UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Naomi [+18]

"Science fiction istniała zawsze: mam na myśli prognozę pogody."
Peter Ustinov
Awatar użytkownika
Plastikowy Jezus
Posty: 63
Rejestracja: 23 października 2011, 19:01
Kontaktowanie:

Naomi [+18]

Post autor: Plastikowy Jezus » 31 grudnia 2013, 12:50

To uczucie, gdy formatujesz tekst, ustawiając wszystkie akapity i inne pierdoły, a potem wyłącza ci się przeglądarka :facepalm: Ale mniejsza z tym. Mówiłem kiedyś Wołszy, że zmieniłem gatunek, nie piszę już fantastyki i tak dalej. Cóż, NAOMI nie miała być opowiadaniem science fiction, ale pewnego dnia usiadłem do pisania kolejnego fragmentu, i... i już nim była. Co zrobić? :| Elementów SF nie jest jednak wiele, akcja toczy się w niedalekiej przyszłości - na Ziemi nie zaszły jeszcze jakieś większe zmiany. Można czytać, nawet jak się fantastyki naukowej nie lubi.
Pojawiają się brzydkie słowa. Czasami w dużej ilości. To tyle z ostrzeżeń. Lecimy...
NAOMI – Musicie jeść w taki sposób?
Yoko uniosła twarz znad miski. Wciągnęła do ust makaron.
– Ramen trzeba jeść głośno – odparła, przeżuwając. – Taka jest tradycja.
– Dupa, nie tradycja – powiedział Pawn. Wydobył z kieszeni paczkę BlackOrchid i odpalił jednego. Zaciągnął się szybko; kolejne słowa sunęły mu się już na język. – Nie chciało się wam nauczyć dobrych manier i nazwaliście to tradycją. Pieprzone, leniwe japońce…
– Co cię ugryzło, Pawn?
W barze nie panował tłok, choć większość stolików była zajęta. Siedziały przy nich pojedyncze osoby, które chciały ogrzać się ciepłą zupą lub odrobiną sake. Na dworze królował jesienny wiatr, rozdając w prezencie katar i przeziębienie.
– Zjeżdżacie się do obcego kraju i siorbiecie. Tak się nie robi. Wchodzisz do amerykańskiej piaskownicy, to przestrzegasz amerykańskich zasad. Nie obchodzi mnie, czy wychowali cię na Kodeksie Bushido albo innym gównie. Uczysz się moich zasad, bo to ja, kurwa, daję ci łopatkę i wiaderko.
– Kodeks Bushido dotyczy samurajów, Pawn, i wątpię, by było w nim coś o siorbaniu zupy – odparła Yoko. – Poza tym, amerykanie nie mają zasad. Ich zachowanie gówno znaczy.
– Przynajmniej żaden nie zjadłby ryżu z pępka dziwki – mruknął.
Yoko prawie się udławiła.
– Że co?
– Bywałem w takich miejscach – powiedział Pawn, kąsając Yoko wzrokiem. – Banda japońskich ważniaków w garniturach jadła sushi. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że za talerze robiły im nagie kobiety, leżące na całej długości stołu. Obłożyli je pieprzonym ryżem zawiniętym w wodorosty i bawili się w najlepsze, dłubiąc tymi swoimi pałeczkami.
– To już nie był element japońskiej tradycji, tylko zwyczajne zboczenie waszego, to jest, męskiego gatunku – zauważyła Yoko, skupiona na swojej porcji ramen. Gdy się tak nachylała, grzywka zasłaniała pół jej twarzy.
– Nieważne.

