UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!


Zapraszamy do udziału w nowym INSTANCIE! :D

Zachęcamy też do głosowania na TEKST WRZEŚNIA!

Hibernatus

"W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną." ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Hibernatus

Post autor: pierdoła saska » 29 stycznia 2013, 07:09

W pierwszym przypadku zostawiłabym "właśnie" - wcześniej sugerowałam żeby je wywalić na zasadzie "pierwsze do dziennika, drugie do śmietnika", ale jeśli miałabym wybierać to mi pasuje ono tu bardziej.
W drugim poszłabym w opcje rozwlekłą "Powoli rozprostował palce i drżenie ustąpiło."

Weny życzę :)
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
StuGraMP

Re: Hibernatus

Post autor: StuGraMP » 29 stycznia 2013, 21:06

Kolejny rozdział. Mam nadzieję, że jest trochę lepiej z długością zdań :)
III – Amelia W małej szpitalnej sali leżała młoda dziewczyna. Czekając na poranny obchód, patrzyła w sufit, nasłuchując jednocześnie zbliżających się kroków na korytarzu. Jej serce zaczęło bić szybciej, gdy drzwi cicho zaskrzypiały, otwierając się powoli. Do pomieszczenia weszło dwóch mężczyzn w białych fartuchach. Jeden z nich stanął na środku sali, a drugi podszedł do łóżka, odpiął z ramy plastikową tabliczkę z włożoną w środek kartką, na której zapisywano co godzinę temperaturę ciała oraz ciśnienie. Popatrzał chwilę na zapis i wykres zmian, a następnie powiesił tabliczkę na swoje miejsce.
— Niestety, pani Barbaro, nie mam dobrych wieści — oznajmił spokojnym głosem. — Jak już mówiłem wcześniej, nowotwór, który u pani zdiagnozowano, umiejscowił się w fatalnym miejscu. Badanie rezonansem magnetycznym potwierdziło nasze obawy. Konsultowałem się również z profesorem Pawłowskim ze Szczecina i obaj jesteśmy przekonani, że nie da się go usunąć. Jest to guz nieoperacyjny. — Zapadła cisza. Dziewczynie napłynęły łzy do oczu, ale powstrzymała się od płaczu. Pociągnęła tylko nosem, ocierając go rękawem.
— Ile mi zostało? — zapytała.
— Cztery miesiące, w najlepszym przypadku sześć. Omdlenia, które się teraz zdarzają, będą się nasilać, aż w końcu z któregoś się pani nie obudzi. — Poczekał kilka sekund. — W tej sytuacji widzę tylko jedną możliwość. — Dziewczyna spojrzała na niego z wyczekiwaniem i iskrą nadziei. — Hibernacja.
— Słucham? — zapytała.
— To nowa dziedzina w medycynie, ale bardzo szybko się rozwija, a dotychczasowe wyniki są bardzo obiecujące.
— Ale ja nie rozumiem, o co chodzi.
— Zostanie pani zamrożona na kilka albo kilkanaście lat i odmrożona, gdy już będzie można panią wyleczyć. — Kobieta usiadła na łóżku, potarła czoło i ręką przeczesała włosy. — Widzę, że musi to pani przemyśleć. Ja zapiszę panią na ten zabieg, bo procedura potrwa kilka tygodni i jeśli się pani zdecyduje, a raczej nie widzę innej możliwości, to omówimy szczegóły.
Dziewczyna milczała pogrążona w zadumie. Chirurg położył rękę na jej ramieniu i powiedział:
— Proszę być dobrej myśli. Najważniejsze to mieć pozytywne nastawienie.
Po tych słowach obaj wyszli, zostawiając ją samą.


