UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Zachęcamy do głosowania na TEKST WRZEŚNIA oraz w INSTANCIE

C9H13NO3*

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

C9H13NO3*

Post autor: pierdoła saska » 13 lutego 2014, 16:54

* albo "W ciemność", ale pozostańmy roboczo przy C9H13NO3 bo w ciemność + science–fiction = skojarzenia z najnowszym Star Trekiem i choć generalnie lubię reboot, to skojarzenie nie jest czymś, na czym mi zależy.


Słowem przegadanego wstępu.
Toto ideowo narodziło się jako koopka moja i Ewki. Potem zaś zdechło, ot pisanie wspólne nam nie wyszło i tyle. Zdechnięte trwało w niebycie pół roku a w sumie więcej. Gdzieś pomiędzy pomysł zaskrobał mi w mozg, że w sumie idea fajna była, to co w nią włożyłam, to bym w sumie wykorzystała, ale tak ładnie z resztą gra, żem w końcu napisała do Ewy, czy nie ma nic przeciwko temu, że sobie te nasze rozkminy rozkminię raz jeszcze i coś z tego napisze. Nie miała. Zatem coś napisałam i piszę dalej (randomowy plan zakłada skończenie do wiosny, ale to też wymaga pisania na ten tekst co najmniej 5000 słów tygodniowo, a z tym to u mnie różnie, bo lecę na dwa projekty nowe, stare dwa patrzą na mnie z wyrzutem i są jeszcze randomy... a i jest jeszcze coś takiego co się nazywa praca O.o Dunnooooo...

Z góry też zaznaczam, że piszę to ot tak, a nie pod forumowe standardy więc wrzutki będą miały cirka stałą długość, ot by akapit dokończyć i jako takie fabularnie mogą rozkładać się dziwnie - linia napięcia w fabule jest obliczana na rozdziały, a nie wstawki :/ Ale przy rozdziałach długości rzędu 5000 słów trzymanie się w postach formalnego podziału z pliku byłoby kłopotliwe. :/ Gonna do my best... ale. x]
Zresztą pierwszy rzut jest prosty, bo to wstępniak. >)

Za cytat na początku wielkie dziękuję dla Mary, bo rzuciła tę piosenkę na pudło akurat wtedy, gdy rozpaczliwie szukałam czegoś, co by się nadało.
C9H13NO3
“Hello darkness, my old friend
I've come to talk with you again
Because a vision softly creeping
Left its seeds while I was sleeping
And the vision that was planted in my brain
Still remains
Within the sound of silence”

— “The sound of silence” Simon and Garfunkel


[ Pu ] Skomplikowane systemy mają to do siebie, że zwykle nadzorują je jeszcze bardziej skomplikowane układy i programy cross–checkujące się co i rusz, zaś za tymi stoi armia jeszcze dokładniejszych i bardziej wyspecjalizowanych systemów i programów zabezpieczających je w logice dwa z trzech oraz druga, równie imponująca, armia podzespołów odpowiedzialnych za usuwanie niektórych niepożądanych skutków działania tych z samego początku. Nad tym wszystkim pieczę sprawuje centralny komputer, ale i on nie ma władzy ostatecznej. Jest raczej czarną skrzynką sygnałów wejściowych i wyjściowych. Segreguje śmietnik cyfrowych danych i podług sztywnych praw algorytmu podejmuje zawsze najsłuszniejsze decyzje, by dać operatorowi trzydzieści minut na zrozumienie co się właściwie spieprzyło i podjęcie bardziej kreatywnego działania. System wyrosły z reaktorów rozszczepialnych przetrwał rewolucje technologiczne i myślowe, przetrwał oderwanie od powierzchni macierzystej planety i konfrontację z zimną pustką przestrzeni kosmicznej, i wciąż miał się dobrze w układach fuzyjnych, czy prototypach jadących na antymaterii. A przede wszystkim czynił on życie Meelisa Vahtera nudnym piekłem.
Zamrugał. Tablica przed nim wyglądała jak wesołe miasteczko nocą. Kolorowe kontrolki migały spazmatycznie w wielu niemiłych dla oka kolorach. Niektóre przeszły w stan statycznego świecenia pełnymi wyrzutu ślepiami diod ukrytych pod obudowami – te zdążył już przełączyć w tryb “tak, wiem, wiem, bardzo coś się pochrzaniło w tym miejscu, ok?” Ilość niemigających stanowiła miarę tego, jak dużą część problemu już sobie przyswoił i wciąż było ich za mało. Tylko w XX–wiecznych filmach science–fiction statki kosmiczne były schludnymi konstrukcjami gdzie przewody biegły sobie czystymi tunelami, a za wszystko inne odpowiadały lśniące, kolorowe kryształy i jakoś nikt nigdy nie skarżył się na olej cieknący z instalacji sterowanych hydraulicznie drzwi, na cieknący kran i inne takie proste, ale zupełnie niepowiązane z elektroniką awarie. Wszystko na kryształach, płytkach i kabelkach – czyste i piękne, ale niestety, z czego Meelis zdawał sobie sprawę bardziej niż by sobie tego akurat życzył, także nie do końca realne. Rozmigotane kontrolki zaworów na układzie wody chłodzącej reaktor, a także tej chłodzącej olej technicznych sekcji 0, olej ruchowy, olej technicznych pomieszczeń mieszkalnych, olej smarny, olej uszczelniający, wodę ze skraplaczy pary, wodę chłodzącą silniki i silniczki pomp hydraulicznych, próżniowych, oraz te z układu wody pitnej dobitnie mu o tym przypominały. Część spokojnie patrzyła na niego zielonymi punkcikami, ale te w okolicy reaktora miały czkawkę.
Westchnął. Komputer już zarządził ewakuację personelu z przyległych pomieszczeń i począł izolować kolejne pokłady stacji. Za pomocą świateł, komend i słów spychał załogę do śluzy i promu, a jednocześnie próbował wygasić złoże, RHRS pracował pełną parą, co było dość trafnym określeniem zdaniem Meelisa, zważywszy na ilość ciepła, którą trzeba było gdzieś odprowadzić. Megawaty uciekały w zimną kosmiczną próżnię, a jeszcze tego ranka ktoś narzekał, że mu zimno. Spojrzał na zegar ponad diodową reprezentacją reaktora, jego układu sterowania i pól magnetycznych. Minęło już siedem minut. Myślał, że więcej.
– Sam reaktor jest szczelny – mruknął i zmrużył oczy. – Skażenie pojawiło się w czerwonej strefie, a nie w żółtej, zatem obieg parowy powinien być szczelny i w teorii nie jest tak niebezpiecznie, jak to kontrolki malują. Póki co–
– To znaczy jak długo?
Meelis, co najmniej zaskoczony, odwrócił się gwałtownie i spojrzał na stojącego w progu Maksyma jak na zjawę.
– Co ty tu robisz? – zapytał można by powiedzieć, że spokojnie, ale to tylko dlatego, że na co dzień zwykle mówił wręcz flegmatycznie, więc w jego skali owo “spokojnie” i tak było ponad normą.
– Stoję? – Maksym zamyślił się. – Odwiedzam cię? – dodał, rozkładając bezradnie ramiona. – A na co ci to wygląda? – prychnął w końcu i wszedł do nastawni, nic sobie nie robiąc z wymogów procedur, które to limitowały dostęp do tego pomieszczenia. – Jeju, jaki cyrk – jęknął, patrząc na tablicę pokrywającą całą długą ścianę pomieszczenia.
– Powinieneś być w hangarze z innymi – zauważył przytomnie Meelis. – Ewakuacja–
– Meel, uwierz mi, nie jestem takim kretynem, aby zostawać z tyłu, kiedy wszystkie korytarze wyglądają jak wyjęte z burdelu. Nie wiem, co za idiota wpadł na pomysł, by oświetlenie alarmowe było sprzężone z głównym. Wystarczyłyby jakieś rozmieszczone co dziesięć metrów lampki, a nie, że cały statek niemalże tonie w czerwonym świetle. W każdym razie serio, chętnie bym był w tym hangarze czy nawet pilotował prom i z bezpiecznej odległości patrzył jak ten złom się topi, ale… Ale! Ale ,jak widzisz, jestem tutaj. I nie, to nie z sympatii do ciebie, choć cię lubię. Powiedzmy, że nie zdążyłem dotrzeć do najbliższej śluzy na czas i ugrzęzłem mając do wyboru siedzieć na tyłku lub dojść tu. Wiesz, jak mam umierać, to wolę w towarzystwie.
– Jak mogłeś nie zdążyć? – wymsknęło się Meelisowi, choć w sumie przecież nie chciał wiedzieć. Zostało mu dwadzieścia minut, by podjąć jakąś wielką decyzję, o ile oczywiście w międzyczasie wszystko samo się nie uspokoi, co było równie możliwe jak wszystko inne.
– Mówi ci coś dzisiejszy obiad numer cztery i trzy mocno mleczne kawy do tego? No właśnie. Trudno się ewakuować, kiedy ma się problem z zejściem z sedesu. Chyba żadne procedury nie przewidują, co zrobić, jak się ma sraczkę lub zatwardzenie w czasie alarmu. Ganiać z gołą dupą? Jak myślisz?
– Nie myślę. Znaczy myślę. O tym. – Wskazał tablicę.
– Właśnie, gdzie ten gówniarz, co miał z tobą zmianę? Drew czy jak mu było?
Meelis wzruszył ramionami. Młody wyszedł na moment, co było nie do końca zgodne z procedurą, ale zwykle nie szkodziło. Teraz mógł być wszędzie i Vahtera nie zdziwiłoby, gdyby znalazł się skulony w jakimś kącie z obszczanymi spodniami. Tak widowiskowy alarm na pierwszym dalszym locie mógł wytrącić z równowagi wielu świeżaków. W zasadzie pasowało mu, że szczeniak zgubił się. Wystraszony, ale zbyt dumny, żeby się do tego przyznać, stanowił ostatnie, czego było tu jeszcze potrzeba.
– Przydaj się – mruknął i podał Maksymowi pad z checklistą. – Czytaj po kolei.
Pilot przysunął pad do nosa, po czym wyprostował rękę i wyglądał, jakby rozważał odwrócenie go do góry nogami, bo to nie zmieniłoby znacząco stopnia w jakim rozumiał litanię następujących po sobie punktów. Maleńki suwak sugerował, że jednak powinien zrezygnować z wygłupów, których Meelis i tak nigdy nie umiał docenić.
– Jak za starych dobrych czasów – roześmiał się. – No może nie starych. Nie jestem stary, a w sumie piję do Kociołka, pamiętasz?
Meelis uśmiechnął się pod nosem wpatrzony w tablicę.
– SHS01 – zaczął Maksym.
– Zielone.
– SDS01.
– Zielone.
– WDW na trzech obwodach.
– Pomarańczowe, ale to nie będzie to. To skutek. Dalej…
– Zawór trójdrożny na wodzie zasilającej.
– Kociołek, fakt, przypomina. Czerwony. Przekierowanie na RHRS i… Czerwone. Może trochę.

Wspomnienia wkradły się w rutynę kolejnych pozycji odhaczanych na liście…
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 433
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3 aka W ciemność*

Post autor: R. Bates » 13 lutego 2014, 22:33

S-f, s-f, s-f, hura! :D

CHRONOLOGIA CZYTELNICZEGO SPONTANU:
- „...prototypach jadących na antymaterii.” - a dokładnie o jaki typ chodzi? O taki, w którym dochodzi do anihilacji antymaterii z materią i wytwarzania energii elektromagnetycznej? Czy może taki, w którym dochodzi do fuzji antyatomów lżejszych pierwiastków w antyatomy cięższych (albo innej fuzji)? Czy może jeszcze wymyśliłaś coś innego? Jaram się takimi klimatami :D.
- „... Tylko w XX–wiecznych w filmach science–fiction” - drugie 'w' zbędne.
- „ Rozmigane kontrolki zaworów na układzie wody chłodzącej reaktor...” - ta część zdani trochę nie ma sensu albo ja źle kminię. Powinno chyba być napisane: '...kontrolki zaworów układu wody...', bo w tej formie brzmi to jakby kontrolki były umieszczone na układzie wody, a one są pewnie umieszczone na jakichś konsolach obsługujących zawory?
- „... i wszedł do nastawni nic sobie nie robiąc z wymogów...” - przed 'nic sobie nie robiąc' przecinek, bo to imiesłowowy równoważnik zdania.
- „... jęknął patrząc na tablicę... - tutaj podobnie, przed 'patrząc'.
- No i koniec :).