Pawn obrócił głowę i spojrzał przez okno. Na zewnątrz panowała ciemność, rozświetlana jedynie blaskiem płynącym z okien innych lokali. Jak zwykle o tej porze, ulicą przechodziło mnóstwo ludzi. Wracali z pracy, robili zakupy. Wszyscy wpatrzeni w swoje telefony albo tablety. Mijając japońską knajpę, zerkali czasami do środka; Pawn zastanawiał się, jakie myśli im towarzyszyły, gdy przez szybę dostrzegali gromadę azjatów próbujących dwoma patykami uporać się z makaronem, który wystawał z ich gęb jak macki morskiego potwora.
– Wszystko to kiedyś jebnie – przemówił Pawn i ponownie spojrzał na Yoko. – Wiesz, co myślę? Zaczął się koniec świata. Nie będzie, kurwa, gwałtowny. Cywilizacji ludzkiej nie zniszczy meteor, trzecia wojna światowa ani nawet, kurwa, epidemia zombie. Będziemy kończyć się powoli.
– Popadasz w paranoję.
– Paranoją było pozwolenie, by zawładnęły nami pojeby z drugiego końca wszechświata. – Pawn przetarł twarz dłońmi, jak często to robił, gdy chciał uporządkować myśli. – Pomyśl, kurwa. Dwa tysiące lat wiary w Jezusa Chrystusa, wojny, krucjaty i inne pojebane akcje. Wszystko po to, by udowodnić, że nasz Bóg jest najlepszy. Nie popieram. – Rozłożył bezradnie ręce. – Ale tak już ludzie załatwiają swoje sprawy, prawda? Byliśmy największymi skurwielami w dżungli i się nie zmieniliśmy. – Opadł na oparcie. – Tymczasem pojawia się brodaty zasraniec z armią mnichów w czerwonych kieckach, podaje się za boga i cały pieprzony gatunek homo sapiens pada przed nim na kolana.
– Odgrodził pół Ziemi od słońca, Pawn – powiedziała Yoko takim tonem, jakby mówiła o aktualnym kursie walut. – To przemawia na jego korzyść.
– Efekty specjalne nie robią na mnie wrażenia. Człowiek powinien być wierny. Tak mnie wychowano.
– Daj fajkę, Polaczku.
Pawn wyciągnął paczkę z kieszeni w marynarce i podał Yoko. Z drugiej wydobył zapalniczkę, odpalił kciukiem i przybliżył płomień do papierosa w ustach towarzyszki. Yoko zaciągnęła się potężnie. Odkaszlnęła, jak zwykle, gdy brała pierwszego bucha.
– Wierność nie ma tu żadnego znaczenia – powiedziała potem. – To kwestia przetrwania. Gość daruje mi życie, jeżeli uznam jego religię? Gdzie mam podpisać, proszę pana? To prosta sprawa. Ideały są dobre, gdy wokół panuje spokój. Kiedy obca planeta zasłania mi niebo, zapominam o wartościach.
– Rzygać mi się chce, jak tego słucham. Nie łamie się, kurwa, pierwszego przykazania.
– Nie wiedziałam, że jesteś taki religijny.
– Mam zasady.
– To amerykańska piaskownica – powiedziała Yoko, a na jej twarzy zagościł ironiczny uśmieszek.
– Pierdol się.
Skonfrontowali spojrzenia. Po chwili Yoko przesunęła wzrok.
– Wstaje – powiedziała.
– Co?
– Wstaje. Nie obracaj się.
Obserwowała ukradkiem niskiego mężczyznę z rzadkimi, siwymi włosami. Był zgarbiony. Ubrał zieloną kurtkę, która wcześniej wisiała na oparciu jego krzesła, zostawił na stole banknot i sprawdziwszy jeszcze kieszenie, ruszył do wyjścia. Utykając na lewą nogę, minął stoliki. Gdy zniknął już za drzwiami, Yoko zerwała się z miejsca. Popędziła za nim, nie zwracając uwagi na Pawna, który szukał teraz portfela w płaszczu. W końcu wygrzebał go, zapłacił za zupę i pobiegł na partnerką. Potrącił po drodze drobniutką kelnerkę, która niosła tacę z pustymi miskami. Kobieta z trudem utrzymała naczynia.
– Baka – mruknęła pod nosem, gdy odzyskała równowagę.
GŁÓWKA BEZPIECZNA - - I - - Gary Lane przemykał na swoim czerwonym harleyu przez pustynną drogę. Otaczał go mrok. Lubił podróżować w ciemności, bo widząc tylko kawałek jezdni, musiał jechać skupiony. Odpoczywał od natrętnych myśli, które zwykle zalewały jego umysł niczym fala wyrzucająca na brzeg morskie śmieci. Odkąd większość czasu spędzał na siedzeniu Susan, dobry humor go nie opuszczał. Miał ochotę zadzwonić teraz do Freemana i wygarnąć mu, ile warte były te jego cotygodniowe sesje. „Hej, doktorku – powiedziałby do słuchawki. – Jestem w trasie i czuję się świetnie. Jak idzie zdzieranie z ludzi kasy, mój ty głowologu?”. Kładł się na jego magicznej kanapie każdej środy i wyrzucał z siebie brudy, tylko po to, by na koniec wyprosić receptę na jakieś prochy, które pozwoliłyby mu przeżyć kolejne dni. Tymczasem głowa Gary’ego potrzebowała wietrzenia, a nic tak nie wietrzy łba, jak pustynny wiatr w zapomnianej przez Boga części świata, wiatr wystarczająco silny, by wygładzić zmarszczki na twarzy starca.
Poczuł, że musi się wysikać. Nie robił przerwy od kilku godzin, a do obiadu wypił trzy szklanki waniliowej coli. Jego prawie pięćdziesięcioletni pęcherz mógłby za chwilę eksplodować. Zatrzymał motor na poboczu i pobiegł kilka metrów w głąb pustyni, by oddać naturze, co należne. Po wszystkim odetchnął z ulgą, zapiął rozporek jeansów i zawrócił. Dopiero po chwili spostrzegł, że obok jego harleya zaparkował równie czerwony pickup.
– Na imię jej Susan – krzyknął do dziewczyny, która obserwowała jego maszynę przez uchylone okno w samochodzie.
– Co pan mówi? – spytała.
– Motocykl – powiedział Gary, kiedy wrócił wreszcie na drogę – nazywa się Susan.
Dziewczyna rozdziawiła usta w bezgłośnym „aha!”. Wyszła z samochodu. Była chudziutka, ale ładna. Jasne włosy związała w kitkę z tyłu głowy.
– Moje autko nie ma imienia – powiedziała. – Brakuje mu charakteru.
Wtedy właśnie Gary poczuł, że to zaczątek pięknej znajomości.
– Tak mawiał tato – dodała.
– Znał się na rzeczy.
– Znał się na wielu rzeczach. – Uśmiechnęła się. Miała ładne zęby, które nawet w półmroku wydawały się białe jak śnieg. – Głównie na piciu. Kiedy to – wskazała palcem niebo – się pojawiło, pił jeszcze więcej, aż wreszcie sobie umarł.
Sobie umarł. A to dobre, pomyślał Gary.
– Niebo wali się na głowy. Kochanie, niebo zmiażdży wszystkich z nas – zacytowała nagle, a Gary spojrzał na nią zdziwiony. Znał te słowa. Sam je napisał. – Taak – dodała po chwili z jeszcze szerszym uśmiechem. – Wiem, kim pan jest.
Roześmiała się, głośno i naturalnie, jak dziecko. Zakryła usta dłonią; odchyliła się do tyłu, a mężczyzna obawiał się, że dziewczyna zaraz przewróci się na plecy. Pewnie nawet wtedy nie przestałaby rechotać.
– Przepraszam – powiedziała zakłopotana, gdy już zdołała się opanować.
Gary podziwiał radosne oblicze i bystre oczy nowej znajomej. W jej drobnym ciele zaklęty był niewątpliwie dobry duch, a doświadczenie nauczyło go, by korzystać z obecności takich osób, póki to możliwe. Zwykle przyciągał do swojego życia ludzi, którzy najpierw oblewali je ściekiem pełnym kłamstw, a potem ugniatali, aż zaczynało przypominać coś brązowego i strasznie cuchnącego. Porzucali go później z tą bezkształtną masą, lecz on za każdym razem zakasywał rękawy i brał się do roboty, chcąc udowodnić im (albo samemu sobie), że kto jak kto, ale Gary Lane nawet z gówna ulepi człowieka.
– Nazywam się Chloe Sanders – rzekła dziewczyna, wyciągając ku niemu dłoń z paznokciami pomalowanymi czerwonym lakierem. Mężczyzna również się przedstawił, aby spełnić wszystkie formalności. Uścisnęli sobie ręce.
– Co cię tak rozśmieszyło, Chloe Sanders? – spytał Gary, unosząc kącik ust w czymś, co kiedyś było zawadiackim uśmiechem, lecz teraz przypominało raczej dziwny grymas.
– Wracam właśnie od człowieka, który słysząc twoje piosenki, dostaje zawału – tłumaczyła. – Wiesz, łapie się za pierś i krzyczy: ”O w mordę, to Gary Lane! Nie pozwól mi umrzeć przy jego piosence! Czuję larwy w sercu! Niee!”.
– Larwy w sercu to nie był mój najlepszy tekst, przyznaję.
– Racja, racja.
– Ale to jeszcze nie powód, by umierać.
Chloe wzruszyła ramionami. Z jej twarzy nie znikał uśmiech.
– Po prostu cię nie lubi – powiedziała. – Wydajesz się smutny. Twierdzi, że robisz to specjalnie, dlatego ma cię za durnia.
– Jesteś szczera, Chloe Sanders – odparł Gary.
– Oj, ale ja cię lubię.
Gary nie drążył tematu. Czuł się głupio, gdy na boisko wbiegały uprzejmości.
– Co skłoniło cię do zatrzymania przy samotnym harleyu na środku pustkowia? – spytał z nutką zamierzonej ironii w głosie.
– Myślałam, że zdążę załadować go na pickupa, zanim skończysz. Z tego się utrzymuję. Kradnę pojazdy samotnym jeźdźcom, którzy poszli się odlać.
– Susan to słonica. Zmiażdżyłaby ci kości.
– Stałeś tam tak długo, że zdążyłabym pojechać do miasta po dźwig.
– Lubię waniliową colę. Naprawdę lubię.
Tym razem roześmiali się oboje.
– Byłam ciekawa – wyjaśniła w końcu. – Tylko szaleńcy albo dawne gwiazdy rocka mogą wpaść na pomysł, by wracać do Little Elizabeth.
– Powinnaś uważać w obu przypadkach – zauważył Gary. – Aż tak wiele nas nie różni.
– Jak mogłabym bać się gościa w takim kasku?