To jedna z ostatnich rzeczy, jakie pamiętała. Leżała teraz w szpitalnym łóżku, ale od razu dostrzegła zmiany w otoczeniu. Już samo posłanie sprawiało dużo lepsze wrażenie — wygodniejsze, z elektryczną regulacją wysokości i kąta ustawienia poduszki, z uchwytami po obu stronach i przede wszystkim z ciekłokrystalicznym wyświetlaczem zamiast tej starej, tandetnej tabliczki. Obok stała aparatura medyczna monitorująca jej funkcje życiowe. Nikt nie przychodził co godzinę, by dokonywać wpisu temperatury, nikt nie mierzył jej też ciśnienia. W ciągu ostatnich sześciu godzin widziała pielęgniarkę może ze dwa razy — zaraz po przebudzeniu i później, gdy wcisnęła guzik na pilocie, bo chciało jej się pić.
Próbowała przypomnieć sobie wszystko, co wydarzyło się przed hibernacją, na którą oczywiście wyraziła zgodę. Pamiętała doskonale, jak lekarz wyjaśniał jej cały proces zamrażania, pokazał nawet urządzenia do hibernacji. Ostatnie ze wspomnień dotyczyło przygotowań do zabiegu — przyszli do niej i podłączyli kroplówkę, po której zapadła w sen. Obudziła się już w tej sali i chociaż próbowała dowiedzieć się czegoś o zabiegu, nie uzyskała żadnych informacji. Na jej pytania pielęgniarka powiedziała tylko:
— Jutro rano lekarz wszystko pani wyjaśni. A teraz, pani Amelio, proszę odpoczywać.
„Amelio?” — pomyślała wtedy. Starała się jednak ukryć zdziwienie.
Pomieszczenie odbiegało swym wyglądem od tego, co widziała wcześniej przed zabiegiem. Ściany były wyłożone płytkami o miękkiej fakturze, które w dotyku okazały się przyjemnie ciepłe i delikatnie chropowate. Charakteryzowały je również ciepłe, różnokolorowe wzory w odcieniach żółci i czerwieni. Wszystko to sprawiało, że czuła się tu swobodnie. Może z tego powodu, albo ze zmęczenia, poczuła spokój i senność. Przyciemniła pilotem oświetlenie i zasnęła.
Obudził ją cichy świst elektrycznie rozsuwanych drzwi. Gdy otworzyła oczy, zobaczyła mężczyznę w białym kitlu.
— Dzień dobry, pani Amelio. Jak się czujemy?
— Dobrze — powiedziała kobieta, przecierając oczy.
— Winien jestem kilku wyjaśnień. Jestem doktor Marek Grabowski. Mamy rok dwa tysiące trzydziesty drugi, a wczoraj wybudzono panią z hibernacji, która przebiegła bez żadnych problemów. Jakieś pytania?
— Co z rakiem? — zapytała nieśmiało.
— Za kilka godzin zostanie pani poddana operacji, która usunie nowotwór. Skuteczność zabiegu wynosi dziewięćdziesiąt siedem procent, więc nie ma powodów do niepokoju. — Lekarz mówił krótko i rzeczowo, jednocześnie przeglądając wykresy w karcie choroby. Podłączył swój palmtop do urządzenia monitorującego, ani na chwilę nie patrząc na pacjentkę. W końcu odłączył go i spojrzał na kobietę, która dopiero w tym momencie zdała sobie sprawę, że mężczyzna jest cały czas uśmiechnięty. Wyglądało to trochę sztucznie, wręcz groteskowo.
— Wie pan — zaczęła — martwią mnie jednak te trzy procenty.
— Zupełnie niepotrzebnie. Są to przypadki, w których dodatkowo konieczna jest chemioterapia. Myślę, że w pani przypadku... nie będzie to absolutnie potrzebne. — Uśmiech nie schodził mu z twarzy. — Aha, jeszcze jedno. Niektórzy pacjenci po jakimś czasie źle znoszą aklimatyzację do nowych warunków. Gdyby więc kiedykolwiek zaistniała taka sytuacja, proszę bez wahania zgłosić ten problem w najbliższej placówce medycznej, a przydzielimy odpowiednią opiekę psychologiczną. Czy wszystko jasne?
„Jeszcze chwila, a pieprznę cię w ten głupi łeb” — pomyślała Barbara.
— Tak, wszystko jasne — powiedziała przez zaciśnięte zęby.
Lekarz odwrócił się i skierował do wyjścia. Dochodząc do drzwi, spojrzał jeszcze w jej stronę i powiedział:
— W takim razie, zobaczymy się na popołudniowym obchodzie.
Drzwi się rozsunęły i wyszedł.
*** Stefan powoli kończył pić kawę, jednak nie robił tego w swoim mieszkaniu, lecz, jak zwykle, w barze naprzeciwko. Stało się to jego rytuałem przed wyjazdem do instytutu i absolutnie nic nie mogło zakłócić tego porządku dnia. Wyłączał nawet telefon, żeby nikt nie zawracał mu głowy. Jego znajomi dziwili się czasem, dlaczego nie pije kawy w domu, przecież miał ekspres ciśnieniowy i mógłby sam sobie zrobić równie smaczny i aromatyczny napój. Jednak on uważał, że znacznie przyjemniej było usiąść w jakiejś kawiarni i wspólnie z innymi delektować się piciem kawy, a poza tym lubił patrzeć przez okno na ludzi, którzy śpieszyli się do pracy, gdy on tymczasem spokojnie przechylał filiżankę, sącząc powoli czarny wywar. Nigdy nie dodawał do kawy mleka ani cukru, ponieważ, jego zdaniem, psuły cały jej smak. Z drugiej strony nie potrafił sobie odmówić czegoś słodkiego — tym razem była to kremówka, po której na talerzyku nie zostało już ani śladu.
Odstawił pustą filiżankę, wstał od stolika i podszedł do lady. Zapłacił i powoli wyszedł na zewnątrz, gdzie uderzyło go rześkie, poranne powietrze. Po tak długim okresie upałów w końcu przyszło lekkie ochłodzenie, a w nocy nawet trochę pokropiło. Samochód miał zaparkowany tuż za rogiem. Dopiero wsiadłszy do auta, włączył telefon. Wyczekał chwilę, aż aparat nawiąże połączenie z siecią i sprawdził, czy nie otrzymał powiadomień o nieodebranych połączeniach. Ponieważ nic takiego nie miało miejsca, spokojnie ruszył przez miasto.
Wjeżdżając na teren instytutu, nie musiał pokazywać identyfikatora, bo pracował tu już kilka lat i wszyscy strażnicy dobrze go znali, zatrzymywał się jednak przy ich budce, rzucając zdawkowe „dzień dobry”. Na parkingu miał swoje ulubione miejsce, które zawsze na niego czekało zarezerwowane. Wszedł na oddział, przywitał się z innymi lekarzami i obsługą, a następnie powolnym krokiem podszedł do tablicy, na której wypisane były zaplanowane zabiegi i operacje. Odszukał swoje nazwisko i uśmiechnął się z przekąsem.
— No, Stefan. Masz to, co lubisz — powiedział do niego kolega po fachu stojący za jego plecami.
To prawda, lubił pracować proregatorem, wręcz śmiało można było powiedzieć, że był specjalistą w posługiwaniu się tym narzędziem. Urządzenie to, w miejscu spotkania się dwóch jego wiązek, doprowadzało do anihilacji tkanki i doskonale sprawdzało się w usuwaniu komórek rakowych, a właśnie taką operację miał przeprowadzić według wywieszonego harmonogramu. Zaczął więc szybko przygotowywać się do tego zabiegu i już po kilkunastu minutach stał na bloku operacyjnym.
Na stole leżała młoda dziewczyna o kruczoczarnych włosach i śniadej cerze, a pół metra nad nią wisiało ramię proregatora. Stefan włączył urządzenie i nad pacjentką pojawił się holograficzny obraz jej organizmu. Zaczął regulować ustawienia, co powodowało, że hologram zmieniał swój kolor. Najpierw stał się zielony, ukazując wszelkie naczynia krwionośne zabarwione na czerwono, potem żółty, uwypuklając układ kostny, a na koniec niebieski obrazujący system nerwowy. Wszedł w menu urządzenia i z listy części ciała wybrał pozycję „Głowa”. Hologram wygasił pozostałe fragmenty, pozostawiając tylko żądany organ. Stefan powiększył obraz czterokrotnie i naprowadził elektroniczny kursor na miejsce, w którym zgodnie z opisem choroby znajdował się guz.