PODSUMOWANIE:
No, w końcu się pojawiło coś science-fiction. Więc, co by to nie było, wchłaniam :P. Zacznę od tego, że poszłaś w sfery, z którymi jak mniemam stykasz się zawodowo? Reaktory, systemy chłodnicze, procedury z tym związane itp. To w sumie dobrze, bo pisząc technologiczne s-f trzeba w nim siedzieć w miarę głęboko. Tekst mnie zaciekawił, choć nie powalił na kolana. Ale to ze względu na to, że jest nieprzyzwoicie krótki. Ledwo zacząłem czytać, ledwo zacząłem wkręcać się w rozkminki techniczne i wizualizować sobie ów statek (czy też stację, bo i takie stwierdzenie się pojawiło), ledwo posłuchałem kilku zdań jakich bohaterów, a tu koniec :(. Trzymam kciuki za Ciebie, żeby ta historia miała rozwinięcie i koniec. Konwencja ze slangiem, emocjami u narratora i klimatem przypomina mi niektóre nowoczesne powieści s-f. Ale interpretujesz taki rodzaj pisania zgrabnie, przeplatając to wszystko przez swoją wiedzę zawodową, dzięki czemu jest wiarygodnie. O fabule i o bohaterach nie powiem słowa, bo za mało tekstu na razie. Na koniec chciałbym jeszcze zamienić kilka słów na temat poniższego zdania:
System wyrosły z reaktorów rozszczepialnych przetrwał rewolucje technologiczne i myślowe, przetrwał oderwanie od powierzchni macierzystej planety i konfrontację z zimną pustką przestrzeni kosmicznej, i wciąż miał się dobrze w układach fuzyjnych, czy prototypach jadących na antymaterii.
Po pierwsze, to moje ulubione zdanie.
Po drugie, o jaki system chodzi? Co nazywamy systemem? Mniemam, że chodzi o system sterowania czymś (statkiem?) albo generowania energii do napędzania statku wraz z całą resztą. Albo system sterowania wytwarzaniem energii? Ale takie informacje przydałoby się przekazywać czytelniej, bo nie każdy ma techniczny umysł żeby się domyślić. A ja wciąż nie jestem do końca pewien, o jaki system chodzi?
Po trzecie sens tego zdania. 'System wyrosły z reaktorów rozszczepialnych przetrwał rewolucje technologiczne i myślowe' – czyli system początkowo był stosowny w reaktorach, gdzie zachodziła rekcja rozszczepienia jąder atomów? Ok, dalej: 'przetrwał oderwanie od macierzystej planety i konfrontację z zimną pustką przestrzeni kosmicznej'. Czyli chodzi o to, że taki system (bazujący na rozszczepieniu) załadowano na statki kosmiczne i zastąpił on wcześniejszy napęd, polegający na spalaniu paliwa rakietowego? Ok, dalej: 'i wciąż miał się dobrze w układach fuzyjnych'. Czyli w końcu zastąpiono reakcję rozszczepienia jąder atomowych reakcją syntezy jąder w cięższe pierwiastki, a system pozostał ten sam i dalej obsługiwał te generatory energii? Swoją drogą, to pewnie była zimna fuzja skoro używano tego na statkach. Ok, dalej: 'czy prototypach jadących na antymaterii”. Czyli tego samego systemu używano dalej (czy też próbuje się używać) w prototypach opartych na antymaterii?
Podoba mi się to zdanie, bo bardzo dużo mówi o drodze jaką odbyły system (silniki, reaktory, cokolwiek to jest). W jednym zdaniu udało Ci się opisać całą długofalową ewolucję technologiczną. Zmiany jakie zaszły w tym czasie – od rewolucji technologiczno-myślowych związanych z reakcjami jądrowymi, poprzez czasy, gdy ludzie w końcu zaczęli opuszczać Ziemię na większą skalę, aż po prototypy fantastycznych technologii, którymi mam nadzieję będziesz w tym opku częstować ;). Za to zdanie stawiam Ci browar ;).

Ok, no to sobie pogadałem.
Generalnie czekam na więcej.
Pozdrawiam.
Veni, Vidi, Komci

Awatar użytkownika
StuGraMP

Re: C9H13NO3 aka W ciemność*

Post autor: StuGraMP » 14 lutego 2014, 13:52

Bilbo pisze: [ Pu ] Niektóre przeszły w stan statycznego świecenia pełnymi wyrzutu ślepiami diod ukrytych pod obudowami – te zdążył już przełączyć w tryb “tak, wiem, wiem, bardzo coś się pochrzaniło w tym miejscu, ok?” (kropka) Ilości niemigających stanowiła miarę tego (przecinek) jak dużą część problemu już sobie przyswoił i wciąż było tego (powtórzenie) za mało. Tylko w XX–wiecznych w (zbędne) filmach science–fiction statki kosmiczne były schludnymi konstrukcjami (przecinek) gdzie przewody biegły sobie czystymi tunelami, a za wszystko inne odpowiadały lśniące, kolorowe kryształy i jakoś nikt nigdy nie skarżył się na olej cieknący z instalacji sterowanych hydraulicznie drzwi, na cieknący kran (sory, ale cieknący kran to każdy chłop powinien sam umieć naprawić, a już nie wspomnę o astronautach :) ) i inne takie proste, ale zupełnie niepowiązane z elektroniką awarie.

Rozmigane (Rozmigotane - po co tworzyć nowe słowo?) kontrolki zaworów na układzie wody chłodzącej reaktor, a także tej chłodzącej olej technicznych sekcji 0, olej ruchowy, olej technicznych pomieszczeń mieszkalnych, olej smarny, olej uszczelniający, wodę ze skraplaczy pary, wodę chłodzącą silniki i silniczki pomp hydraulicznych, próżniowych, oraz te z układu wody pitnej dobitnie mu o tym przypominały. (jak dla mnie, to za dużo tych różnych rodzajów płynów - toż trzeba by było zabrać ze sobą w sumie ze trzy cysterny zapasu /tak po 1000 L z każdego rodzaju/)

Za pomocą świateł, komend i słów spychał załogę do śluzy i promu, a jednocześnie próbował wygasić złoże, RHRS pracował pełną parą, co było dość trafnym określeniem zdaniem Meelisa (przecinek) zważywszy na ilość ciepła, którą trzeba było gdzieś odprowadzić. Megawaty uciekały w zimną (przecinek) kosmiczną próżnię, a jeszcze tego ranka ktoś narzekał, że mu zimno.

Skażenie pojawiło się w czerwonej strefie, a nie w żółtej, zatem obieg parowy powinien być szczelny i w teorii nie jest tak niebezpiecznie (przecinek) jak to kontrolki malują. Póki co– (co oznacza ten myślnik na końcu?)

Odwiedzam cię? – dodał (przecinek) rozkładając bezradnie ramiona. – A na co ci to wygląda? – prychnął w końcu i wszedł do nastawni (przecinek) nic sobie nie robiąc z wymogów procedur, które to limitowały dostęp do tego pomieszczenia. – Jeju, jaki cyrk – jęknął (przecinek) patrząc na tablicę pokrywającą całą długą ścianę pomieszczenia.

Nie wiem (przecinek) co za idiota wpadł na pomysł, by oświetlenie alarmowe było sprzężone z głównym.

(...) i z bezpiecznej odległości patrzył (przecinek) jak ten złom się topi, ale… Ale! Ale jak widzisz (przecinek) jestem tutaj.

Powiedzmy, że nie zdążyłem dotrzeć do najbliższej śluzy na czas i ugrzęzłem (przecinek) mając do wyboru siedzieć na tyłku lub dojść tu.

Zostało mu dwadzieścia minut (przecinek) by podjąć jakąś wielką decyzję, o ile oczywiście w międzyczasie (w międzyczasie czego?) wszystko samo się nie uspokoi, co było równie możliwe jak wszystko inne.

Chyba żadne procedury nie przewidują (przecinek) co zrobić, jak się ma sraczkę lub zatwardzenie w czasie alarmu.

O tym (kropka i po myślniku duża literą) – wskazał tablicę.

Teraz mógł być wszędzie i Vahtera nie zdziwiłoby, gdyby znalazł sie (się) skulony w jakimś kącie z obszczanymi spodniami.

W zasadzie pasowało mu, że szczeniak zgubił się (się zgubił - jeśli to możliwe, nie stawiamy 'się' na końcu zdania).

Wystraszony, ale zbyt dumny, żeby się do tego przyznać (przecinek) stanowił ostatnie, czego było tu jeszcze potrzeba.

Pilot przysunął pad do nosa, po czym wyprostował rękę i wyglądał (przecinek) jakby rozważał odwrócenie go do góry nogami, bo to nie zmieniłoby znacząco stopnia (przecinek) w jakim rozumiał litanię następujących po sobie punktów.

Meelis uśmiechnął się pod nosem, (zbędny przecinek) wpatrzony w tablicę.
Już w kolejnym opowiadaniu widzę myślnik na końcu jakiegoś wypowiedzenia. Przewertowałem poradnik o interpunkcji PWN i nie wiem, o co chodzi z tym myślnikiem. Często też zapominasz o przecinku w przypadku imiesłowowych równoważnikach zdań - imiesłów przysłówkowy zawsze wymaga przecinka.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3 aka W ciemność*

Post autor: pierdoła saska » 17 lutego 2014, 08:04

Ad.
„…prototypach jadących na antymaterii.”

Tak na chłopski rozum początki, to raczej anihilacja materia-antymateria.

Ad.
„„ Rozmigane kontrolki zaworów na układzie wody chłodzącej reaktor...” - ta część zdani trochę nie ma sensu albo ja źle kminię. Powinno chyba być napisane: '...kontrolki zaworów układu wody...', bo w tej formie brzmi to jakby kontrolki były umieszczone na układzie wody, a one są pewnie umieszczone na jakichś konsolach obsługujących zawory?

Generalnie są umieszczone na schemacie ideowym na ścianie nastawni, bo tak, w tym opisie posługuje się wspomnieniami z nastawni. Tu zdjęcie jakiejś przykładowej znalezionej w google

Obrazek

Jak widać są schematy, na schemacie są różne kolorowe diody informujące o stanie elementów (bonusowo w lewym górnym rogu reaktor), więc tak, diody są na układzie wody :) Bo Meel nie biega po całej maszynowni, a jest w nastawni, bo tam spływają wszystkie sygnały i można wyciągać wnioski… Se pogadałam :D

O! tu zbliżenie jakiegoś takiego panelu http://i2.cdn.turner.com/cnn/2009/image ... ushehr.jpg aczkolwiek pojęcia nie mam od czego on.

I tak, podpieram się wiedzą ze studiów i pracy tu i tam. Ten początek narodził się w wyniku palącej potrzeby wylania z siebie odrobiny technobełkotu :D Co do systemu, w zdaniu, które imponująco rozebrałeś na części pierwsze (@_@) to miałam na myśli system zarządzania całym tym szmelcem.