- - I I - - Gary zawsze marzył o harleyu w kolorze krwi. Kiedy przechodził przez trudny okres dojrzewania, a musicie wiedzieć, że było to na długo przed pierwszym pojawieniem się na amerykańskim niebie wyrwy w czasoprzestrzeni, przez którą przebiła się potem planeta Nowego Ładu, jego myśli krążyły wokół dwóch rzeczy: Boba Dylana i dupeczek z garażu. Nazywał tak ubrudzone smarem modelki z magazynów, które kolekcjonował. Kupował je każdego miesiąca, a najnowszy numer trzymał zawsze pod poduszką na wypadek bezsennych nocy. Na próżno było szukać takich kobiet w jego otoczeniu, lecz żelazna nastoletnia logika podpowiadała mu, że jeżeli sprawi sobie jeden z tych motocykli, które towarzyszą im na zdjęciach – choćby jako rekwizyt, o który mogły się oprzeć, wykonując niewiarygodny szpagat – dupeczki z garażu same się do niego zgłoszą. Takim też sposobem motoryzacja zawładnęła sercem kolejnego młodego człowieka.
Gary łapał się każdej dorywczej pracy, jaką udało mu się znaleźć. Pracował na złomowisku, rozwoził gazety, w czasie ferii zatrudnił się jako akwizytor w firmie kosmetycznej i chodząc po domach, wciskał starym ludziom kremy na zmarszczki, a ich wnukom perfumy i żele pod prysznic. Gdy okazało się, że nadal brakuje mu pieniędzy, kradł psy. Pewnego dnia dostrzegł na drzewie ogłoszenie o zagubionym pupilu i wtedy oberwał iskierką natchnienia. Do teraz wierzył, że dryfujące po wszechświecie pomysły czekają tylko na odpowiedni moment, by runąć na człowieka jak stos książek z najwyżej półki. Podwędzał zwierzęta ich właścicielom – podczas spacerów albo z podwórka – a gdy na ulicach pojawiały się ogłoszenia, przychodził z rzekomym znaleziskiem pod podany adres i odbierał obiecaną nagrodę, którą stanowiły często całkiem spore kwoty. Nigdy nie został przyłapany, może dlatego, że gdy uzbierał tyle pieniędzy, by wystarczyło na motocykl i kilka biletów do kina dla niego i dupeczki z garażu, zakończył swoją przestępczą działalność.
Jego nabytkiem została czarna Honda CB 600 HORNET, którą odkupił od kuzyna z sąsiedniego stanu. Musiał wymienić kilka części, ale kiedy pierwszy raz usiadł za kierownicą swojej maszyny, poczuł, że przeszedł do kolejnego etapu na drodze ku męskości. Oczami wyobraźni widział już dupeczkę, która rozkłada na siedzeniu swoje nogi, ściąga obcisłą bluzkę, spod której wylewają się ogromne, jędrne piersi. Na fantazjach jednak się skończyło. Nadszedł okres rozczarowań, a potem… Potem w garażu pojawiła się Susan Eastlake, miłośniczka Dylana i taniego wina, która w żadnym stopniu nie przypominała dziewczyn z okładek Playboya. Miała małe piersi, kościsty tyłek, a sercem Gary’ego zawładnęła wyznaniem, że onanizuje się przy rockowych balladach. Dziesięć lat później wzięli ślub, a podczas upojnego miesiąca miodowego spłodzili córkę na kalifornijskiej plaży.
W międzyczasie porzucił motocykle. Sprzedał Hondę, kupił gitarę i rozpoczął burzliwą karierę rockmana śpiewającego smutne piosenki dla smutnych dzieciaków. Marzenie dotyczące krwistoczerwonego harleya spełnił dopiero u schyłku sławy. Z tamtego też okresu pochodzi jego ostatnie rodzinne wspomnienie…
Było kwietniowe popołudnie, pierwszy dzień Harleya Davidsona w rodzinie Lane’ów. Gary wrócił do domu, zrzucił ze stóp ciężkie buty, a skórzaną kurtką zaatakował Naomi, która bawiła się na podłodze w coś, do czego potrzebny był suchy makaron, dwa samochodziki i puszka po dezodorancie mamy (dziewczynka ignorowała markowe zabawki, które czekały w kącie na jej zainteresowanie). Powitanie z kurtką było ich osobistym zwyczajem. Gary zakrywał nią córkę i przytulał, aż ta kwiczała ze śmiechu. „Gdzie jest Naomi? Gdzie mój kwiatuszek?” – pytał zawsze, a w odpowiedzi słyszał głośny, dziecięcy rechot. Potem wypuszczał córkę z uścisku i szedł do Susan.
Kobieta leżała na kanapie z nogami przewieszonymi przez podramiennik. Miała na sobie krótkie jeansowe spodenki i czarną, sięgającą pępka bluzkę z wypranym, nieczytelnym już napisem. Szukała czegoś w sieci. Gdy zjawił się Gary, odłożyła tablet. Przywitali się kilkoma pocałunkami.
– Jest świetny – powiedział, uraczywszy jeszcze buziakiem odkryty brzuch żony. Do szklanki, która stała na stole, nalał wody z dzbanka obok. – Pojadę nim w trasę.
Susan podniosła się i usiadła, krzyżując nogi na kanapie.
– To nie jest dobry pomysł.
– O co ci chodzi? – spytał Gary. – Chłopaki pojadą autobusem z całym sprzętem, jak zwykle. Będę siedział im na ogonie. To tylko dwa koncerty, Susan. – Usiadł obok żony. – Dwa miasta i wracam.
– Nie znasz tej maszyny.
– Nie raz jeździłem harleyem, skarbie. To duże bestie, ale ja też jestem duży.
– Przejażdżki wokół knajpy nic nie znaczą.
– Już postanowiłem – powiedział Gary.
Susan kąsała go wzrokiem przez długą chwilę, po czym wstała nerwowo i wyszła z salonu. Gary dopił wodę ze szklanki. Miał ochotę na coś mocniejszego, jednak planował zrobić jeszcze jedną rundkę po mieście. Nie był już nastolatkiem, by lekceważyć zakazy jazdy pod wpływem. Susan wróciła po minucie. Podała mu kask motocyklowy, który kupił jakiś czas wcześniej. Nazywali go Hełmem Samotnego Jeźdźca. Kask czekał w szafie na moment, aż Gary Lane zdobędzie wreszcie swego krwistoczerwonego potwora.
– Naomi trochę go upiększyła – powiedziała Susan spokojniejszym tonem.
Na ciemnym hełmie dziewczynka napisała żółtą farbką: GŁÓWKA BEZPIECZNA.

