UWAGA! W PRZYPADKU PROBLEMU Z LOGOWANIEM NALEŻY WYCZYŚCIĆ CIASTECZKA WITRYNY!



Zachęcamy do głosowania na TEKST WRZEŚNIA oraz w INSTANCIE

Hibernatus

"W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną." ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
StuGraMP

Hibernatus

Post autor: StuGraMP » 21 lipca 2012, 21:06

Kiedyś mnie skrytykowano, gdy napisałem trochę nieprzychylnych komentarzy, żebym sam coś napisał i wkleił tu na forum. Obiecałem, że nie będę wstawiał nowych komentarzy, dopóki nie wstawię swojego tekstu. Dziś wypełniam obietnicę.

HIBERNATUS
Nad miastem powoli zapadał mrok i miejski gwar z minuty na minutę przegrywał z ciszą nocy. W małym mieszkaniu na piętrze starej kamienicy migotał telewizor, rzucając bladą poświatę na ściany pokoju. Spiker z przejęciem relacjonował wydarzenia minionego dnia, ale w pomieszczeniu nikogo nie było. Nikt nie oglądał wieczornych wiadomości. Jedynie otwarta butelka z piwem zdradzała jeszcze niedawną obecność gospodarza, który brał właśnie prysznic. Z łazienki nie dobiegał jednak żaden odgłos, z wyjątkiem szumu natrysku i plusku wody uderzającej o dno brodzika.
Młody mężczyzna zakręcił w końcu wodę i wyszedł z kabiny prysznicowej. Zanim jednak zaczął się wycierać ręcznikiem, spojrzał na swoje odbicie w dużym lustrze nad umywalką i z zadowoleniem ocenił swój wygląd oraz wyposażenie. Uśmiechnął się nawet, jakby chciał powiedzieć: „Witaj, ciasteczko”. Był średniego wzrostu, miał piwne oczy i krótko przystrzyżone, czarne włosy. Ubrany jedynie w slipy wszedł do pokoju. Poczuł nieprzyjemny chłód, więc podszedł do okna, by je zamknąć.
— Wystarczy tego wietrzenia — burknął pod nosem.
Usiadł na łóżku i wziął do ręki pilota. Zaczął przeskakiwać z kanału na kanał, szukając interesującego go programu. W końcu natrafił na coś, co sprawiło, że odłożył pilota i sięgnął po butelkę z piwem. Pociągnął kilka łyków, opróżniając ją do końca.
— Cholera, mogłem kupić dwie — powiedział poirytowany.
Zrezygnowany wsunął się pod kołdrę i kontynuował oglądanie programu na leżąco. Lubił zasypiać przy włączonym telewizorze, ale dziś niestety nie było mu to dane. Leżący obok pilota telefon komórkowy zaczął drżeć, a po chwili rozpoczął wygrywać „Marsz pogrzebowy” Szopena. Taki właśnie utwór ustawił sobie jako dzwonek, gdy ktoś dzwonił do niego z pracy. Powolnym ruchem sięgnął po komórkę i odebrał połączenie.
— Słucham — rzekł spokojnie.
Stefan, przyjedź do pracy. Potrzebuję twojej pomocy — usłyszał w słuchawce.
— Chyba cię pogięło, stary. O co chodzi? — zapytał lekko zdenerwowany.
To nie jest rozmowa na telefon. Mam duży problem. — Przeciągnął przy tym wyraz „duży”, chcąc podkreślić powagę sytuacji. Ton jego głosu również wskazywał, że nie żartuje.
— Coś ty tam zrobił?! — powiedział Stefan przez zaciśnięte zęby.
Błagam. Przyjedziesz?
— Hmm... Mogę przyjechać najszybciej za... pół godziny — stwierdził z ociąganiem i zakończył połączenie, nie czekając na reakcję rozmówcy.
Stefan był doktorem chirurgii ogólnej, zaliczył też podstawowy kurs uzupełniający z medycyny paliatywnej. Obecnie większość czasu spędzał jako rezydent w miejscowym instytucie. Nie znosił pracy po godzinach, ale nie mógł odmówić swojemu przyjacielowi jeszcze ze studiów.
Stał przez chwilę z telefonem w ręku. W końcu rzucił go na łóżko i zaczął się ubierać. Wysłużone, ale wciąż w dobrym stanie, dżinsy, koszula i sztruksowa marynarka. Komórka w kieszeń, a klucze do ręki. Zatrzasnął drzwi i zszedł szybko schodami na tył budynku, gdzie stał jego samochód. Dziesięcioletni Peugeot 407 wciąż dobrze się prezentował. Jego czerwone nadwozie i aluminiowe, siedmioramienne felgi błyszczały jak nowe. Otrzymał go w prezencie od rodziców, gdy dostał się na studia. Wsiadł do środka, włożył kluczyk do stacyjki i przekręcił. Silnik odpalił na pyknięcie. Wbił jedynkę i powoli wyjechał przez wąską bramę na opustoszałą ulicę. Dopiero tutaj potraktował samochód bardziej stanowczo, wyciskając z silnika wszystkie zapasy mocy. Wchodził na wysokie obroty i wtedy zmieniał bieg. Ostre hamowanie przed skrzyżowaniem, redukcja, zakręt w prawo i znowu gaz do dechy. Jeszcze dwa skrzyżowania i dotarł pod bramę, nad którą widniał dumny napis: Instytut Krioniki i Hibernacji w Sosnowcu. Zatrzymał się przy budce strażnika, zgasił silnik i wyszedł z samochodu. Zbliżył się do małego okienka, w którym pokazała się głowa pracownika ochrony.
— Słucham, o co chodzi? — zapytał ochroniarz. Stefan wyjął swój identyfikator i podsunął mu pod nos. — Ach tak, jasne. Co to, nocny dyżur się trafił?
— Szkoda gadać — odpowiedział wymijająco Stefan. Strażnik machnął tylko ręką, wziął formularz i wpisał w odpowiedniej rubryce nazwisko Stefana. Po dopełnieniu wszystkich formalności uruchomił silnik otwierający bramę. Stefan wsiadł do samochodu, wjechał na teren zakładu i zatrzymał się przed samym wejściem do budynku. Za przeszklonymi drzwiami czekał już na niego Karol — przyczyna całego zamieszania. Był to wysoki mężczyzna o niebieskich oczach. Chociaż poznali się na studiach, kończyli różne specjalizacje. Karol był chirurgiem plastykiem.
— Dzięki, że przyjechałeś — przywitał go w progu.
— No, też się cieszę — odpowiedział ironicznie Stefan. — Może wreszcie mi powiesz, o co chodzi?
— A, nic takiego — odparł podniesionym głosem, gdy mijali jakąś starszą kobietę zapewne również pracującą na nocnej zmianie. Skręcili w boczny korytarz.
— Miałem mały wypadek — powiedział ciszej Karol, prowadząc przyjaciela do windy. — Przeglądałem kartoteki hibernatów*, klasyfikując ich do późniejszych zabiegów kosmetyki pooperacyjnej. Przenosiłem sarkofagi**, by ustawić je w odpowiedniej kolejności. Nie wiem, jak to się stało, ale jeden z eksponatów uległ uszkodzeniu...
— Tak, sam się uszkodził — przerwał mu Stefan, wsiadając do windy. Wcisnął guzik z napisem „-1” i spojrzał na towarzysza.
— Sarkofagi są raczej odporne na uszkodzenia — stwierdził Stefan.
W odróżnieniu od termosów, w których ciała są zanurzone w ciekłym azocie do góry nogami, w sarkofagach znajdowały się organizmy hibernowane w karbonicie — stopie metali i węgla. Była to eksperymentalna metoda istniejąca zaledwie od kilku lat. Zjechali windą o jedną kondygnację niżej, wysiedli i ruszyli korytarzem.
— Źle się wyraziłem... Hibernat uległ uszkodzeniu, bo... wysmyknął mi się jakoś z chwytaka.
Stefan zatrzymał się na chwilę i spojrzał na przyjaciela.
— Zdolny jesteś, nie ma co.
— To nie moja wina. Te szczypce chwytaka... — Karol zaczął machać rękami, próbując pokazać na migi całą sytuację. Jego przyjaciel nic jednak z tej gestykulacji nie rozumiał, ale na szczęście dotarli właśnie do laboratorium i weszli do środka. Stefan zatrzymał się osłupiały, gdy ujrzał, że na środku pomieszczenia, na podłodze leży sarkofag, w środku którego znajdował się ciemnobrunatny blok. Stefan zajrzał do środka przez przeszklone wieko. Jeden z rogów był wyraźnie nadpęknięty.
— Trochę się odłamało — dokończył relację Karol.
— Widzę. Przeprowadziłeś skanowanie? — Tamten tylko pokiwał głową. — I co?
— Odłamana część na wysokości kości piszczelowej. Może da się to jakoś skleić? — zaproponował Karol.
— No pewnie — odpowiedział mu Stefan z ironią w głosie. — Posmaruj obie części klejem fibrynowym, ściśnij oba elementy na dziesięć sekund i gotowe. — Spojrzał z politowaniem na Karola. — Ty debilu, to nie jest żywa tkanka, tylko bryła lodu! — wrzasnął. — Myślisz, że nikt nie zauważy, jak po odmrożeniu noga mu odpadnie?
— Ale...
— Lepiej w ogóle się nie odzywaj. Muszę pomyśleć. — Zapadło milczenie.
Stefan zaczął chodzić po pomieszczeniu, oglądając wszystko badawczym wzrokiem.
— Takie coś w ogóle nie powinno się stać. Karbonit pękł, a szklane wieko nie. Może pęknięcie nastąpiło wcześniej? Sarkofag nie ma nawet ryski. — Chodził wkoło eksponatu, oglądał go z każdej strony i na głos przeprowadzał analizę. W końcu zatrzymał się i powiedział:
— Dobra, odstaw go na miejsce.
— Tak, jak jest?
— Nie, nogę weź sobie na pamiątkę — odparł drwiąco. — Nie zadawaj głupich pytań, tylko rób, co ci mówię.
Karol uruchomił robota, za pomocą którego podniósł sarkofag i odstawił na odpowiednią półkę. Stefan tymczasem usiadł przy komputerze i zaczął przeglądać elektroniczne dokumenty. Zaczął wpisywać coś za pomocą klawiatury.
— Co robisz? — zapytał Karol.
— Zmieniam wpisy w karcie twojego nieszczęsnego eksponatu. — W jednej z rubryk wprowadził zapis: „Eksponat 2376 uszkodzony. Prawdopodobna przyczyna: ukryta wada materiału chłodniczego”. W dodatkowym okienku opisał krótko owe uszkodzenia.
— I co? To wszystko?
— Uspokój się wreszcie, bo blady jesteś jak ściana. Takie rzeczy się zdarzają.
— Ale dlaczego akurat mnie?
— Bo masz pecha? — Stefan po raz pierwszy od momentu przyjazdu się uśmiechnął. — Stare przysłowie mówi: Jakby człowiek wiedział, że się przewróci, to by się położył. Ale powiedz mi tak szczerze. Po jaką cholerę bierzesz te nocne dyżury?
— Potrzebuję forsy. Chcę kupić sobie porządny wóz.
— Kosztem zdrowia? Może ten dzisiejszy wypadek jest wynikiem przemęczenia. Pomyślałeś o tym?
— Już niewiele mi brakuje. Jeszcze ze dwie, trzy nocki...
Karol bagatelizował problem, ale zamilkł, zobaczywszy pochmurną minę Stefana. Dostrzegł wreszcie, że przyjaciel naprawdę się o niego martwi.
— Stanie się coś, jak kupisz sobie ten samochód tydzień później? — padło kolejne pytanie.
Karol westchnął tylko i usiadł ciężko w fotelu. Stefan miał rację — to zabrnęło za daleko.
— Chodź. Powyłączaj to wszystko i zawiozę cię do domu.
Chwilę później obaj wracali windą na parter. O ile na niższej kondygnacji nikogo poza nimi nie było, tutaj co chwilę kogoś mijali, jednak nikt nie zwracał na nich uwagi.
*** Rok później. Instytut Krioniki i Hibernacji w Sosnowcu.