StuGraMP pisze:(sory, ale cieknący kran to każdy chłop powinien sam umieć naprawić, a już nie wspomnę o astronautach :) )
Ale nie każdy chłop zrobi to gumką od własnych gatek, bo coś takiego jak magazyn z częściami, jest dostępny tylko dla upoważnionego personelu :P
StuGraMP pisze: (jak dla mnie, to za dużo tych różnych rodzajów płynów - toż trzeba by było zabrać ze sobą w sumie ze trzy cysterny zapasu /tak po 1000 L z każdego rodzaju/)
Często olej do różnych zastosowań jest olejem tego samego typu, ale układy pompowe i rozprowadzające są rozłączne - kwestie priorytetów i bezpieczeństwa. Jak ci walnie jedna rura na pojedynczym układzie, to tracisz wszystko (nie wchodząc w koncepcję redundancji układów). 1000 litrów oleju, to nie jest jakaś koszmarna ilość zważywszy na długość i wysokość statku i fakt, że rurociągi muszą być nim w miarę szczelnie wypełnione. Zwłaszcza jak porównać ją z ilością wody xD Nie pamiętam zużycia wody przez chłodzenie jakiegoś niedużego reaktora, ale generator elektryczny o mocy kilkuset megawatów to ja wiem... 100 litrów na godzinę? 200? Tak sobie strzelam w przedział/ Poza tym taka technologia... odwołując się do prostego układu trubina+generator na współczesnej elektrowni to już mamy olej smarny do łożysk, olej lewarowy, olej uszczelniający - i to tylko dla tych dwóch urządzeń. Więc... cóż ja ci poradzę? :P

Co do imiesłowów, to może kiedyś się nauczę, ale coś ja tego nie czuję i mi się imiesłowy przysłówkowe i przymiotnikowe z nazwy plączą. :bag:

Kujam za komentarze :)[/align]
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3 aka W ciemność*

Post autor: pierdoła saska » 24 lutego 2014, 17:04

[ O2 ] To było absolutnie niesamowite, że wciąż wszyscy żyli. Chwilami Maksym zastanawiał się czy Hugo, zadufany w sobie lekarz pokładowy za młody, aby Meelis mógł czuć do niego namiastkę respektu z tytułu lat na karku i za stary, aby mógł, go mieć w ciężkim poważaniu, nie dodaje im do wody jakiś środków uspokajających. W chwilach egzystencjonalnego optymizmu obstawiał jednak prostsze rozwiązanie: naukowcy w naukowym szale nie zwracali uwagi na postronnych, a i siebie nawzajem traktowali cokolwiek przedmiotowo. Byli trybikami w maszynie wiedzy i niczym pogłębiarka przerzucali tony szlamu w pogoni za cennymi wynikami. Pani kapitan nie kryła swoich preferencji i faworyzowała team naukowy względem technicznego, nie żeby to piastującemu obowiązki pilota Lankoczowi wadziło. Podejrzewał, że pokładowa złota rączka też ma to w ciężkim, acz o wiele bardziej milczącym, poważaniu. Meelis generalnie się nie integrował, robił swoje i znosił jako tako chwile, gdy Maksym postanawiał się mu ponarzucać ze swoim towarzystwem. Należało jedynie pamiętać o kilku prostych zasadach. Na przykład takiej, że nie wchodzi się do niektórych pomieszczeń bez uprzedniego poproszenia o zgodę na to, nawet jeśli z wielu powodów komputer pokładowy nie wzbraniał się przed otwarciem drzwi. Nie przekładało się również narzędzi i nie gadało za dużo, gdy Meelis próbował się czegoś doliczyć. Nie poruszało się również pewnych spraw, ale tu Maksym wykazywał podziwu godny masochizm i raz za razem brnął w tematy tabu tylko po to, żeby sprawdzić czy może uda mu sie wyprowadzić mechanika z równowagi i jak to będzie wyglądało.
Brawo, panie Lankocz, znajduje się pan na zadupiu tego ramienia Galaktyki, w puszce o przestrzeni życiowej rozmiarów boiska piłkarskiego zupełnie odciętej od prawdziwego życia, z banem na jakąkolwiek prywatną komunikację, wśród ludzi, których mordy zdążyły się panu opatrzyć do tego stopnia, że mógłby je pan z zamkniętymi oczami rysować, a mimo tego szuka pan bolesnej śmierci z rąk jedynej osoby, która nie patrzy na pana z góry jak na przypadkowego kierowcę taksówki, który poza kręceniem kierownicą niewiele umie. Szacuneczek, panie Lankocz, jest pan kretynem.
Uśmiechnął się i wyciągnął przed siebie nogi najbardziej jak tylko mógł. Wokół panowała przyjemna ciemność. Większość pulpitów była wyłączona, a te kilka, których potrzebował nawet wisząc na orbicie, już dawno przygasił na tyle, by nie raziły w oczy. Nie chciał zapalać światła. Światło kojarzyło mu się z działaniem i rozświetlony mostek tylko przypominałby mu, że jeszcze musi minąć trochę czasu, nim znów będzie mógł się tu rozsiąść i poczuć władcą.
Ktoś tu ma problemy z ego, panie Lankocz?
Oczywiście – odpowiedział w myślach i zapatrzył w wielkie okno będące też ekranem. Za nim przesuwała się ciemność. Mógłby nazwać ją pustką, ale wiedział, że byłoby to błędem. Zdecydowanie nie było tam pustki, nawet jeśli to, co znajdowało się po drugiej stronie tworzywa i pola siłowego było równie ciemne i zimne co otaczająca ich pustka i serce Helen. Choć to ostatnie mogło być w sumie jeszcze zimniejsze i Maksym miał gdzieś, że Wszechświat szczycił się temperaturą około dwóch i siedmiu dziesiątych Kelwina. Serce panny Helen Latorre, według jego obserwacji, w stosunku do wszystkiego, co nie miało związku z jej karierą oscylowało temperaturą nieco poniżej promieniowania tła. A to oznaczało, że Maksym, jako człowiek zupełnie z nauką nie związany, znajdował się na z góry przegranej pozycji i to ze świadomością, że laboratoryjny asystent, człowiek o elokwencji i poczuciu humoru ostrygi, wyprzedza go o co najmniej jedno oczko w klasyfikacji.
Przeciągnął się aż strzyknęło mu w kościach. Nie miał pojęcia ile czasu spędził na zaciemnionym mostku, ale uznał że wystarczająco, aby spróbować znaleźć sobie towarzystwo. Nie miał co prawda zbytniego wyboru w kwestii tego, kto się nim może stać. Przy siedmiu osobach załogi naprawdę nie było w czym wybierać.
– Meel! – krzyknął w buczącą ciemność maszynowni. – Wiem, że tu jesteś i wiesz, że jak mi nie powiesz gdzie dokładnie, to zacznę cię szukać i pewnikiem dotykać rzeczy, których dotykać nie powinienem, więc w twoim dobrze pojętym interesie jest dać się szybko znaleźć. Najlepiej zanim w ogóle zacznę szukać!
Odpowiedziała mu cisza, czy raczej jej namiastka, ale w tym miejscu ciszej być nie mogło. Gdyby było, to oznaczałoby to, że prawdopodobnie już nie żyją i tylko duch Maksyma błąka się po martwych korytarzach statku w oczekiwaniu na Wielki Kolaps. Tymczasem może jednak Meelisa tu nie było – wątpił w to, ale cuda się zdarzały i niekiedy sprawdzenie uprzednio pokoju i mesy okazywało się niewystarczające. Może bowiem naukowe rączki ulubieńców pani kapitan zaciągnęły Bogu ducha winnego Vahtera w glorię białych, gryzących świateł niemalże non stop rozjaśniających laboratoria na rufie. Wzdrygnął się na samą myśl o sterylności tamtych pomieszczeń i niechętnie wspiął po drabince na pokład główny.
W niemalże pozbawionej okien puszce określenie czasu nawet w bardziej sprzyjających warunkach było trudne. W sytuacji, gdy tkwili na orbicie małej, skalistej planetki, która nie widziała światła jakiejkolwiek gwiazdy od bardzo dawna stawało się to niemożliwością. Ciemność była wszystkim, co ich otaczało. Widok z mostku czy mesy nabierał sensu tylko wtedy, gdy okno stawało się ekranem i sprytne programy konwertowały obraz z najróżniejszych kamer na miłe dla oka kolory. Wówczas to pod statkiem, czy raczej nad z punktu widzenia środka masy układu – ale jakoś poza nim i Caroline nikt o tym nie pamiętał – rozpościerał się widok na zrytą kraterami powierzchnię Widma wraz z dramatycznie wyglądającą siecią kanionów w okolicy równika. Wyglądały, jakby ktoś wbił w planetkę palce i chciał rozerwać ją by zajrzeć do środka. Rozmiarami Bruzda mogła zawstydzić marsjańską Dolinę Marinerów i iść w szranki z Mirandą Urana. Znów dreszcz przeszedł Maksymowi po plecach i zmusił do zadania sobie podstawowego pytania: czemu dał się wrobić w tę podróż do środka niczego? Odpowiedź była taka sama jak zwykle: bo tu nie było wierzycieli i w dodatku płacono mu tyle, że nim wróci na Ziemię, to już dawno wszystkie długi będą spłacone. Żyć nie umierać – niby i co z tego, że ponad połowa załogi zaczynała już tęsknić do naturalnego światła i możliwości stwierdzenia czy jest dzień czy noc bez potrzeby konsultowania się z zegarkiem lub komputerem pokładowym. Maksymowi nie robiło to różnicy. Nie, póki jego obowiązki ograniczały się do sprawdzania czy komputer dobrze koryguje ich orbitę i okazjonalnego zmieniania tejże, gdy mózgi uznały, że koniecznie muszą się czemuś przyjrzeć nie za pomocą satelity, ale jakimś swoim specjalnym sprzętem, który wbudowano w statek.
Zerknął ku laboratorium i poddał się.
Dziś pisana jest panu, panie Lankocz, samotność. Musi się pan zadowolić towarzystwem wyimaginowanych kobiet i niewyimaginowanej herbaty.
Od kilku miesięcy obiecywał sobie, że po powrocie na ziemię upije się w trupa, a gdy wytrzeźwieje to zrobi to ponownie, a potem zrobi to jeszcze ze dwa razy tak dla pewności. Liczył, że po dwóch i pół roku abstynencji nawet nie będzie go to tak dużo kosztowało. Poza tym będzie go stać.
Powłócząc nogami obszedł wyspę tworzoną przez ambulatorium i siłownię tak, aby przejść obok mesy na dziobie a nie laboratoriów i w pośpiechu zaparzywszy sobie herbaty wrócił na mostek. Tu znajdowała się jego zaczytana do granic możliwości książka. Wciśnięta pomiędzy siedzisko a poręcz fotela straszyła pozaginanymi rogami, pożółkłym papierem i wypadającymi stronami. Wyglądała okropnie i od dawna planował nabyć nowy egzemplarz, ale wylot złapał go z ręką w nocniku i wyszło jak zwykle. Wyciągnął na chybił trafił plik rozklejonych kartek i zaczął czytać od środka. I tak znał już tę historię na pamięć. Gorzka, mocna herbata miała tak ostry zapach, że aż skręcało mu od niego kiszki, a mimo tego pił ją małymi łykami z metalowego kubka i ani myślał wrócić do mesy żeby dosłodzić ją lub rozcieńczyć. Pozwolił sobie utonąć w fabule.