— Rzeczywiście parszywie się umiejscowił — oświadczył, dając do zrozumienia asystującym mu osobom, że nie jest to łatwy przypadek. Nowotwór wrastał bowiem w rdzeniomózgowie i zagrażał życiu pacjentki.
Kolejne opcje menu pozwoliły mu na wyróżnienie komórek rakowych. Dopiero po tym wszystkim mógł zacząć właściwą część operacji. Wziął do ręki elektroniczny skalpel, który bardziej przypominał aerograf niż klasyczny nóż, a ramię proregatora zaczęło naśladować jego ruchy. Stefan nakierował ostrze podobne do igły w holograficzne miejsce nowotworu, przez co urządzenie przybliżyło się do czaszki dziewczyny. Gdy mężczyzna nacisnął spust, proregator wysłał wiązki w głąb głowy pacjentki. Holograficzny obraz zmieniał się na bieżąco i pokazywał, jak fragment po fragmencie znikała tkanka rakowa. Wyglądało to, jak wymazywanie gumką niepotrzebnej części rysunku, wymagało jednak niesłychanej precyzji, by nie naruszyć zdrowych komórek.
Operacja trwała prawie godzinę, po czym pacjentkę przewieziono na oddział, gdzie zaczęto wybudzać ją z narkozy. Tym zajmowali się jednak inni specjaliści, więc Stefan mógł wrócić do pomieszczenia socjalnego, by wypełnić odpowiednią dokumentację. Podłączył swój palmtop do sieci komputerowej i odszukał w bazie danych zlecenie na operację, którą właśnie wykonał. Aż do tej chwili nie znał personaliów swojej pacjentki. Co prawda mógł się z nimi zapoznać przed zabiegiem, ale nigdy nie przywiązywał do tego większego znaczenia, każdy pacjent był bowiem dla niego tylko kolejnym przypadkiem medycznym. W tym wypadku wyszło mu to nawet na dobre, bo świadomość, kogo operuje, mogłaby źle wpłynąć na jego kondycję psychiczną.
— Amelia Rawicz — przeczytał na głos. — Cholera jasna. Ja to mam szczęście — powiedział i dalej już nie czytał, bo dobrze pamiętał pozostałe dane. Wiek 21 lat. Data hibernacji 20 XI 2016.
Opisał krótko przebieg operacji, zaznaczył odpowiednie kratki w formularzu i zapisał jako „zrealizowane”. Za dwie godziny miał zrobić obchód, aby sprawdzić stan pacjentów po zabiegach i ocenić, którego z nich można już wypisać do domu. Zawsze irytowało go to stwierdzenie, bo przecież większość z nich nie miała dokąd się udać, nie miała domu. Wybudzeni z hibernacji po dwudziestu, trzydziestu latach musieli zaczynać nowe życie niemal od zera. Korzystając z chwili przerwy, zaczął czytać wiadomości w internetowej gazecie.
*** Obchód rozpoczął się o zaplanowanej godzinie. Towarzyszył mu Marek Grabowski, zastępca ordynatora — mężczyzna po pięćdziesiątce o szpakowatych włosach. Nie był co prawda jakimś wybitnym lekarzem, ale świetnie sprawdzał się w zarządzaniu oddziałem. Dokumentację prowadził skrupulatnie i rzeczowo, potrafił też dobrze organizować pracę innych lekarzy, był wymagający, ale nie surowy. Wszystko to sprawiało, że cieszył się ogólnym poważaniem.
Wchodzili po kolei do każdej sali, w których znajdowała się jedna albo dwie osoby, przeglądali historię choroby, analizowali wspólnie najnowsze wyniki badań i wpisywali dalsze zalecenia. Pacjenci byli różni: większość po implantacji jakiejś kończyny, sporo było też po usunięciu nowotworu i kilka przypadków poważnych poparzeń. Niektórych można już było wypisać albo skierować na oddział chirurgii plastycznej.
W końcu weszli do pomieszczenia, gdzie leżała pacjentka, którą Stefan kilka godzin wcześniej operował. Kobieta siedziała na łóżku i oglądała telewizję. Na widok lekarzy ściszyła trochę odbiornik.
— Mnie już pani zdążyła poznać, a to jest doktor Makowicz, który przeprowadził pani operację — powiedział Marek, wskazując na Stefana.
— Dzień dobry. I jak się pani czuje? Jakieś dolegliwości?
— Ogólnie dobrze. Trochę boli mnie głowa — odpowiedziała kobieta. — A co z moim guzem?
— Kiepsko... To znaczy, kiepsko dla guza, bo został usunięty — odparł Stefan, siląc się na żart. — Mogą pojawić się mdłości, radziłbym więc jeszcze przez kilka godzin nic nie jeść. A z tym bólem, przepisać jakiś środek?
— Nie — odpowiedziała. — Już powoli ustępuje.
Doktor Marek podłączył się palmtopem do komputera monitorującego i powiedział:
— Morfologia i OB w normie.
— Dobrze — odrzekł Stefan. — Proszę spojrzeć na mnie — zwrócił się do pacjentki. Wyjął z kieszeni małą latarkę i zaświecił w jedno oko, a potem w drugie, by sprawdzić reakcję źrenic. Nie omieszkał przy okazji przyjrzeć się uważniej twarzy młodej kobiety. Nieskazitelna cera, drobny nos, kasztanowe oczy i ostro zarysowane brwi. Krótko przystrzyżone, czarne włosy, trochę w nieładzie. — Ile palców pani widzi? — spytał, pokazując rękę nieco z boku.
— Trzy — odpowiedziała.
— Widzenie obwodowe w porządku. A teraz proszę, nie poruszając głową, wodzić za mym palcem. — Stefan zaczął przesuwać swą rękę, z wyprostowanym palcem wskazującym, z prawej strony na lewo. Kobieta posłusznie śledziła oczyma ten ruch. — Dobrze. A teraz proszę wyciągnąć ręce przed siebie, zamknąć oczy i dotknąć wskazującym palcem prawej ręki swój nos. — Amelia i to zadanie wykonała bezbłędnie. — Wszystko w należytym porządku — podsumował.
— To co? Zostanie jeszcze pani jeden dzień na obserwacji i będziemy mogli panią wypisać — stwierdził doktor Marek. — Widzę, że ogląda pani telewizję. To dobrze, trzeba nadrobić zaległości. — Uśmiechnął się jeszcze szerzej niż zwykle i obaj wyszli na korytarz.
— Dobrze, to była ostatnia pacjentka, więc zakończymy w tym miejscu nasz obchód. Do której dzisiaj pracujesz? — spytał Marek.
— Do osiemnastej, a co?
— Wpadłbyś dziś wieczorem do mnie na małe piwko. Posiedzimy, pogadamy.
— Dobra.
— No to, dziękuję za współpracę i do zobaczenia wieczorem — powiedział do Stefana i podał rękę na pożegnanie.
Stefan poczekał, aż ten zniknie za zakrętem i z powrotem wszedł do sali.
— Jeszcze jedna sprawa — zaczął. — Teraz nazywa się pani Amelia Rawicz. Nikt w szpitalu, poza mną, nie zna pani poprzednich personaliów, jednak proszę mnie nie pytać o szczegóły, bo ich nie znam. Nie wiem kto i dlaczego kazał mi je zmienić, ale... — zawahał się przez moment — mam nadzieję, że nie będę miał z tego powodu kłopotów.
Amelia przymrużyła na chwilę oczy, po czym uśmiechnęła się zniewalająco.
— Proszę się nie martwić. Nie pierwszy raz zmieniam nazwisko. Zdążyłam się więc już do tego przyzwyczaić.
Stefan wytrzeszczył oczy ze zdziwienia. Po chwili jednak się otrząsnął, sięgnął do kieszeni i wyciągnął telefon komórkowy.
— Kazali mi go pani przekazać i powiedzieli, że o dwudziestej zadzwonią. — Podał telefon kobiecie, odwrócił się i szybko wyszedł.
Na korytarzu nikogo nie było. Pochylił się lekko i oparł dłonie na kolanach. Odetchnął głęboko i się wyprostował.
— Spokojnie, Stefan. Już po wszystkim — uspokajał sam siebie. — Kim ona jest? — zastanawiał się, idąc korytarzem. — Jest tak zabójczo piękna. — Nawet nie wiedział, jak blisko prawdy był, stwierdzając ten fakt.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Hibernatus