Upał dawał się we znaki wszystkim. Od miesiąca nie spadła ani jedna kropla deszczu, ale trudno było spodziewać się opadów, skoro na niebie nie było żadnej, choćby najmniejszej chmurki. Noc również nie przynosiła ulgi z temperaturami powyżej dwudziestu dwóch stopni, a świt zwiastował jedynie kolejny dzień „zlany potem”. Stefan cieszył się, gdy przekraczał próg instytutu – w odróżnieniu od wynajmowanego mieszkania tu była klimatyzacja. Jednak tego dnia przeczuwał, że wydarzy się coś złego. Ta myśl nie dawała mu spokoju i nie pozwalała rozkoszować się przyjemnych chłodem. Niepewnym krokiem, w białym kitlu wszedł na oddział operacyjny.
— Witam pana doktora. Jak tam, gotowy do przeprowadzenia zabiegu?
— Dzień dobry, panie profesorze. Co dziś mamy ciekawego? — zapytał Stefan.
— Proszę, oto karta pacjenta. — Profesor podał mu palmtop z otwartym plikiem dotyczącym omawianego przypadku.
Młody doktor zaczął czytać na głos:
— Eksponat 2376. — Stefana przeszył prąd. Jego przeczucia się spełniły. W ciągu jednej sekundy przeleciały mu w umyśle wszystkie obrazy sprzed roku, jednak nie dał po sobie niczego poznać i czytał dalej: — Rekonstrukcja lewej nogi jedenaście centymetrów powyżej kolana.
Stefan oddał palmtopa i spytał, ironizując:
— To co? Rozmrażamy go i składamy do kupy?
— Hmm... — Profesor uśmiechnął się delikatnie. — Można tak powiedzieć. Mamy w komputerze profil jego DNA, więc miesiąc temu zaczęto wytwarzać niezbędny zapas tkanki, aby połączyć obie części kończyny. A pacjent jest już rozmrożony i czeka na pana. — Zaśmiał się. — Chociaż „czeka” to za dużo powiedziane, bo jest w śpiączce farmakologicznej.
Rozebrali się i weszli do komory sterylizacyjnej, w której wzięli prysznic jonowy i pobrali wysterylizowane radiacyjnie kombinezony. Tak przygotowani przeszli na blok operacyjny i stanęli z profesorem po przeciwnych stronach stołu. Pozostała część zespołu operacyjnego, czyli instrumentariuszka, anestezjolog i pielęgniarka, już na nich czekała.
— Od czego zaczniemy? — spytał profesor.
— Połączymy śrubami kości. Później zestawimy naczynia krwionośne. Na końcu mięśnie, ścięgna i połączenia nerwowe — powiedział Stefan.
— Świetnie. No to zaczynajmy.
Zabieg trwał trzy godziny. Wszystko zostało spięte, związane i zszyte, oczywiste jednak było, że będzie paskudna blizna. Tym jednak zajmie się oddział chirurgii plastycznej. Stefan zdjął zakrwawione rękawiczki i wyrzucił do kosza na odpadki medyczne.
— Bardzo dobrze panu poszło — pochwalił go profesor. — Która to pana samodzielna operacja?
— Szósta, a z panem profesorem druga.
— Świetnie. Asystowanie przy pańskich zabiegach to czysta formalność.
*** Ambulans po drugiej stronie miasta.

— Wieziemy rannego w wypadku drogowym — mówił jeden z sanitariuszy przez radionadajnik. — Do którego szpitala mamy jechać?
Jakie obrażenia?
— Nieprzytomny, ale stabilny. Rana cięta prawego ramienia i zmiażdżona lewa stopa. Nie da się jej uratować, więc trzeba będzie amputować. Pacjent to Karol Brzeski, lekarz chirurgii plastycznej.
Wieź go do Świętej Barbary. Powiadomię ich, by przygotowali się do operacji.
Rozłączył się i złapał obiema rękami kierownicę. Dźwięk koguta torował mu drogę przez zakorkowane miasto. Ratownik siedzący z tyłu zajmował się poszkodowanym — zmieniał opatrunek na ramieniu pacjenta i podłączał kroplówkę.
— Uwaga, zakręt w lewo! — krzyknął kierowca, ostrzegając swego kolegę. Ten złapał się uchwytu, a karetka przechyliła się lekko na prawy bok. Po chwili jednak ambulans znów jechał prosto, więc wszystko wróciło do normy. Jeszcze kilka skrzyżowań i podjechali pod izbę przyjęć, gdzie na podjeździe czekali już na nich dwaj sanitariusze, którzy otworzyli tylne drzwi karetki i pomogli w przetransportowaniu rannego na oddział operacyjny.
Dwie godziny później Karol był już po zabiegu i leżał na sali. Powoli dochodził do siebie. Rana na ramieniu nie była zbyt groźna — wystarczyło raptem dwanaście szwów. Gorzej z nogą. Odcięto ją w połowie kości piszczelowej i założono na kikut metalowy cylinder, z którego wychodziły różnobarwne kable. To urządzenie miało za zadanie utrzymywać ranę w należytej czystości, nie dopuszczając do zarastania się. Podtrzymanie tkanek w ciągłej aktywności zapewniało później łatwiejszą implantację sklonowanej kończyny. Gdy Karol otworzył oczy, zobaczył Stefana, który stał przy jego łóżku.
— Popatrz, na co mi przyszło. — Karol wskazał na nogę. — Wystarczył moment nieuwagi i... pół roku wyrwane z życiorysu.
— Jak nie chcesz czekać, daj się zamrozić — odpowiedział ironicznie. — Wtedy szybko zleci.
— Ha, ha, ha. Bardzo śmieszne — odburknął Karol.
— A tak przy okazji zamrażania... Pamiętasz eksponat 2376? — Było to raczej retoryczne pytanie. Ten numer długo śnił mu się po nocach. — Wyobraź sobie, że dziś go operowałem... Co za ironia losu. Ty gościowi odrąbałeś nogę, dzisiaj tobie odrąbali. — Stefan był wyraźnie zadowolony z tego dowcipnego komentarza.
— Widzę, że się dobrze bawisz.
— To karma, chłopie.
— W takim razie musisz przyznać, że dziś spłaciłem losowi swój dług. — Obaj zaczęli się śmiać, ale już po chwili zapadła cisza. Po kilkunastu sekundach Karol w końcu powiedział:
— Dziękuję, że mi wtedy pomogłeś.
— Nie ma sprawy. Jak mógłbym postąpić inaczej. Potrzebujesz czegoś? Coś ci przynieść?
— Kawę z automatu.
— Dobra. Zaraz wracam — powiedział Stefan, wychodząc z sali.
Karol spojrzał na kikut i na urządzenie. Za dwa dni wypiszą go ze szpitala i będzie jeździł na wózku z tym „ustrojstwem”. Zastanawiał się więc, jak sobie poradzi. Jak będzie się poruszać? Czy będzie mógł pracować? Wszystko wymagało przemyślenia i zaplanowania.[/align]
* sarkofag – pojemnik, w którym znajduje się zahibernowane ciało; nazwa zaczerpnięta z filmu „Seksmisja”.
** hibernat – organizm w stanie hibernacji; w tym przypadku organizm ludzki.