Nachalny głos z interkomu wyrwał go z zaczytania niecałą godzinę później.
Zrzęda, pomyślał i przeciągnął się, nie zważając na to, że potok słów spływa na niego kaskadą belferskich wyrzutów. Pani kapitan naukowy jak zwykle była konkretna w wyrażaniu swoich poleceń, sugestii i opinii. Teraz stanowczo tkwiła gdzieś pomiędzy pierwszym a drugim i jej grzeczne słowa, wypowiadane z sympatią, przy której herbata Maksyma była słodka, drapały w uszy.
– Już idę – odmeldował się i wstał. – Lecę, pędzę, frunę.
Zastałe mięśnie zaprotestowały i rozważnie wybrał klatkę schodową, a nie drabinkę, aby dostać się na pokład niżej. Poza tym z jakiś niejasnych dla niego powodów klatkę umieszczono bliżej laboratoriów, a to tam miał się udać. Mlecznobiałe szklane drzwi po środku szerokiej ściany były jedynym wejściem do nich, a strzegło ich czujne ślepie komputera pokładowego. Maksym nazywał wielofunkcyjną kamerę Okiem Saurona, czego nikt zdawał się nie doceniać. Tym, że pani kapitan naukowy była w jego nomenklaturze Sauronem we własnej osobie, podzielił się tylko z Vahterem, a ten również nie wydał się olśniony przezwiskiem. Przynajmniej jednak nie skrytykował go.
Zamrugał, gdy wrota naukowego, lśniącego Mordoru otworzyły się przed nim, ukazując mu sterylne boksy, szklane ściany i ogólną jasność raczej wypalającą zmęczone czytaniem w półmroku oczy, niż przynoszącą oświecenie, ale ugryzł się w język nim skomentował ją na głos.
– Coś się stało?
Pytanie było pod każdym względem retoryczne, ale i tak spojrzano na niego, jakby spadł z drzewa; wolał tę interpretację niż „jak na kretyna”, nawet jeśli gdzieś na dnie jedno było równe drugiemu.
– Łazik utknął – stwierdziła sucho pani kapitan naukowy.
Jej nieprzepuszczony przez interkom głos brzmiał tylko nieznacznie lepiej. Ostatnio zaczęła skarżyć się na chrypkę i ból gardła, co w sterylnym wnętrzu statku było dość zaskakujące, ale Mayor powiedział, że nie ma powodów do obaw.
– I… – chciał urwać w tym miejscu, ale jednak zreflektował się w porę. – …w związku z tym potrzebna jest moja pomoc, w jego…?
Spojrzał na Helen wspartą rękoma o pulpit sterowniczy i wpatrzoną w kolorowe wyświetlacze. Jego własna zguba – Meelis Vahter – siedział w fotelu i również przyglądał się wskazaniom, ale z o wiele bardziej nieobecnym wyrazem twarzy, co mogło oznaczać, że ma już jakieś pomysły, tylko jeszcze nikt go o nie nie zapytał ani w rozmowie nie nastała dostatecznie długa chwila ciszy, aby Vahter poczuł się na tyle komfortowo, aby zabrać głos. Maksym nie był pewien, którą opcję wolałby obstawić, gdyby tylko znalazł się ktoś, kto chciałby się zakładać.
– Musimy ustalić czy to usterka w oprogramowaniu, czy mechaniczna, czy zaklinował się i istnieje możliwość wydostania go – odparła pani kapitan naukowy, która miała imię i nazwisko, ale Lankocz czasami nie umiał przekonać się do używania go nawet w myślach.
Zdławił „acha” w gardle i spojrzał ponownie ku stanowisku zdalnego sterowania.
– Meel?
– Ymmm?
– Oświeć mnie… nas? Bo przecież widać, że coś ci chodzi po tej twojej jasnej główce, Zimowa Panienko, i na pewno jest to wartościowsze od mojego „mogę spróbować, ale jeśli to coś innego, niż kawałek skały, spod którego trzeba bardzo sprawnie i ostrożnie wyjechać, to nic nie poradzę.”
Mężnie zniósł krytyczne spojrzenie okolonych zmarszczkami oczu pani kapitan i o wiele bardziej uroczych, niebieskawych, Helen. Wszak mówił prawdę i tylko prawdę, i nic nie mógł poradzić na to, że im się ona nie podobała. A że uparły się prowadzić łazik same, to już zupełnie nie był jego problem. W swojej umowie nie miał obowiązku sprawowania nad nim pieczy i tylko od personelu naukowego zależało czy uznają, że powierzchnia Widma stanowi lub nie stanowi dla nich wyzwania. Wybrali drugie.
Drogie panie, zostawcie mnie w spokoju, chyba że chcecie zmienić status naszej znajomości.
Helen, tylko Helen.
Myśl o takiej zmianie statusu znajomości z panią kapitan naukowy przyprawiła go o refluks.
Vahter wzruszył ramionami i potarł wierzchem dłoni oczy, co zwykło oznaczać, że gra na czas, ale niekiedy tak po prostu manifestowało się jego zmęczenie. Tym razem Maksym obstawiał to drugie.
– Czy to możliwe, że coś zmieniło dane środowiskowe? Jakiś wirus? – Helen nie wytrzymała ciszy, odezwała się wpatrzona w Vahtera tak intensywnie, że dziw brał, iż nie padł od tego martwy, Lankocz zaś nabierał przekonania, że to ona siedziała do niedawna za pulpitem łazika.
– Meel…?
– Mogło zapchać filtry CS – stwierdził w końcu Vahter tonem, który u każdej innej osoby uchodziłby za znudzony, zmęczony półszept. – Bo kontakt jest, obraz raczej nie świadczy o tym, że coś fizycznie blokuje łazik. Po prostu ciągu nie ma, aby go poderwać, więc może CS, bo baterie są w porządku.
– A jeśli to filtr CS, to wówczas, co należy zrobić?
Maksym spojrzał na panią kapitan naukowy kątem oka. Zdecydowanie z jej gardłem było gorzej niż jeszcze rano przy odprawie czy śniadaniu… Odprawośniadaniu zdawało się pasować najlepiej. Uśmiechnął się i poszukał wzrokiem laboratoryjnego ekwiwalentu przynieś-wynieś-pozamiataj, który w hierarchii szacunku pani kapitan i tak stał nad nim. Javier zwykle był tym, który prowadził łazik, bo jak wiadomo naukowcy z krwi i kości nie powinni dotykać niektórych urządzeń nawet kijem. Helen niechcący już to udowodniła przed kilkoma tygodniami i tylko powodowany głęboką sympatią do niej nie wypominał tego przy każdej natrafiającej się okazji.
– Wymienić.
– Zimowa Panienko, pełnym zdaniem, kochanie, bo szczerze mówiąc nie mam pojęcia czym jest filtr CS, ale odnoszę wrażenie, że za tym wymienić stoi coś więcej – wtrącił się w rozmowę swoim rozbawionym tonem rozrzedzając nieco atmosferę, choć nie powinien się był odzywać, bo wyciąganie z Meelisa informacji było raczej zadaniem pani kapitan, pokusa była jednak zbyt silna.
– Nie da się tego zrobić zdalnie – odparł mechanik równie spokojnie co wcześniej, ale jego słowa zawisły w powietrzu niczym katowski topór.
Z gardła Helen wydobyło się cichutkie och i nic ponadto, za to pani kapitan wstrzymała oddech i mógł tylko zgadywać dlaczego oraz domyślać się co nastąpi za chwilę. Taka awaria była niedopuszczalna. Nie przy tonach checklist, które trzeba było wypełnić za każdym razem, gdy chciało się wysłać łazik, nie przy wszystkich procedurach, politykach i dyrektywach odnoszących się do jego konserwacji i obsługi. Nie przy rzekomym przeszkoleniu całego personelu! O nie! Zerkając kątem oka na Vivian Faugier widział jak święte oburzenie podchodzi jej do gardła i wprawia dłonie w drżenie, odziera usta z jakiegokolwiek powidoku koloru, marszczy brwi i zmienia spojrzenie pani profesor habilitowany w spojrzenie wygłodniałego wilka szukającego ofiary.
– Sugeruje pan wysłanie kogoś na powierzchnię? – zapytała chyba tylko dlatego, że tak wypadało, bo według Lankocza Vahter wypowiedział się bardzo klarownie i przeciwieństwem do „zdalnie” było właśnie „przez kogoś, kto się tam wybierze”.
Wstrzymał oddech patrząc na starcie naukowca z inżynierem.
– Możemy go zawsze tam zostawić i tyle – odparł ten drugi nadal spokojnie i nadal bardziej patrząc na wskaźniki niż na swoją przełożoną.
– I stracić próbki?! – Helen niedowierzała.
Wodziła spojrzeniem od Meelisa do Vivian jakby oczekując, że któreś z nich, a najlepiej oboje, gwałtownie zaprotestują. Wyglądała jak dziecko, któremu nagle zabrano zabawki i Lankocz nie wiedział czy się zaśmiać, czy może jakoś uszczypliwie to skomentować. Prawdziwy mężczyzna siedzący w nim domagał się natychmiastowego pocieszenia damy w opałach, ale zdrowy rozsądek spychał go na samo dno świadomości i poprawiał kopniakiem przez wyimaginowany łeb.
Nie panie Lankocz, nie będzie pan wchodził w ten konflikt, bo jeszcze dostanie pan rykoszetem po mordzie i już zupełnie nie będzie pan miał do kogo pyska otworzyć.
– Nie ma takiej opcji – stwierdziła Vivian jakimś cudem jeszcze nie cedząc słów przez zęby. – Musimy odzyskać próbki, a nie da się ich przesłać jakoś inaczej niż z całym łazikiem?

cdn



i chyba mi wyszedł lekki cliffhanger O.o
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 433
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3 aka W ciemność*

Post autor: R. Bates » 26 lutego 2014, 14:45

CCS:
- „Chwilami Maksym zastanawiał się czy Hugo, zadufany w sobie lekarz pokładowy za młody, aby Meelis mógł czuć do niego namiastkę respektu z tytułu lat na karku i za stary, aby mógł, go mieć w ciężkim poważaniu, nie dodaje im do wody jakiś środków uspokajających.” – to zdanie nie podoba mi się interpunkcyjnie. Dałbym przecinek przed ‘czy Hugo’, przed ‘za młody’ i usunąłbym przecinek przed ‘go’.
- „…czy może uda mu sie wyprowadzić…” – ‘się’ – literówka.
- „Brawo, panie Lankocz, znajduje się pan na zadupiu tego ramienia Galaktyki, w puszce o przestrzeni życiowej rozmiarów boiska piłkarskiego zupełnie odciętej od prawdziwego życia, z banem na jakąkolwiek prywatną komunikację, wśród ludzi, których mordy zdążyły się panu opatrzyć do tego stopnia, że mógłby je pan z zamkniętymi oczami rysować, a mimo tego szuka pan bolesnej śmierci z rąk jedynej osoby, która nie patrzy na pana z góry jak na przypadkowego kierowcę taksówki, który poza kręceniem kierownicą niewiele umie.” – Bilobo, czy stosowanie tak długich zdań to jakiś celowy zabieg, który ma wyróżniać Twój styl? Bo ono jest brzydkie. Np. trzykrotnie rozdzielałaś od siebie zdania składowe za pomocą ‘których, która, który’. Mi się takie zdania nie podobają.
- „…ale uznał że wystarczająco…” – przecinek przed ‘że’.
- W ogóle, skoro ta planetka ma bruzdy, które mogłyby zawstydzić marsjańskie czy uranowe doliny, to znaczy, że jednak nie jest taka mała. Skoro tak, to jakim cudem nie docierają na nią promienie żadnej gwiazdy („…nie widziała światła jakiejkolwiek gwiazdy od bardzo dawna…”)? To się dzieje gdzieś w obłoku Oorta? W Dysku Rozproszonym? Fajnie byłoby podać takie info. Każda duża planeta krąży w pobliżu jakiejś gwiazdy, chyba, że jest rozmiarów Plutona lub mniejsza (wtedy po prostu krąży dużo dalej i światła rzeczywiście dociera tam mało), ale o planetkach krążących w Pasie Kuipera mamy spore info, więc warto byłoby odnieść się, która to lub napisać, że jakaś nowo odkryta. Ponadto nie widziała ‘od bardzo dawna’? To znaczy, że dawno temu widziała? Czy to znaczy, że krąży po ekscentrycznej orbicie (eliptycznej) i przez to raz na jakiś czas zbliża się do gwiazdy? Ale takiej planety w Układzie Słonecznym nie ma. No chyba, że to nie Układ Słoneczny?
- Ok, jest sielanka na statku. Wszyscy sobie spacerują, parzą herbatkę, czytają książki i dyskutują. A ja się pytam, skąd tam jest grawitacja, że można sobie spacerować i bawić w chowanego w ciemnych kotłowniach? Jak można parzyć i pić herbatę bez grawitacji i ciśnienia? Nie było o tym słowa dotychczas, a to podstawowe sprawy bytowe w przestrzeni kosmicznej.
- „…wtrącił się w rozmowę swoim rozbawionym tonem rozrzedzając nieco atmosferę… ‘ przecinek przed ‘rozrzedzając’.
- „…stwierdziła Vivian jakimś cudem jeszcze nie cedząc słów przez zęby.” – przecinek przed ‘jakimś’.
- No i koniec!

PODSUMOWANIE:
No dobra, czas podsumować ten rozdział, choć sam nie wiem, co Ci napisać. Może po prostu wymienię plusy i minusy.
Na plus dam sposób pisania o ludziach, ich nawykach, charakterach, usposobieniu. Kładziesz nacisk na to, aby ludziska byli barwni, różnorodni, o ciekawej obyczajowości. Niestety czasem jest to miecz obusieczny, bo na przykład zamiłowanie do herbatki obnażyło cudowną grawitację, która jakim tajemniczym sposobem jest, mimo iż statek orbituje w przestrzeni kosmicznej. Sama historia jest generalnie ciekawa. Nazwałbym to takim trochę serialowym S-F. Nie ma ratowania świata, wielkiej wojny galaktycznej, ot grupka znudzonych naukowców i inżynierów buja sobie w blaszanej puszce z dala od cywilizacji i ma problemy z łazikiem. Jakby na przekór oczekiwaniom czytelnika.
Minusem jest jednak to, że to S-F i jako autor powinnaś się w to S-F wgłębić i informować o sprawach fizyczno-geograficzno-technologicznych nieco więcej. Gdzie się toczy akcja? Jakim cudem ludziska spacerują sobie po pokładach? Jak parzą herbatę i jak ją piją? Co jest w ogóle celem ich misji? Bo ja albo jestem mało skoncentrowany i tego nie wyczytałem, albo tego nie ma. Wyczytałem, że na statku jest pani kapitan naukowy. A jest w ogóle kapitan? Bo też mi się nie rzuciło w oczy.
Pierwsza część podobała mi się bardziej. Mam nadzieję, że nie będzie to opko na zasadzie, że im dalej tym gorzej i mniej wiadomo o co chodzi. Tak czy inaczej, czekam na kontynuację.
Pozdrawiam.
Veni, Vidi, Komci