- - I I I - - W Little Elizabeth przez ostatnie dziesięć lat nie zaszło wiele zmian. Wjeżdżając do miasta, Gary poczuł dziwne ukłucie w sercu. Jeżeli wróciliście kiedyś do domu po długiej, naprawdę długiej nieobecności, doskonale znacie to uczucie. Ludzie nazywają to sentymentem. Gary rozpoznał większość lokali, które przetrwały próbę czasu, zmieniając tylko szyldy albo właścicieli, co najczęściej oznaczało przejęcie biznesu przez ich dzieci.
Sklep z narzędziami pana Cockera – zabawnego staruszka, który częstował dzieciaki ciastkami swojej żony, a potem naprawiał im rowery pod warunkiem, że będą udawać, że wypieki małżonki naprawdę im smakują – nazywał się teraz Cocker i Synowie; bar pana Tao nadal przyciągał głodnych mieszkańców, którzy pragnęli zasmakować w potrawach kraju kwitnącej wiśni. Mieszcząca się dawniej obok kościoła kwiaciarnia słodkiej Amber Warcholsky, z którą Gary spędził wiele dziwnych, acz wspaniałych nocy, gdy zaczynał karierę, a Susan chwilowo nie chciała go znać, ustąpiła zakładowi fryzjerskiemu. Zniknęły dawne puby, a zastąpiły je inne, o tandetnych, pozbawionych charakteru nazwach.
Gary’emu zależało na tej jednej, konkretnej knajpie – Czarnym Szamanie, w którym pogrążył pół swojej młodości. Obskurny lokal stał na końcu miasta, samotny jak ludzie, którzy go odwiedzali. Jeżeli istniało miejsce, w którym szatan spędzał piątkowe wieczory, była to właśnie ta speluna. Nawet policjanci, przekraczając jej próg, zatracali swe dusze. Mimo że byli wzywani, by zaprzestać rozbojom, wlewali w siebie kolejne kieliszki wódki, a potem pieprzyli się z cycatą, niemiecką barmanką na lodówce z hot-dogami, która stała na zapleczu. Gdy Gary dojechał na miejsce, zaśmiał się mimowolnie. Czarny Szaman stał, gdzie stać powinien, a ze środka dobiegał znajomy mężczyźnie krzyk najgłośniejszego pijusa w Little Elizabeth.