Awatar użytkownika
Zboczeniec

Re: Hibernatus

Post autor: Zboczeniec » 22 lipca 2012, 03:21

telmac pisze:W małym mieszkaniu na piętrze starej kamienicy migotał telewizor, rzucając bladą poświatę na ściany pokoju.
W małym mieszkaniu, które mieściło się na piętrze starej kamienicy migotał telewizor, rzucający bladą poświatę na ściany pokoju.
telmac pisze:Młody mężczyzna zakręcił w końcu wodę i wyszedł z kabiny prysznicowej.
Chwile wcześniej pisałeś, że było słychać pluskającą wodę. Prysznic = spływająca. Pluskać to się w wannie można.

telmac pisze:Dostał go w prezencie od rodziców, gdy zdał na studia medyczne.
(...), gdy dostał się na studia medyczne. + do hibernacji ta medycyna, no no.

Skoro Karol to kolega ze studiów i jest chirurgiem, to główny bohater nie może być doktorantem (pomijając młody wiek, o czym napomknąłeś).

Później dokończę resztę, w każdym bądź razie - pomieszanie z poplątaniem. Raz masa szczegółów, za chwile nic. Raz opisujesz jak schodzi do samochodu, opisujesz jego wygląd, to, jak przekręca kluczyki w stacyjce, to jak naciska pedał gazu, ale o sprzęgle już nie wspominasz.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Hibernatus

Post autor: pierdoła saska » 22 lipca 2012, 12:21

Komentarz nie będzie zbyt szczegółowy, bo ja to opowiadanie już czytałam z miesiąc temu czy jakoś tak i teraz tylko je sobie odświeżyłam, czytając po przekątnej, bo jakoś na uważne czytanie po raz drugi nie miałam zapału.

Ogólnie to zaskoczył mnie koniec. Zaskoczył mnie podwójnie. Po pierwsze wydarzeniami i to było to pozytywne zaskoczenie. Lubię takie motywy. Po drugie zaskoczył mnie samym swoim pojawieniem się. Po bardzo rozbudowanej części pierwszej pojawiła się nagle druga, a potem trzecia i bach! koniec opowiadania. Rozumiem, że chodziło ci pewnikiem o przekazanie koncepcji, że facet przypadkiem urypał komuś nogę, to mu potem urypało jego. Ot, taka karma. No właśnie, że sobie pozwolę na porównanie, jest na tym forum opowiadanie pod tytułem „Karma”, które ma podobny przekaz ideowy, ale wykonanie jest tam lepsze. Znaczy tam przekaz ideowy wychodzi gładko z fabuły, podczas gdy u ciebie fabuła wyszła z przekazu ideowego i została pod niego naciągnięta aż nieco zatrzeszczało i skończyło się na trzech scenkach opowiadających ideę nie historię.
A szkoda, bo po pierwszym kawałku liczyłam na coś bardziej rozbudowanego. No chyba, że jednak zmienisz zdanie i to pociągniesz, chociaż nie wiem czy to by było słuszne, bo ta idea z tego kawałka mogłaby się wówczas zmarnować. Raczej pomyślałabym o rozbudowaniu tego, co już jest i sprawieniu, że tekst przestałby być taką przypowiastką, bo w sumie chyba to określenie najbardziej mi się z nim teraz kojarzy.

Jeśli zaś chodzi o cały tekst, to nawet mi się podobał. Zdania na początku nieco mi zgrzytały, ale potem już się czytało ok.

Kilka cytatów:

„Zanim zaczął się wycierać ręcznikiem, spojrzał na swoje odbicie w dużym lustrze nad zlewem.” Może się czepiam, ale u mnie przyjęło się mówić zlew na to, co jest w kuchni. W łazience za to jest umywalka, ale może tu już wchodzi kwestia regionalizmów.
„ABS zadziałało prawidłowo” zadziałał. To jest Anti-Lock Braking System a system bądź układ, jak można by to również tłumaczyć, są rodzaju męskiego w języku polskim.
„Ten złapał się poręczy” poręcz w aucie?
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
StuGraMP

Re: Hibernatus

Post autor: StuGraMP » 23 lipca 2012, 03:07

Zboczeniec pisze:
telmac pisze:W małym mieszkaniu na piętrze starej kamienicy migotał telewizor, rzucając bladą poświatę na ściany pokoju.
W małym mieszkaniu, które mieściło się na piętrze starej kamienicy migotał telewizor, rzucający bladą poświatę na ściany pokoju.
Jak już próbujesz mnie poprawiać, to przynajmniej rób to dobrze. Zamieniasz mój imiesłów przysłówkowy (nie wiem, po jakie licho) na imiesłów przymiotnikowy i zostawiasz przecinek. Jest to dopuszczalne tylko w sporadycznych przypadkach, a i to wedle uznania pisarza. Polecam pod tym względem książkę pani Elżbiety Wierzbickiej-Piotrowskiej Interpunkcja na co dzień.
Zboczeniec pisze:
telmac pisze:Młody mężczyzna zakręcił w końcu wodę i wyszedł z kabiny prysznicowej.
Chwile wcześniej pisałeś, że było słychać pluskającą wodę. Prysznic = spływająca. Pluskać to się w wannie można.
Krople wody z prysznica spadające na dno brodzika, gdzie już jest trochę wody, wydają charakterystyczny plusk. Zaproponuj inną nazwę tego dźwięku.
Zboczeniec pisze:
telmac pisze:Dostał go w prezencie od rodziców, gdy zdał na studia medyczne.
(...), gdy dostał się na studia medyczne. + do hibernacji ta medycyna, no no.
Czepiasz się. Żeby dostać się na studia trzeba zdać egzaminy. Ja oczywiście mogę to zmienić, ale to przecież to samo.
Zboczeniec pisze:Skoro Karol to kolega ze studiów i jest chirurgiem, to główny bohater nie może być doktorantem (pomijając młody wiek, o czym napomknąłeś).
Nigdzie nie wspominałem, że byli na tym samym roku.
Zboczeniec pisze:(...) to, jak przekręca kluczyki w stacyjce, to jak naciska pedał gazu, ale o sprzęgle już nie wspominasz.
Ale wiesz o tym, że istnieją samochody z automatyczną skrzynią biegów?

Awatar użytkownika
StuGraMP

Re: Hibernatus

Post autor: StuGraMP » 23 lipca 2012, 03:23

Marša pisze:Komentarz nie będzie zbyt szczegółowy, bo ja to opowiadanie już czytałam z miesiąc temu czy jakoś tak (...)
To nawet całkiem możliwe :)
Marša pisze:Po bardzo rozbudowanej części pierwszej pojawiła się nagle druga, a potem trzecia i bach!
No, gdzie indziej też mi to mówiono :D

Adnotacje do cytatów:
1) Masz rację, dlatego też można znaleźć jeszcze trzecią nazwę - zlewozmywak. :) To chyba dla tych nie zdecydowanych :D
2) Cenna uwaga z tym ABS-em. Będę musiał to zmienić.
3) To zależy od karetki:
http://panoramy.eu/wnetrze-ambulansu-dzien-ziemi
Na prawym zdjęciu widać białą poręcz w ścianie :P

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Hibernatus

Post autor: wołszebnik » 23 lipca 2012, 13:29

telmac pisze: 3) To zależy od karetki:
http://panoramy.eu/wnetrze-ambulansu-dzien-ziemi
Na prawym zdjęciu widać białą poręcz w ścianie :P
Gdybym miała się uczepić... powiedziałabym 'uchwyt'. W sprzętach, pojazdach, pomieszczeniach rehabilitacyjnych z jakiegoś powodu to są zawsze uchwyty <wykręt ślepi>
Ale w sumie nie chcę się czepiać, nie oczekuję, że to zmienisz, ot taka dywagacja ;)
Zanim zaczął się wycierać ręcznikiem, spojrzał na swoje odbicie w dużym lustrze nad zlewem.
i tu też będzie jedynie dywagacja, którą przemyślisz, bądź nie, wedle swego uznania. Otóż, o ile bohater nie brał zimnego prysznica, lustro (w niedużym pomieszczeniu, jakim zwykle jest łazienka) powinno być zaparowane. Oczywiście nie mówię, że jest absolutnie niemożliwa odwrotna sytuacja.
Dostał go w prezencie od rodziców, gdy zdał na studia medyczne. Teraz jako doktorant większość czasu spędzał w miejscowym instytucie.
Nie widzę sensu w komunikacji tych zdań. Opisujesz sytuację, gdy bohater wychodzi z domu, wsiada do samochodu i ni z tego, ni z owego pada informacja, że teraz jako doktorant większość czasu spędza w instytucie. WTF? A co to ma do rzeczy?
– Wal się! – usłyszał w odpowiedzi. – Pirat drogowy. – Gość po tych słowach spokojnie wszedł na chodnik i znikł w ciemnościach.
zasugerowałabym bardziej klarowny dla czytelnika zapis tego dialogu:
– Wal się! – usłyszał w odpowiedzi. – Pirat drogowy.
Gość po tych słowach spokojnie wszedł na chodnik i znikł w ciemnościach.
Stefan wsiadł więc do samochodu i wjechał na teren zakładu.
Bez 'więc' zdanie nic nie traci ;)
Stefan stanął osłupiały.
zatrzymał się? Są na świecie ludzie upośledzeni skojarzeniowo i ja się do nich zaliczam, wolałabym 'zatrzymał się', bądź 'przystanął'.
a świt zwiastował jedynie kolejny dzień zlany potem.
trochę... zdumiewająca... konstrukcja...
– Eksponat 2376. – Stefana przeszył prąd. W ciągu jednej sekundy przeleciały mu w umyśle wszystkie obrazy sprzed sześciu lat. „Toż to jest ten gostek, którego wtedy uszkodził Karol”, pomyślał. – Rekonstrukcja lewej nogi jedenaście centymetrów powyżej kolana. –
Mówimy o jakiejś nieokreślonej z grubsza przyszłości i może procedury uległy zmianom :/ ale... nie tak to powinno wyglądać. Przy poważnych zabiegach (abstrahując od tego, czy mamy do czynienia z pacjentem w stanie naturalnym, czy zamrożonym) nie czyni się operacji 'na żywioł'. Zbierają się konsylia, rozważa się różne opcje przeprowadzenia właściwej terapii. Mało prawdopodobne, by chirurg dopiero przy stole zapoznał się z historią pacjenta. Zwłaszcza, że mówimy tu o mikrochirurgii i łączeniu przerwanych połączeń naczyniowych oraz nerwowych.