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3 aka W ciemność*

Post autor: pierdoła saska » 26 lutego 2014, 17:49

To się dzieje gdzieś w obłoku Oorta? W Dysku Rozproszonym? Fajnie byłoby podać takie info. Każda duża planeta krąży w pobliżu jakiejś gwiazdy, chyba, że jest rozmiarów Plutona lub mniejsza (wtedy po prostu krąży dużo dalej i światła rzeczywiście dociera tam mało), ale o planetkach krążących w Pasie Kuipera mamy spore info, więc warto byłoby odnieść się, która to lub napisać, że jakaś nowo odkryta. Ponadto nie widziała ‘od bardzo dawna’? To znaczy, że dawno temu widziała? Czy to znaczy, że krąży po ekscentrycznej orbicie (eliptycznej) i przez to raz na jakiś czas zbliża się do gwiazdy? Ale takiej planety w Układzie Słonecznym nie ma. No chyba, że to nie Układ Słoneczny?
Wszystko w swoim czasie. :) Naprawdę. Wszystko to jest określone, może nie z dokładnością co do odległości od Sagitariusa A* czy podania czy to w ramieniu strzelca, czy kila, czy węgielnicy, ale jest. Nie widzę powodu, aby rzucać całe to info na raz i od razu na początku. :) Na start ograniczenie się do konkretnej galaktyki wydaje mi się niezłym przybliżeniem sprawy.
A ja się pytam, skąd tam jest grawitacja, że można sobie spacerować i bawić w chowanego w ciemnych kotłowniach? Jak można parzyć i pić herbatę bez grawitacji i ciśnienia? Nie było o tym słowa dotychczas, a to podstawowe sprawy bytowe w przestrzeni kosmicznej.
Z tetrahedrycznyh generatorów DWW23WHG6887HH33...? ummm a tak serio (choć takie wyjaśnienie mogłoby się pojawić, bo czemu nie, technologia może mieć swoją nazwę jaką chce; technobełkot). Generalnie jest jakoś technicznie generowana jak to w wielu s-fach bywało, dla moich bohaterów jest faktem, jak dla nas faktem są samochody, które zdziwiłyby pewnikiem jakiegoś Kopernika i dlatego moi bohaterowie nawet się nad tym specjalnie nie zastanawiają, więc i narrator ich do tego nie zmusza :) Ale po prawdzie, ummmm to s-f ma oznaczać, że w pierwszych słowach tekstu mam na poczekaniu zaprezentować połączenie mechaniki kwantowej z einsteinem i jej przełożenie na generatory zakrzywiające 26-ciowymiarową hiperprzestrzeń...? auć.
Już pominę, że trochę tego narracyjnie nie widzę. W senisie nie widzę takiego zagłębienia się na dzień dobry w detale techniczne... bo to jakbym pisała o kierowcy ciężarówki pisała, ze wsiadł do samochodu zatrzaskując drzwi, w których zamek takiego a takiego typu sprawiał, ze nie otwierały się same, a następnie wsadził w stacyjkę kluczyk w wykonany ze stali typu takiego a takiego, co zapobiegało odkształceniom - przesadzam, ale mimo wszystko; chodzi mi o ideę.

Generalnie mam wrażenie, że ty odczuwasz głód "science" na tu i teraz i głód hard s-f pokroju Strugackich i "Odysei" Clarke-a. Chcesz znać każdą śrubkę by móc zbudować to w domu. Podczas gdy ja piszę tu bajkę o tym, co się może z ludźmi dziać, jak ich wysłać te ileś lat świetlnych od Ziemi, zakazać dzwonić do domu i kazać pracować. To jak działa statek nie jest takie ważne. Tak liczy się, stąd mam przemyślane jakieś proporcje i zależności, ale przyznam szczerze, że nie wnikam w to do poziomu tych śrubek itd. Star Trek miał swoje kryształy, Vorkosigan Saga pręty Necklina i skoki, Andromeda (serial) miała te swoje śmieszne tunele, Stargate miał Wrota. :)
W pewnym sensie uprzedzę, że nie planuję pisać podręcznika "zbudujmy razem statek". Kosmos, badania naukowe w nim - to jest u mnie tłem i przyczyną, ale plan od początku zakładał bardziej skupienie się na ludziach, cho chyba nie jet tym, czego się po tekście spodziewałeś ^^" to jest s-f, ale nie takie ^^" Mniej "Odyseja" czy "Lot na Amalteę", a bardziej właśnie Vorkosigan Saga (klimatami ogólnymi, bo nie mam wojen i tajnych służb xD) czy w sumie "Koniec eksperymentu Arka" (niby też Strugaccy, ale tak mi się skojarzyło).
Ot chyba śmy się nie dograliśmy. :(

Za przecinki kujam :heart: , przebiegnę się po pliku i podostawiam i w poście też poprawię. :)
A, i długie zdania to coś, co nie jest u mnie działaniem w pełni świadomym - nie wydłużam ich na siłę - ale ponoć jest charakterystyczne :P
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 433
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3 aka W ciemność*

Post autor: R. Bates » 26 lutego 2014, 19:16

To jak działa statek nie jest takie ważne
No ale właśnie nie. Przyjąłbym Twoje wyjaśnienie z pokorą, ale charakter tekstu jest dokładnym zaprzeczeniem tego, co napisałaś. Bo we wcześniejszej części poświęcałaś akapity na wyjaśnianie jakiś systemów chłodzenia, bóg wie jakich generatorów, płynów, konsolek i diodek. Sama popisywałaś się Swoim technobełkotem i swoją "hardością" tekstu. Będąc więc konsekwentnym powinnaś poświęcić choć trochę miejsca najważniejszym kwestiom. A grawitacja to rzecz najwyższej rangi. Bardziej mnie po prostu interesuje, czemu oni tam nie latają, niż jaki płyn chłodzi przewody dostarczające moc O.o
Z tetrahedrycznyh generatorów DWW23WHG6887HH33...? ummm a tak serio (choć takie wyjaśnienie mogłoby się pojawić, bo czemu nie, technologia może mieć swoją nazwę jaką chce; technobełkot)
Tutaj sobie trochę podworowałaś z mojej uwagi, ale właśnie takie wyjaśnienie mi, czytelnikowi, by w zupełności wystarczyło.
ale plan od początku zakładał bardziej skupienie się na ludziach, cho chyba nie jet tym, czego się po tekście spodziewałeś
Spodziewałem się skupienia na ludziach, ale przez pryzmat s-f i tyle. Gdyby tekst pojawił się w obyczajówkach, zapewne tak bym się nie czepiał.
Ot chyba śmy się nie dograliśmy.
Skąd takie założenie? Po to zwracam na coś, co mi nie pasuję uwagę i pytam, żeby dostać od autora odpowiedź i wyjaśnienia. Odnoszę wrażenie, że gdy komć jest nie taki, o jakim byś marzyła, to robisz się uszczypliwa :P.

Pozdrawiam.
Veni, Vidi, Komci

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3 aka W ciemność*

Post autor: pierdoła saska » 26 lutego 2014, 19:26

Uszczypliwa jestem zawsze, o ile nie jestem śpiąca. A moje wrażenie brało się z cokolwiek jednostronnego wydźwięku komentarza, znaczy skupił się on tylko na jednym, toteż w tę stronę patrzyłam. Ze mnie człek prosty. Pokazują w prawo, to patrzę w prawo :P
Ale generalnie to bydie takie średnio długie opko, póki co jest jakieś 15k słów, liczę że dobiję do 40 - 60k. Myślę, że sporo się wyjaśni z tak zwanym czasem, bo tego jest sporo :) Przy czym wolałabym to zrobić przy okazji fabuły, żeby to jakoś wynikało z wydarzeń, a nie, by se narrator ględził, siedząc na Maksymowym ramieniu :heart:

No i to takie obyczajowe s-f... O.o dunno. Nigdy nie umiałam dobrze rozgraniczać gatunków :/ Dlatego zwykle trzymam się szerokiego terminu "fantastyka" :bag:
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3 aka W ciemność*

Post autor: pierdoła saska » 14 maja 2014, 10:59

Jako rzekłam ostatnio w Bułce z masłem, pracuję, dłubię, to i dodam :)

[ O2 ] [2/2]
Meelis zaprzeczył ruchem głowy i z gardła Helen wydobyło się kolejne och, bo przecież nie było nic cenniejszego od próbek. Maksymowi płacono za kurs, ale nie wątpił, że zespół naukowy miał w umowie klauzulę warunkującą wysokość zarobku od wyników badań – a zatem próbki były niezbędne, bo bez nich plan badawczy się krztusił, dusił i szedł na dno, a wraz z nim nadzieje, marzenia, sny i przede wszystkim pieniądze.
– W takim razie ktoś musi się tam wybrać.
Maksym ponownie poszukał wzrokiem Javiera. W większości przypadków wolał go nie widzieć, ale tu i teraz asystent techniczny wydawał się być aż nadto potrzebny, by stać się kozłem ofiarnym. Maksym bowiem nie zamierzał dać się wrobić. Był zresztą pewien, że gdzieś w regulaminie figuruje zapis, że nie może opuszczać pokładu statku poza kilkoma uzasadnionymi sytuacjami, wśród których chyba jedynymi nieobwarowanymi kolejnymi klauzulami była ewakuacja statku lub śmierć.
– Wymiana jest prostą procedurą i sama w sobie może trwać do kwadransa, ale ktoś musi się tam wybrać – powtórzył Vahter z sobie tylko znanych powodów. – Mamy taką techniczną możliwość. Lotka wyląduje i wystartuje. Pozostaje otwarta kwestia warunków na dole.
Ciszę można było kroić tępym nożem. Maksym wodził spojrzeniem od Helen do Caroline i próbował zgadnąć, co tu się wcześniej stało. Kto pilotował, kto wprowadził dane środowiskowe? Daj coś naukowcom, a znajdą sposób, aby to bardzo kreatywnie zepsuć!
– Javier. Panie Vahter, poinstruuje go pan odnośnie procedury. Za ile możemy być gotowi?
Lankocz zerknął na technika ze współczuciem, choć bez zaskoczenia. Przecież jasnym było, że Vivian nie wyśle Helen. Nigdy Helen. Caroline być może, ale mając do wyboru ją lub Javiera jasnym było, że wybierze jego i tu już nie chodziło o sympatie i preferencje, a o logikę. Caroline była dobrej drodze do zastania wzorowym teoretykiem, doskonale wiedziała jak wszystko powinno działać, ale rzeczywistość lubiła jej płatać figle i sprzęt psuł się, wyniki nie przypominały niczego sensownego dopóki trzy razy się nimi nie potrząsnęło. Zamaskował śmiech kaszlem i ostrożnie cofnął się ku wyjściu. Zdecydowanie go tu nie potrzebowali. Wymknął się chyłkiem i, ledwie trzasnęły za nim drzwi, ruszył na mostek sprężystym, zdecydowanym krokiem kogoś, kto czym prędzej chce się oddalić z nieprzyjaznego miejsca.
Ciemność i nieliczne rozmigotane ikony pozwoliły mu odetchnąć z ulgą, miękki fotel przytulił go do siebie i uświadomił jak bardzo go to wszystko wyprowadziło z równowagi. Surowy, pod każdym możliwym względem fachowy i godny podziwu, głos pani kapitan naukowy dźwięczał mu w uszach. Ot tak wysyłała kogoś na powierzchnię, choć w ogóle tego nie planowali. Nie było mowy o stawaniu na planecie któregokolwiek z członków załogi. Miało być w białych rękawiczkach, poprzez robota i tyle. Oczywiście były procedury awaryjne, ale już sama ich nazwa budziła niepewność. Wzdrygnął się i wpatrzył w pulpit.
Jesteś tylko pilotem, panie Lankocz, więc trzymaj się swoich zabawek i daj innym podejmować ważkie decyzje.
Przeciągnął się i zaczął budzić do życia nieaktywne pulpity. Jedyny pojazd zdolny do odbycia takiej podróży kurzył się cztery pokłady niżej i w obliczu pierwszego użycia go był zobowiązany przeprowadzić na nim małą symulację. Krótka czeklista zdolności manewrowych, wywołał ją na półprzeźroczystym oknie zawieszonym nad prawą krawędzią pulpitu, nie mogła zająć go na cały czas oczekiwania, ale to zawsze było coś.