- - I V - - Było za wcześnie, by Czarny Szaman wypełnił się swoją klientelą, choć tkwiło już w nim kilku ludzi, a wśród nich Jeffrey Warcholsky. Przed jego czerwonym, napuchniętym nochalem mnożyły się butelki po piwach. Mały, gruby i pomarszczony jak buldog dziadek Amber zajmował stolik w kącie od lat, a swoją wygadaną gębą niszczył każdego głupca, który ośmielił się usiąść na jego miejscu. Kiedy Gary Lane zjawił się w knajpie, starzec opowiadał akurat jeden ze swoich sprośnych dowcipów, śmiejąc się ochryple i plując gęstą flegmą. Jego audytorium były głównie ściany.
Na umeblowanie Czarnego Szamana składały się drewniane, przypalone papierosami stoły i chwiejące się krzesła. Stało tam kilka automatów do gier, a spod sufitu spoglądał na wszystkich płaski telewizor, na którym emitowano właśnie transmisję z jakichś charytatywnych wyścigów. Za ladą, która odgradzała barmana od reszty świata, stał sprzęt grający, a małe głośniczki rozwieszone były na ścianach w całym pomieszczeniu. Wieczorami puszczano w nich stare piosenki, przy których nawet największemu gburowi kręciła się łezka w oku.
Najczęściej jednak powodowały bójki. Ktoś wyzwał kogoś od mazgaja, inny powiedział, że przespał się z żoną kolejnego i że przeprasza, bo nie było aż tak fajnie, a jeszcze kilku chciało po prostu nakopać komuś do tyłka. Adrenalina uderzała do pijanych łbów, a ręce szły w ruch. Gary kojarzył to wszystko z komiksami o Asteriksie i Obeliksie, które czytał w dzieciństwie. W wiosce Galów zawsze ktoś się kłócił, jeden uderzył drugiego młotem albo rzucił starą rybą, a każda uczta kończyła się mordobiciem. W Czarnym Szamanie było podobnie.
Trzymając w ręce swój kask, Gary Lane powolnym krokiem minął stoliki. Podłoga skrzypiała pod ciężarem jego butów. Kilku ludzi obejrzało się, lecz po chwili odwróciło wzrok. Stary Jeffrey, zauważywszy nowego gościa, urwał dowcip w połowie i spochmurniał. Obserwując Gary’ego przekrwionymi oczyma, wyciągnął z kieszeni własnoręcznie wykonane papierosy i zapalił jednego. Zakasłał jak ktoś, kto zamiast płuc ma dwie czarne dziury.
Za ladą stał chudy murzyn z małym afro na głowie. Wycierał blat mokrą ścierką, a gdy spostrzegł Gary’ego, stanął sztywno, jakby zobaczył ducha Marilyn Monroe.
– Witaj, Jimmy – powiedział Gary.
– Osz kurw… – Chłopak uśmiechnął się, pokazując swe wielkie, białe zęby kontrastujące z kolorem skóry. – Pan Lane!
– Kopę lat, co? Wyrosłeś, chłopie!
Uścisnęli sobie dłonie.
– Minęło sporo czasu, panie Lane.
Gary usiadł na wysokim krześle przy ladzie i odłożył kask.
– Nalej mi czegoś zimnego, chłopie.
– Piwa?
– Macie waniliową colę?
– Jasne!
– To dawaj – powiedział Gary z uśmiechem.
Jimmy wyciągnął z lodówki butelkę, a potem przelał napój do szklanki.
– Na koszt firmy, panie Lane – powiedział.
– Dzięki wielkie – rzekł Gary i napił się, opróżniając szklankę do połowy. – Cholernie zaschło mi w gardle. Ojca nie ma?
Jimmy rzucił gdzieś ścierkę i usiadł naprzeciwko mężczyzny. Był od niego wyższy. Urodę odziedziczył po matce, co Gary uznał za wyjątkowe szczęście, gdyż druga osoba, która przyczyniła się do jego stworzenia, była ohydna jak gwałt na pomarańczy. Jimmy posiadał gładką, sympatyczną twarz. Gdy Gary widział go ostatnim razem, chłopak prosił o dolca na chipsy. Miał wtedy może osiem lat, poobdzierane kolana i wszędzie biegał z drewnianym mieczem, który wyrzeźbił wspólnie z ojcem.
– Już tu nie przychodzi – mówił barman. – Zostawił cały ten burdel na mojej głowie. Zmienił się, panie Lane. Zamiast do knajpy, chodzi teraz do kościoła.
– Na pewno mówimy o tym samym człowieku? Tim w kościele? Niemożliwe.
– W Kościele Nowego Ładu.
– To szaleństwo…
Jeffrey Warcholsky krzyknął nagle coś o pochwach i dziwkach, komentując w ten sposób młodą prezenterkę z wiadomości, które emitowano właśnie w telewizji.
– Zamknij się, stary capie! – wrzasnął Jimmy. Tim używał identycznych słów, gdy starał się go uspokoić, zauważył Gary. Starzec warknął coś pod nosem i ucichł. – Jak mówiłem, ojciec przeszedł metamorfozę. Jak w jakimś filmie, prawda? Ścierwo przechodzi na dobrą stronę mocy, a potem ratuje świat albo morduje ludzi, z którymi trzymał wcześniej.
– Twój ojciec nie był ścierwem, Jimmy. Miał szorstką powierzchowność, ale był dobrym człowiekiem.
– W moich oczach srał na wszystko – na mnie, na matkę. Nasrałby na afro Hendriksa, gdyby mógł. Tak mówiła matka.
– Spokojnie, chłopie.
– Przepraszam, panie Lane, ale on… Zostawił nas dla jakichś chorych idei, przestał się przejmować. Z mamą już wtedy było ciężko, a gdy umierała, przyszedł z tym całym pojemnikiem na dusze, które rozdają mnisi Nowego Ładu. Chciał odprawiać jakieś rytuały, ale… Uderzyłem go, panie Lane. Pobiłem własnego ojca. Stracił przytomność, a gdy się ocknął, matka… matka już nie żyła. – Oczy chłopaka zaszkliły się. – Więcej go nie widziałem. Powiedział, że wszystko spierdoliłem i odszedł.
Zamilkł. Gary też nie odzywał się przez długą chwilę. Rozmyślał, wpatrzony w swój kask, na którym nadal widniał nabazgrany przez jego córkę tekst. Główka Bezpieczna.
– Gdzie mogę go znaleźć, Jimmy? – spytał.
– Nie wiem, gdzie teraz mieszka. Jeden z klientów powiedział mi, że jada lunch w Naleśnikarni. Mówimy tak na Restaurację Steva Watermana w centrum miasta.
– Przejeżdżałem dziś tamtędy – odparł Gary, a potem znowu się zamyślił.
– Jakby dobrze się zastanowić, panie Lane – kontynuował Jimmy – ojciec zaczął się zmieniać tuż po… po pana zniknięciu. Okropnie przeżył to, co stało się z pańską rodziną. Chyba nawet bardziej niż to, co stało się z jego własną.
– Nie mów tak – powiedział Gary. – Czasami ukrywamy wszystkie demony w sobie – dodał. – Mówił tak mój psychiatra. Brzmi głupio jak cholera, ale coś w tym jest, Jimmy. Jestem pewny, że źle zniósł śmierć twojej matki. Często mówił, że ją kocha i ciebie też, chłopie.
– Może ma pan rację – zgodził się Jimmy. Ta rozmowa wyraźnie go przygnębiła. – Nie chcę już o tym myśleć. Zakończyłem rozdział zatytułowany „chore przygody rodzinki Stablefordów”. Układam sobie nowe życie. Z nowych klocków, panie Lane. Przeszłość jest nieważna.
Gary wiedział, że to nieprawda, ale przytaknął. Przeszłość była jak grzyb, który każdy człowiek dźwigał na plecach w podróży zwanej życiem. Karmiąc się każdym problemem, grzyb stawał się coraz cięższy i cięższy, aż w końcu przygniatał nosiciela do gleby.
– Będzie dobrze, chłopie – zapewnił Gary, tylko dlatego, że tak właśnie należało powiedzieć. – Na mnie już chyba czas.
Uniósł palce do czoła, jakby salutował.