Mam mieszane uczucia względem całości. Niby miała być tu jakaś puenta, a w sumie jej nie było, niby oczekiwało się obiektywnej sprawiedliwości, a ze sprawiedliwością rozmija się to i rozjeżdża... :/ Ani tu osobistej zemsty, ani interwencji Boga, czy choćby boga :/ ... Ja po prostu nie dostrzegam powiązań między tymi wydarzeniami. Ot, zdarzyło się A, po sześciu latach B i z jakiegoś (według mnie kompletnie niewytłumaczonego powodu) autor napisał relację z obu, jedną pod drugą. Zero związku.

Awatar użytkownika
StuGraMP

Re: Hibernatus

Post autor: StuGraMP » 23 lipca 2012, 23:04

Ale w sumie nie chcę się czepiać, nie oczekuję, że to zmienisz, ot taka dywagacja
Kto wie? :D

Omówię tylko kwestię lustra, bo reszta sugestii jest ciekawa i warta przemyślenia.
Otóż lustro zaparowuje z dwóch powodów: podwyższonej wilgotności powietrza, różnicy temperatur.
Są więc dwa sposoby, żeby to zniwelować. Są lustra podgrzewane, ale można też samemu zamontować matę grzejną i w ten sposób eliminuje się różnicę temperatury lustro/powietrze. Szybkim i tanim sposobem jest wcześniejsze posmarowanie lustra gliceryną albo pianką do golenia, albo mydłem w płynie - sam używam tej metody od lat. Zaznaczam jednak, że w tym drugim przypadku, gdy wzrośnie wilgotność powietrza, powierzchnia lustra będzie wilgotna. Jednak nie będzie kondensacji w postaci małych kropelek, bo zniwelowaliśmy napięcie powierzchniowe.

Dziękuję za wszystkie uwagi. Zbieram wszystkie sugestie na różnych forach i w najbliższej przyszłości przerobię opowiadanie :)

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Hibernatus

Post autor: pierdoła saska » 29 lipca 2012, 10:58

blackbird pisze:
telmac pisze: 3) To zależy od karetki:
http://panoramy.eu/wnetrze-ambulansu-dzien-ziemi
Na prawym zdjęciu widać białą poręcz w ścianie :P
Gdybym miała się uczepić... powiedziałabym 'uchwyt'. W sprzętach, pojazdach, pomieszczeniach rehabilitacyjnych z jakiegoś powodu to są zawsze uchwyty <wykręt ślepi>
Ale w sumie nie chcę się czepiać, nie oczekuję, że to zmienisz, ot taka dywagacja ;)
Dywagacja pod którą bym się chętnie podpisała, bo mam podobnie. Poręcze kojarzą mi się ze schodami itd. a w pojazdach, sprzętach itd., to jakoś bardziej uchwyty :)
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
StuGraMP

