze zaprzeć się drżącymi rękoma o twarde wsporniki krzesła, zanim zwymiotowała prosto na błyszczącą posadzkę laboratorium.[/align][/interlina]
c. d. n.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