Hugh dał im zielone światło. Wyznaczył maksymalny czas przebywania na planecie oraz stworzył na poczekaniu wstępny zakres badań, jakie Javier będzie musiał przejść po powrocie i Maksym miał wrażenie, że lekarz nawet się cieszy z awarii łazika, bo w żaden inny sposób nie udałoby się mu zdobyć jakichkolwiek informacji o wpływie planetki na organizm ludzki. A tak, proszę, okazja sama pchała się w ręce i jeszcze mu dziękowano za zaangażowanie. Nawet zawitał na mostek, co zdarzało się nader rzadko. Stał nieco na uboczu, pod jedną ze ścian, i wpatrywał się w lśniący ekran pada, na którym niewątpliwie wyświetlały się jakieś ważne rzeczy, a przynajmniej do takiego wniosku doszedł Maksym widząc skupienie na jego twarzy. Vahter stał kawałek dalej, pochylony nad pulpitem technicznym, choć przecież mógł go obsługiwać z poziomu maszynowni i uniknąć tłumu, co zwykle wykorzystywał w czasie lotu. Tym razem było inaczej, ale ten raz był inny niż wszystkie poprzednie i Maksym poczuł, że znowu zaczynają się mu pocić dłonie. Potarł nimi o spodnie, ale nijak to nie pomogło. Helen patrzyła mu przez ramię na wskaźniki, z których wątpił, by rozumiała zbyt wiele, ale zdawała się być głucha na jego chrząknięcia. Vivian flankowała go z drugiej strony, wpatrzona w główny ekran, milcząca i skupiona. Lotka, mały stateczek przystosowany do lotów załogowych i w ostateczności do lądowania na obiektach o małej grawitacji, była na nim zieloną, mrugającą kropką powoli oddalającą się od srebrzystego krzyżyka jakim był Kociołek w stronę czerwonej kropki przedstawiającej Widmo. Mrugnięcia ikony odliczały upływający czas.
Trwali w stanie zawieszenia. Lotka miała zaprogramowany kurs, automatyka umożliwiała jej bezpieczne wylądowanie i nie zamierzali próbować robić tego manualnie, bo Javier najzwyczajniej w świecie nie był dostatecznie przeszkolony, a Maksym był za daleko, zbyt mało widział i wiedział, aby móc na bieżąco reagować – to brzmiało jak śmiechu godna dziura w procedurach. Nie skomentował jej jedynie dlatego, że Helen i Vivian po jego obu stronach w niewyjaśniony sposób zaciskały mu gardło.
– Ile jeszcze? – odezwała się pierwsza z nich, przerywając tym samym przeciągającą się ciszę.
– Dziesięć minut do rozpoczęcia procedury lądowania – odparł, czytając dane z ekranu, na który patrzyła. – W sumie koło kwadransa.
– Chciałabym, żeby już było po wszystkim – dodała ciszej.
Uśmiechnął się pod nosem, bo czuł dokładnie to samo. Zerknął na Meelisa i westchnął, nie znalazłszy w nim wsparcia. Technik był w stu procentach pochłonięty swoją pracą, a przynajmniej jakąś jej namiastką, bo co mógł robić? W myślach prześledził wszystko, co wiedział o Lotce, ale nie doszukał się niczego, czego automatyka nie mogłaby w niej unieść. Ciągły nadzór nie był konieczny, z drugiej strony używali jej drugi czy trzeci raz i zdecydowanie pierwszy, gdy przychodziło do lądowania. Oblecenie ich statku po przejściu przez pas asteroid, aby z zewnątrz upewnić się, że nie ma większych uszkodzeń stanowiło zupełnie inną bajkę.
– Javier.
– Tak.
– Za trzy minuty włączą się silniki hamujące, może szarpnąć. Gdyby coś było nie tak, to melduj.
Zignorował gwałtowny wdech po swojej lewej; to Helen wciągnęła głośno powietrze ledwie „nie tak” rozbrzmiało na mostku.
– Yhym.
Czerwona i zielona kropka nałożyły się na siebie, a na łączu dało słyszeć się szumy i trzaski towarzyszące zwiększonemu ciągowi silników. Zegar w lewym górnym rogu ekranu odliczał czas i wysokość, i trudno było odeprzeć wrażenie, że ten pierwszy zwalniał, rozciągał się, jakby gdzieś w pobliżu była czarna dziura i właśnie ocierali się o horyzont zdarzeń. Lotka nurkowała w ciemność, rozciągała się jak makaron i lądowała coraz wolniej i wolniej aż do pozornego zatrzymania.
Szum ucichł.
– Javi, jesteś jakieś dwadzieścia metrów od łazika. Bliżej nie mogliśmy cię posadzić, przy tym syfie na dole, zresztą ci o tym mówiłem. Skany optoradiowe twierdzą, że masz przed sobą łatwy spacer po zadziwiająco płaskim, jak na ten kawałek koksu, terenie, więc nie powinieneś mieć problemów. Grawitacja jest na poziomie porównywalnym z Oberonem czy Tytanią, znasz?
– Słabo.
– To powiem ci, żebyś nie próbował zbyt wysoko skakać, bo odlecisz. Na Europie masz niemal sześć razy większe wartości. Spokojnie i bez pośpiechu.
Vivian chrząknęła znacząco, ale Maksym zupełnie się tym nie przejął. Mówił dalej, ciesząc się, że w końcu ma jakieś zajęcie.
– Uważaj na kamienie i takie tam, bo lepiej by było, gdybyś się nie przewrócił. Niestety tu z góry mamy kiepski widok na to, co masz tam na dole, więc ci nie pomożemy. W ogóle jak się czujesz, będąc pierwszym człowiekiem stąpającym po powierzchni tego kawałka żużlu?
– Nieciekawie.
– Ej, no! Właśnie zostajesz pionierem!
Javier roześmiał się niewyraźnie.
– Chcesz się zamienić?
– Ni cholery. Krzyż ci na drogę, wyskakuj, rób co masz zrobić i wracaj tu do nas. Meel przeprowadzi cię przez proces demontażu i instalacji. W ogóle będziemy trzymać kanał komunikacyjny ciągle otwarty, więc bacz na słowa, bo mamy panie na mostku.
– Masz dwadzieścia trzy minuty – niski, wibrujący głos Hugh dołączył do rozmowy. – Plus dodatkowe dwadzieścia jeden na powrót. Obie wartości przy ciasnej kalkulacji i bez marginesu błędu.
– Słyszałeś pana doktora? Działaj.
– Panie Lankocz, ta rozmowa nagrywa się w dzienniku pokładowym – upomniała go pani kapitan naukowy i miała rację. Nagrywało się każde jego słowo, ale nie peszyło go to. Wielki Brat słuchał wszystkiego, co działo się na tym mostku i na niemal każdym innym, na którym zdarzyło mu się służyć. Gdyby miał się tym przejmować, już dawno zostałby introwertycznym milczkiem, fukającym na cały świat i spoglądającym na wszystkich spode łba.
Nie, psze pani, to nie moje strony – pomyślał, ale nie odezwał się.
Spokojny głos Meelisa podawał kolejne wskazówki i polecenia Javierowi, poprzeciągane samogłoski snuły się pomiędzy znajdującymi się na mostku ludźmi, jak jakaś koszmarnie napisana piosenka. Niby ładna, ale nudna i bez sensu już po pierwszej minucie, a potakiwanie Javiera stanowiło najgorszy refren świata. Ciche kroki Vivian przemierzającej pomieszczenie w tę i na zad nie stanowiły wielkiego urozmaicenia i Maksym nawet na nie patrzył, jak się miota zupełnie pozbawiona kontroli. Już nie przypominała szukającej ofiary bestii, jaką była w laboratorium. Mogąc tylko czekać, gotowała się w sobie – a przynajmniej tak to dla niego wyglądało i poczuł dla niej współczucie, bo sam czuł się podobnie, tylko że na nim nie spoczywała odpowiedzialność. Nie w takim stopniu. Wzdrygnął się na myśl o tym.
– Javier…
– Yhym. All green.
– Poczekaj jeszcze chwilę. Procedura testowa trwa dwie minuty.
– ‘k.
– Wszystko w porządku? – Hugh odezwał się pierwszy raz w ciągu ostatniego kwadransa i Vivian zatrzymała się gwałtownie.
Odszukała spojrzeniem lekarza i wpatrzyła się weń pytająco, ale on zbyt zajęty był obserwowaniem wyników na padzie. Maksym i Helen również popatrzyli na niego i wydawało się na miejscu, żeby zostali zauważeni, a ich ciekawość zaspokojona, jednak ten dzień wybitnie nie chciał spełniać niczyich oczekiwań i Lankocz jeszcze bardziej zapragnął, by było już po wszystkim.
– Tak. Ciemno. Cicho. Dziwnie.
– Dziwnie, to znaczy?
Vivian patrzyła na Hugh jakby tylko on istniał na mostku i Maksym poczuł, że po plecach spływa mu zimny pot, bo to nie mogło oznaczać niczego dobrego. Zrobiło się cicho, może nie tak jak tam na dole, ale nie wątpił, że wrażenie i tak jest podobne. Tylko Meelis jeszcze mówił, ale nikt z obecnych go nie słuchał, a on chyba nie potrzebował słuchaczy, gdy pod nosem czytał kolejne pozycje z czeklisty i odhaczał je jedna po drugiej. Mógłby mówić nawet po swojemu i rozumieliby dokładnie tyle samo, czyli nic.
– Chyba nie lubię małych przestrzeni w skafandrach – padła zaszumiona odpowiedź przerywana głębokimi oddechami.
Bullshit, przeszło Maksymowi przez myśl. Javier miał za sobą kilka dobrych lat pracy na stacjach, gdzie większość pomieszczeń nie miała więcej jak dwa na trzy metry, a sufit wisiał tak nisko, że ktoś nieco ponad przeciętnego wzrostu mógłby w niego uderzyć. Nie wspominając o daremnych próbach przeciągnięcia się. Spacery w skafandrze po nieprzyjemnych planetach należały tam do codzienności, zatem bullshit and shitload of crap. Zerknął na panią kapitan – wiedziała, musiała wiedzieć, bo miała ich teczki i była skrupulatnym naukowcem, więc na pewno je przeczytała i zapamiętała najważniejsze fakt, zalety i wady, by je zręcznie wykorzystywać w czasie lotu. Pobladła. Jej twarz, na co dzień już wyraźnie ukazująca wiek, zszarzała i pomarszczyła się jeszcze bardziej, usta poprzecinały głębokie pionowe bruzdy, oczy zaś zmatowiały. W jednej chwili zdecydowana kapitan Vivian Faugier ustąpiła miejsca zmęczonej życiem kobiecie, która najlepsze lata ma już za sobą – jako człowiek i jako naukowiec – i to jest prawdopodobnie jej ostatnie pięć minut na scenie, nim zmuszona przez wiek, będzie musiała zaszyć się w jakimś przytulnym gabineciku, któregoś z uniwersyteckich gmachów. Skończy się błyszczenie na firmamencie dzielnych naukowców zdobywających kosmos, a zacznie prozaiczne ciułanie niczym nieróżniące się od tego, jakim parają się ci, którzy nigdy nie odważyli się polecieć dalej jak do Saturna. Wszyscy na pokładzie o tym wiedzieli. Caroline kiedyś półszeptem nazwała panią kapitan supernową – oto bowiem umierała w ostatnim błysku chwały. Tylko że tu i teraz dumnie puchnąca gwiazda, gotująca się do wybuchu, zaczynała mało widowiskowo tracić atmosferę i sprawiać wrażenie, że skończy swój żywot po cichu jak mała samotna gwiazdka typu G; jak Słońce czy jakikolwiek inny żółty lub biały karzeł pozbawiony kompana. Bo tak, Vivian Faugier zdecydowanie nie posiadała nikogo, z kim by mogła stworzyć jakikolwiek układ podwójny – myśl o tym uniosła mu kąciki ust, ale tylko na chwilę. Plotki o życiu pani kapitan nie miały teraz znaczenia.
– Javier, sprawdzałeś poziom tlenu przed wylotem?
Pytanie padło pomiędzy kolejnymi podpunktami listy i Lankocz zdał sobie sprawę, że nie minęły dwie minuty, od kiedy weszli na równię pochyłą. Jeśli Vahter naprawdę oczekiwał odpowiedzi, to jak rzadko Javier nie sprostał narzuconemu tempu i nie zdążył jej udzielić, nim padły kolejne słowa.
– Nie. Nie ma tego na liście. Powinny być przechowywane pełne, ale najwyraźniej nie zostały nabite po ostatnim spacerze po powłoce statku – stwierdził marszcząc brwi. – Wracaj do Lotki. Spokojnie, ale szybko.
– Meelis – Helen syknęła nad uchem Lankocza aż przeszedł go dreszcz, Vahter jednak albo jej nie usłyszał, albo skupiony był na czym innym.
– Caroline, jesteś na dole?
Nie usłyszeli odpowiedzi, która poszła bezpośrednio na słuchawkę w uchu mechanika.
– Podaj mi numer zestawu wziętego przez Javiera.
– Meelis, co się dzieje! – tym razem Helen podniosła głos.
– Kurat…
– Meelis!
Ale on nie zwracał na Helen uwagi. Ekran przed nim rozbłysnął wskazaniami z łazika, wynikami diagnostyki i liniami komend pośpiesznie wypisywanymi na klawiaturze.
– Javier!
Głos Vivian drżał i uderzał w wysokie nuty, zazwyczaj w nim niesłyszalne. Maksym poczuł jak kolejny dreszcz przechodzi mu po plecach, a dłonie zaczynają się pocić. Shit just got serious – przeszło mu przez myśl. Przez gardło nie było w stanie. Zerknął na Hugh. Mayor wpatrywał się w pada i cokolwiek na nim widział, pochłaniało go to bez reszty i nie było wesołe. Ściągnięte brwi i zaciśnięte w cienką linię blade usta nie oznaczały niczego dobrego. Ni diabła; Maksym był tego pewien i nie miał nawet odwagi zapytać, co się do cholery jasnej dzieje. Był tchórzem.
O tak, panie Lankocz, jest pan cholernym tchórzem i dlatego znalazł się pan na tym statku, więc niech pan trzyma gówno tam gdzie powinno być i skupi się na swojej robocie.
– Javier, natychmiast odpowiedz, albo…
Skrzywił się. Vivian wykrzykiwała mu regulaminowe groźby prawie do ucha, a odpowiadała jej pełna trzasków cisza i gdyby sytuacja była nieco inna, to zasugerowałby może popracowanie nad korektą dźwięku lub ponarzekał na sprzęt. Tymczasem milczał i zerkał to na Meelisa, to na Hugh, a obaj byli równie pomocni jak on sam. Chciał kląć. Barwnie, kwieciście i z fantazją, ale słowa nie przechodziły mu przez gardło.
Javier milczał. Meelis zajmował się łazikiem. Vivian krzyczała, bo inaczej nie można było tego nazwać. Helen mamrotała mu tuż nad uchem. On zaś patrzył na to jak na film.
Hugh?
Pulpit przed nim rozjarzył się sekwencją komend i złowił jego wystraszone spojrzenie. Wyrobione przez lata odruchy wzięły górę nad lękiem, dezorientacją i szokiem, pokierowały dłońmi wpisując kombinacje akceptacji, kody dostępowe i hasła z zasady łamiące procedury rzekomo nie do złamania. I już wiedział. Już rozumiał wszystko, czego było mu potrzeba. Przyczyny się nie liczyły, należały do przeszłości, do ludzi robiących root–cause analysis po fakcie, implementujących 8D i Ishikawy. Jemu wystarczyło, że stało się coś i Javier nie zrobi jednej jedynej rzeczy, jakiej od niego wymagało oprogramowanie Lotki. Nie zapoczątkuje sekwencji startu i nie pozwoli komputerowi zawieźć się do domu, a oni nie mogą nic zrobić, bo ktoś uznał za niebezpieczne pozwolić na łatwe przejęcie kontroli nad Lotką. Dlaczego? Nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale wiedział, że zacznie, tylko nie teraz. Teraz oficjalnie nieistniejące programy wpuszczały go w systemy Lotki i pozwalały przejąć stery. Zdalnie, niepewnie, z marginesem błędu, który kojarzył się z pierwszymi sondami wysyłanymi na Księżyc; tymi co w niego nie trafiły, mimo że to całkiem duża tarcza strzelnicza. Powinien się bać. Mały błąd mógł roztrzaskać Lotkę o Kociołek, zdehermetyzować oba i zabić ich wszystkich.
Odetchnął.
Bułka z masłem – pomyślał.
cdn
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3*