Re: Hibernatus

Post autor: StuGraMP » 12 stycznia 2013, 22:21

Czas na poprawioną wersję. Początkowo miała to być swego rodzaju jednoaktówka, ale po zachętach kilku osób zdecydowałem się rozbudować. Zacznijmy więc od początku...
Obrazek I - Przypadek nr 2376 Nad miastem powoli zapadał mrok i miejski gwar z minuty na minutę przegrywał z ciszą nocy. W małym mieszkaniu na piętrze starej kamienicy migotał telewizor, rzucając bladą poświatę na ściany pokoju. Spiker z przejęciem relacjonował wydarzenia minionego dnia, ale w pomieszczeniu nikogo nie było. Nikt nie oglądał wieczornych wiadomości. Jedynie otwarta butelka z piwem zdradzała jeszcze niedawną obecność gospodarza, który brał właśnie prysznic. Z łazienki nie dobiegał jednak żaden odgłos, z wyjątkiem szumu natrysku i plusku wody uderzającej o dno brodzika.
Młody mężczyzna zakręcił w końcu wodę i wyszedł z kabiny prysznicowej. Zanim jednak zaczął się wycierać ręcznikiem, spojrzał na swoje odbicie w dużym lustrze nad umywalką i z zadowoleniem ocenił swój wygląd oraz wyposażenie. Uśmiechnął się nawet, jakby chciał powiedzieć: „Witaj, ciasteczko”. Był średniego wzrostu, miał piwne oczy i krótko przystrzyżone, czarne włosy. Ubrany jedynie w slipy wszedł do pokoju. Poczuł nieprzyjemny chłód, więc podszedł do okna, by je zamknąć.
— Wystarczy tego wietrzenia — burknął pod nosem.
Usiadł na łóżku i wziął do ręki pilota. Zaczął przeskakiwać z kanału na kanał, szukając interesującego go programu. W końcu natrafił na coś, co sprawiło, że odłożył pilota i sięgnął po butelkę z piwem. Pociągnął kilka łyków, opróżniając ją do końca.
— Cholera, mogłem kupić dwie — powiedział poirytowany.
Zrezygnowany wsunął się pod kołdrę i kontynuował oglądanie programu na leżąco. Lubił zasypiać przy włączonym telewizorze, ale dziś niestety nie było mu to dane. Leżący obok pilota telefon komórkowy zaczął drżeć, a po chwili rozpoczął wygrywać „Marsz pogrzebowy” Szopena. Taki właśnie utwór ustawił sobie jako dzwonek, gdy ktoś dzwonił do niego z pracy. Powolnym ruchem sięgnął po komórkę i odebrał połączenie.
— Słucham — rzekł spokojnie.
Stefan, przyjedź do pracy. Potrzebuję twojej pomocy — usłyszał w słuchawce.
— Chyba cię pogięło, stary. O co chodzi? — zapytał lekko zdenerwowany.
To nie jest rozmowa na telefon. Mam duży problem. — Przeciągnął przy tym wyraz „duży”, chcąc podkreślić powagę sytuacji. Ton jego głosu również wskazywał, że nie żartuje.
— Coś ty tam zrobił?! — powiedział Stefan przez zaciśnięte zęby.
Błagam. Przyjedziesz?
— Hmm... Mogę przyjechać najszybciej za... pół godziny — stwierdził z ociąganiem i zakończył połączenie, nie czekając na reakcję rozmówcy.
Stefan był doktorem chirurgii ogólnej, zaliczył też podstawowy kurs uzupełniający z medycyny paliatywnej. Obecnie większość czasu spędzał jako rezydent w miejscowym instytucie. Nie znosił pracy po godzinach, ale nie mógł odmówić swojemu przyjacielowi jeszcze ze studiów.
Stał przez chwilę z telefonem w ręku. W końcu rzucił go na łóżko i zaczął się ubierać. Wysłużone, ale wciąż w dobrym stanie, dżinsy, koszula i sztruksowa marynarka. Komórka w kieszeń, a klucze do ręki. Zatrzasnął drzwi i zszedł szybko schodami na tył budynku, gdzie stał jego samochód. Dziesięcioletni Peugeot 407 wciąż dobrze się prezentował. Jego czerwone nadwozie i aluminiowe, siedmioramienne felgi błyszczały jak nowe. Otrzymał go w prezencie od rodziców, gdy dostał się na studia. Wsiadł do środka, włożył kluczyk do stacyjki i przekręcił. Silnik odpalił na pyknięcie. Wbił jedynkę i powoli wyjechał przez wąską bramę na opustoszałą ulicę. Dopiero tutaj potraktował samochód bardziej stanowczo, wyciskając z silnika wszystkie zapasy mocy. Wchodził na wysokie obroty i wtedy zmieniał bieg. Ostre hamowanie przed skrzyżowaniem, redukcja, zakręt w prawo i znowu gaz do dechy. Jeszcze dwa skrzyżowania i dotarł pod bramę, nad którą widniał dumny napis: Instytut Krioniki i Hibernacji w Sosnowcu. Zatrzymał się przy budce strażnika, zgasił silnik i wyszedł z samochodu. Zbliżył się do małego okienka, w którym pokazała się głowa pracownika ochrony.
— Słucham, o co chodzi? — zapytał ochroniarz. Stefan wyjął swój identyfikator i podsunął mu pod nos. — Ach tak, jasne. Co to, nocny dyżur się trafił?
— Szkoda gadać — odpowiedział wymijająco Stefan. Strażnik machnął tylko ręką, wziął formularz i wpisał w odpowiedniej rubryce nazwisko Stefana. Po dopełnieniu wszystkich formalności uruchomił silnik otwierający bramę. Stefan wsiadł do samochodu, wjechał na teren zakładu i zatrzymał się przed samym wejściem do budynku. Za przeszklonymi drzwiami czekał już na niego Karol — przyczyna całego zamieszania. Był to wysoki mężczyzna o niebieskich oczach. Chociaż poznali się na studiach, kończyli różne specjalizacje. Karol był chirurgiem plastykiem.
— Dzięki, że przyjechałeś — przywitał go w progu.
— No, też się cieszę — odpowiedział ironicznie Stefan. — Może wreszcie mi powiesz, o co chodzi?
— A, nic takiego — odparł podniesionym głosem, gdy mijali jakąś starszą kobietę zapewne również pracującą na nocnej zmianie. Skręcili w boczny korytarz.
— Miałem mały wypadek — powiedział ciszej Karol, prowadząc przyjaciela do windy. — Przeglądałem kartoteki hibernatów*, klasyfikując ich do późniejszych zabiegów kosmetyki pooperacyjnej. Przenosiłem sarkofagi**, by ustawić je w odpowiedniej kolejności. Nie wiem, jak to się stało, ale jeden z eksponatów uległ uszkodzeniu...
— Tak, sam się uszkodził — przerwał mu Stefan, wsiadając do windy. Wcisnął guzik z napisem „-1” i spojrzał na towarzysza.
— Sarkofagi są raczej odporne na uszkodzenia — stwierdził Stefan.
W odróżnieniu od termosów, w których ciała są zanurzone w ciekłym azocie do góry nogami, w sarkofagach znajdowały się organizmy hibernowane w karbonicie — stopie metali i węgla. Była to eksperymentalna metoda istniejąca zaledwie od kilku lat. Zjechali windą o jedną kondygnację niżej, wysiedli i ruszyli korytarzem.
— Źle się wyraziłem... Hibernat uległ uszkodzeniu, bo... wysmyknął mi się jakoś z chwytaka.
Stefan zatrzymał się na chwilę i spojrzał na przyjaciela.
— Zdolny jesteś, nie ma co.
— To nie moja wina. Te szczypce chwytaka... — Karol zaczął machać rękami, próbując pokazać na migi całą sytuację. Jego przyjaciel nic jednak z tej gestykulacji nie rozumiał, ale na szczęście dotarli właśnie do laboratorium i weszli do środka. Stefan zatrzymał się osłupiały, gdy ujrzał, że na środku pomieszczenia, na podłodze leży sarkofag, w środku którego znajdował się ciemnobrunatny blok. Stefan zajrzał do środka przez przeszklone wieko. Jeden z rogów był wyraźnie nadpęknięty.
— Trochę się odłamało — dokończył relację Karol.
— Widzę. Przeprowadziłeś skanowanie? — Tamten tylko pokiwał głową. — I co?
— Odłamana część na wysokości kości piszczelowej. Może da się to jakoś skleić? — zaproponował Karol.
— No pewnie — odpowiedział mu Stefan z ironią w głosie. — Posmaruj obie części klejem fibrynowym, ściśnij oba elementy na dziesięć sekund i gotowe. — Spojrzał z politowaniem na Karola. — Ty debilu, to nie jest żywa tkanka, tylko bryła lodu! — wrzasnął. — Myślisz, że nikt nie zauważy, jak po odmrożeniu noga mu odpadnie?
— Ale...
— Lepiej w ogóle się nie odzywaj. Muszę pomyśleć. — Zapadło milczenie.
Stefan zaczął chodzić po pomieszczeniu, oglądając wszystko badawczym wzrokiem.
— Takie coś w ogóle nie powinno się stać. Karbonit pękł, a szklane wieko nie. Może pęknięcie nastąpiło wcześniej? Sarkofag nie ma nawet ryski. — Chodził wkoło eksponatu, oglądał go z każdej strony i na głos przeprowadzał analizę. W końcu zatrzymał się i powiedział:
— Dobra, odstaw go na miejsce.
— Tak, jak jest?
— Nie, nogę weź sobie na pamiątkę — odparł drwiąco. — Nie zadawaj głupich pytań, tylko rób, co ci mówię.
Karol uruchomił robota, za pomocą którego podniósł sarkofag i odstawił na odpowiednią półkę. Stefan tymczasem usiadł przy komputerze i zaczął przeglądać elektroniczne dokumenty. Zaczął wpisywać coś za pomocą klawiatury.
— Co robisz? — zapytał Karol.
— Zmieniam wpisy w karcie twojego nieszczęsnego eksponatu. — W jednej z rubryk wprowadził zapis: „Eksponat 2376 uszkodzony. Prawdopodobna przyczyna: ukryta wada materiału chłodniczego”. W dodatkowym okienku opisał krótko owe uszkodzenia.
— I co? To wszystko?
— Uspokój się wreszcie, bo blady jesteś jak ściana. Takie rzeczy się zdarzają.
— Ale dlaczego akurat mnie?
— Bo masz pecha? — Stefan po raz pierwszy od momentu przyjazdu się uśmiechnął. — Stare przysłowie mówi: Jakby człowiek wiedział, że się przewróci, to by się położył. Ale powiedz mi tak szczerze. Po jaką cholerę bierzesz te nocne dyżury?
— Potrzebuję forsy. Chcę kupić sobie porządny wóz.
— Kosztem zdrowia? Może ten dzisiejszy wypadek jest wynikiem przemęczenia. Pomyślałeś o tym?
— Już niewiele mi brakuje. Jeszcze ze dwie, trzy nocki...
Karol bagatelizował problem, ale zamilkł, zobaczywszy pochmurną minę Stefana. Dostrzegł wreszcie, że przyjaciel naprawdę się o niego martwi.
— Stanie się coś, jak kupisz sobie ten samochód tydzień później? — padło kolejne pytanie.
Karol westchnął tylko i usiadł ciężko w fotelu. Stefan miał rację — to zabrnęło za daleko.
— Chodź. Powyłączaj to wszystko i zawiozę cię do domu.
Chwilę później obaj wracali windą na parter. O ile na niższej kondygnacji nikogo poza nimi nie było, tutaj co chwilę kogoś mijali, jednak nikt nie zwracał na nich uwagi.
*** Rok później. Instytut Krioniki i Hibernacji w Sosnowcu.

Upał dawał się we znaki wszystkim. Od miesiąca nie spadła ani jedna kropla deszczu, ale trudno było spodziewać się opadów, skoro na niebie nie było żadnej, choćby najmniejszej chmurki. Noc również nie przynosiła ulgi z temperaturami powyżej dwudziestu dwóch stopni, a świt zwiastował jedynie kolejny dzień „zlany potem”. Stefan cieszył się, gdy przekraczał próg instytutu – w odróżnieniu od wynajmowanego mieszkania tu była klimatyzacja. Jednak tego dnia przeczuwał, że wydarzy się coś złego. Ta myśl nie dawała mu spokoju i nie pozwalała rozkoszować się przyjemnych chłodem. Niepewnym krokiem, w białym kitlu wszedł na oddział operacyjny.
— Witam pana doktora. Jak tam, gotowy do przeprowadzenia zabiegu?
— Dzień dobry, panie profesorze. Co dziś mamy ciekawego? — zapytał Stefan.
— Proszę, oto karta pacjenta. — Profesor podał mu palmtop z otwartym plikiem dotyczącym omawianego przypadku.
Młody doktor zaczął czytać na głos:
— Eksponat 2376. — Stefana przeszył prąd. Jego przeczucia się spełniły. W ciągu jednej sekundy przeleciały mu w umyśle wszystkie obrazy sprzed roku, jednak nie dał po sobie niczego poznać i czytał dalej: — Rekonstrukcja lewej nogi jedenaście centymetrów powyżej kolana.
Stefan oddał palmtopa i spytał, ironizując:
— To co? Rozmrażamy go i składamy do kupy?
— Hmm... — Profesor uśmiechnął się delikatnie. — Można tak powiedzieć. Mamy w komputerze profil jego DNA, więc miesiąc temu zaczęto wytwarzać niezbędny zapas tkanki, aby połączyć obie części kończyny. A pacjent jest już rozmrożony i czeka na pana. — Zaśmiał się. — Chociaż „czeka” to za dużo powiedziane, bo jest w śpiączce farmakologicznej.
Rozebrali się i weszli do komory sterylizacyjnej, w której wzięli prysznic jonowy i pobrali wysterylizowane radiacyjnie kombinezony. Tak przygotowani przeszli na blok operacyjny i stanęli z profesorem po przeciwnych stronach stołu. Pozostała część zespołu operacyjnego, czyli instrumentariuszka, anestezjolog i pielęgniarka, już na nich czekała.
— Od czego zaczniemy? — spytał profesor.
— Połączymy śrubami kości. Później zestawimy naczynia krwionośne. Na końcu mięśnie, ścięgna i połączenia nerwowe — powiedział Stefan.
— Świetnie. No to zaczynajmy.
Zabieg trwał trzy godziny. Wszystko zostało spięte, związane i zszyte, oczywiste jednak było, że będzie paskudna blizna. Tym jednak zajmie się oddział chirurgii plastycznej. Stefan zdjął zakrwawione rękawiczki i wyrzucił do kosza na odpadki medyczne.
— Bardzo dobrze panu poszło — pochwalił go profesor. — Która to pana samodzielna operacja?
— Szósta, a z panem profesorem druga.
— Świetnie. Asystowanie przy pańskich zabiegach to czysta formalność.
*** Ambulans po drugiej stronie miasta.