Post autor: pierdoła saska » 12 lutego 2013, 19:15

Jak zwykle od strony czysto technicznej jest naprawdę dobrze. W stosunku do swoich wcześniejszych komentarzy podtrzymuję, że masz pewien problem z płynnością tekstu. Jak dla mnie za dużo jest tam kropek i robi się nieco sucho. Zastanowiłabym się, czy w niektórych przypadkach nie dałoby się tych kropek zastąpić jakimiś spójnikami. Na przykład "Do pomieszczenia weszło dwóch mężczyzn w białych fartuchach. Jeden z nich stanął na środku sali, a drugi podszedł do łóżka. i odpiął z ramy plastikową tabliczkę z włożoną w środek kartką, na której zapisywano co godzinę temperaturę jej ciała (tu można by rozważyć wstawienie imienia bohaterki, aby nie wyszło, że chodzi o temperaturę kartki :P) oraz ciśnienie.". To taki przykład z początku akurat. To bardzo subiektywne, ale takie trochę dłuższe zdania czyta się lepiej - wg mnie. :P Myślę, ze jakby przejrzeć tekst, to sporo takich miejsc jak to by się znalazło. Możesz też to potraktować jako radę na zaś.

Fabularnie zaciekawiasz. To znaczy do pewnego stopnia interesuje mnie co to za kobieta, kim była i czemu komuś zależało na jej odhibrenowaniu na nieprawdziwym imieniu i nazwisku po tylu latach. Zwłaszcza, że z retrospekcji na początku rozdziału wynika, że zamrożono ją w dość nienadzwyczajnych warunkach - znaczy się z winy choroby... chyba że tu tkwił przekręt :> To, że zaczynam kombinować, to dobry znak. Oznacza, że tekst gdzieś mi się o myśli zaczepił :) Zatem weny życzę :D
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
fabianzak2

Re: Hibernatus

Post autor: fabianzak2 » 15 lutego 2013, 13:18

Jestem tu nowy i szczerze po przeczytaniu kilku tekstów, ten najbardziej przypadł mi do gustu. I również z tego powodu piszę komentarz. Nie jestem jakimś znawcą, a jedynie kolegą po fachu więc nie będę się silił na wielostronicowy wywód dotyczący warsztatu itp itd. Całość czyta się przyjemnie, lekko. W przeciwieństwie do niektórych z tutejszych dzieł, jak chociażby "Proza Października" na którą zerknąłem ze względu na tytuł jaki dziełu przyznano. Nie chodzi przecież o to by upchać wdzięczne epitety lub przeciągać zdanie w nieskończoność. To właśnie na tym polega by tu skrócić, tam wydłużyć, ciągnąć czytelnika za sobą, nie sprawiać by tekst go nużył a epitety przytłaczały. Tu wszystko zgrywało się idealnie, ani przez moment nie miałem myśli " doczytam do kropki i dalej nie idę ". Osobiście zaciekawiło mnie i zagarnęło moją uwagę. Tyle mi w zupełności wystarczy ;)

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Hibernatus

Post autor: wołszebnik » 15 lutego 2013, 13:33

fabianzak2 pisze:Jestem tu nowy i szczerze po przeczytaniu kilku tekstów, ten najbardziej przypadł mi do gustu. I również z tego powodu piszę komentarz. Nie jestem jakimś znawcą, a jedynie kolegą po fachu więc nie będę się silił na wielostronicowy wywód dotyczący warsztatu itp itd. Całość czyta się przyjemnie, lekko. W przeciwieństwie do niektórych z tutejszych dzieł, jak chociażby "Proza Października" na którą zerknąłem ze względu na tytuł jaki dziełu przyznano. Nie chodzi przecież o to by upchać wdzięczne epitety lub przeciągać zdanie w nieskończoność. To właśnie na tym polega by tu skrócić, tam wydłużyć, ciągnąć czytelnika za sobą, nie sprawiać by tekst go nużył a epitety przytłaczały. Tu wszystko zgrywało się idealnie, ani przez moment nie miałem myśli " doczytam do kropki i dalej nie idę ". Osobiście zaciekawiło mnie i zagarnęło moją uwagę. Tyle mi w zupełności wystarczy ;)
Komentarz bardziej do komentarza, ale niech tam :roll;

Szczerze mówiąc, jestem zdumiona takim ujęciem swojej opinii. Napisać: "lubię bezpośrednie pisarstwo, rzeczowe przedstawienie historii i Ty mi to dajesz w tym opowiadaniu", a wyrażenie opinii poprzez porównanie do innego tekstu... cóż, pierwsze bym doceniła, drugie mnie zniesmacza.
Jesteś nowy, więc nie wiesz, teksty miesiąca wybierają użytkownicy. Fakt, że Kan pisze mniej przyziemnie, a bardziej metaforycznie nijak powinien mieć się do prozy telmaca... w ogóle jak można pomyśleć, że te dwa fakty mają dla siebie jakiekolwiek znaczenie?
Rozmawiamy o prozie telmaca chyba? Po licha przywoływać Kan? O.o
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
fabianzak2

Re: Hibernatus

Post autor: fabianzak2 » 15 lutego 2013, 15:29

Chyba zostałem źle zrozumiany ;P Przywołując przykład wcale nie oceniam dzieła a tylko przedstawiam mój własny pogląd na obie sprawy. Mój własny, znaczy jedynie indywidualną ocenę. Nie uroniłem choćby słowa którym chciałbym urazić prozę Ken. Każde dzieło zasługuję na odrobinę zainteresowania, a ja mam przecież prawo zawyrokować, które z nich podobało mi się bardziej. Jak mówiłem nie oceniam które z nich było lepsze, oceniam tylko i wyłącznie fakt jakim jest przypodobanie się mojej skromnej osobie. Nie widzę w tym nic złego, jeżeli ktoś sądzi inaczej, jego to problem, nie mój ;P Przedstawienie czegoś jako przykład nie staje się złe dopóty się kogoś tym porównaniem nie uraża. Jeżeli autora "prozy października" mierzi to, że wyżej wzmiankowany twór podoba mi się bardziej, to serdecznie przepraszam.
Czy pisząc, że oba były świetne wybieliłbym się ? Bo nie zaprzeczyłem co do świetności. Porównywanie do innych jest częścią tego zawodu jak i każdego innego. A przesłanki na podstawie których oceniam to ( jak już napominałem ) moja prywatna sprawa. Oceniłem na podstawie porównania, jeśli uraziłem, przepraszam, nie taki był cel.
To by było chyba na tyle :)

Awatar użytkownika
StuGraMP

Re: Hibernatus

Post autor: StuGraMP » 10 czerwca 2013, 01:20

Dawno mnie tu nie było. Byłem bardzo zajęty na innym forum :P
Naniosłem wiele poprawek w poprzednich rozdziałach, starając się zastosować niemal wszystkie wasze rady. Jeszcze raz dziękuję za wasze komentarze i wklejam kolejny rozdział.