– Trzymaj się, Jimmy.
– Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, panie Lane.
Gary odpowiedział szczerym uśmiechem.
Chwycił kask i ruszył do wyjścia. Kiedy otworzył drzwi, do środka wypłynęła odrobina świeżego powietrza. Jeffrey Warcholsky odprowadził go wzrokiem, mamrocząc coś do siebie.
– Panie Lane – odezwał się nagle barman.
Gary odwrócił się.
– Ceryl Chessman – podjął. – On chyba nie zapomniał.
– Taką mam nadzieję – odparł mężczyzna i zniknął za drzwiami.
Tego wieczoru w Czarnym Szamanie wszyscy mówili tylko o tym, że Gary Lane wrócił do miasta.
- - V - - Ceryl Chessman czytał poranną gazetę w salonie. Siedział na kanapie, ubrany jedynie w białe bokserki i różowe kapcie na stopach. Skupiając się na najświeższych wiadomościach, sięgał po kanapki z talerza, który stał na stole. Każdy kęs popijał wodą, w której rozpuścił pastylkę z witaminami. Z czasem mężczyzna przywykł do jej ohydnego smaku. Wypicie szklanki paskudnego eliksiru dziennie nijak się miało do chorób, które dręczyłyby jego organizm, gdyby tego nie robił. Połowę dzieciństwa spędził w szpitalach, więc wiedział, jak cenne i ulotne zarazem jest ludzkie zdrowie. Dobrze się odżywiał, nie palił, a każdego wieczoru przepływał pięćdziesiąt długości basenu za domem, dzięki czemu jego ciało nadal trzymało się świetnie.
Wsadził do ust ostatni kawałek kanapki. Przejrzawszy artykuły w gazecie, uznał, że nic ciekawego się nie wydarzyło, a co najważniejsze – nie wydarzyło się nic, co mogło zaszkodzić jego interesom. Odłożył gazetę na stół, wstał i pogwizdując, ruszył na taras. Wychodził już z salonu, gdy usłyszał kroki. Po chwili w pokoju pojawił się Jeffrey Warcholsky i przystanął zaskoczony. Mężczyźni obserwowali się przez długą chwilę.
Staruch miał na sobie stare, ciemne ciuchy. Ceryl w pierwszej chwili pomyślał, że to ogrodnik, jednak potem przypomniał sobie, że takowego już nie posiadali. Nie spuszczając wzroku z nieznajomego, krzyknął:
– Queen, czy ktoś pilnuje domu?
Gdzieś z tarasu dobiegł kobiecy głos:
– Wysłałam Pawna do miasta, kotku. Potrzebuję kilku rzeczy na obiad.
– I zostawiliście otwarte drzwi? A gdyby wszedł tu jakiś pojeb z bronią w ręku, co? Przepraszam – zwrócił się do przybysza grzecznym tonem. – Czy jest pan pojebem z bronią?
– Nie, panie Chessman – odparł Warcholsky niepewnie. Jego twarz oblała się rumieńcem. Czerwony nos niczym się już nie wyróżniał. – Pukałem, ale…
Ceryl nie słuchał.
– Gdyby wszedł tu i zastał mnie prawie nagiego i w pedalskich kapciach?
– Nie panikuj, kotku. Pawn zaraz wróci! – zapewnił głos.
Jeffrey nie pojmował całej tej sytuacji, a przynajmniej tak wyglądał. Ceryl Chessman podszedł do szafy, wyciągnął szlafrok i narzucił go na siebie. Zawiązując sznurek, spytał gościa:
– Jest pan harcerką?
– Nie rozum…
– Nie jest pan harcerką, kurwa. Nie ma pan nawet ciastek.
– Nie, miły panie.
– Więc, kurwa, dlaczego?
– Ale co?
– Dlaczego jest pan w moim salonie?
Ta krótka wymiana zdań sprawiła, że twarz Jeffreya zmieniła kolor na trupioblady.
– Mam informacje, kurde.
Cerylowi sytuacja wydawała się coraz bardziej komiczna.
– Queen, czy to jakiś żart?
– Nie rozumiem, kotku – odparł głos.
– Czy to żart? – spytał przybysza.
– Cho… Chodzi o tego gwiazdora, miły panie.
Ceryl Chessman westchnął potężnie. Żałował, że w kieszeni szlafroka nie ukrył pistoletu. W dawnych czasach, kiedy nie posiadał jeszcze majątku ani odpowiedniej reputacji, nigdzie się bez niego nie ruszał.
– Proszę, wyjdź.
– Ale mam…
– Wyjdź, jebana harcerko!
– Gary Lane wrócił do Little Elizabeth! – wrzasnął Warcholsky nie wytrzymując napięcia. Serce wyrywało mu się z piersi, a ręce trzęsły jak przy obcinaniu paznokci, co w jego wieku nie należało już do prostych czynności.
Ceryl oparł się ręką o kanapę. Drugą przetarł twarz. Przez chwilę nie docierały do niego słowa starucha, lecz gdy wreszcie zdołał uporać się z emocjami – które były dla niego tym, czym pięta dla Achillesa – doznał oświecenia godnego buddyjskiego mnicha.
– Coś powiedział?
– To cenna informacja, miły panie – wyjaśnił Warcholsky, który nabrał nagle dziwnej pewności siebie.
Ceryl Chessman przyglądał się mu, marszcząc posiwiałe brwi. Przez pół minuty toczyła się w nim walka dobra ze złem, od której wyniku zależał dalszy los Jeffreya Warcholskiego. Potem twarz mężczyzny rozpogodziła się. To dobry dzień dla harcerek – pomyślał.
Wyszedł z salonu, a gdy wrócił, trzymał w ręce portfel. Wybrał kilka banknotów. Warcholsky sięgnął po nie łapczywie. Jakaś część jego umysłu przebywała już w Czarnym Szamanie i wydawała te pieniądze. Stary pijaczyna opowiedział o wizycie Gary’ego Lane’a w knajpie i o tym, gdzie muzyk zje prawdopodobnie dzisiejszy lunch.
Ceryl zastanawiał się, po cholerę czyta gazety.[/align]

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Naomi [+18]