— Wieziemy rannego w wypadku drogowym — mówił jeden z sanitariuszy przez radionadajnik. — Do którego szpitala mamy jechać?
Jakie obrażenia?
— Nieprzytomny, ale stabilny. Rana cięta prawego ramienia i zmiażdżona lewa stopa. Nie da się jej uratować, więc trzeba będzie amputować. Pacjent to Karol Brzeski, lekarz chirurgii plastycznej.
Wieź go do Świętej Barbary. Powiadomię ich, by przygotowali się do operacji.
Rozłączył się i złapał obiema rękami kierownicę. Dźwięk koguta torował mu drogę przez zakorkowane miasto. Ratownik siedzący z tyłu zajmował się poszkodowanym — zmieniał opatrunek na ramieniu pacjenta i podłączał kroplówkę.
— Uwaga, zakręt w lewo! — krzyknął kierowca, ostrzegając swego kolegę. Ten złapał się uchwytu, a karetka przechyliła się lekko na prawy bok. Po chwili jednak ambulans znów jechał prosto, więc wszystko wróciło do normy. Jeszcze kilka skrzyżowań i podjechali pod izbę przyjęć, gdzie na podjeździe czekali już na nich dwaj sanitariusze, którzy otworzyli tylne drzwi karetki i pomogli w przetransportowaniu rannego na oddział operacyjny.
Dwie godziny później Karol był już po zabiegu i leżał na sali. Powoli dochodził do siebie. Rana na ramieniu nie była zbyt groźna — wystarczyło raptem dwanaście szwów. Gorzej z nogą. Odcięto ją w połowie kości piszczelowej i założono na kikut metalowy cylinder, z którego wychodziły różnobarwne kable. To urządzenie miało za zadanie utrzymywać ranę w należytej czystości, nie dopuszczając do zarastania się. Podtrzymanie tkanek w ciągłej aktywności zapewniało później łatwiejszą implantację sklonowanej kończyny. Gdy Karol otworzył oczy, zobaczył Stefana, który stał przy jego łóżku.
— Popatrz, na co mi przyszło. — Karol wskazał na nogę. — Wystarczył moment nieuwagi i... pół roku wyrwane z życiorysu.
— Jak nie chcesz czekać, daj się zamrozić — odpowiedział ironicznie. — Wtedy szybko zleci.
— Ha, ha, ha. Bardzo śmieszne — odburknął Karol.
— A tak przy okazji zamrażania... Pamiętasz eksponat 2376? — Było to raczej retoryczne pytanie. Ten numer długo śnił mu się po nocach. — Wyobraź sobie, że dziś go operowałem... Co za ironia losu. Ty gościowi odrąbałeś nogę, dzisiaj tobie odrąbali. — Stefan był wyraźnie zadowolony z tego dowcipnego komentarza.
— Widzę, że się dobrze bawisz.
— To karma, chłopie.
— W takim razie musisz przyznać, że dziś spłaciłem losowi swój dług. — Obaj zaczęli się śmiać, ale już po chwili zapadła cisza. Po kilkunastu sekundach Karol w końcu powiedział:
— Dziękuję, że mi wtedy pomogłeś.
— Nie ma sprawy. Jak mógłbym postąpić inaczej. Potrzebujesz czegoś? Coś ci przynieść?
— Kawę z automatu.
— Dobra. Zaraz wracam — powiedział Stefan, wychodząc z sali.
Karol spojrzał na kikut i na urządzenie. Za dwa dni wypiszą go ze szpitala i będzie jeździł na wózku z tym „ustrojstwem”. Zastanawiał się więc, jak sobie poradzi. Jak będzie się poruszać? Czy będzie mógł pracować? Wszystko wymagało przemyślenia i zaplanowania.

* hibernat – organizm w stanie hibernacji; w tym przypadku organizm ludzki.
** sarkofag – pojemnik, w którym znajduje się zahibernowane ciało; nazwa zaczerpnięta z filmu „Seksmisja”.