IV – Zlecenie Jan stał w oknie i spoglądał na ulicę i na ludzi, którzy ciągle się gdzieś śpieszyli. Czasem miał dość tego miasta, tej ciągłej pogoni bez wytchnienia. Gdyby mógł, otworzyłby okno i wykrzyczałby im, żeby trochę zwolnili, zatrzymali się na moment, popatrzyli na piękno zachodzącego słońca. Czasami myślał, że jest ostatnim człowiekiem w tej aglomeracji, który zwraca jeszcze uwagę na tego typu zjawiska i się nimi zachwyca. Odwrócił się na chwilę w stronę pokoju — jego kolega wylegiwał się na kanapie, oglądając w telewizji jakiś mecz.
— Edek, chodź, zobacz te chmury — powiedział. Tamten wstał z niemałym ociąganiem, podszedł leniwie do okna i spojrzał przed siebie.
— No co? Chmury jak chmury — odparł i wrócił na kanapę.
— Ale jakie są czerwone, podświetlone od spodu przez zachodzące słońce — ekscytował się Jan.
— Jak zwykle wydziwiasz. Lepiej łap się za telefon i dzwoń, bo już ósma.
Brunet westchnął tylko i włączył przyciemnianie szyb, a następnie sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął zestaw słuchawkowy Bluetooth, włączył go i włożył do ucha. Podszedł do meblościanki, gdzie na jednej z półek leżał tablet, uruchomił w nim aplikację telefoniczną i wybrał odpowiedni numer.
— Amelia Rawicz? — spytał po chwili. — Jan Koszycki... z agencji. Jak pani widzi, nie zapominamy o swoich dawnych współpracownikach. Chcemy dalej korzystać z pani usług... Tak, na tych samych zasadach jak wcześniej... Jutro ponoć pani wychodzi ze szpitala... Przyjedziemy po panią... Dobrze.
Rozłączył się i zapanowała cisza. Edward patrzył na kolegę z wyczekiwaniem, lecz nic nie mówił, obracał tylko w dłoni pilota od telewizora. W końcu Jan spojrzał w jego stronę i powiedział:
— No co? Wszystko zgodnie z planem.
— O której wychodzi?
— Jeszcze nie wie, ale da znać — odparł i wyjął słuchawkę z ucha, po czym rzucił ją niedbale na stolik, który stał pod oknem.
Chociaż nie dał nic po sobie poznać, jego również denerwowało to bezustanne czekanie. W sumie wiele rzeczy go denerwowało: ludzie śpieszący się wciąż bez sensu, Edward ze swoim aroganckim podejściem do świata, nawet śnieg padający zimą. Postanowił wyjść na zewnątrz i odetchnąć świeżym powietrzem, więc bez słowa skierował się w stronę drzwi wyjściowych.
— A ty gdzie? — zapytał Edward.
— Przed siebie — odpowiedział i zatrzasnął za sobą drzwi.
Wieczór był chłodny, wręcz orzeźwiający. Sporadyczne podmuchy wiatru delikatnie muskały twarz Jana, który spacerując chodnikiem, wdychał głęboko kolejne porcje powietrza. Przydrożne latarnie rozjaśniały całą ulicę, tworząc swego rodzaju świetlny tunel. Ruch samochodów, autobusów i skuterów prawie w ogóle nie zmalał, utrzymując ciągły gwar nocnego miasta. Jedyną zmianą, jaką można było bez trudu dostrzec, była ogromna ilość ludzi przesiadująca w barach i restauracjach, które dopiero po zmierzchu zaczynały tętnić życiem. Większość osób, które w nich się znajdowały, chciały w ten sposób odreagować codzienną, monotonną pracę w biurach i urzędach, spotykając się tam ze znajomymi, dyskutując o niczym i popijając piwo albo zajadając się pizzą. Byli też tacy, którzy po prostu szukali towarzystwa i chcieli choć na chwilę zapomnieć o swej samotności.
Jan mijał te wszystkie lokale, kierując się do małego parku na końcu ulicy. Liczył, że znajdzie tam ciszę i spokój, mogąc usiąść na jednej z ławek i podziwiać nocny firmament nieba. Nie kusiły go płytkie konwersacje z nieznajomymi, ale miał nadzieję, że spotka tam kogoś, kto tak jak on zechce rozkoszować się ogromem wszechświata.
*** Poranny obchód w szpitalu wyrwał Amelię z błogiego snu. Usiadła na łóżku i wsłuchała się w narastający gwar na korytarzu, czekając, aż dotrze on do jej drzwi. Mijały kolejne minuty, a ona trwała tak nieruchomo z niemal obojętnym wzrokiem utkwionym w przeciwległej ścianie. Była skupiona na analizowaniu odgłosów z korytarza: Ile osób bierze udział w obchodzie? Jakiej są budowy ciała? Mężczyzna czy kobieta? — To wszystko potrafiła odczytać z charakterystycznych dźwięków towarzyszących przy stawianiu kroków. Dobrze wiedziała, kiedy podeszli pod jej drzwi, dlatego nie zareagowała, gdy zaczęły rozsuwać się z sykiem. Powoli odwróciła wzrok w ich stronę, by przekonać się, czy jej przewidywania były trafne. Do pomieszczenia weszło dwóch lekarzy i pielęgniarka. Amelia pomyliła się nieznacznie tylko co do jednego z nich — był znacznie wyższy, niż przypuszczała. Spojrzała na jego stopy — rozmiar buta był mały, co tłumaczyło błędną interpretację wydawanych dźwięków.
— Dzień dobry, pani Amelio. — Jego głos wyrwał ją z rozważań. — Jak samopoczucie?
— Dobrze — odparła szybko.
— Bóle głowy, nudności?
— Nie.
— To świetnie. Pani wyniki również są zadowalające. — Zwrócił się w stronę drugiego lekarza i kontynuował: — Myślę, panie kolego, że nie ma powodów, by zatrzymywać pacjentkę na dłużej.
— Też tak sądzę — odpowiedział drugi, poprawiając okulary — Pani Haniu... — zwrócił się do pielęgniarki — proszę przygotować wypis dla pani Rawicz.
— Dobrze — odpowiedziała.
Ten wyższy, brunet o piwnych oczach, podszedł do komputera monitorującego i powiedział:
— Przepiszę jeszcze Tamoxilinę, która zapobiega ewentualnym przerzutom — mówił, stukając palcami po klawiaturze. — Proszę wybrać całe opakowanie, jedna tabletka dziennie po posiłku, i przyjść na badania kontrolne — dodał, wyjmując z komputera kawałek plastikowego kartonika i podając go pacjentce. Wielkością i kształtem przypominał kartę bankomatową.
— Co to jest? — spytała Amelia.
— Ymm... No tak. To jest pani karta identyfikacyjna. Kiedyś były dowody osobiste, prawda? Ale te są lepsze, bo posiadają chip, na którym są zapisane wszystkie podstawowe informacje. Jest tam numer pani ubezpieczenia, aktualnie przyjmowane leki, nadane uprawnienia, wykonywany zawód i wiele innych. Tą kartą może pani również płacić, otwierać drzwi swojego domu, samochodu... Trudno mi wymienić teraz wszystkie możliwości, ale teraz zapisałem tam lek, który ma pani przyjmować. Pójdzie pani do apteki, da pani tę kartę obsłudze i oni będą wiedzieli, co pani dać. Rozumie to pani, czy wyjaśnić jeszcze raz?
— Nie, nie trzeba. Wszystko jasne — odparła. — To o której wychodzę ze szpitala?
— O trzynastej. Pielęgniarka przygotuje wypis, zje pani sobie spokojnie obiad i do domu — zażartował. — To co, życzę pani dużo zdrowia i może zobaczymy się na kontroli. — Podał jej rękę na pożegnanie i wyszedł, a z nim pozostałe osoby, które mu towarzyszyły.
Amelia, gdy tylko została sama, wzięła telefon i zadzwoniła do Jana Koszyckiego. Przekazała mu informację, o której wychodzi ze szpitala. Wstała z łóżka i podeszła do umywalki, nad którą wisiało niewielkie lustro.
— No, to wchodzisz do gry — powiedziała, patrząc na swoje odbicie.
*** Godzina trzynasta, hol główny instytutu.