Post autor: Joa » 01 stycznia 2014, 02:02

SpoilerShow
wyciągając ku niemu dłoń z paznokciami pomalowanymi czerwonym lakierem. On również się przedstawił, aby spełnić wszystkie formalności.
Łał, czerwony lakier do paznokci, który gada i się przedstawia! :D
Było kwietniowe popołudnie, pierwszy dzień Harleya Davidsona w rodzinie Lane’ów.
jej był suchy makaron, dwa samochodziki i puszka po dezodorancie mamy (dziewczynka ignorowała markowe zabawki, które czekały w kącie na jej zainteresowanie)
Potrzebuję kilku rzeczy na obiad.
Nazywali go Hełmem Samotnego Jeźdźca. Kask czekał w szafie na moment, aż Gary Lane zdobędzie wreszcie swego krwistoczerwonego potwora.
– Naomi trochę go upiększyła – powiedziała Susan spokojniejszym tonem.
Na ciemnym hełmie dziewczynka napisała żółtą farbką: GŁÓWKA BEZPIECZNA.
Totalnie rozczulający fragment. Mój ulubiony.
Hej, Jezusie! :D
Wohoa, chyba nigdy Ci nic nie komentowałam. Ale cóż, zawsze musi być ten pierwszy raz.
Jest prawie druga w nocy, a ja stukam w klawisze i piszę, piszę, piszę ten komentarz.
Tyle słowem wstępu.
Jezusie, jesteś bardzo dobry technicznie. Niewiele błędów zauważyłam w tekście, czego dowodem jest spoiler. Dobra robota, to znak, ze szanujesz czytelnika, a mnie to osobiście doprowadza do szerokiego uśmiechu na twarzy. Tak powinno być! Więc przybijam piątkę i idę dalej.
Bardzo podoba mi się, jak podszedłeś do chronologii. Wywróciłeś, nie ma tej chronologii w całości i to mi się podoba.
I cholera, co się stało z rodziną tego człowieka? Wiedziałam, że coś, ale... Co?
Pójdę dalej. Jest ciekawie. Oczekuję czegoś dobrego, jeśli to ma być science fiction. Chcę kosmosu - może być to przenośnią, ale jak wolisz :D.
Podobała mi się pierwsza scena. Do drugiej podchodziłam z kilka godzin, a potem poszło już gładziutko. Jedyna scena, która była mało ciekawa przez większość czasu, to ta, gdy opowiadasz o historii tego faceta. A co do tej zagrywki: bardzo amerykańska. No właśnie, i tu przechodzimy dalej: bardzo amerykański to tekst. Rzecz dzieje się w amerykańskiej scenerii, harleye, Amerykańce, sra ta ta ta. Twoja narracja i nawet dialogi są bardzo amerykańskie. Takie odniosłam wrażenie. To nie źle, ale nie do końca jest to coś, czym się zachwycam.
Co do dialogów, skoro już wspomniałam. Amerykańskie i filmowe. Wiesz, one są fajne, ciekawe, podobają mi się, ale właśnie przywodzą mi na myśl takie błyskotliwe dialogi z filmów. Rzadko się z takimi spotykam na co dzień. Ale to taka uwaga.
Podsumowując: jestem zaciekawiona. Bardzo podoba mi się Twój stosunek do czytelnika, połączenie tej Hameryki z elementami science fiction.
Pisz, Jezusie, pisz! ;)
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Plastikowy Jezus
Posty: 63
Rejestracja: 23 października 2011, 19:01
Kontaktowanie:

Re: Naomi [+18]

Post autor: Plastikowy Jezus » 01 stycznia 2014, 17:04

Nie spodziewałem się, że ktoś tak szybko skomentuje ten tekst. Wrzuciłem go zaraz przed wyjazdem na sylwka, mając nadzieję, że ktoś czytnie sobie po nowym roku. A tu taka niespodzianka ^^ Dzięki za wytknięcie błędów. Cieszę się, że jest ich tak mało, bo czytałem powyższy fragment naprawdę wiele razy, poprawiając zdania i wykreślając niepotrzebne słowa, aby wszystko było ładnie. Pojawiły się literówki, które mogę sobie wybaczyć. Za zdanie z lakierem do paznokci ukarzę się jednak w jakiś okrutny sposób. Przeczytam "50 twarzy Greya", czy coś. Za powtórzenie tak samo.

Fajnie, że zdołałem Cię zaciekawić. Może w kolejnych częściach będzie jakiś kosmos :D

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 433
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: Naomi [+18]

Post autor: R. Bates » 01 stycznia 2014, 17:35

CHRONOLOGIA CZYTELNICZEGO SPONTANU:
- Historia z podwędzaniem psów dobra ;).
- Gary jest fajnie napisany pod względem obyczajowym.
- „ Był kwietniowe popołudnie...” - 'Było'.

PODSUMOWANIE:
Fajny tekst. Dobrze się czyta, co widać po chronologii, gdzie nawet nie chciało mi się specjalnie na nic zwracać uwagi. Cały wątek s-f jest bardzo skromnie opisany. Ledwie poruszony w rozmowach bohaterów, co jednak nadaje mu pewnej tajemniczości i zachęca czytelnika do sięgnięcia po kontynuację. Muszę przyznać, że podobają mi się Twoje postacie. Są bardzo życiowe, szczegółowo opisane, od koloru oczu i modelu samochodu, aż po fantazje seksualne czy przerost prostaty ;). Przykładasz się do bohaterów. Ciekawi mnie rozwój wydarzeń związany z przybyszami i ich zaborczą religią. Jako fana s-f bardzo mnie to zaintrygowało ;).
Pozdrawiam.
Veni, Vidi, Komci

Awatar użytkownika
AlpenGold

Re: Naomi [+18]

Post autor: AlpenGold » 01 stycznia 2014, 23:43

Mama pozwoliła mi przeczytać. :roll:
SpoilerShow
Kuśtykając na lewą nogę, minął stoliki.
Szczerze: głowy nie dam, ale wydaje mi się, że nie można na coś kuśtykać. O.o Jak już to utykać. Kuśtyka się ot tak, po prostu.
Porzucali go później z tą bezkształtną masą, lecz on za każdym razem zakasał rękawy i brał się do roboty, chcąc udowodnić im (albo samemu sobie), że kto jak kto, ale Gary Lane nawet z gówna ulepi człowieka.
Zakasywał, skoro robił to za każdym razem. No i masz jeszcze brał, czasownik niedokonany, więc ten nie może być dokonany.
Oczami wyobraźni widział już dupeczkę, które rozkłada na siedzeniu swoje nogi, ściąga obcisłą bluzkę, spod której wylewają się ogromne, jędrne piersi.
Która. I powtórzenie nieładne. :P
Mimo że byli wzywani, by zaprzestać rozbojom, wlewali w siebie kolejne kieliszki wódki, a potem pieprzyli się z cytatą, niemiecką barmanką na lodówce z hot-dogami, która stała na zapleczu.
Cycatą. :P Swoją drogą - jacy desperaci. :|
Gary kojarzył to wszystko z komiksami o Asterixie i Obelixie, które czytał w dzieciństwie.
Asteriksie i Obeliksie.
Nasrałby na afro Hendrixa, gdyby mógł.
To samo co wyżej - Hendriksa.
Rozmyślał, wpatrzony w swój kask, na którym nadal widniał (lekko już zdrapany) tekst, który nabazgrała kiedyś jego córka.
Jezusie Plastikowy, Plastikowy Jezusie... Ja się tak zastanawiam, jak to się stało, że Cię jeszcze nie komentowałam. Bo to oczywiste, że nie (chociaż sprawdziłam). Zapamiętałabym coś tak dobrego. O.o
Zacznę od tego, co podoba mi się najbardziej w całości. A mianowicie realne dialogi. Być może akurat to, bo sama mam z tym problemy. W drugiej kolejności podoba mi się całokształt narracji. Wszystkiego jest akurat tyle, ile powinno być. Nie przesadzasz ze zbędnymi opisami, nie ładujesz czytelnikowi do głowy multum informacji, tylko zostawiasz mu swobodę (przynajmniej ja tak się czułam). To mi się podoba. Masz bardzo lekki i przyjemny styl (lekki to, oczywiście, komplement). Bohaterowie są jak żywi. A najbardziej podoba mi się chyba Chloe i Pawn. :P Są bardzo wyraziści, inni, ale w ten pozytywny sposób. No i, rzecz jasna, zaciekawiasz. Jezusie, mam ochotę na więcej. :P Więc nie każ mi długo czekać. :u:
I takie pytanie - dostanę autograf, jak już wydasz książkę? :D