Post autor: pierdoła saska » 23 maja 2014, 07:51

[ He ] [1/2] Atmosferę w mesie można było kroić nożem w równą kostkę dwa na dwa. Cały pokład powinien być utrzymywany w miłej temperaturze dwudziestu trzech stopni, ale Maksym miał nieodparte wrażenie, że dobijają do trzydziestej kreski i wcale nie planują się zatrzymać. Zaś komputer pokładowy niechybnie kłamie wskazując na termostacie dwadzieścia dwa i dziewięć stopnia.
A gówno.
Wypił duszkiem szklankę wody i nalał sobie kolejną. Helen nie zwróciła na niego uwagi, od kiedy wszedł. Siedziała przy stole wyprostowana, napięta jak struna i wpatrzona w trzymanego w dłoni pada, ale nie wyglądała jak pochłonięta przez wyświetloną na nim treść. Jej spojrzenie zdawało się być ślepe na wszelkie informacje przedstawione na ekranie, kąciki ust opadły nieznacznie, same usta miała rozchylone i sprawiała wrażenie nieobecnej myślami. Jakby zupełnie jej tu nie było. Zerknął w stronę Meelisa, parzącego sobie kawę, jak na winowajcę. Przez ostatnie trzy dni, czyli dokładnie tyle ile upłynęło od nieszczęsnego wypadku z łazikiem, a potem z zapasem tlenu, Helen traktowała Vahtera jak stęchłe powietrze. Nie odzywała się przy nim ani słowem, nie patrzyła, nie robiła nic, jakby sama chciała zniknąć na czas, gdy przebywali w jednym pomieszczeniu; teraz nie było inaczej. Gdyby znalazł się na miejscu Vahtera, to czułby się z tym podle, ale mechanik albo w ogóle nie zauważał, co się wokół niego dzieje, albo mu to odpowiadało. Maksym nie mógł się zdecydować, którą opcję obstawiać. Instynkt hazardzisty podpowiadał mu, że najlepiej żadną i niech cię, panie Lankocz, wszyscy święci bronią przed mieszaniem się w tę sprawę!
W trzech łykach opróżnił szklankę.
Akurat na czas, aby odstawiając ją na stolik zobaczyć jak Meelis wychodzi. Helen ze świstem wypuściła powietrze z płuc, a instynkt Lankocza krzyknął: uciekaj!
Za późno.
– Jak on śmie! – prychnęła.
Uniósł brew w niemym pytaniu „ale co śmie?”, nie został jednak zauważony. Zrównany do poziomu samego ucha, mógł tylko słuchać lub uciec pod byle wymówką. Głupią oczywiście, bo co takiego może gonić pilota, gdy wiszą na orbicie? Jednak w swym zapamiętaniu Helen raczej nie zwróciłaby na to uwagi.
– Przychodzi tu jak gdyby nigdy nic! Słowem się nie odezwie, wielki pan nad pany! Jakbyśmy byli jakimś plebsem!
Nie zapytam – powtarzał w myślach niczym mantrę.
– Jest tylko mechanikiem. Personelem pomocniczym!
Tak jak ja, dokładnie tak jak ja i od nas zależy, czy wrócicie w jednym kawałku do domu – pomyślał i ugryzł się w język, nim jakiekolwiek dźwięk wydostał mu się z gardła.
– A zachowuje się jak pan i władca! Jakby był ponad nami i jakbyśmy go nic nie obchodzili!
Poczerwieniała na twarzy i cała trzęsła się nieznaczenie. Dłonie zaciskała na padzie z taką siłą, aż skóra na knykciach zupełnie zbielała i Lankocz czekał na chwilę, gdy rzuci Bogu ducha winnym urządzeniem o ścianę. Co zauważył z zaskoczeniem, szkliły się jej oczy i chyba nie zdawała sobie z tego sprawy. Oddychała szybko i płytko niczym uosobienie wściekłości lub skrajnego przerażenia; znów jego instynkt hazardzisty zawodził, pasował nim naprawdę zaczęła się gra i zostawiał go samego na placu boju.
Przytakiwać?
Bronić?
Pocieszać?
A może po prostu milczeć i udawać powietrze?
Nie miał pojęcia i wciąż najchętniej wybrałby opcję ucieczki, tylko nie wiedział jak to rozegrać. Zamyślił się, przestał słuchać i skupił na sobie samym. Egoistycznie, niekulturalnie i zupełnie jak to on.
Panie Lankocz, jest pan świnią.
– Przestań!
Aż podskoczył wystraszony i zaklął pod nosem, zły na siebie, że dał się przyłapać nim dotarło do niego, że to nie Helen krzyczała zauważywszy jego odpłynięcie myślami. Głos nawet nie należał do kobiety. Krzyczał Javier i nie był to miły dźwięk. Nieco charczący i wibrujący w uszach przyprawiał Maksyma o dreszcze. „Kiedy Javier wszedł do mesy?” nie stanowiło już pytania, na które szukałby odpowiedzi. Zamiast tego skupił się na dwójce naukowców, jednocześnie samemu wstrzymując oddech, jakby to mogło uczynić go niewidzialnym. Dziwny, głupi wręcz, odruch z dzieciństwa. Brakowało tylko, aby zamknął oczy.
– Tak, jest tu cholernym bogiem i ktoś uznał, że nadaje się by nim być. Koniec tematu.
– Javier-
– Koniec – syknął.
Patrzyła na technika szeroko otwartymi oczami, a usta zacisnęła w cienką linię szczerego oburzenia. Stateczna pani doktor dziecinniała w oczach, gdy emocje brały nad nią górę i Lankocz wręcz czekał aż zacznie tupać nóżką dla wzmocnienia efektu.
– Godzisz się na to?!
– Tu nie ma na co się godzić – odparł Javier cicho, wracając tym samym do normy ostatnich dni.
Balansował na granicy szeptu niemal cały czas, nieważne z kim i o czym rozmawiał, jakby bał się zbyt szybko wypuścić powietrze z płuc.
Znowu lub-lub.
Maksym czuł się jak na bagnie. Nie widział swoich stóp, zanurzony po kostki w na wpół zgniłej breji, za to wiedział, że wokoło pełno jest niewidocznych dołów głębszych niż on ma wzrostu.
– Odpuść – dodał. – Po prostu odpuść. Uwzięłaś się.
– Nie. Tego nie można tak zostawić, to-
– Można, bo to jest nic. Zwidziało ci się.
Nie rozumiał, o czym mówią. Coś mu umknęło. Może jakaś inna rozmowa? Trzy dni to było dość czasu, aby zdążył przeoczyć więcej niż kilka rozmów toczących się w tym samym pomieszczeniu, nie wspominając o tych prywatnych, w zaciszu kwater czy na siłowni.
– Nic mi się nie zwidziało. Javi, nie było z tobą kontaktu, byliśmy przerażeni, a on sprawdzał czeklistę łazika jak gdyby nigdy nic! Jakby w ogóle go nie dotyczyło, że możesz tam zginąć! Nawet głos mu nie drżał. Mówił z tą samą flegmą co zawsze! Mu się wydaje, że-
– Helen. Odpuść.
–Maks, powiedz mu coś!
Skrzywił się. Że niby on ma coś mówić, przecież on nawet nie wie o co chodzi, na litość boską?!
– Hugh już cię spuścił ze smyczy? – zapytał, bo nic innego nie przyszło mu do głowy.
– Tak. Mam mu powiedzieć, jeśli tylko będę czuł, że coś jest nie tak, miał stany lękowe i inne z dość długiej listy dolegliwości, którą mi przedstawił.
– Stany lękowe?
Helen cicho powtórzyła jego słowa.
– Możliwy skutek uboczny. Nie będę miał. To nie pierwszy raz, gdy miałem awarię sprzętu – zaśmiał się i Maksym nie wiedział czemu, bo w tym nie było niczego zabawnego. A przynajmniej on niczego takiego nie widział. Sądząc po minie Helen, zgadzała się z nim i gotowa była powiedzieć to głośno. – Póki co wracam do normalnej pracy, czyli herbata i za pięć minut mam rozmowę u Vivian. Raport nie napisze się sam, a trzeba ustalić fakty, znaleźć przyczyny...
Wzruszył ramionami i zalał herbacianego szczura w korporacyjnym kubku. Wyszedł, nim Helen się odezwała. Zostali sami, termostat przestał kłamać, ale Maksym nie poczuł się lepiej. Tęsknie spojrzał na drzwi, a potem na kobietę. Siedziała równie sztywno co wcześniej i z takim samym zaciętym wyrazem twarzy, tylko zdawała się bardziej zwracać uwagę na otoczenie.
Powiedz coś, panie Lankocz. To twoja szansa.
Jak rzadko, niespecjalnie go to cieszyło. Helen była rozgarnięta, ładna, miała poczucie humoru i w pierwszych tygodniach, co przyznawał bez żalu, zachowywał się w jej towarzystwie jak wzbudzony elektron. Krążył, skakał, ekscytował się i zabiegał o względy, kiedy tylko mógł. To skończyło się ponad szesnaście miesięcy temu i należało do przeszłości z gatunku tych „było, minęło i nie prawda”. Ale sympatia pozostała, nawet, jeśli musiał zadowolić się faktem, iż nie doskakuje do wysokich progów doktor Latorre i nigdy pewnikiem nie doskoczy, jeśli nie ma w planach zmiany zawodu. A nie miał.
– Helen?
– Nie rozumiem go.
– Kogo?
Głupie pytanie; zreflektował się..
– Javiera. Może to szok? – Spojrzała na niego i przytaknął nadal czując się jakby stał po kostki w bagnie. Niezrozumienie wsysało go. – Może to minie, byle szybko.
Pad rozbłysnął zielonym światłem, Helen przeciągnęła się i uśmiechnęła.
– Analiza się skończyła, czas wrócić do pracy – stwierdziła rzeczowo i chwilę później już jej nie było.
Umknęła do swoich ważnych cyferek i formuł, o których nie miał pojęcia. Do poważnej pracy, która przekładała się na ich zyski, do badań, które mogły przynieść przełom, przyłożyć się do postępu czy zrobić coś jeszcze większego – nie wiedział, tajne przez poufne. Zajmowała się wielkimi rzeczami, a on pozostawał personelem pomocniczym. Pilotem statków międzygwiezdnych, niezłym w swoim fachu, z dobrymi referencjami i masą barowych opowieści z trzech ramion Drogi Mlecznej.
Przewrócił oczami.
Chciał pobiegać.
W zasadzie, to bardziej chciał się upić, ale to było poza jego zasięgiem jeszcze przez kilka miesięcy, więc pozostało mu bieganie. Na bieżni. W niedostatecznie przestronnej siłowni stanowiącej jedno z dwóch centralnych pomieszczeń ich Kociołka, który tak naprawdę miał inną, ładniejszą i bardziej oficjalną nazwę, ale Maksym nie używał jej od czasu, gdy ostatni raz meldowali się na czekpoincie opuszczając Układ Słoneczny. Bieganie samemu było nudne. Po dziesięciu minutach zwykle miał dość. Chciał mówić. Rozmawiać. Dywagować i wylewać z siebie gorzkie żale, a mówienie do siebie uchodziło za objaw szaleństwa, siłownia zaś była monitorowana. Nie, stanowczo nie zamierzał rozmawiać sam ze sobą w jej wątpliwym zaciszu. Hugh mógłby to uznać za aż nadto dogodną sytuację i nie przepuściłby okazji, aby dać upust swoim psychologicznym pasjom i dobrać się do głowy pilota międzygwiezdnego. Zajrzeć w jego paranoje, w myśli, towarzyszące mu, gdy patrzy w pustkę i te, gdy wpatruje się w niewidoczny sufit, kiedy zgasi wszystkie światła w kajucie. Czy czuje się władcą siedząc za sterami… Słyszał już te pytania mniej lub bardziej zawoalowane na samym początku, gdy tyrpali się długimi kijami próbując wyczuć, z kim mają do czynienia i na ile mogą sobie pozwolić. Oczywiście nie miało to żadnego znaczenia, bo jeszcze nim dotarli do Widma przestali stwarzać pozory, próbować się dostosować i po prostu byli sobą, nawet, jeśli oznaczało to, że bezczelnie depczą czyjś drewniany płotek wokół przestrzeni prywatnej.
Płotki odbudowywało się szybciej.
Empatia była przereklamowana, gdy chodziło o wykonywanie zapisanych w umowie zadań. Wyrzuty sumienia, wewnętrzne dylematy czy może tak, a może inaczej naprawdę nie miały większego znaczenia, gdy znikąd w kosmicznej próżni pojawiał się gruz wyrzucony z jakiegoś systemu, zbyt rozległy, aby go omijać. Czysty egoizm – profesjonalizm.