Jan i Edward siedzieli wygodnie w fotelikach, oczekując pojawienia się Amelii. Nie wiedzieli jednak, jak wygląda, więc umówili się na sygnał rozpoznawczy — mieli przyjść ubrani w czerwone marynarki. Obawiali się trochę, że będą przez to za bardzo rzucać się w oczy pracownikom instytutu. Po kilku minutach podeszła do nich młoda kobieta.
— Amelia Rawicz. Panowie czekają na mnie? — spytała.
— Chyba tak — odparł Jan. — Inaczej sobie panią wyobrażałem.
— To znaczy, jak?
— Nie ważne... — uśmiechnął się lekko. — Ja jestem Jan, a to jest Edward.
— Dzień dobry — powiedział Edek. — To co, pójdziemy do samochodu.
Jan wziął od Amelii małą torbę i wyszli przez rozsuwane drzwi na zewnątrz. W milczeniu przemierzali parking, aż doszli do czerwonego sedana. Kobieta nie potrafiła jednak rozpoznać marki pojazdu, miał nieznany jej emblemat chińskiego smoka.
— Proszę bardzo — rzekł Jan, otwierając tylne drzwi i zapraszając gestem, by wsiadła.
Amelia usadowiła się wygodnie na prawej połowie kanapy, a drugą część zajął Jan. Edward usiadł za kierownicą. Ruszyli niemal bezszelestnie i wyjechali z parkingu.
— Może od razu przejdę do rzeczy — zagadnął Jan. — Mamy dla pani pierwsze zlecenie. Proszę, oto potrzebne informacje. — Podał rozmówczyni dużą szarą kopertę, którą Amelia niezwłocznie otworzyła. Wewnątrz znalazła zdjęcie mężczyzny i kartkę z adresem.
— Przecież to ten lekarz, który mnie operował — powiedziała ze zdziwieniem. — Jak to? Mam go zabić?
— W końcu jest pani płatnym mordercą. My płacimy, pani zabija. To chyba proste — odezwał się Edward.
— Może i tak. Ale przecież on uratował mi życie. Dlaczego teraz mam go zabić?
— Takie informacje nie są pani do niczego potrzebne — odparł ponownie Edward w sposób co najmniej grubiański.
— Edziu, skup się na jeździe — wtrącił Jan i zwrócił się do Amelii: — Po prostu za dużo wie o całej sprawie i stanowi w związku z tym potencjalne zagrożenie.
— Ale ja nie mogę tak po prostu zamordować osoby, która uratowała mi życie! — powiedziała poirytowana.
— Jeżeli...
— Edziu! — przerwał mu Jan. — Pani Amelio. Taką decyzję podjął zarząd organizacji. Jeżeli pani tego nie zrobi, zrobi to ktoś inny. Chyba nie muszę mówić, że źle to jednak będzie wyglądało na początku naszej współpracy z panią.
Amelia nic się nie odezwała. Odwróciła głowę w drugą stronę i patrzyła przez szybę samochodu na mijane widoki.
— Jesteśmy na miejscu — odezwał się w pewnym momencie Edward, kiedy zatrzymali się pod budynkiem, w którym mieszkał Stefan. — To co, jak będzie?
Amelia spojrzała najpierw na Edka, później na Jana i powiedziała:
— Posłuchajcie, mam pewien pomysł.

Awatar użytkownika
StuGraMP

Re: Hibernatus

Post autor: StuGraMP » 22 stycznia 2014, 22:47

No cóż. Tyle czasu wam dałem, a mimo to nikt nie skomentował kolejnego rozdziału. Może gdy wkleję następny rozdział i odświeżę w ten sposób wątek, ktoś go zauważy i coś napisze?