Awatar użytkownika
Plastikowy Jezus
Posty: 63
Rejestracja: 23 października 2011, 19:01
Kontaktowanie:

Re: Naomi [+18]

Post autor: Plastikowy Jezus » 02 stycznia 2014, 10:32

AlpenGold, cieszę się, że dopiero teraz czytasz jakiś mój tekst. Poprzednie nie zachwycały, zwłaszcza te, które publikowałem w dziale science fiction. Nie było w nich dobrych postaci, narracja była do dupy. Brakowało tego, co chwaliłaś i co chwalił też pan Bates. Waliłem ze wszystkim od razu, wpychając informacje, jakbym martwił się, że potem nie starczy na to czasu. Bates, jeżeli chodzi o wątek Nowego Ładu - boję się go jak cholera. Może wyjść sztucznie lub absurdalnie, a wtedy będzie klops. Ale się postaram ;)

Dziękuję Wam za komentarz i wytknięcie błędów.

(Alpen, bez takich tekstów z wydaniem książki, proszę :bag: )

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Naomi [+18]

Post autor: wołszebnik » 04 stycznia 2014, 17:06

Przede wszystkim, Jezu, masz w łeb za lekceważenie swoich wcześniejszych tekstów. Odnotuj, że zostałeś zbity. Owszem, trochę błędów się w twych starych tworach zdarzało, ale pomysły były świetne i teraz dodatkowo jeszcze się wstydaj, że ich nie pociągnąłeś dalej, leniu.
Kolejne, też ważne, to powtórzę, że ogromną radochę mi zrobiłeś na nowy rok, dodając tekst. Nie wyobrażasz nawet sobie. Ledwie się powstrzymałam, by za samo wstawienie Ci nie wcisnąć punkta repa :roll: To też świadczy żeś leń.

A teraz - Naomi.
Rozpocząłeś przestrzennie - sporo odległych od siebie zajawek: rozmowa w restauracji, starzejący się muzyk, zaszłe urazy, dziecko, które (ma się wrażenie) już nie żyje. Rozpocząłeś doprawdy świetnie, czuję haka, chcę podążać tą historią, by patrzeć, jak te wątki się zacieśniają. Nie wiem, czy ucieszysz się, czy zmartwisz, ale wytknę Ci (z mojej perspektywy to jak najbardziej komplement), że pewne użyte przez Ciebie motywy, przywołały w mojej pamięci pewne historie z Kinga. Gary Lane wydaje mi się duchowym bratem Johnny'ego Marynvilla (i jeszcze ta scena sikania na pustyni! :lol: ), odzwierciedlenie tego, jak zmieniło się Little Elizabeth, ta zamiana postaci w lokalnych biznesach, przejścia własności z rodziców na dzieci, brzmi mi pokrewnie do odczuć Bena z "Miasteczka Salem", z jego obserwacji zmian czy pozornych zmian w Jerusalem, które opuścił w dzieciństwie; w to skojarzenie wplata się też i postać pana Cockera (aptekarz w Salem częstował dzieci kwasem chlebowym a nie ciastem, ale właśnie z rozrzewnieniem wspominali to Ben i Susan przy pierwszym spotkaniu).
Scena z kawiarni czy restauracji, ta wstępna, ma ogromną moc. Przykuwa uwagę, intryguje. Generalnie mam dla Ciebie same superlatywy i czekam na rozwój historii. Kupiłeś mnie.

...

acz, spoiler z błędziorami podrzucę ;)
SpoilerShow
amerykanie nie mają zasad.
Amerykanie nie mają zasad.
Na zewnątrz panowała ciemność, rozświetlana jedynie blaskiem płynącym z okien innych lokali.
Na zewnątrz panowała ciemność, rozświetlana jedynie blaskiem, płynącym z okien innych lokali.

gdy przez szybę dostrzegali gromadę azjatów
gdy przez szybę dostrzegali gromadę Azjatów

– Rzygać mi się chce, jak tego słucham.
– Rzygać mi się chce, gdy tego słucham.
wprawdzie to wypowiedź, niby facet może źle mówić, ale jakież to szpetne!
W końcu wygrzebał go, zapłacił za zupę i pobiegł na partnerką.
W końcu wygrzebał go, zapłacił za zupę i pobiegł za partnerką.
Odpoczywał od natrętnych myśli, które zwykle zalewały jego umysł niczym fala wyrzucająca na brzeg morskie śmieci
.
Odpoczywał od natrętnych myśli, które zwykle zalewały jego umysł, niczym fala wyrzucająca na brzeg morskie śmieci.
wyrażenie porównawcze, nie porównanie:
zalewały, niczym fala
gdyby wziąć:
umysł niczym fala
to wtedy, jasne, bez przecinka
– Wiem, kim pan jest.
– Wiem kim pan jest.
wokół dwóch rzeczy: Boba Dylana i dupeczek z garażu
dupeczki - liczba mnoga, więc co najmniej dwie, czyli myśli krążyły wokół więcej niż dwóch rzeczy, bo jest jeszcze Bob Dylan ;)

ubrany jedynie w (...) różowe kapcie na stopach
nie brzmi mi bycie ubranym w kapcie na stopach. tak po prostu, mi się nie podoba
Staruch miał na sobie stare, ciemne ciuchy
.
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

ODPOWIEDZ