– Zimowa panienko, wiem, że tu jesteś i wiesz, że jak mi nie powiesz gdzie dokładnie, to zacznę cię szukać i pewnikiem dotykać rzeczy, których dotykać nie powinienem, więc w twoim dobrze pojętym interesie jest dać się szybko znaleźć. Najlepiej zanim w ogóle zacznę szukać! – krzyknął odpędzając wrażenie deja vu.
Znów był w tej cichej, jakby wymarłej części statku, która stanowiła królestwo Meelisa. To tu panele migały kolorowymi kontrolkami, których znaczenia nikt poza Vahterem w pełni nie pojmował, to tu znajdowały się wejścia do głośnych, buczących trzewi Kociołka, w których tkwiła ukryta brutalna siła silników napędzających statek, dostarczających energii do układów podtrzymania życia, sztucznego jeden gie, cennych maszyn i urządzeń naukowych jak i pryszniców, prywatnych wyświetlaczy i lampek nad łóżkiem. Szare, srebrzyste szafy sięgające od podłogi aż po sufit tworzyły labirynt. Zaledwie połowa paneli świeciła się i cienie były głębsze niż Maksym sobie tego życzył. Niepewnym wzrokiem mierzył wijące się po podłodze kable, których chyba nie było tu, gdy wylatywali, ale nawet pozornie bezawaryjny lot ma swoje prawa. Kociołek wyszedł spod igły zaledwie w cztery miesiące przed wylotem. Obleciano go tyle, co z stoczni na orbicie Księżyca do Orcusa, wystawiono certyfikaty i hulaj dusza, hulaj wola. Pierwsze trzy miesiące, to było docieranie się ludzi do sprzętu i sprzętu do ludzi.
– Meelis!
Naprawdę nie chciał brnąć w tę dżunglę, jeśli istniała szansa, że Vahter wyjdzie do niego.
– Ostatni raz jak cię tu szukałem i nie raczyłeś się pokazać, to rozpętała się ta cała chryja z łazikiem! Weź to za zły omen i wyleź! – Skrzywił się ledwie namiastka groźby przebrzmiała w powietrzu. Nie zabrzmiało to dobrze. W zasadzie zabrzmiało nawet koszmarnie i odbiło mu się zgagą w gardle. Chryja nie była najlepszym określeniem. Złym. Bardzo złym nawet.
– Hym?
Vahter wynurzył się z czarnej dziury, jaką stanowiło przejście na niższy pokład, ten już nie cichy i nie przytulny, a buczący i rozszumiany, pełen podstępnych urządzeń i maszyn, które tak naprawdę stanowiły przedmiot pracy Meelisa i zajęcie dla ponad połowy mocy obliczeniowej głównego komputera. Absolutne sanktuarium, twierdza i teren zakazany.
– Nie było kiedy wziąć cię na spytki – oznajmił z uśmiechem – a jestem ciekaw, do czego żeście z naszą kochaną panią kapitan doszli. Jestem zupełnie poza obiegiem informacji i cierpię…
– Teraz?
– A pali ci się robota w rękach? No właśnie, wiec czemu nie teraz choćby i u mnie. Cisza, spokój… Dobra tych ci tu nie brakuje, ale teraz zatruwam ci życie i nie daję pracować, więc?
– Nie odpuścisz.
– Znasz mnie już chyba na tyle, co nie? – Uśmiechnął się promiennie. – Oczywiście, że nie odpuszczę. Nie po tej pięknej scenie z mesy sprzed godziny!
Vahter zmarszczył brwi i na jego twarzy odbiło się skupienie. Może faktycznie nie zwracał na Helen uwagi? – Maksymowi wydawało się to niemożliwe, ale gdyby możliwe i niemożliwe miał mierzyć swoją miarą, to chodziłby całymi dniami bezbrzeżnie zdumiony i zaskoczony.
– Jest na ciebie… wściekła? – doprecyzował. – To co, u mnie czy u ciebie?
– U ciebie.
Co nie było najlepszym z wyborów, bo Maksym nigdy nie spodziewał się gości i nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi do porządku w swojej kajucie. Ot tyle, by na wypadek utraty sztucznej grawitacji nie doszło tu do katastrofy, a to nie wynikało z ułożenia czy poczucia obowiązku, a stanowiło następstwo pewnej lekcji udzielonej mu przez kosmos w pierwszych latach po ukończeniu szkoły. Wspominał tamte wydarzenia ze smętnym wyrazem twarzy, ale opowiadając o nich śmiał się zawsze głośno i niemalże do łez. Tu i teraz nie miało to już jednak znaczenia, bo Meelis znał tę opowieść i znał tę kajutę. Bez słowa zrobił sobie miejsce na przyśrubowanym do podłogi krześle w rogu pokoju i wodził jasnym spojrzeniem za Maksymem. Kiedyś to irytowało Lankocza. To patrzenie wprost na rozmówcę, jakby mające go speszyć lub zdenerwować. Milczące, uważne i bardzo odmienne od tego, jak Vahter zachowywał się w tłumie – wtedy nie patrzył, czasami w ogóle nie zauważał ludzi, robił swoje jakby żył we własnym wszechświecie. Tylko w sytuacjach jeden na jeden zmieniał sposób bycia; to potwierdzili Maksymowi Javier i Caroline już jakiś czas temu, gdy jak gdyby nigdy nic o to zapytał. Z ulgą i żalem przyjęli, że nie są jedynymi, których spotyka takie traktowanie.
Czy on i Helen na raz stanowili już tłum?
Spokojnie, Lankocz, nic nowego się nie dzieje.
– Mam tylko sok – wskazał na wielorazowa butelkę stojącą przy łóżku. – Chcesz?
Nie chciał, pokręcił głową i uniósł kubek z resztką kawy; czy to była wciąż ta sama, którą parzył w mesie w obecności Helen, tego Lankocz nie próbował zgadywać.
– No to słucham – oznajmił wciąż stojąc tuż przy drzwiach. Oparł się o nie i patrzył wyczekująco. I tak długo wytrzymał życie w informacyjnej próżni. Trzy dni! Trzy długie dni, upływające pod znakiem dochodzącego do siebie Javiera, coraz bardziej zirytowanej Helen, obojętnej Caroline i zamykających się na długie godziny Vivian i Meelisa w biurze tej ostatniej; co w innych okolicznościach byłoby ciekawym tematem plotek, ale tu i teraz – nie. Po prostu nie.
– Nie ma niczego ciekawego.
– To ty tak mówisz. Pozwól zaś, że ja zadecyduję sam czy masz rację, czy nie. No, Zimowa Panienko? Spill it.
ciąg dalszy nastąpi
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1832
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: C9H13NO3*

Post autor: Kruffachi » 02 czerwca 2014, 19:43

No to wreszcie przeczytałam ^^ Wiem, że długo trwało.

Miałam problem na początku. Dużo bardzo długich zdań i bohaterowie wprowadzani głównie jako imię lub nazwisko nie pomagali zorientować się w sytuacji. Zwłaszcza że często te imiona i nazwiska pojawiały się oddzielnie, wymiennie. Przydałoby się dla porządku co jakiś czas powtarzać je razem, szczególnie w pierwszych partiach tekstu. Dobrze na pamięć zrobiłoby też, gdyby zamiast imion wprowadzały ich też inne rzeczy - opisy, funkcje, jakieś wyraziste szczegóły. A tymczasem dzieje się tak chyba tylko z Viven, przy czym to, że Viven = pani kapitan też nie było dla mnie od początku jasne, a czytałam dość uważnie i na wydruku. Zatem - chałos :D Chałosem trzeba się będzie zająć.

Z innych narzekań - było nieco błędów, ale nie wypisywałam. Z takich ważniejszych rzeczy, które mi się rzuciły w oczy i z którymi był problem przez większość czasu, to pisownia cząstki "check/czek". Parę niekonsekwencji Ci się wdarło.

A poza tym lubię bardzo to poczucie profesjonalizmu podczas lektury :D Cały czas miałam takie poczucie, że wiesz, o czym piszesz i że prowadzasz mnie po obszarach, które znasz, jakbyś sama tam była przez te kilkanaście miesięcy i wszystko zmacała. Nawet jeśli dałam się nabrać na technobełkot (nigdy nie wiem, za cienka w te klocki jestem XD), to dałam się nabrać całkowicie :D W scenie z Javierem i utratą łączności autentycznie skoczyło mi ciśnienie, chociaż nie miałam pojęcia, który to Javier i w związku z tym nie zagrał zwyczajny, ludzki lęk o bohatera, którego się polubiło. Acz polubiłam go potem - po rozmowie z Helen. Zagrała atmosfera, wykreowany słowami klimat i jeśli udało Ci się to bez podbudowy emocjonalnej z mojej strony, to pozostaje przecierać oczy ze zdumienia :D

Helen mnie wkurza na razie i to wkurza nieziemsko, a Maksym, pozostający wszak na pierwszym planie, budzi sympatię, choć czasem ma się go ochotę trzasnąć po mordzie XD Mała przestrzeń i ograniczona liczba bohaterów sprzyjają tego typu narratorom - wycofującym się, szukającym zawsze neutralnej i bezpiecznej pozycji. Skądinąd wiem, dokąd tekst zmierza i co będzie jego tematem, więc ciekawam bardzo, jak się sprawdzi jako komentator, bo wydaje mi się, że świetnie :D

Tyle na razie.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