V – Agent Następnego dnia Stefan pracował w dwóch sesjach: poranna trwała od siódmej do jedenastej, a nocna od dwudziestej trzeciej do siódmej dnia następnego. Skończył właśnie pierwszą i wrócił do domu, by trochę odpocząć, coś zjeść, wypić drinka. Włączył holowizor* i ustawił na kanał muzyczny. Już po chwili na środku pokoju tańczył i śpiewał jakiś topowy artysta. Stefan nie zwracał jednak na to uwagi, przeszedł do części pomieszczenia stanowiącego aneks kuchenny i zaczął przygotowywać sobie posiłek. Wyjął z górnej szafki płaski kartonik, rozpakował go, a jego zawartość włożył do mikrofalówki. Po trzech minutach miał gotową pizzę, którą przełożył na talerz. Wyjął z lodówki niewielką butelkę z drinkiem i przelał płyn do szklanki. Tak przygotowany obiad postawił na ławie, a sam usadowił się wygodnie w fotelu.
Oderwał kawałek pizzy i zatopił w nim zęby. Zawsze lubił delektować się pierwszym kęsem, tak było i tym razem — żuł powoli, pozwalając, aby smak rozpłynął się po receptorach. Przełknął bez pośpiechu i sięgnął po drinka. Właśnie w tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Odłożył zatem szklankę, wyłączył holowizor i poszedł do przedpokoju, gdzie na ścianie wisiał wideodomofon. Uaktywnił go, by zobaczyć, kto stoi po drugiej stronie drzwi. Na monitorze ukazała się młoda kobieta — to była Amelia. Stefan wyraźnie wyglądał na zaskoczonego. Mógł się spodziewać kogokolwiek: listonosza, akwizytorów, Świadków Jehowy, ale nie Amelii.
— Słucham — powiedział w końcu.
— Dzień dobry. Przepraszam, że nachodzę pana w domu, ale... mam ważną sprawę do omówienia — odpowiedziała Amelia.
— Proszę wejść — odrzekł i wcisnął przycisk elektrycznego zamka. Zabrzęczało i drzwi się lekko uchyliły, a po chwili kobieca ręka otworzyła je na oścież. Stała tak, trzymając jedną dłonią drzwi, a drugą chowając za plecami. Jej kruczoczarne włosy były krótko obcięte i nastroszone. Stefan zastanawiał się przez moment, czy nie lepiej wyglądała z długimi. Kobieta rozejrzała się szybko, po czym wyciągnęła zza pleców drugą rękę, w której trzymała pistolet z przykręconym tłumikiem, i wycelowała go prosto w głowę Stefana. Ten stał oniemiały, patrząc bezradnie w lufę.
— Ani słowa — powiedziała. — Cofnij się! — dodała, wykonując przy tym jednoznaczny ruch głową.
Stefan podniósł ręce do góry i zrobił dwa kroki w tył. Amelia weszła do mieszkania, zamykając za sobą drzwi. Złapała broń oburącz, nie spuszczając mężczyzny z celownika. Przechyliła się lekko na lewy bok i spojrzała w przestrzeń za Stefanem.
— Jesteś sam?
— A kiedy to przeszliśmy na „ty”? — zapytał, dziwiąc się jednocześnie samemu sobie, że stać go było w takim momencie na takie słowa.
— Odpowiadaj! — powiedziała hardo i zmarszczyła brwi.
— Tak, jestem sam.
Po prawej stronie miała drzwi do łazienki, więc włączyła tam światło i szybko rozejrzała się po pomieszczeniu, nie wchodząc do środka. Zgasiła światło i zrobiła krok w stronę mężczyzny. Popchnęła go lekko, by cofnął się do pokoju. Weszła powoli za nim, bacznie się rozglądając.
— Siadaj, musimy pogadać — powiedziała łagodnie, wskazując pistoletem na fotel. Sama usiadła wygodnie na sofie i położyła broń obok.
Stefan stał jednak zdezorientowany, nie wiedząc, co się dzieje. Patrzał na nieosłonięte nogi Amelii — założyła jedną na drugą. W połowie ud zaczynał się długi sweter spięty na biodrach lnianym pasem. Napotkał jednak spojrzenie kobiety, które nie pozostawiało żadnych złudzeń — była zdecydowana i władcza. Usiadł więc grzecznie naprzeciw niej.
— Powiem wprost. Dostałam zlecenie, żeby cię zlikwidować.
— Ale...
— Spokojnie. Nie mam zwyczaju rozmawiać z przyszłym trupem. Jakby nie patrzeć, zawdzięczam ci zdrowie, a nawet życie, więc zasługujesz na szansę, by żyć. A chyba chcesz żyć, prawda?
— No raczej.
— Chcąc nie chcąc zostałeś w to wszystko wplątany, ale ponieważ wiesz już za dużo o całej sprawie, stałeś się zagrożeniem dla tej operacji. Organizacja, dla której pracuję, nie może sobie na to pozwolić, zatem postanowiono pozbyć się problemu w dość typowy, staroświecki sposób. Ale jest jedno wyjście z tej patowej sytuacji — możesz dobrowolnie wstąpić w szeregi tej organizacji.
— Dobrowolnie? — zapytał z ironią w głosie.
— Ależ oczywiście. Ja przecież do niczego cię nie zmuszam — odpowiedziała równie ironicznie.
— A czym się ta organizacja zajmuje?
— Ratuje wieloryby... zbiera grzyby w lesie... — kpiła. — Co cię to interesuje, skoro tu chodzi o twoje życie?
— Bo nie wiem, czy to zgodne z etyką.
— Zależy, co uznajesz za etyczne, ale daj spokój z tymi filozoficznymi dylematami. — Zaczynała się lekko denerwować. — Wolisz umrzeć niż zrobić coś niemoralnego?
Zawahał się chwilę.
— Może... Jeśli to jakaś Alkaida, to ja dziękuję... Nie będę zabijać.
— Czy ty chcesz mnie obrazić? — zasępiła się.
— Nie, nie chcę cię oceniać, ale chodzi o mnie. Po to zostałem lekarzem, aby ratować życie, a nie je odbierać. Po prostu bym tego nie potrafił.
Rozchmurzyła się nieco.
— Mięczak — powiedziała. — Ale możesz być spokojny. Nikt nie będzie tego od ciebie oczekiwać.
Przez chwilę oboje siedzieli w milczeniu. Cisza aż wibrowała w uszach.
— Więc jak? — spytała, uśmiechając się zachęcająco.
— A mam inne wyjście? Zgłaszam akces — stwierdził.
— Sobie możesz zgłaszać. Na razie to była tylko taka propozycja, teraz czas na formalności. Zejdziemy razem na dół, wsiądziemy do samochodu, przejedziemy się... — powiedziała, uśmiechając się zawadiacko. Podniosła się z sofy, podwinęła sweter na prawej nodze, odkrywając całe udo i... kaburę, do której włożyła pistolet. — A tak poważnie. — Spojrzała na Stefana. — Cieszę się, że nie muszę ciebie zabijać.
— Jak miło — odparł kąśliwie.
— Nie dąsaj się, doktorku. Życie jest piękne. Wiem to, bo przecież ja również uniknęłam śmierci.
— Dzięki mnie — podkreślił i zmarszczył czoło.
— A ja się zrewanżowałam, więc jesteśmy kwita. Chodźmy, bo nie ma czasu.
*** Wyszli na zatłoczony chodnik. Stefan pomyślał przez chwilę, że w tłumie mógłby spróbować ucieczki, ale doszedł jednak do wniosku, że to na wiele się nie zda. Prędzej czy później by go dorwali i nie dali już drugiej szansy. Zerkał co chwilę na Amelię, chcąc zrozumieć, jak taka piękna kobieta może być płatnym zabójcą. Kobieta zdawała sobie sprawę ze spojrzeń Stefana, ale nie zważała na to. W sumie w ogóle nie zwracała uwagi na swą niedoszłą ofiarę. Szła pewnie przed siebie, nie rozglądając się na boki. Stefan musiał wręcz pilnować, żeby się nie zgubić.
Samochód był zaparkowany dwie przecznice dalej. Wsiedli do sedana.
— Poznajcie się. To Jan i Edward — powiedziała Amelia.
— My się już znamy — odparł Stefan.
— Ale nie zdążyliśmy się przedstawić — dodał Jan. — No cóż, taka sytuacja.
— To co, jedziemy? — spytała Amelia i rozsiadła się wygodniej na kanapie.
— A nie powinniśmy mu zawiązać oczu, żeby nie widział, dokąd jedziemy? — zastanawiał się Jan i spojrzał na Edwarda.
— To chyba trochę głupie — odparł Stefan. — Wiem już na tyle dużo, żeby mnie zabić, więc jedna informacja więcej nie jest w stanie mi bardziej zaszkodzić.
— I już mi się podobasz, doktorku — zaśmiał się Edward. — Wreszcie ktoś przygadał Jasiowi.
— Ty się lepiej zamknij i jedź — fuknął Jan, poprawiając okulary. Usiadł prosto i zapiął pas. Uczynili to również Amelia i Stefan, a wóz ruszył z piskiem opon.
Dość sprawnie przejechali przez miasto i wbili się na wschodnią obwodnicę. W tym momencie Edward zaprogramował pokładowy komputer i włączył automatycznego pilota, dzięki czemu samochód jechał dalej sam, zmierzając do celu, a on mógł zająć się czymś innym. Po pięciu minutach wyjechali poza teren zabudowany i dojechali do skrzyżowania wielopoziomowego w Śmiłowicach. Drugim zjazdem w prawo wjechali na autostradę do Krakowa, ale już za Chrzanowem z niej zjechali. Stefan nie znał tych rejonów, nigdy tędy nie jechał.
W końcu zatrzymali się na jakimś podjeździe przed zamkniętą bramą, a Edward wyłączył automatycznego pilota. Jan dotknął palcem ekranu pokładowego komputera.