Awatar użytkownika
StuGraMP

Re: Hibernatus

Post autor: StuGraMP » 19 stycznia 2013, 22:59

Dzięki za komentarze :)
Rozdział drugi:
II - Szantaż Stefan opuścił klinikę w dobrym humorze, chociaż to mało powiedziane — był wyraźnie zadowolony z siebie. Przeprowadził skomplikowaną operację, zacierając tym samym ostatni ślad łączący go z niechlubnym wydarzeniem sprzed roku. Pokrzepił też swego przyjaciela w trudnej sytuacji, wracał więc do domu z przekonaniem, że to był dobry dzień. Pochłonięty myślami nie zauważył, jak jego śladem podąża mężczyzna w skórzanej kurtce i czapce z daszkiem. Powoli dystans między nimi się zmniejszał i gdy wyjmował pilota, by otworzyć swoje auto, tamten złapał go za ramię i szepnął do ucha:
— Spokojnie. Bez żadnych numerów.
Stefan poczuł delikatny, ale stanowczy ucisk na plecach. Mógł się tylko domyślać, że tajemniczy mężczyzna przystawił mu pistolet.
— Ale o co chodzi? — zapytał. — To chyba jakaś pomyłka. — Odruchowo zaczął jednak podnosić ręce do góry. Sam nie wiedział, dlaczego to zrobił. Instynkt? A może raczej był to efekt oglądanych często filmów?
— Opuść te ręce, kretynie. Nie rób scen — powiedział napastnik. — Widzisz tę furgonetkę po drugiej stronie ulicy? Zapraszam na małą pogawędkę. — Ruszyli spokojnym, miarowym krokiem w stronę wskazanego samochodu. Stefan szedł jak otępiały, nie potrafił logicznie myśleć zaskoczony zaistniałą sytuacją. Gdy byli jakiś metr od furgonetki, tylne drzwi otworzyły się, „zapraszając” do środka. Wewnątrz było kolejnych dwóch mężczyzn.
„Cholera, zabiją mnie. Znam ich twarze. Dlaczego nie zasłonili swoich twarzy? Już jestem martwy” — pomyślał i były to jedyne myśli, jakie potrafił wykrzesać jego zszokowany umysł. Zatrzymał się na chwilę, ale ponaglające szturchnięcie w plecy jednoznacznie pokazało, co ma zrobić. Wszedł więc i usiadł na jednym z wolnych miejsc, a za nim wsiadł facet w czapce i zatrzasnął drzwi. Usiadł naprzeciwko, mierząc do niego z pistoletu. Dwóch pozostałych było ubranych bardziej elegancko — obaj mieli czarne garnitury, białe koszule i ciemnozielone krawaty. Jeden z nich, blondyn, nosił okulary optyczne, a drugi, brunet o piwnych oczach, miał wąsy i kolczyk w lewym uchu.
— Witamy pana doktora — powiedział brunet. W jego głosie dało się wyczuć stanowczość połączoną z chłodem. — Jak się czuje kolega?
— Dobrze — odpowiedział po chwili przerwy.
— Szkoda by było, żeby i pana to spotkało.
— Nie rozumiem — powiedział Stefan.
— Ten jego wypadek... Powiedzmy, że mieliśmy w tym swój udział. — Brunet spojrzał porozumiewawczo na gościa w czapce.
Stefan poczuł, jak mu się robi słodko w ustach. Z każdą chwilą był coraz bardziej przerażony, bo nigdy wcześniej nic podobnego go nie spotkało, a oglądnie filmów gangsterskich niewiele w takich sytuacjach pomaga.
— Ale jeśli nasza współpraca będzie się układać pomyślnie — wtrącił blondyn — obejdzie się bez dalszych wypadków.
— Jaka współpraca? — spytał Stefan.
— Jak to mówią: „ręka rękę myje”. Pan pomoże nam, a my... nie zaszkodzimy panu. Co pan o tym sądzi? — Brunet uśmiechnął się delikatnie, mówiąc te słowa.
— Chyba nie mam wyboru.
— Rozsądny z pana człowiek, panie Stefanie. — Brunet pomacał rękami swoją marynarkę, sięgnął do kieszeni i wyjął z niej telefon komórkowy. — To dla pana — powiedział, wręczając mu komórkę. — Odezwiemy się — dodał, poprawiając krawat. Mężczyzna w czapce bez słowa otworzył drzwi, siedząc dalej wygodnie w fotelu.
— Proszę jechać do domu i odpocząć. Miał pan dziś wiele wrażeń — powiedział blondyn ciepłym i łagodnym głosem. Zabrzmiało to tak, jakby przejawiał jakąś dziwną troskę. — Chyba nie muszę dodawać, że ta rozmowa jest poufna i mieszanie do tego innych, a zwłaszcza policji, jest co najmniej niewskazane.
Stefan kiwnął tylko głową i wyszedł z furgonetki, która natychmiast odjechała. Ludzie obok niego dalej śpiesznie podążali przed siebie, nieświadomi tego, co przed chwilą zaszło. Wszystko wokół wyglądało normalnie, tylko Stefan stał blady jak ściana, wpatrzony w oddalające się auto. W pewnym momencie któryś z przechodniów potrącił go niechcący, co sprawiło, że wybił się z tego letargu.
Odwrócił się i wolnym krokiem skierował na parking, gdzie stał jego samochód. Zatrzymał się jednak przy automacie alarmowym. Był to wideofon mający bezpośrednie połączenie z numerem 112. Wystarczyło wcisnąć jeden klawisz i operator łączył z odpowiednimi służbami: czy to z policją, strażą pożarną, czy też z pogotowiem ratunkowym. Stefan chciał z niego skorzystać, ale w tym samym momencie pomyślał, że przecież może być obserwowany. Rozejrzał się dyskretnie, spojrzał na automat, potem na parking i ruszył dalej. Chociaż nic podejrzanego nie zauważył, wolał nie ryzykować.
Podszedł do auta, wyjął pilota, wcisnął jeden z guzików i drzwi się rozsunęły. Wsiadł i dopiero w tym momencie zauważył, że jego ręce lekko drżą. Puścił kierownicę i zacisnął dłonie tak mocno, że poczuł, jak paznokcie wbijają się w skórę. Powoli rozprostował palce i drżenie ustąpiło. Wcisnął przycisk rozruchu, co sprawiło, że monitor — szeroki na czterdzieści centymetrów i wysoki na piętnaście — rozjarzył się delikatnym, zielonym światłem. Po sekundzie pojawił się napis „Test”, a chwilę potem „Wszystkie podzespoły sprawne”. Tekst zaczął się rozmywać, a na jego miejscu wyskoczył duży, cyfrowy prędkościomierz. Po obu jego stronach rozwinęło się dodatkowe menu, zawierające podstawowe funkcje, oraz wskaźniki oleju, stanu akumulatora i temperatury. Elektryczny silnik milczał, czekając na wciśnięcie pedału gazu — chociaż zgodnie z nową nomenklaturą był to teraz pedał akceleratora. Stefan przesunął manetkę automatycznej skrzyni biegów i powoli ruszył z miejsca.
Jadąc przez miasto, nie zwracał uwagi na mijane bilbordy, ale nie dlatego, że znał już je na pamięć, lecz dlatego, że ciągle jeszcze myślał o zaistniałej sytuacji. Spojrzał kilka razy we wsteczne lusterko, sprawdzając, czy nikt go nie śledzi. Nie zauważył jednak żadnego pojazdu, który by jechał stale za nim. Z drugiej strony, mogli się przecież zmieniać, więc nie był niczego pewny. Ta myśl nie dawała mu spokoju. Wyjechał z centrum i ruch stawał się coraz mniejszy, wcisnął więc mocniej pedał akceleratora, jednak elektroniczny ogranicznik pozwolił mu osiągnąć zaledwie siedemdziesiąt kilometrów na godzinę — dopuszczalną prędkość w terenie zabudowanym.
Nagle dostrzegł coś na drodze. Na przejściu dla pieszych, nie wiadomo skąd, pojawił się człowiek pchający sklepowy wózek. Ponieważ w pobliżu nie było żadnego marketu, więc najprawdopodobniej był to jakiś menel, który zapakował cały swój dobytek i zdecydował się na przeprowadzkę. Trudno mieć do niego o to pretensję, ale dlaczego zaczął przechodzić przez jezdnię, mimo że miał czerwone światło. Czujnik samochodu momentalnie wykrył przeszkodę i uruchomił hamowanie. Dzięki temu samochód bez problemu zatrzymał się przed zabłąkanym przechodniem.
Stefan przez moment dochodził do siebie, po czym spojrzał przez szybę na przygarbionego mężczyznę. Tak jak przypuszczał, w koszu nie było żadnych zakupów tylko jakieś śmieci. „Cholerny kloszard” — pomyślał. Otworzył boczną szybę i zaczął krzyczeć na bezdomnego:
— Ty debilu, jak chodzisz!
Ten jednak spokojnym ruchem uniósł w jego stronę prawą dłoń i pokazał środkowy palec.
— Wal się! — usłyszał w odpowiedzi. — Pirat drogowy.
Gość po tych słowach spokojnie wszedł na chodnik i poszedł dalej.
— Zabić gnoja to za mało — powiedział do siebie Stefan. — Dawca organów, psia mać.
Zamknął okno i ruszył z piskiem opon.
*** Stefan wjechał do garażu pod blokiem, w którym mieszkał. Wysiadł i zamknął samochód, lecz zamiast do windy, skierował się w stronę wyjścia z budynku. Wyszedł na chodnik, spojrzał na błękitne niebo i dostrzegł kilka niewielkich chmurek, więc pojawiła się nadzieja na zmianę pogody. Przebiegł szybko na drugą stronę ulicy i wszedł do baru. W środku było prawie pusto — zaledwie trzy osoby przy stolikach. Podszedł do lady.
— Whisky z lodem — powiedział krótko. Barman wziął kwadratową szklankę, wrzucił do niej kilka kostek lodu i zalał je złocistym płynem. Postawił przed Stefanem i wrócił do ustawiania kieliszków na półce. — Coś mały dziś ruch — zagadnął.
— Ludzie są wykończeni upałem — odpowiedział barman. — Na szczęście mogę liczyć na stałych bywalców takich jak pan. — Odwrócił się i uśmiechnął. Stefan zatoczył kilka małych kółek szklanką, by alkohol się schłodził, i począł powoli pić.
— Nie zapowiadają deszczu w najbliższych dniach? — zapytał.
— Jutro ma być lekkie zachmurzenie, ale bez opadów.
— No tak — odparł filozoficznie Stefan, kończąc dopijać Whisky. — Da mi pan jeszcze dwa piwa i uciekam.
Barman wyciągnął z lodówki dwie puszki i postawił na blacie. Stefan wyjął z portfela kartę płatniczą i zbliżył do czytnika, a urządzenie zapikało cicho, po czym wydrukowało paragon. Mężczyzna oderwał kawałek papieru, wziął piwo i wyszedł. Na zewnątrz zauważył przejeżdżający patrol policji, więc zrezygnował z przechodzenia przez jezdnię na skróty, tylko skierował się do pobliskiego skrzyżowania, gdzie było przejście dla pieszych. Podszedł do sygnalizatora, wcisnął przycisk i grzecznie poczekał na zmianę świateł. Po drugiej stronie ulicy musiał trochę się cofnąć, aby wejść głównymi drzwiami do budynku. Wbił na domofonie odpowiedni kod i po chwili zamek zabrzęczał, sygnalizując, że może wejść.
Wsiadł do windy, wcisnął jeden z guzików i patrzył, jak drzwi powoli się zamykają. W środku na jednej ze ścian wisiało sporych rozmiarów lustro. Stefan spojrzał na swe odbicie i przeczesał ręką włosy, poprawiając rozwichrzoną fryzurę. Gdy winda zatrzymała się na siódmym piętrze, wyszedł i skręcił w lewo, przemierzając niewielki hol. Budynek był w kształcie kwadratu, ale jego centralną część stanowiło swego rodzaju patio. Na każdym piętrze wkoło ciągnęły się wewnętrzne balkony, z których wchodziło się do poszczególnych lokali. Stefan, przez oszklone drzwi, wyszedł na jeden z takich balkonów i skierował się do swojego mieszkania. Zatrzymał się przed wejściem i przyłożył kciuk do czytnika znajdującego się po prawej stronie odrzwi.
Ledwie zdążył wejść do mieszkania, zadzwonił telefon. Stefan wyjął z kieszeni komórkę i spojrzał na wyświetlacz, ale ujrzał tylko napis: „Numer zastrzeżony”. W sumie rozsądek nakazywał spodziewać się właśnie takiej informacji. Odebrał połączenie.
— Słucham.
Jutro będzie odmrażany obiekt numer 7216. Pańskim zadaniem jest zmienić personalia tej osoby. Jak pan wie, dostęp do tych danych jest aktywowany na godzinę przed zabiegiem. Musi pan jako pierwszy wejść na tę pozycję i dokonać zmian tak, aby nikt nie poznał prawdziwych danych osobowych pacjenta. Czy wszystko jasne?
— Ale jakie personalia mam wpisać?
To już pańska sprawa. Nie ma to większego znaczenia — odparł głos w słuchawce i zakończył połączenie.
Stefan położył telefon na stole i spojrzał w okno. Jednak nie szukał tam jakichś pięknych widoków ani malowniczych pejzaży, za oknem widać bowiem było jedynie przeciwległą kamienicę.
„To wszystko?” — zastanawiał się. — „I to z tego powodu całe zamieszanie? Myślałem, że będę musiał kogoś zamordować. Mało się nie posrałem ze strachu, a mam raptem zmienić personalia. Strasznie musi im na tym zależeć. To pewnie jakaś ważna osoba... Cholera... Nawet nie wiem, jakiej jest płci: facet czy facetka. Muszę być przygotowany na obie ewentualności”.
Dwie przecznice dalej w starej kamienicy, w jednym z mieszkań przy stole siedział blondyn — mężczyzna z furgonetki. Właśnie skończył rozmowę telefoniczną, gdy wszedł drugi — brunet z wąsami.
— Jasiu, jak myślisz, gość zrobi, co do niego należy? — zapytał blondyn w okularach.
— Bez dwóch zdań. Śledziłem go aż pod sam dom. Facet jest nieźle spękany. Zresztą, zadanie nie jest trudne i mógłby to zrobić jeden z naszych chłopaków. Musiałby tylko wejść do instytutu na fałszywej przepustce i włamać się do ich sieci komputerowej — odparł brunet.
— To nie można było tak zrobić?
— A po co się męczyć? Zresztą, w razie wpadki mamy kozła ofiarnego. Mówię ci, Edziu: wszystko będzie cacy. — Jan poklepał swego kolegę po ramieniu.
*** Na drugi dzień w instytucie.