— Autoryzacja — rozległ się głos. — Podaj hasło.
Jan wpisał ciąg liczb i liter, w efekcie czego brama się otworzyła. Wjechali na posesję. Droga dojazdowa była po obu stronach obsadzona cyprysami. Dalej rozciągały się klomby z kwiatami, z których wystawały małe fontanny. Powoli dojechali do budynku — duży, okazały, wręcz pałac. W centralnej części znajdowało się wejście, przy którym stało dwóch ochroniarzy ze słuchawkami w uszach, ale oni skierowali się do prawego skrzydła. Tam był wjazd do garażu, którego brama już była podniesiona, czekając na ich przybycie. Wjechali do środka i Edward zaczął kluczyć między rzędami samochodów, aż znalazł miejsce do zaparkowania.
— No to jesteśmy na miejscu. Dziękujemy za skorzystanie z usług linii Edwardobus — zażartował.
Stefan odpiął pas i wysiadł z samochodu. To samo uczyniła Amelia, przeciągając się przy tym niczym rasowa kocica. Poprawiła sweter i stanęła obok Stefana.
— Proszę za mną — odezwał się Jan i ruszył w stronę windy. Pozostali poszli w jego ślady, mijając równo zaparkowane pojazdy. Szli gęsiego: pierwszy kroczył oczywiście Jan, za nim Amelia, następnie Stefan, a na końcu podążał Edward. Gdy zbliżyli się do windy, ta otworzyła się sama. Weszli do środka.
— Dzień dobry — rozległ się kobiecy, miły głos. — Które piętro?
— Trzecie — powiedział Jan.
Winda ruszyła bezszelestnie. Po chwili się zatrzymała, otwierając drzwi.
— Dziękuję, życzę miłego dnia — odezwał się ponownie głos.
Ruszyli korytarzem w prawo. Kręciło się tu kilka osób, wychodzili z jednych pomieszczeń, wchodzili do drugich, ale prawie nikt nie zwracał na nich uwagi. Co niektórzy zmierzyli ich tylko chłodnym wzrokiem i szli dalej.
— Cześć, Edziu — zagadnął któryś. — Co tam?
— A nic, prowadzimy nowych.
— Uuu... Poważna sprawa — podsumował tamten. — Dobra, to pogadamy później.
— Jasne — odparł Edward i dołączył do grupy.
Zatrzymali się wreszcie przed którymiś z kolei drzwiami. Jan przyłożył nadgarstek do czytnika po prawej stronie i drzwi rozsunęły się automatycznie. Weszli do niewielkiego wnętrza. Na wprost, pod oknem stało biurko, za którym siedziała kobieta w średnim wieku.
— Dobry, szefowo — powiedział Jan. — Jesteśmy.
— Tak, widzę... Ale wytłumacz mi, co on tu robi — odparła, wskazując na Stefana.
— Podobno chce zostać agentem.
— To był twój pomysł? — spytała.
— Nie... — wtrąciła Amelia — Mój.
— Ach, pani Amelia Rawicz. Dobrze pamiętam?
— Tak, zgadza się.
Kobieta podniosła słuchawkę telefonu i wybrała dwucyfrowy numer.
— Marek? Pozwól do mnie na chwilę — powiedziała po chwili i odłożyła słuchawkę.
Nastała cisza. Kobieta za biurkiem zaczęła przeglądać zawartość teczki. W pewnej chwili podniosła wzrok i powiedziała:
— Jasiu, oczekuję raportu... na piśmie.
— Jasne — odparł tamten.
Drzwi się rozsunęły i do gabinetu wszedł postawny mężczyzna o niebieskich oczach i blond włosach.
— Marku, podobno potrzebujesz kogoś nowego — zagadnęła kobieta.
— Tak, zwolniło się niedawno jedno miejsce — odparł Marek.
— Tu jest teczka pani Amelii. — Podała dokumenty. — No dobrze — zwróciła się do Stefana i Amelii. — Witam zatem w agencji. Marek zapozna was ze szczegółami i wprowadzi w temat... Pani Amelio... — spojrzała w jej stronę. — Żeby mi to było pierwszy i ostatni raz.
Amelia pokiwała tylko głową.
— Wy dwoje, chodźcie ze mną — powiedział Marek i ruszył do wyjścia.
Wyszli w trójkę i ponownie skierowali się do windy. Zjechali nią na pierwsze piętro, przy czym automatyczny głos nie zapomniał życzyć im ponownie miłego dnia. Weszli do pomieszczenia, które, jak należało się domyślać, było gabinetem Marka. Stefan rozejrzał się z zainteresowaniem i pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to szafy. Można wręcz powiedzieć, że oblegały go ze wszystkich stron, wysokie po sam sufit, zajmowały niemal każdy skrawek ściany. Stefan zaczął się zastanawiać, co może się w nich znajdować. Ta zagadka została chwilę później rozwiązana, bo Marek podszedł do jednej z nich, wyjął pilota z kieszeni i nacisnął kombinację klawiszy. Momentalnie spod biurka wyjechał robot — niewysoki, przypominający kształtem skrzynkę na owoce — podjechał pod szafę i zatrzymał się obok Marka, czekając niczym pies na kolejne polecenie. Mężczyzna wszedł na niego i powiedział:
— Do góry!
Górna część robota, która była swego rodzaju platformą, zaczęła posłusznie się podnosić dźwigana układem siłowników.
— Stop! — padła kolejna komenda, gdy podest osiągnął wysokość około jednego metra. Marek przyłożył kciuk do czytnika na drzwiczkach szafy, które przesunęły się kilka centymetrów w głąb, po czym zaczęły opadać w dół, chowając za drzwiczki znajdujące się niżej. Mężczyzna wyciągnął z szafy jakieś teczki i ponownie przyłożył palec do czytnika. Nie czekał jednak, aż szafa się zamknie, tylko wydał kolejne polecenie:
— Na dół! — Platforma zaczęła się powoli opuszczać. Gdy już była na dole, Marek zszedł z niej i podszedł do biurka. Otworzył teczkę, wyciągnął z niej jakieś papiery i podał po jednym egzemplarzu Stefanowi i Amelii. — Proszę się zapoznać i podpisać.
— Co to jest? — spytała Amelia.
— Wasze cyrografy — odparł z uśmiechem. — Radzę dokładnie przeczytać, żeby później nie było marudzenia, że „tego nie wiedziałem” albo „nie doczytałem”. Jeśli czegoś nie rozumiecie, pytać.
Stefan zaczął więc skrupulatnie analizować tekst. Było tam o lojalności względem firmy, tajności działań i tego typu bzdurach. Zaciekawił go jednak wpis „Dokument traci ważność tylko w przypadku śmierci niżej podpisanego agenta lub rozwiązania agencji”. Zapytał więc o to Marka.
— No cóż — zaczął Marek. — To zobowiązanie jest ważne do końca życia, nie można się z niego wycofać. Na rozwiązanie agencji raczej bym nie liczył, ale hipotetycznie rząd może zamknąć działalność tej tajnej komórki.
— Ale chyba istnieje coś takiego jak emerytura?
— Oczywiście, przecież działamy legalnie. Dostaniesz umowę o pracę. Jednak również będąc na emeryturze, jesteś związany tym dokumentem.
Stefan zamyślił się chwilę, wziął długopis i podpisał. Chwilę po nim uczyniła to również Amelia.
— Dobrze, pozostał jeszcze jeden drobiazg. — Marek sięgnął do szuflady biurka i wyjął dwa pistolety do iniekcji. — Wszczepimy wam czipy — powiedział i podszedł najpierw do Stefana. — Jesteś prawo czy leworęczny? — zapytał.
— Praworęczny.
— To podwiń rękaw. Nie będzie bolało.
— Ta... Też tak mówię swoim pacjentom. Jestem lekarzem, więc mi tu nie ściemniaj — odparł Stefan.
— No tak, zapomniałem.
Stefan podwinął jednak posłusznie rękaw prawej ręki. Marek przyłożył pistolet dwa centymetry przed nadgarstkiem i nacisnął spust. Coś syknęło i Stefan poczuł przyjemny chłód. „To zapewne środek znieczulający i dezynfekujący”, pomyślał. Sekundę później pistolet wstrzyknął niewielką ilość płynu, w którym znajdował się czip.
— I jak? — zapytał Marek, odkładając pistolet.
— Niezły sprzęt — podsumował krótko Stefan.
— Mamy wszystko, co najlepsze. — Uśmiechnął się i podszedł do Amelii, która już zdążyła przygotować rękę.
Po wszystkim schował pistolety do szuflady. Zasiadł przy biurku, dotknął blatu, nad którym pojawił się holograficzny ekran.
— Muszę was wprowadzić do systemu — poinformował. Na ekranie pojawiała się i znikała klawiatura, otwierały i zamykały okna aplikacji. — Gotowe. Wasze czipy są już aktywne. Amelio — zwrócił się do kobiety. — Przydzielono ci samochód służbowy, nr rejestracyjny SW-37LP. Czeka na ciebie w hali parkingowej.
— A ja nie dostanę samochodu? — zapytał Stefan.
— Przecież masz prywatny. Pokrywamy wszelkie koszty eksploatacyjne. Pamiętaj tylko o rachunkach.
— Jasne.
— To już chyba wszystko. Amelio, odwieziesz Stefana do domu?
— Dobrze, nie ma problemu — odpowiedziała.
— W takim razie, do zobaczenia.
Stefan i Amelia ruszyli w stronę drzwi.
— Aha, bym zapomniał! — krzyknął za nimi. — Pracujecie pod kryptonimami Walkiria i Hibernatus. Chyba nie muszę wyjaśniać, który jest czyj.

*holowizor - telewizor z holograficzną projekcją obrazu.

ODPOWIEDZ