Stefan siedział w pomieszczeniu wypoczynkowym i spoglądał co chwilę nerwowo na zegarek. Oprócz niego w pomieszczeniu byli jeszcze dwaj lekarze, ale oglądali telewizję i nie zwracali uwagi na roztrzęsionego Stefana. Minuty wlekły się niemiłosiernie, każda chwila była katorgą. Mężczyzna trzymał palmtopa na kolanach i usilnie próbował otworzyć plik z danymi pacjenta. Jeszcze kilka miesięcy temu nie byłoby żadnego problemu — karty pacjentów można było modyfikować w dowolnym momencie — ale zmieniono oprogramowanie i system nadzoru. Teraz wpisu można było dokonać jedynie w ciągu godziny przed planowanym zabiegiem albo w ciągu dwóch godzin po nim. W nagłych przypadkach dostęp do danych był możliwy tylko i wyłącznie po zgłoszeniu się do administratora sieci. Otrzymywało się wtedy jednorazowe hasło, ale było to odnotowywane w dzienniku zdarzeń, czego Stefan chciał w tym momencie uniknąć. W końcu, po kolejnej próbie, udało się otworzyć plik z danymi.
— To kobieta — powiedział cicho do siebie. — Barbara Krzewińska.
Stefan ustawił kursor w odpowiednim miejscu, skasował istniejące imię i nazwisko, a następnie wpisał: Amelia Rawicz.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Hibernatus

Post autor: pierdoła saska » 28 stycznia 2013, 11:54

Część pierwsza v2

Czytam to już po raz trzeci (raz na PO, kolejne dwa na L), więc moja, ekhem, upierdliwość dostaje +100 punktów, bo już spełzło ze mnie to uczucie pierwszego czytania, zaskoczenia itd. Wiem co się wydarzy, więc...

Poszatkowany ten początek. Krótkie zdania, wszedł, wyszedł, przejrzał się. W sumie bardzo podoba mi się pierwsze kilka linijek - to o wiadomościach co gadają same do siebie - potem jednak zgubił mi się klimat. Zwłaszcza scena łazienkowa była taka.Ale dalej nie jest wiele lepiej. Bardzo raportowe toto. Podejrzany lubił zasypiać przed TV. Podejrzany odebrał telefon i wymienił trzy zdania. Opuścił mieszkanie ubrany w to a to... Jeśli twoim celem było stworzenie czegoś, co trąci raportem, to ci wyszło. Jeśli nie, to cóż... wyszło i tak. Przynajmniej wg mnie.
Generalnie nie pamiętam tego rozdziału słowo w słowo, więc małych zmian nie zauważyłam zapewne. Jakoś na analizę porównawczą ni mam ochoty i jakoś nie o to w sumie chodzi ^^"




Większość cytowanych poniżej rzeczy jest natury kosmetycznej i mego widzi mi się stylistycznego. Można zignorować lub się zastanowić.

"Nad miastem powoli zapadał mrok. Miejski gwar powoli przegrywał z ciszą nocy."

— nie za dużo tych "powoli"

"Jedynie otwarta butelka z piwem zdradzała jeszcze niedawną obecność gospodarza, który teraz brał właśnie prysznic."
— wywaliłabym "właśnie"

"Zatrzasnął drzwi i zszedł szybko po schodach na tył budynku"

— dałabym "schodami".

"Wbił pierwszy bieg i wyjechał przez bramę na opustoszałą ulicę. Wszedł na wysokie obroty i zmienił bieg."
— za dużo tych biegów i zastanawiałabym się ile on na jedynce przejechał, gdyby to nie był peugeot xD one mają dość elastyczne skrzynie biegów z tego co pamiętam :P Niemniej, "biegów" w tych zdaniach za wiele. Można by ten drugi zmienić na "wszedł na wysokie obroty i wrzucił dwójkę/trójkę". Z kontekstu wyniknie, że chodzi o numer biegu. :)

"Strażnik machnął tylko ręką, wziął do ręki formularz i wpisał w odpowiedniej rubryce nazwisko Stefana"
— ręka tu, ręka tam. Druga niepotrzebna, wiadomo, ze raczej nie wziął go w zęby. :)

"Po dopełnieniu wszystkich procedur"
— wiem, że dopełnia się formalności, że procedur, to nie słyszałam. Może i to jest ok, ot zwróciło moja uwagę.


Część druga

Zatem szarpnąłeś się na ciąg dalszy. Ogólnie to dobrze, bo bajka z morałem w wykonaniu s-f sprawdza się tutaj, wg mnie, średnio, a tym był osamotniony part pierwszy.

Nadal bardzo raportowe. Nie opisujesz jak dla mnie wydarzeń, a stwierdzasz fakty. Niby to samo, ale nie do końca. Nie do końca, bo w tej formie trudno mi się w tekst wczytać i dać mu porwać. Główny bohater jest, ale niewiele ponadto. Coś robi, ale jaki jest dowiaduję się głównie przez stwierdzenia narratora, rzadziej przez to co i jak robi. Może tak wejść mu nieco bardziej do głowy? W dodatku momentami tendencyjne. Ponieważ raportujesz bardzo zwięźle, to tekst wydaje mi się momentami standardowy. Faceta "porywają" - jest tekst o tym, że ma nie powiadamiać policji [standard], stoi w stuporze - ktoś go potrąca [standard]. jakoś mi indywidualizmu tu brakuje. Zaskocz mnie. Czytam sobie teraz opowiadania Mieville gdzie bohaterowie co rusz są czegoś niepewni i to się czuje. U ciebie się to czyta.


Wprowadzasz sporo technobełkotu - to na plus, piszesz coś futurystycznego technobełkot jest na miejscu - sek w tym, że wprowadzasz go na siłę wg mnie. czasami się wpasowuje, czasami za to wydaje mi się, że wzmiankujesz np. jakiś podzespół auta tylko po to, aby był futurystyczny technobełkot, nie dlatego, że jest to potrzebne dla fabuły lub bohater zwraca na to uwagę.
No i aktualny pozostaje problem krótkich zdań. W cytowanym niżej kawałku średnia ilość słów na zdanie spada ci poniżej 10 z zaimkami włącznie. Niby dynamiczne sceny lubią krótkie zdania, ale i tak ci to tu wg mnie nie wyszło. czytając miałam wrażenie, że ktoś tekst siekierą porąbał. Ja rozumiem, że moje średnie oscylujące w okolicy 20+ to może być przesada w drugą stronę, ale serio, u ciebie czyta mi się to chwilami ciężko.

"Nagle dostrzegł coś na drodze. Na przejściu dla pieszych pojawił się człowiek pchający sklepowy wózek. Zaczął przechodzić przez jezdnię, mimo że miał czerwone światło. Czujnik samochodu momentalnie wykrył przeszkodę i uruchomił hamowanie. Samochód bez problemu zatrzymał się przed zabłąkanym przechodniem."

Z różnych różniastych, to:

"Pochłonięty myślami nie zauważył, jak jego śladem podąża jakiś mężczyzna w skórzanej kurtce i czapce z daszkiem."
— wywaliłabym to "jakiś"

"Wsiadł i położył ręce na kierownicy. Dopiero teraz zauważył, że lekko drżą. Puścił kierownicę i zacisnął dłonie tak mocno, że poczuł, jak paznokcie wbijają się w skórę."
— Kierownica po raz pierwszy, po raz drugi...

"Rozluźnił uścisk"
w zasadzie "uścisk" wymagałby zaciskania łapięt na czymś.

"Po sekundzie pojawił się napis „Test”, a chwilę potem „Wszystkie podzespoły sprawne”. Napis zaczął się rozmywać, a na jego miejscu wyskoczył duży, cyfrowy prędkościomierz."
— napis tu, napis tam...


A podsumowując dotychczasowy dorobek tekstu...
Widać, że pomysł jest na jakąś przygodówkę. Są wszelkie znaki lekkiego s-f, jest intryga... niby wszystko ok, ale ten sposób w jaki to przekazujesz. Może komuś podpasuje, mi nie. Nie byłam w stanie wczuć się w atmosferę tekstu :/ Może dalej będzie z tym lepiej.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
StuGraMP

Re: Hibernatus

Post autor: StuGraMP » 29 stycznia 2013, 00:52

Bardzo gorąco, Marša, dziękuję za komentarz. Jeśli chodzi o uwagi do zacytowanych fragmentów — do wszystkich naniosę odpowiednie poprawki; nie mam obiekcji do żadnej z nich. Mam tylko problem z dwoma:
— "który teraz brał właśnie prysznic" — Wiem, powinienem zostawić albo "teraz", albo "właśnie", ale chciałem bardziej podkreślić tę chwilowość :) Jak to lepiej zrobić? (nawet jak nie będzie propozycji, to i tak zmienię :D )
— "Rozluźnił uścisk" — A tutaj to już nie mam pojęcia, jak napisać, że rozluźnił zaciśnięte pięści.

Kilka słów o różnicach między wersją pierwszą i drugą. Głównie były to zabiegi kosmetyczne z zastosowaniem wszelkich uwag, jakie otrzymałem na trzech serwisach (u was i na innych dwóch forach, których nazw nie będę wymieniał, aby nie było kryptoreklamy :) ). Musiałem też trochę zmienić i rozpisać zakończenie pierwszego rozdziału, bo w pierwszej wersji miała to być jednoaktówka. Stąd pewnie też wynikł ten "raportowy" styl.

Przyznaję, że są to moje początki pisarskie — jest to raptem drugie opowiadanie. Wiem, że moją mocną stroną jest poprawność gramatyczna i interpunkcyjna, ale muszę popracować nad formą. Dlatego jeszcze raz dziękuję za Twoje wskazówki.
@EDIT:
Dzięki za sugestie, poprawki naniesione :)

ODPOWIEDZ